You are on page 1of 224

Portret Juliana Kulskiego. Olej. Malował Bolesław Kuźmiński, 1966.

Z minionych lat życia 1892 - 1945
Juli an Kulski


Żonie mej Eugenii
wspomnienia te poświęcam



Spis treści
Wstęp ...................................................................................................................................................... 3
Od autora .............................................................................................................................................. 12
I. Lata dzieciństwa i lata szkolne ............................................................................................................ 13
II. Lata pomaturalne do wybuchu wojny 1914 roku.............................................................................. 35
III. Udział w walkach zbrojnych ............................................................................................................. 54
IV. W przededniu niepodległości ........................................................................................................... 83
V. W służbie odrodzonego państwa polskiego ...................................................................................... 89
VI. Przedwojenne pięciolecie prezydentury Stefana Starzyńskiego .................................................... 117
VII. Heroiczne dni Stefana Starzyńskiego ............................................................................................ 127
VIII. Gehenna lat okupacji ................................................................................................................... 151
IX. Po powstaniu warszawskim ........................................................................................................... 185
Ilustracje .............................................................................................................................................. 197



Wstęp

Był znany, podziwiany i szanowany w naszym środowisku historyków dziejów najnowszych Polski i
Warszawy.
Julian Kulski nigdy nie odmawiał nam pomocy. Ceniliśmy jego rzeczowość, dystans wobec przeszłości,
kompetencje i bezinteresowną życzliwość. Przez wiele lat był z nami na dyskusjach w Pracowni
Dziejów Warszawy Instytutu Historii PAN, w Towarzystwie Miłośników Historii, w Muzeum m.st.
Warszawy i na niezapomnianych spotkaniach poświęconych problematyce dziejów prezydentury
Stefana Starzyńskiego organizowanych w Muzeum Narodowym w Warszawie i Wilanowie, a także
w innych placówkach naukowo-badawczych stolicy. Osobiście nie zapomnę spotkań z prezydentem
Kulskim w mieszkanku Tadeusza Szturm de Sztrema przy ul. Wiejskiej, a następnie przy ul.
Królewskiej. Na tych spotkaniach rodziły się pomysły interesujących inicjatyw wydawniczych i wielu
zebrań dyskusyjnych burzących uproszczone stereotypy interpretacyjne ważkich problemów
najnowszej historii Polski.
Julian Spitosław Kulski był rodowitym warszawiakiem. Urodził się w Warszawie 5 grudnia 1892. Akt
urodzenia został sporządzony dopiero w roku 1903 pod numerem 972 w warszawskiej parafii
rzymskokatolickiej św. Aleksandra.
Ojciec - Julian - był urzędnikiem prywatnym, matka Antonina z Ostrowskich była córką szewca
warszawskiego. Według tradycji rodzinnej ród Kulskich wywodzi się z Górnego Śląska (Bytomia).
Dziadek Juliana, także Julian Kulski, doktor medycyny, przybył do Kongresówki z Krakowa. Ta sama
tradycja rodzinna pragnie widzieć w rodzie Kulskich stare zasiedziałe mieszczaństwo polskiej pomimo
że herbarze podkreślają szlacheckie pochodzenie rodu, herbu Samson.
Swą edukację rozpoczął Kulski w domu. Następnie uczył się w I klasie gimnazjalnej w warszawskiej
Realnej Szkole gen. Dmochowskiego, a II klasę kontynuował w szkole gen. Chrzanowskiego. Jak
większość rówieśników Kulski brał aktywny udział w strajku i bojkocie szkolnym. Kontynuował naukę
na tajnych kompletach, III klasę gimnazjalną, już z językiem wykładowym polskim, ukończył w szkole
Przyłuskiego.
Jako chłopiec poznał Kulski działalność bardzo aktywnej w Warszawie Macierzy Szkolnej i
Towarzystwa Kultury Polskiej. To ostatnie Towarzystwo prowadziło przy ulicy Lwowskiej własną
szkołę, do której uczęszczał Kulski-gimnazjalista klasy IV. Ostatnie dwie klasy ukończył w szkole J.
Kreczmara. Tutaj zdał maturę. Przez całe życie manifestował wielkie przywiązanie do szkoły
Kreczmara, uczestnicząc w jej jubileuszach.
„Szkoły TKP i Kreczmara - podkreśla we wspomnieniach - były instytucjami nie tylko nauczającymi po
polsku i w ducha narodowym polskim, ale dawały również podstawy wychowania społecznego
i obywatelskiego.” Absolwentem szkoły Kreczmara był również Stefan Starzyński, późniejszy
przyjaciel, kolega broni i zwierzchnik autora wspomnień.
Matka Kulskiego - córka Andrzeja Ostrowskiego i Józefy z Żandarowskich - była sympatyczką PPS.
Użyczała często swego mieszkania na zebrania partyjne. Było ono jednocześnie magazynem
i punktem rozdziału „bibuły”, a niekiedy ręcznej broni palnej. Kulski jako kilkunastoletni chłopiec brał
udział w wiecach pepeesowskich i obserwował zebrania organizowane w domu rodziców. Już
w ostatnich klasach gimnazjalnych wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej. W 1910 roku
przeszedł „chrzest bojowy” członka konspiracyjnej organizacji - aresztowanie i pobyt w więzieniu na
Daniłowiczowskiej. Wielki wpływ na kształtowanie się jego poglądów politycznych i estetycznych
wywarł „korepetytor”, przyjaciel domu, Norbert Barlicki.
Urok wspomnień Kulskiego z tego okresu polega na oddaniu atmosfery szkolnych lat pełnych radości,
różnych figli i kawałów.
W 1910 autor wspomnień wyjechał na studia wyższe do Belgii, do Instytutu Elektrotechnicznego w
Leodium. Po miesięcznym pobycie w Leodium przyjechał do Brukseli, gdzie zapisał się na Université
Libre na elektrotechnikę. Tutaj wstąpił do belgijskiej sekcji PPS-Lewicy, manifestując na zebraniach
studenckich wierność ideałom niepodległości i socjalizmu. Do bliskich autorowi ludzi należał w tym
czasie m.in. Paweł Szymański - uciekinier polityczny z kraju, były żołnierz Organizacji Bojowej PPS. „W
czasie uczestnictwa w brukselskiej PPS-Lewicy - pisze autor – dalej trwałem na pozycji wyniesionej ze
Związku Młodzieży Socjalistycznej: nie porzucałem hasła walki o niepodległość.”
Po wakacjach spędzonych w kraju Kulski zrezygnował z uniwersytetu brukselskiego i udał się na
studia do Instytutu Elektrotechniki i Mechaniki Stosowanej w Nancy. Tutaj przez rok uczestniczył
w pracach miejscowej sekcji PPS-Lewicy; wystąpił z niej w roku 1913. W tymże roku wstąpił do
Związku Strzeleckiego jako żołnierz 5 plutonu tzw. belgijskiej kompanii Związku. W Nancy należał
także do miejscowej organizacji niepodległościowo-postępowej „Promień”. Praktykę wakacyjną
w roku 1913 i 1914 odbył w elektrowni Huty „Raków” w Częstochowie (dziś Huta im. Bolesława
Bieruta).
Atmosfera życia studenckiego w Nancy została przedstawiona przez autora wspomnień bardzo
plastycznie. Nakłada się ona na obrazy z powieści Marii Dąbrowskiej Noce i dnie i kadry z popularnego
filmu i serialu telewizyjnego Jerzego Antczaka opartego na wspomnianym dziele.
Piękną kartą życiorysu Kulskiego jest jego udział w walkach zbrojnych o niepodległość Polski w latach
pierwszej wojny światowej. Subiektywny zapis tego udziału ma charakter swoistego rodzaju
dokumentu, który wzbogaca naszą wiedzę nie tyle o faktach historycznych, co o motywacjach
psychologicznych działalności strzeleckiej i legionowej. Działalność ta - jak uzasadnia współczesna
historiografia polska - była tylko jedną z dróg wiodących do odzyskania niepodległości w 1918 roku.
Autor wspomnień z końcem sierpnia 1914 przyjechał z Częstochowy do Kielc do Legionów Polskich
z powierzonym sobie plutonem ochotników. Z początku wcielony do batalionu VI i wraz z nim
przeniesiony do Wadowic, włączony został następnie do 3 pułku piechoty II Brygady Legionów
Polskich. Autor znal z autopsji kampanie frontowe II Brygady z wyjątkiem dwóch okresów: choroby
i służby etapowej na Słowacji na przełomie lat 1914/1915 oraz rekonwalescencji po ranie odniesionej
w bitwie pod Kostiuchnówką 5 października 1915.
Po przejściu Legionów na tyły pozostał nadal w składzie 3 pułku piechoty do czasu
odkomenderowania na tak zwany 3 kurs przeszkolenia w Ostrowi Mazowieckiej.
Urlop 1916 roku, już jako chorąży Legionów, spędzał Kulski w Warszawie, ale zrezygnował - mimo
zaproszenia - z przybycia na Zamek Królewski w celu wysłuchania manifestu dwóch gubernatorów
o powołaniu do życia Królestwa Polskiego.
„Jestem przekonany, że niepodległość zbliża się – wspomina Kulski - ale jestem zdania, że nie może
być ona osiągnięta z «nadania» przez wroga. Formalni sojusznicy - Niemcy i Austro-Węgry - są nimi
przejściowo, nie przestając być w moich oczach wrogami, którzy na pewno w odpowiedniej chwili
ujawnią swój prawdziwy charakter. Olbrzymia większość społeczeństwa podziela tę opinię i nie ma
zaufania do okupantów ziemi polskiej.” Nastroje te stopniowo upowszechniały się także wśród
legionistów. Piłsudski wydał polecenie wstrzymania werbunku do Legionów i rozbudowy tajnej
Polskiej Organizacji Wojskowej.
Inaczej niż wielu fanatycznych piłsudczyków odnosi się Kulski do ówczesnego podpułkownika
Władysława Sikorskiego. „Wysoki i nieco sztywny w postawie - pisze - czynił Sikorski wrażenie
człowieka wyniosłego. Ale ujawnił i zimną krew, i odwagę, na ile okoliczności bojowe mu wtedy na to
pozwalały. Gdy odchodził z pułku (3 pułku piechoty Legionów - p. M.D.), kpinki dotyczące jego osoby
ustały.”
1 grudnia 1916 Kulski jako chorąży 3 pułku uczestniczył w symbolicznym marszu II Brygady Legionów
do Stolicy, „nie czując pod koniec uroczystości prawej ręki, wymęczonej od długotrwałego
defiladowego trzymania szabli oficerskiej na ramieniu”.
Po krótkim postoju pułku w koszarach u zbiegu Alei Jerozolimskich i Solca pułk został przesunięty do
Zegrza. Stąd Kulski wysłany został na kurs przeszkoleniowy do Komorowa pod Ostrowią Mazowiecką
prowadzony przez oficerów niemieckich.
Po opublikowaniu roty przysięgi zaakceptowanej przez Tymczasową Radę Stanu traktującej o
„wierności sojuszniczej” w Legionach zawrzało.
Na kursie Kulski umocnił swą przyjaźń ze Stefanem Starzyńskim także wydelegowanym na
przeszkolenie do Komorowa. Wspólnie postanowili wraz z innymi kolegami legionowymi nie składać
przysięgi według zaproponowanej roty.
Po przybyciu do Warszawy wraz z grupą oficerów Kulski został zaproszony w hotelu „Bristol” na
spotkanie z płk. Józefem Hallerem i płk. prof. Marianem Kukielem. Obydwaj pułkownicy sugerowali
złożenie przysięgi. Argumentowali: „należy zdecydować się na formalny akt przysięgi, aby nie
zabrakło polskiego oręża w razie konieczności użycia go w najistotniejszym interesie narodowym”. Po
odmowie złożenia przysięgi Kulski rozkazem Komendy Legionów Polskich został zwolniony ze służby.
Kilka dni po tym Stefan Starzyński zaprosił Kulskiego do zaciągnięcia się do 5 pułku piechoty
stacjonującego w Zegrzu. Wraz z oficerami wspomnianego pułku Kulski został internowany w
Benjaminowie, pozbawiony broni, oznak i stopnia i traktowany jako więzień polityczny.
W okresie mego pobytu w Benjaminowie i wkrótce potem - wspomina - zaszło wiele doniosłych
faktów historycznych, które omawialiśmy z przejęciem. Wystarczy wymienić wybuch rewolucji w
Rosji w październiku (wg nowego stylu w listopadzie) 1917 roku czy zawarcie 9 lutego 1918 roku tak
zwanego brzeskiego traktatu pokojowego. Dyskutowaliśmy także na temat Rady Regencyjnej
powołanej przez władze okupacyjne w dniu 12 września 1917 roku. Jej delegacja w osobach ks.
Zdzisława Lubomirskiego i ks. prałata Chełmickiego, wizytowała raz nasz obóz.
Potwierdzeniem słuszności pozycji antyprzysięgowej stało się dla nas przejście oddziałów
legionowych, podlegających Józefowi Hallerowi przez front pod Rarańczą w walkach z wojskami
austriackimi.”
Krytyczny stan zdrowia ojca, który zmarł 8 grudnia 1917, stał się przyczyną zwolnienia Kulskiego z
Benjaminowa na prośbę matki.
Na przełomie lat 1917/1918 rozpoczął Kulski pracę zawodową jako kontroler piekarń Wydziału
Zaopatrzenia warszawskiego Zarządu Miejskiego. Na tym stanowisku mógł poznać tragiczną sytuację
pracującej ludności Warszawy u schyłku pierwszej wojny światowej, sytuację związaną z kryzysem
aprowizacyjnym, epidemią tyfusu i hiszpanki oraz panującym bezrobociem.
W początkach listopada 1918 Kulski zgłosił się do siedziby Komendy Głównej POW i oddał się do jej
dyspozycji. 10 listopada ponownie przywdział mundur chorążego Legionów i otrzymał rozkaz
pełnienia służby oficera dyżurnego w pałacu Kronenberga, gdzie Piłsudski rozmawiał z przywódcami
partii politycznych na temat składu i charakteru rządu i zadań stojących przed przyszłym sejmem
ustawodawczym.
Interesujące uwagi prezentuje Kulski na temat genezy odzyskania niepodległości w 1918 roku. „Sam
będąc w przeszłości żołnierzem Piłsudskiego, człowiekiem związanym z ruchem
«niepodległościowym» - podkreśla - byłem i jestem daleki od przypisywania głównej przyczyny
odrodzenia państwowości polskiej faktowi powstania i czynom Legionów Polskich. Ale uważałem
i uważam, że nie co innego, tylko uparta i ofiarna walka kolejnych pokoleń narodu przesądziła
o znalezieniu się Polski znowu na mapach świata.”
Dodajmy do tych uwag: piąte pokolenie czasu zaborów wybiło się na niepodległość dzięki tradycjom
niepodległościowym, które spotęgowały różne formy działalności politycznej, dyplomatycznej,
kulturalno-oświatowej i wojskowej w warunkach klęski wszystkich państw zaborczych, zwycięstwa
rewolucji rosyjskiej, która z burżuazyjno-demokratycznej przekształciła się w socjalistyczną,
w warunkach zwycięstwa rewolucji burżuazyjno-demokratycznej w Niemczech i na terenie Austro-
Węgier oraz sukcesu państw ententy i Stanów Zjednoczonych. Te zewnętrzne możliwości odzyskania
niepodległości przekształciła w rzeczywistość postawa narodu. I żaden obóz polityczny nie ma prawa
do przyznawania sobie monopolu zasług w walce o odzyskanie państwowości.
Po przebyciu hiszpanki, ostrego zapalenia płuc i po długiej rekonwalescencji Kulski już jako porucznik
Wojska Polskiego, mimo przydziału do 21 pułku piechoty, z inicjatywy Norberta Barlickiego,
wiceministra spraw wewnętrznych w gabinecie Jędrzeja Moraczewskiego, został oddelegowany do
Milicji Ludowej. 17 stycznia 1919 otrzymał Kulski nominację na komendanta Okręgu Warszawskiego
i członka Komendy Głównej Milicji Ludowej. Trzon wspomnianej formacji stanowili socjaliści,
z których część przeszła przez Organizację Bojową PPS. W szeregach Milicji byli także komuniści
i bezpartyjni demokraci.
Pierwszą poważną akcją Milicji było rozbrojenie Straży Narodowej - militarnego zaplecza Związku
Ludowo-Narodowego (endecji). Milicja aresztowała także sprawców zamachu stanu 5 stycznia 1919
na rząd Moraczewskiego z ks. Eustachym Sapiehą na czele.
Zlekceważenie i doraźne rozgrzeszenie zamachowców przez Piłsudskiego zdezorientowały
milicjantów. Kulski w rozmowie z Barlickim dał wyraz zaniepokojeniu z tego powodu.
Po rozwiązaniu formacji warszawskiej Milicji przejął Kulski komendę IV Batalionu Etapowego,
stworzonego z kadr radomskich Milicji Ludowej, których przywódcą był wybitny socjalista i działacz
samorządowy Józef Grzecznarowski. Miejscem postoju batalionu był Wołkowysk, a następnie Słonim.
Lewicowo-radykalne nastroje panujące w Milicji w konfrontacji z zachowawczym charakterem
polityki wewnętrznej gabinetu Paderewskiego rodziły szereg konfliktów, które minister spraw
wewnętrznych Stanisław Wojciechowski postanowił rozwiązać tworząc Policję Państwową.
W roku 1919 poniósł Kulski bolesną stratę osobistą: 5 kwietnia zmarła w Warszawie jego matka.
Z inicjatywy Stefana Starzyńskiego Kulski został przeniesiony służbowo ze Słonimia do Naczelnego
Dowództwa Wojska Polskiego w Warszawie. Pracował tutaj wraz ze Starzyńskim w tzw. wydziale
ewidencyjnym analizującym sytuacją państw znajdujących się w sytuacji konfliktowej z odrodzoną
Rzeczypospolitą.
Stanowisko mego referatu - podkreśla Kulski - przeciwne było udzielaniu pomocy białym generałom
rosyjskim w ich walce z nowym, rewolucyjnym układem stosunków w Rosji. Ta linia myślenia zyskała
sobie najzupełniejsze uznanie w momencie poprzedzającym walki o Krym. […] Polska patrzyła
obojętnie na upadek ostatniego bastionu «kontrrewolucji» w Rosji.
Z końcem roku 1921 Kulski opuścił służbę wojskową przechodząc do rezerwy w stopniu kapitana.
Jego postawę jako żołnierza Legionów i Wojska Polskiego odzwierciedlają trzy austriackie medale
waleczności, trzy Krzyże Walecznych oraz order Virtuti Militari V klasy.
W trakcie pełnienia służby wojskowej 14 lutego 1920 Kulski zawarł związek małżeński z Eugenią
Solecką. Podjęte w tym czasie próby studiów w warszawskiej Szkole Nauk Politycznych, a następnie w
Wolnej Wszechnicy zakończyły się niepowodzeniem.
Od 1 stycznia 1922 na wniosek Stefana Starzyńskiego Kulski został zatrudniony jako zastępca
sekretarza generalnego, a następnie sekretarz generalny polskich delegacji w Mieszanych Polsko-
Rosyjsko-Ukraińskich Komisjach Reewakuacyjnych i Specjalnej powołanych na mocy traktatu
ryskiego, z siedzibą w Moskwie.
W tym czasie (1922) członkiem rodziny Kulskich stał się Norbert Barlicki przez związek małżeński
z siostrą Juliana - Stanisławą, który zresztą okazał się nietrwały, co nie zniszczyło jednak przyjaźni
łączącej Kulskiego z Barlickim.
Po trzech latach spędzonych w Moskwie dzięki oszczędnościom państwo Kulscy mogli z kolei
zrealizować zamiar wyjazdu do Paryża na dwa pełne lata akademickie celem uzyskania przez Juliana
dyplomu ukończenia studiów wyższych. Wcześniej zwiedzili Krym i Finlandię. Byli zafascynowani
kulturą współżycia społecznego Finów.
Po rekonesansowej wizycie w Paryżu (1924) Kulski zapisał się na studia do École des Sciences
Politiques na sekcję dyplomatyczno-konsularną w roku akademickim 1925/1926. W Paryżu przeżył
przewrót majowy, odczytując przebieg zdarzeń ze sprzecznych doniesień i interpretacji prasy
francuskiej. „Stosunek mój do dokonującego się przewrotu - pisze - był pozytywny: miałem nadzieję
na uzdrowienie stosunków społeczno-politycznych w Polsce.”
Po powrocie do kraju, mimo nadziei otrzymania posady w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, we
wrześniu 1927 roku wstąpił Kulski do służby w Ministerstwie Skarbu z nominacją na radcę. Następnie,
po stażu w Wydziale Polityki Finansowo-Gospodarczej Departamentu Ogólnego i w Wydziale Polityki
Kredytowej Departamentu Obrotu Pieniężnego, 23 lutego 1928 objął kierownictwo tego ostatniego.
W lipcu 1929 objął Kulski kierownictwo Departamentu Akcyz i Monopoli Państwowych.
Lata 1927-1929 były to lata dobrej koniunktury gospodarczej, lata optymizmu inspirującego znaczne
nakłady inwestycyjne zarówno sektora prywatnego, jak i publicznego. Na czoło tych nakładów
wysunęła się rozbudowa Warszawskiego Okręgu Przemysłowego, budowa portu i miasta Gdyni oraz
budowa kombinatu chemicznego w Mościcach pod Tarnowem. Patronem wspomnianej akcji
inwestycyjnej był ówczesny minister przemysłu i handlu. Eugeniusz Kwiatkowski. Bezpośrednimi
zwierzchnikami Kulskiego natomiast w Ministerstwie Skarbu byli - Stefan Starzyński, Wincenty
Jastrzębski i Edward Werner. Starzyński, Jastrzębski i Kulski w licznych enuncjacjach publicznych
opowiadali się za rozszerzeniem bezpośredniego udziału państwa w głównych dziedzinach produkcji
materialnej, a także za pośrednim oddziaływaniem państwa na gospodarkę narodową za
pośrednictwem różnych form interwencjonizmu, m.in. interwencjonizmu finansowego.
Kulski, przyjaciel Barlickiego, głęboko przeżywał brutalne brzeskie metody walki z opozycją, Berezę
Kartuską i pacyfikację wiosek ukraińskich. W rozmowie z Barlickim radził mu pozostać w kraju, gdyż
jego zdaniem Brześć będzie wcześniej czy później wstydliwym epizodem historii rządów pomajowych
i dowodem hartu i ideowości jego ofiar. Gdy Barlicki opuszczał więzienie, wśród witających znalazła
się Eugenia Kulska. Na jesieni 1932 roku przeszedł Kulski na stanowisko dyrektora Państwowego
Monopolu Spirytusowego i pozostał na nim do 14 lutego 1935.
Kiedy Starzyński 2 sierpnia 1934 objął funkcję prezydenta m.st. Warszawy z nominacji rządu, myślał
o stworzeniu wokół swojej osoby zwartego zespołu ludzi gotowych poświęcić swój talent, czas
i energię dla wielkiego dzieła europeizacji Warszawy. Zaproponował więc swemu oddanemu
przyjacielowi Kulskiemu funkcję wiceprezydenta odpowiedzialnego za pracę czołowych
przedsiębiorstw komunalnych (tramwajów i autobusów miejskich, elektrowni i gazowni) oraz
Wydziału Ewidencji Ludności i Wydziału Wojskowego. Z nałożonych obowiązków wywiązywał się
Kulski wzorowo.
Starzyński, wulkan energii, apodyktyczny, nie zawsze dysponował czasem, by swoje decyzje
przedyskutować w gronie najbliższych przyjaciół. Między innymi bez uzgodnienia z Kulskim
i wiceprezydentem Janem Pohoskim podał ich nazwiska na członków Rady Naczelnej Obozu
Zjednoczenia Narodowego zawiadamiając ich o tym post factum. „Obaj - pisze Kulski - byliśmy
zaskoczeni i zmieszani tym oświadczeniem. Nie tylko nie znaliśmy jeszcze programu nowo tworzonej
organizacji, ale nie mieliśmy w ogóle zamiaru do niej się przyłączyć. Ja w szczególności, który nie
przystąpiłem poprzednio do BBWR, nie zamierzałem i obecnie angażować się w działalność
polityczną, mając zresztą sporo zastrzeżeń co do kierunku, w jakim się rozwija działalność obozu
zwanego - coraz mniej słusznie - legionowym. Ale obaj z Pohoskim niewątpliwie zdaliśmy sobie
niezwłocznie sprawę, że posunięcie Starzyńskiego pociąga za sobą poważne konsekwencje nie tylko
w przypadku przystąpienia do nowej organizacji, ale i w razie zdezawuowania go.”
W czasie wrześniowej obrony Warszawy w 1939 roku Kulski pełnił obowiązki Komendanta Cywilnej
Obrony Przeciwlotniczej Miasta. Siedziba jego kwatery mieściła się w podziemiach Teatru im. W.
Bogusławskiego. System OPL należał do mocniejszej strony cywilnej obrony stolicy, co podkreślali
w swych rozkazach i publicznych wystąpieniach gen. J. Rómmel - dowódca Armii „Warszawa”, gen.
W. Czuma - dowódca Obrony Warszawy i Stefan Starzyński - Komisarz Cywilny Obrony Warszawy.
„Kilkutysięczny zespół, mający za sobą zdany przykładnie egzamin społeczny - podkreśla Kulski pisząc
o aparacie OPL - nie mógł nie być zachowany dla innych celów. Wyraźnie pośród nich zostały
wymienione w zarządzeniu prezydenta Starzyńskiego cele aprowizacyjno-rozdzielcze, bo tak to
wynikało z warunków kapitulacji. Jednak prezydent Starzyński myślał i o innym wykorzystaniu ludzi
OPL w przyszłości. Widząc wartość zespołu, Starzyński rezerwował dla niego i dalsze obowiązki,
związane z życiem i walką stolicy pod okupacją hitlerowską. Liczył też na niego jako na organ więzi
Zarządu Miejskiego ze społeczeństwem warszawskim” (Julian Kulski, Relacja o organizacji
i funkcjonowaniu OPL Warszawy we wrześniu, w: Cywilna obrona Warszawy we wrześniu 1939 r.,
Warszawa 1964, s. 245). Za wzorowe pełnienie obowiązków komendanta OPL Warszawy otrzymał
Kulski Krzyż Walecznych po raz czwarty.
Po kapitulacji stanął jako wiceprezydent wiernie przy Starzyńskim, by pomóc mu w kierowaniu
procesem odbudowy Warszawy po wrześniowych zniszczeniach. Wspomnienia Kulskiego są
oryginalnym zapisem wrześniowych zmagań wojskowych i cywilnych służb warszawskich. Autor
eksponuje w nich rolę Starzyńskiego usuwając w cień jego najbliższych współpracowników.
W ocenie swego przyjaciela danej po latach dla autora niniejszej przedmowy redagującego zbiór pt.
Stefan Starzyński w naszej pamięci napisze: „...Starzyńskiemu nie brakowało wrogów. Sam ich sobie
czasami przysparzał. Jak to w jednej z moich publikacji określiłem: «Starzyńskiego więcej ludzi
szanowało niż lubiło.» Jego sumienność i pracowitość, jego ideowość i przywiązanie do interesu
narodowego, zapewniły mu uznanie, ale jego brak szacunku dla autorytetów (poza zupełnie
wyjątkowym) i twardość wypowiadania swych ocen o sprawach i ludziach raziły wielu i zmniejszały
krąg tych, co go lubili. Trzeba było długiej znajomości i długiej wspólnej pracy w służbie tym samym
ideałom, aby stać się przyjacielem Starzyńskiego, aby go pokochać czy choćby polubić. Ludzi, którzy
mieli taki stosunek do Starzyńskiego, było najwięcej wśród jego wiernych towarzyszy walki i pracy.”
W październiku 1939 do chwili aresztowania (27 października) Starzyński wypracował pod wpływem
nowej sytuacji zaostrzającego się okupacyjnego nadzoru wytyczne dla prac Zarządu Miejskiego,
których punktem wyjściowym było zachowanie wierności państwu i interesom narodowym oraz
dbałość o ludność Warszawy, o całość jej dorobku.
Realizatorem tych wytycznych był Julian Kulski mianowany 28 października 1939 przez władze
okupacyjne „komisarycznym burmistrzem miasta Warszawy”. Przez cały czas pełnienia swej nowej
funkcji Kulski uważał za prezydenta miasta więzionego przez niemieckiego okupanta Stefana
Starzyńskiego, siebie zaś „za czasowego zastępcę nieobecnego prezydenta miasta”.
Po aresztowaniu Starzyńskiego zebrała się Komisja Ogólna Komitetu Obywatelskiego, za jej zgodą
Kulski objął swój urząd komisarycznego burmistrza.
Kulski wraz z gronem swoich najbliższych współpracowników starał się poznać osobnicze cechy
poszczególnych funkcjonariuszy niemieckich i stosownie do tego grać na ich ambicjach, słabostkach
i nałogach, wykorzystując je dla dobra mieszkańców Warszawy.
Jak zapisał wybitny pisarz Aleksander Maliszewski w swych wspomnieniach Na przekór nocy, na
konferencji u Ludwiga Fischera, szefa dystryktu warszawskiego, na apel o pomoc Niemcom w walce
z komunizmem Kulski odpowiedział: „Codziennie giną Polacy, codziennie rozstrzeliwani są na
Pawiaku, codziennie ludzie zatrzymani przypadkowo na ulicach tego miasta wymierają w obozach
zagłady. Ogólnie znane są również, wiele pozostawiające do życzenia, sposoby traktowania polskich
robotników w Rzeszy, sytuacja nie sprzyja takiemu apelowi i jego podpis nie będzie miał żadnego
znaczenia, bo społeczeństwo uzna, że złożony został pod naciskiem.”
Odważnie interweniował Kulski w sprawie obrony pomników warszawskich przed stale ponawianymi
usiłowaniami niemieckimi ich zniszczenia.
Więź ze społeczeństwem utrzymywał Kulski przede wszystkim za pośrednictwem dawnej Komisji
Ogólnej Komitetu Obywatelskiego, Komisji Rzeczoznawców, której przewodniczył przez cały czas
okupacji Jan Strzelecki, a w skład której wchodzili m.in. Marceli Porowski i Jan Jankowski, oraz
powołanej z inicjatywy wiceprezydenta Pohoskiego Komisji Urbanistycznej, w której pracowali m.in.
Tadeusz Tołwiński (przewodniczący), Lech Niemojewski i Bohdan Pniewski.
Istotną rolę w zakresie informowania społeczeństwa o poczynaniach Zarządu Miejskiego odegrała
Pracownicza Komisja Samopomocy Społecznej oraz tzw. „delegaci aprowizacyjni” rekrutujący się
z wrześniowej kadry Obrony Przeciwlotniczej.
Służby miejskie skupiały w 1943-1944 około trzydziestu tysięcy pracowników. Dawały one
schronienie wybitnym ludziom wszystkich nurtów Polski podziemnej. Legitymacje pracowników
miejskich posiadali m.in. Stefan Rowecki „Grot”, Marian Spychalski, Bolesław Bierut, Stanisław
Dubois, Jan Stanisław Jankowski i setki innych organizatorów ruchu oporu.
Kulski bronił, jak mógł, mieszkańców Warszawy przed poborem na roboty przymusowe do Niemiec.
Wydział ewidencji ludności wystawiał dla ludzi chcących uniknąć represji okupanta fałszywe dowody.
Pomiędzy Zarządem Miejskim a Gminą Żydowską kierowaną przez Adama Czerniakowa nawiązała się
dość ścisła współpraca, która pozwoliła rozwiązać wiele trudnych problemów. Kulski jako
komisaryczny burmistrz złożył oficjalną wizytę w Gminie Żydowskiej i gościł u siebie kilkakrotnie
Adama Czerniakowa. Ekipy miejskie konserwujące urządzenia użyteczności publicznej w getcie
świadczyły istotną pomoc dla ludności getta, a w szczególności dla jego ruchu oporu. Wiele czasu
i energii poświęcał Kulski rozbudowie opieki społecznej i służbie zdrowia, wykorzystując w tym celu
takie instytucje, jak Stołeczny Komitet Samopomocy Społecznej i warszawskie agendy Rady Głównej
Opiekuńczej oraz Polski Czerwony Krzyż.
Patronował też Kulski wielkiej akcji ratowania zabytków kultury, w której czołową rolę odegrali:
Stanisław Lorentz, Michał Walicki, Jan Morawiński, Jerzy Sienkiewicz, Stanisław Gebethner, Hanna
Garlińska-Walicka i Antoni Wieczorkiewicz.
„Jeśli Zarząd Miejski ma zasługi - mówił w czasie prelekcji 8 grudnia 1972 na spotkaniu w Klubie
Inteligencji Katolickiej - to w skromnej mierze zawdzięcza to jednostkom, ale za to bardzo wiele
olbrzymiemu zespołowi ludzi zgrupowanych pod jego firmą. Kilkuset ludzi z tego zespołu przypłaciło
służbę ojczyźnie i jej stolicy własnym życiem.”
Sam Kulski w okresie okupacji kilkakrotnie był zatrzymywany. Po raz pierwszy wzięty był jako
zakładnik przez żandarmerię wojskową okupanta w przededniu święta 11 listopada 1939. Następnie
w lipcu 1940 roku był aresztowany przez gestapo i więziony na Pawiaku. Aresztowanie nastąpiło
w mieszkaniu Kulskiego na Żoliborzu w czasie obławy po domach. Aresztowany ponownie przez
niemiecką policję kryminalną, oskarżony był o ułatwienie ukrycia się ludziom drukującym w Drukarni
Miejskiej fałszywe dokumenty. Żona Kulskiego w gospodarstwie ogrodniczym w Baniosze, które było
w latach okupacji głównym źródłem utrzymania rodziny, przechowywała Żydów. Syn, Julian
Eugeniusz, urodzony 3 marca 1929, był żołnierzem Armii Krajowej biorącym aktywny udział w
Powstaniu Warszawskim.
W sierpniu 1944 przed południem zgłosił się do Kulskiego Delegat Rządu m.st. Warszawy Marceli
Porowski informując, że godzina „W” została ustalona na godzinę 17, i prosząc o pozostanie na
miejscu wraz z zespołem.
Kulski nie ukrywał pesymizmu, jeśli chodzi o celowość powstania. Pisał jednak: „Nie był to pesymizm
beznadziejności. Jakieś przemożne poczucie wolności osobistej górowało nad wszystkimi
pozostałymi. Nie wiadomo na jak długo, ale przecież po raz pierwszy od lat jest się człowiekiem
wolnym w częściowo wyzwolonej Warszawie, walczącej z zaciętością podobną do tej z września 1939
roku. To było najważniejsze, nie zaś nieznany dalszy los, który ukazywała jedynie trzeźwa rozwaga” (J.
Kulski, Wspomnienia o przeżyciach na terenie Ratusza (w:) Ludność cywilna w powstaniu
warszawskim, t. I, cz. I, Warszawa 1974, s. 102-103).
Po wybuchu Powstania ratusz na placu Teatralnym stał się siedzibą oddziałów powstańczych, które
nie szanowały kompetencji Kulskiego i jego współpracowników. Z inicjatywy Stanisława Podwińskiego
i Emila Kipy Kulski złożył rezygnację ze swej funkcji na ręce Porowskiego. Delegat Rządu na Kraj
wyraził zgodę na takie rozwiązanie 5 sierpnia 1944. Po opuszczeniu ratusza Kulski przebywał na
Starówce, następnie kanałami przedostał się ze Starego Miasta na Żoliborz i dzielił dramat ludności
związany z popowstaniowym exodusem. Odrzucił oferty Fischera wznowienia swojej funkcji po klęsce
Powstania.
Wyzwolenia doczekał w zacisznej Baniosze. Później, po dłuższej przerwie, na mocy umowy zawartej
na okres od 20 grudnia 1945 do 2 czerwca 1946 z Zarządem Miejskim - pracował nad
przygotowaniem dla Archiwum Miejskiego sprawozdań z działalności Zarządu Miejskiego w okresie
wojny i okupacji.
W marcu 1946 przyjął stanowisko kierownika oddziałów przedsiębiorstwa Międzynarodowej
Ekspedytury C. Hartwig i Sp. w Gdyni, Gdańsku i Elblągu. W końcu maja 1947 zrezygnował ze
wspomnianego stanowiska przechodząc do pracy w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym na
funkcję pełnomocnika Zarządu do spraw budżetowych. W latach 1948-1950 pełnił kierownicze
funkcje w Zakładzie Osiedli Robotniczych w Warszawie, a następnie w Gliwicach. W marcu 1951
przeszedł do nowej pracy w Dyrekcji Budowy Miast i Osiedli, uzyskując m.in. 1 września 1956
stanowisko wicedyrektora w Okręgowej Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych w Warszawie. Ze
stanowiska tego ustąpił na własne życzenie 31 grudnia 1959, przechodząc na emeryturę ze względu
na pogarszający się stan zdrowia. Umarł 18 sierpnia 1976 żegnany na starych warszawskich
Powązkach przez liczne grono przyjaciół, kolegów i współpracowników.
Lata emerytury Kulskiego były to lata solidnej pracy społecznej i naukowej. Był wówczas aktywnym
członkiem Towarzystwa Miłośników Historii, Towarzystwa Krzewienia Kultury Moralnej, Towarzystwa
Przyjaciół Warszawy oraz Towarzystwa im. Marii Konopnickiej. Napisał w tym czasie trzy pozycje
książkowe: Stefan Starzyński, Paryż 1968, Zarząd Miejski Warszawy 1939-1944, Warszawa 1964,
i niniejsze wspomnienia.
Był aktywnym uczestnikiem zebrań Pracowni Dziejów Warszawy IH PAN, dorocznych spotkań
varsavianistów i licznych zebrań naukowych organizowanych przez TMH.
Pamiętam m.in. interesujące wystąpienia pana Juliana dotyczące problematyki cywilnej obrony
Warszawy we wrześniu, monografii o prezydencie Starzyńskim, dziennika Adama Czerniakowa,
ludności cywilnej w Powstaniu Warszawskim i popowstaniowego exodusu warszawiaków. Pamiętam
jego interesujące relacje z kilku podróży amerykańskich, które odbywał, aby odwiedzić syna.
Miłość do Warszawy, wierność dla niej, była dla Kulskiego wartością nadrzędną. Miłość tę
upowszechniał, gdyż widział w niej siłę potrzebną dla przezwyciężenia niejednej trudności. Siłę
przekształcającą marzenia w rzeczywistość.
Warszawa, luty 1979 r.
Marian Marek Drozdowski

Od autora

Bezpośrednio po dyskusji, która odbyła się w warszawskim Towarzystwie Miłośników Historii nad
moją książką Zarząd Miejski Warszawy 1939-1944, wydaną w roku 1964 przez Państwowe
Wydawnictwo Naukowe w Warszawie, mój starszy kolega ze wspólnej dawniejszej pracy w
Delegacjach Polskich Reewakuacyjnej i Specjalnej w Moskwie - dr Witold Suchodolski - powiedział do
mnie krótko: „Tylko tyle... Dlaczego tak mało?”
Odpowiedziałem wtedy, że częściowo wyjaśnia to sam tekst książki, gdzie wspominam, iż się
spieszyłem ze względu na wiek i kiepski stan zdrowia, pragnąc nade wszystko zdążyć z krótką choćby
syntezą pracy Zarządu Miejskiego z lat okupacyjnych. Dodałem, że przed omawianą książką
napisałem przecież i drugą, poświęconą osobie Stefana Starzyńskiego, która jednak długo nie miała
szczęścia ukazać się w druku pomimo propozycji złożonej kolejno dwu wydawnictwom. Zaznaczyłem
dalej, że liczę na dalsze opracowania tematu przez innych współuczestników wydarzeń. Wreszcie
oświadczyłem, że i sam nie zarzekam się przed dalszym pisaniem wspomnień, jeśli tylko pozostałe
lata życia dadzą mi po temu siły i możliwości.
Obecna praca Z minionych lat życia 1892-1945 stanowi w dużej mierze realizację owych nadziei
i przyrzeczeń. Po niej bowiem pozostanie już tylko nietknięty okres po roku 1945.
Obecnie publikowaną pracą objąłem również tematykę poruszoną w poprzednich moich dwóch
książkach (praca poświęcona Stefanowi Starzyńskiemu ukazała się drukiem w roku 1968). Pragnę
wyjaśnić na tym miejscu, czemu powracam raz jeszcze do opisywanych już zdarzeń. Po pierwsze - dla
pełności wspomnień z lat 1892-1945 konieczne jest uniknięcie luk, jakie powstałyby w razie
pominięcia tematów objętych poprzednimi opracowaniami. Po drugie - obie moje dawniejsze książki
miały ograniczony dostęp do osób zainteresowanych tematyką okresu.
Odczuwając szczerą wdzięczność dla Wydawnictw kolejnych dwóch tomów moich fragmentarycznych
wspomnień i głęboko zobowiązany nieodżałowanemu Tadeuszowi Szturm de Sztremowi za
zainteresowanie się moimi pracami i za skłonienie mnie do rezygnacji z pierwotnego postanowienia
zatrzymania ich „w szufladzie” - nie sądzę, abym postąpił niewłaściwie, czerpiąc tematy obecnej
pracy również z treści objętej poprzednimi drukami. Czynię to nie tylko w całkowicie nowym ujęciu
redakcyjnym, ale w pewnej mierze i treściowym. Nie wszystkie zagadnienia z poprzednich książek
włączam do obecnej pracy, ale za to dodaję nowe fakty i nowe ich objaśnienia.
Jak poprzednio, starałem się i w obecnych moich wspomnieniach być wierny przebiegowi zdarzeń
i cechom ludzi, jakie pozostały mi w pamięci. Czy pamięć ta niekiedy nie zawodziła, trudno mi sądzić.
Ale wszystko, co napisałem, pisałem w najlepszej wierze, w pełnej zgodzie ze śladami, jakie
pozostawiły zdarzenia i ich okoliczności w mym umyśle.
Tyle uwag wstępnych. Resztę dopowie sam tekst książki, którą autor zdaje na sąd Czytelników.
J.K.

I. Lata dzieciństwa i lata szkolne

Niecogenealogii-rzeczywistejiurojonej

Od czasu do czasu słyszałem z ust rodziców o pochodzeniu rodu Kulskich. Z niejaką dumą podkreślało
się w tych wypowiedziach przynależność do patrycjatu mieszczańskiego. Nierzadko mówiło się
o posiadaniu wśród dalekich przodków kogoś, kto zajmował stanowisko burmistrza miasta. Nigdy
jednak nie udało się ustalić, czy w tym twierdzeniu była jakaś szczypta prawdy. Miastem tym miał być
śląski Bytom. Za mej młodości leżał on w zaborze pruskim.
1
Ale łatwo przyjąłem tę legendę rodzinną
za rzeczywistość. W łączności zaś z innymi, już całkowicie niespornymi faktami, uwierzyłem, że ród
mój łączy w sobie wszystkie trzy zabory. W istocie mój ojciec i dziad byli pierwotnie mieszkańcami
Krakowa i dopiero później przenieśli się do Kongresówki. Ja sam urodziłem się już w Warszawie.
Dalszym dowodem pochodzenia mieszczańskiego w tradycji rodzinnej miały być związki
z patrycjuszowskimi rodami Warszawy. Można tu było nawet w latach mego dziecięctwa powoływać
się na źródło drukowane. Wiktor Gomulicki w swoich Opowiadaniach o starej Warszawie (w wydaniu
Biblioteki Dzieł Wyborowych) przytaczał treść tablicy wmurowanej na kamieniczce Baryczków na
rynku staromiejskim. Według autora tekst tej tablicy głosił, że żoną Stanisława Baryczki była Jadwiga
z domu „Kulińska lub Kulska”. Mała czytelność tablicy wiodła do alternatywnego odczytania nazwiska
panieńskiego Stanisławowej Baryczkowej przez Wiktora Gomulickiego, ale wymienienie przez niego
również naszego nazwiska rodowego było poczytywane za potwierdzenie tradycji rodzinnej.

1
Brat mój Władysław w rozmowie ze mną prostował, że jemu rodzice mówili o Legnicy, a nie o Bytomiu. Tak
czy inaczej potwierdził on opowieść rodzicielską o śląskim przodku -burmistrzu (Przyp. aut.)
Chadzałem więc nieraz w latach chłopięcych na Stare Miasto i zadzierałem nosa w górę przed
kamieniczką Baryczków, aby dojrzeć napis i samemu przekonać się o jego fascynującej treści. Ale nie
było to możliwe. Tablica była umieszczona wysoko, a napis - zatarty.
Trzeba było dopiero zniszczeń warszawskich ostatniej wojny, aby odtworzona później kamieniczka
nosiła znowu tablicę na swym murze, należycie teraz oczyszczoną i odnowioną, a dzięki temu -
czytelną. Wówczas mogłem, już jako człowiek w pełni dorosły, stwierdzić naocznie, że nazwisko
Baryczkowej brzmi „Kulińska”, a bynajmniej nie „Kulska”.
Powojenna reedycja Opowiadań o starej Warszawie, wydana staraniem i pod redakcją syna autora
(Juliusza W. Gomulickiego), usunęła nazwisko „Kulska” z pierwotnego odczytania tekstu tablicy.
Osobiście wolałbym, aby rzecz była załatwiona odpowiednim odsyłaczem redaktora do nie
zmienionego oryginału, ale tak się nie stało. Oczywiście nie mogę mieć powodu do zastrzeżeń, gdyż
podstawa podcięcia legendy rodowej była oparta na rzetelnym odczytaniu napisu.
Końcowym etapem podważenia legendy o czysto mieszczańskim pochodzeniu rodu Kulskich stał się
wynik dociekań mego syna w bibliotekach amerykańskich. Miały one na widoku zgoła inny cel niż
poszukiwanie genealogii rodowej, ale przy okazji wertowania źródeł syn natrafił na polskie herbarze
szlacheckie i z wielkim zdziwieniem stwierdził, że figurują w nich Kulscy herbu Samson.
Trzeba było rozstać się z legendą rodzinną o patrycjacie mieszczańskim. Ale wówczas jej znaczenie nie
było już istotne. Więcej, już za mych lat młodzieńczych została ona zastąpiona inną ambicją:
należenia do inteligencji - patriotycznej, postępowej i demokratycznej.
Ród mój „po kądzieli” nie nasuwał podobnych kwestii. Nie docierały do ranie żadne gawędy
traktujące o pochodzeniu Ostrowskich. Nazwisko panieńskie matki nie było w jej rodzinie wiązane
z dawniejszą szlacheckością czy ambicjami wielkomieszczańskimi. Interesowała ją raczej
teraźniejszość niż daleka przeszłość.
Rodzice mojej matki byli ludźmi prostymi w obu znaczeniach, tak pochodzenia socjalnego, jak cech
charakteru. Ojciec matki, czyli dziadek Andrzej, za moich lat chłopięcych trudnił się chałupniczym
rzemiosłem szewskim, co nie przeszkadzało mi stawiać go wyżej i jego małżonkę niż rodziców mego
ojca z przyczyn, o których dalej będzie mowa.
Jako chłopiec lubiłem ogromnie chodzić do skromnego jednoizbowego mieszkanka dziadków
Ostrowskich, położonego na drugim piętrze warszawskiego domu o źle przewietrzanej i często
cuchnącej klatce schodowej, noszącego oznaczenie policyjne: Wąski Dunaj 12. Tam siadywałem
zazwyczaj obok zydla dziadkowego i przypatrywałem się jego pracy. Przysłuchiwałem się też jego
gawędom, przerywanym od czasu do czasu zażyciem tabaki do wielkiego nochala. Donośne kichnięcie
dziadka było z reguły miłą atrakcją odwiedzin na Wąskim Dunaju.
Babka (Józefa z Żandarowskich), skromna kobiecina o dobrym charakterze, ujawniającym się wobec
wnuka w rozmaity sposób w ramach ograniczonych możliwości materialnych domu, nie pozostała mi
tak wyraziście w pamięci, jak postać dziadkowa, pełna tężyzny. Widzę stale wzrokiem pamięci dziadka
Andrzeja w fartuchu rzemieślniczym, z młotkiem szewskim czy szydłem w ręku, patrzącego
z zawodowym zamiłowaniem na posuwającą się robotę, a odrywającego się od niej tylko, aby
ogarnąć spojrzeniem siedzącego przy nim wnuka lub od czasu do czasu zagadnąć do krzątającej się
przy kuchni żony.
Jeśli była kiedykolwiek mowa o pochodzeniu dziadków z linii matczynej, to dotyczyło to właśnie babki
Józefy. Jej nazwisko wiązane było z osobą wojskowego, Francuza, przybyłego na ziemie polskie
z armią napoleońską i tu następnie osiadłego.
Inni Żandarowscy z rodziny babki Józefy prosili mnie nawet później o odszukanie ich krewnych we
Francji, czego dokonałem z pozytywnym wynikiem, pisząc do mera wskazanej mi miejscowości
z mego miejsca pobytu na studiach w Nancy. Ale po przekazaniu uzyskanego adresu więcej się tą
sprawą nie interesowałem.
Po drugiej wojnie światowej rodzina Kulskich była bardzo już nieliczna, a także mocno rozproszona po
świecie: brat i syn w Ameryce, siostra, dziś już nieżyjąca, i córka - w kraju, rodzeństwo stryjeczne - na
Ukrainie. W chwili, gdy to piszę, faktycznie używający mego nazwiska męscy dziedzice rodu znajdują
się wyłącznie na obczyźnie (w USA i ZSRR). Z natury bowiem rzeczy córka i jej synowie noszą nazwisko
męża i ojca (podobnie jest z moją „amerykańską” wnuczką).
Toteż wielkiej doznałem niespodzianki, znajdując kilka lat temu swoje nazwisko - poza własną osobą -
w książce telefonicznej warszawskiej. Ci tą drogą ujawnieni Kulscy są nie znanego mi pochodzenia.
Może przybrali oni nasze nazwisko już po drugiej wojnie światowej? Nie orientuję się w tym zupełnie.
Przed ostatnią wojną urzędowy „Monitor Polski” ogłaszał o zamiarach przybrania cudzego nazwiska.
Ale i wtedy mało kto zadawał sobie trud śledzenia wniosków wpływających w sprawie zmiany
nazwisk. Zresztą przepisy aktualne uprawniają władze do przeciwstawienia się podobnym wnioskom
tylko w wypadkach, gdy chodzi o nazwiska „historyczne”. Nie usiłowałem dociekać genealogii tych
„telefonicznych” członków mego rodu.
Inaczej było z przypadkiem napotkania na nosicielkę tego nazwiska w Ameryce. Osobą tą była niejaka
Gloria Kulski, ówcześnie mieszkanka miasta New Haven w stanie Connecticut. Poznał ją mój syn,
w czasie gdy tam zamieszkiwał po przeniesieniu się ze stanu Vermont, a więc już jako architekt-
urbanista, dyplomowany właśnie w New Haven na uniwersytecie Yale.
Poznanie było zupełnie przypadkowe. Pewnego dnia listonosz doręczył synowi list adresowany do
Miss Glorii Kulski. Syn przypuszczał, że może chodzi o potomkinię jednego z naszych pradziadów,
którego legenda rodzinna wymieniała jako emigranta do Ameryki. Toteż list przyjął, zdecydowany
doręczyć go adresatce osobiście.
Panna Kulski okazała się młodą kobietą, pielęgniarką z zawodu, pełną uroku niewieściego, który
można było określać bez przesady jako rodzaj piękności. Zawiązała się znajomość, a także - być może
- zainteresowanie młodej panny dorodnym architektem, który zgłosił się do niej celem doręczenia
listu. Takim bowiem zainteresowaniem tłumaczyliśmy sobie odwiedziny naszego domu w Warszawie
przez pannę Glorię, gdy zjechała do Polski w ramach swego trzymiesięcznego urlopu spędzanego w
Europie.
Z przyjemnością gościliśmy u siebie miłą osobę noszącą nasze nazwisko, która była także zwiastunką
wiadomości o synu, nie widzianym przez nas od tylu lat - od czasu wywiezienia go przez okupanta
jako młodocianego jeńca z Powstania Warszawskiego.
W pewnej chwili podczas rozmów z miss Glorią usiłowaliśmy zaspokoić naszą ciekawość co do
nazwiska używanego przez gościa. Wyjaśnienie otrzymaliśmy, a było ono dość nieoczekiwane. Ojciec
miss Glorii był emigrantem z Polski, nosił jednak czterosylabowe nazwisko. Dla Anglosasów było one
trudne do wymówienia i zwykłym w Stanach Zjednoczonych trybem skrócono je, ograniczając do
pierwszej i ostatniej sylaby. A to były właśnie „Kul” i „ski”. Miss Gloria, prawie wcale nie pamiętająca
języka ojcowskiego i całkowicie zamerykanizowana, używała od urodzenia już tego skróconego
nazwiska.
Nie natrafiliśmy więc na ślad legendarnego emigranta-pradziada. Może taki istniał również tylko
w tradycji rodzinnej?

«Mezalianse»wrodzinie

W owych czasach ostro występował w kołach socjety przesąd towarzyski, ustosunkowujący się
nieprzyjaźnie do małżeństw zawieranych poza własną sferą. Małżeństwo z osobą „niższego” stanu
było bardzo źle widziane, a często wręcz potępiane przez rodzinę, której członek popełniał
„mezalians”.
Już z tego, co wyżej powiedziano, można było wnioskować, że małżeństwo moich rodziców należało
także do kategorii „mezaliansów”. Za takie też zostało uznane przez mego dziadka Juliana
2
, doktora
medycyny, człowieka stojącego na czele elity małego miasteczka, w którym zamieszkiwał
(Radomsko), miejscowego działacza społecznego, człowieka o poglądach konserwatywnych,
wychowanego w tradycyjnych obyczajach swego środowiska, dbałego o „szczęście” swych dzieci
według własnego, całkowicie subiektywnego rozeznania.
W przypadku mego ojca wybór żony dla niego był już przez dziadka konkretnie dokonany. Miała nią
zostać osoba „z towarzystwa”, literatka warszawska. Cóż jednak, kiedy głos serca pchnął ojca
w innym kierunku. Zamiast literatki wybrał skromną pracownicę handlu, zamiast „damy” - córkę
szewca.
Małżeństwo mego ojca było małżeństwem z uczucia, nie zaś „mariage de raison”. Nie odpowiadało
ono woli i życzeniom głowy rodu. Dziadek nie wybaczył synowi nieposłuszeństwa. Zerwał z nim
stosunki i nie chciał znać ani poślubionej żony, ani zrodzonych następnie dzieci.
Ojciec mój nie był jedynym z rodzeństwa, który doznał „wyklęcia” dziadkowego. Podobny los spotkał
jego brata Adolfa, który poślubił Rosjankę. Z pomyślniejszą reakcją dziadka spotkało się małżeństwo
trzeciego z braci - Władysława
3
. Jego wybranka zyskała aprobatę ojcowską.
Pozostałe rodzeństwo zmarło w młodym wieku, nie zdążywszy wejść w związki małżeńskie. Dotyczyło
to obu sióstr - Stanisławy i Karoliny, oraz najmłodszego z braci - Leona. Ten był już zaręczony z osobą
„właściwego stanu”, niestety został pokonany przez gruźlicę - podobnie jak siostry - zanim zdążył
pojąć swą wybrankę za małżonkę
4
.

2
Mój dziadek nadał własne imię, Julian, swemu najstarszemu synowi; zwyczaj utrzymał się w dalszych
pokoleniach w stosunku do pierworodnych synów. (Przyp. aut.)
3
Stryj Władysław - inżynier-włókiennik - niekiedy żartobliwie przedstawiał się mojej siostrze i mnie jako
„najdroższy syn swego ojca”. Na milczące pytanie zwykł dodawać: „Najwięcej z braci go kosztowałem.” Odnosił
to do finansowego wysiłku włożonego przez dziadka - dra Juliana Kulskiego - we wzniesienie i wyposażenie
fabryki włókienniczej w Łodzi, która miała stanowić warsztat pracy stryja Władysława. Otwarta w roku 1900
fabryka poniosła poważne straty, najpierw wskutek pożaru, a potem w związku z przeżywanym przez przemysł
włókienniczy kryzysem. Ogłoszono upadłość. Stryj przez szereg lat spłacał długi pozostałe po krótkotrwałym
prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa. O tym swym niepowodzeniu finansowym mówił jednak zawsze ze
spokojnym humorem. (Przyp. aut.)
4
Gruźlica płuc, potocznie nazywana suchotami, szerzyła się wówczas na wielką skalę, stanowiąc poważną
klęskę społeczną. Całe pięcioosobowe rodzeństwo mego ojca było porażone tą chorobą, jedynie on sam był
zdrowy. Podobnie było w rodzinie matki; ona była odporna na zarazki gruźlicze i bodaj jeszcze jedna z sióstr.
Pozostałe rodzeństwo prątkowało okresowo, a jedno z nich zmarło na gruźlicę. Wszyscy zaś mieli zdrowych
rodziców: moi dziadkowie i babki byli wolni od tego groźnego schorzenia. (Przyp. aut.)
Mój ojciec odczuwał potępienie dziadkowe bardzo boleśnie, a stosunki między nimi były zerwane
przez bardzo długi czas. Kochał on i szanował swego rodzica szczerze, ale nie chciał podporządkować
się jego woli, gdy chodziło o wybór dozgonnej towarzyszki życia.
Już jako dziecko stałem w pełni po stronie ukochanej matki, uważanej pod każdym względem za ideał
przez wszystkie jej dzieci. Długo nie znanego, a następnie rzadko widywanego dziadka Juliana
poczytywałem jako chłopiec za istotę nie zasługującą na przywiązanie i poszanowanie. Jak można
bowiem było potępiać ojca za wybór tak doskonałej żony i matki? Przypisywałem dziadkowi zupełny
brak serca i skłonność do decydowania bez znajomości istoty rzeczy.
Do tej negatywnej opinii dochodził w moich oczach jeszcze jeden argument. Dziadek sam popełnił
„mezalians”. A mimo to nie był wyrozumiały wobec uchylenia się synów od jego zaleceń czy ściślej -
poleceń.
W istocie znane mi nazwisko panieńskie babki Karoliny wraz z zasłyszanymi uwagami na temat jej
pochodzenia świadczyło samo przez się o mezaliansowym charakterze dziadkowego związku
małżeńskiego. Nie w moich oczywiście oczach!
Sam byłem przywiązany do tej drobnej staruszki, która nigdy nie zajeżdżała do Warszawy, aby nie
spotkać się z synową i nie wyściskać wnuków. Poza tym jej wiedza i wykształcenie imponowały
chłopcu w mojej osobie, nie mówiąc już o rzadkiej wówczas znajomości języka angielskiego,
umożliwiającej babce regularne czytywanie drukowanych w tym języku książek i czasopism. Niemniej
jednak jej nazwisko panieńskie, Mejsels
5
, mówiło samo za siebie.
Było mi ono zresztą znane we wczesnym wieku chłopięcym z opowiadań rodzicielskich z niedawnej
historii polskiej. Postać wybitnego patrioty Bera Meiselsa, „Polaka wyznania mojżeszowego”, jak
wtedy mówiono, zapisała się zaszczytnie w dniach sprzed powstania styczniowego i weszła na karty
historii narodowej. Uświetniała też w moich oczach osobę babki.
Babka Karolina przeżywała w owych czasach i inne gorycze, a nie tylko ból z powodu rozdźwięków
pomiędzy jej mężem i dwoma synami. Wyobcowana z własnego środowiska, wiedziała ona od
pewnego czasu, że ten, dla którego rodzinę porzuciła, zwraca swe uczucia ku innej. Przez szereg lat
bowiem dziadek mój żywił afekt ku swojej przyszłej drugiej żonie. Do niej też zapewne jeździł do
Warszawy w owe piątki, kiedy regularnie opuszczał Radomsko, oficjalnie - dla odwiedzania swych
warszawskich pacjentów.
Bolejąc nad zerwaniem dziadka z moim ojcem, długo babka Karolina nie mogła nic poradzić wobec
twardej i zawziętej natury swego męża.
Po raz pierwszy znalazłem się w mieszkaniu radomszczańskim moich dziadków z tytułu zjazdu
wszystkich członków rodziny na pogrzeb stryja Leona, zmarłego dnia 4 listopada 1903. Tak moi
rodzice, jak i stryjostwo Adolfowie zostali upoważnieni wtedy do przybycia. Na uroczystości
pogrzebowe rodzice moi i stryjostwo zjechali wraz ze swymi dziećmi. Mając wtedy lat jedenaście
(siostra była młodsza o dwa lata), spotkałem w mieście, urzędowo wówczas zwanym
Noworadomskiem, i w nowo poznanym domu dziadkowym swe rodzeństwo stryjeczne z dalekiego
Kijowa. Leonid i Olga byli młodsi nieco od nas. Wkrótce po pogrzebie dwudziestoośmioletniego
stryja, wiele już rokującego młodego lekarza, wróciliśmy do domu.

5
Trzymam się pisowni zastosowanej na tablicy grobowca na cmentarzu radomszczańskim. (Przyp. aut.)
Ale oto przyszedł czas, kiedy musiałem iść do szkoły. Do tego posiadanie metryki urodzenia było
niezbędne. Poprzednio mogliśmy z siostrą nie istnieć prawnie, teraz konieczne się stało dokonanie
zapisu metrykalnego.
Dnia 25 września 1903 roku szliśmy z siostrą do kościoła Św. Aleksandra na warszawskim placu Trzech
Krzyży dla dokonania obrządku chrztu - w towarzystwie rodziców własnych i chrzestnych. Ten akt
prawny i religijny był przecież dokonywany wyjątkowo nie na niemowlętach. Niesienie w poduszce
dotyczyło tylko młodszego ode mnie o lat dziesięć brata Władysława.
Ojciec przeżywał zawód. Uroczystość miała się odbyć bez udziału jego rodziców. Zerwanie nadal
trwało i ojciec nie mógł się kusić o zaproszenie dziadka Juliana ani mieć nadziei na jego przybycie.
Gdy w wiele lat później, w roku 1910, zbliżał się termin mego stanięcia do poboru wojskowego,
rodzice często dyskutowali, jak by uwolnić mnie od służby w armii zaborczej. Sam byłem też jak
najbardziej przeciwny przywdzianiu obcego munduru. Sprawa na koniec stała się przedmiotem
narady również z babką Karoliną. Ona też zajęła się znalezieniem rozwiązania po naszej myśli.
Według ówcześnie obowiązujących przepisów stawało się przed komisją poborową w miejscu tak
zwanego „stałego zamieszkania”. Nie chodziło tu bynajmniej o faktyczne miejsce stałego pobytu, lecz
o miejsce „przypisania”. Zarówno mój ojciec, jak i ja byliśmy formalnie stałymi mieszkańcami
Noworadomska, czyli miasta, w którym do tego czasu spędziłem w ogóle nie więcej niż trzy dni. Fakt
ten jednak ułatwił zadanie babce, dobrze ustosunkowanej w miejscu swego istotnie stałego
zamieszkania.
Zostałem powiadomiony, że mam zjechać do Radomska w przeddzień terminu stawiennictwa przed
komisją poborową, przy czym - ponieważ wypadało to w piątek - wobec nieobecności w tym dniu
dziadka zgłosić się w jego mieszkaniu.
Tak też się stało. Udałem się z dworca wprost do babki. Mieszkanie dziadków było położone na
pierwszym piętrze domu, gdzie na parterze mieściło się ambulatorium lekarskie Kolei Warszawsko-
Wiedeńskiej, którego kierownikiem był doktor medycyny Julian Kulski, czyli mój dziadek.
Babka od razu powiadomiła mnie, że „rzecz” jest całkowicie ułożona z kolegą zawodowym dziadka,
doktorem Gurbskim, należącym do składu komisji poborowej. Dodała, że wypada, abym się
doktorowi Gurbskiemu przedstawił jeszcze przed zgłoszeniem się na komisji i że w tym celu zaraz po
południu wybierze się wraz ze mną do niego.
Gdyśmy do niego zaszli, doktor Gurbski powitał mnie z widocznym zainteresowaniem, ale bynajmniej
nie w związku z poborem do wojska. Po prostu zaciekawiał go wnuk kolegi, o którym - jak i o całej
jego rodzinie - nigdy u doktorostwa Kulskich nie wspominało się na spotkaniach towarzyskich.
Nazajutrz rano udałem się do lokalu, w którym urzędowała wojskowa komisja poborowa. Wkrótce
też stanąłem w stroju adamowym przed jej obliczem. Za stołem zasiadali oficerowie carscy, a obok
nich dr Gurbski. Po pomiarach i zważeniu oraz oględzinach kazano mi podejść bliżej do stołu
prezydialnego. Odezwał się dr Gurbski: „No więc, czego pan pragnie?” Odpowiedziałem, że jako
zupełnie niezdolny do służby spodziewam się „białego biletu”. „Nic pańskiemu zdrowiu nie dolega -
odrzekł dr Gurbski - dostanie pan «bilet czerwony».”
Oznaczało to zaliczenie mnie do pospolitego ruszenia pierwszego powołania. Nazywało się to
w języku urzędowym „ratnik opołczenja pierwowro razriada”. Ale i taki przydział załatwiał
pozytywnie moją sprawę na okres pokoju, a nawet wojny - aż do chwili mobilizacji pospolitego
ruszenia.
Mój ówczesny pobyt w Radomsku nie był pozbawiony i innego rodzaju przeżyć. W toku kolejnej
rozmowy z babką na terenie mieszkania nagle wszedł do pokoju... mój dziadek. Rzecz najwidoczniej
była z góry ukartowana. Dziadek wracał z parteru po odbyciu swych przyjęć ambulatoryjnych. Z
Radomska tego tygodnia w ogóle nie wyjeżdżał do Warszawy bądź zdążył już powrócić. „Przywitaj się
z dziadkiem” - jak gdyby nigdy nic odezwała się babka. Chociaż zaskoczony, zachowałem się
poprawnie. Dziadek uścisnął mnie serdecznie, jak gdybyśmy widzieli się wczoraj. Rozmowa potoczyła
się bez jakichkolwiek aluzji do długoletniego konfliktu rodzinnego. Tematem zapytań dziadkowych
stały się moje osobiste sprawy: dotychczasowa nauka, zamierzone dalsze studia itp. Potem równie
naturalnie jak przedtem dziadek oświadczył: „Za kilka dni będę w Warszawie. Uprzedź rodziców, że
zajdę do nich.”
Wracałem pod silnym wrażeniem tego faktu. Wiedziałem dobrze, co będzie to znaczyło dla ojca, od
tylu lat czekającego na podobną zapowiedź. Dla matki stanowić to miało także duże przeżycie.
Rzecz dalej się rozegrała w myśl przyrzeczenia dziadkowego. Przybył do nas, był serdeczny. Matkę
traktował z widocznym uznaniem i szacunkiem, czego przecież nie okazywał w przeszłości.
Najwidoczniej babka wszczepiła mu świadomość, że wychowanie i osiągnięcia wnuków w nauce były
zasługą głównie matki, będącej w naszej rodzinie właściwą głową domu. Wprawdzie miłość ojca była
cennym dla dzieci uzupełnieniem atmosfery domowej, ale matka była najwyższym autorytetem,
miała decydujący głos i nosiła główny ciężar wychowania dzieci.
Matka, która mogła była mieć powody do żalu za ubiegłe lata, pod każdym względem bardzo dla niej
ciężkie - w znacznej mierze i z winy obojętności dziadkowej na losy naszej rodziny - nie zachowała,
a tym więcej nie okazała obecnie urazy. Wraz z ojcem cieszyła się odmianą i starała się być jak
najbardziej oddaną synową.
Wkrótce po komisji wojskowej wyjechałem za granicę na studia wyższe. W okresie mego pobytu poza
krajem zmarła babka (26 października 1913), potem dziadek pojął drugą żonę, a wreszcie sam
zakończył żywot (14 lutego 1914). Wiedziałem o tych zdarzeniach jedynie z korespondencji oraz
z opowiadań, gdy zjechałem do domu rodzinnego w czasie wakacji letnich.
Dla obyczajów owego czasu charakterystyczna była reakcja synów na wiadomość, że dziadek chce
wejść w ponowne związki małżeństwie, tym razem z osobą o sławnym nazwisku: Moniuszko.
Na pisemne zapytanie dziadka, skierowane do synów, odpowiedzieli wszyscy podobnie, że jeśli on
sam decyduje się na ten krok uświęcający jego dawny związek uczuciowy z panią Amelią Moniuszko,
to sprawa leży wyłącznie w jego woli, którą oni uszanują w pełni. Deklaracje synowskie ujawniły
obowiązujące podług ówczesnych zasad posłuszeństwo autorytetowi ojcowskiemu. Zdawało mi się
wówczas, że synowie usunęli całkowicie na bok swój obojętny, jeśli nie nieufny, stosunek do osoby
wybranki dziadka, zachowując oczywiście zrozumiałe przywiązanie do pamięci własnej rodzicielki.

Naukadomowaiwgimnazjachrosyjskich

Urodziłem się w Warszawie (5 grudnia 1892) przy ulicy Żurawiej 25, gdzie wtedy i przez szereg
następnych lat zamieszkiwali rodzice ze mną, a potem również z młodszą ode mnie o dwa lata
siostrą. Zajmowaliśmy skromne jednopokojowe mieszkanko z kuchnią na parterze w oficynie.
Podobny lokal na pierwszym piętrze nad nami zajmował student medycyny, a następnie lekarz -
Marian Barlicki. On to ratował mnie, gdy zjeżdżając po poręczy drewnianych schodów, wiodących
z podwórza do klatki schodowej, spadłem tak nieszczęśliwie, że uległem skomplikowanemu złamaniu
piszczeli w pobliżu kolana. Doktor Barlicki zestawił mi nogę bardzo umiejętnie i po niewielu
tygodniach złamane miejsce zrosło się, a po kilku dalszych miesiącach ustąpiło utykanie, początkowo
dość silnie występujące.
Gdy w parę godzin po wypadku odwiedził mnie stryj Leon, także lekarz, choć innej specjalności, nie
miał już powodu do interwencji. Nie zastawszy w mieszkaniu nikogo poza mną, leżącym ze świeżo
założonym opatrunkiem gipsowym, wręczył mi przyniesione dziesięć ciastek z kremem i kilka
pomarańcz. Po krótkiej wizycie, nie doczekawszy się rodziców, stryj Leon wyszedł, a ja oddałem się
zaraz konsumowaniu przyniesionych smakołyków. Gdy przybyli rodzice i siostra, zastali już tylko...
pomarańcze. Niedawny ból i przestrach chłopca nie odebrały mu świetnego apetytu.
Początków wiedzy szkolnej udzielał mi i mojej siostrze przychodzący do nas nauczyciel, sam niewiele
umiejący ponad podstawowe „czytanie, pisanie i rachowanie”. Gdy ten „pedagog-domokrążca”
zdążył przekazać nam dużą część swego skromnego zasobu umiejętności, jego rola w naszym domu
skończyła się.
Trzeba było rozejrzeć się za kimś innym, posiadającym należyte kwalifikacje naukowe i moralne,
a równocześnie dostępnym w ramach szczupłych możliwości budżetu domowego. Ojciec zarabiał
skromnie jako urzędnik biurowy (a następnie handlowy), a co gorsza -- wiele razy i niekiedy
miesiącami znajdował się bez zatrudnienia. Bywało przecież i tak, że zapewnić rodzinie gorący posiłek
w porze obiadowej mogła jedynie działająca wówczas „tania kuchnia”. Rozwiązanie znalazło się dzięki
szczęśliwemu układowi okoliczności.
Nie wiem, czy znajomość moich rodziców z doktorem Marianem Barlickim nawiązała się dopiero
z powodu okazanej mi pomocy lekarskiej, czy raczej już dawniej z racji bliskiego sąsiedztwa, ani też
kiedy rodzice zetknęli się po raz pierwszy z bratem doktora, Norbertem, podówczas, tj. w latach
1900- -1904, studentem prawa uniwersytetu warszawskiego.
Faktem jest jednak, że o ile znajomość z doktorem Marianem nie była długotrwała i całkowicie ustała
po jego wyjeździe do Zagłębia Dąbrowskiego, o tyle znajomość i przyjaźń z Norbertem Barlickim
przetrwała do końca życia moich rodziców, a potem była podtrzymywana przeze mnie i moje
rodzeństwo (czyli przez siostrę i młodszego ode mnie o lat dziesięć brata Władysława).
Norbert Barlicki, który stał się kolejnym moim nauczycielem domowym, miał olbrzymi wpływ na mój
umysł i charakter. Mogę powiedzieć, że aż do moich lat studenckich stanowił on dla mnie drugi po
matce autorytet. Szacunek mojej siostry dla Norberta Barlickiego szybko przeobraził się w dziewczęce
uczucie, które potem stopniowo dojrzewało i w wiele lat później doprowadziło do ich małżeństwa.
Norbert Barlicki, którego niekiedy zastępowali na lekcjach z nami różni jego koledzy uniwersyteccy,
był pedagogiem z wrodzonego talentu. Uczył, wychowywał, urabiał światopogląd i budził zmysł
społeczny.
Nigdy nikt z jego kolegów, przychodzących w zastępstwie, nie zyskał sobie u nas podobnego uznania
i posłuchu. Ale każdy z nich był sympatyczny na swój sposób i bywał z zainteresowaniem słuchany.
A byli to zdecydowanie różni ludzie. Był np. taki Sipajłło, o którym mówiło się, że na studia przyjechał
do Warszawy wraz z kamerdynerem. Był inny - Danecki - działacz Bratniej Pomocy, która m. in.
prowadziła stołówkę dla studentów na Żurawiej przy Nowogrodzkiej.
6


6
Parę razy byłem tam posyłany przez Norberta Barlickiego z jakimiś dyspozycjami czy informacjami do
Daneckiego. (Przyp. aut.)
Korepetycji udzielał nam Norbert Barlicki aż do czasu naszego pójścia do szkół. Przygotował nas do
tego znakomicie.
Sam działacz PPS, Norbert Barlicki znalazł w mojej matce gorącą sympatyczkę ruchu. Nie wykluczam
zresztą, że to on właśnie wciągnął ją do aktywnego współdziałania z organizacją warszawską tej
partii. Ojciec działalność polityczno-społeczną matki aprobował, sam mając bliżej nie sprecyzowane
sympatie do programu postępu społecznego i haseł walki o niepodległość. Czynnie się jednak nie
angażował, będąc całkowicie pochłonięty życiem osobistym, rodzinnym i ściśle zawodowym.
Miarą i symbolem bliskiej przyjaźni Norberta Barlickiego z mymi rodzicami był fakt, że stał się on
moim ojcem chrzestnym (matką chrzestną była żona przyjaciela ojca, pani Bronisława
Daszkiewiczowa). Przyjazne stosunki rodziców z Norbertem Barlickim objęły również jego pierwszą
żonę, Jadwigę z Żukowskich. Dotyczyło to i nas, dzieci, towarzyszących zwykle rodzicom
w odwiedzinach u Barlickich w Warszawie czy Pruszkowie w ich kolejnych mieszkaniach.
Tak w czasie nauki domowej, jak i później miałem stale możność stawiania pytań światopoglądowych
Norbertowi Barlickiemu i otrzymywania od niego przystępnych wyjaśnień, pogłębiających wpajane
przez matkę pozytywne nastawienie do idei wyzwolenia ludu polskiego z niewoli narodowej i z ucisku
społecznego.
Gdy przyszła chwila przejścia do nauki w szkole, wybór miałem tylko pomiędzy gimnazjami
klasycznymi oraz szkołami realnymi państwowymi a prywatnymi koncesjonowanymi szkołami
średnimi, również prowadzącymi nauczanie po rosyjsku i mającymi równorzędne ze szkołami
rządowymi prawa.
Decyzja moich rodziców padła na gimnazjum klasyczne generała Chrzanowskiego. Spodziewali się oni
mniej wyraźnych tendencji rusyfikatorskich w szkołach prywatnych. Liczyli na większą tolerancję dla
języka ojczystego. Mimo dobrego przygotowania nie zdałem egzaminu wstępnego do tej szkoły.
Wystarczył w roku 1903 jeden błąd kandydata do pierwszej klasy
7
w dyktandzie rosyjskim, aby nie
zostać przyjętym. A ja - nieszczęsny - napisałem raz „je” zamiast „jat’”. Po tygodniu ponowiłem
próbę, z kolei w gimnazjum realnym gen. Dmochowskiego przy ulicy Koszykowej. Tym razem wynik
był dodatni. Zostałem zaliczony w poczet uczniów pierwszej klasy.
Początek nauki nie był jednak podobnie pomyślny. Zaraz pierwszego dnia uczęszczania do szkoły
zdobyłem trzy „pałki” (jedynki). Przyczyną jednej - „z powiedieńja” (ze sprawowania) - była moja
rozmowa z kolegami po polsku w czasie przerwy międzylekcyjnej, podsłuchana przez inspektora
szkoły. Nie umiałem sam sobie wyjaśnić przyczyn dwóch innych jedynek: „po prileżańju” i „po
wnimańju”, czyli z pilności i uwagi. Fakt pozostawiał jednak faktem. Zrozumiałem, że trzeba
dostosować się do rygorów szkolnych, a przede wszystkim lepiej kryć się z językiem ojczystym przed
umundurowanymi funkcjonariuszami szkolnymi różnego rodzaju, składającymi się na personel szkoły.
Zresztą w klasie byli liczni uczniowie Rosjanie, przeważnie synowie urzędników i oficerów carskich
służących w „kraju nad Wisłą”. Niekiedy i tych chłopców należało czujnie się wystrzegać. Pierwszy
dzień szkolny stał się więc pierwszą moją lekcją konspiracji.
Dalszy bieg roku szkolnego nie przysporzył mi konfliktów. Otrzymywane stopnie świadczyły o niezłych
postępach w nauce i o utajeniu w sobie niechęci do samej szkoły i pamięci o doznanych w niej
początkowych niepowodzeniach. Świadectwo z końcem roku szkolnego było dobre i pozwoliło
powrócić do myśli o zapisaniu się do gimnazjum gen. Chrzanowskiego.

7
Przed pierwszą klasą zdarzała się w gimnazjach ówczesnych klasa „wstępna”, a niekiedy i „podwstępna”. Ich
kurs przeszedłem już jednak w trybie nauki domowej. (Przyp. aut.)
Jak jednak niekorzystnie zapisała się szkoła gen. Dmochowskiego w mojej pamięci, świadczy fakt, że
nie zapamiętałem ani jednego nazwiska z personelu nauczającego. Z lekcji zaś pozostało jedynie
wspomnienie o nauczaniu kaligrafii: rzeźbione kredą na tablicy litery.
W szkole Chrzanowskiego, dokąd teraz zostałem przez rodziców przeniesiony, byłem uczniem
zaledwie kilka miesięcy. Już w styczniu 1905 wybuchł bowiem strajk szkolny.
I w szkole Chrzanowskiego pozwoliłem sobie raz jeden na użycie języka ojczystego. Nie na pauzie - to
było tu właściwie powszechne. Po polsku zwróciłem się na lekcji do nauczyciela przyrody. Reakcja
była inna od przeżytej w szkole Dmochowskiego. Nauczyciel spokojnie i życzliwie oświadczył, że nie
jest dopuszczalne, a i nie leży w moim interesie, nieprzestrzeganie obowiązującego zakazu używania
w czasie lekcji innego języka poza wykładowym rosyjskim.
Nigdy nie zapomnę chwili ogłoszenia strajku szkolnego.
Uczeń jednej z klas wyższych wszedł w czasie zajęć do mojej klasy, wezwał do niezwłocznego
przerwania lekcji i udania się wszystkich do auli aktowej dla wysłuchania oświadczenia składanego
dyrekcji szkoły.
Klasa w komplecie udała się zgodnie z apelem i uczestniczyła w wysłuchaniu deklaracji domagającej
się wprowadzenia języka polskiego jako języka wykładowego. Po odczytaniu deklaracji uczniowie
zostali wezwani do porzucenia szkoły natychmiast i na cały czas aż do uwzględnienia postulatów jej
spolszczenia.
Jak inni, opuściłem bez zwłoki gmach szkoły. I zaraz na ulicy zdarłem z czapki mundurowej oznakę
szkolną z godłem państwowym rosyjskim: dwugłowego orła. Do domu wpadłem w podnieceniu i z
triumfem, powiadamiając o początku strajku i okolicznościach jego ogłoszenia. Wiadomość nie
zaskoczyła rodziców i oczywiście nie wywołała żadnych zastrzeżeń z ich strony.
Jak dowiódł dalszy bieg wypadków, ani do szkoły Chrzanowskiego, ani tym bardziej do żadnej innej
szkoły nauczającej po rosyjsku nie miałem już nigdy powrócić.

Kompletyiszkołapolska«bezpraw»

Niedługo trwał mój strajkowy „urlop” szkolny. Szybko stałem się uczniem ad hoc organizowanych
kompletów nielegalnego nauczania.
Jak każdy inny, mój komplet obejmował kilku uczniów, zbierających się w mieszkaniach prywatnych,
w danym przypadku u moich rodziców, zajmujących wtedy lokal na czwartym piętrze oficyny domu
przy ulicy Koszykowej 13.
Co godzinę przychodził inny specjalista i prowadził kolejną lekcję. Wykładanych przedmiotów było
więcej niż w szkole. Doszła nauka historii ojczystej. Słuchaliśmy pilnie nauczycieli i szczególnie
chłonęliśmy wiadomości historyczne o Polsce, znane już nieco - lepiej lub gorzej - lecz zwykle słabo
z pouczeń rodzicielskich. Kwalifikacje rodziców nie zawsze były wystarczające w tym zakresie, ale
polskie rodziny dbały zazwyczaj o przekazywanie dzieciom posiadanego przez siebie zasobu
wiadomości o przeszłości narodu.
Strajk szkolny został wygrany częściowo.
Wprawdzie dopuszczono szkoły średnie z językiem wykładowym polskim (z wyjątkiem nauczania
języka rosyjskiego, historii i geografii), ale były one pozbawione praw gimnazjów rządowych, to jest
szkół pozostających przy języku wykładowym rosyjskim.
Z maturą szkoły polskiej „bez praw” nie można było liczyć na przyjęcie do uczelni wyższych na terenie
Cesarstwa rosyjskiego. Trzeba było zdawać ponownie egzamin maturalny na terenie Rosji, gdzie
zresztą na ogół nie groziły szykany.
Jeśli się go zdało, nie było przeszkód do studiów wyższych bez wyjazdu poza granice państwowe
Cesarstwa. Część maturzystów szkół polskich „bez praw” korzystała z tej drogi kontynuowania nauki.
(Uniwersytet i Politechnika warszawska, jako niespolonizowane szkoły wyższego nauczania, nadal
były bojkotowane przez Polaków.)
Inni udawali się na studia do uczelni w zaborze austriackim (tj. do Krakowa i Lwowa), gdzie mogli
uczyć się nadal po polsku i gdzie matury szkół polskich z Kongresówki były honorowane.
Znaczna liczba kandydatów do studiów wyższych udawała się do krajów Zachodu. Część uczelni
zagranicznych uznawała przy tym równorzędność matur szkół polskich z własnymi. W innych trzeba
było zdawać egzamin wstępny. Absolwenci szkół polskich, którzy pozostali w Warszawie, mogli
odbywać studia wyższe w uczelniach polskich zorganizowanych w okresie postrajkowym. Poziom ich
był dobry, ale dyplomy nie miały mocy urzędowej.
Kurs klasy trzeciej gimnazjalnej przechodziłem już w nowo otwartej szkole średniej polskiej „bez
praw”. Była to szkoła J. Przyłuskiego przy ulicy Żurawiej u styku z Bracką. Wyróżniała się ona tym, że
jako jedyna bodaj z warszawskich szkół średnich prowadziła naukę „slojdu”
8
. Poza tym nie należała
ona do czołowych szkół średnich polskich w Warszawie. Już w następnym roku znalazłem się więc
w innej szkole, założonej przez Towarzystwo Kultury Polskiej, a prowadzonej przez Jana Kreczmara.
Macierz Szkolna i Towarzystwo Kultury Polskiej były to nowo powstałe w Kongresówce organizacje
społeczne, stawiające sobie za cel szerzenie oświaty. Różniły się one jednak pomiędzy sobą. Macierz
Szkolna była towarzystwem o nastawieniu raczej konserwatywnym, tradycyjnym. Towarzystwo
Kultury Polskiej - i jego szkoła, której ideową kontynuacją była potem szkoła firmowana już wyłącznie
nazwiskiem Kreczmara - nadawały swej działalności charakter służby ideom postępu.
Szkoła TKP, położona przy ulicy Nowowielkiej (obecnie Lwowskiej) w domu wówczas graniczącym
z placem przy Politechnice, musiała wkrótce zakończyć swą działalność wskutek rozwiązania samego
Towarzystwa przez władze carskie. Uczęszczałem do niej więc tylko przez jeden rok. Dalszą naukę
kontynuowałem w szkole Kreczmara. Mieściła się ona już gdzie indziej (przy ul. Miodowej, potem
przy ul. Kaliksta, czyli Śniadeckich, a wreszcie - już po jej ukończeniu przeze mnie - na Wilczej).
Podobnie jak jej poprzedniczka - szkoła TKP - umiała przywiązywać do siebie uczniów.
Przywiązanie do szkoły Kreczmara, nauczycieli i wielu kolegów z klasy wyniosłem i ja, zdawszy w niej
egzamin maturalny w roku 1910. Z ochotą też później uczestniczyłem w obchodach
dwudziestopięciolecia i pięćdziesięciolecia powstania szkoły.
Szkoła prowadziła wbrew przepisom lekcje historii powszechnej i geografii po polsku (z jednym
wyjątkiem, o czym dalej wspomnę). Dbała natomiast szczególnie o dobór nauczycieli języka
rosyjskiego. Kolejno - poza pierwszym - wykładowcy przedmiotów zastrzeżonych do nauczania
w języku „urzędowym” byli ludźmi dobrze przygotowanymi, a pochodzili z zesłańców do

8
System nauczania pracy ręcznej zapoczątkowany w Finlandii w roku 1866, a wprowadzony z kolei w Polsce w
roku 1885. (Przyp. aut.)
Kongresówki. Gdy bowiem Polaków za działalność polityczną zsyłano „administracyjnie” do
„oddalonych guberni wschodnich”, Rosjan podejrzanych politycznie zsyłano w odwrotnym kierunku -
do „kraju nad Wisłą”.
Nie pozostało mi w pamięci nazwisko pierwszego niefortunnego nauczyciela historii powszechnej -
Rosjanina. Ale pamiętam niektóre płatane mu kawały.
Na pierwszej już lekcji ów „pedagog” głośno zastanawiał się, jaki podręcznik nam zalecić. Kolega Julek
Ginsberg podniósł palce do góry. „Chyba Haberbuscha i Schielego” - doradził. A były to nazwiska
znane w Warszawie, ale nie z posiadania wiedzy historycznej, lecz... browaru. „Takiego podręcznika
nie znam - oświadczył dobrodusznie nauczyciel - ale postaram się zapoznać i powiem wam o wyborze
na następnej lekcji.” Wtedy jednak już nie powrócił do kwestii podręcznika Haberbuscha i Schielego.
Na jednej z dalszych lekcji tenże nauczyciel mówił o „rojalistach” francuskich. „Ale skąd pochodzi ta
nazwa - dodał - ja prawo nie znaju.” - „Ale ja wiem - odezwał się Ginsberg. - Rojaliści - kontynuował -
to byli arystokraci. Wszyscy grali na fortepianie (po rosyjsku: rojal). Stąd i nazwa.” - „Wieśma
wozmożno” - przychylił się do wyjaśnienia nauczyciel.
Nauczyciele języka rosyjskiego, których nazwiska pozostały mi z owych lat w pamięci - to Jegorow i
Makarów. Byli oni ludźmi inteligentnymi, umiejącymi wszczepić w uczniów umiłowanie tego pięknego
języka i jego literatury. Wyróżniał się zwłaszcza Jegorow, utrzymujący w napięciu uczniów przez
szereg miesięcy podczas omawiania ludowych legend rosyjskich, znanych pod nazwą bylin. Jak trwałe
były wpływy jego talentu nauczycielskiego, może świadczyć fakt, że przy częściowym odtwarzaniu
biblioteki osobistej po drugiej wojnie światowej zakupiłem tom bylin w języku rosyjskim i często
rozkoszowałem się jędrnym językiem tych baśni ludowych.
Język polski miał także dobrych nauczycieli. Władysław Bukowiński, redaktor pisma literackiego
„Sfinks”, sam utalentowany pisarz, czy jego następca Henryk Rygier umieli szerzyć gruntowną
znajomość języka polskiego i jego umiłowanie, zyskując jednocześnie pełną sympatię uczniów.
Zaufanie uczniów pozyskało sobie wielu członków personelu nauczającego. Z jego grona wyszło - co
też należy podkreślić - sporo profesorów wyższych uczelni polskich, gdy te powstały w czasie
pierwszej wojny światowej i po odzyskaniu niepodległości.
Pamiętam dobrze historyka Michała Kreczmara (z rodziny związanej ze szkołą), Stefana Ehrenkreutza,
później profesora uniwersytetu wileńskiego, Reybekiela i Grodeckiego, który był dyrektorem
w czasach, kiedy nauki w szkole kończyłem, oraz wielu, wielu innych. Po ukończeniu szkoły stykałem
się z niektórymi spośród nauczycieli „od Kreczmara”, np. z Michałem Kreczmarem czy Henrykiem
Rygierem, czołowym wówczas działaczem związku pracowników umysłowych.
Szkoły TKP i Kreczmara były instytucjami nie tylko nauczającymi po polsku i w duchu narodowym
polskim, ale dawały również podstawy wychowania społecznego i obywatelskiego.
Gdy od klasy czwartej czy piątej mogłem i musiałem zarobkować, szkoła okazywała mi pomoc,
kierując do osób poszukujących korepetytorów dla swych dzieci. Było to uznanie dla moich zdolności,
zwłaszcza w dziedzinie matematyki (uczyłem często kolegów z własnej klasy), ale i przejaw życzliwej
opieki nad uczniami. Tę opiekę traktowała szkoła także jako swój normalny obowiązek.
Na obchodzie pięćdziesięciolecia wielu zabierających głos wychowanków miało możność
przypomnienia doznanej od szkoły różnorodnej pomocy, wychowawczej, a niekiedy i materialnej
natury, czasami decydującej o całej ich przyszłości.
Zabrawszy także głos, wymieniłem exempli modo dwóch członków ciała pedagogicznego: Jegorowa,
o którym już wspominałem, i Korala.
Koral był przez kilka lat wychowawcą mojej klasy. Mówił ze specyficznym akcentem typowym dla
północnych dzielnic Warszawy, a i jego wygląd nie budził wątpliwości co do pochodzenia etnicznego.
Musiał opuścić szkołę jakoby na tle zawiedzenia zaufania kasy uczniowskiej, której był bodaj
skarbnikiem. W związku z tym faktem wytknięto mi w rozmowie w cztery oczy, jeszcze w toku zjazdu,
wymienienie pochlebne i tego nazwiska. Nie poczułem się jednak winny, i to niezależnie od
nieznajomości czy zapomnienia przypisywanego Koralowi zdarzenia. Zachowałem bowiem w pamięci
tego człowieka jako przyjaciela młodzieży i jako opiekuna klasowego, który okazał mi wiele
życzliwości i pomocy. Zarzucony mu postępek nie mógł przekreślić we mnie pamięci o dodatnich
cechach Korala, czasami nawet śmiesznego w reakcjach na wybryki uczniowskie, ale z gruntu
dobrego. Miałem zaś poza tym za sobą dostateczne wówczas doświadczenie, aby wiedzieć, że ludzie
nie składają się tylko z zalet lub wad, lecz że są istotami o złożonej psychice. Nie widziałem więc
powodu do przemilczenia niewątpliwie dodatnich cech mego dawnego wychowawcy klasowego,
pomijając zarzucaną mu winę.
Matura moja z roku 1910 stwierdzała ukończenie oddziału realnego gimnazjum. Od piątej klasy
bowiem zrezygnowałem z kierunku klasycznego.
W tymże roku 1910, gdy już sam byłem maturzystą, do szkoły Kreczmara zapisał się i ukończył ją
w roku następnym (1911) mój późniejszy wieloletni przyjaciel, kolega broni i zwierzchnik. W roku
1910 nie znałem go jeszcze. Dzisiaj jego nazwisko należy do historii narodowej. Mówię o Stefanie
Starzyńskim, bohaterskim przywódcy Warszawy w roku 1939.

