ISSN 2082-7938

TORUŃ

PONIEDZIAŁEK, 7 PAŹDZIERNIKA 2013 r.

NR 2/2013 (15)

SPIS TREŚCI
Słowo od Redakcji – ANNA HOŁOWKO Copernicon 2013 – ANNA HOŁOWKO Druga strona medalu – ANNA URBANEK Comic-Con – ASIA EDWARCZYK „Nasze słowiańskie demony...” (wywiad) – KAROLINA WĄDOŁOWSKA
2 3 7 8 10

JESIENNO-ZIMOWA ZMIANA WARTY
Jesień… W tym roku wyjątkowo nieciepła i niezłota jesień. Co więcej – październik! Miesiąc będący zarazem wyrazem bólu końca wakacyjnej aury, ale też utęsknionym początkiem studenckiego życia. Tak, utęsknionym. Bo właśnie teraz spotykamy się znowu ze znajomymi, których nie widzieliśmy przez trzy miesiące. Do nadrobienia mamy mnóstwo zaległości. Znów odwiedzamy te toruńskie miejsca, w których świętowaliśmy zakończenie sesji w czerwcu. Wraca tyle wspomnień! Teraz zasiadamy w uczelnianych ławach, spragnieni wiedzy, światła nauki, nowych wyzwań i… oczywiście czytamy nowy numer Między Regałami! Bo październik oznacza także NASZ powrót! I to w wielkim stylu. Pamiętacie może „Copernicon”? Owszem, to ta impreza ze smokami, orkami i wszelakimi fantastycznymi stworzeniami. Kto był - ten wie, kto nie – dowie się! Ponieważ jako patron medialny „Coperniconu” przygotowaliśmy dla was obszerną relację, z której dowiecie się wielu fantastycznych rzeczy. O co chodzi z tym „Coperniconem”? Może w ostatnim czasie odbyły się inne ciekawe eventy – nie tylko u nas? Co by tu poczytać podczas jesiennych ulew? A może poprawić sobie samopoczucie kontrolowanym snem? Tyle pytań! A my odpowiemy na nie wszystkie. Nasza redakcja po wakacjach wzbogaciła się o zacne grono absolwentów. Nie lubię pożegnań… Dlatego nie ma o nich mowy! Członkiem Prasoznawczego Koła Naukowego zostaje się dożywotnio i zawsze znajdzie się jakiś kawałek strony dla każdego z nas – byłego czy obecnego. Nie ma jednak co ukrywać, że potrzebujemy nowych sił. Dlatego jeśli czytasz to i czujesz, że chcesz zacząć coś innego niż dotychczas, chcesz pisać, chcesz działać… lub może po prostu zabić życiową nudę i poznać nowych (fajnych!) ludzi – nie czekaj. Skontaktuj się z nami. Bo studia są za krótkie, żeby siedzieć w jednym miejscu… ;) W imieniu Redakcji A NNA H OŁOWKO
PAŹDZIERNIK 2013 (15)

„Po to też na te konwenty jeżdżę...” (wywiad) – KAROLINA WĄDOŁOWSKA 12 Fantastyczne aspekty hipnozy i snów (wywiad) – ANNA HOŁOWKO 16 Mordimer Madderdin – PATRYCJA NOWIK
19

Pionkiem i kostką po fantastyce – ANNA URBANEK 20 Redakcyjne polecanki
24

M IĘDZY R EGAŁAMI
87-100 Toruń, ul. Bojarskiego 1 tel. 697 462 977 e-mail: pkn_umk@wp.pl http://pkn-umk.blogspot.com dr Dorota Degen

Adres redakcji:

Rada Redakcyjna : Asia Edwarczyk, Anna Hołowko, Piotr Rudera
Marcin Karwowski, Patrycja Nowik, Anna Urbanek, Karolina Wądołowska, Alicja Westphal

Anna Hołowko Anna Urbanek

Korekta: Skład:

Opiekun koła:

Zespół Redakcyjny :

Ilustracja na okładce:
Paweł Zych

Redaktor naczelna:
Anna Hołowko

PISMO WYDAWANE PRZY INSTYTUCIE INFORMACJI NAUKOWEJ I BIBLIOLOGII

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

COPERNICON 2013
ANNA HOŁOWKO Festiwal Gier i Fantastyki Copernicon 2013 to już czwarta odsłona eventu mającego miejsce w Toruniu od 2010 roku. Z roku na rok zbiera coraz większe rzesze fanów – z tego tytułu festiwal może poszczycić się mianem jednego z największych fantastycznych konwentów na terenie naszego kraju. Każdy, kto choć raz pojawił się na toruńskim Coperniconie, z pewnością wie, dlaczego zdobywa tak wielkie uznanie i cieszy się popularnością zarówno wśród młodych, jak i starszych fanów szeroko pojętej fantastyki. Copernicon rozpoczynający się w piątek, 13 września, jak szybko się zaczął, tak szybko się zakończył. Dla niektórych zdecydowanie za szybko. W niedzielne południe na korytarzach Collegium Minus oraz Maius, gdzie odbywała się większość konwentowych prelekcji, konkursów i imprez, cały czas można było usłyszeć strzępki rozmów osób ubolewających nad końcem bajecznych trzech dni spędzonych pod toruńskim niebem. I choć rozmówcy wyglądali na niewyspanych, zmęczonych i słabych, to z całą pewnością można stwierdzić, iż byli zadowoleni z aktywnie spędzonego czasu i w pełni zaspokojeni fantastycznymi doznaniami. Uczestnicy Coperniconu mieli do wyboru aż 32 sale tematyczne mające bardzo bogatą i jednocześnie zróżnicowaną ofertę programową. Baśnie, legendy, literatura fantasy, science fiction, spotkania autorskie, komiksy, filmy, seriale, mitologia, magia, manga, anime, apokalipsa, gry komputerowe, konkursy tematyczne, gry terenowe ale także bloki rycerskie, podróżowanie w czasie, morskie bitwy, fizyka, historia, miłość, seks, zbrodnia, psychologia… - nawet osoba nie do końca obracająca się w klimacie fantastycznym na co dzień mogła znaleźć dla siebie coś porywającego. Członkowie naszej redakcji uczestniczyli w wielu atrakcjach starannie przygotowanych przez grono organizatorów. Jedną z nich była pogadanka na temat apokalipsy zombie. Amadeusz i Adam, prowadzący panel dyskusyjny „Zombie wszędzie dookoła, czyli jak nie wykitować”, w sposób lekki i humorystyczny, jednak całkiem konkretnie zaprezentowali, jak przeżyć w razie zombie-apokalipsy, która wielokrotnie przewija się jako motyw literacki czy filmowy. Choć wydaje się ona niewyobrażalną fikcją, kto wie, czy kiedyś nie nastąpi naprawdę… Amadeusz i Adam świetnie przygotowali na to uczestników panelu, tłumacząc, jak najlepiej uchronić się przed groźnymi stworami, jak być samowystarczalnym w świecie pełnym umarlaków, a jednocześnie przybliżając,

Fot. z Coperniconu – A. Urbanek.

3

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI
skąd właściwie wzięło się pojęcie „zombie”. Ów punkt programu zebrał niemało widzów, którzy mieli problem z pomieszczeniem się w sali prelekcyjnej. Czyżby uczestnicy Coperniconu tak bardzo obawiali się zombie-apokalipsy? Po zakończonej pełnym sukcesem pogadance zaprosiłam Amadeusza i Adama do krótkiej rozmowy na temat ich punktu programu i samego Coperniconu. A.H.: Który raz jesteście na Coperniconie? Czy uczestniczyliście wcześniej także jako realizatorzy programu, czy raczej jako słuchacze, widzowie? Adam: Ogólnie jesteśmy tu jako twórcy programu i gżdacze jednocześnie. Wcześniej byłem tutaj uczestnikiem. A.H.: A ile razy? Bo jest to już czwarta edycja. Adam: Czwarta edycja… Byłem na trzeciej. Na wcześniejszych, no niestety, nie było mi dane. Amadeusz: Ja jestem drugi raz na Coperniconie. Pierwszy przeżyłem jako normalny uczestnik. A.H.: Powiedzcie, skąd wzięła się taka tematyka waszego programu? Zombie – skąd w ogóle taki pomysł? Adam: Ja ogólnie mam zamiłowanie do post-apo, całego świata post-apo. Zombie jest to motyw szeroki, mający wiele koncepcji, a każda koncepcja, czy to w filmie, czy jakimś utworze, jest inna i do każdej z nich można inaczej podejść. Tak więc można tym zainteresować szerokie spektrum ludzi, a wiadomo, nie ma sensu robić czegoś, co nie przyciągnie jakichkolwiek słuchaczy. A.H.: Jak oceniacie ogólnie tegoroczną edycję Coperniconu? Można powiedzieć, że w jakiś sposób jest lepsza niż poprzednia? Amadeusz: Mnie się przyjemniej siedzi, to znaczy konwent jest całkiem nieźle zrobiony, zorganizowany, poza tym oczywiście, że gżdacze od pogody się nie postarali niestety. Zeus nas zawiódł (śmiech). Ale pod względem organizacyjnym naprawdę fajnie to wszystko jest zrobione. Nie ma jakichś większych nieudogodnień i przede wszystkim nie ma „kolejkonu” pod akredytacją. Adam: To fakt, nie ma kolejki po akredytację, bo system, że tak powiem, „nie wywala”. Na innym konwencie fantastycznym, organizowanym w Poznaniu, zdarzały się takie rzeczy, że ludzie stali 9 godzin w kolejce. Na pewno plus za to, że prelegenci często dostają wodę, donoszony jest także sprzęt, który działa i to jest duży, duży, duży plus. Bo był pewien taki konwent – ocenzurujmy go, jeśli chodzi o nazwę – wchodzę, mam prowadzić prelekcję, a tam co? Sleep-room sobie ludzie zrobili. Amadeusz: Nie mówiąc o spalonym komputerze. Adam: Właśnie, jako jedyny miałem takie efekty specjalne, bo spalili mi komputer, zanim zdążyłem puścić prezentację. Amadeusz: Żeby było lepiej, spalili nawet spalony komputer! (śmiech) Adam: Tak więc pod tym względem jest bardzo pozytywnie, organizacja jest dobra, komunikacja też przebiega całkiem sprawnie, jeśli chodzi o krótkofalówki. Amadeusz: Ogólnie propsy dla orgów, że się wyrabiają. Adam: Tak, mimo że mają mnóstwo roboty, wyrabiają się.

