ISSN 2084-1124 6 (56) CZERWIEC 2014

KRYTYKA LITERACKA
LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA
OD REDAKCJI Stanisław Ignacy Witkiewicz
POETIKON JÓZEFA BARANA – ADAM SZYPER
ESEJ Krystyna Habrat ROZMYŚLANIA O PRACY PISARZA (część I)
POGRANICZA Alicja Kubiak STACJA BEZ DOBROBYTU
OPOWIADANIE Zbigniew Masternak STACJA MIRSK (fragment)
FELIETON Lech M. Jakób ALKOHOL
ROZMOWA Zbigniew Kresowaty, Tadeusz Sławek Z „REJSU ŻAGLOWCEM NIETZSCHE”
SZTUKA William Blake NABUCHODONOZOR
Redakcja Tomasz M. Sobieraj, Witold Egerth, Janusz Najder Współpraca Krzysztof Jurecki, Dariusz Pawlicki,
Wioletta Sobieraj, Igor Wieczorek Strona internetowa http://krytykaliteracka.blogspot.com/
Kontakt editionssurner@wp.pl Adres ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


1
OD REDAKCJI





Słowo na czerwiec


…materiał pojęciowy i wyobrażeniowy, którym operuje dany artysta, jest rzeczą piekielnie
ważną, w szczególności dla poety i artysty piszących na scenę. On musi mieć pod ręką, o ile
można, wszystko. Dlatego to antyintelektualizm naszego młodego pokolenia literatów jest
rzeczą tak zastraszającą. Obcinanie swego umysłu z całej wielkości mierzenia się z problemami
filozofii jest według mnie autokastracją (…). Artysta ograniczony do paru elementów
codziennego życia, wypranego z wszelkiej dziwności przez automatyzację i niemyślenie
o rzeczach wiecznych, będzie duchowym kaleką i nic mu nie pomoże, choćby mieszkał
w Sydney czy w Paryżu, bo na to, aby zużytkować w sposób twórczy otoczenie, trzeba mieć
w sobie odpowiednie ośrodki myślowe.

Witkacy, Parę słów w kwestii „wielkości” form w Nowej Sztuce


*


Nowe książki

Stanisław Ignacy Witkiewicz Listy, tom I

Pierwszy tom korespondencji Stanisława Ignacego Witkiewicza z rodziną, przyjaciółmi,
znajomymi oraz tzw. wrogami obejmuje m.in. dziecięce dopiski do listów Stanisława
Witkiewicza ojca, listy do Bronisława Malinowskiego, do matki – Marii Witkiewiczowej, do
Ireny Solskiej, Stefana Żeromskiego, Kornela Makuszyńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza
i wielu innych. W korespondencji tej można wydzielić trzy okresy. Pierwszy okres obejmuje
listy powstałe od dzieciństwa do 21 lutego 1914, tj. daty samobójczej śmierci narzeczonej
Stanisława Ignacego, Jadwigi Janczewskiej. Drugi – listy z podróży do tropików, pisane przez
Witkacego będącego na granicy życia i śmierci w związku z bólem po śmierci narzeczonej.
Trzeci okres to lata 1918-1926, gdy Witkacy – odmieniony doświadczeniem okropności wojny
i rewolucji w Rosji – wraca do kraju i rozpoczyna intensywną twórczość malarską, literacką
i teoretyczną. Chronologiczny układ listów pozwala prześledzić ewolucję kształtowania się jego
osobowości – od kilkuletniego Stasia z listów do babci, z charakterystycznym dla dziecka
stylem i ortografią („Kochana Babciu widzialem Panią Helene i pszywiozła mi małpe królika”),
przez artystę na progu dorosłości, piszącego do przyjaciółki, Heleny Czerwijowskiej: „(…) ze
mną coś się dzieje zawiłego i ciemnego w ukrytym zakamarku", aż do Witkacego-dramaturga,
który przeżywa pierwsze sukcesy i porażki swoich sztuk w teatrze.


Stanisław Ignacy Witkiewicz Listy, tom I; opracował i przypisami opatrzył Tomasz Pawlak, opieka merytoryczna
Janusz Degler, PIW 2013.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


2
S. I. Witkiewicz do Marii Pawlikowskiej


[Zakopane] NP17 7 VII 1927

Dziękuję za kartkę. Czy to Ty jesteś ta w trykocie, czy ta w płaszczyku? Właśnie chciałem pisać
do Ciebie, ale Jurek mi nie przysłał adresu. Dziękuję za pocałunek w czółko.

Nasze erotyczne (pożal się Boże) stosunki były nonsensem, bo nie mieliśmy tego, czegośmy
chcieli, i stąd, jako paliatyw, wyszło to paskudztwo. To skończone chyba na wieki i teraz chcę,
aby stosunek nasz był czysto duchowy. Uważam Ciebie za b. wartościową osobę, na b. złej
drodze wewnętrznej. Higienicznie doskonale, ale wewnętrznie pod psem. Twoja lektura musi
się zmienić i całe menu psychiczne. Mówił mi Leon, że Babcia wypadła fatalnie, z czym się
przed Tobą nie krył. To jest dowód. Piszę ohydnym stylem, bo jestem NP17 i jestem w ogóle
wycieńczony przeżyciami, pracą itd.

Ale wysłuchaj mnie i poddaj się pod mój duchowy wpływ, i zacznij czytać, co ja Ci każę,
i porzuć te bzdury, które tak Cię psują od środka, a zobaczysz, że za rok będziesz inną kobietą
i zupełnie inaczej zaczniesz pisać, i w ogóle rozkwitniesz jak kwiat.

Naprawdę, tak mi żal tego, że się tak marnujesz. Już Ci to parę razy mówiłem, ale teraz widzę
to na NP17 zupełnie jasno, że za rok lub dwa będzie za późno i będziesz drugą Madzią. Ale co
wolno Madzi, to nie Tobie. A nie zadawaj się z durniami duchowo.

Oddawaj się im – to nie szkodzi. Ale z daleka od rzeczy istotnych.

Ściskam Cię. Twój życzliwy naprawdę


Witkacy


PS Albo Ty jesteś ta z parasolem, a tamta jest Madzia i wtedy jesteś niepodobna do siebie, albo
jesteście szalenie podobne z Madzią.

Czy to zwierzę Steinsberg tam jest? Na dwa listy rekom[endowane] mi nie odp[owiedział], b.
ważne dla nas obu.











Krytyka Literacka 6 (56) 2014


3
POETIKON JÓZEFA BARANA – ADAM SZYPER


Adam Szyper – jak sam o sobie mówi w wierszach z gorzką ironią „diabeł- żyd”, „żyd-wieczny
tułacz” – pozostał w liryce wierny polszczyźnie, choć od 1957 roku mieszka na stałe poza
krajem urodzenia – najpierw w Izraelu, a od wielu lat w USA. Nie ukończył studiów, lecz
ukończył wiele uniwersytetów życiowych i jest prawdziwym mędrcem; rozmowa z nim daje
zawsze wiele satysfakcji obcowania z umysłem niezależnym, nieprzeciętnym, z człowiekiem
z krwi i kości, który z niejednego pieca jadł i niejednego upokorzenia oraz cierpienia
doświadczył, a mimo wszystko pozostał humanistą o sercu szerokim od Łodzi (via Tel-Aviv) do
Nowego Jorku, i przestrzennych perspektywach. Nigdy nie obawia się myśleć „pod prąd” (taki
tytuł nosi jeden z jego zbiorów wydany w Polsce).
Po 1990 przylatywał co roku w wakacje do Łodzi, gdzie kupił mieszkanie i zamierzał się
osiedlić na starość wraz z żoną Mirą i synem. Niestety w związku z kłopotami zdrowotnymi
musiał sprzedać polskie mieszkanie i od 2008 nie pojawia się już w kraju dzieciństwa.
Nawiasem mówiąc nie było ono zbyt szczęśliwe, bo przypadło na pobyt w getcie i w obozach
koncentracyjnych. Ślady tamtych dziecięcych traumatycznych przeżyć pojawiają się w jego
wierszach charakteryzujących się jednak przede wszystkim szerokim, bystrym i pogłębionym
widzeniem współczesnego świata. Szyper bywa niekiedy ostrym krytykiem bezdusznej
cywilizacji, jeżeli powoduje ona zubożenie umysłu i sprowadza się do religii pieniądza. „Robaki
żyją w łajnie a nic o tym nie wiedzą, ba, wydaje im się, że to miód” – ucina wszelką dyskusję na
temat zróżnicowania poglądów starszego i młodszego pokolenia.
Pracował przez wiele lat w hotelach w Nowym Jorku, co pozwalało mu poznać całą
galerię typów ludzkich.
Jako poeta zapoczątkował wiele działań na rzecz upowszechniania poezji polskiej
w Stanach i poezji amerykańskiej w Polsce. Poznałem się z nim w latach 90., gdy
prowadziliśmy razem warsztaty literackie pod Łodzią, a w 2001 występowaliśmy razem na
spotkaniu poetyckim w ONZ. Kilkakrotnie odwiedzał mnie w Krakowie.
Niedawno ucięliśmy sobie po latach półtoragodzinną rozmowę przez telefon, w której
poinformował mnie z właściwym mu humorem, że pisze teraz mało, może dlatego, że dźwiga
za duże ciężary świata na swoich barkach, co z kolei denerwuje jego żonę Mirę. Mówi mu
żartobliwie: „lepiej byś Adam umył podłogę, byłby z tego większy pożytek!”
Jego wiersze, operujące czasami publicystyczną frazą, wyraziste w formie, przemyślane,
zapadają nawet po jednym przeczytaniu w pamięć. Należy do najwybitniejszych poetów
piszących w języku polskim za granicą.




Nie ma odległych miejsc

Nie ma odległych miejsc
Jeśli istnieje ktoś kto o tobie myśli
Jeśli wiesz że ktoś o Tobie myśli
Jeśli niebo, które dzieli
Jest tylko przestrzenią, która łączy...



Krytyka Literacka 6 (56) 2014


4
Sto lat samotności
− Tułaczom

Kto wybiera sobie kraj
Na który nieświadomie przychodzi
Świat, który uśmiechy dziecka zamienia
W obciągnięte pożółkłą skórę
Woreczki padliny i płaczu.

Śmierć idzie przez pola pełne
Twoich i moich braci a prądy ziemi
Przechodzą przez Ciebie i porywają
Swym niewidzialnym nurtem.

Lecz samotność podąża za Tobą jak cień
Cień, który zawsze skazuje
Przeznaczenie, które ciągle powraca
Na swych upiornych, wysokich nogach.

Jeśli błądzisz przez kontynenty
Ona depcze jak gończy pies
Po piętach Twego oczekiwania
I je pożera.

Jeśli przystajesz, ona przypomina
I bije Cię maczugami prawdy
A twe oczy zaciąga
Całunem wspomnień.

Sto lat samotności nosisz w sobie
Gdy błądzisz w poszukiwaniu domu
A on przed tobą się ukrył jak Bóg
Do którego jak do horyzontu
Wciąż tak samo daleko.



Jacek Bieriezin

Powrócił w prawieczny niebyt
Lecz to czego nie ma jest, chwila
Która jak świetlik powraca
By w cudzym życiu zabłysnąć.

W księgarni jego łódzkich przyjaciół
Dokładnie mu się przyglądam.
Na białej ścianie, wciąż żywy
Wisi między niebem a ziemią.

Krytyka Literacka 6 (56) 2014


5
Na stokach ukochanych gór
Podpiera obłoki i skały
W swej największej wyprawie
Szczęśliwy bo niepokonany.

Jeszcze go nie zadławiło poniżenie i bieda
Jeszcze go nie zadziobały kobiety i zawiść
Jeszcze go nie wykończyła poezja i wódka
Jeszcze na pożegnaniu z Łodzią nie płakał.

Jeszcze jest żywą legendą i nawet w szpitalu
Matka głosi jego wielkość
Jeszcze jego chwila błaga o nieśmiertelność
Jeszcze go paryski samochód nie przejechał.

I jak żywy na Piotrkowskiej 102
W przemijalności losu i tego wiersza
I nawet nie wie, że wciąż jest
I nawet nie wie, że już go nie ma.


Witaj smutku

Gdy po latach dopłynąłem do dobrobytu,
Spojrzałem w lustro
W wyłysiałym uśmiechu:
Pod szparami oczu wisiały
Woreczki czasu za oknem maj
Kapał w tym biednym kraju.

Moja noc stała na progu cudzego dnia
Jej światła nieśmiało drżały
Z mroku wynurzały się kropki
Rozbieganego życia
W szarej koszuli świtu
Dzwoniły już pierwsze tramwaje.

W sąsiednim pokoju na łóżku
Jak posąg z nadczynnością tarczycy
Siedziała moja stara matka.
Wytrzeszczonymi oczami szklisto
Wpatrywała się w złośliwy żart.
Jakim okazała się starość.

A na ścianie pod szkłem jest piękna
W kostiumie smukła sarenka
Nie wie jeszcze, co przyniesie czas
Nie uczy się sztuki przemijania
Nie boi się getta obozów ani wojny.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


6
Jakby podatek za przeżyte życie
Kaszlała długo, męcząco boleśnie
Puls drgał w jej nerwowej arytmii
I skrzydłami obłędnego strachu
Biła mnie coraz mocniej i głęboko
Zapadała się w moją pamięć.



Leon i Eugenia

Tu, na ławce na której siedzę
Siedzieli kiedyś moi rodzice
I jak Filomen i Baucis
Wrastali jedno w drugiego.

Dzień taki jak ten pachniał szyszkami
Wiał majowym chłodem
Spacerowali koło fontanny, w obramowaniu
Czerwono-żółtych klombów.

Nie wiedzieli, że po latach na chwilę
Odżyją tu we mgle moich wspomnień
W rozrzewnionym smutku w którym
Siedzą teraz, Oni także siedzieli
Jak tkacze na kanwie życia
Przędąc swoją nostalgię.

Wspominali przeszłość, myśleli o przyszłości
I najpierw On, po nim Ona
Pochowani na rożnych i dalekich cmentarzach
Odeszli…



Dzieciństwo

Byłeś mądrym dzieckiem
Wiedziałeś że nie wolno płakać.
Milczałeś bo każdy dźwięk
Oznaczać mógł koniec twego
Żywego nieistnienia.
Wiedziałeś, że trzeba schodzić
Silniejszym z drogi, a nigdzie
Nie widziałeś słabszego od siebie.
Kopałeś matkę po nogach
Gdy chwiała się, gdy z zimna drżała
W widmowo trupich szeregach.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


7
Byłeś mądrym dzieckiem, wiedziałeś
Że godzinami trzeba stać na baczność
Zimą na porannych apelach
Że aufzejerka da ci może z litości
Jeszcze jeden zgniły kartofel.
Strach wznosił cię ponad wszystkie
Dziecięce reakcje, lecz gdy noc
Zapadała w cuchnącym baraku
Wśród ludzi którzy jak otępiałe raki
Tuż przed ugotowaniem
W gęstym smrodzie leżeli na sobie
Na chwilę odzyskiwałeś głos
I pytałeś w końcu jak dziecko:
Mamo co to znaczy jabłko?
Mamo co to znaczy kura?
Mamo co to znaczy człowiek?

Tel Awiw, 1992



Bunt oświęcimski

Nie pieści me niebiosom wygrażać będą
ni też kalać się będą w powinnej pokorze
Jedno chcę tylko dokonać przed końcem-
w twe oczy spojrzeć Ci Boże.

Jedno chcę jeszcze poznanie
nim czas mnie wchłonie i spłucze
Przed Tobą chcę dumny stać Panie
gdy płomyk mój życia się stłucze.