Pierwszekrokiwkonspiracji

Kolejne mieszkania rodziców służyły warszawskiej organizacji Polskiej Partii Socjalistycznej jako jedno
z miejsc zebrań, magazyn i punkt rozdziału „bibuły”, a niekiedy były przechowalnią broni palnej
ręcznej. Matka moja, będąc sympatyczką ruchu, była wykonawczynią wielu różnorodnych zleceń
partyjnych. Pamiętam na przykład, jak nie ukrywając tego przed dziećmi, własnoręcznie wykonywała
sztandary i transparenty. Kiedy mnie, chłopca trzynasto- czy czternastoletniego, zabierała ze sobą na
wiece publiczne - najczęściej do gmachu Filharmonii - mogłem widzieć rozwieszone wzdłuż balkonu
i na estradzie hasła wyszyte jej ręką. Białe litery na czarnym tle materiału wołały namiętnie do
słuchaczy wiecowych.
Nieraz, odwożąc do różnych lokali powierzone sobie materiały konspiracyjne, matka brała mnie ze
sobą mówiąc, że w ten sposób zwraca mniej uwagi na siebie i niesione paczki. Towarzyszyłem jej
w tych wyprawach z wielką ochotą. Matka była już wtedy zupełnie pewna, że rozumiem należycie
konieczność trzymania języka za zębami wobec niepowołanych.
Dzięki usługom matki dla partii dom nasz bywał regularnie zaopatrywany w „Robotnika”, organ PPS,
a często i w inne wydawnictwa periodyczne tej partii i innych stronnictw tajnych. Z reguły czytywałem
te pisma i z chłopięcą wiarą w słowo drukowane śledziłem oceny wydarzeń w „Robotniku”.
Wyczytane, a jeszcze nie rozumiane terminy i hasła stawały się tematem moich zapytań
i otrzymywanych od matki lub ojca czy Norberta Barlickiego wyjaśnień.
Czujna obserwacja faktów, rozgrywających się na terenie domu rodzinnego, pozwoliła mi zachować
w pamięci wiele zdarzeń. Wspomnienia te oddają również mój własny, jakby „embrionalny” udział
w opisywanych zdarzeniach.
Na ulicy Koszykowej 13 zajmowaliśmy w oficynie na czwartym piętrze trzypokojowe mieszkanie.
Wyżej o pół piętra było jeszcze jedno mieszkanko, zajmowane przez rewirowego z pobliskiego
komisariatu policji (cyrkułu, jak się wtedy mówiło). Długo to sąsiedztwo - zasadniczo niepożądane -
nie dawało się odczuć. Ale pewnego popołudnia miało się odbyć u nas kolejne zebranie partyjne.
I faktycznie się odbyło, lecz przychodzący na nie ludzie zostali źle poinformowani o miejscu spotkania.
Zamiast właściwego numeru mieszkania podano im nazwisko i wskazówkę: „mieszkanie na ostatnim
piętrze poprzecznej oficyny”. Ci uczestnicy, którzy nie patrzyli na tabliczkę z nazwiskiem, szli na
najwyższe piętro, ściślej półpiętro, wprost do rewirowego. Ten z początku wskazywał właściwe
mieszkanie „pani Kulskiej”, o którą się pytano, ale po kilkakrotnych stukaniach do jego mieszkania
zaniepokoił się. Jego instynkt policyjny nakazał mu zejść na schody i obserwować dalszych przybyszy
i ich zachowanie przy otwieraniu im drzwi wejściowych do naszego mieszkania.
Otwierając drzwi paru ostatnim uczestnikom zebrania, matka zauważyła rewirowego stojącego bez
ruchu na schodach i milcząco notującego przybywające osoby. Zrodził się w niej pomysł zmylenia jego
podejrzliwości. Natychmiast posłała znajdującego się u nas swego brata (Adama Ostrowskiego,
starszego ode mnie o kilka zaledwie lat) po wódkę i zakąski, pouczając go, aby przy powrocie głośno
oświadczył, że oto przynosi wszystko to, co jest konieczne dla zabawienia i rozweselenia przybyłych
na uroczystość rodzinną. „Gości” zaś prosiła, aby w razie czego udawali przy nakrytym stole przyjęcie
towarzyskie zakrapiane alkoholem. Fortel, prosty w koncepcji, był skuteczny. Rewirowy powrócił do
siebie i nie wyciągnął wniosków z poprzednich obserwacji. Ale zdarzenia nie zapomniał!
W kilka lat później, gdyśmy mieszkali już na Hożej pod numerem 37 i kiedy został wydany nakaz
aresztowania mnie, tenże rewirowy brał udział w rewizji mieszkania. Zaraz na wstępie oświadczył
matce: „Ja już wtedy na Koszykowej coś podejrzewałem...” W jego głosie brzmiała przy tym nuta
jakby żalu i wyrzutu, skierowana do samego siebie.
Po roku 1906, czyli po rozłamie w PPS, współpraca matki dotyczyła z kolei PPS-Lewicy. Były w niej
nadal grupy, które nie godziły się z porzuceniem w programie partii walki o niepodległość Polski. Do
takich należała też, jak byłem wówczas informowany, organizacja żydowska partii. Dla niej właśnie
mieliśmy pewnego dnia z matką zawieźć większy komplet materiałów partyjnych. Adres opiewał na
ulicę Świętojerską ze wskazaniem dokładnego numeru domu i mieszkania oraz właściwego hasła
rozpoznawczego.
Gdy matka zapukała do mieszkania wskazanego w dyrektywie, otworzył nam wyraźnie zmieszany
gospodarz. Za jego postacią widniał długi korytarz, a w jego końcu - otwarte drzwi do pokoju,
z którego buchał obficie dym papierosowy. Można też było zauważyć w widocznej części tego pokoju
szereg osób siedzących w ściśnieniu obok siebie. Było oczywiste, że trafiliśmy na jakieś odbywające
się zebranie.
Matka podała hasło, pytając o „towarzysza Saula”. „Żadnego towarzysza Saula tu nie ma - bąkał teraz
już wyraźnie zastraszony gospodarz lokalu - czego pani chce, co to za najście?” Matka zrozumiała, że
adres był mylnie podany i że w lokalu są zebrani członkowie jakiejś innej organizacji żydowskiej. Toteż
spokojnie przeprosiła za pomyłkę i szybko wycofała się wraz ze mną. Wracaliśmy pośpiesznie do
domu z niedoręczonym nielegalnym ładunkiem przez plac Krasińskich i dalsze opustoszałe ulice, po
których krążyły liczne patrole wojskowe i policyjne.
Poważniejszy charakter miało najście policji i żandarmerii na nasze mieszkanie przy ulicy Hożej 28,
gdzie zajmowaliśmy lokal na trzecim piętrze, z oknami największego pokoju od strony ulicy. Odbywał
się wtedy u nas rozdział „bibuły”. Były to wczesne godziny popołudniowe. Kolejno i stopniowo,
obładowani „bibułą”, wychodzili uczestnicy spotkania. Gdy ostatni opuścił mieszkanie, wszedłem do
opróżnionego już pokoju frontowego i bez jakiejkolwiek przemyślanej intencji wyjrzałem przez okno.
Uderzył mnie widok rozstawionych na Hożej, pomiędzy Sadową i Marszałkowską, policjantów i
żandarmów, zatrzymujących przechodniów. Zaalarmowałem matkę.
Z kolei matka wyjrzała na ulicę i natychmiast pochwyciła pozostawiony jeszcze na przechowanie rulon
odezw do wojska i wepchnęła go do rury spustowej w ubikacji. Prawie w tej samej chwili wpadł jakiś
cywilny agent policyjny i zauważywszy w pokoju od ulicy na gerydonie
9
dwa czy trzy numery
najnowszego „Robotnika”, wybiegł z powrotem na klatkę schodową i krzyknął: „To tutaj!”.
Najwidoczniej policja nie wiedziała, gdzie odbywało się zebranie i dlatego rewidowała kolejno
mieszkania na wszystkich kondygnacjach od parteru poczynając. Teraz, po okrzyku tajniaka, policjanci
i żandarmi wdarli się hurmem do naszego mieszkania pod wodzą „prystawa” (komisarza) i rotmistrza
żandarmerii. Zaczęła się rewizja we wszystkich pomieszczeniach lokalu równocześnie.
Ja pozostałem w pokoju frontowym, matka (ojciec był nieobecny) obserwowała przebieg rewizji
w pozostałych pokojach. Dawała też wyjaśnienia co do przebywającej w mieszkaniu młodej kobiety,
przybyłej niedawno z Wilna i korzystającej z gościny u nas. Nie była ona zameldowana w Warszawie,
toteż skupiła na siebie główną uwagę policjantów.
W pokoju od ulicy zauważyłem ważny moment. Oficer żandarmerii, który wszedł do tego pokoju,
oparł się o wielki kredens sąsiadujący z jednym z okien. W pewnej chwili niedbale wysunął jedną
z szuflad. Spostrzegł leżące w niej duże pudło, zdjął pokrywę i dotknął warstwy waty. Nie unosząc jej,
zamknął pudło i szufladę, i stał dalej spokojnie przy kredensie, nie oddalając się stąd aż do końca
rewizji.
Byłem zdumiony, gdy matka, której po rewizji wspomniałem o sposobie zachowania się oficera, sama
uchyliła wieka i unosząc warstewkę waty pokazała mi leżące w pudle cztery rewolwery. Było
oczywistym niepodobieństwem, aby żandarm nie wyczuł broni pod cienką warstwą waty.
Fakt był dla nas niezrozumiały, ale tłumaczyliśmy sobie szczęśliwe zdarzenie świadomą chęcią oficera
uchronienia nas przed wykryciem broni. Zastanawialiśmy się, czy nie był to przypadkiem członek
jednej z rosyjskich organizacji rewolucyjnych, ale nie udało się nam ani wtedy znaleźć odpowiedzi na
to retoryczne pytanie, ani później poznać pobudki zachowania czy zidentyfikować osobę rotmistrza
żandarmerii.
Inne zagrożenie powstało podczas tejże rewizji, gdy jeden z policjantów wszedł do ubikacji i stwierdził
po jej użyciu, że woda nie spływa. „Tu jest coś ukryte - powiedział do matki - co uniemożliwia
spuszczenie wody.” Matka odpowiedziała bez wahania: „Coś widocznie zapchało rurę, a co - może
pan łatwo stwierdzić, wyciągając to, co zapycha.” Policjant nie skorzystał z rady.
Rewizja dała więc nikły wynik w postaci pojedynczych egzemplarzy „Robotnika”. Góra zrodziła mysz,
jeśli nie liczyć zatrzymanych na ulicy kilku osób: większość uczestników rozdziału bibuły zdążyła
opuścić rejon obławy. Pani z Wilna została zabrana przez policję i osadzona w areszcie. Spędziła pod
kluczem około trzech miesięcy, po czym postępowanie przeciwko niej zostało umorzone. Sama zaś
potraktowała przygodę z poczuciem humoru, gdyż po zwolnieniu mówiła do matki, że przeszła
niezbędne przeszkolenie, poznając nie znane jej strony nielegalnego życia politycznego kraju. Matka

9
Gerydon - stolik na jednej nóżce. (Przyp. aut.)
raz jeden była wezwana w związku z tą sprawą do żandarmerii na Mokotowską. Jej wyjaśnienia
zostały uznane za dostateczne. I tam matka udała się nie sama, lecz w moim towarzystwie.
Oczywiście przy samym badaniu nie mogłem być obecny.
Sprawa ta była przedmiotem wspomnienia opublikowanego w okresie międzywojennym w
„Niepodległości”. Autorem był uczestnik zebrania, bodaj Emil Bobrowski
10
. W związku z tym
wspomnieniem skierowałem do redakcji pisma sprostowanie, które jednak z nie znanych mi
względów nie zostało wydrukowane. Prostowana pomyłka dotyczyła uwagi autora co do gospodarza
lokalu. Pisał on o nim jako o aktualnie urzędującym wiceprezydencie Stolicy. Tym zaś nie był mój
ojciec - ówczesny obok matki współgospodarz lokalu - lecz jego syn, wówczas uczeń gimnazjalny,
obecnie autor tych wspomnień.
Otrzymawszy dzięki matce wczesną zaprawę konspiracyjną, przystąpiłem w okresie końcowych lat
mojej nauki szkolnej do bezpośredniego udziału w ruchu młodzieżowym. Powtarzam, że
uczęszczałem wówczas do szkoły Kreczmara, gdzie w roku 1910 zdałem egzamin z ukończenia
siedmioklasowego oddziału realnego.
Do Związku Młodzieży Socjalistycznej wprowadził mnie starszy kolega szkolny, Adam Landy
11
.
Stowarzyszenie to było młodzieżowym odpowiednikiem ideowym PPS-Lewicy i Socjal-Demokracji
Królestwa Polskiego i Litwy. Niemniej i tu występował silny odłam niepodległościowy,
reprezentowany m. in. przeze mnie i Landego. Obaj w końcowym okresie byliśmy członkami
krajowego zarządu Związku. Nie pamiętam już innych członków zarządu, poza Raabem czy
Raabówną, rodzeństwem, u których często zbieraliśmy się. Nie pamiętam w szczególności, które
z rodzeństwa, czy może nawet oboje, brali udział w zarządzie.
Ale nie przynależność do ZMS w ówczesnym wydaniu stała się powodem mego aresztowania w roku
1910. W czasie badania postawiono mi zarzut należenia do PPS-Lewicy i do Związku Młodzieży
Postępowo-Niepodległościowej. Wobec sprzeczności programów tych organizacji było dla mnie
oczywiste, że oskarżenie nie jest oparte na dowodach ściśle do mnie się odnoszących.
Trzy dni chyba przedtem był aresztowany Norbert Barlicki, u którego byłem z wizytą wieczora
poprzedzającego noc aresztowania. Domyślałem się więc, że moje aresztowanie jest związane z tą
znajomością i z częstymi odwiedzinami. Rewizji i aresztowania oczekiwałem już przez dwie
poprzednie noce.
Doprowadzony po rewizji do cyrkułu na Wielkiej
12
(czyli do budynku, w którym dawniej mieściło się
gimnazjum Chrzanowskiego) spędziłem tam resztę nocy, po czym pod eskortą policjanta zostałem
odesłany do Ochrany na Daniłowiczowską.
Drogę odbywaliśmy zgodnie z moim życzeniem nie pieszo, lecz dorożką, z zatrzymaniem się po
drodze na placu Teatralnym, gdzie zjadłem śniadanie w cukierni Semadeniego, pod filarami Teatru
Wielkiego. Dobroduszny konwojent szedł mi na rękę, oczywiście towarzysząc mi służbiście i przy
stoliku kawiarnianym.

10
Był to w okresie rewizji działacz PPS, a później - w niepodległej Polsce - senator i działacz grupy robotniczej
BBWR. (Przyp. aut.)
11
Adam Landy przeszedł potem ewolucję poglądów i znalazł się od roku 1920 w Komunistycznej Partii Polski.
(Przyp. aut.) W latach 1921-1923 był członkiem KC KPP. Od 1925 przebywał w ZSRR. W 1937 został niesłusznie
oskarżony i stracony, w 1956 zrehabilitowany.
12
Obecnie Poznańskiej. (Przyp. aut.)
W Ochranie zostałem zaprowadzony na pierwsze piętro do obszernego pokoju-celi, wówczas
pustego, gdzie samotnie spędziłem godzinę czy dwie. Potem nagle drzwi się otworzyły
i wprowadzono kilka osób. Wśród nich był Norbert Barlicki. Byli oni wszyscy na badaniu w Ochranie,
sprowadzeni tu z więzienia śledczego na Daniłowiczowskiej. Norbert Barlicki uściskał mnie
i powiedział: „Bohaterowie spotkali się znowu, tym razem pod kluczem.”
Określeniem „bohaterowie” posługiwał się Barlicki od czasu, kiedy spędziłem u nich w Kazimierzu nad
Wisłą parę tygodni wakacyjnych. W czasie naszej wspólnej wycieczki do Sandomierza, w której poza
obojgiem Barlickimi i mną brała udział ich przyjaciółka i towarzyszka partyjna Hanka Sowińska,
Norbert, usposobiony pogodnie i żartobliwie, snuł „powieść” mówioną o bieżących przygodach
naszej czwórki, traktując ją jako „bohaterów” tej ustnej kroniki.
Po niedługim czasie wspólnego z Norbertem przebywania w Ochranie odesłano nas wszystkich do
aresztu więziennego, zwanego przez więźniów „Bristolem”. Więzienie śledcze było nowym
budynkiem, niedawno oddanym do użytku, cele - zaopatrzone w składane łóżka żelazne, czystość
panowała tu jeszcze wzorowa, stąd też nazwa, biorąca się z porównania z warszawskim eleganckim
hotelem owych czasów.
Na wstępie poddano nas wszystkich rewizji osobistej. Nie chcąc, aby mnie pozbawiono zegarka, który
także bywał zabierany do depozytu więziennego, urządziłem się tak, że aby stanąć obok Barlickiego
i nieco za nim, w chwili gdy był rewidowany. Gdy „obmacywanie” Norberta kończyło się,
niepostrzeżenie wsunąłem mu swój zegarek do jednej z kieszeni bocznych marynarki. Gdy
zaprowadzono nas na czwarte piętro i osadzono w wielkiej celi narożnej, upomniałem się o zegarek.
Norbert był zdumiony, gdy stwierdził, że ma go istotnie w kieszeni.
Łącznie z zastanymi więźniami było nas w celi dwudziestu siedmiu. Poznałem wszystkich, ale dziś
pamiętam tylko nazwisko dra Adolfa Rząśnickiego. W celi byli ludzie bardzo różni, ale wszyscy
„polityczni”. Na tym piętrze innych w ogóle nie było. Nie z nazwiska, lecz z ubioru zapamiętałem
jeszcze dwóch współwięźniów. Odziani w smokingi, byli oni członkami orkiestry filharmonicznej
i zostali doprowadzeni na Daniłowiczowską bodaj wprost z występu.
Raz jeden tylko byłem przesłuchiwany. Rotmistrz żandarmerii postawił mi wspomniane już
oskarżenie: przynależność do dwóch organizacji jednocześnie. Kiedy oświadczyłem stanowczo, że nie
należałem do żadnej tajnej organizacji, rotmistrz przeczytał mi jedną stroniczkę donosu agenta na
dowód, jak dobrze jest poinformowany o mojej osobie i działalności. Ku memu wielkiemu zdziwieniu
usłyszałem dokładną relacją dotyczącą jednego z dni poprzedzających moje aresztowanie wraz
z wymienieniem miejsc odwiedzanych przeze mnie i osób spotykanych. W odpowiedzi jednak
oburzyłem się, że mogą być brane pod uwagę „dowody”, w których „nie ma słowa prawdy”. „Pański
agent musiał to pisać w knajpie przy popijawie - oświadczyłem z tupetem - zmyślając wszystko od
a do z.”
Żandarm nie zareagował na harde wystąpienie młodego aresztanta, lecz sięgnął do szuflady
i wyciągnął stamtąd garść fotografii, które rozłożył na stole. „Pan zobaczy te zdjęcia i poda mi, kogo
z osób na fotografiach zna.”
Znałem de facto kilka osób ze sfotografowanych, np. Witolda Trzcińskiego - „Kiejstuta”. Ale
wskazałem tylko na fotografię Norberta Barlickiego, objaśniając: „Tego tylko znam to Norbert
Barlicki, mój dawniejszy korepetytor.” Na tym badanie zostało zakończone i nie było więcej
ponawiane.
Po około czterech tygodniach zatrzymania, z których ostatnie dni spędziłem wraz z Barlickim w innej,
mniejszej, siedmioosobowej celi, obaj jednocześnie zostaliśmy zwolnieni. Było to w porze
wieczorowej, około godziny dziesiątej, ładnego, ciepłego dnia letniego. Barlicki zapytał mnie, czy
bardzo spieszę się do domu i czybym nie przejechał się z nim razem na spacer w Aleje Ujazdowskie.
Zgodziłem się. Wsiedliśmy do jednokonki „na gumach” i pojechaliśmy na przejażdżkę. Potem Barlicki
odwiózł mnie pod dom, a sam udał się do siebie na Nowowiejską, gdzie wtedy mieszkał z żoną.
Następnego dnia rano poszedłem do Landego na Kruczą, aby mu donieść o wyjściu z aresztu
i zapytać, czy nie widzi przeszkód we wzięciu przeze mnie udziału w krajowej konferencji delegatów
ZMS, przewidzianej na najbliższą niedzielę, tj. za dzień lub dwa po naszej rozmowie.
Przedyskutowawszy okoliczność, że zapewne pozostaję jeszcze pod nadzorem policyjnym, doszliśmy
jednak zgodnie do wniosku, że przy należytej ostrożności mogę pojechać na konferencję, która odbyć
się miała w lasku wawerskim w rejonie ówczesnego Kaczego Dołu. Ustaliwszy to, zabraliśmy się do
redagowania projektu rezolucji, której istotną częścią była deklaracja walki o niepodległość
narodową.
Owej wyznaczonej niedzieli udałem się na konferencję, w której uczestniczyło kilkunastu działaczy
związkowych z prowincji, a odbywaną pod gołym niebem. Uzyskaliśmy przyjęcie opracowanej
wspólnie z Landym rezolucji. Po wyczerpaniu porządku dziennego rozeszliśmy się pojedynczo. Przez
cały czas nie byliśmy przez nikogo niepokojeni.
Ja natomiast mimo woli i ku własnemu zakłopotaniu, brnąc przez zarośla, „zaniepokoiłem”
w najbardziej płomiennej sytuacji miłosnej w cieniu drzew i krzewów jakąś czułą parę, która nie
przypuszczała, że ktoś może ją zajść w tym zwykle pustym zakątku lasu. Dżentelmeńsko udałem, że
niczego nie spostrzegam, i kontynuowałem drogę do wawerskiego przystanku kolei wąskotorowej,
którą powróciłem do odległych wówczas granic Warszawy.
Jesienią tegoż roku wyjechałem za granicę na wyższe studia i mój kontakt z ZMS i Landym został
zerwany na zawsze.

Przyjemnościirozrywkiwiekuszkolnego

Ani zajęcia szkolne i zarobkowe (korepetycje), ani udział w działalności młodzieżowej nie
wyczerpywały całego mego czasu. Pozostawało go dosyć na rozrywki.
Dom nasz musiał się liczyć z groszem, toteż nie mogło być mowy o kosztownych przyjemnościach.
O ile dzisiaj niemal każdy chłopiec czy młodzieniec w mieście, a często i na wsi, dysponuje własnym
rowerem czy nawet motocyklem, aparatem fotograficznym, nartami itp., nie mówiąc już o tanich
łyżwach, o tyle ja sam mogłem marzyć realnie tylko o posiadaniu na własność łyżew. W pewnym też
okresie nimi dysponowałem, nie zdołałem jednak opanować w pełni kunsztu ślizgania się. Na rowerze
za to dobrze jeździłem, wyuczywszy się za tanie pieniądze tej umiejętności na welodromach
warszawskich. Jednak wycieczki „na kole” poza miasto bywały raczej rzadkie i niedalekie, gdyż
musiałem odbywać je na rowerach wypożyczanych odpłatnie „na godziny”. O nartach nie marzyłem
w ogóle. Inne sporty były podobnie niedostępne, zresztą nie stanowiły wówczas takiej pasji jak
w następnych pokoleniach. O żeglarstwie wiedziałem wyłącznie z prasy. Uprawiałem z rzadka
wioślarstwo, przeważnie na stawie łazienkowskim. Okazji do pływania miałem niewiele, latem na
wakacjach, i to nie zawsze, nie nabyłem więc umiejętności pływackiej. Ćwiczeniami fizycznymi, jakie
uprawiałem, była zwykła piłka (bynajmniej nie jakiś futbol, koszykówka czy siatkówka), biegi
z rówieśnikami w parkach publicznych, a z zajęć organizowanych grupowo - gimnastyka w szkole.
Za lat chłopięcych przez pewien czas oddawałem się dość namiętnie grze w „kukso” o marki
pocztowe. Były to zawody w rzucaniu łańcuszkami do koła wygrzebanego na ścieżce parkowej. Były
to pierwsze moje poczynania w „hazardzie”, zazwyczaj prowadzące do przegranych. Ale zabawa
miała tę wielką zaletę, że nie była kosztowna. Powodowała jedynie wydatek na łańcuszek metalowy
i ewentualnie stratę zdobytych od dorosłych znaczków pocztowych.
Nigdy w życiu nie tańczyłem. Początkowo z braku sposobności, potem na skutek własnej filozofii
życiowej stworzonej ad hoc. Uważałem bowiem wtedy taniec za formę wyżywania się erotycznego
i miałem do niego awersję. Potem już, gdy jako człowiek dorosły mogłem mieć bardziej
zrównoważony sąd o tańcu towarzyskim, pozostało stanowcze „nie” uzasadnione słabym słuchem
muzycznym i ogólnym brakiem zręczności fizycznej. Oporu tego nie przezwyciężyła nawet moja żona,
znakomita i zamiłowana danserka, która wielokrotnie proponowała, że nauczy mnie tańczyć.
Natomiast od wczesnych lat lubiłem balet zawodowy, a nawet z satysfakcją jako dorosły patrzyłem na
tańczące pary na parkiecie salonowym, o ile tylko czyniły to zgrabnie i umiejętnie.
Jeśli chodzi o karty, to przyglądając się grze ojca, opanowałem zasady preferansa. Toteż od czasu do
czasu, choć raczej rzadko, zasiadałem do partii koleżeńskiej lub do organizowanej przez Norberta
Barlickiego gwoli uciechy „babci Żukowskiej”, matki jego pierwszej żony, Jadwigi. On to zwykle był
inicjatorem zapewnienia tej ulubionej rozrywki starszej pani, która nb. bezinteresownie uczyła mnie
języka francuskiego, dla samej satysfakcji dzielenia się swymi umiejętnościami.
O ile pani Żukowska znała język francuski doskonale, o tyle grała w preferansa raczej słabo. Norbert
Barlicki od czasu do czasu zwykł namawiać mnie do wspólnego odwiedzania staruszki (która w owym
czasie zajmowała pokoik sublokatorski na Kruczej w pobliżu Wilczej), mówiąc: „Zróbmy dobry
uczynek i wygrajmy przy tym po parę groszy.”
Pewnego świątecznego dnia wpadliśmy tak bez uprzedniej zapowiedzi do staruszki. Ucieszyła się - jak
zawsze - z odwiedzin i sięgnęła po karty, ale po chwili zafrasowała się: „A czym ja was dzisiaj ugoszczę
w porze, kiedy niczego już kupić nie sposób?” Wkrótce jednak sytuację rozwiązała. Na stole - poza
doskonałą herbatą - znalazły się sardynki i zamiast chleba, którego zabrakło, biszkopty polewane
czekoladą. Ani nam obu, ani jej samej nie popsuło nastroju to bądź co bądź dziwnie skonstruowane
menu. Zmietliśmy wszystko, co było na stole, po czym nastąpiła uczta właściwa starszej pani -
partyjka preferansa. Po jej rozegraniu i zainkasowaniu nieuniknionej wygranej, zresztą wyrażonej
w przyzwoicie drobnych kwotach, opuściliśmy gościnne progi teściowej Norberta Barlickiego.
Największą pasją moją była wszakże lektura. Jej tematyka była bardzo obszerna: od klasyków
literatury polskiej i światowej po Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona, mistrzów-detektywów, często
w tych samych dniach na zmianę pochłanianych. Nie brakowało też w mej lekturze książek
popularnonaukowych, które studiowałem pilnie już od trzeciej klasy gimnazjalnej.
W latach jednego ze swych dłuższych pobytów poza Warszawą Barlicki zdeponował swoje książki
w domu moich rodziców. Dorwawszy się do nich - a byłem wtedy w czwartej lub piątej, czy może
nawet szóstej klasie - chwyciłem za kilka tomików zbioru przemówień słynnych rosyjskich adwokatów
i prokuratorów. Dobra znajomość języka rosyjskiego pozwoliła mi rozsmakować się w niuansach tej
retoryki prawniczej. Nie pozostało to bez wpływu na mój umysł. Mój późniejszy wielokrotny
zwierzchnik Stefan Starzyński nieraz mi zarzucał: „Ty się kierujesz czystą logiką, a ta niekiedy zawodzi
w życiu.” Była w tych jego słowach krytyka mojej wyrozumowanej taktyki w różnych sprawach
urzędowych, ale także pozytywna ocena precyzyjnego sposobu myślenia.
Gdy później byłem dyrektorem Państwowego Monopolu Spirytusowego, biorący udział - jako jedyny
poza mną reprezentant instytucji - w trudnych pertraktacjach z liczną grupą przedstawicieli
krajowego przemysłu naftowego (chodziło o wprowadzenie spirytusowych mieszanek napędowych
na rynek
13
) naczelny radca prawny Sunderland, powiedział mi w czasie jednej z przerw w obradach:
„Myśli i redaguje pan tak po prawniczemu, że niewiele mi pozostaje do czynienia w pertraktacjach
i formułowaniu klauzul umowy.”
Pomyślałem sobie wtedy: Może nie tyle moje studia wyższe o charakterze prawno-ekonomicznym, ile
młodzieńcze wgłębianie się w mowy autorytetów prawniczych zapewniło mi dzisiejszą łatwość
pertraktacyjną i ścisłe formułowanie dokumentów i korespondencji.
Byłem za lat szkolnych wielkim miłośnikiem kina. Każdorazowo treść filmu emocjonowała mnie silnie,
czy to była tragedia, czy komedia, jednak wolałem filmy wesołe. Wszystkie one były ówcześnie
naiwne i inscenizowane z wyraźnym naśladowaniem teatru. Dopiero w latach 1926-1927, kiedy
w czasie pobytu z żoną w Paryżu zaszedłem do kinoteatru „Vieux Colombier” na przedwojenne
komedie ze sławnym aktorem Maxem Linderem, przekonałem się, jak niski był poziom filmu przed
1914 rokiem. Mimo to śmiałem się wtedy do rozpuku.
Zawsze jednak, od lat młodych, przedkładałem nad film przedstawienia teatralne. Do cyrku natomiast
nigdy mnie nie ciągnęło i jeśli byłem tam przez rodziców czy kogoś innego spośród dorosłych
zaprowadzony, sztuka cyrkowa nie „brała” mnie.
Raz jednak byłem czymś w rodzaju aktora cyrkowego w tym znaczeniu, że znalazłem się na estradzie
występów o charakterze cyrkowym. Pokazywana wtedy była para niezwykłych grubasów - dzieci
w zbliżonym do mego i siostry wieku. Gdy nas dojrzano - tęgich i niewiele odbiegających od tuszy
tych dzieci-aktorów - poproszono nas oboje na scenę dla porównawczego pokazania publiczności. Nie
byłem tym zachwycony, ale wobec zgody osoby nam towarzyszącej nie uniknęliśmy „pokazu
tłuściochów”, budzącego wesołość zebranych, a zwłaszcza licznych na widowni dzieci.
Barlicki, który był znawcą i wielkim miłośnikiem muzyki
14
, prowadził mnie niekiedy na koncerty
muzyki poważnej, gdy ojciec na koncerty „pod otwartym niebem” w Dolinie Szwajcarskiej lub na
Bagateli. Mimo niedoskonałego słuchu muzycznego, gdy stać mnie było na bilet wstępu, i sam
chodziłem na koncerty. Nie zostało to bez pewnego wpływu na poprawienie mej pamięci muzycznej
i na szanse rozumienia niektórych przynajmniej dzieł muzyki poważnej.
Pamiętam filharmoniczny koncert, na którym wraz z Barlickim słuchaliśmy utworu pod nazwą Res
ultimae quatuor, Norbert wskazywał mi na pewne partie dzieła, śmiejąc się jednocześnie z naiwnego,
jak wyrokował, realizmu ilustracyjnego.
Emocjonowałem się wreszcie za swych lat młodzieńczych osiągnięciami nauki i techniki.
W szczególności pierwociny lotnictwa budziły we mnie wielkie zainteresowanie. Chodziłem na
wystawy modeli i kiedyś na pokazie modeli Czesława Tańskiego pomyślałem sobie: Czemu by nie

13
Przemysł naftowy był zdecydowanie niechętny tej koncepcji. (Przyp. aut.)
14
Już po ostatniej wojnie rozmawiałem kiedyś z pierwszą żoną Norberta Barlickiego, wówczas Markowską, na
temat słabostek tego wybitnego człowieka w dziedzinie życia erotycznego. Podkreśliła ona fakt powrotów
Barlickiego od kolejnych żon i miłostek do wciąż tej samej dawnej przyjaciółki. „Tłumaczę to sobie - mówiła
Markowska - wspólnotą zamiłowania do muzyki i pełnym rozumieniem się w tym zakresie. Czy pan się zgadza
ze mną?” Mniej miałem do powiedzenia na ten temat, ale uderzyła mnie trafność uwagi o niezwykłym stopniu
muzykalności obojga ludzi, o których mówiliśmy. (Przyp. aut.)
skierować śmigła pionowo i nie uzyskać możności startu bez rozbiegu? Wspomniałem o tym pomyśle
któremuś z kolegów, ale na tym się skończyło. Nie odznaczałem się talentem do robót technicznych,
a rok nauki slojdu nie wyrobił we mnie zamiłowania do pracy narzędziami. Ale później, gdy
powstawały pierwsze typy helikopterów, żałowałem niemal, że nie spróbowałem modelarstwa. Może
bym był wynalazcą podobnego aparatu?...
Do roku matury włącznie miałem bodaj dwie tylko możliwości widzenia w kraju prób wznoszenia się
samolotów w powietrze. Pierwsza - to był popis francuskiego lotnika Lagagneux, któremu na
mokotowskim polu wyścigowym udało się wznieść na kilkanaście metrów w górę i „przeskoczyć”
parkan otaczający pole. Za drugim razem niemiecki lotnik, bodaj von Guerissen, w czasie startu
przekoziołkował wraz z aparatem, wypełzając po chwili bez szwanku spod uszkodzonej maszyny. Oba
pokazy mimo wszystko zrobiły na mnie duże wrażenie, a jak sądzę - i na większości widzów, mimo że
już z prasy były znane bardziej pomyślne osiągnięcia, w tym także samego Lagagneux.
Natomiast gdy tegoż roku po wyjeździe za granicę znalazłem się na zawodach lotniczych przy udziale
już kilkunastu maszyn w Ans pod Leodium w Belgii, wrażenie, jakie odniosłem, było po prostu
potężne. A były to także dopiero pierwociny lotnictwa. Aparaty - poza motorami, zresztą słabymi -
składające się z drewna i płótna niczym nie zapowiadały dzisiejszych olbrzymów powietrznych.
Wakacje spędzałem zazwyczaj z rodzicami lub tylko z matką i rodzeństwem. Zwykle w chacie wiejskiej
lub w gajówce. Od tej zasady były dwa wyjątki za moich lat szkolnych.
Raz jako drugoklasista korzystałem z gościny letniej w domu dyrektora cukrowni „Silniczka”, p.
Małagowskiego. Nie wiem, w jaki sposób udało się matce zapewnić mi pobyt w tej pięknej siedzibie,
luksusowej nie tylko w moich oczach. Był tu przy dużym domu wielki ogród, a w nim kort tenisowy,
pełno kwiatów, wiele starodrzewia, plantacja szparagów itp. Tu nauczyłem się gry w tenisa, który
uprawiałem przy okazji za lat męskich, tu uczestniczyłem w jazdach powozem czy bryczką do
pobliskiego Maluszyna na kąpiele w Pilicy. Tu miałem wiele przedtem nie znanych wrażeń i doznań.
Synek państwa Małagowskich zwany „Mamazią” dla jego płaczliwości i jękliwego tonu błagań, gdy
o coś prosił matkę, był moim rówieśnikiem. Posiadał talent karykaturzysty. Obdarzył mnie on na
wyjezdnym albumikiem z własnymi rysunkami, przedstawiającymi w karykaturalnym ujęciu
bohaterów Sienkiewiczowskiej Trylogii. Ceniłem tę pamiątkę i zachowałem ją w swych zbiorach aż do
roku 1944, kiedy uległa zagładzie, wraz z całym dorobkiem życiowym, w mej willi żoliborskiej,
spalonej przez hitlerowców.
Całą rodzinę państwa Małagowskich zachowałem we wdzięcznej pamięci. Miałem u nich wypoczynek
wakacyjny, rozrywki i opiekę. Gdy zdarzyło mi się w czasie pobytu w „Silniczce” zrobić niefortunny
figiel czy niewłaściwie odezwać - rzeczy nieuniknione w tym wieku - pani Małagowska lub starszy,
dorosły brat „Mamazi”, taternik, który cudownie uratował się z niebezpiecznej przygody
wysokogórskiej, dawali mi pouczenia lub naganę w cztery oczy, w formie nie odbiegającej w swej
życzliwości od reakcji rodzicielskich.
Drugim razem znalazłem się „na kondycji” w domu późniejszego ministra i prezesa Sądu
Najwyższego, Leona Supińskiego. Uczyłem tam jego syna, późniejszego adwokata warszawskiego. Był
to wtedy niekarny wisus, ale ułożyłem sobie z nim dobre stosunki i odbywałem regularne lekcje,
które nie pozostały bez dodatniej oceny ojca. Pobyt w domu Supińskich pod Miłosną (w Stefanowie)
zapewnił mi spędzenie lata poza Warszawą i niezłe wynagrodzenie za korepetycje. Panowała tam
miła atmosfera, tak gdy przyjeżdżał ojciec mego ucznia na dni świąteczne, jak gdy w domu
przebywały ze starszych osób tylko ciotki mojego ucznia, traktujące i mnie życzliwie i troskliwie.
Pełnię radości miałem, gdy Barliccy wynajęli w tymże domu pokój na miesięczny wypoczynek
wakacyjny. Mogłem wtedy wolne chwile spędzać razem z Norbertostwem na gawędach i spacerach
po okolicy.
Dużą rolę w wieku szkolnym odgrywają koledzy klasowi i inni rówieśnicy. Przez długi czas nie
nawiązałem przyjaźni w tym środowisku. Dopiero „u Kreczmara” powstała czwórka koleżeńska, zżyta
ze sobą i ściśle związana węzłami przyjaźni. Składali się na nią, poza mną, późniejszy pułkownik-pilot
wojska polskiego Czesław Filipowicz, późniejszy inżynier Edward Grosglik oraz Julian Ginsberg
(używający potem pisowni Ginsbert), w latach pierwszej wojny światowej bajończyk i hallerczyk,
a następnie pisarz powieści dla dzieci i młodzieży.
„Czwórka” spotykała się bardzo często niezależnie od codziennego widywania się w klasie.
Najczęściej miejscem zebrań i zabawy bywało mieszkanie Julka Ginsberga, którego zamożni rodzice
zajmowali kilkupokojowy apartament na pierwszym piętrze domu przy ulicy Marszałkowskiej 91. Było
tam najłatwiej spotykać się poza terenem szkoły, gdyż w mieszkaniu Ginsbergów był założony
telefon, rzecz nieczęsto wówczas dostępna. Jego numer 34-96 pozostał mi do dzisiaj w pamięci,
w przeciwieństwie do numerów telefonów instalowanych w moich własnych mieszkaniach
warszawskich w okresie po odzyskaniu niepodległości.
Przyjaźń nie oznaczała, że nie robiliśmy sobie różnorodnych „kawałów”. Były one jednak niewinne
w skutkach, jeśli nie liczyć jednego, który mógł się źle skończyć, a dotyczył już nas jako świeżo
upieczonych maturzystów.
Edek Grosglik, jak wielu maturzystów, zdecydował przed podjęciem studiów wyższych pozbyć się
obowiązku służby wojskowej przez odbycie roku w mundurze jako tak zwany
„wolnoopriedielajuszczyjsia”, czyli ochotnik. Gdy już przywdział na siebie mundur armii carskiej,
zaprosiliśmy go na „Skating Ring” na Karową i udaliśmy się tam całą czwórką. Zajmując stolik
usadowiliśmy świadomie Edka tak, aby był obrócony tyłem do wejścia i tym samym nie mógł widzieć
wchodzących oficerów. A w takim przypadku niższy szarżą obowiązany był niezwłocznie zameldować
się u przybyłego i prosić o prawo pozostania dalej w lokalu.
Rozmowa szła wesoło aż do chwili, gdy nastąpiło to, czego spodziewaliśmy się. Podszedł do stolika
kelner i powiedział, że oficer siedzący przy stoliku bliższym wejścia do lokalu prosi Edka do siebie. Ten
podniósł się niezwłocznie i ruszył w kierunku wskazanym przez kelnera. Po chwili zobaczyliśmy go
stojącego na baczność przed jakimś kapitanem i wysłuchującego słów wyraźnie rozzłoszczonego
oficera. Po chwili Edek odsalutował i skierował się do wyjścia. A więc kapitan kazał mu natychmiast
opuścić lokal, czego dokonał nawet nie żegnając się z nami.
Dopiero później dowiedzieliśmy się, że oficer dał mu dalsze polecenie: zgłoszenia się na pobliski
odwach wojskowy do komendy miasta celem wymiaru kary za niezameldowanie się i odbycie jej tam
na miejscu. To polecenie Edek zlekceważył i zamiast na odwach udał się do domu, sądząc, że kapitan
zadowoli się usunięciem go z lokalu i nie będzie sprawdzał wykonania drugiego polecenia.
A tymczasem tak właśnie się stało. Kapitan sprawdziwszy, że „ochotnik” nie zgłosił się w komendzie
miasta, zawziął się i podjął poszukiwania na terenie pułku, w którym Edek odbywał służbę. Na
zarządzonej zbiórce ochotników pułkowych Edek musiał ujawnić się i zadeklarować niewykonanie
rozkazu. Rzecz mogła pachnieć sądem wojskowym. Nasz kawał wraz z krokiem samego
zainteresowanego poszedł za daleko. Skończyło się na szczęście mniej groźnie, ale winowajca musiał
swoje odsiedzieć, i to w wymiarze dłuższym niż ten, jaki mu groził, gdyby stawił się od razu do raportu
karnego w komendzie miasta.
Jak z wszystkiego, co wyżej powiedziano, wynika, moje dzieciństwo i okres szkolny nie były
pozbawione radości i rozrywek ani figli i kawałów właściwych wiekowi. Rosłem zdrowo i w zdrowej
atmosferze. Gdyby mnie kto wtedy zapytał, czego mi brak, zastanawiałbym się, co odrzec. Mimo
trudnych warunków materialnych domu odpowiedziałbym zapewne po namyśle: „Chyba niczego.”

II. Lata pomaturalne do wybuchu wojny 1914 roku

Wybórkierunkustudiów

Długie były rozważania rodzinne co do kierunku studiów wyższych, jakie powinienem obrać.
Zwłaszcza po maturze, ale i znacznie wcześniej rodzice zastanawiali się nad tym, jaki kierunek
odpowiadałby najlepiej moim zamiłowaniom i zdolnościom, a otwierał mi jednocześnie widoki
zabezpieczenia egzystencji po zdobyciu dyplomu. Omawiano to z przyjaciółmi i zasięgano mojej
własnej opinii.
Szereg „karier” było przede mną zamkniętych we własnym kraju ze względów politycznych. Młodzież
polska miała bardzo ograniczony dostęp do służb publicznych pozostających z natury rzeczy w rękach
zaborcy. O ile na terenie Cesarstwa nawet kierownicze stanowiska były dość szeroko otwarte dla
Polaków (z uprzywilejowaniem innych wyznań, ale nie wykluczając i katolików), o tyle Królestwo
Polskie, obiekt wysiłków rusyfikacyjnych, nie dawało pola pracy publicznej dla rodowitych
mieszkańców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie patrzało bardzo nieprzychylnie na rodaków
wstępujących do służb carskich na ziemiach polskich. Dopatrywano się w tym jeśli nie odstępstwa, to
co najmniej bierności narodowej.
Rodzice brali więc pod uwagę raczej tylko tak zwane wolne zawody. A uwzględniając moje sukcesy
w matematyce, stale podkreślane przez szkołę, w której się uczyłem, skłaniali się nade wszystko ku
studiom politechnicznym.
Osobiście też nie wykluczałem nauki w tym kierunku, podsuwając jednocześnie sugestię, aby
specjalnością właściwą stała się elektrotechnika. W gruncie rzeczy jednak nie miałem ostatecznie
sprecyzowanego sądu. Utajone pragnienia szły w innym kierunku: nauk społecznych albo prawno-
ekonomicznych.
Decyzja ostateczna rodziców przesądziła o inżynierii.
Z kolei zajęto się miejscem nauki. Nie rozumiem dzisiaj, czemu nie brano pod uwagę Lwowa z jego
znaną i dobrą politechniką, prowadzącą naukę po polsku. Wielu młodych ludzi z Kongresówki
udawało się tam właśnie i było to z pożytkiem dla nich, gdyż pozwalało im uniknąć dodatkowych
trudności w związku z pokonywaniem obcego środowiska i języka wykładowego. Przypuszczam, że
pomimo niesłusznego, jak później się okazało, wyboru przyszłego zawodu, we Lwowie miałbym
istotne szanse zdobycia dyplomu inżynierskiego.
Dogodną alternatywą mogły być studia w uczelniach Cesarstwa. Miałem za sobą znajomość
tamtejszego języka wykładowego, nie musiałbym więc tracić czasu na naukę języka. Zdanie egzaminu
maturalnego po rosyjsku w Cesarstwie nie było rzeczą trudną, jak na to wskazywał przykład wielu
moich rówieśników - posiadaczy matur szkół polskich. A same wyższe uczelnie rosyjskie na ogół
odnosiły się przyjaźnie do polskich studentów, bynajmniej ich nie szykanując. Ciała profesorskie
nierzadko bywały nastrojone liberalnie i tolerancyjnie, a studenci-Rosjanie, często politycznie
radykalizujący, życzliwi dla kolegów-Polaków.
Tej jednak możliwości rodzice moi i ja sam nie braliśmy właściwie zupełnie pod uwagę. Dyskutowało
się natomiast wiele o wyborze kraju na Zachodzie, w którym miałbym kontynuować naukę. Wybór
kraju o języku francuskim nasuwał się z uwagę na to, że w tym właśnie języku byłem bardziej
zaawansowany, chociaż bynajmniej nie władałem nim dobrze. Nauka szkolna i prywatne lekcje
francuskiego, pobierane u p. Żukowskiej w okresie lat szkolnych, nie dały mi wystarczającego
opanowania tego języka. Tak zresztą było i jest ze szkolną nauką języków obcych bodaj powszechnie.
Biorąc to pewne przygotowanie językowe pod uwagę, a jednocześnie wyrażoną przeze mnie sugestię
pójścia w kierunku elektrotechniki, wybraliśmy ostatecznie Liége (Leodium w Belgii. Równocześnie
ustaliło się, że wyjadę do Belgii nieco wcześniej, przed początkiem roku akademickiego, aby móc
trochę pogłębić swoje umiejętności językowe.
Postanowiono też, że najpierw udam się do Brukseli, gdzie zaopiekują się mną i pomogą mi
w urządzeniu się przyjaciele tam przebywający, przeważnie ludzie z PPS-owskiej emigracji politycznej.
Barlickich już tam nie było, ale pobierał w Brukseli nauki Wincenty Markowski - „Paweł”, do którego
miałem skierować pierwsze kroki.
Wyjazd mój za granicę miał nastąpić nie za paszportem zagranicznym: były prostsze i nade wszystko
tańsze sposoby. Moi wujowie cioteczni (kuzyni matki), zamieszkujący w Częstochowie, mieli postarać
się o tak zwany „półpasek” (przepustkę na przekroczenie granicy, przysługującą mieszkańcom strefy
pogranicznej).
Rodzice podsumowali granice możliwości swego wysiłku finansowego i ustalili dotację dla mnie
w wysokości 30 rubli miesięcznie (ca 100 ówczesnych franków); suma ta - jak wiedzieli - dawała
szanse skromnego przeżycia w skali ograniczonych potrzeb studenckich. Na wydatki początkowe
miałem trochę pieniędzy odłożonych z własnych zarobków (korepetycji). Tuż przed wyjazdem
dostałem od wyprawiających mnie z Częstochowy wujów pewien dodatkowy zasiłek i mogłem ruszyć
w drogę z poczuciem człowieka z dostatecznym zabezpieczeniem materialnym na początkowy okres
samodzielnego życia.
Drogę wytypowałem sobie przez Herby, Wrocław, Berlin i Kolonię do Brukseli, z założeniem jazdy
nocami i zwiedzania dniami. Ze względów oszczędnościowych postanowiłem na terenie Niemiec
korzystać z czwartej klasy kolejowej, najtańszego środka przejazdu. Do tej koncepcji taniej
a turystycznej jazdy do Brukseli przekonałem też towarzyszkę podróży, udającą się również na naukę
do Belgii. Była to nieco starsza ode mnie osoba, była pracownica warszawskiego „Cedergrena”,
zatrudniona w tym towarzystwie jako telefonistka.
Gdzieś z końcem września 1910 roku mogłem ruszyć w drogę, mając około miesiąca czasu na pobyt w
Brukseli i na naukę języka, po czym miałem udać się do Leodium i zapisać do Instytutu
Elektrotechnicznego, cioszącego się w Warszawie doskonałą opinią.

Porazpierwszynaziemiachobcych

Drogę odbywałem oczywiście pociągami osobowymi i z rzadka - przyspieszonymi („Eilzugami”),
pragnąc uniknąć dopłat za szybkość przy jeździe „Schnellzugami”. Wskutek tego musiałem
rezygnować z połączeń bezpośrednich i przesiadać się od czasu do czasu.
W Herbach „Pruskich” żandarm niemiecki sprawdzał dowody osobiste podróżnych przybyłych z
Herbów „Ruskich”. Ale okazanie mojej przepustki granicznej zadowoliło go w pełni bez dalszych
wyjaśnień (niekiedy inaczej bywało: udawanie się poza strefę ściśle graniczną mogło, przy
wzbudzeniu podejrzeń, grozić cofnięciem z powrotem). Wykupiłem śmiało w kasie bilet aż do Berlina,
mimo że oczywiście stolica Niemiec nie leżała w pasie pogranicznym. Panna Irena, moja towarzyszka
podróży, zaopatrzona należycie w paszport zagraniczny, nie musiała zachowywać podobnej
przezorności, ale czyniła to, co ja, aby odbyć jazdę w towarzystwie.
Herby Pruskie były stacją wyjściową naszego pociągu, więc bez trudu znaleźliśmy miejsca w wagonie
czwartej klasy. Siedzenia znajdowały się tu tylko wokół wagonu, cala zaś przestrzeń środkowa
pozostawiona była dla przybyszów z pakunkami, nie ograniczanymi co do liczby i wielkości,
a mogącymi w razie potrzeby służyć jadącym za siedzenia.
Pociąg, stający na każdym przystanku, napełniał się stale. Przybysze najczęściej mówili po polsku, ale
niekiedy szwargotali po niemiecku, mimo że było widoczne, iż byli to włościanie polskiego
pochodzenia. Na pewnym przystanku wsiadł do pociągu młodzieniec o wyglądzie słowiańskim,
a czyniący wrażenie człowieka ogładzonego. Mówił z sąsiadami ich dialektem, bliskim polskiemu, ale
z akcentem obcym. Po chwili zagadnąłem go, oczywiście po polsku, dokąd się udaje. Z odpowiedzi
wynikało, że jedzie na studia teologiczne do zachodnich Niemiec. Z kolei zapytałem, czy jest
Polakiem. „Nie - odpowiedział - my są Ślązak.”
W Berlinie moja towarzyszka była już zupełnie znużona jazdą w prymitywnych warunkach
i zdecydowała, że pojedzie do znanego jej z adresu polskiego pensjonatu, aby tam przespać się
i odpocząć. Umówiliśmy się, że wpadnę po nią do pensjonatu przed naszym wieczornym pociągiem
i już razem udamy się na dworzec kolejowy.
Sam przeto od godzin rannych do wczesnego wieczora poznawałem miasto i jego osobliwości,
z reguły pieszo. Miejscem odpoczynku bywała jedynie jakaś ławka w parku czy na zieleńcu. Posiłki
spożywałem wyłącznie w restauracjach-automatach, ograniczając je do napojów i niekiedy
„buttersznytów”. Rezerwę miałem w bagażu, i to doskonałą: byłem zaopatrzony w ówczesne
wyjątkowo trwałe i smaczne wędliny zwane litewskimi. Własne prowianty i zakupywane na stacjach
parówki na gorąco i kawa stanowiły moje podstawowe pożywienie podczas jazdy do Berlina, a także
w dalszej podróży.
Na trasie z Berlina do Brukseli nie zatrzymywaliśmy się na dłużej. Przyjechawszy zaś na miejsce po
południu, pozostawaliśmy rzeczy w dworcowej przechowalni, a sami tramwajem pojechaliśmy do
dzielnicy Ixelles na Place de la Croix do „Pawła”.
Zastaliśmy go, przyjął nas herbatką i zaraz potem wybrał się z nami na poszukiwanie pokoi do
wynajęcia. Szybko nam to obojgu załatwił, toteż nie było przeszkód, aby wrócić po bagaże na stację
i przewieźć je do naszych wynajętych pokoi sublokatorskich, gdzie spędziliśmy już noc. Zmęczony
jazdą przez dwie i pół doby w opisanych warunkach, zasnąłem niezwłocznie po położeniu się do jakże
wygodnego po wagonowych deskach łóżka w pokoju przy ulicy Wéry 44. Nazajutrz „Paweł”
kontynuował swoją pomoc i przewodnictwo. A potem, poznawszy wiele osób, w tym wszystkich
członków miejscowej sekcji PPS-Lewicy, do której zostałem włączony, zacząłem sobie dawać sam
radę.
Z pomocą życzliwych znalazłem dobrego i niedrogiego nauczyciela języka francuskiego (nazwiskiem
Huymans), dowiedziałem się, gdzie mogę jadać tanie obiady i gdzie najlepiej się zaopatrywać w
żywność na pozostałe posiłki, oraz miałom wskazany lokal, gdzie odbywały się zebrania miejscowej
Sekcji PPS.

Bruksela,LeodiumiznowuBruksela

Pierwszy miesiąc spędzony w Brukseli nie przyniósł szczególnych zdarzeń. Uczyłem się pilnie języka
francuskiego, poznawałem i odwiedzałem członków miejscowej kolonii polskiej, zwiedzałem miasto,
jego muzea i nade wszystko odbywającą się właśnie w rejonie Avenue Louise i Bois de la Cambre
Powszechną Wystawę Międzynarodową.
Podziwiałem charakterystyczne obiekty urbanistyczne miasta i podmiejskie: Grand’Place, Palais du
Cinquantenaire, Palais Royal, Tervueren i inne.
Poznawałem też swoistą strukturę władz miejskich Brukseli, rozbitej na szereg samodzielnych gmin.
Jedną z nich było właśnie Ixelles, gdzie zamieszkiwałem. Pobudką do zainteresowania się
decentralizacją administracji komunalnej stało się... jeżdżenie tramwajami. Ilekroć tramwaj wyjeżdżał
z dzielnic zewnętrznych do centrum, czyli do właściwej Brukseli, tylekroć motorowy musiał ściągać
w dół pałąk trolleya, a specjalnym kołem włączać zasilanie prądem z linii biegnącej poniżej jednej
z szyn. Śródmieście bowiem zastrzegło sobie wobec towarzystwa tramwajowego nieprowadzenie
sieci górnej jako szpecącej krajobraz.
Uderzyła mnie także dwujęzyczność kraju, a zwłaszcza Brabancji, w której mieściła się stolica.
Dziwiłem się wyraźnemu i niemal w każdym wypadku odrębnemu charakterowi ideowemu
poszczególnych wyższych uczelni. Université Nouvelle w Brukseli - to był zakład, gdzie dominowała
ideologia socjalistyczna, a rektor De Greef był znanym uczonym tego kierunku. Université Libre
w tymże mieście - to był ośrodek wpływów liberalnych i - jak mówiono - masońskich. Katolicki był
uniwersytet w Louvain, i tak dalej.
Równocześnie występowała dość silna tolerancja wobec różnych przekonań (nieco mniej jej było
w stosunkach plemiennych pomiędzy Walonami i Flamandami). Na przykład pod naciskiem
stronnictwa katolickiego znaczki pocztowe nosiły napis: „Nie doręczać w niedzielę”, i gdy ktoś pragnął
nie być winowajcą przekraczania przez pocztę nakazu świętowania niedzielnego, naklejał cały
znaczek, gdy mu zaś zależało na szybkim doręczeniu przesyłki korespondencyjnej, musiał oderwać ten
dodatkowy napis, oddzielony od reszty znaczka perforowaną linią.
Wszystkie napisy były powszechnie dwujęzyczne. Dowiedziałem się też od razu, że dzielnica, w której
mieszkam, nazywa się Elsene w języku Flamandów.
Zaimponowała mi wielkością, bogactwem pawilonów i eksponatów Powszechna Wystawa
Międzynarodowa.
W tych warunkach szybko nadszedł termin wyjazdu do Liége celem zapisania się na studia. Znowu
skierowałem się tam do kogoś ze znajomych. Ten pomógł mi w znalezieniu niedrogiego pokoju na rue
de Koninck, objaśnił nieco, jak dalej działać, i pozostawił samemu sobie.
Poczułem się osamotniony i nieco bezradny. Poszedłem do siedziby Instytutu Elektrotechnicznego
i dowiedziałem się o warunki zapisu, ale nie zgłosiłem swej chęci uczęszczania. Odwiedziłem - zgodnie
z dyspozycją matczyną - jedno z małżeństw polskich, gdzie panią domu była znana mi z przelotnych
spotkań u matki towarzyszka „Lucyna”. Ale tam, pomimo miłego przyjęcia, skończyło się na
jednorazowych odwiedzinach. Zacząłem uczęszczać na spotkania studentów-Polaków do jednej
z leodyjskich kawiarni, spotykając jednak tylko przypadkowych kompanów. Przypatrywałem się tam
grze w szachy i w szczególności wirtuozerii pewnego studenta-łodzianina, który rozgrywał
z powodzeniem po kilkanaście partii równocześnie. Starczyło mi energii na wykłócenie się przy
meldowaniu w policji i uzyskanie w dokumencie identyfikacyjnym wpisu „Polonais-Russe” zamiast
„Russe”, ale był to jedyny konkretny mój sukces na terenie Leodium. Właściwie uciekłem po miesiącu
z tego miasta z powrotem do Brukseli, postanawiając studiować dalej na uniwersytecie Libre, gdzie
mogłem trwać przy podobnym kierunku nauk, jaki wybrałem przed wyjazdem z kraju.
Ku zdziwieniu „Pawła” zamieszkałem znowu w Brukseli. Zapisałem się rzeczywiście do wybranego
uniwersytetu i zacząłem tam uczęszczać, ale lekcje nie wzbudziły mego zapału. Zacząłem coraz
bardziej opuszczać się w słuchaniu wykładów, nie nadrabiając tego robotą w domu. Tak czas
spędzałem aż do końca roku akademickiego. Rok ten był więc stracony całkowicie.
Zaraz po powrocie do Brukseli dowiedziałem się od „Pawła”, że w czasie mojej nieobecności
przyjechał z kraju nowy towarzysz. „Taki Litwin o skołtunionych włosach, pryszczach na twarzy
i niedbałym stylu odzienia.” - „Czy nie nazywa się Kirtyklis?” - zapytałem. „Coś takiego, ale nie umiem
dokładnie powiedzieć” - rzekł „Paweł”. Wziąłem adres i nazajutrz rano pobiegłem sprawdzić, czy nie
chodzi o mego kolegę szkolnego.
Tak było istotnie. Kirtyklis przywitał mnie życzliwie i zaraz zaproponował wpadnięcie na piwo do
sąsiedniego „estaminet”. Ja piwa nie pijałem, ale zgodziłem się mu towarzyszyć przy ladzie. Stefan
Kirtyklis wychylił kufel i zaraz zażądał następnego w swej swoistej francuszczyźnie. Jego słowa
brzmiały „encore aussi” (jeszcze także). Moja wciąż niedoskonała znajomość języka francuskiego była
szczytem umiejętności w porównaniu ze sposobem posiłkowania się nim przez Stefana Kirtyklisa.
Kirtyklis zapoznał mnie z kolei z Mieczysławem Kwiatkowskim, młodym człowiekiem także związanym
z ruchem socjalistycznym, mającym tendencję do skrajnego radykalizmu, ale poza tym znakomicie
pasującym do naszego grona. Przy wszystkich różnicach charakterów i usposobień staliśmy się trójką
przyjaciół w ciągu tego mego drugiego pobytu w stolicy Belgii.
Nasza trójka wyróżniała się m.in. głębokim poczuciem godności własnej, chyba może nawet nieco
przesadnym. Daliśmy tego dowód, kiedy dotarło do nas tuż, tuż przed świętami Bożego Narodzenia -
przekazane drogą pośrednią - ustne zaproszenie na wieczór wigilijny do jednego ze znajomych
małżeństw należących do sekcji partyjnej PPS w Brukseli. „Mogli się przecież pofatygować osobiście
do jednego z nas - orzekliśmy zgodnie - a jeśli żadne z nich nie mogło znaleźć czasu, pozostawała
w każdym razie droga bezpośredniej korespondencji.”
Wieczerzę wigilijną urządziliśmy więc sobie sami. Ale że byliśmy bez skromnego chociażby zapasu
gotówki, nasz wspólny wysiłek pozwolił jedynie na następujące menu: herbata, chleb, masło i taniutki
pasztet. Tak jak co dzień wieczorem, zadowoliliśmy się kolacją na miarę chudej kieszeni.
Po dłuższej pogawędce wybraliśmy się wreszcie - już pod noc - do Bois de la Cambre na przechadzkę.
O tej porze lasek był całkowicie opustoszały. Godzinę czy dwie wędrowaliśmy po nim, nie spotykając
nikogo. Mieliśmy wielki park leśny wyłącznie dla siebie.
Kwiatkowski szedł ze mną - prowadziliśmy rozmowy, czasami szliśmy milcząco, zadumani dłuższe
chwile. Ale Stefan Kirtyklis dawał pełny upust swemu dobremu nastrojowi i śpiewał. Śpiewał po
francusku, z reguły jeden i ten sam refren Międzynarodówki, głosem bardziej donośnym niż
śpiewnym. Był tak hałaśliwy, że lękałem się, aby jakiś zapóźniony policjant nie zarzucił nam
naruszania spokoju publicznego w nocy. Ale, na szczęście, żaden nie zabłąkał się do wyludnionego
lasku. Na próżno usiłowaliśmy przekonać Stefana, że „rodzaj ludzki” to nie jest „gendre humain”. Był
całkowicie obojętny na różnicę wymowy słów „gendre” (zięć) i „genre” (rodzaj). Kontynuował swoje
solo, póki nie zmęczył gardła. A to mu niełatwo przychodziło!
Między pierwszą i drugą w nocy rozeszliśmy się do domów, dumni i zadowoleni z siebie. Daliśmy
wszak nauczkę, jak należy nas traktować, odrzucając zaproszenie dokonane bez zachowania należytej
formy towarzyskiej.
Do bliskich mi ludzi należał też teraz w Brukseli młody Szymański, uciekinier polityczny z kraju, były
bojowiec PPS. Po paru miesiącach zamieszkaliśmy razem przy rue Godecharles 27, w ciemnym lokalu
w domu przy ulicy leżącej nad torem kolejowym. Obu nam zależało na oszczędzaniu i mieszkanie
w dwóch w jednym pokoju rozwiązywało nasze trudności. Poza tym polubiliśmy się dostatecznie, aby
móc dzielić wspólny - zresztą mimo taniości duży - pokój.
Poprzednio mieszkałem na rue Souveraine 64, wynajmując pokój typu jakby mansardowego w domu
prowadzonym dla Polaków i innych Słowian przez Polkę. Można tam było korzystać z wyżywienia,
można było ograniczyć się do wynajmu pokoju bez utrzymania. Środowisko bywalców tego
pensjonatu było dość różnorodne. Poznałem tam na przykład kilku rosyjskich socjaldemokratów oraz
jednego wybitnego działacza łotewskiego. Ale głównie spotykało się tam ludzi spod znaku polskiej
młodzieży niepodległościowo-postępowej. Częstym gościem bywał Kaden-Bandrowski, z którym
zresztą nie zawarłem znajomości, mimo że ten autor, już znany z Zawodów, zaciekawiał mnie.
Ale ja wtedy miałem inne pochłaniające mnie środowisko: sekcję PPS-Lewicy. Poza „Pawłem” oraz
młodym Kwiatkowskim, Kirtyklisem i mną należeli wtedy do sekcji Librachowie i Rozenblattowie, dwa
małżeństwa, ciążące swym wyrobieniem politycznym na przebiegu zebrań, podobnie jak trzecie
małżeństwo, Sowińskich, gospodarzy mieszkania, które było stałym miejscem zebrań (on był bratem
dobrze mi już dawniej znanej Hanki Sowińskiej). W czasie uczestnictwa w sekcji brukselskiej PPS-
Lewicy dalej trwałem na pozycji wyniesionej ze Związku Młodzieży Socjalistycznej: nie porzucałem
hasła walki o niepodległość.
Pewnego dnia postanowiliśmy z Szymańskim rozerwać się i pójść do kina. Poszliśmy na Avenue
d’Ixelles czy też Avenue du Throne i stanęliśmy przed afiszami z programami widowisk. W pewnej
chwili poczułem mocny uchwyt rąk z tyłu. Zorientowałem się, że w podobnej sytuacji znajduje się mój
towarzysz. „Panowie pójdą z nami do komisariatu policji. Proszę nie stawiać oporu” - usłyszałem głos
za sobą.
Byliśmy więc aresztowani. W komisariacie sprawdzono moje personalia i po krótkim przesłuchaniu
zwolniono. Szymański został zatrzymany do dyspozycji prokuratury.
Jak się okazało, rząd carski wystąpił o jego ekstradycję jako oskarżonego o popełnienie zabójstw,
którym nadano charakter przestępstw czysto kryminalnych, gdyż to jedynie mogło usprawiedliwić
wydanie winnego w ręce mściwego caratu.
Po zwolnieniu mnie zaalarmowałem zaraz przyjaciół i towarzyszy. Ci z kolei poruszyli życzliwych
brukselskich prawników i kierownictwo belgijskiej partii socjalistycznej. Akcja ratownicza była
długotrwała. Pomagałem i ja w ramach swych skromnych możliwości. Szymański jednak siedział
miesiącami, i to w ciężkich warunkach więziennych. W szczególności dokuczał mu swoisty zwyczaj
więzienny, wymagający, aby aresztanci wyprowadzani na spacer nosili na twarzach maski. Chodziło
podobno o to, aby więźniowie po wyjściu na wolność nie rozpoznawali się, co miało utrudnić
tworzenie gangów przestępczych. Jeśli taka była przesłanka przepisu, jego humanitarna strona nie
była najwyższej klasy.
Po dłuższym czasie sąd belgijski uznał charakter polityczny działalności bojowca PPS z okresu
rewolucji i odmówił wydania Szymańskiego. Ale gdy to się stało, nie było mnie już na terenie Belgii.
Nigdy też nie widziałem się z Szymańskim po tej jego groźnej przygodzie, która nas wszystkich i mnie
w szczególności mocno niepokoiła. Wiadomy był ewentualny los delikwenta, jeśliby sąd belgijski
uznał przesłanki żądania caratu i wydał nieboraka na jego pastwę.
Ta sprawa wpłynęła ostatecznie na przerwanie moich studiów w uniwersytecie brukselskim, już
przedtem - jak wspominałem - niezbyt systematycznie prowadzonych.
Na wakacje wróciłem do kraju. Tymczasem zaś korespondencyjnie zostałem namówiony przez
dawnych kolegów szkolnych, przebywających na studiach w Nancy, do zjechania tam w następnym
roku akademickim. Przekonał mnie argument o trzyletnim okresie studiów w Instytucie
Elektrotechniki i Mechaniki Stosowanej w Nancy. Miałem nadzieję, że w ten sposób wyrównam stratę
jednego roku spędzonego nieużytecznie, jeśli chodzi o studia, na terenie Belgii.

NaukawdawnejstolicyStanisławaLeszczyńskiego

W Nancy spędziłem trzy kolejne lata akademickie. Jednak w ciągu całego tego czasu nie tylko nie
uzyskałem dyplomu, ale nawet przejścia z pierwszego kursu na drugi.
Chodziłem, zwłaszcza w początkowym okresie, dość pilnie na wykłady, odrabiałem zadania domowe
i laboratoryjne, uczestniczyłem w ćwiczeniach warsztatowych, przystępowałem do poszczególnych
egzaminów, ale czyniłem to wszystko nieregularnie, bez zapału, z długimi przerwami, kiedy nie
zachodziłem do Instytutu w ogóle.
Nie utrudniało mi studiów niedostateczne opanowanie języka francuskiego. Rozumiałem go już
w pełni, mogłem wypowiadać w nim myśli w sposób zrozumiały, jakkolwiek z kiepskim akcentem
i wielu błędami, głównie natury stylistycznej.
Ale niecały zakres wykładanych przedmiotów budził moje zainteresowanie. Pierwszy rok, mający
zresztą jakby charakter wstępny, dawał przede wszystkim przygotowanie do dalszych studiów
technicznych, obejmując głównie matematykę wyższą i mechanikę teoretyczną, która przyczyniała mi
najwięcej kłopotów. Nieciekawy i ciężki wykład tego przedmiotu nie pozwalał mi przebrnąć przez
występujące od razu trudności. Z matematyką wyższą dałbym sobie niewątpliwie radę, oczywiście
przy większej systematyczności uczenia się. Dowiódł tego jeden z egzaminów odbytych szczęśliwie.
Początek - pisemny - był mizerny, dostałem ocenę bardzo niską. Nawet dobre zdanie egzaminu
ustnego budziło wątpliwości co do możliwej średniej. Ale zawziąłem się. Przysiadłem fałdów dniami
i nocami w ciągu około tygodnia, jaki mi pozostawał, i w terminie stanąłem przed obliczem profesora.
Początkowe odpowiedzi moje zaskoczyły go: nie spodziewał się, abym był w ogóle przygotowany do
egzaminu, pisemny dał przecież wynik zniechęcający. Dalszy ciąg egzaminu wzbudził sensację na sali.
Profesor pytał mnie kolejno z całej tematyki kursu, sprawdzając, czy pierwsze moje sukcesy nie były
przypadkowe. Egzamin trwał ponad godzinę. Dostałem ocenę celującą, a łącznie z wynikiem
z pisemnego stopień, jaki u nas nazwano by trójkowym (w Instytucie obowiązywał
dwudziestostopniowy system ocen).
Ale wyjątek nie tworzy reguły. Nie kontynuowałem metody przysiadania fałdów. Nie umiałbym
zresztą wówczas powiedzieć czemu. Tak się składało, że wciąż brakowało wytrwałości, gdyż to, co
mnie wtedy interesowało, odrywało ustawicznie od tematu studiów.
A interesowało mnie bardzo wiele.
Dbałem o wiedzę w zakresie stosunków politycznych i społecznych oraz w dziedzinie literatury
pięknej. Brałem udział w życiu młodzieżowym, często wysuwając się na stanowiska czołowe. Nie
pozostawałem poza obrębem organizacji walki o wyzwolenie społeczne i narodowe, przechodząc
stopniowo ewolucję poglądów. Udzielałem się, jak nigdy przedtem i potem, życiu koleżeńskiemu,
włącznie z regularnym uczęszczaniem do kawiarni, będącej zwykłym miejscem spotkań, a w której
niekiedy spędzało się długie godziny na gawędach, dyskusjach i grach. Również karty stały się moim
przejściowym nałogiem. Z reguły brydż, z rzadka bakarat absorbowały mój czas. Od czasu do czasu
grywałem również w bilard. Nie zachęcał też do pracy studenckiej nawiązany stosunek miłosny.
W przeciwieństwie do wielu z kolegów wiązał mnie on z jedną osobą, gdy oni najczęściej nie gardzili
istniejącymi w mieście domami płatnej miłości.
Trzeba było dopiero wstrząsu wojennego i entuzjazmu pracy w odrodzonej ojczyźnie, abym nauczył
się wkładać pełny wysiłek we wszystkie swe obowiązki, również jeśli chodzi o naukę, wznowioną już
na innym terenie zainteresowań i doprowadzoną tym razem wbrew różnym przeszkodom do
pomyślnego końca. Lata „nancejskie” jednak tej wytrwałej i niezmordowanej pracy nie ujrzały
w ogóle.
Czy pobyt na takich „studiach” był okresem „straconego czasu”? Nie sądzę. Podłoże umysłu
i charakter rozwinęły się, pogłębiając to, co wyniosłem z domu rodzicielskiego i szkoły średniej.

Okresywakacyjne

Z reguły na miesiące letnie powracałem do kraju. Te jazdy powrotne nie były wolne od przygód. Jeśli
dobrze pamiętam, to już pierwszy, a może drugi - nie jestem pewny - powrót przez granicę rosyjsko-
niemiecką odbył się w niecodziennych okolicznościach.
Wracałem, dbając o ekonomiczną stronę przede wszystkim. Ale utrudzony mocno drogą zasnąłem
pomimo niewygody na ławie czwartej klasy w drodze nocnej z Wrocławia do Herbów. Wskutek tego
nie przesiadłem się, gdzie należało, do właściwego pociągu; ten zaś, w którym sobie zaspałem, zdążał
do Katowic. Nie miałem wielkich zasobów pieniężnych ze sobą, ale nie to mnie wzburzyło, gdy się
zorientowałem w sytuacji. Było coś innego, ważniejszego: nie miałem przy sobie niezbędnego
dokumentu, pozwalającego przekroczyć granicę. Było bowiem umówione, że mój wuj
„częstochowski” (Bolesław Urbański) będzie na mnie czekał z „półpaskiem” w Herbach Pruskich
i ułatwi mi formalności w Herbach Ruskich.
Zdecydowałem z młodzieńczym tupetem, że wobec niemożności zawrócenia zaryzykuję
przekroczenie granicy w Sosnowcu. „Jakoś to będzie” - powiedziałem sobie. Gdy pociąg zatrzymał się
na stacji sosnowieckiej, do mego wagonu podszedł żandarm po odbiór paszportów. Gdy na mnie
przyszła kolej, oświadczyłem spokojnie: „Nie mam paszportu.” „Jak to? - zapytał żandarm. - A jak pan
się znalazł poza granicami kraju?” „Po prostu - wyjaśniłem - spacerując w rejonie pogranicznym,
przekroczyłem granicę nie zdając sobie z tego sprawy.” Żandarm przyjrzał mi się bacznie i rzekł:
„Niech pan idzie do rewizji celnej, ja tam przyjdę i zastanowimy się, co zrobić.”
Od razu uspokoiłem się. Nie zapowiadało to szczególnych trudności, dając domniemanie, że można
będzie się „wykupić”. Pytanie tylko, czy będąca w dyspozycji suma wystarczy na okup. A była ona aż
nazbyt skromna!
Gdy żandarm zgłosił się po rewizji celnej i zapytał: „Więc co będzie z nami?”, zaproponowałem mu
zwyczajnie: „Nie mam dużo pieniędzy, ale mam krewnych w Częstochowie. Ci mi pomogą w dalszej
jeździe do Warszawy. To zaś, co mam przy sobie w obcych walutach, pójdziemy wymienić, potem
kupię bilet trzeciej klasy do Częstochowy, a resztę pan sobie weźmie.” „Zgoda - powiedział żandarm -
chodźmy!”
Po odbyciu transakcji w kasie wymiany i po wykupieniu biletu kolejowego żandarm zainkasował
pozostałość. Mimo że miałem odbyć dalszą drogę dosłownie bez grosza, zdobycz żandarma wyniosła
zaledwie kilkadziesiąt kopiejek. Ale dotrzymał słowa. Mogłem rozstać się z nim bez pretensji z jego
strony i wsiąść z ulgą do pociągu.
W Częstochowie opowiedziałem o przygodzie obu wujom (drugim był Antoni Błaszczyński), którzy
byli już zaniepokojeni moim nieprzybyciem do Herbów. Powiedzieli oni wtedy: „Byłoby gorzej, o ile
by rzecz ci się nie udała. Gdybyś tu był dostarczony «ciupasem»
15
, skonfrontowaliby twoją osobę
z przysłanym z Warszawy nakazem aresztowania, który tu na ciebie czekał.”
W Warszawie, dokąd pojechałem do rodziców, zameldowałem się przepisowo, jakby zgłaszając swoją
obecność po legalnym wyjeździe za granicę. Nikt mnie jednak nie niepokoił.
Odmienna przygoda poprzedziła inny mój wyjazd z Nancy do kraju. Pieniądze na podróż przyszły
w ostatniej chwili, a gdy spłaciłem z otrzymanej sumy różne należności, zostało mi ściśle tyle, aby
wykupić bilet. Nie chciało mi się jednak ruszać w drogę bez jakiegokolwiek kieszonkowego, toteż
w drodze na dworzec zawadziłem o zwykłe miejsce spotkań koleżeńskich (Café Glacier).
Trudno było liczyć na pożyczkę na wyjezdnym i nie doszło do niej istotnie. Ale zdawało mi się, że jest
inne wyjście, jeśli trochę szczęście dopisze. Partyjka bakarata, gdy wszedłem do kawiarni, szła już
żywo przy sąsiednim stoliku. Przyłączyłem się swoimi stawkami.
Było coś po dziewiątej wieczorem, kiedy w kieszeni pozostała mi ostatnia moneta pięciofrankowa,
z której trzeba było jeszcze zapłacić za „consommation”. Należność była niedużą, centymową kwotą,
ale reszta nie była w proporcji do ceny biletu. Wobec tego zaryzykowałem ostatnią monetę. I o
dziwo! Po godzinie mniej więcej dalszej gry miałem sumę, z którą przyszedłem, i minimalną ponad nią
nadwyżkę. Pożegnałem się z towarzyszami kawiarnianymi i pognałem do kasy kolejowej. Nazajutrz
rano ruszyłem w drogę do Warszawy, rad, że chociaż raz jeden poszczęściło mi się w hazardzie, i to
w tak ważnym dla mnie momencie.
W roku 1914 droga moja na wakacje do kraju nie miała iść utartym szlakiem. Wuj Urbański był na
kuracji w Abbazii i stamtąd miał wracać przez Salzburg i Wiedeń. Zaprosił mnie więc, abym skorzystał
z okazji i spotkał się z nim i jego towarzyszem z Częstochowy (Hofmanem) w Salzburgu. „Zobaczysz
coś nowego - pisał do mnie - odpoczniesz sobie (przypuszczał najniesłuszniej, że jestem wyczerpany
studiami), spędzisz mile trochę czasu ze mną i będziesz dalej jechał w towarzystwie, nie sam jak
zwykle.”
Skorzystałem z największą ochotą, bynajmniej nie zaniepokojony dokonanym właśnie zamachem
sarajewskim (28 czerwca 1914 r.). Spędziłem dwa czy trzy dni w Salzburgu, z kolei tyleż chyba w
Wiedniu, a potem jechałem z obu panami do kraju. Na nic nie potrzebowałem wydawać, będąc
gościem kochającego mnie wuja, zawsze serdecznego i ochoczego do niesienia pomocy.
Przekraczając granicę ani przedtem, czytając prasę, nie przypuszczałem, że już nigdy nie powrócę do
Nancy na studia politechniczne, ani tym bardziej, że wkrótce wdzieję mundur legionowy. Miałem
w planie udanie się znowu na praktykę w hucie „Raków” pod Częstochową, tak jak to uczyniłem
w roku 1913 (wtedy po raz pierwszy). Praktykę miałem zapewnioną i myślałem o niej z chęcią.

15
„Ciupas”, inaczej „szupas”, oznaczał odesłanie pod konwojem, zazwyczaj do miejsca zamieszkania. (Przyp.
aut.)
Faktycznie też zacząłem ją i prowadziłem aż do sierpnia 1914 r., a więc tym razem zaledwie około
miesiąca czy nawet mniej.
Huta „Raków” w roku 1914 stała się czymś więcej niż miejscem mej studenckiej praktyki letniej. Z jej
bocznicy – na czele plutonu ochotników - wyruszyłem z końcem sierpnia do Kielc, zaczynając swoją
epopeję żołnierską.

Romantycznaprzygoda

Pewnego dnia, gdy siedziałem z jednym z kolegów po wykładach na ławce w nancejskim parku „de la
Pépinière”, przechodząca młoda kobieta przysiadła się do nas i zaczęła pogawędkę, wyróżniając
w niej mnie. Zaczęta około południa gawęda i następnie - po odejściu mego towarzysza - spacer
włącznie z odwiedzinami kina i kawiarni trwały do wieczora, a wtedy nowa znajoma wręcz mnie
zapytała: „Czy nie zamierzasz zaprosić mnie na noc do siebie?”
W ciągu całodziennych rozmów poznałem jej personalia, charakter jej pracy (była to typowa
midinetka) oraz miejsce zamieszkania w niedalekim od stolicy Lotaryngii miasteczku Moncel sur Selle.
Postawione mi pytanie było bardziej kłopotliwe, niż kandydatka na moją „amie” mogła była
oczekiwać. Gospodyni domu na ulicy St. Catherine, gdzie wtedy podnajmowałem pokój, wyraźnie
zastrzegła się z góry: „Mais pas de femmes ici, Monsieur!” O hotelu zaś nie mogłem marzyć tego dnia
z braku jakiejkolwiek rezerwy pieniężnej. Zafrasowałem się. Nagle przyszła zbawcza myśl. Kolega mój,
Marcelek Friedman, powiedział mi pewnego razu: „O ile byłby ci kiedy potrzebny niekrępujący pokój,
skorzystaj z mego. Gospodyni jest tolerancyjna, a ja zawsze mogę udać się na jedną noc gdzie
indziej.”
Marcelka odszukałem bez trudu, gdyż siedział w Café Glacier. Gdy zwróciłem się do niego z dyskretną
prośbą, bez słowa wręczył mi klucze od wejścia do domu i pokoju, powtórzył adres i dodał: „Wal
prosto, niczym się nie przejmuj, korzystaj z okazji jak najlepiej.” Zabrałem czekającą na rezultat
rozmowy fertyczną Francuzeczkę i udaliśmy się do Marcelkowego pokoju. Był, jak na studenckie
mieszkanie, raczej „wytworny”. Moja Adrienne wyrażała mi teraz swoją sympatię, jak mogła, a ja
czułem się z nią doskonale.
Znajomość nasza przetrwała aż do końca mego pobytu w Nancy. Byłaby trwała zapewne i dłużej,
jeślibym - w myśl własnych planów - powrócił raz jeszcze do Nancy. Ale - czego nie przeczuwałem -
nie dane mi było wrócić do Francji przed rokiem 1925, a wtedy już po ożenku. Wybuch wojny w roku
1914 pchnął moje losy na zupełnie inne tory.
Adrienne nie była ładna, ale umiała przywiązać do siebie. Jej poczciwość i serdeczność stanowiły tak
wiele! Moja wzajemność była szczera. Nasze uczucie było przepojone romantycznym nastrojem.
Koledzy śmieli się i podkpiwali ze zbyt serio, jak sądzili, traktowanego związku, podkreślając, że jest w
Nancy wiele ładniejszych dziewcząt, co było oczywistą prawdą, oraz że nie ma sensu tkwić wiernie
przy jednej, nie nazbyt uroczej midinetce. Nie zmieniłem jednak swej stałości. Wracając z wakacji,
zawsze dawałem znać Adrienne o powrocie i ta niezawodnie stawiała się na wyznaczone spotkanie.
Wspominam Adrienne zawsze wdzięczną pamięcią. Ale w czasie, gdy byłem już wraz z żoną w latach
dwudziestych w Paryżu na studiach „po raz wtóry”, zwalczyłem chęć dowiedzenia się o jej losy
powojenne. Lojalność wobec mej obecnej towarzyszki życia wstrzymała mnie od napisania do Nancy
czy Moncel sur Selle, aby ustalić, co się dzieje z dawną przyjaciółką. Do Nancy zaś ani wówczas, ani
nigdy później nie dane mi było się wybrać.
Nie miałem zaś szansy przypadkowego spotkania Adrienne, jak to mi się zdarzyło z kim innym
pierwszego dnia po wylądowaniu w Paryżu w roku 1925.
Przyjechaliśmy wtedy rankiem i zaraz z żoną zaczęliśmy szukać pokoju w dwóch „quartiers” miasta,
objętych VI i V komisantem policji. Po wynajęciu mieszkania poszliśmy na kawę do „café” przy „Boul-
Michu”. Zbliżył się zaraz do zajętego stolika kelner i zanim przyjął zamówienie, powiedział ku
zdumieniu żony, a i ku memu zaskoczeniu: „Comment allez-vous, Monsieur Kulski!” Podniosłem oczy
i jeden rzut oka na osobę kelnera wywołał okrzyk: „Et vous, Fernand?” Był to bowiem kelner
nancejski, pracujący przed wojną w Café Glacier, gdzie byłem „habitué” (bywalcem). Uścisnęliśmy
sobie dłonie serdecznie i pogawędziliśmy chwilkę. Kawa paryska, podana przez starego znajomego,
stała się okazją do wspomnień o okresie nancejskim sprzed lat jedenastu i więcej.

DziałalnośćworganizacjachpolskichnaterenieLotaryngii

W początkowym okresie pobytu w Nancy kontynuowałem członkostwo w PPS-Lewicy. Było to jednak
bardziej teoretyczne związanie niż udział w praktycznej działalności. Nie przypominam sobie żadnych
zebrań partyjnych na tym terenie, a jedynie kontakt ze starszym miejscowym towarzyszem,
nazwiskiem Kantor. Za to brałem czynny i żywy udział w sformowaniu i aktywności Stowarzyszenia
Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej w Nancy. Organizacja ta, bliska ideowo „Filarecji”,
przybrała wszakże inne zawołanie: „Promień”. Ponadto działałem na terenie kuchni studenckiej,
stanowiącej odrębną jednostkę organizacyjną młodzieży polskiej.
Tak trwało, dopóki nie zjechał do Nancy z odczytem - bodaj w 1912 czy 1913 roku - Tadeusz
Szpotański. Propagując ideę przygotowań do przyszłej akcji zbrojnej, której służył na ziemiach
polskich Związek Strzelecki pod wodzą komendanta Józefa Piłsudskiego, uzyskał on swymi wywodami
duży wpływ na grono słuchaczy spośród miejscowej studenterii polskiej. Osobiście zostałem
całkowicie przekonany tak co do słuszności przewidywania wojny europejskiej, jak co do koniecznego
wystąpienia z bronią w ręku pod polskim sztandarem w walce o odzyskanie niepodległości.
Hasłu walki o niepodległość byłem i przedtem wierny stale, jak o tym już wspominałem. Ale byłem
równocześnie stanowczym przeciwnikiem „bojówkarstwa”, i to głównie związało mnie z lewicą PPS.
Teraz dojrzałem inne możliwości walki, tym razem w ramach organizacji wojskowej, nie zaś bojówki
partyjnej.
Gdy więc z kolei zjechał do Nancy wyznaczony przez komendę Związku Strzeleckiego organizator tak
zwanego 5 plutonu kompanii belgijskiej Związku Strzeleckiego (następnie jego komendant) „Kmicic”-
Skrzyński (późniejszy generał Wojska Polskiego w odrodzonym państwie polskim), byłem jednym
z tych, którzy niezwłocznie zgłosili swoje przystąpienie. Przybrałem pseudonim w nawiązaniu do
tytułu przeczytanej niedawno powieści Emila Zoli „Le Rêve” (zrobiła na mnie ta powieść silne
wrażenie).
Konsekwentnie, po włączeniu się do czynnego ruchu niepodległościowego, uznałem za nieuniknione
zerwanie więzi organizacyjnej łączącej mnie z PPS-Lewicą. Zakomunikowałem o tym towarzyszowi
Kantorowi, który bez dyskusji przyjął moją rezygnację do wiadomości.
Ogółem w latach 1913-1914 pluton nancejski Związku Strzeleckiego liczył kilkunastu członków. Wśród
tych, których pamiętam, byli dwaj moi koledzy maturalni: Czesław Filipowicz i Julian Ginsberg.
Zaczęliśmy od teoretycznego poznawania regulaminów strzeleckich. Od czasu do czasu odbywaliśmy
ćwiczenia terenowe. Gdy Skrzyńskiemu udało się przywieźć do Nancy autentyczny karabin systemu
manlicher, ćwiczyliśmy regulaminowe ruchy tą bronią. Ćwiczenia w terenie odbywaliśmy tak za dnia,
jak nocą. Obszarem ćwiczeń był zwykle teren wojskowy na tak zwanym Plateau de Malzéville,
położony na wzniesieniu pod miastem i częściowo zalesiony.
Pamiętam, jak kiedyś wyszliśmy z lasu na otwarte pole tyralierą i dojrzeliśmy maszerujący
w przeciwnym kierunku, lecz w podobnej formacji, oddział wojska francuskiego w ówczesnych
charakterystycznych mundurach. Połączenie w nich granatu i czerwieni rzucało się w oczy. Obie grupy
nie okazały zdziwienia na swój widok. Myśmy mogli byli spodziewać się spotkania na poligonie
ćwiczących grup wojskowych, ale żołnierze francuscy powinni byli być zaskoczeni widokiem młodych
cywilów, kroczących w szyku wojskowym i posłusznych komendzie dowódcy, również noszącego się
po cywilnemu. Ale Francuzi nie okazali zainteresowania naszym pojawieniem się na polu
ćwiczebnym, my zaś dokonaliśmy nakazanego zwrotu w bok i odłączyliśmy się od napotkanego
„nieprzyjaciela”.
Sensacją dla członków organizacji było odwiedzenie naszego plutonu przez szefa sztabu Związku
Strzeleckiego, Kazimierza Sosnkowskiego. Odbyła się zbiórka w mieszkaniu „Kmicica”. Sosnkowski po
przyjęciu raportu przystąpił do rozmów w cztery oczy z każdym z członków. Z krótkiej rozmowy ze
mną wyniosłem pamięć pytań o okres przynależności do Związku i o przyszłe i obecne afiliacje
z partiami politycznymi i ruchami młodzieżowymi.
W ramach przynależności do nancejskiego plutonu i odbytego kursu „rekruckiego” zostałem
zaawansowany do stopnia „sekcyjnego”, czyli odpowiednika kaprala w wojsku. Gdy znalazłem się w
1914 roku w Kielcach, stopień ten był mi od razu zaliczony i służbę w Legionach zacząłem
w charakterze najniższego w hierarchii podoficera.
Byłem bardzo zdyscyplinowanym i wytrwałym uczestnikiem szkolenia wojskowego. Może po raz
pierwszy od czasów szkolnych byłem tak entuzjastycznie nastawiony do swych obowiązków,
dobrowolnie zresztą przyjętych. Związek Strzelecki był terenem, na którym nauczyłem się oddawać
wszystkie siły szkoleniu i wykonywaniu poleceń oraz spełniać je najdokładniej i szybko. Właściwie był
to pierwszy teren, na którym stałem się człowiekiem odpowiedzialnym, dobrze przygotowanym do
przyszłej ciężkiej służby wojskowej, która z kolei przesądziła ostatecznie o umiejętności oddawania
się całkowicie swym obowiązkom w późniejszej służbie państwowej.
Gdy w roku 1914 Skrzyński mówił o formowaniu letniego kursu szkoleniowego w Krakowie,
żałowałem, że nie mogę tam się udać. Za to on sam pojechał do szkoły oficerskiej związkowej i mógł
z kolei w sierpniu wyruszyć do boju w ramach tak zwanej „kadrówki”, wchodząc wkrótce potem do
pierwszej siódemki ułanów, zwanych później od pseudonimu dowódcy (Władysława Beliny-
Prażmowskiego) „beliniakami”.
W szeregach legionowych spotkałem wielu mych „towarzyszy broni” z 5 plutonu kompanii belgijskiej
Związku Strzeleckiego. Ale nie wszyscy mieli tę możność. Ci, co zostali na miejscu we Francji, mieli
sposobność wstąpienia do szeregów polskich noszących nazwę „bajończyków”. W tej formacji
znalazło się paru spośród podkomendnych „Kmicica” z lat 1913-1914.
W początkowym okresie mego pobytu w Nancy interesowałem się również przebywającym w
Lotaryngii wychodźstwem zarobkowym polskim. Nie było tu tak wielkiego skupiska emigracji, jak na
francuskim „Nordzie”, a i rodzaj ludzi poszukujących zarobku był zdecydowanie odmienny. Na
sąsiadującym z Nancy terenie Polacy przebywali przeważnie jako sezonowi robotnicy rolni.
Dziś nie pamiętam już, kto był inicjatorem akcji oświatowej wśród robotników polskich zatrudnionych
w majątkach ziemskich okolicy. Raz jeden znalazłem się na ich zebraniu w jednej z ferm jako
prelegent. Tematu ściśle nie pamiętam, ale w całej akcji chodziło o podnoszenie świadomości
narodowej i krzewienie idei postępu socjalnego. Mój referat był przyjęty przez słuchaczy pozornie
z dużą uwagą, ale pytań czy dyskusji nie było. Nie wiem, czy było to winą mego sposobu referowania,
czy zbyt trudnego tematu dla niewyrobionych „bandosów”, czy po prostu brakiem zainteresowania
przybyłych na prelekcję. Tak czy inaczej akcja nie była długotrwała, a mój występ u robotników
rolnych nie powtórzył się więcej.

SprawaStanisławaBrzozowskiegowkieszonkowymwydaniunancejskim

Słynna była w owych latach postać rewolucjonisty rosyjskiego Burcewa, prowadzącego na emigracji
(w Szwajcarii) skuteczną akcję ujawniania winnych współpracy z carską Ochraną i zwalczania - na
podstawie informacji źródłowych - agentów tej złowrogiej instytucji.
Każda rewelacja Burcewowska była przez ludzi uczestniczących w zwalczaniu caratu przyjmowana
z wstrząsem i jednocześnie ulgą. Zdemaskowanie unieszkodliwiało złoczyńców. Sama zaś akcja,
prowadzona publicznie, czyniła z Burcewa jednego z najbardziej popularnych ludzi. Zwłaszcza od
czasu zdemaskowania słynnego prowokatora Azefa autorytet Burcewa nie był przez nikogo niemal
kwestionowany. Nie ujmowała wiary w jego rewelacje okoliczność, że jego informatorami byli dawni
współpracownicy samej Ochrany, nie mówiąc już o dygnitarzu carskiego departamentu zajmującego
się sprawami tajnej policji.
W związku z rewelacjami Burcewa głośna była walka prowadzona w latach przed pierwszą wojną
światową w polskim środowisku politycznym i intelektualnym o dobre imię Stanisława
Brzozowskiego, człowieka, którego dzieła, pisane z wielkim talentem, pełne ducha nowatorskiego,
czyniły zeń jakby apostoła nowej wiary, a którego nazwisko Burcew pomieścił na liście
demaskowanych informatorów policji carskiej.
Łatwo można sobie wyobrazić, co się zaczęło dziać w naszym środowisku młodzieżowych działaczy
niepodległościowych, gdy z Genewy, z kół socjaldemokratycznych bliskich Burcewowi, przyszło
ostrzeżenie dotyczące jednego z naszych kolegów. Pamiętam, jak jeden z kolegów zwrócił się do mnie
z informacją o otrzymanym liście. Mało znałem tego, którego nazwisko zostało wymienione, a który
niewiele zresztą się udzielał, ale nazwisko jego przypadkowo było mi dobrze znane. Chodziło
o narzeczonego czy starającego się o jedną z najbliższych przyjaciółek mojej siostry. Od siostry
słyszałem o tym studencie z Nancy, którego osoba z wymienionego powodu ją zaciekawiała.
Zdecydowaliśmy się zebrać w najbardziej zaufanym gronie kolegów, aby zdecydować, co czynić.
Grono to stanowili Stanisław Gieysztor (późniejszy komendant Straży Ogniowej Warszawskiej),
Czesław Filipowicz, mój kolega z ławy szkolnej, Szymon Jaroszewski (później działacz Związku Straży
Ogniowych Ochotniczych RP), ja i jeszcze jeden czy dwaj koledzy, których nazwisk nie mogę sobie
przypomnieć.
Padały różne głosy, włącznie do proponowania metod fizycznej likwidacji „zdemaskowanego”. Ale
przyjęty po dyskusji wniosek świadczył o dojściu do głosu trzeźwości. Zdecydowano postawić
„winnego” wobec zarzutu i zorientować się w istocie winy czy niewinności według jego reakcji oraz
ewentualnych dalszych dociekań.
Gromadką udaliśmy się do jego mieszkania. Gdy padły z ust jednego z nas słowa: „Jesteś podejrzany
o agenturalną współpracę z Ochraną” - odrzekł on z całym zewnętrznym spokojem: „Nie udowodnicie
mi niczego.”
Przyznam się, że ta właśnie reakcja pogłębiła moje podejrzenia. Spokój delikwenta był zupełnie
niezrozumiały. Zdawało się, że reakcją osoby niewinnej na podobne oskarżenie powinno było być
oburzenie, rozpacz, fizyczna reakcja na zniewagę, wszystko więc, ale nie apatyczny czy olimpijski
spokój.
Dalej nastąpiła wymiana zdań co do ewentualnych dowodów winy w jego korespondencji osobistej.
„Przejrzyjcie wszystko, co tu się znajduje - mówił delikwent - szukajcie, niczego nie znajdziecie.”
Doraźna, a przeprowadzona z inicjatywy gospodarza „rewizja” istotnie nie ujawniła niczego, co by
mogło świadczyć ujemnie o jego osobie.
Po tym akcie konfrontacji oskarżonego ze stawianymi mu zarzutami nie wiedzieliśmy, co dalej począć.
On sam zachowywał się potem, jakby nic nie zaszło, witał się z kolegami, którzy postawili go pod
ciężkim, choć nie własnym oskarżeniem, i umiał mówić spokojnie na dowolne tematy, pomiędzy
którymi starannie były jednak pomijane kwestie dotyczące działalności rewolucyjnej czy
młodzieżowo-organizacyjnej.
Podejrzany poniósł jednak doraźnie pewne konsekwencje. Wiadomości o objęciu naszego kolegi
zarzutami burcewowskimi czy bakajowskimi (od nazwiska Bakaja, jednego z informatorów Burcewa)
dotarły do rodziny panny, którą się interesował. Nastąpiło zerwanie.
Wszystko to razem było dla mnie niepojęte. „Przecież powinien bronić się” - chodziło mi po głowie,
choć nie umiałbym sam sprecyzować, jaka metoda rehabilitacji mogłaby wchodzić w grę w jego
przypadku. Wojna przerwała dociekania co do jego winy lub jej braku.
Po wojnie ów kolega znalazł się w Polsce w mundurze odrodzonej armii narodowej. Kiedy spotkałem
przypadkowo na ulicy warszawskiej Gieysztora, przypomniał mi on o sprawie. „Coś należałoby z tym
zrobić - uważał Gieysztor. - Trzeba nadać sprawie jakiś bieg, skoro sam zainteresowany nie zatroszczył
się o powstałą wreszcie możliwość rozpatrzenia zarzutów.”
Doszliśmy do wniosku, że właściwą instancją byłby oficerski sąd honorowy z uwagi na noszone przez
obwinionego szlify oficerskie. We dwóch z Gieysztorem wystąpiliśmy z odpowiednim wnioskiem do
władz wojskowych. Sąd zajął się sprawą i wydał następnie orzeczenie oczyszczające. Metoda przez
nas zastosowana stała się błogosławieństwem dla zainteresowanego, który wreszcie mógł nie lękać
się wznowienia oskarżeń, mających jedną jedyną podstawę rzeczową - list ze środowiska
burcewowskiego w Genewie.
Oczyszczony nie zachował urazy do tych kolegów, którzy postawili go w Nancy wobec hańbiącego
zarzutu, ani w stosunku do nas dwóch, którzyśmy zapoznali oficerski sąd honorowy z jego sprawą.
Co do mnie - nie utrzymywałem z nim później kontaktów ani nie spotkaliśmy się przypadkowo.
Pierwszą o nim wiadomość dostałem po jego śmierci, kiedy wdowa zatelefonowała do mnie
i powiadomiła o miejscu i dacie pogrzebu. „Zawiadamiam pana - powiedziała - gdyż (tu wymieniła
imię męża) zawsze mówił o panu jak najserdeczniej i traktował go jak jednego z najbliższych kolegów
i przyjaciół.” Czyżby miał on więc aż tyle obiektywizmu, aby docenić, że Gieysztor i ja działaliśmy
w jego najżywotniejszym interesie? Może, ale nie chciało mi się w to wierzyć. A przecież było to
jedyne wytłumaczenie jego opinii o mojej osobie, wypowiadanej w środowisku najbliższej rodziny.
Osobiście odczułem zdecydowaną ulgę, gdy poznałem orzeczenie sądu honorowego uniewinniające
kolegę nancejskiego z zarzutu, który mógł człowieka unieszczęśliwić na całe jego pozostałe życie. Ale
i wówczas nie mogłem sobie wytłumaczyć jego postawy w chwili, gdy straszliwe oskarżenie zostało
mu rzucone w twarz. „Niczego mi nie udowodnicie” - to nie był krzyk: „Ludzie, jestem niewinny!...”,
jakiego się wówczas i teraz spodziewałbym w podobnej sytuacji.
Sprawa „w wydaniu kieszonkowym” została pomyślnie zamknięta. Nie znalazła natomiast
ostatecznego rozstrzygnięcia „sprawa wielka”. Nie dane było Stanisławowi Brzozowskiemu dostąpić
pełnego oczyszczenia imienia z hańbiących zarzutów. Niektóre z oskarżeń opierają się próbie czasu.
A mimo to przecież nie ja jeden tylko „contra spem spero”. Tak jest bowiem trudno uwierzyć, że
wieszczy budziciel myśli polskiej z początków stulecia mógł nie być człowiekiem wyłącznie czystych
intencji na każdym zakręcie swego życia.