4

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

Jak podsumowali młodzi prelegenci (ukazując nam przy okazji typowy fantastyczno-konwentowy slang, który – nie do końca zrozumiały dla wszystkich – na Coperniconie był codziennością), było całkiem nieźle. Zapytani jeszcze krótko, czy wrócą za rok na toruńskie włości w ramach Coperniconu, zgodnie odpowiadają: „Oczywiście!”. Innym punktem programu, który właściwie nieco wykracza poza tematy fantastyczne, była prelekcja Pawła „Borka” Borkowskiego pt.: „Krótka historia sitcomów”, a wspominam o niej nie bez powodu. Prawie godzinna prelekcja zebrała niezbyt duże grupę widzów, czego do chwili obecnej nie mogę zrozumieć, uznając temat Pawła za idealny do chwilowego oderwania się od świata „League of Legends”, zombie, anime czy „Gwiezdnych wojen”. Prelegent w zaledwie 50 minut przedstawił ponad 60 sitcomów amerykańskich, poczynając od lat 50., aż do chwili obecnej. Były seriale znane przez wszystkich, jak np. „Przyjaciele” czy nieco, delikatnie mówiąc, groteskowy „South Park” oraz te, o których mało kto kiedykolwiek słyszał, a wszystko to ułożone zostało w spójną i naprawdę ciekawą historyczną formację. Jak dla mnie - programowy strzał w dziesiątkę, aczkolwiek temat popkulturowy przegrał niechybnie z fantastycznymi uniesieniami, idealnymi dziewczynami z anime, mitologią Chin i Japonii, sesjami RPG oraz aż 3 LARP-ami odbywającymi się w tym samym czasie. Choć sam Copernicon tętnił życiem i mienił się kolorami, nie można powiedzieć tego o pogodowej scenerii Torunia. Jak wspominali już Amadeusz i Adam, pogoda zawiodła na całej linii. Deszcz, przenikliwy chłód, ponura toruńska starówka. Oczywiście uczestników Coperniconu i to nie zrażało – przechadzając się w sobotni wieczór po deszczowym starym mieście, od razu wyczuwało się „coperniconowy” klimat. Tym bardziej, iż właśnie w sobotni wieczór także na starówce miał miejsce m. in. pokaz walki na miecze świetlne rodem z „Gwiezdnych wojen”. Niestety z powodu pogody pokaz szybko się zakończył i wielu widzów zdążyło

przejść z Collegium Minus i Maius jedynie na sam koniec pokazu. Niestety na inne pokazy, które zaplanowane były na Rynku Staromiejskim, aż strach było wyjść… Cóż, matka natura zdecydowanie nie wczuła się w fantastyczny klimat Coperniconu. Ostatni dzień Coperniconu był już nieco spokojniejszy. Choć tłumów nie brakowało, to uczestnicy żyli już bardziej bezpiecznym powrotem do domu i wspomnieniami wcześniejszych 48 godzin konwentu. W niedzielę także wybrałam się na pojedyncze prelekcje, m.in. zasmakowałam po trochu spostrzeżeń na temat animowanej bajki „Happy Tree Friends”, elementów stroju japońskiego, posłuchałam o wybranych zaburzeniach psychicznych i uczestniczyłam w dyskusji na temat miłości, zauroczenia i seksu. Ostatni temat, także odbiegający nieco od konwentowego klimatu, zebrał niemałe grono aktywnych słuchaczy i spodobał mi się najbardziej spośród niedzielnych atrakcji – może właśnie dlatego, że stanowił nie tylko dyskusję, ale także cenną naukę o związkach między ludźmi. Prelekcja pt.: „Miłość, zakochanie, zauroczenie a seks”, prowadzona była przez panią psycholog Renatę „R-chan” Romanowską, z którą także przeprowadziłam krótką rozmowę po zakończonym spotkaniu: A.H.: Który to raz na Coperniconie? Renata: Od prawie samego początku, to będzie trzeci Copernicon, tak – do tej pory byłam na trzech. A.H.: Czy też z jakimś punktem programu? Renata: Za każdym razem. Wcześniej pomagałam przy konwentach mangowych, później przeszłam na konwenty fantastyczne – m. in. Pyrkon, w tej chwili na Coperniconie jestem z różnymi programami. A.H.: A skąd właściwie taki pomysł na temat prelekcji na takim konwencie jak Copernicon? Można powiedzieć, że trochę w klimacie mało fantastycznym… Renata: Kwestia jest taka, że czytam fantastykę, ale nie czuję się ekspertką odnośnie tematów z fantastyki, natomiast jestem psychologiem z zawodu i są

5

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

tematy, na które mogę mówić. Ponieważ przychodzi tu bardzo dużo młodzieży, która potrzebuje pewnego rodzaju perspektywy na różne rzeczy, więc wykorzystuję Copernicon jako takie miejsce, w którym mogę np. sprzedać pewne informacje, które przydadzą się po prostu w życiu. A.H.: Powiedz jeszcze, co sądzisz o samym Coperniconie? Czy wróciłabyś tutaj chętnie też za rok? Renata: Tak, jak najbardziej! Powiem szczerze, że w tym roku podoba mi się chyba nawet jeszcze bardziej niż w zeszłym, a w zeszłym już był naprawdę dobry poziom. Naprawdę bardzo fajna obsługa, zarówno ze strony organizatorów - bardzo dobry był z nimi kontakt, dobrze traktowali wszystkich prowadzących odnośnie prelekcji, jak i od uczestników jest naprawdę bardzo dużo pozytywnej siły, atrakcji i ciekawych pomysłów. Słowo „naprawdę” w wypowiedzi naszej prelegentki wcale nie jest tu omyłkowym powtórzeniem – NAPRAWDĘ było tak dobrze i koniecznie trzeba to podkreślić, aby każdy niedowiarek uwierzył i nie przepuścił następnego Coperniconu, a nic nie wskazuje na to, aby piąta edycja nie miała mieć miejsca… Z powodu istnego ogromu prelekcji, paneli dyskusyjnych, gier, warsztatów i innych atrakcji nie sposób było zaliczyć chociażby połowy przygotowa-

nych zajęć. Wielu uczestników starało się w jednej godzinie chociaż na chwilę odwiedzić dwa lub trzy interesujące ich prelekcje, aby mieć namiastkę każdej z nich. Taką politykę przyjęłam także osobiście, przez co ciężko dokładnie opowiedzieć o odwiedzonych pogadankach czy warsztatach. Przytoczyłam zaledwie kilka, które w jakiś sposób urzekły mnie swoją innością. Tak naprawdę, aby mieć dokładne odzwierciedlenie coperniconowego klimatu, trzeba poczuć go absolutnie na własnej skórze. Przy okazji uczestnictwa w różnego rodzaju atrakcjach pytaliśmy uczestników Coperniconu, jakie są ich własne odczucia co do obecności na konwencie: „Nie mogę powiedzieć, że to była najlepsza impreza jaką w życiu przeżyłem, było kilka lepszych, ale na pewno jest to jedna z takich, którą zapamiętam. Najlepszy punkt programu – poszedłem sobie na chwilę do Collegium Maius, do znajomego, i nagle gościu w przebraniu druida powiedział »Chodź na LARP-a!«. Tak, przez dwie godziny, które poświęciłem na ten LARP, naprawdę bawiłem się zacnie i mogę powiedzieć, że był to najlepszy LARP, w jaki grałem w życiu” – relacjonuje Paweł, który także opowiedział nam obszerną historię na temat stroju, w którym się pojawił – stroju żołnierza piechoty łanowej z XVII wieku. Jak widać, każdy pomysł na oryginalne przebranie zdaje egzamin na Copernico-

6

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

nie. Czy to bardziej, czy mniej fantastyczny ubiór – najważniejsze, że uczestnicy potrafili się dobrze wczuć w klimat całej imprezy. Dariusz, który na Copernicon wybrał się pierwszy raz i na dodatek z wielkim oporem, namówiony przez znajomych, był pod niebywałym wrażeniem całego przedsięwzięcia: „Jestem tu w sumie przypadkiem, wcale nie lubię takich rzeczy, ale… No nie wiedziałem, że może być tak wesoło! Myślałem, że biegają tu same dzieci uzależnione od tych dziwnych gier jak LoL [„League of Legends” – red.] czy RoM [„Runes of Magic” – red.], ale nie mogłem się okrutniej pomylić, chociaż fakt, że i takich kilku widziałem. Mimo że nie interesuje mnie za bardzo jakakolwiek fantastyka muszę przyznać, że nie nudziłem się ani przez chwilę. Nieźle jest!”. Wypowiedź Darka to na pewno jeszcze jeden z wielu dowodów na to, że Copernicon to impreza nie tylko dla „Fantasy Fana”. W drodze na jedną z prelekcji złapaliśmy jeszcze Jagodę i Dominikę, które na Copernicon także wybrały się pierwszy raz: „Atmosfera jest strasznie fajna, ludzie są naprawdę sympatyczni i najważniejsze, że jest to jakaś przygoda. Prelekcje oczywiście też są fajne. Najbardziej mi się podobały »Oszustwa archeologiczne« i w sumie takie rzeczy o Japonii, anime, manga” – wylicza Jagoda. Dominika stwierdza krótko: „Ja podobnie jak koleżanka”, przy czym obie dziewczyny śmieją się wesoło. Zapytane, czy wróciłyby na kolejną edycję Coperniconu, jak zdecydowana większość odpowiadają: „Tak, oczywiście!”. Podsumowanie? Krótko, zwięźle i na temat można powiedzieć, że kolejna edycja Coperniconu okazała się świetnym doświadczeniem, zabawą, nauką, miejscem do poznania pozytywnie zakręconych ludzi, czymś nowym, uderzającym różnorodnością i tematyką. Osobiście także dołączam się do zdania, iż Copernicon to świetna sprawa i także chętnie przekonam się, co zaoferują nam organizatorzy za rok. Jak to wykrzyknęła nam grupka konwentowiczów na Rynku Staromiejskim: „Jest świetnie!” i taki komentarz w zupełności wystarczy.

