You are on page 1of 164

GRZBIET CIĘCIE>

IV STRONA OKŁADKI ZEWNĘTRZNA TYŁ
BIBLIOTEKA OBYWATELA NR 4
Jan Gwalbert Pawlikowski
Kultura
a natura
i inne manifesty ekologiczne
Pierwsze w historii wznowienie całości unikatowego
tekstu pierwotnej edycji książki „Kultura a natura” z roku
1913 – pionierskiego w Polsce manifestu ochrony
przyrody. Oprócz niego książka zawiera dwa inne
ważne teksty tego autora – „Tatry parkiem narodowym”
(1923) i „W obronie idei parku narodowego” (1936),
a także obszerną przedmowę Remigiusza Okraski.
„Kultura a natura” była pierwszym w Polsce całościowym
i tak dobitnym głosem wskazującym na konieczność
ochrony dziedzictwa przyrodniczego, głosem
przenikliwym, ponadczasowym i odważnym, o wiele
lat wyprzedzającym „modę” na ekologię i powstanie
ruchu „zielonych”. Do dziś aktualne, dalekowzroczne
przesłanie, łączące ochronę przyrody z dbałością
o rozwój kulturalny i wartości humanistyczne.
Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) – prawnik,
ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza
Słowackiego, polityk i społecznik. Wybitny taternik, znany
m.in. z pierwszego wejścia na szczyt Mnicha, działacz
Towarzystwa Tatrzańskiego, autor zasad przyjętych przez
europejskie organizacje alpinistyczne, piewca i obrońca
kultury ludowej Podhala. Przede wszystkim jednak „duchowy
ojciec” ochrony przyrody w Polsce, współautor pionierskiej
ustawy o ochronie przyrody (1934 r.), współtwórca Ligi
Ochrony Przyrody, propagator koncepcji Tatrzańskiego
Parku Narodowego. Kawaler Orderu Polonia Restituta.
Pawlikowski stworzył odrębny kierunek w światowym ruchu
ochrony przyrody, który można nazwać idealistycznym
lub lepiej humanistycznym, gdyż głównych motywów
ochrony przyrody upatruje w idealnych wartościach
przyrody, w jej znaczeniu dla naszego rozwoju duchowego.
Prof. Adam Wodziczko
Jan Gwalbert Pawlikowski
– „Kultura a natura i inne
manifesty ekologiczne”
150 stron, cena 19.00 zł (w księgarniach)
17,00 zł bezpośrednio u wydawcy (koszt przesyłki wliczony)
Wpłaty na zakup książki:
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”
ul. Więckowskiego 33/126, 90-734 Łódź
tel./fax. (42) 6301749, e-mail: biuro@obywatel.org.pl
Bank Spółdzielczy Rzemiosła,
ul. Moniuszki 6, 90-111 Łódź
numer konta:
78 8784 0003 2001 0000 1544 0001
z dopiskiem „Pawlikowski”
Wszelkich dodatkowych informacji na temat książki udziela
Konrad Malec pod numerem telefonu 504 268 206 oraz
adresem poczty elektronicznej malec@obywatel.org.pl
Więcej o książce oraz zamówienia w Internecie:
www.obywatel.org.pl/pawlikowski
Patronat medialny:
Wydawcy:
NFAE8
FKNFA<
Q;IFN@<
bLt bosnt wsróLnrco
2
(
4
9
)
/
2
0
1
0
0
2
B
L
L
G

*
/
-
*
&
*
)
+
*
b
g
]
^
q

,
/
*
.
/
2
>
n
k
h
i
Z

-
%
.

>
N
K

N
L
:

.

N
L
=
12 zt
(w tym % VAT)
9
7
7
1
6
4
1
1
0
2
0
0
2
2
/2010
(49)
>> www.take-me.pl <<
Graka w tle
www.take-me.pl LTM Milena Kowalska
Wolne czasopismo
Wolne licencje
Wolna twórczość
takeme_reklama_obywatel.indd 1 10-03-15 12:35
„Obywatel” powstaje dzięki zaangażowaniu dziesiątek autorów, graków,
tłumaczy, korektorów i innych aktywistów, którzy swoją codzienną
wolontariacką pracą umożliwiają wydawanie kwartalnika i książek,
organizowanie dyskusji, prelekcji, pokazów lmowych i innych działań.
Podoba Ci się to, co robimy?
Dołącz do nas!
Wesprzyj Fundusz „Obywatela”!
Dzięki Twojej wpłacie będziemy mogli wydrukować następny numer
gazety, zorganizować pokaz lmowy, dojechać z prelekcjami do małych
miejscowości. Każda podarowana złotówka umożliwia rozwijanie
naszych działań.
Wpłaty można przekazywać na konto:
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”
ul. Więckowskiego 33/126, 90-743 Łódź
Bank Spółdzielczy Rzemiosła
ul. Moniuszki 6, 90-111 Łódź
numer konta:
78 8784 0003 2001 0000 1344 0001
z dopiskiem „Fundusz »Obywatela«”
FUNDUS7 „O8YWAT£LA”
Twój wkład w działania otn oosun wsrótnrco
1o jrovnv srosós nn runwozìwq nìrzntrznosc:
Fundusz Obywatela wsparli: Aleksander Stryszak, Anonim, Wojciech Trojanowski.
Dziękujemy!
II STRONA OKŁADKI WEWNĘTRZNA PRZÓD
znuìns1nnrunwìncsku1kì
-znrosìrcnuv:
Przekaż nam podatku przy rozliczaniu PIT-a.
Twoje pieniądze mogą wspierać nasze działania:
Tworzymy niezależne media: „Obywatel” i jego serwis
internetowy (www.obywatel.org.pl), mądre książki
audycję radiową (www.czymaszswiadomosc.pl)
pomagamy pracownikom (radypracownikow.info)
chronimy konsumentów (www.naturalnegeny.pl)
bronimy ludzi i środowisko przed spalinami (www.tirynatory.pl)
… i wiele innych działań, dzięki którym ubywa chorób oraz potrzebujących chleba i schronisk.
Naszedziałania
mająnaceIuzmiany
systemowe,edukację
i aktywizację
społeczeństwa
1wojrroon1kìotnoosunwsrótnrco–ruzrknz1%otn„osvwn1rtn”
1%
KROK
PO
KROKU:
W rubryce: Wniosek o przekazanie
podatku należnego na rzecz
organizacji pożytku publicznego
(OPP) proszę wpisać nazwę
organizacji – Stowarzyszenie
„Obywatele-Obywatelom”
W rubryce Wnioskowana kwota proszę
wpisać kwotę stanowiącą podatku
należnego urzędowi skarbowemu – trzeba
zaokrąglić do pełnych dziesiątek, np.
kwotę , zaokrąglamy do kwoty ,
W rubryce nr KRS
proszę wpisać

Od ilości negatywnych zjawisk kręci
się czasem w głowie. Można popaść
w frustrację i zniechęcenie. Można
uczynić z narzekania zawód i powo-
łanie. I do końca życia utwierdzać się
w przekonaniu, że lepiej nie będzie.
Za to gorzej – na pewno. „Upadek
cywilizacji”, „krach wszelkich warto-
ści”, „nędza i upodlenie”, „ofensywa
wyzysku”, naród, społeczeństwo lub
wręcz ludzkość na skraju zagłady itd.,
itp. – tego rodzaju slogany zna każ-
dy, kto czytał choć raz publikacje pro-
dukowane przez radykałów wszelkiej
maści, od lewa do prawa. Porzućmy
więc wszelką nadzieję? My odpo-
wiadamy: nadzieja umiera ostatnia.
Nie żyjemy w najlepszym z moż-
liwych światów, to pewne. Ale kata-
strofizm, czarnowidztwo, nastroje
apokaliptyczne nie są wcale odpo-
wiedzią na taki stan rzeczy. Wręcz
przeciwnie – jak byśmy nie nazwali
„sił ciemności”, zależy im, aby spa-
raliżować wszelki opór właśnie po-
czuciem tego, że wszystko już prze-
grane, że sytuacja jest bez wyjścia.
Nie z nami te numery.
W niniejszym „Obywatelu” nie
rezygnujemy z prezentacji negatyw-
nych zjawisk i problemów – opisujemy
je obszernie m.in. w systemie opieki
zdrowotnej, w sektorze przemysłowej
produkcji żywności, w stosunkach
pracy i ubezpieczeniach społecznych –
jednak mamy tym razem sporą porcję
informacji zgoła odmiennych.
Zachodzą również zmiany na
lepsze, obywatele stawiają opór i wy-
grywają, nie wszystko jest stracone.
Tak dzieje się zarówno w Polsce, jak
i na świecie. Opisujemy, jak w na-
szym kraju – i z naszą pomocą – uda-
ło się uratować przed prywatyzacją
kilka zakładów świadczących usługi
dla grupy szczególnie bezbronnej –
niepełnosprawnych. Pokazujemy, jak
w polskiej fabryce Fiata organizuje
się oddolny, podziemny ruch oporu
pracowników przeciwko wyzyskowi.
Na jego czele stoją ludzie odważni
i twardzi, którzy mimo szykan ze
strony pracodawców nie poddają
się, lecz stają kością w gardle wiel-
kiego, bezwzględnego biznesu.
Z kolei we Francji rozwija się
ruch na rzecz przejmowania likwi-
dowanych firm prywatnych przez
spółdzielnie tworzone przez ich pra-
cowników – ratując nie tylko „miej-
sca pracy”, ale także ludzką godność
i nadzieję. W Austin w stanie Teksas
najbardziej wyzyskiwani z wyzyski-
wanych – imigranci zatrudnieni na
budowach – nie ustają w walce o swo-
je prawa i kroczą od zwycięstwa do
zwycięstwa. A w Kostaryce nie tylko
obywatele, ale również władze pu-
bliczne tworzą krok po kroku lep-
szy świat. Nawet Afryka, kontynent,
zdawałoby się, pogrążony na trwałe
w beznadziei i upodleniu, podnosi się
z kolan. O tym wszystkim piszemy
w niniejszym numerze.
Nic się nie da zrobić? Skończmy
to marudzenie. Czytajmy i bierzmy
przykład – to ludzie tacy sami, jak
my, żadni herosi, ludzie z krwi i kości.
W osobnym artykule autor z odległej
Australii, opisuje coś mniej wymierne-
go, lecz jakże ważnego – długą trady-
cję pieśni, które przez wieki i dekady
zagrzewały do walki wszystkich tych,
którzy nie chcieli się poddać, ani też
nie zamierzali dokonać żywota w at-
mosferze narzekania i marazmu.
Jeśli damy sobie wmówić, że
wszystko jest stracone, że jesteśmy
bezsilni i pozbawieni szans – to wła-
śnie tak będzie. Ale możemy zrobić
coś zgoła odmiennego – mieć wiarę,
nadzieję i odwagę. Czesław Miłosz
w swym „Traktacie moralnym” pi-
sał lat temu wiele: A więc pamiętaj –
w trudną porę / Marzeń masz być
ambasadorem. Nie bójmy się ma-
rzyć – a przede wszystkim wcielać
marzeń w życie.
Remigiusz Okraska
Prawie wszystko
jest możliwe
EDY
TO
RIAL
Niewdzięczna jest rola twórców czasopism nastawionych
krytycznie wobec rzeczywistości społecznej, politycznej
i gospodarczej. Czego się nie tkniemy, zawsze coś nie gra,
w każdej całości można znaleźć jakąś dziurę.
F
O
T
.

K
A
T
A
R
Z
Y
N
A

R
E
S
Z
K
A
3
Wyjaśnia, że wbrew zarzutom nowobogackich mieszkańców,
utyskujących na konieczność „utrzymywania ludzi
z marginesu”, płacą czynsz, a także podatki, gdyż wielu z nich
pracuje. W odpowiedzi jedna z mieszkanek „porządnej”części
osiedla napisała: Jesteście zwykłą swołoczą i prędzej czy
później się was pozbędziemy, czy to się wam podoba, czy nie.

8 Going postal
– Jerzy Jacek Pilchowski
11 Szpitale dla ludzi, nie dla zysku
– rozmowa z dr. Markiem Balickim
19 Ścieżka zdrowia
– Artur Lewandowski
Należy odnotować, że w latach 2006-2008 sytuacja pogorszyła
się przede wszystkim w odniesieniu do tych porad, dla których
czas oczekiwania już należał do najdłuższych.
23 Zdrowy rozsądek zza morza
– Rafał Bakalarczyk
Szwecja łączy zaopatrzeniową technikę dostarczania świad-
czeń zdrowotnych z częściową decentralizacją finansowania
i organizacji. Poprzez uniwersalność świadczeń zapobiega się
wykluczeniu zdrowotnemu, a także systemowo tworzy poczucie
wspólnoty. Z kolei decentralizacja na poziomie finansowania
i organizowania opieki zdrowotnej sprawia, że system jest
bliższy obywatelowi, ale także łatwiejszy do kontroli, co umoż-
liwia zwiększanie przejrzystości i efektywności.
29 Okiem (euro)pacjenta
– Michał Sobczyk
Wskaźniki takie jak okres oczekiwania na poważne operacje,
śmiertelność w wyniku nowotworów, jakość opieki nad cho-
rymi na cukrzycę, powszechność przeprowadzania transplan-
tacji nerek czy badań mammograficznych – lokują nas wśród
krajów o najgorszej służbie zdrowia na Starym Kontynencie.
34 Byle nie na moim podwórku
– Konrad Malec
40 Uprawa głodnych i otyłych
– Maciej Muskat
Wielu wykształconych ludzi bez mrugnięcia okiem wyda pie-
niądze na nowy modelu samochodu, telewizora czy komputera,
ale krzyczy „drogie!”, gdy ktoś proponuje im dobrą żywność, od
której zależy zdrowie ich samych, ich dzieci, ich środowiska.
44 Cargill sam się wyżywi
– Marek Kryda
Większość z nas w tej czy innej formie codziennie spożywa
produkty Cargilla, choć nigdy nawet nie słyszeliśmy o tej kor-
poracji. Jesteśmy karmieni homogeniczną żywnością z taśmy
produkcyjnej, którą buduje się wszędzie z kilku tych samych,
podstawowych składników, jak z klocków.
50 Rozlane mleko
– Anna Witowska-Ritter
Oskarżyły Komisję i ministrów o to, że powodem decyzji
o stopniowym zwiększaniu kwot mlecznych jest chęć
zapewnienia stałych dostaw taniego mleka dla korporacji
wielkiego agrobiznesu, takich jak Nestlé czy Kraft.
Gdzie prywatny właściciel
zbuduje szpital? Tam, gdzie
jest duża gęstość zaludnienia
i wysokie dochody mieszkańców,
czy może tam, gdzie gęstość
zaludnienia jest niewielka,
a dochody niskie? Innymi słowy,
zainwestuje w szpital w Biesz-
czadach czy raczej w Warszawie?
Z pewnością wybierze stolicę.
Co wtedy mają zrobić ludzie
w Bieszczadach? Tak właśnie
działają prawa rynku w ochronie
zdrowia.

Jest prawie pewne, że w trakcie swojej kampanii będzie
pozowała do „Playboya”, obieca w „New York Timesie”
zabicie wszystkich muzułmanów, a w telewizyjnym
programie „Meet the Press”zadeklaruje, że wyboru
wiceprezydenta i ważniejszych ministrów w jej rządzie
dokona rada nadzorcza banku Goldman Sachs.
b
n
a

S
E
A
N

D
R
E
I
L
I
N
G
E
R

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
S
E
A
N
D
R
E
I
L
I
N
G
E
R
/
b
n
a

C
U
R
R
E
N
T

R
E
S
I
D
E
N
T
b
n
a

B
E
N
J
A
M
I
N

C
H
A
N
4
SPIS
TRE
CI
55 Oddolna budowa lepszego Austin
– Carlos Pérez de Alejo
Coraz silniejsza baza społeczna WDP to rezultat partycypa-
cyjnego modelu funkcjonowania tej organizacji. Kładzie on
szczególny nacisk, by liderami stawały się osoby bezpośrednio
dotknięte niesprawiedliwością. Po latach pracy u podstaw,
budowania sojuszy i akcji bezpośrednich, WDP zaczęła radzić
sobie z najgorszymi nadużyciami w branży.
58 Dobre wiadomości z Afryki
– Jędrzej Czerep
Potrzeba zdarcia łatki, jaka lata temu przylgnęła do kontynen-
tu – wiecznego petenta, niesamodzielnego, zdanego na łaskę
Zachodu – staje się w tych działaniach dodatkową motywacją.
Pojawiła się i jest silnie akcentowana potrzeba udowodnienia
światu i samym sobie, że potrafimy wziąć sprawy we własne
ręce, niekoniecznie powielając zachodnie wzorce.
62 Są powody do radości (w Kostaryce)
– Lisa Gale Garrigues
Opublikowała klasyfikację, której kryteria stanowią wkład
kraju w ochronę środowiska naturalnego oraz zdrowie
i samopoczucie mieszkańców. Pierwsze miejsce przypadło
w udziale Kostaryce. Stany Zjednoczone uplasowały się na
pozycji… .
65 Wespół w zespół
– Liliana Milewska
Oddanie decyzji w ręce miłośników muzyki i uczynienie
z nich mecenasów sztuki może zrewolucjonizować rynek
muzyczny, wzbogacając go o wiele ciekawych i wartościowych
wydawnictw. To słuchacze stają się wytwórnią fonograficzną.
69 Polska swojska i egzotyczna
– rozmowa z dr. Grzegorzem Rąkowskim
W ten sposób zdewastowano krajobraz wielu regionów kraju,
jak choćby Podkarpacie, pojezierza czy rejony nadmorskie. Tym
pilniejsza staje się potrzeba ochrony tych nielicznych enklaw
tradycyjnego, harmonijnego krajobrazu kulturowego, jakie się
jeszcze zachowały, jak np. wschodnia Białostocczyzna, Podlasie
i niektóre rejony Mazur.
75 Bez zabezpieczenia?
– rozmowa z dr. Krzysztofem Hagemejerem
Nie podjęto w ogóle kwestii zasadniczej – tego, jak zapewnić
wszystkim godziwy poziom bezpieczeństwa dochodowego na sta-
rość, a także w sytuacji inwalidztwa czy utraty jedynego żywicie-
la rodziny. Wszystkie analizy dokonywane w ciągu ostatnich lat
pokazują, że przyszłe świadczenia emerytalne będą niskie.
83 Podziemna solidarność
– Konrad Malec
Motywy działania wyjaśnia następująco: Nie może być tak,
że 20 lat po odzyskaniu niepodległości ludzie schodzą do
podziemia, by walczyć ze swoim pracodawcą. Dodaje przy tym
jednak, że to fascynujące patrzeć, jak robotnicy stają do walki
o swoje, jak się organizują.
89 Koniec etatu?
– Jakub Grzegorczyk
Niestabilność zatrudnienia związana z pracą czasową
przyczynia się wydatnie do pogorszenia warunków pracy
w skali całej gospodarki. Tracą na niej zarówno zatrud-
niani na „śmieciowe umowy”, jak i pracownicy etatowi,
których sytuacja może się pogarszać wraz z zastępowaniem
ich przez pracowników czasowych czy też po prostu uży-
waniem możliwości wykorzystania zatrudnienia czaso-
wego jako „straszaka” na „zbyt duże aspiracje płacowe”.
95 Ucieczka spod szafotu
– Agnieszka Wasilewska
– Tę firmę budowali nasi dziadowie i ojcowie, przecho-
dziła różne koleje losu, a teraz chce się ją po prostu sprze-
dać wraz z pracownikami, jak jakimiś przedmiotami.
A przecież ci, którzy chcą tego dokonać, nie wybudowali
tej firmy, nie zrobili nic, by poprawić jej funkcjonowa-
nie. Nagle, po 90 latach przychodzi jakiś pan Grad
i mówi: „Trzeba to sprzedać, bo jest dziura budżetowa”.
b n STIAN OLSEN, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/STIAN_OLSEN/
b

D

5
120 Duch angielskiej rebelii
– Paul Kingsnorth
Zapamiętali w bezmyślnym szale bożonarodzeniowych
wyprzedaży, omamieni morfiną płynącą z kolorowych
czasopism, otumanieni farsą polityki zmonopolizowa-
nej przez partie polityczne, daliśmy sobie wmówić, że
synonimami wolności są „wybór konsumencki” i moż-
liwość zabrania głosu raz na kilka lat, przy urnie.
125 NASZE TRADYCJE: Program Polski Ludowej
Na tej drodze lud pracujący musi również przezwyciężyć opór
klas i grup uprzywilejo wanych w dawnej Polsce i pragnących
swe przywileje utrzymać. Koncen tracja demokratyczna winna
być przeto obozem przygotowania zbroj nego powstania prze-
ciwko okupantom i zdecydowanej walki z rodzimą reakcją.
131 NASZE TRADYCJE: O nową treść i formę
Zacięta nienawiść przeciwko nowemu, na starej metodzie
gwałtu opartemu terrorowi – połączona z perspektywą dobrej,
sprawiedliwej Polski, nie da im upaść na kolana przed oku-
pantem i po zwoli na przetrzymanie prześladowań i ponoszenie
ofiar takich, jakich wymaga każdy dzień powszedni systema-
tycznej i wytrwałej walki.
136 Z POLSKI RODEM: Pro Societas
– dr hab. Rafał Łętocha
Najbardziej charakterystycznym jednak elementem programu
tego środowiska jest idea „uspołecznienia państwa”, aktywiza-
cji społeczeństwa, które śmiało winno wejść w życie publiczne,
przejmując część uprawnień od państwa.
Kwtrfttnik „Or\wtfrt”
nr z (¡,)/zo+o
okttbkt:
Wykorzystano motyw z amerykańskiego
plakatu propagującego zdrowie publiczne.
krbtkcjt:
Rafał Górski, Konrad Malec, Remigiusz Okraska (redaktor naczelny),
Michał Sobczyk (zastępca red. naczelnego), Szymon Surmacz
S1tLì wsrótrntcownìcv:
Rafał Bakalarczyk, dr Karolina Bielenin, Marcin Domagała,
Joanna Duda-Gwiazda, Bartłomiej Grubich, Maciej Krzysztofczyk,
dr hab. Rafał Łętocha, dr hab. Sebastian Maćkowski, Anna Mieszczanek,
dr Arkadiusz Peisert, Lech L. Przychodzki, dr Jarosław Tomasiewicz,
Karol Trammer, Bartosz Wieczorek, Krzysztof Wołodźko,
Marta Zamorska, dr Andrzej Zybała, dr Jacek Zychowicz
ktbt Hononowt:
Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa,
prof. Leszek Gilejko, Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Bogusław
Kaczmarek, Marek Kryda, Jan Koziar, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat,
dr hab. Włodzimierz Pańków, Zoa Romaszewska, dr Zbigniew
Romaszewski, dr Adam Sandauer, dr hab. Paweł Soroka, prof. Jacek
Tittenbrun, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny, Jerzy Zalewski
99 O własność waszą i naszą
– Jan Koziar
Te ze spółek, w których wprowadzono dodatkowo odpowiednie
systemy pracowniczego współdecydowania (głównie na pozio-
mie warsztatu pracy, gdzie pracownicy są najczęściej bardziej
kompetentni od zarządu), okazują się bardziej efektywne od
tradycyjnych przedsiębiorstw prywatnych, co wykazało wiele
niezależnych badań.
106 Gdy prywatne staje się wspólne
– dr Adam Piechowski
Dotychczasowi pracownicy, w przeciwieństwie do ewentual-
nych zewnętrznych inwestorów, doskonale znają swoją firmę,
jej klientów, sposoby działania i własne obowiązki. Mają
również silną motywację do utrzymania działalności przed-
siębiorstwa, a więc zapewnienia sobie trwałego zatrudnienia,
przy „budującej” świadomości wzięcia losu we własne ręce,
partycypacji we własności, zarządzaniu i zyskach.
110 Z piersi i z pieśni
– Mark Gregory
Można wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które
łącznie składają się na alternatywną historię społeczną, historię
widzianą z perspektywy „dołów”.
115 Głos z dołu
– Rik Palieri
Zakończyliśmy wieczór piosenkami polskich górników. Nigdy
w życiu nie słyszałem tak mocnego i pięknego śpiewu, po któ-
rym mężczyźni zakrzyknęli „Piwo!” i wypili następną kolejkę.
117 Robotnicy tworzą
– dr hab. Paweł Soroka
Dokonująca się w Polsce transformacja nie jest przyjazna
środowiskom robotniczym. To, że w takich warunkach ruch
RSTK przetrwał i ochronił znacznie swój potencjał, jest zasłu-
gą jego twórców i działaczy, pasjonatów, dla których aktywność
w kulturze jest wewnętrzną potrzebą i misją społeczną.
O
B
Y
W
A
T
E
L

T
W
O
R
Z
O
N
Y

J
E
S
T

W

9
9
%

S
P
O
Ł
E
C
Z
N
I
E

A
U
T
O
R
Z
Y
T
E
K
S
T

W
,
F
O
T
O
G
R
A
F
I
I
O
R
A
Z
R
E
D
A
K
T
O
R
Z
Y
N
I
E
P
O
B
I
E
R
A
J
Ą

W
Y
N
A
G
R
O
D
Z
E
N
I
A

Z
A

P
R
A
C
Ę

P
R
Z
Y

G
A
Z
E
C
I
E
G
O
S
P
O
D
A
R
K
A

S
P
O
Ł
E
C
Z
N
A
b
n
a

A
D
A
M

S
H
A
I
L
E
R
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
A
D
A
S
H
A
/
6
Abnrs nrbtkcjì:
Obywatel, ul. wlęckowsklego ¸¸/+:;, po-;¸( Łodź,
tel./faks: ((:) 6¸o +; (p
rroroz\c[r frksfow: redakc[aQobywatel.org.pl
rrktt·t, kotrorftz: bluroQobywatel.org.pl
Sktto i orrtcowtnir crtricznr: studloQobywatel.org.pl
infrrnrf. www.obywatel.org.pl
w całe[ Polsce „Obywatela” można kuplć w sleclach
salonow prasowych Lmplk, Puch, |nmedlo, Pelay.
wybrane teksty z „Obywatela” są dostępne na stronach OnetKlosku
(http://klosk.onet.pl).
Pedakc[a zastrzega soble prawo skracanla, zmlan styllstycznych
l opatrywanla nowyml tytułaml materlałow nadesłanych do druku.
Materlałow nlezamowlonych nle zwracamy. Nle wszystkle publlkowane
teksty odzwlercledla[ą poglądy redakc[l l stałych wspołpracownlkow.
Przedruk materlałow z „Obywatela” dozwolony wyłącznle po uzyskanlu
plsemne[ zgody redakc[l, a także pod warunklem umleszczenla pod
danym artykułem lnformac[l, że [est on przedruklem z kwartalnlka
„Obywatel” (z podanlem konkretnego numeru plsma), zamleszczenla
adresu nasze[ strony lnternetowe[ (www.obywatel.org.pl) oraz
przesłanla na adres redakc[l : egz. gazety z przedrukowanym tekstem.
Nakład: ::¸o egz.
O
B
Y
W
A
T
E
L

T
W
O
R
Z
O
N
Y

J
E
S
T

W

9
9
%

S
P
O
Ł
E
C
Z
N
I
E

A
U
T
O
R
Z
Y
T
E
K
S
T

W
,
F
O
T
O
G
R
A
F
I
I
O
R
A
Z
R
E
D
A
K
T
O
R
Z
Y
N
I
E
P
O
B
I
E
R
A
J
Ą

W
Y
N
A
G
R
O
D
Z
E
N
I
A

Z
A

P
R
A
C
Ę

P
R
Z
Y

G
A
Z
E
C
I
E
141 Z POLSKI RODEM: Folklor i awangarda
– Remigiusz Okraska
147 RECENZJA: Pełzający kryzys
w wędrującym świecie
– Joanna Duda-Gwiazda
151 RECENZJA: Ludowa historia Anglii
– dr hab. Rafał Łętocha
To, co zwiemy historią popularną, powinno się raczej zwać
historią antypopularną. Wszystkie bowiem podręczniki historii,
prawie bez wyjątku, są albo wrogo nastawione do mas, albo je
ignorują, lub też w sposób kunsztowny dowodzą, że wina leży
po stronie mas.
154 RECENZJA: Dom wspólny, dom obcy
– Krzysztof Wołodźko
Ujawnia podstawowy mechanizm hamujący rzeczywisty
wzrost spółdzielczości: cała energia poświęcona jest nie na
omawianie perspektyw rozwoju, lecz na koteryjno-środowisko-
we przepychanki. Ujawnia także serwilizm i bezradność ludzi
zrzeszonych w spółdzielniach mieszkaniowych.
158 Autorzy numeru
W nagrodę za utratę bezpie-
czeństwa socjalnego, za pracę,
w której tylko pracoholik może
liczyć na uznanie, dostajemy
„śmieciowe żarcie”, usługi,
w ramach których musimy się
sami obsłużyć, buty, które nie
wytrzymują jednego sezonu.
Wielkie widowiska, z masowym udziałem widzów-aktorów,
oznaczały nie tylko odrzucenie naśladownictwa schematycz-
nych ram teatru zawodowego. Przede wszystkim wyrażały idee
emancypacyjne i demokratyczne – lud przestawał być biernym
odbiorcą, a stawał się równouprawnionym współtwórcą.

Z

P
O
L
S
K
I

R
O
D
E
M
R
E
C
E
N
Z
J
A
SPIS
TRE
CI
ª P|OTP Św|DLPLK, www.8APDZOPA1N¥.NLT
b n wL8PONCL, HTTP://www.PL|CKP.COM/PHOTOS/wL8PONCL/
7
Colng posta|
o listopada :o1o r. major armii amerykańskiej, Nadil Ma-
lik Hasan, zastrzelił 1¡ osób. W tym samym dniu, Jason
Rodriguez zabił jedną osobę w biurze firmy, z której został
zwolniony ponad rok wcześniej. 1o listopada, rezerwista
Jasen D. Bruce, uderzył kilka razy w głowę łyżką do opon
greckiego popa Alexiosa Marakisa, gdyż „obowiązkiem
każdego patrioty jest walczyć z arabskimi terrorystami”.
Potęgę Ameryki budowali tacy ludzie, jak John
D. Rockefeller, J. P. Morgan, Meyer Guggenheim, Andrew
Carnegie czy Cornelius Vanderbilt. Każdy z nich, w cza-
sach swojej największej świetności, powinien zostać po-
wieszony. Równocześnie, z szacunkiem i podziwem należy
pochylić przed nimi głowę. Linie kolejowe, drogi, mosty,
huty, kopalnie i fabryki, które zostały dzięki nim zbudowa-
ne, stanowią do dziś fundament amerykańskiej gospodarki.
W tamtych czasach ludzi oceniano bowiem w oparciu o to,
co potrafili stworzyć, a nie w oparciu o ilość zer na ich kon-
cie bankowym. Fundamenty to jednak nie wszystko. Aby
państwa mogły się rozwijać, musi również istnieć akcepto-
wana przez większość moralność i oparte na niej prawo.
W Ameryce głosem zbiorowego sumienia była Matka
Jones. To właśnie ona przypomniała wszystkim, że miejsce
dzieci jest w szkole, a nie w fabryce, a mężczyzna w dreli-
chu i kobieta w wystrzępionej sukience to tacy sami ludzie,
jak inni. Dobroć jest jednak zbyt słaba, aby wygrać z chci-
wością. Kapitalistyczni rycerze-rozbójnicy mieli jednak pe-
cha, który nazywa się Atlantyk. W XVIII i XIX w., aby
próbować sięgnąć po zagwarantowane w amerykańskiej
konstytucji prawo do poszukiwania szczęścia, trzeba było
najpierw przepłynąć w łupince przez ocean. To wymaga-
ło odwagi. Ci, którzy się na to decydowali, mieli rogate
dusze (wersja dla wierzących) lub rogate DNA (wersja dla
ateistów). Amerykańskie związki zawodowe składały się
więc nie tylko z ludzi „polubownych”. Do ich skrajnego
skrzydła zaliczyć trzeba Molly Maguires. Członkowie tej
tajnej organizacji, wywodzącej się z Irlandii, nie wahali się
prosić „sędziego Colta” o interwencję w obronie ich prawa
do chleba i godności. W sumie, na mocy wyroków sądów,
powieszono dwudziestu Mollies. Nie kwestionując tych
wyroków, należy z szacunkiem i podziwem pochylić głowę
przed skazanymi.
Szalę przechylił Henry Ford. Dobrowolne podnie-
sienie płacy robotników o  (słownie: sto procent)
wywołało w prasie ataki histerycznej nienawiści. Lawi-
ny nie udało się jednak zatrzymać. Amerykanie, w tym
wielu kapitalistów i polityków, zrozumieli, że będzie
dla wszystkich lepiej, jeżeli robotnicy zostaną konsu-
mentami o większej sile nabywczej. Zeznając przed kon-
gresową komisją, Ford cytował m.in. list od proboszcza pol-
skiej parafii w Detroit: Praca w Ford Motor Company przy-
nosi ogromnie pozytywne skutki dla moich parafian. Wiem,
że pijaństwo jest charakterystyczną cechą Polaków. Skutkiem
Pańskiej pracy jest to, że trzeźwość jest teraz w mojej parafii
czymś powszechnym, a nie wyjątkowym.
Tak rozpoczął się złoty okres w historii Ameryki.
W porównaniu ze średnią pensją sprzątaczki, wykwalifi-
kowany robotnik zarabiał w tym czasie :-¡ razy tyle, pro-
fesjonalista ¡-¡, menedżerowie średniego szczebla o-,, dy-
rektorzy 1o-¡o, a właściciele wszystko to, co jest czystym
zyskiem firmy. Nie było w tym niczego nowego, podobna
struktura płac jest światowym standardem. Nowe było to,
że pensja amerykańskiej sprzątaczki była tak wysoka, że
ludzie zaliczani do klasy średniej (od wykwalifikowanego
robotnika wzwyż) mogli kupować domy, kształcić dzieci
i zostawało im jeszcze na wyjazd z całą rodziną na wakacje.
Wielka była depresja bankierów na widok zwykłej ko-
biety, która za gotówkę – bez konieczności brania po-
życzki – kupowała na obiad całego indyka.
W roku 1,1¡ ziściło się marzenie bankierów. Powstał
bank centralny (FED) i mogli zacząć tzw. lewarowanie. Na
skutki nie trzeba było długo czekać. W roku 1,:, rozpo-
częła się Wielka Depresja. W kolejkach po talerz „kuro-
niówki” ustawiło się ponad :o¾ ludzi zdolnych do pracy.
W oczy wszystkich zajrzało widmo krwawej rewolucji. Na
szczęście nie istniała jeszcze wtedy telewizja, dlatego
czytanie i myślenie przychodziło ludziom dużo łatwiej.
|rnzv |tcrk PìLcuowskì
sierpnia r. w urzędzie pocztowym w Edmond w stanie Oklahoma, Patrick Sherrill
zastrzelił osób. Do tamtego wydarzenia nawiązuje zwrot going postal, którym określa się
trudne do wytłumaczenia wybuchy agresji.
8
Bankierom założono więc kaganiec, wzmocniono siłę
związków zawodowych, a bezrobotnych zatrudniono
przy przebudowie dróg na autostrady oraz wznosze-
niu brakujących mostów, tam, tuneli, szkół i bibliotek.
Infrastrukturę Ameryki dostosowano dzięki temu do po-
trzeb XX wieku. Stopniowo wracał czas dzielonej bardziej
sprawiedliwie prosperity. Mozolna praca bankierów, aby
konsumenta kupującego za zarobione pieniądze, zmienić
w konsumenta kupującego za pieniądze pożyczone – trwa-
ła oczywiście dalej.
Szybko postępująca monopolizacja mediów pozwo-
liła im na to, aby dominująca stała się narracja mówiąca,
że za wszystko, co w gospodarce dobre, odpowiada niewi-
dzialna ręka rynku, a rękę związków zawodowych należy
obciąć i zakopać. Towarzyszyły temu systematyczne dzia-
łania FED, powodujące stopniową dewaluację dolara, czyli
spadek realnej wartości płac. Równocześnie wolno, lecz
systematycznie, rosło bezrobocie.
Obecny kryzys rozpoczął się kilkanaście lat temu.
Przeciętnego Amerykanina przestało być stać na utrzy-
manie takiego poziomu życia, do jakiego był przyzwy-
czajony, w tym na kupno domu. Głupim, ale ludzkim
odruchem braki w domowych budżetach łatano przy po-
mocy kart kredytowych. Gorzej było z zakupem domu.
Tradycyjnie, młode małżeństwo zaraz po ślubie kupowało
dom. Zdobycie - tysięcy na pierwszą wpłatę nie by-
ło najczęściej problemem: część dali rodzice, resztę moż-
na było szybko zaoszczędzić. Dokładniejsze sprawdzenie
własnego budżetu powodowało jednak, że coraz więcej
ludzi odkrywało prawdziwą sytuację. W stosunku do za-
robków, spłata kredytu na dom okazywała się tak dużym
obciążeniem, że nowy samochód i wakacje, a nawet pój-
ście z przyjaciółmi do restauracji lub na koncert, stawało
się luksusem.
Przez Amerykę przetoczyła się wtedy pierwsza fala nie-
zadowolenia. Zdmuchnęła ona Busha seniora oraz wielu re-
publikańskich kongresmanów i senatorów. Nowy prezydent,
Clinton, nie poszedł jednak śladami Franklina Delano Ro-
osevelta. Wybrał postpolitykę czy raczej post- ekonomię.
Wspólnie z szefem FED Alanem Greenspanem i sekreta-
rzem skarbu Robertem Rubinem zaoferowano tym wszyst-
kim, których nie było stać na dom, nowe zasady udzielania
kredytów – znanych teraz jako subprime. Z punktu widze-
nia Wall Street była to genialna koncepcja. Obniżono wy-
sokość, a często zlikwidowano wymóg zapłacenia gotówką
pierwszej raty, a oprocentowanie przeorganizowano w ta-
ki sposób, że początkowo raty były bardzo niskie. Gdzieś
tam, na piątej lub dziesiątej stronie umowy, było oczywiście
drobnym drukiem napisane, że po kilku latach oprocento-
wanie drastycznie wzrośnie – czyli drastycznie wzrośnie
Mozotnn runcn
snnkìruów, nsv
konsuurn1n kurujqcrco
zn znuosìonr rìrnìqozr,
zuìrnìc w konsuurn1n
kurujqcrco zn rìrnìqozr
rozvczonr – 1uwnen
oczvwìscìr ontrj
b n WAYAN VOTA, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/DCMETROBLOGGER/
b n a BENJAMIN CHAN
b n a BENJAMIN CHAN
b n JEREMY BROOKS
kwota do spłaty. Mało komu starczało jednak cierpliwości,
aby przeczytać dokładnie całą umowę. Tym bardziej, że
aby zrozumieć bankowy żargon, trzeba być co najmniej
absolwentem prawa.
Wiedzę o tym, jak działają nowe zasady udzielania
kredytów hipotecznych, większość ludzi czerpała z tele-
wizji i prasy. Obowiązująca w korporacyjnych mediach
narracja była prosta: jeśli nie stać cię na kupno na nor-
malnych zasadach domu za  tysięcy, to należy wziąć
subprime i kupić dom za  tys. Ceny domów zawsze
rosną, a teraz rosną szybko (to była prawda, złagodze-
nie kryteriów udzielania kredytów spowodowało duży
ruch w interesie, czyli szybki wzrost cen), więc za -
lata dom ten sprzedasz za  tys. Zrobisz tak - razy
i kupisz sobie dom za gotówkę.
Szeroką rzeką popłynęły też kredyty udzielane pod za-
staw nadwyżki wartości domu nad długiem pozostałym do
spłacenia. Wyglądało to jak idealne uzupełnienie dla kart
kredytowych. Za te pieniądze można było wyremontować
i powiększyć stary dom, zwiększając jego wartość o kwotę
wyższą niż się wydało, a za resztę kupić nowy samochód,
telewizor z dużym plazmowym ekranem i pojechać na wy-
marzone wakacje. Mówiąc krótko, żyć nie umierać. W tym
samym czasie FED sprawdzał na kilku bankach i korpora-
cjach, jak działa doktryna „zbyt duży, aby upaść”. Trud-
no się więc dziwić, że na Wall Street szampan lał się stru-
mieniami, a ogromne premie sypały się jak manna z nie-
ba. W roku 1,;o średnie zarobki CEO (prezesów zarządu)
w 1oo największych amerykańskich korporacjach były ¡¡
razy większe od przeciętnych zarobków robotników. W ro-
ku :ooo ta proporcja wynosiła już 1;:¡ do 1…
Nadszedł czas, kiedy zaczęło „wskakiwać” bardzo
wysokie oprocentowanie kredytów na domy. Zbliżały
się też wybory i Wall Street nie była pewna, czy no-
wy prezydent zachowa się „racjonalnie”. W tej sytuacji
zdecydowano o ruchu wyprzedzającym i jeszcze w trak-
cie trwania prezydentury Busha juniora ogłoszono, że
jest kryzys. Tym razem rolę „Te Committee to Save the
World” przyjęli na siebie sekretarz skarbu Henry Paulson
i Ben Bernanke, szef FED. Nic w tym dziwnego. Wiemy
przecież dobrze, że bankierzy raz na około dziesięć lat mu-
szą ratować świat. FED wypłacił więc bankierom ogromną
zaliczkę (tzw. TARP) na konto chwilowych strat. Równo-
cześnie rozpoczęło się masowe przekazywanie bankom do-
mów ludzi, którzy zbankrutowali. Szacuje się, że będzie to
1o-1: milionów domów. Ci, którzy je stracili, a właściwie
ich dzieci, będą musieli – gdzieś przecież muszą mieszkać –
odkupić je od banków. Amerykanie zaciągnęli tym samym
gigantyczny kredyt, który będą spłacać przez następne po-
kolenie, oczywiście wraz z szybko rosnącymi odsetkami.
Trudno się więc dziwić, że coraz więcej ludzi – gdzie drwa
rąbią, tam wióry lecą – are going postal.
Ograniczony do spraw ekonomicznych obraz kry-
zysu ma dużo białych plam. Największą z nich jest
szybko postępująca laicyzacja i związany z tym kryzys
etyczno-moralny. Nie znaczy to wcale, że jesteśmy gorsi
od poprzedzających nas pokoleń. Chyba nawet jesteśmy,
o jedną tysięczną milimetra, lepsi. W czasach, gdy latamy
do nieba i poznajemy tajemnice kodu DNA, coraz trudniej
jest jednak wierzyć, że wszechmogący Bóg stworzył świat
w sześć dni, a siódmego odpoczywał. Wielu ateistów chęt-
nie i bez hipokryzji klęka dalej przed krzyżem, gdyż widzi
w nim godny najwyższego szacunku symbol, na którym
opiera się chrześcijańska cywilizacja, do której chcą się da-
lej zaliczać. Zwątpienie w istnienie Boga jest jednak zawsze
przeżyciem bardzo traumatycznym. Wielu ludzi nie umie
sobie z tym poradzić i ruszają na wojnę ze Stwórcą.
Popularna jest również ucieczka w objęcia sekt, któ-
re nakazują w 11o¾ wierzyć w to, co głoszą. W Amery-
ce można codziennie oglądać w telewizji pastorów, którzy
dokonują aktów cudownego uzdrawiania i przekazują lu-
dziom to, co poprzedniego dnia po kolacji Bóg powiedział
im w bezpośredniej rozmowie. A te 1o¾ powyżej 1oo¾ to
część zarobków, którą należy systematycznie oddawać te-
lewizyjnym mesjaszom – aby zostać zbawionym. Dla wielu
jest to dobry interes, gdyż w zamian dostają poczucie przy-
należności do narodu wybranego, wiedzę o tym, co planuje
Bóg i miejsce przy oknie na arce zbawienia. Proszę się nie
śmiać. Ludzi „nowo narodzonych” (tak tutaj określa się
ogólnie członków różnych sekt), są miliony. Miesięcznik
„Te Atlantic” informuje, że w Ameryce zarejestrowanych
jest teraz 1¡8 wyznań, a aż ¡¡¾ Amerykanów nie identyfi-
kuje się z wiarą swoich rodziców. Mija co prawda moda na
hinduskich guru oraz buddyjskich nauczycieli, lecz zastępu-
ją ich wysłannicy ufoludków. Z tradycyjnych religii, tylko
w kościele katolickim zwiększa się ilość wiernych, ale dzieje
się tak głównie ze względu na duży napływ Latynosów.
Kościoły protestanckie znikają jednak jak poranna
mgła. To właśnie je zastępują „telewizyjni judeochrześci-
janie”. Tu już nie chodzi o jakąś małą sektę. Dla milionów
Amerykanów jest obecnie czymś oczywistym, że aby przy-
spieszyć powrót Chrystusa, należy wygrać wojnę z muzuł-
manami i odbudować Jego dom, czyli świątynię jerozolim-
ską. Powstanie wtedy uniwersalny Kościół, a ci, którzy się
nie nawrócą, zostaną strąceni do piekła. Trudno się więc
dziwić, że going postal dotyka również wyznawców Proroka
i chłopców, którzy chcą koniecznie, nawet tylko z łyżką do
opon w ręce, brać udział w religijnej wojnie XXI w.
Co będzie dalej? Możliwe, że następne wybory prezy-
denckie wygra Sarah Palin. Jest prawie pewne, że w trakcie
swojej kampanii będzie pozowała do „Playboya”, obieca
w „New York Timesie” zabicie wszystkich muzułmanów,
a w telewizyjnym programie „Meet the Press” zadeklaruje,
że wyboru wiceprezydenta i ważniejszych ministrów w jej
rządzie dokona rada nadzorcza banku Goldman Sachs. Hi-
storia, aby zmienić kierunek, musi zawsze najpierw dojść
do absurdu.
Jerzy Jacek Pilchowski
10
Jakimi kryteriami powinniśmy się kierować,
projektując oraz oceniając politykę zdrowotną
i funkcjonowanie służby zdrowia?
Marek Balicki: Zacząć należy od odpowiedzi na pytanie
o zakres odpowiedzialności państwa w zapewnianiu opie-
ki zdrowotnej swoim obywatelom. Czy opowiadamy się za
takim wariantem, który polega – najogólniej ujmując – na
tym, iż jest to przede wszystkim prywatna sprawa każdego
z nas i sami musimy się zabezpieczyć na wypadek choroby?
Wówczas to, czy będziemy mieli dostęp do opieki zdrowot-
nej i możliwości leczenia się, uzależnione będzie od naszej
zapobiegliwości, a także od zamożności. Działające w ta-
kich warunkach towarzystwa ubezpieczeniowe i szpitale
będą funkcjonowały na zasadach komercyjnych, podobnie
jak to jest w przypadku innych ubezpieczeń, np. komunika-
cyjnych, na wypadek pożaru czy zalania mieszkania.
Można jednak wybrać inny wariant – taki, który wyni-
ka z przekonania, że odpowiedzialność za zdrowie obywa-
teli ponosi także państwo. I to państwo z obowiązkowych
danin, czy to w postaci podatków, czy też składek na ubez-
pieczenie zdrowotne, organizuje i finansuje system opieki
zdrowotnej, oparty na zasadzie solidaryzmu społecznego.
W jego ramach gwarantuje wszystkim równy dostęp do
świadczeń. Oznacza to, że zasady korzystania ze świad-
czeń są niezależne od stopnia partycypacji w tworzeniu
zasobu środków publicznych, przeznaczanych na opiekę
zdrowotną.
Pierwszy model, choć nie w czystej postaci, funkcjo-
nuje ciągle jeszcze w USA. Za jedną z głównych wad ame-
rykańskiego systemu opieki zdrowotnej uznaje się brak za-
pewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego wszystkim Ame-
rykanom i groźbę ruiny majątkowej w przypadku choroby,
co dotyczy zwłaszcza osób nieubezpieczonych, których jest
ponad  milionów. Krótko mówiąc – system ten okazał się
moralnym bankrutem. Na dodatek jest on najdroższy na
świecie, gdyż pochłania ponad  amerykańskiego PKB.
Prezydent Obama chce go zmienić i wprowadzić zasadę, że
wszyscy obywatele są objęci ubezpieczeniem zdrowotnym
i mają zagwarantowane prawo do leczenia. Założenia tej re-
formy przewidują obowiązek wykupienia przez wszystkich
obywateli ubezpieczenia zdrowotnego, przy czym osoby
mniej zamożne będą otrzymywały na ten cel państwowe
subwencje w postaci ulg podatkowych. Firmy ubezpiecze-
niowe nie będą mogły odmówić polisy nawet osobom już
chorym, unikać pokrycia kosztów leczenia pod różnymi
pretekstami itp., co teraz jest tam powszechną praktyką.
Polska publiczna służba zdrowia też jest krytyko-
wana – nie tylko przez doktrynalnych liberałów, ale
również przez zwykłych ludzi – zwłaszcza za się-
gający nieraz wielu miesięcy czas oczekiwania na
konsultacje czy zabiegi. Czy rezygnując z mode-
lu liberalnego na rzecz publicznego jesteśmy ska-
zani na wszystkie jego obecne ułomności?
M. B.: Zastanówmy się, jaka jest alternatywa wobec status
quo? Jeśli uznamy za nią model, w którym zdrowie jest wy-
łącznie prywatną sprawą każdego człowieka, a więc zgo-
dzimy się z liberałami, którzy mówią: „niech państwo się
tym nie zajmuje, ludzie najlepiej zrobią to sami” – wówczas
większość z nas w ogóle nie będzie miała szans na skorzy-
stanie z opieki zdrowotnej. Ja bym odradzał zgodę na taki
model, bo wtedy większość polskich obywateli nie będzie
miała wcale – albo jedynie bardzo ograniczony – dostępu
do ochrony zdrowia.
Alternatywą dla obecnych rozwiązań powinien być le-
piej funkcjonujący system publiczny. Jeśli szukamy czynni-
ka, z którym byłaby skorelowana jakość opieki, to na pod-
stawie analizy systemów funkcjonujących w krajach UE czy
Szplta|e d|a |udzl,
nle d|a zysku
– z bn. Mtnkìru 8tLìckìu
nozutwìt ktrtt 8tktLtnczvk
11
OECD można powiedzieć, że bez wątpienia jest nim wyso-
kość nakładów publicznych. Gdyby były one u nas przynaj-
mniej takie, jak w większości krajów europejskich, kolejki
byłyby zdecydowanie krótsze. Bo średnio w UE wydaje się
na zdrowie ze środków publicznych o-;¾ PKB, a w Polsce
poniżej ¡,¡¾ PKB. To zdecydowanie za mało.
Niestety, nasze państwo po 1,8, r. uznało, że może
się stopniowo wycofywać z odpowiedzialności za opiekę
zdrowotną w ten sposób, że będzie zmniejszać swój udział
w jej finansowaniu. Rosnący udział wydatków prywatnych
nie jest w stanie tego wyrównać, a ponadto dotyczy on za-
możniejszej części społeczeństwa. Problemem jest też oczy-
wiście organizacja systemu, ale przy zbyt małych środkach
trudno sprawić, żeby działał on sprawnie. To tak, jakby-
śmy zbudowali supermarket i wprowadzili limity sprzedaży
z powodu braku pieniędzy na sprowadzenie towaru. Wy-
obraźmy sobie reakcje klientów odchodzących z pustymi
koszykami.
Natomiast gdy państwo co do zasady nie odpowiada za
opiekę zdrowotną, to nie znaczy, że nie będzie miało pro-
blemów. W końcu zawsze się one jednak pojawiają, tak jak
w USA, gdy brak dostępu do opieki dotyczy coraz większej
liczby osób – starych, biednych, wykluczonych. I w rezulta-
cie państwo dochodzi do wniosku, że tym ludziom w jakiś
sposób trzeba pomóc. Dlatego w latach oo. powstały w Sta-
nach Zjednoczonych instytucje publiczne, zapewniające
opiekę osobom biednym (Medicaid) oraz osobom powyżej
o¡. roku życia i niepełnosprawnym (Medicare). Co cieka-
we, oparte są one na zasadzie solidaryzmu i finansowane ze
środków publicznych. Obejmują łącznie blisko ¡o¾ miesz-
kańców USA. Ale mimo przyjęcia tych rozwiązań, nadal
1¡¾ populacji – wspomniane ¡¡ milionów osób – nie ma
zagwarantowanego prawa do leczenia. Warto powtórzyć,
że ten niesprawiedliwy system wcale nie jest tani. Amery-
kanie wydają na zdrowie więcej publicznych pieniędzy niż
Niemcy, którzy zapewniają wszystkim obywatelom rów-
ny dostęp do nowoczesnej medycyny, a łączne wydatki na
ochronę zdrowia, publiczne i prywatne, są w USA dwa razy
większe w Niemczech.
Na co więc idą tak duże nakłady?
M. B.: W ten sposób powróciliśmy do poprzedniego py-
tania. Jeśli kluczowe elementy systemu ochrony zdrowia
są zorganizowane zgodnie z zasadą maksymalizacji zysku,
czyli działają w sposób rynkowy, to system nie jest tańszy,
lecz droższy. Na tym polega specyfika komercyjnej opieki
zdrowotnej. W USA działalność firm medycznych nasta-
wiona jest na zysk, więc pieniądze trafiają tam, gdzie stwo-
rzona jest możliwość dużego zysku, a nie tam, gdzie jest
potrzeba medyczna. Wiele z możliwych celów opieki zdro-
wotnej nie jest osiąganych, natomiast niepotrzebna opieka
medyczna sprawowana jest tam, gdzie można dużo zaro-
bić. Co oczywiste, jej rozwój jest szybki. Rezultatem jest
mieszanina niepotrzebnego, nadmiernego leczenia oraz
niedostatecznego potrzebnego leczenia, przy rosnących
kosztach. Prywatne podmioty agresywniej walczą o przy-
chody, pobierają wysoką premię za ryzyko, wykazują dużą
elastyczność i inicjatywę. I na tym polega błąd w doktry-
nie skrajnych liberałów. Prywatyzując opiekę zdrowotną,
w praktyce okazuje się, że wymaga ona większych nakła-
dów publicznych, a jednocześnie nie realizujemy tych ce-
lów, które są realizowane, lepiej lub gorzej, gdy system ma
charakter powszechny.
Jakie inne argumenty przemawiają na
niekorzyść systemu skomercjalizowanego?
M. B.: Przede wszystkim, jest on niesprawiedliwy. Dlacze-
go Obama bierze tego byka za rogi? Po prostu widzi, że du-
ża część społeczeństwa jest pozbawiona opieki zdrowotnej.
Jeśli ktoś stracił pracę, a nie wyzbył się wszystkich pienię-
dzy i nie przechodzi na garnuszek Medicaid, to musi płacić
za leczenie. Większość pracowników jest ubezpieczonych
przez pracodawców. W dobie kryzysu wielu z nich chce się
z tego wycofywać, ze względu na koszty. Niektórzy pracow-
nicy, zatrudnieni przez drobnych przedsiębiorców, np. w re-
stauracjach, w ogóle nie są ubezpieczani. I jeśli ktoś z tej
grupy jest obciążony jakimś ryzykiem zdrowotnym, np. jest
otyły lub ma cukrzycę, to komercyjni ubezpieczyciele nie
sprzedadzą mu polisy. Bo polisy nie są po to, by rozwiązy-
wać problemy zdrowotne, lecz po to, by przynosić pieniądze.
Kiedy dążymy do osiągnięcia zysku, „odcinamy” te złe ry-
zyka, ponieważ na ich leczenie trzeba będzie wydać więcej
pieniędzy niż przeciętnie i zysk będzie mniejszy. W działal-
ności komercyjnej celem jest maksymalizacja zysku, a nie
przysparzanie zdrowia czy dobrobytu społecznego.
7uìnnv w rouuutr
runkcjonownnìn
rtncowrk urovcznvcu
nìr uocq svc
ukìruunkownnr jrovnìr
nn wvruncowvwnnìr
zvsku
b
n
a

M
A
R
T
A

M
A
N
S
O
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
L
A
D
Y
P
A
I
N
/
12
Liberałowie przekonują, że dla dostępności
opieki zdrowotnej kluczowa jest nie tyle struktura
własności placówek medycznych, ile zakres
tzw. koszyka świadczeń gwarantowanych.
M. B.: No to wyobraźmy sobie, że jesteśmy dyrektora-
mi szpitala, który działa dla zysku. Niektóre segmenty
usług są zyskowne, inne deficytowe. Jak pan myśli, któ-
re będziemy rozwijać, a które ograniczać? Przykładowo,
oddziały chorób zakaźnych są potrzebne, gdy notuje się
większą liczbę zachorowań na te choroby, ale przez resz-
tę roku stoją puste i generują koszty. Z punktu widzenia
ekonomii jest to problem, który trzeba rozwiązać. Nas
nie obchodzi, co robią inne szpitale, a jedynie to, by kon-
kurując z nimi wygenerować jak największy zysk. Część
nieopłacalnych klientów możemy nadal leczyć, ale jeśli
przysparza to nam chętnych na inne usługi zdrowotne,
które są opłacalne. Tak więc, kierując się zdrowym roz-
sądkiem, tniemy koszty. Oddział chorób zakaźnych za-
mykamy. A co będzie, gdy przyjdzie sezon zachorowań
na nie? Odpowiemy, że to już nie nasz problem, bo my
chorobami zakaźnymi się nie zajmujemy. To jest wówczas
problem władz publicznych.
Poza tym, gdzie prywatny właściciel zbuduje szpital?
Tam, gdzie jest duża gęstość zaludnienia i wysokie docho-
dy mieszkańców, czy może tam, gdzie gęstość zaludnienia
jest niewielka, a dochody niskie? Innymi słowy, zainwe-
stuje w szpital w Bieszczadach czy raczej w Warszawie?
Z pewnością wybierze stolicę. Co wtedy mają zrobić lu-
dzie w Bieszczadach? Tak właśnie działają prawa rynku
w ochronie zdrowia. Dlatego to nie jest dobre rozwiązanie,
jeśli celem jest zapewnienie wszystkim równego dostępu
do zdrowia.
Albo weźmy inny argument liberałów, ten o konkuren-
cji wymuszającej lepszą jakość usług. Ile może być szpitali
w mieście powiatowym? To oczywiste, że jeden, więc „nie-
widzialna ręka rynku” nic tu nie pomoże. A dwa szpitale
jedynie zwiększą koszty.
W ramach obecnego systemu NFZ płaci ZOZ-om
za ilość wykonanych usług. W związku z tym
pojawia się kolejny problem: nieuwzględnianie
ich jakości, także tej subiektywnej, wyrażonej
satysfakcją pacjenta. Co można zrobić, by
również ten czynnik był brany pod uwagę?
M. B.: Rzeczywiście płaci się za usługę i właściwie nie ma
możliwości różnicowania stawek; byłoby to zresztą korup-
cjogenne. Prawdą jest też, że zbyt wolno rozwija się system
zapewniania jakości usług zdrowotnych, którego jednym
z elementów jest badanie satysfakcji pacjentów. Póki nie
będzie specjalistycznych raportów, a szpitale nie zostaną
zobowiązane do publikowania danych o swojej działal-
ności, takich jak liczba powikłań, skarg czy wypłaconych
odszkodowań, trudno będzie mówić o postępie w jakości
usług medycznych. Poza tym, istnieje asymetria w dostę-
pie do informacji pomiędzy świadczeniodawcą a świad-
czeniobiorcą. O samochodach moglibyśmy zapewne jako
potencjalni użytkownicy rozmawiać dość kompetentnie
przez wiele godzin, natomiast z medycyną już tak łatwo
nie jest. Pacjent nie jest w stanie samodzielnie postawić
diagnozy ani sporządzić planu leczenia, bo ma za mało
wiedzy i robi zwykle to, co mu zaleci lekarz. Może oczy-
wiście zmienić lekarza na innego, któremu będzie bardziej
ufał. Ale jeśli już podejmuje jakąś decyzję, to często kieru-
je się tym, co z punktu widzenia skuteczności postępowa-
nia terapeutycznego nie jest najważniejsze, np. przyjazno-
ścią systemu umawiania wizyt, lepszym wyposażeniem
sali chorych, choć sama jakość leczenia może być tam
gorsza niż gdzie indziej. Zjawisko to zresztą wykorzystują
często placówki niepubliczne.
BA
LI
CKI
Dr Marek Balicki (ur. ) – lekarz
(specjalista w dziedzinie anestezjologii
i psychiatrii), polityk, działacz społeczny
i samorządowy. W latach . związany
z opozycją antykomunistyczną, delegat na
I Zjazd „Solidarności”, w r. więziony przez
kilka miesięcy. Minister zdrowia w gabinetach
Leszka Millera i Marka Belki, wiceminister
zdrowia w rządzie Hanny Suchockiej, w latach
- doradca prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego. Pracował na stanowiskach
kierowniczych w stołecznych i podwarszawskich
szpitalach, aktualnie jest dyrektorem Szpitala
Wolskiego w Warszawie. W wolnej Polsce
czterokrotnie wybierany do parlamentu, do
obecnego Sejmu – z listy Lewica i Demokraci.
Prezes Warszawskiego Towarzystwa Pomocy
Lekarskiej i Opieki nad Psychicznie i Nerwowo
Chorymi, inicjator powołania stowarzyszenia
Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce, czło-
nek zarządu Stowarzyszenia Studiów i Inicjatyw
Społecznych oraz wiceprzewodniczący Klubu
Dialogu Politycznego im. Zoi Kuratowskiej. Za-
angażowany w liczne kampanie społeczne, m.in.
przeciwko komercjalizacji służby zdrowia.
13
Wspomniał Pan, że nakłady na służbę
zdrowia są niewystarczające. A co z ich
rozlokowaniem wewnątrz systemu?
M. B.: Tutaj również jest sporo do zrobienia. Ale zacznijmy
od pytania: gdy jest za mało pieniędzy, to jak je sprawie-
dliwie dzielić? To tak, jak w „Eroice” Munka. Mamy wagę
i ważymy dokładnie każdy kawałek chleba, ale i tak nikt
nie jest zadowolony. Kiedy jest za mało pieniędzy, nie da
się ich dobrze podzielić, co jednak nie zmienia faktu, że
sposób podziału – ile na onkologię, ile na przeszczepy, kar-
diologię itp., powinien być przejrzysty. A tej przejrzystości
brakuje. NFZ nie ujawnia kryteriów podziału środków na
poszczególne dziedziny medycyny i żaden raport minister-
stwa zdrowia nie odpowiada na to pytanie. Tymczasem np.
w Słowenii dopracowano się przejrzystego dla opinii pu-
blicznej systemu podziału środków na poszczególne obsza-
ry. Jeśli nas nie stać na wszystko, to trzeba ustalić priorytety,
które muszą być jawne i zrozumiałe dla ludzi. No i oczywi-
ście stosować je w praktyce. Ostatnio weszła w życie ustawa
koszykowa, w której zapisano ustalanie priorytetów przez
ministra zdrowia. Ale nic z tego nie wynikło, NFZ działa
po staremu.
Gwarantowana przez państwo opieka zdrowotna
może być oparta na składkach zdrowotnych,
jak w Polsce, albo być nansowana z budżetu,
a więc z podatków wszystkich obywa teli, jak
w socjaldemokratycznych krajach skandynawskich.
Jakie są wady i zalety obu modeli?
M. B.: W  r., gdy była uchwalana pierwsza ustawa
o ubezpieczeniach, moje ówczesne środowisko podnosi-
ło ten problem. Sztuczne wydzielenie składki na ubezpie-
czenie zdrowotne z podatku od dochodów osobistych nie
zwiększyło kwot pobieranych od obywateli, a jest bardzo
kosztowne. Obecnie pochłania ok.  mln zł rocznie.
A można było wprowadzić inne rozwiązania, bez tworze-
nia niepotrzebnej biurokracji i kosztów. Przecież gminy na
realizację swoich zadań też dostają część naszych podatków
i odbywa się to w uproszczony sposób. Chociaż trzeba po-
wiedzieć, że w okresach, gdy rosną wynagrodzenia, uza-
leżnienie nakładów na zdrowie od ich wysokości jest dla
obywateli opłacalne. O ile jednak w ostatnich trzech latach
społeczeństwo na tym rozwiązaniu korzystało, w tym roku
jest już gorzej, bo wynagrodzenia przestały rosnąć, a po-
trzeby – nie. Ale powiązanie nakładów na NFZ z zarobka-
mi nie wymaga wyodrębniania składki na zdrowie. Przecież
gminy również dostawały więcej z tytułu odpisu od PIT,
gdy rosły nasze wynagrodzenia.
Ciekawy model poboru składek wypracowano w Belgii.
Tam na opłacanie kosztów wszystkich ryzyk społecznych –
niezdolności do pracy z powodu choroby, inwalidztwa, za-
siłków rodzinnych itp. – składka jest wspólna, a podziału
na poszczególne świadczenia dokonuje się w zależności od
potrzeb. Fundusz składkowy otrzymuje też dotacje z bu-
dżetu państwa. W okresie dobrej koniunktury państwo
nie obniża składki na ubezpieczenia, lecz wykorzystuje na-
pływające pieniądze na lepsze zaspokojenie potrzeb spo-
łecznych. Gdyby u nas funkcjonowało takie rozwiązanie,
niewykorzystaną część składek rentowych można by prze-
znaczyć na zdrowie, zamiast, jak obecnie, bezmyślnie ob-
niżać ich wysokość.
Natomiast postulat finansowania opieki zdrowotnej
bezpośrednio z budżetu państwa, tak jak to jest w Wielkiej
Brytanii, trzeba uznać za ryzykowny. Przy dominacji neo-
liberalnego podejścia, które dobrze ilustruje hasło „służba
zdrowia to dziurawe wiadro”, pieniędzy na nią mogłoby być
jeszcze mniej niż dzisiaj.
Żeby system funkcjonował, trzeba
będzie zwiększyć podatki?
M. B.: To jest kwestia mądrości rządzących, którzy decy-
dują o alokacji publicznych pieniędzy. Od dawna wiadomo,
że zbyt mało wydajemy na zdrowie – tylko około  mld zł
rocznie. Musi więc być wreszcie podjęta świadoma decy-
zja, że publiczna służba zdrowia jest jednym z prioryte-
tów, a każde rozwiązanie prowadzące do jej zaniku jest
gorsze i w dłuższej perspektywie – droższe. Dzisiaj ludzie
ze środowisk opiniotwórczych mają zapewnioną dodat-
kową opiekę w placówkach prywatnych, z dobrą recepcją
i komfortem. Dla nich, a to oni nadają ton komentarzom
w mediach i uczestniczą w publicznych dyskusjach, im
bardziej komercyjny system, tym lepiej. Także dla niektó-
rych ekspertów z takich uznanych instytucji, jak np. Cen-
trum im. Adama Smitha, sprawa ta jest oczywista. Warto
jednak pamiętać, że komercjalizacja szpitali na pewno nie
zaszkodzi właśnie tym ludziom, a na dodatek rozwinie biz-
nes medyczny, co stworzy im nowe możliwości. Natomiast
dla większości Polaków i naszego budżetu to wielkie ryzy-
ko. Nasuwają się analogie z reformą emerytalną i funkcjo-
nowaniem OFE oraz obciążeniem na długie lata budżetu
państwa z tego powodu.
Czy istnieją jakiekolwiek instytucje zajmujące się
gromadzeniem wiedzy na temat funkcjonowania
systemu opieki zdrowotnej – na potrzeby
merytorycznej debaty publicznej?
M. B.: Poważnym problemem, dotyczącym zresztą nie
tylko ochrony zdrowia, jest brak instytutów badawczo-
-monitoringowych, które przedstawiałyby opinii publicz-
nej niezależne dane na temat kluczowych systemów usług
publicznych i w ogóle funkcjonowania państwa. Tylko cza-
sem pojawiają się bezstronne ideologicznie raporty, najczę-
ściej dotyczące wąskich zagadnień. Generalnie tego rodzaju
opracowań nie ma. Wprawdzie mamy pewną ilość think
tanków czy organizacji pozarządowych, ale one są często
zorientowane wokół jakiejś ideologii. Jeśli o coś zapytamy
14
Centrum im. A. Smitha, to z góry mniej więcej wiadomo,
co odpowie. A tu przecież chodzi o niezależne analizy, da-
jące rzeczywisty obraz sytuacji.
Brak eksperckich opracowań, finansowanych z pań-
stwowych środków, jest częścią szerszego problemu. Na-
sze państwo wycofuje się z odpowiedzialności nie tylko za
zdrowie, ale także za naukę czy kulturę, w związku z czym
niewiele środków przeznacza na obiektywne badania doty-
czące tych „nieprodukcyjnych” sfer życia. A kiedy nie ma
środków publicznych na niezależne od rządu instytucje ba-
dawcze – wówczas opanowuje je biznes. Wtedy obywatele
nie mają rzeczywistego obrazu państwa i nie wiedzą, co
wybrać, a to osłabia demokrację.
Powstaje pytanie, czy istnieje siła polityczna, która
znalazłaby wolę przeprowadzenia takich reform.
M. B.: Ochrona zdrowia nie jest traktowana poważnie
przez polityków podejmujących kluczowe decyzje. Donald
Tusk zdaje się uważać, że problemu lecznictwa nie należy
specjalnie ruszać, bo może stać się jeszcze większy, dlatego
zostawia sprawy własnemu biegowi. A szkoda, bo koali-
cja rządząca, która ma przewagę w parlamencie, mogłaby
pozyskać do sensownych zmian systemu część opozycji
i rozpocząć działania naprawcze.
Nie istnieje jednak żaden dokument, jakakolwiek stra-
tegia czy raport, w której obecna władza przedstawiłaby
diagnozę sytuacji, cele, założenia i proponowane kierunki
wyjścia z kryzysu, gdzie byłyby opisane słabe i mocne stro-
ny istniejącego systemu, zagrożenia i szanse w jego otocze-
niu. Były jedynie hasła i zapowiedzi.
Skoro plany zmian pozostają tak niekonkretne,
czy powinniśmy się obawiać jakichś szczególnych
zagrożeń dla służby zdrowia, wynikających
z działań lub zaniechań obecnej ekipy rządzącej?
M. B.: Tak jak w przypadku emerytur, ogromnym, długo-
falowym i systemowym zagrożeniem jest starzenie się po-
pulacji. Gdy jesteśmy starzy, nie tylko nie jesteśmy zdolni
do pracy i potrzebujemy emerytury, ale i najwięcej choruje-
my. Dlatego zwiększa się nasze zapotrzebowanie na opiekę
medyczną. W grupie wiekowej powyżej . roku życia wy-
datki na służbę zdrowia w przeliczeniu na jedną osobę, nie
tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach, są kilkakrotnie
większe niż w młodszych grupach.
bn PAUL SCHREIBER, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/PAUL/
b a SHAUN DUNMALL, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/LLAMNUDS/
b a SHAUN DUNMALL, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/LLAMNUDS/
b n GRANT NEUFELD
15
Niebawem w wiek emerytalny wejdzie pokolenie po-
wojennego wyżu demograficznego. Tak więc drastyczny
wzrost potrzeb zdrowotnych i związanych z tym kosztów
nie jest kwestią odległej przyszłości, lecz sprawą naglącą.
Jeśli spojrzymy na wykresy pokazujące, od kiedy zacznie
skokowo rosnąć liczba najstarszych członków społeczeń-
stwa, to okaże się, że właśnie od  r. Obecny system
tego nie wytrzyma, bo potrzeby wzrosną znacznie bar-
dziej niż udział liczbowy -latków i osób starszych w po-
pulacji. Wszak oni - razy częściej korzystają ze służby
zdrowia!
W jaki sposób powinniśmy
odpowiedzieć na to wyzwanie?
M. B.: Konieczne jest profesjonalne podejście, jak ma to
miejsce np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, czyli po-
ważna analiza obecnej sytuacji z prognozą na przyszłość.
Trzeba uszczegółowić to, co już wiemy, oraz wytyczyć dro-
gi, które pozwolą uniknąć nadciągającej katastrofy. W cią-
gu najbliższych dwudziestu lat możemy się spodziewać
-procen towego wzrostu liczby -latków. Jedną z odpo-
wiedzi musi być zwiększenie finansowania, bo tego, co nas
czeka, nie da się udźwignąć przy obecnych nakładach i wy-
sokości składki zdrowotnej.
Powinien zatem powstać rządowy raport poświęcony
zdrowiu. Coraz bardziej oczywista wydaje się dzisiaj po-
trzeba nowego otwarcia w reformowaniu systemu opieki
zdrowotnej i określenia na nowo celów i podstawowych za-
łożeń. Ich realizacji powinny służyć szczegółowe rozwiąza-
nia dotyczące poszczególnych obszarów, np. zasad korzysta-
nia ze świadczeń przez pacjentów, zasad alokacji środków,
przyszłości NFZ, roli samorządów, zasad wynagradzania
świadczeniodawców, sieci szpitali i ich formy organizacyj-
nej itd. Chyba, że zmienimy Konstytucję, a konkretnie
art. . I zamiast tego, że państwo gwarantuje obywatelom
opiekę zdrowotną, wpiszemy: ratuj się, kto może!
Borykamy się z problemem exodusu lekarzy
i absolwentów uczelni medycznych za granicę,
ale przecież nie wszyscy lekarze zarabiają mało.
M. B.: Zarobki lekarzy, tak jak hydraulików czy nauczycie-
li, są uzależnione od zamożności kraju. Ponieważ lekarzy
wszędzie brakuje, wielu wyjeżdża za granicę, gdzie oferuje
się im lepsze warunki. Natomiast ogólnie rzecz biorąc leka-
rze wcale już dzisiaj nie zarabiają tak mało, jak jeszcze kilka
lat temu. W raporcie prof. Czapińskiego znalazła się infor-
macja, że pod względem zarobków wyprzedzili już praw-
ników! Co można zrobić, aby zapobiec znacznemu niedo-
borowi lekarzy w najbliższych latach? Więcej ich kształcić.
Ponieważ zgodziliśmy się na zasady, jakie panują w UE –
otwarte granice, swobodny przepływ ludzi, usług, towa-
rów – nie można tworzyć żadnych barier wyjazdu z kraju
dla kończących studia, także medyczne.
Polska zajmuje w Unii ostatnie miejsce, jeśli chodzi
o liczbę lekarzy w stosunku do liczby mieszkańców (oko-
ło  na  tys.) – i nie robi się nic, aby to zmienić. Tym-
czasem lekarze nadal wyjeżdżają, a w miarę starzenia się
społeczeństwa ich niedobór będzie coraz bardziej dotkliwy.
W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie licz-
by miejsc na studiach medycznych oraz podwyższenie na-
kładów na służbę zdrowia. Wtedy też płace jeszcze trochę
się poprawią. Natomiast mydleniem oczu jest mówienie,
że niedługo płace lekarzy będą w Polsce porównywalne do
tych na Zachodzie.
Jak rozumiem, postulowałby Pan m.in. zwiększenie
publicznych wydatków na uczelnie medyczne?
M. B.: To konieczność. Tak zrobiono np. w Belgii, gdy za-
częło brakować farmaceutów, czy w Szwecji w odniesieniu
do lekarzy. Tyle że taka polityka przynosi efekty dopiero po
 latach. Gdyby rząd podjął teraz decyzję, że zwiększamy
ilość miejsc na uczelniach medycznych, to efekty – licząc
przynajmniej  lat studiów i  lat specjalizacji – odczuliby-
śmy dopiero około  r. Ale przecież powinnością poli-
tyków jest właśnie to, żeby myśleć w dłuższej perspektywie.
Tymczasem najczęściej postrzegają oni rzeczywistość w per-
spektywie co najwyżej czteroletniej kadencji parlamentu,
a obecnie już tylko roku, w związku ze zbliżającymi się
wyborami prezydenckimi.
Nie brzmi to zbyt optymistycznie. Czy można w ogóle li-
czyć na systemowe zmiany w sektorze zdrowotnym, sko-
ro okres, po którym ujawniają się pozytywne efekty re-
form, nie pokrywa się z cyklem sprawowania władzy?
M. B.: Jeśli władza nie zamówi takiej analizy, jak raport
Beveridge’a, który powstał w Anglii w czasie wojny, i nie
zostanie on poddany debacie publicznej, a ponadto nie
zostanie zawarte porozumienie głównych sił politycznych
w sprawie systemu ochrony zdrowia, to nadal będziemy
mieli do czynienia jedynie z przepychankami na poziomie
tabloidów. Swoją drogą już mało kto dzisiaj pamięta, że
opublikowanie raportu Beveridge’a, uznawane za początek
państwa opiekuńczego, miało miejsce za czasów konserwa-
tywnego rządu Winstona Churchilla…
Chciałem zapytać o Pańskie doświadczenia
praktyczne. Zgłosił Pan postulat, by kierowany
przez Pana Szpital Wolski zaczął funkcjonować
jako tzw. przedsiębiorstwo społeczne.
M. B.: To jedna z możliwych dróg przekształceń. Zmiany
w formule funkcjonowania placówek medycznych nie mo-
gą być ukierunkowane jedynie na wypracowywanie zysku.
Ich cel musi pozostać misyjny, i właśnie taki charakter ma
przedsiębiorstwo społeczne. Jest to instytucja prowadząca
działalność gospodarczą, ale zamiast kierować się zasadą
16
osiągania jak największego zysku na rzecz właścicieli, po-
siada ściśle społeczne cele, a wszelkie nadwyżki inwestuje
w ich realizację. Według Europejskiej Sieci Badań nad Eko-
nomią Społeczną (EMES), przedsiębiorstwo społeczne mu-
si także spełniać kilka dodatkowych kryteriów. Prowadzi
ciągłą aktywność ekonomiczną, polegającą na odpłatnym
dostarczaniu określonych produktów – dóbr lub usług; jest
autonomiczne, tzn. stworzone i kontrolowane przez gru-
pę ludzi, a nie administrację publiczną czy inne organiza-
cje; ponosi ryzyko ekonomiczne; zatrudnia płatny personel,
choć może także korzystać z pracy społecznej; jest wyraźnie
zorientowane na cele społeczne, ma oddolny, obywatelski
charakter; uczestnictwo w podejmowanych decyzjach nie
jest w nim oparte na wielkości posiadanych udziałów, lecz
na regule „jeden człowiek, jeden głos”; ma naturę partycy-
pacyjną, wyrażającą się włączaniem w zarządzanie przedsię-
biorstwem środowiska społecznego, w którym działa.
Zatem tworzenie przedsiębiorstw społecznych jest
zgodne z ideą budowy demokracji uczestniczącej, prowa-
dzi do integracji społecznej poprzez tworzenie wspólnot
opartych na solidarności, a nie na zależności. Jest również
istotnym elementem polityki wzrostu zatrudnienia oraz
wypełniania przestrzeni lokalnej w sferze usług społecz-
nych. W Wielkiej Brytanii bywają nawet deweloperzy, któ-
rzy działają w formule non profit, na zasadzie misji. W każ-
dej dziedzinie związanej z zaspokajaniem potrzeb społecz-
nych można działać nie dla zysku, np. w Krakowie jest taki
hotel, w Europie – sieć aptek. A szpitale są szczególnie pre-
destynowane do funkcjonowania w takiej formule.
Tymczasem ministerialna propozycja przekształceń
opierała się na tym, żeby szpitale stawały się klasycznymi
przedsiębiorstwami, działającymi na podstawie kodeksu
spółek handlowych. Ich celem byłaby działalność gospo-
darcza, a więc maksymalizacja zysku. Jedną z alternatyw-
nych formuł jest właśnie przedsiębiorstwo społeczne, któ-
rego celem nie jest merkantylizacja.
Wśród działających w Polsce przedsiębiorstw społecz-
nych są m.in. domy pomocy społecznej i hospicja, nie znam
natomiast żadnego tak działającego szpitala, co jest para-
doksem i świadczy o swoistym niedorozwoju społeczeństwa
obywatelskiego.
Rozumiem, że nie istnieją przeszkody prawne, by
placówki ochrony zdrowia działały w formie
przedsiębiorstw społecznych – po prostu brakuje
ludzi zorganizowanych wokół takiego celu?
M. B.: Jest i prawne podłoże, i praktyczne doświadczenie.
Władza nie sprzyja jednak takim inicjatywom, choć po-
winna, bo jest to jedno z jej zadań. Nie może być tak, jak
nieraz robią władze lokalne, że albo samorząd sam pro-
wadzi szkołę czy szpital, albo je komercjalizuje. Dobrym
przykładem są tu przedszkola, likwidowane w latach .,
a teraz ponownie otwierane. A przecież już dawno można
b
n

D
A
N
I
E
L

K
U
L
I
Ń
S
K
I
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
H
O
T
O
S
/
D
I
D
M
Y
S
E
L
F
/
17
było wzmocnić ten nurt myślenia o organizowaniu życia
społecznego, zgodnie z którym pewne usługi mogłyby być
świadczone przez przedsiębiorstwa społeczne.
W jaki konkretnie sposób władza miałaby
wspierać podobne zmiany?
M. B.: Przykładowo, żeby szpital mógł być przedsiębior-
stwem społecznym, samorząd, dajmy na to władze miasta,
mogłyby wydzierżawić publiczny majątek, na bazie którego
funkcjonuje szpital, jego pracownikom, zorganizowanym
w spółkę pracowniczą. Zarząd wybrany przez udziałowców
spółki kierowałby tym szpitalem i cały zysk przeznaczał
na działalność statutową i rozwój, a nie na dywidendę dla
udziałowców. Gdyby tak prowadzony szpital utracił płyn-
ność finansową i upadł, to wydzierżawiony spółce pracow-
niczej majątek nie przepadłby, lecz wrócił do miasta. Tego
rodzaju przekształcenia nie niosą żadnego wielkiego ryzyka.
Taką właśnie propozycję zawierał nasz projekt, który złoży-
liśmy pani prezydent Gronkiewicz-Waltz.
Tego rodzaju inicjatywy nie rozwijają się głównie
na skutek braku odwagi władz czy z powodu
braku inicjatywy ze strony społeczeństwa?
M. B.: Władze lokalne, czyli reprezentacja wszystkich
mieszkańców, powinny nie tylko wspierać, ale i zachęcać
do podejmowania tego rodzaju inicjatyw. Tymczasem u nas
władze lokalne bardzo szybko odchodzą od myślenia pro-
społecznego i odgradzają się od inicjatyw oddolnych. Nie-
dawno duże poruszenie opinii publicznej wywołała groźba
likwidacji, działającej w dużej mierze dzięki pracy społecz-
nej, lecznicy dla bezdomnych, prowadzonej przez poza-
rządową organizację lekarzy. Dopiero pod presją mediów
znalazło się jakieś tymczasowe rozwiązanie. Ciągle mam
jednak nadzieję, że idea uspołecznienia służby zdrowia
w końcu się przyjmie.
W Polsce stało się niemalże dogmatem, że albo coś
pozostaje państwowe, albo przekazuje się to w prywatne
ręce. To myślenie dość ograniczone, związane chyba także
z neofickim podejściem do wprowadzania kapitalizmu po
 r. W niektórych przypadkach dosłownie neofickim,
bo wcześniej część obecnych liberałów należała do PZPR
i broniła tamtego ustroju, a po przełomie dokonała zwrotu
o  stopni i zaczęła głosić, że prywatyzacja i rynek roz-
wiążą wszystkie nasze problemy.
Brał Pan udział w akcji społecznej „Szpitale dla ludzi,
nie dla zysku!”. W jej ramach jeździł Pan po Polsce
i przekonywał, że prywatyzacja służby zdrowia nie
jest dobrym rozwiązaniem. Jakie były reakcje?
M. B.: Skala aktywności społecznej nie jest w Polsce duża.
Na takie spotkania przychodzą głównie ludzie już zorien-
towani w temacie. Najczęściej są pełni obaw, że nieprzemy-
ślane decyzje rządzących spowodują pogorszenie sytuacji,
że jeszcze bardziej skurczy się dostęp do opieki zdrowotnej,
przede wszystkim dla niezamożnych.
Przychylnie oceniali Pańską wizję służby zdrowia?
M. B.: Wciąż jeszcze większość uczestników takich spotkań
stanowią osoby wychowane na „Ludziach bezdomnych”.
Im doktor Judym jest bardzo bliski, natomiast zupełnie
obce jest myślenie, że można wypracowywać zysk w szpi-
talu w Siemianowicach, na leczeniu poparzonych górników.
Zresztą postać doktora Judyma nadal funkcjonuje w zbio-
rowej świadomości. I choć w realu Judymów już prawie
nie ma, to Polacy czują, że w planach prywatyzacji służby
zdrowia coś jest nie tak.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, luty  r.
b
n
a

D
A
N
I
E
L

K
U
L
I
Ń
S
K
I
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
H
O
T
O
S
/
D
I
D
M
Y
S
E
L
F
/
18
Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia
to jednostka budżetowa, wśród której statutowych zadań
znajduje się m.in. „prowadzenie badań statystycznych
w ochronie zdrowia” oraz „dokonywanie analiz i ocen
skutków wprowadzania programów zdrowotnych w aspek-
cie organizacyjnym, socjologicznym, i ekonomiczno-
-finansowym”. Od 1,,, r., Wydział Badań i Analiz Socjo-
logicznych CSIOZ regularnie opracowuje i publikuje na
stronie internetowej instytucji (www.csioz.gov.pl) wyniki
badań ankietowych na temat dostępności świadczeń zdro-
wotnych. Najnowsze opracowanie z tego cyklu, autorstwa
dr Marii Pączkowskiej, ujrzało światło dzienne w sierpniu
:oo, r. Badania, które stanowią jego podstawę, przeprowa-
dzono na ogólnopolskiej próbie losowej, liczącej :o:1 osób,
metodą wywiadów bezpośrednich.
Dostępność świadczeń, tak jak w poprzednich edycjach
badań, analizowano w takich aspektach, jak dostęp do le-
karzy pierwszego kontaktu oraz lekarzy specjalistów, korzy-
stanie z prywatnych usług medycznych, dostępność leczenia
szpitalnego i koszty ponoszone przez pacjentów w związ-
ku z pobytem w szpitalu, bariery finansowe w korzystaniu
z opieki zdrowotnej, postrzegane przez Polaków nierówno-
ści społeczne pod względem możliwości leczenia. Respon-
dentów proszono o ocenę – co należy wyraźnie podkreślić,
przez pryzmat osobistych doświadczeń – dostępności usług
w roku ubiegłym (tj. :oo8) oraz trudności w tej dziedzinie.
W poniższym omówieniu wyników wspomnianych badań
skupiono się na tych sferach, w których dostępność publicz-
nej służby zdrowia budzi niepokój – jest relatywnie niska
lub na przestrzeni lat uległa pogorszeniu.
Problem od pierwszego wejrzenia
W :oo8 r. ponad 8o¾ respondentów korzystało z porad le-
karza pierwszego kontaktu w ramach ubezpieczenia. Nato-
miast w roku :ooo, który objęła poprzednia edycja badań –
;¡¾. Zdaniem Polaków, dostępność tego świadczenia się
pogarsza. O ile możliwość uzyskania wizyty w przy-
chodni w dniu zgłoszenia 8õº badanych ocenia jako
wysoką, jedynie ¡rº za łatwe uznaje uzyskanie wizyty
nocnej, choć jeszcze w ioo¡ r. uważało tak ;¡º pyta-
nych. Wśród osób, którym trudno było uzyskać nocną po-
moc lekarską, ¡o¾ skorzystało z odpłatnej nagłej pomocy.
Scleżka zdrowla
An1un Lrwtnbowskì
Realizowane na zlecenie państwa badania dostępności służby zdrowia, tak jak
odczuwają ją pacjenci, stanowią wartościowy materiał do dyskusji o bolączkach
publicznego lecznictwa oraz najpilniejszych zmianach w tym zakresie.
Tabela 1. Przyczyny trudności w dostępie do lekarza pierwszego kontaktu (% wskazań)
Przyczyny trudności 2006 2008
Zbyt mało numerków dziennie wydaje się do lekarza 52 76
Trzeba długo czekać w kolejce, aby dostać się do gabinetu 67 73
Trzeba bardzo wcześnie wstać i czekać w kolejce po numerek 56 69
Nie można dodzwonić się do rejestracji* 45 58
Rejestracja nie przyjmuje telefonicznych zgłoszeń* 45 52
Nie można się zapisać do lekarza wcześniej 52 50
Godziny przyjęć lekarza niedostosowane do potrzeb pacjentów 40 46
Duża odległość od przychodni i/lub brak dobrej komunikacji 15 16
* W roku 2006 obie sytuacje występowały jako jeden rodzaj trudności, określony
jako niemożność telefonicznego zamówienia numerka.
19
Jak radzą sobie w tej sytuacji pozostali potrzebujący, można się
zorientować choćby z doniesień prasowych, wskazujących na
złe działanie systemu nocnej pomocy lekarskiej i niepotrzebne
przewożenie do szpitali pacjentów nie wymagających hospita-
lizacji – czytamy w opracowaniu CSIOZ.
Oceny dostępności porad lekarza ogólnego kolejny raz
okazały się zróżnicowane w zależności od miejsca zamiesz-
kania, poziomu wykształcenia oraz grupy społeczno-za-
wodowej respondenta. I tak, o ile µ¡º mieszkańców wsi
uzyskanie wizyty w przychodni uznało za łatwe, wśród
mieszkańców miast powyżej ¡oo tys. mieszkańców aż
dwie na pięć osób otrzymanie tego typu porady określi-
ło jako trudne. Wzrost udziału ocen negatywnych w tej
grupie w okresie iooõ-ioo8 był niemal trzykrotny! Bar-
dzo niepokojący jest też fakt czterokrotnego przyrostu
takich ocen wśród ankietowanych o najniższych docho-
dach (z ¡ do riº).
Nie tylko więcej osób narzeka na dostępność porad
lekarzy pierwszego kontaktu, ale i częściej wskazywane
są trudności szczególnie poważnego rodzaju, co obrazuje
tabela .
Za czym kolejka ta stoi?
W  r.  respondentów korzystało z porad lekarzy
specjalistów w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Nato-
miast  skorzystało z tego rodzaju świadczenia w sekto-
rze prywatnym. W porównaniu z poprzednią edycją badań,
ocena dostępności tego rodzaju porad – przypomnijmy, że
respondenci oceniali tylko ten rodzaj konsultacji, z jakiego
korzystali w danym roku – uległa zarówno korzystnym, jak
i negatywnym zmianom. W powszechnym systemie lecz-
nictwa Polakom najbardziej doskwiera słaba dostęp-
ność porad kardiologicznych (niemal połowa wskazań
była tu negatywnych), neurologicznych i alergologicz-
nych. Co szczególnie niepokojące, ocena sytuacji pod
tym względem pogorszyła się od iooõ r.
Nawet w przypadku tych rodzajów porad, których do-
stępność wydaje się zwiększać, warto wstrzymać się z opty-
mizmem. Trzeba […] mieć na uwadze, że korzystna zmia-
na opinii, zwłaszcza dotyczących porad stomatologa,
może być związana z rzadszym korzystaniem z tych
usług w sektorze publicznym i podejmowaniem leczenia
odpłatnie – pisze dr Pączkowska.
Zwraca ona także uwagę, iż większość trudności zwią-
zanych z uzyskaniem wizyty u lekarza specjalisty w roku
 nasiliła się, tj. znacząco wzrósł odsetek wskazań. Naj-
częściej zwracano uwagę na odległe terminy wizyt, w dal-
szej kolejności na długie oczekiwanie w kolejce do gabine-
tu oraz zbyt mało pacjentów obsługiwanych w godzinach
przyjęć. Warto zwrócić uwagę, że podobnie jak w przy-
padku oceny dostępu do porad lekarza ogólnego, proble-
my (lub wręcz brak możliwości) z umówieniem wizyty
przez telefon okazują się dla dużego odsetka pacjentów
istotnym utrudnieniem (co w epoce Internetu jest ku-
riozalne, komentuje ekspertka CSIOZ).
Tabela 3. Przyczyny trudności w uzyskaniu wizyty u lekarza specjalisty (% wskazań)
Przyczyny trudności 2006 2008
Trudno otrzymać skierowanie do lekarza 22 21
Trzeba bardzo wcześnie wstać i czekać w kolejce po numerek 38 53
Rejestracja w ogóle nie przyjmuje telefonicznych zgłoszeń 31 45
Trudno się dodzwonić do rejestracji 31 44
Lekarz przyjmuje zbyt mało pacjentów w godzinach przyjęć 59 64
Trzeba długo czekać w kolejce, aby dostać się do gabinetu 52 74
Godziny przyjęć są niedostosowane do potrzeb pacjentów 26 40
Terminy wizyt są bardzo odległe 81 92
Duża odległość od przychodni lub brak dobrej komunikacji 19 26
Nie można uzyskać informacji o poradniach specjalistycznych 14 20
Tabela 2. Negatywne oceny dostępności porad
lekarzy specjalistów (nieodpłatnych, w ramach
powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego) (%)*
Lekarze specjaliści 2006 2008
Kardiolog 38 47
Neurolog 36 46
Ortopeda 40 40
Alergolog 27 39
Stomatolog 36 36
Okulista 37 35
Reumatolog 41 35
Dermatolog 30 24
Laryngolog 34 24
Onkolog 33 20
Ginekolog 14 19
* Łączny procent odpowiedzi „zdecydowanie
trudno” i „raczej trudno”.
20
Stopień odczuwania trudności różni się zależnie od
miejsca zamieszkania ankietowanych oraz ich statusu ma-
terialnego. Przykładowo, „Duża odległość od przychodni”
ponad dwukrotnie częściej jest wymieniana przez miesz-
kańców wsi niż przez osoby zamieszkujące wielkie miasta
(odpowiednio ¡¡ i :o¾). Podobna dysproporcja występuje,
jeśli chodzi o problemy z otrzymaniem skierowania do le-
karza specjalisty (odpowiednio :; i 1¡¾ wskazań). Z kolei
osoby gorzej sytuowane m.in. dwa razy częściej niż zamoż-
ne skarżą się na brak informacji o poradniach (:1 i 1o¾).
W roku :oo8 najtrudniejsze było uzyskanie porady
kardiologa – dla ponad ¡oº respondentów czas oczeki-
wania wynosił ponad miesiąc, w tym dla niemal ¹⁄s po-
nad trzy miesiące. Prawie ¹⁄s pacjentów alergologów cze-
kało na poradę ponad miesiąc, w przypadku poradni
neurologicznych i reumatologicznych – ¹⁄+ osób napo-
tkała na tak długie kolejki. Należy odnotować, że w la-
tach iooõ-ioo8 sytuacja pogorszyła się przede wszyst-
kim w odniesieniu do tych porad, dla których czas ocze-
kiwania już należał do najdłuższych – nastąpił bardzo
wyraźny wzrost odsetków pacjentów długo czekających
oraz spadek odsetków nie czekających na wizytę u kardio-
loga, alergologa i neurologa.
Polaku, (nie) lecz się sam!
Jak zwraca uwagę autorka opracowania, korzystanie z pry-
watnych usług medycznych zasługuje z dwóch powodów na
uwagę w analizie dostępności świadczeń zdrowotnych. Mo-
że być traktowane jako pośredni wskaźnik istnienia ogra-
niczeń w dostępie do świadczeń udzielanych przez sektor
publiczny, a także dlatego, że są to usługi opłacane z kie-
szeni pacjenta, a więc takie, w przypadku których bariera
finansowa uniemożliwia lub co najmniej utrudnia pewnym
grupom społecznym dostęp […], co może być uważane za prze-
jaw nierówności szans w sferze leczenia.
Co ciekawe, w :oo8 r. obniżył się poziom korzystania
z odpłatnych porad lekarzy ogólnych oraz specjalistów –
spadek odpowiednio z ¡¡ do ¡o¾ i z ¡1 do ¡1¾. Nato-
miast niemal dwukrotnie, z r; do ¡oº, wzrósł odsetek
korzystających z prywatnych badań diagnostycznych,
zarówno jednorazowo, jak i wielokrotnie. Opracowa-
nie CSIOZ zawiera spostrzeżenie, że spadek odpłatnego
korzystania z porad specjalistów ma miejsce w obliczu
wydłużenia czasu oczekiwania na wizytę w systemie
publicznym. Może to de facto oznaczać ograniczenie
dostępu do usług zdrowotnych.
Badania potwierdziły znaczne zróżnicowanie korzysta-
nia z prywatnych świadczeń w zależności od sytuacji mate-
rialnej, miejsca zamieszkania oraz poziomu wykształcenia.
Z komercyjnych porad lekarzy specjalistów oraz badań dia-
gnostycznych znacznie częściej korzystają osoby zamożniej-
sze, lepiej wykształcone, mieszkające w większych ośrod-
kach. Przykładowo, z odpłatnych badań diagnostycznych
w roku :oo8 korzystała niemal połowa ankietowanych
z wyższym wykształceniem i tylko 1¡¾ z wykształceniem
podstawowym, ponad połowa osób o najwyższych docho-
dach oraz zaledwie 1o¾ o dochodach najniższych. Choć na
tego rodzaju różnice składać się może kilka rodzajów czyn-
ników (związanych np. ze świadomością zdrowotną), wy-
dają się one stanowić kolejny pośredni dowód na istnienie
w Polsce zjawiska „wykluczenia zdrowotnego”.
Leż i płać
Interesujące dane można także wyłuskać wśród wyników
części badania dotyczącej hospitalizacji. Wymowny jest
niemal dwukrotny wzrost odsetka przyjęć uzyska-
nych dzięki prywatnej wizycie u lekarza zatrudnio-
nego w szpitalu (z ¡ do µº). Co więcej, przy nieznacz-
nym spadku między :ooo a :oo8 r. odsetka osób, dla któ-
rych pobyt w szpitalu wiązał się z kosztami (odpowiednio
1¡ i 1:¾), znacznie wzrosła średnia kwota tych wydatków
(z ¡¡8 do ,,¡ zł), choć istotne znaczenie może tu mieć fakt,
że w ostatnim sondażu pytano o przybliżoną kwotę wszyst-
kich wydatków, w poprzednim – o koszty związane z za-
kupem prezentu (sic!). Autorka opracowania uzupełnia, że
trudność oszacowania średniej kwoty oraz zmiany jej wy-
sokości wynika także z tego, że w najnowszym badaniu aż
¹⁄. ankietowanych odmówiła odpowiedzi na wspomniane
pytanie lub stwierdziła, że nie pamięta kwoty wydatków
wynikających z pobytu w szpitalu.
Jeśli chodzi o rodzaje ponoszonych kosztów towarzy-
szących hospitalizacji, to odzwierciedla je tabela ¡.
Zwróćmy uwagę, że koszty związane z zapewnieniem
lepszej opieki, najczęściej wskazywane w roku :ooo, obec-
nie znalazły się na dalszym miejscu, co jest jedną z pozy-
tywnych informacji zawartych w raporcie. Powyższa tabela
Tabela 4. Za co płacono w związku z pobytem w szpitalu
(% wskazań)
2006 2008
Wykupywanie leków zapisanych
przez lekarza w szpitalu
21 41
Otrzymanie trudnodostępnych
leków, sprzętu medycznego
15 36
Przeprowadzenie operacji 18 25
Skrócenie kolejki 6 19
Zapewnienie lepszej opieki
lekarskiej, pielęgniarskiej
22 15
Zakup prezentu w dowód
wdzięczności za leczenie, opiekę*
– 12
Towarzyszenie dziecku 20 14
Opłacanie nocnych dyżurów 10 5
Zakup nowoczesnych
materiałów do operacji
9 4
Dobrowolna wpłata na rzecz szpitala** – 4
* W roku 2006 ta kategoria kosztów była
przedmiotem osobnego pytania.
** Pozycja ta nie występowała w roku 2006.
21
zawiera jednak także wskaźniki bardzo niepokojące. O ile
zwiększenie odsetka ankietowanych wskazujących na wyku-
pywanie leków można uznać za symptom przerzucania części
kosztów hospitalizacji na pacjenta, o tyle wzrost wskazań do-
tyczących kosztów przyjęcia do szpitala może przemawiać za
istnieniem pewnego obszaru korupcji związanej ze skróceniem
czasu oczekiwania na hospitalizację – komentuje autorka
opracowania.
Niezdrowe nierówności
W ocenie dostępności świadczeń zdrowotnych ważne jest nie
tylko rozpoznanie ograniczeń i przeszkód natury organizacyj-
nej bądź technicznej, utrudniających korzystanie ze świadczeń,
lecz również ocena dostępu do usług medycznych z punktu
widzenia realizacji zasady równości szans – pisze ona dalej.
W badaniach CSIOZ jako wskaźnik występowania ekono-
micznych barier dostępności świadczeń zdrowotnych przyj-
muje się deklaracje o niemożności wykupienia niezbędnych
leków (kwestię tę badano za pomocą osobnego sondażu,
przeprowadzonego w :oo; r.) oraz rezygnacji z leczenia
z powodów finansowych.
I tak, jeden na pięciu respondentów skarży się, że co
najmniej kilkakrotnie zdarzyło mu się nie być w stanie
wykupić przepisanych leków z powodu braku pienię-
dzy, a  miało takie problemy sporadycznie. Zgodnie
z tym, czego można by się spodziewać, leków nie wykupu-
ją – lub np. zadłużają się, by móc to zrobić – przede wszyst-
kim osoby źle oceniające własne położenie ekonomiczne
(przy czym subiektywny wskaźnik sytuacji materialnej ma
tu istotniejsze znaczenie niż faktyczna wysokość docho-
dów), renciści, najstarsi ankietowani oraz osoby legitymu-
jące się podstawowym wykształceniem. Mimo ogólnie niż-
szego – w porównaniu do wcześniejszych lat – odsetka
respondentów, którym brakuje pieniędzy na wykupie-
nie leków, jego zróżnicowanie międzygrupowe nadal
pozostaje bardzo silne, a skala występowania zjawiska
w grupach o niskim statusie społeczno-ekonomicznym
nadal jest duża (dotyczy ono ponad połowy osób naj-
biedniejszych, niemal połowy rencistów, ⁄  osób star-
szych) – pisze dr Pączkowska.
W roku :oo8 było  pacjentów stwierdzających,
że nie podejmowali leczenia lub z niego rezygnowali
ze względu na brak pieniędzy. Poza wykupem leków, re-
zygnowano przede wszystkim z usług stomatologa i spe-
cjalistycznych porad (odpowiednio: ¡; i ¡,¾), a ponadto
z badań diagnostycznych, rehabilitacji i wyjazdów do sa-
natoriów (::, :1 i :1¾). W poszczególnych grupach skala
rezygnacji z leczenia była znacznie zróżnicowana.
Badanie faktycznych nierówności w tej dziedzinie wykra-
cza wprawdzie poza ramy przeprowadzonego sondażu, wyżej
prezentowane dane wskazują jednak na istnienie pewnych
barier finansowych, chociażby w dostępie do farmakoterapii –
czytamy w opracowaniu.
Równiejsi wśród równych
W raporcie znalazło się także miejsce na statystyki dotyczą-
ce subiektywnego postrzegania nierówności w faktycznym
dostępie do publicznej opieki zdrowotnej.
W latach :ooo-:oo8 z :: do ¡¡¾ wzrósł odsetek osób
przekonanych, że nie wszyscy ubezpieczeni mają jednakowe
możliwości leczenia w ramach publicznej opieki zdrowotnej.
Jednocześnie spadł – nadal wy soki! – udział osób, które wie-
rzą w egalitaryzm systemu (oo i ¡o¾) oraz osób niezdecydo-
wanych (z 18 do 1o¾). Co ciekawe, przekonanie o nierów-
nych szansach jest relatywnie najsilniejsze wśród mieszkań-
ców wielkich miast, osób o wyższym wykształceniu, repre-
zentujących kategorie zawodowe pracowników administra-
cyjno-biurowych, średni personel oraz pracujących na wła-
sny rachunek. Częściej dostrzegają nierówności responden-
ci zamożni niż ci o najniższych dochodach (¡8¾ do ¡o¾).
Można przyjąć, że reprezentanci grup, w których przekonania
o dyskryminacji w dziedzinie opieki zdrowotnej są silniejsze,
niekoniecznie sami jej doświadczają, natomiast są bardziej
wyczuleni na jej przejawy i dysponują większą wiedzą na
ten temat. Są to zarazem grupy bardziej krytyczne w swoich
opiniach na temat innych aspektów funkcjonowania opieki
zdrowotnej, na przykład gorzej oceniają dostępność świadczeń
zdrowotnych – komentuje dr Pączkowska.
Artur Lewandowski
Tabela 5. Rezygnujący z leczenia w poszczególnych kategoriach respondentów (2008)
Najczęściej % Najrzadziej %
Źle oceniający swoją sytuację materialną 23 Pracujący na rachunek własny 2
Mający najniższe dochody 15 Dobrze oceniający swoją sytuację materialną 3
Renciści 15 Uczniowie i studenci 3
Gospodynie domowe 15 Rolnicy 5
Bezrobotni 14 Mający najwyższe dochody 5
Robotnicy niewykwalikowani 13 Osoby w wieku 18-24 lata 5
Mieszkańcy wielkich miast 13 Kadra kierownicza 6
Pracownicy usług 12 Osoby z wyższym wykształceniem 6
Osoby w wieku 45 i więcej lat 12 Mieszkańcy wsi 7
22
Zdrowie Skandynawów
Porównując zdrowie publiczne w krajach o różnych sys-
temach, tradycyjnie posługiwano się stałym zestawem
wskaźników – negatywnych (umieralność niemowląt, za-
chorowalność na określone choroby oraz śmiertelność na
ich skutek) i pozytywnych (przewidywana długość życia).
W ostatnich latach ostatni ze wskaźników stosuje się z pew-
ną rezerwą, wskazując na to, że ważna jest nie tylko długość
życia, ale także tzw. przewidywana długość życia w zdro-
wiu w chwili urodzenia (healthy life expectancy – HALE).
Przyjrzyjmy się kilku wskaźnikom:
Widzimy, że kraje nordyckie, a zwłaszcza Szwecja, Nor-
wegia i Islandia, pod względem wskaźników zdrowia prze-
wyższają nie tylko Polskę, ale również kraje o zbliżonym do
nich poziomie rozwoju ekonomicznego. Szczególnie USA,
które realizują liberalny model stosunków społecznych
z dużym udziałem prywatnej służby zdrowia. Różnice nie
są wprawdzie wielkie, jednak daje się zauważyć, że w trzech
wspomnianych krajach wszystkie wskaźniki osiągają war-
tości korzystne społecznie.
Poniższe, biomedyczne wskaźniki zdrowia, są zobiek-
tywizowane. Nie sposób jednak pominąć subiektywnego
7drowy rozsądek
zza morza
ktrtt 8tktLtnczvk
W narzekaniach na naszą służbę zdrowia często pojawia się argument, że o jej słabości
stanowi publiczny charakter. Czyżby? Wysokie wskaźniki zdrowotne oraz społecznego za-
dowolenia z lecznictwa udaje się uzyskiwać w krajach, w których państwo bierze za to
odpowiedzialność w stopniu większym niż w Polsce. Wzorów do naśladowania nie trzeba
daleko szukać: są po drugiej stronie Bałtyku. Przyjrzyjmy się skuteczności skandynawskich
systemów opieki zdrowotnej, szczególnie w Szwecji.
2007
Umieralność noworodków
na 1000 urodzeń
Przewidywana długość
życia w chwili narodzin
HALE
Ile osób na tysiąc prawdopodobnie
umrze w wieku 15-60 lat
UE15* 4 80,3 – –
UE12* 7,6 74,3 – –
OECD* 5,2 79 – –
Islandia 2 82 74 58
Dania 4 78 72 93
Norwegia 3 81 73 69
Szwecja 2,8 81 74 63
Finlandia 4 79 72 96
Niemcy 4 80 73 80
Francja 3 81 73 89
UK 5 80 72 79
Polska 6 75 67 146
USA 6 78 70 108
* Dla OECD, UE15 i UE12 – dane z 2006 r., w pozostałych przypadkach z 2007.
Źródło: zestawienie własne na podstawie: World Health Statistics 2009, WHO; European Health Raport 2009.
23
wymiaru kondycji zdrowotnej społeczeństwa, co jest zresztą
zgodne z definiowaniem tego pojęcia przez organizacje mię-
dzynarodowe, jak Światowa Organizacja Zdrowia. W konsty-
tucji WHO z  r. zdrowie jest pojmowane jako pełnia do-
brego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego,
a nie tylko brak choroby lub kalectwa
1
. Tak rozumiane zdro-
wie wydaje się być niemal tożsame z dobrobytem jednostki,
a przynajmniej stanowi jego istotny element. Kluczowe jest tu
„samopoczucie”. Zapytajmy zatem, czy w państwie dobrobytu,
jakim jest Szwecja, statystycznie dość zdrowi obywatele mają
poczucie, że ich zdrowie jest w nienajgorszym stanie?
Spójrzmy na tabelę prezentującą dane Eurostatu, mó-
wiące o odsetku osób deklarujących, że ich poziom zdrowia
jest zły lub bardzo zły – w UE i w Szwecji:
Odsetek osób oceniających stan własnego
zdrowia jako zły lub bardzo zły
Kobiety Mężczyźni
Wiek 2004 2005 2004 2005
UE15
15-24
– 1,6 – 1,4
Szwecja 2,7 1,8 2,8 1,2
UE15
25-34
– 2,5 – 2,8
Szwecja 3,6 4,0 4,0 1,6
UE15
35-44
– 5,1 – 4,9
Szwecja 6,2 5,8 4,5 2,9
UE15
45-54
– 10,7 – 9,9
Szwecja 9,2 7,9 8,5 6,2
UE15
55-64
– 15,9 – 14,6
Szwecja 11,7 5,6 7,9 7,9
UE15
65-74
– 24,0 – 19,0
Szwecja 8,2 12,4 6,1 7,2
UE15
75-84
– 34,6 – 28,8
Szwecja 18,6 14,1 13,1 13,7
Źródło: Eurostat, EU SILC 2005.
Powyższa tabela pokazuje, że zła ocena własnego
zdrowia jest w starszych pokoleniach istotnie rzadsza
w Szwecji niż w pozostałych krajach „starej Unii” –
gdybyśmy wzięli pod uwagę jej rozszerzony skład, róż-
nica mogłaby być jeszcze większa. Natomiast nieco czę-
ściej w Szwecji niż w Unii oceniają swoje zdrowie źle lub
bardzo źle ludzie z pokoleń młodszych i średnich (nie są to
jednak różnice aż tak znaczące).
Wobec wszystkich powyższych informacji można wy-
snuć wniosek, że zarówno w wymiarze czysto medycznym,
jak i psychologicznym, w kraju tym poziom zdrowia oby-
wateli jest wysoki.
Co się na to składa? Badacze zdrowia wskazują na
następujące jego determinanty: styl życia (w tym za-
chowania prozdrowotne); środowisko społeczne; śro-
dowisko fizyczne (warunki ekologiczne) i – last but not
least – jakość opieki medycznej. Mimo że ranga tego
ostatniego czynnika jest nieco mniejsza niż np. stylu ży-
cia czy otoczenia społecznego, jego oddziaływanie nie po-
zostaje bez znaczenia zarówno dla zaspokojenia potrzeb
zdrowotnych, jak i dla oceny systemu społecznego w da-
nym państwie. Przyjrzyjmy się zatem, czy w Szwecji służba
zdrowia faktycznie może być czynnikiem wzmacniającym
zadowolenie z własnej kondycji zdrowotnej?
Uniwersalny dostęp
i podmiotowość samorządów
W krajach nordyckich (Norwegii, Szwecji, Danii) działa za-
opatrzeniowy system lecznictwa. Polega on na tym, że służ-
ba zdrowia jest finansowana nie ze składek (jak w sys-
temie ubezpieczeniowym), lecz z podatków, a upraw-
nione do korzystania są nie tylko osoby ubezpieczone
(jak np. w Polsce), ale wszyscy obywatele. Nie zawsze
służba zdrowia jest finansowana głównie z podatków
krajowych. Dla przykładu, w Szwecji, gdzie polityka fi-
skalna realizowana jest na poziomie zarówno państwowym,
jak i regionalnym oraz lokalnym, akurat usługi zdrowotne
są finansowane przede wszystkim z podatków ściąganych
przez województwa i gminy.
Podstawowa odpowiedzialność za zapewnienie opieki
zdrowotnej spoczywa na województwach, którym podlega-
ją szpitale regionalne, przychodnie oraz opieka dentystycz-
na. Z kolei na poziomie lokalnym organizuje się opiekę dłu-
goterminową, psychiatryczną oraz nad osobami niepełno-
sprawnymi, aczkolwiek gminy mogą również przejmować
część kompetencji od województw, co jest wyrazem postę-
pującej decentralizacji systemu służby zdrowia. Państwo
z kolei wytycza ogólne kierunki polityki zdrowotnej, two-
rzy regulacje prawne i monitoruje poprzez szereg instytucji
centralnych ich wdrażanie i egzekwowanie. Przekazuje też
środki na określone cele i programy w zakresie poprawy
zdrowia publicznego.
Szwecja zatem łączy zaopatrzeniową technikę do-
starczania świadczeń zdrowotnych z częściową decen-
tralizacją finansowania i organizacji. Taka formuła
wydaje się korzystna z dwóch powodów. Poprzez uni-
wersalność świadczeń zapobiega się wykluczeniu zdro-
wotnemu, a także systemowo tworzy poczucie wspól-
noty (wszyscy mogą korzystać z tego samego systemu
podstawowych świadczeń). Z kolei decentralizacja na
poziomie finansowania i organizowania opieki zdro-
wotnej sprawia, że system jest bliższy obywatelowi, ale
także łatwiejszy do kontroli, co umożliwia zwiększanie
przejrzystości i efektywności. Ponieważ jest przyjęte, że
większość podatków zbieranych na poziomie regionalnym
i lokalnym przeznacza się właśnie na cele zdrowotne i so-
cjalne, których wypełnianie (lub brak) obywatele mogą od-
czuć na własnej skórze, sprzyja to społecznej kontroli nad
służbą zdrowia, czego niestety brakuje choćby w polskim
systemie. Oprócz nieformalnej społecznej kontroli istnieją
tam także inne, odgórne mechanizmy monitoringu.
24
System szwedzkiej służby zdrowia w zakresie organi-
zacji ma też inną cechę, która na pierwszy rzut oka wyda-
je się sprzeczna z socjaldemokratycznym, uniwersalnym
charakterem tamtejszego lecznictwa. Jest to częściowa od-
płatność ze strony pacjenta. Kształtuje się ona w skali kra-
ju na poziomie ok. ¡¾ łącznych kosztów leczenia. Ogólny
zaś udział wydatków publicznych w łącznych nakła-
dach na zdrowie wynosi w tym kraju 8r,;º (podczas
gdy w Polsce tylko õµ,¡º). Również udział nakładów
publicznych na opiekę zdrowotną w łącznej puli wy-
datków publicznych jest w Szwecji stosunkowo wy-
soki – w ioo¡ r. utrzymywał się na poziomie r¡,õº
(w Polsce – µ,µº)
2
. Jak widać, państwo szwedzkie uznaje
zdrowie obywateli za jeden z priorytetów, skoro decyduje
się przeznaczać na to relatywnie dużą część budżetu. Dba
także, by obywatele w niewielkim stopniu ponosili koszty
zaspokajania swoich potrzeb zdrowotnych z prywatnych
funduszy, na co nie mogą sobie przecież pozwolić osoby
gorzej sytuowane.
Jeszcze korzystniej z punktu widzenia przeciętnego –
a zwłaszcza mniej zamożnego – obywatela struktura wy-
datków na służbę zdrowia kształtuje się w takich krajach,
jak Norwegia, Dania i Islandia. W Norwegii udział pu-
blicznych wydatków w relacji do sumy nakładów na opie-
kę zdrowotną wynosi 8¡,¡¾, w Danii 8¡,o¾, w Islandii
8:,¡¾; jedynie w Finlandii nieco mniej – ;;,8¾, co zbliża
ją do średniej unijnej (;¡,¡¾). Jeśli zaś chodzi o nakłady na
służbę zdrowia w relacji do ogólnych wydatków publicz-
nych, w pozostałych krajach skandynawskich ich udział
jest również wysoki: Islandia – przeznacza na ten cel 18,¡¾
środków budżetowych, Norwegia – 18¾, Dania – 1¡,8¾,
zaś Finlandia – 11,o¾. Aczkolwiek są w Europie kraje, jak
Szwajcaria (18,o¾) czy Irlandia (1,,:¾), które przeznaczają
jeszcze większą część budżetów na cele zdrowotne
3
.
Warto jednak dodać, że same liczby, choć sporo mó-
wią o randze, jaką władze i społeczeństwa nadają kwestii
zdrowotnej, nie określają końcowych korzyści obywateli
z danego systemu lecznictwa. Może być on bowiem kosz-
towny, ale nieefektywny, np. ze względu na koszty biuro-
kratyczne, nieszczelność. Albo nieskuteczny – ze względu
na nierówny dostęp do świadczeń. Przykładem jest system
amerykański, gdzie bardzo liczna grupa mieszkańców jest
pozbawiona opieki zdrowotnej, na którą idą jednocześnie
duże nakłady publiczne. Rozbieżność między „koszto-
chłonnością” a niską skutecznością w gwarantowaniu
możliwie szerokiej grupie obywateli opieki zdrowot-
nej na godziwym poziomie nie dotyczy jednak krajów
skandynawskich, co pokazały wskaźniki w pierwszej ta-
beli, a potwierdzą statystyki mówiące o wynikach leczenia
i jego dostępności, które omówię później.
Wracając do kwestii częściowej odpłatności w szwedz-
kiej służbie zdrowia, rozwiązanie to funkcjonuje od bar-
dzo dawna. Miało zapobiec nadmiernemu, nieuzasadnio-
nemu korzystaniu z usług. Jednocześnie stawki te są bar-
dzo niewielkie, a co więcej – istnieją limity: osoby, które
przekroczyły pewną pulę kosztów, są całkowicie zwolnione
do końca roku z dalszych opłat, podobnie jak dzieci i mło-
dzież do :o. roku życia
4
. Mimo częściowej odpłatności,
odsetek osób, które deklarowały, że ich potrzeby zdro-
wotne nie zostały zaspokojone poprzez opiekę medycz-
ną za sprawą problemów z kosztami, czasem oczekiwa-
nia czy odległością – nie jest wcale na tle unijnej śred-
niej wy soki (tym bardziej, że – jak zobaczymy dalej – na
wysokość tego wskaźnika składa się w przypadku Szwecji
głównie czas oczekiwania, a nie wysokość kosztów):
Wiek 2004
2005
(UE15)
2006
(UE25)
UE
18-44
lata
– 4,4 3,2
Szwecja 3,1 2,8 3,5
UE
45-54
– 5,2 4,2
Szwecja 1,6 2,8 3,2
UE
55-64
– 4,8 3,7
Szwecja 2,3 2,5 2,4
UE
65-74
– 4,8 3,5
Szwecja 1,7 2,8 2,1
UE
75+
– 3,9 3,3
Szwecja 2,1 1,4 0,9
Źródło: Eurostat, EU-SILC 2005.
Powyższe zestawienie pokazuje, że Szwedzi wyjątko-
wo dobrze radzą sobie z zapewnianiem opieki zdrowotnej
starszym pokoleniom, natomiast nieco gorzej – młodszym.
W trudnej sytuacji są zwłaszcza osoby młode, dla których
również zagrożenie ubóstwem i sytuacja na rynku pracy
są szczególnie niekorzystne względem pozostałych grup
wiekowych. Nie przypadkiem w ostatniej strategii prze-
ciwdziałania wykluczeniu społecznemu osoby młode stały
się jedną z grup priorytetowych. Cieszy wysoki poziom
zaspokojenia potrzeb zdrowotnych seniorów, szczegól-
nie przecież wysokich, ale jednocześnie wyrównanie
szans na uzyskanie odpowiedniej opieki zdrowotnej
dla wszystkich generacji, jak wynika z tabeli, stanowi
poważne wyzwanie dla tamtejszego systemu.
Szwecja w tym względzie przypomina nieco Polskę,
gdzie również społeczna sytuacja osób starszych, mimo że
pozostawia wiele do życzenia, jest statystycznie korzyst-
niejsza niż ludzi młodych, w tym dzieci. Deficyt dobroby-
tu młodszych pokoleń może jednak w niedalekiej przyszłości
„pociągnąć w dół” dobrobyt starszych. Jeśli osoby młode nie
wejdą na rynek pracy i na skutek dezaktywizacji utracą kom-
petencje albo wręcz popadną w społeczną degradację, system
emerytalny (oparty w dużej mierze na zasadzie solidarności
międzypokoleniowej) nie udźwignie ciężaru świadczeń dla
osób starszych, co może prowadzić do ich zubożenia. Przed
tym problemem, choć w innej skali i postaci, stoi nie tylko
Polska, ale także Szwecja. Nierówności w poziomie dostępu
do opieki zdrowotnej potwierdzają jego istnienie.
25
Pozycja obywatela w służbie zdrowia
Oprócz kwestii organizacji i dostępności usług medycznych,
warto przyjrzeć się temu, jak duża jest podmiotowość pa-
cjenta/obywatela w danym systemie. Jedną z niewielu prób
głębszego wniknięcia w ten temat, z jaką mógł zetknąć się
polski czytelnik, są poczytne eseje szwedzkiego dziennikarza
polskiego pochodzenia, Macieja Zaremby, zebrane w książce
„Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”. Autor wysta-
wia tam szwedzkiej służbie zdrowia surową ocenę. Wydaje
się, że mimo uchwycenia rzeczywistych problemów, popada
niekiedy w jednostronność, a wręcz błędy myślowe i termi-
nologiczne. Pisze on na przykład: Grecja jest najzdrowszym
krajem Europy, mówią statystyki, Szwecja zaś najbardziej scho-
rowanym. To właśnie na dalekiej północy, gdzie powietrze jest
najczystsze, wodę można pić z kałuży, gdzie jest prawie sama
Przyroda – człowiek ma się najgorzej
5
.
Jak pokazałem w tabelach pierwszej części tekstu, trud-
no powiedzieć, żeby Szwedzi mogli narzekać na swoje zdro-
wie; jest raczej przeciwnie. Co więc autor mógł mieć na my-
śli? Jak dowiadujemy się dalej, chodzi o liczbę osób przeby-
wających na zwolnieniu chorobowym. Autor dotyka istot-
nego problemu, tyle że nie jest to wyraz „braku zdrowia”,
lecz raczej polityki przyznawania świadczeń chorobowych
oraz skłonności do korzystania z nich. Praktyka ta oczywi-
ście nie dzieje się w oderwaniu od stanu zdrowia obywateli,
ale także nie wyraża go wprost. Niemniej problem nad-
miernej dezaktywizacji na skutek przebywania na zwolnie-
niach chorobowych faktycznie w Szwecji występuje.
Mają tego świadomość władze tego kraju. W rzą-
dowej strategii przeciwdziałania wykluczeniu na lata
-
6
, obok inkluzji osób starszych, zapobiega-
nia społecznej degradacji i wspierania grup najbardziej
bezbronnych, kwestia ograniczenia liczby osób pozo-
stających na długotrwałych zwolnieniach chorobowych
została uznana za jeden z czterech priorytetów. Co cie-
kawe, kwestia ta została podniesiona nie w kontekście
odbierania przywilejów, ale właśnie przeciwdziałania
wykluczeniu, gdyż według autorów strategii pozosta-
wanie poza rynkiem pracy może powodować utratę
kompetencji i życiowej motywacji. Szwedzką odpowie-
dzią na ten problem jest nie tylko ograniczanie skali zwol-
nień, ale przede wszystkim – usprawnianie systemu rehabi-
litacji, w tym włączanie w ten proces aktorów społecznych
(poprzez rządowe dotacje dla organizacji, które tym zada-
niem chciałyby się zająć).
Innym zarzutem, jaki formułują niektórzy komenta-
torzy, których opinie przytacza Zaremba, jest wyjątkowy
autorytaryzm szwedzkiej służby zdrowia. Nie ufa, że Szwed
sam wie, kiedy potrzebuje pomocy – opowiada pewien lekarz
z Soraker koło Harnosand. Twierdzi, że służba zdrowia celo-
wo stawia bariery pacjentowi w obawie, że inaczej nachapie
się bez umiaru
7
.
Być może z perspektywy osób, które spędziły w tam-
tym kraju większą cześć życia, tak to wygląda. Nie sposób
jednak nie dostrzec systemowych mechanizmów, które
dają pacjentowi dość duży zakres praw i autonomii. Przy-
kładowo, od  r. pacjent ma dowolność w wyborze
miejsca, w którym chciałby się leczyć, a władze mają
obowiązek zapewnienia mu takich samych warunków,
jakie miałby w placówkach zdrowotnych we własnym
województwie. Ponadto, w :oo, r. szwedzki parlament
uchwalił zasadę, że pacjent ma prawo decydować, czy chce
korzystać – na tych samych zasadach – z prywatnej, czy
z publicznej służby zdrowia (obecnie 1o¾ usług zdrowot-
nych jest świadczonych przez prywatne centra medyczne).
Każda prywatna placówka, która spełni określone wymogi
(odpowiednio wykwalifikowany i dyspozycyjny personel,
zakres oferowanych usług, godziny pracy), ma otrzymy-
wać fundusze z rady województwa. Wysokość przekazy-
wanych środków jest zależna od liczby przyjmowanych
pacjentów. Istnieje jednak odgórna regulacja, nakazu-
jąca pobieranie opłat za daną usługę wszędzie w takiej
samej wysokości.
Co stanowi o jakości służby zdrowia?
Aby umożliwić całościową ocenę systemów opieki zdro-
wotnej oraz porównania między różnymi krajami, stwo-
rzono wskaźnik o nazwie Europejski Konsumencki Indeks
Zdrowia (EHCI – Euro Health Consumer Index). Jest on
wypadkową wielu wskaźników w następujących obszarach:
prawa pacjenta i dostęp do informacji (, wskaźników), tzw.
E-zdrowie (o wskaźników), czas oczekiwania na zabiegi
i porady (¡), wyniki leczenia (¡), stan zdrowia ludności (;),
zakres oferowanych usług (;), środki farmaceutyczne
(¡ wskaźniki). Wyniki piątej już edycji rankingu, obejmu-
jącego ¡¡ kraje Europy, przyniosły Szwecji ,. miejsce. Lide-
rem okazała się Holandia, kolejne pozycje zajęły Dania i Is-
landia, zaś Polska znalazła się dopiero na :o. miejscu.
Szwecja uzyskała bardzo wysokie wskaźniki
w dwóch obszarach: efekty leczenia (zdecydowanie
najwyższy wynik spośród wszystkich państw ujętych
b