Pojedynek

Rozstrzyganie spraw zwanych honorowymi drogą starć z bronią w ręku było jeszcze w pełni mody
w tamtych czasach. Ale w moim gronie koleżeńskim występowały już sprzeciwy. Kpiono zarówno
z samej zasady pojedynku, zwłaszcza w wydaniu pospolitym na gruncie francuskim, gdzie często
starcia honorowe odbywały się w atmosferze szczególnie łagodnych warunków, a równocześnie
w uroczystej formie i z reklamą prasową, jak i z kodeksu honorowego Boziewicza, zazwyczaj
w środowiskach polskich stosowanego, a mocno trącącego myszką.
Nie przeszkadzało to, że gdy już dochodziło do zniewag czy tego, co się za obrazę poczytywało,
uciekano się z reguły i w naszym środowisku do posyłania świadków i działania w faktycznej zgodzie
z przepisami kodeksu honorowego. Aby uniknąć fikcji pojedynku wysuwano zwykle poważne warunki
starć bronią białą czy wymiany strzałów z pistoletów. W wielu jednak przypadkach rozsądek
sekundantów prowadził do polubownego załatwienia sprawy lub do sądu honorowego zamiast
pojedynku.
Przyczyny zatargów w środowisku studenckim były bardzo różnorodne. Nierzadko były to spory
wynikłe z nieporozumienia lub drobnych uchybień grzeczności. Niekiedy jednak postępowanie
honorowe było skutkiem „rękoczynów” i wtedy rzecz była traktowana całkiem serio: policzek był
uważany za wielką zniewagę.
Zanim przejdę do opowiedzenia o pojedynku pomiędzy dwoma mymi kolegami, w którym
występowałem w początkowej fazie w charakterze sekundanta jednego z nich, pragnę przytoczyć
inne przykłady „zatargów honorowych”, należących do kategorii walki o drobiazgi.
Mieliśmy na przykład miłego kolegę, przepadającego za kawałami wszelkiego rodzaju
i zdecydowanego kpiarza, który nosił nazwisko Słowik. Jego zwykły wyraz twarzy (stały ironiczny
uśmieszek) powodował niepewność, czy mówi serio, nawet wtedy, kiedy był jak najbardziej poważny.
Rodzaj niewinnych zresztą figli, jakich bywał sprawcą, ilustruje następujący przypadek, zaszły w czasie
gromadnego wypadu koleżeńskiego poza granicę francusko-niemiecką do alzackiego Metzu. Gdyśmy
przyjechali na dworzec kolejowy tego miasta, Słowik, idący na przedzie, tuż przed wyjściem na plac
przeddworcowy zwrócił się do napuszonego żandarma pruskiego, stojącego poważnie na posterunku
przy drzwiach wyjściowych, z rodzajem ukłonu, polegającego na przesunięciu melonika do pozycji
poprzecznej, i zapytał z udaną grzecznością: „Czy zechciałby pan wskazać mi wyjście na miasto?”
Żandarm wyczuł kpiny w sposobie zachowania się przyjezdnego i zmierzył go surowym wzrokiem.
Interwencja kogoś spośród nas o charakterze przeprosin uchroniła Słowika od przykrej reakcji
żandarma pozbawionego poczucia humoru.
Otóż ten Słowik musiał wyzwać kiedyś kogoś po następującej ceremonii przedstawiania się:
„Wróbel jestem” - wymienił nazwisko spotkany kolega.
„Słowik jestem” - rzekł ze swym kpiarskim wyrazem twarzy Słowik.
„Osioł pan jesteś” - zareplikował Wróbel, który uznał, że świeżo poznana osoba wyśmiewa się z jego
nazwiska.
W tym przypadku nietrudno było zastępcom stron wyjaśnić rzeczywisty stan rzeczy i spowodować
przeproszenie Słowika za obrazę, dokonaną wskutek „ornitologicznego” zbiegu nazwisk.
Sam też kiedyś posłałem świadków pewnemu studentowi Francuzowi, czując się dotknięty jego
lekceważącym zachowaniem. Wyraźnie zastrzegłem swym zastępcom, że jako obrażony domagam się
satysfakcji w walce na pistolety, i to z zastrzeżeniem trzykrotnej wymiany strzałów, czyli
z perspektywą unieruchomienia jednego z przeciwników. Sekundanci drugiej strony proponowali
szable lub szpady, ale moi zastępcy twardo stosowali się do mego życzenia, wspartego przywilejem
obrażonego do dyktowania rodzaju broni pojedynkowej.
Butny Francuz o nazwisku ze szlachecką partykułą „de” cofnął się przed groźbą poważnego starcia
pojedynkowego i ostatecznie zgodził się na napisanie przeprosin w kategorycznej formie,
podyktowanej przez moich zastępców honorowych.
W przypadku innego zatargu chodziło o spoliczkowanie jednego kolegi przez drugiego. Ustalono
zasadę pojedynku na pistolety. Zastępcy stron (byłem jednym z nich) zaczęli się wobec tego
zastanawiać, gdzie ów pojedynek ma się odbyć. Prawnie we Francji pojedynki były zakazane, a my,
jako cudzoziemcy i tylko studenci, nie mogliśmy liczyć na wyrozumiałość, stosowaną przez policję
wobec znanych szeroko osób z francuskiej elity społecznej.
Ktoś poinformował nas, że inaczej rzecz ma się w Holandii. Wobec tego zdecydowaliśmy się na małą
plażę Tarneuzen, położoną w niewielkiej odległości od belgijskiej Antwerpii. Miejscowość powinna
była być opustoszała, bo było to zimą, już dawno po sezonie. Pojechaliśmy więc z Nancy do
Terneuzen dwiema trzyosobowymi grupami. Na miejscu świadkowie wyznaczyli miejsce, a jeden
z nich udał się do miejscowego lekarza z zaproszeniem do zapewnienia na miejscu pojedynku pomocy
lekarskiej.
Miasteczko było istotnie puste i niemal martwe. Ludność składała się jakby wyłącznie z rybaków
i wieśniaków, ubranych w charakterystyczne stroje narodowe, z reguły noszących drewniane saboty.
Europejskie odzienie mieli tylko funkcjonariusze kolejowi i policjanci. Jak się potem okazało,
miejscowy komisarz policji dysponował aż sześciu ludźmi.
Gdyśmy znaleźli się o ustalonej godzinie na wyznaczonym miejscu plaży, lekarz nie przybył. Zastąpiła
go policja w komplecie z komisarzem na czele, który powiadomiony przez lekarza przybył zapobiec
pojedynkowi, również tu zakazanemu prawnie. Komisarz oznajmił nam o niedopuszczalności odbycia
pojedynku i polecił wyjechać z powrotem do Belgii najbliższym pociągiem. Czas pozostały do odejścia
pociągu mieliśmy spędzić w komisariacie policji. Do udania się tam komisarz wezwał nas w formie
grzecznego zaproszenia, wypowiedział je jednak ze stanowczością w głosie.
Trzeba było pójść za tym grzecznym rozkazem. Komisarz zaprosił naszą szóstkę do swego lokalu
biurowego i będąc usposobiony towarzysko, a wiedząc już o naszej narodowości, podjął temat
historyczny - ku naszemu zdziwieniu: dzieje Polski! Zaimponował nam wszystkim swoją solidną
wiedzą o Polsce. Wyjaśnił nam, zdumionym, że jego hobby to właśnie historia naszego narodu. Miał
zaś najwidoczniej wiele czasu wolnego, bowiem opanował przedmiot nie tylko nie gorzej, ale
znacznie gruntowniej od nas samych. O właściwej godzinie sympatyczny komisarz odprowadził nas na
dworzec i uprzejmie pożegnał, spokojny, że już następna stacyjka leży poza granicą holenderską.
O dalszym biegu nie załatwionej sprawy honorowej zdecydowaliśmy przesądzić po powrocie do
Nancy. Oddzielnymi już trójkami odbywaliśmy dalszą drogę z Antwerpii do Brukseli, gdzie nasza grupa
zatrzymała się na jedną dobę. Wypadał właśnie „mardi gras” i chcieliśmy obejrzeć weselącą się ulicę
brukselską z racji tego obchodu.
Tu, w Brukseli, wydarzyła mi się przygoda podobna do późniejszego o szereg lat paryskiego spotkania
z kelnerem z Nancy. Gdyśmy siedzieli na tarasie jednej z kawiarni na Boulevard d’Anspach, jakieś
męskie domino spośród wesołych przechodniów zbliżyło się do mnie i powiedziało: „Comment ça va,
monsieur Kulski?” Nie rozpoznałem mego rozmówcy, więc uchylił domina, ukazując pod nim mundur
żołnierza armii belgijskiej. Gdy i to nie ułatwiło mi rozpoznania, wymienił nazwisko i dodał, że jest
synem gospodyni brukselskiej, u której dawniej zamieszkiwałem. Wtedy dopiero uświadomiłem
sobie, że go znam i że na kilka czy kilkanaście tygodni przed moim wyjazdem z Brukseli rozpoczął on
odbywanie obowiązku wojskowego. Sam fakt munduru pod dominem w Belgii mnie nie zdziwił.
Przypomniałem sobie, jak kiedyś mijałem oddział wojskowy na ulicy biegnącej w dół od bulwarów
w kierunku Grand’Place i kiedy to z szeregów wybiegł jeden z żołnierzy w pełnym ekwipunku
ćwiczebnym (z tornistrem na ramieniu i z karabinem w ręku) tylko po to, aby się ze mną przywitać.
Był to ten sam młody człowiek, który obecnie w dominie karnawałowym podszedł do mnie.
W Nancy zapadła decyzja zmiany broni pojedynkowej na szable. Taki pojedynek można było
przeprowadzić i w sali szermierczej, nie zwracając na siebie uwagi; na miejscu zaś nie było kłopotu
z pozyskaniem znajomego lekarza do asysty. Ponieważ jednak jeden z przeciwników nigdy nie miał
szabli w ręku, nie mówiąc już o systematycznym ćwiczeniu szermierki, sekundanci obu stron zgodzili
się, że termin pojedynku ulegnie pewnemu odroczeniu, a strony będą uprawnione do wzięcia po kilka
lekcji u fechmistrza.
Pojedynek tym razem udało się przeprowadzić. Jeden z przeciwników doznał lekkiego zranienia w kiść
dłoni. Honorowi stron stało się kodeksowo zadość, ale poszkodowanym był właśnie znieważony.
Przy pojedynku tym nie byłem już obecny, ponieważ zrezygnowałem z roli sekundanta. Stało się tak
dlatego, że obaj przeciwnicy zamierzali mnie z kolei wytoczyć sprawę honorową, a to w związku
z wydaniem właśnie wtedy - z inicjatywy kolegi Wierzbickiego - humorystycznego pisemka. Wśród
autorów nie zabrakło i mnie, a mój wiersz o nieudanej eskapadzie do „krainy serów, krów
i wiatraków” znalazł się na poczesnym miejscu jednodniówki. Historia była zabawna dla czytelników
z wyłączeniem jedynie głównych bohaterów wyprawy do Terneuzen. Ci poczuli się dotknięci. Do mej
sprawy honorowej jednak z żadnym z przeciwników z Terneuzen nie doszło. Wyperswadowano im, że
nie należy się obrażać o dobry żart.

«Fuks»i«madameFuchs»

Nietańczący - bywałem wszakże na balach nancejskich. I to czasami w charakterze „gospodarza balu”.
Chodziło w takich przypadkach o bale urządzane przez studenterię polską na rzecz jej celów
organizacyjnych. Cieszyły się one znacznym powodzeniem u miejscowych rodzin francuskich,
odbywając się w starannie dobranych lokalach i przy wielkiej dbałości gospodarzy o przyzwoite
zachowanie się obecnych kolegów-Polaków.
Nie przeszkadzało to, że niekiedy pojedynczy koledzy nie wytrzymywali wesołego nastroju, wspartego
nadmierną ilością trunków. Trzeba było wtedy zaopiekować się nimi, grzecznie usunąć z zabawy, a w
razie potrzeby i odstawić do domu.
Razu pewnego jeden z pierwszorocznych studentów polskich, przezywany z tej racji fuksem,
wykończył się dokładnie zbyt często powtarzanymi gobeletami szampana. Mnie wespół z innymi
spośród gospodarzy wypadło zająć się jego dalszymi losami, ale nie znaliśmy jego adresu. Pytany
delikwent wymienił adres i nazwisko gospodyni. „Pani Fuks” - wykrztusił.
Ubawiło nas to szczególnie: „Fuks mieszka u pani Fuks.”
Przypuszczaliśmy, że fuks bełkoce niedokładnie, ale zdecydowaliśmy spróbować. Gdy jednak wioząca
nas taksówka zatrzymała się pod wskazanym adresem, przeczytaliśmy na tabliczce przy dzwonku
nazwisko: „Madame Fuchs”.
Fuks nie pokręcił nic mimo swego stanu. Uwierzyliśmy więc mu, gdy wskazał pokój na pierwszym
piętrze jako zajmowany przez siebie. Poprzednio zaś wręczył nam wyciągnięty z kieszeni klucz do
drzwi wejściowych domu, nie musieliśmy więc dzwonić i budzić właścicielki, która z pewnością
zareagowałaby nieuprzejmie, a może nawet - widząc stan swego sublokatora - wypowiedziałaby mu
mieszkanie.
Po wąskich schodach jakoś wnieśliśmy czy raczej wciągnęliśmy fuksa na górę, nikogo nie budząc.
Położyliśmy go do łóżka. Zadanie właściwie było zakończone. Ale byliśmy troskliwi nadmiernie, bo
i sami byliśmy lekko pod rauszem. „Trzeba mu zabrać wszystko, czym mógłby spowodować pożar.”
Zabraliśmy więc zapałki, uniemożliwiając zapalenie papierosa, gdyby mu na to przyszła ochota,
i nawet latarkę elektryczną. Dowodziło to nade wszystko, że i obaj konwojenci mieli w czubie, chociaż
panowali nad sytuacją w sposób nie kompromitujący ich samych.
Nazajutrz fuks otrzymał z powrotem zabrane przedmioty i bardzo się dziwił, czemu zabraliśmy
i latarkę elektryczną. „To przecież niczym nie groziło” - bąkał. Ale z fuksem nie było powodu się liczyć
nadmiernie. Musiało mu wystarczyć powiedzenie: „Byłeś tak wlany, że wszystkiego można było się
spodziewać.”
Było zwyczajem na podobnego rodzaju zebraniach pić szampanem bruderszafty - każdy z każdym.
W tym celu zamawiało się po setce gobeletów szampana jednorazowo. Po takim masowym przejściu
na „ty” na drugi dzień przeważnie nic się nie zmieniało we wzajemnych stosunkach, gdyż i niewiele
pozostawało w pamięci. Ale nawet przy pewnym nadużyciu alkoholu koledzy zachowywali się zwykle
poprawnie i grzecznie wobec pozastudenckich gości balu, zyskując sobie dobrą opinię i szansę na
ponowne zaproszenie do udziału w polskich imprezach dochodowych.
Bale od czasu do czasu były sposobnością do poznania panien, które stawały się potem małżonkami
polskich studentów. Kandydatek po temu nie brakowało w mieście, gdzie istniała tradycja współżycia
polsko-lotaryńskiego. Jeśli wypadki ślubów mieszanych nie były jednak częste - zapisać należało to
raczej na konto wstrzemięźliwości młodzieży polskiej w angażowaniu się w wieczyste więzy
małżeńskie. Inaczej było, gdy chodziło o związki niewieczyste, po czemu także nie brak było ochoty ze
strony miejscowych dziewcząt, zwykle jednak nie pochodzących ze środowisk, które były
reprezentowane na balach polskiej studenterii.

Inne„passe-temps”

Sport niewiele zajmował nas w okresie nancejskim. Ale robiliśmy dość często wycieczki rowerowe. Ci
z bliskich mi kolegów, którzy posiadali własne rowery, jak Julek Ginsberg, korzystali z nich oczywiście,
gdy ja i niektórzy inni musieliśmy i na terenie nancejskim korzystać z wypożyczalni. Nie było to jednak
drogie i nie żądano od nas kaucji.
Tereny w okolicy Nancy były ciekawe i ładne, ale nawet gdy chodziło o przejażdżkę do określonego
celu, zwykle jakiegoś miasteczka, jechało się dla samej satysfakcji jazdy i towarzystwa kolegów. Takie
całodzienne jazdy wymagały pokonania niekiedy do stu kilometrów w obie strony. Zazwyczaj jednak
jeździło się do celów oddalonych najwyżej o dwadzieścia kilometrów. Jeździło się też niekiedy na
wycieczki tramwajami podmiejskimi.
W czasie jednej z wycieczek rowerowych miałem przykrą przygodę. W górzystym, zarośniętym
terenie wjechałem na spadzistą ścieżkę, po której obu stronach były dość głębokie wykopy po jakichś
robotach ziemnych. Ścieżka była dobrze ubita, ale wąska - szerokość około półtora metra. Byłem
w połowie drogi, gdy zza zakrętu wyszła mi naprzeciw idąca parami wycieczka uczniowska.
Próbowałem hamować - bez skutku. Wobec tego położyłem stopę na oponie przedniego kola, aby nie
wjechać na idących ku mnie, którzy nie mieli dokąd ustąpić, oraz żeby samemu nie spaść do
kamienistych dołów przy ścieżce. Tym razem środek hamowania był nieoczekiwanie skuteczny.
Wyleciałem ponad kierownicą na ścieżkę, rower na szczęście upadł również na nią. Rezultatem była
zdarta skóra na obu dłoniach. Zjechałem następnie w dolinę bez trzymania rękami kierownicy
i odbyłem nawet jeszcze kilka kilometrów dalszych aż do najbliższej stacyjki kolejowej. Stamtąd już ja
i rower odbywaliśmy jazdę w wagonie. Tak samo wracał towarzyszący mi w wycieczce Julek Ginsberg.
W Nancy istniał wówczas teatr, wystawiający również opery. Ale tam nie chodziłem z uwagi na
wysoki dla mnie koszt wstępu przy nie najwyższym poziomie artystycznym. Uczęszczałem do kina,
najczęściej do lokalu, w którym przy stolikach podawano napoje, zwłaszcza piwo i lemoniadę,
a równocześnie na ekranie wyświetlano filmy. Wstęp był bezpłatny, obowiązywała tylko dowolna
„konsumpcja”. Sam lokal mieścił się w dobrym punkcie śródmieścia, jednak w budowli drewnianej
o charakterze zwykłej szopy czy hangaru. Raz lub dwa razy do roku chodziło się też do miejscowego
kabaretu Casino de Nancy na nie najgorsze, choć czasami ryzykowne programy rewiowe, przy udziale
przyjezdnych artystów, niekiedy zresztą, choć nie z reguły, na wysokim poziomie. Nie pomijało się
dorocznych jarmarków („foires”). Chodziłem także patrzeć na coroczną rewię wojskową. Przemarsz
pod okiem komendanta XX korpusu oddziałów różnych broni wypadał przy ówczesnych barwnych
mundurach okazale. Tego bezpłatnego widowiska nie należało pomijać.
Bardzo rzadkie wpadnięcia do droższych restauracji na jakieś nieznane danie lub dla satysfakcji
zmiany stałego, taniutkiego „Josta” na lokal bardziej reprezentacyjny - należały do rozrywek
uświetniających pobyt. Czy to były udka żabie w znanej „Brasserie Viennoise”, czy jakieś wytworne
danie mięsne u „Pigueta” - uciecha była wielka. A gdy się było potem głodnym, można było zażądać
dodatkowo sera, którego podawano wiele gatunków do wyboru, nie wliczając go ani chleba do
rachunku za zjedzony obiad, choćby ten zawierał - jak w naszym przypadku - tylko jedno danie, i to
bez trunków.
U „Josta”, gdzie jadało się obiady „à prix fixe” z dodatkiem karafeczki „vin du pays” po franku
i ćwierci, miało się drugie po Café Glacier miejsce spotkania z kolegami. Co do mnie, to twierdziłem
ustawicznie, że Jost zdziera z nas, bo taki obiad w Brukseli miewałem za franka. Ale w ogóle Nancy
było droższe od Brukseli. Dotyczyło to w szczególności podnajmu pokoi. Nie było tu mowy, jak w
Ixelles, o znalezieniu pokoju za 15 franków miesięcznie.
Częstym zjawiskiem były okolicznościowe obchody w dni pamięci narodowej. Nie były one podobne
do późniejszych akademii w Polsce, schematycznych i nudnych. Obsługiwano te uroczyste zebrania
własnymi wyłącznie siłami, dbając o żywość i krótkość przemówień oraz o jakieś na możliwym
poziomie występy artystyczne, oczywiście amatorskie, takie, na jakie stać było chętnych kandydatów,
zapraszanych wszakże po dokładnym zbadaniu i stwierdzeniu kwalifikacji.
Osobiście dość często byłem zapraszany do wygłaszania wstępnego przemówienia
okolicznościowego. Pamiętam początkowe słowa jednego z nich, poświęconego rocznicy powstania
styczniowego. Były to: „Poszli w las...” Oczywiście domyślni mówili mi potem z sarkazmem: „Masz
nadmierne ambicje, naśladujesz Żeromskiego, a to za wysokie progi literackie dla takiego autora jak
ty.” Ale byli i inni, którzy - jak Todzio Karnkowski - całkiem serio doszukiwali się talentu w moich
przemówieniach i utworach, włącznie z wierszykami satyrycznymi. Dziś mogę powiedzieć, że takie
przesadne pochwały nigdy mi w głowie nie przewróciły: pisałem i mówiłem jak umiałem, bez żadnych
pretensji.
W owym czasie przy całej swej nieśmiałości miałem, jak i później, znaczną przytomność umysłu,
łatwość zręcznej riposty i zwykły ton kpiarstwa tak z innych, jak z siebie. Dałem temu później wyraz
w piśmie frontowym już za czasu służby legionowej, ale o tym potem.
Humor towarzyszył mi długo, ale nie przetrwał okresu okupacji 1939-1945. Toteż raz w latach po
drugiej wojnie światowej powiedziałem publicznie, czyniąc aluzję do niezręcznego zastosowania
żartobliwej formy przez konferansjera pewnego obchodu wobec bolesnego dla zebranych tematu:
„Byłem dawniej i współredaktorem, i współpracownikiem pism humorystycznych, ale od czasu
okupacji hitlerowskiej stałem się nieco ponurakiem i dlatego może uważam, że o sprawach
poważnych trzeba zawsze mówić poważnie.”

III. Udział w walkach zbrojnych

«Proszępoczekać-wkrótcewrócę»

Przyjemne chwile wakacyjne w Salzburgu i Wiedniu, spędzane w pierwszej połowie lipca 1914 roku
na poznawaniu tych miejscowości w towarzystwie wuja Urbańskiego, nie pozwalały zbytnio myśleć
o narastającej nad Europą burzy. Ale już w dalszej drodze z Wiednia do kraju coraz częściej nasuwała
się myśl: Co z tego wyniknie? Prasa alarmowała wiadomościami o wciąż pogarszającej się sytuacji
politycznej.
Po przyjeździe do Częstochowy zgłosiłem się do huty „Raków”, aby objąć praktykę. Podobnie jak
w roku poprzednim miałem pracować w elektrowni huty. Kierownikiem elektrowni był inżynier, który
pozyskał mój pełny szacunek i sympatię. Nie przywiązywał on wyłącznej wagi do dyplomów, lecz
sprawdzał zawsze przydatność praktyczną kandydatów do pracy. Młody, świeżo upieczony inżynierek
zazwyczaj spotykał się z jego strony z następującą propozycją: „Zaangażuję pana na robotnika
dniówkowego, niech pan pokaże przy warsztacie, co umie.” Objaśniał to niekiedy tak: „Jeśli pan ma
dawać polecenia robotnikom, musi pan umieć wykonać sam to, co pan zleca do wykonania. Inaczej
pan nie będzie miał niezbędnego autorytetu.” Ten, który dość zaskakującą propozycję akceptował, po
udowodnieniu swej umiejętności posługiwania się urządzeniami warsztatowymi, a jednocześnie po
ujawnieniu dobrego opanowania ukończonej specjalności, mógł liczyć na korzystne zatrudnienie po
krótkim okresie egzaminu praktycznego. Ci zaś, którzy uważali postawioną im propozycję za coś
w rodzaju obrazy, a ewentualność stanięcia na równi z robotnikami przy warsztacie - za rzecz poniżej
swej „godności”, odchodzili, zmuszeni poszukiwać „lepszego” przyjęcia gdzie indziej.
Ja sam, mając zresztą dość mętne kwalifikacje techniczne, spotkałem się z podobną nauczką. Kiedyś
mój szef polecił mi zaprojektować jakieś proste urządzenie. Zasiadłem do kreślenia i po pewnym
czasie przedstawiłem projekt rozwiązania. Inżynier poważnie przyjrzał się wykreślonemu projektowi,
po czym równie poważnie powiedział: „A teraz niech pan przejdzie na plac i znajdzie wśród
porzuconego szmelcu żeliwne kształtki, które by mogły zapewnić dostateczne rozwiązanie.”
Nazwisko tego zwierzchnika-wychowawcy umknęło mi z pamięci, czego bardzo żałuję, bo człowiek
ten zasługiwał na zapamiętanie go na całe życie.
16

W tym osobliwym roku 1914 praktyka moja w „Rakowie” nie była długotrwała. Wojna niemiecko-
rosyjska wybuchła, gdy byłem w toku praktyki, nocując jednak przeważnie u wujostwa
Błaszczyńskich, a traktując przydzielone mi miejsce noclegowe w domach robotniczych huty jako
rezerwę na wypadek zapóźnionego pozostania na terenie „Rakowa” i korzystając z niego tylko od
czasu do czasu.
Antoni Błaszczyński, mąż siostry ciotecznej mojej matki, był w tym okresie właścicielem, a drugi wuj,
jej brat rodzony, Bolesław Urbański - wspólnikiem i kierownikiem pracowni cukierniczej w
Częstochowie. Cukiernia Błaszczyńskiego wyrobiła sobie swymi doskonałymi wyrobami dużą
popularność, a lokal stał się jakby „salonem Częstochowy”, nie tyle może ze względu na urządzenie,
ile na łatwość spotykania tu miejscowych znakomitości. Dotyczyło to tak polskiej inteligencji i
mieszczaństwa, jak wojskowych i urzędników carskich, którzy również chętnie tu wpadali na kawkę,
mazagran czy ciastka.
Urbański, postawny, przystojny, ugrzeczniony wobec wszystkich, szarmancki wobec pań, nadawał ton
stosunkowi do „gości”. Z reguły po ukończeniu prac „na dole” (w pracowni) przechodził do lokalu na
parterze, gdzie pełnił funkcję współgospodarza i sprzedawcy z wielkim powodzeniem. Pozyskiwał on
sobie szybko zaufanie klientów i z ich zwierzeń znał w pełni istotę i kulisy życia miasta, a także miał
dobrą orientację co do zamierzeń władz.
Błaszczyński, niedużego wzrostu, mniej reprezentacyjny w ruchach i zachowaniu, miał duży talent
organizacyjny, wrodzony zmysł kupiecki i jakieś ślepe szczęście do operacji finansowych
(„interesów”). Ale klientów cukierni przede wszystkim zdobywał Urbański - zarówno jakością swej
produkcji, jak pociągającą osobowością.
Częstochowa była wówczas miastem bardzo bliskim granicy. Toteż niezwłocznie po wybuchu wojny z
Niemcami podjęto kroki w kierunku pośpiesznej ewakuacji stąd władz i wojska oraz usuwania

16
Obecna dyrekcja Zakładu, do której się zwróciłem z prośbą o zidentyfikowanie naczelnika elektrowni sprzed
lat ponad pięćdziesięciu, nie była w stanie - niestety - przyjść mi z pomocą. (Przyp. aut.)
dobytku rządowego, aby nie wpadł w ręce wroga, w którego szybkie posuwanie się naprzód nikt nie
wątpił.
Krytyczny dzień ewakuacji spędziłem w Częstochowie, nie jadąc do „Rakowa”, lecz przebywając
przeważnie w narożnej salce cukierni. Niekiedy, lecz z rzadka i na krótko, wychodziłem „na miasto”.
W czasie jednej z takich indywidualnych inspekcji terenu dojrzałem na którejś z przecznic Alej płynący
rynsztokami spirytus, który rozmaite męty i nieokreślona publiczka czerpała wprost z rynsztoka. To
administracja monopolowa spuszczała cenny płyn ze zbiorników do kanałów ulicznych. Bardziej
jeszcze niż ogólny nastrój podniecenia, czy nawet informacje „z dobrego źródła”, obserwacja ta
upewniła mnie o bardzo bliskim oddaniu miasta w ręce niemieckie.
W pewnym momencie tegoż dnia wszedł do cukierni jakiś oficer żandarmerii i podjął rozmowę z
Urbańskim. Ten zaś z kolei podzielił się ze mną wiadomością: ewakuacja jest urzędowo zarządzona
i realizacja jej jest w pełnym toku.
Teraz myśl moja skupiła się na jednym: nie dać się wywieźć, a następnie jak najszybciej dostać do
oddziałów strzeleckich, które niewątpliwie realizują teraz program walki zbrojnej z caratem. Jako
żołnierz Związku Strzeleckiego poczytywałem za naturalne, że w takiej sytuacji muszę uważać się za
zmobilizowanego i stawić „pod broń”.
Cały ten dzień minął bez decydujących zdarzeń. Przespałem spokojnie noc, ale wstałem następnego
dnia dostatecznie wcześnie, aby wyszedłszy na Aleje ujrzeć pierwszy wkraczający do miasta patrol
ułanów pruskich. Częstochowa została zajęta przez armię dowodzoną przez gen. Woyrscha. Jego
sztab zakwaterował się w Hotelu Angielskim na wprost niemal dworca kolejowego. Zaczęła się
okupacja niemiecka.
W mieście przeważały wojska pospolitego ruszenia niemieckiego. Nie mogły mi one zaimponować
swą postawą. Uważałem, że sam lepiej nosiłbym mundur wojskowy - strzelecki, oczywiście - gdyż nie
zmobilizowany i nie ewakuowany przez władze carskie zapomniałem od razu i na zawsze, że dzięki
uczynności babki i doktora Grubskiego byłem posiadaczem czerwonego biletu „ratnika opołczeńja II
razriada”.
Zaczęły mijać dni. Moja praktyka w „Rakowie” ustała zupełnie. Różne wieści o zachowaniu się
okupanta niemieckiego zaczęły wzburzać opinię miejscową. Szczególnie silne wrażenie wywołało
zbombardowanie Kalisza z rozkazu majora Preuskera tytułem drakońskiej kary za jakieś wykroczenie,
i na małą skalę podobny wypadek gwałtu wojsk niemieckich w samej Częstochowie. Docierały tu też
często wieści o działaniach „sokołów” czy „strzelców” na terenie Kielecczyzny. Ale te były bardzo
ogólnikowe i niewiele orientowały mnie, w jakim kierunku mam działać, aby wziąć czynny udział
w walce o niepodległość Polski.
Wreszcie pewnego dnia w drugiej połowie miesiąca wujowie donieśli mi, że zjechał z Krakowa jakiś
przedstawiciel jakiegoś nie znanego mi polskiego komitetu, nazwiskiem Władysław Studnicki.
„Pokażemy ci go, gdy przyjdzie do cukierni, będziesz mógł z nim pogadać i ewentualnie porozumieć
się co do twych zamiarów.”
Tak też się stało. Studnicki przyszedł do cukierni, zbliżyłem się do niego, przedstawiłem
i powiedziałem o mym członkostwie w Związku Strzeleckim, zgłaszając prośbę o dopomożenie mi
w trafieniu do szeregów. Studnicki powiedział mi na to: „Proszę jutro po południu (o godzinie chyba
drugiej czy trzeciej o ile pamiętam) przyjść do mnie do hotelu, wtedy sobie sprawę omówimy.”
Wskazał numer zajmowanego pokoju, w tym samym hotelu, w którym urzędował sztab generała
Woyrscha.
Oczywiście w wyznaczonym terminie punktualnie i z biciem serca zgłosiłem się u Władysława
Studnickiego, delegata Naczelnego Komitetu Narodowego z Krakowa. Pokoik, który zajmował, był
niewielki, położony na parterze, z oknem wychodzącym na podwórze, gdzie można było widzieć
liczne wozy taborowe niemieckie.
Studnicki odezwał się po przywitaniu: „Chcę panu pomóc, a poza tym jest tu grupa ochotników,
których też trzeba wysłać do Kielc. Zaraz się rozejrzymy w sytuacji.”
Zauważyłem nieśmiało, że z bocznicy rakowskiej odchodzą codziennie pociągi towarowe do Kielc.
Trzeba tylko mieć zezwolenie władz niemieckich na przejazd nimi. Studnicki zlekceważył tę uwagę
i otworzył walizkę, stojącą na podłodze za stolikiem przy oknie, przy którym siedzieliśmy. Wyjąwszy
z niej mapę (a wtedy dojrzałem wewnątrz walizki niezwykły wręcz nieporządek), rozłożył ją na stole
i zaczął rozpatrywać na niej drogi łączące Częstochowę z Kielcami. W pewnej jednak chwili podniósł
się, wziął płaszcz i kapelusz i oświadczył: „Przypomniałem sobie o ważnym spotkaniu. Ale niech pan
nie opuszcza pokoju. Proszę poczekać, wkrótce wrócę.”
Gdy wyszedł, czekałem cierpliwie przez pierwszy kwadrans i drugi. Gdy minęło pół godziny, zacząłem
się niecierpliwić. Jeszcze kilkanaście minut i wstałem z krzesła, sam z kolei wziąłem kapelusz
i wyszedłem, zamknąwszy oczywiście drzwi od pokoju i oddawszy przepisowo klucz w portierni.
Nazajutrz Studnicki zjawił się znowu w cukierni Błaszczyńskiego i zobaczywszy mnie, powiedział:
„Dobrze pan zrobił, że na mnie nie czekał. Ja pojechałem do Radomska, a tymczasem Niemcy mogli
byli pana aresztować.”
„A to czemu?” - zdumiałem się.
„Jakiś oficer inspekcyjny niemiecki, chodzący po podwórzu pomiędzy taborami, zauważył nas obu
siedzących przy mapie w pokoju hotelowym. Wzbudziło to jego podejrzenia i uznał za konieczne
zaalarmować jakieś inne organa. W rezultacie przyszli skontrolować rzecz na miejscu. Gdybym był,
z łatwością wylegitymowałbym się i sprawa byłaby skończona. Ale w mej nieobecności zatrzymaliby
pana na wszelki przypadek.”
Pomyślałem sobie: Cóż to za nieobliczalny człowiek! Prosił o zaczekanie na swój powrót, kiedy
wyjeżdżał aż do Radomska, co wymagało około godziny dla dojechania i tyleż dla powrotu. A przecież
i tam, na miejscu, załatwienie sprawy, w której się udawał, wymagało jakiegoś czasu. Musiałbym więc
czekać co najmniej trzy-cztery godziny, aby doczekać się powrotu pana Władysława Studnickiego!
Łącznie z nieporządkiem w rzeczach osobistych, ujawnionym przy otwieraniu walizki, i niedbałością
w odzieniu (duży plastron krawata przesuwał mu się gdzieś na tył szyi), zacząłem patrzeć na
Studnickiego jako na dziwaczną postać. Ale oczywiście temu wrażeniu nie dałem żadnego wyrazu,
natomiast zapytałem, czy będzie łaskaw pamiętać o mojej prośbie.
„Na pewno panu załatwię! Gdy rzecz będzie przygotowana, dam panu znać.”
Dotrzymał słowa. Zawiadomił mnie po pewnym czasie, że następnego dnia będzie miał do dyspozycji
cały wagon towarowy w składzie pociągu idącego do Kielc. Mam więc być na miejscu w Rakowie
o określonej godzinie i towarzyszyć w drodze kilkunastu ochotnikom do Legionów w charakterze
prowizorycznego kierownika transportu. „Sam także z wami pojadę, bo mam swoje sprawy w
Kielcach” - dodał Studnicki na zakończenie.
Powiadomiłem wujów. Dostałem od Urbańskiego 20 rubli w złocie „na wszelki przypadek”. Nazajutrz
pożegnałem się z wszystkimi kuzynami i udałem do Rakowa. Wyjazd stamtąd odbył się zgodnie
z poprzednimi ustaleniami. Objąłem swego rodzaju komendę nad zebranymi ochotnikami
częstochowskimi i w drodze starałem się ich uświadomić o celach walki z Rosją w intencji odzyskania
przez Polskę niepodległości. Słuchacze byli chętni i ciekawi wszystkiego, co mówiłem. Studnicki był
zajęty sobą, zamyślony, z początku tylko przysłuchując się mym pouczeniom.
Do Kielc dojechaliśmy około dziesiątej wieczorem. Studnicki wskazał mi siedzibę komendy legionowej
miasta i oddalił się po pożegnaniu. Nigdy więcej w życiu nie spotkałem go, nie licząc oczywiście
widzenia z daleka na procesie, wytoczonym mu wiele lat później przez Starzyńskiego - wówczas
prezydenta stolicy - za zniesławienie w druku. Poprzednio jednak, jako człowiek interesujący się
życiem polityczno-społecznym, wielokrotnie czytałem i słyszałem o działalności Studnickiego,
znanego i wybitnego, choć bardzo kontrowersyjnego działacza
17
. Ale zawsze miałem w pamięci
przygodę hotelową i nigdy nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Studnicki nie jest człowiekiem w pełni
odpowiedzialnym. Nigdy nie zapomniałem zdumiewającej jego prośby o zaczekanie, „bo zaraz
wrócę”, gdy wyruszał pociągiem do innego miasta na wiele godzin.
W Kielcach przy pożegnaniu byłem mu jednak prawdziwie wdzięczny za umożliwienie mi przyjazdu
tutaj dla wstąpienia do Legionów Piłsudskiego.
W nocy znalazłem się z młodymi współtowarzyszami podróży w koszarach, w budynku Szkoły
Handlowej. Znaleźliśmy się w 6 batalionie rekruckim, ja - z uznanym tytułem sekcyjnego - w plutonie,
którego dowódcą był ob. Turek. Dowódcą batalionu był ob. Kitaj.
Ale nie wszyscy kandydaci zostali wcieleni. Był wśród towarzyszy podróży taki młodziutki, miły
robotnik nazwiskiem Gnat, który mi się bardzo spodobał w czasie podróży, gdyż przejawiał niebywały
wręcz zapał i wyróżniał się wyrobieniem patriotycznym. Niestety był - jak się okazało - gruźlikiem. Był
niepocieszony, kiedy go z tej przyczyny odrzucono.
Myślałem, że z konieczności powróci do Częstochowy. Tymczasem ku memu zdumieniu zobaczyłem
go kiedyś na ulicy w Wadowicach czy Choczni w mundurze legionowym. Chłopak postawił na swoim
i przemycił się jakoś do służby. Patrzyłem teraz na niego już nie tylko z sympatią, ale po prostu
z szacunkiem.
Poza tym trwającym chwilę spotkaniem więcej na Gnata nie natrafiłem i nie wiem, czy i jak przebył
ciężką służbę frontową.


17
Władysław Studnicki jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci najnowszej historii Polski. W młodości
związany z „Proletariatem”, skazany na Sybir, później członek PPS. W dniach 25-26 sierpnia 1911 był
organizatorem w Zakopanem tak zwanego zjazdu irredentystów, którzy zgodnie z koncepcją Józefa Piłsudskiego
wypowiedzieli się za stworzeniem ruchu niepodległościowego opartego na zasadach solidarności narodowej
spychającej na margines klasowe aspiracje socjalistów. Studnicki był współorganizatorem Polskiego Skarbu
Wojskowego, a następnie Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. W latach
pierwszej wojny światowej należał do przywódców orientacji aktywistycznej opartej na wierze w zwycięstwo
państw centralnych w wojnie. Stał na czele Klubu Państwowców Polskich, który entuzjastycznie przyjął Akt 5
listopada 1916. Był członkiem Tymczasowej Rady Stanu głęboko przekonanym o ostatecznym zwycięstwie
Niemiec. W 1917 jako członek Rady Stanu gwałtownie zwalczał Piłsudskiego jako szefa Komisji Wojskowej za
bojkotowanie akcji werbunkowej Sikorskiego. W latach II Rzeczypospolitej był czołowym polskim germanofilem
sugerującym sojusz polsko-niemiecki przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Sojusz ten chciał traktować w sposób
partnerski i stąd jego memoriały pisane do władz III Rzeszy spotkały się z krytyczną reakcją hitlerowców.
W latach II wojny światowej Studnicki oferował okupantom utworzenie rządu kolaboracyjnego, ale nawet
hitlerowcy nie traktowali tego poważnie i uwięzili go na Pawiaku, a potem wywieźli do Berlina. Po wojnie
pozostał na emigracji. Zmarł w Londynie w 1953 r.
«Duchsilny,aleciałosłabe»

W roku 1919, czyli już po mojej służbie frontowej, wypadło mi towarzyszyć narzeczonej
w odwiedzinach u znanego wówczas wróżbity warszawskiego. Zgodziłem się z uwagi na osobę o to
proszącą, ale nie w zamiarze skorzystania z wróżby dla siebie. Jednak „jasnowidz”, skoro tylko moja
towarzyszka skończyła „konsultację”, zwrócił się do mnie, oczekującego w poczekalni, ze słowami:
„Duch silny, ale ciało słabe!” To zaskakujące odezwanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia.
Czułem się wówczas w pełni sił, również fizycznych, zdrowy i zdolny do wszelkiego rodzaju wysiłków.
Ale gdyby podobna wypowiedź nastąpiła w początkowym okresie wojny 1914 roku, nie odrzucałbym
podobnej diagnozy równie kategorycznie.
Mimo że na rosyjskiej wojskowej komisji poborowej stwierdzono zupełnie dobry stan mego zdrowia
i mimo że sam byłem przeświadczony o całkowitej swej tężyźnie, występowały przecież niekiedy
objawy niepokojące, o których zresztą zapominałem zaraz po ich ustąpieniu. Były to jakieś nagłe i dla
mnie niepojęte przejawy osłabienia, zmuszające niejednokrotnie do natychmiastowego odpoczynku.
Przysiadałem w takiej sytuacji na schodach wychodzących na ulicę czy po prostu na krawężniku
trotuaru, aby po mniej więcej minucie czy dwóch powstać i iść dalej bez odczuwania poprzedniego
uczucia wyczerpania. Lekarzy nie radziłem się, składając te objawy na rachunek jakiegoś zbiegu
okoliczności.
Ale gdy po pierwszej nocy spędzonej w prowizorycznych kieleckich koszarach i po rannym apelu
wyruszyłem na niezbyt oddalone miejsce ćwiczeń batalionu i gdy zatrzymał się on w zwartej kolumnie
po przybyciu na teren ćwiczebny, nagle poczułem się słabo. Gdy doszedłem do siebie, dowódca
plutonu pytał mnie zaniepokojony: „Co wam się stało?” Okazało się, że z nagła zemdlałem i upadłem.
Następnych dni szło lepiej, ale objawy ponowiły się po przybyciu na tak zwane wówczas Węgry (de
facto były to podkarpackie tereny wielonarodowościowe o przewadze ludności rusińskiej).
W rezultacie pewnego dnia nie mogłem kontynuować marszu i gdzieś w rejonie Acna Slatina
musiałem odłączyć się od oddziału i zaniechać dalszego czynnego uczestnictwa w akcjach mojej
formacji. 3 pułk piechoty Legionów, do którego należałem, przeszedł po pewnym czasie przez tak
zwany wówczas „Pantyrpass” i znalazł się w słynnej później Rafajłowej, gdy ja wciąż tkwiłem
z konieczności po drugiej stronie przełęczy w służbie etapowej w rejonie Königsfeldu.
Tu jednak po pewnym czasie, w toku pełnienia kilkutygodniowego zadania uciążliwej kontroli terenu
górskiego w charakterze komendanta detaszowanej placówki, poczułem, że nabieram pełni sił. Skoro
bowiem jestem w stanie godzinami wdzierać się na zbocza, brnąc w głębokim śniegu, przeczesując
równie zaśnieżone zarośla i lasy stoków górskich, skoro mogę dźwigać znaczny ciężar niezbędnego
uzbrojenia i wyposażenia marszowego, skoro staję się przykładem wytrzymałości dla podległych mi
żołnierzy, nierzadko sarkających na wyczerpujący trud służby patrolowej w tego rodzaju warunkach
terenowych i bez względu na stan pogody, musiałem zdobyć chyba już niezbędne zahartowanie
żołnierskie.
Istotnie, po oględzinach lekarskich zakwalifikowano mnie do służby frontowej i skierowano przez
przełęcz pantyrską do mej macierzystej formacji. Sam nadal nie byłem zbytnio pewny, czy będę się
fizycznie nadawał do właściwych zadań, dla których wstąpiłem do szeregów legionowych, ale już
nigdy potem nie doszło do powtórzenia się ujemnych objawów. A w roku 1916, po dobowym marszu
odwrotowym znad Styru nad Stochód, nabrałem pewności, że jestem dostatecznie silny, aby podołać
wszelkiego rodzaju wysiłkom służby frontowej.
O ile zdążyłem w roku 1915 z powrotem do swego pułku dopiero w końcowej fazie jego operacji
karpackiej, o tyle następne jego kampanie widziały mnie stale w szeregach frontowych. Jeden był
tylko wyjątek: gdy w dniu 5 października 1915 roku zostałem ciężko ranny (dopiero po odbytej w
Opawie kuracji i po dłuższej rekonwalescencji w Kamieńsku mogłem ponownie znaleźć się na
froncie).
Bez nowych grymasów organizmu dotrzymywałem pola towarzyszom walk, znalazłszy się z powrotem
w szeregach na ziemiach Małopolski Wschodniej, a następnie na dalszych terenach operacyjnych.
W dobrym też samopoczuciu przeszedłem (po przerwie związanej z tzw. kryzysem przysięgowym) do
służby w odrodzonym Wojsku Polskim. I tu właśnie, w Warszawie, w okresie mojej służby sztabowej
dał mi „jasnowidz” diagnozę niedostateczności sił fizycznych!

KielceiChocznia

Dni po źle zapoczątkowanym pierwszym mym występie „w mundurze” biegły w Kielcach bez
szczególnych zdarzeń. Emocji miałem mało. Jedyną większą stworzyła kwestia przysięgi według
formuły akceptowanej przez Naczelny Komitet Narodowy, która faktycznie zamykała okres pełnej
niezawisłości Legionów od jakichkolwiek władz zaborczych. Niechętnie, ale i bez przywiązywania wagi
do aktu, żołnierze składali przysięgę. Formalnie jednak stawali się organem pomocniczym wojsk
austriackich, a nie niezależnym, sojuszniczym partnerem. Mocny i zdecydowany, a ostatecznie
zwycięski opór żołnierza legionowego przeciwko noszeniu na rękawie opaski czarno-żółtej, jako znaku
przynależności do austriackich sił zbrojnych, był symbolem czysto formalnej tylko akceptacji nakazu
złożenia przysięgi.
„Mój” batalion brał udział w kieleckim akcie przysięgi w biernym charakterze. Rekrucki, więc był
wolny jeszcze od czynnego udziału. Staliśmy jednak na placu w formacji „na baczność” w czasie
odczytywania roty przysięgi.
Już raz użyłem zwrotu: „w mundurze”. Ale jeśli chodzi o strój żołnierza w moim batalionie, to był on
wówczas bardzo daleki od jednolitego i pełnego umundurowania. Sam przyjechałem z Częstochowy
w sztuczkowych spodniach i półbucikach wizytowych, i w takim jeszcze stroju odbywałem przejazd z
Kielc do Wadowic w momencie ewakuacji batalionu. Miałem bowiem tylko czapkę i kurtkę ściśle
mundurowe. Przepraszam za pewną nieścisłość: przed wyjazdem z Kielc sprawiłem sobie długie buty
za znaczną część pieniędzy, danych mi przez wuja „na wszelki przypadek”. Wydałem z otrzymanych
20 aż 15 rubli w złocie na eleganckie, czarne, długie buty. Tak pięknie wyglądały na wystawie
u kieleckiego szewca, że uległem pokusie. Niedługo zresztą z butów korzystałem. Były zbyt
dopasowane i nie do zniesienia przy forsowniejszych marszach. W Choczni, gdy mogłem już
„wyfasować” zwykłe „komiśniaki”, sprzedałem za grosze handlarzowi swe piękne buty, dobre być
może do amatorskiej jazdy konnej, ale zupełnie nieprzydatne dla piechura. W Choczni też uzyskałem
pas skórzany, niezbędny do noszenia bagnetu. W Kielcach surogatem był postronek.
Koledzy moi przeważnie byli odziani w podobne „mundury cywilno-wojskowe”. Nic to nam wszystko
nie ujmowało animuszu. Przyczyna złego wyposażenia była oczywista. Polski „skarb wojskowy” był za
ubogi, aby zapewnić umundurowanie, a rząd austriacki nie czuł się do tego zobowiązany, jak długo
niewiadomy był stosunek formacji legionowych do państwa austriackiego. Przysięga uchylała
obiekcje władz austriackich, ale budziła niezadowolenie i nieufność w szeregach.
Codzienne ćwiczenia i inne zajęcia wojskowe wypełniały czas w Kielcach. Wolne chwile spędzałem na
wędrówkach po mieście, w którym nie miałem w ogóle osób znajomych. Nie byłem jednak samotny.
Z kolegami broni nawiązywał się łatwy stosunek koleżeński.
Podobał mi się w czasie pobytu w Kielcach stosunek oficerów do szeregowych i podoficerów. Był to
stosunek „obywatela do obywatela”, wyrażony formalnie w używaniu tego słowa zamiast „pan” przy
wzajemnym zwracaniu się zwierzchników i podkomendnych. Ja dla podległej mi sekcji byłem
„obywatelem sekcyjnym”.
Zagadnieniem żołdu nie interesowałem się. Miałem koszarowy dach nad głową, pożywienie z kotła
i w perspektywie pełne umundurowanie. Resztę zapewniały przywiezione ze sobą grosze i entuzjazm
wewnętrzny.
Po niewielu tygodniach bieg działań wojennych stworzył zagrożenie Kielc. Batalion, w którym
służyłem, wysłano pociągiem do Wadowic. Od razu było wiadome, że mamy tam wejść w skład
formującej się nowej II brygady. Wywołało to u niektórych chęć ucieczki z batalionu do „oddziałów
Piłsudskiego”, ale nie należałem do tych, którzy tą drogą chcieli się uchylić od przejścia do nowej
formacji.
Z Wadowic powędrowaliśmy pieszo do niedalekiej, o kilka kilometrów zaledwie odległej, wielkiej wsi
- Choczni - na kwatery. Chocznia była w owych czasach nazywana domeną Putkową, od nazwiska
głośnego wójta i posła ludowego z tego galicyjskiego okręgu wyborczego. Batalion kontynuował teraz
szkolenie jako element nowej formacji: 3 pułku piechoty Legionów, tworzącego z równocześnie
formowanym 2 pułkiem piechoty - II brygadę, później nazywaną „żelazną brygadą karpacką”.
Tu, w Choczni, przeżyliśmy wiadomość o rozwiązaniu się we Wschodniej Małopolsce tak zwanego
Legionu Wschodniego (nasze formacje tworzyły Legion Zachodni). Był to cios, gdyż wiadomość ta
ujawniła nam, że powstają zdecydowane rozbieżności „w górze” polskiej na podłożu wręcz
odmiennych przesłanek politycznych.
Ale nie bylibyśmy żołnierzami, gdybyśmy zbyt długo i głęboko się nad tym zastanawiali. Zwłaszcza tu,
w drugiej brygadzie, gdzie dominowała koncepcja, iż wojsko powinno być obce polityce,
pozostawiając ją właściwym organom społeczeństwa. Ta swoista transpozycja francuskiego
określenia „la grandę nuette” nie bardzo pasowała do mojego rozumienia specyficznego charakteru
ochotniczego „wojska polskiego”, ale milczałem... do czasu.
Nie przywiązywałem zresztą, jak niektórzy, istotnej wagi do cech zewnętrznych wprowadzonych
w drugiej brygadzie, odmiennych od pierwszej. Ani wężyki - srebrne, a nie czerwone, ani forma „pan”
zamiast „obywatel” nie odgrywały dla mnie zasadniczej roli. Żal mi było wprawdzie szarych
maciejówek strzeleckich, zachowanych w pierwszej brygadzie, ale nie czułem niechęci do rogatywek,
wprowadzanych w drugiej. Zresztą w Choczni w 3 pułku istniała także cała kompania nosząca
kapelusze sokolskie i nikomu to specjalnie nie zawadzało. Jej komendant, Chełmicki, cieszył się
sympatią, mimo że w swym kapeluszu o dużym rondzie trochę przypominał, pomimo niskiego
wzrostu, znanych z filmów bohaterów pionierskiego okresu amerykańskiego Dalekiego Zachodu.
Jeśli jednak idzie o postawę ideową, to pozostałem tak w Choczni, jak potem w dalszej służbie
w drugiej brygadzie - „pierwszobrygadowcem”. Dałem temu wyraz znacznie później, odmawiając
kolejnej przysięgi według roty, tym razem ustalonej przez warszawską Radę Regencyjną. Odmawiając
byłem wierny koncepcji taktycznej piłsudczyków
18
.
Rozrywek w Choczni nie miałem. Raz i drugi byłem w niedalekich Wadowicach, ale nie mając tam
znajomych, musiałem zdawać się na własne, bardzo skromne możliwości finansowe. Kiedyś
rozentuzjazmowane mieszczuchy wadowickie ugościły mnie w restauracji miejscowej, przeważnie
jednak kończyło się na miłych pogawędkach i od czasu do czasu dyskusjach.
Raz jeden z kolegami odwiedziłem karczmę chocznieńską i napiłem się znakomitej kminkówki. Ale nie
byłem „trunkowcem”, w szczególności nie znosiłem piwa, toteż nie pasowałem do większości
towarzyszy broni w chwilach wolnych od zajęć, będąc natomiast w najlepszej komitywie z nimi na
placu ćwiczeń oraz na kwaterach w zabudowaniach wiejskich.
Tu, w Choczni, zostaliśmy umundurowani. Tu też obdarzono nas opaskami czarno-żółtymi, których
nikt nie nosił, z wyjątkiem czasami psów, które dekorowaliśmy tymi symbolami służby cesarsko-
austriackiej.
W Choczni zostało ukończone formowanie pułku i jego wyszkolenie. Stąd też wyruszyliśmy któregoś
dnia wczesnej jesieni pociągiem „na front”, na „Węgry”.

Przygoda«węgierska»i«karpacka»

Drogę do Marmaros-Sziget odbywaliśmy koleją, wagonami towarowymi, oczywiście według zasady:
„cztery konie - czterdziestu ludzi”. Pierwszą noc przespałem, nie zdając sobie sprawy, jaką trasą
jedziemy. Ale już następnego dnia spoza otwartych drzwi wagonu mogłem podziwiać piękny
krajobraz. Byliśmy po stronie „węgierskiej”, ściśle mówiąc - na słowackim i następnie ruskim
podgórzu.
Był to okres winobrania. Obowiązywał jednak zakaz kupowania i spożywania winogron przez
żołnierzy. Któż by wszakże tego przestrzegał, widząc piękne grona do nabycia dosłownie za centy!
Kupowało się owoce całymi blaszankami, używanymi poza tym do pobierania i przenoszenia zupy
z kotła. Rozkoszowaliśmy się smakiem winogron, nie dbając o obawy naszych lekarzy i ewentualne
szkody na zdrowiu. Nikt z nas z plutonu zresztą nie zachorował. Długie postoje na stacjach ułatwiały
zaopatrywanie się w winogrona. Liczni sprzedawcy oczekiwali na chętnych nabywców, których nie
brakowało. Winogrona były główną atrakcją naszej długiej, kilkudniowej, bardzo okrężnej drogi do
miejsca przeznaczenia.
Na dworcach od czasu do czasu pojawiały się postacie żandarmów węgierskich w ich dość
oryginalnych kapeluszach z piórkami. Do nas nie wtrącali się, pozostawiając naszym własnym
władzom wojskowym troskę o utrzymanie ładu i porządku w czasie transportu. Z naszymi oficerami
inspekcyjnymi mieliśmy więc do czynienia, gdy ktoś oddalał się zbytnio od swego wagonu, pociągany
ciekawością czy pokusą.
Mijały nas w drodze, a niekiedy na stacjach, różne transporty wojskowe, składające się zarówno
z oddziałów austriackich, jak i węgierskich. Szczególną naszą uwagę przyciągały eszelony huzarów

18
Krytyczne omówienie sytuacji politycznej, która doprowadziła do kryzysu przysięgowego, znajdzie czytelnik w
pracy Andrzeja Garlickiego U źródeł obozu belwederskiego, Warszawa 1978, oraz Jerzego Holzera i Jana
Molendy Polska w pierwszej wojnie światowej, Warszawa 1973.
węgierskich, wyglądających dziarsko i efektownie. Przypisywano im dużą waleczność, nie zawsze
zasłużenie.
Po wyładowaniu nas i krótkim wypoczynku rozpoczął się dość forsowny marsz. W czasie tego marszu
musiałem opuścić oddział, gdyż nie byłem w stanie wytrzymać nadmiernych trudów. Odczuwałem
tylko nieznaczne wyrzuty sumienia z tego powodu, gdyż byłem zbyt wyczerpany fizycznie i niezdolny
do dalszego poruszania się. Maruderstwo w moim przypadku było skutkiem maksymalnego
wyczerpania.
Musiałem przejść na parę miesięcy do służby etapowej i strażniczej. Przez pewien czas kwaterowałem
w Nemeth-Mokra, niemieckiej wsi sąsiadującej z rusińską Orosz-Mokra. W czasie kwaterowania w tej
wsi należałem do kompanii dowodzonej przez kapitana Chełmickiego, o którym już wspominałem
jako dowódcy „ukapeluszowanej” kompanii sokolskiej. Wieś była położona nad rzeczką u stóp
wzgórza. Wąski szereg domów i ogródków wypełniał wraz z niezbyt szeroką drogą przestrzeń
pomiędzy rzeką i stokiem.
Charakter zabudowy i urządzenia wnętrz niemieckiej i rusińskiej wsi różniły się znacznie. O ile domki
rusińskie były ubogie, a często nędzne, o tyle zabudowa niemiecka świadczyła o dobrobycie
osadników. Skąd powstał i na czym się opierał, nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Tereny przyległe
były niebogate, a jedynym widocznym źródłem zarobku zdawała się być praca w lesie lub
w niedalekich tartakach. Separacja całkowita dzieliła obie części wsi, w gruncie rzeczy stanowiące
całość. Jedna część była przestrzenną kontynuacją drugiej. Razem był to łańcuch gospodarstw
domowych wzdłuż rzeki i drogi.
Nie przypominam sobie, czemu nie odszedłem z Nemeth-Mokra wraz z kompanią Chełmickiego.
Znalazłem się natomiast z kolei - wraz z podporządkowaną mi sekcją - na detaszowanej placówce
w budynku jakiejś opuszczonej leśniczówki, o czym już poprzednio wspominałem.
Poza ciężką służbą były tu piekielne nudy. Z musu niemal dałem się wciągnąć jednemu z żołnierzy
w grę w karty. Był to dawniej zupełnie nie znany mi „ferbel”, jak go nazwałem - „poker biedoty”.
W rezultacie mój partner ogałacał mnie doszczętnie z zapasów niewielkiej gotówki, pochodzącej
z płaconego mi żołdu, a nawet często i z tak zwanego relutum, czyli dotacji na wyżywienie. Skutki były
opłakane. Dowódca placówki musiał zadowalać się często wyłącznie pożywieniem przydziałowym, na
które składały się z reguły dwa artykuły: mamałyga oraz ryż. Zdarzały się dni, kiedy nie było i takiego
posiłku. Kukurydzę we wszelkiej postaci i nawet ryż znienawidziłem na całe późniejsze życie. Nigdy
potem nie zasiadałem też do ferbla czy innych, bardziej eleganckich karcianych gier hazardowych.
O badaniu lekarskim, po którym skierowano mnie na drugą stronę Karpat, już poprzednio
wspomniałem. Miało to miejsce w Königsfeldzie. Razem z kilku przypadkowymi towarzyszami,
przeważnie zawodowymi „łazikami”, odbywałem stamtąd uciążliwy marsz pieszy na przełęcz
pantyrską i następnie do Rafajłowej, gdzie zresztą już 3 pułku nie było. Na przełęczy obejrzałem sobie
dokładnie krzyż z umieszczonym na nim czterowierszem, skomponowanym bodaj przez porucznika
Bogusława Szula; z prasy już dobrze znałem i fakt wzniesienia tego krzyża, i treść napisu.
19

Z Rafajłowej powędrowałem dalej w poszukiwaniu pułku aż do Bohorodczan, po drodze tracąc
kolejno towarzyszy wędrówki, którzy realizowali własne pomysły, a nie nakazany szlak. W
Bohorodczanach stały oddziały 4 pułku piechoty legionowej pułkownika Roji, który podobno
bezlitośnie wcielał do nich wędrowców zmierzających do swych macierzystych kompanii.

19
Końcowy wiersz napisu określał cel trudu żołnierskiego: „Dla Ciebie, Polsko, i dla Twojej chwały.” (Przyp. aut.)
Toteż przenocowałem tu tylko jedną noc i bardzo wczesnym rankiem, ukradkiem a samotnie,
opuściłem Bohorodczany w kierunku Nadwornej. Tam miały się znajdować oddziały mego pułku.
W istocie tak było. Gdy dotarłem na miejsce, znalazłem się w plutonie dowodzonym przez
późniejszego mego przyjaciela, Włodzimierza Kłobukowskiego.
Wspomnieć jeszcze muszę, że w drodze z Königsfeldu na Pantyr zatrzymaliśmy się raz na nocleg
w jakiejś ukraińskiej wiosce. Kwaterę sobie znalazłem u dwóch sióstr, zajmujących dość porządną
chatę. „Mołodycie” były na tyle przychylnie usposobione, że zapewniły mi miejsce na noc
w olbrzymim łożu dokładnie pomiędzy sobą. Nie wiem, czy były zadowolone, czy tylko zaskoczone, że
nic się nie zdarzyło. Wśród przyczyn była i ta, że wsie tego rejonu były osławione jako chore
powszechnie na dziedziczną kiłę, udzielającą się lekkomyślnym ryzykantom w bardzo ostrej postaci.

WMałopolscewschodniej

Po nocy przegadanej z Kłobukowskim - z którym sobie bardzo przypadliśmy do gustu - wyruszyliśmy
z kompanią następnego dnia dalej. Odczuwałem ulgę znalazłszy się „w ordynku” i czując, że chyba siły
mnie teraz już nie zawiodą. Istotnie tak było. Już nigdy potem nie znalazłem się w obliczu wojennego
trudu, któremu nie mógłbym podołać.
Ale nie od razu mogłem wypróbować swe siły i zwłaszcza odporność nerwową na pociski.
Przywędrowałem do oddziałów liniowych po zakończeniu właściwej kampanii karpackiej,
a przynajmniej, gdy już dobiegała końca. Wprawdzie z postoju wypoczynkowego w Kołomyi nasza
kompania została skierowana na odcinek zagrożony (jeśli dobrze pamiętam - bitwa toczyła się pod
miejscowością noszącą nazwę Maniawa), ale nim dotarliśmy na miejsce boju, zawrócono nas.
Bodaj w czasie tego powrotnego marszu doznałem przykrego wypadku. Idąc z boku plutonu,
przechodziłem czasami na drugą stronę rowu przydrożnego, gdzie śnieg był lepiej ubity i gdzie łatwiej
mi było poruszać się, nie tracąc jednak z oka podległej mi jednostki. Rów był pełny, jak sądziłem,
dobrze zamarzniętej wody, pokrytej grubą warstwą śniegu. W pewnym więc momencie, gdy na
ścieżce napotkałem na przeszkodę do dalszego marszu, skierowałem krok ku drodze - wprost przez
rów. Niestety, rów był pełny nie zamarzniętej, lodowatej wody, i wpadłem prawie po pas.
Maszerować dalej w tym stanie nie było sposobu.
Wypadek zdarzył się na terenie zabudowy wiejskiej, ale korzystanie samotnie z gościny było
niebezpieczne w tych okolicach o nastawieniu, jak się wówczas mówiło, „moskalofilskim”. Ludność
była tu wrogo usposobiona do przeciwników wojennych Rosji, a więc i do polskich formacji
legionowych.
Ale nie było wyjścia. Zameldowałem dowódcy, że muszę wysuszyć umundurowanie i zagrzać się,
decyduję się więc zatrzymać w pierwszej lepszej chacie na czas niezbędny do odzyskania zdolności
marszowej. Nie było zresztą innej rady i dowódca, choć niechętnie, musiał akceptować mój zamiar.
Jak rzekłem, tak zrobiłem. Wszedłem do najbliższej chałupy i powiedziałem gospodarzom, że proszę
o możność osuszenia siebie i odzieży. Posępny gospodarz skinął głową, wyrażając zgodę. Rozebrałem
się całkowicie i rozwiesiłem czy rozłożyłem części garderoby obok pieca, sam kryjąc swą nagość pod
kocem, który zrolowany wokół plecaka nie doznał silniejszego zamoczenia.
Wtedy nie wiedziałem i do dziś nie wiem, co sobie o mnie myśleli gospodarze chaty i jakie sympatie
i antypatie polityczne kryli w sobie. Ale jeśli nie spotkała mnie specjalna życzliwość z ich strony
w rodzaju podania kubka czegoś gorącego, o tyle nie było i przejawów uzewnętrznianej wrogości. Po
paru godzinach mogłem przywrócić swój strój do niemal normalnego stanu i ubrać się ponownie, po
czym - podziękowawszy gospodarzom za oddaną mi usługę - ruszyłem w ślad za kompanią,
maszerując samotnie skrajem szosy. Po dwóch czy trzech godzinach powolnego marszu doszedłem
do miejsca postoju swego oddziału bez dalszych niespodzianek w drodze i bez jakichkolwiek
późniejszych skutków doznanej przygody. Bodaj nawet kataru nie miałem!
Nabrałem do swego organizmu większego zaufania. Widocznie jest już należycie uodporniony, skoro
lodowata kąpiel nie skończyła się ani zapaleniem płuc, ani nawet przeziębieniem. Ale czy podobnie
będzie, gdy się znajdę w ogniu walki, pod ostrym obstrzałem? Nie byłem pewny. Pamiętałem, że
o jednym z oficerów batalionu, w którym służyłem w Kielcach, mówiło się, iż w pierwszej bitwie
zawiódł całkowicie i że musiano go zabrać do innej służby na tak zwanych tyłach. A miał to być
„parasolnik”, czyli absolwent kursu oficerskiego Strzelca, co było tytułem bardzo szanowanym.
Odznaki ukończenia tego kursu, zwane parasolami, zdobiły niewiele mundurów.
Wątpliwość co do przyszłego zachowania w walkach nie była wielka, ale zdawałem sobie sprawę, że
będę zdawał egzamin w środowisku już zahartowanym i mającym za sobą chlubną przeszłość bojową,
a więc nieskłonnym do pobłażliwości. Do tego wszystkiego dochodziła troska o autorytet podoficerski
wobec żołnierzy-weteranów.
Na odpowiedź musiałem jeszcze czekać.
Póki zaś co, i koledzy kompanijni, i podlegli mi bezpośrednio żołnierze, i moi dowódcy darzyli mnie
życzliwością i sympatią. Na ocenę własną i cudzą mego zachowania w boju musiałem poczekać aż do
chwili skierowania nas na nowy teren walki.
Pobyt „wypoczynkowy” w Kołomyi pozostawił mi niewiele głębszych wrażeń. Sama kwatera
w ładnym i dobrze urządzonym budynku wydawała mi się czymś w rodzaju życia w pałacu. Miasto
znacznie większe od miasteczek, w jakich poprzednio przebywałem zwykle bardzo krótko -
kwaterowaliśmy przeważnie po wsiach lub w okolicach prawie niezamieszkanych - wydało mi się
dobrze urządzone i miłe. Spacery po nim przypominały daleką - jak się wydawało - przeszłość
przedwojenną. Możność zachowania prawie normalnej czystości ciała niosła ulgę po prymitywnych
warunkach poprzedniego życia na „Węgrzech”, gdzie poznałem klęskę zawszenia.
Tam to pragnienie kąpieli było tak silne, że - znalazłszy się raz nad Cisą w dzień październikowy - nie
zdołałem oprzeć się pokusie zanurzenia się w niej. Dzień był ciepły, więc miałem nadzieję, że i woda
nie będzie zbyt zimna. Ale gdy wskoczyłem do rzeki o wartkim prądzie niezwłocznie poczułem, jak
zimna jest woda. Wyskoczyłem znacznie szybciej z rzeki, niż do niej wszedłem, i rozpocząłem
gwałtowny kilkuminutowy bieg po okolicznej łące. Po paru minutach ubrałem się i przyrzekłem sobie
nie wierzyć rzekom, o których nic nie wiem.
W Kołomyi nie musiałem szukać rzeki, aby odczuć rozkosz czystości. „Domowe możliwości” były po
temu zupełnie dostateczne.

NaBukowinie

Na tym kolejnym terenie operacji wojennych II brygady nie uczestniczyłem w szczególnie zaciętych
zmaganiach z wrogiem. Były potyczki i nawet poważny bój nad Prutem, w którym jeden z batalionów
2 pułku piechoty poniósł dotkliwa straty, oraz słynna szarża ułańska pod Rokitną wraz z działaniami
piechoty pod sąsiednią Rarańczą, ale mój oddział przeważnie nie brał w tych walkach udziału,
trafiając natomiast nieraz pod silny obstrzał na zapleczu lub w okopach. Zaprawę bojową dały mi tu
więc raczej marsze i postoje pod ogniem nieprzyjaciela.
Pamiętam szczególnie posuwanie się tyraliery przez podmokłą łąkę w piękny, słoneczny dzień letni,
kiedy po raz pierwszy doświadczyłem silnego ognia granatów i szrapneli. Gdy jakiś odłamek trafił
prawie w czubek mego buta, wrażenie, jakiego doznałem, było raczej zdziwieniem niż emocją innego
rodzaju. Strachu nie odczułem zupełnie. Ten przemarsz po mokradłach opisałem zresztą w krótkim
opowiadaniu zamieszczonym w jednodniówce, zainicjowanej i redagowanej przez poetę pułkowego
Józefa Englichta, autora znanego wówczas powszechnie wiersza Karpacka brygada.
Tegoż dnia miałem i inne mocne przeżycie. Pomiędzy chałupami wsi, przez którą posuwaliśmy się,
biegła szeroka polna droga. Przeciwnik miał na nią dobry wgląd i był dobrze wstrzelany w lukę między
chałupami. Wznawiał też ostrzeliwanie, ilekroć coś się na tym terenie ukazywało. Tu zaś, właśnie
w chwili, gdyśmy mieli dokonać skoku na drugą stronę, zatrzymał się na chwilę wytchnienia czy
w oczekiwaniu rozkazów spieszony patrol ułański. Konie były przywiązane do ogrodzeń obok
zabudowań.
Dałem rozkaz swej jednostce przeskakiwania drogi pojedynczo. Na ostatku sam dokonałem skoku.
Gdy byłem już o kilkanaście kroków za niebezpiecznym skrzyżowaniem, usłyszałem donośny wybuch
granatu, a gdy się obejrzałem, zobaczyłem konie i ludzi śmiertelnie porażonych odłamkami. Niektóre
konie drgały jeszcze w agonii. Wrażenie było wstrząsające. Spokój wiejski, w ciszy pogodnego dnia
czerwcowego, zmienił się z nagła w pogrom stacjonującego w źle wybranym miejscu patrolu,
złożonego z kilku jeźdźców. Nasz skok, gdyby był spóźniony o sekundy, przyniósłby śmierć i rany także
nam samym.
Później nieraz byłem w silnym ogniu karabinów i broni maszynowej, i taki właśnie obstrzał wywierał
na mnie zawsze najsilniejsze wrażenie. Sam zresztą stosunkowo niedługo potem miałem doznać na
Wołyniu poważnego szwanku od pocisku broni maszynowej.
Ale wróćmy na Bukowinę. Któregoś dnia znów znaleźliśmy się pod silnym, choć szczątkowym już
ogniem artyleryjskim. Dotarliśmy właśnie do pagórka, gdzie przypadliśmy do ziemi na stoku, kiedy
pociski zaczęły obsypywać cały teren, niedaleki od toczącej się bitwy. Potem nastała cisza i na tymże
pagórku spędziliśmy noc. Biwak ten dał mi się jeszcze z innego powodu we znaki. Dzień był piękny, a i
noc wydawała się ciepła, ale wczesnym rankiem zbudziłem się zupełnie zziębnięty i trzęsący - od
dreszczy. Począłem gwałtownie się poruszać, aby nieco się rozgrzać. W dalszym jednak marszu
skarżyliśmy się raczej na wysoką temperaturę powietrza.
Z kampanii bukowińskiej w najżywszej pamięci zachowałem wycofanie się spod Rarańczy, kiedy
osłaniać miałem odwrót pułku, oraz moment, gdy cofający się batalion, do którego należałem, zbliżał
się do Sadogóry, aby objąć następnie pozycję na wyniosłym brzegu Prutu w bezpośrednim
sąsiedztwie Czerniowiec.
Do Rarańczy dotarliśmy marszem bojowym, zastając wieś całkowicie opustoszałą. Mój pluton po
przejściu wsi zajął pozycję u opłotków granicznej zabudowy, mając przed sobą teren polny nieco
wznoszący się w górę, zwłaszcza na prawym skrzydle. Tam na wyniosłości, czy też za nią, miały się
znajdować pozycje wroga. Tymczasem jednak panował zupełny spokój, pozwalający na myszkowanie
po opustoszałych chałupach. W najbliższej nie znalazłem poszukiwanego mleka, za to sporo jaj.
Wypiłem wiele z nich na surowo z ogromnym apetytem. Było to chyba jedyny raz w moim życiu,
kiedy spożywałem jaja na surowo.
Z tejże pozycji obserwowałem wycofujących się po szarży kawaleryjskiej poszczególnych ułanów,
pozbawionych koni w ataku na pozycję wroga, zwanym później „szarżą pod Rokitna”. Zarządzony
przez austriacką komendę brygady, atak ten był później przyrównywany do historycznej Somosierry.
Ale niesłusznie. Szwoleżerzy polscy legionów napoleońskich i ułani 2 szwadronu rotmistrza
Wąsowicza pod Rokitną wykazali podobną odwagę. Tylko że legioniści polscy w Hiszpanii odnieśli
sukces, zdobywając pozycję dającą się opanować jedynie w drodze brawurowego ataku kawalerii,
któremu obrońcy mogli przeciwstawić jednorazową salwę swej artylerii, gdyż na ponowną
w ówczesnych warunkach technicznych nie mogło już starczyć czasu. Szarża rokitniańska ułanów
legionowych wykazała podobnie szaleńczą odwagę kawalerzystów, ale mogła być tylko aktem
desperacji, nie prowadzącym do trwałego opanowania atakowanych pozycji. Skończyła się
niepowodzeniem, dając jednak nową, urzekającą legendę.
Następnego dnia dostałem rozkaz obsadzenia trzech wysuniętych placówek i objęcia nad nimi
komendy. Inspekcjonowałem je systematycznie pomimo wyjątkowo silnego ognia karabinowego,
skierowanego pod wieczór ze strony rosyjskiej na nasze pozycje. Ogień był tak nękający, że
parokrotnie natrafiłem na czujki, chowające głowy poniżej parapetu okopów, w których stały.
Dzielnym zwykle żołnierzom trzeba było tym razem dodawać otuchy, a w pewnym momencie
musiałem kilka minut stać obok posterunku obserwacyjnego, aby zachęcić żołnierzy do pokonania
strachu.
Nosiłem wtedy krótki karabinek kawaleryjski, na który nałożyłem bagnet i trzymałem go tak, aby
ostrzem był zwrócony ku plecom posterunku. Jednocześnie perswadowałem żołnierzom: „Jeśli
będziecie przysiadali zamiast patrzeć w teren przed sobą, możecie się zranić o mój bagnet. Nie radzę
robić ruchów w tył, lecz zachowywać się tak, jak przystało żołnierzowi pełniącemu odpowiedzialną
służbę.”
Przykład i perswazja odnosiły na ogół dobry skutek. Mogłem przesuwać się kolejno od jednej do
drugiej placówki. Sądziłem, że silny ogień karabinowy jest zapowiedzią wrogiego natarcia. Była już
godzina blisko jedenasta wieczorem, gdy dotarł do mnie łącznik pułkowy. „Będziemy się cofali -
oświadczył - wy macie za godzinę (podał dokładny czas) zwinąć sieć placówek i tworzyć osłonę tylną
pułku. Cofamy się na dawne pozycje.”
Pamiętałem dobrze poprzednie pozycje pułku i mojej kompanii. Nie dopytywałem się więc
o dokładniejszą lokalizację. Nie zapytałem też, na kim ma ciążyć utrzymywanie łączności pomiędzy
strażą tylną i pułkiem. Rozumiałem, że końcowe ogniwo opuszczającego Rarańczę pułku wyśle
łącznika do mnie we właściwym momencie.
Niedługo potem dosłyszałem głuchy chrzęst manierek i broni, świadczący o ruchu oddziałów we wsi.
Gdy nadszedł wyznaczony termin, zwinąłem placówki i ruszyłem. Za wsią były wąwozy, krzewy,
skarpy. Nie udało mi się ujrzeć pułku wyprzedzającego mój oddziałek ani nawiązać z nim łączności.
Dotarliśmy na poprzednią pozycję i zastaliśmy ją... pustą. Nie bardzo wiedziałem, co dalej czynić.
Przemaszerowaliśmy wzdłuż linii po paręset metrów tam i z powrotem. Nikogo nigdzie nie było.
W pewnej chwili na drodze polnej niedaleko nas ukazała się wycofująca się bateria artylerii
legionowej. Jej dowódca nie tylko nie mógł nam dać potrzebnych informacji, ale i nie przyjął
propozycji odbywania wspólnie dalszego marszu w charakterze osłony baterii. Musieliśmy
decydować samodzielnie i działać na własną rękę.
Po około pół godzinie wyczekiwania i odpoczynku doszedłem do wniosku, że w rozkazie musiało
chodzić o jakąś dalej położoną linię. Ruszyliśmy więc w drogę przed siebie. Idąc na przełaj, szybko
straciliśmy orientację w terenie. Szliśmy jednak wciąż naprzód, jak nam się zdawało.
Gdy zastał nas w marszu wczesny świt, byliśmy pod jakąś wsią. Wysłałem patrol na zbadanie, co to za
wieś i co się w niej dzieje. Potem stwierdziwszy, że nie ma we wsi ani wrogów, ani własnych
oddziałów, wkroczyliśmy do niej ostrożnie. Natrafiłem na napis z nazwą wsi. Byliśmy w punkcie, gdzie
się zbiegały trzy ówczesne granice: rosyjska, austriacko-węgierska i rumuńska. Mieszkańcy wsi byli
Rumunami.
Nikt z nas nie znał rumuńskiego. A trzeba było zdobyć coś do jedzenia. Pomogła mi łacina.
Powiedziałem któremuś z gospodarzy „ova” i ten nam wyniósł z domu jaj, które kupiliśmy. Potem, po
krótkim odpoczynku, zawróciliśmy. Natrafiwszy wreszcie w drodze powrotnej z rejonu Bojan-
Nowosielica na jakąś komendę austriacką, dowiedzieliśmy się, gdzie szukać naszego macierzystego
pułku.
Okazało się, że silny ogień nieprzyjaciela nie był bynajmniej przygotowaniem ataku, lecz osłoną jego
odwrotu. Niemal w tym samym czasie obaj przeciwnicy przystąpili do wycofywania się
z zajmowanych pozycji. Po stwierdzeniu tego faktu nasz pułk zawrócił i posuwał się znowu
ofensywnie w kierunku historycznego Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Zadaniem, jakie stanęło
przede mną, było go gonić i dogonić.
Od ranka do wieczora maszerowaliśmy pośpiesznie w przeciwnym niż poprzedniego dnia kierunku.
Minęliśmy raz jeszcze owe „dawne pozycje”, na których znowu nikogo nie było. Trzeba było dalej
wędrować na umęczonych nogach przez wiele godzin, zanim dotarliśmy do miejsca postoju własnej
kompanii i mogli zameldować dowództwu o „sposobie” wykonania rozkazu. Zdawało się ono
zadowolone z naszego odnalezienia się, gdyż przypuszczano, iż wpadliśmy do niewoli.
Zaczął się wkrótce wielodniowy postój pozycyjny. Nieprzyjaciel bezpośrednio nie atakował na
odcinku mojej kompanii, toteż czuliśmy się prawie jak na wypoczynku, tracąc jednak od czasu do
czasu kogoś z ludzi, gdy zbyt wychylił się z okopu lub gdy zlekceważył niebezpieczeństwo, odbywając
ruch na zapleczu z pominięciem rowu łącznikowego, kryjącego przed nieprzyjacielem.
Wtedy to właśnie koledzy kompanijni - dwaj bracia, Staszek i Józef Chmurowie, oraz trzeci, bodaj
Jakubowski - zaproponowali mi wspólne redagowanie i wydawanie pisma humorystycznego.
Ustaliliśmy nazwę „Okopy” i wysokość nakładu. Posiadany hektograf pozwalał na niewiele
egzemplarzy, zresztą nie liczyliśmy na wielu czytelników. W rezultacie nakład nie przekroczył sześciu
czy siedmiu egzemplarzy!
Założyciele byli równocześnie redaktorami, autorami i kolporterami. Wszystko się odbywało
w skromnych schronach okopu: były to jamy, przykryte deskami i papą, a u bardziej zapobiegliwych -
wyłożone wewnątrz drewnem do pewnej wysokości. Był to jednak luksus w moich oczach, gdyż
pamiętam, jak przed zbudowaniem tych prowizorycznych krytych pomieszczeń obudziłem się raz, po
przespaniu nocy jak zabity, w stanie jakby pływania do połowy ciała w błocie. Przez całą noc bowiem
padał rzęsisty deszcz, rozwadniający glinkę okopu do stanu niemal ciekłego.
„Okopy” miały duży sukces czytelniczy. Zasięg pisemka wyszedł poza kompanię i dotarł do
dowództwa brygady. Jeden z oficerów sztabu postarał się o komplet wydanych już kilku kolejnych
numerów i jak nam potem komunikował, miał go złożyć w czasie pobytu w Krakowie w jednej
z bibliotek. Niestety, obecnie nie udało się go tam odnaleźć.
Natomiast kiedy w okresie międzywojennym bracia Chmurowie (już z żonami i już - jeden lekarz,
drugi - dyrektor szkoły średniej) zjechali do Warszawy i spotkali się ze mną i moją żoną, Józef Chmura,
kierujący naówczas gimnazjum we Włocławku, zabawiał nas wszystkich, a w szczególności panie -
recytowaniem utworów drukowanych w „Okopach”. Ku uciesze mojej żony wygłosił on w pewnym
momencie kolejno moje wierszyki. Podziwiałem zupełnie niezwykłą pamięć Józka, gdyż sam nie
o wszystkich swych utworach pamiętałem. Zarecytować zaś nie potrafiłbym ani jednego.
Po błogich tygodniach trwania na względnie spokojnej pozycji nastąpił kolejny odwrót. Piękne upalne
dni letnie nie ułatwiały marszu odwrotowego w kierunku Czerniowiec. Gdy zbliżaliśmy się do
Sadogóry, czyli zarzecznego przedmieścia Czerniowiec, byłem u kresu marszowych możliwości. Tym
razem nie był winien brak sił. To tak zwany „wilk” (czyli silne odparzenie) bardzo utrudniał, a nawet
wręcz uniemożliwiał poruszanie nogami. Już przed wejściem do Sadogóry opuściłem zrezygnowany
szeregi, ale namowy lekarza batalionowego - doktora Lotha - skłoniły mnie do dalszego wleczenia się.
Gdy jednak przeszedłem most na Prucie, położyłem się w rowie przydrożnym i oświadczyłem, że dalej
nie zamierzam się ruszyć. Perswazje jadącego konno doktora Lotha, że tuż, tuż są nasze nowe pozycje
i że konieczny jest niewielki tylko wysiłek, były tym razem bezskuteczne. Tu, w pobliżu mostu,
przeleżałem do następnego ranka i wtedy dopiero zdołałem się podnieść i dotrzeć do pozycji,
zajmowanych przez kompanię na wysokim południowym brzegu Prutu.
Znowu pewien czas trwała względna cisza bojowa. Wyniosłość nadbrzeżna nie była szeroka i tuż za
nią znajdował się parów. Tam stała bateria armat, ale ich gra nie przeszkadzała mi w drzemce, na
którą schodziłem do parowu, lub w przyrządzaniu i piciu kawy, która - mimo że „komiśna” -
smakowała znakomicie.
Koledzy śmiali się nieraz ze mnie, że mam tak twardy sen, iż salwy wystrzeliwane z sąsiedniej baterii
nic mi w spaniu nie przeszkadzają. W istocie mogłem leżeć niemal tuż za czynnym działem i spać
snem sprawiedliwego.
W czasie pobytu na tych pozycjach kilka razy zaglądałem do Czerniowiec celem zwiedzania miasta,
spacerów i raz - dla dokonania fotografii u zawodowca. Później przesłałem jedno zdjęcie gabinetowe
moim rodzicom z odręcznym podpisem u spodu: „Bom strzelec, bom strzelec...” Ale nie nastąpiło to
szybko i od razu. Długo nie miałem możności dania rodzinie znaku życia o sobie i zdobycia
wiadomości o tym, co się dzieje w domu rodzinnym. Dzieliła nas wciąż jeszcze linia frontu.
I ten okres czerniowiecki nie trwał długo. Przyszła kolej na następną kampanię - wołyńską.