DRUGA STRONA MEDALU
ANNA URBANEK To świetnie, że są w Toruniu osoby, które nie żałują czasu i wysiłku, by zrobić coś dla innych, ba! – żeby zorganizować imprezę dla ludzi z całej Polski, tej zblazowanej, roszczeniowej młodzieży. Szczere brawa za chęci, za pracę i zaangażowanie. Równie szczerze – nie wiem, czy wybiorę się na Copernicon za rok. Pewnie to moja wina (postępujący cynizm, zwapnienie i moralna degrengolada), ale nie bawiłam się na konwencie tak dobrze, jak Ania Hołowko i jej rozmówcy. Blok literacki – bezsprzecznie moja ulubiona część konwentów – ostatnimi czasy nie jest mocną stroną toruńskiej imprezy, a tym razem było jeszcze mniej ciekawie niż w roku ubiegłym. Może w sprowadzeniu do Torunia pisarzy pomogłoby przesunięcie konwentu na termin trochę bardziej oddalony od Polconu? Obfitość punktów programu nie ulega jednak wątpliwości, a wiele z nich było na wysokim, profesjonalnym nawet poziomie. Pozwolę sobie w tym miejscu wspomnieć szczególnie o prelekcjach Krzysztofa Piskorskiego (zob. wywiad przeprowadzony przez Karolinę – s. 12) oraz Katarzyny Czajki, ukrywającej się pod pseudonimem Zwierza popkulturalnego (jej świetne, inteligentne i zabawne teksty znajdziecie na www.zpopk.pl). Copernicon jest, oczywiście, świetną inicjatywą i mój duch miłośniczki fantastyki bardzo chciałby pokochać tę imprezę. Nie mogę jednak nic poradzić na to, że trochę jak Bilbo Baggins swoich sąsiadów, Coperniconu 2013 ani nie poznałam w połowie tak dobrze, jak chciałabym poznać (z racji fizycznej niemożliwości bycia w pięciu miejscach naraz), ani nie polubiłam w połowie tak bardzo, jak na to zasługuje.

7

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

COMIC-CON
CZYLI JAK TO ROBIĄ ZA WIELKĄ WODĄ
ASIA EDWARCZYK Stany Zjednoczone, Północna Kalifornia, San Diego, 18-21 lipca, cena 150-175$, w dziewięćdziesiąt trzy minuty wyprzedane wszystkie bilety. Organizowany od 1970 roku, aktualnie jeden z najważniejszych popkulturalnych konwentów na świecie, znowu przyciągnął rzesze fanów kina, komiksów i gier komputerowych. Pomyśl o swoim ulubionym serialu, a może o ulubionej postaci z komiksu, ewentualnie o aktorzee/aktorce, który/która się w daną postać wciela. Następnie pomyśl, że w jednym miejscu możesz ich wszystkich spotkać, co więcej – możesz spotkać podobnych sobie zapaleńców, dla których dzień bez kontaktu z popkulturą jest dniem straconym. Jakie miejsce i jakie wydarzenie przychodzi wówczas Tobie na myśl? Jeśli Comic-Con International: San Diego, to pomyślałeś podobnie jak ponad 130.000 osób. Tylu mniej więcej udaje się zdobyć akredytację na festiwal w czasie internetowej sprzedaży. Drugie tyle musi obejść się smakiem, bo najzwyczajniej nie wystarczyło już dla nich miejsca, a zapewne jeszcze kilku tysiącom chodzi po głowie myśl: och, jak bardzo bym chciał/chciała tam być! SDCC nie jest zwykłym zlotem fanów superbohaterów i science fiction, to jest ich czterodniowe święto (pięciodniowe, jeśli liczyć jeszcze tzw. preview night), na które czekają cały rok. Sercem Comic-Conu i jego oficjalnymi gośćmi są twórcy komiksów. To im poświęcone jest ponad 50% punktów programu i to komiksy zajmują największą część w sali wystawowej. Producenci, reżyserzy i aktorzy są tylko (albo aż?) dodatkiem, promotorami, którzy za swój udział w CC musieli zapłacić (jak to się jednak ma do ogromnej reklamy ich „produktu”?). Mimo iż CC nazywany jest konwentem tłumów i kolejek, to z roku na rok przyciąga coraz więcej zainteresowanych. I to do tego stopnia, że powoli główny obiekt festiwalu – San Diego Convention Centre – mający 600 metrów długości – staje się już za ciasny, aby pomieścić wszystkich uczestników konwentu. Obiekt składa się z jednej dużej sali – Exhibition Hall (główna komercyjna sala wystawowa), dwóch głównych sal panelowych: Hall H (owiana już kultem sala, w której prezentowane są nowości filmowe Comic-Conu, nowe projekty, ogłaszane są tytuły filmów, obsada, etc.) i Ballroom 20 (sala przeznaczona na prezentacje telewizyjne czy serialowe), kilkunastu pomniejszych pomieszczeń, a wszystko to zmieszczone jest na dwóch kondygnacjach.

8

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

Comic-Con jest kopalnią wiedzy dla tych, którzy żywo interesują się współczesną popkulturą. To tutaj można dowiedzieć się o kolejnych częściach blockbusterów czy nowych filmach, a na specjalnych panelach wdać się w dyskusję z producentami ulubionego serialu. Tegoroczny CC przyniósł ze sobą kilka smacz1 ków . Zawrzało na wieść o produkcji Zacka Snydera o wspólnych przygodach Batmana i Supermana; stacja FOX przygotowała specjalny panel z okazji 20. rocznicy powstania serialu „Z Archiwum X” (oczywiście z odtwórcami głównych ról: Gillian Anderson i Davidem Duchownym); nie obyło się bez wzruszeń na panelu poświęconym „Dexterowi”,

który z racji zakończenia serii ostatni raz gościł na Comic-Conie; George R.R. Martin przyznał, że dziwnie się czuje, kiedy poznaje nowych aktorów do ról w „Grze o tron”, a wie, że ich przygoda z serialem nie będzie zbyt długa (czy on naprawdę musi wszystkich uśmiercać?); a na pytanie o dwóch wielkich nieobecnych na panelu dotyczącym „Sherlocka”, Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana, oraz o główne różnice między tymi dwoma aktorami, Steven Moffat, z charakterystycznym dla siebie humorem, odpowiedział: One is a highfunctioning sociopath and the other one is a hobbit.

1 Są to oczywiście bardzo subiektywne smaczki wybrane przez autorkę. Nie dla wszystkich muszą one mieć smak, mogą być nawet całkowicie dla niektórych smaku pozbawione.

Comic-Con to też miejsce, gdzie spotykają się nie tylko fani, ale i aktorzy. Na zdjęciu odtwórcy mniej lub bardziej głównych ról w (kolejność przypadkowa): „Doktorze Who”, „Teen Wolf”, „Grze o tron”, „Grimm” oraz „Walking Dead”. Fot. Entertainment Weekly, www.ew.com.

9

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

„NASZE SŁOWIAŃSKIE DEMONY NIE DRĄ RYJA , NIE WYMACHUJĄ EKSPRESYJNIE RĘKAMI I NIE MACHAJĄ MACZUGAMI ”
Z WITOLDEM VARGASEM, WSPÓŁTWÓRCĄ „BESTIARIUSZA SŁOWIAŃSKIEGO”, ROZMAWIAŁA KAROLINA WĄDOŁOWSKA
Karolina Wądołowska: Jakie wrażenia wywierają na panu spotkania z sympatykami czy wręcz fanami „Bestiariusza”? Witold Vargas: Nie mam wrażenia, że to są fani. Cieszy mnie, i Pawła też, że to, co było naszą potrzebą u zarania pomysłu na Bestiariusz - poszperać we własnym podwórku - okazało się jedną z potrzeb tylu innych ludzi. K.W.: Wydawać by się mogło, że słowiańskie podania i legendy zostały wyparte przez baśnie Grimmów, Andersena i Perraulta. Mamy się czego wstydzić jako Słowianie/Polacy? W.V.: To bardziej skomplikowane. Baśnie autorskie, nawet te inspirowane ludowymi podaniami, to trochę co innego. Nasze legendy i podania przetrwały, nasze baśnie autorskie też mają się nieźle. Jeśli jest czego żałować, to że w czasie mody na fantasy nie mamy dość siły, by czerpać z własnych źródeł i pochłaniamy gotowe wzorce, takie jakie podają nam je inne, zaradniejsze kultury. Najzabawniejsze jest to, że nawet własną tradycję kupujemy jako obcą – patrz: amerykańskie wampiry. K.W.: Ma pan ulubioną postać z „Bestiariusza”? W.V.: Jeśli chodzi o rysunek, to Dobrochoczy Pawła,

Dobrochoczy, bożek leśny z terenów Białorusi. Rys. Paweł Zych.