J
I
M

K
U
H
N
26
w badaniu) oraz zasięg i zakres usług (również jeden
z najwyższych wyników). W pozostałych kategoriach
uzyskiwała wyniki niezłe, ale już nie „pierwszo ligowe”.
Wyraźne słabości jej systemu widzimy natomiast w kwe-
stii czasu oczekiwania na zabiegi. Jak czytamy o Szwecji
w podsumowaniu rankingu: Nadal europejski lider w kate-
gorii „Wyników Leczenia”. Od pięciu lat wydaje się, że nie ma
znaczenia, jakie wskaźniki stosuje się w przypadku kategorii
Wyniki Leczenia (przynajmniej jeśli chodzi o poważne przy-
padki), Szwecja wciąż pozostaje jedynym krajem, który zdo-
bywa wszystkie „zielone” wartości wskaźników. Jednocześnie,
powszechnie znana słaba dostępność usług zdrowotnych wyda-
je się być problemem trudnym do naprawienia, pomimo wysił-
ków podejmowanych przez rząd tego kraju, zmierzających do
pobudzenia zdecentralizowanego państwowego systemu opieki
zdrowotnej do skrócenia list oczekujących
8
.
Z kolei Dania, która pod względem pozycji w ran-
kingu zdystansowała swych skandynawskich sąsiadów,
zawdzięcza to między innymi uwzględnieniu kategorii
E-zdrowia. Dania radzi sobie szczególnie dobrze w podkate-
gorii Prawa Pacjenta i Informacje, będąc jednym z zaledwie
trzech państw […] zdobywających „zielone” wyniki punktowe
zarówno w podkategorii Swobodny Wybór świadczeniodawcy
usług zdrowotnych w UE oraz z tytułu posiadania interneto-
wego rejestru szpitali informującego o tym, które szpitale osią-
gają najlepsze wyniki leczenia
9
.
Wracając do Szwecji, władze tego państwa zdają się
mieć świadomość najsłabszego ogniwa swego systemu
zdrowotnego. W tym celu rząd w porozumieniu z rada-
mi wojewódzkimi wprowadził specjalną gwarancję, mó-
wiącą, że pacjent nie może czekać dłużej niż  dni od
momentu zdiagnozowania. Jeśli świadczenie nie zosta-
nie w tym czasie dostarczone, wówczas udaje się w in-
ne miejsce, gdzie usługa może być świadczona, a pełen
koszt dojazdu i leczenia ponosi rada województwa. Od
tego czasu sytuacja się nieco poprawiła – w  r. 
pacjentów otrzymało pomoc w ramach limitu czasowe-
go. Aby przyspieszyć uzdrawianie tego mechanizmu, rząd
zdecydował się przeznaczać w latach - coroczne
dotacje na ten cel, w wysokości około  mln dolarów.
Województwa, którym uda się zapewnić odpowiednio
krótki czas oczekiwania dla przynajmniej  pacjen-
tów i zamieszczą rzetelne informacje na ten temat w no-
wej narodowej bazie danych, mogą liczyć na dodatkowe
dotacje
10
.
Zdrowa struktura społeczna –
zdrowy obywatel
Jak wspomniałem, badacze są zgodni, że funkcjonowanie
służby zdrowia jest jednym (i to niekoniecznie najważ-
niejszym) z wielu czynników wpływających na zdrowie
obywateli.
W krajach skandynawskich występują korzystne wa-
runki społeczne. Państwa te przodują w rankingach ni-
skiego ubóstwa (np. wskaźnik Human Poverty Index)
i w wysokości wskaźników rozwoju społecznego (Human
Development Index). Na ową zdrową strukturę społeczną
wpływ ma wiele czynników. Niski poziom ubóstwa i wy-
kluczenia społecznego oraz sprawny system opieki nad
seniorami redukują stres związany z niepewnością ju-
tra lub obawami przed brakiem zabezpieczenia na sta-
re lata. Skutkiem tego może być postępujący od lat .
spadek liczby osób cierpiących na choroby serca oraz
zmniejszająca się liczba samobójstw
11
. Niestety nie zma-
lała zachorowalność na choroby psychiczne i psychosoma-
tyczne, ale na to składa się m.in. wyjątkowo niekorzystny
klimat (zimna i długa zima, z niewielką ilością słońca i bar-
dzo długimi nocami), który sprzyja stanom depresyjnym.
Z kolei tamtejszy rynek pracy, przyjazny pracow-
nikowi, może poprawiać jego psychofizyczną kondycję.
Istotne, choć wciąż niedocenione we wszystkich opracowa-
niach znaczenie może mieć wysoki poziom kapitału spo-
łecznego. Według badań European Social Survey, Szwecja
i Dania zajmują odpowiednio pierwsze i drugie miejsce pod
względem aktywności stowarzyszeniowej.
Jeśli chodzi o styl życia, trudno o jednoznaczną ocenę.
Z jednej strony istnieją tendencje do zachowań prozdrowot-
nych, jak mające długą tradycję zainteresowanie sportem
czy unikanie nikotyny (aż  osób nie pali). Jednocześnie
Szwedom póki co nie udaje się zwalczyć rozmaitych chorób
cywilizacyjnych, jak otyłość.
Mówiąc o behawioralnych determinantach zdrowia,
wydaje się, że niełatwo je wprost kształtować przy pomocy
klasycznych instrumentów polityki społecznej. Przydatne
mogą się natomiast okazać przemyślane strategie marke-
tingu społecznego, rozumiane jako wysiłki zmierzające do
wywarcia wpływu na zachowania, które spowodują popra-
wę stanu zdrowia
12
. Przykładów takich strategii w odnie-
sieniu do zdrowia, które zakończyły się sukcesem, dostarcza
wschodni sąsiad Szwecji – Finlandia. Jak podsumował to
parę lat temu w „Guardianie” Ian Sample, w tekście zaty-
tułowanym „Od grubego do sprawnego: jak to zrobiono
w Finlandii”: Trzydzieści lat temu Finowie należeli do naj-
mniej zdrowych narodów świata […] obecnie obywatele Fin-
landii należą do najsprawniejszych fizycznie na Ziemi.
Jak wynika z artykułu, Finowie w latach . wzięli so-
bie do serca rekordowe wskaźniki dotyczące m.in. chorób
układu krążenia, dość łatwo wytłumaczalne (mężczyźni
całe dni po pracy spędzali w knajpach; otyłe dzieci znie-
chęcały się do dalszego uprawiania sportu; rolnikom płaco-
no w zależności od zawartości tłuszczu w produktach itp.).
Opracowano i wcielono w życie strategię, która obejmowała
zmiany w ustawodawstwie (zakaz reklam produktów tyto-
niowych, uzależnienie cen produktów rolnych od zawarto-
ści białka, a nawet obowiązek odgarniania śniegu przed do-
mami – zamiast oczekiwania, aż zrobią to maszyny); prze-
kazanie przez rząd władzom lokalnym środków na promo-
cję aktywności fizycznej; zwiększenie dostępu do basenów
i budowę nowych obiektów sportowych; rozbudowę sieci
ścieżek rowerowych i wygospodarowanie środków na ich
27
dobre oświetlenie, aby możliwe było korzystanie także po
zmroku; zwolnienie z opłat lub istotne dofinansowanie za-
jęć sportowych dla wszystkich. Zaczęto zachęcać obywateli,
by włączali ćwiczenia w codzienne czynności, np. dojazd do
pracy. Z kolei lekarzom zalecono, by przepisywali pacjen-
tom odpowiednie ćwiczenia, w ramach inicjatywy, którą
później nazwano „projektem recepty na ruch”. Wiele z tych
działań oparto na partnerstwie między różnymi instytucja-
mi publicznymi. Przykładowo, w jednym z miast władze
przekonały instytucje transportu zbiorowego, by lokalizo-
wały przystanki autobusowe w pobliżu ośrodków dla osób
starszych i domów opieki, a także do przewożenia osób star-
szych do miejscowych pływalni (które opłacały koszt prze-
jazdu), by seniorzy mogli korzystać z gimnastyki wodnej
13
.
Czy szwedzka służba zdrowia
może być dla nas inspiracją?
Na szwedzki i skandynawski „sukces zdrowotny” składa się
wiele czynników, przy czym największą rolę można przypi-
sać korzystnym warunkom życia zdecydowanej większości
społeczeństwa. Nie bez znaczenia jest także funkcjonowa-
nie tamtejszej służby zdrowia. Jest to przykład ciekawy,
aczkolwiek prawdopodobnie niełatwy (co nie znaczy,
że całkowicie niemożliwy!) do wdrożenia poza krajami
skandynawskimi. Choćby z tego względu, że tamtejszy
system opieki zdrowotnej kształtuje się w zupełnie odmien-
nym otoczeniu społecznym, instytucjonalnym i fiskalnym.
W wymiarze społecznym mamy do czynienia z ko-
rzystniejszymi i stabilniejszymi warunkami bytowymi i za-
wodowymi, które ograniczają skalę występowania rozma-
itych schorzeń. W wymiarze fiskalnym, w Szwecji istnieje
długa tradycja i współczesne przyzwolenie na wysokie po-
datki, charakteryzujące się też wysoką progresywnością.
Dzięki temu możliwe jest finansowanie wielu obszarów
właśnie z dochodów budżetowych. Mniej natomiast zna-
na zagranicznej opinii publicznej jest formuła nakładania
i pobierania podatków na wszystkich szczeblach admini-
stracji: państwowym, regionalnym, lokalnym. Podatki na
szczeblach innych niż centralny są przeznaczane na cele
najbliższe życiu obywatela, czyli socjalne i zdrowotne,
co nie pozostaje bez wpływu na przejrzystość i skutecz-
ność tamtego systemu. W Polsce polityka podatkowa
jest odmienna zarówno jeśli chodzi o wysokość podat-
ków, ich zróżnicowanie dla różnych grup dochodowych,
jak i mechanizm pobierania i wydatkowania.
Wreszcie w wymiarze instytucjonalnym, powiązanym
ściśle z poprzednimi, mamy w Szwecji do czynienia z syste-
mem w dużej mierze uniwersalnym, opartym o technikę za-
opatrzeniową, co ma gwarantować wszystkim obywatelom
dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej. Natomiast po-
szczególnym, dość szerokim grupom (jak dzieci) niezależnie
od ich statusu rynkowego są świadczone usługi na szczególnie
korzystnych zasadach. Podobne zasady nie działają w Polsce.
Dopiero po przedstawieniu tych trzech, wykraczają-
cych poza wąsko rozumianą służbę zdrowia odrębności
między Polską a państwami skandynawskimi, należy wspo-
mnieć o budzącej zrozumiałe kontrowersje formule częścio-
wej odpłatności za usługi zdrowotne, która od lat stosowa-
na jest w modelu szwedzkim. Warto jednak pamiętać, że
mowa o kwotach bardzo niskich.
Wydaje się, że ważnymi punktami wyjścia w deba-
cie nad kondycją służby zdrowia, którą powinniśmy
prowadzić także w Polsce, są parametry polityki w za-
kresie finansów publicznych oraz to, w jakim stopniu
chcemy przeznaczać je na cele zdrowotne i socjalne
(w Szwecji zdrowie i polityka społeczna są koordyno-
wane w ramach tego samego ministerstwa). Ale nie-
zależnie od debat o fundamentach, warto pokusić się
o zidentyfikowanie konkretnych, najsłabszych punk-
tów systemu. Tak jak zrobiły to władze szwedzkie, np.
w odniesieniu do czasu oczekiwania na zabieg czy nie-
efektywnej polityki zwolnień chorobowych. Wtedy będzie
można zastosować wobec tych problemów zintegrowane
działania naprawcze.
System ochrony zdrowia to, jak widać, temat-morze.
Składają się nań elementy odwołujące się zarówno do ogól-
nych ram systemu społecznego, jak i bardzo konkretne, nie-
mal techniczne rozwiązania. Na obydwu tych poziomach
warto myśleć również o reformach polskiej służby zdrowia
oraz o działaniach na rzecz poprawy ogólnego poziomu
zdrowia publicznego w naszym kraju. Model szwedzki mo-
że w tym myśleniu dostarczyć cennych inspiracji.
Rafał Bakalarczyk
Przyplsy:
P. Szarfenberg, +. Kwestia zdrowia |w:| „Polltyka społeczna”, red.
A. Pa[klewlcz, 1. Suplńska, M. Kslężopolskl, Katowlce +pp8.
The European Health Report . Health and health systems :. ,
s. +6:, wHO :oop.
|bldem. ¸.
Health care systems in transition. Sweden (. , wHO :oo¸.
Macle[ Zaremba, ¸. Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, s. 66,
wołowlec :oo8.
Swedish strategy report for social protection and social exclusion 6.
-, Government omces of Sweden.
|bldem, s. 6p. ;.
A. 8[örnberg, 8. Cebolla Garone, S. Llndblad, 8. Europejski Kon-
sumencki Indeks Zdrowia. Raport , s. +:, Health Consumer
Powerhouse :oop.
|bldem, s. +o. p.
Health care in Sweden (fact sheet) +o. , Swedlsh |nstltute :oop.
M. Dzlublńska-Mlchalewlcz, ++. Kierunki zmian systemu ochrony zdro-
wia w Szwecji, Kancelarla Se[mu: 8luro Studlow l Anallz :oo¸.
P. Kotler, N. Lee, +:. Marketing w sektorze publicznym, warszawa
:oo8.
|an Sample, +¸. Fat to t: how Finland did it, „The Guardlan”, +¸ stycz-
nla :oo¸.
28
Wraz ze wzrostem płac, istotnie zwięk-
szyły się w ostatnich latach środki ze
składki na powszechne ubezpiecze-
nie zdrowotne, a organizacja systemu
lecznictwa jest nieustannie modyfiko-
wana. Tymczasem zdanie Polaków na
jego temat nadal nie jest zbyt wyso-
kie. Przykładowo, w ogólnopolskim
sondażu zrealizowanym na zamówie-
nie „Rzeczpospolitej”, aż ¡;¾ respon-
dentów nie odczuło w ubiegłym roku
żadnej poprawy w dostępie do podsta-
wowej opieki medycznej. Dla :o¾ stał
się on (w ich przekonaniu) trudniejszy,
a jedynie ¡¾ odczuło w tym zakresie
poprawę (pozostałe 1¡¾ nie korzysta-
ło w :oo, r. z tego rodzaju usług). Jed-
nak podobne opinie, choć nie sposób
ich zignorować, trudno uznać za mia-
rodajny obraz funkcjonowania syste-
mu. Choćby z powodu chronicznego,
niemal odruchowego niezadowolenia
Polaków z publicznych instytucji czy
zrozumiałego wzrostu ich oczekiwań.
Wreszcie, powszechne odczucia nie
mówią nic o tym, jaką ocenę należa-
łoby wystawić naszej służbie zdrowia,
jeśli wziąć pod uwagę zmieniający się
kontekst jej funkcjonowania. Tworzą
go choćby trendy demograficzne, cha-
rakterystyczne dla większości europej-
skich społeczeństw.
Zobiektywizowanej oceny na-
szego lecznictwa można natomiast
spróbować dokonać na podstawie
raportu przygotowanego przez orga-
nizację Euro Health Consumer Po-
werhouse. Przedstawiono go pod au-
spicjami szwedzkiej prezydencji UE,
omawiając wyniki ubiegłorocznego,
piątego już międzynarodowego ran-
kingu opartego o Europejski Konsu-
mencki Indeks Zdrowia (European
Health Consumer Index, EHCI).
Pacjent, czyli
konsument
Ideą wskaźnika EHCI jest ocena
narodowych systemów opieki me-
dycznej pod kątem realizacji ich
podstawowego zadania: zaspoka-
jania potrzeb obywateli („konsu-
mentów usług zdrowotnych”). In-
deks nie uwzględnia, czy dany sys-
tem jest finansowany / zarządzany
prywatnie, czy też publicznie. Celem
tego indeksu jest nadanie pacjentom
praw oraz możliwości wyboru, nie zaś
promocja jakiejkolwiek ideologii poli-
tycznej – zastrzegają autorzy badań.
Podkreślają, że trudno za pomocą ich
rankingu zmierzyć, które państwa
dysponują najlepszymi systemami –
stanowi on raczej ocenę „życzliwości
w stosunku do konsumenta”.
W tegorocznej edycji badań
EHCI, która objęła ¡¡ kraje (:; kra-
jów członkowskich UE oraz Albania,
Chorwacja, Islandia, Macedonia,
Norwegia i Szwajcaria), zastosowano
¡8 wskaźników efektywności opieki
zdrowotnej, w sześciu podkatego-
riach. Są to:
Oklem (euro)pac[enta
Mìcutt Sosczvk
Na naszą, powszechnie kry tykowaną służbę zdrowia warto
spojrzeć przez pryzmat innych krajów Starego Kontynentu.
Niestety, także na tym tle nasz system opieki medycznej wy-
pada blado.
b a KRZYSZTOF PEDRYS, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/REDHAND/
29
Prawa pacjenta i informacje → , w ra-
mach której brany pod uwagę jest
np. wpływ organizacji pacjentów
na procesy decyzyjne związane
z opieką zdrowotną, łatwość do-
chodzenia odszkodowań za nieza-
winione błędy w sztuce medycznej,
uprawnienia świadczeniobiorców
do drugiej opinii lekarskiej czy
wglądu w swoją dokumentację
medyczną, a także istnienie kata-
logów świadczeniodawców (szpi-
tali), zawierających informacje
o skuteczności leczenia, przeży-
walności pacjentów itp.;
e-Zdrowie → , w ramach której bada-
no np. możliwości umawiania wi-
zyt przez Internet czy elektronicz-
ny obieg dokumentów medycznych
pomiędzy świadczeniodawcami;
Czas oczekiwania na leczenie → –
m.in. dostęp do lekarzy rodzin-
nych w tym samym dniu, do le-
karzy specjalistów bez skierowa-
nia, okres oczekiwania na poważ-
ne, nie nagłe zabiegi operacyjne,
na rozpoczęcie chemioterapii oraz
na wykonanie tomografii kompu-
terowej;
Wyniki leczenia → , które oceniano
m.in. na podstawie rzeczywistej
śmiertelności na skutek zawałów
serca, stosunku zgonów spowodo-
wanych chorobami nowotworowy-
mi do zapadalności na nie, jakości
opieki psychiatrycznej (mierzonej
względnym spadkiem wskaźnika
liczby samobójstw) oraz diabe-
tologicznej (odsetek cukrzyków
o wysokim poziomie hemoglobi-
ny glikowanej HbAc);
Zakres i zasięg świadczonych usług → –
dotyczy „szczodrości” oferty pu-
blicznego systemu opieki zdro-
wotnej i jest oceniany poprzez
odniesienie do udziału wydatków
publicznych na ochronę zdrowia
w całkowitych wydatkach na ten
cel, zasad refundacji leczenia den-
tystycznego czy wskaźnika prze-
prowadzania badań mammogra-
ficznych;
Środki farmaceutyczne → – tutaj bra-
no pod uwagę m.in. to, jaki odse-
tek całkowitego obrotu lekami na
receptę jest refundowany ze środ-
ków publicznych, tempo wprowa-
dzania nowych leków przeciwno-
wotworowych, przystępność dla
pacjentów informacji zawartych
w urzędowym spisie leków i jego
dostępność.
Zdrowie się liczy
Należy wyjaśnić, że punktacje uzy-
skane w poszczególnych podkatego-
riach w nieidentyczny sposób ważą
na rezultacie końcowym. Odzwier-
ciedlają to odpowiednie współczyn-
niki, np. Wyniki leczenia są kilka-
krotnie „wyżej cenione” niż doko-
nania krajów w rozwoju e-Zdrowia;
szczególnie istotna jest także dostęp-
ność leczenia.
Trzeba też zauważyć, że w prze-
ciwieństwie do wielu innych badań
porównawczych, przy konstruowa-
niu EHCI unikano wskaźników
silnie uzależnionych od bogactwa
poszczególnych państw. Przywo-
łanym przez autorów przykładem
jest liczba operacji wymiany sta-
wu biodrowego w przeliczeniu na
 tys. mieszkańców. Koszt tej
usługi zdrowotnej jest na tyle wy-
soki, że poziom jej świadczenia sta-
je się ściśle powiązany z wysokością
PKB na mieszkańca. Zamiast niej,
za probierz możliwości poszczegól-
nych systemów w kwestii zapewnia-
nia opieki pacjentom z chorobami nie
zagrażającymi życiu, czyli takiej, któ-
rej celem jest poprawa jakości ich ży-
cia, uczyniono operacje usunięcia za-
ćmy (w przeliczeniu na  tys. osób
w wieku powyżej  lat), na których
masowe przeprowadzanie powinno
stać wszystkie kraje europejskie.
Autorzy raportu twierdzą
wręcz, że znalezienie się na szczycie
ich rankingu jest w pełni możliwe
także dla krajów mniej zamożnych.
Podkreślają, że zapewnienie takich
cech systemu, jak silna pozycja
pacjenta (prawo wyboru, dostęp
do informacji) czy przejrzystość –
wcale nie musi wymagać wysokich
kosztów. Kluczowym czynnikiem
wydaje się być ogólna „życzliwość”
krajowego systemu opieki zdrowot-
nej oraz zdolność do wdrażania
zmian strategicznych – czytamy.
Konstruując EHCI unikano
także wykorzystywania parame-
trów, które mogłyby się okazać sil-
niej uzależnione od czynników ze-
wnętrznych niż od wydajności służby
Podkategorie
A
l
b
a
n
i
a
A
u
s
t
r
i
a
B
e
l
g
i
a
B
u
ł
g
a
r
i
a
C
h
o
r
w
a
c
j
a
C
y
p
r
C
z
e
c
h
y
D
a
n
i
a
E
s
t
o
n
i
a
F
i
n
l
a
n
d
i
a
F
r
a
n
c
j
a
M
a
c
e
d
o
n
i
a
N
i
e
m
c
y
G
r
e
c
j
a
W
ę
g
r
y
I
s
l
a
n
d
i
a
I
r
l
a
n
d
i
a
W
ł
o
c
h
y
Ł
o
t
w
a
L
i
t
w
a
L
u
k
s
e
m
b
u
r
g
M
a
l
t
a
H
o
l
a
n
d
i
a
N
o
r
w
e
g
i
a
P
o
l
s
k
a
P
o
r
t
u
g
a
l
i
a
R
u
m
u
n
i
a
S
ł
o
w
a
c
j
a
S
ł
o
w
e
n
i
a
H
i
s
z
p
a
n
i
a
S
z
w
e
c
j
a
S
z
w
a
j
c
a
r
i
a
W
i
e
l
k
a

B
r
y
t
.
1. Prawa pacjenta i informacja 117 149 130 84 117 110 84 175 130 143 143 110 123 84 136 143 110 110 91 136 136 97 162 136 117 123 91 104 149 84 117 136 123
2. e-Zdrowie 29 50 38 42 54 38 38 63 46 50 33 50 38 25 46 54 42 33 29 38 42 29 63 50 38 67 25 29 38 42 54 46 54
3. Czas oczekiwania 187 173 187 120 120 160 133 120 120 93 173 160 187 147 147 173 120 120 120 120 173 120 147 107 107 80 120 133 120 93 93 187 80
4. Wyniki leczenia 95 190 155 95 143 155 190 202 143 226 202 107 214 190 119 226 202 214 131 131 202 131 226 226 131 155 107 95 155 179 250 214 179
5. Zakres i zasięg usług 64 107 136 57 93 100 121 121 100 121 114 86 100 79 86 114 114 93 79 71 136 100 129 121 86 107 71 86 107 107 136 93 121
6. Środki farmaceutyczne 50 125 88 50 100 75 100 138 100 88 113 63 125 75 100 100 113 100 63 50 88 88 138 100 88 100 75 113 100 125 113 113 125
Suma punktów 542 795 732 448 627 637 667 819 638 721 778 576 787 600 633 811 701 671 512 546 777 565 863 740 565 632 489 560 668 630 762 788 682
Miejsce 30 4 11 33 23 19 17 2 18 12 7 25 6 24 20 3 13 15 31 29 8 26 1 10 26 21 32 28 16 22 9 5 14
30
zdrowia. Dlatego np. zamiast całko-
witej śmiertelności z powodu chorób
serca – niższej w krajach śródziem-
nomorskich prawdopodobnie m.in.
ze względu na dietę – zastosowano
wskaźnik rzeczywistej śmiertelno-
ści w wyniku zawału serca w ciągu
 dni od dnia hospitalizacji.
Wydajność poszczególnych sys-
temów opieki zdrowotnej oceniano
w trzypunktowej skali dla każdego
wskaźnika, którą obejmowały wy-
niki „zielony” (bardzo dobry), „po-
marańczowy” (średni) oraz „czerwo-
ny” (niezadowalający). Przypisano
do nich możliwie wymierne kryteria,
np. w przypadku śmiertelności z po-
wodu zawału była to różnica w sto-
sunku do średniej unijnej. Za każ-
dą najwyższą ocenę przyznawano
 punkty, za przeciętną – , a za „ko-
lor czerwony” (lub za pozycję „brak
danych”) –  punkt. Wynik danego
kraju w każdej z podkategorii oblicza-
no uwzględniając maksymalną liczbę
punktów możliwych w niej do zdoby-
cia oraz przyjętą dla niej „ważność”.
Łączny wynik dla poszczególnych
narodowych systemów uzyskano su-
mując tak otrzymane sześć liczb, przy
czym EHCI jest tak skonstruowany,
że maksymalna możliwa do zdobycia
liczba punktów, odpowiadająca „zie-
lonym” ocenom w przypadku każde-
go z  wskaźników z sześciu katego-
rii, wynosi .
Sumaryczne wyniki osiągnię-
te w tym „sześcioboju” oraz wyniki
uzyskane w poszczególnych „dyscy-
plinach”, przedstawia poniższa tabela.
Nasz kraj, aspirujący do roli
jednego z europejskich „tygrysów”,
uzyskał w rankingu słabe, . miej-
sce.
Co z tą Polską?
Brak tu miejsca na szczegółowe po-
równywanie wszystkich  wyników
osiągniętych przez Polskę i inne kra-
je – czytelnik może zapoznać się ze
szczegółowym zestawieniem w pol-
skiej wersji językowej omawianego
raportu, którą umieszczono na stro-
nie Polskiej Izby Ubezpieczeń (www.
piu.org.pl). Warto jednak pokusić się
o kilka wniosków ogólnych.
Po pierwsze, pod wieloma
względami kraje o podobnym do
Polski standardzie życia potrafią
lepiej dbać o potrzeby zdrowotne
obywateli. Przykładowo, na Wę-
grzech na wykonanie tomografii
komputerowej (stanowiącej w ba-
daniu EHCI wskaźnik reprezen-
tatywny dla czasów oczekiwania
na zaawansowane procedury dia-
gnostyczne) czeka się krócej niż
tydzień, w Polsce – ponad trzy
tygodnie. Nie oznacza to dla Wę-
grów dodatkowych kosztów, lecz…
oszczędności. Długie okresy ocze-
kiwania na tego rodzaju badania, jak
czytamy w opracowaniu, zwiększa-
ją koszty opieki zdrowotnej, ponie-
waż procedura utrzymywania ciągłe-
go kontaktu z pacjentami przez okres
Podkategorie
A
l
b
a
n
i
a
A
u
s
t
r
i
a
B
e
l
g
i
a
B
u
ł
g
a
r
i
a
C
h
o
r
w
a
c
j
a
C
y
p
r
C
z
e
c
h
y
D
a
n
i
a
E
s
t
o
n
i
a
F
i
n
l
a
n
d
i
a
F
r
a
n
c
j
a
M
a
c
e
d
o
n
i
a
N
i
e
m
c
y
G
r
e
c
j
a
W
ę
g
r
y
I
s
l
a
n
d
i
a
I
r
l
a
n
d
i
a
W
ł
o
c
h
y
Ł
o
t
w
a
L
i
t
w
a
L
u
k
s
e
m
b
u
r
g
M
a
l
t
a
H
o
l
a
n
d
i
a
N
o
r
w
e
g
i
a
P
o
l
s
k
a
P
o
r
t
u
g
a
l
i
a
R
u
m
u
n
i
a
S
ł
o
w
a
c
j
a
S
ł
o
w
e
n
i
a
H
i
s
z
p
a
n
i
a
S
z
w
e
c
j
a
S
z
w
a
j
c
a
r
i
a
W
i
e
l
k
a

B
r
y
t
.
1. Prawa pacjenta i informacja 117 149 130 84 117 110 84 175 130 143 143 110 123 84 136 143 110 110 91 136 136 97 162 136 117 123 91 104 149 84 117 136 123
2. e-Zdrowie 29 50 38 42 54 38 38 63 46 50 33 50 38 25 46 54 42 33 29 38 42 29 63 50 38 67 25 29 38 42 54 46 54
3. Czas oczekiwania 187 173 187 120 120 160 133 120 120 93 173 160 187 147 147 173 120 120 120 120 173 120 147 107 107 80 120 133 120 93 93 187 80
4. Wyniki leczenia 95 190 155 95 143 155 190 202 143 226 202 107 214 190 119 226 202 214 131 131 202 131 226 226 131 155 107 95 155 179 250 214 179
5. Zakres i zasięg usług 64 107 136 57 93 100 121 121 100 121 114 86 100 79 86 114 114 93 79 71 136 100 129 121 86 107 71 86 107 107 136 93 121
6. Środki farmaceutyczne 50 125 88 50 100 75 100 138 100 88 113 63 125 75 100 100 113 100 63 50 88 88 138 100 88 100 75 113 100 125 113 113 125
Suma punktów 542 795 732 448 627 637 667 819 638 721 778 576 787 600 633 811 701 671 512 546 777 565 863 740 565 632 489 560 668 630 762 788 682
Miejsce 30 4 11 33 23 19 17 2 18 12 7 25 6 24 20 3 13 15 31 29 8 26 1 10 26 21 32 28 16 22 9 5 14
5000
4500
4000
3500
3000
2500
2000
1500
1000
500
0
A
l
b
a
n
i
a
R
u
m
u
n
i
a
M
a
c
e
d
o
n
i
a
B
u
ł
g
a
r
i
a
Ł
o
t
w
a
L
i
t
w
a
E
s
t
o
n
i
a
P
o
l
s
k
a
C
h
o
r
w
a
c
j
a
W
ę
g
r
y
S
ł
o
w
a
c
j
a
C
y
p
r
C
z
e
c
h
y
M
a
l
t
a
S
ł
o
w
e
n
i
a
P
o
r
t
u
g
a
l
i
a
H
i
s
z
p
a
n
i
a
W
ł
o
c
h
y
G
r
e
c
j
a
F
i
n
l
a
n
d
i
a
W
i
e
l
k
a

B
r
y
t
.
I
s
l
a
n
d
i
a
S
z
w
e
c
j
a
I
r
l
a
n
d
i
a
D
a
n
i
a
N
i
e
m
c
y
B
e
l
g
i
a
F
r
a
n
c
j
a
A
u
s
t
r
i
a
H
o
l
a
n
d
i
a
L
u
k
s
e
m
b
u
r
g
S
z
w
a
j
c
a
r
i
a
N
o
r
w
e
g
i
a
Całkowite wydatki na opiekę zdrowotną per capita
(PPP$, 2007 lub najnowsze dostępne dane)
31
całych tygodni / miesięcy związana jest
ze znacznymi kosztami, a samo bada-
nie jest tańsze, jeśli pacjent (i świadcze-
niodawca usługi) ma świeżo w pamię-
ci zasadniczy powód przeprowadzenia
takiego badania.
Po drugie, w europejskich ba-
daniach porównawczych potwier-
dzenie znajdują najcięższe za-
rzuty pod adresem naszego lecz-
nictwa. Wskaźniki takie jak okres
oczekiwania na poważne operacje,
śmiertelność w wyniku nowotworów,
jakość opieki nad osobami chorymi
na cukrzycę, powszechność przepro-
wadzania transplantacji nerek czy
badań mammograficznych – lokują
nas wśród krajów o najgorszej służbie
zdrowia na Starym Kontynencie.
Po trzecie wreszcie, nowocze-
sna organizacja służby zdrowia nie
pozostaje domeną jedynie państw
najbogatszych – bywa efektywnie
wprowadzana w krajach o podob-
nym lub mniejszym potencjale eko-
nomicznym, co Polska. Przykładem
niech będzie elektroniczna wymia-
na danych medycznych pomiędzy
świadczeniodawcami, mocno kuleją-
ca w naszym kraju, a bardzo sprawna
w Chorwacji. Innym przykładem jest
kwestia usługi polegającej na dostar-
czaniu interaktywnej, internetowej
lub telefonicznej informacji o ochro-
nie zdrowia, ogólnie dostępnej we
wszystkich regionach kraju, przez
 godziny na dobę przez  dni w ty-
godniu. Mają do niej dostęp Słoweń-
cy i Estończycy („zielony” wynik),
Polacy – nadal nie.
Z danych zawartych w opracowa-
niu warto także przywołać całkowite
roczne wydatki na ochronę zdrowia
na mieszkańca, dostosowane do tzw.
Parytetu Siły Nabywczej (ang. PPP –
Purchasing Power Parity), podanej
w dolarach amerykańskich. Także
pod tym względem Polska wypada
znacznie gorzej nie tylko w porówna-
niu z bogatymi krajami Zachodu, ale
i Czechami czy Słowenią.
Uczmy się (nie tylko)
od najlepszych
Międzynarodowe porównania nie tyl-
ko pokazują braki poszczególnych sys-
temów, ale i mogą stanowić inspirację
we wprowadzaniu zmian na lepsze.
Gdyby urzędnicy odpowiedzialni za
opiekę zdrowotną oraz politycy za jęli się
przyglądaniem temu, co dzieje się w są-
siednich krajach oraz „wykradaniem” od
swoich kolegów z państw UE pomysłów
dotyczących usprawnienia sytuacji pa-
nującej w ochronie zdrowia, istniałoby
duże prawdopodobieństwo zbliżenia się
ich narodowych systemów opieki zdro-
wotnej do teoretycznie maksymalnego
wyniku  punktów. Oto najbardziej
jaskrawy przykład: gdyby Szwecja mo-
gła osiągnąć wskaźnik listy oczekujących
identyczny z wartością uzyskaną przez
Niemcy, już sam ten fakt wystarczyłby
do wywindowania Szwecji na drugie
miejsce w rankingu z  punktami –
czytamy w opracowaniu.
Zdrowe fundamenty?
Autorzy badań formułują kilka wniosków ogólnych, które mogą
być interesujące w polskim kontekście. Warto przywołać zwłasz-
cza dwa z nich, stanowiące głosy w fundamentalnych, „odwiecz-
nych” sporach o optymalną organizację systemu ochrony zdrowia.
Po pierwsze, odnotowano prawidłowość, że w przypadku krajów
o dużej liczbie mieszkańców, państwowe systemy opieki zdrowot-
nej oparte na modelu Bismarcka (Niemcy, Francja), czyli składkach
ubezpieczeniowych i istnieniu co najmniej kilku ubezpieczycie-
li (np. kasy chorych), organizacyjnie niezależnych od świadczenio-
dawców usług medycznych, uzyskały w rankingu wyższe noty niż
systemy oparte na modelu Beveridge’a (Wielka Brytania, Włochy),
w ramach którego organy nansujące oraz świadczeniodawcy cał-
kowicie lub częściowo wchodzą w skład jednej organizacji.
Autorzy raportu sugerują dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Za-
czynają od tego, że zarządzanie organizacją taką jak angielska NHS,
zatrudniająca prawie , miliona pracowników, którzy kierują się swoimi
własnymi planami działania, nie ułatwiającymi pracy zarządu i nieko-
niecznie pokrywającymi się z planami administracji / kadry zarządzającej,
wymaga zarządzania na najwyższym światowym poziomie – tymcza-
sem wynagrodzenia w instytucjach publicznych nie pozwalają pozy-
skać menedżerów zdolnych sprostać temu zadaniu. Druga hipoteza:
w organizacjach opartych na modelu Beveridge’a, odpowiedzialnych
zarówno za nansowanie, jak i świadczenie opieki zdrowotnej, istnieje
ryzyko, że lojalność polityków oraz innych decydentów może zmienić się
z pierwotnego ukierunkowania na konsumenta / pacjenta – w kierun-
ku (z)budowanej przez siebie organizacji, ale też np. w kierunku takich
aspektów, jak tworzenie miejsc pracy w rodzinnych miastach polityków.
Po drugie, badacze udowadniają, że oparcie systemów opieki
zdrowotnej na lekarzach rodzinnych (pierwszego kontaktu), wydłu-
żające drogę do lekarzy o określonych specjalnościach, nie przynosi
spodziewanych korzyści, tj. nie obniża kosztów opieki ambulatoryj-
nej ani ogólnego poziomu kosztów opieki zdrowotnej. W przeciwień-
stwie do powszechnie panującego przekonania, bezpośredni dostęp
do opieki specjalistycznej nie tworzy problemów związanych z dostę-
pem do specjalistów, który wynikałby ze zwiększonego zapotrzebowa-
nia na tego typu usługi. Czas oczekiwania na opiekę specjalistyczną
to cecha głównie restrykcyjnych systemów opieki zdrowotnej, co wy-
daje się być wręcz niedorzeczną obserwacją – czytamy w raporcie.
32
Na podstawie raportu można
m.in. wskazać obszary, w których
systemy opieki zdrowotnej państw
o podobnej do Polski fazie i ścieżce
rozwoju (postsocjalistycznych) po-
tencjalnie mogłyby być punktem
odniesienia przy ulepszaniu naszego
lecznictwa. I tak, Słowenia wprowa-
dziła zmiany w zakresie ubezpieczeń
od niezawinionych błędów medycz-
nych oraz prawa do drugiej opinii
lekarskiej, a także znacznie popra-
wiła dostęp pacjentów do informa-
cji (zwłaszcza próba stworzenia ka-
talogu świadczeniodawców usług
medycznych z rankingiem jakości).
Na Węgrzech wprowadzono usługę
„Informacji o lekarzach”, połączoną
z rejestrem medyków, udostępniono
informacje dotyczące kwot przezna-
czanych przez świadczeniodawców
na opiekę nad pacjentem, podjęto
także próby stworzenia katalogu szpi-
tali. Węgry są zdaniem badaczy do-
brym przykładem tego, że można osią-
gnąć istotną poprawę wyników w ran-
kingu EHCI na przestrzeni zaledwie
kilku lat, bez konieczności znacznego
zwiększania nakładów finansowych na
opiekę zdrowotną. Zazwyczaj znacz-
nie tańszym rozwiązaniem jest włącze-
nie praw pacjenta do legislacji krajowej
lub udostępnienie społeczeństwu infor-
macji przechowywanych już w innym
miejscu, takich jak rejestry lekarzy lub
informacje dotyczące środków farma-
ceutycznych. Nie bezcelowe byłoby
nawet zapoznanie się z przykładem…
Albanii (. miejsce w rankingu),
która uzyskała czołowe wyniki w ka-
tegorii Czas oczekiwania – razem
z Belgią, Niemcami oraz Szwajcarią,
i to pomimo, że mieszkańcy tego kra-
ju stosunkowo często odwiedzają le-
karzy pierwszego kontaktu (średnio
, wizyty rocznie w porównaniu do
np. , wizyty Szwedów).
Bez wątpienia pouczające mo-
głoby być także bliższe przyjrzenie
się krajom o najwyższej wartości EH-
CI, zwłaszcza Holandii. Jest ona je-
dynym państwem, które nieprzerwa-
nie od  r. lokuje się w pierwszej
trójce rankingu. Jego autorzy stawia-
ją przypuszczenie, że jednym z klu-
czy do tego sukcesu może być fakt,
iż w ramach niderlandzkiego sys-
temu decyzje operacyjne związane
z opieką zdrowotną podejmowane
są, w niezwykle wysokim stopniu,
przez osoby zawodowo związane
ze środowiskiem lekarskim, przy
udziale pacjenta, natomiast poli-
tycy i biurokraci trzymani są od
nich możliwie daleko.
Należy przy tym zauważyć, że
żaden kraj nie uzyskuje najlepszych
wyników w całym zakresie wskaź-
ników indeksu. W opinii badaczy,
wyniki uzyskane przez poszczególne
kraje wydają się bardziej odzwiercie-
dlać „narodową i organizacyjną kul-
turę oraz postawę” niż wielkość środ-
ków wydawanych przez dany kraj na
opiekę zdrowotną. Cechy kulturowe są,
według wszelkiego prawdopodobień-
stwa, głęboko zakorzenione historycz-
nie. Wyprowadzenie dużej korporacji
na prostą zajmuje kilka lat, wyprowa-
dzenie kraju na prostą może zająć całe
dziesięciolecia!
Tym bardziej – czas zacząć.
Michał Sobczyk
b
n
a

R
Y
S
.

P
I
O
T
R

Ś
W
I
D
E
R
E
K
,

©

F
O
T
.

W
W
W
.
K
A
M
I
L
.
F
O
T
O
L
O
G
.
P
L
33
Pozbyć się swołoczy
– Nikt nie pomyślał o tym, że mieszkania oraz domy w takim
strasznym sąsiedztwie tracą na wartości. Czemu mieszkańcy
mają ponosić straty z powodu jakichś pijaków i życiowych nie-
udaczników? – taki komentarz znalazł się pod artykułem
na stronie internetowej jednego z lokalnych dzienników.
Tekst traktował o proteście mieszkańców poznańskiej ul.
Pogodnej przeciwko ośrodkowi Markotu – schronisku dla
bezdomnych. Był jednym z najłagodniejszych. – To się
można naprawdę wk…ć, mając takich pod oknem – tak
o czekających w kolejce po jedzenie wyraziła się inter-
nautka, której zawtórował jeden z okolicznych mieszkań-
ców, sugerujący, jakoby niemal wszyscy biedni i bezdomni
przyjeżdżali po pomoc samochodami i taksówkami.
Podobny poziom miała cała „dyskusja” dotycząca po-
znańskiego Markotu: mało argumentów, dużo demagogii
i przekleństw. Pośród całego zgiełku uwagę przykuwa wpis
mieszkanki ośrodka. Jako jeden z nielicznych napisany kul-
turalnym językiem, jedyny – podpisany imieniem i nazwi-
skiem. Autorka, samotna matka, bez problemów z alko-
holem (po prostu przytrafił się jej splot nieszczęśliwych
zdarzeń), wyjaśnia, że wbrew zarzutom nowobogackich
mieszkańców, utyskujących na konieczność „utrzymy-
wania ludzi z marginesu”, lokatorzy placówki nie po-
zostają na garnuszku magistratu. Płacą czynsz, a także
podatki, gdyż wielu z nich pracuje. W odpowiedzi jedna
z mieszkanek „porządnej” części osiedla napisała: Jesteście
zwykłą swołoczą i prędzej czy później się was pozbędziemy,
czy to się wam podoba, czy nie.
Bardziej oględnie wyraża się Leszek Orkisz, prezes
Spółdzielni Mieszkaniowej „Dom nad Słupią” ze Słupska.
O blokach socjalnych, które miały powstać w sąsiedztwie
osiedla, mówił: Wiadomo, kto do takich domów idzie, są to
osoby mające problemy finansowe i w ogóle różnorakie pro-
blemy. Przecież tam nie będą mieszkały same niewiniątka.
Także i w tym przypadku komentarze internetowe aż ki-
piały od nienawiści. – Won z tymi slamsami!!! – napisał in-
ternauta Razor.
Niezbite dowody
Bez względu na sedno konfliktu, scenariusz wyzwisk oraz
konfabulacji jest zwykle podobny. Dość często powtarza się
też wątek „niezbitych dowodów” w postaci nagrań filmo-
wych czy zdjęć, mających potwierdzić nieobyczajne zacho-
wania mieszkańców placówek pomocowych. W przypadku
ośrodka przy Pogodnej okoliczni mieszkańcy zarzekali się,
że są w posiadaniu obrazów libacji odbywających się na je-
go terenie, mimo iż żelazną zasadą wszelkich noclegowni
i ośrodków dla bezdomnych jest zakaz spożywania alkoho-
lu. Temat wydaje się więc wprost stworzony dla mediów, je-
śli nie tych poważnych i opiniotwórczych, to przynajmniej
dla brukowców. Dziwne więc, że nikt nie przekazał dzien-
nikarzom rzekomo posiadanych przez siebie dowodów, sko-
ro mogłyby one ułatwić osiągnięcie celu.
Nieco lepiej zrozumiałem problem, gdy zapoznałem
się z sytuacją podobnych ośrodków w innych częściach
kraju. Analogiczny konflikt ma miejsce na szczecińskim
Stołczynie, gdzie znajduje się schronisko dla bezdomnych
Fenix. Jeden z mieszkańców okolic schroniska zapewnia,
że ma kompromitujące zdjęcia jego pensjonariuszki, która
pijana śpi na ławce. Po prośbie o zdjęcie i dłuższej rozmo-
wie okazuje się, iż rzeczywiście posiada zdjęcie jakiejś ko-
biety, ale na jego podstawie nie można określić ani stanu
jej trzeźwości, ani stwierdzić nic innego ponad to, że śpi.
8y|e nle na molm
podwórku
konntb MtLrc
Czy potrzebne są nowe schroniska dla bezdomnych? A placówki dla dzieci z trudnych rodzin,
hospicja, mieszkania socjalne, ośrodki dla uciekinierów z krajów ogarniętych wojną? Niemal
każdy odpowie: tak. Chyba że tego rodzaju placówka miałaby powstać w pobliżu…
34
Zresztą sam fotograf nie sprawdził w żaden sposób, czy
sfotografowana kobieta piła alkohol. – Kiedy protest części
zmanipulowanych mieszkańców trafił do mediów, dzienni-
karze przyjeżdżali tu po kryjomu z kamerami i aparatami,
chcąc nas nakryć na imprezach. Ani jeden nie trafił na jaki-
kolwiek ślad, który by potwierdzał doniesienia o rzekomym
pijaństwie – relacjonuje Arkadiusz Oryszewski, kierow-
nik Fenixa, a zarazem prezes stowarzyszenia o tej samej
nazwie.
Kradną, deprawują i śmierdzą
Gdy argumenty o nadużywaniu alkoholu nie wytrzymują
konfrontacji z rzeczywistością, na podorędziu są zawsze
inne. Niektórzy mieszkańcy Stołczyna „widzieli niejedno-
krotnie”, jak bezdomni z Fenixa kupują alkohol nieletnim,
w zamian za odstąpienie jego części. Mowa też o tym, że
niechciani bezdomni są uciążliwi dla otoczenia. Chyba każ-
dy spotkał kiedyś bezdomnego, który „nie pachniał róża-
mi”. Kierownik Fenixa zarzeka się jednak, że jego pod-
opieczni chodzą czysto odziani i umyci. – Niektórzy nie są
już w pełni sprawni, ale dbają o siebie nawzajem, pomagają
sobie w toalecie czy ubraniu się – mówi pan Arkadiusz. Po-
dobnie jest w Poznaniu.
Pracowałem kiedyś z pensjonariuszami schroniska dla
bezdomnych mężczyzn, prowadzonego przez Towarzystwo
Pomocy im. św. Brata Alberta. Na podstawie tego doświad-
czenia jestem gotów wierzyć zapewnieniom kierowników
obu ośrodków. Tych kilkanaście osób, z którymi się ze-
tknąłem, przychodziło punktualnie, byli zawsze czy-
ści i trzeźwi, w przeciwieństwie do niektórych pracow-
ników mieszkających w normalnych warunkach. Ow-
szem, wielu z nich miało w przeszłości problemy z al-
koholem, jednak każdy posiadał silne postanowienie
wyjścia na prostą, rozpoczęcia wszystkiego od nowa
i wszelkie okazje ku temu łapali, jak tylko mogli. Na-
wet, gdy zgubiłem klucze i znalazł je jeden z bezdomnych
kolegów, spotkałem się ze stanowczą odmową zwyczajowej
w takich okolicznościach butelki wódki.
Bronią cięższego kalibru są oskarżenia o kradzież. Bez-
domni musieliby być jednak wyjątkowo nieudolnymi zło-
dziejami, skoro ciągle mieszkają w schronisku… Dlatego
ten argument dużo częściej wykorzystywany jest w kam-
paniach przeciwko lokatorom mieszkań socjalnych. Prezes
Orkisz mówi wprost: My tu już mieliśmy w latach . są-
siedztwo domów komunalnych. Pamiętamy, co tu się działo,
to były zdarzenia kryminalne. Twierdzi, że jego protest spo-
wodowany jest zgłoszeniem mieszkańców, którzy boją się
o swoje mienie. Kilka minut później mówi, że bloki komu-
nalne „mogłyby być”, bo to jednak „inny poziom kultury”,
ale na socjalne zgody nie wyraża.
b n AVTONM, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/AVTONM/
35
Forsa über aIIes
Mieszkańcy osiedla „Dom nad Słupią” obawiają się tak-
że spadku wartości swoich mieszkań. – Każdy, kto będzie
chciał sprzedać mieszkanie w naszej spółdzielni, od razu bę-
dzie miał dobrą cenę z głowy – uważa prezes Orkisz. Oba-
wy te znajdują potwierdzenie na krakowskich Klinach,
gdzie ceny nieruchomości znacznie spadły po wybudowa-
niu w sąsiedztwie bloków socjalnych i komunalnych. – Jak
można wprowadzać taki socjal i komunalne w takie osiedle,
my tu własność mamy – dziwi się Barbara Lambor, radna
X dzielnicy.
Podłoże finansowe mają także obawy mieszkańców
Jastrzębiej Góry. Przed rokiem dotarła do nich plotka o za-
miarach lokalizacji w mieście ośrodka dla uchodźców. Na-
tychmiast zawiązali komitet obywatelski, którego celem by-
ło niedopuszczenie do powstania placówki. Chociaż w rze-
czywistości nikt nie planował jej utworzenia, reakcja lokal-
nej społeczności była symptomatyczna. Dziewięćdziesiąt
procent z nas zajmuje się turystyką, tj. wynajmem pokoi, ga-
stronomią, prowadzeniem barów […] Jeśli uchodźcy wystraszą
turystów, o dotychczasowym sposobie zarobkowania będziemy
mogli zapomnieć – napisali mieszkańcy w liście skierowa-
nym do mediów. W dalszej części powołują się na ten sam
aspekt, co słupszczanie, czyli na problem spadku wartości
nieruchomości. Deklarują, iż nie są ksenofobami, oba-
wiają się tylko utraty dochodów. Jako dogodne miejsce
dla osób, które uciekły od koszmaru wojny, wskazują
zlikwidowany PGR lub… poligon.
Podobnie argumentowali mieszkańcy warszawskiej
Białołęki, przeciwnicy utworzenia… przedszkola. – Nie
mam nic przeciwko dzieciom, ale kto by chciał mieć takie
sąsiedztwo – mówił we wrześniu  r. jeden z sąsiadów
placówki. Choć ciężko w to uwierzyć, mieszkańcy obawiali
się, że powstanie przedszkola znacznie obniży wartość ich
domów. Szczególnie bulwersujący jest jednak przypadek
hospicjum na łódzkim Julianowie, przy szpitalu im. Jor-
dana. Również tutaj protestujący mieszkańcy obawiają się
spadku cen nieruchomości.
Dodać należy, że w obu przypadkach mamy do czy-
nienia z zamożnymi osiedlami domów jednorodzinnych.
Przedszkole, póki co, funkcjonuje, choć jego los jest nie-
pewny: wcześniej w tym samym miejscu istniał Klub Ma-
lucha, który musiał zakończyć działalność właśnie z uwagi
na niechęć mieszkańców. Batalia o hospicjum wciąż trwa,
a jego przeciwnicy wymyślają coraz to nowe argumenty.
Przykładowo, nagle zainteresowali się kwestiami ekologicz-
nymi (choć kilka lat temu prosili o usunięcie pojemników
na surowce wtórne) i zaczęli podkreślać, że budowa hospi-
cjum oznacza wycięcie pewnej liczby drzew oraz zwiększe-
nie ruchu samochodowego.
Największym problemem jest jednak dla mieszkańców
Julianowa widok karawanów i wynoszonych zwłok. – To ja-
kiś absurd. Na oddziałach internistycznych, a taki znajduje się
na terenie szpitala, jest więcej zgonów niż w hospicjach – ko-
mentuje dr Iwona Sitarska z łódzkiego Caritasu, zaangażo-
wana w tworzenie placówki. I dodaje: Z jednej strony ma-
my telewizję czy gry komputerowe pełne śmierci, z dru-
giej – próbujemy przed nią uciec, gdzieś ją schować…
Przepraszam, czy tu biją?
Niespełna rok temu mieszkańcy ulicy Paderewskiego w Gli-
wicach zaprotestowali przeciw utworzeniu na parterze ich
bloków mieszkań przystosowawczych dla wychowanków
domów dziecka. Młodzi lokatorzy mieli się tam uczyć sa-
modzielności, zanim ostatecznie opuszczą mury placówki –
w której zakupy, przygotowywanie posiłków czy większość
sprzątania wykonywane było przez pracowników.
Lokalizacji takich mieszkań sprzeciwili się sąsiedzi. Ar-
gumentowali to poczuciem zagrożenia możliwością wspię-
cia się przez podopiecznych domów dziecka po balkono-
wych barierkach na wyższe piętra, w celu dokonania kra-
dzieży. Żadnego skutku nie odniósł argument dyrektor pla-
cówki, Ireny Paprockiej, że tylko jeden z podopiecznych
miał jakikolwiek konflikt z prawem i w dodatku oczekuje
na przeniesienie do ośrodka wychowawczego. Na niewiele
Nìr unu nìc
ruzrcìwko
ozìrcìou, ntr k1o
sv cucìne uìrc
1nkìr sqsìroz1wo
b a CELINE NADEAU, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/CELINET/
36
zdały się również zapewnienia magistratu, że w sąsiedztwie
innych mieszkań przystosowawczych nie dochodzi do żad-
nych incydentów. Potwierdza to pani Irena: Tam, gdzie są
tego typu ośrodki, dzieci starają się dobrze zaprezentować.
Protestujący przeciwko osiedlom socjalnym bardzo
często wyrażają obawę, jakoby miały one stanowić swo-
iste getto. Ma to, niestety, solidne podstawy socjologicz-
ne. Pomimo zapewnień urzędników, że do mieszkań so-
cjalnych niekoniecznie trafia się na resztę życia, szanse na
wyjście ze skupiska biedy mają i wykorzystują nieliczni.
Leszek Orkisz dowodzi, że osoby, które mają kłopoty finan-
sowe i nie stać ich na normalne mieszkania oraz którym
często towarzyszą inne problemy, mają tendencje do wza-
jemnego „nakręcania się” w zachowaniach destrukcyjnych.
Przekonuje, że takie osoby należy umieszczać pomiędzy
„normalnymi” mieszkańcami – wówczas mają szansę
„wyjść na prostą”. Gdy zbierałem informacje do artyku-
łu o mieszkaniach komunalnych i socjalnych („Obywatel”
nr ), specjaliści, z którymi się wówczas spotkałem, byli
podobnego zdania.
Powstaje jednak pytanie, czy mieszkańcy osiedla zgo-
dziliby się przyjąć do swoich bloków po jednej rodzinie
z różnymi problemami. Po części odpowiedzi udziela sam
prezes Orkisz, który mówi, że czeka na… mieszkania so-
cjalne dla dwóch rodzin, które chce eksmitować. Chwilę
później wskazuje inną część miasta jako znakomitą loka-
lizację dla takiego osiedla. Na takie pomysły władze lo-
kalne się jednak nie godzą. – Nie może być mowy o lokowa-
niu uboższych mieszkańców na obrzeżach miasta. To byłoby
traktowanie osób mniej zamożnych jako obywateli drugiej
kategorii, a ponadto właśnie to prowadziłoby do powstawa-
nia gett – mówi Mariusz Smoliński, rzecznik prasowy pre-
zydenta Słupska.
Przykładu, że strach przed „gettem” miewa pewne
podstawy, dostarcza dawny hotel robotniczy przy ul. Kore-
ańskiej we Wrocławiu. Samorząd zaadaptował go na lokale
socjalne i umieścił w nim osoby po wyrokach sądowych,
alkoholików, ale i tych, którym po prostu powinęła się no-
ga. Powstała mieszanka wybuchowa, a do budynku boi się
wchodzić nawet firma ochroniarska, wynajęta w celu za-
pewnienia spokoju.
Brak sensu tworzenia skupisk lokatorów „z problema-
mi” widać też na przykładzie krakowskich Klinów, gdzie
w blokach socjalnych umieszczono wiele osób mających
wcześniej konflikt z prawem, nierzadko recydywistów. –
Oni terroryzują całe osiedle, całą jego porządną część. Pró-
bują rządzić naszymi, porządnymi ludźmi – mówi radna
Lambor, a następnie wylicza cały wachlarz przestępstw,
częstotliwość popełniania których wzrosła po wzniesieniu
budynków socjalnych. Zaznacza, że mieszkania socjalne,
również dla byłych przestępców, powinny się znaleźć, jed-
nak w rozproszeniu.
Z zaistniałej sytuacji niezadowolona jest znaczna
część lokatorów mieszkań socjalnych i komunalnych,
którzy również cierpią wskutek sąsiedztwa osób z mar-
ginesu. – Nowy blok, a wygląda jakby miał z  lat –
mówi o swoim budynku jedna z mieszkanek, prosząca
o anonimowość. I kontynuuje: Młodzież stoi na klatkach,
pali i pije. Wszystkie zamki w piwnicach są powyrywane. Jeste-
śmy sterroryzowani. Kiedyś zwróciłam takim jedenastolatkom
uwagę, to wrzucili mi foliówki wypełnione wodą do mieszka-
nia. Mieszkam z dziesięcioletnią wnusią, z początku ona sa-
ma tu chodziła, ale teraz się boi. Policja nie reaguje.
Inaczej jest na Stołczynie. Wprawdzie oskarżano miesz-
kańców Fenixa o agresywne zachowania wobec członków
społeczności lokalnej, jednak, jak wynika z policyjnych
Wszędzie ludzie dbają o swo-
je osobiste interesy i dobro wła-
snej rodziny. Niechętnie patrzą
więc na takie zmiany w otocze-
niu, które zapowiadają (przynaj-
mniej w ich mniemaniu) pogor-
szenie jakości życia. W Polsce są
jednak dodatkowe czynniki, któ-
re skłaniają do wyrażania sprze-
ciwu wobec różnych projektów
szeroko rozumianej władzy.
Po pierwsze, Polacy są w bar-
dzo słabym stopniu „zorganizo-
wani”, zdecydowana większość
nie należy do żadnych stowa-
rzyszeń, organizacji; nie tworzy
większych całości. Dlatego nie
dostrzegamy lub nie cenimy
wysoko dobra wspólnego, szer-
szego niż dobro własnej rodzi-
ny czy najbliższego sąsiedztwa.
Skoro tak, to nie chcemy ponosić
żadnych kosztów dla korzyści
obcych nam ludzi czy grup.
Po drugie, każda władza jest
dla większości Polaków albo źró-
dłem opresji (rzeczywistych lub
urojonych), albo/i obiektem do
wykorzystania, „dojną krową”,
z której trzeba próbować wy-
ssać, co się tylko da. Na ogół nie
ma dobrej współpracy między
obywatelami i władzą, nie prze-
pływają szybko ważne informacje,
nieznane są plany zabudowy osie-
dli czy miast. Gdy Polak zauważa,
że jakaś władza czegoś od niego
potrzebuje, zaczyna myśleć, jak
na tym zrobić dobry interes.
Po trzecie, mało aktywni spo-
łecznie Polacy nie potraą sku-
tecznie artykułować swoich obaw
i żądań, ani negocjować z władzą
swoich roszczeń. Często czują
się bezradni, skrzywdzeni, nie-
sprawiedliwie potraktowani, a to
eskaluje złe emocje i protesty.
Prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska
Instytut Psychologii PAN i Szkoła
Wyższa Psychologii Społecznej
Własne ponad wspólne
37
raportów, nie było żadnego zgłoszenia przypadku prze-
mocy w wykonaniu bezdomnych. Zdarzały się nato-
miast sytuacje odwrotne, w tym jeden przypadek ska-
towania na śmierć bezdomnego przez grupę wyrostków
w pobliżu schroniska.
„Dogadać się z nimi nie idzie”
Problemów z przemocą doświadczają w Polsce także
uchodźcy. Po wystąpieniu posła Lecha Kołakowskiego
(PiS) z wnioskiem o likwidację ośrodka dla uchodźców
w Łomży, doszło do pobicia dwóch Czeczenek. Wpraw-
dzie teza, że to wniosek posła spowodował przemoc wobec
kobiet, jest zbyt daleko idącą, bowiem w żaden sposób nie
nawoływał on do takich postaw. Jednak mógł mieć udział
w tworzeniu atmosfery „oblężonej twierdzy”, która wywo-
łała w końcu reakcję „obronną” napastników.
W ośrodku przebywają głównie Czeczeni i przedsta-
wiciele innych kaukaskich narodów, którzy uciekli przed
wojną i represjami politycznymi. Poseł w swoim wniosku
powoływał się na kłopoty w porozumiewaniu się z miesz-
kańcami z uwagi na nieznajomość języka polskiego, brak
pracy dla cudzoziemców w Łomży, konflikty z prawem oraz
na to, że tak małego miasteczka nie stać na utrzymanie
ośrodka. Poselskiej reakcji nie może się nadziwić Ewa Pie-
chota, rzecznik prasowy Urzędu ds. Cudzoziemców: Prze-
cież ośrodek jest w całości utrzymywany z budżetu centralnego,
a osoby w nim przebywające są w trakcie rozpatrywania wnio-
sku o azyl oraz aklimatyzacji do naszych warunków, w tym
nauki języka.
Sensacyjnych wieści o dużej ilości przestępstw, których
sprawcami mieliby być cudzoziemcy, nie potwierdza łom-
żyńska policja. – Zdarzają się przestępstwa popełnione przez
obcokrajowców, ale w skali miasta to jest promil – relacjonu-
je Sławomir Dąbrowski, oficer prasowy miejskiej policji. –
Trzeba pamiętać, że są to ludzie, którzy wynieśli z wojny
traumatyczne przeżycia, a teraz znajdują się w zupeł-
nie nowym środowisku, co stanowi dla nich pewien szok
kulturowy. Przenoszenie ich z miejsca na miejsce z pew-
nością im się nie przysłuży – zauważa Ewa Piechota.
Inną kwestią jest lokowanie ośrodków dla azylan-
tów w małych miejscowościach lub biednych dzielni-
cach, borykających się z problemem bezrobocia. Spo-
łeczności lokalne czują się zagrożone utratą pracy na
rzecz „obcych”, a w takich warunkach o konflikt nie-
trudno. Gdy założono podobny ośrodek w Katowicach,
okoliczni mieszkańcy okazywali silną niechęć wobec ucie-
kinierów. Wskazywano na ich odmienność kulturową,
w tym na to, że Czeczenki… wywieszają pranie w oknach,
co przez tradycyjne śląskie rodziny jest uznawane za prze-
jaw bałaganiarstwa – tylko skąd niedawni mieszkańcy Kau-
kazu mają o tym wiedzieć – oraz na to, że ich dzieci hałasu-
ją, bawiąc się na dworze.
Hałas był także jednym z czynników, które przeszka-
dzały mieszkańcom Białołęki, jeszcze zanim wspomniane
przedszkole rozpoczęło działalność. Ten argument można
zrozumieć (np. w przypadku osób pracujących w systemie
zmianowym, które śpią w godzinach pracy przedszkola),
mało kto jednak uświadamia sobie, że dzięki właściwemu
planowaniu przestrzennemu można nie dopuszczać do
takich konfliktów. Gdyby wcześniej zaplanowano przed-
szkole w miejscu nieco oddalonym od zabudowy miesz-
kalnej, wówczas jego lokalizacja nie stanowiłaby proble-
mu. Niestety, w  r. prawie wszystkie plany zostały
ustawowo zniesione, by już nic nie stało na przeszkodzie
„inwestowaniu”. Białołęka jest modelowym przykładem
chaosu, który wynika z takiego (braku) myślenia.
O hałasie wspominają także protestujący z Julianowa.
Oni jednak – inaczej niż mieszkańcy Gliwic czy Biał ołęki –
nie martwią się o siebie, lecz o to, że odgłosy dochodzą-
ce z boiska pobliskiej szkoły będą przeszkadzać pensjo-
nariuszom planowanego hospicjum. Tego, przeciwko
którego budowie protestują…
8rudna bomba socjaIna
Podobnie jak zaskakujący jest protest przeciw lokaliza-
cji przedszkola, tak przerażający był opór mieszkańców
wsi Żelazno w woj. dolnośląskim wobec planów utworze-
nia ośrodka dla dzieci z trudnych środowisk. – Chodziło
o stworzenie miejsca, w którym umieszczalibyśmy dzieci do
. roku życia, pochodzące z rodzin z problemami, na okres
roku. Dzieci miały się oderwać od problemów, z którymi
Nìr cucruv
1u rn1otocìì
b
n

D
A
N
I
E
L
E
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
M
A
S
T
E
R
P
I
G
A
/
38
stykają się na co dzień oraz otrzymać opiekę terapeutyczną –
relacjonuje Jolanta Łazuga-Koczurowska, prezes stowa-
rzyszenia Monar.
Gdy wieść się rozeszła, mieszkańcy zaprotestowali.
W wypowiedziach prasowych sprzed sześciu lat możemy
przeczytać: „Nie chcemy tu patologii”, „Niech no tylko
przyjadą tu ci narkomani” itp. Gdy pani Jolanta pojawiła
się przed bramą zabytkowego pałacyku, w którym miał
funkcjonować ośrodek, zastała oflagowaną wieś, wozy stra-
żackie i jasny przekaz: wybij sobie z głowy jakikolwiek Monar
w naszej wsi – wspomina po latach. I dodaje: Oczywiście nie
wszyscy byli przeciw, wiele osób było za, podchodzili do nas
mówiąc, że się nie identyfikują z postawą swoich sąsiadów,
życzyli powodzenia.
Wśród argumentów „przeciw” pojawiały się te o „wła-
snych problemach”. Rodzice obawiali się też, że rozmaite
patologie, z którymi miały się borykać „trudne dzieci” z ca-
łej Polski, przejdą na ich własne pociechy. Wydaje się, że
najtrafniej ówczesną atmosferę niepokoju wyraziła siostra
Erna ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. – Abso-
lutnie się na to nie zgodzimy. Mało to mamy problemów ze
„swoimi” dziećmi? – mówiła zakonnica jednemu z lokalnych
dzienników. Po latach nie może sobie przypomnieć wła-
snych słów i wszystkiemu zaprzecza.
Niestety, to nie jedyny przypadek, gdy duchowni
zapomnieli o przykazaniu miłości bliźniego. Przed
czterema laty proboszcz Jan Bartkowiak opowiadał
się przeciw usytuowaniu placówki Markotu na po-
znańskiej ul. Głównej, argumentując, że w tej okolicy
dość już jest patologii. Na identyczny argument powo-
łuje się Zygmunt Serafin, przewodniczący Rady Osiedla
Stołczyn: Nie dość, że ta dzielnica jest już patologiczna,
to jeszcze nam się podrzuca jakieś kukułcze jajo w postaci
ośrodka dla bezdomnych. Kiedy zauważam, że bezdom-
ni też gdzieś muszą mieszkać, natychmiast odparowuje:
To już jest miasta problem.
W Myszkowie (woj. śląskie) przeciwko lokalizacji
mieszkań socjalnych w dawnej bursie szkolnej zaprote-
stowała inna grupa, którą można by podejrzewać o szer-
sze horyzonty i empatię. Tym razem byli to nauczyciele
z sąsiadującej szkoły i członkowie wspólnoty mieszkaniowej,
w większości pracownicy placówki. Wskazali na rzekome
zagrożenie patologiami ze strony „tych z socjalu”. W liście
do starosty pytają: Kto o zdrowych zmysłach wyśle dziecko do
szkoły znajdującej się w takim otoczeniu? Cały pomysł władz
miasta określają mianem „brudnej bomby socjalnej”.
Warto rozmawiać
Zachowania takie, jak wyżej opisane, określane są przez
socjologów mianem NIMBY, od angielskiego Not In My
Back Yard (byle nie na moim podwórku). Osoby, które
wpisują się w to zjawisko, deklarują, że popierają sam
cel „inwestycji”, ale sprzeciwiają się jej lokalizacji na
„swoim” terenie.
Bardzo często takim reakcjom można zaradzić po-
przez dialog i rzetelną informację. – W rozmowach, jakie
prowadziliśmy ze społecznością lokalną, cały czas przewijał
się wątek tego, że tak ważnej decyzji nikt nie skonsultował
z mieszkańcami – relacjonuje pani Łazuga-Koczurowska.
Efektem negocjacji było referendum, które okazało się ko-
rzystne dla Monaru i jego podopiecznych. – Protesty na-
tychmiast po plebiscycie zniknęły, a trzy miesiące później żyli-
śmy już w zgodzie z całą wsią – cieszy się pani Jolanta. Gdy
ośrodek Monaru ruszył pełną parą, okazało się, że pomocy
potrzebują nie tylko przybysze z różnych stron Polski – na
miejscu jest wiele osób ubogich czy z problemem alkoholo-
wym. Niestety, po paru latach PCK, będący właścicielem
budynku, wymówił dzierżawę i sprzedał pałac…
Rozmowy nie zawsze jednak udaje się przeprowadzić
z pozytywnym skutkiem. W Gliwicach, pomimo prób
mediacji, nie udało się przekonać mieszkańców, że miesz-
kania przystosowawcze nikomu nie sprawią problemów. –
Mieszkańcy cały czas mówili „nie”, „uzasadniając”: „bo nie!”.
Nie pomagały nawet pozytywne przykłady, również z Gli-
wic – mówi ze smutkiem Irena Paprocka. Ostatecznie de-
cyzją administracyjną ośrodek na Paderewskiego został
zatwierdzony. Mieszkańcy, z poczuciem przegranej, za-
kończyli protest.
Dialogiem i partnerskim traktowaniem wiele jednak
można osiągnąć. W połowie września  r. Urząd ds.
Cudzoziemców otwierał ośrodek dla uchodźców w Białej
Podlaskiej. – Zorganizowaliśmy wcześniej spotkania informa-
cyjne dla mieszkańców, przy współpracy księdza z miejscowej
parafii – wspomina Piechota. – Również przy jego pomocy
zorganizowaliśmy otwarcie ośrodka. Przyszło około trzystu
osób. W czasie, gdy czeczeńskie dzieci tańczyły, widownia
klaskała do rytmu – dodaje pani Ewa. – Za każdym razem,
gdy otwierany jest nowy ośrodek, należy zaczynać w ten sposób.
Między nami są duże różnice kulturowe i Polakom należy po-
kazać, że jesteśmy takimi samymi ludźmi, że musieliśmy ucie-
kać z kraju, że teraz tu prosimy o gościnę, że chcemy się inte-
grować i żyć w pokoju. To zapobiega sytuacjom, kiedy ludzie
mówią: „nie, bo nie” – dzieli się swoimi doświadczeniami
Malika Abdoulvakhabova, wiceprezes Fundacji „Ocalenie”,
czeczeńska azylantka w Polsce.
Efekt takiego podejścia najlepiej widać w Dąbrowie
Górniczej, gdzie po warsztatach Fundacji w szkołach, do
których uczęszczają dzieci uchodźców, wrogość do obco-
krajowców zniknęła. – Kiedy dzieciom wytłumaczyli-
śmy, w jakiej jesteśmy sytuacji, dlaczego znaleźliśmy się
w Polsce, kiedy trochę o sobie opowiedzieliśmy, to nasto-
latki, które były wobec nas wrogo nastawione, przycho-
dziły i pytały, jak nam mogą pomóc, twierdziły, że chcą
działać na rzecz uchodźców – wskazuje praktyczne skutki
działań pani Malika.
Konrad Malec
Współpraca Liliana Milewska, Agata Bartnicka
39
Przystawka – miejsce i skala
mają znaczenie
W tym roku najpierw go nie było i ziemia pękała od su-
szy, a potem zaszalał w przypadkowy sposób, zatapiając
kilka dystryktów w środkowych Indiach i pozbawiając
setki tysięcy osób dachu nad głową oraz zbiorów. Ludzie
mówią, że od jakichś - lat monsun jest coraz bardziej
nieprzewidywalny.
Jest początek października, prognozy zdają się po-
twierdzać, że monsun już odchodzi, więc wsiadamy z moją
dziewczyną do autobusu i jedziemy w okolice Mysore na
południu Subkontynentu. W małym miasteczku, które
jest naszym celem, widzę ciężarówki wypełnione po brzegi
białą „watą”. Za jakiś czas trafi ona m.in. do Polski, w for-
mie koszulek i spodni – Indie stały się w ostatnich latach
głównym producentem bawełny na świecie. To, co widzę,
to bawełna Bt, genetycznie zmodyfikowana odmiana pro-
dukująca substancję zabijającą insekty. Stanowi ona intelek-
tualną własność Monsanto, korporacji kontrolującej obec-
nie większość patentów na GMO.
Naszym celem jest jednak grupa rolników uprawia-
jących bawełnę w sposób przyjazny dla środowiska. Od-
wiedzamy w ciągu dnia kilka gospodarstw, które niedaw-
no przeszły z Bt na ekologiczny sposób uprawy. Ich pola
mają zazwyczaj nie więcej niż hektar powierzchni. Wszy-
scy, z którymi rozmawiamy, są autentycznie zadowoleni
z przejścia na „eko”. Podstawowy powód jest bardzo pro-
sty – pomimo tego, że czasem osiągają niższe zbiory, nie
płacą za nawozy sztuczne i pestycydy. Ich zysk jest więc
zazwyczaj większy, a co jeszcze ważniejsze, nie grozi im
najgorsza zmora wsi w Indiach – pętla długów, którą na-
kręca potrzeba zakupu nowych nasion i pestycydów. Owo
zadłużenie jest głównym powodem samobójstw  tysięcy
rolników rocznie. Gdy pierwszy raz usłyszałem tę liczbę,
byłem przekonany, że to jakaś pomyłka, że chodzi przynaj-
mniej o jedno zero mniej. Być może z powodu skutecz-
ności, a być może z powodu indyjskiej skłonności do
symboliki, rolnicy odbierają sobie życie pijąc to, co jest
główną przyczyną ich problemów – pestycydy.
Po zadaniu wszystkich pytań zazwyczaj sami stajemy
się obiektem przesłuchania. Co uprawia się w waszym kra-
ju? Naprawdę nie macie w ogóle bawełny? Skąd macie na-
siona? Jak przechowujecie swoje zbiory? I tak dalej. Nie jest
to moja pierwsza wizyta na indyjskiej wsi, więc tym razem
jestem lepiej przygotowany i nie wychodzę już na komplet-
nego ignoranta, ale pomimo to plączę się w zeznaniach.
Ogarnia mnie wątpliwość – jak wytłumaczyć polsko-unij-
ny system dotacji i subsydiów rolnikowi, w którego wsi nie
ma traktora, gdzie kobiety zbierające bawełnę dostają do-
lara za dzień pracy i nikt nie słyszał o ubezpieczeniach na
wypadek katastrofy czy choroby. Na większości terytorium
Indii rolnik nawet nie wygląda jak „rolnik” – taki, jakiego
znamy z Polski. Jest bardzo szczupły, bosy i jeśli tylko jest
pewien, że zdoła wyżywić rodzinę – uśmiecha się delikatnie
i obdarowuje cię tym, co ma.
Azja była jednym z rejonów świata, gdzie z wielką pom-
pą wprowadzono „Zieloną Rewolucję”. Była to faktycznie
rewolucja, choć jej zieloność nie miała nic wspólnego ani
z ekologią, ani z jakością żywności, a jedynie z industria-
lizacją rolnictwa. Jej głównymi elementami były nowe na-
siona – hybrydy, których nie można oszczędzać na kolejny
zasiew, lecz trzeba kupować od producenta, sztuczne nawo-
zy zawierające azot, fosfor i potas, a także pestycydy, które
miały chronić przed szkodnikami. System zadziałał – od lat
. XX zbiory poszły w górę. Jednakże, zgodnie z tym, co
przewidywali tacy ludzie, jak sir Albert Howard – pionier
rolnictwa ekologicznego, którego podwaliny stworzył prze-
bywając właśnie w Indiach – produkcja w pełnym chemii
rolnictwie przemysłowym odbywa się na kredyt, a ów kre-
dyt jest znacznie bardziej realny niż wszystkie długi syste-
mu finansowego. Zielona Rewolucja w szybkim tempie wy-
niszczyła dobrą kondycję gleby i różnorodność biologiczną,
Uprawa głodnych
l otyłych
Mtcìr| Muskt1
„Jesteś tym, co jesz” – skąd zatem bierze się
to, co jemy, od czego zależy i co z nami robi?
© MARK, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/MLSTEL/
40
będące podstawą przetrwania jakiejkolwiek uprawy roli.
I dziś nawet rządy nie mogą już ukryć tego, że plony prze-
stały rosnąć, a coraz więcej obszarów zaczyna być niezdat-
nych dla rolnictwa.
Z tego, co słyszę i widzę, przynajmniej w Indiach
większość głodujących mieszka na terenach rolni-
czych. Ludzi żyjących z ziemi jest w tym kraju  mln,
w Chinach –  mln. I tylko niewielka część uprawia
ją ekologicznie.
Danie główne
Quiz – co wspólnego mają ze sobą:
a) wzrastająca liczba chorych i pęczniejące budżety
ochrony zdrowia
b) zmiany klimatu i niezależność energetyczna
c) bezpieczeństwo narodowe
Podpowiedź od przyjaciela – nigdy nie słyszałeś na ten
temat debaty polityków głównych ugrupowań politycznych
w Polsce. W innych krajach jest podobnie.
Prawidłowa odpowiedź: żywność.
Nie tylko w Polsce przedmiotem ostrych sporów są
takie kwestie, jak cena cukru, mleka albo żywca. Przed-
miotem medialnego szumu są też nowe „odkrycia” die-
tetyki, które co rok albo dwa donoszą o tym, co powin-
niśmy jeść, a czego już nie. Od czasu do czasu pojawia
się panika przy okazji grypy świńskiej czy ptasiej albo
choroby wściekłych krów. Przy czym do savoir-vivre’u
polityków i komentatorów należy unikanie łączenia
wszystkich tych rzeczy. Musimy „produkować więcej”,
żeby „zlikwidować głód”, a najskuteczniejszą drogą do tego
celu jest „podniesienie wydajności” (czytaj: monokultura)
i „dostęp do rynków” (czytaj: zniesienie barier dla handlu
żywnością). Amen.
No więc załóżmy najpierw, że zasieję tę monokulturę…
Oznacza to, że decyduję się na uprawę jednego typu (tylko
bawełna albo tylko pszenica, rok po roku), przez co szybko
wyjaławiam glebę. Żeby nadal rodziła w takich warunkach,
muszę stosować sztuczny nawóz, co wymaga ogromnych
ilości gazu, ropy albo – jak w Chinach – węgla. Moja mo-
nokultura opiera się na nasionach, które oprócz sztucznego
nawozu wymagają wielkich ilości wody, której poziom się
obniża, a do której pompowania również potrzeba energii.
Jedzenie, które trafia do naszego żołądka, jest również coraz
bardziej przetworzone, a każde stadium tego procesu ozna-
cza więcej transportu i więcej zużytej energii.
Na jedną kalorię, którą pobieramy z pożywienia
pochodzącego z przemysłowego rolnictwa, przypada
dziś średnio  kalorii z paliw kopalnych. Nigdy wcze-
śniej produkcja żywności nie była bardziej marnotraw-
na i nigdy wcześniej nie była w istocie zakładnikiem prze-
mysłu wydobycia paliw kopalnych. Kiedy wchodzisz do
supermarketu czy McDonalda, to – choć tego nie widzisz –
jedząc posiłek, jednocześnie konsumujesz ropę oraz pro-
dukujesz chmurę gazów cieplarnianych. Chmura ta jest
zdecydowanie większa, gdy zamiast „przemysłowego vege”
twoja dieta jest „przemysłowo-mięsna” – w tym przypadku
kotlet ważący  g jest po prostu wielokrotnością tej wagi,
wyrażoną w przemysłowej soi czy kukurydzy. Plus hormon
wzrostu i antybiotyki – na okrasę.
Ale w końcu owo coś, mające żywność jedynie w na-
zwie, przechodzi przez mój przewód pokarmowy. Ocenia-
jąc dzisiejsze jedzenie po reklamach, powinniśmy po je-
go spożyciu być zdrowi jak  Spartan. Dlaczego więc
amerykańskie dane pokazują, że pomimo postępu me-
dycyny pokolenie przychodzące teraz na świat będzie
miało prawdopodobnie krótsze życie niż ich rodzice?
Dlaczego według polskich danych nadwaga (umiarkowa-
na otyłość) występuje u - dorosłych i ok.  dzie-
ci, zaś otyłość znaczna u - populacji dorosłych i ok.
 dzieci? Głównym źródłem nadwagi i chorób, jakie ona
za sobą pociąga (od cukrzycy do chorób układu krążenia)
nie jest dziś ilość jedzenia, lecz to, co jemy, oraz siedzący
tryb życia. Im produkt bardziej przetworzony – im mniej
przypomina jedzenie, jakie mógłbyś znaleźć w przepisach
FOT. MACIEJ MUSKAT
41
prababci – tym bardziej jest bezwartościowy, a czasami za-
bójczy w powolny sposób. Ale naprawdę istotną dla zdrowia
informacją jest to, że z powodu hodowli i upraw nasta-
wionych na odmiany gwarantujące szybki wzrost, na-
wet nieprzetworzona żywność zawiera dziś mniej skład-
ników odżywczych niż ta sama żywność przed kilkoma
dekadami. Inaczej mówiąc, żeby zaspokoić zapotrzebo-
wanie ciała na minerały (jak cynk czy żelazo) musisz
zjeść więcej chleba, jabłek czy nabiału niż wystarczało
twoim rodzicom. Informacja ta wywołała w przemyśle
spożywczym prawdziwy entuzjazm…
Dzisiejsza dieta mieszkańca globalnej wioski, niezależ-
nie od tego, czy mieszka w Łodzi, czy w Bombaju, składa się
w ¡o-oo¾ z czterech gatunków – soi, kukurydzy, pszenicy
i ryżu. Dotyczy to również „mięsożerców” – zwierzęta ho-
dowlane jedzą paszę, na którą składa się soja albo kukury-
dza. Rośliny te znajdują się pod różną postacią w większości
produktów na sklepowych półkach. Tymczasem historia
rodzaju ludzkiego zaświadcza, że na przestrzeni naszego
rozwoju konsumowaliśmy niemal 8o tysięcy jadalnych ga-
tunków, z czego ¡ tysiące znajdowały się w szerokim użyciu.
Dlaczego powinniśmy się tym przejmować? Ponieważ jeste-
śmy wszystkożercami. Nie oznacza to, że możemy czy po-
winniśmy zjeść każdy syf, który zostanie ładnie opakowany.
Oznacza, że potrzebujemy od ¡o do 1oo różnych związków
i pierwiastków, aby utrzymać nasze zdrowie w normie.
Wracając do mojej monokultury – jej uprawa stanowi
odpowiednik wielkiego bankietu dla insektów, które wy-
ewoluowały właśnie po to, żeby posilać się na moim morzu
soi, kukurydzy, jabłek albo sałaty. Co robię? Wielokrotne
prysznice z pestycydów – często można ich znaleźć więcej
niż pięć na jednym owocu. Pestycydy można posegregować
na wiele sposobów, ale ja najbardziej lubię podział na rako-
twórcze, uszkadzające system nerwowy, system rozrodczy,
system hormonalny. Istnieją substancje służące do zwalcza-
nia chwastów, które nawet w minimalnym stężeniu potrafią
zmienić samce żab w hermafrodytów.
Oprócz tych, co jedzą, muszą być też ci, którzy pro-
dukują, albo raczej – obsikują pestycydami. W supermar-
kecie, gdzie większość z nas spotyka swoje jedzenie, ich nie
widać. Ale na indyjskich albo afrykańskich polach czę-
sto można zobaczyć bosych ludzi brodzących z kanistrami
na plecach, bez żadnych strojów czy masek ochronnych.
W Pendżabie, gdzie zaczęła się Zielona Rewolucja w In-
diach i gdzie zapuściła najsilniejsze korzenie, można
usłyszeć o „Cancer Train” – pociągu przewożącym raz
w tygodniu pacjentów chorych na raka z rejonu produk-
cji żywności do miasta, gdzie znajduje się odpowiedni
szpital. W tak zwanym cywilizowanym świecie pola opry-
skuje się z samolotów, ale i tak odsetek chorych na raka jest
dużo wyższy w rejonach oprysku.
Obsikana żywność trafia następnie do fabryk przetwór-
czych, których rozmiary rosną wszędzie, również w Polsce.
Tommy Tompson, jeden z niedawnych amerykańskich
ministrów zdrowia, stwierdził, że jedną z największych
niespodzianek podczas jego kadencji było to, że nikt nie za-
atakował produkcji żywności, choć „to byłoby takie łatwe”.
Jedna fabryka hamburgerów może wypluwać ¡o-¡o mln
sztuk tygodniowo. Jeśli ktoś chciałby użyć terroru do osią-
gnięcia jakichkolwiek celów, to skażenie scentralizowanej
produkcji żywności jest znacznie skuteczniejsze niż atak
bombowy lub detonacja samolotu.
Tania żywność jest tak naprawdę cholernie droga. Dzi-
siejsza „polityka rolna” stanowi w istocie system subsydiów
dla wielkich farm, które zużywają najwięcej paliw, wody
i chemii, emitują najwięcej gazów cieplarnianych, uprawia-
ją te rzeczy, które najbardziej przyczyniają się do otyłości
i wypychają ludzi z terenów rolniczych do miast.
Deser – dwa wnioski, dwa modele
Kilka miesięcy temu odwiedziłem w Rzymie siedzibę FAO –
Światowej Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa. Pamię-
tam, iż wychodząc z tego wielkiego budynku myślałem
o tym, że przynajmniej od lat oo. FAO oraz wielu przywód-
ców państw obiecywało uporanie się z głodem w ciągu de-
kady, dwóch, do końca milenium, do :o1¡ roku… Głów-
nym rozwiązaniem miało być zawsze to samo: „większa
produkcja”, która faktycznie się powiększała. Pomimo
tego, według danych FAO, na skutek kryzysu żywno-
ściowego w latach -, liczba ludzi cierpiących z po-
wodu głodu i niedożywienia wzrosła w  r. do  mi-
liarda. W tym samym czasie:
zysk trzech czołowych korporacji kontrolujących →
,o¾ handlu zbożami (Cargill, ADM, Bunge) wzrósł
o 1o¡¾,
zysk trzech czołowych korporacji produkujących →
nasiona i pestycydy (Monsanto, Syngenta, DuPont)
wzrósł o ,1¾,
zysk trzech czołowych producentów nawozów sztucz- →
nych (Potash, Mosaic i Yara) wzrósł o 1¡,¾.
Liczba osób cierpiących na otyłość wynosi blisko mi-
liard w skali globu. Jakieś wnioski?
Jeśli wziąć pod uwagę wypowiedzi FAO, Banku Świato-
wego oraz dzisiejszych przywódców, wnioskiem jest – oczy-
wiście – „nowe technologie i większa produkcja”. Innym
słowy, dalsze stawianie na GMO (dla których „nie ma alter-
natywy”). A także na eksport przemysłowego modelu rol-
nictwa do kolejnych zakątków świata, tym razem do Afryki,
gdzie prym wiodą obecnie Chiny, które kupują ziemię pod
uprawę nie tylko w celu wytwarzania żywności dla Społe-
czeństwa Harmonii, ale także produkcji biopaliw dla jego
szybko rosnącej grupy posiadaczy samochodów. A liczba
głodnych rośnie wraz z liczbą tych, którzy co roku wypy-
chani są z rolnictwa do szybko rozrastających się slumsów.
Wraz z nią rośnie potencjał wybuchu – liczne protesty na uli-
cach wielu miast świata w :oo8 r., gdy ceny podstawowych
produktów żywnościowych wzrosły o kilkadziesiąt procent,
były jedynie przymiarką, rozgrzewką. Albert Einstein zde-
finiował kiedyś szaleństwo jako robienie wciąż tego sa-
mego i oczekiwanie innych rezultatów.
42
Są jednak tacy, którzy wyciągnęli inne wnioski…
Tego dnia, kiedy odwiedzałem rolników uprawiają-
cych bawełnę, trafiłem też do miejsca, gdzie dwoje sza-
lonych ludzi wciela w życie nowe podejście do rolnictwa
w tym regionie. To miejsce jest inne. Otoczone rzeką i wy-
sokimi, porośniętymi dżunglą wzgórzami, po których bu-
szują słonie. Pracujący tu ludzie poruszają się jakby wolniej.
Szukając gospodarzy, widzę jakieś konstrukcje, których
zastosowanie mogę tylko zgadywać; widać też więcej pro-
stych maszyn, które świadczą o tym, że przetwórstwo dużej
części zbiorów odbywa się na miejscu. W końcu na jednym
z małych pól widzę większą grupkę pracujących osób. Ktoś
odrywa się od pracy i już za chwilę stoi przede mną obu-
ta w kalosze, szczupła i dziwnie piękna kobieta, która ja-
koś nie wygląda na Hinduskę. Płynnym angielskim mówi:
Czym mogę służyć?
Dwadzieścia kilka lat temu Vivek i Julie, oboje po  lat,
dobrze wykształceni, ona pół-Amerykanka, zdecydowali się
wybrać kawałek ziemi i uczynić go swoim domem. Pomimo
tego, że ojciec Julie pracował w FAO, żadne z nich nie miało
praktycznej wiedzy rolniczej. Ale byli odważni i mieli marze-
nie. Choć Indie były właśnie u szczytu Zielonej Rewolucji, ta
dwójka uwierzyła, że ziemia może dać im tyle samo albo wię-
cej bez nawozów sztucznych i pestycydów. W ciągu lat na-
uczyli się, że oszczędność i dzielenie się nasionami, opty-
malne wykorzystanie odpadów zwierzęcych i roślinnych,
dbanie o zdrową współzależność pomiędzy zwierzętami
a glebą, oraz przechowywanie żywności na małą ska-
lę – stanowią fundament silnej wspólnoty. Dziś na swoich
 hektarach produkują własną energię, uprawiają ponad 
gatunków roślin, przetwarzają je i zaopatrują w żywność po-
nad  rodzin w Mysore i innych miastach.
Słońce powoli zaczyna schodzić w dół i sączymy herba-
tę, kiedy dołącza do nas Vivek. W sile wieku, z niespotyka-
ną w tej części Indii gęstą brodą, kolczykiem w uchu i bły-
skającymi oczyma kojarzy mi się z Zeusem. Przed chwi-
lą pakował na przyczepę proso, a teraz tłumaczy, że choć
nadwyżka żywności jest statystycznie przyjemną rzeczą,
poziom bezpieczeństwa żywnościowego na indyjskiej
wsi jest mniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, a rolnicy
coraz bardziej tracą możliwość przetrwania w „wolno-
rynkowym” świecie. Pytam go o reformę subsydiów na
nawozy sztuczne, które stanowiły największą pozycję w in-
dyjskim budżecie w ubiegłym roku. Nie bardzo wierzy w jej
powodzenie – jego doświadczenie potwierdza, że rządy, na-
wet mając dobre intencje, nie mają woli i determinacji, aby
dokonać prawdziwej zmiany.
Razem z Julie zaczęli działać przeciwko GMO już
w połowie lat ., organizowali seminaria i akcje, tymcza-
sem rząd siedział okrakiem na płocie, a w końcu dopuścił
uprawy zmodyfikowanej bawełny. Dzięki agresywnej re-
klamie, zmodyfikowana odmiana zdominowała indyjskie
pola, więc aby uniknąć genetycznego zanieczyszczenia swo-
ich zbiorów Julie i Vivek całkowicie porzucili komercyj-
ną uprawę bawełny. Na małym kawałku ziemi uprawiają
lokalne odmiany, żeby – jak mówią – „ziarno żyło”, żeby
przetrwało. – Bt to prymitywna technologia, choć uchodzi za
zaawansowaną. Natura sobie z nią poradzi poprzez bardziej
odporne insekty czy coś innego, tak jak robiła to wcześniej. Nie
wiem, czy to się stanie za , czy za  lat, ale kiedy to się stanie,
wszyscy będą szukać odmian, która nie mają nic wspólnego
z GMO i które najlepiej pasują do tego klimatu i do tej gleby –
mówi Vivek. W  r.  naukowców opublikowało
pod egidą ONZ najbardziej przekrojowy raport na te-
mat stanu rolnictwa i jego przyszłości. Większość rzą-
dów i mediów nie poświęciła mu żadnej uwagi. Te 
stron mówi o tym, że ratunek leży nie w GMO, lecz
w czymś podobnym do tego, co widzę w tym małym
indyjskim gospodarstwie.
Julie przedstawia nam najstarszego syna. Przystojny
i też nie wygląda zbyt indyjsko w kapeluszu z szerokim
rondem. Rozmawiam z nim krótko i dowiaduję się, że ja-
kiś czas temu, mając lat , opuścił rodzinne gospodarstwo,
aby poznać tajniki rolnictwa biodynamicznego. Te niezna-
ne mi konstrukcje to właśnie ślady jego pracy, wprowa-
dzającej jeszcze bardziej ekologiczny model uprawy ziemi.
Pytam, gdzie studiuje, a moje pytanie wywołuje gromki
śmiech całej rodziny. Julie tłumaczy mi, że ani on, ani je-
go brat nigdy nie chodzili do żadnej szkoły – ich edukacja
to ta ziemia, rodzice, ich znajomi, okoliczni mieszkańcy,
książki i Internet.
Rozmawiamy jeszcze trochę o nowych projektach,
pączkujących w różnych miejscach Indii i Ziemi – o rolnic-
twie miejskim (w ramach którego uprawiane są nieużytki
w ekologiczny, ale jednocześnie wyjątkowo efektywny spo-
sób); o „rolnictwie wspieranym przez społeczność” – gdzie
my, konsumenci, kupujemy na początku sezonu „udział”
w zbiorach rolnika, dając mu pewność utrzymania i uzy-
skując w zamian żywność ze znanego i bezpiecznego źródła;
o sukcesach w omijaniu pośredników i dostarczaniu żyw-
ności bezpośrednio do konsumenta, który ma dzięki temu
szansę dowiedzieć się więcej o tym, skąd pochodzą jego
jajka czy pomidory i może uścisnąć rękę, która go karmi;
o posiłkach szkolnych i tych miejscach, gdzie dzieci mają
szansę zobaczyć swoje jedzenie nie tylko w przetworzonej
i szczelnie zapakowanej formie, ale czerpią radość z brania
udziału w uprawie warzyw czy owoców.
Kiedy przedzieram się jeepem do asfaltu, dopadają
mnie dwie myśli. Pierwsza – że nadal zadziwia mnie to,
jak wielu wykształconych ludzi bez mrugnięcia okiem
wyda pieniądze na nowy modelu samochodu, telewizo-
ra czy komputera, ale krzyczy „drogie!”, gdy ktoś pro-
ponuje im dobrą żywność, od której zależy zdrowie ich
samych, ich dzieci, ich środowiska. Druga – że wiem już,
gdzie chciałbym się znaleźć, gdy ten sztucznie rozdęty twór,
zwany globalną gospodarką, ostatecznie wjedzie na równię
pochyłą, ciągnąc za sobą to nakręcane pustymi kaloriami
globalne agropolis.
Maciej Muskat
43
Dziennikarze brytyjskiego „Guardiana” stawiają pytanie:
Dlaczego kupujemy śmieci zamiast żywności? Kto nas do te-
go zmusza? Supermarkety i koncerny żywnościowe zarzekają
się, że nigdy przedtem nie mieliśmy takiego wyboru, jak teraz.
Jednak my mamy problem z tym wyborem – nasze zmysły
z premedytacją oszukuje się w procesie produkcji i pakowania
żywności. […] Genialne motto globalnego kapitalizmu brzmi:
„Nie o to chodzi, by dać konsumentowi to, czego chce. Trzeba
tylko konsumenta przekonać, by chciał właśnie tego, co my
mamy na zbyciu”. Dla zilustrowania tego problemu, dzien-
nikarka „Guardiana”, Felicity Lawrence, wybrała przypa-
dek – obecnej również w Polsce – ponadnarodowej korpo-
racji Cargill.
Imperium Elewatorów w natarciu
Cargill jest największą prywatną (tj. nie notowaną na gieł-
dzie) korporacją w USA – w  r. obroty firmy wyniosły
 miliardów dolarów. Jest także gigantem globalnym –
prowadzi  przedsięwzięć w  krajach.
Jak wynika z zeznań jej przedstawicieli w Senacie
USA, firma kontroluje ¡¡º światowego obrotu zbożem,
w tym znaczną część amerykańskiego eksportu: ¡iº
kukurydzy, jedną trzecią soi oraz ok. ioº pszenicy. Jest
największym światowym przetwórcą soi, rzepaku i ziar-
na kakaowego oraz drugim co do wielkości przetwórcą
mięsa i producentem mąki w Stanach Zjednoczonych.
Jest wreszcie drugim co do wielkości światowym pro-
ducentem pasz, które wytwarza w r;8 fabrykach w iõ
krajach, w tym w Polsce.
Korporacja zajmuje się także uprawą własnych odmian
roślin, którymi później obraca na całym świecie, używa-
jąc swego imperium elewatorów, terminali załadunkowych,
pociągów, barek rzecznych, a nawet statków oceanicznych
o łącznym tonażu   ton. Używa własnych satelitów
do prognozowania, gdzie na świecie wystąpi susza, a gdzie
klęska urodzaju. Jako firma prywatna nie ma obowiązku
publikować danych o swoim udziale w rynku i skwapliwie
z tego korzysta. Jej pozycja w przetwórstwie i na rynku hur-
towym żywności jest jednak tak niewiarygodnie silna, że
pozwala nawet wpływać na ceny gotowych produktów.
– Zarówno w pożywieniu dla kota, jak i w słoiczkach z je-
dzeniem dla małych dzieci znajdziemy składniki pochodzące
z kilku mocno subsydiowanych produktów: soi, rzepaku, ole-
ju palmowego, kukurydzy, cukru i ryżu – pisze F. Lawrence
w książce „Eat Your Heart Out: Why the Food Business
is Bad for the Planet and Your Health” (Pożerając własne
serce: O tym, dlaczego przemysł spożywczy szkodzi na-
szej planecie i naszemu zdrowiu). Według niej, większość
z nas codziennie spożywa produkty Cargilla, choć ni-
gdy nawet nie słyszeliśmy o tej korporacji. Podobnie
działają ADM, Bunge i francuska grupa Louis Drey-
fus. W czwórkę kontrolują światowy handel i przetwór-
stwo podstawowych produktów rolnych, używanych
w przemysłowym wytwarzaniu żywności. W rezultacie
jesteśmy karmieni homogeniczną żywnością z taśmy
produkcyjnej, którą buduje się wszędzie z kilku tych sa-
mych, podstawowych składników, jak z klocków. Naj-
częściej pochodzą one z nadwyżek produkcji rolnej w USA,
Cargl||
sam slę wyżywl
Mtnrk knvbt
Większość ludzi uważa zapewne że to, co znajduje się na naszym talerzu, stanowi efekt świa-
domego wyboru. To błąd. W świecie gigantycznych, wspieranych przez rządy ponadnarodo-
wych koncernów produkcji żywności, w królestwie sieci hipermarketów, do których dostępu
nie mają tradycyjni, polscy producenci – konsument ma niewiele do powiedzenia. Jest to
świat, gdzie używa się słów: „dominacja rynkowa”, „wrogie przejęcie”, „dumping”, „target”,
które zastąpiły takie, jak np. „dobre imię producenta”.
44
a także w Ameryce Południowej, gdzie na tysiącach hekta-
rów rośnie soja – Cargill, ADM i Bunge finansują `⁄÷ pro-
dukcji tej rośliny w Brazylii, której zbiory eksportują do
Europy.
W 1,,8 r. Cargill zawiązał joint venture z potentatem
w dziedzinie biotechnologii rolniczej, firmą Monsanto, by
wspólnie działać na rynku modyfikowanej genetycznie
żywności i pasz.
Skąd się biorą giganci?
Szczególnie dobre czasy dla Cargilla przyszły na początku
lat oo., gdy koncern zaczął sprzedawać duże ilości amery-
kańskiego zboża krajom bloku wschodniego. Gwałtownie
wzrastające zyski firma lokowała nie tylko na rynku zbo-
żowym, ale także np. w hutnictwie (w tej branży działając
jako North Star). Ważnym źródłem jej dochodów stały się
także środki publiczne.
Anne Kanten, reprezentująca administrację rolną sta-
nu Minnesota, oskarżyła Cargilla o wykorzystywanie za-
pisów Federalnej Ustawy Rolnej z 1,8¡ r. do zwielokrot-
niania zysków. Ustawa ta utrzymywała ceny skupu ziarna
na niskim poziomie, jednocześnie gwarantując wysokie
dopłaty do jego eksportu. Kanten powiedziała: Ustawa ta
była przygotowana przez handlujących ziarnem dla realiza-
cji ich potrzeb, dając im możliwość zwiększania zysków kosz-
tem producentów. Obecna polityka rolna zabiera pieniądze
z kieszeni farmerów, ze społeczności wiejskich i przekazuje je
na konta bankowe wielkich korporacji. Co więcej, jak pisze
F. Lawrence, dzięki ogromnym amerykańskim subsydiom
eksportowym (1o¡ mld dol. w latach 1,,¡-:oo¡), firmy ta-
kie jak Cargill mogły sprzedawać zboża i rośliny oleiste po-
niżej kosztów produkcji, rujnując rolników w wielu krajach
świata, niczym kompanie handlowe epoki kolonialnej.
To właśnie postępująca globalizacja umożliwiła
Cargillowi tak dynamiczny rozwój. Firma ta jest jed-
nym z głównych graczy w światowych negocjacjach
dotyczących tzw. wolnego handlu, których celem jest
zlikwidowanie barier chroniących niezależność żyw-
nościową większości krajów świata. Koncern ten utrzy-
muje, że to właśnie liberalizacja zwiększa bezpieczeństwo
żywnościowe na poziomie lokalnym, lecz w rzeczywistości
stanowi ona jedynie szansę na kolejne zyski dla molochów.
Zamyka bowiem rynki zbytu dla gospodarstw rodzinnych,
wspiera rolnictwo uprzemysłowione, zmusza rolników do
uprawiania monokultur, stosowania coraz większych dawek
środków chemicznych, używania jedynie nasion (także mo-
dyfikowanych genetycznie) wielkich koncernów i zrzuca na
ich rodziny skutki nadprodukcji i okresowych spadków cen
na rynku światowym.
Według Dana Morgana, autora książki „Te Mer-
chants of Grain” (Handlarze ziarnem), globalizacja jest
dla Cargilla także szansą na unikanie podatków – więk-
szość dochodów firma ma przepuszczać przez swoją gałąź
finansową, zarejestrowaną w raju podatkowym, Panamie.
Gdy Cargill sprzedaje ładunek kukurydzy holenderskiemu
producentowi pasz, ziarno jest transportowane w dół Mis-
sisipi, ładowane na statek w Baton Rouge i wysyłane do
Rotterdamu. Na papierze jednak trasa jest o wiele bardziej
skomplikowana – Cargill najpierw sprzedaje ziarno firmie
Tradax International w Panamie, która „wynajmuje” Tra-
dax w Genewie jako pośrednika. Tradax Genewa może te-
raz zaaranżować sprzedaż dla firmy holenderskiej poprzez
swą filię – Tradax Holandia. Niemal wszystkie zyski będą
wtedy zaksięgowane po stronie Tradax Panama, płacącej
najniższe podatki.
Firma potrafi zarabiać także na nieszczęściach. We-
dług organizacji Food and Water Watch: Cargill odniósł
wielkie korzyści z kryzysu żywnościowego w  r.: jego rekor-
dowe zyski związane były z wysokimi cenami zbóż i nawozów.
Jak stwierdził Greg Page, szef firmy: „W takich warunkach
Cargill miał możliwość zarobienia większej ilości pieniędzy
i myślę, że powinniśmy mówić o tym otwarcie”. Wysokie ceny
doprowadziły wtedy  milionów ludzi do głodu lub poważ-
nego niedożywienia…
Obrotowe drzwi do sukcesu
Cargill od swoich początków w XIX w. rozwinął bardzo
zażyłe stosunki z rządem USA. Dzięki temu systematycz-
nie reprezentował on interesy owej firmy, np. podczas ne-
gocjacji międzynarodowych na temat handlu. Cargill za-
trudniał byłych urzędników państwowych, a stanowi-
ska rządowe obsadzano ex-pracownikami tej korporacji,
b n MARIO KLINGEMANN, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/QUASIMONDO/
45
co nazwano „techniką drzwi obrotowych”. Dawni pra-
cownicy firmy przenosili się z jednej agendy rządowej do
drugiej tak często, że jeden z urzędników państwowych
podczas dochodzenia w tej sprawie zapytał, czy nie jest to
rodzaj „strukturalnej korupcji”.
Przykładem tego mechanizmu może być ex-wiceprezes
Cargilla, William Pearce, który otrzymał posadę w admi-
nistracji Richarda Nixona w randze ambasadora. W 1,;: r.
był jednym z autorów raportu Prezydenckiej Komisji Han-
dlu Międzynarodowego, który rekomendował „usunięcie
barier w handlu produktami rolnymi i likwidację subwen-
cji dla gospodarstw rodzinnych”. W późniejszym okresie
Pearce powrócił do pracy w Cargillu. Podobną drogę prze-
szedł Daniel Amstutz, w latach ;o. wiceprezes firmy, a na-
stępnie w latach 8o. Zastępca Sekretarza Stanu ds. Rol-
nictwa i główny negocjator rządu amerykańskiego w dzie-
dzinie rolnictwa podczas rozmów o liberalizacji handlu
w ramach GATT (Układ Ogólny w Sprawie Ceł i Handlu).
W roku 1,8, r. wrócił do pracy w korporacji. Z kolei jej
były prezes, Ernest Micek, za kadencji Clintona stał się
członkiem Prezydenckiej Rady Eksportowej, doradzają-
cej, jak prowadzić rządową politykę tak, by skorzystały na
tym wielkie korporacje agrobiznesu. Micek towarzyszył
Clintonowi m.in. podczas jego podróży na Czarny Ląd
w 1,,8 r. na konferencję dotyczącą Traktatu o Rozwoju
i Potencjale Afryki. Lobbing wielkich korporacji był
tak skuteczny, że podczas Światowego Szczytu Żywno-
ściowego FAO w  r., rząd USA odmówił podpisa-
nia dokumentu końcowego, mówiącego, że posiadanie
bezpiecznego źródła wyżywienia stanowi niezbywalne
prawo człowieka.
Według autora książki o Cargillu pt. „Invisible Giant”
(Niewidzialny gigant), Brewstera Kneena, firma ta na różne
sposoby wpływa na amerykańską politykę rolną. Pierwszy
z nich to darowizny na rzecz komitetów wyborczych kon-
gresmanów z rolniczych stanów USA, oraz tych, którzy
zasiadają w komisjach rolnych ciał ustawodawczych. Z ko-
lei w :oo¡ r. prezes firmy, Warren R. Staley, prowadził
zbiórkę na kampanię wyborczą George’a W. Busha. David
Ostendorf, dyrektor stowarzyszenia rolniczego Prairiefire
Rural Action ze stanu Iowa, stwierdził, że urzędnicy mini-
sterstwa rolnictwa (USDA), a nawet członkowie Kongresu,
„siedzą w kieszeni Cargilla”. Zwycięstwem tej firmy był też
rządowy kontrakt na dostarczanie ziarna w ramach pro-
gramu „Żywność za Pokój” i innych programów pomocy
zagranicznej USA.
Coś tu śmierdzi…
Również w dziedzinie degradacji środowiska Cargill ma
niejedno na sumieniu. Amerykańska administracja wie-
lokrotnie zarzucała firmie nie tylko zatruwanie rzek che-
mikaliami czy skażenie okolic gnojowicą z gigantycznych
ferm hodowlanych. W :oo1 r. należące do Cargilla przed-
siębiorstwo North Star Steel zgodziło się zapłacić ;,; milio-
na dolarów w ramach ugody pozasądowej w odpowiedzi na
zarzuty, iż oszukało urzędników stanu Arizona w sprawie
emisji toksycznych gazów z fabryki w Kingman. W roku
:oo: zajmująca się produkcją wieprzowiny Cargill Pork za-
płaciła milion dolarów kary za nielegalny zrzut odchodów
świń z fermy w Martinsburgu (Missouri). We wrześniu
:oo¡ r. doszło do ugody pomiędzy korporacją a Departa-
mentem Sprawiedliwości i Agencją Ochrony Środowiska
USA w związku z łamaniem przez firmę ustawy o ochronie
powietrza. W jej ramach Cargill zobowiązał się zapłacić
1,o miliona dolarów kary gotówką i przeznaczyć ¡,¡ mln
dolarów na ograniczenie negatywnego wpływu na środo-
wisko swoich :¡ zakładów w 1¡ stanach USA.
Zakłady mięsne firmy mają problemy ze skażeniem
bakteriologicznym własnych wyrobów. Tylko w :ooo r. wy-
cofano z amerykańskiego rynku 8 tys. ton produktów z in-
dyka, pochodzących z zakładów Cargilla w Waco w Teksa-
sie, z powodu zakażenia listerią, która każdego roku zabija
tysiąc Amerykanów. Jesienią :oo; r. dwukrotnie wycofy-
wano wielkie ilości wołowiny tejże firmy z powodu zakaże-
nia groźną bakterią kałową E. coli.
Cargill chwali się w swoich materiałach promocyjnych,
że wspiera programy międzynarodowych organizacji hu-
manitarnych, jak Światowy Program Żywienia ONZ czy
CARE, aby zapewnić dostępność, bezpieczeństwo i odpo-
wiednią wartość odżywczą globalnych zasobów żywności.
Jednak w :oo¡ r. amerykańskie organizacje obrony praw
człowieka wytoczyły Cargillowi proces, zarzucając naby-
wanie ziarna kakaowego z afrykańskich plantacji opartych
na niewolniczej pracy dzieci. Według B. Kneena, firma
była także karana m.in. za niepłacenie podatków w Anglii
i oskarżona o manipulację cenami w Brazylii. Zresztą nie-
uczciwe praktyki handlowe i działania przeciw związkom
zawodowym to zarzuty, jakie stawia się Cargillowi w wielu
krajach świata, od Wenezueli po Indie.
Soja – rak „Płuc Ziemi”
Amazonia jest nie tylko największą puszczą równikową Zie-
mi, domem setek tysięcy gatunków, ale także spełnia klu-
czową rolę w regulacji klimatu naszej planety. Tymczasem
w ciągu ostatnich ¡o lat wykarczowano aż ;oo tys. km
2