PrzyszłakryskanaMatyska

Niewiele pamiętam z początkowego okresu pobytu na Wołyniu. Wyładowanie z pociągu nastąpiło
bodaj na stacji Maniewicze, skąd powędrowaliśmy do sąsiedniego Wołczecka. Potem następował
szereg przesunięć i kwaterowań po wioskach, których nazwy na ogół nie zachowały się w mej
pamięci.
Pamiętam natomiast, jak jednego z pierwszych dni października po dość długim, uciążliwym marszu
po piaszczystych drogach przekroczyliśmy z powrotem tor kolejowy i dalej jeszcze szliśmy wiele
kilometrów. Postój wypoczynkowy był tym milej powitany, że brać była już wygłodniała, a lada chwila
miały zjechać kuchnie polowe.
I tak się stało rzeczywiście. Ale wcześniej jeszcze zjechały wozy taborowe z częściami ekwipunku do
rozdania pomiędzy potrzebujących. Płaszcze, obuwie, koce - wszystko to bardzo było potrzebne
w obliczu jesieni i występujących już chłodów.
W owym czasie nosiłem trzy naszywki plutonowego, a w danej chwili pełniłem funkcję sierżanta
kompanijnego. Toteż na mnie spadł ciężar rozdawnictwa odzieży. Gdy inni najadali się i zapijali kawą
oraz dbali o zaopatrzenie w konserwy na dalszą drogę, ja badałem potrzeby zgłaszających się
i wydawałem uznane za niezbędne „sorty” mundurowe, czyniąc zadość istotnym potrzebom.
Pod koniec tych moich funkcji zabrzmiał sygnał alarmu i zbiórki. Pośpiesznie dokonałem ostatnich
przydziałów i stanąłem do szeregu. A zbliżał się wieczór, od rana nic nie jadłem i do następnego ranka
nie mogłem mieć nadziei na ponowny przyjazd kuchni polowej. Bez entuzjazmu stwierdziłem ten
fakt, ale pomaszerowałem jak inni, bez zbędnej skargi na los.
Marsz trwał dalej do świtu.
Półbatalion przeszedł wreszcie do formacji tyralierskiej i znalazł się wkrótce w silnym ogniu
nieprzyjacielskich karabinów maszynowych.
Mgiełka poranna pozwoliła zbliżyć się znacznie do pozycji nieprzyjacielskiej, ale - gdy pierzchła -
dobrze wstrzelana broń maszynowa przeciwnika zaczęła mocno dawać się we znaki.
W pewnym momencie, słysząc wołanie rannych o pomoc i nie widząc członków patrolu sanitarnego
przy koniecznych usługach, przebiegłem pochylony wzdłuż linii tyralierskiej, starając się odkryć
sanitariuszy i rzucić ich do pełnienia obowiązków. Ku memu zaskoczeniu nie dojrzałem ani jednego.
„Musieli się gdzieś ukryć na tyłach, dranie...” - szeptałem do siebie. Jak zwykle w takich razach
miejsce chłodnej analizy zajmowała wściekłość i chęć urągania. Podbiegłem pośpiesznie do wnęki,
w której leżał dowódca kompanii, kapitan Sierant, i przyklęknąwszy na lewym kolanie zacząłem
składać meldunek o fakcie, gdy nagle... poczułem bardzo silne kopnięcie w lewą stronę brzucha
i przewróciłem się na bok. „Jestem ranny” - powiedziałem zamiast kontynuowania raportu.
Ordynans kapitana Sieranta, nazwiskiem - o ile dobrze pamiętam - Iryszek, podsunął się do mnie
i zaczął mnie okopywać. Ale tylko chwilę miałem tego świadomość i nie zdążyłem nawet wyrazić mu
wdzięczności za ofiarną usługę koleżeńską. Odzyskałem przytomność dopiero późnym wieczorem.
Leżałem na wznak w płytkim dołku, wygrzebanym przez kolegę-żołnierza.
Pierwszym moim wrażeniem było dosłyszenie ruchu wozu. „Kuchnia przyjeżdża” - pomyślałem. Ale
potem, po jakimś bliżej nie uświadomionym czasie rozległ się głos szefa naszego patrolu sanitarnego,
medyka i bliskiego kompana - Oleja. „Jest wielu rannych, zabieram najpierw ciężej poszkodowanych,
ty możesz poleżeć i poczekać, przyjdę po ciebie i zabiorę później...” - zrozumiałem słowa życzliwego
głosu.
Musiała to być tylko chwila przytomności, bo dopiero w świetle dziennym uświadomiłem sobie, że
nadal leżę w płytkim dołku i że wokół panuje zupełna cisza. Ani nie było pomocy sanitarnej, ani nie
mogłem przy ostrożnych ruchach głowy dojrzeć nikogo w sąsiedztwie. „Oczywiście Olej nie zdążył -
pomyślałem - a teraz w dzień nie będzie miał możliwości powrócić po pozostałych rannych” -
rozumowałem krótko i potem na nowo zasnąłem.
Gdy znowu odzyskałem przytomność, było późne popołudnie, a nie wiedziałem oczywiście, czy było
to tęgo samego czy już następnego dnia. Rozlegały się teraz od czasu do czasu wystrzały artyleryjskie,
a mając wzrok skierowany ku górze, łatwo stwierdziłem z maleńkich powstających nade mną
obłoczków, że to wybuchają szrapnele.
Pociski padały, jak wywnioskowałem, w rejonie mego przymusowego pobytu. „Linia musiała się
cofnąć - odgadłem trafnie -- i niewątpliwie leżę pomiędzy pozycjami własnymi i wroga. Na pomoc
sanitarną nie ma więc co liczyć. Trwać na miejscu - to móc oberwać dodatkowo bez jakichkolwiek
szans na ratunek. Trzeba zrobić wysiłek i wycofać się jakoś na nowe pozycje. Ale można tego
próbować jedynie o zmroku.”
Opisuję to moje ówczesne rozumowanie, nie wiem, czy całkowicie dokładnie. Ale pewne jest, że
powyższy wniosek końcowy był istotnie powziętą decyzją. Leżałem spokojnie do wieczora,
obserwując w górze wybuchy powtarzające się rzadko, ale ustawicznie.
Pod wieczór dokonałem oględzin. Na kurtce widniała duża, zakrzepła plama krwi, ale było oczywiste,
że rana już nie krwawi. Miejsce postrzału wydało mi się położone powyżej brzucha. Dało mi to
nadzieję, że jestem lżej ranny, niż pierwotnie przypuszczałem. Stwierdziłem też, że obok mnie leży
mój karabinek. „Może mi posłużyć za kij przy wstawaniu.” Zapiąłem też na szyi luźno zarzucony
płaszcz mundurowy, w który zwykłem owijać się na noclegach, wkładając go jednym tylko rękawem,
aby zapewnić sobie ciepło w czasie zimnych nocy (koc służył mi natomiast do zawijania nóg). Byłem
gotowy do próby, nie będąc jednak pewny, jak się powiedzie.
Udało się!
Powoli, przezornie, przy pomocy karabinku, przeszedłem do pozycji stojącej. Jak, nie umiałbym tego
opisać. Nie czułem się zbyt pewnie na nogach, ale nie przewróciłem się. Zrobiłem krok naprzód,
powiódł się! Potem drugi, następne. Posuwałem się powoli i ostrożnie, ale jakby w ogóle nie
odczuwając bólu. Emocja zastępowała mi znieczulenie. Tak zrobiłem kilkadziesiąt czy może więcej
kroków, gdy nagle padł strzał i rozległ się głos: „Halt, wer da?” Krzyknąłem, że ranny legionista wraca
z pola walki.
Teraz czujka austriacka nabrała zaufania i więcej nie strzelała. Przeciwnie, żołnierz pomógł mi
przeleźć przez czoło okopu i znaleźć się w postawie stojącej w wykopie, który był zajmowany przez
austriackich ułanów. Ułożyli mnie w jednej z wnęk schronowych. A po chwili zjawił się ordynans
rotmistrza dowodzącego oddziałem. Wręczył mi ofiarowaną przez oficera manierkę kawy i butelkę ze
sporą ilością koniaku.
Miałem świadomość, że ranni w brzuch nie powinni niczego jeść ani pić, ale, jak wspomniałem,
własne badanie rany, dokonane zresztą dosłownie spode łba, przekwalifikowało już charakter
postrzału. „Dolna pierś, nie brzuch” - brzmiała ta własna diagnoza. Mimo to byłem przezorny.
Wypiłem kilka łyków kawy i na tym poprzestałem. Koniak ofiarowałem opiekującym się mną
austriackim towarzyszom broni.
Ordynans oświadczył mi ponadto, że mam leżeć spokojnie i że rotmistrz spodziewa się odesłać mnie
na tyły wozem, który pod koniec nocy przywiezie jedzenie dla jego żołnierzy. Tak też się stało.
Kuchnia przyjechała, obsłużyła szwadron i gdy zabierała się do odjazdu, posadzono mnie w tyle wozu
ze zwieszonymi ku ziemi nogami.
Jazda trzęsącym się po bezdrożach wozem trwała krótko. Poczułem bóle, coraz silniejsze za każdym
wstrząsem. Ustało znieczulenie wywołane niebezpieczeństwem i wolą ucieczki z zagrożonego
miejsca. Zatrzymałem wóz, zlazłem z niego, nie bez wielkiego trudu, i dalej odbywałem drogę pieszo,
wlokąc się, cierpiący, obok wozu, wsparty ręką o jego drabinę boczną. Nie potrafię ustalić, czy trwało
to kilkanaście minut, czy więcej niż pół godziny, ale w pewnym momencie znaleźliśmy się
w opłotkach wsi i woźnica wskazał jakiś dom, mówiąc: „Tu wasza brygada.”
Podziękowałem, oddaliłem się we wskazanym kierunku i po chwili, zapukawszy, otworzyłem drzwi.
Ujrzawszy dowódcę pułku Minkiewicza i lekarza, pułkownika doktora Rogalskiego, zorientowałem się,
że jestem w dowództwie brygady, a nie, jak przypuszczałem, „w brygadzie sanitarnej”.
Zameldowałem, że wracam oto spomiędzy linii bojowych, ranny w dniu 5 października. Nie dodałem,
jak ciężka jest rana, i wskutek tego zapewne usłyszałem suche słowa Minkiewicza: „Brygada sanitarna
jest na drugim końcu wsi.”
Zapewne, gdybym był mocniejszy, trzasnąłbym na wychodnym drzwiami. Liczyć przecież mogłem na
wezwanie pomocy lekarskiej na miejsce i dopiero po ustaleniu mego stanu na odstawienie do stałego
ośrodka pomocy lekarskiej. Ale bardzo obecnie słaby, pozostałem zdyscyplinowanym żołnierzem
i spróbowałem w myśl otrzymanej wskazówki dotrzeć do wskazanego mi punktu. I to udało się także.
Ale gdy otworzyłem z kolei drzwi do brygady sanitarnej, nie potrzebowałem mówić, po co
przybywam. Doktor Wowkonowicz, lekarz batalionowy, wykrzyknął radośnie, poznawszy mnie: „A
więc żyjecie! A umieściliśmy was na liście strat. Rana w brzuch, to wiedzieliśmy od Oleja.”
Położono mnie na sienniku i rozpoczęto oględziny. Rana nie krwawiła, więc stwierdzono jedynie jej
charakter. O poruszaniu się nie było teraz mowy. Zakaz był niepotrzebny, sam nie byłem w stanie
powstać, a tym bardziej poruszać się na własnych nogach.
Chciałem wiedzieć dokładnie o swym stanie, więc zażądałem czegoś do picia. Nie wspomniałem
oczywiście o wypiciu już około pół szklanki kawy u ułanów w okopie. Nastąpiła narada, co mi dać:
parę kropel koniaku czy łyżeczkę kawy... Skończyło się na odrobinie kawy. Ale z wahań i dyskusji
zrozumiałem, że jednak zostałem groźnie ranny w brzuch.
Psychicznie czułem się jednak teraz znakomicie. Byłem wśród ludzi życzliwych, niemal przyjaciół.
Mogłem liczyć na szybkie skierowanie do szpitala. Ból mało mi dokuczał w pozycji leżącej. Niekiedy
zupełnie zapominałem, że jestem ciężko ranny. Ból przypomniał się dopiero, gdy na noszach
wstawiano mnie do karetki sanitarnej i powieziono do punktu przejściowego na stacji w
Maniewiczach. Znowu jęczałem na każdym wyboju. W Maniewiczach znalazłem się na jednym z łóżek
ustawionych w hali dworcowej, w oczekiwaniu na pociąg sanitarny i na jazdę w niewiadomym
kierunku na kurację szpitalną.
Teraz usiłowano zdjąć mi obuwie, ale nie było to proste. Próby nie dawały wyniku poza dotkliwym
bólem. Zdecydowano rozciąć buty i tą drogą oswobodzono wreszcie stopy z wielodniowego
uwięzienia. Stwierdzono, że u obu nóg stopy są lekko odmrożone, najwidoczniej wskutek długiego
leżenia nieruchomo w przymrozkowej temperaturze. Stan stóp uznano za wymagający kąpieli, na
zmianę gorących i zimnych. Ale nie pamiętam, czy ten rodzaj zabiegu zastosowano. Raczej chyba
ograniczono się do oględzin, diagnozy i powierzchownego obmycia ciała.
Na pociąg sanitarny trzeba było czekać do dnia następnego. Składał się on z odpowiednio
przystosowanych wagonów towarowych. W każdym było po osiem miejsc leżących w dwóch
kondygnacjach. Dostało mi się górne łóżko.
Lekarz pociągu, mówiący tylko po niemiecku, raz jeden zjawił się w moim wagonie. Postawił
diagnozę: „Bauchdurchschuss”, i oznaczył ją na tabliczce obok łóżka. Po czym szybko się oddalił, aby
więcej w ogóle się nie pokazać w ciągu kilkudniowej jazdy pociągu w nie znanym mi wówczas
kierunku. Jak się u celu okazało, była nim śląska Opawa (Troppau).
Stałą „opiekę” nad rannymi w wagonie sprawował żołnierz-sanitariusz. Jego kwalifikacje fachowe
stwierdzała opaska czerwonego krzyża, którą nosił na mundurze wojskowym. Był to poczciwy Czech,
bardzo życzliwy dla powierzonych jego opiece. Natomiast nie bardzo, zdaje się, wiedział, co z nimi
robić, ale starał się, jak umiał, i działał w najlepszej wierze. Zaraz niemal po wizycie lekarskiej, przy
której zresztą nie asystował, zbliżył się do mnie i z troskliwą uprzejmością wręczył rarytasy dawno nie
widziane: kilka słodkich bułeczek. Zapytał się też, czego pragnąłbym do picia.
Ale ja już miałem świadomość rany w brzuch. Tyle rozumiałem też z języka niemieckiego, że bez trudu
przetłumaczyłem sobie zapis diagnostyczny: „przestrzał brzucha”. I sam sobie zaleciłem pełną dietę
w ciągu całej podróży: zupełna głodówka i zupełnie minimalne korzystanie z napojów (mleka, kawy).
To, co mi wręczał sanitariusz, rozdawałem po jego wyjściu z wagonu sąsiadom ku ich żywemu
zadowoleniu. Sanitariuszowi zaś zawsze serdecznie dziękowałem za życzliwy stosunek i aprowizację,
nie zgłaszając obiekcji co do owej diety, jaką mnie raczył. Najwidoczniej lekarz nie czuł się był
w obowiązku pouczyć sanitariusza co do właściwego sposobu traktowania i odżywiania
poszczególnych rannych w czasie cztero- czy pięciodniowej podróży.
Szpital w Opawie był położony przy bocznicy kolejowej. Był to obiekt prowizoryczny, mieszczący się
w drewnianych barakach, nosił też odpowiednią nazwę: „K.u.K. Baracken Spital Nr 1 in Troppau”
20

Ale, jak się później przekonałem, szpital ten miał dobrą obsadę lekarską i pielęgniarską oraz niezłe
wyposażenie. Sam w minimalnym stopniu miałem możność korzystania z tego, gdyż rana nie
wymagała żadnych zabiegów poza leżeniem i stopniowaną w miarę upływu czasu dietą, a leczenia
wymagały raczej lekko odmrożone stopy. Natomiast w pełni i ja odczułem właściwy, życzliwy
i prawdziwie samarytański stosunek tak lekarza oddziałowego doktora Gregorka, jak i sióstr,
pochodzących z bawarskiego Czerwonego Krzyża.
Wyniesiono mnie z pociągu najpierw do sali kąpielowej. Tam znalazłem się pod prysznicem w pozycji
siedzącej. Raz jeszcze mogłem stwierdzić, że wlot i wylot rany są zasklepione, że ślad po postrzale nie
jest wielki, przy czym wylot nieco tylko większy od wlotu; postrzał nastąpił więc pociskiem
normalnym (a zdarzały się postrzały kulami dum-dum) z bliskiej odległości. Byłem bardzo osłabiony
i prawie nie mogłem się ruszać, ale i tu nie stwierdzono potrzeby jakiegokolwiek opatrzenia rany.
Natychmiast po przeniesieniu mnie na salę chorych, w której miałem leżeć około dwóch miesięcy,
doktor Gregorek oświadczył, że zajmie się odmrożonymi stopami, poza tym zalecając spokojne
leżenie i dietę, z początku wyłącznie płynną. Kuracją zastosowaną do nóg była ta, o której mówiono
jeszcze na kolejowej stacji sanitarnej. Ale wkrótce doktor Gregorek doszedł do wniosku, że trzeba
przejść do intensywniejszej terapii.
Jak powiedział, tak zrobił. Zanurzono kolejno obie moje stopy w jakimś gęstym roztworze, który
wydał mi się zwykłym rozpuszczonym klejem stolarskim. Oblepione tym płynem stopy
obandażowano zamoczonym w nim również bandażem i następnie owinięto na sucho. Doktor
Gregorek powiedział, że muszę tak pozostać do dziesięciu dni, po czym opatrunek zostanie usunięty,
a nogi powinny powrócić do należytego stanu.
Gdy opatrunek zasechł, czynił wrażenie jakiegoś żelaznego uchwytu. Mocny ucisk był dokuczliwy, jeśli
nie bolesny: mówiłem więc, że zastosowano mi średniowieczną torturę żelaznego gniotu. Ale była
ona do przetrzymania, z każdym dniem coraz zresztą łatwiej. Po wyznaczonym terminie opatrunek
zanurzono w gorącej wodzie i stopniowo usunięto.
Kuracja okazała się skuteczna. Nie miałem żadnych trudności z chodzeniem, gdy ustały skutki rany,
decydujące przedtem o niemożności poruszania się. Najbliższej zimy miałem wprawdzie pewne
objawy strzykań czy dreszczy w stopach, ale w następnych latach i to się nie powtórzyło.
Doraźnie po kuracji antyodmrożeniowej nie mogłem wypróbować, czy odzyskałem pełną władzę nóg.
Nie było jeszcze mowy o stanięciu czy tym bardziej chodzeniu. Ogólny stan nie pozwalał na to. Nie
tylko inni, ale ja sam zdumiewałem się teraz, jak mogłem przejść na trzeci dzień po zranieniu o
własnych siłach z pola walki do punktu pomocy lekarskiej, czyli odległość razem sięgającą co najmniej
dwu kilometrów.

20
Dziwiłem się wtedy, czemu nie zastosowano w nazwie czysto niemieckiego określenia „Krankenhaus”. (Przyp.
aut.)
W szpitalu stwierdzić mogłem także, jak niesłusznie osądzałem członków patrolu sanitarnego,
daremnie poszukiwanych na polu bitwy. Niektórzy z nich też przebywali w Opawie na leczeniu, a inni
- według relacji tych, których tu spotkałem - zostali ranni na początku walki. Potwierdził to także
leżący na mojej sali jeden z uczestników boju, kolega z tej samej kompanii - Morawiec. Dzielni, jak się
okazało, członkowie patrolu mieli pecha zaraz na wstępie. Brak pomocy z ich strony, który
spowodował moją wędrówkę wzdłuż linii bojowej i składanie meldunku w niewłaściwej pozycji (nie
leżącej), nie był przez nich zawiniony.
W czasie pobytu na sali szpitalnej nawiązałem miłe stosunki z niektórymi sanitariuszkami. Ponieważ
miałem kwalifikacje naukowe słuchacza wyższej uczelni, sanitariuszki nie mogły zrozumieć, czemu nie
przysługują mi prawa austriackich „einjährige Freiwillige”. Twierdziły, że mogą mnie przenieść na salę
oficerską, a gdy odmówiłem, dziwiły się, czemu nie chcę skorzystać z lepszych warunków. Ostatecznie
przezywały mnie legionowym lub polskim, a niekiedy nawet rosyjskim „chorążym”, jakkolwiek
deklarowałem, że jestem jedynie plutonowym.
Pogawędki z pielęgniarkami i rannymi stanowiły urozmaicenie pobytu. Poza tym i wizytami
codziennymi doktora Gregorka czy rzadkimi inspekcjami „primariusa” (lekarza naczelnego) nic się nie
działo, jeśli nie liczyć codziennych zabiegów leczniczych i sanitarnych podejmowanych w lżejszych
przypadkach na sali.
Bezpośrednio byłem pod opieką siostry Emmy Weidner, niebrzydkiej i postawnej dziewczyny.
Dublowała ją siostra Stefi, której nazwiska nie pamiętam. Ta była mała i niepozorna, ale typowa
śmieszka i amatorka pogawędek. Obie pamiętałem z wdzięcznością długo. Wdzięczności tej dawałam
później wyraz, prowadząc korespondencję z obu pielęgniarkami. Pisywałem i do doktora Gregorka.
Na sali w okresie mego pobytu nie zdarzył się wypadek śmierci, choć byli i bardzo ciężko ranni. Na
mnie szczególnie duże wrażenie czynił jeden z sąsiadów, polski chłop, a żołnierz austriacki, ranny
straszliwie w okolice krocza z równoczesnym uszkodzeniem organu płciowego (penisa). Gdy
przybyłem, leczenie było daleko posunięte, a sam ranny był pełen optymizmu i nadziei na powrót do
rodziny. Poddawał się codziennym bolesnym opatrunkom ze zdumiewającą pogodą ducha
i cierpliwością. Wiedzieliśmy wszyscy, że jest skazany na zawsze na skutki postrzału, uniemożliwiające
mu ojcostwo, ale on ciągle wspominał o powrocie do swojej młodej żony, wywołując nasze milczące
współczucie.
Boże Narodzenie 1915 r. spędziłem wśród towarzyszy kuracji. Szpital urządził choinkę na sali oraz
zapewnił świąteczne pożywienie. W tym czasie mogłem już coś spożywać ze stałych pokarmów,
jednak był to okres, kiedy moje zwykłe łakomstwo nie przejawiało się niemal zupełnie. Te drobne
dowody życzliwej pamięci o rannych rozrzewniały wielu pacjentów.
Nastąpił wreszcie czas, kiedy mogłem się podnieść z łóżka i poruszać się po baraku. Wstępowałem
przede wszystkim do pokoiku służbowego sióstr i tam prowadziliśmy długie gawędy, zwłaszcza
wieczorami, kiedy ustawały ich obowiązki. Potem wyszedłem raz i drugi za przepustką „na miasto”.
Było mi ono całkowicie obce, więc po pierwszym krótkim rzucie oka na jego zabudowę nie ciągnęło
mnie więcej do wędrówek. Nie było zresztą czasu na bliższe poznanie miasta, bo wkrótce po
zezwoleniu na podnoszenie się lekarz oświadczył mi, że mój pobyt szpitalny kończy się i że będę
przesłany gdzie indziej. Doktor Gregorek dodał, że rentgen wykazuje ślady „Lungenspitzenkatarrh”,
że więc, jeśli pragnę, może mnie przesłać do Zakopanego. Jako alternatywę mogłem brać pod uwagę
legionowy Dom Rekonwalescentów w Kamieńsku. Bez wahania poprosiłem o skierowanie do
Kamieńska. Tam - myślałem - będę w rodzinie legionowej, a co ważniejsze - niedaleko od najbliższych
w Warszawie i krewnych w Częstochowie.
Nadszedł dzień zbiórki w jakiejś komendzie austriackiej w mieście, dokąd mieliśmy udać się grupą
wypisanych ze szpitala. Pożegnaliśmy się z pozostającymi nadal na kuracji oraz z personelem szpitala
i poszliśmy.
Ustaliliśmy czas odjazdu naszych pociągów z Opawy, dostaliśmy dokumenty przejazdowe i mieliśmy
czekać w komendzie na właściwą porę, aby udać się na dworzec. Ale siedzenie w ponurym lokalu nie
odpowiadało mi. Zabrałem dokumenty i plecak i ruszyłem w kierunku miasta, a raczej na jego skraj -
do szpitala. Jeszcze jedna przyjacielska gawęda z pielęgniarkami miło mi skróciła czas czekania. Potem
udałem się na dworzec, łącząc się z grupą jadącą do Kamieńska.
W pociągu już powziąłem zamiar zatrzymania się w drodze w celu nawiązania kontaktu z rodziną.
Wysiadłem w Częstochowie. Pociąg ruszył dalej beze mnie. Posłałem karteczkę do cukierni
Błaszczyńskich z wiadomością, że jestem na dworcu i że odjadę następnym pociągiem. Natychmiast
przybiegł na dworzec wuj Urbański, serdecznie przywitał i przyjął moje dezyderaty. Z nich
najistotniejszy był jeden: danie znaku rodzicom, że jestem jako rekonwalescent kierowany do
Kamieńska. Prosiłem wuja, aby o ranie pisał w sposób nie budzący niepokoju, który już zresztą byłby
nieuzasadniony. Wiedziałem, że Warszawa była w tym czasie okupowana przez Niemców, a więc
pierwsza o mnie wiadomość od czasu wybuchu wojny może być rodzicom przez wuja przesłana.
Następnym pociągiem odbyłem krótką już drogę do Kamieńska. Kierownictwo Domu
Rekonwalescentów wyraziło mi swe niezadowolenie z powodu odłączenia się od transportu, ale
udało mi się usprawiedliwić. Wyznaczono mi miejsce noclegowe i zarejestrowano jako jednego
z wielu przejściowych podopiecznych zakładu.
W Domu Rekonwalescentów w Kamieńsku przeżyłem wzruszającą chwilę odwiedzin matki. Wuj
Urbański spełnił moją prośbę i napisał - jak należało - do Warszawy. Ja sam również spróbowałem
nawiązać bezpośredni kontakt listowny z domem rodzinnym, ale bezskutecznie. Aż tu pewnego dnia
wywołany zostaję do rozmównicy i widzę matkę we własnej osobie!
Dostałem oczywiście zezwolenie spędzenia z nią razem całego jej pobytu w Kamieńsku, gdzie znalazła
sobie jakieś miejsce noclegu. Mogła spędzić ze mną zaledwie dwa niecałe dni. Ale po niewidzeniu się
niemal dwuletnim, po okresie zupełnego braku jakichkolwiek wiadomości o swych losach, możność
widzenia się i rozmawiania z matką była wielkim dla mnie przeżyciem, nie pozwalającym mi łatwo
usnąć po wieczornym powrocie na kwaterę rekonwalescencką. Ale nie wiem, czy nie było to
spotkanie znacznie głębszym wstrząsem dla matki... Ja miałem bowiem za sobą wiele miesięcy
znieczulających wrażliwość, nie mówiąc już o mniej dogłębnej uczuciowości młodzieży
w przeciwstawieniu do tkliwości macierzyńskiej.
Dowiedziałem się z rozmów z matką wszystkiego lub prawie wszystkiego o najbliższych pozostających
w Warszawie. Matka, której niełatwo było pokonać trudności związane z wyjazdem, pomijała
w opowiadaniach szczegóły nie najlepszej doli materialnej rodziny, a tym bardziej nie rozwodziła się
nad troską jej i innych bliskich o mnie. A przecież troska ta nie trwała krótko.
Matka przywiozła mi parę przedmiotów, które uważała za użyteczne w dalszej mej służbie
legionowej, między innymi maciejówkę pierwszobrygadową w wykonaniu słynnego warszawskiego
czapnika - Tuczyna z Podwala. Byłem rad, że poza wysłużoną swą rogatywką będę mógł teraz nosić
nakrycie głowy stanowiące jeden z symboli służby żołnierskiej zrodzonej z idei niezależnej walki
zbrojnej o niepodległość ojczyzny.
Po odprowadzeniu matki do pociągu i jej odjeździe podsumowałem przeżyte wrażenia. Rozmowa
z matką nie tylko potwierdziła niewątpliwą i stale uświadamianą miłość rodzinną, ale i dała mi
satysfakcję aprobaty matczynej dla mej służby ochotniczej i mego czynu żołnierskiego. Zgłoszenie się
pod broń w narodowej formacji zbrojnej matka moja uznała za krok właściwy. Mimo że pamiętałem
dobrze całe dawniejsze nastawienie domu do idei walki o niepodległość, było teraz rzeczą ważną
usłyszeć słowa uznania za podjętą decyzję i błogosławieństwo na dalsze boje.
21

Łza nie padła z ócz matki w czasie całego spotkania ze mną. Była zbyt twardą bojowniczką z całego
swego charakteru, gotową zawsze do poświęcenia wszystkiego dla wyznawanych ideałów. Łzy
przecież wylewała, gdy obiekt jej troski był nieobecny i nie mógł ich widzieć. Jak za lat młodości, tak
i teraz - w czasie mej epopei legionowej - matka wylała na pewno wiele łez w samotności. Ja nie
rozczulałem się zewnętrznie, ale w istocie byłem silnie rozrzewniony. I dumny. Nie z siebie. Z matki!
Jeszcze jedna matka-Polka, godna tego miana!
Poza jednorazowymi odwiedzinami matki, moje życie w Kamieńsku szło normalnym trybem.
Odchyleniem od szablonu były jedynie inicjowane przez komendę Domu Rekonwalescentów rozrywki
oraz wykłady. Miałem i ja jedną pogadankę, wygłoszoną dla współpacjentów na temat sytuacji
społeczno-politycznej przeżywanego okresu.
Zarówno pobyt w Kamieńsku, jak i kolejny pobyt w Kozienicach - w kompanii przygotowującej
żołnierzy-ozdrowieńców do odmarszu na front (w żargonie wojskowym zwanej marszową) - nie miał
szczególnych urozmaiceń. Typowy tryb życia koszarowego i ćwiczenia wojskowe zajmowały większość
dnia w Kozienicach. Wolne chwile po ćwiczeniach i służbie spędzało się w skromnym klubie
żołnierskim, prowadzonym przez Ligę Kobiet, bądź w jednej z kawiarenek w pobliżu koszar, dokąd
zresztą zachodziłem przeważnie bez towarzystwa kolegów, z reguły na jakiś napój bezalkoholowy.
Dni świąteczne spędzałem zwykle na dłuższych spacerach po okolicy. Chodziłem do dość dalekich
lasów w rejonie Zagożdżona i Garbatki albo po prostu wyszukiwałem sobie miejsca odludne
w nieuprawnym polu, na lekko porośniętych skrawkach piaszczystego terenu, gdzie leżałem
godzinami, odrywając myśli od codziennego schematu życia żołnierskiego.
Wreszcie i ten ostatni etap przygotowawczy dobiegł końca. Zostałem objęty transportem „na front”.
Z ulgą ruszyłem z powrotem do swej formacji, teraz już jako wytrawny żołnierz, mający poczucie
pełnej przydatności. Była to wiosna 1916 roku.

Końcowemiesiącesłużbyfrontowej

Znalazłem się znowu w znanym mi i miłym sercu środowisku „leguńskim”. Powitany przez kolegów ze
zwykłą szczerą i nieco szorstką, a mało wylewną serdecznością, zająłem z powrotem swoje miejsce
w kompanii, jak zajmuje się miejsce przy stole w domu rodzinnym wróciwszy po dłuższej
nieobecności. Zwykły tryb życia na linii bojowej lub bezpośrednich tyłach zdawał mi się czymś
normalnym po „nienormalnym” pobycie gdzieś po szpitalach, domach ozdrowieńców i ośrodkach
szkoleniowych. Siły miałem w pełni przywrócone. Nie lękałem się nowych trudów i wysiłków.
Wędrówki marszowe odbywały się teraz po terenie bliskim mej pamięci, bo znanym już
z poprzedniego pobytu. Te same piachy, te same lasy na ubogim podłożu, te same uciążliwe dla
piechurów drogi polne, od czasu do czasu niewielkie stawki czy jeziorka oraz podmokłe ziemie czy
zawilgocone tereny zadrzewione.

21
Warto dodać, że romantyce walk w ruchu niepodległościowym i romantyce munduru legionowego uległo w
tym właśnie wieku wielu działaczy rewolucyjnych, jak Feliks Kon, Jan Hempel, Władysław Broniewski.
Z działań bojowych tego kolejnego okresu walk „na Wołyniu” pozostało mi wyryte w pamięci
zdarzenie poprzedzające generalny odwrót znad Styru nad Stochód.
Nastąpiła wtedy tak zwana ofensywa brusiłowska wojsk rosyjskich. Wsparta wielką ilością rzuconych
do ataku wojsk carskich przy nieszczędzeniu ofiar z życia ludzkiego, osiągnęła powodzenie,
przełamując opór broniących terenu wojsk niemieckich i austriackich oraz brygad legionowych.
Mam do dziś w oczach pozycję przedodwrotową mego batalionu. Poza mną, w odległości około
ćwierci kilometra, widnieje skraj lasu, a ja leżę oto na linii obronnej, lekko wkopanej w ziemię,
w dziwnej formacji: „leguni” pomieszani z austriackimi i bawarskimi żołnierzami. A przede mną
w odległości około ćwierci do pół kilometra płotek wiejski, do którego się zbliżają, przez który uparcie
przełażą szeregi atakujących, idących fala za falą. Zamiast przepełzać dołem pod ogrodzeniem czy je
usuwać, żołnierze pokonują przeszkodę górą, nie bacząc na skuteczny ogień karabinowy, jaki ich
dosięga z naszych linii. Ofiary padają na ziemię bądź zawisają na parkanie, ale wciąż nowe oddziały
kontynuują atak. Wydaje się, że nie ma granic liczba atakujących. We mnie zaś rodzi się jakieś dziwne
współczucie: „Cóż za barbarzyńskie szafowanie życiem ludzkim” - myślę, nie pamiętając, że ci ludzie
to przeciwnicy, których należy uśmiercać ze zwykłego, okrutnego obowiązku żołnierskiego. Pomimo
dotkliwych strat przeciwnika, jego znaczna przewaga liczbowa decyduje. Dostajemy rozkaz cofania się
na krawędź lasu.
I oto następuje nieoczekiwana reakcja mózgu. Powstaje świadomość niebezpieczeństwa
i jednocześnie wraca w pamięci raniony tak groźnie, a drastycznie, rodak ze szpitala opawskiego:
trzeba się chronić przed podobnym postrzałem. I gdy koledzy wykonują nakazane działania
odwrotowe w sposób pospieszny, prawidłowymi skokami, w pochyleniu ciał, zwróceni w kierunku
celu, odwracając się ku przeciwnikowi tylko dla oddania strzałów z pozycji leżącej, przyjmowanej na
chwilę, ja cofam się krokiem wstecznym, trzymając swój wypełniony dobytkiem żołnierskim plecak
przed sobą poniżej pasa. Nie mam świadomości, że w ten sposób wystawiam się właśnie na tym
większe ryzyko postrzelenia.
Szczęśliwie docieram do lasku w ślad za mymi towarzyszami broni i podwładnymi. Tu dopiero
uświadamiam sobie, jak nierozważnie a bezużytecznie narażałem się na śmierć lub zranienie. Pomaga
mi w krytycznej ocenie czyjś cichy głos: „Bezsensowna brawura.” Pojmuję, że moja postawa
odwrotowa, mająca cechy niewątpliwego chwilowego zaćmienia umysłu, mogła przybrać w oczach
osób trzecich cechy odważnego - ponad miarę i potrzebę - obserwowania nieprzyjaciela w czasie
cofania się własnej jednostki.
Następuje zupełne otrzeźwienie i nawet wybuch wewnętrznego śmiechu. „To nie zuchwałe
bohaterstwo, jak by się komu zdawać mogło - ironizuję w duchu - to jakaś obłędna obawa. Nie
tchórzostwo, ale jakiś przesądny objaw, prowadzący do bezsensownego odruchu...”
Jestem znowu spokojny. Teraz kontynuujemy marsz odwrotowy, głównie bezdrożami leśnymi. Trwa
on około doby. Odbywamy go dniem, a potem nocą, potykając się z braku widoczności na korzeniach
dróżek leśnych. Wydaje mi się, że idę śpiąc i że budzę się od potknięć lub uderzeń o drzewa stojące
na drodze. Nie tylko wydaje mi się. Stwierdzam - już świadomie - że i ja, i inni, znużeni do
ostateczności, zasypiamy idąc i poruszamy się automatycznie.
Nad ranem, ale jeszcze w ciemności, docieramy do płonącego drewnianego mostu nad Stochodem.
Stochód - czyżby to była aż tak szeroka rzeka? Most jest bardzo długi. Ale nie, częściowo pokrywa on
rozlewiska przyrzeczne, a nie właściwą rzekę. Przechodzimy ten most ostatnim wysiłkiem.
Pada rozkaz krótkiego odpoczynku, po którym mamy odbyć jeszcze niewielki marsz do nowych
pozycji. Ale ludzie nie pojmują niczego poza prawem do rzucenia się na ziemię. Nie ma mowy
o poderwaniu ich po kilku czy kilkunastu minutowym odpoczynku. Wszyscy śpią tam, gdzie padli, jak
zabici. Czym jest taki marsz wielogodzinny po poprzednim wysiłku bojowym, czym jest przejście
w odwrotowym pośpiechu kilkudziesięciu kilometrów, wiem teraz dobrze z owego odwrotu na
zachodni brzeg Stochodu.
Mija kilka godzin. Sen - choć krótki - przywrócił zdolność poruszania się. Żołnierze powstają
i ustawiają się w kolumnę marszową z niewątpliwym żalem, ale są już na tyle wypoczęci, że pojmują
i wykonują rozkaz marszu. Udajemy się do istotnie niezbyt odległych pozycji. Obejmujemy je, gotowi
do nowych walk. Ale nastają dni spokoju. Nieprzyjaciel utracił impet. Z tej strony Stochodu mamy
przed sobą perspektywę ciszy bojowej w ciągu - kto wie, ilu dni.
Dowiadujemy się o walkach i stratach innych formacji legionowych. Dowiadujemy się ze szczególnym
zainteresowaniem my - uczestnicy zeszłorocznego boju pod Kostiuchnówką - że pod tą samą
miejscowością odbyła się nowa bitwa legionowa, tym razem I brygady, stanowiąca jedno z jej
najkrwawszych zmagań orężnych. Do Kostiuchnówki z 5 października 1915 dochodzi Kostiuchnówka
z roku 1916, przesłaniająca tamtą liczbą uczestniczących oddziałów polskich i poniesionych przez nie
ofiar w zabitych i rannych.
W czasie całego marszu odwrotowego żołnierze mego batalionu nieśli na noszach rannego dowódcę
Józefa Zająca, wówczas majora, a w przyszłości generała wojsk odrodzonej Rzeczypospolitej. Nieśli go
dziesiątkami kilometrów i donieśli, ratując drogiego im wodza od dostania się do niewoli.
W czasie jednego z wypoczynków podczas tegoż marszu nastąpił tragiczny wypadek. Przy ustawianiu
„w kozły” nie rozładowany karabin wypalił, trafiając jednego z podoficerów. Nieszczęśliwy zmarł
z rany. Był to szczególnie miły młodzian, inteligent, który miał już w kieszeni kartę urlopową. Tak się
cieszył, że znowu zobaczy rodzinę i narzeczoną, której fotografię nosił „na sercu”. Zginął tragicznie,
i to nie na placu boju, lecz wskutek niedbałego obchodzenia się z bronią jednego z żołnierzy.
Wypadek wstrząsnął wszystkimi kolegami wyjątkowo silnie. Śmierć żołnierza z wypadku
deprymowała zawsze więcej niż liczne ofiary życia poniesione w walce. Złośliwy los! - utyskiwano
powszechnie.
Dalsze trwanie nad Stochodem nie obfituje w ostre walki.
Następuje przesunięcie całości wojsk legionowych na tyły. W Czeremosznie ma miejsce przegląd
wszystkich formacji legionowych. Spotykają się ze sobą po raz pierwszy wszystkie trzy polskie
brygady.
Trzeci pułk piechoty Legionów przechodzi z kolei do Baranowicz na leże wypoczynkowe. Nie tylko on.
Wiele innych formacji kwateruje w tejże miejscowości. Kresowe miasto Baranowicze ma charakter
specyficzny: zwykła zabudowa drewniana, nie siląca się na wymyślny styl, dominuje zdecydowanie.
Nawet chodniki są drewniane!
Tu na mój mundur żołnierski naszywam u krawca odznaki pierwszego swego stopnia oficerskiego. Od
dnia 1 lipca zostałem mianowany chorążym, ale przed przybyciem do Baranowicz nosiłem nadal paski
plutonowego (stopień sierżanta przeskoczyłem). Teraz moja kurtka i płaszcz otrzymują srebrne
wężyki.
Przysługuje mi prawo do urlopu. Otrzymuję go po pewnym czasie i udaję się do Warszawy. Po raz
pierwszy od wybuchu wojny spotykam całą moją najbliższą rodzinę w nie znanym mi dotąd
mieszkaniu przy ulicy Nowolipki 53.
Powoli krzątam się koło uszycia munduru oficerskiego. I odbywam wizyty za wizytami. U krewnych,
przyjaciół, bliskich i przypadkowych znajomych. Pamiętam też, że wraz z ojcem odwiedzam i kupca
kolonialnego z rogu ulic Hożej i Sadowej - Kozłowskiego, naszego długoletniego dostawcę z czasów
zamieszkiwania w tym rejonie. Ów zaprzyjaźniony kupiec, jak wielu warszawian, ma sentyment do
munduru legionowego i chce zobaczyć w nim chłopca, który przybiegał dawniej do niego od czasu do
czasu po różne zakupy dla rodziny.
Powoli też zaczynam wchodzić w sytuację polityczną Warszawy. Ma ona przeżyć, a ja z nią, ważny
bądź co bądź dzień: ogłoszenia manifestu dwóch gubernatorów o powołaniu do życia Królestwa
Polskiego o nieokreślonych granicach. Otrzymuję zaproszenie do przybycia na Zamek w celu
wysłuchania manifestu. Nie korzystam z tego zaproszenia. Rozumiem, że akt ma swoje niewątpliwe
znaczenie polityczne, ale nie mam zupełnie zaufania do źródeł, z których pochodzi. Jestem
przekonany, że niepodległość zbliża się, ale jestem zdania, że nie może być ona osiągnięta z
„nadania” przez wroga. Formalni sojusznicy - Niemcy i Austro-Węgry - są nimi przejściowo, nie
przestając być w moich oczach wrogami, którzy na pewno w odpowiedniej chwili ujawnią swój
prawdziwy charakter. Olbrzymia większość społeczeństwa podziela tę opinię i nie ma zaufania do
okupantów ziemi polskiej.
Co ważniejsze dla mnie, przezorną postawę zajmuje już od dawna komendant Piłsudski. W
I brygadzie ma ona powszechny oddźwięk, ale i w moim pułku na naradzie korpusu oficerskiego,
w której jako świeżo upieczony chorąży miałem już okazję brać udział, padły słowa świadczące
o prawidłowej postawie politycznej oficerów. Wiemy już o wstrzymaniu przez komendanta
Piłsudskiego werbunku do Legionów i o jego poleceniu rozbudowy tajnej POW (Polskiej Organizacji
Wojskowej).
22


PodkomendąWładysławaSikorskiego

Nie potrafię dzisiaj wymienić miejsca ani dokładnej daty operacji niżej opisanej. Ale pamiętam dobrze
jej okoliczności, a zwłaszcza fakt, że odbyła się ona w okresie, kiedy dowództwo 3 pułku piechoty
Legionów pełnił przez krótkie tygodnie Władysław Sikorski, wówczas pułkownik czy podpułkownik.
Żołnierze legionowi, weterani walk, podkpiwali sobie mocno z zapowiedzianego objęcia dowództwa
pułku przez oficera znanego im dotychczas tylko z pracy w „komitetach” i „sztabach”. Ale nieliczne
tygodnie spędzone wówczas na odcinku frontowym przez Sikorskiego nie potwierdziły tych
krytycznych ocen, choć nie zapowiadały jeszcze przyszłych walorów tego wodza, które ujawniły się
w pierwszych latach odzyskanej niepodległości, gdy stanął na czele wielkich jednostek, jak dywizja czy
armia, ani tym bardziej jego cech jako naczelnego wodza walczącego poza krajem wojska polskiego,
którym stał się w roku 1939.
Wysoki i nieco sztywny w postawie, czynił Sikorski wrażenie człowieka wyniosłego. Ale ujawnił
i zimną krew, i odwagę, na ile okoliczności bojowe mu wtedy na to pozwalały. Gdy odchodził z pułku,
kpinki dotyczące jego osoby ustały.

22
Autor przedstawia tutaj swój subiektywny sąd „żołnierza Komendanta”. Krytyczną analizę genezy
wspomnianej postawy Piłsudskiego znajdzie czytelnik w pracy Henryka Jabłońskiego Polityka Polskiej Partii
Socjalistycznej w czasie wojny 1914-1918. Warszawa 1958, oraz A. Garlickiego U źródeł obozu belwederskiego,
Warszawa 1975.
Jeśli chodzi o samą operację wojskową, którą kierował czy w niej współdziałał, to polegała ona na
ataku dwóch kompanii na placówkę nieprzyjacielską dającą się nam dotkliwie we znaki. Sytuację
tworzył dawny system obronny, składający się z dwóch linii okopów, połączonych ze sobą rowem
łącznikowym. Jedną z nich zajmowały wojska rosyjskie, drugą my - to jest 3 i 5 pułki piechoty
Legionów. Kompania, do której miałem przydział, sąsiadowała po prawej z kompanią 5 pułku. Te dwie
kompanie miały przeprowadzić natarcie i zniszczyć placówkę wroga. Obie placówki - rosyjska
i legionowa - mieściły się u krańców dawnego rowu łącznikowego, przerwanego obecnie na pewnym
odcinku, położonych za dzielącą obie linie przeciwników rzeczką. Zmiany obsady naszej placówki,
które musiały z reguły przekraczać rzeczkę po wąskiej kładce, ponosiły tam stale straty, nawet
w porze nocnej, gdyż bliska odległość przeciwnika pozwalała mu niezwłocznie rozpoznać nasz ruch
i ostrzelać.
Placówka nieprzyjacielska była dobrze wkopana i umocniona, toteż plan operacji zakładał wstępne
dziesięciominutowe ostrzelanie jej huraganowym ogniem artyleryjskim. Bezpośrednio po ukończeniu
działań baterii miała szturmować piechota, która zaległa zawczasu na pozycji wyjściowej poza
rzeczką.
Zmasowany ogień dział zrobił na nas bardzo silne wrażenie. Wydawało się, że po nim nic
z przeciwnika nie zostanie i że nasze zadanie będzie łatwe. Oczekiwaliśmy chwili ruszenia do ataku
tym niecierpliwiej, że wobec bliskiej odległości, dzielącej obie strony, odłamki własnych granatów
padały również na naszą pozycję, przyczyniając strat, zanim nastąpiła właściwa akcja.
Minęło dziesięć minut, ogień artylerii ustał. I niezwłocznie rakiety świetlne po stronie rosyjskiej dały
poznać, że przeciwnik trwa dzielnie na swej pozycji. Nasz atak natrafił od razu na żywe ostrzeliwanie
karabinowe. Nasza kompania nie dotarła w ogóle do pozycji wroga. Lepiej się udało kompanii 5 pułku
piechoty. Ta na krótko wtargnęła do umocnień, zadając straty przeciwnikowi. Ale i ona po chwili
musiała wycofać się. Operacja zasadniczego celu nie osiągnęła, dając tylko doraźne i ograniczone
powodzenie.
Do naszych doświadczeń żołnierskich przybyło nowe: nawet huraganowy ogień licznych baterii,
skierowany na niewielką przestrzeń, nie jest wszechmocny. Dobry żołnierz nie poddaje się terrorowi
ognia artyleryjskiego, zachowując zdolność do walki.
W czasie frontowego stażu Sikorskiego jako dowódcy była to bodaj jedyna, godna uwagi, akcja
bojowa pułku.

WydaleniezLegionówPolskich

Z urlopu nie wróciłem już do Baranowicz. To 3 pułk natomiast przeszedł do Warszawy. 1 grudnia 1916
odbył się symboliczny wmarsz II brygady Legionów do Stolicy, w którym uczestniczyłem. Pod koniec
uroczystości nie czułem prawej ręki, wymęczonej od długotrwałego defiladowego trzymania szabli
oficerskiej na ramieniu. Pułk dostał „dach nad głową” w koszarach u zbiegu Alei Jerozolimskich i
Solca. Tam stawiałem się na codzienne ćwiczenia z mego miejsca „postojowego” - najpierw w domu
rodzicielskim, potem w przydzielonym mi pokoju w Hotelu Saskim na ulicy Koziej.
Pobyt pułku w Warszawie był stosunkowo krótki. Pułk zmienił szybko miejsce zakwaterowania,
przechodząc z kolei do Zegrza. Stamtąd również mogłem często (w zasadzie co niedzielę) odwiedzać
rodzinne miasto, rodzinę i przyjaciół warszawskich.
Służba pozafrontowa w Zegrzu sprowadzała się w gruncie rzeczy do doskonalenia umiejętności
żołnierskich. Nie zaciekawiało mnie to nadmiernie, jakkolwiek starałem się wykonywać wszystko
możliwie najlepiej. Ale czułem się w garnizonie zegrzyńskim, jak bym był zawodowym wojskowym,
tak to przypominało moje wyobrażenie o pokojowej pracy wojskowej, do której nigdy nie miałem
powołania. Byłoby to nie do zniesienia, gdyby nie pełna świadomość, że za zewnętrznymi formami
codziennych żołnierskich powinności kryje się tak we mnie, jak i powszechnie oczekiwanie na dalszy
rozwój wypadków politycznych. Oczekiwanie bynajmniej nie całkowicie bierne, bo obserwuje się
i dyskutuje namiętnie wszystkie zdarzenia zarówno z bliskimi kolegami broni, jak i z osobami ze
świata cywilnego w Warszawie. Jest pewne dla nas, że ważne wypadki są „przed nami” i że rola ludzi
z bronią w ręku może być pierwszoplanowa.
Mija kilka miesięcy i staje się wiadome, że dla przetworzenia Legionów w Polską Siłę Zbrojną mamy
my - królewiacy - być skierowani na doszkolenie czy przeszkolenie na modłę niemiecką. Faza związku
Legionów Polskich z Austrią dobiegła końca. Była ona fazą przejściową, wywołaną przez układ
okoliczności.
Oczekiwany dzień nadchodzi. Zostaję wysłany do Komorowa pod Ostrowią Mazowiecką, podobnie jak
wielu moich kolegów, na tak zwany 3 kurs przeszkolenia. Przydzieleni oficerowie niemieccy są tu
instruktorami.
W Komorowie wszystko odbywa się pozornie fair. Niemieccy oficerowie-instruktorzy są uprzejmi,
chętnie nawet stają się towarzyszami biesiad w kasynie, gdzie z reguły spotykamy się na posiłkach. Na
placu ćwiczebnym wkładają wiele wysiłków w zapoznanie nas z wojskową organizacją niemiecką,
która ma obowiązywać w „wojsku polskim”. Niemcy starają się początkowe nie wkraczać zupełnie
w nasze kompetencje - dowódców oddziałów żołnierskich, złożonych z naszych kolegów broni bez
gwiazdek oficerskich, którzy pochodzą, podobnie jak my sami, z ziem zaboru rosyjskiego. Nasi
koledzy-żołnierze darzą nas zaufaniem i posłuchem. Na Niemców patrzą „spode łba”, czekając, co
będzie dalej. Sygnału do stanowczych poczynań czekają od nas we właściwym czasie.
W mojej kompanii są też tacy wyrobieni obywatele-żołnierze, z którymi utrzymuję kontakt
bynajmniej nie czysto służbowy. Ma miejsce wymiana koncepcji ideowych i rozważanie, co się może
i co powinno zdarzyć.
Zostaje wreszcie opublikowana rota przysięgi, akceptowana przez ówczesną „władzę polską”
(Tymczasową Radę Stanu), której przypisuję rolę „władzy bez władzy”. W rocie znajdujemy
zobowiązanie nie do przyjęcia. Wymaga się „wierności sojuszniczej” dla tych, którzy sami nie
precyzują dokładnie, w imię czego mamy być wierni. Jasne jest, że Niemcy zmierzają do uzyskania
polskiego mięsa armatniego, a my znowuż nie chcemy być kondotierami. Bez stanowczych i jasnych
zobowiązań na przyszłość, bez określenia granic przyszłego państwa polskiego, bez gwarancji jego
niezawisłości - nie masz rekruta polskiego! Żołnierz polski, a więc i żołnierz legionowy może walczyć
i ginąć tylko dla Polski.
A tymczasem Niemcy powoli ujawniają swe metody. Zaczynają się zdarzać przypadki wydawania
przez nich - przecież tylko instruktorów - poleceń i rozkazów naszym żołnierzom. Polska rada
oficerska 3 kursu deleguje jednego z kapitanów (jeśli dobrze pamiętam, Grotowskiego) i mnie do
niemieckiego komendanta kursu dla założenia stanowczego protestu. Mamy oświadczyć:
„Dowódcami polskiego żołnierza są tylko polscy oficerowie, wara niemieckim instruktorom
szkoleniowym wchodzić w ich rolę i uprawnienia!” Rzecz się ma analogicznie na innych kursach
szkoleniowych, w Komorowie i gdzie indziej. Następuje wymiana informacji i koordynacja taktyczna.
Pewnego popołudnia udałem się w towarzystwie kilku kolegów, wśród których był i Stefan Starzyński
(uczestnik 5 kursu przeszkolenia, odbywającego się również w Ostrowi-Komorowie), na przechadzkę
w kierunku miasta. W drodze powrotnej napotkałem trzech żołnierzy mojej kompanii, spieszących na
dworzec kolejowy w pełnym rynsztunku. Jak mi zameldował znajdujący się pomiędzy nimi podoficer,
zostali oni delegowani do Warszawy w charakterze przedstawicielstwa kursu przez przydzielonego do
kompanii instruktora niemieckiego, celem wzięcia udziału w akcie składania przysięgi przez 3 pułk
piechoty.
Oczywiście bez wahania i niezwłocznie uchyliłem zarządzenie niemieckie i zawróciłem żołnierzy do
koszar, mówiąc: „To ja, a nie niemiecki oficer, jestem waszym komendantem uprawnionym do
rozkazywania.” Poleciłem też powtórzyć moje słowa temu niemieckiemu lejtnantowi, który wydał
polecenie wyjazdu.
Niemiecki komendant kursu zawezwał mnie oczywiście do siebie. Przypomniałem mu treść
postulatów polskiego korpusu oficerskiego dawniej mu przedstawionych. Komendant kursu, nie
wdając się w dyskusję, oświadczył, że mój postępek kwalifikuje się do skierowania mnie pod sąd, nad
czym się jeszcze zastanowi, tymczasem zaś poleca mi udać się na kwaterę i przebywać w areszcie
domowym.
Na groźbie sądu wojennego się skończyło. Po dwóch dniach zostałem zwolniony z aresztu domowego
celem udania się wraz ze wszystkimi kolegami-oficerami polskimi do Warszawy dla wzięcia udziału
w przysiędze. „Do pańskiej sprawy - dodał Niemiec - powrócimy po powrocie z przysięgi.”
Stosownie do tej dyspozycji pojechałem wraz z gronem współtowarzyszy do Warszawy. Wszyscy byli
jednomyślni w kwestii nieskładania przysięgi według znanej roty.
Po przybyciu do Warszawy zostaliśmy zaproszeni w komplecie do hotelu „Bristol” przez naszego
dowódcę, pułkownika Józefa Hallera. W spotkaniu w jego pokoju brał też udział pułkownik prof.
Marian Kukiel.
Do zebranych u Hallera przemówił najpierw Kukiel. W przemyślanym wywodzie przedstawił
argumenty za złożeniem przysięgi. Patrząc na kolegów, widziałem bezskuteczność tej „profesorskiej”
elokwencji.
Z kolei odezwał się Haller. Powiedział po prostu: „Mnie wydaje się, że będzie lepiej, jeśli
w decydującym momencie, jaki nadejdzie, nie zabraknie żołnierza polskiego z bronią w ręku. Można
rozumować bardzo różnie, ale takie jest moje głębokie przekonanie: należy zdecydować się na
formalny akt przysięgi, aby nie zabrakło polskiego oręża w razie konieczności użycia go
w najistotniejszym interesie narodowym.”
Oddaję to krótkie oświadczenie Hallera nie ściśle jego słowami, lecz według ich intencji. Hallera nikt
z nas, zdaje się, nie uważał w gruncie rzeczy za męża stanu. Ale wszyscy z przybyłych oficerów uważali
go za dzielnego żołnierza, za dobrego Polaka, za człowieka, na którym podkomendni mogą polegać.
Jego dwa czy trzy zdania, wypowiedziane bez swady oratorskiej, osiągnęły zdumiewający efekt: logika
naszego stanowiska łamie się wobec imponderabiliów oddziałujących na uczucie. Z całej przybyłej
gromadki tylko ja jeden będę opowiadał się do końca za nieskładaniem przysięgi. Ale i ja sam nieraz
potem będę miał wątpliwości, kto z nas miał rację, czy my, którzyśmy odmówili przysięgi, czy ci,
którzy uważali akt przysięgi za formalność, a zachowanie zbrojnych szeregów polskich za istotę
sprawy.
Na drugi dzień wczesnym rankiem udałem się do koszar warszawskich przy wiadukcie, gdzie
zgrupowano również żołnierzy-królewiaków przybyłych z kursu przeszkolenia.
Chcę odmówić złożenia przysięgi demonstracyjnie - przed frontem oddziałów. Chcę też przed zbiórką
przysięgową utrzymać kontakt z mymi żołnierzami. Szybko więc i wprost kieruję się do budynku,
gdzie zgrupowano moją kompanię. Jestem już wśród szeregowych kolegów broni w ich kwaterze na
drugim piętrze budynku wychodzącego frontem na Aleje, gdy zjawia się oficer dyżurny i wzywa mnie
do pułkownika Zagórskiego. Muszę się do niego udać. Rozmowa na podwórzu jest krótka. Zagórski
mnie pyta: „Czy pan zamierza złożyć przysięgę?” Odpowiadam negatywnie. „W takim razie proszę
niezwłocznie opuścić teren koszar” - dostaję rozkaz.
Mój plan został odgadnięty i unicestwiony. Nadzieja pociągnięcia żołnierzy własnym przykładem
upada. Wracam do domu w poczuciu słuszności własnej postawy, ale i z niepokojem, jak zachowają
się inni.
W rezultacie - poza mną i również wydalonym z terenu koszar Relidzyńskim - wszyscy bodaj koledzy-
oficerowie, a żołnierze także, składają przysięgę. Osoba Hallera i taktyka Zagórskiego przyniosły
sukces koncepcji pozostania przy mundurze.
Wkrótce potem, rozkazem Komendy Legionów Polskich, zostałem zwolniony ze służby. Stałem się
znowu osobą cywilną, w oczach okupanta niemieckiego - podejrzaną.
W kilka dni po odmowie złożenia przysięgi otrzymałem od Stefana Starzyńskiego zaproszenie do
udania się do jego pułku (5 p.p. Legionów), stacjonującego w Zegrzu. „Będziesz gościem pułku -
powiedział Starzyński - i będziesz dzielił jego losy.” Zaproszenie przyjąłem i razem pojechaliśmy do
Zegrza. Konsekwentnie też - wraz z korpusem oficerskim 5 pułku i innymi dość licznymi jego „gośćmi”
- udałem się wkrótce dalej, do obozu internowanych w Benjaminowie.
Moja epopeja legionowa dobiegła kresu. Z chwilą osadzenia w Benjaminowie i pozbawienia mnie
oraz pozostałych internowanych oficerów legionowych broni i oznak stopni, stałem się więźniem
politycznym. Ale wewnętrznie uważałem nadal, że jestem w służbie zbrojnej narodu. Pytanie tylko,
kiedy będę powołany znowu do czynnych działań żołnierskich.
W życiu niewolnej Polski nastąpił ostatni antrakt. Akt końcowy przyniósł pełne odrodzenie
państwowości polskiej.

IV. W przededniu niepodległości

InternowaniewBenjaminowie

Z Zegrza, gdzie po wydaleniu ze służby wojskowej korzystałem z gościny 5 pułku Legionów, po kilku
dniach mego tam pobytu wyruszyła dziwna wyprawa. Bryczkami, powozami, wszelkimi w ogóle
możliwymi pojazdami około setka oficerów udała się jakby na wycieczkę w okoliczne lasy. Bez eskorty
niemieckiej odbywaliśmy tę jazdę do niedalekiego Benjaminowa celem zgłoszenia się w obozie
internowanych.
Była to w założeniu kolejna demonstracja wobec społeczeństwa polskiego, zgodna z tezą, że do
niepodległości wiedzie jedynie droga walki od nikogo niezależnej, pod sztandarem wyłącznie
narodowym. Miało to też skomplikować okupantowi realizację jego zamierzeń stworzenia licznej
„sojuszniczej” polskiej siły zbrojnej. Niemniej jednak było coś dziwacznego w tej pogodnej
pielgrzymce do miejsca przymusowego odosobnienia.
Po wkroczeniu na teren obozu przybyli rozmieścili się według własnego uznania po kwaterach,
mieszczących się w parterowych domkach, rozrzuconych po zalesionym terenie, które dawniej, za
czasów caratu, służyły za mieszkania oficerskie miejscowemu garnizonowi rosyjskiemu.
W pierwszych dniach pobytu jedynie codzienne apele poranne przed niemieckim komendantem
obozu oraz odrutowane ogrodzenie i brama ze zbrojnymi strażami zamykająca wyjście internowanym
świadczyły o charakterze „zakwaterowania” oficerów, noszących jeszcze pełne dystynkcje.
Za swego komendanta obozu internowani uważali najstarszego stopniem kolegę. On to składał przed
frontem sformowanych w szeregi internowanych poranny meldunek niemieckiemu komendantowi
obozu, kapitanowi pospolitego ruszenia, wyróżniającemu się niskim wzrostem, a określanemu, nie
wiem zresztą czemu, przezwiskiem „Kościuszek”.
Pewnego jednak dnia przybył do Benjaminowa specjalnie delegowany niemiecki oddział wojskowy,
który rozmieścił po pagórkach i wokół obozu broń maszynową. Oświadczono internowanym, że mają
opuścić budynki, w których przeprowadzono rewizję, a także zażądano zdania posiadanej broni oraz
zdjęcia odznak stopni wojskowych. Zgodnie z zasadą biernego charakteru demonstracji
benjaminowskiej internowani podporządkowali się poleceniom wydanym pod groźbą użycia siły.
Po owym dniu potoczyło się „normalne” życie obozowe, podobne do dni poprzednich, z tą tylko
zmianą, że internowani byli dla władzy obozowej już tylko więźniami i byłymi oficerami. Sami
internowani zachowali dyscyplinę wojskową wobec starszych stopniami kolegów obozowych.
W miarę postępu czasu i zachodzących zjawisk w życiu polityczno-wojennym, o których uwięzieni
mieli pełną informację tak z pism legalnie do Benjaminowa docierających, jak z rozmów
z odwiedzającymi, rosły namiętne dyskusje na wszelkie tematy. Nie obyło się przy tym bez
pojedynczych wypadków rewizji stanowiska zajętego w sprawie przysięgi. Spowodowało to następnie
kilka petycji o przywrócenie do służby, które Komenda Legionów Polskich dość ochoczo uwzględniła.
Odstępcy od doktryny antyprzysięgowrej byli pierwszymi opuszczającymi Benjaminów, jeśli pominąć
sporadyczne przypadki karnego wywożenia więźniów do Niemiec.
W okresie mego pobytu w Benjaminowie i wkrótce potem zaszło wiele doniosłych faktów
historycznych, które omawialiśmy z przejęciem. Wystarczy wymienić wybuch rewolucji w Rosji
w październiku (wg nowego stylu w listopadzie) 1917 roku czy zawarcie 9 lutego 1918 roku tak
zwanego brzeskiego traktatu pokojowego.
Dyskutowaliśmy także na temat Polskiej Rady Regencyjnej powołanej przez władze okupacyjne
w dniu 12 września 1917 roku. Jej delegacja w osobach księcia Zdzisława Lubomirskiego i księdza
prałata Chełmickiego wizytowała raz nasz obóz.
Potwierdzeniem słuszności pozycji antyprzysięgowej stało się dla nas przejście oddziałów
legionowych, podlegających Józefowi Hallerowi, przez front pod Rarańczą. Ci zrywający z Austrią
legioniści - obywatele austriaccy - weszli potem w skład jednego z korpusów polskich na Wschodzie,
który z kolei - również pod dowództwem Hallera - zakończył swoje istnienie walką z wojskami
niemieckimi pod Kaniowem w dniu 11 maja 1918 roku. Ale były to już fakty późniejsze.
Pewnego grudniowego dnia zostałem wezwany do komendy obozu, gdzie powiedziano mi, że na
prośbę matki zostaję zwolniony z obozu z obowiązkiem codziennego meldowania się w niemieckiej
żandarmerii wojskowej w Warszawie. Wręczono mi odpowiednie dokumenty i wypuszczono poza
druty obozowe. Przedtem oczywiście odmeldowałem się u zwierzchnictwa polskiego, pożegnałem
„współlokatorów” kwatery i zabrałem skromne mienie osobiste, jakie posiadałem w obozie. Nie
powiedziano mi w komendzie obozowej, że powodem nieoczekiwanego zwolnienia jest krytyczny
stan zdrowia mego ojca, który zmarł wkrótce po moim przybyciu (dnia 8 grudnia 1917), nie
odzyskawszy przytomności ani na chwilę.
W czasie przebywania w Benjaminowie mogłem stwierdzić, w jak skromnym zakresie II i III brygada
legionowa uczestniczyły w odmowie złożenia przysięgi. Było nas - oficerów tych brygad, więzionych w
Benjaminowie - zaledwie kilkunastu. Na pamiątkowym zdjęciu więźniów z II brygady było nas tylko
kilku. Na terenie Benjaminowa dominowała wielokrotnie liczniejsza grupa oficerów I brygady
Legionów. Jeszcze raz zaznaczyła się różnica w ideologii brygady dowodzonej bezpośrednio przez
Piłsudskiego i pozostałych formacji.
Na tle rozbieżności w sprawie przysięgi doszło do jaskrawych form zerwania stosunków pomiędzy
dwoma obozami legionistów. Nastąpił wzajemny bojkot towarzyski. Osobiście jednak po wyjściu z
Benjaminowa - pomimo mego stanowczego trwania przy negatywnym stosunku do roty przysięgi -
nie uważałem za słuszne dyskwalifikować kolegów, którzy pozostali w Polskiej Sile Zbrojnej. Ale z ich
strony wyczuwałem pewien chłód wobec mnie jako tego, który postąpił inaczej niż oni. Przyszłość -
stosunkowo już niedaleka - przekreślić miała skutki rozłamu ideowego.
Benjaminów miał swoistą atmosferą. Był czas na rozrywki, naukę, zatargi. Powstało staraniem
internowanych boisko do gry w futbol. Mecze piłki nożnej skupiały zapaleńców, którzy oddawali się
grze dość zapamiętale. Pewnego dnia z boiska musiano wynieść podporucznika 2 p.p. Legionów
Mieczysława Brodzińskiego ze złamaną nogą.
Uczyło się w Benjaminowie z zapałem wielu, sięgając do najbardziej różnorodnych dziedzin wiedzy,
sprowadzając do obozu rozmaite dzieła naukowe. W obozie była czynna biblioteczka.
Dysputy benjaminowskie wiodły niekiedy do zaciekłych sporów ideowych. Zdarzały się też
nieporozumienia i na innym tle. Konflikty wybuchały czasami z zupełnie błahych powodów. Tłumaczył
je stan nerwowy internowanych, pogarszający się w miarę upływu czasu.
Przykładem podobnego zatargu o nic mogła być moja sprawa ze wspomnianym już podporucznikiem
Brodzińskim. Obraził się na mnie z racji jakiegoś niewłaściwego odruchu czy słowa wypowiedzianego
w czasie zajmowania miejsc przy stole w kasynie. Dla likwidacji zatargu powstał polubowny sąd
koleżeński, którego orzeczenie skłoniło przeciwników do wzajemnego uściśnięcia dłoni. Potem
staliśmy się z kolegą Brodzińskim przyjaciółmi, a w latach trzydziestych - współpracownikami,
znalazłszy się obaj w służbie tej samej instytucji - Państwowego Monopolu Spirytusowego. Dziś mam
w pamięci przede wszystkim fakt, że Mieczysław Brodziński w czasie okupacji hitlerowskiej oddał swe
życie w służbie ojczyźnie.
Humoru przyczyniał w Benjaminowie w nieco wesołkowaty sposób późniejszy premier - generał
Felicjan Sławoj-Składkowski. Często po apelu rannym podejmował on hałaśliwy pościg za kapelanem
księdzem Ciepichałłą, lub walkę na szyszki i podobne „pociski” z innymi współwięźniami, których
atakował z pozycji na pagórku obozowym przy akompaniamencie dzikich okrzyków „hu-ha”. Te
igraszki Sławojowe rozweselały zarówno uczestników, jak i biernych obserwatorów zabawy.
Dawał się lubić „łapiduch” Sławoj. Ceniliśmy go jako współtowarzysza życia obozowego. Trudno było
przewidzieć wówczas jego późniejszy talent pisarski, a zwłaszcza rolą, jaką odegra w życiu
politycznym odrodzonego państwa polskiego. Osobiście nie dojrzałem kwalifikacji Składkowskiego do
naczelnych stanowisk rządowych. Prostoduszny wielbiciel Piłsudskiego, nie odznaczał się dostateczną
samodzielnością myślenia politycznego, a tym samym nie miał cechy koniecznej dla prawdziwego
męża stanu. Dał Składkowski potwierdzenie swej krótkowzroczności politycznej między innymi
odrzucając sugestię generała Sosnkowskiego z dnia 3 września 1939 dotyczącą powołania do życia
rządu koalicyjnego.

WZarządzieMiejskimporazpierwszy

Zwolniony z obozu, a pozbawiony jakichkolwiek dochodów, musiałem wkrótce po pogrzebie ojca
rozejrzeć się za pracą zarobkową. Z pomocą przyszli życzliwi. Gdzieś na przełomie 1917 i 1918 roku
skierowano mnie do Zarządu Miejskiego (Magistratu) celem uzyskania pracy w jego ówczesnym
Wydziale Zaopatrywania. Podobnie jak innym kolegom, zaproponowano mi tam od razu pracę
w charakterze kontrolera piekarń. Nie wymagało to szczególnych kwalifikacji fachowych, a raczej
osobistej solidności. Chodziło bowiem o dopilnowanie właściwego wypieku chleba, ściśle według
obowiązującej receptury.
Ci, co przeżyli w Warszawie obie okupacje niemieckie - w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej -
pamiętają dobrze, że o ile druga stworzyła zupełnie rozpaczliwe warunki bezpieczeństwa osobistego,
to przecież dawała dość możliwe zaopatrzenie rynku żywnościowego dzięki dostawcom na utajonym
marginesie gospodarki urzędowej okupanta. Jeśli było wówczas trudno o uzyskanie środków
pieniężnych na zakupy na czarnym rynku, to ten umiał przecież oferować bodaj wszystko konieczne
do przeżycia, i to w nie najgorszym gatunku. W czasie pierwszej okupacji niemieckiej
„czarnorynkowe” warunki zaopatrzenia żywnościowego były znacznie gorsze, a jakość i ilość
produktów przydziałowych niska (nie tylko zresztą na ziemiach polskich, lecz również w samej
Rzeszy). Zła jakość dotyczyła szczególnie chleba z oficjalnego rozdziału. Czego w nim bowiem nie było
poza właściwą do wypieku mąką żytnią czy pszenną? Dziś nie umiałbym już wyliczyć. Tym bardziej
więc groźne były wszelkie nadużycia pogarszające jakość chleba, kiepskiego już w samym założeniu.
A chętnych do nadużyć na niekorzyść konsumenta było wielu: nie tylko ze złej wiary, lecz również
z powodu głodu własnego i rodzin. Konwojenci, tragarze worków z mąką, piekarze itp. nierzadko
mieli ochotę na przesypanie do własnego woreczka części mąki dostarczanej do wypieku.
Przywłaszczanie bochenków było również formą samozaopatrzenia się pracujących w piekarniach.
Rzeczą kontrolera piekarń było sprawdzanie rodzaju i ilości przyjmowanej przez piekarnię mąki i jej
surogatów, dbanie o nienaruszenie, poza normalną produkcją, zapasu z magazynu piekarni, dojrzenie
wsypania do dzieży w odpowiedniej proporcji surowców do wypieku, dokładne ustalenie liczby
wypieczonych bochenków i ich wagi oraz ustalenie uzyskanej wydajności w porównaniu do normy,
czyli tzw. przypieku.
Dyżur kontrolera w piekarni trwał zasadniczo osiem godzin, na zmianę w dzień i w nocy. Przydzielano
nam kolejno coraz to inne piekarnie, tak że niekiedy musiało się tracić godziny na dotarcie do
dalekiego miejsca pracy i z powrotem. Czasami tę daleką drogę odbywać trzeba było pieszo, niekiedy
w czasie silnych mrozów i wichru. Zdarzało się też wyjątkowo, że kolejna zmiana nie przybywała,
a wtedy nie było wolno opuścić posterunku aż do czasu przybycia następcy. Zwykle były to tylko
spóźnienia, czasami jednak, z różnych przyczyn, następca w ogóle się nie zjawiał. Tak raz czy dwa razy
trafiło mi się, że musiałem dyżurować w piekarni szesnaście godzin bez przerwy. Dodając do tego czas
na drogę do pracy i z powrotem, można sobie wyobrazić stan wyczerpania, w jakim się wtedy
wracało do domu.
Ale płaca kontrolera wystarczała na skromne potrzeby rodziny. Poza wynagrodzeniem pieniężnym
otrzymywało się po dyżurze (tak jak i inni pracownicy piekarni) po dwa bochenki ze świeżego
wypieku. Ten kiepski jakościowo deputat miał olbrzymią wartość dla aprowizacji domowej, toteż
niosło się te dwa kilogramy chleba z całą pieczołowitością.
Szczerą wdzięczność żywiłem dla tych, którzy wkrótce po wypuszczeniu mnie z Benjaminowa
umożliwili mi zarobkowanie. Wśród nich, o ile pamiętam, decydującą rolę odegrał inż. Stanisław
Węglewski, późniejszy mój współpracownik w czasie powtórnej mej pracy w Zarządzie Miejskim
stolicy (tym razem już w charakterze wiceprezydenta, którym zostałem w siedemnaście lat po
opisywanych wydarzeniach).
Moja praca w Wydziale Zaopatrywania Miasta w charakterze kontrolera piekarń trwała kilka
miesięcy. Gdy sytuacja polityczna nakazała oddanie swego czasu innej służbie, zrezygnowałem
z posady. Ale i wtedy odczułem społeczne podejście pracodawcy do sprawy. W uznaniu pobudek mej
rezygnacji wypłacono mi (a także innym w podobnej sytuacji) trzymiesięczną odprawę. Zadbano, aby
żołnierzowi podziemnemu zapewnić środki na przetrwanie czasu, w którym jego obowiązków
i trudów nie mogło zrównoważyć wynagrodzenie.
Przypadkowo tenże Wydział Zaopatrywania pozwolił przetrwać okres pierwszej wojny światowej
i memu stryjowi Władysławowi. Jako „obywatelowi austriackiemu” nakazano mu opuścić Łódź,
a właściwie w ogóle Królestwo Polskie, i udać się do Rosji centralnej. Było to zresztą pewną ulgą
w stosunku do normalnego traktowania poddanych państw znajdujących się w stanie wojny
z cesarstwem rosyjskim. Ale stryj nie zamierzał bynajmniej poddać się potulnie ewakuacji do Rosji.
Dzięki pomocy przyjaciół pozostał w Warszawie przez cały okres wojny. Tu jednak, jako inżynier-
włókiennik, nie miał szans na pracę w swym zawodzie. Toteż przyjął posadę urzędnika biurowego w
Wydziale Zaopatrywania Warszawy. Tu przetrwał aż do czasu, kiedy zmieniona sytuacja pozwoliła mu
objąć kierownictwo tkalni „Wola” w Warszawie. Ale i wtedy tęsknił do Łodzi, którą uważał za miasto
rzetelnej pracy w przeciwstawieniu do Warszawy, „miasta leniuchów i zabawy”, za jakie uważał to tak
drogie warszawiakom środowisko. Skoro tylko więc mógł znaleźć stosowne zatrudnienie
w umiłowanej Łodzi, zaraz do niej powrócił, ponownie tam zamieszkał i przebywał w niej aż do
śmierci
Dla mego stryja Wydział Zaopatrywania był terenem przetrwania do czasu możliwości powrotu do
właściwego swego zawodu, dla mnie - również miejscem przetrwania, ale tylko do chwili powrotu do
wojska, na front walki o niepodległość ojczyzny.

Poloniarediviva

Oczekiwana chwila nadeszła. Odrodziło się państwo polskie po długiej niewoli. Poszczególne części
ziem polskich zrzucały strzępy starych struktur zaborczych, upadających z nagłością i gwałtownością
ruchów tektonicznych przy trzęsieniach ziemi.
Końcowe tygodnie przed osiągnięciem celu dziejowych zmagań narodu polskiego przeżyłem jakby
w transie, w rosnącym ustawicznie napięciu nerwowym. Kolejne wyjazdy na teren okupacji
austriackiej dawały mi świadomość, że przygotowania do „kopnięcia” zmurszałego gmachu monarchii
austro-węgierskiej obejmują całą niemal ludność „Galicji i Lodomerii”. Po niedawnych objawach
przywiązania do dynastii habsburskiej i wdzięczności niektórych sfer małopolskich za „swobody” pod
jej rządami zdawało się teraz bardzo niewiele pozostawać.
Toteż nie zdziwiło mnie, że tu właśnie, na terenie Małopolski, w Krakowie przede wszystkim, doszło
najwcześniej do wyzwolenia narodowego. Byłem w Krakowie tuż po przejęciu władzy przez organa
społeczeństwa polskiego i widziałem u każdego - wśród elity społecznej i wśród szarych ludzi -
entuzjazm i wiarę w bliską, pełną wreszcie niezależność państwową całego kraju. A przecież nadal
trwały trudne warunki bytowe na tych południowych ziemiach polskich, które zdążyły już zrzucić
jarzmo wiekowej niewoli, choć na niektórych obszarach kraju ciążyła wciąż jeszcze łapa zaborcy.
Prawie całą drogę powrotną z Krakowa do Warszawy odbywałem wciąż jeszcze pociągami będącymi
w dyspozycji okupanta niemieckiego.
Tak, ale gdy dojeżdżałem do Warszawy i gdy „peowiacy” zatrzymali pociąg gdzieś w rejonie obecnego
Dworca Zachodniego, oświadczając, że dalszą drogę podróżni muszą odbyć pieszo, gdyż „w
Warszawie trwa rozbrajanie Niemców”, ze wzruszeniem i zrozumieniem znaczenia chwili
opuszczałem wagon. Przemierzałem potem pieszo odległy dystans z okolic „czwartego posterunku
kolejowego” do ulicy Marszałkowskiej, gdzie wówczas pod numerem 31 było kolejne mieszkanie
matki i rodzeństwa, a tym samym i moje.
Zaraz następnego ranka zgłosiłem się - wciąż jednak w ubraniu cywilnym - do siedziby władz
peowiackich, aby postawić się do ich dyspozycji. Minęło niewiele dni. Gdy 10 listopada 1918 roku
wrócili do Warszawy z Magdeburga Piłsudski i Sosnkowski, mogłem przywdziać z powrotem drogi mi
mundur legionowy z oznakami chorążego. W tym mundurze pełniłem już służbę oficera dyżurnego
w pałacu Kronenberga, gdzie Piłsudski przyjmował delegacje stronnictw polskich, zasięgając ich opinii
co do dalszych kroków politycznych.
A jednocześnie i Warszawa, i kraj były pełne uzbrojonego po zęby wojska niemieckiego. Tegoż
samego dnia trzeba było pertraktować z Radą Żołnierską garnizonu niemieckiego warszawskiego,
stanowiącego wciąż siłę, mimo że podciętą wpływami przewrotu dokonanego w Niemczech
i dokonującego się w Polsce.
W delegacji PPS, przybyłej na rozmowę w pałacu Kronenberga, był i Norbert Barlicki, też od niedawna
zwolniony z twierdzy modlińskiej, gdzie był więziony od wielu miesięcy przez okupanta niemieckiego.
Oczywiście przywitaliśmy się najserdeczniej i wymieniliśmy kilka zdań.

UdziałLegionówPolskichwodzyskaniuniepodległości

Czy to Legiony i legioniści przywrócili Polsce niepodległość? Czy to Piłsudski „magna pars fuit”?
A może rzecz stała się „darem z łaski” aliantów czy też skutkiem rewolucji? Czy więc zakończenie
długiej niewoli nastąpiło dzięki pracom i walkom kolejnych aktywnych obozów polskich w kraju
Udział Legionów w odzyskaniu niepodległości i poza nim, czy też niezależnie od nich, jako
automatyczny skutek narastających przewrotów w stosunkach międzynarodowych?
Za drugiej Rzeczypospolitej było bodaj tyleż odpowiedzi, co działaczy i partii politycznych. Zwykły to
przejaw uzasadniania dążeń do władzy w odrodzonym państwie.
I po drugiej wojnie światowej toczą się nadal dyskusje dotyczące przyczyn i okoliczności odrodzenia
się państwowości polskiej w roku 1918.
Wydaje mi się, że orzeczenia były i bywają nadal jednostronne. Wyjaskrawiają one i wysuwają na
plan pierwszy idee sobie bliskie, a obniżają i kwestionują znaczenie dążeń i działań ze swą ideologią
nie związanych.
Sam - będąc w przeszłości żołnierzem Piłsudskiego i człowiekiem związanym z ruchem
„niepodległościowym” - byłem i jestem daleki od przypisywania głównej przyczyny odrodzenia
państwowości polskiej faktowi powstania i czynom Legionów Polskich. Ale uważałem i uważam, że
nie co innego, tylko uparta i ofiarna walka kolejnych pokoleń narodu przesądziła o znalezieniu się
Polski znowu na mapach świata. Udział Legionów Polskich z lat 1914-1918 był, moim zdaniem,
cennym, koniecznym ogniwem w łańcuchu polskich zrywów zbrojnych. Byłoby niesłuszne nie
doceniać znaczenia tego kolejnego zadokumentowania woli Polaków odzyskania własnego bytu
państwowego i roli inicjatora i kierownika walki - Józefa Piłsudskiego.
Niepodległość 1918 roku to rzecz wywalczona przez Naród.
23


V. W służbie odrodzonego państwa polskiego

Groźnachoroba,aponiejodkomenderowaniedoMilicjiLudowej

Z podróży do Krakowa, którą odbyłem w listopadzie 1918 roku, przywiozłem niebezpieczną chorobę.
Nabyta przed wyjazdem hiszpanka - skutkiem jazdy w wagonach bez szyb i w stanie zakażenia
grypowego - przeobraziła się w ostre zapalenie płuc.
Choroba ujawniła się w dniu mojej służby w pałacu Kronenberga. Zwolniony z niej około godziny
trzeciej po południu, dotarłem jakoś do domu, ale do mieszkania wniesiono mnie już
nieprzytomnego. W takim stanie pozostawałem około dwóch tygodni. A potem trwała długa
rekonwalescencja.
W tym właśnie okresie nastąpiła weryfikacja mego stopnia oficerskiego. Zostałem porucznikiem.
Gdy wyzdrowiałem i mogłem już wychodzić, zameldowałem się w 21 pułku piechoty, do którego
zostałem w czasie choroby przydzielony. Zgłosiłem się u dowódcy batalionu i towarzysza z
Benjaminowa, majora Moniuszki, ale służby w nowej jednostce w ogóle nie objąłem. Stało się to na
skutek propozycji uczynionej mi przez Norberta Barlickiego, który w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego
(powołanym 17 listopada 1918) objął obowiązki wiceministra spraw wewnętrznych.
Barlicki mieszkał wtedy w jednym z pokoi w mieszkaniu mej matki przy ulicy Marszałkowskiej 31, co
ogromnie ułatwiło nam odbywanie rozmów na bieżące tematy polityczne, dotyczące sytuacji w kraju.
Z natury rzeczy powszechny entuzjazm nie trwał długo. Powszednie trudności życia zaczęły kierować
uwagę ogółu na sprawy codziennego bytowania, natomiast polityków absorbowała przede wszystkim
problematyka zagospodarowania Rzeczypospolitej. Każde stronnictwo miało na to swój własny i zgoła
odmienny pogląd. Złe tradycje szlacheckiego warcholstwa odezwały się szybko w umysłach
i poczynaniach wielu działaczy partyjnych. Półtora wieku niewoli i braku samodzielnego bytu
państwowego musiało spowodować tę nieumiejętność rozumienia racji stanu i nieodpowiedzialność

23
Współczesna polska myśl historyczna w polemice z idealizacją znanych postaci historycznych, takich jak Józef
Piłsudski, Roman Dmowski, Wincenty Witos, Ignacy Paderewski, podkreśla szczególną rolę masowych ruchów
społecznych w walce o niepodległość Polski. Historia Polski, t. IV, cz. 1, Warszawa 1969; Droga przez półwiecze.
O Polsce lat 1918-1968, Warszawa 1969; Dzieje Polski. Red. Jerzy Topolski, Warszawa 1976; Zarys historii Polski.
Pod red. Janusza Tazbira, Warszawa 1979; A. Zakrzewski Wincenty Witos chłopski polityk i mąż stanu,
Warszawa 1977; A. Micewski Roman Dmowski, Warszawa 1971; A. Garlicki Przewrót majowy, Warszawa 1978.
Zob. również przypis na s. 207.
licznych działaczy politycznych. Poważne trudności okresu przejściowego odrodzonej Polski nie
zdołały wpłynąć hamująco na umysły i ambicje polityków i politykierów. Najistotniejsze zagadnienia
bytu państwowego były spychane na drugi plan przez ciasne interesy poszczególnych warstw,
a nawet klik.
Ofiarnie pracowała natomiast grupa ludzi oddanych bez reszty sprawie zapewnienia krajowi
stabilizacji politycznej i postępu społecznego, na przekór opłakanemu dziedzictwu gospodarczemu i w
czasie trwającej walki zbrojnej o granice i bezpieczeństwo dopiero co zrodzonej państwowości
polskiej.
Olbrzymiemu trudowi organizacyjnemu narodu w dziedzinie utrwalania i rozwoju instytucji
państwowych oraz w dążeniu do scalenia dzielnic kraju o różnej przeszłości w jeden organizm, przy
równoczesnym prowadzeniu operacji wojennych wymagających wysiłku, który mógł zaimponować
wysokim poziomem ofiarności i talentem improwizacji, odpowiadały z drugiej strony ciasne
indywidualizmy dzielnicowe oraz nie mniej ciasna parafiańszczyzna koterii partyjnych, a nawet tu
i ówdzie tendencje wręcz odśrodkowe na podłożu rozprzężenia dyscypliny społeczno-politycznej.
Rząd Moraczewskiego, stawiający sobie za cel - w ślad za krótkotrwałym rządem lubelskim -
ugruntowanie bytu państwowego i wprowadzenie reform społecznych daleko idących, ale
i zamykających się w ramach możliwości państwa zaledwie poczętego, spotkał się z niedocenieniem
i z przeszkodami tak z prawa, jak z lewa. Także naczelnik państwa, Piłsudski, w swych dążeniach do
umocnienia władzy państwowej natrafił na jawną i na utajoną silną opozycję.
24

Norbert Barlicki był wówczas bardzo zaniepokojony sytuacją wewnętrzną kraju. Za jedno z wielu
zadań uważał zlikwidowanie partyjnych organizacji zbrojnych, a powołanie do życia jednej jedynej,
lojalnej wobec rządu, państwowej organizacji porządku publicznego. Myślał on stale
o niebezpieczeństwie zagrażającym rządowemu programowi społecznemu ze strony agresywnych
czynników prawicowych, zdążających do przejęcia władzy w swoje ręce.
Pewnego dnia powiedział do mnie: „Planujemy stworzenie Milicji Ludowej jako organizacji
bezpieczeństwa i porządku publicznego, do której rząd mógłby mieć zaufanie i przy pomocy której
mógłby zlikwidować wszelkie bojówki partyjne w rodzaju Straży Narodowej i podobnych.”
A gdy rzecz dojrzała do projektu dekretu o utworzeniu tak pomyślanej Milicji, zwrócił się Barlicki do
mnie z propozycją: „Czybyś się nie zgodził na objęcie komendy Okręgu Warszawskiego Milicji
Ludowej? Oddelegowanie cię do tej służby z wojska nie natrafi na trudności. Komendę naczelną ma
objąć kapitan Boerner, którego znasz, szefem sztabu będzie Jarecki, do którego musiałbyś się zgłosić,
jeśli wyrazisz zgodę na tę propozycję.”
25

Wyraziłem zgodę, gdyż cel Milicji Ludowej wydawał mi się słuszny i godny współdziałania. Zgłosiłem
się do Jareckiego i omówiłem z nim objęcie przeze mnie stanowiska w Milicji Ludowej. Dnia 17
stycznia 1919 roku moja nominacja na komendanta Okręgu Warszawskiego i członka Komendy

24
Jest to subiektywny sąd autora. Piłsudski na przełomie 1918/1919 nie był zwolennikiem daleko idących
reform społecznych. Szukał kompromisu z prawicą i Komitetem Narodowym Polskim, dlatego też zgodził się na
gabinet Ignacego Paderewskiego mającego poparcie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Zob. Historia Polski, t. IV,
cz. 1, Warszawa 1969; Marian Marek Drozdowski Ignacy Jan Paderewski. Zarys biografii politycznej, Warszawa
1979.
25
Ignacy Boerner, inżynier, wybitny działacz PPS, żołnierz I brygady Legionów, kapitan Wojska Polskiego,
później minister w rządzie RP, był człowiekiem zaufania Piłsudskiego; Stanisław Jarecki, członek PPS, miał wtedy
za sobą m.in. udział w Oddziale Lotnym WP, w Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) i w Pogotowiu Bojowym
PPS (pseudonim „Jarosław”). (Przyp. aut.)
Głównej Milicji Ludowej została podpisana przez Norberta Barlickiego, działającego „za ministra
spraw wewnętrznych”. Ołówkowo naniesiona w lewym górnym rogu dokumentu parafa odręczna „J.
Piłs.” świadczyła o zgodzie naczelnego dowództwa na moje odkomenderowanie do Milicji Ludowej.
Zgłosiłem się do Boernera, urzędującego na Wierzbowej (w budynku sąsiadującym z gmachem
narożnym, później z kolei siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych) i przystąpiłem niezwłocznie do
nowych obowiązków.
Wymieniona w akcie nominacyjnym druga funkcja - członka Komendy Głównej Milicji Ludowej -
okazała się fikcją. Podobna instytucja kolegialna nigdy w rzeczywistości nie działała.

ZMilicjąLudowąwWarszawie...

Milicja Ludowa - tak na szczeblach dowódczych, jak wśród szeregowców - reprezentowała dość
szeroki wachlarz ideologiczny. Złączeni na ogół wspólną, choć bynajmniej nie jednoznacznie
rozumianą ideą służby Polsce demokratycznej, żołnierze Milicji Ludowej pochodzili z różnorodnych
środowisk i formacji ideowych i czuli się związani z różnymi kierunkami politycznymi. Rdzeń stanowili
pepeesowcy o różnych odcieniach przekonań, a nieliczną, lecz zwartą wśród nich grupę - dawni
bojowcy. Ale nie brak było ludzi demokratycznie myślących - bynajmniej nie socjalistów - z jednej
strony, a komunistów - z drugiej. Zdarzały się z rzadka i jednostki bez szczególnego wyrazu
ideologicznego, idące do Milicji z wielu, nieraz przypadkowych pobudek i okoliczności.
Jeśli chodzi o Okręg Warszawski, mnie powierzony, obejmował on miasto stołeczne Warszawę
i obszar województwa warszawskiego.
Początkowy okres mej działalności powinien był mieć i częściowo miał za zadanie organizowanie
jednostek, ich szkolenie, wyrabianie w nich cech zdyscyplinowanych oddziałów, oddanych służbie
spokoju i porządku publicznego. Ale czasy nie sprzyjały wyłącznie takiemu rozwojowi wypadków.
Równolegle do pracy organizacyjnej konieczne stały się konkretne akcje. Jedną z pierwszych była
likwidacja organizacji zbrojnych podlegających rozwiązaniu.
Akcja przeciwko Straży Narodowej warszawskiej była pierwszą próbą sprawności. Siedzibą Straży był
lokal na pierwszym piętrze gmachu u zbiegu Kruczej i Alei Jerozolimskich. Próba nie wypadła
znakomicie, chociaż cel został osiągnięty.
Oddział Milicji Ludowej zajął pozycję wyjściową na wprost siedziby Straży Narodowej. W jej kierunku
padły też niepotrzebne pojedyncze strzały niezdyscyplinowanych milicjantów. Po pewnym czasie
udałem się osobiście do budynku w towarzystwie kilku milicjantów, aby wezwać komendę i członków
Straży do opuszczenia lokalu i rozejścia się. Przez dłuższy czas nie otwierano drzwi i nie słuchano
wezwań. My zaś byliśmy niezdecydowani, co czynić, mając informację, że Straż dysponuje granatami
i może ich użyć. Wreszcie po dłuższym oczekiwaniu nastąpiła rezygnacja Straży Narodowej ze
stawiania oporu.
Nie byłem zadowolony ani z moich podwładnych, ani z siebie. Wszystko to jakoś nie grało jak należy.
Nie czułem ludzi w garści ani nie miałem sam pewności, jakie metody należy i wolno zastosować
w podobnej sytuacji. To była amatorska improwizacja, a nie przemyślana akcja.
Miałem również nakaz aresztowania Eustachego Sapiehy w związku z nieudanym zamachem stanu na
rząd Moraczewskiego z dnia 5 stycznia 1919. Dostałem fałszywy adres, a gdy wreszcie trafiliśmy do
właściwego pałacyku, musiałem ostro przywołać do porządku milicjantów z powodu niewłaściwego
ich zachowania. Nakazałem skutecznie zachowanie godności i dyscypliny.
Sapieha, przywieziony do Komendy Głównej Milicji na Wierzbową, pozostał tam przez parę dni
w swoistym areszcie domowym w mieszkaniu prywatnym komendanta głównego. Boerner
powiedział mi potem, że Sapieha mówił o mnie jako o fanatyku idei w stylu purytańskim. Dla
określenia mojej osoby posłużył się nawet porównaniem do oficera tego typu w jednej z powieści
Dumasowskich.
Z racji tegoż zamachu stanu towarzyszyłem Waleremu Sławkowi (wówczas kapitanowi) podczas
inspekcji cel w Cytadeli, w których przewidywano osadzenie zamachowców do czasu procesu
sądowego.
Nieoczekiwanie dla mnie wobec zamachowców nie wyciągnięto jednak konsekwencji. Nie nazbyt
poważna w swym przebiegu, nieudana próba przewrotu uległa zlekceważeniu i doraźnemu
rozgrzeszeniu przez Piłsudskiego.
W rozmowie z Norbertem Barlickim dałem wyraz niepokojowi z powodu takiego rozwoju wypadków.
Dowodziłem, że władzom młodego państwa, dziedziczącego tradycje rokoszów i samowoli
szlacheckiej, nie wolno tak reagować. „To może być zachętą do dalszych aktów bezprawia” -
uzasadniałem swoje stanowisko. „Może i masz rację” - odpowiedział Barlicki.
26
Gdy później, w roku
1922, doszło do zabójstwa prezydenta Narutowicza, uparcie upatrywałem w wypadkach
poprzedzających ten zbrodniczy akt konsekwencję bezkarności zamachowców z roku 1919.
Wypadło mi też dokonać zatrzymania na rozkaz Komendy Głównej (z podobnym zresztą skutkiem
niewytoczenia mu procesu) Andrzeja Niemojewskiego wraz z jego synem Lechem, który zachowywał
się agresywnie wobec organu władzy dokonującego aresztowania ojca. Andrzej Niemojewski,
utalentowany pisarz i poeta, ale obdarzony niepohamowanym temperamentem publicysta,
wypowiadał w swym piśmie tezy wymagające represji prawnych. Wykonywałem swą funkcję wobec
Andrzeja Niemojewskiego z wyraźnym niesmakiem, gdyż miałem sentyment dla wielu jego poglądów.
Co do jego syna, to był to wtedy młody człowiek nie mający poczucia powagi. Później wyrósł z niego
wybitny architekt i profesor warszawski. Wielekroć po latach stykaliśmy się ze sobą na gruncie spraw
społecznych, ale nigdy nie wracaliśmy z żadnej strony do owego pierwszego naszego zetknięcia się.
Rząd Moraczewskiego upadł dnia 16 stycznia 1919 roku. Powstał z kolei rząd Ignacego Paderewskiego
z Wojciechowskim, późniejszym prezydentem Rzeczypospolitej, jako ministrem spraw wewnętrznych.
Los Milicji Ludowej został przesądzony negatywnie.
Jeszcze jakiś czas trwała Milicja, ale wkrótce zdecydowano, aby przekształcić tę formację
w zmilitaryzowane bataliony wojsk służby etapowej. Tak się stało.
W pewnym momencie Boerner oświadczył mi: „W okręgu radomskim został już sformowany jeden
batalion i odszedł do nowych zadań. Oczywiście wykorzystane zostały do utworzenia go najlepsze
elementy Milicji okręgu radomskiego. Jest teraz potrzeba zorganizowania drugiego baonu z tego, co
w Radomiu pozostało. Jesteście tam w tym celu delegowani i obejmiecie dowództwo. Zadanie może

26
Umiarkowanie Barlickiego w potwierdzeniu mojego poglądu tłumaczyłem sobie jego udziałem w rządzie.
Istotnie po latach wypowiedział się on w tejże sprawie w bardziej kategoryczny sposób. Oto cytata z jego
artykułu, opublikowanego 6 stycznia 1937: „Dziś tylko stwierdzić możemy, że brak energicznej reakcji na spisek
dokonany w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku, zarówno ze strony rządu, jak i lewicy społecznej polskiej, był
historycznym błędem...” (Przyp. aut.)
nie być łatwe. Liczę, że jednak uda wam się wypełnić je pomyślnie. Po wyruszeniu batalionu do
miejsca jego przyszłej służby zameldujecie mi o wykonaniu polecenia.”