10

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

a jeśli chodzi o samą postać to wybieram Cichą, bo jest jakby esencją całej reszty demonów z książki. Nasze słowiańskie demony nie drą ryja, nie wymachują ekspresyjnie rękami i nie machają maczugami. Każdy z nich wykonuje swoją robotę po „cichu”. K.W.: Do kogo jest skierowany „Bestiariusz Słowiański”? W.V.: W pierwotnym zamierzeniu - do wszystkich tych, którzy cudze chwalą, a swego nie znają, do ludzi poszukujących inspiracji przy tworzeniu nowych gier, do ludzi chcących rozpocząć przygodę z naszą rodzimą kulturą. W efekcie również do dzieci, które uwielbiają wertować jego strony. W najskrytszych marzeniach – do ludzi z innych krajów i innych kultur. Bo wierzę, że gdyby tam nas docenili, pomogłoby to nam bardzo w kraju. Tak to już jest. K.W.: Grochowiak pisał: „Wolę brzydotę, jest bliżej krwioobiegu”. Jako mała dziewczynka fascynowałam się mazurskimi diabłami i Sinobrodym. Ludzie lubią straszydła, duchy i utopce. Istnieje szansa na

Witold Vargas – człowiek sztuki. Uczy rysunku, ilustruje książki dla dzieci, komponuje, tworzy animacje filmowe. Do 12 roku życia mieszkał w Boliwii, obecnie mieszkaniec Warszawy. Studiował wychowanie artystyczne. Ukończył również pierwszy stopień warsztatów psychodramy przy Assitej, dwuletni kurs pisarski w Collegium Civitas i trzy lata nauki śpiewu w studiu wokalnym Agaty Wrońskiej w Warszawie. Największą popularność przyniósł mu „Bestiariusz Słowiański”, który stworzył wspólnie z Pawłem Zychem. przywrócenie słowiańskich gawęd do łask? W.V.: Istnieje. Mało w nich eposu, ale braku krwi, intryg i niezwykłości nie można im zarzucić. K.W.: Pytanie czysto zawodowe: natrafił pan na ducha nawiedzającego biblioteki? W.V.: Inkunabuł, bo tak nazywa się demon czuwający nad bibliotekami, wygląda mniej więcej tak, jak na zamieszczonym poniżej rysunku Pawła. K.W.: Czego mam panu życzyć na kolejny rok pracy? W.V: Ja i Paweł nie chcemy wiele od życia. Wystarczy, że będziemy mieli możliwość jak najwięcej rysować. K.W.: Zatem tego właśnie życzę i dziękuję za poświęcony czas :).

Z Pawłem Zychem poznali się przez Digart, gdzie obaj zamieszczali swoje prace. Połączyła ich chęć odkurzenia baśni i legend słowiańskich. Współpraca zaowocowała zbiorem demonów polskich. Obecnie pracują nad duchami miast i zamków, na deser zostawiając duchy wsi. Ich prace można na bieżąco podglądać na ich facebookowej stronie: https://www.facebook.com/ BestiariuszSlowianski
Inkunabuł, demon biblioteczny. Rys. Paweł Zych.

11

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

„P O

TO TEŻ NA KONWENTY JEŻDŻĘ ,

BY SIĘ OD CZASU DO CZASU WYGADAĆ ”
Z KRZYSZTOFEM PISKORSKIM ROZMAWIAŁA KAROLINA WĄDOŁOWSKA
Zapada zmrok. Krzysztof Piskorski kończy swoją prelekcję o sensacjach XIX wieku. Słuchacze wychodzą wyraźnie rozbawieni, ale też zafascynowani materiałem, który przygotował. To czwarta prelekcja jego autorstwa, w której uczestniczyłam. I na każdą z nich poszłabym jeszcze raz. Nic zatem dziwnego, że postanowiłam porozmawiać z nim osobiście. O książkach, przyjemnościach, grach i pracy w supermarkecie, rozmawiałam z Krzysztofem Piskorskim – autorem trylogii „Opowieść piasków”, wyróżnianych powieści „Zadra” i „Krawędź czasu”, laureatem nagrody Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction dla najbardziej obiecującego młodego twórcy. Karolina Wądołowska: Wywiad jest dla bibliologów, więc nie mogę nie zadać tego pytania. Pisze pan, tworzy gry, jeździ na konwenty i żegluje. Jak znajduje pan czas na czytanie i inne zwykłe, ludzkie przyjemności? Krzysztof Piskorski: Jak znajduję czas na czytanie? Czy raczej na ludzkie przyjemności? (śmiech) Czytanie jest dla mnie ogromną przyjemnością, ale jest też – nie da się ukryć – częścią moich obowiązków zawodowych. Żeby cokolwiek napisać, trzeba czytać. Istnieje pewien przelicznik: na każdą napisaną stronę powinno się przeczytać przynajmniej sto. To nie jest tak, że wydanie jednego czy dwóch tekstów z tego zwalnia, wręcz przeciwnie, trzeba czytać cały czas tyle samo, a nawet więcej, żeby poznać konkurencję dla swojej literatury. Staram się być na bieżąco zarówno z polską fantastyką, zachodnią fantastyką – zwłaszcza z tą wychodzącą obecnie – jak i literaturą niefantastyczną. Tego czytania zbiera mi się zatem tyle, że naprawdę robi się z tego druga praca. Wolę myśleć o czytaniu, jako o części mojego pisarskiego fachu. A na takie czyste przyjemności zostaje naprawdę niewiele czasu, czasem można spotkać się ze znajomymi czy gdzieś wyjechać. Spędzam też więcej czasu niż powinienem, grając w różne gry na komputerze. Usprawiedliwię się tym, że jeśli człowiek wraca z pracy, a w domu ma jeszcze wiele obowiązków, pisze i czyta do późnej nocy, to potem musi odreagować. Można się upić albo siedzieć przed komputerem. Ja wybrałem to drugie. Żona jakoś przyjaźniej patrzy, niż patrzyłaby na ewentualne chlanie, choć wielu autorów wybrało właśnie opcję numer jeden. Staram się utrzymać dość równe tempo czytania, przynajmniej trzech-czterech książek miesięcznie. Część z nich to nowe lub zaległe pozycje literatury polskiej i światowej, a część to materiały do kolejnej książki. K.W.: Czyta pan dla przyjemności fantastykę czy usiłuje pan uciec od niej? K.P.: Czasem fantastyka, którą czytam, sprawia mi przyjemność. Sięgam po fantastykę częściej po to, aby wiedzieć, co się pisze, ale też by móc zrobić coś nowego i ciekawego. Nie ukrywam, że fantastyka wciąż sprawia mi bardzo dużo radości i kiedy czytam dobrą książkę fantastyczną, to czuję się jakbym znów był piętnastoletnim chłopakiem, absolutnie zachwyconym lekturą. W fantastyce odkrywa się wciąż coś nowego.

12

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

K.W.: A ma pan swoich ulubionych polskich twórców? Osobiście wielbię Wita Szostaka za wymagającą polszczyznę. K.P.: Ja również. Szostak jest moim zdaniem jedną z bardziej niedocenianych postaci, nie tylko w polskiej fantastyce. Chociaż zaczynał w fantastycznym wydawnictwie, to ciężko powiedzieć, że tak do końca jest fantastycznym twórcą. Z polskich autorów: za niesamowity warsztat językowy, operowanie klimatem – Szostak, za koncepcje, pomysły, podbudowę intelektualną – Jacek Dukaj. Wśród młodszych autorów, za budowanie klimatu mogę wyróżnić Annę Kańtoch. Z literatury niefantastycznej, bardzo podobało mi się kilka rzeczy od Olgi Tokarczuk. Większość tego, co doceniam w polskiej literaturze, nie jest do końca młode. Jestem np. fanem Lema. Wychodząc za polską literaturę, bardzo lubię czeskich pisarzy. Jestem ogromnym wielbicielem Hrabala. Jeżeli chodzi o język, styl i sposób prowadzenia narracji, podobają mi się też reportaże Kapuścińskiego oraz książki Wiesława Myśliwskiego – „Widnokrąg” i „Traktat o łuskaniu fasoli”. Więcej sobie nie przypomnę w tym momencie, ale na pewno jest jeszcze wielu wartościowych polskich twórców. K.W.: Może wynika to z tego, że jest teraz tak wielu młodych autorów i aż nie wiadomo co wybrać? K.P.: Jest ciężko, wiele piszących osób szczególnie upodobało sobie fantastykę. Czasem autorzy fantastyczni sobie żartują, że na konwenty przyjeżdżają tylko pisarze i ci, którzy chcieliby zostać pisarzami. Niestety chłonność polskiego rynku nigdy nie była duża, a w ostatnich latach bardzo zmalała. Upadł magazyn „SFFiH”1, który publikował dużo polskich tekstów. Wiele wydawnictw fantastycznych zaprzestało wydawania, jak na przykład „Runa”, w której byłem przez długi czas. Myślę, że teraz jest szczególnie trudno. Wiele
1 Magazyn „Science Fiction, Fantasy i Horror” ukazywał się od 2001 do 2012 roku.

osób ucieka się do self-publishingu albo po prostu udostępniania swoje teksty przez Internet. Polski rynek fantastyki jest w stanie wchłonąć maksymalnie dwóch-trzech debiutantów rocznie. Nawet autorzy, którzy już wydawali książki papierowe, zaczęli mieć problemy z wydawaniem. Wydawnictwa są coraz mniej chętne do współpracy z ludźmi, którzy nie przynoszą dużych wyników. Czasopisma fantastyczne praktycznie wymarły, a te, co nadal istnieją, publikują niewiele tekstów młodych twórców. Natomiast Internet nie jest w stanie zaoferować im wiele. Publikacja w piśmie gwarantowała audytorium przynajmniej zbliżone do liczby osób, które pismo kupiły. Na zagranicznym rynku zdarzają się oczywiście przykłady ludzi, którzy udostępnili książkę przygotowaną w self-publishingu i stała się ona bestsellerem. W Polsce ani jednego takiego przypadku jeszcze nie było. Nawet udostępniane za darmo rzeczy potrafią mieć tylko kilkanaście ściągnięć. Uwaga czytelników jest teraz tak deficytowym towarem, że nawet za darmo ciężko ją kupić. Jeśli ktoś myśli teraz o debiucie, to musi uzbroić się w ogromną cierpliwość i wielką wolę walki.