Całą mą ziemską prawdę
wygarnę Ci wtedy hardy
i zważę tak cienie jak blaski
i worek pękatej wzgardy.

Wyliczę Ci wszystkie piszczele
czaszki i ślepia rozlane
a potem zanucę modlitwy
dla Ciebie z ufnością śpiewane.

I zważę prochy mych dzieci
na rękach Twojego sądu
a potem głosy palone
zachrypią z żywego swądu.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


8
Zwołają badyle śmierci
szkielety i strzępy ciała.
W bólu i krwi poczęci
powrócą do swego Pana...



Szulim Icchak Lubiński

Cóż o Tobie wiem mój brodaty pradziadku?
Tylko to, co opowiadała mi Matka:
Że uciekłeś z domu mając lat szesnaście,
Że w podeszłym wieku wskakiwałeś do jadącego tramwaju,
Że na młode dziewczynki mówiłeś „rzodkiewki”.
Nigdy Cię nie widziałem, nigdy Cię nie słyszałem
I tak naprawdę, nigdy mi Ciebie nie brakowało,
Bo wiem, że prawie nic o Tobie nie wiem,
Że przypadkowe jest to moje zadumanie,
Że cykliczny jest ten mój smutek.
Właściwie ten, którym nie byłeś, jest mi bardziej
Wiadomy niż Twój realny Ty i na pewno wiem:
Nie byłeś lichwiarzem, nie byłeś szmaciarzem
Nie byłeś mędrcem Syjonu, narzeczonej nie oddałeś za rower
I w mieście Łodzi ulica nie należała do Ciebie.
Nie byłeś kapitalistą, nie byłeś komunistą, w czterdziestym roku
Na wschodzie Polski, nie witałeś sowieckich hord
I na pewno, mój biedny Szulimie Icku,
Zanim Cię wykończyli w getcie,
Nigdy w życiu do macy nie użyłeś krwi
Niewinnych chrześcijańskich dzieci.

Nowy Jork, 1990



Diabeł Żyd

Okazało się że jestem diabłem
A myślałem że jestem człowiekiem
Bo lubię dzieci ludzi i zwierzęta
Rzadko żądam oko za oko
A na wzruszających filmach płaczę.
Sąsiadom nie wystawiam brudnych butów
We wspólnym przedpokoju
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


9
W restauracjach zostawiam napiwki
Wciąż w tym samym kiosku wiernie
Kupuję pomidory a jeśli już piję
To na wesoło.
Lubię zjeść, dyskutować raczej niż śpiewać
Uwielbiam piękne kobiety i czasem
Boję się własnej żony
A na ulicach tego brudnego świata
W trotuarach dostrzegam źdźbła
Wystającej trawy.
Mnie też w studni czasu miga życie
Jak kolibry swymi kolorowymi skrzydłami.
Płacę podatki moknę jak każdy inny
Narzekam na reumatyzm czy lumbago
I kostniejąc z zimna widzę jak moi prorocy
Kiwają na mnie palcem i mówią:
„No co tu robisz między gojami?”
I wówczas jak kominiarz w nieskazitelnie
Białych rękawiczkach przychodzi do mnie prawda.
Pokazuje mi szkielety w przydrożnych rowach
Gdzie pod warstwą gliny piętrzą się na sobie
Kościotrupy bez ciała bez skóry i bez oddechu
Ziemi która ich pogrzebała.
Pokazuje mi graffiti na murach miasta:
„Szwaby i Żydzi raus” i „Żydzi do pieca” i „Wałęsa Żyd”
które szpilkami wbijają się w rany mego serca
Krzyczą i bolą do szpiku kości. Czemu tak bolą?
Czemu mną tłumaczą wszystkie swoje nieszczęścia?
Czemu nie pozwalają mi spokojnie doglądać
Moich ruin prochów i cmentarzy.
Czemu nie pozwalają mi się cieszyć
Nimi i ich trudnym życiem.
Czemu nie chcą bym z nimi czekał
Na naszą wspólną lepszą przyszłość?

Łódź, 1991






Krytyka Literacka 6 (56) 2014


10
Ostatni król Bułgarii

Poznałem go kiedyś w Nowym Jorku
Właśnie uciekł z Sofii
Był tokarzem ale marzył o wolności
I o życiu jak w kinie
Miał już czterdzieści lat
Garnitur z kantami tylko na weekendy
I jeszcze kanarki
Śpiewały mu w głowie
Mówił że pójdzie w Amerykę
w Niedźwiedzie Góry czy w Góry Skaliste
Lecz poszedł tylko do roboty
W Brooklynie
Minęły lata i nie ożenił się
I nie dorobił
Fabryka mu śmierdziała i huczała:
„Szybko ty sukinsynie”
Oklapł i przestały go nawet
Interesować męsko-damskie sprawy
I w końcu zamienił
Kobiety na konie
Gdy spotkałem go ostatnim razem
Mówił że ktoś za rogiem
Na niego czeka
Z zatrutym szpicem parasolki
Że szuka pracy i
Że jest ostatnim królem Bułgarii.


Nowy Jork 1986



Viva México

Pod Saltillo lub Monterrey
Poprawię sobie dziurawe sombrero
I szczęśliwy policzę czyjeś –
Me łaciate kozy.
Między dwiema deskami
Pod blaszanym dachem
Sznurki czosnku porozwieszam
Przy drodze w Sierra Madre
Prowadzącej donikąd.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


11
Dzisiaj zapadnę w sen
Spokojny jak dziecko
Które nie wie, że zostanie
Kiedyś sierotą.
Zapadnę w noc jak puch
Miękki i bezpieczny
Pod obcym niebem
Które mnie ukoi do snu
Jak matka.
Bo zmęczyło mnie to co wiem
Więc dziś siebie zapomnę
I w tym śnie się stanę
Kimś innym.


Zacatecas, 1995


_



Adam Szyper urodził się 6 grudnia 1939 roku w Łodzi, w rodzinie żydowskiej. W 1940 wraz z rodzicami został
przesiedlony do łódzkiego getta, gdzie spędził cztery lata. Więziony w pięciu niemieckich obozach
koncentracyjnych, w tym w Auschwitz. Po zakończeniu wojny powrócił do Łodzi. W 1957 wyemigrował do
Izraela, a w 1962 wyjechał do Stanów Zjednoczonych i osiadł w Nowym Jorku. Publikuje wiersze w języku
polskim i angielskim, zna również hebrajski i rosyjski. Jego utwory publikowane są w licznych antologiach
i magazynach literackich. Był współpracownikiem miesięcznika „Tygiel Kultury”. Wydał wiele książek, w tym po
polsku: Z poddasza snów (1991), Nowy Jork – strach w raju (1992), Diabeł żyd (1993), Wiersze wybrane
(1996), Wygnanie (1998), Życie pod prąd (2001). W Polsce ukazały się osobne zbiory z tłumaczeniami
A. Szypera m.in. utworów legendarnego poety perskiego Rumiego, a także Edwarda Taylora, Stanleya Kunitza
i Geralda Sterna.









Krytyka Literacka 6 (56) 2014


12
ESEJ Krystyna Habrat ROZMYŚLANIA O PRACY PISARZA (część I)


Lęk pisarza przed pustą, białą kartką, na której powinien coś pisać, a żaden pomysł nie
przychodzi mu do głowy, należy do najprzykrzejszych momentów pracy twórczej, choć cieni
bywa tu znacznie więcej. Nieważne, iż białe kartki papieru zastępuje teraz ekran komputera,
odczucia piszącego są takie same.
Ostatni utwór został ukończony, pora by było zacząć coś nowego, a nie ma o czym.
Wszelkie pomysły wydają się blade, niewarte zachodu. Rośnie sterta pomiętych kartek
z rozpoczętymi zdaniami i... zarzuconymi. Wówczas nastają bezsenne noce i depresja, do czego
przyznawała się Zofia Nałkowska. Natomiast zmarły w zeszłym miesiącu, Gabriel Garcia
Marquez wyznaje:

W miarę dojrzewania rośnie poczucie odpowiedzialności za to, co się pisze, a tym samym
trudniejszy staje się moment początkowy, coraz trudniej zacząć pisać. Lęk przed białą, czystą kartką
papieru jest dla mnie, zaraz po klaustrofobii, najpotworniejszym uczuciem. [Literatura, maj 1979r.]

Podobnie pisał w Dzienniku w 1947 roku Jerzy Andrzejewski:

Nie znam myśli i uczuć bardziej męczących nad te, które oplątują się dookoła strachu, jaki mnie
zawsze ogarnia, gdy w sposób naglący poczynam zdawać sobie sprawę, iż powinienem zabrać się do
pisania (...) Ile razy we własnym poczuciu kończyłem się jako pisarz... Tygodnie i miesiące przeciekają mi
przez palce jak suchy piasek. Nie ma z nich nic prócz nienasycenia.

Dużo później, już w ostatnich latach życia, Andrzejewski pisze:

Praca. Nowe pomysły, zawsze mnie to dziwi – to rozchylanie się wyobraźni w trakcie
pisania.

Bywają pisarze, którzy co dzień, w określonych godzinach, piszą w góry określoną ilość
stron, tzw. pensum. George Sand miała wyznaczone do pisania stałe godziny. Gdy przed
czasem kończyła utwór, zabierała się do kolejnego, aż wypełniła narzucony sobie czas.
Niewiele jednak wiadomo o jej mękach twórczych. Legenda jej życia przerosła jej utwory,
które giną w zapomnieniu. Podobna systematyczność i stałe godziny pisania lub wyznaczone
sobie codzienne pensum, cechowało też Hemingwaya, Balzaka, Flauberta czy Kraszewskiego.
Skąd zatem biorą się pomysły na wiersz, powieść, odkrycie naukowe? Jak się rodzą?
Warto poznać bliżej wypowiedzi twórców o tym, co sprzyja ich powstawaniu.
Wcześniej należy zastanowić się, jaka to siła pcha do białej kartki papieru, co to za
wewnętrzny nakaz, imperatyw, czym jest owa nienasycona pasja twórcza? Co zmusza do pracy
twórczej pomimo męk tworzenia, pomimo braku satysfakcji i niezrozumienia u potomnych?
C.K. Norwid zakończył życie w paryskim przytułku dla ubogich, i dopiero (długo) po
śmierci uznano jego geniusz. Iluż było podobnych. Choćby malarzy, którym nie udało się
sprzedać ani jednego obrazu i kończyli tragicznie. Do takich należał Vincent Van Gogh
i Amadeo Modigliani. Uznanie, sława i popyt na ich obrazy przyszły dopiero po ich
samobójczej śmierci, przerywającej dramatyczny żywot. Podobnych było wielu. A ilu kończyło
w alkoholizmie lub obłędzie.
Ernest Hemingway, zanim wydał swą pierwszą książkę, pisywał systematycznie co dzień
przez sześć godzin i niemal codziennie otrzymywał od różnych redakcji szare koperty zwrotne
z jego odrzuconymi opowiadaniami. Podobno ten silny mężczyzna, szukający mocnych
wrażeń na wojnie to na afrykańskim safari czy walce byków, odbierając odrzucany
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


13
wielokrotnie tekst, czasem płakał, prawdziwymi łzami. Na szczęście zdążył zaznać lat sławy.
Te nieszczęsne grube koperty ze zwracanymi tekstami, jakie wciąż pojawiały się
w szparze drzwi i spadały na podłogę, opisuje też w swych wspomnieniach angielski pisarz
George Bidwell. Dopiero, jak osiedlił się w Polsce, los jego się odwrócił i pisane tu powieści
zaczęły cieszyć się powodzeniem.
Podobny okres biedy i ciągłego odsyłania nowel z różnych redakcji opisuje Jack London
w autobiograficznej powieści „Martin Eden”. Jedną z nich wysyłał do dwudziestu siedmiu
czasopism.
Szczęściem w owych czasopismach panowały dobre obyczaje i nie zastrzegały sobie
prawa niezwracania niezamówionych tekstów. I że w ogóle odpowiadały i to dość szybko. Ten
sam utwór mógł więc wędrować od redakcji do redakcji, a ilość czasopism była pokaźna.
Stanisława Przybyszewska skarżyła się w listach, że „droga na Parnas wiedzie tylko
przez pustynię prasy codziennej – a ja nieszczęsna nie umiem pisać short stories!
Napracowałam się rzetelnie. Przestudiowałam wszystkie wybitniejsze utwory kryminalne.
O’Henry’ego znam na pamięć. (...) nie każdy talent nadaje się do celów żurnalistyki”.
U nas jeszcze do niedawna pisma literackie prowadziły działy porad dla adeptów
literatury. Niejeden początkujący (jak niżej podpisana) ośmielał się brać na serio do pisania po
pełnej życzliwości zachęcie redaktora Włodzimierza Maciąga z „Poczty Literackiej” w „Życiu
Literackim”.
Szkoda, że pism literackich czy społeczno-kulturalnych już nie znajduje się w stosach
błyszczących, kolorowych tygodników, rozrzuconych gdzieś w markecie.
Ale w tym miejscu warto również przytoczyć skargi krytyka, obarczanego nadmierną
ilością tekstów od autorów początkujących, oczekujących oceny i wskazówek. Tak to ujął Karol
Irzykowski w „Tygodniku Illustrowanym” z 1933 roku, nr 18, gdzie miał stały felieton:

Niewątpliwie bezcenne skarby giną nieraz w literaturze polskiej, ponieważ nie ma nikogo, kto by
się nimi zajął. Ale z drugiej strony życie krytyka nie jest usłane na różach. I krytyk nieraz chce wołać
S.O.S., jak wątły statek, zaatakowany przez stado wielorybów. Dlatego ktokolwiek jesteś czytelniku, jeśli
masz rękopis w szufladzie, pamiętaj, że krytyk jest także człowiekiem i grafomanem, i także chciałby coś
napisać, więc miej litość. Oszczędź jego czas i nie przysyłaj! Nie przy-sy-łaj!!

Tu, żeby nie oceniać wypowiedzi Irzykowskiego zbyt surowo, aż prosi się poparcie jej
opinią Tomasza Manna:

Pisarz to człowiek, któremu pisanie sprawia większe trudności niż innym osobom.

I Wańkowicza, z jego Karafki La Fontaine’a:

Podejrzliwie bym się odniósł do pisarza, który by lubił pisać.