tamtejszej puszczy, obszar dwukrotnie większy od Polski.
Karczowanie odbywa się przeważnie według nastę-
pującego schematu: najpierw wycina się drzewa, po drwa-
lach przychodzi wypas bydła, a na koniec – plantacje soi
modyfikowanej genetycznie. Drzewa wycinane są dzień
i noc, legalnie i (częściej) nielegalnie, czemu władze biernie
się przyglądają. Nikt tu nie liczy się z odwiecznymi miesz-
kańcami – w XX w. wyginęło tam całkowicie ,o plemion
Indian. Ich miejsce zajęła soja, której uprawy kontrolują
ponadnarodowe „Trzy Siostry”. Od nich pochodzą mody-
fikowane genetycznie nasiona, nawozy i silnie toksyczne
środki ochrony roślin. Giganty te następnie skupują soję od
rolników i ładują na statki płynące do Europy.
Cargill, który skoncentrował się na stanie Mato Grosso,
jest według wszelkich szacunków największym eksporterem
46
soi wyprodukowanej w Brazylii. – W tym świecie bezprawia
próby powstrzymania ekspansji hodowców bydła i właścicieli
monokultur soi, którzy przekształcają niezbędną dla naszej
planety Puszczę na grunty orne i pastwiska, okazują się nie-
skuteczne. Cargill wykupuje całą ziemię – mówi działaczka
związków zawodowych, Ivete Bastos de Santos.
Media w Polsce milczą na temat tego, że sprowadzana
z Ameryki Południowej genetycznie modyfikowana soja,
którą masowo karmi się zwierzęta na wielkich fermach ho-
dowlanych, jest zabójcza dla środowiska naturalnego całego
kontynentu. Czy komuś zależy na tym, byśmy nie wiedzieli,
że kupując wyroby mięsne i jaja kurze wielkich producen-
tów, po kawałku zjadamy Płuca Ziemi?
Zjadamy Amazonię, dając się truć
Od początku lat ,o. w obrotach handlu zagranicznego
ziarnem roślin oleistych utrzymuje się wysokie ujemne
saldo handlowe Polski, rzędu :oo-ooo mln dolarów. Jest
to spowodowane przede wszystkim olbrzymim importem
śruty soi modyfikowanej genetycznie, właśnie z Ameryki
Południowej. W sezonie 1,,,/:ooo sprowadziliśmy jej aż
,oo tys. ton. W :ooo r. Senat chciał wprowadzić morato-
rium na stosowanie GMO w żywieniu zwierząt, poprzez
odpowiedni zapis w ustawie o paszach. Spotkało się to jed-
nak z bardzo ostrą reakcją ministerstwa rolnictwa, które
stwierdziło:  śruty sojowej w Polsce jest modyfikowane
genetycznie – i Sejm poprawkę odrzucił. Skutkiem była nie-
kontrolowana eksplozja importu śruty soi modyfikowanej
genetycznie, która teraz skutecznie wypiera polskich rol-
ników z krajowego rynku pasz. Dziś Polska sprowadza
rocznie już prawie  mln ton takiej śruty, czyli jej im-
port w ciągu dekady uległ podwojeniu. Kontrolowa-
na przez firmy zagraniczne branża paszowa należy do
najbardziej skonsolidowanych i zyskownych sektorów
przemysłu rolno-spożywczego. Jedną trzecią jej łącznych
przychodów, wynoszących ok. : mld zł rocznie, uzysku-
ją trzej międzynarodowi giganci: Provimi-Rolimpex, De
Heus Koudijs-Hima oraz Cargill. Prócz biotechnologów,
którzy w swoich badaniach korzystają prawie wyłącznie
z funduszy międzynarodowych koncernów, trudno zna-
leźć rodzimych beneficjentów obecnej skrajnej monopoliza-
cji nasiennictwa, dystrybucji środków ochrony roślin oraz
rynku pasz w Polsce.
Koncerny paszowe blisko współpracują z koncernami
zajmującymi się przemysłową hodowlą zwierząt, ponieważ
podstawą żywienia na wielkich fermach jest soja. Pasza
z soją modyfikowaną genetycznie stosowana jest przede
wszystkim na fermach świń i drobiu, gdyż umożliwia nie-
naturalnie szybki przyrost masy ciała tuczników i brojlerów.
Jak pisze F. Lawrence: Drób jest szczególnie spektakularnym
przykładem: potrzeba tylko  kg białka sojowego, by wyprodu-
kować pół kilo białka drobiowego. Jeśli uda się przekonać lu-
dzi, by jedli bardzo dużo drobiu, soja staje się kopalnią złota.
To, co jest tak zyskowne dla korporacji, jest jedno-
cześnie niebezpieczne dla środowiska naturalnego Polski.
Odchody świń karmionych śrutą soi modyfikowanej ge-
netycznie zawierają olbrzymią ilość szkodliwych związków
azotu, które w formie amoniaku rozprzestrzeniają się na
dziesiątki kilometrów wokół wielkich ferm, niosąc śmierć
biologiczną rzekom i jeziorom. Ograniczenie podawania
zwierzętom pasz z soją zmniejszyłoby wydzielanie niebez-
piecznych gazów. Odchody tradycyjnie karmionych zwie-
rząt, utrzymywanych na ściółce, nie wydzielają ich tak du-
żych ilości.
Według resortu rolnictwa, - śruty sojowej,
obecnie dostępnej na krajowym rynku, stanowi śruta
soi modyfikowanej genetycznie. Urzędnicy przekonują,
że wprowadzenie zakazu jej stosowania spowodowa-
łoby drastyczny deficyt białka paszowego i pogorsze-
nie konkurencyjności krajowej produkcji zwierzęcej.
W tym samym czasie likwiduje się jednak polskie upra-
wy roślin strączkowych, które mogłyby być dochodo-
wą dla naszych rolników alternatywą dla importu soi
z drugiej półkuli. Po cichu areał uprawy tych roślin w na-
szym kraju dramatycznie się zmniejsza – jak wynika z da-
nych GUS, ich udział spadł do niespotykanego w powo-
jennej historii Polski poziomu zaledwie jednego procenta
ogółu upraw. Aktualnie uprawia się u nas rośliny strącz-
kowe z przeznaczeniem na pasze już tylko na 8o tys. ha.
Również zbiory pastewnych roślin strączkowych spadają –
w roku :ooo wyniosły 1¡;,1 tys. ton, czyli były o ¡o,¡ tys.
ton mniejsze niż w roku :oo¡. Co istotne, rośliny te oprócz
dostarczania nasion o wysokiej zawartości białka, speł-
niają jednocześnie niezwykle ważną funkcję w ekosyste-
mach rolniczych: wzbogacają glebę w azot, wpływają na
utrzymanie jej gruzełkowatej struktury, korzystnej dla ro-
ślin. Podczas gdy kraje Europy Zachodniej robią wiele, by
ograniczać import soi modyfikowanej genetycznie, nasze
władze odwrotnie – z niejasnych powodów robią wszystko,
by zachować stan obecny, w którym miliardy złotych prze-
pływają z portfeli polskich konsumentów na konta koncer-
nów produkujących soję w Ameryce Południowej. W tym
samym czasie rodzima produkcja zbóż, mleka i mięsa staje
się nieopłacalna.
Słona cena słodzika
Izoglukoza to słodzik sztucznie wytwarzany z mąki pszen-
nej lub kukurydzianej – substytut cukru, którego używa się
m.in. do produkcji napojów, soków, w przemyśle cukierni-
czym (np. Cadbury Wedel), w przetwórstwie owoców i wa-
rzyw. Choć część ekspertów ostrzega, że wpływ izoglukozy
na zdrowie nie jest jeszcze dobrze zbadany, w wielu krajach
stopniowo wypiera ona cukier z przemysłu spożywczego.
W USA podjęcie produkcji izoglukozy doprowadziło do
likwidacji około oo¾ potencjału krajowego cukrownictwa.
Całkowicie zastąpiła tam ona cukier w produkcji napojów,
w ¡o¾ – lodów, w :o¾ w piekarnictwie.
W październiku 1,,o r. Cargill wybudował w pod-
wrocławskich Bielanach jedyną w Polsce fabrykę izogluko-
zy. Gmina Kobierzyce, sprzedając korporacji 1: ha gruntu
47
w sąsiedztwie zakładów Cadbury, zapewniła jej pełne uzbro-
jenie terenu i trzyletnie ulgi w podatku od nieruchomości.
Fabryka rozwijała się w niezwykłym tempie – w 1,,, r.
wyprodukowano tam ,,, tys. ton tego słodzika, w :ooo r. –
już :¡ tys. ton. Gdy w :oo1 r. rząd podwyższył limit pro-
dukcji izoglukozy do ¡: tys. ton rocznie, przewodniczący
NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, Roman
Wierzbicki, określił tę decyzję jako bezprawną – nie odbyły
się w tej sprawie konsultacje ze związkami rolniczymi. Co
ciekawe, Samoobrona wspierała podwyższenie limitu, co
prezes Kółek Rolniczych, Władysław Serafin, skomento-
wał: Polski rząd zaczyna dbać o polityczne i gospodarcze inte-
resy Samoobrony, która jawnie popiera amerykański koncern,
wbrew interesowi polskich rolników.
Latem  r., podczas swej wizyty w Polsce, se-
kretarz Departamentu Handlu USA, William H. Lash,
ostro skrytykował nasz rząd za stosowanie kwot ograni-
czających produkcję izoglukozy przez Cargilla. W kon-
sekwencji, pod koniec tego samego roku rząd zwiększył
wspomniany limit – kosztem limitów produkcji cukru
w Polsce. W reakcji na to Krajowy Związek Plantatorów
Buraka Cukrowego oraz Cukrownicza Izba Gospodarcza
zarzuciły ministrowi rolnictwa, że decyzję o podniesieniu
limitu produkcji izoglukozy dla Cargilla w Polsce do o: tys.
ton podjął bez konsultacji z zainteresowanymi stronami.
Pytano też ministra, dlaczego koncerny nabywające akcje
polskich cukrowni płacą za kwoty produkcji cukru wiel-
kie sumy, podczas gdy Cargill – wbrew zasadom uczciwej
konkurencji – kwoty produkcji izoglukozy otrzymuje za
darmo? Z jakiego powodu zgadzając się na tak dużą pro-
dukcję słodzika promowano tylko jednego producenta,
kosztem tysięcy polskich plantatorów i pracowników
cukrowni?
Rolnicy zwrócili też uwagę, że z  ha buraków cu-
krowych można uzyskać  ton cukru. Natomiast do
wyprodukowania takiej samej ilości środka słodzącego
powierzchnia uprawy pszenicy musi być ,-, razy
większa. – Zmniejszenie limitu produkcji cukru na rynek
krajowy oznacza praktycznie konieczność likwidacji jednej
cukrowni – mówił Mieczysław Pietrzak, ówczesny prezes
CIB. Oznacza też zmniejszenie areału produkcji buraka
cukrowego przez ok. 1ooo plantatorów na ¡,¡ tys. hektarów.
Był to „prezent” polskiego rządu dla konkretnej, zagranicz-
nej firmy, za który zapłacili podatnicy, polscy plantatorzy
i ich rodziny.
Decydujące dla poziomu produkcji izoglukozy oka-
zały się wyniki negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską,
kiedy to limit produkcji tego zamiennika cukru do sprze-
daży w Polsce ustalono na :¡ tys. ton, zaś produkcji na
eksport – na 18;o ton. Jeszcze przed wstąpieniem Polski
b
a

D
O
C

S
E
A
R
L
S
,

G
I
G
A
N
T
Y
C
Z
N
E

B
A
S
E
N
Y

C
A
R
G
I
L
L
A

D
O

P
O
Z
Y
S
K
I
W
A
N
I
A

S
O
L
I

Z

W
O
D
Y

M
O
R
S
K
I
E
J
,

Z
B
U
D
O
W
A
N
E

N
A

M
O
K
R
A
D
Ł
A
C
H

W

S
Ą
S
I
E
D
Z
T
W
I
E

Z
A
T
O
K
I

S
A
N

F
R
A
N
C
I
S
C
O
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
D
O
C
S
E
A
R
L
S
/
48
do UE, 18 lutego :oo¡ r. Cargill poinformował kance-
larię premiera o wszczęciu postępowania arbitrażowego,
dotyczącego limitów przyznanych firmie przez ministra
rolnictwa. Cargill uznał limity produkcji za sprzeczne
z podpisanym przez premiera Mazowieckiego w 1,,o r. –
bardzo niekorzystnym dla Polski – Traktatem Waszyng-
tońskim o stosunkach handlowych między Polską i USA.
Firma uznała limity za „środek równoznaczny z wywłasz-
czeniem” i oceniła, że ich wprowadzenie kosztowało ją
1¡o mln USD.
W rzeczywistości Cargill domagał się odszkodowania
od rządu polskiego za limit, który wprowadziła Unia Eu-
ropejska, chroniąc opłacalność europejskich upraw bura-
ków cukrowych. Pytany przez PAP o tę sprawę, ówczesny
premier Leszek Miller potwierdzał: Wynegocjowaliśmy ok.
 tys. ton rocznie. Jeśli jakieś fabryki chciały produkować
więcej, to my byliśmy związani decyzjami Unii Europejskiej,
podobnie jak inne kraje. Po czterech latach, w lipcu :oo8 r.,
Cargill wygrał spór z Polską przed międzynarodowym
arbitrażem w Paryżu – naszemu krajowi nakazano wy-
płatę odszkodowania w wysokości  milionów dola-
rów, licząc wraz z odsetkami.
Tajemnica przedsiębiorstwa
Można postawić pytanie, czy monopolistyczna pozycja
Cargilla jako producenta izoglukozy w Polsce jest tematem
tabu dla urzędników państwowych? Wskazywałaby na to
decyzja prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumen-
tów z ¡ listopada :oo¡ r., zezwalająca na przejęcie przez fir-
mę Cargill Polska kontroli nad firmą Rel Alfa.
Oto, co możemy wyczytać w tej decyzji: Udział Fabry-
ki w Bielanach Wrocławskich w rynku syropów glukozowych
wyniósł w  r. [tajemnica przedsiębiorstwa], a w  r. –
[tajemnica przedsiębiorstwa], natomiast w rynku syropów
fruktozowych – [tajemnica przedsiębiorstwa] w każdym
z tych lat.
Czy jest to „tajemnica przedsiębiorstwa” dlatego,
że Cargill jest jedynym producentem izoglukozy w Pol-
sce i żadna inna firma nie otrzymała prawa jej produkcji
w naszym kraju? Dalej, jeżeli rzeczywiście jedna firma
ma -procentowy monopol na produkcję tego sło-
dzika, to czy UOKiK nie powinien interweniować, np.
wymuszając podział monopolisty na mniejsze podmio-
ty, tak jak to robi choćby Komisja Europejska? Przecież
przepisy mówią, że przedsiębiorca ma pozycję dominującą
już wtedy, gdy jego udział w rynku przekracza ¡o¾. Jak
urząd antymonopolowy może skutecznie działać, gdy opie-
ra się wyłącznie na danych uzyskanych od kontrolowanej
firmy, w dodatku takich, w których informacje o udzia-
le w rynku są wykropkowane? Jednocześnie pojawiają się
wątpliwości prawne – czy kwota produkcji izoglukozy dla
Cargilla została przyznana zgodnie z prawem? Dlaczego
kwotę produkcji przyznano tylko jednej firmie, bezpłatnie,
drogą bezprzetargową?
1, grudnia :ooo r. prezes urzędu antymonopolowego
wydał jeszcze jedną zaskakującą decyzję w sprawie Cargil-
la – udziela zgody na przejęcie przez tę korporację firmy
paszowej LNB, jednocześnie stwierdzając: Prezes UOKiK
[…] odstępuje od uzasadnienia niniejszej decyzji z uwagi na
to, iż decyzja w całości uwzględnia żądania strony, nie roz-
strzyga przy tym spornych interesów stron, nie została rów-
nież wydana na skutek odwołania. Czy prezes zapomniał, że
Skarb Państwa jest stroną w tym postępowaniu? Ciekawe,
iż urząd nie wspomina, czy przeprowadził w tej sprawie
jakiekolwiek postępowanie i na jakiej podstawie wydaje
swoją decyzję (prócz oświadczenia zainteresowanej firmy)?
Trudno też oprzeć się wątpliwości, czy urzędowi antymo-
nopolowemu nie chodzi o to, by ktoś inny zamiast niego
przeprowadził postępowanie sprawdzające, czy Cargill ła-
mie przepisy, czy też nie, i dopiero jeżeli coś znajdzie – wte-
dy on wkroczy do akcji.
Niepokojące prognozy cukrowników sprzed lat już
stały się faktem. Tylko w latach 1,,¡-:oo¡ powierzchnia
upraw buraków cukrowych w kraju zmniejszyła się z ¡oo
tysięcy hektarów do :;o tys., nastąpił także dramatycz-
ny spadek liczby plantatorów: z ¡oo tys. do ;: tys. Polska
z eksportera, stała się importerem cukru. Czy był to tylko
efekt reformy unijnego rynku, czy także konkurencji ze
strony taniej izoglukozy, za którą wystawiono nam wszyst-
kim słony rachunek?
Bez happy endu
Warto zadać pytanie, czy wyrosły w ostatnich dwudziestu
latach światowy system masowej produkcji żywności musi
być systemem, w którym najwięksi gracze, mający mono-
polistyczną pozycję, ograniczają suwerenność żywnościową
całych narodów, zaburzają równowagę klimatyczną planety,
żerują na publicznych finansach, znęcają się nad zwierzęta-
mi hodowlanymi, niszczą środowisko i miejsca pracy?
Niech odpowiedzią na to pytanie będą słowa Ro-
berta F. Kennedy’ego juniora, który tak skomentował
ekspansję w Polsce amerykańskiego koncernu Smith-
field Foods: Tak niedawno Polacy z wielkim poświęce-
niem obalili komunistyczną tyranię. Chcę do was gorąco
zaapelować: nie zgódźcie się na równie bezlitosną tyra-
nię korporacyjnych monopoli. Polska nigdy nie podda-
wała się obcym inwazjom, opór potrzebny jest również
dziś. Jeżeli Smithfield zwycięży, nie zrozumiecie ogromu
waszej klęski aż do chwili, kiedy będzie nieodwracalna.
Dziś Polska usiłuje dostosować się do zachodniego systemu
korporacyjnego rolnictwa. Proponuję inne rozwiązanie. Za-
miast ślepo kopiować systemy, które zbankrutowały w USA
i Europie, wylansujcie swoje walory. Wasze mięso smakuje
lepiej niż produkty z „fabryk świń”. Polska kiełbasa słynie na
cały świat. Konsument będzie zadowolony, że mięso pocho-
dzi od zwierzęcia, które hodowano w sposób humanitarny,
nie niszcząc środowiska i gospodarstw rodzinnych.
Marek Kryda
49
Szczególne nasilenie protestów przypadło na lato i jesień
:oo,. Niemal każdego tygodnia jakiś region Europy był
wówczas miejscem akcji zdesperowanych producentów
mleka. Czasem przybierały one formę jego rozdawnictwa,
jak miało to miejsce pod koniec sierpnia w Koszalinie czy
w drugiej połowie września w Paryżu. Innym razem rol-
nicy decydowali się na blokady dróg lub wylewanie mle-
ka na pola i przed siedzibami instytucji państwowych lub
unijnych.
Europejska polityka rolna i jej błędy
Już na początku lat 8o. Wspólnota Europejska miała spore
nadwyżki w produkcji rolnej, w tym znaczną nadproduk-
cję mleka. Dlatego w 1,8¡ r. wprowadzono kwoty mlecz-
ne, czyli mechanizm ograniczający produkcję. Założono
jej zmniejszenie o 1o¾ w porównaniu z rokiem 1,8¡. Dla
każdego kraju Wspólnoty ustalono pewien pułap sprzedaży
mleka – kraje historycznie produkujące go więcej, otrzyma-
ły wyższe kwoty niż te, gdzie produkcja mleczna była sto-
sunkowo niska. Rolnicy nabywali kwoty, których wielkość
odpowiadała ilości litrów mleka, jaką zamierzali sprzedać.
System ten przetrwał ponad dwie dekady, co nie zna-
czy, że był idealny. Poszczególne kraje, w tym Polska, na-
rzekały na zbyt niskie limity produkcji, podczas gdy in-
ne kraje nie zawsze w pełni wykorzystywały swoje. Za
przekroczenie kwot rolnicy płacili kary, co zawsze było
źródłem niezadowolenia. Krytycy systemu kwotowego
twierdzili, że faworyzuje duże farmy mleczne. Zwolen-
nicy tego mechanizmu odpowiadali, że brak kwot jesz-
cze bardziej utrwalałby przewagę takich gospodarstw,
gdzie hodowla setek lub tysięcy krów odbywa się w za-
mkniętych pomieszczeniach, w oparciu o pasze sojowe.
Brak regulacji produkcji byłby mniej korzystny dla
gospodarstw rodzinnych, prowadzonych na małą skalę,
które jeszcze szybciej niż obecnie znikałyby z krajobrazu
wiejskiego Europy. Kwoty miały więc stanowić swego ro-
dzaju ochronę interesów rolników, ale nie do końca roz-
wiązywały problem nadprodukcji, zwłaszcza w kontekście
rozszerzania Unii.
Wkrótce po przyjęciu nowych państw członkowskich
w :oo¡ r., radykalna organizacja rolnicza Via Campesina
krytykowała Unię za zbyt wysokie kwoty, które znacznie
przekraczały możliwości konsumpcyjne Europejczyków.
Z kolei eksport nadwyżek mleka często oznaczał dumping
jego cen w krajach nie wchodzących w skład UE. Mimo
tych i innych ostrzeżeń, zaczęły pojawiać się naciski ze stro-
ny zarówno Światowej Organizacji Handlu (WTO), jak
i państw członkowskich, nastawionych na wolny rynek, ta-
kich jak Dania czy Holandia, by kwoty mleczne znieść.
Wspólna Polityka Rolna (WPR) UE, która kiedyś
wprowadziła kwoty mleczne, w czasie swojej ostatniej du-
żej reformy w :oo¡ r. przyjęła kierunek opowiadający się
za ich likwidacją do końca marca :o1¡. Ta reforma oraz
następująca po niej mini-reforma z :oo8 r., określana ja-
ko „health check”, czyli kontrola zdrowia WPR, oznaczały
dostosowanie się do wymogów WTO i liberalizację euro-
pejskiego rynku rolnego. Europejska Komisarz ds. Rol-
nictwa i Rozwoju Wsi, Mariann Fischer Boel, która objęła
urząd w :oo¡ r., wielokrotnie podkreślała, że polityka rolna
Unii musi sprostać oczekiwaniom WTO, a wręcz popierać
koz|ane m|eko
Początek końca rodzlnnych
gospodarstw ro|nych¹
Annt Wì1owskt-kì11rn
Kryzys mleczny już na dobre zagościł na
naszym kontynencie. Rolnicy europejscy
od ponad roku narzekają na ceny skupu
mleka, niewspółmiernie niskie do kosztów
produkcji.
50
dalsze zaangażowanie w negocjacje w sprawie wolnego han-
dlu, tzw. Rundę z Doha. Komisarz uznała, że likwidacja
kwot nie podlega dyskusji, ale należy przygotować Europę
na sytuację braku ograniczeń produkcji mlecznej, przez
stopniowe zwiększanie kwot, począwszy od :oo8 r.
Pod koniec :oo; r. sytuacja na rynku mlecznym była
dobra dla producentów, ale mniej korzystna dla konsu-
mentów. Ceny mleka i jego przetworów były relatywnie
wysokie, a europejskie nadwyżki z zyskiem sprzedawano
do Chin. Litr mleka na rynku światowym kosztował wów-
czas około ¡: eurocenty. Rolnicy byli zadowoleni i raczej
nie spodziewali się, że proponowane przez UE stopniowe
zwiększanie kwot doprowadzi do katastrofy. Ostrzegały
jednak przed tym organizacje takie, jak Via Campesina
czy Food & Water Europe, która w lutym :oo8 r. wysłała
list do komisarz Fischer Boel, ostrzegając przed skutkami
zwiększenia kwot dla rolników posiadających małe stada
krów mlecznych. Analiza trendów na rynku mlecznym,
które Komisja Europejska rzekomo dokładnie zbadała, była
zdaniem Food & Water Europe zbyt optymistyczna.
Już kilka miesięcy później pierwsze oznaki niezadowo-
lenia ze strony rolników stały się widoczne. Na początku
czerwca :oo8 r. łotewscy rolnicy rozlewali mleko w cen-
trum Rygi i rozdawali je za darmo mieszkańcom, w pro-
teście przeciw podniesieniu kwot. W tym samym czasie
niemieccy rolnicy woleli niszczyć mleko niż sprzedawać
je po niskich cenach. W lipcu :oo8 r. zalali siedzibę KE
przesyłkami mlecznymi. Zaadresowane do samej Komisarz
Rolnictwa, wysłane zwykłą pocztą, najczęściej docierały do
jej biura w stanie zaawansowanego rozkładu. Pani Komi-
sarz na swoim blogu poprosiła rolników o zaprzestanie ak-
cji, wyrażając gotowość do rozmowy. Jednak zarówno ona,
jak i ministrowie rolnictwa krajów unijnych zaakceptowali
:o listopada :oo8 r. zwiększenie europejskiego limitu pro-
dukcji mleka o 1¾ w skali rocznej aż do :o1¡ r., gdy prze-
stanie on zupełnie obowiązywać.
Skutki tej decyzji stały się widoczne niemal od razu.
Już w styczniu :oo, r. media w Niemczech donosiły, że
w tym kraju sytuacja małych farm mlecznych jest gorsza
niż kiedykolwiek. Chociaż produkcja mleka w Niemczech
utrzymuje się od lat na podobnym poziomie, liczba farm
i krów mlecznych maleje od ponad dwudziestu lat. Gdy
w 1,8¡ r. Niemcy mogli pochwalić się ¡;o tysiącami farm
mlecznych, ich obecna liczba wynosi 1oo tys. Jednocześnie
ich średnia wielkość, najczęściej mierzona liczbą krów, wy-
kazuje tendencję wzrostową. Rolnicy (nie tylko w Niem-
czech, ale i w całej Europie) wpadają w pułapkę „po-
większ produkcję lub zrób miejsce innym”. Ci, którzy
chcą nadal czerpać dochody z produkcji mleka, zmuszeni
są do ekspansji. Małe farmy wypadają z gry.
Już na początku :oo, r. okazało się, że farmy obec-
nie niezdolne do przetrwania, nie są wcale małe ani
zaniedbane, a ich właściciele niekoniecznie są nieudol-
ni i dlatego zostali „negatywnie zweryfikowani przez
rynek”. Fakt, że Europa produkuje nazbyt dużo mleka, by
sprzedać je po dobrych cenach, może być zbyt trudnym
testem umiejętności menedżerskich nawet dla najbardziej
utalentowanego i zaangażowanego producenta.
Wiosna nie przyniosła poprawy sytuacji. W marcu
:oo, r. rolnicy z Niemiec, Austrii, Polski, Czech, Słowacji
i Słowenii protestowali w Pradze przeciwko niskim cenom
skupu mleka. Było ich około 8 tysięcy. Mniej więcej w tym
samym czasie demonstracje niezadowolonych producentów
odbywały się także w Bułgarii i Grecji.
W lecie protesty jeszcze bardziej się nasiliły. W lipcu
kilku niemieckich producentów mleka zwróciło się nawet
o pomoc do papieża Benedykta XVI, a już we wrześniu de-
monstracje, niszczenie i rozdawanie mleka miały miejsce co
kilka dni w różnych częściach Europy, przede wszystkim
w Belgii i Francji. Gniew rolników wzmógł się szczegól-
nie po raporcie o sytuacji w sektorze mlecznym, który KE
opublikowała :: lipca, twierdząc, że robi wszystko, co w jej
mocy, żeby im pomóc. Jednak zamiast zamrozić kwoty
mleczne, Komisja nadal chce ich stopniowego zwiększania,
co tylko utrwali nadprodukcję. KE skłonna jest zaoferować
rolnikom wyłącznie wsparcie finansowe dla prywatnego
przechowywania mleka i przywrócenie dopłat eksporto-
wych, mimo że niszczą one producentów w krajach rozwi-
jających się.
Rada Ministrów Rolnictwa UE, która zebrała się na
początku września, również zawiodła farmerów. Mini-
- reforma („health check”) okazała się nie tylko dla Fischer
Boel, ale także dla ministrów rolnictwa państw członkow-
skich ważniejsza niż los rolników, dla których produkcja
mleka już dawno przestała być opłacalna. Ministrowie
zigno ro wali prośby i żądania rolników, co spowodowało
wzmożenie protestów i falę krytyki ze strony organiza-
cji społeczeństwa obywatelskiego. Niektóre z nich wręcz
oskarżyły Komisję i ministrów, że powodem decyzji
o stopniowym zwiększaniu kwot mlecznych jest chęć
zapewnienia stałych dostaw taniego mleka dla wielkich
korporacji, jak Nestlé czy Kraft.
Chociaż oba te koncerny doświadczyły w ostatnich
miesiącach spadku zysków, to jednak w dobie globalnego
kryzysu ekonomicznego radzą sobie lepiej niż mniejsze fir-
my, a zwłaszcza mleczarnie. Nestlé jest największym świa-
towym odbiorcą mleka i w okresie spowolnienia rynków
w :oo8 r. odnotowało zyski netto w wysokości 1: miliar-
dów euro i ponad dwuprocentowy wzrost sprzedaży. Na
pewno kształtująca się na bardzo niskim poziomie świa-
towa cena mleka odegrała rolę czynnika wspomagającego
osiąganie zysków. Czy konsumenci kupują jednak produk-
ty Nestlé taniej niż uprzednio?
Pod koniec roku :oo, sytuacja w europejskim sekto-
rze mlecznym zaczęła się stabilizować. Ceny skupu wzro-
sły, co oznacza lekką poprawę sytuacji dla rolników, ale
nie dla konsumentów – bo ceny produktów mlecznych
w sklepach wzrosły jeszcze bardziej. Do końca czerwca
każdy z krajów Unii ma otrzymać pieniądze na wspar-
cie swoich producentów mlecznych. Całościowy koszt tej
51
pomocy ma wynieść  milionów euro. Być może po
wyczerpaniu środków sytuacja w sektorze znowu się po-
gorszy. Eksperci branży są w miarę optymistyczni i prze-
widują, że w kolejnych latach produkcja mleka w Unii bę-
dzie wzrastała tylko o ,, bo staje się ona coraz mniej
opłacalna, zwłaszcza dla drobnych producentów.
W takim świetle interpretacja planowanej likwidacji
kwot mlecznych jako mającej na celu eliminację mniejszych
producentów w sytuacji nadprodukcji i niskich cen, nie
wydaje się nielogiczna. Możliwość całkowitego upadku
małych farm w obliczu dalszej liberalizacji europejskie-
go rynku mlecznego – nie jest urojeniem pesymistów.
Gdy farmerzy posiadający małe stada krów mlecznych
porzucą produkcję z powodu jej nieopłacalności, wów-
czas korporacyjni producenci mogą pozostać jedynymi
graczami na rynku.
Mleko i Trzeci wiat
Komuś, kto nigdy nie doświadczył poczucia braku bezpie-
czeństwa żywnościowego, czyli stałej niepewności, kiedy
i czy w ogóle będzie można spożyć kolejny posiłek, trud-
no zrozumieć, jak wielkie znaczenie dla wiejskiej rodzi-
ny afrykańskiej może mieć posiadanie krowy. Krowa to
nie tylko mleko dla dzieci i ich rodziców, ale także mikro-
-przedsiębiorstwo. Nadwyżkę mleka można przetworzyć,
sprzedać, zamienić na inne artykuły spożywcze i środki
pierwszej potrzeby.
Niestety, jeśli globalna cena mleka spada, to afrykań-
ski farmer otrzyma za swoje mleko bardzo mało pieniędzy.
Gdy na rynkach krajów Trzeciego Świata mógł kupić
tanie mleko w proszku z Europy, to nikt nie da dobrej
ceny rodzimemu drobnemu producentowi. Świeże, lo-
kalne mleko przegrywa konkurencję z subsydiowanym
mlekiem w proszku, którego na nasyconym Starym
Kontynencie nikt już nie chciał.
Dumping nadwyżek mleka i produktów mlecznych
z krajów rozwiniętych może poważnie zakłócić funkcjono-
wanie sektora spożywczego w Trzecim Świecie. Tak było
w Kenii w  r., gdy to samowystarczalne pod wzglę-
dem produkcji mleka państwo zostało zalane europejskim
mlekiem w proszku i masłem. Ceny tych produktów nie
były wysokie, gdyż firmy eksportujące je (w tym Nestlé)
otrzymały dopłaty eksportowe. W rezultacie kenijskie mle-
czarnie i przetwórnie zaczęły oferować rodzimym farme-
rom tak niskie ceny za świeże mleko, że produkcja stała się
nieopłacalna.
Burkina Faso to kolejny kraj, gdzie ogólnodostępne
i tanie mleko w proszku, pochodzące z Europy, utrudniało
b a ISHAIP, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/ISHAIP/
52
lokalnym rolnikom sprzedaż świeżego mleka. Także
w Egipcie wiosną :oo, r. wzmożony import sproszkowane-
go mleka znacznie pogorszył sytuację rodzimych producen-
tów. Zaczęli domagać się wprowadzenia ceł antydumpingo-
wych, ale to z kolei spotkało się ze sprzeciwem przemysłu
przetwórczego i samych konsumentów, obawiających się
znacznego wzrostu cen produktów nabiałowych.
Przykłady te pokazują, że oburzenie, jakie opinia pu-
bliczna kieruje pod adresem europejskich rolników nisz-
czących mleko w aktach protestu, nie jest do końca uza-
sadnione. Trudno pochwalać takie metody, ale warto roz-
ważyć, jak bardzo zdesperowany musi być farmer decy-
dujący się na wylanie mleka, w którego produkcję włożył
swój czas, pracę i pieniądze. Rolnik taki nie ma możli-
wości wysłania tego mleka do afrykańskich sierocińców
lub miejsc zamieszkałych przez uchodźców wojennych.
Przetworzenie mleka na sproszkowane i jego wysyłka, to
kosztowny proces – zwykle nie zajmują się tym rolnicy
indywidualni, lecz wielkie koncerny i to właśnie one do-
stają dopłaty eksportowe. Wysłane do Trzeciego Świata
mleko może teoretycznie dotrzeć do potrzebujących, ale
częściej przynosi więcej szkody niż pożytku. Lepiej byłoby
stworzyć tamtejszym rolnikom dobre warunki produkcji
i sprzedaży własnego mleka. Przyniosłoby to ich stopniowe
uniezależnienie od pomocy żywnościowej i pozwoliłoby
na zatrzymanie środków finansowych w społecznościach
rolniczych, a nie w rękach agrobiznesu.
Po drugiej stronie Atlantyku
Kryzys mleczny to zmartwienie nie tylko Europy i produ-
centów z Trzeciego Świata. Jego zasięg jest szerszy i dotyka
rolników tradycyjnie uważanych za najbardziej uprzywile-
jowanych, czyli tych z Ameryki Północnej.
Branża mleczarska przeszła tam w ostatniej dekadzie
ogromną transformację. Chociaż wielkość produkcji mlecz-
nej w Stanach Zjednoczonych utrzymuje się mniej więcej
na stałym poziomie, to liczba farm mlecznych stopniowo
maleje. Tylko w ciągu ostatniej dekady przestało ist-
nieć ponad  tysięcy takich gospodarstw. Te, które
przetrwały, stają się coraz większe; wiele z nich to me-
gafarmy. Co prawda jeszcze w  r. większość amery-
kańskiego mleka pochodziła z farm, które liczyły mniej
niż  krów, ale już dziesięć lat później sektor mleczny
zdominowały gospodarstwa, gdzie liczba krów przekra-
czała , zaś jedną czwartą farm stanowiły przedsię-
biorstwa przemysłowe o  i więcej krów.
Około ¡o¾ krów mlecznych w hodowli zamkniętej na
farmach przemysłowych otrzymuje hormon (rBGH) zwięk-
szający ich mleczność, a gdy nadmiar mleka doprowadza je
do infekcji, są leczone antybiotykami. Nie mają dostępu do
pastwisk. Karmi się je paszami zawierającymi kukurydzę,
mimo że ich przewody pokarmowe nie są przystosowane
do takiego pożywienia. Mniejsze farmy mleczne rzadziej
stosują hormon wzrostu i antybiotyki, za to ich właściciele
częściej wypasają swoje krowy, a wielu z nich także uprawia
rośliny na paszę. Im jednak najtrudniej jest przetrwać w co-
raz bardziej skonsolidowanym i korporacyjnym sektorze
mlecznym.
Mleko jest produktem nietrwałym, więc farmer musi
je szybko sprzedać. W sytuacji istnienia niewielkiej ilości
przetwórni skupujących mleko, skazany jest na tzw. spół-
dzielnię rynkową Dairy Farmers of America, która powią-
zana jest z dużymi firmami przetwórczymi, takimi jak De-
an Foods. Ta ostatnia firma kontroluje ¡o¾ podaży płyn-
nego mleka i oo¾ produkcji mleka ekologicznego w całym
kraju. W niektórych stanach, takich jak Michigan, Massa-
chusetts czy New Jersey, jej udział w rynku wynosi ;o-8o¾.
Firma ta nie narzeka na kryzys mleczny, gdyż od początku
roku :oo, odnotowała ¡:-procentowy wzrost zysków. Dla
Dean Foods nastał „wspaniały, słoneczny dzień”, jak okre-
ślili to szefowie firmy.
Tymczasem rok :oo, przyniósł producentom mleka
w USA tak duży spadek cen, że niektórzy z nich sza co wali
swoje straty na :oo dolarów na miesiąc w przeliczeniu na
jedną krowę. Kilka miesięcy później media określiły sy-
tuację farm mlecznych jako najgorszą od czasu Wielkiego
Kryzysu. Tak jak osiem dekad temu, tak i teraz zanoto-
wano przypadki samobójstw wśród rolników zajmujących
się produkcją mleczną. W ciągu sześciu miesięcy, od
grudnia  r., ceny płacone rolnikom za mleko spa-
dły o połowę, podczas gdy obniżka cen mleka na pół-
kach sklepowych była prawie niezauważalna. Ponad
1oo tys. krów mlecznych sprzedano przetwórcom woło-
winy. Amerykańskie Ministerstwo Rolnictwa skupuje co
prawda nadwyżki mleka (w postaci mleka sproszkowane-
go, masła i sera), jednak rolnicy narzekają, że ceny otrzy-
mywane w ramach tego programu są niższe od stawki
światowej.
Gorzką ironią jest to, że Amerykanie zajmujący się
produkcją mleka i nauczeni, że rynek powinien opie-
rać się na konkurencji, padają ofiarą kilku korporacji,
które zdominowały rynek mleczny. Odbywa się to za
przyzwoleniem spółdzielni Dairy Farmers of America,
która powinna reprezentować interesy rolników. Rol-
nicy oskarżają ją o sztuczne zaniżanie cen. Producenci
mleka z Południowego Zachodu wkroczyli na drogę sądo-
wą, oskarżając Dairy Farmers of America i Dean Foods
o działania wymierzone w wolną konkurencję, drapieżczą
politykę biznesową i de facto stworzenie kartelu mlecznego
w tym regionie USA. Wcześniej Ministerstwo Sprawiedli-
wości USA przez dwa lata prowadziło śledztwo przeciw nim
w związku z praktykami monopolistycznymi, lecz admini-
stracja prezydenta Busha położyła kres tej sprawie. Obecnie
trzech senatorów żąda, by nowe kierownictwo wydziału
antymonopolowego Ministerstwa Sprawiedliwości wzno-
wiło śledztwo.
Ze swojej zaś strony wszczęli postępowanie przeciw
nim na drodze cywilnej. Niezależnie od tego, jak poto-
czy się ta sprawa i czy Ministerstwo Sprawiedliwości na
nowo zajmie się praktykami firmy Dean Foods, rolnicy
53
Śwlatowy bestseller
w 8lbllotece „Obywatela”
Na[wlększy na śwlecle koncern blotechnologlczny, ñrma
Monsanto, chce narzuclć organlzmy modyñkowane
genetycznle (GMO) śwlatowemu rolnlctwu l rynkowl
spożywczemu. Zmlerza do tego „po trupach” – stosu[ąc
korupc[ę, zastraszanle, fałszu[ąc wynlkl badań naukowych...
Marle-Monlque Pobln prezentu[e fakty nle budzące
wątpllwoścl, przedstawla zgodne l llczne zeznanla, u[awnla
nleznane dokumenty. Dzlś, gdy w Lurople trwa ożywlona
debata na temat zdrowotnych, społecznych l ekologlcznych
konsekwenc[l łączących slę ze stosowanlem GMO w produkc[l
żywnoścl, kslążka ta po[awla slę we właśclwym momencle.
Do publlkac[l dołączona [est bezpłatna płyta DvD zawlera[ąca
cztery ñlmy pośwlęcone zagrożenlom zwlązanym z GMO.
i organizacje walczące o ochronę ich interesów oraz o pra-
wa konsumentów stwierdzają, że większa rządowa kontrola
nad sektorem mlecznym jest niezbędna.
Globalna krowa wolnego handlu?
Znamienne, że kryzys mleczny może być tak wszechogar-
niający, gdy sprzedaż rynkowa obejmuje tylko  mleka
produkowanego na świecie. Cena światowa jest dziw-
nym, abstrakcyjnym konstruktem, który potrafi do-
prowadzić rolników do bankructwa. To tak, jakby ist-
niała jakaś globalna krowa, której mleko wycenia się
na globalnym rynku i mleko innych krów powinno
mieć przybliżoną wartość. Poddanie rolnictwa, w tym
sektora mlecznego, bezpośredniemu działaniu ryn-
ku bez zachowania mechanizmów ochronnych, gro-
zi czymś więcej niż tylko zawirowaniami w branży
mleczarskiej. Drobne farmy mleczne przestają mieć ra-
cję bytu, bo gdy rynek jest niestabilny, łatwiej utrzymać
rentowność dużych farm, gdzie koszty produkcji w prze-
liczeniu na litr mleka są niższe. Korporacyjni przetwór-
cy wolą mieć do czynienia z dużymi farmami, bo łatwiej
pracuje się z kilkoma dużymi dostawcami niż z wielką
liczbą drobnych partnerów. Rodzinne farmy mleczne są
w świecie biznesu agro-spożywczego traktowane jako re-
likty przeszłości.
Powszechna akceptacja ideologii wolnego handlu spra-
wia, że przetrwanie farm rodzinnych i witalność obszarów
wiejskich przestają mieć jakiekolwiek znaczenie dla poli-
tyków odpowiedzialnych za kwestie rolne i żywnościowe.
Jednak, jak pokazuje przykład USA, rynek mleczny wcale
nie jest wolny czy oparty na zasadach uczciwej konkuren-
cji. W Europie, mimo pozornej troski o rolników, polityka
mleczna jest prowadzona w interesie korporacji agrobizne-
sowych. Zatem krytyka i słowa potępienia, których opinia
publiczna nie szczędzi rolnikom za rozlane mleko, powinny
być skierowane gdzie indziej.
Należy kwestionować sens liberalizacji polityk rol-
nych, które z jednej strony nie zapewniają przetrwania
rodzinnym gospodarstwom, a z drugiej – godzą się na
dopłaty eksportowe dla korporacji.
Anna Witowska-Rier
Cena – zł (zawlera koszty
wysyłkl), w kslęgarnlach – ¸p zł
Proslmy o wpłatę takle[ kwoty na konto:
Stowarzyszenle „Obywatele Obywatelom”
ul. wlęckowsklego ¸¸/+z6, po-)¸( Łodź
8ank Społdzlelczy Pzemlosła,
ul. Monluszkl 6, po-+++ Łodź
numer konta: )8 8)8( ooo¸
zoo+ oooo +¸(( ooo+
w oplsle proslmy wplsać „Monsanto”
(brak te[ lnformac[l spowodu[e
odłożenle wysyłkl w czasle).
Kslążkę można nabyć w naszym skleplku wysyłkowym – szczegoły na stronle
www.obywatel.org.pl/sklep oraz pod numerem telefonu ¸o( z68 zo6
P
a
t
r
o
n
a
t

m
e
d
l
a
l
n
y
:
Publlkac[a wydana w ramach
kampanll „Naturalne Geny”
www.naturalnegeny.pl
54
 czerwca  r. trzech robotników-imigrantów poniosło
śmierć w wyniku upadku, po zawaleniu się rusztowania na
wysokości . piętra na budowie nieopodal Uniwersytetu
Teksasu w Austin. Tragiczna śmierć Wilsona Joela Iría-
sa Cerritos, Raudela Ramíreza Camacho i Jesúsa Ángela
Lópeza Pérez poruszyła społeczność latynoskich imigran-
tów w Austin. Utrata trzech młodych robotników z Mek-
syku i Ameryki Środkowej w ponury sposób przypomniała
o niebezpieczeństwach związanych z pracą na budowach
w stanie samotnej gwiazdy.
Teksas jest jednym z najszybciej rozwijających się sta-
nów, z ogromną liczbą ludności, przekraczającą  miliony,
oraz z prężnym przemysłem budowlanym, mającym za-
spokoić jego rosnące potrzeby. Koszty wzrostu ponoszą
jednak w dużej mierze ci, którzy pracują przy budowie
nieruchomości komercyjnych, mieszkań i infrastruk-
tury. W Teksasie co dwa i pół dnia traci życie kolejny
robotnik budowlany. Według najnowszych danych De-
partamentu Pracy USA, w samym tylko  r. na tamtej-
szych budowach odnotowano  ofiary śmiertelne (więcej
niż w roku poprzednim, w którym było ich ). Statystyki
te czynią z Teksasu najbardziej zabójczy dla robotników bu-
dowlanych stan, zdecydowanie wyprzedzający drugą w ko-
lejności Kalifornię.
– Branżę [budowlaną] w Teksasie dotyka problem złych
warunków pracy oraz braku podstawowej ochrony bezpieczeń-
stwa i zdrowia – twierdzi Christina Tzintzún z Workers De-
fense Project (WDP, Inicjatywa Obrony Pracowników), or-
ganizacji zrzeszającej latynoskich robotników-imigrantów,
mającej swoją siedzibę w Austin. – Sytuacja w Austin daje
obraz trudności istniejących w całym stanie.
Przez ostatnie siedem lat WDP zmobilizowała ty-
siące robotników-imigrantów do walki z wyzyskiem
szerzącym się w przemyśle budowlanym w Austin. Co-
raz silniejsza baza społeczna WDP to rezultat party-
cypacyjnego modelu funkcjonowania tej organizacji.
Kładzie on szczególny nacisk, by liderami stawały się
osoby bezpośrednio dotknięte niesprawiedliwością. Po
latach pracy u podstaw, budowania sojuszy i akcji bez-
pośrednich, WDP zaczęła radzić sobie z najgorszymi
nadużyciami w branży. A robi to oddolnie.
Ukryte koszty rozwoju
W połowie czerwca  r. Workers Defense Project opu-
blikowała obszerny raport poświęcony branży budowlanej,
zatytułowany „Building Austin, Building Injustice: Con-
struction Working Conditions in Austin, Texas” (Budując
Austin, budując niesprawiedliwość: warunki pracy w bu-
downictwie w Austin w stanie Teksas). Badanie to przepro-
wadzone zostało we współpracy z Uniwersytetem Teksasu
w Austin oraz Uniwersytetem Illinois w Chicago. Raport
opiera się na trwającej ponad rok analizie lokalnych, sta-
nowych i federalnych danych, a także na  wywiadach
pogłębionych z robotnikami budowlanymi w miejscu ich
pracy oraz na  wywiadach z lokalnymi pracodawcami.
„Building Austin” dostarcza szokujących informacji o spo-
łecznych i ekonomicznych kosztach rozwoju miasta.
Austin, znane jako „światowa stolica muzyki na ży-
wo”, znalazło się pod względem rozwoju na czele teksań-
skich miast. Jego nowoczesny charakter i prężna scena mu-
zyczna przyciągnęły w ostatnich latach dużą liczbę nowych
mieszkańców. Miasto zajęło w ten sposób drugie miejsce na
liście najszybciej rozwijających się obszarów metropolitar-
nych w kraju. Dźwigi dominujące nad śródmieściem oraz
rozsiane po całym Austin drewniane szkielety przyszłych
domów, to namacalne dowody rozwoju. Jednak patrząc na
place budowy, niewielu mieszkańców Austin zdaje się do-
strzegać problemy robotników.
Siła robocza na budowach w Austin składa się, po-
dobnie jak w wielu innych miastach Stanów Zjednoczo-
nych, w głównej mierze z latynoskich imigrantów. Ponad
dwie dekady neoliberalnych reform – charakteryzujących
się dążeniem do „liberalizacji” wolnego rynku poprzez
skrajną prywatyzację i deregulację – zmusiły tysiące miesz-
kańców Meksyku i Ameryki Środkowej do opuszczenia
własnych domów, nierzadko także rodzin, i poszukiwania
Oddo|na budowa
|epszego Austln
CtnLos Pénrz br ALr|o
Imigranccy robotnicy stawiają czoła bizne-
sowi budowlanemu w stolicy stanu Teksas.
55
pracy w Austin i innych miastach „El Norte” [„Północy”,
czyli USA – przyp. red. „Obywatela”]. W latach :ooo-:oo;
latynoska populacja Austin wzrosła o ¡¡¾, a odsetek laty-
noskich robotników budowlanych o 1¡¾. Pracują oni za-
zwyczaj długimi godzinami, otrzymując niewiele lub wręcz
nic. Fakt bycia imigrantami naraża ich często na wyzysk ze
strony pracodawców pozbawionych skrupułów.
– Każdego roku odnotowujemy coraz więcej przypadków
niewypłacania wynagrodzeń – mówi Emily Timm, koor-
dynatorka ds. sprawiedliwości w miejscu pracy, zajmująca
się takimi przypadkami z ramienia WDP. – Poziom nad-
użyć jest wielce niepokojący, zwłaszcza od czasu wybuchu kry-
zysu ekonomicznego. Ponieważ nie wszystkie przypadki są
zgłaszane, niemożliwe jest precyzyjne określenie skali
nieprawidłowości. WDP szacuje, że w przypadku ro-
botników budowlanych chodzi co roku o kwotę blisko
 milionów dolarów zaległych płac. Wobec możliwości
szantażu, imigranci pracujący „na czarno” są szczegól-
nie narażeni na wszelkiego rodzaju nadużycia.
We wspomnianym raporcie, poza przypadkami zalega-
nia z wynagrodzeniem, odnotowano także inne patologie.
Połowa robotników budowlanych, z którymi przeprowa-
dzono wywiady, przyznała, że nie otrzymali pieniędzy za
nadgodziny. Aż ¡¡¾ – pracowało za głodowe stawki. Jeden
na pięciu doznał podczas pracy uszczerbku na zdrowiu, wy-
magającego pomocy medycznej. o¡¾ robotników nie zosta-
ło przeszkolonych w zakresie BHP, a wielu z nich musiało
na własną rękę zapewnić sobie wyposażenie ochronne.
Kulejący system nadzoru przez lata nie zajmował się
złymi warunkami pracy w stolicy stanu. Większość spo-
śród pytanych robotników nigdy nawet nie słyszała o Oc-
cupational Safety and Health Administration [Urząd ds.
Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, jedna z agencji Departa-
mentu Pracy USA – przyp. tłum.], nie mówiąc już o innych
służbach. Mimo raptownego rozwoju branży budowlanej,
Teksas zajmuje czwarte miejsce na liście stanów z najmniej-
szą liczbą inspektorów OSHA. Według „Building Austin”,
ani jeden spośród robotników, którym nie wypłacono na
czas ich wynagrodzeń, nie zgłosił tego do Texas Work-
force Commission (Teksańskiej Komisji ds. Pracowników
Najemnych), Departamentu Pracy lub policji – instytucji
zajmujących się takimi przestępstwami. Wielu robotników
zwracało się po należne im wynagrodzenia bezpośrednio
do pracodawców, którzy okazali się jednak głusi na żąda-
nia. Wielu spośród tych, którzy zaryzykowali spotkanie
z szefem, straszono następnie zwolnieniem lub zgłoszeniem
do władz zajmujących się imigrantami. Niektórym robot-
nikom grożono nawet przemocą.
Niedbałe egzekwowanie prawa w przemyśle budow-
lanym to efekt ponad dwudziestu lat intensywnej dere-
gulacji, która zapoczątkowana została przez administrację
Reagana, lecz praktykowana jest także w dobie obecnego
kryzysu ekonomicznego. Dwutygodnik „Texas Observer”
stwierdził, że w tym okresie „przestrzeganie prawa stało
się w dużej mierze kwestią dobrej woli”. Texas Workforce
Commission, stanowa agencja odpowiedzialna za bada-
nie nieprawidłowości związanych z płacami oraz czasem
pracy, od 1,,¡ r. nie przeprowadziła ani jednej inspekcji
w terenie. W rzeczonym roku legislatura stanowa znacząco
obcięła budżet agencji. Od tego czasu badanie nieprawi-
dłowości odbywa się wyłącznie za pośrednictwem telefo-
nów i e-maili, a rozsiane po stanie biura terenowe agencji
zostały zamknięte. Cały Teksas obsłużyć musi zaledwie :¡
inspektorów prawa pracy i to z jedynego biura mieszczące-
go się w centrum Austin.
W obliczu braku działającego systemu kontroli,
WDP zajęła się organizacją tysięcy nielegalnych robot-
ników. Mieli sprawić, by branża budowlana stała się
bardziej sprawiedliwa.
8udując od fundamentów
Workers Defense Project powstała w sierpniu :oo: r. w od-
powiedzi na coraz liczniejsze przypadki niewypłacania
wynagrodzeń robotnikom-imigrantom w Austin. Inicja-
tywa zaczynała jako organizacja skupiająca się na pomocy
potrzebującym, głównie w dochodzeniu roszczeń płaco-
wych, w której kluczowe rolę odgrywali przede wszystkim
biali mężczyźni. Po pewnych zmianach kadrowych, okre-
śleniu strategii rozwoju i ostrożnym stworzeniu bazy or-
ganizacyjnej, stała się jedną z najbardziej dynamicznych
struktur opartych na masowym członkostwie i wewnętrz-
nej demokracji, działających na rzecz praw pracowniczych
w Austin.
Nìrosner
rczrkwownnìr
runwn w ruzruvstr
suoowtnnvu
1o rrrk1 ronno
owuozìrs1u tn1
ìn1rnsvwnrj
orurcutncjì
b
n
a

D
A
N

M
A
C
H
O
L
D
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
M
Y
B
L
O
O
D
Y
S
E
L
F
/
56
– W ostatnich latach znacznie się rozwinęliśmy – mówi
Christina Tzintzún, będąca w WDP niemalże od począt-
ku. – Staliśmy się organizacją zarządzaną przez człon-
ków, pracującą u podstaw. Wierzymy, że prawdziwa
siła bierze się z oddolnych inicjatyw, tworzonych przez
ludzi bezpośrednio dotkniętych społeczną i ekonomicz-
ną nierównością.
Demokratyczne uczestnictwo ponad  latynoskich
robotników-imigrantów jest cenione i wspierane na wszyst-
kich szczeblach organizacji. Członkowie biorą udział w po-
dejmowaniu kluczowych decyzji podczas comiesięcznych
dyskusji na zgromadzeniu ogólnym, podczas cotygodnio-
wych spotkań Komitetu Robotników Budowlanych oraz
poprzez zarząd, w którym robotnicy zajmują ponad połowę
stanowisk. Rosnący zakres partycypacji, mimo pewnych
trudności, doprowadził do okrzepnięcia WDP jako orga-
nizacji i wzmocnił determinację jej członków w walce na
rzecz zmian społecznych. – Nam jako robotnikom [WDP]
daje poczucie, że jesteśmy w stanie zmienić bieg wydarzeń –
mówi Martín Ruíz, działacz inicjatywy. – Jesteśmy tu, po-
nieważ wszyscy należymy do organizacji, jesteśmy częścią jed-
nej rodziny.
Ruíz wstąpił do WDP rok temu, gdy pracodawca od-
mówił mu zapłaty za nadgodziny. Od tego czasu uczest-
niczył w kilku akcjach bezpośrednich przeciwko praco-
dawcom, przemawiał podczas ostatniego pochodu z okazji
Święta Pracy i brał aktywny udział w rekrutacji nowych
członków. Ruíz jest teraz w WDP jednym z głównych ko-
ordynatorów szkoły liderów.
Szkoła ta, odwołująca się do tradycji szkolnictwa lu-
dowego, które kładzie nacisk na praktyczne doświadcze-
nie jako podstawę wiedzy i działania, w ciągu ostatnich
lat znacząco się rozrosła. Zaczynano od kursów dotyczą-
cych praw pracowniczych, a obecnie porusza się tam takie
tematy, jak globalizacja, kwestie rasowe, imigracja, rów-
ność płci, historia Stanów Zjednoczonych czy sztuka prze-
mawiania. – Rząd nie sprawi, że ludzie przejrzą na oczy –
twierdzi Ruíz. – Uniwersytet z kolei nie będzie się skupiał
na ich robotniczych doświadczeniach. Tutaj natomiast mogą
zdobywać wiedzę, bazując na przeżyciach własnych i innych
osób… Dzielą się tu doświadczeniami – i doświadczają ra-
dości z dzielenia się.
Model edukacji uczestniczącej wykorzystywany
w WDP ma umożliwić dotarcie do źródeł społecznych nie-
równości i pomagać robotnikom w zrozumieniu ich wła-
snego położenia. Jest on jednak czymś więcej niż tylko
narzędziem analitycznym. W edukacji członków organizacji
chodzi o wynajdywanie potencjalnych liderów i rozwijanie
ich umiejętności przywódczych – zauważają Bill Fletcher Jr.
i Fernando Gapasin w książce „Solidarity Divided: e
Crisis in Organized Labor and a New Path Toward Social
Justice” (Rozłam solidarności: kryzys ruchu pracowniczego
i nowe drogi ku sprawiedliwości społecznej). Jej celem jest
zapewnienie zestawu instrumentów, których aktywiści będą
mogli używać, by… działać we własnym interesie.
Akcja bezpośrednia: to działa!
Wielu robotników dzięki działalność w WDP przekonu-
je się, czym jest akcja bezpośrednia. Organizacji udało
się odzyskać w sumie ponad  tys. dolarów z łącznej
kwoty niewypłaconych wynagrodzeń. Niektórych pra-
codawców da się skłonić do ustępstw poprzez negocjacje,
pozostałych trzeba „przekonywać” w nieco inny sposób.
Gdy jakiś pracodawca uparcie odmawia zapłaty, WDP mo-
bilizuje swych członków i sprzymierzeńców w społeczności
lokalnej, by wspólnie stawić czoła problemowi.
Pod koniec  r. KB Home, jedna z największych
firm budowlanych w kraju, wypłaciła, po pięciu miesią-
cach nacisków ze strony WDP, prawie  tysięcy dolarów
zaległej pensji zrzeszonym w organizacji robotnikom pra-
cującym przy budowie luksusowych domów. Kampania
przeciwko KB osiągnęła apogeum we wrześniu, gdy ponad
 zwolenników, działaczy związkowych oraz religijnych
dołączyło do WDP i rozpoczęło okupację siedziby firmy
w północnej części Austin. Ominąwszy ochronę, protestu-
jący wdarli się do głównego holu i otoczyli recepcję. Żądali
natychmiastowej wypłaty wynagrodzenia dla robotników.
Następnego dnia KB skontaktowała się z Workers Defense
Project i zgodziła spełnić żądania.
W trakcie walki o konkretne, doraźne cele uwi-
dacznia się potęga kolektywnego działania. Akcja bez-
pośrednia wzmacnia w ten sposób poczucie solidarności
między robotnikami i ich sojusznikami ze społeczności
lokalnej. – Zastępując polityków, którzy mieliby wpro-
wadzać pożądane zmiany – stwierdza Ruíz – [akcja
bezpośrednia] pozwala nam uwierzyć, że poprzez zjed-
noczenie się i samoorganizację sami jesteśmy w stanie
coś zmienić. W mieście pozbawionym sprawnego aparatu
egzekwującego przestrzeganie prawa pracy, WDP wzięła
sprawy w swoje ręce. Organizacja połączyła robotników
oraz ich sojuszników we wspólnej walce o bardziej sprawie-
dliwe warunki pracy.
Publikacja „Building Austin, Building Injustice” po-
zwoliła zwrócić wreszcie społeczną uwagę na warunki pa-
nujące w branży budowlanej w Austin. W odpowiedzi na
raport, Hilda Solis, sekretarz Departamentu Pracy, ogłosiła,
że inspektorzy OSHA z innych stanów zajmą się badaniem
nadużyć w Teksasie. Mimo tego WDP wciąż ma ręce pełne
roboty. Jak wskazuje Ruíz, walka nie ogranicza się jedynie
do miejsca pracy, ale toczy się także w społecznościach lokal-
nych – o to, by wciągnąć do działania jak najwięcej ludzi.
Carlos Pérez de Alejo
Tłum. Mateusz Batelt
Więcej informacji na stronach www.workersdefense.org
i www.buildaustin.org.
Tekst pierwotnie ukazał się w numerze dwumiesięcznika
„Dollars & Sense” (wrzesień-październik ). Strona interne-
towa czasopisma: www.dollarsandsense.org.
57
Współczesna Afryka kojarzy się przeciętnemu odbiorcy
przekazów medialnych z Czarną Dziurą. Wyobraża on so-
bie, że kontynent zaludniają wyłącznie dzieci z wydętymi
od głodu brzuchami, ekscentryczni dyktatorzy w wojsko-
wych mundurach i zdesperowani uchodźcy zmierzający do
Europy. Pomiędzy nimi przemykają bezradni misjonarze,
od czasu do czasu zagląda Madonna, żeby zaadoptować
dziecko z Malawi, albo książę Harry, aby pomóc remon-
tować szkołę w Lesotho. To, co dobre, jak może się wyda-
wać, przybywa z zewnątrz: pomoc humanitarna od ONZ
i organizacji charytatywnych, a także zachodnie wzorce
i pomysły.
Wybuch bomby, porwania dla okupu czy inne spekta-
kularne tragedie są chwytliwymi newsami. Żmudna praca
na rzecz poprawy jakości rządów, wzmocnienia społeczeń-
stwa obywatelskiego, długoterminowe procesy ekonomicz-
ne – nie są. W ten sposób odbiorcę omija fascynujący mo-
ment w historii Afryki. Bez udziału Zachodu mają tam
miejsce zjawiska, które trwale odmieniają jej oblicze.
Bohaterowie dnia codziennego
Gdy zapytać grupy studentów, kto słyszał o Mobutu Sese
Seko czy o cesarzu Bokassie, podniesie się las rąk. Dawni
tyrani z Zairu i Środkowej Afryki, lubujący się w zbytkach
i okrucieństwach, na tyle wryli się w powszechną świado-
mość, że są jednymi z pierwszych automatycznych skoja-
rzeń, jakie wywołuje hasło „Afryka”.
Idźmy tym tropem i zapytajmy o kolejne nazwiska
wpływowych afrykańskich przywódców: Festus Mogae,
Joaquim Chissano… To postaci nieobecne na ekranach te-
lewizorów, mimo że ich rolę trudno przecenić. Emerytowa-
ni już prezydenci Botswany i Mozambiku wykonali i wy-
konują nadal nieocenioną pracę dla rozwoju swoich państw
i regionu. Botswana to niemal modelowa demokracja, dla
której zasoby naturalne (diamenty) stały się źródłem prospe-
rity, a nie walki o władzę. Mogae postawił na walkę z ubó-
stwem i AIDS, a także na zróżnicowanie gospodarki, w ce-
lu uniezależnienia kraju od wahań koniunktury. Z kolei
Chissano po zakończeniu pełnej sukcesów prezydentury
w Mozambiku, z dala od kamer niestrudzenie występuje
jako mediator w różnych punktach zapalnych kontynentu.
Czy nie warto wydobywać na światło dzienne i dawać
za przykład „bohaterów dnia codziennego”? To pytanie za-
dał sobie sudański biznesmen i filantrop Mo Ibrahim. Od
trzech lat opracowuje on, we współpracy z dziesiątkami
afrykańskich ośrodków badawczych, Afrykański Indeks
Jakości Rządów, ocenę sukcesów i porażek poszczególnych
państw w oparciu o niemal setkę kryteriów. Jej wyniki są
publicznie ogłaszane i szeroko analizowane w mediach, ko-
mentowane przez ekspertów i samych rządzących. Fundacja
Mo Ibrahima, począwszy od  r., przyznaje też nagro-
dy dla najlepszych byłych liderów politycznych; Chissano
i Mogae to właśnie pierwsi z jej laureatów. Rok  przy-
niósł rozszerzenie listy państw uwzględnianych w rankin-
gu – doszły arabskie kraje Afryki Północnej, więc obecnie
ocenie poddawane są już wszystkie państwa kontynentu.
Zauważalne jest także, zgodne z intencją twórców Indeksu,
silniejsze oparcie się na pracy lokalnych ośrodków badaw-
czych. Dowodem na to, że nagroda nie jest przyznawana
pochopnie, jest choćby fakt, iż w ubiegłym roku nie uhono-
rowano żadnego byłego przywódcy, mimo silnych kandy-
datur, takich jak eks-prezydent Ghany, John Kufuor.
Rządy pod tablicą
Mo Ibrahim wychodzi z założenia, że problemów Afry-
ki nie można w nieskończoność tłumaczyć skutkami
kolonializmu i oczekiwać pomocy z zewnątrz. Trzeba
za to skoncentrować się na wyławianiu dobrych przy-
kładów i zachęcać do korzystania z tych doświadczeń.
Indeks Jakości Rządów zaczyna zajmować w debacie pu-
blicznej miejsce obok takich renomowanych rankingów, jak
ONZ-owski Wskaźnik Rozwoju Społecznego (HDI) czy
Światowy Wskaźnik Wolności Prasy, opracowywany przez
organizację Reporterzy Bez Granic.
Przede wszystkim jednak możliwość porównania wy-
ników własnych rządów na przestrzeni kolejnych lat daje
obywatelom narzędzie nacisku na polityków, namacalny
argument przy ocenie, czy zasługują oni na legitymację
Dobre wladomoścl
z Afrykl
|çbnzr| Czrnrr
58
społeczną. Jeszcze kilkanaście lat temu afrykańscy pre-
zydenci rzadko kiedy odczuwali oddolną presję na rzecz
poprawy jakości rządów. Natomiast dziś społeczeństwo
obywatelskie – organizacje pozarządowe, dziennikarze,
związki zawodowe, a także liderzy religijni i powszech-
nie szanowane osobistości – jest w Afryce siłą, z którą
przywódcy muszą się liczyć.
Inną formą „patrzenia rządom na ręce”, która w ciągu
ostatnich kilku lat zrobiła zawrotną karierę, jest mecha-
nizm recenzowania rzeczywistości społeczno-politycznej,
zwany African Peer Review Mechanism (APRM), zaini-
cjowany przez Unię Afrykańską. Państwa, które przystąpią
do APRM, poddają się dobrowolnym, cyklicznym przeglą-
dom w czterech sektorach: Demokracja i Dobre Zarządza-
nie Polityczne; Zarządzanie Ekonomiczne; Dobre Praktyki
w Tworzeniu Ram dla Funkcjonowania Biznesu (corporate
governance); Rozwój Społeczno-Ekonomiczny. APRM opie-
ra się na zasadzie współdziałania rządów, społeczeństwa
obywatelskiego i forów międzynarodowych w identyfiko-
waniu luk w dobrych rządach i wypracowywaniu (oraz re-
alizowaniu) skutecznych rozwiązań. W kilku etapach pro-
cesu badane są postępy rządów w realizacji postawionych
sobie zadań, potrzeby mieszkańców i sektory wymagające
poprawy. Uczestniczą w tym specjalne misje zagraniczne,
prowadzące szerokie konsultacje z lokalnymi grupami spo-
łeczeństwa obywatelskiego, a także panel osobistości repre-
zentujących poszczególne regiony kontynentu.
Mechanizm ten uważany jest za jeden z najambitniej-
szych programów wypracowanych przez afrykańskich li-
derów, zaś doświadczenia pierwszych państw poddanych
procesowi są szeroko analizowane i komentowane. Pro-
gram, który wystartował w  r. i obejmuje już ponad
połowę krajów Afryki, zaprzęga siły stojące zazwyczaj
po przeciwnych stronach barykady (rządy – społeczeń-
stwo obywatelskie) do współdziałania w osiąganiu po-
prawy jakości życia. Jest mechanizmem samodoskona-
lenia się, a zarazem przejmowania odpowiedzialności
i rozliczania z zadań długoterminowych. Lokalnie daje
mieszkańcom kolejne narzędzie w egzaminowaniu swo-
ich rządów, zaś globalnie jest miernikiem zaufania do
państw, co przekłada się m.in. na klimat inwestycyjny.
Pierwsza dekada po  r. odznaczyła się zdecydo-
wanym wzrostem znaczenia społeczeństwa obywatelskiego
w Afryce. Rozwój Internetu i telewizji satelitarnych stwo-
rzył nowe możliwości debaty i konstruktywnej krytyki.
Szybko rozwijające się platformy wymiany informacji dają
możność wglądu w komentarze z różnych źródeł, podcho-
dzące do bieżących problemów z różnych perspektyw. Przy-
kładowo, popularna witryna internetowa AllAfrica.com
działa w oparciu o umowy z ponad  afrykańskimi re-
dakcjami, agencjami informacyjnymi i ośrodkami badaw-
czymi. W krótkim czasie stała się jednym z tych mediów,
które publikują największą ilość tekstów. Dobrze obrazuje
to popyt czytelników na pogłębione informacje.
Koniec z zamachami
Zmieniły się też wyraźnie reguły przejmowania władzy. Za-
mach stanu zdecydowanie wyszedł z mody. Jeśli gdzieś się
jeszcze zdarza (np. w Gwinei czy na Madagaskarze – przy-
kłady z zeszłego roku), bynajmniej nie przechodzi się nad
nim do porządku dziennego. Przeciwnie, uruchamiany zo-
staje mechanizm nacisku, perswazji i negocjacji z udziałem
społeczeństwa obywatelskiego.
Na początek chętnego na przejęcie władzy z pomi-
nięciem wyborów spotyka zimny prysznic w postaci za-
wieszenia w prawach członkowskich Unii Afrykańskiej
ozìs sroerczrús1wo
osvwn1rtskìr
jrs1 w Aruvcr sìeq,
z k1óuq ruzvwóocv
uuszq sìç tìczvc
b
n

M
O

I
B
R
A
H
I
M
.

F
O
T
.

C
H
R
I
S
T
O
P
H
E
R
F
L
E
M
I
N
G

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
C
H
R
I
S
T
O
P
H
E
R
F
L
E
M
I
N
G
/
59
i regionalnych bloków politycznych. Następnie żąda się od
niego przedstawienia kalendarza przekazania władzy cy-
wilom, w jego stolicy nie ustają wizyty negocjatorów, poja-
wiają się kolejne kompromisowe propozycje rozwoju sytu-
acji. Z reguły kończy się powołaniem tymczasowego rządu
jedności z udziałem sił opozycyjnych, który przygotowuje
wolne wybory, po czym wycofuje się. W przypadku wy-
darzeń na Madagaskarze czy kryzysu w Gwinei, kluczową
rolę odgrywa zaangażowanie organizacji międzyrządowych,
takich jak Południowoafrykańska Wspólnota Rozwoju (So-
uth African Development Community, SADC) czy Wspól-
nota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej (Economic
Community of West African States, ECOWAS).
Wyraźnie widoczna jest zmiana w podejściu do kry-
zysów władzy. Jeszcze kilkanaście lat temu objęcie sterów
państwa przez generała armii lub skonfliktowanego współ-
pracownika premiera było przyjmowane przez sąsiednie
kraje z obojętnością. Dziś wypływające głęboko z tra-
dycji afrykańskiej poczucie solidarności wspólnotowej
przekłada się na język polityki: zawirowania w jednym
państwie traktowane są jako problem, nad którego roz-
wiązaniem pochylić się muszą także pozostałe. Między-
rządowe organizacje, jak ECOWAS czy Unia Afrykańska,
coraz chętniej przejmują odpowiedzialność za stabilność
kontynentu, zgodnie z zasadą, że problemy w jednym pań-
stwie to problemy wszystkich w regionie. Odkąd po raz
pierwszy temat ten pojawił się na forum Unii Afrykańskiej
w 1,,; r., skuteczny i trwały zamach stanu to dziś zdecy-
dowany wyjątek od reguły.
Rozwój bez granic
Do świadomości publicznej coraz mocniej dochodzi też po-
trzeba otwarcia granic. Bolączką kontynentu od dawna był
problem z komunikacją. Trudno mówić o jakościowej zmia-
nie sytuacji, pomijając aspekty ekonomiczne. Coraz częściej
państwa sąsiadujące, a także regionalne grupy państw, zno-
szą wzajemnie bariery celne, otwierają się na transgranicz-
ną wymianę gospodarczą, a także ułatwiają ruch ludności.
Dawniej martwe granice, jak między Mauretanią a Maro-
kiem, zapełniają się ciężarówkami przewożącymi żywność
i inne produkty. Od czasu ustanowienia w :oo¡ r. unii
celnej w ramach Wspólnoty Wschodnioafrykańskiej (East
African Community, EAC), obroty handlowe pomiędzy są-
siadującymi Kenią i Ugandą wzrosły o 1¡o¾. Wciąż pozo-
staje ogromnie wiele do zrobienia, jednak wyraźnie zmienia
się klimat – upowszechnia się przekonanie, że rozdrob-
nienie na kilkadziesiąt państw nie pomaga wytrzymy-
wać konkurencji z globalnymi potęgami.
Państwa EAC, wybijającej się w dziedzinie integracji
politycznej i zrzeszającej Kenię, Tanzanię, Rwandę, Ugandę
i Burundi, od kilku lat posługują się na potrzeby wewnętrz-
ne wspólnym paszportem, a w listopadzie :oo, r. zainaugu-
rowały wspólny rynek, oparty na swobodnym przepływie
towarów i osób. Wspólnota przymierza się do ustanowienia
jednej waluty (jej wprowadzenie, pierwotnie zaplanowane
na :o1: r., zapewne się opóźni), a także urzędu rotacyjne-
go prezydenta. Udane przykłady regionalnej współpracy
pociągają za sobą kolejne. Zgodnie z przyjętą w ubiegłym
roku „mapą drogową”, do :o1¡ r. wspólną walutę pragną
także przyjąć państwa z zachodniego wybrzeża kontynen-
tu, w większości anglojęzyczne: Nigeria, Ghana, Gambia,
Gwinea i Sierra Leone (być może też Liberia). Strefa Eco
w ciągu kolejnych pięciu lat połączyłaby się z istniejącą stre-
fą zachodnioafrykańskiego franka CFA (8 państw, głównie
dawnych kolonii francuskich, od Senegalu do Beninu), co
zaowocować ma jednolitą, stabilną walutą w całej Afryce
Zachodniej.
Współczesny kierunek na integrację ma o wiele więk-
sze szanse powodzenia niż wizje jedności afrykańskiej, kre-
ślone w okresie wybijania się na niepodległość przez roman-
tycznych panafrykanistów z lat oo. XX w. (jak senegalski
polityk i poeta Léopold Senghor). Tamte nie przetrwały
długo z powodu ambicji lokalnych polityków, te dzisiejsze
natomiast opierają się na ocenie wymiernych korzyści eko-
nomicznych, zwłaszcza stabilności warunków do wymiany
handlowej i silniejszej pozycji przetargowej w skali globalnej.
Nadrabianie zaległości
Mówiąc o rynku światowym, niekoniecznie chodzi o takie
punkty odniesienia, jak Stany Zjednoczone czy Europa.
Coraz częściej punktem tym stają się dla państw afrykań-
skich wschodzące potęgi Azji – zwłaszcza Chiny, które na
naszych oczach ugruntowują pozycję lidera w kontaktach
z Czarnym Kontynentem.
Oprócz masowego wydobycia surowców, co wzbudza
sporo kontrowersji, chińskie firmy budują drogi, linie kole-
jowe i sieci telekomunikacyjne na niespotykaną dotychczas
skalę. Z chińską pomocą na orbicie znalazł się pierwszy
afrykański geostacjonarny satelita komunikacyjny (nige-
ryjski NigComSat-1). W tym samym czasie, gdy pogrążone
w kryzysie zachodnie firmy masowo wycofywały się z inwe-
stycji na Czarnym Lądzie, na szczycie afrykańsko-chińskim
w Sharm el-Sheikh (listopad :oo,) premier Chin, Wen Jia-
bao, zapowiedział przekazanie kolejnych 1o miliardów do-
larów w pożyczkach i wsparcie w wybudowaniu stu stacji
pozyskiwania czystej energii na kontynencie. Nic dziwnego,
że to Chiny traktowane są z perspektywy afrykańskiej jako
gracz numer jeden.
Drugi azjatycki gigant, Indie, bogatszy o doświadcze-
nia Chin, konsekwentnie zwiększa nacisk na pozytywny
odbiór swego zaangażowania. Oprócz wzrostu wymiany
handlowej (osiągnęła już wartość ¡¡ mld dolarów rocznie,
wymiana z Chinami – ponad 1oo mld), New Delhi rozbu-
dowuje sieć telemostów medycznych, dzięki którym szpitale
w odległych rejonach Afryki (np. w Sierra Leone) uzyskują
możliwość konsultacji skomplikowanych przypadków.
Dziś to Chiny i Indie wyrównują zaległości konty-
nentu odziedziczone po okresie europejskiej domina-
cji. Jakkolwiek by nie oceniać ich powszechnie kryty-
kowanej działalności w przemyśle wydobywczym czy
60
praktyki przywożenia własnych robotników kontrak-
towych, nie ma wątpliwości, że to właśnie za ich po-
średnictwem zmniejsza się zapaść cywilizacyjna Afryki.
Podstawy samodzielnego rozwoju państw afrykańskich –
drogi czy telekomunikacja – powstają dzięki współpracy
z partnerami azjatyckimi.
Na pełnych prawach
Kraje afrykańskie są postrzegane głównie jako odbiorcy
międzynarodowej pomocy. Nie przeszkodziło to jednak
wielu państwom kontynentu z pobudek humanitarnych
wygospodarować sporych kwot na włączenie się w akcję
pomocy ofiarom trzęsienia ziemi na Haiti. Republika Po-
łudniowej Afryki wysłała na miejsce tragedii ratowników,
Gwinea Równikowa zaoferowała  miliony dolarów po-
mocy, Demokratyczna Republika Konga , mln, Gabon,
Namibia i Senegal po milionie. Prezydent tego ostatnie-
go państwa zapowiedział nawet możliwość osiedlenia się
i przyznania ziemi ofiarom trzęsienia ziemi, chcącym roz-
począć nowe życie ma kontynencie, z którego pochodzili
przecież przodkowie Haitańczyków. Dołożenie swojego,
relatywnie dużego wkładu do globalnego odruchu solidar-
ności, jest symptomatyczne. Pokazuje, że państwa konty-
nentu należy już traktować jako pełnoprawnych członków
społeczności międzynarodowej, zdolnych do szybkiej re-
akcji w przypadku kryzysu w innej części globu.
O zmianach, jakie zachodzą w ostatniej dekadzie, war-
to mówić z innego jeszcze względu. Są one efektem fermen-
tu intelektualnego wśród odpowiedzialnie myślących Afry-
kanów. Potrzeba zdarcia łatki, jaka lata temu przylgnęła
do kontynentu – wiecznego petenta, niesamodzielnego,
zdanego na łaskę Zachodu – staje się w tych działaniach
dodatkową motywacją. Pojawiła się i jest silnie akcento-
wana potrzeba udowodnienia światu i samym sobie, że
potrafimy wziąć sprawy we własne ręce, niekoniecznie
powielając wzorce zachodnie. Unia Afrykańska i regio-
nalne bloki ekonomiczne, oddolne lub mieszane mecha-
nizmy nadzorujące (Indeks Jakości Rządów, APRM), sieci
informacyjne – rozwijane są, finansowane i doskonalone
przez Afrykanów dla Afrykanów.
Jędrzej Czerep
Serdecznie zapraszamy Pozarządowe Organizacje
Ekologiczne z całej Polski do udziału w Ogólnopolskim
Spotkaniu Ekologicznych Organizacji Pozarządowych
eKolumna 2010
w dniach – maja w Spale k. Tomaszowa Mazowieckiego
EKOLUMNA jest próbą wznowienia spotkań ekologów, które odbywały się w latach .
w Kolumnie. Jeśli chcecie mieć wpływ na to, co dzieje się w ochronie środowiska w naszym kraju –
przyjedźcie! Nie zapomnijmy o tym, jaka siła tkwi we wspólnej pracy na rzecz natury.
Wsparcie udzielone przez Islandię, Liechtenstein, i Norwegię poprzez dofinansowanie
ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz
Norweskiego Mechanizmu Finansowego, a także ze środków budżetu Rzeczpospoli-
tej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych
Dodatkowe informacje, formularz
zgłoszeniowy na stronie projektu
www.ekolumna.org.pl
Dodatkowe informacje:
ekolumna@gmail.com
Wszystkie koszty uczestnictwa
poza dojazdem pokrywa
organizator ze środków FOP.
61
Dziecko wychowujące się na pozamiejskich terenach Ko-
staryki dorasta pośród krajobrazu uznawanego za jeden
z najpiękniejszych i najbardziej różnorodnych na świecie.
Władze tego niewielkiego kraju w Ameryce Środkowej sta-
rają się, by tak pozostało. Jednak ochrona tropikalnych
lasów deszczowych to nie jedyne osiągnięcie Kostarykan.
Tamtejszy rząd zapewnia wszystkim obywatelom dostęp
do opieki zdrowotnej i edukacji, ponadto kraj aktywnie
wspiera pokój na świecie. Toteż gdy New Economics Fo-
undation
1
opublikowała drugi światowy ranking oparty
na Wskaźniku Szczęśliwej Planety (Happy Planet Index,
HPI) – klasyfikację, której kryteria stanowią wkład kraju
w ochronę środowiska naturalnego oraz zdrowie i samopo-
czucie mieszkańców – pierwsze miejsce przypadło w udzia-
le właśnie czteromilionowej Kostaryce. Stany Zjednoczone
uplasowały się na pozycji… .
2
Czego mieszkańcy tego okołorównikowego kraju mo-
gliby nauczyć nas na temat szczęścia, długowieczności i roz-
sądnego gospodarowania zasobami naturalnymi?
– Kostaryka zajmuje uprzywilejowaną pozycję średnioza-
możnego państwa, gdzie ludzie mają wystarczająco dużo wol-
nego czasu, by cieszyć się bogatym życiem rodzinnym i towa-
rzyskim – mówi Kostarykanin Mariano Rojas, profesor eko-
nomii. – Przeciętna pensja pozwala tu zaspokoić podstawowe
potrzeby. Aktywne działania rządu gwarantują powszechny
dostęp do szkolnictwa, opieki zdrowotnej i wyżywienia. Jak
zauważa Rojas, Kostarykanie nigdy nie dołączyli do pogoni
za prestiżem i ostentacyjną konsumpcją.
Stworzony w  r. Wskaźnik Szczęśliwej Planety
ujmuje trwałe szczęście, mierzone na poziomie poszcze-
gólnych krajów, w oparciu o trzy główne kryteria: jak
bardzo zadowoleni z życia są ich mieszkańcy, jak dłu-
go żyją i jak dużo zasobów naturalnych zużywają. Ów
wskaźnik „szczęścia narodowego” oblicza się za pomocą
prostego wzoru. Mnożąc średnią długość życia przez war-
tość wskaźnika satysfakcji z życia, uzyskanego na podstawie
sondaży Instytutu Gallupa czy World Values Survey (świa-
towego badania systemów wartości), otrzymujemy liczbę
„szczęśliwych lat życia” przypadającą na mieszkańca. Na-
stępnie dzielimy ją przez wielkość tzw. śladu ekologicznego
danego kraju – jest on miarą tego, ile hektarów ziemi i ile
wody jest niezbędnych, by zaspokoić potrzeby życiowe sta-
tystycznego mieszkańca. Według rankingu, ślad ekologicz-
ny statystycznego Kostarykanina stanowi jedną czwartą
śladu pozostawianego przez mieszkańca USA.
Saamah Abdallah, badacz z New Economics Foun-
dation, uważa, że HPI dociera do istoty ekonomii, ob-
nażając to, co liczy się naprawdę. Uwzględnia bowiem
koszty, czyli zużycie zasobów naturalnych, oraz jedyne
autentyczne zyski, które stanowi zdrowe i szczęśliwe
życie. Przypomina nam w ten sposób, że ekonomia to nauka,
która ma określony cel – jest nim poprawianie jakości życia
każdego człowieka.
Wysoką pozycję rodziny, przyjaciół i poczucia więzi ze
społecznością w narodowej hierarchii wartości Abdallah
nazywa „kapitałem społecznym”. Paradoksalnie – miesz-
kańcy zamożnych krajów nierzadko opisują się jako mniej
szczęśliwi niż osoby mieszkające w krajach biedniejszych,
gdzie jednak więzi międzyludzkie są autentyczne i silne.
W badaniach ekonomisty Stefano Bartoliniego, Stany Zjed-
noczone znalazły się w gronie państw, których kapitał spo-
łeczny gwałtownie się zmniejsza.
– Nic w tym dziwnego – komentuje Abdallah. – Amery-
kanie, w porównaniu do innych zachodnich społeczeństw, pra-
cują najwięcej, w dodatku mają najkrótsze urlopy. Cały swój
czas przeznaczają na zarabianie pieniędzy, zamiast poświęcić
go na nawiązywanie i pielęgnowanie relacji, które są równie
istotne dla szerzej rozumianego dobrobytu.
Znaczenie pokoju
Pokój w kraju i na świecie od dawna jest dla Kostaryki
wartością nadrzędną. W  r. władze tego państwa
podjęły decyzję o likwidacji sił zbrojnych, co pozwoliło
zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia i szkolnictwo.
We wrześniu  ub.r. rząd Kostaryki powołał Mi-
nisterstwo Sprawiedliwości i Pokoju, akcentując znaczenie
Są powody do radoścl
(w kostaryce)
Lìst CtLr Ctnnìcurs
62
propagowania pokoju i ugodowego stylu rozwiązywania
konfliktów. Niedługo potem Kostaryka została gospoda-
rzem światowego szczytu, podczas którego przedstawiciele
czterdziestu rządów wspólnie pracowali nad możliwościami
rozbudowy „zaplecza pokojowego” w ramach administracji
swoich państw.
Tak aktywne promowanie pokoju przez Kostarykę to
w ogromnej mierze zasługa Fundacji Rasur, która zorga-
nizowała szczyt i zabiegała o stworzenie nowego resortu.
Nazwę fundacji zaczerpnięto z kostarykańskiego poema-
tu – Rasur jest nauczycielem, który powiedział dzieciom:
zanim zechcecie władać błyskawicami, musicie najpierw po-
skromić burzę w waszych sercach. Za pośrednictwem inicja-
tywy nazwanej Akademią Pokoju, fundacja współpracuje
z Ministerstwem Edukacji we włączaniu sposobów poko-
jowego rozwiązywania konfliktów do programu nauczania
oraz propagowaniu wśród uczniów pokoju jako sposobu
na życie.
Jednym z haseł przewodnich fundacji stały się słowa
Óscara Ariasa Sáncheza – prezydenta Kostaryki w latach
1,8o-1,,o oraz ponownie od :ooo r., laureata pokojowej
Nagrody Nobla w 1,8; r.
3
, jednego z uczestników wspo-
mnianego szczytu. Powiedział on: Pokój to nie piękny sen.
To wyzwanie wymagające żmudnej pracy. Musimy zacząć
od szukania ugodowych rozwiązań w codziennych sporach
z ludźmi, którzy nas otaczają. Pokój nigdy nie bierze początku
z drugiej osoby, lecz zaczyna się urzeczywistniać, gdy wszyscy
zaczynają go pragnąć.
…długo i szczęśliwie
Mieszkańcy Kostaryki nie tylko żyją szczęśliwie. Badania
dowodzą również ich długowieczności. Okazuje się, że śred-
nia długość życia wynosi tu ;8,¡ roku – więcej niż dla miesz-
kańców USA (;;,,). Niektóre dane sugerują wręcz, że ko-
starykańscy mężczyźni żyją dłużej niż mężczyźni w jakim-
kolwiek innym kraju. W dodatku długość życia w „naj-
szczęśliwszym państwie świata” nie zależy w istotnym
stopniu od wysokości dochodów czy pozycji społecz-
nej jednostki, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych
wskaźniki te są wyraźnie powiązane (badacze z Harvard
School of Public Health zaobserwowali tam olbrzymie róż-
nice w przeciętnej długości życia w zależności od dochodów,
miejsca zamieszkania, rasy i innych czynników).
Półwysep Nicoya w północno-zachodniej Kostaryce
jest jedną z tzw. Błękitnych Stref. Mowa o obszarach, któ-
rych mieszkańcy znacznie częściej niż w innych miejscach
na Ziemi dożywają ponad stu lat, zachowując sprawność
4
.
Mieszkańcy tych obszarów na ogół dobrze się odżywiają,
regularnie ćwiczą i wykazują wrodzone predyspozycje do
długowieczności.
W skali całego kraju, mieszkańcy korzystają z dobro-
dziejstw systemu zabezpieczenia społecznego, na który
składają się zarówno powszechne, publiczne świadczenia,
jak i usługi prywatne. Polityka prozdrowotna obejmuje
również przyszłych obywateli – lekarze i pielęgniarki
zatrudniani są do pracy na terenach wiejskich, by za-
pewnić kobietom w ciąży właściwą opiekę i wyposażyć
przyszłych rodziców w wiedzę o tym, jak dbać o zdro-
wie dzieci.
Krajobraz pod specjalnym nadzorem
Zrównoważona polityka władz Kostaryki obejmuje nie tyl-
ko troskę o spokój i zdrowie obywateli, ale i podobne po-
dejście do świata przyrody i korzystania z bogactw natural-
nych. Wysokość wskaźnika śladu ekologicznego wskazuje,
że Kostaryka tylko nieznacznie wykracza poza model
globalnie sprawiedliwego podziału, zapewniający takie
gospodarowanie zasobami, by nie naruszyć równowagi
ziemskiego ekosystemu – czytamy w raporcie z badań nad
HPI. To w tym kraju wprowadzono nowatorskie rozwiąza-
nia w zakresie gospodarki przestrzennej, ponownego zale-
siania terenów po wyciętej puszczy i źródeł energii alterna-
tywnych wobec paliw kopalnych.
W latach ;o. władze Kostaryki, zaniepokojone błyska-
wicznie postępującym zmniejszaniem się powierzchni dzie-
wiczych lasów deszczowych, spowodowanym pozyskiwa-
niem drzew oraz szybkim rozwojem rolnictwa, rozpoczęły
przekształcanie części terytorium kraju w parki narodowe;
zakazano również eksportu niektórych gatunków drewna.
Mimo tych działań, do 1,8; r. nielegalna wycinka drzew,
hodowla bydła i tzw. rozwój gospodarczy zredukowały
wielkość obszaru zajmowanego przez lasy deszczowe z ;¡
do :1¾ powierzchni kraju. Wobec tego faktu, w 1,,o r.
rząd Kostaryki wdrożył system opłat za korzystanie ze śro-
dowiska (Payment for Environmental Services, PES). W je-
go ramach, importerzy ropy naftowej, producenci napojów
w plastikowych butelkach i oczyszczalnie ścieków muszą
płacić dodatkowy podatek, by móc prowadzić działalność
na terenie kraju, podczas gdy pozostałe przedsiębiorstwa
mają możliwość dokładania się do neutralizacji skutków
emisji gazów cieplarnianych uiszczając specjalne, dobro-
wolne opłaty. Pozyskiwane środki przeznaczane są na re-
kompensaty dla mieszkańców wsi, którzy rezygnując z ho-
dowli bydła i wycinania drzew pomagają chronić ekosystem
w swojej okolicy.
Efekty realizacji tego pomysłu są zróżnicowane – w nie-
których regionach hodowla zwierząt i nielegalne wycinanie
lasów pozostają znacznie bardziej atrakcyjnym sposobem na
życie niż rządowe dotacje, a środków na realizację programu
tak bardzo brakuje, że nieledwie trzeba było wyszarpywać
je innym potrzebującym. Jednak zasadniczo nowe strategie
z dziedziny ochrony środowiska, łącznie z programem ma-
sowego sadzenia drzew, zainaugurowanym w :oo; r. i spon-
sorowanym przez ONZ, sprawiły, że obecnie znów ponad
połowę terytorium Kostaryki porastają lasy deszczowe.
Kolejnym krokiem na drodze ku bardziej ekologicznej
gospodarce była decyzja o wstrzymaniu eksploatacji zaso-
bów ropy naftowej na terenie całego kraju i zainwestowanie
znacznych środków w odnawialne źródła energii – elek-
trownie wodne, turbiny wiatrowe, w wykorzystanie energii
63
geotermalnej – które obecnie pokrywają  krajowego
zapotrzebowania. W centrum stolicy Kostaryki, San Jo-
sé, poruszanie się samochodem jest dozwolone wyłącznie
w określone dni, inne w zależności od numeru rejestra-
cyjnego. Sieć kolei podmiejskich, której budowa planowa-
na jest w niedalekiej przyszłości, dodatkowo zmniejszy za-
nieczyszczenie środowiska powodowane przez samocho-
dy. Do roku , na który przypada dwusetna rocznica
proklamowania niepodległości, Kostaryka ma zamiar stać
się „państwem zeroemisyjnym”, tj. takim, którego bilans
aktywności nie zwiększa zawartości gazów cieplarnianych
w atmosferze.
– My, Kostarykanie, uważamy, że wszyscy powinni uświa-
domić sobie znaczenie zmian klimatycznych – powiedział
nam Gerardo Mondragón z inicjatywy „Paz con la Natu-
raleza” (W zgodzie z Naturą), zapoczątkowanej przez pre-
zydenta Ariasa i doradzającej mu w sprawach związanych
z ochroną środowiska. – Chcemy, by wszystkie kraje zrozu-
miały, że muszą pomagać sobie nawzajem dla dobra środowi-
ska. W szczególności kraje wysoko uprzemysłowione powinny
wspierać te mniej zamożne w ich inicjatywach, np. na rzecz
rozwoju czystych technologii.
Krytycy kostarykańskiej „zielonej polityki”, jak Ra-
chel Godfrey Wood z Council on Hemispheric Affairs
5