Fot. ze zbiorów własnych K. Piskorskiego

13

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

K.W.: Jest pan częstym gościem na Coperniconie i na innych konwentach. Często ma pan kilka prelekcji na jednym konwencie, które – należy dodać – są rzetelnie przygotowane i słucha się ich świetnie (taka łyżka miodu ode mnie). Przedstawia pan historię w naturalny i przede wszystkim ciekawy sposób. Nie myślał pan o karierze dydaktyka, choć to mało prestiżowy zawód w Polsce? K.P.: Nie, nie. Aż tak źle mi życzysz? (śmiech) Po prostu lubię popularyzować naukę i historię. Czytam wiele książek naukowych i historycznych, a jak przeczytam coś, co mnie autentycznie ucieszy, to lubię się tym podzielić. Z tego się tworzą prelekcje o ciekawostkach XIX wieku, o szalonych naukowcach, o jakiś szczególnie dziwnych tworach militarnych. Po to też na konwenty jeżdżę, by się od czasu do czasu wygadać. Może kiedyś napiszę kilka popularnonaukowych tekstów. K.W.: Ma pan 31 lat (przepraszam, że tak wiek wypominam), a na swoim koncie kilka książek, kilkanaście opowiadań i mnóstwo artykułów w różnych czasopismach. Czuje się pan już dojrzałym i spełnionym pisarzem? K.P.: Zazwyczaj po napisaniu książki nie czuję się spełniony. Uważam, że pisanie jest czynnością stratną. To znaczy, że żadna książka nie jest tak dobra na papierze, jak była w głowie. Przelewanie pomysłów na papier zawsze wiąże się z poczuciem utraty, której stopień zależy od umiejętności autora. Często po zakończeniu prac mam wrażenie, że nie wycisnąłem z tych bohaterów i pomysłów 110%. Kiedyś usłyszałem mądre zdanie, że „dzieło sztuki nigdy nie jest skończone, jest tylko porzucone”2. Daleki jestem od nazywania tych książek dziełami sztuki, ale na pewno nie czuję, by były skończone, nawet jeśli w nich dłubię i redaguję półtora roku czy dwa lata, tak jak było z „Cieniorytem” – moją najnowszą powieścią. Wydaje mi się, że cały czas szukam swojego Świętego Graala, książki, po której

mógłbym powiedzieć, że wszystko, co chciałem, w niej zawarłem i pomysł został całkowicie zrealizowany. Tymczasem gdy patrzę na swoje starsze książki, mam poczucie, że zmarnowałem niektóre pomysły. Nikt jednak za mnie moich książek nie napisze, więc muszę sobie radzić na tyle, na ile starcza mi umiejętności. Oczywiście wiarę w sens pisania i siłę do niego często podkopują honoraria... K.W.: Któryś z rodzimych autorów stwierdził, że bycie pisarzem w Polsce może być traktowane jedynie jako hobby. K.P.: I tu chodzi nie tylko o pieniądze. W pewnym momencie każdemu autorowi zaczyna się kłębić w głowie smutna myśl, że dla społeczeństwa byłby cenniejszy, że społeczeństwo chciałoby mu więcej płacić na przykład za siedzenie na kasie w supermarkecie albo za robienie reklam, niż za pisanie literatury. Bo nie da się ukryć, że to, ile dostajesz pieniędzy, jest w pewnym sensie miarą twojej wartości dla społeczeństwa. Pisarz, który dwa lata poświęca na napisanie dobrej książki, dostaje świetne recenzje, a później sobie przelicza, że zarobiłby dużo więcej, zamiatając ulicę, staje się rozczarowany i zgorzkniały. Ale z tego rozczarowania można się wyleczyć. Po kilku książkach człowiek się uodparnia. Mam za sobą osiem książek i nawet jeśli czytelnictwo spadnie na tyle, że będą mi wypłacać honoraria dwucyfrowe, to nie będę wcale zdziwiony i zniesmaczony. K.W.: Jakie były pana pierwsze kroki w pisarstwie? Czym fascynował się mały Krzyś i co z tego w dorosłym Krzysztofie zostało? K.P.: Chyba to nie jest nic, czym chciałbym się chwalić. Zaczynałem bardzo wcześnie, już w wieku 7-8 lat czytałem fantastykę. To była fantastyka bardzo rozrywkowa, przygodowa, np. cykl o Kane’ie Edwarda Wagnera. Dopiero w wieku 14 lat otworzyły mi się oczy na to, że literatura może być czymś

2 „Dzieła sztuki nigdy nie zostały ukończone, lecz zatrzymane” - Peter Greenaway.

14

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

więcej niż tylko przygodowymi opowieściami. Odkryłem Lema, Zajdla i to, jak daleko potrafią posunąć się twórcy fantastyczni. I od tej pory zacząłem czytać coraz poważniejsze rzeczy. Wydaje mi się, że jeszcze tej drogi nie skończyłem. Chciałbym czytać tworzyć fantastykę jeszcze przez przynajmniej dwadzieścia lat. K.W.: Tego panu życzę. Ostatnie pytanie: warto przyjeżdżać na konwenty? Jakie wrażenie wywarł na panu Copernicon? K.P.: Copernicon jest bardzo dobrze zorganizowanym konwentem. Dobry program, dobre miejsce, nie ma długich kolejek do akredytacji. Myślę, że na konwenty ogólnie warto jeździć. To szansa na zaprezentowanie siebie i mówię to jako autor fantastyczny, który nie ma jakiejś wielkiej rzeszy fanów. Czasem zdarza mi się, że mam pełną salę, a czasem przychodzi tylko kilka osób. Ale zawsze to kontakt z ludźmi, z którymi da się pogadać o tym, co się napisało. Często pisarze są zmęczeni tym, co się dzieje na konwentach, bo odchodzi się na nich powoli od literatury. Są duże bloki papierowych gier RPG, gier komputerowych i planszowych, mangi i anime, komiksowe. Szczególnie dotyka to starszych autorów, którzy pamiętają konwenty z lat 80., które były tylko i wyłącznie o literaturze. Kiedy na tego typu imprezach zaczęły nieśmiało pojawiać się papierowe RPG, to już był duży szok kul-

turowy. A współczesna wersja nie mogłaby być odleglejsza od zadymionych dymem papierosowym pomieszczeń, gdzie w latach 80. nasi fantaści rozmawiali o bardzo poważnych sprawach. K.W.: Dziękuję za rozmowę i życzę dobrych wydawców :).

Prelekcja K. Piskorskiego „Szaleni naukowcy, szalone teorie”. Fot. A. Urbanek

15

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

FANTASTYCZNE ASPEKTY HIPNOZY I SNÓW
Z K RZYSZTOFEM M IESZAŁOWSKIM ,
ROZMAWIAŁA WIELKIM PASJONATEM HIPNOZY I ŚWIADOMEGO SNU ,

A NNA H OŁOWKO
wana błędnymi przeświadczeniami o ich naturze. Na szczęście wielu ludzi jest już w tym temacie uświadomionych i nie są to małe liczby. A.H.: W takim razie opowiedz w wielkim skrócie, czym jest hipnoza? I może „po co” właściwie jest? K.M.: Hipnoza jest stanem świadomości, w którym zwiększa się podatność na sugestię. Porównać ją można ze stanem głębokiego relaksu, podczas którego słowa hipnotyzera są w umyśle pacjenta przetwarzane na plastyczne wyobrażenie, a przez powtarzanie tego wyobrażenia akceptowane jako prawdziwe. W stanie tym występuje obniżenie funkcji ciała i pobudzenie funkcji psychicznych. Zastosowanie hipnozy to bardzo rozległy temat, szczególnie, że cały czas ta dziedzina się rozwija. Hipnoza znajduje zastosowanie w: 1) medycynie – leczenie astmy, alergii, schorzeń dermatologicznych, migren, chorób przewlekłych, zniwelowanie bólu porodowego itd. 2) psychiatrii – leczenie zaburzeń depresyjnych, zaburzeń zachowania, zaburzeń nerwicowych; lęku, reakcji na stres, natręctw, fobii, zaburzeń adaptacyjnych, hazard; uzależnień (nadużywanie alkoholu, palenie tytoniu), zaburzeń odżywiania, dysfunkcji seksualnych, nieorganicznych zaburzeń snu i wiele więcej. Co chwilę dowiaduję się o nowych odkryciach zastosowania hipnozy, na przykład redukowanie problemów z łysieniem też już jest stosowane, o czym dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Dlatego myślę, że można by możliwości hipnozy wymieniać bardzo długo.