Co zatem popycha do pisania? Czym jest powołanie, pasja twórcza? Jan Parandowski
ujmuje rzecz następująco:

W każdym człowieku tkwi konieczność wyrażenia w słowie wszelkiej czynności i ściśle z nią
związana konieczność wyrażania samego siebie, konieczność niemal fizjologiczna. Ta dążność nabiera
u pisarza szczególnej siły, wydaje się, jakby była dopełnieniem życia, a nawet spotęgowaniem.
[Alchemia słowa]

Ten przymus twórczy może być tak wielki, że w końcu, jak mówi Bosch:

Twórca żyje po to, by tworzyć.
cdn.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


14
POGRANICZA Alicja Kubiak STACJA BEZ DOBROBYTU


Każdy pisarz z obawą patrzy na swoje dzieło. Z obawą godną podziwu dla odwagi, która każe
im tworzyć, opisywać i odsłaniać słabości oraz hart ducha. Sprawą indywidualną jest odbiór
wydarzeń, przedstawienie sytuacji w sposób budzący dreszcz emocji, bądź wywołujący
zakurzoną nudę i senność wyjętą z zapomnianej szuflady. Każdy patrzy na zdarzenia przez
pryzmat własnych przeżyć i doświadczeń. Dla jednych będą to salonowe plotki, dla innych
sieczka serialowa. Jednak do rzadkości należą intelektualne doznania estetyczne i moralne,
racjonalne wyciąganie wniosków.
Przez lata walczono o wolność wypowiedzi, nie zawsze szło to w parze z uczciwością
i lojalnością. Sprawa ta pozostaje w dyspozycji krytyków, historyków, znawców literatury,
socjologów, psychologów i innych. Zapomniano o patriotyzmie idącym w parze z godnym
poczuciem wolności i lojalności wobec słowa. Poklask zdobyły szyderstwa płynące falami
z wiadomości prasowych i medialnych, przez to brak własnej woli, własnego wyrażania
poglądów, przyjmowanie informacji przedstawionych w odpowiedniej poprawności
politycznej, w zależności od rządzącej partii, popularności.
Zbigniew Masternak prozaik, dramaturg, autor scenariuszy filmowych, jest
przedstawicielem młodego pokolenia pisarzy. Urodzony pod koniec lat siedemdziesiątych
ubiegłego wieku, doskonale wyczuwa i wyraża w swoich opowiadaniach różnice między
warstwami społecznymi, wychwytując najważniejsze rozdźwięki międzypokoleniowe.
Obarczony ciężarem wspomnień dziecka stanu wojennego oraz dalszych lat nagłych przemian,
intuicyjnie potrafi wczuć się w postaci z tamtych czasów i przedstawić ich problemy na tle
zdarzeń bieżących.
Pochodzi z Piórkowa w Górach Świętokrzyskich, spędził tam dzieciństwo i wczesną
młodość, obecnie mieszka w Krakowie. Studiował prawo, polonistykę i scenopisarstwo. Na
podstawie jego opowiadań powstały filmy „Wiązanka” i „Stacja Mirsk” oraz „Księstwo”
w reżyserii Andrzeja Barańskiego. Pisarz pracuje nad cyklem powieściowym, który obecnie
liczy cztery wydane tomy Chmurołap (2006), Niech żyje wolność (2006), Scyzoryk (2007),
Nędzole (2014).
W opowiadaniu Stacja Mirsk miejscem wydarzeń jest jedno pomieszczenie na stacji
kolejowej oraz przyległy peron. Stan kolei państwowych pozostawia wiele do życzenia i nie
spełnia nawet minimalnych oczekiwań pasażerów, więc można się spodziewać, że będzie to
jedna z licznych odrapanych, porysowanych graffiti, ze skrzypiącymi drzwiami, powybijanymi
szybami, zatęchłych zapomnieniem stacji. Miejsce akcji opowiadania mogło być na każdym
z wielu takich pustkowi. Nie ma najmniejszego sensu zaprzeczanie istnień opuszczonych
wiejskich stacji kolejowych. W każdym rejonie Polski mamy namacalne dowody braku
gospodarności w zarządzaniu zasobami ekonomicznymi. W takim miejscu spotykają się różni
ludzie, różne warstwy społeczne mają okazję poznać się, przeniknąć kulturowo, odczuć różnice
rozwarstwiające społeczeństwo. Pytanie tylko, czy dążąc do wspólnego porozumienia,
pozwalającego na spokojne oczekiwanie wspólnego celu w klaustrofobicznym wręcz
pomieszczeniu, poziom intelektualny będzie zmierzał ku wyżynom, czy wręcz wpadnie w dołek
depresji. Wyrównanie różnic musi nastąpić poprzez umowny kompromis.
Autor skupia na małej powierzchni językoznawcę z żoną, studenta filologii polskiej
(narrator) i cwanego dresiarza oczekujących na przyjazd pociągu. Po pewnym czasie dołącza
do nich dziewczyna, która do końca opowiadania pełni rolę chochoła jako symbolu niemocy
wobec nastających zmian, jest uosobieniem degeneracji, efektem obaw wobec przestępstwa
i zbrodni. Jest wymiarem moralnym wobec skrzywdzonych i krzywdzących, milczącym
wołaniem o pomoc dla ofiar i oskarżycielskim dowodem istnienia oprawców. Na końcu znika
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


15
jak niewygodny temat, bez dochodzenia skąd się tam wzięła i dokąd odeszła, jak wyrzut
sumienia, zepchnięta w najdalszy zakamarek podświadomości. Nie znikła całkiem, problem
został zepchnięty na dalszy plan, aby po pewnym czasie znów powrócić.

– My – staruszek zerknął na swoją żonę – chcieliśmy jechać autobusem, ale ostatni
uciekł nam sprzed nosa. Przyjechaliśmy do krewnych. Nikogo nie zastaliśmy, bo pomyliliśmy
termin odwiedzin i wyjechali za granicę. Do Niemiec...
– Niedługo całą rodzinę będziemy mieć w Niemczech – staruszka poprawiła na głowie
szykowny ciemnozielony kapelusik i zapięła tej samej barwy płaszcz.

Upływ czasu i bezradność przemijającego pokolenia, przyzwyczajonego do stagnacji
wyraża niemoc wobec zmieniającej się nagle sytuacji, brak umiejętności przystosowania się do
radykalnych zmian w sferze społecznej, gospodarczej i politycznej. Poprzez otwarte granice
następuje masowa emigracja – ucieczka do lepszego świata. Starsze pokolenie, nauczone
szacunku, wierności i stałości wobec wpojonych wartości i patriotyzmu, przeciwstawiono
młodszemu, jego niezdecydowaniu, pogoni za dobrami materialnymi, priorytetami takimi jak
wykształcenie, praca (szybka kariera zawodowa), mieszkanie czy dom i dopiero na końcu –
założenie rodziny. Szybsze życie w ofercie dla elastycznych, potrafiących się szybko
dostosować i odnaleźć w błyskawicznie zmieniającym się środowisku.

(...)„Pociąg jedzie!” i obaj popędziliśmy do wyjścia (...). Obserwowaliśmy w podnieceniu
zbliżające się światła pociągu (...).
Jednak ku ogólnemu zmartwieniu, pociąg nie zwolnił i przejechał przez stację.

Pociąg niespełnionych nadziei. Nie zatrzymuje się na stacji, pędzi ku innym rejonom,
światom, ku lepszej przyszłości, nie oglądając się na stagnację, oczekiwania, nadzieję na
zmiany, na lepsze życie. Coś pędem ominęło ludzi stojących na peronie, w napięciu
oczekujących na obiecany cud, który zabierze ich ku wyśnionym przez dziesiątki lat
kolorowym marzeniom, oderwie od szarych odrapanych tynków i przepalonych żarówek.

–Towarowy...

Symbol zalewających ludzi towarów jako efekt globalizacji gospodarczej oraz
narastającego do rozmiarów chorobliwej otyłości i nadwagi konsumpcjonizmu. Po
przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku powstała nadzieja na załapanie
się na cud gospodarczy. Zamiast tego, nastąpił napływ masy żywności, której społeczeństwo
nie jest w stanie przejeść w takich ilościach. Reszta oczekiwań, zwłaszcza korzyści
ekonomicznych, przejechała z prędkością pędzącego pociągu w odległe zakątki świata, na
Daleki Wschód taniej tandety. Czekanie nic nie przyniesie, tylko ciężka, pełna wyrzeczeń praca
może spełnić nadzieje. Ale to już było i nikt nie chce, aby znów wróciło. Pora samemu ruszyć
z miejsca, wziąć sprawy w swoje ręce.
Poranne przebudzenie, kiedy znikają nocne mary a wraz z nimi dziewczyna niczym
wyrzut sumienia, jest powrotem do rzeczywistości, która nastała po bezczynnej stagnacji
w oczekiwaniu na cud. Noc spędzona na stacji trwała dwa lata, tyle samo, ile czekanie
społeczeństwa na szybki pociąg gospodarczy, od momentu wejścia Polski do Unii
Europejskiej. Rozwarstwione społeczeństwo nic nie zrobiło, trwało w odrętwiającym
oczekiwaniu na to, że coś się samo wydarzy. Każdy był skupiony wokół własnych potrzeb,
zainteresowań. Staruszkowie już swoje w życiu zrobili, teraz patrzą jak wszystko prze ku
przyszłości, czas jest nieubłagany i nawet na spotkanie z rodziną nie byli w stanie zdążyć,
ponieważ tamci szybko opuścili kraj i wyjechali do Niemiec. Student – pisarz ma do wyboru
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


16
dwie drogi, pierwszą, którą już obrał – intelektualną, naukową, pozwalającą na zajęcie pozycji
wśród inteligencji lub drugą, nad którą zaczyna się zastanawiać:

(...) nie byłem przekonany, że nowy ubiór i fryzura wystarczą, żebym mógł zostać kolegą Cwaniaczka.
- Czasem chciałbym być taki jak ty. Byłoby prościej – wyrzuciłem niedopałek.
- Prościej? (...) Wiesz, ile ja musze się nakombinować, żeby mieć szmal na ciuchy i fryzjera? Na
brykę i dupy? Miałbyś o czym pisać, jakbyś zobaczył, czym się zajmuję!

Przeniesienie akcji opowiadania na ekran i powstanie filmu nie spowodowało żadnego
uszczuplenia treści opowiadania. W opowiadaniu brak szczegółowych opisów wnętrza, w tym
przejawia się uniwersalizm wydarzeń, które mogły mieć miejsce w każdym zakątku Polski, na
którejś z licznych opuszczonych poczekalni PKP. Film ukazuje wizualną prawdę istnienia
grzechu obojętności monopolisty.
Zbigniew Masternak jest współproducentem „Stacji Mirsk”. Film otrzymał nagrodę
Grand Prix na IX Krakowskim Festiwalu Filmów Niezależnych KRAKFFA (2005). Emitowany
był w Canal Plus oraz Telewizji Kino Polska.
Czy film i opowiadanie trafiają do odbiorcy w taki sposób, w jaki zamierzał to
przedstawić autor? Czy jest możliwość uniwersalnego przekazu tragizmu dziejącej się sytuacji
i wysunięcia konstruktywnych wniosków, mających później wpływ na budowanie, nie
destrukcję? Kto będzie próbował osądzić autora, który widzi zło w braku podejmowania
jakichkolwiek decyzji? Przedstawianie okoliczności w taki a nie inny sposób, to przywilej
pisarski, którego nie można potępiać. Słowo pisane można uprawiać z lepszym lub gorszym
skutkiem, jednak nie każdy posiada dar zauważania pewnych ulotnych sygnałów, które tworzą
wartościową historię, godną przekazania.


Zbigniew Masternak, Stacja Mirsk, w: Scyzoryk, Zysk i S-ka, Poznań 2007. Film „Stacja Mirsk”, 2005; reżyseria
Robert Wrzosek, scenariusz Zbigniew Masternak, zdjęcia Grzegorz Auguścik, muzyka Maciej Kucia.





OPOWIADANIE Zbigniew Masternak STACJA MIRSK (fragment)


Zbudził mnie przerażony krzyk dziewczyny. Obudzili się staruszkowie. Przy dziewczynie stał
King i pochylał się nad nią.
— Co ty, kurwa, masz ciotę?! — krzyczał. Oglądał swoją rękę, całą we krwi.
Kałuża krwi wypływała spod dziewczyny na posadzkę. Zerwałem się i doskoczyłem do Kinga:
byłem gotów znieważyć jego królewski majestat.
— Co jej zrobiłeś?!
— Spokojnie, człowieku! — czystą ręką King wyciągnął z kieszeni nóż sprężynowy
i wymierzył we mnie jego ostrze. — Zapomniałem oddać — zadrwił. — Nic jej nie zrobiłem!
Włożyłem rękę pod sukienkę. Nawet się nie sprzeciwiała… — spojrzał na swoją zakrwawioną
dłoń.
— Jest bez majtek. Pcham łapę, a tam… Facet, normalnie wielka dziura — był przejęty.
— Krew chlusnęła. Skąd tyle krwi? Ciotę ma? Nieraz jechałem na indiańca, ale tyle krwi nigdy
nie było… Co jest?
Do dziewczyny zbliżyli się staruszkowie.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


17
— Co ci to, córuś? — kobieta pochyliła się nad szlochającą dziewczyną, lecz ta odsunęła
głowę.
Mężczyzna nic nie mówił, tylko stał i patrzył wściekłym wzrokiem na Kinga.
— Tylko mnie dziadku, nie pobij… — King się zmieszał. — Chciałem ją trochę
popieścić… — wskazał wzrokiem na swoją zakrwawioną dłoń — i proszę… — schował nóż do
kieszeni kurtki, by wyciągnąć stamtąd chusteczkę. Wycierał rękę, klnąc pod nosem.
— Biedactwo… — staruszka wciąż pochylała się nad dziewczyną. — Masz miesiączkę?
Może to jakiś krwotok, bo jak na miesiączkę, to za dużo krwi… gładziła ją po włosach, aż
wreszcie się uspokoiła. — Dam ci tabletkę od bólu… A tobie na uspokojenie — z niepokojem
przyjrzała się mężowi i podążyła do swoich toreb. Staruszek nie spuścił wzroku z Kinga nawet
wtedy, gdy połykał podaną przez żonę pastylkę. Następnie kobieta podeszła do dziewczyny:
— Masz, połknij…
Gdy ta nie zareagowała, staruszka położyła jej tabletkę na rozchylonych wargach.
Połknęła. Kobieta nagrodziła ją ciepłym matczynym uśmiechem. Dziewczyna znów zapadła
w odrętwienie.
— Trzeba wezwać karetkę pogotowia — stwierdził mężczyzna, spoglądając to na
dziewczynę, to na kałużę krwi.
— Ciekawe jak?! — ryknął King. Znów zajął się swoim telefonem. — Cóż to za pieprzona
stacja!
— Było nie pchać łap tam, gdzie nie wolno! — usiadłem na ławeczce. Obserwowałem,
jak staruszka usiadła przy dziewczynie a ta przytuliła głowę do jej kolan i wkrótce zasnęła.
— Biedne dziecko, biedne — powtarzała kobieta pod nosem.
W tym czasie jej mąż poprzenosił ich bagaże na ławeczkę zajmowaną przez żonę
i usiadł. Po jakimś czasie i oni zasnęli.
Zasypiając, słyszałem jeszcze mamrotanie drepczącego nerwowo po pomieszczeniu
Kinga:
— Pieprzona stacja! Gdzież ten cholerny pociąg?!

Obudziło mnie delikatne, aczkolwiek stanowcze potrząsanie za ramię. Otworzyłem oczy i ku
swemu zdziwieniu ujrzałem pochylającego się nade mną policjanta.
— Proszę się obudzić! — drugi policjant tarmosił Kinga.
Staruszkowie byli już obudzeni. Dziewczyna gdzieś zniknęła, została tylko po niej plama
zakrzepniętej krwi na posadzce. W poczekalni nadal paliły się żarówki, jednak przez szyby
sączyło się już światło dzienne.
— Co państwo tutaj robicie? — zapytał policjant, który mnie obudził. Zdziwiony,
przenosił wzrok z jednego z nas na drugiego.
— Jak to co? — burknął King. — Czekamy na pociąg!!!
Policjanci wymienili zdumione spojrzenia.
— Pociąg? — drugi policjant przyjrzał się Kingowi.
— Przecież z tej stacji od dwóch lat nie odchodzą żadne pociągi!







Krytyka Literacka 6 (56) 2014


18
FELIETON Lech M. Jakób ALKOHOL


Piją wszyscy a piszą. Dopieroż podczaszy
Zapomni kałamarza prędzej niźli flaszy.
Ale bodaj się rzeczy nie trafiły gorsze!
Albo przy dobrych wierszach kieliszki nie sporsze?