...wRadomiu

Gdy na kilka tygodni przed wyjazdem do Radomia pełniłem jeszcze służbę w Warszawie, milicjanci
warszawscy zorganizowali - w lutym 1919 roku - własny bal. Odbył się on w jednej z sal warszawskich,
położonej przy ulicy Marszałkowskiej pomiędzy Świętokrzyską i Królewską po stronie numerów
nieparzystych. Poniekąd z obowiązku służbowego, ale i z ciekawości przybyłem na zabawę.
Spotkałem na niej znajomą mi już Jadwigę Solecką, która kiedyś korzystała z gościny u mej matki.
Jadwidze towarzyszyły dwie jej kuzynki: Eugenia Solecka i Wanda Wyczółkowska. Przedstawiony tym
paniom, uznałem ich towarzystwo za tak interesujące, że pozostałem na balu dłużej, niż planowałem.
Nietańczący, ograniczyłem się do ożywionych pogawędek, zresztą dość często przerywanych tańcami,
do których panny miały wiele chęci i okazji. Zwłaszcza Eugenia Solecka ujawniała zapał do tańca
i duże w nim umiejętności, co jej nie przeszkadzało włączać się w przerwach do rozmów.
Z tego przypadkowego spotkania i moich kolejnych odwiedzin u mieszkającej razem trójki panien
wynikła zażyła znajomość towarzyska. Ale za nią kryła się szczególna, choć jeszcze ostatecznie nie
sprecyzowana sympatia do Geny Soleckiej, której na razie nie ujawniałem.
W początkach kwietnia 1919 roku - jeszcze przed wyjazdem do Radomia - delegowany byłem do
Łodzi, skąd zostałem nagle odwołany telefonicznie, gdyż matka ciężko zaniemogła. Zmarła wkrótce
po moim powrocie (w dniu 5 kwietnia 1919) i została pochowana na Powązkach w grobie kryjącym
już zwłoki ojca.
Po pogrzebie matki wyjechałem do Radomia. W drodze myślałem głównie o postawionym mi
zadaniu. Po przybyciu na miejsce udałem się najpierw do znanego mi prezydenta miasta i czołowego
miejscowego działacza PPS, Grzecznarowskiego, a następnie do kapitana Maryańskiego, peowiaka,
mającego duże stosunki na miejscu. Obaj przyrzekli mi dopomóc w zadaniu i słowa w pełni
dotrzymali. Dzięki ich radzie i poparciu sprawa potoczyła się gładko i niemal bez trudności. W ciągu
krótkiego stosunkowo czasu batalion został uformowany. Kompanie znalazły swych dowódców,
którzy zdawali się być całkowicie lojalni wobec mych dyspozycji.
Gdy zostały załatwione wszystkie przygotowania i formalności oraz zamówiony pociąg celem
zapewnienia przejazdu batalionu do Wołkowyska, gdzie miał otrzymać skonkretyzowane dalsze
zadania, zleciłem jego komendę najstarszemu z komendantów kompanijnych, a sam pojechałem do
Warszawy zdać sprawę Boernerowi z wykonanego zadania.
Było to zgodne z dyspozycją Boernera o obowiązku zameldowania mu o sformowaniu batalionu. Ale
kto wie, czybym nie towarzyszył baonowi w jego drodze i nie dostarczył meldunku Komendzie
Głównej inną drogą, gdyby nie chęć zobaczenia panny Soleckiej i mego rodzeństwa.
Baon ruszył więc w drogę bez swego komendanta. Ja miałem dołączyć do niego z niewielkim
opóźnieniem. Pobyt mój w Warszawie planowałem na bardzo krótko, na tyle, ile będzie tego
wymagała rozmowa sprawozdawcza z Boernerem.
Boerner ucieszył się, gdy mnie zobaczył i gdy usłyszał meldunek. Miał widocznie świadomość
trudności, jakie mnie oczekiwać powinny były i lękał się ewentualnego niepowodzenia. Tymczasem
moja metoda działania była trafna i sprawiła mu miłą niespodziankę.
Powiedział mi, że minister Wojciechowski zwołał właśnie naradę u siebie w sprawie stworzenia służby
porządku publicznego w nowej postaci i że on sam (Boerner) uważa za celowe, abym wziął
w konferencji udział. Przesądziło to o dodatkowym dniu czy dwóch pobytu mego w Warszawie.
Przyjąłem więc zaproszenie z wewnętrzną radością, znowu z uwagi na dom rodzinny i sympatyczną
znajomą. Ale dość liczna konferencja u Wojciechowskiego raczej mnie zaskoczyła. Odniosłem
wrażenie, że rzecz w swej istocie jest już całkowicie przesądzona i że chodzi właściwie tylko o nazwę
nowej formacji i o tryb, w jakim ludzie z Milicji Ludowej będą mogli do niej przejść. Dziwiłem się
w duchu, po co właściwie Boerner zatrzymał mnie do wzięcia udziału w naradzie.
Ostatecznie zapadła decyzja, że przeniesienia do nowej instytucji będą załatwiane indywidualnie oraz
że nie ma powodu szukać odrębnych nazw, które były sugerowane na naradzie, lecz przyjąć
powszechnie używaną w świecie nazwę: Policja Państwowa. O ile pamiętam, sam Wojciechowski
sformułował te propozycje i ogłosił je już jako decyzje.
Wolny czas wykorzystałem oczywiście na rozmowy z członkami rodziny i na spotkania z Geną Solecką.
Nadal jednak nie angażowałem się w jakiekolwiek deklaracje budzącego się uczucia.
Nazajutrz po naradzie u ministra wyjechałem do Wołkowyska.

...wWołkowysku

Zaraz na wstępie, po przyjeździe, musiałem zgłosić się w miejscowej komendzie garnizonu. Przyjął
mnie jakiś kapitan, który zaczął od ostrzeżenia: „Pański batalion przyczynił nam już od razu wielu
kłopotów i budzi niepokój, co będzie z nim dalej. Wywiesili oni na swym budynku czerwony sztandar
i donośnie śpiewają rewolucyjne pieśni. Musi pan zatroszczyć się o większą dyscyplinę w swej
jednostce. Jej brak może zmusić do ostrych działań z naszej strony.”
W batalionie, gdy przybyłem, nie dojrzałem szczególnego rozprzężenia. Na odprawie dowódców
kompanii powiedziałem o rozmowie w komendzie placu i o pogróżkach z tamtej strony. Zaleciłem
unikanie niepotrzebnych zadrażnień i prosiłem o zachowanie przez kompanie postawy żołnierskiej,
budzącej szacunek, a nie obawy i groźby represji.
Nie byłem zaskoczony faktami zarzucanymi batalionowi, gdyż zdążyłem już był poznać w Radomiu
radykalne nastawienie ludzi, z których mój (4 etapowy) batalion się składał. Toteż na odprawie
dodałem, że nie mam nic przeciwko indywidualnym przekonaniom żołnierzy baonu, jeśli nie będą one
ujawniane na zewnątrz w sposób sprzeczny z postawą karnego żołnierza.
Moje wypowiedzi trafiły na właściwy odzew. Skargi miejscowej władzy wojskowej nie ponowiły się.
Unikając zbyt częstych bytności w komendzie placu, wynosiłem z nieuniknionych rzadkich z nią
kontaktów wrażenie, że atmosfera uspokaja się i że rośnie zaufanie, iż do żadnych ekscesów z winy
baonu nie dojdzie. Ale nie miałem wątpliwości, że już sam odrębny mundur milicyjny budzi
uprzedzenia i nie jest dobrze widziany. Jeśli chodzi o mnie, jako o oficera wojska polskiego
oddelegowanego do Milicji Ludowej i teraz sprawującego komendę baonu etapowego, też
wyczuwałem pewien chłód, ale i uznanie dla postępującego szkolenia i utrzymywania dostatecznej
dyscypliny.
Osobiste życie moje w Wołkowysku było właściwie ograniczone do służby. Znalazłem sobie znośną
kwaterę u jakiegoś żydowskiego rzemieślnika. Zacząłem korzystać z konnej jazdy we wszystkich
wolnych chwilach. Zarzuciłem też przejściowo palenie, nie mogąc znieść powszechnie tu używanych
papierosów machorkowych, często z tak zwanej samosiejki.
Jeśli myślałem nieprzychylnie o wszelkiej pokojowej służbie garnizonowej, to ta służba, jaką pełnił tu
mój batalion czasu wojennego, była szczytem tego rodzaju pracy. Ale konsekwentnie starałem się,
aby i ona szła należycie.

...wSłonimiu

Bodaj jeszcze za czasów wołkowyskich jedna z kompanii 4 batalionu etapowego została
oddelegowana do małego miasteczka Zdzięcioł. Stosunki na miejscu były oceniane w komendzie
wojskowej jako wymagające... ekspedycji karnej. Wybór tej kompanii, na której czele stał dawny mój
kolega nancejski, Szymon Jaroszewski, pozwalał mi spokojnie myśleć, że nie da się ona użyć do
bezzasadnych gwałtów wobec ludności. Czy jednak zapanował tam z chwilą przybycia tej jednostki
zupełny spokój, czy też z racji taktu jej komendanta nie doszło do konfliktów, czy też może jakieś
drobniejsze zatargi nie były mi znane, dość że w ciągu całego mego pobytu w Słonimiu nie doszły
mnie żadne skargi. Podobnie zachowanie pozostałych kompanii, zakwaterowanych pod moim okiem
w Słonimiu, nie budziło zastrzeżeń.
Sam Słonim zrobił na mnie przyjemne wrażenie, grubo milsze od Wołkowyska. Miasto, ładnie
położone i nieźle zabudowane, podobało mi się, a okolice również. Coraz częściej w wolnych chwilach
jeździłem konno, w szczególności do niedalekiego Albertyna, gdzie w ładnym parku stał spalony
pałac.
Miejscowy dowódca garnizonu, starszy wiekiem pułkownik ze służby rosyjskiej, człowiek dobroduszny
z natury, choć nie wyróżniający się szerszymi horyzontami, darzył mnie poprawnym, jeśli nie
życzliwym stosunkiem.
Z jego to inicjatywy i rozkazu dwukrotnie wszedłem do składu sądu polowego w charakterze obrońcy.
Uważał on, że „teren” potrzebuje zastraszenia, toteż oczekiwał od sądu wyroków surowych według
prawa wojennego, czyli wyroków śmierci. Musiałem mu sprawić zawód. Za pierwszym już razem
spowodowałem przekazanie sprawy do sądu zwykłego, udowodniwszy, że chodzi o niepełnoletniego
chłopca. Pułkownik orzeczenie sądowe zatwierdził bez zastrzeżeń. Ale gdy rzecz się powtórzyła, gdy
kilkoro zahukanych włościan miejscowych również z tytułu mojej obrony otrzymało wyrok oddający
sprawę do sądu cywilnego, pułkownik się zaniepokoił i nieco zdenerwował. Zawezwał mnie do siebie,
a jednocześnie zaprosił miejscowego prawnika - sędziego cywilnego. Przedstawiłem stan sprawy,
m.in. fakt ciąży jednej z oskarżonych kobiet oraz inne okoliczności dotyczące pozostałych osób,
i ekspert-sędzia w pełni podzielił moje stanowisko, które poprzednio sąd połowy uznał za własne.
Pułkownik lojalnie zatwierdził wyrok, lecz czuło się, że czyni to z pewnym żalem. Ale „nec Hercules
contra plures”!
W tym to okresie baon związany został z 28 pułkiem piechoty w Łodzi jako z jednostką macierzystą.
Spowodowało to parę moich jazd służbowych do Łodzi - przez Warszawę, co dawało nową
sposobność ujrzenia osób mi drogich. Że zaś ze Słonimia oświadczyłem się korespondencyjnie pannie
Eugenii Soleckiej i dostałem odpowiedź, że swą decyzję zakomunikuje mi w rozmowie osobistej,
zawadziłem o Warszawę i podjąłem problem. Otrzymałem odpowiedź nie tylko twierdzącą, ale
wyrażoną w najmilszej formie. Toteż podczas następnych wyjazdów do Łodzi wpadałem już z reguły
do Warszawy i obowiązkowo także do mej narzeczonej.
Wkrótce potem powstała z inicjatywy Stefana Starzyńskiego myśl o mym przejściu do Naczelnego
Dowództwa WP w Warszawie. Wszystko skłaniało mnie do zgody na tę sugestię. Starzyński rzecz
załatwił pomyślnie.
Ale zanim mogłem odmeldować się w Słonimiu u pułkownika, który żegnał mnie zresztą z widocznym
żalem, musiałem przeżyć jeden jego triumf nade mną. Dowiedziałem się mianowicie, że jeden
z oficerów podległego mi 4 batalionu etapowego, który popełnił napad rabunkowy, został oddany
pod sąd połowy i z jego wyroku rozstrzelany. Pułkownik ten wyrok, zapadły już bez mego udziału
w sądzie w charakterze obrońcy, zatwierdził, jak sądziłem - z ulgą. Wreszcie była sposobność
pokazania ludności, z jaką surowością działa sprawiedliwość czasu wojennego. Ja zaś nie miałem
okazji przeciwstawienia się oskarżeniu nie tylko wskutek nieobecności, ale i dlatego, że było ono
należycie udowodnione. Będąc obecny w Słonimiu w czasie dokonania przestępstwa i obrad sądu,
przeżyłbym jednak sprawę bardziej boleśnie. Ale i tak odczuwałem gorycz, że wśród moich
podkomendnych znalazł się przestępca kryminalny.

WNaczelnymDowództwie(sztabiegeneralnym)

Gdy zameldowałem się w nowym miejscu pracy, mieszczącym się w okazałym gmachu przy placu
Saskim, uradowany już samym faktem znalezienia się znowu w Warszawie, byłem także rad
z charakteru przydzielonych mi zadań. Robota była ciekawa, wymagała nie tylko sumienności, ale
również samodzielnego i rozważnego myślenia, uzupełniała też posiadane doświadczenie
i wiadomości w zakresie mogącym się przydać w przyszłości.
Znalazłem się w wydziale ewidencyjnym, opracowującym sytuację innych państw, w szczególności
sąsiadów i zwłaszcza tego, z którym byliśmy w stanie wojny. Informacje, pochodzące z wszelkich
możliwych źródeł, tu docierały i były zestawiane w biuletyny i raporty o charakterze nie tylko
faktograficznym, ale i krytycznym, syntetycznym.
W mojej jednostce, stanowiącej część wydziału, było siedmiu ludzi, pracujących pod kierownictwem
porucznika Biernackiego, zrównoważonego, taktownego, rozsądnego oficera, pochodzącego z dawnej
służby austriackiej. Wśród referentów był i Stefan Starzyński. Dzięki niemu poczułem się od razu
raźno w nowym środowisku.
W okresie kiedy zostałem przydzielony do Naczelnego Dowództwa, obsada kierownictwa oddziału
i sekcji, do których należał wydział, w jakim się znalazłem, pochodziła z dawnej armii austriackiej.
Uderzyło mnie, że z tych dwóch szefów jeden nosił nazwisko rumuńskie, drugi - niemieckie. „Czy aby
to właściwa obsada?” - zadawałem sobie pytanie. Niewątpliwie byli to rutynowani specjaliści, ale czy
aby dobrzy Polacy? Nie miałem żadnych danych, aby kwestionować ich właściwą postawę
obywatelską i żołnierską, poczułem się jednak lepiej, gdy po paru miesiącach nastąpiła zmiana obsady
na tych stanowiskach. Przyszli na oba stanowiska byli legioniści. Szefem mego wydziału był także
legionista.
Szef sztabu i jego zastępca pochodzili również z szeregów dawnej armii austriackiej, ale byli dobrze
i szeroko znani, wydawało się przeto, że nie ma powodu się martwić o kierownictwo na tym wysokim
szczeblu. Zresztą ci zwierzchnicy stali w hierarchii sztabowej tak wysoko, że jedynie bardzo rzadko
zdarzało się ich zobaczyć bezpośrednio, a nigdy - im referować. Droga służbowa obowiązywała jak
wszędzie w wojsku.
Ale satysfakcję sprawiało, że w rozdzielniku naszych opracowań figurowali i ci wysocy zwierzchnicy. A
że treść naszych raportów i biuletynów nie budziła z ich strony zastrzeżeń i nie żądano wyjaśnień,
mogliśmy wnosić, że pracujemy prawidłowo. Opracowywane w referacie instrukcje dla różnych
jednostek, związanych zadaniami z naszą pracą, niejednokrotnie stawały się powodem szczególnej
satysfakcji po ich zaakceptowaniu przez górę sztabową. Zawierały one bowiem często ważne i
konkretne pouczenia wojskowo-polityczne, a niekiedy nawet jakby napomnienia w stosunku do
wojskowych znacznie wyższego stopnia niż opracowujący je referenci Sztabu Generalnego.
Instrukcje przygotowywane dla attachés wojskowych czy dla szefów misji wojskowych były
oczywiście redagowane z zachowaniem właściwej formy, nawet gdy zawierały uwagi krytyczne
w swej treści.
Dyrektywy odgórne i inicjatywy oddolne wytworzyły w naszej pracy szczególną doktrynę polskiej racji
stanu, jakiej starałem się służyć. Jej punktem wyjścia był oczywiście wyłącznie interes zaledwie
odrodzonej i nie w pełni okrzepłej państwowości polskiej.
W jej ramach wystąpił konkretny problem: komu dawać pierwszeństwo w zmaganiach na terenie
Rosji, „bolszewikom”, z którymi Polska toczyła wojnę, czy „białym” generałom, naturalnym -
zdawałoby się pozornie - sojusznikom w toczonej rozprawie zbrojnej z „czerwonymi”.
„Jedinaja i niedielimaja Rossija”, o którą walczyli Kołczaki, Denikiny i Wranglowie, była z samego już
założenia wroga niepodległemu bytowi państwa polskiego, gdy „czerwona” Rosja była nieprzychylna
raczej kształtowi ustroju wewnętrznego.
Stanowisko mego referatu przeciwne było udzielaniu pomocy białym generałom rosyjskim w ich
walce z nowym, rewolucyjnym układem stosunków w Rosji. Ta linia myślenia zyskała sobie
najzupełniejsze uznanie w momencie poprzedzającym walki o Krym. Sprawozdaniom misji generała
Karnickiego z rozmów z pogrobowcami carskiej epoki w osobie generała Wrangla i jego
współpracowników odpowiadało uchylenie się polskich władz wojskowych od jakiegokolwiek
realnego zaangażowania się w ratowanie „białogwardyjców”. Polska patrzała obojętnie na upadek
ostatniego bastionu „kontrrewolucji” w Rosji.
W zasadzie praca mego referatu miała za głównego adresata Oddział Operacyjny (III) Sztabu
Generalnego. W pracy tej pozostałem na krótko i po zawarciu pokoju traktatem ryskim (19 marca
1921), trochę inercyjnie, trochę z braku sprecyzowanych zamierzeń co do pracy cywilnej. Opuściłem
Naczelne Dowództwo i służbę wojskową dopiero z końcem 1921 roku.
W czasie działań wojennych raz byłem delegowany na parę tygodni do ścisłego sztabu naczelnego
wodza. Było to w toku walk o opanowanie Grodna. Siedzibą ścisłego sztabu był pociąg, stojący
najpierw na stacji w Białymstoku, a potem przesunięty dalej. Tu moim bezpośrednim przełożonym
był major Beck (późniejszy minister spraw zagranicznych).
W okresie operacji na Wilno dywizji zwanej litewsko-białoruską pod wodzą generała Żeligowskiego
przeżyłem ciekawą noc dyżuru. Wieczorem dostałem rozkaz niebudzenia pod żadnym pozorem szefa
sztabu pułkownika Piskora, nawet w razie oczywistej według mnie konieczności. Zrozumiałem
polecenie, gdy wczesną nocą zjawił się w pociągu dopiero co przybyły włoski pułkownik Bergera,
jeden z członków delegacji Ligi Narodów, pragnący zaraz dotrzeć na linię demarkacyjną polsko-
litewską, niedawno przekroczoną przez „zbuntowane” oddziały Żeligowskiego. Celem jego było
niewątpliwie przeszkodzenie zajęciu Wilna.
Pułkownik Bergera nastawał usilnie na konieczność niezwłocznej rozmowy z szefem sztabu. Jak
oświadczył, pragnął z nim omówić sytuację i prosić o niezbędny środek lokomocji. Nie zamierzał
czekać na swych kolegów z komisji, którzy byli opóźnieni i mieli dopiero przybyć. Zapewniłem
pułkownikowi Bergerze właściwe miejsce wypoczynku w pociągu i byłem dla niego bardzo
kurtuazyjny, ale wykonałem otrzymany rozkaz niebudzenia pułkownika Piskora. Dopiero wczesnym
rankiem nastąpiła rozmowa Bergery z szefem sztabu naczelnego wodza. Dostał on też wtedy
motocykl z przyczepą, którym pojechał dalej, nie tworząc już jednak kłopotliwego intermezzo dla
oddziałów w akcji.
W tymże okresie przez sztab naczelnego wodza przeszło kilku oficerów litewskich wziętych do
niewoli. Muszę powiedzieć, że odniosłem dobre wrażenie z kontaktu z nimi. Zachowywali się bardzo
godnie, mieli dobrą postawę żołnierską, odmawiali jakichkolwiek informacji w sprawie operacji,
w których brali udział, a tym bardziej co do zadań, jakie im postawiono.
Sensację natomiast wywołał jeden z jeńców, oficerów rosyjskich. Gdy wymienił swoje nazwisko:
Skałon, zapytałem go, czy coś go łączyło z generał-gubernatorem warszawskim. Odpowiedział, że jest
jego synem. Robił wrażenie, że nie jest niezadowolony z dostania się do niewoli. Byłoby to zresztą
zrozumiałe z uwagi na jego pochodzenie z dygnitarskiego rodu, bliskiego imperatorowi Wszechrosji.
Oczywiście nie miałem możności ani nawet chęci dociekania prawdziwości oświadczenia Skałona.
Przeciwnie, samo osławione a złowrogie w przeszłości nazwisko carskiego satrapy, na którego PPS
w swoim czasie urządziła słynny zamach bombowy, skłoniło mnie do przerwania rozmowy. Rad
byłem że nie do mnie należało przesłuchiwanie jeńców.
W czasie pracy w ścisłym sztabie naczelnego wodza otrzymałem delegację do Sokółki, do działającej
tam dywizji podhalańskiej, w charakterze oficera łącznikowego. Miałem dawać stałe meldunki
o postępie operacji do ścisłego sztabu.
Zgłosiłem się w Sokółce do dowódcy dywizji. Był nim starszy kolega z II brygady Legionów, generał
Galica. Udostępnił mi on wszystkie sztabowe źródła informacji i zapewnił wysyłanie hughesem mych
periodycznych meldunków. Poza tym generał Galica uprzejmie zaprosił mnie na posiłki
w miejscowym kasynie, gdzie sadzał mnie przy sobie, nie zważając na mój bardzo skromny stopień
porucznika.
W toku jednej z końcowych rozmów Galica wyraził następujące życzenie: „Pan, panie kolego, ma
bezpośredni kontakt z naczelnym wodzem. Czy mógłby pan poprzeć u niego sprawę umundurowania
mojej dywizji w peleryny i kapelusze z piórami? Dawno już wystąpiłem w tej sprawie i jakoś rzecz
idzie opornie. A bardzo mi zależy na pomyślnym załatwieniu tej sprawy.”
Z trudem wyjaśniłem generałowi Galicy, że ogromnie przecenia moje możliwości, gdyż po prostu nie
mam żadnych sposobności poruszania tego rodzaju spraw, i to wprost u naczelnego wodza, którego
widuję jedynie z daleka, najczęściej w wagonie restauracyjnym, gdy spożywa posiłki w towarzystwie
szefa francuskiej misji wojskowej, generała Henrysa, przy stoliku oddalonym znacznie od tego, gdzie
miałem wyznaczone miejsce.
Po powrocie ze ścisłego sztabu naczelnego wodza kontynuowałem pracę w Sztabie Generalnym. Tu
też uzyskałem zezwolenie, wówczas niezbędne, na zawarcie związku małżeńskiego z Eugenią Solecką
i poślubiłem ją w dniu 14 lutego 1920 roku w kościółku warszawskim przy ulicy Boduena. Na
obrączkach jednak figuruje data: 13 luty. Oboje z narzeczoną uzgodniliśmy, że obrzęd zaślubin
urządzimy ściśle w rocznicę naszego poznania się. A to, że ślub wypadałby wskutek tego w dniu
podwójnie feralnym według powszechnego przesądu, nic nam nie szkodziło. Przekonaliśmy do dnia
piątkowego i do daty trzynastego nawet księży w parafialnym kościele, ale w rodzinie powstały
stanowcze zastrzeżenia. W szczególności stryjostwo moi, Władysławostwo, oświadczyli, że jeśli nie
zmienimy daty, nie przybędą w ogóle na uroczystość. Uznaliśmy z narzeczoną, że obecność bliskich
krewnych jest ważniejsza od naszego przywiązania do rocznicy, i zmieniliśmy termin. Na obrączkach
pozostała jednak data poprzednio wyryta z „feralną” trzynastką, uważaną przez nas dwoje raczej za
„porte-bonheur”.

«Czerwonigenerałowiebędąnampotrzebni»

Przez cały czas przebywania w Warszawie - od wyjścia z Benjaminowa po koniec służby wojskowej -
myślałem ustawicznie o uzupełnieniu wykształcenia. Zapisałem się więc najpierw do warszawskiej
Szkoły Nauk Politycznych, a następnie, po kolejnej przerwie, do warszawskiej Wolnej Wszechnicy.
Dobre chęci jednak nie wystarczyły do podołania studiom w czasie napiętej do ostatnich granic pracy.
Oba razy musiałem rozpoczętą naukę przerwać, postanawiając sobie jednak powrócić do studiów
prędzej czy później, skoro tylko nadarzą się bardziej sprzyjające okoliczności.
Podtrzymywał mnie mocno w tym postanowieniu Barlicki. Początkowo radził mi pomyśleć o studiach
w paryskiej Szkole Nauk Politycznych, a potem - gdy już pracowałem w Naczelnym Dowództwie -
o wstąpieniu do Szkoły Sztabu Generalnego. Uważał, że po jej ukończeniu będę miał otwartą drogę
do szybkiego awansu, a więc - być może - do najwyższych stopni wojskowych. „A będziemy
w przyszłości potrzebowali czerwonych generałów” - dodał z naciskiem.
Pierwsza sugestia bardzo mi odpowiadała i zrealizowałem ją znacznie później. Druga nie pasowała mi
z wielu względów.
I mimo że złożyłem istotnie wniosek o przydzielenie mnie na otwierający się kurs Szkoły Sztabu
Generalnego, nie byłem bynajmniej zmartwiony, gdy nie uzyskałem pozytywnej decyzji. Poza tym,
muszę szczerze powiedzieć, nie widziałem niczego ponętnego w karierze „czerwonego generała”.
„Czerwoni”, a więc i „biali” generałowie - myślałem - czyli wojna domowa. Byłem zbyt patriotycznie
nastawiony, aby nie wzdragać się przed alternatywą walk domowych. „W państwie polskim armia
może być tylko jedna - narodowa. Nie biała i nie czerwona, tylko biało-czerwona.” Ponadto - mimo że
formalnie przez pewien czas byłem oficerem zawodowym - czułem się nadal z ducha „cywilem”.
27

Słuchałem rad Barlickiego w świadomości, że daje mi je ze szczerej życzliwości, ale minęły już czasy,
kiedy każde jego słowo było dla mnie niespornie słuszne. Stawałem się już stopniowo człowiekiem
o własnej zdecydowanej woli i krytycznym wobec poglądów innych ludzi. Nawet tych, do których
żywiłem prawdziwe zaufanie.

Natereniemoskiewskim

Stefanowi Starzyńskiemu zawdzięczałem możność przejścia do pracy cywilnej. Dzięki jego właśnie
wnioskowi zostałem zatrudniony w Delegacji Polskiej w Komisjach Mieszanych Reewakuacyjnej i

27
Autor przedstawia tutaj typowy styl rozumowania byłych socjalistów zaangażowanych w ruch
niepodległościowy Józefa Piłsudskiego. Byli jednak tacy socjaliści, którym niepodległość nie wystarczała. Chcieli
w niepodległym kraju „czerwieni”, tzn. strukturalnych reform społecznych, demokracji rzeczywistej
podnoszącej ludność biedną, niewykształconą do rangi podmiotu życia politycznego.
Specjalnej w Moskwie, a moja żona także (w charakterze rachmistrza tejże zagranicznej placówki
polskiej).
Powierzone mi zostało przez prezesa Delegacji Antoniego Olszewskiego (byłego ministra przemysłu
i handlu) stanowisko zastępcy sekretarza generalnego Delegacji, to jest zastępcy Starzyńskiego, który
wówczas był sekretarzem generalnym. Ten zastępczy charakter nie miał w pierwszych miesiącach
mojej pracy w Moskwie praktycznego znaczenia, gdyż Starzyńskiego w Delegacji nie było z powodu
udania się do kraju na operację, a następnie z powodu koniecznej rekonwalescencji. Pełniłem więc
z początku samodzielnie obowiązki sekretarza generalnego.
Olszewski załatwił sprawę zwolnienia mnie z wojska, początkowo w formie urlopu bezpłatnego,
a dopiero później - przeniesienia do rezerwy. Mogłem więc opuścić gmach na placu Saskim, w którym
przeżyłem wiele ważnych dla kraju momentów historycznych, a równocześnie rozstać się z czynną
służbą wojskową na stałe.
Podróż do Moskwy w owym czasie trwała kilka dni, zresztą w bardzo wygodnych warunkach
wagonów sypialnych, które na terenie rosyjskim były przystosowane całkowicie do wielodniowych
podróży. Rankiem 6 stycznia 1922 roku znaleźliśmy się na terenie Delegacji w Moskwie, gdzie mnie
niezwłocznie zasadzono do roboty, podczas gdy żona mogła jeszcze jeden dzień odpocząć po
podróży.
Koledzy w Sekretariacie Generalnym, a przedtem sam prezes Delegacji, wprowadzili mnie szybko
w zwykłe obowiązki sekretarza generalnego, które wykonywałem ku zadowoleniu swej nowej władzy
służbowej. Pełną przydatność wszakże do pracy, jako samodzielnego urzędnika specyficznej służby
zagranicznej polskiej, osiągnąłem dopiero w wiele tygodni po przyjeździe, kiedy prezes Olszewski
powierzył mi zredagowanie noty, mającej obrazować cały dotychczasowy przebieg współpracy ze
stroną radziecką
28
i zawierać stosowne konkluzje i postulaty.
Właściwie praca została powierzona dwóm osobom, jednemu z prawników Delegacji i mnie. Ale
Aleksander Ancyporowicz (mój późniejszy serdeczny przyjaciel) miał swoje przyczyny, aby nie włączyć
się od razu do pracy nad notą.
Wówczas podejrzewałem Ancyporowicza po prostu o wygodnictwo
29
, wiedząc, że był on dawniej
zamożnym posiadaczem ziemskim na Witebszczyźnie i znając już jego powiedzonko, że „praca jest
jedną z klęsk, na które człowiek został skazany za popełnienie grzechu pierworodnego”.
Ale przyczyna była z pewnością inna. Nie ufał on jeszcze kwalifikacjom młodego przybysza i wolał
ujawnić własne w postaci poprawek do tekstu przeze mnie przygotowanego. Ja natomiast zgodziłem
się natychmiast z jego propozycją, że przygotuję projekt sam, celem z kolei wspólnego uzgodnienia
tekstu i łącznego następnie przedstawienia go prezesowi Delegacji.
Tak się jednak nie stało. Olszewski, gdy zbliżał się wyznaczony przez niego termin, zwołał z nagła
naradę w składzie licznych zainteresowanych i w szczególności wszystkich członków Delegacji, a po jej
zebraniu się polecił mi odczytać przygotowany tekst. A że narada odbyć się miała już w okresie

28
Wówczas oficjalna nazwa delegacji sowieckiej do Komisji Mieszanych zawierała inne określenie, a
mianowicie: „rosyjsko-ukraińsko-białoruska”. (Przyp. aut.)
29
Aleksander Ancyporowicz po ukończeniu studiów prawniczych w Petersburgu pracował w senacie rosyjskim.
Po powrocie do kraju zajmował różne stanowiska, wykazując aż do końca, i zwłaszcza może pod koniec życia,
wręcz wyjątkową pracowitość i rzetelność w pracy. Do Delegacji Reewakuacyjnej przeszedł z Konsulatu
Polskiego w Moskwie. (Przyp. aut.)
ciepłych dni, jej miejscem stała się duża altana w ogrodzie łączącym dwa budynki zajmowane przez
Delegację.
Ancyporowicz znalazł się więc w nieoczekiwanej sytuacji: zupełnej nieznajomości odczytywanego
przeze mnie tekstu, Tekst mój był bardzo obszerny. W dokumentach Delegacji, później wydanych
drukiem, stanowiła ta nota odrębny tom.
W pewnym momencie czytania tekstu, gdy Olszewski usłyszał sformułowanie ujęte we właściwym
duchu dyplomatycznym, przerwał mi i zawołał jakby zaskoczony: „Panie, skąd pan się tego nauczył?”
Po tym pochlebnym wykrzykniku, na który nie zareagowałem, uważając go za zwrot czysto
retoryczny, kontynuowałem czytanie. Dyskusji i zwłaszcza krytyki tekstu przez obecnych prawie nie
było. Olszewski zaakceptował całość i nota została wysłana. Moja pozycja była w Delegacji
ugruntowana. Z zadowoleniem to stwierdziłem. Mogłem uznać, że mam szanse postępu i sukcesów
w pracy cywilnej, jak tego pragnąłem.
Ancyporowicz zwrócił także na mnie życzliwą uwagę. A że jego i moja żona bardzo już przedtem
zaprzyjaźniły się, powstała więź przyjacielska, która przetrwała długo, aż do śmierci ich obojga w roku
1965.
Praca w Delegacji w Moskwie dawała mi przez cały czas wiele satysfakcji tak za urzędowania
Olszewskiego, jak pod kierownictwem jego następcy - doktora Edwarda Kuntzego, dyrektora
Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. Natomiast był okres, kiedy przeżywaliśmy kłopoty finansowe - na
początku płace pracowników Delegacji były określone i wypłacane w walucie polskiej, która w owym
czasie dewaluowała się szybko. Doszło do sytuacji, kiedy nasze pobory zaledwie pokrywały koszt
utrzymania w kasynie delegacyjnym. Mieliśmy więc z żoną „dach nad głową” (oddzielny pokój)
i wyżywienie, ale tyle tylko.
Podobny stan nie mógł trwać stale. Starania Olszewskiego w ministerstwie doprowadziły wreszcie do
ustalenia i wypłacania wynagrodzeń w dolarach USA. Nasze wspólne z żoną zarobki były teraz już
zupełnie dobre i pozwalały nie tylko na pokrywanie wszelkich potrzeb bieżących, ale umożliwiały
również oszczędzanie pewnych sum. Postanowiliśmy więc z żoną, że będziemy pokrywali koszta
naszego pobytu w Moskwie z mojego wyłącznie uposażenia, wynagrodzenie jej odkładając celem
zebrania sumy wystarczającej na dwuletni wspólny pobyt w Paryżu dla odbycia tam przeze mnie
studiów wyższych.
Myśl była trafna. Istotnie nadeszła chwila, kiedy mogłem zdecydować się na dwuletni pobyt we
Francji na skromną skalę życia studenckiego. Zrealizowałem zamiar w roku 1925, spędzając następnie
w Paryżu dwa pełne lata akademickie i uzyskując upragnione dyplomy.
Ale na razie, jeszcze w Moskwie, byliśmy w stanie z żoną korzystać należycie z miejscowych atrakcji.
Bywaliśmy co najmniej raz w tygodniu w jednym z wielu znakomitych teatrów moskiewskich. Po ich
dobrym poznaniu zwykłem mówić, że sztuka teatralna ma poziom rosnący w miarę posuwania się
z zachodu Europy na wschód aż po Moskwę. Poza tym zwiedzaliśmy bogate moskiewskie zbiory
sztuki. Bywaliśmy także od czasu do czasu w Leningradzie. I tam również odwiedzaliśmy teatry
i muzea, jednak - mimo że widzieliśmy wiele interesujących rzeczy - nie uzyskałem podobnie pełnego
poglądu na wyżyny sztuki w tej dawnej stolicy olbrzymiego kraju, co w Moskwie. Pobyty w
Leningradzie nie bywały bowiem nigdy dłuższe ponad kilka dni i przeważnie nosiły charakter
służbowy.
W roku 1924 zdecydowaliśmy się spędzić miesięczny urlop w połowie na Krymie i w połowie w
Finlandii. W sierpniu tego roku udaliśmy się do Jałty. Był to okres, kiedy jeszcze na Ukrainie nie były
ostatecznie zlikwidowane liczne bandy „zielonych”, napadające na pociągi. Na kilka tygodni przed
naszą podróżą na południe taki właśnie napad przeżyli dwaj eksperci naszej Delegacji: dyrektor
departamentu Ministerstwa Komunikacji inż. Gruetzmacher i jego współpracownik inż. Dyczakowski,
wychodząc zresztą z przygody bez szwanku. Napady odbywały się, według relacji ich i innych osób,
tak: pociąg zatrzymywano, ostrzeliwując go z obu stron, po czym wzywano do opuszczenia pociągu,
rzeczy rabowano, a część pasażerów mordowano. Po ukończeniu przywłaszczeń i zabójstw banda
oddalała się, a pociąg ruszał w dalszą drogę.
Byłem dumny ze spokoju żony, gdy w nocy, w czasie jazdy naszej na Krym, zapukano do drzwi
przedziału i po zapytaniu, czy posiadam broń, grzecznie oświadczono, że „ustala się siłę obronną
pociągu wobec wjeżdżania w strefę napadów”. Dalszą drogę odbyliśmy jednak bez napadu, smacznie
śpiąc w wagonie sypialnym.
Piękno Krymu zrobiło na nas wielkie wrażenie. Zamieszkaliśmy w Hotelu Francuskim w Jałcie, czyniąc
stamtąd wycieczki. Powracaliśmy z urlopu do Sewastopola statkiem, a stamtąd dopiero pociągiem do
Moskwy, również bez przygód w podróży. Pogoda dopisywała na Krymie, było dużo owoców,
a zwłaszcza winogron o smaku muszkatowym, którymi zajadaliśmy się bez końca. Krajobraz był
piękny, a roślinność - bujna, południowa.
Do Finlandii udaliśmy się na drugą część urlopu z początkiem września. Ale wbrew obawom i tu
pogoda była jeszcze wyjątkowo ciepła. Ten kraj, składający się z wód, lasów i skał, miał dla nas
również duży urok. Zwiedziliśmy Wyborg, Helsinki, Lappenrantę, Imatrę i Abö (Turku), skąd odbyliśmy
przejażdżkę statkiem do Mariahamina na Wyspach Alandzkich.
Miałem w Finlandii duże trudności z porozumiewaniem się. Ani po rosyjsku, ani po niemiecku, ani po
francusku niepodobna było się porozumieć - poza nielicznymi wyjątkami. Angielskiego prawie wtedy
nie znałem. Słowniczek fińsko-polski pozwalał nam odczytywać w języku fińskim potrzebne zapytania,
ale nie było mowy o zrozumieniu odpowiedzi danej czy to po fińsku, czy to po szwedzku. Jakoś jednak
dawaliśmy sobie wszędzie radę dzięki wielkiej uczynności mieszkańców.
Zdumiewała nas niespotykana gdzie indziej uczciwość ludności. Widzieliśmy i odczuwaliśmy ją na
każdym kroku, coraz dobitniej w miarę oddalania się na zachód od Wyborga. W Wyborgu (Viipuri)
jeszcze było konieczne w hotelu okazanie paszportów, w Helsinkach wystarczyło oświadczenie
własnoręcznie wpisane do książki hotelowej. Na Imatrze istniała u portiera tablica do wieszania
kluczy od pokoi, ale nikt z niej nie korzystał. Sam po przybyciu raz jeden zamknąłem pokój i klucz
zawiesiłem na tablicy na dole. Portier zmierzył mnie wówczas wzrokiem, jakby widząc osobę z innej
planety. Nie powtórzyłem już więcej zamykania pokoju w tym hotelu na klucz.
Ta pewność bezpieczeństwa mienia spowodowała, że gdy na dworcu w Helsinkach wracałem po
kupnie biletów, żony nie zastałem na poprzednim miejscu w poczekalni, chociaż bagaże nasze stały
na miejscu, a jej torebka z pieniędzmi leżała na stole, otwarta i beztrosko porzucona. Żona po
powrocie z bufetu stacyjnego usprawiedliwiała się, że „przecież tu nikt nie poważy się dokonać
kradzieży”. Nie byłem tego tak pewny, na dworcu bowiem było tłoczno i nie wszyscy pasażerowie byli
Finami.
Kiedyś, wracając do Lappenranty z dalekiej pieszej wędrówki wzdłuż jeziora, musieliśmy wskutek
zmęczenia skorzystać z mijającego nas autobusu. Nie było mowy o porozumieniu się z kierowcą, więc
celem opłacenia jazdy podałem mu portfel, wskazując na leżące w nim banknoty. Wyjął jakiś i wydał
resztę. Pobrana suma była tak niska, że nie mogłem mieć wątpliwości, iż zainkasowano opłatę ściśle
według taniej taryfy.
W jakimś miasteczku, które w czasie tej wycieczki przekraczaliśmy w porze południowej,
zauważyliśmy charakterystyczną scenę. Samochód pocztowy zatrzymał się na placu przed lokalem
miejscowego urzędu pocztowego, wyładował przesyłki i ułożył je starannie przed budynkiem, nie
czekając na przybycie pracowników urzędu, korzystających właśnie z przerwy obiadowej. Po czym,
nie troszcząc się o pokwitowanie, samochód odjechał. Zrozumiałem, że tu nikt - poza osobą
upoważnioną - przesyłek nie ruszy, nawet adresat.
Fińskie poszanowanie cudzej własności było imponujące. Ale działki terenowe były starannie
powszechnie ogrodzone, co stanowiło trudność dla ulubionych mych wędrówek „na przełaj”. Tam
trzeba było pilnować się dróg i ścieżek publicznych.
W czasie pobytu w Moskwie usiłowałem z powodzeniem odnowić kontakty z moim kijowskim
rodzeństwem stryjecznym, już raz poprzednio nawiązane korespondencyjnie. Najpierw napisałem list
na dawny znany mi adres kijowski. Dostałem na niego szybki odzew. Potem odwiedził mnie w
Moskwie brat stryjeczny Leonid, który właśnie ukończył szkołę średnią i był jeszcze odziany w szynel
szkolny. Wreszcie ja sam udałem się do Kijowa na parodniowe odwiedziny. Osieroceni z obojga
rodziców Leonid i Olga przyjęli mnie z niezwykłą serdecznością, choć przecież znaliśmy się tylko
z jednorazowego spotkania w latach dziecięcych.
Kontakt w ten sposób nawiązany trwał potem czas jakiś, lecz już wyłącznie w drodze pisemnej,
dopóki nie ustał z nagła w czasie mego pobytu w Paryżu (1925-1927). Został on wznowiony dopiero
w wiele lat po drugiej wojnie światowej. Brat mój Władysław natrafił w katalogu jednej z bibliotek
amerykańskich na książkę naukową Leonida. Powiadomił mnie o tym. Napisałem więc do
wydawnictwa moskiewskiego, które wydało tę książkę, z prośbą o aktualny adres autora.
Wydawnictwo, które oczywiście nie mogło działać bez zgody autora, długo nie odpowiadało. Aż tu
nagle przychodzi do mnie list z Kijowa, pisany przez mego brata stryjecznego, który został
powiadomiony o moim liście przez wydawnictwo moskiewskie. Było to nawiązanie korespondencji po
czterdziestoletniej przerwie. Zadbałem, aby teraz korespondencję systematycznie podtrzymywać. Nie
wiem tylko, czy i kiedy będzie mogło nastąpić widzenie się moje z profesorem wyższej uczelni
Leonem Kulskim i jego siostrą Olgą, również pracownikiem naukowym. Gdyby do niego doszło,
byłoby to w ogóle trzecie nasze osobiste spotkanie w ciągu całego mego życia.

MałżeństwomojejsiostryzNorbertemBarlickim

W czasie pobytu w Moskwie otrzymałem pewnego dnia w roku 1922 list od siostry i Norberta,
donoszący o zawartym przez nich związku małżeńskim. Powiedziałem niezwłocznie do żony: „To
bardzo niedobrze! Norbert nie jest odpowiednim mężem dla Stachy. Jego «motylkowatość»- przy jej
niewątpliwie małej wyrozumiałości na nieuniknione w przyszłości grzeszki niewierności małżeńskiej,
nie rokuje niczego dobrego.”
Miałem rację, chociaż gdy zobaczyłem siostrę w czasie najbliższego przyjazdu do Warszawy, zdawało
mi się, że nie ma powodu do obaw. Siostra promieniała szczęściem, jak ktoś, kto spełnił podstawowe
marzenie swego życia. Nie trwało to długo. Norbert po kilku latach skierował swoje uczucia w innym
kierunku. Z żoną swoją, moją siostrą, rozstał się.
Moja przyjaźń dla niego przeważyła wtedy nad świadomością jego winy wobec siostry.
30

Utrzymaliśmy z żoną nadal przyjazne stosunki z Norbertem, a w konsekwencji i z jego kolejną
towarzyszką życia, z którą zamieszkiwał teraz razem.
Oczywiście wiele osób czyniło nam w związku z tym zarzuty. W szczególności sama siostra zerwała
z nami kontakty, a za nią poszedł brat Władysław. Ale uważałem zdecydowanie, że za wiele
zawdzięczam Norbertowi, aby odsunąć się od niego nawet z takiej przyczyny. Siostra zdecydowała się
na swój ważny krok życiowy bez konsultowania się ze mną, niczym się do tego małżeństwa nie
przyczyniłem, nie poczuwałem się więc za uprawnionego do wyciągania daleko idących wniosków
z jej - moim zdaniem - błędu. Moja przyjaźń godziła się już zresztą w przeszłości ze świadomością
słabostek Norberta w stosunkach z kobietami. On ze swej strony był mi wiernym przyjacielem bez
względu na moje pomyłki i potknięcia życiowe.
Błąd swój siostra odpokutowała fatalnie. Łącznie z dawniejszymi przeżyciami osobistymi zawód
małżeński przypłaciła ciężkim niedomaganiem. Okresom jej pełnego powrotu do normalnego udziału
w życiu odpowiadały wyłączające ją z niego nawroty choroby nerwowej.
Kiedyś, w latach sześćdziesiątych, gdy odwiedziłem w Świdrze podwarszawskim przebywającą tam na
rekonwalescencji pierwszą żonę Barlickiego, Jadwigę Markowską, rozmowa została w pewnym
momencie skierowana przez nią na życie erotyczne Norberta. „Pan pewnie nie wie, że Norbert
podsycał uczucie pańskiej siostry do siebie już w czasach, gdy była pensjonarką przed maturą.
Zwróciłam mu wówczas uwagę na niewłaściwość podobnego postępowania, ale wtedy zaśmiał się
tylko.” Odparłem: „Nie, tego oczywiście nie wiedziałem. Ale ten fakt nie przekreśli we mnie pamięci o
Norbercie jako o człowieku, któremu wiele zawdzięczam i którego prawdziwie kochałem za stałą jego
dla mnie przyjaźń od lat najdawniejszych, oraz jako o działaczu, którego ceniłem.”
Ta deklaracja była szczera. Bolałem nad losem siostry, ale nie chciałem zrywać z człowiekiem, który
w dużej mierze wpłynął na ukształtowanie mojej umysłowości i charakteru. Byłem usposobiony
krytycznie do niego pod wielu względami, szczególnie jeśli idzie o jego stosunek do kobiet, ale
podstawowych jego wartości nie mogłem i nie chciałem negować.
Zrozumieli to moje przywiązanie do Norberta i siostra, i brat, nawiązując po latach zerwane stosunki.
Brat uczynił to w chwili, gdy była potrzebna moja pomoc w ratowaniu siostry przy pierwszym ataku
jej choroby, siostra, gdy zdarzenia wojenne zepchnęły wiele dawnych żalów na daleki plan wobec
katastrofy przeżywanej przez kraj. Śmierć w Oświęcimiu Barlickiego, do którego uczucie siostra
zdawała się zachowywać w ukryciu aż do końca, ostatecznie usunęła jej urazy do mnie.
Jak pisze Jan Tomicki w swej książce poświęconej Norbertowi Barlickiemu
31
, Lucjan Rudnicki
oświadczył, że Barlicki „przypominał greckich satyrów”, dodając, że „uwydatniało się to w jego
stosunku do kobiet”. Był, jak sądzę, satyrem w istocie. Ale czy nie był to satyr z duszą prometejską?
Rozumiała to również Jadwiga Markowska. Jej sposób rozstania się z Norbertem pozwolił im
zachować kontakty koleżeńskie.
Człowiek jest istotą skomplikowaną. Barlicki także był istotą skomplikowaną. Jego wielkie zalety
odpowiadały jego wielkim wadom, jego dodatnim cechom - słabostki, jego zasługom położonym na

30
Oczywiście pożycie małżeńskie jest znane we wszystkich szczegółach tylko współmałżonkom. Toteż nie mogę
wykluczyć, że w rozejściu się Norberta z moją siostrą mogła być i jej jakaś wina, chociaż do dziś nie doszło do
mej wiadomości nic, co by mogło o tym świadczyć. (Przyp. aut.)
31
J. Tomicki, Norbert Barlicki, Warszawa 1968, s. 13. (Przyp. aut.)
polu wychowawczym, społecznym i narodowym - małostkowość w sporadycznych przypadkach. Ale
czy tak nie jest ze wszystkimi, nawet największymi ludźmi?

ZnowuweFrancjinastudiach

W roku 1924 w okresie urlopowym zajechałem na kilka dni do Paryża, aby ustalić możliwości
przyszłych studiów w École des Sciences Politiques. Sondaż wypadł pomyślnie - potrzebne było tylko
zdanie egzaminu wstępnego z opanowania języka francuskiego. O to nie miałem powodu się
kłopotać. Znałem francuski dostatecznie, aby nie obawiać się przystąpienia w roku następnym do
egzaminu.
Tę pierwszą podróż do Paryża odbywałem w okolicznościach specyficznych. Część Niemiec
zachodnich była wtedy okupowana przez wojska francuskie. Po minięciu Frankfurtu nad Menem
pociąg dojechał do granicy strefy okupacyjnej, gdzie dopiero mogłem nabyć bilet na dalszy przejazd.
Tu miałem dokonać wymiany posiadanych dolarów na franki i w kasie kolejowej wykupić bilet na
końcowy odcinek podróży.
Gdy pociąg stanął, ujrzałem niezwykły widok. Najbardziej prowizoryczny barak zastępował dawny
spalony dworzec. Biura wymiany nie dojrzałem, natomiast była kasa kolejowa. Ale w oczy rzucał się
nade wszystko rząd wojskowych francuskich - wyższe szarże obok szeregowych, Murzyni obok białych
- oferujących usługi walutowe. To były jedyne kantory wymiany na stacji.
Zapytałem o kurs. Gdybym wymiany po tym kursie dokonał, miałbym zagrożone możliwości pobytu w
Paryżu i opłacenia powrotu do Moskwy. Uskuteczniłem więc tylko wymianę małej sumy, dostatecznej
dla dojechania do Moguncji. „Tam niewątpliwie będzie normalny kantor wymiany na dworcu
kolejowym - myślałem - stracę trochę czasu, ale nie dam się wyzyskać przez umundurowanych
rabusiów.”
Ale po przyjedzie do Moguncji stwierdziłem, że kantor wymiany, rzeczywiście istniejący na stacji, jest
nieczynny. Przypomniałem sobie, że jest to niedziela. Niespodzianka dała mi sposobność do poznania
tego miasta. Po dniu spędzonym w nim mogłem wreszcie dokonać wymiany i ruszyć dalej.
Usadowiłem się wygodnie w przedziale drugiej klasy, aby spokojnie kontynuować podróż. Ale oto
dojechaliśmy do niedalekiej stacji, gdzie wsiadło sporo wojskowych i cywilnych Francuzów
z rodzinami. Byli to niewątpliwie ludzie z zarządu okupacyjnego. Zrobiło się od razu hałaśliwie, a co
gorzej - brudno. Zaśmiecanie wagonu wydało mi się umyślne, najwidoczniej dla okazania pogardy dla
niemieckiego porządku, bo przecież nie mogłem sobie przypomnieć niczego podobnego z dawnych
jazd francuskimi kolejami. Mniej one i wtedy błyszczały niż niemieckie, ale wykazywały bądź co bądź
staranie służby kolejowej i pasażerów o względną czystość.
Bezceremonialne obecnie rzucanie niedopałków czy skorup od jaj na dywanowe podłogi przedziału
było niewątpliwie wyrazem niechęci do pociągu podstawionego w idealnym stanie przez niemieckich
kolejarzy. Bo skoro tylko w Strasburgu okupacyjni funkcjonariusze francuscy wysiedli i zostali
zastąpieni przez innych pasażerów, można było znowu spostrzec ich „europejskie” zachowanie się.
Nad ranem byłem w Paryżu i udawszy się do hotelu, mogłem odpocząć po owej drodze z Frankfurtu
nad Menem, spędzonej w tak nieoczekiwanych warunkach.
Od tego czasu twierdziłem, że wszelcy okupanci są siebie zawsze wzajemnie warci, nawet jeśli
pochodzą z narodu słynnego w polskiej tradycji z dobrych manier.
32

Po powrocie do Moskwy mogłem żonę zapewnić, że za rok będziemy mogli starać się o wyjazd do
Paryża razem, już na dobre. Tak się też stało. Delegacja urlopowała mnie bezpłatnie w takim
terminie, abym znalazł się w Paryżu w okresie bezpośrednio przed rozpoczęciem roku akademickiego
1925/1926.
Zdałem egzamin pisemny z francuskiego i zapisałem się do szkoły do Sekcji Dyplomatyczno-
Konsularnej. Dobierając przedmioty - poza przedmiotami obowiązkowymi - starałem się tak zestawić
program, aby uzyskać także dobre wprowadzenie w wiedzę ekonomiczną.
Zaczęła się nauka. Szła mi bez trudności.
W maju 1926 roku dotarły do Paryża prasowe odgłosy o zamachu stanu i walkach w Warszawie.
Upewniliśmy się telegraficznie, a potem korespondencyjnie, że nic się nie stało Barlickim, więc -
uspokojeni - dalszy rozwój wypadków śledziliśmy w prasie paryskiej ze zrozumiałym
zainteresowaniem i niepokojem. Stosunek mój do dokonującego się przewrotu był pozytywny:
miałem nadzieję na uzdrowienie stosunków społeczno-politycznych w Polsce.
Latem 1926 roku żona zdecydowała udać się do kraju na okres wakacji, odwiozłem ją więc do Belgii,
gdzie pokazałem jej wszystkie znane mi z przedwojennego pobytu miejscowości. Bruksela,
Antwerpia, Gandawa, Burges, Ostenda - to były nasze punkty wycieczkowe. Po tygodniu
rozjechaliśmy się w przeciwnych kierunkach, żona do Warszawy, ja z powrotem do Paryża. Ale w
Paryżu było wkrótce nie do wytrzymania z powodu upałów. Wynająłem więc sobie na okres
wakacyjny pokój w Le Vesinet pod St. Germain-en-Laye.
Rodzina, u której zamieszkałem w jej skromnym budynku willowym, składała się z ojca, Francuza-
handlowca, matki - z urodzenia Angielki, oraz trojga dorosłych i pracujących już dzieci, codziennie
dojeżdżających do Paryża do pracy. Matka górowała nad pozostałymi członkami rodziny obyciem
towarzyskim i inteligencją. Pan domu był typowym „zjadaczem chleba”. A dzieci? Te były symbolem
młodzieży francuskiej ze środowiska drobnej burżuazji owych dni w całym ich sposobie bycia
i zapatrywaniach. Zapamiętałem dobrze, iż mówili, że nie mają zamiaru walczyć za „cudze” interesy,
jak to robili ich ojcowie w latach 1914-1918. Po zapytaniu, co mają na myśli, mówiąc o obcych
interesach, oświadczyli, że np. za Polskę. Późniejsza postawa niektórych polityków francuskich,
głoszących: „Nie będziemy umierali za Gdańsk”, była dokładnym wyrazem poglądów tego
środowiska. Byłem zaniepokojony tymi szczerze wypowiadanymi przekonaniami, w których więcej
zresztą było bezmyślności niż arogancji. „Co będzie w razie konfliktu, w którym mamy być
sojusznikami?” - zastanawiałem się.
Ojca rodziny poznałem lepiej, kiedy musiałem go prosić o usługę. Zmuszony wysłać żonie do
Warszawy pełnomocnictwo rejentalne, miałem stawić się dla spisania aktu z dwoma obywatelami
francuskimi jako świadkami. Mój gospodarz przyrzekł oddać mi tę przysługę i rzeczywiście zgłosił się
do notariusza ze swym przyjacielem w terminie. Podziękowałem za usługę i zaprosiłem obu panów na
„drinka”, uważając, że w ten sposób mam sprawę zamkniętą. Ale pan René Questel tak nie uważał.
Co kilka dni teraz przychodził do mnie po „pożyczkę”. W sumie wyciągnął stosunkowo poważną dla
mnie sumę i nigdy jej nie zwrócił.

32
Z tej reguły wyłączyć należy okupację hitlerowską, której barbarzyństwo nie daje się porównać z niczym.
(Przyp. aut.)
Po powrocie do Paryża z letniego pobytu w Le Vesinet doszedłem do wniosku, że nie wykorzystuję
w pełni czasu, że stać mnie na dodatkowe studia. Zapisałem się więc również do Międzynarodowego
Instytutu Prawa Międzynarodowego. Teraz obciążenie czasu nauką było całkowite.
Wszystko szło dobrze, kiedy wiosną 1927 roku stwierdziłem, że cała moja kalkulacja pobytu w Paryżu,
oparta na posiadanych dolarach, bierze w łeb. Kurs franka stopniowe się podnosił i zaczęło grozić, że
zabraknie nam środków na dotrwanie do terminu mego dyplomu. To byłoby katastrofą. Uratowała
nas suma pożyczona Norbertowi Barlickiemu na wyjezdnym. Niemal w ostatniej chwili (ze zwykłą
niepunktualnością w tego rodzaju sprawach, gdyż był on stale w tarapatach finansowych), odesłał mi
sto dolarów. Mogłem pomyśleć o stawaniu do egzaminów, a nie o przedwczesnym powrocie do
kraju.
Teraz biegać musiałem z egzaminu na egzamin. Zdałem ich łącznie dobrych parę dziesiątków.
Rezultatem był dyplom z wyróżnieniem ze Szkoły Nauk Politycznych i świadectwo z przesłuchania
i zdania egzaminów z jednego roku studiów w Instytucie (pełny dyplom wymagał dwóch lat).
Syty sukcesów po ostatnim egzaminie układałem się do snu, gdy tymczasem w nocy poczułem się
niedobrze. Zdawało mi się, że serce zamiera, stopniowo zmniejszając swą działalność. Obudziłem
żonę i poprosiłem o wezwanie lekarza. Jego diagnoza brzmiała: „Duże wyczerpanie.” Zalecił doraźnie
jakiś środek apteczny oraz picie czarnej kawy, a nazajutrz udanie się do specjalisty dla ostatecznego
rozeznania. „Ten zapewne powie, że jest pan zdrów, że tylko organizm pański wymaga wypoczynku
po nadmiernym wysiłku.”
Tak stało się rzeczywiście.
Przy wręczaniu dyplomu dyrektor szkoły na rue St. Guillaume powiedział do mnie: „Powinien pan był
otrzymać «mention très bien», a nie «bien», ale pan w swej pracy pisemnej z mego przedmiotu zajął
odmienne stanowisko od wypowiadanego przeze mnie. To spowodowało obniżenie stopnia z tego
przedmiotu, a w konsekwencji pogorszenie dyplomu.” Mówił to pan Charles Dupuis jakby z pewnym
żalem. Tak się przy tym składało, że nikt w ogóle z kolegów licznego kursu nie ukończył nauk
z dyplomem najwyższego wyróżnienia. Może tego brakowało panu Dupuis w uroczystości zamknięcia
roku akademickiego?
A ja sobie pomyślałem: „To nie ma dla mnie większego znaczenia, panie rektorze, wystarcza mi, że
mam dyplom z pańskiej szkoły oraz równocześnie z innego zakładu wyższego nauczania. A to, co pan
mówi z taką szczerością, to przemawia tylko przeciwko panu. Patrzał pan na wykładaną problematykę
z punktu widzenia bakałarza szkolnego, a nie poważnego uczonego, za którego zresztą pana uważam,
który powinien był cieszyć się z dojrzałości słuchacza, umiejącego myśleć samodzielnie i mocno
bronić swego odmiennego stanowiska również w pisemnej pracy egzaminacyjnej.” Temat, w którym
różniłem się z szanowanym i cenionym profesorem, dotyczył interpretacji jednego z postanowień
paktu Ligi Narodów.
Inne niepowodzenie bardziej mnie zmartwiło. Niemal już na wyjezdnym wybrałem się do fryzjera.
Rozmowny figaro pytał mnie najpierw, czy nie jestem Alzatczykiem: „Taki pan ma akcent.” A na
pożegnanie dodał: „No, ale pan się szybko nauczy języka francuskiego.”
„Pal diabli, tak więc wygląda moja wymowa po zdaniu z powodzeniem w języku francuskim ponad
dwóch dziesiątków egzaminów, bynajmniej niełatwych z językowego punktu widzenia.” A był wśród
nich i taki, w czasie którego w ciągu dziesięciu minut byłem zmuszony odpowiedzieć wyczerpująco na
wyciągnięty temat historyczny. Trzeba było do otrzymania dobrej oceny nie tylko znać dobrze daną
epokę, ale i władać niezgorzej językiem francuskim.
Z ulgą i dyplomami wróciłem do Warszawy, aby sfruktyfikować zdobytą wiedzę. Nie było już mowy
o powrocie do Moskwy, gdzie praca Delegacji dobiegała końca.
Myślałem o pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zachęcał mnie do tego po egzaminie zespół
kolegów-Polaków jednocześnie ze mną kończących Szkołę Nauk Politycznych, m.in. Michał Mościcki,
syn prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, który urządził u siebie popołudniowe przyjęcie koleżeńskie
wkrótce po uroczystości wręczenia dyplomów.

Wsłużbieskarbowej

Tak się jednak złożyło, że znalazłem się w służbie skarbowej, a nie - zagranicznej. Byłem
pracownikiem skarbowości polskiej od września 1927 do lutego 1935 roku (kiedy to przeszedłem do
Zarządu Miejskiego Warszawy), zajmując kolejno stanowiska radcy ministerialnego, naczelnika
wydziału i dyrektora departamentu, a wreszcie naczelnego dyrektora Państwowego Monopolu
Spirytusowego (od 1932).
Byłem najpierw pod zwierzchnictwem naczelników wydziałów Polityki Finansowo-Gospodarczej i
Polityki Kredytowej, Fabierkiewicza i Narbutta, potem dyrektorów departamentu Ogólnego i Obrotu
Pieniężnego: Około-Kułaka i Barańskiego, a wreszcie - już na stanowiskach dyrektorskich – kolejno
wiceministrów Stefana Starzyńskiego, Wincentego Jastrzębskiego i Edwarda Wernera. Z trzech
wymienionych podsekretarzy stanu winienem charakterystykę tylko Jastrzębskiego, gdyż
o pozostałych czynię wzmianki na innym miejscu.
Z Jastrzębskim poznałem się w okresie, kiedy byłem delegowany w charakterze przedstawiciela
Ministerstwa Skarbu do prac Komisji Ankietowej. Była to instytucja powołana do zbadania położenia
poszczególnych gałęzi przemysłu i do postawienia wniosków co do metod ich dalszego rozwoju
i ewentualnie uzdrowienia.
Komisji Ankietowej, której owoc pracy został następnie udostępniony powszechnie w postaci wielu
tomów monografii poszczególnych gałęzi produkcyjnych, przewodniczył inż. Rothert, a jego zastępcą
był właśnie Wincenty Jastrzębski, który zresztą tam magna pars fuit.
Jako delegat Ministerstwa Skarbu uczestniczyłem (od dnia 15 października 1927) w większości
posiedzeń, na których omawiano i dyskutowano poszczególne sprawozdania i wnioski. Osobiście
w gruncie rzeczy nic istotnego do tych prac nie wniosłem, natomiast sam mogłem znakomicie
zapoznać się zarówno z sytuacją polskiego przemysłu w jego ówczesnym stanie, jak z szeregiem jego
wybitnych przedstawicieli biorących udział w pracach Komisji Ankietowej. Podobnie miałem możność
poznania wielu osób ze świata pracy i nauki, również uczestników prac tej Komisji.
O Jastrzębskim wiedziałem już wiele, zarówno o tym, że doszedł do wiedzy własnym wysiłkiem
w trudnych warunkach pracy robotniczej, jak o jego sukcesach i zdolnościach wykazanych po
powrocie do ojczyzny, organizującej się po odzyskaniu niepodległości. Znany jako działacz lewicowy,
miał mimo to Jastrzębski autorytet i posłuch również u działaczy reprezentujących przemysł w
Komisji Ankietowej. W gruncie rzeczy był on duszą prowadzonych przez nią prac. Prezes Rothert był
człowiekiem bardziej posuniętym w latach, toteż nie był w stanie tyle wysiłku wkładać w pracę, ile
młodszy i energiczny Jastrzębski. Rothert zachowywał sobie jakby rolę arbitra w sporach, jakie
wynikały w ocenie stanu rzeczy, a zwłaszcza w ocenie wniosków formułowanych pod auspicjami
Jastrzębskiego.
Przypatrując się, a ściślej przysłuchując się Jastrzębskiemu, wyrobiłem sobie bardzo pochlebny pogląd
o jego osobie i kwalifikacjach intelektualnych. Gdy więc zastąpił Starzyńskiego na stanowisku
wiceministra skarbu, właściwego m.in. dla spraw monopolowych (a byłem wtedy dyrektorem
Departamentu Akcyz i Monopolów), z pełnym zaufaniem stanąłem do współpracy z nim.
Po stosunkowo krótkim czasie Jastrzębski zaproponował mi objęcie naczelnego kierownictwa
jednego z dwóch największych monopoli skarbowych: Monopolu Tytoniowego lub Spirytusowego.
Położył jednak nacisk na to, abym objął Monopol Spirytusowy, gdzie należało zdecydowanie
zatroszczyć się o rozszerzenie zbytu spirytusu na cele przemysłowe, a w szczególności wprowadzić na
stopniowo rosnącą skalę mieszanki napędowe. Nie zastanawiałem się długo. Określone przez
Jastrzębskiego motywy przeważyły moją decyzję. Wybrałem Monopol Spirytusowy.
Jeszcze przedtem Jastrzębski dokonał reorganizacji dyrekcji Państwowego Monopolu Spirytusowego,
dzieląc ją na pięć działów, poza którymi w bezpośredniej dyspozycji dyrektora Monopolu byli
inspektorzy. Przeprowadził też wraz z ówczesnym dyrektorem Monopolu Spirytusowego obsadę
stanowisk kierowniczych.
Na pierwszy plan wysunął się dział finansowy z wybitnym chemikiem i jednocześnie zupełnie dobrym
finansistą, inż. mgr. Antonim Sachnowskim. Dział przemysłowy, mający pod sobą fabryki Monopolu,
pozostawał również pod kierownictwem chemika, inż. Wasilewskiego. Pozostałe trzy działy: zakupów,
sprzedaży i ogólny - pozostawały za mego okresu dyrektorskiego pod szefostwem inż.
Niepokojczyckiego, Przecławskiego i inż. Miszewskiego.
Stanowiska inspektorów skasowałem wkrótce po objęciu kierownictwa Monopolu. Motywem było,
że nie umiałem posiłkować się uniwersalnymi inspektorami, nie związanymi z konkretnymi działami
dyrekcji. Na tym tle zrezygnował inspektor Jankowski, z którym później doskonale współpracowałem
po przejściu do Zarządu Miejskiego jako z dyrektorem Inspekcji Handlowej, a potem jednym
z kierowników Miejskich Biur Dzielnicowych.
Zastępcą moim w Monopolu był Sachnowski, którego pod każdym względem ceniłem wysoko. Byłem
prawdziwie wdzięczny Jastrzębskiemu za tę wyjątkowo trafną obsadę ważnego działu finansowego.
Godne uznania wyniki osiągnął inż. Niepokojczycki w zakresie obniżki cen płaconych za materiały
pomocnicze. Z tego zresztą tytułu jeden z działaczy przemysłu gorzelni rolniczych na wieczorze
pożegnalnym, gdy opuszczałem Monopol przechodząc do Zarządu Miejskiego - powiedział: „Był pan
znakomitym dyrektorem departamentu, mniej pochlebnie oceniam pańską działalność w Monopolu.
Tu nie wykazał pan dostatecznego zmysłu handlowego, wymagającego brania w pełni pod uwagę
koniecznej rentowności przemysłu.” Rozumiałem, że mój rozmówca myślał przede wszystkim
o cenach artykułów pomocniczych, które były ustalone na możliwie niskim poziomie, choć w pewnej
mierze i o cenach płaconych gorzelniom rolniczym za spirytus surowy. Ceny za spirytus surowy były
zatwierdzane zresztą po rygorystycznym zbadaniu opłacalności produkcji, w czym celowali referenci
ekonomiczni dyrekcji, Kunderewicz i Krause. Te ceny były poza tym z reguły corocznie opiniowane
przez Państwową Radę Spirytusową, której przewodniczyłem, a w której miały swych przedstawicieli
organizacje producentów spirytusu, tak rolniczego (kartoflanego), jak będącego produktem
ubocznym gorzelni przemysłowych (melasowych czy drożdżowni). W obradach tej Rady niekiedy
uczestniczył osobiście i wiceminister Jastrzębski.
Zasadniczą sprawę powierzoną mi przez Jastrzębskiego doprowadziłem do skutku umową
z przemysłem naftowym, zawartą po uciążliwych pertraktacjach w dzień sylwestrowy roku 1933.
Uzyskany pod silnym naciskiem kompromis zapewniał zakup przez ten przemysł określonej ilości
spirytusu rocznie i użycie go do mieszanek napędowych, wypuszczanych na rynek krajowy.
Nacisk wyrażał się zarówno w uporczywym trwaniu przy żądaniach, uzasadnionych interesem kraju
stojącego w obliczu bliskiej konieczności importu ropy naftowej do napędu (w miarę rozwoju
motoryzacji), jak zwłaszcza w groźbie wydania przez rząd dekretu z góry przygotowanego
i zawierającego postanowienia o przymusie mieszankowym. Byłem upoważniony do bezpośredniego
kontaktowania się z prezesem Rady Ministrów w razie niepowodzenia pertraktacji i konieczności
podpisania i wydania dekretu. Raz jeden w toku rozmów z „nafciarzami” skorzystałem z tego
uprawnienia i odbyłem telefoniczną rozmowę bezpośrednią z szefem rządu, donosząc mu
o trudnościach i uzyskując raz jeszcze jego zgodę na niezwłoczne wydanie dekretu rządowego, gdy
zawiadomię, że pertraktacje spełzły na niczym.
Zawarta umowa dała pozytywne wyniki, a wraz ze zwiększeniem zbytu spirytusu na inne cele
niekonsumpcyjne pozwoliła Monopolowi wykazać znacznie silniejszy udział tego rodzaju sprzedaży
w ogólnym zbycie spirytusu niż dawniej. Niestety, równolegle nie udało się osiągnąć zmniejszenia
konsumpcji alkoholu pitnego. W tymże okresie ruszyła też w Polsce naprzód produkcja innych
alkoholi, m.in. w Kutnie powstała prywatna fabryka spirytusu butylowego.
W czasie wspomnianego już wieczoru pożegnalnego w Resursie Kupieckiej jeden z przedstawicieli
gorzelni rolniczych zadziwił mnie swym oświadczeniem, wypowiedzianym w obecności ówczesnego
ministra rolnictwa. Powiedział mianowicie: „Trzeba stwierdzić to szczególne zjawisko, że
przedstawiciele prywatnego przemysłu, obejmując stanowiska rządowe, nie osiągają podobnych
wyników, co zawodowi urzędnicy państwowi na tych samych placówkach. O ile ci ostatni umieją
poznać potrzeby przemysłu, a jednocześnie dbać o interes państwowy i dzięki temu działać
energicznie i szybko, o tyle działacze pochodzący ze świata gospodarczego zwykle lękają się decyzji,
zapewne wskutek niedostatecznej znajomości metod pracy aparatu rządowego.”
Miałem prawo to oświadczenie potraktować jako aluzję do roli kolejnego wiceministra resortowego,
Wernera, który pochodził z kół producentów. Postawa tego wiceministra była właśnie przyczyną mej
rezygnacji ze stanowiska dyrektora PMS.
Nie wiem, czy tę przyczynę mej rezygnacji miał na myśli późniejszy minister skarbu i wicepremier inż.
Eugeniusz Kwiatkowski, gdy skierował do mnie po kilku miesiącach mojej pracy w Zarządzie Miejskim
dyrektora swego Biura Personalnego z zaproszeniem na rozmowę w sprawie ewentualnego mojego
powrotu do czynnej służby w Ministerstwie Skarbu na jednym z trzech stanowisk, jakie rezerwował
dla mnie do wyboru.
33

Nie omieszkałem stawić się osobiście u wicepremiera, aby mu szczerze podziękować za zaszczytną
propozycję, oświadczając jednak, że - niestety - czuję się związany wobec prezydenta miasta, Stefana
Starzyńskiego, okresem trwania tymczasowych władz miejskich. Czułem się w istocie zobowiązany do
wytrwania w służbie miejskiej aż do chwili wyboru Rady Miejskiej i następnie - wyboru przez nią
nowego Zarządu Miejskiego, do którego nie zamierzałem kandydować. „A nie potrafię przewidzieć,
jak długo to może potrwać, kilka czy kilkanaście miesięcy jeszcze” - powiedziałem wicepremierowi.
Jeszcze bardziej byłem ujęty propozycją ministra Kwiatkowskiego, gdy po paru dniach zgłosił się
ponownie do mnie ten sam co poprzednio jego wysłannik z oświadczeniem, że minister gotów jest
odroczyć sprawę obsadzenia stanowisk i rezerwować je dla mnie przez sześć miesięcy, jeśli zapewnię
go, iż w tym czasie będę do jego dyspozycji.

33
Nie mogąc akceptować propozycji, nie czułem się uprawniony do zapytania, jakie to trzy stanowiska wiąże z
moją osobą. (Przyp. aut.)
Byłem tym razem po prostu skonfundowany. Musiałem, niestety, podtrzymać oświadczenie, że nie
mogę przewidzieć, kiedy nastąpi wybór nowego Zarządu Miejskiego, i tym samym złożyć żądanego
oświadczenia. Było mi jednak przykro odmówić tak kurtuazyjnie postawionej propozycji.
Ze przezorność moja była słuszna, okazało się potem. Wybrana w grudniu 1938 Rada Miejska nie
dokonała wyboru Zarządu Miejskiego do wybuchu wojny 1939 roku, a kolejny bieg wypadków zmusił
mnie do pozostania w służbie miejskiej aż do 5 sierpnia 1944. Wtedy dopiero bowiem
zrezygnowałem ze stanowiska we władzach miejskich i odzyskałem swobodę wyboru dalszego
rodzaju zajęć (w owym czasie bardzo ograniczoną).
Praca w PMS nie zawsze była pozbawiona swoistych urozmaiceń. Niekiedy występowały momenty
wręcz rozweselające.
Tak na przykład pewnego razu w moim gabinecie służbowym pojawił się miarodajny przedstawiciel
pewnego popularnego na prowincji organu prasowego. Najpierw zakomunikował mi
w najżyczliwszym tonie, że w portfelu redakcyjnym jest bardzo duża liczba notatek, ostro atakujących
działalność podległej mi instytucji i jej dyrekcji. Redakcja miała się właśnie teraz zastanawiać, czy to
wszystko drukować. Po czym dziennikarz gładko przeszedł do wyłożenia mi celowości poważnego
zwiększenia liczby i wartości ogłoszeń Monopolu w jego piśmie.
Śmiejąc się w duchu z naiwnego szantażyku powiedziałem, co następuje: „Nie mam żadnych
zastrzeżeń co do drukowania przez panów wszelkich ataków przeciwko PMS i osobom za niego
odpowiedzialnym. Oczywiście nieuzasadnione ataki spotkają się z właściwymi sprostowaniami,
przewidzianymi w przepisach prawnych, a tam, gdzie wystąpią zjawiska określone w kodeksie
karnym, nie będę się wahał ze skierowaniem sprawy do prokuratora. To jedno! Po drugie: Panowie
uczestniczą w ogłoszeniach monopolowych na równi z wszystkimi innymi pismami. Nie widzę
powodu do wyjątkowego przywileju dla was. A na marginesie mogę jeszcze dodać, co następuje.
Dotychczasowy zakres ogłoszeń, jakie pismo pańskie otrzymuje, może ulec zmianie in minus w razie
kontynuowania metod w rodzaju dzisiaj przez pana zastosowanej. Wreszcie mała jeszcze informacja,
która może być dla pana użyteczna. Ministerstwo Skarbu ma w swej dyspozycji wiele innych jeszcze
instytucji - poza PMS - udzielających ogłoszeń prasie krajowej. W razie konieczności może ono
powstrzymać i tamte instytucje od dawania ogłoszeń w piśmie, którego postępowanie wykraczałoby
poza przyjęte obyczaje.”
Po tym oświadczeniu dałem do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. Nie muszę dodawać, że
żadnych insynuacji pismo nie wydrukowało, a również nie występowało więcej za mego urzędowania
w PMS o wyjątkowe faworyzowanie go. Miałem zresztą poważne wątpliwości już w toku rozmowy,
czy istotnie portfel redakcyjny pisma zawierał w ogóle jakiś materiał, dający się użyć do poważnego
zaatakowania PMS.
Dość oryginalnie odbyło się znacznie dawniej, bo w roku 1929, powołanie mnie na stanowisko
dyrektora Departamentu Akcyz i Monopolów przez ministra Ignacego Matuszewskiego. Przebywałem
wtedy na kuracji w Truskawcu-Zdroju, kiedy przybyły tam także jeden z wysokich urzędników dyrekcji
Monopolu Tytoniowego poinformował mnie, że w ministerstwie decydowana jest sprawa obsadzenia
wymienionego departamentu i że została wysunięta, i jakoby już przesądzona, moja kandydatura.
Odpowiedziałem memu informatorowi, że nic w ogóle mi o tym nie jest wiadomo i że raczej wątpię,
aby to było realne. „Przecież ze wszystkich departamentów Ministerstwa Skarbu ten jest mi najmniej
znany” - dodałem. „A jednak jest tak, jak mówię” - nastawał mój rozmówca.
Po powrocie istotnie zastałem czekający na mnie tymczasowy dekret nominacyjny na kierownika
Departamentu Akcyz i Monopolów (z dnia 29 lipca 1929).
34
Zameldowałem się u Matuszewskiego.
„No i co - powiedział wesoło - zadysponowaliśmy panem w czasie jego urlopu. Co pan o tym sądzi?”
Oświadczyłem, że do kierownictwa każdym z pozostałych departamentów ministerstwa mam więcej
kwalifikacji niż do Departamentu Akcyz i Monopolów. Właśnie monopole i podatki pośrednie
najmniej mnie interesowały dotychczas wśród wielu agend Ministerstwa Skarbu. A i w czasie mych
studiów było podobnie. „Ale skoro pan minister nominację podpisał, muszę dać sobie jakoś radę.”
Matuszewski był szczerze zadowolony, ja - mniej.
Ale faktycznie „danie sobie rady” wymagało wielkiego wysiłku. Nie byłem zresztą zbyt pewny
lojalności starych, wytrawnych naczelników wydziałów obejmowanego przeze mnie - znacznie od
nich młodszego wiekiem - departamentu. Uważałem, że muszę mieć się na baczności i nie dać się
pochwycić zwłaszcza na nieznajomości przepisów z danej dziedziny.
Na wstępie wezwałem naczelnika kancelarii i zażądałem, aby cała korespondencja wychodząca
z podpisami naczelników wydziałów była przed ekspedycją przedstawiana mi do wejrzenia.
Przerzucając ją i porównując sposób załatwienia z konkretnymi przepisami, które do spraw się
odnosiły, nabierałem znajomości licznych norm i instrukcji, a jednocześnie zyskiwałem świadomość,
jak wygląda technika pracy moich głównych współpracowników.
Kilka tygodni takiego postępowania pozwoliło mi na pełne opanowanie wszystkich szczegółowych
rozporządzeń z nowej dla mnie dziedziny, a także na nabranie przekonania, że mogę mieć zaufanie
nie tylko do fachowości, ale nawet - ku memu szczeremu zadowoleniu - lojalności naczelników. Ale
raz jeden trafiłem na sprawę, którą zdecydowanie musiałem zakwestionować.
Naczelnik wydziału, do którego należały m.in. sprawy osobowe tak zwanej kontroli skarbowej,
będącej liczną służbą nadzoru akcyzowego, polecał jednej z Izb Skarbowych przyjęcie kandydata
zalecanego przez jednego z wojewodów wschodnich. W aktach sprawy nie znalazłem opinii
o kandydacie normalnie zasięganych ani nawet świadectwa jego niekaralności. Naczelnikowi
wystarczył list wojewody, wspominający o „zasługach kandydata z okresu wyborów”.
Moja rozmowa z naczelnikiem wydziału miała następujący przebieg: „Jak pan może zalecać przyjęcie
kandydata do służby bez upewnienia się co do jego kwalifikacji ogólnych i w szczególności
moralnych?” - spokojnie zapytałem. „Przecież poleca go wojewoda” - tłumaczył się naczelnik
wydziału. „Z tego, co pisze wojewoda, mogą wnioskować równie dobrze, że chodzi o typ z rodzaju
«hien wyborczych». To bardzo słaba kwalifikacja do odpowiedzialnej służby w kontroli skarbowej.
Zechce pan anulować załatwienie i zasięgnąć przede wszystkim miarodajnej opinii z terenu.”
Naczelnik wydziału zmuszony był ulec. Ku memu pełnemu zresztą zaskoczeniu otrzymana odpowiedź
z powiatu dyskwalifikowała kandydata. „Widzi pan - powiedziałem teraz - jak dalece miałem rację,
wstrzymując pana przed zaleceniem Izbie Skarbowej tego kandydata do zaangażowania. Tak
powinien pan był od razu postąpić.” - „Pan mógł sobie na to pozwolić, panie dyrektorze, ja - nie!”
Było to aluzją do rzekomej potrzeby mocnej pozycji politycznej, aby przeciwstawić się sugestii
wojewody. Przyznam się, że tego rodzaju „koniunkturalizm” dość mi obrzydził perspektywę dalszej
współpracy z tym naczelnikiem (z innymi przez cały czas współpraca układała się bez jakichkolwiek

34
Później otrzymałem ostateczną nominację na dyrektora departamentu w IV stopniu służbowym. Dekret z
dnia 22 października 1929 nosił podpisy prezydenta Rzeczypospolitej, prezesa Rady Ministrów i kierownika
Ministerstwa Skarbu. (Przyp. aut.)
zastrzeżeń). Ale ograniczyłem się wobec niego tylko do cierpkiej uwagi: „Sądzę, że sumienne
spełnianie obowiązków nie musi mieć żadnego związku z czyjąś pozycją polityczną. Proszę więc we
wszystkich absolutnie przypadkach przestrzegać w przyszłości obowiązujących instrukcji, a nie
polegać na czyichkolwiek protekcjach.”
Był to jednak jedyny przypadek, kiedy postępowanie tego naczelnika nasunęło mi zasadnicze
zastrzeżenia. Poza tym był to rutynowany specjalista w swojej dziedzinie, której znajomość posiadał
w pełni. Muszę tu dodać, że był on dawnym „c.k.” urzędnikiem o wysokim tytule „Hofrata” (radcy
dworu). Był także w przeszłości zwierzchnikiem mego teścia, u którego w Tarnowie go poznałem
w czasie swej pierwszy wizyty, odbywanej w charakterze starającego się o rękę córki.
Wtedy to zaryzykowałem wobec mego przyszłego teścia, usłyszawszy, że tytułuje swego gościa
„panie radco dworu”, ciche zapytanie: „Którego dworu?” W istocie c.k. Austria była już wówczas
nieboszczką, a rozmowa toczyła się pomiędzy urzędnikami skarbowymi odrodzonej Rzeczypospolitej
Polskiej (ja byłem wtedy porucznikiem Wojska Polskiego).

«Coradzisz?»

Z początkiem roku 1932 zapadł wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie w sprawie tak zwanych
„więźniów brzeskich”. Wśród innych skazanych Norbert Barlicki otrzymał najwyższy wymiar kary -
dwa i pół roku więzienia. Wyrok został zatwierdzony przez Sąd Apelacyjny w Warszawie, a skarga
kasacyjna odrzucona przez Sąd Najwyższy. W październiku 1933 roku wyrok stał się prawomocny.
Stanęło wówczas przed Barlickim zagadnienie, czy pójść za przykładem tych skazanych, jak Witos,
Lieberman czy inni, którzy uchylili się od odbycia kary sądowej, udając się na emigrację polityczną, czy
też odbyć karę więzienia.
W jakiś czas po uprawomocnieniu się wyroku Norbert Barlicki przybył do mego mieszkania, aby złożyć
nam z żoną wizytę. W toku rozmowy zapytał mnie: „Co radzisz? Czy sądzisz, że powinienem przyjąć
wyrok i poddać się orzeczonej niesłusznie karze?”
Bez wahania powiedziałem: „Uważam, że tak. Cała sprawa nie przyniosła ostatecznie sukcesu jej
inicjatorom, wręcz przeciwnie. Radzi powinni być wygaśnięciu i, jeśli to możliwe, zapomnieniu
sprawy. Wydaje mi się, że teraz nie grozi ci już nic więcej niż odbycie kary sądowej. Udając się na
emigrację, przekreśliłbyś zapewne szanse swego powrotu do działalności polityczno-społecznej w
Polsce. Po odbyciu zaś więzienia wrócisz do życia publicznego, być może - z dodatkową aureolą.”
Barlicki odrzekł: „Tak właśnie zdecydowałem postąpić. Nie będę uciekał.”
A więc Barlicki przyszedł do nas z powziętą już decyzją. Chciał zapewne tylko o niej nam powiedzieć,
choć może jednak i dowiedzieć się z ciekawości, jaki jest mój pogląd i czy wypowiem go równie
szczerze, jak zwykliśmy byli to czynić w „cztery oczy” w różnych sytuacjach.
Zgodnie z jego postanowieniem bramy więzienia zamknęły się za Barlickim w końcu listopada 1933
roku. Podobną drogę wybrali wraz z nim niektórzy inni skazani.
Gdy Barlicki opuszczał więzienie, wśród witających u jego bram była i moja żona.
Czasowo zwolniony w maju 1934 roku na podstawie decyzji ministerialnej - Barlicki został następnie
ułaskawiony decyzją prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 29 września tego roku, którą nie byli objęci
jedynie więźniowie brzescy przebywający na emigracji.

Kontaktyzciałamiustawodawczymiwczasiesłużbyskarbowej

Z natury rzeczy w okresie mojej pracy w Ministerstwie Skarbu musiałem współpracować z Sejmem i
Senatem Rzeczypospolitej. Dotyczyło to tak współdziałania z referentami budżetowymi
w parlamencie, jak i aktywnego udziału we właściwych komisjach sejmowych i senackich. Na
plenarnych posiedzeniach bywałem niekiedy również, ale zwykle tylko jako obserwator i w razie
potrzeby - informator ministra skarbu lub osoby go zastępującej. Raz tylko jeden dostałem od
ministra Ignacego Matuszewskiego polecenie obecności w Sejmie na dyskusji nad projektem ustawy,
interesującej go jako inicjatora, z uprawnieniem i zaleceniem w razie konieczności do zabrania głosu
w jego zastępstwie.
Muszę przyznać, że byłem raczej zakłopotany otrzymując takie upoważnienie. Szczęśliwie jednak
sprawa przeszła bez potrzeby zgłoszenia zastrzeżeń przeze mnie, nie lubiącego zabierać głosu na
wielkich zgromadzeniach.
Niechęć ta była nie tylko skutkiem pewnej nieśmiałości wciąż mnie prześladującej. Także moje
możliwości głosowe nie predestynowały mnie do wystąpień publicznych na liczniejszych
zgromadzeniach. Potwierdziło się to w dniu, kiedy Okręg Warszawski Związku Legionistów (w czasie,
gdy pełniłem obowiązki wiceprezesa Zarządu) urządzał zgromadzenie publiczne w Resursie
Obywatelskiej dla zaprotestowania przeciwko stanowisku ks. metropolity krakowskiego w sprawie
umieszczenia zwłok Piłsudskiego na Wawelu. Rutkowski, prezes Zarządu Okręgu Związku Legionistów,
miał referować sprawę na tym zgromadzeniu, ale mnie prosił o zagajenie. Gdy przemawiałem, zresztą
krótko i zwięźle, z tłumu słuchaczy zgromadzonych na sali i na prowadzących do niej schodach
dobiegały mnie ustawicznie zniecierpliwione głosy: „Głośniej, głośniej!...” A ja nie byłem w stanie
zapanować głosowo nad zbitym tłumem słuchaczy.
Nie była to tylko moja cecha. Znana osobistość, dyrektor biblioteki sejmowej Kołodziejski, gdy go
z ramienia tegoż Związku prosiłem o wygłoszenie odczytu w gronie naszych członków, dopytywał się
najpierw, na jak duże grono słuchaczy liczymy. „Jeżeli to będzie zebranie typu kameralnego, a nie
wielkie, masowe zgromadzenie, chętnie się zgodzę – wyjaśniał - ale nie umiem i nie lubię mówić do
masowego słuchacza.”
Nie miałem tego rodzaju trudności w przypadku udziału w dyskusjach komisji ciał ustawodawczych.
Tam radziłem sobie swobodnie i z przytomnością umysłu, ku zadowoleniu zwierzchników i bez
niezadowolenia interpelantów, którym udzielałem wielu żądanych informacji na miejscu. Czasami
powstawały oczywiście spory dyskusyjne, z których jednak nie wychodziłem pobity.
Referentów budżetowych było wielu i różne były ich metody działania. W pamięci mi utkwił na
przykład referent budżetu monopolów w senacie, doktor medycyny, nazwiskiem bodaj Dawidson.
Charakterystyczne dla jego podejścia do problematyki monopolowej było zagajenie referatu
w komisji. Mówił on na wstępie mniej więcej tak: „Gdy królikowi zastrzyknięto dawkę spirytusu, nie
poczuł się źle. Ale gdy mu zastrzyknięto dozę nikotyny, zdechł. Proszę panów, palenie jest grubo
niebezpieczniejszym nałogiem niż alkoholizm.”
35

Dociekliwość posłów i senatorów była różnorodna. A animozje polityczne grały też niekiedy istotną
rolę. Jednak wyraźnie mogłem stwierdzić dużą rzeczowość w przebiegu obrad komisji, znacznie

35
Szanowny referent nie zadał sobie trudu wskazania, jakiej wysokości dawki miały być użyte w tych
doświadczeniach. (Przyp. aut.)
większą niż w wystąpieniach na plenum. Dotyczyło to nawet zdecydowanych demagogów, którzy
temperowali swoje ataki na terenie komisji, dbając przede wszystkim o zebranie materiału
faktycznego.
Reakcje niektórych członków polskiego parlamentu bywały małostkowe. Tak na przykład kiedyś
zbliżałem się do gmachu sejmowego równocześnie z pewnym aktywnym działaczem ludowym.
Powitał mnie przyjaznymi słowami: „To pan dyrektor tak na piechotkę przybywa, nie samochodem
służbowym?” „A tak - odpowiedziałem - miałem coś do załatwienia na placu Trzech Krzyży, a poza
tym lubię nieco się przespacerować. Ale nie wiem, co by powiedział mój minister, gdyby dowiedział
się, jak szafuję czasem służbowym, przez państwo opłacanym.”
Na tle postawy wielu posłów zrobiłem w rozmowie prywatnej z Barlickim uwagę co do fałszywości
przesłanek, jakimi się niekiedy kierują. „Przecież każdy ma prawo do błędu - wywodziłem - a tu
traktuje się kierowników wielkich instytucji z punktu widzenia jakby niezbędnej stałej ich
nieomylności. Moim zdaniem dobrym kierownikiem jest ten, kto osiąga w ostatecznym wyniku swej
pracy dodatnie rezultaty, niezależnie od tych czy innych drobnych potknięć. Można mieć jedną
nieudaną transakcję, a mimo to w roku sprawozdawczym wręcz doskonałe wyniki finansowe.”
Barlicki kiwał głową, potakiwał, ale w gruncie rzeczy miał zbyt wiele poczucia realizmu politycznego,
aby przyznać mi w pełni rację. Każdy bowiem przypadek dochodzący do wiadomości
parlamentarzystów miał znaczenie sygnałowe i wymagał badania do sedna, tak jakby nic poza tym się
nie działo. Emocje polityczne dolewały często oliwy do ognia. Rzeczą natomiast właściwego ministra
było sprawę osądzić również z punktu widzenia ogólnej przydatności i wartości zaatakowanego
„delikwenta”.

Wcharakterzedelegataministraskarbudorożnychinstytucji

W czasie mojej pracy na różnych stanowiskach w Ministerstwie Skarbu byłem w zależności od zadań
jednostki, w której aktualnie pracowałem, delegowany do różnych instytucji w charakterze
przedstawiciela ministra skarbu. W miarę zmiany mego przydziału służbowego następowały i zmiany
w „delegacjach”.
Tak na przykład z tytułu pracy w Departamencie Obrotu Pieniężnego (Wydział Polityki Kredytowej)
i kierowania następnie Wydziałem Polityki Finansowo-Gospodarczej (co łącznie trwało od 16
listopada 1927 do 29 lipca 1929) byłem członkiem Komisji Rewizyjnej Banku Gospodarstwa
Krajowego, delegatem ministra skarbu do Pocztowej Kasy Oszczędności i zastępcą komisarza ministra
skarbu przy Państwowym Banku Rolnym. Odwołanie mnie z tych stanowisk nastąpiło z dniem 28
września 1929 na mój wniosek w związku z przejściem do pracy w Departamencie Akcyz i
Monopolów.
Delegacje były z reguły związane z dodatkowym wynagrodzeniem, czasami ryczałtowym, czasami
noszącym charakter diet za udział w posiedzeniach. Dochód z tego tytułu bywał niekiedy znaczny
w porównaniu do podstawowego wynagrodzenia, toteż praktyka delegacji spotykała się często
z atakami prasy i izb ustawodawczych. Niemniej pożytek z posiadania stałego przedstawiciela
przeważał nad kwestią pewnego finansowego uprzywilejowania osób wyznaczonych na delegatów.
Wynagrodzenia określał minister w ramach środków instytucji nadzorowanej.
Delegat ministra musiał oczywiście działać według wskazówek i dyrektyw ministra czy innych swoich
zwierzchników, zasięgać w razie potrzeby ich opinii, składać sprawozdania itp. Jednak często
zagadnienia stawiane przed delegatem zaskakiwały go i musiał on wtedy działać według własnego
rozeznania i wyczucia.
Parę przykładów podam dla ilustracji zagadnienia.
Jako zastępca komisarza przy PKO uczestniczyłem w posiedzeniu poświęconym powołaniu do życia
Banku PKO. Zgłosiłem pewne wątpliwości co do prawidłowości umieszczenia tej pożytecznej
inicjatywy właśnie przy PKO. Muszę dziś przyznać, że nie miałem racji. PKO i jej prezes dr Gruber
wywiązali się z zadania, uzgodnionego zresztą z ministrem skarbu, znakomicie. Instytucja wykazała
w pełni swą użyteczność i niosła niesporny pożytek. Zresztą moje wątpliwości w tej sprawie
bynajmniej nie doprowadziły do formalnego sprzeciwu.
Gdy działałem jako członek Rady Banku Komunalnego z ramienia ministra skarbu, na porządek
dzienny weszła pewnego dnia sprawa finansowania kolei linowej w Zakopanem. Sprawę gorąco
popierał obecny na posiedzeniu wiceminister spraw wewnętrznych Korsak, wypowiadała się „za” cała
dyrekcja Banku. W dyskusji nikt nie przeciwstawiał się koncepcji. Przy podejmowaniu decyzji
głosowałem jednak „przeciwko”, mówiąc, że „jest bardzo wiele pilniejszych tytułów do finansowania
przez Bank Komunalny niż kolejka górska”. Z moim jedynym głosem „przeciw” wniosek przeszedł.
Moje stanowisko (nie wiedziałem wówczas zresztą, czy zgodne z zamierzeniami ministra skarbu) nie
miało później żadnego echa.

«CasusKoc-Kulski»

Zdarzyło się kiedyś tak, że wiceminister Koc zastępował ministra skarbu, a ja w tym samym czasie -
dyrektora i wicedyrektora Departamentu Obrotu Pieniężnego. Z tego tytułu dostałem do akceptacji
projekt telegramu do polskiego radcy finansowego w Waszyngtonie ze zleceniem sprzedaży pewnej
partii obligacji skarbowych na giełdzie nowojorskiej. Referat, uzasadniający tę transakcję i sprzyjające
jej okoliczności giełdowe, był dołączony do wniosku, a ponadto ustnie naczelnik właściwego wydziału
podkreślił, że sprawa jest pilna z uwagi na zmienność kursów na rynku amerykańskim. Osobiście
zostałem całkowicie przekonany do tej koncepcji, ale sprawa przekraczała zdecydowanie moje
kompetencje i należała do decyzji ministra.
Udałem się więc do wiceministra Koca, z którym normalnie nie miałem bezpośrednich stosunków
służbowych. Koc wysłuchał mnie i powiedział: „Niech pan zostawi akta, zastanowię się.”
Zmuszony byłem oświadczyć, że sprawa nie cierpi zwłoki i może przestać być aktualna, jeśli zmienią
się warunki giełdowe w New Yorku. Koc jeszcze się wahał. Zaproponowałem więc, że jeśli da mi takie
upoważnienie, podpiszę sam depeszę, przyjmując na siebie pełną odpowiedzialność służbową za
skutki decyzji.
Koc spojrzał na mnie niechętnie, wziął pióro do ręki i depeszę własnoręcznie zaakceptował, nie
mówiąc już ani słowa. Opuszczając gabinet ministra miałem wrażenie, że załatwiwszy pomyślnie
konkretną sprawę zbudowałem jednak przeszkodę pomiędzy nami dwoma. Koc był wyraźnie
niezadowolony z przyparcia go do muru.
36


36
Warto dodać, że Adam Koc należał do konserwatywnego nurtu polskiej myśli ekonomicznej. Angażował się
on w obronę wysokiego parytetu złotego za wszelką cenę. Zwalczał reformy finansowe wicepremiera i ministra
skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego. Był zwolennikiem zbliżenia obozu piłsudczyków z ruchem narodowo-
radykalnym. Echa tego zbliżenia wystąpiły w deklaracji i programie Obozu Zjednoczenia Narodowego
Koca znałem słabo w przeszłości, nigdy więcej nie miał ze mną dalszych kontaktów służbowych, na
innym zaś terenie zetknęliśmy się tylko raz jeszcze, o czym wspominam dalej. Wtedy to odniosłem
wrażenie, że „Szlachetny”, jak przezywano Koca za czasów legionowych, patrzy na mnie
nieprzychylnie, jeśli nie podejrzliwie.

VI. Przedwojenne pięciolecie prezydentury Stefana Starzyńskiego

StefanStarzyński-prezydentemstolicy,ja–wiceprezydentem

Ze Stefanem Starzyńskim łączyło mnie już bardzo wiele, zanim w lutym 1935 roku stanąłem u jego
boku w Zarządzie Miejskim Warszawy. On sam objął naczelne stanowisko w ratuszu warszawskim
znacznie wcześniej, przed moim przejściem do władz miejskich, bowiem już w roku poprzednim
(1934).
I on, i ja należeliśmy do tego „pokolenia”, które - stanowiąc skądinąd stosunkowo nieznaczny tylko
ułamek społeczeństwa - szło zdecydowanie przed i podczas pierwszej wojny światowej za hasłem
czynnej walki o odzyskanie przez naród bytu państwowego. Nie chciało i nie umiało ono godzić się na
płynięcie z prądem, wiodącym do przedwojennego biernego patriotyzmu, a niekiedy i do lojalizmu
wobec zaborców. Przeciwstawiało się ono ówczesnym doktrynom nierozdzielności ziem polskich ze
strukturami państwowymi zaborczymi, co głosili różnoracy mędrkowie - uczeni w piśmie
ekonomicznym.
Jak wielu innych, i Stefan Starzyński, i ja znaleźliśmy się w roku 1914 w szczupłych szeregach
żołnierskich Legionów Polskich, które we własnej intencji zamierzały być wojskiem w służbie
wyłącznie polskiego interesu narodowego, a które z konieczności - dla ostania się wśród sprzecznych
interesów i intryg politycznych - musiały niemal od początku przybrać barwę ochronną, pod którą
zachowały jednak zdrową treść patriotyczną.
37


ogłoszonego 21 lutego 1937. Krytyczną analizę postawy A. Koca we wspomnianym okresie znajdzie czytelnik w
pracy Tadeusza Jędruszczaka Piłsudczycy bez Piłsudskiego. Powstanie Obozu Zjednoczenia Narodowego w 1937
r., Warszawa 1963.
37
Powyższa opinia Autora potwierdza szeroko upowszechnianą legendę o legionach. Jakie jednak cele
przyświecały Piłsudskiemu, gdy w roku 1914 wkraczał na czele swojego szczupłego oddziału do Królestwa,
mówi on sam w liście do Władysława Leopolda Jaworskiego, prezesa Naczelnego Komitetu Narodowego, który
roztaczał opiekę nad poczynaniami wojskowymi legionistów.
„Jako cel polityczny udziału w wojnie - pisał Piłsudski - stawiałem dla siebie połączenie obu zaborów - Galicji i
zaboru rosyjskiego - we wspólny organizm w związku z Austrią.
Wierzyłem jednak, że cel ten napotkać musi na poważne trudności w samym Królestwie, które w ogromnej
większości do tego nie tęskniło wcale. Dosyć Panu powiedzieć, że gdybym ten cel jasno przedstawił tym, którzy
pierwsi poszli za mną, prawdopodobnie w trzech czwartych nie ruszyliby się z miejsca. To samo było z całym
Królestwem...”
Komentując obszerne fragmenty tego listu, autorzy książki Polska w pierwszej wojnie światowej stwierdzają:
„Tak więc cele polityczne Piłsudskiego w swej istotnej treści niewiele różniły się od celów proaustriackich
stronnictw, konserwatystów i demokratów...
Zasadniczych przyczyn fiaska poczynań zwolenników Piłsudskiego należałoby upatrywać w wyraźnym
uzależnieniu akcji Piłsudskiego od władz austriackich. Ludność bowiem nie mogła wierzyć bez zastrzeżeń w
obietnice tych, co wkraczali na ziemie Królestwa wspólnie z wojskami jednego z zaborców, które zresztą już
wkrótce - podczas odwrotu - zaczęły się zachowywać jak w kraju podbitym. Ponadto wiedziano powszechnie, że
Po odzyskaniu niepodległości bezpośrednio współpracowaliśmy ze sobą w różnych okresach i w
różnych instytucjach odrodzonego państwa polskiego, a to kolejno w Naczelnym Dowództwie
(Sztabie Generalnym) Wojska Polskiego, w Delegacjach Polskich Reewakuacyjnej i Specjalnej w
Moskwie oraz w Ministerstwie Skarbu.
Mógł śmiało Stefan Starzyński pisać w swym artykule Myśl państwowa w życiu gospodarczym (w
pracy zbiorowej Na froncie gospodarczym, Warszawa 1928, s. 6): „Nie za darmo, rzecz prosta,
powstała Polska dla tych, co ideał jej na długo przed wojną nie tylko w sercu nosili, lecz dla
zrealizowania go już wówczas pracowali.” W tymże artykule głosił Starzyński nie tylko dorobek
minionego pierwszego dziesięciolecia odzyskanej państwowości, ale i szkicował zadania dalszej pracy
w słowach: „Dokonano więc już [...] niewątpliwie bardzo wiele - ale jest to kropla w morzu naszych
potrzeb. Toteż tylko dalszy, trwały, nieustanny - kolektywny wysiłek rządu i społeczeństwa może te
olbrzymie sukcesy kontynuować i rozwijać ku potędze Państwa.”
W pracy pokojowej Starzyński czuł się nadal i niezmiennie żołnierzem w marszu ku przyszłej
utrwalonej sile Polski. Był nim bez względu na rodzaj pracy, do jakiej go kierowano.
W pierwszych miesiącach 1934 roku, poprzedzających nominację Stefana Starzyńskiego na
prezydenta m. st. Warszawy, zajmował on stanowisko wiceprezesa Banku Gospodarstwa Krajowego.
Ja zaś wciąż jeszcze „dyrektorowałem” w Ministerstwie Skarbu. Nasze kontakty służbowe faktycznie
więc już nie istniały, a i spotkania przyjacielsko-towarzyskie nie były zbyt częste.
Pewnego lipcowego dnia 1934 roku spotkałem na ulicy Wierzbowej znajomego mi działacza obozu
prorządowego. Ów mi oświadczył, że właśnie zapadła decyzja mianowania Stefana Starzyńskiego na
stanowisko prezydenta Stolicy (po krótkotrwałych komisarycznych rządach ratuszowych Mariana
Zyndram-Kościałkowskiego, kierował wtedy zastępczo Zarządem Miejskim wiceprezydent Józef
Ołpiński i ten stan prowizoryczny zakończyć miała nominacja rządowa nowego prezydenta). Mój
rozmówca dodał coś w rodzaju: „Starzyński zrobi wreszcie porządek w ratuszu warszawskim.”
Wiadomość była prawdziwa.
Już 2 sierpnia 1934 roku Stefan Starzyński został wprowadzony w swe nowe obowiązki przez ministra
spraw wewnętrznych i przejął funkcje od tymczasowego kierownika Zarządu Miejskiego.
Nie tylko mój przypadkowy informator pokładał wielkie nadzieje w przyszłych wynikach pracy
nowego prezydenta miasta. Podzielali je na ogół wszyscy ci, którzy znali wartości intelektualne
i umiejętności pracy Starzyńskiego z poprzedniej jego działalności. Co do mnie, to oczywiście
należałem do tych, co niezachwianie wierzyli w charakter i talenty Starzyńskiego, ale byłem jak
najdalszy od przewidywania, że Zarząd Miejski Warszawy stanie się jego szczytowym osiągnięciem
życiowym, nie tylko jako organizatora i kierownika czy obywatela, ale również jako przywódcy
ludności Stolicy.
Do głowy też mi nie przychodziło, że ratusz warszawski może stać się jeszcze jednym, kolejnym polem
naszej współpracy. W połowie 1934 roku siedziałem bowiem po uszy w pracy na stanowisku
dyrektora Państwowego Monopolu Spirytusowego, osiągając wyniki, z których byłem całkowicie
zadowolony, a które były też dodatnio oceniane przez moich zwierzchników w Ministerstwie Skarbu.
W tych warunkach pracą Stefana Starzyńskiego na placu Teatralnym interesowałem się
umiarkowanie, w takim jedynie stopniu, w jakim pragnąłem w ogóle śledzić życie i rozwój swego

Austro-Węgry były sojusznikiem znienawidzonych Niemiec.” (J. Holzer - J. Molenda, Polska w pierwszej wojnie
światowej, Warszawa 1963, s. 70 i 72).
rodzinnego miasta - przede wszystkim czytając prasę stołeczną - oraz w jakim zaciekawiały mnie losy,
wysiłki i sukcesy towarzysza pracy z przeszłości i osobistego przyjaciela.
Ten okres pracy Stefana Starzyńskiego w Zarządzie Miejskim, kiedy sam pracowałem jeszcze gdzie
indziej, widziałem jako pełne trudu miesiące borykania się nowego prezydenta z obcością terenu
pracy, z trudnościami zgrania się z wielkim aparatem pracowniczym, z niezrozumieniem ze strony
znacznej części opinii publicznej oraz z ostrymi atakami na niego, będącymi skutkiem tak jego
zaangażowania się w działalność obozu rządowego, jak i samoobrony działaczy opozycyjnych,
odpowiedzialnych za stan gospodarki miejskiej z czasu rozwiązanych organów Zarządu Miasta.
Tak się rzeczy miały, kiedy własną sytuację w Ministerstwie Skarbu zacząłem widzieć w mniej jasnych
barwach niż poprzednio. Na tle założeń ideowo-gospodarczych, reprezentowanych przez kolejnego
resortowego wiceministra (Wernera), zacząłem dochodzić do wniosku, że aktualny brak konfliktów
jest tylko fazą przejściową, ale że do nich dojść musi nieuniknienie, wbrew wszelkim pozorom
dotychczas poprawnej współpracy. Siebie uważałem za świadomego zadań działacza gospodarczego
w służbie interesu publicznego, nie zaś za biurokratę gotowego urzędniczo podporządkować się
sprzecznym z własnymi poglądami koncepcjom zwolennika popierania interesów gospodarki
prywatnej.
Gdy takie moje przeświadczenie dojrzało, zrodziło się też postanowienie opuszczenia zajmowanej
placówki i przejścia do innej pracy. Jak w dym, udałem się do Stefana Starzyńskiego celem
przedyskutowania przeżywanej rozterki i uzyskania przyjacielskiej rady.
Ale Starzyński nie rozważał szerzej mojej sytuacji, lecz niemal od razu wyciągnął praktyczny wniosek
z mego nastawienia psychicznego. Zaproponował mi mianowicie niezwłoczne przejście do służby
miejskiej: „Potrzebuję kogoś do resortu wielkich przedsiębiorstw miejskich. Ty byś się bardzo
nadawał na wiceprezydenta w tym zakresie. Czy mogę wysunąć twoją kandydaturę u ministra
Kościałkowskiego?”
Gdy wyraziłem zgodę powiedział, że sam najpierw pomówi z ministrem, ale że oczywiście będzie
konieczna i moja rozmowa. „Kościałkowski zresztą pójdzie za moim wnioskiem” - dodał jakby dla
zachęty, choć poprzednio podkreślał, że każdy, a więc i minister Kościałkowski, „woli zazwyczaj
kandydatów już sobie znanych ze współpracy”.
Moja rozmowa z ministrem Kościałkowskim odbyła się po dwu czy trzech dniach. Po
przedyskutowaniu ze mną sprawy załatwił on na poczekaniu, drogą telefoniczną, moje urlopowanie
ze służby skarbowej na czas zajmowania stanowiska wiceprezydenta Stolicy. W końcu zaś przyrzekł
szybkie wystawienie dekretu nominacyjnego. Faktycznie dostałem go z datą 14 lutego 1935 roku,
czyli na cztery dni przed podpisaniem przez ministra skarbu, Zawadzkiego, aktu mego bezpłatnego
urlopowania ze stanowiska dyrektora w Ministerstwie Skarbu.

PrezydentStarzyńskiwokresieprzedwojennym

Pięcioletni zaledwie okres prezydentury Stefana Starzyńskiego sprzed wybuchu wojny polsko-
niemieckiej przyniósł wręcz niezwykłe, w proporcji do czasu, rezultaty jego pracy.
Umiał on w tym okresie nie tylko opanować swym sprawnym kierownictwem liczną kadrę
pracowniczą Zarządu Miejskiego, ale i przepoić ją duchem ofiarnej pracy dla miasta i ludności.
„Pracownik magistracki” przestał być za jego urzędowania pejoratywnym synonimem bezdusznego
„urzędasa”, czym - zresztą nie całkiem słusznie - był w pojęciu mieszkańców przez wiele lat.
Nie tylko potrafił Starzyński nadać właściwy planowo-perspektywiczny kierunek wielostronnym
potrzebom rozwojowym Stolicy, ale i ten rozwój zapoczątkował, osiągając szereg zupełnie
konkretnych etapów, a nawet całkowicie zakończonych rozwiązań urbanistycznych. Zarówno
dokonywanie pomiarów, jak i opracowywanie planów szczegółowych ruszyło na nie znaną przedtem
skalę. Zapas miejskich gruntów, zupełnie nikły poprzednio, teraz znacznie wzrósł, tak drogą zakupów,
jak i zainicjowanej przez Starzyńskiego akcji darowizn (oczywiście pozostając nadal i pod koniec
pięciolecia na niedostatecznym poziomie w porównaniu do wielkich miast europejskich).
Wiele arterii wylotowych zostało uporządkowanych całkowicie, wyposażonych w urządzenia
komunalne i pokrytych gładką nawierzchnią, i to niezależnie od równoległych prac nad ulepszeniem
dużej liczby innych ulic, w tym nabrzeża Wisły, gdzie za Starzyńskiego ukształtowała się koncepcja
Wisłostrady i gdzie na odcinku przyległym do Zamku został wykonany fragment kamiennych
bulwarów. Zapoczątkowano też akcję odsłonięcia starych murów miejskich na znacznym ich odcinku.
Wiele nowych budynków szkolnych zastąpiło za Starzyńskiego lokale dzierżawione, a nie
odpowiadające potrzebom. Szereg miejskich obiektów użyteczności publicznej zostało wzniesionych,
ukończonych bądź doprowadzonych do właściwego stanu, jak np. Muzeum Narodowe, którego
budowa ciągnęła się poprzednio latami. Wśród tego typu działalności inwestycyjnej przywrócono
właściwą postać i stan wielu zabytkom; wystarczy wymienić Arsenał na Długiej, pałac Blanka, budynki
rogatkowe, odnowienie elewacji gmachu Teatru Wielkiego.
Za Starzyńskiego przejęto z rąk kapitału obcego w drodze procesu sądowego Elektrownię. Sieci
miejskie: elektryczna, gazowa, wodociągowo-kanalizacyjna, zostały bardzo rozbudowane, a opłaty za
korzystanie z nich znacznie obniżone.
Wymienione i pominięte tu akcje porządkowania, rozbudowy i upiększania miasta oraz udostępniania
mieszkańcom i potanienia usług dokonywane były przy stałej dbałości o zrównoważoną i oszczędną
gospodarkę finansową. Starzyński był umiejętnym finansistą, ale pamiętał zawsze, że dobra
gospodarka finansowo-budżetowa jest środkiem, nie celem. Toteż zwalczał wszelką
krótkowzroczność, zmierzającą do podporządkowania podstawowych zadań społeczno-
gospodarczych samorządu ciasnemu fiskalizmowi.
Miał Starzyński rozmach w swych planach, ale umiał też dostosowywać zamiary do możliwości. Dążył
do wzrostu dochodów i obniżki nieprodukcyjnych wydatków, ale trwał nade wszystko przy
zrównoważonym budżecie Nie podejmował Starzyński akcji w oczywisty sposób przerastających
bieżące i osiągalne środki miasta. I tak nie dał się wciągnąć w bezpośrednie budownictwo
mieszkaniowe, odraczał również podjęcie inwestycji kolei podziemnej lub miejskiej oczyszczalni
ścieków. Troszczył się natomiast, aby te potrzeby mieć bez przerwy w pamięci i obejmować je
planami. Szukał ustawicznie nowych źródeł na sfinansowanie programów inwestycyjnych,
zestawianych jednak według podwójnej zasady: to, na co nas stać, przy pełnym wysiłku i według
odpowiednio wyważonej hierarchii potrzeb.
Starzyński przejawiał ustawicznie olbrzymią inicjatywę, ale umiał korzystać również z inicjatywy
innych, czy to fachowców miejskich, czy to osób spoza ich grona. Miał wolę współpracy ze wszystkimi
chętnymi i budził podobną wolę u innych.
Budził i znajdował z dnia na dzień coraz szersze współdziałanie społeczne i zainteresowanie szerokich
mas mieszkańców. Wywoływał rosnącą z czasem pomoc społeczeństwa i jego uznanie. Powoli stawał
się popularnym prezydentem miasta - zupełnie niezależnie od bynajmniej nie malejących ataków
z racji jego oblicza politycznego.
Ataki na Starzyńskiego nie były zresztą przywilejem wyłącznie opozycji politycznej. Natrafił Starzyński
na opory i konflikty również ze strony ludzi i organizacji spod znaku prorządowego. Przyczyny bywały
różne. Zdarzały się zatargi ambicyjne, gwałtowne różnice poglądów, nawet zawiści. Sam Starzyński
miał pewne cechy charakteru nie ułatwiające współpracy: był apodyktyczny, niekiedy uparty
i uprzedzający się. Nie szedł łatwo na kompromisy i ugody. Przeciwnie, sam nieraz dolewał oliwy do
ognia.
Tak było na przykład z konfliktem Starzyńskiego ze Związkiem Stowarzyszeń Przyjaciół Wielkiej
Warszawy. Starzyński głosił nawet pogląd o zbędności istnienia w ogóle tej organizacji, dowodząc, że
same stowarzyszenia przyjaciół poszczególnych dzielnic - bez owej nadbudowy - wystarczają dla
zapewnienia ludności miarodajnego głosu. Ze strony Związku z kolei natrafił na sprzeciw w sprawie
powołania przez siebie dzielnicowych delegatów i rad przedstawicielskich przy nich, mających łącznie
stanowić zarodek decentralizacji zarządzania Warszawą. Ubocznym, ale niebagatelnym powodem
niechęci Starzyńskiego było opieranie się Związku na komisarzu rządu na m. st. Warszawę (był nim
Włodzimierz Jaroszewicz), którego Starzyński uważał za zawadę na drodze do pełnej samodzielności
administracji stołecznej i za przyczynę występującej, a wysoce szkodliwej dwutorowości
administracyjnej w wielu dziedzinach. Zatarg ów zakończył się kompromisem. Starzyński powołał
wprawdzie swych delegatów w czterech podstawowych dzielnicach Stolicy, ale musiał całkowicie
porzucić myśl o powołaniu rad społecznych przy nich, sam zaś Związek ostał się przy życiu.
Tak czy inaczej Starzyński w ciągu pięciu lat przedwojennych swej prezydentury zdobył sobie duże
zaufanie ludności. Pomimo trwających zastrzeżeń opozycji co do jego postawy politycznej coraz
częściej dochodziły głosy pochlebnie oceniające pracę Starzyńskiego w Zarządzie Miejskim. „A jednak
obecnie coś się dzieje w mieście”, czy: „Trzeba przyznać, że zmiany za Starzyńskiego są na korzyść
miasta” - oto były coraz częściej słyszane opinie zdolnych do obiektywizmu obywateli Stolicy.
Nawet najbardziej agresywne ataki - w rodzaju pamfletu Władysława Studnickiego - nie zmniejszały
popularności Starzyńskiego wśród coraz szerszych mas obywateli Stolicy. Budząc zrozumiałe
zainteresowanie z punktu widzenia sensacji, nie odejmowały one Starzyńskiemu szacunku i sympatii,
jakie sobie pozyskiwał i utrwalał.
U schyłku przedwojennego pięciolecia prezydenckiego Starzyński miał już za sobą znaczny dorobek
i opinię „właściwego człowieka na właściwym miejscu”. Stał się w oczach warszawiaków wybitnym
działaczem publicznym, człowiekiem niezmordowanej pracy, dużym talentem organizacyjnym,
ofiarnym obywatelem i społecznikiem.
Starzyński, prezydent z nominacji rządowej, marzył za lat przedwojennych, aby móc kontynuować
pracę dla miasta jako prezydent z wyboru. Do tego nie doszło. Wybrana w końcu roku 1938 Rada
Miejska nie zdołała dokonać wyboru nowego Zarządu Miejskiego. Wydaje się jednak, że już wówczas
w przypadku głosowania bezpośredniego ludności warszawskiej Starzyński miałby wybór
zapewniony. Że na to zasługiwał, dowiodły ostatecznie wkrótce potem tygodnie września
i października 1939 roku.

Nastanowiskuwiceprezydentamiastawlatachprzedwojennych

Gdy po kilkunastu dniach od powzięcia decyzji przejścia mojego do Zarządu Miejskiego i po kilku
zaledwie dniach od decydującej rozmowy z ministrem Kościałkowskim zameldowałem się u Stefana
Starzyńskiego w jego gabinecie prezydenta miasta w ratuszu warszawskim, powitał on mnie jakby ze
zniecierpliwieniem: „Wreszcie jesteś. Już się nie mogłem doczekać. Obejmiesz trzy wielkie
przedsiębiorstwa miejskie i dwa wydziały administracyjne (wymienił je). Musisz od razu
i zdecydowanie wleźć w robotę, bo czeka już na ciebie szczególna i trudna sprawa: pertraktacje ze
związkami zawodowymi celem doprowadzenia do zawarcia nowych umów zbiorowych. Wymówiłem
dotychczasowe z dniem 1 kwietnia 1935, więc trzeba się spieszyć. A ja czekałem z tym właśnie na
ciebie.”
Tu Starzyński objaśnił mnie o celu rewizji płac w przedsiębiorstwach miejskich, zwłaszcza w tych,
gdzie wynagrodzenia szczególnie jaskrawo wyskoczyły ponad poziom płac ogółu pracowników
miejskich. Zaznaczył, że nie zamierza ruszać w żadnym razie płac bliskich średniej miejskiej, a nawet
rozsądnie ponad nie wyrastających w wielkich przedsiębiorstwach. „Ale nieuzasadnione wybujałości
trzeba zniwelować - dodał - oszczędności są niezbędne, użyje się je potem na obniżki stawek za
świadczenia miejskie.”
Zabrałem się ze zrozumiałym pośpiechem do poznawania podporządkowanych mi jednostek,
a między innymi stanu płac w wielkich przedsiębiorstwach i ich stosunku do wynagrodzeń
pozostałych grup pracowników miejskich. Istotnie dojrzałem rzeczy zdumiewające: płacom rzędu
kilkuset złotych miesięcznie w gazowni odpowiadały na podobnych stanowiskach w wydziałach
administracyjnych i w mniejszych przedsiębiorstwach miejskich wynagrodzenia niższe niekiedy
o połowę i więcej. Był to wynik skutecznej walki o płace, prowadzonej przez pracowników
największych przedsiębiorstw miejskich, oraz wsparcia organizacji politycznych, opiekujących się
swymi zwolennikami w tych jednostkach usługowych miejskich. Jak się dowiadywałem teraz od
współpracowników Starzyńskiego, poszczególne przedsiębiorstwa i wydziały miejskie w ciągu wielu
lat stanowiły domenę wpływów rozmaitych grup politycznych działających w składzie władz miejskich
(tak w Radzie Miejskiej, jak w samym Zarządzie Miejskim i kierownictwach poszczególnych
jednostek), prowadzących gospodarkę jakby na niezależnych od siebie folwarkach.
Ze swej strony o wiele mniej wagi przywiązywałem do wyjaśnienia mi przyczyn istniejącego stanu niż
do niego samego. Ale oceniając go, doszedłem do przekonania, iż akcja Starzyńskiego nie jest
niesłusznie pomyślana. Byłem więc gotów do rozegrania pertraktacji w kierunku wynikającym z tej
oceny.
Starzyński zaczął od wielkiej konferencji z udziałem bardzo licznych delegacji pracowniczych
i związkowych. Na czoło ich wysuwali się Jędrzej Moraczewski i Rajmund Jaworowski, przywódcy
organizacji mających wówczas znaczne wpływy w tramwajach i autobusach oraz gazowni.
Na tej wstępnej konferencji, odbytej w sali Rady Miejskiej, zająłem pozycję biernego obserwatora.
Sam Starzyński referował przesłanki, dla których wypowiedział dawne umowy zbiorowe, i kierunki,
w jakich oczekiwał ich rewizji. Zaproponował też bardzo bliskie terminy podjęcia pertraktacji, osobno
w każdym z tych przedsiębiorstw, przy udziale ich dyrekcji oraz pod moim kierownictwem.
Przywódcy związkowi podkreślali natomiast bardzo już krótki czas, jaki pozostał do wygaśnięcia
umów. Domagali się przesunięcia terminów. Starzyński nie uznał wysuniętej argumentacji i pozostał
przy zdaniu, że dokonać uzgodnień można w pozostałym jeszcze czasie.
Mnie zaś powiedział po tej naradzie: „Od tej chwili sprawa należy całkowicie do ciebie. Ja nie będę
miał możności uczestniczenia w dalszych naradach i przetargach.”
Zaczęły się rozmowy. Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej uznało sytuację w przedsiębiorstwie
tramwajów i autobusów za wymagającą prowadzenia pertraktacji pod jego auspicjami
38
, toteż
odbywały się one na terenie ministerstwa i pod przewodnictwem naczelnego inspektora pracy,
Klotta. W gazowni rzecz się toczyła bez arbitrażu kogokolwiek z zewnątrz, bezpośrednio między
przedstawicielami Zarządu Miejskiego i dyrekcji przedsiębiorstwa oraz przedstawicielstwem
pracowniczym.
Do udziału w pertraktacjach poza mną delegowany został przez Starzyńskiego Henryk Pawłowicz,
naówczas kierownik referatu robotniczego w Wydziale Ogólnym Zarządu Miejskiego. Lubiany przez
pracowników i ceniony za sposób podejścia do ich spraw, był Pawłowicz jednocześnie człowiekiem
pełnego zaufania prezydenta Starzyńskiego. Wykazał on swoje wielkie zalety i w toku pertraktacji,
jakie poprowadziłem, ujawnił też swój faktyczny autorytet w środowisku związkowym i
pracowniczym.
39

Raz jeden - wbrew zapowiedzi - wkroczył Starzyński do pertraktacji z pracownikami tramwajowymi
i autobusowymi. Telefonicznie zwrócił mi uwagę na niepokojące go przewlekanie się przetargów
i zażądał ode mnie kategorycznego postawienia sprawy. Merytorycznie zagadnienia podstawowe były
już w tym momencie jakby rozwiązane, ale delegaci pracowniczy ciągnęli jeszcze kwestie
drugorzędne, pragnąc osiągnięcia sukcesów w szczegółach. Moja taktyka szła również w kierunku
kompromisów w kwestiach mniejszego znaczenia, bez gwałtownego pośpiechu. Ale wobec
wyraźnego nakazu zwierzchnika oświadczyłem w pewnym momencie dyskusji, idącej rzeczywiście
nieco na manowce, że czas jest zamykać sprawy i powziąć konkluzje. Postawiłem konkretny
ultymatywny termin na sformułowanie warunków i tekstu układu z zaniechaniem dalszego dzielenia
włosa na czworo. Po tym oświadczeniu opuściłem naradę.
Druga strona zrozumiała sytuację i do układu doszło w ciągu następnego dnia czy dwóch.
Dyrektor Klott w późniejszej rozmowie ze mną uznał moją metodę pertraktacyjną za udaną, jeśli
chodzi o wykazywaną cierpliwość w obliczu rozpraszania się niektórych przedstawicieli związkowych
w drobnych szczegółach oraz nawracania do spraw już całkowicie uzgodnionych. Uznał też Klott moje
„ultimatum” za wyrażone poprawnie i we właściwym momencie.
W gazowni narady były prowadzone w mniejszym znacznie gronie. Drugiej stronie przewodniczył
osobiście Rajmund Jaworowski oraz miejscowy działacz pracowniczy - Preiss. Tu prawie cały ciężar
dyskusji i formułowania stanowisk w imieniu Zarządu Miejskiego spadł na mnie. Najwidoczniej jednak
wskazałem w tych pertraktacjach niezbędny takt i umiejętności, gdyż z drugiej strony dano
dwukrotnie wyraz pozytywnej ocenie mojej roli jako przedstawiciela władz miejskich.
Po zawarciu obu umów, to znaczy po najbardziej kłopotliwym wprowadzeniu się w sprawy bieżące
miasta, omawiałem z dyrekcją wodociągów i kanalizacji proponowane przez nią przepisy miejscowe
dotyczące usług wodociągowych i kanalizacyjnych. Podczas wielodniowej konferencji przechodziłem
paragraf za paragrafem obszernego projektu, wnosząc własną inicjatywę do sformułowań tekstów
i ustalania warunków podłączania się i korzystania z sieci miejskich. Z mojej inicjatywy nastąpiło
zróżnicowanie w przepisach wysokości opłat za korzystanie z wody w zależności od tego, czy
nieruchomość przyległa do sieci kanalizacyjnej jest już do niej przyłączona, czy nie. Chodziło mi

38
Miałem przeświadczenie, że nie stało się to bez inicjatywy przywódców związkowych. (Przyp. aut.)
39
Po bliższym poznaniu go w toku pertraktacji wysunąłem wobec Starzyńskiego koncepcję powierzenia
Pawłowiczowi Wydziału Personalnego, z jednoczesnym przeniesieniem dotychczasowego dyrektora tego
wydziału na stanowisko dyrektora Wydziału Spraw Ogólnych, wymagające kwalifikacji organizatora i prawnika,
którym ów dyrektor w pełni odpowiadał. Starzyński poszedł za moją radą. (Przyp. aut.)
o zachętę do dokonywania takich podłączeń, gdyż nazbyt często budowane nowe kanały biegły wśród
nieruchomości ociągających się z wykorzystaniem nowego urządzenia. Powszechnym zjawiskiem było
większe wykorzystywanie przez adjacentów sieci wodociągowej niż kanałowej.
Zmiana warunków płac w tym przedsiębiorstwie odbyła się już bez mego bezpośredniego udziału
w pertraktacjach. Dokonała tego sama dyrekcja przedsiębiorstwa przy udziale Pawłowicza.
W podobnym trybie toczyły się pertraktacje w przedsiębiorstwie rzeźni i targowisk, podległym
innemu z wiceprezydentów.
Z pełną satysfakcją i przekonaniem zabrałem się z kolei do potanienia taryf usług w podległych mi
trzech przedsiębiorstwach. Na ogół obniżki były prawidłowo skalkulowane, gdyż dając odczuwalne
ulgi użytkownikom, nie przynosiły zmniejszenia wpływów miejskich wobec pobudzenia ludności do
szerszego korzystania z tańszych obecnie usług.
Poza działalnością o charakterze jednoosobowym, byłem z natury rzeczy aktywnym członkiem
„magistratu”. Na posiedzeniach kolegialnych nie tylko zabierałem głos, gdy chodziło o sprawy działów
podporządkowanych mi, ale i w licznych sprawach innych jednostek, referowanych na posiedzeniach
pełnego Zarządu Miejskiego zgodnie z ustalonym podziałem kompetencji. Z obrad kolegium uczyłem
się wiele, wchodząc tą drogą w pełny zakres ważniejszych spraw administracji stołecznej.
Krąg moich bezpośrednich zadań ulegał niekiedy zmianom, ale na ogół aż do wybuchu wojny
współpracowałem z tymi pięcioma jednostkami, które zostały na wstępie ustalone przez prezydenta
Starzyńskiego jako mój resort.
W sferze działania Wydziału Ewidencji Ludności miałem zadanie łatwe. Dyrektor tego wydziału,
znający znakomicie przedmiot, mający dużą inicjatywę i zupełnie niezrutynizowany organizator pracy,
Jan Delingowski, był samodzielnym kierownikiem, nie przysparzającym troski i nie wymagającym
nadzoru w szczegółach.
Dyrektor Wydziału Wojskowego, pułkownik Czerniewski, był systematycznym i solidnym wykonawcą
zadań swego wydziału, należących do tak zwanego „zleconego” zakresu działań Zarządu Miejskiego.
Bliżej i ściślej zacząłem z nim współpracować, gdy zostałem powołany do kierowania
przygotowaniami cywilnej obrony przeciwlotniczej. Przydzielono mi wtedy Czerniewskiego jako
przyszłego mego zastępcę w funkcji komendanta OPL Miasta. Zarówno w okresie pokojowym, jak we
wrześniu 1939 roku Czerniewski pełnił swe funkcje w OPL sumiennie, ze wszystkimi cechami
właściwymi byłym wojskowym. W okresie poprzedzającym wojnę Czerniewski był człowiekiem
szczególnej użyteczności. Akcja przygotowawcza wymagała codziennej troski o jej realizację i w tym
względzie Czerniewski ujawniał swe duże wartości. Przywykły do zależności hierarchicznej typu
wojskowego, był lojalnym współpracownikiem.
Wiele uwagi w okresie przedwojennym trzeba było poświęcić zagadnieniu usprawnienia komunikacji
w Warszawie. Należałem między innymi do komisji mającej ustalić ramy organizacyjne, w których
szukałoby się koncepcji szybkiej kolei podziemnej w Warszawie. Wchodziło do komisji wielu
fachowców oraz trzech wiceprezydentów, przy czym przewodnictwo komisji należało do mnie.
Według jej wniosków, potwierdzonych następnie przez Starzyńskiego jako prezydenta miasta i przez
kolegium Zarządu Miejskiego, została wznowiona praca nad koncepcją budowy kolei podziemnej
w specjalnie powołanym biurze przy dyrekcji tramwajów i autobusów.
Problem: tramwaje czy autobusy w Warszawie i z jakim podziałem zadań, znalazł we mnie pełnego
zwolennika konsekwentnego poszerzania linii autobusowych i usuwania tramwajów ze szlaków, gdzie
tramwaj utrudniał płynność ruchu. Muszę dziś powiedzieć, że niedostatecznie jednak brałem wtedy
pod uwagę możliwości usprawnień komunikacyjnych w drodze zastosowania szybkich tramwajów
i schodzenia ich na własne torowiska, co zostało szeroko zastosowane w okresie powojennym,
głównie w następstwie zniszczeń wojennych (kataklizm zniszczeń otworzył możliwości terenowe).
W pracy miejskiej czułem się znakomicie. Ten różnorodny i wielostronny zakres zadań, dający
doraźne i bezpośrednie odczucie wyników pracy, zaciekawiał mnie i zadowalał. Współpraca z innymi
członkami Zarządu Miejskiego układała się dobrze, choć czasami nie bez tarć i z rzadka -
poważniejszych zatargów. Nie miałem ich jednak z prezydentem miasta. Ze Starzyńskim nigdy bliżej
i lepiej mi się nie współpracowało, niż właśnie w Zarządzie Miejskim.
Przecież jednak w tym okresie naszej współpracy zdarzyło się coś, co przejściowo skaziło naszą
przyjaźń. Ale o tym później. W latach 1938-1939 szczególnie nasiliły się przygotowania miasta do
ewentualnej wojny. Jako komendant OPL w razie wybuchu wojny, musiałem na sprawę przygotowań
miasta do obrony położyć szczególny nacisk. Ten rodzaj pracy wymagał bardziej od innych mych
obowiązków ścisłego kontaktu z szeregiem władz, ale i przede wszystkim codziennego, zgranego
współdziałania ze Stefanem Starzyńskim.
I w tym zakresie był on gotowy do ofiarnej współpracy. Czynił wszystko, co wynikało z sytuacji
i potrzeb, konsekwentnie i uważnie też traktował wnioski moje i mego aparatu OPL. Ale był w tej
współpracy spokojny i zrównoważony bardziej niż w wielu innych sprawach, w których ponosił go
zwykle temperament. Widać było, że starał się zrobić wszystko możliwe, aby być gotowym na
najgorszą ewentualność, nie uważał jednak groźby napadu niemieckiego za rzecz całkowicie
przesądzoną. Inaczej niż ja, który w czasie bytności - zresztą tylko kilkudniowej - w Niemczech
dojrzałem wyraźne oznaki przygotowań do wojny.
40
Przeciw komu - wydawało mi się oczywiste.

JakmojenazwiskoznalazłosięnaliścieOzonu

Pewnego późnego popołudnia czy wczesnego wieczora poprosił Starzyński Pohoskiego i mnie na
rozmowę do swego gabinetu służbowego. Przystępując od razu do rzeczy, powiedział: „Powierzony
mi został, jak wiecie, sektor miejski w tworzącym się Obozie Zjednoczenia Narodowego. Ustaliłem
właśnie listę Rady Naczelnej, która już została skierowana do prasy. Ukaże się w jutrzejszych
dziennikach porannych. Zależało mi, aby Zarząd Miejski był na tej liście należycie reprezentowany,
toteż umieściłem na niej i nazwiska was obu. Nie miałem możności uprzedzenia was przedtem, ale
mam nadzieję, że nie zgłosicie zastrzeżeń co do mego posunięcia.”
Obaj byliśmy zaskoczeni i zmieszani tym oświadczeniem. Nie tylko nie znaliśmy jeszcze programu
nowo tworzonej organizacji, ale i nie mieliśmy w ogóle zamiaru do niej się przyłączać. Ja
w szczególności, który nie przystąpiłem poprzednio do BBWR, nie zamierzałem i obecnie angażować
się w działalność polityczną, mając zresztą sporo zastrzeżeń co do kierunku, w jakim się rozwijała
działalność obozu, zwanego - coraz mniej słusznie - legionowym.

40
Szczególne moje podejrzenia wzbudziła zaobserwowana rozbudowa przemysłu samochodowego, znacznie
ponad potrzeby kraju i eksportu. Podobnie działały na mnie objawy masowej histerii politycznej, stale
napotykane, jak manifestacje uliczne, defilady umundurowanych formacji itp. przy udziale licznych i
podnieconych tłumów. Dostrzegłem wreszcie fakty nauczania języka polskiego, pozornie nieużytecznego dla
osób związanych - jak się wydawało - wyłącznie z terenem lokalnym. (Przyp. aut.)
Ale obaj z Pohoskim niewątpliwie zdaliśmy sobie niezwłocznie sprawę, że posunięcie Starzyńskiego
pociąga za sobą poważne konsekwencje nie tylko w przypadku przystąpienia do nowej organizacji,
ale i w razie zdezawuowania go.
Milcząco pożegnaliśmy Starzyńskiego, który nas nie zatrzymywał. Nie zamieniliśmy też między sobą
ani słowa. Było oczywiste dla mnie, że Pohoski jest mocno zaaferowany i pragnie gruntownie rzecz
przemyśleć.
Co do mnie, analiza faktu i jego ewentualnych skutków była krótka. Brałem z jednej strony pod
uwagę skutki postępku Starzyńskiego dla siebie osobiście. Było oczywiste, że w opinii ogólnej i wśród
przyjaciół moje znalezienie się na liście OZN-u będzie poczytywane za akt oportunizmu, za odejście
od wyznawanych dawniej ideałów, za brak charakteru itp.
I nie mogło być inaczej, bo nikomu nie przyszłoby przecież do głowy, że mogłem był znaleźć się
w szeregach OZN-u bez własnej woli i chęci.
Z drugiej strony łatwe do odgadnięcia wydawały mi się skutki publicznego z konieczności ujawnienia
sprzeciwu i rezygnacji z narzuconego członkostwa nowej organizacji. Byłby to bardzo szkodliwy dla
Starzyńskiego skandal publiczny. Pozycja Starzyńskiego jako działacza - również na jego naczelnym
stanowisku w Stolicy - mogłaby ulec zagrożeniu. Jego przeciwnikom dałbym nowy oręż.
Nie wiem, jakie było rozumowanie Pohoskiego, ale przypuszczam, że bliskie memu. We mnie
zdecydował wzgląd na rosnący dorobek Starzyńskiego w gospodarce miejskiej. Znając jego dalsze
plany i oceniając z entuzjazmem jego dotychczasowe osiągnięcia, postanowiłem, że nie zrobię
niczego, co by mogło nadszarpnąć jego pozycję. Zachowam całą sprawę wyłącznie dla siebie,
ponosząc w pełni skutki milczenia, stając się formalnie członkiem organizacji, lecz nie angażując się
w bliższą współpracę z nią.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Nikomu nie powiedziałem o rozmowie ze Starzyńskim. Składki
członkowskie następnie płaciłem, byłem też z konieczności na inauguracyjnym zebraniu Rady, biernie
w nim uczestnicząc.
Miałem wrażenie, że szef Obozu, pułkownik Koc, nieufnie patrzał na mnie, gdyż znał dobrze moją
przeszłość. Ale nie rozmawialiśmy ze sobą nigdy na tematy związane z OZN-em.
Na terenie Rady Miejskiej z wyboru Pohoski i ja bywaliśmy regularnie na posiedzeniach ozonowskiej
grupy radnych, co zresztą dawało nam możność łatwiejszego przeprowadzania własnych koncepcji
pracy władz miejskich.
W okresie okupacji nie odczułem skutków tej sprawy poza tym, że na karb związania mego nazwiska z
OZN-em składałem pominięcie mnie w planach powojennej obsady Zarządu Miejskiego. Ale tym nie
przejmowałem się, mając już przed wojną zamiar niepozostawania dłużej w tej służbie.
Po wojnie, stawszy się znowu pracownikiem państwowym, stanąłem w obliczu pytania, jak
deklarować związek polityczny sprzed wojny. Nie uznałem wtedy za stosowne tłumaczyć
komukolwiek okoliczności sprawy. Na licznych wypełnianych formularzach personalnych
w odpowiedzi na pytanie co do przynależności politycznej w okresie przedwojennym wpisywałem
więc wyłącznie: OZN.
Wobec roli odegranej przez Stefana Starzyńskiego w czasie wojny oraz w obliczu przeżywanych
zdarzeń przestałem odczuwać jakikolwiek żal do niego z tytułu opisanego tu incydentu. Jeśli obecnie
o nim w ogóle wspominam, to czynię to, aby nie pominąć niczego istotnego dla oceny naszej
współpracy i przyjaźni.

VII. Heroiczne dni Stefana Starzyńskiego

PracewzarządzieMiejskimwdniachod1wrześniado27października1939

W dni wojenne Zarząd Miejski Stolicy wszedł w składzie czteroosobowym: prezydent Starzyński i trzej
wiceprezydenci, inż. Jan Pohoski, Jan Około-Kułak i ja. Dnia 25 września zginął pod gruzami skrzydła
ratusza Jan Około-Kułak.
Co do mnie, to pierwsze 27 dni września spędziłem poza gmachem ratusza przy pełnieniu
obowiązków komendanta Cywilnej Obrony Przeciwlotniczej Miasta, jako już dawno przed wybuchem
działań wojennych wytypowany i przygotowany do pełnienia tych obowiązków wiceprezydent
Stolicy. Dnia 28 września, po wydaniu własnego rozkazu wykonawczego do polecenia prezydenta
Starzyńskiego o ustaniu zadań OPL Miasta, powróciłem do swoich funkcji wiceprezydenta miasta
z siedzibą na powrót w gmachu ratusza na placu Teatralnym.
Od tej daty aż do dnia zabrania prezydenta z tegoż gmachu przez gestapo pełniłem zadania zlecane
mi przez prezydenta, o których trudno powiedzieć, iż były nawrotem do pracy z lat przedwojennych.
Teraz dla całego uszczuplonego zespołu kierowniczego Zarządu Miejskiego, sprowadzającego się już
tylko do trzech osób (prezydenta i dwóch wiceprezydentów), zadania wytyczane były zarówno przez
skutki zniszczeń wojennych i potrzebę stworzenia nowych podstaw jako tako unormowanego życia
miasta, jak też przez dążenie do przystosowania go do warunków okupacji hitlerowskiej.
W czasie działania OPL, bezspornie bardzo zasłużonej i najliczniejszej z organizacji powołanych do
życia w Warszawie dla jej potrzeb wojennych, moje bytności w ratuszu warszawskim i kontakty
z prezydentem Starzyńskim były stałe i systematyczne - z reguły codzienne - ale raczej krótkie. Moją
siedzibą była wprawdzie pobliska kwatera w podziemiach Teatru im. Bogusławskiego, ale oddalałem
się z niej głównie dla inspekcji w terenie, a nie dla kontaktów z władzą służbową, czyli prezydentem
Starzyńskim, któremu zresztą codzienne kilkunastominutowe raporty osobiste zupełnie wystarczały.
W miarę postępu walk i oblężenia miasta zadania OPL stawały się coraz bardziej odpowiedzialne
i coraz trudniejsze. Ofiarność służb ludzkich pozostawała na dobrym poziomie, ale techniczne środki
działania kurczyły się ustawicznie i gwałtownie. Mimo więc, że stopniowo coraz więcej zależeć
musiało od szybkości reakcji i od improwizowanych metod działania dolnych ogniw OPL i że coraz
trudniej było centralnie dysponować akcjami pomocy, poczucie odpowiedzialności nakazywało
przynajmniej wiedzieć jak najwięcej, co się dzieje w terenie, i podtrzymywać działalność ogniw
terenowych. Odpowiedzialność za niezaniechanie niczego oraz za uczynienie wszystkiego, co było
możliwe, skupiała się więc ze szczególną siłą na szczeblu naczelnym OPL Miasta, gdzie komendant
i jego dwaj zastępcy (płk Czerniewski i płk Englert, który po kilku dniach początkowych przejął
obowiązki drugiego zastępcy Po płk. Underce) musieli zapewnić ciągłość dyżurów Komendy Miasta
przez całe doby, a również wzajemne zastępstwa przy wszelkich służbowych oddaleniach się w teren
z siedziby Komendy.
Po powrocie do obowiązków wiceprezydenckich bezustanność przebywania w ratuszu, włącznie
z nocowaniem, była normą. Tak prezydent Starzyński, jak wiceprezydenci stosowali teraz tryb
„urzędowania” przez 24 godziny, przerywając je tylko na krótki odpoczynek nocny oraz na bytności
służbowe w mieście.
Jeśli chodzi o podział zadań pomiędzy mną i Pohoskim, to Starzyński przyjął teraz niemal jako zasadę,
że Pohoski towarzyszył mu lub zastępował go w wizytacjach i działaniach „na mieście”, ja zaś
zastępowałem ich w ratuszu. Osobiście odnosiłem wówczas wrażenie, że - zwłaszcza jeśli chodzi
o przygotowania do przyszłych akcji podziemnych oraz o kontakty ze społeczeństwem - Starzyński
uważał za właściwe korzystać raczej z pomocy Pohoskiego, z którym miał wspólną przeszłość z POW
z czasów pierwszej wojny światowej i jeszcze dawniejszą z organizacji niepodległościowych.
Z drugiej strony Starzyński zdawał się polegać na mojej sprawności organizacyjno-administracyjnej
oraz ufał mojemu zrównoważeniu w zaskakujących sytuacjach. Dlatego wolał, abym to ja raczej był
odpowiedzialny w czasie jego nieobecności za sprawy wynikające z odtwarzania aktywności aparatu
administracyjnego Zarządu Miasta oraz za kontakty z coraz częściej po kapitulacji pojawiającymi się
Niemcami.
Sam Pohoski zdawał się także przedkładać obowiązki społeczne nad „ratuszowymi”. Dawał temu
zresztą wyraz niejednokrotnie i po aresztowaniu prezydenta Starzyńskiego, kiedy to mnie wysunął do
działania wobec władz okupacyjnych, a nie siebie - starszego hierarchicznie w układzie
przedwojennym.
Niepodobna określić dokładnie zakresu funkcji Zarządu Miejskiego i opisać działań poszczególnych
jego członków w ciągu pierwszego miesiąca po kapitulacji. Tylko ważniejsze zdarzenia pozostały
w pamięci - na tle ustawicznych i koniecznych improwizacji z naszej strony i nieustannych nacisków i
żądań ze strony powołanych i nie powołanych czynników niemieckich.
Próby oporu wobec poszczególnych postulatów i nakazów okupanta, improwizowanie jakiejś
możliwej gospodarki budżetowej, inicjatywa, zwykle nieskuteczna, uzyskania pomocy niemieckiej czy
to dla zbiedzonej ludności, czy w odbudowie zniszczonych urządzeń miejskich, utrzymywanie
kontaktu z akcjami społecznymi toczącymi się w mieście, przygotowywanie zorganizowanego oporu
i walki z najeźdźcą - oto kilka podstawowych przedmiotów działania Zarządu Miejskiego tego okresu.
Od jednego zadania do drugiego przechodziło się dość nieplanowo, choć uporczywie, a stale wkraczał
utrudniająco okupant, wykazujący sam przy tym słabe talenty organizacyjne, zastępowane tupetem,
awanturami, pogróżkami, wymysłami, żądaniami oraz najbardziej nieobliczalnymi pomysłami.
Praca odbywała się w narzuconym chaosie. Jeśli coś się działo, i to coś do rzeczy, było to tylko zasługą
talentu organizacyjnego i energii Stefana Starzyńskiego oraz dobrej woli tych, co mu służyli w tym
czasie pomocą.

PierwszytydzieńwojennyStefanaStarzyńskiego

Tydzień od 1 do 7 września, a zwłaszcza jego druga połowa, przesądził wstępnie, ale zdecydowanie
o roli odegranej przez Stefana Starzyńskiego w Stolicy Rzeczypospolitej zaatakowanej przez
śmiertelnego - w najbardziej dosłownym znaczeniu - wroga, chcącego zmiażdżyć odrodzoną
państwowość polską i zdławić na zawsze dążenie narodu polskiego do niezależnego bytu.
W trudnych warunkach początkowych dni września 1939 nie zaprzepaścił Starzyński nic ze swego
dorobku z lat przedwojennych i nie zawiódł zaufania, jakie pozyskać zdołał u ludności warszawskiej za
swej przedwojennej prezydentury.
Już bezpośrednio przed agresją niemiecką dał mocny wyraz swej nierozerwalnej więzi z Warszawą.
Gdy mianowicie dostał przez nieporozumienie powołanie mobilizacyjne i gdy zgłosił się z nim
u dowódcy Okręgu Korpusu nr 1, generała Rysia-Trojanowskiego, nie odwołał się po prostu do
przesądzonego już przed wojną zwolnienia prezydenta miasta od powołania do czynnej służby
wojskowej, lecz oświadczył, że nie widzi odpowiedniejszego dla siebie żołnierskiego zadania niż
trwanie w służbie Zarządu Miejskiego w nadchodzących ciężkich dniach Stolicy. Dodał, że symbolem
i wsparciem tej jego przyszłej wojennej pracy w Warszawie będzie dalsze noszenie munduru majora
WP, w którym przybył do dowództwa korpusu.
Tę deklarację nieporzucania miasta i pozostania w służbie jego ludności, dokonaną ex re
przypadkowego wezwania mobilizacyjnego, ponowił potem Starzyński parokrotnie w bardziej już dla
siebie groźnych sytuacjach. Ślubowanie wierności powtórzył, gdy odrzucał sugestie rządowe
ewakuowania się z zagrożonej Warszawy, a także kiedy doradzano mu z wielu stron ukrycie się przed
przewidywaną zemstą najeźdźców hitlerowskich. Jak zawsze, Starzyński nie widział możliwości
odejścia od obowiązku, który uważał za podstawowy w danym momencie historycznym.
Starzyński pełni więc nadal po wybuchu wojny funkcje prezydenta Warszawy. Ale teraz nie
zaniedbuje kontaktów z władzami państwowymi. Bywa na Zamku u prezydenta Rzeczypospolitej,
odwiedza premiera, ministrów i wysokich dygnitarzy, bywa u generalicji. Utrzymuje te kontakty nie
tylko po to, aby mieć dobre rozeznanie sytuacji na polach walki zbrojnej, ale przede wszystkim, aby
śledzić zamierzenia i przygotowania władz cywilnych w związku z szybko nadchodzącą nawałą wroga.
Wkrótce też powraca Starzyński z tych sondaży zaniepokojony.
„Nie jest dobrze -- zaczyna się zwierzać. - Ci ludzie nie mają należytego poczucia odpowiedzialności” -
powiada do mnie w dniu 4 września, kiedy to zapewne dowiedział się o decyzji rozpoczęcia
ewakuacji, przygotowywanej stosunkowo od dawna przez rząd (mianowicie od lipca 1939), ale
jednocześnie zbyt późno, aby móc opracować plan uwzględniający wszelkie alternatywy
w najdrobniejszych szczegółach.
Nie widać u Starzyńskiego objawów przygnębienia, ale w jego głosie wyczuwalne są gorycz i niepokój.
Rzekłbym nawet: więcej rozgoryczenia niż niepokoju. Starzyński jest opanowany, nie traci energii.
Z jego nastroju i wypowiedzi widać, że nie jest pesymistą, w tym znaczeniu, że wierzy stale
w zwycięski koniec wojny i składa bieżące niepowodzenia na karb olbrzymiej dysproporcji sił.
Z równowagi duchowej wyprowadza go natomiast brak umiejętności wysokich władz państwowych
reagowania szybko i celowo na zdarzenia. Nie widzi dostatecznie przewidującego myślenia ani troski
o los społeczeństwa Warszawy.
Jego gorycz osiągnie szczyt, gdy zobaczy chaos ewakuacyjny.
Starzyński rozumie konieczność usunięcia najwyższych władz oraz szeregu agend państwowych, jak
też dokumentów i innych wartości wielkiej wagi przed wrogiem. Rozumie też potrzebę ewakuacji
rezerwistów, dotychczas nie powołanych pod broń, którzy mogą być potrzebni do walki w dalszym
rozwoju wypadków. Ale nie rozumie celu ewakuacji urządzeń niezbędnych dla życia tej masy
mieszkańców miasta, jaka musi pozostać na miejscu w Warszawie. Nie widzi też potrzeby pędzenia
z ich siedzib ludzi nie związanych z pełnieniem obowiązku czynnej obrony. Wie, że nerwowość
organów państwowych, tracących równowagę w obliczu groźnej sytuacji, może spowodować
nieobliczalną panikę ludności.
Starzyński (podobnie jak generał Czuma, od 3 września organizator i twórca wojskowej obrony
Warszawy) przeciwstawia się niezwłocznie z całą swą impulsywnością, ale i trafnością sądu, nie
przemyślanej formie apelu radiowego naczelnego wodza, apelu wygłoszonego w nocy z 6 na 7
września (tuż po północy). Prezydent Stolicy wpływa na odwołanie niewczesnych, i do tego źle
zrozumianych, wezwań oraz na zmianę na stanowisku rzecznika.
Podobnie przedtem Starzyński przeciwstawił się jak najbardziej stanowczo różnym sugestiom
rządowym, aby sam opuścił Stolicę, a wręcz z pogardą potraktował wyjazd z niej cywilnych władz
państwowych szczebla warszawskiego.
Gdy część pracowników urządzeń miejskich (w tym np. niektóre oddziały Straży Ogniowej) poszła za
apelem radiowym i opuściła Warszawę, Starzyński wezwał ich - między innymi przez radio - do
powrotu, a sam odbył najpierw naradę z wiceprezydentami, którzy bez wahania zapewnili go o swej
z nim solidarności, a potem - konferencję z kierownikami wszystkich wydziałów i przedsiębiorstw
miejskich, których wezwał do pozostania w mieście i kontynuowania pracy w podległych im
jednostkach. Wezwanie prezydenta zapewniło trwanie nadal aparatu miejskiego, przejściowo tylko
osłabionego brakiem tych pracowników, którzy podążyli w nieznane. Zresztą wielu szybko z wędrówki
powróciło.
Starzyński reagował niezwłocznie na wszelkie ujemne zjawiska ze zwykłym sobie impetem
i bezpośredniością, tak jakby z góry je przewidział i przemyślał. A były to przecież jego improwizacje.
Jego wybitny intelekt, wola i energia, jego talent organizacyjny, jego zmysł rzeczywistości i duch
patriotyczny dyktowały mu nieomylne posunięcia w warunkach nie pozwalających na długie
rozważania czy jakiekolwiek szersze narady.
Starzyński nie tylko wzywał, mówił, nalegał. Także działał. Działał bezpośrednio. W miarę możliwości
nie pozwalał dezorganizować aparatu istniejącego, ale jednocześnie tworzył doraźnie nowy, gdy
dojrzał tego potrzebę. Był nie tylko prezydentem miasta, ale i zastępcą innych organów publicznych,
gdy tych ubywało. Nie oglądał się przy tym na uprawnienia formalne, lecz widział wyłącznie potrzeby
rzeczowe.
Tak więc, gdy znaczna część policji państwowej ruszyła w wędrówkę w myśl nakazu swej władzy,
Starzyński wezwał pozostającego jeszcze w Warszawie komendanta, inspektora Mariana
Kozielewskiego, i dał mu nakaz pozostania w mieście wraz z przebywającą w nim nadal częścią
podkomendnych. Kozielewski, który zresztą prywatnie szukał następnie potwierdzenia słuszności
tego nakazu u mnie (z racji osobistego zaufania), rozkaz Starzyńskiego wykonał, przypłacając później
pozostanie w Warszawie - już w czasie okupacji - znalezieniem się w obozie koncentracyjnym w
Oświęcimiu.
Starzyński dojrzał jednak również - i to już wcześniej - potrzebę wzmocnienia warszawskiej służby
porządku publicznego przez stworzenie nowej organizacji. Już 4 i 5 września przeprowadził rozmowy
mające na celu powołanie do życia społecznej Straży Obywatelskiej, zapewnił jej komendanta
w osobie inż. Janusza Regulskiego, i 6 września mógł donieść ludności w publicznej odezwie
o istnieniu tego nowego, a niezbędnego organu pomocniczego.
Podobnie w czasie tegoż pierwszego tygodnia września Starzyński współdziałał przy reorganizacji
innej instytucji społecznej, która (pod zmienionym w dniu 9 września kierownictwem) odegrała dużą,
a dotychczas w pełni nie docenioną rolę w życiu walczącej, a zwłaszcza potem okupowanej
Warszawy. Mam tu na myśli Stołeczny Komitet Samopomocy Społecznej.
W tymże czasie powstaje z inicjatywy Starzyńskiego inna jeszcze placówka, tym razem aprowizacyjna.
Miasto, spółdzielczość i Związek Izb Przemysłowo-Handlowych tworzą własnymi kapitałami
Warszawską Hurtownię Aprowizacyjną (Hawu), która - nie spełniwszy potem w pełni oczekiwań
z racji odmiennego od przewidywanego układu stosunków - zapisała przecież liczne zaszczytne karty
swą działalnością lat okupacyjnych.
Starzyński w drugiej połowie pierwszego tygodnia wojny stał się nie kwestionowanym
zwierzchnikiem cywilnym Stolicy. Tytuł prawny najwyższego cywilnego organu państwowego
otrzymał dopiero później, zostając 8 września z nominacji dowódcy - generała Czumy - Komisarzem
Cywilnym przy Dowództwie Obrony Warszawy. Nominacja ta sankcjonowała w jedyny wówczas
możliwy sposób stan faktyczny, stworzony wolą i inicjatywą prezydenta Stefana Starzyńskiego.
Już w tym początkowym okresie ratusz warszawski stał się Mekką dla wszystkich aktywnych działaczy.
Szli oni tu z własnej woli lub zapraszani przez Starzyńskiego, aby mu służyć radą i pomocą oraz aby
ułatwiać mu kontakty ze społeczeństwem Stolicy.
Stefan Starzyński, prezydent miasta z nominacji rządowej, początkowo noszący w swym tytule
służbowym określenie „komisaryczny”, pragnący stać się prezydentem z wyboru ludności, stał się
teraz prezydentem miasta z powszechnej aprobaty.

KomisarzCywilnyobronyWarszawy

Akt powołania Stefana Starzyńskiego na Komisarza Cywilnego przy Dowództwie Obrony Warszawy
przez generała Waleriana Czumę nastąpił w dniu 8 września, jak o tym podał do powszechnej
wiadomości sam prezydent miasta w odezwie z tejże daty.
Ale bezpośrednie i stałe kontakty Starzyńskiego z generałem Czumą wyprzedzały tę nominację.
Generał Czuma, któremu minister spraw wojskowych zlecił w dniu 3 września zorganizowanie obrony
miasta przed spodziewanym już atakiem nieprzyjaciela, nawiązał szybko kontakt, który Starzyński
następnie aż do końca podtrzymywał, będąc - jak to określił w swej pracy Obrona Warszawy
pułkownik Marian Porwit - „chyba codziennym gościem generała”.
Kompetencje komisarzy cywilnych zakreślił wstępnie dekret prezydenta Rzeczpospolitej z dnia 1
września 1939. Nie została natomiast wydana instrukcja, mająca dać bardziej szczegółowe wytyczne.
Opublikowane normy stanowiły raczej o pomocniczej roli komisarzy cywilnych wobec dowódców
wojskowych, a nie wyznaczały ich na zastępczych kierowników służb cywilno-rządowych. Ale
faktycznie taki właśnie charakter nosił akt generała Czumy, sankcjonujący podjęcie przez Stefana
Starzyńskiego rzuconej na bruk państwowej władzy administracyjnej. Tak zresztą przyjęła akt i opinia
Warszawy, w której oczach nominacja na Komisarza Cywilnego potwierdzała prawo działania
prezydenta Starzyńskiego w charakterze organu państwa polskiego na terenie Stolicy.
Jak wspomniałem, Starzyński ujął stosowne uprawnienia via facti, i dekret nominacyjny, wystawiony
przez dowódcę Obrony Warszawy, dawał temu stanowi przede wszystkim potwierdzenie i akceptację
formalną armii. Ale z tego nie wynika, aby akt ten był bez wielkiego znaczenia. Nie tylko wyrażał on
wzajemne zaufanie i chęć współpracy najwyższych czynników cywilnych i wojskowych, co miało
istotne znaczenie czasu wojny, ale dawał formalno-prawne wsparcie pozycji Starzyńskiego jako
swoistego wojennego komisarza państwowego na obszar Warszawy.
Podobne znaczenie, choć raczej wtórne, miała i następna nominacja Starzyńskiego - na Komisarza
Cywilnego przy Dowództwie Armii „Warszawa”, wystawiona przez jej dowódcę, generała Rómmla.
Unormowana w ten sposób sytuacja Starzyńskiego jako naczelnego organu państwowej władzy
cywilnej w wojennej Warszawie znalazła potem swego rodzaju akceptację i ze strony władz
okupacyjnych. Starzyński, jak wiadomo, przelał jako Komisarz Cywilny znaczne sumy pieniężne z
Banku Polskiego do kasy miejskiej i dysponował nimi na różne cele, związane z okresem oblężenia
oraz dalszymi losami kraju i Warszawy pod okupacją. Otóż kwestionując uprawnienia Starzyńskiego,
ilekroć dyspozycja mogła być wiązana z datą po kapitulacji Stolicy, hitlerowcy, uważający się za
„dziedziców polskiego Skarbu Państwa”, nie kwestionowali legalności tego rodzaju aktów podjętych
przez niego przed kapitulacją Warszawy.
Formalna legalizacja funkcji Starzyńskiego i jego działalności poza Zarządem Miejskim w dniach
wrześniowych miała też swoją wagę wobec instytucji publicznych w Warszawie, które często miały
pozostawionych przez ewakuujące się władze uprawnionych opiekunów. Ci mogli nie mieć po tych
nominacjach żadnych wątpliwości co do uprawnień Starzyńskiego, dysponującego ich zasobami,
wyznaczającego instytucjom kierowników, wzywającego do wznowienia czy kontynuowania pracy.
Z datą nominacji Starzyńskiego na Komisarza Cywilnego Obrony Warszawy sytuacja w mieście była
już jakby opanowana. Rodząca się panika ustała, nastąpiło uspokojenie, pojawił się karny posłuch
wobec wezwań i zarządzeń Starzyńskiego, zarówno gdy chodziło o rzeczy codzienne, normalne,
szablonowe, w rodzaju utrzymywania porządku sanitarnego, działalności handlu detalicznego czy
ograniczeń w posiłkach, jak gdy chodziło o akcje dużego znaczenia, w rodzaju pomocy społeczeństwa
w akcjach ratownictwa, zasilania tworzących się organizacji pomocniczych, czujnego pełnienia
różnych służb lub przeciwdziałania dywersji, zmierzającej do podcięcia ducha obrońców Warszawy,
wojskowych i cywilnych.
Jako Komisarz Cywilny Starzyński działał szczególnie aktywnie i świadomie w kierunku współpracy
wszystkich czynników obywatelskich, w tym także czynników wrogich sobie dawniej politycznie.
Przykładem była reorganizacja władzy naczelnej Stołecznego Komitetu Samopomocy Społecznej. Na
miejsce inżyniera Tyszki, który opuścił Warszawę podczas fali ewakuacyjnej, stanął jako prezes dawny
premier - piłsudczyk, a zarazem znany społecznik - Artur Śliwiński, ale na liście członków Komitetu
widniały teraz nazwiska reprezentujące związki wysokiego szczebla z przedwojenną lewicą i prawicą
polityczną, jak również nazwiska różnych działaczy społecznych znanych głównie ze swej pracy w tym
charakterze, ale także z takich lub innych sympatii politycznych, nieraz radykalnych.
W miarę postępu działań im więcej nowych zadań spadało na Komisarza Cywilnego, tym mniej mógł
Starzyński kierować bezpośrednio Zarządem Miejskim. Coraz bardziej więc opierał się na
wiceprezydencie Pohoskim, swym „alter ego”, a w dniu 16 września już formalnie go funkcją
kierownika administracji miejskiej obarczył, dodając mu grono doradców, złożone z kierowników
różnych miejskich jednostek organizacyjnych. Niemniej nigdy, aż do kapitulacji, Starzyński nie
zrezygnował z ogólnego czuwania nad pracą aparatu miejskiego. Podobnie zresztą było z OPL, gdzie
codziennie Starzyński miał coś do polecenia i do doradzenia.
W dniu 8 września, kiedy Warszawa dowiedziała się o nominacji Starzyńskiego na Komisarza
Cywilnego, sytuacja wojskowa Stolicy była już tak opanowana, że wzruszeniem ramion i oburzeniem
tylko witano komunikat niemieckiego dowództwa o wdarciu się do Warszawy. Wierzono w wysiłek
żołnierza polskiego, który w obronie Stolicy stawał równie dzielnie, jak na innych polach walki.
Wierzono w dowództwo wojskowe i w przywództwo cywilne warszawskie.
Gdy w osiem dni później korpus dyplomatyczny podejmuje kroki u generała Rómmla, mające na celu
ewakuację własną i w ogóle cudzoziemców z oblężonej i coraz silniej ostrzeliwanej z ziemi i powietrza
Warszawy, Starzyński przyjmuje tę wiadomość z niechęcią, ale i nieuniknioną bezradnością. Wie, że
z natury rzeczy generał Rómmel musi pójść na rękę domaganiom się dziekana korpusu
dyplomatycznego. Sam Starzyński wolałby jednak mieć dalej tu, na miejscu, wiarogodnych świadków
barbarzyństwa niemieckiego i heroizmu polskiej obrony.
Starzyński reprezentuje przez cały czas pełnienia obowiązków Cywilnego Komisarza Obrony postawę
ofensywną. Jest zwolennikiem działań zaczepnych i czeka stale na pomyślne echa podjętego przez
generała Kutrzebę ataku dwóch armii polskich na hitlerowską nawałę. Gdy 17 września ofensywa
Kutrzeby zostaje rozbita, jest tym wzburzony więcej niż innymi szczególnie ważnymi zdarzeniami z tej
daty. Poprzednio zaś podzielał pogląd tej części sztabowców i podkomendnych generała Rómmla,
którzy go nakłaniali do bardziej ofensywnej pomocy działaniom Armii „Pomorze” i „Poznań”. Jak
wiadomo, postawa dowódcy Armii „Warszawa” była odmienna, wynikająca tak z zadań ustalonych
rozkazem naczelnego wodza, jak pesymistycznej oceny możliwości sukcesu proponowanej akcji
wsparcia.

Nildesperandum

Przegrane bitwy kampanii wrześniowej 1939 roku nie były jedynymi wydarzeniami mogącymi
zachwiać morale społeczeństwa polskiego. Na arenie międzynarodowej było takich tragicznych
faktów wiele w długim, początkowo trudnym okresie wojennym. Dopiero rok 1943 zaczął nieść
wielkie sukcesy aliantów, mogące krzepić ducha, jak zwycięska bitwa stalingradzka, wypędzenie
Niemców z Afryki Północnej czy lądowanie we Włoszech. Poprzednio Niemcy odnosili ustawiczne
zwycięstwa, mogące podciąć wiarę w końcowy wynik. Szczególnie groźnie przedstawiała się klęska
i kapitulacja Francji latem 1940 roku. Ale społeczeństwo nie poddało się oddziaływaniu tych ciosów
i trwało zdecydowanie na pozycjach walki o niewątpliwe w jego oczach odzyskanie wolności.
Za dni wrześniowych poważnym, a nieoczekiwanym ciosem dla polskiej opinii publicznej stało się
w dniu 17 września 1939 wkroczenie wojsk radzieckich na ówczesne wschodnie ziemie
Rzeczypospolitej oraz opuszczenie kraju przez prezydenta Rzeczypospolitej i przez rząd polski.
41

Ja sam rozważałem wówczas z niepokojem powstałą sytuację. Widziałem jasno ewentualne
bezpośrednie skutki, nie potrafiłem przewidzieć końcowego rozwoju wypadków. Ale, jak wszyscy, nie
traciłem nadziei na końcowe zwycięstwo sprawy polskiej.
„Nie wolno nawet w tak nieszczęsnej chwili, kiedy wszystko zdaje się walić w gruzy, wątpić
o przyszłości. Z myślą o niej należy zadawać wrogowi cios za ciosem, jak długo tylko można.”
Taka formuła wydaje mi się syntezą ówczesnej postawy Stefana Starzyńskiego, ludzi z jego otoczenia
oraz społeczeństwa, które szło za nim i w dniach po 17 września 1939.
Po klęsce Francji myślano też przeważnie: „To nie jest jeszcze koniec wojny.” Zdarzali się wtedy ludzie
złamani na duchu, społeczeństwo - jako całość - zachowało swą odporność. Taka postawa pozwoliła

41
Wydarzenia polityczne, o których wspomina Autor, mają swoją bogatą literaturę naświetlającą je z różnych
punktów widzenia. Historiografia radziecka kładzie nacisk na zagrożenie Związku Radzieckiego ze strony Japonii
i III Rzeszy oraz na niebezpieczeństwo militarnej konfrontacji z armią niemiecką.
Radziecka motywacja wkroczenia wojsk na wschodnie tereny Polski zawarta jest m. in. w dwunastotomowym
dziele historyków radzieckich Historia drugiej wojny światowej:
„Rząd polski w nocy z 17 na 18 września uciekł do Rumunii, zostawiając naród i kraj; swą krótkowzroczną
polityką doprowadził on do katastrofy narodowej. W tych warunkach rząd radziecki był zmuszony do
rozpoczęcia akcji dyplomatycznych i wojskowych, ażeby obronić ludność Zachodniej Ukrainy i Zachodniej
Białorusi od faszystowskiej niewoli. Wierny swemu internacjonalistycznemu obowiązkowi rząd ZSRR 17
września 1939 r. wydał Armii Radzieckiej rozkaz przekroczenia granicy państwowej i powstrzymania dalszego
ruchu wojsk hitlerowskich na wschód. Wojska radzieckie wykonały ten rozkaz.” (Historia drugiej wojny
światowej 1939- 1945, tom trzeci, tłumaczyli M. Juchniewicz, L. Onichimowski, Wyd. MON, Warszawa 1978, s.
37-38.)
narodowi nie zrezygnować z walki przez cały czas okupacji. Taka postawa nie dała pola do działania
małodusznym, którzy tracąc nadzieję, stawali się potencjalnymi kandydatami do kolaboracji.
Ta postawa, świadoma lub podświadomie odczuwana, legła u podłoża nieustannego oporu wobec
okupanta we wszelkich formach. To ona, obok bohaterstwa żołnierza, stawała się „natchnieniem
świata”.

KomitetObywatelski

Przedrukowany w dziele Cywilna obrona Warszawy we wrześniu 1939 (s. 106-107) komunikat
dowódcy Armii „Warszawa” o powołaniu do życia Komitetu Obywatelskiego „celem reprezentowania
interesów społecznych i gospodarczych ludności” nie jest zaopatrzony w datę. Nie można zaś
przyjmować za datę decyzji czy komunikatu daty umieszczonej w dopisku pod tekstem, wskazującym
na źródło, z którego następuje przedruk („Robotnik” 1939, nr 263 z 21 września).
Na stronie XX to samo dzieło podaje za generałem Rómmlem, że powołał on Komitet Obywatelski
w dniu 15 września.
Wreszcie tamże, na s. XXI, stwierdza się pod datą 17 września, że tego to właśnie dnia „w siedzibie
Dowództwa Armii «Warszawa»- przy ulicy Rakowieckiej odbywa się pierwsze posiedzenie Komitetu
Obywatelskiego, któremu przewodniczy gen. Rómmel”.
Można by jeszcze dodać, wciąż odwołując się do tego samego dzieła, że gdy lista członków Komitetu
Obywatelskiego na s. 107 Cywilnej obrony - wraz z dwuosobowym sekretariatem, a bez
przewodniczącego i jego zastępcy - liczy nazwisk siedemnaście, to na odezwie tego Komitetu
drukowanej na s. 125 figuruje (nie licząc przewodniczącego) już dwadzieścia pięć podpisów członków
Komitetu, przy czym nie ma wśród nich niektórych jego członków, i to tak wybitnych, jak Mieczysław
Niedziałkowski.
Co jest w tych twierdzeniach i przedrukach zupełnie dokładne? Skład Komitetu w chwili jego
powstania oraz informacja o jego znacznym poszerzeniu, dokonanym w dniach od pierwszego
posiedzenia do wydania odezwy związanej z kapitulacją. Fakt, że pierwsze posiedzenie odbyło się
w siedzibie generała Rómmla na ulicy Rakowieckiej i pod jego przewodnictwem, a także, że dalszym
posiedzeniom plenarnym przewodniczył już Stefan Starzyński i że on też w takim charakterze
podpisał odezwę z 28 września.
Ale nasuwają się i zdecydowane wątpliwości.
Dotyczy to zarówno daty aktu dowódcy Armii „Warszawa”, powołującego Komitet Obywatelski do
życia, jak nade wszystko daty inauguracyjnego posiedzenia Komitetu.
Sam dawniej jeszcze, nim ukazała się Cywilna obrona, podawałem z pamięci, że powołanie Komitetu
do życia nastąpiło 16 września. Dziś jednak widzę podstawy do powątpiewania, czy akt powołania
Komitetu pochodził z tej daty. Zdecydowanie zaś muszę zakwestionować dzień siedemnastego jako
datę pierwszego posiedzenia plenarnego Komitetu
42
, których zresztą w ogóle było bodaj nie więcej
niż trzy.

42
Znany mi z maszynopisu pamiętnik pik. Wacława Lipińskiego (Wrześniowa obrona Warszawy w roku 1939)
zawiera m.in. opis spotkania, odbytego u gen. Rómmla w dniu 17 września 1939. Wacław Lipiński wspominając,
że udał się wraz ze Starzyńskim do gen. Rómmla w tym dniu na tle m.in. zaniepokojenia wiadomością od płk.
Dzień 17 września zapisał się niezatarcie w pamięci polskiej. Wypadki tego dnia stały się przedmiotem
wszystkich rozmów i mniej lub bardziej ożywionych dyskusji. Nie mogę sobie wyobrazić, abym nie
wyniósł w mej pamięci wyraźnej asocjacji pomiędzy tymi zdarzeniami a posiedzeniem Komitetu,
gdyby występowała zbieżność daty. A tymczasem ani sprzed mojej pieszej wędrówki z siedziby
służbowej (na ulicy Długiej 25) na posiedzenie Komitetu, ani ze spotkania odbytego po drodze
w cukierni Starorypińskiego na rogu Marszałkowskiej i Pięknej (Piusa), ani z debat Komitetu czy
okolicznościowych pogawędek w gmachu Dowództwa Armii na Rakowieckiej oraz gdzie indziej tego
dnia nie zachowałem związku pomiędzy datą posiedzenia Komitetu Obywatelskiego i datą
pamiętnego wydarzenia historycznego.
Przebieg mego zetknięcia się ze sprawą pierwszego posiedzenia Komitetu Obywatelskiego
przedstawiał się następująco. We wczesnych godzinach przedpołudniowych zostałem wezwany
specjalnie do Starzyńskiego. Stawiłem się zaraz. Oznajmił mi, że powstał Komitet Obywatelski, że jego
listę zaproponował sam, że generał Rómmel dodał do niej dwa czy trzy nazwiska osób (których
Starzyński nie uważał za szczególnie reprezentatywne, ale nie widział powodu sprzeciwiania się), że
posiedzenie inauguracyjne Komitetu ma się odbyć późniejszym popołudniem tego samego dnia i że
mam na nim być obecny jako jeden z członków. „Ciebie i Pohoskiego objąłem listą członków Komitetu
Obywatelskiego” - wyjaśnił Starzyński.
Z ratusza od Starzyńskiego wróciłem do siebie, czyli do kwatery Komendy OPL Miasta przy ul. Długiej
25. Dałem stosowne wskazówki w związku z przewidywaną kilkugodzinną nieobecnością
i zdecydowałem wyjść na posiedzenie Komitetu znacznie przed terminem, tak aby nie tylko w drodze
pieszej z Długiej na Rakowiecką stwierdzić naocznie, w jakim stanie jest aktualnie Śródmieście, ale
i stawić się na umówione spotkanie z dawną znajomą z lat młodzieńczych, która poprzednio
telefonicznie przedstawiła mi swoją bezradność w sytuacji, kiedy to ona zaskoczona przez wojnę w
Warszawie, została bez środków materialnych, przyjaciół i oczywiście bez możności doraźnego
powrotu do miejsca stałego zamieszkania. Uzgodnionym miejscem spotkania była wymieniona już
cukiernia, a czasem - godzina wcześniejsza o około dwie od terminu posiedzenia na Rakowieckiej.
W cukierni, do której szedłem Marszałkowską pokrytą niemal na całej długości pokładem odłamków
muru i szkłem, zaskoczył mnie nieoczekiwanie spokojny nastrój. Podawano tu stosunkowo nielicznym
klientom gorącą herbatę i ciastka, kelnerzy pracowali bez zdenerwowania, nie odnosiło się wrażenia
zagrożenia czy tym więcej strachu, ceny były przystępne, jakby normalne, przedwojenne. Moja
znajoma już na mnie czekała. Pocieszyłem ją, doraźnie jej pomogłem, dałem trochę rad, tyle wartych,
co wszelkie wskazówki w ówczesnej niepewnej sytuacji. Gdzieś chyba około czwartej po południu
ruszyłem pieszo dalej.
Na Rakowieckiej byłem w wyznaczonym terminie, z pewnym nawet wyprzedzeniem. O ile mi się
zdaje, posiedzenie miało się odbyć o godzinie piątej po południu. Nie od razu jednak Komitet
rozpoczął obrady. Nastąpił alarm lotniczy. Przybyłych zaproszono do podziemi, gdzie zresztą było
miejsce pracy oficerów sztabu. Wkrótce jednak można było wrócić do właściwej sali.
Naradę otworzył generał Rómmel. Ani z jego przemówienia, ani z następnych nielicznych wystąpień
nie mam szczególnie istotnych wspomnień. Zdaje mi się też, że na tym posiedzeniu nie wyłoniono
jeszcze żadnych organów komisyjnych Komitetu. Generał Rómmel ograniczył się do zreferowania

Arciszewskiego o zamiarze utworzenia nowego rządu w Warszawie, konkluduje swoje sprawozdanie uwagą
następującą: „Ostatecznie skończyło się na tym, że generał powołał do życia Komitet Obywatelski.” Data więc
17 września 1939 może być wiązana z powstaniem koncepcji Komitetu Obywatelskiego, ale bynajmniej nie z
jego posiedzeniem inauguracyjnym. (Przyp. aut.)
sytuacji i zadań Komitetu, tak jak je rozumiał, oraz przedstawił Starzyńskiego jako przewodniczącego,
zastrzegając sobie przewodnictwo na posiedzeniach, jeśli sam będzie obecny.
Szereg komisji Komitetu wyłoniono na drugim posiedzeniu, odbytym już w gmachu ratusza. Wówczas
to wszedłem do trzyosobowej podkomisji dla zagadnień lokalowych wraz z Andrzejem Wierzbickim
(ta podkomisja działała parę dni, opracowując wytyczne postępowania kwaterunkowego).
Najważniejsza komisja, nosząca nazwę Komisji Ogólnej, mająca być organem politycznym,
uprawnionym do działania w zastępstwie plenum Komitetu, miała w oczach Starzyńskiego tę zaletę,
że była organem tylko kilkuosobowym, łatwym do zwołania, grupującym czołowych działaczy
polityczno-społecznych, gwarantującym więc przemyślane i rozważne decyzje.
Na czele Komisji Ogólnej stanął mecenas Leon Nowodworski, także nie figurujący na pierwotnej liście
członków Komitetu, co potwierdza moje domniemanie, że Komisji nie wyłoniono jeszcze na
inauguracyjnym posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego. Za tym zresztą przemawia jeszcze jedno: na
plenum przy udziale generała Rómmla Starzyński mógł się lękać wejścia w skład komisji kogoś
„niedostatecznie reprezentatywnego”, jak poprzednio określał członków Komitetu powołanych
z inicjatywy osobistej generała.
Do Komisji Ogólnej należeli niewątpliwie - poza Nowodworskim - Niedziałkowski, Śliwiński,
Lubomirski i sam Starzyński. Mówię tu, oczywiście, o pierwotnym składzie członkowskim Komisji
Ogólnej, która - tak jak i inne komisje - ulegała zmianom personalnym, z reguły w kierunku
wprowadzania nowych osób. Tak było za Starzyńskiego, tak było i potem, po jego aresztowaniu.
W późniejszym okresie brali stały udział w tej komisji również Maciej Rataj i Janusz Radziwiłł.
Przypominam też sobie obecność na posiedzeniu Komisji Ogólnej Zygmunta Zaremby i bodaj
profesora Romana Rybarskiego. Jednak obecność tych osób niekoniecznie musiała wynikać z tytułu
formalnego wchodzenia w skład komisji. Do Komisji Aprowizacyjnej Komitetu na przykład,
w miesiącach kiedy pracowała już za mego kierowania Zarządem Miejskim, zapraszano różnych
znawców i rzeczoznawców do udziału w obradach doraźnie lub na stałe. W tym ostatnim przypadku
granica pomiędzy formalnym członkostwem a faktycznym stałym udziałem w pracach wręcz zacierała
się. Nie można jednak tego zastosować schematycznie do Komisji Ogólnej, gdzie zasada szczupłego
grona czołowych działaczy nie była nigdy podważana.
Drugie posiedzenie plenarne, jak już wspomniałem, odbyło się w ratuszu. Brałem w nim również
udział. Poza wyłonieniem szeregu komisji i podkomisji nie zapamiętałem szczegółów. Było to wkrótce
po pierwszym posiedzeniu.
Następne plenarne posiedzenie Komitetu było zwołane w dniu 26 września na godzinę piątą lub
szóstą po południu w związku z problemem konieczności kapitulacji. Jako członek Komitetu
przybyłem i na to posiedzenie do siedziby metodystów na placu Zbawiciela. Jednak w ostatniej chwili
zebranie plenarne Komitetu zostało odwołane i zastąpione posiedzeniem Komisji Ogólnej. Nie
należąc do składu Komisji lokal opuściłem wraz z przedstawicielem Dowództwa Wojskowego
pułkownikiem Marianem Kułakowskim, który w krótkiej rozmowie poinformował mnie, jako
kwatermistrz armii, o beznadziejnej sytuacji w różnych dziedzinach zaopatrzenia, w tym również
w dziedzinie amunicji.
Komitet Obywatelski nie odegrał niewątpliwie tej roli, co jego warszawski imiennik z czasów
pierwszej wojny światowej. Ale był pożyteczny i taką opinię Starzyński wypowiadał. Jeśli chodzi
o mnie, to Komisja Ogólna stała się tym ciałem, w którym szukałem rady i aprobaty w sprawach
moich działań w okresie bezpośrednio po aresztowaniu prezydenta Starzyńskiego. Trudności
późniejszego udzielania się w pracy oraz aresztowania członków Komisji Ogólnej uniemożliwiały
zwoływanie jej, w przeciwieństwie do niektórych innych komisji Komitetu, zwłaszcza do Komisji
Aprowizacyjnej, która współdziałała z Zarządem Miejskim jeszcze przez szereg miesięcy 1940 roku.
Do roli odegranej przez Komisję Ogólną Komitetu Obywatelskiego w momencie przejmowania przeze
mnie kierownictwa Zarządu Miejskiego powrócę dalej, omawiając aresztowanie Starzyńskiego przez
gestapo, moją w jego sprawie interwencję u niemieckiego nadzoru oraz objęcie przeze mnie
kierownictwa.

NiewczesnypomysłpowołaniarząduwoblężonejWarszawie

Któregoś dnia w drugiej połowie września spotkałem na ulicy „Lalusia” (inż. Antoniego
Krahelskiego).
43
Po wymianie paru okolicznościowych zdań Laluś powiedział do mnie:
„Nie wiem, czy wiecie, że w pewnym gronie powstała ostatnio koncepcja utworzenia rządu w
Warszawie, mającego zastąpić ten, który opuścił kraj, oraz że w związku z tym omawiano i waszą
kandydaturę, typując was na resort informacji i propagandy.”
„Co za nieprawdopodobne bajki opowiadacie!” - zareagowałem dość energicznie.
„Ależ tak było, doprawdy! Wiem o konwentyklu, który nad sprawą się naradzał.”
„Cóż za tępacy mogli myśleć o tworzeniu rządu na terenie oblężonego miasta?”
„Uspokójcie się! Nieodpowiedzialnych niezwłocznie przywołano do porządku.”
Krahelski przeszedł do innego tematu i nasza rozmowa wkrótce dobiegła końca.
O sprawie w ogóle nie zasługującej na wzmiankę wspominam tylko dlatego, że o koncepcji
stworzenia rządu w Warszawie we wrześniu 1939 pisali różni autorzy, powtarzający, jak sądzę, cudze
domysły i pomyłki. Pisał na przykład dr Marian Marek Drozdowski na s. 167 swej książki Alarm dla
Warszawy, wydanej przez Wiedzę Powszechną w roku 1964, pisał Jan Ciałowicz, poświęcając temu
tematowi cały rozdział książki Od Kościuszki do Sikorskiego, wydanej przez Społeczny Instytut
Wydawniczy „Znak” w 1971 roku.
Jako członek Komitetu Obywatelskiego, który brał udział w jego pierwszym (inauguracyjnym)
posiedzeniu, pragnę stwierdzić przede wszystkim, że nie przypominam sobie zupełnie, aby na tym lub
innym plenarnym zebraniu Komitetu zabierał głos w sprawie powołania rządu ktokolwiek, a w
szczególności Wacław Lipiński, ani żeby toczyła się jakakolwiek nad tą sprawą dyskusja.
Poprzednio w niniejszej pracy zakwestionowałem datę pierwszego posiedzenia Komitetu
Obywatelskiego, wiązaną przez niektórych pisarzy z dniem 17 września. Tak czy inaczej nie do
pomyślenia jest, aby niewczesny pomysł zrodził się przed opuszczeniem przez dotychczasowy rząd
polski granic państwa, ściślej - przed dotarciem o tym wiadomości do Warszawy.
Również wskazywana na ósmą wieczorem godzina spotkania grona „panów, którzy mieli wejść do
projektowanego rządu” (chyba raczej inicjatorów pomysłu niż „kandydatów” do tek) z generałem
Rómmlem i towarzyszącymi mu oficerami przeczy łączeniu sprawy z pierwszym posiedzeniem
Komitetu Obywatelskiego, które zakończyło się dość znacznie przed ósmą.

43
Przezwisko „Laluś” wyniósł Krahelski z domu rodzinnego. Stosowali je przyjaciele „Lalusia” i za jego lat
dorosłych. (Przyp. aut.)
Mam najgłębsze przeświadczenie, że Komitet Obywatelski w ogóle nie miał żadnego związku z tą
niewczesną inicjatywą, choć nie mogę wykluczyć, że poszczególni jego członkowie mogli byli doraźnie
i do czasu otrzymania odprawy być jej zwolennikami, a nawet inicjatorami.
Zaufanie natomiast budzą we mnie zapiski pułkownika Wacława Lipińskiego, który pisze o tej sprawie
w swych nie drukowanych wspomnieniach pt. Wrześniowa obrona Warszawy w roku 1939.
44

Najpierw omawia on rozmowę z pułkownikiem Arciszewskim ze sztabu Rómmla, który stwierdza, że
„trzeba stworzyć rząd, który by Polskę reprezentował”. Zaniepokojony tym oświadczeniem oraz
niektórymi zamierzeniami generała Rómmla, Lipiński alarmuje Starzyńskiego i razem udają się do
Dowództwa Armii. Tam zgłaszają Rómmlowi energiczny protest, na który generał odpowiada prośbą
o zachowanie spokoju i o udanie się wraz z nim na zebranie, „na którym sprawę się wyjaśni”. Jednak
przed wyjściem Lipiński rzuca okiem na listę leżącą na stole: zawiera ona skład projektowanego
rządu, z Rómmlem jako premierem i ministrem spraw wojskowych i Lubomirskim jako ministrem
spraw zagranicznych. Na posiedzeniu, które zaczęło się o ósmej wieczorem, byli obecni ci, „których
nazwiska widziałem na liście”, oraz kilku oficerów ze sztabu Rómmla. „Zorientowałem się - pisze dalej
Lipiński - że poza Lubomirskim, który musiał być inicjatorem całej tej afery, nikt z panów cywilnych
nie zdawał sobie sprawy, po co został zaproszony na to zebranie, nic o projekcie utworzenia rządu nie
wiedząc.” I dalej: „Rómmel [...] nie wspomniał już ani słowem o zamiarze jego tworzenia”,
zapowiedziawszy tylko, że poprosił na naradę, „aby się dowiedzieć, co przedstawiciele społeczeństwa
myślą o sytuacji, jaka się wytworzyła...”
Cała sprawa nabrała rozgłosu ponad swe znaczenie, skoro jednak tak się stało, dobrze byłoby ustalić
rzeczywiste źródło nierozważnego pomysłu.

PracaOPL
45

Wiele razy dawał prezydent Stefan Starzyński wyraźne i dobitne dowody uznania dla pracy aparatu
OPL tak w toku oblężenia i bombardowania Warszawy, jak w momencie kapitulacji. Znalazł też czas
na ponowienie podziękowania za dobrze spełnioną służbę w tekście wydanego przez siebie
zarządzenia o likwidacji organizacji (w zakresie dotychczasowych jej zadań).
Niestety, nie zachowały się akta Komendy Miasta OPL z września 1939, podobnie jak to się stało
z aktami późniejszej działalności prezydium Zarządu Miejskiego w okresie okupacji hitlerowskiej.
Ściślej mówiąc, akta OPL nie zostały odnalezione, gdyż - jak mnie poinformował po latach mój
zastępca w Komendzie Miasta OPL pułkownik Czerniewski - zakopał on je w pobliżu siedziby
komendy, czyli gmachu Teatru im. Bogusławskiego. Nie sprecyzował jednak miejsca w sposób, który
by pozwolił na zainteresowanie sprawą czynników mogących technicznie przeprowadzić niezbędne
poszukiwania.