Anna Hołowko: Może na początek pytanie ogólne – skąd właściwie fascynacja właśnie hipnozą i snem? Jest to dość niecodzienna, wyjątkowa pasja. Krzysztof Mieszałowski: Moja przygoda ze świadomym snem zaczęła się od dyskusji z kolegami z wczesnego dzieciństwa, kiedy zorientowałem się, że nie jest to zjawisko tak powszechne, jak się tego spodziewałem. Coś, co było dla mnie normalnym i codziennym zjawiskiem, dla innych było rzadkością bądź fantastyką. Od tamtej pory cały czas uczę się o tym zjawisku i nauczam innych, przez pewien świadomy sen zainteresowałem się też hipnozą. Miałem to szczęście, że uzyskałem łatwy dostęp do informacji na jej temat i poznałem kilku terapeutów, którzy mnie inspirowali. Książki tematyczne nadal pomagają mi cały czas robić postępy i rozwijać się w tej dziedzinie. A.H.: Jak ludzie postrzegają Twoją pasję? Czy zdarzają się osoby, które po prostu w to nie wierzą? K.M.:Tak, oczywiście zdarza się, że ludzie nie wierzą w świadomy sen, ale w hipnozę także. Jest to spowodowane małym jeszcze rozpowszechnieniem wiedzy na te tematy. Brak wiedzy powoduje sceptycyzm. Po części rozumiem takie podejście, ale na szczęście zdanie tych osób nie wpływa na to i zarówno świadomy sen, jak i hipnoza są rzeczywistością (potwierdza to wiele badań naukowych, co można sprawdzić na przykład w Internecie). Takie sceptyczne spojrzenia to jednak rzadkość, częściej ludzie otwarcie przyznają się, że nie mają na ten temat wystarczającej wiedzy, a niechęć do świadomego snu lub terapii hipnozą jest spowodo-

16

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

A.H.: Liczba schorzeń, na które można zastosować hipnozę zdecydowanie robi wrażenie… A czy wiąże się ona np. z niebezpieczeństwem zrobienia czegoś, czego wymaga od nas osoba hipnotyzująca, wbrew naszej woli? K.M.: Muszę powiedzieć, że i tak i nie. Jest to bardzo trudne nawet dla wykwalifikowanych hipnotyzerów, ponieważ w transie zachowujemy się swoją mentalność, przekonania i moralność, które hipnotyzer musi obejść, a naprawdę nie jest to łatwe. Jest to niemal tak samo trudne jak bez użycia hipnozy. Trudniej także jest zahipnotyzować osobę, która nie ufa hipnotyzerowi. Dlatego nim pójdziemy do jakiegoś terapeuty zasięgnijmy opinii kogoś, kto już tam był bądź dowiedzmy się z innego źródła, czy możemy mu w pełni zaufać (co pozwoli nam zaoszczędzić pieniądze i czas). Choć zapewniam, że bardzo rzadko można spotkać się z jakąś przykrą sytuacją, a wręcz odwrotnie. W interesie hipnotyzera jest, byś z gabinetu wyszedł zadowolony, gotów polecić go dalej bądź wrócić. A.H.: Co właściwie możemy „zobaczyć” podczas hipnozy? W jakie miejsca się „przenieść”? Czy może tu wystąpić aspekt fantastyczny? K.M.: Aby osiągnąć efekt terapeutyczny nie są konieczne „wizje”, ale bardzo często je stosuje. Tutaj także możliwości są nieograniczone. Można mentalnie „odwiedzić” miejsca widziane w dzieciństwie, ale i miejsce, o którym czytaliśmy w książkach. „Zobaczymy” (doświadczając wizji w transie, postrzegamy je bardzo wyraźnie, czasem wyraźniej niż rzeczywistość) wszystko, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, ale nie tylko. Logika czasami jest wyłączona, więc nie problem zobaczyć dźwięki, kwadratowe koło lub usłyszeć kolory (oczywiście potem jest to trudno wytłumaczyć lub narysować). Więc możemy odbyć "podróż" przez ulubione baśniowe krainy, napotykając wiele znanych nam z książek postaci, a nawet przeprowadzić eksplorację kosmosu.

A.H.: A czy w takim razie hipnoza mogłaby na przykład pomóc w napisaniu powieści fantasy? Można by po prostu opisać to, co widzi się w transie… Byłby to na pewno oryginalny sposób na napisanie książki, w przypadku, gdy ktoś nie ma talentu do „fantazjowania”… Jak sądzisz? K.M.: Oczywiście i tutaj hipnoza znajdzie zastosowanie, w dodatku na kilka sposobów. Można właśnie po prostu opisywać przygody, które się przeżyło w transie. Łatwe jest także pobudzenie kreatywności i wyobraźni, co pomoże opisywać coś, czego nie doświadczyliśmy w transie. Można także po prostu pobudzić w sobie talent do pisania (tak jak robi się z malowaniem czy grze na jakimś instrumencie) A.H.: Pobudzić? To tak, jakby każdy go posiadał, ale ukryty gdzieś głęboko w podświadomości? K.M.: Tak, wiele można by pisać na temat teorii wyjaśniających to zjawisko. Najważniejsze jest jednak to, iż potencjał, o którym mowa, jest w każdym z nas. W transie łatwo jest wyzwolić takie umiejętności, ponieważ nie przeszkadzają nam takie stwierdzenia jak: „nie dam rady”, „nie potrafię”, itd. Dlatego jesteśmy wtedy nastawieni na sukces i osiągamy go. A.H.: A jak sprawa wygląda ze „świadomym snem”? Czym on dokładnie jest? K.M.: Świadomy sen nazywany jest inaczej świetlistym lub wilczym. Wielu ludzi doświadczyło stanu we śnie, w którym uświadamiali sobie, że śnią. Mając świadomość, że śnimy, możemy robić, co chcemy, mamy nieograniczone możliwości. Tak jak w rzeczywistości czujemy smak, zapach, dotyk, a nasza świadomość nie raz przewyższa tę na jawie (kolory są żywsze, widzisz i zapamiętujesz więcej niż w realnym życiu, np. widząc drzewo, zwracasz uwagę na nie całe, a równocześnie na każdy liść z osobna). Stan ten możemy wykorzystywać jako idealną odskocznię od codzienności – odstresować się, latając - możemy odczuwać wtedy lekkość swo-

17

ROZMOWY MIĘDZY REGAŁAMI

jego ciała, opór ciepłego powietrza piętnaście metrów nad poziomem Morza Śródziemnego itd., lub jeść w ulubionej restauracji wykwintne dania, nie licząc kalorii :). Możemy również z zawrotną prędkością jeździć luksusowym samochodem, który widzieliśmy wczoraj w telewizji. Wilczy sen daje nieskończoną ilość satysfakcji i przyjemności. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, którą i tak rozwijamy za jego pomocą. A.H.: Brzmi jak bajka! Czy tylko i wyłącznie od nas zależy, co wydarzy się w takim śnie? Sami możemy wykreować sobie otaczający świat, przedmioty, osoby? Czy są elementy, na które mimo wszystko nie mamy wpływu? K.M.: To zależy od kilku czynników: samopoczucia, wiedzy, doświadczenia. Czasami możemy wykreować świat, mamy kontrolę nad całą treścią naszego snu, a czasem nad jej częścią. Jednego dnia kontrolujemy całe otoczenie, czyli tworzymy całe budynki, przenosimy się na inne światy, a kolejnego dnia możemy tylko go zmieniać, czasami nawet to jest trudne. Tutaj kluczowe znaczenie ma doświadczenie. Cały czas uczymy się, jak pokonywać jakieś trudności, np. utrzymanie świadomości. Świat snu ma swoje odrębne zasady, które z każdym kolejnym snem odkrywamy, zasady takie jak: tworzenie przedmiotu we śnie łatwiej się odbywa poza zasięgiem naszego „wzroku”, włączniki światła prawie zawsze uruchamiają coś innego itd. Z czasem poznajemy coraz więcej zasad pozwalających nam tę kontrolę zwiększać. A.H.: Czy styczność z hipnozą i świadomym snem niesie ze sobą jakiekolwiek zagrożenie? K.M.: Jeżeli chodzi o hipnozę, to nie tyle spotkałem się z zagrożeniami, co z komplikacjami. Tutaj pewna sytuacja wynikła wtedy z powodu mojego braku doświadczenia (było to około rok po tym, jak zacząłem zajmować się hipnozą). Pewna osoba chciała

pozbyć się pewnego nawyku, który został zastąpiony innym także niepożądanym. Po dwóch dniach oczywiście wszystko zostało naprawione i jest tak, jak być powinno. Gdy korzystamy z usług profesjonalisty, nie musimy się niczego obawiać, jest on w pełni przygotowany na każdą ewentualność. Świadomy sen za to nie niesie ze sobą żadnych niepożądanych efektów (przynajmniej nic o tym nie wiem). A.H.: Wiem, że pracujesz nad własną publikacją na temat świadomego snu. Może powiesz coś na ten temat? K.M.: Można znaleźć dużo informacji na temat świadomego snu w książkach czy w Internecie, wiele technik (bardzo skutecznych), czy też jak go wywołać. I na tym koniec. Książka, która powstaje, ma na celu przeprowadzenie czytelnika przez całą drogę ze świadomym snem, a nie tylko do niej doprowadzić. Zamiarem jej jest sprawienie nie tylko, aby czytelnik miał swój pierwszy świadomy sen, ale także dziesiąty i setny. Ludzie, którzy śnią świadomie, nie umieją czasem tego stanu wykorzystać. Chcę, aby ktoś, kto będzie czytał tę książkę, poznawał nowe zastosowania świadomego snu i przeżywał kolejne przygody, co najważniejsze – cały czas się rozwijając. Czytelnik ma czuć się tak, jakby cały czas trenował, pod okiem nauczyciela, który cały czas czymś go zaskakuje. A.H.: Powiedz jeszcze, gdzie można znaleźć cię obecnie? Strona internetowa? Facebook? K.M.: Ja i kilka osób zajmujących się tą samą dziedziną tworzymy projekt „Hipnoza i Sen” i pod tą samą nazwą można znaleźć nas na facebooku. Prowadzimy także stronę tfia39.wix.com/hipnozaisen, można także kontaktować się poprzez komunikator Gadu-Gadu pod numerem 41295350. A.H.: Dziękuję za rozmowę!