Wacław Potocki, Podczaszym poeta

O niebanalnych (i banalnych jednocześnie) właściwościach napój „ce dwa ha pięć o ha” buzuje
także w organizmach pisarzy. Buzuje w najlepsze, nierzadko przenikając do produkowanej
przez nich literatury. Niektóre dzieła wręcz ociekają wszelkimi odmianami alkoholi. I to od
początków słowa pisanego. Na kartach tych dzieł sławi się zalety stanu upojenia – czasem na
sposób sowizdrzalski, czasem poważnie. A pośród bohaterów ksiąg królują dystyngowani
koneserzy nalewek i koniaków, miłośnicy wysokogatunkowych win, bibosze pociągający
cichcem na boku byle co i byle jak, ale przede wszystkim piwożłopy, wódopoje i wszelkiej
maści ochlapusy niegardzące „wynalazkami”. To postaci z reguły malownicze, często tragiczne,
budzące śmiech lub tylko uśmiech – politowania.
Zaprawdę, literatura „pijacka” jest przebogata! Wystarczy sięgnąć choćby po książkę
Wieniedikta Jerofiejewa Moskwa – Pietuszki, moją ukochaną z tego przedziału powieść
Johna Steinbecka Tortilla Flat czy jedno z ostatnich dzieł naszego rodzimego pisarza,
Jerzego Pilcha – Pod Mocnym Aniołem. Jednak tu i teraz zainteresujemy się wyłącznie relacją
pisarz : alkohol. A konkretniej – trzema mitami (lub przesądami) z tym związanymi.
Mit pierwszy. Niektórzy trwają w przeświadczeniu, że alkohol wspomaga wysiłek
twórczy. Że dzięki alkoholowi otwierają się nowe przestrzenie, ożywia się wyobraźnia, pióro
dostaje „kopa”, pozwalając pisarstwu wznieść się na wyżyny.
Tymczasem prawda jest brutalna. Owszem, alkoholowe uderzenie może przejściowo
„uwolnić” wyobraźnię, ale mowy nie ma o pisaniu z sensem. Umysł się dekoncentruje,
notowane zdania idą w rozsypkę, a złudzenie twórczej iluminacji przybiera kształt literackiej
„kaszanki”.
Natomiast inaczej ma się sprawa z dawkami minimalnymi. Na przykład z jednym
kieliszkiem wina. Trochę to rozluźnia i dobrze niektórych nastraja. W ten sposób rozpoczynał
pisanie między innymi Andre Malraux – od odrobiny koniaku. Lecz na tej odrobinie
poprzestawał!
Drugi mit: alkohol pozwala łamać lęk przed niemocą twórczą.
Dla świadomych swego uzależnienia pisarzy to doskonały pretekst picia. Rzecz jasna lęk
przed twórczą niemocą może być faktem (a wcześniej lub później dopada prawie wszystkich).
Jednak picie w tej sytuacji to oręż równie kiepski jak tekturowy miecz – nadający się tylko do
wymachiwania. Działanie alkoholu mija i wpadasz w dół jeszcze większy. Albo w bagno
grząskie i głębokie.
Trzeci z kolei mit jest chyba najmocniej zakorzeniony w powszechnej świadomości.
Mówię o micie pijącego twardziela. Lub postaci tragicznej, kryjącej w sobie jakąś straszną
tajemnicę, ból, cierpienie.
Celują w podobnym pajacowaniu poeci, a zwłaszcza aspiranci do tytułu poety. Piją
na umór, bo rzekomo muszą; piją, bo rzekomo są egzystencjalnymi eksperymentatorami
lub przechodzą duchowe męki. Zaś ich pijacki ekscentryzm ma swoje źródło, a jakże – w
niezrozumieniu oraz niegodziwościach doczesnego świata. Dotyczy to także piszących pań,
choć w zakresie mniejszym. W tym przypadku dochodzi jeszcze motyw zawiedzionych
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


19
kosmicznych miłości.
Wszystkie te mity, wyjąwszy wypadki autentycznych chorób (gdyż za chorobę
uznaje alkoholizm medycyna), mają pośredni lub bezpośredni związek z tendencjami
konfabulacyjnymi pisarzy. Cóż, sprzyja temu po trosze ich profesja...
Każdy z piszących na rozmaite sposoby ćwiczył lub wciąż ćwiczy alkoholowe przygody.
Lecz nie ma żadnej pewności, że suma doświadczeń z tym związanych da się przekuć później
w udany utwór. Nie istnieje tu „mechaniczne” przełożenie. Gorzej: może zadziałać efekt równi
pochyłej! To uwaga głównie do tych, którym marzy się napisanie własnej powieści „pijackiej”
lub „pijackiego” poematu. Czyli i ten „parawan” trunkowania jest wątpliwy.
Zatem, drogi kolego po piórze, nie „rżnij głupa” i przynajmniej sam sobie przed lustrem
powiedz, jak się rzeczy mają. Bo nieustanne dorabianie ideologii do opilstwa na dłuższą metę
staje się najzwyczajniej żałosne. I skończysz niczym Edgar A. Poe – z diagnozą: delirium
tremens.
Co i tak nie ma znaczenia, bo... to lubisz, prawda?


Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem
Wydawnictwa FORMA.





ROZMOWA Zbigniew Kresowaty, Tadeusz Sławek Z „REJSU ŻAGLOWCEM NIETZSCHE”


Zbigniew Kresowaty: W posłowiu do płyty, która została zrealizowana przez Pana
i Bogdana Mizerskiego, czyli „Esej na głos i kontrabas”, czytam: „misja Zaratustry polega na
tym, aby uwolnić człowieka od ciężaru cudzych idei, a tym samym nauczyć go wolności lotu
w przejrzystym powietrzu (...) Nietzsche jest piewcą wyswobodzonego horyzontu...”
Spróbujmy to jakoś wziąć w klamrę – Czy rzeczywiście, jak Pan dalej cytuje „i samotny
żaglowiec: torujący sobie drogę wedle gwiazd, widnokręgu i ruch fali jest figurą nowoczesnej
myśli, przed którą stoi otwarte morze, (bowiem) nigdy nie było jeszcze tak otwartego morza” –
To z Wiedzy radosnej. Dlaczego żaglowiec Nietzsche? – Czy jest to wołanie na morzu
wolności, czyli otwartym, do przybrzeżnej filozofii, czy chodzi o takie wolne spojrzenie
w szczegół? – A może idzie o takie wciałowzięcie (celowo piszę to razem) przeróżnych
doświadczeń człowieka, głównie jego twórczej myśli i zapanowanie nad sobą dzisiejszym?
A może jest to raczej spojrzenie z mroków? Dlaczego ludzie młodzi często, nie znając dobrze
misji Zaratustry, czczą go, osłaniając przeróżnymi subkulturowymi imaginacjami?
Tadeusz Sławek: Żaglowiec „Nietzsche” wypłynął w pierwszy rejs z portu nie
śródziemnomorskiego; nie z Genui ani Portofino, ale z Inverness, Peterhead lub innego
załomu szkockiego wybrzeża, gdzie słońce świeci rzadko i kapryśnie, a chmury zakrywają
niebo. Pierwotnie, tekst (zupełnie inny niż ten, który znajduje się na płycie nagranej przez nas
w 2002 roku) odnosił się do morskiej wyobraźni świetnego szkockiego konkretysty, poety,
rzeźbiarza, typografa i architekta ogrodów Iana Hamiltona Finlaya. Gdy znakomity polski
konkretysta Stanisław Dróżdż organizował wystawę prac Finlaya w Katowicach, zamówił u nas
mówiony esej kontrabasowy, który był hołdem złożonym jednocześnie szkockiemu artyście
rozmiłowanemu w kształtach nautycznych i Nietzschem. Po latach, na użytek festiwalu Ars
Cameralis powstał w 2002 roku zupełnie inny tekst i inna muzyka, chociaż tytuł pozostał i do
niego odnosi się pańskie pytanie, a właściwie cała seria pytań. Spróbuję odpowiedzieć na nie,
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


20
zmieniając ich kolejność i rozpoczynając od pańskiej sugestii, iż być może nasz „rejs” jest
„spojrzeniem z mroków”.
Jestem wdzięczny, że zwrócił Pan uwagę na ten element – może nie „mroku”, lecz
szarości, który jest dla Żaglowca bardzo ważny. Kilkakrotnie wzmiankujemy tam jutrzenkę
jako porę, w której rodzi się nasz wizerunek świata. Szare niebo, które nie daje się
sklasyfikować jeszcze ani jako „dzień”, ani już jako „noc”, jest czasem wyłaniania się
przedmiotów z tła nicości; to wówczas ich zarysy zaczynają majaczyć na horyzoncie naszego
spojrzenia. Morgenröthe jest nieokreśloną sferą, która wykracza poza wszelkie klasyfikacje
snu i jawy, przerzuca między nimi most, nie biorąc strony ani jednego ani drugiego brzegu.
Hegel także wyznaczał szarą godzinę jako porę, w której wylatuje sowa Minerwy. Kilka lat
temu w napisanej wraz z Tadeuszem Rachwałem książce Sfera szarości staraliśmy się wykazać
szczegółowo, na czym polega magia szarzejącego przed świtem nieba, osobliwego momentu,
w którym wszelkie pewniki zostają zawieszone, pory rezygnującej z precyzji wiedzy na rzecz
„cudu konturu”, lecz ujętego techniką, by rzec po malarsku, sfumato: wyłaniania się
przedmiotu z głębi, której moje oko nie potrafi zidentyfikować, przed którą język zaniemówi.
Oto coś powstaje, nie „jest”, lecz narasta, zyskuje na ostrości zarysu zanim oświetlone
słonecznym blaskiem przybierze ciało dobrze znanego przedmiotu.
Wyobrażam sobie, że z podobnym problemem zmagał się Nietzsche usiłując odsłonić
podstawowe kontury kształtu naszej kultury, wydobyć je spoza warstw retoryki
i resentymentu. Słowo staje tu często na pograniczu bełkotu, jeszcze jeden ruch myśli
i artykulacja roztopi się w magmie dźwięków jakby „zwierzęcych”, a przynajmniej nie-
ludzkich. Paul Celan mówi, iż świat jest „do wyjąkania”; do wyjąkania, a nie do wyśpiewania
w precyzyjnej artykulacji operowej koloratury. Opera włoskiego bel canto kłamie. W tym
sensie nasz „rejs” jest poruszaniem się kursem prowadzącym nie tyle w bezkres, co
umożliwiającym dostrzeżenie brzegu, lecz wybrzeże owo jest ledwie dostrzegalnym zarysem
lądu, nie więcej jak kreską na niebieskim papierze oceanu. Jedyny bezkres jaki jest nam
dostępny, to ten, który sąsiaduje z krainą mojej codzienności, której nigdy nie stracę z oczu,
lecz od której mogę oddalić się na tyle, by nie mieć już pewności, że do niej łatwo powrócę.
Dlatego filozofia jest nauką przybrzeżną. Stąd jej trudność – bowiem stosunkowo łatwo
powiedzieć „od dzisiaj jest tylko ocean”; znacznie trudniej jest, jak mówi Nietzsche w Wiedzy
radosnej „wymazywać ląd”, czyli mieć świadomość, że on istnieje, lecz jednocześnie wiedzieć,
że aby zachować lojalność wobec myśli, nie możemy do niego powrócić, a przynajmniej nie
bezkarnie i nie bez nieludzkiego trudu. To właśnie to, co robi Nietzsche: „wymazuje” dobrze
znane wizerunki pojęć i na ich miejsce pozostawia szarą godzinę, w której czasami majaczą
niewyraźnie kształty takich pojęć jak choćby Übermensch, czy „Wieczny powrót”. Autor
Zaratustry czyni więc dwa ważne gesty: wymazuje ustabilizowane znaczenia i otwiera
możliwość tworzenia nowych. Podobny gest w sztuce popełnia Robert Rauschenberg, kiedy
dosłownie wymazuje rysunek de Kooninga, dając do zrozumienia, iż powołaniem człowieka
jest odwaga stanięcia twarzą w twarz ze światem tracącym dobrze znane „ciało”, światem
rozpuszczających się przedmiotów (w tym względzie Dali jest pouczającym przykładem), czego
konsekwencją jest nadejście szarej godziny, Morgenröthe, w której przedmiot pojawi się na
nowo, jakby po raz pierwszy, nie jako (już) roz-poznany, lecz zawsze poznawany. Przedmiot
taki wypełnia nam swoim konturem całe pole widzenia, jest jedynym kształtem absorbującym
naszą uwagę i troskę. W tym sensie jest to, jak Pan mówi, spojrzenie w szczegół, zresztą sam
Nietzsche pisał o „sztuce niuansowania”. „Niuans” oznacza tutaj nie tylko rzecz drobną, lecz
przede wszystkim to, podkreśla to, iż umieszczamy ów przedmiot w centrum naszej troskliwej
uwagi. Natomiast „ciałowzięcie” wymagałoby dłuższego rozważania, czego z racji oczywistych
nie możemy się tutaj podjąć. Powiedzmy tylko, że Pański ciekawy termin oznaczałby najpierw
konieczność zrzucenia całej garderoby kostiumów, którą der europäische Mischmensch (Poza
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