44
Maszynopis w Ossolineum we Wrocławiu, oznaczony symbolem L. 13141/III. (Przyp. aut.)
45
W wydanym w roku 1965 przez PWN tomie pod tytułem Cywilna obrona Warszawy we wrześniu 1939
zamieszczona została na s. 239-246 moja Relacja o organizacji i funkcjonowaniu OPL Warszawy we wrześniu
1939. Tu pragnę dorzucić dalsze szczegóły dotyczące tej organizacji. Ponadto chcę na tym miejscu sprostować
niedostatecznie jasno w owej relacji sformułowaną kwestię liczebności aparatu OPL. Słowa (na s. 241 i 245)
mówiące o kilkutysięcznym zespole dotyczyły wyłącznie osób pracujących na szczeblu komendantów bloków i
wyżej. Uwzględniając pełną obsadę poszczególnych bloków, należałoby mówić o liczbie rzędu minimum
kilkunastu tysięcy członków organizacji. (Przyp. aut.)
Brak dokumentacji i konieczność opierania się wyłącznie na pamięci i nielicznych przyczynkach
pamiętnikarskich powoduje, że o działalności OPL wie się obecnie znacznie mniej niż o innych
organizacjach powołanych do życia we wrześniu 1939, które pozostały w posiadaniu choćby części
materiałów archiwalnych.
W szczególności szczęśliwie zachowała się część aktów Komendy Głównej Straży Obywatelskiej, która
miała obowiązek przejęcia całej dokumentacji OPL, z aktami Komendy Miasta OPL włącznie.
Komendant Straży Obywatelskiej Janusz Regulski wydał zresztą stosowny rozkaz wykonawczy,
przydzielając poszczególnym jednostkom straży obowiązek zaopiekowania się aktami poszczególnych
komend OPL. Niestety, w swych wspomnieniach były komendant główny Straży Obywatelskiej nie
mówi o sposobie zrealizowania tej części polecenia prezydenta Starzyńskiego, która dotyczyła
Komendy Miasta OPL. Podobnie, o ile wiem, nikt z byłych członków Komendy Straży nie ujawnił, jak
jej organa wykonały ten swój obowiązek lub dlaczego wykonać go nie mogły. W ten sposób zachodzi
konieczność przyjęcia, jako niespornej, informacji pułkownika Czerniewskiego o zakopaniu przez
niego aktów Komendy Miasta OPL.
W dniu likwidacji aparatu kierowniczego OPL, czyli dnia 28 września 1939, musiałem bezzwłocznie
powrócić do pracy wiceprezydenta. Po wydaniu odpowiednich dyspozycji niższym szczeblom
Komendy OPL, i w szczególności memu zastępcy, przestałem się interesować minioną działalnością,
pochłonięty w pełni bieżącą. Powinienem był w zasadzie osobiście sprawdzić sposób zabezpieczenia
aktów Komendy Miasta OPL. Ale przede wszystkim nie miałem wątpliwości, że mój zastępca zrobi to
najlepiej, jak będzie możliwe, a następnie nie można było w najbardziej apokaliptycznych
przypuszczeniach przewidzieć takich rozmiarów zniszczenia miasta, jakie obłędny zbrodniarz
hitlerowski zastosował wobec Warszawy po zgnieceniu Powstania w 1944 roku.
46

Odznaczenie mnie przez Starzyńskiego Krzyżem Walecznych „po raz czwarty” było także wyrazem
dodatniej oceny pracy podległego mi aparatu OPL we wrześniu 1939. Wręczając mi tymczasowy
dowód nadania Krzyża Walecznych, Starzyński dodał następujące słowa: „Powinienem ci przyznać
według zasług Virtuti Militari. Obecnie mam do dyspozycji tylko jeden krzyż Virtuti. Muszę go nadać
inżynierowi Antoniemu Olszewskiemu. W całej pełni i on na to zasłużył swoją pracą i postawą pod
ogniem nieprzyjaciela.
47
Myślę, że w takiej sytuacji nie weźmiesz mi tego za złe, tym bardziej że już
masz Virtuti za lata bojów legionowych.”
Nie tylko nie wziąłem mu „za złe”, ale w owej chwili dziejowej byłem bardzo mało skłonny do
szczególnego przejmowania się kwestią odznaczeń. Dziwiłem się Starzyńskiemu, że znajduje czas i siły
na tę dość absorbującą funkcję oceny wrześniowych zasług i przyznawania odznaczeń w ramach
upoważnienia otrzymanego od dowódcy Armii „Warszawa”, generała Rómmla.
Nie mogę się powstrzymać, żeby nie podać pewnego, dość charakterystycznego aspektu tej kwestii.
Mianowicie wtedy nie przeczuwałem, że odznaczenie mnie krzyżem Virtuti może mieć w przyszłości
znaczenie praktyczne. Gdy dawne sprzed lat Virtuti nie dawało w PRL przywilejów, to odznaczenie
tym orderem w okresie drugiej wojny światowej powodowało automatyczny wzrost emerytury o
25%. Krzyżowi Walecznych taki przywilej nie przysługiwał i do dziś nie przysługuje. Przez pewien czas

46
Zarządzenie o likwidacji przewidywało przekazanie aktów Komendy Miasta OPL Komendzie Straży
Obywatelskiej, która ze swej strony wydała stosowne dyspozycje. Nie znam okoliczności, dla których płk
Czerniewski nie zdał aktów Straży Obywatelskiej, lecz postanowił zakopać je w ziemi. (Przyp. aut.)
47
Inż. Antoni Olszewski był dyrektorem Wydziału Technicznego Zarządu Miejskiego. Łączyła go zbieżność
imienia i nazwiska z wymienianym również w tych wspomnieniach inż. Antonim Olszewskim, prezesem
Delegacji Polskiej w Komisjach Mieszanych w Moskwie. (Przyp. aut.)
taka różnica w uposażeniu emerytalnym miała dość istotne znaczenie dla moich warunków
bytowania.
Dzisiaj wspominam z sentymentem pracę w służbie OPL, ocenioną wysoko przez Starzyńskiego nie
tylko przez odznaczenie mnie i wielu kolegów z OPL, ale i w słowach, które przy komunikowaniu mi
o nadaniu Krzyża Walecznych wypowiedział.
Dla porządku dodam, że moja działalność w roku 1939 na rzecz szpitala Związku Polskich Kawalerów
Maltańskich w Warszawie przyczyniła się też do odznaczenia mnie. Wielkie Magisterium Zakonu
Kawalerów Maltańskich nadało mi Wielki Krzyż Zasługi z gwiazdą.

KapitulacjaWarszawy

Obrona Warszawy w ścisłym znaczeniu tego słowa mogła być jedynie, i była, dziełem wojska.
Zaprzestanie działań zbrojnych i kapitulacja mogły być tylko i stały się aktem decyzji polskiego
dowództwa wojskowego.
Komisarz Cywilny Obrony Warszawy, poszczególni działacze cywilni, polityczni i społeczni, oraz cała
ludność odegrali w obronie Warszawy olbrzymią rolę, udzielając wszelkiej możliwej pomocy
i wsparcia działaniom wojska, dostarczając ochotników do szeregów obrońców i biorąc udział wre
wszelkich niezbędnych akcjach pomocy technicznej, a nade wszystko zapewniając spokojne i życzliwe
zaplecze.
W sprawie kapitulacji działacze polityczni i społeczni Warszawy - czyli przede wszystkim ich
przedstawicielstwo w postaci Komitetu Obywatelskiego - mogli byli wypowiedzieć swoją ważką
opinię, nie mieli jednak z natury rzeczy uprawnień do decyzji. Tę opinię w imieniu Komitetu
Obywatelskiego wypowiedziała jego Komisja Ogólna w warunkach, o jakich już częściowo
wspominałem. Ludność była już wtedy pozbawiona elementarnych warunków trwania w oblężonym
mieście o zniszczonych podstawowych urządzeniach komunalnych. Odczuwała nade wszystko brak
pożywienia i wody, ale właściwie i środków ratunku przed pożarami i bombardowaniami, a często
i znośnego dachu nad głową. Warunki sanitarne pogarszały się z dnia na dzień. O sytuacji przesądzało
jednak ostatecznie położenie czynnych obrońców miasta. Kurczące się gwałtownie zapasy amunicji
groziły uniemożliwieniem wszelkiej walki, co było najważniejszą okolicznością, nie mówiąc o tym, że
wojsko też dotkliwie odczuwało różne braki, podobnie jak ludność cywilna.
Generał Rómmel, dowódca Armii „Warszawa”, po konsultacjach z wyższymi wojskowymi i sztabem
oraz po zasięgnięciu opinii czynnika obywatelskiego, stanął w obliczu nieuniknionej konieczności
decyzji kapitulacyjnej.
W dniu 27 września rano udali się parlamentariusze polscy do dowódcy 8 armii niemieckiej celem
omówienia warunków kapitulacji. Rozejm został zawarty. Działania wojenne zawieszono o godzinie
czternastej tego dnia.
Bohaterska walka z najeźdźcą ustała.
Określił ją Starzyński w swym ostatnim przemówieniu radiowym do ludności (24 września) zwrotem,
który przeszedł do historii: „Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i chwały.”
Różnorodnie teraz reaguje żołnierz i mieszkaniec Stolicy na ciszę, jaka zaskakuje miasto. Są objawy
zrozumiałej ulgi z powodu ustania ostrzeliwania miasta, jest konsternacja, rozważanie przyczyn
ustania ognia, ujawnia się przygnębienie i rozpacz, a niekiedy i protest przeciwko nieuniknionemu.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z okoliczności, jakimi musiało kierować się dowództwo polskie
przerywając walkę.
W dniu następnym rokowania miarodajnych czynników wojskowych są kontynuowane. Rozejm jest
przesądzony na okres do południa dnia 29 września. Do tego czasu muszą być uzgodnione warunki
kapitulacji.
W pertraktacjach bierze tym razem udział i prezydent Stefan Starzyński wraz z trzema szefami służb
miejskich.
Podpisanie umowy kapitulacyjnej następuje o godzinie trzynastej dnia 28 września.
Reguluje ona złożenie i zdanie broni i opuszczenie miasta przez oddziały wojskowe polskie w czasie
od 30 września do 3 października.
Układ kapitulacyjny przewiduje wyprowadzenie do Warszawy komendy niemieckiej (komendantem
miasta zostaje gen. Cochenhausen) i zarządu cywilnego niemieckiego (z von Craushaarem na czele).
Ludność cywilna ma zdać wszelką broń będącą w jej posiadaniu. Działalność organizacji politycznych
i pokrewnych zostaje całkowicie zakazana. Niemcy godzą się na dalsze działanie tylko Komitetu
Obywatelskiego, Stołecznego Komitetu Samopomocy Społecznej, Polskiego Czerwonego Krzyża oraz
pewnej liczby innych organizacji i instytucji polskich, w tym Policji i Straży Obywatelskiej.
Wprowadzona zostaje godzina policyjna. Odpowiedzialny osobiście przed okupantem za wszystko, co
dzieje się w mieście (poza działaniem wojska), prezydent Starzyński ma sobie polecone także
przedstawienie listy dwunastu zakładników.
Wydaje on, podobnie jak generał Rómmel, odezwę do ludności, czyni to także Komitet Obywatelski
oraz komendant OPL Miasta, który powiadamia też aparat blokowy OPL o pozostawieniu ich
organizacji do dalszej dyspozycji prezydenta Starzyńskiego (dla celów aprowizacyjnych „i innych”).
30 września pojawiają się w mieście pierwsze jednostki niemieckie o charakterze patrolowym. Od
następnego dnia następuje systematyczne zajmowanie miasta przez Niemców.
Objęcie Warszawy okupacją niemiecką przypieczętowuje parada wojskowa niemiecka, przyjmowana
w dniu 5 października przez tryumfującego w tym stadium wojny Hitlera.
W opisie wypadków związanych z kapitulacją powracam do określania Starzyńskiego jako prezydenta
miasta. Bowiem z chwilą ustania walk ustał pozasamorządowy charakter jego władzy cywilnej.
Starzyński przestaje być Komisarzem Cywilnym przy Dowództwie Armii „Warszawa” i Obrony
Warszawy, powracając do funkcji i tytułu prezydenta miasta. Taki podpis nosi już jego odezwa do
obywateli miasta z dnia 28 września, wydana „w związku z przerwaniem obrony miasta”. W odezwie
tej uderza, że Starzyński wspomina tylko o ustaniu swej funkcji komisarskiej przy Dowództwie Obrony
Warszawy. Oczywiście równocześnie ustawał jego komisarski zakres działania przy Dowództwie Armii
„Warszawa”, ale urażał on, że bardziej przemawia do ludności określenie wymieniające wyraźnie
tytuł nadany mu przez generała Czumę. Był do niego zresztą przywiązany i cenił go, traktując drugi
jako jego naturalne uzupełnienie, nie zmieniające przecież istoty zadań.

Problemzakładnikówpokapitulacyjnych

Układ kapitulacyjny zawierał między innymi żądanie dowództwa wojskowego niemieckiego
wskazania dwunastu osób spośród mieszkańców, którzy mieliby ponosić jako zakładnicy
odpowiedzialność - jak to podał do ogólnej wiadomości generał Rómmel w rozkazie z dnia 28
września - za ewentualne akty sabotażu. Wskazał też generał Rómmel, że zakładnicy mają składać się
„z poważnych obywateli”.
Prezydent Stefan Starzyński w swym zarządzeniu (również z dnia 28 września) w sprawie wykonania
układu kapitulacyjnego oznajmił obywatelom miasta, że on sam odpowiada „za wszystko, co się
w mieście dziać będzie poza działaniem wojska”, i dodał, wzywając do wykonania wszystkich
zarządzeń, jakie w myśl układu musi wydać, że oprócz niego odpowiadać będzie za niewykonanie
zarządzeń „dwunastu najlepszych i najzasłużeńszych Obywateli Miasta, których szanujecie
i kochacie”.
Z kolei na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego, poświęconym ustaleniu imiennej listy dwunastu
zakładników, prezydent Starzyński dał pewne dodatkowe wyjaśnienie. Gdy mianowicie
wiceprezydent Jan Pohoski, a w ślad za nim i piszący te słowa zgłosili swoje nazwiska na listę,
Starzyński je odrzucił, podając następujące wyjaśnienie: „Już w toku pertraktacji kapitulacyjnych, gdy
padło żądanie wskazania dwunastu zakładników, oświadczyłem niezwłocznie, że ja sam i moi
zastępcy przyjmiemy pełną odpowiedzialność za wykonanie postanowień układu. Wówczas
usłyszałem, że odpowiedzialność Zarządu Miejskiego rozumie się sama przez się, a tu chodzi
o dodatkową gwarancję w postaci dwunastu zakładników spośród wybitnych obywateli spoza składu
Zarządu Miejskiego.”
Wspomniane wyżej posiedzenie plenarne Komitetu Obywatelskiego, zwołane w sprawie ułożenia
żądanej listy zakładników, odbyło się w ratuszu warszawskim. Zagaił je prezydent Starzyński.
Wskazując na odpowiednie postanowienie układu kapitulacyjnego i na termin złożenia listy imiennej,
zaproponował zestawienie nazwisk zaraz na posiedzeniu. Nastąpiły z kolei głosy w dyskusji, z których
wiele stanowiło wyłącznie zgłoszenie na listę własnej osoby. Inne wskazywały na konieczność objęcia
listą przedstawicieli wszystkich sfer mieszkańców, to jest duchowieństwa, ludności żydowskiej itd.
Własne zgłoszenia członków Komitetu Obywatelskiego stanowiły ponad połowę żądanej listy.
Kandydatury osób spoza składu Komitetu uzupełniły listę do liczby dwunastu. Tym samym lista
została zestawiona całkowicie na posiedzeniu, jednak nie ostatecznie, gdyż Komitet stanął na
stanowisku, że nie wolno nikogo umieszczać na liście bez jego uprzedniej wyraźnej zgody. Komitet
upoważnił więc prezydenta Starzyńskiego do dokonania niezbędnych porozumień, a w razie
konieczności - uzupełnień. Lista jednak ostała się całkowicie w postaci omówionej na posiedzeniu
Komitetu, gdyż nikt nie zajął stanowiska negatywnego wobec umieszczenia swego nazwiska na liście
zakładników.
Również dwaj kandydaci z PPS, zgłoszeni przez Niedziałkowskiego, mimo że byli nieobecni na
posiedzeniu Komitetu, zaakceptowali swoje kandydatury. Szmul Zygelbojm, zaproponowany na
posiedzeniu jako ewentualna kandydatura żydowska, też bez wahania przyjął propozycję. Starzyński
mógł następnego dnia złożyć listę z dwunastu nazwiskami dowództwu niemieckiemu.
Według wspomnień jednego z uczestników zebrania na wstępie posiedzenia miała być rzekomo
wyrażona jego sugestia, aby cały Komitet uznał się za zakładników. Nie przypominam sobie
podobnego wniosku ani dyskusji nad nim, ale o ile taka propozycja istotnie była wniesiona, jasne jest,
dlaczego od razu upadła. Liczebność Komitetu Obywatelskiego była wówczas ponad dwukrotnie
wyższa od żądanej przez Niemców liczby zakładników. Nie było więc sensu dawać więcej
zakładników, niż Niemcy żądali.
Nie była dyskutowana na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego kandydatura Adama Czerniakowa,
którą on sam zgłosił z własnej inicjatywy - zapewne na ręce prezydenta Starzyńskiego - według zapisu
dokonanego w prowadzonym przez siebie Dzienniku (por. „Biuletyn Żydowskiego Instytutu
Historycznego w Polsce” 1972, nr 3-4 (83-84), s. 16). Prawdopodobnie Starzyński, który niedawno
powołał Czerniakowa na prezesa Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, nie chciał wystawiać
świeżo obsadzonego stanowiska na ryzyko związane ze znalezieniem się Czerniakowa na liście
zakładników.
Lista zakładników została podana do publicznej wiadomości w odezwie z 5 października 1939.
Znalazły się na niej następujące osoby: Zdzisław Lubomirski, ks. Henryk Hilchen, Ludwik Józef Ewert,
Abraham Gepner, Czesław Klarner, Antoni Snopczyński, Artur Śliwiński, Witold Staniszkis, Antoni
Baryka, Władysław Baranowski, Franciszek Urbański i Szmul Zygelbojm. Mimo oficjalnego charakteru
odezwy, pamięć moja kwestionuje pełną ścisłość listy, w szczególności jeśli chodzi o osobę ks.
Hilchena. I nie tylko pamięć, jak to wynika z dalszego mego opisu sprawy.
Zakładnicy musieli raz jeden wystąpić w tym charakterze. Dowództwo wojskowe niemieckie
zarządziło w dniu 4 października 1939 ich „honorowe uwięzienie”. Na prośbę prezydenta
Starzyńskiego wyrażono zgodę, aby miejscem uwięzienia stał się ratusz warszawski. W sali obrad,
przylegającej do gabinetu wiceprezydenta Pohoskiego, zebrało się więc w dniu 5 października
dwunastu zakładników, a na klatce schodowej i przy drzwiach objęła straż niemiecka żandarmeria
wojskowa.
Rzecz wiązała się z dokonywaną w tym dniu paradą wojsk niemieckich w Alejach Ujazdowskich,
przyjmowaną osobiście przez Hitlera. Dzień minął spokojnie i zakładnicy po niecałej dobie
przebywania pod strażą zostali zwolnieni.
Nigdy więcej zakładnicy z owej listy nie byli niepokojeni przez władze niemieckie. Zdawało się, że
z chwilą przejęcia nadzoru administracyjnego niemieckiego nad miastem z rąk wojska przez czynniki
cywilne (27 października 1939), sprawa wygasła naturalną śmiercią. Niemniej nigdy nie było żadnego
znanego mi aktu niemieckiego, który by o tym stanowił. Toteż nie zdziwiło mnie nadmiernie, kiedy
w szereg miesięcy potem zjawił się w moim gabinecie służbowym ks. Zygmunt Choromański jako
jeden z zakładników i podjął kwestię aktualności listy pokapitulacyjnej. „Dość długo to już trwa -
powiedział gość - czas byłby, aby pan prezydent zaproponował władzom niemieckim anulowanie
dawnej listy i ewentualnie ustanowienie nowej.” Słysząc tę propozycję, z całym spokojem zacząłem
rozmówcy wyjaśniać, że przypomnienie w tym momencie władzom niemieckim o istnieniu owej listy
wybitnych obywateli miasta, o której Niemcy najwidoczniej zapomnieli, wywołałoby
najprawdopodobniej natychmiastową fizyczną likwidację wszystkich zakładników. Działo się to
bowiem już w czasie, kiedy zbiorowe egzekucje mogły były przekonać każdego, że dostatecznym
tytułem do rozstrzelania czy zastrzelenia było dla okupanta należenie do polskiej elity intelektualnej
i obywatelskiej. Pod wpływem tych wywodów mój rozmówca zrozumiał całą nieroztropność swego
pomysłu i wyszedł ode mnie całkowicie przekonany. Dalszy bieg wypadków dowiódł, że miałem
najzupełniejszą rację: Niemcy nigdy nie powrócili do pokapitulacyjnej listy zakładników.
Byłem zaskoczony krótkowzrocznością mojego rozmówcy.
Ale, poza koncepcją zastąpienia dawnej listy zakładniczej nową, rzucił ks. Choromański na wstępie
i nazwisko, które mogłoby zastąpić jego, reprezentując miarodajnie stan duchowny. Było to nazwisko
ks. Hilchena. Pominąłem jednak tę sugestię zupełnym milczeniem, gdyż samą koncepcję mój
rozmówca już porzucił.
Wreszcie pragnę zaznaczyć, że ks. Hilchena znałem dobrze osobiście już przed wojną, bywałem nawet
sporadycznie u niego przed i po wojnie, nie zachodzi więc ewentualność zmylenia jego osoby z ks.
Choromańskim, z którym czasu wojny i aż do Powstania Warszawskiego 1944 roku spotykałem się
również niejeden raz.

Starzyńskitrwanaswymstanowisku

Znowu, jak w momencie wrześniowych zarządzeń ewakuacyjnych rządu, przed prezydentem
Stefanem Starzyńskim staje po kapitulacji Stolicy zagadnienie: pozostać w Warszawie czy ją opuścić?
Pytanie tym razem narzuca się znacznie bardziej ostro. Nie chodzi już bowiem tylko o odmowę
posłuchu swej legalnej władzy zwierzchniej; nie chodzi jedynie o ocenę własną, że władza nie ma
racji. Tym razem chodzi o wyraźne i bezpośrednie niebezpieczeństwo osobiste, o zagrożenie
własnego życia przez żądnego zemsty, a nie liczącego się z niczym wroga. Chodzi o poddanie się
wyrokowi śmierci, jaki zapewne już na niego wydał ów wróg w odwecie za nieugięty opór, za
ujawnienie przed światem we wrześniowych przemówieniach radiowych barbarzyństwa
niemieckiego.
Tak widzi rzeczy otoczenie i namawia prezydenta Starzyńskiego do opuszczenia Warszawy, do ukrycia
się, do przejścia do walki podziemnej, do rezygnacji z wyzywania losu przez jawne i dumne stanięcie
w obliczu przejściowo triumfującego nieprzyjaciela.
Różne formy oblekają sugestie atakujące twardą wolę prezydenta. Generał Rómmel proponuje mu
odlot właśnie przybyłym samolotem poza teren Polski. Sam nie skorzystał z tej możliwości, pragnąc
dzielić ze swymi żołnierzami ich los, ale nakłania do wykorzystania sposobności byłego Komisarza
Cywilnego swej Armii.
Radzą mu przyjaciele nie rzucać życia „na stos”, lecz oddać je dalszej pracy dla narodu i dalszej walce
z wrogiem na innych polach działania, na których nie będzie od razu wydany na łaskę i niełaskę
przeciwnika. „Możesz być gdzie indziej równie lub bardziej pożyteczny, nie narażaj się bez potrzeby.
Niebezpieczeństwo jest tak oczywiste” - tłumaczą Starzyńskiemu przyjaciele.
Różni to ludzie i różne są ich motywy. Starzyński traktuje jednak wszystkie życzliwe rady i prośby
jednakowo: postanawia wytrwać wbrew wszystkim i wszystkiemu. Konsekwentny, jak zawsze,
odrzuca wszelkie sugestie. „Tu zostanę, nie zejdę z posterunku, nie będę dezerterem” - tak oświadcza
po krótkim przemyśleniu wszystkich argumentów za i przeciw.
Ten prezydent z nominacji rządowej raz jeszcze uważa się za sługę ludności Warszawy, któremu po
prostu nie wolno jej opuścić w ciężkim położeniu; czuje się nieodwołalnie obowiązany nieść jej
wszelką możliwą pomoc lub zabiegać o nią. Tak jak po otrzymaniu wezwania mobilizacyjnego
powtarza i teraz: „W mundurze wojskowym czy bez, jest moim obowiązkiem wojennym stać na
straży dobra Warszawy i jej mieszkańców we wszelkich warunkach” - a więc i wobec okupującego
miasto najeźdźcy. Włącza się więc Starzyński w przygotowania do podziemnej walki zbrojnej, udziela
wielostronnej pomocy jej pierwszym organizatorom, ale działa wyłącznie pod znakiem swej
ratuszowej placówki, pod znakiem władzy miejskiej.
Wybrał sobie Stefan Starzyński w stanowisku prezydenta miasta po prostu posłannictwo i misję swą
pełnił z poświęceniem najwierniejszego z wiernych. Dążył do celu wbrew wszelkim trudnościom
i przeciwieństwom lat pokojowych równie konsekwentnie, uparcie i zdecydowanie, jak za tygodni
krótkiej, choć wytrwałej walki z napastnikiem i następnie okupantem Warszawy.
Długo po aresztowaniu więziony w Niemczech, musiał Starzyński wycierpieć tam przed zadaną mu
śmiercią wiele. Pociechą mu być musiało, że swej służbie krajowi i Warszawie w niczym nie uchybił,
pozostawiając po sobie wzór przywiązania i ofiarności patriotycznej bez granic.

OkupacyjninadzorcyStarzyńskiego

Z natury rzeczy - po obsadzeniu miasta przez wojska niemieckie, co zostało dokonane stopniowo do
dnia 3 października - musiał Starzyński nawiązać, a następnie utrzymywać kontakty
z przedstawicielami okupanta, delegowanymi do sprawowania władzy nad miastem.
Początkowo cała władza spoczęła - jak wypadało z faktu okupacji wojennej - w rękach wojskowego
komendanta miasta, którym został generał dywizji von Cochenhausen. Prezydent Starzyński uznał za
niezbędne złożenie mu wizyty urzędowej, którą odbył wraz z obu czynnymi wiceprezydentami -
Pohoskim i Kulskim, oraz pełniącym funkcję łącznika i tłumacza, Stanisławem Lorentzem. Wizyta
odbyła się w siedzibie komendy wojskowej miasta na placu Marszałka Piłsudskiego (obecnie -
Zwycięstwa). W hallu kilku oficerów niemieckich, zachowując się z przesadną, a widocznie zaleconą
uprzejmością, powitało przybyłych, po czym wprowadzono ich do generała. Po przedstawieniu się
i po wygłoszeniu przez prezydenta Starzyńskiego krótkiego przemówienia, w którym główny akcent
był położony na konieczność pomocy miastu ze strony władz niemieckich w zakresie aprowizacji,
sanitarnym, odbudowy itd., oraz na nadzieję przychylnej postawy zwierzchnictwa wojskowego
niemieckiego, zabrał głos generał Cochenhausen.
Starzyński mówił po polsku, tłumaczył Lorentz, generał przemawiał po niemiecku.
Przemówienie okupacyjnego komendanta miasta dotyczyło prawie wyłącznie bezpieczeństwa
Niemców w mieście. Przestrzegał on przed jakimikolwiek przejawami działań przeciwniemieckich
i groził bezwzględnymi represjami. „W razie czego z Warszawy nie zostanie kamień na kamieniu.”
Organem działania komendy wojskowej niemieckiej w sprawach miasta i jego ludności był jego
zarząd cywilny, pozostający pod kierownictwem prezydenta von Craushaara.
Dalsze kontakty Starzyńskiego z władzami okupacyjnymi wojskowymi miały więc raczej już za
adresata tego sztywnego, o postawie i wyniosłości komtura krzyżackiego, dygnitarza cywilnego, a nie
samego generała von Cochenhausena. Kontakty były dwustronne, wzajemne. Craushaar „wpadał”
wprost do Starzyńskiego, zazwyczaj bez zapowiedzi i nie licząc się z faktem, że prezydent Starzyński
może być w danej chwili zajęty. Gdy byłem kiedyś na naradzie u prezydenta miasta, Craushaar wszedł
do gabinetu i przerwawszy nasze obrady omawiał z prezydentem jakieś zagadnienie.
Poza tym sporadycznym przypadkiem spotkałem kiedyś Craushaara u Stadthauptmanna Leista
w roku 1942 lub 1943. Wezwany tam zostałem specjalnie wraz z doktorem Kipą właśnie z racji
przybycia z Krakowa tego wysokiego wówczas dygnitarza „rządu Generalnej Guberni”.
Craushaar nie był jednak jedynym „cywilnym” zarządcą Warszawy. Pod sam koniec września lub zaraz
na początku października zjawił się w ratuszu i został przyjęty przeze mnie - wobec nieobecności
wtedy Starzyńskiego - inny Niemiec, wyznaczony przez okupanta na bezpośredniego nadzorcę
Zarządu Miejskiego. Był nim niejaki Alfred Otto, posiadacz, jak przy każdej sposobności podkreślał,
dwóch doktoratów, mający sprawować w Warszawie funkcję komisarza Rzeszy dla m. Warszawy
(Reichskommissar für die Stadt Warschau). Towarzyszył mu wtedy dr Oskar Dengel, mający być jego
zastępcą, oraz niejaki Becher, legitymujący się tytułem Stadtdirektora.
Starzyński nawiązał kontakt z Otto nazajutrz. Oczywiście zreferowałem mu przedtem dokładnie
przebieg rozmowy odbytej z przybyłymi trzema Niemcami (częściowo przy pomocy tłumacza, p.
Treugutta). Zdałem prezydentowi także relację dotyczącą mojej oceny każdego z przybyszów. Otta
scharakteryzowałem jako zarozumiałego kabotyna, demonstrującego świadomie swoją
francuszczyznę i powierzchowne obycie towarzyskie, Dengla - jako szarą eminencję tego grona,
groźną z uwagi na jawną wrogość do Polaków, Bechera jako typowego podoficera niemieckiego,
sprawującego ze skrupulatnością i brakiem horyzontów funkcje wysokiego urzędnika typu
kancelaryjnego.
Później okazało się, że moje pierwsze wrażenia nie były dalekie od rzeczywistości. W urzędzie
Komisarza Rzeszy Dengel był istotnie człowiekiem zaufania partii, który stosunkowo szybko zajął
miejsce Otta. Tępawy Becher przetrwał przez cały czas okupacji, pozbawiony szerszej inicjatywy,
wyczekujący na polecenia i dyrektywy swych zwierzchników, zawsze mrukliwy i nieżyczliwy.
Zarządzenia szczególnie typowe dla wrogiego kierunku działalności Komisariatu Rzeszy dla Warszawy
podpisywał najczęściej nie Otto, lecz Dengel. To jego podpis nosiło pismo do Starzyńskiego, w którym
po raz pierwszy padła groźba, że jego sprawa zostanie przekazana gestapo. Chodziło o dotację
kilkudziesięciotysięczną dla Gminy Ewangelicko-Augsburskiej w Warszawie, wypłaconą wśród wielu
innych przez Komisarza Cywilnego Obrony Warszawy Stefana Starzyńskiego w okresie kapitulacji.
Dengel stwierdził w swym liście, że w owym momencie skarb niemiecki był już spadkobiercą państwa
polskiego, wobec czego zarządzenie Starzyńskiego o wypłacie było nielegalne. Zażądał zwrotu dotacji
pod sankcją odpowiedzialności przed gestapo. Gmina Ewangelicka (w osobie b. senatora Józefa
Ewerta) zwróciła w tej sytuacji całą sumę bezzwłocznie i sprawa na tym zakończyła się.
Tak Otto, jak jego następca Dengel, który urzędował dłużej od swego poprzednika, zakończyli swoje
kariery również z niemieckiego punktu widzenia mało zaszczytnie. Zwolnieni ze stanowisk, mieli
zrewidowane bagaże z zatrzymaniem przedmiotów przywłaszczonych. Nie przeszkodziło to im
znaleźć z kolei nowych przydziałów w innych krajach okupowanych przez armie hitlerowskie.
Starzyński miał do czynienia z nadzorem wyłącznie w osobach dra Otta i jego zastępcy dra Dengla.
Działalność Dengla jako samodzielnego kierownika nadzoru datuje się dopiero z okresu po
aresztowaniu prezydenta Starzyńskiego (w dniu 27 października 1939).

PraceStarzyńskiegopodczasokupacji

Trudno nazwać niezmordowaną aktywność Starzyńskiego w październiku 1939 systematyczną pracą.
Była to ustawiczna szarpanina, z której tylko dzięki jego wysokiemu opanowaniu i nadzwyczajnemu
wysiłkowi coś konkretnego wychodziło. „Łapać się” trzeba było właściwie za wszystko, a ustawiczne
interwencje niemieckie przeszkadzały niemal bezustannie. Nie tylko powołane po temu niemieckie
instancje okupacyjne stale miały coś do powiedzenia, ale do ratusza, a więc i do gabinetu prezydenta
miasta, ciągnęły ustawicznie nie kończące się korowody pojedynczych hitlerowców. Żołnierze,
urzędnicy, członkowie partii hitlerowskiej, cywilni Reichs- i Volksdeutsche, każdy niemal, kto miał
jakąś sprawę, bez względu na kompetencje i na sens swego żądania, wpadał do Starzyńskiego
i domagał się natarczywie, hałaśliwie, brutalnie.
Starzyński protestował u nadzoru, ten obiecywał rzecz uregulować, otoczenie starało się chronić
prezydenta od niepowołanych a gwałtownych natrętów, ale potok umundurowanych przeważnie
„petentów” niemieckich nie ustawał. Sprawy zaś, z którymi przybywali, bywały niemal z reguły jak
najbardziej fantastyczne. Tym, co się im należało według przepisów niemieckich i co od władz
niemieckich otrzymywali, nie chcieli się zadowolić. Szukali łupów i samowładztwa, a nade wszystko
możności ujawnienia tupetu i siły.
A tu trzeba było rewindykować od Niemców przyrzeczoną, a nie dotrzymywaną pomoc. Trzeba było
organizować pracę aparatu miejskiego i wznawiać usługi dla ludności. Trzeba było ujmować
gospodarkę Zarządu Miejskiego w ramy jakiegoś rozsądnego budżetowania. I trzeba było nade
wszystko pamiętać, że wojna trwa, że „Polska nie zginęła”, że trzeba organizować opór wobec
najeźdźcy, że trzeba szykować potajemnie siłę zbrojną.
We wszystkich kierunkach działał Starzyński, wspomagany przez swych zastępców oraz przez
gromadę wiernych współpracowników, równie jak on zdecydowanych poświęcać się całkowicie
zadaniom chwili, zdających swe sprawy osobiste na kradzione chwilki czasu, spędzanego z reguły - nie
wyłączając odpoczynku nocnego - w gmachu ratusza. Znowu temperament, wysiłek, talent
Starzyńskiego zdawał egzamin w umiejętnym korzystaniu ze współpracy oddanego mu aparatu
i wielu uczynnie stających do dyspozycji obywateli.
Gdy Starzyński kierował swój czas i energię na zewnątrz - na wizytację miasta czy na kontakty
z wczesnymi inicjatorami i organizatorami podziemia - brał ze sobą zazwyczaj Pohoskiego. Ten dawny
jego towarzysz działalności podziemnej sprzed i czasu pierwszej wojny światowej szczególne pod tym
względem budził teraz jego zaufanie. Mnie prezydent Starzyński widział wówczas raczej w gmachu
ratusza, przy robocie bieżącej, konkretnej, przy pracach zmierzających do odbudowy organizacji
miejskiej i jej działalności, a nade wszystko w charakterze swego zastępcy, zwłaszcza wtedy, gdy
z miejsca swego urzędowania musiał się wraz z Pohoskim oddalać.
Oczywiście mówię tu o podziale pracy w najogólniejszym zarysie. Szereg innych osób zaufania
Starzyńskiego pełniło odpowiedzialne zadania - stałe i doraźne. Pawłowicz czy Lorentz, różni inni
wartościowi współpracownicy wspomagali Starzyńskiego, jak tylko mogli - z jego dyrektywy i z
własnej inicjatywy.
Nie było teraz mowy o systematycznych kolegialnych posiedzeniach Zarządu Miejskiego. Ale przy
każdej potrzebie, w tym czy innym gronie i miejscu, następowały krótkie narady czy odprawy.
Starzyński, jak dawniej, ilekroć mógł, zasięgał opinii bezpośrednich pomocników i fachowych
doradców, ilekroć zaś nie było takiej możności - stawiał ich wobec powziętych decyzji i poleceń
zupełnie skonkretyzowanych. Współpraca była zgrana, rozumiano się wzajemnie niemal bez słów, nie
były więc potrzebne ustawiczne szczegółowe omówienia. Prezydent Stefan Starzyński miał za sobą
nie tylko autorytet uznanego zwierzchnika, ale i pozycję człowieka, który zdał celująco egzamin
wrześniowy. Nic teraz nie dzieliło, wszystko łączyło zespół kierowniczy Zarządu Miejskiego w grono
przepojone tą samą wiarą i dążeniami.
Nadzór niemiecki już w tym momencie wkraczał często i hamował możność naszego działania
W szczególności wizowanie asygnat kasowych dawało Niemcom wgląd w to, co się dzieje, oraz
możność kwestionowania tego czy innego wydatku. Ale aparat nadzoru był jeszcze w stadium
organizacyjnym, w trakcie dopływu obsady personalnej, wstępnego orientowania się w zawiłym życiu
wielkiego miasta, które przerażało niekiedy delegowanych do niego urzędników z małych miast
niemieckich nie tylko bohaterstwem upartej walki, ale i samym swym ogromem.
Okres październikowy Starzyńskiego to faza wstępna, przygotowawcza -- dla obu stron. Niemcy
czekają na ostateczne decyzje Hitlera co do losów podbitego kraju, społeczeństwo polskie myśli
o sposobach fizycznego przetrwania i dalszej walki.
Decyzje bezwzględnych zwycięzców, zapominających, że wojna trwa i może przynieść szereg jeszcze
zwrotów i zmian, dojrzewają szybko na tle buty hitlerowców. Aneksja wielkich połaci ziem polskich
i powołanie do życia swoistego organu szczątkowego polskiego zostaje przesądzona w październiku.
Powstaje osobliwy twór pod nazwą General Gouvernement na perfidnie wykrojonym skrawku ziemi
polskiej. Naród polski ma być skazany na niewolniczą służbę interesom germańskim. Nie ma więc
miejsca i na stołeczność Warszawy.
Nadaje się jej charakter miasta prowincjonalnego, nadgranicznego, w randze siedziby powiatu.
Symbol wielkości Stolicy Polski - gospodarz miasta, musi zostać odsunięty od władzy.
Gestapo aresztuje Stefana Starzyńskiego.

WytyczneStarzyńskiegodlapracyzarządumiejskiegopodokupacją

Szarpanina wysiłków prezydenta Stefana Starzyńskiego w dniach października 1939 nie była
pozbawiona, oczywiście, ideowych myśli przewodnich. Pewne dziedziczył on z własnej przeszłości,
inne - taktyczne - tworzył i kreślił obecnie w miarę ujawniania się, czym okupacja jest, czym grozi
dalej.
Dochowanie wierności państwu i interesowi narodowemu było niespornym punktem wyjściowym.
Dbałość o interes ludności Warszawy i o całość jej dorobku była kolejnym dogmatem. Trwanie przy
walce o ten interes, uporczywie, konsekwentnie, wbrew wszelkim przeszkodom, wszystkimi
możliwymi środkami, stało się kanonem, który Starzyński sprecyzował już wtedy, kiedy trwał przy
warszawskim warsztacie pracy wbrew nakazom władzy służbowej, powtórnie - gdy pozostał na
posterunku wbrew instynktowi samozachowawczemu i namowom przyjaciół.
Wróg nie liczy się z niczym, działa z reguły „per nefas” i wszystkiego po nim można się spodziewać.
Nieufność wobec niego przy pozorach współdziałania, zabieganie u niego o wszystko potrzebne
i wydzieranie mu z rąk tego, co się da, świadomość, że mogą to być tylko okruchy, ale niegardzenie i
nimi, pomaganie ludności w trwaniu, jak się da i gdzie się da, wszelka możliwa pomoc ośrodkom
walki ideowej i zbrojnej, z zachowaniem w pełni zasad konspiracji, utrzymywanie i podtrzymywanie
na duchu aparatu pracowniczego miejskiego coraz bardziej głodowo opłacanego - oto kilka
z drogowskazów pracy prezydenta Starzyńskiego, pozostawionych następnie kontynuatorom jego
prac.
Naród, a nie żadne dawne obozy polityczne, to też utrzymana z dni wrześniowych zasada, którą
kieruje się Starzyński w swej działalności pod okupacją. Partie oficjalnie nie działają już wprawdzie
z mocy zakazu kapitulacyjnego, ale pozostała w mieście i jest aktywna znaczna część dawnych
działaczy politycznych i społecznych, i to tych czołowych i wartościowych. Starzyński utrzymuje z nimi
nadal bliski kontakt i korzysta z ich rady i współdziałania. Na terenie miejskim delegacje pracownicze,
zastępujące organa związków zawodowych, nie tracą także więzi z prezydium miasta.
Podstawową wytyczną staje się: każdy polski mieszkaniec miasta powinien móc liczyć na pomoc
Zarządu Miejskiego, gdy ta jest możliwa, na krzepiące słowo, gdy na nic więcej administracji miejskiej
nie stać. Każdy Polak walczący z okupantem jest sojusznikiem. Zarząd Miejski, z reguły dobry sługa
obywateli miasta, musi nim być szczególnie teraz, gdy sile wrażej trzeba przeciwstawić zwartą
postawę ludności polskiej.
Starzyński czuje się w Warszawie okupowanej żołnierzem.
Ale żołnierzem Stolicy! Wie, że należyte pełnienie służby miastu wymaga poświęcenia jej całego
czasu, toteż nie angażuje się organizacyjnie w inne działalności. Oddaje wszakże w fazie prac
przygotowawczych wielkie usługi zarodkowi ruchu podziemnego wojskowego właśnie jako
zwierzchnik Zarządu Miejskiego.
Stefan Starzyński sprawował funkcję prezydenta Warszawy pod okupacją zaledwie jeden miesiąc
(licząc od daty kapitulacji do daty aresztowania). Ale przez ten miesiąc ustalił drogę, którą miał iść
dalej Zarząd Miejski. Właściwe drogowskazy ideowe zostały przez niego pozostawione na cały
późniejszy kilkuletni okres nocy okupacyjnej. Taktyka mogła ulegać potem zmianom, założenia
obowiązywać miały stale te same. Były one zresztą później potwierdzane przez miarodajne czynniki
polskiego podziemia, a opinia powszechna oceniała działalność tych, co musieli zastępować
uwięzionego prezydenta, porównując ją z jego postępowaniem i zadając sobie pytanie, jak postąpiłby
on w podobnym przypadku.
Uwięziony Starzyński pozostał w pamięci społeczeństwa okupowanej Warszawy i w pamięci swych
wojennych współpracowników jako żołnierski przykład wierności Narodowi i jego walce.

AresztowanieStefanaStarzyńskiegoprzezgestapo

Dnia 27 października 1939 roku
48
miałem jakieś zadanie służbowe na mieście. Gdy wróciłem do
ratusza, powitała mnie tragiczna wiadomość: gestapo było po prezydenta Starzyńskiego
i uprowadziło go ze sobą, nie pozwalając towarzyszyć mu nieodstępnemu wówczas we wszelkich
kontaktach z organami okupanta tłumaczowi i łącznikowi, doktorowi Stanisławowi Lorentzowi.
Poprzednio już raz żądano, aby Starzyński udał się do gestapo, ale wówczas pozwolono, aby
towarzyszył mu Lorentz.
I wtedy po kilku godzinach prezydent wraz z towarzyszem wrócił do ratusza. Teraz okoliczności,
w jakich go zabrano, wyglądały groźniej. Niepokój kolegów, informujących mnie o zdarzeniu,
podzieliłem całkowicie.
Zdecydowaliśmy wyczekać do wieczora, ale od razu zwołaliśmy na dzień następny (28 października)
na godzinę 10 rano posiedzenie Komisji Ogólnej Komitetu Obywatelskiego, aby móc wspólnie
naradzić się nad powstałą sytuacją. Poza tym ustaliliśmy, że również nazajutrz z rana dr Lorentz uda
się do komisarza Rzeszy na miasto Warszawę, Otta, aby uzyskać dla mnie audiencję, mającą na celu
podjęcie starań o zwolnienie Starzyńskiego.
Wybór osoby, która miała przeprowadzić interwencję u Otta, padł na mnie bez względu na to, że
uważaliśmy ogólnie, i ja w szczególności, iż Pohoski jest najstarszy służbowo i że on powinien być
tym, który obejmie zastępstwo po nieobecnym prezydencie. On sam jednak nastawał na to, abym to
ja podjął niezbędne kroki. Dziś sądzę, że Pohoski miał wówczas przeczucie czy świadomość swego

48
Utrzymuje się też w dokumentacji okresu i inna data aresztowania Starzyńskiego: 26 października 1939.
(Przyp. aut.)
własnego zagrożenia, co zresztą potwierdziło się po niewielu miesiącach przez fakt aresztowania
i następnie rozstrzelania go w Palmirach.
Prezydent Starzyński nie powrócił przez cały dzień i noc, toteż Lorentz udał się, jak było ustalone, do
Otta, a Komisja Ogólna zebrała się w ratuszu. Zreferowaliśmy jej sytuację i nasze obawy oraz
w szczególności zamiar mej interwencji u Otta. W toku obrad nadszedł Lorentz z pałacu Blanka,
będącego siedzibą niemieckiego urzędu nadzorczego, i doniósł, że gdy przedstawił moją chęć
przybycia, powiedziano mu, że właśnie i on - Otto - pragnie rozmowy ze mną, aby zapewnić przejęcie
przeze mnie kierownictwa Zarządem Miejskim.
Poprosiłem Komisję Ogólną o zgodę na niezwłoczne udanie się do Otta. Otrzymawszy akceptację,
udałem się tam z Lorentzem. Podjąłem od razu po przybyciu interwencję w sprawie prezydenta
Starzyńskiego. Ale Otto, któremu towarzyszył stojący za jego biurkiem adiutant Braun i bodaj ktoś
jeszcze z obsady urzędu komisarza Rzeszy, odrzekł krótko: „Nic zrobić nie mogę, nie wiem nawet, czy
Starzyński jeszcze żyje.”
Z kolei Otto oświadczył, że mam objąć kierownictwo Zarządu Miejskiego. Na wzmiankę
o starszeństwie Pohoskiego powiedział: „On może zostać pańskim zastępcą.” Równocześnie wręczył
mi stosowne pismo, datowane 28 października 1939, będące swoistym aktem nominacji i notyfikacją
zmiany jego własnego tytułu na „Stadtpräsidenta”. W chwili pożegnania Otto zapytał jeszcze: „A czy
będę mógł liczyć na pańską lojalność?” Odpowiedziałem odruchowo: „Gdy będzie to miało na
względzie dobro ludności.” Sam zresztą przywiązywałem niewiele wagi do tej części rozmowy,
poprzednio już bowiem we właściwym polskim gronie zostało ustalone, że mam zastępować
prezydenta Starzyńskiego w czasie jego nieobecności przy pomocy Pohoskiego, pragnącego usunąć
się na drugi plan.
Po powrocie złożyliśmy sprawozdanie Komisji Ogólnej. Ta przyjęła wszystko do wiadomości,
akceptując zastępczą obsadę Zarządu Miejskiego. W opinii wszystkich miała ona nosić charakter
przejściowy do czasu powrotu prezydenta Starzyńskiego do pracy. Nie oznaczało to oczywiście
nadmiaru wiary w jego uwolnienie, ale był nastrój nieprzesądzania sprawy w obliczu braku
dokładniejszych wiadomości, co się dzieje ze Starzyńskim.
Ku wielkiemu naszemu uspokojeniu doszły nas po niedługim czasie wiadomości z zupełnie
miarodajnego źródła, że prezydent Starzyński został uwięziony w areszcie na Daniłowiczowskiej,
a następnie na Pawiaku. A więc żyje! I został osadzony w więzieniu, gdzie jest polska straż, w której
działają nasi ludzie zaufania.
Starzyński zaczął otrzymywać paczki, a my - pewne wiadomości o nim. Skoro zaś gestapo traktuje go
nie jak więźnia stanu, rodziła się nadzieja, że prezydent wyjdzie wkrótce na wolność i wróci na swoje
stanowisko. Tak było do okresu przed świętami Bożego Narodzenia 1939. Wtedy jednak paczki do
Starzyńskiego w więzieniu na Pawiej już nie przyjęto, a zwykłe źródło informacji doniosło, że
wywieziono go do Niemiec, wykreślając z list więziennych w sposób wyraźnie mylący.
Z tą chwilą ustały pewne wiadomości o losie Starzyńskiego. Zaczęły natomiast docierać do ratusza
pogłoski o rzekomym miejscu przebywania prezydenta w Niemczech. Były zwykłe plotki, były
kłamliwe doniesienia, były informacje prawdopodobne, ale nigdy już nie mogliśmy mieć pewności co
do ich prawdziwości.
W Zarządzie Miejskim postępowano przecież tak, jakby Starzyński mógł każdego dnia wrócić do pracy
w swym gabinecie prezydenta miasta. Przez wiele miesięcy świadomie pozostawiałem ów gabinet
pusty. Dopiero gdy Niemcy zajęli go wraz z pomieszczeniami sąsiadującymi na przeciąg wielu
miesięcy na własne cele, doszedłem do wniosku, że nie można ich ponownie kusić do powtórzenia
podobnego wkroczenia do ścisłego środowiska kierowniczego polskiego. Toteż zaraz po wyjściu
czasowych obcych użytkowników zająłem gabinet na własny, a sąsiednie pokoje i sale - na biura sekcji
prezydialnej. Gotów każdej chwili ustąpić miejsca prawowitemu właścicielowi i stale uważając
nieobecnego Starzyńskiego za prezydenta miasta, pozbawionego jedynie możności wykonywania
swych obowiązków, pełniłem w jego gabinecie zastępcze kierownictwo Zarządu Miejskiego.

VIII. Gehenna lat okupacji

DziedzictwopoStarzyńskim

Gdy dnia 28 października 1939 roku obejmowałem w opisanych poprzednio okolicznościach
kierownictwo osieroconego Zarządu Miejskiego, nie przeczuwałem, że wypadnie mi trwać przy nim
przez niemal pięć lat, bowiem aż do dnia 5 sierpnia 1944 roku. Miałem natomiast świadomość tego,
że przyszłość będzie niosła wielkie ryzyko i niebezpieczeństwa oraz że niepodobna liczyć na zmianę
dotychczasowych metod okupanta, chyba na jeszcze groźniejsze. W żadnej jednak chwili owego
decydującego dnia nie przyszło mi do głowy, że mogę próbować uchylić się od spadającego na mnie
ciężaru odpowiedzialności. Byłem przecież spadkobiercą testamentu ideowego prezydenta Stefana
Starzyńskiego, że „należy trwać w służbie miastu stołecznemu i polskiemu interesowi narodowemu,
jak długo to jest w ogóle możliwe”.
Działając pod przemożną sugestią zasad głoszonych i stosowanych przez Stefana Starzyńskiego,
miałem wszakże jedną skrytą obawę: czy aby będę mógł podołać ciężarowi dziedzictwa po tym
bohaterze ubiegłych dwóch miesięcy. Wiedziałem przecież, że nie mam w opinii społeczeństwa
warszawskiego pozycji zaufania podobnej do tej, jaką zyskał sobie Starzyński na stanowisku
prezydenta miasta, więcej - że jestem właściwie bardzo mało znany ogółowi mieszkańców, którzy tym
samym będą przyjmowali każdy mój krok i każde moje słowo z chłodnym krytycyzmem, jakże dalekim
od entuzjastycznej wiary pokładanej w aresztowanym przywódcy cywilnej obrony Warszawy.
Miałem co prawda za sobą zdany, jak sądziłem, egzamin z wielkiej akcji cywilnej OPL, miałem
kilkuletnią pracę w Zarządzie Miejskim, ocenianą życzliwie przez liczne grono działaczy
samorządowych (zresztą nie bez wyjątków), miałem cenne stosunki ze światem pracowniczym
Zarządu Miejskiego, ale od tego do popularności i zaufania mieszkańców jakże było daleko!
Osobiście nie byłem już w tym okresie życia pozbawiony wiary we własne siły. Wiedziałem, że mam
trzeźwość myślenia i łatwość decyzji. Wiedziałem, że umiem oceniać sytuacje i wyciągać z nich
logiczne wnioski, ale tu właśnie pamiętałem, co o tym mawiał niekiedy Starzyński: „Ty myślisz
z niezawodną logiką i działasz konsekwentnie, cóż, kiedy życie często nie znosi logiki...”
Nie brakło mi też odwagi bojowej, czego dowiodłem w latach czynnego udziału w walkach zbrojnych,
ale aż nadto dobrze wiedziałem, że zgoła czym innym jest niezłomna postawa obywatelska i tak
zwana odwaga cywilna. Iluż ludzi, którzy dzielnie stawali na polach bitew, zawodziło, gdy na szalę
trzeba było rzucić nie krew i życie, lecz wyłącznie charakter osobisty i obywatelski.
Miałem także za sobą opór stawiany okupantowi niemieckiemu w latach poprzedniej wojny
światowej, ale czyż można było w ogóle porównywać ówczesne niebezpieczeństwa z obecną
potworną rzeczywistością najazdu hitlerowskiego?
Tę skrytą obawę, czy podołam, miałem w sobie, ale jej nie ujawniałem. Działałem 27 i 28 października
1939 jak człowiek pozbawiony jakichkolwiek wahań co do kierunku postępowania.
Zaufanie poważnego grona działaczy polityczno-społecznych, jakim była Komisja Ogólna Komitetu
Obywatelskiego, okazane w toku spotkania w dniu 28 października, oraz życzliwa postawa
najbliższych kolegów i współpracowników wpłynęły na mnie niewątpliwie korzystnie. Miałem zresztą
nade wszystko poczucie, że wobec woli Pohoskiego niefirmowania kierownictwa Zarządu Miejskiego
stanowiłem jedyną szansę normalnego zastępstwa w chwili, kiedy prawowity zwierzchnik Zarządu
Miejskiego miał uniemożliwione dalsze sprawowanie władzy.
Długo nie miałem i potem wątpliwości co do słuszności trwania na czele Zarządu Miejskiego. Dopiero
sytuacja, powstała wskutek samowoli niemieckiego decernenta Dürrfelda w stosunku do wielkich
przedsiębiorstw miejskich, spowodowała moje zwątpienie, czy dalsze istnienie polskiej władzy
miejskiej jest pożądane.
Dürrfeld zaczął działać tak, jakby polskiego Zarządu Miejskiego nie było i nie miał on nic do
powiedzenia, co było tym bardziej rażące, że właściwy nadzór niemiecki, niezależnie od przykrych
często form działania, nie tylko zachowywał na ogół pozory władzy wyłącznie nadzorczej, ale
faktycznie przestrzegał należnych mi uprawnień, nie wtrącając się zbytnio do moich działań. Sam zaś
postępowałem, jak uważałem za stosowne, mówiąc niemieckim nadzorcom, że mojej pełnej
a jednoosobowej odpowiedzialności musi odpowiadać całkowita niezależność działania.
Teraz jednak musiałem ostro zaprotestować wobec kolejnego szefa nadzoru (Leista), ale niezależnie
od tego zacząłem sobie stawiać pytanie, czy to nie jest aby początek likwidacji dotychczasowej mej
samodzielności i stopniowego ograniczania Zarządu Miejskiego do roli parawanu dla poczynań
okupanta wobec ludności polskiej. Sprawę poddałem dyskusji z naczelnym ówczesnym czynnikiem
polityczno-państwowym polskim w kraju - Delegatem Rządu na Kraj. Był nim wtedy b. prezydent
miasta Poznania i b. minister, Cyryl Ratajski, wyróżniający się doskonałą znajomością psychiki
niemieckiej i dzięki temu bardzo miarodajny sędzia wątpliwości, jakie się we mnie zrodziły.
Rozmowa, którą odbył Ratajski ze mną w obecności swego szefa gabinetu (Jerzego Michalewskiego),
stała się potwierdzeniem dawniejszych wytycznych prezydenta Starzyńskiego. Ratajski nie uznał
sytuacji za uprawniającą mnie do zejścia ze stanowiska. Uznał on, że mam dalej godne uwagi
możliwości czynienia wartościowych usług na rzecz ludności i sprawy polskiej - pozostając na czele
Zarządu Miejskiego. Wyraził też przeświadczenie, że „Niemców nie będzie stać na ryzyko zdania się
wyłącznie na własną administrację, do której mogą delegować zaledwie drugorzędny garnitur”.
„Tylko żądania, zmuszające pana do działania niezgodnie z honorem i godnością Polaka, mogłyby
uprawnić go do opuszczenia tego odpowiedzialnego i pożytecznego posterunku.” Dodał wreszcie, że
samo zachowanie miejskiego aparatu organizacyjnego we względnej całości do chwili wyzwolenia
jest rzeczą dużego znaczenia, o której nie wolno mi zapominać.
Ratajski przeciął sytuację tak stanowczo, że musiałem pozostawać jeszcze lata na stanowisku
kierownika Zarządu Miejskiego. Z głębokim osobistym żalem musiałem więc odrzucić znacznie
późniejszą propozycję Tadeusza Szpotańskiego załatwienia mi tajnego przelotu do Londynu, gdzie -
jak powiedział - „może pan być równie lub więcej nawet pożyteczny niż tutaj”.
Kontakty - częste i właściwie stałe - z późniejszym Delegatem Rządu na Kraj, Janem Jankowskim,
i niektórymi szefami departamentów Delegatury (np. z Kauzikiem) oraz z przedstawicielami wojska
podziemnego (w jego kolejnych postaciach po Armię Krajową włącznie) dawały dalsze wsparcie
memu konsekwentnemu trwaniu w ratuszu. Stopniowo rosnące znużenie pokonywałem własnym
wielkim wysiłkiem woli.
Pełnienie dziedzictwa po Starzyńskim, który - niestety - nigdy już nie powrócił do Zarządu Miejskiego
i w ogóle do kraju, nie obyło się oczywiście bez sporadycznych przypadków niezrozumienia moich
intencji i posunięć. Zdarzały się, choć wyjątkowo tylko i rzadko, ataki na moją osobę, znajdujące
wyraz w notatkach prasowych pism podziemnych różnego autoramentu. Raz organ warszawski PPR
poradził mi ex re pewnego mego aktu, który wzbudził w nim niejakie wątpliwości, brać przykład
z mego Wielkiego Poprzednika (Stefana Starzyńskiego). Zdarzały się gafy i w prasie „rządowej”, też
nieświadomej moich kontaktów i uzgodnień poszczególnych posunięć na najwyższym szczeblu
administracji podziemnej. Raz zdarzył się taki wyskok „Rzeczypospolitej”. Nie było oczywiście w takich
przypadkach możności sprostowań prasowych. Rzecz musiała ograniczać się do pouczeń stosowanych
przez właściwe szczeble władzy podziemnej wobec dziennikarzy dobrej z pewnością woli, lecz
niedostatecznego wyrobienia i uświadomienia. Jak zwykle meldował mi o tym Henryk Pawłowicz,
jeden z mych najbliższych współpracowników ratuszowych i główny łącznik z podziemiem; zjawiali się
też wtedy u mnie „panowie w czarnych garniturach”, aby usprawiedliwić pomyłki. Przyjmowałem ich
wizyty bez zbędnej goryczy, wiedząc, że tylko ten, kto w ogóle nie działa, nie błądzi.
W ten sposób, idąc we własnym przekonaniu drogą wytyczoną przez Stefana Starzyńskiego, trwałem,
nie licząc się z niebacznie formułowanymi zarzutami. Byłem wobec nich w pewnym sensie bezbronny,
nie miałem bowiem żadnej możliwości głoszenia publicznie, dlaczego to lub inne działanie podejmuję
i dlaczego jest ono konieczne. Publiczne ujawnienie pobudek byłoby bowiem zaproszeniem
niemieckich służb bezpieczeństwa do większego jeszcze zainteresowania niż to, jakie mi już było
okazywane.
Dziedzictwo po prezydencie Starzyńskim było rzeczywiście wielkim dla mnie ciężarem. Udźwignąłem
je we własnych oczach pomyślniej, niż mogłem był przypuszczać. Zachowałem w szczególności
i dobre imię, i - dość nieoczekiwanie - życie. A miał przecież obiektywną słuszność Adam Czerniaków,
gdy w jednej z rozmów powiedział do mnie: ;,My nie dożyjemy do wolności. Nie mamy szans.”

Pomocotoczeniaizaplecza

Mówiłem poprzednio o zdanym pomyślnie przez siebie egzaminie z kierownictwa Zarządem
Miejskim. Ale mam pełną świadomość, że użycie tego określenia w pierwszej osobie liczby
pojedynczej jest przypisaniem sobie również i cudzych zasług. Niepodobna mówić o własnej pracy
wojennej i o jej wynikach bez zapewnienia stosownego miejsca tym, bez których ta praca byłaby
wręcz nie do pomyślenia, a jej powodzenie - w zarodku podcięte.
Otoczenie bezpośrednie w Zarządzie Miejskim, ludzie i organizacje polskie w mieście, postawa całego
społeczeństwa mają doskonały tytuł do roszczenia sobie udziału w osiągnięciach polskich władz
miejskich Warszawy.
Gdy przechodziłem do pracy w ratuszu warszawskim w roku 1935, Zarząd Miejski, kierowniczy organ
wykonawczy, składał się z sześciu osób: prezydenta i pięciu wiceprezydentów. Ustawa, uchwalona
w końcowych latach przedwojennych, przewidywała dalsze wzmocnienie składu Zarządu Miejskiego.
Miał się on składać z prezydenta, pięciu wiceprezydentów oraz siedmiu ławników. Niemal do
wybuchu wojny 1939 roku Zarząd Miejski działał w składzie sześciu członków, dopiero na kilka
miesięcy przed wojną ubył wiceprezydent Józef Ołpiński (powołany do Prezydium Rady Ministrów),
a bezpośrednio przed nią - jako zmobilizowany - dr Wacław Graba-Łęcki. Wrzesień 1939 pozbawił
Zarząd Miejski współpracy wiceprezydenta Jana Około-Kułaka, który poniósł śmierć pod gruzami
zwalonego bombą lotniczą skrzydła ratusza. Od 25 września do dnia aresztowania prezydenta Stefana
Starzyńskiego przez gestapo urzędowało już tylko dwóch wiceprezydentów (Jan Pohoski i Julian
Kulski).
Po aresztowaniu Stefana Starzyńskiego w dniu 27 października 1939 moim bezpośrednim
pomocnikiem i zastępcą był wiceprezydent Jan Pohoski, ale tylko do 30 marca 1940, kiedy z kolei i on
został aresztowany przez gestapo (zginął rozstrzelany w Palmirach w niecałe trzy miesiące później).
Potem, aż do 1 kwietnia 1941, Zarząd Miejski był jednoosobowy. Działo się tak wbrew oczywistej
potrzebie, a z obawy, że postawienie sprawy na porządku dziennym spowodować może wkroczenie
niemieckiego nadzoru i nominacje z jego ramienia (taką nieudaną próbę stanowiła utrącona przeze
mnie inicjatywa Dengla powołania przy mnie dwunastoosobowej Rady Przybocznej, do której miało
wejść dwóch Niemców).
W tym okresie faktycznie zastępował mnie, jako kierownika, dyrektor Zarządu Miejskiego, Henryk
Pawłowicz-Wojtkowicz, bardzo dzielny i lojalny współpracownik Starzyńskiego, a następnie - mój.
Od 1 kwietnia 1941 Zarząd Miejski był trzyosobowy. Jako moi zastępcy podjęli pracę formalnie już
mianowani za zgodą miarodajnych władz podziemia: Stanisław Podwiński i Henryk Pawłowicz. Ale już
w październiku 1943 roku obaj zostali aresztowani przez gestapo. Pomimo zabiegów Pawłowicz nie
mógł wrócić do kraju przed kapitulacją Niemiec, Podwiński natomiast został - w rezultacie wielu
starań - zwolniony po miesiącach więzienia i powrócił do swojej funkcji.
Wymienieni (Pohoski, Pawłowicz i Podwiński) byli mymi najbliższymi bezpośrednimi
współpracownikami w latach okupacji, kiedy stałem na czele Zarządu Miejskiego.
Wielkiej i ofiarnej pomocy doznawałem również przez cały czas od kolegów z Sekcji Prezydialnej i od
osób sprawujących dyrekcję miejskich wydziałów i przedsiębiorstw. Zupełnie exempli modo
wymienię tylko dra Emila Kipę, dra Władysława Zawistowskiego i dra Stanisława Lorentza. Pełne
wyliczenie wymagałoby przytoczenia parudziesięciu nazwisk.
Z kolei szła wielka, dochodząca do trzydziestu tysięcy, masa pracowników miejskich. Możność liczenia
na nią stanowiła istotny warunek skutecznej pracy kierownictwa Zarządu Miejskiego.
Wreszcie na liście niepłatnych współpracowników figurowała za mojego kierownictwa duża gromada
tak zwanych „delegatów aprowizacyjnych”, czyli przeważnie działaczy społecznych dawnej OPL,
zachowanych przez prezydenta Starzyńskiego w momencie kapitulacji „do innych zadań”. Wśród nich
zadania dotyczące aprowizacji dały im wymieniony wyżej tytuł. Ci ludzie (około trzech tysięcy osób)
byli szczególnie cennym źródłem informacji Zarządu Miejskiego i kontaktów z obywatelami miasta.
Te ponad trzydzieści tysięcy osób związanych z Zarządem Miejskim (niekiedy tylko dokumentem
zatrudnienia jako środkiem ochrony osobistej) stanowiło organizm społeczny o wielkich zasługach dla
ludności miasta. Trzeba pamiętać o tej armii pracowników i o ofiarach przez nią poniesionych
(kilkuset zamordowanych przez okupanta), kiedy się mówi o usługach oddanych przez Zarząd Miejski
obywatelom Warszawy i ich walce z najeźdźcą.
Dalej szła pomoc szczególnie cenna, a niekiedy wręcz niezastąpiona, całego zaplecza Zarządu
Miejskiego, przez co rozumiem zarówno działania poszczególnych obywateli miasta, jak jawnych
i tajnych organizacji polskiego społeczeństwa.
Oficjalne wsparcie polityczne reprezentowała najpierw Komisja Ogólna Komitetu Obywatelskiego,
a potem kolejni Delegaci Rządu na Kraj i ich aparat wykonawczy oraz dowództwa wojskowych
formacji krajowych. Tu Zarząd Miejski szukał rady, pomocy, uzgodnień. Tu było wzajemne źródło
zapotrzebowań współdziałania na wielu szczeblach i poziomach.
Szerokie sfery społeczeństwa dawały także nieoficjalne wsparcie Zarządowi Miejskiemu i ujawniały
swe zaufanie, uzyskując wzajemne usługi. Dotyczyło to organizacji istniejących jawnie i tajnych oraz
poszczególnych działaczy. Wymienić tu muszę przede wszystkim ścisłą współpracę ze Stołecznym
Komitetem Samopomocy Społecznej i następnie warszawskim kierownictwem Rady Głównej
Opiekuńczej (Polskiego Komitetu Opiekuńczego). Żywe kontakty istniały też z Polskim Czerwonym
Krzyżem. Na tych terenach działałem osobiście jako reprezentant władzy miejskiej, ale i jako mąż
zaufania Delegata Rządu na Kraj. Działali też liczni moi współpracownicy różnych szczebli
w codziennej współpracy.
Reprezentacje pracownicze i działacze społeczni Warszawy również nie szczędzili kontaktów
i pożytecznej wymiany zdań. Wielu działaczy politycznych omawiało ze mną sytuacje i różne działania
Zarządu Miejskiego. Niektórzy zapewniali mi stałą współpracę w ciałach powoływanych pod tą czy
inną nazwą przy Zarządzie Miejskim, inni nieśli radę na specjalnie zwoływanych naradach.
Komisja Rzeczoznawców przy komisarycznym burmistrzu, Komisja Rzeczoznawców Urbanistycznych,
Komisja do Zagadnień Rozbudowy (zajmująca się praktycznie opiniowaniem wniosków kredytowych
do BGK na odbudowę), jednorazowa narada najwybitniejszych lekarzy i inna - czołowych działaczy
opieki społecznej - oto kilka przykładów, w jaki sposób kształtowała się akcja informowania
o zamierzeniach i działaniach administracji miejskiej oraz opiniowanie jej z punktu widzenia celowości
i właściwości w istniejących warunkach.
Wreszcie trzeba wymienić współdziałanie indywidualnych działaczy. Wymienię tu znowu raczej
przypadkowo tylko kilka nazwisk: Artur Śliwiński, Jan Strzelecki, Leon Nowodworski, Maria
Tarnowska, Stanisław Wachowiak, Janusz Machnicki, Stanisław Kauzik.
Nie brakło odwiedzin, w charakterze urzędowym i prywatnym, ze strony żołnierzy wojska
podziemnego. Poza stałym łącznikiem pułkownikiem Emilem Kumorem, bywali u mnie Antoni
Sanojca i pułkownik Muzyczka oraz wielu wojskowych niższych stopni, niektórzy częściej, inni tylko
jednorazowo, w miarę spraw, jakie ich kierowały. Skontaktowałem się też raz bezpośrednio z szefem
BIP, pułkownikiem Rzepeckim.
Specjalnie trzeba wymienić kontakt z ludnością żydowską. Zapewniali go początkowo różni i dość
liczni działacze Gminy Żydowskiej. Gdy zaś nastąpiło utworzenie zamkniętej dzielnicy (getta),
reprezentował ją u mnie regularnie i prawie wyłącznie Adam Czerniaków, kierownik Gminy
Żydowskiej powołany jeszcze przez Stefana Starzyńskiego w dniach wrześniowych 1939, a działający
aż do aktu samobójczego, tj. do dnia 24 lipca 1942, jako prezes Rady Żydowskiej.
Wszystkie te kontakty były z reguły dwukierunkowe. Inicjatywa szła zarówno z Zarządu Miejskiego,
jak i do niego. Stanowiły one dla mnie warunek działania nie w izolacji od społeczeństwa. Stanowiły
rękojmię niezbędnego minimum zrozumienia i zaufania społeczeństwa dla Zarządu Miejskiego.
W warunkach, jakie te kontakty zapewniły, nie myliła ludności nomenklatura mego stanowiska,
narzucona przez okupanta.

Trzejmoibezpośrednipomocnicy

Już poprzednio pisałem o trzech kolejnych zastępcach, którzy byli moimi najbliższymi
współpracownikami w kierowaniu aparatem Zarządu Miejskiego. Obecnie pragnę skreślić pokrótce
sylwetki tych trzech ludzi, z których inż. Jan Pohoski był jedynym moim zastępcą od 28 października
1939 do 30 marca 1940 (jest to data aresztowania go przez gestapo), Henryk Pawłowicz-Wojtkowicz -
najpierw moim faktycznym zastępcą (jako dyrektor Zarządu Miejskiego), a następnie od 1 kwietnia
1941 - formalnym drugim zastępcą, a Stanisław Podwiński - od tejże daty (1 kwietnia 1941) -
pierwszym moim zastępcą.
Z tymi to trzema ludźmi dzieliłem nie tylko bezpośrednią współpracę z poszczególnymi wydziałami
i przedsiębiorstwami miejskimi, ale i ryzyko odpowiedzialności za całość działalności Zarządu
Miejskiego. Bowiem tylko teoretycznie nadzór okupacyjny uznawał moją wyłączną, jednostkową,
osobistą odpowiedzialność za wszystko, co się w Zarządzie Miejskim działo i dziać mogło. Faktycznie
moi pomocnicy ponosili podobną do mojej odpowiedzialność za wszelkie - popełnione i nie
popełnione - czyny, mogące stanowić podstawę zarzutów administracji czy policji niemieckiej.
Oczywiście, gdyby wszystkie „popełnione” przez moich zastępców czyny były znane okupantowi, nie
byłoby mowy o ich pozostawaniu na stanowiskach, lecz o tragicznym losie, zwykle spotykającym
takich „winnych”. A nie potrzebuję przecież obejmować moją charakterystyką faktów tak
oczywistych, jak udział wszystkich mych najbliższych współpracowników zarówno we wszelkich
akcjach Zarządu Miejskiego, jak w życiu podziemnym społeczeństwa warszawskiego.
Pohoski, Pawłowicz, Podwiński - były to bardzo różne indywidualności. Każdy z nich miał odmienny
charakter, umysłowość, temperament. Wszystkich trzech jednak łączy w mojej pamięci jedno:
bezwzględna wierność obowiązkowi narodowemu i niewątpliwa lojalność wobec zwierzchnika,
nominalnie wyłącznie niosącego ciężar kierownictwa Zarządem Miejskim.
Kim byli ci trzej zasłużeni ludzie?
Inżynier Jan Pohoski (ur. 6 października 1889) wyrósł na tej samej glebie młodzieżowego ruchu
niepodległościowego, co Stefan Starzyński. Poznał się z nim - jeśli nie jako uczeń, to jako słuchacz
szkoły technicznej Wawelberga i Rotwanda w Warszawie - jeszcze znacznie przed pierwszą wojną
światową, współdziałając ze Starzyńskim w tajnych organizacjach postępowo-niepodległościowych
i strzeleckich. W latach pierwszej wojny światowej Jan Pohoski był aktywnym członkiem Polskiej
Organizacji Wojskowej (POW), a zyskał sobie wtedy i potem w tym środowisku taki autorytet, że
przed drugą wojną światową był prezesem Zarządu Głównego organizacji byłych peowiaków. Do
składu Zarządu Miejskiego wszedł w charakterze wiceprezydenta, będąc już poprzednio
pracownikiem miejskim. Miał sobie powierzone sprawy techniczne i oświatowo-kulturalne. Jako
wysoki funkcjonariusz Zarządu Miejskiego, nie był Pohoski typem technokraty, lecz zachował cechy
działacza społecznego. We współpracy był życzliwy, ale i dbały o wagę własnego głosu. Nie wszyscy
współpracownicy Pohoskiego umieli zrozumieć jego osobowość i to utrudniało porozumienie.
Niektórzy też dają w swych wspomnieniach wyraz krytycyzmowi, nie doceniając wartości Pohoskiego
jako administratora i zwierzchnika. Pohoski nie bywał nigdy małostkowy, gdy chodziło o sprawy
naprawdę ważne.
Miałem i ja drobne zatargi z Pohoskim w okresie przedwojennej współpracy w Zarządzie Miejskim,
ale musiałbym je złożyć raczej na karb własnej winy. Miałem bowiem w zwyczaju ujmować swoje
uwagi krytyczne na posiedzeniach kolegium Zarządu Miejskiego w sposób sarkastyczny, co sprawiało
przykrość Pohoskiemu, gdy chodziło o wnioski lub sprawozdania jednostek organizacyjnych miejskich
jemu podległych. Zacieranie jego uraz nie było jednak trudne, a odbywało się niekiedy przy życzliwym
arbitrażu Starzyńskiego, przyjaciela nas obu. Owe przejściowe zadrażnienia w niczym nie odbiły się na
współpracy Pohoskiego ze mną jako kierownikiem Zarządu Miejskiego po aresztowaniu prezydenta
Starzyńskiego. Zawsze wtedy miałem w nim kolegę, w pełni oddanego wspólnej sprawie, gotowego
do szczerej rady i pomocy.
Jan Pohoski zginął w czerwcu 1940 roku w Palmirach w wyniku akcji hitlerowskiej, skierowanej
przeciwko czołowym postaciom polskiej elity obywatelskiej.
Henryka Pawłowicza poznałem dobrze w kwietniu 1935, w okresie pertraktacji ze związkami
zawodowymi i delegacjami robotniczymi o zmianę układu zbiorowego pracy w gazowni i tramwajach
miejskich (o czym piszę na innym miejscu). Z kolei jako dyrektor Wydziału Personalnego Zarządu
Miejskiego Pawłowicz oddawał prezydium miasta cenne usługi, umiejąc trafnie oceniać ludzi,
sugerować właściwe obsady stanowisk i doradzać celowe sposoby postępowania. Tuż przed
wybuchem wojny prezydent Starzyński mianował Pawłowicza dyrektorem Zarządu Miejskiego. Było
to stanowisko nowo utworzone w Warszawie, chociaż istniejące już dawniej w niektórych innych
wielkich miastach polskich. Na tym stanowisku rola Pawłowicza jeszcze wzrosła. Był on wzorem
lojalnego, choć nie bezkrytycznego realizatora poleceń i zamierzeń naczelnego zwierzchnika Zarządu
Miejskiego. Dobry kolega, szczery powiernik, człowiek dobrej rady, skrupulatny wykonawca - oto były
cechy znamionujące Pawłowicza, wśród których serdeczny stosunek do ludzi zdawał się wybijać nad
wszystkie inne.
W okresie września i października 1939 Starzyński zwłaszcza na niego liczył. Na nim też - obok
Pohoskiego - oparł swe kontakty z tworzącym się podziemiem wojskowym.
Za mego kierownictwa Zarządem Miejskim Pawłowicz odgrywał podobną rolę, darząc mnie pełnym
zaufaniem i lojalną współpracą; był on moim głównym łącznikiem z podziemiem; był nim też wobec
przedstawicielstw pracowniczych, z którymi bezpośredni kontakt mogłem mieć jedynie od czasu do
czasu.
Już przed wojną był Pawłowicz twórcą akcji wczasów pracowniczych, podczas wojny stał się jednym
z inicjatorów i organizatorów samopomocy pracowniczej.
Gdy nie stało Pohoskiego, Pawłowicz stał się nieformalnym moim zastępcą. Formalnie został nim
z dniem 1 kwietnia 1941. Nominacja ta była potwierdzeniem pozycji poprzednio już zajętej.
W październiku 1943 gestapo aresztowało Pawiowicza. Został wywieziony do obozu
koncentracyjnego w Groß-Rosen, skąd powrócił dopiero po ostatecznej klęsce Rzeszy Niemieckiej.
Z dniem 1 kwietnia 1941 pierwszym moim zastępcą został Stanisław Podwiński. Był to człowiek
ulepiony z innej gliny niż Pawłowicz. Gdy w tamtym dużą rolę grały emocje, ten zdawał się być
uosobieniem chłodnej rozwagi. Zetknąłem się z nim już w okresie przedwojennym, kiedy był
dyrektorem Departamentu Samorządowego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a więc jednostki
organizacyjnej będącej m.in. organem nadzoru państwowego nad samorządem warszawskim.
Z kontaktów służbowych z Podwińskim wyniosłem głębokie uznanie dla jego wiedzy, rzetelności
i opanowania. Toteż gdy powstawała przy mnie Komisja Rzeczoznawców, mająca stanowić organ
rady fachowej i głos opinii publicznej, został do jej składu zaproszony i Podwiński. Bezpośrednie
kontakty moje z Komisją Rzeczoznawców potwierdziły wartość wiedzy i rad, które wnosił Podwiński
do prac Komisji, a zatem pośrednio i do poczynań Zarządu Miejskiego. Skoro więc tylko upewniłem
się, że mogę już dobrać sobie pomocników bez obaw o wkroczenie nadzoru z jego własnymi
kandydaturami, zwróciłem się do Podwińskiego z propozycją objęcia funkcji pierwszego mojego
zastępcy. Zastrzegł on sobie parę dni do namysłu, ale nie o namysł chodziło. Potrzebował tego czasu
na uzgodnienie swego kroku z miarodajnymi czynnikami podziemia. Gdy to nastąpiło, zgłosił mi
Podwiński swoją gotowość.
Szczególnie ceniłem tę decyzję Podwińskiego. Pohoski czy Pawłowicz, współpracując ze mną,
kontynuowali swoją przedwojenną pracę w Zarządzie Miejskim. Podwiński, wolny od takich
związków, mógł pozostać na uboczu, z dala od ryzyka, jakie niosło kierownicze stanowisko we
władzach miejskich owych lat. Ciężkiemu zaś nad wyraz obowiązkowi nie miały odpowiadać
wzajemne świadczenia, nie tylko nie będące w żadnej proporcji do wykonywanych zadań, ale
niedostateczne nawet dla zwykłego przetrwania trudnego okresu. Podwiński jednak uznał, że moja
propozycja otwiera mu pole służby publicznej, stanowiącej w jego oczach obowiązek wobec
społeczeństwa, więc ją przyjął.
Podwiński pełnił swe funkcje pierwszego zastępcy do chwili aresztowania przez gestapo
w październiku 1943. Był więziony szereg miesięcy. Gdy jednak udało mu się wyrwać z rąk policji
hitlerowskiej, bez wahania wrócił na swój ratuszowy posterunek i z całym spokojem i zimną krwią
kontynuował pracę w warunkach wciąż rosnącego zagrożenia i wzrastających represji. Mandat swój
złożył Podwiński wraz ze mną w dniu 5 sierpnia 1944 w warunkach, o których wspomnę w dalszym
toku relacji.
Pawłowicz i Podwiński, równocześnie pełniąc swe funkcje, współpracowali ze sobą lojalnie, ale
bynajmniej nie mieli sentymentu wzajemnie do siebie. Zbyt wiele pod względem mentalności
i usposobienia ich dzieliło, aby mogła pomiędzy nimi powstać inna więź niż wynikająca
z obustronnego poczucia obowiązku. Ale dla obu tych ludzi charakterystyczne stało się oświadczenie,
jakie mi złożył Pawłowicz w roku 1945 po powrocie z obozu koncentracyjnego. Brzmiało ono tak:
„Z Podwińskim siedziałem w więzieniu czas jakiś razem. I poznałem wtedy, że ma on w sobie to,
czego w nim nie podejrzewałem: wrażliwe i szczere serce. W warunkach więziennych nie był to
dawny wytrawny a chłodny mentor, którego można było cenić, ale z trudem dawało się lubić. Tu był
uczynnym i serdecznym kolegą, niosącym dobre słowo, przyjacielem i towarzyszem, człowiekiem
uczucia, a nie tylko rozumu, za jakiego go dawniej miałem.”
Ci trzej nieżyjący już ludzie: Pohoski, Pawłowicz i Podwiński, stanowią dla mnie łącznie symbol
atmosfery, jaka mnie otaczała w ratuszu w ciągu długich lat okupacji. Dawała mi ona zastrzyk siły do
wytrwania na stanowisku kierownika administracji miejskiej w czasie najazdu hitlerowskiego.
Podobną rolę na różnych szczeblach odegrało wiele innych osób. Mógłbym wyliczać dziesiątki
nazwisk współpracowników, którzy podobnie dużo dali z siebie. Wielu z nich zginęło z rąk
hitlerowskich: zamęczeni w kacetach lub rozstrzelani. Ich praca i współpraca złożyły się na to, że
Zarząd Miejski mógł wypełnić swe zadania w trudnych latach 1939-1944.

NiemieccynadzorcyzamegokierownictwaZarządemMiejskim

O pierwszych dwóch zwierzchnikach niemieckiego urzędu nadzoru nad Zarządem Miejskim już
wspominałem, tak w opisie ich ujawnienia się po raz pierwszy na przełomie września i października
w ratuszu warszawskim, w momencie czasowej nieobecności prezydenta Stefana Starzyńskiego, jak
w relacji z interwencji w sprawie jego aresztowania. Obaj oni - Otto i Dengel - potwierdzili rychło
moją początkową ocenę.
Otto, silący się na dobre maniery zewnętrzne, dbały o poprawność w stosunkach bezpośrednich,
przyznający się chętnie do swych dwóch doktoratów i do znajomości języka francuskiego, którym
lubił się popisywać, był w gruncie rzeczy tchórzliwym pozerem, rozkoszującym się sytuacją władcy
i korzystaniem z luksusowego pomieszczenia w pięknym pałacu Blanka, a także dbałym o rozkosze
podniebienia. Wygodniś bez inicjatywy - pragnął sobie zaoszczędzić przykrości na każdym polu
i zrzucał trud dręczenia zwyciężonych Polaków na tępego z wyglądu i topornego w zachowaniu swego
zastępcę - Dengla. Ten brał zaś swoją rolę całkowicie na serio i z przekonania, wykonując ją
z prymitywnym kacykostwem.
Otto był układny, niekiedy nawet coś przyrzekał bez szczerej woli dotrzymania, Dengel nie udawał
człowieka chętnego do życzliwości, lecz wyraźnie dawał do zrozumienia, że reprezentuje siłę i władzę
wobec istot drugiego rzędu.
Otto nie pozostawił po sobie niczego istotnego w mej pamięci. Dengel, oschły, opryskliwy i niekiedy
grubiański, podpisujący chętnie liczne początkowo i pełne pogróżek generalne zakazy, umiał przecież
niekiedy stanąć na gruncie interesu miasta, występując nawet przeciwko bliskim mu,
a reprezentującym bezwzględną walkę z polskością instancjom okupacyjnym.
Dengel zwłaszcza na początku usiłował pokazać pazury. Raz na przykład wezwał mnie do siebie,
oświadczając doktorowi Kipie, że muszę zgłosić się sam, osobiście, i odczekawszy w sekretariacie na
audiencję uzyskać dopiero decyzję w sprawie, którą wszcząłem w drodze prostego, pośredniego
zapytania. Poszedłem więc do Dengla - najdosłowniej wykonując polecenie - sam i podczas
„audiencji” zacząłem przedstawiać Denglowi sprawę swoją niezrozumiałą niemczyzną. Dengel nie
wytrzymał i szybko wezwał własną urzędniczkę do pomocy w roli tłumaczki. Nigdy potem Dengel nie
wzywał mnie w drobnych sprawach, a jeśli już, to godził się, abym przyprowadzał ze sobą własnego
tłumacza.
Tu marginesowo wspomnę, że i później różni nadzorcy niemieccy usiłowali „namówić” mnie do
dobrego opanowania języka niemieckiego. Raz dyrektor finansowy Aleksander Ivanka powtórzył mi
swoją rozmowę, w której ktoś ze strony niemieckich nadzorców - Laschtoviczka czy Kuntze, a może
Fribolin - opowiadał, jak to oni - Niemcy - za francuskiej okupacji Nadrenii forsownie i pośpiesznie
uczyli się języka francuskiego, gdy „wasz komisaryczny burmistrz...” Miałem nawet trochę podejrzeń,
że i sam Ivanka nie był daleki od krytycznego podejścia do mej niechęci uczenia się języka okupanta,
którym zresztą sam mówił doskonale. Ale tymczasem ja całkiem świadomie prowadziłem rozmowy z
Niemcami po polsku i czekałem potem na przełożenie swoich słów na niemiecki. Tłumaczenie
oświadczeń niemieckich dawało mi cenne chwile czasu do zastanowienia się i nie pozwalało dawać
się zaskoczyć. Faktem zaś było, że Niemców dość dobrze i z czasem coraz lepiej rozumiałem, nie
przyznając się jednak do tego. Co do mówienia, to we wszystkich znanych mi językach obcych
mówiłem kiepsko, miałem bowiem zawsze trudności z prawidłową wymową.
Wracając do Dengla, muszę przypomnieć fakt, kiedy zdumiałem się jego czysto rzeczową postawą.
Razu pewnego przyszedł do mnie Ivanka i powiedział, że przy rewizji w Straży Obywatelskiej gestapo
zabrało większą sumę pieniędzy i że on w rozmowie z jednym ze swych licznych niemieckich
kontrolerów finansowych oświadczył, że do tych pieniędzy ma prawo tylko Zarząd Miasta, bo z jego
to kasy prezydent Starzyński dotował ową instytucję. Ivanka sugerował, abym wystosował list do
Dengla (który już wtedy odziedziczył stanowisko po Otcie). „Skutek jest mało prawdopodobny -
powiedziałem Ivance - ale wszystko jest możliwe”, i bez wahania położyłem podpis na liście. Po kilku
dniach pieniądze, a było tego chyba ponad dwieście tysięcy, zostały wpłacone do kasy Zarządu
Miejskiego.
Takie i podobne przypadki stopniowo oswajały ze skomplikowanym układem nadzoru okupacyjnego
i świadczyły o braku jednolitości charakterów i postaw kontrolerów niemieckich różnych szczebli.
Okres Otta i Dengla był dla mnie między innymi okresem uczenia się, z kim ma się do czynienia i jak
należy działać. Wyrabiała się linia postępowania i umiejętności taktyczne, w ramach oczywiście stale
obowiązujących polski aparat miejski zasad, stanowiących dziedzictwo po Starzyńskim.
Za urzędowania Dengla jako Stadtpräsidenta dowiedziałem się od kompetentnych kierowników
wydziałów miejskich, że do spraw przemysłowych przybył nowy pracownik urzędu denglowskiego,
niejaki Ludvig Leist.
Pewnego dnia zostałem do niego wezwany. Udałem się wraz z doktorem Kipą. Rozmowa nie miała
widocznego celu. Drobna jakaś sprawa nie uzasadniała omawiania jej na tym szczeblu. Ale sama
rozmowa była interesująca. Rozmówca był grzeczny, zainteresowany nami dwoma bardziej niż
głównym tematem. Widać było, że bardzo mu imponuje, iż Kipa był przed wojną generalnym
konsulem w Hamburgu (zaraz zaczął go tytułować „Herr Generalkonsul”, co przetrwało potem całą
okupację). Odniosłem wrażenie, że zachodzi ze strony Leista zwykła ludzka ciekawość, kim też jest ten
komisaryczny burmistrz, o którym musiano mu mówić na jego terenie służbowym. Sam Leist uczynił
na mnie wrażenie dobrodusznego Niemca.
Niedługo potem zostałem zaproszony po raz wtóry do Leista. Wtedy wyjaśniło się, że Leist musiał już
przedtem coś wiedzieć, iż zostanie następcą po Denglu, którego dni warszawskie dobiegały końca.
I chciał zawczasu zorientować się, z kim będzie miał do czynienia po drugiej stronie - jeśli nie
barykady, to murów dzielących pałac Blanka od gmachu ratusza.
Tym razem Leist zaczął z pełnej beczki. Powiedział: „Dostałem nominację na miejsce Dengla, który
został odwołany, z tytułem pełnomocnika szefa dystryktu na miasto Warszawę. Chciałem się panu
w tym charakterze przedstawić, a jednocześnie prosić o zarządzenie dokładnego spisu inwentarza
miejskiego w pałacu Blanka, aby nic tu nie mogło zginąć. Chcę, aby każdy Niemiec, który tu przyjedzie
z jedną walizką, z tą samą tylko walizką wyjechał.”
Wiedziałem już przedtem, iż wyjeżdżającemu Denglowi zrobiono kontrolę wywożonych bagaży
(podobnie postąpiono dawniej z Ottem) i zatrzymano wiele przywłaszczonych rzeczy, należących do
wyposażenia pałacu. Teraz mogłem stwierdzić, w jakiej niełasce opuszczał urzędowanie. Oczywiście
nic nie powiedziałem Leistowi, że spis inwentarza - bardzo dokładny - został sporządzony już przed
zajęciem budynku przez nadzór hitlerowski i że intendentura miejska bezustannie czuwała nad
stanem inwentarza, notując starannie wszelkie ubytki wynikające z zachłannego nieposzanowania
własności miejskiej przez okupacyjnych dygnitarzy. Takie intendentura miała zresztą polecenie i taką
inicjatywę przejawiała stale, pragnąc mieć w swoich rękach dowody na przyszłość, na czas
oczekiwanej rewindykacji mienia, „rekwirowanego” obecnie przez Niemców bądź z tytułu urzędu,
bądź zgoła prywatnie.
Wracając do siebie z rozmowy u Leista analizowaliśmy z Kipą ujawniającą się osobowość nowego
nadzorcy. Zdał się nam przyzwoitym Niemcem typu chłopka-roztropka, pozbawionym zoologicznej
nienawiści do Polaków, łatwym w dyskusji. Stawiałem wprawdzie sobie już wtedy pytanie, jak może
znaleźć się na tym kierowniczym stanowisku osobowość tak odmienna od obowiązującego wzoru, ale
i na to znalazła się później wyjaśniająca wiele spraw odpowiedź. Leist miał możne oparcie w partii.
Był pod czyjąś wysoką opieką, której zawdzięczał całą dotychczasową karierę. Z małego urzędnika
celnego do stopnia Oberführera (potem, już w Warszawie, dalej awansował) była prosta droga dla
człowieka pragnącego iść w górę, ale nie lubiącego się nikomu niepotrzebnie narażać. Leist wolał i w
Warszawie być człowiekiem o pozytywnej opinii, również u Polaków, o co mocno zabiegał, aby tylko
uczynić zadość swemu instynktowi niewystawiania się na ryzyko. Jest zrozumiałe, że u tego rodzaju
człowieka rosnąca polska akcja represyjna pogłębiała skutecznie to nastawienie psychiczne.
Wśród podwładnych Leista był cały szeroki wachlarz charakterów, od sadystów, wrogich
wszystkiemu, co polskie, do utajonych przeciwników tego wszystkiego, co w Polsce hitleryzm
wyprawiał; od ludzi względnie przyzwoitych do ludzi-zwierząt, łaknących gnębienia i niszczenia
Polaków; od ludzi, którzy decydowali się po pewnym czasie na służbę frontową, i to w stopniu
ordynansa oficerskiego, do lekarzy typu tych, co lubili mieć w ręku rewolwer, a jeśli strzykawkę
lekarską - to z zabójczą zawartością. Wszyscy oni mieścili się pod zwierzchnictwem Ludwiga Leista.
Taki, jakim był, Leist był jednak w owym czasie jakby błogosławieństwem dla Warszawy. Do gwałtów
i cierpień zadawanych ludności miasta nie dodawał własnej wrogiej inicjatywy. Gdy mógł, czynił
nawet dobrze na skromną oczywiście - bez narażania siebie - skalę. Nie będąc potężną
indywidualnością, był Leist dostatecznie wpływowym urzędnikiem, aby w pewnej choćby mierze
korzystnie oddziaływać na postawę swych zastępów i niektórych współpracowników.
Zastępcą Leista był najpierw Laschtoviczka, były przedwojenny dyrektor jednego z banków
warszawskich, Niemiec, który prewencyjnie znalazł się w polskim obozie karnym w Berezie Kartuskiej,
lecz który zawsze mówił, że „za to nie zamierza mścić się na Polakach”. Potem zastępcą Leista został
Fribolin, burmistrz jednego z miast zachodnioniemieckich. Obaj byli inteligentni i znacznie
przewyższający swą wiedzą fachową aparat urzędu, do którego służbowo przynależeli. Byli to na
pewno ludzie szukający kariery w nowym tworze niemieckim na ziemiach polskich, ale nie okrutnicy
i małostkowi ciemięzcy. Inna rzecz, jeśli chodzi o gruntowną uczciwość. Coś mówi o tym np. zapas
przywłaszczonych brylantów, znaleziony w kieszeni umierającego Fribolina, który śmiercią przypłacił
obronę pałacu Blanka przed polskimi powstańcami.
Z hien żerujących na nieszczęściu wspomnieć trzeba niejakiego dra Schrempfa, „amtsarzta”, oraz
decernenta Dürrfelda, który miał szczęście ujść cało kilku zamachom na swe podłe życie. Ci dwaj
wśród wielu podobnych funkcjonariuszy nadzoru nad Zarządem Miejskim są symbolem zdziczenia
umysłowości niemieckiej pod rządami hitleryzmu.
Z przeciwnego krańca nasuwają się nazwiska ludzi typu Frankla, prawnika, który szybko porzucił
swoje funkcje w warszawskim urzędzie Stadthauptmanna i szukał lepszej atmosfery na froncie w roli
ordynansa osobistego, czy doktora Hagena, który musiał opuścić warszawski urząd w związku ze swą
przyzwoitą postawą, ujawnioną wobec zbrodni dokonywanych na dzieciach z Zamojszczyzny.
Do tej drugiej kategorii należał także Leistowski referent personalny. Ten Ślązak nazwiskiem Tkotsch
usiłował z dobrej, a naiwnej woli przyjść mi z pomocą w czasie konfliktu z Dürrfeldem. Przyszedł
wtedy do mnie - zapewne w porozumieniu z Leistem - aby zaproponować mi postawienie wniosku
o mianowanie volksdeutscha Tietza na kierownika działu ogólnego w miejskim przedsiębiorstwie
komunikacyjnym. „Tym posunięciem wygra pan wszystko, gdyż Leist będzie miał wtedy dowód
pańskiej lojalności przeciwko Dürrfeldowi.” Gdy kategorycznie odrzuciłem tę sugestię, Tkotsch
powiedział tylko: „Żałuję, że pan odrzuca propozycję, ale rozumiem pana...” Leist był sobą i wtedy,
kiedy znikał z miasta w przypadkach zaostrzonej sytuacji politycznej. Bywały dwie przyczyny, dla
których najczęściej opuszczał Warszawę: gdy musiał odwoływać się w Berlinie do swego protektora
dla zwalczania miejscowych kłopotów i gdy wolał nie przeżywać zaostrzającej się sytuacji represyjnej.
Rzadko zaś można było tłumaczyć sobie jego wyjazdy chęcią wypoczynku czy urlopu. To bywało
najczęściej pozorem, zmuszającym mnie do troskliwego poszukiwania odpowiedzi na pytanie: „Co
znowu groźnego się szykuje?”
Ludzi z nadzoru okupacyjnego rozgryzaliśmy o tyle łatwo, że były to na ogół postacie minorum
gentium. Jak to słusznie przewidział Ratajski: Niemcy mogli rzucać do Warszawy tylko drugorzędny
garnitur swej administracji, pozostawiając duży margines swobody działania polskiemu Zarządowi
Miejskiemu.