18

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

MORDIMER MADDERDIN
PATRYCJA NOWIK
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, i daj nam też siłę, abyśmy nie przebaczali naszym winowajcom... Zaraz, zaraz, myślicie teraz: „to chyba szło jakoś inaczej?!”. A jednak w alternatywnym świecie, w którym Jezus zszedł z krzyża, by wraz ze swymi apostołami, niosąc miecz i ogień, ukarać wrogów, te słowa kierują do swego Pana mężni i pokorni słudzy - Inkwizytorzy Świętego Oficjum. Jacek Piekara, jeden z najpoczytniejszych pisarzy polskiej fantastyki rozwija przed czytelnikami wizję świata, w którym władzę dzierży nieprzejednanie Inkwizycja. Osiem powstałych tomów (m. in. Sługa Boży, Młot na czarownice) skupia się na postaci Mordimera Madderdina, licencjonowanego inkwizytora Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Mordimer prowadzi pierwszoosobową narrację, zwracając się bezpośrednio do czytelnika. W swoich oczach Madderdin uchodzi za osobę cichą, pokorną i wielkiego serca, o prawdziwie niezłomnej wierze. Trudno jednak nie dostrzec cechującego go głębokiego racjonalizmu i osobliwej moralności, a w wielu sytuacjach cynizmu oraz wisielczego humoru. Jego zadaniem jest tropienie herezji: czarownic i czarnoksiężników, członków sekt, bluźnierców. Zawsze znajdzie się ktoś, kto głosi, że Jezus umarł na
krzyżu lub wchodzi w konszachty z demonami. A jeśli przesłuchanie wykaże, że delikwenci są winni zarzucanych im czynów, pomaga im znaleźć odkupienie w płomieniach świętego stosu. Kiedy odkrywa, że dziewczyna, która uratowała mu życie, jest czarownicą nie waha się ani chwili: Na tym świecie jesteśmy tylko gośćmi, to tam - podniosłem wzrok czeka nas prawdziwe życie. Czy chciałabyś zrezygnować z wiekuistej radosnej uczty przy stole Pana? Gdybym pozwolił ci odejść, zniszczyłbym nadzieję. Ale ja zawiozę cię do Hezu, Karlo, i postawię przed sądem Świętego Oficjum. Uwierz mi, że umrzesz pogodzona z Bogiem oraz naszą świętą wiarą. Przepełniona miłością. Szczerze żałująca grzechów. Uwierz mi, że tam w płomieniach, przeżywając ekstatyczną boleść stosu, zrozumiesz, iż właśnie w chwili, kiedy cię wydałem, okazałem się twoim prawdziwym przyjacielem. Płynnie poprowadzona narracja, mieszająca język współczesny z archaizmami, obfituje w wiele trafnych spostrzeżeń i sprawia, że kolejne rozdziały czyta się z niebywałą przyjemnością. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć miłej lektury tym, którzy z ciekawością sięgają po podobne pozycje.

19

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

LITERACKIE INSPIRACJE W GRACH PLANSZOWYCH, KARCIANYCH I BITEWNYCH
ANNA URBANEK
Czasami w życiu niektórych czytelników nadchodzi taki moment, w którym organizm wymęczony wielogodzinnym wpatrywaniem się w litery na stronie lub w czytniku woła: „Dość! Veto!”. Oczywiście niektórzy zalecają w takim przypadku trochę ruchu (najlepiej na świeżym powietrzu), może nawet – o zgrozo! – sportu, przewietrzenie ciała i myśli, fizyczne i mentalne oderwanie się od czytanej książki, porzucenie świata, w którym tak miło spędzało się nam czas. Czy mamy jednak zawsze sięgać po tak brutalne rozwiązanie? Czy zawsze, kiedy nasze ciało zbuntuje się przeciwko dalszej lekturze, mamy spełniać jego żądania? Nie! Niech zatriumfuje duch nad materią! Nie możesz już, marna ziemska powłoko, wysiedzieć nad książką, choć uwięziony w tobie umysł błaga o jeszcze chwilę w innej rzeczywistości? Dobrze, niech ci będzie. To może w coś zagramy?1 Rynek gier planszowych w Polsce rozkwita. Jesteśmy, co prawda, wciąż jakieś 10 lat za naszymi zachodnimi sąsiadami (rynek niemiecki ustępuje w tym segmencie – i to naprawdę niewiele – jedynie północnoamerykańskiemu), ale coraz więcej osób uświadamia sobie, że z rodziną lub przyjaciółmi można zagrać w coś więcej niż tylko „Scrabble”, „Chińczyka” czy jego wysokopromilową mutację. W stale poszerzającej się ofercie (również wydawnictw polskich) można znaleźć gry przygodowe, bitewne, logiczne, ekonomiczne, polityczne, zręcznościowe i strategiczne. Można przenieść się w nich w czasy PRL-u („Kolejka”), budować linie kolejowe („Wsiąść do pociągu”), uratować wioskę przed inwazją duchów („Ghost Stories”), złupić hiszpańską galerę („Libertalia”), wygrać konkurs na najlepsze medium („Divinare”) lub stracić wszystkich przyjaciół („Eurobiznes”/”Monopoly”, gdy ktoś stanie na Wiedniu z hotelami). Niektóre z gier planszowych i karcianych pozwalają nam na jeszcze jedną radość – przeniesienie się w świat znany z ulubionych książek. Zacznijmy klasycznie – nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy powtórzyli podróż Fileasa Fogga (łącznie z depczącym nam po piętach detektywem Fixem). Moglibyśmy również udowodnić Robinsonowi Crusoe, że lepiej niż on znamy się na sztuce przetrwa-

PIONKIEM I KOSTKĄ PO FANTASTYCE

1 W tym momencie duch triumfujący nad materią chciałby z pewnością zanieść się śmiechem w stylu Wszechwładcy Wszelkiego Zła, ale – z racji jego domyślnej niematerialności – niestety nie może. 2 O ile pozwolimy sobie na zaliczenie „Robinsona” do książek fantastycznych. W przeciwnym wypadku też możemy mu to udowodnić, ale nie powinniśmy wspominać o tym w niniejszym artykule. Kto jednak ośmieli się stwierdzić, że „Robinson” nie jest fantastyczny?

20

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

nia2, albo zapolować na swoich przyjaciół jako potężny i żądny zemsty na śmiertelnikach hrabia Dracula (bądź oni na nas, jako łowcy wampirów. Wiele dobrej zabawy po obu stronach osinowego kołka). Szczególnie wdzięcznym tematem dla gier towarzyskich okazała się proza H.P. Lovecrafta i jego mitologia Starszych Bogów. Możemy zagrać w „Horror w Arkham”, usiłując obronić miasto przed potworami i Przedwiecznymi i zachować przy tym choć odrobinę poczytalności. Możemy również podążyć mrocznymi korytarzami „Posiadłości szaleństwa”, w której nigdy nie będziemy pewni, co czeka nas za zakrętem – poza tym, że nic dobrego. I kiedy zegar nieubłaganie odliczać będzie minuty do naszej śmierci, a Strażnik Tajemnic (poza grą: nasz dobry przyjaciel lub kochająca mama; w grze: bezlitosne Fatum) naśle na nas stwory jak z najgorszych koszmarów, zrozumiemy, że nie jest w stanie nas uratować nic oprócz dobrego planu, gry zespołowej i odrobiny szczęścia. Co – paradoksalnie – jest konstatacją bardzo radosną.

Jeśli jednak nie mamy ochoty na walkę o stan własnego umysłu, zawsze możemy uratować świat przed zagładą, otwierając pudełko jednej z licznych gier opartych na uniwersum J.R.R. Tolkiena. Wybór mamy tu przeogromny: od przeznaczonego głównie dla dzieci, dość prostego „Hobbita”, przez niewiele bardziej skomplikowanego „Władcę pierścieni” wydawnictwa Bard oraz grę karcianą firmy Decipher „Lord of the Rings TCG”, aż po karciankę Fantasy Flight Games3 (w której odegramy przygody znane z książek – „Hobbita” i „Władcy” – jednocząc się wraz z przyjaciółmi przeciwko przeważającym siłom Zła) oraz grę bitewną („Ucieczka z miasta goblinów”, 56 figurek do samodzielnego sklejenia i pomalowania, 8 kostek, miarka calowa oraz 160 stron instrukcji). Jak widać, poziom skomplikowania gier jest dość zróżnicowany. Literatura fantasy nie skończyła się oczywiście na Tolkienie i też nie na nim skończyły się fantastyczne inspiracje w grach. Trzech różnych wydawnictw doczekała się proza George’a R.R. Marti-

3 Wspomniana gra nie jest, co ważne, na licencji Warner Bros. W praktyce oznacza to, że nie posługuje się grafikami wziętymi prosto z filmów Petera Jacksona. Dla niektórych, przyzwyczajonych bardziej do wizji reżysera niż Tolkiena, może być to problem – ośmielę się jednak stwierdzić, że jakość ilustracji stworzonych na użytek tej gry zdecydowanie przewyższa kinowe fotosy. Legolas, na przykład, jest po prostu piękny (zob. następna strona).