21
dobrem i złem, af.223) uważa za ciało, będąc w istocie ciała pozbawionym (ihm keines recht
auf dem Leib passt, czytamy dalej w tym samym aforyźmie). Historia Zachodu jest historią
zapominania ciała choćby dlatego, że jest „historią” właśnie, tzn. następstwem masek i iluzji
podawanych za prawdę. Należy zatem najpierw wywalczyć sobie prawo do ciała, co wymaga
innego spojrzenia na historię kultury jako pewnego sposobu myślenia. Nie bez racji, jeszcze
przed Freudem, Nietzsche twierdzi, iż chciałby swoją filozofią postawić człowieka z głowy na
nogi, tzn. uzmysłowić nam znaczenie tego, co nieświadome, instynktowe, a więc cielesne, a co
tak bardzo chcemy pominąć milczeniem w naszym wyobrażeniu kultury jako należącej
wyłącznie do sfery wysublimowanego ducha. Już William Blake w Zaślubinach Nieba i Piekła
diagnozował, iż jednym z trzech podstawowych błędów kultury Zachodu jest radykalna
dychotomia duszy i ciała wraz z towarzyszącą jej aksjologią przypisującą wszystko, co dobre
duszy, ciało zaś obdarzającą podejrzliwością. „Ciałowzięcie” musi zatem być poprzedzone
pracą mozolnego przemyślenia podstaw kultury; nie jest to banalny kult cielesności, lecz
próba pokazania jak to, co duchowe, zakorzenia się głęboko w ciele i procesach
fizjologicznych. Nie na próżno w Ecce homo i w listach wiele linii poświęconych jest diecie, czy
sztuce chodzenia. Myśleć to zmagać się z fizycznością ciała; może także dlatego „rejs” jako
figura eseju o Fryderyku Nietzschem. Peter Gast w mowie nad grobem swego mistrza
i przyjaciela zespolił w jedno motyw ciała i morskiej podróży wpisanej w krąg greckiego mitu:
Und nun, da Dein Leib, nach dem ungeheuren Odyssee Deines Geistes, zur heimeterde
zurückkehrt...
Z.K.: Na tej płycie przywołuje Pan, prócz tekstów Nietzschego, linię z Ulissesa Joyce’a oraz
wiersze Iana Hamiltona Finleya we własnym tłumaczeniu. Dlaczego akurat teksty tych,
autorów? Pytam, bo są tu także przekłady Staffa z Antychrystusa i Wiedzy radosnej
Nietzschego, jest Jutrzenka w przekładzie Wyrzykowskiego. Tworzą zestaw na pewno spójny
w swej estetyce metafizycznej dla Żaglowca, który również pokonuje metafizycznie otwartą
przestrzeń. Czy w tym wszystkim idzie także o radosne podziwianie tego, co na słońcu, czyli
kosmos bez granic? A może jego zapełnienie? Mogę się tylko domyślać, że idzie o nową
filozofię patrzenia w siebie, bo ów dystans jest w nas samych. Idzie mi o spójność, o ile ona
jest! Jest to na pewno podróż z misją. Czy można więc mówić o radości? A może to jest
podróż do rzeczy zastanych, zmiana estetyki bólu na radość?
T. S.: O Finlayu już mówiliśmy. Dawno temu, pod koniec lat 60. Ujął mnie swoimi
eksperymentami wizualnymi w poezji, nawiązującymi zresztą jeszcze do tradycji antycznych
i barokowych. Szybko jednak doszedłem do tego, że w istocie szkocki artysta przemówił do
mnie wielkim szacunkiem, jaki żywi do świata. Jego teksty/obrazy/rzeźby, bo trudno tutaj
o ścisłe rozgraniczenie tych form wypowiedzi, są wynikiem nie tylko czujnego, ale przede
wszystkim czułego spojrzenia na przedmiot. Gdy patrzymy na wizualne teksty poety tak często
przedstawiające statki i kutry rybackie, uderza nas nie tylko niezwykła pieczołowitość
obserwacji, niekiedy zbliżająca wizerunek do technicznego diagramu i opisu, ale przede
wszystkim to, iż owe teksty-obrazy wydobywają przedmiot z jego sprzętowości. Nie tylko
zresztą sam fizyczny przedmiot, lecz także i jego nazwę, która przestaje spełniać funkcję
li tylko identyfikatora, a zaczyna promieniować brzmieniem swoich głosek i wyglądem liter.
Można się skrzywić i powiedzieć, że wiersz ułożony z nazw kutrów zakotwiczonych danego
dnia w porcie jest kolejnym przykładem „sztuki przedmiotów znalezionych”; ale ta estetyczna
klasyfikacja nie dostrzega tego, co najistotniejsze – dramatu ludzkiego czasu, polegającego na
tym, iż minuty naszego życia wypełniane są nieustannie przez strumień zjawisk, przedmiotów,
wydarzeń, których nasze spojrzenie nie tylko nie jest w stanie utrwalić, ale które najczęściej
przepływają przez nas niemal tak, jakbyśmy byli niematerialni, nie natrafiając na żadną
przeszkodę. Gdy pieczołowicie odnotowujemy to, co zachodzi w danej chwili, uruchamiamy
procedurę datowania, a data to nacięcie na zwartej i gładkiej smudze czasu. Data jest
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


22
zranieniem czasu, jak pisze Derrida w swej medytacji nad Celanem.
„Ciałowzięcie”, o którym mówił Pan poprzednio, jest właśnie rozpoznaniem tego, że nie
jestem eteryczny, lecz że stawiam opór przedmiotom, które we mnie uderzają, kołyszą mną
niczym fale statkiem żaglowym, czasem wręcz ranią i wywołują cierpienie nazwane tutaj tyleż
metaforycznie, co dosłownie morską chorobą. Można by powiedzieć, iż Finlay i Nietzsche,
a także Blake uczą nas sztuki największego oporu; umiejętność to trudna, bowiem idąca
zdecydowanie wbrew zasadom przyświecającym wynalazkom techniki, gdzie sekret produkcji
polega właśnie na tym, aby przedmiot stawiał nam opór jak najmniejszy, był „opływowy”, to
znaczy nie opierając się nadmiernie sprzyjał konsumpcji: był dostępny (także cenowo)
i ekonomiczny (mniej kosztowny w eksploatacji). Tymczasem wspomniani mędrcy uczą czegoś
innego: sztuki oporu, z której dopiero narodzi się – jak mówił Nietzsche – duch lekkości.
Paradoksalna to nauka, bowiem owa lekkość rodzi się właśnie z brania na siebie ciała,
z „nabierania” ciała, przybierania na ciele, a nie z pominięcia cielesności. Praktykowany
dzisiaj „kult ciała”, diety, siłowni i budowania mięśni jest zaprzeczeniem tego, o co chodzi
Nietzschemu. Kulturysta rzeźbi sylwetkę z powodów pewnej ideologii – uważa to za piękne
i pożądane, a sprawność fizyczna jest dla niego „drogą” życia. Lecz postępując tak, w istocie
odrzuca ciało każąc mu działać pod dyktando pewnych – co by nie powiedzieć – „duchowych”,
a może raczej ideologicznych ustaleń. Filozoficznie rzecz biorąc, można by twierdzić, iż nie jest
„ciałem” wszystko to, co zostaje nam narzucone i podane do wierzenia. Tymczasem Nietzsche
skonstatowawszy, że „nie ma drogi”, wymaga od nas odpowiedzialności i samodzielności.
Wziąć na siebie ciało, ciałowzięcie to doznawanie wielkiej odpowiedzialności wynikającej
z podjęcia działania na własne ryzyko i własny koszt. Nie bez powodu Zaratustra rozpoczyna
się od pieśni „O trzech przemianach”, opiewającej konieczność zrzucenia z siebie balastu
cudzych przekonań i ideologii. Przemienić się, to nabrać ciała, uczynić coś z ciałem, tak, by nie
było ono „moje” (czy nie o tym mówi centralne zdanie chrześcijaństwa „Oto ciało moje”, przy
czym owo „moje” kontrowane jest natychmiast aktem najwyższej ofiary „mojość” ową
podważającym), zakwestionować swoje „posiadanie” ciała, pozwolić mu istnieć na jego,
starszych od moich prawach. Ciało jest bowiem tym, co łączy człowieka ze stawaniem się,
dlatego jest instrumentem dobra. We wspomnianej już mowie pogrzebowej Peter Gast w tej
właśnie pozaksiążkowej cielesności upatrywał znaczenia Nietzschego: Wir aber, die wir das
unendliche Glück hatten, Dir im täglichsten Leben nahe sein zu dürfen, wir wissen nur zu
gut, dass mit Buch und Schrift sich nicht wiedergeben lässt, was den Zauber gerade Deines
Wesens ausmachte.
Kiedy więc pyta Pan o „radosne podziwianie tego, co na słońcu” i o „nową filozofię
patrzenia w siebie” zrobiłbym jeszcze krok dalej i odpowiedział, iż chodzi o nową filozofię
patrzenia. Kwestia tego, co właściwie oznacza sformułowanie „widzę to a to” zajmuje mnie od
dawna. Spójność, którą Pan poruszył, jest między innymi kwestią spojrzenia: czy istnieje
związek między mną a światem, czy też historia mojego bycia jest jednostronna – to ja patrzę
i to ja działam, gdy rzeczywistość jest biernym przedmiotem mojej pracy. Paul Klee mówi
w dziennikach, iż malarstwo rozpoczyna się od chwili, kiedy ten typ relacji zostaje przełamany.
Zazwyczaj idąc do lasu spoglądam na drzewa; gdy nagle doznaję tego, że drzewa spoglądają na
mnie jakby odwzajemniając moje spojrzenie jestem na progu malarstwa i filozofii, które
zresztą są siostrami. Ich miłosierna praca polega na umożliwianiu mi budowania związków
między pozornie bardzo odległymi i niepowiązanymi z sobą rzeczami. Sądzę, że romantyczna
teoria korespondencji znana z pism Swedenborga i Blake’a, ma takie właśnie znaczenie:
myśleć, to coraz szerzej związywać się ze światem. I znów to zadanie staje na drodze
dzisiejszych upodobań, które dyktują nam spojrzenie typu „rzut oka” wymuszone przez
nadmiar dóbr, wir reklamy domagającej się od nas coraz to nowych zakupów. W coraz
większym stopniu „być” to nie „widzieć”, lecz „pożerać okiem” wyłącznie to, co przed nami, to,
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


23
co akurat najmodniejsze i co wymaga od nas pod groźbą oskarżenia o dziwaczność,
radykalnego odcięcia się od wszystkiego, co było poprzednio. Wirtualny świat gier
komputerowych jest szkołą owego „niewidzenia”, bowiem w nim przedmioty jedynie udają
siebie, są namiastką siebie, pozbawione treści i substancji w błyskawicznym tempie pojawiają
się i giną, nie zatrzymują naszego spojrzenia, są przezroczyste i opływowe. W tym świecie bez
ciała, rzeczywistości bez „ciałowzięcia” nie ma radości i nie ma cierpienia, jest jedynie
punktowe pojawianie się i znikanie, dające nam co najwyżej poczucie mrocznej satysfakcji, że
oto unicestwiliśmy kolejnego przeciwnika.
Z.K.: „Filozofia jest nauką przybrzeżną” – słyszę to z Żaglowca – Czy byłaby pojmowaniem
otoczenia ziemi już zagospodarowanej i odkrywaniem na nowo? Dlaczego wzięliście Panowie
obaj na pokład „Nietzschego” dodatkowego „podróżnika” – malarza Andrzeja Szewczyka,
nazwijmy go filozofem plastycznej przestrzeni? Czy byliście spójni Panowie na „scenie tak
Małej”? Co było najważniejsze w tym przedsięwzięciu? Jakie funkcje merytorycznie pełnił
każdy z Panów na pokładzie? – Na płycie słyszę głos syren, wiatru, szumu, fal. Czy jest to
trochę taka podróż – odyseja?
T.S.: Filozofia jest „przybrzeżna” z kilku powodów. Brzeg jest szczególnym miejscem zarówno
morza, jak i ziemi; właściwie jest on „między” tymi dwoma wielkimi obszarami przestrzeni, nie
należąc w istocie do żadnej z nich. Znajdując się na brzegu powoli odkładam na bok
śródlądowe obyczaje i myśli, pogrążając się w innym żywiole: mieszającym zabawę
i niebezpieczeństwo. Spójrzmy na ludzi na plaży, zdejmujących stroje, obnażających ciało,
kopiących jamy i budujących zamki z piasku; ale wystarczy uczynić jeszcze kilka kroków
i może zagarnąć nas fala, której nie będziemy w stanie stawić czoła. Na brzegu człowiek staje
się „dziki”, bowiem oddala od siebie pewne strzegące go przed dzikością mechanizmy typowe
dla życia w głębi lądu; potocznie mówi się, iż są plaże „strzeżone”, gdy naprawdę brzeg
(a zatem i plaża) są zawsze „dzikie”. Brzeg respektuje więc zarówno ląd, jak i morze, ale nie
utożsamia się z żadnym z tych miejsc. Jest dla nich przybyszem, obcym, i z tego właśnie
poczucia obcości i zadziwienia powstaje myślenie. Człowiek jest tutaj w głębokim sensie
bezradnym; pisze bowiem Arystoteles „A kto jest bezradny i dziwi się, poznaje swoją
niewiedzę”. Jean-Luc Nancy objaśni nam, iż zdziwienie to „nie jest prostą niewiedzą, który to
brak należy usunąć, ani paradoksem nadającym się do rozwiązania (...); zdziwienie jawi się
jako dyspozycja do mądrości (sophia). Jest więc w całej rozciągłości filo-zoficzne. (...) Wiedza
taka, nie porządkowana przez nic co pochodziłoby spoza niej samej jest cenna już dzięki temu,
że się pojawia (...) i to pojawienie się jest prawdziwym celem wiedzy”.
Z kolei, ze statku przyglądamy się brzegowi, ledwie dostrzegając zarysy ziemi
i delikatne, zamglone kontury budowli (np. wież kościołów), przeżywamy coś, co nazwałbym
wielką obietnicą: wmyślamy się w świat ludzi tam mieszkających, zgadujemy ich zajęcia
i troski, zbliżamy się do ich rzeczywistości (choć w istocie jest to zawsze tylko moje o niej
wyobrażenie) i wydaje nam się, iż znalazłszy się wśród nich, odnajdziemy własne miejsce.
Ale to złudzenie pryska po wylądowaniu. Zwróćmy uwagę, iż mówimy „po wy-lądowaniu”,
a zatem po wejściu głębiej w ląd; wówczas to, co było niezwykłe, blaknie i szarzeje. Nabrzeże
pozwala jeszcze zachować nadzieję; jeszcze rozglądamy się uważnie, nasz krok wciąż niepewny
po kołysaniu fali, spojrzenie wahające się w nieznanym świecie. Lecz wkrótce to mija
i już jesteśmy „swojakami”, podbijamy tę rzeczywistość, bierzemy z niej to, co najlepsze
i wyjeżdżamy objuczeni złotem wrażeń jak konkwistadorzy. Na brzegu jeszcze „nic się nie
dzieje”, nic nas nie zabawia, nie zapełnia czasu, nie ma tam żadnych wydarzeń; dopiero dalej
zaczną się ulice, a na nich kina, kawiarnie, księgarnie, sklepowe galerie. Brzeg jest pusty i z tej
pustki powstaje filozofia. Ale filozofia jest „przybrzeżna” także dlatego, iż jeśli jest uczciwym
myśleniem, a nie odpracowywaniem godzin umysłowego wysiłku, uczy nas pokory i odziera
z mitu wielkiej przygody. Mówiąc metaforycznie, myślenie nie rodzi się z zamiaru
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