podkreślają jednak, że żadna ilość posadzonych drzew nie
będzie w stanie w pełni zrekompensować szkód wiążących
się z wykorzystaniem paliw kopalnych. Również FECON,
krajowa organizacja działająca na rzecz ochrony przyrody,
nie kryje zaniepokojenia – na swojej stronie internetowej re-
gularnie zamieszcza informacje o przewlekłych problemach
ekologicznych, jak wyrąb lasów przez właścicieli ziemskich,
erozja gleby powodowana przez plantacje ananasów i zanie-
czyszczanie wody pitnej pochodzącymi stamtąd pestycyda-
mi, czy rozwój przemysłu wydobywczego w okolicach Las
Crucitas, z którym łączy się ryzyko skażenia przyległych
obszarów solami kwasu cyjanowodorowego. Kolejnym, no-
wym powodem do zmartwień jest rozwój przemysłu w re-
gionie Las Baulas – ekolodzy obawiają się, że industrializa-
cja zagrozi tamtejszej populacji żółwi.
– Musimy zwolnić obroty – tymi słowy Mondragón na-
wiązuje do wyzwań w dziedzinie ochrony środowiska, któ-
rym Kostaryka wciąż musi sprostać. – Cały czas dbając jed-
nak o to, by ludzie wiedzieli, co się dzieje. Za problemy z ko-
palnią złota w Las Crucitas wini przestarzałe prawo, które
nie gwarantuje Kostaryce dostatecznej ochrony przed nisz-
czeniem środowiska przez biznes. – Należy zmienić przepisy
tak, by postęp mógł przebiegać w zgodzie z naturą.
Stabilny ustrój demokratyczny, panujący w Kostary-
ce przez minione sto lat sprawia, że uznawana jest ona za
„przyjazną przedsiębiorczości”. Choć wielkie plantacje ba-
nanów, ananasów czy kawy nie zniknęły, w ostatnich latach
w kraju tym zaczęły chętnie inwestować przedsiębiorstwa
zajmujące się ekoturystyką i nowymi technologiami.
Jednak niedawne spory dotyczące CAFTA, czyli Strefy
Wolnego Handlu Ameryki Środkowej – uwydatniły różnice
zdań w sprawie liberalizacji handlu. Po jednej stronie zna-
leźli się zwolennicy strefy, z prezydentem Ariasem na czele,
którzy wierzą, że dzięki obecności w niej Kostaryki nastą-
pi wzrost liczby zagranicznych inwestycji. Przeciwny obóz
zjednoczył obawiających się, że liberalizacja i prywatyza-
cja spowodują, iż biznes zostanie de facto wyłączony spod
obowiązywania kostarykańskiego prawa pracy i przepisów
ochrony środowiska.
Kontrowersje wokół niedawnego przystąpienia do
CAFTA obrazują nieodłączny dylemat kostarykańskiej
„zielonej polityki” – jak kraj, którego budżet zależny
jest od inwestycji ponadnarodowych korporacji, może
skutecznie egzekwować od nich przestrzeganie wytycz-
nych dotyczących ochrony środowiska?
Żaden kraj, nawet Kostaryka ze swoim pierwszym
miejscem w rankingu, nie osiągnął ideału „konsumpcji na
miarę jednej Ziemi”, do którego, zdaniem twórców Wskaź-
nika Szczęśliwej Planety, powinniśmy wszyscy dążyć: zu-
żywania zasobów naturalnych zgodnie z zasadą „sprawie-
dliwego podziału”. – Chcemy, by narody, regiony i miasta
dokonały oceny osiąganych przez siebie wyników – z jednej
strony biorąc pod uwagę poziom zadowolenia z życia, a z dru-
giej – swój wpływ na środowisko – mówi Abdallah. – Chcemy
położyć nacisk na uświadomienie jak największej liczbie lu-
dzi, że „dobre życie” nie musi odbywać się kosztem środowiska
i że „konsumpcja na miarę jednej Ziemi” tak naprawdę
oznacza wzrost jakości życia.
Lisa Gale Garrigues
Tłum. Magdalena Gorzak
Tekst plerwotnle ukazał slę w „¥LS! Magazlne”, w numerze ¸:
(zlma :o+o r.), publlku[emy go z nlewlelklml skrotaml. Strona
plsma: www.yesmagazlne.org.
Przyplsy tłumaczkl:
Założony w +p86 r. bryty[skl nlezależny ośrodek badawczy, za[- +.
mu[ący slę anallzą szeroko po[ętych problemow społecznych
l ekologlcznych oraz formułowanlem praktycznych rozwlązań.
Slogan NLP głosl: „Lkonomla, w ktore[ ludzle l Zlemla są na[waż-
nle[sl”. Strona fundac[l: www.neweconomlcs.org.
Polska za[ęła w tym ranklngu ;;. mle[sce. :.
Nagrodę przynlosła mu reallzac[a planu poko[owego, znanego ¸.
[ako plan Arlasa, [ednoczącego kra[e Amerykl Środkowe[ – Ko-
starykę, Nlkaraguę, Gwatemalę, Honduras l Salwador.
Dotychczas zldentyñkowano plęć taklch mle[sc – poza kosta- (.
rykańsklm połwyspem są to gorskle wloskl w Sardynll, |karla –
grecka wyspa na Morzu Lge[sklm, [apońskle wyspy Oklnawa
l mlasto Loma Llnda w Kallfornll – centrum ruchu Adwentystow
Dnla Slodmego.
Utworzony w +p;¸ r. nlezależny lnstytut badawczy, za[mu[ą- ¸.
cy slę problematyką połnocno- l połudnlowoamerykańską, ze
szczegolnym uwzględnlenlem możllwoścl wspołpracy reglo-
nalne[. wltryna lnternetowa: www.coha.org.
64
Tańczymy, jak nam (koncerny) zagrają?
Na całym świecie rynki fonograficzne zdominowały naj-
większe wytwórnie, tzw. majors. Stawiają one przede
wszystkim na wykonawców o największym potencjale ko-
mercyjnym, który niekoniecznie idzie w parze z wartościa-
mi artystycznymi. Wobec znaczącego spadku liczby ku-
powanych płyt – co w Polsce pokazuje choćby obniżanie
pułapu sprzedaży potrzebnego do otrzymania „złotej” lub
„platynowej” – „majorsy” coraz rzadziej inwestują w debiu-
tantów, bo to dla nich większe ryzyko, niż wydanie artysty,
który już zdobył popularność.
Wytwórnie próbując bronić swych dochodów, pod-
noszą ceny płyt. W efekcie coraz więcej osób przestaje ku-
pować albumy, a jedynie ściąga muzykę z Internetu, np.
za pośrednictwem serwisów PP, umożliwiających użyt-
kownikom wymienianie się plikami. Jednocześnie, Internet
zwiększa szanse artystów na dotarcie do szerszego grona
odbiorców.
Po pierwsze, serwisy społecznościowe, takie jak My-
Space, YouTube czy Last.fm, dały słuchaczom możliwość
odkrywania zespołów z różnych zakątków świata, których
nie odnaleźliby w sklepie z płytami ani nie usłyszeli w ra-
diu. Po drugie, Sieć umożliwiła artystom ograniczenie
liczby – lub wręcz eliminację – pośredników między ni-
mi a odbiorcami. Taką możliwość daje sprzedaż piosenek
w formacie cyfrowym. Sklepy internetowe oferują zakup
muzyki, w tym pojedynczych utworów, w postaci plików
do samodzielnego pobrania, za znacznie mniejsze kwoty
niż tradycyjne wydawnictwa, jednocześnie pozwalając
artystom na godziwy zarobek. Tej formie dystrybucji
sprzyjają nowe trendy w słuchaniu muzyki: coraz więcej
osób korzysta w tym celu z odtwarzaczy mp, iPodów czy
telefonów komórkowych.
Pokażcie, na co was stać
Gdy przed laty Prince rozpoczął sprzedaż utworów w In-
ternecie, wszyscy pukali się w czoło. Dziś coraz więcej ze-
społów jest rozczarowanych współpracą z dużymi koncer-
nami. Dlatego wykorzystują Sieć jako alternatywną formę
rozpowszechniania swojej twórczości.
Szlak przetarł brytyjski zespół Radiohead. Niezado-
wolony ze współpracy z wytwórnią Parlophone (wcześniej
związany z EMI Music – jednym z największych świato-
wych koncernów fonograficznych) postanowił wykorzystać
fakt, że właśnie wygasł im kontrakt. I samodzielnie wydał
kolejny album. Nie byłoby w tym niczego rewolucyjnego,
gdyby nie fakt, że muzycy zdecydowali się zamieścić „In
Rainbows” na stronie internetowej, pozwalając fanom sa-
modzielnie decydować, ile jest dla nich wart – i za taką
kwotę pobierać go na dyski swoich komputerów.
Oznaczało to, że można go również ściągnąć zupełnie
za darmo. Zaufanie okazane przez zespół jego miłośnikom
jednak zaprocentowało. Nieoficjalne źródła podają, że tyl-
ko w pierwszych dwóch tygodniach internetowej dystry-
bucji zakupiono , miliona egzemplarzy płyty. Jak się sza-
cuje, przyniosło to muzykom dochód rzędu - milionów
dolarów, z czego wynikałoby, że za możliwość ściągnięcia
albumu fani rewanżowali się kwotami o średniej wysokości
- dolarów. Udostępnienie albumu w Sieci nie przeszko-
dziło zresztą zespołowi zarobić na sprzedaży płyty także po
wprowadzeniu jej do sklepów. Natomiast odbiorcy, którzy
ściągnęli muzykę za darmo, są dla muzyków w pewnym
sensie inwestycją, ponieważ mogą w przyszłości przynieść
zyski, poszerzając rzeszę wiernych fanów i np. kupując bi-
lety na koncerty.
Radiohead zdecydowanie uprościło drogę muzyki do
odbiorców. Wyeliminowało pośredników i zwróciło się
Wespół w zespół
LìLìtnt MìLrwskt
Nowe technologie otwierają przed twórcami i odbiorcami muzyki nowe możliwości. Demo-
kratyzują produkcję muzyczną i umożliwiają większą swobodę twórczą. Uwalniając muzykę
spod dyktatu wielkich koncernów płytowych – dają słuchaczom możliwość współdecydo-
wania o kształcie rynku fonogracznego.
65
bezpośrednio do fanów, dając im możliwość posiadania le-
galnych plików muzycznych za przystępną cenę. Niedługo
później krok w podobnym kierunku zrobiła legenda tzw.
rocka industrialnego, amerykański zespół Nine Inch Na-
ils, który opublikował na swojej stronie internetowej płytę
„Ghosts IIV”, składającą się z czterech minialbumów liczą-
cych po dziewięć piosenek. Pierwszy udostępniony został
do ściągnięcia za darmo, wszystkie  utworów – po doko-
naniu wpłaty  dolarów. Dla kolekcjonerów przygotowano
pakiety zawierające rozmaite dodatki; najdroższa, luksu-
sowa wersja, kosztująca  dolarów i zawierająca m.in.
edycję albumu na płytach winylowych, przeznaczona by-
ła dla  najwierniejszych fanów i rozeszła się jeszcze
w przedsprzedaży. Wyjątkowość posunięcia NIN polega
również na tym, że zespół udostępnił swoje utwory na
licencji Creative Commons BYNCSA, co oznacza, że
płytę można swobodnie dystrybuować w celach nieko-
mercyjnych. Słuchacze mogą ją zatem nieodpłatnie roz-
syłać innym osobom, udostępniać w sieciach PP czy
zamieszczać na innych stronach WWW. Wspomniana
licencja nadaje także piosenkom „drugie życie”, ponieważ
zezwala na dokonywanie remiksów i adaptacji. Dwa mie-
siące później, bez żadnej zapowiedzi i reklamy, zespół za-
mieścił na stronie kolejny album, „e Slip”, również do
ściągnięcia za darmo i na „wolnej” licencji.
Muzycy Radiohead w wielu wywiadach podkreślali, że
udostępnienie przez nich płyty w Internecie nie miało cha-
rakteru rewolucyjnego, po prostu wydało im się kolejnym,
naturalnym krokiem. Tymczasem Trent Reznor, lider NIN,
swoje przedsięwzięcie świadomie wymierzył w koncerny
fonograficzne. Jeszcze podczas obowiązywania kontraktu
zespołu z Interscope Records, Reznor nawoływał fanów,
by kopiowali płyty zamiast kupować je po cenach za-
wyżonych przez wytwórnię. Niezależnie od motywacji,
w ślady wymienionych wykonawców poszli kolejni, m.in.
e Charlatans, a jeszcze inni zapowiadają takie kroki.
Wszyscy jesteśmy wytwórniami
Sceptycy komentują, że zespoły takie jak Radiohead czy
Nine Inch Nails mogą sobie pozwolić na sprzedaż płyt na
zasadzie „zapłać, ile chcesz”, gdyż wcześniej dorobiły się mi-
lionów sympatyków. Sieć oferuje jednak nowe możliwości
także debiutantom, na co dowodem jest historia pomysłu
młodego holenderskiego przedsiębiorcy, a zarazem fana
dobrego rocka.
Pim Betist, który w rodzinnym Amsterdamie obra-
cał się w środowisku początkujących muzyków, widział
ich frustrację spowodowaną sytuacją na rynku muzycz-
nym. Doskwierał im brak zainteresowania ze strony du-
żych koncernów fonograficznych, niechętnych odkrywaniu
i inwestowaniu w młode talenty. Postanowił im pomóc.
Traf chciał, że spotkał Johana Vosmeijera i Dagmara Heij-
mansa, którzy mieli za sobą doświadczenie pracy dla „ma-
jorsów” – Sony BMG i EMI Music. Postanowili zaryzyko-
wać i rzucić wyzwanie byłym pracodawcom. W sierpniu
 r. zainaugurowali działalność portalu internetowego
sellaband.com.
Jego idea jest prosta: każdy zespół może za darmo
założyć swój profil i udostępnić wybrane nagrania do
bezpłatnego odsłuchiwania przez wszystkich zaintereso-
wanych. Różnica z innymi portalami polega jednak na
tym, że pozyskani tą drogą fani mają możliwość wspól-
nie z twórcami zbierać fundusze na ich przedsięwzięcia
artystyczne. Najczęściej jest to wydanie albumu lub je-
go promocja. SellaBand pozwala bowiem użytkownikom
na nabywanie udziałów w planowanych projektach, któ-
re wzbudziły ich zainteresowanie. Artyści określają swoje
potrzeby oraz szczegóły oferty dla potencjalnych „inwe-
storów”, na przykład jaka część zysków ze sprzedaży al-
bumu wróci do nich w postaci „dywidendy”, proporcjo-
nalnej do zainwestowanych środków, jakie gadżety będą
dostępne wyłącznie dla nich itp. Dochody ze wspierania
debiutujących artystów, zwłaszcza przy kupnie niedużej
liczby udziałów, są siłą rzeczy niewielkie – całość ma raczej
Z Sieci – na głęboką wodę?
Nle tylko początku[ący muzycy szuka[ą źrodeł ñnan-
sowanla swo[e[ tworczoścl bezpośrednlo u potenc[al-
nych odblorcow. Młody reżyser, Artur wyrzykowskl,
chclał wyprodukować ñlm krotkometrażowy na taśmle
+6 mm, co umożllwlłoby [ego poźnle[szą dystrybuc[ę
w klnach. Nle posladał [ednak wystarcza[ących fun-
duszy na zakup takle[ taśmy oraz na wyna[ęcle eklpy
ñlmowe[. Dlatego postanowlł zebrać [e za pośrednlc-
twem strony lnternetowe[. Pod konlec zoo6 r. założył
wltrynę www.wszystko.net, dzlękl ktore[ sympatycy
pro[ektu mogll wesprzeć go ñnansowo. w clągu kllku
mleslęcy udało mu slę zgromadzlć ponad (8 tyslęcy
złotych (w tym nagroda w wysokoścl zo tys. zł od dy-
rektor Polsklego |nstytutu Sztukl Pllmowe[, Agnleszkl
Odorowlcz), co umożllwlło mu opłacenle wyna[ęcla
eklpy l sprzętu. Zd[ęcla zreallzowano w ma[u zoo; r.
w ñlmle wystąplły – za darmo – wschodzące gwlaz-
dy polsklego klna: Mateusz 8anaslk, Antonl Pawllckl
l Mlchał Koterskl, a także Marta Żmuda-Trzeblatowska,
dla ktore[ był to plerwszy kontakt z ñlmem, ponleważ
aktorka grała wcześnle[ [edynle w teatrze l serlalach.
Kole[ną przeszkodą stały slę koszty postproduk-
c[l, [ednak Artur, dzlękl ñrmom l osobom zaangażowa-
nym w pro[ekt, zebrał wystarcza[ący budżet. ; llpca
zoop r. odbyła slę uroczysta premlera obrazu. Obecnle,
rownleż za pośrednlctwem strony lnternetowe[, twor-
cy ñlmu walczą o wprowadzenle go do kln. Zalntere-
sowanl obe[rzenlem dzleła, zatytułowanego „wszyst-
ko”, mogą wyrażać swo[e poparcle pod adresem
www.chcezobaczycwszystko.net.
66
charakter zabawy, która jednak pozwala użytkownikom
portalu wpływać na kształt rynku muzycznego zgodnie
z własnymi preferencjami.
Pierwsza grupa, Nemesea z Holandii, zebrała potrzeb-
ne jej ¡o tysięcy dolarów już ¡1 października :ooo r., kolej-
na – Cub World z USA – 1: stycznia :oo; r. W tym ostat-
nim roku kwotę niezbędną do nagrania płyty zgromadziła
także olsztyńska wokalistka i pianistka, występująca jako
Julia Marcell. Artystka, która trafiła na portal przypad-
kowo, miała za sobą prawie dziesięcioletnie doświad-
czenia wokalne, jednak przez ten czas udało jej się wy-
dać jedynie minialbum. Za pośrednictwem SellaBand
pierwsze  tysięcy dolarów uzbierała w ciągu miesiąca,
a dalej było już „z górki”. W październiku :oo, r. wydała
upragniony album. Płyta „It might like you” szybko zyskała
uznanie krytyków zarówno w kraju, jak i za granicą, a w ar-
tykule opublikowanym w „Te Guardian” Julia została na-
zwana „polską Tori Amos”.
Muzycy popularnego w kręgach alternatywnych trój-
miejskiego zespołu Dick¡Dick, choć sami promują się
w Internecie, zalecają sceptycyzm wobec możliwości zro-
bienia wielkiej kariery dzięki tego rodzaju serwisom. – Te
portale niczego nie zmieniły i wszystko funkcjonuje po staremu.
Czyli: nikt nie kupuje płyt i trzeba grać jak najwięcej koncer-
tów – mówi Bobby Dick, gitarzysta i wokalista formacji. –
Popularność na scenie w ogóle nie przekłada się na to, co się
dzieje w serwisach w rodzaju SellaBand. Trzeba jak najwięcej
jeździć i grać wszędzie – takie są realia – a do tego można
dodatkowo tam się lansować.
Tak nam się wydaje
Na polski odpowiednik holenderskiego portalu czekali-
śmy niespełna rok: na przełomie lipca i sierpnia :oo; r.
powstał megatotal.pl, na którego istnienie zwrócił uwagę
zagraniczny sukces Julii. MegaTotal działa podobnie jak
jego pierwowzór. Artysta zakłada profil i udostępnia na-
grania, które użytkownicy mogą nieodpłatnie odsłuchiwać
na stronie lub ściągnąć na swój dysk – pod warunkiem, że
zainwestują w przygotowywane wydawnictwo (stawki mi-
nimalne wahają się od 1 gr do 1 zł za utwór, zależnie od
jego popularności).
Dzięki drobnym wpłatom, oprócz kont artystów fa-
ni zasilają również swoje. Zyski z dalszej sprzedaży – za
pośrednictwem serwisu oraz później, w wersji płytowej –
utworów, w które zainwestowali, kumulują się, pozwalając
im kupować nowe nagrania udostępnione w portalu. W ten
sposób wspierają kolejnych muzyków, zbierających na swoje
wydawnictwa, dzięki czemu cała machina się kręci. Iden-
tyczna jest również zasada, że fundusze inwestowane w ar-
tystę są magazynowane na jego koncie do czasu, aż uzbiera
kwotę, która pozwoli wydać płytę.
MegaTotal daje trzy możliwości: zespół może wydać
singiel – gdy zbierze ¡ tysięcy złotych, minialbum przy
1: tys. zł i płytę długogrającą przy :¡ tys. zł. W zależności
od potrzeb artysty, kwota może być przeznaczona na nagra-
nie, mastering lub promocję wydawnictwa. W przeciwień-
stwie do tradycyjnych wytwórni, MegaTotal nie narzuca,
gdzie album ma być nagrany i nie wpływa na jego osta-
teczny kształt. Służy jedynie pomocą merytoryczną, sze-
regiem profesjonalnych kontaktów, pomaga uzyskać zniż-
ki. Nie przejmuje też do niego żadnych praw autorskich.
Muzycy wrocławskiego zespołu Rabastabarbar, który w 1;
tygodni zebrał fundusze na wydanie singla, zapytani, dla-
czego założyli profil w portalu, opowiadają: Myślimy, że
motywacje są podobne dla większości zespołów. Po pierwsze,
MegaTotal jest po prostu dobrym miejscem promocji swojego
materiału, jest tutaj sporo osób spragnionych nowych zespołów.
Założenie tu konta można zatem traktować w kategoriach
b
n
d

W
O
L
L
B
I
N
H
O
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
W
O
L
L
B
I
N
H
O
/
b

D

67
czysto promocyjnych. Po drugie, i to było dla nas ważniejsze,
jest to sposób na uzyskanie środków na nagranie na napraw-
dę dobrym poziomie. Nagranie w dobrym studiu wiąże się ze
sporymi kosztami, co więcej – nawet, jeśli wyłożylibyśmy na
ten cel własne pieniądze, to nie ma gwarancji, że ktoś później
tę płytę wyda i w konsekwencji – że ktoś o niej usłyszy. Me-
gaTotal łączy te dwie kwestie – daje pieniądze na nagranie
(fani oczywiście, nie sam portal), a jednocześnie gwarantu-
je po wydaniu jakieś audytorium, nawet jeśli to będą tylko
użytkownicy serwisu. Zwracają też uwagę na jeszcze jeden
aspekt. – Już po wrzuceniu tutaj materiału okazało się, że są
ludzie, często nasi znajomi, którzy chcieliby nam pomóc, ale
wcześniej nie mieli takiej możliwości – mówią.
W serwisie zarejestrowało się już ponad  wyko-
nawców. Profile zakładają nie tylko zupełni debiutanci, ale
także zespoły z marką uznaną wśród alternatywnej publicz-
ności, np. Pawilon czy wspomniane DickDick – wśród
użytkowników SellaBand fundusze na wydanie kolejnego
albumu zbiera jeden z gigantów rapu, formacja Public Ene-
my. Ciekawym przykładem jest łódzki Tosteer, którego de-
biutancką płytę wydał Universal. Rozczarowany współpra-
cą z „majorsem”, zespół postanowił kolejny album wydać
dzięki MegaTotalowi. – Portale takie jak MegaTotal to znak
czasów – mówi Bartek Księżyk, wokalista śląskiego zespo-
łu Nell, który jako pierwszy wydał singiel za pieniądze ze-
brane za pośrednictwem serwisu. – Wspierają demokra-
tyzację produkcji muzyki i jej odbioru. Każdy, kto ma
jakiekolwiek pojęcie na temat nagrywania, może dziś wydać
płytę. MegaTotal w tym pomaga o tyle, że pośredniczy w zbie-
raniu środków i częściowo organizuje jej produkcję; reszta jest
w rękach muzyków. I to jest dobre, bo nie ma żadnych
ograniczeń w stylu: „Nie ta piosenka”, „Dodajcie więcej
klawiszy” czy „To jest zbyt ciężkie”.
Kluczową zaletą takich portali jest to, że integrują
one fanów i muzyków. Uczestnicząc w procesie zbierania
funduszy na płytę, dyskutując z twórcami i między sobą –
użytkownicy angażują się w losy „swoich” zespołów. Choć-
by tylko dlatego, że mają w tym własny interes: połowa
z każdej inwestycji w ramach MegaTotal trafia na konto
planowanego do wydania albumu, reszta zaś jest dzielona
pomiędzy dotychczasowych udziałowców danego przedsię-
wzięcia. Gdy uda się wreszcie nagrać płytę, społeczność jej
współwydawców staje się machiną promocyjną, działającą
na zasadzie marketingu szeptanego. Idea jest odwrotna
niż w przypadku tradycyjnych wytwórni. Koncerny fo-
nograficzne najpierw przygotowują produkt, następnie
promują go i szukają dla niego odbiorców. Tutaj nato-
miast słuchacze najpierw zapoznają się z dokonaniami
twórców i mogą decydować, które z nich umieściliby
w swojej płytotece. Oddanie decyzji w ręce miłośni-
ków muzyki i uczynienie z nich mecenasów sztuki mo-
że zrewolucjonizować rynek muzyczny, wzbogacając
go o wiele ciekawych i wartościowych wydawnictw. To
słuchacze stają się wytwórnią fonograficzną.
O korzyściach, jakie z uczestnictwa w społeczności
portalu odnoszą fani, opowiada mi Artur. – Na MegaTotal
najpierw trafiłem jako artysta (ZBieg OKoliczności), zebra-
łem  tys. zł na singla. Nagranie profesjonalnej płyty bardzo
rozwinęło nasze umiejętności i stworzyło nowe możliwości
zespołowi. Po pewnym czasie założyłem także konto fana. Na
początku inwestowałem głównie w swój zespół, ale z czasem
zaczęło się to zmieniać. Uważam, że MegaTotal pozwala mło-
dym dobrym zespołom rozwinąć skrzydła i pozyskać nowych
fanów, którzy inwestując – integrują się ze swoimi ulubień-
cami. To zresztą bardzo fajna zabawa. Lubię wspierać dobre
zespoły, cieszę się ich sukcesami, a największa radość jest wte-
dy, gdy listonosz przynosi świeżą płytkę, do której wydania się
przyczyniłem – uśmiecha się. – Radość jest tym większa, że
wcześniej w ogóle nie kupowałem płyt. Dużym plusem jest tak-
że aspekt społecznościowy portalu. Można spotkać tu napraw-
dę ciekawych ludzi, poznać opinie na temat swojej muzyki
oraz wymienić się doświadczeniami – dodaje.
Twórcy MegaTotal nie spoczywają na laurach. Planują
wkrótce wejść do sklepów z dystrybucją swoich wydaw-
nictw oraz organizować koncerty promujące artystów sku-
pionych wokół portalu.
Piratom naprzeciw
Badania przeprowadzone w kwietniu  r. przez na-
ukowców z Norwegian School of Management pokazały,
że „piraci” kupują muzykę w e-sklepach dziesięciokrotnie
częściej niż pozostali użytkownicy Internetu. Systematycz-
ne wyrabianie u nich nawyku płacenia za muzykę poprzez
podarowanie im odpowiednio wygodnych narzędzi, alter-
natywnych wobec sieci PP i dających poczucie realnego
wspierania swoich faworytów bez konieczności ponoszenia
wygórowanych wydatków, prawdopodobnie pomogłoby
znacząco zwiększyć dochody artystów. To nieprawda, że
ludzie nie chcą płacić za muzykę w Internecie – trzeba
im tylko dać możliwość zainwestowania w to, co lubią.
Liliana Milewska
× + = zł
„Obywatel” w prenumeracie… To się opłaca!
szczegóły s.
68
Chciałabym zacząć od Pana przewodnika
„Polska egzotyczna”, który był wielokrotnie
nagradzany i jest bardzo popularny wśród
czytelników. Jak Pan myśli, skąd tak duże
zainteresowanie obecnymi polskimi „Kresami”?
Grzegorz Rąkowski: Myślę, że bierze się ono stąd, że te
enklawy różnorodności są po prostu bardzo mało znane.
Nie zdawano sobie sprawy, iż mamy jeszcze w Polsce tereny,
gdzie występuje mozaika kulturowa charakterystyczna dla
dawnej Rzeczpospolitej, gdzie społeczności lokalne bywają
wielonarodowe i wieloreligijne, gdzie spotkać można ślady
innych kultur.
Powojenna Polska jest krajem zasadniczo jednonaro-
dowym, zdecydowanie dominuje jedna nacja i jedna reli-
gia. Tymczasem jeszcze przed wojną mniejszości stanowiły
znacznie większy odsetek i choć różnie się układało między
poszczególnymi grupami narodowościowymi, generalnie
duże społeczności mniejszościowe były akceptowane. Ob-
szary, na których ta różnorodność przetrwała, fascynują.
Czy ta różnorodność jest obecnie charakterystyczna
wyłącznie dla ściany wschodniej?
G. R.: Ze względu na poważne ruchy migracyjne i przesie-
dlenia po wojnie, z mniejszościami mamy do czynienia nie
tylko na ścianie wschodniej, aczkolwiek tam są one szcze-
gólnie silne i naturalne. Poza nią, grupy mniejszościowe
występują zwłaszcza na ziemiach północnych i zachodnich.
Na tereny Mazur i Pomorza Północnego były przesiedlane
znaczne grupy Ukraińców z Beskidu Niskiego, Nadsania,
wschodniej Lubelszczyzny – tworzą tam one zwarte społecz-
ności. Inny przykład stanowią Ormianie – grupa przesie-
dlana po wojnie z Kresów Wschodnich, mocno spolonizo-
wana, występująca obecnie na ziemiach zachodnich, w oko-
licach Opola, Gliwic. Dalej – polscy Tatarzy, przesiedlani
z Wileńszczyzny czy terenów obecnej Białorusi tworzą duże
społeczności, np. w Gdańsku czy Gorzowie Wielkopolskim.
Mamy mniejszość niemiecką, mamy społeczność mazurską,
już w tej chwili nieliczną. Są jeszcze mniejszości nie tyle
narodowe, ile kulturowe, jak fascynujący górale czadeccy,
których oryginalnym miejscem zamieszkania są okolice
Czadcy w Beskidzie Śląskim, a którzy byli wielokrotnie
przesiedlani. W XIX w. tra fili na Bukowinę, znajdująca się
wówczas w granicach Austrii. Po wojnie część z nich wró-
ciła do Polski, ale już nie do pierwotnych miejsc w górach,
lecz np. do Jastrowia na Pomorzu, które jest dziś ośrodkiem
ich kultury. Mamy zatem mozaikę kulturową w wielu róż-
nych miejscach, być może najciekawszą i najbardziej żywą
właśnie na ścianie wschodniej, ale również na północnych
i zachodnich terenach przygranicznych.
Co wyróżnia Polskę spośród innych państw
Europy pod względem „etno-różnorodności”
oraz różnorodności przyrody? Jakie zakątki
kraju, ze względu na ich absolutną unikalność,
najlepiej opisuje słowo „egzotyczne”?
G. R.: „Egzotyczność” wschodniej, przygranicznej części
kraju, bo ona właśnie została opisana w mojej książce „Pol-
ska egzotyczna”, nie wynika z jej wyjątkowości w skali Eu-
ropy. Na naszym kontynencie z pewnością można znaleźć
miejsca bardziej egzotyczne. Jest to jednak obszar zupełnie
wyjątkowy w skali Polski, silnie kontrastujący z utrwalo-
nym w naszym społeczeństwie po II światowej obrazem
Polski jako kraju jednonarodowego i ze zdecydowaną domi-
nacją jednej religii. Wschodnie pogranicze to obszar, gdzie
w zwartych grupach zamieszkują mniejszości narodowe, et-
niczne i religijne. Należą do nich rosyjscy staroobrzędowcy,
Litwini, Tatarzy, Białorusini, Ukraińcy i Łemkowie. Są na
obszarach przygranicznych takie rejony, gdzie Polacy wy-
znania rzymskokatolickiego są w zdecydowanej mniejszości.
Po|ska swo[ska
l egzotyczna
– z bn. Cnzrconzru kqkowskìu
nozutwìt Nt1tLìt Żuk
69
Dla mieszkańców innych części kraju taka mozaika etnicz-
no-religijna jest rzeczywiście „egzotyczna”. Turystyczna wę-
drówka po wschodnim pograniczu, podczas której można
oglądać świątynie i cmentarze różnych wyznań oraz oso-
biście spotykać się z „egzotycznymi” mieszkańcami tych
terenów, może być naprawdę pasjonująca przygodą.
Jeśli chodzi o przyrodę i krajobraz wschodniej części
Polski, to ich wyjątkowość polega na tym, że zachowały się
one tu w o wiele mniej zniszczonej i przekształconej posta-
ci niż w innych rejonach kraju. Sprawia to, że ich walory
są niezwykle cenne w skali nie tylko krajowej, lecz – wła-
śnie w tym względzie – również europejskiej. „Egzotycz-
ność” przyrody i krajobrazu tych terenów polega również
na tym, że są one jedynymi w obecnych granicach naszego
kraju fragmentami obszarów o unikatowym krajobrazie,
rozciągających się dalej na wschodzie, na „prawdziwych”
Kresach. Północna Suwalszczyzna jest przecież fragmen-
tem Pojezierza Litewskiego, Puszcze Augustowska i Biało-
wieska to typowe „puszcze litewskie”, Bagna Biebrzańskie
i Polesie Lubelskie przypominają bagna właściwego Polesia,
na Lubelszczyźnie mamy fragmenty Wołynia Zachodniego
z charakterystycznym krajobrazem, zaś bieszczadzkie po-
łoniny to najdalej na zachód wysunięty fragment Karpat
Wschodnich.
Czy nie obawia się Pan, że popularyzacja „egzotycznej
Polski” spowoduje masowy „najazd” turystów na
te tereny, co bezpowrotnie zmieni ich charakter?
G. R.: Mimo wszystko, to na pewno nie grozi tym terenom;
zawsze będą one miejscami dla koneserów. Ściana wschod-
nia, owszem, zmienia się, ale nie pod wpływem turystyki,
lecz tzw. rozwoju cywilizacyjnego, który powoduje ujed-
nolicenie społeczeństwa – i krajobrazu. Zagrożeniem dla
„Polski egzotycznej” jest np. sposób wykorzystywania fun-
duszy unijnych. Jednym z takich programów jest Rozwój
Polski Wschodniej, który oczywiście stanowi wielką szansę,
ale równocześnie zagraża enklawom, gdzie zachowała się
tradycyjna kultura. Obawiam się, że pod hasłem unowo-
cześniania tej „zacofanej” części kraju, wiele jej unikalnych
cech zostanie bardzo poważnie przekształconych, przez co
zniszczeniu ulegną harmonia i tradycyjny krajobraz kultu-
rowy. Władze wojewódzkie nastawione są bowiem na roz-
wój infrastruktury drogowej i nowoczesnego budownictwa,
bo pod tym względem są to tereny niedoinwestowane.
Zmianom podlega nie tylko krajobraz, ale i ludzie.
Część grup mniejszościowych podlega asymilacji – społecz-
ności tradycyjne się starzeją, młodzi wyjeżdżają do miast,
gdzie ulegają uniformizacji. W efekcie obu tych procesów,
Puouownc nntrzv 1o, co jrs1
unìkn1owr, czrco nìr un w ìnnvcu
ruuorrjskìcu rnús1wncu,
n wìçc ruzror wszvs1kìu nnsz
kunjosunz ì ruzvuooç.
b
n

L
U
K
A
S
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
D
E
V
I
L
T
E
C
H
/
b
n
a

O
N
N
U
F
R
Y

J
O
H
A
N
N

B
I
T
S
O
E
N
N
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
O
N
N
U
F
R
Y
/
70
za kilkanaście lat niektórych kultur może już po prostu nie
być, o ile nie zostanie wdrożony jakiś program ochronny.
Jak widziałby Pan ten program? Co musieliby-
śmy uczynić, by przetrwały w naszej kulturze spo-
łeczności mniejszościowe, o których Pan mówił?
G. R.: Obecnie pomoc dla mniejszości narodowych i re-
ligijnych koordynowana jest przez Departament Wyznań
i Mniejszości Narodowych Ministerstwa Spraw Wewnętrz-
nych i Administracji. Jednak w wielu przypadkach jest to
pomoc niewystarczająca, szczególnie w odniesieniu do naj-
mniej licznych grup mniejszościowych. Moim zdaniem, po-
winien zostać opracowany specjalny, duży program wspie-
rania i aktywnego promowania kultur mniejszości jako czę-
ści wielokulturowego dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej,
koordynowany np. wspólnie przez MSWiA oraz Minister-
stwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Z całą pewno-
ścią środki na taki program można by zdobyć z funduszy
europejskich. Powinien on umożliwić m.in. inwentaryzację
i restaurację zabytków związanych z kulturami mniejszo-
ści (np. świątyń, cmentarzy, tradycyjnego budownictwa
wiejskiego), opracowanie serii monograficznych publikacji
poświęconych poszczególnym mniejszościom, wspierać wy-
dawnictwa własne (czasopisma i inne publikacje) różnych
grup mniejszościowych, charakterystyczną dla tych grup
sztukę i wytwórczość ludową oraz zespoły ludowe konty-
nuujące dawne tradycje. Szczególną opieką powinno się
otoczyć grupy najmniej liczne i najsłabsze, których kultura
jest najbardziej zagrożona.
Dużą rolę w promocji kultur mniejszości narodowych
i religijnych może też odegrać rozwój turystyki, a zwłaszcza
agroturystyki, na terenach zamieszkanych przez te mniej-
szości, co zresztą już się w pewnej mierze dzieje. Dla wielu
turystów odwiedzających wschodnią Polskę niezwykłymi
atrakcjami, jakich nie znajdą w innych częściach kraju, są
np. kąpiel w starowierskiej bani, możliwość skosztowania
specjałów kuchni litewskiej, wizyta w tatarskim meczecie
czy nocleg w tradycyjnej białoruskiej drewnianej chacie.
W ideę „rozwoju cywilizacyjnego” wpisane jest
przekonanie, że enklawy odmienności są czymś
gorszym, wcześniejszymi stadiami pewnej na-
turalnej ewolucji. Z tego, co Pan mówi, wyni-
ka, że powinno nam zależeć na ich zachowaniu.
G. R.: Z całą pewnością! Trzeba uświadamiać grupom
mniejszościowym, jaką wartość ma ich kultura, ponieważ
przeważają tendencje do unifikacji. Jeśli ktoś się wyróż-
nia, to ma zwykle poczucie, że różni się in minus, więc
woli się zmienić, by się zintegrować. Natomiast poczucie
dumy z własnej kultury, świadomość, że trzeba o nią wal-
czyć, ma stosunkowo niewielka część społeczności lokal-
nych. Pozostali ich przedstawiciele wstydzą się swojej na-
rodowości, religii, swoich drewnianych domów, którymi
turyści tak się zachwycają. Należałoby uświadomić tym
ludziom, że drewniane chaty to też jest część kultury, któ-
rą należy zachować. Szczególnie winne są władze lokalne,
które nie doceniają kultury materialnej i duchowej; nie ma
żadnych programów ochrony walorów kulturowych. Dość
powszechna jest świadomość – nawet w społecznościach
lokalnych – że środowisko naturalne jest czymś ważnym,
co należy otoczyć opieką. Natomiast krajobraz kulturowy,
który także jest cenny i jest być może jeszcze bardziej za-
grożony, w świadomości społecznej nie przedstawia żadnej
wartości. Największym problemem jest brak świadomości,
że taki krajobraz jest wytworem wielu lat historii, obcowa-
nia człowieka z przyrodą i dostosowywania się do lokalnych
warunków. Wiejskie drogi, zadrzewienia, sposób uprawy
roli, układ przestrzenny we wsiach – to wszystko są walory
kulturowe, o które się zupełnie nie dba. Dodatkowo, są one
bardzo podatne na zniszczenie, bo wystarczy kilka domów
nie pasujących do tradycyjnej zabudowy wsi i już cały jej
historyczny układ przestrzenny zostaje zaburzony.
Jak Pan sobie wyobraża owo uświadamianie? Na
kim powinien spoczywać taki obowiązek?
G. R.: Taką rolę formalnie powinny pełnić np. wydzia-
ły kultury odpowiednich władz samorządowych, służby
konserwatorskie, architekci gminni i powiatowi, biura

KO
WSKI
Grzegorz Rąkowski – absolwent Wydzia-
łu Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, dok-
tor nauk przyrodniczych, pracownik Instytutu
Ochrony Środowiska w Warszawie. Podróżnik,
krajoznawca, pasjonat ziem wschodnich daw-
nej Rzeczypospolitej. Redaktor i współautor
cyklu obszernych monogracznych publikacji
o obszarach chronionych w Polsce („Parki krajo-
brazowe w Polsce”, „Rezerwaty przyrody w Pol-
sce” – tomy, „Parki narodowe w Polsce”). Au-
tor kilkunastu przewodników turystycznych po
Kresach Wschodnich i wschodniej części Polski,
z których największą popularność zdobyła dwu-
tomowa „Polska egzotyczna”, przedstawiająca
krajoznawczy obraz przygranicznych terenów
Polski wschodniej, zamieszkanych w znacznej
części przez mniejszości narodowe i etniczne.
71
planowania przestrzennego. Ale najczęściej tego nie czy-
nią. W praktyce, o czym świadczą stosunkowo nieliczne
przykłady takich działań, rolę taką mogą również spełniać
lokalne ośrodki kulturotwórcze, wyższe uczelnie, prasa re-
gionalna, lokalne stowarzyszenia czy nawet indywidualni
pasjonaci.
W jaki sposób można chronić tego rodzaju
dziedzictwo przed zniknięciem?
G. R.: Większość – jeśli nie wszystkie – obszarów wartościo-
wych przyrodniczo jest już objęta jakimiś formami ochro-
ny. Nie istnieje natomiast coś takiego, jak system ochrony
krajobrazu kulturowego. Na wzór obszarów ochrony przy-
rody należałoby stworzyć obszary chronionego krajobrazu
kulturowego tam, gdzie on się jeszcze zachował, jak np. na
wschodniej Białostocczyźnie, gdzie wciąż są wsie z drewnia-
ną zabudową. Wszelkie działania w tym kierunku powinna
poprzedzić szczegółowa inwentaryzacja cennych krajobra-
zów kulturowych, układów przestrzennych i tradycyjnego
budownictwa. Na podstawie wyników takiej inwentaryza-
cji powinno się wyznaczyć obszary, gdzie krajobraz kulturo-
wy podlegałby szczególnej ochronie, a jednocześnie zadbać
o to, by ludzie nie mieszkali tam jak w skansenie.
Powinni otrzymywać pieniądze na renowację swoich
pięknych domów, tak jak dzieje się to na Litwie, gdzie lo-
kalne tradycje wiejskie są o wiele silniejsze (jest to bowiem
społeczeństwo chłopskie) i nawet nowo budowane domy
przypominają tradycyjne. Poza tym na Litwie tam, gdzie
stara zabudowa i historyczne układy przestrzenne są do-
brze zachowane, tworzy się tzw. wsie etnograficzne. Ich
mieszkańcy dostają spore dotacje od rządu na utrzymywa-
nie domów w niezmienionej formie, również po to, by taka
zabudowa służyła jako atrakcja turystyczna. U nas czegoś
takiego niestety nie ma.
A co z potencjałem istniejącym w różnych formach
ochrony przyrody? W końcu parki krajobrazowe
czy obszary chronionego krajobrazu zawierają
w swych celach również ochronę krajobrazu
kulturowego. Są też przepisy o ochronie zabytków,
plany zagospodarowania przestrzennego…
G. R.: Rzeczywiście, formalnie celem tworzenia różnych
form ochrony przyrody jest także ochrona krajobrazu. Jed-
nak status np. obszaru chronionego krajobrazu czy parku
krajobrazowego jest niski, zaś faktyczne możliwości zarzą-
dzających nimi służb ochrony przyrody – raczej niewielkie.
O ile można zapobiec np. zlokalizowaniu na takim terenie
dużej fabryki, o tyle nie można np. powstrzymać „zaśmie-
cania” krajobrazu przez pozbawione kontroli budownic-
two indywidualne. Problemem jest nie tylko to, że polskie
przepisy dotyczące zagospodarowania przestrzennego są złe
i niewystarczające dla ochrony cennych elementów krajo-
brazu kulturowego. W praktyce trudno jest wyegzekwować
nawet te zapisy w odpowiednich ustawach i rozporządze-
niach, które takiej ochronie służą.
W wielu krajach Europy Zachodniej w zabytkowych
miejscowościach i na obszarach o cennym krajobrazie kul-
turowym istnieją bardzo precyzyjne przepisy, regulujące
np. wysokość budynków, rodzaj materiału, z jakiego mo-
gą być wykonywane, kąt nachylenia dachów i ich pokrycie
itd. W wielu przypadkach te przepisy są nawet niepotrzebne,
bo mieszkańcom świadomych lokalnych społeczności nawet
do głowy nie przyjdzie, żeby zbudować budynek, który nie
pasowałby do otoczenia i zaburzył jego harmonię. U nas,
w imię źle pojętej „wolności”, nawet w najpiękniejszych oko-
licach wznosi się budynki dowolne, często szpetne, nie za-
wracając sobie zupełnie głowy dostosowaniem ich wyglądu,
skali i stylu do otaczającego krajobrazu i tradycyjnej archi-
tektury lokalnej, wprowadzając chaos i nieład przestrzenny.
W ten sposób zaśmiecono i zdewastowano krajobraz wielu
regionów kraju, jak choćby Podkarpacie, pojezierza czy re-
jony nadmorskie. Tym pilniejsza staje się potrzeba ochrony
nielicznych enklaw tradycyjnego, harmonijnego krajobrazu
kulturowego, jakie się jeszcze zachowały, jak np. wschodnia
Białostocczyzna, Podlasie i niektóre rejony Mazur.
Sami mieszkańcy bywają niechętni działaniom na rzecz
ochrony krajobrazu przyrodniczego i kulturowego, gdyż
obawiają się „zamknięcia w skansenie”, zablokowania
możliwości rozwoju ekonomicznego ich okolicy. Jako
kompromisowe rozwiązanie tego problemu lansuje
się turystykę, np. ekologiczną. Jednak czy rozwój całej
ściany wschodniej może być oparty o turystykę?
G. R.: Na pewno tak! Przy czym jeśli chodzi o tworzenie
obszarów chronionego krajobrazu kulturowego, nie ma po-
trzeby obejmować nimi dużych powierzchni, lecz poszcze-
gólne miejscowości z ich najbliższym otoczeniem – tam,
gdzie krajobraz jest najlepiej zachowany. Taka forma ochro-
ny umożliwiałaby jednoczesne wprowadzanie programów
rozwoju turystyki, nie tylko ekologicznej, ale również kul-
turowej. Takie programy powstają już np. na Białostoc-
czyźnie czy Suwalszczyźnie, gdzie łączy się poznawanie
przyrody z odkrywaniem walorów kulturowych, kuchni
regionalnych, z kultywowaniem lokalnych zwyczajów, jak
np. zbieranie miodu. Takie rodzaje turystyki już cieszą się
dość dużym powodzeniem.
Należy je jednak rozwijać umiejętnie. Weźmy agrotu-
rystykę – spędzanie wolnego czasu na wsi to piękna idea,
ale gdy spojrzymy na oferty agroturystyczne, to ponad 
kwater agroturystycznych jest zlokalizowanych w brzyd-
kich murowanych domach, które nie mają nic wspólne-
go z lokalną tradycją architektoniczną. Powinno się raczej
przystosowywać do celów turystycznych piękne, tradycyjne
drewniane chaty, które jeszcze stoją, choć oczywiście ła-
twiej jest zorganizować noclegi w murowanym domu, któ-
ry ma wodę, kanalizację itd. Na Litwie się to robi, są takie
przypadki i u nas, ale to nadal kropla w morzu potrzeb.
72
Może goszczenie turystów w murowanych
domach wynika po prostu z ich oczekiwań?
G. R.: Wynika przede wszystkim z tego, że bardziej aktyw-
ni ludzie na wsiach, to osoby bogatsze, czyli takie, które
stać było na zbudowanie nowego domu. Mieszkańcy drew-
nianych domów są mniej aktywni, mniej zamożni, nie
mają środków na inwestowanie w tworzenie kwater agro-
turystycznych. Poza tym stowarzyszenia agroturystyczne,
których działa w Polsce bardzo dużo, nie przykładają na-
leżytej wagi do tego, że agroturystyka jest szansą zacho-
wania tradycyjnej zabudowy. Przecież dopiero zamieszka-
nie w drewnianym, tradycyjnym domu będzie prawdziwą
atrakcją dla turysty z miasta! W przeciwieństwie do nocle-
gu w budynku o standardzie przypominającym ten, który
turysta ma na co dzień.
Jaka powinna być rola ustawowych zakazów
w takich inicjatywach, jakie Pan wspomina?
G. R.: Obejmowanie obszarów ochroną powinno się od-
bywać za przyzwoleniem ich mieszkańców. Można pewne
rozwiązania sugerować, dyskutować, przekonywać do nich,
ale dopiero po uzyskaniu zgody społeczności lokalnej moż-
na je wprowadzać. Oczywiście może być z tym różnie, od
czegoś jednak trzeba zacząć. Pamiętajmy, że na początku
społeczności lokalne „z założenia” nie godziły się na two-
rzenie jakichkolwiek obszarów chronionych na swoim te-
renie, bo uważały, że to będzie ograniczało ich działalność.
W tej chwili świadomość potrzeby chronienia środowiska
jest już wśród nich znacznie większa.
Wspomniał Pan, że „Polska egzotyczna” to nie
tylko krajobraz kulturowy, ale także unikalne
wartości przyrodnicze. Postulowany przez
Pana rozwój turystyki im nie zagrozi?
G. R.: Środowisku naturalnemu zagraża wszystko! Ochro-
na przyrody nie polega na tym, by „zamknąć środowisko”
i nikogo nie wpuszczać, lecz na umiarkowanym korzysta-
niu z niego – tak, by go nie zdewastować, by przyroda mia-
ła szanse się zregenerować. Na tym właśnie polega idea tu-
rystyki ekologicznej czy zrównoważonej: nie zamykamy, ale
wprowadzamy pewne ograniczenia, dzięki którym będzie
można trwale korzystać z zasobów przyrodniczych.
Przykładem kompromisu są np. limity liczby turystów
w parkach narodowych. Muszą one uwzględniać potrzeby
ochrony przyrody, ale i to, że społeczność lokalna żyje z tu-
rystyki. To nieustający problem dla administracji obszarów
chronionych – znajduje się ona pomiędzy władzami cen-
tralnymi, które narzucają pewne normy, a społecznościami
lokalnymi, które mają swoje potrzeby. Nie można być z ni-
mi cały czas w stanie wojny.
Jaki stosunek do „Polski egzotycznej” ma pozostała jej
część? Czy Polacy uważają ją za wartość, godną zacho-
wania? Czy mają o niej podstawową wiedzę? Czy jest ona
dla nich atrakcyjnym miejscem wycieczek – w czasach,
kiedy podróże zagraniczne, a więc i „klasyczna” egzoty-
ka, stały się dostępne dla znacznej części społeczeństwa?
G. R.: Dla mnie osobiście i dla wielu Polaków „Polska egzo-
tyczna” ma znaczenie zupełnie inne niż „prawdziwe” kraje
b
n

S
I
E
R
R
A
V
A
L
L
E
Y
G
I
R
L
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
S
I
E
R
R
A
V
A
L
L
E
Y
G
I
R
L
/
b
n
a

O
N
N
U
F
R
Y

J
O
H
A
N
N

B
I
T
S
O
E
N
N
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
O
N
N
U
F
R
Y
/
73
v
v
Audycja społeczno-ekologiczna
w Studenckim Radiu „Żak”
Politechniki Łódzkiej,
od 15
00
do 18
00

w każdą ostatnią sobotę miesiąca
Audycja dla tych, którzy szukają
wiedzy, a nie informacji
Do usłyszenia!
eter: 88,8 MHz
internet: www.zak.lodz.pl
podcast: www.czymaszswiadomosc.pl/sub/podcast
www.czymaszswiadomosc.pl
www.obywatel .org. pl
Wsparcie udzielone przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię poprzez donansowanie
ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego
oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego, a także ze środków budżetu
Rzeczpospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych.
Audycja donansowana przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej
egzotyczne, dokąd rzeczywiście w dzisiejszych czasach wy-
jechać łatwo. Jest to bowiem namiastka, a właściwie nie
namiastka, lecz rzeczywisty zachodni skrawek dawnych
Kresów Wschodnich, krainy, która została zmitologizowa-
na przez liczne utwory literatury pięknej i wspomnieniowej,
która dla wielu rodaków jest symbolem utraconej Arkadii.
Nie zapominajmy, że około połowa obywateli naszego kra-
ju ma kresowe korzenie. Co prawda „właściwe” Kresy są
w dzisiejszych czasach bardziej dostępne niż w okresie so-
wieckim, ale w praktyce często łatwiej wyjechać gdzieś na
antypody niż za wschodnią granicę. Nasi najbliżsi wschod-
ni sąsiedzi, Białoruś i Rosja, to jedyne w całej Europie –
o paradoksie! – kraje, do których musimy mieć wizę, poza
tym w obu krajach obowiązują restrykcyjne przepisy mel-
dunkowe, rodem z czasów komunistycznych. Na Ukrainę
co prawda nie musimy mieć wizy, ale wielu podróżnych
odstraszają kolejki i przedłużające się odprawy na granicy.
Także stąd bierze się zainteresowanie turystów „Kresami
w miniaturze”, czyli „Polską egzotyczną”.
Jakie powinno być miejsce tradycji kulturowych
w wizjach nowoczesnej Polski oraz w jej wizerunku
za granicą? Dość często słyszy się głosy irytacji,
kiedy np. na międzynarodowych targach nasz
kraj promuje się „na ludowo”, gdyż jakoby
utwierdza to stereotyp o naszym zacofaniu.
G. R.: Promowanie jakiegoś kraju jako nowoczesnego i in-
nowacyjnego świadczy właśnie o kompleksach. W dzisiej-
szych czasach nowoczesność i innowacyjność to europejski
standard i promując te właśnie walory, nie przyciągnie-
my do Polski turystów z Europy. Promować należy to, co
jest unikatowe, czego nie ma w innych europejskich pań-
stwach, a więc przede wszystkim nasz krajobraz i przyro-
dę. To nimi zachwycają się przybysze z Europy Zachod-
niej, gdzie środowisko przyrodnicze zostało przekształco-
ne o wiele bardziej niż u nas. Równie warta promocji jest
różnorodność kulturowa oraz niezwykle różnorodna i bo-
gata polska kuchnia, która robi furorę w Europie. Warto
tu zauważyć, że specjały polskiej kuchni zawierają wiele
elementów tradycji kulinarnych rozmaitych mniejszości
zamieszkujących nasz kraj dawniej i obecnie, że wspomnij-
my tu tylko barszcz ukraiński, kołduny litewskie czy kar-
pia po żydowsku.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa,  listopada  r.
74
Zacznijmy od korzeni współczesnych europejskich
systemów zabezpieczenia społecznego.
Krzysztof Hagemejer: Pierwsze o większej skali programy finansowane
ze środków publicznych, redystrybuujące na rzecz ubogich środki pocho-
dzące z podatków, zaczęły pojawiać się w Europie (ale i w Stanach Zjed-
noczonych) w końcu XVIII i na początku XIX wieku. Idea zabezpieczenia
społecznego od początku wywoływała kontrowersje. Jednym z krytyków
„nadmiernej” publicznej pomocy ubogim był Malthus w swym słynnym
„Eseju o ludności”. W połowie XIX w. doszło zresztą w Anglii do „refor-
my” programów dla ubogich, o ponad połowę zmniejszającej skalę tych
transferów. Potem zrodziła się w Prusach bismarckowskich idea obowiąz-
kowego ubezpieczenia na wypadek niemożności dalszej pracy zarobkowej
z powodu starości czy inwalidztwa.
Wszystkie te programy niewiele jednak miały wspólnego z ideą soli-
darności społecznej, która po II wojnie światowej stała się fundamentem
europejskiej idei „państwa opiekuńczego”. Za ich powstawaniem kryły się
przede wszystkim względy pragmatyczne – przeciwdziałanie niepokojom
społecznym, jakie mogą wywołać rosnące obszary ubóstwa. Pierwsze eme-
rytury czy renty inwalidzkie wprowadzano nie w imię solidarności spo-
łecznej, ale – mówiąc brutalnie – po to, by móc bezkonfliktowo pozbyć
się z rynku pracy nisko wydajnych, niedołężniejących starców. Prawo do
emerytury zyskiwało się sto lat temu w wieku  lat.
Wielkim impulsem do dalszego rozwoju programów zabezpieczenia
społecznego były I wojna światowa oraz rewolucja bolszewicka. Traktat
wersalski powołał do życia w  r. Międzynarodową Organizację Pracy.
V w·o~n|u
||. .~||.|||c.|n|~` |
|co.||·n~
sc||o~|ncsc |·
|cn||c |:~:u` ·v
Uc||c.|~ s|co
s.~|c:u ··|
O w|~sncsc w~s.¸
| n~s.¸ ··v
Co· ||·w~:n|
s:~,| s|j ws|c|n| ···||
||. .~||.|||c.|n|~`
– z bn. knzvsz1orru Htcrurjrnru
roz·twit Micntt Soacz\k
COSPOLAPKA
SPOŁCCZNA
|| +
\\´
oco~:|| ||cnc·|c.n·
oc |w~|:~|n||~ „O|·w~:||”
76 I GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 II
Wśród jej pierwszych stanowisk, uchwalonych jeszcze tego
samego roku, znalazły się konwencje z zakresu zabezpiecze-
nia społecznego: o pomocy bezrobotnym (nr :) i o ochronie
macierzyństwa (nr ¡).
Następnie mieliśmy wielki kryzys
gospodarczy przełomu lat . i .
K. H.: Stanowił on kolejny impuls w rozwoju systemów
zabezpieczenia społecznego. Myśl ekonomiczna zwróciła
uwagę na rolę takich rozwiązań jako automatycznych sta-
bilizatorów popytu konsumpcyjnego (Keynes, ale także
Michał Kalecki). Częścią polityki New Dealu w USA stało
się utworzenie programu ubezpieczeń na wypadek starości
i inwalidztwa.
II wojna światowa i kolejne dowody na to, do czego do-
prowadzić może świat nędza, niesprawiedliwość i wywołany
nimi gniew społeczny, w krajach Europy i niektórych poza-
europejskich dały początek rozwojowi powszechnych syste-
mów zabezpieczenia społecznego, obejmujących stopniowo
wszystkie grupy ludności i wszystkie tzw. ryzyka społeczne.
W Anglii już w 1,¡¡ r. ogłoszono plan Beveridge’a, który
zrealizowano po wojnie, wprowadzając powszechny, kom-
pleksowy system ubezpieczeń społecznych [więcej na ten
temat przeczytać można w „Obywatelu” nr ¡o – przyp. re-
dakcji]. W 1,¡¡ r. w Filadelfii Międzynarodowa Konferen-
cja Pracy uchwaliła deklarację dotyczącą zamierzeń i celów
Międzynarodowej Organizacji Pracy, która stała się częścią
Konstytucji MOP i jest nią do dziś. Zapisano w niej m.in.,
że ubóstwo, gdziekolwiek istnieje, stanowi niebezpieczeństwo
dla dobrobytu wszystkich oraz że Konferencja uznaje solenny
obowiązek Międzynarodowej Organizacji Pracy popierania,
wśród różnych narodów świata, programów zapewniających
realizowanie: […] upowszechnienia programów zabezpie-
czenia społecznego celem zapewnienia podstawowego docho-
du wszystkim w potrzebie, jako też powszechnego dostępu do
usług medycznych. Na tej samej konferencji uchwalono dwa
fundamentalne (i aktualne do dziś) zalecenia MOP: nr o;
o bezpieczeństwie dochodowym i nr o, – o opiece medycz-
nej. Na tej podstawie przyjęto w 1,¡: r. Konwencję nr 1o:
MOP o minimalnych normach zabezpieczenia społecznego.
Konwencja ta jest po dziś dzień na całym świecie punktem
odniesienia w budowie i funkcjonowaniu systemów zabez-
pieczenia społecznego: definiuje je i wprowadza podstawo-
we zasady, którym powinny sprostać. Konwencja nr 1o:
(lub prawie identyczny Europejski Kodeks Zabezpieczenia
Społecznego) została ratyfikowana przez prawie wszystkie
kraje członkowskie Unii Europejskiej, w tym, kilka lat te-
mu, przez Polskę.
W efekcie tych kolejnych deklaracji i działań
prawo do bezpieczeństwa socjalnego zaczęło
być traktowane jako coś oczywistego.
K. H.: Powiem więcej: w okresie powojennym systemy za-
bezpieczenia społecznego z programów dla ubogich sta-
ły się ważnym elementem dobrobytu klasy średniej. Pań-
stwo „opiekuńcze” stało się bardziej państwem „dobrobytu”.
Przejście na emeryturę to nie jest coś dla zniedołężniałych
starców, ale okres, kiedy ludzie chcą jeszcze móc korzystać
z uroków życia.
Dziś jednak te zdobycze nie wydają się tak
oczywiste jak jeszcze dwie, trzy dekady wstecz.
K. H.: Począwszy od przełomu lat 8o. i ,o., na skutek tzw.
konsensu waszyngtońskiego (określającego stanowisko mię-
dzynarodowych instytucji finansowych, takich jak Między-
narodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy), pojawiła
się z różnych stron krytyka państwa opiekuńczego oraz dą-
żenia do ograniczenia jego zakresu, sprowadzenia go znów
do roli zestawu programów dla ubogich. Konsens waszyng-
toński podporządkowuje politykę gospodarczą i społeczną
wąskim celom niskiej inflacji i dyscypliny fiskalnej oraz
promuje prywatyzację, liberalizację i deregulację. Zaprze-
cza on idei wspomnianej wcześniej deklaracji filadelfijskiej,
która podporządkowuje politykę gospodarczą wielkim ce-
lom społecznym.
Wykorzystuje się napięcia, które pojawią się w przy-
szłości z powodu starzenia się społeczeństw. Tyle że z nimi
można sobie poradzić, choć bez wątpienia wymagać to bę-
dzie reform systemów zabezpieczenia społecznego, przede
b n a JULIEN, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/SPIDEYMAN/
77 I GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 III
wszystkim rozsądnego przesuwania wieku, w którym lu-
dzie udają się na emeryturę. Mimo to szermuje się hasła-
mi „kryzysu” zabezpieczenia społecznego, co ma stanowić
uzasadnienie dla radykalnych cięć wydatków socjalnych.
Tymczasem kryzys jest gdzie indziej. Kryzys prawdziwy
polega na tym, że w ślad za globalizacją gospodarki świato-
wej nie następuje globalizacja polityki gospodarczej i spo-
łecznej w celu przeciwdziałania narastającym nierówno-
ściom w skali globalnej, które coraz bardziej grożą równie
globalnym konfliktem między Południem i Północą. Wy-
dają się zdawać z tego sprawę przedstawiciele krajów człon-
kowskich MOP, którzy w uchwalonej w  r. deklaracji
„Sprawiedliwość społeczna na rzecz godziwej globalizacji”
powołali się na słowa deklaracji filadefijskiej o wyższości
celów społecznych i wezwali rządy do wspierania budowy
pełnych systemów zabezpieczenia społecznego – jako że
tak naprawdę niespełna jedna czwarta ludności świata ma
obecnie do nich dostęp.
Obecny kryzys gospodarczy dobitnie przypomniał nie-
co zapomnianą lekcję z lat .: w porze załamania gospodar-
czego systemy takie działają jako automatyczne stabilizato-
ry gospodarki oraz jako stabilizatory społeczne. W  r.
MOP uchwaliła kolejną deklarację na rzecz „Globalnego
paktu o miejscach pracy”, w której wzywa do postawienia
zatrudnienia w centrum polityki gospodarczej i społecznej,
wzywa też jeszcze raz do wzmacniania systemów zabezpie-
czenia społecznego. Ale kraje reprezentowane są w MOP
przez ministrów pracy, pracodawców i związki zawodowe –
nie przez ministrów finansów, którzy chętniej patrzą z per-
spektywy Waszyngtonu niż Genewy.
Czy doświadczenie ostatnich lat coś zmieni, czy też
wrócimy do business as usual i dopiero następny, jeszcze sil-
niejszy kryzys lub konflikt zmusi do rewizji polityki? Nie
jestem optymistą, ale trzeba mieć nadzieję.
W określeniu „system ubezpieczeń społecznych”
zawarta jest obietnica pewnej kompleksowości. Do
jakiego stopnia polskie ubezpieczenia społeczne
tworzą rzeczywisty system, zbudowany na pewnej
wspólnej logice? Przykładowo, jak dalece udało się
zharmonizować systemy – emerytalny i rentowy?
K. H.: Mówimy „system” z trzech powodów. Po pierwsze,
programy zabezpieczenia społecznego dotyczą zabezpie-
czenia ludzi na wypadek różnych zdarzeń w cyklu życia
(macierzyństwo, starość) i całego szeregu ryzyk życiowych
i społecznych (choroba, wypadek przy pracy, inwalidztwo,
śmierć żywiciela rodziny czy bezrobocie). Każde z tych ry-
zyk wymaga co najmniej jednego odrębnego programu,
a wszystkie te programy składają się na system. Po drugie,
zarówno te życiowe zdarzenia, jak i sposoby zabezpiecza-
nia się przed nimi są ze sobą powiązane i wpływają łącz-
nie na nasze zachowania (mamy tu do czynienia z syste-
mem naczyń połączonych). Po trzecie wreszcie – z uwagi na
powyższe, wspomniane programy wymagają koordynacji,
harmonizacji itp., jeśli chcemy prowadzić spójną politykę
społeczną. Mamy więc w Polsce bez wątpienia system za-
bezpieczenia, z uwagi na dwa pierwsze powody. Czy mamy
skoordynowaną i spójną politykę zabezpieczenia społecz-
nego? Przedstawiamy ją jako taką w raportach dla Bruk-
seli, w rzeczywistości jest trochę gorzej, ale prawdę mó-
wiąc problemy z koordynacją mają wszystkie kraje, gdyż
zawsze polityka ta jest realizowana przez kilka odrębnych
ministerstw.
Oczywiście, że program emerytalny i program ren-
towy są powiązane. Jeśli obniżymy emerytury i podwyż-
szymy faktyczny wiek emerytalny, może się zdarzyć, że
ludzie będą starać się o rentę inwalidzką, jeśli zapewnia
ona wyższe świadczenie lub gdy z takich czy innych powo-
dów będą chcieli skończyć pracę zarobkową, a nie będą już
HAGE
MEJER
Dr Krzysztof Hagemejer (ur. +p¸+) –
ekonomlsta, pracownlk naukowy wydzlału
Nauk Lkonomlcznych Unlwersytetu warszaw-
sklego, od +pp¸ r. pracu[e w Mlędzynarodo-
wym 8lurze Pracy z sledzlbą w Genewle, gdzle
obecnle pełnl funkc[ę szefa zespołu ds. pro-
[ektowanla polltykl l badań w Departamencle
Zabezpleczenla Społecznego. w latach
+pp+-+pp¸ doradca Mlnlstra Pracy l Polltykl
Soc[alne[, w latach +p8o-+pp+ doradca ds. po-
lltykl społeczno-gospodarcze[ Komls[l Kra[o-
we[ NSZZ „Solldarność” (w okresle +ppo-+pp+
[ako dyrektor Ośrodka Prac Społeczno-
Zawodowych przy KK NSZZ „S”), w latach
+p;6-+p8o wspołpracownlk KOP l KSS „KOP”.
1est autorem publlkac[l na temat kwestll
ekonomlcznych w zabezpleczenlu społecz-
nym, zwłaszcza problemow zwlązanych
z możllwośclą wprowadzenla podstawowe[
ochrony społeczne[ w kra[ach rozwl[a[ących
slę oraz na temat reform zabezpleczenla
społecznego w kra[ach Luropy Środkowo-
-wschodnle[. Prowadzl za[ęcla z budżetowanla
polltykl społeczne[ na Unlwersytecle w Ma-
astrlcht w Holandll.
78 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 IV
mieli, tak jak poprzednio, prawa do emerytury. Czy jed-
nak harmonizacja musi polegać na obniżeniu także i rent
inwalidzkich, jak to próbowano zrobić w Polsce w zeszłym
roku, a pewnie próba zostanie wkrótce ponowiona? Nieko-
niecznie. Istnieją dobre powody by ci, którzy kwalifikują się
do renty inwalidzkiej, mieli wyższe świadczenia. Problem
można rozwiązać nie poprzez zmianę sposobu wyliczania
renty, ale wprowadzając szczelny system kwalifikowania do
jej otrzymywania.
Klasyczne systemy ubezpieczeń społecznych rozkładały
ryzyko socjalne, tj. w ich ramach miała miejsce pewna
redystrybucja, podyktowana interesem słabszych
grup. Do jakiego stopnia idea ta realizowana jest
w ramach obecnego polskiego systemu i jak wypadamy
pod tym względem na tle innych krajów Europy?
K. H.: Opublikowany w zeszłym roku raport OECD
o nierówności i biedzie w krajach członkowskich („Gro-
wing unequal”) pokazuje Polskę jako kraj należący do gru-
py o najwyższym rozwarstwieniu dochodów pieniężnych,
a jednocześnie taki, w którym zarówno system zabezpie-
czenia społecznego, jak i system podatkowy w najmniej-
szym stopniu redukują rozwarstwienie dochodów. Powody
są dwa. Po pierwsze, nasz system podatkowy wyjątkowo
wysoko opodatkowuje dochody niskie. Po drugie, bardzo
mało wydajemy na te wszystkie programy, które powinny
uzupełniać dochody uboższych – zasiłki dla bezrobotnych,
świadczenia rodzinne, pomoc społeczną. Pod względem
tych wydatków jesteśmy na szarym końcu w Europie. Je-
dynie system emerytalny póki co spełnia swoje zadanie
i wskaźniki ubóstwa pośród osób starszych mamy naj-
niższe w Europie. Ale to nie znaczy, że trzeba z tego po-
wodu obciąć wydatki na emerytury – trzeba zwiększyć
wydatki na wspomniane programy. Jeśli chodzi bowiem
o całość wydatków na zabezpieczenie społeczne, też nie
jesteśmy w europejskiej czołówce. Tymczasem wskutek
reformy emerytalnej czeka nas w przyszłości radykalny
wzrost ubóstwa także pośród osób starszych: nowy system
emerytalny nie zapewni dostatecznych środków do życia
przede wszystkim tym o niskich zarobkach i o krótkich
czy przerywanych – nie z własnej winy – karierach za-
wodowych. Obecny system trzeba koniecznie uzupełnić,
wprowadzając powszechną państwową emeryturę bazo-
wą, którą otrzymywaliby wszyscy, poczynając od pewnego
wieku ( lat, a w przyszłości pewnie więcej), niezależnie
od tego, jak długo płacili składki.
Jak świadczenia w ramach polskiego systemu
mają się do międzynarodowych, minimalnych
norm zabezpieczenia społecznego?
K. H.: Polska ratyfikowała Konwencję nr  MOP. Jed-
nakże nie mogła ratyfikować części dotyczącej zasiłków
dla bezrobotnych. Są one u nas za niskie, ich wysokość nie
spełnia wymogów Konwencji czy Europejskiego Kodeksu
Zabezpieczenia Społecznego. Tymczasem najniższa z tych
norm nie jest specjalnie wysoka – wynosi  wynagrodze-
nia robotnika niewykwalifikowanego.
Jeśli chodzi o emerytury, to w przyszłości nie tylko nie
zapobiegną one ubóstwu wśród osób starszych, ale także
i przeciętnie obniżą się do poziomu niższego od wymagań
ratyfikowanej przez Polskę części Konwencji nr , która
mówi, że ich wysokość musi odpowiadać co najmniej 
uprzednich zarobków już po  latach pracy. Raz jeszcze –
sytuację może zmienić wprowadzenie powszechnej pań-
stwowej emerytury bazowej.
Istnieje duże zróżnicowanie systemów zabez-
pieczenia socjalnego między poszczególnymi
krajami. Rozwiązania których państw należa-
łoby uznać za najlepsze w relacji koszty – efek-
ty, a więc za potencjalny wzór do naśladowania?
K. H.: Cele – a więc i ocena efektów – polityki zabezpie-
czenia społecznego są bardzo zróżnicowane, inne w zależ-
ności od kraju. W jednych uwaga skupia się na pomocy
ubogim i przeciwdziałaniu ubóstwu, w innych na zmniej-
szaniu różnic dochodowych w znacznie szerszym zakresie.
Różne są też oczekiwania co do wpływu na rynek pracy,
konkurencyjność itp. Jednakże wiele krajów o wysokich
wydatkach na zabezpieczenie społeczne (Francja, Niemcy,
Szwecja, Dania) dowiodło, że świetnie współistnieją one
z dynamizmem gospodarczym, prawdziwą konkurencyj-
nością i wysoką wydajnością.
W ostatnich latach miały miejsce daleko idące
zmiany na rynku pracy, np. wzrost znaczenia form
zatrudnienia innych niż klasyczna praca „na etacie”,
rosnąca skala kilkuletnich wyjazdów „na saksy”
etc. Do jakiego stopnia kształt polskiego systemu
jest dostosowany do tych nowych zjawisk?
K. H.: Migracja w ramach Unii Europejskiej (pod wa-
runkiem, że pracujemy legalnie) w zasadzie nie powinna
wpływać na nasze uprawnienia do różnych świadczeń, gdyż
istnieją odpowiednie umowy wewnątrzunijne. Podobne
umowy Polska ma i zawiera z wieloma innymi krajami.
Przyzwoite zabezpieczenia społeczne da się pogodzić z mo-
bilnością, trzeba tylko chcieć. Jeśli zaś chodzi o inne niż
„praca na etacie” formy zatrudnienia i pracy zarobkowej, to
także wszystko jest możliwe – nie ma chyba legalnej formy
zatrudnienia w Polsce, której nie towarzyszyłby obowiązek
płacenia większości typów składek na ubezpieczenia spo-
łeczne. Problem się zaczyna, gdy chcemy zarabiać nie płacąc
składek i podatków. A z tym trzeba po prostu walczyć.
Problem w tej sferze pojawia się natomiast, gdy te „in-
ne” formy zatrudnienia w sumie składają się na krótki staż
79 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 V
składkowy i niskie zarobki i składki. To można rozwią-
zać tylko wprowadzając do systemu emerytalnego skład-
nik emerytury, który otrzymuje się niezależnie od długości
okresu płacenia składek. A więc znów – potrzebna jest po-
wszechna emerytura bazowa.
Inny, ważny rodzaj strukturalnych zmian społecz-
nych wiąże się z trendami demogracznymi. Prze-
widywany wzrost kosztów nansowania systemu
emerytalno-rentowego, związany z tzw. starzeniem
się społeczeństwa, był jednym z argumentów za re-
formą, której efektem będzie drastyczne obniżenie
wymiaru świadczeń. Co po upływie dekady moż-
na powiedzieć na temat słuszności jej założeń?
K. H.: Reformy są niezbędne, przede wszystkim takie, któ-
re spowodują, że będziemy pracować dłużej. Główne zało-
żenie reformy w Polsce stanowiło oczekiwanie, że ludzie
będą pracowali dłużej, zmuszeni do tego ekonomicznie,
gdyż w przeciwnym razie zreformowany sposób wyliczania
wysokości emerytur sprawi, że ich świadczenia nie wystar-
czą na życie. Czy tak się stanie, można będzie powiedzieć
gdzieś za trzydzieści-czterdzieści lat. Ja jednak w to nie wie-
rzę. Ani poprawa stanu zdrowia, ani poprawa warunków
pracy, ani poprawa sytuacji na rynku pracy nie pozwolą na
to, aby wszyscy ludzie pracowali non-stop - lat. Bo ty-
le lat łącznego płacenia składek trzeba w nowym systemie,
by osiągnąć godziwą emeryturę (i to zakładając, że zarobki
w tym okresie są przyzwoitej wysokości). Zamiast reformy,
która do tego doprowadziła, powinno się po prostu wpro-
wadzić stopniowy wzrost wieku emerytalnego, z dużym
wyprzedzeniem np. dla roczników, które stosunkowo nie-
dawno weszły na rynek pracy. Nikt z polityków nie miał
jednak na tyle odwagi.
Również tak znaczne obniżenie wymiaru świadczeń
w ramach reformy było błędem. Prognozy sporządzone
w ostatnich latach na użytek OECD i Komisji Europejskiej
pokazują, że pomimo oczekiwanego parokrotnego wzro-
stu tzw. wskaźnika obciążenia demograficznego (proporcja
liczby osób w wieku emerytalnym do liczby osób w wieku
aktywności zawodowej) w Polsce – jako jedynym kraju
Unii – wydatki na emerytury mierzone w proporcji do PKB
mogą być w roku  nawet niższe niż obecnie!
Podsumowując: przekształcenia demograficzne naka-
zują dostosowania systemów emerytalnych, ale w żadnym
razie nie muszą one iść tą drogą, którą poszła Polska. A zło-
żyła się na nią prywatyzacja jednej trzeciej obowiązkowego
systemu emerytalnego (nikomu, poza firmami z sektora
usług finansowych, nie przyniosła ona korzyści) oraz rady-
kalne obniżenie świadczeń.
b

O
R
I
N

Z
E
B
E
S
T
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
O
R
I
N
R
O
B
E
R
T
J
O
H
N
/

80 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 VI
Argumentem za wprowadzeniem systemu
kapitałowego było m.in. to, że pozwala on
uczynić płatników panami własnego losu.
K. H.: Reforma emerytalna uczyniła wysokość przyszłych
emerytur w znacznie wyższym stopniu niż poprzednio za-
leżną od czynników znajdujących się poza kontrolą jednost-
ki – takich jak koniunktura gospodarcza (długość okresów
pozostawania bezrobotnym, wysokość zarobków) i koniunk-
tura na rynkach finansowych (określająca, czy inwestowanie
składek płaconych do II filara przyniesie zyski, czy straty).
Kryzys finansowy pochłonął składki płacone przez uczest-
ników II filara przez ostatnie dwa-trzy lata, co znacząco od-
bije się na świadczeniach zwłaszcza tych, którym pozostało
stosunkowo niewiele lat do przejścia na emeryturę. Dla tych,
którzy zostaną dotknięci bezrobociem wskutek kryzysu go-
spodarczego, przyszła emerytura skurczy się o dodatkowe
miesiące lub nawet lata niepłaconych lub niskich składek.
Należałoby się zastanowić, czy i jak zrekompensować przy-
szłym emerytom skutki kryzysu, ale jednocześnie wraca py-
tanie bardziej zasadnicze – jak uczynić system bezpieczniej-
szym i jakie dodatkowe gwarancje należy weń wbudować?
Reforma przerzuciła ryzyko w kwestii wysokości przy-
szłych świadczeń całkowicie z „ubezpieczyciela” (i to w obu
filarach) na ubezpieczonego. W I filarze gwarantowana wy-
sokość emerytury jest zbyt niska, w II w zasadzie nie ma
żadnych gwarancji. Konieczne jest wprowadzenie takich
gwarancji do systemu (wyższa indeksacja składek w I fila-
rze, gwarantowana przez państwo stopa zwrotu w II), by
przyszłe emerytury przynajmniej spełniały wymogi Kon-
wencji nr , choć prawdę mówiąc wolałbym ambitniejszy
cel. Jednocześnie trzeba zacząć poważnie i otwarcie dysku-
tować o podwyższaniu wieku emerytalnego.
Indeksacja, czyli ochrona siły nabywczej emerytur, jest
koniecznością – także w ich części wypłacanej w zamian za
fundusze zgromadzone w II filarze.
Jak duże pole manewru istnieje, jeśli chodzi o zmiany
„zreformowanego” systemu ubezpieczeń, w kierunku
większej jego sprawiedliwości i solidarności? Czy
w przypadku systemu emerytalnego odwrót od
modelu kapitałowego jest obecnie możliwy, a jeśli
nie – jakimi sposobami można ograniczyć jego wady?
K. H.: Muszę powiedzieć, że z pewnym zdziwieniem patrzę
na obecne propozycje daleko idącego zmniejszenia „pry-
watnej” części systemu emerytalnego. Z jednej strony po-
winienem się cieszyć – byłem przeciwnikiem prywatyzacji.
Przeważa jednak zmartwienie – tym, że ze względu na bie-
żące potrzeby chce się radykalnie zmienić politykę eme-
rytalną, z konsekwencjami dotykającymi pokoleń. Zmar-
twienie także tym, że to nie troska o wysokość przyszłych
emerytur stoi za proponowanymi zmianami. Gdyby to by-
ło troską, można pomyśleć o alternatywnym rozwiązaniu.
Jedynym chyba sposobem stworzenia systemu odpowiada-
jącego w choć minimalnym sensie zaleceniom Konwen-
cji , a jednocześnie nie burzącego wewnętrznej logiki
systemu emerytalnego, opartego na zdefiniowanej składce
(co do którego ponoć był społeczny konsens dziesięć lat
temu), byłoby wprowadzenie powszechnej gwarancji mi-
nimalnego dochodu (co najmniej na poziomie  mini-
malnego wynagrodzenia) dla osób powyżej pewnej granicy
wieku; wiek i zamieszkiwanie w Polsce byłyby tu jedyny-
mi kryteriami przyznawania świadczenia. Warto zwrócić
uwagę na to, że obecna zasada dofinansowywania z budże-
tu państwa minimalnych świadczeń tylko dla tych, którzy
mają staż składkowy  (kobiety) lub  (mężczyźni) lat,
kłóci się z zasadami sprawiedliwego rozdysponowywania
środków pochodzących z ogólnego opodatkowania.
System emerytalny niejednakowo traktuje różne
kategorie płatników, np. kobiety i mężczyzn.
K. H.: W sprawie wieku emerytalnego Konwencja nr 
zezwala na ustanowienie go na wybranym poziomie – jed-
nakże nakazuje, aby brano pod uwagę stan zdrowia i tym
samym zdolność do pracy osób starszych. Inna Konwencja
MOP, nr  (nie ratyfikowana przez Polskę), dotycząca
specyficznie emerytur, rent inwalidzkich i rodzinnych do-
daje także, iż jeśli wiek emerytalny ustalony jest na  lat
lub więcej, konieczne jest stworzenie możliwości wcześniej-
szego przechodzenia na emeryturę osób zatrudnionych
w warunkach trudnych lub szkodliwych dla zdrowia.
b

G
U
I
L
H
E
R
M
E

T
A
V
A
R
E
S
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
G
U
I
T
A
V
A
R
E
S
/
81 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 VII
Wiele przemawia za tym, by zrównać wiek emerytalny
kobiet i mężczyzn. Logika systemu – czym wcześniejszy
wiek przejścia na emeryturę, tym niższy jej wymiar – wska-
zuje także, iż to zrównanie powinno się odbyć poprzez pod-
wyższenie wieku emerytalnego kobiet. Nie wystarczy to
jednak, by znacząco podnieść emerytury kobiet. Ze wzglę-
du na ich gorszą pozycję na rynku pracy i dużo większe niż
mężczyzn zaangażowanie w niewynagradzaną pracę w go-
spodarstwach domowych, w nowym systemie emerytury
kobiet przeciętnie mogą nie sięgnąć nawet minimalnego
poziomu wymaganego przez Konwencję nr 1o:. Konieczna
jest dyskusja, jak bardziej niż dotychczas zrekompensować
w systemie emerytalnym zaangażowanie kobiet w pracę
poza standardowym rynkiem pracy.
Powstaje też inne pytanie: czy minimalny wiek eme-
rytalny nie powinien być jednak zróżnicowany w zależno-
ści od tego, jak wcześnie ktoś zaczął aktywność zawodo-
wą? Czy ktoś, kto zaczął pracować w wieku lat 18, powi-
nien musieć pracować do tego samego wieku, co ten, który
wszedł na rynek pracy w wieku :¡ czy ¡o lat? I czy zasada,
że im wcześniejszy wiek przejścia na emeryturę, tym niższa
wypłacana kwota, jest w tym kontekście sprawiedliwa tak-
że w sensie społecznym?
Konieczne są badania nad zróżnicowaniem i długością
okresów pracy zawodowej, charakterem i warunkami tego
zatrudnienia oraz stanem zdrowia w momencie osiągania
wieku emerytalnego. W Polsce mężczyzna osiągający pięć-
dziesiątkę może przeciętnie liczyć na przeżycie kolejnych
:¡ lat. Jednakże – znów przeciętnie – tylko niecałe 1; lat
będzie on zdrowy i w pełni sprawny. Mężczyźni opuszcza-
ją rynek pracy w wieku o: lat. Ci z nich, którzy dożywają
o¡ lat, mogą oczekiwać jeszcze prawie 1¡ kolejnych lat ży-
cia, ale tylko ; z nich będzie w zdrowiu i pełnej sprawności.
W przypadku kobiet wyniki podobnych szacunków są bar-
dziej optymistyczne. Jednakże są to przeciętne – potrzebna
jest znacznie głębsza wiedza o istniejących zróżnicowaniach
w zależności od charakteru wykonywanej pracy i długości
kariery zawodowej.
Podkreśla Pan konieczność szerokiego dialogu
społecznego na temat ubezpieczeń socjalnych.
K. H.: Kluczowymi elementami nowego systemu emery-
talnego, które nie zostały rozstrzygnięte dziesięć lat temu,
było to, jaką postać mają mieć emerytury z II filara: czy ma
to być wyłącznie tzw. renta dożywotnia („annuitet”), czyli
comiesięczna emerytura, czy też dopuścić także inne formy,
np. częściową wypłatę w formie jednorazowego ryczałtu.
Nie odpowiedziano także na to, jak te wypłaty mają się do-
konywać (poprzez prywatny rynek annuitetów, instytucję
publiczną czy też w kombinacji tych rozwiązań), a także
w jaki sposób dokonywać się będzie indeksacja emerytur
z II filara. Trudno zrozumieć, jak można było wymagać od
ludzi – tych, którzy mieli taki wybór – rozsądnych decyzji
w sprawie tego, czy chcą, czy też nie chcą przystąpić do
II filara, w sytuacji, gdy te podstawowe zagadnienia pozo-
stawały nierozstrzygnięte.
Najbardziej zagadkowe jest to, że kwestie te, tak istot-
ne dla wysokości przyszłych emerytur, nie tylko pozosta-
wały nierozstrzygnięte aż do ostatniej chwili (czyli do roku
:oo8, jako że w roku :oo, miały nastąpić pierwsze wy-
płaty emerytur z II filara), ale że także i wtedy nie odbyła
się żadna poważna publiczna debata, wykraczająca poza
ścisłe grona eksperckie. Jedynym aktywnym aktorem tej
dyskusji był sektor usług finansowych, widzący tu kolejne
źródło zysków.
Ostatnia z kwestii to sprawa rent inwalidzkich. Refor-
ma wprowadzona w 1,,, r. nie objęła ani tych świadczeń,
ani też rent rodzinnych. Ze względu jednak na to, że wy-
sokość przyszłych świadczeń emerytalnych uległa znaczne-
mu obniżeniu dla osób o krótszych karierach zawodowych
i niższych zarobkach, od początku było jasne, że dla wielu
z nich w przyszłości renta inwalidzka obliczana na dotych-
czasowych zasadach może stać się alternatywą atrakcyjną
pod względem wysokości. Konieczne były więc zmiany,
które mogłyby polegać albo na wbudowaniu w system do-
datkowych gwarancji dochodowych dla tej grupy osób, al-
bo na obniżeniu wysokości rent inwalidzkich. I znów, przez
dziesięć lat nie było żadnej rzeczowej publicznej debaty na
ten temat.
W roku :oo8 nie można było już dłużej czekać z po-
dejmowaniem decyzji w powyższych sprawach. Trafiły więc
do konsultacji społecznych, a później do Sejmu propozycje
rozwiązań prawnych. Były to kolejne wersje ustaw o emery-
turach „kapitałowych” i rozwiązaniach instytucjonalnych,
które miałyby ich dostarczyć, kolejne wersje projektu ustawy
o emeryturach „pomostowych”, wreszcie – projekt zmiany
ustawy o rentach i emeryturach z ubezpieczenia społecznego,
radykalnie obniżający ich wysokość. Tymczasem zarówno
w Komisji Trójstronnej, jak i w mediach dominował temat
emerytur pomostowych – sprawa ważna, ale dla stosunko-
wo wąskiej grupy ubezpieczonych. W sprawach dotyczących
większości płacących składki było znacznie mniej dyskusji
publicznej i zwekslowała ona na tematy raczej marginalne.
W sprawie rent inwalidzkich z ubezpieczenia społecznego,
obejmującego wszystkich ubezpieczonych – dyskusji pu-
blicznej nie było w ogóle. I to pomimo, że centrale związko-
we zgodnie sprzeciwiły się projektowi – nie przedstawiając
niestety żadnych propozycji alternatywnych.
Nie podjęto w ogóle kwestii zasadniczej – tego, jak
zapewnić wszystkim godziwy poziom bezpieczeństwa do-
chodowego na starość, a także w sytuacji inwalidztwa czy
utraty jedynego żywiciela rodziny. Wszystkie analizy doko-
nywane w ciągu ostatnich lat pokazują, że przyszłe świad-
czenia emerytalne będą niskie, w części przypadków niższe
nawet niż minimalne wymagania MOP. Podobnie będzie
w wyniku wprowadzenia zaproponowanych ostatnio zmian
w przypadku rent inwalidzkich (pomimo, że Polska nie
82 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 VIII
Wielki powrót „wielkich nieobecnych”
polskiej debaty publicznej!
„Obywatel” wydał dwle kslążkl Joanny l Andrzeja Gwiazdów – legendarnych
wspołzałożyclell Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża oraz liderów
Pierwszej „Solidarności”, po ‘ r. zepchniętych na margines przez wielbicieli
nowego porządku. wśrod tematow kslążek m.ln. Okrągły Stoł, krytyka llberallzmu
gospodarczego, Unla Lurope[ska, globallzac[a, dzledzlctwo „Solldarnoścl”.
„Poza układem. Publlcystyka z lat +p88-zoo6”
z¸8 stron
„Gwlazdozblor w »Solldarnoścl«.
1oanna l Andrze[ Gwlazdowle
w rozmowle z Pemlgluszem Okraską”
¸+z stron, ¸z strony wkładkl zd[ęclowe[
+ płyta DvD z ñlmem
ratyfikowała dotyczącej ich części Konwencji, należałoby
oczekiwać także i w tym wypadku dochowania tych nie-
zbyt przecież wygórowanych norm). Jednocześnie prognozy
makro pokazują, że z punktu widzenia przyszłych kosztów
emerytur i rent reforma jest „przestrzelona” – nie ma po-
trzeby aż tak drastycznego obniżania świadczeń. Jest więc
pole manewru dla sfinansowania rozwiązań wzmacniają-
cych minimalne gwarancje.
Zaproponował Pan, by jednym z instrumen-
tów dialogu na temat reform ubezpieczeń
socjalnych stała się Rada Emerytalna.
K. H.: Reforma jest procesem, a nie jednorazowym aktem.
Wymaga myślenia w horyzoncie pokoleń, a nie kilkuletnie-
go cyklu wyborczego. Dlatego sprawa podwyższenia wie-
ku emerytalnego i inne propozycje zmian powinny stać się
wreszcie przedmiotem spokojnej, szczerej – ale i konstruk-
tywnej – publicznej debaty, opartej na uzyskanej w drodze
badań i analiz pełnej wiedzy o różnorodnych konsekwen-
cjach istniejących i alternatywnych rozwiązań. Taka debata
powinna doprowadzić do wypracowania spójnych i kom-
pleksowych propozycji.
Forum dla takiego dialogu mogłaby się stać Rada Eme-
rytalna, na wzór francuskiej Conseil d’orientation des retra-
ites. Należałoby jej zlecić stałe dokonywanie ocen funkcjo-
nowania systemu i przygotowywanie kierowanych do rządu
propozycji nowych rozwiązań. Rada taka powinna składać
się z przedstawicieli pracowników, pracodawców, emery-
tów, innych osób ubezpieczonych, reprezentantów sektora
usług finansowych, Sejmu i Senatu, rządu oraz czołowych
ekspertów, a także mieć możność zlecania niezbędnych
badań i analiz. Jej dokumenty powinny mieć charakter
publiczny.
Dotychczasowa historia reformy emerytalnej w Polsce
pokazuje, jak bardzo potrzebne jest, by rozwiązania po-
lityki społecznej rodziły się w warunkach dialogu, w któ-
rym uczestniczą wszyscy zainteresowani – i w którym
wszyscy są w pełni świadomi konsekwencji różnych dzia-
łań. Choć dotychczas takiego dialogu było za mało, nigdy
nie jest nań za późno: reforma emerytalna bynajmniej się
nie skończyła.
Dziękuję za rozmowę.
Genewa,  stycznia  r.
w paklecle tanle[ – kupując u nas obie książki zapłacisz
zł (cena wysyłki wliczona) i dostaniesz upominek!
Proslmy o wpłatę takle[ kwoty (lub należnoścl
za wybraną kslążkę – ceny zobacz obok) na konto:
Stowarzyszenle „Obywatele Obywatelom”
ul. wlęckowsklego ¸¸/+z6, po-;¸( Łodź
8ank Społdzlelczy Pzemlosła, ul. Monluszkl 6, po-+++ Łodź Numer konta: ;8 8;8( ooo¸ zoo+ oooo +¸(( ooo+
w oplsle proslmy wplsać „Poza układem” lub „Gwlazdozblor” (brak te[ lnformac[l spowodu[e odłożenle wysyłkl w czasle).
wszelklch lnformac[l na temat możllwoścl zakupu kslążek udzlela Konrad Malec, malecQlso.edu.pl, tel. ¸o( z68 zo6
Cena w księgarni zł,
u wydawcy – jedynie

Kupując u wydawcy nie
płacisz za wysyłkę – cena

83 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 IX
|co.||·n~ sc||o~|ncsc
konntb MtLrc
Inżynier znający kulisy handlu międzynarodo-
wego, biegle mówiący po francusku i niemiec-
ku. Młody i uzdolniony pracownik, który szyb-
ko awansował w zakładowej hierarchii. Robot-
nik z dużym doświadczeniem, dzielący się swoją
wiedzą z kolegami o krótszym stażu. Co łączy te
osoby? Zostały zwolnione z polskich fabryk kon-
cernu Fiat. Nic dziwnego, że w zakładach rośnie
w siłę „tajny ruch oporu”.
|~ c.~|n|, ||sc||
Rajmund Pollak pierwszy raz naraził się turyńskiemu po-
tentatowi motoryzacyjnemu w  r. Działacz jako jeden
z nielicznych związkowców z Fabryki Samochodów Mało-
litrażowych w Bielsku-Białej poparł najdłuższy w historii
III RP, -dniowy strajk w bliźniaczych zakładach FSM
w Tychach. Zbojkotował także akcję wysyłania do nich
łamistrajków. Tamtejsi robotnicy strajkowali, domagając
się  akcji swojego, prywatyzowanego wówczas przed-
siębiorstwa. – Włosi, którzy jeszcze nie byli właścicielami
obu fabryk, już wówczas stosowali swoje metody skłócania
pracowników, przeciwstawiając bielskich robotników strajku-
jącym w Tychach. Za pośrednictwem dyrekcji fabryki puścili
informację, że jeśli bielscy robotnicy poprą tyskich, to zamkną
nasz zakład – wspomina pan Rajmund.
Poza poparciem dla kolegów z innego miasta, związko-
wiec naraził się Włochom publicznie nawołując, by strona
polska sprzedając fabryki, zachowała prawo własności do
ziemi, na której stoją. W końcu za swoją postawę został
wciągnięty na czarną listę koncernu. – O tym, że mają mnie
zwolnić, dowiedziałem się w  r., od włoskich związkow-
ców, którzy często spotykają się ze swoimi szefami na stopie
prywatnej – wyjaśnia.
W ciągu ostatnich  lat Rajmunda Pollaka regular-
nie wybierano do komisji zakładowej i międzyzakładowej
„Solidarności” w Fiat Auto Poland. Był także społecznym
inspektorem pracy w Fiat Gesko Poland (spółka-córka zaj-
mująca się księgowością Grupy). Za swą działalność został
wyróżniony przez Komisję Krajową „Eski” oraz… kilka-
krotnie próbowano wyrzucić go z pracy. Za każdym ra-
zem, po wyrokach sądowych, odstępowano od tego. Przez
cały wspomniany okres usiłował zainteresować kolej-
ne rządy, posłów, senatorów i wymiar sprawiedliwości
nieprawidłowościami związanymi z polskimi zakłada-
mi giganta z Turynu. Pytał, dlaczego bielską fabrykę,
wartą ponad , bln starych złotych i mającą bardzo do-
bre perspektywy na przyszłość, sprzedano za…  ów-
czesnych milionów. Niestrudzenie walczył także o na-
leżne pracownikom  akcji.
Kolejne ekipy obiecywały, że naprawią błąd przy oka-
zji sprzedaży przybudówek FSM, jednak w  r. rząd
Donalda Tuska ogłosił ostatecznie, że załogi nie otrzymają
żadnych udziałów. Być może ostatnie zwolnienie pana Raj-
munda ma związek z faktem wzięcia obu tych spraw „na
warsztat” przez Centralne Biuro Antykorupcyjne.
||| ·~ wc|ncsc| ||. w|~sncsc|
Rajmund Pollak jest przekonany, że gdyby pracownicy
otrzymali przysługujące im akcje, dziś ich los mógłby wy-
glądać zupełnie inaczej. – Gdy załoga posiada udziały, po-
siada także głos na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy.
Oczywiście  nie daje głosu decydującego, ale… Pracownicy
pewnego banku poprosili mnie, bym kupił jego pięć akcji i re-
prezentował na Zgromadzeniu ich interesy. Kiedy zgłaszałem
moich pięć akcji, pani prezes spojrzała na mnie z wyraźną
wyższością. Nieco później zgłosiłem w imieniu załogi postulat
odwołania jej ze stanowiska. Miała bardzo zdziwioną minę,
kiedy został przegłosowany przez pozostałych udziałowców –
wyjaśnia pan Pollak.
Dodaje też, że w dzisiejszych czasach wolności ma się
tyle, ile własności. – Warto w tym kontekście spojrzeć na to,
co z polskiej gospodarki pozostało w polskich rękach. Ponadto,
wbrew bzdurom wypisywanym przez liberalną prasę o zbyt
dużym wpływie związków zawodowych i rad pracowników,
to nie one decydują o strategii. Nie decyduje o niej nawet dy-
rektor, ta decyzja jest w rękach właściciela.
Innym problemem akcentowanym przez pana Raj-
munda jest kwestia zarobków. W tej samej firmie, w tym
samym zakładzie, na tym samym stanowisku istnieją
duże różnice wynikające z narodowości: Włosi zara-
biają znacznie więcej. – Doszło do takiego absurdu, że
jeden z bielszczan wyjechał do Włoch, tam się ożenił,
a następnie dostał włoski paszport. Po powrocie do kra-
ju zarabiał już znacznie więcej od Polaków – relacjonuje
związkowiec. Polskich specjalistów z czasem zdegradowano
do kategorii samodzielnych pracowników. – Wykonują te
same zadania, co wcześniej, ale zarabiają mniej od Włochów,
84 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 X
którzy często, nie mając wyższego wykształcenia, są klasyfiko-
wani jako specjaliści – wyjaśnia.
Sam pan Rajmund miał szansę na lepsze zarobki, być
może na włoskim poziomie. – W  r. miałem rozmowę
z jednym z włoskich dyrektorów. Złożył mi propozycję objęcia
„stanowiska odpowiedniego do mojej wiedzy i doświadczenia”,
ale pod warunkiem, że dam słowo honoru, że zaprzestanę
aktywnej działalności związkowej. Nawet nie musiałbym się
wypisywać, bylebym „przestał rozrabiać”. Z propozycji nie
skorzystał.
|·||||u· |cn:|~:~|u,|
Najnowsza potyczka pana Rajmunda rozpoczęła się  kwie-
tnia  r. Wówczas Paolo Rebaudengo, wiceprezes ds. re-
lacji przemysłowych w koncernie Fiat, odmówił wszczęcia
rozmów w sprawie podwyżek oraz wprowadził przymusową
pracę w soboty, uzasadniając te decyzje kryzysem gospodar-
czym. – Żaden związek nie ogłosił pogotowia strajkowego, ani
nie wszczął sporu zbiorowego. Pracownicy z prośbą o reakcję
dzwonili do mnie – wspomina Pollak. Jako pracownik Fiat
Group, wystosował do centrali list otwarty, w którym
przywołał liczbę i jakość produkowanych w Polsce sa-
mochodów w porównaniu do fabryk Fiata poza naszymi
granicami. Porównał w nim także wysokość zarobków
w Polsce i we Włoszech. „Odpowiedź” przyszła niecałe
dwa tygodnie później: zwolnienie „z przyczyn niedoty-
czących pracownika”.
Do tej pory zwolnienie Pollaka było niemożliwe z po-
wodu piastowania przez niego stanowiska wiceprzewodni-
czącego komisji międzyzakładowej. Jednak w połowie 
r., po proteście pana Rajmunda przeciw wykorzystywaniu
logo „Solidarności” w reklamach Fiata, odwołano go z peł-
nienia tej funkcji. Następnie, bez wiedzy zainteresowanego,
wysłano do jego pracodawcy informację, że przestał być
członkiem „Solidarności”, z prośbą o zaprzestanie potrąca-
nia mu z pensji comiesięcznych składek. Został wystawiony
na strzał. Zapytana o tę sprawę Wanda Stróżyk, przewod-
nicząca „Solidarności” w FAP, odmówiła mi komentarza,
twierdząc, że to sprawa „rodzinna”, dla niej osobiście bar-
dzo trudna…
|~||:~||.· ||. |uo.|||, :w~|.·
Paweł Sobocik wymówienie otrzymał tuż przed świętami
Bożego Narodzenia. – Pod koniec zmiany podszedł do mnie
kierownik i wręczył mi je z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Powiedział, że daje je dopiero teraz, gdyż nie chciał mi psuć
dniówki – relacjonuje zwolniony z fabryki w Tychach. Po-
mimo takiego potraktowania przez szefa, deklaruje: Nigdy
wcześniej w tak dobrej pracy nie byłem. Młody chłopak szyb-
ko się uczył, co rychło zaowocowało podpisaniem umowy
na czas nieokreślony, a to nieczęsta praktyka w FAP. – Po-
trafiłem szybko wykonać dość wiele różnych operacji należą-
cych do zadań mojej brygady, a niestety większość ludzi nie
przykłada wagi do wszechstronności – wyjaśnia pan Paweł.
Dobrą opinię o Sobociku potwierdza jego były bezpośredni
przełożony – ten sam, który wręczył mu wypowiedzenie –
w wywiadzie dla „Fiatowca” (pracowniczego serwisu inter-
netowego, o którym będzie jeszcze mowa).
Współpraca układała się bardzo dobrze do momentu
choroby. Zwolnienia lekarskie łączyły się z hospitalizacją,
w ciągu roku Sobocik łącznie przebywał na nich  dni,
cierpiąc na ciężkie zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. –
Usiłowałem walczyć z chorobą, ale niestety ciągła pra-
ca przez  dni w tygodniu jest dużym wysiłkiem: nie
wolno odchodzić od taśmy nawet na chwilę, poza wy-
znaczonymi przerwami. Wszystko zaczęło się psuć, kie-
dy wręczyłem ostatnie L. Próbowałem porozmawiać
o tym z przełożonym, ale rozmowa kończyła się zawsze
stwierdzeniem, że nie ma czasu. Właśnie chorobowe za-
ważyło na tym, że firma się mnie pozbyła – relacjonuje.
Jego zdaniem, dyrekcja w ten sposób próbuje nastraszyć
pracowników, dając im do zrozumienia, że branie zwol-
nień jest równoznaczne z utratą pracy.
Podczas trwania okresu wypowiedzenia, kiedy kie-
rownik już wiedział, że choroba pana Pawła nie jest symu-
lacją, odmówił mu dwóch dni wolnych na poszukiwanie
nowej pracy, należących się z tytułu zapisów Kodeksu pra-
cy. Zwolniony pracownik nie mógł wziąć udziału w umó-
wionej rozmowie kwalifikacyjnej (ostatecznie w uzyska-
niu trzech dni urlopu pomógł mu pan Rajmund). – Pracy
w Fiacie nie chcę odpuszczać – deklaruje Sobocik. – Zło-
żyłem już papiery do sądu, ale do rozprawy jest sporo czasu,
przez który muszę się jakoś utrzymać. Tym bardziej, że mam
bardzo trudną sytuację materialną. Pochodzę z wielodzietnej
rodziny – mam trójkę rodzeństwa, w tym siostrę z pierwszym
stopniem upośledzenia. Pracuje tylko tata, mama zajmuje
się siostrą. Nie mieszkam już z rodzicami, ale staram się im
pomagać jak tylko mogę. Moja partnerka ma dwójkę dzieci
z pierwszego małżeństwa i jest bezrobotna. Odmowę urlopu
kierownik uzasadnił brakiem ludzi potrzebnych do pracy. –
Ironicznie spytałem: skoro jestem tak potrzebny, to czemu mnie
zwalniacie? – wspomina pan Paweł, którego wymówienie
uzasadniono wysoką absencją chorobową, niską przydatno-
ścią zawodową i dezorganizacją pracy.
Po otrzymaniu wypowiedzenia udał się do Związku
Zawodowego „Metalowcy” w FAP. – Powiedziano mi, że
mogę dostać nową umowę o pracę, ale już tylko na rok. To nie
do końca satysfakcjonowało młodego pracownika, który
postanowił walczyć o swoje. Po pomoc udał się do „Soli-
darności”. – To tam doradzono mi pójście do sądu pracy. Choć
powiedzieli, że nie są w stanie bardziej mnie wesprzeć, gdyż
nie jestem zapisany do związku, mimo wszystko jedynie „So-
lidarność” rzeczywiście mi pomogła, pokierowała, gdzie mam
iść i co robić – relacjonuje.
85 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XI
\|~||s w·|~o||` S|~o~,!
W grudniu  r. monter Mateusz Gruźla otrzymał zwol-
nienie dyscyplinarne. Z „wilczym biletem” mógł o nowej
pracy co najwyżej pomarzyć. Tymczasem jego partnerka
była w trzeciej, zagrożonej ciąży. Zostali bez środków do
życia, zmuszeni byli ogłosić upadłość konsumencką.
Podobnie jak pan Paweł, pan Mateusz był cenionym
pracownikiem – dopóki nie zaczął tyskiemu pracodawcy
(firma DENSO, jeden z podwykonawców Fiata) „sprawiać
kłopotów”. Pierwszy raz… ulegając wypadkowi. W  r.
na jego głowę spadła źle przymocowana, metalowa półka,
m.in. rozcinając łuk brwiowy. Wypadek zgłosił przełożo-
nemu, który sporządził protokół powypadkowy… trzy la-
ta później. Kolejny kłopot Gruźla sprawił pracodawcy
w  r., kiedy opaska zaciskająca przewody zraniła
go w oko. Wypadek był naprawdę poważny i ponownie
zgłoszony przełożonemu. Dwa lata później na pracow-
nika spadł zestaw palet; poważne rozcięcie nogi wyeli-
minowało go z pracy na trzy miesiące, gdyż uraz wy-
magał rehabilitacji. Tym razem przewina pana Mate-
usza była tak poważna, że kierownik wysłał mu pismo,
w którym zagroził zwolnieniem dyscyplinarnym, jeśli
ten nie zjawi się przy taśmie…
Groźba została spełniona. Jako powód rozwiązania
stosunku pracy na wymówieniu widniało… brak powia-
domienia o wypadkach w pracy i brak współpracy przy
sporządzaniu protokołów powypadkowych. Pracownik
postanowił drogo sprzedać skórę – złożył pozew do sądu
pracy. Ten uznał oba uzasadnienia za niezgodne ze stanem
faktycznym. Pracodawca zaczął wtedy wysuwać kolejne
argumenty: konfliktowość montera, grożenie przełożonym
oraz oddalenie się z wyznaczonego stanowiska pracy. Tylko
ten ostatni ma pewne potwierdzenie w rzeczywistości. Pan
Mateusz rzeczywiście zszedł ze swego stanowiska… po wy-
konaniu zadania, by pomóc nowemu pracownikowi. Warto
zauważyć, że za ostatni czyn Gruźla otrzymał upomnienie,
które sam pracodawca anulował.
Sądy dwóch instancji nakazały przywrócenie p. Ma-
teusza do pracy, dzięki czemu dziś ma stabilne źródło
utrzymania. Nauczony doświadczeniem, a także doznaw-
szy solidarności ze strony kolegów, jest założycielem struk-
tur i aktywnym działaczem NSZZ „Solidarność”, chętnie
niosącym pomoc ludziom, którzy znaleźli się w tarapatach
w DENSO.
w ozìsìrjszvcu cznsncu wotnoscì
un sìç 1vtr, ìtr wensnoscì
b
a