Ilustracja z okładki gry karcianej „Władca pierścieni” wydawnictwa Fantasy Flight Games.

21

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI
zdrady i wbijania sojusznikom nożna w plecy – starają się zająć prestiżowe, choć podobno strasznie niewygodne miejsce na tronie w Królewskiej Przystani. To jednak nie wszystko: istnieje również gra karciana na licencji HBO, w której Starkowie i Lannisterowie rzucają się sobie nawzajem do gardeł ku uciesze graczy, oraz „Bitwy Westeros”, gra bitewna, wymagająca większej ilości myślenia, niż zwykło się zabierać ze sobą na wieczór z grami planszowymi. Wiele wysiłku intelektualnego może nas też kosztować rozgrywka w świecie „Warhammera”, bogatego uniwersum znanego z gry fabularnej, książek i gier komputerowych. Czy interesuje nas świat fantasy, czy mamy ochotę postrzelać z blastera – „Warhammer” da nam wszystko, czego szukamy. Mroczne elfy, wampiry, szczuroludzie, krasnoludzcy zabójcy trolli czy kosmiczni marines – wybierz swoją armię i udowodnij, że Sun Tzu i inni teoretycy sztuki wojennej mogliby brać u ciebie korepetycje (lub, co bardziej prawdopodobne, przegraj sromotnie i spędź kolejne cztery lata na porządnej nauce taktyki, sztuki operacyjnej i strategii. Kto wie, może ci się to nawet przyda w prawdziwym życiu?). W obrębie tego uniwersum powstała także gra planszowa „Relic” oraz karciana „Inwazja”, w której siły Porządku i Chaosu toczą wielką wojnę, podpalając sobie nawzajem stolice.

Skromnym zdaniem autorki, żaden Orlando Bloom nie jest w stanie oddać uroku Legolasa równie dobrze, co szalenie utalentowana Magali Villeneuve na tej ilustracji do karcianego „Władcy pierścieni”.

na. Najbardziej znana jest „Gra o tron” wydana przez Fantasy Flight Games (w Polsce przez Galaktę). Gracze wcielają się w niej w sześć wielkich rodów Westeros i – za pomocą podbojów, intryg, dyplomacji, szpiegostwa (konia z rzędem temu, kto grał, a nie usiłował zajrzeć przeciwnikowi za zasłonkę w fazie wydawania rozkazów!) oraz klasycznej

Plansza do „Gry o tron” Fantasy Flight Games. Wygląda dość skromnie, bo rozłożono karty dla tylko czterech graczy i nie porozstawiano jeszcze pionków i żetonów. Ku zdumieniu większości grających, jej zasady są stosunkowo proste.

22

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

Jeśli mielibyśmy ochotę na chwilę przerwy, możemy sięgnąć po mniej heroiczne wyzwania, jakie stawiają przed nami gry oparte na twórczości Terry’ego Pratchetta. W „Świecie Dysku. AnkhMorpork” wcielamy się w mniej lub bardziej szanowanych obywateli tego wspaniałego miasta i knujemy na potęgę, starając się przejąć panowanie w dzielnicach (lordowie), stworzyć sprawnie działającą siatkę szpiegowską (Patrycjusz), zostać finansową potęgą (troll Chryzopraz), siać zamęt (Smok Herbowy Królewski) lub po prostu utrzymać równowagę, czyli uniemożliwić pozostałym graczom zwycięstwo (komendant Vimes). Zmęczeni politycznymi przepychankami możemy przenieść się na prowincję, do Lancre, by jako wiedźma-praktykantka uchronić świat przed zagładą, a krowy przed wzdęciem (nigdy, ale to nigdy nie pozwalajcie im jeść mokrej koniczyny!)4. Przejdźmy teraz na nasze własne poletko. Najlepszy obecnie polski towar eksportowy (przynajmniej w dziedzinie kultury), czyli „Wiedźmin”, również doczekał się gry karcianej5. Na fali zainteresowania komputerowym „Wiedźminem”, Kuźnia Gier wraz z CD Projekt RED stworzyła nieskomplikowaną grę karcianą, w której pokonujemy rozmaite monstra i zdobywamy sławę najlepszego zabójcy potworów. Gra nie wzbudziła wielkiego zachwytu wśród fanów twórczości Sapkowskiego, ale zdążyliśmy się już przyzwyczaić do poziomu polskich tworów okołowiedźmińskich (za wyjątkiem, rzecz jasna, gier komputerowych, które są tak dobre, jakby je sprowadzono z równoległego

wszechświata; przynajmniej w porównaniu z wytworami filmo– i serialopodobnymi). Najnowszą i zarazem ostatnią grą, jaką zamierzam przedstawić, jest „Enclave. Zakon Krańca Świata”, planszówka oparta na motywach książek Mai Lidii Kossakowskiej, jednej z najbardziej utytułowanych polskich pisarek fantastyki. Dlaczego warto zagrać w tę grę? A kto by nie chciał powykradać Mistrzom Blasku kilku artefaktów? Nic nie jest przecież równie przyjemne, jak mały abordaż o poranku. A teraz, kiedy już zatriumfowaliśmy nad materią i zmusiliśmy nasz organizm do przeżycia jeszcze chwili (od pół godziny do nawet sześciu czy siedmiu) nad planszowym, karcianym lub bitewnym przedłużeniem książki, może jednak warto iść na ten spacer?

4 „Świat Dysku. Wiedźmy” wciąż jeszcze czekają na swoją premierę, ale ponieważ ma ona nastąpić dosłownie na dniach, byłoby nierozsądne pominąć je w niniejszym artykule. Tym bardziej, że wiedźmy nie przepadają za byciem pomijanymi. 5 Pierwsza gra karciana w obrębie tego uniwersum pojawiła się w latach 90., ale zniknęła w pomroce dziejów i laicy, tacy jak ja, w życiu by o niej się nie dowiedzieli, gdyby im o niej nie opowiedziano.

Za pomoc w napisaniu artykułu autorka chciałaby serdecznie podziękować Grzegorzowi Berezie i Maćkowi Wiakowi z toruńskiego Centrum Gier „Feniks”. Rzadko spotyka się w jednym miejscu tyle fachowej wiedzy i pasji.

23

KULTURA MIĘDZY REGAŁAMI

REDAKCYJNE POLECANKI
DAWNO, DAWNO TEMU, OSTATNIA STRONA „MIĘDZY REGAŁAMI” NALEŻAŁA DO CAŁEGO REDAKCYJNEGO KOLEKTYWU. POLECALIŚMY WAM DOBRE KSIĄŻKI, CZASEM ODRADZALIŚMY MNIEJ DOBRE, OGÓLNIE – DZIELILIŚMY SIĘ ZE ŚWIATEM NAJCENNIEJSZYM, CO POSIADALIŚMY: SWOIM ZDANIEM. UZNALIŚMY, ŻE CZAS WRÓCIĆ DO TEGO ZWYCZAJU. DLATEGO DZIŚ PODRZUCIMY WAM KILKA TYTUŁÓW KSIĄŻEK I FILMÓW, KTÓRE WARTO POZNAĆ LUB ODŚWIEŻYĆ W PAMIĘCI, BY UTRZYMAĆ RADOSNY, FANTASTYCZNY, COPERNICONOWY NASTRÓJ NA DŁUŻEJ. ANIA URBANEK: 1. Walter Moers, „Miasto śniących książek”. Literacka uczta dla bibliofilów. Nie napiszę, że trzeba przeczytać (bo nic tak nie odrzuca od lektury), ale z całą odpowiedzialnością za słowo stwierdzę: naprawdę warto. 2. „Awatar. Legenda Aanga” (serial, Bryan Konietzko i Michael DiMartino). Historia, która zaczyna się jak dość banalny serial dla dzieci, i zupełnie niespodziewanie staje się zabawną i inteligentną opowieścią, w której nic nie jest czarno-białe, bohaterowie – jak to ludzie – zmieniają się i dokonują niełatwych wyborów, a twórcy nie boją się poruszać tematów niewygodnych. Przy okazji: strzeżcie się filmu kinowego. Gryzie oraz wypala oczy i szare komórki! 3. Zbigniew Dmitroga, „Księga czarownic”. Nawet jeśli nie macie ochoty na odnajdowanie siebie i znajomych wśród różnych typów wiedźm, z przyjemnością obejrzycie ilustracje Jolanty Marcolli. 4. Gail Carriger, seria „Protektorat parasola”. To nie jest wielka literatura. To przyjemne czytadło, w którym bezduszna (dosłownie; „Bezduszna” to też tytuł pierwszego tomu serii) dama w gorsecie (wiktoriańska Anglia, steampunk i te sprawy) bawi się w CSI: Kryminalne zagadki Londynu.

PATRYCJA: 1. „Constantine” (film, reż. Francis Lawrence). 2. Andrzej Pilipiuk, „Oko Jelenia. Strefa Amilarna”. 3. Jacek Piekara, „Miecz Aniołów”. 4. Peter V. Brett, „Malowany człowiek”. 5. Andrzej Pilipiuk, „Norweski dziennik. Ucieczka”.

KAROLINA: 1. Wit Szostak, „Ględźby Ropucha”. Szostak posługuje się wymagającą polszczyzną, jego książki ciężko czytać w gwarnym autobusie. Wymagają skupienia. Zrewanżują się za to ukrytymi smaczkami, zawrotami akcji i zwykłą przyjemnością wynikającą z dobrej lektury. 2. Marina i Siergiej Diaczenko, „Dzika energia”. 3. Alan Gordon, „Trzynasta noc”. 4. J.R.R. Tolkien, „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. 5. Walter Moers, „Kot Alchemika”.

24

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful