You are on page 1of 228

Ankieta cichociemnego

Alfred Paczkowski

Spis treści
Od autora ................................................................................................................................................ 2 Słowo od autora do II wydania ................................................................................................................ 3 Część pierwsza ......................................................................................................................................... 3 Część druga ............................................................................................................................................ 81 Załączniki ............................................................................................................................................. 178 Informacja o cichociemnych............................................................................................................ 178 Obsada personalna Komendy Obszaru 2. Białystok ZWZ-AK .......................................................... 182 Dokument Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku ....................................................................... 182 Próba podsumowania.......................................................................................................................... 189

Cichociemnym, którzy oddali swe życie Tobie, Ojczyzno

Od autora
To prawda, że ostatnia wojna zmusiła mnie do ruchliwego trybu życia i może dlatego mówią mi bliscy, iż mam coś do powiedzenia, że moje wspomnienia z tamtych lat, spisane dla pamięci o odeszłych, dla świadomości młodych, będą finałem żołnierskiego trudu. Może. Łatwiej jednak było

znosić nieraz żołnierski trud, niż zmusić pamięć do ożywienia odległych już spraw. Jeśli to zadanie podjąłem, to na pewno nie dla własnej chwały, lecz dla utrwalenia nazwisk i czynów: - mych licznych, wspaniałych, jakże nieraz bohaterskich podwładnych z dywersyjnych działań „Wachlarza”, Kedywu, partyzanckich i powstańczych akcji - mych rozważnych i ofiarnych przełożonych, którzy często byli mi wzorem umiłowania Ojczyzny - mych najbliższych towarzyszy walk-cichociemnych jak ja, ale w ogromnej już większości nieżyjących. Niech mi będzie wybaczone pominięcie osób lub faktów zapomnianych czy ze względów konspiracyjnych mało znanych, a więc otwierających pole do domysłów, których lepiej jednak nie snuć.

Słowo od autora do II wydania
Dziękuję wszystkim Czytelnikom, a szczególnie mym korespondentom, za zainteresowanie moją książką, wyrażone po prostu rozkupieniem jej szybszym, niż mogłem się spodziewać. Nie starczyło jej dla wszystkich, Wydawnictwo więc postarało się o II wydanie, które poprawiłem w szczegółach i uzupełniłem: zwartą informacją o cichociemnych, obsadą personalną Obszaru II AK Białystok oraz meldunkiem Przyjaciela, „Donata” (Jana Piwnika), z opanowania więzienia w Pińsku, gdzie oczekiwałem najgorszego. Wymieniłem też bądź dodałem kilkanaście fotografii. Niestety, nie mogłem poszerzyć mych wspomnień o opracowanie dziejów Okręgu AK „Forteca” (Brześć-Polesie) ani dać przeglądu działań bojowych 30. DP AK, bo nie czuję się do tego powołany. Zrobią to lepiej bardziej kompetentni. Zgodnie z sugestiami Wydawnictwa powracam do pierwotnego, mniej mylącego, tytułu: Ankieta cichociemnego.

Część pierwsza
I

Od zarania dziejów narody walczyły ze sobą. Kiedyś Pan Bóg się zirytował i wykopał duży dół, potem wypełnił go błotem i zalał wodą, żeby stworzyć tereny niedostępne i żeby ludzie nie mieli o co walczyć. Tak powstało Polesie, kraj ciągnący się na wschód od Bugu przez dorzecze Prypeci aż do dalekiego Homla. Niestety, nie był to kraj spokojny. Walczyli o niego książęta ruscy, litewscy, chanowie krymscy i polscy królowie. Nie wiem, czy woda na poleskich bagnach wywodzi się z czasów stworzenia... ale było w niej dużo ludzkich łez i krwi.

Rodzina mojej matki i ja sam pochodzimy z Polesia. Dzieciństwo jednak spędziłem w Odessie, poznając lepiej czarnomorskie wybrzeże niż moje rodzinne strony. Nadeszła I wojna światowa, niosąca zagładę milionom łudzi, potem Rewolucja w Rosji, detronizująca cara: Nie zdawałem sobie sprawy z tych wielkich wydarzeń. Odczułem natomiast boleśnie śmierć ojca, który zmarł w Odessie, nie doczekawszy Polski niepodległej. Do Odessy weszli Austriacy i wtedy matka moja zdecydowała się wrócić do Polski. Po wielu perypetiach wylądowaliśmy w Brześciu nad Bugiem. Był rok 1920. Niepodległość przyjąłem jako rzecz naturalną. Zapisano mnie do polskiej szkoły. Z roku na rok narastały coraz większe trudności życiowe. Ciężko chora matka nie była w stanie pracować zarobkowo. Spekulacje moich dziadków i nieuczciwość kontrahentów pozbawiły nas spadku. Z trudem dobrnąłem do matury, dorabiając korepetycjami, co nie ułatwiało mi nauki. Osiem lat pobytu w szkole, choć niełatwe, nie stało się jednak pasmem udręki. Młodość ma swoje prawa... i swój punkt widzenia. Cieszyłem się życiem, kopałem z kolegami piłkę i chodziłem na wagary. Brześć opływają dwie rzeki, wystarczyła wolna godzina, żeby popływać w Muchawcu albo poplażować. Koledzy moi z różnych grup narodowościowych i środowisk społecznych tworzyli piękną mozaikę, w której dzięki dyrekcji szkoły istniała pełna harmonia. Nie były nam znane antagonizmy narodowościowe czy klasowe. Społeczeństwo w Brześciu w latach dwudziestych składało się w dużej mierze z Żydów i Rosjan (emigrantów). Ci ostatni powoli polonizowali się. Brześć stawał się handlową stolicą kresów wschodnich, konkurując ze Lwowem i Wilnem. Największe obroty uzyskiwano z handlu skórą i drewnem, wycinanym w północnej strefie Polesia. Zjawiali się kupcy z Wiednia, a nawet z Anglii i Francji. Powstawały hotele, restauracje, przyjeżdżali aktorzy z Warszawy i znane drużyny piłkarskie. Miasto rozwijało się znakomicie, chociaż obok trwała bagnista, niemal egzotyczna puszcza. Przewrót majowy znalazł swe odbicie w Brześciu przede wszystkim w wojsku i administracji. Zarządzono ostre pogotowie przez kilka dni, a potem ulicami miasta przedefilowały pułki tego ogromnego garnizonu. Nastąpiły pewne zmiany w administracji, które mnie nic a nic nie obchodziły, bo miałem zupełnie inne zainteresowania. Wkrótce pojechaliśmy z kolegami na obóz Przysposobienia Wojskowego do Dubicy nad Bugiem, gdzie wydano nam karabiny i uczono strzelać. (W szkołach średnich uczniowie od szóstej do ósmej klasy musieli obowiązkowo należeć do PW - Przysposobienia Wojskowego.) Na tym obozie spotkałem chłopców ze wszystkich szkół średnich Polesia. Było to dla mnie bardzo miłe zetknięcie z wojskiem. Nadchodził czas męskiej decyzji, co robić po maturze. Zdecydowałem się iść na medycynę, ale to nie było proste. Musiałem liczyć na własne siły. Rodzina skłaniała się udzielić mi pomocy pod warunkiem, że będę studiował prawo. Lekarze w rodzinie nie byli w cenie. Wszystkie moje ciotki leczyły sąsiadów i uważały, że wystarczy notować typowe recepty, podobnie jak się to robi z przepisami na tort albo pasztet. Prawnik natomiast mógł zostać nawet starostą... albo sędzią! Otrzymałem świadectwo dojrzałości i zrobiłem najdziwniejszą rzecz w życiu. Zgłosiłem się jako robotnik kesonowy do firmy „K. Rudzki i Ska”. Wprawdzie mogłem zostać urzędnikiem za sto złotych,

ale jako kesoniarz zarabiałem kilkakrotnie więcej. Firma budowała wtedy mosty kolejowe w Toruniu i na Brdzie w Bydgoszczy i potrzebowała ludzi do łopaty. Następnie zapisałem się na wydział prawa uniwersytetu wileńskiego, gdzie nie obowiązywały egzaminy wstępne. Moja szlachetna kuzynka, Helena Witkowska, stworzyła mi doskonałe warunki ukończenia studiów prawniczych. Przyjechałem do Wilna na początek roku akademickiego, by zrobić próbę. Miasto było pełne powabów i przemiłych ludzi, ale słuchanie prawa rzymskiego lub teorii prawa okazało się ponad moje siły. Utwierdziłem się w przekonaniu, że tylko medycyna i nic więcej. Wróciłem do swoich kesoniarzy, prostych i rozsądnych ludzi. Kierownik budowy, inż. Jan Martelus, awansował mnie na pisarza, to znaczy, że wykonywałem pracę taką, jaką dzisiaj zajmuje się kilkanaście osób zgodnie z prawem Parkinsona. Roczna praca w przedsiębiorstwie pozwoliła mi zaoszczędzić stosunkowo dużą sumę, co z kolei dawało mi możność startu na wydziale lekarskim. W pełnym sezonie budowlanym, bo w czerwcu 1929 roku przyjechałem do Warszawy, żeby zdawać egzaminy wstępne. Postanowiłem wstąpić do Szkoły Podchorążych Sanitarnych. Założeniem tej szkoły było przygotowanie lekarzy wojskowych. Wychowankowie kończyli wydział lekarski na uniwersytecie, będąc równocześnie skoszarowani w podchorążówce jako żołnierze zawodowi. Mniej więcej dziesięciu kandydatów przypadało na jedno miejsce i dlatego mogę powiedzieć, iż miałem ogromne szczęście, gdy zostałem wcielony do podchorążówki. W dniu 3 lipca 1929 r. stałem nagi i bosy przed magazynem mundurowym w szkole (Warszawa, ul. Górnośląska 45). Obok mnie stali moi nowi koledzy, tak jak ja ostrzyżeni do skóry. Sierż. Szwed, szef 1. kompanii, wyrzucał delikwentowi na głowę bieliznę, pościel, drelichy, buty i wszystko, co stanowi majątek rekruta. Trzeba się było szybko w to ubrać, posłać przydzielone łóżko i „nie trzymać ręców w kieszeni”, jak nam na początku objawiono. Potem uczono nas maszerować i obracać głowę w lewo i w prawo. Małe dzieci ucząc się chodzić padają, wtedy troskliwe ręce podnoszą je. W wojsku nauka chodzenia przebiega inaczej: nogi należy podnosić do poziomu z wyprostowanym kolanem, a jeśli to się nie uda, sierżant krzyczy: „padnij!”, „czołgaj się!”. Komendy można zastąpić gwizdkiem, na przykład jeden gwizdek znaczy „padnij”, dwa” – „powstań”. Są to metody skuteczne. Po dziesięciu dniach maszerowaliśmy już czwórkami z bronią na ramieniu na dworzec kolejowy, skąd wyjeżdżaliśmy na obóz. Tam dopiero mieliśmy stać się żołnierzami. W tym okresie wielu naszych instruktorów wywodziło się z byłej armii niemieckiej i dlatego wstępne szkolenie miało charakter pruski, a więc brutalny. Chociaż dziś z perspektywy lat wspominam ze wzruszeniem te pierwsze kroki w służbie wojskowej, wtedy postanowiłem, że w życiu będę z podwładnymi inaczej postępował. Po przysiędze sytuacja radykalnie się zmieniła. Istniała niepisana umowa między naszym dowództwem a podchorążymi: należało skończyć medycynę we właściwym czasie, nie wolno było zostawać na drugi rok - głosiły najważniejsze postanowienia tej umowy. Im byliśmy starsi, tym większe mieliśmy swobody. Przepisy dyscyplinarne ustanawialiśmy w dużym stopniu sami, pilnowaliśmy terminów kolokwiów, egzaminów i pracowni. Zajęć mieliśmy bardzo dużo, bo poza studiami lekarskimi obowiązywały nas zajęcia wojskowe: wykłady i służby. Każdego roku awansowaliśmy o jeden stopień podoficerski i w ten sposób zwiększał się nasz żołd o złotówkę miesięcznie. Ale i tak mieliśmy w zasadzie wszystko, co jest potrzebne do życia.

Od trzeciego roku medycyny nawiązałem kontakt ze szpitalem okręgowym nr 1 w Warszawie, gdzie w wolnych chwilach przychodziłem na I oddział chirurgii. Szefem tego oddziału był doc. Adolf Wojciechowski, znany ortopeda warszawski. Jego zastępca mjr dr Henryk Levittoux zaopiekował się mną i pozwalał mi stopniowo wciągać się w pracę oddziału. Szpital ten miał trzy oddziały chirurgiczne, pełniące na przemian ostre dyżury. Mój oddział miał stałe dni: poniedziałki i czwartki. Mogłem więc oglądać ciekawe przypadki, a nawet po jakimś czasie zostałem dopuszczony do pomocy w zabiegach operacyjnych. O ile w szpitalach i klinikach cywilnych było mnóstwo asystentów i wolontariuszy, o tyle szpitale wojskowe miały bardzo ograniczone etaty i dlatego każdą parę rąk mile widziano. Mjr. Levittoux można nazwać prawdziwym kapłanem medycyny, uroczy i koleżeński, ubóstwiany był przez pacjentów i personel. Zaczął karierę w wojsku jako pilot, potem ukończył medycynę, a jeszcze później bezbłędnie operował. Szpital okręgowy początkowo pełnił funkcję szpitala urazowego, przywożono tam ciężkie przypadki z katastrof kolejowych i miejskich, i to nie tylko z Warszawy. Operacje trwały czasami z przerwą całą dobę. Ostatecznie zostałem przyjęty do lekarskiej rodziny jako wolontariusz. Komendant szpitala płk dr Zygmunt Rażniewski zezwolił mnie i kilku kolegom na pełnienie płatnych dyżurów w izbie przyjęć, co znakomicie poprawiło nasze finanse. W szkole tymczasem zachodziły zmiany personalne. W 1935 r., a więc w czasie zdawania przeze mnie egzaminów dyplomowych, odeszli już podoficerowie z dawnej armii niemieckiej; komendantem szkoły został płk dr Kazimierz Maszadro, a dowódcą batalionu podchorążówki zawodowej - mjr dr Wilhelm Borkowski. Byliśmy podzieleni na plutony według zasady: 1. pluton odpowiadał I rokowi studiów. 2. - II itd. Plutony łączyły się w kompanie. Najstarsi tworzyli 3. kompanię, zakwaterowaną w zamku książąt Mazowieckich. Moim dowódcą kompanii w 1935 r. był kpt. dr Tadeusz Pasieczny, wychowanek naszej szkoły. Przeżyliśmy niepostrzeżenie prawie sześć lat; około czterdziestu procent kolegów nie doszło do mety, ale pozostali mogli uznać się za przygotowanych do życia. Z tego okresu zostały mi przemiłe wspomnienia. Wielu profesorów lub asystentów traktowało nas jak swoich znajomych, młodszych kolegów. Ich życzliwy stosunek do nas niejednokrotnie przetrwał okres studiów, jak to osobiście mogłem stwierdzić. 12 maja 1935 r. składałem uroczystą przysięgę lekarską przed naszym ówczesnym dziekanem, prof. Franciszkiem Venuletem. Późnym wieczorem na ulicy Wiejskiej zatrzymał mnie jakiś mężczyzna słowami: „Czy pan wie, że marszałek Piłsudski nie żyje?” Nie wiedziałem. Nie słyszałem nawet o tym, żeby chorował. Nie uwierzyłem. Kiedy wróciłem do mego pokoju w zamku, zastałem kolegów zagłębionych w książkach; wcale im o tym nie powiedziałem. Pół godziny później przyszedł z miasta następny kolega, który przyniósł wiadomość o śmierci. Na drugi dzień zawiadomiono nas oficjalnie, że Naczelny Wódz nie żyje.

II

Marszałek umarł. Jego władza została rozdzielona. Wśród nowych przywódców nie było jednomyślności. Niewiele osób zdawało sobie z tego sprawę w tym czasie. Ja na pewno nie. Życie unosiło jak poleska rzeka w upalny dzień. I płynąłem.. Prosiłem o pracę stażysty w I szpitalu okręgowym i otrzymałem ją. Zastałem tam dobrych i cenionych lekarzy: dr. Henryka Cianciarę - internistę, dr. Sylweriusza Wilczyńskiego - ftyzjatrę, dr. Radzisława Tchórznickiego - dermatologa. Wkrótce po pogrzebie marszałka kierownikiem pierwszej chirurgii został płk dr Tadeusz Sokołowski, a doc. Wojciechowski i dr Levittoux odeszli do kliniki uniwersyteckiej. Dr Levittoux na pożegnanie wprowadził mnie do aeroklubu warszawskiego, gdzie odbyłem kurs pilotażu. Lotnisko znajdowało się na Polu Mokotowskim, tuż obok szpitala. Nowy szef chirurgii odznaczał się szybkością decyzji i działania. Operował świetnie, wzorując się na wiedeńskiej szkole prof. Bohlera. W razie trudności wpadał w złość i wymyślał wszystkim asystentom. Najwięcej dostawało się dwu lekarzom, których sprowadził ze sobą z Torunia, skąd sam przybył. Mnie się jakoś udawało. Po dawnemu dyżurowałem w poniedziałki i czwartki, ale do tego doszły jeszcze dyżury raz na miesiąc w Komendzie Miasta. Kiedyś został przydzielony do nas starszy wiekiem lekarz, który pracował w paryskiej klinice chirurgicznej. Przybył do kraju, żeby odbyć służbę wojskową, i po przejściu szkolenia w podchorążówce rezerwy (również w naszej szkole) został delegowany na oddział chirurgiczny. Asystował pułkownikowi przy skomplikowanych zabiegach i nasłuchał się nieraz dużo przykrych słów. Zwykle po zabiegach szef zapraszał nas na kawę, gdzie pokrótce omawiano schorzenie i przebieg operacji. Był wtedy miłym i uprzejmym gospodarzem. Któregoś dnia w przystępie dobrego humoru zlecił nowemu lekarzowi, plutonowemu podchorążemu, wykonanie trudnej operacji kostnej, a sam zaofiarował się jako asystent. Kiedy obrzeżono kość udową pacjenta, operator zaczął wymyślać swemu pomocnikowi; najwyraźniej przygotował się do tej chwili znakomicie. Pułkownik z początku milczał, potem zaczął się bronić i w końcu nie wytrzymał: „Panie podchorąży – krzyczał - kto tu pułkownik?” „Ja teraz pułkownik” - odpowiedział lekarz. Tym razem po operacji szef zaprosił nas na kolację i obiecał z humorem, że się poprawi. Niektóre praktyki (laryngologię i okulistykę) musiałem odbywać w Szpitalu Ujazdowskim, prócz tego wysłano mnie do sanatorium przeciwgruźliczego w Otwocku i Zakopanem. W tym czasie sanatorium w Otwocku należało do najbardziej nowoczesnych zakładów leczniczych w Polsce. Przebywali tam ciężko chorzy, niekoniecznie wojskowi. Pierwszy raz zetknąłem się wtedy bliżej z tą groźną chorobą. Dyżury nocne w sanatorium dla każdego z nas były ciężkim przeżyciem Komendantem zakładu był dr Michał Telatycki, nie widziałem go nigdy z uśmiechem na twarzy. Zresztą brakowało powodu do uśmiechu, lekarz dyżurny meldował czasem z rana o dwóch, trzech zgonach. Zupełnie inne było sanatorium wojskowe im. Kazimierza Dłuskiego w Zakopanem Tam kierowano pacjentów raczej profilaktycznie i raczej nie prątkujących. Komendantem był dr Władysław Rymaszewski, oficer z carskiej armii. Pilnował on surowo dość swawolnych nieraz pacjentów. W ogóle przywiązywał duże znaczenie do wszelkiej formalistyki i na przykład od stażystów wymagał każdorazowo głośnego meldowania: „Panie pułkowniku...” itd. Marzył o tym, żeby któregoś z trzech

stażystów ukarać aresztem Stroną lekarską w sanatorium zajmował się mjr dr Michał Bujwid, znany ftyzjatra. Na zakończenie stażu ciągnęliśmy zapałki, najdłuższa przypadła koledze Janowi P. Chodziło o to, żeby zgorszyć naszego komendanta. Jan poszedł do pułkownika z prośbą o pożyczenie pieniędzy na bilet do Warszawy. Tłumaczył się, iż przegrał pieniądze w karty... i nie może wrócić do garnizonu. Takiej bezczelności pułkownik w życiu nie doświadczył ani Jan w życiu nie wysłuchał tylu obelg. W latach 1934-1937 udało mi się odbyć kilka wycieczek zagranicznych. Zobaczyłem Wiedeń, Turyn i Rzym. Najbardziej interesowały mnie targowiska, przedmieścia i trzeciorzędne knajpy. Tam zawsze kryło się i kryje prawdziwe oblicze miasta. W Wiedniu w knajpach widniały napisy: „Politisieren ist streng verboten”. Ludzie w brązowych koszulach krążyli po bocznych ulicach, ale w śródmieściu panował spokój jak za czasów Franciszka Józefa. W kawiarni nad Dunajem grano melodyjne walce, ale o sto kroków dalej widziałem ciężko pobitego człowieka. Policja już się nie wtrącała. Zresztą w krótkim czasie został zamordowany kanclerz Austrii, Dollfuß. Wydaje mi się, że tylko niewiele osób w Polsce widziało nadciągającą wojnę. W styczniu 1936 r., a więc niedługo przed zakończeniem stażu, delegowano mnie na kurs narciarski do Worochty. Kiedy się zameldowałem w schronisku na Kostrzycy, ze zdumieniem dowiedziałem się, że jest to kurs dla instruktorów narciarskich i że jestem kandydatem na instruktora. Byłem w bardzo dobrej kondycji fizycznej i uprawiałem wiele sportów, ale nigdy nie miałem nart na nogach. Powiedziałem o tym por. Aleksandrowi Krywaldowi, naszemu szefowi, ten zaś przypomniał mi, że rozkaz jest rzeczą świętą, i oprócz nart przydzielił bardzo niewygodną do noszenia torbę sanitarną. Dwudziestu kilku uczestników kursu okazało się narciarzami z prawdziwego zdarzenia, jeździli brawurowo, wielu z nich było pochodzenia góralskiego. Poznałem gorycz upadków... Dokonywałem heroicznych wyczynów, łamałem narty mijając najszybszych, bo nie umiałem hamować. Nasza grupa przewędrowała przez szczyty Howerli i Pop Iwana, przez grzbiety Czarnohory i w ten sposób mimo woli stałem się narciarzem. W marcu lub kwietniu 1937 r. zostałem przydzielony jako lekarz do garnizonu w Bielsku. Mieściło się tam dowództwo 21. Podhalańskiej Dywizji Piechoty, dwubatalionowy 3. pułk strzelców podhalańskich i 21. pułk artylerii polowej (dwa dywizjony). Od razu wpadłem w wir pracy, i to pracy samotnej. Mój szef. płk dr Morozowski. był w stałej delegacji i musiałem prowadzić przyjęcia ambulatoryjne w dwu miastach: Białej i Bielsku, odwiedzać chorych w domu i pilnować magazynów mobilizacyjnych, których kartoteki wymagały codziennej aktualizacji. Przez wiele miesięcy pełniłem funkcje lekarza garnizonu. Często budzono mnie w nocy do chorych. Ażeby jeszcze bardziej skomplikować sobie życie, zacząłem pracować na oddziale chirurgicznym szpitala w Bielsku. Kierownik oddziału i siostry zakonne, pielęgniarki, mówili po niemiecku. I tutaj odczuwało się brak lekarzy. W ten sposób dnie płynęły błyskawicznie. Jedną z niewielu przyjemności była jazda konna w ujeżdżalni artyleryjskiej. Serdecznie wspominam dowódcę dywizji, płk. Józefa Kustronia, późniejszego generała, i jego zastępcę, płk. Alojzego Wira-Konasa. Obaj ci oficerowie, zaangażowani w pracach społecznych Polskiego Związku Zachodniego, walczyli o polskość Bielska, gdzie Niemcy bardzo wyraźnie penetrowali polskie środowiska, a członkowie różnych ich organizacji przechodzili nawet szkolenie dywersyjne.

Dowódcą 21. pal był płk Józef Dembiński, a jego zastępcą ppłk Jan Kamiński. Etatowy lekarz tego pułku znajdował się w detaszowanym dywizjonie w Oświęcimiu. Dlatego musiałem codziennie przyjmować i chorych artylerzystów. Bardzo mi się podobał artyleryjski porządek i kultura środowiska. 3. psp dowodził płk Józef Giza. Tu również istniał swoisty porządek, ale ogromna liczba wojska na małej stosunkowo powierzchni tworzyła obraz pozornego chaosu. Latem 1937 r. dywizja wyszła na obóz w okolice Białego Dunajca. Odbywało się intensywne szkolenie drużyn, plutonów, a potem większych oddziałów. Najgorsze były marsze. Po jednodniowym marszu kilkudziesięciu rezerwistów zgłaszało otarcie nóg i niezdolność do dalszej drogi. Po trzech dniach miałem kompanię chorych. Z tyłu za pułkiem jechał tabor pod flagą Czerwonego Krzyża. Taki jest prozaiczny skutek żołnierskich przemarszów. Korzystałem z każdej sposobności, żeby poznać Podhale, ale pewnego dnia poznałem piękną kobietę, której od razu zaproponowałem małżeństwo. Zgodziła się. W wojsku jednak nie było to najbardziej łatwe dla podporucznika. Po manewrach wróciliśmy do koszar, rezerwiści z wygojonymi odparzeniami pojechali do domów a zdekompletowane kompanie pełniły służbę garnizonową. Wieczorem chodziłem do klubu Polskiego Związku Zachodniego, gdzie między innymi odbywały się wieczory dyskusyjne, które interesująco prowadził płk Kuśtroń. Na innych spotkaniach mjr Emil Słatyński, dowódca „Krakusów” (Konne Przysposobienie Wojskowe), gromił partnerów w pokera. Mój gimnazjalny kolega, Paweł Bursiewicz, osiągał szczyty w rozgrywkach brydżowych. W końcu 1937 r. zostałem delegowany do CIWF (Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, obecne AWF), gdzie odbyłem kilkumiesięczne wyszkolenie specjalistyczne lekarza sportowego. Była to nagroda dla mnie szefa sanitarnego DOK V Kraków, płk. dr. Alfreda Chełmickiego, za dobre prowadzenie magazynów mob. Kilkakrotne specjalistyczne kontrole nie znalazły usterek. Cieszyłem się znowu Warszawą, gdzie miałem setki znajomych i wielu życzliwych. W końcu lutego 1938 r. wróciłem z dyplomem w kieszeni do Bielska i od razu wyjechałem na strzelanie artyleryjskie w okolice Skoczowa. Kiedyś wypadło prowadzić ogień ponad linią wysokiego napięcia, co znakomicie komplikowało sprawę. Po kolei wywoływani oficerowie zajmowali miejsca przy składanym stoliku, robili obliczenia i dawali rozkazy otwarcia ognia do widocznych celów. W duchu współczułem młodym oficerom, którzy ani rusz nie mogli trafić. Płk Kustroń obserwował z punktu dowodzenia cały pokaz i żartował z niefortunnych strzelców. Po kilku godzinach strzelania dowódca dywizji zwrócił się do jednego z dowódców baterii, kpt. Jana Pałuckiego, z rozkazem: „A teraz pan kapitan pokaże, jak się strzela”. Kapitan szybko zrobił obliczenie na pudełku papierosów, podał komendę i zniszczył cel. Odetchnęliśmy wszyscy. Zbliżała się porą obiadowa, gdy przybył goniec z kopertą do dowódcy dywizji. Pułkownik zerwał lakowe pieczęcie i zaczął czytać pismo, potem zwrócił się do mnie: - Czy pan wie o swoim przeniesieniu? - Nic nie wiem, panie pułkowniku - zameldowałem.

- Musi pan mieć ciotkę albo wuja w ministerstwie, bo dostał pan dobry przydział. - Panie pułkowniku, w naszej armii nie ma protekcji. - Naturalnie, że nie ma - pułkownik z uśmiechem odciągnął palcem powiekę. Roześmieliśmy się wszyscy, a pułkownik pozwolił przeczytać rozkaz dotyczący mnie.

III

Jechałem więc do Trembowli, gdzie stacjonował 9. pułk ułanów Małopolskich. Droga prowadziła przez Lwów, miałem tam zameldować się w Dowództwie Okręgu Korpusu u szefa sanitarnego. Przyjechałem do małego podolskiego miasteczka u stóp góry zwanej Monaster. Ruiny zamku Chrzanowskich, tysiąc małych domków i piękne koszary, oto cała Trembowla. Koszary znajdowały się przy ulicy Sobieskiego, prowadzącej w step, i obejmowały dwa kompleksy budynków. Stał tam kiedyś pułk dragonów austriackich grafa von Paara. Mimo że nie były to nowe budynki, wyglądały czysto i świeżo i różniły się korzystnie od czerwonych koszar carskich, rozsianych w byłym zaborze rosyjskim. Pierwszym oficerem, którego poznałem, był adiutant pułku, rtm. Edward Ksyk. Bez wielkich ceregieli wprowadził mnie do dowódcy pułku, płk. Tadeusza Komorowskiego. Zarówno dowódca, jak i jego adiutant byli żołnierzami tego pułku od czasu jego sformułowania, tj. od 1918 r. Pułkownik przybył do pułku jako oficer armii austriackiej, a rotmistrz zaczynał służbę od ułana. W kasynie, mieszczącym się w budynku dowództwa, poznałem kilkunastu oficerów, którzy przyjęli mnie życzliwie i dzięki temu poczułem się wśród nich swojsko. Wszyscy byli bez reszty oddani służbie. Mieszkali w koszarach, niektórzy z rodzinami, ale całe dnie spędzali z żołnierzami. Najmłodsi stopniem oficerowie zjawiali się o 5 rano w stajni, żeby być przy karmieniu koni, potem w czasie śniadania ułanów przychodzili porucznicy, a kiedy zbliżał się czas wymarszu na ćwiczenia, o 7, zjawiali się rotmistrzowie, dowódcy szwadronów. Od tej chwili wszystko szło jak w zegarku. Nakręcona maszyna działała według dokładnego rozkładu godzin i minut. Z roztargnionych cywilów powstawali „malowani chłopcy”. Miałem możność prześledzenia całego cyklu szkolenia. Oficerowie, którym przecież nie brakło kresowej fantazji, znacznie częściej byli ciężko zapracowanymi nauczycielami zawodu żołnierza-obywatela. Pierwszy przydzielony mi koń odznaczał się żywością, lubił brać przeszkody, ale miał wadę: potykał się przy zwykłym marszu stępem. Rtm. Antoni Bielecki wymienił mi go na pozbawionego wad „Adwokata”. Wkrótce zaprzyjaźniliśmy się z „Adwokatem” i dopiero zła wojna rozdzieliła mnie z koniem. Praca lekarza w 9. p. uł. nie była ani trochę uciążliwa. Przede wszystkim ułani byli zdrowi, a w razie choroby nie szukali zwolnienia lekarskiego. To ja musiałem chodzić po koszarach i szukać chorych. Zajęcia swoje koncentrowałem na profilaktyce. Dwudziestołóżkowa izba chorych przeważnie świeciła pustkami, czasem tylko odwiedzał mnie weteran z I wojny światowej, koń „Selim”, który miał prawo

chodzić po trawnikach i klombach. Był starym łakomczuchem, lubił cukier i swoim potężnym łbem walił po grzbiecie, jeżeli ktoś zwlekał z płaceniem słodkiej daniny. W czerwcu 1938 r. ożeniłem się (w kwietniu zostałem awansowany na porucznika). Żona również doznała miłego przyjęcia przez żony nowych przyjaciół. Tak ostatecznie rozwiały się moje uprzedzenia do ułanów. Mogłem ich ocenić jako ludzi bezpośrednich, skromnych i rzeczowych. Sytuacja na świecie wyraźnie się komplikowała. Szło ku wojnie. W kasynie o tym nikt nie mówił, chociaż rozkazy nakazywały wzmóc tempo szkolenia. Przerabialiśmy instrukcję mob., pobieraliśmy nowy sprzęt. W Trembowli rzeka Gniezna niosła czarną i brudną wodę. Po drugiej stronie Monasteru płynął Seret. Zjazd z ponad stumetrowej góry do Seretu był stromy prawie jak urwisko. Przeżyłem nie lada emocję, kiedy wraz z całym pułkiem konno zjeżdżałem w przepaść. Sztuka polegała na tym, aby konie ustawić w kierunku prostopadłym do zjazdu. Koń przysiada na tylne nogi i wyciąga przednie, w ten sposób zaczyna się zsuwać. Jeździec trzyma się łydkami końskich boków, mając głowę nisko opuszczoną. Upadek człowieka lub konia groził ciężkim kalectwem, nawet śmiercią. Na szczęście obeszło się bez wypadku. Latem 1938 r. ćwiczyliśmy przeprawę przez Dniestr, była to bardzo pouczająca lekcja. Następnie 9. pułk, razem z 6. i 14., stanowiącymi Podolską Brygadę Kawalerii, wziął udział w manewrach wołyńskich, którymi dowodził marsz. Śmigły-Rydz. Manewry obejmowały teren trzech województw i były prowadzone w szybkim tempie. Nie wiem, jakie wnioski wyciągnął marszałek. Ja cieszyłem się, że nie notowałem otarć typowych dla jeźdźców, oficerowie - że nie mieli odparzonych koni. Ćwiczenia zakończono imponującą defiladą w Łucku. Dla nas zaczynała się następna impreza: zawody jeździeckie we Lwowie. Zawody takie pod nazwą „Militari” organizował co roku inny garnizon. Wymagały wykazania najwyższej jeździeckiej sprawności, a zwycięzcy kandydowali do kadry olimpijskiej. Jesienią 1938 r. nastąpiły w naszej brygadzie zmiany. Przede wszystkim odszedł z pułku na stanowisko komendanta Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu płk Tadeusz Komorowski. Pułkownik, który reprezentował tradycję pułku, miał opinię człowieka oschłego i zamkniętego w sobie. Naprawdę zaś sprawa miała się zupełnie inaczej. Pułkownik był bardzo poważnie chory i tylko siłą woli przezwyciężał cierpienia; druga przyczyna „oschłości” wynikała ze skromności i nieśmiałości. Nasz nowy dowódca ppłk dypl. Klemens Rudnicki przyniósł ze sobą powiew nowoczesności, reprezentując współczesną polską myśl wojskową. Następną istotną zmianą było mianowanie płk. Leona Strzeleckiego na stanowisko dowódcy Podolskiej Brygady Kawalerii. Dotychczasowy jej dowódca gen. brygady Juliusz Kleeberg odszedł na stanowisko attaché wojskowego w Paryżu. Płk Strzelecki był bliskim współpracownikiem marsz. Śmigłego i również miał reprezentować nowoczesność. W pułku rozpoczęliśmy nowy etap szkolenia dotyczący spraw kwatermistrzostwa. Spośród oficerów byłem chyba najmniej obciążony pracą, toteż zajmowałem się różnymi zagadnieniami społecznymi; zorganizowałem między innymi klub bokserski w Trembowli, ale przede wszystkim przychodnię przeciwgruźliczą dla miasta, na którą wykorzystaliśmy fundusze PCK.

Ściśle współpracowałem z lekarzem powiatowym, dr. Witoldem Stellą, który miał złote serce i najlepsze chęci. Do jego obowiązków należało robienie sekcji zwłok, a doktor miał w stosunku do tej czynności opory natury psychicznej, może moralnej. Jego woźny wśród narzędzi sekcyjnych nosił dwie gromnice, przed sekcją doktor odprawiał modły. Później ja wykonywałem sekcje za doktora, skracając skutecznie część rytualną. Ostatecznie zdobyłem mały aparat rentgenowski z korzyścią dla żywych. Tak weszliśmy w rok 1939. Miejscowy fotograf Sznelicht pokazywał mi zdjęcia ukraińskich kompanii „siczowych” szkolonych po wsiach. Starosta Ludwik Schreiber mówił, że Niemcy płacą pieniądze „siczowcom” i przysyłają wyszkolonych dywersantów z Niemiec jako instruktorów. Ale zarządzenia dla administracji wyraźnie nakazywały: nie drażnić mniejszości narodowych, obserwować… W kasynie w dalszym ciągu nie poruszano tematu wojny, mimo że atmosfera stawała się naprężona. Wstrzymano urlopy. W marcu po jechałem do Krakowa odwiedzić moją żonę w szpitalu i natychmiast zostałem odwołany. Nie miałem nawet czasu nacieszyć się córką.

IV

Wiosną 1939 r. rząd niemiecki zrzuca maskę. 15 marca wojska niemieckie zajmują Pragę i Czechy, 22 marca- Kłajpedę, litewski port na Bałtyku. W ten sposób Polska zostaje okrążona z trzech stron. Ministrowie spraw zagranicznych zaczynają gwałtownie składać sobie wizyty, odżywają zatargi między Węgrami a Rumunią. Wioski szef rządu, Mussolini, twórca faszyzmu, nie chce być gorszy od swojego ucznia, Hitlera. Włoska armia w czasie od 7 do 10 kwietnia zajmuje Albanię, a zaraz potem zaczyna zagrażać Jugosławii. W kraju rośnie napięcie. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, który dotąd próbował układać się z Niemcami, 5 maja w mowie sejmowej odrzuca monieckie roszczenia w sprawie Gdańska i tzw. korytarza. W jakiejś mierze brytyjskie gwarancje z 31 marca 19391, miały wpływ na to posunięcie polskie. Równocześnie wielkie mocarstwa: Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i Japonia obserwują uważnie rozgrywki w Europie. Zaczyna się rysować granica między przyszłymi wrogami. W prowincjonalnych garnizonach służba biegnie normalnym torem. Żołnierze uczą się, strzelają, pełnią służbę, oficerowie przerabiają akta mob., mieszkańcy Trembowli opalają się przed domami W lipcu 9. p. uł. wychodzi na manewry. Tym razem pułki krążą wokół garnizonów. Ppłk Rudnicki ćwiczy z pułkiem marsze taborów. Jest to swoista operacja, wymagająca cierpliwości. Kolumna wozów taborowych tarasuje drogi i hamuje ruch kawalerii. Początkowo jest bezwolną masą, po wielu ćwiczeniach upodabnia się do wojska. Tabor lekarza pułku kawalerii składa się z jednego wozu, ale i z tym wozem bywają kłopoty: jest zanadto obładowany. W tym czasie pułk miał przydzielony tzw. zestaw nr 5 i zestaw nr 8, składające się z kompletów skrzyń z materiałem lekarskim. Razem z noszami ważyło to wszystko prawie tonę, a wóz taborowy mógł udźwignąć czterysta kilogramów. 25 sierpnia 1939 r. wracamy do garnizonu; konie i ludzie muszą odpocząć. Gazety, których dotąd nie czytaliśmy, zwiastują, chociaż ostrożnie, wojnę. 27 sierpnia o godzinie 14 słyszę za oknem mieszkania

sygnał alarmu, to chor. Majewski jedzie łazikiem przez miasto i wzywa wszystkich ułanów do koszar. Żona podaje mi rzeczy, przewidziane na tę okoliczność. Nie mówimy do siebie nic, bo przecież wszystko wiemy na dziś, jutra nikt nie zna. Odprawę dla oficerów i starszych podoficerów prowadzi ppłk Rudnicki; nastawiamy zegarki na godzinę 12.00 (umowna godzina mobilizacji) i ruszamy do swoich czynności. Nadchodzą pierwsi rezerwiści, oddają karty mobilizacyjne, otrzymują przydziały. Badam ich pobieżnie i kieruję do pododdziałów, tam ubierają się w mundury i otrzymują ekwipunek bojowy. Na placu obok koszar ustawiają się ludzie z końmi i wozami, tam też działa specjalna komisja odbioru zabieranych do wojska chłopskich zaprzęgów. Szwadrony ze względu na obronę przeciwlotniczą kolejno opuszczają koszary i maszerują do pobliskich miejscowości. Akcja mobilizacji przebiegła sprawnie w ciągu trzydziestu sześciu godzin, według przewidzianego planu. 29 sierpnia Ordre de Bataille 9. p. uł. przedstawiał się następująco:

Dowódca pułku I zastępca II zastępca adiutant oficer ordynansowy dowódca szwadronu gospodarczego oficer gazowy oficer broni dowódca plutonu łączności dowódca plutonu ppanc. dowódca plutonu kolarzy lekarz medycyny lekarz weterynarii 1. szwadron dowódca dowódcy plutonów

ppłk dypl. Klemens Rudnicki mjr Stefan Tomaszewski mjr Zygmunt Elsner rtm. Stanisław Juszczak por. Kazimierz Rostworowski rtm. Bohdan Zaorski ppor. Edward Romanowski ppor. Edward Longchamps de Bèrier rtm. Michał Kowalski por. Józef Kolat por. Włodzimierz Siemiński por. Alfred Paczkowski kpt. Walery Rutkowski rtm. Edward Pałka por. Wacław Moszczyński ppor. Franciszek Wojdak ppor. Władysław Wierzbicki rtm. Antoni Bielecki por. Zygmunt Małachowski ppor. Jan Dąbrowiecki ppor. Gustaw Zaborowski rtm. Edward Ksyk por. Feliks Bolesta-Koziebrodzki ppor. Bogdan Neumann por. Stanisław Zeitleben rtm. Jerzy Poborowski ppor. Włodzimierz Ścibor-Rylski ppor. Stefan Nycz por. Leon Hochnowski

2. szwadron dowódca dowódcy plutonów

3. szwadron dowódca dowódcy plutonów

4. szwadron dowódca dowódcy plutonów

Szwadron cekaemów dowódca dowódcy plutonów

rtm. Bronisław Ciepiela por. Kazimierz Klaczyński ppor. Franciszek Żelewski ppor. Lew Jerzy Sapieha

W dniach 29 i 30 sierpnia 1939 r. ładujemy się do pociągów, które przez Lwów i Kraków powiozą nas w nieznane. Na stacji żegnają nas rodziny. Kobiety mają suche oczy, płakać będą później. Po drodze widzimy zburzony dworzec w Tarnowie, dzieło dywersantów niemieckich. 1 września z rana mijamy stację Września, w miasteczku trwają pożary po nalocie. Dojeżdżamy do stacji Nekla, miejsca koncentracji Podolskiej Brygady Kawalerii. W czasie wyładunku lata nad nami niemiecki samolot obserwacyjny. Pierwszy raz widzę tak blisko czarne krzyże. Kilka serii z karabinu maszynowego odpędza natręta. Pułk maszeruje w rejon Gniezna (Wagowo - Czachurki) i czeka na rozkazy. Tu rozlokowała się Podolska Brygada Kawalerii w składzie: Dowódca Brygady - płk dypl. Leon Strzelecki, 6. p. uł. dowódca - płk Stefan Liszko, 9. p. uł. dowódca - ppłk dypl. Klemens Rudnicki, 14. p. uł. dowódca - płk Edward Godlewski, 7. dak dowódca - ppłk Stanisław Pochopień. Nasz dowódca pułku jedzie na odprawę do dowódcy Armii i przywozi wiadomości. Nareszcie. Zostaliśmy przydzieleni do Armii „Poznań”, którą dowodzi gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba. Armia zajmuje tereny Wielkopolski, odpowiadające mniej więcej województwu poznańskiemu. W skład Armii wchodzą: 14. Dywizja Piechoty, dowódca gen. bryg. Franciszek Wład, 26. Dywizja Piechoty, dowódca płk Adam Brzechwa-Ajdukiewicz, 25. Dywizja Piechoty, dowódca gen. bryg. Franciszek Alter, 17. Dywizja Piechoty, dowódca płk dypl. MieczysławMozdyniewicz, Wielkopolska Brygada Kawalerii, dowódca gen. bryg. dr Roman Abraham, Podolska Brygada Kawalerii, która przybyła na teren operacyjny Armii 1 września 1939 r. Na północ od nas znajdowała się Armia „Pomorze” pod dowództwem gen. dyw. Władysława Bortnowskiego, na południe mieliśmy Armię „Łódź”, której dowódcą był gen. dyw. Juliusz Rómmel. Wojna rozpoczęła się 1 września 1939 r. o świcie. Niemcy przerwali granicę w kilku miejscach, ominęli jednak rejon Wielkopolski. Naszym pierwszym zadaniem było obsadzenie granicy w rejonie Wysogotowa, gdzie pułk rozesłał patrole zwiadowcze i okopał się. Zaraz potem nadszedł rozkaz wycofania się z powrotem w rejon Gniezna. Przedtem byłem jeszcze świadkiem wysadzenia mostu w Poznaniu, na Śródce. Widziałem naloty niemieckie na miasta, nocami palące się stogi. Pojechałem do Gniezna zaopatrzyć się w papierosy. Znalazłem tam wojskowe magazyny pełne słoniny, skór i siodeł. Posterunki wojskowe były już ewakuowane, gorzej, bo z miasta wyjechała policja i straż ogniowa. Ludność więc opróżniała magazyny, pożarów nie gasił nikt. Nie zaliczyłbym tego do budujących widoków.

Od 5 września zaczyna się morderczy marsz naszej Brygady. Mój pułk idzie w straży tylnej i w rejonie Strzebna po raz pierwszy dostaje się pod bomby lotnicze. Jest to nasz chrzest bojowy, na szczęście bez strat. Ale od tego czasu naloty będą nam towarzyszyć stale. Tymczasem sąsiadujące z nami Armie toczyły ciężkie boje. Armia „Łódź” przegrała bitwę, Armia „Pomorze” również cofała się, ponosząc ogromne straty. 9 września Podolska Brygada maszeruje na Uniejów, 9. p. uł. obsadza Dąbie nad Nerem, gdzie dochodzi do pierwszej walki z Niemcami; ginie czterech ułanów, kilku jest rannych, wśród nich ppor. Siemiński, dowódca plutonu kolarzy. W czasie gdy dwa szwadrony odpędzały Niemców od mostu, opatrzyłem rannych i odesłałem do szpitala Brygady. 10 września 6. p. uł. zdobywa Uniejów po morderczej bitwie, prowadzonej na bagnety w ciemnościach. Pobojowisko wygląda straszliwie, setki zabitych i rannych. Przechwytujemy trzystu jeńców. Nasz pułk ma dalszych siedemnastu zabitych i trzydziestu rannych. Wszyscy lekarze Brygady ustawiają swoje punkty opatrunkowe na miejscu walki. Ale za chwilę pułki Brygady idą do dalszej akcji. Rozgrzani zwycięstwem żołnierze szarpią Niemców. Nasze kuchnie gotują tylko zdobyczną żywność. 12 września pułk naciera i zdobywa Wartkowice, znowu pełno trupów i rannych. Kilkunastu rannych Niemców przekazuję miejscowemu felczerowi, który się nimi zajmuje. W Wartkowicach spotykam gen. bryg. Stanisława Grzmota-Skotnickiego, dowódcę Pomorskiej Brygady Kawalerii, do której teraz czasowo należymy. Armia „Pomorze” zmieszała się z Armią „Poznań” i wspólne dowodzenie przejął gen. Kutrzeba. Pułk pozostaje w ciągłej walce. Przeciwko nam działa 30. Dywizja Piechoty niemieckiej. Podolska Brygada w całości i resztki Brygady Pomorskiej spychają Niemców w dwudniowym, ciężkim boju. Dostajemy rozkaz marszu na Kutno, tam rozgrywa się bój, w którym bierze udział ponad sto tysięcy żołnierzy. Walki trwają pod Sochaczewem, Łowiczem i w rejonie Płocka. Drogę do Warszawy zajmują Niemcy, a właśnie przychodzi rozkaz marszu do stolicy (15 września 1939). Tego dnia następuje połączenie naszej Brygady z Brygadą Wielkopolską i razem dochodzimy do Bzury, którą forsujemy 16 września.

V

W nocy z 17 na 18 września kończyła się bitwa nad Bzurą, największa operacja kampanii wrześniowej. Kiedy uganialiśmy pod Uniejowem, Łęczycą i Kutnem, nie zdawałem sobie absolutnie z tego sprawy, wtedy najbardziej absorbowały mnie długie nasze marsze. Teraz stałem piekielnie zmęczony nad ciemną rzeką, w której widać było masę zatopionych samochodów. Brygady Wielkopolska i Podolska zostały połączone pod wspólnym dowództwem gen. Abrahama i miały iść w straży przedniej, aby przebić się do Warszawy. Moje zmartwienia były stosunkowo małe: po pierwsze musiałem ratować swój skromny zapas opatrunków i lekarstw, ponieważ wiedziałem, że znikąd nie dostanę zaopatrzenia, po drugie musiałem pilnować pułku, który wpław forsował Bzurę. Na lewym brzegu rzeki zostawali tylko żołnierze Batalionów Obrony Narodowej, uzbrojeni wyłącznie w karabiny. Tworzyli straż tylną Armii

„Poznań”. Dowodził nimi gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski, któremu zadanie to powierzył gen. Kutrzeba. Ruszyłem w ostatnim rzucie za pułkiem. Wychodziliśmy na brzeg w Brochowie. Pilnowałem, żeby nie stracić z oczu kpr. Sieńki ze szwadronu karabinów maszynowych. Jechał na białym koniu i służył mi jako latarnia morska. Niedługo jednak. W pewnym momencie zorientowałem się, że drzemię, siedząc na „Adwokacie”, koło mnie reszta służby zdrowia również śpiąca. Na usprawiedliwienie nasze muszę powiedzieć, że chociaż wszyscy byliśmy zmęczeni i niewyspani od drugiego dnia wojny, to jednak żołnierze trochę drzemali na postojach, sanitariusze zaś z lekarzem mieli pracę również, a nawet przede wszystkim w czasie postojów. Poza tym zostawałem z rannymi i musiałem wielokrotnie doganiać pułk. Tylko dzięki instynktowi znajduję swoich. Senność przechodzi mi zupełnie. Przybywam na czas. 9. p. uł. już walczy, mamy przed sobą czołgi, za chwilę również z tyłu za pułkiem pokazują się plutony nieprzyjacielskich wozów pancernych. Są to niezdarne, brzęczące żelastwem pudła typu Pz. Kw. IV (Panzerkraftwagen), chluba armii niemieckiej. Usiłują nas rozjechać, widzę je po raz pierwszy w życiu zupełnie blisko, strzelają do nas, nasi ułanie podpalają niektóre z nich Mamy rannych. Pułk zdobywa wieś Grabinę. Nasze jedyne pozostałe działko przeciwpancerne rozbija czołg w momencie, kiedy ten szarżuje na mój wóz z rannymi. Wciągamy rannych w krzaki i dostajemy się pod ogień drugiego czołgu. Znowu słyszę huk działka, leci dym. Trzeci czołg rozbija naszą armatkę przeciwpancerną i zabija obsługę, po czym ucieka. Nastaje wieczór, zostajemy sami na polu bitwy, Puszcza Kampinoska jest rozgrzana. Ułani wolni od służby zasypiają kamiennym snem, konie również. 2. szwadron rozpoznaje pieszo, czekamy na niego. Tymczasem słuchamy radia. Nasze wojskowe radiostacje znajdują się w wehikule konnym podobnym do staromodnego powozu, ale mają duży zasięg. Słychać fokstroty z Paryża i Niemiec. O ile rozumiem, Anglicy gniewają się na Hitlera, jest to pocieszające. Potem słuchamy wiadomości o wejściu armii radzieckiej na tereny wschodnich województw. Rtm. Kowalski natychmiast melduje o tym dowódcy pułku. Po chwili zapada decyzja: „Nie rozszerzać tej informacji”. Za chwilę pójdziemy w bój. Następny rozkaz rzuca nas w kierunku Palmir. Maszerujemy w ogniu artylerii, poza tym dokucza upał. Moje trzy wozy jadą ze mną. Wzbogaciłem się. Jest 18 września, późny wieczór, razem z całą Brygadą maszerujemy na Sieraków. Widzę palące się domy, miejscami płonie podszycie lasu. Wpada na nas kilkaset oszalałych z przerażenia koni. Mimo ciemności czołgi zaatakowały koniowodów 14. p. uł. Ale oto Sieraków. Dowódca pułku prowadzi natarcie pieszo, idzie na przedzie, za nim rozwinięty sztandar, walka trwa o każdy dom Rozwidnia się, atakują nas czołgi z różnych kierunków. Wchodzimy na teren, gdzie toczy się bitwa już od dwóch dni. Nasza artyleria strzela ogniem bezpośrednim do czołgów. Widzę spalonych na węgiel niemieckich czołgistów, są dziwnie mali. Pułk zdobywa Sieraków i walczy o Laski (zakład dla ociemniałych), gdzie Niemcy zorganizowali punkt oporu. Jest już południe 19 września. Sieraków pełen trupów i rannych. Znajduję por. Rostworowskiego i ppor. Longchampsa, rannych w czasie jednego ze szturmów, poznaję rtm. Poborowskiego i por. Rylskiego zabitych w czasie natarcia, wkoło nich stosy poległych. W mojej dyspozycji są: wachm. Feliks Szydłowski, st. uł. Karol Niedilenko i uł. Markus Wejdman z 9. p. uł., prócz nich ułan z 6. p. uł. Jakubczak. Mobilizujemy wozy. Nadchodzi gen. Abraham z mjr. dypl.

Tadeuszem Grzeżułką, melduję się u generała. Generał przydziela mi kilkunastu żołnierzy i dziesięciu jeńców. Znosimy rannych. Dołącza jeden z moich wozów z materiałem opatrunkowym. Nie znany mi dowódca kolumny amunicyjnej (już pustej) zgadza się zabrać część rannych do Warszawy. Wierzę, że ich dowiezie. Pokazuję oficerowi drogę do Młocin i daję mu swoją mapę. Proszę o odwiezienie ich do szpitala Św. Ducha na Elektoralną. Kilkadziesiąt wozów rusza ze swoim tragicznym ciężarem. Jest wieczór. Odesłaliśmy kilka improwizowanych kolumn, gdy przychodzi goniec od dowódcy pułku z rozkazem: „Dążyć do Warszawy”. O północy ruszają koniowodzi pod dowództwem ppor. Romanowskiego, kierunek Młociny. Ruszam i ja ze swoimi, ze mną jedzie kpt. Rutkowski (lekarz weterynarii), który pod wieczór dołączył do mnie i dzielnie mi pomagał. Dostajemy się pod zaporowy ogień artyleryjski. Masa koni mimo ciemności cwałuje do Młocin. Jedziemy z tyłu kolumny i decydujemy się przeczekać nawałę. Rutkowski i ja schodzimy z koni. Potem zapada cisza, ruszamy, prowadząc konie. Po drodze dostajemy ogień z niemieckiej wsi Wólka Węglowa, gdzie siedzą dywersanci. Po północy wychodzimy na szosę modlińską, po której maszeruję artyleria do Warszawy. Mimo że Warszawa jest blisko, decydujemy się przespać kilka godzin, choćby do świtu. W Młocinach bez pytania wchodzimy do jakiejś stodoły, rozpinamy koniom popręgi i zapadamy w sen. O świcie budzi mnie Rutkowski: „Na podwórzu są Niemcy”. „A to ci heca” - odpowiadam. Przygotowaliśmy konie, obejrzeliśmy przez szpary w deskach podwórze, na którym stało kilku żołnierzy niemieckich z menażkami, otworzyliśmy drzwi i, jak dobry obyczaj nakazuje, zaszarżowaliśmy. Musieliśmy zrobić dodatnie wrażenie, ponieważ nieprzyjaciel bez strat własnych błyskawicznie zniknął. Pocwałowaliśmy w stronę Wisły, gdzie o tej porze roku można ukryć się za wałem rzecznym. I rzeczywiście. Niemców tu nie spotkaliśmy i było spokojnie. Na drugiej stronie rzeki stał przycumowany parowiec, który wyglądał jak stara poczciwa „Bajka”, znana dobrze warszawiakom. Kiedy tak zastanawialiśmy się: „Bajka” to, czy nie „Bajka”, ze statku otwarto do nas ogień. Wobec tego odłożyliśmy dyskusję do Młocin, gdzie natknęliśmy się na naszą żandarmerię i pola minowe. Pierwszy raz wtedy ucieszyłem się widząc naszych poczciwych „kanarków”, żandarmów, zwanych tak z racji kanarkowego koloru otoków na czapkach garnizonowych.

VI

Nocą z 19 na 20 września 1939 r. Podolska i Wielkopolska Brygada Kawalerii przebiły się do Warszawy. Z boju pod Sierakowem i Laskami 9 p. uł. po walce na bagnety wyszedł ze stratami, ale otworzył przejście z Puszczy Kampinoskiej dla Armii Poznań” i „Pomorze”. Walczący na lewo od nas 14. p. uł. pod dowództwem płk. Godlewskiego miał więcej szczęścia, gdyż szarżował konno i odniósł również sukces. Rano nieludzko zmęczeni ułani zasnęli w salach CIWF na Bielanach Mimo nawały artyleryjskiej i nieprzyjacielskiego lotnictwa żołnierze po raz pierwszy od początku wojny poczuli się bezpiecznie jak w domu. Jestem po mieczu warszawiakiem, w stolicy mieszkało wielu moich krewnych, siostry i brat ojca. Po zameldowaniu się w dowództwie poszedłem odwiedzić bliskich. Nastrój w Warszawie panował podniosły, wprawdzie wszyscy byli oburzeni na ucieczkę rządu, ale wierzono w potęgę naszych

sojuszników, którzy tylko marzą, żeby nam pomóc... Przy okazji usłyszałem o bombardowaniu Berlina i inne „budujące” plotki, napiłem się też dobrej herbaty. Nasze pułki z Podolskiej Brygady mimo strat w ludziach (około 15 proc.) przybyły zwarte, zahartowane w boju, z dowódcami i sztandarami. Po niewielkim odpoczynku odzyskały gotowość do walki. I to było dla mnie najważniejsze. Życie w Warszawie wydawało się względnie unormowane, widziało się moc mundurów, a tu i ówdzie ruiny, ale sklepy byty otwarte i nawet kupiłem na Nowym Świecie w firmie Ignaczak nową bieliznę po normalnej cenie. Mój skromny ekwipunek zaginął ostatecznie pod Sierakowem. Skierowano nas na Dolny Mokotów. Pułk został zakwaterowany przy ulicy Podchorążych Konie pasły się w Łazienkach, a ułani rozlokowali się w opustoszałych mieszkaniach. Mieliśmy zastąpić zmęczone oddziały piechoty, które od kilku dni walczyły z Niemcami nacierającymi od Wilanowa. Na odcinku między ulicami Czerniakowską i Belwederską bronił ulicy Sieleckiej mjr piechoty Józef Rosiek z batalionu manewrowego w Rembertowie. Był to doświadczony oficer. Zorganizował szereg punktów oporu i barykad. Jedną z takich barykad, naprzeciwko klasztoru, przydzielono do obrony 9. pułkowi. Pierwszy zajął pozycję 2. szwadron. Przebywałem tu najczęściej. Spadły na mnie nowe obowiązki. Okazało się, że w tej dzielnicy w wyniku ognia artyleryjskiego jest wielka ilość rannych cywilnych dorosłych i dzieci. Tak się złożyło, że w najbliższym rejonie me było cywilnego lekarza. Mjr Rosiek dowodził oddziałem złożonym z różnych plutonów i również nie miał lekarza. W tych okolicznościach stykałem się z Rośkiem po kilka razy dziennie i zaprzyjaźniłem się z nim bardzo szybko. Musiałem zorganizować punkt sanitarny i drużynę oraz zdobyć duże ilości wody, trudno wtedy osiągalnej. Mój mały zespół miał dość pracy w pułku. Zabrałem więc ze sobą jedynie ułana Niedilenkę, który okazał się nie tylko wzorowym żołnierzem, ale i dobrym, uczuciowym człowiekiem. W tym czasie nasze dowództwo rozważało, co robić dalej, czy mamy iść na prawy brzeg Wisły, czy robić wypady, a mjr Rosiek w dzień i w nocy odgryzał się atakującym nas Niemcom. Urządziłem swój punkt w domu naprzeciw kościoła, aby zabezpieczyć się przed pociskami. Przez cały dzień szyłem rany, amputowałem zgangrenowane kończyny i robiłem wszystko, żeby odciążyć przeładowane szpitale, nie dysponujące skrawkiem miejsca. Nasi ranni, którzy szczęśliwie przybyli z Sierakowa na ulicę Elektoralną, o mało nie zginęli w płomieniach. (Niemieccy lotnicy chętnie rzucali bomby na oznaczone czerwonym krzyżem budynki szpitalne.) Tylko ofiarność i poświęcenie pracowników kliniki uratowały ponad sześciuset rannych, których wyniesiono z palących się sal. Opowiadał mi o tym por. Rostworowski, z którym kontaktowałem się w czasie wojny. Sytuacja w Warszawie pogarszała się, zaczynało brakować żywności i wody, lekarstwa wyczerpywały się. Nie bez wpływu było przybycie do miasta Armii „Poznań” i „Pomorze”. Kończyła się amunicja, zwłaszcza przeciwlotnicza. Zdobyłem rower i od czasu do czasu jeździłem do miasta, żeby uzyskać zaopatrzenie dla swego punktu. Miałem swoje sposoby zdobywania materiałów opatrunkowych, coraz trudniej osiągalnych

A tymczasem okazało się, że po kapitulacji Niemcy przejęli bogato zaopatrzoną składnicę sanitarną na Powązkach, do której nawet Szpital Ujazdowski nie miał dostępu. Ale o tym dowiedziałem się później. Byłem przekonany, jak zresztą wszyscy „dziewiątacy”, że lada moment znajdziemy się znowu w siodle... Czasem do barykad przy ulicy Sieleckiej zbliżali się Niemcy, zajęli już Sadybę i Dworzec Południowy, mogliśmy ich widzieć. Ułani przerywali wtedy grę w oko i krótkimi seriami rozbijali natarcia. Niemcy cofali się, ułani powracali do gry. 25 września, południe, pogodny, ciepły dzień. Stoimy z mjr. Rośkiem po drugiej stronie ulicy i obserwujemy grających. Są to prawdziwi żołnierze. Major pyta, co zrobię w razie kapitulacji. - Kapitulacji? - oburzam się. - Sytuacja jest poważna - mówi major. - Brakuje amunicji, są duże straty wśród ludności cywilnej. Nie myślałem jeszcze o tym. Codziennie zabierał głos w radio prezydent miasta Stefan Starzyński i wzywał ludność do przetrwania. Chociaż wprowadzano coraz większe ograniczenia żywnościowe, nie słyszało się narzekań, nikt nie myślał o kapitulacji, wierzono w pomoc... - A więc niewola? - pyta major. - Nie chcę iść do niewoli. W nocy z 25 na 26 września znaleźliśmy się pod silnym ogniem artyleryjskim. W momencie gdy rozmawiam z telefonistą na podwórzu jakiegoś domu, dostaję mocny cios w głowę i przewracam się. To tylko kawał muru odłupany wybuchem pocisku. Podnoszę się i usiłuję strzepnąć z siebie pył, mam zalepione oczy i pełne usta kurzu. Biegnę wzdłuż chodnika, gdyż ktoś wzywa pomocy. Jakiś żołnierz siedzi na jezdni i cicho jęczy. Został ranny w nogę i nie może iść, chwytamy go pod pachy i wciągamy na podwórze. Żołnierzowi, który pomagał mi w tej czynności, polecam ściągnąć rannemu but ze skaleczonej nogi, Czuję, że coś się dzieje niedobrego z moimi rękami, obie dłonie są zdrętwiałe, widocznie od uderzenia... Żołnierz mocuje się z butem rannego, ja wycieram chustką oczy, w których wciąż jest pełno ku­rzu. W końcu but zdjęto. W kości piętowej tkwi kawał stali, który przeszkadzał w zdjęciu buta. Żelastwo dałem na pamiątkę rannemu. Mój „ambulans” jest rozbity i nie mam kropli wody. Napływają ranni. Decydujemy się na mały wypad. Po drugiej stronie ulicy pali się dom ze sklepem kolonialnym na parterze, a więc muszą tam być płyny. Mimo nocy widać wszystko jak na dłoni. Do sklepu wbiega Niedilenko, a za nim jako ubezpieczenie Jakubczak. Niedilenko ma przynieść wódkę albo wino, szybko i dużo, bo ogień już się szerzy w sklepie. Po chwili wraca i niesie z triumfem kilka butelek octu winnego... Jest niepocieszony z powodu pomyłki, ale trudno, nie wolno więcej ryzykować. Ściągam rękawiczki, które stale wtedy nosiłem, i usiłuję umyć ręce w occie, czuję straszny ból w obu rękach, jestem więc ranny. Ruszam palcami - są sprawne. Zabieram się do opatrunków. 26 września dowódca pułku dekoruje mnie Krzyżem Walecznych, równocześnie składając wniosek o Virtuti Militari. Nie spodziewałem się tego zaszczytu. Kilku kawalerów Virtuti i my, odznaczeni Krzyżami Walecznych, przyjmujemy wyróżnienie „ku chwale Ojczyzny”.

Nikt nie okazuje radości. Plotka o kapitulacji nabiera siły. W ogóle napływa dużo złych wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że poległ gen. Grzmot-Skotnicki, który miał osłaniać Armię gen. Kutrzeby na prawym skrzydle straży tylnej; poległ również już w pobliżu Bielan gen. Wład. W Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii zginął ppłk Tadeusz Mikke, dowódca 15. p. uł. Zmarł ciężko ranny płk Stanisław Królicki, dowódca 7. psk. Prócz tego sam dowódca Brygady, gen. Abraham, i większość oficerów tej Brygady odnieśli rany. Pojawiają się ludzie ubrani w wojskowe płaszcze, ale bez broni i opowiadają, że zostali opuszczeni przez dowódców albo że wszyscy w pułku zginęli... Stara to śpiewka dezerterów. Z naszego pułku zaginął w Puszczy Kampinoskiej por. Małachowski, dowódca plutonu, który został przy taborach. 26 wieczorem zginął ppor. Wojdak, gdy prowadził patrol zwiadowczy w kierunku fortu Czerniakowskiego. Pocisk artyleryjski zmasakrował go zupełnie, ułani przynieśli strzęp człowieka oblepionego gliną. 27 września na naszym odcinku jest dość spokojnie, głównie dokucza nam artyleria, dużo rannych wśród ludności cywilnej. Umawia­my się z Rośkiem, że w razie kapitulacji nie idziemy do niewoli, wymieniamy adresy i hasła. Nie mówię o tym nikomu. W nocy pułk odchodzi do koszar 1. pułku szwoleżerów; nad ranem korzystam z ciszy, wchodzę do rozbitego mieszkania jednego z oficerów tego pułku i po raz pierwszy kładę się do wytwornego łóżka. W południe 28 września ppłk Rudnicki zarządza zbiórkę pułku i czyta rozkaz kapitulacji. „Wojna nie jest skończona” - mówi dowódca. Dramatyczna chwila. W ścisłym oficerskim gronie niektórzy oficerowie (Ksyk i Bielecki) protestują przeciw kapitulacji, chcą wyjść ze swoimi szwadronami z Warszawy.

VII

Warszawa kapituluje 28 września 1939 r. Są tacy, którzy oskarżają Piłsudskiego, że to wina jego polityki, inni dowodzą, że gdyby Marszałek żył, byłoby inaczej. Jedni mówią, iż gen. Rómmel został przekupiony przez Niemców, drudzy twierdzą, że walczył za długo... Jedno widać jasno: nie byliśmy przygotowani do wojny ani tym bardziej do kapitulacji. Szara brać żołnierska jest zdezorientowana. Rozkazy wyraźnie polecają: wykonać akt kapitulacji, potem obrońcy Warszawy pójdą do domów. Ale mjr Rosiek mówi inaczej: trzeba się ukryć, stworzyć organizację wojskową. Tymczasem obowiązuje mnie rozkaz pułkowy, a więc sporządzamy wykazy zabitych i rannych. Brakuje nam stu ludzi. Kilku rezerwistów, w tym mój luzak, zdezerterowało, nic dziwnego, byli Niemcami. Robimy szybko szkic szlaku bojowego 9. p. uł., nanosimy nań miejsca naszych przygodnych cmentarzy żołnierskich. To jedna sprawa, a druga moja osobista. Jadę na ulicę Nowogrodzką do Władysława Krawczyka, który miał tam swoją pracownię krawiecką. Pan Krawczyk w ciągu dwu godzin przebiera mnie w cywila, zdobywam również brązowy skórzany płaszcz cywilny, nawet buty cywilne. Na ulicy Konopnickiej w starostwie Warszawa-Śródmieście znajomy urzędnik wystawia mi pierwszy w życiu fałszywy dowód osobisty, może ich zresztą wydać więcej... Składam o tym meldunek w pułku, ale już zapadła inna decyzja: mam iść z pułkiem. Tego samego zdania jest mój dawny

dowódca ze Szkoły Podchorążych Sanitarnych, przypomina mi o honorze żołnierskim. Chowam cywilne ubranie u znajomych. Rosiek, który dostał ode mnie dowód na nazwisko Stocki, żegna mnie słowami: „A szkoda...” Dowódca pułku poleca ukryć sztandar pułkowy. Gdy składamy broń, jest to sterta zniszczonego żelaza; każdy żołnierz bez rozkazu demontuje swój karabin. Krótka broń znika w sposób zagadkowy. Część broni zatapiają żołnierze w jeziorku Łazienkowskim. Zostajemy rozdzieleni według miejsca zamieszkania, ja mam meldunek warszawski, więc idę z pułkiem na zachód. Ruszamy 2 października przez Pruszków do Błonia. Po drodze udało mi się oddalić od pułku, dojechałem do cegielni pod Pruszkowem, gdzie oddałem „Adwokata” na przechowanie na parę dni jakiemuś gospodarzowi, po czym wróciłem do kolumny; koni wolnych mieliśmy dużo. Rankiem 3 października dojechaliśmy do fabryki zapałek w Błoniu. Tu zeszliśmy z koni i pułkami wchodziliśmy do obozu przejściowego, który mieścił się w składach desek W ten sposób znalazłem się w „honorowej” niewoli, która dla większości trwała prawie sześć lat. Zostaliśmy rozdzieleni według stopni. Poszedłem natychmiast do dowódcy pułku, który już teraz nie miał żadnych wątpliwości i zezwolił mi na ucieczkę. Nawet więcej, polecił mi zaraz nawiązać ze sobą kontakt. Dopiero wieczorem, korzystając z bałaganu, opuściłem fabrykę zapałek i przez pole pomaszerowałem do Błonia. Nigdy przedtem nie byłem w Błoniu i do tego miałem na głowie kawaleryjski hełm (typ francuski). O zmierzchu zaryzykowałem wejście do domu na peryferiach miasta. Dowiedziałem się, że w mieście przebywa dużo Niemców, ale też, że mieści się tu duży polski, wojskowy szpital Zajmuje on kilka budynków, z tych najokazalszym jest bóżnica i do tego budynku najłatwiej trafić. Chociaż byłem ranny w obie ręce i nosiłem bandaże, pomyślałem, że jednak najlepiej iść do bóżnicy, a tam się zobaczy... Po północy ruszyłem w nieznane i bez trudu rozpoznałem charakterystyczny kształt budynku. Jeszcze jeden skok przez ulicę i wszedłem przez tylne wejście w ciemność. Zaraz też nastąpiłem na czyjąś rękę, co spowodowało, że usłyszałem polską wiązaną mowę. Byłem wśród swoich. Kapral nadterminowy, z którym nawiązałem pierwszy kontakt, okazał się miłym człowiekiem, a kiedy dałem mu papierosa Mewę, zadziwił mnie swą przyjazną postawą. Od niego dowiedziałem się, gdzie można znaleźć wolne miejsce do spania, a poza tym, w jaki sposób przejść przez dziesiątki ludzi leżących pokotem na podłogach, a byli to wszystko ranni lub ciężko chorzy. Wolne miejsce znalazło się na jakiejś galerii, gdzie być może śpiewali kantorzy, a przejście... cóż, musiałem rozdawać papierosy. W końcu ułożyłem się koło podchorążego, którego podziwiałem kilkakrotnie jako utalentowanego jeźdźca, był nim Brabec. Cały ten „szpital” okazał się oczywiście niemiecką mistyfikacją. Zwieziono do Błonia siedmiuset rannych i chorych do różnych budynków i rzucono na podłogę. Jedzenie przynoszą cywilni ludzie. Rano będzie polski lekarz. Zakaźnie chorzy leżą z rannymi, tyle dowiedziałem się na pewno. Czekałem na przyjście polskiego lekarza. Z rana zjawił się w mundurze majora, wysoki, chudy, pięćdziesięcioletni mężczyzna z ogromnymi brwiami i haczykowatym nosem. Był komendantem szpitala, a więc oficjalnie człowiekiem odpowiedzialnym za stan rzeczy. Przedstawiłem się. - Paczkowski-powtórzył nazwisko -a czy ma pan krewnego kapitana w Wilnie? - Nie mam.

- A profesora w Poznaniu? - Nie mam. - A w Toruniu? Dotąd myślałem, że nasza rodzina jest unikalna, ale major miał w głowie jakąś książkę o Paczkowskich. Nikogo z nich nie znałem. - Pan jest oficerem zawodowym? - zapytał. Potwierdziłem. Powiedział, że chce, abym został jego zastępcą, widocznie dlatego, że nie znałem tamtych Paczkowskich. Kto wie? W ten sposób dostałem się na właściwe miejsce, gdzie mogłem wiele zrobić, zwłaszcza z tak genialnym człowiekiem, jakim okazał się mój nowy szef. Nazywał się Wojciech Jedlina-Jacobson i był absolwentem wydziału lekarskiego uniwersytetu w Heidelbergu. Jego prapradziad był felczerem w armii Fryderyka Wielkiego i otrzymał od Fryca szlachectwo, sam major służył jako lekarz w armii niemieckiej w czasie I wojny światowej. Później brał udział w wyzwalaniu Poznania i należał do Związku Powstańców Wielkopolskich. Napisał książkę Z armią von Klucka na Paryż, w której wykpił niemiecką soldateskę. Po I wojnie jako cywilny lekarz osiadł w Gnieźnie, założył rodzinę i pracował. Miał obszerne znajomości wśród wojskowych i polityków. W chwili wybuchu wojny zgłosił się do gen. Tokarzewskiego, który był wtedy dowódcą Okręgu Korpusu w Toruniu. Wkrótce sam Tokarzewski dostał od gen. Kutrzeby rozkaz dowodzenia Batalionami Obrony Narodowej. Mjr Jacobson został dowódcą jednego z tych batalionów. Spotkaliśmy się nad Bzurą. Kiedy bataliony Obrony Narodowej zostały rozbite przez Niemców, Jacobson poszedł pertraktować, jego niemczyzna zrobiła wtedy wrażenie. Został przysłany do Błonia wraz z kilkoma lekarzami na stanowisko komendanta szpitala jenieckiego. Samego szpitala pilnowano niedbale, co było zasługą Jacobsona. Potrafił on dokonać wielu dziwnych rzeczy. Przedstawiłem mu niektóre moje zamiary i uzyskałem zapewnienie wszelkiej pomocy. 5 października poszedłem z majorem do niemieckiej komendy miasta, gdzie rządził jakiś asteniczny podporucznik z nienaturalnie długimi palcami. Jacobson przedstawił mnie jako kandydata na lekarza obozu przejściowego w fabryce zapałek. Za parę minut sierżant w kancelarii pisał dla mnie dokument, z którego wynikało, że por. Paczkowski ma prawo w mundurze z odznaczeniami chodzić po mieście w dzień i w nocy w sprawach służbowych, a wszystkie władze cywilne i wojskowe obowiązane są mu pomóc. Od tego zaszczytu mogłem dostać zawrotu głowy. Niestety, zawroty głowy już miałem, ponieważ na obu rękach pojawiły się ropnie. Jacobson zoperował mi ręce, oczywiście bez znieczulenia. Znalazło się tam trochę odłamków. Jako lekarz chirurg niewiele teraz mogłem zdziałać, ale inne pola do popisu stały dla mnie otworem. Jacobson był człowiekiem rzeczowym, ale nie pozbawionym romantyzmu. Wierzył w klęskę Niemców, a teraz kpił z nich w żywe oczy. Zorganizował w dość krótkim czasie pomoc dla rannych, apelując o nią do ludności Błonia i okolic. Ludność, nastrojona patriotycznie, jęła masowo znosić zapasy żywności, bieliznę i pościel. Ze wsi zaczęły nadchodzić furmanki z kartoflami, a nierzadko z mięsem. Doktor stworzył ekipy kucharzy i sanitariuszy, słowem obsługi szpitalnej. Chorzy dostawali słomę, potem sienniki, potem łóżka i pościel. Zdrowsi zostali zatrudnieni do obsługi. Najgorzej było z lekami.

Do mnie należało wyciągnięcie z obozu kilkudziesięciu oficerów według spisu, który otrzymałem od Jacobsona. Byli to przeważnie oficerowie z II oddziału ukryci w obozie. Spis ten dostarczyła, jak się później dowiedziałem, p. Arciszewska, nowa prezeska PCK, ponieważ przedwojenny zarząd PCK opuścił Warszawę już 7 września. Z komendy miasta poszliśmy we dwójkę do obozu jeńców. Major miał zaświadczenie jeszcze lepsze, był „szefem sanitarnym okręgu”. W obozie przejściowym niemiecką komendę sprawował kpt. Weber, łysy jegomość, który I wojnę przemieszkał w obozie jeńców w Rosji. Zatem miał być podobno wyrozumiały. W baraku przy bramie mieściło się biuro, gdzie obok kapitana łasiła się czarująca blondynka, tłumaczka. Major przedstawił mnie jako biegłego w chorobach zakaźnych, a że w obozie „panuje czerwonka”, ja mam ją zlikwidować. Kapitan, który nie słyszał zapewne o czerwonce w swoim obozie, potakiwał bez przekonania. Na zakończenie rozmowy mjr Jacobson zapewnił komendanta obozu, że nie dopuści do zawleczenia czerwonki do III Rzeszy i w tym celu ma już zorganizowany oddział zakaźny w Błoniu na sto łóżek. Środki transportu przydzieliła niezawodna komenda miasta. Kapitan okazał żywe zainteresowanie i polecił mi natychmiast zlikwidować dyzenterię. Moje zajęcie polegało na tym, aby dyskretnie wyszukiwać wskazanych mi oficerów i przekonać ich, że mają czerwonkę. Jeśli wziąć pod uwagę, iż w grę wchodzili oficerowie, których obowiązkiem była nieufność, zadanie nie zawsze okazywało się łatwe. Oczywiście zameldowałem się u dowódcy pułku i odwiedziłem grupę jeńców 9. p. uł., która teraz liczyła dziesięciu oficerów. Ppłk Rudnicki miał wszystkie objawy chorobowe potrzebne do wyjazdu, gorzej było z innymi, których ogarnęła chandra. W każdym razie ciężarówka zaczęła kursować między obozem i naszym szpitalem, który coraz bardziej zasługiwał na tę nazwę. „Chorych” przewożono do budynku straży pożarnej, gdzie na strychu został wydzielony kąt dla szczególnie „zakaźnych”. Wieczorem po przebraniu w cywilne ubrania odzyskiwali zdrowie i byli przeprowadzani do mojego mieszkania, położonego w sąsiednim domu. Zamieszkiwałem u p. Rzepeckiej, nauczycielki, która cały swój dobytek - rozpadającą się starą sofę ofiarowała rannym żołnierzom. Na moich drzwiach również wisiała kartka z niemieckim napisem „choroba zakaźna”. Dalszymi losami moich gości interesował się PCK, mogłem się najwyżej czegoś domyślać. Odwiedził mnie mjr Rosiek, którego już przedtem powiadomiłem o swoim miejscu pobytu. Obecnie pan „Stocki” wyglądał jak potulny emeryt i zdaje mi się, że miał odpowiednie zaświadczenie, jakie przysługują rencistom. Mjr Rosiek powiedział mi, że jestem w jego grupie przewidziany do wydziału organizacyjnego; organizacja wojskowa, do której należymy, dowodzona przez gen. Tokarzewskiego nazywa się Służba Zwycięstwu Polski (w skrócie SZP) i jest kontynuacją armii polskiej. Major również dał mi kilka nazwisk oficerów, których miałem znaleźć w obozie. Wkrótce przez mieszkanie p. Rzepeckiej przeszedł ppłk Rudnicki, kpt. Rutkowski i ppor. Romanowski z naszego pułku. Prócz tego kilkudziesięciu oficerów, z których nie pamiętam ani jednego, ponieważ nazwiska pisałem na kartkach i po wykonaniu polecenia kartki niszczyłem. Tymczasem Jacobson działał na szerokich wodach, zawsze czynny i niestrudzony. Kiedyś szedłem z nim drogą z obozu do miasta, gdy zauważyliśmy na jezdni leżącą kratownicę wyjętą ze studzienki

odpływowej. Stanęliśmy koło niej. W naszym kierunku szedł młody gefreiter z torbą pocztową. Kiedy zbliżył się, Jacobson go zatrzymał. - Przepraszam pana, panie gefreiter, czy widzi pan tę kratę? Żołnierz odpowiedział: - Widzę. - Proszę pana, ja jestem starym człowiekiem, a mój kolega lekarz jest ranny w obie ręce i nie możemy tej kraty położyć na swoim miejscu. Czy pan nie mógłby nam pomóc? - Ale po co? - zdziwił się żołnierz. Major tylko czekał na to pytanie. - Wojskowy samochód może wjechać na studzienkę i zostanie uszkodzony, a wtedy esesmani mogą przyjechać i zabić tę kobietę z dzieckiem. Rzeczywiście po drugiej stronie ulicy stała jakaś kobieta z dzieckiem na ręku. Niemiec wzruszył ramionami, oddał mi swoją torbę i przeniósł ciężką kratę na miejsce. Teraz Jacobson zaproponował żołnierzowi umycie rąk. Poszli obaj do domu naprzeciwko i długo ich nie było, wrócili jako przyjaciele. Jacobson przypomniał, że zna rodzinę tego Niemca, z kolei okazało się, że gefreiter chce studiować medycynę, ale ma obiektywne trudności. Od tego czasu żołnierz przychodził wieczorami do Jacobsona z pudełkami cygar i papierosów, oczywiście kradzionych w kasynie. Przychodzili także inni Niemcy na pogwarki, a od każdego z nich Jacobson czerpał jakąś korzyść, oczywiście nie osobistą. Papierosy na przykład w tym okresie były trudno osiągalne dla polskiej ludności cywilnej i służyły czasem majorowi jako środek płatniczy. Przychodzili również tacy, którzy powtarzali wiadomości radiowe, wtedy niesłychanie przez wszystkich pożądane. Kiedyś poszedłem z majorem do kwatermistrzostwa dywizji niemieckiej, stacjonującej wtedy w Błoniu (nie pamiętam numeracji, dywizje kilkakrotnie zmieniały się). Biura mieściły się w prywatnej willi. Przy bramie czuwał wartownik. W holu stało kilka worków; suszonych śliwek z napisem: „Produce of Poland”. Jacobson zwrócił się do mnie: „Bierz pan worek na plecy i wychodzimy”. Nie zgodziłem się. Major zmarszczył się i powiedział: „A ja tak bardzo lubię zupę ze śliwek” - i naładował kieszenie swojego płaszcza śliwkami. Weszliśmy do kancelarii, gdzie siedziało dwu starszych zupaków, Jacobson zagadał ich na śmierć. Potem mój szef wyciągnął z kieszeni płaszcza jakieś papiery i śliwki padały deszczem na ziemię. Oszołomieni sierżanci oddali nam dobrowolnie dwa worki śliwek i wieprza, oczywiście zrabowanego Polakom. To tylko drobne epizody, ilustrujące postawy majora. Nie było dnia, żebym go nie podziwiał. W tym miejscu nie można pominąć por. Wedekinda, lekarza armii niemieckiej. Sprawował on nadzór nad nami. Interesowały go amputacje, w tym celu wybierał naszych żołnierzy i przeznaczał do zabiegów. Osobiście nie miałem w tym czasie kontaktu z Wedekindem ani z jego przestępczą działalnością, ale wiem, że Jacobson prowadził twardą walkę z tym brutalem. Wiem, że major korzystając ze swoich koneksji mocno nadszarpnął opinię Wedekinda.

Kiedy zabrano go od nas, przyjechał na wizytację jakiś pułkownik niemiecki. Jego zainteresowania dotyczyły ubikacji i śmietników. Nie wchodził do sal, gdzie leżeli ranni. O ile dziś władze miejskie Błonia na pewno spraw higieny miejskiej nie pozostawiają odłogiem, o tyle wtedy rzecz się miała zupełnie inaczej. Nasz inspektor oświadczył, że każe rozstrzelać co dziesiątego lekarza. O ile wiem, ze mną razem lekarzy było pięciu. Nie mieliśmy możliwości uporządkowania własnymi siłami podwórza, na którym poza wszystkim leżały sterty zniszczonej broni, oczekującej na wywóz do huty. Kiedyś zjawił się u nas płk dr Teofil Kucharski, lekarz z Poznania, który przedstawił się jako inspektor szpitali jenieckich okręgu warszawskiego. Ten znowu spisywał nasze potrzeby przez sześć godzin i wyjechał bezpowrotnie... W czasie tego spotkania Jacobson pokłócił się z dr. Kucharskim o kompetencje i brak opieki. Sam Jacobson z kolei przeprowadzał inspekcję obozu przejściowego. Była to mądra gra, której początkowo nie rozumiałem. Pewnego dnia weszliśmy do baraku, gdzie znajdowali się jeńcy w stopniu kapitanów, wielu z nich odznaczonych Tylko niektórzy znali Jacobsona, mnie też nie znał prawie nikt. Major łatwo nawiązywał rozmowy, objawiając skłonności do demagogicznych wystąpień. Ze strachem zauważyłem, że zaczął kłótnię z kilkoma oficerami na raz, podniósł głos i usłyszałem słowa: „Hitler was teraz nauczy kochać Polskę”. Kilkunastu ludzi otoczyło Jacobsona; gdyby nie interwencja moja i kilku jego przyjaciół, skończyłoby się tragicznie Wyprowadziłem majora siłą z baraku, nie kryjąc oburzenia na niego. Tymczasem major zaczął się serdecznie śmiać i powiedział: „Dziś kpt. Weber będzie o tym wiedział, i o to właśnie chodzi”. Nie wiem, czy Weber o tym się dowiedział, ale w dwa dni później wezwał mnie do siebie i krótko polecił: „Koniec z dyzenterią”. Ponieważ lista „naszych cennych chorych” była prawie wyczerpana, oświadczyłem, że epidemia została zażegnana, co miałem z rozkazu mjr. Jacobsona zameldować. Szpital nasz zaczął gwałtownie maleć. Przede wszystkim sami chorzy rozpływali się, stosując własne metody, po drugie Jacobson wszystkich podleczonych wysyłał w świat, aby nie dostali się do obozu jenieckiego. W tym celu major wystawiał zaświadczenia mówiące, że „sanitariusz” taki a taki jest inwalidą i wraca do domu. Było to jakieś zabezpieczenie, zwłaszcza że ważność zaświadczeń wzmacniały pieczęcie komendy miasta. Kilku dostało świadectwa, że są lekarzami. i w ten sposób nasza medycyna, nie wątpię, odniosła jakieś korzyści. W październiku odwiedziłem kilka razy Warszawę z polecenia mjr. Jacobsona. Udało mi się zdobyć trochę narzędzi chirurgicznych i narkotyków. Największe trudności mieliśmy z dostaniem surowicy przeciwtężcowej, a kiedy wreszcie przywiozłem ją z Warszawy, było już za późno-kilku naszych żołnierzy zmarło. O zdobyciu lekarstw legalną drogą nie mogliśmy marzyć, uzyskiwaliśmy je zatem różnymi sposobami, nie wyłączając kradzieży u Niemców. W początkach października wojskowy patrol niemiecki zaprowadził mnie na stację w Błoniu, gdzie stał pociąg załadowany jeńcami z naszego obozu. Wepchnęli mnie do wagonu osobowego, z którego natychmiast wyszedłem na drugą stronę i skierowałem się do wartownika. Za mną wyskoczył nie znany mi porucznik piechoty i maszerował trzymając krok. Wartownikowi powiedziałem, że jestem oberarzt. Mój cień maszerował za mną, co robiło może wrażenie na patrolu. Doszedłem do obozu, minąłem go obchodząc od strony zabudowań. Weszliśmy na wiejską drogę. W końcu dotarliśmy z oficerem na podwórze jakiegoś gospodarstwa, gdzie zatrzymałem się. Bez słów patrzyliśmy jeden na drugiego, ale nie przedstawiliśmy się sobie. Powiedziałem porucznikowi, żeby się przebrał gdzieś

w cywilne ubranie, a ja pójdę dalej sam. Miałem jeszcze ważną przepustkę i musiałem wracać jak najszybciej do szpitala. Oficera tego spotkałem później w oddziale Kedywu. Powiedział mi, że natchnąłem go do ucieczki. Mjr Jacobson zmartwił się moim meldunkiem o przechwyceniu mnie przez patrol wojskowy, klął, że nie był poprzednio o tym powiadomiony przez swoich informatorów. Hauptmann Weber opuścił obóz i dla nas nadchodził czas. W początkach listopada, któregoś wieczora, odwiedził Jacobsona stary feldfebel i udzielił ważnej informacji. W Błoniu urzęduje gestapo, które dopytuje się o Jacobsona, informacja pochodzi od Feldgendarmerie... Po wyjściu feldfebla major wezwał mnie na rozmowę: do mnie należy likwidacja szpitala, mam uratować, ilu się da, ludzi przed wywiezieniem. Sam Jacobson wychodzi natychmiast z Błonia i będzie kierował się do Francji do gen. Sikorskiego. Prosił mnie o pomoc. Nie znając dobrze okolicy dowiedziałem się natychmiast, jak iść do Milanówka, skąd już chodziła kolejka do Warszawy. O 10 wieczór ruszyliśmy w drogę i szczęśliwie doszliśmy do EKD. Pożegnaliśmy się: „Do spotkania w Paryżu”, bo i ja miałem zamiar dostać się do Francji. O świcie byłem znowu w Błoniu. Nasz szpital zmalał do dwu obiektów. Chorzy chirurgiczni leżeli w budynku straży pożarnej, inni, a w tym zakaźni, w tzw. domku starościńskim. Całość z personelem liczyła stu pięćdziesięciu ludzi. Chirurgią zajmował się por. dr Brzozowski, z którym dotąd miałem niewiele kontaktów. Ułożyliśmy wspólne zasady dalsze) współpracy. Gestapo przybyło w południe, chciało rozmówić się z komendantem szpitala. Oświadczyłem, że major jest we wsi Leszno, gdzie przyjmuje poród. Pracownicy cichej instytucji zachowywali się bardzo głośno i ostatecznie polecili, aby Jacobson „sofort” po powrocie przyszedł do nich. Stary wyga jeszcze raz ich oszukał. Tego dnia opuściło szpital czterdziestu kilku ludzi. Zostawiliśmy tylko ciężko chorych i minimum obsługi. W komendzie miasta złożyłem raport, że mjr Jacobson zaginął… Dowiedziałem się, że Niemcy chcą nas przewieźć do szpitala w Tworkach. 11 listopada miałem w Warszawie spotkanie z ppłk. Rudnickim. Jego zamiarem była dalsza walka z Niemcami: albo w konspiracji krajowej, albo w armii gen. Sikorskiego. Obecnie pułkownik jechał do Krakowa na spotkanie ze starszymi oficerami. Ten krakowski zjazd, jak się okazało, miał duży wpływ na naszą sprawę. Pożegnaliśmy się również: „Do spotkania w Paryżu”, ponieważ byliśmy przekonani, że tam odtworzy się Polska Armia i 9. p. uł. Ostatnią rozmowę tego dnia przeprowadziłem z mjr. Rośkiem, któremu oznajmiłem chęć przedostania się do Francji. Miało to nastąpić po załatwieniu moich spraw prywatnych i likwidacji szpitala, bo przecież byłem zobowiązany zlikwidować dzieło Jacobsona. Kiedy przyszedł rozkaz przeniesienia nas do Tworek, przyjechała do mnie żona ze swoją matką. Obie dzielne kobiety odbyły trwającą kilka dni podróż z Rabki do Błonia. To, co widziały po drodze, potwierdzało proroctwa Jacobsona. Niemcy od samego początku ujawnili się jako grabieżcy i bandyci.

VIII

A więc w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach jest około trzydziestu ciężko chorych i kilkunastu ludzi obsługi, którzy zostali, aby przewieźć wozami resztę szpitala. Doc. Łuniewski umieszcza naszych chorych w oddziałach szpitalnych. Moja żona włącza się do akcji i przyrządza diety dla kilku potrzebujących tego pacjentów. Szpital ma kłopoty z żywieniem i personelem. Jestem z żoną zaprószony do p. Marszałka, pracownika szpitala, na kwaterę. Moje ostatnie zadanie to zwolnienie naszego personelu. Jestem już cywilem, ale konieczne są dokumenty dla piętnastu sanitariuszy. Niemiecka komenda miasta mieściła się w Pruszkowie, w fabryce ołówków (dawna firma J. Majewski), i tam też poszedłem z wykazem ludzi, którym potrzebne były zaświadczenia. Teraz jako pojętny uczeń Jacobsona zastosowałem jeden z jego trików; gruby feldfebel wypisał piętnaście zaświadczeń dla cywilnych pracowników służby zdrowia, w tym również i dla mnie. Zaraz też pojechałem z żoną do Rabki, gdzie miałem pozostać dwa-trzy miesiące w oczekiwaniu na dyspozycję z Warszawy. Niestety, w Rabce obowiązywały zaostrzone przepisy (pas graniczny). Zostałem ujawniony jako oficer zawodowy i musiałem co tydzień meldować się w komendzie miasta. Za poradą p. Ewy Dąbskiej, tłumaczki w komendzie miasta, objąłem posadę lekarza Kasy Chorych w tamtym rejonie. Pani Dąbska, wdowa po oficerze 3. p. uł., chociaż z pochodzenia Niemka, odmówiła przyjęcia „zaszczytnego” obywatelstwa niemieckiego i do końca wojny pozostała wierna narodowi polskiemu. W Rabce nie wygasły nastroje patriotyczne i tylko szumowiny współpracowały z Niemcami. Pomału zaczynała się nagonka na Żydów, początkowo ograniczono im prawo poruszania się, następnie rozpoczęto rabunek Takie były metody i cele wojenne III Rzeszy. W pierwszych tygodniach mojej pracy zostałem wezwany do Nowego Targu, do nowego lekarza powiatowego. Przyjął mnie w pokoju udekorowanym flagami ze swastyką. Ten były wychowanek uniwersytetu we Lwowie zapomniał języka polskiego natychmiast po objęciu dochodowej posady i próbował ze mną rozmawiać po niemiecku, z kolei ja zapomniałem tego języka i nie doszliśmy do porozumienia. W każdym razie wiedziałem, że kanalia kiedyś może zrobić mi krzywdę. I oto przyszła niespodziewanie pomoc. Przyjechał niemiecki inspektor Kasy Chorych, hitlerowiec z Bawarii, Peter Schmidle. Typ oficera kawalerii. Orientował się, że jestem zawodowym oficerem. W czasie kontroli stwierdził, iż udzielam pomocy Żydom, i stanowczo mi tego zabronił. Wynikła między nami dyskusja, podczas której oświadczyłem, że jednak będę nadal leczył Żydów. Wtedy Niemiec zastanowił się i rzekł: „To jest pańska sprawa, ale nie może pan udzielać Żydom świadczeń w rodzaju podawania leków i udzielania zwolnień lekarskich”. W dalszej rozmowie powiedziałem, co myślę o Stefanie Bryku, powiatowym lekarzu z Nowego Targu. Bryk usiłował mi utrudniać życie. Wtedy Schmidle uśmiechnął się i machnął lekceważąco ręką: „Ukraińska świnia”. Od tego czasu miałem spokój w powiecie. Dom mojej teściowej, duży i gościnny, niepostrzeżenie przemieniał się w melinę przerzutową. Zaczęli się zjawiać na noclegi oficerowie jadący do Francji. Przeważnie nie posiadali dokumentów i pieniędzy

(te braki uzupełniało się na miejscu), natomiast wszyscy mieli napisane na twarzach, że nic ich nie przestraszy. Zarówno moja teściowa, Henryka Łaska, dawna bojówkarka PPS, jak i moja żona, zaczęły uprawiać wobec mnie konspirację. Z ukrytego na strychu radioaparatu prowadziliśmy w nocy nasłuch Z radiowych informacji wynikało, że Francuzi i Anglicy w dalszym ciągu „gniewają się” na zgraję hitlerowską. W ciągu tych kilku miesięcy w Polsce zaczęło się organizować na dobre podziemie. Działo się tak z kilku powodów. Przede wszystkim naród ostatecznie otrząsnął się z nastrojów zwątpienia po przegranej wojnie. Po drugie, Niemcy szybko przedstawili się we właściwym świetle-jako banda opryszków. Po trzecie, i to chyba najważniejsze, w narodzie polskim nie słabła ani na chwilę chęć walki. Nadal chętnie wierzono w aliantów. Ja sam wierzyłem. Nie wykluczało to jednak osobistego, czynnego zaangażowania się w pracę organizacji zbrojnej. W grudniu 1939 r. odbył się w Krakowie zjazd, w którym brali udział: płk Tadeusz Komorowski, płk Edward Godlewski, ppłk Klemens Rudnicki, ppłk Zygmunt Miłkowski oraz Dowódca Główny SZP gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. Na rozkaz gen. Władysława Sikorskiego, ówczesnego szefa rządu i Naczelnego Wodza, konspiracyjna organizacja wojskowa w Kraju przyjęła od 13 listopada 1939, ale faktycznie od stycznia 1940 r. nazwę Związku Walki Zbrojnej, a jej dotychczasowy Dowódca gen. Tokarzewski został mianowany komendantem Obszaru Lwów, jego szefem sztabu był ppłk Rudnicki. Komendantem Obszaru Warszawa, nadrzędnego w stosunku do innych Obszarów pod okupacją niemiecką, został płk Stefan Rowecki.1 Od tego czasu zaczyna się właściwy rozwój wojskowego podziemia w Polsce. W tym też czasie ma swe początki skoordynowany ruch kurierów między gen. Sikorskim a płk. Roweckim. 15 stycznia 1940 r. odwiedził mnie „pacjent” z rozkazem od mjr. Rośka. Miałem wystąpić w roli listonosza, to znaczy zawieźć kilka kawałków papieru, zapisanego liczbami do Budapesztu. Stamtąd mogłem jechać do Francji. Łącznik przywiózł mi błogosławieństwo na drogę, ale nie dostarczył pieniędzy. Pod słowem błogosławieństwo rozumiem wskazanie: „Korzystaj z legalnej drogi albo rób, jak uważasz”. Kilkoma drogami ciągnęli Polacy na Węgry. Jedna, „legalna”, prowadziła przez Rabkę, Szczawnicę lub Zakopane do Słowacji. Znana dzisiaj jest na przykład góralska rodzina Salamonów, której członkowie przeprowadzali przez góry dziesiątki kurierów. Wszystkie drogi oczywiście prowadziły przez góry, wszędzie kryło się jakieś ryzyko. Zdecydowałem się dotrzeć na Węgry mało znaną trasą przez Rymanów. Termometry wskazywały - 23 stopnie i to była moja szansa: niemiecki bożek wojny w zimie stawał się senny. Nawet wyborowe jednostki, dywizje SS, miały przezwisko „Sommersoldaten”, czyli letni żołnierze. Przed wyjazdem musiałem załatwić kilka formalności. Znalazłem zastępcę lekarza, który objął posadę na czas mojej nieobecności. Przekazałem mu dokumentację, napisałem uprzejme zawiadomienie do moich władz w Zakopanem (Zarząd Kasy Chorych), że wyjeżdżam czasowo celem
1

W praktyce gen. Tokarzewski objął niebawem funkcję Komendanta ZWZ całej tzw. okupacji sowieckiej (wg ówczesnej terminologii), a płk Rowecki – Komendanta ZWZ całej okupacji niemieckiej (W marcu 1940 r. potwierdzono to formalnie).

przywiezienia swego dyplomu i że zastępstwo jest zapewnione. W niezawodnej komendzie miasta otrzymałem przepustkę, upoważniającą mnie do szukania mojej matki w pasie granicznym. Nie miałem dotąd doświadczeń przemytniczych, liczyłem głównie na swoją kondycję fizyczną, którą odzyskałem całkowicie. Postanowiłem nie zabierać walizek, kufrów ani nawet plecaka. Kieszenie w garniturze od pana Krawczyka były dość pojemne... Oprócz listu, który, jak się później dowiedziałem, zawierał informacje wywiadowcze, miałem jeszcze wykaz obozów jenieckich, o co prosiłem w swoim czasie mjr. Rośka. Dla pokrzepienia zaś ciała zabrałem małą manierkę spirytusu, pudełko sardynek, rewolwer bębenkowiec na sześć osób i przybory do golenia. W taki sposób wszedłem w wielką przygodę. Moje panie absolutnie popierały wyjazd, ale pod warunkiem, że do granicy odwiezie mnie teściowa, pani Henryka Łaska. Martwiłem się o nią ze względu na trudności komunikacyjne, ale wyraziłem zgodę, bo zapewniała większe bezpieczeństwo. Samotny, młody mężczyzna mógł się wydać podejrzany. 17 stycznia wieczorem zajęliśmy miejsca w pociągu jadącym w kierunku Nowego Sącza. O 2 w nocy wysiedliśmy na stacji Rymanów. Stacja była zimna i ciemna, zapełniona gwarem ludzi mówiących po ukraińsku i żydowsku. Rozglądałem się, z kim mogę nawiązać kontakt. Znalazłem. Na uboczu stał starszy mężczyzna, jak ja w skórzanym płaszczu, wyglądał na Polaka. Dlaczego? Nie wiem. Podszedłem do niego z pytaniem: - Gdzie tu można się przespać? - Pan jest oficerem? - zapytał. - Tak. - Jedzie pan za granicę? - Tak. - No to proszę za mną, zaraz coś wymyślę. Niebawem mężczyzna sprowadził sanie i pojechaliśmy do niego do domu. Nazywał się Lorentz i był właścicielem rozlewni piwa w Rymanowie. W jego domu zostaliśmy serdecznie przyjęci, okazało się, że córka pana Lorentza była w swoim czasie moją pacjentką, a syn, również wojskowy, za kilka dni miał iść do Francji. Umówiłem się, że matka mojej żony zostanie w domu pana Lorentza tak długo, aż ja dam ze Słowacji znak w postaci połowy kartki papieru, którą zabrałem ze sobą, a której druga połowa została w Rymanowie. Tego dnia pojechałam do wsi Jaśliska, gdzie mieścił się nasz punkt przerzutowy, również zorganizowany „legalnie”. Wieczorem 18 stycznia oddałem drugą połowę kartki panu Lorentzowi z prośbą, aby następnego dnia przekazał mojej teściowej, będzie mogła spokojnie wrócić do domu. To niewinne kłamstwo miało na celu uspokojenie rodziny. Teraz moi najbliżsi nie mogli mi nic pomóc.

Dołączyłem do grupy, do której należeli kpt. pilot Zaremba z Poznania, oficer kawalerii (nazwiska wtedy nie znałem2), ksiądz z Pińska i por. Bielec z 38. pp oraz dwu elewów z orkiestry wojskowej z Przemyśla. Prowadziło nas dwu miejscowych chłopów, przemytników. Ruszyliśmy w czarną noc. Śnieg sięgał powyżej kolan i wydawało się, że stale idziemy pod górę. Pomimo mrozu poczułem, że się mocno pocę i że spacer nie będzie łatwy. Minęliśmy w ostrym tempie granicę, psy spały i nikt nam nie przeszkodził. Dął nam tylko prosto w oczy straszny, mroźny wiatr. Pilot i kawalerzysta byli rekonwalescentami ze Szpitala Ujazdowskiego i pierwsi zaczęli odstawać. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Zabraliśmy ich ogromne plecaki, które zawierały chyba kamienie, tak były ciężkie. Potem obydwu musieliśmy prowadzić pod rękę. Przemytnicy nie godzili się na odpoczynek ze względu na możliwość spotkania słowackiej straży granicznej, współpracującej z Niemcami. Ale nasi dwaj towarzysze nie byli w stanie iść. Ostatecznie więc siedliśmy na zwalonych drzewach. Kiedy oparłem się ręką o zaśnieżoną kłodę, okazało się, że pod śniegiem leży zamarznięty człowiek. Przemytnicy powiedzieli, żebym się nie przejmował, bo „dużo ich tu leży”. Ruszyliśmy dalej, ale po kilku kilometrach pilot stracił przytomność, a kawalerzysta błagał, żeby go pozostawić. Po krótkiej naradzie rzuciliśmy ich plecaki i wzięliśmy obydwu na ręce. Tempo zmalało zupełnie, zrobiło się niewesoło. Miałem pewne podejrzenie w stosunku do naszych przewodników i wypytałem ich dokładnie o dalszą drogę. Jeszcze trzy góreczki w tamtą stronę i będzie miejscowość Medzilaborce, tam będzie stacja kolejowa. Kierunek - południe. W pewnym momencie przewodnicy rozpłynęli się i ta poprzednio udzielona przez nich wskazówka miała prowadzić nas dalej. Pod trzecią góreczką byliśmy wszyscy wyczerpani. Nawet we czterech nie mogliśmy unieść jednego chorego, a przecież mieliśmy dwóch chorych. Postanowiliśmy pójść we dwójkę z księdzem i sprowadzić pomoc. Na trzeciej górze stanęliśmy o 5 rano. Stamtąd, patrząc w dół, zobaczyliśmy zbawcze światełka; Pociągnęliśmy z księdzem po parę łyków spirytusu i wszystko wydało nam się proste. Umówiliśmy się, że zostanę na górze. Ksiądz zejdzie na dół i wezwie ludzi, potem dojdą do mnie i razem wrócimy po resztę grupy; chodziło o to, aby nie błądzić. Tak też się stało. Mieliśmy szczęście. Ksiądz wszedł do pierwszego z brzegu domu, gdzie mieszkali Polacy. Zrobił odpowiednie wrażenie. Za godzinę przyszli dwaj mężczyźni z sankami, na które załadowaliśmy kolegów. Ułan po łyku spirytusu nabrał werwy, z lotnikiem natomiast było zupełnie źle. W domu naszych opiekunów zabraliśmy się do ratowania chorych, obaj ulegli dużym odmrożeniom, ich buty i skarpety tworzyły ze stopami bryłę lodu. Zacne kobiety okładały zsiniałe nogi... kiszoną kapustą. Żaden z nas nie był w stanie iść dalej, tym bardziej że rozwidniło się i nie mogliśmy pokazać się na ulicy. Pod wieczór wypuściliśmy chłopców z orkiestry. Mieli wsiąść do pociągu i dojechać do stacji Preszów, skąd należało dojść do granicy węgierskiej.. Ksiądz, por. Bielec i ja ruszyliśmy za nimi. Chorzy mieli zostać tak długo, aż przyjdzie pomoc z Użhorodu (Ungváru), w którym znajdował się jeszcze nasz konsul. Graniczna stacja Medzilaborce mieściła się w niewielkim budynku. W poczekalni znajdowało się nas trzech, stojących oddzielnie, kiedy podszedł do Bielca dorożkarz i zapytał po polsku, czy jest Polakiem.
2

Jak dalej autor wyjaśnia, oficerem kawalerii był por. Jan Kazimierz Kochański, późniejszy cichociemny.

Po krótkiej rozmowie dorożkarz wyszedł i sprowadził żandarma. Ten już się o nic nie pytał, zabrał Bielca i mnie i kazał nam iść ze sobą. Szliśmy pustymi ulicami, gdzie hulał mroźny wiatr. Nic łatwiejszego jak oswobodzić się od eskorty, lecz Bielec stanowczo sprzeciwił się. Miałem poważny kłopot, co robić, ale na wszelki wypadek zacząłem udawać pijanego. Zataczałem się. Kiedy weszliśmy na posterunek, buchnął na nas zapach kwaszonej kapusty i wódki; nabrałem otuchy. Zdjąłem swój skórzany płaszcz z zaszytą w nim pocztą i kawałkiem żelaza w kieszeni, powiesiłem na wieszaku między płaszczami żandarmów, którzy siedzieli w tak zwanej kancelarii. Właśnie jedli kolację. Żandarm, który nas przyprowadził (nazywał się Keiser), zameldował, że jesteśmy polskimi oficerami i idziemy na Węgry. Sprawa jasna. Kłamanie nie na wiele by się przydało. Rozpoczęła się dyskusja na temat, jacy Polacy są głupi, zamiast trzymać z Hitlerem, łażą po nocach... My ze swej strony tłumaczyliśmy, że Słowacy powinni nam pomagać, bo Hitler zniszczy wszystkich Słowian razem. Wyciągnąłem polski banknot, który miał jeszcze na Słowacji wartość, i komendant posterunku posłał Keisera po wódkę i kiełbasę. Po dobrej kolacji zrobiono nam dokładnie rewizję, na szczęście nie zaglądając do mojego płaszcza. Najwięcej miałem kłopotu z zaświadczeniem z komendy miasta z Rabki. Żandarmi stali się podejrzliwi, zastanawiali się, czy ja nie jestem szpiegiem niemieckim. Wypiliśmy następnych kilka wódek, po czym żandarm zamknął nas w areszcie, mieszczącym się w tym samym budynku. W naszej celi było wybite okno, tylko krata chroniła nas przed śniegiem. Poza tym zastaliśmy tam ogromną narę, zrobioną z brudnych desek, i duży, zimny, żelazny piec. Po godzinie byliśmy skostniali z mrozu. Paliliśmy wiórami, które wycinaliśmy z desek, i tak dożyliśmy do rana. Z rana zaprosił nas do siebie komendant, miał lekkiego kaca, a jeszcze coś tam z kolacji zostało. Po śniadaniu wszystkim nam poprawił się nastrój. Komendant kazał przyprowadzić brodatego Żyda, przemytnika, naszego sąsiada z celi. W areszcie oprócz nas spędzało wolny czas pięciu Żydów z Sanoka. Przychodzili oni z Polski jako przemytnicy, głównie po pieprz, co było podobno dochodowym interesem. Żandarmi polowali na nich i dzielili się zgodnie zyskiem po połowie. Oprócz Żyda wprowadzono jednego z dwóch chłopców, którzy wyszli przed nami. Żandarm dał chłopakowi nożyczki i kazał obciąć starcowi brodę. Chłopiec popatrzył na mnie pytająco, zaprzeczającym ruchem głowy nakazałem, żeby tego nie robił. Wtedy żandarm zaczął mi okropnie wymyślać i wyrzucił wszystkich z pokoju. Zostaliśmy we dwóch, ogarnął mnie niepokój, co się dalej stanie. W końcu żandarm wypił pół szklanki wódki, przerzucił jakieś papiery, wydobył na stół jakąś mapę i polecił, żebym siedział w kancelarii, on wróci za pół godziny. Mapa przedstawiała południową Słowację. Szybko zrobiłem odręczny rysunek i wykaz miejscowości, przez które trzeba iść, aby dostać się do Węgier najkrótszą drogą. Rzeczywiście żandarm wrócił za pół godziny i zaczął telefonować. Połączył się z granicznym punktem w Łupkowie i mówił: „Przysyłam wam czterech Polaków i pięciu Żydów, oddacie ich do gestapo”. Nie panując nad sobą, chwyciłem żandarma za rękę. „Jesteś świnia, a nie Słowak” - powiedziałem. Byłem wtedy zdolny do walnej rozprawy. Słowak uśmiechnął się i rzekł: „Dobra, dobra”, a do telefonu: „Nie przekazuj ich do gestapo, tylko Żydom daj kopniaka w tyłek, a wszystkich wyrzuć za granicę”. Za chwilę przybyli Żydzi z miasta i przynieśli dla „polskich oficerów” szczupaka w galarecie z wdzięczności za wstawiennictwo. Była to tak szybka reakcja, że jestem pewien, iż wszystko to wyreżyserował komendant posterunku. Za chwilę wypiliśmy strzemiennego pod szczupaka i jeden z żandarmów poprowadził nas w góry. Doszliśmy do toru kolejki wąskotorowej, gdzie czekał na nas

pociąg „turystyczny”, składający się z jednego wagonu. Razem z żandarmem było nas dziesięciu ludzi plus jeden narciarz, przystojny brunet. Pociąg ten kursował z Medzilaborce do przełęczy Łupkowskiej. Wdałem się od razu w rozmowę z narciarzem, który okazał się z pochodzenia Włochem, ale pracował i mieszkał na stacji Medzilaborce, był tu zawiadowcą. Ostrzegł, żebyśmy na drugi raz nie siadali w Medzilaborce, lecz na następnym przystanku, a jak będziemy mieli kłopoty, to możemy przyjść do niego do domu, bo mieszka na stacji. Powiedział też, że po przejściu granicy mamy zaczekać, aż pociąg odjedzie, i wtedy zejdziemy do schroniska, gdzie bufetowy zajmie się nami. Nasz konwojent bez zainteresowania słuchał tej rozmowy. Pogranicznik przyjął nas zgodnie z poleceniem, kopnął po kolei przemytników i kazał nam przeskoczyć rów, który tutaj symbolizował granicę. Na szczęście po stronie polskiej nie spotkaliśmy nikogo. Brodaty Żyd pobłogosławił nas na żołnierską tułaczkę. Widzieliśmy odjazd pociągu i za chwilę schodziliśmy do schroniska. Bufetowy i właściciel w jednej osobie dał nam pokój, w którym mieliśmy siedzieć do rana i spokojnie czekać na następny pociąg. W nocy do schroniska przyszli niemieccy strażnicy z granicy i rozgrzewali się piwem i nie tylko piwem. Wrzeszczeli przez całą noc. I znowu jesteśmy w Medzilaborce. Wysyłamy chłopców naprzód, a my dwaj z Bielcem ruszamy za nimi po dziesięciu minutach. Mamy dojść do najbliższej stacji, podjechać w kierunku Preszowa i stamtąd iść na Stakcin, już po węgierskiej stronie. Po drodze do naszego pociągu wsiadają żandarmi. Wyskakujemy w biegu i we dwójkę bierzemy kurs na przełaj. Droga jest ciężka, ale nie mamy bagażu, za to dużo więcej doświadczenia. W tym biednym kraju mieszkają dobrzy ludzie. Odpoczywamy u górala, który daje nam na drogę worek suszonych gruszek, Cyganka każe swojemu dziecku prowadzić nas na krótsze drogi. Wszyscy nam chętnie pomagają. Kłopoty zaczynają się dopiero w pobliżu granicy węgierskiej. Mieszkają tu Ukraińcy patrzący na nas niechętnie. Szliśmy już przeszło dobę. Podchodzimy do wsi, która z daleka wygląda, jakby tam ustawiono same budy dla psów, a to domy. Wieś Cyganów. W jednej izbie matka z czworgiem dzieci wystawia na stół garnczek z gorącym żurem, odbiera dzieciom łyżki, przeciera je spódnicą i daje nam, żebyśmy jedli. Dzieci patrzą na nas smutnymi oczami, oddajemy łyżki. Chcemy się tylko ogrzać. Cyganka o nic nie pyta. Ona ma dość własnych kłopotów. I znowu ruszamy, bo granica już blisko. W jakiejś wsi, o której wiemy, że leży przy granicy, musimy użyć drastycznych argumentów, żeby dojść do Stakcina. Chłop prowadzący nas jest nieżyczliwy i z trudem maskuje wrogość. Ale teraz nie ma żartów, zostawiliśmy dwu ludzi w Medzilaborce, nie wiemy też, czy ksiądz dotarł na Węgry. W końcu widzimy w dole lśniące szyny kolejowe. „To tam pójdziecie na lewo i dojdziecie do stacji. Przy torach jest budka słowackiej straży granicznej.” Wskazanie zgadzało się z moimi planami, żegnamy przewodnika. Idziemy torami, przechodzimy koło oświetlonej budki i widzimy przez okna śpiących przy stole strażników.

IX

Kiedy stanęliśmy na peronie i przeczytaliśmy nazwę stacji Stakcin, wydawało się nam, że jesteśmy w domu. Obaj byliśmy przekonani, iż Węgrzy tylko o tym marzą, żeby nas powitać serdecznie: „Lengyel baraton” (polscy przyjaciele). Szliśmy przecież do naszych braci. Żołnierski, niezawodny węch zaprowadził nas do domu, gdzie pieczono chleb. Była 3 w nocy, ale ludzie już kręcili się po domach. Dom, do którego weszliśmy, okazał się ukraiński, więc łatwo mogliśmy się porozumieć. Dostaliśmy gorącego mleka i siedliśmy przy stole. Gospodarze byli przyzwyczajeni do nocnych gości, którzy ciągnęli z Polski nieprzerwanym strumieniem. Kiedy dopijałem mleko, ze zdziwieniem zobaczyłem wygrzebujących się ze sterty pierzyn i poduszek dwu dzielnych żołnierzy węgierskich, każdy z nich miał po pięćdziesiąt lat. Ich obowiązkiem było pilnowanie granicy, co właśnie wykonywali. Jeden z nich zaczął nas indagować przy pomocy gospodarza, który podjął się roli tłumacza. W końcu dowiedzieliśmy się, że mamy natychmiast wynosić się, bo oni mają rozkaz niewpuszczania Polaków na Węgry. Uznałem to polecenie za słuszne i szybko wypiłem mleko. Ale mój towarzysz nie miał łatwego charakteru i kazał Węgrom przetłumaczyć, że nie znają regulaminu i że natychmiast mają wezwać swojego dowódcę, który będzie wiedział, jak należy nas traktować. Starsi panowie po krótkiej dyskusji szybko zapięli guziki, włożyli płaszcze i z bagnetem na broni zbliżyli się do nas. Oznaczało to raczej koniec dyskusji... Ubraliśmy się i konwojowani przez braci Madziarów poszliśmy wąwozem w góry, ku granicy słowackiej. Szliśmy tak z godzinę, aż zasapani Węgrzy znudzili się spacerem, strzelili w górę kilka razy, żeby zaalarmować Słowaków albo żeby nas nastraszyć, i zawrócili. Odczekaliśmy z piętnaście minut i poszliśmy za nimi. Tę lekcję zapamiętaliśmy dobrze. Szybko minęliśmy wieś. Dalej szliśmy już bez mapy, ale pamiętałem, iż trzeba iść na zachód, i tak szybko maszerowaliśmy, że do świtu oddaliliśmy się o dwadzieścia kilometrów od granicy. Spotkana po drodze Cyganka udzieliła nam cennych informacji. Najważniejsze, zalecała, unikać miejscowej ludności, która nie żywiła do nas sentymentu. A więc nasz wysiłek jeszcze się nie skończył. Znowu szliśmy cały dzień, częściowo drogami, częściowo na przełaj, aby dojść do linii kolejowej położonej w głębi Rusi Zakarpackiej. Pod wieczór rozpadał się śnieg, dochodziliśmy do jakiejś dużej wsi, gdy zobaczyłem okutanego w chusty dziada; nie widziałem zupełnie jego twarzy, rąbnąłem go ręką po plecach i powiedziałem po ukraińsku: „Dobry wieczór, didu”. Kiedy dziad rozwinął się z chusty, okazał się wąsatym żołnierzem, stojącym na warcie. Żołnierz pewno myślał, że miał zły sen, ponieważ rozpłynęliśmy się natychmiast w mroku. W końcu doszliśmy do stacji i dojechaliśmy do stolicy Rusi Zakarpackiej, Użhorodu. Było już południe, kiedy wyszliśmy na drogę wiejską, gdzie ujrzeliśmy moc koni i krów. Odbywał się tu jarmark. Szukaliśmy kogoś, kto mógłby udzielić nam informacji. Znaleźliśmy nareszcie Żyda w jarmułce, który nam się przyglądał. - Proszę pana, gdzie jest polski konsulat? Człowiek odpowiedział po polsku: - Niedaleko stąd, ale pana konsula nie ma. ...- Co to znaczy: nie ma? - Bo on pojechał z generałem na kontrolę do polskich obozów.

Zaczęliśmy gawędzić i nasz nowy znajomy zaprowadził nas pod drzwi konsulatu. - Ja dalej nie mogę iść, ale życzę dużo szczęścia. Przekroczyliśmy próg polskiej placówki. Przyjęto nas tu nieufnie i niechętnie. Pana konsula nie zastaliśmy. Rzeczywiście wyjechał na kontrolę. Ale skąd Żyd o tym wiedział i czy tylko tę tajemnicę znał? Dowiedzieliśmy się że dla nas nie ma miejsca, powinniśmy przyjść wieczorem, kiedy przyjedzie szef. Zaproponowaliśmy w zamian zupełnie co innego, i to w niezupełnie dyplomatycznej formie. Dostaliśmy więc pokój z dwoma łóżkami i bez jedzenia zasnęliśmy kamiennym snem. Wieczorem przybył pan konsul, który tłumaczył nam, że powinniśmy niezwłocznie wrócić do kraju, bo grozi nam węgierskie więzienie, a poza tym gen. Sikorski wcale nas nie potrzebuje. Wysłuchaliśmy wszystkich argumentów i ostatecznie konsul wysłał urzędnika z nami na dworzec kolejowy. Urzędnik kupił nam bilety do Budapesztu. Pociąg mieliśmy za dziesięć minut. Mimo że przekazaliśmy konsulowi wiadomość o naszych dwu chorych towarzyszach, nie byliśmy pewni, czy uzyskają oni pomoc. Nareszcie siedzieliśmy w wagonie, czekając, aż pociąg ruszy. W ostatniej chwili do wagonu wpadło kilkudziesięciu pijanych chłopców, poborowych. Wyrzucili wszystkich pasażerów, łącznie z kobietami, zostawili tylko nas dwu, widocznie uważając za swoich. Pociąg ruszył i w wagonie rozpoczęła się ogólna pijatyka, każdy poborowy miał ze sobą butelki z wódką i winem. Ponieważ wagon nie miał wewnętrznych ścian przedziałowych, widzieliśmy wszystko jak w tramwaju. Udawaliśmy, że śpimy, ale to nie pomagało. Budzili nas przemocą, wciskali butelki do ręki. Na jednej z dużych stacji kolejowych, Nyiregyháza, wszedł do naszego wagonu węgierski żandarm, przystrojony we wspaniałe pióro na głowie. Wyglądał malowniczo. Poborowi, dobrze podpici, zaczęli wyśpiewywać piosenkę o żandarmach, która nie musiała być bardzo pochlebna dla gościa, bo szybko opuścił wagon. W tym mieście znajdował się polski obóz i gdyby żandarm nas zatrzymał, moglibyśmy wylądować w obozie albo i w więzieniu. Takie obowiązywały wtedy przepisy. Z olbrzymiego dworca w Budapeszcie szybko ulotniliśmy się, zmieszani z tłumem robotników; na dworcu kręciło się pełno „kogutów”, czyli żandarmów. Umieliśmy po węgiersku tylko dwa słowa: „Vaci utca”, czyli nazwę ulicy, gdzie mieścił się polski konsulat. O numer domu, 19, nie musieliśmy się pytać. Na Vaci utca znaleźliśmy się przed dużą, szarą kamienicą, do której oprócz nas wchodzili inni Polacy, ubrani w liche brązowe garnitury. Senny policjant stał obok wejścia do konsulatu i pokazywał drogę. W poczekalni zastaliśmy co najmniej pluton interesantów. O 8 otwarto biura. Złożyłem pocztę krajową u radcy Młotka i za chwilę , już rozmawiałem z oficerem 9. p. uł., rtm. Friedbergiem, z zapasowego szwadronu naszego pułku3, mobilizującego się w Stanisławowie. Szwadron ten w liczbie około dwustu ułanów i kilkunastu oficerów w całości dotarł na Węgry.

X

3

Zapasowe szwadrony Podolskiej Brygady Kawalerii w całości przeszły granicę węgierską.

Otrzymałem zaświadczenie stwierdzające, że jestem cywilnym uchodźcą i skierowany zostałem do cywilnego obozu w letniskowej miejscowości Leanfelu nad Dunajem. Przydzielone nam domy nie były adaptowane na sezon zimowy i w nocy zamieniałem się w mrożonkę, toteż z radością po trzech dniach przeczytałem wezwanie do Budapesztu. Radca Młotek miał dla mnie propozycję. Propozycja, na którą się zgodziłem, była właściwie zadaniem. Chodziło o to, żeby wypróbować dokumenty neutralnego kraju i przejechać trasą Budapeszt-Paryż. Do tego zadania został wytypowany kpt. dypl. Stanisław Drzewiecki ze sztabu Armii „Lublin” i ja. Przypuszczam, że zadecydowała o tym nasza znajomość języków. Czekając, na dokumenty, włóczyłem się po Budapeszcie mimo mrozu i braku pieniędzy. Nawiązałem kontakt z węgierską rodziną państwa Karolostwa Magassy, krewnymi mojej żony. Prowadzili oni dom na wysokiej stopie, w którym najmniej używano języka węgierskiego ze względu na obcojęzycznych gości. Pan domu kierował dużym przedsiębiorstwem młynarskim i z tej racji utrzymywał międzynarodowe kontakty. Ludzie, którzy tam przychodzili, mieli różne poglądy na wojnę i z reguły dobre informacje. Raczej wszyscy współczuli Polsce i deklarowali wrogi stosunek do hitleryzmu. Liczono się nawet z możliwością okupacji Węgier przez Niemcy. W naszym polskim środowisku istniało, jak zwykle, wiele nurtów, z których dwa odgrywały rolę najważniejszą. Placówki dyplomatyczne i konsularne pracowały jeszcze legalnie. Ich pracownicy, dawniej zależni od rządów premiera Składkowskiego, przekształcali się pomału w przedstawicieli rządu polskiego we Francji. Nie był to łatwy proces. Tym bardziej że wśród uchodźców na Węgrzech znalazła się i grupa zwolenników marsz. Śmigłego-Rydza, internowanego w Rumunii. Ci starzy działacze sanacji torpedowali wysyłanie ludzi do Francji, uważając, że mogą stworzyć armię polską na Węgrzech i w odpowiednim momencie wrócić do kraju. Starcia między tymi grupami miały dramatyczny przebieg. Kiedyś spotkałem dr. Władysława Kraweckiego, który zajmował się opieką na trasach przerzutowych i uratował naszych dwu kolegów, leżących w Medzilaborce. Władysław zaprowadził mnie do „przedstawicielstwa Wojska Polskiego” utworzonego w Budapeszcie. Urzędował tam między innymi gen. Jan Kołłątaj-Srzednicki, były komendant Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Generał znał wszystkich wychowanków szkoły i zażądał ode mnie, abym został w Budapeszcie do jego dyspozycji. On też uważał się za przeciwnika gen. Sikorskiego. Z całym szacunkiem odmówiłem, czym zrobiłem generałowi wyraźną przykrość. Wybiegając naprzód muszę powiedzieć, że w 1944 r., kiedy Niemcy bronili Budapesztu, generał dowiedział się, iż gestapo przeprowadza rewizję w jego mieszkaniu, gdzie przechowywał spisy oficerów, należących do konspiracji. Wtedy postanowił, mimo ostrzeżeń, dostać się do zamaskowanego pokoju, w którym mieściły się skrytki. Udało mu się wejść specjalnymi drzwiami i podpalić dokumentację. W czasie tej czynności gestapo schwytało i zamordowało generała. Zadanie jednak zostało wykonane. Prości ludzie, mieszkańcy Budapesztu i okolic, z którymi nieraz rozmawiałem okazywali Polakom dużo serdeczności. Słowo „Lengyel” (Polak) otwierało serca węgierskie, a nieraz i butelki. Tymczasem rozstałem się z por. Bielcem, który później dostał się do Francji. W Anglii służył w Brygadzie

Spadochronowej. Nie znam jego dalszych losów.4 Nie spotkałem już księdza z Pińska i nie znam jego nazwiska. Dwaj chłopcy z orkiestry wojskowej dotarli szczęśliwie na Węgry, również nasi chorzy zostali przewiezieni na Węgry. O ile wiem, kpt. pil. Jerzy Zaremba zginął walcząc w Anglii.5 Znacznie gorzej działo się z internowanymi w obozach wojskowych. W niektórych panowały surowa dyscyplina i złe warunki bytowe. Nasi żołnierze cierpieli niejednokrotnie głód i zimno. Zdarzały się wypadki buntu. Gen. Stefan Dembiński, który z ramienia władz polskich dokonywał inspekcji obozów, wysłuchał wiele gorzkich słów. Po dwóch tygodniach szlifowania bruków poszedłem z kpt. Drzewieckim do konsulatu, żeby przypomnieć o naszym losie. Pan radca powiedział, że jego projekt wziął w łeb. Czesi zrobili próbę przetarcia nowej trasy i wpadli, musimy czekać na dalsze rozkazy. Ale my nie chcieliśmy czekać. Z Węgier przez Jugosławię prowadziła zorganizowana droga przerzutowa i prosiliśmy, żeby nas dołączono do takiej grupy. Wtedy kapitan został dowódcą jednej z grup, a ja jego zastępcą. 3 lutego 1940 r. wsiedliśmy do specjalnego wagonu jadącego do letniskowej miejscowości Barcs. Było nas czterdziestu. W miasteczku nad rzeką Drawą czekali na nas pracownicy bazy przerzutowej, którzy rozlokowali nas po domach. Po drugiej stronie rzeki widać było wsie jugosłowiańskie. Świeciło słońce, ale rzekę pokrywał lód. W nocy ruszyliśmy, prowadzeni przez miejscowego przemytnika. Mieliśmy rozkaz przejść przez rzekę, dojść do stacji Viroviticie i kupić bilety do stacji Zagrzeb. Otrzymaliśmy pieniądze na bilety. Kpt. Drzewiecki szedł tuż za przewodnikiem, a reszta pojedynczo za nimi. Ja zamykałem pochód. Wiosna zbliżała się gwałtownie, lód pękał z łoskotem salw artyleryjskich. Na drugim brzegu kapitan natknął się na straż graniczną, która nie chciała nas przepuścić. Żadne perswazje kapitana nie odnosiły skutku, przeciwnie, żołnierze jugosłowiańscy zachowywali się brutalnie. Zabrałem ze sobą połowę naszego wojska i wróciłem na drugi brzeg, tam zrobiłem woltę i wyszedłem o kilometr dalej znowu na stroną jugosłowiańską. Udało się. Nie spotkaliśmy nikogo. Po minięciu pierwszych domów poszliśmy, zapytać się o drogę do stacji. Wdaliśmy się w rozmowę z gospodarzem, co było bardzo nieostrożne, i wtedy nadszedł patrol zapraszając nas na posterunek we wsi Detkować. Oczywiście nie należało odmawiać. Dopiero w miejscowej strażnicy komendant wygłosił do nas mowę, z której wynikało, że jesteśmy bandyci i komuniści i że zgnijemy w więzieniu. Wprawdzie nie znam języka serbskiego, ale domyśliłem się, że areszt nas nie ominie. Kiedy komendant wszedł na chwilę do swojej kancelarii (staliśmy w dużym holu, skąd prowadziły drzwi do różnych biur), opuściłem strażnicę przez drzwi ogrodowe. Zacząłem biec przez pole, na którym pozostały uschnięte łodygi kukurydzy. Zauważyłem, że za mną biegnie jeszcze dziesięciu rodaków. Wydostali się różnymi drzwiami i oknami. Kiedy zwolniliśmy ciężko dysząc, okazało się, że nikt nas nie ściga, czyli spokojnie możemy iść do stacji. Przedtem każdemu z naszej dziesiątki kazałem powtarzać słowo „Zagreb”, które należało powiedzieć kasjerowi. Staliśmy w kolejce na przemian z miejscowymi ludźmi, gdy nagle usłyszałem, jak kasjer głośno oznajmił naszemu chłopcu: „Poljaki bez bileta”. Zabrałem od niego pieniądze
4

Kpt. dypl. Franciszek Bielec walczył pod Arnhem. Zmarł w Szkocji w latach 80- tych (informacje płk. Władysława Stasiaka). 5 Kpt. pil. Jerzy Zaremba zginął 14 VIII 1941 r. w locie bojowym nad Francją, dowodząc 306, Toruńskim Dywizjonem Myśliwskim.

i powiedziałem głośno: „Praszu dwa na Zagreb”, uważając, że jest to język serbo-chorwacki. Bilety dostałem. Oczywiście, tylko litościwy los opiekował się nami. Na drugi dzień dumnie przyprowadziłem wszystkich do polskiego konsulatu w Zagrzebiu. Tu już doznaliśmy dobrej opieki. Dołączono nas do innej grupy, która przybyła przed nami. Na stacji w Zagrzebiu jakiś kolejarz rzekł do nas: „Wy romanticky Poljaki”, co chyba należy uważać za komplement. Wylądowaliśmy w Splicie, pamiętającym czasy legionów rzymskich. Tu panowała już wiosna. Nasz opiekun przyprowadził nas do „Jadrańskiej Straży”, domu wczasowego, gdzie z radością powitałem płk. Leopolda Gebla, którego dobrze znałem z czasów pracy w szpitalu okręgowym. Pułkownik pełnił tu funkcję komendanta i podlegało mu kilka lokali kwaterunkowych. W Splicie czekali już inni żołnierze na transport do Francji. Było nas ze stu ludzi. Ewakuacja odbywała się statkami, które przypływały z Marsylii, i tam też mieliśmy wylądować. Sądzę, że kilka tysięcy Polaków odbyło tę podróż. Pułkownik urządził nam zebranie, na którym ostrzegł, żebyśmy nie włóczyli się nocami po ciemnych ulicach miasta, inwigilowanego przez Niemców; w przedstawicielstwie firmy Bayer pracuje dwustu Niemców, a w porcie stoi jacht z polską banderą, nazywa się „Jadwiga”, załogę jego stanowią marynarze niemieccy. Poza tym przestrzegał przed kąpielą, ponieważ w morzu są rekiny. Było bardzo gorąco, jak to w lutym w Splicie; chodziłem codziennie się kąpać. Rekiny widocznie pływały gdzie indziej. Po kilku dniach przybyła reszta mojej grupy z kpt. Drzewieckim, odsiedzieli kilka dni aresztu, aby prawu stało się zadość. Grunt, że dobrze się skończyło. W końcu lutego przybył dychawiczny parowiec „Patris”, na którym powiewała flaga grecka i załoga składała się z Greków. Na polecenie pułkownika podpisałem umowę z kapitanem „Patrisa” jako lekarz statku pasażerskiego. Ta ceremonia odbyła się w konsulacie brytyjskim. W każdym rejsie musiał być lekarz. A jeśli go nie było, płk Gebel wyznaczał jakiegoś oficera na to stanowisko. Komendantem polskiego wojska na statku został kpt. Drzewiecki. Zaokrętowało się nas dwustu pięćdziesięciu ludzi i biedny „Patris” ciężko dychając ruszył w podróż. Kapitan, Grek z pochodzenia, znał trochę angielski, załoga mówiła tylko po grecku. W czasie podróży stale mieli do mnie jakieś sprawy. Kończyło się na tym, że częstowali mnie pomarańczami. Nocą przepływaliśmy cieśninę między Sycylią i włoskim „butem”. Kapitan kazał wygasić światła i w ten sposób, skracając drogę; wpłynęliśmy na wody francuskie. O wschodzie słońca mijaliśmy Korsykę. Na redzie stały dwa potężne krążowniki francuskie, a na ich pokładach w szeregach Senegalczycy w błękitnych mundurach. Było to malownicze widowisko. Na jednym z tych olbrzymów widniał napis „Colbert”. Po południu przybyliśmy do Marsylii. Na pokład weszli francuscy urzędnicy portowi i jako lekarz okrętowy musiałem podpisać, że na statku „Patris” nie ma szczurów, nie ma chorych zakaźnych i że to stare pudło jest najczyściejszym statkiem na świecie. Potem Francuzi zaczęli wymyślać kapitanowi, że nie zna mowy Moliera, pływając po wodach francuskich. Kapitan, który słyszał to już wiele razy, obiecał po angielsku, że następnym razem nauczy się języka francuskiego. Rozstaliśmy się z kapitanem bardzo serdecznie, tym bardziej, że nie mówiło się o pieniądzach.

Marsylia była nowoczesnym Babilonem, rozbrzmiewały tu wszystkie języki świata prócz polskiego. Polacy przezornie zostali zamknięci w obozie w Campe de Carpiagni, gdzie sprawdzano, kto jest kto. Dla mnie otworzyły się teraz szerokie horyzonty. W każdym razie mogę chodzić po Marsylii sam; w południe jem obrzydliwą zupę z ryb, wieczorem ruskie wareniki. Konsul zafundował mi bilet do Paryża. Na stacji Tours wsiada do mego wagonu wytworny polski porucznik we francuskim mundurze. Jest to mój kolega z podchorążówki, por. dr Wacław Wołyncewicz, jak zawsze wesoły, pachnie perfumami. O ile w Marsylii rozmawiano ze mną dyplomatycznie, o tyle teraz po kilku słowach jestem zorientowany, co się dzieje we Francji. Wacek ma styl dosadny i zwięzły. W szkole miał przezwisko Himmelstoss. Opinia Wacka o Francji jest niepokojąca. 3 marca wręczam resztę poczty w Paryżu i dowiaduję się, że koperta moja zostawiona w Budapeszcie jeszcze nie nadeszła. Na dodatek naurągali mi, jakbym był coś winien... Melduję się u gen. Juliusza Kleeberga, attaché wojskowego w Paryżu, który był kiedyś dowódcą Podolskiej Brygady Kawalerii. Wręczam mu adresy naszych kolegów z Brygady w oflagach, generał zorganizuje im pomoc. Z kolei ja dostaję adresy oficerów 9. p. uł. rozsianych po Francji. W Ministerstwie Spraw Wojskowych idzie mi najlepiej, dostaję od razu przydział do koszar Bessiéres w Paryżu, oczywiście jako lekarz. Moim szefem jest dr Franciszek Nitzke, wychowanek naszej szkoły. Mogę mieszkać w koszarach, ale na ogólnej sali. Wynajmuję więc obskurny pokój w obskurnym hotelu, za to blisko koszar. Roboty niewiele. Mam do czynienia z interesującymi ludźmi. Tu trafiają uciekinierzy z obozów jenieckich i ochotnicy do wojska z egzotycznych krajów. Niektórzy z nich zapomnieli ojczystej mowy. Jedna z egzotycznych grup przybyła z Afganistanu. Mieszkało tam przed wojną kilku polskich inżynierów, którzy mieli zbudować parę mostów w tym kraju. Walczyli z konkurencją niemiecką i zawarli korzystne kontrakty. Ale gdy dowiedzieli się, że gen. Sikorski organizuje armię, rzucili wszystko i przyjechali do Francji. Kierownikiem tej grupy był inż. Orłowski. Wśród inżynierów znajdował się Andrzej Świątkowski, absolwent Politechniki Warszawskiej, z pochodzenia Tatar. Andrzeja poznałem w 1929 r. podczas rozruchów akademickich i miałem z nim sprawę „honorową”. Sprawa została zakończona ugodowo i zgodnie z kodeksem Boziewicza. Od tego czasu spotykałem się z Andrzejem na studenckich zabawach i zawsze prowadziliśmy gorące dyskusje. Mimo że różniliśmy się w poglądach, nasze spotkanie w Paryżu wypadło serdecznie. Wczorajszy dzień był już nieważny. Wkrótce Andrzej stał się moim sublokatorem, zamieniając pokój w wędzarnię: był namiętnym palaczem. Wzywano mnie kilkakrotnie do naszych urzędów zajmujących się współpracą z Krajem. Takim urzędem był Komitet do Spraw Kraju (KSK), na którego czele stał gen. Sosnkowski. Instytucja ta była nadrzędna w stosunku do organizacji wojskowej znajdującej się w Kraju6. Z jednej takiej rozmowy przyprowadziłem ze sobą do naszego mieszkania kpt. Macieja Kalenkiewicza. Był kapitanem saperów, miał dyplom inżyniera, brał udział w partyzantce słynnego mjr. „Hubala”, potem przybył do Francji z gotowymi własnymi projektami pomocy dla walczącego Kraju. Maciej nosił w sobie dziedzictwo Kościuszki i Traugutta, wielkich polskich saperów.

6

Po klęsce Francji mieszcząca się tam Komenda Główna ZWZ została przeniesiona do Kraju, a Komendantem głównym mianowano 30 VI 1940 r. gen. Stefana Roweckiego. ZWZ decyzją rządu gen. Sikorskiego uznany został we wrześniu 1941 r. za część Sił Zbrojnych.

Gdzieś tam w papierach figurowałem jako kurier krajowy „Lubicz” z zaznaczeniem, że zgłaszam chęć powrotu. Maciej był głodny informacji i początkowo wypytywał mnie dokładnie o moje perypetie i wiadomości z Kraju, ponieważ on sam wyszedł z Polski w grudniu 1939 r. W tej sytuacji wydawało mi się, że łatwo jest odbyć drogę powrotną „moją trasą”, oczywiście unikając moich poprzednich błędów. Przez Macieja poznałem kpt. Jana Górskiego, również sapera. Obaj ci oficerowie należeli, jak się potem okazało, do grupy „chomików”7, o których napiszę później. Następnie odszukałem rtm. Kornbergera, który reprezentował we Francji 9. p. uł. Przekazałem mu dyspozycje dowódcy pułku. Hugo von Kornberger, oficer pochodzenia austriackiego, ale szczerze oddany polskiej sprawie narodowej, powiedział mi, że we Francji jest już około dziesięciu oficerów „dziewiątaków” ze szwadronu zapasowego. W Paryżu znalazłem również dr. mjr. Jacobsona. Szczęśliwie przebył wszystkie granice i nawiązał kontakt z gen. Sikorskim, którego poznał kiedyś osobiście. Niestety, Jocobson nie doszedł do porozumienia z Naczelnym Wodzem, a nawet pokłócił się z nim. W rezultacie, wcielony do armii, pozostawał bez przydziału. Było mi z tego powodu bardzo przykro, ponieważ miałem dla Jacobsona tylko słowa uznania, a pracę moją z nim uważałem za staż bojowy. Wzruszyło mnie spotkanie z Jerzym Paczkowskim, dość już wtedy znanym satyrykiem, chociaż wolałem osobiście jego liryki, który od kilku lat mieszkał we Francji. Jerzy był pacyfistą, ale mimo to zgłosił się do pierwszego oddziału polskiego formującego się we Francji i został przydzielony do szkoły podchorążych w Coëtquidan. Teraz, kiedy zobaczyłem go w mundurze aspiranta, wyglądał, jakby wojsko było jego głównym zajęciem. Jerzy był moim kuzynem i przez wiele lat wysłuchiwałem jego opinii na temat wojska. A teraz jego też porwała fala i stał się jednym z „gniewnych”8. Przyjechał do Paryża, żeby zlikwidować swoje sprawy, został przydzielony do kompanii cekaemów w 1. Dywizji Grenadierów. Jerzy, który znał Francję dość dobrze, uważał, iż Francuzi po doświadczeniach pierwszej wojny światowej nie kwapią się do walki. W tym czasie we Francji przeprowadzono już mobilizację. Mniej więcej dwadzieścia procent zmobilizowanych wojsk znajdowało się w tzw. linii Maginota, ciągnącej się wzdłuż granicy niemieckiej. Chłopcy z Maginota pozapuszczali brody i wąsy i bardzo się nudzili w fortecznych kazamatach. Czasami widywało się ich, jak wesoło spędzali urlop w Paryżu. Fortyfikacje graniczne urządzono z myślą o wojnie pozycyjnej. Znajdowały się tam potężne działa, podziemne tory kolejowe i betonowe schrony. Załoga tych fortów czekała spokojnie na Niemców. Również duża część społeczeństwa francuskiego wierzyła w niezawodność kosztownych umocnień. A tymczasem propaganda niemiecka, działając podstępnie, rozpuszczała informacje, że wojna toczy się o Gdańsk, i niektórzy Francuzi pytali zdziwieni: „Dlaczego? Dlaczego walczymy o Gdańsk?” Ci, z początku nieliczni, nie rozumieli, że Francja i ludzkość są w niebezpieczeństwie. We Francji w tym czasie żyło pół miliona Polaków - emigrantów, głównie skupionych w osiedlach górniczych północnych okręgów (Pas de Calais). Byli to obywatele polscy i gen. Sikorski za zgodą rządu francuskiego przystąpił do organizacji armii opartej na mobilizacji tych właśnie obywateli.
7

Autor grupą „chomików” określa tych oficerów, którzy stosując różne formy stałego nacisku na wpływowe otoczenie gen. Sikorskiego i na niego samego, dążyli do aktywizacji pomocy dla Kraju. 8 Jerzy Paczkowski (1909-1945) od 1935 r. był pracownikiem wydziału prasowego ambasady polskiej w Paryżu. W czasie okupacji pozostał we Francji, gdzie organizował ruch oporu w środowiskach polonijnych. Zginął w obozie koncentracyjnym w Neuengamme.

W marcu 1940 r. zostały już sformowane dwie polskie dywizje piechoty i Brygada Podhalańska oraz różne służby i szkoły wojskowe, poza tym organizowała się jedna brygada pancerna oraz lotnictwo. Marynarka wojenna podlegała dowództwu brytyjskiemu. Liczono się z tym, że armia lądowa będzie miała sto tysięcy żołnierzy. Wynikły jednak trudności, ponieważ Francuzi cenili naszych emigrantów jako dobrych górników i nie spieszyli się z mobilizacją. Drugą trudnością było powolne zaopatrywanie naszego wojska w broń, a nawet umundurowanie. Nasi żołnierze rozsiani po obozach wyglądali żałośnie w podartych mundurach sprzed dwudziestu lat. Toteż gen. Sikorski. Naczelny Wódz i premier rządu polskiego równocześnie, był w nieustannym ruchu i mało miał czasu na urzędowanie w Ministerstwie Spraw Wojskowych w hotelu Regina. Nie wszyscy też ludzie, których generał wezwał do współpracy, stanęli na wysokości zadania nie wszyscy wykazywali lojalność. Francuzi uważali się za specjalistów wojskowych, bo przecież wygrali I wojnę światową, i lekceważyli nasze młode wojsko. Dziwili się, że przegraliśmy kampanię wrześniową, i nie chcieli nawet słuchać o taktyce wojsk niemieckich. Spotkałem naszych oficerów, którzy wrócili ze stażu na sławnej linii Maginota. Jeden z nich opowiadał, że za dnia żołnierz francuski, który wyszedł na kopułę fortu, został ranny i spadł na przedpole. Dowódca odcinka, przestrzegając regulaminu, nie zezwolił sanitariuszowi na przyniesienie rannego i karał czekać z tym do zmroku. „Po co mam mieć dwu rannych?” - zapytał naszego oficera. Ten jednak nie wytrzymał, wyskoczył przez luk i przyniósł rannego, za co został odznaczony francuskim Krzyżem Wojennym. W ciągu marca zbliżyłem się do „chomików”, którzy reprezentowali grupę oficerów najbardziej lojalną wobec poczynań Naczelnego Wodza i chcieli mu służyć czynną pomocą. Ale to nie było wcale łatwe. W sztabie grupowało się wielu starszych oficerów, rutyniarzy, którzy przestrzegali regulaminów i gasili wszelką inicjatywę. Dlatego Kalenkiewicz i Górski, chcąc usprawnić łączność z krajem i samym brać w niej udział, nachodzili wszystkie departamenty i podsuwali różnym pułkownikom własne pomysły. Potem mówiło się wprawdzie, że są to projekty płk. Iksa czy Ygreka, ale mimo wszystko była to niekiedy skuteczna metoda upartego podgryzania i stąd nazwa „chomiki”. „Chomików” było co najmniej kilkunastu, a każdy z nich jak apostoł miał swoich wyznawców. W ten sposób poznałem pcbor. Zbigniewa Piaseckiego i Jana Marka, obu z piechoty, gorliwych adeptów „chomikowej” szkoły. Niebyło wśród „chomików” prezesa, sekretarza ani protokołów zebrań, nie było w ogóle takiej organizacji, był to spontaniczny ruch, w którym oprócz Kalenkiewicza i Górskiego rej wodzili: kpt. saperów Jan Jaźwiriski i rtm. Feliks Jerzy Szymański. Tymczasem minął marzec, rozpoczął się pobór żołnierzy do polskiej brygady na Lewancie, której dowództwo objął gen. Stanisław Kopański. W Paryżu ukazali się Polacy z dwumetrowymi szalikami na szyjach, znak, że wyjeżdżają na pustynię. Brygada Podhalańska (dowódca gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz) została postawiona w stan pogotowia, wtedy też otrzymałem rozkaz wyjazdu do Polskiego Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Combourg (departament Ille et Vilaine), aby nauczyć się tam organizacji służby zdrowia w armii francuskiej. Były pewne różnice między polską i francuską organizacją. Najważniejsza sprowadzała się chyba do tego, że lekarze batalionowi i pułkowi we Francji mieli do dyspozycji duże oddziały noszowych (brankardierów). podczas gdy w polskim pułku lekarz dysponował zaledwie kilku sanitariuszami.

Centrum polskie było zorganizowane podobnie jak w Warszawie. Dowodził nim płk dr Władysław Gergovich, a komendę szkoły sprawował płk dr Kazimierz Maszadro. W szkole znajdowały się dwie kompanie sanitarne, którymi dowodzili por. dr Edward Rużyłło i por. dr Wacław Wołyncewicz. prócz tego - oddział łudzi, przeznaczony do brygady gen. Kopańskiego. Była to grupa „bezpańska”, składająca się z emigrantów powyżej czterdziestu lat bez jakiegokolwiek oficera i podoficera. Jedyny starszy strzelec, młody człowiek, był sanitariuszem z polskiego wojska. Od razu zostałem mianowany dowódcą 3 kompanii. 15 kwietnia 1940 r. stanąłem przed frontem swojego oddziału, patrzyłem na tych łudzi w połatanych kolorowych ubraniach, niektórzy z nich, na modłę francuską porozpinani i nie ogoleni, przyglądali mi się nieufnie. Nie mieli zwyczaju, podobnie jak Francuzi, salutować oficerów i właśnie tego dnia wpłynęła skarga na jednego z nich, że zlekceważył jakiegoś oficera. Nie wydano im również broni. Kiedy wizytowałem ich kwatery, okazało się, że mieszkają na strychu obory, pełnym szczurów, i mają trudności we wszystkich życiowych sprawach. Działo się tak dlatego, że w oddziale zmieniano wciąż dowódców i nikt nawet nie zdążył nic zrobić dla poprawy bytu żołnierzy. Z dumą muszę wyznać, że załatwiłem parę drobnych spraw i w ten sposób szybko zaprzyjaźniłem się z moją kompanią. Idylla nie trwała długo, dostałem bowiem wezwanie do Paryża, gdzie szef departamentu służby zdrowia płk dr Jan Szczodrowski oświadczył mi, że jestem przydzielony do 9 p. uł., który jest oddziałem rozpoznawczym 3. Dywizji Piechoty i stacjonuje w Normandii, w Loyat. Uprosiłem płk. dr. Szczodrowskiego o udzielenie urlopu 3. kompanii przed wyjazdem na front. W ten sposób zrobiłem chyba dobry uczynek. 3. Dywizja była w okresie mobilizacji i składała się z trzech pułków piechoty, pułku artylerii i naszego oddziału (groupe de reconnaissance) oraz wszystkich służb. Nie mieliśmy tylko broni, mundurów i kwater. Chociaż koszary francuskie stały przeważnie wolne, nasi ludzie mieli do dyspozycji głównie baraki albo strychy. Dowódcą dywizji był płk Tadeusz Zieleniewski, szefem sanitarnym płk dr Jerzy Babecki, mój dawny wykładowca. 5 maja zameldowałem się u dowódcy 3. oddziału rozpoznawczego w Loyat. Mjr Włodzimierz Łączyński, oficer 8. p. uł., uszanował tradycje 9. p. uł.: w kasynie widniał proporczyk „dziewiątaków”. Zastępcą majora był rtm. Kornberger, a wśród dowódców szwadronów znajdował się por. Garapich i por. Wojnarowski z 9. p. uł. Oddział rozpoznawczy dzielił się na szwadron kawalerii, motocyklistów, tankietek i karabinów maszynowych. Wszystko na papierze. Całość liczyła około pięciuset ludzi, którzy mieli nadzieję zostać żołnierzami, na razie jednak nie mieli nawet karabinów. Tylko dzięki staraniom dowódcy żołnierze nie wyglądali komicznie. Miłą niespodzianką dla mnie stało się przydzielenie do pułku dr Edwarda Kiełbińskiego, który swoje pierwsze kroki wojskowe stawiał w Trembowli u mnie na praktyce. Obecnie stał się moim zastępcą w stopniu aspiranta. Oddział nasz nie był duży, ale w czasie wojny jest, niestety, pracy dość i dla dwu lekarzy. Loyat to nieduże miasteczko położone na wzgórzu. W środku miasta na placu stał katolicki kościół, po jednej stronie biuro merostwa, po drugiej moja izba chorych, tzw. infirmerie. Dowództwo mieściło się na jednej z bocznych ulic. Szwadrony rozlokowano po sąsiednich wsiach. Z centralnego placu, po

którym uganiały się dziesiątki bezpańskich kundli, wybiegały cztery uliczki, jedna z nich spadała na łeb na szyję do mostku nad małą rzeczką. Ponieważ francuscy lekarze zostali zmobilizowani, postanowiliśmy w ramach możliwości leczyć bezpłatnie mieszkańców Loyat. Wkrótce też mieliśmy z Kiełbińskim dużo roboty. Tymczasem Niemcy działali, zajęli Danię i Norwegię i nasza Brygada Podhalańska godnie włączyła się do walk w Narviku. Może dlatego otrzymaliśmy sto archaicznych karabinów z okresu bitwy pod Sedanem. Mój oddział składał się z dwudziestu sześciu ludzi, prawie wszystkich emigrantów po czterdziestce. Wyjątek stanowił Stanisław Mangold i sanitariusz 8 p. uł. Jan Kotowski. „Ułan” Mangold był kiedyś sierżantem piechoty, zdegradowano go za strzelanie po pijanemu i wydalono z wojska. Pracował do 1939 r. jako dozorca szybu naftowego w Drohobyczu. Kiedy zobaczył, że wojna się kończy, podpalił swój szyb i włączył się w zaleszczycki nurt. Nie wiem, skąd się znał na opatrunkach, ale wykazywał niesłychaną troskliwość o chorych i robił wszystko dokładnie i czysto. Poza tym ogrywał wszystkich w szachy, do czego miał wyraźne uzdolnienia. Był filozofem i oryginałem. Drugim oryginałem był wachmistrz Grzymała, emigrant-rzeźnik; ten również nie służył nigdy w kawalerii ani w sanitariacie, przydzielono go jako mechanika do obsługi kolumny samochodowej... Jak zdążyłem przeczytać, moja kolumna powinna była składać się z trzech karetek sanitarnych i dwu ciężarówek, jednego samochodu osobowego i trzech motocykli. Na razie miałem tylko wachmistrza. W związku z tym, że mieliśmy być zmotoryzowani, skończyliśmy kurs kierowców. Ja także zdałem egzamin. Na pochyłej uliczce, wiodącej do rzeki, egzaminator kazał mi zatrzymać sanitarkę. Zrobiłem to gwałtownie. Sierżant uderzył głową o szybę i rzekł: „Ça va”, czyli egzamin zdany. Najwyższy czas. Niemcy zajmują Belgię i Holandię. Pojechałem do miasta Rennes, ośrodka uniwersyteckiego, w tej chwili „okupowanego” przez armię brytyjską. Tu mieścił się sztab korpusu ekspedycyjnego. Anglicy wydzierżawili w pobliżu tereny na sto lat i uruchomili własną kolej z Rennes do swoich obozów. Pierwszy raz zobaczyłem oficerów angielskich w takiej ilości. Byli to zdrowi, wysportowani chłopcy. Chodzili gromadami. Połowa knajp nosiła napis: „tylko dla oficerów” (officers only), biada Francuzowi, który by tam zaszedł. W Rennes spotkałem się z Wackiem Wołyncewiczem, obserwowaliśmy razem dworzec, na który wylewała się fala uchodźców z Belgii. - Jak w Zaleszczykach-mówił Wacek. A czy Francuzi mają swoje Zaleszczyki?

XI

Nadeszła połowa czerwca 1940 r. Niemcy po przełamaniu linii Maginota teraz bezkarnie zdobywali Francję. Brygada Podhalańska została wycofana z Norwegii do obrony Bretanii. 1. Dywizja Grenadierów (dowódca gen. Bronisław Duch) walczyła pod Sarralbe, Dieuze, Baccarat i St.-Dié, poniosła ogromne straty. 2. Dywizja Strzelców Pieszych (dowódca gen. Bronisław Prugar-Ketling) walczyła pod Bełford, również krwawiąc się.

Mało tego, w ostatniej chwili do oddziałów gen. Stanisława Maczka zostaje przysłany sprzęt i tak zaimprowizowany oddział rusza do walki. Nasza 3. Dywizja, nie uzbrojona, w stadium organizacji, nie dostaje żadnego rozkazu; 4. Dywizja Piechoty, którą dowodzi gen. Rudolf Dreszer, nie ma jeszcze połowy ludzi. Jedyny znak wojny w Loyat to płacz kobiet francuskich: one słuchają radia. 17 czerwca przez Loyat przejeżdża kolumna wojsk angielskich. Anglicy wołają do nas, żebyśmy po prostu uciekali, ale nie mamy rozkazu. 18 czerwca przychodzi rozkaz. Jak zwykle za późno. Zarządzono alarm. Wychodzimy na szosę, szwadrony ustawiają się czwórkami; panuje straszliwy upał. Wtedy przyjeżdżają dwie ciężarówki z nowymi butami, wyrzucają ładunek obok nas. No, teraz możemy wygrać wojnę. Moim sanitariuszom polecam zabrać po kilka par butów, widzę, co się święci. W szwadronach nikt nie chce nowych butów. Następnie przyjeżdża do naszej dyspozycji pięć motocykli z przyczepami. Mjr Włodzimierz Łączyński rozdziela motory, okazuje się, że mało naszych umie prowadzić motocykl, i w ten sposób zostaję właścicielem wspaniałego pojazdu nie znanej mi marki. Ruszyliśmy. Początkowo mamy przed sobą kierunek Nantes, gdzie ma nas bronić marynarka francuska, ale w nocy przychodzą rozkazy kierujące nas na północ. Loara jest dużą rzeką i nie można jej przebyć w bród. W nocy współdziałałem z grupą naszych podchorążych, wśród których rej wodził Tymieniecki, znany jeździec ze Służewca. Mój tabor wzbogaca się, mam sanitarkę na cztery leżące miejsca i objazdową kantynę-samochód. Najważniejsze, że dwustu ułanów jedzie w autobusach. Samochody dowożą żołnierzy do miejscowości X i wracają po następną grupę. Taki system ułatwia marsz. Wszystko to dostajemy za darmo od żołnierzy francuskich, którzy zamiast broni mają po dwie manierki wina i krzyczą: „La guerre est fini”. Tego u nas nie było. Ze wszystkimi naszymi błędami i z naszym marnym wyposażeniem byliśmy lepsi. Mjr Łączyński wysyła motocyklistów na zwiady: są wiadomości, że minęły nas jakieś oddziały niemieckie. Jadę do Redon, jest to czyste miasteczko zasypane angielskimi papierosami, w tej chwili idzie kondukt pogrzebowy z szesnastoma trumnami, rezultat jednego nalotu. Trumny leżą w szeregu po cztery, wszyscy mieszkańcy idą w kondukcie. Kupujemy w sklepie kluczyki samochodowe; wozy stoją bezpańskie, nawet nie trzeba używać siły, brakuje im benzyny albo kluczyków. W innym miasteczku na rynku kompania Belgów złożyła broń w kozły i odeszła. Dwieście wyładowanych plecaków leży ustawionych pod rząd. Osiągamy stację kolejową w Pipriac. Tu na skrzyżowaniu dróg odbywa się odprawa oficerów dywizji. Mamy dojść do St.-Nazaire, gdzie powinny czekać okręty angielskie. Jest godzina 20.00 dnia 19 czerwca 1940 roku. Rzut kołowy rusza natychmiast, piesi czekają na pociąg, który ma ich zawieźć do St.-Nazaire. Rzut zmotoryzowany rusza pod dowództwem rtm. Kornbergera. Podjeżdżam do mjr. Łączyńskiego i proszę, żeby jechał ze mną, nie wierzę w żaden pociąg, major jednak zostaje. Wobec tego biorę ze sobą wachm. Grzymałę i uł. Kotowskiego i ruszamy do St.-Nazaire. Kornbergera znalazłem około północy. Nasz oddział stał na molo w St.-Nazaire, tuż obok schronów dla łodzi podwodnych. Na morzu panowała cisza. Nasze samochody wróciły po drugi rzut na stację. Zwolniłem się u Kornbergera, pojechałem do miasta z moimi pasażerami, żeby zdobyć widomości i coś niecoś zjeść. Nie wierzyłem w żadne okręty. Miasto zastałem zajęte przez pułki 3. Dywizji, był nawet szpital (nr 3) dywizyjny pod

dowództwem płk. dr. Leona Owczarewicza, znanego bakteriologa. Szpital rozlokował się w szkole. Kiedy rozmawiałem z pułkownikiem, Niemcy przeprowadzili nalot na miasto i na naszą kwaterę padła bomba. Wszyscy wykonywaliśmy „padnij” i czekaliśmy na eksplozję. Na szczęście bomba okazała się niewypałem. Nad ranem wróciłem na molo, było raczej puste. Jakaś nimfa pokazała nam kierunek, w którym pojechali Polacy. Kiedy ruszyliśmy, zagrodził nam drogę francuski żandarm na motocyklu, który chciał nas aresztować. Ale wytłumaczyliśmy mu, żeby tego nie czynił. Musiałem potem jechać szybko na północ, dokąd udał się nasz oddział rozpoznawczy. W wąskiej uliczce przyparła mnie jakaś ciężarówka do wysokiego chodnika. Poczułem ból w nodze, miałem przecięty lewy but nad kostką. Kierowca ciężarówki zniknął. Na szczęście motocykl był w porządku i mogliśmy jechać w kierunku Brestu. Tu o świcie za miastem zobaczyłem obóz, w którym za drutami znajdowali się Polacy, nawet dojrzałem polskie garnizonowe rogatywki „To nie dla nas” - pomyślałem i wyjechałem na piękną autostradę. Ja i Grzymała mieliśmy pistolety, Kotowski zdobył na żandarmie karabin, potrzebowaliśmy tylko benzyny. Zatankowaliśmy wkrótce pełen bak u zaspanego kierownika stacji. Jakieś typy chciały nas rozbroić, ale szybko uciekły. Jechałem wolno, żeby nie spowodować wypadku; ludzie mówili, że widzieli kolumny wojskowe, nie zapamiętali jednak odznak żołnierzy. Minąłem jakiś port rybacki, nikt tu nie widział Niemców, ale panował niedobry nastrój wśród ludzi. Żandarmów na szczęście nie spotkałem. W południe dojeżdżałem do La Tourballe, rybackiego portu. Naprzeciw na szosie stał otwarty samochód z marynarzami. Zwolniłem szybkość. Grzymała siedzący w koszu wziął od Kotowskiego karabin i... czekał. Kiedy podjechałem do marynarzy, zobaczyłem na czapce kierowcy napis H.M.S. „Viscount”. Byli to Anglicy. Powiedzieli nam, żebyśmy zaczekali na molo, gdzie przybędzie barka, która może nas przewieźć do Anglii, „jeżeli sobie tego życzycie”. Życzyliśmy sobie, oczywiście. W porcie było pusto, na redzie stały dwa kontrtorpedowce. Grzymała wystąpił z wnioskiem, abyśmy sprzedali państwowe dobro, nasz motocykl. „Jeżeli jest ktoś taki głupi - powiedziałem - kto chciałby kupić.” Kiedy dojeżdżaliśmy do portu St.-Nazaire, widziałem setki nowych samochodów ciężarowych ustawionych obok szosy. To była kolumna brytyjska zostawiona w największym porządku dla Niemców. Naprzeciwko wejścia na molo znajdowała się jedna z wielu kafejek, to znaczy knajp, w których nie pija się kawy. Tam też udał się Grzymała, znany handlowiec. Niedługo zabawił, wrócił z chudym mężczyzną, który obrzucił wzrokiem nasz motocykl, zawołał pomocników i przystąpił do demontażu naszego grata. Wyglądało to tak, jakby mrówki ucztowały. W tym czasie przyjechało autem ciężarowym kilku Polaków, a z różnych knajp wychodzili francuscy żołnierze. Wszyscy oni kierowali się na molo, mniej lub więcej chwiejąc się. Wkrótce otaczała nas gromadka zalanych kombatantów... Postanowiłem wydać resztę pieniędzy, abyśmy nie byli gorsi. Grzymała jednak uspokoił mnie. Gdy po rozebraniu motocykla przy drodze zostało kilka kawałków blachy malowanej na kolor ochronny, nasi kupcy przynieśli zapłatę w postaci kilkunastu butelek wina. Przystąpiliśmy do odświeżania gardła razem z całym plutonem aliantów, który tymczasem zebrał się wokół nas. Było to dość mieszane towarzystwo, znaleźli się tam nawet dwaj Murzyni. Mały kuter załadował około czterdziestu ludzi i w ten sposób znalazłem się na pokładzie kontrtorpedowca „Viscount”, gdzie już zaokrętowało się prawie dwustu żołnierzy, przeważnie 3.

Dywizji polskiej. Zaraz też zameldował się u mnie Stanisław Mangold, mój sanitariusz z oddziału rozpoznawczego. Opowiedział mi przedziwną przygodę. Otóż ze względu na jego wiek posadziłem go przy kierowcy samochodu sanitarnego. Kierowcą był polski emigrant pochodzenia żydowskiego; źle mówił po polsku. Wszystkie nasze samochody jeździły kilkakrotnie w tę i z powrotem, odgrywając rolę kolumny transportowej. W pewnym momencie zawiadomiono dr. Kiełbińskiego, który był przy kolumnie, że niedaleko szosy, po nalocie, leżą ranni Francuzi i proszą o ratunek. Dr Kiełbiński, nie chcąc oddalać się od oddziału, kazał Mangoldowi pojechać na wskazane miejsce i przywieźć rannych. Wezwanie okazało się fałszywe. Kiedy Mangold wysiadł z sanitarki, kierowca po prostu uciekł z samochodem i torbą sanitarną Mangolda, zostawiając go w kłopotliwej sytuacji. Wprawdzie Mangold miał na przechowanie moje pieniądze, ale nie znał zupełnie języka francuskiego i nie był w najlepszej kondycji fizycznej. Mangold zapukał do willi położonej na krańcu miasta, przy której zobaczył garaż. W domu były dwie młode kobiety, które poczęstowały Stanisława kolacją dobrze zakropioną. Jedna z nich telefonowała w różne miejsca, a potem wsadziła Mangolda do limuzyny i bocznymi drogami przywiozła do La Tourballe. W ten sposób Mangold uratował się sam i wręczył mi tysiąc pięćset franków. Uznałem to za dowód lojalności. Obecnie nie potrzebowaliśmy pieniędzy. Wypływaliśmy w morze i ważne były tylko pasy ratunkowe. Na zatłoczonym pokładzie trudno było znaleźć wolny kąt. Zaczęło dokuczliwie siąpić z nieba i co jakiś czas ogłaszano alarmy bojowe. Podpływaliśmy do Brestu. Zapadła mgła, mijaliśmy jakiś zatopiony wrak, potem spotkaliśmy jeden statek rozbity i opuszczony przez załogę; jeszcze pływał, ale dowódca naszego okrętu zdecydował go minąć. Przemyślnie klucząc nad ranem spotkaliśmy inny brytyjski kontrtorpedowiec. O godzinie 8 rano dobiliśmy do portu Plymouth. W ruchliwym porcie stała kolumna ciężarówek, na molo czekało na nas kilku oficerów polskich i brytyjskich. Od nich dowiedziałem się, że ułani 3. Dywizji przypłynęli nad ranem. Do ewakuacji 3. Dywizji wysłano cztery kontrtorpedowce. Wszyscy żołnierze skierowani zostali do Liverpoolu. W Plymouth rozdzieliłem się z moimi żołnierzami, którzy pojechali na stację kolejową, a ja zdecydowałem się zostać w szpitalu ze względu na moją nogę, która obrzękła w stawie skokowym i brzydko wyglądała. Trafiłem do szpitala morskiego, gdzie w izbie przyjęć dyżurny lekarz obejrzał uszkodzenie. Od razu posłano mnie do rentgena i pobrano krew do badania. W ciągu godziny postawiono diagnozę i założono mi krochmalony opatrunek na lewy staw skokowy. Miałem krwiak wewnątrzstawowy. Dopiero teraz zawieziono mnie na oddział chirurgiczny i położono do wygodnego, miękkiego łóżka. W tej sali stało dwanaście łóżek, ja leżałem w jej jednym końcu, a w drugim dwu oficerów francuskich, rannych pod Dunkierką. Poza tym szpital robił wrażenie pustego. Wysoka, szczupła dama, nasza opiekunka, od razu postawiła sprawę jasno. Ja jestem jej pupilem i mam nie zwracać uwagi na Francuzów. „Nie warto się do nich odzywać!“ - dodała Biedni ludzie leżeli cichutko, choć naprawdę nie byli nic winni. Moja znajomość języka angielskiego wystarczyła, żeby dowiedzieć się strasznej prawdy. Dowództwo armii francuskiej zlekceważyło doświadczenie kampanii wrześniowej i mimo przewagi technicznej i ilościowej nad Niemcami zostało zaskoczone ich akcją. A przecież zastosowali oni tę samą metodę, co w Polsce: przebijając skorupę obrony uderzeniem czołgów, parli potem naprzód do wnętrza Francji, gdzie już nie spotkali ani armii, ani zorganizowanej obrony, tylko usłużną żandarmerię. Nasza opiekunka wygłosiła krótkie, ale dosadne przemówienie o kapitulacji, z którego wynikało, że nie

uznaje Francuzów za aliantów. „Polacy są bohaterami” - powiedziała i przyniosła mi koszyk owoców. Odparłem jej, że nie będę jadł sam owoców, i prosiłem aby obdzieliła nas jednakowo. Muszę dodać, że zrobiła to, udając obrażoną. Francuzi okazali się miłymi towarzyszami, jeden z nich był aktorem paryskim, drugi urzędnikiem z Marsylii. Przeżywali ciężko dramat swojej ojczyzny. Dowiedziałem się, że w Plymouth znajduje się kpt. dr Henryk Danielewicz, lekarz z polskiej marynarki wojennej, mój starszy kolega. Przyszedł do mnie z wiadomościami z wielkiego świata. Francja kapitulowała. Jej rząd wprawdzie nie uciekł, ale postąpił gorzej: stał się wasalem Hitlera. Brytyjska prasa robi Polakom reklamę. Churchill, premier brytyjski, oświadczył, że Francja odpadła w zmaganiach wojennych, ale Wielka Brytania będzie prowadzić dalej śmiertelną walkę, tym bardziej że do obrony Wysp przybyła waleczna armia polska. Stąd te honory i pomarańcze. Nasze wojsko, mówił Danielewicz, zbiera się w Liverpoolu, będzie zorganizowane na wzór brytyjski. Po czterech dniach pobytu w szpitalu byłem zupełnie znudzony, nawiązałem więc kontakt z kwatermistrzem szpitala, żeby się jakoś ubrać. Mój jeden but był rozdarty, zelówki odpadły, a i francuski mundur po kilkudniowej wędrówce wyglądem przypominał ścierkę do podłogi. Zresztą, mając opatrunek na nodze, nie mogłem włożyć długich butów. Kupiłem sobie wygodne pantofle i z magazynu pobrałem battledress, polowy mundur armii lądowej. Otrzymałem bilet do Liverpoolu i ruszyłem w podróż. Nie miałem odznak oficerskich i jadący ze mną kapelan brytyjski indagował mnie, kim jestem Opowiedziałem mu nasze francuskie kłopoty i wtedy ksiądz zaprosił mnie do siebie na Orkady, gdzie stała jego jednostka. Odniosłem wrażenie, że w tym kraju nie obowiązuje tajemnica wojskowa. Jak dotąd nie zwiedziłem Orkadów, ale zjedliśmy z kapelanem w pociągu dobrą kolację. O 3 rano konduktor obudził mnie w Liverpoolu, gdzie na dworcu urzędowała wojskowa komenda miasta wraz z cywilnymi funkcjonariuszami. Powiedziano mi, że wojsko polskie znajduje się w obozie usytuowanym na torze wyścigowym dla psów, ale dojechać tam można dopiero o 6 rano, kiedy ruszą tramwaje. Wobec tego wyraziłem chęć zatrzymania się w hotelu. Jeden z cywilnych panów zaofiarował mi swój samochód i pojechaliśmy. Mimo że koło dworca prosperowało dużo hoteli, nigdzie nie było miejsca i mój przygodny opiekun zawiózł mnie do obozu. Pożegnaliśmy się. Przed bramą stał żołnierz angielski z karabinem pokazał mi drogę na boisko. Chodziłem między namiotami zamieszkałymi przez Czechów i od nich dowiedziałem się, że Polacy już wyjechali do Glasgow. Musiałem czekać do godziny 8, aż otworzą biura brytyjskiej komendy obozu. Zameldowałem się angielskiemu majorowi i wyłuszczyłem, że szukam polskiego wojska. Major zwrócił się do sierżanta; „Proszę wypisać polskiemu oficerowi bilet pierwszej klasy na pociąg pospieszny do Glasgow”, po czym wyjął gazetę na znak, że sprawa została załatwiona. Sierżant wypełnił blankiet kolejowy i wręczył mi ze słowami: „Pociąg odjeżdża o 3 po południu i o 7 i otworzył grubą książkę. Wyszedłem przez główną bramę, gdzie stał zapewne inny wartownik. Byłem zdziwiony, nikt mnie me pytał o nazwisko ani o żadne dowody. Wszystko wyglądało dziwnie proste. Przypominam ze i w szpitalu marynarki nikt mnie o dowody nie pytał. Nazwisko podałem w izbie przyjęć i to był koniec formalności. Zwiedziłem Liverpool o tyle, o ile pozwalała mi moja noga. Było to zupełnie pokojowe miasto, z otwartymi sklepami i roześmianą młodzieżą, w którym me ujrzałeś mundurów. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, chociaż nosiłem beret z orzełkiem, co było tu jeszcze strojem nie znanym.

Wieczorem siedziałem w pociągu do Glasgow i syty wrażeń zasnąłem. Kiedy mój pociąg wtaczał się na dworzec w Glasgow, zobaczyłem, że na peronie kręcą się polscy żandarmi. Od razu zgłosiłem się do nich po informację. Widocznie czekali tylko na mnie, bo za chwilę siedziałem w ciężarówce i pod liczną eskortą pojechałem do punktu zbornego dla polskich żołnierzy. Punkt mieścił się w budynku szkolnym i strzegł go pluton żandarmerii. Jakiś kapitan rozpoczął przesłuchiwanie mnie i starał się mi udowodnić, że jestem zupełnie kimś innym. Moją francuską legitymację zlekceważył. Po złożeniu kilku podpisów wpuszczono mnie do tej części budynku, gdzie przebywali podejrzani a było ich ze stu. Niektórzy z nich rzeczywiście nie zmieli żadnych dokumentów. W poszukiwaniu wolnego miejsca wszedłem do jednej z sal szkolnych i zobaczyłem siedzącego na taborecie gen. Stefana Dęba-Biemackiego, byłego inspektora armii. Co do niego chyba nie żywiono wątpliwości, kim jest.. W tej szkole znalazłem kilku znajomych i przyłączyłem się do ich towarzystwa. Teraz moim zadaniem było dowiedzieć się, gdzie jest mój oddział, i w tym celu wdałem się w pogawędkę z naszą ochroną. Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się, że Kornberger z ułanami przebywa w miejscowości Coatbridge, niedaleko Glasgow. Teraz już nie pytałem o pozwolenie i wymknąłem się spod opieki. 26 czerwca zameldowałem się u Hugona Kornbergera, który z oddziałem kwaterował w jakimś domu turystycznym. Przybyłem w sam czas. Nikt z naszych nie znał języka angielskiego, nie było też jeszcze oficerów łącznikowych, a zachodziła konieczność stałej interwencji u władz. Mimo deszczu, który w tym mieście jest stałym zjawiskiem, pognałem do zarządu miejskiego, żeby zdobyć węgiel i trochę koców. Żywienie załatwiono przede mną. W zarządzie wszyscy ogromnie przejęli się naszymi kłopotami i w ciągu kilku godzin rozpoczęto akcję „ocieplającą”. Z powodu ciasnoty wyprowadziłem też kilku oficerów na kwatery. Większość jednak wolała zostać z żołnierzami. Nasz oddział w tym czasie skurczył się do trzystu trzydziestu ludzi. Ostatni rzut z mjr. Włodzimierzem Łączyńskim dostał się do niewoli. Do Kornbergera dołączył tylko drugi rzut z por. Garapichem na czele oraz moi trzej sanitariusze, których pożegnałem w Plymouth. Ja sam zakwaterowałem się u pani Campbell przy Main Road 106, a trzeba wiedzieć, że całe miasteczko leży przy „głównej ulicy”. Mrs. Campbell miała czworo dorosłych dzieci i gnieździła się w jednym pokoju z kuchnią. Widząc tak znakomitego żołnierza, ustąpiła mi swój pokój, gdzie stały łóżka dla całej rodziny, i chciała przenieść się do kuchni. Jedyny szkopuł pani domu miała z Norwegami i jej zdaniem mógł on i mnie dotyczyć: na ich podwórzu była nieczynna fabryka, gdzie w halach zakwaterowano armię norweską w liczbie sześćdziesięciu żołnierzy. Pani Campbell zauważyła, że Norwedzy upijają się i częsta zasypiają w rynsztoku na podwórzu. Obawiała się, że taki widok może razić mój zmysł estetyczny... Mój Boże! To była naprawdę święta kobieta. W tym domu spędziłem siedem dni, doznając serdecznej opieki, później utrzymywałem z tą rodziną kontakt listowny. Tymczasem gen. Sikorski organizował na nowo polskie wojsko, rząd i jego agendy. Do Anglii przybyło nas mniej więcej 15 000 ludzi, w tym dużo oficerów i żołnierzy w podeszłym wieku. Co robić z takim zespołem? Generał rozwiązał tę sprawę genialnie. Stworzył dowództwo I Korpusu z siedzibą w Szkocji (dowódca gen. Marian Kukiel) oraz ileś tam brygad. 1. i 10. Brygada9 miały oddziały, w których
9

Początkowo były to 1. i 2. Brygada Strzelców. W listopadzie 1940 r. 2. BS przemianowana została na 10. Brygadę Kawalerii Pancernej.

znaleźli się szeregowcy. Reszta brygad składała się z samych oficerów. Miały one nazwy brygad kadrowych. 1. Brygadą Strzelców dowodził gen. Gustaw Paszkiewicz, 10. Pancerną - gen. Stanisław Maczek. W 1. Brygadzie, składającej się z trzech batalionów piechoty, zostaliśmy znowu oddziałem rozpoznawczym 9. p. uł. (groupe de reconnaissance). Zaraz też przeniesiono nas do Coulter, gdzie deszcz, o ile to możliwe, padał częściej niż w Coatbridge. Stanęliśmy obozem w namiotach na zboczu pagórka, a powyżej nas 14. p. uł., który tworzył teraz batalion piechoty w naszej brygadzie. Zaczęły się prawdziwe, deszczowe szkockie dni. Nasz niewielki oddział miał dwu lekarzy i w gruncie rzeczy bardziej byłem potrzebny jako tłumacz niż jako lekarz. Mieszkaliśmy na odludziu, oczekując na zorganizowanie nam stałych kwater. Tuż przy szosie, poniżej naszych namiotów zostały ustawione kuchnie dla nas i 14. p. uł., po drugiej stronie szosy teren porośnięty drzewami obniżał się, a na samym dole w pałacu jakiegoś lorda mieścił się park samochodowy brygady. Do zlewania odpadków przywieziono nam dziesięć beczek. Jedzenie mieliśmy wspaniałe i w nadmiarze, z pięknym białym chlebem. Toteż po kilku dniach beczki wypełniły się tłustymi zupami i białym chlebem, po prostu chłopcy się przejadali. Nie wiedzieliśmy, co robić z pomyjami, groził nam potop. Płk Maruszewski, kwatermistrz brygady rozłożył ręce: niczym nie dysponował. Po naradzie z moimi genialnymi sanitariuszami poszedłem sprzedać albo darować komuś osiem beczek pomyj. Hodowcy świń z sąsiedztwa pokazali swoje Yorkshire’y żywione najwyższym gatunkiem pszenicy. Nikt nie chciał pomyj. W czasie ulewnego deszczu wykonaliśmy wyłom w ulicy i puściliśmy tamtędy strumień pomyj wraz ze strumieniem wody deszczowej, która nas zalewała. Postawiłem na szosie czerwoną latarnię ostrzegawczą. Teraz czekaliśmy, co będzie. Mógł nas zaatakować lord, któremu zanieczyściliśmy park, mogła też przyjść policja drogowa z powodu uszkodzenia drogi publicznej. Przybyli tylko trzej oficerowie angielscy, którzy kazali pogłębić rowek i przysłali robotników, żeby zrobili nakrycie, rodzaj mostka. Obok nas rozmieściły się różne dwory ziemiańskie. Pewnego dnia Kornberger wysłał mnie na zwiady celem zorganizowania świetlicy dla żołnierzy i ewentualnie kasyna oficerskiego. Odwiedziłem przede wszystkim panią Stevenson, znaną w tym rejonie społeczniczkę, damę wysokiego wzrostu z właściwościami dyktatora. Jej mąż był emerytowanym majorem z pułku lansjerów bengalskich, o których nakręcono kiedyś znakomity film z Gary Cooperem. Pani Stevenson wysłuchała mnie i powiedziała krótko: „Bardzo dobrze, proszę przyjść jutro o 8 po południu”. Następnego dnia, kiedy dochodziłem do bramy, wiodącej do parku państwa Stevenson, zatrzymał mnie jakiś człowiek pytaniem: -Czy pan jest katolikiem? - Naturalnie - powiedziałem. - No to proszę pokazać medalik. - Pokazałem na szyi. - A w takim razie dlaczego pan idzie do heretyków, do jaskini zła? - zapytał.

Zrozumiałem, że mój rozmówca wraca z jakiejś jaskini, która w tym kraju nazywa się „pub”, czyli ze zwykłej knajpy. -Bo jest wojna, mój drogi - odrzekłem - my wałczymy z szatanem. Facet popatrzył na mnie podejrzliwie i prosił, żebym nie powtarzał naszej rozmowy nikomu, ponieważ on sam pracuje u heretyków. Obiecałem dotrzymać obietnicy i zdradzam ją dopiero teraz. Otrzymaliśmy piękny pokój na klub oficerski w domu państwa Mac Cosh (sąsiedzi pani Stevenson). Były tam codziennie nowe karty do brydża, czarna kawa, mała biblioteka i, co najważniejsze, oddzielna łazienka. Dla żołnierzy została otwarta sala parafialna. Teraz nasz pobyt w Coulter stał się niemal uroczy. Przez dwa dni dowodził nami płk Ziemowit Grabowski, znany pod przezwiskiem „Pieprz”. Kornberger został mianowany znowu zastępcą dowódcy oddziału, o co mieliśmy pretensje do władz, gdyż uważaliśmy, że Hugo powinien nami dowodzić. Na miejsce płk. Grabowskiego przybył ppłk Eugeniusz Święcicki z 4. p. uł. Zaczęła się normalna służba obozowa, warty i patrole bojowe w obawie przed desantami niemieckimi, które rzekomo lądowały na spadochronach. Któregoś dnia państwo Stevenson zaprosili za moim pośrednictwem kilku naszych oficerów na herbatę. Przyszło nas czterech z Hugonem jako dowódcą. Piliśmy wspaniały napój, zepsuty mlekiem, i jedliśmy ciastka wyrobu domowego. Rozmowa toczyła się wartko, mimo że koledzy nie znali angielskiego. Major był w paradnym stroju, my niezupełnie. W pewnym momencie pan domu odpiął odznakę pułkową od munduru i wręczył Kornbergerowi ze słowami: „Od tej chwili oficerowie 9. pułku ułanów polskich są mile widzianymi gośćmi w kasynie lansjerów” - przetłumaczyłem. Widziałem, jak twarz Hugona robi się granatowa; po chwili milczenia Hugo odkręcił swoją odznakę pułkową i wręczył gospodarzowi. „Tłumacz!” - zwrócił się do mnie. „Od tej chwili oficerowie Bengals Lancer Regiment są mile widzianymi gośćmi w kasynie oficerskim w Trembowli”. Odetchnęliśmy. Gospodarze byli zachwyceni. Szukaliśmy na mapie małego punktu Trembowli, który dla nas znaczył dom. I jeszcze o tych zacnych ludziach. Kiedy odchodziliśmy z Coulter na inne kwatery, urządzili dla nas przyjęcie w restauracji hotelowej w mieście. Zaprosili dziesięciu naszych oficerów i kilka pań z sąsiednich majątków. Wszyscy miejscowi przybyli W galowych szkockich strojach. W czasie jedzenia kobziarze chodząc wokół stołu grali odpowiednie melodie. Po kolacji wystąpiły dwie panienki recytując wiersze... po polsku! Uczyły się tych wierszy dwa tygodnie. Jeden z nich był „O żabce i bocianie”. Po występach artystycznych państwo Stevenson mimo emerytalnego wieku zademonstrowali nam kilka góralskich, szkockich tańców.

XII

Mniej więcej w połowie lipca 1940 r. gen. Dąb-Biernacki usiłował wywołać pucz wojskowy w celu obalenia gen. Sikorskiego. Do tej akcji pozyskał sobie pewną grupę oficerów. Powodem puczu miało być rzekome zaprzepaszczenie armii polskiej we Francji, co było oczywiście nieprawdą. Zrobiono

wszystko, żeby armię uratować, ale przecież nikt nie mógł przewidzieć rozwoju sytuacji i tak szybkiej kapitulacji Francuzów. Jako wysłannik junty przybył do nas gen. Rudolf Dreszer, były dowódca 4. Dywizji Piechoty we Francji. Jednakże wszyscy nasi oficerowie opowiedzieli się za gen. Sikorskim. W naszym rozumieniu był on jedynym, który miał prestiż i w naszym wojsku, i wśród aliantów. Uważam za wielkie szczęście, że ten pucz się nie udał. W końcu lipca znaleźliśmy się w rejonie Cupar Fife, a oddział rozpoznawczy dokładnie we wsi Ceres. Słowo „wieś” jest tu pojęciem umownym. Wszystkie domy murowane miały wodociągi, kanalizację i prąd elektryczny. Ulice gładko wybetonowane. We wtorki o 8 rano jeździł od domu do domu samochód i zbierał bieliznę do prania... Wieś liczyła około tysiąca mieszkańców. Przez środek Ceres płynie rzeczka Burn, nad którą stoi most pamiętający zaciekłe walki Szkotów z Anglikami. A na moście wieczorem stawali nasi żołnierze, początkowo sami, po kilku dniach w towarzystwie dziewcząt. Żołnierze zaczęli uczyć się angielskiego, a dziewczęta... po polsku. W rezultacie w ciągu paru miesięcy zanotowano około dziesięciu ślubów. Wtrącił się w to energicznie nasz biskup połowy, ks. Józef Gawlina, który oświadczył, że „nasze dziewczęta czekają na was w Kraju”. Od tego czasu wydano oficjalny zakaz zawierania mieszanych małżeństw, wobec tego chłopcy żenili się bez pozwolenia. Zresztą jak można było pohamować dorodne dziewczęta, których zmobilizowani rówieśnicy siedzieli w dalekich koszarach i na różnych kontynentach. Zostaliśmy umundurowani w bardzo twarzowe, polowę mundury angielskie, dostaliśmy broń i trochę sprzętu: tankietki i samochody. Byliśmy znowu dziarskim wojskiem Zaczęły się normalne ćwiczenia wojskowe, dla zapoznania się z nowoczesną techniką i taktyką. Większość sanitariuszy została wcielona do szwadronów liniowych. Mój personel składał się z Mangolda, Grzymały, Kotowskiego i jeszcze młodego sanitariusza z emigracji francuskiej, Franciszka Zielińskiego. Grzymała, choć nie sanitariusz, był niesłychanie przydatny jako kierowca i majster do wszystkiego. Poza tym uwielbiał mocne napoje. W Ceres dostałem ogrodowy pawilon, w którym otworzyłem izbę chorych na kilka łóżek. Zainteresowała się tym jedna z okolicznych pań i ofiarowała mi wyposażenie na dziesięć łóżek. Była to bogata izba chorych, dostałem nawet samowar jako typowy polski sprzęt gospodarczy. Kupiłem sobie auto (kosztowało 25 funtów, cena używanych aut bardzo spadła ze względu na ograniczenie sprzedaży benzyny dla cywilów) i wysyłałem nim Grzymałę po zakupy. Wprawdzie nie znał on angielskiego, ale przywoził ze sklepów dokładnie wszystko, co potrzebowaliśmy, przy czym kupował bardzo tanio. Wkrótce wyjaśniła się tajemnica jego działalności. Wachmistrz przyjeżdżał do miasta Cupar, wchodził do sklepu z gwoździami czy farbami, wybierał potrzebne rzeczy w odpowiedniej ilości, a potem zapraszał na drinka właściciela, który w takim wypadku zamykał swój sklep. Pierwszą kolejkę stawiał Grzymała, następnych raczej nie płacił. Pewnego razu wracając z zakupów nasz bohater poczuł senność. Ustawił mego Hillmana na szosie i zapadł w nicość. Policja w tym kraju jest sprawiedliwa i jak sprawiedliwość bezlitosna. Zostałem wezwany do sądu, gdzie siedział zupełnie zalany mój wachmistrz. Znaleziono przy nim kartkę z moim nazwiskiem i telefonem, którą mu przezornie wkładałem do kieszeni. Bardzo uprzejmy sędzia, który te sprawy załatwiał od ręki, czytał jakiś tekst z Biblii albo z innej grubej książki. To, co zdołałem zrozumieć, brzmiała - „Dżajmala zasługuje na karę do dwu lat więzienia, za zagrożenie bezpieczeństwa na drodze publicznej”. Zdrętwiałam. Dżajmala nic

sobie z tego nie robił. Następnie wysoki sąd powstał i ogłosił: „Sergeant Dżajmala jako bohaterski cudzoziemiec, który przyjechał bronić Wielkiej Brytanii, jest wolny od kary”. Najsłodszym głosem powiedziałem Grzymale parę słów, po których wstał i zwracając się do sędziego wrzasnął: „Tak jest, proszę sędzi”. Wtedy sędzia zdjął z siebie złoty łańcuch i zupełnie prywatnie zaprosił mnie na kieliszek whisky. W wyniku tego zajścia „sprzedałem” Grzymałę do warsztatu naprawczego, a za niego otrzymałem byłego taksówkarza, który codziennie zalewał się od porannej rosy. Prócz tego przydzielono do mnie młodą damę, tzw. drajwerkę, z sanitarką. Była to wdzięczna istota ze służby pomocniczej kobiet, która miała prowadzić samochód. Nalewanie wody do chłodnicy było dla niej zajęciem tajemniczym. Oczywiście nasi chłopcy wyręczali ją znakomicie. Jej obecność powodowała, że miałem ciągłe inspekcje z kwatermistrzostwa. Co najmniej trzech pułkowników interesowało się moją karetką sanitarną. Kiedy któryś z nich przychodził. Miss Ann (czyli Andzia) brała szmatę do rąk i wycierała samochód. Inspektor odbierał jej szmatkę i wyręczał Andzię. Mój samochód lśnił jak lustro przez kilka tygodni, aż Miss Andzię zabrano do sztabu brygady. Należy tu wspomnieć, że mieliśmy w naszej świetlicy otwartą kantynę, którą prowadziła bardzo miła i ładna pani Allison. W sklepie jej mogliśmy kupić pastę do zębów i złoty zegarek za cenę niższą niż gdzie indziej. Podobno pani Allison, która była osobą bogatą, różnicę pokrywała sama. Jej wspólniczką była pani Cameron, malarka w cywilu (panie nosiły mundury). Wspólniczka paliła grube cygara i nigdy nie przebywała w sklepie. Życie układało się wygodnie. Nasi podchorążowie, pełni inicjatywy, stworzyli teatr z chórem rewelersów. Śpiewano satyryczne piosenki o dowódcach i oficerach oddziałów. Mnie się też dostało: „Doktorze, doktorze, ty masz żywot sielski, pierwszy nałożyłeś mundurek angielski”. To z powodu battledressu... 31 sierpnia urządziliśmy wielkie przyjęcie z okazji święta pułkowego. Rozpięto sześć ogromnych namiotów i połączono w jedną salę. Okoliczna ludność dała nam ławy i stoły, do których zasiadło dwieście osób. Był to żołnierski obiad, na który zjechali prezydent Raczkiewicz i generał Sikorski. Zaprosiliśmy dużo osób z sąsiedztwa, przez co można było obejrzeć na spódniczkach mężczyzn ogromną rozmaitość krat którymi odróżniają się szkockie rody. General opowiedział nam o przyczynach i skutkach klęski Francji, jak również o Kraju, skąd miał już radiowe, dokładne wiadomości. Były przygnębiające. Uzyskałem możliwość rozmowy z gen. Sikorskim i zameldowałem gotowość powrotu do Kraju. Generał znał osobiście Kalenkiewicza, na którego się powołałem, i kazał adiutantowi zapisać moje nazwisko. W początkach listopada 1940 r. zostałem wezwany do Londynu do Sztabu Naczelnego Wodza, gdzie kpt. Jaźwiński przeprowadził ze mną pierwszą urzędową rozmowę. Zostałem skierowany na dziesięciodniowy kurs informacyjny dla kurierów krajowych. Na tym kursie spotkałem prawie całą paryską grupę „chomików” (około piętnastu) z Maciejem Kalenkiewiczem na czele. Czytaliśmy niemieckie gazety, które docierały przez Lizbonę, oraz meldunki z Kraju. Wtedy to po raz pierwszy zobaczyłem raporty z Komendy Głównej ZWZ. Wszyscy byliśmy przygotowani do podróży przez Wschód: Turcję i Bałkany.

W tym czasie „chomiki” zdobyły kilka taboretów w Ministerstwie Obrony Narodowej. We Francji mieli trudniejsze warunki: gdy wyrzucano ich za drzwi, musieli wracać oknami. Cieszyłem się bardzo, że wrócę do Kraju. Tu, w Anglii, wyglądało na to, że jeszcze około dziesięciu lat będziemy się forsownie odżywiać dorszami. Zwiedziłem Londyn, który, jak wiadomo, jest nowoczesnym Babilonem, a nawet Kartaginą, jak chcą niektórzy. Jest to ogromne miasto, w którym może pomieścić się dziesięć różnych krajów rzędu Albanii. Anglików, oczywiście, również widuje się na ulicy... W tym czasie notowano wzmożony ruch turystyczny: setki Hindusów, Murzynów i kanadyjskich Indian w narodowych strojach składało hołdy w pałacu królewskim, dowiadując się przy tym, że Hitler jest „very bad”, czyli niedobry człowiek. Z Maciejem spotkałem się w herbaciarni Lyonsa, położonej koło Hyde Park Corner. W parku tym istnieje do dziś miejsce, gdzie można wygłaszać mowy na każdy temat. Przeważnie przychodzą tam osoby, które wieszczą nowe objawienie albo koniec świata. Niektórzy z nich krytykują rząd, oskarżają premiera, że ma spółkę z diabłem albo z Hitlerem. Milczący policjant słucha przemówień, czasem jest jedynym słuchaczem. Pilnuje tylko, żeby dyskutanci nie pozabijali się lub nie mówili źle o rodzinie Jego Królewskiej Mości. A więc z Maciejem piliśmy świetną herbatę, a ja marzyłem głośno. Opowiadałem Maciejowi, że w mostach znajdują się komory minowe, bo takie widziałem na własne oczy, i jak to można wykorzystać. Maciej pękał ze śmiechu, ponieważ był specjalistą saperem, i prowokował mnie do rozmowy. W końcu powiedział mi, żebym się nie spieszył z wyjazdem. Od niego po raz pierwszy dowiedziałem się o możliwości powrotu do Kraju drogą lotniczą. Mimo że byłem oswojony z samolotem, poczułem ssanie w dołku, ale oświadczyłem: -Może być i tak”. Maciej zapytał, czy się boję. „Naturalnie - odparłem - ale chyba me o to chodzi”. „Uczucie strachu towarzyszy każdemu z nas przez cale życie. A cóż bylibyśmy warci pozbawieni instynktów”. Maciej, w którego rozum wierzyłem, napomknął, żebym był cierpliwy… Byłem cierpliwy i zwiedzałem Londyn, o ile w ogóle to jest możliwe. Przy okazji byłem w kilku kinach. W jednym z nich pokazywano dokumentalny film z ewakuacji wojsk brytyjskich w Dunkierce. Jak wiadomo, miasto to jest znane z klęski aliantów (koniec maja 1940 r.) To prawda, że z powodu Dunkierki polska Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, przerzucona z Norwegii do Francji, uległa rozproszeniu, a częściowo zagładzie. Nieliczni żołnierze, którzy nie wylądowali we Francji, wrócili pod dowództwem ppłk. Władysława Deca do Anglii, gdzie został stworzony batalion podhalański w 1. Brygadzie Strzelców. Ale Francuzi pod Dunkierką stracili około czterdziestu tysięcy żołnierzy wraz ze sprzętem. A Anglicy? Właśnie film demonstrował ewakuację żołnierzy brytyjskich. Żołnierze szli w morze bez broni, często półnadzy, barki stały na głębokiej wodzie i niektórzy musieli płynąć. Widok ten wstrząsał i pozornie świadczył o całkowitej klęsce. Tymczasem prawda była inna. Sprzęt wprawdzie utracono całkowicie, ale z armii brytyjskiej, liczącej około ćwierć miliona żołnierzy, do niewoli dostało się tylko piętnaście tysięcy, czyli jedna dywizja. Reszta znalazła się w Anglii, i to był wielki sukces brytyjskiej ewakuacji.

Po ukończeniu kursu wróciłem do swoich ułanów w Ceres. Odbywały się intensywne ćwiczenia. Oddział rozpoznawczy został całkowicie zmotoryzowany i w kolejności szkolenia odbywały się

ćwiczenia marszu plutonów i szwadronów. Kpt. Jan Kotulewicz, oficer techniczny, stracił głos usiłując przekrzyczeć szum setki motorów, bo tyle mieliśmy teraz pojazdów, lekkich gąsienicowych samochodów i motocykli. Ułani dla kawału przypinali na wieczorki ostrogi z blaszek, ale dla konia w tej armii nie było już miejsca. Szef sanitarny okręgu nr I płk dr Jerzy Babecki przysłał rozkaz delegowania mnie do kliniki chirurgicznej w Edynburgu. Chociaż nasze miejsce pobytu leżało niedaleko Edynburga, zamieszkałem w nieście w pięknej, parkowej dzielnicy. Moim gospodarzem był austriacki Żyd, adwokat, który w 1938 r. uciekł z Wiednia do Anglii i po wybuchu wojny został internowany przez Anglików. Właśnie wyszedł z obozu i kończył nostryfikację dyplomu. Gospodarz mój był poliglotą i niejeden wieczór przegadałem z nim po rosyjsku, który to język obaj nieźle znaliśmy. Edynburg w tym czasie był miastem żołnierzy. Główne ulice wypełniali ludzie w mundurach brytyjskich, niektórzy z nich mieli kowbojskie kapelusze, inni harcerskie. Na ramionach spotykało się naszywki: Kanada, Australia, Polska, Nowa Zelandia. Wielu Kanadyjczyków mówiło po polsku. W związku z napływem wojska powstało szereg nowych barów, które dobrze prosperowały. Żołd angielski był wysoki. Jeden z lokali dla wojska mieścił się przy Princess Street, nazywał się Havana Club; była to ogromna sala z pierwszorzędną orkiestrą, bez wyszynku alkoholu, ale goście mogli przynosić ze sobą własne napoje i zabawiali się beztrosko... Co wieczór wywożono stamtąd rannych od brzytew i noży. W klinice chirurgicznej i w szpitalu wojskowym, który mieścił się w zamku, poszkodowani leżeli dziesiątkami. W szpitalu pracował mój dawny szef ze szpitala okręgowego, płk dr Tadeusz Sokołowski. Spotykaliśmy się często w drodze do pracy, gdy chodziłem do prof. Phrasera do kliniki uniwersyteckiej. Uniwersytet w Edynburgu powstał ze składek społecznych i prywatnych dotacji. W korytarzach umieszczono tablice z nazwiskami fundatorów większych sam, tak że niewiele pozostało już wolnego miejsca na ścianach. Obsada lekarska była bardzo liczna. W porze obiadowej rozgrywano mecze futbolowe między drużynami asystentów poszczególnych klinik. Do Edynburga przyjechał kolega Wacław Wołyncewicz i zamieszkał w mojej dzielnicy. Zaopiekował się nami znany rentgenolog z Warszawy doc. dr Adam Elektorowicz, który również pracował w szpitalu wojskowym. Docent nosił się z zamiarem utworzenia polskiego wydziału lekarskiego, co ostatecznie zostało zrealizowane w późniejszym okresie. Wieczorami we trójkę chodziliśmy grać w brydża do Szkotów, wśród których docent miał wielu znajomych. Przyjmowały nas miłe i gościnne domy. Przeważnie jako zasadę stosowano wpłacanie wygranych na lotnictwo wojskowe. W ten sposób częściowo przyczyniłem się do rozwoju lotnictwa Jego Królewskiej Mości. Kiedyś z Wołyncewiczem poszliśmy do „Palais de Dance”, które to przedsiębiorstwo w rzeczywistości było kombinacją cyrku i knajpy z dansingiem. W olbrzymiej hali na dole odbywała się tresura słoni i pokazy zręczności, na przemian z tańcami na tym samym parkiecie. (Do pokazów tresury rozkładano maty.) Zasiedliśmy do stolika na balkonie otaczającym salę i zamówiliśmy danie wyglądem, ale nie smakiem, przypominające mięso. Koło nas stanęła szczupła, młoda kobieta w cylindrze, we fraku, z pejczem w ręku. Przyglądała się nam uważnie. Doszliśmy do przekonania, że dziewczyna jest głodna,

i Wacek ze staropolską gościnnością zaprosił ją do stolika. Woltyżerka siadła z nami i dzielnie pochłaniała jakieś danie. Zaczęliśmy rozmowę, z której okazało się, że nasza rozmówczyni zna Europę, była kiedyś w Moskwie, w Warszawie i, co najdziwniejsze, w Petersburgu. Wtedy zapytałem ją, w którym to było roku. Odpowiedziała: w 1913... Na zakończenie, gdy mieliśmy już płacić rachunek, nasza znajoma zawiadomiła nas, że ten lokal jest jej własnością, a my jej gośćmi. Często jeździłem na noc do swoich ułanów do Ceres. W Ceres zaprzyjaźniłem się z rodziną państwa Simpson. On był proboszczem w miejscowym Kościele Szkockim, ona lekarzem pediatrą. Byli to zawsze serdeczni, dobrzy ludzie. Z pastorem miałem początkowo liczne kontakty w sprawach „sercowych” naszych żołnierzy, z okresu gdy pełniłem jeszcze funkcję tłumacza. Chodziło mu głównie o zalegalizowanie niektórych związków i nie sprzeciwiał się, kiedy jego parafianki brały ślub w obrządku katolickim. Mieliśmy na przykład sprawę pewnego kaprala, który nie uzyskał zezwolenia na ślub u nas w oddziale. Było to już po wyjściu zarządzeń szefa duszpasterstwa. Dopiero interwencja u gen. Kukiela, dowódcy okręgu, załatwiła sprawę pozytywnie. Tu trzeba zaznaczyć, że w Wielkiej Brytanii nie ma mowy o przerywaniu ciąży i żaden brytyjski lekarz nie podejmie się „kosmetycznych” zabiegów. W medycynie, jak i w innych dziedzinach, obowiązywała tu swoista moralność i dość wąska specjalizacja. Miałem tego liczne dowody. Kiedyś nasz płatnik pułkowy uszkodził sobie mostek zębowy, szczęka wisiała na jednym zaczepie, drugi uległ zarwaniu. Poszedłem z pacjentem do szkockiego dentysty w Ceres, lekarz bardzo był zajęty ważnymi pracami w gołębniku. Ponieważ znał mnie, przerwał pracę i obejrzał szczękę kapitanowi „Nic nie poradzę – powiedział - jedźcie do chirurga do Edynburga. Wziąłem nożyczki które leżały na stoliku narzędziowym, i przeciąłem klamrę w szczęce Wtedy dentysta oznajmił że teraz może już przystąpić do zabiegów. Przyjechał do mnie do Edynburga Andrzej Świątkowski, przywiózł mi różne wiadomości z Londynu i prosił o pomoc lekarską. W swoim czasie doznał on odmrożeń, na skutek czego miał nos starego opcja. Dermatolodzy udzielali mu wielokrotnie mądrych porad, co zupełnie nie wpływało na wygląd nosa. Porozumiałem się z profesorem radiologii w dziale radioterapii i przyprowadziłem Andrzeja na konsultację. Profesor, miły, dystyngowany pan. obejrzał nieszczęśnika i orzekł: „To się da zrobić. Ale po naświetleniu ulegną zniszczeniu rozszerzane naczynia i powstaną dziury. Tam się będzie zbierała woda. Kotar nosa może się zmienić. O ile pański kolega decyduje się, zaczniemy kurację”. Nie miałem odwagi tłumaczyć tego Andrzejowi, bo to był człowiek porywczy. Na zakończenie naszej konsultacji profesor dał nam adres dermatologa, specjalisty od odmrożeń. Z innej branży, w moim Hillmanie zerwała się przegroda oddzielająca motor od kierowcy Okropny żar buchał z silnika. Pojechałem do dużego warsztatu samochodowego, żeby osunęli usterkę. Uczeni mechanicy po naradzie orzekli, że sprawa wymaga fabrycznego remontu, a przecież nie ma nic prostszego niż odesłać samochód do fabryki. Nawet ja wiedziałem jak to się naprawia, ale nic z tego. Fachowcy wiedzą lepiej. Genialny Grzymała przynitował całą ściankę dwoma gwoździami w ciągu dwudziestu minut. W grudniu 1940 r. odbyłem dziesięciodniowy kurs chirurgii wojennej, w czasie którego wykładowcy demonstrowali pomysłowe zabiegi pierwszej pomocy chirurgicznej. Na kurs ten w Edynburgu zjechało się wtedy około dwudziestu lekarzy chirurgów z różnych oddziałów WP.

Na wigilię przyjechałem do Ceres, równocześnie przyszedł do jednostki rozkaz przenoszący mnie do wydziału personalnego Sztabu Naczelnego Wodza. W ten sposób opłatek wigilijny zbiegł się z pożegnaniem z przyjaciółmi, którzy byli dotąd moją najbliższą rodziną. Koledzy z pułku nie chcieli niczego prócz tego, bym wracał do oddziału. Zaśpiewali mi starą piosenkę: „Niech się cieszy każda mama, gdy ma syna u Bystrama”. Niektóre typy mają specjalne uzdolnienia. W tym wypadku przybyło do mnie paru me znanych mi dotąd interesantów, którzy prosili o protekcję w Londynie u płk Cypriana Bystrama szefa wydziału personalnego- Nie miałem zaszczytu ani przedtem, ani potem widzieć pułkownika na oczy.

XIII

2 stycznia 1941 r. z samego rana staliśmy na dworcu w Glasgow: Andrzej Świątkowski, pchor. 9 p. uł. Jerzy Zubrzycki i ja. Czekaliśmy na dychawiczny pociąg, który zawiezie nas do Fortu William, gdzie rozpoczniemy szkolenie strzeleckie, jak nam powiedziano. Na peron weszła grupa polskich oficerów, wymieniliśmy ukłony. Nieznajomi przybyli z workami bagażowymi jednakowego wyglądu. Nasza trójka miała walizki, a więc tamci są z jakiegoś oddziału. Następnie nadszedł porucznik kawalerii w garnizonowej czapce, wielka wtedy rzadkość. Kawalerzysta stanął osobno i obserwował nas. Ostatecznie wsiedliśmy wszyscy do jednego wagonu. Jechaliśmy w grobowej ciszy, nikt się nie odzywał. W końcu Świątkowskiemu się znudziło i zaczął opowiadać stare, warszawskie kawały, niektóre słyszałem już kilka razy, ale zawsze gotów byłem powtórnie z nich się śmiać. Nieznajomi słuchacze zaczęli chichotać najpierw półgębkiem, a potem ryczeliśmy głośno, bo i dowcipy nabrały kolorów. Wśród nieznajomych, którzy dążyli do tego samego celu, rozpoznaliśmy mjr. Józefa Hartmana, oficera znanego przed wojną z wielu zdjęć, bo był adiutantem prezydenta Mościckiego. Przystojny, wysoki, szpakowaty, z miłym uśmiechem na twarzy. Był kierownikiem tamtej grupy, lecz postępował taktownie, nie demonstrował swojej władzy. Grupa ta należała do 4. Brygady Kadrowej, stojącej w rejonie Leven. Byliśmy tym trochę zdziwieni, ponieważ ta jednostka rekrutowała się z polskiej 4. DP we Francji i przezywano ją „Brygadą Kanadyjską”, ponieważ żołnierzy do niej miano rekrutować z szeregów Polonii kanadyjskiej. Wiele osób szukało wtedy sposobu, aby się przenieść do „Kanadyjczyków”. Tymczasem sprawa upadła, i to z wielu powodów. Najważniejszym chyba było wspomnienie z I wojny światowej, kiedy to ochotnicy kanadyjscy i amerykańscy, którzy zgłosili się do armii gen. Hallera, nie otrzymali po wojnie rent od rządu polskiego. Dowódca 4. Brygady płk Stanisław Sosabowski postanowił rozpocząć u siebie szkolenie specjalne, by ze swoich „Kanadyjczyków” zrobić brygadę spadochronową. Chociaż niektórzy z protegowanych ulegli panice, pułkownik trzymał wszystkich żelazną ręką i zyskał złośliwe przezwisko „Właściciel”. Teraz, gdy lody pękły i dowiedzieliśmy się, z kim mamy do czynienia, wyciągnęliśmy do siebie serdecznie ręce. Tylko kawalerzysta w rogatywce siedział wyniosły, ignorując wesołe towarzystwo. Po czterech czy pięciu godzinach wyskoczyliśmy na małej stacyjce, gdzie czekali na nas Anglicy z kilkoma samochodami, wśród Anglików znalazł się też jeden polski oficer. Był nim kapitan broni pancernej Antoni Strawiński. Miał on ogromny beret, duży, czarny skórzany płaszcz, ściągnięty pasem

oficerskim z dwoma dużymi pistoletami w specjalnych kowbojskich kaburach. Kapitan wyglądał imponująco i przedstawił się jako polski komendant stacji, to jest ośrodka wyszkoleniowego, do którego jechaliśmy. Było nas trzydziestu kandydatów do tajemnej wiedzy. Powsiadaliśmy do samochodów i ruszyliśmy znowu na północ. Przyroda tu była surowa, wokoło rozciągały się dzikie góry ze słabą roślinnością. W oddali widniał szczyt Ben Nevis, cel podróży, najwyższa góra w Szkocji (1343 m). Stacja mieściła się w Inwerlochy Castle, majątku lorda Abingtona, który swój olbrzymi pałac odstąpił na cele wojskowe. Angielskim komendantem był mjr Stacey. Na rękawach miał haftowane naszywki „six commando”, co oznaczało Wydział Specjalny w Ministerstwie Wojny. Znaleźliśmy się w placówce Special Operations Executive (SOE), nowej brytyjskiej organizacji, pracującej jednak na starych, dobrych zasadach.10 Tu mieliśmy przeszkolić się w sabotażu i dywersji. Kurs nazywał się „pułapki i zniszczenia” (traps and demolitions). Nie byliśmy tu pierwsi Już w grudniu 1940 roku grupa „chomików” i niektórych naszych oficerów z Ministerstwa Obrony Narodowej, razem dwudziestu pięciu ludzi, odbyła taki kurs w celach doświadczalnych.11 Dnie mieliśmy wypełnione zajęciami O 7 rano zaczynaliśmy gimnastykę, prowadzoną w sposób żywy i interesujący. Uśmiechnięty angielski instruktor podawał nieraz komendy mylące kursantów i wtedy ten, który się omylił, musiał zrobić pięć przysiadów. Do takich komend należało: „do this” i „do that”, czyli „rób to” i „rób tamto”. Wszystko odbywało się w ostrym tempie i kończyło się rozprężającymi ćwiczeniami Po dwudziestu minutach czuliśmy się zupełnie rozbudzeni Zajęcia odbywały się czasem w holu, przeważnie na dworze. Często całe przedpołudnie spędzaliśmy na strzelnicy, gdzie prowadziliśmy huraganowy ogień z broni krótkiej, karabinów i lekkiej broni maszynowej. Pierwszą zasadą było szybkie otwarcie ognia z odpowiednim ułożeniem rąk i całego ciała. Nie używaliśmy muszek ani szczerbiny przy strzelaniu z pistoletu. Kursanci musieli nauczyć się strzelać wcześniej niż imaginowany przeciwnik. Postawę strzelecką ćwiczyliśmy bardzo długo, korygując siebie nawzajem i wkrótce zanotowaliśmy dobre wyniki w strzelaniu. Mjr Stacey, niegdyś oficer w Indiach (podobno polował na tygrysy), był doskonałym strzelcem i pokazywał nam różne sztuczki. Jedną z nich było oddanie pięciu strzałów ze zwykłego karabinu z szybkością taką, jakby to była broń automatyczna. Jak wyglądało ćwiczenie? Kursant wbiegał na leśną polanę, gdzie wokoło wśród drzew ustawiono tarcze z sylwetkami niemieckich żołnierzy; należało szybko oddać pięć celnych strzałów. Major trzymał karabin jak gitarę i oddawał serie, przeważnie wszystkie celne. Przy naszych stałych ćwiczeniach osiągnęliśmy ostatecznie wszyscy nieco tylko gorsze rezultaty. Po obiedzie odbywały się zwykle zajęcia minerskie, początkowo w sali wykładowej. Strawiński pokazywał nam materiały wybuchowe i sposób ich użycia. Dla wielu z nas była to nowość, tym bardziej że zobaczyliśmy nowy środek wybuchowy, tak zwany plastyk Jest to żółta masa, miękkiej
10

Special Operations Executive - Kierownictwo Operacji Specjalnych - organizacja powołana w lipcu 1940 r. w celu koordynacji całej działalności wywrotowej i sabotażowej na terenach okupowanych przez Niemców. Spośród licznych sekcji narodowych SOE największą i posiadającą pełną samodzielność była sekcja polska. 11 Być może informacja pochodzi od kolegów autora, którzy uczestniczyli właśnie w kursie grudniowym. Pierwszy bowiem taki kurs odbył się już dwa miesiące wcześniej.

konsystencji, dająca się modelować. Siła niszczycielska plastyku była większa niż dotychczas znanych materiałów wybuchowych. Do spowodowania wybuchu używaliśmy spłonek saperskich i górniczych. Strawiński opowiedział nam, jak niebezpieczne są spłonki przy wybuchu w ręku („Rwie trzy palce jak nic”), a następnie zamiast szczypcami zaciskał spłonkę w zębach. (Chodziło o zamocowanie lontu w spłonce.) Z prawdziwym nabożeństwem „zakąsiliśmy” nasze pierwsze spłonki. Stopniowo nasze ćwiczenia stawały się bardziej męskie. Między innymi należało samemu uzbroić ręczny granat obronny - a wiadomo, że jest to broń straszna - potem sierżant angielski rzucał ten granat prawie pod nogi i radził kłaść się. Nie było wyboru, musieliśmy się kłaść, i to szybko. W każdym razie nie mieliśmy żadnego wypadku, chociaż po takiej detonacji głuchło się na parę minut, a nasz wygląd zmieniał się... Następnie zaczęliśmy wychodzić w teren, aby minować różne wyznaczone obiekty. Pokazano nam granat przeciwpancerny wielkości ludzkiej głowy, który po zdjęciu aluminiowego pokrowca wyglądał jak pęcherz z czerwoną wodą. W granacie znajdował się półpłynny materiał wybuchowy, który skutecznie rozrywał pancerną blachę. Sam Strawiński okazał się zupełnie miłym człowiekiem, przejętym rolą komandosa, bo za takiego się uważał. Oprócz oryginalnego stroju miał jeszcze inne drobne dziwactwa. W swoim prywatnym samochodzie wytarł liczby na szybkościomierzu. W jednym miejscu widniała tylko namalowana trupia główka. Kiedy prowadził wóz zbyt szybko i strzałka dotykała feralnego znaku, obserwował swego pasażera. Należało wtedy zapytać: „Czy pan kapitan jedzie za pogrzebem?” Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w czasie poprzedniego kursu Strawiński przeprowadził bojową akcję. Otóż zauważono, że w okolicy Inverlochy kręcą się jacyś wojskowi, robią pomiary terenu i szkice. Ustalono też, że zatrzymali się w hoteliku w Fort William. W tym okresie żywiono w Anglii powszechną obawę przed niemieckimi szpiegami. Kapitan uległ psychozie i mówił, że w terenie znajduje się grupa niemieckich dywersantów... Zarządził alarm bojowy, załadował kilkunastu naszych do samochodu i wpadł jak burza do hoteliku, gdzie angielska grupa topograficzna popijała gin. Po krótkiej walce Anglicy zostali rozbrojeni. Sytuację wyjaśnił Stacey. Skończyło się na ogólnej popijawie. Po kilku już dniach na kursie zżyliśmy się, na uboczu jedynie trzymał się por. kawalerii Marian Jurecki, którego wszyscy podejrzewali o „kawaleryjską zarozumiałość”. Postanowiłem rozruszać milczka. Okazało się, że jest on miłym, kulturalnym człowiekiem, mającym różne osobiste kłopoty, a kiedy zorientował się, że odróżniam koński łeb od ogona, zaproponował mi bruderszaft. Stało się to tym łatwiej, że poszliśmy na spacer w ciemną noc. Marian opowiadał o działaniach Podlaskiej Brygady Kawalerii i raptem w zupełnym pustkowiu natknęliśmy się na budynek z tabliczką „Inn”. Inn oznacza knajpę. Wchodząc do Inn, Marian oświadczył, że nie pije piwa, ja również pogardzałem tym napojem. Piwa tam nie piliśmy... Starszym naszego kursu był mjr Hartman. Przez sześć tygodni nie miał z nami kłopotu. Prócz majora wyróżniał się bardzo urodą por. Zygmunt Oranowski, wychowanek Szkoły Podchorążych Saperów w Modlinie. Zygmunt był jedynym wykwalifikowanym wśród nas minerem i urządzał nam stale różne zasadzki. Spuszczenie wody w zacisznym miejscu lub przekręcenie kontaktu groziło nieraz hałaśliwym wybuchem spłonki. Całe szczęście, że mieliśmy zdrowe nerwy. Każdy z nas bal się Zygmunta jak jadowitej żmii i każdy sprawdzał dokładnie pościel przed spaniem.

Z nowości technicznych używaliśmy ołówków czasowych (time pencil) i kieszeni zapalających. Ołówki służyły do uruchomienia jakiegoś mechanizmu w określonym czasie, na przykład piętnastu czy trzydziestu minut. Kieszenie były małymi pudełkami wypełnionymi masą termitową, powodującą ogień o dużej temperaturze. Służyły do wzniecania pożaru. Obydwa te urządzenia uruchamiało się przez zgniecenie ampułki z kwasem siarkowym, znajdującym się wewnątrz. Kwas łączył się z chlorkiem potasu i tak powstawał zapłon właściwego środka zapalającego. W początkach lutego, korzystając z mgły, nadleciał nad Fort William jeden niemiecki bombowiec i zrzucił dwie zaplute bombki w trawnik. W kilka dni później zwiedzaliśmy Fort William, czyste miasteczko, w którym mieściła się duża huta aluminium Z pobliskiej góry spływały do huty cztery ogromne rury, każda o dwumetrowej średnicy, sprowadzające wodę do szesnastu turbin. Te z kolei wirowały z szybkością śmigieł. Następnie woda spływała z turbin do rwącego kamiennego potoku. Uprzejmy inżynier, który pokazywał nam w ramach szkolenia sabotażowego czułe punkty w fabryce, zwrócił nam uwagę, że zniszczenie jednej tylko rury doprowadzającej wodę do huty spowodowałoby kompletne zniszczenie zakładu, a prawdopodobnie i miasteczka położonego poniżej. Taki też był cel niemieckiego nalotu. W kilka lat później widziałem na jednej z okładek niemieckiego piana „Der Adler” rysunek przedstawiający „nalot” na Fort William. Propaganda przedstawiła ten Luftangriff jako wielkie, kolejne zwycięstwo III Rzeszy. Nasze szkolenie dobiegało końca. Wydano nam długie noże. tzw. fighting knives o kształcie szpikulca, takie noże mieli żołnierze brytyjscy z jednostek wypadowych, zwanych commandos troops. Od tej chwili zaczęliśmy zdobywać jeszcze inne wtajemniczenia. Najbardziej lubiłem strzelać z ręcznego karabinu maszynowego. Anglicy mieli licencję na czeski erkaem typu Bren. Z lekką ta i sprawną bronią można było iść na spacer i „zwalczać nieprzyjaciela” ruchome tarcze. Przez cały czas uczyliśmy się strzelać krótkimi seriami, co daje większą skuteczność rażenia. Lufa erkaemu po kilkudziesięciu strzałach nagrzewała się i wtedy należało ją szybko wymienić. Piegowaty sierżant z Dublina zrzędził: „Za wolno, za wolno, nawet głupi angielski lord wymieni lufę w dziesięć sekund”. Toteż spieszyliśmy i wymienialiśmy lufy w dziewięć sekund, nie zważając, że parzyły nam boleśnie ręce. 14 lutego nastąpiło zakończenie kursu.12 Jurecki, Świątkowski i ja pojechaliśmy według rozkazu do Londynu. Z pozostałych większość kolegów została skierowana do Brygady Spadochronowej, stacjonującej w Leven w Szkocji.

XIV

Tymczasem w Londynie działy się wielkie rzeczy. Ostatecznie Anglicy zdecydowali się na akcję przerzutową do Polski. Stało się to nie tylko na skutek żądania władz krajowych i krzątania się „chomików”; w dużym stopniu, a może i ostatecznie decydujące było pragnienie Churchilla wzniecenia walk powstańczych na terenach okupowanych. Wytypowano jeden samolot Whitley, któremu dobudowano wewnątrz zbiorniki z paliwem, i przekazano go polskiemu rządowi.
12

Nastąpiło to chyba wcześniej, skoro 9 lutego rozpoczął się następny kurs, którego autor był uczestnikiem (zob. J. Tucholski Cichociemni, Warszawa 1985. s. 66)

15 lutego 1941 r. trzech dzielnych ludzi wsiadło do samolotu, aby odbyć pionierski lot do Kraju. Byli to: kpt pil. Stanisław Krzymowski „Kostka”, por. kawalerii Józef Zabielski „Żbik” i kurier polityczny pchor. Czesław Kaczkowski „Wera”. Załogę samolotu stanowili Anglicy, dowodził nią por. Keast. Powolny samolot, nie nadający się do takich dalekich podróży, dotarł nad Polskę, w okolice Skoczowa. Nie znalazłszy placówki, nasi wykonali skok, przy czym por. Zabielski pokaleczył się dotkliwie. Skoczkowie pogubili się w ciemności i każdy na własną rękę dostał się do Warszawy. W Londynie czekano przeszło tydzień na pierwszą wiadomość z Kraju. Od tego uzależniano dalsze akcje. Ostatecznie uznano, że lot udał się tylko dzięki brawurze i szczęściu skoczków, ale Whitley nie nadaje się do operacji nad Polską. Sprawa została znowu odłożona. (Takie mieliśmy wtedy informacje.) Zostaliśmy skierowani teraz do nowego miejsca szkolenia: stacja nr 38 w Briggens, niedaleko Londynu, na kurs walki konspiracyjnej. Kurs ten zgromadził już tylko dwudziestu słuchaczy. Pokazały się nowe twarze, niektórzy z kolegów odbyli przede mną szkolenie w Forcie William. Naszym starszym został mjr Hartman. Wykłady odbywały się w przestronnej sali pałacu lorda Aldenhama, który ofiarował połowę swojego domu dla nas, a w drugiej połowie rezydował pluton żołnierzy angielskich. Dla wszystkich znalazło się tam dość miejsca, zwłaszcza że gospodarze odznaczali się niesłychaną gościnnością. Tematem wykładów była przede wszystkim organizacja pracy w konspiracji: sposoby nawiązywania łączności, kontaktów, wciąganie ludzi do konspiracji, zbieranie wiadomości i przekazywanie ich. Do wykładowców należeli: płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki13, ppłk Witold Langenfeldt, mjr Leon Fudakowski, rtm. Feliks Jerzy Szymański, kpt. Jerzy Niezbrzycki-Wraga oraz Anglicy, z których pamiętam płk. Hilla. W przypadku prowadzenia wykładu w języku angielskim tłumaczył pchor. Stanisław Grocholski. Płk George Hill w czasie Rewolucji Październikowej pracował na Kremlu jako fotograf. Był świadkiem wielu wydarzeń, pełniąc równocześnie rolę brytyjskiego wywiadowcy. Wykład prowadził w formie opowiadania. Sekretarka stenografowała wypowiedzi pułkownika. Tego typu wspomnienia są w Anglii zbierane w specjalnym archiwum i ujawniane po trzydziestu latach. Z wykładów pułkownika zapamiętałem kilka mądrych rad, poza tym odnieśliśmy wrażenie, że brytyjscy pracownicy wywiadu mają duże pełnomocnictwa. Do wielkich wyczynów płk. Hilla należy, według jego relacji, wywiezienie z Kremla do Bukaresztu rumuńskiego skarbca królewskiego wraz z insygniami. Rzeczy te były zdeponowane w Moskwie i pułkownik musiał przede wszystkim oszukać wartę rumuńską, pełniącą wtedy służbę na Kremlu, a następnie musiał użyć wielu wybiegów, ażeby przewieźć skarbiec przez Rosję (wiosna 1918 r.), poprzecinaną dziesiątkami frontów. Płk Osmecki wprowadzał nas w takie pojęcia, jak aklimatyzacja konspiracyjna, tworzenie sztucznego życiorysu itp. Jednym z naszych wykładowców był polski kapitan lotnik, który pracował w wywiadzie (nazwiska nie pamiętam), w Intelligence Service. Nasz kapitan „inteligent” uczył nas jednego ze sposobów zbierania informacji o lotnictwie niemieckim. Niemcy drukowali wiele pism wojskowych, ukazywało się też sporo wydawnictw lotniczych. Zawierały one różne informacje. Gazety niemieckie można było kupić

13

Cichociemny, zrzucony do Kraju 13/14 III 1943 r., późniejszy szef Oddziału II (wywiadowczego) KG AK, ps. „Heller”. W czasie kampanii wrześniowej oficer do zleceń Naczelnego Kwatermistrza, po czym w Rumunii i we Francji. Po raz pierwszy przybył do Kraju jako kurier w grudniu 1940. Zmarł 22 V 1984 w Londynie.

w tym czasie w Lizbonie, w Madrycie, a może i w Moskwie. „Inteligent” czytał dokładnie gazety i w wielu wypadkach ustalał miejsce postoju jednostek niemieckich. W przyszłości korzystałem z tych dobrych rad i gorliwie czytałem niemiecką prasę. Wykładowca pokazywał nam również aktualne zdjęcia lotnicze z Francji i Belgii, gdzie zaczęły się pojawiać wywiadowcze samoloty angielskie. Z lotu ptaka dokładnie rysowały się rozjazdy kolejowe i dworce, czasem widoczny bywał lej po bombie lotniczej. Zdjęcia wykonano precyzyjnie i po względnie krótkim szkoleniu nauczyliśmy się je odczytywać. Innego typu wykłady prowadził kpt. Niezbrzycki14. Robił on wrażenie zimnej maszyny matematycznej; mówił o komunizmie i o Rosji w sposób beznamiętny, operując setkami liczb i przykładów. Kapitan uprzedził nas, żebyśmy nie czytali pism Marksa, gdyż mają one moc urzekającą... Wtedy przekorny Andrzej Świątkowski natychmiast zapytał: „A czy pan kapitan czytał Kapitał?” Niezbrzycki z głębokim westchnieniem odpowiedział: „Tak”. Niepotrzebne nam było wezwanie Odyseusza, uszy dla polityki zakleiliśmy już dawno. Z innych wykładowców wymienić należy rtm. Feliksa Jerzego Szymańskiego (1. pułk strzelców konnych w Garwolinie). Był to rasowy „chomik”, desperat i patriota. Miał on własne teorie na temat walki z okupantem niemieckim. Napisał instrukcję dla dowódców drużyn partyzanckich, która została wydana jako ściśle tajna z podpisem szefa Oddziału VI Sztabu. (Była to wypróbowana metoda „chomików”, kiedy wmawiali czynnikom decydującym, że to jest pomysł właśnie czynników.) Rotmistrz ułożył regulamin, z którego cytuję: „1. Dywersja w ogólnym tego słowa znaczeniu jest to działanie przeprowadzone całymi siłami własnymi, mające na celu: a. odciągnięcie części sił wroga z kierunku jego głównego wysiłku. b. rozproszenie i dezorganizację sił wroga koncentrowanych dla wysiłku głównego”. Już sam początek wykładu spowodował burzliwą dyskusję. Szymański opracował Instrukcję w oparciu o różne przykłady z historii naszej i innych narodów, ale każdy z nas miał swoje zdanie na ten temat. Teraz z perspektywy lat widzę, że Szymański wykonał dobrą robotę. Jasne, że partyzantki nikt nie mógł się nauczyć z książki, ale jakiś schemat myślowy na pewno sobie przyswoiliśmy. Zupełnie nie pamiętam, kto wykładał toksykologię. Dostaliśmy do ręki drewniane skrzyneczki zawierające zestawy środków trujących. Była to kolekcja trucizn na różne okoliczności: od weselnego przyjęcia, do dużego składu z mąką; znajdowały się tam i trucizny nadające się do stosowania indywidualnego. Cały ten bagaż wiadomości ładowano nam przed południem. Po obiedzie przeprowadzaliśmy ćwiczenia polowe. Brał w nich udział ppłk Evans, komendant kursu. Poznaliśmy też kpt. Perkinsa, który przyjeżdżał z Londynu jako nasz opiekun z ramienia angielskiego Ministerstwa Wojny. Jednym z ćwiczeń, które powtarzaliśmy kilkakrotnie w różnych wersjach, był „marsz na kierunek”. Rozwożono nas zamkniętym szczelnie samochodem wzdłuż nie znanych nam dróg i wyrzucano pojedynczo po prostu na szosę. Zadaniem każdego z nas było dojść w określonym czasie do punktu
14

Jerzy Niezbrzycki (ps. literacki Ryszard Wraga), 1901-1968. W latach 1921-1939 oficer II Oddziału Sztabu Głównego, kierownik referatu „W” („Wschód”). Od 1939 r. na Zachodzie: we Francji, Anglii, Stanach Zjednoczonych.

zbiórki oznaczonego na mapie. Iść należało na przełaj, ponieważ na drogach czyhały patrole Home Guard (Obrony Narodowej). Każdy z nas miał kartkę z numerem telefonu kapitana Perkinsa na wypadek aresztowania przez patrol. Nikt jednak nie wpadł i trafiliśmy dość precyzyjnie do punktu kontrolnego. Trudność ćwiczenia polegała jeszcze na tym, że wszystkie informacyjne napisy we wsiach i na drogach były zaklejone, a nie wolno było pytać ludności o drogę. Po kursie tym mięliśmy zaledwie kilka dni przerwy i znowu spotkaliśmy się na stacji położonej koło miasteczka Hartford, ładnej osady z dużymi zakładami lotniczymi De Havillanda. Produkowano tam myśliwce wielozadaniowe „Mosquito”. Nie pamiętam obsady brytyjskiej naszego kursu, a i wśród nas zaszły jakieś przesunięcia. Tu bezustannie robiliśmy napady i zasadzki. Kolejno każdy z nas opracowywał zadania jako dowódca, a reszta musiała wykonywać narzucone role. Ćwiczenia odbywały się w dzień i w nocy, tak że niewiele mieliśmy czasu na odpoczynek. A oto przykład jednego z ćwiczeń. Akcja zniszczenia fabryki lotniczej: zadanie - rozłożyć na terenie fabryki pudełka z napisem: „Materiał zapalający, znalazca, ma odnieść pudełko do pokoju numer taki to a taki”. Pudełka w liczbie dwudziestu sześciu mają być umieszczone w lakierni, w składzie suchych desek, w kotłowni i na strzeżonym lotnisku, gdzie stoją prototypy samolotów. Otrzymujemy przepustki do fabryki, obserwujemy wejście i wyjście robotników (około tysiąca ludzi na jedną zmianę). Dowódca ćwiczenia rozdziela nam zadania, pokazuje plan fabryki; każdy z nas wie, gdzie ma położyć swoje pudełka. Kilku wchodzi na teren fabryki w mundurach angielskich żołnierzy artylerii przeciwlotniczej. Oni mają za zadanie „zniszczyć” samoloty na lotnisku. Ja idę w grupie robotników, mam się dostać do magazynu lakierów. Jest to ćwiczenie obustronne, dla nas i dla straży fabrycznej. Wchodzimy na teren fabryki z falą robotników, przepustki pokazujemy niedbale, mijamy straże. Za nami wjeżdża kpt. Perkins i blokuje komendanta straży w pokoju wymienionym na pudełkach. Musimy szybko rozłożyć paczuszki i za dziesięć minut wyjść z resztą zmiany opuszczającej fabrykę. Ćwiczenie udało się znakomicie. Kiedy byliśmy już za bramą, znaleziono pierwsze pudełko. Odjeżdżaliśmy na rowerach, za nami rozległo się wycie syren, a po chwili ruszyły samochody z policją, ale na próżno. Mieliśmy rozpoznany teren i każdy z nas dostał się szczęśliwie na miejsce zbiórki. Inne ćwiczenie to napad na „bank”. W miasteczku, w pobliżu dworca, został wytypowany sklep, gdzie na ladzie znajdowała się żółta teczka z pieniędzmi. Home Guard, składająca się ze starszych ludzi, wie, że będzie pozorowany gdzieś w mieście napad, któremu należy przeszkodzić. Mjr Hartman i ja nie braliśmy udziału w tym ćwiczeniu, razem bowiem z Perkinsem staliśmy w mundurach na ulicy, naprzeciw sklepu, jako obserwatorzy. Patrole krążyły koło nas, pilnie obserwując naszą trójkę. Kilka minut przed godziną 17 od strony stacji nadszedł w mundurze angielskim ppor. Antoni Pospieszalski z elegancką kobietą (ppor. Zbigniew Piasecki). Ponieważ do godziny 17 brakło jeszcze kilku minut, para minęła sklep i weszła do restauracji, aby wyjść punktualnie co do minuty. Punktualnie o 17 zabrzmiały wybuchy min koło urzędu pocztowego, gdzie atakowała inna nasza grupa. Wszyscy obrońcy ojczyzny rzucili się w kierunku wybuchów, a wtedy Pospieszalski ze swoją damą „obrabował bank”. Ucieczka udała się, a my oglądaliśmy zawiedzione miny starych wojaków. Zdarzały się też ćwiczenia o napięciu bardziej dramatycznym, gdy przeciwnikami byli młodzi i ambitni żołnierze angielscy. Przy próbie „zniszczenia” dobrze strzeżonego mostu kolejowego jedna nasza grupa, przebrana za kolejarzy, szła do mostu, popychając drezynę kolejową z narzędziami; druga, do

której należałem, miała za zadanie podczołgać się i napaść na uzbrojonych żołnierzy. Zadanie wykonaliśmy, ale żołnierz, którego zbyt łagodnie „dusiłem”, kopnął mnie kilka razy zupełnie na serio. Wobec czego musiałem go „dodusić”. I znowu jak z bata strzelił minęły trzy tygodnie. Wracaliśmy do Briggens jak do domu. Tu nastąpiły zmiany. Przybył polski komendant rtm. Franciszek Koprowski i zmieniono Anglika. Nowym komendantem angielskim został mjr Angus Kennedy. Teraz zaczęliśmy studiować sytuację w Polsce, opierając się na raportach krajowych. Czytaliśmy meldunki Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej i Delegatury Rządu na Kraj. Były w nich wymieniane sabotaże i akty dywersyjne, były wiadomości o nasilających się okrucieństwach niemieckich. Były podawane nazwy jednostek niemieckich w Polsce i nazwiska ich dowódców. Dowiedzieliśmy się, iż do Polski przybywały jednostki stacjonujące dotąd we Francji. Ale żeby nam się nie nudziło, Koprowski prowadził gimnastykę. Sam już nie pierwszej młodości, odznaczał się sprężystością i siłą. Na stacji znaleźli się też dwaj sierżanci z chińskiej policji, którzy nauczyli nas dżiu-dżitsu. Jeden z nich, olbrzym, przewracał nas wszystkich po kolei. Drugi, niskiego wzrostu, wymykał się jak wąż z rąk. Stawałem do walki z Robertem (tym dużym) kilka razy dziennie i zawsze dostawałem tęgie lanie. Miałem potłuczone boki koloru zgniłej polędwicy. Nieraz myślałem, po co ja się tak męczę, i szedłem po nową serię sińców. Sam Kennedy też coś wspomniał o służbie w policji. W czasie I wojny światowej był brygadierem, obecnie zaś z powodu wieku mógł być tylko majorem. Kiedyś zapytałem go niedyskretnie, ile w ogóle zabił ludzi na świecie. Bez namysłu odpowiedział: „Około pięciu tysięcy”. Kiedy okazaliśmy zdziwienie, major uspokoił nas: „Ale to byli przeważnie Chińczycy...” Trzeba przyznać mu swoisty humor! 10 maja zakończyliśmy nasz kurs „odprawowy”15 i otrzymaliśmy różne przydziały. Jurecki, Świątkowski i ja zostaliśmy skierowani na lotnisko w okolicy Manchesteru jako stażyści w angielskiej jednostce komandosów. Była to grupa mniej więcej sześćdziesięciu żołnierzy, przeważnie z 1. pułku grenadierów. Ich dowódca kpt. James Clark znał biegle rosyjskie przekleństwa. Mieszkaliśmy w barakach z falowanej blachy, przy czym oficerowie mieli wewnątrz metalowe ścianki, przedziałowe, co tworzyło w dzień upalną, suchą łaźnię. Polacy nazywali te domki beczkami śmiechu, ale nie zawsze śmialiśmy się. Żołnierze byli już wyszkoleni, a teraz pod dowództwem swego kapitana wykonywali różne ćwiczenia. Przez kilka dni na przykład wybiegali na komendę, która miała taką samą intonację, jak we wszystkich armiach świata, i atakowali kilka baraków-makiet ustawionych w polu. Kapitan wyznaczał z góry, który żołnierz gdzie ma stanąć, i na sygnał wszyscy pędzili do baraków, stawali przy oknach i oddawali serię strzałów do drzwi i okien (pociski ćwiczebne), przy czym wszyscy musieli krzyczeć: „Wychodzić, ręce do góry”. Inne ćwiczenie polegało na przeprawie komandosów przez rzeczkę, płynącą w tym rejonie, niezbyt szeroką. Na środku jej nurtu głębokość wynosiła ponad dwa metry. Anglicy mieli mnóstwo pływaków korkowych i pneumatycznych do transportu broni i ludzi. My trzej przepływaliśmy bez żadnych technicznych pomocy. W końcu Świątkowski namówił mnie do polskiej improwizacji. Zdjęliśmy w jednej z pobliskich stodół ciężkie drzwi i z trudem przynieśliśmy je nad rzekę. Położyliśmy na

15

Obejmował program, jak należy zachowywać się w warunkach konspiracji w Kraju.

drzwiach cekaem i popłynęliśmy na nich na drugi brzeg. Sergeant-major, czyli starszy sierżant, szef kompanii, był wyraźnie zadowolony, ale natychmiast wyznaczył drużynę do odniesienia drzwi z powrotem. W Anglii takich rzeczy się nie robi. Już w Szkocji mieliśmy incydenty z właścicielami gruntów, którzy nie pozwalali kopać rowów strzeleckich nad brzegiem morza, mimo że cały kraj spodziewał się inwazji niemieckiej. Zatargi likwidowali oficerowie łącznikowi, znajdujący się przy polskich dowódcach, ale czasem spory trafiały nawet do parlamentu. Brytyjski oddział przygotowywał się do skoku ze spadochronem. Jedno z ćwiczeń polegało na tym, że żołnierze siadali do gondoli balonu, który ich wznosił czterysta - sześćset metrów. Naszą trójkę umieszczono w gondoli z trzema żołnierzami angielskimi i wyholowano nad lotnisko. W środku podłogi kosza wyzierała duża dziura, w którą należało spuścić nogi i siedzieć tak długo, aż na dole ktoś się zlituje i ściągnie balon na ziemię. Jurecki skakał już kiedyś ze spadochronem; w maju 1939 r. powstał w Legionowie wojskowy ośrodek spadochronowy, ja miałem za sobą około stu lotów na RWD-8, Świątkowski - kilka długich podróży lotniczych przez Azję i Afrykę, czyli byliśmy oblatani. Siedzenie w skrzypiącej gondoli ze wzrokiem utkwionym w ziemię nie należy do przyjemności. Angielscy żołnierze zabawiali się spluwaniem przez zęby w dół. Robili to z namaszczeniem i z głęboką powagą. W końcu Andrzej mrugnął do mnie i przyłączyliśmy się do tej zabawy. Niewątpliwie jest to rozrywka filozofów, tylko Jurecki patrzył na nas z wyraźną dezaprobatą. Na szczęście nasz balon potrzebny był komu innemu i po trzydziestu minutach wróciliśmy na oplutą ziemię. 15 maja z rana kpt. Clark zapytał mnie o pogodę po raz piąty („Ładną mamy pogodę, nieprawdaż?”) i kazał nam ładować się do małej ciężarówki. Jechaliśmy kilka kilometrów na drugi koniec lotniska Ringway. Tam w uroczym domu jakiegoś fabrykanta czekali na nas angielski por. Peter Bryant i mjr Józef Hartman. Staliśmy przed wielką przygodą, szkoleniem spadochronowym. Koło południa zebrała się grupa ludzi, którzy od tej chwili będą nazywać się cichociemni. Nazwa ta obejmuje żołnierzy przeznaczonych do zrzutów w Kraju. Było nas teraz dwunastu: mjr Józef Hartman, por. Marian Jurecki, ppor. Tadeusz Klimowski, ppor. Jan Kazimierski, por. Zygmunt Oranowski, por. Alfred Paczkowski, ppor. Zbigniew Piasecki, ppor. Jan Piwnik, ppor. Antoni Pospieszalski, ppor. Franciszek Pukacki, por. Jan Smela, por. Andrzej Świątkowski Por. Bryant pełnił służbę gospodarza i zaczął od lunchu, czyli od drugiego śniadania. Pocieszył nas, że ziemia w Ringway jest wyjątkowo miękka i nic nam nie grozi poza jakimś drobnym złamaniem. Po śniadaniu pojechaliśmy do ogromnego hangaru, gdzie czekała na nas pierwsza zaprawa do skoku. W hangarze na małym podwyższeniu stał samolot bez skrzydeł. Trzeba było wejść do wnętrza i skoczyć w dół (dwa metry) przez dużą dziurę wyrąbaną w podłodze. Jeden za drugim skakaliśmy i wchodziliśmy z powrotem, szło to bardzo sprawnie, aż spociliśmy się, bo wszystko należało robić szybko. Po małej przerwie następne ćwiczenie. Wewnątrz hangaru na wysokości drugiego piętra biegła galeria bez ogrodzenia. Z sufitu zwisały huśtawki, na które siadaliśmy z odbiciem, by wylądować po przeciwnej stronie hangaru, potem z powrotem. To proste. Jeden za drugim płynęliśmy przez hangar. Następne ćwiczenie zabraniało siadania na huśtawce, należało przerzucić się na drugą stronę hangaru, trzymając się rękami za drążek huśtawki, to już trudniejsze. Mieliśmy trochę emocji. A na zakończenie skok z galerii, byle nogi razem. Wspaniale. Wszyscy byli zadowoleni.

Wieczorem Peter siedział z nami przy kolacji i popijał kümmel, napój mocny, ale zepsuty zapachem kminku. My jedliśmy w nadmiarze sałatę z okropną padliną z puszek. Z jedzeniem było już nie najlepiej wtedy w Anglii. Cywile otrzymywali jedno jajko na tydzień. Mięso tylko mrożone lub w puszkach. Na drugi dzień nadal odbywały się skoki w hangarze, tym razem na sygnał świetlny: żółty - uwaga, czerwony - go! to znaczy - skacz! Po lunchu był piękny dzień. Siedliśmy teraz do Whitleya. Samolot zabrał połowę naszej grupy i wzbił się w powietrze. Pierwszy wyskoczył angielski instruktor o skupionym wyrazie twarzy. To był jego trzechsetny skok. Zsunął się lekko w otchłań i za chwilę zobaczyliśmy otwartą czaszę spadochronu. A więc również proste. Pierwszy z nas skoczył Jurecki. Po każdym skoku samolot zataczał koło, żeby lądujący skoczek mógł odejść z miejsca lądowania. W końcu i ja przeżyłem małą emocję-moment zeskoku. Później wszystko szło gładko. Używaliśmy spadochronów automatycznych; zaczepiało się odpowiedni uchwyt za hak umieszczony w samolocie, po opuszczeniu samolotu sznurek wyciągał mały spadochron, który z kolei wydobywał właściwą czaszę. Sznurek po uzyskaniu pełnego obciążenia pękał. Każdy z nas dostał na stałe spadochron, który należało skontrolować, odpowiednio złożyć i nie wolno było się z nim rozstawać. Kiedy otwarła się czasza i płynąłem nad ziemią, poczułem wyraźne zadowolenie. Ziemia przesuwała się pod nogami, a potem zaczęła gwałtownie się zbliżać. A więc stopy razem, i już biegłem po ziemi, żeby zgasić ogromną płachtę, którą szarpał wiatr. Byliśmy w świetnej kondycji i chyba wszyscy dobrze przeżyli ten pierwszy skok. Znowu wróciliśmy do pierwszego ćwiczenia. Chodziło o to, aby cała szóstka wyskoczyła jak najszybciej. Na tablicy informacyjnej czytaliśmy, że grupa A wyskoczyła w ciągu piętnastu sekund. Byli to Czesi. Postanowiliśmy, że nasze grupy B i C będą szybsze. No bo jak może być inaczej. Udało się: mieliśmy kilka sekund przewagi. W czasie drugiego skoku dotknąłem nogami spadochronu mojego poprzednika i ten zaczął gwałtownie opadać. Na szczęście udało mi się wymanewrować linkami bez wypadku. Został nam jeszcze nocny skok. Ale nie dopisywała pogoda i dwa dni spędziliśmy w hali na huśtawkach. W końcu wieczorem podjechaliśmy do naszego starego Whitleya. Nasza grupa B załadowała się o zmierzchu. Polecieliśmy zdobywać ostatecznie ostrogi cichociemnego. Samolot nabrał wysokości, gdy nagle poczułem, że coś mi się leje na kark. Siedziałem na podłodze plecami do kabiny pilotów i nic nie widziałem. Powiedziałem Oranowskiemu, żeby nie robił kawałów, bo jestem ogromnie przejęty. Na to Zygmunt kazał mi popatrzeć przez okienko do tyłu. W kabinie zobaczyłem wielki ogień, a więc palimy się, i cicho siadłem z powrotem. Jedyna nadzieja, że zdążymy wylądować. Samolot ostro zszedł w dół i osiadł na betonie. Błyskawicznie otwarto drzwi i jak z procy wyskoczyliśmy na ziemię. Koło nas stały już auta sanitarne i przeciwpożarowe. Akcja ratunkowa była w toku. Okazało się, że taki pożar jest dla lotników codzienną przygodą (jakiś drobiazg w silniku), a na kark lał mi się płyn hamulcowy z uszkodzonego przewodu. Kiedy dowiedzieliśmy się o tym, chcieliśmy zaraz lecieć znowu. Ale władze miejscowe stwierdziły, że przeżyliśmy szok, i żadna ekipa nie może lecieć tego wieczora. Zawiedzeni wróciliśmy do Bryanta, który nadal siedział przy stole jadalnym.

Następnego dnia ponowiliśmy próbę. Naszej grupie poszło jak z płatka, w drugiej mjr Hartman doznał uszkodzenia stawu skokowego i złamał kostkę. Zmartwiliśmy się. Myśleliśmy, że major wyląduje z nami w Kraju. Wybierał się do partyzantki w rejonie Spały, znał bowiem dobrze tamte tereny. Po skokach poszliśmy zjeść i wypić po staropolsku. Wprawdzie z zakąskami było mamie i nawet zastanawialiśmy się, czy nie upiec kilku pawi, które chodziły wokoło naszego domu, ale w takich okolicznościach Polacy mają swoje prostsze sposoby. Zaprosiliśmy naszego pilota. Nazywał się Borys Romanoff, ale nie był krewnym cara, nie znał nawet rosyjskiego. O 22 zasiedliśmy do uroczystego dinner i o 24 śpiewaliśmy Oczy czornyje. Następnie Andrzej nauczył Bryanta rzucania kieliszków w ogień, co ten robił z zaciekłością. Por. Romanoff został dostarczony z honorami do łóżka, a po krótkim pojedynku z Piaseckim Bryant zapadł w nirwanę. Za karę Zbyszek Piasecki musiał zanieść Bryanta do jego pokoju na górę i ułożyć do spania. Kelnerzy bezszelestnie poprawiali ognisko. Wszyscy rozeszli się spać, zostałem sam z Andrzejem przy kominku. Wrócił Piasecki i z zadowoleniem opowiadał, jak to on spoił Anglika do nieprzytomności. Nie minęło parę minut, jak wrócił Bryant, świeżutki, pachnący lawendą i zupełnie trzeźwy. Zapytał, czy ma nam wypisać bilety indywidualnie, czy zbiorowo. Zaraz też poszedł do swojego biura i na maszynie wystukał nam dwanaście zleceń na bilety. Rano Romanoff oświadczył, że ma straszliwego kaca, ale był szczęśliwy, bo odezwała się w nim słowiańska natura... Był to przemiły człowiek. Na drugi dzień jechaliśmy do jaskini lwa, do płk. Sosabowskiego. Znałem dowódcę 4. Brygady tylko ze słyszenia, a raczej plotki o nim, które nie pochlebiały. Mówiono po prostu, że „Właściciel” jest gburowaty i traktuje wszystkich jak niewolników. Poza tym przydział do Brygady Kadrowej uważaliśmy jako karę za nie popełnione grzechy. Rzeczywistość okazała się bardzo miła. Płk Sosabowski przywitał nas niezwykle serdecznie i podkreślił, że jesteśmy chwilowo w Brygadzie. Potrzebuje nas do pewnej gry wojennej, ażeby skonfrontować nasze wyszkolenie z doświadczeniem starszych dowódców. Ćwiczenia zaczęły się następnego dnia. Po jednej stronie stołu zasiadł Świątkowski, Oranowski, pchor. Zubrzycki, który przyjechał do Brygady wcześniej, i ja. Po drugiej stronie zasiedli czterej starsi oficerowie, byli dowódcy batalionów z kampanii wrześniowej i jeden zastępca dowódcy pułku. Dostaliśmy zadanie zorganizowania powstania w małym miasteczku, w którym jest kilkuset żołnierzy armii podziemnej i kilka tysięcy Niemców z różnych jednostek (wojsko, policja, żandarmeria). Nie oceniam realności założenia, ale nasze rozwiązania okazały się zupełnie inne niż starszych oficerów, i to było charakterystyczne. Reprezentowaliśmy inną szkołę. Sosabowski wyraźnie trzymał naszą stronę w czasie omawiania gry. Moim dalszym etapem szkolenia miał być kurs łączności w Dundee. Miałem tam jechać z Andrzejem Świątkowskim. Do tego czasu powinniśmy przebywać w Brygadzie, u „Właściciela”. Ponieważ byliśmy pełni inicjatywy, prosiłem pułkownika o zezwolenie na odbycie kilkudniowej wycieczki w góry. Cała nasza czwórka, Świątkowski, Oranowski, Zubrzycki i ja, wyruszyliśmy ubrani w mundury angielskie, zabierając ze sobą namioty i po cztery kilogramy suszonej pszenicy. Postanowiliśmy maszerować po trzydzieści kilometrów dziennie, nie zachodząc do żadnych domów i żywiąc się tylko pszenicą, prócz tego wzięliśmy na dobę po dwadzieścia gramów soli; wspaniałą wodę czerpaliśmy z górskich źródeł. Był to ciekawy eksperyment. Maszerowaliśmy tylko nocami, a w dzień robiliśmy szałasy w lesie i odpoczywaliśmy. Samo żucie pszenicy jest zajęciem nudnym, ale nie beznadziejnym.

Trasa prowadziła na południe od Leven. Czwartego dnia wieczorem, jak zwykle, ruszyliśmy w drogę, siąpił wyjątkowo złośliwy nieprzerwany deszcz i mój oddział zbuntował się. Zdecydowaliśmy się pójść do jakiegoś domu stojącego na uboczu, żeby się tylko wysuszyć. Znaleźliśmy odpowiedni dom, w którym mieszkała samotna kobieta. Pozwoliła nam wejść, sama siadła przy kominku, obserwując nas w milczeniu. Minęło pół godziny i ogrzaliśmy się dostatecznie, choć jeszcze nie wysuszyli. Ruszyliśmy dalej, dziękując naszej gospodyni. Maszerowaliśmy przez góry, przechodząc w bród potoki, bo już zobojętnieliśmy zupełnie w tę ostatnią marszową noc; wykończyliśmy nasze zapasy (poza pszenicą nie mieliśmy nic); wsiedliśmy w autobus i wrócili do Leven. Tu zbadali nas i zważyli lekarze, po czym poszliśmy do restauracji. Zjedliśmy prawdopodobnie cały tygodniowy przydział ośmiu Szkotów (żywność była częściowo racjonowana, zwłaszcza nabiał i mięso). Następnie zgłosiłem się do płk. Sosabowskiego z raportem. Okazało się, że dwie brygady kanadyjskie i nasza polska ganiają po lesie, szukając niemieckich dywersantów... Sam pułkownik siedział w swoim gabinecie otoczony radiotelegrafistami i prowadził akcję. Po krótkiej ze mną rozmowie pułkownik ustalił, że na pewno ta samotna kobieta z gór, u której odpoczywaliśmy, spowodowała alarm. Nie poczuwaliśmy się do winy, ponieważ przed wyjściem w teren złożyliśmy w sztabie program marszu i ściśle go wykonaliśmy. Ocena wycieczki wypadła raczej korzystnie: pomimo złych warunków marszowych i nudnego wyżywienia nikt nie zachorował, mieliśmy tylko małe ubytki na wadze. Brygada Spadochronowa wprowadziła do swego urozmaiconego szkolenia również podobne do naszego ćwiczenie: bytowanie w terenie, które otrzymało dowcipną nazwę - „kurs korzonkowy”. Nie miałem niestety sposobności zwiedzić ośrodków Brygady, słyszałem, że przechodzono tam bardzo intensywną zaprawę sportową w tzw. małpim gaju. Brygada miała też więżę spadochronową i trudny tor przeszkód. W tych wszystkich ćwiczeniach brał czynny udział sam dowódcą Brygady. W końcu maja pułkownik polecił mi wyjazd do Glasgow z zadaniem spotkania grupy polskich oficerów (cichociemnych) szkolonych w Forcie William. Oddział ten miał zwiedzić ośrodki przemysłowe w Glasgow celem zapoznania się z wielkim przemysłem (chodziło o szkolenie sabotażowe). Potem miałem wrócić i złożyć sprawozdanie. Grupę prowadził mjr Perkins (ostatnio awansował). Spotkałem Perkinsa na dworcu i wkrótce wszyscy pojechaliśmy do hotelu, gdzie zarezerwowano dla nas pokoje. Przez trzy dni zwiedzaliśmy różne fabryki. Największe wrażenie na mnie zrobiła stocznia w Glasgow. Potężnie też wyglądała fabryka olbrzymich dział nadbrzeżnych. Ogromne hale oświetlały przez całą dobę jarzeniówki w ten sposób, że z zewnątrz nie było widać żadnego światła, a każdy, kto wchodził, musiał przez kilka minut adaptować wzrok. Między budynkami stały polskie działa przeciwlotnicze z napisem: „Starachowice”. Cały teren wyglądał jak linia frontu, wszędzie rozpościerały się zasieki z drutu kolczastego, schrony i rowy strzeleckie. Trzeciego dnia Perkins poinformował o zaproszeniu nas przez Radę Miejską na lunch, który odbędzie się w stowarzyszeniu kupców w Glasgow. Było to trochę dziwne zaproszenie dla cichociemnych, ale przecież za nas myślał Perkins. O godzinie 14 zebraliśmy się w ogromnej sali, wśród ustawionych stołów, nakrytych na kilkaset osób. Goście cywilni, ubrani wizytowo, przybywali licznie, wpłacając po dziesięć funtów za wstęp od osoby. Suma bardzo duża.

Przy stole honorowym zasiadł Lord Mayor Glasgow, sir Dollan, obok niego mjr Perkins. Nas poprzydzielano do stolików, przy których zasiedli przedstawiciele miejscowej arystokracji z rodzinami. Trafiłem do stolika zajętego przez mężczyznę i dwie panie. Rozmowa w takim wypadku zaczyna się od słów: „Jak panu podoba się Szkocja?” Odpowiedź znana z góry. Moi rozmówcy, ludzie kulturalni, prowadzili bardzo miłą konwersację, gdy nagle jedna z pań zapytała mnie, jakim głosem śpiewam. Zdziwiło mnie to, ponieważ ostatni raz śpiewałem w podchorążówce Tango Milonga, i to na wyraźny rozkaz szefa kompanii, który uwielbiał tę melodię. Pani była wyraźnie zawiedziona, że nie umiem śpiewać, a i mnie zrobiło się przykro. Wkrótce sir Dollan zastukał łyżeczką w kielich i zabrał głos. Oznajmił on pięknym paniom i dostojnym panom, że całe nasze spotkanie okazało się wielkim nieporozumieniem. Myślał on, że jesteśmy chórem Wojska Polskiego i chciał zrobić przyjemność swoim mieszkańcom. Ale nic złego się nie stało. Polacy są zdolnym narodem i na pewno zaśpiewają swoje narodowe pieśni, a Szkoci zrewanżują się swoimi. On sam, Dollan, tak lubi Polaków, że po wojnie zmieni nazwisko na Dolański. W ten dowcipny sposób głowa miasta uratowała sytuację. Po wielu toastach wystawiliśmy chór, który dzielnie bronił barw narodowych. Cichociemni nie zawiedli. Tak też raportowałem pułkownikowi, który uśmiał się serdecznie. 3 czerwca zameldowałem się w ośrodku łączności w Dundee. Miasteczko portowe, czyste, pełno w nim zieleni, musiało w nim mieszkać wielu pijaków, bo w każdym domu znajdowała się knajpa... Wszystkie knajpy stały teraz puste, mężczyźni zostali zmobilizowani i wysłani do Azji czy Afryki. Jedynie flota norweska i dywizjon polskich łodzi podwodnych, które tu miały bazy, ratowały nieszczęsne bary. Lekarzem polskiego dywizjonu jest dr Włodzimierz Limonienko, mój kolega z podchorążówki, ale nie mam z niego korzyści. Jest umęczony, stale pływa w konwojach i tygodniami nie śpi. W chwili spotkania przypomina wyglądem wędzonego dorsza. Nasz kurs mieści się w nowo wybudowanej szkole, w której nie ma żadnych poręczy ani zbyt wielu szyb. Nieprzyjemne zimno. Jedyny ratunek to praktyczne ćwiczenia. Zapoznajemy się z radiem, telefonami, sygnalizacją, alfabetem Morse’a, szyframi, a wszystko w błyskawicznym tempie. Nauka szyfrów interesowała mnie bardzo. Ćwiczenia praktyczne polegają na obsłudze małych radioaparatów polowych o zasięgu trzydzieści-czterdzieści kilometrów. Patrole, składające się z dwu oficerów, idą z takim pudłem w pole i nawiązują łączność z innymi dwoma lub trzema patrolami. Mimo deszczu bawimy się świetnie: wysyłamy w świat komunikaty we wszystkich językach, obmawiamy rodzinę Hitlera. Gdzieś na odbitych falach radiowych ktoś słucha naszych wiadomości. Mówiąc serio, obowiązywały jednak ścisłe zasady używania radiostacji, a tylko przy okazji mogliśmy się zabawić. W kursie brało udział trzydziestu do czterdziestu ludzi, wśród nich kilku cichociemnych, reszta szkoliła się dla swoich regularnych oddziałów. Poza Andrzejem Świątkowskim i Janem Piwnikiem nie znam tu nikogo. Piwnik jest milczącym człowiekiem, nie zamieniłem z nim dotąd więcej niż kilka słów, mimo że szkoliliśmy się razem. Dopiero teraz, kiedy sprowadziłem samochód do Dundee, zapraszam Piwnika i Świątkowskiego i razem zwiedzamy okolice miasta. Wysoka cywilizacja graniczy tu z ponurym północnym pejzażem. Pewnego razu zaprosiłem do siebie pastora Simpsona z Ceres. Po obiedzie zdecydowaliśmy się iść do kina, gdzie grali szpiegowski film. Anglicy robili świetne filmy. Przedstawiali Niemców jako silnych, zdecydowanych ludzi. Ich ciosy z reguły były skuteczne. W końcu jednak mały, angielski blondynek

unieszkodliwił szpiega. Simpson stanął w kolejce do kasy, a ja wdałem się w pogawędkę z jakimś marynarzem, ale usłyszałem rozmowę pastora z kasjerem. - Pan nie ma maski gazowej, nie mogę sprzedać panu biletu - powiedział kasjer. - Przecież nie ma rozkazu noszenia masek przez osoby cywilne. - Churchill wzywał wszystkich do noszenia masek. - Ale ja nie podlegam panu Churchillowi, ja jestem w opozycji. - Może być - zakończył dyskusję mężczyzna w kasie - ale j a nie jestem obowiązany sprzedać panu biletu, dziękuję. Na szczęście szybko znalazła się maska i zobaczyliśmy film: Z południowych mórz. 2 lipca w czasie zajęć uległem wypadkowi i uderzyłem się boleśnie w kręgosłup. Miałem złamanie wyrostka kolczastego w kręgu szyjnym i musiałem jechać do szpitala w Perth. Szpital mieścił się w pałacu fabrykanta whisky oddanym do użytku władz polskich. Komendantem szpitala był płk dr Jan Kawiński, ordynatorem chirurgiem mjr dr Henryk Mazanek z Krakowa. Po ustaleniu rozpoznania major założył mi gorset gipsowy, bardzo ciężki i niewygodny. Samą operację wykonał w ten sposób, że brodą oparłem się o jeden stół, a stopami o drugi, cały tułów zwisał między stołami, tworząc łukowate wygięcie kręgosłupa. Byłem zmaltretowany tym zabiegiem i miałem jeszcze inne kłopoty, które wymagały interwencji pielęgniarskiej. Niestety, panie, które tam pracowały, mimo najlepszych chęci nie umiały mi pomóc. Ledwo dowlokłem się do swojego łóżka, stojącego pomiędzy innymi w większej sali. Ogarnęła mnie zupełna depresja, tym bardziej że dr Mazanek nie robił nadziei na szybkie wyleczenie, a żadnych - na możliwość pracy w bieżącym roku. W pokoju, do którego trafiłem, przebywało czterech siwych oficerów z Brygady Spadochronowej. Wszyscy oni, podobnie jak większość pacjentów szpitala, to ofiary „małpiego gaju”. Każdy z nich nosił na sobie parę kilogramów gipsu. Jeden z nich wyciągnął patefon i zapytał mnie, czy jestem muzykalny. Odpowiedziałem, że wolę wziąć coś na sen, uśmiechnął się, otworzył pudło, w którym przechowywał kilka butelek White Horse i szklanki. Pół szklanki Białego Konia zastąpiło mi najpiękniejszą muzykę - usnąłem od razu.

XV

Teraz, kiedy byłem zakuty w gipsowy pancerz, mogłem oddać się rozmyślaniom... Po co mi to wszystko? Skorupa gniotła mnie ze wszystkich stron i tylko upór nie pozwalał mi zwrócić się z tym do lekarza. Po trzech dniach postanowiłem nie rezygnować z czynnego udziału w wojnie. Obejrzałem jeszcze raz swoje klisze rentgenowskie i nabrałem otuchy. Drobny odprysk kostny nie mógł mi przeszkodzić, byłem zdrowym i silnym człowiekiem. Potrzebowałem tylko trochę czasu. A czasu miałem aż za dużo. Przekonałem o tym Świątkowskiego, którego przysłał Kalenkiewicz na zwiady. Zacząłem powoli chodzić po parku i robić dostępną dla mnie gimnastykę rąk i nóg. Z początku pomału uderzałem pięścią w drzewa, żeby nie zwiotczały mięśnie rąk.

Miałem szereg odwiedzin, koledzy nie zapomnieli o mnie. Przyjeżdżał też mój kuzyn Zygmunt Kindler, nieco otyły czterdziestoletni porucznik, w cywilu prokurator. Pełnił on służbę w jednej z kadrowych brygad i spędzał czas, jak wielu naszych oficerów, na obserwowaniu morza. Podobnie jak na lądzie spodziewano się niemieckich desantów, tak samo obserwowano morze, gdzie od czasu do czasu pływały duże kuliste niemieckie miny o metrowej średnicy, z wąsatymi zapalnikami. Materiał wybuchowy zawarty w tych kulach mógł wywołać duże zniszczenia na brzegu lub uszkodzić statek. „Rozstrzelanie” miny sprawiało naszym posterunkom wielką frajdę. Zygmunt nie przyjął zaproszenia do prac w rządzie emigracyjnym, uważał, że najlepiej postąpi dzieląc los kolegów. W naszej rodzinie panowało przekonanie, że każdy wie, co ma robić, i dlatego nie udzielaliśmy sobie żadnych porad. Kiedyś przyjechał popularny aktor z okresu przedwojennego, pan Aleksander Żabczyński, w mundurze porucznika. Bardzo lubiłem jego miły głos. W 1940 r. w rejonie Coulter, idąc górami, wpakowałem się na polski posterunek przeciwlotniczy i por. Żabczyński wziął mnie do niewoli. Na szczęście znaliśmy się z dawnych czasów i umknąłem zbędnych formalności tłumaczenia się. Pan Aleksander zaśpiewał naszym chorym moją ulubioną piosenkę Powróćmy jak za dawnych lat... Dorobiłem się już własnej walizki patefonowej, co w połączeniu z liryczną piosenką wzruszyło nas do łez. Odwiedzali mnie też oczywiście koledzy z 9. p. uł. - kilku z nich wyrażało chęć powrotu do Kraju. (Dowiedzieli się już całej prawdy). Przyjeżdżał z nimi przemiły pastor Simpson, z którym uknułem pewien spisek. 21 lipca pastor przyjechał do mnie swoim samochodem i dyskretnie wyniósł mój bagaż ze szpitala, było to o tyle łatwe, że rzeczy pozostawały przy chorych, a nie w depozycie. Następnie wyszedłem na spacer... wsiadłem do wozu i odjechaliśmy. Nie chciałem w to wciągać moich kolegów, gdyż szpital opuściłem nielegalnie. Przyjechaliśmy do Ceres, tu czekali już na mnie Mangold i Grzymała, którzy z wprawą rakarzy obłupali mnie z gipsowej skorupy. Mangold zajodynował moje odparzeliny, aż się zakurzyło. Byłem wolny. Państwo Simpson przygotowali mi twarde łoże. Zacząłem forsowną kurację; masaże, gimnastyka i kąpiele. Po tygodniu robiłem skłony tułowia. Odwiedził mnie płk Sosabowski, którego poprosiłem o dom wypoczynkowy. Załatwił mi to w ciągu dwu dni. Musiałem pożegnać gościnnych gospodarzy, którzy nie chcieli przyjąć ode mnie żadnych pieniędzy. W czasie bytności u państwa Simpson poznałem Kanadyjkę, pannę Kay, mieszkającą i pracującą w Londynie. Była to mikroskopijnie mała osóbka, która znała całą Europę. Pracowała kiedyś w sekretariacie Chamberlaina, ze swoim szefem była z wizytą u Hitlera w Berchtesgaden i miała niecodzienne wspomnienia. Dała mi swój londyński telefon do pracy. Dom ozdrowieńców (Convalescent House) mieścił się w jakimś starym dworze i służył różnym angielskim połamańcom; z Polaków spotkałem tam dwu majorów i jednego kapitana, ofiary szkolenia cichociemnych. Znajdowało się tam nas około dwudziestu. Do tego liczna żeńska obsługa, składająca się z pięknych dziewcząt, dowodzonych przez energiczną panią major. Regulamin tego zakładu był bardzo ostry: żadnego leżenia, tylko terapia zajęciowa, w tym spacery (albo wożenie na wózku) i tańce. Z tańcami była komplikacja, mieliśmy zakaz tańczenia w lokalach publicznych (żałoba narodowa), a poza tym nie miałem żadnego nastroju do tańczenia. Pani major zabrała się do mnie energicznie, twierdząc, że taniec jest lekarstwem. Toteż przez dziesięć dni od godziny 16 do 17

musiałem tańczyć wraz ze wszystkimi, następnie obowiązywała nas herbata z ciastkami, co nazywa się tam tea-time, a po herbacie zasiadaliśmy do wista. Jest to oszałamiająca rozrywka na dwadzieścia osób... Przy kolacji uroczyście zawiadamiano, kto jest zwycięzcą i kto otrzymuje w nagrodę różę... Kiedy Maciej Kalenkiewicz zatelefonował do mnie, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyję, powiedziałem, iż jestem gotów spędzić z nim wieczór w Londynie, ponieważ wszystko przebiega dobrze. 11 sierpnia stawiłem się w Edynburgu na Caledonia Station, czekając na londyński pociąg („Latający Szkot”). Tłok panował niesamowity, zupełnie jak później w warszawskich tramwajach. Dałem konduktorowi funta, żeby „choremu” zrobił miejsce. Konduktor wziął pieniądze i wsadził mnie do służbowego przedziału. W momencie odjazdu przyniósł mi butelkę whisky i resztę i oświadczył, że kocha Polaków. W poprzedniej wojnie służył on w Camel Regiment wraz z dwoma przyjaciółmi Polakami, Bobem i Jackiem, niezawodnymi w potrzebie. I cóż było robić? Spałem aż do samego Londynu.

XVI

W sierpniu 1941 r. ulice Londynu świeciły pustkami. Wiele dzieci zostało ewakuowanych do Szkocji i Kanady, Wiele rodzin wyjechało do swoich posiadłości. Kilkaset tysięcy mężczyzn wcielono do armii. Kobiety zgłaszały się masowo do pracy w fabrykach i do służby pomocniczej w wojsku. Naród angielski całkowicie został wciągnięty w tryby maszyny wojennej. Wprawdzie Bitwa o Anglię została wygrana jesienią 1940 r., ale Niemcy od czasu do czasu urządzali terrorystyczne naloty, obrzucając stolicę bombami. Teraz sytuacja zmieniła się zupełnie; Niemcy zajęli państwa bałkańskie, walczyli w Afryce, a przede wszystkim uwikłali się w śmiertelną walkę z ZSRR. Napaść Niemców na Kraj Rad nie stała się dla nas niespodzianką. Już w maju 1941 r. londyńskie gazety otwarcie pisały o zamiarach Hitlera. Naturalnie Stalina o tym informowano. Niemniej sytuacja w Związku Radzieckim wyglądała podobnie jak w Polsce i we Francji w czasie Blitzkriegu. Pancerne jednostki niemieckie przecięły osłonę granic radzieckich i posuwały się do ważnych ośrodków państwa. Dziś wiadomo, że Stalin ponad wszystko obawiając się prowokacji torpedował do ostatniej chwili niektóre projekty obrony kraju. Rząd brytyjski z Churchillem na czele postanowił zawrzeć umowę ze Stalinem i wesprzeć swego naturalnego wtedy sojusznika. Do akcji wciągnięto również gen. Sikorskiego, który podjął rozmowy z ambasadorem Majskim na temat polsko-radzieckiego układu. W ten sposób i nasza mała grupa cichociemnych znalazła się w nowej roli. Sprawy naszego przerzutu były w trakcie załatwiania. Dopiero teraz dowiedzieliśmy się o szczegółach pierwszego skoku, który zakończył się pomyślnie16. Komenda ZWZ otrzymała pocztę i pieniądze. Jednak samolot Whitley nie nadawał się do transportu cichociemny di ze względu na mały zasięg. Rozważano możliwości
16

O tyle pomyślnie, że nikt nie zginął. Zrzut wykonano jednak poza placówką (na teren włączony do Rzeszy). Rtm. Józef Zabielski doznał kontuzji, a Czesław Raczkowski został na granicy z Generalnym Gubernatorstwem aresztowany (zwolniony po wpłaceniu zań grzywny przez BCh). W ręce Niemców dostały się 4 zasobniki, a w nich: 4 radiostacje, 2 pistolety maszynowe, środki wybuchowe, korespondencja i klucz szyfrowy (J.Tucholski dz.cyt., s. 130).

zdobycia w Stanach Zjednoczonych chociaż jednego samolotu, który mógłby przelecieć z Anglii do Generalnego Gubernatorstwa i z powrotem. Sprawę tę rozpatrywano na najwyższym szczeblu SOE i dowództwa lotnictwa brytyjskiego, które trzymało rękę na sprawach polskich. Postanowiono przygotować do zrzutów czteromotorowego Halifaxa, któremu należało domontować zapasowe zbiorniki. Kilku Cichociemnych, w tym i ja, czekaliśmy na decyzje w Londynie. Nie bardzo wiedziano, co z nami zrobić. Jurecki, Świątkowski i Oranowski mieszkali w trzypiętrowym domu przy Sloane Street. Było tam siedem czy osiem wolnych pokoi. Dostałem i ja skierowanie do nich na wspólne mieszkanie. Maciej Kalenkiewicz i moi współmieszkańcy „zbadali” mnie i orzekli, że jestem zdrów jak koń. Co było zupełną prawdą. Cały incydent z moim wypadkiem przeszedł bez echa. W tym okresie nikt nie miał czasu zawracać sobie głowy jednym skoczkiem, a ja cieszyłem się, że znowu jestem w siodle. Czasami wpadał do nas mjr Harold Perkins lub któryś z jego zastępców. Objawił się nam też Peter Bryant, nasz przyjaciel z kursu spadochronowego. Jako oficer pułku gwardii wrócił do Londynu do swojej jednostki. Kasyno gwardyjskie zostało zburzone i Bryant wieczorami urzędował w klubie demokratycznym, którego połowę przejęli gwardziści. Tam też mogliśmy podyskutować z gospodarzami na temat pogody albo o zaletach ginu. Nawet Bryant musiał zrezygnować ze swojej kminkówki, której zapasy z całej Wielkiej Brytanii zdążył wyczerpać (produkcja łotewska). Bryant był człowiekiem wojny, kilkakrotnie wysadzano go nocą na brzeg francuski i holenderski dla zdobycia wiadomości. Po czym nad ranem siadał na angielski kuter i wracał do Anglii. Niechętnie o tym mówił, ale chętnie do nas się garnął. Spotkałem swojego dawnego znajomego doc. Ryszarda Truszkowskiego, obywatela brytyjskiego. Przed wojną mieszkał w Polsce. Jako docent w Zakładzie Chemii Fizjologicznej w Warszawie (katedra, prof. Stanisława Przyłęckiego) kończył ze mną medycynę, W 1932 r. pracowałem u niego jako demonstrator. Bardzo ceniłem sobie przyjaźń Ryszarda, w 1939 r. okazało się, że jest on członkiem misji brytyjskiej w Polsce i razem z tą misją został ewakuowany do Anglii. Teraz kpt. Truszkowski chodził w szkockiej spódniczce i pracował w) tym samym dziale co Perkins. Ryszard otwarcie odradzał mi powrót do Kraju. W tym czasie Anglicy ściągnęli swoich zawodowych oficerów z kolonii i na ich miejsce szukali zastępców wśród Polaków. Mieli propozycje wyjazdu do Afryki dla trzystu naszych oficerów. Absolwenci szkoły cichociemnych w tym przypadku byli uprzywilejowani. Zgłosiła się pewna liczba oficerów do służby angielskiej, ale wątpię, żeby między nimi znalazł się jakiś cichociemny. VI Oddział Sztabu Naczelnego Wodza przechodził kolejną reorganizację, na miejsce płk. Józefa Smoleńskiego przybył płk Tadeusz Rudnicki17, były attaché polski w Sztokholmie. Otrzymał on zwiększoną ilość etatów. Oranowski powołany został do sekcji zaopatrzenia zrzutów. Mjr Hartman z powodu trwałego uszkodzenia nogi został wycofany z grupy kandydatów do skoku i mianowany etatowym komendantem kursu cichociemnych18. Zabrał ze sobą pchor. Zubrzyckiego, który już w tym czasie świetnie opanował język angielski.

17 18

Płk kaw. J. Smoleński był szefem Oddziału VI do 15 XII 1941 r. (tamże, s. 41). Skoczkowie przygotowywani na dywersantów przechodzili pięć kursów: zaprawowy, badań psychotechnicznych, spadochronowy, walki konspiracyjnej i odprawowy. Mjr Hartman był drugim z kolei

Z naszej rodziny cichociemnych odwołano również inż. Kazimierskiego, ponieważ sztab potrzebował go jako specjalistę-mechanika. Rozpoczynały się przygotowania do wielkiej akcji zrzutowej do Kraju. Oranowski wyprowadził się od nas, a na jego miejsce przybył z Brygady Spadochronowej por. Jan Piwnik. Zaproponowałem mu wspólny pokój, chociaż, jak wspomniałem, nasz dom był przestronny. W ten sposób powstał podział. W jednym pokoju Świątkowski z Jureckim dyskutowali nocami na wielkie tematy. Ja zaś z Piwnikiem w innym pokoju kładliśmy się wcześnie spać. Rano robiliśmy gimnastykę, jeździliśmy do masażysty i do klubu gwardyjskiego, gdzie instruktorzy boksu znęcali się nad nami. Po południu zwiedzaliśmy Londyn, zwłaszcza tak zwane gorsze dzielnice, targowiska i nadbrzeża, gdzie mogliśmy zobaczyć ciekawe rzeczy. Widziałem na przykład czołgi angielskie ładowane na radzieckie statki. Robotnicy pisali kredą na czołgach: „For Joe Stalin”. Ta bezpośredniość Anglików była powszechna, o swoim królu mówili Georgie, czyli Jurek. Na skrzyżowaniach ulic stali panowie w melonikach z opaskami na rękach. Zadaniem tych posterunków było zawiadamianie straży pożarnej i pogotowia w razie zbombardowania ich odcinka. Ludzie ci, starsi wiekiem, wykazywali niezwykły hart ducha. Widziałem ich kilka razy w czasie nalotu. Kiedy wyły syreny, ludzie mieli obowiązek schodzenia do schronów. Ruch uliczny wstrzymywano. Do schronów, z których metro było największym, lecz nie jedynym, schodziły głównie kobiety z dziećmi. Wojskowi rzadko. Cywilni posterunkowi stali na środku ulicy i obserwowali swój rejon. W okresie tym naloty nie były już tak groźne, ale na głowę spadał deszcz odłamków z pocisków artylerii przeciwlotniczej. Żelastwo tłukło szyby i niszczyło ściany domów. Meloniki nie stanowiły żadnej ochrony. W ogóle ludność zachowywała się bardzo spokojnie. Nawet pozornie obojętnie. W pewnym gigantycznym dansingu bomba lotnicza zniszczyła jedną z sal, zabijając orkiestrę i wielu gości. Oczywiście trwała akcja ratownicza, ale w tym samym czasie w pozostałej części restauracji ludzie bawili się i tańczyli. Tak też było w Coventry w 1940 r. po jednym ze strasznych nalotów. Rannych ewakuowano natychmiast, rozstawiono namioty pierwszej pomocy i ci spośród czekających, którzy mogli, tańczyli wesoło w takt grających orkiestr. Miasto paliło się. Była to postawa godna wielkiego narodu. Anglicy nie znali też czarnego tynku. Każdy stosował się do zarządzeń i nie kupował więcej niż wymagała tego sytuacja. W sklepikach sprzedawano tylko dziesięć papierosów i to musiało wystarczyć. Na ogół Anglicy nie chodzili do kilku sklepów po papierosy lub żywność. Racjonowaniu nie podlegały tylko dorsze i kartofle. Nasza prasa emigracyjna podawała komunikaty z Kraju. Dotyczyły one polityki okupacyjnego terroru i eksterminacji. Słusznie, że o tym mówiono i pisano. Anglicy odnosili się jednak do tych informacji krytycznie, nawet do zawartych w informacjach liczb, jakby było wszystko jedno czy zabito stu, czy dwustu Polaków. Aliantów bardziej interesowały nasze zdolności produkcyjne i nasz potencjał gospodarczy. To się na Zachodzie liczy. Kiedyś w kasynie angielskiego 1. pułku gwardii opowiadałem o postępowaniu Niemców w Polsce. Oficerowie angielscy siedzieli w milczeniu i odnosiłem chwilami wrażenie, że albo nie słuchają tego, co mówię, albo nie wierzą. Dopiero po zatopieniu „Hooda”, największego pancernika brytyjskiego, otrzymałem list od mojego przyjaciela, jedenastoletniego

polskim komendantem kursu walki konspiracyjnej w Briggens (STS 38); pierwszym był wspomniany już przez autora rtm. Franciszek Koprowski (tamże, s. 67-72)

Szkota: „Wyobraź sobie, wujku - pisał - Hunowie strzelali do naszych marynarzy, kiedy ci już byli w wódzie...” Kalenkiewicz i Górski w tym czasie rzetelnie pracowali w Oddziale Operacyjnym Sztabu Naczelnego Wodza (szefem Oddziału był płk Andrzej Marecki) i przygotowywali kilka wielkich przedsięwzięć. Jednym z nich było opracowanie projektu utworzenia specjalnego dywizjonu lotniczego do obsługiwania skoków do Polski. Dywizjon ten od sierpnia 1941 r. stacjonował w Newmarket (początkowo dowodził Anglik, płk Knowles). Kalenkiewicz wraz z rtm. Jerzym Szymańskim, wykorzystując kontakty z gen. Sikorskim, uzyskali od Naczelnego Wodza ostatecznie podpis zatwierdzający powstanie Brygady Spadochronowej19. Brygada wprawdzie była już faktem dokonanym, lecz dopiero 12 października 1941 r. status jej został zalegalizowany. Niestrudzone „chomiki” działały dalej na rzecz Brygady. Z mniej ważnych spraw, o których niewiele się wie, było wykonanie odznaki spadochronowej zwykłej, a następnie bojowej. Do tej pory odznaki nie mieliśmy i niektórzy z nas nosili jako odznakę plombę z naszych spadochronów: na emaliowanej tarczy rysunek spadochronu. Odznakę naszą skopiowano z okładki książki Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy. Rysunek wykonał znany grafik inż. Marian Walentynowicz, który w tym czasie ilustrował okładki różnych polskich gazetek i książek drukowanych w Szkocji. Przedstawiał orła drapieżnie spadającego na ofiarę na ziemi. Odznaka bojowa przedstawia tego orła ze złotym wieńcem i złotymi pazurami. Całość wykonana z ciemnego metalu. Odznaki miały numerację od 1 do 500 i były przewidziane dla cichociemnych. Powyżej 500 dla Brygady Spadochronowej. Taką ustalono zasadę, od której zdarzyły się odstępstwa. Wielu kursantów z niskimi numerami nie zostało skierowanych do walk w Kraju, a w późniejszym okresie, kiedy płk Sosabowski objął monopol szkolenia spadochronowego, do Kraju przybywali żołnierze Brygady szkoleni jako cichociemni. W Brygadzie odbywali też szkolenie Francuzi i Norwegowie. Wielkim wyczynem „chomików” była sprawa sztandaru dla Brygady. Kalenkiewicz osobiście obiecał Sosabowskiemu, że Brygada otrzyma sztandar uszyty w Kraju. Przyrzeczenie zostało dotrzymane. 15 czerwca 1944 roku Brygada Spadochronowa otrzymała sztandar uszyty przez polskie kobiety w Kraju. Matkami chrzestnymi sztandaru były Panie: Maria Kann i Zofia Kossak. Sama historia przewiezienia sztandaru z Warszawy do Anglii może służyć za temat powieści. Wreszcie ze znanych mi spraw „chomików” – starali się oni o zaopatrzenie Brygady, korzystając ze swoich sztabowych koneksji. 24 września 1941 r. miała odbyć się uroczystość wręczenia pierwszych odznak spadochronowych20, połączona z pokazami zrzutów i ćwiczeniami pozorującymi zdobycie z powietrza osiedla. Naturalnie „chomiki” zaczęły działać. Oranowski przywoził do naszego mieszkania materiały wybuchowe i „butelki zapalające”, które zdobywał od Anglików nie zawsze legalną drogą. Wpychaliśmy kable, radiostacje i szereg przedziwnych rzeczy do walizek i kartonowych pudełek. Nasza gospodyni, mająca
19

We fragmencie tym są pewne nieprecyzyjne sformułowania. Projekt dotyczył utworzenia specjalnej polskiej jednostki lotniczej, nazywanej przez jego autorów eskadrą Naczelnego Wodza. Eskadra ta stopniowo zaczęła się tworzyć przy stacjonującym w Newmarket 138. Special Duty Sąuadron (dywizjonie przeznaczonym do operacji planowanych przez SOE). Oficjalnie powstała 1 IV 1943 r. i składała się z 6 załóg i 1 zapasowej. Natomiast 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa (organizator i dowódca gen. bryg. Stanisław Sosabowski) powstała 23 IX 1941 r. z przemianowania kadrowej 4. Brygady Strzelców, lecz dopiero w październiku Naczelny Wódz wydał oficjalnie rozkaz uformowania Brygady. 20 Uroczystość ta odbyła się 23 IX 1941 r. (J. Tucholski dz. Cyt.., s. 34).

duże poczucie humoru, łatwo domyśliła się, o co chodzi i z zapałem pomagała pakować niebezpieczny towar. 22 września kolumna taksówek zawiozła nas na dworzec do „Latającego Szkota”. Oranowski, szef gangu, my czterej w charakterze tragarzy, nie mogliśmy nikogo w to wciągać. Załadowaliśmy wszystko do jednego wagonu, niektóre tylko skrzynki ładując na siatki bagażowe. Była tego obfitość, wystarczająca do zniszczenia całego pociągu. Pasażerowie potykali się o nasze skrzynki stojące na korytarzu i z kwaśnym uśmiechem mówili: Sorry. Anglicy są uprzejmi. Po różnych przesiadkach wyładowaliśmy się w Kingscraig, miejscowości, która leżała w rejonie pobytu Brygady Spadochronowej. Teraz Oranowski rozwinął swoje talenty. Na łące w kierunku morza ustawiono gustownie baraki makiety. Na zachód od nich, na wzgórzach zbudowano coś w rodzaju trybun. Oranowski zaminował baraki, łącząc kable w schronie, gdzie miał sam urzędować w czasie pokazu. 24 września 1941 r. zaczęli przybywać zaproszeni goście, ludność z sąsiedztwa oraz różne oddziały wojskowe polskie i brytyjskie. Płk Sosabowski, jako mistrz ceremonii i gospodarz pokazu, przydzielił mnie na czas ćwiczeń do brygadiera Colina Gubbinsa, doradcy ministra Daltona, szefa SOE. Na trybunach rozsiedli się przedstawiciele Czechosłowacji, Jugosławii i różne ważne osobistości, nie wyłączając naszej czwórki z ulicy Sloane. O godzinie 11 od strony morza nadleciały dwa Whitleye, trzeci się popsuł. Z jednego samolotu otwarto ogień z cekaemu pociskami smugowymi. Spiker powiedział: „W tej chwili eskadra ostrzeliwuje nieprzyjaciela”. Następnie na baraki z samolotów zaczęto zrzucać ciemne przedmioty. Spiker: „W tej chwili eskadra bombarduje zgrupowanie nieprzyjaciela. Oranowski zaczął naciskać różne guziczki i wtedy okazało się, co przywieźliśmy z Londynu. Baraki zaczęły się rozpadać, wybuchały płomienie (butelki z białym fosforem). Na ziemi powstała mała filia piekła. W następnym okrążeniu już trzy Whitleye wyrzuciły kilkunastu skoczków. Spiker zapowiedział desant Brygady Spadochronowej. I oto stał się cud. Zobaczyliśmy, jak na ziemi powstały setki „spadochroniarzy”, którzy szturmem zdobyli zabudowania, improwizacja nie zawiodła. Następnie zostaliśmy wezwani na zbiórkę i wreszcie otrzymaliśmy nasze upragnione odznaki. Ja otrzymałem numer 018. Było to dla nas wielkie, wzruszające przeżycie. Dziesiątki fotografów robiło nam zdjęcia, niestety, niektóre z nich dostały się w ręce niemieckie (sic!). Gdy wsiadałem z brygadierem Gubbinsem do samochodu. Oranowski podbiegł do mnie z żądaniem, żebym wycyganił sto pięćdziesiąt funtów na warsztat doświadczalny. Zygmunt miał pomysł. Chciał wykonać motocykl składający się z dwu części, przeznaczony do zrzutów. Pieniędzy nie mógł dostać od naszych władz. W drodze na żołnierski obiad, który czekał na nas w Leven w dowództwie Brygady. zacząłem rozmowę z brygadierem od tego, że nowoczesny spadochroniarz musi mieć motocykl. Po dalszej mojej argumentacji wydawało mi się, że mówię do obrazu, ale na zakończenie brygadier zapytał: ile? Gdy usłyszał sumę, kiwnął głową i wkrótce załatwił czek na żądaną sumę. Po żołnierskim obiedzie, który nie był improwizowany, zabraliśmy nasze puste walizki i wróciliśmy do domu. Nasze zajęcia w Londynie przebiegały teraz jak poprzednio, z tym że ja zacząłem chodzić na wykłady na uniwersytet. System wykładów nie odbiegał od naszego. Profesorowie wywoływali studentów do ustnych przepytywań, studenci pocili się i dawali dyplomatyczne odpowiedzi. Przypomniałem sobie profesorów Orłowskiego i Grzywo-Dąbrowskiego, którzy natrząsali się z nas: O sancta innocentia! Kliniki mieściły się w archaicznych budynkach z epoki wiktoriańskiej, lecz wyposażone były w nowoczesny sprzęt, zwłaszcza rentgenowski i laboratoryjny.

Jurecki odwiedzał Ministerstwo Obrony Narodowej, chociaż właściwie nie powinniśmy byli tam chodzić. Jednak Marian miał tam mnóstwo znajomych, ponadto nie znosił płk. Romana Umiastowskiego. Ten starszy już pan apelował w 1939 r., aby młodzi mężczyźni opuścili Warszawę i szli na wschód, gdzie zostaną wcieleni do wojska. Nie wiadomo, z czyjej inicjatywy działał. Jego radiowe przemówienie we wrześniu 1939 r. powiększyło zamieszanie i spowodowało wiele ofiar na szosach. Jurecki przynajmniej raz na tydzień pytał pułkownika, po co to wszystko było. Prócz tego Umiastowski wydal broszurę ze spisem poległych w kampanii wrześniowe). Zawierała ona wiele błędów, a niektórzy „zabici” żyli nawet w Londynie. To był też temat do rozmów dla Mariana. Andrzej Świątkowski chodził jak lew w klatce, od czasu do czasu rozmawiał z politykami w naszym rządzie. Andrzej miał w jednym palcu całą politykę. Oprócz kilku głównych stronnictw w rządzie emigracyjnym (PPS, SL. SN. SP), była cała masa ugrupowań czy grupek zwalczających gen. Sikorskiego. Do takich opozycjonistów należał między innymi inż. Adam Doboszyński, który wydawał nawet pismo „Walka”, kolportowane w wojsku. Któregoś dnia Świątkowski poznał radzieckich marynarzy i przybiegł do nas z propozycją, żebyśmy z nimi popłynęli do Murmańska. Stamtąd dostaniemy się do Kraju - mówił. Naładowany pomysłami to on był. Pobyt w Londynie nikomu z nas nie służył. Miesiąc październik przyniósł nam wiele nowości. Eskadra 138. otrzymała dwa Halifaxy. Samoloty te musiały być adaptowane na dalekie wyprawy do Kraju. Ich naturalny zasięg wynosił 1650 kilometrów, a odległość do Kraju i z powrotem w linii powietrznej wynosiła ponad 3000. Należało wbudować dodatkowe zbiorniki wewnątrz samolotu. W początkach października zostaliśmy we czwórkę zaprzysiężeni. Przybył do naszego mieszkania uprzednio zapowiedziany przez Oddział VI jakiś starszy wiekiem porucznik z księdzem i starym sierżantem. Przywieźli ze sobą krucyfiks i świecę, zainstalowali się w naszym pokoju i chcieli przystąpić do dzieła. Wtedy wybuchł u nas kryzys przysięgowy, ponieważ byliśmy już raz zaprzysięgani po kursie rekruckim, a służbę w Kraju uważaliśmy za dalszy ciąg służby wojskowej. Ja sam byłem wciągnięty do konspiracji we wrześniu 1939 r, i składałem uroczystą przysięgę w kościele przy ulicy Chełmskiej. Nasze argumenty nie trafiały do przekonania wysłannikom sztabu, którzy reprezentowali Związek Walki Zbrojnej. Kłótnia trwała z dziesięć minut, aż zlitowaliśmy się nad sobą i nad przybyłymi. Odczytano nam rotę przysięgi. Po przysiędze staliśmy się żołnierzami Związku Walki Zbrojnej. Potem mieliśmy przybrać pseudonimy. Piwnik przybrał pseudonim „Ponury”, Świątkowski „Amurat”, Jurecki „Orawa”. Ja chciałem mieć pseudonim „Lubicz”, który otrzymałem w Kraju w SZP. Okazało się, że już go ktoś wybrał, wtedy powiedziałem, że będę „Wanią”. W dzieciństwie czytałem o jakimś kapitanie Wani, który był czymś w rodzaju Robin Hooda. Być może, ujawniły się moje dziecinne marzenia. Po przybraniu pseudonimów mieliśmy trochę kłopotów. Świątkowskiego dotąd nazywaliśmy Afganem, a ja mówiłem do niego Efendi. Każdy z nas miał jakieś swoje przezwisko. Po przybraniu pseudonimów wciąż myliliśmy się. Ostatecznie fakt przysięgi zmienił naszą sytuację prawną. Staliśmy się... właśnie! Kim stawaliśmy się? Dostaliśmy zaproszenie do Naczelnego Wodza, który nam poświęcił kilkanaście minut czasu na coś w rodzaju odprawy. Gen. Sikorski kilkakrotnie podkreślał konieczność zgody narodowej jako

podstawy zwycięstwa. W tej chwili, mówił generał, nie ulega wątpliwości, że Hitler wojnę przegra Żaden z nas w to również nie wątpił. Należeliśmy do obozu, który codziennie stawał się silniejszy, a najważniejsze, że mieliśmy rację. „Obecnie - mówił dalej generał - przechodzicie z dyspozycji Oddziału VI do dyspozycji ZWZ w Kraju, ale dla mnie pozostaniecie zawsze moimi żołnierzami.” Po kilku dniach generał odwiedził naszą czwórkę w mieszkaniu przy Sloane Street. Z generałem przyjechała pani Zofia Leśniowska, jego córka Marian Jurecki był znajomym państwa Sikorskich z dawniejszych lat i pani Zofia jako prezeska emigracyjnego PCK przekazywała mu jakieś zlecenie do Kraju. Generał mówił o trudnościach przerzutu lotniczego, lecz uważał, że to jest najlepsze wyjście. Po prostu Kraj żądał różnorodnej pomocy, a przede wszystkim wykwalifikowanych oficerów. Rozstaliśmy się z generałem bardzo serdecznie, obiecał nam, że będzie przy naszym odlocie. Widziałem go wtedy ostatni raz w życiu. Bardzo interesował się nami wicepremier Stanisław Mikołajczyk. Reprezentował Stronnictwo Ludowe w rządzie emigracyjnym Poza tym, jak dziś wiadomo, chciał stworzyć niezależną od wojska drogę przerzutową. Toteż obserwował działalność VI Oddziału. Interesował się techniką odbioru zrzutów. Zrobił nam odprawę, na której zapoznał nas z sygnalizacją obowiązującą na polu zrzutowym. Placówka krajowa odbierająca zrzuty miała układać na ziemi światła sygnałowe w kształcie strzały, wskazującej kierunek wiatru. Ilość świateł i odległość miał Mikołajczyk wynotowane i polecił nam zapamiętać te dane. Dotyczyło to głównie Piwnika, który był wytypowany do organizacji odbioru zrzutów w Kraju. Przypuszczam, że w ten sposób wyróżniono Janka. Wyglądało na to, że nasza czwórka poleci razem i że z nami będzie leciał jeden „chomik”. Kazano nam zakupić ubranie odpowiednie do Kraju. Jurecki dostał się do magazynów PCK i wypruł z różnych starych ubrań garść naszywek z nazwiskami polskich krawców. Kupiłem sobie wspaniałe trzewiki, skromne z wyglądu, ale mocne, z dobrej skóry. Kosztowały majątek. W tym czasie było już wyszkolonych kilkudziesięciu cichociemnych, którzy zaczęli napływać do Londynu. Ze względu na konspirację mieli być rozproszeni - w tym celu Perkins dał mi polecenie zawierania umów na kwatery z właścicielami mieszkań. Anglicy nie chcieli ujawniać wobec londyńczyków, że wynajmują dla Polaków mieszkania, oddział VI natomiast we miał tyłu zaprzysiężonych pracowników. Wynajmowałem mieszkania dla osób zupełnie mi nie znanych, opłatę wnosili Anglicy za pośrednictwem Oddziału VI. Mieszkań wolnych stało bardzo wiele. Adresy dostałem od zastępcy Perkinsa. Tak było przez cały październik. Perkins dał nam swój służbowy telefon i ze zdziwieniem stwierdziłem, że panna Kay ma ten sam numer telefonu. Zadzwoniłem kiedyś do niej i zjedliśmy razem kolację. Wtedy zapytałem, czy zna Perkinsa. Panna Kay była przerażona. Zacząłem jej wmawiać, że sama powiedziała mi kiedyś o Perkinsie. Omal nie rozpłakała się. Była jedną z pracownic majora, ale nie miała pojęcia o naszej współpracy. Na drugi dzień powiedziała lojalnie o tym majorowi, który „zaakceptował” naszą znajomość. W ich biurze obowiązywała całkowita konspiracja. W końcu miesiąca zostałem zawiadomiony, że w Edynburgu jest dla mnie list z Kraju. Musiałem go odebrać osobiście Mimo że pozostawaliśmy w ciągłym oczekiwaniu na zrzut, Perkins zezwolił mi wyjechać na trzy dni Natychmiast pojechałem. List pochodził od mojej żony i wędrował przeszło rok. Były na nim pieczęcie Australii i Stanów Zjednoczonych. Wywnioskowałem z mego, że w Kraju

zaczyna się głód. List doręczono mi w Rotary Club. Jest to podobno organizacja typu masońskiego. Byłem masonom bardzo wdzięczny. Korzystając z okazji odwiedziłem kolegów w Szkocji. Jeden z nich opiekował się ofiarnie moim samochodem. Auto miało rozbity reflektor, zgniecioną maskę i parę innych defektów świadczących, że ktoś hamował wóz na szkockim domu, a Szkoci budowali domy z kamienia. Kolega przekonał mnie, że są to drobne usterki fabryczne i odkupił ode mnie tę kupę żelastwa. Zgodziłem się na wszystko, bo ostatecznie, po co był mi samochód? Wróciłem do Londynu. Mieliśmy wyjechać w nieznanym kierunku. Ofiarowaliśmy PCK nasze wytworne mundury, szyte przez krawców Jego Królewskiej Mości, zostawiając swoje cywilne „łachy” i battledressy. Masze bagaże zmalały w widoczny sposób. Po wojnie przeżyłem chwilę radości, gdy mały, szczupły człowiek opowiedział mi, że przebywając w czasie wojny w oflagu w Niemczech otrzymał kiedyś przesyłkę z Genewy z Czerwonego Krzyża. Paczka zawierała mój mundur (oznaczony moim nazwiskiem). Ubiór ten służył mu jako jesionka i koc. 1 listopada przyjechaliśmy na stację wyczekiwania nr 17 koło Hertfordu, gdzie zastaliśmy oficerów francuskich i holenderskich. Francuzi byli bardzo weseli i przyjęli nas wylewnie. Zainscenizowali scenę batalistyczną pod tytułem „szarża kawalerii”. Galopowali siedząc okrakiem na krzesłach. W rewanżu zbudowaliśmy z krzeseł linię Maginota, która rozlatywała się od dotknięcia palcem. Kilka dni, które razem spędziliśmy, należały do bardzo przyjemnych. Holendrzy chodzili posępni, zawsze w czapkach; w południe wyruszali alergicznie w kierunku północnym na spacer, który trwał parę godzin. Wracali niezwykle ożywieni, ale krokiem raczej tanecznym. Urządziliśmy od razu strzelnicę i przystąpiliśmy do ostrej zaprawy. Na stacji mieliśmy do dyspozycji dużo broni i amunicji różnych typów. Świątkowski potrafił z dziesięciu metrów tak strzelać, że ślady pocisków tworzyły imię Andrzej. Jurecki również kropił zapamiętale, jakby tarcza była jego osobistym wrogiem. W początkach listopada przyjechał oficer angielski, przywożąc ze sobą nowy typ radiostacji do łączności z lotnikiem. Małe pudełko z anteną w kształcie litery T zawieszało się na piersiach. Suchą baterię umieszczało się w ładownicach na pasie. Zasięg tej radiostacji miał wynosić pięćdziesiąt kilometrów; służyła ona do naprowadzenia samolotu, wyposażonego w odpowiednią aparaturę odbiorczą. Górne ramiona litery T należało nakierować na samolot, ten zaś miał specjalną antenę przed kabiną pilota i leciał w kierunku najlepszego odbioru. Radiostacje tego typu były przeznaczone dla placówek odbiorczych w Kraju. Stacją nr 17 kierował zespół kobiecy (służba pomocnicza) na czele z panią major, której podlegało kilkadziesiąt umundurowanych młodych kobiet. Niezależnie od funkcji panie te były zawsze uśmiechnięte i uprzejme. Był też angielski kapitan, zarządzający magazynem broni i spadochronów. Podlegał on bezpośrednio Perkinsowi, który co dzień telefonował z Londynu. Dnia 4 listopada przyjechał do nas Perkins z dwoma nie znanymi ludźmi. Byli to por. lotnictwa Niemir Bidziński (ps. „Karol Ziege”) i kurier polityczny ppor. Napoleon Segiera (ps. „Wera”). Kandydaci do najbliższego lotu do Kraju. Do pierwszej grupy spośród nas został wyznaczony tylko Jan Piwnik. Naszych nowych kolegów przyjęliśmy serdecznie, chociaż przyznam się, że im trochę zazdrościłem.

Z Jankiem Piwnikiem zżyłem się i wymieniłem z nim parę adresów, gdzie w przyszłości mieliśmy się spotkać. Wiedzieliśmy już, iż nasze przydziały będą inne. Janek miał organizować odbiór zrzutów, my zaś trzej mieliśmy iść do dywersji. Nawet, dokładnie mówiąc, na kresy wschodnie, gdzie rozpoczynała się akcja sabotażowo-dywersyjna. 5 listopada w południe przyjechał Perkins i zabrał Piwnika z dwoma nowo przybyłymi. Wzięli ze sobą własnoręcznie ułożone spadochrony oraz uzbrojenie według własnych życzeń. Zaopatrzyli się tylko w krótką broń. Z Perkinsem odjechała też w osobnych samochodach ekipa Francuzów i Holendrów. Wszyscy skierowali się na lotnisko. Zostało nas trzech ze ściśniętym sercem. Oby się udało! Kiedy nasza kolejka? Zawzięcie strzelaliśmy do rzutków, czekając na wiadomość z Londynu. Przyszła po czterech dniach. Zrzut się odbył. Wszystko jest O.K. Zostaliśmy odwołani do Londynu i życie potoczyło się po dawnemu. Mieliśmy już ze sobą broń. Na miejsce Piwnika wprowadził się Maciej Kalenkiewicz. Przywiózł ze sobą szczotkę do zębów i walizkę książek. Wszystkie dotyczyły teorii wojny. Jedna wydawała się szczególnie interesująca. Wydana bardzo porządnie po angielsku, miała na okładce napis: „top secret”, czyli ściśle tajne. Zawierała rozważania na temat desantu lotniczego w... Hiszpanii. Był w niej opis ważniejszych punktów strategicznych w Hiszpanii, które należy opanować, i przewidywane środki do akcji (użycia lotnictwa i marynarki). Działania jednostek spadochronowych i desantów marynarki wojennej miały być zsynchronizowane z ogólnym powstaniem. Setki czerwonych punktów na mapie Hiszpanii dawały wyobrażenie o tzw. wojnie powierzchniowej21, co leżało w planach Churchilla. Żołnierz biorący udział w bitwie przeważnie nie wie, o jaką stawkę w sensie operacyjnym chodzi. W kampanii wrześniowej nasz pułk maszerował przez okolice Kutna i nikt nie wiedział, że właśnie tam w tym czasie rozgrywała się ogromna bitwa. Żołnierz zna tylko epizody. I my siedząc w Londynie nie wiedzieliśmy, że sam Churchill zabiega o nasz wyjazd do Kraju, że gen. Sikorski mówił o nas ze Stalinem (mowa o współpracy wojskowej) i że tyle starań poczyniono ze strony Kraju, Oddziału VI i „chomików”. Czekaliśmy i coraz bardziej się denerwowaliśmy. Nawet Maciej Kalenkiewicz, który był najważniejszym z „chomików”, wiedział tylko, że chodzi o domontowanie zapasowych zbiorników. Rano wychodziliśmy do miasta, każdy w swoją stronę. Ja chodziłem przeważnie na wykłady albo wałęsałem się po mieście. Tu i ówdzie dostrzegałem wyrwy w gęstej zabudowie domów. Gaszenie pożarów i sprzątanie gruzów odbywało się bardzo sprawnie. Widziałem palące się magazyny jedwabiu na Oxford Street. Ogromny budynek zajmujący kwadrat między czterema ulicami palił się w wielu miejscach. Bele jedwabiu wybuchały jak pociski artyleryjskie, niektóre z nich wylatywały na ulicę. Kilkadziesiąt wozów straży pożarnej strzelało systematycznie pociskami z piasku, zasypując ogień. Pożar ten trwał trzy dni. Jeden z sąsiednich domów na naszej ulicy został zburzony w nocy podczas nalotu. Ekipy robotników rozebrały dom do fundamentów i w tym miejscu utworzono gustowny basen wypełniony wodą dla straży pożarnej. Wszystko to odbywało się błyskawicznie, pracowano na trzy zmiany.

21

Chodzi tu o ogniska buntu, wybuchłego o jednej i tej samej godzinie w licznych miejscowościach kraju.

W mieście ukazali się amerykańscy lotnicy z naszywkami na rękawach: „White Eagle” co oznaczało przynależność do ochotniczego dywizjonu lotniczego „Białego Orła”. Jak słyszałem, do Anglii przybyła duża grupa ochotników, która stacjonowała w wielu miastach. Dla nie wtajemniczonych był to jeden dywizjon. Między nami znajdowali się też Polacy. Kiedyś późnym wieczorem Świątkowski przyprowadził oficera marynarki handlowej USA. Był to niezupełnie trzeźwy człowiek. Kiedy rozpiął swoją trzy ćwierciową kurtkę, okazało się, że jej wewnętrzna strona kryje liczne kieszenie wypełnione płaskimi butelkami. Zawartość kieszeni przekraczała znacznie cenę kurtki i stanowiła poważny ciężar do noszenia. Nie wypieram się, że postąpiliśmy po ludzku: marynarz z rana mniej dźwigał. 7 grudnia dowiedzieliśmy się, że cała kula ziemska stanęła w ogniu. Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, zatapiając szereg okrętów USA Oznaczało to, że Stany Zjednoczone włączą się do wojny. Gazety londyńskie podawały , iż Niemcy przez lornetkę widzą Moskwę. Anglicy ogłaszali też koszty i zyski nalotów na miasta niemieckie. Koszt to benzyna, bomby i samoloty, które nie wróciły do bazy. Zysk to zniszczony niemiecki majątek: przemysł i domy mieszkalne. Na dalekich morzach ginęli marynarze i lotnicy. Jeden z niemieckich pilotów przypadkowo wylądował w Londynie, zaczepiając spadochronem o balkon trzeciego piętra. Zebrana ludność odgrażała się, że go zlinczuje. Straż pożarna zdjęła młodego lotnika i wtedy Angielki zaczęły litować się nad nim, częstując go papierosami i czekoladą. Podobną scenę widziałem we wrześniu 1939 r. w Warszawie. 14 grudnia Jurecki i ja zostaliśmy wezwani do p. Mikołajczyka na odprawę. Przyjął nas w jakiejś willi, prawdopodobnie w swoim mieszkaniu. Jureckiego wyznaczono na dowódcę grupy, ja zostałem jego zastępcą (dublerem). Jurecki miał ustnie przekazać gen. „Rakoniowi” (nazwiska generała nie znaliśmy)22. Komendantowi ZWZ. następujące dane: 1. sytuacja ogólna, 2. stosunek Anglików do nas, 3. przewidywania i sprawa granic Polski w przyszłości. Ad 1 Sytuacja ogólna w końcu 1941 r. według relacji Mikołajczyka nie wyglądała zachwycająco, co było rzeczą znaną. Jedynym jasnym promieniem było uruchomienie potężnego przemysłu amerykańskiego dla celów wojennych i zaciekła obrona Moskwy, gdzie zatrzymano ofensywę Niemców. Ad 2 Anglicy stworzyli organizację SOE (Special Operations Executive)23 celem ożywienia dywersji i sabotażu w krajach okupowanych. Churchill życzył sobie stworzenia oddziałów partyzanckich na terenach okupowanych przez Niemców. Ad 3 Polski rząd emigracyjny był o tyle uprzywilejowany, że mógł mieć własną łączność z Krajem, mógł sam typować ludzi, którzy polecą do Kraju. Inne rządy, jak norweski, jugosłowiański czy francuski, były ściśle kontrolowane. Ich łączność odbywała się za pośrednictwem SOE. Generał de Gaulle nie liczył się. Reprezentował jedną z ekspozytur. Ad 4 Już wstępne rozmowy z Józefem Stalinem dały gen. Sikorskiemu zapewnienia poszerzenia granic Polski na zachodzie o cały Śląsk i zwiększenia granicy morskiej (o Szczecinie jeszcze nie było mowy).
22 23

Jeden z pseudonimów konspiracyjnych gen. Stefana Roweckiego. SOE utworzone zostało w lipcu 1940 r. (patrz przypis na s. 80), tu przytoczone zostały informacje tak, jak je podawał Mikołajczyk.

Na granicy wschodniej muszą być przeprowadzone pewne korekty. „Ale to zależy - powiedział Mikołajczyk - od sytuacji.” Sprawy naszej granicy wschodniej były w trakcie dyskusji. Następnie wicepremier przekazał serdeczne pozdrowienia dla gen. „Rakonia” i obiecał, że przyjedzie na lotnisko, aby nas pożegnać. Nie przypuszczał, żeby naczelny wódz powrócił przed naszym odlotem.24 W ten sposób podbudowani wróciliśmy do siebie. Następnego dnia mjr Perkins zabrał nas na stację wyczekiwania, znaną już nam z poprzedniego pobytu. Maciej Kalenkiewicz został w Londynie, obiecując dołączyć. Stację zastaliśmy kompletnie przemeblowaną, ale obsada się nie zmieniła. Od razu we trójkę rozpoczęliśmy ostre strzelanie, żeby nie wyjść wprawy. Niebawem po nas zaczęli przybywać cichociemni przewidziani do zrzutu. Niektórzy z nich przyjeżdżali z Londynu z „moich” mieszkań, niektórzy ze Szkocji, wprost z Brygady Spadochronowej. Wszyscy wzięli broń z magazynu i strzelali z przejęciem. Pobraliśmy już własne spadochrony, które przewinęliśmy i trzymaliśmy przy sobie. Dla naszej trójki przyszła chwila odprężenia, mogliśmy zagrać w brydża. Świątkowski opowiadał znowu stare, ale dobre kawały, i monologi Wyrwicza. Odwiedził nas ppłk Roman Rudkowski. On to z ramienia VI Oddziału (jako doradca lotniczy) leciał z Piwnikiem do Kraju. Zrzut odbył się prawidłowo w rejonie Skierniewic. W drodze powrotnej Halifax zaczął kichać, w samolocie stwierdzono usterki. Nie było szans na powrót do Anglii i pilot kpt. Stanisław Król zdecydował lądować w Szwecji. Tam po zniszczeniu samolotu cała załoga oddała się w ręce policji, po czym została internowana. Ich obóz mieścił się w domkach campingowych. Była tam niezła restauracja, gdzie alianci mogli korzystać z kredytu. Druty wokoło obozu i wartownik służyli do tego, aby nikt nie zakłócał spokoju internowanym. Przy bramie w budce znajdowała się książka, w której internowani musieli zapisywać godzinę wyjścia z obozu. Rudkowski wpisał, że wyjeżdża do konsulatu angielskiego w Sztokholmie, co było zgodne z prawdą. Jako oficer RAF z pomocą konsulatu wrócił dość szybko do Londynu. Przysiągł uroczyście, że nie będzie nigdy lądował w Szwecji, gdyż wódka jest tam bardzo droga... Następnego dnia kpt. Jaźwiński przeczytał nam oficjalnie zatwierdzoną listę składu ekip i kolejności skoków każdej z nich. Na razie zostały ustalone następujące składy: Pierwsza grupa: kryptonim „ Jacket” (marynarka) – por. Marian Jurecki, pseudonim „Orawa kpt. Maciej Kalenkiewicz, pseudonim „Kotwicz” por. Alfred Paczkowski, pseudonim „Wania” por. Andrzej Świątkowski, pseudonim „Amurat” oraz dwu cywilnych kurierów, którzy mieli dołączyć. Druga grupa: kryptonim „Shirt” (koszula) – ppor. Tadeusz Klimowski, pseudonim „Klon” mjr Henryk Krajewski, pseudonim „Wicher” ppor. Jan Marek, pseudonim „Walka”
24

W grudniu gen. Sikorski przebywał z wizytą w ZSRR, uwieńczoną podpisaniem 4 grudnia 1941 r. deklaracji: O przyjaźni i pomocy wzajemnej.

ppor. Zbigniew Piasecki, pseudonim „Orlik” por. Jan Smela, pseudonim „Wir”. Trzecia grupa: kryptonim „Collar” (kołnierzyk) – ppor. Stanisław Jankowski, pseudonim „Burek” por. Jan Kazimierz Kochański, pseudonim „Jarma” por. Zygmunt Milewicz, pseudonim „Róg” por. Bohdan Juliusz Piątkowski, pseudonim „Mak” ppor. Franciszek Pukacki, pseudonim „Gzyms” ppor. Jan Rogowski, pseudonim „Czarka”. Podaję stopnie wojskowe obowiązujące przed skokiem, po skoku każdy otrzymał jeden stopień wyżej. Prócz tego kilku cichociemnych na razie nie wyznaczono do żadnej grupy. 20 grudnia przybyli dwaj cywilni kurierzy, przydzieleni do naszej grupy. Byli to ppor. Tadeusz Chciuk ps. „Celt” i kpr. Wiktor Strzelecki ps. „Buka”. Obydwaj, wcale nie nowicjusze w swym zawodzie, przeszli już w pojedynkę trasę Kraj-Zachód, mieli dostarczyć pocztę od swoich stronnictw z Anglii do odpowiednich placówek politycznych w Kraju. 24 grudnia 1941 r. Perkins zrobił nam niespodziankę. Zabrał nas autobusem do Londynu na jedną z kwater, gdzie urządzono nam choinkę. W dużym pomieszczeniu w rogu pokoju stało drzewko pięknie przystrojone przez kolegę Pukackiego. Zebrało się nas w tym pokoju co najmniej dwudziestu, przyszedł Maciej Kalenkiewicz ze swym dobytkiem, kpt. Jaźwiński, no i naturalnie mjr Perkins. W podniosłym nastroju przełamaliśmy się opłatkiem i wypiliśmy ogólny toast przechodząc „na ty”. Niektórych cichociemnych zobaczyłem wtedy po raz pierwszy, wielu z nich nie dożyło końca wojny. Wieczorem z Kalenkiewiczem wróciliśmy do bazy. Maciej miał ze sobą ebonitową skrzyneczkę, zawieszoną na piersiach, zawierającą pocztę wojskową. Jechał jako kurier wojskowy z zadaniami dla III Oddziału (Operacyjnego) KG ZWZ. Skrzyneczka miała tę właściwość, że tylko osoba wtajemniczona mogła ją otworzyć. W przeciwnym razie pudełeczko wybuchało i dokumenty ulegały zniszczeniu. Wracaliśmy do bazy pełni optymizmu, wiedzieliśmy, że nasza godzina wybiła.

Część druga
I

21 grudnia z rana przyjechał do nas mjr Perkins z kpt. Jaźwińskim i zbiórkę grupy „Jacket”. Tego wieczora miał się odbyć start. Pozwolono nam zaopatrzyć sie w dowolną broń i amunicję. Coś niecoś uzupełniliśmy, choć już wcześniej byliśmy uzbrojeni. Mój bębenkowiec darowałem Perkinsowi na pamiątkę. Był to muzealny

zabytek w porównaniu z tym, czym dysponował tutejszy magazyn broni. Wszyscy mieliśmy broń krótką; ja zaopatrzyłem się w dwa pistolety Colt (siódemki) i cztery zapasowe magazynki. Maciej wybrał sobie Parabellum, pistolet produkcji niemieckiej, Jurecki i Świątkowski zaopatrzyli się w ogromne Colty caliber 11,43 (Hispano). Cywile mieli jakieś mniejsze pistolety. Po śniadaniu Jaźwiński kazał mi jechać do Londynu po pieniądze, które mieliśmy zabrać ze sobą. Wracać miałem już bezpośrednio na lotnisko, w związku z czym polecano mi wziąć z sobą moje rzeczy, to znaczy spadochron i broń. Zrezygnowałem z kombinezonu, zabrałem tylko rękawice z mankietami i hełm. O godzinie 10 wyjechałem do Londynu z kierowcą kobietą, która prowadziła wóz jak na wyścigach. Przy szosie dojrzałem wraki kilku strąconych niemieckich samolotów, nikt ich nie pilnował. Była to niby wystawa. Patrzcie, jaki los czeka szkopów. Polskie dywizjony myśliwskie bardzo tę wystawę wzbogaciły. Ze zgrzytem hamulców zatrzymaliśmy się przed hotelem Rubens, gdzie urzędowało nasze Ministerstwo Obrony Narodowej. Tam na pierwszym piętrze u smutnego kapitana płatnika pokwitowałem odbiór iluś tam tysięcy dolarów papierowych. Ta scena może służyć za przykład naszej polskiej improwizacji. Pomijając fakt, iż pieniądze można było dostarczyć na lotnisko, okazało się, że zapakowane są one w dwanaście metalowych pudełek, każde wagi ponad kilogram. Były to długie spłaszczone skrzyneczki (4x8x20 cm), w jednym końcu zwężone. W szerszym końcu miały zalutowane denka Papierowe pieniądze różnych nominałów były mocno ubite wewnątrz skrzyneczki. Na drakach widniały numery rejestracyjne pudełek bez żadnej kolejności. Nie mieliśmy możności przeliczenia pieniędzy, nie wiedzieliśmy, ile zawiera poszczególne pudełko. Bagażem tym obdarzono nas trzech, bo Maciej miał wieźć tylko pocztę jako kurier Naczelnego Wodza. Już teraz stojąc w pokoju płatnika, nie wiedziałem, jak to zabrać. Ostatecznie kawałek sznurka i makulatura rozwiązały pierwszą trudność. Obciążony jak muł wróciłem do mojego kierowcy. Wzięliśmy kierunek na północ, żeby znaleźć nasz tajny port lotniczy. Ani ja, ani kierowca nie znaliśmy dobrze jego położenia. Musieliśmy dojechać do wsi Gibraltar, gdzie w knajpie miał czekać jeden z oficerów Perkinsa. Przed Gibraltarem wjechaliśmy w świeżo betonowaną drogę i samochód utknął w nie zastygłej brei. Pani kierowca powiedziała, że to głupstwo, i poszła pieszo do wsi. Na szczęście z niezbyt odległej wsi zaraz przyjechała odsiecz. Przesiedliśmy się do innego auta, zostawiając na zawsze nasz wóz w betonie. Na lotnisko w Leconfield dotarliśmy o zmierzchu. Czekał już tam Mikołajczyk. Perkins, Jaźwiński i panna Kay z kwiatami oraz kilka nie znanych mi osób. Kiedy zameldowałem się u Jureckiego, który od tej chwili był moim dowódcą, zobaczyłem przy słabym świetle, że mojego szefa za chwilę trafi szlag. Ze złości nie mógł powiedzieć ani słowa. Jaźwiński bezradnie rozłożył ręce. Decyzja wysłania pieniędzy zapadła nagle i on nie miał na nią wpływu. Prócz tego zostaliśmy poinformowani, że zrzut odbędzie się „na dziko”, ponieważ placówka odbiorcza w Kraju została odwołana. W końcu wszyscy zaczęli rozważać, jak mamy te pieniądze zabrać, a ja wziąłem się dojedzenia. (Oni wszyscy byli już po dwu posiłkach) Obszerny barak spełniał funkcje dworca lotniczego, w jednej części urzędowaliśmy my z naszym towarzystwem, w drugiej połowie Czesi, którzy chyba też mieli „swój dzień”. Naturalnie, nie kontaktowaliśmy się z nimi, lecz słyszeliśmy czeską mowę. Niedaleko baraku

stały dwa Halifaxy, potwornej wielkości samoloty. Widziałem po raz pierwszy samoloty tak dużych rozmiarów. Oblepiali je specjaliści, którzy przy nikłym świetle sprawdzali sprawność motorów. Mikołajczyk konferował z cywilnymi kurierami. Perkins umawiał się z nami „na duży wódka z Katowic”…1 Ostatecznie nasz dowódca zdecydował: polecił nam zabrać po cztery „gwoździe” (pudełka z pieniędzmi) i poumieszczać je po kieszeniach jesionki. Zbędne rzeczy lub garderobę, o ile nam przeszkadza, mieliśmy załadować do worka, który rzucimy ze spadochronem jako siódmego skoczka. Dodatkowy spadochron otrzymaliśmy na lotnisku. To było wyjście. Zaczęliśmy sprawdzać zawartość kieszeni, nasze fałszywe dokumenty, dostarczone przez Oddział VI... Zbliżał się czas odlotu. Jurecki wyznaczył kolejność zeskoku: nr 1 Marian Jurecki, „Orawa”, nr 2 Maciej Kalenkiewicz, „Kotwicz”, nr 3 Tadeusz Chciuk, „Celt”, nr 4 worek bagażowy, nr 5 Wiktor Strzelecki, „Buka”, nr 6 Andrzej Świątkowski, „Amurat”, nr 7 Alfred Paczkowski, „Wania”. Do obowiązków nr 7 należało pilnować, aby skoki odbyły się jak najszybciej, zwłaszcza żeby bagaż wyleciał w kolejności. Zostało ustalone, że po skoku, czterech zostaje na miejscach. Numery 1 i 7 zbliżają się do siebie, zbierając czekających skoczków. O godzinie 19 stanęliśmy przy naszej maszynie. Padały słowa pożegnania, panna Kay podała mi białoczerwone kwiaty. Bonne chance! Happy landing! Weszliśmy do ciemnego wnętrza Halifaxa. Drzwi zostały zatrzaśnięte. Halifax jest na pewno pojemnym samolotem, ale w naszym dwie ogromne cysterny wypełnione benzyną zostawiały tylko wąskie przejście do kabiny pilota. My siedliśmy na podłodze w tyle samolotu, gdzie zachowało się trochę miejsca nad naszym otworem wylotowym, teraz jeszcze zamkniętym. Tam też mieściły się dwa okienka i urządzenia sygnalizacyjne dla skoczków. O 19.20 oderwaliśmy się od ziemi! Nasz samolot należy do dywizjonu 1382, ale mamy polską załogę, pilotem jest por. Mariusz Wodzicki. Normalnie załoga wynosi siedmiu ludzi, z nami leci tylko czterech. Jeden z załogi przynosi nam sześć mundurów lotniczych brytyjskich: to w razie przymusowego lądowania w Niemczech mamy się przebrać w te mundury. Bzdura. Lotnicy inaczej rozumują niż my. Kalenkiewicz zna por. Wodzickiego i zasiada w kabinie pilotów. Jurecki daje nam rozkaz spakowania worka bagażowego. Mimo zimna w samolocie (grzejniki ze względów bezpieczeństwa wyłączone)
1

Harold B. Perkins, ostatni stoipień pułkownik, mieszkał przed wojną w Bielsku- Białej, gdzie miał fabryczkę tekstylną; znał język polski, był wielkim przyjacielem Polaków i, jak sądzić można, pracował dla angielskiego wywiadu. 2 W tym czasie nie było jeszcze polskiej eskadry przy angielskim 138. Dywizjonie (zob. przypis 19, cz. I). Piloci polscy, którzy zgłosili się ochotniczo, wchodzili więc w skład tego dywizjonu do zadań specjalnych, wykonującego m. in. zrzuty do Polski.

zdejmujemy z siebie niektóre części garderoby. Ja składam do worka swoją marynarkę, chodzi o moją wagę, która nie powinna przekraczać osiemdziesięciu kilogramów (obciążenie spadochronu), a z „gwoździami” będę miał mniej więcej normę. „Gwoździe” umieściłem w wewnętrznych i zewnętrznych kieszeniach płaszcza po jednym. Ćwiczę wyjmowanie broni. „Gwoździe” przeszkadzają. Co za los! Nad brzegami Anglii reflektory posyłają nam ostatnie pozdrowienie: O.K. O.K. Teraz zostajemy sami z żywiołem. Uprzejmy starszy strzelec co kwadrans informuje nas, gdzie jesteśmy i na jakiej wysokości Jest jak troskliwa stewardesa. Pyta, czy nie chramy drinka. Dziękujemy. Wiążemy mocno worek i przytwierdzamy go do spadochronu. Następnie spadochron przyczepiamy do poręczy, gdzie znajdują się specjalne uchwyty. Worek zakładamy do uchwytu nr 4. Wszystko to robimy w zwolnionym tempie. Mamy sześć tysięcy stóp, czyli jesteśmy powyżej Giewontu. Nagle w samolocie robi się widno, koło nas wybuchają pociski artylerii przeciwlotniczej. Jest ich dużo. Tak dużo, jak na festiwalu w Cannes. Są bajecznie kolorowe, dużo w nich czerwieni. Nie słychać wybuchów, które głuszą cztery motory Halifaxa. „Przelatujemy nad Danią” - informuje nasz opiekun. Po samolocie uderzają odłamki, to brzmi, jakby ktoś stukał w metalową trumnę. Wodzicki nurkuje, a my w ułamku sekundy leżymy w pokracznych pozycjach. Ja w każdym razie leżałem głową na dół. Pikowanie w dół ratuje nam skórę, artyleria i reflektory gubią nasz samolot. Jesteśmy już nad morzem. Przez okienko widać grzywacze fal. Poza tym jest zupełnie ciemno. Lecimy na wysokości kilkudziesięciu metrów. Powoli nabieramy wysokości. Nasza trasa nr 1 przecina Danię w poprzek, wynosi tysiąc sześćset kilometrów. Jest jeszcze trasa nr 2, która omija Danię od północy i liczy około tysiąca ośmiuset kilometrów. Nie jesteśmy już pionierami w tej grze, trasa została przetarta, ale jesteśmy pierwszą grupą skoczków przeznaczonych do dywersji. Na dole w Kraju mieli na nas czekać żołnierze polskiego podziemia, ale w ostatniej chwili zabrakło ogniwa w łańcuchu. Będziemy skakali „na dziko” koło Skierniewic. Okolica zrzutu należy do Generalnej Guberni. Do Skierniewic powinniśmy mieć do przejścia piętnaście kilometrów. Powtarzamy w myśli adresy w Kraju i hasła. Cywilni kurierzy mają swoje kontakty. Dolatujemy do ujścia Wisły. Nasz informator zawiadamia, że bierzemy Wisłę „pod lewą pachę”, lecimy na Toruń. Z Torunia do Skierniewic lot liczy się na minuty. Zaczynamy wkładać spadochrony. Starszy strzelec proponuje, żebyśmy jednak wypili po wódce i wrócili na herbatę do Londynu. Grzecznie stwierdza, że latarnie na bombowcach jest niewinną zabawką w porównaniu z naszym szaleństwem. Śmiejemy się z nim razem, ale sprawdzamy wszystkie sprzączki i klamerki. Dochodzi godzina 2.30. Pilot wpatruje się w ziemię. Jurecki przypomina kolejność skoków, zaczepiamy spadochrony do uchwytów w samolocie. Worek ustawiam przy sobie, mam go wyrzucić zaraz po wyskoku nr 3. Teraz jesteśmy tylko numerami. Zapala się zielone światełko. Starszy strzelec otwiera klapę w podłodze. Z czarnego otworu bucha mgła, siedzimy w samym otworze i spuszczamy nogi w przepaść. Za chwilę zapala się czerwone światełko i nasz dyrygent wyraźnie podniecony, krzyczy nienaturalnie głośno: „Go!” Zsuwamy się szybko, jak najszybciej jeden za drugim. Każda sekunda zwłoki to osiemdziesiąt metrów różnicy na ziemi (przy maksymalnej prędkości Halifaxa 418 km/h).

II

Wszystko odbyło się szybko i sprawnie. Uwaga skoczków została skierowana na wykonanie zadania i w ten sposób nie było czasu na emocje czy uczucie strachu. Każdy z nas usiłował opanować wahania spadochronu, a potem dobrze wylądować. Podczas skoku miałem otwarte oczy i zdawało mi się, że samolot dawał nam znaki świetlne. W każdym razie światła pozycyjne miał zapalone. Raczej instynktownie podciągnąłem się na rękach w momencie lądowania, ponieważ zupełnie nie widziałem ziemi. Poczułem ból w lewej kostce i upadłem jak długi. Lewą nogą wylądowałem na zwalonym oblodzonym drzewie. Znalazłem się w lesie, pełnym ściętych ogromnych sosen. Spadochron mój szarpany wiatrem ciągnął mnie po śniegu. Jeden obrót klamry w spadochronie uwolnił mnie od kłopotu. Wyskoczyłem ze śniegu i zwinąłem niespokojną płachtę spadochronu. Teraz miałem znaleźć Świątkowskiego, czyli nr 6. Według umowy powinniśmy być zrzuceni pod wiatr, a więc miałem się trzymać tej wskazówki. Andrzej stał nieruchomo jak drzewo i rozpoznałem go, kiedy podszedłem zupełnie blisko. Idąc w tym samym kierunku należało się spodziewać, że spotkamy nr 5. Przed nami piętrzył się wysokopienny las, a „Buki” nie znaleźliśmy. Był to człowiek z inicjatywą i poszedł nas szukać. Powstała pewna komplikacja, bo zmyliliśmy nieco nasz kierunek. Po kilku minutach „Buka” się znalazł i we trójkę szliśmy w las, żeby szukać worka. Wisiał chyba gdzieś na drzewie. Jak go dojrzeć? Stanęliśmy w miejscu, gdzie prawdopodobnie zawisł, i czekaliśmy na grupę Jureckiego. Czas upływał szybko, więc zdecydowałem prowadzić rozpoznanie. Sam zostałem w miejscu, pilnując naszych spadochronów. W ciągu godziny znaleźliśmy drugiego skoczka cywilnego, a potem Macieja, który zawisł na drzewie, ale zszedł ściągając swój spadochron. Około 5 nad ranem znaleźliśmy Jureckiego, który uderzył brzuchem o drzewo i wisiał nieprzytomny na wysokiej sośnie. Niestety, jego spadochronu nie udało się zdjąć. Teraz schowaliśmy nasze spadochrony i kombinezony pod stertą gałęzi (łopatek nie mieliśmy). Dowódca grupy zdecydował czekać dnia, aby znaleźć nasz nieszczęsny bagaż. Około 8 rano zobaczyliśmy falujący spadochron zawieszony na szczycie wysokiego drzewa. Wyglądał jak chorągiew i na pewno widoczny był z daleka. Znajdowaliśmy się koło jakiejś wsi. Słyszeliśmy skrzypienie żurawi, szczekanie psów i ryk bydła. Ponieważ mieliśmy informacje od lotników, że skaczemy na południowyzachód od Skierniewic, Jurecki postanowił zostać ze Świątkowskim, pójść do wsi i sprowadzić ludzi do przepiłowania drzew. Nam kazał iść do Skierniewic. Pieniądze oddali mnie i Kalenkiewiczowi, czyli przybyły mi jeszcze dwa „gwoździe”, które wsadziłem za koszulę. Tak Maciej, jak i ja tłumaczyliśmy Jureckiemu, że przede wszystkim nie warto w ogóle zostawać, a już on jako komendant grupy w żadnym wypadku nie może ryzykować. Była to beznadziejna dyskusja, ponieważ Marian wykazywał stanowczość i rozkazu nie zmienił. Byłem dobrej myśli, że wszystko ułoży się pomyślnie. Bolała mnie noga, ale miałem nadzieję, że jej nie złamałem i że za trzy-cztery godziny dojdę do Skierniewic. Ruszyliśmy w ustalonym kierunku, przodem poszli cywilni kurierzy, a ja z Maciejem z tyłu. Kulałem dość mocno. Przeszliśmy las i weszliśmy na ulicę we wsi. Zobaczyliśmy na słupach niemieckie kierunkowskazy, przed nami widniała aleja prowadząca do jakiegoś dworu, ruszyliśmy w nią. W kilka

sekund później zobaczyliśmy otaczających nas Niemców, jeden prowadził psa. Poznaliśmy od razu mundury straży granicznej. Zdołaliśmy porozumieć się, żeby strzelać tylko w budynku albo w razie rewizji Mieliśmy podać się za robotników idących „nach Hause”. Niemcy trzymali nas na muszce karabinów i dopuścili na odległość dziesięciu metrów. Byliśmy na granicy Generalnego Gubernatorstwa i terenów przyłączonych do Rzeszy. Nasze tłumaczenie, pozornie naiwne, odniosło skutek i sierżant niemiecki kazał nam maszerować do strażnicy, znajdującej się o kilometr od tego miejsca. Ociągałem się w marszu, wtedy Niemiec szczuł na mnie psa, który chętnie ogryzał mi nogi. Zauważyliśmy, że granica była mocno strzeżona. Co kilkadziesiąt metrów stał strażnik. Posterunek mieścił się w dużym budynku na wysokiej podmurówce, wchodziło się do niego po kilku stopniach. W sieni było dwoje drzwi, nas wprowadzono w lewe do pokoju, gdzie stała ubrana świątecznie choinka. Z nami wszedł sierżant i dwu żołnierzy z karabinami. Ustawiliśmy się szeregiem, ja na prawym skrzydle, potem Maciej i cywilni kurierzy. Sierżant podszedł do mnie celem zrobienia rewizji. Zaczęło się. W kilka sekund zastrzeliliśmy ich i podbiegliśmy do następnych pokoi, gdzie urzędowali inni sierżanci. Zauważyłem, że nasi koledzy cywile działają według najlepszych wzorów... W ostatnim pokoju natknęliśmy się na kobietę z mężczyzną, którzy padli na kolana i błagali nas o litość. Od nich dowiedzieliśmy się, iż jesteśmy w pobliżu Sochaczewa we wsi Wszeliwy. Mężczyzna pokazał nam dom, gdzie stały konie żandarmerii. Tego potrzebowaliśmy. Wybiegliśmy na ulicę. Zobaczyłem uciekającego wartownika. Karabin jego leżał koło schodów. Posłałem za żołnierzem kilka kul, ale spudłowałem. „Buka” ze złości połamał karabin o ziemię. Cywilni ruszyli do wsi po konie, za nimi Maciej. Ja szedłem ostatni Maciej krzyczał do mnie, żebym zastrzelił psa. Ogromny wilczur siedział w boksie i merdał do mnie ogonem Nie miałem do niego żalu, ale był to w tej chwili nasz najgorszy przeciwnik. Wokoło panowała zupełna cisza, wieś wyglądała jak wymarła. Strzeliłem. Szybko obróciłem się i zacząłem dopędzać Macieja. Szedł bardzo powoli. Z przerażeniem zobaczyłem jego londyńską jesionkę pokrytą skrzepami koloru malin. Maciej oberwał! Jego lewy rękaw był również zakrwawiony. Doszliśmy do pierwszej zagrody, gdzie nasi dwaj towarzysze organizowali konie. Ułamałem kilka gałęzi i władowaliśmy rannego na wóz. Właściciel koni otrzymał rozkaz jechania na przełaj w stronę Łowicza. Konie szły galopem. Na skaczącym wozie nałożyłem Maciejowi opatrunek i usztywniłem złamanie. Maciej miał przestrzelane lewe przedramię i złamane obie kości Stracił dużo krwi, ale zachował przytomność. Po kwadransie konie były spienione. Ludzie idący do kościoła w niedzielę oglądali się za nami Budziliśmy sensację. Dowiedzieliśmy się, gdzie możemy zmienić konie, i wkrótce zwolniliśmy naszego pierwszego woźnicę. Dałem mu pięć dolarów i kazałem jechać do żandarmerii z meldunkiem, że wiózł nas w kierunku Łowicza. Chodziło o to, żeby uniknąć represji. Około godziny 12 w południe dojechaliśmy do szosy Łódź-Łowicz i w ten sam sposób zwolniliśmy drugiego furmana. Teraz nadszedł przykry moment, pożegnaliśmy naszych cywilnych, a jakże bojowych towarzyszy. Mieli oni swoje zadania i swoje kontakty. Poza tym sytuacja wymagała rozproszenia. Ruszyliśmy z Maciejem na południe w kierunku Skierniewic, byłe jak najdalej od Łowicza. Weszliśmy w las i szliśmy spokojnym krokiem. Mimo oporu Macieja zabrałem mu wszystkie „gwoździe”. Bytem obciążony jak nurek. „Gwoździe” upchałem pod koszulą. Nie jest to najlepsza metoda noszenia żelastwa... Mimo że Maciej trzymał się dzielnie, szliśmy bardzo powoli. Nie zdecydowałem się na zdobycie koni Za wiele teraz mieliśmy do stracenia.

Późnym popołudniem dałem Maciejowi benzydrynę angielski środek podniecający, i Maciej uprzejmie mi oznajmił, iż czuje przypływ energii. Przypuszczam, że chciał mi zrobić przyjemność. W rzeczywistości osłabł zupełnie. Pod wieczór dotarliśmy do zarośli i zacząłem szukać jakiegoś domu na uboczu. Wtedy Maciej powiedział, że na drodze stoją Niemcy. Nie byłem o tym przekonany, ale poszedłem na zwiady. Stały tam obskubane wierzby podobne do ludzkich postaci. Zrozumiałem Maciej ma halucynacje, objaw wyczerpania. Zmusiłem go do dalszego marszu, nie wolno było nam stać, bo mróz wyraźnie wzmagał się. Po drodze przy charakterystycznej kępie drzew schowałem w śniegu część „gwoździ”. Trochę mi ulżyło. Niedaleko stamtąd znalazłem małą chałupę, w której jedynym dobytkiem polskiego chłopa była gromada dzieci. Zaciąłem od tego, że napoiłem Macieja słona wodą i położyłem na łóżku. Sam siadłem za stołem i szybko doszedłem z gospodarzami do porozumienia. Jego dzieci kolejno stały na warcie. Wyciągnąłem resztę „gwoździ” i włożyłem do worka. Siedzieliśmy przy zgaszonej lampie kilka godzin. Obudziłem Macieja. Schowaliśmy worek w stodole i ruszyliśmy dalej. Byłem trochę senny, w samolocie nie spałem, ale czułem w sobie zapas sił. Noga mnie nie bolała, widocznie pod wpływem napięcia nerwowego. Gorzej byto z Maciejem. Musiałem go doprowadzić na punkt kontaktowy. Brnęliśmy tak do świtu. Teraz tempo jeszcze bardziej zmalało, znowu omijaliśmy wsie, idąc do plebanii w Domaniewicach. Doszliśmy tam o zmierzchu. Zostawiłem Macieja na cmentarzu. Usiadł na płycie grobowej i już z odległości dwóch kroków wyglądał jak kamienna figura. Błagałem Macieja, żeby nie zasnął. Ale i mnie niewiele brakowało. W Londynie otrzymaliśmy kilka adresów w Kraju i hasło. Skoczek musiał zapytać: „Czy jest pan Antoni Dolny?” Ksiądz proboszcz, do którego miałem skierowanie, z zakłopotaniem potarł czoło: „Aha! to jest ten górny czy górnik...” Pomylił odzew. Ale nie to było ważne. Za kilkanaście minut ściągaliśmy z Macieja płaszcz i ubranie. Ksiądz uruchomił swój aparat wykonawczy i stołowy pokój nabrał wdzięku. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie jedliśmy przez dwie doby. Ranny zażył pewne domowe lekarstwo, które z powodzeniem zastępuje transfuzję krwi, ja zrobiłem mu nareszcie prawidłowy opatrunek, po czym zapadł w głęboki sen. Umówiłem się z księdzem, że zostawię Macieja u niego w domu do czasu, aż ktoś przyjedzie z Warszawy; sam zaś prześpię kilka godzin i pójdę po pieniądze. Ksiądz dał mi kontakt do komendanta Rejonu, który miał mi pomóc. O świcie maszerowałem do pierwszej placówki ZWZ i odtąd wszystko już było proste. Nie pamiętam dziś nazwisk ludzi ani wsi, gdzie urzędował komendant Rejonu, wiem, że był wiejskim nauczycielem. „Gwoździe”, a w nich pieniądze odnaleziono. 31 grudnia 1941 r. jechałem do Warszawy z przesiadką w Skierniewicach. W pociągu ludzie opowiadali o wielkich desantach na granicy. Wielu naocznych świadków sprzeczało się o szczegóły... Wymieniano pokaźną ilość zabitych Niemców. W tłumie szarych pracowników prywatnego handlu dotarłem do Warszawy Zachodniej i tam przy pomocy kolejarza wyszedłem bocznymi torami na Wolę. O godzinie 19 zgłosiłem się do pani Stefanii Dowgiałło przy ulicy Natolińskiej nr 4. Ją również zapytałem: „Czy jest pan Antoni Dolny?”. Odpowiedziała mi: „Pański ranny kolega przyjechał wczoraj i martwi się o pana”. A więc zadanie zostało wykonane.

III

Moja gospodyni zajmowała wielopokojowy lokal. W jednej części mieszkali oficerowie niemieccy, w drugiej - mieściła się melina ZWZ. Głosy Niemców i radio słychać było przez drzwi. Pani Dowgiałło w tę sylwestrową noc opowiadała mi o życiu w okupowanej Warszawie. O 6 rano byłem gotowy do wyjścia. Miałem złe przeczucia. Znałem dużo ludzi w Warszawie i chciałem jak najprędzej wyjść z ulicy Natolińskiej. O 7 przyszła łączniczka i zaprowadziła mnie na inną kwaterę. O 8 zjawili się gestapowcy i zrobili u pani Dowgiałło rewizję, pytali, czy ma kogoś za granicą. Oficerowie niemieccy zaręczyli, że pani Dowgiałło jest osobą poważną i poza podejrzeniami. Tak uratowany lokal „pracował” aż do wybuchu powstania. Kilka dni mieszkałem w alei Niepodległości, a następnie przez dwa tygodnie przy ulicy Kaliskiej nr 15. Były to lokale należące do szefostwa łączności, grupy odbioru „ptaszków”, to znaczy spadochroniarzy. W tym czasie opiekował się mną por. „Zan”. W późniejszym okresie została zorganizowana specjalna sekcja kobieca do opieki nad skoczkami. Panie te, tak zwane ciotki, pomagały cichociemnym w stawianiu wstępnych kroków w Warszawie. W pierwszym okresie byłem pozbawiony wszelkich informacji o moich kolegach, a por. „Zan” przestrzegał mnie przed wyjściem na ulicę. Nie miałem żadnych dokumentów. Mój dowód osobisty sfabrykowany w Anglii zawierał poważne usterki i nie nadawał się do użytku. W połowie stycznia zgłosiła się do mnie p. Zofia Kraczkiewiez, ps. „Ksenia”, łączniczka szefa Oddziału I KG ZWZ, ppłk. Antoniego Sanojcy, ps. „Kortum”. Przyniosła mi nowy dowód osobisty i zabrała na ważną rozmowę. Zameldowałem się u gen. „Grota”, który oczekiwał mnie na ulicy Barskiej nr 5 w towarzystwie płk. „Kuczaby”. Nic nie wiedziałem, kto jest kim, również generał nie wiedział wiele o mnie. Byłem jedynym z grupy, z którym można było rozmawiać. Maciej Kalenkiewicz leżał ciężko chory z gorączką. Jurecki i Świątkowski zorientowali się we wsi, iż są na granicy, i zdecydowali się iść na południowy-wschód, forsując granicę koleją (tak o tym donosił pisemny meldunek). W drodze natknęli się na patrol graniczny i otworzyli ogień, Niemcy mieli przewagę, obydwaj nasi oficerowie zginęli. Wielka to strata dla Sprawy. Pochowani zostali we wsi Brzozów.3 Pieniądze i pocztę Komenda otrzymała. Generał podziękował mi w imieniu służby. Inny raport donosił, że zabiliśmy dziewięciu Niemców, co wydawało mi się lekką przesadą. Ważne, że Niemcy nie zastosowali represji. Rozwiesili listy gończe w Łowiczu, które obiecywały jakąś mamą nagrodę za wskazanie bandytów... a potem ogłosili, że bandyci zostali złapani i straceni. Czyli od tej chwili byłem urzędowym nieboszczykiem.

3

Według relacji płk dypl. Kazimierza Pluty-Czachowskiego, ps. „Kuczaba”, szefa V Oddziału KG AK w marcu lub kwietniu 1942 r. kontrwywiad AK Okręgu Kraków zdobył z jednego z biur tzw. rządu GG i przesłał do KG AK odpis raportu niemieckiego o naszym zrzucie. Raport m.in. zawierał wiadomość, iż jakaś puszka, znaleziona przy poległych, w czasie otwierania wybuchła, a jej zawartość uległa spaleniu. Była to poczta Naczelnego Wodza do KG ZWZ, dostarczano ją bowiem w tak właśnie zabezpieczanych puszkach (przyp. A. Paczkowski).

W miarę możliwości opowiedziałem generałowi o sztabie Naczelnego Wodza i o tym, że gen. Sikorski podkreślił konieczność zgody narodowej. - Zgody?- powtórzył gen. „Grot”. - Z tym jest trudniej niż z bronią. Rozmowa z gen. „Grotem” zakończyła moją izolację. Mogłem już spokojnie poruszać się, a nawet przyjmować gości. Por. „Zan” doprowadził do mnie kilka osób z konspiracji, które miały swoich bliskich w Anglii. Nie zawsze mogłem udzielić informacji, a zdarzało się też, że kiedy powiedziałem prawdę, ktoś płakał. „Zan” poinformował mnie, że do Warszawy przybyła nowa grupa skoczków, składająca się z pięciu cichociemnych i jednego kuriera cywilnego. Byli to: por. Tadeusz Klimowski pseudonim „Klon”, ppłk Henryk Krajewski pseudonim „Wicher”, ppor. Jan Marek pseudonim „Walka”, por. Zbigniew Piasecki pseudonim „Orlik”, kpt. Jan Smela pseudonim „Wir”, ppor. Benedykt Moszyński - kurier cywilny - „Andrzej” (stopnie wojskowe nadane po skoku). Skok odbył się w nocy z 6 na 7 stycznia 1942 r. w rejonie Mińska Mazowieckiego. Grupa nosiła kryptonim „Shirt” (koszula). Był to już skok zorganizowany, to znaczy na ziemi czekała placówka odbiorcza, kryptonim „Kocioł”. Cichociemni i tym razem mieli przygodę. wylądowali na terenie, gdzie niespodziewanie rozsiadła się niemiecka dywizja pancerna. Zasobniki z bronią przepadły. Być może wpadły w ręce niemieckie. Na razie nie wolno mi było zobaczyć się z kolegami. Ich również czekała izolacja, tym razem już pod opieką „ciotek”. 20 stycznia zaprosił mnie na rozmowę mjr „Wolański”, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Jan Gorazdowski. Był on szefem kadr Komendy Głównej ZWZ.4 Miał przydzielić mnie do odpowiedniej grupy dywersyjnej w kraju. Złożyło się szczęśliwie, że istniała taka jednostka, działająca na naszych dawnych kresach wschodnich i terenach radzieckich mająca za zadanie dywersję kolejową. Jej krajowy kryptonim brzmiał „18”. To mnie ogromnie zainteresowało. Z mjr. „Wolańskim” rozmawiałem dwukrotnie w jego lokalu przy ulicy Czerwonego Krzyża nr 16. Tam też dostałem skierowanie do dowódcy „18”, ppłk. „Damiana” (Jana Włodarkiewicza). Mój nowy dowódca przyjął mnie w swoim prywatnym mieszkaniu przy ulicy Puławskiej nr 12. Było to mieszkanie znanego przed wojną oficera, płk. dypl. kawalerii .Aleksandra Pragłowskiego. Przy pierwszym spotkaniu był „Damian” i jego szef sztabu, ppłk dypl. „Inżynier” (Remigiusz Grocholski). Złożyłem mu również sprawozdanie z bytności w Londynie i kursów cichociemnych. W dalszej rozmowie dowiedziałem się ogólnie o co chodzi.

4

Według innych źródeł Jan Gorazdowski do 1 II 1943 r. był szefem Wydziału I (organizacyjnego) Komendy Okręgu Warszawa-Miasto ZWZ-AK, a dopiero potem szefem Biura Personalnego Komendy Głównej AK (A.K. Kunert Słownik biograficzny konspiracji warszawskiej. 1939-1944, Warszawa 1987).

Obecnie muszę cofnąć się. 6/7 września 1939 r., jak wiadomo, marsz. Edward Śmigły-Rydz opuścił Warszawę udając się do Brześcia nad Bugiem. W ślad za nim pojechał mjr dypl. kawalerii z 1. pułku strzelców konnych Remigiusz Adam Grocholski. W tym czasie był on oficerem rezerwy i reprezentował pogląd, że od zaraz należy tworzyć dywersję na tyłach wroga. Marszałek nie dał odpowiedzi na propozycje majora i wyjechał na południe, gdzie major znowu go dopędził. W Uściługu marsz. Śmigły dał upoważnienie Grocholskiemu na tworzenie oddziałów dywersyjnych5. Było to 13 lub 14 września, w czasie gdy naszą armię dotknęły już poważne ciosy. Zdekompletowane oddziały ciągnęły na Lwów i Łuck. Grocholski zorganizował natychmiast grupę ochotników na rynku w Uściługu pod hasłem: „Kto chce iść do tajnej organizacji - do mnie”. Powstał oddział złożony z ponad stu ludzi, składający się z plutonu kawalerii i plutonu piechoty. Oddział ten pod nazwą „Brochwicz”6 wziął udział w bitwie pod Kockiem. Gen. Franciszek Kleeberg podpisał akt kapitulacji (6 października 1939 r.), a grupa „Brochwicza” rozeszła się do domów, unikając niewoli. W ten sposób powstała jedna z siatek konspiracyjnych. Mjr Grocholski połączył się z podobnie małą organizacją, której przewodził ppłk. Zygmunt Miłkowski („Denhoff”)7. „Denhoff” brał następnie udział w zjeździe krakowskim w 1939 r. (p. str. 41). W drugiej połowie 1941 r. na skutek wydarzeń na froncie wschodnim gen. „Grot” w porozumieniu z gen. Sikorskim zdecydował powołać do życia grupę „18”, której polecono przygotować wielką dywersję na dawnych polskich kresach wschodnich.8 Szefem tej grupy został mjr Jan Włodarkiewicz, założyciel organizacji TAP (Tajna Armia Polska) powstałej w 1939 r. Mjr Włodarkiewicz z Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu już na kilka lat przed wojną przedstawił wniosek organizowania w armii polskiej zakonspirowanych grup dywersyjnych, mających podjąć działalność w wypadku okupacji Kraju. W ten sposób z połączenia grup „Brochwicza” i TAP stworzono kadrę oficerską organizacji dywersyjnej. Jako datę uruchomienia działalności „18” przyjmuję 7 listopada 1941 r., chociaż istnieje korespondencja między Warszawą i Londynem z okresu poprzedzającego tę datę na temat zadań i terenu działalności organizacji. 7 listopada 1941 r. gen. „Grot” przyjął „Damiana” i „Inżyniera”9, zlecając im działalność dywersyjną w terenie objętym rzekami Dźwiną i Dnieprem, promieniście w kierunkach: Dyneburg-Mińsk-PińskKowel-Lwów i dalej w głąb. Dywersja przebiegać miała dwutorowo: 1. należało prowadzić akcję bieżącą przy użyciu małych sił, tak aby szkolić żołnierzy i przeszkadzać Niemcom w prowadzeniu wojny na wschodzie; 2. w chwili wycofywania się Niemców ze wschodu należało skutecznie utrudniać
5

Zezwolenie takie otrzymał mjr Grocholski 13 września z rąk mjr. Edmunda Charaszkiewicza, jednego ze zwierzchników sieci tzw. dywersji pozafrontowej. (C. Chlebowski Wachlarz, Warszawa 1985, s. 16) 6 Był to pseudonim mjr. Grocholskiego z okresu jego udziału w III powstaniu śląskim. 7 Wersja ta jest zgodna z notatkami płk. Grocholskiego i z przekazem jego rodziny, natomiast z uwag gen. Stanisława Tatara „Erazma” do tychże notatek wynika, że ppłk Małkowski nie był związany z organizacją „Brochwicz” (tamże, s .17). 8 Kresy wschodnie stanowić miały teren wypadowy i zaplecze właściwej strefy działania, rozciągającej się na wschód od granicy Polski. Wg początkowych założeń zadaniem „Wachlarza” miała być realizacja planu „Osłona” - patrole organizacji ulokowane na tyłach wojsk niemieckich winny w chwili wybuchu ogólnonarodowego powstania, wysadzić mosty na tych rzekach. Do tego czasu „Wachlarz” miał prowadzić dywersję bieżącą (w celach szkoleniowych i w zakresie wykluczającym niebezpieczeństwo dekonspiracji). 9 Inną wersję podaje C. Chlebowski w monografii Wachlarz, s. 22.

przesuwanie się ich wojsk przez Polskę, gdzie w tym czasie był przewidziany wybuch ogólnego powstania. Zadanie więc było proste. Zostało ustalone jako reguła obowiązująca, że należy działać w zupełnej konspiracji, nie stykać się z terenowymi placówkami ZWZ, a przede wszystkim nie ujawniać, że polskie środowiska biorą udział w dywersji. W tym czasie liczba Polaków na Polesiu zmniejszyła się wybitnie w miastach, a zdarzały się wsie, gdzie nie było ani jednego Polaka. W tej sytuacji Niemcy mogli łatwo inwigilować polskie społeczeństwo. Tak zostałem wprowadzony w sedno zagadnienia. Kryptonim „18” obowiązywał dla konspiracji krajowej, dla Londynu byliśmy „303”. W rozmowach wewnętrznych w sztabie używaliśmy kryptonimu „Wachlarz”. Jak więc widzimy, organizacja „Wachlarz” miała działać na terenach dawnych kresów wschodnich i położonych za dawną polsko-radziecką granicą. Cały teren podzielony został na pięć odcinków z siedzibami dowództw w: I Lwów, II Kowel, III Brześć nad Bugiem, IV Mińsk, V Dźwińsk (Dyneburg). Zaczątki organizacji w chwili mego zameldowania się już istniały. O. de B. dowództwa był następujący: dowódca ppłk Jan Włodarkiewicz („Damian”), szef sztabu ppłk Remigiusz Grocholski („Inżynier”), szef kadr Stanisław Wierzyński („Smotrycz”), oficer operacyjny por. artylerii Adolf Moczulski („Tadeusz”), szef łączności kpt. łączności Tadeusz Kaczyński („Kaczyniec”), szef bazy zaopatrzenia i transportu Wincenty Boy („Inspektor”)10. Prócz tego sztab posiadał personel biurowy i łączników. W mojej pracy w „Wachlarzu” prawie nie stykałem się z pracownikami sztabu z wyjątkiem „Inżyniera” i „Tadeusza”. Interesującą sprawą jest, że „Wachlarz” nie miał własnego wywiadu11, co najważniejsze, ani jednego sapera. Tymi sprawami miały zajmować się odcinki. Miesiąc luty 1942 r. spędziłem w sztabie przy ppłk. „Damianie”. Otrzymałem nominację na dowódcę III odcinka, co mi bardzo odpowiadało, gdyż znałem dobrze teren. W tym czasie obsadzony był odcinek I, którego dowódcą był „Orlik” (nazwiska nie znam) i odcinek IV z dowódcą „Niedźwiedziem”12. Wtedy też spotkałem się z Piwnikiem. Miał już dość pracy, która nie odpowiadała jego usposobieniu. Chciał iść do akcji Prosiłem ppłk. „Inżyniera”, żeby załatwił przeniesienie Janka do „Wachlarza „ i rzeczywiście Piwnik otrzymał nominację na dowódcę II odcinka. Przybrał sobie pseudonim „Donat”. Znał dość dobrze Wołyń z okresu przedwojennego, kończył bowiem we Włodzimierzu Wołyńskim
10

Są tu pewne niedokładności, i tak: S. Wierzyński był oficerem ewidencyjno-werbunkowym Oddziału I (organizacyjnego) Komendy „Wachlarza”; A. Moczulski -szefem Oddziału II (wywiad) i III (operacyjnego); T. Kaczyński-szefem zespołu radiotelegrafistów Oddziału V (łączność), na czele którego stał Aleksander Żytkiewicz, ps. „Jastrzębski”; W. Boy był szefem Oddziału IV (kwatermistrzostwo i transport) -tamże, s.50-56. 11 W fazie początkowej „Wachlarz” rzeczywiście nie posiadał własnego wywiadu. Powstał on w okresie późniejszym; połączony był z Oddziałem III osobą szefa Adolfa Moczulskiego. 12 Patrz przypis na s. 178

podchorążówkę artylerii. Umówiłem się z nim, że będziemy w kontakcie, początkowo przez Warszawę, a następnie bezpośrednio. Moje zadanie jako dowódcy wynikało z ogólnych założeń. Przede wszystkim należało zorganizować ludzi do współpracy, wyszkolić ich teoretycznie, a później praktycznie. Werbunek ludzi miał odbywać się za pośrednictwem kadr, ale wolno i wskazane było przeprowadzać rekrutację dowódcom odcinków. W pierwszych dniach otrzymałem z kadr pchor. piech. Antoniego Kończala (ps. „Mały”, w aktach „Wachlarza” mylnie-Roman Korczak), który okazał się przedsiębiorczym i mądrym człowiekiem. Wkrótce mianowałem go swoim adiutantem. „Inżynier” poznał mnie z por. rezerwy 15 p. uł. Marianem Czarneckim (ps. „Ruski”). Oficer ten, daleki krewny Grocholskich, był początkowo typowany na dowódcę III odcinka, ponieważ znał Polesie z okresu przedwojennego. Marian władał biegle językiem niemieckim i miał dobre warunki do pracy w konspiracji. Trzecim, który został do mnie przydzielony, był pchor. kawalerii Michał Żołnierowicz, były członek TAP (ps. „Garda”). Wreszcie por. rez. Marian Przysiecki (ps. „Marian”), były pracownik Oddziału II, rodem z Pińska. Ta czwórka odegra dużą rolę w przyszłości. „Wachlarz” posiadał już swoje agendy na Polesiu. Po pierwsze istniał punkt przerzutowy przez Bug we wsi Błotków na południe od Terespola; po drugie pracowały tam polskie przedsiębiorstwa budowlane, wykonujące roboty dla Niemców i służące dokumentami pracowniczymi, ważnymi dla organizacji wojskowych. W samym Brześciu mieszkała rodzina państwa Jędrzejewskich, całkowicie oddana sprawie narodowej, a por. Zygmunt Jędrzejewski (ps. „Jędras”) utrzymywał punkt łączności w Brześciu. Brześć należał do tzw. Reichskommissariat Ukraine ze stolicą w Równem. Postanowiłem organizując swój odcinek uniezależnić się od moich władz pod względem przerzutu i transportu. Wchodziły tu w grę obowiązki konspiracyjne. W połowie lutego pojechała do Brześcia p. Halina Cybulska, pochodząca z Polesia. Była to moja daleka krewna, którą wciągnąłem do naszej akcji. Halina przeszła granicę na własną rękę, aby ustalić, czy na terenie Brześcia znajdują się ludzie, których nazwiska jej podałem. Chodziło mi o szereg moich szkolnych kolegów, stale przed wojną mieszkających w Brześciu. W końcu lutego rozpocząłem przerzut moich pierwszych współpracowników. Za pośrednictwem „Małego” nawiązany został kontakt z firmą „Polstephan”, której szefem był inż. Stefan Zagrodzki. Firma ta zatrudniała patriotyczny element, poczynając od samego szefa. W „Polstephanie” można było otrzymać wszelkie dokumenty i samochód do jazd w kierunku Brześcia, Pińska i Baranowicz. Tą drogą zacząłem wysyłać na Polesie pierwszych organizatorów odcinka. Przysiecki pojechał z rozkazem zamieszkania w Pińsku i stworzenia bazy dla Czarneckiego w Dawidgródku. („Polstephan” prowadził budowę w samym Pińsku.) Żołnierowicz wyjechał do Brześcia z rozkazem zaaklimatyzowania się w mieście. Przydzielono do mojej dyspozycji dwu skoczków, por. Zbigniewa Piaseckiego (ps. „Orlik”), ppor. Jana Marka (ps. „Bebi”). Piaseckiemu wydałem polecenie wyjazdu do Brześcia i zorganizowania siatki wywiadowczej. Marek został w Warszawie, gdzie miał przygotować i wyszkolić grupy dywersyjne.

Spotkałem mojego pierwszego szefa konspiracyjnego mjr. Rośka13. Byliśmy obydwaj wzruszeni naszym spotkaniem. Major przekazał mi pchor. Józefa Krzemińskiego (ps. „Szeryf”). Z „Szeryfem” znałem się jeszcze z czasów, kiedy mieszkałem w Szpitalu Ujazdowskim. Zleciłem mu organizację bazy w Warszawie. Wkrótce też powstała baza, do której należał magazyn przy ulicy Tamka nr 10. Prowadził ją dozorca domu Józef Pucek. Rusznikamia mieściła się w Górze Kalwarii, zbrojmistrzem był Stanisław Ziemiński. „Szeryf” od tej pory podlegał „Małemu”, który ponadto organizował transport. Przez „Małego” poznałem między innymi również kierowcę Antoniego Langnera (ps. „Douglas”), którego ojciec miał małe biuro przewozowe. Langner był wysokim, wysportowanym mężczyzną. Zajmował się handlem na szeroką skalę. Jeździł często do Pińska, gdzie kupował dyktę, którą przewoził do Warszawy. Korzystał z dokumentów różnych firm, jak na przykład z Bauleitung der Luftwaffe, co, jak nazwa wskazuje, było instytucją pracującą dla lotnictwa. „Douglas” nie należał do żadnego ugrupowania konspiracyjnego, ale szybko z nim osiągnąłem porozumienie. „Jeżeli będę miał forsę - powiedział - przejedziemy całą Europę.” Początkowo myślał, że jestem inżynierem budowlanym. W „Polstephanie” spotkałem kierowcę Feliksa Dunina-Karwickiego (ps. „Liś”), którego matkę znałem sprzed wojny. „Liś” był studentem politechniki, a w czasie wojny wyżywał się w dalekich kursach samochodowych. On również bez wahania zgodził się na przewożenie niebezpiecznych ładunków. Dzięki „Inżynierowi” poznałem jeszcze jedną barwną postać, był nią Władysław Hackiewicz, żołnierz „Wachlarza” (ps. „Zaleski” lub „MSZ”). „Zaleski” pracował w jakiejś firmie budowlanej jako kierowca. Z wykształcenia był prawnikiem. Przed wojną pracował w Ministerstwie Spraw Wojskowych. W kampanii wrześniowej został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Był łącznikiem marsz. Śmigłego do oblężonej Warszawy. On również jeździł na fałszywych dokumentach do odległych baz „Wachlarza”. W ten sposób sprawa przerzutu ludzi i sprzętu na Polesie została rozwiązana, i to bezpłatnie. Moje osobiste sprawy ułożyły się następująco: po naszym pechowym zrzucie doszedłem do wniosku, iż mogę być rozszyfrowany przez Niemców. Bałem się, że moja rodzina będzie obserwowana. Znając moją teściową, Henrykę Łaską, i moją żonę, wiedziałem, że na pewno biorą udział w konspiracji. W rozmowie z płk. Plutą-Czachowskim zwierzyłem się mu ze swoich obaw i prosiłem o możność widzenia się z żoną, a w razie potrzeby przeniesienia żony do Warszawy. Nie mieliśmy właściwie w tym czasie zakazu kontaktu z rodzinami, ale uprzedzono nas na wykładach o niebezpieczeństwie takich zetknięć. W lutym spotkałem się z żoną w Warszawie. Była oczywiście członkiem ZWZ i zgodziła się przenieść do Warszawy. Otrzymałem pierwsze raporty z Polesia: brzmiały pomyślnie. Zabrałem ze sobą Mariana Czarneckiego i z Hackiewiczem przejechaliśmy granicę w Brześciu. Przed drewnianym mostem na Bugu nasz kierowca długo medytował, na jakie dokumenty ma przejechać granicę. Wyglądało nawet, że ma tremę. Ale kiedy wjechaliśmy na most, Hackiewicz zmienił się zupełnie i z promiennym uśmiechem wręczył wartownikowi litr wódki. Z granicznikami żył już od dawna w przyjaźni. Jechaliśmy najpierw do Pińska, ażeby tam zadomowić Czarneckiego. Przysiecki zdał egzamin na piątkę. Sam został

13

Mjr./ppłk Józef Rosiek, ps. „Józef”, w 1939 r. w obronie Warszawy, inspektor prawobrzeżnego Obszaru Warszawskiego AK, aresztowany w kwietniu 1943., rozstrzelany w ruinach getta 7 maja 1943 r.

administratorem majątku w Parachońsku pod Pińskiem, a dla Czarneckiego oferował posadę w Dawidgródku. Było to poważne stanowisko, ponieważ Czarnecki miał zostać zarządcą kilku majątków i cegielni. Nakazałem Czarneckiemu objęcie posady i lojalną pracę dla Niemców, ażeby zdobyć ich zaufanie. Przysiecki otrzymał rozkaz zorganizowania patrolu dywersyjnego spośród miejscowych Polaków. W drodze powrotnej nawiązałem kontakt z resztą moich wysłanników. Zbyszek Piasecki wykonał już kilka szkiców, jak parowozowni w Brześciu, czy koszar na przedmieściu Grajewskim, gdzie Niemcy utworzyli rezerwowe szpitale i gdzie stacjonowały kompanie ozdrowieńców. Najciekawszą wiadomość otrzymałem od pchor. „Gardy” (Żołnierowicz). Spotkał on mianowicie swojego kolegę z Grudziądza, pchor. Zbigniewa Słonczyńskiego. W trakcie szczerej rozmowy Słonczyóski opowiedział, że jest szefem wojskowej organizacji na terenie Brześcia. Należy do niej wielu Polaków, sądząc, iż jest to ZWZ. W rzeczywistości była to placówka organizacji narodowej „Szaniec”. Właściwym jej kierownikiem był p. Westwalewicz. Grupa wydawała własne pisemko na powielaczu, „Wiadomości”. Odwiedziłem z „Gardą” Słonczyńskiego, który mieszkał na dalekim przedmieściu. W czasie krótkiej rozmowy udało mi się przekonać Słonczyńskiego, że jego miejsce jest w dywersji. Potrzeba nam było dziesięciu do piętnastu ludzi zdolnych do walki, a reszta powinna przejść do ZWZ, który istniał na tym terenie. W owym czasie była to słaba organizacja, a kierownictwo jej miało ciągłe wpadki. Opowiedziano mi właśnie o dużym aresztowaniu oficerów komendy ZWZ-AK w majątku Skoki pod Brześciem (miejsce urodzenia i majątek rodowy Juliana Niemcewicza), gdzie miała odbyć się odprawa. Mimo że mieszkańcy dworu i wsi byli Polakami, Niemcy dowiedzieli się o odprawie i uwięzili grupę oficerów. Zbyszek Słonczyński poznał mnie ze starszym p. Westwalewiczem, Władysławem14, który zgodził się z nami współpracować. Nie zaprzysięgałem ani Słonczyńskiego, ani Westwalewicza. W niedalekiej przyszłości okazali się dzielnymi obywatelami i żołnierzami. Po powrocie do Warszawy spotkałem Janka Piwnika. Pełen nadziei odjeżdżał do Kowla. Przekazał mi por. „Wira” (nie znam nazwiska) z prośbą, żebym go czasowo wziął do siebie, a następnie skierował do Kowla, gdy Janek zagospodaruje teren. 2 marca miałem ostry atak wyrostka robaczkowego i natychmiast musiałem być operowany. Moja żona nawiązała kontakt z dr. Jokielem, chirurgiem ze szpitala przy ulicy Koszykowej nr 82 (klinika szpitala Św. Ducha). Dr Jokiel z kolegą Marzyńskim (z mego rocznika podchorążówki) wycięli mi zropniały wyrostek. Kierownikiem tego oddziału był doc. Adolf Wojciechowski, mój dawny szef i dobry znajomy. Okazało się, że jest Volksdeutschem, i moi lekarze mieli wielką tremę przed porannym obchodem. Nazywałem się wtedy Alfred Walter i byłem z zawodu... dżokejem. Docent odwiedził mnie na drugi dzień i zbadał ze wspaniałą obojętnością. Więcej nie przychodził do mnie. Po tygodniu przyjechałem na ulicę Wawelską do panny Alicji Ptaszyńskiej, bo takie nazwisko przybrała moja żona. Leżałem tam około dwu tygodni.

14

Wg. C. Chlebowskiego Westwalewicz senior miał na imię Tadeusz.

Ze względu na organizację odcinka mieszkanie mojej żony stało się punktem kontaktowym. Codziennie miałem kilku interesantów. Odwiedzał mnie często „Inżynier” (Grocholski), z którym rozmawiało się bardzo miło. Pułkownik znał Europę i wiele języków. Malował, pisał wiersze, filozofował. Znajdował się pod wyraźnym wpływem św. Tomasza z Akwinu, co nie przeszkadzało mu być dzielnym żołnierzem. Miał nadzwyczajne poczucie humoru. W I wojnie światowej brał udział w zdobyciu Trapezuntu, potem był oficerem łącznikowym przy gen. Henningu de Michaelisie (3. Korpus Polski w Rosji). Brał udział w powstaniach śląskich jako szef sztabu jednego z odcinków15. Po wypadkach majowych został powołany na krótko na stanowisko adiutanta marszałka Piłsudskiego, mimo, że jak sam mówił, był antypiłsudczykiem. Podobno marszałek kiedyś mu powiedział, że on sam też jest antypiłsudczykiem... Ostatecznie przed wojną ppłk Grocholski mimo zasług i skończenia Wyższej Szkoły Wojennej został przeniesiony do rezerwy i żył z własnych funduszów. Ze względu na to, że „18” miała siedzibę w Warszawie, a jej agendy rozchodziły się po liniach promienistych na wschód, Grocholski wymyślił nazwę „Wachlarz”, która się przyjęła.

W czasie rekonwalescencji poznałem i polubiłem mojego szefa i wydaje się, że i jemu przypadłem do gustu. Dał mi swój prywatny adres. Mieszkał przy ulicy Puławskiej nr 103 jako malarz Żukowski. Wkrótce zameldowałem się w jego sąsiedztwie przy ulicy Odyńca nr 7 jako Włodzimierz Walentynowicz. Dokumenty miałem „autentyczne”. Mój kolega gimnazjalny Oskar Szmidt pracował w biurze ewidencji ludności przy ulicy Daniłowiczowskiej i bez długich ceregieli załatwił mi legalizację. Dokument okazał się szczęśliwy - ani razu nie byłem zmuszony do pokazywania go, ani razu nie miałem wpadki na tym nazwisku. Świadectwa pracy załatwiały mi różne przedsiębiorstwa. Często „zmieniałem posady”. Po moim zameldowaniu się do służby „Inżynier” przydzielił mi podoficera saperów, który zbiegł z niewoli i został skierowany do dywersji. Miał pseudonim „Pionier”. Niewiele o nim wiedziałem. Zdecydowałem się wziąć go ze sobą do Brześcia, gdzie już widziałem możliwości pracy dla niego. Dałem mu pistolet, żeby przyzwyczaił się do broni. Okazało się to wielką lekkomyślnością. Mój nowy żołnierz udał się na Grochów i dokonał napadu rabunkowego z bronią w ręku, natknął się na uzbrojonych Niemców i wyskoczył z drugiego piętra. Złamał obie nogi, mimo to bronił się. Został przez Niemców zastrzelony. Była to pierwsza strata i nauka na przyszłość. W początku kwietnia „Inżynier” wysłał cichociemnego kpt. Jana Smelę do Dyneburga (odcinek V) celem organizowania dywersji na liniach północnych. Smela, który miał zrzutowy pseudonim „Wir”, przybrał teraz nowy - „Lipek”. Pożegnałem „Lipka” na daleką i niebezpieczną drogę. Do Dyneburga trzeba było jechać przez Białystok. Musiał zatem przebyć granicę na drodze do Białegostoku, należącego do prowincji wschodniopruskiej, a następnie drugą granicę do Wilna, które należało do Reichskommissariat Ostland.

15

W marcu 1921 r., w czasie III powstania śląskiego, Grocholski pełnił funkcję szefa Oddziału III (operacyjnego) w Dowództwie Obrony Plebiscytu (Naczelnej Komendzie Wojsk Powstańczych). Był autorem projektu rozkazu operacyjnego nr 1 o rozpoczęciu powstania (A.K., Kunert, dz. cyt.)

Ja zabrałem por. „Wira” (tego od „Ponurego”). Wiózł nas „Douglas”. Granicę przejechaliśmy gładko. Litr wódki wystarczył... Na granicy stacjonowali sudeccy Niemcy, którzy mówili ze sobą po czesku. Może między nimi był jakiś Szwejk?

IV

W Brześciu ja i „Wir” musieliśmy się zalegalizować: dawny „Szaniec” działał sprawnie; w magistracie dostaliśmy miejscowe dowody osobiste. Znając miasto, z łatwością się po nim poruszałem. P. Westwalewicz pokazał mi listę szpicli, tu nie ma tajemnicy. „Wiadomości” wychodziły nieregularnie, ale zawierały wykazy osób pracujących dla gestapo. Postanowiłem wstrzymać tę publikację. Nie była wskazana, nie była też bezpieczna. Przez Słonczyńskiego poznałem kilku miejscowych ludzi: por. rezerwy Leona Kiwalle16 (nauczyciel z zawodu, ps, „Pleban”), sierż. Jana Marszałka (ps. „Gryf”), zbrojmistrza 82. pp w Brześciu, pchor. rezerwy saperów (Modlin) Jerzego Wojnowskiego (ps. „Motor”). Wszyscy zgłosili akces do pracy w dywersji. Musiałem teraz zorganizować sztab i podzielić swój teren. Miałem gotowy plan organizacji, chodziło tylko o wprowadzenie go w praktykę. Z „Małym” ustaliłem sposób oznaczenia odcinków i akcji, III odcinek przyjął nazwę „Tarcza” (nie używałem nazwy „Wachlarz”). Odcinki kolejowe zostały oznaczone: „Tarcza” 1,2, do 9. Obiekty i miejscowości: „Tarcza” od 10 do 99. Akcja dla każdego odcinka i miejscowości zaczynała się od 100. „Mały” założył „Dziennik kpt. Wani”, który prowadzony był do wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie odnalazł się do dziś. Pierwszą czynnością było mianowanie dowódców baz i odcinków. W momencie wyjściowym miałem obsadzone: baza nr 1 Brześć - dowódca por. „Orlik” (Zbigniew Piasecki), baza nr 2 Pińsk - dowódca por. „Marian” (Marian Przysiecki), baza nr 3 Dawidgródek - dowódca por. „Ruski” (Marian Czarnecki). Do obowiązków dowódcy należało: 1. zdobycie mocnej legalizacji, to znaczy możliwości pracy i poruszania się w terenie kontrolowanym przez okupanta; 2. wciąganie do organizacji zdolnych do walki z Niemcami ludzi; pobór mógł się odbywać tylko na zasadach ochotniczych; 3. zbieranie informacji o nieprzyjacielu, ewidencja obiektów ważnych z punktu widzenia wojskowego i przesyłanie wiadomości do bazy w Brześciu („Tarcza 1” lub „Walenty”); 4. zbieranie broni, magazynowanie jej i konserwacja itd. Prace przygotowawcze dowódcy musieli wykonać natychmiast.
16

Kiwalle miał na imię Aleksander (informacja jego syna, przekazana C. Chlebowskiemu)

Od razu wynikła trudność z przyjmowaniem ludzi do naszych oddziałów dywersyjnych. W takim terenie jak Polesie, gdzie polskiej młodzieży zdolnej do walki było niewiele, penetrowały już przedtem inne organizacje. Podstawową organizacją był oczywiście ZWZ. Ponadto otrzymałem rozkaz działania odrębnie i niezależnie od istniejących ugrupowań, ale praktycznie było to niewykonalne. Może wydać się to dziwne, ale kandydat mimo wszystko musiał odpowiedzieć w pierwszym rzędzie: czy i do jakiej organizacji należy. Dzięki znajomości terenu udało mi się utworzyć prowizorycznie kilka baz. Niektóre z nich przetrwały służbę w „Wachlarzu”. Równolegle z organizacją baz, co prowadziło do ujawnienia mojej osoby, stworzyłem zawiązek sztabu III odcinka „Wachlarza”. Zbyszek Piasecki („Orlik” na którego liczyłem, już „się spalił” i zdecydowałem przenieść go z Brześcia. Moim szefem sztabu został Leon Kiwalle („Pleban”), który przejął od Piaseckiego agendy wywiadowcze i prowadził je do końca. Z kolei „Pleban” uruchomił transport wewnętrzny, to znaczy możliwości poruszania się w obrębie Polesia; podstawą transportu była kolumna samochodowa nadleśnictwa Brześć i kolejarze, wśród których „Pleban” miał znajomości-. Działem uzbrojenia zajął się sierż. Marszałek („Gryf”), który miał swój prywatny zapas narzędzi rusznikarskich. Komórka legalizacyjna znajdowała się w Zarządzie Miejskim, gdzie nie znani mi ludzie wykonali później wiele dowodów osobistych. 5 kwietnia Piasecki zameldował mi, że w rejonie Antopol-Drohiczyn na Kanale Królewskim utknął na mieliźnie monitor, rzeczna jednostka polskiej marynarki wojennej. Flotylla marynarki rzecznej przed wojną stacjonowała w Pińsku i niektóre jednostki zostały tam mimo dwu wojen. Wskazany monitor (typ krakowski) miał zanurzenie 140 cm, podczas gdy zanurzenie innych dochodziło tylko do 120 cm. Nie ewakuowano go, gdyż kanał był niedokładnie pogłębiony i stał się za płytki. Piasecki meldował, że monitor jest uzbrojony i ma załogę składającą się z dziesięciu marynarzy niemieckich. Wiadomość wydawała się interesująca. Wprawdzie nie miałem w rodzinie marynarzy, ale perspektywa walki z okrętem III Rzeszy kusiła... Zleciłem Piaseckiemu opracowanie planu ataku. Marszałek podjął się wykonania miny zegarowej. Do takiej akcji potrzebowałem dziesięciu wyszkolonych ludzi i naturalnie broni. Ostatecznie improwizując zorganizowałem grupę uderzeniową. Zadanie: zniszczyć monitor na mieliźnie w Kanale Królewskim, na południe od Antopola. Informacja z dnia 10 kwietnia brzmiała: Na monitorze widać kręcących się marynarzy, liczby nie można ustalić, strzelają do każdego bez uprzedzenia. Deszcz padał od kilku dni i z trudem dobrnęliśmy do północnego brzegu kanału w pobliżu monitora. Była godzina 22 dnia 11 kwietnia 1042 r. Wykonanie: Dowódca grupy „S” por. Piasecki („Orlik”), zastępca por. „Wir” (nazwisko nie ustalone), pchor. Żołnierowicz („Garda”), pchor. Solnica („Żuk”), pchor. Kończal („Mały”), strz. Bronisław Sianoszek („Imrun”). Uzbrojenie: 1 pistolet maszynowy, 2 karabiny, 4 pistolety, 5 granatów niemieckich. . Grupa „S” przeszła na południowy brzeg kanału w bród i zaległa w pobliżu monitora. Po wybuchu miny grupa „ S „ miała wejść na pokład bezpośrednio z brzegu, gdyż okręt utknął rufą zupełnie blisko nadbrzeżnej skarpy. Grupa minerska „M” rozdzieliła się na patrol minersko-szturmowy w składzie: kpt. Paczkowski (w tym czasie „Włodek”) i plut. Langner („Douglas”). Uzbrojenie: 1 pistolet maszynowy, 1 rewolwery mina

zegarowa i granat. Patrol „U” ubezpieczenie: sierż. Marszałek („Gryf”), pchor. Słonczyński („Jastrząb”). Uzbrojenie: 1 pistolet maszynowy, 1 rewolwer i 2 granaty. O godzinie 23, mimo że byłem zupełnie przemoczony, zdjąłem ubranie i założyłem plecak z miną. Marszałek włączył zegar-(zwyczajny budzik na termin trzydzieści minut). Rewolwer wsadziłem za pasek skórzany, który założyłem sobie na brzuch. Langner z automatem szedł obok mnie, ramię w ramię. Szliśmy bardzo powoli, minuty upływały, dobrnęliśmy wreszcie do monitora. Przygotowanymi sznurkami przywiązaliśmy plecak poniżej wysokości linii wodnej. Na pokładzie było cicho i pusto. Kilka dużych-magnesów, przyczepionych do plecaka, nie chciało trzymać się kadłuba. Po zamocowaniu sznurów do poręczy okrętu powoli szliśmy z powrotem. Jeszcze stałem w wodzie koło brzegu, gdy nastąpiła potężna, eksplozja (dwie kostki trotylu i rolka plastyku ponad sto gramów). Upadłem do wody, ale nie straciłem przytomności. Przy pomocy Marszałka wygramoliłem się na brzeg. Wszyscy mocno odczuliśmy podmuch. Z trudem ubrałem się, lecz nie mogłem iść i położyłem się na „biczowniku”, czyli na wale ziemnym po stronie północnej kanału. Tymczasem Piasecki wkroczył zwycięsko na... pusty pokład. Gorzej. Monitor Niemcy opuścili, a działko pokładowe i dwa karabiny maszynowe wymontowali. Langner z Marszałkiem jako specjaliści zniszczyli motory. W ten sposób akcja bojowa stała się dobrym ćwiczeniem w stylu cichociemnych. Zmokliśmy i miałem przez parę dni ból głowy. Por. „Wir” i Sianoszek pojechali do Kowla, do Piwnika, Piasecki, Kończal i Langner do Warszawy. Na razie mieliśmy dość emocji... Akcja na monitor była ciosem w powietrze i wspominam o niej dlatego, że dla jej uczestników, którzy w późniejszym okresie okazali się dzielnymi i odważnymi żołnierzami, stała się początkiem szlaku bojowego. Można ich określić jako cichociemnych z przeznaczenia. Z akcji tej wyciągnąłem też wiele wniosków, które uzupełniły moją wiedzę. Po odejściu Piaseckiego do bazy w Warszawie zleciłem Słonczyńskiemu przygotowanie grup dywersyjnych do szkolenia. Baza w Brześciu oprócz numeru miała kryptonim „Walenty”. Na stanowisko dowódcy bazy wyznaczyłem Zbigniewa Słonczyńskiego, który na terenie Brześcia miał pseudonim „Jastrząb”, a obecnie przybrał nowy - „Walenty”. Pierwsze zadania dla „Walentego” były proste, należało wychodzić na szosę i przewracać słupy telefoniczne. Nie chodziło mi w tym przypadku tylko o szkody, ale o wdrożenie ludzi do pracy dywersyjnej. Żołnierze moi, pracujący w różnych przedsiębiorstwach, musieli wychodzić niepostrzeżenie wieczorem z miasta, a rano zjawiać się w miejscu pracy. Myślę, że początkowo było to dla nich wielkie przeżycie. Ja sam tymczasem zorganizowałem bazy w Orańczycach (na linii Brześć-Baranowicze), w Kobryniu (Brześć-Pińsk) i w kilku mniejszych miejscowościach. Nawiązałem też kontakt z p. Stanisławem Zakrzewskim, technikiem telefonicznym na kolei. Kiedyś w szkole kolegowałem się z jego dziećmi. Znałem go jako działacza PPS sprzed wojny i liczyłem na to, że nadal pozostał bojowym socjalistą. W istocie, przyjął mnie z otwartymi rękami. W warsztatach kolejowych w Brześciu i w służbie ruchu zatrudniona była pewna ilość starych pracowników, nienawidzących faszyzmu. Poznali już Niemców, chociaż ci wyróżnili ich jakimiś drobnymi przywilejami. Na odcinku brzeskim kolejarze stanowili mieszaninę narodowościową. Pewna grupa Niemców zajmowała kierownicze stanowiska. Wielu kolejarzy było pochodzenia rosyjskiego, zwłaszcza wśród obsługi lokomotyw (maszyniści i palacze).

Niemniej na polskich kolejarzy mogliśmy liczyć. Chodziło mi o kilka spraw: sabotaż, przewóz koleją ludzi i materiału, informacje o ruchu pociągów, ewentualnie o korzystanie z telefonów kolejowych. Wszystko okazało się możliwe do wykonania. A przecież fakt, że środowisko kolejarzy było niejednolite narodowościowo nakazywał największą ostrożność. Obcy człowiek nie mógł się pokazać na terenach kolejowych albo w warsztatach. Nawet p. Zakrzewski nie wszędzie miał wstęp i nie mógł okazywać ożywionej działalności. Powoli jednak robota ruszyła. Dywersja kolejowa zaczęła „obrabiać” w pierwszym rzędzie pociągi idące tranzytem przez Polesie. Wiele z nich odbywało drogę z Małaszewicz aż na front, wioząc Niemców i Włochów. Zdarzały się dnie, kiedy stacja Brześć puszczała jeden pociąg za drugim na zielone światło, oznaczało to ofensywę. Na razie nie wiedzieliśmy tylko gdzie. Kiwalle nawiązał „krótki”, tj. bezpośredni, kontakt z Zakrzewskim, źródłem naszych informacji. Wkrótce też przerzuciliśmy do Warszawy dwu naszych ludzi koleją. Zamiast dokumentów mieli czapki i latarki kolejarskie. Mogliśmy również telefonować do Pińska, gdzie kierownik ruchu przekazywał wiadomości „Grekowi” (taki pseudonim przybrał Marian Przysiecki). Kolejarze zażądali drobnego piasku (jak dla kanarków) i roztworu chlorku żelaza. Domieszanie tych substancji do smaru w maźnicach powoduje szybkie mszczenie osi wagonów. Piotr Kalicki z rodu warszawskich piaskarzy dał mi w prezencie ciężarówkę wiślanego piasku. Feliks Dunin-Karwicki (ps. „Liś”) przywiózł ten piasek do Brześcia i opowiadał, że granicznicy nie mogli się nadziwić, dlaczego wozi się piasek z Generalnej Guberni na Ukrainę... Trudniej było o chlorek żelaza, ale i ten zdobyliśmy podstępem. Patrole rozsiane w małych miasteczkach miały za zadanie wyrzucać gwoździe, dziurawiące opony samochodowe. Gwoździe te to zwykły drut zaostrzony na obu końcach i tak wygięty, aby jedno ostrze zawsze sterczało do góry. Produkowano je w warsztatach wojskowych (HKP czyli Heeres Kraftpark) w Brześciu w dawnej szkole technicznej, gdzie pracowali znakomici ślusarze. W przyszłości miałem zamiar zatopić wszystkie barki, zwłaszcza metalowe, które Niemcy zaczęli gromadzić na rzece Muchawiec w Brześciu. Informacji na ten temat dostarczył inż. Zygmunt Zakrzewski, mój kolega gimnazjalny (nie był krewnym p. Stanisława Zakrzewskiego), mający powiązania z zarządem dróg wodnych rejonu Brześć. Początek został zrobiony. Daleko nam jednak jeszcze było do pełnego wysiłku. Do najważniejszych zadań należało wywołanie przełomu psychicznego u łudzi. Zaczęły napływać meldunki z terenu Polesia. Dowódca patrolu w Kobryniu Michał Naumienko (ps. „Ryba”), strzelec rezerwy, pracownik wydziału rolnego tamtejszego starostwa, meldował, że któregoś kwietnia (nie pamiętam daty) rozrzucił na szosie trzydzieści gwoździ. Może bez skutku, nie wiadomo, ważne, że człowiek ten stał się aktywnym żołnierzem podziemia. Hackiewicz i Langner, którzy odbywali co tydzień rajd samochodowy z Warszawy do Pińska, stwierdzili, że widzieli gwoździe w kilku miejscach, a więc jeszcze ktoś działał na szosach. Nie byliśmy sami. „Pleban” wyliczył z pamięci grupy partyzanckie przebywające w lasach poleskich. Rozpoznane zostały oddziały radzieckie, uzbrojone i nie. W rejonie Drohiczyna obserwowano zrzut spadochroniarzy radzieckich (między Drohiczynem i Janowem). P. Tołłoczko osobiście przyjął w swoim domu trzech uzbrojonych skoczków. Było kilka małych polskich oddziałów. Jednia dowodził „Jur” (Wojciech Zbilut), rozpoznany

jako oficer polskiej marynarki wojennej, innym oddziałem dowodził pchor. „Marek” (Stanisław Niebiałek vel Wrzesiński). Oddziały te liczyły po kilkunastu ludzi. Na razie nie chciałem nawiązywać z nimi kontaktu. W trzecie) dekadzie kwietnia Słonczyński melduje; że ma kilkunastu ludzi, z których każdy już brał udział w akcji telefonicznej, to znaczy w przewracaniu słupów. Dotąd wychodziły patrole po trzechczterech ludzi ze Słonczyńskim albo Żołnierowiczem, przeważnie na szosę kowelską albo chełmską, to znaczy w kierunku południowym od Brześcia. Postanowiłem wyjść na główną szosę BrześćBaranowicze, oznaczoną na mapach niemieckich jako nr 8, Brześć-Moskwa. W ciągu dnia na odcinku Brześć-Baranowicze-Mińsk panował duży ruch samochodowy, szły kolumny transportowe i przejeżdżały pojedyncze wozy (np. firm budowlanych). Pod wieczór szosa pustoszała. Nocą obserwowano czasem zwarte kolumny wojskowe. Pojedynczy samochód w nocy w zasadzie nie mógł jechać. Poleciłem Słonczyńskiemu wykonać pokazową robotę niszczenia słupów telefonicznych przy tej drodze. Wybraliśmy okolicę wsi Telmy Rządowe, położoną około dziesięciu kilometrów na wschód od Brześcia. W tym miejscu tor kolejowy i szosa biegną równolegle do siebie w odległości dwustu trzystu metrów. Slupy telefoniczne rozmieszczono po stronie północnej szosy, a po jej stronie południowej rosły krzaki. Strona północna dawała daleki wgląd w teren. Wieś Telmy rozciąga się z północy na południe i przecina prostopadle tor kolejowy. Stanęliśmy o pół kilometra na zachód od wsi: Słonczyński z Żołnierowiczem uzbrojeni w jeden pistolet maszynowy i ręczny karabin maszynowy, o sto metrów dalej siedmiu ludzi z piłami i siekierami plus jeden karabin; o dwa kilometry dalej na zachód Słonczyński zostawił dwu żołnierzy z automatem i bańką benzyny. Ta ostatnia grupa miała zapalić stóg siana w razie stwierdzenia nadjeżdżającej kolumny wojskowej. Zadaniem Zbyszka Słonczyńskiego było otwarcie ognia z erkaemu w razie zbliżania się nieprzyjaciela od wschodu albo interwencji od strony wsi. Ja z peemem stanąłem koło Zbyszka tak, żeby nie stykać się z naszymi żołnierzami. Musiałem się konspirować. W wypadku rozproszenia mieliśmy się spotkać w kolonii Brzozówka pod Brześciem. Zaczęliśmy o zmierzchu. Po przewróceniu kilku słupów na szosę i przecięciu drutów mieliśmy przejść dwieście metrów na zachód, żeby zniszczyć dalszy odcinek linii telefonicznych. Słupy podcinane siekierą zaczęły przechylać się i padać w kierunku szosy, gdy nagle usłyszeliśmy szum motorów, a po chwili ujrzeliśmy nadjeżdżającą z kierunku Brześcia kolumnę wojskową, poprzedzało ją kilku motocyklistów jadących jako szpica. Zanim Niemcy zorientowali się, Zbyszek Słonczyński otworzył do nich ogień z erkaemu. Zakotłowało się wśród Niemców. Za motocyklami pędził otwarty samochód, a dalej za nim ciężarówki. Zbyszek, oparty o słup telefoniczny, strzelał do pierwszego samochodu, który bezradnie stanął w poprzek szosy. Grupa robocza zdążyła szybko podjąć piły i siekiery i uciekała w kierunku toru kolejowego, po którym w tym czasie jechał jakiś pociąg. Kolumna aut stanęła i wśród ciszy rozległy się wrzaskliwe komendy, które wyraźnie dochodziły do nas mimo dzielącej nas kilkunastometrowej odległości. Zbyszek strzelał krótkimi seriami wzdłuż szosy, chociaż już niewiele mógł widzieć. Usłyszałem, że od toru kolejowego padł jeden strzał karabinowy. Zrozumieliśmy, iż nasi przekraczają tor, i we trójkę popędziliśmy również za nasyp. Mocno zdyszani przebiegliśmy tory i zataczając koło poszliśmy do

Brzozówki. Tam skierował się już Słonczyński z erkaemem i z rozkazem, żeby wszyscy wrócili do domów, co nie należało do łatwych przedsięwzięć, ze względu na godzinę policyjną (20-6). Ja z Żołnierowiczem poszedłem na kilkudniową wędrówkę w kierunku Wysokiego Litewskiego dla nawiązania kontaktów. Kiedy wróciliśmy do Brześcia, czekał na mnie meldunek o przebiegu akcji. Od Brześcia nadjechała kolumna samochodów ciężarowych (dwadzieścia do dwudziestu pięciu wozów) z wojskiem, prawdopodobnie batalion o niepełnym składzie. Nasz patrol ubezpieczający został zaskoczony i rzekomo nie mógł zapalić stogu. Niemcy jechali w zwartej kolumnie, nie przygotowani na czołowy ogień. Po naszej stronie zginął strz. „Grzyb” (Czesław Jaskólski) z Wysokiego Litewskiego, zatrudniony w warsztatach HKP. Nasi zabrali jego dokumenty. Po stronie niemieckiej odnotowano wyższe straty: jeden oficer w stopniu kapitana i czterech żołnierzy. Niemcy ścigali nas w kierunku północnym, a następnie zabrawszy zabitych dojechali do Żabinki, gdzie nad ranem pochowali swoich na miejscowym cmentarzu. „Grzyba” zostawili na posterunku policji celem ustalenia tożsamości. Ranni Niemcy pojechali dalej z kolumną. Mogliśmy tylko ustalić, że była to jednostka piechoty zmotoryzowanej, oraz nazwiska zabitych Niemców. Dla „Walentego” była to jedenasta akcja. W Brześciu czekała na mnie też lakoniczna kartka: „Zapraszam - »Doktor«„. Zbyszkowi Słonczyńskiemu poleciłem zawiesić wszelką działalność „telefoniczną”. Raz tylko można było zaskoczyć Niemców na szosie. Teraz należało cicho siedzieć, ponieważ szpicle natrętnie poszukiwali partyzantów. Znalazłem się w Warszawie. Tu okazało się, że w mieście jest już druga grupa cichociemnych, przybyłych w czasie mojej nieobecności. Z 3 na 4 marca 1942 r. skakała grupa „Collar”, która dwukrotnie przylatywała do Kraju i musiała zawracać. Skład grupy: por. art. Stanisław Jankowski (ps. „Burek”), por. Jan Kazimierz Kochański (ps. „Jarma”), kpt. piech. Zygmunt Milewicz (ps. „Róg”), kpt. art. Bohdan Juliusz Piątkowski (ps. „Mak”), por. piech. Franciszek Pukacki (ps. „Gzyms”), por. art. Jan Rogowski (ps. „Czarka”). Pierwsi trzej byli absolwentami „szkoły gotowania na gazie”, czyli kursów wywiadowczych. Kochański okazał się moim znajomym, którego w styczniu 1940 r. dźwigałem na plecach do Medzilaborce. Żył i był w dobrej formie. Umówiłem się z nim na dobrą wódkę po wojnie. Niestety. „Jarma”, aresztowany we Lwowie, zginął z rąk niemieckich. Bogdan Piątkowski (ps. „Mak”), zwany przez kolegów „Dżulem”, był artylerzystą konnym, dobrym jeźdźcem, biorącym udział w wielu zawodach. Został wyznaczony do organizowania od nowa IV odcinka „Wachlarza” w Mińsku17. Miałem mu udzielić informacji na temat transportu i ułatwić

17

Informacja nieścisła. Wyczerpujące informacje na temat tego odcinka i działalności na nim B. Piątkowskiego zamieszczone zostały w książce C. Chlebowskiego Zagłada IV Odcinka, której trzecie wydanie, poszerzone i uzupełnione, ukaże się w 1987 r. Zob. także J. Tucholski Bohdan Piątkowski [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. XXVI, Wrocław 1981.

przejście przez Brześć. Pukacki18 i Rogowski (a przedtem jeszcze Klimowski19) zostali przydzieleni do Piwnika na odcinek II „Wachlarza” (Kowel). W ten sposób Piwnik skompletował bardzo dobry zespół. Z 27 na 28 marca odbył się zrzut „Boot”, przybyło sześciu skoczków: z tego do „Wachlarza” na III odcinek przydzielony został por. piech. Zbigniew Marian Bąkiewicz (ps. „Zabawka”). Z tej grupy nie znałem innych skoczków i nie stykałem się z nimi. Z 30 na 31 marca przyleciała ekipa „Legging”, z której znałem tylko por. kaw. Stanisława Gilowskiego (ps. „Gotur”). Został on mianowany starszym grupy cichociemnych, przebywających w Warszawie, i stąd zapewne nowy pseudonim „Wojewoda”. Tej samej nocy grupa „Belt” (sześciu cichociemnych) lądowała koło obozu jeńców radzieckich na oświetlonej łące. Z tej ekipy mjr dypl. kaw. Tadeusz Sokołowski (ps „Trop”), rtm. kaw. Jerzy Sokołowski (ps. „Mira”) i por. piech. Piotr Motylewicz (ps. „Krzemień”) uzyskali przydział na IV odcinek „Wachlarza”, z tym że „Trop” został przewidziany na dowódcę w miejsce poprzedniego dowódcy „Niedźwiedzia”. „Trop” był znanym jeźdźcem przed wojną i zdobywał dla Polski nagrody na międzynarodowych konkursach hippicznych. Z 8 na 9 kwietnia przybyła grupa „Cravat” w składzie sześciu skoczków, z którymi nie miałem do czynienia ani ich nie znałem. Na tej grupie kończy się okres próbny skoków do Kraju i następuje kilkumiesięczna przerwa ze względu na krótkie noce. Z dotychczasowych zrzutów „Wachlarz” otrzymał: na odcinek II - czterech oficerów cichociemnych, na odcinek III - czterech oficerów cichociemnych, na odcinek IV - czterech oficerów cichociemnych, na odcinek V - jednego oficera cichociemnego. Nie w tej sprawie jednak przyjechałem do Warszawy. Ppłk Grocholski poinformował mnie o śmierci naszego dowódcy, ppłk. Włodarkiewicza (ps. „Damian”). Wyjechał on do Lwowa w pierwszej połowie marca celem inspekcji I odcinka. Miał umówione spotkanie z jakimiś ludźmi. Czekano na niego. Nie przyszedł. Znaleziono zwłoki leżące na podłodze w jakimś mieszkaniu. Śmierć nastąpiła nagle i nie została dotąd wyjaśniona. W tej sytuacji dowództwo „Wachlarza” nie miało żadnego kontaktu z I odcinkiem, ponieważ jedynie „Damian” orientował się w pracach południowego odcinka i on jeden znał jego dowódcę „Orlika”. Obecnie ppłk Grocholski był jakby p.o. komendanta „ Wachlarza” i przybrał pseudonim „Doktor”. „Doktor”, który miał decydować o naszych losach, zawiadomił mnie, że w tej chwili najważniejszy jest odcinek IV. Otrzymał rozkaz od Komendanta Głównego dokonania przecięcia torów kolejowych

18

Kpt. Franciszek Pukacki, późniejszy dowódca batalionu 45. pp w 27. Wołyńskiej Dywizji AK; zmarł w 1980 r. w Kraju. 19 Por. Tadeusz Klimowski (ps. „Klon”, „Ostoja”) w istocie uzyskał przydział na II odcinek „Wachlarza” i nawet formalnie został mianowany jego dowódcą (koniec pierwszej dekady marca 1942 r.). Kiedy jednak pod koniec marca dowódcą II odcinka wyznaczono J. Piwnika, Klimowskiemu powierzono kierowanie istniejącym na razie w teorii odcinkiem I. Po aresztowaniu Piwnika i Rogowskiego w Zwiahlu „Klon”, przebywający w dalszym ciągu w Warszawie, został ponownie mianowany dowódcą II odcinka, na który przybył w lipcu lub sierpniu 1942 r. Później był szefem sztabu 27. Wołyńskiej DP AK. Zmarł w 1981 r. W Anglii.

wokół Mińska. Akcji nadano kryptonim „Targi Mińskie” i miała być wykonana od 1 do 3: maja20. Ze względu na pośpiech „Doktor” dał swoje rezerwy kadrowe mjr. „Tropowi” oraz broń i transport. Ode mnie żądał wejścia na tor kolejowy Mińsk-Homel i wykonania tam dywersji. Nigdy nie byłem w Mińsku ani nie miałem rozpoznania z tamtych terenów. Nie miałem też pojęcia, jak się tam dostać. Ale poprzedniego dnia „Ksenia” (Zofia Kraczkiewicz) przyniosła mi Krzyż Orderu Virtuti Militari z podpisem gen. Sikorskiego. Zameldowałem „Doktorowi”, że rozkaz wykonam. Zacząłem od rozmów z „transportem”. Karwicki znał Mińsk dobrze, jeździł tam w swoich handlowych sprawach, kupował złote ruble za naftę i sól. Zgodził się jechać ze mną. - Przy okazji zarobi się... Umówiliśmy się, że zawiezie mnie z ludźmi tam i z powrotem. Do żadnych innych spraw Karwicki nie chciał się wtrącać. Transport został załatwiony. Grupę „Tropa” miał obsłużyć niezawodny „Polstephan”21. Ruszyłem do Brześcia. Bąkiewicza („Zabawkę”) zostawiłem w Warszawie. Miałem dla niego inne zajęcie. Postanowiłem natomiast zabrać ze sobą sierż. Marszałka („Gryf”), który zapewnił, że teraz miny będą lepsze. Załadowaliśmy w Brześciu trzy peemy i nasz magazyn pirotechniczny, było tego osiem kilogramów. Z tym pojechaliśmy do Pińska. Kolej przyszła na Przysieckiego. Ucieszył się, że zapraszam go do Mińska, znał dobrze tamte strony z dzieciństwa, gdzie mieszkali jego krewni. Przysiecki miał już zorganizowanych kilku ludzi. Zaproponował, żeby zabrać bosm. Stefana Górskiego z flotylli pińskiej. Był to niski, krępy mężczyzna. Kiedyś był brunetem. Zapytałem: „Czy chce pojechać na kolejówkę”. Odpowiedział: „Dlaczego nie”. Pracował jako robotnik w tartaku i codziennie ryzykował, że mu piła utnie rękę. Kiedy mu podałem niemiecki pistolet maszynowy, powiedział z zachwytem: „Ot, dla floty nadaje się, zręczny!” 1 maja wieczorem podjechaliśmy do przedmieścia Mińska od strony południowej. Wyglądało na to, że jesteśmy we wsi. Karwicki („Liś”) z Przysieckim („Grek”) poszli do znajomych „Lisia”, żeby zasięgnąć języka. Tu na nas miał czekać samochód. Następnie Karwicki wywiózł nas w kierunku wschodnim, gdzie wyładowaliśmy się w małym lesie. Mimo zmierzchu widzieliśmy miasto. Teraz już sami poszliśmy na przełaj do torów Mińsk-Homel. Ułożyliśmy następujący plan: mieliśmy iść przez noc wzdłuż linii kolejowej, żeby poczynić obserwacje. Dzień przespać w ukryciu. Pod wieczór wracać i minować tory. Sposób minowania uzależniłem od obserwacji. Przez noc naliczyliśmy jedenaście pociągów w obie strony. W dwu pociągach idących do Homla jechało wojsko. W innych - różne towary. Jeden pociąg z południa wiózł krowy. Droga była marna. Szliśmy torami, lecz często musieliśmy schodzić na boki, bo kręciły się patrole ochrony kolejowej. Na szczęście byliśmy uważniejsi od Niemców.

20 21

Istnieją rozbieżności co do daty tej akcji. C. Chlebowski w Wachlarzu (s. 176) przytacza wszystkie wersje. Określenie „Grupa Tropa” jest nieprecyzyjne. Można przypuszczać, że autorowi chodzi o całą grupę żołnierzy IV odcinka udającą się na „Targi Mińskie” samochodem ciężarowym. Jakimi papierami posługiwali się ci ludzie, nie udało się z całą pewnością ustalić. (Szczegółowe informacje na temat „Targów Mińskich” zawarte są w przytaczanych powyżej książkach C. Chlebowskiego).

Na postój wybrałem jakiś zagajnik koło wsi Miednoje i tam mokliśmy do wieczora, bo zaczęło lać. Przygotowaliśmy ładunki Przysiecki zagryzł spłonki na loncie identycznie jak kpt Strawiński w Anglii A trzeba powiedzieć, że mianowałem „Greka” dowódcą akcji. Dlatego nosiła kryptonim „Grek 100”. Założyliśmy pierwszą minę elektryczną na torze wiodącym do Mińska. Na wszelki wypadek użyliśmy dwu baterii elektrycznych i dwu spłonek i czekaliśmy około pół godziny, żeby zaobserwować skutek wybuchu. Ale żaden pociąg nie nadchodził. Zdecydowaliśmy iść dalej na północ i zacząć przerywanie torów. Mieliśmy ze sobą jeszcze pięć dużych ładunków. Po przejściu kilometra zerwaliśmy oba tory i wtedy usłyszeliśmy z tyłu za nami szum pociągu. W pewnym momencie wybuchła mina, szum ustał. Radość nasza była ogromna. Znaczyło to, że zadanie główne wykonaliśmy. Nie miałem odwagi wracać do miejsca wybuchu. Przeciwnie, przyspieszyłem tempo marszu, aby jak najdalej odejść. Resztę min użyliśmy na jeszcze jedno zerwanie obu torów. Razem dokonaliśmy siedmiu przecięć. Nad ranem dotarliśmy do naszego lasu. Nie mogliśmy pokazać się wśród ludzi i Przysiecki poszedł sprowadzić Karwickiego. Dokumenty mieliśmy w wozie. W południe przyjechał po nas Karwicki. Wóz z trudem poruszał się po rozmokłej drodze. Przed Baranowiczami zatrzymałem samochód. Postanowiłem wejść do miasta piechotą i wrócić do Brześcia pociągiem, zabrałem ze sobą Marszałka. Przysiecki i Górski zdecydowali wrócić przez Łohiczyn do Pińska. Zabrali ze sobą jeden peem. Dwa peemy i plecaki schowaliśmy do skrytki w aucie. Rozstaliśmy się przed godziną 15. Karwicki miał czekać na mnie w Brześciu. Kierowca nie bał się tej podróży. Znał drogę i przed wieczorem miał być na miejscu. Ja żywiłem najgorsze przeczucia. Jakoś dostałem się z Marszałkiem do pociągu i dopiero nad ranem dojechaliśmy do stacji Brześć V, która znajdowała się daleko na wschód od miasta. W bazie czekał na mnie Kończal („Mały”), z Bąkiewiczem („Zabawką”). Byłem tym trochę zmartwiony, bo w Brześciu robiło się ciasno. Gestapo znowu uderzyło. Aresztowano szefa sztabu Okręgu mjr. Jana Olpińskiego (ps. „Ostoja”). Nie znałem jego ani komendanta Okręgu płk. „Andrzeja Ordyńskiego (Franciszek Faix-Limanowski). Niestety, ja sam miałem już tyłu znajomych, że czułem się jak pewien tajniak w małym miasteczku. Wszyscy przechodnie kłaniali się osobnikowi, który stał na rynku, a kiedy ktoś zapytał, kim jest ten znakomity obywatel, odpowiedziano z godnością: to jest nasza tajna policja. Bałem się, że w miarę wzrostu popularności nie uchowam się. W każdym razie nie wykonam głównego zadania i nie zatrzymam milionowej armii niemieckiej wracającej spod Moskwy... „Zabawkę” przewidywałem na moje miejsce w walkach osłonowych. Na razie zaś nie miałem dla niego bezpiecznego mieszkania. Szczęśliwie znalazłem „Kubę” (Kubenciusz), kierownika przerzutu przez Bug, który miał zgrabne mieszkanie w śródmieściu, a jednak ukryte, i tam znalazł schronienie „Zabawka”. Złą wiadomość tego dnia otrzymałem od gońca: Karwicki nie wrócił do Brześcia. Mogły być różne powody, ale o prawdziwej przyczynie dowiedziałem się w dwa miesiące później. Po minięciu Baranowicz Karwicki wjechał w las w rejonie Berezy Kartuskiej, gdzie ostrzelał go jakiś oddział partyzancki. Został trafiony w głowę i wjechał do rowu. Nieznani partyzanci ostrzelali wóz oznaczony numerami wojskowymi, a potem spalili go. Karwicki został pochowany przez miejscową ludność, a wrak spalonego samochodu nikogo w tamtych czasach nie dziwił. Dopiero drobiazgowe śledztwo jednego z pracowników wywiadu ustaliło okoliczności zgonu, co też pozwoliło odnaleźć

Karwickiego22. Po wojnie matka Dunina-Karwickiego opowiedziała mi, że syn jej był związany z jakąś organizacją cywilną, dla której poniósł ofiarę życia. Złożyłem wizytę kolejarzowi Zakrzewskiemu, aby dowiedzieć się, co robią kolejarze. Zastałem tam włoskiego kaprala, który z gospodarzami popijał jakiś żółty napój. Towarzyszył im serdeczny nastrój, to się wyczuwało. Każdy znał tylko swój własny język. Zostałem zaproszony do stołu. Moja znajomość włoskiego nie przekraczała „rozmówek w pociągu” i nie była zbyt ugruntowana. Przypomniałem sobie zasadę, iż należy mówić po francusku z polskim akcentem... Bardzo szybko porozumieliśmy się. Włoch nazywał się Curona i był włoskim komendantem stacji Brześć. Pokazał na siebie palcem i rzekł „Olimpio”, ja zrobiłem to samo i powiedziałem „Giovanni”. W ten sposób zaczęliśmy interesującą rozmowę. Komendantem dworca był Niemiec, kpt. Bruner, któremu podlegała cała służba dworcowa (wojskowi i kolejarze). Dalekobieżne transporty przechodzące przez Brześć często miały zapieczętowane koperty, z których kapitan odczytywał kierunek (stacje), gdzie należało kierować transport. W ten sposób zachowywano tajemnicę wobec jadących w transporcie, którzy nie znali swojej stacji docelowej. Przez Brześć często szły transporty włoskie i stąd „Olimpio” jako delegat swego duce. Kapitan źle odnosił się do Włocha, lekceważył go w sposób ostentacyjny, ale musiał go tolerować w swoim królestwie. „Olimpio” zaglądał czasem w tajne niemieckie pisma, ponieważ miał wino, dużo wina, które kochali otyli feldfeble. Domyśliłem się, że „Olimpio” nie tylko nie kocha nadętych głuptasów, ale jest w ogóle antyfaszystą. Poza tym miał dosyć wojny. Umówiłem się z nim na drugi dzień, naturalnie za zgodą gospodarzy. Wybiegając w przyszłość, zawdzięczam „Olimpio” wiele cennych informacji, które on mi przekazał. Konkretnie dotyczyły one składu jednostek wojskowych jadących na front z podaniem ich kierunku. Nierzadko słyszałem nazwiska starszych dowódców. Żadna obserwacja przelotu pociągów nie mogła dostarczyć takich informacji. Już po kilku dniach wysłałem pierwszy raport do „Doktora”. Pod koniec maja dostałem znowu zaproszenie do Warszawy, tym razem w tej sprawie. Tymczasem działaliśmy dalej. Zleciłem „Zabawce” organizowanie nowej siatki, niezależnej ode mnie, i teoretyczne szkolenie ludzi. Przybyło kilku żołnierzy z Warszawy i tych przydzieliłem „Zabawce”. Któregoś dnia, przechodząc boczną ulicą, spotkałem grupę Żydów idącą środkiem jezdni czwórkami bez konwojenta. Jeden z nich ukłonił mi się. Okazał się nim mój kolega szkolny, magister farmacji, Rakow. Byłem wstrząśnięty. Ćwierć miasta została ogrodzona drutem kolczastym i tam przebywało około czterdziestu tysięcy Żydów. Między nimi na pewno byli moi koledzy szkolni, a ja o nich nic nie wiedziałam. Znalazłem dziurę w płocie do getta i poszedłem do rodziny Jakubowskich (ulica Szeroka nr 83), z którymi dobrze się znałem; moja matka kiedyś utrzymywała z nimi kontakt. Z Lejbą siedziałem przez cały rok szkolny w jednej ławce. Zastałem całą rodzinę Jakubowskich w komplecie; mało tego, w mieszkaniu tym znalazło się jeszcze kilka innych rodzin, które za łapówki wyratowały się od śmierci w innych miastach i uciekały do „bezpiecznego” Brześcia.

22

Cezary Chlebowski w Wachlarzu, s. 253, podaje inne okoliczności śmierci Feliksa Karwickiego.

Postąpiłem ryzykownie, ale nie mogłem inaczej. Teraz Jakubowscy opowiadali mi o losie Żydów i swoim życiu. W miasteczkach poleskich Żydzi zostali wymordowani i tu ostała się jedna z ostatnich żydowskich wysp. Getto posiadało teoretyczny samorząd, tzw. radę żydowską (Judenrat), oraz policję porządkową, podlegającą radzie. Rada otrzymywała od niemieckiego burmistrza polecenia wykonywania przez ludność żydowską różnych prac we własnych warsztatach lub w mieście. Za to otrzymywała mniej niż skromny przydział żywności. Wszyscy musieli pracować, żeby wykonać zlecone prace. Burmistrz Krathe nakładał osobliwe haracze na Żydów. I tak jednego dnia tygodnia żądał tysiąca łóżek z pościelą, następnego dnia tysiąca męskich garniturów (nowych), butów, zegarków itp. Część przedmiotów wykonywali rzemieślnicy „uratowani” przez „dobrych Niemców”. „Uratowani”, ponieważ Niemcy potrzebowali zręcznych rzemieślników. W getcie spotykało się różnych ludzi. Wśród szaro ubranych sylwetek przemykały się typy ze średniowiecznych sztychów, a obok nich przechodzili ludzie, którzy tylko z pochodzenia byli Żydami, nie znający nawet języka jidysz. Lejba Jakubowski nie znał również dobrze jidysz. Przez wiele lat studiował w Montpellier. Teraz, kiedy jego rodzina znalazła się w niebezpieczeństwie, został w getcie, mimo że miał drogę do życia otwartą. Tuż za drutami, przy ulicy Dąbrowskiego, mieszkała jego przyjaciółka Rosjanka - Katia (Jekatierina Pawłowna, nazwiska nie pamiętam). Lejba dał mi jej adres i powiedział, że uprzedzi ją o moim przyjściu. W getcie mieszkało jeszcze kilku moich kolegów z ławy szkolnej, jak Mieczysław Doliński, którego przezywaliśmy „ Zeus „. Wszyscy oni byli związani z grupą dawnej młodzieży syjonistycznej i fizycznie zdolni byli do walki. Poza tym żyli w getcie, bardzo dobrze ukryci, socjaliści z „Bundu”. O tym, co się na świecie dzieje, Jakubowski wiedział lepiej ode mnie i był przekonany, że dni Niemców są policzone. Mieli nasłuch radiowy. Działali tam też rusznikarze. Dowiedziałem się później, że do getta przenikali radzieccy partyzanci. W mieście, poza drutami getta. Żydzi chodzili grupami do i z pracy. Wyjątek stanowił dr Bernard Kalwaryjski, znany psychiatra, któremu zezwolono na chodzenie po mieście z gwiazdą Dawida na plecach. Doktor ostentacyjnie chodził do kościoła i zapewne modlił się o zbawienie dla obłąkanych nadludzi.

Zajechał do mnie kpt. Piątkowski („Mak”, „Dżul”) i opowiedział mi o akcji w Mińsku. „Trop” (mjr Tadeusz Sokołowski) zabrał się energicznie do roboty i organizował dywersję żelazną ręką. Piątkowski teraz jechał do Warszawy, więc prosiłem go o przysłanie materiałów wybuchowych, ponieważ mój zapas już się wyczerpał. Ze zwalania słupów telefonicznych nie było wielkich korzyści, a zresztą przyszły raporty, że ktoś poza nami robi tę robotę, a nawet nasze osiągnięcia zostały poprawione w Telmach Rządowych, Prosiłem Piątkowskiego, żeby zameldował „Doktorowi” o moich kontaktach w getcie. Mogły mieć jakieś znaczenie. Nie prosiłem o broń, ponieważ znalazłem cenne jej źródło. Zakupiłem już przedtem pistolety maszynowe na ulicy Emilii Plater w Warszawie, koło kościoła Św. Barbary. Na tym znał się Hackiewicz (..Zaleski”. „MSZ”). Żołnierze niemieccy jadący na front mogli zaopatrzyć się w brakujące części umundurowania w składnicy przy ulicy Hożej nr 88; przechodzili koło kościoła, gdzie czatowali pobożni kupcy i proponowali godziwą zapłatę za karabin lub pistolet. Ceny układały się różnie, ale za kilka tysięcy złotych Niemcy decydowali się nieraz zgubić broń. Kupujący ryzykowali naturalnie ogromnie, ale życie straciło na wartości. Langner („Douglas”) również robił takie zakupy, ale w Halach Mirowskich, gdzie wszystko można było kupić.

Teraz otworzyły się nowe możliwości handlowe w Brześciu. Przede wszystkim „Olimpio”. On nie chciał pieniędzy ani wódki. Dał mi kiedyś niemiecki pistolet maszynowymi powiedział, że go znalazł. Pytał się, czy nie potrzebuję czegoś takiego. Przyniósł go na ramieniu na pasku. Ja w cywilnym garniturze miałem kłopot z przeniesieniem broni. Poprosiłem go, żeby „szukał” dalej, wszystko się przyda. Drugie źródło - to policja ukraińska. Wiadomo, że w Brześciu nie było zbyt wielu Ukraińców, chociaż już przed wojną Niemcy finansowali nacjonalistyczny ruch ukraiński i na Polesiu stworzyli kilka bibliotek im. Szewczenki. Mimo dobrego nazwiska Szewczenki Ukraińców nie przybyło. W czasie wojny powołano komitet ukraiński, przez który można było uzyskać lepszą posadę. Trafiali tam Rosjanie emigranci i spryciarze bez skrupułów. Zostawali za to rządcami majątków albo urzędnikami w przedsiębiorstwach niemieckich. Obsadzili stanowiska oficerów w policji. Szeregowców zmobilizowano z Białorusinów, a nawet spośród Polaków. Zaczęliśmy penetrować środowisko policyjne, uzbrojone wprawdzie tylko w karabiny, ale zdarzała się też broń znaleziona przy rewizjach lub zdobyta na partyzantach. Już w 1941 r. zauważono na terenie Polesia działalność radzieckiej partyzantki, powstałej na bazie regularnych oddziałów, pozostałych za linią frontu. W 1942 r. zbiegli jeńcy z obozów łączyli się i tworzyli małe grupy słabo uzbrojone. Z tymi oddziałami walczyła policja, odnosząc czasem sukcesy. Do zwalczania partyzantów używano również Węgrów, których dwie kompanie stały w Brześciu. Węgrzy też byli zainteresowani w zdobyciu pieniędzy na wódkę. Właśnie w początkach maja zakupiliśmy od Węgrów dziesięciostrzałowy karabin z zapalającymi pociskami. Była to atrakcyjna broń i miałem ochotę wypróbować ją, oczywiście przy okazji szkolenia. Pojechałem samochodem z Langnerem do Kobrynia, gdzie mieliśmy już placówkę. Komendantem jej w tym czasie był ppor. piech. Michał Wileński, z zawodu nauczyciel, wtedy pracujący jako urzędnik w wydziale rolnym. Zabrał on ze sobą Romana Kobylińskiego, jednego z miejscowych policjantów, z karabinem. Było to trochę ryzykowne, ponieważ policjanci musieli po służbie zostawiać broń w komisariacie, ale Kobyliński dorobił się prywatnego karabinu. Naumienko („Ryba”) w tym czasie musiał uciekać. Langner wysadził nas za Pińskiem w kierunku na Łuniniec. Poszliśmy lasem do torów kolejowych. Pociągi tu kursowały mniej więcej co pół godziny, tak że nie musieliśmy długo czekać. Ułożyliśmy się w krzakach o kilkadziesiąt kroków od toru, tak aby mieć ukrytą drogę do ucieczki. Wileński z Kobylińskim mieli mnie ubezpieczać. Około godziny 14 nadszedł sapiący pociąg towarowy od strony Pińska. Oprócz wagonów towarowych ciągnął lory z prasowanym sianem. Postanowiłem strzelić kilka razy w siano, może się zapali. Po trzecim strzale zobaczyłem, jak siano unosi się równo nad wagonem, nastąpił wybuch cysterny z benzyną, zamaskowanej sianem. Kilka kawałków blachy upadło niedaleko nas. Bojąc się, że nastąpią dalsze eksplozje, zacząłem uciekać do lasu, obaj moi towarzysze za mną. W zaroślach spotkaliśmy dwu mężczyzn w nędznych ubraniach. Przyglądali się naszej zabawie i entuzjastycznie wyrażali po rosyjsku swój zachwyt. Byli bez broni i głodni. My też przy sobie nie mieliśmy zapasów, ale Kobyliński i Wileński oddali im swoje papierosy. Jeden z Rosjan westchnął: żeby tak mieć broń... Roman rozczulił się (znaliśmy wszyscy język rosyjski) i wyciągnął jeszcze jeden prywatny nagan, i podał nieznajomemu. Na to Rosjanin przedstawił się i obiecał, że we właściwym czasie da nam czołg. Nie mogliśmy długo prowadzić tej dworskiej rozmowy, bo za chwilę mógł rozpocząć się pościg. Zresztą Langner czekał na nas samotny w lesie.

Zdeponowaliśmy broń w starym opuszczonym domu w Pińsku. W tym czasie w Pińsku stało wiele opuszczonych domów pożydowskich, właściciele ich zostali wymordowani przez Niemców. Dom, o którym wspomniałem, znajdował się między siedzibą plutonu żandarmerii i firmą „Polstephan”, gdzie jako urzędnik pracował por. Zdzisław Rożnowski. On też miał nadzór nad magazynem. Broń ta była przeznaczona dla oddziału partyzanckiego, który on organizował. Wieczorem w mieszkaniu u Przysieckiego otrzymaliśmy wiadomość o zniszczeniu pociągu z benzyną. Wiadomość od „naocznego świadka” była mocno przesadzona. W rzeczywistości pociąg zatrzymał się, ponieważ cysterna została wyrzucona z toru, Przezorny maszynista szybko uciekł, to samo zrobiła nieliczna osłona, jadąca w pierwszym wagonie. Ściągnięto z Pińska tzw. Bauzug, który usunął wagon w ciągu dwu godzin. Dwugodzinna przerwa ruchu na tej linii nie miała żadnego znaczenia, zwłaszcza że transporty zaopatrzeniom we z Rzeszy na front szły trzy lub cztery doby . Nasi kobryniacy pojechali osobno, a ja z Langnerem udaliśmy się do Antopola Poleskiego, żeby nawiązać kontakt z Wacławem Jaziewiczem. Wacław naraził się Niemcom, gdyż przechowywał Żydów, i teraz musiał się ukrywać. Wiadomość o tym dostałem od Karoliny Kindlerowej, wdowy po lekarzu. Przed wojną żyła z własnych funduszów w Kobryniu. Teraz pieniądze w bankach przepadły i musiała zabrać się do pracy. Zaczęła pracować w polu przy kopaniu kartofli, była prawie bosa. Nie chciała żadnej pomocy pieniężnej, uprzystępniając swoje mieszkanie na punkt kontaktowy. Jej domek stał w Kobryniu przy szosie do Pińska. Każdy nasz kierowca mógł się zatrzymać przy tym domu, żeby nabrać wody do chłodnicy. Zabranie przy tym małej kartki papieru nie przedstawiało żadnej trudności. Zatrzymaliśmy się na rynku małego miasteczka Antopola. Drewniane stragany i sklepy porozbijane. Towar wywieziony przez Niemców. Właściciele Żydzi wymordowani. Po rynku biegały opasłe szczury. Żywej duszy wokoło. Tak imał wyglądać świąt Hitlera. Mięliśmy z Langnerem nietęgie miny. Odwiedziliśmy Jaziewicza w jego zakonspirowanym mieszkaniu. Był bojowy. Chciał tworzyć własny oddział partyzancki. Dlaczego nie? Ale na razie radziłem poczekać. Potrzebowaliśmy kontaktów we wszystkich małych miasteczkach od Brześcia do Pińska, potrzebowaliśmy lokali, autentycznych dokumentów zmarłych, legalnych dowodów osobistych... Sprawę załatwiliśmy szybko, „po chrześcijańsku i po ułańsku”… Langner umówił się z Jaziewiczem na przyszłość. W Brześciu zastałem gości. Mój szef przysłał mi radiostację odbiorczo-nadawczą, zrzutową23, małe pudełko wielkości cegły, i ponadto obsługę radiostacji w osobie dobrze wyszkolonego podoficera marynarki wojennej, mata, ps. „Murzyn”. Znajomość szyfrów i tempo 100 znaków ma minutę. To dużo. Miałem tylko kłopot, co z tym zrobić. Moja łączność z Warszawą dotychczas była niezawodna, a radio...? Radiodepesza nadana w Brześciu nie mogła być odebrana w Warszawie bezpośrednio. Ktoś w Anglii czuwał dzień i noc, żeby odebrać moją depeszę, i z kolei nadawał dla odbiorcy w Warszawie przy ulicy Puławskiej, a szyfranci, deszyfranci i łańcuch łączników narażał się na śmierć i męczarnie. ;,Murzyna” przywiózł „Mały” i zameldował, że „Doktor” czeka na kontakt radiowy.

23

W Centralnej Kartotece „Wachlarza” jest podana dokładna data otrzymania radiostacji przez kpt. „Wanię” 15 VI 1942 r.

Drugim moim gościem był piętnastoletni Henryk Migula. Syn p. Zofii, u której miałem lokal kontaktowy. Matka powiedziała Heniowi, że jest ze mną spokrewniona. Po pewnym czasie zauważyłem, że chłopak staje przede mną na baczność i melduje się: „Tak jest, wujku Włodku! „ Do Henia przychodzili jego rówieśnicy i w mieszkaniu ćwiczyli baczność, spocznij, a pod nimi mieszkali Volksdeutsche. Tak czy inaczej stał przede mną rosły chłopak w narciarskich butach i meldował, że chce iść do wojska. Była to dla mnie jako konspiratora kompromitująca sprawa, nie mówiąc o niebezpieczeństwie. W tym czasie miałem na linii baranowickiej kilka baz rezerwowych, to znaczy takich, które szykowałem na okres końcowy. Natychmiast umieściłem Henia w majątku Litwinów, koło stacji Tewle, gdzie został zatrudniony jako specjalista od kręcenia centryfugi z mlekiem. Na jakiś czas miałem spokój z tą sprawą. Punkt kontaktowy, o którym wiedzieli moi warszawscy goście, znajdował się w Brześciu przy ulicy Steckiewicza, idącej od dworca do śródmieścia. Jednoizbowy lokal należał do szewca Michała Jastrzębskiego. W łóżku stale leżała p. Jastrzębska, ranna w 1939 r., kiedy to Niemcy ostrzeliwali obiekty wojskowe. Miała uszkodzony kręgosłup i bezwład nóg. Razem z rodzicami mieszkał osiemnastoletni Tadeusz, garbaty chłopiec. Dom ten miał dwa wejścia z dwu podwórek. W środku przegradzały go ściany z tektury i było słychać, co się dzieje w każdej klatce. W tej budzie mieszkało pięć rodzin. Z jednej strony naszego lokalu mieszkał Kubenciusz („Kuba”), kierownik przeprawy, a z drugiej p. Spiechowicz („Rymarz”), pomocnik „Kuby”. Ze względu na bliskość dworca lokal wspaniale odpowiadał swym funkcjom. Równie wyblakłe napisy „Sapożnik” i „Schuhmacher” upoważniały każdego do wejścia. Sam właściciel cierpiał nędzę, bo niewiele osób naprawiało buty. Często idąc do niego zabierałem bochenek chleba albo kawałek słoniny. Tadeusz Jastrzębski miał jakieś uzdolnienia do mechaniki. Kiedyś widziałem, jak reperował zegarek. Miał długie palce, którymi bardzo zręcznie się posługiwał. Dowiedziałem się, że chodził ze Słonczyńskim „na telefony” i zabroniłem tego na przyszłość. Tadeusz jednak chciał coś robić. Prosiłem Marszałka, żeby go wykorzystał. Bardzo szybko chłopak osiągnął dobre wyniki w warsztacie rusznikarskim. Przy okazji wizyty „Małego” zleciłem zdobycie szczepionki weiglowskiej przeciwko tyfusowi plamistemu. Niestety, na Polesiu mieliśmy stale zachorowania na tę ciężką chorobę, a nie dysponowaliśmy właściwymi lekarstwami. W maju 1942 r. odcinek nasz liczył około trzydziestu żołnierzy, ale co najmniej drugie tyle ludzi było w bazach. Radiostacja została umieszczona na mansardzie drewnianego domu na rogu ulic Steckiewicza i 3 Maja, a więc w środku miasta. Z okien mansardy rozciągał się widok na willę, gdzie mieszkało kilkanaście blondynek z niemieckiej służby łączności (Blitzmädeln), na parterze zaś kwaterowali różni urzędnicy niemieccy. Punkt okazał się znakomity. Któregoś dnia te właśnie Blitzmädeln poszczuły rosłego i tresowanego wilczura na poleskiego żebraka, który nieopatrznie zawędrował na ich podwórko. Pies przewrócił Poleszuka i poważnie go pokaleczył, sprawiając tym wyraźną uciechę niemieckim „panienkom”.

Pierwsza depesza nadana z Brześcia miała następującą treść: „Trzysta trzynaście potrzebny buch, buch dla Walentego”. Po kilku dniach przyszła zniekształcona odpowiedź, którą zresztą dopiero odczytałem w Warszawie przy następnej bytności. „Buch, buch” jak łatwo się domyślić, to materiał wybuchowy, a bardzo go potrzebowaliśmy. Pociągi na wschód szły nieprzerwanym strumieniem W ciągu jednej doby naliczono kilkadziesiąt pociągów z wojskiem i zaopatrzeniem, oznaczało to jakąś nową ofensywę. Wychodziły więc patrole trzy czteroosobowe pod dowództwem Słonczyńskiego i Żołnierowicza. Przybył jeszcze trzeci podchorąży, Zbigniew Wojakowski (ps. „Przewodzic”), z mojego „prywatnego” poboru. Praca tych grup była niewdzięczna i ryzykowna, dlatego że wysyłałem ich daleko od miasta, i to tylko z krótką bronią. Żołnierze musieli na drugi dzień wrócić do pracy. Zadaniem ich było rozkręcenie i odrzucenie jak najdalej szyn. Niemcy patrolowali tory bezustannie, używając do pomocy ludności z pobliskich wsi. Pociągi ratunkowe miały jednak dość roboty. W końcu maja na skutek porozumienia „Doktora” z Komendą Okręgu Polesie przekazałem grapę kolejarzy brzeskich do dyspozycji Okręgu Rozmowy z „Olimpio” zostawiłem dla siebie. Jego informacje miały dużą wartość dla naszej Komendy Głównej, ponieważ zawierały często dane dotyczące stacji wyjściowej transportu, przy czym „Olimpio” zaczął pisać nazwy po niemiecku, np.: „Zug 52 399 von Hamburg Infant”. W końcu maja „Murzyn” przekazał mi depeszę: „Wzywam Tarczę natychmiast »Doktor«„. „Tarcza” to ja. „Olimpio” wsadził mnie do Urlaubszugu (pociąg z żołnierzami urlopowanymi). Składał się z wagonów I klasy, w których zostawało wiele pustych miejsc. Niewielu żołnierzy miało szczęście jechać na urlop. Jazda należała do wygodnych, bez żadnej kontroli, i o 3 w nocy znalazłem się na Dworcu Wschodnim. Miałem legalną przepustkę z Brześcia. Poszedłem do bufetu, obsługiwanego przez białogwardzistę, starego Rosjanina. W sali było dużo ludzi czekających jak ja do rana ze względu na godzinę policyjną. Około 4 nad ranem wpadło czterech gestapowców, którzy zaczęli sprawdzać dokumenty, zbili do krwi jakiegoś młodego człowieka. Bufetowy podał mi bez żądania duże piwo i kieliszek wódki. Zacząłem spokojnie pić, a bufetowy wypytywał mnie o zdrowie. Niemcy nie zainteresowali się mną i wyszli zabierając dwu mężczyzn. Wtedy powiedziałem: „Błagodariu wam”. Bufetowy lekko schylił głowę i rzekł: „Kapitan Pawłow”, na co ja przedstawiłem się: „Inżynier Orłow”.

V

„Doktor” upoważnił mnie do zgłoszenia się do jego prywatnie mieszkania przy ulicy Puławskiej. Przyszedłem tam 29 maja24 z rana wprost ze stacji. W południe poszliśmy razem do Adolfa Moczulskiego, gdzie poznałem kpt. Stefana Rychtera (ps. „Tumry”. Był to oficer saperów, nowy szef sztabu „Wachlarza”25. Robił wrażenie nieśmiałego i prawie nie zabierał głosu. Zamieniłem z nim zaledwie parę słów i to było nasze jedyne spotkanie w życiu.
24

C. Chlebowski podaje dalej 28 VI 1942 r. {Wachlarz, s. 116). Jako odpowiednio późniejsze przedstawia też wydarzenie opisane poniżej, np. wpadkę patrolu Mariana Przysieckiego umiejscawia nie w czerwca, lecz w lipcu, co potwierdza pismo gestapo warszawskiego z 21 IX 1943 r. 25 Kpt. Stefan Rychter „Brożyna”, „Dan”, „Tumry” (1906-1943), w kampanii wrześniowej w sztabie 3. DP, oficer Komendy Okręgu ZWZ w Kielcach, potem szef Związku Odwetu AK Okręgu Kraków. Zginął w Mińsku Litewskim

„Doktor” powiedział, że istnieje w Londynie w dalszym ciągu zainteresowanie „Wachlarzem” i że Anglicy naciskają nasz sztab na daleką dywersję. Chcą w ten sposób okazać pomoc wojskom radzieckim. Otrzymałem rozkaz przecięcia w dniu 3 czerwca torów koło Kopcewicz. to znaczy poza naszą dawną granicą. Wszelkie inne akcje powinny być ograniczone, przynajmniej na głównych kierunkach, ze względu na groźbę ujawnienia. Kopcewicze były łatwe do osiągnięcia. Poprosiłem o materiał wybuchowy. Otrzymałem beczkę z dziesięcioma kilogramami szedytu, na górze zalaną lepikiem. Wezwałem natychmiast ppor. Marka, żeby wykonał tę akcję. Marek występował w niej pod pseudonimem „Bebi”. Miał przeszkolony patrol w składzie: ppor. Mikołaj Socewicz, oficer z dawnej organizacji „Brochwicz”; podoficer marynarki wojennej „Matros”, siostrzeniec Mariana Przysieckiego; żołnierz dywersji, robotnik z Legionowa „Karo”, żołnierze dywersji z dzielnicy Bródno w Warszawie, „Rudy”, i „Czarny” (nic o nich nie wiem). Nazwisk niestety nie znam.26 Zebranie patrolu odbyło się w mieszkaniu państwa Obryckich27 przy ulicy Świętokrzyskiej nr 10. Skontaktowałem Marka z Hackiewiczem w celu omówienia szczegółów podróży, sam wróciłem natychmiast do Brześcia, żeby przygotować broń i resztę ludzi. 31 maja odprawiłem „Bebiego” z Brześcia. Do patrolu dołączyli: pchor. Wojakowski, pchor. Żołnierowicz i plut. „Wrona” (fałszywe nazwisko, choć prawdziwe imię, Władysław Ilczuk). Razem dziewięciu ludzi. Mieliśmy wiadomości, że rejon Łunińca jest mocno strzeżony przez wojsko niemieckie, a to z powodu działalności radzieckiej partyzantki. Poleciłem Markowi sprawdzenie u Przysieckiego czy to prawda, i jeżeli tak, aby pojechał przez Dawidgródek i doszedł do linii kolejowej pieszo omijając Łuniniec. Oddział otrzymał ode mnie cztery karabiny i dwa pistolety maszynowe, poza tym Marek i podchorążowie mieli rewolwery. Przysiecki potwierdził, iż rejon Łunińca jest bardzo obsadzony i Hackiewicz skierował się do bazy w Dawidgródku. Tu gospodarzył Marian Czarnecki. Zgodnie z planem rządził kilkoma majątkami; dał Markowi dokładną mapę terenu i odprowadzał oddział nad dawną polską granicę. Marek wykonał duży marsz i 3 czerwca o godzinie 16 odpalił dwukilowy ładunek pod pociągiem idącym w kierunku Homla (lont prochowy). Lokomotywa wyskoczyła z szyn i kilka wagonów zostało zgniecionych. Wtedy Marek karał otworzyć ogień do Niemców, znajdujących się w pierwszym wagonie, gdzie zwykle jechali wartownicy i podoficer, komendant pociągu, tzw. Zugführer. Okazało się, że pociąg wypełniali żołnierze, którzy ze wszystkich wagonów rozpoczęli chaotyczną strzelaninę. Mimo jasnego dnia udało się naszym wyjść cało. Niemcy wyskoczyli z pociągu i rozpoczęli pościg. Marek wziął kierunek na południe i korzystając z niewielkich zagajników w tym terenie odszedł bez strat. Pościg trwał ponad dwie godziny, a nasza grupa, choć zmęczona, maszerowała między błotami, ażeby odejść jak najdalej. Wieczorem okazało się, że cały oddział zabłądził w bagnach. Wokoło nie było ani kawałka suchego lądu, gdzie mogliby wytchnąć, wobec tego Marek zwolnił tempo, ale dalej maszerowali na południowy zachód, ażeby wyjść na Dawidgródek. Nad ranem natknęli się na ukraińską policję, którą
w walce z gestapo w czasie nieudanej próby wyzwolenia żołnierzy IV odcinka „Wachlarza” z więzienia w Mińsku. 26 Matros” - Tadeusz Horoszcza, „Karo” - Stanisław Grabski, „Rudy” - Mieczysław Jurakowski lub Jakubowski, „Czarny” - Władysław Mecyjak (C. Chlebowski Wachlarz, s. 150-154). 27 Irena Obrycka była siostrą por. Mariana Przysieckiego (ps. „Marian”), kierownika bazy nr 3 w Pińsku.

przepędzili kilkoma strzałami. Śmiertelnie zmęczeni doszli do jakiejś małej wioski (nazwa nie ustalona) i zajęli szkołę. Wystawili posterunki i pokładli się spać. Po kilku godzinach szkołę otoczyli policjanci i rozpoczęli szturm. Marek przyjął walkę, ale sytuacja stawała się groźna. Ppor. Socewicz został zabity. Policjanci zbliżyli się na małą odległość. Wtedy plut. „Wrona” rzucił przez okno dwa granaty i wyskoczył na podwórze, za nim podchorążowie z pistoletami maszynowymi. Policjanci uciekli zostawiając kilku rannych i zabitych, nasi zabrali im karabiny i Marek nakazał dalszy marsz, tym razem na zachód. Znaleźli się nad Prypecią, gdzie stały łodzie rybackie. Przeprawili się w kierunku Pińska. W jakimś zagajniku Marek zarządził postój. Tam doszło do ostrego zatargu między żołnierzami a dowódcą. „Bebi” (Marek) postanowił rozwiązać oddział. Dał rozkaz, aby „Wrona” z „Rudym” i „Czarnym” poszli do Brześcia, w godzinę później wypuścił na tę samą trasę dwu podchorążych, sam zaś z pozostałymi dotarł do Pińska, wysyłając „Matrosa” po pomoc do Przysieckiego. Przysiecki zorganizował samochód i zabrał ludzi i broń do siebie. Tu wszyscy odpoczęli parę godzin. „Bebi” otrzymał nowe ubranie i z papierami „Polstephana”, który działał bez zarzutu, przyjechał pociągiem do Brześcia. Przysiecki zostawił „Matrosa” i „Karo” u siebie. Mimo że „Bebi” był chory, zatrzymałem go u siebie do powrotu reszty grupy. „Wrona”, „Czarny” i „Rudy” okazali się spryciarzami: złapali konie na pastwisku i przyjechali na drugi dzień po „Bebim”. Podchorążowie natknęli się na oddział Organizacji Todta biorący udział w obławie w rejonie Drohiczyna. Zostali otoczeni. Strzelali do ostatniego pocisku, a potem zaczęli uciekać. Wtedy padł pchor. Żołnierowicz, a Wojakowski miał przestrzeloną rękę. Doszedł do Brześcia w stanie zupełnego wyczerpania. Musiałem zapakować go do łóżka „Bebiego” -Rudego” i „Czarnego” odesłałem do Warszawy. „Wronę” mianowałem sierżantem. Teraz stał się „Krukiem”. Wysłałem zaraz notatkę do naszego przyjaciela w Drohiczynie z prośbą o bliższe informacje na temat „przemiłych” pracowników budowlanych firmy Todta. W tym samym czasie „Wachlarz” wykonał na innych odcinkach podobne zadania, na szczęście bez strat. Sam „Doktor” przyjechał do mnie z Mińska, gdzie, jak opowiadał, brał udział w minowaniach pociągów. Wyrażał zadowolenie z przebiegu akcji. Zatwierdził awans „Wrony” i obiecał pośmiertne odznaczenie dla obu poległych. Stan placówek III odcinka „Wachlarza” w dniu 10 czerwca 1942 r. według raportu przedstawiał się następująco: w Brześciu - grupa por. Kiwalle - 1 oficer, 2 podoficerów (wywiadowców); grupa sierż. Marszałka - 1 podoficer, 1 szeregowiec; pchor. Słonczyńskiego - 2 podchorążych, 2 podoficerów, 5 szeregowych; grupa por. Bąkiewicza - 2 oficerów, 3 podoficerów; grupa Wojnowskiego - 1 podchorąży. 2 szeregowych; w Żabince - grupa plut. Adamskiego -1 podoficer, 2 szeregowych; Józef Adamski został podporządkowany Słonczyńskiemu; w Kobryniu - grupa Wileńskiego - 1 oficer, 3 szeregowych; w Pińsku - grupa Przysieckiego - 1 podchorąży, 2 podoficerów, 5 szeregowych. Razem 4 oficerów, 4 podchorążych, 11 podoficerów, 18 szeregowych, czyli 40 ludzi nie licząc mnie. Prócz tego były bazy rezerwowe w; Dawidgródku - por. Marian Czarnecki; Litwinowie, stacja kol. Tewle - por. Józef Szadurski; Orańczycach - szer. Edward Jamnicki; Berezie Kartuskiej - kpr. Paweł Burysiewiez. O innych punktach „Wachlarza”, wywiadowczych, łączności i bazie w Warszawie, już wspominałem.

Miałem przyjemność pokazania mojemu szefowi naszej rusznikarni i kilku autentycznych żołnierzy. Natomiast „Doktor” mnie zmartwił, gdyż oświadczył, że nie ma szedytu. Wystąpiły wtedy jakieś trudności z materiałem wybuchowym. Kiedyś meldowałem, że na polach między Żabinką i Kobryniem leżą niewypały. Stoczono tam walkę 22 czerwca 1941 r. „Doktor” pół żartem pół serio poradził mi, żebym spróbował z nich wyciągnąć materiał wybuchowy. Kiedyś słyszałem, iż takim materiałem jest melinit podobny do długiego włoskiego makaronu. Do niewypałów odnosiłem się z szacunkiem i nie bardzo entuzjastycznie zapewniłem, że spróbuję. Ostatecznie mój szef obiecując, iż nie zapomni o mnie, wyjechał, a ja zostałem z kilkoma kłopotami. Wiadomo było, że w rejonie Żabinki pastuchy dla żartów zbierały niewypały, które potem wrzucali do ogniska, Czasami komuś urwało rękę albo tylko palec. Pytałem Marszałka o te sprawy... Tadzio Jastrzębski był gotów rozkręcać zapalniki, ale mu natarłam uszu za sam pomysł. W końcu Marszałek zaproponował namówić jakiegoś niemieckiego artylerzystę... To było coś. Artylerzyści kurowali się w szpitalach. Koszary 82. pp zamieniono w szpitale ewakuacyjne. W byłych koszarach szkoły podchorążych artylerii przeciwlotniczej (Trauguttowo) mieścił się szpital ortopedyczny. A więc było trochę rannych i rekonwalescentów. Zleciłem Kiwalle („Plebanowi”) wyszukanie artylerzystów. Maryla Bornsztein, Polka z pochodzenia, żona obywatela szwedzkiego, który zginął w 1939 r., pracowała w kompleksie koszar na przedmieściu Grajewskim. Zameldowała, że podoficer Hermann, uroczy artylerzysta, często wychodzi na przepustkę. Bywa w rejonie parku Szustra i tam spotyka się z dziewczynami. Nie było to łatwe, ale w biały dzień zabraliśmy do ciężarówki Casanowę i główną ulicą, przez przedmieście Kijowskie (Kijowka), aby ominąć mosty, jechaliśmy do naszych niewypałów. Zebraliśmy ich przedtem kilkanaście z należną ostrożnością. Była godzina 17, kiedy nasz specjalista został zaproszony do dzieła. Marszałek, Wojnowski, Słonczyński i ja prosiliśmy go o to... Chłopcu trzęsły się ręce. Dostał kilka kawałków pociętego drutu, które miał odpowiednio wygiąć, aby wykręcić zapalniki. Robił to niemrawo. Odkręcił jeden zapalnik, my staliśmy wokoło w przyzwoitej odległości. Rzucił pocisk na ziemię i próbował uciec! „Gryf” (Marszałek) strzelił do niego skutecznie. Zdecydowałem więcej takich rzeczy nie robić. Może nie dojrzałem do tej okropnej wojny... W parę dni później Wojnowski (ps. „Motor”) zgłosił się do mnie z prośbą o pistolet na własność. „Trzeba go zdobyć - powiedziałem. - Nie mam broni na prezenty.” Wtedy podchorąży zaproponował mi małą akcję: 10 każdego miesiąca jego szef nadleśniczy woził pieniądze do Wysokiego Litewskiego. Suma była nieduża: czterdzieści - pięćdziesiąt tysięcy rubli. Szef ma Walthera siódemkę, można zatrzymać samochód, zabrać broń i pieniądze. Wojnowski jeździł z szefem jako kierowca, może więc oberwać parę lekkich ciosów, szefa nie należy zabijać ani niszczyć samochodu. Tak to wykoncypował Wojnowski. Sprawę przekazałem pchor. Wojakowskiemu. Nie znał się z Wojnowskim. Dwu młodych ludzi poszło z Wojakowskim na szosę, którą miał jechać zielony Opel. Instrukcja brzmiała jasno: nie zabijać, nie niszczyć, zabrać pistolet i teczkę. Ja sam schowałem się w krzakach, żeby Oberforstverwalter (nadleśniczy) mnie nie widział. Bywałem w jego garażu. Kiedy nadjechał Opel (ta szosa świeciła zwykle pustką), Wojakowski wyszedł z lizakiem na środek drogi i zatrzymał wóz. Chłopcy wskoczyli do samochodu, machając groźnie pistoletami i krzycząc: Raus! Niemiec został rozbrojony, a Zbyszek Wojakowski wyrżnął w twarz kierowcę. Ten zaś, pewny siebie, oddał cios. Zaczęła się bijatyka.

Wyskoczyłem z krzaków, żeby zapobiec komplikacjom, i pognałem nadleśniczego z Wojnowskim do lasu. Od tej pory Wojnowski zdobył sobie doskonałą opinię u Niemców... i otrzymał upragniony pistolet. Dla mnie wstęp do garażu został spalony. Miesiąc czerwiec przyniósł mi pełno emocji i niespodzianek. Chciałem już zacząć dowodzić i nie brać udziału w małych akcjach szkolnych, toteż z przyjemnością przeczytałem meldunek Przysieckiego, że z resztek materiału wybuchowego, który przyniósł patrol ppor. Marka („Bebi”), zrobił kilka min i w rejonie Parochońska, czyli koło „swojego” majątku, dokonał wykolejenia. W tym czasie znalazł się w Brześciu zaginiony Naumienko. Posłałem go natychmiast do Pińska. Naumienko był mieszkańcem Kobrynia. Przy okazywaniu pomocy swoim znajomym Żydom w getcie w Kobryniu wpadł w ręce Niemcom. Uciekł im, zostawiając jednak marynarkę z dokumentami. Nadawał się doskonale do grupy pińskiej. W parę dni później przyjechał do mnie nie znany mi kolejarz, p. Rewczuk. i wymienił hasło, które znał tylko Przysiecki i ja. (Ze wszystkimi dowódcami baz miałem umówione hasło alarmowe, dla ułatwienia dla wszystkich - jeden odzew). Rewczuk poinformował, że Przysiecki z kilkoma ludźmi został zatrzymany i osadzony w areszcie, znajdującym się w koszarach żandarmerii polowej. Więźniowie wyłamali się i ukryli w jakimś garażu. Ponieważ miasto jest zaalarmowane, a policja szuka zbiegów, Przysiecki prosi o pomoc. Co miałem robić? Wojnowski wypożyczył mi samochód ciężarowy z kierowcą (Jaroszewicz?). Pojechałem do Pińska pod wskazany adres. W małej komórce, koło warsztatu, znalazłem Przysieckiego, „Matrosa”, „Karo” oraz pewną młodą kobietę. Wszyscy byli dość dokładnie rozebrani. Okazało się, że przybycie Naumienki tak podniosło nastrój bojowy „Mariana”, że natychmiast uderzył na pociąg towarowy, idący z Łunińca do Baranowicz. Lokomotywa wyskoczyła z szyn, a nasi otworzyli ogień do ochrony niemieckiej. Kolejarze i Niemcy uciekli, a Przysiecki zaczął otwierać wagony. Nie znalazł w nich broni, tylko żywność w konserwach i butelkach. W jednym z wagonów dobrał się do francuskich koniaków, portugalskich sardynek. Przysiecki miał ze sobą kilku ludzi. Zaopatrzył się w niektóre smakołyki i wezwał ludzi z okolicznej wsi do masowego szabru. Po rozpuszczeniu oddziału Przysiecki został ze swoim siostrzeńcem „Matrosem” i „Karo”. Wszyscy trzej nie uznawali ascezy i postanowili mile spędzić wieczór. Co do młodej damy otrzymałem wyjaśnienie, że jest przygodną znajomą. W czasie uczty zrobiło się gorąco, uczestnicy porozbierali się. W nocy przyszła żandarmeria zwabiona hałasem. Koniak i sardynki wystarczyły, żeby zamknąć rozbawione towarzystwo. W czasie pobieżnej rewizji nie znaleziono broni. Nie pozwolono jednak ubrać się aresztowanym i osadzono ich w piwnicy w byłych koszarach 84. pp. Pełni inicjatywy partyzanci wyłamali kratę i wypełzli z aresztu, kryjąc się u znajomego mechanika. Naturalnie, należało działać, i to szybko. Kiedyś przez Langnera poznałem p. Michała Hajduka, właściciela sklepu z dyktą. Zajechałem na rynek i kupiłem kilkanaście arkuszy dykty, zrobiliśmy niewygodną kryjówkę na samochodzie i tam wpakowaliśmy całą czwórkę. Z Pińska wyjechaliśmy w polne drogi i kluczyliśmy do rana, omijając wszystkie posterunki. Panią wysadziliśmy koło domu jej rodziców, uważając, że powinna dać sobie sama radę. W każdym razie z pewnością nie była ona wtedy żołnierzem „Wachlarza”, co niektórzy dziś starają się udowodnić.

Trzech pechowców zawiozłem na ulicę Dąbrowskiego, gdzie na strychu mieścił się hotel Organizacji Todta. Przynajmniej tak głosiła tabliczka przybita na drzwiach. Żaden pracownik tej organizacji nigdy tam nie nocował. Musiałem zatroszczyć się o ubranie i jedzenie dla trzech żołnierzy, którzy cierpieli na kociokwik. Zapomniałem nadmienić, że „Karo” miał potężnie rozbitą głowę i wymagał przyzwoitego opatrunku. Postanowiłem szybko odesłać wszystkich do Warszawy, ale nie miałem pod ręką dokumentów. 11 czerwca widziałem ostatni raz Przysieckiego. Przekazał mi swoje kontakty w Pińsku, adresy ludzi i schowki z bronią. Osobiście zaprowadziłem go nad Bug i przewiozłem do wsi Błotków. Miałem do Przysieckiego dużo sentymentu, ale nie akceptowałem niektórych jego posunięć. „Matros” i „Karo” zaopatrzeni zostali w nowe ubrania i otrzymali rozkaz przebywania na strychu do czasu wręczenia im dokumentów. Nie wytrzymali nerwowo i zdecydowali się pójść na rynek, żeby wypić „klina”. Zostali aresztowani. „Karo” był podobny do Żyda i to rzekomo przyczyniło się do aresztowania. Po krótkim śledztwie oświadczyli, iż są partyzantami, i zostali natychmiast rozstrzelani.28 W tym czasie na ulicy Sienkiewicza w Brześciu wisiało na drzwiach pięciu radzieckich żołnierzy z tabliczkami na piersiach: „Als Banditen gehangen”. Odbywało się to bez sądu, tylko na rozkaz podoficera gestapo. Gestapowcy w Brześciu w liczbie dwudziestu nosili na rękawie srebrne litery SD (Sicherheitsdienst). Każdy z nich miał prawo mordowania ludzi. Otrzymałem wreszcie paczkę szedytu, przywiózł ją Langner. Wziąłem trochę broni i pojechałem do Pińska odtwarzać bazę. Stanęliśmy znowu koło naszego pustego domu i upewniwszy się, że nie ma w pobliżu nikogo, wyładowaliśmy nasz towar z samochodu do piwnicy. Komendantem nowo utworzonego rejonu Łuniniec-Pińsk mianowałem ppor. Lucjana Szydłowskiego (ps. „Lucjan”) z 83. pp, a jego zastępcą bosmana Górskiego. Grupa ich liczyła siedmiu żołnierzy. Postanowiłem, że zabiorą broń i zaczną działać jako oddział leśny, głównie na wschód od Łunińca. 22 czerwca oddział „Lucjana” wyruszył z Pińska. W mieście pozostały punkty kontaktowe założone przez Przysieckiego: w kolejnictwie, w więzieniu, a nawet w policji. Zakładałem, że leśna działalność „Lucjana” będzie trwała do mrozów, a następnie oddział zostanie rozproszony i przezimuje bezpiecznie w mieście. W Brześciu w tym samym czasie nie wszystko szło, jak należy. Aresztowani „Matros” i „Karo” znali adres por. „Zabawki” (Zbigniew M. Bąkiewicz), a nawet ludzi z jego patrolu. W pierwszych dniach nie wiedziałem, w jakim kierunku idzie śledztwo, ponieważ aresztowanych trzymano oddzielnie. Zrozumiałem, że muszę odesłać „Zabawkę” do Warszawy, ponieważ nie mogłem gwarantować mu bezpieczeństwa. Obcy człowiek na terenie Polesia był od razu zauważony i rozpoznany. Właściwa rola „Zabawki” miała zacząć się znacznie później i dlatego nie mogłem ryzykować. Zresztą miejscowi ludzie dobrze dawali sobie radę. Pożegnałem się z „Zabawką”. Jego patrol składał się również z elementów napływowych i trudnych do utrzymania w dyscyplinie konspiracyjnej. Odesłałem ich wszystkich do Komendy „Wachlarza”, skąd zresztą ich otrzymałem. Grał tu jeszcze rolę aspekt pieniężny. Mój budżet był bardzo skąpy. Miejscowi ludzie nie pobierali ode mnie pensji, pracując z obowiązku patriotycznego. Żołnierze przybywający z Warszawy musieli
28

Dopiero w 1985 r. okazało się, że „Karo” - Stanisław Grabski żyje (mieszka w Stanach Zjednoczonych). Drugim rozstrzelanym był wg C. Chlebowskiego „Brzozowski” - Jan Wójcicki (tamże, s. 123).

dostawać regularnie pieniądze na życie. A jak zwykle bywa, najbardziej wymagający byli najmniej wydajni. Toteż odetchnąłem z ulgą, kiedy samochód firmy „Polstephan” wywiózł ich do Warszawy. Została mi jeszcze do zlikwidowania radiostacja, która codziennie musiała „grać” przez parę minut i budziła tym czujność niemiecką. Posłałem przez „Zabawkę” odpowiedni meldunek o stanie zagrożenia. W odpowiedzi na to otrzymałem list od mojego szefa, żebym wyciągnął z getta i przerzucił do Warszawy pewną kobietę z dorosłą córką. Dostałem jej nazwisko i nic więcej. Ustalenie w wielotysięcznym tłumie adresu tej pani nie należało do przedsięwzięć łatwych. Historia obu kobiet przedstawiała się tragicznie. Matka była pochodzenia żydowskiego, jej mąż, sędzia z Krakowa, zmarł. Ona wraz z córką wyjechała z Krakowa do Brześcia w nie znane środowisko i zaczęły pracować w urzędzie zatrudnienia jako Polki. Zostały zdradzone. Niemcy kazali zamieszkać im w getcie. Środowisko żydowskie przyjęło je wrogo. Obie kobiety spały na ziemi pod schodami. Kiedy tam przyszedłem, młodsza leżała ciężko chora z temperaturą do 40 stopni i z krwawą biegunką. Dla takich ludzi życie w getcie było szczególnie trudne. Omówiłem z Jakubowskim sprawę pomocy, a przede wszystkim prosiłem, żeby nikt nie przeszkadzał. Jakubowski poszedł do Judenratu. Chasydzi okazali się nieprzekupni. Wojnowski przywiózł dwie beczki oleju jako cenę za wykup nieszczęśliwych kobiet. Ostatecznie Katia, o której wspominałem, zabrała obie do swego domu. Następnie pojechały ciężarówką do Małaszewicz jako robotnice lotniska. Szczęśliwie udało się ulokować obie kobiety w pociągu do Warszawy. W tym czasie przerzuciliśmy przez granicę kilka osób narodowości żydowskiej. Między innymi zdecydował się również dr Kalwaryjski mimo swego wieku. Dowieźliśmy go do Mińska Mazowieckiego, gdzie miał jakieś oparcie. Ucieczka z getta w Brześciu nie była problemem. Białoruscy policjanci za pieniądze mogli wynieść nawet walizki. Trudności zaczynały się za drutami. Cała ludność żyła w lęku paraliżującym wolę walki. Kto chciał żyć, musiał walczyć. Chociażby siekierą. Z tych czasów została mi notatka: w Horodcu ukrywa się dezerter z armii niemieckiej, nie mówi po polsku. Powiada, że Hitler kaputt. Była to jaskółka, która nie czyniła wiosny. Jaziewicz zdecydował się na samodzielny krok i wyruszył w partyzancką drogę z czterema ludźmi. Przybrał dobrotliwy pseudonim „Kapelan”. Prosił o broń, zapewniając, że oddział jego wzrośnie do poważnych rozmiarów. Nie miałem wielu możliwości zaopatrzenia drugiego oddziału partyzanckiego w długą broń, ale postanowiłem pomóc naszemu nowemu żołnierzowi. W tym czasie por. Kiwalle („Pleban”) miał kilkunastu ludzi spalonych i ukrywających się. Dla nich też nie mieliśmy broni. „Doktor”, któremu o tym meldowałem, kazał przerzucić ich do Kowla do dyspozycji Piwnika. Kiwalle przesłał wtedy jedenastu ludzi z Polesia na kontakt w Kowlu, gdzie zostali zatrudnieni na II odcinku „Wachlarza”. Tak samo zdecydowałem się na radykalne cięcie i odesłałem radiotelegrafistę do Warszawy, jego zaś „cenny sprzęt” ukryłem w domu u „Kuby”. Były tam zmyślnie urządzone schowki.

Z dowództwa „Wachlarza” otrzymałem kilka beczek (po dziesięć kg) materiału wybuchowego i rozkaz operacyjny dla dowódców odcinków „303”29. Było tego szesnaście stronic maszynopisu, a każda sfotografowana na klateczce filmowej. Odczytanie filmu też należało do zadań bojowych. W końcu znalazłem powiększalnik u ludzi z Komendy Okręgu Brześć. Tak mimo ostrożności i konspiracji jakieś kontakty między nami musiały istnieć. Rozkaz zawierał wykaz obiektów, które należało zniszczyć w okresie cofania się armii niemieckiej, oraz wykaz różnych czynności przygotowawczych. Niektóre obiekty (mosty) były dokładnie opisane. Ponieważ Niemcy nie zamierzali wcale cofać się, mój dotychczasowy wysiłek należał do okresu „przygotowawczego”. Narastało wiele spraw niejasnych i postanowiłem sam pojechać do Warszawy. Odesłałem szedyt do por. Czarneckiego, a tajny rozkaz schowałem w piwnicy na kartofle u „Kuby”.

VI

W Warszawie przedstawiłem swoje wątpliwości mojemu szefowi. Nasza organizacja, która świeżo powstała na Polesiu, łatwo mogła zostać rozszyfrowana, o ile to już się nie stało. Ja sam zrobiłem tyle błędów, iż czułem się zupełnie spalony w Brześciu i w Pińsku. Ostatecznie prosiłem „Doktora” o przeniesienie mnie na inny odcinek. Odcinek mógł przejąć por. „Zabawka” (Marian Bąkiewicz) bądź drugi świetny kandydat por. „Ruski” (Marian Czarnecki) lub „Jastrzębiec” (Zbyszek Słonczyński) mimo swego młodego wieku. W wyniku naszych rozmów przeniesienie mnie zostało jednak czasowo odroczone. Moje rodzinne sprawy wyglądały zupełnie źle. W Warszawie otrzymałem spóźnioną wiadomość, że matka mojej żony, Henryka Łaska, została z 23 na 24 czerwca 1942 r. aresztowana w Rabce. Uwięziono wtedy kilkadziesiąt osób (w tym większość inteligencji) celem planowego zniszczenia aktywnego elementu. Wśród aresztowanych znajdowali się również oficerowie z Komendy Obwodu AK Podhale. Po aresztowaniu przeprowadzono śledztwo, w czasie którego Henryka Łaska, oskarżona o finansowanie tajnej organizacji, przeszła tortury (nie przyznając się do niczego) w Zakopanem i Tarnowie. Następnie została przewieziona do Oświęcimia Gestapo poszukiwało mojej żony. Dzieci zostały pod opieką obcych ludzi. W najgorszym nastroju siadłem do pociągu osobowego Warszawa-Terespol. Był 10 lipca 1942 r. W pociągach na tej linii jeździli żołnierze niemieccy, którzy wysiadali w Małaszewiczach i pakowali się do różnych transportów wojskowych idących do Brześcia lub dalej na front. Tego dnia również widziałem Niemców obładowanych ciężkimi plecakami. Tłoczyli się w korytarzu, wypytując pasażerów, gdzie są Małaszewicze. Przeważnie ludzie udawali, że nie rozumieją, o co chodzi. Jechałem już parę razy tą drogą i uważałem, że najbezpieczniej zmieniać pociąg z żołnierzami. W samych Małaszewiczach powiedziałem do dwu starszych wiekiem Niemców: „Komm mit” i zaraz za nami ruszyło ze dwudziestu żołnierzy. Chodziliśmy od toru do toru, gdzie stały transporty wojskowe. Maszyniści widząc, że idę z żołnierzami, informowali, za ile czasu pociąg odjedzie.
29

Jeden z kryptonimów „Wachlarza”.

Znalazłem pociąg załadowany esesmanami, na lorach stały samochody ciężarowe. Odjazd pociągu miał nastąpić za kilka minut. Powiedziałem żołnierzom, że to jest pociąg frontowy, i szybko wlazłem na lorę pod ciężarówkę. Żołnierze stękając weszli za mną. Natychmiast ściągnęli buty i zaczęli otwierać plecaki, żeby się pożywić. Już pociąg miał ruszyć, gdy przybiegł oficer dyżurny z transportu i kazał nam wynosić się. Żołnierze ociągali się, nastąpiła ostra wymiana słów. Wynikało z niej, że batalion SS nie toleruje Wehrmachtu. Dyskretnie wymknąłem się na tory i obserwowałem, co będzie dalej. Wszyscy żołnierze zostali usunięci „sofort”, dopiero pociąg ruszył. W innych transportach też jechali esesmani, którzy nie dopuszczali pasażerów. Klnąc na zły los, wszyscy powlekli się na dworzec. Była to drewniana buda z niewielką poczekalnią i z jedną ławką. Kolejarze informowali, że odpowiedni pociąg do Brześcia przyjedzie po północy. I znowu żołnierze ściągali buty, otwierali plecaki. Rozsiedli się na podłodze. Po kilku godzinach przyszedł jeszcze jeden pociąg z Warszawy i przywiózł następną grupę urlopowiczów. Zrobiły się ciasno. Siedziałem zaszyty w kącie poczekalni na podłodze z żołnierzami. Nadeszło jakieś polskie towarzystwo, mężczyzna i dwie kobiety. Byli elegancko ubrani i też chcieli się dostać do pociągu na wschód. Żołnierze siedzący na ławce ustąpili kobietom miejsca, mężczyzna stał koło kobiet. Słyszałem ich rozmowę. Po jakimś czasie przyszło do poczekalni dwu gestapowców. Rozejrzeli się wokoło i zobaczyli siedzące kobiety. „Papieren” - rozkazał jeden. Kobiety podały swoje przepustki, a wtedy Niemiec z pasją wyrzucił panie na peron. „Tu nie miejsce dla Polaków, to jest poczekalnia dla wojska - wrzeszczał, a następnie zwrócił się do żołnierzy - siadajcie,. Kameraden, jest wolna ławka”. Ale wszyscy siedzieli na podłodze obojętnie. Gestapowiec wyciągnął srebrną papierośnicę i częstował żołnierzy papierosami. Okazało się, że nikt nie palił. Wtedy drugi gestapowiec szepnął coś do ucha koledze i obaj jak niepyszni wynieśli się. Choć w poczekalni świeciła marna żarówka, ale z ukrycia przyjrzałem się obu dobrze. Gdzieś nad ranem dobrnąłem do Brześcia. Tu czekały na mnie dobre wiadomości, bo Zbyszek Słonczyński zrobił parę wypadów i rozbroił kilku Niemców. Przybyło mu też paru nowych żołnierzy. Rozpatrywałem ze Zbyszkiem ewentualność zaatakowania torów kolejowych wiodących na południe od Brześcia, to znaczy do Kowla i Chełma. Na tych liniach nie było dużego ruchu, ale każda akcja na tory wprowadzała zamieszanie u Niemców i zmuszała do zwiększonej ochrony, o tyle więc mniej żołnierzy na froncie. Była to opłacalna robota, a dla „Wachlarza” miała znaczenie praktycznego szkolenia. Słonczyński przedstawił mi pchor. Jana Maciejewskiego, pracownika z administracji w Łomży, plut. Stanisława Jarząbka, zawodowego podoficera z Chojnic (zdaje Się z batalionu morskiego). Obydwaj nie przyznawali się do służby wojskowej i uniknęli niewoli. Jarząbek pracował jak kierowca-mechanik w warsztatach naprawczych w Brześciu. Miał do dyspozycji ciężarowy samochód Ford. Pojechaliśmy we czwórkę w kierunku stacji Małoryta celem rozpoznania terenu. W pobliżu toru rosły zarośla, szosa biegła od linii kolejowej w odległości kilometra. Zabraliśmy ze sobą trzy peemy. Na szosie, gdzie stanęliśmy, ktoś zostawił trzy wojskowe przyczepy. Mimo że mieliśmy papiery robotników drogowych, obaj podchorążowie, poszli z pistoletami na tor kolejowy przeprowadzić zwiad. Tymczasem Jarząbek, który nie wiedział, że jestem jego przełożonym, zabawiał mnie rozmową i proponował, abyśmy zdjęli opony samochodowe, za które można było wziąć sporo pieniędzy. Kiedy wrócili podchorążowie, zaczęliśmy wsiadać do samochodu i w tym momencie nadjechał od strony

Małoryty ośmiocylindrowy samochód Horch. Były to auta dla dygnitarzy i starszych oficerów niemieckich. Zobaczyliśmy kierowcę w mundurze i od razu zaczęliśmy strzelać do samochodu. Samochód stanął w poprzek szosy. Nasz ogień okazał się celny, zabici zostali: Landrat Schtrauch, który miał siedzibę w Małorycie, jego brat kapitan Wehrmachtu i obergefreiter kierowca. Panowie jechali na wypad do Brześcia, a my im przeszkodziliśmy. Zabraliśmy dokumenty, no i naturalnie broń (dwa peemy i dwa rewolwery). Był to majątek dla nas. Szybko odjechaliśmy stamtąd na wschód, do jednego z fortów już w rejonie Brześcia. Tam mieliśmy skrytkę na broń. Jarząbek pojechał do Trauguttowa do szpitala wojskowego i tam zostawił swój samochód pod opieką kwatermistrza szpitala, twierdząc, że w samochodzie jest jakieś uszkodzenie. Samochód miał papiery wojskowe z warsztatów HKP i nikt nie żywił żadnych podejrzeń. Wieczorem przeprawialiśmy się przez Muchawiec do miasta. Wszystko udało się znakomicie. Ponieważ Schtrauch był jakąś znakomitością, Niemcy postanowili urządzić mu wspaniały pogrzeb. Trumny zabitych owinięte flagami stały w foyer teatru w Brześciu przez dwa dni. Postanowiliśmy w dzień pogrzebu uczcić prochy poległych. Akcją miał dowodzić Słonczyński. Pojechaliśmy dwoma wypożyczonymi od Niemców ciężarówkami. Stanęliśmy w lasku koło „naszych” przyczep na, szosie do Małoryty. Słonczyński z dziesięcioma ludźmi zaminował szyny (linia jednotorowa) i zaległ oczekując okazji. Przy ciężarówkach został pchor. Wojakowski z czterema żołnierzowi. Ja ulokowałem się między obu grupami z Janem Trzecieckim, który miał zostać moim gońcem. Jan był zupełnie młodym człowiekiem. Pracował w tartaku. To była jego pierwsza bitwa w życiu. Czekaliśmy kilka godzin, wreszcie na torach pokazał się patrol ochrony kolejowej (Bahnschutz). Trzech Niemców z bronią przeszło koło Zbyszka Słonczyńskiego, ale ten wytrzymał nerwowo. Niemcy nie zauważyli nic podejrzanego. Zaraz po północy nadszedł pociąg z Brześcia i najechał na minę. Skutek był widoczny i mimo małej szybkości niektóre wagony spiętrzyły się. Zrobiło się zupełnie cicho. Zbyszek Słonczyński podniósł swoich ludzi i po cichu zaczął zbliżać się do pociągu. Wtedy rozpoczęła się chaotyczna strzelanina z kilku wagonów i w różnych kierunkach. Poleciłem Zbyszkowi, żeby w takim wypadku wycofał się do mnie i razem pójdziemy do samochodów. Zobaczyłem nade mną smugi pocisków i krzyknąłem do Janka: „Padnij!” Zbyszek zbliżył się, usłyszałem cmokanie, to był nasz znak rozpoznawczy. Poszliśmy razem do aut i tu okazało się, że nie ma Janka. Zawróciłem jeszcze raz oddział. Janka znaleźliśmy dwukrotnie trafionego w klatkę piersiową. Nie żył. Niemcy węszyli po polach blisko nas i ostrzeliwali krzaki. Wynieśliśmy zabitego po cichu i pochowaliśmy go koło wsi Kotelnia niedaleko Brześcia. o ile wiem, wśród Niemców było sporo rannych. Przerwa w ruchu trwała do południa. Następną akcją miał dowodzić pchor. Wojakowski. W trakcie niej postanowiłem sfotografować kilka przepustów kolejowych (mostków) na linii Żabinka-Bereza Kartuska. W tym celu zaprosiliśmy fotografa, Józefa Rosłańca (ps. „Gryf”), rodem z powiatu grójeckiego. 1 sierpnia o godzinie 11 grupa Wojakowskigo dokonała koło Berezy Kartuskiej przerwania toru kolejowego pod pociągiem jadącym z Brześcia do Baranowicz. Patrol miał zadanie obserwować, co się będzie dalej działo. Rosłaniec wykonał kilka udanych zdjęć unieruchomionego pociągu. Kilkunastu Niemców zajęło pozycje strzeleckie, ale nie widzieli nas chyba, ponieważ nie padł ani jeden strzał. Cofnęliśmy się do lasu

i robiąc duże koło wyszliśmy znowu na tor kolejowy w pobliżu stacji Orańczyce. Wykonaliśmy zdjęcia małych mostków kolejowych dla dokumentacji terenu. W czasie naszej wędrówki na zachód minął nas pociąg z wojskiem i zaraz potem pociąg remontowy. Niemcy nie tracili czasu. W pobliżu stacji Tewle skręciliśmy znowu w lasy na południe. Zatrzymałem się na noc z 2 na 3 sierpnia koło dużej wsi Derewlany. Nie znałem tam nikogo, ale sądziłem, że następnego dnia spotkam kogoś z mieszkańców w lesie. Chodziło mi o różne informacje bezpośrednio ze wsi. Około 4 rano usłyszeliśmy huk motorów, podeszliśmy do skraju lasu, skąd widzieliśmy wieś i zobaczyliśmy żołnierzy Wehrmachtu otaczających Derewlany. Potem usłyszeliśmy krzyki we wsi i strzały. Tu i ówdzie zaczęły wybuchać płomienie. Żołnierze niemieccy stali obojętnie i palili papierosy. Nie mogłem powziąć żadnej decyzji. Stałem z ośmioma ludźmi, mieliśmy trzy peemy. O dwieście kroków ode mnie odbywało się masowe morderstwo. Trwało to kilkadziesiąt strasznych minut, które nam wydawały się godzinami. Widziałem, jak wszyscy trwali w męczącym napięciu. W pewnej chwili wybiegła ze wsi dziewczyna w podartej koszuli, wyglądała jak obłąkana, biegła wprost do nas. Krzyknąłem: „Wszyscy padnij! „ Za dziewczyną wybiegł ze wsi gestapowiec, strzelając z Parabellum. Wojakowski i ja przesunęliśmy się na miejsce, na które musiała wbiec do lasu. Przepuściliśmy ją, a za chwilę mieliśmy w ręku gestapowca. Jego zaskoczenie było wprost komiczne. Nie mógł zrozumieć, co się stało, ale szybko mu wszystko wyjaśniłem. Najzabawniejsze okazało się, że był to jeden ze szczurów, którego widziałem przed kilkunastu dniami na stacji Małaszewicze, jak sobie poczynał walecznie z dwoma kobietami. Teraz trzymałem w ręku jego srebrną papierośnicę, z której wtedy częstował papierosami żołnierzy. Chłopcy jakby odprężyli się. Obserwowali okolicę. Żołnierze niemieccy pilnujący wsi dalej stali obojętnie. Inne oddziały spaliły pół wsi, zamordowały kilkaset osób w różnym wieku. Zabito nawet kilku policjantów w mundurach, którzy przyszli na przepustki do rodzin. Była to akcja odwetowa za niedostarczenie mleka. W tym „chlubnym” dziele brał udział batalion piechoty niemieckiej z Pińska i tamtejsze gestapo. Dziewczyna uciekła w las. Niemcy odjechali, nie zwróciwszy przy tym uwagi na brak jednego bandyty. Nie wiem nawet, jak się z niego wyliczyli, ponieważ gestapowiec do służby już nie wrócił. Wojakowski odprowadził mnie do Żabinki, gdzie miałem spotkać się z tamtejszymi ludźmi, a sam z grupą pomaszerował do Brześcia. W parę dni potem wróciłem też do Brześcia i zastałem tragiczną wiadomość: Wojakowski został aresztowany na ulicy. Nie wiedziałem, jakie miał ze sobą dokumenty i co było powodem aresztowania. Przez różne kontakty dotarliśmy do więzienia, w którym osadzono Wojakowskiego. Dokumenty miał dobre, ale nie zagojona rana na przedramieniu wzbudzała podejrzenie. Chłopak trzymał się dobrze. Firma „Polstephan” przyznała się, że „Zabilski” (fałszywe nazwisko Wojakowskiego) jest pijakiem, a nawet złodziejem, ale jest dość dobrym fachowcem, elektrykiem, koniecznym do prowadzenia robót. W ten sposób pierwsze niebezpieczeństwo zostało zażegnane - Zbyszka „awansowano” do celi złodziejskiej i przydzielono do pracy. Wysłałem meldunek do ppłk. Grocholskiego, aby naciskał przedsiębiorstwo o interwencję w sprawie aresztowanego.

Równocześnie zawiadomiłem mojego szefa, że podzieliłem dotychczasowy swój odcinek na trzy rejony: I rejon obejmował odcinek Brześć-Pińsk (wyłącznie) oraz linie kolejowe na południe od Brześcia - dowódca pchor. Zbigniew Słonczyński; II rejon - na wschód od Pińska do stacji kolejowej Rzeczyca i linia rokadowa przez Łuniniec dowódca por. Marian Czarnecki; III rejon - linia kolejowa Żabinka-Bereza Kartuska - dowódca por. Leon Kiwalle. Oddziały partyzanckie i patrole dywersyjne podlegały dowódcom tych odcinków, na których terenie działały. W odpowiedzi zostałem wezwany do Warszawy. Pojechałem ze Zbyszkiem Słonczyńskim. „Doktor” chciał go poznać. W Warszawie z trudem znalazłem swoją żonę, która zdążyła już zmienić kilka mieszkań Zdecydowaliśmy przywieźć dzieci do Warszawy. Tego nie mogłem zrobić ani ja, ani tym bardziej moja żona, której gorliwie poszukiwało gestapo z Zakopanego. Poprosiłem o tę przysługę ppor. Marka („Bebiego”). Świetnie wywiązał się z zadania i szczęśliwie przywiózł obie nasze córki do Warszawy. Od tej chwili moja rodzina zaczęła koczowniczy tryb życia, wędrując z tobołkami przez różne warszawskie dzielnice. Od „Doktora” dowiedziałem się, że Piwnik („Donat”, „Ponury”) i Rogowski („Czarka”) wyjechali w lipcu w teren i zaginęli bez wieści. Meldunek o tym przesłał kpt. Tadeusz Klimowski („Klon”, „Ostoja”), kolega i zastępca Piwnika.30 Wyjątkowo przygnębiła mnie ta wiadomość. Bardzo obu tych ludzi ceniłem i lubiłem Spotkałem się z dowódcą IV odcinka mjr. Tadeuszem Sokołowskim („Trop”) i kpt. Janem Smelą („Lipek”) z V odcinka. Wszyscy składali sprawozdania. Sokołowski był pełen żywotności, zadowolony z dobrych wyników pracy, Smela, spokojny i cichy, miał te same wątpliwości, co ja. Bieżąca robota szła, ale wykonanie planów osłonowych nie miało wielkich widoków. Na to potrzebowaliśmy dużych, bojowych oddziałów, których nie sposób było utrzymać w etnicznie obcych terenach. Brakowało nam Piwnika, który mimo wrodzonego romantyzmu, miał trzeźwy pogląd na te sprawy. Zostałem jeszcze kilka dni w Warszawie. Pewnego wieczoru spotkałem p. Wiktora Strzeleckiego („Bukę”), z którym lądowałem w Polsce. Ucieszyliśmy się ze spotkania. Pamiętałem go jako dzielnego człowieka. Teraz staliśmy o zmroku na ulicy Brackiej i „Buka”, którego nazywaliśmy „Karolem”, ciągnął mnie siłą do knajpy. Powiedziałem, że nie piję, ale w końcu uległem i weszliśmy do ukrytej w podwórzu restauracji (Bracka 22), do ogromnej, jasno oświetlonej sali. Przy stolikach dobrze ubrani ludzie: handlarze, politycy, konspiratorzy. Byłem w robotniczej bluzie z calówką w kieszeni i nie mogłem zupełnie zrozumieć, gdzie jestem. Jeszcze rok temu siedziałem w takim lokalu na Piccadilly, ale od tego czasu zupełnie się zmieniłem. „Karol” opowiadał mi o działalności w Kraju, o swoich planach. Wybierał się znowu za granicę. „Wypij –namawiał mnie - pójdziemy razem.” Nie wypiłem. Nie chciałem Iść za granicę. Zostawiliśmy na stole

30

Por. przypis 19, cz. II.

nietkniętą karafkę wódki. „Karol” był zły. Później dowiedziałem się, że zginął w Krakowie w 1943 r. Kiedy się znowu spotkamy, na pewno mu nie odmówię i wypiję z nim kielicha...

W końcu załadowaliśmy się ze Słonczyńskim do pociągu i ruszyliśmy do Małaszewicz. Pod wieczór trafiliśmy na włoski transport i jako pracownicy Organizacji Todta razem z kilkoma niemieckimi podoficerami weszliśmy do wagonu wartowniczego (pierwszy za lokomotywą). Jechało tam trzech pijanych włoskich żołnierzy, którzy na postojach mieli obowiązek wychodzić na zewnątrz z karabinami. Wagon wypełniały worki. Po ciemku zorientowaliśmy się, że worki kryją puszki z pasztetem. Znaliśmy ten specjał. Tymczasem pociąg wlókł się z Małaszewicz do Brześcia, a Włosi żartowali sobie z Niemców. W końcu jeden z Niemców zapytał: „Co oni mówią?” Ponieważ minęliśmy już most na Bugu, zaryzykowałem rolę tłumacza. „Oni mówią - powiedziałem-że wy jesteście rosyjscy partyzanci.” Spuściliśmy nogi na zewnątrz i czekaliśmy, co będzie. Powstała straszna awantura. Niemcy wymyślali nie przebierając w słowach. Włosi pękali ze śmiechu. „Porca tedeschi!” Już nie tłumaczyłem. Wyrzuciliśmy przed stacją Brześć jeden worek z pasztetem, a kiedy pociąg zwolnił, wykonaliśmy zgrabnie lądowanie. Nikt na nas nie zwracał uwagi. Wróciliśmy po nasz pasztet Niestety, brzescy kolejarze działali szybciej. Na zdrowie. Była godzina 3 w nocy, gdy dobrnęliśmy do p. Jastrzębskiego. Nie mieliśmy nocnych przepustek, a patrole strzelały bez ostrzeżenia. Czekaliśmy do rana. O 5 zawitał gość, Piątkowski („Mak”, „Dżul”). Przyszedł zdenerwowany. Tej nocy przekroczył z grupą kilkunastu żołnierzy Bug. Na brzegu miał czekać „Kuba”. Nie przyszedł. Na prawym brzegu Bugu Piątkowski zobaczył niemieckie patrole, ukrył ludzi w stogach, sam przyszedł szukać „Kuby”. - Dawaj mi „Kubę” natychmiast - zażądał. „Kuba” mieszkał obok. Poszedłem do niego. Dom był zamknięty. Należało ratować ludzi. Ściągnąłem Wojnowskiego („Motor”) z ciężarówką nadleśnictwa. Pojechaliśmy z „Dżulem” nad Bug. Załadowaliśmy ludzi do ciężarówki i wróciliśmy do miasta. Po drodze kręcili się policjanci, żandarmi, wojsko. Na szosie leżały trupy pomordowanych Żydów. To wykonywano rozkaz komisarza Rzeszy Kocha, który kazał wymordować część Żydów z getta w Brześciu. Wachlarzowców ukryliśmy w mieście do wieczora. A po zmianie dokumentów, co odbyło się w mieszkaniu Jastrzębskiego, załadowałem grupę do pociągu na Mińsk Litewski. Pociąg ruszył i „Dżul” krzyknął do mnie po angielsku: Bye-Bye! Odetchnąłem z ulgą.

VII

Wspominałem o tym, że w domu p. Jastrzębskiego ściany były papierowe. W takich warunkach sąsiedzi szybko zostają wprowadzeni w najbardziej intymne sprawy. Rzadko ostatnio bywałem u Jastrzębskich, ale któregoś wieczoru w czasie odwiedzin u nich usłyszałem, że w jednym

z pomieszczeń mężczyzna i kobieta odmawiają długi wieczorny pacierz. Było tam i Ojcze nasz, i Zdrowaś Maryjo. - Kto tam mieszka? - zapytałem gospodarza. - A jeden taki z teatru, ona Żydówka, dlatego tak głośno się modlą - odpowiedział Jastrzębski. I oto niespodzianka. W biały dzień zobaczyłem wychodzącego z drugiego podwórka naszej meliny Stanisława Podgórskiego. Był to kuzyn mojej matki, starszy o kilka lat ode mnie. Znaliśmy się od wielu lat. Nie wiedziałem, że jest w Brześciu. „Co ty tu robisz?” - zapytaliśmy jeden drugiego. Moja matka nie wiedziała, że jestem w Polsce, i opowiedziała Staszkowi, iż mieszkam w Anglii. Teraz na ulicy w Brześciu tłumaczyłem Staszkowi, że lepiej rozmawiać w mieszkaniu. Podgórski był śpiewakiem operowym, uczył się we Włoszech, występował podobno w La Scali, ale w Polsce nie zrobił kariery. Losy wojny rzuciły Podgórskiego do Brześcia. Pracował w Opera della Brest. Nazywał się Stano Paria (przedwojenny pseudonim artystyczny). Pobożna pani, z którą mieszkał, była akompaniatorem. Prosiłem Stano, żeby opowiedział mi o swoim teatrze. W latach dwudziestych w Brześciu działał prywatny teatr Sarwera przy ulicy Sadowej. Przyjeżdżali tu aktorzy z Warszawy, żeby zarobić trochę pieniędzy. Pamiętam nawet piosenkę: Gdzie publiczność pierwsza klasa? W Brześciu, w Brześciu. Gdzie w teatrze pełna kasa? W Brześciu, w Brześciu. Gwiazdy i gwiazdki, Niewiarowska, Messalka, Kawecka prezentowały piękne nogi, nie mówiąc o takim głupstwie jak głos. W dziesięć lat później, za panowania wojewody Kostki-Biernackiego, sytuacja się zmieniła. Zbudowano teatr miejski. Przestały przyjeżdżać gwiazdy, kasy stały się mało użyteczne. W nowym teatrze Niemcy zorganizowali teatr typu kabaretu. Dla żołnierzy. Tych ze szpitali i tych, którzy kilka godzin czekali na transport. Teatrem opiekowała się komenda miasta, a raczej dwu sierżantów, którzy chyba nie zaznali szczęścia w życiu, bo szukali go w teatrze. Aktorami byli jeńcy wzięci do niewoli w Homlu(!) i przewiezieni do Brześcia w liczbie trzydziestu. Obsługa techniczna pochodziła z Brześcia. Dyrektorował temu przedsiębiorstwu (nazwisko nie ustalone) Żyd z Małopolski(?), podawał się za wiedeńczyka. Pracował, być może, dla kilku wywiadów. Staszek miał też jakieś powiązania wywiadowcze. To wszystko było bardzo zagmatwane, ale słowo „Homel” miało dla mnie wielką treść. Wziąłem byka za rogi i poprosiłem Staszka o posadę w teatrze. Musiałem zmienić nazwisko. Tłumaczyłem Staszkowi, że nie mogę pracować w swoim zawodzie. Bracie, pomóż itd. Poszliśmy razem do teatru. Dyrektor okazał mi łaskawość, potrzebował librecisty. - Libretta to moja specjalność - powiedziałem. - Jak to? - zapytał. - Pojadę do Warszawy i sprowadzę stare programy operowe, tam są krótkie streszczenia oper. - To bardzo dobrze, ale mnie chodzi o teksty, nowe teksty i po niemiecku. - Napiszę panu etiudę baletową...

Chodziło jeszcze o pensję. Powiedziałem, żeby płacił mi jak najwięcej, bo moja pensja jest do dyspozycji dyrektora. I w ten sposób Alfredo Pascoto, Włoch, został zaangażowany w operze albo Stadttheater in Brest Litowsk. Pierwszą moją czynnością było zaopatrzenie się w czysty papier, na którym odbiłem kilka pieczęci dyrekcji teatru. Wszyscy czekali na moją etiudę. Napisałem scenariusz po rosyjsku: na scenie znajduje się sześć kotów. Są to zwierzęta nieposłuszne. Ich pan przynosi im jedzenie, koty wolą się bawić, nie chcą pić, nie słuchają próśb swego pana, w końcu ten chwyta bicz, rozdziela razy, koty pokornieją, stają rzędem i tańczą, tańczą. Muzyka to już drobiazg. Staszek patrzył na mnie z podziwem. Wyjaśniłem, że widziałem coś podobnego kiedyś w Moulin Rouge. Następny balet będzie się nazywał Jezioro łabędzie... Dyrektor, który ocenił mój utwór jako znakomity, przekazał go do wykonania kierownikowi baletu. Bałem się przyjść na próby. Baletmistrz nazywał się Kowalow albo jakoś podobnie, trzymał w ręku bat i, zdaje się, chciał mnie potraktować jak kota. Patrzył na mnie ze wstrętem. Podszedłem do niego i chwyciłem serdecznie za rękę: - Kak prijatno poznakomitsja z wami. Ściskałem go jak kowal i twarz Kowalowa przybrała serdeczny wyraz. Teraz już cały balet mógł potwierdzić, że jestem pracownikiem teatru. Z rozmów z aktorami dowiedziałem się, że w Homlu zostały wspaniałe dekoracje. Właśnie tego potrzebowałem. Jednak komenda miasta odmówiła mi pozwolenia na wyjazd do Homla. - Przecież tam jest front - powiedział jeden z sierżantów. Więc po co ja się tak męczyłem? Dyrektor działał skutecznie na polu finansowym. Zapłacił za mnie kasę chorych wstecz za rok. Okazało się, że od roku pobieram pensję. Przedtem teatr jeszcze nie istniał. Wobec tego poprosiłem dyrektora o urlop. Na teatralnym blankiecie napisałem odpowiednie zaświadczenie dla Alfredo Pascoto, który „Udaje się do Homla celem odzyskania dekoracji. Wszystkie władze cywilne i wojskowe proszone są o udzielenie pomocy wyżej wymienionemu”. Przyszedłem na dworzec, gdzie urzędował „Olimpio”, i pokazałem mu swój dokument. Przeczytał i powiedział po polsku: „Ty cholero”. Odjeżdżał pociąg do Pińska, więc pojechałem. Dokument był naiwny, dlatego w Pińsku postanowiłem zaryzykować. Poszedłem do szkoły, w której mieściło się starostwo. Urzędował tam Niemiec Klein. Zameldowałem się u sekretarki ze sprawą służbową. Kiedy sekretarka wyszła, spostrzegłem na stole plik papierów podpisanych przez starostę. Dotyczyły wykazów mebli znajdujących się w każdym pokoju. Wrzuciłem to wszystko do teczki i za chwilę siedziałem przed powiatowym dyktatorem. Moja prośba była naiwna i bez szans powodzenia. Chciałem dostać przepustkę z Pińska do Homla lub chociażby do Rzeczycy. Właśnie w sprawie

dekoracji. Niemiec grzecznie tłumaczył mi, że jest to niemożliwe i że nawet on nie ma takiej władzy. Ubolewałem nad swoim losem i wyniosłem się z gabinetu i starostwa. Po odcięciu wykazów uzyskiwało się pasek papieru z pieczęcią i podpisem autentycznym starosty. Resztę formalności załatwiłem dzięki pomocy dobrych ludzi. Zawiadowca stacji przeczytał moje zaświadczenie i odniósł się do niego z szacunkiem. Powołując się na Przysieckiego, prosiłem, żeby mnie poznał z konduktorem z Homla lub z Rzeczycy. Przez łańcuszek kolejarzy Polaków i Rosjan dotarłem wreszcie do celu. Miałem ze sobą zapas sacharyny, co pozwoliło zorientować się w mieście. W czynnym kościele w Homlu zawarłem kilka znajomości. Rosyjski kolejarz Osip Sidorow przyjął mnie na kwaterę. Mosty były uszkodzone, ale ruch na nich już się odbywał. Nie dotarła tu żadna z polskich firm. Pracowały natomiast jednostki OT (Todt). Poważnego zaczepienia nie znalazłem, ale szanse istniały. Tu też można było założyć firmę budowlaną, skąd jednak wziąć kapitał zakładowy? Żadnych dekoracji nie znalazłem. Zastałem teatr zamknięty na cztery spusty. Zrobiono tam magazyny. Tu przydałby się Przysiecki. W każdym razie, mimo że nic konkretnego nie załatwiłem, miałem świadomość, co można uczynić. Nie byłem przekonany co do słuszności pakowania się do Homla. Ludzi cechowała tu podejrzliwość, w każdym obcym czuli wroga. Wysadzenie każdego z mostów wymagało setek kilogramów materiału wybuchowego i dużych plutonów minerskich, osłanianych oddziałami piechoty. Kiedy pomyślałem, że może mnie spotkać w tym mieście los Piwnika, postanowiłem zakończyć rozpoznanie. Droga do Brześcia była koszmarna i trwała trzy doby. Wyglądałem jak włóczęga, a nie jak pracownik teatru. Wysiadłem nieludzko zmęczony i postanowiłem wysłać meldunek do mojego szefa, aby wpłynął na zmianę założeń, przynamniej na III odcinku. Tymczasem jak zwykle czekały na mnie przykre wiadomości. „Kuba” znikł bez śladu. Była to poważna sprawa. Udałem się do „Rymarza” (Spiechowicz), którego nie znałem osobiście. Postawiłem sprawę otwarcie: Czy „Kuba” zabrał pieniądze? Okazało się, że „Rymarz” ma pokaźny depozyt w dolarach i „Kuba” nie pobierał ostatnio żadnych pieniędzy. A więc, co się mogło stać? Poleciłem Zbyszkowi Słonczyńskiemu patrolować prawy brzeg Bugu. Niemcy (właściwie Czesi z Sudetów) nie mieli tam stałych posterunków, ograniczali się tylko do służby patrolowej. Po przejściu patrolu należało przetrząsnąć krzaki. Ludzie „Plebana” przeprawili się na drugi brzeg rzeki i przepytywali ludność. Szukaliśmy w więzieniu i pytaliśmy policjantów. Z więzienia w Brześciu nadszedł meldunek, że znajduje się tam Edward Jamnicki z bazy w Orańczycach. Nawiązaliśmy z nim kontakt, Jamnicki przyjechał do Brześcia po zakupy dla swojego majątku, miał przy sobie niewielką ilość dolarów (własnych). To wystarczyło, żeby go uwięzić. Był torturowany. Jeszcze gorsza wiadomość przyszła z Kobrynia. Otóż Edward Jamnicki, o którym wspominam, gospodarował w majątku Orańczyce. Przez jego ziemię biegła linia kolejowa Brześć-Baranowicze. Ze względu na bazę nie ruszaliśmy w pobliżu żadnych niemieckich obiektów. Edward zatrudniał u siebie jeńców radzieckich zbiegłych z obozu i traktował ich jak swój oddział partyzancki. W czasie nieobecności kierownika byli żołnierze rozebrali tory, powodując uszkodzenie pociągu, sami zaś poszli

w las. Do dworu przyjechali gestapowcy i dowiedzieli się, że Edward Jamnicki, ojciec naszego Edwarda przebywa w Kobryniu. Jamnicki senior, jego żona i szesnastoletnia córka zostali rozstrzelani na podwórzu domu, w którym mieszkali. W majątku ocalała energiczna młoda żona Edka, która przyjechała do Brześcia ratować męża. Zleciłem teraz Kiwalle („Pleban”), żeby prowadził obserwacje naszych ruchliwych dowódców. Przede wszystkim należało pilnować niepostrzeżenie Czarneckiego, a następnie Słonczyńskiego. Obserwatorzy mieli podane adresy, jeden do Brześcia, drugi do Warszawy, aby w razie aresztowania kogoś z dowódców przyjechali sami lub przysłali gońca do punktu kontaktowego z zawiadomieniem o tym. Przypuszczam, że i ja znalazłem się pod obserwacją. Tymczasem w teatrze programy szły prawie bez przerwy. Transporty przewalały się przez Brześć jeden za drugim. Żołnierze w przerwie podróży przyjeżdżali do teatru, a po przedstawieniu często ładowano ich od razu do frontowego pociągu. Stano Paria przekazywał codziennie „Plebanowi” nazwiska pułkowników i majorów, którzy również zaszczycali teatr. Powodzenie miała szóstka czarnych kotów, oczywiście nie z powodu treści. Oprócz Jastrzębskiego miałem jeszcze kilka punktów kontaktowych w Brześciu. Jeden z nich mieścił się w zakładzie fryzjerskim p. Żuka. Jego syn, Aleksander, był moim kolegą szkolnym i w tym czasie przebywał w Anglii. Ojciec nic o nim nie wiedział. Ciężko przeżywał samotność. Cały dzień spędzał w zakładzie, czekając na klienta. Pamiętam, gdy miałem szesnaście lat, chciałem mieć baczki (były wtedy bardzo modne), poszedłem więc do p. Żuka seniora z prośbą, żeby mnie ogolił; ten namydlił mnie i... zabrał się do czytania gazety. Czekał, aż będę miał zarost. W końcu ulitował się nade mną i ogolił tak skutecznie, że dopiero za dwa lata powtórzyłem próbę. W innym mieście! Chodziłem od czasu do czasu do zakładu Żuka. Obaj zmieniliśmy się i stary mnie nie poznał. Jakoś tak się złożyło, że zaczęto tam przynosić listy dla „inżyniera Włodka”. W nagrodę powiedziałem Żukowi, że Olek trzyma się i robi w Anglii karierę (był w Brygadzie Kadrowej, gdy go ostatni raz widziałem). Po tej wiadomości w zakładzie pojawiły się kwiaty, a właściciel zaczął podkręcać wąsa. Olek po wojnie wrócił do Kraju. Zmarł z powodu nieuleczalnej choroby. Wywiadowcy donieśli, że krytycznej nocy, kiedy zginął „Kuba” (Kubenciusz), jakiś mężczyzna przeprawił się samotnie przez Bug i został zastrzelony, a zwłoki pochowano pod mostem. Niestety, nie mogliśmy tego sprawdzić. Bazę przerzutową przez Bug przejąłem na własny rozrachunek, chociaż nie bardzo jej potrzebowałem. Korzystał z niej głównie IV odcinek, czasem n, którego dowódcą po odejściu Janka Piwnika został zatwierdzony „Klon” (Tadeusz Klimowski). W tym czasie Czarnecki i Słonczyński rozpoczęli samodzielną działalność. Jeden z meldunków donosił: „13 sierpnia spalono mostek drewniany na szosie między Żabinką a Kobryniem”. Pikantnym szczegółem tej akcji było to, że dywersji dokonali policjanci z Kobrynia, którzy mieli obowiązek patrolowania szosy. Ponieważ sami złożyli o tym meldunek i pokazali karabiny, z których strzelali „do partyzantów”, Niemcy dali im spokój. Zbudowano wkrótce nowy most na palach.

Pracy nie miałem teraz wiele. Zbierałem wykazy jednostek i starszych oficerów jadących przez Brześć. Czasami bywałem w teatrze. Jeden z robotników za kulisami zaczął mi się przyglądać uważnie i wrogo. Przypomniałem sobie, że był ze mną w akcji pod Małorytą. Mogłem zachować się jak Napoleon, który pamiętał dzielnych wiarusów spod Austerlitz. Nie zrobiłem tego. Chłopiec pobiegł do Słonczyńskiego i ostrzegł go przede mną. Zbyszek pękał ze śmiechu, ale wmówił żołnierzowi, że ja to nie ja. W końcu sierpnia znalazłem się w Warszawie. Moja żona mieszkała wtedy na ulicy Racławickiej nr 29. Było to piękne mieszkanie, którego właścicielkę (p. Baranowską) wywieziono do obozu koncentracyjnego. Żona otrzymała je przez uprzejmość państwa Mikke, opiekunów mieszkania. Ucieszyłem się ze spotkania z moimi najbliższymi. Prócz tego czekała na mnie radosna wiadomość: Piwnik i Rogowski - znaleźli się. Byli aresztowani w rejonie Zwiahla i przewiezieni do więzienia w Zwiahlu pod zarzutem... włóczęgostwa. Siedzieli przez kilka tygodni w zamknięciu, następnie zaczęto ich wysyłać na roboty. W więzieniu było sporo Rosjan, podejrzanych o udział w partyzantce. Po kilku wyprawach w pole więźniowie rozbiegli się. Obydwaj cichociemni wzięli kurs na Warszawę (bez jakichkolwiek papierów) i dotarli do mojej żony, która skontaktowała ich z „Doktorem”. Byli spuchnięci z głodu i wyczerpania do ostatnich granic.31 Wymagali leczenia. Nie mieliśmy na szczeblu „Wachlarza” zorganizowanej służby zdrowia. Zaopiekował się nim dr Stefan Pokrzewiński, wysokiej klasy społecznik, którego znałem jeszcze z czasów studiów, był wtedy asystentem prof. Witolda Orłowskiego, słynnego polskiego internisty. Dr Pokrzewiński utrzymywał stały kontakt z moją żoną. „Doktor” zatrzymał mnie w Warszawie celem omówienia szeregu zagadnień związanych z III odcinkiem. Poza tym potrzebowałem małego odpoczynku. Któregoś dnia jechałem tramwajem przez ulicę Puławską do domu, stałem na tylnym pomoście. Koło mnie stanął płk Tadeusz Komorowski. Przyglądał mi się badawczo, ale nie okazał niczym, że mnie poznał. Ja również stałem obojętnie. Pułkownik wysiadł w pobliżu ulicy Belgijskiej. Nie wiedziałem, jaką ma funkcję w Armii Krajowej. Moja żona miała kontakt z panią Komorowską w 1940 r., kiedy to pułkownik był w Krakowie komendantem Obszaru. Za kilka dni dostałem polecenie od „Doktora” stawienia się na spotkanie z p. „Anią” (Anastazja Suszczyńska), łączniczką z Komendy Głównej. -Ania” zaprowadziła mnie na Wał Miedzeszyński, do jakiegoś mieszkania, w którym zastałem państwa Komorowskich. W tym czasie był już generałem i zastępcą Dowódcy Armii Krajowej. Jak się okazało, czytał kilkakrotnie meldunki o mnie (między innymi o lądowaniu). Nasze dossier zawierało przebieg służby za granicą i specjalność wojskową, ale nie podawało nazwisk. Wtedy w tramwaju generał skojarzył fakty i ucieszył się widokiem „łapiducha” ze swojego pułku. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że Komenda Główna projektuje likwidację „Wachlarza” i przekazanie jego agend organizacji, która ma powstać. Ucieszyłem się, że sprawa Homla może okazać się nieaktualna. Wcale nie chciałem tam jechać. Naturalnie, Homel mógł być zorganizowany na tych samych zasadach co Mińsk. Nawet bardzo

31

Nieco inaczej przedstawia dzieje Piwnika i Rogowskiego po ucieczce z więzienia C. Chlebowski (tamże, s. 307308).

zazdrościłem kolegom z IV odcinka, że pojechali na gotowe, podczas gdy III odcinek musieliśmy zbudować od podstaw.32 Rozmowę z gen. Komorowskim uważałem za ściśle poufną i nie powtórzyłem jej nawet „Doktorowi”, do którego zdążyłem już się przywiązać. Byłem lojalny w stosunku do mojego szefa, bardzo dzielnego żołnierza. Nie mówiłem jednak mu o wszystkich swych wątpliwościach. Mieliśmy poza tym różne poglądy na sprawy zasadnicze. Żegnając się z gen. Komorowskim, pozostałem pod wrażeniem jego bezpośredniości i skromnego trybu życia. Pani Komorowska pracowała też w konspiracji w komórce szyfrów. Umówiliśmy się na „krótki” kontakt za pośrednictwem p. „Ani”. Przez dr. Pokrzewińskiego, o którym już wspominałem, nawiązałem kontakt z firmą „Paradistal” (nazwisko właściciela). Firma ta przed wojną budowała studnie w Warszawie, a w czasie wojny rozszerzyła terenowy zasięg swojego działania. Pracowali w niej ludzie patriotycznie nastawieni, łącznie z całym kierownictwem. Inż. Paradistal budował studnie między innymi w rejonie Dawidgródek-Stolin. Me chciałem mieszać w tę sprawę Czarneckiego, zresztą łatwiej załatwiało się wszystkie sprawy w centrali, w Warszawie. W mieszkaniu inż. Boufałła (pracownika tej firmy) na ulicy Styki poznałem mjr. Stanisława Dobrskiego ps. „Żuk”, który był przewidziany na stanowisko komendanta Okręgu Polesie. Nic o tym nie wiedziałem ani nie znałem „Żuka” przedtem W tym domu występował jako pracownik firmy, który miał prowadzić roboty na Polesiu. Wypytywał dokładnie, o co mi chodzi. Ja chciałem umieścić kilku ludzi w tej firmie. „Żuk” - w firmie „inż. Starczewski” - wypytywał mnie natarczywie. Był to ciężki wieczór dla mnie, a i powrót nie należał do przyjemnych. Chodzenie wieczorem po Saskiej Kępie nie było łatwe. Spałem u piaskarza na barce, powołując się na Kalickiego. Ale miałem już w kieszeni zaświadczenie, że jestem pracownikiem firmy, budującej studnie na Polesiu. W czasie mojego urlopu spotkałem się z Maciejem Kalenkiewiczem, którego uważałem za szefa cichociemnych. Powiedział mi, że nasze plany osłonowe zmienią założenia. On też obstawał przy tym, że nie należy penetrować terenów radzieckich. Z Niemcami nie mogliśmy wygrać w otwartej wojnie w 1939 r. To jest znane. Mogliśmy im trochę utrudnić prowadzenie wojny i utrudnialiśmy. Całe społeczeństwo brało w tym udział. Nawet piękne kobiety handlujące na placu Narutowicza czy Kercelaku dezorganizowały porządek obowiązujący w III Rzeszy. Naszą sprawą było pogłębianie bałaganu. Złożyłem raport „Doktorowi” z propozycją, aby zaniechać „wykonywania kontyngentu” w postaci zwalonych pociągów. Mój wkład nie był aż tak duży, żeby zaważył na szali dziejów. Uważałem, że trzeba osadzić rezydentów na dawnej granicy polsko-radzieckiej, na tych zasadach, co Marian Czarnecki, i czekać właściwej pory. Ze „spalonych” ludzi tworzyć oddziały partyzanckie, ale skutecznie działające.

32

Autor ma tu na myśli wcześniejszą organizację odcinka IV przez płk. „Niedźwiedzia”, jeszcze przed skierowaniem cichociemnych do „Wachlarza”. Według obecnego stanu wiedzy rzekoma organizacja płk. „Niedźwiedzia” okazała się mistyfikacją, a działalność jego samego pozostawała w sprzeczności z tym, co głosił. Patrz C. Chlebowski Wachlarz.

„Doktor” wręczył mi pismo z Kierownictwa Walki Cywilnej a może Podziemnej33 w sprawie niejakiego Jana Kuchty vel Tarasowa. Osobnik ten zamieszkał na skraju miasteczka Dywin koło Kobrynia z zadaniem rozpracowania działalności partyzanckiej w powiatach Kobryń i Pińsk, zresztą gdzie się tylko da. Przyjechał ze Lwowa. Nie był jedynym. Gestapo stworzyło specjalny referat do zwalczania partyzantów. Co do niego nie żywiliśmy wątpliwości. Mieliśmy raporty z Kobrynia, że jest za pan brat z tamtejszą żandarmerią i korzysta z telefonu wojskowego, zawiadamiając gestapo w Równem albo w Brześciu, jeżeli coś stwierdzi. W tym czasie policjanci podlegali żandarmerii i często posterunek policji mieścił się w budynku żandarmerii. Likwidacja agentów gestapo ani wydawanie wyroków na nich nie należały do „Wachlarza”. Istniała droga służbowa, a sąd musiał orzec: winien śmierci albo nie. Meldunek Kiwalle nie budził wątpliwości. Teraz otrzymałem formalny rozkaz: zlikwidować agenta. Przekonałem się, że nasz wymiar sprawiedliwości jest nierychliwy... a poza tym nie ma aparatu wykonawczego. Wracałem przez Terespol, gdzie należało pozdrowić właściciela zakładu pogrzebowego {dowcipny pseudonim „Pogrzebacz”),z kolei „Pogrzebacz” dawał przewodnika do wsi Błotków. Przeprawa pracowała bez zarzutu. Na prawym brzegu rosły wikliny. Przez krzaki biegły przemyślnie wydrążone ścieżki. Nie tylko my tędy chodziliśmy. Przechodziło się koło majątku Paszkiewiczów, gdzie stałe ujadały psy. Przed samym miastem przepływała rzeka Muchawiec, którą należało jakoś przebyć. Korzystałem z przejścia przez kładki na śluzach, a czasem z łódki, zupełnie jak za czasów szkolnych. Komendant rejonu, Słonczyński, zameldował, że sam pojedzie odwiedzić Kuchtę. Nie zgodziłem się na to. Wyznaczył patrol: dowódca - pchor. Maciejewski, zastępca - pchor. Wojnowski i dwu policjantów z Kobrynia, którzy znali Kuchtę i jego dom. Wojnowski wziął wóz do „reperacji”, czyli zwolnił się z pracy na jeden dzień. Wyjechali do Kobrynia z rana. Patrol (czterech łudzi) w samochodzie osobowym zajechał pod dom. U Kuchty zastali gości, w tym znajomych z posterunku policji. Nie mogli odczytać wyroku. Maciejewski rozpoczął morderczy ogień. Zginęło pięciu mężczyzn i kobieta. Wszyscy siedzieli od rana przy libacji Wszyscy byli uzbrojeni i każdemu należał się na pewno wyrok. Maciejewski przywiózł broń i dokumenty. Z entuzjazmem mówił o Wojnowskim („Motorze”). Niemcy wpadli w szał. Nawet w teatrze mówiono o wykonaniu wyroku. Nikt nie doniósł o szarym, osobowym samochodzie. Uważałem dotąd wielu moich żołnierzy za amatorów. Okazało się teraz, że działają fachowo. Również „Kapelan” (Wacław Jaziewicz) rozwinął działalność; padło dwu Niemców z oddziału Organizacji Todta, czyli przybyły dwa karabiny (robotnicy innych narodowości nie nosili broni). Meldunek od Czarneckiego brzmiał: „»Lucjan« (ppor. Lucjan Szydłowski) działa w rejonie Sarn, mam z nim kontakt. Liczne sowieckie grupy w rejonie Stolina”.

33

Kierownictwo Walki Cywilnej powstało w 1942 r.. miało z ramienia Delegatury Rządu na Kraj koordynować opór społeczeństwa na płaszczyźnie cywilnej. W lipcu 1943 r. powstało Kierownictwo Walki Podziemnej, łącz# w sobie Kierownictwo Walki Konspiracyjnej i Kierownictwo Walki Cywilnej.

Kiwalle odnalazł kpr. „Groma” (nazwisko nie ustalone), który został łącznikiem między Orańczycami. „Grom” był kapralem z 25. p.uł. w Prużanach, świetnie znał teren. Objął posadę na stacji Orańczyce i został komendantem bazy na miejsce Jamnickiego. We wrześniu odszedł „Olimpio”. Przeniesiono go na front, zapewne południowy. Były wiadomości, że dwie dywizje włoskie zostały przerzucone (translokacja miała charakter nagły, stąd doszły nas wiadomości niedokładne) z Białorusi do Kijowa, i to tak pośpiesznie, że Włosi zostawili bogato zaopatrzone magazyny w Mińsku i Orszy. Teraz Niemcy zajadali się pasztetami z gęsi. Przybywali nowi ludzie, między innymi kapral nadterminowy Albin Znajewski (obecnie „Znajda”). Był kierownikiem budowy studni w Łunińcu. W przyszłości okaże się dobrym nabytkiem. Moja obecność na Polesiu, stawała się coraz bardziej utrudniona. Było już kilka ostrzeżeń, że interesuje się mną gestapo. Miałem kłopoty z mieszkaniem. Dostałem z komendy miasta (przez teatr) nakaz kwaterunkowy, jaki otrzymywali niemieccy podoficerowie. Moi gospodarze, Polacy, na klęczkach błagali mnie, żebym wyjechał, bo oni chcą żyć. Czułem, że muszę wyjechać. W mieszkaniu „Kuby” pozostało kilka pistoletów i radiostacja. Musiałem te rzeczy wynieść. Zastałem tam prawowitego gospodarza, który mieszkał w innym domu poza miastem. Powiedziałem mu otwarcie, o co chodzi, należało podnieść deski w podłodze. Gospodarz mnie nie znał. Na mieszkaniu już mi nie zależało. Gdy zobaczył zawartość skrytki, i on też padł przede mną na kolana. Zebrałem wszystko do worka i wyniosłem na ulicę, gdzie czekał samochód ze znakami HKP. Nie znalazłem jednak rozkazu operacyjnego, który schowałem w piwnicy u „Kuby”. Gospodarz oddał mi Kennkartę „Kuby”, którego nazwiska nie znałem. Opiewała ona na Jana Kubentiusa, stolarza, z miejscem zameldowania w Warszawie. Ostatecznie okazało się, że „Kuba” miał zupełnie inne nazwisko. Wysłałem ostatnie rozkazy i wyjechałem do Warszawy. Mój odcinek pracował, ale ja byłem zupełnie „spalony”. Zbliżał się koniec sierpnia 1942 r. Nie jechałem sam. Ze mną jechał Podgórski z cennym dokumentem w kieszeni - odręcznie napisanym zaproszeniem dla Opernsängera Stano Pario na przyjęcie w Równem u Komisarza Rzeszy na Ukrainę, Kocha. Sam Koch to zaproszenie podpisał, a jego podpis był trudny do uzyskania. Podgórski traktował to pismo jako żelazny glejt i nie chciał się z nim rozstać. Postanowiłem zrobić w Warszawie trochę „autentycznych” dokumentów na różne okazje. Zameldowałem się u „Doktora”. Mój szef już wiedział o zamiarach Komendy Głównej, ale sądził, że da się uratować „Wachlarz” na nieco zmienionych warunkach pracy. Przede wszystkim na zmniejszonym terenie działalności. Żadna z naszych ekip nie mogła działać na rozciągniętych liniach w obcym kraju, bez zaplecza. Nawet samochwalca Guderian utknął pod Moskwą. Między innymi zabrakło mu benzyny. A zaopatrzenie wachlarzowców wisiało na pajęczej nici. List Kocha w krótkim czasie został sfotografowany i zwrócony Podgórskiemu. Specjalne biuro techniczne II Oddziału obiecało dostarczyć dwa egzemplarze in blanco z autentycznym podpisem. Zameldowałem „Doktorowi”, że muszę iść do lasu, ponieważ wszystkie miasteczka poleskie są dla mnie za małe... Zwłaszcza Brześć. Wybrałem sobie rejon w trójkącie Prużana-Kobryń-Drohiczyn Poleski. Utrudniało to łączność ze mną, ale zapewniało bezpieczeństwo i możliwości działania na dwie ważne linie kolejowe. Mój szef wyraził zadowolenie z takiego załatwienia sprawy.

Wróciłem w swoje strony. Tym razem zatrzymałem się w majątku Litwinowo, gdzie gospodarował Józef Szadurski. Byłem umówiony tu z Podgórskim, z którym miałem pojechać w podróż „za granicę”. Na północ od linii kolejowej Brześć-Baranowicze przebiegała granica Ostlandu z Rzeszą, czyli Białostocczyzną. O dwadzieścia kilometrów od Litwinowa znajdowała się resztówka majątku, którego właścicielem był właśnie Podgórski. Miał on tam swoich zaufanych ludzi, którzy prowadzili gospodarstwo i robili staropolskim zwyczajem różne konserwy. Między innymi rarytasem dla partyzanta mogło być suszone mięso. Staszek obiecał mi worek mięsa, pod warunkiem, że pomogę osobiście w jego przemycie. Ruszyliśmy wozem zaprzężonym w jednego konia (pożyczone z majątku). „Librecista” powoził, operowy śpiewak siedział rozparty jak za dawnych czasów. Granicy pilnowały nie stałe posterunki, lecz ruchome patrole. Cierpliwi ludzie czekali, aż patrol przejdzie, i kłusem przejeżdżali z tzw. Reichskommissariat Ukraine do Rzeszy. Z powrotem tak samo. Osiągnęliśmy malowniczy domek w okolicy Szereszewa, odurzył nas zapach ziół i grzybów. Domek był niewielki i zamieniony cały na spiżarnię. Mieściło się w nim pełno skrytek i zakamarków. Gospodyni mieszkała obok w swoim własnym domu. Pokazała mi, jak się suszy mięso: krojone na cienkie plastry wkłada się do rozgrzanego po pieczeniu chleba pieca. Mięso wysycha i staje się podobne do wiórów. W smaku również. Z głodu nieraz ludzie żuli skórzane przedmioty. To mięso przypominało zelówkę. Nie mogło być solone przed suszeniem. Aby stało się jadalne, trzeba je było dobę moczyć, a następnie gotować wiele godzin. Cóż, konserwa. Przespaliśmy noc w pachnącym sianie. Tu nie czuło się wojny. Na drugi dzień załadowaliśmy nasz wóz. Ja siedziałem na worku z mięsem. Ruszyliśmy ku granicy. Widzieliśmy, jak patrol sennie człapał przez pole i zniknął w pobliskich krzakach. Więc zaciąłem szkapę, żeby sforsować granicę. I w tym momencie zostaliśmy otoczeni przez Niemców... To dopiero pech. Tyle razy udawało mi się przewozić różne rzeczy, broń, dokumenty... I dać się złapać na szmuglu żywnością! Niemiecki sierżant ostro wypytywał, co my za jedni, po co jedziemy itp. Zrobili rewizję. Zabrali wędzone szynki, miód i chleby, wszystkie przysmaki Staszka. Zostawili suszone grzyby, na mięso nie chcieli patrzeć. Wiadomo wióry. Sierżant medytował nad papierami: Sänger, Sänger, jakby zastanawiał się nad naszym dalszym losem. W końcu jeden z Niemców zdenerwował się i powiedział do sierżanta po rosyjsku: „Daj im w d... (w rożu) i niech uciekają. Tu przecież granica”. „Nu i prawda! - krzyknąłem - wied’ tut’ granica” i smagnąłem konia. Wóz był dużo lżejszy, wycieczka - pouczająca. Nie muszę chyba tłumaczyć, że spotkaliśmy partyzantkę radziecką. Niedługo i mnie czekało takie życie.

VIII

Oddział, który zebrałem po powrocie z Warszawy, był mały, ale dobrze uzbrojony. Wybierałem ludzi, którzy podobnie jak ja byli zagrożeni i siedzieli jak na rozżarzonych węglach. W skład oddziału weszli: kpr. „Znajda”, strz. Jerzy Bukowy („Jurek”), Jan Kraszewski, Olgierd Waliszewski („Orłow”) - wszyscy z Brześcia i Hieronim Baran z Siedlec. Najstarszy „Znajda” miał trzydzieści lat, reszta w wieku dwudziestu-dwudziestu dwu lat. Groziła im wywózka na roboty do Niemiec. Było nas siedmiu. Mieliśmy trzy peemy i cztery karabiny, kilka pistoletów i pamiątkę po „Olimpio” - cztery granaty niemieckie. Poszliśmy w stronę Kanału Królewskiego, gdzie nie było kłopotu z wodą34; zaczęliśmy żyć wolnością. Na nasz punkt kontaktowy wyznaczyliśmy chutor zamieszkały przez byłego popa, Aleksandrowa, z którym znał się Wojakowski. Dom stał niedaleko szosy prowadzącej do Pińska i kierowcy mogli niepostrzeżenie zjechać z głównej drogi, aby nam dostarczyć pocztę. Na wyprawy chodziliśmy wszyscy razem, a w czasie postoju w naszej bazie wystawialiśmy posterunki. Opowiadał mi Aleksandrow, że pewnego dnia przyszedł do niego dezerter z armii niemieckiej i prosił o ukrycie. Został przebrany w strój poleski, ale zostawił na nogach żołnierskie buty. Broń i mundur żołnierza zostały schowane. Było to w czerwcu 1942 r. Po miesiącu przyjechał oddział żandarmerii (dwa ciężarowe auta) w poszukiwaniu zbiega. Żołnierz położył się pod łóżkiem, gdyż nie zdążył wybiec z domu. Dowódca oddziału porucznik zagroził śmiercią gospodarzowi i jego rodzinie, jeżeli u nich znajdzie zbiega. Przewracano słomę w stodole i szperano w piwnicach i na strychach. Feldfebel żandarm zajrzał pod łóżko i szybko wyprostował się. Zameldował, że w sypialni również nikogo nie znalazł. Po wyjeździe żandarmerii dezerter przeszedł na inną kwaterę i dołączył do partyzantki radzieckiej. W tym okresie polowaliśmy na pojedyncze niemieckie samochody osobowe. Kilka razy mieliśmy pecha. Raz ostrzelaliśmy samochód, za którym nadjechała kolumna wojskowa. Musieliśmy szybko zniknąć w lesie, gdyż Niemcy zaczęli ostrzeliwać nas z broni maszynowej. Starałem się robić zasadzki sypiąc kolce, które przysłano mi z Brześcia. Dostałem meldunek, że pod Łunińcem nasi przeprowadzili akcje 16 i 17 września. Wojsko, żandarmeria i gestapo jeździło kolumną, co najmniej kilka samochodów, nigdy pojedynczo. Czasami jechali urzędnicy cywilni, ci mieli najwyżej ręczny pistolet. Raz nawet widziałem Langnera, jak wiózł dyktę na lotnisko w Małaszewiczach. Gdzieś pod koniec września doszliśmy do Berezy Kartuskiej i zniszczyliśmy obydwa tory. Minowaliśmy na długiej przestrzeni, żeby skomplikować naprawę. Pracę mieliśmy utrudnioną, ponieważ używaliśmy lontu prochowego, i to złej jakości. Do końca służby w „Wachlarzu” nie mogłem dostać elektrycznej zapalarki. Dopiero po wojnie w kinie zobaczyłem, jak należy wysadzać pociągi... W czasie akcji w rejonie Żabinki (28 września) kawałek szyny uderzył w łydkę partyzanta Kraszewskiego. Rana okazała się niebezpieczna, musieliśmy nieść chłopca. Zdecydowałem, że trzeba umieścić go w szpitalu w Brześciu. Chłopak kurował się kilka tygodni, a Ukrainiec chirurg uwierzył w bajeczkę o wypadku przy pracy.

34

Niemcy, chcąc pozbawić partyzantów baz, organizowali tzw. wsie obronne, zwykle umocnione, do których przesiedlali ludność z kilku czy kilkunastu wsi. Opuszczone siedziby palili, studnie zasypywali.

5 października dostałem wezwanie do Warszawy. „Znajda” schował broń w forcie nr VIII (na północ od Brześcia) i rozpuścił oddział na trzydniowy urlop. Mieliśmy się spotkać za dziesięć dni w Kobryniu. „Doktor” chciał ode mnie sprawozdania. Inne odcinki miały częste kontakty z Warszawą, a ja zlikwidowałem swoje biuro. Najważniejsze, że nie miałem w ostatnich czasach wpadki, a ze strat tylko jednego rannego. Gestapo jakby się uspokoiło, ale spodziewałem się jakiegoś ciosu. Aresztowania trwały bez przerwy, omijając naszych żołnierzy. „Doktor” przygotowywał memoriał w sprawie rozszerzenia ruchu partyzanckiego i proponował, żeby rozpocząć na wiosnę akcję na dużą skalę. Bardzo mi się to podobało. Na Polesiu akcja taka miała szanse powodzenia. Meldowałem „Doktorowi”, że radziecka partyzantka coraz bardziej się aktywizuje. Nie miałem z nią bezpośredniego kontaktu, ale czuło się jej obecność (akcje kolejowe). Skorzystałem ze sposobności zobaczenia się z moją rodziną. Dziewczynki mówiły do mnie „Wujku” i miały nowe śliczne imiona... Dowiedziałem się, że został aresztowany „Inspektor” - Boy z Komendy „Wachlarza”, sumienny i oddany pracownik sztabu, i Janek Grocholski, adiutant „Doktora” (jego bratanek). Aresztowanie Janka nastąpiło w lokalu przy ulicy Pięknej nr 45, gdzie mieścił się kiedyś nasz punkt kontaktowy. Swego czasu lokal ten uznano za spalony, ale „Doktor” kazał opłacać komorne, żeby w przyszłości można było tam wrócić. Gestapo zachowało cierpliwość i pewnego dnia, gdy Janek płacił komorne, aresztowano go. Po śledztwie został wywieziony na Majdanek. Zmarł w obozie w Lubece.35 Był to czarujący, bardzo odważny i oddany Sprawie chłopiec. Podczas tego pobytu w Warszawie stworzyłem jeszcze jedną placówkę, bazę ewakuacyjną. Jak już wspomniałem, w Górze Kalwarii „Mały” (Antoni Kończal) miał powiązania rodzinne ze zbrojmistrzem 1. pułku artylerii najcięższej Stanisławem Ziemińskim (ps. „Stanisław”), który umiał produkować lufy do pistoletów (miał narzędzia, podobnie jak Marszałek w Brześciu). Ale nie o to w tej chwili chodziło. Ziemiński prowadził warsztat ślusarski, zgłaszających się do niego ludzi mógł umieszczać w sąsiednich wsiach. Dlatego nazwałem Górę Kalwarię bazą ewakuacyjną. „Stanisław” został jej komendantem. Przedstawiłem „Doktorowi” wnioski awansowe dla naszych żołnierzy z III odcinka. Żołnierze ci przeszli już długi okres prób i mieliśmy wystarczająco dokładne informacje o każdym z nich. Do awansu do stopnia podporucznika zostali przedstawieni: pchor. Antoni Kończal, sierż. Jan Marszałek i Antoni Langner. Do awansu typowałem też pchor. Zbigniewa Wojakowskiego, ale odpowiedni przepis nie zezwalał awansować i odznaczać więźniów (chyba po śmierci). Przy awansowaniu do stopni plutonowego i niższych „Doktor” dał mi wolną rękę, z tym że musiał sam je zatwierdzić. Większość żołnierzy zasłużyła na awans: Byli znakomitą kadrą. Wykazywali inicjatywę. Nie lubili tylko wielkich słów. Gdyby

35

„Inspektor” Wincenty Boy został aresztowany (wraz z „Borkowskim” - Wilhelmem Baranowskim) 20 VII 1942 r. podczas likwidacji magazynu „Wachlarza” przy ul. Foksal, a następnie 15 X 1942 r. rozstrzelany w Palmirach. Jana Grocholskiego aresztowano 7 IV 1943 r. (wraz z 20 oficerami i żołnierzami „Wachlarza”) w kościele Św. Floriana podczas mszy odprawianej w intencji ś.p. W. Baranowskiego. Zginął 5 V 1945 r. pod Lubeką. (C. Chlebowski Wachlarz, s. 84)

nie wojna, byliby rzetelnymi pracownikami w biurach i fabrykach, podobnie jak cichociemni, których los skazał na wielką przygodę. 15 października „MSZ” (Hackiewicz) wiózł mnie, jak zawsze z nieprzepisową szybkością, do Kobrynia. W skrzyni samochodu beztrosko podskakiwały dwie beczułki z piekielną zawartością. Brześć minęliśmy bez zatrzymywania. „Znajda” (Albin Znajewski) czekał już na nas. Przybyło mu jeszcze dwu żołnierzy, byli to tym razem spaleni w Pińsku „Sosna” i „Zając”. Przysłał ich do Brześcia Czarnecki. Meldunek z Dawidgródka donosił, że istnieje tam skupisko Polaków, ale on sam nie może dotrzeć do tych ludzi. Była to dobra i ważna wiadomość. Czarnecki potrzebował pomocy. Nadchodziła zima i martwiłem się o tych, którzy już są w partyzantce. Noce zaczynały być zimne, deszcze padały jak w Anglii. Ludzie byli ubrani po miejsku, a buty nie wyglądały najlepiej. Moje obuwie z Piccadilly też upodobniło się do poleskich łapci. A tu trzeba było maszerować. Kilka par butów zdobyliśmy w nagrodę za cierpliwość. Złapaliśmy pojedynczy samochód, który usiłował samotnie przejechać przez naszą szosę. Jechali nim urzędnicy ze starostwa w Pińsku do Brześcia. Mieli też jechać pińscy gestapowcy, ale nie doczekaliśmy się ich. Za to nadjechała ciężarówka i „Znajda” zobaczył w szoferce mundury. Zatrzymaliśmy wóz i skierowaliśmy go do lasu. Przed nami stało trzech urzędników w mundurach SA i jedna kobieta: Mieli broń krótką, długie buty i skórzane pasy. Wieźli rosyjskie ruble z banku w Pińsku; był to okres wyłapywania rubli radzieckich z terenu. Pieniądze te kursowały na Polesiu w relacji 1 marka - 10 rubli. Niemcy potrzebowali ich na tereny przyfrontowe lub dla dywersantów przerzucanych na drugą stronę frontu. Z trudnością spaliliśmy ładunek pieniędzy, gdyż nie mogliśmy ich zabrać. Urzędników potraktowaliśmy jak bandytów, kobietę puściliśmy wolno. Może niesłusznie? Urzędniczki niemieckie na tym terenie też postępowały z ludnością okrutnie. Większość okupantów przestała być ludźmi. Po kilku dniach po szosie pińskiej zaczęły kursować kolumny żandarmerii. Ostrzeliwano lasy. Odeszliśmy więc na szosę baranowicką. 7 listopada kurier z Warszawy wezwał mnie na odprawę. „Znajda” miał czekać na mnie w naszej kryjówce, a chłopcom poleciłem wykopać ziemianki.

IX

W Warszawie czekała mnie niespodzianka. Po przerwie letniej zostały wznowione zrzuty cichociemnych. 2 września przybyła pierwsza grupa. Teraz już zrzuty odbywały się w sposób zorganizowany. Istniał cały system odbioru zrzutów, obejmujący kilkadziesiąt pól zrzutowych. Po wysłuchaniu odpowiedniej melodii z radia londyńskiego (dwa razy w ciągu doby) miejscowe patrole wychodziły na miejsce zrzutu. Równocześnie działały co najmniej dwie placówki odbiorcze: główna i rezerwowa. Skoczkowie po zrzucie przechodzili pod opiekę władz terenowych i inspektora z referatu odbioru zrzutów. Wszyscy cichociemni musieli być dostarczeni do Warszawy, gdzie po aklimatyzacji uzyskiwali przydziały z Komendy Głównej AK. Grupa, o której wspominam, składała się z sześciu oficerów. Los związał mnie z niektórymi z nich. Przybyli wtedy: por. kaw. Mieczysław Eckhardt ps. „Bocian”, kpt. piech. Bolesław Kontrym ps.

„Żmudzin”, ppor. piech. Michał Fijałka ps. „Kawa”, por. piech. Wacław Kopisto ps. „Kra” i dwu nie znanych mi oficerów.36 Eckhardt, oficer rezerwy 9 p. uł., był ze mną w pułku w Polsce, Francji i Anglii. Znaliśmy się dobrze. Pochodził ze Lwowa. W życiu cywilnym pracował w kancelarii notariusza we Lwowie. Kontrym był oficerem Brygady Podhalańskiej, brał udział w walkach o Norwegię, a następnie znalazł się w batalionie podhalańskim w I Brygadzie w Szkocji. Pozostali dwaj jako wyróżniający się oficerowie zostali zakwalifikowani do cichociemnych. Odbywali obecnie w Warszawie okres aklimatyzacji pod opieką „ciotek”. Eckhardt został skierowany do „Wachlarza”, a z kolei „Doktor” przydzielił go do mnie. Ucieszyłem się. Mieczysław był silnym mężczyzną, wysportowanym, świetnie pływał, miał dyspozycje do walki partyzanckiej. „Doktor” i ja patrzyliśmy na niego z przyjemnością. To był właściwy człowiek do prowadzenia wojny w rejonie Dawidgródka, gdzie wtedy jeszcze nie mieliśmy pełnej obsady. Wprowadziłem Eckhardta w sprawy 2. rejonu (Czarneckiego), gdzie miał rozpocząć pracę. Wysłałem od razu „Małego”, aby polecił naszym grupom, „Znajdy” i „Lucjana”, wyjść na tory Sarny-Łuniniec i, o ile mu się uda, odnalazł „Marka” i „Jura” i wezwał ich też na koncentrację. Z takimi ludźmi można było dużo zrobić. „Doktor” nalegał, żebym osobiście odwiózł Eckhardta do „Rysia” (Czarneckiego). Było mi to zupełnie nie na rękę, ponieważ zacząłem pewne rozmowy dotyczące przeniesienia mnie na inne stanowisko. Na moje miejsce proponowałem Kontryma, który kiedyś był oficerem policji w Brześciu i znał dobrze teren Polesia. Ostatecznie nie mogłem sprawnie dowodzić szeroko rozbudowaną akcją siedząc w lesie. W miastach, jak już wspominałem, byłem rozszyfrowany. Jednak rozkaz jest sprawą najważniejszą i prosiłem tylko „Doktora” o pewien dokument. Otrzymałem zaświadczenie podpisane przez Kocha, że jako zasłużony dla III Rzeszy, otrzymuję majątek Orły Wielkie koło Dawidgródka. Takiego zaświadczenia chciałem. Zamówiłem Langnera na kilkudniową podróż i 16 listopada ruszyliśmy we trójkę do Brześcia. Tu musiałem jeden dzień pozostać. Postanowiłem zabrać ze sobą młodego żołnierza, Piotra Downara (ps. „Azor”). Był on przez krótki czas policjantem białoruskim na rozkaz Słonczyńskiego, ale na własną prośbę zwolnił się z policji i pracował w biurze budowlanym w Brześciu. Słonczyński mówił mi kiedyś, że „Azor” powinien iść do lasu, bo policja ma go na oku. Z innej jeszcze przyczyny chciałem zabrać „Azora”. Znał on niektórych ludzi „Marka” i „Jura”, co mogło nam ułatwić pierwsze rozmowy z tymi dowódcami. Wieczorem 17 listopada zajechaliśmy do Czarneckiego, przywiozłem mu aparat radiowy i trochę spłonek do przyszłej pracy. Eckhardt miał ze sobą walizkę z osobistymi rzeczami. Zostawił ją u Czarneckiego. 18 listopada „Kabriolet” (Błażejewski, później aresztowany, dalsze losy nieznane) odwiózł Eckhardta, Downara i mnie nad rzekę Horyń. Dałem wtedy „Kabrioletowi” złotą dwudziestodolarową monetę. Podróże były kosztowne. Dalej ruszyliśmy sami. Jedyny bagaż to plecak z materiałem wybuchowym.

36

Por. Hieronim Łagoda, ps. „Lak” i por. Leonard Zub-Zdanowicz, ps. „Dor” (J. Tucholski Cichociemni, s.138).

Mieliśmy ze sobą tylko rewolwery i jeden pistolet maszynowy. Gdzieś tam w terenie, koło Turowa (duża osada na południowy wschód od Pińska), miał czekać ppor. Lucjan Szydłowski („Lucjan”). W nocy, kiedy przechodziliśmy przez jeden z małych strumyczków, załamał się pode mną lód. Usłyszałem, jak trzasnęły mi kości w lewym podudziu, potem poczułem ból. Nie miałem wątpliwości złamałem nogę. Znaleźliśmy szałas, gdzie koledzy nastawili mi nogę, usztywnili gałęziami. Słowem otrzymałem pierwszą pomoc. Po naradzie zdecydowałem zostać w szałasie. Dwaj moi towarzysze zabrali mi broń i wrócili do Dawidgródka, żeby wziąć konie od Czarneckiego i przewieźć mnie do szpitala lub na dobrą kwaterę. Moje dokumenty właściciela majątku gwarantowały mi przychylniejsze zachowanie się Niemców w razie ewentualnego spotkania. Mróz był już dokuczliwy. Czekałem cały dzień i następną noc. W południe 20 listopada przyjechali dwaj chłopi po siano. Weszli do swego szałasu. Opowiedziałem im o swoim pechu. Obiecali zabrać mnie do domu. W tym czasie nadszedł duży patrol policji. Policjanci szukali Żydów. Nie chcieli patrzeć na dokumenty. Załadowali mnie na wóz i powieźli do Dawidgródka. Do miejscowości tej prowadziła jedna droga i myślałem, że spotkam Eckhardta. We dwójkę z Downarem rozpędziliby policję. Późnym wieczorem znalazłem się na posterunku żandarmerii, gdzie mieściła się też komenda policji. Leżałem w pierwszym pokoju i przez otwarte drzwi w gabinecie feldfebla zobaczyłem Mariana Czarneckiego. Gęsto się tłumaczył. Policjanci stali przy mnie murem i patrzyli mi na ręce. Weszli żandarmi i nic nie mówiąc zrewidowali mnie. Kazali policjantom zaprowadzić mnie do aresztu, który mieścił się w sąsiednim domu. Przy lampce naftowej ułożono mnie na ladzie sklepowej. Stąd wiodło wyjście na ulicę i do drugiego pokoju, prócz tego małe drzwi prowadziły do komórki. W oknie były kraty. Dwu policjantów stanęło koło mnie w milczeniu. Zrozumiałem, że stało się nieszczęście. Jak się potem dowiedziałem, ustalono, że 19 listopada Eckhardt dotarł do Czarneckiego i prosił o konie. Otrzymał je. Czarnecki kazał Eckhardtowi pojechać z Downarem na posterunek policji i wziąć przepustkę, by wyjechać za miasto. Była to obowiązująca formalność, ale nikt nie sprawdzał przepustek. Czarnecki załączył kartkę do komendanta żandarmerii, informując, że chce wysłać wóz do cegielni. Pan Matusiewicz, właściciel apteki położonej naprzeciwko żandarmerii, opowiedział mi później, że wóz podjechał pod posterunek, przy koniach został Downar, a Eckhardt wszedł na posterunek. Policjanci stojący przed budynkiem zwrócili uwagę na plecak leżący na wozie w słomie i sprawdzili zawartość. Zrobili alarm, zrewidowali Downara. Zawiadomili żandarmerię, która zrewidowała Eckhardta. Ten, nie widząc zajścia na ulicy, niczego się nie spodziewał. Plecak krył tylko pistolet maszynowy, materiał wybuchowy zostawiono u Czarneckiego. Ponieważ Eckhardt już wręczył żandarmom kartkę od Mariana, a nadto poznali oni konie Czarneckiego, zrobili więc rewizję w budynku zarządu majątków administrowanych przez Czarneckiego. Znaleziono materiał wybuchowy, radio i, co gorsze, walizkę Eckhardta. Wtedy oczywiście tego nie wiedziałem. Kiedy zmieniano moją straż i otwarto drzwi do drugiego pokoju, na progu stanął „Azor” i krzyknął do mnie: „»Bocian« nie żyje”. Myślę, że „Azor” poznał mnie po bandażach, które miałem na nodze, ponieważ areszt rozjaśniało tylko nikłe światło. Nad ranem przyszedł pijany gestapowiec i bez ceregieli bił mnie w głowę, aż zemdlałem. Nie wyjaśnił mi dlaczego. Kiedy leżałem odzyskując przytomność, gestapowiec wraz z policjantem wyciągnął

z komórki jakiegoś chłopa z kilkuletnim dzieckiem i zastrzelił ich w tej samej izbie. Ten chłop ukradł z tartaku parę desek. Tego też dowiedziałem się później. Wzięto mnie na przesłuchanie (już w dzień). Byłem oburzony moim aresztowaniem i żądałem opieki, wszakże sam Koch dał mi pismo... Przez kilka dni zachowywano się względnie dobrze. Spisywano mój życiorys, przysłali nawet faceta, który udawał lekarza. Ten odmówił mi założenia gipsu albo ze strachu, albo nie wiedział jak się to robi. Po kilku dniach zaczęło się ostre śledztwo. Zerwano mi opatrunek, dostałem kilka kopniaków w złamaną nogę. Następnie zawieźli mnie do Stolina. To już było prawdziwe więzienie. Musiał panować tłok, gdyż leżałem na stole w gabinecie niemieckiego sierżanta, komendanta więzienia. Widziałem wyraźnie, że moja sprawa wzięła zły obrót. W każdym razie sierżant naciągnął mi nogę, tak jak ściąga się buty: ja opierałem się zdrową nogą o jego pośladki, a on ciągnął mnie za stopę... W rezultacie zestawił kości krzywo, ale obiecałem, że będę mu to pamiętał. Zresztą w tym więzieniu nie działo mi się źle. Byłem bity jeden lub dwa razy... W końcu zapadła jakaś decyzja. W początkach grudnia przewieziono mnie do więzienia w Pińsku. Widziałem nieraz ten budynek, przejeżdżając autem. Otoczony wysokim parkanem, z ulicy mało widoczny, bielał wapnem w środku podwórza. Dostałem osobną celę i brudną szmatę, na której miałem spać. Podłoga z betonu, okienko okratowane, dość wysoko osadzone, wychodziło na podwórze. Dwaj dozorcy niezmiennie ci sami, przyglądali mi się w milczeniu. Obaj byli Polakami. Zaczęły się ciężkie dni. Żadne moje włoskie argumenty nie trafiały gestapowcom do przekonania. Rzucali się jak wściekłe psy na mnie, żądając innych zeznań. Mieli zadziwiające informacje. Wmawiali mi, że jestem szefem bandytów i że jestem skoczkiem spadochronowym z Anglii. Tego nie wiedział Czarnecki ani tym bardziej Downar. A jeżeli Eckhardt nie żył, skąd mogli wiedzieć? Prawdopodobnie Erich Koch nie mógł sobie mnie przypomnieć, bo moi oprawcy stali się bardzo natarczywi. Po rozmowie, która szkodziła memu zdrowiu, a im nie przynosiła korzyści, wynoszono mnie do celi. Byli to niezbyt rozgarnięci „nadludzie”, łatwo wpadali w złość i żelaznym prętem bili mnie po głowie. To działało na mnie usypiająco. Wtedy wylewali na mnie wiadro wody, odzyskiwałem przytomność do następnego uderzenia. Nie sądzę, żeby się można do tego przyzwyczaić, ale głupota moich katów podniecała mój upór. Zwykle budziłem się czując zimno i dreszcze, a potem dopiero ból. Po którymś przesłuchaniu, kiedy rozważałem, jak spędziłem popołudnie, usłyszałem szept dozorcy: „Czy zna pan Mariana?” Na podobne pytanie byłem przygotowany. W więzieniu był ktoś z naszych, sam się o to starałem, żeby był. Mogła to jednak być też prowokacja... W tym czasie miałem dziwne uczucie, że spuchł mi język. Trudno mi było mówić. Język nie mieścił mi się w ustach. Był pogryziony jak u epileptyka. Mówiłem niewyraźnie. Powiedziałem do Jeliny

(nazwisko strażnika?)37, aby przekazał Michałowi Hajdukowi w rynku, że szofer z Warszawy ma kupić dla mnie za dolary jedzenie. Za dwa dni Jelina przyniósł mi kartkę: „Jestem-Mały”. Wtedy zapytałem dozorcę o datę, powiedział, że 27 grudnia. A więc rok temu byłem jeszcze w Anglii... Nie rezygnowałem dotąd z walki, ale ten list mnie podbudował. Mój plan był następujący: przeżyć, aż noga się zrośnie, rozebrać ogromny piec i wyjść przez komin. Były to stare pomieszczenia i przed wojną ktoś z tego więzienia uciekł w ten sposób. Dowiedziałem się od Jeliny, że w dwu sąsiednich celach znajdują się pan Czarnecki i pan Downar. Zaczęliśmy swobodnie rozmawiać. Było to możliwe z rana. Po południu miałem atrakcje, o których nie lubię wspominać. Doszło do tego, że Jelina sprowadził do mojej celi Czarneckiego. Prosiłem tylko o jedną informację od Downara, w sprawie śmierci Eckhardta. Downar poinformował, że Eckhardt bił się po aresztowaniu z żandarmami, został kilkakrotnie ranny z pistoletu i dobity żelaznym drągiem. Wszystko odbyło się w pokoju komendanta żandarmerii w obecności Downara. Pod koniec grudnia przyjechał nowy zespół do prowadzenia śledztwa. Ci zastosowali bardziej wyszukane metody, a ja postanowiłem „przyznać się”. Mówiłem: Jestem z pochodzenia Włochem wychowanym w Polsce. Walczę z Hitlerem, bo jest on antychrystem i niszczy Kościół katolicki. Należę do organizacji wszechniemieckiej pod nazwą Unia Chrześcijańska, która niesie pokój ludziom dobrej woli. W wyniku tego przemówienia straciłem konkretnie jeden ząb. Kiedy oprzytomniałem w celi, miałem kolorowe widzenia i naszła mnie ochota śmiać się. Jelina poczęstował mnie papierosem, ale miałem bezwładne ręce. Tak pięknie rozpoczęte śledztwo miało swoje następstwa. Jeżeli Unia Chrześcijańska, to proszę uprzejmie - kto należy, co robi, gdzie mieszka. Miałem duże opory, ale musiałem mówić... Zamykałem oczy, żeby lepiej przypomnieć wykazy jadących na front, nazwiska, które przekazywał mi „Olimpio”, następnie bywalców teatru, potem inne źródła. Rozkładałem tę przyjemność na raty, kilka nazwisk mogłem jeszcze wymyślić. Niemcy jednak nawracali do sprawy mego zrzutu. To niepokoiło. Jelina ostrzegł mnie, że z pawilonu kobiecego kilkakrotnie sprowadzano jakąś więźniarkę, której Niemcy kazali patrzeć na mnie przez judasza. Nazwiska jej wtedy nie mogłem sobie z niczym skojarzyć. Po kilku gwałtownych szturmach na mnie miałem parę dni spokoju. Dostałem kartkę: „Pozdrowienia od p. Atkinson”. Nazwisko należało do właścicielki mieszkania w Londynie, którą znał tylko Piwnik i ja. Sprawa stawała się interesująca. Jelina pytał się, jak się ma moja noga. Nocami, kiedy mogłem ruszać rękami (Niemcy wieszali mnie zwykle za ręce do tyłu, to powoduje okresowy bezwład rąk), zdejmowałem swój opatrunek

37

„Jelina” - Michał Paszkowicz twierdził w swej relacji, że był kasjerem administracji więziennej i nigdy osobiście z więźniami się nie stykał, a polecenia konspiracyjne (należał do siatki AK) wykonywał przez zaufanych strażników-Polaków. Prawdopodobnie strażnik przekazujący wiadomość powołał się na „Jelinę” (C. Chlebowski Wachlarz, s.136).

i próbowałem zrobić krok. Było to bardzo bolesne, ale przyspieszało leczenie. Odpowiedziałem Jelinie, że kilka kroków przejdę na pewno. 13 albo 14 stycznia 1943 r. wezwano mnie do kancelarii. Trzech tajniaków niosło mnie przez podwórze. W kancelarii stał siwy gestapowiec, szef urzędu w Pińsku (polowałem kiedyś na niego). Zaczął rozmowę od pytania, ile mam lat. - Trzydzieści trzy - odpowiedziałem. - A ja służę w policji trzydzieści pięć lat i wiem, że wszystko, co pan powiedział, jest jednym kłamstwem. Ponieważ policjant zachowywał się uprzejmie, zapytałem: - Dlaczego właściwie mam mówić prawdę? Niemiec uśmiechnął się mile i powiedział: - Są jednak sposoby dowiedzenia się prawdy. Ma pan szansę wyjechania do Moabitu, gdzie - itd... A więc tak byłem ważny? Napisałem o tym w liście do przyjaciół za murami, pisałem teraz codziennie, bo wiedziałem, że gestapo ma jakieś informacje. Pytano mnie na przykład, kto to jest Grocholski, a to już było zupełnie źle. W odpowiedzi na ostatni list Jelina przyniósł ustną odpowiedź: „Będzie odbicie, trzeba kilka dni wytrzymać”. Zakląłem mego nowego przyjaciela, żeby nie mówił nic obydwu współwięźniom. Stałem się podejrzliwy. 18 stycznia po południu leżałem jak zwykle na betonie. Od kilku dni nie miałem przesłuchiwań i teraz stwierdziłem, jak mnie wszechstronnie pobito. Byłem bardzo słaby i miałem stale dreszcze. Parę minut po 17 (zegarka naturalnie nie miałem) usłyszałem jakiś hałas na korytarzu, chwyciłem w rękę kij. Miałem już zdjęty opatrunek. Myślałem, że Niemcy chcą mnie zastrzelić, więc jeszcze wykonam ostatnią szarżę... Z rozmachem otworzyły się drzwi celi i zobaczyłem „Czarkę” (Rogowski) z „Motorem” (Wojnowski). Obaj trzymali w ręku pistolety maszynowe. Rogowski w rosyjskiej czapce na głowie krzyczał nienaturalnie głośno: „Wo imieni Stalina wy swobodny, wychoditie”. Kulejąc dowlokłem się do drzwi wejściowych, otwartych na podwórze. Za mną szedł Czarnecki i widząc, że się zataczam, wziął mnie pod rękę. Zobaczyłem leżących, ludzi na śniegu. Jeden w białym fartuchu odwrócił ku mnie twarz. Wydawało mi się, że mruga do mnie porozumiewawczo. Był to kucharz. Gotował źle. Ale brakło czasu na rozważania. Przy furtce przegrodzonego podwórza stał Hackiewicz i mówił półgłosem: „Do auta, do auta”. Za ogrodzeniem parkował ciemny, osobowy Opel. Siadłem koło Hackiewicza, z tyłu za mną Czarnecki i Downar. Zobaczyłem, że sierż. „Kruk” (dawniej „Wrona”) otwiera bramę na ulicę. Uderzyło mnie światło w oczy. W domu naprzeciwko odbywała się zabawa,

dom był jasno oświetlony. Na ulicy pełno żołnierzy z dziewczynami. Hackiewicz ostrożnie skręcił z bramy w prawo i pojechaliśmy w stronę Brześcia. Jechaliśmy w zupełnym milczeniu. Na czternastym kilometrze pękły nam gumy. Samochodem rzuciło gwałtownie. Stanęliśmy. Wszyscy trzej byliśmy w marynarkach, a ja miałem tylko jeden but. Chora noga owinięta była w cienką szmatę. Po szosie dmuchał lodowaty wiatr. Hackiewicz powiedział, że musimy czekać na ciężarówkę, którą nadjedzie Piwnik {„Ponury”). Więc siedzieliśmy dalej w milczeniu w samochodzie. Czekaliśmy na naszych zbawców kilka minut, które bardzo się dłużyły... Przesiedliśmy się do ciężarówki. Hackiewicz podpalił swego Opla i ruszyliśmy dalej. Wszyscy ściskaliśmy sobie ręce. W wozie panowała zupełna ciemność i nie widziałem pozostałych uczestników odbicia. Ktoś podał mi rewolwer. Byłem wśród swoich. Zatrzymaliśmy się na szosie i „Ponury” rozkazał, żeby odbita grupa wysiadła. W ciemności zobaczyłem ciężarówkę z dyktą. Langner pomagał mi wdrapać się na samochód. Znalazłem tam skrytkę wystarczająco dużą dla nas trzech. W skrytce leżały kożuchy. Za chwilę owinięci w baranice, przykryci dyktą, jechaliśmy dalej. Langner zajechał do jakiejś miejscowości i zatrzymał wóz. Potem dochodziły mych uszu rosyjskie rozmowy, ktoś chodził koło samochodu. Słyszeliśmy skrzypienie śniegu. Mróz był dotkliwy. Leżeliśmy cicho, czekając, co będzie. Potem jechaliśmy, stawaliśmy, znowu jechaliśmy, słyszeliśmy różne rozmowy: po niemiecku i po polsko. 19 stycznia 1943 r. auto stanęło w polu koło Białej Podlaskiej. Byliśmy dobę w podróży, zmarznięci na kamień. Langner otworzył naszą skrytkę, wyciągnął kawał słoniny, butelkę wódki i poczęstował nas. i znowu jechaliśmy. W Warszawie samochód z dyktą rozwiózł nas do różnych mieszkań. Ja wylądowałem u państwa Hackiewiczów przy ulicy Fałata.

X

Wspomniałem już, że por. Kiwalle („Pleban”) osadził w Dawidgródku obserwatora pilnującego Czarneckiego. Obserwator ten nie znał ani pseudonimu, ani funkcji Czarneckiego („Ryś”, „Ruski”). Nie miał pojęcia o moim istnieniu ani tym bardziej o innych aresztowanych. „Cień” wykonał jednak swoje zadanie. Na pakunkowym papierze napisał dużymi literami: „Czarnecki aresztowany”. Papier, w który był zawinięty kawałek chleba, dostał się do rąk Kończala („Małego”) w końcu listopada. Z kolei Kończal wysłał do mnie odpowiedni meldunek, sądząc, że jestem już w Brześciu i mogę nie wiedzieć o aresztowaniu. Meldunek z Dawidgródka przyszedł bezpośrednio do Warszawy- Kiwalle zaniepokoił się i wysłał kogoś do Dawidgródka na rozpoznanie.

W pierwszych dniach grudnia Kiwalle wysłał raport do Kończala o naszym aresztowaniu. Mimo wywiezienia nas wywiadowcy dotarli do Stolina, stąd ślad prowadził dalej do Pińska. Kończal znalazł w Warszawie Przysieckiego, który był przeniesiony do ośrodka dyspozycyjnego „Doktora” (dowódca ośrodka „Miś”38), którego poinformował o aresztowaniu nas. Na własną rękę zaczął poszukiwania i przyjechał z Langnerem po dyktę. Zlecenie moje do p. Hajduka w sprawie dolarów wyjaśniło, iż jestem w więzieniu. Wiadomość o tym przekazano dowódcy „Wachlarza”, równocześnie dowiedział się o tym gen. „Grot”. Zapadła decyzja odbicia nas z więzienia. Sprawa odbicia została już dokładnie opisana.39 Zachował się też oryginalny raport Piwnika, kierownika akcji. Patrz załącznik, str. 257. Na moje miejsce został mianowany początkowo kpt. Bolesław Kontrym („Żmudzin”), cichociemny, o którym już wspominałem. Jednakże gdy zapadła decyzja odbicia nas, Kontrym złożył rezygnację. Nie był jeszcze wprowadzony w teren. Na nasze szczęście uwolnienia podjął się Piwnik, który miał już za sobą więzienie... Pewnik pojechał do Pińska i przesłuchał szczegółowo dozorcę więziennego Jelinę Sporządził dokładny plan więzienia. Zostali zmobilizowani żołnierze z Brześcia i częściowo z Pińska, przybyła też grupa bojowa z Warszawy. W bezpośrednim natarciu na więzienie wzięły udział następujące grupy: Sekcja pierwsza – 1. 2. 3. 4. por. Jan Piwnik, „Ponury”, cichociemny, pchor. Władysław Hackiewicz, „MSZ”, „Zaleski”, pchor. Zbigniew Wojnowski, „Motor”, pchor. Zygmunt Sulima „Esesman”40

Sekcja druga – 1. 2. 3. 4. por. Jan Rogowski, „ Czarka „, cichociemny, por. Wacław Kopisto, „Kra”, cichociemny, pchor. Zbigniew Słonczyński, „Jastrzębiec”, „Jastrząb”, szer. Jan Turoń, „Dzik”, z grupy brzeskiej (stracony przez Niemców w 1943 r.);

Sekcja trzecia 1. ppor. Michał Fijałka, „Kawa”, cichociemny, 2. szer. Wiktor Hołub, „Kmicic”, z grupy brzeskiej (stracony przez Niemców w 1943 r.), 3. szer. Czesław Hołub, „Ryks”, grupa brzeska (potem walczył na Polesiu i w Puszczy Białowieskiej w oddziałach „Jura” i „Marka”),
38

Ksiądz kpt. Mieczysław Stypułkowski, konspiracyjne nazwisko Suszyński, kapelan 36. pp., w konspiracji od 1939 r., działał początkowo na II odcinku „Wachlarza”, potem dowódca bazy „Wachlarza” w Warszawie przy ulicy Waliców, aresztowany 3 czerwca 1943 r., podobno rozstrzelany na Pawiaku w 1944 r. 39 C. Chlebowski Rozbicie więzienia w Pińsku 18.I.1943 r., Wojskowy Przegląd Historyczny”, 1966 r., nr 3(39); C. Chlebowski Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, Warszawa 1985. 40 Żołnierz dywersji warszawskiej, często występował w mundurze SS.

4. szer. Wacław Skwierczyński, „Dym”, z grupy brzeskiej (stracony przez Niemców w 1943 r.); Sekcja czwarta – 1. sierż. „Wrona” - „Kruk”, z grupy brzeskiej (używał nazwiska Władysław Ilczuk), 2. szer. Władysław Westwalewicz, „Płomień”, z grupy brzeskiej (stracony w 1943 r.); Sekcja piąta – 1. kpr. Edward Pobudkiewicz, „Monter”,41 2. szer. Henryk Fedorowicz, „Pakunek”, z grupy brzeskiej;42 Sekcja szósta - grupa pińska, dowódca Bronisław Posłuszny, „Drucik”, stracony w 1943 r. Skład ani pozostałe nazwiska nie ustalone. Pomyślano też o sanitariacie, o którym jednak nic bliżej nie wiem. Bardzo przydatna okazała się placówka „Dąb”, obsługująca naszych kierowców. Akcję poprzedziły szczegółowe instrukcje „Ponurego”, wyznaczające każdemu z uczestników, co i kiedy ma robić. 18 stycznia 1943 r. o godzinie 16.55 sekcja pierwsza wjechała na teren więzienia. Osobowy samochód nosił numery policyjne. Jako kierowca jechał Hackiewicz, koło niego w mundurze esesmana siedział pchor. Sulima. Wartownik, widząc mundur, otworzył bramę. Za autem wszedł „Wrona” i „Płomień”. Równocześnie sekcja „Drucika” przecięła połączenie telefoniczne z Pińska do Brześcia (linie wzdłuż szosy i wzdłuż traktu wodnego) oraz zniszczyła studzienkę przy centrali telefonicznej, gdzie znajdowały się główne przewody telefoniczne. Sekcja druga i trzecia przeszły mur więzienny od strony północnej. Wojnowski zastrzelił wartownika, który usiłował wszcząć alarm. Sekcja trzecia zajęła budynek administracyjny, w którym znajdowali się Niemcy: Hellinger i Zöllner (komendant więzienia i jego zastępca). Obaj Niemcy stawiali opór i zostali zastrzeleni. Ta sama grupa sforsowała parkan i opanowała wartownię, polecając dozorcom położyć się na ziemi. Mundur SS ułatwił otwarcie naszego korytarza i naszych cel. „Ponury” kazał otworzyć wszystkie cele, aby mogli uciec i inni więźniowie. Skorzystała z tego grupka partyzantów radzieckich. Opisuję tę wspaniałą akcję przeprowadzoną w ciągu piętnastu minut, dokładnie przygotowaną i brawurowo wykonaną - w wielkim skrócie. Żaden z jej uczestników nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. W późniejszym okresie cichociemni na wykładach dywersji opisywali ją jako wzorową. Dowódca akcji, kpt. Jan Piwnik, i por. Jan Rogowski odznaczeni zostali przez gen. Grota-Roweckiego Krzyżem Orderu Virtuti Militari klasy V, a inni uczestnicy rozbicia więzienia-Krzyżami Walecznych.43

41

Uczestniczył później (wraz z Langnerem i wyżej wspomnianym Hackiewiczem - przyp.red.) w przygotowaniach do nieudanego rozbicia więzienia w Mińsku, gdzie przebywali aresztowani żołnierze IV odcinka „Wachlarza”. 42 Pod pseudonimem „Cichy” walczył potem w oddziałach „Ponurego” i „Nurta” w Kieleckiem. 43 Dwaj uczestnicy akcji: Antoni Kończal, ps. „Mały” (z grupy przygotowującej odbicie), i Władysław Hackiewicz, ps. „MSZ” (z grupy uderzeniowej) awansowani zostali na podporuczników czasu wojny z starszeństwem od 11 XI 1942 r. (C. Chlebowski Wachlarz, s.143)

Z grupy uczestniczącej w odbiciu więźniów nowym członkiem był tylko współpracownik Hackiewicza. Edward Pobudkiewicz, którego związek z „Wachlarzem” miał charakter dotąd luźny. Po odbiciu Langner zajechał do Drohiczyna na kontakt Jaziewicza. Samochodu, w którym znajdowaliśmy się, i dykty… pilnowali za butelkę wódki własowcy (rosyjscy kolaboracjoniści, chodzący w niemieckich mundurach). Grupa bojowa odjechała w kierunku Włodawy i tam sforsowała Bug. O późniejszych losach niektórych uczestników wspomnę na dalszych stronach. Tymczasem Niemcy wpadli w szał. Byli ośmieszeni. W małym miasteczku stał trzy i półtysięczny garnizon wojska i na oczach żołnierzy mała grupka partyzantów dokonała takiego wyczynu. Dla gestapo musiało się to stać zupełną kompromitacją. Ale reakcje ich były niezmiennie takie same. W odwet za zabicie dwu Niemców rozstrzelano trzydziestu polskich zakładników. Egzekucja odbyła się 22 stycznia 1943 r. w Janowie Poleskim. Żaden z tych ludzi nie miał nic wspólnego z „Wachlarzem”. Natomiast wszyscy byli Polakami, i to już wystarczało.

XI

Znalazłem się w Warszawie w mieszkaniu mojej żony. „Rysio” (Czarnecki) ulokował się u siostry, „Azor” (Downar) zamieszkał w lokalu cichociemnych. Wszyscy zostaliśmy izolowani, nie wolno nam było kontaktować się z innymi ani wychodzić na ulicę. Wiadomości mówiły, że Niemcy szukają nas w Warszawie. W mieszkaniu u nas przebywał Zbyszek Wojakowski, który wykorzystał jakąś okazję na spacerze, przeskoczył mur i uciekł z więzienia w Brześciu. Samodzielnie przybył do Warszawy, chory i spuchnięty z głodu. Instynktem odszukał moją żonę i czekał na mnie. Często odwiedzał mnie „Doktor”„, który niedaleko nas mieszkał. Ukrywał przede mną sprawę egzekucji zakładników w Janowie. I bez tego mieliśmy dość zmartwień. W pierwszej dekadzie grudnia 1942 r. została aresztowana grupa mjr. Sokołowskiego („Trop”) w Mińsku Litewskim. IV odcinek zorganizowano w oparciu o firmę budowlaną Tomaszewskiego, żołnierze byli robotnikami firmy. Dawało to szereg udogodnień dowódcy, ponieważ miał on oddział w dyspozycji, ale zdrada jednego człowieka zlikwidowała od razu cały odcinek. Aresztowano siedemnastu ludzi, w tym czterech cichociemnych: mjr. Tadeusza Sokołowskiego („Trop”) i kpt. Bohdana Piątkowskiego („Mak”, „Dżul”), o którym już pisałem oraz kpt. art. Wacława Zaorskiego („Ryba”) i por. art. Kazimierza Smolskiego („Sosna”) (ci dwaj ostatni skakali do Kraju 3 września 1942 r.)44 Wpadły też w ręce niemieckie magazyny IV odcinka.

44

Mjr dypl. Tadeusz Sokołowski do września 1939 r. rotmistrz w 1. pułku szwoleżerów, znany jeździec sportowy, cichociemny, skakał do Kraju 30/31 marca 1942 r., dowódca IV odcinka zamordowany przez Niemców w więzieniu w Mińsku.

Druga przykra wiadomość dotyczyła rozwiązania „Wachlarza”. Zapadła ostateczna decyzja. Agendy poszczególnych odcinków „Wachlarza” zostały przekazane odpowiednim Komendom Okręgów. W czasie, kiedy leżałem i leczyłem się w domu. „Mały” (Kończal) przekazywał moich żołnierzy Komendzie Okręgu Polesie. Również II i V odcinek zostały wcielone do Okręgów , a odcinek I (Lwów), odtworzony jesienią 1942 roku, przeszedł do Obszaru Lwowskiego. „Doktor” (Grocholski) pozostał na krótko sam ze swoim sztabem, który również niebawem miał zostać rozwiązany. Do likwidacji sztabu wyznaczono „Persa” albo- „Smotrycza” (Wierzyński). „Doktor” został zawieszony czasowo w czynnościach. Tych wydarzeń dokładnie wtedy nie znałem, gdyż nie mówiono mi o wszystkim. Świetna karta „Wachlarza” została zapisana krwią żołnierzy, ich zasługą było zorganizowanie czynnej walki. Szkody materialne, które poniósł nieprzyjaciel, mają też znaczenie, choć mniejsze. Na szerokich przestrzeniach kresowych pojawili się nowi żołnierze dywersanci, sabotażyści, którzy już do końca okupacji będą Niemcom zatruwać życie.

Kilka tygodni leżenia w domu przywróciło mi zdrowie. Została wreszcie wyjaśniona sprawa mojego śledztwa, ;,Ryś” (Czarnecki) bronił się bardzo dobrze, wypierając się znajomości ze mną. Również zeznania „Azora” (Downara) nie wniosły wiele do sprawy. Nawet nie mieliśmy konfrontacji. Czarnecki oświadczył „Doktorowi”, że w czasie rewizji u niego w domu Niemcy otworzyli walizkę Eckhardta. Znaleźli w niej mundur oficerski, a przede wszystkim zeszyt z notatkami... Eckhardt sądził, że idzie do partyzantki, nastawił się na życie „jawne”, pozwolił sobie na robienie notatek. Stąd zapewne pochodziły informacje Niemców. Dowiedziałem się od „Doktora”, że akcja ratowania naszych kolegów z więzienia w Mińsku zawiodła. Do zorganizowania odbicia wysłany został mjr „Tumry” (Stefan Rychter), szef sztabu „Wachlarza”. Dotarł on do Mińska, gdzie nawiązał kontakt z więźniami. Działo się to w okresie likwidacji „Wachlarza” i „Doktor” właściwie nie dysponował grupą bojową. Zaryzykuję twierdzenie, że działał na własną rękę. Do pomocy „Tumremu” przydzielony został rtm. „Mira”45 (Jerzy Sokołowski), cichociemny z odcinka IV „Wachlarza”, Hackiewicz z Pobudkiewiczem i Langner. Na miejscu w Mińsku udało się „Tumremu” i „Mirze” odnaleźć ludzi skłonnych do pomocy. Przerzucono broń do więzienia (rewolwery). Nawiązano kontakt z oficerami radzieckimi, którzy też chcieli odbić swoich z więzienia.

Kpt. Bohdan Piątkowski do września 1939 r. oficer zawodowy artylerii, cichociemny, skakał do Kraju 3/4 marca 1942 r., żołnierz IV odcinka „Wachlarza”, dowódca bazy w Mińsku, po wielkiej wsypie tego odcinka aresztowany i zamordowany przez Niemców podobno po trzykrotnej próbie ucieczki z więzienia w Mińsku. Kpt. Wacław Zaorski, cichociemny, zastępca kpt. Piątkowskiego, po aresztowaniu popełnił samobójstwo w więzieniu w Mińsku, rozgryzając kapsułkę cyjankali w obawie, że nie wytrzyma śledztwa. Por. Kazimierz Smolski, cichociemny, na IV odcinku „Wachlarza” dowódca bazy Borysów, po tragicznej wsypie w Mińsku aresztowany, wywieziony stamtąd do Oświęcimia i Mauthausen-Gusen; obozy przeżył. 45 Rtm. Jerzy Sokołowski (ps. „Mira”) do września 1939 r. oficer 14 p. uł. Jazłowieckich, cichociemny, skakał do Kraju 30/31 marca 1942 r., oficer IV odcinka „Wachlarza”. W grudniu 1942 r. aresztowany przez gestapo, uciekł z więzienia w Słucku. Od wiosny 1943 r. więzień Oświęcimia, skąd próbował ucieczki, następnie - DoraNordhausen i Bergen-Belsen; obozy przeżył. Zmarł w Warszawie w 1980 r.

Plan „Tumrego” był zuchwały, ale miał szanse powodzenia. Niestety, zdrada jednego z dozorców więziennych, pośredniczącego w rozmowach „Turmego” z więźniami, przekreśliła wszystko. „Tumry” i por. „Stefan”46 zginęli w walce w otoczonym i podpalonym przez gestapo domu w Mińsku, zastrzeleni przez Niemców lub popełniając samobójstwo. Pierwsza wiadomość, która dotarła do Warszawy, głosiła, że zginęli też wszyscy więźniowie. Postanowiłem wrócić do służby. Mój obecny przydział skierowywał mnie do nowo powstałego Kedywu (Kierownictwa Dywersji). Kedyw wywodził się z istniejącego już wcześniej Związku Odwetu, działającego w Generalnej Guberni, i „Wachlarza” , działającego na terenach wschodnich. Szefem Kedywu został płk. August Emil Fieldorf (ps. „Weller”, później „Nil”), oficer ze stażem konspiracyjnym (pracował kiedyś w II Oddziale47), w czasie wojny przybył z Paryża do Polski przez Kair, Bałkany, Budapeszt, żeby wziąć udział w walkach. Jego sztab był przygotowany do dywersji bojowej i skupiał różnych wybitnych specjalistów wojskowych, na przykład saperów, których brakowało „Wachlarzowi”. Sam „Weller” był antytezą „Doktora”, przedstawiciela gatunku kresowych zagończyków. W czasie pierwszej rozmowy z płk. „Wellerem” wysłuchałem wiele cierpkich słów pod adresem „Wachlarza” i mojego byłego szefa. Broniłem straconych pozycji, ale wyszło mi to na dobre. „Doktorowi” zarzucano różne grzechy główne, jak dekonspiracja, dobieranie do współpracy podejrzanych osób i działalność dla zewnętrznego efektu. „Doktor” był atoli dzielnym żołnierzem, chociaż miał na pewno swoje wady i na pewno nie urodził się na konspiratora. Dzieło „Wachlarza” było jednak jego zasługą i to pozostanie faktem historycznym. Po wykonaniu generalnego natarcia na mnie mój nowy szef zawiadomił mnie, że jestem przewidziany na szefa Kedywu Obszaru Białystok. Obszar obejmował trzy Okręgi: Nowogródzki, Białostocki i Poleski. Ale, jak stwierdził pułkownik, nie ma dla mnie na razie pracy w Obszarze, więc zatrzymuje mnie w szkole Kedywu, która ma dać kadry dla Okręgów. Było mi to na rękę, a właściwie na nogę, ponieważ jeszcze kulałem. Szkoła nazywała się „Zagajnik”, jej komendantem był cichociemny, płk Krajewski. Ani razu w czasie swojej tam pracy nie spotkałem się z nim. Nie widywałem również pozostałych wykładowców: „Ponurego”, „Czarki”, „Zabawki”, „Orlika” i innych cichociemnych. Organizacja szkolenia przedstawiała się następująco: istniały szkoły podchorążych o rocznym okresie nauki i kursy sabotażowo- -dywersyjne trwające od tygodnia do trzech. Kursanci zjeżdżali do Warszawy i przebywali tu przez krótki okres czasu słuchając wykładów, których zakres i poziom wyznaczał stan wykształcenia bojowego słuchaczy. Kurs kończył egzamin praktyczny, na którym oceniało się przydatność kursanta do dywersji. Wszystko to obsługiwała świetnie zorganizowana sieć łączniczek. Do prowadzenia wykładów dysponowaliśmy sporą ilością mieszkań. Często w czasie tygodniowego kursu codziennie zmieniałem lokal. Pierwszy kurs prowadziłem dla warszawskiej grupy Kedywu. Znalazłem się na Żoliborzu w willi położonej na uboczu. Przede mną siedziało trzech kursantów, medyków. Łączniczka postawiła na
46

Por. Stefan Derfert (ps. „Stefan”) do września 1939 r. oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, żołnierz IV odcinka „Wachlarza”. 47 Informacja nie potwierdzona (A.K. Kunert dz. cyt.)

stole zestaw środków toksykologicznych, pochodzących ze zrzutów. Były tam probówki z jadem kiełbasianym (botulizm), talem, arszenikiem i z takimi substancjami, które mają zapach musztardy (iperyt). Nie pracowałem w tej dziedzinie zupełnie, ale przez dwie godziny mówiłem na temat. W tym pokoju zobaczyłem gabinetowe zdjęcie płk. Sosabowski ego. Byłem w jego domu, a jednym ze słuchaczy okazał się pchor. Stanisław Sosabowski, syn dowódcy Brygady Spadochronowej. Był on studentem medycyny i dzielnie walczył w dywersji. W czasie powstania stracił wzrok. Po wojnie został lekarzem w Anglii. Z tą grupą nie przeprowadzałem egzaminu praktycznego, ponieważ przejął ją inny wykładowca. Przydzielono mi z kolei grupę z 7 p. uł., kryptonim „Jeleń”, złożoną też z trzech słuchaczy. Szkoliłem ich w wykonywaniu wyroków... na ulicy, w mieszkaniu, w budynku biurowym itp. Sposób dojścia, wyznaczenie strzelca, ubezpieczenie i odskok. Tu czekała mnie niespodzianka. Egzamin praktyczny miał temat: zastrzelenie pewnego szpicla. Przyjechał on z Brześcia i szukał wachlarzowców, którzy przenieśli się do Warszawy, to znaczy, że i mnie. Szpicel mieszkał na Kole; dostęp do mieszkania mieliśmy utrudniony. Polecono wyrok wykonać na pętli tramwajowej. Tam Grybow siadał do tramwaju przed 8 rano. Pokazano nam fotografię. Twarz szpicla znałem. Umówiliśmy się, że ja podejdę do niego i poproszę o zapałki, a jeżeli będzie palił, przypalę papierosa. Jeden z żołnierzy, „Wnuk”, powinien strzelić dwa razy w plecy, dwaj inni, z automatami pod płaszczami, mieli nas ubezpieczać. Prosiłem „Wnuka”, żeby działał rozważnie i nie zastrzelił przy okazji mnie, ponieważ nie mógłbym wtedy wystawić stopnia z egzaminu. 4 marca spotkałem konfidenta na przystanku. Chyba mnie poznał, bo stanął wyraźnie zdziwiony. Miałem w ręku papierosa i prosiłem o zapałki, uważałem, żeby nie wyciągnął broni Drżącymi rękami podał mi pudełko. Wtedy „Wnuk” wykonał zadanie. Szpicel osunął się na ziemię. Upewniłem się, że wyrok został wykonany, i pokuśtykałem do tramwaju, za mną chłopcy. Kazaliśmy motorniczemu jechać bez zatrzymania. Na ulicy Wolskiej zażądałem, żeby stanął, ale motorniczy zapalił się do kawalerskiej jazdy i chciał nas dowieźć do śródmieścia. Wysiedliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Sprawami likwidacji miał zajmować się kpt. Kontrym („Żmudzin”), który pracował na rzecz Kierownictwa Walki Konspiracyjnej, ale jeszcze nie dysponował własnymi oddziałami Szkoliliśmy również dla niego ludzi. Brałem też udział w akcji przeciw innemu konfidentowi. Mieszkał na jednej z przecznic ulicy Wawelskiej (Jesionowa?). Dysponowałem wtedy grupą z Kedywu krakowskiego, żołnierze nosili czapki pracowników elektrowni. Zabrali ze sobą dość długą skrzynkę z pistoletem maszynowym, wszyscy poza tym mieliśmy rewolwery. Przydzielono mi samochód osobowy z garażów, mieszczących się w alei Niepodległości w rejonie ulicy Madalińskiego. Przysłano też dla mnie czapkę i mundur esesmana. Mundur był za ciasny, spodnie za małe. Rozciąłem mundur na plecach żyletką i wtedy się weń zmieściłem. Potrzebowałem munduru, ponieważ auto jeździło na numerach policyjnych. Przywiozłem grupę przez Pole Mokotowskie, przez uliczki działkowiczów i stanąłem na chodniku ulicy Wawelskiej. Zostałem przy kierownicy. Elektrycy poszli do wskazanej willi. W tym czasie (w samo południe) nadszedł jeden z moich dawnych profesorów, dźwigając menażkę z zupą, zatrzymał się i zaczął mi się uważnie przyglądać: Już miałem wrzasnąć: „Rrraus!”, kiedy usłyszeliśmy serię

z pistoletu maszynowego. Włączyłem motor, a profesor opuścił swój obiad na chodnik. Bardzo go lubiłem, ale nie miałem sposobności przeprosić go za tę chwilę strachu. Ostatni swój wykład miałem na ulicy Ciepłej w zupełnie pustym domu Po drugiej stronie ciągnął się mur getta, za którym ziała straszliwa pustka. W mieszkaniu znajdowało się trzech słuchaczy. Młoda łączniczka siedziała w oknie obserwując ulicę. Było to 13 maja 1943 r., o godzinie 11. Łączniczka krzyknęła: „Niemcy! „ Zobaczyliśmy, jak na chodniku od strony muru idzie nie kończący się rząd niemieckich żołnierzy, którzy otaczają getto. Zdecydowaliśmy się przerwać wykład. Uczniowie poszli strychami w kierunku ulicy Twardej (obecnie Krajowej Rady Narodowej), a ja zszedłem na dół z łączniczką. Zbliżyłem się do jakiegoś starszego Niemca i powiedziałem: „Nach Arbeit”. Żołnierz pokazał nam przejście przez gruzy w kierunku ulicy Twardej. Kiedy wydostaliśmy się na chodnik, nad nami zaczęły przelatywać pociski. Strzelano do grupy Żydów, którzy wyrwali się z getta i usiłowali dostać się do miasta. Łączniczka przeżyta chrzest bojowy. W tym czasie nawiązałem kontakt z inż. Karolem Mroczkowskim. Znałem go jeszcze z moich kesoniarskich czasów, inżynier był w tedy dyrektorem montażowym firmy „K. Rudzki”. Teraz już nie pracował, ale mimo podeszłego wieku dysponował niezwykłą wiedzą: znał mianowicie na pamięć wszystkie mosty w Polsce. Byty to zadziwiająco dokładne wiadomości. Odwiedziłem kilkakrotnie pana Karola w jego mieszkaniu przy ulicy Mianowskiego nr 4 i wykonałem dla Kedywu wykaz mostów w Polsce, zawierający ponad sto pozycji. Zawarłem w nim charakterystyki mostów i ich usytuowanie terenowe. W domu inż. Mroczkowskiego poznałem jego rówieśnika i kolegę inż. Stefana Ossowieckiego, znaną przed wojną postać. Pan Ossowiecki odznaczał się jasnowidztwem, znajdował zgubione przedmioty, mówił o zaginionych ludziach i przed wojną pomógł podobno kilka razy policji. Poza tym, i to najważniejsze, inż. Ossowiecki twierdził, że widzi promieniowanie wytwarzane przez ludzi. Każdy z nas nosi nad głową aureolę. W zależności od zabarwienia jej i natężenia światła pan Ossowiecki stawiał diagnozę. Mimo woli roześmiałem się, gdy mi powiedziano: panu śmierć nie grozi. Groziła niestety nam wszystkim Przede wszystkim samemu inżynierowi. Podczas naszych kilku wspólnych spotkań notowałem na kartkach papieru relację inż. Mroczkowskiego, w tym czasie inż. Ossowiecki zasłaniał ręką oczy i przeważnie potakiwał Obaj ci panowie znati się na mostach Żałowałem tylko, że nie spotkałem ich wcześniej, kiedy rozpoznawaliśmy mosty na Polesiu. Podlegałem już wtedy mjr. „Oliwie” (Jan Wojciech Kiwerski), późniejszemu dowódcy 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Załatwiał cm sprawy organizacyjne Kedywu i polecił mi zameldować się już 15 maja w Białymstoku. Dowódcy Okrajów wschodnich, między innymi ppłk „Żuk” (Dobrski) z Polesia, meldowali, że „Wachlarz” przestał istnieć, ponieważ wszyscy żołnierze są aresztowani albo zabici, co nie odpowiadało prawdzie. Twierdziłem, że „Wachlarz” na Polesiu istnieje. „Oliwa” polecił mi wyciągnąć kilku ludzi, którzy by zasilili inne Okręgi, ponieważ na razie na wschodnich terenach ma być spokój. Od razu przekazałem-zatem pchor. Zbigniewa Wojakowskiego, którego stan zdrowia poprawił się o tyle, że Zbyszek mógł wrócić do służby. „Kedyw” skierował go do Krakowa. Prychałam do Brześcia drogą przez wieś Błotków. Szlak przerzutowy pracował bez zarzutu, podlegał wtedy nowo otwartej komórce, tzw. Dworcowi Wschodniemu. W nocy z 16 na 17 maja 1943 r.

przyszedłem na ulicę Zielną, gdzie mieszkał Marszałek. Słyszałem o wielkich aresztowaniach w Brześciu i nie bytem pewny, kogo zastanę w drewnianym domku. Tymczasem Marszałek otworzył mi drzwi i oznajmił, że jest zupełny spokój. Gestapo ganiało po lasach za partyzantką, która obecnie nasiliła się. Józef Marszałek, obecnie podporucznik, oświadczył mi, że czekał na mnie. Opowiedział mi też, co działo się w Brześciu. Niemcy przetrząsnęli miasto. Aresztowano kilkaset osób, Polaków, Rosjan, Białorusinów. W Brześciu istniał „Komitet Białoruski”, w skład którego wchodziło dużo Rosjan, wielu z nich było emigrantami od czasów rewolucji. Stali się Białorusinami dla koniunktury, ale okazało się, że nie zachowywali lojalności wobec Niemców. To samo dotyczyło Rosjan, wśród których znaleźli się białogwardziści. Odgrywali oni pewną rolę na Polesiu, a w latach dwudziestych Związek Rosyjskich Monarchistów wprowadził do Sejmu posła z Brześcia (dr. Korola). Wśród nich byli i patrioci, którzy widzieli swoją ojczyznę w niebezpieczeństwie. Nie znałem tego środowiska. Pamiętam jedynie Piotra Kurakina, malarza portrecistę który wyznawał zasadę Denikina, że Rosja musi być wielka i niepodzielna. Kurakin został zamordowany. Wśród Polaków notowano straty, ale skromniejsze. Aresztowania ominęły kolejarzy, którzy stanowili zgraną i zorganizowaną masę. Niemcy ich potrzebowali w myśl zasady: „Koła muszą się toczyć”. Z bolesnych strat, które ponieśliśmy, wymienić trzeba śmierć inż. Zygmunta Zakrzewskiego, oficera ze sztabu „Żuka”. Z naszych żołnierzy zginął prof. Leon Kiwalle („Pleban”), w tym czasie przekazany do Komendy Okręgu Polesie. Ppor. Zbigniew Słonczyński („Jastrząb”, „Walenty”) według relacji p. Heleny Olszewskiej, ps. „Sarna”, łączniczki .”Wachlarza” w Brześciu, ranny w głowę, dostał się w ręce gestapo i został zamordowany w więzieniu. Ppor. Słonczyński w tym czasie pełnił obowiązki szefa Kedywu w Brześciu. Stanisław Podgórski (Paria) został aresztowany za przechowywanie rodziny żydowskiej. Nie pomogło zaświadczenie gauleitera Kocha, które gestapo zlekceważyło. Zabito go w więzieniu w Brześciu. Tadzik Jastrzębski po śmierci Słonczyńskiego wyszedł na ulicę i zastrzelił jakiegoś podoficera niemieckiego w biały dzień. Został na miejscu zabity przez Niemców. Inni żyli i działali. Zabrałem Marszałka i Maciejewskiego okazyjnie samochodem i pojechaliśmy do „Lucjana”, o którym wiedzieliśmy, że jest ciężko chory i leży w Łunińcu. Przeżył OT ostrą zimę w lesie, teraz przegrywał wojnę z gruźlicą. Udało mi się przewieźć go do Otwocka do sanatorium (obecnie im F. Dzierżyńskiego), gdzie zmarł w sierpniu 1943 r. Marszałek i Maciejewski wyjechali do Rzeszowa do dyspozycji tamtejszego Kedywu. Na Polesiu pozostały nietknięte bazy na linii baranowickiej, patrole w Żabince, Kobryniu i Pińsku oraz kilka małych oddziałów partyzanckich. Na szefa Kedywu przyszedł kpt. saper Gawurski (ps. „Bazyli”). Nadchodził dla mnie nowy okres. Zbiegał się z moimi domowymi kłopotami. Przyszła spóźniona wiadomość, że matka mojej żony, Henryka Łaska, zmarła 27 lutego 1943 r. w Oświęcimiu. Został zamordowany przez zbirów niemieckich jeszcze jeden wartościowy, dobry Człowiek.

Aresztowano Hackiewicza, żołnierza pełnego fantazji. Zbierał pieczołowicie dla nas broń. W początkach marca 1943 r. zdobył kwit na pobranie dwu karabinów maszynowych w Kielcach. Według relacji ppłk. Grocholskiego Hackiewicz zabił Niemca z Organizacji Todta i znalazł przy nim ten kwit. Pojechał do Kielc ciężarówką z kierowcą i pobrał broń. W drodze powrotnej kierowca zobaczył jadący z tyłu samochód osobowy z gestapowcami. Hackiewicz kazał kierowcy blokować drogę Niemcom. Zostali ostrzelani. Wyskoczyli z auta na przeciwne strony. Hackiewicz wpadł w ręce Niemców. Kierowca (nie znam nazwiska) zameldował o wypadku. Znaleźli się „naoczni świadkowie”, którzy widzieli Hackiewicza w mundurze gestapo, jak rzekomo dokonywał aresztowań... „Doktor” został oskarżony, że miał u siebie zdrajcę. Wiele lat minęło, zanim przekonano się niezbicie, że Hackiewicz zginął jak dzielny żołnierz i prawy Polak. Wszystkie te „wiadomości” nie miały żadnych podstaw. Hackiewicz zginął w więzieniu. Niemniej polecono mi natychmiast zlikwidować mieszkanie na ulicy Racławickiej, ale znalezienie schronienia dla pięciu osób nie należało de rzeczy łatwych. Pięciu, bo przebywała z nami kuzynka żony, również ukrywająca się. Rodzice jej zostali zamordowani w Oświęcimiu

W tym czasie Komenda Obszaru Białystok mieściła się we Wsi Gołasze koło Zambrowa. Chcąc tam dojechać, trzeba było przejść dobrze strzeżoną granicę, przegrodzoną drutem kolczastym. Województwo białostockie dostąpiło zaszczytu włączenia do Prus Wschodnich. Teraz, gdy jechałem po raz pierwszy, obowiązywał mnie rytuał. Musiałem korzystać z przerzutu oficjalnego. Na Żoliborzu, na ulicy Słowackiego mieściły się zakonspirowane biura „Dworca Wschodniego”. Tu otrzymywało się bilet, dokumenty, uprzejme informacje, hasła i adresy kontaktowe oraz ostrzeżenia: nie wolno mieć ze sobą broni. Nie zaobserwowałem kolejek jak w „Orbisie”, ale i tu trzeba było czekać. Przyjechałem przez Małkinię do Ostrowi Mazowieckiej, tam znalazłem jakiś sklep, który był punktem kontaktowym. W nocy p. Kulesza rodem z Ugniewa przeprowadził mnie przez granicę. Siedliśmy po przejściu granicy pod drzewem. P. Kulesza między innymi opowiadał mi, że samo przejście nie jest zbyt trudne. Przemytnicy pędzą przez granicę konie i krowy. On zaś jest specjalistą od przeprowadzania wyższych figur (Very Important Person). Postanowiłem na przyszłość korzystać raczej z pomocy przemytników. W Gołaszach zameldowałem się 26 maja u mjr. Jana Górskiego ps. „Chomik”, znanego również jako „Deribas”. Górski był jednym z najstarszych „chomików”. Znaliśmy się jeszcze z Paryża. Skakał do Polski 15 maja 1943 r. Jan zapoznał mnie ze składem Komendy Obszaru Białystok, w której pełnił funkcję szefa II Oddziału. Komendę tworzyli: Komendant Obszaru płk Edward Godlewski, ps. „Izabelka”, potem „Garda”, szef sztabu mjr Aleksander Krajnik („Grzymała”), szef łączności kpt. inż. Tadeusz Kaczyński („Szubrak”), kwatermistrz mjr „Jerzy” (nie znam nazwiska). Płk. Godlewskiego pamiętałem dobrze z okresu przedwojennego i z kampanii wrześniowej. Nasze pułki należały do tej samej Brygady. Płk Godlewski brał udział w organizowaniu ZWZ. Komendę Obszaru przejął od gen. Juliana Filipowicza w początkach 1943 r. W sztabie miałem jeszcze jednego znajomego, inż. Tadeusza Kaczyńskiego, którego znałem z „Wachlarza”.

„Grzymała” często przebywał w Warszawie i tego dnia też go nie zastałem; Górski szybko przydzielił mi kwaterę i korzystając z pogody poszliśmy do lasu, który osłaniał wieś. W lesie pracowały w biały dzień, naturalnie nielegalnie, całe zakłady przemysłowe: rzeźnia, masarnia, garbarnia, młyn. Wieś w ciągu dnia pustoszała. Wartownicy bez broni pilnowali głównych dróg i ostrzegali ludność w razie zbliżania się Niemców. W tej samej wsi kwaterował jeszcze sztab Okręgu Białystok, którego dowódcą był ppłk Władysław Liniarski, ps. „Mścisław”, a szefem sztabu mjr ppłk dypl. Wincenty Ściegienny, ps. „Las” (cichociemny, lądował 3/4 września 1942 r.). „Mścisław” był zadomowiony na tym terenie. Spotkałem się z nim w kampanii wrześniowej nad Bzurą. Sztaby mieściły się w wiosce, dlatego że w poprzednich miejscach postoju dokuczyły ciągłe aresztowania, zwłaszcza w Białymstoku szalał terror policyjny. Ostatecznie wieś, i to głucha, okazała się najbezpieczniejsza. Plany, którymi zajmował się sztab, zawierały rozległe zamierzenia. O ile Polesie i Nowogródczyzna miały niewielki procent młodzieży polskiej zdolnej do noszenia broni, to Białystok jeszcze przed moim przyjściem projektował w przyszłości wystawienie kilku wielkich jednostek. Aktualnie nie dysponowałem niczym, a zadaniem Kedywu było stworzenie chociaż oddziału dyspozycyjnego. Płk Godlewski potrzebował małej grupy dywersyjnej. Okręg natomiast chciał, żeby w tym rejonie panował spokój. Nie znałem tu nikogo i postanowiłem znowu jechać na Polesie, do Brześcia. Dostałem w sztabie kilka kontaktów. Po dotarciu do Stacji Czeremcha mogłem ryzykować przejście granicy samotnie, ale wolałem jechać pociągiem. Powiedziałem zawiadowcy stacji (Polak), że muszę dostać się do Brześcia. Obejrzał mnie krytycznie, dał mi latarkę i czapkę konduktorską i kazał to zostawić w breku po dojechaniu do Brześcia. Towarowy pociąg jechał z żółwią szybkością, tak że bezpiecznie wyskoczyłem na zakręcie na przedmieściu Grajewskim w Brześciu. Rekwizyty zostawiłem w pociągu. Odnalazłem Znajewskiego („Znajda”), który wrócił do Brześcia razem ze swoimi ludźmi. Wszyscy pracowali w tartaku. Zaproponowałem „Znajdzie” powrót do służby, zgodził się, byłe wyjechać, bo tu nudno, jak rzekł. Miał nowy zespół. Z wyglądu zabijacy: Ruciński, Stępień i Zygadło. Dotarłem z nimi do starego fortu w Trauguttowie, gdzie mieliśmy ukryty pistolet maszynowy i kilka rewolwerów. Od razu poszliśmy na pierwsze zadanie, do starego bunkra „Kuby”. Na posesji nie zastaliśmy nikogo. Zamek otworzyliśmy jednym uderzeniem kamienia. Znalazłem swój rozkaz operacyjny. Puszka stała, jak ją postawiłem w miejscu wybitej cegły. Pajęczyny zakryły ją całkowicie. Teraz, gdy miałem wojsko, przeszedłem granicę w dzień. Płk Godlewski ucieszył się, kiedy pokazałem zaczątek oddziału. Nie miałem żadnych skrupułów zabierając „Znajdę” z Brześcia, przecież „Żuk”, komendant Okręgu Polesie, napisał meldunek, że nie ma już na jego terenie ludzi z „Wachlarza”. Byli, zostali. Nikt nie umiał ich znaleźć i Kedyw poleski nie mógł nigdy wyjść poza Brześć. Górski powoli wprowadzał mnie w tajniki pracy sztabowej. Mieszkaliśmy wtedy na wsi Czosaki w sąsiednich domach, pułkownik, Górski i ja. Gospodarze pracowali ciężko i dobrze jedli, codziennie kury w rosole. Było to najtańsze jedzenie. Znienawidziłem rosół z kury. Któregoś dnia gospodyni, wrzucając mi do miski kartofle i kurze udko trajkotała: - Wczoraj wrócił ten starszy od was, chodzi z laską - mówiła o „Grzymale”.

Na drugi dzień kiedy stałem koło krzyża za wsią i czekałem na Górskiego, przechodził „Grzymała”. Ominął mnie obojętnie. Do końca jego życia nie zamieniliśmy ze sobą słowa, chociaż mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Tak przestrzegał zasad konspiracji mjr „Grzymała”... Byłem tym trochę rozżalony, ale za to do woli mogłem rozmawiać z płk. Godlewskim i Górskim, ludźmi inteligentnymi, z poczuciem humoru. Czasem spotykałem się z „Lasem”, który był bardzo skupiony, ale też lubił dobry żart. Mjr Ściegienny przed wojną był oficerem 84. pp w Pińsku. Znał dobrze Polesie. W połowie 1943 r. na terenach wschodnich kierownicze stanowiska w Kedywie objęli cichociemni z „Wachlarza”. Obszar Lwowski (województwo lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie) - szef Kedywu por. kaw. Stanisław Gilowski („Gotur”). Okręg Wołyński - szef Kedywu mjr piech. Tadeusz Klimowski („Klon”, „Ostoja”)48. Obszar Białystok (województwo poleskie, białostockie i nowogródzkie) - szef Kedywu kpt. Alfred Paczkowski („Wania”). W Okręgu Wilno kpt. piech. Jan Smela („Wir”), poprzednio dowódca V odcinka „Wachlarza”, przyłączył się ze swoimi żołnierzami do grupy partyzanckiej49. Były żołnierz „Wachlarza” por. Jan Piwnik („Ponury”) został szefem Kedywu Okręgu Radom - Kielce. Kedyw podejmował wszelkie formy walki z nieprzyjacielem, od skrytych sabotaży aż do jawnej partyzantki. Wszystko zależało od terenowych właściwości, od decyzji poszczególnych komendantów. W moim Obszarze potrzebny byłem raczej do prac sztabowych. Akcje bieżące miały wykonywać podległe Okręgi. Kedyw sięgał do szczebla powiatu i niżej. Najniższe szczeble były bezpośrednio zaangażowane w walkę. Spróbuję to przedstawić na przykładzie Okręgu Białystok. Administracyjnie odpowiadał on mniej więcej byłemu województwu białostockiemu i dzielił się na dwanaście Obwodów-powiatów zorganizowanych w sześć następujących Inspektoratów: Mazowiecki Podlaski Łomżyński Suwalski Białostocki Grodzieński obejmował powiat obejmował powiat obejmował powiat obejmował powiat obejmował powiat obejmował powiat ostrołęcki i zambrowski, wysokomazowiecki i bielski, łomżyński i grajewski, augustowski i suwalski, m. Białystok z powiatem i sokolski, m. Grodno i powiat grodzieński oraz wołkowyski.

W sztabie Inspektoratu powinien być oficer Kedywu organizujący dywersję, sabotaż i partyzantkę na swoim terenie, mógł on również być na szczeblu powiatu. Powoli wciągałem się w prace sztabu. Sztab Obszaru opracowywał wytyczne dla Okręgu i przygotowywał sprzęt wojskowy na okres mobilizacji. Dokumenty zaopatrzeniowe mobilizacji jednostek w przyszłości układały się w grube tomy. Również do Obszaru należało wynalezienie miejsc dla zrzutów ludzi i broni, przewidzianych w przyszłości. Górski chciał, żebym mu pomógł w tworzeniu oddziału dyspozycyjnego, tzw. batalionu „Chomików”. W przyszłości miał zamiar opuścić sztab i przejść do otwartej walki. Myśl to dobra, choć trudna do
48

Kedyw w Okręgu Wołyńskim tworzył się przy Inspektoratach, a Tadeusz Klimowski był w tym czasie komendantem Inspektoratu Rejonowego Równe. 49 Jan Smela od grudnia 1942 r. był komendantem Obwodu Święciany, następnie zastępcą komendanta, a potem komendantem Inspektoratu Rejonowego „B-C” (Święciany - Bracław - Postawy - Głębokie).

wykonania, ponieważ nasz sztab był praktycznie odcięty od terenu i pozostawał na łasce komendanta Okręgu Białystok, a komendanci pragnęli spokoju w swoich Okręgach i sami chcieli decydować o tym, co się dzieje na ich terenie. Podczas gdy nasz rejon zakwaterowania zaliczał się do spokojnych, sztab Okręgu przeżył poważne wstrząsy. Do takich należało aresztowanie ppłk. „Młotka” (Stefan Fijałkowski), szefa I Oddziału sztabu Okręgu Białystok. Aresztowanie nastąpiło w Białymstoku w listopadzie 1942 r. Dokładna data aresztowania ppłk. Stefana Fijałkowskiego 22 X 1942 r. Równocześnie aresztowano „Szczerbę” i szyfrantkę „Kazię” (nazwisk nie znam). Aresztowanie miało miejsce na cmentarzu w Białymstoku i spowodowało ostateczną decyzję przeniesienia się na wieś. Płk Godlewski, dowódca Obszaru, polecił mi, abym nie kontaktował się samowolnie ani z komendantami Okręgów, ani z ich kierownikami dywersji ze względu na konspirację. W czerwcu dostałem nagle rozkaz wyjazdu do Warszawy. Miałem tam spotkać się z ppłk. „Żukiem” celem udzielenia mu informacji dotyczących Polesia. Przekradłem się przez granicę sam. Miałem już dobrą zaprawę w przekraczaniu granic i odzyskałem sprawność w chodzeniu. Granicy między Białostocczyzną a Generalnym Gubernatorstwem strzegły stałe posterunki. W wielu miejscach ustawiono na niej zasieki z drutu kolczastego. Przejście udało mi się. Teraz jeszcze podróż koleją wzdłuż granicy do Małkini z przesiadaniem do Warszawy. Pociągi kursowały dość regularnie, ale były przeładowane, każdy bez mała pasażer wiózł do Warszawy paczki z żywnością (słynna rąbanka) albo żywy drób, a nawet nierogaciznę. Przedziały przypominały arkę Noego. W Małkini, Tłuszczu, zresztą na każdej stacji, spodziewano się rewizji i łapanek. Przeważnie policja kolejowa dopuszczała się zwykłego rabunku zabierając żywność. Nasi handlowcy mieli swoje sposoby i mimo rewizji część towaru dojeżdżała do Warszawy. „Żuk” przyjął mnie w znanym lokalu na ulicy Styki. Teraz rozmawialiśmy już zupełnie szczerze. Pułkownik był chorym człowiekiem. W 1942 r. przebywał w więzieniu na Pawiaku, skąd uciekł z pomocą polskiego strażnika, Bronisława Kuczorskiego. To wszystko wywarło na niego zły wpływ. Przekazałem mu lojalnie szereg lokali warszawskich, a nawet dawny magazyn broni na ulicy Tamka. „Mały” (Kończal), który przekazywał kontakty poleskie, być może nie znał wszystkich. Toteż pułkownik ucieszył się otrzymując wiadomość, że w Kobryniu czy Żabince będzie miał jakiś zaczepienie. Wyglądało na to, że w chwili obecnej (połowa czerwca 1943 r.) istnieją na Polesiu tylko dwa Inspektoraty: Brzeski i Piński, odpowiadające naszym rejonom z „Wachlarza”. Uzgodniliśmy, że Okręgowi potrzebna jest pomoc. W przyszłości skierowałem do Brześcia kilku żołnierzy, specjalistów od dywersji. Między innymi otrzymałem ludzi spalonych w Warszawie z oddziału „Baszta” (dowódca ppłk Stanisław Kamiński, ps. „Daniel”). Widziałem się z Kalenkiewiczem, który interesował się naszą pracą w Obszarze. Kalenkiewicz pracował w oddziale operacyjnym KG AK i miał wiadomości dla Górskiego, również „operacyjnego”. W sztabie Obszaru zaczynała się intensywna praca. Już pierwsze ustne wytyczne dla zamierzonych akcji w ramach „Burzy” pociągnęły za sobą konkretne zadania. Okręgi na wypadek mobilizacji musiały otrzymać zaopatrzenie zrzutowe, i to w setkach ton. Brzmiało to jak bajka. Sztab typował miejsca koncentracji i wyszukiwał tereny nadające się na bazy zaopatrzeniowe. Moja rola dywersanta skończyła się. Musiałem pomagać Górskiemu. Zadanie moje w dużym stopniu polegało na wałęsaniu się. Jeździłem wozem, pociągiem albo chodziłem pieszo po Obszarze, przeważnie jednak po Okręgu Białystok, który miał być głównym terenem mobilizacji. Tu mieszkał liczny i zwarty żywioł polski.

Często chodziłem sam na wyprawy, czasem pod opieką „Znajdy”, który miał już grupę kilkunastu żołnierzy. Jedna z moich wypraw miała dramatyczny przebieg. Mjr Górski dał mi adres do swego dawnego znajomego Samsoniuka, żołnierza konspiracji, mieszkającego w chutorze, na północ od Prużany. Z tego, co mówił Górski, wynikało, że można było w tym terenie, położonym na uboczu, organizować bazę materiałową. Odbyłem daleką drogę i mocno zmęczony dotarłem do samotnego gospodarstwa. W domu zastałem gospodynię i dwoje małych dzieci. Samsoniuk znajdował się w drodze i przeprowadzał jakichś ludzi. Postanowiłem czekać. Siadłem za stołem, żeby napić się zimnego mleka. Na podwórzu zaczął ujadać pies. Gospodyni wyjrzała przez okno i krzyknęła: „Policja!” Szybko uniosła klapę w podłodze i kazała mi wejść do piwnicy. Chwyciłem garnek z mlekiem i znalazłem się w dole ciasnym, dusznym i, nie wiadomo po co, pełnym trocin. Słyszałem kroki na górze. Spociłem się jak mysz, zdjąłem marynarkę. Czułem się jak w parnej klatce. Rozebrałem się nawet z koszuli. Nie miałem ochoty na mleko. Potem usłyszałem strzały. Odniosłem wrażenie, że na górze ktoś przewrócił stół. Czekałem teraz na gości. Ale nikt nie przychodził. Na górze panowała śmiertelna cisza. Po północy zdecydowałem się wyjść. Klapę podniosłem z największym wysiłkiem. Coś na niej leżało. Wziąłem kilka głębokich wdechów i przesunąłem ciężar na bok. Na klapie leżała zabita Maria Samsoniukowa, a jej zastrzelone dzieci w łóżku. Czułem okropne zmęczenie i siadłem, żeby przez chwilę odpocząć. Nie wiedziałem, co dzieje się na podwórzu. Usłyszałem wycie psa. Odeszli - pomyślałem. Obszedłem obejście, pies umilkł. Nikogo wokół. Później okazało się, że tego dnia Samsoniuk przeprowadzał dwu ukrywających się Żydów. Policja z Prużany zatrzymała nieszczęśliwych i zastrzeliła ich. Policjanci znali Samsoniuka i wieczorem przyszli do jego domu w poszukiwaniu pieniędzy, spieszyli się. Pieniędzy nie dostali i wywarli bandycką zemstę. Znacznie szczęśliwsza była wyprawa do Łomży. Konwojował mnie „Znajda” z kilkoma żołnierzami. Zatrzymałem patrol w pobliżu drogi, prowadzącej z miasta do koszar. Przeszedłem szosę, aby znaleźć biały dom przy cmentarzu. Miał tam czekać kurier z Warszawy z listem od „Grzymały” do „Izabelki”. Chodziło o pośpiech i dlatego poszedłem sam. W innych wypadkach chodzili kurierzy z łączności, co trwało znacznie dłużej (droga służbowa). Przyszedłem o zmierzchu i czekałem do 3 rano. Kuriera nie zastałem. Gospodarz chciał mi zrobić przyjemność i wyciągnął z ukrycia karabin polskiej produkcji z czterema nabojami. Podarował mi go „do lasu”. Była to miła niespodzianka. Zabrałem prezent i pożegnałem gospodarza. Już widniało. Kiedy dochodziłem do szosy, zobaczyłem niemieckiego żołnierza z pistoletem maszynowym na plecach, wracał widocznie z przepustki. On też zauważył mnie i zaczął zdejmować peem. Od razu strzeliłem do niego. Niecelnie. Żołnierz uskoczył za drzewo i wygarnął do mnie serię. Nie było rady, musiałem iść, żeby dotrzeć do „Znajdy”. Udając, że celuję, zbliżyłem się do żołnierza, ten „planowo” zaczął wycofywać się do koszar. Musiałem dobrze spieszyć się, bo za chwilę mogli przybyć motocykliści. Strzeliłem Panu Bogu w okno jeszcze dwa razy. Minąłem szosę i biegiem dotarłem do „Znajdy”. Chłopcy szli mi już na odsiecz. Żołnierz tymczasem na pewno dotarł do koszar i meldował o walce z bandytami. Po powrocie z każdej wędrówki miałem kilka dni wypoczynku. Wtedy pracowałem z Górskim. Gdzieś w końcu sierpnia maszerowałem w kierunku Grajewa z eskortą jedenastu ludzi. Był to już prawdziwy oddział partyzancki. Docelowy rejon naszego marszu braliśmy pod uwagę jako pole zrzutowe. Konkretnie miałem ustalić miejsce przydatne dla odbioru cichociemnych. Ubrałem się w mundur i nałożyłem beret z orzełkiem i trupią czaszką. „Znajda” i niektórzy żołnierze też nosili ubrania podobne do wojskowych. Kilka karabinów uzupełniało nasz bojowy wygląd. Ze względu na konieczność rozpoznania chodziliśmy często w dzień, przemykając się między wsiami. Naturalnie, od czasu do czasu zachodziliśmy do domów, aby wypocząć. Któregoś dnia trafiliśmy do domu w pobliżu

Grajewa i rozlokowaliśmy się w stodole. Posterunek umieszczony na strychu zameldował, że ktoś jedzie do nas bryczką. Gospodarz poinformował, że to jest zarządca mleczarni, Niemiec, który odwiedza okolicznych gospodarzy, osobiście sprawdzając, czy ktoś nie ukrywa śmietany i masła. Bije ludzi, zabiera wszystko jak swoje. Ma broń. Poleciłem chłopcom nie wychodzić ze stodoły. Sam zostałem w domu. Niemiec z furmanem wjechali na podwórze. Woźnica wyprzęgał konie, a Niemiec wprawnym ruchem wyciągnął ze studni konewkę z mlekiem, wiszącą na sznurku. Zaczęło się piekło. Niemiec wymyślał chłopu, kopał go i szarpał. Wyszedłem przed dom w swoim mundurze i zapytałem grzecznie, o co chodzi. (Was ist los?) W odpowiedzi usłyszałem niezrozumiały bełkot. Gospodarz domu ukląkł przede mną i błagał, żeby Niemca nie zabijać ze względu na represje. Po chwili groźny nadczłowiek na kolanach prosił o życie. Chłopcy w stodole pękali ze śmiechu. W końcu puściłem go wolno. O ile pamiętam nazywał się Scholke. Podpisał oświadczenie, że Hitler jest niebezpiecznym bandytą. Zabrałem mu piękny sztucer, ponieważ wiedziałem, do czego służy... Rozstaliśmy się możliwie serdecznie. Scholke zaprzestał odtąd niepokoić sąsiadów. Jednak partyzancka idylla miała swój koniec. We wrześniu 1943 r. (nie pamiętam dokładnie daty) „Grzymała” przechodził granicę ze swoją łączniczką. Szli z Warszawy do nas: Zatrzymali się w stodole w pasie granicznym. Przejeżdżający patrol graniczny kontrolował stodoły. „Grzymała” i łączniczka zostali zastrzeleni na miejscu. Kazano gospodarzowi zwłoki pochować pod drzewem. Gospodarz wyciągnął dokumenty, które miał przy sobie „Grzymała”. Na drugi dzień przybyli Niemcy; odkopali zwłoki, ale nic nie znaleźli. Gospodarz wytłumaczył się, że byli to nieproszeni goście, o których nic nie wiedział. Ponieważ „Grzymała” wrócił z odprawy w Komendzie Głównej, należało odtworzyć, co zostało ustalone w Warszawie. „Izabelka” zlecił Górskiemu pełnienie obowiązków szefa sztabu, co już praktycznie wykonywał, a mnie kazał jechać do Warszawy. Miałem po kolei obejść wszystkie wydziały Komendy Głównej. Instytucja rozbudowała się już do rozmiarów niemal Ministerstwa Spraw Wojskowych, do tego dochodziła spora ilość łączników działających przy poszczególnych wydziałach. Sytuacja byłaby nie do rozwiązania, gdyby nie świetnie działający referat łączności wewnętrznej. Czyli grupa kobiet, które błyskawicznie doprowadziły mnie do odpowiednich szefów. W ten sposób meldowałem się u mojego szefa płk. „Nila”, w szefostwie łączności u płk; „Kuczaby” itd. Wieczorem zaszyfrowałem notatki, ponieważ nie mógłbym zapamiętać wszystkich dyspozycji. Najważniejsze dotyczyły mobilizacji Obszaru Białystok. Okręg Nowogródek, kryptonim „Nów”, miał organizować dywizję piechoty, Białystok - dwie dywizje -piechoty i dwie brygady kawalerii, Poleski jedną dywizję piechoty. Prócz tego Okręgi miały natychmiast przystąpić do tworzenia samodzielnych kompanii łączności, saperów i innych służb. Przewidywano zrzuty w rejonie Łomży i Białegostoku. W ciągu kilku dni ganiałem z jednego końca Warszawy na drugi, aż zatęskniłem za spokojną wsią pod Białymstokiem. Na zakończenie zostałem zaproszony do pani „Berg”, kierowniczki wydziału łączności.50 Mieszkała w willi na ulicy Śmiałej. Zebrało się tam kilka osób. Wszyscy się znali między sobą z wyjątkiem mnie. W rozmowie chodziło o to, czy możemy przejąć organizację „Jędrusiów” na teren białostocki. W imieniu „Izabelki” odpowiedziałem, że na pewno tak. Na terenie Okręgu Nowogródek działały już nasze partyzantki, a na Polesiu bardzo by się przydały. Zresztą dalsze losy oddziału zależały od decyzji
50

„Berg” - Janina Karasiówna, szef Oddziału V-k (Łączności konspiracyjnej) KG AK.

„Izabelki”. Ktoś zapytał mnie, czy mam broń. Powiedziałem, że korzystam z dobrych dokumentów i chodzę bez broni. (Mieliśmy rozkaz chodzenia bez broni.) Na zakończenie nasza gospodyni orzekła, że jestem teraz ważną osobą i muszę być pilotowany przez wytrawnego kuriera. Zobowiązałem się dać mu w Białymstoku dobry pistolet. Spotkanie z kurierem „Jackiem” miało mieć miejsce za dwa dni na placu Inwalidów. Napisałem szyfrem, znanym Górskiemu, wszystkie informacje. Zrobiłem tak na wszelki wypadek i wysłałem pocztą. Nasz białostocki punkt łączności znajdował się w sklepie warzywniczym na ulicy Zapiecek. Od p. Pucka dostałem jeden nagan z nabojami, a sam zdobyłem (prywatnie kupiony) belgijski pistolet, tzw. piątkę. W dzień spotkania z „Jackiem” umówiłem się z Kalenkiewiczem i moją żoną w kawiarni przy placu Inwalidów. Przed godziną 12 wyszedłem na przystanek tramwajowy, gdzie młody, wysoki chłopak w butach oficerskich zameldował mi się po wojskowemu. Wyglądałem jak rolnik. Moi przyjaciele obserwowali tę scenę i speszyli się nią. „Jacek” podał mi godzinę 6 jako porę wyjazdu z Dworca Zachodniego. Miał kupić bilety do Ostrowi Mazowieckiej, a ja miałem wsiąść do wagonu, z którego on będzie wyglądał. Zarówno żona, jak i ja mieliśmy złe przeczucia. Na drugi dzień wskoczyłem do wagonu, w którym ujrzałem „Jacka” z jakąś panią. Poza tym pełno tam było ludzi. Pani mówiła do mnie po cichu, że jest koleżanką „Jacka” i że po prostu chciała mnie poznać, gdyż wiele o mnie słyszała... To wszystko. Wysiadła na Dworcu Głównym. Miałem ochotę natrzeć uszu „Jackowi”, ale za dużo było ludzi w przedziale. Pod Małkinią pociąg zwolnił, dałem znak „Jackowi” i wyskoczyłem z pociągu. „Jacek” za mną. Był zły okropnie, kiedy mu powiedziałem, że pojedziemy do Ostrowi wozem. Przypilnowałem, żebyśmy jechali boczną drogą wzdłuż szosy Małkinia-Ostrów. Czułem wyraźny lęk. W Ostrowi „Jacek” miał zaprzyjaźniony dom. Mieszkała tam kobieta z dorosłą córką i synem. Mąż tej pani przebywał w obozie niemieckim. Gospodyni narzekała, że przyjechaliśmy późno. W wiele lat po wojnie powiedziano mi, że byłem w mieszkaniu mjr. „Grzymały” i rozmawiałem z żoną pułkownika. Awizowano nas w południe... Pierwszy raz nie czułem się zachwycony gościnnością. Przenocowaliśmy. Rano przyszedł znany mi już przewodnik Kulesza ze wsi Ugniewo. Wieś przedzielała przez środek granica, co ułatwiało przejście w nocy do województwa białostockiego. „Jacek” oddał przewodnikowi wałek do ciasta i drewniany młotek do mięsa. Wewnątrz mieściły się skrytki na pocztę wykonane bardzo precyzyjnie, tak że trudno było nawet podejrzewać ich istnienie. Kulesza miał na nas czekać wieczorem w jednej ze stodół we wsi. Dałem „Jackowi” nagan. Wyszliśmy przed zmierzchem 13 października 1943 r. Na szosie za miastem „Jacek” szedł pierwszy, ja zanim w odległości czterdziestu-pięćdziesięciu metrów. Kiedy zbliżaliśmy się do wsi, z tylu nadjechali dwaj granicznicy na rowerach. Jeden z nich minął nas szybko, drugi stanął i udawał, że reperuje rower. „Jacek” obejrzał się i szedł dalej spokojnie. Kiedy dochodziliśmy do wsi Ugniewo, zobaczyliśmy sześciu graniczników idących do nas tyralierą. Nasz tylny granicznik wsiadł na rower, minął mnie i podjechał do „Jacka”. Zobaczyłem, że „Jacek” wyjmuje portfel. Przyspieszyłem kroku. Tyraliera była o kilkadziesiąt metrów od nas. Krzyknąłem do „Jacka”: „Strzelaj! „ Sam odpaliłem do granicznika z mojej „piątki”. Skutecznie Tamci natychmiast otworzyli ogień „Jacek” upadł. Chwyciłem jego portfel i strzeliłem drugi raz, niestety niewypał. Trzeba było uciekać i wtedy dostałem postrzał w prawe ramię. Upadłem koło „Jacka”, ale za chwilę biegłem już w pole. Biegłem przez kartoflisko, żeby uniknąć pościgu na rowerze. Niemcy otoczyli „Jacka” leżącego na szosie. Chyba nie wiedzieli, że

jestem ranny. Zrobiłem duże koło i przeciąłem jeszcze raz tę szosę na wschód od Ostrowi. Widziałem tam poprzednio las. Teraz szedłem przez bagna w kierunku zachodnim. Byłem uratowany, ale bezbronny. Pistolet mój stał się kawałkiem żelaza. Prawa ręka wisiała bezwładnie, pocisk z pistoletu przebił mi nerw pośrodkowy w połowie prawego ramienia. Nad ranem dotarłem do stacji Sadowne Węgrowskie, umyłem się i dostałem się do przepełnionego pociągu jadącego do Warszawy. Setki łudzi jechało na stopniach i dachach. Tak dotarłem do Warszawy. Mimo oporów z mojej strony żona zawiozła mnie do szpitala Maltańskiego, który mieścił się przy ulicy Senatorskiej. Chirurgiem szpitala był dr Żebrowski, pracowałem z nim kiedyś u płk. Sokołowskiego. Pierwszy opatrunek, który mi tam zrobiono, przekonał mnie że mam do czynienia ze szpitalem konspiracyjnym… przyszło mnie oglądać kilku lekarzy i sanitariuszy. W tym jeszcze czasie ranni budzili sensację. Na wszelki wypadek na drugi dzień żona zabrała mnie do domu. Przede wszystkim jednak zaraz po przyjeździe musiałem uruchomić alarmowy kontakt, i to bez względu na to, czy „Jacek” żył, czy nie. „Jacek” znał adresy po obu stronach granicy. Śledztwo wykazało, że tej nocy została aresztowana rodzina, u której gościliśmy w Ostrowi Mazowieckiej, a „Jacek” zmarł na szosie z powodu krwotoku. Do całej wsypy przyczyniła się konfidentka gestapo, tak ochoczo odprowadzająca nas z Dworca Zachodniego. Była to już jej trzecia sprawa, z obu poprzednich wytłumaczyła się. Jako powód współpracy z gestapo podała szantaż; chciała ratować kogoś aresztowanego z jej rodziny. Kpt. Kontrym („Żmudzin”), który prowadził śledztwo, napisał do mnie, że wykonano na niej wyrok. Niie była ona jednak etatową łączniczką „Dworca Wschodniego”. W tym też czasie otrzymałem wiadomość z Krakowa o śmierci ppor. Zbigniewa Wojakowskiego. Rannego w związku z pracą w Kedywie aresztowano w 1943 r. i 28 października stracono w egzekucji publicznej przy ulicy Szerokiej w Krakowie. Wojakowski był kuzynem mojej żony. Górski otrzymał moją pocztę, a mnie polecono leczyć się w Warszawie i reprezentować sprawy Obszaru. W tym czasie działała nowa organizacja zaopatrzeniowa utworzona w Kedywie KG, kryptonim „Start”.51 Jej kierownikiem: został ppłk Henryk Krajewski („Trzaska”). Zadaniem „Startu” było dowożenie zaopatrzenia, broni, amunicji itp. do rejonów uznanych za partyzanckie. Do takich należał Okręg Radomsko-Kielecki (kierownik bazy „Startu” por. Jan Rogowski, ps. „Czarka52). Na naszym terenie był nim Okręg Poleski, gdzie zaopatrzeniem kierował Antoni Kończal („Mały”) z „Wachlarza”, i Nowogródzki - zaopatrywany przez rtm. Tomasza Zana („Borek”). S potkałem się z Piwnikiem („Ponurym”). Na stanowisku szefa Kedywu Okręgu Radomsko-Kieleckiego rozpoczął ożywioną działalność partyzancką i równocześnie rozwinął produkcję broni. W tym rejonie przed wojną pracowały fabryki karabinów, pistoletów i amunicji. Część specjalistów ocalała i włączyła się do tajnej produkcji. Organizatorem produkcji Stenów był inż. Kazimierz Czerniewski, „Korebko”,

51

Kryptonimem utworzonego we wrześniu 1943 r. Oddziału Zaopatrzenia Terenu sztabu Kedywu KG AK był „Stadion”. Podlegały mu cztery bazy zaopatrzenia dla poszczególnych Okręgów: „Start” I, II, III, IV. 52 Por. Jan Rogowski, ur. 1913, prawnik, cichociemny, skakał do Kraju 3/4 marca 1942 r., dowódca patrolu na II odcinku „Wachlarza”, oficer Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponurego” (Jana Piwnika) na Kielecczyźnie, aresztowany wskutek denuncjacji, rozstrzelany 16 lutego 1944 r. w Radomiu.

który pracował w fabryce narzędzi rolniczych w Suchedniowie (właściciel Taciński).53 Mimo nadzoru niemieckiego inż. Kazimierz Czerniewski dobrał odpowiedni zespół ludzi, którzy według projektów „Korebki” wykonali serię tzw. polskich Stenów. Była to broń sprawna i poważnie zasiliła „Ponurego”. Prócz tego w tym rejonie uruchomiono chałupniczą produkcję amunicji 9 mm (rodzina Spychajów). To również było wielkim sukcesem. Za pośrednictwem „Ponurego” udało mi się uzyskać kilkanaście peemów polskiej produkcji (polski Sten). „Mały” przerzucił tę broń dla „Znajdy”, który dowodził dobrze uzbrojonym oddziałem Kedywu Obszaru Białostockiego. Trudno mi wyrazić, jak się ucieszyłem, gdy po miesiącu domowego leczenia wykonałem mały ruch palcami prawej ręki. Zacząłem kursować między Warszawą a Łomżą, korzystając z mocnych dokumentów. Jeździłem bez broni. Sprawy przygotowań do „Burzy” stawały się coraz bardziej aktualne. Niemcy cofali się mimo zaciekłego oporu na całym froncie wschodnim. Ich wściekłość wyrażała się w mordowaniu cywilnej ludności. Zaopatrzenie materiałowe AK przedstawiało się wręcz źle. Wprawdzie powołano do życia nieliczne warsztaty zbrojeniowe, przychodziły też zrzuty z Anglii, a potem z Włoch, ale wszystko to była kropla w morzu wobec planów Komendy Głównej. Większość materiału zrzutowego przydzielano dla Okręgu Warszawskiego, Lubelskiego i Wołyńskiego, gdzie „Oliwa” (Jan Wojciech Kiwerski) rozpoczął działanie na większą skalę. W Warszawie powstały nowe jednostki dyspozycyjne Kedywu, które również korzystały ze zrzutów. Niewiele więc mogliśmy uzyskać dla naszych wschodnich partyzantów. W styczniu albo w lutym 1944 r. Kalenkiewicz zakomunikował mi, że „Ponury” został pozbawiony stanowiska i jest w Warszawie. Spotkaliśmy się we trójkę. Okazało się, że Piwnik miał zatargi ze swoim sztabem Okręgu. Jako szef Kedywu należał do sztabu. Jego temperament kazał mu iść do lasu, organizować osobiście oddziały, dowodzić nimi w walce. Sprawy miały nie tylko charakter służbowy. Piwnik żądał dla żołnierzy zaopatrzenia i w końcu czynnie kogoś w sztabie znieważył. Sprawa oparła się o płk. „Nila” i ostatecznie Piwnika mimo jego zasług zwolniono ze stanowiska. „Ponury” był w ponurym nastroju. I nie chodziło tu o samą zmianę przydziału. Piwnik54 został skierowany do Okręgu Nowogródek, gdzie było dla niego duże pole działania. Szło jednak o samą zasadę. Z jeszcze jedną zetknąłem się dramatyczną sprawą. Ppor. Jerzy Wojnowski („Motor”) był oficerem zaopatrzenia w oddziałach „Ponurego”. Z Komendy Głównej przyszedł rozkaz zlikwidowania go jako zdrajcy. Komenda miała dowody jego współpracy z Niemcami. Ale wtedy ani „Ponury”, ani ja nie wierzyliśmy w zdradę „Motora”. Rozkaz wykonano. Dowody zdrady „Motora” zostały ujawnione po wojnie bezspornie. Maciej Kalenkiewicz też wyjechał do partyzantki. Miał tworzyć 77. pp (Lida), znany „Sim Sim”.

53

Wg. C. Chlebowskiego (Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, Warszawa 1985, s.147) właściciel fabryki suchedniowskiej nazywał się Stanisław Tański. 54 Piwnik, ur. 1912, przed wojną oficer policji, cichociemny, skakał do Kraju 7/8 listopada 1941 r., dowódca II odcinka „Wachlarza”. Od czerwca 1943 dowódca Zgrupowań Partyzanckich AK na Kielecczyźnie, od lutego 1944 r. w Okręgu A Nowogródek kierownik szczuczyńskiego ośrodka dywersji, od maja 1944 r. dowódca VII batalionu 77. pp AK w Nowogródzkiem, zginął 16 czerwca 1944 r. pod Jewłaszami koło Lidy przy zdobywaniu niemieckiego bunkra, pośmiertnie awansowany do stopnia majora.

Zameldowałem się w lutym 1944 r. u płk. „Izabelki” z wiadomością, że Obszar Białystok zostaje rozwiązany, a sam pułkownik ma się zameldować w Komendzie Głównej. Nie wiem, czym kierowano się przy tej decyzji. Obszar Lwowski nie ulegał przemianom. Okręg Poleski i Białystok został podporządkowany bezpośrednio Warszawie. Okręg Nowogródzki (dowódca ppłk Janusz Szlaski, „Prawdzic”, „Borsuk”; pierwotne nazwisko Jan Szulc) podporządkowano Okręgowi Wilno (dowódca płk Aleksander Krzyżanowski, „Wilk”) 12 czerwca 1944 r. W końcu marca spotkałem się ponownie z płk. Godlewskim i mjr. Górskim. Jechali oni do Krakowa,55 gdzie nastąpiła tragiczna wsypa. Komendant tego Okręgu, ppłk Józef Spychalski ps. „Grudzień”, „Luty” (cichociemny, skakał do kraju 30/31 marca 1942 r.), został aresztowany 24 marca 1944 r. Płk Godlewski, który przybrał nowy pseudonim „Garda”, jechał na wakujące stanowisko. Inni oficerowie sztabu Obszaru Białystok, „Szubrak” (mjr inż. Tadeusz Kaczyński) i „Jerzy”, dostali przydział do Okręgu Białystok. Ja wróciłem na Polesie. Tu też nastąpiły zmiany. Płk Dobrski („Żuk”) został odwołany do Warszawy. Nowym komendantem mianowano ppłk. Krajewskiego („Trzaska”), a jego szefem sztabu został mjr Zan („Borek”). Obaj przyszli ze „Startu”, o czym wspominałem. Przechodziliśmy już do walki otwartej w polu, odtwarzając 30. Dywizję Piechoty. Ppłk Krajewski został jej dowódcą. Zbędne już stały się Inspektoraty, Obwody i sztaby Kedywu. Teraz miały powstać dwa lub trzy pułki piechoty i ewentualnie 25. p. uł., przed wojną stacjonowany w Prużanie. Przystąpiliśmy do organizacji dywizji. Bralem również udział w rozmowach z dawnym i obecnym dowódcą. Spotkania odbywały się przeważnie w mieszkaniu państwa Obryckich, którzy od czasu „Wachlarza” stali się patriotami Polesia. Płk „Żuk” przekazywał swoje skromne gospodarstwo. Od 1942 r. ponieśli Polacy straty na skutek egzekucji i zsyłek do obozów. Niektóre polskie oddziały partyzanckie przeszły do ugrupowań lewicowych, powstałych na Polesiu, albo wręcz do partyzantki radzieckiej. Oddziały „Jura”, „Kapelana” (Jasiewicza56) i „Lucjana” rozpłynęły się w ten sposób. Szef polskiego Kedywu nie miał z tymi oddziałami kontaktu. Organizacja ludzi w terenie nasuwała też pewne wątpliwości... Magazyny broni i amunicji wymagały sprawdzenia. Wiedzieliśmy tylko, że Niemcy mają trzydzieści tysięcy sił policyjnych i wojskowych na tym terenie. Pilnują miast i szlaków komunikacyjnych. Organizują wsie obronne, spędzając do nich ludność i inwentarz z sąsiedztwa. W opuszczonych wsiach zasypują studnie. Wypędzają chłopów do pilnowania torów kolejowych i stosują w razie dywersji represje. Należało zaczynać wszystko od nowa. Ppłk Krajewski miał ciężki orzech do zgryzienia. W maju ustalony został skład dowództwa 30. DP: dowódca ppłk Henryk Krajewski, ps. „Leśny”, szef sztabu rtm. Tomasz Zan, ps. „Borek”, dowódca 84. pp kpt. Alfred Paczkowski, ps. „Wania”, „Dawid”. Dowódcą 83. pp miał być oficer o pseudonimie „Wrzos”, nazwisko nie ustalane, pochodził ze sztabu Okręgu Polesie. Na razie byłem jedynym kandydatem do wyjścia w pole.

55

Fakt, że mjr Górski do końca kwietnia 1944 r. przebywał na Białostocczyźnie zdaje się wskazywać, że wspomniane spotkanie nastąpiło kilka tygodni później. 56 Jaziewicz po wsypie w Brześciu dowodził oddziałem partyzanckim w rejonie Kobryń-Brześć-Małoryta.

W wojsku istnieje odwieczna zasada: wojsko czeka - na awans, na pensje, na inspekcje... Po długim czekaniu wszyscy zaczynają się spieszyć, wykonują zadania i czekają znowu. Czekaliśmy wszyscy na ostatnią walkę z Niemcami, po to istniały sztaby, po to skakaliśmy do Kraju w okupacyjną noc. Ale w maju 1944 r. nie byliśmy gotowi do wyjścia w teren. Nie widziało się plutonów, cóż dopiero pułków. Mówię o 30. Dywizji. Na terenie niektórych województw działały już pokaźne oddziały partyzanckie. Warszawa miała też szereg zorganizowanych batalionów Kedywu, a „Baszta” (skrót: batalion sztabowy) osiągnęła stan liczebny pułku piechoty. Miałem wyjść ze zwiadem na Polesie jeszcze w maju 1944 r., a nasza dywizja wraz z dowódcą powinna zebrać się w rejonie Platerowa w lipcu. Na razie otrzymałem kilku oficerów do organizowania mojego pułku. Przybyli: por. Zygmunt Szkudelski, ps. „Cezary”, por. Sergiusz Szoryn, ps. „Bończa”, obaj z Kedywu z Brześcia, sierż. Piotr Olędzki, ps. „Pietrek” z grupy likwidacyjnej Kierownictwa Walki Konspiracyjnej, sierż. dezerter z armii niemieckiej Skibniewski (imię nieznane), „Spadachroniarz”57. Z wymienionych tylko „Pietrek” dysponował patrolem gotowym do wyjścia w pole. Na odprawie, którą miałem w lokalu na ulicy Belwederskiej nr 10, ustaliłem, że grupa nasza ma liczyć trzydziestu uzbrojonych żołnierzy, bo tyle broni mogłem się spodziewać. Obaj oficerowie otrzymali polecenie zmobilizowania po dziesięciu żołnierzy, zdolnych i chętnych do walk partyzanckich. Obaj dysponowali takimi możliwościami, ponieważ mieli swoje znajomości w Warszawie. Henio Migula, który znajdował się już w domu, wyrósł i zmężniał. Powiedziałem, że po znajomości zabiorę go do lasu. Ucieszył się. Zorganizowaniem grupy dwudziestu-trzydziestu ludzi miał zająć się „Cezary”, przewidziany na stanowisko dowódcy I batalionu. Miała to być w przyszłości kadra dowódcza jego oddziału, a ja zamierzałem dołączyć do niego z kilkoma żołnierzami ochrony. „Mały” (Kończal) dostał polecenie przygotowania dla „Cezarego” broni, karabinów, pistoletów maszynowych i ewentualnie karabinu maszynowego. Ja sam gorączkowo zacząłem szukać jeszcze innych możliwości. Kompania Kedywu, która miała tworzyć batalion „Chomików” w Białymstoku, została opuszczona przez jej opiekuna, mjr. Jana Górskiego. Dowództwo jej miał objąć kpt. Leon Nowakowski, ps. „Nowicki”, oficer piechoty, mój kolega gimnazjalny. „Nowicki” nawiązał wprawdzie kontakt ze „Znajdą”, sam to spotkanie organizowałem w lutym 1944 r., ale coś zaczęło się psuć. „Nowicki” należał do zgrupowania warszawskiego i jego władze nie chciały go puścić z Warszawy. Ściągnąłem zatem sierż. „Znajdę” z kilkoma żołnierzami do Warszawy i poleciłem mu zorganizowanie sieci informacyjnej na terenie mojego przyszłego działania. Ppłk „Leśny” (nowy pseudonim Krajewskiego) wyznaczył mi trójkąt między Czeremchą, Wysokim Litewskim i Kamieńcem, na południe od Puszczy Białowieskiej. Tam mieliśmy znaleźć ukrytą broń i zorganizowanych ludzi. Na tym terenie miałem jeszcze od czasu „Wachlarza” świetną bazę, o której nikomu nie mówiłem. We wsi Tokary mieszkał wspaniały człowiek, ks. Tomasz Lepecki, antropolog. Po przewrocie majowym w 1926 r. jawnie demonstrował swoją niechęć do marszałka Piłsudskiego i za karę został prefektem w mojej szkole w Brześciu. Tu też naraził się. Został proboszczem w Tokarach. Był człowiekiem wielkiej wiedzy i kultury. Zyskał sobie ogólny szacunek w terenie. Leczył
57

Polak z Pomorza, służył w niemieckich oddziałach spadochronowych, dezerter z frontu wschodniego, działał w Kedywie w Warszawie.

okoliczne wsie, a nawet Niemców, od których zdobywał lekarstwa dla swoich podopiecznych. Znajewski („Znajda”) już poznał przeze mnie ks. Lepeckiego i miał polecenie, żeby go uprzedzić o moim przyjściu. Przygotowania ruszyły pełną parą. „Cezary” zameldował o gotowości bojowej swego plutonu. Wyznaczyłem zbiórkę naszego wojska na dzień 31 maja 1944 r. w Otwocku. Od 8 rano każdym pociągiem miało przybywać kilku żołnierzy i wchodzić na dziedziniec kościelny (była niedziela), gdzie uzbrojeni „szwoleżerowie” (moja grupa osłonowa) mieli ich kierować na miejsce zbiórki. Znaleźliśmy opuszczony dom na przedmieściu; dom ten podobno należał do rodziny gen. Sikorskiego. Edward Jamnicki dostał polecenie kupienia 30 kg kiełbasy i kilkudziesięciu bochenków chleba, żebyśmy w pierwszy dzień partyzantki nie odczuli głodu... W południe miałem już tłum młodzieży nie mieszczącej się w melinie. Każdy pociąg przywoził plutony partyzanckie. Chłopcy ubrani byli różnie, wielu nosiło narciarskie buty, niektórym troskliwe ręce zawiązały na szyi zimowy szalik. Nie wyglądali na tłum pobożnych młodzieńców. Langner58 przywiózł dwanaście karabinów, siedem pistoletów maszynowych i jeden erkaem (Dreyse). Prócz tego samochód wypełniały granaty krajowej produkcji (tzw. filipinki). W południe sytuacja przedstawiała się następująco: 183 ludzi, a uzbrojenie na 30. Tylko Jamnicki nie zawiódł, każdy trzymał w ręku pajdę chleba i kawał kiełbasy. Musiałem zadecydować o natychmiastowym wymarszu z Otwocka. Odesłałem szybko naszych zaopatrzeniowców. Żołnierzy rozdzieliłem na plutony i ruszyłem w kierunku Mińska Mazowieckiego. W żadnym wypadku nie mogłem odesłać takiej masy młodzieży do Warszawy, choć uświadomiłem sobie, że wielu spośród przybyłych nie ma jeszcze doświadczenia konspiracyjnego. Skąd wzięła się taka ilość chętnych? Po prostu każdy z wezwanych przez „Cezarego” zawiadomił kilku kolegów, a ci z kolei innych. Wiadomość rozeszła się jak fala na spokojnej wodzie. Rozdzieliłem nasze wojsko na grupę uzbrojonych, tą dowodził „Cezary”, oraz nie uzbrojonych, której szefem został „Spadochroniarz”. Maszerowałem ze „szwoleżerami” w straży przedniej. Szliśmy przez Podlasie długim wężem. „Spadochroniarz” w marszu ćwiczył swoich żołnierzy i z każdym dniem wzrastała dyscyplina oddziału. Zrobiliśmy kilka ćwiczeń podstawowych, jak natarcie, obrona. Na postojach odbywała się nauka o broni. Szliśmy po bezdrożach. Por. „Bończa” zdobywał zaopatrzenie we wsiach. Ludzie cieszyli się na widok oddziału i karmili nas, przeważnie bezpłatnie. Po drodze eliminowaliśmy słabych fizycznie, małoletnich i tych, co budzili jeszcze inne wątpliwości. Byli tacy, którzy nie wiedzieli, gdzie i po co idą. Po drodze zameldowałem się u gen. Ludwika Bittnera („Halka”)59 dowódcy 9. Dywizji AK, stacjonującej w rejonie Białej Podlaskiej. Kontakt ten zawdzięczałem „Żukowi”. Prosiłem generała, żeby zatrzymał „Nowickiego”, jeżeli zgłosi się w marszu z Białegostoku.

58

Antoni Langner w transporcie III odcinka „Wachlarza”, odznaczony Krzyżem Walecznych za udział w akcji rozbicia więzienia pińskiego, potem oficer broni przy warszawskiej bazie Okręgu Brzeskiego. Ranny w Powstaniu Warszawskim jako żołnierz „Czaty 49”, zmarł tego samego dnia (7 września 1944 r.). 59 Gen. Ludwik Bittner, legionista, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, przed wojną m.in. dowódca 34. pp, w kampanii wrześniowej zastępca gen. Wilhelma Orlika-Rückemanna, ostatniego komendanta Korpusu Ochrony Pogranicza. W konspiracji początkowo był inspektorem w KG ZWZ, a od marca-kwietnia 1941 r.

Spotkałem oddział partyzancki ppor. Solnicy, dawnego żołnierza „Wachlarza”. Działał on teraz w rejonie Mokobrodów w ramach Kedywu siedleckiego. Doszliśmy do lasów pod Sokołowem Podlaskim, gdzie ćwiczyła szkoła podchorążych 9. Dywizji. Gajowi pokazali nam leje po wybuchu nie znanej nam bomby (w tym czasie polski wywiad już zebrał dane dotyczące rakiet V-2, bo o nich tu mowa). Koło połowy czerwca odesłałem ponad stu ludzi do domu. Teraz każdy miał broń: karabin, pistolet, a przeważnie „filipinkę”, jeśli granat ten można nazwać bronią. Przeprowadziliśmy strzelanie Wysłałem Piotra Olędzkiego i kpr. „Jędrka”60 z „Baszty” do Warszawy z meldunkiem o stanie oddziału. Zorganizowałem tabor: siedem osiodłanych bądź jucznych koni. 3 czerwca doszliśmy do wsi Serpelice nad Bugiem. W tym miejscu był bród. Przez granicę na Bugu postanowiłem przeprawiać się w nocy. Szpicą przednią dowodził por. „Bończa” i natknął się na straż graniczną. Otworzył ogień i przepędził szkopów. Przeszliśmy rzekę szczęśliwie. Nasze patrole przeszukały dokładnie prawy brzeg Bugu. Niemcy ulotnili się jak kamfora. Maszerowałem na wschód, żeby oderwać się od granicy. Na horyzoncie widzieliśmy palącą się wieś. Pierwszy postój zarządziłem w lesie. Las miał stać się odtąd naszym domem. Ten dom był wypalony słońcem i pozbawiony wody. Miałem teraz możność obserwowania żołnierzy, byli zmęczeni, wielu z nich przeżywało duchową rozterkę. Dopiero kiedy „Bończa” rozwinął juki, chłopcy nabrali animuszu. Rozumiałem ich dobrze, chociaż wzrastałem w warunkach pokojowych. Nasze pierwsze doświadczenia nakazywały postępować tu inaczej niż na Polesiu. Tu spotykaliśmy wsie obronne, o których wspominałem. Siłą musieliśmy zdobywać jedzenie, zabierając bydło do lasu. Niemcy przeważnie zamykali się w swoich bunkrach czy strażnicach. 23 czerwca w nocy odwiedziłem księdza Lepeckiego. Ucieszył się na widok swojego dawnego ucznia i przyjął gościnnie setkę ludzi. Przyjęcie odbyło się w lesie, gdzie przyjechali miejscowi gospodarze z wojskowymi kotłami i z gorącym daniem. Picia wódki surowo zabraniałem, więc uczta odbyła się po cichu, ale radośnie. W Tokarach dostałem złe wiadomości, kontakty otrzymane w Warszawie były nieczynne. Ruszyliśmy dalej. Nie mówiłem o tych sprawach nawet najbliższym oficerom. Po co im psuć humor. Za oddziałem szedł jak cień patrol „Znajdy”. Czasami zostawałem w tyle, żeby z nim porozmawiać, czasem przychodził ktoś od niego z wiadomością. W Tokarach ustaliłem przewidywaną marszrutę. Ubezpieczony, szedłem przeważnie w szpicy z kilkoma „szwoleżerami”, na których liczyłem najbardziej. Byli oni już ostrzelani w mieście (wykonywali akcje w Warszawie)61, a po pierwszych marszowych kłopotach zaczynali rozumieć las. Tych okolic nie znałem osobiście, razem ze „szwoleżerami” podziwiałem piękno przyrody. Raz szukaliśmy jakiegoś dróżnika, innym razem gajowego, ludzi, którzy mieli tu mieszkać. Padały odpowiedzi: „Nieznam”, „Nieznaju”. Pchor. Mirosław Spiechowicz („Sokół”) przyprowadził z patrolu trzech żołnierzy radzieckich. Byli to jeńcy zbiegli z obozu w Małkini. Przeżyli tam piekło. Uciekli i tułali

komendantem Okręgu Lublin ZWZ-AK. Od 11 stycznia 1943 r., pełnomocnik Dowódcy AK do spraw scalenia BCh z AK. Zmarł po wojnie w Kraju. 60 Andrzej Zdrójkowski. 61 Była to grupa 6 żołnierzy od „Żmudzina” (kpt. Bolesława Kontryma), która wykonywała wyroki śmierci na konfidentach, Volksdeutschach itp., tu występująca pod wspólnym określeniem, „szwoleżerowie”.

się półnadzy od wielu miesięcy. Las ich żywił. Patrzyli na mnie apatycznie. Przejawili zainteresowanie, kiedy odezwałem się do nich po rosyjsku. Zapalili. Zjedli. Powiedziałem im, że idę się bić z Niemcami. „A wy? Jak chcecie?” Odpowiedzieli, że pójdą ze mną. Stanęli w szeregach nie uzbrojonych. Dzielili nasz los. Dostałem ostrzeżenie: na naszej drodze znajdują się kawałki podartego papieru, jakby ktoś zostawiał ślad. Intrygujące pytanie: kto to robił. Znaleźliśmy kilka źle uzbrojonych placówek AK. Niepotrzebne. Zostawiłem je do przyjścia dywizji. Kończyłem już penetrację terenu. Bez skutku. Nie znalazłem ani radiostacji, ani magazynów broni. Żywność zdobywaliśmy co noc, i to wcale niezłą: baran na czterech łudzi. Piekło się mięso na ogniu i każdy dostawał ćwiartkę. Gorzej było z chlebem i solą. Z wodą różnie. W opuszczonych wsiach zasypano studnie. Może i lepiej. Nikt nie chorował na żołądek. 29 czerwca podszedłem do wsi Mańczaki, stanąłem w chutorze, daleko od wsi. Nadszedł meldunek o ruchu wojsk niemieckich i policji. Jeżdżą, sprawdzają. Mieli rację, wytłukliśmy im po drodze szpiclów, których listę przekazał mi „Żuk”. Na podstawie zarządzeń niemieckich mieszkańcy wsi musieli meldować żandarmerii o ruchach partyzanckich. Kiedy dochodziliśmy z jednej strony do wsi. to z drugiej wyjeżdżał konny goniec do Niemców. Wobec tego do wsi wchodziliśmy z kilku stron równocześnie. Przyszliśmy po północy i kazałem ludziom iść spać. „Bończa” powiesił na jakiejś szopie kartkę: „Officers only”, tak jak robią to Anglicy w okupowanym kraju. Wystawiono posterunki. Spaliśmy dwie godziny. Nad ranem wdałem się w rozmowę z gospodarzem. Okazało się, że jeden z żołnierzy dał mu list do żandarmerii. Meldunek o stanie broni i ludzi. Dyskretnie dowiedzieliśmy się, kto to zrobił. Rano patrole poszły na rozpoznanie. Stwierdzono obecność nieprzyjaciela na północ od nas i od wschodu. Posuwa się pieszo, marszem ubezpieczonym. Doszło do wymiany strzałów. W patrolu konnym wysłanym na północ zginął żołnierz ps. „Jerzy” (nazwisko nie ustalone). Postanowiłem przejść na dogodniejszy teren i ostrzelać Niemców Rozumowałem tak: jeżeli będę uciekał z oddziałem w ciągu dnia, Niemcy mnie dopędzą samochodami. Nasi ludzie będą zmęczeni i oddział zostanie zniszczony. Grupę nie uzbrojonych odesłałem do lasu, podzieliwszy ich na dwie sekcje, które po przejściu Bugu miały się rozdzielić: jedna miała wrócić do Warszawy, druga na miejsce koncentracji w rejon Platerowa. Opiekę nad całym oddziałem przeznaczonym do ewakuacji objął „Znajda”. Kazałem im maszerować nocami. Poszli. Krótki sąd odbyliśmy nad szpiclem, dowody zdrady miał w kieszeni - nowy list. Teraz demonstracyjnie szedłem z oddziałem przez pole do wsi Mańczaki. Musiałem zatrzymać Niemców na sobie. Im dłużej, tym lepiej. Zjedliśmy śniadanie, zarządziłem kąpiel i opalanie się. Grzało piękne słońce. Posterunki doniosły, że widzą nieprzyjaciela na wschód od wsi. My znajdowaliśmy się na polu na północ od Mańczaków. Ogłosiłem alarm. Dochodziła godzina 12.00. Słońce stało jak rozjemca między batalionem piechoty z 242. Rezerwowej Dywizji niemieckiej (dowódca kpt. Eckmann) a nami. Było nas trzydziestu żołnierzy i siedem koni. Przed nami rozciągały się małe wzgórza, a za nimi rzeczka, dopływająca do Leśnej. Znajdowaliśmy się na polach wśród wysokiej pszenicy. Mogliśmy próbować ucieczki, ale wiedziałem, że nasi nie uzbrojeni chłopcy mają jeszcze daleką drogę do Bugu.

Zobaczyłem pierwszych Niemców wchodzących na wzgórza. Musiałem atakować. To najlepsza obrona. Ruszyliśmy w następującym szyku: ja z czterema „szwoleżerami” prowadzę natarcie. Nieco w prawo, z tyłu ode mnie „Bończa” z drużyną, a dalej jeszcze w prawo „Cezary” z drugą drużyną. Po wojskowemu nazywa się to schody w prawo. Z tyłu za mną „Spadochroniarz” i trzech radzieckich żołnierzy. Ta grupa uzbrojona w erkaem ma osłaniać moje lewe skrzydło ogniem. Konie kazałem wpędzić daleko w pszenicę. O 12.30 dałem rozkaz: „Krótkimi seriami ogień! Kierunek wprost nade mną”. Pochyleni poszliśmy do szturmu. Przed nami mieliśmy rozwiniętą kompanię niemieckiej piechoty i do niej strzelał „Spadochroniarz”. Niewiele widzieliśmy, gdyż wszyscy już weszliśmy w pszenicę, ale rozumiałem, że nasz ogień jest skuteczny. Niemcy też zaczęli prażyć do nas, koło mnie upadł Olek Bishoff z Żoliborza. Zabrałem jego Stena, zdążyłem jeszcze dać krótką serię, kiedy poczułem uderzenie w lewy bark, upadłem. Leżałem kilka sekund w omdleniu, a może dłużej, usłyszałem wybuchy granatów. Ktoś wołał: „Kapitan zabity! „ Próbowałem wstać, ale osłabłem, ktoś mnie podniósł. Zobaczyłem „Bończę”, wtedy rzekłem: „Prowadź natarcie”. Zacząłem uświadamiać sobie, że jestem ranny. Podbiegł do mnie „Cezary”. Kazałem teraz zatrzymać natarcie i wycofać się do wsi. Odwrót osłaniał erkaem. Chłopcy chcieli mnie nieść, powiedziałem jednak, że sam dojdę do wsi. Maszyna wzięła wsteczny kurs. Nie wiem, jak to zrobił „Cezary”, w każdym razie, kiedy znalazłem się o pięćdziesiąt metrów przed wsią, zobaczyłem naszych, wpatrujących się we mnie. Musiałem nietęgo wyglądać. Koło wsi, z pszenicy wyszła inna kompania niemiecka i jak na pokazie strzelała na komendę. W tym momencie nasi otworzyli ogień do Niemców, którzy zawrócili szybko do pszenicy. We wsi czekał już na mnie wóz konny i wiadro wody. To woda chyba uratowała mi życie. Zwaliłem się na wóz. Umówiłem się z „Cezarym” na spotkanie w lasach Nurzeckich za trzy dni pod spalonym czołgiem. Stał tam od czerwca 1941 r. niemiecki Pz. Kw. IV. Na ochotnika siadł ze mną por. „Bończa” (Sergiusz Szoryn), „Sokół” (Mirosław Spiechowicz) i pchor. „Marian” (Wojciech Szczepański), szef mojej ochrony. Natomiast por. „Cezary” (Zygmunt Szkudelski) wyszedł na ulicę we wsi, żeby na siebie ściągnąć Niemców, wtedy my pojechaliśmy w pole, między pszenicę. Po kilku kwadransach jazdy zeszliśmy z wozu, zawróciliśmy konie i pognaliśmy je do domu. Sami zaś ukryliśmy się. Wkoło nas falowała na setkach hektarów pszenica. Po kilku godzinach Niemcy zaczęli nas szukać (dojrzał nas pastuch), słyszeliśmy ich głosy, ale widocznie był czas na kolację i dali nam spokój. Bitwa trwała jeszcze długo. Na pomoc nadszedł batalion policji z Brześcia (dowódca ppłk Rode). Wszyscy razem stratowali pszenicę w Mańczakach, szukając rannych partyzantów, których dobili. Na osobną wzmiankę zasługuje wałka z końmi, które zostawiliśmy ukryte w pszenicy. Niemcy utworzyli pierścień i wykonali na nie natarcie uwieńczone sukcesem... Kilka koni padło. Nie miałem łatwej drogi do spalonego czołgu. Dnie były upalne, a ja postanowiłem iść, dopóki nie opadnę z sił. Liczyłem się z zakażeniem. Bardzo zmęczeni dotarliśmy do lasu przy stacji Czeremcha. Siedliśmy w suchym jak pieprz lesie, o sto metrów od drogi. Widzieliśmy stację kolejową i żołnierzy na peronie. Postanowiliśmy, poleżeć, odpocząć. W pewnym momencie nadjechały dwa dworskie wozy wypełnione żołnierzami. Wozy się zatrzymały, żołnierze wysiedli i stanęli na skraju lasu. Widzieliśmy się nawzajem w rzadkim lesie. Mieliśmy dwa pistolety maszynowe i karabin, a ja nadto pistolet Vis

(polskiej produkcji przedwojennej). Widząc, co się święci, powiedziałem do „Mariana”: „Weź karabin i wyceluj w nich, ale nie strzelaj”. Zmęczony „Marian” burknął coś w rodzaju „Jak przyjdą...” Dopiero gdy usłyszał ode mnie sentencję przeznaczoną na takie okazje, ocknął się, wstał i ostentacyjnie podniósł karabin, opierając go o drzewo. Niemcy medytowali chwilę, w końcu orzekli, że nas tam nie było, wsiedli na wóz i pojechali szukać dalej... Znali już wojnę. Zastanowiło mnie, czym się „Marian” tak zmęczył, bo wyraźnie spuchł. Pokazał mi worek, który dźwigał ze sobą, a w nim trzy kilogramy amunicji (9 mm) do pistoletów maszynowych. Po spotkaniu z Niemcami nabrałem wigoru i powiedziałem chłopcom, że ich zapraszam do miasta. Przekroczyliśmy tory (mieliśmy przejść je w nocy) i bocznymi drogami dotarliśmy do jakiegoś domu, gdzie napiliśmy się mleka. Zaraz też ruszyliśmy na południe do naszego czołgu. Trzeciego dnia z rana szliśmy przez lasy Nurzeckie. Było pogodnie i dziwnie pokojowo. Czułem w tym lesie gnilny zapach. Nie odstępował mnie od paru godzin. Zapytałem moich przyjaciół, czy niczego nie czują. Popatrzyli na siebie znacząco i któryś stwierdził, że mam złudzenia. Niestety, niedobry zapach pochodził z mojej rany. Zgodnie z umową spotkaliśmy się z „Cezarym”. Przyszedł czas na dokonanie tragicznego bilansu. Nie znaliśmy wtedy większości nazwisk naszych żołnierzy. W zamieszaniu, jakie towarzyszy walce, trudno ustalić konkretne fakty. Nazwiska poległych i dane dotyczące bitwy pod Mańczakami zostały ustalone ostatecznie po przesłuchaniu jeńców niemieckich w dalszych bojach 30. Dywizji, jeńców niemieckich w czasie powstania w Warszawie, zeznań ludności i relacji uczestników tego boju. 3 0 czerwca 1944 r. pod Mańczakami polegli bądź zaginęli następujący żołnierze 30. Dywizji AK: 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. pchor. Wojciech Jagodziński „Wojtek” (Kedyw Warszawa), strz. Aleksander Bischoff „Olek” („Szwoleżer”), pchor. Krzysztof Strzembosz „Żaba” („Baszta”), st. strz. Olgierd Wiszniewski „Olgierd” (fabryka Stenów w Suchedniowie, żołnierz „Ponurego”), kadet Zygmunt Wiśniewski „Wiśnia” (Kedyw Warszawa), sierż. Skibniewski (imię nie znane) „Spadochroniarz” (pochodził z Bydgoszczy), lekarz oddziału, nazwisko nie znane, „Doktor” (pochodził z Krakowa), żołnierz radziecki „Lońka” (obóz jeniecki w Małkini), żołnierz radziecki „Paszka” (obóz jeniecki w Małkini), żołnierz radziecki „ Wołodia” (obóz jeniecki w Małkini).

Olgierd Wiszniewski dotarł, będąc ranny w brzuch, do wsi Wilanowo i tam zmarł. Oprócz tego w naszej grupie został ranny w rękę strz. Zdzisław Wład („Dunin”), syn poległego w 1939 r. generała. „Cezary” wyjaśnił mi, że naszą sytuację pod Mańczakami znacznie pogorszył fakt uszkodzenia jedynego karabinu maszynowego. „Spadochroniarz” usiłował zreperować go w czasie bitwy i rozebrał na części zamek, nie zdążył go już jednak złożyć. Pierwszy fachowy opatrunek zrobił mi ks. Lepecki, również od niego dowiedziałem się, że w akcji brały udział dwa bataliony Wehrmachtu i jeden batalion policyjny. Licząc niepełne stany, i tak dużo. Niemcy ponieśli straty (kilkunastu rannych i zabitych), ale nie zastosowali żadnych represji. Musieli wracać do swoich koszar. Front wschodni zbliżał się.

Ruszyliśmy do miejsca koncentracji dywizji, był już najwyższy czas. Tym razem znaleźliśmy łódkę, którą kolejno przeprawiliśmy się na drugi brzeg Bugu w okolicach Mielnika. Dziwne to, ale z wyjątkiem erkaemu i kilku kb uratowaliśmy wszystkie peemy i większość kb. W oznaczony rejon przybyliśmy 5 lipca, gdy oddziały dywizji już w zwartych kompaniach maszerowały na ten teren, który właśnie opuściłem. Plutony 84. pp czekały na nas. „Cezary” zabrał się do organizowania swojego batalionu. Przybyły oddziały Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, którymi miał dowodzić mjr „Grzmot” (Stanisław Trondowski). Był to doświadczony oficer piechoty, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari, brał udział w walkach Brygady Karpackiej w obronie Tobruku. Skakał do Polski 30/31 maja 1944 r. Prócz niego do dywizji zostali przydzieleni cichociemni: 1. ppor. kaw. Adam Krasiński „Szczur”, 2. por. kaw. Alfred Whitehead „Dolina II”, obaj skakali 4/5 maja 1944 r. 3. por. sł. zdr. Marian Golarz „Góral II”, skakał 21/22 maja 1944 r. Trafiliśmy na ruch oddziałów naszych i niemieckich. Odbywały się stałe utarczki. Poszedłem z plutonem ppor. Zbigniewa Bogackiego szukać w lesie jakiegoś naszego oddziału. Weszliśmy do leśniczówki zajętej przez Niemców, których wyrzuciliśmy. Kiedy Niemcy opuścili dom, wszedłem do sypialni i położyłem się spać mimo walki. Na szczęście Niemcy wycofali się i kilka godzin odpoczywałem. Przechodziłem okres zupełnego braku reakcji na strzały. Siedziała we mnie choroba. Byłem niezdolny do służby w lesie. Powiedziałem o tym rtm. Zanowi („Borek”), który zastępował chwilowo nieobecnego dowódcę dywizji. Zdecydowaliśmy, że muszę jechać do Warszawy leczyć się. Zan na pięknym koniu pojechał z grupą żołnierzy za Bug, zostawiając mnie z pięcioma poległymi żołnierzami z 82. pp oraz batalionu „Cezarego”, którzy padli tej nocy w lesie. „Cezary” miał już zorganizowany batalion, składający się z żołnierzy z Warszawy i Polesia. Dołączył oddział pchor. „Marka”, zobaczyłem w nim żołnierzy „Wachlarza”, a między nimi Czesława Hołuba, jednego z uczestników akcji mojego odbicia. 7 lipca zbierałem się do wyjazdu. Tego dnia „Cezary” natknął się na dużą jednostkę niemiecką i ze swoją mańczakowską grupą zaatakował nieprzyjaciela. Odniósł pełny sukces. Nasi zniszczyli gniazdo karabinu maszynowego, wybijając załogę i osłonę. Nie mieli żadnych własnych strat. Po otrzymaniu tego radosnego meldunku pożegnałem się z „Cezarym”62. Zabrałem dwu ochotników, „Mariana”63 i „Mirka”64 , i ruszyłem w drogę leczyć się. Po drodze zameldowałem się u gen. Bittnera. Doszlusował do niego Znajewski („Znajda”)65 z garstką ludzi spod Łomży, tyle tylko udało mu się przeprowadzić z Okręgu. Kpt. „Nowicki” nie zjawił się wcale. Przełożeni jego w Warszawie nie pozwolili mu wyjechać (nie wiem, komu podlegał). Zresztą KG AK zabroniła już wtedy wychodzenia z Warszawy oficerom i uzbrojonym oddziałom „Znajda” otrzymał rozkaz zobaczenia się ze mną w Warszawie. Jego ludzie zostali przekazani „Cezaremu”.
62

Zygmunt Szkudelski 1919-1967, pchor. artylerii, w kampanii wrześniowej w obronie Warszawy, w konspiracji od listopada 1939 r., związany z Konfederacją Narodu. Później zastępca szefa Kedywu Okręgu AK Brześć n. Bugiem, oficer 30. Dywizji AK, ranny w lasach Nurzeckich w czasie walk toczonych we współdziałaniu z Armią Czerwoną. Kawaler Virtuti Militari. 63 Pchor. Wojciech Szczepański poległ w Powstaniu Warszawskim 5 września. 64 Poległ w Powstaniu Warszawskim 1 września. 65 St. sierż. Albin Znajewski poległ w Powstaniu Warszawskim 9 września.

Pociągi osobowe w tym czasie były pod ścisłą kontrolą. Ja z moją osłoną dostałem się do niemieckiego transportu (batalion czołgów) jadącego na zachód. Część drogi spędziliśmy na lorze, pchanej przed lokomotywą. Takie lory miały służyć jako ochrona przeciwko minom. Dojechaliśmy do Mińska Mazowieckiego, gdzie zmieszaliśmy się z tłumem handlarzy. Zarówno ja, jak i moi chłopcy mieliśmy mieszkania w Warszawie, rozstaliśmy się żegnając do spotkania na kontakcie u „Małego”. Poszedłem do żony, która miała już z kolei dwunaste mieszkanie. Tym razem była to mansarda, przy ulicy Lisa Kuli nr 3. Wchodziło się po murarskiej kładce, bo schodów jeszcze nie wybudowano. Rozpocząłem kurację. Udało mi się dotrzeć do gen. „Bora” (ulica Filtrowa nr 68), który otrzymał meldunek, że zostałem zabity, a mój oddział „Dawid” (kryptonim 84. pp) zniesiony. W mieszkaniu u Komendanta zastałem płk. „Montera”, którego dotąd nie znałem. Gen. Komorowski, poznając mnie z płk Chruścielem („Monterem”), powiedział: „To jest »Wania«, mówiłem, że na pewno żyje”. Polecono mi spokojnie leczyć się i nie mieszać się w żadne awantury. Miałem wtedy okazję zameldować, że stawiam siebie do dyspozycji, zwłaszcza gdy będzie chodzić o łączność z Armią Radziecką. Byłem bowiem zdania, że należy utrzymać stałą łączność bojową z wojskowymi czynnikami radzieckimi. Generałowie w zasadzie przyznali mi rację. Od tej chwili pozostawałem do dyspozycji Okręgu Warszawskiego. Nawiązałem oczywiście kontakt z – ”Małym” i z moją kadrą warszawską. Wszyscy przybywający z Polesia i dawni wachlarzowcy byli wcielani do batalionu „Czata 49”, którym dowodził cichociemny, mjr piech. Tadeusz Runge („Osa”), znany potem jako „Witold” (skok 9/10 kwietnia 1944 r.) - Tadeusza znałem jeszcze ze szkolenia cichociemnych. Świetnie grał w pokera. Przed wojną był szefem bezpieczeństwa w Komisariacie Rządu dla m. st Warszawy. Teraz jemu podlegali: Langner („Douglas”), Kończal („Mały”) i większość moich byłych żołnierzy. W połowie lipca 1944 r. wszyscy w Warszawie mówili o klęsce Niemiec i o powstaniu. Nawet Niemcy. Pociągami ze wschodu przybywali niemieccy urzędnicy, na ulicach włóczyli się piesi żołnierze, widziało się wzmocnione patrole żandarmerii. Z okien naszego mieszkania w nocy podziwialiśmy koraliki pocisków przeciwlotniczych. Nad Warszawą przelatywały rosyjskie samoloty. Gorączkowałem z powodu zakażenia. Miałem dobrą i życzliwą opiekę lekarską. Zwłaszcza dużo serca okazał mi prof. dr Jan Kossakowski i dr Stefan Pokrzewiński, co miało ogromne znaczenie w sytuacji niedostatków finansowych w domu. Musiałem leżeć, gdy Warszawa szykowała się do ostatniej rozgrywki.

XII

W czasie choroby robiłem notatki, konsultowałem się z sierż. Znajewskim, który teraz przyjął pseudonim „Majster”. Mianowałem go szefem kancelarii 84. pp, w ten sposób starałem się uporządkować ewidencję. „Mały”, który był moim kronikarzem, zobowiązał się zabezpieczyć dokumenty, aby nie wpadły w niepowołane ręce.

W końcu lipca „Mały” zawiadomił mnie, że w razie wybuchu powstania mam pozostać w rezerwie i nie ujawniać się, aż do rozkazu płk. „Montera”. Umówiłem się z „Małym”, że przyjdę do Langnera seniora na Koło w dniu 1 sierpnia. Miałam tam otrzymać dwa tysiące złotych, co było dla mnie majątkiem. Po drodze zobaczyłem ciągnącą na zachód jakąś niemiecką dywizję piechoty. Widok tej kolumny pokrzepiał, żołnierze w większości maszerowali piechotą, na konnych wozach jechali ranni i chorzy. Na twarzach żołnierzy uwidaczniało się zmęczenie. Gdyby nie mundury, można by sądzić, że to ciągnęły nasze kompanie z 1939 r. Wzdłuż kolumny posuwały się motocykle na gąsienicach (widziałem je po raz pierwszy w życiu). Z dużym opóźnieniem przyjechałem na miejsce. Kończal („Mały”) i Langner („Douglas”) junior czekali na mnie. Od roku byli podporucznikami, dowódcami plutonów w „Czacie 49”. Cały ten pododdział składał się z byłych wachlarzowców, trzecim plutonem dowodził por. Jędrzejewski, „Jędras”, również z „Wachlarza”. „Mały” przekazał mi rozkaz: jeżeli powstania nie będzie, mam się zameldować 2 sierpnia na ulicy Filtrowej nr 68 w wiadomym mieszkaniu, jeśli zaś powstanie wybuchnie, mam szukać płk. „Montera”, przewidzianego na dowódcę powstania w Warszawie. Ustaliłem z „Małym”, który przybrał teraz pseudonim „Gram”, sposoby kontaktowania się na wypadek powstania. Podałem mu między innymi adres ppłk. Grocholskiego na ulicy Puławskiej nr 103. W tym domu znaliśmy kilka osób, z których najważniejszą był Piotr Kuryłło, dozorca domu, zaprzysiężony żołnierz „Wachlarza”. Obaj oficerowie poszli na miejsce zbiórki powstańczej, a ja pojechałem na ulicę Puławską. Z ppłk. Grocholskim przez cały okres wojny spędzony w Kraju utrzymywałem przyjacielski kontakt. Mój dawny szef pozostawał ciągle „w dyspozycji”; będąc z natury obdarzony żywą wyobraźnią i zdolnościami, wypełniał czas filozofią i malarstwem. Czytał, pisał, malował pędzlem i piórkiem. Rozmowa z „Doktorem” dawała mi prawdziwą satysfakcję. Teraz jechałem w innej sprawie. Po powrocie z Polesia zostawiłem u pułkownika mój pistolet z amunicją. Mieszkanie „Doktora” kryło przemyślne schowki, wykonane przez wybitnych specjalistów, rzemieślników. Tego dnia zastałem pułkownika przy słuchaniu radia, komunikaty z Londynu podawały sytuację na frontach. Dla nas najważniejszą sprawą był front wschodni, który dotarł już do Otwocka. Od szybkości postępów Armii Czerwonej zależały nasze losy. Przedtem jeszcze w Warszawie Niemcy rozlepili zarządzenia o przymusowym stawieniu się na dzień 28 lipca 1944 r. -stu tysięcy ludzi do kopania okopów. Ponieważ miasto nie zareagowało na zarządzenie, ponowiono ogłoszenie z terminem na dzień następny. Świadczyło to, iż Niemcy zamierzają się bronić w „Festung Warschau”. Ludność Warszawy wiedziała, że coś się musi stać. Przede wszystkim wisiała nad miastem groza represji za niestawiennictwo do robót, jak również możliwość straszliwej bitwy Armii Czerwonej z Niemcami. Siedzieliśmy w jednym ze sklepów za spuszczonymi żaluzjami i zamalowanymi szybami z wydrapanym napisem: „remont”. „Doktor” wyciągnął mapę i oznaczył limę frontu białoruskiego wybrzuszającego się w kierunku Warszawy. Na północy uwypuklił się nam nawis zagrażający temu frontowi. Wszystko to niepokoiło. O godzinie 17 usłyszeliśmy strzały naprzeciw naszego domu. Przez szpary w zamalowanej szybie widzieliśmy chłopców wychodzących z Odyńca z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu. Niektórzy nieśli karabiny i strzelali wzdłuż Puławskiej. „Doktor” otworzył skrytkę i oddał mi Visa.

Wyszedłem przed dom, patrzyłem na zbliżających się żołnierzy. Rozpoznałem dwóch moich znajomych, byli ze mną za Bugiem (odesłałem ich do Warszawy). Pełni radości wołali do mnie: „Już powstanie”, Niemców się nie widziało. Powróciłem do radia. Mikołajczyk znajdował się w Moskwie u Stalina, gen. Sosnkowski - w Rzymie u papieża. Kiedy będą mówili o powstaniu? Nadszedł wieczór, mówiono o dalekich krajach i morzach. Koło godziny 23 wpadł Kuryłło z wiadomością, że Niemcy nacierają na nasz dom i powstańcy wycofują się na ulicę Odyńca. Zdecydowaliśmy się zostać. W piwnicy były przygotowane schronienia, trudne do wykrycia. Weszliśmy tam, czekając, co los przyniesie. O 4.00 nad ranem Niemcy zostali wyparci i znowu byliśmy wolni. Opowiedziałem „Doktorowi” o zamierzonej rozmowie z płk. „Monterem” 2 sierpnia: „Doktor” ucieszył się i wyraził chęć pójścia ze mnij. Bardzo mi to dogadzało, bo fizycznie byłem rozbity. Nad ranem dostałem dreszczy. Zażyłem kilka tabletek aspiryny, nic mi nie pomogły. Okazało się, że telefony są jeszcze czynne. Udało mi się połączyć ze znajomymi z ulicy Słupeckiej nr 4 (Ochota). Od nich dowiedziałem się, że plac Narutowicza jest w rękach niemieckich i że powstańcy ponosząc duże straty poprzedniego dnia musieli się wycofać. W domu akademickim przy placu Narutowicza stacjonowała większa jednostka policji niemieckiej, dysponująca liczną bronią maszynową. Moi znajomi uważali, że ulicę Filtrową w całości zajmują Niemcy... Rozmowy telefoniczne prowadziło się szyfrem, który narodził się w czasie okupacji. Pytanie na przykład brzmiało: „Jaka pogoda na placu Narutowicza?” Odpowiedź: „Cholerna, leje ze wszystkich stron”. Tego dnia naprawdę padał bez przerwy deszcz, ale my byliśmy nieprzemakalni i nie o taką pogodę pytałem. Powiedziałem „Doktorowi”, że szkoda fatygi. Płk „Monter” nie może być na Filtrowej. Ale „Doktor” zapalił się do wyprawy. „Co panu szkodzi? Spróbujemy.” Nie wiedziałem, co mi szkodzi. Kręciło mi się w głowie, miałem temperaturę. Poszliśmy. Nasze placówki na rogu ulicy Odyńca i alei Niepodległości wyglądały groźnie. Mieliśmy dowody osobiste dzielnicy Mokotów (obaj byliśmy tam zameldowani, „Doktor” na nazwisko „Żukowski”, a ja „Walentynowicz”). Sierżantowi pokazaliśmy broń, przepuścił nas, choć ostrzegł, że w alei są Niemcy. Był za grzeczny jak na mój gust. Po gronie nieparzystej zaczynając od ulicy Madalińskiego siedzieli w oknach własowcy. Patrzyli na nas obojętnie. „Doktor” nic sobie z nich nie robił, gnał wymachując laską. Koło Różanej zatrzymałem się, zobaczyłem na Rakowieckiej oddział żołnierzy, wyglądali jak żandarmi. Tego było dla mnie za wiele. Z trudem zahamowałem „Doktora”, wpychając go siłą do bramy. Jeszcze trudniej przyszło mi wytłumaczenie „Doktorowi”, że nie należy dobrowolnie teraz wpadać w ręce niemieckie. I dobrze się stało, że stanęliśmy. Na własne oczy zobaczył „Doktor”, jak Niemcy zatrzymują łudzi i mordują. Strzelali do zatrzymanych cywilów. Wróciliśmy. Sierżant przywitał nas: „A co, nie mówiłem?” „Doktor” poszedł do siebie, a ja zdecydowałem się iść na ulicę Malczewskiego, gdzie mieścił się sztab „Baszty”. Spodziewałem się zastać ppłk.”Daniela”, z którym już zetknąłem się parę razy, i przez niego

wysłać meldunek do płk. „Montera”. Ale na Malczewskiego zabrakło mi sił. Mimo deszczu siadłem pod drzewem, żeby, złapać oddech. Zapadłem w nicość. Nie wiem, jak to długo trwało. Ktoś mnie szarpał za ramię, zobaczyłem przed sobą księdza, który wypytywał mnie, co ja tu robię. „Odpoczywam” - powiedziałem zgodnie z prawdą. Ale ksiądz miał bystre oko i prawdopodobnie uważał, że jestem kandydatem do ostatniej spowiedzi. W każdym razie działał energicznie i wkrótce znalazłem się na ulicy Lenartowicza nr 14, gdzie mieścił się punkt sanitarny. Opatrznościowym księdzem okazał się ks. Zieją, kapelan „Baszty”. W willi, do której trafiłem, cały parter zajęto dla służby zdrowia. Przyjmował tam chirurg dr Eustachy Słobodzian („Stach”). W tym czasie przyszedł do niego dr Tadeusz Jankowski („Wiesław”), szef sanitarny „Baszty” i Mokotowa. „Wiesław” był moim młodszym kolegą z podchorążówki i zdekonspirował mnie od razu. Zostałem opatrzony, dostałem suchą koszulę i talerz gorącej zupy. Pierwszy dzień wolności wydał mi się wspaniały. Nie byłem jedynym pacjentem punktu. W sąsiednim domu (Lenartowicza nr 16) znalazł pomieszczenie improwizowany szpital, od strychu do piwnic załadowany rannymi. Byli to żołnierze, którzy pierwszego dnia powstania nacierali na Służewiec. W budynkach zarządu toru wyścigowego mieściła się konna (nie kawaleryjska) jednostka SS, która zadała naszym poważne straty. Tylko część rannych udało się ewakuować, ale ta ilość wystarczyła nawet na powiatowy szpital. Zostałem pomocnikiem dr. Słobodziana, który większość roboty już wykonał przedtem. Ranni zostali opatrzeni, panował względny spokój i nie zanosiło się na powiększenie stanu tego szpitala. W tym czasie centralnym szpitalem były Elżbietanki, obecny szpital nr 6, ale na wypadek powstania utworzono szereg nowych szpitali. W jednym z nich urzędował dr Bloch, mój kolega ze studiów, w innym mjr dr Józef Wieloch, dawny mój lekarz ze szkoły podchorążych. Te improwizowane szpitale miały własne polowe wyposażenie, zbierane troskliwie przez okres okupacji. Przy każdym istniała drużyna sanitarna, szkolona w warunkach konspiracji. W naszym szpitalu drużyna liczyła kilkanaście dziewcząt i chłopców (wszyscy poniżej dwudziestu lat). Do nich należało noszenie rannych i opieka nad nimi, łącznie z karmieniem. Wielu rannych po pierwszym opatrunku wracało do oddziału, gdzie było weselej, a w późniejszym okresie - bezpieczniej. W dalszym etapie powstania punkty szpitalne potworzono nawet przy kompaniach powstańczych. W tych pierwszych dniach Mokotów był dobrze zaopatrzony. Na działkach rosły jarzyny i ziemniaki. Ścięte zboże stało w kopach na polach przy ulicy Odyńca. Administracja cywilna zorganizowała przemiał zboża. Pracowały piekarnie. Znalazły się nawet krowy i świnie. Zdobyłem gdzieś żyletkę i znowu stałem się podobny do ludzi. Zameldowałem się więc w sztabie ppłk. „Daniela” z listem do płk. „Montera”. Ppłk. „Daniel” został komendantem dzielnicy WarszawaPołudnie66, od ulicy Madalińskiego aż do Sadyby włącznie i między Czerniakowską a aleją Niepodległości. Pierwszy komendant przeszedł do lasów Chojnowskich i nie wrócił.

66

Kolejnymi komendantami Obwodu V Mokotów byli: ppłk Aleksander Hrynkiewicz, ps. „Przegonia”, p.o. komendanta ppłk Stanisław Kamiński, ps. „Daniel”, ppłk Józef Rokicki, ps. „Karol”.

Na Górnym Mokotowie rozłożyły się bataliony pułku „Baszta”, na Dolnym (granica ulica Puławska) batalion „Ryś” i batalion „Oaza”. Walki początkowo miały charakter lokalny, ponieważ Niemcy swój wysiłek skupiali na Woli celem otworzenia sobie drogi wschód-zachód. Front pod Warszawą przebiegał na linii Radzymina i Tłuszcza. Komunikaty donosiły o naszych ciężkich walkach najpierw w zachodniej części ulicy Wolskiej, a potem codziennie walki te przesuwały się bliżej środka Warszawy. Ludzie powyciągali poukrywane radioodbiorniki. „Baszta” zaczęła nieregularnie wydawać gazetę o nazwie „Baszta”. Korzystano jeszcze z elektryczności, wody, telefonów. Z Żoliborzem jednak Mokotów nie miał połączenia. Mimo stanu wojennego można było przemknąć się przez niemieckie posterunki do Piaseczna lub lasów Kabackich. Łącznicy i zwiadowcy kłusowali w obie strony. Ludność cywilna stanęła murem za powstańcami, dzieląc się zapasami. Na Mokotowie panował dobry nastrój. Niewiele osób zdawało sobie sprawę, co oznaczały walki na ulicy Chłodnej i Żelaznej. Były one sygnałem naszej klęski. Nasz punkt sanitarny znajdował się w bezpiecznym miejscu. Niemcy nie mieli jeszcze czasu ani możliwości zajmowania się nami. Na granicach Obwodu mokotowskiego toczyły się lokalne walki, po których przybywało rannych. Dr Jankowski zabrał dr. Słobodziana, zlecając mu zorganizowanie szpitala przy ulicy Misyjnej. Zostałem sam na gospodarstwie przy ulicy Lenartowicza nr 16, gdzie znalazło schronienie trzydziestu rannych w gipsach. 11 lub 12 sierpnia przybiegł do mnie Kuryłło z wiadomością, że ppłk Grocholski (teraz „Żukowski”) został aresztowany przez powstańców i znajduje się w willi przy ulicy Malczewskiego nr 8. Była to elektryzująca wiadomość. Przy Malczewskiego nr 8 rezydował nasz kontrwywiad, który stosował prostą i szybką procedurę dochodzeń. Partyzanckie metody. Poszedłem zaraz do szefa tej placówki, sądząc, że wystarczy jedno moje słowo... Nie wystarczyło i sam musiałem się tłumaczyć. W poczekalni spostrzegłem jednego z żołnierzy, który był ze mną za Bugiem. Poprosiłem oficera prowadzącego śledztwo, żeby go zawołał. Powiedziałem, że jestem kpt. „Wania” i żołnierz to poświadczy. Chłopiec (prawdziwe nazwisko Łuczak) powiedział, że zna mnie jako kpt. „Dawida”. To już było coś. Oficer nadal przejawiał nieufność, prosiłem więc, żeby zapytał ppłk. „Daniela” (Stanisław Kamiński), który urzędował po drugiej stronie ulicy. W rezultacie ppłk. Grocholski i ja odzyskaliśmy wolność. Z tego niemiłego spotkania pamiętam pokój na parterze, na podłodze leżącą flagę ze swastyką, a na niej krzesło dla oskarżonych. Pułkownika trzymano w piwnicy, pełnej Volksdeutschów podejrzanych o współpracę z gestapo. Oskarżono go o nielegalne posiadanie broni i lornetki, co dowodziło, że szpiegował dla Niemców. Nazwiska oficera śledczego nie pamiętam, ale to chyba żadna strata. W Warszawie rozpoczęły się wyniszczające boje o Stare Miasto. Niemcy przerzucili tam większość swoich sił i po wprowadzeniu do akcji czołgów, artylerii, miotaczy płomieni, lotnictwa zdobywali dom za domem. Gorączkowo ściągali posiłki policyjne i wojskowe, żeby wzmocnić swoje oddziały niszczycielskie. My na Mokotowie trwaliśmy we względnym spokoju. Nawet udało się nam zorganizować dla naszych rannych występy artystyczne na otwartym powietrzu. Pan Łuczaj śpiewał Starego kaprala, a Jan Markowski (ppor. „Krzysztof”) - piosenki własnej kompozycji.

27 sierpnia przyszedł do mojej kwatery płk „Żuk” z rozkazem przydzielającym mnie do nowo powstałego sztabu Obwodu Mokotów. Komendantem Obwodu został ppłk Józef Wacław Rokicki („Karol”), przybyły ze Śródmieścia. Nowy dowódca zorganizował sztab w składzie: szef sztabu ppłk Paweł Strzemię-Zagórowski („Góra”) oficer operacyjny płk Stanisław Dobrski („Żuk”), ja zostałem zastępcą „Żuka”. Pierwotnie siedziba sztabu mieściła się przy ulicy Puławskiej nr 124, gdzie doprowadzono połączenia telefoniczne i zorganizowano kancelarię dowództwa. Dzielnica Mokotów (V Obwód powstańczy) obejmowała właściwie tylko dwa Rejony, a mianowicie: Rejon V, dowódca mjr „Bruno”, i Rejon VI ppłk „Daniel”. Ponieważ istnieją dokładne wykazy naszych jednostek w każdym Rejonie, ograniczę się do stwierdzenia, że w Rejonie V walczyły oddziały różnego pochodzenia, nawet z Pragi i z powiatu Piaseczno. Rejon VI miał jednolity skład z pułku „Baszta”. Prócz tego w lasach Kabackich i Chojnowskich znajdowały się uzbrojone kompanie, usiłujące przebić się do Warszawy. Rozpoczęły się zacięte walki na odcinku południowym. Z jednej strony nasi przebijali się przez Wilanów do Warszawy, a z drugiej ppłk „Karol” usiłował odzyskać utracone poprzednio pozycje. Chodziło też o połączenie Mokotowa ze Śródmieściem, w tym celu należało zdobyć koszary 1. pułku szwoleżerów i stację pomp na Czerniakowie. Niemcy nie pozostawali dłużni. 27 sierpnia Mokotów został po raz pierwszy dotkliwie zbombardowany ze sprzężonych moździerzy. Tak zwane krowy albo szafy padały w środek Mokotowa, niszcząc domy. Prócz tego przeżyliśmy tego dnia dwa naloty bombowe, które wywołały duże zniszczenia. Brałem udział z personelem sanitarnym placówki szpitalnej przy ulicy Lenartowicza w akcji ratowniczej, odkopując ludzi ze zburzonych domów. Zaczynały się dla Mokotowa złe dni. Dzielnica znalazła się pod nękającym ogniem artylerii. Niemcy atakowali batalion „Oaza” na Sadybie, zadając naszym duże straty. 31 sierpnia w czasie natarcia niemieckiego mjr „Bruno” oświadczył, że jest chory i nie może dalej dowodzić. Zameldowałem o tym „Karolowi”, który zdecydował powołać do służby ppłk. Grocholskiego, nie mającego dotąd żadnego przydziału. Wybór okazał się szczęśliwy. Ppłk Grocholski („Waligóra”) natychmiast wszedł do walki. Opanował sytuację. Zorganizował sztab, będąc już w ogniu. Oficerem sztabu mianował por. Adolfa Moczulskiego, byłego oficera operacyjnego z „Wachlarza”. Por. inż. Łuczak zaczął organizować zapory i minowanie pól w rejonie Sadyby. Było już jednak za późno. Niemieckie uderzenie 2 września zniszczyło nasze ugrupowania i zmusiło obrońców do wycofania się na północ w stronę fortu Mokotowskiego. Od tej chwili właściwie nacisk niemiecki utrzymywał się stale. Bombardowanie Mokotowa z granatników i moździerzy trwało całą dobę. W dzień dochodziły nagłe ataki lotnicze. Nad Mokotowem pojawiły się dymy płonących domów. Powstańcy, słabo uzbrojeni, nie byli w stanie utrzymać zbyt rozległych terenów. 5 lub 6 września otrzymaliśmy rozkaz opracowania organizacji 10. Dywizji Piechoty. Oddziały Obwodu Mokotów miały być podzielone na trzy pułki piechoty i tworzyć dywizję imienia Macieja Rataja (28.30. i 31. pułk piechoty). Należało zrobić zestawienie posiadanej broni, obliczyć zapotrzebowanie na broń, amunicję, rozdzielić środki transportowe. W początkowym okresie widziało się na Dolnym Mokotowie auta osobowe z naszą żandarmerią patrolującą ulice. Obecnie administracja cywilna przejęła samochody,

wykorzystując częściowo motory do uruchomienia młynów, młocarni itp. Dla stworzenia sobie właściwego obrazu musiałem jeździć po Mokotowie i myszkować po kątach, żeby się przekonać, co jest naprawdę, a co tylko w wykazach. Wszędzie napotykałem rozbieżności i dlatego wydaje mi się, że liczby powstańców w źródłach historycznych podaje się wyższe, nie odpowiadające rzeczywistości. Wliczano na przykład wszystkich rannych do stanów bojowych. Tymczasem w kilkunastu szpitalikach leżało wielu rannych już trwale niezdolnych do walki. Powstały wątpliwości, czy mamy tworzyć 10. Dywizję. Ostatecznie skończyłem swoje dzieło nikomu niepotrzebne, z tym że podałem w zestawieniach stany według raportów i stany faktyczne. Niektórzy dowódcy obrazili się na mnie z tego powodu. Nie mówiło się jeszcze o czymś najgorszym, o nadciągającej klęsce. Do zadań oficera operacyjnego należało przygotowanie materiałów do rozkazu dziennego, który był zarazem rozkazem bojowym. Zbierałem dane z raportów: „położenie własne” i „wiadomości o nieprzyjacielu”. Często robiłem to sam, gdyż płk „Żuk” chorował i nie przychodził do sztabu. Nawiasem mówiąc, mieszkał przy ulicy Belwederskiej nr 10, w mojej dawnej melinie, a obok stali Niemcy. W początkach września, dokładnej daty nie pamiętam, ppłk „Karol” zdecydował przenieść sztab Obwodu do budynku przy ulicy Szustra nr 6 (obecnie Dąbrowskiego). Znajdowały się tu opuszczone biura urzędu skarbowego. Niemcy stali na ulicy Dworkowej i w domu Wedla (ulica Puławską nr 24). Znaleźliśmy się na skraju rejonu „Baszty”. Między ulicą Madalińskiego i nami rozpościerała się „ziemia niczyja”. Tu było dziwnie spokojnie. Lotnictwo i artyleria ze względu na bliskość swoich omijały naszą twierdzę. Czasami podjeżdżały dwa lub trzy czołgi i strzelały nam w okna. Było to zupełnie niegroźne. Jeśli pocisk wpadł do jakiegoś pokoju, staraliśmy się zawsze być w innym. Do piwnicy nikt nie schodził. Do wielu utrudnień życiowych doszli również „gołębiarze”, czyli strzelcy wyborowi wroga. Z ukrytych miejsc na dachach wypatrywali przechodniów i razili ich ogniem. Notowaliśmy straty, coraz większe w miarę kurczenia się naszego terenowego stanu posiadania. Z kolei my chodziliśmy polować na „gołębiarzy”. Któregoś dnia ppłk „Daniel” kazał zawiesić w poprzek ulicy Malczewskiego kotarę. Na drągach (nieco na zachód od ulicy Krasickiego) umieszczono druty z zawieszonymi na ulicy prześcieradłami i płachtami papieru. Było to dowcipne i malownicze urządzenie. W ten sposób zamykało się wgląd w szeroką ulicę, na której mógł odbywać się ruch. Niemcy otworzyli po południu huraganowy ogień artyleryjski i zerwali zasłonę. „Basztowcy” ustawili ją znowu i ta zabawa powtórzyła się kilka razy, aż zabrakło materiału do zawieszania... Teraz ulica Malczewskiego i okolica stały się obiektem nalotów. Bomba lotnicza uderzyła w budynek, w którym stacjonował pluton naszej żandarmerii. Zginęło tam dwudziestu paru żołnierzy, w tym połowa z mego oddziału, „Dawida”, Na ulicy Lenartowicza, tuż koło mojego domu, spadł na chodnik pocisk zwany „krowa”, ciężko kontuzjując Jana Markowskiego. Markowski często przychodził do naszej kwatery na Lenartowicza, gdzie stał dobry fortepian. Kompozytor tworzył nowe piosenki. Zwykle otaczała go młodzież, która śpiewała razem z nim. Tego dnia był sam. Prawie dobę leżał nieprzytomny w ciężkim szoku.

Coraz częściej koło naszego domu zaczęły pokazywać się czołgi, strzelały wprost w okna. 10 września wpadł pocisk do pokoju, w którym pracował p. Tański, mój gospodarz. Byłem wtedy w mieszkaniu i z trudem znalazłem w zrujnowanym pokoju ciężko rannego. Przenieśliśmy go do szpitala Elżbietanek, gdzie po kilku godzinach zmarł. Naszych rannych tego dnia ewakuowaliśmy do innych szpitali. Szpital Elżbietanek też uległ poważnemu uszkodzeniu. Górne piętro prawie całkowicie zniosło, mimo że na dachu powiewała flaga Czerwonego Krzyża. Zginęło tam wtedy kilkadziesiąt osób, między innymi docent Słonimski, były asystent Zakładu Histologii. Do poruszania się po Mokotowie zorganizowałem rower, dzięki czemu mogłem odbywać dalekie podróże. Odwiedzałem często „Waligórę”, który walczył zaciekle o każdy kawałek ziemi. Ostatnio został w jego ręku odcinek ulicy Chełmskiej i Dolnej, gdzie dowodził rtm. „Garda” (Andrzej Rudolf Czaykowski, cichociemny, skok 16/17 kwietnia 1944 r.) Był to jeden z najbardziej odważnych ludzi, jakich znałem. Poczynając od 10 września Niemcy spychali „Gardę” w kierunku ulicy Puławskiej. Było to bardzo precyzyjne działanie. Najpierw samoloty niszczyły domy wzdłuż ulicy Chełmskiej, potem trwała nawała ognia artyleryjskiego, a następnie szły kompanie piechoty wsparte kilkoma czołgami. Wtedy „Garda” z kilkunastoma ludźmi cofał się o parę domów dalej. I znowu od początku. W ten sposób Dolny Mokotów kurczył się codziennie. Kiedyś dogadaliśmy się z „Gardą”, że obaj jesteśmy cichociemni. Pokazał mi wtedy (nosił w portfelu) wycinek z jakiejś niemieckiej gazety. Przedstawiał on fotografię z 1941 r. pierwszych polskich spadochroniarzy dekorowanych odznaką spadochronową. Dekoracja odbywała się w Szkocji na terenie ćwiczebnym Brygady Spadochronowej. Napis pod reprodukcją brzmiał dosłownie: „Takie zero Sikorski i grupa wariatów. Generał Sikorski, który często przedtem blamował się swoją kawiarnianą strategią, znalazł teraz w Anglii głodujących rodaków, z których stworzył oddział spadochroniarzy. Przy Churchillu każdy emigrant musi coś robić dla pieniędzy”. Teraz dowiedziałem się, dlaczego stałem się cichociemnym. „Garda” otrzymał zrzut zaopatrzeniowy z Zachodu (z Włoch), zasobniki te spadły do Łazienek, gdzie stali Niemcy. Jeden z zasobników zawisł na parkanie od strony ulicy Podchorążych. Nasi o ten zrzut stoczyli z Niemcami krwawą walkę. Kiedy w sztabie otworzyliśmy zasobnik, wszyscy brzydko zaklęli. Były tam lekarstwa (trzeba przyznać, bardzo drogie), między innymi witamina D, podczas gdy czekaliśmy na broń i amunicję. W teorii odbiór zrzutów miał się odbywać w parku Dreszera, gdzie nocami czuwały specjalne grupy odbiorcze. W sztabie wykonywaliśmy różne czynności. Pamiętam, jak kiedyś ppłk „Karol” odesłał do mnie parę małżeńską, ludzi już niemłodych, którzy przyszli z rewelacyjną metodą zwalczania Niemców... On, wynalazca, proponował, żeby łapać szczury, przywiązywać im do ogona materiał wybuchowy z lontem i puszczać żywe torpedy do kanałów wychodzących z kamienic zajętych przez Niemców, na przykład do domu Wedla. Eksplozja, która nastąpi, pomoże niechybnie do zdobycia takiego domu... Żona wynalazcy gorąco popierała propozycję swego męża. Byli to dobrzy, biedni ludzie, którzy chcieli jak najwydatniej nam pomóc. Chyba po 10 września niemieckie czołgi przerwały się między willami na Górnym Mokotowie i siały zamęt. Przystąpiono do kopania rowów i budowania barykad. Opowiadano mi, że jeden z oficerów

„Baszty” strzelał do czołgu z… dubeltówki, i to skutecznie. Śrut rozbijał lusterko w wizjerze, czołg ślepł i musiał się wycofać. Z dobrym skutkiem zaczęto używać piatów. Okazało się, że jest to świetna broń z krótkiego dystansu. Brakowało wszakże do niej amunicji. W początkowym jednak okresie jedna załoga wskutek nieznajomości obsługi „piata” została ciężko poraniona. 14 września zauważyliśmy, że na prawym brzegu Wisły coś się zaczyna dziać. Niemiecka artyleria kolejowa stojąca na bocznicy Okęcia rozpoczęła ogień z najcięższego działa. Pocisk przelatywał nad nami, wywołując zmiany ciśnienia, wybuchał w rejonie Anin-Międzylesie. Ogromne eksplozje widoczne były gołym okiem ze skarpy przy ulicy Puławskiej. Wieczorem poszedłem do „Gardy”, który kwaterował w budynku na rogu Piaseczyńskiej i Dolnej. Koło ulicy Belwederskiej była ustawiona potężna barykada, zamykająca drogę Niemcom. Ostatnia. Obecnie resztki oddziałów „Waligóry” obsadzały skarpę przy ulicy Puławskiej, od Królikami po ulicę Belgijską (włącznie). „Baszta” trzymała rejon: Puławska, Woronicza, Niepodległości i Szustra (z odchyleniami, podaję w formie uproszczonej). Stanąłem w bramie domu od ulicy Piaseczyńskiej i starałem się rozpoznać odgłosy idące z pola. Od czasu do czasu nad ulicą przelatywała seria pocisków z karabinu maszynowego. Strzelano do okien tego domu. Po chodniku ktoś szedł w moją stronę. Zbliżał się wysoki mężczyzna z laską. Kiedy doszedł do mnie, wciągnąłem go do bramy. To ppłk „Waligóra” szedł samotnie na inspekcję. - Panie pułkowniku - powiedziałem - przecież strzelają. - Ale to nie do mnie - odpowiedział z przekonaniem. Niemcy byli o sto kroków przed nami (od strony wschodniej). W czasie służby w sztabie kilkakrotnie wchodziłem do wlotu kanałowego, skąd przychodzili łącznicy z miasta. Przez jakiś czas funkcjonowało połączenie telefoniczne, ale to nie wystarczało, łączność kanałami był ciągła. Po 12 września Niemcy zaczęli wrzucać do kanałów granaty, raniąc i zabijając naszych łączników. Raz wyciągaliśmy ciężko pokaleczoną łączniczkę, która mimo ran dotarła do Mokotowa z pocztą. Okazało się, że jest matką jednego z dzielnych żołnierzy, poległego pod Mańczakami. Byłem wstrząśnięty jej widokiem. Bałem się wyznać jej tragiczną prawdę. 16 września z rana nadeszła poczta z Komendy Okręgu. Dla mnie przyszedł rozkaz: „Wyznacza się kapitana »Wanię« do nawiązania łączności z Armią Radziecką”. Podpisał gen. „Monter”, komendant Okręgu Warszawa. Do rozkazu dołączone były dwa kwarce i obowiązujący szyfr. Żadnych innych komentarzy. Ppłk „Karol” pokiwał głową i powiedział: „Niech pan idzie”. Jako oficer operacyjny orientowałem się w sytuacji ogólnej, mieliśmy plany miasta, na których dokładnie były oznaczone jednostki niemieckie i nasze. Zabrałem kopię takiego planu. Ppłk. „Daniel” przydzielił mi ze swojej kompanii łączności ppor. Edwarda Majcherczyka ps. „Marat” oraz pchor. Jerzego Krzysztofowi cza ps. „Selim”, specjalistę od kanałów. Ppłk. „Waligóra” dał mi swojego kwatermistrza por. Niderhausa-Zawistowskiego ps. „Zawisza”. W początku powstania „Zawisza”

przeprawił się z Pragi przez Wisłę, dołączając do rejonu Dolnego Mokotowa. Miałem szanse przejścia górą albo kanałami. Wieczorem w sztabie „Karola” odbyła się odprawa w obecności dowódców rejonów i batalionów, między innymi był kpt. Kazimierz Szternal ps, „Zryw” (cichociemny, skok 30 IV/1 V 1944 r.), szef sztabu „Baszty”. Wszyscy byli nieludzko zmęczeni. Meldowali same złe sprawy, brak amunicji, broni, granatów, wzrost chorób wśród ludności cywilnej... Rozkaz nakazywał jednoznacznie: „wytrwać”. Niełatwa była rola „Karola”. Po odprawie zaszedłem do naszego kasyna. Żywiliśmy się z żołnierskiej kuchni i podstawę posiłku stanowiła codziennie ciepła zupa. W kasynie odprawiłem „Selima” na zwiad. Miał on rozpoznać kanał w kierunku ulicy Okrąg, gdzie powinien znajdować się batalion mjr. Zygmunta Netzera ps. „Kryska”. Uważałem, że z moją nie zagojoną raną lepiej próbować przejścia górą w stronę Siekierek, między Niemcami. Gdyby to zawiodło, mieliśmy iść kanałami. Przy kolacji zastałem prof. Edwarda Lotha, szefa sanitarnego Mokotowa. Dr Jankowski pełnił nadal funkcję szefa sanitarnego „Baszty”. Był tam też kapelan wojskowy w stopniu pułkownika dr Jan Stępień i oficer-kobieta, komendantka Wojskowej Służby Kobiet. W czasie kolacji rozgorzała dyskusja, w której prof. Loth dowodził, iż nie należy się modlić: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”, lecz raczej przeciwnie, trzeba prosić Boga o nagłą śmierć, żeby uniknąć męczarni. Kapelan wyjaśnił, że chodzi tu o zagadnienie gotowości do śmierci. Wszystkie sprawy na ziemi powinny być tak załatwione, żeby śmierć nie stała się zaskoczeniem. Pani porucznik, gdy dowiedziała się, że idę za Wisłę, prosiła, abym przekazał jej synowi, pchor. Zawilcowi z grupy „Radosława” na Czerniakowie wiadomość, iż matka jego jest zdrowa. O godzinie 18 wyszedłem z profesorem, kierując się do ppłk. „Waligóry”, gdzie miałem spotkać „Marata” i „Zawiszę”. Na Puławskiej rozstałem się z prof. Lothem, który w kilka minut później został zabity na chodniku pociskiem artyleryjskim (tak mi relacjonowano). Ppłk Grocholski przydzielił dla mnie osłonę żołnierzy z 1. p. szwoleżerów. Szwoleżerowie pod dowództwem por. „Górala” zajmowali ulicę Belgijską, gdzie przez plac sąsiadowali z dużym oddziałem żandarmerii niemieckiej, stacjonującym przy ulicy Dworkowej. W tym czasie stan szwoleżerów wynosił stu pięćdziesięciu żołnierzy, dołączyły do nich resztki 7. p. uł. („Jeleń”), walczące dotąd koło fortu Legionów. Nasza osłona liczyła dziesięciu zmęczonych żołnierzy. Przebrałem się w robotniczy kombinezon i długie, gumowe buty. Mój garnitur nadawał się do szmaciarni w fabryce papieru, a ja bądź co bądź byłem oficerem łącznikowym. „Zawisza” i „Marat” przybyli wytwornie ubrani w wojskowe mundury. Ruszyliśmy najpierw przez barykadę „Gardy”, sądziłem, że przejdę przez ruiny. Uważałem, że cały teren nie może być nasycony Niemcami. Dostaliśmy jednak silny ogień z kilku punktów i z trudem wycofaliśmy się. Zacząłem próbować w następnych miejscach wzdłuż ulicy Piaseczyńskiej. Wszędzie otaczała nas broń maszynowa. Niemcy oświetlali pole rakietami i wysyłali psy. Koło ulicy Idzikowskiego leżałem w trawie obok jednego ze szwoleżerów. Słyszeliśmy rozmowy niemieckie o kilkadziesiąt kroków od nas. Nad nami wybuchały co chwilę rakiety. Mój towarzysz klął po francusku. Spytałem go zdziwiony, skąd zna język Voltaire’a, odpowiedział szeptem, że jest z Legii Cudzoziemskiej, dlatego łatwiej mu kląć w tym języku. Stamtąd też musieliśmy się wyczołgać. Dochodziła 3.00 rano. Na szczęście nie ponieśliśmy żadnych strat.

Została mi droga przez kanały albo daleki marsz na kierunek południowy, czyli w dzień znaleźlibyśmy się w rejonie Wilanowa. Wiedzieliśmy, że tam grasują Niemcy. Dotarliśmy na kwaterę, gdzie miał czekać „Selim”. Nie wrócił jeszcze. Przyszedł o 8.00 rano. Straszliwie brudny i zmęczony. Droga do „Kryski” była trudna, pełna barykad i zasadzek, ale przejście jest możliwe. Musieliśmy czekać, aż „Selim” się wyśpi. My też. W południe zameldowałem się w sztabie i zastałem nową grupę łączników. Ze Śródmieścia przyszedł radziecki kpt. Kaługin67, ppor. Czesław Pieniak (cichociemny, ps. „Bór”, w Polsce znany jako „Mak”, skok 19/20 lutego 1943 r.), oraz Władysław Jagiełło, przedstawiciel Armii Ludowej. Ppor. Czesław Pieniak był w Anglii podchorążym, dzięki swoim zdolnościom doszedł do stanowiska dowódcy kompanii łączności („Kram”) przy Komendzie Okręgu Warszawa. Miał on ze sobą również kwarce, szyfr i delegację do Armii Czerwonej od gen. „Montera”. Ppłk „Karol” dołączył ich do mojej grupy. Ruszyliśmy o godzinie 18.00 z włazu przy ulicy Wiktorskiej, blisko Puławskiej, w kolejności wchodzenia: „Selim”, „Wania”, „Marat”, Kaługin, Jagiełło, „Mak”, „Zawisza”. Wszyscy mieliśmy pistolety, prócz tego ja zaopatrzyłem się w obronny granat angielski. Drogę pod ulicą Wiktorską przebywaliśmy na kolanach i łokciach (wysokość kanału siedemdziesiąt centymetrów), pod ulicą Puławską można było iść normalnie, z tym że dla mnie i „Zawiszy” było za nisko. Tak doszliśmy do ulicy Dworkowej, gdzie jedno ramię kanału spada ostro w dół. Tu musieliśmy forsować gęsto ustawione druty kolczaste. Jeśli Niemcy usłyszeli jakiś hałas, rzucali do kanałów granaty. Przeszliśmy zasieki i zaraz spływaliśmy w dół, gdzie stała brudna woda głębokości półtora metra. Naszych niskich kolegów musieliśmy przenieść „na barana” przez kanał długości kilkuset metrów. Trwało to wszystko piekielnie długo. W rejonie Łazienek znowu natrafiliśmy na przeszkody. Mijaliśmy w ściekach zwłoki pozatapianych ludzi, rozdarte worki z mąką, na ścianach napisy: „Boże Zmiłuj się...” Ogromnie zmęczeni dotarliśmy do włazu przy ulicy Okrąg. Była godzina 24.00 „Selim” wspiął się po drabinie wiodącej na jezdnię ulicy Okrąg. Miał za zadanie rozejrzeć się, co się dzieje wokoło, i wezwać nas na górę, o ile wszystko będzie w porządku. Na górze widniała brązowa łuna i dokładnie obserwowałem, jak „Selim” wyszedł przez otwór włazu, potem znikł. Czekaliśmy na dole w milczeniu. Po kilku minutach zacząłem się niepokoić. „Selim” powinien był tylko rozejrzeć się wokoło i dać znak do wyjścia lub wrócić. Rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Wyszedłem pierwszy, za mną Pieniak, potem Kaługin. Reszta została na razie w dole. Właz znajdował się z boku jezdni ulicy Okrąg. Oślepiła mnie jasność łuny palących się domów. Nasz właz otoczony był murem z płyt chodnikowych, które tworzyły rodzaj studni wysokiej na jeden metr. „Selima” nie było. Nie było nikogo. Czekaliśmy długie minuty. Wezwałem resztę kolegów z kanału. Postanowiłem czekać do 2.00 w nocy. W domu naprzeciw rozpoznaliśmy oddział niemieckiej artylerii plot. Słyszeliśmy rozmowy. Obok nas stał drewniany parkan, za którym rozmawiali Niemcy. Znajdowało się tam stanowisko cekaemu skierowane na wschód. Ulica była ciągle pusta. O godzinie 1.00 zbliżył się do nas patrol własowców, podeszli zupełnie blisko. Siedzieliśmy nieruchomo. Chociaż mogliśmy ich wystrzelać, jednak wszyscy
67

Bardzo dwuznaczna postać w czasie Powstania Warszawskiego. Pojawił się w pierwszych jego dniach, przedstawiając się dowódcy powstania - i przez jakiś czas przez niego tak traktowany - jako przedstawiciel Armii Czerwonej. Jego nazwisko wymieniane było nawet w rozmowach Stalin-Mikołajczyk w pierwszych dniach sierpnia w Moskwie. W rzeczywistości oficer formacji Własowa i dezerter z nich, samozwańczy przedstawiciel Armii Czerwonej.

wytrzymali nerwowo. Chodziło o „Selima”. Własowcy niewątpliwie nas widzieli. Zatrzymali się, powiedzieli: „Nikowo zdzies’ niet” i spokojnie odeszli. Przeżyłem już to kiedyś. W razie strzelaniny „Selim” nie mógłby do nas wrócić. Ale i tak nie wrócił nigdy. Czekaliśmy dłużej, niż zamierzałem. Zrozumiałem, że trzeba iść dalej. Decyzja dla mnie była trudna. Ruszyliśmy kanałem do Wisły, aż weszliśmy do dużego kolektora, który nas doprowadził do wylotu, do rzeki. Zastaliśmy potężną kratę opuszczoną i musieliśmy wrócić do miejsca, gdzie dostrzegliśmy obszerną galerię i właz. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, chociaż od Wisły dzieliło nas kilkadziesiąt metrów. Wysokość z galeryjki do klapy włazu wynosiła prawie dwa metry i klapa była zamknięta. Pieniak siadł mi na ramionach i z wysiłkiem zsunął ciężką pokrywę, leżącą na włazie. Spojrzał przez otwór i powiedział, że jesteśmy na szerokiej ulicy (Solec), na zachód widać pożary, na jezdni dość widno. Zdecydowaliśmy się wyjść i skierować do Wisły. Najpierw wyszedł Pieniak, następnie wyciągnął mnie; leżąc wydobywaliśmy do góry po kolei naszych towarzyszy. W tym czasie od strony Wisły nadbiegła kompania żołnierzy w polskich mundurach i z okrzykiem „hura” wyminęła nas. Byliśmy tym widokiem zafascynowani. Żołnierze przebiegali jak zjawy. Niemcy otworzyli ogień z klubu wioślarskiego. Pociski uderzały w jezdnię, gdy kończyliśmy wyciąganie. Następnie już bez rozkazu popędziliśmy za żołnierzami. Zastaliśmy ich w fabryce farb, gdzie mieścił się sztab desantowych wojsk 1. Armii Wojska Polskiego. Podwórze fabryki obejmował ogień, dosłownie wszystko paliło się; żołnierze zajęli sąsiednie domy. Dowiedziałem się, że polscy powstańcy znajdują się obok. Postanowiłem dotrzeć do nich. Przeszliśmy według wskazówek przez kilka zburzonych domów. Pierwszym, którego spotkałem, był Kończal. Wyszedł na świeże powietrze. Dowiedziałem się, że „Czata 49” jest zdziesiątkowana, zginął Langner na ulicy Książęcej (w szpitalu Św. Łazarza), a Jędrzejewski jest ciężko ranny Całością dowodził płk „Radosław”. Ten pseudonim znałem z komunikatów dowództwa powstania. W drodze do „Radosława” spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Znaleźliśmy rannego podchorążego leżącego w gruzach. Nazywał się Zawilec. Zabraliśmy go ze sobą. Przekazałem mu pozdrowienia od matki. W rozgrzanej piwnicy (dom palił się częściowo) urzędował „Radosław” (Jan Mazurkiewicz). Wyszedł ze stajenną latarnią i oświetlił mi twarz. „A, »Wania« „Co nowego” - zapytał. Ucieszyłem się bardzo. Pułkownika znałem z Kedywu pod pseudonimem „Sęp”. Teraz dowiedziałem się smutnej prawdy. Do Wisły jest dojście tylko pod silnym ogniem. Nie ma mowy o przejściu teraz, bo zaczyna świtać, Niemcy trzymają ten odcinek pod obstrzałem od strony klubu wioślarskiego i od kanału Czerniakowskiego. Wodę zdobywa się w nocy. Piwnice zawalone rannymi. Odcinek zajęty przez „Radosława” i oddziały 1. Armii obejmował niewielką przestrzeń ograniczoną częściowo ulicą Czerniakowską, Zagómą, Ludną i Solec. Budynki w większości uległy już zniszczeniu, a częściowo paliły się. Postanowiliśmy zostać do wieczora z naszymi. O przejściu do Wisły me mogliśmy za dnia marzyć. W ciągu dnia Niemcy szturmowali naszą twierdzę (Wilanowska nr 4) i widziałem, że w przeciwnatarciu biorą udział przeważnie ranni. Odniosłem wrażenie, że jestem w szpitalu. Mimo to mieliśmy jeńców, którzy udawali, że nie znają niemieckiego. Podawali się za Alzatczyków, mówiących po francusku. Twierdzili, że są z karnej kompanii. Ponieważ „Radosław” nie miał pod ręką tłumacza, kazał mi ich przesłuchać. Szybko udowodniłem jeńcom, że dobrze znają język niemiecki i w tym języku złożyli zeznania (musiałem sobie ułatwić, ponieważ francuski znam gorzej). Przesłuchanie prowadziłem leżąc na trzecim piętrze, bo po drugiej stronie wąskiej ulicy strzelali do nas „gołębiarze”.

W tym dniu braliśmy kilkakrotnie udział w przeciwnatarciach, które organizował oficer o pseudonimie „Motyl” (kpt. Zbigniew Ścibor-Rylski). Zauważyłem, że miał on niespożytą energię i sprężyście prowadził akcję. Zaraz po zapadnięciu zmierzchu zaczęliśmy szykować się do drogi. Nasz skromny zapas żywności oddaliśmy rannym. Na domiar złego, kiedy znajdowałem się w piwnicy, jakiś pocisk rozerwał się w przewodzie powietrznym. Siła wybuchu rozdarła pierzynę i obsypało mnie pierze. Wyglądałem jak gęś. Nikt się jednak nie śmiał. Wszyscy wyglądali marnie. O godzinie 20.00 odmeldowałem się u płk. „Radosława”. Jednym skokiem przebyliśmy ulicę Solec i zalegliśmy nad Wisłą. Zaczęliśmy szukać łodzi. Znalazła się jedna zatopiona tuż przy brzegu. Musieliśmy wychlustać z niej wodę. Wszedłem z Pieniakiem do Wisły. Woda była zimna, ale przeprawa przez Wisłę okazała się zupełnie łatwa. Wprawdzie z braku wioseł wiosłowaliśmy drągami, ale tempo mieliśmy zbliżone do rekordu olimpijskiego, zwłaszcza gdy zobaczyli nas Niemcy. Byliśmy na środku rzeki, kiedy zaczęli nas ostrzeliwać z broni maszynowej. Na szczęście niecelnie. Wylądowaliśmy na plaży, wyciągnęliśmy łódź na piasek. Plaża okazała się zupełnie pusta, nikt jej nie pilnował. Por. Majcherczyk oznajmił, że ma siostrę na ulicy Katowickiej i zaprasza nas najpierw tam, żebyśmy napili się herbaty. Zgodziłem się. Przedtem jednak odesłałem moje wojsko, a sam szybko wyprałem swój kombinezon i umyłem się, jak uczyli mnie w domu. Teraz, kiedy włożyłem mokrą bieliznę i kombinezon, spojrzałem na miasto. Przedstawił mi się straszny widok: od Mokotowa przez Śródmieście ciągnęły na północ ogromne łuny pożarów, łączące się ze sobą. Po tamtej stronie było zupełnie widno. Nie mogłem oderwać oczu od tego strasznego widoku. Wrócił po mnie Pieniak, zaniepokojony, że coś mi się przydarzyło. On też zafascynowany patrzył na Warszawę. Na naszym brzegu panował zupełny spokój. Poszliśmy obydwaj w milczeniu. Przed nami było Nowe...

Załączniki
Informacja o cichociemnych
Jesienią 1939 r. we Francji, po sformowaniu rządu polskiego przez nowego Premiera, a zarazem Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego, została 13 listopada powołana do życia wojskowa organizacja konspiracyjna - Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Siedzibą jej Komendanta Głównego gen., Kazimierza Sosnkowskiego, był Paryż, a terenem działania - obszar okupowanej Polski. Jednym z podstawowych problemów, jakie wyłoniły się przed sztabem Komendy, Głównej ZWZ, było usprawnienie dowodzenia. W tamtych czasach, przy tak znacznej odległości, było to zagadnienie technicznie niełatwe. Na przebycie drogi do kraju kurier potrzebował około dwóch tygodni i nie

zawsze docierał. Łączność radiową nawiązano znacznie później, w marcu 1940 r. W tej sytuacji rozwiązaniem mogło być uruchomienie szybkiej łączności lotniczej. Tymczasem zaczęły konkretyzować się potrzeby konspiracji krajowej: żądano środków finansowych i sprzętu wojskowego. Stopniowo wyłaniał się problem ludzki. Kadra dowódcza w kraju, stosunkowo nieliczna, wykruszała się w walce z okupantem. Brakowało odpowiednio przeszkolonych oficerów tak na potrzeby walki bieżącej, jak i planowanego w przyszłości powstania powszechnego. Pieniądze, środki walki i ludzi można było przerzucać stosunkowo szybko i bezpiecznie samolotami. Należało więc jak najśpieszniej rozpracować zagadnienie transportu lotniczego i zrzutów spadochronowych, uzyskać od aliantów odpowiedni sprzęt lotniczy, zorganizować sieć placówek odbiorczych w kraju, a następnie uruchomić w miarę systematyczną komunikację. Równolegle należało podjąć szkolenie przyszłych spadochroniarzy w specjalnościach przydatnych w późniejszej ich pracy konspiracyjnej. A więc w dywersji, technice pracy wywiadowczej, w łączności radiowej i innych. Spadochroniarze ci, przeznaczeni początkowo dla ZWZ, a od lutego 1942 r. dla Armii Krajowej (AK), zyskali sobie w polskim środowisku wojskowym na Zachodzie miano „cichociemnych”. W kraju nazywano ich „ptaszkami”. Obecnie przyjęło się powszechnie określenie cichociemny. Na przełomie grudnia 1939 - stycznia 1940 r. przystąpiono do rozpracowywania zagadnienia. Decydującą rolę odegrali dwaj oficerowie saperzy, kapitanowie Jan Górski i Maciej Kalenkiewicz. Wokół nich zgrupowało się grono oficerów, gorących zwolenników spadochroniarstwa wojskowego. Nazwano ich, czy też nazwali się sami „chomikami”. 14 lutego 1940 r., do raportu skierowanego na ręce gen Sosnkowskiego, w którym kapitanowie wyrażali gotowość wykonania projektu łączności lotniczej wraz z desantowaniem spadochroniarzy w kraju, dołączyli listę pierwszych szesnastu ochotników z grona „chomików”, gotowych na skok. Wkrótce Górski i Kalenkiewicz przeszli do Komendy Głównej ZWZ. Zakończyli wówczas prace nad czterema podstawowymi opracowaniami sztabowymi lotniczej łączności z Krajem. Jednak do końca okresu francuskiego nie udało się uzyskać odpowiedniego sprzętu lotniczego. W czerwcu 1940 r., po klęsce Francji, rząd i Sztab Naczelnego Wodza znalazły się na Wyspach Brytyjskich. Trasy kurierskie wydłużyły się i skomplikowały. Wyprawa kuriera trwała obecnie kilka miesięcy. Sprawa łączności lotniczej nabrała szczególnej wagi i wysunęła się na pierwszy plan. W powstałej, złożonej sytuacji nie istniały szanse na w miarę sprawne dowodzenie konspiracją krajową z emigracji. Toteż w kilka dni po przybyciu do Wielkiej Brytanii powołano krajową Komendę Główną ZWZ, a w Sztabie Naczelnego Wodza - Wydział Krajowy jako Oddział VI Sztabu, nazywany również Oddziałem Specjalnym. Oddział Specjalny był komórką łącznikową Naczelnego Wodza z Komendantem Głównym ZWZ-AK w Kraju i z tej racji zajmował się całokształtem spraw związanych z łącznością oraz wsparciem poczynań Kraju. Organizował zaopatrzenie drogą lotniczą, werbował i szkolił przyszłych cichociemnych. Jesienią utworzono w Oddziale IIl Sztabu NW studialną komórkę spadochronową, do której powołano kapitanów Górskiego i Kalenkiewicza. Zajęto się w niej rozwiązywaniem podstawowych zagadnień, związanych z projektowanym utworzeniem Samodzielnej Brygady Spadochronowej oraz kontynuowano prace z zakresu transportu lotniczego do kraju i przygotowania cichociemnych.

Nastąpiły wydarzenia pozwalające żywić nadzieję na szybkie sfinalizowanie projektu. W lipcu 1940 r. zapadła decyzja powołania brytyjskiej organizacji dywersyjnej Special Operations Executive (SOE Kierownictwo Operacji Specjalnych). SOE, z racji swych zainteresowań, stało się ważnym sojusznikiem polskich zamierzeń zarówno w organizacji łączności lotniczej z Krajem, zaopatrzenia go w środki walki i w część finansów (Brytyjczycy pokryli ⅔ wydatków na „Wachlarz”), jak i powołaniu specjalistycznego szkolenia przyszłych cichociemnych. Miesiąc wcześniej otwarto brytyjski wojskowy ośrodek spadochronowy w Ringway pod Manchesterem. W listopadzie SOE zorganizowało dla Polaków pierwszy kurs zaprawy fizycznej, strzeleckiej i minerskiej. Kurs odbył się w Inverlochy Castle pod Fort William w Szkocji. W tym samym czasie dwunastu innych kandydatów na cichociemnych ukończyło kurs spadochroniarzy w Ringway. Wreszcie w pierwszych dniach stycznia 1941 r., w stacji treningowej SOE w Briggens, otwarto pierwszy polski kurs walki konspiracyjnej. Kandydaci na cichociemnych zwerbowani przez Oddział Specjalny, przechodzili szereg kursów polskich i brytyjskich. Kursy Oddziału Specjalnego organizowano w stacjach treningowych SOE, dowodzonych przez brytyjskich oficerów. Obok brytyjskiego komendanta stacji powołano polskiego komendanta kursu. Instruktorami byli Polacy. Program szkolenia doskonalono z upływem czasu. Obejmował on cztery grupy kursów: zasadnicze, specjalistyczne, uzupełniające oraz praktyki. Ponadto brytyjskie Ministerstwo Wojny organizowało pokazy stopniowo ujawnianych, najnowszych wynalazków wojskowych. Szkolenie cichociemnego trwało kilka miesięcy. Inaczej przebiegało szkolenie skoczków przewidzianych jako dywersanci czy dowódcy oddziałów powstańczych, a inaczej radiotelegrafistów, wywiadowców, oficerów sztabowych lub instruktorów broni pancernej, lotników, specjalistów od propagandy czy fałszerzy dokumentów. Zasadą było, że wszyscy musieli ukończyć kurs spadochronowy i odprawowy. Dla przykładu, skoczkowie przewidziani do zadań dywersyjnych przechodzili szereg kursów zasadniczych: kurs zaprawy fizycznej, minerski i strzelecki, który selekcjonował fizycznie kandydatów i przygotowywał ich wstępnie do dalszego szkolenia dywersyjnego; brytyjski kurs psychotechniczny; zaprawę spadochronową w ośrodku treningowym Samodzielnej Brygady Spadochronowej, tzw. małpim gaju, oraz kurs spadochronowy w Ringway; kurs walki konspiracyjnej, mający za zadanie nauczenie organizacji i prowadzenia walki konspiracyjnej małym zespołem dywersyjnym; na koniec kurs odprawowy , który miał na celu przedzierzgnięcie skoczka w konspiratora o określonej osobowości. W przerwach pomiędzy poszczególnymi kursami zasadniczymi oraz podczas często zbyt długiego pobytu na stacjach wyczekiwania dywersantów kierowano na różne kursy uzupełniające. Należały do nich brytyjskie kursy: dla komandosów, walk ulicznych, wyrobu materiałów wybuchowych sposobami domowymi, konspirowania, sposobów zmiany wyglądu zewnętrznego; polskie lub brytyjskie kursy łączności oraz kierowców pojazdów. Oprócz tego skoczek przechodził kurs praktycznego bytowania w terenie, tzw. kurs korzonkowy, oraz praktykę w zawodzie cywilnym, jaki figurował w przygotowanych dla niego fałszywych dokumentach.

Kurs walki konspiracyjnej, początkowo prowadzony przez Oddział VI Sztabu NW w Briggens, został w 1942 r. przeniesiony do Audley End, gdzie zorganizowano również kurs odprawowy. Od stycznia 1944 r. obydwa kursy prowadzono także w polskim ośrodku wyszkoleniowym w Ostuni we Włoszech. W czasie szkolenia następowała ostra selekcja kandydatów. Mówią o tym liczby. Do służby w kraju zgłosiło się 2413 ochotników, a jedynie 605 ukończyło pomyślnie cykl szkoleniowy. Po zakończeniu szkolenia cichociemni odchodzili do stacji wyczekiwania, gdzie kompletowali wyposażenie do skoku i oczekiwali na zrzut. Oczekiwanie trwało od paru dni do kilku miesięcy. Pierwszy lot, zakończony zrzutem cichociemnych, nastąpił w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. Ostatni - z 26 na 27 grudnia 1944 r. Początkowo samoloty startowały z baz w Wielkiej Brytanii; w grudniu 1943 r. - z Tunisu (tylko ze sprzętem), a następnie - z Brindisi we Włoszech. Do pierwszego lotu użyto dwusilnikowego Whitleya. Później latały czterosilnikowe Halifaxy, a od października 1943 r. również amerykańskie Liberatory. W 1944 r. w trzech operacjach lotniczych połączonych z lądowaniem samolotu w Kraju zastosowano lekkie transportowce typu Dakota. Wszystkie samoloty leciały nad zorganizowane placówki odbiorcze, dyżurujące zgodnie z ustalonym planem czuwania. W początkowym jednak okresie, gdy lotnik nie mógł odnaleźć placówki odbiorczej, cichociemnych zrzucano „na dziko”. Poczynając od wiosny 1943 r., zrzutów dzikich całkiem zaniechano. Jeżeli załoga samolotu nie potrafiła odnaleźć placówki głównej, ani też zapasowej, była obowiązana wrócić z całą zawartością zrzutu do bazy. Startujące do Polski samoloty zabrały na swoich pokładach 316 cichociemnych, 28 cywilnych kurierów, 1 węgierskiego radiotelegrafistę oraz czteroosobową brytyjską misję wojskową. 6 cichociemnych zginęło wraz z załogami samolotów, a 3 zabiło się podczas skoku na placówkę. Oprócz spadochroniarzy Oddział VI Sztabu NW ekspediował do Polski pokaźne środki finansowe, w tym około 35 mln dolarów i 19 mln marek. Ponadto około 670 t.. sprzętu, z czego odebrano w kraju ponad 443 t. Loty prowadzono w 4 sezonach operacyjnych: - okres lotów próbnych: luty 1941 - kwiecień 1942 - „Intonacja”: wrzesień 1942 - kwiecień 1943 - „Riposta”: wrzesień 1943 - lipiec 1944 - „Odwet”: sierpień - grudzień 1944. W miarę upływu czasu latano do Polski coraz intensywniej. Dla porównania: jeżeli w okresie próbnym oprócz wysłanych 48 skoczków zrzucono 260 pistoletów, 66 sztuk broni maszynowej, 107 kg plastyku i 20 radiostacji, to w „Ripoście” oprócz 146 spadochroniarzy zrzucono około 6500 pistoletów, 7300 pistoletów maszynowych, 680 lekkich karabinów maszynowych, 290 piatów, 40 000 granatów ręcznych i przeciwpancernych, 21 000 kg plastyku i 650 radiostacji. Przybyli do kraju cichociemni przechodzili w Warszawie parotygodniową aklimatyzację. Po aklimatyzacji otrzymywali, zgodnie z nabytymi wcześniej kwalifikacjami, indywidualne przydziały w różnych pionach ZWZ-AK, nierzadko na eksponowane stanowiska. W walce ponieśli straty

wyrażające się liczbą 103 zabitych i zaginionych (około 30 proc.). Służbę konspiracyjną zakończyli 19 stycznia 1945 r., kiedy to została rozwiązana Armia Krajowa, dla której byli przeznaczeni.

Obsada personalna Komendy Obszaru 2. Białystok ZWZ-AK
Komendanci 1. 2. 3. 4. ppłk Józef Spychalski, ps. „Maciej Samura”, „Czarny”, X - XI 1940, aresztowany; gen. bryg. Julian Filipowicz, ps. „Pobóg”, IX - XII 1941, chory; płk August Emil Fieldorf, ps. „Lutyk”, „Sylwester”, „Weller”, I - V 1942, przeniesiony do KG; płk Edward Godlewski, ps. „Izabelka”, XII 1942 - III 1944, przeniesiony do Okręgu Kraków.

Szefowie sztabu 1. mjr Marian Michał Dorotycz-Malewicz, ps. „Topór”, „Hańcza”, IX 1941 - V 1942, przeniesiony do KG; 2. mjr Aleksander Krajnik, ps. „Grzymała” XII 1942 - IX 1943, zabity podczas przekraczania granicy; 3. mjr Jan Górski, ps. „Chomik”, cichociemny, IX 1943 - III 1944, przeniesiony do KG, a stąd do sztabu Grupy Operacyjnej „Odra”68 w Krakowie.

Dokument Działanie zbrojne na więzienie w Pińsku
„Donat” - d-ca akcji - meldunek- Zadanie.

Dnia 31 XII 1942. Donat na odprawie u przełożonego otrzymał rozkaz zwolnienia naszych ludzi: Wanię, Rysia, Azorka i, o ile się da, Snopkównę z więzienia w Pińsku. W celu zwolnienia wykorzystać wszystkie środki, jak przekupienie, podstęp, a jeśli Donat uzna, że nie doprowadzą do wykonania zadania, ma uderzyć zbrojnie na więzienie i wykonać zadanie. Położenie własne Donat - d-ca + 14 dywersantów do bezpośredniego uderzenia Czarka - z-ca Antoni Drucik Jelina - do działań pomocniczych
68

Grupa Operacyjna „Odra” - projektowany Korpus AK z sił Okręgów Kraków i Śląsk z zadaniem w „Burzy” uderzenia na Górny Śląsk z uwzględnieniem Oświęcimia; dowódca gen. Stanisław Rostworowski, ps. „Odra”.

Dębon Ogrodnik 2 samochody - (1 osobowy i 1 ciężarowy) jako środki transportu i łączności. Broń: 3 pistolety maszynowe, 7 koltów 32, 2 kolty 45, 2 nagany, 13 granatów uderzeniowych, 2 kilo plastiku, 30 spłonek, krążek lontu prochowego. Rekwizyty: 1 mundur (komplet) podoficera gestapo, 10 m liny do forsowania płotów, tyczka do przerywania przewodów telefonicznych, kolce do unieruchamiania samochodów w pościgu i opatrunki. Położenie nieprzyjaciela i obiektu.-Więzienie w Pińsku mieści się w zachodniej części miasta. Jest zamknięte ulicami: od frontu ulicą Brzeską, od zachodu Poleską, od północy Pawłowską (zamknięta dla ruchu) i od wschodu ulicą Cegielnianą. Wielkość i rozmieszczenie więzienia jak na szkicu.69 Zabezpieczenie więzienia. 3 bramy (2 silne-drewniane, zamykane na haki i zamki, oraz trzecia-żelazna, zamykana na zasuwę i zamek). Dookoła więzienia 5-ciometrowy szczelny płot drewniany, na wierzchu którego przeprowadzone są cztery druty kolczaste. Na korytarz więzienia prowadzi dwoje drzwi ciągle zamkniętych albo przez klucznika, który w ciągu całej doby przebywa na korytarzu więzienia, albo przez przodownika dyżurnego, który przebywa na wartowni. Oświetlenie - jak na szkicu, z chwilą zapadnięcia zmroku, 2 aparaty telefoniczne (1 u Niemców, drugi w kancelarii), odprowadzone przewody ze słupa z ulicy Brzeskiej. Poza tym 2 obserwatorzy - jak na szkicu. Czwartek jest dniem przekazywania więźniom paczek (od 10-16). W budynku więziennym są 2 oddziały - męski i kobiecy. Więźniowie - 3 nasi ludzie, około 10 ludzi (partyzanci i za współudział z partyzantami), reszta to ludzie miejscowi za przestępstwa natury administracyjnej i kryminalnej. Stan więzienia w dniu napadu - 54 więźniów. Nasi więźniowie przebywali w pojedynkach (0, 1 i 2), kompletnie odizolowani od świata zewnętrznego i nie korzystający ze swobód w zakresie regulaminu (spacer, wyjście na korytarz po jedzeniu itp), reszta cel, to cele ogólne. Dwa razy dziennie -jedzenie o 12 i o 16, strawa gotuje się w kuchni więziennej i przynoszona jest w kotłach na korytarz więzienny. Więźniowie z cel ogólnych wychodzą po strawę z miskami na korytarz. Nasi więźniowie, którzy byli osadzeni w pojedynkach, po strawę nie wychodzą, klucznik podawał im do celi. Nawet na dochodzenia nie byli wyprowadzani z cel. Dochodzenia przeciwko nim były prowadzone w budynku więziennym Czasami więźniowie byli wypuszczani na spacer, ale tylko wówczas, kiedy komendant więzienia zezwolił. Nasi więźniowie nie korzystali ze spacerów. Straż więzienna. Komendant więzienia-Niemiec, nazwiskiem Hellinger, jego zastępca - Zelner hitlerowiec, człowiek spod ciemnej gwiazdy. Obydwaj mieszkali w budynku kancelaryjnym, w miejscu jak na szkicu. Personel kancelaryjny składał się z 3 osób - intendent gospodarczy - Polak i 2 kobiety (1 volksdeutschka, a druga Polka). Urzędowanie w kancelarii trwało do godz. 16 z tym, że do godz. 17 jeszcze można było kogoś zastać w kancelarii. Niemcy prawie w ciągu całej doby przebywali u siebie w mieszkaniu lub w gabinecie. Ciągle przy sobie mieli krótką broń palną. Przodownicy dyżurni. Markuszewski pijak ,ona volksdeutsch, zamieszkały przy ul. Pawłowskiej vis-àvis więzienia. Krawczyk zamieszkały w mieście. Prócz tego 18 strażników (11 Polaków i 7 Rosjan).

69

Szkic sytuacyjny, patrz wśród wklejek zawierających reprodukcje fotograficzne.

Ludzie, którzy służą dla kawałka chleba, o małym wychowaniu obywatelskim. Są dość gorliwi w służbie. Prawie wszyscy żonaci, zamieszkali w mieście. Służba. Pełniona jest na 2 zmiany (dzienna i nocna). Zmiana dzienna od godz. 7 do 18 i nocna od 18 do 7 Strażnicy na każdą zmianę przychodzą na pół godziny przed. Na zmianie dziennej pełni służbę od 7 do 8 strażników (jeden posterunek przy bramie nr 1, jeden posterunek przy bramie nr 2, jeden klucznik, jeden obserwator od ulicy Brzeskiej, róg Poleskiej, jeden idzie z więźniami na roboty, reszta w rezerwie). Na zmianie nocnej pełni służbę 10 wartowników dochodzą: 1 patrol między posterunkiem nr 1 i nr 2, 1 obserwator od ulicy Pawłowskiej i 1 w kancelarii. Służbę strażnicy pełnią z bronią (kb. sowieckie - 4 naboje). Na wartowni w magazynie jest 15 kb. i bardzo duża ilość amunicji do nich. Na służbę strażnicy przychodzą bez broni. Odchodząc na posterunki, pobierają broń od przodownika dyżurnego. Po godz. 16 prócz personelu kancelaryjnego odchodzi do domu przodownik dyżurny, a zastępuje go starszy strażnik i 2 strażników. Największy bałagan w więzieniu i najsłabsza służba i czujność jest między 17 a 17.30. System alarmowy - strzał strażnika, względnie sygnał gwizdkiem. Prócz łączności telefonicznej, żadnej innej łączności więzienia z władzami bezpieczeństwa nie ma. Służba bezpieczeństwa. Na terenie Pińska jest około 200 Schutzpolizei (oddział zmotoryzowany wyłącznie do pościgu za partyzantami), około 100 żandarmów, około 300 milicjantów miejskich i rejonowych, około 1 batalion wojska niemieckiego i tyleż kozaków. Poza tym po ulicy Brzeskiej krąży patrol żandarmerii w sile 1+1, względnie 1+2. Na trasie odskoku (Drohiczyn, Kobryń, Brześć) bardzo duże garnizony wojska, kozaków, żandarmem i milicji. Łączność Pińska z Brześciem obustronna przewody bezpośrednie na trzech liniach, pocztowej, kolejowej i wodnej. Poza tym żandarmeria i wojsko posiada 5 radiostacji korespondencyjnych do łączności z Łuckiem, Kobryniem i Brześciem. Kierownikami władz i urzędów samorządowych są Niemcy lub Rosjanie. Na niższych stanowiskach urzędniczych, pracowników umysłowych i fizycznych jest b. dużo Polaków. Polacy, ludzie wystraszeni, leniwi do roboty organizacyjnej, do konspiracyjnej, owszem, są b. chętni, ale do roboty aktywnej nie, są bojaźliwi - największe zmartwienie to „co z zoną i z dziećmi”. W mieście pośród Polaków jest wyznaczonych 15 zakładników - Polacy. Rozkazy i zarządzenia wydane przez Donata w okresie poprzedzającym akcję. Dnia 31 XII 42. AntoniMały wyjeżdża do Pińska dla nawiązania kontaktów z Drucikiem i z Jeliną. Dnia 2 I 43. Donat, Czarka, MSZ, Edek, Monter i SS wyjadą z bronią, amunicją i rekwizytami do Brześcia (broń, amunicja i rekwizyty w schowkach) dwoma samochodami, gdzie otrzymają dalsze rozkazy. Samochody idą przez granicę oficjalnie: Donat, Czarka i SS na zielono. W Brześciu Czarka obejmuje dowództwo nad ludźmi i sprzętem na terenie Brześcia i czeka na moje rozkazy. Broń, amunicja i rekwizyty wyjmie ze schowka i złoży na melinie w Brześciu. Przy pomocy Kapelana typuje do akcji 8 ludzi z Brześcia. Na mój rozkaz z Pińska przejdzie z bronią i ludźmi do Pińska na podstawę wyjściową. Utrzymuje codziennie podsłuch telefoniczny, czekając na moje rozkazy, MSZ - szef łączności i transportu samochodowego, wraca samochodem ciężarowym do Warszawy i przywozi Kawę i Krę, którzy granicę przejdą na zielono i zapadną na kwaterach przygotowanych przez Czarkę. Sam udałem się do Pińska dla prowadzenia rozpoznania. W Pińsku nawiązałem kontakt z Antonim, z Jeliną - przy pomocy którego prowadziłem rozpoznanie więzienia i z innymi ludźmi z odcinka, których zorganizowałem do wykonania czynności pomocniczych. Przez Drucika zorganizowałem stałą łączność z Czarką w Brześciu przez podsłuch telefoniczny na linii, „Kod”

przesłałem Czarce gońcem na samochodzie. Łączność nawiązywałem 2 razy dziennie w umówionych godzinach. Myśl przewodnia. Na podstawie przeprowadzonego rozpoznania obiektu i wywiadów w mieście Pińsku i terenie postanowiłem w dn. 18 I 43. punktualnie o godz. 17 uderzyć na więzienie. Napad upozorować jako napad partyzancki, aby nie ściągnąć represji na miejscową ludność polską. Napad wykonać przez działanie połączone (podstęp z przemocą), cicho, bez użycia broni. Użycie broni może nastąpić tylko w obronie koniecznej któregoś z dywersantów, w wypadku i w celu pokonania oporu czynnego lub biernego Niemców lub strażników. W czasie akcji nie wolno używać języka polskiegoużywać tylko rosyjski i niemiecki. Zajęcie podstawy wyjściowej. W dniu 17 I 43 dałem rozkaz Czarce przejścia samochodem z ludźmi z Brześcia do Pińska na punkt, z takim obliczeniem, ażeby na punkcie w Pińsku meldować się w zmroku między godz. 17-18. W dniu 17 I 43. Czarka po przyjeździe z ludźmi, przez przewodników Antoniego, Ogrodnika i Kawę, zostali grupami przeprowadzeni na podstawę wyjściową. Samochód odszedł do przygotowanego garażu. Na podstawie wyjściowej. Zarządzenia. MSZ - szef transportu - przygotować wozy do odskoku. Przy Oplu zmienić numery rejestracyjne na „Pol”. Do baku wlać benzyny tylko tyle, aby dojechać do Janowa. Na godz. 16.55 punktualnie stanąć pod fabryką zapałek i czekać na mnie. W samochodzie już mają być MSZ - szofer, SS w mundurze obok szofera, Motor na tylnym siedzeniu, kryjąc SS. Edek Monter-Pakunek. Monter-szofer, Pakunek - osłona szofera uzbrojeni w krótką broń palną. Na godz. 17.10 mają podjechać pod bramę więzienia samochodem ciężarowym i przed niezamieszkałymi domami pożydowskimi zatrzymać się i pozorować reperację samochodu. Klapa od strony więzienia otwarta. Platforma uporządkowana. Na samochodzie - duży zapas benzyny, ciepłe ubrania dla uwolnionych więźniów i kolce. Czarka – Kawa - Kra, przygotowanie broni, amunicji, sprzętu i rekwizytów do napadu. Zorganizowanie ubezpieczenia na podstawie wyjściowej. Za dnia 18-go rozpoznanie obiektu więzienia z zewnątrz, tras dojścia i miejsca zaatakowania więzienia. Zarządzenie gotowania gorącej strawy dla dywersantów, zapoznanie ich z każdym rodzajem broni i wypłata dla nich żelaznej sumy oraz wydanie przygotowanej żelaznej porcji dla każdego. Czarka, Kawa i Kra, rozpoznanie narzuconej im trasy marszu pieszego do Terespola, na wypadek gdyby w drodze nieprzyjaciel zmusił nas do odskoku pieszo. Wszyscy żołnierze dywersanci zostali dokładnie zapoznani z planem miasta Pińska, najbliższych okolic, z planem i rozmieszczeniem więzienia i z trasą odskoku samochodem i pieszo. Z podstawy wyjściowej nikomu wychodzić nie wolno. Następnie odbyła się odprawa przeprowadzona przeze mnie każdej grupy i każdego dywersanta, jeśli miał osobne działanie w akcji. Zapoznałem dokładnie wszystkich z wynikami rozpoznania. Treść odprawy podam w punkcie „wykonanie”. Następnie zarządziłem rozdanie wszystkim broni, amunicji i rekwizytów, a następnie odebrałem od wszystkich papiery i dokumenty, które, w razie gdyby któryś poległ, mogłyby kompromitować jego lub cały oddział. Na końcu odprawy nastąpiła dokładna regulacja zegarków, gdyż początek rozpoczęcia akcji zgrany był na czas. Przed wyjściem -zatarcie śladów i przygotowanie odwaru tytoniowego.

Wykonanie. Grupa I-sza. Donat - d-ca, MSZ-szofer, SS, Motor, samochodem Opel. Trasa - jak na szkicu, rozmieszczenie w samochodzie -jak na rysunku. Spod fabryki zapałek (od strony miasta) na pełnym gazie zajeżdża samochód punktualnie o 17.00 pod bramę więzienia i przed samą bramą zatrzymuje się, nie wyłączając motoru. Po zatrzymaniu się samochodu SS jedną nogą wychodzi z samochodu, pokazując się w mundurze. W tym momencie strażnik przy bramie usłyszawszy pracę motoru, przez judasza wygląda na ulicę i widzi samochód ze znakami policyjnymi i podoficera gestapo. Do strażnika po niemiecku SS mówi, że: policja SD i każe otworzyć bramę. Strażnik odpowiedział „tak jest” i zaczął otwierać, SS, nie wdając się w rozmowę, wsiadł do samochodu, a szofer, nie czekając na otwarcie bramy, dodał gazu. Kiedy brama została otwarta, samochód szybko wjechał i zatrzymał się za bramą. Z samochodu spokojnie i szybko wyszli SS i Motor, podeszli z tyłu do strażnika zamykającego bramę i po rusku Motor sterroryzował go, każąc mu milczeć i prowadzić się do drugiej bramy. Tuż za samochodem wszedł Wrona i Dzik z pistoletem maszynowym i krótką bronią palną, aby objąć służbę przy bramie i stworzyć przez zasadzkę osłonę dla działań na terenie więzienia. Strażnik przy bramie stawił opór bierny, wobec czego został zastrzelony przez Motora i usunięty z jezdni w śnieg. Zarżnąć nożem nie było go można, gdyż był w dużym kożuchu wartowniczym. W wypadku gdyby strażnik nie otworzył bramy, MSZ daje klaksonem - co jest znakiem dla Kry i Jastrzębia z grupy II-ej, że strażnika mają wziąć od środka. Ze sterroryzowanym strażnikiem SS i Motor mają iść do drugiej bramy i ustawiając strażnika vis-à-vis judasza, SS z tyłu za nim, a Motor pod płotem - z boku niewidoczny, ma zapukać do bramy. Z chwilą kiedy wartownik otworzy judasza w drugiej bramie, zobaczy znajomego strażnika (który ma powiedzieć tylko: „no, otwórz”) i SS-mana. Wówczas strażnik w drugiej bramie, widząc znajomego strażnika, otwiera bramę, przez którą wpadają Donat, Motor, SS, Kra i Jastrząb, oślepiając latarkami strażnika, terroryzują i rozbrajają go, zostawiając przy nim wartę, wpadają na wartownię i terroryzują i rozbrajają wszystkich tam obecnych. Sterroryzowanych układa się wszystkich twarzą do ziemi, ręce wyciągnięte tak, aby nie mogli obserwować ruchów napadających partyzantów. Na jedno długie światło SS i MSZ podjeżdża samochodem pod drugą bramę. Dalej całą akcją kieruje Donat. Trick ze strażnikiem odpadł, ponieważ strażnik przy bramie, który stawił opór, został zastrzelony. Wobec tego rozkazałem SS-manowi użyć tego samego tricku co przy pierwszej bramie. Strażnik otworzył i dalej już w myśl opisanego planu. Po sforsowaniu wszystkich bram z miejsca zabierałem wszystkie klucze. Grupa II. Czarka – Kra – Jastrząb - Dzik, atakują obiekt od ulicy Cegielnianej, po trasie jak na szkicu, po czym wychodzą z podstawy wyjściowej z takim obliczeniem, aby południową część budynku kancelaryjnego (kancelaria) osaczyć i sforsować punktualnie o godz. 17.00. Kra od ulicy Cegielnianej z pistoletem maszynowym zostaje na zasadzce, a Jastrząb - przygotowaną osęką - zrywa przewody telefoniczne. Czarka i Dzik wkraczają do kancelarii: terroryzują i rozbrajają osoby tam napotkane. Sterroryzowane osoby przyprowadzają do otwartej już drugiej bramy. Grupa III. Kawa, Kmicic, Ryks, Dym atakują obiekt od ulicy Cegielnianej po trasie jak na szkicu, przy czym wychodzą z podstawy wyjściowej z takim obliczeniem, aby północną część budynku kancelaryjnego (mieszkanie Niemców i gabinet Km-ta więzienia) osaczyć i sforsować punktualnie o godz. 17.00. Dym zostaje na zewnątrz budynku jako osłona działania Kawy, Kmicica i Ryksa, którzy wkraczają do Niemców. Kawa - pistolet maszynowy, Kmicic i Ryks - kolty 45. Terroryzują Niemców i każą prowadzić się do bramy drugiej - robią ten trick (dublują), który w zasadzie wykonuje grupa I. Niemcy stawiają czynny

opór, ostrzeliwują się, wobec czego zostają przez naszych rozstrzelani. Kawa po wykonaniu zadania, w myśl planu działania, ze swoimi ludźmi wchodzi na obserwatora od ul. Pawłowskiej, przywiązuje przygotowaną linę z węzłami i spuszcza się do środka więzienia po linie przez 5-metrowy płot, atakując od środka więzienia trzecią bramę i wartownię. Po sforsowaniu wszystkich bram (3) i zdobyciu wartowni, rozbrojeniu i sterroryzowaniu wszystkich strażników, w otoczeniu 4 dywersantów, każe się prowadzić do więzienia przodownikowi dyżurnemu. Każę klucznikowi pod rewolwerem otworzyć wszystkie cele i wypuścić więźniów. Nasi więźniowie niepostrzeżenie przeprowadzeni zostali do samochodu Opla i zaraz wywiezieni, a do reszty więźniów kazałem przemówić po rosyjsku Ryśkowi, że daję im wolność i swobodę - niech wyjdą. Po czym wszystkich wypuściłem z więzienia. Na umówiony znak (3 gwizdki na kluczu) wszyscy dywersanci wyszli i załadowali się do ciężarowego samochodu. Przed odejściem wszystkich strażników rozkazałem zamknąć do jednej celi. Straty ze strony npla. Zabitych - 2 Niemców i 1 strażnik-z naszej strony bez strat. Ryks po zabitym Niemcu zabrał pistolet 7,65 „Walter”, który dałem na pamiątkę. Po załadowaniu ludzi do samochodu i sprawdzeniu dałem rozkaz do odskoku. Odskok. Dnia 17-go w przeddzień napadu, panu L kazałem przygotować w samochodzie mocny schowek na 3 osoby i wyjechać już w dniu 17, aby zrobił sobie alibi w Janowie, a na nas poczekać pod Drohiczynem, pozorując zepsucie i reperację samochodu. Dla zmylenia pościgu Opla kazałem ustawić w poprzek szosy pod Janowem i spalić, samym zaś jechać samochodem ciężarowym, ubezpieczając się z samochodu. Na całej trasie, aż do spotkania z panem L sypać kolce. Przeładować więźniów do samochodu pana L, a sam odskakiwać samochodem ciężarowym trasą Janów, Drohiczyn, Horodec, Kobryń, szosą na Włodawę, a następnie szosą Kowel-Brześć, na melinę graniczną pod Brześciem. W wypadku zatrzymania samochodu, zwalniamy bieg. podsuwamy się jak najbliżej zatrzymujących, a następnie na mój rozkaz - likwidujemy npla, tak z broni maszynowej, jak i krótkiej. W wypadku uszkodzenia samochodu, marsz pieszo po rozpoznanych trasach oddziałem zwartym, jak oddziały partyzancko-dywersyjne. Na melinę graniczną pod Brześciem przyjechałem bez przeszkód. Na przygotowanej melinie zapadłem na noc z 18 na 19 z całym oddziałem, ubezpieczając się i będąc stale w pogotowiu. Tutaj zrobiłem dokładny apel, rozdałem wszystkim dowody osobiste uprzednio zabrane, a MSZ i Edkowi Monterowi kazałem jechać niezwłocznie przez granicę do Warszawy. Dnia 19 rano wszyscy rozeszli się na przygotowane kwatery w Brześciu. W nocy ze środy na czwartek (2021 I 43) zarządziłem przejście 8 osób granicy na zielono, stąd w nocy z 21/22 samochodem przyjechałem do Warszawy bez przeszkód. Rozbrojenie oddziału nastąpiło w Warszawie. Łączność. W czasie napadu 18 I 43 o godz. 17.00 została przez Drucika zerwana łączność z Pińskiem na wszystkie możliwe kierunki. Do dnia 22 łączności jeszcze nie było. Punkt sanitarny. Opatrunki osobiste na ludziach w czasie akcji odskoku oraz apteczka na samochodzie w czasie odskoku. Punkt sanitarny z lekarzem na melinie granicznej pod Brześciem. Brali bezpośrednio udział w akcji: Donat -d-ca Czarka-z-ca Drucik-zerwanie łączności

Grupa I

1) 2) 3) 4)

Donat SS MSZ Motor

Grupa II 1) 2) 3) 4) Czarka Kra Jastrząb Dzik

Grupa III 1) 2) 3) 4) Kawa Kmicic Ryks Dym

Warta przy bramie 1) Wrona 2) Płomień

Samochód ciężarowy 1) Edek Monter 2) Pakunek

Służba pomocnicza 1) 2) 3) 4) 5) 6) 7) Antoni - rozpoznanie Dąb - podstawa wyjściowa (kwatera stała) Ogrodnik - przewodnik Właściciel meliny granicznej pod Brześciem Stasiek - przewodnik przez zieloną granicę Jelina - konfident Donat

mp 27 I 43 r. Zał. szkic więzienia

Próba podsumowania
Mam już tyle lat, że mogę spojrzeć na siebie z dużej odległości i zdobyć się na wyznanie. Sypiam dobrze i w zasadzie nie miewam snów. Ale sny przychodzą nieproszone, natrętne. W 1962 r. jechałem pociągiem z Dover do Londynu. Rzuciłem walizkę na półkę i zmęczony długą podróżą z Warszawy zasnąłem. Zdawało mi się, że idę w pochodzie cieni na Sąd Ostateczny. Przed dużym budynkiem stał św. Piotr, bardzo brodaty, z rozczochraną czupryną. Wielce byłem zdziwiony, ponieważ Święty miał na sobie uniform z dużymi złotymi guzikami, a na głowie czapkę, jaką noszą portierzy hotelowi. W końcu stanąłem przed obliczem Klucznika i obudziłem się. Naprzeciwko mnie siedział człowiek z mojego snu i przyglądał mi się uważnie. Tajniak – pomyślałem sobie-ale jaki? Patrzyłem na faceta uważnie. Był w cywilnym ubraniu, a jego twarz wydała mi się znajoma. Po chwili rzekomy tajniak powiedział do mnie po rosyjsku: A my skądś się znamy... Tak? To był portier z Regent Hotel w Londynie. W 1941 r. chodziłem tam na kawę. Kilka razy rozmawiałem z portierem. Emigrant carski był świetnie zorientowany w mieście i udzielił mi kilku pożytecznych wskazówek. Teraz, już emeryt, korzystał ze swojej zawodowej pamięci. Ja zresztą niewiele zmieniłem się od dwudziestu lat: byłem chudy jak wtedy i miałem podobny warszawski garnitur. Oto przykład niespodziewanego spotkania z wojną. Tak samo na jawie spotykam się z przeszłością. Kiedyś wśród szpargałów znalazłem wiersz pisany w 1938 r. „Chociaż pacyfistą jestem nie od roku, lepsza jest dobra wojna aniżeli zły pokój”. Otóż dziś wiem, że nie ma dobrej wojny. Przychodzi do mnie ta zła wojna często, chociaż w moim życiu jest już tylko epizodem. Przychodzi w formie listów, zapytań, rozmów z kombatantami i zupełnie młodymi ludźmi. W 1938 r. nie wiedziałem, że pierwsza wojna światowa niewiele zmieniła, chociaż my uzyskaliśmy niepodległość. Niektóre potęgi rozsypały się, niektóre obłowiły. Zginęły miliony ludzi. Pozostało miliony kalek. Taki był skutek wojen od starożytności. Wracam do 1941 r. Wtedy planowałem moją własną wojnę. Firma ubezpieczeniowa Lloyd odmówiła ubezpieczenia spadochroniarzy na życie i zdrowie. Kapelan Wojska Polskiego udzielił naszej grupie absolutorium in articulo mortis. Mało tego, dostaliśmy odpust od postów. Mimo tego byliśmy dobrej myśli. Razem z przyjaciółmi wierzyliśmy optymistycznie, że niejaki Schickelgruber, alias Hitler, jest psychopatą i że sami Niemcy zrobią z nim porządek, my zaś mu dołożymy. W tym samym czasie brytyjskie i radzieckie służby specjalne postanowiły, że Polska stworzy cichy front do walki z niemieckimi transportami, jadącymi na wschód. Poinformowano o tym naszego Naczelnego Wodza,

który koncepcję zaczął realizować. W ten sposób narodziła się organizacja, która z czasem była znana jako „Wachlarz”. W ten sposób również „Wachlarz” od początku został rozszyfrowany. Według mnie miał on być drugim frontem z przymrużeniem oka. Traktowałem swoją misję poważnie, ale dziś mam poważne podejrzenie, że cały projekt był tym, co nazywa się blef. Założenia „Wachlarza” były właściwie niewykonalne. Działania kilkuset żołnierzy na terenach wielkości połowy państwa Jagiellonów, nie wyszkolonych, bez broni i zaopatrzenia, wśród mieszanej etnicznie ludności tworzyły sytuację „z motyką na słońce”. Jednak zaczęło się coś dziać. Szkoleniem zajęli się cichociemni. Zaczęła napływać broń ze zrzutów i krajowej produkcji i takież materiały wybuchowe, chociaż w niewystarczającej ilości. Zaimprowizowano transport, który osiągnął prawdziwe sukcesy. Powstawały zwarte patrole i drużyny. Żołnierze i dowódcy uwierzyli w ważność Sprawy. W nieustającej walce i zagrożeniu zaczęły narastać straty bolesne i tragiczne. Największe ofiary poniósł sztab „Wachlarza”, zwłaszcza w kadrze oficerskiej. Sztab był mocno rozbudowany i powstał ze zlania się organizacji „Brochwicz”, założonej przez ppłk. Remigiusza Grocholskiego, ps. „Doktor”, i Tajnej Armii Polskiej, założonej przez ppłk. Jana Włodarkiewicza, ps. „Damian”, prócz tego do sztabu przydzielono szereg specjalistów. W połowie 1942 r. Niemcy zaczęli odczuwać ukłucia „Wachlarza” i przystąpili do inwigilacji, zwłaszcza w Warszawie, gdzie zginęło wielu wartościowych ludzi. Jednak do końca wojny „Wachlarz” nie był dokładnie rozszyfrowany. A przecież Niemcy mieli w swoich rękach wielu oficerów i szeregowych „Wachlarza”, którzy nie zawsze byli odporni na tortury. W 1944 r. w jakimś raporcie gestapo czytamy, że „Wachlarz” składa się z czterech odcinków (a nie pięciu, jak było naprawdę). Fakt ten podaje Cezary Chlebowski w monograficznej książce o „Wachlarzu”.70 Tu przypominam, że „Wachlarz” już dawno nie istniał. W drugiej połowie swego istnienia „Wachlarz” zapuścił korzenie w terenie, szkolił żołnierzy i w walce okrzepł w siłę. I właśnie wtedy zapadła decyzja rozwiązania go. Jego Komendant został o tym powiadomiony w grudniu 1942 r. Powołano nową organizację pod nazwą Kierownictwo Dywersji (Kedyw), do której wcielono „Wachlarz” z terenów wschodnich i Związek Odwetu, działający w Generalnym Gubernatorstwie. Teraz Kedyw włączył się w akcję sabotażowo-dywersyjną. Dodam, że „Wachlarz” był kosztowną imprezą. Nie mogę pominąć faktu, że na zakończenie swojej służby w „Wachlarzu” jego Komendant ppłk Grocholski („Doktor”) stanął wobec poważnego oskarżenia zdekonspirowania całej pracy „Wachlarza”. Użyto nawet słowa rozgadanie. Dokument oskarżenia jest w archiwum. Już po odbiciu mnie z więzienia w Pińsku byłem przesłuchiwany przez płk. „Wellera” (Augusta Emila Fieldorfa - Komendanta Kedywu) i dlatego zapamiętałem całą rzecz. Przede wszystkim w sprawy uwięzienia Jana Piwnika z II odcinka, mojego, a następnie Tadeusza Sokołowskiego z IV nikt ze sztabu nie mógł być zamieszany, a dla samego „Doktora” aresztowania musiały być zaskoczeniem i ciosem. Przecież gestapo i kontrwywiad niemiecki penetrowały „Wachlarz”. W terenie Niemcy mogli natrafić
70

Informacja nieścisła. Przytoczony przez C. Chlebowskiego w Wachlarzu dokument (pismo dr. Ludwiga Hahna) pochodzi z 21 IX 1943 r. i jest w nim mowa o sześciu odcinkach. Faktem bezspornym pozostaje, że liczba podanych odcinków jest nieprawdziwa i że „Wachlarz” już dawno nie istniał.

na ślady organizacji, ale ślady te szybko się urywały. Na Polesiu np. żołnierze nie znali tej nazwy. Dla nich była to organizacja wojskowa o kryptonimie „Tarcza”. Większe niebezpieczeństwo stwarzała dekonspiracja sztabu w Warszawie. Znana jest sprawa chor. „Smugi”, który zameldował się w Warszawie jako żołnierz z I odcinka (Lwów). Był agentem gestapo i zdążył wyrządzić wiele szkód, ale w końcu poniósł karę. Przy Komendzie „Wachlarza” w Warszawie istniała baza, do której odsyłaliśmy ludzi nie nadających się do pracy w terenie, stanowili oni bowiem często zagrożenie. Ostatecznie kierownik tej bazy został aresztowany i zamordowany. Sam „Doktor” miał własne poglądy na konspirację. Ukrywał przed swoimi współpracownikami to, czego nie musieli wiedzieć. Mimo moich dobrych stosunków z szefem nie znałem większości członków sztabu. Mjr. Stefana Rychtera, ps. „Tumry”, widziałem przelotnie i nie zamieniłem z nim jednego słowa, a przecież był on szefem sztabu wydzielonej organizacji dywersyjnej AK. Miało to jednak dobre strony: w konspiracji lepiej jest mniej wiedzieć. Znam też przypadki dezinformacji, kiedy ktoś był zbyt ciekawy. Poza oficjalną organizacją „Wachlarz”, „Doktor” miał swoje jakby prywatne kontakty, które ujawniał w sposób niespodziewany. Należały do nich różne firmy budowlane, właściciele knajp, punkty kontaktowe... Wszyscy ci ludzie byli formalnie zaprzysiężeni i tkwili w konspiracji. Wobec tych faktów wydaje się dziwne, że cały „Wachlarz” nie został zniszczony przez Niemców. Jest zasługą „Doktora”, że do tego nie doszło. W innym miejscu pisałem, że tereny kresowe zamieszkiwała ludność mieszana i skutki tego były różne. Dochodziło do tego, że żołnierze „Wachlarza” mieli kontakty z partyzantką radziecką lub z pracownikami komitetów partyjnych pozostałych w terenie. Nie jestem upoważniony, żeby mówić za innych, ale sprawy są udowodnione. Na moim odcinku miały miejsce takie przypadki. Ja sam również prowadziłem rozmowy z czynnikami radzieckimi. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że mój krewny Stanisław Podgórski miał znajomych w brzeskim komitecie partii i popierał działalność lewicową. Inną okazję do spotkań miałem przez kontakty moje z gettem. Tam po prostu przychodzili łącznicy partyzantów radzieckich po różne części radiowe lub uzbrojeniowe. Zaczęliśmy wymieniać między sobą informacje. Zameldowałem o tym „Doktorowi”, a ten z kolei przekazał meldunek swojemu przyjacielowi „Dzięciołowi” (płk Marian Drobik - szef Oddziału II KG AK). Pułkownik rozmawiał ze mną i polecił utrzymać kontakt. Wiosną 1943 r. udałem się do miasteczka Cumań. Tam przebywał mały, ale wypróbowany oddziałek „Znajdy” (Albin Znajewski). Znałem adres jego rodziny i bez trudu znalazłem jego samego w Cumaniu. Miał on przejść do Prużany i połączyć się z innym wachlarzowcem, który miał pseudonim „Kat”. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że parę kilometrów od Cumania u siostry Znajewskiego leży ranny człowiek, prawdopodobnie radziecki spadochroniarz. Ruszyliśmy na odsiecz. Był to rzeczywiście skoczek spadochronowy z Wielkiej Ziemi, który lądował na dziko i w czasie samotnej wędrówki został ranny. Miał ze sobą automat i zdążył dojść do lasu, gdzie się ukrył. Na drugi dzień znaleźli go życzliwi ludzie i przenieśli aż do Cumania. Tu gdzieś znajdowała się baza, do której skoczek miał dotrzeć. Domowe leczenie trwało wiele dni. W miejscu zranienia utworzył się ropień.

Ranny gorączkował. Zaimprowizowaliśmy salę operacyjną i wydobyłem pocisk dużego kalibru. Dobrze przepłukałem ranę sodą i założyłem sączki. Na drugi dzień ranny odjechał do bazy. W kilkadziesiąt lat po wojnie zaprosił mnie do siebie na kawę płk rez: Józef Wargin-Słonimski, autor kilku książek. Okazało się, że to orf właśnie był tym spadochroniarzem. W obozie partyzanckim dokończył kuracji i brał udział w wielu akcjach. Tak wraca czasami wojna: z uśmiechem. Na temat uwolnienia więźniów w Pińsku powstała cała literatura jako o akcji pokazowej. Tkwiłem w środku wydarzeń, ale wtedy nic nie wiedziałem o sposobie działania grupy uderzeniowej, a pierwsze informacje uzyskałem od niektórych uczestników już po akcji, przy spotkaniach w Warszawie. Plan „Ponurego” polegał na uniknięciu rozlewu krwi. W tym celu do akcji dokooptowany został Zygmunt Sulima, ps. „Esesman”. Był on dowódcą plutonu w batalionie „Golski”. W mundurze oficera gestapo działał na terenie województwa warszawskiego przeszło rok. Zawsze z powodzeniem. Nosił stopień Obersturmführera. Relacje uczestników tej akcji trochę się różnią od siebie, ponieważ role były podzielone i jedna grupa nie mogła wiedzieć, co robiła druga. Pierwszy opis zdarzenia to lakoniczny meldunek „Ponurego”. Biuletyn Informacyjny z 27 maja 1943 r. zamieścił krótki opis akcji napisany nieco w stylu kamuflażowym. Po wojnie czytałem różne opowieści na ten temat. Ktoś kiedyś napisał, że Marian Przysiecki pojechał do Pińska i po prostu odbił więźniów. Niedawno czytałem w prasie polonijnej, że „Ponury” wjechał konno na podwórzec więzienny, czym dał dowód beztroskiej fanfaronady. Wydawnictwo BBC wydało pracę pt. SOE (nazwisko autora Boot), z której można wnioskować, że akcja w Pińsku była dziełem brytyjskich służb specjalnych. Melchior Wańkowicz w swojej książce Wojna i pióro również pisze o Pińsku. Praca, jak zwykle napisana z nerwem, zawiera kilka błędów z powodu nieodpowiedzialnych relacji. Historia „Wachlarza” zawarta jest w książce Cezarego Chlebowskiego pod tym tytułem. Ostatnią akcją „Doktora” w tym okresie były rozmowy z Bolesławem Piaseckim, twórcą Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, w sprawie przyłączenia ich do Armii Krajowej. Rzecz została doprowadzona do końca pomyślnie i latem 1943 r. UBK razem ze swoim kierownictwem zostały wcielone do AK. W podsumowaniu: „Wachlarz” wykonał z nadwyżką plan na rok 942. Powstały oddziały zdolne do samodzielnych działań, wyrosły kadry nowych specjalistów dywersji. Były to zaczątki wielkich jednostek. Mimo otrzymania kolejnych zadań utrzymałem z „Doktorem” stały kontakt prywatny aż do dziś, kiedy przychodzę na Jego grób w Izabelinie. Moja praca w sztabie Obszaru Białystok była zupełnie inna niż w „Wachlarzu”. Musiałem dużo podróżować różnymi środkami lokomocji, a gdy byłem na miejscu, uczyłem się pracy sztabowej, 3 lipca 1943 r. przyszedłem wieczorem do państwa Kuczyńskich w Józefowie k. Otwocka. Miałem tam przenocować, żeby rano stawić się w Otwocku. W ogrodzie przy domu natknąłem się na niemieckiego

żołnierza i pomyślałem, że w domu jest „kocioł”. Zapytałem żołnierza, co tu robi. Nie ponimaju odpowiedział. Nie miał karabinu, więc wszedłem do domu. Przy stole siedzieli skośnoocy żołnierze i jedli kolację. Byli dezerterami z Ostlegionu formowanego przez Niemców i tu przebierali się w cywilne ubrania. Ałła Kuczyńska pochodziła z rodziny mahometańskiej i stąd koneksje z tymi żołnierzami. O świcie 3 lipca przechodziłem pod wiaduktem kolejowym w Otwocku. Na filarach widniały napisy: „Sikorski z nami”. Litery były duże i wysoko umieszczone, jak to zrobili? Nie wiem do dziś. W tydzień potem, już w rejonie Białegostoku, dowiedziałem się, że Naczelny Wódz nie żyje. Wiemy dziś, że zginął na brytyjskim terenie i w brytyjskim samolocie. Zginął światły i życzliwy człowiek. Patriota. Przy swoich zaletach miał wielu wrogów, nawet w bliskim otoczeniu. Dla rządu JKM stał się niepotrzebny. Ale nie miałem czasu na refleksje. Nasz sztab był na garnuszku płk. „Mścisława” (Władysław Liniarski), komendanta Okręgu Białystok. Poznałem go w 1939 r. w Puszczy Kampinoskiej, kiedy major Władysław Liniarski został pod Sierakowem ciężko ranny. Nie nadawał się do ewakuacji. Udało mi się znaleźć dla niego schronienie na kilka dni. Z Warszawy mimo oblężenia poszła do Sierakowa dzielna Halina Cybulska i zaniosła mu cywilne ubranie i czyjąś metrykę. Teraz jako „Wujek” albo „Mścisław” miał do mnie oczywiście sentyment, ale patrzył mi na ręce, chociaż nie podlegałem jemu, tylko płk. „Izabelce” (Edward Godlewski) komendantowi Obszaru. A mój szef, który dowodził 14. p. uł. i prowadził pułk do szarży pod Młocinami, bał się „Mścisława”. To znaczy szanował porządek w Okręgu.

Na polecone mojego szefa mjr. Jana Górskiego, ps. „Chomik”, sformowałem kadrowy batalion „chomików” do dyspozycji szefa sztabu Obszaru Białystok. Były to patrole z III odcinka „Wachlarza”, które przetrwały w terenie, nie rozpoznane przez Komendę Okręgu Poleskiego. Kpt. Bolesław Kontrym, który likwidował mój odcinek, dotarł tylko do bazy w Brześciu. Z początku istniały więc tylko patrole: „Kata” z Prużany, „Bosmana” z Pińska i „Znajdy”, którego znalazłem aż na Wołyniu. Wkrótce batalion zaczął się rozrastać. Przybyli m.in. uzbrojeni i zdecydowani ludzie z organizacji przerzutów przez granicę, a zwłaszcza przez Bug. W końcu 1943 r. miałem spotkanie w Warszawie z mjr. Maciejem Kalenkiewiczem, ps. „Kotwicz”. Powiedział mi, że wybiera się do Okręgu Nowogródek, zabiera ze sobą „Ponurego”, który popadł w konflikt z Komendą Okręgu Radomsko-Kieleckiego. Sztab Obszaru Białystok zostaje rozwiązany. Maciej zaprosił mnie do swojego pułku „Sim Sim” (77), który teraz miał stać się domem Macieja. „Ponury” i jego żona zaprosili mnie do siebie na obiad. Nie wiedziałem, że już nigdy tych wspaniałych ludzi nie zobaczę. W początkach 1944 r. słowo stało się ciałem: Maciej i „Ponury” odjechali. Potem nadeszła decyzja dotycząca Obszaru. Płk Edward Godlewski zabierał mjr. Jana Górskiego do Krakowa. Ja zostałem do likwidacji batalionu „chomików”. Była to dla mnie kłopotliwa sytuacja - rozwiązywać oddział, który znałem i na który mogłem liczyć. Nie miałem środków na utrzymanie tych ludzi w pogotowiu. „Mścisław” proponował mi przekazanie oddziałów do Okręgu. To znaczyło rozbrojenie. Maciejewski otrzymał ode mnie rozkaz wykonania tego smutnego obowiązku. Bosman Górski wyruszył i dotarł do Kalenkiewicza. Oddział sierż. Znajewskiego, najbliższy mi, skrył się w lasach Nurzeckich pod opieką ks. Tomasza Lepeckiego. Ksiądz nie należał do AK i wiedział, jak mi

pomóc. Miałem wrażenie, że „Wujek” - „Mścisław” nie miał żadnej ochoty wywołać u siebie „Burzy”, chociaż wykonał wszystkie przygotowania. Kiedy prawie wszystko załatwiłem, nadszedł dla mnie rozkaz powrotu do Warszawy. Podpisał płk „Weller”, czyli mój najwyższy szef. Zostałem przydzielony do dyspozycji płk. Henryka Krajewskiego, szefa wyszkolenia Kedywu. Zacząłem szkolić oficerów do działań dywersyjnych. Niedługo to trwało. Płk Krajewski zaczął przejmować od płk. „Żuka” (Stanisław Dobrski), Komendę Okręgu Polesie i razem z mjr. Tomaszem Zanem, ps. „Borek”, brałem udział w tych formalnościach. Niespodziewanie dla mnie wynikła koncepcja tworzenia 30. DP AK i dalej już wiadomo. To, co napisałem powyżej, jest uzupełnieniem książki i odpowiedzią na zapytania Czytelników. Dlatego też musiałem się powtórzyć. Przepraszam. Losy „chomików”, zmienionych w „dawidów”, są w opracowaniu ludzi młodszych ode mnie i bardziej sprawnych fizycznie.

VIII promocja Szkoły podchorążych Sanitarnych, rok 1929

Niektórzy z nich po latach, rok 1976

Pomnik ku czci poległych kawalerzystów 9. Pułku ułanów Małopolskich

Trembowla, zjazd konno stromym brzegiem Seretu

Ppłk dypl. Klemens Rudnicki, dowódca 9. p. uł. Małopolskich XI 1938-27 IX 1939

Autor w Jugosławii w drodze do Francji, rok 1940

9. p. uł. w Szkocji

Naczelny Wódz gen. Władysław Eugeniusz Sikorski

Komendant ZWZ-AK gen. Stefan Grot-Rowecki

Drugi komendant AK gen. Tadeusz Bór- Komorowski

Pierwszy komendant „Wachlarza” ppłk Jan Włodarkiewicz, ps. „Damian”

Ppłk dypl. Remigiusz Grocholski, ps. „Doktor”, szef sztabu „Wachlarza”, a następnie drugi jego komendant

Ppłk Józef Hartman, szef szkolenia cichociemnych

Na jednej ze stacji wyczekiwania w W. Brytanii. Pierwsza z prawej w drugim rzędzie Sue Ryder, w czasie wojny w SOE, znana później z rozległej akcji charytatywnej także w Polsce

Oznaka cichociemnych, Autora ma numer 018

Inspekcja ćwiczeń minerskich w Briggens. Od lewej: mjr Perkins, bryg. Kennedy i minister Dalton z kierownictwa SOE

Reprodukcja legitymacji zwykłego i bojowego znaku spadochronowego

Audley End - stacja szkoleniowa cichociemnych

Cc ppłk dypl. Maciej Kalenkiewicz, ps. „Kotwicz”

Cc rtm. Marian Jurecki, ps. „Orawa”

Cc mjr dypl. Jan Górski, ps. „Chomik”

Gen. Ludwik Bittner, ps. „Halka”, do­wódca 9. Podlaskiej Dywizji AK

Cc kpt. Andrzej Świątkowski, ps. „Amurat”

Cc mjr Jan Piwnik, ps. „Donat”, „Ponury”

Płk Edward Godlewski, ps. „Izabelka”, komendant Obszaru ZWZ-AK Białystok, potem Okręgu Kraków

Cc ppłk Henryk Krajewski, ps. „Trzaska”, szef wyszkolenia Związku Odwetu i Kedywu, od maja 1944 r. komendant Okręgu Polesie i dowódca 30. Dywizji AK

Cc por. Zbigniew Piasecki, ps. „Orlik”

Cc por. Mieczysław Eckhardt, ps. „Bocian”

Cc mjr dypl. Bartłomiej Wincenty Ściegienny, ps. „Las”, szef sztabu Okręgu Białystok

Cc mjr Stanisław Trondowski, ps. „Grzmot”, dowódca 82. pp w 30. Poles­kiej Dywizji AK

Fotokopia dziennika korespondencji radiowej ZWZ z Londynem. Pozycja 474 dotyczy lądowania „Wani” (Alfreda Paczkowskiego) i „Kotwicza” (Macieja Kalenkiewicza),,pozycja c 29 - „Orawy” (Mariana Jureckiego) i „Amurata” (Andrzeja Świątkowskiego)

Plan więzienia w Pińsku

Decyzja nadania Krzyża Orderu Virtuti Militari Janowi Piwnikowi (fot. Wojskowy Instytut Historyczny)

Komunikat o opanowaniu więzienia w Pińsku i uwolnieniu więźniów

Ogłoszenie o rozstrzelaniu 30 Polaków za zabicie 2 niemieckich strażników więzienia w Pińsku

Wykaz odznaczeń nadanych za opanowanie więzienia w Pińsku

Ppor. Marian Czarnecki, ps. „Ryś”

Cc por. Jan Rogowski, os. „Czarka”, zastępca dowódcy akcji odbicia więzienia w Pińsku

Cc por. Jan Piwnik, ps. „Ponury”, nad partię butów, przysłanych do lasu przez Komendę Okręgu Radomsko-Kieleckiego, 26 X 1943

Ppor. Zbigniew Słonczyński, ps. „Jastrząb”

Por. Michał Żołnierowicz, ps. „Garda”

Zbigniew Wojakowski, ps. „Przewodzic”

Edward Jamnicki, ps. „Jaworski”

Por. Zygmunt Sulima, PS. „Esesman”

Por. Józef Solnica, PS. „Żuk”

Pchor. Józef Krzemiński, ps. „Szeryf”

Por. Zdzisław Rożnowski, ps. „Magister”

Czesław Hołub, ps. „Kmicic”

Piotr Downar, ps. „Azor”

Stanisław Ziemiński, ps. „Stanisław”

Sierż. pchor. Maciej Lipko, ps. „Satyr”, „Maciek”, z lewej, i rtm. Tomasz Zan, ps. „Borek”, szef sztabu Okręgu Nowogró­dek AK, luty 1944

Pchor. Wojciech Szczepański, ps. „Marian”, dowódca osłony kpt. „Dawida”

Por. Zygmunt Szkudelski, ps. „Cezary”

Kpt. Alfred Paczkowski, ps. „Dawid”, ranny pod Mańczakami

Franciszek Porębski, ps. „Franek”, z osłony bazy III odcinka w Warszawie

Sierż. pchor. Mirosław Spiechowicz, ps. „Sokół”

Bronisław Sianoszek, ps. „Bronek”, z lewej, i Franciszek Wiśniewski, ps. „Olgierd” - żołnierze 84. pp AK

Grób żołnierzy poległych pod Mańczakami

Cmentarz w Brzozowie k. Sochaczewa. Odwrócony tyłem Stanisław Kacprzak, społeczny opiekun grobów poległych cichociemnych, Jureckiego i Świątkowskiego.

Spotkanie w klubie LOK przy Stowarzyszeniu PAX: trzeci od lewej brat Jana Piwnika („Ponurego”), czwarty dr Cezary Chlebowski, szósty Alfred Paczkowski, trzeci od prawej Melchior Wańkowicz

Pomnik poległych cichociemnych i żołnierzy Samodzielnej Brygady Spadochronowej na cmentarzu komunalnym (d. wojskowym) w Warszawie

© Copyright by Alfred Paczkowski. Warszawa 1981 Fotografie ze zbioru Autora Okładkę projektowała Teresa Kamińska Redaktor Krzysztof Olszewski Redaktor techniczny Leszek Mieloch Korektorzy Hanna Dyszkiewicz Krystyna Księżuk Pierwsze wydanie tej książki ukazało się pod tytułem Lekarz nie przyjmuje W związku ze śmiercią Autora podczas prac redakcyjnych nad III wydaniem niniejszej książki i niemożnością ustosunkowania się Autora do ustaleń najnowszej historiografii zaszła konieczność weryfikacji niektórych fragmentów książki, co znalazło swój wyraz w przypisach pochodzących od redakcji. INSTYTUT WYDAWNICZY PAX, WARSZAWA 1987 Wydanie III. Nakład 50 000 + 350 egz. Ark. wyd. 20,0; arK. druk. 18/16. Papier offset. 70 g. kl. IV, z roli 61 cm. Oddano do składu w czerwcu 1986 r. Podpisano do druku i druk ukończono w sierpniu 1987 r. Zam. nr 1990/86. K-7. Printed in Poland by PRASOWE ZAKŁADY GRAFICZNE Łódź, ul. Armii Czerwonej 28 ISBN 83-211-0769-9