W
B
A
I
V
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
H
O
T
O
S
/
W
B
A
I
V
/
86 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XII
W obu opisanych powyżej przypadkach – a było ich
w imperium Fiata w Polsce znacznie więcej – pracodaw-
ca nie skorzystał z możliwości sprawdzenia faktycznego
stanu zdrowia pracownika za pośrednictwem ZUS-u.
Atmosfera panująca w zakładach sprawia, że większość
niesprawiedliwie traktowanych boi się ujawniać. Do te-
go dochodzi ciągłe poganianie pracowników, mobbing,
utrudnianie działalności związkowej. Pracownicy dla
rozładowania napięcia, niczym czarnoskórzy niewolnicy
na XIX-wiecznych plantacjach bawełny, śpiewają piosenki
o pracy ponad siły i ustawiają te songi jako dzwonki w ko-
mórkach. W rozmowach między sobą nazywają fabryki
FAP włoskimi obozami pracy w Polsce.
C·||cw~ „|||u|~”
Reakcja na bezprawne i niemoralne działania dyrekcji oraz
indolencję związków zawodowych była bardzo nietypowa.
Człowiek kryjący się pod pseudonimem Fiatowiec, wie-
loletni pracownik fabryki w Tychach, założył stronę in-
ternetową, poświęconą nieprawidłowościom w polskich
oddziałach koncernu. – Blog pracowniczy „Fiatowiec” po-
wstał :ó marca :vv, r. jako głos rozpaczy pracowników Grupy
Fiata w Polsce. Nie mogliśmy nikogo zainteresować naszymi
problemami z pracodawcą, od dwóch tygodni pracowaliśmy
po ; dni w tygodniu. Mało tego, Okręgowy Inspektorat Pracy
w Katowicach nie wszczynał kontroli, pomimo zgłoszeń pi-
semnych i telefonicznych. Tematem nie były zainteresowane
polskie media prasowe, radiowe i telewizyjne, a nawet interne-
towe. Na nasze apele odpowiedział jedynie portal Redakcja.pl,
którego administratorzy zaproponowali, byśmy założyli blo-
ga – wspomina Fiatowiec.
Regularnie aktualizowana strona działa pod adresem
www.redakcja.newsweek.pl/Autor/Fapwloskiobozpracy/. –
Początkowo redagowała ją grupa ,-, osób, teraz na spotkania
redakcyjne „w realu” przychodzi ich :v-,v, choć nie wszyscy
piszą – opowiada animator przedsięwzięcia. Warto odnoto-
wać, że zaangażowali się w to ludzie, którzy przez  dni
w tygodniu ciężko pracują, a mimo to nawet w co drugą
niedzielę poświęcają swój czas i spotykają się. – Takie
spotkanie to nie jest chwila i koniec, one potrafią trwać
- godzin. A niejeden z uczestników musi najpierw
przejechać pół Polski, bo FAP ma swoje podjednostki
w całym kraju – relacjonuje Micek, pełniący funkcję rzecz-
nika prasowego inicjatywy. I dodaje z nieskrywanym po-
dziwem: Proszę sobie wyobrazić, że prości robotnicy, pracując
razem, w ciągu º miesięcy osiągnęli ,:v tys. wejść na stronę!
Niejeden portal chciałby mieć taką oglądalność. Jednej z przy-
czyn tak dobrych wyników można upatrywać w rzetelności
serwisu. – Każdą informację sprawdzamy przed publikacją –
mówi z dumą Fiatowiec. Redakcję chwali pan Paweł: Już
wcześniej obserwowałem tego bloga. To od jego twórców otrzy-
małem największą pomoc.
Fiatowcowi udało się pozyskać do współpracy osoby
z różnym doświadczeniem życiowym, o bardzo różnorod-
nych umiejętnościach. Jedną z nich jest wspomniany Mi-
cek. – Fiatowiec jest moim kolegą, wiele razy się ścinaliśmy
na różnych płaszczyznach, ale jesteśmy zgodni co do tego, że
ludziom trzeba pomagać – wyjaśnia. Ukrywa się pod pseudo-
nimem, ponieważ na co dzień jest dziennikarzem i nie chce
palić sobie mostów. – Liczę się z tym, że kiedyś będę musiał
wystąpić przed kamerami, ale póki się da, chcę tego uniknąć –
wyjaśnia. I dodaje: Tym bardziej, że „po nitce do kłębka” wiele
rzeczy można ze sobą powiązać. Ujawnienie personaliów jed-
nego z nas może pociągnąć za sobą dekonspirację kolejnych.
Sam Fiatowiec jest znakomitym organizatorem. Ca-
łe życie przepracował w tyskiej fabryce. Micek opowiada
o nim jako o człowieku o wielkim entuzjazmie, który po-
trafi porwać ludzi do działania. On sam o sobie pisze na
blogu: „Pracownik z -letnim stażem w FSM, a następnie
FAP, gnębiony za strajki z lat . i ., pracownik fizycz-
ny, Wasz kolega”. Motywy działania wyjaśnia następująco:
Nie może być tak, że  lat po odzyskaniu niepodległo-
ści ludzie schodzą do podziemia, by walczyć ze swoim
pracodawcą.
Dodaje przy tym jednak, że to fascynujące patrzeć,
jak robotnicy stają do walki o swoje, jak się organizu-
ją. – Piszą na blog często prostym językiem, ale o sprawach
© BENTO DAN, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PHOTOS/BENTO_DAN/
87 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XIII
bardzo ważnych dla nich i ogółu społeczeństwa. To chyba
dzięki temu trafiają do ludzi, a blog czyta także coraz wię-
cej moich kolegów-dziennikarzy. Początkowo nie do końca
wierzyłem w to, co mówił Fiatowiec, ale kiedy wszedłem
w to głębiej, okazało się, że tam jest tragedia, i to od wielu
lat – komentuje Micek. Podobnie wypowiada się redak-
tor naczelny pracowniczego serwisu, szybko przechodząc
do konkretów. – Dyrekcja w cotygodniowych komunikatach
informuje załogę, że ma ona obowiązek świadczenia pracy
w sobotę, a od marca do czerwca  r. mieliśmy również
obowiązek pracy w niedzielę. Najgorsze w tym wszystkim jest
to, że nie ma możliwości uzyskania wolnej soboty, gdy zaist-
nieje taka potrzeba, nawet rodzinna, bo zawsze się słyszy, że
jest zbyt wysoka absencja („zrób sobie kiedy indziej imprezę
ro dzinną”) – relacjonuje Fiatowiec. Na próby sprzeciwu ze
strony pracowników dyrektor odpowiada, że barany mają
pracować, a nie dyskutować.
|c n||w|~sc|w|, s:|cn||
W Fiat Auto Poland działa aż  związków zawodowych.
Jednak „działa” to określenie mocno na wyrost. – To nie-
samowite: działacze żyją na związkowych etatach i nie robią
nic – mówi Micek. – Weźmy choćby kwestię z ubiegłego ro-
ku, bojkotu pracy w niedzielę. Po pierwszej niedzieli, kiedy
pracownicy dostali po tyłku za to, że nie przyszli do pracy, oni
się wycofali i podpisali z dyrekcją porozumienie. Wprawdzie
„Solidarność” go nie sygnowała, ale i nie pociągnęła tego wóz-
ka dalej. Zdaniem mojego rozmówcy, ten ostatni związek
„coś robi”, a przynajmniej jest widoczny. Pozostałe – często
stają po stronie dyrekcji. – Weźmy spór o podwyżki. Tylko
„Solidarność” o nie walczyła, pozostałe związki milczały, choć
początkowo wspólnie głosiły konieczność wzrostu płac. Wanda
Stróżyk widzi cały problem nieco inaczej: W tej chwili nasze
niepodpisywanie porozumień wynika z konsekwencji w dzia-
łaniach. Ale co z tego, skoro pozostałych sześć związków pro-
pozycje dyrekcji przyjmuje. My protestujemy, ale w tej walce
jesteśmy osamotnieni.
Pomimo ogólnie niepochlebnej opinii o związkach
działających w FAP, na szczególną pozycję w oczach re-
daktorów „Fiatowca” wysuwa się jeden. To związek, który
w środkach masowego przekazu kreuje się na szczególnie
bojowy – WZZ „Sierpień ’”. – Mam nadzieję, że wasza
gazeta nie ma nic wspólnego z „Sierpniem ’” – zaczyna
rozmowę Micek. Chwilę później wyjaśnia, o co chodzi. –
Tak jak Fiatowiec, jestem starym działaczem „Solidarności”
i nieraz dostałem pałą. Nie chciałbym, by owoce naszej pracy
zostały zgarnięte przez „sierpniowców”. Jestem przerażony, że
związek, który kreuje się na obrońców uciśnionych, który pro-
wadzi szumne działania medialne, tak się zaprzedał dyrekcji.
Przewodniczący tego związku w FAP jeździ nowym modelem
Alfa Romeo, wartym  tys. zł, który nabył z bardzo dużym
upustem, bliskim połowy ceny. Jeśli związkowcy wjeżdżają
do zakładu prywatnym samochodem na specjalną prze-
pustkę, to jest paradoks. Proszę sobie wyobrazić, że dy-
rektor do związkowców z „Sierpnia ’” czy „Metalow-
ców” mówi wprost: „Panowie, jeśli będziecie podskaki-
wali, to wam zabiorę te przepustki”.
Najaktywniejszą formą „działania” „Sierpnia” są…
wystąpienia do premiera Pawlaka o dofinansowanie zakła-
du. – Pracownicy mówią wprost: jak to, to my mamy teraz
dofinansowywać koncern, który przejął fabrykę nieomal za
złotówkę, który przez tyle lat miał ulgi podatkowe? – relacjo-
nuje nastroje załogi Micek. Z doniesień pracowników wy-
nika ponadto, że zdarzają się sytuacje, kiedy „sierpniowcy”
próbują straszyć załogę: Jeśli będziesz podskakiwał, to my cię
załatwimy. Micek nie może się nadziwić takiemu zachowa-
niu: Jak związkowiec może wypowiadać takie słowa do pra-
cownika? Ci sami działacze, jeśli nie mają interesu, nigdy
nie pokazują się wśród załogi.
Najlepszym przykładem łamania solidarności pracow-
niczej są działania Franciszka Gierota, przewodniczącego
„Sierpnia ’” w FAP. Od początku roku fiatowska „So-
lidarność” walczyła o podwyżki w wysokości  zł dla
każdego pracownika. Na masówkach, dzięki którym osta-
tecznie wszyscy członkowie załogi otrzymali po  zł
podwyżki brutto,  zł nagrody rocznej oraz dodatko-
we bonusy za regularną pracę w soboty, pojawiał się tak-
że Gierot, w celu… medialnego podważania sensowności
działań „Eski”. – Podczas rozmów z dyrekcją o podwyż-
kach zdarzało się, że inne związki przypuszczały na
nas atak, wyzywając nawet od oszustów – relacjonuje
„współpracę” z ugodową częścią związków przewodni-
cząca Stróżyk. I dodaje: W tych atakach szczególnie ce-
luje „Sierpień ’”. Potrafią podawać przykłady żądań
innych związków zawodowych i mówić, byśmy je sobie
porównali, a przecież związkowcy powinni równać za-
robki pracowników w górę, nie w dół. I tak negocjacje
płacowe zamieniły się w ataki na nas, na zakończenie
których dyrektor oświadczył, że proponuje „stówkę”.
Stróżyk ubolewa, że „Solidarność” nie może samodzielnie
siadać do stołu negocjacyjnego, bo pracodawca zwołu-
je wszystkie związki. – Inna sprawa to podział podwyżki –
kontynuuje. – My chcieliśmy, aby objąć nią wszystkich po
równo, zaś pozostałe związki – by podwyżka była uśrednio-
na. To oznacza, że najlepiej zarabiający dostaliby większe
podwyżki, a przecież naszym zadaniem jest występować po
stronie najsłabszych.
¯|,sc|| oc |co.||·|~
Niemoc związkowa, a z drugiej strony – siła, jaką dys-
ponuje dyrekcja, doprowadziły do powstania Tajnej Ko-
misji Zakładowej Solidarność.pl. Podobnie jak w przy-
padku pracowniczego bloga, działają w niej społecznie
fiatowcy, którzy dla własnego bezpieczeństwa wolą nie
88 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XIV
ujawniać nazwisk. Inspiracją dla takiego działania były
tajne struktury Pierwszej „Solidarności” oraz Solidar-
ności Walczącej.
Celem działaczy nie jest zakładanie ósmego związku
zawodowego, lecz reforma „Solidarności”. Większość człon-
ków TKZ jest lub była z nią związana w przeszłości i zale-
ży im na dobrym działaniu tej organizacji. We wszystkich
wypowiedziach podkreślają, że związek jest im niezwykle
bliski. Cel powołania TKZ tak wyjaśnia Fiatowiec: Taj-
ne struktury nie chcą przejmować władzy związkowej, a ra-
czej pragną pomóc legalnie działającej „Solidarności”w walce
o prawa pracownicze i swobody obywatelskie.
Dobrym przykładem takich działań jest konflikt wo-
kół podwyżek. Zarówno Tajna Komisja, jak i redakcja „Fia-
towca” udzieliły poparcia pikietom organizowanym przez
„Eskę”, wzywały pracowników do uczestnictwa. W infor-
macji, że „wartością dodaną” pikiet jest wzrost uzwiązko-
wienia pracowników, czuć było szczególną radość.
T~,n|~c· w ||~c||
Efekty działań TKZ i prowadzony przez robotników serwis
internetowy są pilnie śledzone przez wewnętrzne służby pra-
codawcy, tzw. REPO. Wanda Stróżyk nazywa tę kategorię
kadrowców odpowiednikiem oficerów politycznych w woj-
sku w czasach PRL. Jeszcze dobitniej rolę „tajnej policji
koncernu” podsumowuje Fiatowiec, przyrównując ją
do SB. – Stosuje wysokiej klasy techniki socjotechniczne,
prowadzi politykę zastraszania i szantażowania pra-
cowników, posiada kartotekę niepokornych – wylicza
w uzasadnieniu. Na każdym z wydziałów są komórki
REPO, w których pracuje jedna lub dwie osoby. – Oni
się mocno narażają, kolportując materiały czy idee –
mówi Micek o „podziemnych” działaczach. – Paranoją jest,
że dwie dekady po odzyskaniu niepodległości dochodzi do ta-
kich sytuacji.
Warta podkreślenia jest solidarność pracowników:
w ciągu roku działalności twórcy bloga i działacze TKZ
nie zostali zdekonspirowani. Micek akcentuje, że udaje
się to pomimo wyznaczenia nagrody „za głowę” Fiatow-
ca. – Początkowo było to  tysięcy zł, teraz jest już  tys. Nie
jest to może bardzo znacząca kwota, ale rozpala wyobraźnię.
Mimo tego, jest dobrej myśli co do możliwości utrzymania
nazwisk działaczy w tajemnicy przez kolejne miesiące. Do-
daje jednak zaraz, że mają oni pełną świadomość, iż kiedyś
będą musieli usiąść do rozmów i się ujawnić.
Skoro mowa o przyszłości, to pytany o nią Fiatowiec
zdradza, że chciałby, aby kiedyś współtworzony przez nie-
go blog przekształcił się w Niezależną Pracowniczą Agen-
cję Informacyjną, która będzie ujawniać wszystko, co dotyka
polskich pracowników u różnych pracodawców. Mówi mi: Już
teraz współpracujemy z pracownikami różnych firm, opisując
ich problemy oraz przypadki łamania prawa pracy. Istnieje
na to piękne słowo: solidarność.
Konrad Malec
P.S. Rzecznik prasowy FAP, Bogusław Cieślar, odmówił wypo-
wiedzi. Jako uzasadnienie podał, że Fiat Auto Poland nie komen-
tuje anonimowych donosów.
Wiem, jaka jest strategia rmy
Wiem, czy przedsiębiorstwo nie kuleje nasowo
Wiem, czy nie planują zwolnień grupowych
Wiem – jestem w radzie pracowników
Rady Pracowników.info
wszechstronna pomoc dla rad
b

V
A
S
E

P
E
T
R
O
V
S
K
I
POLECAMY
Centrum wspierania rad pracowników t rady@iso.edu.pl t tel. (42) 630 17 49
Projekt jest realizowany przy wsparciu udzielonym
przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków
Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru
Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu
Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej
w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych.
89 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XV
|tkus Cnzrconczvk
|cn||c |:~:u`
Współczesnych stosunków pracy nie da się scha-
rakteryzować bez odwołania do takich pojęć,
jak „elastyczne zatrudnienie” i „deregulacja ryn-
ku pracy”.
Pod tymi terminami najczęściej rozumie się sposób or-
ganizacji stosunków pracy (oparty o zdolność przedsię-
biorstw do dokonywania szybkich zmian w zależności od
koniunktury) oraz politykę rynku pracy (dążącą do zno-
szenia ograniczeń dla pracodawców w swobodzie kształto-
wania stosunków pracy). Można powiedzieć, że elastyczne
zatrudnienie jest w takim samym stopniu synonimem
współczesnych stosunków pracy, jak w epoce przed
globalizacją było nim stabilne, długotrwałe zatrudnie-
nie na etacie (zarówno w krajach „socjalistycznych”, jak
i kapitalistycznych).
Neoliberalna rewolucja, która w Europie Zachodniej
rozpoczęła się już na przełomie lat . i ., a „na Wschód”
dotarła tuż po upadku muru berlińskiego, nie pozostała bez
wpływu również na stosunki pracy. Ten proces całkowicie
zmienił kategorie, w których myślimy o zasadach i stabil-
ności zatrudnienia, o systemach motywacji pracowników
czy wreszcie o całym życiu zawodowym.
Choć ostatnio wiele mówi się o „końcu pracy” – zarów-
no w sensie ilościowym, jak i spadku znaczenia aktywności
zawodowej w życiu ludzkim, to jednak jest to wciąż kluczo-
wa kategoria określająca większą część naszego życia oraz
warunkująca stosunki społeczne. Jeśli więc chcemy lepiej
zrozumieć, jak organizowane jest nasze życie indywidualne
oraz jego kontekst społeczny, musimy analizować zmiany
charakteru pracy, związane z rozwojem elastycznych form
zatrudnienia i deregulacją rynku pracy. Analiza ta nie ma
przy tym wyłącznie poznawczego charakteru. Znając do-
kładnie współczesny „reżim stosunków pracy”, jesteśmy
w stanie skuteczniej planować aktywność społeczną, zmie-
rzającą do budowy bardziej sprawiedliwego porządku.
Od etatu do pracy czasowej
W analizach dotyczących rozwoju elastycznego zatrudnie-
nia w Europie istnieją dwa podejścia, akcentujące różne
czynniki. Część badaczy wskazuje na wzrost bezrobocia
w krajach Unii Europejskiej w latach ., który następnie
stał się powodem reform rynku pracy
1
. Inni natomiast klu-
czową rolę przypisują kryzysowi społecznemu lat . i nasi-
leniu w tamtym okresie walk pracowniczych
2
. Niezależnie
od motywacji – proponowane wyjaśnienia nie wykluczają
się zresztą nawzajem – faktem jest, że lata . i . to w Eu-
ropie okres gwałtownych zmian modelu stosunków pracy.
Stanowiły one część szerszej fali reform o charakterze
neoliberalnym. Odnowiona myśli liberalna zakładała bo-
wiem kilka najważniejszych „osi” zmian: ograniczenie pań-
stwowej aktywności w gospodarce, zwiększenie swobody
pracodawców (kosztem praw pracowniczych i uprawnień
związków zawodowych), redukcję wydatków socjalnych,
ograniczenie zakresu usług publicznych wraz z jak najdalej
idącą komercjalizacją tego sektora, reorganizację systemu
zabezpieczenia społecznego. Celem był prymat wolnego
rynku w stosunkach społecznych. Zgodnie z taką opty-
ką, stosunki pracy również wymagały totalnej zmia-
ny: konieczne było ograniczenie ochrony przed zwol-
nieniem, dopuszczenie większej swobody w organizacji
czasu pracy, zwiększenie mobilności pracowników oraz
ograniczenie praw związkowych.
Co ciekawe, zmiany rozpoczęły się w całej Europie
jeszcze w momencie, gdy władzę dzierżyli socjaldemokraci.
W Wielkiej Brytanii początkiem była reforma podjęta przez
rząd Labour Party w  r., zmierzająca do decentralizacji
negocjacji zbiorowych; we Francji podobne procesy miały
miejsce na przestrzeni lat . i .
Opierając się na przykładzie tego kraju możemy prze-
śledzić, jak proces deregulacji rynku pracy postępował
w Europie Zachodniej
3
. Jego początkiem zazwyczaj była
reorganizacja systemu negocjacji zbiorowych, zmierzająca
do przeniesienia ich na maksymalnie niski poziom. We
Francji kolejne rządy systematycznie zmierzały do odejścia
od krajowych i branżowych zbiorowych układów pracy na
rzecz układów zawieranych na poziomie firmy. Paradok-
salnie, pierwsze zmiany w ramach działań podjętych przez
rządy zwiększały w niektórych aspektach możliwości dzia-
łania struktur związkowych i instytucji partycypacji pra-
cowniczej (rad pracowniczych). Jednak ich drugą stroną
było wyeliminowanie państwa z procesu przeprowadzania
zwolnień grupowych oraz zwiększenie swobody kształto-
wania układów zbiorowych (możliwe stało się zawieranie
w nich zapisów mniej korzystnych dla pracowników od
przepisów prawa pracy). Tym samym, zapoczątkowano po-
wolny proces wycofywania się państwa z mediacji i zarzą-
dzania stosunkami pracy, na rzecz przeniesienia tych zadań
na negocjacje pracodawców i reprezentacji pracowników na
poziomie firmy. W warunkach specyficznych dla Francji
(niska aktywność struktur związkowych na poziomie poje-
dynczego przedsiębiorstwa) doprowadziło to do zawierania
90 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XVI
porozumień niekorzystnych dla świata pracy za pomocą al-
bo wygrywania konfliktów pomiędzy poszczególnymi cen-
tralami, albo wykorzystywania przez pracodawców antago-
nizmów na linii rady pracownicze – związki zawodowe.
Drugim etapem reform było wprowadzenie w skali
makro rozwiązań umożliwiających bardziej elastyczną or-
ganizację czasu pracy i zwiększających elastyczność w za-
kresie zatrudniania i zwalniania pracowników. We Francji
przykładem rozwiązań pierwszego typu była redukcja ty-
godniowego czasu pracy do ¡¡ godzin, wprowadzana stop-
niowo reformami z lat 1,8:, 1,,:-1,,¡, 1,,o, 1,,8, :ooo
i :oo: (wszystkie opracowane przez rządy Partii Socjali-
stycznej). Chociaż ich deklarowanym celem była „walka
z bezrobociem poprzez podział pracy”, to jednak zmiany
okazały się funkcjonalne także dla pracodawców, którzy
jednocześnie zyskali możliwość korzystania z większych
limitów nadgodzin, dłuższych okresów rozliczeniowych
i wielu innych mechanizmów wykorzystywanych do wy-
dłużania zakładowego czasu pracy.
Równolegle do rozluźnienia organizacji czasu pracy,
wprowadzano także nowe typu umów o pracę. Charakte-
ryzowały się znacznie mniejszym stopniem ochrony przed
zwolnieniem niż umowa o pracę na czas nieokreślony (CDI)
oraz mniejszymi obciążeniami składkami na ubezpieczenie
społeczne
4
. W 1,;; r., w ramach „Paktu na rzecz zatrudnie-
nia młodzieży” wprowadzono pierwsze umowy, na mocy któ-
rych składki na ubezpieczenie społeczne zamiast pracodawcy
opłaca państwo; w latach 1,81 i 1,8¡ wprowadzono o typów
staży zwolnionych od podatku; w 1,;, r. umożliwiono za-
wieranie umów o pracę na czas określony (CDD), a wkrótce
potem także umów z pracownikami tymczasowymi (wynaj-
mowanymi od agencji pracy tymczasowej). Ostatnim eta-
pem deregulacji w zakresie ochrony przed zwolnieniem było
wprowadzenie „Kontraktu Nowa Praca” (CNE) w sierpniu
:oo¡ r., przeznaczonego dla firm zatrudniających mniej niż
:o osób i zakładającego :-letni okres próbny, podczas które-
go można zwolnić pracownika bez konieczności podawania
uzasadnienia. Krótko po wprowadzeniu CNE, zgłoszono
także propozycję „Kontraktu Pierwsza Praca” (CPE), prze-
znaczonego dla pracowników młodych (do :o. roku życia),
zakładającego podobny, dwuletni okres próbny. Jednak po
fali protestów społecznych rząd Dominique’a de Villepin
musiał się wycofać z tego pomysłu.
Powyższy przegląd układa się w dość jasny schemat
reform mających na celu deregulację rynku pracy: od de-
centralizacji procesu negocjacji zbiorowych, poprzez uela-
stycznienie czasu pracy i rozwój nowych, elastycznych
form zatrudnienia, zakładających słabszą ochronę przed
zwolnieniem.
Wraz z demontażem systemu regulacji stosunków
pracy, rośnie liczba osób zatrudnianych w elastycznych
formach oraz liczba miejsc pracy, które opisać można ja-
ko „niestabilne”. Tak właśnie było we Francji. Oto przykła-
dowe statystyki dla początku :oo; r.
5
: około dwóch trzecich
ofert pracy wpływających do ANPE (Krajowej Agencji na
rzecz Zatrudnienia) w styczniu i lutym wspomnianego roku
było propozycjami zatrudnienia czasowego (prace dorywcze,
sezonowe, na podstawie CNE) – większość z nich miała
przewidywany okres trwania krótszy niż : lata. Praca czaso-
wa wdziera się nawet w sektory tradycyjnie utożsamiane ze
stabilnością zatrudnienia: w niektórych fabrykach Renault
zdarza się, że połowa linii montażowej jest obsługiwana
przez pracowników agencji pracy tymczasowej, na po-
czcie około ⁄ pracowników nie jest klasyfikowana jako
„pracownicy poczty”, a we francuskiej służbie cywilnej
około  pracowników zatrudnia się na krótkie okre-
sy czasu. Trend do uelastyczniania francuskiego rynku pra-
cy pokazują także dane Eurostatu
6
: w IV kwartale :oo8 r.,
1¡,¡¾ wszystkich zatrudnionych stanowiły osoby pracujące
„dorywczo” (na czas określony). Dane średnioroczne dla roku
:oo8 wskazują, że wskaźnik ten osiągnął poziom 1¡,:¾
7
.
Chociaż w Europie nie obowiązuje jeden model sto-
sunków pracy, logika i struktura reform podjętych we
Francji jest charakterystyczna praktycznie dla wszystkich
państw UE (a wsparcia udziela jej Komisja Europejska).
Analogiczne zmiany podejmowano także w Wielkiej Bry-
tanii, Hiszpanii czy Niemczech. Można więc powiedzieć,
że pod koniec lat ,o. europejskie rynki pracy weszły w fazę
zaawansowanych reform, zmierzających do budowy mode-
lu rodem z teorii liberalnych.
Elastyczny rynek pracy
Przyglądając się reformom rynku pracy, interesujące jest
spojrzenie na ich cel finalny – zakładany model rynku pra-
cy. Założenie leżące u podstaw polityk deregulacyjnych jest
następujące: przedsiębiorstwo ma być elastyczne – tzn. ma
być zdolne do szybkiego przystosowania się do zmieniają-
cych warunków zewnętrznych (rynkowych i technologicz-
nych)
8
. W zdolności dostosowawczej kluczowe znaczenie
ma natomiast możliwość redukcji kosztów zarządzania per-
sonelem. Patrząc na elastyczność pod względem sfer, w ja-
kich koszty te mogą być ograniczane, wyróżnia się
9
:
1. elastyczność numeryczną (zatrudnienia)
:. elastyczność czasu pracy
¡. elastyczność płac
¡. elastyczność podaży pracy
Pierwsza sfera dotyczy zasad nawiązywania i rozwią-
zywania stosunku pracy – przede wszystkim w aspekcie
ochrony przed zwolnieniem (np. okres wypowiedzenia, ko-
nieczność uzasadnienia zwolnienia, możliwość przywróce-
nia zatrudnienia wyrokiem sądu). Jeżeli chodzi o elastycz-
ność w wymiarze czasu pracy, jest to przede wszystkim
możliwość organizowania pracy w różnych porach dnia
i nocy (także w tzw. godzinach aspołecznych), dłuższe
okresy rozliczeniowe (pozwalające na swobodniejsze za-
rządzanie miesięcznym i rocznym czasem pracy), a także
wprowadzenie „indywidualnych rozkładów czasu pracy”,
91 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XVII
za pomocą których produkcja lub działalność usługowa
mogą być przedłużane poza standardowo przyjęte normy,
wyznaczane -godzinnym dniem pracy.
W aspekcie płacowym, elastyczność to po prostu „gięt-
kie płace” – uzależnione od fluktuacji sytuacji na rynku,
nie ograniczane np. zbiorowymi układami pracy. Wreszcie,
ostatnia sfera, w której może się przejawiać elastyczność,
to podaż pracy. Jest to aspekt makroekonomiczny, związa-
ny z możliwościami dostosowania się klasy pracującej do
zmiennych warunków rynkowych – zmian miejsca pracy,
przekwalifikowań, migracji.
Widać więc, że w aspekcie mikro, elastyczne przedsię-
biorstwo to takie, które potrafi w krótkim okresie maksy-
malnie zredukować lub zwiększyć swój personel, tak zapla-
nować organizację czasu pracy, aby produkcja trwała tyle,
ile akurat potrzeba i w taki sposób zarządzać pensjami, aby
mogły one nadążać za koniunkturą. W skali makro, rynek
pracy ma natomiast być sprawnym mechanizmem, w któ-
rym warunki pracy (skala zatrudnienia, czas pracy, płace)
zmieniają się wraz z koniunkturą. Co więcej, w modelu
tym zakłada się „likwidację bezrobocia” poprzez maksy-
malne możliwe wykorzystanie zasobów pracy
10
. Usuwając
„bariery” ograniczające zatrudnienie („sztywne” płace czy
wysokie koszty zwalniania pracowników), rynek pracy ma
funkcjonować na zasadzie „wchłaniania” wszystkich bezro-
botnych zdolnych do pracy, którzy godzą się na zastane wa-
runki. W takim ujęciu, bezrobocie staje się de facto wol-
nym wyborem osób, które nie chcą pracować za stawki
oferowane im na rynku i jest związane albo z poszukiwa-
niem pracy, albo z „decyzjami jednostek”.
Tym samym, wyłania się przed nami obraz sprawnie
funkcjonującego rynku pracy, który nie tylko idealnie od-
zwierciedla koniunkturę gospodarczą, ale także zapewnia
maksymalną możliwą redukcję bezrobocia. Taki wyide-
alizowany obraz jest zapewne doskonale znany każdemu,
kto w choć minimalnym stopniu śledzi debatę publiczną
w Polsce. Jest on też podstawowym uzasadnieniem polity-
ki deregulacji rynku pracy. Widzimy więc związek pomię-
dzy deregulacją a elastycznością – ta pierwsza jest bowiem
mechanizmem służącym budowie rynku „dostosowanego
do zmieniającej się sytuacji gospodarczej”.
Prawo jako narzędzie deregulacji
Z powyższego przeglądu reform francuskiego rynku pracy
widać, że istnieje wiele narzędzi służących polityce dere-
gulacji. Mogą to być zmiany układów zbiorowych pracy,
normy prawne określające zakres działania i uprawnienia
związków zawodowych, zmiany prawa pracy czy też refor-
my systemu zabezpieczenia społecznego. Przechodząc na
„polskie podwórko”, można zaobserwować wykorzystanie
podobnych narzędzi.
W analizach polityk deregulacyjnych zazwyczaj pod-
kreśla się, że ich głównym elementem jest wprowadzanie
elastyczności za pomocą następujących reform
11
:
. usuwanie ograniczeń związanych
z systemem zabezpieczenia społecznego;
. ograniczenie wysokości lub
zniesienie płacy minimalnej;
. ograniczenie ochrony stosunku pracy;
. zmniejszenie uprawnień związków zawodowych.
Wszystkie te kierunki można wyodrębnić, jeśli do-
kładniej przyjrzymy się polskiej polityce rynku pracy po
 r.
12
Zasadniczo, za początek deregulacji polskiego ryn-
ku pracy można uznać wprowadzenie Ustawy o rozwiązy-
waniu sporów zbiorowych w  r., która umożliwiła do-
konywanie masowych zwolnień pracowników z zakładów
poddawanych restrukturyzacji. W celu zapobieżenia praw-
dopodobnym protestom społecznym, możliwość zwolnień
grupowych połączono z wprowadzeniem powszechnych
zasiłków dla bezrobotnych (od  r.).
Drugą fazą deregulacji były reformy systemu zabez-
pieczenia społecznego. Kluczowa zmiana dotyczyła zasad
przyznawania zasiłków dla bezrobotnych – w  r. nada-
no im charakter selektywny (ograniczony do osób aktyw-
nie poszukujących pracy), a wraz z reformą samorządową
z  r. urzędy pracy włączono do administracji samorzą-
dowej na szczeblu powiatowym i wojewódzkim. Ponadto,
b n a STEREOTYPE, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/STEREOTYPE/
92 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XVIII
w 1,,, r. zmieniono radykalnie zasady systemu emerytal-
nego, wprowadzając model bazujący na rozwiązaniach chi-
lijskich, zakładający indywidualne konta emerytalne, ścisłą
zależność wysokości emerytury od zarobków i okresu za-
trudnienia oraz oparcie systemu na prywatnych (obowiąz-
kowych) funduszach emerytalnych.
Tym samym, system zabezpieczenia od bezrobocia
i system emerytalny zostały zreorganizowane w sposób
ograniczający wydatki publiczne na te cele oraz wymu-
szający zwiększenie aktywności obywateli na rynku pracy.
Elementy stabilizacji sytuacji materialnej w przypadku
utraty źródła dochodu oraz zabezpieczenia przed ryzy-
kiem utraty pracy ustąpiły miejsca mechanizmom „wy-
pychania” pracowników na rynek pracy za wszelką cenę.
Od iooi r. można w Polsce mówić o deregulacji
nakierowanej przede wszystkim na zmiany stosunków
pracy. Rok ten przyniósł kluczowe zmiany w Kodeksie
pracy, zakładające m.in. zwiększenie rocznego limitu nad-
godzin, jakie można przepracować u jednego pracodawcy
(do ¡1o), zwolnienie firm zatrudniających poniżej :o osób
z obowiązku wydawania regulaminów wynagrodzeń i pracy
oraz z przepisów o zwolnieniach grupowych, ograniczenie
obowiązku konsultacji zwolnień do organizacji związko-
wych na poziomie zakładu pracy (tj. wyłączenie struktur re-
gionalnych, branżowych i krajowych). Ograniczono także
liczbę dni zwolnienia chorobowego opłacanych przez pra-
codawcę (z ¡¡ do ¡¡) oraz zniesiono zakaz zawierania umów
na czas określony z tym samym pracownikiem częściej niż
trzy razy. Tym samym dokonano istotnego zwiększenia ela-
styczności polskiego rynku pracy w wymiarach: elastycz-
ności numerycznej, czasu pracy i płacowej. Niektóre ze
zmian z :oo: r. zostały następnie ograniczone w związku
z wymogami stawianymi przez Unię Europejską w ramach
przygotowania do akcesji (np. przywrócono zakaz zawie-
rania z jednym pracownikiem więcej niż trzech umów na
czas określony). Jednak kolejna nowelizacja Kodeksu pracy
(z :oo¡ r.), implementująca te wymogi na grunt polskiego
prawa pracy, zwiększyła jednocześnie możliwości elastycz-
nego kształtowania czasu pracy. Wydłużyła okres, w któ-
rym należy zwrócić dzień wolny za pracę w niedzielę lub
święto z ¡ do ¡ tygodni, zastąpiła czterogodzinny dzienny
limit nadgodzin obowiązkiem zapewnienia pracownikowi
11 godzin odpoczynku od pracy w ciągu doby.
Wreszcie, ostatnim istotnym elementem deregulacji
polskiego rynku pracy było ustawowe uregulowanie pra-
cy tymczasowej (zatrudniania pracowników agencji pracy
tymczasowej). , lipca :oo¡ r. przyjęto Ustawę o zatrudnia-
niu pracowników tymczasowych, która kompleksowo ure-
gulowała zasady funkcjonowania agencji pracy tymczaso-
wej i wynajmowania pracowników tymczasowych, umoż-
liwiając rozwój tego sektora gospodarki.
Widać więc wyraźnie, że zmiany polskiego prawa pracy
oraz prawa zabezpieczenia społecznego generalnie odpo-
wiadają trendom, które można co najmniej od lat ;o. ob-
serwować w krajach Europy Zachodniej.
Pracownicy czasowi – jest nas coraz więcej
Polska to kraj, w którym od lat odnotowuje się szczegól-
nie wysoki udział osób pracujących dorywczo wśród ogółu
pracowników najemnych. W II kwartale iooµ r. aż ¡ mi-
liony i¡i tysiące osób pracowało na podstawie umów
o pracę na czas określony, co stanowiło iõ,¡º ogółu
pracowników najemnych
13
.
Patrząc na rozwój tej formy zatrudnienia z perspekty-
wy czasowej, widać wyraźnie, że systematycznie rośnie licz-
ba osób pracujących dorywczo – dzieje się to niezależnie od
zmian koniunkturalnych i prawnych. W :ooo r. liczba pra-
cowników dorywczych wynosiła o¡: tysiące. W kolejnych
latach rosła systematycznie o ¡oo-¡oo tys., osiągając w roku
:oo; średni poziom ¡ milionów :,o tysięcy
14
. Co ciekawe,
na tę dynamikę nie wpłynęły nawet tak istotne zmiany
prawne, jak zniesienie w :oo: r. możliwości odnawiania
dowolną ilość razy umowy o pracę na czas określony.
Co więcej, jak pokazują dane GUS, równocześnie ze
wzrostem liczby osób zatrudnianych na czas określony
ma miejsce wyraźny spadek liczby osób zatrudnianych
na czas nieokreślony. W roku iooo liczba pracowników
posiadających „tradycyjną” umowę o pracę wynosiła µ
milionów µo8 tysięcy (co stanowiło µ¡,µº ogółu pra-
cowników najemnych). Osiem lat później takich osób
było µ mln µõ tys., ale procentowo stanowili oni jedy-
nie ;¡º wszystkich pracowników. Relacja procentowa
w II kwartale :oo, r. wyglądała podobnie – pracownicy
„etatowi” stanowili ;¡,¡¾ ogółu.
Drugą najpopularniejszą elastyczną formą zatrud-
nienia w Polsce jest praca w niepełnym wymiarze czasu
b n DAYLAND SHANNON, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/DAYLAND/
93 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XIX
pracy. W II kwartale :oo, r. w ten sposób pracowało łącz-
nie 1 milion ¡¡o tysięcy osób, z czego ;8o tys. pracowni-
ków najemnych, ¡:¡ tys. pracujących na własny rachunek
i :¡o tys. pomagających członków rodzin
15
. Oznacza to,
że 8,¡¾ wszystkich osób pracujących (i o,¡¾ pracowników
najemnych) wykonuje pracę w niepełnym wymiarze czasu.
Na przestrzeni lat :ooo-:oo8 odsetek tej kategorii pracu-
jących pozostawał stosunkowo wysoki, a ich liczba oscylo-
wała między 1 a 1,¡ miliona.
Zatrudnienie na czas określony i praca w niepełnym
wymiarze stanowią ilościowo najliczniejsze kategorie ela-
stycznego zatrudnienia. Są to też historycznie najstarsze
jego formy. W ostatnich latach zaobserwować można tak-
że rozwój dwóch innych form elastycznego zatrudnienia –
pracy tymczasowej oraz pracy na podstawie umów cy-
wilnoprawnych. Praca tymczasowa to, najkrócej mówiąc,
zatrudnienie dorywcze (zgodnie z prawem powinno być
oparte na umowach o pracę na czas określony), realizowa-
ne w szczególny sposób – poprzez „wynajmowanie” pra-
cowników zatrudnionych w agencjach pracy tymczasowej
przez tzw. pracodawców-użytkowników. Według danych
Związku Agencji Pracy Tymczasowej (www.zapt.pl), liczba
pracowników agencji pracy tymczasowej wykazuje podob-
ne tendencje wzrostowe, jak zatrudnienie na umowę o pracę
na czas określony. W  r. – pierwszym, dla którego
zgromadzono odrębne dane nt. pracowników tymcza-
sowych – ich liczba wynosiła  tysięcy. Cztery lata póź-
niej (w  r.) takich osób było już  tys.
16
Zgodnie
z danymi Eurociett (Europejskiej Konfederacji Prywatnych
Agencji Zatrudnienia), w  r. w Polsce liczba pracow-
ników tymczasowych wzrosła do  tys.
17
Ostatnią formą elastycznego zatrudnienia jest zatrud-
nienie oparte o umowy cywilnoprawne – w tej kategorii
mieszczą się zarówno osoby prowadzące własną działal-
ność gospodarczą (prawnicy, tłumacze etc.), pracownicy
zmuszeni do samozatrudnienia, ale świadczący taką sa-
mą pracę jak osoby zatrudnione na umowy o pracę, jak
i osoby utrzymujące się z umów-zleceń i umów o dzieło.
W przypadku tej grupy trudno oszacować, jaki dokład-
nie odsetek stanowią pracownicy czasowi, a ilu jest wyso-
kiej klasy specjalistów korzystających z nowatorskich form
prawnych dla świadczenia swoich usług. Niemniej jednak
liczba osób pracujących „na własny rachunek” daje nam
orientacyjny obraz skali tej formy elastycznego zatrudnie-
nia. W latach :oo¡-:oo, ich liczba oscylowała w granicach
: milionów ¡oo tysięcy
18
. Wedle szacunków na rok :oo¡,
spośród : mln ¡¡1 tys. osób klasyfikowanych przez GUS
jako „pracujący na własny rachunek”, około - tys.
można było zaliczyć do kategorii „fałszywie samoza-
trudnionych”, a więc osób, które de facto wykonywały
pracę najemną, choć zostały – z naruszeniem prawa –
zmuszone do zarejestrowania własnej działalności go-
spodarczej
19
. Do tej liczby należy dodać bliżej nieokreślo-
ną grupę osób, których jedynym źródłem utrzymania są
dorywcze prace podejmowane na podstawie umów-zleceń
i umów o dzieło.
Choć trudno podać łączne szacunki ogólnej liczby pra-
cowników czasowych – niektóre kategorie statystyczne nie
są rozłączne, jak np. zatrudnienie na umowy na czas okre-
ślony i praca tymczasowa – to z zaprezentowanego przeglą-
du wynika wprost ogólny trend rozwoju elastycznych form
zatrudnienia.
Konsekwencje społeczne
Widzimy więc, że rynek pracy w Polsce, jak w całej Europie,
podlega procesom deregulacji, a elastyczne formy zatrud-
nienia stają się coraz powszechniejsze. Z punktu widze-
nia logiki maksymalizacji zysku, właściwej gospodar-
ce kapitalistycznej, dążenie do minimalizacji kosztów
zwalniania pracowników jest jak najbardziej racjonal-
ne. Taki stan rzeczy ma jednak także swoje negatywne
konsekwencje społeczne – zarówno w wymiarze indy-
widualnego życia pracowników czasowych, jak i ogól-
nej sytuacji klasy pracującej.
Z perspektywy pracownika, praca czasowa wiąże się
przede wszystkim z ryzykiem niestabilności materialnej –
nieregularnych dochodów lub też niższego wynagrodzenia
niż w przypadku pracowników etatowych. To zagrożenie
dotyczy przede wszystkim form zatrudnienia zakładają-
cych niską ochronę przed zwolnieniem i wynika głównie
z niskiej pozycji przetargowej pracowników czasowych.
Pracodawcy łatwiej jest narzucić niższą pensję lub zwolnić
pracownika czasowego. Potwierdzenie tej prawidłowości
dają statystyki dotyczące zagrożenia ubóstwem
20
. Według
danych Eurostatu, zatrudnienie jest czynnikiem w dużym
stopniu ograniczającym ryzyko popadnięcia w ubóstwo,
jednak gdy porównamy ryzyko ubóstwa w populacjach
pracowników etatowych i czasowych, okazuje się, że
ci ostatni są nim zagrożeni mniej więcej dwa razy bar-
dziej. Według danych na rok :oo1, we Francji ubóstwem
zagrożonych było ¡¾ pracowników etatowych i ,¾ czaso-
wych; we Włoszech te proporcje wynosiły o : 18, a na po-
ziomie unijnej „piętnastki” – ¡ : 1o. Podobnie wygląda sy-
tuacja, gdy porównamy pracowników najemnych i osób
samozatrudnionych.
Łatwe zwalnianie to także większa podatność na presję
pracodawcy w kierunku intensyfikacji pracy oraz wydłuża-
nia jej wymiaru czasowego (także np. przez nieewidencjo-
nowane nadgodziny czy inne formy redukcji „kosztów”).
Sferą, w której elastyczne zatrudnienie kształtuje życie pra-
cowników, są wreszcie więzi społeczne w pracy. Są one dużo
słabsze niż w przypadku pracowników etatowych, przery-
wane częstymi zmianami miejsca zatrudnienia oraz innym
statusem. Ten aspekt dość dobrze został zobrazowany przez
amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta w książce
„Korozja charakteru”, gdzie znalazł się opis badań jakościo-
wych, prowadzonych wśród różnych grup pracowników
(m.in. w przemyśle przetwórstwa spożywczego)
21
. W każdej
94 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XX
z badanych grup, porównanie kultury pracy i modelu życia
zawodowego sprzed okresu globalizacji z czasami obecny-
mi przynosiło konstatację, że w chwili obecnej przemiany
gospodarki wymuszają ciągłe zmiany i brak przywiązania
do wykonywanej pracy.
Przechodząc do analizy społecznych konsekwencji
w skali makro, niestabilność zatrudnienia związana
z pracą czasową przyczynia się wydatnie do pogorsze-
nia warunków pracy w skali całej gospodarki. Tracą na
niej zarówno zatrudniani na „śmieciowe umowy”, jak
i pracownicy etatowi, których sytuacja może się pogar-
szać wraz z zastępowaniem ich przez pracowników cza-
sowych czy też po prostu używaniem możliwości wyko-
rzystania zatrudnienia czasowego jako „straszaka” na
„zbyt duże aspiracje płacowe”. Elastyczne formy zatrud-
nienia ograniczają także możliwości organizowania się
pracowników i działania na rzecz poprawy warunków
pracy – rozbijają więzi pomiędzy pracownikami dane-
go zakładu czy branży, dzieląc rynek pracy na segmenty
zatrudnianych etatowo i czasowo, zwiększają ryzyko
represji (zwolnienia) w przypadku podjęcia akcji prote-
stacyjnej oraz utrudniają organizowanie się w związki
zawodowe
22
.
Próba podsumowania
Praca czasowa i polityki deregulacji rynku pracy w dużej
mierze redefiniują współczesne stosunki pracy, wprowadza-
jąc do nich dużą dozę niestabilności i ograniczając możli-
wości kolektywnej walki pracowników o lepsze warunki
pracy czy też zmianę systemu społeczno-gospodarczego.
Gwałtowny wzrost procentowego udziału pracowników
zatrudnianych czasowo w całej populacji pracujących jest
bezsprzecznym faktem, który wywiera wpływ na miliony
zatrudnionych. Wpływ ten – zarówno na poziomie indywi-
dualnym, jak i społecznym – jest zdecydowanie negatywny:
za cenę wzrostu rentowności przedsiębiorstw, ogół pra-
cowników zostaje pozbawiony stabilności zatrudnienia,
a przez to także i stabilności dochodów.
W chwili obecnej, gdy globalna gospodarka weszła
w fazę kryzysu, który w pierwszej kolejności dotyka osób
zatrudnianych czasowo, wydaje się, iż nadszedł czas na
podjęcie szerokiej kampanii społecznej, zmierzającej do
uznania prawa do stabilności zatrudnienia (a także stabil-
ności dochodowej) za prawo wszystkich pracujących.
Jakub Grzegorczyk
Przyplsy:
Zenon wlśnlewskl, +. Deregulacja rynku pracy w krajach Unii Eu-
ropejskiej |w:| Kazlmlerz w. Prleske (red.), Deregulacja polskiego
rynku pracy, |nstytut Pracy l Spraw Soc[alnych, warszawa :oo¸,
ss. ¸¸-66.
Por. np. Chrls Howell, :. The State and Reconstruction of Industrial
Relations Institutions after Fordism: Britain and France Compared,
|UPL:| http://les.berkeley.edu/research/ñles/SASo(/SASo(-8rl-
taln_Prance_Comp.pdf |:o.op.:oop|.
Chrls Howell, ¸. The State and Reconstruction…, op. clt.
ans de liquidation des Acquis sociaux du Monde du travail. L’e- (.
xemple français, Dossler grupy Lchanges et mouvement |maszy-
nopls w posladanlu autora|.
A lovely spring in France, CPE report from Mouvement Communist ¸. ,
„Prol-posltlon news” nr ;, llstopad :oo6, publlkac[a dostępna na
stronle lnternetowe[: http://www.prol-posltlon.net
Labour Market Latest Trends – th quarter data 6. , Lurostat,
„Data ln focus” nr +(/:oop, publlkac[a dostępna na stronle ln-
ternetowe[: http://epp.eurostat.ec.europa.eu
European Union Labour Force Survey – Annual results ;. , Luro-
stat, „Data ln focus” nr ¸¸/:oop, publlkac[a dostępna na stronle
lnternetowe[: http://epp.eurostat.ec.europa.eu
Lugenlusz Kwlatkowskl, 8. Problem deregulacji rynku pracy w alter-
natywnych opisach gospodarki |w:| Kazlmlerz w. Prleske (red.),
Deregulacja polskiego rynku pracy, |nstytut Pracy l Spraw Soc[al-
nych, warszawa :oo¸, s. +8.
|bld. ss. +8-+p. p.
|bld. +o.
|bld. s. +p. ++.
Na podstawle: Marek Pymsza (red.), +:. Elastyczny rynek pracy i bez-
pieczeństwo socjalne. Flexicurity po polsku?, |nstytut Spraw Pu-
bllcznych, warszawa :oo¸.
Aktywność ekonomiczna ludności Polski, I kwartał +¸. , GUS,
warszawa :oop, źrodło: strona lnternetowa http://www.stat.
gov.pl
Opracowanle własne na podstawle danych GUS – 8ALL. +(.
Aktywność ekonomiczna ludności Polski, I kwartał +¸. , op. clt.
ZAPT, +6. Tymczasowy boom, strona lnternetowa ZAPT |p.o6.:oo6|:
http://www.zapt.pl/dlaprasy.php!ld_akt¬:8
Polski rynek pracy tymczasowej +;. , portal eGospodarka.pl
|:p.op.:oop|, źrodło: http://www.egospodarka.pl
Aktywność ekonomiczna ludności Polski w latach - +8. , GUS,
warszawa :oop, źrodło: strona lnternetowa http://www.stat.
gov.pl
Magdalena Sewastynowlcz, +p. Przewidywane kierunki zmian niety-
powych form zatrudnienia w Polsce |w:| Marek Pymsza (red.), Ela-
styczny rynek pracy i bezpieczeństwo socjalne. Flexicurity po pol-
sku?, |nstytut Spraw Publlcznych, warszawa :oo¸, ss. +¸+-+¸¸.
In-work poverty :o. , Lurostat, „Statlstlcs ln focus” nr ¸/:oo¸, dostęp-
ne na stronle lnternetowe[: http://epp.eurostat.ec.europa.eu
Plchard Sennett, :+. Korozja charakteru. Osobiste konsekwencje pra-
cy w nowym kapitalizmie, wydawnlctwo Llterackle Muza S.A.,
warszawa :oo6.
1akub Grzegorczyk, ::. Praca czasowa – wyzwanie dla związków
zawodowych i ruchów społecznych, „Nowe strategle l anallzy”,
broszura OZZ „|nlc[atywa Pracownlcza”, dostępna na stronle
lnternetowe[: http://ozzlp.pl/lmages/pdf/lp_broszo+.pdf
95 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXI
Mamy w Polsce wyjątkowe zakłady, które poma-
gają chorym członkom społeczeństwa osiągnąć
możliwie największą samodzielność. Za kilka mie-
sięcy, jeśli powiedzie się kolejne podejście do ich
prywatyzacji, rmy te mogą po prostu zniknąć.
Na razie udało się je uratować.
Niezastąpieni
– Jesteśmy nastawieni na zamówienia indywidualne, dla wy-
jątkowego klienta – z dumą zaczyna prezentację swojego za-
kładu Jan Mamasik, członek zarządu komisji zakładowej
„Solidarności” oraz członek zarządu rady pracowników Kra-
kowskich Zakładów Sprzętu Ortopedycznego. – Obsługu-
jemy pół Polski, od Opola po Kielce, Częstochowę i Rzeszów –
podkreśla. Równie dumni ze swojej pracy są przedstawiciele
bliźniaczych zakładów z Poznania i Warszawy. Wyjątkowi
klienci to osoby niepełnosprawne ruchowo, którym wspo-
mniane zakłady oferują wszystko, co niezbędne do normal-
nego funkcjonowania. Zaczynając od sznurowadeł, przez
materace i wózki inwalidzkie, po nowoczesne protezy.
– Każdy człowiek jest wyjątkowy, a jeśli jeszcze ma jakieś
ułomności fizyczne, to te indywidualne potrzeby są dużo bar-
dziej uwypuklone. Nawet przy identycznych amputacjach po-
trzeby dwóch różnych ludzi bywają diametralnie różne. Takie
właśnie skomplikowane i pracochłonne przypadki trafiają do
nas – mówi Mamasik. I uzupełnia: Oczywiście istnieje konku-
rencja, ale większość firemek nie jest w stanie wykonać dobrych
produktów. Często się zdarza, że kiedy inwalida wraca do ta-
kiej firmy i mówi, że nie pasuje mu to czy tamto, słyszy: „Idź
pan na Prądnicką, bo my więcej nie potrafimy. Tam są specjali-
ści”. Małe zakłady nie są w stanie wykonać całości asortymentu.
Niektórym zadaniom tylko my jesteśmy w stanie podołać. Jest
jeszcze jedna, niezwykle ważna różnica. – „Prywaciarz”
jest nastawiony na zysk, tymczasem my nie odrzucamy
żadnego pacjenta – zapewnia Ryszard Lesiewicz, przewod-
niczący NSZZ Pracowników Poznańskich ZSO.
Bezcennym kapitałem państwowych zakładów są ich
pracownicy. – Ludzi do takiej produkcji nie można zatrud-
nić z dnia na dzień, bo nauka tego zawodu wymaga lat pra-
ktyki – zauważa krakowski poseł PiS, prof. Ryszard Terlec-
ki. Wtóruje mu klubowy kolega, Andrzej Adamczyk: Nie
stać nas na trwonienie takiego kapitału. Musimy zdać sobie
sprawę, że ortopedycznego obuwia nie kupi się w zwykłym
sklepie. Bogdan Zalasiński, wiceprzewodniczący „Solidar-
ności” i przewodniczący rady pracowników krakowskiego
zakładu, mówi, że jego załoga pracuje razem przynajmniej
od  lat. – Niewiele jest osób z krótszym stażem. To ciężka
praca, wymagająca nie tyle wykształcenia, co ogromnej
praktyki, doświadczenia. I wyjątkowego charakteru. –
Większość ludzi pracuje u nas z poczucia misji. Bo prze-
cież nie dla zarobków… – gorzko zauważa pan Jan.
Na problem niewielkiej liczby takich fachowców
zwracają uwagę także najbardziej zainteresowani istnie-
niem zakładów. W liście Małopolskiego Sejmiku Osób Nie-
pełnosprawnych do premiera czytamy, że niskie zarobki
ortopedów spowodowały całkowity brak zainteresowania
zawodem.
W stolicy jest kilka dobrych, choć niewielkich firm
specjalizujących się w sprzęcie ortopedycznym. – Nie ma
zagrożenia, że gdybyśmy przestali istnieć, niepełnosprawni
z centralnej Polski nie mieliby dokąd pójść – mówi prezes
Warszawskich ZSO, Henryk Buczkowski. Zaznacza jednak,
że odbiorcy bardzo przyzwyczajają się do dobrych wyko-
nawców: Buty wymienia się co rok, protezy co trzy lata, ale
klienci z reguły nie „wędrują” pomiędzy zakładami. A Karol
Gliński, przewodniczący zakładowej „Solidarności”, za-
pewnia: Zdarza się, że ktoś przychodzi do nas na poprawki
w produktach pochodzących z innych zakładów. Nasze umie-
jętności są ciągle wyższe niż konkurencji.
Bez kokosów
Chociaż żaden z zakładów nie ma długów, nie jest to bran-
ża szczególnie dochodowa. – Jesteśmy na garnuszku NFZ.
Niestety, obowiązujące limity wyznaczono w  r. i nie są
one w żaden sposób aktualizowane. Tymczasem ceny ustalono
w oparciu o analogiczną firmę w Bytomiu, która jako zakład
budżetowy miała o połowę niższe koszty funkcjonowania. Co
więcej, gdy oddziałom NFZ kończą się pieniądze, nie finan-
sują nawet zakontraktowanych protez – nie kryje goryczy
Jan Mamasik.
W Krakowie mówi się o nadchodzących zwolnieniach.
W zakładach w Poznaniu jeszcze niedawno pracowało ponad
 osób – obecnie zaledwie . – Odchodzą ludzie z dużym
doświadczeniem. Uzasadnia się to ekonomią, ale przecież ci
ludzie zabierają ze sobą część wiedzy, trudnej do wycenienia –
zauważa Lesiewicz. I uzupełnia: Nie kształcimy w tym kie-
runku, nie ma szkół, więc pracownicy z taką wiedzą po-
winni być szczególnie doceniani. Spadek liczby etatów to
problem całej branży. – Kilkanaście lat temu pracowało tu 
osób, docelowo miało być zatrudnionych ponad tysiąc. Obecnie
załoga liczy zaledwie nieco ponad  – mówi Gliński.
Uc||c.|~ s|co s.~|c:u
Acnìrszkt WtsìLrwskt
96 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXII
Daleko idące redukcje zatrudnienia są związane ze
spadkiem liczby zamówień ze strony szpitali, np. na wózki
inwalidzkie. Również tania i słaba jakościowo produkcja
z Dalekiego Wschodu doprowadziła do skurczenia się ro-
dzimej branży.
Pochłonięte przez dziurę?
Krakowski zakład powstał w  r. z myślą o powracają-
cych z frontu inwalidach wojennych, na zlecenie ówcze-
snych władz zaborczych. Dwa lata później, w trakcie po-
wstania wielkopolskiego, utworzono podobny w Poznaniu,
również z myślą o rannych żołnierzach. W tym samym
czasie rozpoczęło też działalność przedsiębiorstwo w War-
szawie. Rodzime zakłady nie tylko zaspakajały krajowe
potrzeby, ale także były ośrodkami badań, dzięki którym
polska ortopedia zyskała ogólnoświatowe uznanie.
Na te wspaniałe tradycje zwraca uwagę środowisko
niepełnosprawnych. Przemysł ortopedyczny w Polsce istnieje
już  lat. Wiele pokoleń specjalistów wypracowało wspaniałą
tradycję techniki ortopedycznej, poświęcając swoje najlepsze
zdolności pomocy ludziom potrzebującym. Wielu zrozumiało,
że to nie jest zawód, a służba drugiemu człowiekowi – czyta-
my w oświadczeniu Małopolskiego Sejmiku Osób Niepeł-
nosprawnych. – Tę firmę budowali nasi dziadowie i oj-
cowie, przechodziła różne koleje losu, a teraz chce się ją
po prostu sprzedać wraz z pracownikami, jak jakimiś
przedmiotami. A przecież ci, którzy chcą tego dokonać,
nie wybudowali tej firmy, nie zrobili nic, by poprawić
jej funkcjonowanie. Nagle, po  latach przychodzi ja-
kiś pan Grad i mówi: „Trzeba to sprzedać, bo jest dziu-
ra budżetowa” – nie kryje żalu pan Bogdan.
Rozgoryczenie budzi także sposób, w jaki państwo
przygotowuje sprzedaż zakładów ortopedycznych. – Zaczę-
ło się od ogłoszenia na tablicy,  września ub. r. – wspomina
Zalasiński – w którym zarząd poinformował, że decyzją Mi-
nisterstwa Skarbu Państwa zmienia się tryb planowanej pry-
watyzacji, z negocjacyjnego na przetarg publiczny. Tymczasem
jeszcze  sierpnia przedstawiciele załogi w radzie nadzor-
czej spółki zapewniali kolegów, że prywatyzacja odbędzie się
w tym pierwszym trybie i właśnie do negocjacji przygotowy-
wali się związkowcy. W żaden sposób nie poinformowano
związku zawodowego i rady pracowników o zmianie
procedury prywatyzacji. – Pracownicy po prostu przynieśli
nam to ogłoszenie – denerwuje się Mamasik.
W Poznaniu było niewiele lepiej. – Podczas zebrania
kierowników prezes powiedział, że jesteśmy przeznaczeni do
prywatyzacji – wspomina Lesiewicz. – Do tej pory była mo-
wa, że prywatyzowani będziemy dopiero w  r. O trybie
przetargowym dowiedzieliśmy się niemal w ostatniej chwili,
na dwa dni przed ogłoszeniem w prasie – dodaje. W drodze
przetargu państwo zamierza także zbyć udziały warszaw-
skiej fabryki, w pierwszym kwartale obecnego roku. Od-
wleczenie w czasie jest podyktowane wyłącznie niejasno-
ściami wokół praw własności do gruntów zakładu.
Pracownicy nie mogą zrozumieć istoty obecnych za-
łożeń prywatyzacyjnych. – Gdzie tu jest interes? – zasta-
nawia się Zalasiński. – Państwo sprzeda zakład, do którego
nie dopłaca… i będzie musiało zacząć łożyć na zasiłki dla
bezrobotnych.
Przeklęte grunty
Poza wysoką jakością oferowanych produktów, wszystkie
wspomniane zakłady mają jeszcze jeden wspólny mianow-
nik. To ich lokalizacja – wszystkie znajdują się w centrach
dużych miast. – To przekleństwo naszego zakładu – mówi
pan Jan. – Dzień w dzień, przez dwa tygodnie, przycho-
dzili tu potencjalni kupcy. Tylko jeden zainteresował
się poszczególnymi działami, stanem magazynowym,
„papierami”. Pozostałych interesował tylko budynek
i działka – relacjonuje przewodniczący rady pracowników
krakowskiego zakładu.
Analogicznie jest w Poznaniu. – Zakład jest zlokalizo-
wany w pobliżu dworców, kolejowego i autobusowego. To jed-
na z najbardziej atrakcyjnych działek w mieście – mówi pan
Ryszard. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Warszawie. – Tu
się już nic nie produkuje. Na wszelkie zakłady, jakie się jeszcze
ostały, są zakusy. I to nie tylko w samym centrum, ale w całej
stolicy. Byli tu już przedstawiciele różnych centrów handlo-
wych i interesowali się nieruchomością – relacjonuje Gliński.
Związkowiec zwraca uwagę na niepełnosprawnych: Lokali-
zacja w pobliżu dworca to podstawa. Wielu z nich nie dałoby
rady dotrzeć pod Warszawę. Usytuowanie wszystkich trzech
zakładów jest nieprzypadkowe: chodziło o ułatwienie życia
inwalidom.
Wyprzedaż! taniej!
– Jedynym, co się liczy przy prywatyzacji, jest cena. Rządu
nie obchodzi, co i dla kogo robimy, ważne są tylko pienią-
dze – denerwuje się Mamasik. Obecnej ekipie rządzącej
tak bardzo ciąży dziura budżetowa, że gotowa jest od-
dać zakłady za półdarmo. W Poznaniu sam budynek
wart jest ponad  mln zł, tymczasem cena wywoław-
cza za całe przedsiębiorstwo wynosi… , mln. Iden-
tycznie było w Krakowie: MSP jako cenę wyjściową
podało , mln zł, choć tylko budynek wart jest po-
nad  mln.
Posłanka Krystyna Łybacka z SLD ma swoje podejrze-
nia co do prób pospiesznej prywatyzacji zakładów. – Idzie
po prostu o to, by wykonać założenia budżetowe, które tak na-
prawdę w żadnym roku nie zostały wykonane – mówi.
W pogoni za łatą dla dziury budżetowej, resort skar-
bu przeoczył możliwość zdobycia większej gotówki. Uwa-
gę na to zwrócił ekspert Instytutu Spraw Obywatelskich,
Piotr Ciompa, który w liście do ministerstwa zauważył, że
możliwość łącznego zakupu zakładów w Krakowie i Pozna-
niu mogłaby przynieść większe wpływy dla budżetu, przy
jednoczesnym ograniczeniu ryzyka spekulacji. Tymczasem
wiceminister Jan Bury przyznaje, że nabywcy nie będą
97 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXIII
związani żadnymi umowami dotyczącymi wykorzysta-
nia zakupionej własności.
8yć jak :ó miIionów
W oświadczeniu Małopolskiego Sejmiku Osób Niepełno-
sprawnych czytamy, że w przypadku pospiesznej prywaty-
zacji zakłady ortopedyczne w naszym kraju bardzo szyb-
ko przestaną istnieć, a po protezy, aparaty ortopedyczne czy
też gorsety, niepełnosprawni będą musieli jeździć za granicę.
W podobnym duchu interpelował poseł Zbigniew Wasser-
mann: Źle przeprowadzona prywatyzacja może pozbawić te
osoby dostępu do słynącego z doskonałości sprzętu. Wtóruje
mu poseł Adamczyk: Ministerstwo Skarbu prywatyzuje tak
istotny zakład, nie troszcząc się zupełnie o zachowanie pro-
dukcji. Posłanka Łybacka w interpelacji pyta zaś: Czy nie
uważa Pan Premier, że w odniesieniu do tak specjalistycznego
i ważnego sektora produkcji, procedury prywatyzacyjne po-
winny odbywać się ze szczególnym uwzględnieniem potrzeby
zachowania dotychczasowego charakteru ww. zakładów?
Jeden z deweloperów ostrzących sobie zęby na Poznań-
skie ZSO zapowiedział, że po przejęciu gruntów przenie-
sie firmę na obrzeża miasta, w centrum pozostawiając tyl-
ko punkt sprzedaży. – Wielu naszych klientów przyjeżdża
np. w celu dokonania doraźnych napraw, czekając chwilę, aż
naprawimy protezę. Przy tak funkcjonującej firmie proteza bę-
dzie musiała u nas zostać, co będzie dużym utrudnieniem dla
inwalidów, szczególnie tych spoza miasta – zauważa Ryszard
Lesiewicz. Pracownicy podejrzewają też, że drugiemu z za-
interesowanych inwestorów, Tomaszowi Sworowskiemu,
kanclerzowi Poznańskiej Wyższej Szkoły Biznesu i Języ-
ków Obcych, może chodzić o doprowadzenie zakładu do
„śmierci naturalnej” i zajęcie budynku na potrzeby uczel-
ni. – O klienta trzeba walczyć. Jeśli pan Sworowski zajmuje
się prowadzeniem szkoły, to kiedy znajdzie czas, by zająć się
dodatkową działalnością? – retoryczne pyta Lesiewicz.
– Widzieliśmy już, co się działo z innymi firmami o rów-
nie atrakcyjnej lokalizacji, więc nie mamy złudzeń co do in-
tencji ewentualnych inwestorów – mówi Zalasiński. I dodaje:
Tanio kupią, drożej sprzedadzą. Zrobią biznes. Niebezpie-
czeństwo dostrzega także prezes KZSO, Grzegorz Kosch. –
Owszem, istnieje prawdopodobieństwo, że przyjdzie inwestor,
któremu będzie zależało tylko na działce. Nie widziałem do-
kumentacji ministerstwa, możliwe jednak, że zawarto w niej
jakieś klauzule zabezpieczające.
– Z pomocą Piotra Ciompy nawiązaliśmy kontakt z po-
tencjalnym inwestorem. Deklarował, że zapewni zatrudnienie
załodze i utrzyma produkcję, jednak kiedy przedstawiliśmy
mu porozumienie w tej sprawie, przygotowane przez Piotra,
wycofał się – nie ukrywa żalu Lesiewicz. Inwestor zapro-
ponował swoje porozumienie, jednak załoga je odrzuciła. –
A co mieli zrobić? – pyta retorycznie Ciompa. – Nie miało
ono żadnej mocy wiążącej.
Zupełnie innego zdania jest kanclerz Sworowski. –
Rozmowy ze związkami zakończyły się podpisaniem porozu-
mienia, zawierającego zapis zobowiązujący szkołę do konty-
nuowania produkcji w miejscu, w którym jest obecnie, oraz
do utrzymania zatrudnienia. Kanclerz twierdzi, że podczas
pierwszego, nieudanego podejścia prywatyzacyjnego szko-
ła dawała wszelkie gwarancje ciągłości zatrudnienia i pro-
dukcji. Przy drugim podejściu przetargowym, w przeci-
wieństwie do firmy Eko-Developer, z którą konkurowała,
ponowiła gwarancje. – Zrobiliśmy to, choć nie musieliśmy –
zaznacza Sworowski. – Wszystko można sprawdzić w doku-
mentacji, którą złożyliśmy w ministerstwie. Oferta negocja-
cyjna jest jednak tajna. Kanclerz uważa, że MSP może ją
odtajnić; naczelnik w Departamencie Nadzoru Właściciel-
skiego i Prywatyzacji zaprzecza i informuje, że to szkoła –
jeśli zechce – może ujawniać takie dane.
Analizując sposób prowadzenia prywatyzacji przez
MSP, ekspert ISO doszedł do wniosku, że preferowani są
spekulanci. – Deweloperzy znają wartość gruntów na
terenie, na którym działają. Wartość ta istotnie wpły-
wa na cenę, jaką nabywca zaproponuje za przedsię-
biorstwo. Tymczasem inwestor branżowy musi wyna-
jąć zewnętrznych specjalistów, by dokonali dla niego
stosownej wyceny. Czas, jaki ministerstwo skarbu dało
jrovnvu, co sìç tìczv
ruzv ruvwn1vzncjì,
jrs1 crnn
b
n

S
T
I
A
N

O
L
S
E
N
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
S
T
I
A
N
_
O
L
S
E
N
/
98 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXIV
na złożenie ofert, wyeliminował nabywców innych niż
deweloperzy – mówi Ciompa.
Za jego namową krakowska załoga wystąpiła z inicja-
tywą stworzenia koalicji z firmami warszawską i poznańską.
W jej ramach pracownicy kontaktowali się z lokalnymi par-
lamentarzystami, pisali listy protestacyjne i alarmowali śro-
dowiska niepełnosprawnych. Przedstawiciel ISO wraz z re-
prezentantami krakowskich związkowców udał się do MSP,
przedstawili się jako inwestorzy… i uzyskali dokumentację
prywatyzacyjną, wycenę przedsiębiorstw itp. (czyli dane,
którymi nie dysponowali prezesi zakładów). – Pierwszy raz
ktoś patrzył na mnie jak na żywe  milionów – wspomina
z uśmiechem pan Bogdan. – Sposób, w jaki byłem trakto-
wany, był naprawdę wspaniały. Kiedy już się wydało, że je-
stem z załogi KZSO, kontakt z urzędniczką stał się bardziej
„surowy” – dodaje.
Wrzawą w spekulantów
Przy wsparciu regionalnej „Solidarności” i biur poselskich,
związkowcy z krakowskiego zakładu  października  r.
zorganizowali konferencję prasową. – To był kolejny sygnał,
że się nie poddajemy i chcemy ratować firmę – wspomina pan
Bogdan. – A potem było oczekiwanie, sześć dni, do otwarcia
ofert. Liczyliśmy, że przetarg zostanie unieważniony na sku-
tek wszystkich protestów i naszej argumentacji. Do tej chwili
pracownikom ciężko było uzyskać jakąkolwiek informację;
tego dnia było inaczej. – Z ministerstwa sami od rana wy-
dzwaniali. Generalnie chodziło im o to, by załoga zachowała
spokój – wspomina Zalasiński. Odpowiedziałem, że nie bar-
dzo wiem, co to znaczy „zachować spokój”, a urzędniczka na to,
by „nie robić głupstw”, bo „ministerstwo myśli o pracownikach”.
Strajk związkowcom nie przyszedł nawet do głowy. –
Kto by się przejął setką ludzi – zastanawia się Mamasik,
a Zalasiński dopowiada: Nasi pacjenci! Jak by to było? Ktoś
jedzie - km, być może z jakiejś wsi na odludziu, skąd
ciężko się wydostać. Pewnie miał ze dwie przesiadki, dotelepał
się, a tu zamknięte, bo załoga akurat strajkuje.
Kiedy  października otworzono koperty, okazało się,
że chętnych do kupna KZSO nie było. – Zadzwoniłem do mi-
nisterstwa i spytałem, co dalej. Powiedziano mi, że musi upły-
nąć minimum pół roku, by móc ponownie przygotować przetarg.
I że narobiliśmy takiej wrzawy, że byłoby dziwne, gdyby ktokol-
wiek się zgłosił. Piotr Ciompa komentuje: Kapitał spekula-
cyjny lubi ciszę i spokój. Tego samego dnia unieważniono
z przyczyn formalnych przetarg na zakład w Poznaniu.
Zarówno w Krakowie, jak i w Poznaniu, związkowcy
wychwalają Instytut Spraw Obywatelskich, w szczególności
Piotra Ciompę, którego zaangażowanie doprowadziło do
zawiązania koalicji, a następnie do udanej blokady działań,
które najprawdopodobniej doprowadziłyby do likwidacji
całej branży. Także on pilotował działania w MSP, przepro-
wadził również szkolenia dla załóg, z których dowiedziały
się one „z czym się je” prywatyzację przez licytację. – Oba-
wiam się, że nadużywaliśmy pomocy Piotra. Bardzo często
dzwoniliśmy, nawet po kilka razy dziennie – mówi Zalasiń-
ski. Zaś Mamasik podsumowuje: To złoty człowiek. Podob-
ne wrażenie ekspert ISO wywarł w Poznaniu. – W życiu
by nam nie przyszło do głowy, aby się podawać za inwestora.
Albo żeby się kontaktować z innymi zakładami – wymienia
Lesiewicz. – Bez niego bylibyśmy bezradni.
Pracownicy krakowskich i poznańskich zakładów byli
dla siebie wsparciem, warszawskie trzymały się na uboczu. –
Nie chcieliśmy się wyrywać przed szereg. Prywatyzacja naszej
firmy musi poczekać, aż urzędnicy ministerstwa skarbu spraw-
dzą, do kogo należy grunt pod budynkiem – relacjonuje Gliński.
Ciompa krytycznie ocenia tę postawę. – Liczą, że spokojnie
przeczekają, tymczasem zostaną osamotnieni i znikąd
nie otrzymają wsparcia, gdy przyjdzie ich kolej.
A może na swoim?
– Mamy zamiar trzymać rękę na pulsie – deklaruje Zalasiń-
ski. – Wyślemy pismo z prośbą o to, by kolejna prywatyzacja
miała miejsce w trybie negocjacyjnym, z takim samym pismem
obiecali wystąpić posłowie Terlecki i Adamczyk oraz zarząd
regionu „Solidarności”. No i chcę spytać pracowników, czy nie
chcieliby wykupić własnego zakładu – rozmarza się. Po czym
uzasadnia, że do  r. (póki byli „budżetówką”) firma
umiała nieźle odnaleźć się na rynku. – Potem zostaliśmy sko-
mercjalizowani i z roku na rok było coraz gorzej. Pracownicze
pensje nie poszły do góry przez kilka lat, tymczasem utworzył
się zarząd z pensjami w wysokości czterokrotnej średniej kra-
jowej, pięcioosobowa rada nadzorcza, która „zjada” ponad
 tys. z naszych dochodów i właściwie nic nie wnosi, no
i prezes powoływany na  lata, który właściwie nie wiadomo
za co i w jaki sposób odpowiada. Teraz się udało, ale za pół
roku będzie to samo, tymczasem jeśli chcemy przetrwać – mu-
simy wyjść naprzeciw sytuacji. Nie ukrywam, że liczymy tutaj
na dalszą współpracę z Piotrem – mówi.
Swoje wsparcie dla procesu prywatyzacji pracowni-
czej lub uspółdzielczenia zadeklarował już poseł Ter lecki. –
W takich przypadkach prywatyzacja pracownicza jest najlep-
szą metodą – zgadza się poseł Adamczyk. Podobnie myśli
poznańska załoga. – Już dwa lata temu pytaliśmy panią peł-
nomocnik w resorcie skarbu, czy jest możliwość przejęcia za-
kładu, ale wówczas było to dla nas trudne. Obecnie czekamy
na nową ustawę, która ma ułatwić pracownikom przejmowa-
nie firm. Zobaczymy, może tym razem nam się to uda – roz-
waża Lesiewicz.
Agnieszka Wasilewska
P. S. Już po ukończeniu tego tekstu okazało się, że zgodnie z przewi-
dywaniami rząd nie wycofa się z planów prywatyzacyjnych. W Kra-
kowie jedynym kryterium wyboru oferenta ma być cena. Podobnie
w Poznaniu, choć tu MSP puszcza oko do pracowników, mówiąc,
że postara się znaleźć inwestora, który będzie chciał kontynuować
produkcję.
99 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXV
O WŁASNO WASZĄ I NASZĄ
Projekt polskiego systemu własności pracowniczej
|tn kozìtn
Własność pracownicza powinna być rozwijana, tak jak
w Stanach Zjednoczonych, przede wszystkim na bazie
przedsiębiorstw prywatnych.
Transformacyjna parodia akcjonariatu
Ustawa prywatyzacyjna z lipca 1,,o r. wprowadziła dwie
formy własności pracowniczej. Pierwszą z nich stanowi bez-
płatny przydział pracownikom prywatyzowanego przedsię-
biorstwa 1¡¾ jego akcji. Druga to leasingowy wykup firmy:
załoga na wstępie musi wyłożyć :o¾ jej wartości, reszta
spłacana jest stopniowo, z wypracowywanych zysków. Tak
wykupywane przedsiębiorstwa nazywane są w Polsce spół-
kami pracowniczymi.
Żadna z tych form nie spełnia jednak podstawo-
wych zasad własności pracowniczej, jakimi są: . prze-
chowywanie akcji we wspólnym funduszu pod wspól-
nym zarządem oraz . ich niezbywalność w okresie za-
trudnienia pracownika.
Obie formy zostały bowiem wprowadzone jako tzw.
smar prywatyzacyjny, a nie dla rzeczywistego rozwoju
akcjonariatu pracowniczego. Liczono przy tym na szybki
wykup akcji pracowniczych – w pierwszym przypadku
przez inwestora zewnętrznego, w drugim przez kadrę kie-
rowniczą. Procesy te w sposób nieunikniony nastąpiły, co
powodowane było niespełnieniem podanych wyżej, podsta-
wowych zasad własności pracowniczej.
Sprzedaż darmowo przyznanych akcji następowała
prawie natychmiast, a uzyskana przez pracowników go-
tówka została w krótkim czasie zużytkowana konsumpcyj-
nie. W ten sposób nasz wspólny majątek zostawał (i zosta-
je nadal) marnotrawiony, nie przyczyniając się do rozwo-
ju gospodarki. Konsumpcyjne zachowanie się pracowni-
ków zostało ponadto wykorzystane do kompromitowania
„akcjonariatu pracowniczego”, gdy tymczasem kompromi-
tuje ono jedynie autorów tak bezsensownych i szkodliwych
zasad prywatyzacji.
W drugim przypadku wykup akcji pracowniczych
następuje wolniej, gdyż pracownik nabywa je z własnych
środków i funkcjonuje formalnie w ramach „spółki pra-
cowniczej”. Niemniej jednak, spółki te stają się stopniowo
spółkami menedżerskimi, a niektóre są nimi od począt-
ku. W spółkach takich nie stosuje się też wypróbowanych
na Zachodzie systemów pracowniczego współdecydowa-
nia, które istotnie zwiększają efektywność przedsiębior-
stwa. Mimo tego, spółki te okazały się najlepszą formą
prywatyzacji, co udowodniły wieloletnie badania zespołu
prof. Marii Jarosz. Kolejną zaletą tej formy prywatyzacji jest
to, że pozostawia ona publiczny majątek w polskich rękach.
Jednak spółki takie mają niewiele wspólnego z rzeczywisty-
mi spółkami pracowniczymi i dlatego prawo regulujące ich
działalność również powinno być zmienione.
Jak to się robi w Ameryce?
W Stanach Zjednoczonych masowy rozwój własności pra-
cowniczej rozpoczął się w latach 8o., w oparciu o tzw. sys-
tem ESOP (Employee Stock Ownership Plan, Plan Pra-
cowniczej Własności Kapitału) i systemy pokrewne. Obec-
nie posiadaczami akcji własnych przedsiębiorstw jest oko-
ło ¡o milionów amerykańskich pracowników. Większość
tych akcji wchodzi w skład pakietów mniejszościowych,
jednak spółki pracownicze z udziałami pracowników prze-
kraczającymi ¡o¾ kapitału zajmują w amerykańskim ak-
cjonariacie poczesne miejsce. Wśród nich są prawdziwe
giganty, jak Publix Super Markets – sieć sklepów zatrud-
niająca ok. 1o; tys. pracowników-właścicieli (na łączną
liczbę pracowników wynoszącą ok. 1¡1 tys.), czy Science
Właściwie realizowany akcjonariat pracowniczy służy upowszechnieniu własności prywat-
nej, zachowaniu jej w rękach miejscowych właścicieli, podnoszeniu efektywności gospo-
darki i zasilaniu budżetu państwa większymi wpływami podatkowymi. Służy też większemu
zatrudnieniu i z natury swej (otwartość) ma charakter antykorupcyjny. Akcjonariat taki nie
może być rozumiany wyłącznie jako doraźna forma zasilania budżetu poprzez prywatyza-
cję – choć jest to jej najlepsza forma.
100 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXVI
Applications, firma licząca ok.  tys. inżynierów i na-
ukowców, pracujących głównie dla przemysłu obronne-
go. Te ze spółek, w których wprowadzono dodatkowo
odpowiednie systemy pracowniczego współdecydowania
(głównie na poziomie warsztatu pracy, gdzie pracownicy
są najczęściej bardziej kompetentni od zarządu), okazują
się efektywniejsze od tradycyjnych przedsiębiorstw pry-
watnych, co wykazało wiele niezależnych badań. Znaczna
część pracowniczych wykupów przedsiębiorstw w USA
jest organizowana przez związki zawodowe, które po-
szerzają swą formułę działania w zmienionym układzie
praca-kapitał.
Przy firmie, która uruchamia system ESOP, zakłada-
ny jest tzw. ESOP-trust. Gromadzi on kapitał pracowniczy,
generowany wyłącznie przez firmę. Mechanizm jest nastę-
pujący: co roku firma wpłaca do trustu pewną kwotę, nie
przekraczającą równowartości  funduszu płac (lub 
w przypadku ESOP-ów połączonych z planem emerytal-
nym). Sumę tę firma odlicza od podstawy opodatkowania.
Trust nabywa za te pieniądze akcje firmy i przydziela je –
za darmo! – pracownikom. Obrazowo mówiąc, w systemie
amerykańskim właściciel firmy przekazuje zwolnioną z opo-
datkowania darowiznę swojemu pracownikowi, a ten obo-
wiązkowo inwestuje ją w tejże firmie. Korzyść dla przedsię-
biorstwa polega na tym, że unika opodatkowania tej kwoty
(co jest formą ulgi inwestycyjnej), a dla pracowników – że
stają się właścicielami kapitału inwestowanego w taki spo-
sób. Uzasadnieniem darmowego przydzielania kapitału jest
opinia, że pracownicy przyczyniają się do rozwoju firmy
i ich udział w jej własności jest uprawniony.
Żelazną zasadą jest, że pracownik nie otrzymu-
je „do ręki” wspomnianej „darowizny”. Akcje firmy są
rozprowadzane w ESOP-truście na indywidualne konta
pracowników, proporcjonalnie do ich zarobków – z ogra-
niczeniem dla menedżerów, których zarobki są bardzo wy-
sokie. Chodzi o to, by system generował akcjonariat pra-
cowniczy, a nie menedżerski. Wysokość rocznych wpłat
firmy do ESOP-trustu w granicach do  funduszu płac
i zasada rozdziału tej kwoty proporcjonalnie do wysokości
zarobków, oznaczają, że pracownik otrzymuje co roku ak-
cje o wartości sięgającej wysokości jego dwumiesięcznego
zarobku (z uwzględnieniem „trzynastki”). Przyznawane
akcje są niezbywalne (drugie żelazne prawo) w okresie za-
trudnienia pracownika. Staje się on ich właścicielem nie
od razu, a dopiero po - latach, kiedy nabywa do nich
prawo własności (vesting). Jeżeli zwolni się wcześniej, nie
otrzymuje z ESOP-trustu nic. Przy odchodzeniu pracow-
nika z firmy, trust ma prawo pierwokupu akcji i otrzyma-
na wówczas przez pracownika gotówka jest swego rodza-
ju pieniężną odprawą. Przy przechodzeniu na emerytu-
rę kwota ta jest istotnym uzupełnieniem zabezpieczenia
emerytalnego.
Potskì svs1ru wensnoscì
runcownìczrj rowìnìrn svc
svs1ruru oruokun1vcznvu
b
n
a

A
L
A
I
N

B
A
C
H
E
L
L
I
E
R
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
H
O
T
O
S
/
A
L
A
I
N
B
A
C
H
E
L
L
I
E
R
/
101 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXVII
Pracownicze akcje są zblokowane i przypadającymi na
nie głosami na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy dys-
ponuje zarząd trustu, który często stanowią osoby spoza
firmy. Pracownicy nie mają wpływu na sposób głosowania
zarządu, za wyjątkiem tzw. ESOP-ów demokratycznych,
gdzie jest on zagwarantowany (takimi ESOP-ami są z regu-
ły te powstające z inicjatywy związków zawodowych).
Ważną cechą ESOP-trustu jest jego zdolność zacią-
gania kredytów, przy pomocy których pracownicy mogą
„skokowo” wykupić znaczną część przedsiębiorstwa lub jego
całość. Jest to tzw. wykup wspomagany (leveraged buyout).
Spłata kredytów odbywa się ze wspomnianych corocznych,
nieopodatkowanych wpłat firmy do trustu. Banki kredytu-
jące pracownicze wykupy przedsiębiorstw płacą tylko po-
łowę podatku od dochodów z kredytu. Trzeba podkreślić,
że w USA ulgi podatkowe towarzyszą tylko generowaniu
kapitału pracowniczego. Później zaś działa już on zupełnie
samodzielnie (i – jak już wspomniałem – lepiej od tradycyj-
nej własności prywatnej). Ulgi podatkowe w tym systemie
mają charakter ulg inwestycyjnych, które (jak każde tego
typu ulgi) nastawione są na rozwój gospodarki i długofalo-
wo rozumiane zwiększenie wpływów budżetowych.
Jak widzimy, narastaniu kapitału pracowniczego
w ESOP-ie nie towarzyszy żaden własny wkład pracow-
ników. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo ułatwia
szybkie upowszechnienie się akcjonariatu. Złe, bo mniej
wiąże pracownika z akcjonariatem i z firmą, nie zmusza do
gromadzenia oszczędności (ich niski poziom jest w USA
problemem), mniej zasila firmę w kapitał, w końcu – do-
starcza argumentów przeciwnikom akcjonariatu.
Jak to robiono u nas?
Polska dysponuje znakomitym przykładem spółki pracow-
niczej z okresu przedwojennego – jest to Gazolina. Spółka
ta, z siedzibą we Lwowie, utworzona została przez inż. Ma-
riana Wieleżyńskiego w 1,:o r. przez połączenie dwóch
spółek założonych przez niego wcześniej. Pierwszą z nich
był powstały w 1,1: r. w Borysławiu „Zakład Gazu Ziem-
nego, Inż. Marian Wieleżyński Sp. z o.o.”, drugą – założo-
na w 1,1o r. w Tustanowicach „Gazolina Sp. z o.o.”. W tej
drugiej spółce Wieleżyński wprowadził od razu akcjonariat
pracowniczy. W  r. założyciel spółki został przez
Ukraińców internowany, a gdy po pół roku wrócił do
firmy, zastał ją w jak najlepszym porządku, prowadzoną
przez pracowników. Ten stan rzeczy skłonił go do połą-
czenia obu firm i przekształcenia ich w spółkę pracowniczą
pod nazwą „Gazolina S.A.”. Spółka zajmowała się eksplo-
atacją ropy naftowej, eksploatacją i rozprowadzaniem gazu
ziemnego własnymi rurociągami oraz produkcją gazoliny,
czyli dzisiejszego propan-butanu. Pierwsza polska spółka
pracownicza doskonale prosperowała, a w  r. jej
pracownicy oparli się propozycji wykupu przez kapitał
zagraniczny, który oferował cenę  razy (!) przekracza-
jącą wartość nominalną ich akcji imiennych.
Pierwszy statut Gazoliny, określający zasady akcjona-
riatu pracowniczego, został zatwierdzony przez Radę Za-
wiadowczą (nadzorczą) w końcu 1,:o r., a przez Walne
Zgromadzenie Akcjonariuszy w lutym 1,:: roku. Statut
ten był stopniowo udoskonalany, jednak bez wprowadza-
nia zasadniczych zmian. Ostatnia wersja pochodzi z ¡ maja
1,¡o r. Konstrukcja akcjonariatu pracowniczego w Gazoli-
nie jest świadectwem dużych zdolności Mariana Wieleżyń-
skiego, co można należycie ocenić dopiero po latach, przez
jego porównanie z formami współczesnego akcjonariatu.
Statut Gazoliny dzielił pracowników na stałych i pro-
wizorycznych. Pracownicy stali to ci, którzy włączyli się
w akcjonariat i zostali współwłaścicielami firmy. Pracowni-
cy prowizoryczni – to zwykli pracownicy najemni. Struktu-
ra była więc elastyczna. Akcjonariat nie był obowiązkowy
i nikogo się do niego nie przymuszało, a tylko zachęca-
ło. Zachęcie służył m.in. każdorazowy przydział pew-
nej ilości nowo emitowanych akcji po cenach preferen-
cyjnych; obejmował obie kategorie pracowników, a jego
wielkość była proporcjonalna do zarobków. Jednak nie te
akcje były podstawą akcjonariatu Gazoliny.
Każdy pracownik stały, o ile już się zdecydował, żeby
nim być, miał obowiązek corocznie zakupić akcje Gazoli-
ny za swą jednomiesięczną pensję. Nie był to duży wysiłek
finansowy, zważywszy, że Gazolina wypłacała – jak wiele
innych firm – tzw. trzynastki, a oprócz tego tzw. remune-
racje, które obejmowały wszystkich pracowników stałych.
Remuneracja to liczone w skali rocznej wynagrodzenie wy-
równawcze, uzależnione od dochodów firmy, płacone w in-
nych przedsiębiorstwach tylko członkom kierownictwa. Ta
forma udziału w zyskach też była wypłacana proporcjonal-
nie do zarobków, a więc również proporcjonalnie do war-
tości obowiązkowo nabywanych akcji. Do tego dochodziły
dywidendy z akcji już posiadanych. W okresie największej
prosperity firmy, w latach 1,:¡-1,¡o, wynosiły one aż :o¾
od zainwestowanego kapitału. Dodajmy jeszcze, że pra-
cownik stały zarabiał więcej (o czym statut nie mówił) od
pracownika zwykłego i była to różnica duża. Przykładowo,
w roku 1,:; przeciętna płaca pracownika zwykłego wyno-
siła ¡oo, a stałego – ¡¡o zł.
Podstawowy, obligatoryjny kapitał pracownika stałego
narastał więc – zgodnie z o wiele późniejszą amerykańską
zasadą – proporcjonalnie do zarobków. Jednak amerykań-
ski pracownik dostaje udziały od firmy za darmo, a pracow-
nik Gazoliny musiał je kupić! Jak jednak dalej zobaczymy,
spółka rekompensowała mu ten wydatek.
Akcje pracowników stałych były imienne i niezbywal-
ne przez cały okres zatrudnienia ich posiadaczy. Jest to
żelazne prawo akcjonariatu pracowniczego, szeroko dziś
w świecie stosowane (poza Polską, Rosją i niektórymi inny-
mi krajami postkomunistycznymi). Co więcej, akcje te nie
mogły być przechowywane indywidualnie, ale składane by-
ły do wspólnego depozytu, którym opiekował się Syndykat
Pracowników Spółki Akcyjnej „Gazolina”, czyli związek
102 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXVIII
zawodowy. Związek nabywał akcje dla pracowników, prze-
chowywał je i nimi zarządzał. Wieleżyński znalazł więc
nową trafną funkcję dla związku zawodowego w zmienio-
nych relacjach między pracą a kapitałem, wyprzedzając
jednocześnie o ok. pół wieku wynalazek amerykańskiego
ESOP-trustu.
Oprócz akcji nabywanych obowiązkowo, pracowni-
cy stali mogli nabyć dowolną ilość dodatkowych niezby-
walnych akcji imiennych, i wielu z nich to robiło. Mogli
też nabywać na giełdzie zbywalne akcje Gazoliny, ale by-
ło to prawie niemożliwe, bo mało kto je odsprzedawał ze
względu na wysoką dywidendę. Poza tym nie opłacało im
się to, bo cena na giełdzie była nawet trzykrotnie wyższa
od ceny nominalnej i były to akcje zwykłe z siłą jednego
głosu, akcje imienne zaś były akcjami uprzywilejowanymi,
z pięciokrotną siłą głosu. Kapitał pracowników stałych był
zblokowany w depozycie i zblokowana była ich (jego) siła
głosu. Corocznie wszyscy pracownicy stali wybierali
swego przedstawiciela, reprezentującego zbiorczo ich
(i ich łączny kapitał) na Walnym Zgromadzeniu Ak-
cjonariuszy. Dzięki swym akcjom uprzywilejowanym,
pracownicy szybko uzyskali głos decydujący na tych
zgromadzeniach.
Przy opuszczaniu firmy, pracownikom stałym przysłu-
giwała specjalna, wysoka odprawa. Zagadnienie to może
się wydać drugorzędne, ale właśnie sposób naliczania tej
odprawy stanowi o rewolucyjności systemu akcjonariatu
Gazoliny. Znaczenie tej innowacji Wieleżyńskiego (bodaj
nigdzie nie powielonej) może być porównane do znaczenia
„zasady roczdelskiej”, która nadała rozmach spółdzielczości
konsumenckiej. Przed ustanowieniem tej ostatniej, wypła-
cano spółdzielcy zyski od zainwestowanego w spółdzielnię
kapitału, co nie zmuszało do kupowania we własnym skle-
pie. Po wprowadzeniu wypłaty proporcjonalnie do doko-
nanych w spółdzielni zakupów, sytuacja się zmieniła. Po-
dobnie, pracownik nie zawsze jest skłonny do inwestowania
w swoje przedsiębiorstwo. System odpraw Wieleżyńskiego
skłania go do tego, czyniąc go tzw. właścicielem obecnym,
czyli działającym w firmie, w którą inwestuje.
Sens zasady Wieleżyńskiego jest prosty: otóż pracow-
nikowi stałemu przysługiwała odprawa w wysokości obo-
wiązkowego wkładu własnego do depozytu. Innym słowy,
Gazolina dokładała odchodzącemu pracownikowi stałemu
drugie tyle, ile on sam w nią obligatoryjnie zainwestował,
podczas gdy zainwestowany kapitał pozostawał jego wła-
snością i odprawa nie była formą jego wykupu przez fir-
mę. Taki prezent na rozstanie się to dla pracownika duży
zysk, dlatego zasada „tyle darmowo od firmy dostajesz, ile
w nią obowiązkowo zainwestujesz”, była główną sprężyną
akcjonariatu. Wieleżyński wprowadził przy tym istotne
ograniczenie, nie pozwalające korzystać z dobrodziejstwa
nadzwyczajnych odpraw w sposób niezasłużony. Mianowi-
cie, dyplomowany pracownik stały mógł skorzystać z nie-
go dopiero po przepracowaniu w Gazolinie pięciu (później
ośmiu) lat w charakterze pracownika stałego, a pracownik
stały nie dyplomowany – po dziesięciu latach.
Podobieństwa i różnice
Odpowiednikiem ESOP-trustu jest depozyt akcji imien-
nych Gazoliny i zarządzający nim Syndykat Pracowników.
Wieleżyński przelicytował tu Amerykanów, powierzając
opiekę nad akcjami zakładowemu związkowi zawodowemu
i zapewniając demokratyczną procedurę realizacji prawa
głosu. Wynikające z pracowniczych akcji prawo głosu jest
w obu przypadkach zblokowane. W obu też systemach ka-
pitał pracowniczy narasta proporcjonalnie do płac. W sys-
temie Gazoliny dotyczy to zarówno akcji imiennych, jak
i osobno wypłacanych odpraw.
Jeżeli przyjrzymy się dokładnie obu systemom, to wi-
dzimy, że odpowiednikiem ESOP-u nie są akcje imienne
Gazoliny, ale narastające z czasem prawo do pieniężnej od-
prawy, w wysokości wkładu kapitałowego poszczególnych
pracowników. System odpraw Gazoliny to jakby amery-
kański ESOP bez ulg podatkowych. Odprawa przysługu-
jąca każdemu pracownikowi była corocznie obliczana i zna-
na. Gdy potraktujemy ją jako darowane pracownikowi co
roku, nieoprocentowane depozyty, wypłacane w momencie
odchodzenia pracownika, to analogia z ESOP-em staje się
silniejsza. Istnieje przy tym istotna analogia: zbyt szybkie
korzystanie z wysokich, „darmowych” odpraw w Gazolinie
do zbyt szybkiego spieniężania darmowych akcji ESOP-u.
Dlatego Wieleżyńskiemu należy się pierwszeństwo, na wie-
le lat przed Amerykanami, w wymyśleniu owego vesting –
czyli kilkuletniego okresu nabywania prawa, w tym przy-
padku do odprawy.
Na porównanie zasługuje też poziom samorządności
pracowników, który – przypomnijmy – wpływa w decydu-
jący sposób na efektywność firm z akcjonariatem. W Sta-
nach Zjednoczonych samorządność ta jest najczęściej sfor-
malizowana w różnego rodzaju programach partycypacyj-
nych. W Gazolinie nie była ona sformalizowana, ale jej
poziom był wysoki. Miarą samorządności był sposób
przyjmowania nowych pracowników. Mianowicie, pra-
cownicy sami się dobierali i ich oficjalne zatrudnienie
przez kierownictwo było czystą formalnością.
Synteza polskich i amerykańskich
doświadczeń
Obecne polskie prawo regulujące nabywanie akcji przez pra-
cowników posiada opisane wcześniej, zasadnicze wady, któ-
re nie pozwalają zaliczyć go do prawa kreującego akcjonariat
pracowniczy. Poza tym ograniczone jest ono tylko do pry-
watyzacji przedsiębiorstw państwowych. Tymczasem prze-
pisy powinny regulować zarówno stopniowe tworzenie ak-
cjonariatu w zwykłych przedsiębiorstwach prywatnych oraz
państwowych, jak i jednorazowy pracowniczy wykup dużej
części lub całości przedsiębiorstwa państwowego czy pry-
watnego. Praktyka amerykańska wykazała, że pracownicy
103 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXIX
są często jedyną grupą skłonną wykupić przedsiębiorstwo,
które dotychczasowy właściciel chce sprzedać. Szczególnie
często zachodzi tam sprzedaż firmy pracownikom przez po-
jedynczego właściciela przechodzącego w stan spoczynku.
Podstawą polskiego systemu własności pracowni-
czej powinien być system polskiej Gazoliny skojarzony
z amerykańskim ESOP-em. System Gazoliny obywał się
bez państwowych regulacji prawnych i państwowej po-
mocy w postaci inwestycyjnych ulg podatkowych. Wy-
magał on jednak wyjątkowego formatu twórcy i kierow-
nika spółki. Warunkiem upowszechnienia tego systemu
obecnie jest uzupełnienie go, wzorem amerykańskim,
o państwowe regulacje prawne oraz ulgi inwestycyjne.
Akcjonariat w przedsiębiorstwach
prywatnych
Wprowadzanie akcjonariatu przez właściciela prywatnego
powinno być dobrowolne, motywowane potrzebą dofinan-
sowania przedsiębiorstwa i podniesienia jego efektywności
lub chęcią jego korzystnego sprzedania. Podobnie, dobro-
wolne powinno być angażowanie się w akcjonariat samych
pracowników – wszystkich lub ich części. Jeżeli dotych-
czasowy właściciel nie chce zmienić swojego przedsiębior-
stwa w spółkę pracowniczą, chcąc zachować w nim głos
decydujący, powinien mieć możność określenia górnego
pułapu udziałów pracowniczych. Z kolei pracownicy po-
winni decydować, czy będą wchodzić w ten tzw. akcjonariat
mniejszościowy.
Przy przedsiębiorstwie prywatnym wprowadzającym
akcjonariat powinien być utworzony Fundusz Pracowniczy,
gromadzący akcje pracownicze. Akcje te powinny być
imienne i niezbywalne przez cały okres zatrudnienia pra-
cownika. W przypadku odejścia pracownika, Fundusz po-
winien odkupywać jego akcje. Przy przechodzeniu na eme-
ryturę pracownik mógłby zachować swoje akcje, ale Fun-
dusz miałby wobec nich prawo pierwokupu.
Fundusz Pracowniczy powinien mieć prawną moż-
liwość zaciągania kredytów gwarantowanych majątkiem
przedsiębiorstwa, czego nie było w Gazolinie, a co jest nor-
mą w amerykańskich ESOP-ach. Spłata kredytów doko-
nywana byłaby z narastającego kapitału pracowniczego
i ewentualnie z bieżących zysków przedsiębiorstwa. Tak
jak w USA, kredyty te mogłyby być wykorzystywane przez
pracowników do skokowego wykupu całego przedsiębior-
stwa lub jego części, przy czym bank udzielający kredytu
pracowniczym wykupom przedsiębiorstw powinien ko-
rzystać, tak jak w Stanach, z ulg podatkowych. Jak widać,
uprawiana u nas od czasów rządu M. Rakowskiego pro-
paganda głosząca, że pracownicy nie mogą wykupywać
przedsiębiorstw, bo nie mają na to środków, opiera się na
ignorancji lub jest celową dezinformacją.
Pracownik wchodzący w akcjonariat powinien godzić
się na bezpośrednie przekazywanie (wprost z funduszu płac)
do Funduszu Pracowniczego jego tzw. trzynastki. Ten do-
datkowy w skali roku miesięczny zarobek powinien być
zwolniony z podatku na zasadzie ulgi inwestycyjnej. W ten
sposób rzeczywista roczna obligatoryjna wpłata pracownika,
czyli roczny przyrost jego kapitału, byłby większy od jego
miesięcznego zarobku. Niezależnie od tego, pracownik po-
winien móc wnosić do Funduszu dowolną ilość kapitału.
b n NH, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/NH/
104 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXX
Równolegle do wpłat pracownika firma dokonywa-
łaby, wzorem amerykańskim, wpłaty do Funduszu Pra-
cowniczego takiej samej kwoty na jego rachunek kapita-
łowy, zwolnionej od opodatkowania (wliczanej w koszty
firmy). Spełniona byłaby tu zasada Wieleżyńskiego „tyle
darmowo od firmy dostajesz, ile w nią obowiązkowo za-
inwestujesz” (czego nie ma w USA), z tym, że udział firmy
(dzięki możliwości uzyskania ulg inwestycyjnych) byłby
wtedy mocniejszy niż w systemie Gazoliny. To już nie od-
prawa, czyli odroczone świadczenia konsumpcyjne, a bie-
żące wspomaganie kapitałowe (inwestycyjne), przez co ak-
cjonariat staje się mocniejszy. Przy odchodzeniu z firmy,
pracownik mógłby spieniężać akcje od niej otrzymane, co
jest dokładnym odpowiednikiem odpraw w systemie Ga-
zoliny. Należy nadmienić, że w Stanach Zjednoczonych
również istnieje system akcjonariatu oparty na zwolnionych
od podatku wpłatach własnych pracowników – są to tzw.
plany (k). System ten bywa kombinowany z systemem
ESOP, ale całość jest przez to bardzo skomplikowana i nie
ma w niej bezpośredniego związku motywującego pracow-
ników, wprowadzonego przez Wieleżyńskiego.
Wyżej określony wkład własny firmy jest równy tylko
połowie maksymalnego wkładu firm amerykańskich, czyli
jest mniej dla niej obciążający, lecz dzięki wkładom pra-
cowniczym ma ona zdolność spłacania kredytu wspomaga-
jącego wykup, na poziomie amerykańskim. Wkład własny
firmy trzeba jednak podnieść do poziomu amerykańskiego
przy prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych (o czym
będzie dalej mowa) lub ewentualnie przy pełnym pracow-
niczym wykupie firmy odchodzącego właściciela.
O ile do własnych wpłat pracownik musi mieć prawo
niezależnie od momentu odchodzenia z firmy, to do udzia-
łów przyznanych mu przez przedsiębiorstwo nabywałby je –
wzorem amerykańskim i przedwojennym polskim – dopie-
ro po przepracowaniu określonego okresu (w granicach np.
- lat). Trzeba tu ustosunkować się do argumentu neoli-
berałów, którzy twierdzą, że każdy powinien mieć pełne
prawo rozporządzania swoją własnością, dlatego pracownik
powinien mieć możność natychmiastowego odsprzedania
akcji – o co im właśnie chodzi. Jeżeli jednak wręcza się
komuś prezent, można stawiać warunki względem przeka-
zywanej własności. Tak właśnie postępują w swoim akcjo-
nariacie Amerykanie, a według maksymy samych neolibe-
rałów „należy ściągać od prymusów”.
Polski system własności pracowniczej powinien być,
tak jak Gazolina i najlepsze amerykańskie ESOP-y, sys-
temem demokratycznym. Złożone w Funduszu imien-
ne akcje pracowników powinny mieć większą siłę gło-
su od akcji zbywalnych (o ile takie byłyby emito wane).
Można im przyznać np. pięciokrotną siłę głosu – tak jak
w Gazolinie.
W obecnych polskich realiach zarządem Funduszu
Pracowniczego powinna zostać instytucja likwidowana
w czasie transformacji ustrojowej, a przywrócona na mocy
regulacji europejskich – rada pracowników. W Gazolinie
zarząd sprawował jej związek zawodowy, który był tylko
jeden. W dzisiejszych polskich przedsiębiorstwach związ-
ków jest często kilka, zaś rada pracowników reprezentuje
je wszystkie, łącznie z pracownikami nie należącymi do
żadnego związku. W ten sposób związki mogłyby czynnie
uczestniczyć w akcjonariacie, zwiększając swój zakres przy-
datności pracownikom. Uprawiana u nas od dawna, wroga
wobec akcjonariatu propaganda utrzymująca, że własność
pracownicza jest rozwiązaniem antyzwiązkowym, jest rów-
nież oparta na ignorancji – lub jest celową dezinforma-
cją. Wzorem dla polskiego związkowca powinien być szef
przedwojennego borysławskiego związku pracowników
przemysłu naftowego, Franciszek Haluch, doskonale rozu-
miejący doniosłość powstania Gazoliny.
Akcjonariat w prywatyzowanych
przedsiębiorstwach państwowych
Podczas prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych
akcjonariat powinien być traktowany priorytetowo,
ze względu na wymienione wcześniej zalety. Pula ak-
cji przekazywanych darmowo pracownikom powinna zo-
stać podniesiona z  do . Akcje te należy przekazywać
bezpośrednio do utworzonego Funduszu Pracowniczego,
zarządzanego przez radę pracowników. Powinny być one
rozdzielane na imienne rachunki pracowników, proporcjo-
nalnie do ich zarobków.
Dalej akcjonariat powinien działać w opisany poprzed-
nio sposób, przy czym wkład firmy powinien być podnie-
siony do poziomu amerykańskiego, tzn. do równowartości
 funduszu płac (czyli do równoważnika dwóch mie-
sięcznych zarobków rocznie, przekazywanego na kapitało-
we rachunki indywidualne pracowników). W ten sposób
zdolność spłacania kredytu zaciągniętego na wykup przed-
siębiorstwa (w tym przypadku od Skarbu Państwa) byłaby
wyższa od poziomu amerykańskiego, uwzględniając rów-
noległe wpłaty pracowników.
Na bazie dochodów z -procentowej puli akcji, rada
pracowników mogłaby wynajmować ekspertów dla analizy
sytuacji przedsiębiorstwa i ustalania strategii rozwojowej.
W Stanach Zjednoczonych związki zawodowe linii lotni-
czych United Airlines wynajęły wysokiej klasy menedżera
Geralda Greenwalda do przeprowadzenia pracowniczego
wykupu przedsiębiorstwa, a następnie zatrudniły go na
stanowisku dyrektora naczelnego. W naszych warunkach
należy dbać o współpracę rady pracowników z aktualną
dyrekcją i kontynuację działalności tej drugiej w ramach
nowej formy własności przedsiębiorstwa. Menedżerami
z prawdziwego zdarzenia są ci spośród nich, którzy wspól-
nie ze swoimi pracownikami zmagają się z konkurencją.
Menedżer, który walczy na dwa fronty – nie tylko z konku-
rencją, ale i z pracownikami – to ekonomiczna aberracja.
W związku z innym punktem startu prywatyzowa-
nych przedsiębiorstw państwowych niż w przypadku
105 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXXI
uruchamiania akcjonariatu w przedsiębiorstwach prywat-
nych, inaczej powinien być potraktowany problem nabywa-
nia prawa własności do akcji z początkowej puli . Otóż
osoby zwalniane oraz przechodzące na wczesną i zwykłą
emeryturę powinny mieć prawo natychmiastowego spienię-
żania akcji z tej puli, z tym, że Fundusz Pracowniczy powi-
nien mieć prawo ich pierwokupu. W przypadku większych
redukcji zatrudnienia (restrukturyzacja), Fundusz mógłby
zaciągnąć kredyt na wykup akcji odchodzących pracow-
ników. Pracownicy odchodzący (w szczególności emeryci)
powinni mieć prawo zachowania akcji w Funduszu i korzy-
stania z dywidend, jako członkowie związanej z zakładem
społeczności lokalnej.
W proponowanym modelu pracownicy kontynuujący
zatrudnienie nie mogą sprzedawać akcji z puli początkowej,
natomiast uzyskują do nich prawo własności w momencie
zwolnienia się, niezależnie od jego terminu. Natomiast do
akcji przyznawanych na bieżąco uzyskują prawo dopiero po
przewidzianym okresie (- lat); przy wcześniejszym zwol-
nieniu nie otrzymują tych akcji. Pracownicy nowo zatrud-
niani nie mają prawa do akcji z puli początkowej.
Po zrealizowaniu wykupu przedsiębiorstwa, poziom
wpłat firmy do Funduszu Pracowniczego powinien być
obniżony do równowartości ok. , funduszu płac (war-
tość jednego miesięcznego zarobku rocznie, przekazywana
na kapitałowe rachunki indywidualne pracowników). Jest
oczywiste, że poziom kreowania kapitału pracowniczego
nie może przekraczać poziomu potrzeb inwestycyjnych fir-
my. Jeżeli poziom ten byłby z jakichś względów przekra-
czany, należy obniżyć tempo tworzenia kapitału pracowni-
czego w stosunku do zasady przedstawionej w niniejszym
projekcie (tj. dwa miesięczne wynagrodzenia pracownicze
rocznie).
Jan Koziar
Zarysowany powyże[ pro[ekt polsklego systemu własnoścl pra-
cownlcze[ [est zmodyñkowaną l rozwlnlętą wers[ą propozyc[l
zaprezentowane[ na konferenc[l pt. „Społdzlelczość l akc[ona-
rlat pracownlczy [ako elementy bezpleczeństwa społecznego
l trwałego rozwo[u”, zorganlzowane[ przez Kra[ową Padę Społ-
dzlelczą l Polskle Lobby Przemysłowe lm. Lugenlusza Kwlat-
kowsklego +z paźdzlernlka zoop r. w warszawle. wers[a pler-
wotna została przy[ęta w podsumowanlu Konferenc[l.
Obywatelskie lektury
obowiązkowe
Kslążkl, ktore każdy O8¥wATLL
powlnlen znać…
globallzac[a t
alternatywna ekonomla t
publlcystyka nlepoprawna t
polltycznle
ekologla l tradyc[a t
Pełną llstę znaleźć można na stronle
lnternetowe[ naszego sklepu wysyłkowego:
www.obywatel.org.pl/sklep
wszelklch dodatkowych lnformac[l udzlela
Konrad Malec, malecQlso.edu.pl, tel. ¸o( z68 zo6
106 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXXII
Co· ||·w~:n| s:~,| s|j ws|c|n|
bn Abtu Pìrcuowskì
Ciekawym zjawiskiem w ramach gospodarek wie-
lu krajów rozwiniętych jest przejmowanie upa-
dających lub likwidowanych rm prywatnych –
szczególnie małych i średnich przedsiębiorstw –
przez kolektywy pracownicze.
Przybiera ono różne modele prawne. Częsty jest akcjona-
riat pracowniczy (Employee Stock Ownership Plan, czyli
ESOP w USA), istnieją formy pośrednie, jak hiszpańskie
Sociedades Laborales (Stowarzyszenia Pracownicze), a tak-
że typowe spółdzielnie pracy, których tworzenie na bazie
likwidowanych firm prywatnych jest szczególnie popular-
ne w krajach o „romańskiej” tradycji spółdzielczej (Fran-
cja, Włochy, Hiszpania). Być może dlatego, że w tych pań-
stwach szczególnie silnie ugruntowane jest pojęcie gospo-
darki społecznej: sektora nastawionego nie na zysk, lecz na
realizację ważnych potrzeb społecznych.
Proces ten wpisuje się w nowoczesne formy nada-
wania gospodarce bardziej ludzkiego wymiaru – anga-
żowania pracowników w partycypację w zarządzaniu
przedsiębiorstwami, tworzenia silnych więzi ze środo-
wiskiem lokalnym czy pobudzania odpowiedzialno-
ści społecznej biznesu – których znaczenie ujawnia się
obecnie, w dobie światowego kryzysu. Zresztą już w cza-
sie kryzysu lat 8o., gdy nawet w najwyżej rozwiniętych
gospodarkach świata obserwowano upadek licznych firm
i gwałtowny wzrost bezrobocia, spółdzielcze i pokrewne
formy przejmowania przedsiębiorstw przez pracowników
wykazały swoją ogromną przydatność. Nastąpiła wówczas
pierwsza fala takich przejęć, wykształciły się również ich
modele aktualne do dzisiaj.
Spółdzielcza droga przekształceń likwidowanych firm
jest nierzadko wspierana przez organizacje gospodarki
społecznej, ale również władze publiczne różnych szczebli.
Umożliwia bowiem utrzymanie zatrudnienia, a nieraz
nawet tworzenie nowych miejsc pracy, a także konty-
nuację produkcji i usług ważnych na lokalnym rynku.
Zobaczmy, jak wygląda to we Francji, kraju przodującym
w tym zjawisku.
Spółdzielnie pracy we Francji określane są zwykle skró-
tem SCOP, co oznacza Sociétés Coopératives Ouvrières de
Production – Robotnicze Stowarzyszenia Spółdzielcze Pro-
dukcji. Kraj ten uchodzi za kolebkę tego typu spółdzielni.
Za pierwszą uważa się „Zrzeszenie Jubilerów-Złotników”,
założoną już w 18¡¡ r. w efekcie działań znanego publicysty
i propagatora idei spółdzielczych, lekarza i polityka Philippa
Bucheza. W tym samym czasie działał Louis Blanc, propa-
gujący rozwój spółdzielni pracy, nazywanych przez siebie
„warsztatami społecznymi”
1
, oraz postulujący objęcie ich
szczególnym wsparciem państwa. Następne, liczniejsze ini-
cjatywy rodziły się na fali wydarzeń 18¡8 r. i Komuny Pa-
ryskiej. Najbardziej znane, to „Nowa Drukarnia” (18o, r.),
„Praca” (spółdzielnia malarska, 188¡) czy grupa drukarni
założonych w 1,o¡ r. Kolejne fale powstawania spółdziel-
ni pracy to lata 1,1,, 1,¡o, 1,¡o, 1,¡¡, 1,o8 i 1,;8-1,8¡
(w tym ostatnim okresie liczba istniejących SCOP-ów po-
dwoiła się!). Warunkowane były zawsze aktualnymi wyda-
rzeniami politycznymi i ekonomicznymi, jak zakończenie
wojen, kryzysy gospodarcze, fale strajków
2
.
We Francji istnieje generalnie korzystne prawo spół-
dzielcze. Ustawa z 1,;8 r. nakłada na spółdzielnie pracy
obowiązek przyjmowania charakteru spółek o zmiennym
kapitale w formie prawnej spółek z o. o. lub spółek akcyj-
nych. Przewiduje też możliwość przekształcania przedsię-
biorstw innego typu w spółdzielnie
3
. Niezależnie od swojej
formy prawnej, SCOP-y stosują się do zasad spółdzielczych,
a w szczególności:
osoby zatrudnione są członkami spółdzielni i łącznie •
posiadają co najmniej ¡1¾ jej kapitału,
zyski przeznaczane są w pierwszym rzędzie do podzia- •
łu pomiędzy zatrudnionych oraz na konsolidację fi-
nansową spółdzielni,
fundusz rezerwowy (zasobowy) pozostaje zawsze wspól- •
ną własnością i służy nadaniu spółdzielni trwałości,
decyzje na Walnym Zgromadzeniu podejmowane są •
zgodnie z zasadą „1 członek – 1 głos”
4
.
W ostatnich latach rejestrowanych jest ok. :oo nowych
spółdzielni rocznie. Wyróżnia się generalnie ¡ sposobów
powstawania SCOP-ów:
1. Tworzenie nowych przedsiębiorstw spółdzielczych od
podstaw (ex nihilo) – ok. ;o¾ wszystkich nowo po-
wstających podmiotów.
:. Przejmowanie (transmission) likwidowanych, lecz po-
zostających w dobrej kondycji firm prywatnych, przez
pracowników.
¡. Przekształcanie (transformation) w SCOP-y innych
form prawnych (stowarzyszeń, spółek z o. o., spółek
akcyjnych, zespołów wolnych zawodów itp.) pozosta-
jących w dobrej kondycji – przejmowanie i przekształ-
canie stanowią obecnie ok. :1¾ wszystkich inicjatyw
założycielskich.
107 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXXIII
¡. Reaktywacja (re-création) w formie SCOP-u przez
wszystkich bądź część pracowników przedsiębiorstwa
prywatnego lub spółki postawionej w stan likwidacji.
¡. Ożywienie (réanimation) w formie spółdzielczej firmy
działającej, lecz przeżywającej trudności – dwie ostat-
nie formy stanowią łącznie ok. ¡¾.
Mimo że spółdzielnie powstałe poprzez przejmo-
wanie likwidowanych lub zagrożonych przedsiębiorstw
prywatnych stanowią jedynie ok. ⁄ wszystkich powsta-
jących SCOP-ów, tworzą one najwięcej nowych miejsc
pracy – nawet ponad . Wykazują się też największą
żywotnością –  spośród nich udaje się przetrwać na
rynku co najmniej  lat, wobec  spółdzielni powsta-
łych ex nihilo. Jest to także grupa o największej dynamice
wzrostu wśród nowo tworzonych – odsetek ich wzrósł w la-
tach :ooo-:oo8 ponad dwukrotnie
5
.
Małe firmy prywatne są likwidowane z różnych powo-
dów. Ocenia się, że z samej tylko przyczyny przejścia wła-
ścicieli na emeryturę, w latach :oo¡-:o1¡ zagrożonych jest
we Francji ok. ;oo tys. małych i średnich przedsiębiorstw.
Jeśli nie zostaną one przekazane naturalnym następcom,
mogą zostać zlikwidowane lub sprzedane inwestorom ze-
wnętrznym, którzy niekoniecznie będą zainteresowani kon-
tynuacją ich dotychczasowego charakteru, utrzymaniem
miejsc pracy, produkcją na lokalny rynek itp. Dlatego za
rozwiązanie optymalne uważa się przejmowanie ich przez
wcześniej zatrudnionych. Szacuje się, że w ciągu wspomnia-
nego dziesięciolecia szansa taka stanie przed ok. 1o tys. firm,
tj. ok. 1ooo rocznie
6
.
Istnieje wiele korzyści dla wszystkich stron takiego
rozwiązania. Przede wszystkim dotychczasowi pracow-
nicy, w przeciwieństwie do ewentualnych zewnętrznych
inwestorów, doskonale znają firmę, jej klientów, spo-
soby działania i swoje obowiązki. Mają również silną
motywację do utrzymania działalności przedsiębior-
stwa, a więc zapewnienia sobie trwałego zatrudnienia,
przy „budującej” świadomości wzięcia losu we własne
ręce, partycypacji we własności, zarządzaniu i zyskach,
choć oczywiście ponoszą zwiększone ryzyko i odpowie-
dzialność. Chętniej podporządkowują się wybranej przez
siebie, a nie narzuconej z zewnątrz, kadrze kierowniczej,
tworząc ostatecznie zgraną, silnie zmotywowaną, wydajną
załogę. Z kolei dotychczasowy właściciel, przekazując firmę
pracownikom, nie musi szukać zewnętrznego nabywcy lub
likwidować jej, co pozwala zaoszczędzić czas i energię. Nie
bez znaczenia pozostają względy „sentymentalne” – firma
pozostaje przy życiu, zwykle pod tą samą nazwą (czasem
pochodzącą od nazwiska twórcy), wieloletni nieraz wysi-
łek nie jest roztrwoniony, a pracownicy, których zna od lat,
nie idą „na bruk”.
Na mocy obowiązującego we Francji prawa (art. ¡8
ust. z 1, lipca 1,;8 r.), w przypadku przekształcenia firmy
w SCOP, nowy podmiot pozostaje tą samą osobą prawną,
b
n
a

J
A
N
N
E

M
O
R
E
N
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
J
A
N
N
E
M
/
108 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXXIV
obowiązują go więc wcześniejsze umowy z klientami, do-
stawcami, bankami itp., którzy mogą płynnie kontynuować
dotychczasową współpracę, jest to więc rozwiązanie ko-
rzystne także dla nich. Również dla miejscowego samorzą-
du lokalnego i władz publicznych, zwłaszcza służb zatrud-
nienia, proces taki jest bez wątpienia korzystny z uwagi na
zmniejszanie problemu bezrobocia
7
.
Ze względu na ważną społecznie rolę przejmowania
likwidowanych lub upadających firm przez spółdzielnie do-
tychczasowych pracowników, jest ono we Francji wspierane
przez organizacje gospodarki społecznej oraz przez władze
regionalne i lokalne. Istnieją również ogólnokrajowe regu-
lacje zachęcające do takich operacji.
Kluczową rolę w niesieniu pomocy przy przejmowa-
niu przedsiębiorstw i tworzeniu na ich bazie spółdziel-
ni pracy, odgrywa Konfederacja Generalna SCOP-ów
(CG SCOP), a ściślej poszczególne Związki Regionalne
(UR SCOP), których jest 
8
. To właśnie z najbliższym
z nich kontaktuje się zwykle likwidator upadłego przed-
siębiorstwa (w przypadkach bankructwa, utraty płynności
finansowej, postawienia w stan likwidacji itp.), dotych-
czasowy właściciel (np. z chwilą przechodzenia na emery-
turę) czy przedstawiciel grupy pracowników zamierzają-
cych wykupić firmę. Związek udziela pomocy na poziomie
administracyjnym, przede wszystkim w przygotowaniu
dokumentów niezbędnych do przejęcia przedsiębiorstwa,
zarejestrowania spółdzielni, a następnie otrzymania po-
mocy rządowej czy regionalnej. Ta pierwsza to zwolnienie
wynagrodzeń z obciążeń socjalnych
10
przez rok dla wszyst-
kich osób, które zostaną członkami nowej spółdzielni. Po-
moc regionalna polega natomiast na udzieleniu przez Ra-
dę Regionu pożyczki o zerowej stopie oprocentowania na
wykup przedsiębiorstwa.
Możliwe jest również dalsze finansowanie założonej
w ten sposób spółdzielni przez związane z systemem SCOP
instrumenty finansowe. Najstarszym z nich jest powstały
już w  r. SOCODEN FEC, udzielający – szczegól-
nie niechętnie przyznawanych przez banki – pożyczek na
środki obrotowe, niezbędne do rozruchu przedsiębiorstwa.
Jest to rodzaj ogólnokrajowego towarzystwa pożyczkowego
systemu SCOP, którego kapitał tworzony jest przez odpisy
w wysokości , obrotów wszystkich spółdzielni pracy.
Wysokość preferencyjnie oprocentowanej pożyczki, udzie-
lanej na okres do  lat, zależy od liczby zatrudnionych i wy-
nosić może do  tys. euro na osobę; nie są przy tym wy-
magane żadne gwarancje. Drugim ważnym instrumentem
wspomagania finansowego nowo powstających spółdzielni
pracy są fundusze regionalne. Pomoc może mieć formę kre-
dytów, udziałów w majątku i in.
Jak przekształcanie prywatnej firmy w spółdzielnię
pracy wygląda w praktyce? Zobaczmy na konkretnym
przykładzie.
b

G
A
S
P
A
R
D

G
A
Z
U
L
E
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
F
D
E
C
O
M
I
T
E
/
109 GOSPODARKA SPOŁECZNA NR 4 XXXV
SCOP USIS został założony w  r. w wyniku praw-
nej likwidacji dawnych Zakładów Plissona pod Arles w Pro-
wansji. Stara rodzinna firma, zajmująca się obróbką i spa-
janiem mechanicznym wielkogabarytowych elementów
metalowych, z chwilą przejścia właściciela na emeryturę
w sierpniu  r. została sprzedana prywatnemu inwesto-
rowi. Ten jednak zarządzał nią niewłaściwie, zwłaszcza pro-
wadząc fatalną politykę cen, które osiągnęły pułap o 
wyższy od cen konkurentów; nastąpiło załamanie zamó-
wień i w rezultacie firmę postawiono w stan likwidacji.
Aby zachować miejsca pracy, większość załogi –  z 
osób, pracownicy o najwyższych kwalifikacjach – podjęła
decyzję o zrzeszeniu się w spółdzielnię pracy „USIS En-
treprise” i przejęciu dawnych zakładów. Przy pomocy re-
gionalnego związku SCOP-ów regionu PACA, w niezwy-
kle krótkim czasie udało się przebrnąć przez procedury
i uzyskać wsparcie finansowe na wykupienie przedsiębior-
stwa. Nowa spółdzielnia rozpoczęła działalność  grudnia
 r., przyjmując dodatkowo do pracy  nowych osób.
Warunki działania, trudne już ze względu na złą kondycję
i likwidację jej poprzedniczki, co przełożyło się na utratę
zaufania części partnerów (klientów, dostawców, finansi-
stów), jeszcze bardziej się pogorszyły w wyniku zalania hali
produkcyjnej przez powódź w grudniu  r.
Nie wpłynęło to jednak na zaangażowanie i motywa-
cję załogi. W ciągu trzech pierwszych miesięcy działania
udało jej się usunąć prawie całkowicie skutki likwidacji
i powodzi. Dużą rolę odegrał w tym jeden z inicjatorów
przejęcia firmy, następnie wybrany prezesem spółdzielni –
dawny dyrektor produkcji, z wykształcenia inżynier o bar-
dzo wysokich kwalifikacjach. Obecnie pełni on również
funkcję głównego handlowca. USIS odzyskała część daw-
nych odbiorców, a także pozyskała jako klientów ważne
przedsiębiorstwa (m.in. wielkie koncerny samochodowe czy
aeronautyczne), co konkretyzuje się w rosnącym pakiecie
zamówień. Poza dotychczasowymi, typowymi zlecenia-
mi, firma wykonuje studia techniczne nowych produktów,
które są sprzedawane bądź w uzupełnieniu zrealizowanych
zamówień, bądź samodzielnie; w tym celu powołała swoje
biuro studiów.
Niskie ceny udaje się utrzymywać m.in. dzięki wy-
sokiej wydajności pracy i optymalizacji zatrudnienia – na
obecnych  członków-pracowników aż  pracuje bezpo-
średnio przy produkcji, a tylko  w biurze studiów. Stoso-
wane jest również roczne bilansowanie czasu pracy, pozwa-
lające na łatwiejsze zarządzanie przedsiębiorstwem w okre-
sach zmieniającej się koniunktury, bez bezpośrednich kon-
sekwencji dla zatrudnionych. W razie potrzeby okresowo
pracuje się również na nocną zmianę lub w weekendy, by
sprostać rosnącym zamówieniom. Na stosowanie tych me-
tod zarządzania niewątpliwy wpływ miały szkolenia i kon-
sultacje prowadzone przez związek regionalny SCOP-ów.
Obserwatorzy podkreślają wysoko rozwiniętą kulturę
przedsiębiorstwa, integrację załogi, tworzącej „jeden blok”
z zarządzającymi. Przestrzegane są zasady demokracji spół-
dzielczej, a przejęcie w postaci SCOP-u dawnej firmy przy-
niosło wszystkim wymierne korzyści
10
.
Mechanizmy promujące przejmowanie likwidowa-
nych firm przez kolektywy pracownicze istnieją również
w pozostałych regionach Francji, a zbliżone do nich tak-
że w innych krajach „starej” Unii Europejskiej, zwłaszcza
we Włoszech, Hiszpanii, a do pewnego stopnia także np.
w Wielkiej Brytanii czy Szwecji. Charakterystycznym dla
tych krajów zjawiskiem, będącym efektem powszechnego
uznania roli gospodarki społecznej, są inicjatywy wspiera-
nia przedsiębiorstw społecznych, w tym spółdzielni two-
rzonych na bazie likwidowanych firm prywatnych, opar-
te o szerokie partnerstwa z udziałem podmiotów publicz-
nych – władz państwowych, regionalnych i lokalnych,
publicznych i prywatnych instytucji finansowych (w tym
banków komercyjnych i spółdzielczych), organizacji gospo-
darki społecznej, a w wielu przypadkach także instytucji
edukacyjnych. Inicjatywy takie mają charakter zintegro-
wany, obejmują zarówno pomoc finansową, jak i doradczą
oraz szkoleniową. Zaprezentowane przykłady konkretnych
rozwiązań wspierających przekształcanie przedsiębiorstw
prywatnych w spółdzielnie pracy nie wyczerpują oczywi-
ście wszystkiego, co realizowane jest na tym polu. Mogą
być jednak traktowane jako przykłady dobrych praktyk,
które mogłyby przynajmniej po części – po dostosowaniu
do jakże odmiennych warunków i tradycji naszego kraju –
być wprowadzone w życie również w Polsce.
dr Adam Piechowski
Przyplsy:
Danlele Demoustler, +. Les coopératives de production, Ldltlons La
Decouverte, Parls +p8(, ss. +p-:¸.
Générations SCOP :. , La Cooperatlon de Productlon +pp: nr ¸oo
(v|||-|X), ss. 6-;.
Zob.: ¸. Co-operative movements in the European Union, Hlgher Co-
uncll for Cooperatlon, D|LS, Parls :oo+, ss. ;+-;:.
www.scop.coop/transmlsslon-d-entreprlse.htm (.
www.scop.coop/chlnres-cles-scop.htm, Plerre Llret, ¸. La Scop,
une solution pour l’ancrage territorial des PME, Partlclper nr 6:¸
(ma[-czerwlec) :oo;, s. +¸.
Phlllppe Chlbanl-1acquot, 6. Transmission-reprise. Un potentiel
de PME à transformer en Scop dans les dix ans, Partlclper
nr 6+o (kwlecleń-ma[) :oo¸, s. +(.
Zob.: www.scop.coop/transmlsslon-d-entreprlse.htm ;.
www.scop.coop/unlon-reglonale.htm 8.
Odpowlednlk opłat ZUS w Polsce. p.
w powyższym fragmencle wykorzystano własne obserwac[e +o.
oraz lnformac[e Myrlam Gasque, przedstawlclelkl reglonalne[
UP SCOP PACA, uzyskane w czasle wlzyty study[ne[ we Pranc[l
w :oo6 r., zorganlzowane[ w ramach pro[ektu |w LQUAL „Tu
[est praca”.
Niezależnie od miejsca na świecie i momen-
tu w historii, walka o równość i demokrację
odbywa się zwykle ze śpiewem na ustach.
Związki zawodowe mają co najmniej dwieście lat historii.
Narodziły się w czasach, gdy nie mogły działać jawnie, ze
względu na panujące prawo (w Wielkiej Brytanii stanowi-
ły je tzw. ustawy o zrzeszeniach, combination acts), które
uznawało wszelkie formy samoorganizacji pracowników
najemnych lub pracodawców za nielegalne. Nie trzeba do-
dawać, że przepisy te wykorzystywano wyłącznie przeciw-
ko pracownikom – w czasach, kiedy jedynie pracodawcy
i klasa posiadaczy mieli czynne i bierne prawo wyborcze
oraz realny wpływ na stanowienie prawa.
Z tego względu związki zaczęły zabiegać o powszechne
prawo wyborcze, które umożliwiłoby im wyjście z podzie-
mia. O brytyjskiej demokracji mówi się tak, jakby rozcią-
gała się na setki lat wstecz, tymczasem aby większość miesz-
kańców uzyskała prawo udziału w wyborach, niezbędne
były wysiłki wielu kolejnych pokoleń. W Wielkiej Brytanii
dopiero w latach . XX wieku kobiety uzyskały prawa wy-
borcze. Związki zawodowe od zawsze należały do tych or-
ganizacji, które zarówno same opierały się na wewnętrznej
demokracji, jak i walczyły o bardziej demokratyczny ustrój.
Dość szybko zwróciły także uwagę na korzyści z tworze-
nia sojuszy z podobnymi sobie zrzeszeniami, w kraju i na
świecie. Jak głosi pieśń: „Na zawsze solidarni!” (Solidarity
Forever).
Istnieje duży opór przed uznaniem historycznej
roli związków jako siły modernizującej, a często wręcz
całkowicie się ją pomija. Tymczasem w pieśniach, wier-
szach i opowieściach, będących w każdym kraju częścią
tradycji ruchu pracowniczego, znaleźć możemy całko-
wicie odmienne spojrzenie na dzieje powszechne. To, że
są one mało znane szerszemu odbiorcy, wiele mówi o tym,
jak bardzo obowiązująca wizja historii opiera się na oficjal-
nych dokumentach, kosztem ustnych przekazów na temat
poszczególnych wydarzeń. Dziś możliwe jest znaczne po-
szerzenie naszego oglądu wspólnej historii, dzięki potrakto-
waniu pieśni i wierszy jako „relacji z przemian społecznych”.
Liczni kronikarze tego dziedzictwa kulturowego, w ogrom-
nej części niezbadanego, pozostawili nam w spadku nie-
zwykłe bogactwo. Co istotne, jest to ten rodzaj tradycji,
który choć czasem wydaje się zanikać niemal do szczętu,
ostatecznie zawsze odzyskuje swoją żywotność.
***
Bywa, że połączone głosy sprzeciwu milionów ludzi
na całym świecie zostają zignorowane przez potężne siły.
7 plersl l z pleśnl
Mtnk Cnrconv
b n a TONI ZAPATA, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/TZAPATA/
110
Tak było w przypadku globalnego protestu wobec inwa-
zji na Irak, której przewodziły USA. W mojej rodzinnej
Australii w  r. około miliona osób demonstrowa-
ło przeciwko wojnie, jednak nasz premier po prostu
to zlekceważył. Choć na fali tego sprzeciwu powstało
wiele pieśni i wierszy, w gazetach można było prze-
czytać rozważania na temat tego, „gdzie się podziały
protest-songi”.
Wychodzi na to, że dziennikarze wypatrywali ich na
listach przebojów i po prostu umknęły im – lub zbagate-
lizowali je – utwory powstające w zupełnie innym obiegu.
Tak się często dzieje w czasach dominacji tzw. mediów ma-
sowych – jakże wiele ciekawych wydarzeń nie jest przez
nie uznawanych za „wystarczająco atrakcyjne”. Zalew re-
klam oraz nieustanne poszukiwanie sensacji zdają się być
wprost wymierzone we wszelkie autentyczne działania
kulturotwórcze.
Bo przecież mało kto kwestionuje fakt, że wspólne
śpiewanie pieśni jest ważną częścią każdej kultury. O ile
wiadomo, były częścią ludzkiej cywilizacji od samych jej
początków. Niektóre z nich, np. te o charakterze religijnym,
są ściśle związane z konkretnymi aspektami życia społecz-
nego. Także poszczególne narody mają własne pieśni: są
nimi ich hymny. Z kolei związki zawodowe zajęły ważne
miejsce w społeczeństwie zaledwie nieco ponad dwusto-
ma laty, po rewolucji przemysłowej. Zwłaszcza włókniarze
i górnicy mają już jednak bogate tradycje związane z wła-
snymi pieśniami. O czym nie można zapomnieć: pieśni są
pisane i wykonywane przede wszystkim wtedy, kiedy
istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać.
Choć zrzeszanie się było jeszcze wtedy nielegalne,
w  r. angielscy tkacze wspólnie zniszczyli nowe krosna
mechaniczne w wiosce Anstey. Podziemne sprzysiężenie
tkaczy, które stało się znane jako Luddyści, działało na zasa-
dach ścisłej tajności. Rząd był bardzo zdeterminowany, by
się z nimi ostatecznie rozprawić; doszło nawet do tego, że
niszczenie maszyn przemysłowych zostało uznane za prze-
stępstwo zagrożone karą śmierci. W roku  siedemnastu
robotników zostało straconych, wielu innych skazańców
wywieziono do Australii.
Pozostała nam po tych podziemnych organizacjach ni-
kła liczba świadectw, zachowało się natomiast trochę pieśni.
Oto „Tkalnia Fostera” (Foster’s Mill ), pod którą zapisano
datę  r.:
Niezłomni sukna postrzygacze,
niechaj wam serca w piersiach rosną!
Spójrzcie na waszych w Yorku braci:
biorą się za Fostera krosno.
Łuna nad tkalnią rozgorzała
wybiegli ludzie wprost spod pierzyn;
w księżyca blasku drżącym tłumem
ugasić pożar miasto bieży.
A oni ramię w ramię stojąc
się zaklinają na Święty Duch,
że nie pozwolą cebrom z wodą
by je ktokolwiek puścił w ruch!
My też staniemy ramię w ramię
nasze przysięgi równie srogie;
puścimy z dymem postrzygalnie
– i resztę maszyn, co nam wrogie!
Jako że związki zawodowe były u swej kolebki czymś
wyjętym spod prawa, nie powinno dziwić, że przywiązy-
wały szczególną wagę do własnej historii i tradycji. Można
wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które
łącznie składają się na alternatywną historię społeczną,
historię widzianą z perspektywy „dołów”.
Etnografowie zaczęli postrzegać tego rodzaju twórczość
jako ważne świadectwo zmian społecznych, dlatego obec-
nie jest ona ceniona bardziej niż kiedykolwiek – nadal po-
zostając światem niemal niezauważanym przez ogół. Gro-
madzenie i popularyzowanie takich pieśni jest niełatwym
zadaniem, jednak wysiłek włożony w ich badanie zwraca
się z dużą nawiązką: pozwala lepiej zrozumieć wkład, jaki
w kulturę wniósł zorganizowany ruch pracowniczy.
***
Niedawno miałem okazję uczestniczyć w imprezie bę-
dącej hołdem dla Jacka Mundeya w . rocznicę jego uro-
dzin. Ten robotnik budowlany i przywódca związkowy stał
się w Australii sławny w latach . z powodu swojego wkła-
du w zachowanie dużych fragmentów historycznej zabudo-
wy Sydney przed wyburzeniami.
Związek, któremu przewodził, Builders Labourers Fe-
deration (BLF), zorganizował wspólnie ze społecznościami
lokalnymi tzw. zielone strajki (green bans) w obronie miejsc
o szczególnym znaczeniu przyrodniczym oraz budynków
wyjątkowo cennych pod względem historycznym. Prasa
i politycy owego okresu z ogromnym lekceważeniem
wypowiadali się na temat koncepcji, w myśl której ro-
botnicy budowlani mogliby mieć cokolwiek do powie-
dzenia na temat losów zabudowy miejskiej. Tymcza-
sem zielone strajki stały się ważną inspiracją w wielu
krajach świata. W Niemczech Petra Kelly założyła Partię
Zielonych, a ruchy związkowe zaczęły uświadamiać sobie
istnienie problemów ekologicznych. Podczas uroczystości
na cześć Mundeya odśpiewano szereg pieśni, które powsta-
ły przy okazji zielonych strajków, jak „Zielone strajki teraz
i zawsze” (Green Bans Forever), „Miasto zieleni” (City of
Green), „Pomniki” (Monuments), „Szkło i beton dziś w na-
tarciu” (Under Concrete and Glass), ale i „Na zawsze solidar-
ni!”, hymn IWW [Industrial Workers of the World (Ro-
botnicy Przemysłowi Świata), radykalna międzynarodowa
organizacja związkowa, bliska ideologii anarchosyndykali-
stycznej – przyp. red.], napisany podczas I wojny światowej.
111
Zapoznajcie się z fragmentem „Szkło i beton dziś w natar-
ciu”, pieśni znanej także pod tytułem „Wśród Zachodnich
Przedmieść” (Across the Western Suburbs):
Tu gdzie stoisz, stał mój piękny mały domek
w gruzy zmienił go chciwości strasznej walec
dziś ekipa rozbiórkowa wyburzyła go bez słowa
wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.
:
Szkło i beton dziś w natarciu, Stare Sydney – na wymarciu
w gruzy zmienia je chciwości strasznej walec
my nie chcemy się stąd ruszać, lecz się nas do tego zmusza
wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.
Mój dom to dziś klitka ciasna, w bloku na obrzeżach miasta
ech, chłopaki, na sam widok chce się płakać…
aż po dach, który przecieka, obciążona hipoteka
jeszcze tylko przez pół wieku mam go spłacać.
Przyszła już najwyższa pora skończyć rządy „inwestora”
przecież widać, jaka straszna jest to plaga
mafii dasz rozwinąć skrzydła – zaraz zrobi cię bez mydła
…i obudzisz się gdzieś aż za Wagga Wagga!
Powyższy przykład udowadnia, że bojowym dzia-
łaniom „tu i teraz” mogą z powodzeniem towarzy-
szyć bojowe pieśni z dawnych czasów. Zawarty w nich
sposób postrzegania świata nie przestaje bowiem ist-
nieć: trwa w kulturze, ale i przekazywany jest w łonie
organizacji.
Pieśń związkowa, tak jak i każdy inny utwór, stanowi
element wspólnego śpiewnika całego społeczeństwa. Bywa,
że staje się popularna wiele lat od jej napisania czy pierwsze-
go wykonania. Weźmy pieśń Woody’ego Guthrie, „Ten kraj
należy do ciebie” (is Land is Your Land). Napisana zosta-
ła w  r., podczas II wojny światowej, Guthrie nagrał ją
w  r., z kolei jej słowa opublikowano w  r. Dużą po-
pularność zyskała w USA (ale i w innych krajach) w latach
.; pierwszy raz usłyszałem ją na początku  r. na obo-
zie w Springwood w Górach Błękitnych na zachód od Syd-
ney. Od tamtych czasów nagrano ją i wydano wiele, wiele
razy. Jej słowa zmieniano i tłumaczono, dopisywano nowe,
ale i cenzurowano dotychczasowe. W  r. utwór znalazł
się wśród  nagrań, które Biblioteka Kongresu uznała za
godne dopisania do Narodowego Rejestru Nagrań.
Na początku ubiegłego roku oglądałem, za pośred-
nictwem Internetu, jak zbliżający się do dziewięćdziesiątki
Pete Seeger na koncercie z okazji objęcia urzędu przez Ba-
racka Obamę porwał za sobą ogromną widownię. Wspól-
nie odśpiewano pieśń „Ten kraj należy do ciebie” – łącznie
z trzema zwrotkami, które zwykle się omija, z racji ich jed-
noznacznie politycznego przesłania:
b n JOY GARNETT, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/NEWSGRIST/
112
Na ulicach tego miasta,
w cieniu wielkich chmur drapaczy
i w kolejce po zasiłek
– dziś widziałem moich braci.
Kiedy stali, wygłodniali,
takie słowa wyszeptałem:
ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.
Mur wysoki aż do nieba
kazał mi zakończyć drogę,
a litery na tablicy
mówią: dalej iść nie mogę.
I zostałem po tej stronie,
o której tablica milczy
tę stronę stworzono dla ciebie i dla mnie.
Nikt na ziemi
mi nie zabroni
kroczyć przed siebie
autostradą wolności;
nikt na ziemi
nie jest w stanie mnie zawrócić,
bo ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.
Jak wiele innych pieśni związkowych, pieśń ta nie-
sie w sobie zarówno ładunek historii, jak i potencjalny
ładunek wybuchowy na dzisiejsze czasy. Napisana pod
koniec poprzedniego wielkiego kryzysu, przywitano
nią prezydenta, po którym oczekuje się powstrzymania
pierwszego kryzysu XXI w.
***
Bez wątpienia Woody’ego Guthrie można uznać za
ważnego autora pieśni związkowych. Jednak wielu twórców
tego rodzaju utworów nie jest szerzej znanych, o ile w ogóle
nie pozostają anonimowi. Co więcej, wiele utworów śpie-
wanych przez związkowców stanowi parodię powszech-
nie rozpoznawanych piosenek. Joe Hill, bard i męczennik
IWW działający w Stanach Zjednoczonych (choć urodzo-
ny w Szwecji), napisał cały szereg pieśni opartych na hym-
nach lub je parodiujących. Związek wsławił się pieśniami,
wydanymi w postaci niewielkiego czerwonego śpiewnika,
zatytułowanego „Rozniecając płomienie buntu” (To Fan
the Flames of Discontent).
Oddziały IWW, utworzonego w  r. w Chicago,
zaczęły szybko powstawać w innych krajach, jak Kanada,
Australia czy Chile, a wpływ działalności związku można
było odczuć w Irlandii, Afryce Południowej, Skandynawii,
Chinach… Jedną z jego naczelnych zasad, z której za-
słynął, była walka z uprzedzeniami rasowymi, które
postrzegał jako narzędzie rozbijania solidarności świa-
ta pracy; był też zawziętym przeciwnikiem wojen, w ra-
mach których robotnicy z poszczególnych krajów mieli
zabijać swoich towarzyszy z innych. W  r. w Sydney
siedmiu członków IWW zostało skazanych na karę pięt-
nastu lat więzienia za działalność antywojenną, inni do-
stali wyroki pięcio- i dziesięcioletnie. Bill Casey, członek
IWW, który później został sekretarzem Seamen’s Union of
Australia [australijskiego związku zawodowego marynarzy
floty handlowej – przyp. red.], napisał „Do sejmu niczym
z procy” (Bump me into Parliament), poświęconą politykom
tamtego okresu. Oto kilka zwrotek:
Nadstawcie uszu, dobrzy ludzie!
Formalny wniosek tutaj zgłaszam:
ptasiego mleczka dla każdego!
Mam na to patent pierwsza klasa:
:
Elektoracie, wystrzel mnie
do sejmu, niczym z procy!
Nieważne, jak to zrobić chcesz
zrób wszystko, co w Twej mocy!
Kolegów mam, z nadzorczych rad
co mówią, że się nadam,
bo senatorski rozum mam
i wzruszająco gadam.
Ja z tobą, ludu pracujący!
Wraz z wyklętymi chcę powstawać!
Mam na to sposób niezawodny,
to „podkomisja” i „ustawa”.
Pracownik z szefem się dogada
nam niepotrzebne spory nowe;
już ja ustawą poustawiam
te całe związki zawodowe!
Duch pieśni i filozofii IWW unosi się nad wszystki-
mi hymnami związkowymi, powstałymi w późniejszych
okresach. Związki zawodowe na całym świecie sprzeciwiały
się inwazji na Irak, podobnie zresztą jak przywódcy religij-
ni. Świadectwa oporu przeciwko wojnie odnaleźć można
w australijskich pieśniach związkowych; gdy mowa o woj-
nie w Wietnamie, na myśl przychodzą „Pokój jest sprawą
związkowców” (Peace is Union Business) oraz „Boonaroo” –
w  r. członkowie Seamen’s Union of Australia odmó-
wili służby na statku handlowym o tej nazwie, który pełen
ładunku dla wojska szykował się do rejsu do Wietnamu.
W latach . australijskie związki zawodowe pracowników
branży morskiej uniemożli wiły holenderskiej marynarce
wojennej próby utrzymania kolonialnego statusu Indone-
zji. W  r. należący do związków robotnicy udaremnili
eksport żeliwa do Japonii, w sprzeciwie wobec jej napaści
na Chiny. W  r. Clem Parkinson poświęcił tamtej akcji
„Żeliwną piosenkę” (e Pig-iron Song):
113
Czy nie byłeś nigdy ciekaw, czemu pracownicza brać
„Człowiekiem z żeliwa” zwykła Roberta Menziesa zwać?
Fascynuje ta opowieść, chociaż ma już tyle lat
obowiązek ma ją poznać cały robotniczy świat!
:
Nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm
nici ze statku załadunku, nie daliśmy się zastraszyć!
Kiedy stawką demokracja, zawsze walczy się do końca
tak jak z krajem Wschodzącego, mocno Brunatnego Słońca.
Był to rok trzydziesty siódmy, gdy japoński imperializm
postanowił na kolana dumny chiński lud powalić.
Chłopski naród walczył dzielnie, choć miał karabinów mało
za to w australijskich dokach miał przyjaciół armię całą.
Prokurator Menzies orzekł: „Wypłynięcie kto blokuje,
ten do życia w ciasnej celi niech od jutra się szykuje!”.
Ale nikt się nie wyłamał, równo twardzi chłopcy nasi
– nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm!
Polityku-sprzedawczyku, ktoś twe winy zmazać musi
krzyż ten niosą robotnicy gdzieś w Gwinei Nowej głuszy.
Dla pokoleń przyszłych tej historii jest przesłanie:
aby pokój mógł się ziścić – stać musimy ramię w ramię!
***
Patrząc z perspektywy globalnej, postawa ruchu pra-
cowniczego odegrała ważną rolę w walce z dyskrymina-
cją, kolonializmem, apartheidem, niewolnictwem, wojną
i grabieżą ekonomiczną. Fundamentem związkowego
światopoglądu jest przekonanie o konieczności tworze-
nia – w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej – od-
dolnych, niezależnych organizacji, opartych o ideały po-
wszechnej równości i sprawiedliwości. Związki zawodo-
we uważają bezpieczeństwo w miejscu pracy, bezpłatną
opiekę zdrowotną i edukację za podstawy cywilizowa-
nego społeczeństwa. Stojące przed nimi wyzwania,
w dobie korporacyjnej globalizacji i nadciągającego
kryzysu ekologicznego, spowodowanego brakiem
jakiejkolwiek kontroli nad działaniem „sił rynko-
wych”, są coraz większe, a potrzeba stawienia im czo-
ła – nagląca. Mnóstwo naszych współczesnych zmar-
twień stanowią zatem kwestie, którym autorzy pieśni
zdążyli już poświęcić naprawdę dużo uwagi.
Na mojej stronie internetowej, www.unionsong.com,
zgromadziłem wiele takich utworów, w przekonaniu, że
są one czymś niezmiernie ważnym. Pieśni związkowe po-
wstają wszędzie, gdzie tylko istnieją związki zawodowe.
Niedawno, na japońskim festiwalu filmowym miałem
okazję obejrzeć koreański film dokumentalny „Nie wró-
cę na noc” (Weabak: Stayed Out All Night), wyreżysero-
wany przez Kim Mi-re. Pracownice supermarketu, które
przeprowadziły -miesięczny strajk okupacyjny, nie-
ustannie pisały i śpiewały pieśni na temat swojej walki.
Gdyby nie film, nigdy nie usłyszałbym o tych utworach,
ani o samym strajku. Żyjemy w świecie, w którym tego
typu rzeczy nie zwracają na siebie uwagi tzw. mass me-
diów. Tak zresztą było zawsze, dlaczego więc jesteśmy
zaskoczeni, przyłapując samych siebie na totalnej nie-
wiedzy na temat historii, kultury i pieśni związków za-
wodowych? To ulotne dziedzictwo, dlatego powinniśmy
wspomóc jego zachowanie dla przyszłych pokoleń.
Wymagać to będzie skoordynowanych działań w kie-
runku gromadzenia i udostępniania tych „relacji z prze-
mian społecznych”. Internet stanowi bardzo dobre narzę-
dzie zbierania takich pieśni i ich ochrony przed zapomnie-
niem, ale także zachęty do tworzenia nowych. Rzadko
która osiągnie popularność „Na zawsze solidarni!” czy
„Ten kraj należy do ciebie”, jednak każda z nich oferuje
sposób patrzenia na świat niemal nie zauważany przez
wielkie koncerny.
Mark Gregory
Tłum. Włodzimierz Kaniec
Teksty piosenek przełożył Michał Sobczyk
Powyższy tekst został napisany specjalnie dla „Obywatela”.
Tak dla wspólnej korzyści
I dla dobra wspólnego
Wszyscy muszą pracować
Mój maleńki kolego
Julian Tuwim, „Wszyscy dla wszystkich”
114
Podczas mojego pobytu w Polsce w  r. zostałem popro-
szony o występ dla grupy górników. Byłem gościem Fran-
ka, mojego przyjaciela, inspektora ds. BHP w kopalniach.
Umożliwił mi spędzenie dnia w jednej z nich i zorganizo-
wał występ na świątecznej imprezie, podczas której zwycza-
jowo organizuje się zbiórkę pieniędzy na bożonarodzeniowy
fundusz dla sierot. To był dla mnie wielki zaszczyt, móc
zaśpiewać dla górników, a także powrót do korzeni, gdyż
mój pradziadek pracował jako górnik w kopalniach w Pol-
sce, a później w zachodniej Pensylwanii.
Gdy przybyliśmy, gospodarze zaprowadzili nas do
szatni, gdzie założyliśmy ciężkie białe górnicze kombine-
zony, koszule flanelowe, gumowe buty i kaski wyposażo-
ne w latarki. Następnie szybka winda zwiozła nas na sam
dół. Polskie kopalnie węgla są znacznie głębsze niż amery-
kańskie; część szybów sięga poniżej  metrów. Na Ślą-
sku – w górniczym regionie Polski, w którym się znajdo-
waliśmy – kopalnie tworzą labirynt tuneli większych niż
niejedno miasto.
Na dole w szybach wiał chłodny i wilgotny wiatr. Pa-
nowała spokojna atmosfera. Trudno było sobie wyobra-
zić, jak bardzo praca w tych kopalniach jest niebezpieczna.
Spędziliśmy tam kilka godzin, obserwując górników od-
kuwających węgiel kamienny od ścian. Następnie wróci-
liśmy do windy, a potem na powierzchnię, aby spotkać się
z dyrektorem kopalni. Po kilku symbolicznych kieliszkach
mocnej polskiej wódki usłyszałem, co jest w planach wie-
czornej uroczystości.
Raz w roku górnicy wspólnie organizują imprezę, aby
zbierać pieniądze na sieroty i wdowy. To więcej niż biesiada.
Odbywa się wówczas także coś w rodzaju „sądu nad cza-
rownicami”, w trakcie którego nakładane są grzywny i wy-
mierzane specjalne kary za nieuniknione naruszenie zasad.
Dostałem marynarkę i krawat oraz polecenie, aby zjawić się
w sali obrad związku zawodowego o  : .
Wieczorem przyszedłem więc do dużej sali z wielkim
podwyższeniem, pełnej stołów i krzeseł. Na wspomnianej
scenie znajdowały się dziwaczne przedmioty: wychodek,
klatka, huśtawka, stół z młotkiem i torba pogiętych gwoź-
dzi, drewniane dyby, jakich używano w dawnych czasach
do zakuwania więźniów, spory pniak z dwuosobową piłą,
a także wielka ikona przedstawiająca Polkę, z dwoma ol-
brzymimi plastikowymi piersiami pełnymi piwa, wraz ze
słomkami do picia!
W głębi sali siedzieli sędziowie. Byli ubrani w trady-
cyjne czarne mundury galowe i czapki ozdobione pióro-
puszami. Gdy mężczyźni wchodzili do sali, z potężnego
dzbana napełniano piwem każdy kufel. Gdy goście usiedli,
jeden z oficjeli związku odczytał zasady: Witamy na naszej
dorocznej zbiórce pieniędzy dla sierot. Jeśli jesteście tu po raz
pierwszy, proszę mieć świadomość, że możecie zostać ukarani
finansowo przez nasz komitet za najmniejsze naruszenie za-
sad. Przykładowo – wszyscy, którzy przybyli bez marynarki
i krawata, proszę wstać!
Około dwudziestu pięciu mężczyzn poderwało się
i zostali natychmiast ukarani grzywną. Następnie prowa-
dzący kontynuował: Będziemy obserwować was cały wieczór;
jeśli ominiecie kolejkę, zostaniecie ukarani. Jeśli nie będziecie
śpiewać lub zaśpiewacie zbyt głośno, zostaniecie ukarani. Je-
śli będziecie jedli zbyt szybko, zostaniecie ukarani. Za każ-
dym razem, gdy opuścicie salę, by skorzystać z toalety, zosta-
niecie ukarani i im częściej będziecie wychodzić, tym więcej
zapłacicie!
Gdy zebrani usiedli, jeden z sędziów zaproponował
toast. Momentalnie wszyscy wstali i odśpiewali starą pol-
ską górniczą pieśń, następnie unieśli pełne kufle i wypili
do dna.
Z upływem czasu sąd nakładał coraz więcej grzywien.
Scena szybko się ożywiła, ponieważ za „przewinienia” nie
tylko płacono pieniędzmi, lecz otrzymywano także inne
kary.
Mój znajomy – Franek, został przyłapany, gdy postawił
kufel na stole bez oficjalnego pozwolenia. Doprowadzo-
no go przed oblicze sędziów. Ukarali go grzywną o rów-
nowartości kilku dolarów i uwięzili w drewnianych dy-
bach. Niedługo potem ukarano innych i wykonano na nich
wyroki. W ciągu godziny na scenie dwaj skazani piłowali
drewno, inny wyklepywał gwoździe, kolejnych zamknięto
w wychodku i klatce, dwaj następni ważyli swoje ubrania
na huśtawce i, co było najśmieszniejsze, dwóch mężczyzn
o skrajnie odmiennych gabarytach musiało wymienić się
ubraniami.
Cłos z dołu
kìk PtLìrnì
115
Gdy zobaczyłem tego wielkiego i tęgiego człowie-
ka podskakującego w bieliźnie oraz próbującego wbić się
w spodnie i buty innego, o ponad połowę mniejszego, pod-
czas gdy jego kompan „pływał” w zbyt dużych butach
i w spodniach sięgających mu niemal do brody, straciłem
panowanie nad sobą i wybuchnąłem śmiechem!
Nagle sala ucichła, gdy sędziowie zwrócili się w moim
kierunku: A więc, Panie Biesiadny Żartownisiu, myślisz, że
to jest zabawne. Zobaczymy, jak dobry naprawdę jesteś, a jeśli
nie będziemy zadowoleni, ukarzemy cię, więc dalej, zaśpiewaj
nam piosenkę!
Stanąłem przed sędziami i zaśpiewałem jedną z góral-
skich ballad, nauczoną od Józefa Brody, charakterystycz-
nym wysokim tonem górali, zwanym „białym głosem” [ina-
czej śpiewokrzykiem – przyp. red. „Obywatela”].
Gdy skończyłem, nastąpił wielki aplauz. Uśmiechnięci
sędziowie wręczyli mi kupon na nielimitowane darmowe
korzystanie z toalety. Impreza trwała dalej, z niekończący-
mi się kolejkami mocnego polskiego piwa i jedzenia. Zbie-
rano pieniądze i dziękowano robotnikom. Zostałem popro-
szony o wyjście na scenę.
Zaprezentowałem krótki program złożony z ame-
rykańskich pieśni związkowych, wyjaśniając z pomocą
Franka znaczenie ich słów. Wkrótce całą salę przepełniło
brzmienie „Union Maid” (Panny ze związków) Woody’ego
Guthrie, gdy setki polskich górników śpiewało refren: Oh
you can’t scare me, I’m sticking to the union (Nie wystraszysz
mnie, bo trzymamy się razem); następnie przyszła kolej
na „Which Side Are You On?” (Po czyjej jesteś stronie?),
„We Shall Not Be Moved” (Nie ustąpimy ni kroku) i kla-
syczny „Dark As A Dungeon” (Ciemno niczym w lochu)
Merlego Travisa [w swoich tekstach często opisywał wyzysk
górników – przyp. red. „Obywatela”].
Po piosenkach typowo związkowych zagrałem kilka
utworów country. Wielu mężczyzn wtórowało mi i tańczy-
ło w zapamiętaniu, gdy przyszła kolej na utwór „Jambalaya”
Hanka Williamsa. Zakończyliśmy wieczór piosenkami pol-
skich górników. Nigdy w życiu nie słyszałem tak mocnego
i pięknego śpiewu, po którym mężczyźni zakrzyknęli „Pi-
wo!” i wypili następną kolejkę.
Był wczesny ranek i impreza miała się ku końcowi. Dy-
rektor kopalni podszedł do mnie oraz Franka i powiedział,
że to był bardzo wesoły wieczór. Moje piosenki zostały
świetnie przyjęte, gościom bardzo podobało się także moje
banjo. – Ponieważ macie kawał drogi, nie daj się prosić: mój
kierowca odwiezie was do domu. Ja się przejdę! – powiedział
do mnie.
Śmialiśmy się podczas pakowania instrumentów do
lśniącego czarnego samochodu, machając dyrektorowi ko-
palni, gdy wyruszał na spacer do domu.
Rik Palieri
tłum. Wojciech Wilk
Opowieść przedrukowujemy za www.unionsong.com. Strona
domowa Rika: www.banjo.net.
b
n
a

A
D
A
M

S
H
A
I
L
E
R
,

H
T
T
P
:
/
/
W
W
W
.
F
L
I
C
K
R
.
C
O
M
/
P
E
O
P
L
E
/
A
D
A
S
H
A
/
116
W jego składzie dominowali członkowie Warszawskiego
Robotniczego Klubu Literackiego, który prowadził działal-
ność od 1,;¡ r. Podobne kluby w latach ;o. istniały w in-
nych miastach, patronowało im Towarzystwo Przyjaciół
Pamiętnikarstwa, a ich działalność wspierały Wojewódzkie
Rady Związków Zawodowych. W gronie założycieli zna-
lazła się również grupa członków Studenckiego Centrum
Literackiego „Gremium”, które w drugiej połowie lat ;o.
ściśle współpracowało z WRKL. ¡ listopada 1,8o r. Robot-
nicze Stowarzyszenie Twórców Kultury w Warszawie zosta-
ło zarejestrowane i uzyskało osobowość prawną. Pierwszym
prezesem Warszawskiego RSTK wybrany został nieżyjący
już Michał Krajewski, literat – murarz, inicjator słynnych
trójek murarskich w okresie odbudowy Warszawy, na któ-
rego życiorysie częściowo oparty był scenariusz filmu An-
drzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”.
Formuła i statut Warszawskiego RSTK stały się wzo-
rem dla podobnych inicjatyw w innych regionach Polski.
Do czasu ogłoszenia stanu wojennego powstało i uzyskało
osobowość prawną jeszcze pięć Robotniczych Stowarzyszeń
Twórców Kultury, m.in. w Gorzowie Wlkp., Bydgoszczy,
Rzeszowie i Wodzisławiu Śląskim. Powstanie społeczno-
kulturalnego ruchu RSTK było przejawem podmiotowości
i emancypacji środowisk robotniczych w dziedzinie kultury
i wyrazem ich samoświadomości. Nie przypadkiem stało
się to po wydarzeniach Sierpnia ‘8o r., kiedy to klasa robot-
nicza stała się wiodącą siłą społeczną w Polsce.
Rozwój ruchu przyśpieszony został powołaniem
w sierpniu 1,81 r. redakcji dwutygodnika RSTK – „Twór-
czość Robotników”, którego pierwszy numer ukazał się :¡
czerwca 1,8: r. Wielu jego współpracowników z terenu,
przy wsparciu redakcji, stało się inicjatorami i założyciela-
mi nowych ogniw terenowych RSTK, które w większości
uzyskały osobowość prawną – pod koniec lat 8o. działało
oficjalnie ¡o samodzielnych RSTK.
W dniu 8 kwietnia 1,8¡ r. w Warszawie zebrał się Ko-
mitet Założycielski Federacji RSTK. Ówczesne władze –
pod wpływem nacisków Służby Bezpieczeństwa – odmówi-
ły jednak zarejestrowania Federacji. W tej sytuacji Komitet
przyjął propozycję prof. Bogdana Suchodolskiego, dotyczą-
cą udzielenia patronatu Narodowej Rady Kultury dla ogól-
nopolskiej działalności RSTK. :¡ marca 1,8¡ r. powstał
Zespół Robotniczych Stowarzyszeń Twórców Kultury przy
Narodowej Radzie, który istniał do :¡ lutego 1,8, r., speł-
niając funkcję ogólnopolskiej reprezentacji ruchu.
W momencie liberalizowania systemu realnego socja-
lizmu, gdy weszło w życie nowe prawo o stowarzyszeniach,
na podstawie którego zaczęły być one rejestrowane przez
sądy, 1¡ listopada 1,88 r. zarejestrowana została Rada Kra-
jowa Robotniczych Stowarzyszeń Twórców Kultury jako
ogólnopolska reprezentacja ruchu RSTK o charakterze
kobotnlcy tworzą
bn uts. Ptwrt Sonokt
Początki ruchu Robotniczych Stowarzyszeń Twórców Kultury sięgają września r., kiedy
to – wkrótce po podpisaniu w Stoczni Gdańskiej porozumień kończących słynny strajk –
w Warszawie zebrał się Komitet Założycielski Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury.
117
federacyjnym. W dniach - kwietnia  r. w Tychach
odbył się I Krajowy Zjazd RSTK. Przyjęto program dzia-
łalności dla całego ruchu i wybrano władze Rady Krajowej
(jej przewodniczącym został autor niniejszego tekstu i pełni
tę funkcję do dziś).
Od początku istnienia, RSTK było ruchem społeczno-
-kulturalnym, skupiającym twórców nieprofesjonalnych,
głównie ze środowisk pracowniczych. W poszczególnych
Robotniczych Stowarzyszeniach Twórców Kultury istnia-
ły najczęściej sekcje literackie i plastyczne. W niektórych
RSTK prowadzona jest także działalność grup fotografi-
ków i zespoły sceniczne. W ruchu RSTK realizowana jest
idea twórcy-animatora, nic więc dziwnego, że działacze
RSTK w okresie  lat istnienia ruchu zorganizowali setki
imprez o zasięgu ogólnopolskim i lokalnym, w trakcie któ-
rych ze swoją twórczością docierali do różnych środowisk.
Do najważniejszych imprez ogólnopolskich, które
organizowane są od wielu lat, należy zaliczyć Interdyscy-
plinarne Warsztaty Artystyczne w Lubniewicach (orga-
nizatorem jest gorzowskie RSTK, ostatnio odbywają się
w Garbiczu k. Rzepina), Ogólnopolskie Literackie Spo-
tkania Pokoleń w Kobylnikach k. Kruszwicy (organizator
RSTK w Bydgoszczy), Warsztaty Fotograficzne „Diastar”
(organizator RSTK w Starachowicach), Prezentacje w Świd-
niku (organizator RSTK woj. lubelskiego), a od kilku lat
Interdyscyplinarny Plener w Jaszowcu (organizator Wielko-
polskie RSTK w Poznaniu). Plenery plastyczne organizują
także RSTK we Wrocławiu, Chełmku, Jastrzębiu-Zdroju,
Starachowicach, Szczecinie i Warszawie.
Dużą popularnością cieszą się konkursy literackie, pla-
styczne i fotograficzne, które towarzyszą dużym imprezom
organizowanym w ramach naszego ruchu. Do najbardziej
znanych i dobrze rozpropagowanych należy zaliczyć ogól-
nopolski konkurs literacki im. Edwarda Szymańskiego,
który towarzyszył Prezentacjom Artystycznym Robotni-
ków w Szczecinie, oraz ogólnopolski konkurs fotograficzny,
organizowany z okazji Warsztatów Fotograficznych „Dia-
star”. Kilka edycji konkursu o tematyce ekologicznej „Eko-
art” zorganizowało wrocławskie RSTK. Z kolei Płockie
RSTK ma w dorobku kilka edycji konkursu recytatorskiego
im. Władysława Broniewskiego.
Ważną sferą aktywności Robotniczych Stowarzyszeń
Twórców Kultury w okresie już prawie trzech dekad istnie-
nia ruchu, była działalność wydawnicza. W tym okresie
pod szyldem RSTK ukazały się setki almanachów, tomi-
ków poezji, prozy i satyry oraz setki katalogów plastycz-
nych. W drugiej połowie lat . w ramach ruchu RSTK
ukazywało się kilka tytułów jednodniówek, a poznańskie
RSTK wydawało interesująco redagowany miesięcznik
„Bez Przysłony” – odważnie wyrażający interesy pracowni-
cze. Do dziś ukazuje się pismo „Bez Kurtyny” we Wrocła-
wiu. Szczególnie dużym dorobkiem wydawniczym mogą się
poszczycić RSTK we Wrocławiu, Warszawie, Bydgoszczy,
Poznaniu, Płocku, Szczecinie i Gorzowie Wlkp. Obecnie
na rzecz całego ruchu RSTK działają dwie oficyny – pro-
wadzona przez Mariana Adama Kasprzyka Oficyna MAK
w Szczecinie oraz Oficyna „TAD-AD” w Jastrzębiu Zdro-
ju, prowadzona przez Andrzeja Duboniewicza. Większość
tych wydawnictw została złożona w Krajowym Centrum
Dorobku Twórczego RSTK, istniejącym przy Miejsko-
- Gminnej Bibliotece Publicznej w Kruszwicy.
W  r. bydgoskie RSTK ustanowiło Honorowy
Medal „Za zasługi dla kultury robotniczej im. Jakuba Woj-
ciechowskiego” – robotnika z Barcina, nazywanego klasy-
kiem w robotniczej bluzie, który w okresie międzywojen-
nym za swój „Pamiętnik własny robotnika” otrzymał Złoty
Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury. Społeczna Kapitu-
ła Medalu przyznaje go osobom szczególnie zasłużonym
w dziedzinie edukacji kulturalnej i upowszechniania kul-
tury, zwłaszcza w środowiskach pracowniczych.
Warto wspomnieć, że w drugiej połowie lat . nie-
które RSTK zajmowały się problematyką kultury pracy.
Artykuły poświęcone tej tematyce często ukazywały się na
łamach istniejącego do marca  r. dwutygodnika „Twór-
czość Robotników”. Czasopismo to stworzyło nawet spo-
łeczny ruch grup partnerskich – samorządnych brygad, wy-
zwalających podmiotowość pracowników i sprzyjających
lepszej kulturze pracy. Przez pewien czas problematykę
118
tę kontynuowało obecnie wydawane pismo społeczno-
-kulturalne Robotniczych Stowarzyszeń Twórców Kultury,
„Własnym Głosem”.
Istniejący od  r. ruch RSTK przetrwał okres głę-
bokich zmian ustrojowych w Polsce. Nie wszystkim stowa-
rzyszeniom kulturalnym udało się to. Na przykład zasłużo-
ny dla polskiej kultury Korespondencyjny Klub Młodych
Pisarzy, z którego wyszło wielu znanych polskich literatów,
na początku lat . zaprzestał działalności. Dokonująca się
w Polsce transformacja nie jest przyjazna środowiskom ro-
botniczym. W istocie dokonuje się ich kosztem. To, że w ta-
kich warunkach ruch RSTK przetrwał i ochronił znacznie
swój potencjał, jest zasługą jego twórców i działaczy, pasjo-
natów, dla których aktywność w kulturze jest wewnętrzną
potrzebą i misją społeczną. Świadczy to również o tym, że
RSTK okazały się ruchem autentycznym, o głębokich ko-
rzeniach. Co prawda niektóre Robotnicze Stowarzyszenia
Twórców Kultury zmieniły nazwę, pozbywając się przy-
miotnika „robotnicze” i nabierając charakteru regionalne-
go, ale nadal identyfikują się z całym ruchem i przynależą
do federacji – Rady Krajowej Robotniczych Stowarzyszeń
Twórców Kultury.
Rada Krajowa RSTK od czerwca  r. wydaje ogól-
nopolskie pismo społeczno-kulturalne „Własnym głosem”
(dotąd ukazały się  numery), będące organem RSTK,
integrującym cały ruch. Jego łamy wypełnia publicysty-
ka społeczno-kulturalna, zamieszczane są eseje krytyczno-
-literackie i recenzje, wiersze, opowiadania i reportaże człon-
ków ruchu, prezentowane są prace plastyczne i fotografia
artystyczna oraz omawiane najważniejsze imprezy i wyda-
rzenia artystyczne.
W ciągu niemal  lat istnienia, w ruchu RSTK wy-
łoniła się czołówka twórców, których dokonania stały się
cząstką polskiej kultury. Wystarczy powiedzieć, że ponad
 członków RSTK zostało przyjętych w poczet Związku
Literatów Polskich. Wielu zostało członkami profesjonal-
nych plastycznych związków twórczych. Dorobek RSTK
w zakresie upowszechniania kultury trudno przecenić.
dr hab. Paweł Soroka
Kontakt: Pada Kra[owa Pobotnlczych Stowarzyszeń Tworcow
Kultury, ul. Nowogrodzka (6 m. ¸, oo-6p¸ warszawa, tel. do
przewodnlczącego: 6o¸ (z¸ ¸68.
Po raz plerwszy w hlstorll w osobnym tomle (z8o stron) zebrane wszyst-
kle artykuły Abramowsklego pośwlęcone kooperatyzmowl, wspołpra-
cy, stowarzyszenlom, oddolnym lnlc[atywom społecznym, w tym kllka
nlepubllkowanych od roku +p¸8! 1ako bonus, unlkatowy artykuł 1ana
wolsklego „Z przemowleń Ldwarda Abramowsklego” oraz obszerne
posłowle Pemlglusza Okraskl.
To kslążka o szlachetne[ l wlz[onerskle[ ldel Abramowsklego, ktory ak-
centował znaczenle prawdzlwe[ demokrac[l, oddolne[ wspołpracy, bra-
terstwa l przy[aźnl, [ako drog ku lepszemu śwlatu, pozbawlonemu wad
kapltallzmu l marksowsklego soc[allzmu. 1eden z na[wybltnle[szych
polsklch myśllclell, tworca oryglnalnego systemu etycznego, wykłada
swo[e koncepc[e nle za pomocą naukowego żargonu l wlz[l oderwa-
nych od życla, lecz malownlczym l przystępnym [ęzyklem, odwołu[ąc
slę do codzlennych ludzklch postaw, problemow społecznych l ekono-
mlcznych oraz sposobow lch rozwlązywanla.
Edward Abramowski
Braterstwo, solidarność,
współdziałanie
Pisma spółdzielcze i stowarzyszeniowe
Wybór i opracowanie Remigiusz Okraska
Wspólna edycja „Obywatela”, Krajowej Rady
Spółdzielczej i Instytutu Stefczyka
Cena w kslęgarnlach zp zł –
u nas kuplsz za z( zł
(koszt przesyłkl wllczony)!
Proslmy o wpłatę takle[ kwoty na konto:
Stowarzyszenle „Obywatele Obywatelom”
ul. wlęckowsklego ¸¸/+z6, po-;¸( Łodź
8ank Społdzlelczy Pzemlosła,
ul. Monluszkl 6, po-+++ Łodź
Numer konta:
;8 8;8( ooo¸ zoo+ oooo +¸(( ooo+

w oplsle proslmy wplsać „Abramowskl”
(brak te[ lnformac[l spowodu[e
odłożenle wysyłkl w czasle).
 stron
119
Gdzie się podziała nasza odwieczna trady-
cja buntu i sprzeciwu? Dzisiaj potrzebujemy
jej bardziej niż kiedykolwiek.
Wszyscy znamy historię inwazji Normanów na Anglię,
a z pewnością pamiętamy przynajmniej, że najważniejszą
w tej kampanii była bitwa pod Hastings, w  r. Uczy
się o tym na lekcjach historii w każdej brytyjskiej szkole,
a wygląda to mniej więcej tak:
W roku  książę normandzki Wilhelm Zdobywca
dokonał najazdu na Anglię, chcąc podważyć przejęcie wła-
dzy przez niedawno koronowanego na króla Harolda II Go-
dwina. Wilhelm był przekonany, niekoniecznie w zgodzie
ze stanem faktycznym, że tron należy się jemu. Jego armia
wylądowała w Pevensey, a w odpowiedzi na to wojska Ha-
rolda rozpoczęły marsz na południe, by stawić jej czoła. Do
starcia obu armii doszło na zboczach Senlac Hill, na zachód
od Hastings. Harold skończył ze strzałą w oku, Wilhelm –
na tronie Anglii. Jego koronacja odbyła się w święto Boże-
go Narodzenia  r. w Katedrze Westminsterskiej… i na
tym historia się kończy. Następnym ważnym wydarzeniem,
o którym uczą w szkołach, jest wojna domowa za czasu rzą-
dów Plantagenetów.
Tymczasem w rzeczywistości historia tego podboju wy-
glądała nieco inaczej. Szkolne podręczniki nie mówią ani
słowa o tym, że bitwa pod Hastings była zaledwie począt-
kiem, a nie końcem normańskiej kampanii, mającej na celu
podbój Anglii. Przez następne pięć lat na obszarze niemal
całego kraju prowadzona była zacięta i bezwzględna woj-
na partyzancka, której celem było wypędzenie Normanów.
Bardziej współczesnymi odpowiednikami tej walki, odda-
jącymi jej determinację, mogą być francuski ruch oporu,
działalność Wietkongu czy wojna partyzancka w okupowa-
nym Iraku. Czasami można było nawet odnieść wrażenie,
że władanie Wilhelma I Zdobywcy będzie równie krótkie
i niepewne, jak jego poprzednika. To właśnie wtedy na-
rodził się angielski ruch oporu.
Po zwycięstwie pod Hastings, Wilhelm oczekiwał, że
cała Anglia padnie pokornie do jego stóp. Rozwój wydarzeń
potoczył się jednak w zupełnie przeciwnym kierunku. Roz-
proszone grupy szlachty i możnowładztwa zjednoczyły się
i wspólnie ogłosiły, że nowym królem Anglii jest nie Wil-
helm, lecz Edgar II Ætheling, -letni wnuk jednego z po-
przednich władców, Edmunda II Żelaznobokiego. Najpo-
ważniejszym problemem Wilhelma było bowiem to, że tron
angielski nie był dziedziczny, lecz król był każdorazowo
wybierany. A Wilhelma nikt nie wybrał i dlatego postano-
wił on rozwiązać ten problem w sposób, w jaki rozwiązywał
większość trudnych sytuacji w swoim życiu: uciekając się
do wyjątkowej przemocy.
Na czele armii rozpoczął marsz przez południową An-
glię, mordując, niszcząc i gwałcąc wszystko, co napotkał na
swojej drodze. Najpierw splądrował wybrzeże, a następnie
wielkim łukiem obszedł Londyn, by odciąć stolicę od źró-
deł zaopatrzenia w żywność. Doszczętnie spalił Southwark,
by potem wyruszyć na zachód, wyrzynając mieszkańców
Buckinghamshire, Bedfordshire, Middlesex i Hertfordshi-
re. W wyniku tych działań, zbuntowani przywódcy Anglii
wycofali się w mniej dostępne rejony kraju. Edgar, któremu
nigdy nie było dane objąć angielskiego tronu, oddał hołd
najeźdźcy, podporządkowując się jego władzy. Ceremo-
nia koronacji została zorganizowana naprędce w Katedrze
Westminsterskiej.
Niewykluczone, że zamiarem Wilhelma było prze-
kształcenie uroczystości koronacji w wydarzenie o wymo-
wie pojednawczej, jednak nic z tego nie wyszło. Trady-
cyjnym zachowaniem kończącym każdą koronację było
spontaniczne wychwalanie nowego króla i pozdrowienie go
okrzykiem radości przez zgromadzoną gawiedź. Wilhelm
rozkazał otoczyć opactwo kordonem żołnierzy, na wypadek
gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdy rycerze
usłyszeli w trakcie koronacji, że niektórzy spośród zgroma-
dzonych wznoszą okrzyki w nieznanym im samym języku,
pomyśleli, że to początek rebelii. W konsekwencji zaczęli
podpalać stojące nieopodal domy i zabijać gapiów. Wybu-
chła panika i katedra niemal w mgnieniu oka opustoszała,
a świeżo namaszczony król pozostał sam samiutki, dzier-
żąc w dłoniach berło i jabłko, trzęsąc się z gniewu, strachu
i wściekłości na osamotnionym tronie.
Duch angle|skle[
rebe|ll
PtuL kìncsnon1u
120
Być może to właśnie katastrofa ceremonii i zamieszki,
do których doszło w jej trakcie, wzmocniły opór Anglików
wobec Wilhelma. A może przyczyna buntu była bardziej
prozaiczna: pierwszą decyzją nowego króla było odebranie
wszystkim ziemi i żądanie haraczu za jej oddanie. Proce-
sowi pojednawczemu nie pomogło przejęcie ogromnych
połaci kraju i rozparcelowanie gruntów pomiędzy swoich
popleczników. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna
oporu, koronacja dała Wilhelmowi papierową władzę, An-
glia i Anglicy musieli jeszcze zostać przez niego podbici. Na
zachodzie kraju bardzo silny opór ofensywie Normanów
sta wili mieszkańcy hrabstwa Exeter. Synowie zmarłego kró-
la Harolda, którzy uciekli do Irlandii, zwarli szeregi i nę-
kali wojska Wilhelma w hrabstwach Devon i Kornwalia.
Edgar udał się na wygnanie do Szkocji, gdzie udało mu się
uzyskać poparcie króla Malcolma III. Na granicy z Walią,
buntownik znany jako Eadric Dziki prowadził wojnę par-
tyzancką i przy wsparciu książąt walijskich latami nękał
armię Normanów.
Praktycznie bez przerwy, na obszarze całego kraju,
grupy buntowników zbierały się w lasach, na bagnach
i mokradłach, na terenach trudno dostępnych, by, ko-
rzystając z cichego wsparcia okolicznej ludności, gnębić
i mordować okupantów. Normanowie nazy wali tych
bojowników silvatici – „ludźmi z lasu”. Anglicy określali
ich mianem „dzikich” lub „zielonych”. Tak jak większość
grup prowadzących wojnę partyzancką, tak i oni byli prak-
tycznie nie do pokonania.
Rok  to czas potężnego powstania na północy
kraju. Władcy Mercji i Nortumbrii zwołali swoje armie
i wezwali na pomoc króla Szwecji. Dołączył do nich młody
Edgar i razem wypowiedzieli wojnę samozwańczemu królo-
wi Anglii. Wilhelm wyruszył na północ, by się z nimi zmie-
rzyć i ich sobie podporządkować, a na nowo zajętych tere-
nach stawiał ogromne fortece. Po przemarszu jego armii nie
pozostał kamień na kamieniu między Jorkiem a Durham,
wszystko zrównano z ziemią, by pozbawić nowe oddziały
rebeliantów miejsc schronienia. Każde zwierzę, każdy dom,
każde pole uprawne zostało zniszczone. Aby przeżyć, oca-
leni mieszkańcy musieli sprzedawać dzieci na niewolników,
a w skrajnych przypadkach – wykopywać zwłoki, by mieć
się czym pożywić.
Wciąż jednak jeden obszar Anglii pozostawał niezdo-
byty: bagna Fens, a zwłaszcza wyspa Ely, którą w XI w.
otaczały nieprzebyte mokradła, chaszcze i trzęsawiska.
Ely stała się ostatnim bastionem ruchu oporu przeciw-
ko inwazji Wilhelma Zdobywcy, bastionem dowodzo-
nym przez człowieka w równym stopniu co Wilhelm bez-
względnego, okrutnego i zdeterminowanego; człowieka,
który okazał się równorzędnym rywalem dla Normanów
i którego nie udało się Wilhelmowi pokonać w otwartym
starciu. Nazywał się on Hereward i był ostatnią nadzie-
ją Anglii.
Hereward, syn wielkiego posiadacza ziemskiego, został
dekretem nowego króla pozbawiony majątku, dlatego pałał
żądzą zemsty. Własnymi siłami przekształcił wyspę w for-
tecę, obsadzając ją grupą rebeliantów połączonych świętą
przysięgą. Opat klasztoru na Ely, obawiając się o losy opac-
twa w przypadku wygranej Wilhelma, poparł Herewarda.
Działania lokalnych baronów normandzkich, zmierzające
do oczyszczenia wyspy z rebeliantów, zakończyły się fia-
skiem. Dlatego w  r. Wilhelm osobiście stanął na czele
armii i wyruszył na podbój wyspy Ely.
Jednak Hereward okazał się być przeciwnikiem du-
żo bardziej wymagającym niż Harold. Pierwsze podej-
ście Wilhelma mające na celu zdobycie Ely opierało się na
zbudowaniu gigantycznej pływającej konstrukcji, która
miała umożliwić rycerzom przedostanie się przez bagno
otaczające wyspę. Hereward i jego ludzie obserwowali
z rozbawieniem całą operację: gdy konstrukcja została
ukończona, rycerze Wilhelma, żądni sławy i majątku, rzu-
cili się na nią. Wówczas, pod naporem zbyt dużego obcią-
żenia, załamała się ona, a wielu spośród wojów utonęło
w mokradłach.
Wściekłość Wilhelma nie miała granic. Obmyślił ko-
lejny fortel: za namową jednego z doradców, sprowadził lo-
kalną wiedźmę, by ta rzuciła urok na Herewarda, co miało
zapewnić zwycięstwo. Następnie odciął wyspę od świata
i wybudował cztery wieże oblężnicze, uzbrojone w kata-
pulty. Skonstruował także kolejną olbrzymią tratwę, tym
razem bardziej stabilną. Nakazał wiedźmie stanąć na jednej
z wież i rozpoczął bombardowanie wyspy zarówno kamie-
niami, jak i czarami. Hereward ze swoimi ludźmi czekali
ukryci w grzęzawisku. W odpowiedzi na atak Wilhelma,
oblali oliwą rosnące wokół wyspy trzcinowiska i je pod-
palili. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie, połykając
olbrzymią tratwę, cztery wieże oblężnicze oraz wiedźmę,
która wrzeszcząc wniebogłosy spadła z jednej z nich, skrę-
cając sobie kark.
Oblężenie wyspy trwało około osiemnastu miesięcy.
Wilhelm atakował, Hereward umiejętnie te ataki odpie-
rał: wyspa pozostawała niezdobyta. Koniec obrony, który
w końcu nadszedł, był w pewnym sensie banalny. Wilhelm
wysłał tajną wiadomość do opata klasztoru na Ely: jeżeli się
nie poddasz, natychmiast zajmę twoje posiadłości. A gdy
w końcu was pokonam, to odbiorę ci wszystko, wszelkie
bogactwo i życie. To wystarczyło. Pod nieobecność Here-
warda, który wybrał się na bagna w poszukiwaniu żywno-
ści, mnich wpuścił na wyspę wojska Wilhelma. Zdrada, nie
wygrana w bitwie, zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie
najeźdźcy.
Opowieść o bohaterstwie Herewarda i o jego szaleń-
czym oporze przeciwko okupantom przetrwała stulecia
i była powodem do dumy wielu pokoleń Anglików. Stało
się tak najprawdopodobniej dlatego, że Hereward i jego lu-
dzie byli jednymi z pierwszych angielskich buntowników.
Ludzie ci stali się wzorem dla następnych pokoleń, które
przez kolejne tysiąc lat przeciwstawiały się próbom ograni-
czania wolności na rzecz zniewolenia, wciąż anektującego
kolejne obszary życia.
121
Historia Anglii jest bardzo często przedstawiana, na-
wet obecnie, jako dzieje władzy i szlachty, jako sekwencja
kolejnych podbojów, wojen i bitew. Nie jest to oczywiście
nic nadzwyczajnego, historia wykładana w szkołach w każ-
dym niemal kraju wygląda bardzo podobnie, niezależnie
od tego, czy ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych, czy
w Korei Północnej. Jest to historia establishmentu, opo-
wiadająca o dokonaniach grabieżców, złodziei, morderców
i psychopatów, którzy na przestrzeni wieków tworzyli to, co
dzisiaj nazywamy współczesnością. Historia ta jest splotem
dat wielkich bitew i traktatów pokojowych; sławi ona lu-
dzi uwielbiających wbijać flagi w ciała pokonanych. W tak
opowiadanej historii Wilhelmowie Zdobywcy wystę-
pują jako wielcy bohaterowie, a Herewardowie – w cha-
rakterze przypisów.
Ale jest też i inna historia, w Anglii jak i w każdym
innym kraju: historia opowiadająca o ludziach, którzy
decydowali się stawić opór wzbierającym falom, zdając
sobie zapewne sprawę, że stoją na straconej pozycji. Jest
to historia buntowników-straceńców, którzy rzucali
wyzwanie przyszłości i sprzeciwiali się marginalizowa-
niu ich przez wielkich tego świata. Jest to historia, którą
powinniśmy dobrze sobie przyswoić, zwłaszcza dzisiaj,
w sytuacji, gdy staczamy się coraz bardziej w odmęty
bezmyślnego, posłusznego konsumeryzmu. Może nam
to pomóc ocalić samych siebie.
Przykładem może być bunt chłopski z 1¡81 r. Wy-
darzenie to było czymś więcej niż jednostkowym i mało
istotnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w wyko-
naniu przerzucających gnój ignorantów. Był to nie mający
precedensu w historii wybuch społecznego gniewu, któ-
ry – niewiele brakowało – zakończyłby się rewolucją. Przez
dziesięciolecia angielska biedota była trzymana pod butem
niezwykle surowego prawa, które ograniczało jej dochody
i swobodę poruszania się, a z drugiej strony sankcjonowało
wysokie kary, niewspółmierne do wykroczeń (stryczek za
kradzież kurczaka – ktoś reflektuje?). Kościół i państwo
tuczyli się bez umiaru na pracy zwykłych ludzi, aż w koń-
cu miarka się przebrała. Kroplą, która przepełniła czarę,
było wprowadzenie przez parlament podatku pogłównego.
W efekcie, na terytorium południowej Anglii ludzie zaczęli
protestować. Początkowo napadali i zabijali urzędników,
którzy zajmowali się egzekucją podatków, następnie zaczęli
podpalać domy szlachty i duchowieństwa. Wreszcie rozpo-
częli marsz na Londyn.
Zanim dotarli do stolicy, było ich już ponad 1oo ty-
sięcy. Przywódca, Wat Tyler, zapowiadał rewolucję, a jego
prawa ręka, radykalny duchowny John Ball, wzywał do
zniesienia pańszczyzny, rozdziału kościoła od państwa, re-
dystrybucji majątków należących do kleru i możnowład-
ców. Rebelianci zwrócili się do króla z żądaniem audiencji.
Ponieważ ten nie odpowiedział, zaatakowali Londyn. Ścięli
arcybiskupa Canterbury, napadali na kościoły, grabili po-
siadłości bogaczy. W obliczu tych wydarzeń, Ryszard II
Plantagenet, który miał wówczas zaledwie 1¡ lat, zbiegł do
Tower of London w obawie, że „zagrożone jest dziedzictwo
i chwała Anglii”.
Koniec końców nic takiego się nie stało. Młody król
odważył się jednak spotkać z rebeliantami; na miejsce spo-
tkania wyznaczono Blackheath, leżące poza stolicą. W trak-
cie spotkania król nakazał zgładzić Wata Tylera, pozbawia-
jąc buntowników przywództwa, a następnie wspaniało-
myślnie zgodził się na wszystkie ich postulaty. Gdy chłopi
wrócili do domów, okazało się, że wszystko było jedynie
zagrywką taktyczną. Król nie dotrzymał żadnej ze swoich
obietnic, a lokalnych przywódców buntu rozkazał pojmać
i zabić. Rewolucja zakończyła się klęską, ale była także lek-
cją dla przyszłych pokoleń: nie wolno wierzyć obietnicom
składanym przez władzę.
Przez kolejnych kilka stuleci do podobnych wydarzeń
dochodziło dość często: Jack Cade był przywódcą re belii
w hrabstwie Kent w 1¡¡o r. (uczestniczył w niej jeden z mo-
ich przodków), górnicy kornwalijscy wystąpili przeciwko
królowi Henrykowi VII w roku 1¡,;, w 1¡¡o r. wybu-
chły powstania na północy kraju przeciwko rządom Hen-
ryka VIII, a w 1¡¡, r. doszło do powstania chłopskiego
w Norfolk, dowodzonego przez Roberta Ketta. Ale praw-
dziwy wybuch społecznego niezadowolenia miał miejsce
w latach ¡o. XVII w., gdy Anglia znalazła się w ogniu
wojny domowej. Wtedy to potężne pokłady frustracji i od
zawsze niszczonego społecznego radykalizmu wypłynęły
z całą mocą na powierzchnię. Zrównywacze (Levellers),
podobnie jak ludzie, których ¡oo lat wcześniej Wat Tyler
prowadził na Londyn, domagali się zniesienia władzy ary-
stokracji i instytucjonalnego Kościoła. Z kolei Kopacze
(Diggers), dowodzeni przez Gerarda Winstanleya, żądali
tego samego, a ponadto wzywali do rozdysponowania zie-
mi pomiędzy wszystkich mieszkańców kraju. Podobnie
Deklamatorzy (Ranters), Kwakrzy (Quakers), Muggleto-
nianie (Muggletonians) czy wiele innych ruchów oddol-
nych, których celem było wykorzystanie upadku monar-
chii dla stworzenia sprawiedliwszego, bardziej egalitarnego
porządku społecznego.
Niezwykle wymownym jest fakt, że wiele z tych grup
odwoływało się do poglądu o istnieniu „normandzkiego
jarzma” i z niego wywodziło swój bunt. Według nich, An-
glia była kiedyś krajem wolnych ludzi, do czasu inwazji
Wilhelma Zdobywcy i jego brutalnych baronów, którzy ze-
pchnęli naród do rangi służby. Egzekucja Karola I, który był
potomkiem najeźdźcy, ponownie uczyniła Anglię wolnym
krajem, po sześciu stuleciach. Teraz najważniejszym zada-
niem było utrwalenie odzyskanej wolności. Sześć wieków
później, uczestnicy wojny domowej zobaczyli w sobie kon-
tynuatorów idei i walki Herewarda. Oliver Cromwell, spad-
kobierca Wilhelma, gnębił ich, by chronić interesy swoje
i klasy posiadaczy, do której należał.
Ironią historii jest to, że triumf parlamentu, którym
zakończyła się wojna domowa, doprowadził do przeprowa-
dzenia na ogromną skalę procesu, który stał się zarzewiem
kolejnej fali oporu przeciwko rządzącym: konfiskaty ziemi
122
publicznej. W wyniku wojny domowej, do władzy doszli
przedstawiciele ziemiaństwa, którzy teraz, wyzwoleni spod
zwierzchności króla, zaczęli korzystać z nowych możliwo-
ści. W ciągu kolejnych  lat parlament przyjmował usta-
wy sankcjonujące konfiskatę – czyli zwykłą kradzież – zie-
mi stanowiącej dotąd wspólny majątek. W XVIII w. doszło
do gwałtownych protestów przeciwko temu procesowi, lu-
dzie organizowali się i niszczyli płoty okalające skonfisko-
wane tereny, a także atakowali urzędników, odpowiedzial-
nych za ich stawianie.
Jednak przejmowanie ziemi rolnej przez arystokrację
stanowiło zaledwie zwiastun czegoś, co było jeszcze trud-
niejsze do przezwyciężenia: zniewolenia całych społeczno-
ści przez rewolucję przemysłową. Gdy właściciele ziemscy
i bogaci kupcy dostrzegli potencjał technologii, które po-
jawiły się w końcówce XVIII w., nic nie mogło ich po-
wstrzymać. Nagle, w analogii do wywłaszczenia małorol-
nych chłopów w procesie konfiskat ziemi, rzemieślnicy tra-
cili możliwość zarobkowania na skutek ekspansji maszyn.
Trwający od dłuższego czasu proces odzierania ludzi z ich
niezależności przybrał znacznie na sile, w miarę jak indu-
strializacja wymuszała migrację całych społeczności, które
osiedlały się w podmiejskich slumsach, by pracować w ko-
palniach i hutach.
Praca najemna i powstanie miejskiej biedoty stały
się wyznacznikami nowej rzeczywistości, a wraz z nimi
rodził się nowy ruch oporu społecznego. Odsądzani od
czci i wiary luddyści widzieli dokładnie, jaki wpływ na
ich wolność i niezależność, na życie, którym kiedyś się
cieszyli, ma postępująca rewolucja przemysłowa. Wzięli
więc sprawy – i maszyny – w swoje ręce. Protest osiągnął
taką skalę, że konieczne było wysłanie wojska dla stłu-
mienia buntu. Owiany legendą Kapitan Swing poprowa-
dził robotników rolnych przez południowe obszary Anglii,
gdzie niszczyli oni maszyny rolnicze, które pozbawiały ich
możliwości pracy i utrzymania, i gdzie napadali na „wro-
gów ludu”, którzy wykorzystywali maszyny, a nie ludzi,
do młócenia ziarna.
XX w. przyniósł nową falę rebelii. Zrodziła się
ona głównie w społecznościach poupychanych w coraz
większych miastach, gdzie socjalizm, komunizm, ruch
związkowy, a od niedawna ruchy ekologiczne, stawały
się kolejno formą i uzasadnieniem sprzeciwu wobec sys-
temu, którego ostatecznym celem jest całkowite zniewo-
lenie społeczeństwa. W imię czegoś, co kiedyś okrzyk-
nięto „postępem”, a obecnie coraz częściej nazywa się
„rozwojem” i „wzrostem”, większość społeczeństwa mu-
si bardzo ciężko pracować, by żyć, skazana jest na ni-
skie wynagrodzenia i wysokie zadłużenie. W tym sa-
mym czasie garstka „równiejszych świnek” pożera bez
opamiętania owoce pracy innych, eksploatując ponad
miarę zasoby coraz bardziej nadwerężonej planety.
b

A
U
T
O
R
:

E
.

H
U
L
L
123
Dzisiejsze pokolenie doświadcza na własnej skórze,
jak wygląda najnowsza faza trwającego od długiego czasu
marszu od wolności. Jest to era biometrycznych dowodów
osobistych, wszechobecnego monitoringu, zdalnie stero-
wanych samolotów szpiegowskich i znajdujących się w po-
siadaniu rządów baz DNA. Jest to czas, w którym społe-
czeństwo jest bez przerwy ogłupiane promocjami, zakupa-
mi, idiotycznymi programami w telewizji, plotkami z życia
gwiazd i gwiazdeczek, pseudoinformacjami, które rozcho-
dzą się z szybkością błyskawicy dzięki internetowym łą-
czom. Obraz dzisiejszego świata zadziwiłby nawet Aldousa
Huxleya. Świat, który stworzyliśmy, to świat globalnego
ocieplenia, inżynierii genetycznej, masowego wymierania
gatunków i produkcji dzieci według oczekiwań i zachcia-
nek rodziców.
Przyszło nam żyć w kraju, w którym aparat państwa
mówi nam, gdzie możemy palić papierosy, jak powinni-
śmy się odżywiać i ile wolno nam wypić. W kraju, w któ-
rym każdy rok przynosi kolejne ograniczenia i zakazy
związane najczęściej z nieszkodliwymi przyjemnościa-
mi, połączone z wykładnią, o czym i w jaki sposób moż-
na głośno mówić. W kraju, w którym wielkie ponadna-
rodowe korporacje, następczynie arystokracji, lordów
i baronów, nie mają oporów przed doprowadzaniem nas
do bankructwa, a jednocześnie wyciągają łapy po nasze
pieniądze, gdy same staną w obliczu zapaści.
Na początku I wojny światowej narodziła się przesiąk-
nięta duchem patriotyzmu legenda, która miała poprawić
morale Anglików w czasie, gdy Niemcy zdobywali coraz
większe obszary Europy. Mówiła ona o tym, że w czasie bi-
twy pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły
się duchy łuczników spod Agincourt, sprzed  lat, i że to
oni pomogli pokonać wojska niemieckie. Historia ta, choć
oczywiście była czystą fantazją, pomogła wzniecić w żoł-
nierzach ducha walki. Bohaterowie z przeszłości pojawili się
na placu boju i wsparli swoich następców, dając im zwycię-
stwo. Można przypuszczać, że dzisiaj więcej ludzi słyszało
o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie.
Bardzo by się nam przydało kilka zastępów aniołów.
Podobnie jak postawienie sobie przed oczyma Herewar-
da, który przeciwstawił się Wilhelmowi, najlepiej w jaskra-
wych barwach na tle czarnego nieba. Dobrze by nam zrobi-
ła wizyta „ludzi z lasu”, Kopaczy, luddystów czy czartystów.
Dla opamiętania warto byłoby przypomnieć sobie w jasny
i dobitny sposób o tradycji radykalizmu i buntu, która jest
starsza niż Izba Lordów czy monarchia, starsza nawet niż
sama Anglia.
A to wszystko dlatego, że ta chlubna tradycja oporu
i walki o wolność wydaje się dzisiaj zanikać. Zapamięta-
li w bezmyślnym szale bożonarodzeniowych wyprzeda-
ży, omamieni morfiną płynącą z kolorowych czasopism,
otumanieni farsą polityki zmonopolizowanej przez par-
tie polityczne, daliśmy sobie wmówić, że synonimami
wolności są „wybór konsumencki” i możliwość zabra-
nia głosu raz na kilka lat, przy urnie. W rzeczywistości
jednak jesteśmy niewolnikami, dokładnie w takim sa-
mym stopniu jak narody, które padały ofiarą podbojów,
a nasza strata jest równa stracie naszych przodków, któ-
rym zabierano wspólne pastwiska. Z tą różnicą, że dzi-
siaj najeźdźca siedzi w naszych głowach i szepcze nam
do ucha, że jesteśmy wolni nawet wtedy, gdy na własne ży-
czenie ulegamy zniewoleniu. Tracimy w ten sposób szacu-
nek do samych siebie, niezależność w myśleniu i działaniu,
a także swobodę mówienia „nie”.
Herewardowi, zgodnie z XI-wiecznym przekazem,
udało się uciec z Ely, nie został pokonany ani poskromiony.
Nie wiadomo, gdzie się udał i gdzie dokonał żywota. Ani
nawet – czy w ogóle. W chwilach, kiedy oddaję się marze-
niom, pragnę wierzyć, że Hereward wciąż jest wśród nas,
czy to włócząc się gdzieś po bezdrożach, czy też pozostając
w letargu w niedostępnych jaskiniach, jak król Artur ze
swoimi rycerzami. I czeka na sygnał.
Doczeka się go jednak tylko wówczas, gdy my sami się
najpierw przebudzimy i uświadomimy sobie, że niezależnie
od tego, co nam próbują wmówić każdego dnia i z każdej
strony, nie jesteśmy ludźmi wolnymi. Doczeka się go jedy-
nie wówczas, gdy przypomnimy sobie, że wolność to coś,
o co trzeba wciąż walczyć; tylko wtedy staje się rzeczywi-
stością. To właśnie Hereward i anioły spod Mons powin-
ni nam uświadomić, że wolność rodzi się w ogniu bitwy
i tylko wtedy ma szansę ujawnić swój prawdziwy, szalony,
rewolucyjny potencjał.
Paul Kingsnorth
tłum. Sebastian Maćkowski
Tekst pierwotnie ukazał się w numerze czasopisma „The
Idler” (www.idler.co.uk). Przedruk za zgodą autora.
POJMANY WAT TYLER. RZEŹBA ROBERTA KOENIGA,
© SALLY, HTTP://WWW.FLICKR.COM/PEOPLE/SALLYBOMBALLY/
124
J
eszcze przed wojn¹ niezale¿ny ruch robotniczy,
ch³opski i pracowni czy zbli¿y³y siê bardzo znacz-
nie w zakresie programowego ujêcia zjawisk ¿ycia
polskiego. Klêska, jaka spad³a na nasz kraj, ujawni³a ko-
niecznoœæ jak najœciœlejszego zespolenia ca³ego obozu de-
mokracji i uczynienia zeñ potê¿nego bloku, który jedyny
skutecznie mo¿e podj¹æ i przeprowadziæ walkê z okupan-
tem i dźwign¹æ zrêby nowej Polski. Podstaw¹ takiego blo-
ku musi byæ konkretny program polityczny i spo³eczny.
Tote¿ prawie od pierwszych dni okupacji wysi³ki przed-
stawicieli obozu robotniczego, ch³opskiego i demokratycz-
nej inteligencji zmierza³y do tego, by dotych czasowy do-
robek ideowy poszczególnych grup uj¹æ w jednolite ramy
wspólnego programu. Tekst, który poni¿ej podajemy, jest
wynikiem rozwa¿añ i dyskusji, przeprowadzonych przede
wszystkim w obozie robotniczym i ch³opskim.
Daje on odpowiedź na trzy zasadnicze pytania naszego
¿ycia:
po pierwsze, jaki charakter ma mieæ nasza walka •
powstañcza i jak powinien byæ skonstruowany jej
organ kierowniczy w postaci pierwszego rz¹du
odrodzonej Polski;
po drugie, na jakich zrêbach politycznych zostanie •
odbudowana Polska;
po trzecie, w jaki sposób bêd¹ rozwi¹zywane zasad- •
nicze problemy spo³eczne.
U podstawy wszystkich tych ujêæ spoczywa teza za-
sadnicza o jednoœci interesów spo³ecznych i politycznych
ludu pracuj¹cego na wsi i w mieœcie.
I dlatego te¿ program ten nie jest owocem kompromisu,
nie zawiera on ¿adnych ustêpstw ideowych z czyjejkolwiek
strony, lecz wyra¿a dojrza³e pogl¹dy, bêd¹ce wspólnym
dorobkiem zarówno zorganizowanych mas ch³opskich,
jak i robotników.
Program ten ujmuje sprawy zasadnicze. Œwiadomie
pomija niektóre szczegó³y, inne tylko zaznacza. Jego zada-
niem jest wytyczyæ drogê, po której pójd¹ ju¿ opracowania
specjalne, przygotowuj¹ce szczegó³y politycznej czy gospo-
darczej struktury przysz³ej Polski. Wierzymy, ¿e prog ram
ten scementuje opiniê demokratyczn¹ w Polsce, spowoduje
osta teczne samookreœlenie siê ideowe i polityczne po-
szczególnych grup, a przez to pomo¿e odnaleźæ najlepsze
drogi dla niezbêdnej koncentracji si³ demokratycznych,
pragn¹cych zdobycia dla Polski pozycji potê¿nej nie tylko
przez si³ê materialn¹, lecz równie¿ przez wydobycie jej
naj wiêkszych wartoœci, które nieraz w historii stawia³y
Polskê na œwieczniku Ludzkoœci.
***
Brutalny napad hitlerowskich Niemiec na Polskê przerwa³
we wrzeœniu 1939 roku proces dźwigania siê masowego
ruchu ch³opskiego i robotni czego, zmierzaj¹cego do oba-
lenia dyktatorskich rz¹dów ozonowej kliki i ugruntowania
w Polsce wolnoœci i sprawiedliwoœci spo³ecznej. Ruchy
te mimo zepchniêcia ich z oficjalnej areny politycznej,
okaza³y siê jednak w chwili wybuchu wojny jedynymi
czynnikami spo³ecznymi, zdolnymi do podjêcia zadañ
obrony i na nich te¿ po katastrofie wrzeœniowej spocz¹³
g³ówny ciê¿ar walki z okupacj¹, jak i przygotowañ do
odbudowy Pañstwa Polskiego.
Rozumiej¹c dziejow¹ rolê Ludu Polskiego, zorganizo-
wane ruchy mas pracuj¹cych na wsi i w mieœcie musz¹
podj¹æ zadanie skoncentrowania wszystkich si³ demokracji
polskiej w walce o ca³kowite usuniêcie z ziem Rzeczypo-
spolitej okupacji oraz odbudowanie Pañstwa Polskiego
w takich rozmiarach i sile, by zdolne ono by³o nie tylko
do trwa³ego niepodleg³ego bytu, ale równie¿ by dawa³o
rêkojmiê pokoju w œrodkowej Europie i stanowi³o ostojê
wolnoœci s¹siednich narodów. Dla urzeczy wistnienia tego
celu koniecznym jest od pierwszego dnia odbudowania
niepodleg³ej Polski, ugruntowanie w niej na sta³e ustroju
demokratycz no-republikañskiego, opartego o niezbêdne
reformy spo³eczne, zapewniaj¹ce masom ludowym nale-
¿yte warunki gospodarczego, spo³ecznego i kulturalnego
rozwoju.
NASZE
TRA
DYCJE
Program
Polski
Ludowej
125
Organizuj¹c w sposób celowy jak najwiêkszy wysi³ek
ludu pracuj¹cego Polski w walce o odzyskanie niepodleg³oœci,
masowe ruchy warstwy ch³opskiej i robotniczej, zjednoczone
z demokratycznym ruchem pra cowników umys³owych, musz¹
sprawiæ, by od pierwszych dni odzyskania niepodleg³oœci
lud pracuj¹cy Polski uzyska³ decyduj¹cy i trwa³y wp³yw na
rz¹dy w pañstwie – w postaci Rz¹du Ludowego.
Koncentracja si³ demokratycznych winna ju¿ dziœ
w toku walki z okupacj¹ zjednoczyæ swe si³y, uzbrajaj¹c
je w jednolity program politycz no-spo³eczny, wynikaj¹cy
z nastêpuj¹cych zasad.
***
Pierwszy Rz¹d Niepodleg³ej Polski, maj¹cy za sob¹
zdecydowan¹ wolê mas ludowych wyda natychmiast po
swoim powstaniu dekrety, ustalaj¹ce zasadnicze zrêby
tak politycznej, jak i spo³eczno-gospodarczej struktury
nowej Rzeczypospolitej. W szczególnoœci dekrety te
przeprowadz¹:
a) reformê roln¹ przez wyw³aszczenie wiêkszych
obszarów i stworzenie z nich zapasu ziemi do parcelacji,
oddaj¹c natychmiast obszary wyw³asz czone pieczy gmin-
nych i powiatowych komitetów reformy rolnej;
b) wyw³aszczenie i przekazanie pañstwu, samorz¹dowi
i spó³dzielczoœci dojrza³ych do uspo³ecznienia przedsiê-
biorstw przemys³owych, stwarza j¹c dla nich jednoczeœnie
uspo³ecznione kierownictwo;
c) reformy systemu podatkowego, zmierzaj¹cego do
sprawiedliwego roz³o¿enia ciê¿arów podatkowych na
wszystkie warstwy spo³eczne;
To nie tak
musiało być
„G³upi ludzie wierz¹ w g³upie bzdury, m¹drzy ludzie
wierz¹ w m¹dre bzdury” – œpiewa³ przed laty zespó³
Dezerter. Jedn¹ z bzdur, w które wierz¹ ludzie nie-
rzadko m¹drzy i porz¹dni, jest fatalistyczne przeko-
nanie, ¿e po zakoñczeniu II wojny œwiatowej alter-
natyw¹ wobec komunizmu by³o w Polsce wy³¹cznie
odtworzenie porz¹dków sprzed wrzeœnia 1939 r.
Tego rodzaju pogl¹d jest wyra¿any nierzadko
przez osoby dalekie od sympatii wobec komunizmu,
a posiadaj¹ce pogl¹dy prospo³eczne. W ich mnie-
maniu, PRL by³ niedoskona³¹, lecz jak¹œ w ogóle
realizacj¹ idea³ów socjalnych i emancypacyjnych,
które w przeciwnym razie nie zosta³yby nawet podjête.
Alternatyw¹ wobec tej u³omnej modernizacji Polski –
przekonuj¹ oni – by³oby odtworzenie realiów II RP,
z jej bied¹, zacofaniem, masowym wykluczeniem,
elitaryzmem. Innymi s³owy, z niepodzieln¹ w³adz¹
pana, wójta i plebana w ich najgorszych wersjach.
Nie szczêdz¹ zatem s³ów krytyki wobec „komuny”,
zw³aszcza tej z okresu „stalinizmu”, lecz twierdz¹
z pewn¹ rezygnacj¹, ¿e tak byæ musia³o, ¿e tê cenê
warto by³o zap³aciæ. Polska gomu³kowskich bloków
ze œlepymi kuchniami i gierkowskich „mrówkowców”
z wielkiej p³yty nie jest Polsk¹ czworaków i wiejskich
cha³up, pozbawionych nawet pod³óg.
Nie miejsce tu, by rozwa¿aæ inne aspekty proble-
mu, jak choæby realia geopolityczne i militarne, które
zaowocowa³y tym, ¿e PRL sta³ siê faktem dokona-
nym. Nie miejsce te¿ na ocenê II RP w kontekœcie
epoki i krajowych realiów. Zamiast tego, spróbujmy
odpowiedzieæ na pytanie, czy po wojnie faktycznie
nast¹pi³by powrót do stosunków spo³ecznych sprzed
wrzeœnia 1939 r., gdyby nie miêdzynarodowy uk³ad si³
i wcielenie Polski do sowieckiej strefy wp³ywów.
Wielu historyków wskazuje, ¿e podczas wojny doko-
na³ siê znaczny zwrot nastrojów spo³ecznych „na lewo”.
Niekoniecznie w sensie poparcia dla formacji wprost
lewicowych, ale jako uznanie dla rozwi¹zañ o charakte-
rze egalitarnym. Natomiast klêska wrzeœniowa sprawi³a,
¿e uœwiadomiono sobie s³aboœæ pañstwa – nie tylko
militarn¹, ale równie¿ ekonomiczn¹, infrastrukturaln¹
itp. W po³¹czeniu z narastaj¹cym wskutek kryzysu
KO
MEN
TARZ
126
d) uniewa¿nienie wszystkich aktów wydanych przez
okupantów w zakresie mienia i dobrobytu obywateli Rze-
czypospolitej, przekazuj¹c to mienie dla zabezpieczenia
powo³anym w tym celu instytucjom spo³ecz nym;
e) odpowiedzialnoœæ karn¹ wszystkich obywateli,
którzy zdradzili Rzeczpospolit¹ przez wys³ugiwanie siê
okupantom;
f) specjalny trybuna³, przed którym stan¹ dygnitarze
cywilni i wojskowi re¿imu sanacyjnego, odpowiedzialni
za jego nadu¿ycia i szkody wyrz¹dzone pañstwu oraz
masom ludowym.
Rz¹d ten og³osi wybory do Sejmu i Senatu na zasadach
demokratycz nego prawa wyborczego oraz opracuje plan
przebudowy Rzeczypospo litej i ugruntowania na nowych
podstawach jej ¿ycia wewnêtrznego.
Plan ten winien siê opieraæ na nastêpuj¹cych tezach:
A. W ZAKRESIE POLITYCZNYM
Ustrój pañstwa republikañsko-demokratyczny, zapewnia-
j¹cy pañ stwu niezbêdn¹ trwa³oœæ, sprawnoœæ i si³ê rz¹-
dów, obywatelom mo¿noœæ wywierania wp³ywu tak na
kszta³towanie siê najwy¿szych w³adz w pañstwie, jak i na
ich politykê oraz dzia³alnoœæ przez przywrócony do swej
godnoœci, z demokratycznych wyborów pochodz¹cy, par-
lament oraz prawo plebiscytu i inicjatywy publicznej:
szeroko rozbudowany samorz¹d terytorialny, który •
przejmie szereg funkcji, spe³nianych dotychczas przez
administracjê rz¹dow¹; obok samorz¹du terytorial-
nego bêdzie móg³ swobodnie rozwijaæ siê samorz¹d
gospodarczy, instytucji spo³ecznych i zak³adów na-
ukowych. Ruch zawod owy robotników i pracowników
umys³owych, jak równie¿ organizacje gospodarcze
i spo³eczne wiejskie i spó³dzielnie zachowaj¹ pe³ny
samo rz¹d, otrzymuj¹c jednoczeœnie okreœlone zadania
w systemie Rzeczypo spolitej.
swobodê w ukszta³towaniu siê i wyra¿aniu opinii •
oraz w organizowa niu ¿ycia ideowo-politycznego,
spo³ecznego i kulturalnego na p³aszczyźnie demo-
kracji i niepodleg³oœci.
wszyscy obywatele Rzeczypospolitej otrzymaj¹ mo¿li- •
wie równe warunki startu ¿yciowego przez rzeczywiœcie
powszechne i bezp³atne nauczanie, zabezpieczaj¹ce ka¿-
demu obywatelowi niezbêdne minimum wykszta³cenia
ogólnego i otwieraj¹ce dostêp do skarbów kultury.
wszyscy lojalni obywatele Rzeczypospolitej bez ró¿nicy •
wyznania i narodowoœci otrzymaj¹ równe prawa.
LudnoϾ niemiecka osadzona na ziemiach polskich w in-
tencjach germanizacyjnych – w szczególnoœci poczynaj¹c od
pierwszego rozbioru – zostanie przesiedlona do Niemiec. To
samo dotyczyæ bêdzie tych wszystkich, którzy og³osili siê za
tak zwanych Volksdeutschów. Pozostaæ w granicach Polski
bêd¹ mogli tylko ci obywatele pochodzenia niemiec kiego,
gospodarczego ju¿ w latach 30. przekonaniem o fiasku
liberalizmu gospodarczego – w kierunku „etatyzmu”
ewoluowa³y pod koniec II RP niemal wszystkie istotne
si³y polityczne – tworzy³o to dobry grunt pod doko-
nanie przeobra¿eñ prospo³ecznych. Nie przypadkiem
w czasie wojny Polska Partia Socjalistyczna РWolnoϾ,
Równoœæ, Niepodleg³oœæ by³a jednym z najsilniejszych
podziemnych ugrupowañ politycznych. Nie przypad-
kiem drug¹ pod wzglêdem liczebnoœci – 160 tysiêcy
¿o³nierzy! – formacj¹ militarn¹ ruchu oporu by³y
Bataliony Ch³opskie (zwi¹zane z ruchem ludowym,
wówczas ju¿ mocno lewicuj¹cym). Nie przypadkiem
tyle k³opotów komunistom sprawi³o po wojnie Pol-
skie Stronnictwo Ludowe z jego programem dalekim
od liberalnego kapitalizmu – o którym to programie
zreszt¹ wol¹ nie pamiêtaæ dzisiejsi centroprawicowi
budowniczowie kapliczek ku czci Miko³ajczyka.
Osobn¹ spraw¹ s¹ trendy ponadnarodowe. Te zaœ
po II wojnie œwiatowej by³y przez kilka dekad takie,
¿e w szeroko pojêtym œwiecie zachodnim wszystkie
kraje przesz³y forsown¹ modernizacjê. Zjawisko to
mia³o tak wielki zasiêg, ¿e objê³o nawet pañstwa
niedemokratyczne i rz¹dzone przez si³y bardzo konser-
watywne kulturowo oraz liberalne lub „nielewicowe”
w sferze gospodarki. Gdy wychwalamy gierkowskie
blokowiska w zestawieniu z sytuacj¹ mieszkaniow¹
II RP, to warto pamiêtaæ, ¿e nawet Grecja – przed
wojn¹ uboga, po niej zaœ wiele lat rz¹dzona przez
prawicow¹ juntê – by³a w latach 70. krajem o wiele
bardziej nowoczesnymi i z mniejszym rozwarstwieniem
spo³ecznym ni¿ 40 lat wczeœniej.
A co dopiero powiedzieæ o demokratycznych
pañstwach Europy Zachodniej czy o jakimkolwiek
kraju skandynawskim! Oczywiœcie Polski nie by³oby
staæ na taki „socjal”, na jaki mog³a sobie pozwoliæ
Francja czy Niemcy, ale trudno zrozumieæ logikê,
wedle której nie by³oby jej staæ na taki, jaki oferowa³
marnotrawny i przaœny „socjalizm” gomu³kowski czy
gierkowski. A jeœli wiemy, z jakiego poziomu startowa³a
w okresie zbli¿onym do pocz¹tków PRL-u na przyk³ad
Finlandia – kraj ma³y, peryferyjny, z niekorzystnym
klimatem, wówczas biedny, ch³opski, pozbawiony
przemys³u – to ca³kowit¹ grotesk¹ staj¹ siê stwier-
dzenia, ¿e dziêki ubekom i „mê¿om stanu” pokroju
Gomu³ki i Jaruzelskiego nasza ojczyzna cokolwiek
zmodernizowa³a, nadgoni³a czy przeskoczy³a.
Oczywiœcie PRL by³ faktem, którego nie mo¿na
odmieniæ dziœ, a zapewne nie by³o mo¿na odmieniæ
nawet w po³owie lat 40., jeœli weźmiemy pod uwagê
potêgê sowieck¹ i potraktowanie Polski przez za-
chodnich „sojuszników”. Nawet jednak gdyby uznaæ,
¿e PRL by³ rzeczywiœcie okresem realizacji idea³ów
egalitarnych, postêpowych i modernizacyjnych – co
nie jest wcale pewne nawet w wymiarze stricte
127
którzy czynami swymi, a w szczególnoœci zachowaniem
siê swoim w czasie ostatniej wojny i okupacji stwierdzili
swoje przywi¹zanie i wiernoœæ dla pañstwa polskiego.
Przebudowa ustroju spo³ecznego usunie gospodarcze
podstawy anta gonizmów narodowoœciowych i w szczegól-
noœci w zakresie sprawy ¿ydowskiej zniesie nienaturalne
i jednostronne skupienie ¯ydów w handlu, jak równie¿
ca³kowicie usunie niektóre przerosty gospodarcze.
Ustrój demokratyczny w Polsce bêdzie nale¿ycie zabez-
pieczony przed wszelkimi wrogimi sobie d¹¿eniami.
Rzeczpospolita wejdzie w sk³ad Zwi¹zku Wolnych Ludów
Europy, reprezentuj¹c w nim d¹¿enie do jak najwiêkszej
jego spoistoœci, autory tetu i si³y zarówno zdolnej unicestwiæ
wszelkie próby dywersji wewnêtrznej wybuja³ego nacjona-
lizmu, jak i zabezpieczyæ Zwi¹zek Ludów i jego cz³onków
przed niebezpieczeñstwem inwazji zewnêtrznej.
B. W ZAKRESIE SPO£ECZNO-GOSPODARCZYM
Celem przebudowy ustroju spo³ecznego jest:
sprawiedliwy podzia³ dochodu spo³ecznego. Prze- •
budowa ta winna byæ dokonana w sposób, który
nie tylko nie obni¿y wydajnoœci produkcji, ale j¹
podniesie, podnosz¹c zarazem poziom ¿ycia gospo-
darczego; tylko na tej drodze mo¿na bêdzie osi¹gn¹æ
powszechne podniesienie stopy ¿yciowej mas pra-
cuj¹cych w mieœcie i na wsi;
realizowanie idea³u sprawiedliwoœci spo³ecznej drog¹ •
uspo³ecznienia pewnych dzia³ów ¿ycia gospodarczego,
w dziedzinach zaœ nieuspo³ecz nionych zmniejszenie,
do mo¿liwych granic, rozpiêtoœci w posiadaniu i do-
chodzie spo³ecznym;
tytu³em do uczestniczenia w dochodzie spo³ecznym •
bêdzie praca. Wszelki wyzysk cz³owieka powinien
znikn¹æ z terenu ¿ycia spo³ecznego.
Przebudowa ustroju spo³eczno-gospodarczego oraz po-
lityka gospo darcza pañstwa musz¹ wychodziæ z za³o¿enia
œcis³ej solidarnoœci intere sów ch³opskich, robotniczych
i pracowniczych, i zmierzaæ do urzeczywistnienia ca³ko-
witej równowagi w podziale dochodu spo³ecznego miêdzy
poszczególne grupy zawodowe œwiata pracy.
Budowa nowego ustroju oprze siê przede wszystkim
na wolnym, samodzielnym i uspo³ecznionym cz³owieku.
Oparcie nowego porz¹dku spo³ecznego na szerokich masach
bêdzie wyrazem istotnej demokraty zacji ¿ycia spo³ecznego
i gospodarczego, i rozstrzygnie o jego dynamice rozwojowej.
Podstawow¹ form¹ uspo³ecznienia bêdzie przejêcie poszcze-
gólnych funkcji ¿ycia gospodarczego przez zorganizowane
spo³eczeñstwo (spó³dzielnie, samorz¹d itp.). Spó³dzielczoœæ
wiêc produkcyjna, rolnicza i spo¿ywców, jako te¿ produkcja
samorz¹dowa, zw³aszcza w zakresie produkowania dóbr
u¿ytecznoœci publicznej, znajdzie w przysz ³ym ustroju sze-
rokie zastosowanie i nale¿yte poparcie ze strony pañstwa
i spo³eczeñstwa.
ekonomicznym, zostawiaj¹c na boku kwestiê swobód
obywatelskich – to niewiele wspólnego z faktami ma
opinia, i¿ gdyby go nie by³o, mielibyœmy do czynienia
z rzeczywistoœci¹ znacznie gorsz¹.
Wszelkie rozwa¿ania spod znaku „co by by³o,
gdyby”, obarczone s¹ oczywiœcie znacznym ryzykiem
pomy³ki. Sprawdźmy jednak, czego chcia³y i co dekla-
rowa³y dwie si³y polityczne, które w czasach okupacji
mia³y du¿e poparcie spo³eczne. Jak wyobra¿a³y so-
bie one Polskê po zrzuceniu hitlerowskiego jarzma?
Przypominamy dziœ dwa dokumenty z lat okupacji,
sygnowane przez ruch socjalistyczny i ludowy.
Przede wszystkim jest to „Program Polski Ludo-
wej”, manifest polityczny, poœwiêcony wizjom kraju
po zakoñczeniu wojny.
Zaledwie kilka miesiêcy po rozpoczêciu okupacji
hitlerowskiej, Zygmunt Zaremba, znany przed wojn¹
socjalista, dzia³acz lewego skrzyd³a PPS, nawi¹za³ jako
przedstawiciel konspiracyjnego PPS-WRN kontakty ze
Stanis³awem Mi³kowskim. Ten ostatni by³ czo³owym
teoretykiem ruchu ludowego, przed wojn¹ ideologiem
i dzia³aczem Zwi¹zku M³odzie¿y Wiejskiej RP i Stron-
nictwa Ludowego, podczas okupacji zaanga¿owa³
siê w prace konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego
„Roch” (przewodnicz¹cy okrêgowego kierownictwa
w woj. warszawskim), by³ te¿ przewodnicz¹cym
Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa
Ruchu Ludowego (o Mi³kowskim pisa³em obszernie
w „Obywatelu” nr 45). Z upowa¿nienia w³adz obu
ugrupowañ, Zaremba i Mi³kowski postanowili przy-
gotowaæ wspólny program polityczny, umo¿liwiaj¹cy
stworzenie p³aszczyzny porozumienia tych znacz¹-
cych ugrupowañ, reprezentuj¹cych klasê robotnicz¹
i ch³opów. Wkrótce do wspó³pracy pozyskali równie¿
przedstawicieli politycznych inteligencji zawodowej,
czyli Stronnictwo Demokratyczne.
Uwa¿ali, ¿e wojna i okupacja nie powinny byæ
okresem zawieszenia pracy ideowo-programowej,
a wrêcz przeciwnie – Polacy powinni nie tylko walczyæ
o niepodleg³oœæ, lecz tak¿e posiadaæ wizjê przysz³ej,
nowej Polski. Zaremba w swych wspomnieniach
„Wojna i okupacja” pisa³: Myœl przewodnia „Programu
Polski Ludowej” polega³a na zwi¹zaniu sprawy
walki z okupantem o odzyskanie niepodleg³oœci
z przebudow¹ polityczn¹ i gospodarcz¹ pañstwa.
G³ównym autorem manifestu by³ Mi³kowski, a ko-
lejne spotkania dyskusyjne odbywa³y siê w drugiej
po³owie roku 1940. Ostateczn¹ wersjê dokumentu
przygotowa³ zespó³ w sk³adzie Mi³kowski, Zarem-
ba i Teofil Wojeñski z SD (podczas okupacji jeden
z liderów i twórców struktur podziemnego szkolnic-
twa), a wedle niektórych tak¿e Tadeusz Szturm de
Sztrem (wybitny naukowiec – ekonomista i statystyk,
zwi¹zany z Instytutem Gospodarstwa Spo³ecznego,
128
Upañstwowienie bêdzie zastosowane przede wszystkim
do tych dzia ³ów ¿ycia gospodarczego, które maj¹ zwi¹zek
z obronnoœci¹ pañstwa lub maj¹ charakter kluczowy dla
ca³oœci gospodarki spo³ecznej (kolej, poczta, komunikacja,
przemys³ wojenny, przemys³y surowcowe, hutniczy itp.).
Drobne przedsiêbiorstwa prywatne zostan¹ objête
kontrol¹ spo³eczn¹ ze strony uspo³ecznionych samorz¹do-
wych zwi¹zków danej ga³êzi prod ukcji, reprezentuj¹cych
producentów i spo¿ywców.
Rzemios³o, jako drobna wytwórczoœæ przemys³owa,
pozostaje w zasa dzie w prywatnym w³adaniu. Poszczególne
dzia³y rzemios³ winny stwarzaæ nadbudowê spo³eczn¹
w formie spó³dzielczej dla rozwi¹zywania wspól nych
zagadnieñ, jak zakup surowca, zbyt gotowych wyrobów,
wspólne korzystanie z urz¹dzeñ technicznych, organizacji
kredytu itp. Na zasa dach spó³dzielczych winna siê oprzeæ
wytwórczoœæ cha³upnicza i prze mys³u ludowego.
Wielkie obszary ziemskie zostan¹ wyw³aszczone bez od-
szkodowania. Podstaw¹ ustroju rolnego bêdzie samodzielny
warsztat rolny, obrabiany rêkami osiad³ej na nim rodziny.
Na czêœci terenów wyw³aszczonych o wysokiej kulturze
rolnej mog¹ zostaæ utworzone samorz¹dowe wzorowe
gospodarstwa rolne, stacje doœwiadczalne, gospodarstwa
nasienne itp. Techniczne, ekonomiczne i organizacyjne braki
i niedomagania drob nej gospodarki rolnej wype³nione bêd¹
przez szeroko rozbudowan¹ spó³dzielczoœæ.
Organizacja wymiany oprze siê w przysz³ym ustroju
przede wszystkim na spó³dzielczoœci. Aparat bankowo-kre-
dytowy przejdzie w ca³oœci w rêce organizacji spo³ecznych
i pañstwa. Polityka walutowa i finansowa pañstwa zostanie
dostosowana do ogólnych potrzeb rozbudowuj¹cego siê
gospodarstwa spo³ecznego.
Szeroko zostanie rozbudowana sieæ instytucji ubezpie-
czeñ spo³ecz nych w mieœcie i na wsi.
Rozwój ¿ycia gospodarczego oprze siê na systemie
gospodarki plano wej. Plan gospodarczy bêdzie polega³
na wytyczeniu kierunku i zasad rozwoju ¿ycia gospodar-
czego oraz na stwarzaniu ram dzia³alnoœci dla wszelkich
elementów bior¹cych udzia³ w produkcji i wymianie
towarowej i pieniê¿nej.
Organizacja ¿ycia gospodarczego oprze siê na zasa-
dach samorz¹du reprezentuj¹cego poszczególne ga³êzie
¿ycia gospodarczego, a skupia j¹cego w swoich szeregach
wszystkie zainteresowane elementy spo³ecz ne, a wiêc
robotników, pracowników umys³owych oraz w³aœcicieli
zak³adów przemys³owych i rolnych (pañstwowych, uspo-
³ecznionych i prywatnych).
Poszczególne dzia³y produkcji przemys³owej i rzemieœl-
niczej, tworz¹ce odrêbne zwi¹zki wed³ug ga³êzi przemys³u,
znajd¹ koordynacjê w postaci Wojewódzkiej Izby Przemy-
s³owej, wspó³dzia³aj¹cej z Wojewódzk¹ Izb¹ Rolnicz¹.
Nadbudow¹ poszczególnych dzia³ów samorz¹du go-
spodarczego bêdzie Naczelna Izba Gospodarcza, której
najwy¿szym uprawnieniem bêdzie: reprezentacja intere-
sów wszystkich ga³êzi ¿ycia gospodarczego w stosunku
w czasie wojny dzia³acz PPS-WRN, cz³onek Komendy
G³ównej Gwardii Ludowej, odpowiedzialny za akcje
dywersyjne). Ca³oœæ by³a gotowa późn¹ jesieni¹ 1940,
zaœ na pocz¹tku roku 1941 w³adze ludowców i socja-
listów zatwierdzi³y ów dokument jako swój oficjalny
manifest programowy.
„Program Polski Ludowej” nigdy nie zosta³ jednak
og³oszony jako wspólny dla PPS-WRN i SL „Roch”.
Z niejasnych do dziœ przyczyn taktycznych i / lub per-
sonalnych czêœæ ludowców doprowadzi³a do zerwania
wspó³pracy z socjalistami (sam Mi³kowski by³ przeciwny
tej decyzji). Ci ostatni postanowili jednak opublikowaæ
dokument, który – jak stwierdza³ Zaremba – zosta³
uznany za wyraz d¹¿eñ aktualnych PPS. Napisa³
on wstêp wyjaœniaj¹cy, i¿ jest to stanowisko powsta³e
wspólnym wysi³kiem trzech œrodowisk, reprezentuj¹-
cych robotników, pracowników umys³owych i ch³opów.
W sierpniu 1941 r. wydano broszurê w Polsce.
Manifest spotka³ siê z du¿ym odzewem. Oddajmy
g³os Zarembie: Bezpoœrednio po ukazaniu siê „Pro-
gramu” w kraju zosta³ on w mikrofilmach przes³any
do Londynu i og³oszony w „Robotniku Polskim”. Tu¿
potem ukaza³ siê w wydaniu broszurowym po polsku
i po angielsku z przedmowami Artura Greenwooda,
jednego z przywódców Labour Party, i Jana Kwapiñ-
skiego. Inne jeszcze wydanie po angielsku ukaza³o
siê w Stanach Zjednoczonych. Opublikowanie „Pro-
gramu Polski Ludowej” w jêzyku angielskim zrobi³o
ogromne wra¿enie w œwiecie politycznym Zachodu.
Miar¹ tego mo¿e s³u¿yæ wielka iloœæ odg³osów pra-
sowych, wielokrotne cytowanie i komentowanie
„Programu” w ró¿nojêzycznych audycjach radiowych
BBC, a mo¿e najbardziej fakt rozes³ania broszury
przy oficjalnym biuletynie prasowym Partii Pracy [. . .]
z komentarzem, w którym czytamy: „Si³a, wytrwa³oœæ
i skutecznoϾ walki polskiego podziemnego ruchu
z niemieckim najeźdźc¹ znane s¹ nam i podziwia-
my je od d³u¿szego czasu. Nie wiedzieliœmy jednak,
¿e nie bacz¹c na rz¹dy terroru [. . .] polskie masy
pracuj¹ce wsi i miast jednoczeœnie ze stawianiem
oporu Niemcom zastanawia³y siê nad przysz³oœci¹
spraw kraju i kreœli³y plany Polski, która powstanie
po zwyciêstwie narodów zjednoczonych. »Program
Polski Ludowej« i plan jego wykonania powinny
byæ czytane przez wszystkich cz³onków Partii
Pracy”. [. . .] w listopadzie 1942 na posiedzeniu Rady
Narodowej w Londynie dwunastu przedstawicieli
socjalistów, ludowców i demokratów z³o¿y³o wniosek,
zalecaj¹cy rz¹dowi opracowanie projektu ustroju
pañstwa polskiego na zasadzie tekstu „Programu
Polski Ludowej”. [. . .] Zapotrzebowanie czytelników
na broszurê [. . .] by³o tak ogromne, ¿e nie wystar-
czy³ nawet drugi 10-tysiêczny nak³ad. Trzeba by³o
wypuœciæ trzecie wydanie, które równie¿ rozesz³o
129
do administracji pañstwowej, planowanie i koordynacja
¿ycia gospodarczego.
Nad ca³oœci¹ rozwoju ¿ycia gospodarczego i nad
dzia³alnoœci¹ gospo darczych organizacji samorz¹dowych
i zwi¹zków poszczególnych ga³êzi produkcji roztacza kon-
trolê i opiekê pañstwo. Ma ono w szczególnoœci na uwadze,
by wyniki ca³oœci gospodarki dostarczy³y odpowiednich
œrodków obrony i ugruntowa³y znaczenie Polski miêdzy
innymi narodami.
***
Tylko wytrwa³a i zdecydowana walka przeciwko oku-
pantom ziem Polski mo¿e byæ skuteczn¹ drog¹ do urzeczy-
wistnienia powy¿szych zasad politycznych i spo³ecznego
przekszta³cenia ¿ycia Polski. Na tej drodze lud pracuj¹cy
musi równie¿ przezwyciê¿yæ opór klas i grup uprzywilejo-
wanych w dawnej Polsce i pragn¹cych swe przywileje
utrzymaæ. Koncen tracja demokratyczna winna byæ przeto
obozem przygotowania zbroj nego powstania przeciwko
okupantom i zdecydowanej walki z rodzim¹ reakcj¹.
Demokracja polska zjednoczona ideowo i zdyscyplino-
wana politycz nie, przygotowana do rozprawy z wrogiem
i zdecydowana do przezwy ciê¿enia wszelkich zapór
reakcji wewnêtrznej musi zwyciê¿yæ i stworzyæ now¹
erê rozwoju Polski w braterskim wspó³¿yciu z innymi,
wolnymi narodami.
Sierpieñ, 1941
[data opublikowania]
siê w oka mgnieniu po wszystkich zak¹tkach kraju.
PPS-WRN posz³a za ciosem, publikuj¹c kilka kolejnych
broszur z „Materia³ami do Programu Polski Ludowej”,
szerzej omawiaj¹cych wybrane kwestie ustrojowe.
Choæ ludowcy zawiesili wspó³pracê z socjalistami,
nie oznacza to, ¿e porzucili pogl¹dy wyra¿one w „PPL”.
Wrêcz przeciwnie, ich kluczowe deklaracje ideowe za-
wiera³y w zasadzie identyczne postulaty. Dokumentuje
to przypomniana przez nas czwarta czêœæ manifestu
„O formê i treœæ przysz³ej Polski”, zatytu³owana
„O now¹ treœæ i formê”. Tekst ten zosta³ przygotowany
przez Komisjê Programow¹ Centralnego Kierownictwa
Ruchu Ludowego, a sygnowany by³ przez Stronnictwo
Ludowe „Roch” i kolportowany przez jego podziemn¹
siatkê wspó³pracowników. Prawdopodobnie g³ównym
autorem dokumentu by³ w³aœnie wspomniany Stanis³aw
Mi³kowski. Manifest „O formê i treœæ przysz³ej Polski”
ukaza³ siê w czterech czêœciach, z których pierwsz¹ opu-
blikowano ju¿ w sierpniu 1940 r., drug¹ miesi¹c później,
trzeci¹ – w kwietniu 1941, zaœ ostatni¹, przypominan¹
przez nas, w lipcu 1941 r. (wedle niektórych badaczy,
jeden z dokumentów traktuje siê jako czêœæ pi¹t¹, opu-
blikowan¹ we wrzeœniu 1941 r.) Publikujemy czwart¹
czêœæ z tego wzglêdu, ¿e poprzednie w znacznej mierze
poœwiêcone s¹ rozwa¿aniom natury historycznej i ide-
owej, ta zaœ wype³niona jest spo³eczno-gospodarczymi
„konkretami”, pokazuj¹c, jak ruch ludowy wyobra¿a³
sobie Polskê po odzyskaniu niepodleg³oœci.
Jak wspomnia³em, „gdybanie” bywa ja³owe i nara-
¿a na ryzyko œmiesznoœci. Przedstawione dokumenty
mówi¹ jednak sam za siebie i pokazuj¹ tak¹ wizjê
przeobra¿eñ spo³ecznych i gospodarczych – autorstwa
dwóch znacz¹cych ugrupowañ politycznych – która
nie ma nic wspólnego z chêci¹ odtworzenia realiów
II RP. A jednoczeœnie nie ma nic wspólnego z tym,
czym okupiona zosta³a w³adza komunistów. Socjaliœci
i ludowcy rozumieli, ¿e chleb i wolnoœæ s¹ jednako
wa¿nymi wartoœciami i celami.
Historia potoczy³a siê tak, jak siê potoczy³a. Dzisiej-
si „realiœci”, którzy twierdz¹, ¿e tak byæ musia³o, nie
rozumiej¹ jednak, i¿ na ka¿dy fakt dokonany przypada
inny fakt dokonany. Skoro PRL „musia³ byæ”, to „musia³
byæ” równie¿ jego demonta¿ czy „plan Balcerowicza”;
wszystko to by³o „realne”, „nie mia³o alternatywy” itd.
Jeœli ktoœ uznaje, ¿e warte uwagi jest tylko to, co siê
wydarzy³o, bez zwracania uwagi na koszty takiego
rozwoju wypadków i na jego wymiar moralny, to nie
tylko broni PRL-u, ale te¿ pozbawia siê intelektualnego
i etycznego orê¿a, aby obroniæ go skutecznie.
Pokora wobec faktów i realiów nie powinna uspra-
wiedliwiaæ tworzenia mitów. W tym takiego, który
mówi, ¿e komuniœci byli „mniejszym z³em” wobec
ma³o realnego powrotu realiów II RP.
R. O.
130
W
zwi¹zku z wydanymi dotychczas rozwa¿a-
niami na temat treœci i formy przysz³ej Polski
spotkaliœmy siê z uwagami, ¿e dziœ to jeszcze
za wczeœnie, ¿e na razie cel: Polska Niepodleg³a – wy-
starcza ca³kowicie, i dyskusja nad tym, jak ona ma wy-
gl¹daæ – rozprasza energiê i zwar toœæ polskiego spo³e-
czeñstwa. Czy takie stanowisko jest s³uszne? Wydaje siê
nam, ¿e nie.
Jesteœmy zdania, ¿e w³aœnie teraz jest czas na prze-
myœlenie pope³nionych b³êdów i znalezienie dróg dla
unikniêcia ich w przysz³oœci. W³aœnie teraz jest czas na
gruntowne przepracowanie tych zagadnieñ i na wewnêtrzne
przygotowanie siê do nowego okresu pañstwowej nieza-
wis³oœci. Jesteœmy przekonani, ¿e ukazanie zarysu jej form
i wewnêtrz nej treœci w wyraźniej okreœlonych kszta³tach
nie tylko energii walcz¹cych o ni¹ nie os³abi, ale wrêcz
przeciwnie – spotêguje. G³êbokie prze konanie, i¿ przysz³e
pañstwo polskie podstawow¹ warstwê narodu – ch³opów –
przestanie traktowaæ po macoszemu, ¿e zapewni im nale-
¿yte warunki ¿ycia i rozwoju – pozwoli masom ch³opskim
utrzymaæ dotych czasow¹ tward¹ postawê. Zaciêta nienawiœæ
przeciwko nowemu, na starej metodzie gwa³tu opartemu
terrorowi – po³¹czona z perspektyw¹ dobrej, sprawiedliwej
Polski, nie da im upaϾ na kolana przed okupantem i po-
zwoli na przetrzymanie przeœladowañ i ponoszenie ofiar
takich, jakich wymaga ka¿dy dzieñ powszedni systema-
tycznej i wytrwa³ej walki. Maj¹c to na uwadze prowadziæ
bêdziemy dalej nasze rozwa¿ania.
Niezbędne uzupełnienie
W ostatniej, III czêœci, po omówieniu poszczególnych kie-
runków roz wojowych przedwojennej Polski, doszliœmy do
wniosku, i¿ jedyn¹ form¹ rozwojow¹ przysz³ej Rzeczy-
pospolitej mo¿e byæ tylko demokracja. Demokracja wy-
leczona ze swych wad, demokracja usprawniona, zdolna
do wci¹gniê cia do pracy nad organizowaniem nowego
¿ycia wszystkich ¿ywych si³ spo³ecznych.
Aby tego rodzaju demokracja mog³a ca³kowicie spe³niæ
swoje zadanie, nie zbêdne jest uzupe³nienie o odpowiedni¹
przebudowê gospodarcz¹, która stwo rzy nale¿yte warunki
jej rozwoju.
Proces kszta³towania ¿ycia gospodarczego musi obecnie
pójœæ w innym nieco kierunku, ani¿eli po pierwszej wielkiej
wojnie œwiatowej. W latach 1919 i 1920 warstwy pracuj¹ce,
ch³opi i robotnicy, nie zastosowa³y ¿adnych powa¿niej-
szych ciêæ przeciwko tym, co nimi wieki ca³e pomia tali.
W radoœci z odzyskania niepodleg³oœci wspania³omyœlnie
przeba czono i uszanowano ca³kowicie interesy elementów,
które później oka za³y siê wrogami demokracji. Historia
dwudziestolecia powsta³ej po wojnie œwiatowej Polski
dobitnie wykaza³a, i¿ by³ to b³¹d. B³êdu tego po drugiej
powszechnej wojnie powtórzyæ nam nie wolno.
Wyrównanie praw i mo¿liwoœci ¿yciowych cz³owieka
pracuj¹cego – w p³aszczyźnie politycznej – uzupe³nione
byæ musi wyrównaniem stanu ¿yciowego na p³aszczyźnie
gospodarczej. Przepaœcie ró¿nic maj¹tkowych i w³adania na
polu gospodarczym musz¹ zostaæ o ile mo¿noœci zwê¿one,
wzglêdnie zasypane.
To nic, i¿ w nielicznych bezpoœrednio zagro¿onych
oœrodkach pod nios¹ siê okrzyki protestu przeciwko rzekomo
wyrz¹dzonej im „krzyw dzie”. W d¹¿eniu do celu, jakim jest
pe³na demokracja, nie mo¿na zatrzymywaæ siê w po³owie
drogi, trzeba byæ konsekwentnym. Wspa nia³omyœlnoœæ
nie zawsze jest dobr¹ broni¹. Czêsto mœci siê. Czasem
konieczne s¹ zdecydowane posuniêcia, którym nie zawsze
wszyscy przy klasn¹, ale które dalszy bieg historii w pe³ni
usprawiedliwi.
Z przeprowadzeniem gruntownych reform ustroju go-
spodarczego nie mo¿na czekaæ, a¿ dalsze lata powojenne
mieæ bêd¹ sprzyjaj¹ce po temu warunki. Dotychczasowy
bowiem system gospodarczy zosta³ przez wojnê mocno
nadwerê¿ony. Zaborcy przyswoiwszy sobie najbardziej
okrutne metody gwa³tu i rozboju, jakie na przestrzeni
dziejów wymyœlili tyrani, poniszczyli i poprzewracali
wszystko, co siê tylko da³o. Konfiska ty, przesiedlenia,
NASZE
TRA
DYCJE
NASZE
TRA
DYCJE
O nową
treść i formę
(O formę i treść przyszłej Polski – część IV)
131
ca³kowite podporz¹dkowanie sobie wszystkich dziedzin
¿ycia gospodarczego mocno zmieni³y dotychczasow¹
strukturê ustroju gospodarczego. Nie poprawi³y jej, ale
przeciwnie – wielokrotnie po gorszy³y.
Po przepêdzeniu okupantów, zamiast zajmowaæ siê
³ataniem dziur i wyrw porobionych nie tylko w domu
i œcianach, ale i fundamentach, celowiej bêdzie zacz¹æ
przebudowê ustroju w myœl nowego planu. Bêdzie to tym
³atwiejsze, i¿ podobne procesy rozwojowe odbywaæ siê
bêd¹ w wiêkszej iloœci krajów. W miarê przed³u¿aj¹cej
siê wojny coraz wy raźniej rysuje siê charakter tych prze-
mian, w bloku pañstw koalicji, przy bli¿szym okreœlaniu
porz¹dku, jaki trzeba bêdzie wprowadziæ po zlikwidowaniu
hitlerowsko-faszystowskiego rozboju, coraz wiêkszy g³os
zdobywaj¹ ludzie pracy. Sprawy spo³eczno-gospodarcze
s¹ coraz mocniej akcentowane.
Cel i kierunek przebudowy
ustroju gospodarczego
Wymieniony wy¿ej pr¹d nurtuje równie¿ w szerokich
masach polskie go spo³eczeñstwa. Coraz bardziej zaczy-
na upowszechniaæ siê przekonanie, i¿ po wojnie nie mo-
¿e byæ dalej uœwiêcana tego rodzaju forma gospodarki,
w której olbrzymia czêœæ dochodu spo³ecznego skupiaæ
siê bêdzie w rêkach nielicznych grup, pozostawiaj¹c war-
stwom pracuj¹cym tylko och³apy. Podzia³ tego dochodu
musi byæ równomierny, sprawiedliwy.
Nie jest i nie bêdzie w stanie dokonaæ tego zbiurokra-
tyzowana, nisz czycielska, podporz¹dkowana interesom
uprzywilejowanej kliki gospo darka totalistyczna; nie jest
i nie bêdzie w stanie spe³niaæ tego czyni¹ca z cz³owieka
zwyk³e bydlê robocze gospodarka bolszewicka. Bli¿sze
zetkniêcie siê z tymi formami ustrojowymi wszystkim,
nawet ich entuzjastom, dostatecznie je obrzydzi³o.
Nowy system gospodarczy budowany byæ musi na
nowych podsta wach, wypracowanych i wykonanych
przez szerokie masy spo³eczne nie tylko z imienia, ale
i w rzeczywistoœci.
Podstawowym tytu³em do uczestniczenia w docho-
dzie spo³ecznym bêdzie praca. Kryj¹cy siê pod ró¿nymi
formami wyzysk cz³owieka przez cz³owieka musi zostaæ
zlikwidowany.
Zastanawiaj¹c siê nad realizacj¹ takiego systemu gospo-
darczego, nasuwa siê jedno nadzwyczaj wa¿ne zastrze¿enie.
Przebudowa i budowa nowych form i instytucji gospodar-
czych dokonaæ siê musi w sposób, który nie tylko nie obni¿y
wydajnoœci produkcji, ale j¹ usprawni i zwiêk szy. Jest bo-
wiem rzecz¹ zrozumia³¹, ¿e tylko w tym wypadku osi¹gn¹æ
bêdzie mo¿na powszechne podniesienie stopy ¿yciowej ludzi
pracy zarówno na wsi, jak i w mieœcie. Solidarnoœæ i œcis³a
wspó³zale¿noœæ inte resów tych dwóch warstw, obejmuj¹cych
olbrzymie wiêkszoœci ludnoœci w pañstwie, musi staæ siê
punktem wyjœcia przy przebudowie. Polityka gospodarcza
pañstwa musi mieæ to stale na uwadze i zmierzaæ musi do
równowagi przy podziale dochodu miêdzy poszczególne
zawodowe grupy œwiata pracy.
Podstaw¹ i oœrodkiem budowy nowego ustroju bêdzie
wolny, samo dzielny i uspo³eczniony cz³owiek.
Zapa³ i entuzjazm, jaki wywo³a zbrojne usuniêcie
okupantów, œwia domoœæ, i¿ ten nowy ustrój, nowy dom
budowaæ bêdziemy dla siebie, pozwoli nam wykrzesaæ
z siebie olbrzymi¹ masê energii i upo raæ siê z ró¿nymi
trudnoœciami, jakie wysun¹ poszczególne etapy realizacji.
Przyjdzie nam nieraz pracowaæ bardzo ciê¿ko, ale robiæ
to bêdzie my z przekonaniem, i¿ system gospodarczy, któ-
ry tworzyæ bêd¹ szerokie masy dobrowolnie, a nie pod
przymusem – ³¹cz¹c zdobycze techniczne z wolnoœci¹ –
udaæ siê musi.
Zagadnienie zapewnienia nale¿ytego udzia³u w docho-
dzie spo³ecznym, po prostu odpowiedniej zap³aty za pracê,
rozwi¹zane byæ mo¿e z jednej strony drog¹ uspo³ecznienia
niektórych dzia³ów ¿ycia gospodarczego i z drugiej strony
poprzez zmniejszenie rozpiêtoœci w posiadaniu i nale ¿yt¹
organizacjê nieuspo³ecznionych ga³êzi gospodarki.
Umówmy siê i okreœlmy, co rozumiemy przez szerokie
s³owo: uspo³ecznienie. W naszym pojêciu bêdzie to
przejêcie okreœlonych przedsiêbiorstw, wzglêdnie spe³nia-
nych przez nie funkcji, przez ze spo³y ludzi zorganizowane
w formie spó³dzielczej, wzglêdnie ró¿nego rodzaju samo-
rz¹du. ¯ycie wypracowa³o ju¿ ca³y szereg typów jed nego
i drugiego. Trudno wyliczyæ w tej chwili szczegó³owo, co
ulegnie tego rodzaju uspo³ecznieniu. Nie ulega jednak
w¹tpliwoœci, ¿e dotyczyæ ono bêdzie tych ga³êzi ¿ycia
gospodarczego, których dzia³alnoœæ dotyczy szerszych kó³
ludzi, a których uspo³ecznienie nie spowoduje obni¿enia
produkcji. Uspo³ecznieniu w formie spó³dzielczej ulegn¹
zatem te przedsiêbiorstwa, których dzia³alnoœæ dotyczy
przetwórstwa i zbytu artyku³ów rolnych, dalej te przed-
siêbiorstwa, co do których specjalnie zainteresowana jest
spó³dzielczoœæ spo¿ywców. Du¿e mo¿li woœci w tej dziedzinie
mo¿e mieæ równie¿ spó³dzielczoœæ pracy.
Uspo³ecznieniu w formie przejêcia przez samorz¹d pod-
legaæ bêd¹ przedsiêbiorstwa produkuj¹ce dobra o charak-
terze u¿ytecznoœci publicz nej, jak: zak³ady elektryfikacyjne,
gazowe, wodne, komunikacji tramwajowej, autobusowej itp.,
co w³aœciwie w pewnej mierze mia³o ju¿ miejsce.
Szczególn¹ form¹ uspo³ecznienia mo¿e byæ upañstwo-
wienie. Stosowane jednak byæ winno tylko w wypadkach
specjalnie uzasadnio nych i tylko do tych dzia³ów ¿ycia
gospodarczego, które maj¹ zwi¹zek z obronnoœci¹ pañ-
stwa lub maj¹ charakter kluczowy dla ca³oœci gospo darki
spo³ecznej, jak np. kolej, poczta, komunikacja, przemys³
wojenny, przemys³y surowcowe, jak górniczy, hutniczy
itp. Przy demokratycznym systemie rz¹dów spo³eczeñstwo
bêdzie mia³o zapewniony wgl¹d i kon trolê do przejêtych
i prowadzonych przez pañstwo przedsiêbiorstw, co w du¿ej
mierze pozwoli na unikniêcie tych wad i niedomagañ, jakie
przynosi tego rodzaju forma gospodarki.
Szczególnie dojrza³e do uspo³ecznienia, wzglêdnie
upañstwowienia wydaj¹ siê przedsiêbiorstwa, które nale-
¿a³y do skartelizowanych ga³êzi ¿ycia gospodarczego. Im
uspo³ecznienie wcale nie zaszkodzi, wrêcz prze ciwnie,
pomo¿e zarówno do rozwiniêcia i zwiêkszenia produkcji,
jak równie¿ do obni¿enia cen wytwarzanych artyku³ów.
Poza wy¿ej wymienionymi dziedzinami, w rêkach
organizacji spo³ecz nych i pañstwa znaleźæ siê musi tak
wa¿ny dzia³ dla rozwoju ca³oœci gospodarstwa, jakim jest
aparat bankowo-kredytowy. W ten sposób o polityce
gospodarczej pañstwa decydowaæ bêd¹ nie egoistyczne
interesy jednostek, wzglêdnie sprytnie zamaskowanych
klik, ale interesy ogó³u.
Te przedsiêbiorstwa, które pozostan¹ w ramach gospo-
darki prywatnej, zostan¹ objête kontrol¹ spo³eczn¹ ze strony
uspo³ecznionych zwi¹zków danej ga³êzi produkcji, repre-
zentuj¹cych zarówno producentów, jak i spo¿ywców.
Rzemios³o pozostanie oczywiœcie w prywatnym w³adaniu.
Wa¿ne za gadnienia, jak: zakup surowca, zbyt gotowych
artyku³ów, wspólne ko rzystanie z urz¹dzeñ technicznych,
rozwi¹zywaæ bêd¹ poszczególne gru py rzemios³ w formie
spó³dzielczej. Na zasadach spó³dzielczych oprzeæ siê bê-
dzie równie¿ mog³a wytwórczoœæ cha³upnicza i przemys³u
ludowego.
Do najwa¿niejszych, nieuspo³ecznionych ga³êzi gospodar-
ki nale¿eæ bêdzie rolnictwo. Nie mo¿e ono jednak obyæ siê
bez gruntownych reform. Poniewa¿ sprawa ta najbardziej
nas interesuje, zatrzymamy siê przy niej nieco d³u¿ej.
Reforma rolna jako
zagadnienie państwowe
Nie bez przyczyny budzi³o zagadnienie reformy rolnej
mnóstwo ró¿ nych odg³osów na wsi i w mieœcie. Ju¿ z te-
go s¹dz¹c mo¿na by w tytule niniejszego napisaæ: reforma
rolna jest spraw¹ pierwszorzêdnej wagi w ¿yciu pañstwa
polskiego.
Obok najliczniejszych g³osów potakuj¹cych odzywa³y siê
jednak w sprawie reformy rolnej, zrozumianej jako podzia³
du¿ych maj¹tków folwarcznych na mniejsze gospodarstwa
ch³opskie, równie¿ pewne g³osy nie tak ¿yczliwe. Byli
np. tacy, którzy bagatelizowali znaczenie reformy, bêd¹c
w³aœciwie przeciwnikami wielkiego czynu. Przeto s³ysze-
liœmy, ¿e reforma rolna nie zapobiegnie wiejskiej biedzie,
¿e s¹ inne wa¿niejsze i pilniejsze w tej mierze sprawy, jak
choæby wychodźstwo do miast, do przemys³u za granic¹
czy do kolonii, czy jeszcze gdzie indziej. A nam siê wtedy
zdawa³o, ¿e wieœ zachowa³a w istniej¹cych warunkach
trzeźwy ch³opski rozum, gdy z myœl¹ o reformie szuka³a
podstawy utrzymania i polepszenia bytu w pracy najbli¿szej
wiekowemu umi³owaniu, a co najwa¿niejsza i rzeczywi-
stemu dzisiejszemu przygotowaniu ch³opów.
Czy na wsi nie myœlano o ¿yciu miejskim, o kszta³ceniu
siê w handlu albo w fachu? Owszem. To jednak prosty
cz³owiek wiedzia³ i wie, ¿e trzeba gotówki, przygotowania
i mozo³u, aby wychodz¹c ze wsi zaj¹æ samodzielne stano-
wisko w rêkodziele czy w handlu miejskim, czy choæby
133
stanowisko odpowiedzialnego robotnika. Je¿eliby mia³o byæ
takim prostym zaradzeniem na biedê wiejsk¹ wychodźstwo
do miast, to dlaczego klêsk¹ miast by³o bezrobocie, jakim
dobrym prawem ma byæ ch³opu ³atwiej w mieœcie, ni¿
mieszczaninowi, robotnikowi czy inteligentowi? Niech wiêc
tymczasem ludzie miejscy robi¹ reformê miejsk¹ w rêko-
dziele, przemyœle i handlu, a ludzie wiejscy potrzebuj¹
reformy wiej skiej w rolnictwie. I ten pogl¹d o koniecznoœci
reformy rolnej nie by³o to demagogiczne has³o Stronnictwa
Ludowego, bo ono nie mia³o na to has³o monopolu. ¯¹danie
reformy przeniknê³o masy wiejskie bez wzglêdu na ich
œwiatopogl¹d ogólny i przynale¿noœæ ideow¹. I z tym zjawi-
skiem ogólnowiejskim, jako ze zjawiskiem o pierwszorzêdnej
donios³oœci pañstwowej, trzeba siê liczyæ.
Ze swej strony wyra¿aliœmy niejednokrotnie zamiary
w sprawie re formy, wiemy, czego siê po niej spodziewaæ,
a czego nie trzeba siê spo dziewaæ – i wiemy, ¿e j¹ trzeba
nie robiæ, ale zrobiæ raz i dobrze.
Po³o¿yliœmy na szalê interes prywatny tych kilku-
dziesiêciu setek w³aœcicieli ziemskich, którzy s¹ panami
zapasu ziemi, a z drugiej strony interes wiêcej ni¿ paruset
tysiêcy tych ch³opów gospodarzy, którzy z ro dzinami ¿yj¹
na kilkumorgowych gospodarstwach. Po tej stronie szali
widzimy, ¿e tylko twardy mus trzyma ludzi przy ¿yciu –
pó³-¿yciu, w którym ani pracy, ani jad³a, ani widoków dla
rodziny nie znajdzie. Od tego musu i g³odowania sta³ego
przed wojn¹ musi siê oderwaæ tysi¹ ce tysiêcy osób, jeœli
pokolenie narodu ch³opskiego ma nie skarleæ lub nie
wykoleiæ siê. To wydaje siê nam zgodne z wy¿szym inte-
resem spo³ecznym. A je¿eli nam mówi¹, ¿e nie zaspokoimy
nadmiernego g³odu ziemi, ¿e w myœl dotychczasowej
ustawy pozosta³ ju¿ tylko niewielki zapas ziemi do par-
celacji, to godz¹c siê, ¿e tak jest istotnie, dochodzimy do
przekonania, ¿e trzeba ów zapas powiêkszyæ, zmieniaj¹c
ustawy w tym miejscu, gdzie mówi siê o maksimum
posiadania. Spo³ecznie bior¹c nie ma racji, aby w rêku
pojedynczych w³aœcicieli obszary rolne mia³y dochodziæ
do 180 ha, gdy za miedz¹ t³ocz¹ siê przy tej ustawie ludzie
pozbawieni minimum egzystencji. Pewne zrównanie szans
maj¹t kowych zwiêkszy równowagê ustroju spo³ecznego,
zdemokratyzuje go w miarê, i utrudni prawe i lewe nañ
zakusy. Za tym idzie sprawa od szkodowania. Co do tego,
jak siê obejœæ z prawem w³asnoœci rodzin ziemiañskich,
opinia wiejska jest zale¿na od ró¿nic œwiatopogl¹du spo-
³ecznego i politycznego, tak ¿e mo¿na jeszcze us³yszeæ
rozmaite g³osy. Wszyscy ch³opi s¹ jednak bez wzglêdu na
sympatie polityczne na ogó³ zgodni w ocenie niedawnej
swej przesz³oœci gospodarczej, a st¹d mo¿e nietrudno
bêdzie o uzgodnienie zdañ w przysz³oœci.
Ogó³ wiejski uwa¿a za b³êdn¹ minion¹ politykê ta-
kiej reformy, która stwarza³a gospodarstwa nadmiernie
zad³u¿one, niezdolne przez to do ¿ycia. By³ czas, kiedy
wysoko szacowano ziemiê, udzielaj¹c na jej kupno wysoko-
oprocentowanego kredytu. Wysokie ceny ziemi stworzy³a
przejœciowa koniunktura powojenna dla rolnictwa, a obok
niej nieusta j¹cy g³ód ziemi, który swoj¹ drog¹ równie¿
prowadzi³ do podbijania ceny kupna ziemi, poniewa¿
ludzi przybywa³o, a o zajêcie poza rolnictwem by³o
trudno. Szczêœliwcy kupowali za amerykañskie dolary,
inni groma dzili niejakie oszczêdnoœci zaciskaniem pasa,
najwiêcej jednak zaciskali zêby i w krytyce tego, co siê
dzieje, ¿¹dali parcelacji bez odszkodowania, nie widz¹c
innego dla siebie i rodzin wyjœcia.
Jakie¿ ma byæ wyjœcie, je¿eli siê zdecydujemy masowo
usamodzielniæ istniej¹ce gospodarstwa niesamodzielne czy
te¿ tworzyæ przez parcelacjê nowe gospodarstwa, których
szanse robienia interesów s¹, powiedzmy od razu, ma³e.
Wprawdzie rolnictwo ma obecnie chwilê, której mu inne
dziedziny gospodarcze zazdroszcz¹, ale nie mo¿emy ren-
townoœci normal nej mierzyæ kup¹ dzisiejszego papieru
i nie wiemy, jaki naprawdê ma j¹tek z tej chwili na d³u¿ej
w papierkach siê przechowa. A w tym nor malnym czasie
rolnictwo europejskie, w szczególnoœci krajów eksportu-
j¹cych, wobec konkurencji rolnictwa amerykañskiego na
rynku œwiatowym, nie mo¿e uprawiaæ polityki wysokich
cen ziemi. To ca³a wieœ rozu mie i z tym siê zgadza. Wybór
w przysz³oœci mo¿e byæ tylko miêdzy niskimi szacunkami
i zarazem niskim oprocentowaniem kredytów na ziemiê,
albo te¿ radykaln¹ uchwa³¹ o bezp³atnym jej przejmowaniu
na cele reformy. My przed wojn¹ wyboru w tym ostatnim
kierunku ju¿ dokonaliœmy. Dalszy bieg rzeczy bêdzie za-
le¿a³ od pañstwowych cia³ ustawodawczych, w których
uchwa³y nasze bêdziemy zmieniaæ w obo wi¹zuj¹ce ustawy
pañstwowe.
Ale na przejêciu ziemi, czy uchwale o przejêciu, nie
mo¿e siê koñczyæ pañstwowy program ustroju rolnego.
On siê w³aœciwie w tym miejscu na dobre zaczyna. Musi
byæ dalej podjêty odpowiednio wielki wysi³ek finansowy
i organizacyjny. Nie mo¿e siê powtórzyæ pod wzglêdem
wy posa¿enia finansowego ten stan, który w poprzednich
dwóch dziesiêcio leciach by³ poza momentami politycz-
nymi jednym z hamulców wyko nania ustawy. Przyjd¹ te¿
nowe zadania organizacyjne. Wszak najwiêk sze nasze
zapasy ziemi na parcelacjê znajduj¹ siê na zachodzie,
a naj wiêksza iloœæ wymagaj¹cych upe³norolnienia albo
przesiedlenia na po ³udniu i w œrodku kraju. St¹d musz¹
na zachód i pó³noc odp³yn¹æ zorga nizowane gromady
do przewidzianych z góry powiatów z zapasem ziemi.
Procesów w tej skali, przychodz¹cych jako koniecznoœæ
spo³eczna i dzie jowa, nie mo¿na puœciæ na tory dzikiej,
dobrowolnej parcelacji, w której braliby udzia³ z jednej
strony jako dostarczyciele ziemi ró¿ni poœrednicy, czy
choæby sami w³aœciciele, z drugiej pojedynczy ryzykanci
wiejscy. Nale¿yty ³ad i celowoœæ, a tym samym w³aœciwe
uporz¹dkowanie sto sunków w³adania ziemi¹ na ca³ym
obszarze kraju mo¿e daæ ca³kowite przejêcie akcji przez
pañstwo, które jedno mo¿e rozporz¹dzaæ dosta teczn¹ si³¹,
opiek¹ i kierownictwem.
Czy trzeba dodawaæ, ¿e w ramach planu wykonania
ustawy o refor mie rolnej musi byæ przewidziana zabudowa
134
i urz¹dzenia osad oraz pocz¹tkowa opieka nad rozwojem
produkcji rolnej, która musi siê bu dowaæ na zasadach
spó³dzielczych? Czy trzeba dodawaæ, ¿e w tych¿e ramach
musi siê znaleźæ miejsce na rozwijanie kultury cz³owie-
ka, zaspokojenie jego dawnych oraz nowych potrzeb
spo³ecznych?
Te wa¿ne sprawy s¹ same przez siê zrozumia³e.
Sumuj¹c to, o czym piszemy z myœl¹ o reformie rolnej,
jako wielkim zagadnieniu pañstwowym, podkreœlamy:
a) zapas ziemi na parcelacjê trzeba wydatnie zwiêkszyæ,
aby umo¿liwiæ ¿ycie milionowej liczbie niesamodzielnych
i pó³samodzielnych rol ników;
b) ze wzglêdu na nisk¹ op³acalnoœæ wytwórczoœci
rolnej w europej skich krajach eksportu rolnego trzeba
pozyskaæ konieczny zapas ziemi bez odszkodowania
wielkich w³aœcicieli;
c) zorganizowaæ dobrowolne, zgodne z wymaganiami
struktury rolnej przesiedlenia ludnoœci i zbiorow¹ zabu-
dowê nowych osiedli, zw³aszcza na terenach pó³nocnych
i zachodnich Polski;
d) przyjœæ nowym osiedlom z pomoc¹ w pocz¹tkach
rozwijania pro dukcji rolnej, daj¹c im dobry fundament
spó³dzielczoœci w jej ró¿nych formach: spo¿ywczej, kre-
dytowej, przetwórczej, handlowej.
Ca³oœæ tak podjêtej i przeprowadzonej reformy rolnej
winna stanowiæ twórczy wysi³ek pañstwa i narodu de-
mokratycznego, dokonany w zwi¹zku z odm³odzeniem
spo³ecznej i narodowej kultury, po zrzuce niu marazmu
przesz³oœci.
Oczywiœcie ca³kowicie zdajemy sobie sprawê z tego, ¿e
zagadnienie poprawy bytu ludnoœci wiejskiej nie zale¿y
li tylko od samej parcelacji. Pod pojêciem reformy rolnej
rozumiemy znacznie wiêcej, a wiêc równie¿ komasacjê,
melioracjê, uporz¹dkowanie stanu posiadania, organizacjê
zabudowy itp. Ten zespó³ œrodków ma stworzyæ wydajnoœæ
i dochodowoœæ gospodarstw rolnych. Ale to tak¿e nie sta-
nowi ca³oœci. Nies³ycha nie donios³e znaczenie dla ludnoœci
wiejskiej bêdzie mieæ uzyskanie od powiedniego wp³ywu
na kierunek polityki gospodarczej pañstwa i czu wanie nad
tym, aby by³a zachowana równowaga cen w poszczegól-
nych ga³êziach ¿ycia gospodarczego i równowaga dochodu
spo³ecznego miêdzy poszczególnymi warstwami spo³ecz-
nymi. Przed wojn¹ widzieliœmy, ¿e nie iloœæ posiadanej
ziemi stanowi o stopie ¿yciowej ludnoœci wiejskiej. Punkt
ciê¿koœci zagadnienia przesun¹³ siê w kierunku cen i ich
wzajemnego do siebie stosunku. Dlatego te¿ w przysz³oœci
ca³a organizacja ¿ycia gospodarczego bêdzie zmierzaæ
ku temu, aby utrzymaæ sprawie dliw¹ równowagê cen.
Cel ten bêdzie mo¿na osi¹gn¹æ z jednej strony œrodkami
polityki gospodarczej, z drugiej strony przez odpowiedni¹
orga nizacjê ¿ycia gospodarczego, w czym donios³¹ rolê
bêdzie odgrywaæ spó³dzielczoœæ handlowa i przetwór-
czo-przemys³owa. Spó³dzielczoœæ musi usun¹æ nie tylko
wyzysk ze strony prywatnych poœredników, ale przede
wszystkim znieœæ wp³yw hurtowników i karteli kupieckich
na kszta³to wanie siê cen.
Lipiec 1941

Pierwszy i jedyny portal internetowy poświęcony
tradycjom i dorobkowi polskiej lewicy demokratycznej,
patriotycznej i niekomunistycznej
www.lewicowo.pl
- Abramowskl - Daszyǩskl - Llmanowskl - PPS - spoldzlelczoǴǎ - zwlnjzkl zawodowe - Moraczewskl - Mlcklewlcz - 8rzozowskl
- Thugutt - Sempolowska - Ljeromskl - Krahelska - Holowko - Ossowskl - Zaremba - Clolkoszowle - Prochnlk - Pragler
- Zyglelbo[m - 8arllckl - Perl - Nledzlalkowskl - Krzywlckl. l wlele lnnych materlalow. Kllka razy w tygodnlu nowe teksty,
w tym unikatowe, niewznawiane od kilkudziesięciu lat.
Czy lewica to PZPR, UB, łagry, Stalin, „dzieła Marksa i Lenina”?
Czy socjalizm to ZSRR, Bierut, Gomułka i Moczar?
Czy „polska droga do socjalizmu” to cukier na kartki,
cenzura i strzelanie do robotników?
Poznaj inną lewicę!
Lewicowo.pl
135
K
onrad Sieniewicz w swoich wspomnieniach do-
tycz¹cych Jana Hoppego pisa³, i¿ by³ on przede
wszystkim patriot¹ i ca³e swe ¿ycie, sw¹ pra-
cê i swe myœli odda³ s³u¿bie Polsce [. . .]. By³ ¿arliwym
wyznawc¹ zasad chrzeœcijañstwa. Swym prywatnym
i organizacyjnym czy politycznym ¿yciem œwiadczy³
o niezmiennoœci i jednoœci chrzeœcijañskiej etyki. By³
gor¹cym demokrat¹, który szanowa³ pogl¹dy i opinie
innych i który nigdy swego zdania nie narzucaj¹c
umia³ przekonywaæ. W ka¿dym cz³owieku widzia³
towarzysza pracy lub towarzysza dyskusji, dyskusji
zorganizowanej, wiod¹cej do uzgodnieñ, a potem do
realizacji. [. . .] By³ niezrównanym nauczycielem i wy-
chowawc¹ politycznym, promieniuj¹c szeroko swym
umys³em i sercem. Dawa³ przyk³ad swoj¹ postaw¹, za-
palaj¹c do pracy i do czynu entuzjazmem i porywa-
j¹cym s³owem. By³ przyjacielem oddanym i wiernym,
gotowym do ofiar i samowyrzeczenia, gdy zachodzi³a
potrzeba by³ surowy w krytyce, ale zawsze pe³ny tak-
tu i serdecznoœci; mo¿na by³o na nim bezwzglêdnie
polegaæ
1
.
***
Jan W³adys³aw Hoppe urodzi³ siê 27 grudnia 1902 r.
w Skierniewicach. W czasach szkolnych anga¿owa³ siê
mocno w dzia³alnoœæ harcersk¹. W latach I wojny œwiato-
wej zosta³ ewakuowany do Rosji, wróci³ do kraju w 1918 r.
i rozpocz¹³ studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu War-
szawskiego. W 1920 r. wzi¹³ udzia³ jako ochotnik w wojnie
polsko-bolszewickiej.
Po wojnie mocno zaanga¿owa³ siê w dzia³alnoœæ zwi¹z-
ków zawodowych. Pe³ni³ funkcjê wiceprzewodnicz¹cego
Rady Okrêgowej Zwi¹zku Zawodowego Pracowników
Umys³owych, a nastêpnie sekretarza centrali tej orga-
nizacji. W 1928 r. zosta³ redaktorem naczelnym pisma
„Pracownik”. W tych w³aœnie œrodowiskach tworz¹ siê
zal¹¿ki grupy „Jutro Pracy”, tam poznaje jej późniejszych
znacz¹cych cz³onków.
W 1930 r. powsta³ tygodnik „Jutro Pracy”, wokó³ którego
narodzi³o siê wkrótce œrodowisko polityczne – jego czo³o-
wymi postaciami byli Wac³aw Budzyñski, Julian Dudziñski,
Zbigniew Madeyski czy Brunon Sikorski. Pismo pocz¹tkowo
zajmowa³o siê przede wszystkim tematyk¹ pracownicz¹
i zwi¹zkow¹, bêd¹c organem Unii Zwi¹zków Zawodowych
Pracowników Umys³owych. Stopniowo jednak rozszerza³o
zakres tematyczny, podejmuj¹c problemy z zakresu polityki
pañstwowej, kultury i ¿ycia narodowego.
W 1932 r. Hoppe zosta³ sekretarzem Rady Naczelnej
Organizacji Pracy Obywatelskiej M³odzie¿y „Stra¿ Przednia”,
powo³anej z inicjatywy Adama Skwarczyñskiego. Jej celem
by³o powstrzymanie rosn¹cych wp³ywów ruchu narodowego
wœród m³odzie¿y szkó³ œrednich, jej konsolidacja w duchu
„wychowania pañstwowego” oraz przygotowanie do udzia³u
w akademickiej organizacji „Legion M³odych”
2
. Idee g³oszone
przez „Jutro Pracy” znalaz³y uznanie jednej z czo³owych
postaci obozu sanacyjnego – Walerego S³awka, pe³ni¹cego
funkcjê prezesa Bezpartyjnego Bloku Wspó³pracy z Rz¹dem
(BBWR). Hoppe zosta³ nawet osobistym sekretarzem pu³-
kownika oraz kierownikiem referatu spo³ecznego BBWR.
Dziêki jego poparciu, w wyborach z 1935 r. grupa „Jutro
Pracy” wprowadzi³a do Sejmu 16 pos³ów. W latach 1935-38
Hoppe pe³ni³ mandat poselski, sprawuj¹c przy tym ekspo-
nowane funkcje sekretarza Prezydium Sejmu oraz Komisji
Prawniczej. Jak wspomina³ Karol Popiel, wœród szeœciu
okrêgów wyborczych, na które podzielono Warszawê [. . .]
w okrêgu najbardziej robotniczym, obejmuj¹cym Wolê
z przyleg³ymi dzielnicami, liczba g³osuj¹cych by³a nie-
porównanie wy¿sza ni¿ w innych okrêgach, w których
przewa¿ali wyborcy z kó³ inteligencji i mieszczañstwa.
Po bli¿szym zbadaniu tego b¹dź co b¹dź niezwyk³ego
Z POL
SKI
RODEM
Pro societas
{un Hoppo – polliqk,
społotznlk, tzłowlok lool

nn u/n. P/r/| Ł[tccu/
136
zjawiska okaza³o siê, ¿e ta rekordowa frekwencja by³a
rezultatem kampanii wyborczej, prowadzonej przez
kandydata, którym by³… Jan Hoppe
3
.
W 1937 r. na zaproszenie p³k. Adama Koca, Hoppe
podj¹³ rozmowy w sprawie wejœcia grupy „Jutra Pracy”
do nowo powsta³ego Obozu Zjednoczenia Narodowego
(Ozon). Jak pisa³: Po d³ugich rozwa¿aniach „za i przeciw”
postanowiono ca³ej grupy formalnie nie anga¿owaæ,
a mnie zlecono podj¹æ próbê wspó³pracy. Mo¿e w ten
sposób uda siê choæ w pewnym stopniu hamowaæ nad-
mierne apetyty wielu rozpolitykowanych wojskowych,
wyznawców metod twardej rêki
4
. Hoppe zosta³ sekreta-
rzem Sektora Miejskiego oraz cz³onkiem Rady Naczelnej
Ozonu – jak pisa³, aby ca³kowicie siê nie zaprzedaæ i nie
uzale¿niæ, zrezygnowa³ z proponowanego wynagrodze-
nia. Przynale¿noœæ do Obozu nie by³a jednak zbyt d³uga
i owocna, od pocz¹tku Hoppego cechowa³ du¿y krytycyzm
wobec tego tworu. Przekonanie to gwa³townie pog³êbi³o
siê wraz z czynionymi obserwacjami dotycz¹cymi jego
ewolucji ideowej i organizacyjnej.
W zwi¹zku z tym w 1938 r. wyst¹pi³ z Ozonu, co roz-
poczê³o represje i szykany wobec tygodnika i œrodowiska
skupionego wokó³ niego. Obejmowa³o to m.in. czêst¹
konfiskatê numerów pisma, utrudnianie kolporta¿u, wy-
rzucenie starego legionisty dr. Zbigniewa Madeyskiego ze
Zwi¹zku Legionistów, a nawet planowano czynn¹ napaœæ
na Hoppego, która zosta³a udaremniona na skutek ostrze-
¿enia ze strony gen. Jana Jur-Gorzechowskiego, mê¿a
Zofii Na³kowskiej
5
.
Politykê Ozonu nazwa³ później Hoppe mianem kiczu
politycznego, pisz¹c: Kicz lubi operowaæ œwiêtoœciami.
Twórcy kiczów umiej¹ graæ na wielkich uczuciach,
wiedz¹ na przyk³ad, ¿e mi³oœæ ojczyzny to samograj
niezawodny [. . .] Pójdziesz z nami – wo³ano – zdobê-
dziesz tanim kosztem patent na patriotyzm. Oci¹gasz
siê, wa¿ysz – nie kochasz Polski i wodza! [. . .] Tu ju¿
zaczê³a siê gra symboli i grzmi¹cych hase³. Bu³awa [. . .],
„byczo jest” i „ani guzika” – to akcenty tamtych dni,
a gorliwi dziennikarze do ka¿dego z nich dorabiali
kadzidlane g³osy
6
.
Po rozstaniu z Ozonem, grupa „Jutra Pracy” zaczê³a
nawi¹zywaæ coraz œciœlejsze kontakty z opozycj¹. Prowa-
dzono rozmowy i podejmowano wspó³pracê z ró¿nymi
œrodowiskami politycznymi: ludowcami, Stronnictwem
Pracy czy ONR „ABC”. Hoppe propagowa³ w tym
okresie swoisty ekumenizm polityczny, wzywaj¹c
do pojednania wszystkich si³, którym dobro Polski
le¿y na sercu. Nic mi to nie przeszkadza – pisa³ – ¿e
by³eœ endekiem czy pepeesowcem. Jeszcze parê lat
temu [. . .] nie móg³bym z Tob¹ gadaæ – zapewne od-
wróci³bym siê plecami i odszed³. Dziœ, je¿eli o¿ywia
nas dobra wola zespalania wysi³ku i chêæ wspólnego
poszukiwania rozwi¹zañ – wyci¹gam d³oñ. [. . .] Czym
by³eœ wczoraj? Endekiem? Pepesowcem? Nic mnie
to nie obchodzi. Wiem tylko to, ¿e wczoraj byliœmy
s³abi, a dziœ musimy byæ mocni
7
.
***
Grupê „Jutra Pracy” i jej lidera trudno jednoznacznie
zakwalifikowaæ do którejœ ze stron sceny politycznej. Jed-
ni widz¹ w niej prawicê obozu pi³sudczykowskiego, ze
wzglêdu na deklarowany przez jej cz³onków nacjonalizm
oraz mocne akcenty antymasoñskie czy krytykê wp³ywów
¯ydów w sferze gospodarczej. Inni sk³onni s¹ wskazywaæ
na lewicowe komponenty w ich programie, walkê o polep-
szenie bytu robotników, projekty syndykalistyczne itp. Adam
Skwarczyñski, bêd¹cy niekwestionowanym autorytetem dla
Hoppego, trafnie, jak siê wydaje, podsumowa³ swoiste
zawieszenie tego œrodowiska pomiêdzy ró¿nymi
obozami politycznymi: …dla marksistów za du¿o
w was œladów romantyzmu, za du¿o chrzeœcijañskiej
mi³oœci bliźniego. Myœlê, ¿e kolor krwi nie jest wasz¹
ulubion¹ barw¹. Dla bezkompromisowych klasowców
za du¿o macie w sobie wyniesionych z harcerstwa,
a zaczerpniêtych z dawnego arsena³u, pojêæ. Takie
s³owa jak s³u¿ba, honor, obowi¹zek, niesienie po-
mocy s³abym, to mieszanina s³ownictwa dawnych
formacji spo³ecznych. [. . .] wy macie du¿e sk³onnoœci
do kompromisów spo³ecznych. Rewolucjoniœci nie
lubi¹ tych tendencji. Przejêliœcie od Brzozowskiego,
a zw³aszcza od Sorela wiarê w moc legend i mitów,
ale sorelowski mit strajku generalnego, jako koñcowy
akcent dzia³añ rewolucyjnych, nie nale¿y do waszego
programu. Szukacie pó³œrodków
8
.
Z POL
SKI
RODEM
137
Najbardziej charakterystycznym jednak elementem
programu tego œrodowiska jest idea „uspo³ecznienia
pañstwa”, aktywizacji spo³eczeñstwa, które œmia³o
winno wejœæ w ¿ycie publiczne, przejmuj¹c czêœæ
uprawnieñ od pañstwa. Hoppe sam przyznawa³, i¿
z dorobku myœlowego pi³sudczyków najwiêcej interesowa³a
go wci¹¿ nieskrystalizowana, ale zaprz¹taj¹ca umys³y
wielu ludzi, koncepcja czy idea uspo³ecznienia pañstwa
9
.
Odrzuca³ on koncepcjê pañstwa jako „stró¿a nocnego” nie
tylko jako szkodliw¹, ale przebrzmia³¹, nie przystaj¹c¹ do
warunków aktualnych
10
. Z drugiej jednak strony obawia³ siê
nadmiernego rozrostu jego prerogatyw, zbyt du¿ej etatyzacji
wszystkich dziedzin ¿ycia, przesadnej jego ingerencji w ¿ycie
obywateli, wiedz¹c, ¿e wiêcej w³adzy oznacza automatycznie
mniej spo³ecznoœci i wewnêtrznego ¿ycia.
Zdawa³ sobie sprawê, ¿e jeœli wspólnota bêdzie na-
k³adaæ na swych cz³onków stale rosn¹ce zobowi¹zania,
wówczas zacznie obumieraæ ich autonomia, a wspólnotowe
wiêzi os³abn¹, bowiem powinnoœci spo³eczne zamieni¹ siê
w przykre, narzucane z zewn¹trz obowi¹zki. I odwrotnie:
nadmierny wzrost si³ odœrodkowych powoduje powa¿ny
uszczerbek wspólnoty, ale i zmniejszenie autonomii po-
jedynczych osób, zale¿nych od tej¿e wspólnoty w sferze
zaspokojenia podstawowych potrzeb. Jak pisa³ Hoppe, „stró¿
nocny” rozrós³ siê, zbogaci³ i zagospodarowa³. Widzimy
dalej, ¿e ten „stró¿” coraz silniej zaczyna wkraczaæ
w ramy ¿ycia zbiorowego. Zaczyna wychowywaæ i po-
uczaæ, zaczyna sam gospodarowaæ, regulowaæ przez
swe organa stosunki na rynku pracy, kontrolowaæ ¿ycie
gospodarcze, budowaæ porty, okrêty, drogi i fabryki. [. . .]
Masy ludzkie – obywatele, te¿ zmieniaj¹ swój charakter.
Na miejsce dawnych, niezale¿nych przedsiêbiorców,
kupców i rzemieœlników widzimy coraz liczniejsze
szeregi pracowników najemnych, robotników i urzêdni-
ków. [. . .] Dotychczasowa zasada nieograniczonej wolnej
konkurencji zaczyna byæ rewidowana i poddawana
krytyce, gdy¿ ¿ycie gospodarcze dosz³o do takiego stanu
komplikacji, gdzie kryterium interesu jednostki nie
daje gwarancji rozwi¹zania nagromadzonych trudnoœci.
Na pytanie: obywatele czy poddani? – odpowiada³
zdecydowanie – obywatele
11
. Ju¿ po wojnie pisa³,
i¿ obywatelskoœæ i samorz¹dnoœæ – to podstawowe
cechy naszej spo³ecznej kultury. Prawo na pewno
musi zawieraæ elementy przymusu, ale polski model
wspó³¿ycia – to dobrowolnoœæ plus przymus
12
.
Zauwa¿a³ Hoppe, i¿ spo³eczeñstwo staje siê coraz bar-
dziej znacz¹cym czynnikiem w ¿yciu publicznym i pragn¹³,
aby ten proces nabra³ jeszcze wiêkszej dynamiki. Stoj¹c
na gruncie zasady subsydiarnoœci pañstwa, podkreœla³,
i¿ spo³eczeñstwo domaga siê coraz mocniej oficjalnego
miejsca w konstrukcji pañstwa, chce byæ jego orga-
niczn¹ i uznan¹ czêœci¹ sk³adow¹, spe³niaj¹c¹ szereg
przekazanych mu funkcji. Tak, jak kiedyœ jednostka
chcia³a ograniczaæ uprawnienia pañstwa, tak teraz
organizuj¹ce siê spo³eczeñstwo walczy o nowe zadania
i prace, pragnie przejmowaæ szereg uprawnieñ, d¹¿y
do wyodrêbnienia pewnych dziedzin ¿ycia, na których
zamierza pod nadzorem w³adz pañstwowych samo-
dzielnie gospodarowaæ
13
.
Warto wspomnieæ, i¿ Hoppe nie stworzy³ ¿adnego
ca³oœciowego i szczegó³owego programu reform spo³ecz-
no-gospodarczych. Pisa³, i¿ nie ma zamiaru wskazywaæ
nowych form ustroju gospodarczego, nie chc¹c naœladowaæ
tych wszystkich, którzy w kawiarniach, salonach i na
wiecach lekkomyœlnie konstruuj¹ formy przysz³oœci i wy-
pisuj¹ recepty na dzisiejsze choroby ¿ycia publicznego
14
.
Cechowa³a go maj¹ca wrêcz konserwatywny rys wstrze-
miêźliwoœæ, jeœli chodzi o budowanie sztucznych, gotowych
koncepcji czy programów. Nie wierzy³ w mo¿liwoœæ ich
mechanicznego wdro¿enia bez przemian na p³aszczyźnie
psychicznej, bez zmian oddolnych i spontanicznych.
Pozbawiony by³ te¿ z³udzeñ co do tego, ¿e spo-
³eczeñstwo obywatelskie mo¿na stworzyæ ad hoc
za pomoc¹ odgórnego dekretu. W jednej z jego prac
czytamy: to musi byæ rezultat ciê¿kiej i systematycznej
pracy zwartych gromad i zespo³ów, pracy zharmonizowa-
nej z g³oszonymi has³ami, pracy i trybu ¿ycia, opartego
o przymus praktykowania zasad, pracy, w której pe³ne
nastawienie woli i energii bêdzie zwrócone w kierunku
realizacji idei. Drogi do istotnego uzdrowienia s¹ proste:
redukcja blagi – wiêcej prostoty – podobnie jak w sztuce,
jak w architekturze, jak w obyczajach wiêcej prawdy, ale
blagi nie niszczy siê such¹ form¹ przepisu – dekretem,
dlatego nie przywi¹zujmy tak wielkiej wagi do spraw
formalnych, do form ustrojowych, do programów. Pracê tê
nale¿y rozpoczynaæ z innego koñca, od do³u, od podstaw
15
.
Uspo³ecznienie pañstwa to – jak podkreœla³ – ciê¿ka
praca, przejêcie niektórych funkcji od pañstwa wi¹¿e
siê z nowymi zadaniami i obowi¹zkami. Ten zatem,
kto g³osi tego rodzaju idea³y, niech na pierwszym
miejscu stawia tward¹ szko³ê nowych obowi¹zków,
pracy i odpowiedzialnoœci, a w drugim rzêdzie dopiero
niech myœli o rozbudowie uprawnieñ
16
.
***
G³ówna idea, jaka mu przyœwieca³a zw³aszcza w dru-
giej po³owie lat 30. to Polska i jej dobro. Przeczuwaj¹c
zbli¿aj¹c¹ siê katastrofê, wzywa³ wszystkie patriotycznie
nastawione si³y polityczne do zdecydowanego dzia³ania
na rzecz wzmocnienia kraju. St¹d te¿ jego coraz mocniej
deklarowany nacjonalizm. Zdawa³ sobie sprawê z geopoli-
tycznego po³o¿enia Polski i rozumia³, ¿e jeœli chcemy mieæ
jakiekolwiek szanse przeciwstawienia siê s¹siaduj¹cym
z nami pañstwom totalnym, to musimy wypracowaæ w³a-
sn¹ doktrynê, która zdo³a³aby wzmocniæ potêgê narodow¹,
uwolniæ drzemi¹c¹ energiê, zogniskowaæ wszystkie si³y
spo³eczne na wspólnych zadaniach i celach. Wzdraga³ siê
jednak przed kopiowaniem wzorów obcych, zw³aszcza tych
totalitarnych. Z pesymizmem konstatowa³ co prawda, i¿
zapewne i nas moda na totalizm nie ominie, gdy¿ „prawa
138
wojny s¹ totalne”, jednak apelowa³ aby odrzuciæ to s³owo,
bêd¹ce dobr¹ gleb¹ dla przeró¿nych hitlerkowatych
pomys³ów o zamachach, przewrotach, wstrz¹sach, a za-
st¹piæ je terminem „polska myœl ¿o³nierska”
17
.
W pracy z 1937 r. Hoppe, sam przecie¿ bêd¹cy admi-
ratorem Sorela, pisa³: Towarzysze soreliœci i socjalde-
mokraci, jesteœcie we mgle, w takich razach znacznie
praktyczniej jest patrzyæ na ziemiê, ani¿eli w s³oñce.
Bardzo to niebezpieczna i zwodnicza metoda ulokowaæ
ca³y kapita³ swego entuzjazmu i umi³owañ w jakiejœ,
choæby najbardziej czcigodnej, ale do warunków w³asnej
ojczyzny niedopasowanej teorii. Jest to metoda studenc-
ka – dobra dla peleryniarzy, ale nie dla odrodzonych
Polaków, których los postawi³ w roli stra¿ników kraju
z natury bezbronnego. Je¿eli s³owo naród jest dla was
czymœ ¿ywym, je¿eli okrzyk „proletariusze wszystkich
krajów ³¹czcie siê!” nie zamroczy³ was doszczêtnie, to
zostawcie w spokoju mit strajku generalnego, weźcie
siê lepiej do studiów nad histori¹ Sparty – to pewno
bêdzie dla Polski po¿yteczniejsze
18
. Wzywa³: Zróbmy
wielkie œwiêto palenia. Na oczach narodu spalmy kuk³y
sanacji, endecji, PPS, Partii Pracy itp. i wprowadźmy
na tron symbol zjednoczenia. RozpuϾmy na kraj
wici – niech pop³ynie gromkie wo³anie o wspólny
wielki, nowy front narodu polskiego. [. . .] W³asnoœæ,
praca, drobny warsztat, rodzina, bez marksizmów,
bez materializmów. Kultura musi byæ polsk¹ kul-
tur¹. Wyprzeda¿ starych zabawek – antykwariusze
smutnej przesz³oœci do dymisji
19
.
***
Okres okupacji to dla Hoppego przede wszystkim czas
o¿ywionej dzia³alnoœci w konspiracyjnej organizacji Unia.
Do jej narodzin dosz³o w wyniku po³¹czenia kilku mniej-
szych inicjatyw wiosn¹ 1940 r. G³ówny trzon ugrupowania
stanowi³y trzy podziemne grupy: Warszawianka, Grunwald
i Nowa Polska. Pierwsza z nich za³o¿ona zosta³a ju¿ 6
października 1939 r. w œrodowisku zwi¹zanym z osob¹
prezydenta Warszawy Stefana Starzyñskiego. Inicjatorami
jej powo³ania by³y w³aœnie osoby wywodz¹ce siê z przed-
wojennego „Jutra Pracy”: Jan Hoppe, Cyprian Odorkiewicz,
Henryk Paw³owicz i Bronis³aw Chajêcki. Hoppe obok
Jerzego Brauna, Kazimierza Studentowicza czy Stanis³awa
Bukowskiego nale¿a³ do czo³owych postaci tej organiza-
cji. W czasach, gdy hitlerowskie hordy okupowa³y
Polskê, a hordy bolszewickie szykowa³y siê by nas
„wyzwoliæ”, kiedy – jak pisze Hoppe – na ulicach
p³ynê³a krew, a niestety i alkohol, w melinach „Unii”
kipia³a i burzy³a siê myœl
20
, tworzono fantastyczne
projekty uniwersalnej reformy moralno-politycznej
œwiata poprzez odnowienie wszystkiego w Chrystusie,
stosuj¹c siê do maksymy Norwida, i¿ „równoczeœnie do
powstania mieczem, trzeba powstania si³¹ myœli”.
13 lutego 1943 r. dosz³o do po³¹czenia Unii ze Stron-
nictwem Pracy. Jak podkreœla³ Hoppe: Unioniœci weszli
do Stronnictwa Pracy, ale nie zmienili swej postawy
myœlowej i nadal pozostawali unionistami, bo formy nie
mog¹ zmieniaæ tego, co jest znacznie silniejsze, co siê
narodzi³o w innym duchowym laboratorium
21
. Co wiêcej,
unioniœci nie tylko nie zrezygnowali z wypracowanych przez
siebie koncepcji, lecz potrafili je zaszczepiæ Stronnictwu,
a tym samym zdominowaæ je ideologicznie. Hoppe pe³ni³
równie¿ od 1943 r. funkcjê redaktora naczelnego oficjalnego
organu prasowego Stronnictwa Pracy, jakim by³o pismo
„Reforma”, by³ tak¿e przewodnicz¹cym komisji koordynu-
j¹cej dzia³alnoœæ wydawnicz¹ ugrupowania
22
.
W marcu 1945 r. zosta³ aresztowany przez NKWD pod-
czas spotkania w Brwinowie z przewodnicz¹cym krajowego
Stronnictwa Narodowego, Aleksandrem Zwierzyñskim, na
którym próbowano uzgodniæ wspóln¹ taktykê w zaistnia³ej
sytuacji. Zaopatrzony w sfa³szowane dokumenty na nazwisko
Jan Chmielewski, zosta³ wywieziony na pocz¹tku kwietnia
DEFILADA LEGIONU MŁODYCH, POZNAŃ R. ŹRÓDŁO: KONCERN ILUSTROWANY KURIER CODZIENNY ARCHIWUM ILUSTRACJI
139
do Swierd³owska
23
. W ZSRR przebywa³ do 1947 r., wróci³
schorowany, jednak w³adza komunistyczna nie zapomnia³a
o nim. W lutym 1949 r. zosta³ aresztowany, a nastêpnie
skazany w procesie dzia³aczy Stronnictwa Pracy na karê
do¿ywotniego wiêzienia. Jerzy Braun, który zetkn¹³ siê
w jednej celi z Hoppem w 1953 r., pisa³, ¿e cech¹ tego ju¿
powa¿nie schorowanego po pobycie na Syberii cz³owieka
by³ niczym nie zm¹cony spokój i stoicyzm w znoszeniu
przeciwnoœci losu. U ludzi ma³ego wzrostu – a Hoppe
mia³ wzrost i wygl¹d niemal ch³opiêcy – zaznacza siê
nieraz d¹¿noœæ do rekompensaty i górowania nad oto-
czeniem w³adz¹, wol¹, samokontrol¹, niez³omnoœci¹
charakteru. W Hoppem wyczuwa³o siê ci¹g³¹ dba³oœæ
o „zachowanie twarzy”, o powagê postawy i decyzji, od-
powiedzialnoœæ za s³owa i czyny, by ¿aden jego postêpek,
¿adna wypowiedź nie kolidowa³a z wypracowanym
w sobie idea³em cz³owieka, przywódcy i dzia³acza
spo³ecznego. [. . .] W wiêzieniu, w ci¹g³ym obcowaniu
wzajemnym, w warunkach niezmiernie uci¹¿liwych,
wymagaj¹cych opanowania i wielu wyrzeczeñ, wy-
chodz¹ na jaw wszystkie ujemne i pozytywne cechy
charakterów. [. . .] Nic nie da siê ukryæ i zakamu‚owaæ.
Odebrane s¹ wszystkie akcesoria w³adzy, posiada-
nia, stanowiska, piastowanego urzêdu. [. . .] W takim
klimacie duchowym i scenerii „zachowaæ twarz”
i zdobyæ autorytet jest nies³ychanie trudno. Auto-
rytet ten zdobywa³ Hoppe gdziekolwiek siê zjawi³,
zarówno wœród ludzi wybitnych, olœnionych jego
logik¹, jasnoœci¹ ocen, etyczn¹ nieskazitelnoœci¹, jak
i wœród maluczkich, nawet prawdziwych bandytów
i z³odziei. By³ nie tylko podziwiany i szanowany, lecz
i kochany. Jego talent wychowawcy, kierownika dusz
ludzkich, wypróbowany ju¿ w harcerstwie, zjednywa³
mu szczególnie m³odych, którzy jeszcze po wyjœciu
z wiêzienia lgnêli do niego jak do ojca, uwa¿ali go za
swój drogowskaz i wzór ¿yciowy
24
.
W 1956 r. opuœci³ wiêzienie. Lekarze zalecili mu zmianê
klimatu na ³agodniejszy w miesi¹cach zimowych. Starania
o zezwolenie na wyjazd do W³och w celu podrepero-
wania zdrowia zakoñczy³y siê sukcesem. Obserwuj¹c
z bliska na Zachodzie politykê prowadzon¹ przez niektó-
re œrodowiska emigracyjne wobec kraju, a w zasadzie
spo³eczeñstwa polskiego, stawa³ siê wobec niej coraz
bardziej krytyczny. Karol Popiel pisa³, i¿ odgradzanie
siê, bojkotowanie zwyk³ych ludzkich stosunków miê-
dzy emigracj¹ a spo³eczeñstwem w kraju, wszystkie
te przejawy emigracyjnej niez³omnoœci by³y dla niego
[. . .] œwiadomym kopaniem przepaœci pomiêdzy synami
jednej ojczyzny i budowaniem pomiêdzy nimi jakiegoœ
niesamowitego „chiñskiego muru”. I to w sytuacji, gdy
tylko zacieœnienie stosunków miêdzy spo³ecznoœci¹
emigracyjn¹ a macierz¹ mog³o skutecznie hamowaæ
proces utraty dla polskoœci m³odych pokoleñ
25
.
W³adze jednak postanowi³y nie daæ mu o sobie zapo-
mnieæ. Jesieni¹ 1967 r. za¿¹dano od niego wys³ania do
trzech wybranych osobistoœci w Rzymie listu, w którym
podda³by krytyce postawê Prymasa Stefana Wyszyñskiego.
Hoppe nie przysta³ na to, co zaowocowa³o wstrzymaniem
paszportu. Odmowê tê powtórzono w roku nastêpnym, co
prawda po odwo³aniach uzyska³ w koñcu zgodê na wyjazd,
ale by³o ju¿ za późno. Wiadomoœæ o tym przysz³a do niego
bowiem 17 lutego 1969 r., w przeddzieñ œmierci
26
.
Ciê¿ka praca, a nie blaga czy gra; s³u¿ba zamiast
interesu; czyn, a nie has³a; œwiadomy obywatel
w miejsce poddanego; konkret zamiast frazesu – to
idee, które przez ca³e ¿ycie przyœwieca³y Hoppemu
w pracy spo³ecznej, politycznej czy pisarskiej. Jego
zdaniem, stanowi³y one kluczowe elementy ¿ycia publicz-
nego, od których zale¿eæ mia³o powstanie, jak dziœ zwyk³o
siê mówiæ, „spo³eczeñstwa obywatelskiego”.
dr hab. Rafał Łętocha
P·zµµ|sµ
¦ '|on|o.|·z :. Jan – pragmatyk ¸.[ ! B·uun ¦ Poµ|o| ¦ '|o
n|o.|·z Człowiek ze spiżu \·o·łu. ·qo, ss ,·,.
\ C·zµbo.s|u z. Adam Skwarczyński jako ideolog obozu sa-
nacji. Koncepcje publiczno-ustrojowe ¦·u|o. ¦|o|·o ·qq,
ss ·oo·oq
¦ Poµ|o| ¸. Droga ideowego piłsudczyka ¸.[ ! B·uun ¦ Poµ|o|
¦ '|on|o.|·z oµ ·|t s ·.
! Hoµµo ¸. Wspomnienia, przyczynki, refleksje ¦onoµn ·q,.
s ·qo
¦b|o s ..¸ ¸.
¦b|o ss ..,..o b.
! Hoµµo y. Wierzyłem (Artykuły) \u·szu.u ·q¸o ss ·. ·¡
¦oou 8. Wspomnienia… ss ¸.¸¸
¦b|o s ·¸o q.
Myśl społeczna. Gawędy i wykłady :o. oµ·u· ! Hoµµo \u·szu
.u ·q¸¸ ss ¸o¸.
¦b|o s ¸o ::.
¦oou :z. Wspomnienia… s .oo
Myśl społeczna… :¸. ss ¡·¡.
¦b|o s ¸. :¸.
¦b|o s ¸q :¸.
! Hoµµo :b. Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych
\u·szu.u ·q¸¡ s ¸o
! Hoµµo \|o·zµłou… s ·· :y.
¦oou :8. Mozaika robotnicza (Artykuły) \u·szu.u ·q¸, ss ¡.¡¸
¦oou :q. Wierzyłem… ss ¸· ¸¸
¦oou zo. Wspomnienia… s .oq
¦b|o s ¸¡· z:.
¦ '|on|o.|·z oµ ·|t ss ooo, zz.
¦b|o s ·o¡ z¸.
! B·uun z¸. Jan Hoppe – polityk w służbie idei ¸.[ ! B·uun ¦ Po
µ|o| ¦ '|on|o.|·z oµ ·|t ss .·¸.·¡
¦ Poµ|o| oµ ·|t s ¸¡ z¸.
¦b|o s ¸· zb.
140
C
hoæ traktowana na ogó³ z nutk¹ sympatii, kultu-
ra ludowa kojarzy siê ze skansenem, „cepeliad¹”,
czymœ archaicznym i konserwatywnym. Istnia³
jednak w Polsce nurt kulturowo-polityczny, który trak-
towa³ dziedzictwo wsi i prowincji jako punkt wyjœcia do
œmia³ych, wrêcz awangardowych projektów artystycznych,
które z kolei mia³y stanowiæ si³ê sprawcz¹ emancypacji
ni¿szych warstw spo³ecznych. Spiritus movens takich
koncepcji i inicjatyw by³ Jêdrzej Cierniak.
***
Urodzi³ siê 15 października 1886 r. we wsi Zaborów
w powiecie Brzesko w Ma³opolsce. Jego dzieciñstwo up³y-
nê³o pod znakiem typowej „nêdzy galicyjskiej”. Gdy jednak
okaza³o siê, ¿e ch³opiec jest bardzo zdolny, rodzina – kosz-
tem wielu wyrzeczeñ – zapewni³a mu mo¿liwoœæ edukacji.
Po maturze podj¹³ na Uniwersytecie Jagielloñskim studia
filologii klasycznej i polonistyki, które ukoñczy³ w 1913 r.,
zaœ rok później zda³ egzamin nauczycielski. Przejawia³
równie¿ zdolnoœci muzyczne, literackie i malarskie, jednak
ze wzglêdów materialnych nie mia³ mo¿noœci ich profesjo-
nalnego rozwijania.
Zaj¹³ siê natomiast dzia³alnoœci¹ spo³eczn¹. W wakacje
1905 r. zaborowska m³odzie¿ za jego namow¹ wystawi³a
amatorsk¹ sztukê „Dziesi¹ty pawilon” o tematyce patrio-
tycznej. W 1908 r. za³o¿y³ wiejski zespó³ teatralny; próby
odbywa³y siê w domu rodzinnym. Wraz z kolegami
z gimnazjum powo³a³ te¿ tajne kó³ko samokszta³ceniowe,
na cmentarzu w Bochni œlubowali wytrwa³oœæ w walce
o odzyskanie niepodleg³oœci. Podczas studiów dzia³a³ w aka-
demickim kole Towarzystwa Szko³y Ludowej, bra³ tak¿e
udzia³ w szkoleniach wojskowych Zwi¹zku Strzeleckiego.
Gdy wybuch³a wojna, wst¹pi³ do Legionów. Bra³ udzia³
w walkach na terenie dzisiejszej Ukrainy, na froncie spêdzi³
niemal trzy lata. Po tzw. kryzysie przysiêgowym sier¿ant
Cierniak zagro¿ony by³ wcieleniem do armii austro-wêgier-
skiej, wiêc latem 1917 r. wyjecha³ z fa³szywym paszportem
do Warszawy. Tam podj¹³ pracê jako nauczyciel polskiego
i ³aciny w renomowanym gimnazjum Wojciecha Górskiego.
Jego talent pedagogiczny i zaanga¿owanie w ¿ycie szko³y
szybko zaowocowa³y awansem na stanowisko wicedyrektora
(tzw. inspektor) placówki.
***
Szko³a Górskiego, w której chêtnie siêgano po niestan-
dardowe metody wychowawcze, by³a dogodnym miejscem
dla amatorskiej dzia³alnoœci teatralnej z udzia³em uczniów.
Z inicjatywy Cierniaka zorganizowano oko³o 25 pokazów
„Szopki krakowskiej”, a nastêpnie, wedle autorskiego scena-
riusza, wystawiono widowisko „Wesele krakowskie”, które
zyska³o znakomite recenzje.
Wkrótce ten rodzaj aktywnoœci wykroczy³ poza szkolne
mury. Cierniak w 1923 r. podj¹³ siê spo³ecznie funkcji
redaktora pisma „Teatr Ludowy”, któremu z braku fun-
duszy grozi³ upadek. Szybko pozyska³ do wspó³pracy
w finansowaniu i kolporta¿u organizacje spo³eczne – pismo
okresowo ukazywa³o siê, oprócz standardowego wydania,
m.in. w formie wk³adki do ró¿nych gazet trafiaj¹cych do
liderów spo³ecznoœci wiejskich, osi¹gaj¹c nawet 10 tys.
egz. nak³adu.
Z POL
SKI
RODEM
íolklor
i awangarda
Prvicitsz Okn/sk/
141
Jako jego redaktor, wszed³ do Komitetu Wykonawczego
Zwi¹zku Teatrów Ludowych. W 1924 r. zosta³ cz³onkiem
komisji kulturalnej Centralnego Zwi¹zku M³odzie¿y Wiej-
skiej, co pozwoli³o wp³ywaæ pod wzglêdem organizacyj-
nym i ideowym na zespo³y teatralne zwi¹zane z t¹ prê¿n¹
i masow¹ inicjatyw¹. W roku 1927 w ramach ZTL zaini-
cjowa³ Cierniak wraz z Adamem Bieniem szeroko zakro-
jone badania amatorskiego ruchu teatralnego. Ich wyniki,
omówione nastêpnie w ksi¹¿ce „Teatry ludowe w Polsce”,
nie tylko da³y pierwszy ca³oœciowy obraz zjawiska, ale
przede wszystkim pomog³y autorom sformu³owaæ wnioski
dotycz¹ce po¿¹danych kierunków rozwoju.
***
Amatorski teatr ludowy by³ jednym z prê¿nych fenomenów
kulturowych miêdzywojnia. Szacuje siê, ¿e dzia³a³o wówczas
na wsi 5-7 tysiêcy sta³ych zespo³ów teatralnych, które dawa³y
rocznie 20-30 tys. przedstawieñ. Do tego dochodz¹ amator-
skie zespo³y w miastach, a tak¿e znaczna liczba inicjatyw
okazjonalnych, co w sumie oznacza ok. 10 tys. oddolnych,
niezawodowych przedsiêwziêæ teatralnych. By³a to zatem
ogromna rzesza ludzi – aktywnych twórców, a zw³aszcza
odbiorców ich wysi³ku mo¿na liczyæ w setkach tysiêcy.
Teatr ludowy nierzadko by³ na prowincji jedynym
przejawem zbiorowych dzia³añ artystycznych, a w wielu
przypadkach jedn¹ z nielicznych form jakiejkolwiek aktyw-
noœci spo³ecznej. Na wsi w owym okresie zamieszkiwa³o
zaœ 75% obywateli Polski. Gdy do tego dodamy ma³e miasta
oraz amatorskie wysi³ki teatralne w ³onie œrodowisk robot-
niczych, m³odzie¿owych, w ró¿nych grupach zawodowych,
wówczas widzimy, ¿e by³o to zjawisko o niema³ym zasiêgu
i znaczeniu.
Jêdrzej Cierniak zdawa³ sobie doskonale sprawê, ¿e
to, jaki repertuar i metody pracy przyjmie ów ruch
artystyczny, stanowiæ bêdzie o rozwoju kulturowym
mas spo³ecznych. Natomiast to, jaki bêdzie udzia³
owych mas w ¿yciu kraju, wp³ynie znacz¹co na obli-
cze kultury narodowej. I wreszcie – to, co i jak bêd¹
w swych inicjatywach kulturalnych czyni³y masy,
nie pozostanie bez wp³ywu na ich pozycjê spo³eczn¹,
si³ê polityczn¹ i udzia³ w ¿yciu publicznym.
***
Na pocz¹tku lat 20. nawi¹za³ wspó³pracê z warszawskimi
twórcami teatru zawodowego. Byli to m.in. Leon Schiller,
Juliusz Osterwa i Mieczys³aw Limanowski. Zwi¹zani z eks-
perymentalnym teatrem „Reduta”, propagowali nowe trendy
w tej dziedzinie sztuki. Schiller stworzy³ koncepcjê teatru
monumentalnego – takiego, którego odbiorcami s¹ masy
ludowe, a same spektakle przybieraj¹ rodzaj uroczystoœci,
swoistego obrzêdu. Zespó³ „Reduty” opiera³ dzia³alnoœæ
i program ideowy na pracy zespo³owej (swoistym uspo³ecz-
nieniu pracy aktorów), a tak¿e na faktycznym prze¿ywaniu
treœci widowiska przez jego twórców (aktor „jest” dan¹
postaci¹, nie zaœ j¹ „gra”).
Sojusz wielkomiejskich eksperymentatorów z ch³opskim
spo³ecznikiem wynika³ z podobnych d¹¿eñ, choæ nieco
inaczej akcentowanych. Oni chcieli, by „teatr narodowy”
zwróci³ siê do mas ludowych (nie tylko ch³opskich), by sta³
siê teatrem bazuj¹cym na zbiorowych emocjach i czerpa³
z autentycznych tradycji ludowych (Schiller ju¿ w 1919 r.
wystawi³ „Szopkê staropolsk¹”, która w „Reducie” przybra³a
postaæ „Pastora³ki”). Cierniak zaœ dostrzega³ w kulturze ludo-
wej inspiruj¹cy „materia³” artystyczny, wœród mieszkañców
wsi twórców i odbiorców monumentalnych widowisk, zaœ
w amatorskim teatrze – potencja³ „obywatelski”.
Jerzy Zawieyski, wieloletni i bodaj najbli¿szy wspó³pra-
cownik Cierniaka, pisa³, ¿e by³ twórc¹ teatru ludowego.
Twórc¹ prawdziwym, to znaczy, ¿e odrzuci³ wszystko, co
w tej dziedzinie zasta³ i urzeczywistni³ w³asn¹ wizjê
o tym, jaki powinien byæ teatr ludowy, nowoczesny, zgodny
z d¹¿eniami wspó³czesnej wsi. Przede wszystkim postawi³
odwa¿n¹, a dla wielu obrazoburcz¹ tezê, ¿e choæ amatorski
ruch teatralny rozwija siê prê¿nie, to jednak jego znaczn¹,
jeœli nie dominuj¹c¹ czêœæ stanowi¹ inicjatywy pozbawione
wiêkszej wartoœci. Dotychczasowy rozwój teatru ludowego
bazowa³ bowiem na kilku negatywnych trendach.
Po pierwsze, s³u¿yæ mia³ g³ównie rozrywce. W praktyce
oznacza³o to, ¿e siêgano po utwory ³atwe w przygotowaniu,
lecz pozbawione wartoœciowego wp³ywu na odtwórców
oraz widzów. W dodatku teksty te w niewielkim stopniu
odzwierciedla³y realia i problemy ni¿szych warstw spo-
³ecznych. By³y to tandetne „sztuczki”, które pisali zazwyczaj
miejscy literaci niskiej klasy, a ich edycj¹ zajmowa³y siê
wydawnictwa zainteresowane zyskiem, nie zaœ rozwojem
artystycznym ludu.
Po drugie, nawet jeœli takim inicjatywom przypisywano
funkcje wychowawcze, to bardzo w¹sko rozumiane – ot,
wiejska m³odzie¿ zamiast siê nudziæ, mia³a „zaj¹æ siê
teatrem”, zaœ widzowie otrzymaæ „coœ patriotycznego lub
religijnego”. Po trzecie, teatr taki nieudolnie kopiowa³ wzorce
z zawodowego teatru miejskiego, od scenografii poczynaj¹c
(„pude³kowa” scena), poprzez podzia³ pracy (re¿yser, który
„tresowa³” aktorów) i granie przedstawieñ w celach zarob-
kowych (z t¹ ró¿nic¹, ¿e dochód przeznaczano zwykle na
cele spo³eczne), a koñcz¹c na pozbawionej re‚eksji nauce
ról na pamiêæ i beznamiêtnym ich odgrywaniu. Teatr taki
polega – pisa³ Cierniak – na niewolniczym naœladowaniu
w treœci i formach teatru zawodowego, [. . .] z pominiêciem
prawdziwego artyzmu sceny zawodowej.
Ani repertuar, ani sposób przygotowywania
przedstawieñ i ich odgrywania oraz spo³eczna i kul-
turowa rola takich inicjatyw, nie pozwala³y mówiæ
o w³aœciwym teatrze ludowym. W ¿aden sposób taki
teatr nie odwo³ywa³ siê do specyfiki spo³ecznej ludu, ani
nie czerpa³ z jego dorobku kulturowego. W ksi¹¿ce Cier-
niaka i Bienia czytamy: my w³aœciwie w obecnej Polsce
[. . .] nie mamy teatru ludowego w istotnym tego s³owa
znaczeniu. Trzeba go zatem dopiero tworzyæ. A któ¿
go ma stworzyæ, je¿eli w³aœnie nie masy ludowe, skoro
142
to ma byæ ich teatr [. . .]. uwa¿amy, ¿e 1) teatr ludowy
bêdzie o tyle ludowym, o ile jak najwiêcej bêdzie w nim
samorodnej twórczoœci samego ludu [. . .] 2) organizacje
winny wspomagaæ, wyzwalaæ uzdolnienia artystyczne
w masach, a nie musztrowaæ, nie tresowaæ ich w bez-
myœlnym naœladownictwie.
Teatr ludowy to nie tylko teatr wiejski czy ch³opski,
aczkolwiek wieœ i ch³opstwo ze wzglêdów demograficznych
stanowi³y wówczas g³ówny punkt odniesienia. Bieñ i Cier-
niak pisali: Nasz teatr jest przede wszystkim teatrem
[. . .] gromad ludzkich, a gromady te mog¹ byæ rozmaite,
jak np. mieszkañcy wsi lub miasteczka, cz³onkowie
jakiegoœ stowarzyszenia, m³odzie¿ w szkole, ¿o³nierze
w oddziale wojskowym, robotnicy w fabryce itd. Ka¿da
taka gromada ¿yje w skupieniu, jakby szersza rodzina,
wszyscy siê znaj¹ wzajemnie, a teatralne przedstawienia
urz¹dzaj¹ rzadko, od œwiêta, sami dla siebie. I w³aœnie
dlatego ten teatr ma dla danej spo³ecznoœci osobliwy
urok, jest przecie wyrazem jej uczuæ, myœli i marzeñ,
daje ca³ej zbiorowoœci chwile zespo³owych prze¿yæ
i doznañ estetycznych.
Teatr ludowy to zatem teatr oddolny, bêd¹cy efek-
tem pasji cz³onków spo³ecznoœci, zroœniêty z ¿yciem
i kultur¹ danej zbiorowoœci. [. . .] zasad¹ organizacji
winna byæ jak najwiêksza jej prostota i przystosowanie
do warunków miejscowych, zasadniczo bezinteresowny –
spo³eczny – stosunek [. . .] do tej pracy, oparcie wzajemnych
stosunków cz³onków na zasadach demokratycznych –
pisali autorzy „Teatrów ludowych w Polsce”.
***
Byæ mo¿e dlatego, ¿e pochodzi³ z ch³opskiej rodzi-
ny, nie idealizowa³ ludu. Przekonaniu o samoistnych
wartoœciach kultury plebejskiej, ze szczególnym
uwzglêdnieniem wiejskiej, towarzyszy³a wywa¿ona
ocena faktycznych mo¿liwoœci tych warstw. Dostrzega³
wady ch³opstwa, bêd¹ce skutkiem m.in. wieków poddañstwa,
a tak¿e wci¹¿ trwaj¹cej marginalizacji. St¹d te¿ postawy
ch³opów, oprócz cech wartoœciowych, charakteryzuj¹ siê
nadmiernym, bezre‚eksyjnym konserwatyzmem, w¹skimi
horyzontami, nieumiejêtnoœci¹ odró¿nienia tandety.
Z tego wzglêdu przekonany by³, ¿e konieczny jest d³ugo-
trwa³y, mozolny wysi³ek formacyjny w kwestii repertuaru,
metod pracy teatralnej, doboru technik scenicznych itp.
Dostrzega³ potrzebê istnienia „przewodników” w dziele
zmiany negatywnych tendencji, powinny to jednak byæ
osoby „z ludu” lub potrafi¹ce z nim znaleźæ wspólny jê-
zyk i uszanowaæ tê warstwê. Dziœ nie czas na dawanie
³askawego chleba za korny uk³on i uca³owanie pañ-
skiej rêki, dziœ chcemy byæ równi [. . .] dziœ nie czas, by
narzucaæ ludowi gotowe recepty [. . .]. Ludowi polskiemu
trzeba s³u¿yæ bratersk¹ pomoc¹, by dojrza³ i sam sob¹
pokierowa³. Bo gdybyœmy masom ludowym narzucili
wszystko w gotowiźnie, nie pozwolili rozwin¹æ siê sa-
modzielnie, to byœmy zabili w nich nie tylko zdolnoœci,
ale sam¹ potrzebê w³asnej samorzutnej twórczoœci. [. . .]
praca artystyczna wœród [. . .] mas ludowych powin-
na polegaæ tylko na wytwarzaniu dla tych gromad
warunków, w których by taki czy inny, drzemi¹cy
JUBILEUSZ LECIA PRACY SPOŁECZNEJ I OŚWIATOWEJ ZAŁOŻYCIELA TEATRÓW LUDOWYCH JĘDRZEJA CIERNIAKA,
ZORGANIZOWANY PO ZAKOŃCZENIU WIDOWISKA LUDOWEGO „FRANUSIOWA DOLA” NA SCENIE TEATRU IM. JULIUSZA
SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE. FOT.: KONCERN ILUSTROWANY KURIER CODZIENNY ARCHIWUM ILUSTRACJI
143
w cz³owieku talent lub zdolnoœæ mog³y siê wyzwoliæ,
odezwaæ i uzewnêtrzniæ, ale mo¿liwie samodzielnie,
tak jak myœli, czuje i wierzy. To bêdzie twórczoœæ
jego w³asna – pisa³ w roku 1927 w programowym tekœcie
„Nasz cel i nasze drogi”.
Cierniak zreszt¹ przy ka¿dej sposobnoœci akcentowa³
potrzebê samodzielnoœci i demokratycznoœci w pracach
teatralnych. W 1926 r. w przedmowie do edycji „Wesela
krakowskiego”, pisa³: Re¿yser teatru ludowego na takich
samych prawach, co ka¿dy cz³onek zespo³u. On tylko
z woli wszystkich czuwa nad ³adem w pracy, rozpala
indywidualn¹ inicjatywê, ale liczy siê z ka¿dym g³osem,
z ka¿dym samorodnym pomys³em. Bo teatr stwarzamy
wszyscy razem.
Nie uwa¿a³ te¿, ¿e nale¿y dokonywaæ separacji
teatru ludowego i kultury wiejskiej od wp³ywów
„miastowych”. Wrêcz przeciwnie – kultura ludowa po-
winna byæ punktem wyjœcia, tyle¿ z uwagi na jej wartoœci,
ile z racji tego, ¿e stanowi istotn¹ czêœæ etosu warstw ple-
bejskich, jednak nale¿y j¹ wykorzystaæ w sposób krytyczny
oraz czerpaæ ze wsparcia innych œrodowisk. St¹d nie tylko
zwi¹zki Cierniaka z awangardow¹ „Redut¹” i zainteresowa-
nie jej eksperymentami repertuarowymi, scenograficznymi
czy dotycz¹cymi metod pracy w zespole, ale tak¿e inne
jego pomys³y. Przyk³adowo, poszukuj¹c wartoœciowego
repertuaru dla teatrów ludowych, z uznaniem wypowiada³
siê np. o komunizuj¹cym poecie, re¿yserze i dramaturgu
Witoldzie Wandurskim i dokonanej przez niego nowocze-
snej adaptacji ludowej legendy o madejowym ³o¿u. Gdy
natomiast postulowa³ odrodzenie w teatrze ludowym nurtu
religijnego, jako ¿e chrzeœcijañska wiara i obrzêdowoœæ
odgrywa³y niebagateln¹ rolê w ¿yciu polskich plebejuszy,
to jako potencjalnego twórcê scenariuszów o takiej tematyce
wskazywa³… mocno lewicuj¹cego i awangardowego Emila
Zegad³owicza. Teatr ludowy nie mia³ byæ teatrem
konserwatywnym i czo³obitnym wobec tradycji.
Mia³ jednak¿e byæ silnie zakorzeniony w ¿yciu ludu
i jego dorobku kulturalnym. Jak pisa³ prof. Stanis³aw
Pigoñ, Cierniak zerwa³ stanowczo z mniemaniem, ¿e
teatr ludowy to jest teatr amatorski, odgrywaj¹cy po
wsiach popularne sztuczki komiczne lub patriotyczne.
Nie w³¹cza³ doñ nawet sztuk pisanych po wsiach przez
samorodnych autorów-ch³opów. Wszystko to mia³ za
czcz¹ zabawkê. Jego koncepcja teatru ludowego by³a
o wiele g³êbsza. Wychodzi³ z za³o¿enia, ¿e pierwotne
¿ycie gromadzkie wsi wytworzy³o i utrwali³o pewn¹
iloœæ obrzêdów – widowisk o charakterze w³aœnie dra-
matycznym, zeœrodkowuj¹cych w sobie momenty jakichœ
donioœlejszych zespoleñ duchowych. [. . .] Remanenty
takich prastarych, w sakralny porz¹dek dramatyczny
ujêtych obrzêdów s¹ wcale czêste po wsiach, zwi¹zane
z por¹ roku (gaiki czy maje, sobótki), z czynnoœciami
gospodarskimi (¿niwne, kosiarskie, zak³adziny domo-
stwa), z biegiem ¿ycia i œmierci (pogrzeby, zaduszki).
Jednym s³owem, w³aœciwe widowisko dramatyczne dla
ch³opa – to nie zabawa, nie „kumedyje”, to obrzêd spo-
³eczny o charakterze sakralnym [. . .] za g³ówne zadanie
teatru ludowego uzna³ [. . .] przywrócenie widowiskom
obrzêdowym ich charakteru i dostojeñstwa i uczynienie
ich ogniskiem ¿ycia artystycznego [. . .].
D
O
M

L
U
D
O
W
Y

W

Z
A
B
O
R
O
W
I
E
,

S
T
A
N

O
B
E
C
N
Y
.

P
O

P
R
A
W
E
J

S
T
R
O
N
I
E

D
R
Z
W
I

W
E
J
Ś
C
I
O
W
Y
C
H

W
I
D
O
C
Z
N
E

P
O
P
I
E
R
S
I
E

J
Ę
D
R
Z
E
J
A

C
I
E
R
N
I
A
K
A
.