24
przepłynięcia oceanu, ale z praktyki żeglowania po płytkich i obfitujących w niebezpieczeństwa
wodach przybrzeżnych. To nie przemierzający oceany Kolumb jest wzorem filozofa, ale
rzeczywiście chyba Odyseusz, którego wodna wędrówka, chociaż zawiła i kręta, prowadziła
w gruncie rzeczy wodami przybrzeżnymi pomiędzy wyspami śródziemnomorza. Filozofia jest
taką właśnie żeglugą przybrzeżną. Filozof, jak sądzę, nie stawia sobie za zadanie odkrywania
niezwykłych, egzotycznych lądów; przeciwnie – spogląda na to, co znajome z pewnej
odległości i sporządza mapę wód pozornie bezpiecznych i domowych, ukazując jak zwodnicze
to były kartografie.
A skoro o kartografii mowa, to Andrzej Szewczyk był naszym kartografem naczelnym.
Wyrafinowany czytelnik, spoglądał na świat jak na żywioł, którego mapę trzeba sporządzić.
Odwracał się plecami do lądu, z jego ludnymi miastami, gwarem artystycznych i krytycznych
mód, i sporządzał mapy tego, co napływało od strony morza. Jego rysunki, „plamy”, chmury
„ołowiu” wypływające z drewna gruszy czy dębu zanurzonego w soli, destylacie morza,
wszystko to kształty należące do świata przybrzeżnego, czyli odmienne od tych, które znamy
z pejzaży głębi lądu. Pamiętajmy także, iż gdy Thoreau pisze o przyjaźni i szuka dla niej
idealnego miejsca, znajduje go na brzegu: przyjaciel to ten, kto odwrócony plecami do lądu
i jego zdawkowych przyzwyczajeń i relacji, wypatruje tego, co napływa, co nadchodzi, a co
pozostanie na zawsze w jakimś oddaleniu, czego nigdy nie oswoimy, bowiem nawet gdy opuści
już łódź, tak długo, jak długo będzie na brzegu, jak długo nie odejdzie w głąb lądu przyjaciel
pozostanie bytem na własnych, a nie na moich prawach. Przyjaźnię się od lat z Bogdanem
Mizerskim, wspólnie przyjaźniliśmy się z Andrzejem i Żaglowiec „Nietzsche” ze swoją
przybrzeżną/nabrzeżną filozofią jest esejem o przyjaźni.
Z.K.: Kapitanem, jak się okazuje, na „Nietzschem” jest „Bóg Wielki i Ogromny – słychać to
z jego pokładu. Jest to: częściową odpowiedzią na cel (…) „To różnica jest materią życia...” –
Pytanie o Boga o sacrum jest zawsze proste i najtrudniejsze. Niewątpliwie przy obieraniu
każdej wolności musi powstać pytanie o początek ze wsteczności, żeby można było pojmować:
gdzie jesteśmy, jaki jest stan naszej duchowości, etc... Jak się uwalniać od cudzych idei o samej
wolności? – Czy może Pan, filozoficznie oczywiście, scharakteryzować taki widok na
„nabrzeże”? – A później przejdziemy do innych kwestii w głąb.
T.S.: Oczywiście, że Bóg jest kapitanem, ale – i tu zaczyna się wielki problem – jak opisać
relację między Nim a korabiem, który prowadzi. Chciałoby się wierzyć, że kapitan jest tym,
przed którym morze nie ma tajemnic, i który w tym sensie jest panem sytuacji. Dramat wiary,
bo wiara jest dla mnie ogromnym dramatem, polega jednak na tym, iż ufamy kapitanowi
podejrzewając, iż jego wielkość i heroizm nie są mu nadane jako niezmienne i wieczne cechy,
lecz mogą powstawać w specyficznych sytuacjach. Dzielność i pewność decyzji Conradowskich
kapitanów (np. MacWhirra z Tajfunu) rodzą się z wyzwania nie „dzięki”, ale jakby „wbrew”
dyspozycjom zawartym w jego umyśle i wyglądzie. Jak ważne było to spostrzeżenie dla
Conrada, niech świadczy początek opowiadania; pierwsze zdania mówią o tym, iż kapitan
stanie się legendą morskiej dzielności jakby przeciwko sobie i opinii innych: „Kapitan
MacWhirr z parowca „Nan-Shan miał oblicze, które w świecie zjawisk fizycznych stanowiło
dokładny odpowiednik jego umysłu: nie odznaczało się ani stanowczością, ani głupotą; nie
posiadało żadnych cech wybitnych; było po prostu zwyczajne, beznamiętne i niewzruszone.
Jego wygląd mógł czasami sugerować co najwyżej nieśmiałość, kiedy przesiadywał w różnych
biurach na lądzie...” (przeł. H. Carroll-Najder). Pytania są więc co najmniej trzy: czy kapitan
jest wszechwładny i pewną ręką steruje do celu, a jeśli nie, to czy w przypadku takiej a takiej
sytuacji w moim życiu okaże się dzielnością, i jakimi kryteriami mam ową dzielność
wymierzyć, jak wyznaczyć pożądany bieg wydarzeń. Przypuszczam, bo przecież tylko
o przypuszczeniach może tu być mowa, iż gdy Nietzsche wygłasza pamiętne zdanie „Bóg
umarł!” chce oznajmić kres pewnego, czysto ludzkiego pojmowania Boga jako istoty, co
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


25
prawda doskonale wielkiej i potężnej, ale w gruncie rzeczy służącej człowiekowi, a więc
„ludzkiej” (z całym bogactwem znaczeń tego przymiotnika). Bóg tymczasem ma zostać
uwolniony od naszych idei wolności, sprawiedliwości itd. Ponieważ Nietzsche lubił metafory
akwatyczne i szkutnicze, powiedzielibyśmy, iż poddaje w wątpliwość nie tyle istnienie
kapitana, lecz kapitana-herosa, niezłomnego bohatera. Taki Bóg nie towarzyszy człowiekowi,
nie jest członkiem załogi, lecz został obarczony zadaniem prowadzenia statku jakby po części
za nas, sprawując rolę automatycznego pilota. W słynnej pieśni „Locomotive Breath” z albumu
Aqualung Ian Anderson i Jethro Tull śpiewają, iż świat jest pędzącą lokomotywą, której nie
sposób zatrzymać, bowiem Bóg zabrał, lub nawet wręcz ukradł uchwyt hamulca. To wizerunek
ponietzscheańskiego Boga, który dzieli losy człowieka, nie jest natomiast ich patronem ani
orędownikiem, nie jest nas w stanie ani uratować ani zbawić, a mimo to nie przestaje być
bogiem. Uratować Boga przed ludzkim pojmowaniem Boga było powołaniem Nietzschego.
Ten-który-Jest nie przedstawia się jako olśniewająca jasność wytyczająca drogę, lecz jako
otoczone ciemnością bezdroże. Opuściliśmy świat ikony, znalazłszy się w świecie Caravaggia.
Z.K.: Czy muzyka na „łodzi” jest pewną spójnością, czy jej towarzystwo ma wprowadzić
pewną podzielność myślenia, a może taką łączącą nas pełnię bezgranicznych imaginacji
myślowych, których nie da się wypowiedzieć wprost razem...
T.S.: Cioran pisze, iż muzyka jest najbardziej filozoficzną ze sztuk Zachodu, gdyż jako jedyna
zachowała dyspozycję do zajmowania się tym, co niewyrażalne. Lao-tsy [Laozi], czy Platon
dorównują sobie, gdy muzyka Mozarta, czy Bacha (Cioran doda jeszcze Monteverdiego) nie
ma swojego odpowiednika w innej kulturze. „Bez muzyki – czytamy u Ciorana – Zachód
wytworzyłby jedynie byle jaki, przewidywalny styl cywilizacji. Gdy będzie przedstawiał bilans
swoich dokonań, ona jedna zaświadczy, że nie roztrwonił na darmo swego potencjału, że
naprawdę ma coś do stracenia”. Muzyka jest więc tym, co nieprzewidywalne w naszym
myśleniu, a co stanowi źródło refleksji filozoficznej. Przewidywalny styl cywilizacji, o którym
mówi Cioran bierze się z zaniku dyspozycji do dziwienia się, w czym – jak już mówiliśmy –
upatrywał inspirującego bodźca dla myślenia Arystoteles. To, co jest przewidywalne, nie może
nas dziwić, i kurs, który przybrała cywilizacja Zachodu dalekim łukiem stara się omijać to
wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z zaskoczeniem i zdziwieniem, te reakcje bowiem
przyjęto uważać za brak profesjonalizmu i znajomości świata. Wszak potoczne pouczenie
utrzymuje, iż człowiek światowy „niczemu nie powinien się dziwić. „Co się dziwisz?”, jest
odezwaniem się kończącym rozmowę i zamykającym usta. Jeśli zatem muzyka odnawia ducha
dziwienia się, czyli prowadzi nas prosto do źródeł myślenia, zatem nie może ona służyć
„podzielności myślenia”. Nietzsche nie bez racji pisał, że słowa znaczą nie tylko swoją
semantyką, ale i akustyką. „Kto ochryple mówi, ten ochryple myśli” jest wyrazem jedności
myśli i dźwięku. Muzyka słowa jest jego prawdą.
Z.K.: Chciałbym Panu zadać takie pytanie, już jakby z brzegu ziemi, jak ma się do tej myśli
Zaratustry o „uwalnianiu człowieka od ciężaru cudzych idei” ta cała nauka wolności lotu? –
chodzi mi o ludzi młodych, którzy podejmują się wszelkich uwolnień. Zwłaszcza dziś, tworząc
przeróżne subkultury, wręcz kontr-kultury, umieją uzasadniać swoje prawo myślenia, swoje
pop-modernistyczne „prawdy”, towarzyszącą przy tym wszystkim muzykę np. taki bełkot
„rap”, którego czasem nienawidzą. Aczkolwiek demonstrują w nim arogancję słowną
orzekając, że należy się ich muzyki „bać”, a są przy tym wszystkim jeszcze niewykształceni,
często niedouczeni, a pustka która jest w nic, jest jeszcze niezapełniona wartościami
konstruktywizmu. Oczywiście jest to jakaś wolność wypowiedzi, tyle że bez pojęcia, bez wiedzy
o prapoczątku odkąd tylko pojawiła się wyobraźnia. „Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza” –
mówi Einstein. Czy budowanie wyobraźni należy do młodych, którzy są tacy zbuntowani,
trywialni? Przy tym wszystkim chcę zapytać, dlaczego w budowaniu tych nowych pojęciowości
musi być tyle ekstremy, arogancji i nienawiści? – Bo nie ma to nic wspólnego z prawdziwą
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


26
naturą człowieka. Choć może właśnie ma?
T.S.: Dwie uwagi na samym początku. Nie sądzę, aby istniało coś, co można by ponad historią
i ponad rozbieżnościami myśli określić jako „prawdziwą naturę człowieka”. Przypuszczam, iż
stroniąc od przekonania o takiej naturze działamy na rzecz człowieka, jakby ratując to, co
jeszcze jest do uratowania. Gdy bowiem spojrzeć na historię, nawet tylko niedawną, niewiele
dobrego o tej naturze dało by się powiedzieć. Dla mnie I wojna światowa wyznacza kres
pewnego wyobrażenia o człowieku, a zatem w jakimś sensie kres człowieczeństwa. Milion
poległych pod Verdun zadaje kłam opowieści o „dobrym z natury człowieku”, a koronuje to
niemiecka decyzja bodaj z marca 1917 roku o totalnej wojnie przy użyciu łodzi podwodnych
przeciwko wszelkim, także cywilnym, obiektom pływającym. Jonathan Swift, wielki irlandzki
mędrzec, miał rację, gdy machając ostrzegawczo piórem opędzał się od człowieka jako od
dziwacznego i niezrozumiałego tworu natury. Lepiej zatem dla nas, gdy zrzekniemy się swojej
„prawdziwej natury” (przekonuje nas o tym lektura choćby Podróży Guliwera) i zamiast tego
przyjrzymy się swojemu postępowaniu w określonych sytuacjach i warunkach z nadzieją, że
w innych okolicznościach nasze zachowanie będzie, chociaż wielce to niepewne, bardziej
przyzwoite.
Nie jestem także zwolennikiem poglądu, jakoby człowiek z wiekiem nabierał mądrości.
Z pewnością gromadzimy doświadczenia, ale to nie chroni nas od błędów przyszłych, lecz
jedynie pozwala krytycznie ocenić błędy już popełnione. Dopóki człowiek żyje, dopóty otwiera
się przed nim horyzont zdarzeń, w którym błąd odgrywa kolosalne znaczenie. Gromadzący się
w nas czas jest ciężarem, czekający na nas przyszły błąd jest domeną lekkości; błąd nabiera
wagi wtedy, gdy przechodzi do przeszłości, stając się przedmiotem ocen, może nawet kary.
W momencie dokonywania błędu może on jawić się nam jako najczystsza prawda. Każdy wiek
ma więc swoje prawdy i swoje błędy, bowiem każdy wiek pragnie nadziei.
Wracając do Pańskiego, nieco socjologicznego pytania o, nazwijmy to elegancko,
agresywność kulturową młodych ludzi: skomplikowaną już rzecz dodatkowo wikła fakt, że owi
młodzi, to pierwsze pokolenie, które od początku wyrosło w rzeczywiście niezawisłej Polsce.
Okoliczność to niebagatelna choćby z tego powodu, że my, starsi, oczekiwaliśmy z nadzieją,
zapewne naiwną, na ukształtowanie się „nowego” Polaka, który korzystając z wolności będzie
wiódł dobrze spełnione, przyzwoite życie. Tymczasem z tonu Pańskiego pytania wnioskuję, że
spogląda Pan na owo pierwsze wolne pokolenie tak, jak dr Frankenstein spoglądał w mroczny
listopadowy wieczór na pokraczny twór swojej wyobraźni i pracy (podkreślam wyobraźnię,
bowiem do niej odnosi się część Pańskiego pytania i wypadnie nam do niej jeszcze powrócić).
Z podobnym przerażeniem można patrzeć na pojęcie „solidarności”, która z wielkiej filozofii
ludzkiej godności stała się najpierw wygodnym atutem w rozgrywce politycznej, a potem
kijem bejsbolowym, przy pomocy którego broni się przywilejów branżowych. Musimy
jednak pamiętać, iż to my, przytomni czasom pierwszej Solidarności, odczuwamy owo
bolesne rozdarcie między pamięcią przeszłej wielkości, a degrengoladą teraźniejszości; dla
osiemnastolatka „Solidarność” jest już tylko i wyłącznie nazwą ugrupowania politycznego
(Solidarność bez etyki Solidarności nie jest Solidarnością wyrzeczenia, lecz solidarnym
dzieleniem łupów). O tej oryginalnej Solidarności słyszy co najwyżej w domu, o ile rodzice nie
są na tyle zabiegani, by prowadzić jeszcze jakieś sensowne rozmowy przy stole. Zmierzam do
tego, że Pańskie gorzkie uwagi o młodym pokoleniu, w których czytam słuszną krytykę
wulgarnego nietzscheanizmu, należy poprzedzić rozważaniem na inny temat: czy można
było spodziewać się czego innego, wobec hegemonii polityki ogłupiania i triumfującej
nieprzyzwoitości panującej w życiu społecznym? Otóż straszliwy kicz telewizyjnej rozrywki
i jeszcze gorszy kicz spektaklu zwanego życiem politycznym i publicznym (zbiegają się one
często w jedno, gdyż – jak dowodzi skandaliczna sytuacja wewnątrz i wokół Krajowej Rady
Radia i Telewizji oraz ustawy o mediach, władza nad środkami przekazu jest głównym polem
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


27
bitwy polityków) zdaje się w jakiejś mierze wyjaśniać kicz dresiarski. Świat zdominowany
przez telenowele i starachowickie afery jest światem bez konsekwencji. W pierwszym
przypadku dlatego, iż mamy do czynienia z fikcją, w drugim dlatego, iż dowiadujemy się, że
karygodne postępowanie spotyka się z nader wyrozumiałym traktowaniem przez wymiar
sprawiedliwości albo w ogóle mu umyka. A skoro tak, to czy blokers lub raper (pozostaję
w kręgu określeń przez Pana przywołanych) nie ma prawa mniemać, iż owa swoboda działania
bez konsekwencji dotyczy także i jego? Agresywność ludzka żywi się stanem świadomości
i wyobraźni społecznej: jeśli tam panuje niezakłócone przeświadczenie, iż liczy się tylko mój
interes oraz sztuka unikania ponoszenia konsekwencji za własne postępowanie, powstaje
pokusa wypróbowania tego rodzaju postawy. Każdy polityk, który odmawia tymczasowego
choćby odsunięcia się od wypełnianego urzędu w momencie znalezienia się w aurze
niejasności i zatrważających podejrzeń, psuje i zatruwa świat w większym stopniu niż czyniły
to dawniej huty cynku. Uczy bowiem, iż istota bycia człowieka polega na nieponoszeniu
konsekwencji, a zatem na fundamentalnej nieodpowiedzialności. Nim więc poddamy krytyce
młode pokolenie za – jak Pan mówi – „podjęcie wszelkich uwolnień” zechciejmy wpierw
zwrócić uwagę na to, iż na niespotykanie większą i szkodliwszą skalę uczynili to już dawno
niektórzy politycy. To ich działanie zubaża i dewastuje wyobraźnię społeczną poprzez
zawężenie jej skali do brutalnej gry ekonomicznych i politycznych interesów.
Z.K.: Zatem, może sięgnijmy do „kultu rozumu” – to także z fundamentu przeszłości.
Gdyż w ważnym sensie kultu człowieka jest to osadzone. Ten „kult rozumu” za czasów
George’a Bernarda Shawa był wciąż w wysokiej cenie. To dwustuletni poblask humanizmu
oświeconego, że wymienię: Shaw, Wells, France, Rolland, a u nas Boy i Słonimski,
Czarnowski, Kotarbiński. Chlubna tradycja, choć nie dla każdego z dzisiejszych własna
i czasem niezbyt interesująca. Shaw, wcześniej laureat Nagrody Nobla (zaraz po Reymoncie)
w 1925 roku uwolniony od ciężaru cudzych myśli i idei był kpiarzem i autorem wielu
powiedzonek i aforyzmów, podważał wszędzie wszelką perspektywę. Jak w perspektywie słowa
pojmować wolność lotu w przejrzystym powietrzu, skoro tyle zapalonych zwidów i omamów
(potwierdzonych czasem „naukowo”)? Czy to do wszelkich przestrzeni, uwalniania ich,
potrzeba radości, zadziwienia, etc?
T.S.: Nie jestem „zawodowym” filozofem i – ponosząc konsekwencje tego stanu rzeczy – nie
mogę uzurpować sobie prawa do formowania ogólnych ocen. To, co powiem. wynika więc
jedynie z obserwacji zmieniających się zainteresowań czytelniczych kolejnych pokoleń
studentów, a te dawno zostawiły na uboczu tradycje, o której Pan mówi. G. B. Shaw i Wells
zniknęli z list lektur anglistów i, co istotniejsze, nikt się o nich nie upomina. Przypuszczam, iż
to, co zaszkodziło owym „racjonalistom”, to widoczne gołym okiem pomyłki, jakie popełnili
w ocenie sytuacji świata i wizji jego przyszłości. Rozum nie daje więc gwarancji nieomylności,
a przeciwnie – łatwo może zostać sługą mistyfikacji i tragicznych urojeń.
Z.K.: Czy to jednak dobra teza: Na końcu rozumu jest niewiara i niewiedza. Czy filozofia
zabiera ludziom wiarę?
T.S.: Postawił Pan pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi, z tego powodu, iż nie bardzo
wiadomo jak pojmować ów „koniec rozumu”. Czy ma to być „koniec” w znaczeniu kresu
i zagłady, zdarzenia, po którym rozum nie jest możliwy, bowiem został spopielony wskutek
działania jakiegoś niezwykłego ognia? Czy „koniec” jest tylko zakończeniem pewnej fazy,
czymś, co wieńczy dzieło i zarazem rozpoczyna następne dzieła? A może „koniec” to po prostu
„cel”, punkt, do którego zmierzamy i gdzie czeka nas upragniona nagroda lub odpoczynek?
Każdy z tych „końców” ma swoje konsekwencje. Podobnie z „niewiedzą”. Czy mamy ją
rozumieć jako brak wiedzy, ignorancję, czy też przeciwnie – natężenie i skupienie wiedzy
zmieniającej jakość tego, co zwykle określamy jako wiedzę? Na Pańską indagację odpowiadam
zatem tak: rozumowi potrzebna jest świadomość „końca”, gdyż bez niej grozi mu pokusa
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


28
pewności siebie. Dla własnego dobra rozum uznaje, iż jest przeniknięty „końcem”, dzięki
czemu pozostaje „rozumny”. „Koniec” pojmuję tutaj jako to, co zapobiega szaleństwu rozumu
(nie ma nic straszniejszego niż szalony rozum, rozum nierozumny rozumem, który postradał
zmysły, czyli wierzy tylko samemu sobie), a przejawami owego końca są wszelkie interwencje
w sferę rozumu dokonujące się z innych obszarów naszej wrażliwości. Rozum nie jest
zamknięty w kręgu dociekań naukowych; formuły, w jakie wyniki badań zostają ujęte, są
formułami językowi, a tu już czai się „koniec” pewnego wyobrażenia o „czystości” rozumu,
bowiem język wnosi do precyzyjnego świata rozumu naukowego rozwichrzenie metafory. Nie
poradził sobie z tym nawet Kartezjusz, który wyjątkowo metaforycznym językiem walczył
z metaforami jako żywiołem dla filozofii niebezpiecznym. Koniec jest więc postacią granicy; im
bardziej granica między „rozumem naukowym” a innymi rodzajami i impulsami myślenia
staje się przenikalna, tym lepiej dla rozumu. Rację ma Derrida, gdy pisze w Szibbolecie:
„...filozofia znajduje się a raczej odnajduje się w okolicach poetyki, tzn. literatury. Filozofia
odnajduje się tu, ponieważ niewyraźność granicy filozoficzności jest być może tym, co
w największym stopniu zmusza filozofię do myślenia. Filozofia odnajduje się tu i niekoniecznie
musi się gubić, jak uważają ci, którzy myślą, że wiedzą, gdzie przebiega granica filozoficzności
i trzymają się w niej kurczowo, naiwnie, choć nie niewinnie. Nie mają tego, co trzeba nazwać
doświadczeniem filozoficznym, które polega na działaniu kwestionującym granice, na braku
pewności co do granic pola filozofii, a przede wszystkim – nie mają tego, co trzeba nazwać
doświadczeniem języka, zawsze tak samo poetyckiego lub literackiego, co i filozoficznego”
(przeł. A.Dziadek). Na końcu wiedzy jest więc nie-wiedza potrzebna do skorygowania
uzurpacji wiedzy. „Koniec” jest więc żywiołem filozofii, o ile pojmować go jako dyspozycję do
przełamywania granic, uprawiania kontrabandy, podminowywania ustalonych reguł gry
ekonomicznej i politycznej, w których to grach granica i jej procedury paszportowo-celne
odgrywają pierwszorzędne znaczenie. Czy tak rozumiany koniec pozbawia nas wiary?
Odpowiedź jest twierdząca tylko wówczas, gdy traktować wiarę jako przeświadczenie
o niezakłóconej niczym trwałości instytucji i wyznaczających je granic. Marnieje nasza
czujność, gdy usypiamy siebie myślą o tym, że świat został już całkowicie urządzony
i uporządkowany. Zakłócenie takiej wiary uśpionej czujności jest nam koniecznie potrzebne,
gdyż bez kwestionowania takich granic nie tylko nie zmieniałby się obraz rzeczywistości
(koniec świata komunistycznego nie był rozumowo przewidywalny, wręcz przeciwnie – jak
utrzymywało wielu, rozum nakazywał pogodzenie się z zastaną sytuacją i jej granicami), ale
i zmarniałaby wiara głęboka, przez którą rozumiem pracę na rzecz podtrzymania nieustannej
czujności wobec świata. W niedawno wydanej u nas Fenomenologii życia religijnego
Heidegger interpretując Drugi list do Tesaloniczan pisze, iż stanowi on krytykę tych, dla
których wiara jest „rozumowa”, i którzy „w oczekiwaniu rychłej paruzji już nie pracują i snują
się bezczynnie (...). Zajmują się pytaniem, czy Pan zaraz przybędzie. Brak zatroskania
o przypadłości życia prowadzi ich do bezczynności. Są światowo zatroskani w zaaferowanej
mowie i bezczynności, stając się ciężarem dla innych...”. I dalej, w innym już miejscu
przeciwstawiając mentalność misteryjną chrześcijaństwu dodaje: „Między mistem
a chrześcijaninem jest głębokie przeciwieństwo. Mist zostaje za sprawą manipulacji wyrwany
z układu życia; w stanie ekstazy ma Boga i wszechświat. Chrześcijanin nie zna takiego
»entuzjazmu«, lecz mówi »Bądźmy czujni i trzeźwi«” (przeł.G.Sowiński). Wiara głęboka jest
więc (nie)wiedzą: troszczy się o świat, nie zostaje „wyrwana z układu życia”, ale jednocześnie
wie, że granice owego świata i granice we wnętrzu owego świata nie są stale utrwalone, a więc
w jakiś sposób musi zostać z niego wyłączona.
Z.K.: Pragnę zapytać o Traktat teologiczny Cz. Miłosza. Są w nim pewne ustanowienia
(umocowania Noblisty) i pewna filozofia rozumowania, przemyślenia wprost wzięte
z doświadczenia. Są pewne tezy i wnioski, stosunek do Boga i pogaństwa, ale też są różne
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


29
interpretacje, a co za tym idzie i kontrowersje. Tym samym dzieło to, poemat, staje się
ciekawsze. Jaki jest Pański stosunek, w tym i ten emocjonalnym, dla tej osobowości? Chcę
przytoczyć, jeszcze zanim padnie odpowiedź, słowa Gombrowicza, uważanego za filozofa
literatury, dotyczące Miłosza (jeszcze przed Noblem). Otóż Gombrowicz zaznaczył
w Dzienniku takie oto słowa: „Ja wobec Miłosza zalecam wszystkim ostrożność, bo Miłosz
zaciera kontury...” Na ile można, i na ile może sobie pozwolić wybitny poeta intelektualista
i eseista, skoro jest już naszym sumieniem? – Udaje się czasem dostrzec, nawet w wybitnych
dziełach, dużo cynizmu. Oczywiście nie twierdzę, że tu w tym poemacie także! Czy może Pan
odnieść się do dzieła jako „wybitny filozof” – Celowo mówię: filozof, a myślę „wybitny
teoretyk” – to bliskie.
T.S.: Jeszcze raz podkreślam, że wypowiadam się nie jako filozof, którym nie jestem, lecz
jedynie jako czytelnik-rzemieślnik litery. Jeśli istotnie Gombrowicz tak się wyraził o Miłoszu,
to w moim odczuciu nie ma nic nagannego w tym, że się „zaciera kontury”. Jednym z ważkich
impulsów myśli współczesnej była problematyka granicy, która przecież jest niczym
innym, jak rozważaniem roli zarysu i konturu w naszym przeżywaniu świata. Sam język
informuje nas o tym; wszak granice „wykreślamy”, „rysujemy”. Jeśli rozważamy granicę,
rozważamy tym samym kontur. Rzecz w tym, iż przyzwyczailiśmy się do traktowania
granic jako nieprzenikalnych, linii patrolowanych przez specjalne służby o nadzwyczajnych
uprawnieniach, tych zaś, którzy granice przekraczają choćby z najmniejszym podejrzeniem
nielegalności, traktujemy z całą surowością jako niepożądanych, obcych, jako imigrantów
obciążonych ładunkiem wybuchowym mającym zniszczyć nasz świat. Wystarczy otworzyć
oszalałą książkę Oriany Fallaci, aby zetknąć się z całą patologią myślenia utrwalającego
kontury i jednoznacznie przypisującego wartości. Gdy wyliczywszy wszystkie możliwe podłości
(w tym rodzenie dzieci) jakich dopuszczają się nielegalni imigranci we Włoszech, Fallaci pisze:
„Czy muszę ci przypominać, że Włochy są praktycznie wyspą na łasce muzułmańskich
imigrantów, długim mostem rozciągniętym pośrodku Morza Śródziemnego, krajem, który ma
prawie 8,5 tysiąca kilometrów wybrzeży niedających się kontrolować?”, nie możemy nie
odczytać tego jako pochwały rysowanej grubą, prostacką krechą granicy. „Zacieranie konturu”
po takiej lekturze jest jak otwarcie okna i zaczerpnięcie łyka świeżego powietrza. Pozwolę sobie
przypomnieć, że nieprzypadkowo w sztuce nowoczesnej znamienny jest wspomniany już przez
nas gest Roberta Rauschenberga, który wymazawszy gumką rysunek Willema de Kooninga
wystawił go w 1953 roku jako oryginalne dzieło artystyczne.
Sumienie (bowiem posłużył się Pan tym słowem) nie polega na zakreślaniu wokół siebie
magicznych kół, poza które – niezależnie od czasu i okoliczności nie ma wstępu; przeciwnie –
sumienie to spotkanie z tym, co inne i obce, a co z konieczności przychodzi spoza granic. Owo
„inne” jest także historycznie uwarunkowane; gdyby nie pewien splot zmiennych warunków,
być może nigdy nie zbliżyłoby się do moich granic. Zatem sumienie jest zawsze w jakimś czasie
i miejscu, zawsze nosi jakąś datę, i dlatego męki sumienia stanowią takie cierpienie. Coś, co
jest wieczne, co nie zna czasu, nie może cierpieć, bowiem ból zawsze ma swój czas, co więcej –
w cierpieniu sam czas staje się już cierpieniem. Czyż chorując nie pytamy „dlaczego ja?”, ale
także „dlaczego teraz właśnie, »teraz«, gdy świat wygląda tak obiecująco?”. Tak jak każda data
jest pojedyncza, bowiem zdarza się tylko raz (choć powróci w cyklu rocznym, nie będzie
przecież dokładnie taka sama), tak i grzech, na który reaguje sumienie, jest „pojedynczy”,
zdarza się w określonej sytuacji, pod wpływem jakichś właściwych tej sytuacji czynników.
Powracając do przywołanej już kwestii Heideggera: sumienie jest szczególnym ostrzem naszej
czujności i trzeźwości wobec świata. Kto jest bez sumienia, ten śpi snem człowieka upojonego
alkoholem, ciężkim, niezdrowym, pełnym majaków snem nietrzeźwego. Jeśli więc Miłosz
w Traktacie teologicznym zaciera kontury i szczypie nasze sumienie, to daj nam panie Boże
więcej takich tekstów.
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


30
Z.K.: I już zupełnie na sam koniec naszej rozmowy pragnę zapytać o kwestie katolicyzmu
cytatem z Dziennika Gombrowicza, a mianowicie: „Jeżeli katolicyzm wyrządził w moim
pojęciu wielkie szkody polskiemu rozwojowi, to ponieważ spłycił się w nas do wymiaru zbyt
łatwej i zbyt pogodnej filozofii, będącej na usługach życia i jego bezpośrednich potrzeb.
Z katolicyzmem głębokim, tragicznym nietrudno porozumieć się dzisiaj literaturze, albowiem
zawiera on treść emocjonalną, która i w nas rośnie i „gdy spoglądamy na rozwydrzenie świata.
Odwrót! Odwrót! Odwrót!” – Czy tu idzie o politykę? a dodam też, że słowną...
T.S.: Rację ma Gombrowicz, gdy pisze, iż polski katolicyzm był jakby nadmiernie
„polityczny”. Nie używa tego słowa, pozwalam sobie dopisać go pod wpływem lektury Platona.
Gombrowicz mówi o polskim katolicyzmie jako o filozofii pogodzenia się z potrzebami świata;
Platon w Państwie napisze, iż politycy nie lubią nauki, ta bowiem zajmuje się rzeczami
„trudnymi”. Polityka uwielbia łatwość, na łatwość nastawiony był katolicyzm w Polsce.
Oczywiście, rzecz nie w „łatwych” okolicznościach historycznych. Przeciwnie, te były przez
znaczną część nowszej historii dramatyczne lub wręcz tragiczne. Może zresztą dlatego właśnie
myślowo i duchowo wiara polska przyjęła kurs na „zbyt pogodną filozofię”. Pośród mroków
historii, gdy gęsto od przeciwników i wrogów, niechże myśl przynajmniej spoczywa na
niebieskich łąkach. Stąd pewnie i zachowawczość polskiego Kościoła: poddanie się
eksperymentom i pokusom nowości jest tym, co osłabia spoistość, a tego przecież tylko
oczekiwał przeciwnik-okupant. Rozumiem i szanuję korzenie owego konserwatyzmu
,prowadzące podziemnie do czasów rozbiorów, gdzie przetrwanie narodu bez państwa
warunkowane było przywiązaniem do tego, co tradycyjnie niezmienne. Pragnąłbym jednak, by
rzeczywistość erodujących granic oddziałała także na myślenie Kościoła; z uwagą śledzę próby
podjęte niedawno przez Synod Diecezji Opolskiej. W efekcie wszystkich procesów
oddziałujących na rzeczywistość przypuszczam, że czeka nas, ludzi wierzących, wielka
intelektualna praca (pisał o niej już Stanisław Brzozowski), której wynikiem będzie pojawienie
się katolicyzmu „trudnego”, niepolitycznego, tzn. takiego, który unika gotowych odpowiedzi
i dla którego akt wiary jest aktem tragicznego wyboru. Skokiem w ciemność. Jeśli świat jest,
jak pisał Gombrowicz „rozwydrzony”, to pewnie w znacznej mierze takim pozostanie; ale
katolicyzm będzie się starał rozwydrzenie owo moderować wskazując na dramatyczność losu
człowieka opuszczonego na ziemi. „Rozwydrzenie” bowiem polega, jak mniemam, na tym, iż
poddaję świat bezkompromisowemu działaniu mojej woli, czuję się bezkarny, gdyż albo broni
mnie pewna zbiorowość (może ona mieć także charakter kościelny), albo czuję się tak silny, iż
lekceważąc wszystko uznaję, iż wolny jestem od ponoszenia konsekwencji swoich kroków. Tak,
czy inaczej „rozwydrzenie” to odrzucenie doznania opuszczenia. „Rozwydrzony” jest ten, kto
w swoim postępowaniu nie dopuszcza do siebie samotności i opuszczenia, bowiem jest
przekonany o tym, iż zawsze będzie w stanie je przekroczyć dzięki swojej arogancji lub dzięki
sile i arogancji tych, którzy go popierają. W tym znaczeniu polityka uprawiana przez partie jest
a-religijna: jej zasadą jest bowiem wspierać „swoich” tak, aby nie doznali, broń Boże,
opuszczenia, to znaczy kłopotów, problemów, by nie ponosili konsekwencji. Sprzeciwiać się
„rozwydrzeniu” to przeciwnie – opuszczenia doznawać, być z Chrystusem cierpiącym
i wątpiącym, odsuwając na dalszy plan Boga triumfującego i przychodzącego w chwale.
Przeżywać ukrzyżowanie nie wedle lekcji Perugina, lecz Grünewalda: zatem nie błękit, lecz
dojmująca ciemność, nie wyrazista harmonia, lecz konwulsyjna rozpacz, nie chwała, lecz
opuszczenie i samotność.
Z.K.: Jak pan uważa – czy stać nas będzie na to, żeby zrozumieć – no i kiedy to stać się może
– żeśmy za daleko w głąb sobie już zabrnęli. Czy jest nadzieja, że, gdy zechcemy wycofać się
z siebie, ręka Boska poda duży palec? Ta dusza, doświadczona po wielokroć, poznała (jak
żadna inna), sekret odwrotu... Bo tu trzeba też powiedzieć, że nauka, która zawsze coś
„rozwala”, ongiś rozwaliła państwo rzymskie. A może być sprzymierzeńcem naszym zburzenie
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


31
wyniosłych gmachów w drodze do takiej zupełniej prostoty i nagości, do najzwyklejszej cnoty...
Pytam o dzisiejszy czas. Oczywiście proszę wciąż o filozoficzne uzasadnienie np. konfliktu
kultur, itp. rzeczy, tego współczesnego świata, coraz bardziej rozedrganego i chyba
nieumiejącego patrzeć z brzegu kosmosu na siebie. Z braku czasu?
T.S.: Nie sądzę, by to nauka zburzyła imperium rzymskie, choć dobrze, że o owym imperium
Pan wspomniał, gdyż wielu powiedziałoby, iż dzisiejszy świat odnalazł swój Rzym w Ameryce.
Ale tym bardziej potencjalnie destruktywny wpływ nauki wydaje się z jednej strony
monotonnie oczywisty (przed nauką zawsze otwierały się regiony niedozwolonych pokus),
z drugiej – wątpliwy: to w Stanach Zjednoczonych łoży się najwięcej pieniędzy na uprawianie
badań naukowych, a więc „imperium” zdaje sobie świetnie sprawę z tego, co stanowi podstawę
jego potęgi. Jeśli filozof przywołując Hölderlina mówi, iż żyjemy w czasie marnym, to
przypuszczam, iż to nie ze strony nauki grożą nam główne niebezpieczeństwa. To, co nam
grozi to zwycięstwo świata, w którym kategoria zamknięcia bierze górę nad wszelkimi
odmianami otwartości. Terroryzm jest zwycięstwem zasady skrytości nad otwarciem. Nie
tylko dlatego, iż organizacja terrorystyczna wymaga konspiracji, czyli działania usuniętego na
margines społeczeństw „otwartych”. Przede wszystkim powodem jest to, iż czyn terrorystyczny
jest „zamknięty” przed innymi ze względu na swój nieprzenikliwy, nieprzejrzysty charakter:
jest zaplanowany i przygotowany, ale ma pojawić się w rzeczywistości jako „przypadkowy”,
„nie do przewidzenia”. Otwartość dzisiaj wszędzie wycofuje się przed taktykami zamknięcia:
Izrael absurdalnie izoluje się murem od otaczających go Arabów, Europa tworzy
nieprzenikliwy kordon wokół swoich granic. Oto retoryka uszczelniania granic, której
paradoks polega na tym, iż dzisiaj, aby obronić resztkę otwartości, często należy stosować
procedury charakterystyczne dla polityki zamknięcia: ogranicza się swobodny ruch obywateli,
kontroluje pocztę i rozmowy telefoniczne, jak widzieliśmy niedawno w Polsce – wprowadza się
elementy prewencyjnej cenzury prasowej. Świat w coraz większym stopniu staje się oblężoną
twierdzą. W jej wnętrzu kwitnie życie a zapasy żywności wypełniają liczne magazyny,
tymczasem na zewnątrz jej murów rozciąga się królestwo niedostatku. Jeśli w centrum
formacji oświeceniowej spoczywała idea miary obejmująca zarówno jednostkę (zasada
harmonijnego rozwoju osobowości), jak i państwo (zasada sprawiedliwości), nasz świat
cechuje dotkliwy kryzys miary. Rzeczywistość jest bez-mierna nie z powodu odległości
geograficznych, te bowiem odgrywają coraz mniejszą rolę, lecz z powodu braku wspólnej
miary pozwalającej na mierzenie rozmaitych porządków życia. Mówiąc jeszcze inaczej, słowa
są instrumentem izolowania się i zamykania, a dzisiejszy świat cierpi na deficyt szibboletu,
czyli słowa otwierającego drzwi. Szibbolet, jak mówi Derrida, „jest dany lub obiecany przeze
mnie innej pojedynczości, temu oto człowiekowi, po to, aby mógł go ze mną dzielić, aby mógł
wejść lub wyjść, aby mógł przejść przez drzwi, linię, granicę, próg”.
Czym był atak na wieże WTC w Nowym Jorku? Niektórzy twierdzą, iż to wypowiedzenie
przez Islam wojny cywilizacji Zachodu, która teraz winna bronić się zawzięcie przeciwko
wszystkiemu, co przychodzi spoza jej kręgu; przesycona nienawiścią książka Oriany Fallaci
posuwa to myślenie do granic absurdu. Inni mówią, iż to gest desperacji dokonany w imieniu
tych, których świat wykluczył ze swojej uczty. Być może pewne racje kryją się w obydwóch tych
postawach, jednak jeśli pomyśleć o tym, co stało się 11 września 2001 roku w Nowym Jorku
w perspektywie politycznej i filozoficznej, ukażą się dwie linie rozumowania. Politycznie rzecz
biorąc, świat Zachodu mówi o konfrontacji kultur dlatego, że nie wypracował nigdy żadnej
Realpolitik wobec krajów arabskich, natomiast polityka taka zawsze istniała wobec Izraela.
Być może część winy ponoszą tutaj sami Arabowie, wewnętrznie poróżnieni i odlegli od siebie,
ale zastanawiająca jednostronność wysiłków polityki Zachodu nie budzi wątpliwości.
Z filozoficznego punktu widzenia mieliśmy do czynienia z niebywałym i tragicznym
wydarzeniem, które człowiek znosi z trudnością, o którym wzdraga się myśleć, bowiem
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


32
wszelkie spopielenie, zamienienie czegoś pięknego i trwałego w stos popiołów rozwiewanych
przez wiatr jest dla nas nie do pojęcia. Zupełnie jakby nie tylko nie mieściło się to nam
w głowie, ale wręcz nie mogło zmieścić się w czasie; czy istnieje tak pojemna data, w której
dało by się zamknąć tak tragiczne zdarzenie? 11 września 2001 roku jest precyzyjna datą, ale
siła tych cyfr polega na tym, iż szyfrują one to, co dla naszego pojmowania stało się w jakimś
innym czasie, w bocznej jego odnodze (jakby napisał Bruno Schulz). Piszemy 11/9, ale
w istocie myślimy o czymś, co stało się w czasie niepojętym, w – pięknie mówi Celan – „luce
w kalendarzu”.
Galway Kinnell, amerykański poeta, autor elegii poświęconej pamięci ofiar WTC, pisze,
iż zapadające się w sobie i grzebiące w swych ruinach tysiące ludzi wieże ukazały, podobnie jak
zagłada Żydów, Cyganów i innych nacji w trakcie II wojny światowej, śmierć jako zjawisko
pozbawiające spokoju. Nic nie jest spokojne po tych wydarzeniach. Gdy śmierć, niezależnie od
bólu i cierpienia żałobników, stanowi ostateczne uporządkowanie spraw życia, śmierć, która
w upalny nowojorski poranek nawiedziła wieże WTC, podobnie jak zagłada ofiar holokaustu
nie porządkuje niczego, nie powraca nas do życia po wykonaniu pracy opłakiwania. Dzieje się
tak dlatego, że chcemy za śmiercią doszukiwać się rozumności, znajdować za jej kulisami być
może opętańczą, ale jednak logikę. W ten sposób odejście z tego życia albo zostaje
zbiurokratyzowane (obozy koncentracyjne były przykładem takiej właśnie straszliwej
maszynerii nie tylko do zabijania, ale i katalogowania i klasyfikowania) albo usuwa się w ogóle
ze sfery ładu, nie podlega niczemu i nikomu, a wtedy mówimy o nieszczęśliwych wypadkach,
czy tragicznych zbiegach okoliczności. Tak rozumiemy katastrofę Titanica, tak jesteśmy ją
w stanie pojąć i opłakać – jako dzieło przypadku, a więc coś, co nieprzewidywalne, co zdarza
się jak uderzenie pioruna. Chrześcijanie modlą się o zachowanie od nagłej i niespodziewanej
śmierci po to, aby móc się na nią przygotować i nie znajdować się w tej ważkiej godzinie
w anarchicznym kręgu przypadku. 11 września pozostawił nas właśnie w tym piekielnym
kręgu. Śmiertelne uderzenia nie były wynikiem sprawnie funkcjonującej nieludzkiej
buchalterii śmierci (nie chodziło o to, aby pozbawić życia wybraną grupę ludzi, czy jedną lub
kilka nacji), ale nie były także czystym przypadkiem (lot został zaplanowany i nawet
w pewnym sensie „przećwiczony”). Świat żyje w cieniu nieprzewidywalnego: przewidujemy, iż
atak nastąpi, lecz nie wiemy kiedy i gdzie. Przy czym teraz owo nieprzewidywalne nie ma już
charakteru „naturalnego”, nie jest jak cyklon, trzęsienie ziemi, czy góra lodowa, lecz jak
rozmyślne działanie, którego sposób przygotowania i motywy są konstruowane tak, aby nadać
mu walor równocześnie celowości (atak ma czemuś służyć) i przypadku (nie następuje wedle
przewidywalnej i powtarzalnej logiki). Pojawiła się w naszej rzeczywistości nowa kategoria
wydarzeń, którą można by nazwać zdarzeniami celowo-przypadkowymi. W rezultacie od
dwóch lat świat przewiduje nieprzewidywalne.

_



Tadeusz Sławek, ur. 5 grudnia 1946 r. w Katowicach – poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, wykładowca
uniwersytecki. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego. Ukończył polonistykę i anglistykę na Uniwersytecie
Jagiellońskim w Krakowie. Od 1971 r. pracuje na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, początkowo jako lektor
Krytyka Literacka 6 (56) 2014


33
języka angielskiego. W latach 1979-1980 przebywał na Stypendium Fullbrighta w San Diego (USA). W 1984
pełnił funkcję visiting professor w Norwich (Wielka Brytania). Habilitował się w 1986 r. na Uniwersytecie im.
Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1989-1990 wykładał w San Diego (USA). W latach 1991-1994 był
prodziekanem wydziału filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, a w latach 1996-2002 był rektorem
tej uczelni. Obecnie kierownik Katedry Literatury Porównawczej UŚ. W latach 90. prowadził także wykłady
(visiting professor) na uczelniach wyższych w Neapolu i Stanford.
Specjalizuje się w historii literatury angielskiej i amerykańskiej oraz teorii literatury. Jest także
tłumaczem z języka angielskiego, m.in. poezji takich pisarzy, jak: Wendell Berry, William Blake, Allen Ginsberg,
Seamus Heaney, Robinson Jeffers, Thomas Merton, Jerome Rothenberg. Tłumaczył także teksty Johna Lennona,
Jima Morrisona i Pete’a Sinfielda. Stały publicysta „Tygodnika Powszechnego”, publikował też m.in. w pismach:
„brulion”, „Gazeta Wyborcza” („Gazeta Katowicka”), „Odra”, „Res Publica Nowa”.
Od 1978 współpracuje z kontrabasistą i kompozytorem muzyki Bogdanem Mizerskim, ich wspólne
nagrania recytacji poezji oraz muzyki kontrabasowej (forma „eseju na głos i kontrabas”), ukazują się od wielu lat
nakładem wytwórni „Off Records”.

_



Zbigniew Kresowaty [Ikona] – ur. w 1951 r. w Świdnicy. Poeta, eseista, krytyk literacki, krytyk sztuki,
uprawia także rysunek i malarstwo. Jako poeta debiutował w miesięczniku „Odra” w 1987 r., wcześniej
publikował w prasie drugiego obiegu. Jego teksty ukazywały się m.in. w pismach „Akant”, „Format”, „Fraza”,
„Nowa Okolica Poetów”, „Nové Břehy”, „Odra”, „Okolica Poetów”, „Studium”, „Twórczość”, „Wiadomości
Kulturalne”. Wydał zbiory wierszy: Być może Wycinki Stanu (1989), W aorcie (1990), Dom Glosy i Abla (1992) ,
Są Oblicza i Anioły (1995), Nie opóźniać spojrzenia (2000), Jeszcze mrużą oczy wczesne wrześniowe psy
(2009). Opublikował także dwie książki rozmów z wybitnymi postaciami polskiej kultury Między logos a mythos
(Miniatura Kraków 2005) i Między sacrum a mythos (Kraków Miniatura 2009). Rysuje i maluje portrety, które
udostępnia na zasadach wolnej licencji, wykorzystywane m.in. w Wikipedii.





DLA AUTORÓW

Kończymy z praktyką poprawiania tekstów i zastanawiania się, o co właściwie autorowi
chodzi, i po co w ogóle pisze. Podnosimy poprzeczkę. Nadsyłane teksty powinny być poprawne
pod względem językowym oraz sformatowane zgodnie z obowiązującymi zasadami. Prosimy
również o stosowanie polskich znaków diakrytycznych i właściwych znaków typograficznych.
Teksty niepoprawne i nieudolne będą odrzucane. „Krytyka Literacka” zastrzega sobie prawo
do redakcji, adiustacji i korekty wybranych tekstów.






William Blake
Nabuchodonozor
miedzioryt, ołówek, tusz, akwarela, 1795 r.
Tate Gallery, Londyn