Z
A
:

W
W
W
.
S
Z
C
Z
U
R
O
W
A
.
P
L
144
Oprócz wymienionych „sk³adników” postulowanego
teatru ludowego, Cierniak interesowa³ siê pomniejszymi
elementami kultury plebejskiej, jak pieœni, które zazwyczaj
opowiadaj¹ fabu³ê z w¹tkiem dramatycznym, a tak¿e po-
dania, legendy, rozmaite „gadki”. Podkreœla³ w tej kwestii
wagê regionalnego zró¿nicowania kultury ludowej i wyni-
kaj¹ce st¹d dodatkowe mo¿liwoœci w kwestii urozmaicenia
repertuaru.
Chodzi³o mu jednak o twórcze inspiracje, nie zaœ
o naœladownictwo przesz³oœci. W 1934 r. pisa³, i¿ Folklor
ma byæ z jednej strony materia³em na ów teatr o cha-
rakterze odœwiêtnym (i nie mo¿e byæ nadu¿ywany!);
ale z drugiej strony ma tak¿e staæ siê jakby punktem
wyjœcia dla przysz³ych autorów i inscenizatorów [. . .].
Dlatego repertuar teatru ludowego planowa³ wzbogaciæ
o ca³kiem nowe formy, jak np. inscenizacje z okazji „Œwiêta
Wolnoœci”, czyli w rocznice „cudu nad Wis³¹” czy o te
elementy dorobku kultury wysokiej i narodowej, które
wspó³graj¹ z „duchem” ludu. W jego œrodowisku siêgano
tak¿e po nowatorskie, czy wrêcz tzw. kontrowersyjne
formy wyrazu – jednym z ciekawszych eksperymentów
by³a inscenizacja II czêœci „Dziadów”, zorganizowana na
Wo³yniu w scenerii prawdziwego cmentarza, dokonana
z aprobat¹ Cierniaka przez pozostaj¹cego pod jego du¿ym
wp³ywem Stanis³awa I³owskiego.
***
Rok 1927 przyniós³ wydarzenie, które umo¿liwi³o
Cierniakowi promowanie swoich wizji na skalê znacznie
wiêksz¹ ni¿ dotychczas. Zaproponowano mu w Mini-
sterstwie Wyznañ Religijnych i Oœwiecenia Publicznego
posadê wizytatora ds. oœwiaty doros³ych, uniwersytetów
ludowych i teatru ludowego. Choæ praca ta wi¹za³a siê
z pensj¹ znacznie mniejsz¹ ni¿ wicedyrektora prywatnego
gimnazjum, przyj¹³ propozycjê.
Piastuj¹c stanowisko, wiele przebywa³ w terenie, wi-
zytuj¹c placówki zwi¹zane z amatorskimi inicjatywami
teatralnymi. Cierniak oprócz zaanga¿owania ideowego
dysponowa³ te¿ innym atutem. Wszyscy wspominaj¹ go jako
cz³owieka ³atwo zjednuj¹cego sobie sympatiê, podbijaj¹cego
szczególnie serca m³odzie¿y pasj¹, ale tak¿e sposobem bycia
oraz wra¿liwoœci¹ na rozmaite problemy i zaanga¿owaniem
w ich rozwi¹zywanie. Niezliczone wyjazdy, podczas których
propagowa³ swoje wizje w sposób daleki od standardu – do
legendy przesz³y jego gawêdy przeplatane gr¹ na gêœlikach,
czyli miniaturowych skrzypcach – przysparza³y mu zwo-
lenników, zaszczepia³y idee, przekonywa³y m³odzie¿ i jej
opiekunów do zerwania z teatraln¹ sztamp¹, do siêgniêcia
po nowy repertuar i metody pracy.
Wiosn¹ 1929 r. utworzono w Warszawie Instytut
Teatrów Ludowych. Prezesem Instytutu wybrano jego
pomys³odawcê, czyli Cierniaka, a zastêpc¹ zosta³ Schiller.
Organizacja ta mia³a w sposób systematyczny i ca³oœcio-
wy propagowaæ oraz wcielaæ w ¿ycie Cierniakow¹ ideê
teatru ludowego. W 1931 r. jego twórca pisa³: Instytut
[. . .] chcia³by wypracowaæ wzorowy w treœci i formach
teatr naprawdê ludowy, teatr samoistny, niezale¿ny od
zawodowego, o ile mo¿noœci w typie oryginalny, nasz
rdzennie polski. W ramach Instytutu prowadzono prace
badawcze (dokumentowano „teatralne” aspekty kultury
ludowej), archiwizacyjne (zbiór publikacji o teatrze ama-
torskim oraz rekwizytów), wydawnicze (przejêto edycjê
„Teatru Ludowego”, opublikowano kilka ksi¹¿kowych
edycji dramatów scenicznych, m.in. „Pastora³kê” Schillera
i „Powsinogi beskidzkie” Zegad³owicza), a przede wszyst-
kim formacyjne. Mimo i¿ Instytut dysponowa³ niezwykle
skromnymi œrodkami – zazwyczaj pozwalaj¹cymi op³aciæ
jeden sta³y etat; Cierniak pracowa³ ca³kowicie spo³ecznie –
zasiêg jego dzia³alnoœci by³ znaczny.
Jedn¹ z g³ównych form aktywnoœci by³y kursy i kon-
ferencje szkoleniowe. Pomniejszych spotkañ tego rodzaju
odbywa³o siê nawet kilkadziesi¹t w roku, zaœ corocznie
urz¹dzano jedn¹ d³u¿sz¹ konferencjê programow¹, gdzie
oprócz formu³owania koncepcji i wymiany myœli, wspólnie
opracowywano jedno „wzorcowe” przedstawienie, które
nastêpnie liderzy ruchu propagowali w swoich regionach,
tak¿e w postaci swoistych wariacji na temat.
W krêgu bezpoœredniego oddzia³ywania Zwi¹zku Teatrów
Ludowych oraz Instytutu Teatrów Ludowych znajdowa³o
siê w latach 30. od 1000 do 1400 zespo³ów doœæ œciœle
wspó³pracuj¹cych oraz ponad drugie tyle o luźniejszych
wiêzach z tym œrodowiskiem.
***
Cytowany ju¿ Pigoñ napisa³ o Cierniaku, ¿e by³ on jed-
nym z najpiêkniejszych przyk³adów inteligenta, który
siê nie da³ wykorzeniæ z gruntu rodzinnego. Choæ
od lat mieszka³ w Warszawie, nigdy nie zapomnia³
o maleñkim Zaborowie. W nawale pracy zawodowej
i spo³ecznikowskiej, znajdowa³ czas na ró¿norakie
formy wspierania spo³ecznoœci lokalnej.
To dziêki jego wieloletnim zabiegom sfinalizowano
w niedu¿ej wiosce budowê okaza³ego Domu Ludowego,
w którym siedzibê znalaz³y wszelkie miejscowe inicjaty-
wy spo³eczne. Spor¹ czêœæ œrodków na ten cel wyjedna³
u emigrantów, którzy za chlebem wyjechali do Stanów
Zjednoczonych. By³ jednym z g³ównych fundatorów ksiê-
gozbioru zaborowskiej biblioteki, a tak¿e pomys³odawc¹
badañ socjologicznych lokalnej zbiorowoœci, realizowa-
nych przez Instytut Gospodarstwa Spo³ecznego. W 1936 r.
ukoñczy³ i wyda³ w znacznej mierze w³asnym sumptem
ksi¹¿kê „Wieœ Zaborów i zaborowski Dom Ludowy” – by³a
to pierwsza, a przy tym fachowa monografia rodzinnych
stron autora.
Wynika³o to nie tylko z przywi¹zania do „ojcowizny”,
lecz tak¿e ze swoistej filozofii ¿yciowej Cierniaka. Jak pisa³
po latach Franciszek Mleczko, lubi³ podkreœlaæ potrzebê
dwóch krzy¿uj¹cych siê spojrzeñ na ojczysty kraj.
Jedno – to spojrzenie ze stanowiska stolicy, drugie –
spojrzenie ze stanowiska prowincji dalekiej od stolicy.
145
Prawdê wed³ug niego zdobywa siê dopiero w punkcie
przeciêcia tych dwóch spojrzeñ.
***
Jêdrzej Cierniak zas³u¿y³ siê dla popularyzacji teatru
ludowego (oprócz „TL”, okresowo redagowa³ tak¿e „Teatr
w Szkole” i „Pracê Oœwiatow¹”), dla nadania mu form orga-
nizacyjnych i polepszenia jakoœci repertuaru. By³ równie¿
autorem kilku dobrze ocenionych przez krytykê utworów
dramatycznych dla teatrów ludowych – „Franusiowa dola”,
„W s³onecznym krêgu”, „Wesele krakowskie”. Jednak na
pamiêæ zas³uguje przede wszystkim jako twórca nowator-
skiej koncepcji teatru, daleko wykraczaj¹cej poza sztukê
czy nawet dzia³alnoœæ kulturaln¹.
Jak pisa³ Zawieyski, który po latach nazwa³ wizjê
Cierniaka „wiejskim teatrem monumentalnym”, widzia³
[. . .] teatr inaczej, ni¿ go dot¹d widziano. Nie jako budê
z pude³kow¹ scen¹, lecz raczej jako przestrzeñ sceniczn¹,
któr¹ mo¿e byæ na wsi polana, uroczysko leœne, fragment
architektury. Marzy³a mu siê ta nowa, wiejska scena
na podobieñstwo sceny antycznej greckiej [. . .]. Pieœñ
zespo³owa – mówi³ nieraz – lub zespo³owa recytacja
w widowisku wiejskim, wpleciona do akcji, mo¿e byæ
czymœ jak chór w tragedii Sofoklesa. [. . .] Mia³ to byæ te-
atr prawdziwie ogromny, wielkie œwiêto dla wszystkich
ludzi ze wsi, którzy uczestnicz¹ w widowisku nie jako
bierni widzowie, lecz wspó³dzia³aj¹cy aktorzy. Nade
wszystko chodzi³o Cierniakowi o zbiorowe, gromadzkie
prze¿ycie artystyczne, silne, podnosz¹ce i buduj¹ce. Teatr
wedle Cierniaka mia³ byæ „uroczysty” w sensie budzenia
wznios³ych uczuæ, kreowania atmosfery œwiêta, poczucia
uczestnictwa w czymœ istotnym, niecodziennym. W ten
sposób mia³ nie tylko oddzia³ywaæ na indywidualne zmy-
s³y, lecz tak¿e stanowiæ zbiorowe prze¿ycie, cementuj¹ce
wspólnotê, nadaj¹ce jej swoist¹ moc.
Tak rozumiany teatr by³ z jednej strony silnie zanurzony
w przesz³oœci – nie w „folklorze” i „zwyczajach”, lecz w naj-
g³êbszych, wrêcz uniwersalnych aspektach kultury ludu,
jakimi s¹ wiejskie „œwiêta”, czy to o charakterze religijnym,
czy œwieckim, zwi¹zane z rytmem przyrody, prac¹ na roli
i innymi wa¿kimi wydarzeniami w ¿yciu wspólnoty. Z drugiej
zaœ strony by³ to teatr na wskroœ nowoczesny. Wielkie
widowiska, z masowym udzia³em widzów-aktorów,
oznacza³y nie tylko odrzucenie naœladownictwa
schematycznych ram teatru zawodowego. Przede
wszystkim wyra¿a³y idee emancypacyjne i demo-
kratyczne – lud przestawa³ byæ biernym odbiorc¹,
a stawa³ siê równouprawnionym wspó³twórc¹. Pre-
zentuj¹c sw¹ wizjê, stwierdza³ Cierniak w roku 1930: To
ju¿ nie bêdzie teatr dla ludu, ograniczaj¹cego siê do
biernego odbierania wra¿eñ, ale teatr ludu, odprawiany
zbiorowym wysi³kiem wszystkich danego widowiska
uczestników.
Masy ludowe w teatrze Cierniaka wchodzi³y na scenê
nie tylko dos³ownie, lecz tak¿e w wymiarze symbolicznym,
wkracza³y w ¿ycie publiczne, zrzucaj¹c jarzmo wielowieko-
wej pañszczyzny i późniejszego traktowania jako obywateli
drugiej kategorii. Tak pomyœlany teatr nadawa³ ludowi
poczucie si³y i w³asnej wartoœci. Folklor nie mia³ tu nic
wspólnego z sentymentalnym wzdychaniem za „sta-
rymi dobrymi czasami”, z kurczowym trzymaniem
siê tradycji, lecz s³u¿y³ jako budulec to¿samoœci mas
ludowych. Nawet jeœli nie by³ doskona³y – i nale-
¿a³o go rozwijaæ, ulepszaæ, co Cierniak podkreœla³
wielokrotnie – to by³ w³asny, pozwala³ ch³opom
czuæ siê samodzielnymi twórcami, nie zaœ zaledwie
konsumentami tego, co przygotowa³y dla nich stare
elity spo³eczno-kulturalne.
Redaktor „Teatru Ludowego” uwa¿a³, ¿e nowy reper-
tuar i sposoby uczestnictwa w widowiskach s¹ zarazem
odpowiedzi¹ na zachodz¹ce tendencje spo³eczne, jak
i przyspieszaj¹ ich rozwój. W programowym tekœcie
„O treœæ teatru ch³opskiego” pisa³ w 1937 r., ¿e nowoœci
w teatrze ludowym pozostaj¹ w œcis³ym zwi¹zku [. . .]
z ogóln¹ atmosfer¹ [. . .] w Polsce, w której [. . .] musia³
siê obudziæ w najszerszych warstwach, a wiêc i na wsi,
pêd do œwiat³a, do nauki, w ogóle do kultury. [. . .] ¿ycie
na wsi i jej szybki rozwój organizacyjno-spo³eczny przy-
nios³y nowe treœci, nowe niepokoje, kon‚ikty, marzenia
i têsknoty, które domagaj¹ siê w³aœciwej wypowiedzi
w teatrze. Wieœ siê budzi do nowego ¿ycia, prê¿y siê,
z uporem idzie ku nowej historii i w³aœnie chcia³aby
siê zobaczyæ na scenie w tej nowej, tworz¹cej swoje
ch³opskie i ogólnonarodowe jutro, postawie. Chcia³aby
zobaczyæ to, co ju¿ wyra¿aæ zaczyna w wierszu, w pi-
smach m³odzie¿y, w dyskusjach i zjazdach, [. . .] w uni-
wersytetach ludowych, na zebraniach kó³ m³odzie¿y
wiejskiej, spó³dzielni, kó³ Stronnictwa Ludowego. W tym
samym roku na ³amach „Pracy Oœwiatowej” stwierdza³:
[. . .] têsknimy przecie¿ – jak zawsze – ku nowej, lepszej
przysz³oœci, st¹d tyle marzeñ o wielkich przemianach.
[. . .] Dzisiejsze czasy, zw³aszcza w ¿yciu wsi polskiej, s¹
czasami naprawdê epokowymi, bo w³aœnie teraz roz-
pocz¹³ siê ów historyczny pochód ch³opa ku pañstwu
i jego sprawom, ku dojrzewaniu do podjêcia pe³nej
odpowiedzialnoœci za losy tego pañstwa [. . .].
***
W dorobku Cierniaka oprócz szeroko pojêtego „arty-
zmu”, wyraźnie widzimy – jak ujê³a to Kazimiera Zawi-
stowicz-Adamska: drugi nurt – to „sprawa ch³opska”, to
ideologiczna walka o pozycjê ch³opa, o wydźwigniêcie
go z upoœledzenia gospodarczego i kulturalnego, o za-
pewnienie pe³noprawnego uczestnictwa w kulturze
narodowej. Zawieyski zaœ dodaje, ¿e nale¿a³ ca³ym sercem
do radykalnego ruchu ch³opskiego i by³ w ostatnich
latach przed wojn¹ cz³onkiem opozycyjnego Stronnic-
twa Ludowego. Pragn¹³ tego, czego pragnêli wówczas
wszyscy radykalni dzia³acze polityczni i ch³opskie
partie [. . .].
146
Sympatie ideowe i organizacyjne Cierniaka nie pozo-
stawiaj¹ w¹tpliwoœci, ¿e o lata œwietlne odleg³y by³ od
kultury ludowej w pojêciu „skansenu” czy kurczowego
trzymania siê „tradycji”. Dodajmy, ¿e tego rodzaju jawne
afiliacje stanowi³y dowód znacznej odwagi cywilnej, wszak
Cierniak pozostawa³ urzêdnikiem pañstwowym na etacie
w sanacyjnym ministerstwie. Tylko szacunek dla jego au-
torytetu i uznanie dla wielkiej pracy spo³ecznej sprawi³y,
¿e redaktor „Teatru Ludowego” nie popad³ w nie³askê
w obozie rz¹dz¹cym. A Cierniak, choæ dobroduszny
i serdeczny, nie cofa³ siê przed ostr¹ krytyk¹ ówczesnej
rzeczywistoœci. We wspomnieniach uczestnika Ogólno-
polskiej Konferencji Teatralnej w Katowicach w maju
1934 r. zachowa³ siê taki incydent: [. . .] przedstawiciel
Komendy G³ównej Zwi¹zku Strzeleckiego zaatakowa³
dzia³alnoœæ Instytutu Teatrów Ludowych [. . .], ¿e „nie
uwzglêdniaj¹ w repertuarze teatru ludowego dzisiejszej
rzeczywistoœci”. Na to porwa³ siê Cierniak [. . .]: „Owszem,
mo¿emy uwzglêdniæ wasz¹ propozycjê i inscenizowaæ
[. . .] dzisiejsz¹ rzeczywistoœæ, ale mam w¹tpliwoœci, czy
nam w³adze pozwol¹ inscenizowaæ sprawê Brzeœcia
i Berezy Kartuskiej”.
Nie nale¿y jednak wi¹zaæ tego z polityk¹ pojmowan¹
jako walka o interesy partyjne. On sam okreœla³ siê
mianem „ludowca”, jednak odcina³ od zbyt silnych
identyfikacji partyjnych; sojuszników potrafi³ do-
strzec w œrodowiskach nierzadko odleg³ych od
swego „zaplecza”. Bywa³em z nim na uroczystoœciach
otwarcia domów ludowych i œwietlic. [. . .] Cieszy³ siê
z ka¿dej œwietlicy – Wiciowej [radykalna m³odzie¿ ludowa],
TUR-owej [PPS] czy Siewowej [sanacja] lub Katolickiego
Stowarzyszenia M³odzie¿y [bliskie endecji]. [. . .] zawsze
podkreœla³ te momenty w dzia³aniu, które wieœ ³¹cz¹,
scalaj¹ jej wysi³ki w kierunku pozytywnych przeobra-
¿eñ – wspomina³ Marian Trendota.
M³odzi radyka³owie z ruchu ludowego zarzucali mu
czasem pozostawanie „na s³u¿bie” obozu w³adzy. Ale
Cierniak te¿ by³ radyka³em, tyle ¿e na g³êbszym poziomie.
Przemawiaj¹c w 1936 r. na konferencji zorganizowanej
przez Prezydium Rady Ministrów, mówi³ do sanacyjnych
urzêdników: Nie cofajmy siê, gdy zajdzie wy¿sza po-
trzeba, przed poœwiêceniem [. . .] nie tylko interesów
grupowych, ale tak¿e dziœ obowi¹zuj¹cych zarz¹dzeñ
ustrojowych, je¿eli wejdzie w grê Salus Republicae
[Dobro Rzeczypospolitej].
***
Po niemieckiej napaœci na Polskê, pozbawiony pracy,
znalaz³ siê w bardzo trudnej sytuacji materialnej – mia³
na utrzymaniu ¿onê i córki. Gdy uda³o mu siê otrzymaæ
posadê nauczyciela w szkole na warszawskim Targówku,
zacz¹³ tê pracê od pomocy dla najbiedniejszych uczniów.
W liœcie do Pigonia pisa³: [. . .] ju¿ temu zaradzi³em zorga-
nizowawszy wewn¹trz klasy samopomoc œniadaniow¹:
dzieci zamo¿niejsze przynosz¹ po kromce chleba dla
niezamo¿nych i dzielimy siê tym tak, ¿e przynajmniej
te dzieci, co nie jedz¹ w domu, zawsze w szkole na
pauzie coœ przetr¹c¹ [. . .]. Zbieram po znajomych i innych
szko³ach rzeczy ubraniowe, bieliznê, obuwie, przybory
szkolne, ksi¹¿ki i obdzielam tych biedaków.
W³¹czy³ siê te¿ w dzia³alnoœæ konspiracyjn¹ w Stron-
nictwie Ludowym „Roch”, wkrótce zosta³ cz³onkiem
Komisji Oœwiaty tego¿ ugrupowania. W 1940 r. utworzy³
podziemny Ludowy Instytut Oœwiaty i Kultury, pe³ni³ rolê
jego lidera. Bra³ czynny udzia³ w redagowaniu i kolporta¿u
prasy podziemnej. Prawdopodobnie zadenuncjowany za tê
dzia³alnoœæ, zosta³ aresztowany przez Gestapo 22 kwietnia
1941 r. i osadzony na Pawiaku. Ciê¿ko chory, spêdzi³ kilka
miesiêcy w wiêziennym szpitalu.
2 marca 1942 r., w odwecie za zastrzelenie kilku gesta-
powców przez ruch oporu, hitlerowcy w zbiorowej egzekucji
w nieznanym do dziœ miejscu rozstrzelali 100 wiêźniów
Pawiaka, miêdzy nimi Jêdrzeja Cierniaka. Jego symbo-
liczny grób znajduje siê w Palmirach. Tu¿ po zakoñczeniu
wojny, znany pisarz ch³opski, Jan Wiktor, napisa³: Zgin¹³
w bezimiennym dole, a móg³by byæ jutro dum¹ Polski,
najpracowitszym cieœl¹ przy wznoszeniu zrêbu dla
przysz³ych pokoleñ.
Remigiusz Okraska
Bibliografię do tekstu zamieszczamy z braku miejsca tylko w je-
go wersji elektronicznej na stronie internetowej „Obywatela”.
Antykwa Pó³tawskiego
Dzia³y „Nasze tradycje” oraz „Z Polski rodem” zosta³y
z³o¿one Antykw¹ Pó³tawskiego – czcionk¹ zaprojekto-
wan¹ w latach 1923-1928 przez polskiego grafika i typo-
grafa Adama Pó³tawskiego. Jest to pierwszy polski krój
pisma zaprojektowany od podstaw. Antykwa Pó³taw-
skiego bywa nazywana „polskim krojem narodowym”.
Wiêcej informacji o tradycjach polskiej typografii oraz
elektroniczne wersje czcionki mo¿na znaleźæ na stronie
internetowej: http://nowacki.strefa.pl/
147
Kołodko przyznaje, że monetaryzm związany z neolibe-
ralną ideologią poradził sobie z inflacją, ale to właściwie
jedyne osiągnięcie. Z polskiej perspektywy trudno nawet
tę zaletę dostrzec, ponieważ neoliberalni politycy najpierw
spowodowali hiperinflację.
To, co wiedzą miliony ludzi na świecie, dotarło do świa-
towych uczonych. Do polskich jeszcze nie. U nas nie toczy
się na ten temat żadna debata publiczna. Politycy chwalą się
wzrostem PKB. Ekonomiści uczą, jak na kryzysie zarobić.
Jedynie Konwersatorium „O lepszą Polskę”, koordynowane
przez dr. hab. Pawła Sorokę, miało odwagę powiedzieć, że
kryzys gospodarczy rozwija się w sposób pełzający; ma on cha-
rakter strukturalny oraz systemowy i potrwa co najmniej kilka
lat. […] ostateczne przezwyciężenie kryzysu będzie wymagało
zastosowania odmiennych i nowych sposobów, instrumentów
i narzędzi. Głos „niszowego” gremium nie ma jednak szans
przedostać się do opinii publicznej. W mediach i w prakty-
ce partii rządzącej nadal jedyną receptą na wzrost PKB jest
prywatyzacja, komercjalizacja, deregulacja, cięcia budżeto-
we oraz większy wysiłek w pracy za mniejsze pieniądze. Te
dobre rady ćwiczymy od lat z marnym skutkiem.
Polacy nietypowo reagują na kryzys, ponieważ kryzys
mamy permanentny: od powstania „Solidarności” w 
r., poprzez stan wojenny, szokową transformację, aż do dzi-
siaj, z krótkimi przerwami na rządy SLD i PiS-u. Klienci
nie zaciskają pasa, bo albo dziurek już brak, albo po szo-
kowych doświadczeniach obawiają się najgorszego, czy-
li utraty wszystkich oszczędności. Mieliśmy szczęście, że
PO nie udało się wprowadzić Polski do strefy euro. Łotwa,
która związała swojego łata z euro sztywnym kursem, tak
jak niegdyś Argentyna peso z dolarem, pogrąża się w cha-
osie. Słowacy w południowej Polsce wykupują nawet ziem-
niaki. Osłabienie złotego okazało się korzystne dla polskiej
gospodarki.
Wzrost zainteresowania ekonomią jest dobrą stroną
kryzysu. Dotychczas ekonomię przedstawiano z jednej stro-
ny jako naukę prawie już zbędną, ponieważ niewidzialna
ręka rynku sama wie najlepiej, jak kierować gospodarką
i finansami. Z drugiej zaś – jako skomplikowaną wiedzę,
zastrzeżoną dla profesjonalnych ekonomistów. Okazało się,
że ani niewidzialna ręka, ani ekonomiści nie wiedzą, jak po-
radzić sobie z tym kryzysem. Ogromne pieniądze wpom-
powane przez rządy zapobiegły załamaniu się systemu
finansowego, ale go nie uzdrowiły. Pieniądze, którymi
zasilono banki i wielkie korporacje przemysłu moto-
ryzacyjnego, pochodzą z budżetów, czyli są to nasze
pieniądze, podatników. Warto przypomnieć tę mantrę,
dotychczas powtarzaną przy każdej propozycji dofi-
nansowania transportu publicznego, edukacji, nauki,
służby zdrowia czy lokalnego przemysłu.
Zasady ideologii neoliberalnej, powtarzane nieustan-
nie, wbijano nam do głów jako twarde prawa ekonomii.
Przykładem może być podatek liniowy, rzekomo sprzy-
jający rozwojowi gospodarczemu. Przedstawiano go jako
korzystny dla wszystkich, chociaż jest oczywiste, że cho-
dzi o zlikwidowanie progresji podatkowej dla ludzi o naj-
wyższych dochodach. Większość o niższych dochodach
nie protestuje, pod presją oskarżenia o przywiązanie do
Pełza[ący
kryzys
w wędru[ącym śwlecle
|otnnt Dubt-Cwìtzbt
Światowy kryzys gospodarczy nie jest cyklicznym pogorszeniem koniunktury, ani naturalną
korektą notowań giełdowych. W systemie tkwi jakiś błąd zasadniczy. Grzegorz Kołodko
w książce „Wędrujący świat” ogłosił pogrzeb neoliberalizmu, ponieważ na światowych
forach ekonomicznych dostrzeżono, że ślepe trzymanie się tej doktryny wywołało więcej
problemów niż rozwiązało.
RE
CEN
ZJA
148
komunistycznej „urawniłowki”. Tymczasem w książce
„Wędrujący świat” możemy znaleźć dane statystyczne po-
twierdzające tezę, że to nadmierne rozwarstwienie hamuje
rozwój.
Miarą rozkładu dochodów jest tzw. współczynnik Gi-
niego. Definicja tego wskaźnika jest dosyć skomplikowana,
ale sens bardzo prosty. Przy równych dochodach wszyst-
kich obywateli, współczynnik Giniego wynosi zero, jeśli
jeden człowiek zgarnie dochody z całego państwa – jeden.
Dziesiątka najbardziej egalitarnych państw świata to Azer-
bejdżan ze wskaźnikiem Giniego o,1,, Dania, Japonia,
Szwecja, Czechy, Norwegia, Słowacja, Uzbekistan, Fin-
landia i Ukraina – o,:¡;-o,:81 i zaraz za nimi Niemcy –
o,:8¡. Natomiast rekordziści w nierównomiernym podziale
dochodów to Namibia – o,;¡¡, Lesotho, Botswana, Sierra
Leone, Republika Środkowoafrykańska, Swaziland, Boli-
wia, Haiti, Kolumbia, i Paragwaj – o,o¡:-o,¡;8. Większość
obywateli w tych państwach żyje w skrajnej nędzy, choć
niektóre są bogate w zasoby naturalne i mają całkiem przy-
zwoity PKB. Jednak żadnego nie można zaliczyć do państw
o rozwiniętej gospodarce rynkowej. Ciekawy jest rozkład
wskaźnika Giniego w najważniejszych gospodarkach świa-
ta: Indie – o,¡:¡, Francja i Kanada – o,¡:;, Włochy i Wiel-
ka Brytania – o,¡o, Rosja – o,¡,,, USA – o,¡o8, Chiny –
o,¡¡;, Brazylia – o,¡o;.
Nie dziwi znaczne rozwarstwienie w Rosji, zbliżone
do USA, ponieważ oligarchów rosyjskich znamy nawet
z nazwiska. Zastanawiający jest wysoki wskaźnik Ginie-
go w Chinach, najwyższy wśród krajów wychodzących
z systemu komunistycznego, a w tym przypadku – także
z powszechnej biedy. Rzuca to cień na sukces gospodarczy
Chin, którym Kołodko się zachwyca. Chińską drogę od
gospodarki komunistycznej do rynkowej przedstawia jako
modelową, niemal idealną. Ciekawa jestem, czy Kołod-
ko rzeczywiście widział Chiny. Aby zobaczyć Chiny, trze-
ba uwolnić się od opiekunów i przewodników i zapuścić
w dzielnice niedostępne cudzoziemcom. Podobnie jak nie-
gdyś w ZSRR, nie jest to łatwe. Na wycieczce musieliśmy
użyć podstępu, aby urwać się na kilka godzin od grupy, a to,
co zobaczyliśmy, jest trudne do opisania, ponieważ taka nę-
dza i warunki życia są w Polsce niewyobrażalne.
Książkę „Wędrujący świat” warto przeczytać. Jest cie-
kawa, inspirująca, zawiera mnóstwo informacji i stanowi
doskonałą odtrutkę na ideologiczne podejście do proble-
mów gospodarczych, w którym byliśmy tresowani naj-
pierw w systemie komunistycznym, potem w neoliberal-
nym. Wśród wielu interesujących rozważań godne uwagi
są próby sformułowania celu działalności gospodarczej.
Tym celem nie jest wzrost PKB, lecz rozwój społeczno-
gospodarczy. Jest to oczywiste, ale taka zmiana celu to
niemal rewolucja polityczna i mentalna. Uwzględnia-
jąc wyłącznie wzrost PKB, martwimy się, że Europa
jest o  lat opóźniona w stosunku do USA. Nie jest to
prawdą. Wzrost efektywności gospodarowania i wydaj-
ności pracy po obu stronach Atlantyku był zbliżony, ale
Amerykanie wybrali wzrost dochodów, zaś Europejczy-
cy – skrócenie czasu pracy. Od 1,;o r. według OECD
średni roczny czas pracy na jednego zatrudnionego zmniej-
szył się w USA o ¡,¡¾, w Niemczech i Francji o ok. :o¾,
we Włoszech o 1¡¾, zaś w Wielkiej Brytanii, uchodzącej
za wzór neoliberalizmu, o 1¡,¡¾.
PKB może błędnie informować o stanie gospodarki,
a do oceny poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego jest
przydatny tylko częściowo. Dlatego poszukuje się innych
miar rozwoju. Od 1,,o r. stosowany jest wskaźnik roz-
woju społecznego, HDI (Human Development Index), na
który składają się w równych częściach: poziom docho-
dów (PKB), średnia długość życia (miara poziomu ochro-
ny zdrowia i stanu środowiska) oraz poziom wiedzy. Jeśli
celem jest wysoki wskaźnik HDI, to nakłady na ochronę
zdrowia i edukację nie są już tylko przyszłościową inwe-
stycją w kapitał ludzki, która być może za wiele lat „zwróci
się” gospodarce. Wzrost HDI poprawia poziom rozwoju tu
i teraz. Celem naszych wysiłków jest pomyślność człowieka,
nie gospodarki, na co zwracał uwagę i Jan Paweł II, i Wolne
Związki Zawodowe Wybrzeża, i wszyscy logicznie myślący,
z wyjątkiem neoliberałów.
Ciekawą miarę pomyślności zaproponował król
Bhutanu, państewka w Himalajach, odpierając zarzuty
„Financial Times”, że kraj słabo się rozwija. Tę miarę na-
zwano „szczęście krajowe brutto” (Gross National Hap-
piness). Składają się na nią sprawiedliwy i trwały rozwój
społeczno-gospodarczy, ochrona wartości kultury, dba-
łość o środowisko naturalne człowieka, dobre rządzenie
i zarządzanie gospodarką i sprawami publicznymi. Ba-
dania w  krajach wykazały, że rzeczywiście ludzie
w Bhutanie są najbardziej szczęśliwi. W tym ciekawym
rankingu wysoką pozycję zajmują kraje skandynawskie, USA
RE
CEN
ZJA
149
są na . pozycji, Chiny na ., Polska na ., Ukraina na
., a Rosja na . Jacek Kwieciński w „Gazecie Polskiej”
skomentował to tak: N. Sarkozy zalecił, aby ekonomiczni
statystycy uwzględ niali „poczucie szczęścia” w danych na temat
PKB. Odtąd każdy sukces piłkarski, ładna pogoda lub wynale-
zienie nowego gatunku sera zwiększy produkt krajowy Francji.
I zmniejszy jej dług, deficyt, a pewno i bezrobocie.
Wykładowcy wyższych uczelni i studenci zapewne
wnikliwie śledzą propozycje nowych miar poziomu rozwo-
ju. Książka Kołodki, dedykowana „Wszystkim”, jest pierw-
szą polską publikacją dla nieprofesjonalistów otwarcie kry-
tykującą neoliberalizm. Polacy wychowani w kulcie auto-
rytetów, karmieni propagandą fetyszyzującą PKB, mogą
zapoznać się z innym podejściem do gospodarki znanego
na świecie ekonomisty, nie jakichś tam oszołomów – anty-
globalistów. Jest to główna zaleta tej książki.
Jednak fakt, że autor należy do establishmentu i pod-
lega ograniczeniom związanym z tym statusem, powoduje,
że w książce jest wiele sprzeczności i wątpliwych hipotez
dotyczących kierunku rozwoju i przyszłości świata. Jego
krytyczne uwagi są bardzo ogólnikowe, nie dotykają osób
ani instytucji, chociaż dłuższy wywód poświęca rozróżnie-
niu między interesownym kłamstwem, pomyłką i ideolo-
gicznym zaślepieniem. Z tego względu książka jest mało
przydatna dla działaczy, którzy chcieliby już teraz podjąć
walkę z korporacjami i instytucjami powodującymi naj-
więcej szkód. Perspektywa stulecia, kiedy to na skutek in-
stytucjonalizacji globalizacji doczekamy się „globalizacji
z ludzką twarzą”, to cel zbyt odległy. Ponadto, jaką mamy
pewność, że rolę wiodącą w tej instytucjonalizacji odegrają
profesjonaliści, ludzie o szerokich horyzontach, wrażliwi na
problemy społeczne i nieskorumpowani?
Nie mamy podstaw wątpić, że autor do takich należy,
a mimo to był bezradny wobec niszczącej gospodarkę szo-
kowej terapii w pierwszym okresie polskiej transformacji.
Wydaje się, że był zaskoczony nagłym odejściem od spo-
łecznej gospodarki rynkowej, deklarowanej przy Okrągłym
Stole, chociaż należał do establishmentu PRL. Wygląda na
to, że bezpieka oszukała nie tylko naród, również własną
partię. Neoliberalizm został importowany z Zachodu,
ale przecież nie bez zgody ludzi, którzy w Polsce rozda-
wali polityczne karty i sprawowali realną władzę. Może
Kołodko wierzy, że była to „Solidarność”, a ludzie z obozu
władzy nie mieli głosu decydującego? Z drugiej strony, Ko-
łodko twierdzi, że „Solidarność” głosiła wówczas utopię
państwa związkowego. Byłby to argument wzmacniają-
cy pozycję neoliberałów. Nie wiemy, jak było naprawdę.
Prawdopodobnie przeciwnik, a raczej partner wyhodowa-
ny przez Kiszczaka w stanie wojennym i posadzony przy
Okrągłym Stole, głosił różne egzotyczne poglądy. Potem
Grzegorz Kołodko był wicepremierem i ministrem finan-
sów w rządach W. Pawlaka, J. Oleksego, W. Cimoszewicza
i L. Millera. Nie może i nie powinien dezawuować swojej
polityki na stanowiskach rządowych, gdyż miał wówczas
realne osiągnięcia. W rezultacie opinie autora o polskiej
transformacji, rozsiane w różnych miejscach książki, są
wzajemnie sprzeczne i trudno je poskładać w spójną całość.
Od niewygodnych problemów autor wędruje do Chin, albo
umyka do roli światowego ekonomisty, który z lotu ptaka
analizuje i ocenia procesy. Patrząc z lotu ptaka wyszliśmy
nienajgorzej, ponieważ mogły się nam przytrafić takie nie-
szczęścia, jakie dotknęły Rosję i Ukrainę.
J. E. Stiglitz w swojej książce „Globalizacja” przywołu-
je teorię i pozytywne rezultaty polityki gospodarczej polskiego
ekonomisty, czyli Grzegorza Kołodki. Prawdopodobnie ja-
kiś rodzaj poprawności politycznej powoduje, że świa-
towej sławy ekonomiści przedstawiają katastrofalne
skutki neoliberalizmu na przykładzie państw Amery-
ki Łacińskiej, np. Boliwii, nigdy Polski albo Rumunii.
Swój udział w tej poprawności ma również Kołodko.
Autor bez zastrzeżeń pozytywnie ocenia transformację
chińskiej gospodarki. Był doradcą chińskich władz i sukces
Chin jest również jego sukcesem. Nawet decyzję pacyfikacji
na placu Tiananmen w  r. ocenia jako wybór tragicz-
ny, lecz słuszny z punktu widzenia rozwoju gospodarcze-
go. Konieczne było okiełznanie demokratycznych zapędów
podważających scentralizowany model państwa i jednopartyj-
ny system. Z drugiej strony, Kołodko proponuje włączenie
demokracji do wskaźnika HDI kwantyfikującego poziom
rozwoju społeczno-gospodarczego. Pobłażliwość dla łama-
nia w Chinach praw człowieka i obywatela jest sprzeczna
z podstawową zasadą, że gospodarka powinna służyć czło-
wiekowi. Okazuje się, że czasem trzeba poświęcić ludzi dla
dobra gospodarki…
Grzegorz Kołodko zaleca instytucjonalizację globali-
zacji, aby narastający brak koordynacji nie doprowadził do
chaosu. Przyszłość widzi w integracji regionalnej, stopniowo
obejmującej cały świat, ze wspólnym pieniądzem – globalem.
Jako sposób wyjścia z neoliberalnej pułapki zaleca pohamo-
wanie chciwości świata bogatych i zatroszczenie się o los
biednych w regionach słabo rozwiniętych. Skłonić świat
do takiego zwrotu miałaby rozumna strategia, globalne in-
stytucje i światowe organizacje pozarządowe, monitorujące
punkty zapalne w skali globu. A zatem nowy wspaniały
świat byłby stopniowo budowany z dobrej woli zarządzają-
cych, ponieważ nacisk zrewoltowanych mas w skali narodowej
jest bezskuteczny, a rewolucja globalna – niemożliwa.
Hipoteza o dobrowolnym pohamowaniu chciwości jest
bardzo mało prawdopodobna. Odpowiedzialność za losy
maluczkich jest w świecie finansów i wielkich korporacji
pojęciem nieznanym. Nawet perspektywa światowej recesji
nie skłoniła banków do ułatwienia przedsiębiorcom zacią-
gania kredytów. Przeciwnie, po świadomym rozdęciu bańki
kredytów hipotecznych, uzasadnioną ostrożnością tłumaczą
się z zaostrzenia kryteriów. Banki połknęły publiczne pie-
niądze jak należną im daninę i wypłaciły wysokie premie
zarządom i radom nadzorczym – tym samym, które dopro-
wadziły je na skraj bankructwa. Gdy administracja Baracka
Obamy wprowadziła ograniczenia kominów wynagrodzeń
w instytucjach korzystających z pomocy publicznej, banki
150
zrezygnowały z pomocy lub ją zwróciły, ponieważ prezesi
ze swoich niebotycznych dochodów zrezygnować nie chcą.
Piękny przykład solidarności z biednymi, których recesja
wywołana przez kryzys finansowy wpędza w nędzę!
Może patrząc z szerszej perspektywy lub z odległej przy-
szłości, neoliberalizm jest już skompromitowany i pozostaje
nam tylko rozprawić się z jego „marną spuścizną”. Z dołu,
z naszej perspektywy, nie wygląda to tak dobrze. Neolibe-
ralizm trzyma się mocno, ignorując merytoryczne argumen-
ty. Nie wydaje się też możliwe doprowadzenie do zrówno-
ważonego rozwoju w wyobrażalnej perspektywie czasowej
bez zakwestionowania modelu tego rozwoju. Musimy coraz
więcej produkować, kupować, wyrzucać na śmietnik, znów
kupować i produkować, aby przemysł nie stracił klientów,
a pracownicy – zatrudnienia. Obecnie jedyną receptą na
pełzający kryzys jest przyspieszanie tego cyklu marno-
trawienia zasobów Ziemi i ludzkiej pracy. Przykładem
może być ratowanie gospodarki niemieckiej za pomocą
premii dla klientów, którzy oddali na złom swój samo-
chód. W nagrodę za utratę bezpieczeństwa socjalnego, za
pracę, w której tylko pracoholik może liczyć na uznanie,
dostajemy „śmieciowe żarcie”, usługi, w ramach których
musimy się sami obsłużyć, buty, które nie wytrzymują
jednego sezonu. Antyglobaliści mają rację, że ten model
rozwoju to pułapka, z której trzeba się wycofać.
Chiny, podążając autorytarną drogą, inną niż pozostałe
państwa posocjalistyczne, wykorzystały globalizację dla wła-
snego sukcesu gospodarczego. Nie jest to droga neoliberalna
w tym sensie, że państwo nie zrezygnowało ze swoich funk-
cji inspirowania i koordynowania procesów gospodarczych
na rzecz niewidzialnej ręki rynku. O kursie juana nadal de-
cyduje partia, komunistyczna już chyba tylko z nazwy. Poza
tym Chiny nie zaproponowały nic rozsądniejszego niż ma-
sowa produkcja gadżetów i towarów o niskiej trwałości, któ-
re trzeba szybko wyrzucić, aby kupić następne. Jeśli Chiny
powtórzą sukces państw rozwiniętych w powszechnej moto-
ryzacji, dojdzie do katastrofy komunikacyjnej w gigantycz-
nych chińskich miastach, a zasoby ropy wyczerpią się jeszcze
szybciej niż wynika to z obecnych prognoz. Teraz Chińczycy
jeżdżą rowerami. Nie wiemy, co zrobią, gdy będzie ich stać
na samochody. W  r. nie widzieliśmy budowy metra ani
w Pekinie, ani w Szanghaju. Chiny szeroko otworzyły się za
to na GMO. Transgeniczne odmiany roślin zajmują w Chi-
nach , mln hektarów (Marie-Monique Robin – „Świat
według Monsanto”, s. ). Chińskie transgeniczne pomidory,
nielegalnie sprowadzane do Włoch, już zrujnowały włoskich
plantatorów, a ci z kolei – rolników w Ghanie.
Kołodko przyznaje, że transformacja genetyczna nie mo-
że nie budzić obaw. Choć faktycznie transformacja genów
w naturze nie jest czymś niecodziennym, wielu uważa, że jest
to wbrew naturze albo, jak kto woli, niezgodne z prawami bo-
skimi. Z drugiej strony, takie blokujące działania są przejścio-
we, bo tego nie da się zatrzymać. To, co może być stworzone,
będzie stworzone. Kołodko sądzi, że GMO są „postępowe”
i dlatego ludzie broniąc się przed nimi, są bezsilni. Trudno
uwierzyć, że Kołodko nie czytał książki „Nasiona kłam-
stwa” J. Smitha, nie słyszał o kryminalnych praktykach
koncernu Monsanto. Równocześnie autor potępia zmu-
szanie Irakijczyków przez amerykańską administrację do
kupowania modyfikowanych nasion. Haniebnych prak-
tyk przy wprowadzaniu GMO w innych rejonach świa-
ta, patentowania nasion lokalnych odmian, Kołodko nie
wspomina. Nie jest łatwo określić poglądy autora. Jest „za,
a nawet przeciw” w tych sprawach, w których występuje
ostry konflikt interesów.
Powstrzymanie ocieplenia klimatu wydaje się Kołodce
możliwe, konieczne i postępowe. Nie proponuje ogranicze-
nia transportu na ogromne odległości, pomija rolę korpo-
racji w zanieczyszczaniu środowiska. Jakościowo odmiennie
ludzie – jednostki i społeczeństwa – podchodzić będą do kwe-
stii zatrucia środowiska, jego zaśmiecania i niszczenia. […]
Będą to traktować tak jak obecnie palenie papierosów, a prze-
cież stosunek do tej dewiacji zmienił się bardzo szybko, na
przestrzeni zaledwie paru dekad. Jest to pogląd zbyt opty-
mistyczny. Nawet narkomanii nie udało się wyeliminować
wyższą świadomością społeczeństwa.
Interesujące jest, o czym autor nie pisze. Socjalde-
mokrata nie używa słów „wyzysk” i „własność”. Korpo-
racja nie jest własnością prywatną w tradycyjnym znaczeniu.
Z definicji jest własnością zbiorową i anonimową. Poświę-
cając wiele uwagi krajom biednym, Kołodko nie wspomina
o uprawach monokulturowych, wprowadzonych przez kon-
cerny. Zlecanie badań naukowych przez korporacje ocenia
pozytywnie. Ubolewa, że w Polsce wciąż za mały jest udział
takich zleceń. O ujemnych skutkach komercjalizacji insty-
tucji naukowych, korumpowaniu naukowców, fałszowaniu
wyników – Kołodko nie pisze. Dostrzega rolę koncernów
zbrojeniowych w światowej polityce, natomiast nie doce-
nia wpływów koncernów energetycznych. Nie znajdujemy
też żadnej refleksji na temat zagrożeń, jakie zalecana przez
Kołodkę integracja regionalna może przynieść krajom pe-
ryferyjnym, takim jak Meksyk w NAFTA czy Rumunia
i Bułgaria w Unii Europejskiej.
„Wędrujący świat” wyznacza nowy trend w przedsta-
wianiu problemów rozwoju po załamaniu się ideologii neo-
liberalizmu. Jednak kompromitacja ideologii nie oznacza
utraty władzy i możliwości praktycznego działania. W Chi-
nach nadal rządzi partia komunistyczna. W Polsce na wiele
lat przed upadkiem komunizmu nawet członkowie PZPR
nie wierzyli w doktrynę marksistowską. Kołodko proponu-
je ujawnianie nadużyć. Jest to bardzo ważne, ale nie wystar-
czy, aby neoliberalizm pozbawić władzy.
Joanna Duda-Gwiazda
Grzegorz W. Kołodko, Wędrujący świat, Prószyński i S-ka, Warsza-
wa . Strona internetowa książki, na której znaleźć można
m.in. okresowo aktualizowane tabele, wykresy i mapy dotyczą-
ce dziedzin, którym jest poświęcona: www.wedrujacyswiat.pl
151
Pełna jest ona bowiem charakterystycznego dla Che-
stertona humoru, przewrotności, paradoksów, łamania
stereotypów. Zabiera nas w podróż po dziejach Anglii,
jest to jednak bardzo osobista i subiektywna historia te-
go kraju. Tytuł książki z pewnością nie zachęca do lektury
czytelnika, który dotychczas nie zetknął się z tym autorem.
Mamy dziś prawdziwy zalew „krótkich historii”, stano-
wiących najczęściej różnego rodzaju kompendia czy wręcz
bryki, przeznaczone dla żyjących w coraz większym biegu
współczesnych ćwierć- i półinteligentów. Książki Chester-
tona poza tytułem jednak nic nie łączy z tego rodzaju wy-
wodami. Co prawda nie jest zbyt obszerna, ale absolutnie
nie jest też przeznaczona dla osób, które nie mają bladego
pojęcia na temat tego, co na Wyspach Brytyjskich działo
się przez ostatnie dwa tysiące lat.
Chesterton bynajmniej nie zaprząta naszej uwagi
wydarzeniami, które urosły do rangi przełomowych
w historii Wysp. Podąża swoim szlakiem, zgłębiając i eks-
ploatując tematy, którym niemało miejsca poświęcił już
w innych książkach, walcząc z frazesem, obiegową opinią
i „najnowszymi odkryciami” nauki. Jest to swego rodzaju
spojrzenie na dzieje Anglii z lotu ptaka z perspektywy cywi-
lizacyjnej i w związku tym, żeby pracę zrozumieć i w pełni
docenić jej walory, konieczna jest choćby pobieżna znajo-
mość historii politycznej.
Interesuje Chestertona przede wszystkim to, jak two-
rzyła się kultura, mentalność angielska, jakie jest źródło
charakterystycznych dla tego kraju instytucji, kładzie na-
cisk na wydarzenia, które miały jego zdaniem kluczo-
we znaczenie dla kształtowania się tamtejszej cywiliza-
cji. Dodatkowo przez cały czas polemizuje on z różnymi
rozpowszechnionymi, modnymi, acz uproszczonymi po-
glądami, obecnymi w świadomości powszechnej i w obie-
gu naukowym. Wszystko to napisane jest nie suchym,
akademickim żargonem, lecz mistrzowskim stylem, peł-
nym ironii i dystansu, charakterystycznym dla tego zna-
komitego pisarza. Stronice książki nie są przeładowane
datami czy opisami przebiegu bitew, kampanii, wojen.
Autora interesuje bowiem coś zupełnie innego – więk-
sze znaczenie mają dla niego często półlegendarne czy
wręcz baśniowe opowieści, niż twarde fakty, bowiem to
te pierwsze, jego zdaniem, w większym stopniu kształto-
wały angielską duszę.
We wprowadzeniu Chesterton uzasadnia, dlaczego nie
będąc przecież profesjonalnym historykiem, podjął się napi-
sania takiego dzieła. Jestem przecież zwykłym członkiem sze-
rokiego ogółu – czytamy – i nie zdradzam żadnych pretensji
do jakiejś szczególnej uczoności. Odpowiadam krótko: wiedza
moja wystarczy akurat na to, by wiedzieć jedną rzecz,
że nikt nie napisał jak dotąd historii ujętej z punktu wi-
dzenia członka szerokiego ogółu. To, co zwiemy historią
popularną, powinno się raczej zwać historią antypopu-
larną. Wszystkie bowiem podręczniki historii, prawie
bez wyjątku, są albo wrogo nastawione do mas, albo je
ignorują, lub też w sposób kunsztowny dowodzą, że wi-
na leży po stronie mas.
Pisząc o zwyczajowym sposobie przedstawiania histo-
rii, o tym, czego się uczy, na co zwraca uwagę, Chesterton
słusznie zauważa, iż nie pozwala to zupełnie na zrozumie-
nie charakteru danej epoki, tego, co stanowiło jej sedno.
W efekcie, często jawią się one jako szereg wydarzeń poja-
wiających się ex abrupto, w żaden sposób nie powiązanych,
Ludowa
hlstorla Ang|ll
bn uts. ktrtt Łç1ocut
Po wielu latach doczekaliśmy się drugiego wydania książki Gilberta Keitha Chestertona
„Krótka historia Anglii” w tłumaczeniu Adama Doboszyńskiego, jednego z największych pol-
skich admiratorów talentu angielskiego pisarza i myśliciela. Wielbicielom twórczości autora
„Napoleona z Notting Hill” książki specjalnie rekomendować nie trzeba. Jeśli nawet nie czy-
tali jej wcześniej, wiedzą mniej więcej, co mogą w niej znaleźć.
RE
CEN
ZJA
152
niewiele mających ze sobą wspólnego. Nie może potem dzi-
wić, iż cały świat zaczyna być postrzegany na sposób owych
strasznych mieszczan z wiersza Tuwima, którzy idą, zapięci
szczelnie, Patrzą na prawo, patrzą na lewo. A patrząc – wi-
dzą wszystko oddzielnie. Że dom… że Stasiek… że koń… że
drzewo… Chesterton zwraca uwagę, iż mówiąc np. o Wiel-
kiej Karcie Swobód, przedstawia się ją zazwyczaj jako coś
całkowicie odosobnionego, przy czym upiorną nieledwie jej
samotność tłumaczy się faktem, że wyprzedziła ona swój czas.
Nie uczy się jednak robotnika, że całe średniowiecze zapchane
było pergaminowymi kartami. Cieśla słyszy o jednej tylko
karcie, danej baronom, i to głównie w interesie baro-
nów. Nie słyszy natomiast o żadnej z kart nadanych
cieślom, bednarzom, czy też w ogóle ludziom tego same-
go autoramentu.
Chesterton kładzie bardzo silny nacisk na wpływy
rzymskie oraz chrześcijańskie, które miały w głównej mie-
rze kształtować cywilizację angielską. Bez czynnika religij-
nego, jak pisze, nie byłoby w ogóle żadnych dziejów Anglii.
Wyliczanie angielskich królów i parlamentów, jak ma
to miejsce w wielu podręcznikach historii, bez wspo-
minania na temat rewolucji, która dokonuje się w życiu
codziennym na skutek oddziaływania czynnika reli-
gijnego, to dla niego głupota tak piramidalna, że brak
nawet dla niej stosownego porównania. W słabym przy-
bliżeniu można by ją oddać poprzez paralelę z bliższych nam
czasów, gdybyśmy zamienili miejscami religię i sekularyzm.
Wyobraźmy więc sobie, że jakiś klerykalny czy rojalistyczny
pisarz ogłasza spis arcybiskupów Paryża z lat -, za-
znaczając skrupulatnie, że jeden z nich umarł na czarną ospę,
inny ze starości, a jeszcze innemu, osobliwym przypadkiem,
ucięto głowę – lecz całkowicie przemilczając naturę, i nawet
nazwę, rewolucji francuskiej.
Prawie połowę książki poświęca swojej ukochanej
epoce – średniowieczu, o którego dobre imię walczył już
niejednokrotnie we wcześniejszych pracach, próbując
obalać narosłe stereotypy. Jeśli chodzi o ten okres, kła-
dzie nacisk na konflikt między Henrykiem II a św. Toma-
szem Beckettem, zakończony zamordowaniem tego ostat-
niego. Uznaje on, iż dla ukształtowania duszy angielskiej
sprawa ta miała o wiele większe znaczenie niż bitwa pod
Hastings. Dużym zainteresowaniem Chestertona cieszy się
również średniowieczny ustrój społeczny. Wiele pisze na
temat uwłaszczenia chłopów, czyli przemiany, za sprawą
której niewolnik przemienił się w chłopa pańszczyźniane-
go, a później w uwłaszczonego.
Przede wszystkim jednak koncentruje uwagę na
ustroju cechowym. Mamy wręcz do czynienia z apote-
ozą samorządności w tamtych czasach. Ludzie średnio-
wiecza, jak czytamy, nie tylko mieli samorząd, ale ten
samorząd był ich własnym wytworem. Oczywiście szukali
oni i uzyskiwali zatwierdzającą pieczęć państwa, w miarę jak
centralne władze monarchii narodowych rosły w siłę. Ta pie-
częć była [jednak] zatwierdzeniem faktu już istniejącego. Lu-
dzie związali się w cechy i parafie na długo, zanim przyśniły
się komukolwiek akty o samorządach. […] W nowoczesnych
państwach konstytucyjnych nie spotyka się w praktyce
instytucji nadanych sobie w ten sposób przez sam lud.
Wszystkie takie instytucje otrzymuje lud w darze od
kogoś innego. Jedna tylko rzecz ostała się dziś jeszcze
wśród nas, osłabiona wprawdzie i zagrożona, ale dzier-
żąca nadal pewną władzę, jakby jakaś zjawa średnio-
wiecza: związki zawodowe.
Oczywiście ta atencja Chestertona wobec ustroju ce-
chowego łączy się z propagowaniem przez niego ideologii
zwanej dystrybucjonizmem, który postrzegał poniekąd ja-
ko powrót do tych średniowiecznych ideałów i wzorców.
Głównym bowiem zadaniem cechów miała być naprawa
szewców, podobnie jak butów, i łatanie sukienników ich wła-
snym suknem; wzmacnianie najsłabszego punktu i szukanie
zgubionej owieczki. Jednym słowem chodziło o utrzymanie
linii małych warsztatów nieprzerwanej jak linii frontu. Cech
bronił się przed wzrostem wielkiego warsztatu.
Warto zwrócić też uwagę, że Chesterton w dużej mie-
rze pokazuje dzieje Anglii przez pryzmat konfronta-
cji trzech czynników: ludu, arystokracji i monarchii.
Nietrudno zauważyć po czyjej stronie jest jego sym-
patia. Przede wszystkim przyznaje rację ludowi, w dalszej
kolejności widać jego duży szacunek i sentyment do mo-
narchii. Najgorszą opinią autora „Krótkiej historii Anglii”
cieszy się arystokracja. Większość jej działań postrzega jako
egoistyczne, mające za zadanie jedynie doprowadzenie do
zwiększenia swoich wpływów, realizację celu partykular-
nego bez oglądania się na interesy innych warstw. W ten
sposób przedstawione zostały np. panowanie i upadek Ry-
szarda II czy powstanie Wata Tylera. W wieku XIV, jak pi-
sze Chesterton, doszło na Wyspach do rewolucji ubogich.
RE
CEN
ZJA
153
Nie potrzebuję kryć się z przekonaniem, że byłoby dla nas
wszystkich rzeczą możliwie najlepszą, gdyby się była całko-
wicie udała. Gdyby Ryszard II rzeczywiście skoczył w siodło
Wata Tylera, czy raczej gdyby parlament nie był go zrzucił
z konia, gdy się nań dostał, gdyby był potwierdził fakt no-
wej wolności chłopskiej jakimś aktem władzy królewskiej […]
nasz kraj byłby zapewne miał dzieje na tyle szczęśliwe, na ile
pozwala natura człowieka. Upadek tej rewolucji ubogich,
pozbycie się króla Ryszarda II Plantageneta, usiłujące-
go wzmocnić władzę królewską i pozostającego w per-
manentnym konflikcie z baronami – było wynikiem
kontrrewolucji bogaczy.
Dalszym jej ciągiem de facto miała być angielska refor-
macja. W tych kwestiach Chesterton również z właściwą
sobie błyskotliwością i żelazną logiką rozprawia się z naj-
bardziej wyświechtanymi poglądami na temat jej źródeł.
Rzeczą jaskrawo niesłuszną nazywa on bowiem podpiera-
nie tezy, jakoby reformacja była wyłącznie słuszną reakcją
przeciwko nadużyciom Kościoła. Od plądrowania klaszto-
rów oligarchowie przeszli wkrótce do plądrowania cechów
i tak oto dwie instytucje, które zabezpieczały ubogich i sta-
nowiły dla nich ratunek w trudnych chwilach, zostały uni-
cestwione wskutek rewolucji bogaczy.
Chesterton pokazuje, jak za sprawą tych wyda-
rzeń ginie – oczywiście zmitologizowana przez niego
do pewnego stopnia – Old Merry England, stara, we-
soła, chrześcijańska, plebejska kraina, w której ludzie
potrafili się prawdziwie cieszyć, modlić i walczyć. Być
może to właśnie stanowi tak naprawdę oś wywodu angiel-
skiego myśliciela.
Książkę zaraz po wydaniu spotkała oczywiście ostra
krytyka z wielu stron. Dziennikarz „Times Literary Sup-
plement” pisał na przykład o skrzywionym spojrzeniu na
dzieje Anglii, podkreślając, iż nie można z niej wynieść żad-
nej wiedzy na temat brytyjskiej historii, co najwyżej tylko
na temat tego, jak „pokręconą” jej wizję ma Chesterton.
Obrońcą pracy był natomiast m.in. George Bernard Shaw,
polemizujący wszak niejednokrotnie z autorem „Latającej
gospody”. Pomimo utyskiwań krytyków, książka jednak
bez wątpienia obroniła się, jak w zasadzie wszystkie dzieła –
nie waham się użyć tego słowa – genialnego Anglika.
Czekam zatem z niecierpliwością na kolejne akty tej
prawdziwej chestertoniady, którą od jakiegoś czasu urządza
Wydawnictwo „Fronda”, zwłaszcza zaś na nie wydawany
w naszym kraju od  r. „Powrót Don Kichota”.
dr hab. Rafał Łętocha
Gilbert Keith Chesterton, Krótka historia Anglii, Stowarzyszenie
Kulturalne „Fronda”, Wydawnictwo „Apostolicum”, Warszawa –
Ząbki , przekład Adam Doboszyński.
Sprzedaż wysyłkowa: www. wydawnictwo.fronda.pl
rotrcnuv
154
Spółdzielczość jest dziś w powszechnym od-
biorze PRL-owskim reliktem, jako taka nie
ma więc zbyt dobrej marki. Na ile zasłuże-
nie? Odpowiedź na to pytanie stara się przy-
nieść książka „Spółdzielnie mieszkaniowe:
pomiędzy wspólnotą obywatelską a aliena-
cją” dr. Arkadiusza Peiserta.
Już w tytule zawarte są problemy, przed którymi stoi współ-
czesna spółdzielczość mieszkaniowa. Tworzenie lokalnej
społeczności, a z drugiej strony – wyobcowanie jednostek
i samych struktur, to fundamentalny punkt odniesienia
dla autora publikacji. Peisert zaczyna od przedstawienia
teoretycznych podstaw demokracji w jej różnorodności, od
form władzy politycznej do „ludowładztwa” jako formy
samoorganizacji lokalnych społeczności. Wiąże się to bez-
pośrednio z kwestią społeczeństwa obywatelskiego (w tra-
dycji republikańskiej: wspólnota moralna, zmierzająca do
powszechnego dobra) i jego pojmowania.
Cywilizacja, którą pojmujemy często w kategoriach
ściśle technologicznych, materialnych, okazuje się mieć zda-
niem autora swoje korzenie w społeczeństwie obywatelskim.
Peisert zauważa, iż Edward Abramowski wskazywał na zaco-
fanie cywilizacyjne polskiego społeczeństwa i związane z nim
przyzwyczajenie do bierności jako główną przeszkodę w roz-
woju spółdzielczości, w demokracji spółdzielczej zaś upatry-
wał szansę na przezwyciężenie tego zacofania.
Autor książki przypomina także badania Roberta Put-
nama nad wspólnotami regionalnymi w północnych Wło-
szech, opisane w pracy „Demokracja w działaniu”. Użyte
tam kategorie „cnót obywatelskich”, „amoralnego fami-
liaryzmu”, ukazanie różnic postaw mieszkańców Południa
i Północy kraju w życiu społecznym będą później użytecz-
ne dla autora „Spółdzielni…”, podobnie jak analiza pojęć
klientelizmu (cechy charakterystycznej dla społeczności po-
chodzenia chłopskiego) czy kapitału społecznego.
Truizmem, wartym jednak nieustannego przypomina-
nia, jest to, że wspólnoty lokalne dla prawidłowego funkcjo-
nowania potrzebują historycznego zakorzenienia i ciągłości.
Pisze o tym także Peisert: demokratyczny charakter spół-
dzielni i towarzysząca jej obywatelskość członków jest
uzależniona od istnienia w społeczności spółdzielni
wartości wyniesionych z wielopokoleniowych tradycji
wspólnego działania. Jeżeli takie tradycje istnieją, ła-
twiej o demokratyczny charakter spółdzielni, jeśli brak
takich tradycji – wówczas będzie dominował w nich
egoizm członków i niesprawność władz.
Pierwsza spółdzielnia mieszkaniowa powstała w Sta-
nach Zjednoczonych w  r., zaś w  r. spółdziel-
nie typu mieszkaniowo-budowlanego skupiały już  mln
członków. W Anglii, ojczyźnie rewolucji przemysłowej, sy-
tuacja klasy robotniczej wymuszała działania legislacyjne
i reakcję ze strony warstw posiadających: Powołano wyspe-
cjalizowaną instytucję, Poor Law Commission, która miała
systematycznie badać warunki mieszkaniowe w miastach. By-
ły one bardzo złe, co doprowadziło do kilkakrotnego wybuchu
epidemii cholery w biednych dzielnicach Londynu. […] ten
problem dostrzegać zaczęli również sami pracodawcy – ka-
pitaliści. Zaczęli oni budować tanie osiedla patronackie dla
robotników. Zazwyczaj nie spełniały one standardów higieny
i służyły tylko związaniu najlepszych robotników z zakładem.
Robotnicy, którzy mieli lepsze warunki mieszkaniowe, mogli
być bardziej wydajni w pracy. Ten krótki cytat wymownie
ukazuje logikę kapitalistycznego „humanitaryzmu”.
Dom wspó|ny,
dom obcy
knzvsz1or Wotobzko
RE
CEN
ZJA
155
Pionierska, rodzima spółdzielczość mieszkaniowa to
Wielkopolska drugiej połowy XIX w. Później zaczęły po-
wstawać spółdzielnie mieszkaniowe na terenie zaborów
rosyjskiego i austriackiego (koniec XIX w.). Działalność
spółdzielcza w tym pierwszym zaborze miała początko-
wo charakter przede wszystkim filantropijny, gdyż władze
rosyjskie przeciwstawiały się stricte spółdzielczym inicja-
tywom, cechującym się niebezpieczną z punktu widzenia
caratu suwerenną samorządnością. Spółdzielczość mieszka-
niowa najsilniej rozwinęła się na terenie Łodzi, gdzie istniał
znaczny niedobór mieszkań. Były to przede wszystkim sto-
warzyszenia zakładane przez robotników, ponadto w mie-
ście tym istniało największe skupisko osiedli robotniczych,
przy zakładach Scheiblera.
Polska międzywojenna to także olbrzymie kłopoty
mieszkaniowe. Jak zauważa Peisert, dla wielu rodzin luksu-
sem było posiadanie jednej izby, dlatego też podnajmowały one
„kąty” osobom z zewnątrz. Około  roku podnajmujących
„kąty” w Warszawie było co najmniej  tys. Coraz wyraźniej
dostrzegano potrzebę inicjowania i wspierania budownictwa
społecznego, w którym widziano jeden z głównych sposobów
na złagodzenie problemu braku mieszkań. Wskazuje przy
tym, że II Rzeczpospolita to w Polsce czas funkcjonowania
dwóch typów spółdzielni mieszkaniowych: mieszkanio-
wo-budowlanych (własnościowe) i mieszkaniowych (loka-
torskie). Podkreśla, że pierwszy rodzaj był właściwie znany
jedynie w Polsce, tworzyły go osoby wywodzące się z lepiej
sytuowanych warstw społeczeństwa, […] miał zachęcać do
oszczędzania i związania lokatorów-właścicieli z mieszkania-
mi i spółdzielnią, inaczej niż to było w charakteryzujących się
dużą rotacją lokatorów domach czynszowych, a często – jak
wykazała międzywojenna praktyka – również w spółdziel-
niach mieszkaniowych typu lokatorskiego. Spółdzielnie loka-
torskie miały natomiast korzenie socjalistyczne, a ze wzglę-
du na możliwości finansowe osób, dla których powstawały,
budowały mieszkania tanie, skromne i małe.
Czas Polski Ludowej autor publikacji podsumowu-
je w następujący, warty przytoczenia sposób: bezpośrednio
po II wojnie światowej ruch spółdzielczy, najczęściej związa-
ny z partiami centrolewicowymi, był w Polsce bardzo rozpo-
wszechniony. Władze komunistyczne dostrzegały w nie-
zależnej spółdzielczości zagrożenie, gdyż była ona waż-
nym ogniwem samoorganizacji społeczeństwa […]. Jed-
nakże z powodu pokrewieństwa ideowego, nie mogły
lub nie chciały jej otwarcie zwalczać. Władze starały
się więc z jednej strony zdominować spółdzielczość, ale
z drugiej strony zachować jej fasadę spółdzielczą, by za-
angażować energię i środki społeczeństwa. Taka polityka
prowadzona była także wobec spółdzielni mieszkaniowych:
Nowe mieszkanie było w PRL dobrem luksusowym; powodo-
wało to, że mieszkańcy osiedli spółdzielczych byli wdzięczni za
przydzielenie mieszkania i nie byli skłonni do zrzeszania się
w organach samorządowych, gdyż nie rozumieli ich praktycz-
nej roli. Nie było sensu się zrzeszać, jeżeli popierało się
(w latach siedemdziesiątych narzucane i zdominowane
przez państwo) władze spółdzielni […]. Paradoksalnie,
rozmiary tego konformizmu zaskakiwały nawet przedsta-
wicieli władz spółdzielczych i struktur ogólnospółdzielczych.
W tekstach z tamtego okresu widać rozczarowanie biernością
członków i oczekiwanie większej aktywności. Z drugiej strony
aktywność tę przedstawiciele ówczesnych władz spółdzielczych
rozumieli tylko jako samorządne zarządzanie takimi rzecza-
mi, jak rozkład trawników, placów zabaw itp.
W drugiej, bardziej analitycznej części „Spółdzielni
mieszkaniowych…” Peisert omawia ramy formalnopraw-
ne spółdzielczości mieszkaniowej: najważniejsze przepisy
dotyczące spółdzielni mieszkaniowych w Polsce, podstawy
prawne samorządu spółdzielni mieszkaniowej oraz prawa
członków spółdzielni. Autor stwierdza we wnioskach: na-
stępujące z dużą częstotliwością zmiany prawa spółdzielczego,
moim zdaniem, świadczą o braku koncepcji kolejnych rzą-
dów względem roli, jaką powinna odgrywać spółdzielczość
mieszkaniowa w gospodarce narodowej czy polityce społecznej.
Wprowadzane zmiany prawne są wypadkową gry interesów
i sił politycznych. Według Peiserta, los spółdzielni zależy
w tej sytuacji przede wszystkim od determinacji samych
spółdzielców i ich zdolności długofalowego myślenia o in-
stytucjach, za które współodpowiadają.
Czasy PRL zebrały smutne żniwo stłamszenia inicja-
tywy społecznej: w drugiej połowie lat siedemdziesiątych fre-
kwencja na zebraniach grup członkowskich wynosiła około
 i stale spadała. W  roku, w którym obecna była eufo-
ria z powodu „karnawału Solidarności”, frekwencja wynosiła
. Zmiana ustrojowa, choć pożądana, przyniosła nowe
bolączki: społeczeństwo polskie nie nadążało za zmianami
polityczno-ekonomicznymi. Społeczna mobilizacja wygasła
po osiągnięciu zwycięstwa. […] Społeczeństwo zajęło się kon-
sumpcją i przestało interesować się polityką. „Prywatne” wy-
dawało się czymś bardziej poszukiwanym niż „społeczne”.
Zdaniem dr. Peiserta, uwzględnić należy – również
w perspektywie badań nad spółdzielczością mieszkanio-
wą – silnie zaznaczający się konformizm obywateli wobec
władzy. Jednocześnie, transformacja przyniosła ze sobą wy-
kreowanie nowych punktów odniesienia. Nowe wartości –
stwierdza autor – indywidualizm, przedsiębiorczość itd. – nie
odnosiły się do niczego, co byłoby wcześniej w społeczeństwie
zakorzenione. Niektórzy badacze określają to mianem „nie-
chcianej rewolucji społecznej”, która dodatkowo utrudniła
budowę nowego porządku wspólnotowego, gdyż społeczeń-
stwo zatomizowane w okresie istnienia systemu totalitarnego
(lub autorytarnego) po odzyskaniu wolności przejawiało bar-
dzo ograniczoną zdolność do zbiorowego działania.
Zawarta w książce analiza funkcjonowania czterech
wybranych spółdzielni mieszkaniowych pokazuje, jak ogól-
noustrojowe paradygmaty przekładają się na realia dnia po-
wszedniego w III RP. Dyskusje na zebraniach grup człon-
kowskich i przedstawicieli to nie zmaganie się dwóch lub
więcej koncepcji, ale zmaganie się członków domagających
się dyskusji nad sprawami spółdzielni z grupą (oraz zarzą-
dem i radą nadzorczą) dążącą do zamknięcia tej dyskusji,
156
Wiedza dla obywateli
Misją Instytutu Spraw Obywatelskich (ISO) jest tworzenie
i rozpowszechnianie idei i praktycznych rozwiązań, których
wspólny mianownik stanowi dbałość o dobro wspólne.
Przygotowallśmy m.ln.:
Paport, w ktorym zaproponowallśmy sposoby na poprawę sytuac[l ■
materlalne[ l wlzerunku społecznego kobiet prowadzących dom
Przewodnlk po tzw. dobrych praktykach w zakresle organlzac[l ■ transportu zbiorowego
w mlastach, oraz anallzę nlezbędnych zmlan w polskle[ polltyce transportowe[
Praktyczny poradnlk na temat tego, [ak skutecznle wykorzystywać zaplsy ■
ustawowe do walki o interesy zatrudnionych l dobro lch zakładow pracy
Kompendlum wledzy na temat wprowadzanla ■ organizmów
modykowanych genetycznie (GMO) do produkc[l żywnoścl
wszystkle te opracowanla
można znaleźć na stronle:
www.iso.edu.pl/raporty
Osoby zalnteresowane
bezpłatnym otrzyma-
nlem wers[l drukowane[
proslmy o kontakt pod
numerem: ((:) 6¸o +; (p
przegłosowania wniosków zarządu i zamknięcia spotkania.
Czytelnik odnosi wrażenie, że ta patologiczna z punktu wi-
dzenia samorządności i lokalnej demokracji sytuacja ujaw-
nia podstawowy mechanizm hamujący rzeczywisty wzrost
spółdzielczości: cała energia poświęcona jest nie na omawia-
nie perspektyw rozwoju, lecz na koteryjno- środowiskowe
przepychanki. Ujawnia także serwilizm i bezradność ludzi
zrzeszonych w spółdzielniach mieszkaniowych.
Ostatecznie, sytuacja spółdzielczości mieszkanio-
wej w perspektywie kilku dziesięcioleci ukazuje stan
polskiego kapitału społecznego, w tym także jego zwy-
rodniałej formy, „brudnego kapitału społecznego”. Ka-
pitał społeczny, który – to truizm – jest budowany nade
wszystko w skali mikro, na poziomie lokalnym, wpływa
na stopień integracji społeczności osiedlowych, lokalnych
stowarzyszeń i kształt „demokracji na co dzień”. Interesu-
jącym czynnikiem, na który zwraca uwagę Peisert, mają-
cym utrudniać demokratyzację spółdzielni, są zaległości
w opłatach czynszowych. Jednak kwestia ta, poza analizą
konkretnych sytuacji w danych spółdzielniach mieszka-
niowych, nie zostaje poddana żadnemu omówieniu, które
uwiarygodniałoby tezę autora.
Socjologiczne badanie czterech różnych spółdzielni
mieszkaniowych w ich codziennym funkcjonowaniu uka-
zuje możliwe modele działania i cechy takich instytucji
w skali kraju: „miękki autorytaryzm”, inercja, brak zaan-
gażowania, a z drugiej strony wyrosły na tym gruncie gwał-
towny konflikt nielicznej, ale aktywnej mniejszości z wła-
dzą przyzwyczajoną do bierności ogółu, aż po „demokra-
tyczny przełom”. Podczas tego ostatniego, zorganizowana,
niewielka grupa członków spółdzielni postanowiła trwale za-
angażować się w jej funkcjonowanie, aby […] nadać jej de-
mokratyczny charakter.
Wnioski, jakie przedstawia Arkadiusz Peisert w zakoń-
czeniu pracy, dalekie są od optymizmu. Znalazłem wię-
cej ograniczeń [dla tworzenia rzeczywistych spółdzielni
mieszkaniowych – przyp. K. W.], wobec czego perspektywa
powstawania wspólnot obywatelskich wydaje się odległa. Wię-
cej szans na ich powstanie można znaleźć w spółdzielniach
małych […], ale takie mniejsze organizmy społeczne będą
narażone na większe trudności, a w przypadku załamania
się obywatelskiego samorządu konsekwencje będą bardziej
bolesne niż w obecnych spółdzielniach konsekwencje braku
demokracji – pisze.
Ograniczenie dla rozwoju spółdzielczości stanowią
także kwestie stricte ekonomiczne, narastające nierów-
ności statusowe i materialne: Rozwarstwienie powoduje
w spółdzielniach zróżnicowanie interesów poszczegól-
nych grup, a przez to utrudnia kształtowanie się poczu-
cia wspólnego interesu ogółu członków spółdzielni oraz
otwiera pole do uzgodnień klientelistycznych.
Całościowy ogląd sytuacji nie napawa zatem nadzie-
ją. Kondycja spółdzielni mieszkaniowych może służyć za
papierek lakmusowy polskiej demokracji, umożliwiający
zrozumienie jej bolączek. Powszechne niezadowolenie z ja-
kości życia publicznego bierze swój początek nie tylko z roz-
wiązań ogólnoustrojowych czy tzw. wielkiej polityki, ale
także z niskiej jakości oddolnej demokracji i poczucia wy-
obcowania, izolacji. Sprawia to, że dom wspólny jest wciąż,
niestety, domem obcym.
Krzysztof Wołodźko
Arkadlusz Pelsert, Spółdzielnie mieszkaniowe: pomiędzy wspól-
notą obywatelską a alienacją, wydawnlctwo Unlwersytetu war-
szawsklego, warszawa :oop.
Kslążkę można nabyć bezpośrednlo u wydawcy: wydawnlc-
two Unlwersytetu warszawsklego, ul. Nowy Śwlat (, oo-(p;
warszawa, (::) ¸¸¸ +¸ ¸¸, dz.handlowyQuw.edu.pl, kslęgarnla
lnternetowa: www.wuw.pl.
157
AUTO
RZY
NUMERU
Carlos Pérez de Alejo – amerykań-
ski aktywista społeczny i dziennikarz.
W :oo1 r. brał udział w protestach an-
tyglobalistów, od tamtego czasu zajmu-
je się animowaniem rozmaitych kam-
panii na rzecz sprawiedliwości społecz-
nej, których tematyka rozciąga się od
praw mniejszości seksualnych aż po
ruchy sprzeciwu wobec wojny. Pocho-
dzi z Miami. Już na studiach historycz-
nych na Uniwersytecie Stanowym Flo-
rydy zainteresował się ideą demokracji
w miejscu pracy, czemu dał praktyczny
wyraz współzakładając uczelniany mie-
sięcznik redagowany na zasadach ko-
lektywnych. W :ooo r. przeprowadził
się do Austin, gdzie na Uniwersytecie
Teksasu zrobił dyplom ze studiów laty-
noamerykańskich. Od czasu przepro-
wadzki zdążył się zaangażować m.in.
w prowadzenie spółdzielczej księgarni,
działalność w młodzieżowej organiza-
cji walczącej z wyzyskiem robotników
rolnych oraz w animowanie samoorga-
nizacji imigrantów zatrudnionych na
budowach. Aktywnie działa w nieza-
możnych społecznościach Austin na
rzecz rozwoju przyjaznych środowisku
przedsiębiorstw spółdzielczych. Jako
dziennikarz porusza tematy takie jak
kooperatyzm, prawa pracownicze i pro-
blemy imigrantów; publikował na ła-
mach „Dollars and Sense”, „YES! Ma-
gazine” oraz „Z Magazine”. Zapalony
rowerzysta.
Rafał Bakalarczyk (ur. 1,8o) – stu-
dent polityki społecznej na Uniwersyte-
cie Warszawskim, założyciel Koła My-
śli Krytycznej, początkujący publicy-
sta (m.in. prowadzi bloga pod adresem
www.wwwrbakalarczyk.redakcja.pl).
Interesuje się gerontologią i edukacją,
jest miłośnikiem książek Żeromskiego.
Stały współpracownik „Obywatela”.
Jędrzej Czerep (ur. 1,81) – nieza-
leżny publicysta, ekspert Fundacji im.
Kazimierza Pułaskiego. Publikuje m.in.
w Portalu Spraw Zagranicznych. Ab-
solwent Master in Euro-Mediterranean
Affairs (MEMA), międzynarodowego
projektu akademickiego, łączącego na-
uki polityczne, ekonomię i studia kultu-
roznawcze. Studiował i pracował m.in.
w Barcelonie, Casablance, Brukseli,
współpracował ze stacją telewizyjną Al
Jazeera English. Specjalizuje się w ana-
lizach problemów międzynarodowych,
dotykających nowych procesów spo-
łecznych i zjawisk kulturowych. Geo-
graficznie szczególnie zainteresowany
Białorusią, regionem śródziemnomor-
skim i Afryką Subsaharyjską. Kontakt:
jedrzej.czerep@gmail.com.
Joanna Duda-Gwiazda – inżynier
okrętowiec, działaczka Wolnych Związ-
ków Zawodowych Wybrzeża (1,;8)
i pierwszej „Solidarności” (członek pre-
zydium MKS·MKZ, Zarządu Regionu),
w stanie wojennym internowana, nieza-
leżna dziennikarka i publicystka („Ro-
botnik Wybrzeża”, „Skorpion”, „Poza
Układem”). Od początku do dziś kon-
sekwentnie w opozycji do metod i poli-
tyki firmowanej przez Lecha Wałęsę i je-
go następców. Żona Andrzeja Gwiazdy.
Odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu
Odrodzenia Polski. Stała współpracow-
nica „Obywatela”.
Lisa Gale Garrigues (ur. 1,¡¡) – pi-
sarka, dziennikarka, poetka i fotograf-
ka, pisząca po angielsku i hiszpańsku.
Urodziła się i mieszka w Kalifornii, jed-
nak wiele lat spędziła w Europie i Ame-
ryce Południowej. W :oo1 r., podczas
argentyńskiego kryzysu, przeprowadzi-
ła się do Buenos Aires, gdzie przez dwa
lata – pracując jako nauczycielka an-
gielskiego i dziennikarski „wolny strze-
lec” – obserwowała tamtejszą samoor-
ganizację społeczną; autorka głośnych
relacji z tego procesu. Do Ameryki Ła-
cińskiej wróciła w :oo¡ r. – dwa lata
podróżowała po kontynencie, doku-
mentując piórem i obiektywem m.in.
efekty rządów Evo Moralesa w Bo-
liwii oraz konsekwencje eksploatacji
złóż gazu w Peru. Publikowała w wielu
czasopismach literackich i społeczno-
-politycznych, jest stałą współpracowni-
cą „YES! Magazine”.
Mark Gregory (ur. 1,¡¡) – etnograf,
muzyk i producent. Pieśniami związ-
kowymi zainteresował się w latach oo.,
uczestnicząc w pracach nad śpiewni-
kiem Towarzystwa Miłośników Muzyki
Ludowej przy Uniwersytecie w Sydney,
zatytułowanym „Songs of Our Times”
(Pieśni naszych czasów). W latach ;o.
w Londynie współtworzył Cinema Ac-
tion, radykalny projekt filmowy, pisząc
piosenki na potrzeby dokumentów po-
święconych protestom pracowniczym;
działał też w brytyjskich związkach za-
wodowych. Autor wystąpień i publika-
cji na temat pieśni związkowych i ich
dokumentowania, prezentowanych na
licznych konferencjach i festiwalach.
Jego praca dyplomowa z muzykologii,
obroniona na Uniwersytecie Macqu-
ariego, w :oo; r. ukazała się w wersji
książkowej, pod tytułem „Sixty Years
of Australian Union Songs” (Sześć de-
kad australijskich pieśni związkowych).
Twórca internetowego zbioru niemal
siedmiuset pieśni i wierszy o szero-
ko rozumianej tematyce związkowej:
www.unionsong.com.
Jakub Grzegorczyk (ur. 1,8¡) –
w :oo8 r. ukończył studia w Instytu-
cie Stosowanych Nauk Społecznych
w Warszawie obroną pracy magisterskiej
pt. „Społeczne konsekwencje rozwoju
elastycznych form zatrudnienia w Pol-
sce”. Działa w Lewicowej Alternatywie,
Warszawskim Stowarzyszeniu Lokato-
rów i Ogólnopolskim Związku Zawo-
dowym Inicjatywa Pracownicza.
Paul Kingsnorth (ur. 1,;:) – angiel-
ski pisarz, publicysta i dziennikarz, ak-
tywista społeczny i ekologiczny; z wy-
kształcenia historyk. Jego aktywność
obywatelska zaczęła się na studiach, kie-
dy zaangażował się w akcję przeciwko
budowie autostrad, za co został aresz-
towany. W :oo1 r. znalazł się na liście
„1o największych rozrabiaków Wielkiej
158
Brytanii”. Jego teksty ukazują się na
łamach pism głównonurtowych („Te
Guardian”, „Independent”, „Le Monde”,
„New Statesman”) i niezależnych (m.in.
„Te Ecologist”, do którego redakcji swe-
go czasu należał). Autor książkowych
reportaży o ruchu antyglobalistycz-
nym („One No, Many Yeses”) oraz na
temat niszczenia angielskiego krajo-
brazu i lokalnych więzi społecznych
(„Real England”). Jak sam mówi, stara
się wskazywać powiązania między ludź-
mi a miejscami, polityką a życiem jed-
nostek – tak, by zaczęły się interesować
procesami, które dzieją się wokół nich.
Jeden z głównych animatorów ambitnej
inicjatywy, której celem jest wypraco-
wanie nowego języka opisu rzeczywi-
stości w obliczu kryzysu cywilizacyjne-
go i ekologicznego (zob. www.dark-mo-
untain.net). Pracował m.in. w centrum
rehabilitacji orangutanów na Borneo,
był pokojowym obserwatorem podczas
rewolucji zapatystowskiej w Meksyku
i sprzątaczem w barze sieci McDonald’s.
Autor nagradzanych wierszy. Mieszka
na Tamizie, w pobliżu Oxfordu. Strona
internetowa: www.paulkingsnorth.net.
Jan Koziar (ur. 1,¡¡) – z wykształce-
nia geolog; emerytowany pracownik
Uniwersytetu Wrocławskiego, założy-
ciel Wrocławskiej Pracowni Geotek-
tonicznej. Od 1,;8 r. zaangażowany
w działalność opozycji antykomuni-
stycznej; w październiku 1,8: r. usu-
nięty z uczelni, przez sześć i pół roku
prowadził intensywną działalność opo-
zycyjną w ścisłym podziemiu, poszu-
kiwany listem gończym przez SB. Od
połowy lat 8o., zaniepokojony rozwija-
jącą się w podziemiu propagandą neo-
liberalną, zajął się popularyzacją demo-
kracji gospodarczej (zwłaszcza różnych
form własności pracowniczej), etyki go-
spodarczej oraz racjonalnych form ka-
pitalizmu; autor wielu publikacji na ten
temat. Odznaczony Krzyżem Oficer-
skim Orderu Polonia Restituta.
Marek Kryda (ur. 1,¡8) – ekolog, Dy-
rektor Instytutu Ochrony Zwierząt
w Polsce, członek Polskiego Towarzy-
stwa Nauk Weterynaryjnych, Między-
narodowego Komitetu Sterującego Ini-
cjatywy Odpowiedzialności Agrobiz-
nesu (USA) oraz Polskiej Inicjatywy
Agro-środowiskowej. Przez kilka lat
działał na rzecz ochrony Puszczy Biało-
wieskiej, był współzałożycielem Towa-
rzystwa Ochrony Puszczy Białowieskiej.
W :ooo r. rozpoczął współpracę z In-
stytutem Ochrony Zwierząt (Waszyng-
ton, USA) i obecnie kieruje pracami In-
stytutu w Polsce, które koncentrują się
na dokumentowaniu zagrożeń ze strony
przemysłowego chowu świń dla polskie-
go rolnictwa (zwłaszcza dla rodzinnych
gospodarstw) i środowiska. Uczestnik
prac nad ustawą o ochronie zwierząt
w Komisji Europejskiej Sejmu, w Agro-
Konwencie Parlamentu Europejskiego
oraz w Międzynarodowym Trybunale
Praw Zwierząt w Genewie. Członek Ra-
dy Honorowej „Obywatela”.
Artur Lewandowski (ur. 1,8o) – ab-
solwent studiów w dziedzinie pracy so-
cjalnej, urzędnik samorządowy w Byd-
goszczy. W ramach pracy zawodowej
zajmuje się m.in. problematyką służby
zdrowia. Żeglarz, taternik.
Rafał Łętocha (ur. 1,;¡) – politolog
i religioznawca. Doktor habilitowany
nauk humanistycznych, zastępca Dy-
rektora w Instytucie Religioznawstwa
Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor
w Instytucie Politologii Państwowej
Wyższej Szkoły Zawodowej w Oświęci-
miu. Autor książek „Katolicyzm a idea
narodowa. Miejsce religii w myśli obo-
zu narodowego lat okupacji” (Lublin
:oo:) i „Oportet vos nasci denuo. Myśl
społeczno-polityczna Jerzego Brau-
na” (Kraków :ooo). Publikował m.in.
we „Frondzie”, „Glaukopisie”, „No-
mosie”, „Nowej Myśli Polskiej”, „Pań-
stwie i Społeczeństwie”, „Pro Fide Rege
et Lege”, „Studiach Judaica”, „Templum
Novum”. Od urodzenia mieszka w My-
ślenicach i bardzo jest z tego zadowolo-
ny. Stały współpracownik „Obywatela”.
Konrad Malec (ur. 1,;8) – przyrod-
nik, z zainteresowaniem i sympatią spo-
gląda na tzw. hipotezę Gai, autorstwa
Jamesa Lovelocka. Lubi przemieszczać
się przy użyciu własnych sił, stąd rower
i narty biegowe są mu nieocenionymi
przyjaciółmi. Miłośnik tego, co lokalne
i nieuchwytne, czego nie da się w prosty
sposób przenieść w inne miejsce. Każdą
wolną chwilę spędza na łonie Natury.
Redaktor „Obywatela”.
Liliana Milewska (ur. 1,8¡) – słu-
chaczka Podyplomowych Studiów Za-
rządzania Kulturą na Uniwersytecie
Łódzkim, magister psychologii, od lat
zajmuje się szerzeniem niezależnej kul-
tury, organizując koncerty wschodzą-
cych gwiazd alternatywnej sceny mu-
zycznej. W wolnym czasie fotografuje
i próbuje przeczytać książki z wciąż
powiększającego się stosu czekających
w kolejce. Miłośniczka kina i kawy.
Maciej Muskat (ur. 1,;1) – współ-
założyciel wielu inicjatyw w Polsce,
w tym „Obywatela”. Dyrektor Gre-
enpeace w Polsce w latach :oo¡-:oo,,
obecnie pracuje dla Greenpeace Inter-
national, koordynując kampanię Eko-
logiczne Rolnictwo w Azji. Zazwyczaj
można go spotkać w Bangalore na po-
łudniu Indii.
Remigiusz Okraska (ur. 1,;o) –
z wykształcenia socjolog (Uniw. Śląski),
z zamiłowania społecznik, publicysta
AUTO
RZY
NUMERU
DOŁĄCZ DO NAS!
jest pismem tworzonym społecznie przez ludzi, którzy
utożsamiają się z celami i wartościami zebranymi w manifeście
„Dla dobra wspólnego”, który znajdziesz na ostatniej stronie gazety.
Jeżeli są one bliskie także Tobie, dołącz do nas!
Propozycje tekstów: redakcja@obywatel.org.pl
Ilustracje, fotograe: studio@obywatel.org.pl
Inne formy wsparcia, wolontariat: biuro@obywatel.org.pl
„Obywatel”, ul. Więckowskiego 33/127, 90-734 Łódź
tel./faks: (42) 630 17 49
i poszukiwacz sprzeczności. Autor po-
nad ¡oo tekstów zamieszczonych na
łamach czasopism społeczno-politycz-
nych różnych opcji (od radykalnej lewi-
cy i anarchizmu po radykalną prawicę),
w których od 1,,; r. promował porzuce-
nie przestarzałych ideologii, schematów
myślowych i podziałów politycznych
oraz wskazywał alternatywne rozwiąza-
nia. Od połowy lat ,o. związany z pol-
skim ruchem ekologicznym, od jesieni
:oo1 do lata :oo¡ r. był redaktorem na-
czelnym miesięcznika „Dzikie Życie”,
poświęconego radykalnej obronie przy-
rody. Zredagował polskie edycje kilku
książek z „klasyki” myśli ekologiczno-
-społecznej (A. Leopold, C. Maser,
D. Korten, D. Foreman) i inne prace
o podobnej tematyce. W kwestii poglą-
dów społeczno-politycznych sympatyk
„starej” socjaldemokracji i lewicy patrio-
tycznej, środkowoeuropejskiego agra-
ryzmu, niemieckiego ordoliberalizmu,
dystrybucjonizmu Chestertona i Bel-
loca oraz doświadczeń pierwszej „Soli-
darności”, choć z upływem czasu coraz
mniej przywiązany do etykietek, sloga-
nów i programów, bardziej natomiast
do dobra wspólnego i konkretnej pracy
na jego rzecz. Często za dokładnie te
same działania czy opinie jest przez tę-
pawych lewicowców nazywany faszystą,
a przez tępawych prawicowców – lewa-
kiem, i dobrze mu z tym. Redaktor na-
czelny portalu Lewicowo.pl, poświęco-
nego dorobkowi i tradycjom polskiej
lewicy demokratycznej, patriotycznej
i niekomunistycznej. Współzałożyciel
i redaktor naczelny „Obywatela”.
Rik Palieri – wykonawca muzyki fol-
kowej (autor piosenek, wokalista i mul-
tiinstrumentalista), popularyzator róż-
norodności kulturowej, gawędziarz
i wagabunda. Występował na festiwa-
lach, w klubach i programach radio-
wych na kilku kontynentach, grał m.in.
z Petem Seegerem, prowadzi własny
program telewizyjny. Pochodzi z New
Jersey, urodził się w rodzinie o polsko-
włoskich korzeniach. W naszym kraju
zaczął bywać w związku ze swoją grą
na dudach, w latach 1,8¡-8¡ jako sty-
pendysta Fundacji Kościuszkowskiej
mieszkał w Istebnej, gdzie nauczył się
gry na tradycyjnych instrumentach gó-
ralskich. Był twarzą kampanii promują-
cej wśród Amerykanów wycieczki szla-
kiem polskiej kultury ludowej. Strona
internetowa: www.banjo.net.
Adam Piechowski (ur. 1,¡o) – hi-
storyk i działacz spółdzielczości. W la-
tach 1,;8-:oo: pracownik naukowy
Spółdzielczego Instytutu Badawczego,
w 1,,: r. uzyskał stopień doktora hi-
storii na Wydziale Historycznym Uni-
wersytetu Warszawskiego na podstawie
rozprawy o spółdzielczości mieszka-
niowej w stolicy w czasie okupacji. Od
1,,o r. pracownik Krajowej Rady Spół-
dzielczej odpowiedzialny za kontakty
międzynarodowe. Współpracował jako
wykładowca m.in. z Instytutem Kra-
jów Rozwijających się, Instytutem Po-
lityki Społecznej UW oraz Warszawską
Wyższą Szkołą Ekonomiczną. Uczest-
nik projektów z zakresu ekonomii spo-
łecznej, m. in. jeden z koordynatorów
projektu „Tu jest praca”. W latach PRL
współdziałał z opozycją demokratyczną,
m.in. z KOR i Niezależną Oficyną Wy-
dawniczą NOWA. Jego pasją są góry,
podróże i fotografia, czemu dał wyraz
w wielu artykułach i książkach, m.in.
„Grań Tatr” (1,,:; :oo; przetłuma-
czona na jęz. węgierski), „Lud Syriusza.
W poszukiwaniu tajemnic Dogonów”
(1,,o), „Bedeker tatrzański” (współau-
tor, Warszawa :ooo).
Jerzy Jacek Pilchowski (ur. 1,¡o) –
od 1,;; r. działacz KOR-owskiej opo-
zycji: członek kolegium redakcyjnego
„Robotnika”, sygnatariusz Karty Praw
Robotniczych, reprezentant wrocław-
skiego Klubu Samoobrony Społecznej,
współpracownik Niezależnej Oficyny
Wydawniczej oraz Biura Interwencyj-
nego i Komisji Helsińskiej. W okresie
Pierwszej „Solidarności” wiceprzewod-
niczący wałbrzyskiego MKZ i członek
prezydium Zarządu Regionu Dolny
Śląsk. Po ogłoszeniu stanu wojennego
internowany. W roku :oo; odznaczony
Krzyżem Kawalerskim Orderu Odro-
dzenia Polski. Obecnie mieszka w USA,
gdzie pracuje jako informatyk. Pisze na
tematy związane z informatyką, żeglar-
stwem, końmi, turystyką oraz amery-
kańską ekonomią i polityką; publiku-
je w pismach polskich i polonijnych.
E-mail: jacek.pilchowski@gmail.com
Michał Sobczyk (ur. 1,81) – dzienni-
karz obywatelski, z wykształcenia spe-
cjalista w zakresie ochrony środowiska.
Z „Obywatelem” współpracuje od kilku
lat, od :ooo r. wchodzi w skład redakcji
pisma, obecnie jest zastępcą redaktora
naczelnego. Od urodzenia mieszka na
łódzkich Bałutach. Kontakt: sobczyk@
obywatel.org.pl.
Paweł Soroka (ur. 1,¡¡) – doktor
habilitowany nauk humanistycznych
w zakresie nauk o polityce. Adiunkt
Warszawskiej Szkoły Zarządzania –
Szkoły Wyższej, kierownik studiów po-
dyplomowych w tej uczelni. Od 1,,¡ r.
społecznie pełni funkcję koordynato-
ra Polskiego Lobby Przemysłowego im.
Eugeniusza Kwiatkowskiego. Organi-
zator inicjatyw kulturalnych, przewod-
niczący Rady Krajowej Robotniczych
Stowarzyszeń Twórców Kultury oraz
redaktor naczelny czasopisma ruchu
RSTK pt. „Własnym Głosem”. Autor
¡ tomików wierszy. Był koordynato-
rem prac Konserwatorium „O lepszą
Polskę”, które w :oo¡ r. opublikowało
„Raport o stanie państwa i sposobach
jego naprawy”. Autor książki „Poli-
strategia bezpieczeństwa zewnętrznego
Polski. Ujęcie normatywne”. Członek
Rady Honorowej „Obywatela”.
Agnieszka Wasilewska (ur. 1,;¡) –
ekonomistka o lewicowych przekona-
niach i poglądach na gospodarkę. Pra-
cuje w polskim oddziale jednego z za-
granicznych koncernów. Dużo czyta,
a niedawno postanowiła także pisać.
Anna Witowska-Ritter – socjolog,
doktorantka w Instytucie Amerykani-
styki i Studiów Polonijnych Uniwersy-
tetu Jagiellońskiego. Działa w organiza-
cji Food and Water Europe, która prze-
ciwstawia się korporacyjnej kon troli nad
zasobami żywności i wody, a jednocze-
śnie popiera rolnictwo rodzinne i zrów-
noważone. Mieszka w Dąbrowie Tar-
nowskiej wraz z mężem i córką. Marzy
o pracy przy naprawie systemu rolno-
-spożywczego w Zimbabwe lub innym
kraju, którego mieszkańcy cierpią głód
i niedożywienie.
Krzysztof Wołodźko (ur. 1,;;) –
wychował się w Szołdrach, pegeerow-
skiej wsi w Wielkopolsce, mieszka wraz
z Żoną w Krakowie. Współpracownik
platformy hostingowej www.salon:¡.pl,
czasem tłumacz, czasem dziennikarz;
lubi pisać i mówić o Nowej Hucie.
Kontakt: k.wolodzko@iphils.uj.edu.pl.
Stały współpracownik „Obywatela”.
160
wiat wg Monsanto
otrzymują:
7omasz Agrasiński z Krakowa
Paweł Richert z Gdynl
1oIanta 8rodzińska z Klelc
Mariusz Sikora z Połańca
Andrze| ChiImon z Augustowa
Czytelniku
Zaprenumeruj „Obywatela”!
Warto, bo:
7amawia|ąc prenumeratę, zapłacisz tanie|. Wesprzesz ■
przy tym ñnansowo nasze społeczne inic|atywy
(pośrednlcy poblera[ą nawet do ¸o% ceny plsma!)
Masz szansę na ciekawe i cenne nagrody ■
Często dostaniesz drobny upominek dołączony do numeru ■
Prenumerata to wygoda – „ObywateI” ■
w 7wo|e| skrzynce pocztowe|
Przy zamawianiu prenumeraty, wybrany archiwaIny ■
numer dostaniesz gratis (do wyboru nr (¸–(8)
Prenumerata naprawdę się opłaca!
Chcesz dołączyć do prenumeratorow
l otrzymywać obywatelskle prezenty!
Opłać roczną prenumeratę w banku
lub na poczcle l czeka[, aż „Obywatel”
sam do Cleble przywędru[e :-).
Możesz też skorzystać z naszego sklepu
wysyłkowego, dostępnego na stronle
www.obywatel.org pl/sklep
Wpłat w wysokości zł należy
dokonywać na rachunek:
Stowarzyszenle „Obywatele Obywatelom”
8ank Społdzlelczy Pzemlosła
ul. Monluszkl 6, po-+++ Łodź
numer konta: )8 8)8µ ooo¡
zoo+ oooo +¡µµ ooo+
Prenumeratę można rozpocząć
w dowolnym momencie, od
wybranego numeru.
× +
161
otn oosun wsrótnrco
Celem, do którego dążymy, jest państwo, społeczeństwo
i kultura zorganizowane wokół idei dobra wspólnego.
Przyświecają nam następujące wartości:
Samorządność , czyli faktyczny udział obywateli w procesach decyzyjnych we
wszelkich możliwych sferach życia publicznego.
(Re)animacja społeczeństwa . Sprzeciwiając się zarówno omnipotentnemu
państwu, jak i liberalnemu egoizmowi, dążymy do odtworzenia tkanki inicjatyw
społecznych, kulturalnych, religijnych itp., dzięki którym zamiast biernych
konsumentów zyskamy aktywnych obywateli.
„Demokracja przemysłowa”. Dążymy do zwiększenia wpływu obywateli
na gospodarkę, poprzez np. akcjonariat pracowniczy, ruch związkowy, rady
pracowników. ⁄ życia spędzamy w pracy – to zbyt wiele, aby nie mieć na nią
wpływu.
Sprawiedliwe prawo i praktyka jego egzekwowania , aby służyło społeczeń-
stwu, nie zaś interesom najsilniejszych grup.
Media obywatelskie , czyli takie, które w wyborze tematów i sposobów ich
prezentowania kierują się interesem społecznym zamiast oczekiwaniami swoich
sponsorów.
Wolna kultura . Chcemy takiej ochrony własności intelektualnej, która nie
będzie ograniczała dostępu do kultury i dorobku ludzkości.
Rozwój autentyczny, nie pozorny. Kultowi wskaźników ekonomicznych
i wzrostu konsumpcji, przeciwstawiamy dążenie do podniesienia jakości życia,
na którą składają się m.in. sprawna publiczna służba zdrowia, powszechna
edukacja na dobrym poziomie, wartościowa żywność i czyste powietrze.
Ochrona dzikiej przyrody , która obecnie jest niszczona i lekceważona w imię
indywidualnych zysków i prymitywnie pojmowanego postępu. Jeśli mamy do
wyboru nową autostradę i nowy park narodowy – wybieramy park.
Solidarne społeczeństwo . Egoizmowi i uznaniowej filantropii przeciwstawiamy
społeczeństwo gotowe do wyrzeczeń w imię systemowej pomocy słabszym i wy-
kluczonym oraz stwarzania im realnych możliwości poprawy własnego losu.
Sprawiedliwe państwo , czyli takie, w którym zróżnicowanie majątkowe obywa-
teli jest możliwie najmniejsze (m.in. dzięki prospołecznej polityce podatkowej)
i wynika z różnicy talentów i pracowitości, skromne dochody nie stanowią
bariery w dostępie do edukacji, pomocy prawnej czy opieki zdrowotnej.
Gospodarka trójsektorowa. Mechanizmom rynkowym i własności prywatnej
powinna towarzyszyć kontrola państwa nad strategicznymi sektorami gospo-
darki, sprawna własność publiczna (ogólnokrajowa i komunalna) oraz prężny
sektor spółdzielczy. Nie zawsze prywatne jest najlepsze z punktu widzenia
kondycji społeczeństwa.
Gospodarka dla człowieka – nie odwrotnie. Zamiast pochwał „globalnego
wolnego handlu”, postulujemy dbałość o regionalne i lokalne systemy ekono-
miczne oraz domagamy się, by państwo chroniło interesy swoich obywateli,
nie zaś ponadnarodowych korporacji i „zagranicznych inwestorów”.
Przeszłość i różnorodność dla przyszłości. Odrzucamy jałowy konserwa-
tyzm i sentymenty za „starymi dobrymi czasami”, ale wierzymy w mądrość
gromadzoną przez pokolenia. Każdy kraj ma swoją specyfikę – mówimy „tak”
dla wymiany kulturowej, lecz „nie” dla ślepego naśladownictwa.
znuìns1nnrunwìncsku1kì
-znrosìrcnuv:
Przekaż nam podatku przy rozliczaniu PIT-a.
Twoje pieniądze mogą wspierać nasze działania:
Tworzymy niezależne media: „Obywatel” i jego serwis
internetowy (www.obywatel.org.pl), mądre książki
audycję radiową (www.czymaszswiadomosc.pl)
pomagamy pracownikom (radypracownikow.info)
chronimy konsumentów (www.naturalnegeny.pl)
bronimy ludzi i środowisko przed spalinami (www.tirynatory.pl)
… i wiele innych działań, dzięki którym ubywa chorób oraz potrzebujących chleba i schronisk.
Naszedziałania
mająnaceIuzmiany
systemowe,edukację
i aktywizację
społeczeństwa
1wojrroon1kìotnoosunwsrótnrco–ruzrknz1%otn„osvwn1rtn”
1%
KROK
PO
KROKU:
W rubryce: Wniosek o przekazanie
podatku należnego na rzecz
organizacji pożytku publicznego
(OPP) proszę wpisać nazwę
organizacji – Stowarzyszenie
„Obywatele-Obywatelom”
W rubryce Wnioskowana kwota proszę
wpisać kwotę stanowiącą podatku
należnego urzędowi skarbowemu – trzeba
zaokrąglić do pełnych dziesiątek, np.
kwotę , zaokrąglamy do kwoty ,
W rubryce nr KRS
proszę wpisać

W NUMERZE:
Du Mnurk 8ntìckì:
|rstiktuczowrrtr·rnf\s\sfr·u
ocnron\zorowits¸zorctnizowtnr
wsrosorr\nkow\,fos\sfr·
nir [rsfftnsz\,trczorozsz\.
Mnuk Curcouv:
Wirtr„rokotrn”rirsnirrofrsfu
skttotsiçntnisforiçsrotrczn¸
wiozitn¸zrrrsrrkf\w\„ootow”.
Mnurk Kuvon:
|rsfrs·\ktr·irnino·ocrniczn¸
z\wnosci¸zfts·\rrooukc\[nr[,
kfor¸ruou[rsiçzkitkuf\cnst·\cn
skttonikow,[tkzktockow.
Konuno Mntrc:
20ttfroooz\sktniunirrootrctosci
rrtcownic\|itftscnooz¸ooroozir·it,
r\wttcz\czrrtcootwc¸.
„Obywatel” powstaje dzięki zaangażowaniu dziesiątek autorów, graków,
tłumaczy, korektorów i innych aktywistów, którzy swoją codzienną
wolontariacką pracą umożliwiają wydawanie kwartalnika i książek,
organizowanie dyskusji, prelekcji, pokazów lmowych i innych działań.
Podoba Ci się to, co robimy?
Dołącz do nas!
Wesprzyj Fundusz „Obywatela”!
Dzięki Twojej wpłacie będziemy mogli wydrukować następny numer
gazety, zorganizować pokaz lmowy, dojechać z prelekcjami do małych
miejscowości. Każda podarowana złotówka umożliwia rozwijanie
naszych działań.
Wpłaty można przekazywać na konto:
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”
ul. Więckowskiego 33/126, 90-743 Łódź
Bank Spółdzielczy Rzemiosła
ul. Moniuszki 6, 90-111 Łódź
numer konta:
78 8784 0003 2001 0000 1344 0001
z dopiskiem „Fundusz »Obywatela«”
FUNDUS7 „O8YWAT£LA”
Twój wkład w działania otn oosun wsrótnrco
1o jrovnv srosós nn runwozìwq nìrzntrznosc:
Fundusz Obywatela wsparli: Aleksander Stryszak, Anonim, Wojciech Trojanowski.
Dziękujemy!
POD GRZBIET SKRZYDEŁKO REWERS
GRZBIET CIĘCIE>
IV STRONA OKŁADKI ZEWNĘTRZNA TYŁ
BIBLIOTEKA OBYWATELA NR 4
Jan Gwalbert Pawlikowski
Kultura
a natura
i inne manifesty ekologiczne
Pierwsze w historii wznowienie całości unikatowego
tekstu pierwotnej edycji książki „Kultura a natura” z roku
1913 – pionierskiego w Polsce manifestu ochrony
przyrody. Oprócz niego książka zawiera dwa inne
ważne teksty tego autora – „Tatry parkiem narodowym”
(1923) i „W obronie idei parku narodowego” (1936),
a także obszerną przedmowę Remigiusza Okraski.
„Kultura a natura” była pierwszym w Polsce całościowym
i tak dobitnym głosem wskazującym na konieczność
ochrony dziedzictwa przyrodniczego, głosem
przenikliwym, ponadczasowym i odważnym, o wiele
lat wyprzedzającym „modę” na ekologię i powstanie
ruchu „zielonych”. Do dziś aktualne, dalekowzroczne
przesłanie, łączące ochronę przyrody z dbałością
o rozwój kulturalny i wartości humanistyczne.
Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) – prawnik,
ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza
Słowackiego, polityk i społecznik. Wybitny taternik, znany
m.in. z pierwszego wejścia na szczyt Mnicha, działacz
Towarzystwa Tatrzańskiego, autor zasad przyjętych przez
europejskie organizacje alpinistyczne, piewca i obrońca
kultury ludowej Podhala. Przede wszystkim jednak „duchowy
ojciec” ochrony przyrody w Polsce, współautor pionierskiej
ustawy o ochronie przyrody (1934 r.), współtwórca Ligi
Ochrony Przyrody, propagator koncepcji Tatrzańskiego
Parku Narodowego. Kawaler Orderu Polonia Restituta.
Pawlikowski stworzył odrębny kierunek w światowym ruchu
ochrony przyrody, który można nazwać idealistycznym
lub lepiej humanistycznym, gdyż głównych motywów
ochrony przyrody upatruje w idealnych wartościach
przyrody, w jej znaczeniu dla naszego rozwoju duchowego.
Prof. Adam Wodziczko
Jan Gwalbert Pawlikowski
– „Kultura a natura i inne
manifesty ekologiczne”
150 stron, cena 19.00 zł (w księgarniach)
17,00 zł bezpośrednio u wydawcy (koszt przesyłki wliczony)
Wpłaty na zakup książki:
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”
ul. Więckowskiego 33/126, 90-734 Łódź
tel./fax. (42) 6301749, e-mail: biuro@obywatel.org.pl
Bank Spółdzielczy Rzemiosła,
ul. Moniuszki 6, 90-111 Łódź
numer konta:
78 8784 0003 2001 0000 1544 0001
z dopiskiem „Pawlikowski”
Wszelkich dodatkowych informacji na temat książki udziela
Konrad Malec pod numerem telefonu 504 268 206 oraz
adresem poczty elektronicznej malec@obywatel.org.pl
Więcej o książce oraz zamówienia w Internecie:
www.obywatel.org.pl/pawlikowski
Patronat medialny:
Wydawcy:
NFAE8
FKNFA<
Q;IFN@<
bLt bosnt wsróLnrco
2
(
4
9
)
/
2
0
1
0
0
2
B
L
L
G

*
/
-
*
&
*
)
+
*
b
g
]
^
q

,
/
*
.
/
2
>
n
k
h
i
Z

-
%
.

>
N
K

N
L
:

.

N
L
=
12 zt
(w tym % VAT)
9
7
7
1
6
4
1
1
0
2
0
0
2
2
/2010
(49)