Warunkiegzystencjirodzinnej

Z odziedziczonych po ojcu i stryju Władysławie przedmiotów zaważył korzystnie na losie materialnym
moim i mej najbliższej rodziny w ciągu pierwszego okresu okupacji hitlerowskiej klejnot, ofiarowany
memu dziadkowi przez jego przyjaciół z okazji jakiejś rocznicy czy innej uroczystości. Był to gruby,
złoty pierścień typu sygnetu, ze stosownym wyrytym napisem i z pięknym, wielkim, dwukaratowym
brylantem.
Gdy w połowie października 1939 przywiozłem żonę wraz z dziećmi z powrotem do Warszawy z
Kazimierza nad Wisłą, gdzie - odwołany z urlopu - opuściłem ich w końcu sierpnia, musieliśmy się
zastanowić, jak rozwikłać własną, coraz trudniejszą i coraz gorzej zapowiadającą się sytuację
finansową (wzrastająca drożyzna przy coraz bardziej symbolicznych wynagrodzeniach, od razu przez
okupanta zredukowanych i realnie wciąż malejących). Że za okupacji będzie to proces stały, nie
miałem żadnych wątpliwości. Żona zgodziła się całkowicie z moim poglądem, że przede wszystkim
trzeba się wyzbyć wszelkich zadłużeń publicznych. „Nie wiadomo, co okupant jeszcze wymyśli, a i
dalsza przyszłość może nieść nieodgadnione pod tym względem perspektywy.” A na naszej willi
żoliborskiej, niedawno przed wojną wyniesionej, ciążył dość poważny zapis pożyczki budowlanej
Banku Gospodarstwa Krajowego oraz reszta należności tego banku za teren. Razem stanowiło to parę
dobrych dziesiątków tysięcy złotych, zahipotekowanych na naszym dachu nad głową, nie licząc już
niegroźnej - z uwagi na dobre stosunki z wierzycielką - pożyczki rodzinnej w wysokości 15 tysięcy
złotych.
49

Przy pomocy jednego ze znajomych brylant znalazł na rynku nabywcę, przynosząc - jeśli dobrze
pamiętam - nieco ponad 50 tysięcy ówczesnych złotych. Pokryło to w pełni zadłużenie wobec banku,
pozostawiając nawet pewną niedużą nadwyżkę na ułatwienie dalszego bytowania rodziny.
I podczas wojny, i po wojnie oboje z żoną uważaliśmy tę pierwszą naszą większą okupacyjną
„operację finansową” za słuszną, podobnie jak odrzucenie potem życzliwej propozycji Banku
Handlowego udzielenia pożyczki hipotecznej, którą zastąpiliśmy sprzedażą naszej willi. Mogliśmy
jakoś przeżyć w ten sposób lata najazdu hitlerowskiego, a nawet zachować jeszcze coś w postaci
zakupionego - z części sumy uzyskanej ze sprzedaży domku warszawskiego - dwuhektarowego
gospodarstwa ogrodniczego w Baniosze, które prowadziła moja żona.
Nade wszystko zaś nie mieliśmy trudności w udowodnieniu powojennym władzom skarbowym, że
w naszym przypadku nie ma miejsca „wzbogacenie wojenne”, a właśnie przypadek wręcz odwrotny:
wyzbycia się (bądź utraty) całego dorobku za cenę „dania sobie rady”. Ukułem na tę sposobność
powiedzonko, które ujmowało sprawę w „doktrynę”: „Rzeczy martwe są po to, aby z nich żyć
i korzystać, a nie po to, aby one żyły z nas.”
Znacznie wcześniej jeszcze przed wyzbyciem się willi warszawskiej, a już w okresie wyczerpywania się
rezerwy pieniężnej z transakcji „brylantowej”, z pomocą finansową przyszło mi Społeczne
Przedsiębiorstwo Budowlane. Z inicjatywy Stanisława Szwalbego podjęło się ono remontu części mej
willi zniszczonej przez pocisk we wrześniu 1939. Zainkasowana przeze mnie pozostałość kredytu,
uzyskanego na sumę wyższą od rzeczywistego kosztorysu, była dla rodziny kolejnym okresem
materialnego wytchnienia. Całość kredytu spłaciłem po sprzedaży willi, zachowując szczerą
wdzięczność dla SPB i osobiście dla Stanisława Szwalbego za ten akt życzliwej pomocy.

49
Ten rodzinny dług spłaciłem w szereg lat po wojnie prawnym spadkobiercom wierzyciela, czyli stryjenki
Władysławowej Kulskiej, po polubownym ustaleniu zasad przeliczenia. (Przyp. aut.)
Z kolei Baniocha podzieliła w roku 1946 los brylantu i willi warszawskiej. I dla podobnych przesłanek:
aby zapewnić dziecku
50
i nam z żoną możliwe minimum egzystencji. Udało się to w pełni. Gdy
nadszedł okres, kiedy zarobki z pracy zawodowej pozwalały już skromnie egzystować, gdy więc nie
było konieczności sięgania do „oszczędności”, te w ogóle już nie istniały. Zostały „spożyte”
w dosłownym znaczeniu słowa w ciągu minionego dziesięciolecia.

Wrolizakładnika

Z chwilą wkroczenia okupanta do Warszawy stałem się zakładnikiem bez własnej świadomości.
Dopiero z oświadczenia prezydenta Starzyńskiego na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego
dowiedziałem się, że wszyscy trzej członkowie Zarządu Miejskiego - z nim włącznie i od niego
poczynając - są uważani przez władze wojskowe niemieckie za zakładników „z tytułu zajmowanych
stanowisk”. Niezależnie od nas zażądano przecież dwunastu zakładników spośród „wybitnych
obywateli miasta”.
Mniej już „anonimowo” stałem się zakładnikiem w dniu 11 listopada 1939 roku.
Był to dzień obchodzony w latach ubiegłych jako święto odzyskania niepodległości. Okupacyjne
władze wojskowe obawiały się demonstracji przeciwniemieckich w tym dniu i dlatego wydały
żandarmerii wojskowej polecenie dokonania aresztowań według sporządzonej listy.
Wczesnego ranka zjawili się u mnie w domu dwaj żandarmi, polecając mi udać się z nimi.
Doprowadzono mnie pod tak zwany „hotel oficerski” na placu Inwalidów i tu kazano - jako
pierwszemu z aresztowanych - czekać pod strażą na doprowadzenie innych. Jednocześnie jeden z
żandarmów wyjaśnił mi przyczynę zatrzymania. Mówił łamaną polszczyzną o akcencie śląskim: „Jeśli
coś się stanie w Warszawie, będzieta zastrzelone.”
Żandarm ten w gruncie rzeczy miał chyba dobroduszną naturę. Zaraz po obojętnym oświadczeniu,
jaki los może czekać zatrzymanych, zatroszczył się o moją niezaradność. „Jak mogliśta nie wziąć ze
sobą miski, łyżki i koca, opuszczając dom na dłużej?” - rzekł z pewnym współczuciem w głosie. I gdy
tylko wrócił drugi żandarm z kolejnym doprowadzonym
51
, mój „opiekun” powiedział: „Ja sam pójdę
do waszej żony, aby dała dla was te niezbędne rzeczy.” Poszedł w istocie w kierunku mego
mieszkania. A po chwili ku memu zdumieniu wrócił, dźwigając dużą walizkę. W niej był koc, talerz
i komplet sztućców. Żona w pośpiechu i zdenerwowaniu zapakowała tych parę przedmiotów w zbyt
dużą do tego celu walizkę.
Gdy zebrany został na placu „komplet”, posadzono nas do ciężarówki („budy”) w towarzystwie obu
żandarmów i zawieziono na plac Krasińskich do Pałacu Sprawiedliwości. W dużej sali parteru, do
której wejście prowadziło z głębi wielkiego hallu po lewej stronie, zebranych już było kilkanaście
osób, wśród których nie dojrzałem znajomych. Następnie po stwierdzeniu, że jest już wymagana
liczba zakładników, zjawił się jakiś oficer niemiecki w randze majora, który grzecznie oświadczył,
w jakim charakterze nas uwięziono, a następnie dodał, że mamy możność zakupienia sobie

50
Mówię o córce. Syn - powstaniec - od momentu wywiezienia do Niemiec w 1944 roku był poza zasięgiem i
możliwościami naszej pomocy. Dał sobie jednak radę: najpierw przy pomocy stryjostwa i przyjaciół, potem
dzięki własnej pracy i wytrwałości, dochodząc samodzielnie do ukończenia studiów i do uzyskania zawodu
architekta urbanisty. (Przyp. aut.)
51
Był nim mój dawny kolega z pracy w PMS, inż. Wasilewski. (Przyp. aut.)
potrzebnej żywności, jeśli tego sobie życzymy. Istotnie wprowadzono wkrótce potem jakąś przekupkę
z bułkami i wędliną, u której zakładnicy mogli byli nabyć żywność.
Pod koniec oficer, przemawiający po niemiecku, oznajmił, że włada również francuskim i że jeśli ktoś
z zebranych nie zna niemieckiego, a ma coś do zakomunikowania, może to uczynić i po francusku.
Skorzystałem z tego i poprosiłem oficera o zawiadomienie Zarządu Miejskiego i nadzoru niemieckiego
o przyczynie mego nieprzybycia do pracy. Przyrzekł to uczynić. Nie minęło wiele czasu, gdy powrócił,
mówiąc: „Skoro pan stoi na czele władz miejskich, nie może pan być tu dłużej przetrzymywany. Jest
pan wolny.”
Zabrałem swoją walizkę i z konieczności pieszo udałem się do domu, aby przed pójściem na plac
Teatralny umyć się i ogolić, czego przed zatrzymaniem przez żandarmerię niemiecką nie mogłem
dokonać. Muszę powiedzieć, że uciążliwe dźwiganie dużej walizy powodowało narzekanie w myśli tak
na usłużność żandarma, jak na sposób załatwienia sprawy przez żonę.
Tym razem byłem więc zakładnikiem zaledwie kilka godzin. Około drugiej godziny po południu
znalazłem się już w swym gabinecie służbowym ratusza warszawskiego. Inni zatrzymani zostali
zwolnieni w dniu następnym, gdyż dzień 11 listopada minął spokojnie.

Byłemiwięźniempolitycznym,iwięźniem«kryminalnym»

Byłem parokrotnie zatrzymywany i więziony przez policję niemiecką, zazwyczaj jednak nie dłużej niż
kilka dni. I gestapo, i policja kryminalna niemiecka miała sposobność aresztowania mnie i krótkiego
przetrzymywania na Szucha i w Pawiaku oraz w areszcie śledczym na Daniłowiczowskiej.
Groźne mogło być zatrzymanie mnie przez gestapo w początkach lipca 1940 roku
52
, kiedy odbywała
się wielka obława i nastąpiły bardzo liczne aresztowania w Warszawie.
Tego rodzaju „masówki” prowadziły zazwyczaj do wywożenia do pracy w Niemczech lub do obozów
koncentracyjnych, czasami jednak udawało się uzyskać zwolnienie. W moim przypadku sprawa
potoczyła się nietypowo. Gestapowcy, którzy wdarli się do mego mieszkania w czasie, gdy myłem się
w łazience, wykorzystali chwilę mej nieobecności w pokoju sypialnym, aby dokonać rewizji w szafie.
Wyrzucając na podłogę zawartość, a więc moją bieliznę osobistą, ujrzeli, ku swemu zadowoleniu,
periodyczne pismo amerykańskie w języku angielskim. Uderzyła ich od razu data wydawnictwa. Była
ona bardzo niedawna, już z okresu, kiedy Warszawa znajdowała się pod butem najeźdźcy.
Wyciągnięto mnie z domu i doprowadzono czy dowieziono do „bud” zgrupowanych na ulicy
Mickiewicza wzdłuż parku Żeromskiego. Tam wsadzono mnie do jednej z nich, jeszcze zupełnie
pustej.
W czasie, gdy siedziałem samotnie, różni gestapowcy, przechodzący obok i przyglądający mi się
z nienawiścią, rzucali niekiedy obelżywe słowa pod moim adresem. „Du, Schwein...” - było łatwo dla
mnie zrozumiałym epitetem wśród szeregu innych, nieodgadnionych wobec chrapliwej wymowy
i mojej słabej znajomości języka niemieckiego.
Jeszcze u siebie w mieszkaniu dojrzałem „zdobycz” w rękach gestapowców. Nie dziwiło mnie więc ich
podniecenie i zainteresowanie moją osobą. Otrzymanie obcego zamorskiego czasopisma wymagało

52
W tymże dniu był aresztowany Norbert Barlicki. Termin więc mego aresztowania przyjmuję za Janem
Tomickim, sam go nie umiejąc obecnie ustalić (J. Tomicki, Norbert Barlicki, s. 421). (Przyp. aut.)
wszak kontaktu z cudzoziemcami. Dla prostaków jakże oczywisty był wniosek, że ma się do czynienia
z agentem wywiadu!
Gdy zebrał się komplet zatrzymanych, kondukt złożony z wypełnionych aut ruszył w drogę. Celem, jak
się okazało, był Pawiak. Przed bramą wyrzucono nas z aut i popędzono na dziedziniec, gdzie kazano
nam ustawiać się w dwuszereg (takich kompletów już było tam więcej). Ale już po kilku krokach,
które zrobiłem wre wskazanym kierunku zbiórki, dostałem - ja jeden - nakaz skierowania się do
wnętrza budynku, stojącego z boku po prawej stronie wjazdu. Pchnięty mocno w kierunku wejścia,
zostałem następnie skierowany do małego pokoiku tuż u początku korytarza po jego prawej stronie.
Tam kazano mi stanąć twarzą do ściany obok jakiegoś młodzieńca, również już tak ustawionego.
Poza nami dwoma był w pokoiku początkowo gestapowiec siedzący przy stole i ten, który mnie
wprowadził. Gestapowcy pogadali między sobą, po czym „mój” powiedział do mnie: „No, rozbieraj
się.”
Nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi, ale zacząłem zdejmować powoli marynarkę. Wtem przez
myśl mi przebiegło, że oto za chwilę dostanę „lanie”. W tym jednak momencie wszedł trzeci
gestapowiec z zapłakaną kobietą. Zajęto się nią. Z usłyszanej wymiany zdań zrozumiałem, że babina
wyjaśnia, iż jest „volksdeutsch” i że ma na to dowód. Widocznie przedstawiała go towarzyszącemu jej
gestapowcowi do zbadania, gdyż nastała chwila ciszy, przerywana tylko łkaniem wystraszonej Niemki.
Potem kobietę zwolniono, a przybyły gestapowiec, najwidoczniej starszy stopniem od dwóch
pozostałych, zwrócił na mnie uwagę. „Ja ciebie skądś już znam” - powiedział po chwili. Odwróciłem
głowę i przyjrzałem mu się, po czym powiedziałem: „To pan mnie badał na Szucha w sprawie
Starzyńskiego i potem przeprowadzał rewizję u mnie w mieszkaniu, a wreszcie na moją prośbę
odwoził mnie na róg Bielańskiej i placu Teatralnego celem ułatwienia mi powrotu do biura. Po drodze
zajeżdżaliśmy też na Bielany, gdzie mieszkał wasz tłumacz. Moje nazwisko jest Kulski.”
Gestapowiec miał doskonałą pamięć, nie tylko wzrokową. Zastanowił się krótko i dał polecenie:
„Odprowadzić go do więzienia. Do sprawy wrócimy później.”
Wyprowadzony na dziedziniec, dostałem po raz wtóry polecenie, aby dołączyć do dwuszeregu. Ale
była to już inna gromada ludzka niż poprzednio. Momentalnie dostrzegłem Norberta Barlickiego
i komendanta miejskiej Straży Ogniowej Stanisława Gieysztora. Skierowałem się ku nim, a oni szybko
rozsunęli się, wpuszczając mnie między siebie. Barlicki mruknął do mnie: „Bohaterowie spotkali się
znowu.”
Niedługo potem dokonano w znanym mi już budynku, lecz w innym lokalu, formalności zapisu nas
jako więźniów, po czym wyprowadzono na inne wielkie podwórze pomiędzy budynkami więziennymi.
Dalej staraliśmy się być razem: Barlicki, Gieysztor i ja. Prócz Gieysztora było tu i kilkunastu strażaków
różnych stopni nieoficerskich, a ponadto jeszcze jeden oficer straży - również dobry mój znajomy
i dawany kolega - Szymon Jaroszewski.
Na dziedzińcu staliśmy całym tłumem parę godzin. W tym czasie do Barlickiego podszedł jeden
z aresztowanych, z którym Barlicki mnie zapoznał, mówiąc: „Może już znasz wypadkiem towarzysza z
Bundu, Orzecha?” Przedstawiłem się nie znanemu przedtem działaczowi żydowskiemu i przez kilka
chwil gawędziliśmy we trójkę.
Z kolei znaleźliśmy się obaj z Barlickim oraz wszyscy strażacy w budyneczku zwanym „szkołą”. Do sali
na pierwszym piętrze wtłoczono nas kilkudziesięciu. Gdy kładliśmy się spać wieczorem, trudno było
się pomieścić, a już niemal niepodobieństwem było wstać w nocy i wyjść z sali, nie włażąc na czyjeś
ciało.
Na sali wymieniliśmy zaraz z Barlickim informacje o okolicznościach zabrania z domu, ostrożnie
zresztą, ogólnikowo i bardzo cicho, nie będąc obaj pewni, kto nas może usłyszeć. W pewnej chwili
Barlicki powiedział do mnie: „Ciebie chyba szybko zwolnią.” Odrzekłem: „Nie jestem taki pewny,
znaleźli coś w toku rewizji, co nie pozwala mi mieć większej nadziei.” Ale nie powiedziałem
szczegółowo, co to było, ciągle z ostrożności, że może posłyszeć ktoś niepowołany.
Wkrótce nawiązała się ogólniejsza pogawędka na różne tematy. Jeden ze strażaków zwrócił się
z zapytaniem do Barlickiego: „Czy jest Bóg? Teraz to jest ważne pytanie dla każdego z nas” - dorzucił,
najwidoczniej myśląc o prawdopodobieństwie bliskiej śmierci z rąk hitlerowskich. Barlicki
odpowiedział: „Nie można szukać odpowiedzi na to pytanie w nauce, to jest kwestia wyłącznie wiary
lub niewiary. Każdy musi sam sobie znaleźć odpowiedź.”
Na takich rozmowach na wszelkie tematy upłynęły dwa dni. Bodaj trzeciej nocy wywołano mnie
wcześnie, około czwartej czy piątej rano. „Niech się pan ubiera, pojedzie pan na badanie.”
Ubrałem się szybko i następnie obudziłem Norberta Barlickiego, mówiąc mu cicho o fakcie. Uścisnął
mi rękę bardzo mocno. Było to nasze ostatnie widzenie się. Strażnik zaprowadził mnie do innego
budynku, do celi na jednym z wyższych pięter, gdzie czekało już na wywiezienie z Pawiaka dwóch
młodych mężczyzn.
Ci - pomimo mego przybycia - gadali ze sobą w dalszym ciągu gorączkowo, jakby nie zwracając uwagi
na obecność osoby trzeciej. Najwidoczniej omawiali wspólne metody obrony, zresztą tak cicho, że
mogłem dosłyszeć tylko pojedyncze słowa.
Ja też pogłębiałem milcząco już przedtem przygotowane wykręty dotyczące czasopisma
amerykańskiego. Faktycznie dostałem owo pismo od pani Witkowskiej-Chmielińskiej, wieloletniej
byłej sekretarki Starzyńskiego, która mi je dostarczyła z uwagi na artykuł dziennikarza
amerykańskiego Bryana o postawie prezydenta Stolicy we wrześniu 1939. Oczywiście nie mogłem
wymienić Witkowskiej-Chmielińskiej, toteż wymyśliłem zupełnie inną, fikcyjną oczywiście wersję,
którą się w gestapo posłużyłem.
Po około godzinie zabrano współwięźniów z celi przejściowej i zostałem sam. Po dłuższym znowu
czasie zjawił się jakiś gestapowiec, który kazał mi udać się ze sobą. Na podwórzu polecił mi wsiąść do
małej karetki policyjnej i sam wsiadł do niej. Samochód ruszył i wyjechał przez bramę więzienną.
Jechaliśmy we dwóch w milczeniu. Przez okratowane okienko w drzwiach widziałem trasę jazdy. Gdy
wjechaliśmy wreszcie w Aleje Ujazdowskie, stało się pewne, że jedziemy na Szucha. Tak istotnie było.
Wprowadzono mnie do słynnych piwnic, ale minięto „tramwaje” i podprowadzono do stolika pod
oknem. „Niech pan siada i czeka na wezwanie” - odezwał się gestapowiec.
To „pan” oraz wybrane miejsce zaskoczyło mnie i trochę natchnęło optymizmem. Ale wkrótce kazano
mi wstać i wprowadzono - jak należy - do pierwszego od wejścia „tramwaju”. W celi tej siedział już
w głębi jeden młody człowiek, ja usiadłem na jednym z dwóch krzeseł tuż przy wejściu. Byłem więc
teraz z kolei traktowany jak każdy więzień.
Wszystkie krzesła celi były ustawione oparciami do tyłu, tak aby przetrzymywani w celi mieli
utrudnione spoglądanie na korytarz, od którego dzieliły celę tylko kraty.
Znowu czas mijał na milczeniu i zadumie. Było chyba pomiędzy dziewiątą i dziesiątą godziną, kiedy
wywołano mnie z celi piwnicznej i zaprowadzono na drugie czy trzecie piętro, tam zaś wprowadzono
do pokoju zajmowanego przez „komandora” gestapo.
Wszedłszy stanąłem u wejścia i w mgnieniu oka stwierdziłem, że - poza szefem gestapo za biurkiem -
siedzi tyłem do mnie dwóch jeszcze umundurowanych Niemców. Jednego zidentyfikowałem od razu:
to był Leist. Jego obecność dobrze rokowała o przebiegu śledztwa. To przekonanie ułatwiło mi
zachowanie koniecznego spokoju.
„Co u pana znaleziono?” - padło pierwsze pytanie.
„Niczego nielegalnego, bo nic takiego nie posiadałem.”
„A czy zna pan nazwisko Bryan?” - zapytano zza biurka.
Moja dobra pamięć pozwoliła mi odpowiedzieć: „Tak, był chyba przed pierwszą wojną światową taki
kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych.”
„A to tu - pokazano mi z bliska pismo zabrane z mego pokoju sypialnego - jednak znaleziono u pana!
Skąd pan to miał?”
W myśl ustalonej z góry linii obrony udałem wielkie zdziwienie. „To zdumiewające! - oświadczyłem. -
Byłem przekonany, że dawno to spaliłem!”
„Ale skąd pan to miał?” - naciskał gestapowiec.
„Jestem zwierzchnikiem Zarządu Miejskiego. Podobnie jak przed wojną, tak i teraz otrzymuję w domu
bardzo liczną korespondencję codziennie z poczty, a także podrzucane mi są pod drzwi mojej willi
różne listy, podpisane i nie, jak na przykład anonimowe obelgi, rozmaite wydawnictwa reklamowe
i inne. Tak też podrzucił mi to ktoś nieznany.”
„Ale był pan obowiązany zameldować o fakcie i oddać to swojej władzy, choćby Oberführerowi
Leistowi, a tego nie uczynił!”
„Sądziłem, że wystarczy zniszczenie” - tłumaczyłem się. Ta krótka indagacja skończyła się
wyproszeniem mnie za drzwi. Stanąłem na korytarzu. Po kilku minutach zaledwie zostałem wezwany
ponownie do pokoju.
„Pan Oberführer Leist i komendant policji porządkowej wstawiają się za panem. Zwolnimy pana, ale
na przyszłość musi pan wszystkie otrzymywane antyniemieckie materiały doręczać władzom
niemieckim. Może pan wyjść.”
Wyszedłem, a tuż za mną wyszedł uradowany Leist. „Odwiozę pana teraz do domu - powiedział. -
Udało się! To ja prosiłem o współdziałanie komendanta Ordnungspolizei. Dzień pan odpocznie, jutro
wróci do pracy i zgłosi się do mnie.” Musiałem przyjąć propozycję i wkrótce znalazłem się w domu,
mało rad z paradowania przez miasto niemieckim urzędowym wozem.
W domu stwierdziłem, że żona od razu wiedziała, iż jestem na Pawiaku. Mój szofer jechał po mnie,
jak zwykle, do domu i po drodze zobaczył mnie siedzącego w otwartej „budzie”, wobec czego
pojechał za całą kawalkadą samochodów gestapowskich, a gdy stwierdził, że zajechały one na
Pawiak, podążył z kolei do ratusza, zaraz meldując, komu z moich kolegów należało, o miejscu,
w którym przebywam. Doktor Kipa od razu podjął interwencję u Leista i następnie pojechał do żony,
aby ją poinformować i uspokoić.
Cała rzecz zakończyła się nieoczekiwanie szczęśliwie dla mnie. Ale czemu? Osobiście uważałem
i uważam, że głównie dzięki przysłowiowemu łutowi szczęścia. Gdyby „znajomy” gestapowiec wszedł
do pokoju budynku pawiakowego o kwadrans, na przykład, później, kiedy byłbym już zbity, czego się
spodziewałem, podjęta wskutek interwencji kolegów i tak skuteczna akcja Leista nic by nie dała.
Trudno sobie wyobrazić zwolnienie mnie po skatowaniu.
I w tym przypadku własny rozsądek w zeznaniach i wsparcie ze strony Leista dużo mniej ważyło od
przypadkowego wkroczenia gestapowca, który zdał sobie sprawę, o kogo chodzi, i uznał za przezorne
wstrzymanie doraźnego wymiaru „sprawiedliwości” do czasu decyzji władz wyższych.
Następny przypadek mego „siedzenia” - i to w areszcie Kriminalpolizei - zdarzył się w następujących
okolicznościach.
Pewnego ranka dyrektor Wydziału Ogólnego, dr Wągiel, zameldował mi o fakcie spłoszenia ubiegłej
nocy w Drukarni Miejskiej pracowników drukujących fałszywe, jak mówił, karty żywnościowe. „Fakt
jest znany w całej drukarni i w każdej chwili może dotrzeć do Niemca, który ją dozoruje - mówił
Wągiel. - Jeśli nie zgłosimy meldunku do policji niemieckiej, nastąpią represje, poniesiemy
odpowiedzialność, jak zwykle - winni czy niewinni. Co robić? Przyszedłem do pana po decyzję.”
„Czy sprawcy zdążyli się ukryć?” - zapytałem.
„Chyba tak, bo zaraz w nocy opuścili lokal drukarni.”
„Na ukrycie się potrzebują niewątpliwie paru dni i musimy im to w każdym razie zapewnić. Nie jest
zresztą dla mnie z tego, co pan mówi, pewne, co naprawdę drukowali i dla kogo.”
Doktor Wągiel czekał, do czego zmierzam.
„Jak pan powinien pamiętać, zarządzenie niemieckie mówi o zawiadamianiu o stwierdzeniu
przestępstw bądź policji niemieckiej, bądź polskiej. Trzeba zaś, aby doniesienie, konieczne dla
bezpieczeństwa dyrekcji i pracowników drukarni, a również pana i pańskiego wydziału, szło jak
najdłużej. Wobec tego niech pan lub dyrektor Drukarni Miejskiej złoży meldunek pisemny do
komisariatu policji granatowej. Stamtąd to pójdzie do ich komendy głównej i wreszcie dotrze do
Niemców.
Minie dzięki biurokratycznej powolności niezbędnych kilka dni, a tymczasem tamci się dobrze ukryją.
Ich nie narazimy, a panów także. Wypadek był ubiegłej nocy, meldunek może być złożony
w komisariacie policji jutro.”
Stało się według mojej dyrektywy. W kilka dni później około południa odebrałem w swym gabinecie
telefon: „Tu mówi komisarz policji śledczej (wymienił nazwisko). Jest pan proszony przez naszego
niemieckiego zwierzchnika do przybycia zaraz na Daniłowiczowską.”
„Za kilka minut, najwyżej dziesięć do piętnastu, będę u panów„ - odpowiedziałem.
Niezwłocznie powiedziałem Kipie czy Zawistowskiemu, że oczywiście zaraz z Daniłowiczowskiej nie
wrócę, że mnie tam na pewno zatrzymają, że się tego spodziewam, i że skoro wezwanie następuje
dopiero teraz, wszystko idzie według mego oczekiwania. Po czym poszedłem do znanego mi sprzed
pierwszej wojny światowej pobliskiego budynku urzędu śledczego.
Na schodach czekał na mnie polski komisarz policji w stroju cywilnym. „To ja do pana dzwoniłem na
rozkaz niemieckiego komisarza. Zanim pan do niego wejdzie, chcę pana uprzedzić, o co chodzi, i jak
pan powinien się bronić. Chodzi o zarzut ułatwienia ucieczki przestępcom z drukarni. A najlepiej pan
obroni się tak...” - mówił polski urzędnik służby śledczej.
Wysłuchałem i podziękowałem. Z kolei wprowadzono mnie do Niemca. Był wściekły. „Pan umożliwił
kryminalistom ucieczkę. Za współdziałanie z przestępcami będzie pan ścigany. Odprowadzić go do
celi.”
„Uciekli - pomyślałem - plan się udał.”
Zaprowadzono mnie do funkcjonariusza, ten spisał personalia i odebrał rzeczy, których nie wolno
posiadać w areszcie. Potem wprowadzono mnie do piwnicy budynku i w niej - do jednej z cel. Od razu
dowiedziałem się, że w sąsiednich celach znajdują się już dyrektor Wągiel, jego zastępca Vertun
i dyrektor Drukarni Miejskiej Kaczyński.
Spędziłem resztę dnia i przenocowałem w celi w bardzo mieszanym towarzystwie. A na drugi dzień
wezwał mnie do siebie komendant aresztu, volksdeutsch, znający doskonale język polski. Posadził
mnie naprzeciw siebie i powiedział: „Dopiero teraz dowiedziałem się, kim pan jest. Chciałem pana
poznać i pogawędzić. A poza tym nie mogę się zgodzić, aby pan siedział ze zwykłymi więźniami.
Przeniosę pana do celi z lepszym towarzystwem. Mamy tu celę dla policjantów. Tam będzie panu
lepiej.”
Milczałem, a on tymczasem zaczął niby towarzyską rozmowę „de omnibus rebus”, w pewnym zaś
momencie rzekł: „Mam tu bardzo różnych więźniów. Pokażę panu jednego z nich. To jeszcze chłopiec.
Nazywa się de Phull.”
Nie wiem dotychczas, po co istotnie sprowadził wtedy do siebie tego chłopięcego więźnia. Nazwisko
jego było mi dobrze znane, gdyż żona mego przyjaciela, Włodzimierza Kłobukowskiego, była z domu
de Phull i z tej racji poznałem kilkoro członków jej rodziny tegoż nazwiska. Ale tego właśnie chłopca
nie spotykałem nigdy, toteż nie wiedziałem, czy go coś łączy z moimi znajomymi. Z tej jednak racji
uważnie przysłuchiwałem się rozmowie komendanta aresztu z chłopcem na dość obojętne tematy.
Chłopiec robił wrażenie wyrobionego ponad wiek. Do rozmowy nie włączałem się.
Z godzinę w sumie trwała chyba ta dość jednostronna „pogawędka” komendanta aresztu ze mną. Po
niej przeprowadzono mnie do celi dla policjantów. Mniej mi zresztą odpowiadała ta nowa kompania,
doskonale ze sobą zgrana i najwidoczniej nie najgorzej się czująca w swym towarzystwie. Ale
zachowali oni obojętną poprawność wobec mnie, zdając sobie sprawę, że nie z własnej ochoty
psułem im dobrze dobrane grono.
Tu z kolei spędziłem następną lub dwie dalsze noce. A potem zostałem ponownie wezwany do
komisarza - Niemca. Byli tam już wszyscy trzej inni „kryminalni przestępcy z Zarządu Miejskiego”.
Komisarz przeprowadził konfrontację zeznań, która wypadła pomyślnie dzięki naszemu porozumieniu
przed aresztowaniem. W końcu Niemiec orzekł: „Ja panów zwalniam, ale sprawę przekazuję
Stadthauptmannowi Leistowi celem ukarania panów we własnym jego zakresie działania.”
Leist miał prawo zsyłania na określony czas do obozu pracy, choć rzadko z niego korzystał. Był zresztą
tego dnia nieobecny, więc zgłosiłem się do Stadtdirektora Bechera. Ten sucho przyjął meldunek
o zwolnieniu i powiedział: „Gdy Oberführer powróci, zamelduję mu o zwolnieniu panów z
Kriminalpolizei.”
Leist jednak nie wzywał mnie specjalnie w tej sprawie, a w najbliższej odbytej z nim rozmowie sprawy
w ogóle nie poruszył. Rzecz rozeszła się sama przez się bez ujemnych konsekwencji dla kogokolwiek
z nas.

Trzykontrybucje

W swej pracy Zarząd Miejski Warszawy - 1939-1944 ograniczyłem się do wspomnienia mimochodem
o trzech kontrybucjach, jakie zostały nałożone przez władze okupacyjne na ludność Warszawy.
Obecnie pragnę do tego tematu dorzucić pewne szczegóły. Uważam to tym więcej za konieczne, że
wydana w roku 1970 Kronika wydarzeń w Warszawie 1939-1949 grzeszy w tym właśnie względzie
istotnymi błędami.
Według działu drugiego tego kompendium miały mieć miejsce następujące kontrybucje:
a) pod datą 10 lutego 1942 - dziesięciomilionowa (s. 52);
b) pod datą 10 lutego 1943 - dziesięciomilionowa (s. 63);
c) pod datą 27 października 1942 - jednomilionowa (s. 59);
d) pod datą 3 lutego 1944 - stumilionowa (s. 84).
Faktycznie były jednak tylko trzy, a nie cztery kontrybucje. Zapewne dwie wzmianki wymienione
wyżej pod a) i b) odnoszą się do jednej i tej samej kontrybucji. Ale w takim razie wymaga ustalenia
rok: 1942 czy 1943?
Jestem przeświadczony, że przy dziesięciomilionowej kontrybucji chodzi o rok 1943. Mam też zupełną
pewność, że trzy kolejne kontrybucje rosły stopniowo od jednego miliona do dziesięciu milionów
i następnie do stu milionów, przy czym jednak w tym ostatnim przypadku na Warszawę przypadła nie
całość, lecz 85 milionów. Reszta - czyli 15 milionów - dotyczyła powiatu warszawskiego, po raz
pierwszy wówczas obciążonego przez okupanta udziałem w kontrybucji (w poprzednich dwóch
przypadkach cała nominalna suma kontrybucji ciążyła wyłącznie na Warszawie).
53

Motywem nałożenia kontrybucji podawanym przez władze niemieckie było w pierwszym wypadku
niszczenie ubrań Niemcom w czasie korzystania przez nich z komunikacji publicznej, w drugim -
zamachy na życie Niemców i ich pomocników; w trzecim faktyczny powód stanowił zamach na
Kutscherę.
Gdy pierwsza kontrybucja została ogłoszona, a Zarząd Miejski obciążony obowiązkiem jej
wyegzekwowania, problem nie nasuwał szczególnych trudności, jeśli pominąć oczywiście samą
kwestię bezprawności żądania niemieckiego, sprzecznego z zasadami prawa międzynarodowego.
W nikim jednak nie budziło wątpliwości, że kontrybucję należy ściągnąć, a to w głębokim
przekonaniu, że jej nieuiszczenie pociągnie za sobą dalsze represje, mogące przysporzyć ludności już
nie uszczerbku majątkowego, lecz strat ludzkich.
Jeśli więc stwierdzam, że pierwsza jednomilionowa kontrybucja nie powodowała szczególnych
trudności, to mam na myśli stosunek liczby ludności Warszawy (poza Żydami i Niemcami, nie
objętymi akcją) do sumy kontrybucji. Liczba ludności zwanej potocznie „aryjską”, czyli - mówiąc ściśle
- tej, która zamieszkiwała w Warszawie poza obrębem getta, i suma do ściągnięcia były prawie równe
sobie. Nasuwała się od razu myśl pogłównego w wysokości około jednego złotego od mieszkańca.
Tej sugestii jednak początkowo przeciwstawiałem się. Lękając się, że po pierwszej kontrybucji mogą
przyjść następne, chciałem dokonać zbiórki w sposób utrudniający okupantowi powtórzenie

53
Władysław Bartoszewski na s. 213, 228, 361 i 362 drugiego wydania (1970) swego dzieła Warszawski
pierścień śmierci podaje ścisłe daty kolejnych trzech kontrybucji (27 października 1942, 10 lutego 1943 i 2
lutego 1944), jak również prawidłową kolejną ich wysokość, pomijając jedynie fakt piętnastomilionowego
udziału powiatu warszawskiego w ostatniej (trzeciej) kontrybucji. (Przyp. aut.)
machinacji. A następnej kontrybucji spodziewałem się w znacznie wyższej kwocie. Okazało się
później, że tak rzeczywiście było.
W rozmowie z dyrektorem finansowym Zarządu Miejskiego powiedziałem, że przecież sumę jednego
miliona można uzyskać drogą wpłaty przez tysiąc osób po tysiąc złotych, co wydawało mi się zupełnie
realne, bądź nawet pięciuset złotych przez dwa tysiące płatników. Cały problem sprowadzał się więc
tylko do wyboru takiej, stosunkowo nielicznej grupy ofiarnych, którzy by zadeklarowali dobrowolną
wpłatę w powyższej wysokości „na głowę”.
Dla przecięcia sprawy i wybrania właściwej drogi zwołałem naradę działaczy społecznych,
reprezentujących zamożniejsze sfery Warszawy. W naradzie wzięli udział: były minister i następnie
prezes Związku Izb Przemysłowo-Handlowych, inż. Czesław Klarner, hurtownik zbożowy, a wówczas
i prezes Zarządu Warszawskiej Hurtowni Aprowizacyjnej, Stanisław Barcikowski oraz inni.
Zebrani zgodnie wypowiedzieli się przeciwko mojemu projektowi rozwiązania sprawy. Byłem
zmuszony pójść po linii sugestii Wydziału Finansowego Zarządu Miejskiego - sięgnięcia do masowego
płatnika.
Uczyniłem to nie przekonany całkowicie argumentami o potrzebie uczynienia z wpłat na kontrybucję
czegoś w rodzaju powszechnego aktu patriotycznego (znalazło to zresztą pewien wyraz
w indywidualnym dokumencie pokwitowania każdej wpłaty).
Gdy następna kontrybucja opiewała już na dziesięć milionów, trzeba było dokonać repartycji sumy na
różne tytuły udziału, zróżnicowane co do sum obciążenia poszczególnych kategorii płatników
odpowiednio do ich stanu majątkowego. Ale zasada udziału każdego mieszkańca (poza gettem) nadal
została utrzymana.
Wreszcie przy trzeciej kontrybucji możliwość zebrania całej sumy - przy tym w obowiązującym
krótkim terminie - budziła już zdecydowane wątpliwości. Rozłożywszy przypadającą na Warszawę
sumę na poszczególne tytuły i grupy mieszkańców, ustaliłem z dyrekcją Wydziału Finansowego
Zarządu Miejskiego, że będziemy świadomie usiłowali przeciągać termin wpłaty, od razu awizując
Niemcom brak możliwości ściągnięcia całej sumy w wyznaczonym terminie, a również trudność jej
ściągnięcia w całości nawet w znacznie dłuższym okresie.
Zamiar powiódł się tylko częściowo. W wyznaczonym terminie byliśmy jeszcze dosyć dalecy od
zebrania całej żądanej sumy. Ale nie można było przeciągać struny nadmiernie, gdyż ku memu
zdziwieniu i zakłopotaniu powiat warszawski swój piętnastomilionowy udział wpłacił
w obowiązującym terminie.
54

Nadzór niemiecki nie przyczynił zresztą Zarządowi Miejskiemu w tym przypadku nadmiernych
kłopotów, nie naciskając zbyt gwałtownie na dotrzymanie terminu.
Wielotygodniowy okres zbiórki wyznaczonych przez Zarząd Miejski udziałów płatniczych w tej
kontrybucji dał możność uzgadniania na bieżąco taktyki z miarodajnymi czynnikami podziemia
cywilnego. Poprzednio można było uzyskiwać placet tych władz właściwie tylko post factum.
W przypadku drugiej kontrybucji Zarząd Miejski uzyskał - o ile pamiętam - trzymilionowy zwrot na
rzecz zasilenia funduszów opiekuńczych różnych polskich instytucji społecznych. Przy trzeciej
kontrybucji były także podejmowane kroki w kierunku odzyskania dla celów społecznych polskich

54
Polscy urzędnicy Zarządu Powiatowego porozumieli się z Zarządem Miejskim Warszawy i zastosowali
podobny system repartycji. (Przyp. aut.)
chociażby części wpłaconych kwot, ale nie przypominam sobie dzisiaj, czy dały one jakikolwiek
skutek.

OpracowaniedlaLondynu

Dawny mój zwierzchnik z okresu pracy w Moskwie, a następnie minister przemysłu i handlu, Antoni
Olszewski, utrzymywał stosunki towarzyskie ze mną przez długie lata. Trwały one do wybuchu wojny
i podczas okupacji. Niekiedy odwiedzał nasz dom, kiedy indziej zapraszał nas z żoną lub tylko mnie do
siebie. Czasami przy okazji proszonego obiadu czy kolacji załatwiał ze mną konkretne sprawy, jak to
miało miejsce jeszcze przed wojną, kiedy zabiegał o przejście dyrektora gazowni warszawskiej - dra
Błażeja Rogi - do przemysłu koksowniczego na Śląsku. Decyzja należała oczywiście wyłącznie do
samego zainteresowanego, ale Olszewski kurtuazyjnie nie chciał działać bez mojej wstępnej
akceptacji. Niechętnie wprawdzie widziałem odejście tęgiego fachowca, jakim był dr Roga (po drugiej
wojnie światowej - profesor Politechniki Śląskiej), ale byłem przekonany, że w razie konieczności dam
sobie radę ze znalezieniem następcy. Natychmiast zresztą pomyślałem o osobie chemika dra
Antoniego Sachnowskiego, którego wysokie kwalifikacje fachowe i organizacyjne poznałem w czasie
kierowania Państwowym Monopolem Spirytusowym. Toteż upewniwszy się, że propozycja przemysłu
odpowiada osobistym życzeniom dra Rogi, nie zgłosiłem zastrzeżeń wobec propozycji Olszewskiego.
W tych warunkach stałych kontaktów nie zdziwiło mnie, gdy pewnego okupacyjnego dnia
otrzymałem kolejne zaproszenie telefoniczne od Olszewskiego na późny obiad. Dziwniejsza była jego
uwaga, że muszę liczyć się z przenocowaniem u niego. Wprawdzie zakaz poruszania się w nocy mógł
tłumaczyć sugestię Olszewskiego, ale przecież od obiadu do godziny policyjnej było sporo czasu na
normalną pogawędkę. Ale nie dopytywałem się zbytnio, lecz obiecałem przybyć.
Tym razem byliśmy tylko we dwóch. Olszewski powiedział zaraz na wstępie: „Przygotowaliśmy dla
naszego rządu w Londynie wyczerpującą dokumentację okupacyjną. Stanowi to, jak pan widzi, wielki
tom. Chciałbym, aby pan to dokładnie przejrzał i dał swoją ocenę. A nie ma wiele czasu, bo trzeba to
bezzwłocznie wysłać. Stąd też moja propozycja, aby pan poświęcił i noc na czytanie tekstu. Godzin
dziennych na to nie wystarczy.”
Oczywiście wyraziłem zgodę.
Po wielogodzinnym wertowaniu tomu, nie wszędzie jednakowo gruntownie czytanego, doszedłem do
wniosku, że opracowanie jest kompletne i daje wszechstronny obraz stosunków i terroru
niemieckiego w okupowanej Polsce.
Gdy Olszewski zapytał, co sądzę o opracowaniu, powiedziałem: „Praca jest, panie ministrze,
imponująca i zadziwiająca umiejętnym zebraniem tak wielu przykładów stosowania systemu
hitlerowskiego w Polsce i w szczególności w Warszawie, której życie znam, mogę więc stwierdzić, że
raport je znakomicie oddaje. Tylko wątpię, czy da to oczekiwany rezultat. Nie tylko cudzoziemcom,
ale nawet naszym rodakom poza krajem trudno będzie uwierzyć, że to wszystko jest rzeczywistością.
Czasami i ja sam miewam wątpliwości, gdy dochodzi mnie wiadomość o jakiejś nowej potworności.”
(Tu zacytowałem informację niedawno otrzymaną o porwaniu samochodem z ulicy młodej Polki
i zawiezieniu jej do domu publicznego dla oficerów niemieckich na jednej z ulic bliskiego Mokotowa.
Dziewczynie tej podobno udało się zbiec z lokalu, co właśnie wzbudziło we mnie pewne wątpliwości,
gdyż miała być już uprzednio przebrana w zwykle stosowany w takich zakładach skromny
przyodziewek bieliźniany. Ale informację potwierdziły mi później i inne osoby.)
„Czy sądzi pan, że trzeba coś zmienić lub dodać?” - zapytał Olszewski.
„Nie. Może tylko, jeśli byłby na to czas - zastanawiałem się głośno - należałoby dać stosowny wstęp
dla czytelnika zagranicznego. Tam, gdzie nie ma reprodukowanych dokumentów dla poparcia opisu,
może dałoby to coś. Ale kto wie, czy nie lepiej liczyć po prostu, że odbiorcy będą mieli niezbędne
zaufanie do naszych źródeł.”
To spotkanie było jednym z naszych ostatnich. Minęły kolejne miesiące i doszła mnie wiadomość
o aresztowaniu Olszewskiego. Potem zostałem powiadomiony, że znajduje się on w jakimś obozie na
terenie Małopolski, a następnie - o śmierci, którą tam poniósł.

Stosunekdoprzyszłychgranicpaństwapolskiego

W kwestii powojennych granic Polski należałem do tych, którzy przez cały okres okupacji wyrażali
pogląd, że sprawa granic wschodnich jest prawnie przesądzona w traktacie ryskim. Natomiast
w sprawie przyszłego uregulowania granicy polsko-niemieckiej należałem do „maksymalistów”,
według terminologii zastosowanej przez Leopolda Glucka na s. 38 i 39 jego pracy pt. Od ziem
postulowanych do Ziem Odzyskanych (Warszawa 1971).
Byłem zdecydowanym zwolennikiem oparcia tej granicy o Odrę i Nysę z równoczesnym jednak
objęciem przez Polskę praw suwerennych nad wyspą Rugią. Nie był to przejaw wyłącznie sentymentu
i tęsknoty do prasłowiańskiej Rugii. Uważałem, że posiadanie ujścia Odry do Bałtyku będzie
wymagało odpowiedniego zabezpieczenia od strony morza, a za podstawę takiego zabezpieczenia
uważałem umocnioną Rugię w polskim władaniu.
Nie miałem tytułu ani wielu sposobności do bronienia własnej koncepcji i jej przedstawienia
właściwym organom polskim. Ale raz ktoś z pracowników komórki wojskowej, powołanej do
zajmowania się tego właśnie typu zagadnieniami, zresztą mój dawny znajomy jeszcze z czasów
epopei legionowej, podjął ze mną rozmowę na temat przyszłej zachodniej granicy polskiej.
W oznaczonym przez niego czasie zreferowałem mu własny pogląd, a on przyjął go do wiadomości
bez dyskusji. Najwidoczniej zależało mu tylko na zarejestrowaniu mego głosu w przeprowadzanej
właśnie jakiejś ankiecie.
Nazwisko mego ówczesnego rozmówcy wypadło mi z pamięci. Ciekawe jest natomiast, że
zagadnienie granic zachodnich nigdy nie stało się przedmiotem moich rozmów z „Benedyktem”
(pułkownikiem Ludwikiem Muzyczką), kierownikiem oddziału sztabu AK, właściwego i dla tego
zakresu badań. Z „Benedyktem” miałem kilkakrotny kontakt osobisty w czasie okupacji, do innych
jednak celów służył on wtedy i inne w oczach „Benedykta” miałem kwalifikacje niż do zabierania
głosu w sprawach granic.

Rezygnacjazestanowiska

Zarządzenie pogotowia żołnierzy podziemia było mi znane nie tylko ze źródeł „urzędowych”. Również
obserwacje z terenu rodzinnego (mój piętnastoletni syn był żołnierzem Armii Krajowej) i skądinąd
potwierdzały mi w ostatnich dniach lipca, że wybuch powszechnej w Stolicy akcji zbrojnej jest bardzo
bliski.
Z drugiej strony różnorodne objawy niepokoju u Niemców dawały mi także wiele do myślenia.
Raz z inicjatywy dyrektora Kontroli Miejskiej, płk. Tangla, miałem możność dokonania inspekcji
niedzielnej miasta, stwierdzając zapoczątkowanie akcji ewakuacyjnej nadzorczego urzędu
niemieckiego z pałacu Blanka oraz znaczny upadek ducha cofających się od strony praskiej
niemieckich oddziałów wojskowych.
Innym razem niemieckie wezwanie publiczne do mieszkańców miasta o stawiennictwo w liczbie stu
tysięcy do udziału w robotach wojskowo-obronnych, które dało w efekcie znalezienie się na
wyznaczonym placu zbiórki zaledwie garstki kilkudziesięcioosobowej bez wyciągnięcia z tego braku
posłuchu jakichkolwiek konsekwencji, było świadectwem, że we władzach okupacyjnych zaczyna się
rozkład. Reakcją zaś wręcz niezrozumiałą był w szczególności telefon do mego urzędnika
łącznikowego Emila Kipy od Stadthauptmanna Leista, dziękujący władzom polskim miasta za liczny
odzew ludności na apel niemiecki.
Na dwa dni czy nawet w przeddzień wybuchu powstania byłem wezwany przez gubernatora
dystryktu Fischera do pałacu Brühlowskiego, aby usłyszeć od niego polecenie wpłynięcia na
kupiectwo praskie w kierunku utrzymania działalności handlowej. Według wiadomości Fischera
sklepy na Pradze miały być zamykane. „A nie ma powodu do paniki” - wyjaśniał mi Fischer, mimo że
jego wygląd świadczył o czymś wręcz przeciwnym. Był blady, a całe otoczenie czyniło wrażenie
oblężonej twierdzy. Wszędzie widać było karabiny maszynowe i straże wojskowe, gdzieniegdzie -
bunkry, powszechnie panował chaotyczny ruch i - co tu dużo mówić - nastrój jak u Niemców w czasie
alarmu lotniczego.
Ale dopiero w dniu 1 sierpnia tuż przed godziną jedenastą do mego gabinetu służbowego dotarła
wiadomość urzędowa, że godzina „W” została postanowiona: o godzinie 17.00 powstanie ma się
rozpocząć w Warszawie. Tej wiadomości towarzyszyło polecenie, abym wraz z dobraną gromadą
odpowiedzialnych urzędników i kierowników wydziałów miejskich pozostał w gmachu ratusza po
godzinach urzędowych. Dyspozycja uprzedzała, że do gmachu wejdą już wcześniej określone oddziały
zbrojne i że ratusz miejski stanie się również siedzibą Delegata Rządu na m. st. Warszawę (Marcelego
Porowskiego) i jego współpracowników.
W razie nieoczekiwanego odwołania godziny „W” miałem być dodatkowo powiadomiony. Jeśli jednak
nic nie zajdzie, udzielona informacja miała być wiążąca dla mnie.
Odrzuciwszy krótkotrwałą pokusę „skoczenia” na Żoliborz dla dania ostatecznych wskazówek synowi
i pożegnania go (żona z córeczką przebywały od pewnego czasu poza Warszawą), zająłem się
wydawaniem stosownych poleceń. W szczególności delegowałem zaraz na Pragę - w obawie o jej
odcięcie - zamieszkującego tam wicedyrektora Zygmunta Ogrodzkiego z pismem odręcznym
upoważniającym do objęcia zastępstwa prezydenta miasta na Warszawę prawobrzeżną. Było to
pełnomocnictwo warunkowe, na wypadek, gdyby kierownik praskiego biura dzielnicowego nie mógł
pełnić swych obowiązków (wiedziałem zaś, że ma, i jaki, przydział od swych władz podziemnych na
wypadek powstania).
Tuż przed godziną piątą po południu wyszedłem na balkon gabinetu prezydenta miasta. Plac
Teatralny był zupełnie pusty. Jedynie wysunięty na kraniec trotuaru trwał w oczekiwaniu na pierwsze
strzały i ofiary polski dwuosobowy patrol sanitarny z opaskami czerwonego krzyża na ramionach. Od
strony sąsiedniego pałacu Blanka - siedziby władzy hitlerowskiej miejskiej - było cicho. Odnosiło się
wrażenie, że wszyscy wiedzą, co ma nastąpić, i oczekują tego w skupieniu, tak przyjaciele, jak
wrogowie.
Punktualnie o godzinie 17 rozległy się pierwsze strzały. Powstanie rozpoczęło się. Poza detonacjami
nie dochodziły do nas żadne odgłosy, potem - po dłuższym czasie dopiero - dały się słyszeć apele
niemieckie przez megafony.
Nikt w ratuszu od nas niczego nie żądał, nikt się o nic do nas nie zwracał. We trzech (Podwiński, Kipa
i ja) prowadziliśmy więc prywatne dyskusje o szansach podjętej walki, dzieląc się posiadanymi
wieściami, mogącymi małe budzić nadzieje, gdyż dotyczącymi przeważnie znanych nam z ostatnich
dni „wpadek” broni.
Pierwszą noc spędziliśmy w gabinecie frontowym na podłodze, wykorzystując na posłanie zwoje
chodników korytarzowych. Następne noce spędzaliśmy w podobny sposób w przyległej sali, zwanej
portretową.
Trzeciego dnia podjęty został z gmachu ratusza heroiczny i udany atak na pałac Blanka.
Spostrzegliśmy akcję zupełnie przypadkowo, gdy była już w pełnym toku, z okien sali portretowej
wychodzących na podwórze od wschodu. Byłem cały pochłonięty widokiem żołnierzy, w tym jednej
kobiety, przesuwających się na wysokości trzeciej kondygnacji od okna do okna po desce
przerzuconej między nimi z zewnątrz. Podwiński był mniej oczarowany widokiem, a nawet oburzony.
Dlaczego, o tym za chwilę.
Poprzednio mogliśmy też widzieć dwie egzekucje na Niemcach, dokonane przez rozstrzelanie przed
frontem gmachu ratusza. Mimo że chodziło niewątpliwie o aktywnych dywersantów-Niemców,
odniosłem przykre wrażenie ze sposobu wykonywania wyroku. W szczególności drażniło mnie
żądanie, aby skazani zdejmowali przed egzekucją obuwie. Wyrok, jeśli zapadł prawidłowo, powinien
być wykonywany bez zbędnych szykan, bez przewlekania ostatnich chwil winowajcy. Były to bowiem
wyroki polskiego sądu polowego, nie niemieckiego pseudosądownictwa.
55

Te pierwsze trzy dni wzbudziły we mnie świadomość całkowitej zbędności naszego „urzędowania”.
Jak się okazało, wszyscy trzej mieliśmy szybko dość roli „piątego koła u wozu”. Podwiński był tym,
który postawił kropkę nad „i”. Zaczął od stwierdzenia, że powinienem był być wezwany do udziału
w decyzjach dotyczących ataku na pałac Blanka. „Można było uniknąć ryzyka, o ile by zwrócono się do
pana i o ile by pan wezwał kierownictwo pałacu Blanka do kapitulacji. Pańskiego wezwania na pewno
by tam posłuchali” - wywodził Podwiński z goryczą. „W tych warunkach - dodał - nie mamy tu co robić
i wnosiłbym o rezygnację z naszych stanowisk.”
Bynajmniej nie podzielałem pewności Podwińskiego co do skuteczności moich ewentualnych apeli
o poddanie się załogi pałacu Blanka i w szczególności stojącego na jej czele zastępcy
Stadthauptmanna dra Fribolina, ale nie mogłem nie przyznać racji, że atak powinien być poprzedzony
próbami akcji w rodzaju sugerowanej post factum przez Podwińskiego. Niezależnie jednak od tego
cały przebieg wydarzeń w ratuszu od godziny „W” do czasu tej naszej rozmowy był na tyle oczywisty,
że musiałem dojść do tej samej, choć nie wyłącznie z tych samych pobudek, konkluzji dotyczącej
rezygnacji.
Skoro wszyscy trzej byliśmy co do tego zgodni, pozostało tylko podjąć odpowiednie kroki. Zasadnicza
dyrektywa dla mnie od Delegata Rządu na Kraj była jednak odmienna: „Pełni pan obowiązki do
pomyślnego końca powstania i wtedy dopiero zdaje swe funkcje, otrzymując odpowiedni akt
podziękowania i skwitowania.” Należało więc spowodować jej uchylenie.

55
Sądownictwo polowe powstańczej Warszawy respektowało zasady prawa międzynarodowego wobec jeńców
niemieckich, co podkreślają cudzoziemscy historycy powstania warszawskiego Sporadyczne napięcia
emocjonalne towarzyszące egzekucjom dywersantów należały do bardzo rzadkich wyjątków.
W dniu 4 sierpnia zaprosiłem Porowskiego na rozmowę. Poinformowałem go o naszej decyzji
i prosiłem o przedstawienie przez niego Delegatowi na Kraj wniosku o przyjęcie naszych rezygnacji i o
przekazanie funkcji jemu - Porowskiemu - jako typowanemu na okres po wyzwoleniu prezydentowi
miasta Warszawy.
Porowski nie podzielił zrazu naszego stanowiska i próbował wpłynąć na jego zmianę. Ale gdy staliśmy
kategorycznie przy swoim, wyraził wreszcie zgodę na tę koncepcję i przyrzekł być rzecznikiem
uchylenia dawniejszej wytycznej u Delegata Rządu na Kraj. Tegoż dnia odwiedził nas Porowski
ponownie i oświadczył, że decyzja, jaką uzyskał, jest zgodna z naszym postulatem. Wyznaczyliśmy
wobec tego godzinę jedenastą dnia następnego na przejęcie przez niego funkcji w obecności
wszystkich zainteresowanych, zgrupowanych w ratuszu.
Po krótkim akcie przekazania funkcji delegat Porowski zaproponował naszej trójce dalsze pozostanie
wraz z nim w kompleksie ratuszowym. Dziękując za okazaną przyjacielską życzliwość, zdecydowaliśmy
jednak wszyscy trzej bez wahania, że nie należy tworzyć nawet pozorów naszego pozostawania w
Zarządzie Miejskim. Prosiliśmy natomiast o ułatwienie wyjścia z ratusza, co wymagało przy przejściu
na Stare Miasto skorzystania z przejść podziemnych poprzez budynki (w szczególności Banku
Polskiego) znajdujące się pod obstrzałem i obsadzone przez oddziały powstańcze.
W godzinach popołudniowych - już jako osoby prywatne - znaleźliśmy się na ul. Długiej, a następnie
w dalszych częściach dzielnicy staromiejskiej.
Nigdy nie powstała sposobność wyrażenia kierownictwu Zarządu Miejskiego słów „podziękowania
i skwitowania”. Co gorsze, nigdy nie nastąpiło pomyślne dla Polaków zakończenie powstania.
Od 5 do 27 sierpnia kwaterowaliśmy po różnych lokalach, zaczynając od mieszkania pani
Lorentzowej, matki dyrektora Muzeum Narodowego, przez siedzibę miejskiego Wydziału
Statystycznego na Miodowej i szpital dla chorych umysłowo przy ul. Bonifraterskiej, aż po mieszkanie
państwa Breiterów na ulicy Kapucyńskiej. Koczowaliśmy, jak wielu innych, pozbawieni bielizny na
zmianę, żywności, możliwości umycia się.
Tym jednak różniliśmy się od przeważającej liczby „tubylców” dzielnicy, że mogliśmy i chcieliśmy
poruszać się, a nie tkwić po kwaterach czy zgoła w schronach. Szczególnie pod tym względem
ruchliwym towarzyszem mych wędrówek stał się w tym okresie Edward Strzelecki, dyrektor
miejskiego Wydziału Statystycznego. Ułatwiały nam wędrówki dokumenty akowskie ad hoc
wystawione, Podwińskiemu, Kipie i mnie wystawił takie dowody osobiste major Gromski (Wardejn-
Zagórski), pobierając w parku Krasińskich odciski naszych palców jako zastępczą na dokumentach
identyfikację wobec braku fotografii.
Nie pozbawiona ciekawych rozmów i kontaktów, nawiązywania nowych znajomości i odnawiania
starych, a nade wszystko bogatych przeżyć - moja egzystencja na Starówce trwała blisko trzy
tygodnie, a mianowicie, od dnia opuszczenia ratusza aż do chwili kiedy powstała możliwość starania
się o przejście grupowe na Żoliborz. Przez trzy bodaj dni kolejne zachodziłem do komendy AK
w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości przy ulicy Długiej nr 7, aby dowiadywać się o możliwości
przejścia grupy, wiązanej z moją osobą i nazwiskiem. Wreszcie kolejność nasza nadeszła i mogliśmy
opuścić powstańcze Stare Miasto, szybko zbliżające się do upadku. Nacisk przeważających sił wroga
na ruiny tej dzielnicy stawał się nie do odparcia i było oczywiste, że walkę można będzie
podtrzymywać jeszcze najwyżej przez pojedyncze dni, może nawet godziny.

«Jedenznaszychutonął...»

Kilka dni trwało zanim dostałem się na listę mogących przejść kanałami ze Starówki na Żoliborz. Nie
sam zresztą, lecz ze „swoją grupą”, jak określano moich towarzyszy w komendzie akowskiej
w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości.
W czasie jednej z moich tam bytności wyszedł do mnie wysoki stopniem oficer i zapytał, czybym
jednak nie udał się - jako głowa miasta - do Śródmieścia, „wraz z nami”, czyli z samą Komendą.
Odmówiłem stwierdzając, że do Śródmieścia wyrusza mój były zastępca (Stanisław Podwiński), który
w razie czego może być użyteczny, ja zaś jednak, uważając się już od momentu rezygnacji ze
stanowiska w Zarządzie Miejskim za osobę zupełnie prywatną, a bynajmniej nie za reprezentanta
władz miejskich, pragnę znaleźć się w dzielnicy, gdzie walczy mój syn.
Lista mających udać się wraz ze mną na Żoliborz zmieniała się nieco w ciągu tych kilku dni. Dyrektor
Kontroli Miejskiej, dr Tangel, wycofał się z zamierzenia, dochodząc do wniosku, że nie ma
dostatecznych sił fizycznych do ryzykowania niełatwej przeprawy kanałami.
Było koło godziny dziesiątej rano dnia bodaj 28 sierpnia, kiedy dostałem przyrzeczenie, że tegoż
właśnie dnia około trzeciej po południu przypadnie kolej na przeprawę mojej grupy. O tej godzinie
punktualnie mieliśmy wszyscy razem stawić się w tymże budynku, lecz w lokalu parterowym od
strony Podwala, aby spotkać się tam z przewodnikiem, wysłuchać jego instrukcji i we właściwej chwili
zejść pod jego przewodem do kanału.
Podziękowałem kapitanowi „Grażynie” za pomyślną wiadomość i zacząłem wędrówkę po dzielnicy,
aby poinformować wszystkich zainteresowanych o załatwieniu sprawy i umówić się z nimi na
spotkanie w określonym miejscu na godzinę przed wyznaczonym terminem.
Wszyscy zawiadomieni stawili się na czas i razem udaliśmy się na wyznaczone miejsce odprawy.
Byliśmy na miejscu wkrótce po drugiej po południu, pomimo że po drodze trafiliśmy na naloty, co
było dodatkową przeszkodą.
W pokoiku wyznaczonym na punkt zborny oczekiwał nas przewodnik oraz grupka nieznanych osób,
mających również iść kanałami. Zauważyłem wśród nich rannych żołnierzy, dwóch księży i kilka osób
cywilnych.
Przewodnik, który przedstawił się swym pseudonimem („Leonard”), udzielił nam informacji
dotyczących samej trasy kanałowej i znaków rozpoznawczych na niej, pouczył o sposobie
zachowywania się w czasie przemarszu, objaśnił, jakie mogą być i w których punktach szczególne
niebezpieczeństwa. Młody człowiek, raczej nawet - młodzieniec, wykazywał dar dowódczy i pewność
siebie. Wzbudziło to we mnie całkowite zaufanie do niego.
Trwało dość długo, zanim nadeszła godzina wymarszu. Udaliśmy się przez ulice Podwale i Freta do
Świętojerskiej, gdzie nas zaskoczył kolejny atak lotniczy. Skryliśmy się w jednej z bram dla
przeczekania nalotu. Jeszcze tam tkwiliśmy, gdy przybyła z przeciwnego kierunku grupa ludzi,
opowiadając, że odbyli już częściowo wędrówkę kanałami, ale zostali obrzuceni w pewnym punkcie
granatami przez Niemców pilnujących na górze włazów kanałowych. Wycofali się więc i nie
zamierzają pójść tamtędy ponownie.
Nastrój tych ludzi oddziałał niekorzystnie na część naszej grupy. W rezultacie do włazu kanałowego
na placu Krasińskich u wylotu Świętojerskiej dotarli tylko członkowie „mojej gromadki” oraz
żołnierze.
Zatrzymaliśmy się w budyneczku parterowym, położonym w odległości kilku kroków od włazu. Tu
przewodnik doradził nam zawiązać doły spodni, aby nie plątały się i nie utrudniały ruchów w kanale.
Uczyniliśmy to. Po dłuższej chwili, a ściśle o wyznaczonej porze (o godz. 18) dostaliśmy dyspozycję
pojedynczego schodzenia przez właz do kanału. Zszedłem pierwszy i zdziwiłem się, jak niski jest tu
poziom wody, niewiele sięgający ponad kostkę. Przed zejściem pożegnałem się z kapitanem
„Grażyną”, która konwojowała nas aż do celu i asystowała przy schodzeniu pod ziemię.
W kanale, gdy wszyscy ustawili się szeregiem, przewodnik wysunął się na pierwsze miejsce pochodu
i ruszyliśmy przed siebie w stopniowo narastających ciemnościach. Znalazłszy się w pełnym mroku
wyczuwaliśmy niekiedy dla orientacji dotykiem oślizgłe ściany kanału. Staraliśmy się też, zgodnie
z zaleceniem przewodnika, utrzymywać kontakt ze sobą, dotykając od czasu do czasu ręką
poprzednika. Przestrzegaliśmy skrupulatnie zakazu rozmawiania i stąpaliśmy ostrożnie, aby uniknąć
nadmiernego chlupotania wody, której stopniowo przybywało. Ale raczej nie woda, lecz różne
odpadki, jak szmaty, odłamki cegieł itp., utrudniały ciche i bez potknięć posuwanie się naprzód.
Trzeba było co pewien czas otrząsać obuwie z wlokących się u nóg lepkich łachmanów.
Trudne było, zgodnie z zapowiedzią, przejście przez skrzyżowanie z burzowcem, ale powiodło się
całkowicie. Prąd wody przecinający naszą trasę był silny, na szczęście jednak mogliśmy trzymać się
łańcucha, przyczepionego wzdłuż tej partii kanału. U końca skrzyżowania przewodnik musiał nam
dopomagać, gdyż łańcuch kończył się przedwcześnie. Wskazywał on dotykiem ręki nieznaczne
podwyższenie, na które trzeba było wejść, aby kontynuować drogę prawidłową trasą.
Przekroczyliśmy pomyślnie także rejon Dworca Gdańskiego, uważany za szczególnie niebezpieczny ze
względu na wzmożony tu dozór posterunków niemieckich, wrzucających do kanału przez właz
granaty w razie usłyszenia szmerów świadczących o przemarszu. Widocznie jednak dyscypliny
marszowej przestrzegaliśmy prawidłowo, gdyż o przejściu zagrożonego miejsca dowiedzieliśmy się
dopiero z informacji przewodnika, który teraz znowu od czasu do czasu posiłkować się mógł światłem
latarki kieszonkowej.
Ale tu trasa stała się groźna z innych przyczyn. Prąd wody, sięgającej teraz kolan, był znacznie
silniejszy niż w początkowym odcinku. I tu właśnie, zawadziwszy nogą o jakąś przeszkodę, runąłem
w wodę.
Do Kipy, który szedł tuż za mną jako trzeci od przodu, przewodnik powiedział cicho: „Jeden z naszych
utonął.”
Ale tak nie było. Unoszony przez prąd, czyniłem usilne próby powstania. I mimo początkowych
niepowodzeń, w pewnej chwili udało mi się stanąć. W pozycji stojącej czekałem, co będzie dalej. Nie
mogłem oczywiście zdać sobie sprawy ani z upływu czasu, ani z oddalenia od idących towarzyszy, ani
nawet z tego, co było najważniejsze: czy aby nadal znajduję się na trasie ich marszu.
Zbawcze światełko latarki przewodnika zabłysło nagle. Odczułem ulgę: więc jednak nie spłynąłem
z właściwego kierunku marszu. Po chwili przewodnik znalazł się koło mnie i mogłem zająć swe
poprzednie miejsce pomiędzy nim i Kipą. Wszystko to odbyło się w milczeniu.
Krótko już, bo około kwadransa, trwało teraz dojście do celu. Przewodnik zatrzymał się pod
sufitowym wlotem, prowadzącym do wyjścia na powierzchnię. Pomiędzy tym wejściem,
wymagającym wciągnięcia się w górę o jakie półtora metra, a powierzchnią znajdowała się dość
obszerna kryta platforma. Na niej skupiliśmy się wszyscy, pomagając sobie wzajemnie.
Na platformie przewodnik objaśnił nam, jak rysuje się sytuacja terenowa i bojowa na powierzchni
i położył nacisk na szybki skok z wylotu kanałowego do rowu, oddalonego o kilka czy kilkanaście
kroków, a zapewniającego osłonę w dalszym posuwaniu się. Była już godzina dziesiąta wieczorem, ale
noc księżycowa i Niemcy mogli nas dostrzec i ostrzelać z rejonu pobliskiego Instytutu Chemicznego.
Przez rów, potem przez pole, a następnie ulicą Krasińskiego dotarliśmy bez szwanku całą grupą do
osiedla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Tu zarejestrowano nas, potrzebujących opatrzono
(dotyczyło to i mnie, gdyż z przygody kanałowej wyniosłem liczne pokaleczenia nóg) oraz wskazano
kwatery na nocleg. Udanie się od razu w nocy do własnych czy przyjacielskich domów było zakazane.
Dopiero po upływie nocy mogłem udać się do własnego mieszkania przy ulicy Felińskiego 23.
Przedtem poszedł tam Kipa, który spowodował przybycie mojej siostry z bielizną i ubraniem.
W dotychczasowym, jeszcze mokrym, a nade wszystko mocno cuchnącym po przymusowej kąpieli
w kanale ubraniu nie sposób było, jak sądziłem, iść przez dzielnicę, stosunkowo jeszcze mało
zniszczoną.
Musiałem leżeć teraz w domu długi czas, niezdolny do poruszania się i leczony staraniem przyjaciół
i siostry na miejscu.
Na drugi dzień mogłem zobaczyć syna, który zajrzał do domu ze swego posterunku bojowego w tzw.
„Oplu”, czyli z terenu walk w zabudowaniach żoliborskich warsztatów autobusowych.

DniprzedupadkiemŻoliborza

Czas mijał. Siostra umiała zapewnić jakoś dostateczne zaopatrzenie żywnościowe, a nawet niekiedy
raczyła Kipę i mnie koniakiem portugalskim z własnych zapasów z dawniejszych przesyłek od brata
Władysława. Kipa był raz jeden we własnym mieszkaniu u zbiegu Mickiewicza i Zajączka, ale
wędrówka nie była łatwa, więc jej więcej nie powtarzał. Urągałem mu nieco za to, bo jeszcze na
Starówce zaklinał się, że znalazłszy się na Żoliborzu odszuka przechowywaną starannie butelkę
starego koniaku francuskiego, zachowaną na wielką okazję, jaką była niezawodnie udana przeprawa
kanałami. Ale nie zdecydował się na drugą przechadzkę. Trzeba było zadowalać się nadal koniakiem
siostry, wydzielanym po maleńkim kieliszeczku, niby lek wzmacniający.
Dom nasz nosił, gdy przybyłem, wyraźne ślady ostrzeliwania, był pozbawiony wielu szyb w oknach (a
już bywało chłodno), tu i ówdzie były widoczne na ścianach zewnętrznych, a gdzieniegdzie i wewnątrz
budynku zniszczenia od odłamków. Pewnego dnia zrzut lotniczy obsunął się po ścianie do wnętrza,
zerwał kaloryfer w jednym z pomieszczeń i pokoik został zalany wodą. Stała się ta izba nieużyteczna,
ale miejsca było i tak sporo: było nas przecież tylko pięcioro (siostra, ja z Kipą, kuzynka żony i służąca),
a gdy zjawiał się syn - sześcioro na sześć pokoi w dwóch kondygnacjach. Był jeszcze hall, który
stopniowo stawał się pokojem gościnnym, sypialnią i składem niektórych cenniejszych rzeczy, nie
licząc podziemia.
Syn przychodził co parę dni. Ale oto pewnego dnia zjawił się zwolniony ze służby z wysoką gorączką
(miał zapalenie opłucnej). Leżał teraz w domu pod naszą opieką, a także sąsiadów (Zbikowskich),
którzy starali się i mnie, i jemu pomóc lekami i zastrzykami z trudem zdobywanymi (jedna z ich córek
była po kursie sanitarnym).
Od chwili, kiedy nie musiałem stale leżeć, obserwowałem systematycznie sytuację bojową mego
rejonu. Któregoś kolejnego dnia doszedłem do wniosku, że zaszły przesunięcia linii bojowej,
nasuwające obawę o szybkie dotarcie Niemców do naszej willi. Powiedziałem synowi: „Pomimo twej
gorączki szykuj się do powrotu do kompanii. Tu jesteś, jako powstaniec z bronią, bardziej zagrożony
niż tam, w gromadzie żołnierskiej. Gdy nadejdzie właściwa chwila, odprowadzę cię. Czekaj ubrany!”
Chwila nadeszła po kilku godzinach. Razem z piętnastoletnim chorym synem wyszliśmy z domu, aby
udać się do siedziby jego kompanii akowskiej, mającej wówczas kwaterę w trzeciej kolonii WSM przy
ulicy Krasińskiego. Sam niczego z sobą nie zabrałem, licząc, że zdążę z powrotem do siebie, zanim
zajdzie konieczność stawienia czoła opanowującym teren Niemcom.
Szliśmy najpierw rowem wykopanym pomiędzy budynkami, potem wyszliśmy przy ul. Górskiego na
powierzchnię, dalej ulicami Felińskiego i Niegolewskiego z zamiarem posuwania się z kolei ulicą
Kozietulskiego w kierunku kościoła. Ale doszedłszy do narożnika ulic Niegolewskiego i Kozietulskiego
musieliśmy się wobec obstrzału cofnąć, a następnie przeskoczyć ulicę w pobliżu Felińskiego za zgodą
posterunku AK, stojącego przy budyneczku stacji telefonicznej. Dalej posuwaliśmy się znowu wzdłuż
ulicy Felińskiego, gdy nagle, obróciwszy się w kierunku własnego domu, zauważyłem stojący
w pobliżu Alei Wojska Polskiego czołg niemiecki, mogący nas dojrzeć. Pobiegliśmy więc teraz do
kościoła na ukos, ale zanim dobiegliśmy, czołg wystrzelił. Nic się nam obu nie stało. Syn wbiegł do
wnętrza kościoła, ja zaś schroniłem się obok. Spotkaliśmy się za kościołem na ulicy Krasińskiego, skąd
rowem przesunęliśmy się na drugą stronę ulicy. Byliśmy już przy budynku docelowym. Syn pożegnał
się ze mną i udał na kwaterę kompanii.
Długie od tej chwili minęły miesiące, zanim dotarła do żony i do mnie w Baniosze (pow. grójecki)
pierwsza wiadomość, że syn żyje i że znajduje się w niemieckim obozie jenieckim.
56

Sam, po rozstaniu się z synem, zaszedłem do dalszego budynku, aby odwiedzić znajomych i zasięgnąć
wiadomości. Złożyłem wizytę Edwardostwu Strzeleckim, zobaczyłem się ze Stefanem Zbrożyną,
przybiegł powitać mnie Stanisław Tołwiński. Nie skorzystałem jednak z propozycji Strzeleckich
pozostania u nich, lecz wybrałem się po godzinie z powrotem do siebie.
Gdy znalazłem się w rowie obok willi Pohoskich (drugiej od mojej), usłyszałem wrzaski niemieckie
poza sobą, dochodzące najwidoczniej z budynków przy ul. Górskiego. Poszedłem pośpiesznie do
własnego domu i z ogródka upewniłem się, że willa jest już całkowicie opróżniona z mieszkańców.
Wobec tego zawróciłem, nie wchodząc w ogóle do mieszkania. Po drodze w ocembrowanie studni
przy aptece wsunąłem swoją legitymację AK, uznając, że stanowi ona dodatkowe niebezpieczeństwo
w razie zatrzymania mnie przez Niemców.
57
Przeskoczyłem - po raz drugi tego dnia - uliczkę za
apteką. Stacja telefoniczna była wciąż jeszcze w naszych rękach. Tą samą drogą co poprzednio
podążyłem do WSM. Tym razem zgłosiłem się z prośbą o przyrzeczoną gościnę, którą mi ochoczo
zapewniono.
W tej gościnie u Strzeleckich i Zbrożynów spędziłem parę dni i nocy. Ale koniec obrony Żoliborza
szybko nadchodził - nieuchronny. Czołgi niemieckie znalazły się pewnego ranka tuż pod domem,
a niemieccy żołdacy zaczęli brutalnie „wypraszać” mieszkańców ze schronów i mieszkań.
Strzelecki poszedł pierwszy do wyjścia, jego żona
58
i ja za nim. Na schodach żołnierz przeprowadzał
rewizję. Strzeleckiemu zabrał przy tej sposobności zegarek, a gdy ten zrobił jakąś uwagę, uderzył go
mocno i popchnął do wyjścia na podwórze. Mnie też nie ominął rabunek. Żołdak zabrał mi portfel.

56
Młody organizm wytrzymał - pomimo stanu ostrej choroby - i wędrówkę pieszą, i jazdę na otwartej lorze, i
początkowe leżenie na ziemi w obozie jenieckim. (Przyp. aut.)
57
Przybywszy do Warszawy w marcu 1945, wyciągnąłem tę legitymację z ukrycia. Była zawilgocona, ale tekst
był wciąż jeszcze czytelny. (Przyp. aut.)
58
Pani Strzelecka była lekko ranna. Odłamek trafił ją w schronie, przedostając się przez małe okienko
piwniczne. (Przyp. aut.)
Próbowałem mu tłumaczyć (zgodnie ze stanem faktycznym), że się nie obłowi, gdyż w portfelu są
tylko fotografie rodzinne, ale to oczywiście nie poskutkowało. Pchnięcie przez żołdaka zmusiło mnie
do opuszczenia budynku.
Strata była dla mnie wielka. Nie zostało mi wskutek bezsensownego rabunku żadne zdjęcie ojca.
Zdjęcia matki i innych osób też utraciłem, ale po wojnie udało mi się zdobyć odbitki fotografii
matczynych i niektóre inne od krewnych i przyjaciół.

Dalszelosyjednegozwieluwypędzonychżoliborzan

Długim wężem szedł pochód wydalonych z własnych mieszkań. Pierwszy postój był na Powązkowskiej
na dziedzińcu dawnych koszar kawaleryjskich, drugi - w kościele na Wolskiej. Na rampie w pobliżu
Dworca Zachodniego załadowywano pędzonych na lory i dowożono do Żbikowskich warsztatów
kolejowych, gdzie wygnańców „przyjmował” obóz przejściowy, znany jako „obóz pruszkowski”.
W drodze na Wolską zauważyłem w pochodzie wdowę po stryju Władysławie, obładowaną dużym
tłumokiem. Sam z trudem się poruszałem na swych wciąż obolałych nogach, na których ranki
wyniesione z przeprawy kanałami zaczęły ponownie krwawić i dokuczać. Ale inni moi towarzysze
wędrówki pomogli starej kobiecie, zabierając jej ciężar na własne ramiona. W kościele, gdzie był
czynny punkt sanitarny Polskiego Czerwonego Krzyża, spotkałem znajomą lekarkę i dzięki niej
zapewniłem stryjence przejazd dalszego odcinka wozem. W obozie spotkałem ją znowu i pomogłem
jej trochę materialnie, mając pieniądze pożyczone od jednego z dawnych kolegów, obecnie
towarzysza tułaczki. Stryjenka nie wiedziała zupełnie, co czynić po ewentualnym zwolnieniu z obozu,
czego się spodziewała. Dałem jej raz jeszcze adres żony w Baniosze i - zastrzegając, że nie wiem, co
się tam dzieje - radziłem, aby usiłowała dotrzeć do tej miejscowości. Niestety, ślad po stryjence
zaginął i nie wiem do dzisiaj, co się z nią stało i gdzie zakończyła życie.
W Pruszkowie spotkałem się z domownikami. Wkrótce potem mojej siostrze i Kipie udało się
wydostać z obozu i dotrzeć do kuzynki w Komorowie. Natomiast kuzynka żony, Wanda
Wyczółkowska, została zabrana z Pruszkowa do Ravensbrück i w tym obozie koncentracyjnym
przebywała aż do ostatecznej klęski Niemiec.
W Pruszkowie spotkałem także wielu znajomych i przyjaciół. Między innymi w jednym z pawilonów
warsztatowych trafiłem na Markowskich i z nimi byłem czas jakiś. „Paweł”, który z niebywałym
poświęceniem opiekował się cały czas swą schorowaną i niezdolną do chodzenia żoną Jadwigą
(dawną Barlicką), panował nad sobą znakomicie. Pani Jadwiga zresztą także, toteż we trójkę snuliśmy
myśl o przyszłości.
Stały kontakt utrzymywałem z Edwardem Strzeleckim. W pewnej chwili, gdy on udał się na
poszukiwanie prezesa RGO Machnickiego, ja musiałem pawilon opuścić wobec kierowania wszystkich
do transportu w nieznanym kierunku. Zamiast jednak towarzyszyć innym wydalonym z budynku,
zacząłem krążyć wokół pawilonu. W czasie jednego z „obchodów” zostałem zaczepiony przez
posterunek niemiecki. Ale był to stary Niemiec, zapewne landszturmista, z którym łatwo doszło do
przyjaznej rozmowy, trwającej aż do zjawienia się Strzeleckiego wraz z Machnickim. Machnicki
zapewnił nam obu opuszczenie obozu, napominając nas, że mamy w drodze przez obóz i przy wyjściu
udawać ciężko chorych lub rannych, gdyż zostajemy włączeni do transportu przeznaczonego do
szpitala w Grodzisku Mazowieckim lub Milanówku.
Nie potrzebowałem grać roli po aktorsku, bo mogłem poruszać się tylko z trudem, i to przy pomocy
laski uczynnie wypożyczonej przez jednego z dawnych współpracowników.
Transport miał jechać zbiorowo do szpitala, ale konwojującej pielęgniarce oświadczyłem po
przekroczeniu bramy obozowej, że się odłączam i udaję do Komorowa do rodziny, gdzie zresztą będę
też miał pomoc lekarską. W budynku przyległym do przystanku w Tworkach czekała już na mnie
wiadomość, że siostra i Kipa udali się poprzednio pomyślnie do kuzynki, oraz zalecenie pójścia w ich
ślady. Tak zrobiłem.
W Komorowie - w gościnie u kuzynki, Cechny Maryańskiej - spędziłem kilka dni, mając w pobliżu
Edwarda Strzeleckiego, który też miał w tej miejscowości krewnych.
Z kolei zaczęliśmy z Kipą rozważać sposoby dotarcia do Baniochy, gdzie przebywały nasze żony.
Wreszcie odnalazł on mecenasa Bronisława Wałukiewicza, znanego mi z czasów mego dyrektorstwa
w Monopolu Spirytusowym i uzgodnił, że ten, udając się lada dzień wraz z prof. drem Szymańskim do
siebie do Zalesia Górnego, zabierze nas ze sobą. Było to po drodze do Baniochy, więc z chęcią z okazji
skorzystałem.
Tak pojechaliśmy - spotkawszy się wszyscy w Otrębusach - powozem konnym do willi
Wałukiewiczów. Tam - ja i Kipa - przenocowaliśmy i następnego ranka udaliśmy się z Piaseczna
czynną kolejką grójecką do Baniochy.
To był moment głębokiej ulgi, gdyśmy zobaczyli nasze żony i moją córeczkę zdrowe. Zaczęły się
wzajemne opowieści o przeżyciach. Nie mogłem jednak dostarczyć żonie najbardziej oczekiwanej
wiadomości, co się stało z naszym synem. Mogłem jej tylko powiedzieć, jak się widywaliśmy w ciągu
paru tygodni i jak się z nim rozstałem.
Mogłem też żonie donieść, że jej przyjaciółka, Halina Ancyporowiczowa, była w Pruszkowie w czasie
mojego tam przebywania oraz że przy wyjściu zamieniłem parą słów z jej mężem, wyczekującym
u bramy obozowej na jakąś wieść o żonie: idąc mogłem mu szepnąć, że panią Halinę widziałem
w obozie i rozmawiałem z nią oraz że zapewne lada dzień ujrzy ją w swym domu w Brwinowie.
Istotnie wkrótce, choć nie od razu, nastąpiło ich spotkanie. Najpierw p. Ancyporowiczową wysłano
transportem na prowincję, skąd dopiero udało się jej dostać do domu.
Żona miała też sporo do opowiedzenia o swej wyprawie do Warszawy, do której udała się ściśle
w dniu wybuchu powstania. Mówiła też o swym powrocie do pozostawionej w Baniosze córki oraz
o dalszych losach, wśród których nie brakowało opowieści o odwiedzinach „chłopców z lasów
chojnowskich” w jej niedużej posiadłości, które to odwiedziny pociągnęły za sobą najście
poszukujących ich żołdaków z SS. Ci zaś żonie i innym mieszkańcom posiadłości
59
ostro grozili
i rabowali, co się dało, nie stosując jednak dalszych represji. Potem zakwaterował się na kilkanaście
dni jakiś pułkownik węgierski, co żona wykorzystywała dla osłony przed napaściami niemieckimi.
Opuścił on jednak tę kwaterę przed powrotem Kipy i moim.
Żona zaraz zatroszczyła się, aby zapewnić nam obu z Kipą przemeldowanie - z datą
przedpowstaniową - z Warszawy do Baniochy. Miało to stanowić zabezpieczenie nas przed
odpowiedzialnością „za udział w powstaniu”, ale niestety, jak się później okazało, miejscowe SS
wiedziało nie tylko o moim pobycie w Warszawie, ale i o udziale bezpośrednim syna w walkach. Skąd,
nie umiałem tego dociec.

59
W budynku zastałem ze trzy dziesiątki osób. Poza pensjonariuszami żony zamieszkało tu wielu bezdomnych
uchodźców. (Przyp. aut.)
Teraz w Baniosze trwaliśmy z Kipą, obserwując łuny nad Warszawą. Były to dymy i płomienie
zniszczeń, dokonywanych przez okupanta na budynkach opustoszałej obecnie Stolicy Polski.
Tu w Baniosze doczekaliśmy dnia 17 stycznia 1945 roku. Ale zanim nadszedł dzień, kiedy zmora
hitlerowska przestała grozić, przeżyliśmy sporo wzruszeń, niepokojów, zmartwień i rozpaczy różnego
rodzaju.
Wspomnę tylko o jednej przykrości osobistej. Kiedyś zeszedłem w bieliźnie do mycia, a po powrocie
nie zastałem w moim pokoiku jedynego wyniesionego z Warszawy ubrania. Straciłem w Warszawie
cały właściwie dorobek wieloletniej pracy, ale nie uderzyło to mnie tak dotkliwie, jak kradzież
ostatnich spodni i marynarki.
Na szczęście spodnie używane, ale całe, ofiarował mi sąsiad, Feliks Szymerski. Mogłem więc, mając
ocalałe od kradzieży palto jesienne, udać się na targowisko w Piasecznie i tam kupić „na ciuchach”
jakieś trochę za szczupłe ubranie.
Rankiem dnia 17 stycznia 1945 szosą przez Baniochę zaczęły iść oddziały ludowego wojska polskiego
i oddziały radzieckie. Rozpoczęła się nowa epoka.

Uwagiogólnenatematpowstaniawarszawskiego

Ocena potomnych jest chyba tylko fragmentarycznie przesądzona co do ostatniego z szeregu
nieudanych powstań zbrojnych polskich, jakim stała się w 1944 roku walka Warszawy z okupantem.
Nawet w stosunku do zdarzeń odległych o szereg pokoleń nie ma nieraz niespornego wyroku historii.
Są stare i wciąż nowe poglądy dyskusyjne, idące w różnorodnych kierunkach.
Od powstania 1944 minęło zaś dopiero niewiele ponad ćwierć wieku. Wiele dokumentów i faktów
nie jest jeszcze powszechnie i szczegółowo, a może i w ogóle znanych. A nade wszystko nie można
jeszcze podsumować skutków pośrednich. A takie niewątpliwie istnieją i grają istotną rolę.
Jak się odbiło powstanie 1944 roku na charakterze pokolenia walczącego i zwłaszcza następnych
żyjących? I jak się odbije na psychice narodowej pokoleń, które dopiero przyjdą? Pytania retoryczne
można mnożyć.
Natomiast realne jest pisanie o ocenach występujących u indywidualnych mieszkańców Warszawy i w
ich grupach w chwili wybuchu powstania, w jego toku oraz w miarę pogarszania się sytuacji aż po
kolejne kapitulacje poszczególnych dzielnic.
Gdy zaś mówi się wyłącznie o własnych poglądach z czasu owych przeżyć, jest się wolnym od błędu
wszelkiego rodzaju uogólnień.
Przechodząc więc do osobistych spostrzeżeń, muszę przede wszystkim stwierdzić, że uważałem po
wybuchu powstania, iż termin był opóźniony. Moment paniki niemieckiej, jaki dał się stwierdzić
przedtem, przed niewielu dniami, a który wydawał mi się najdogodniejszy, minął. Co więcej,
wiedziałem już wtedy o niemieckich dywizjach pancernych zmierzających ku Warszawie.
Uważałem przeto termin powstania za źle w każdym razie wybrany, choć bynajmniej i wcześniejszego
nie uważałbym stanowczo za trafny. Brak mi było dostatecznych podstaw do podobnego twierdzenia.
Ale czułem się uprawniony do poglądu, że termin sprzed tygodnia czy dwóch miałby więcej
elementów zaskoczenia wroga w stanie wysokiej depresji i paniki - niż wybrany i zrealizowany.
Gdy powstanie wybuchło, dyskutowaliśmy z Podwińskim w ratuszu szanse jego trwałości. Bynajmniej
nie zwycięstwa, lecz czasu trwania. Osobiście liczyłem, że stać nas na tydzień czy dwa walki, biorąc
między innymi pod uwagę wiadomości, jakie do mnie w ostatnich dniach dotarły o poważnych
wpadkach składów broni powstańczej.
Po opuszczeniu ratusza odnosiłem wrażenie o niemal powszechnym dobrym samopoczuciu ludności.
Oczywiście własne wątpliwości o sukcesie powstania na dalszą metę kryłem w sobie, a dawałem
wyraz tej iskierce nadziei, jaka gdzieś tam wewnątrz jednak gorzała.
Podziwiając nadludzkie trwanie wbrew przewadze wroga, nie sądziłem, iżby mogło zajść coś, co by
ewentualnie wpłynęło na uchylenie beznadziejności położenia.
Po przejściu ze Starego Miasta na Żoliborz zdziwiłem się. Żoliborz wyglądał jakby nienaruszony. Po
ruinach Starego Miasta występował tu nie zniszczony prawie zupełnie potencjał zabudowy. Idąc
z wylotu kanałowego do osiedla żoliborskiego WSM mogłem już przecież z dala podziwiać odblask
światła księżycowego w wielu całych szybach okiennych budynków przy alei Krasińskiego i ulicy
Stołecznej.
Opór na Żoliborzu obserwowałem z uznaniem, ale bez większych nadziei na lepszy wynik końcowy niż
poprzednio na Starym Mieście. Gdy nastąpił imponujący wzrokowo przelot eskadry ciężkich
samolotów amerykańskich nad terenem Stolicy, pomyślałem z żalem, że jest to już tylko
demonstracja siły bez konkretnych skutków. W istocie zrzuty poszły tylko w skromnej części na
pozycje polskie, już mocno w swym zasięgu zredukowane. Większość zrzutów przejęli Niemcy.
Gdy kapitulował z kolei Żoliborz, dziwiłem się nie tyle barbarzyństwu żołnierzy niemieckich, ile ich
względności wobec mieszkańców i żołnierzy. Nie wierzyłem w przyznane prawa kombatanckie
i spodziewałem się raczej masowych mordów. Żołdactwo niemieckie było brutalne i zdziczałe i teraz,
ale upust jego niskich instynktów był w pewnej mierze ograniczony.
A mimo tych wszystkich odczuć, jeślibym miał krótko opisać własne dominujące wrażenie w czasie
całego powstania, musiałbym chyba powiedzieć: „Czułem się wolny...”
W istocie po raz pierwszy od czasu walki wrześniowej 1939 roku w atmosferze powstania 1944 roku
pozbawiony byłem lęku przed ustawiczną groźbą znienacka, oddychałem pełną piersią. Lęku zaś
przed niebezpieczeństwami związanymi z ciężkimi walkami - jako wieloletni żołnierz - nie znałem.
Czy zadawałem sobie wtedy pytanie, na ile podjęte ryzyko jest opłacalne? Chyba raczej nie! Będąc
skłonny mniemać, że powstanie nie ma szans zwycięstwa (co najmniej od drugiej dekady powstania),
wierzyłem, że wartość walk i ofiar jest analogiczna do walk z września 1939. Może i te się opłacą? Nie
miałem poza tym wątpliwości, że obrona bytu i honoru narodowego jest powinnością w każdym
czasie.

Jakiebędąskutkiprzeżyćokupacyjnychdlatych,coprzeżyją

Było to w latach okupacji hitlerowskiej, gdzieś na kilka miesięcy przed Powstaniem Warszawskim
1944 roku, kiedy znajomego dobrego lekarza zapytałem o przydatność powojenną ludzi średniego
obecnie wieku, którym uda się przeżyć okupację. „Czy będą oni zdolni jeszcze do wydajnej pracy przy
swych wyniszczonych organizmach i zwłaszcza systemie nerwowym?”
Odpowiedź była w swoim rodzaju optymistyczna: „Przypuszczam - odpowiedział ten lekarz - że przez
pięć do dziesięciu lat ludzie ci będą pracowali z wielką energią i niezwykłą wydajnością. Wstrząs
psychiczny związany z odzyskaniem wolności pozwoli im wiele dać z siebie po wyzwoleniu kraju.
A potem będą się oni wszyscy wykańczali pośpiesznie. Bo bezkarnie to, co przeżyli, nie może przejść -
wcześniej lub później przyjdzie kryzys podkopanego zdrowia.”
Po wojnie śledziłem losy wielu rówieśników i przepowiednia znajomego lekarza często potwierdzała
się. Ale spotykałem również wiele przykładów przemawiających przeciw jego tezie. Sam
w szczególności stałem się bardzo wyraźnym przykładem niesłuszności jego uogólnień.
W roku 1945 miałem lat już ponad pięćdziesiąt. Ale zasób sił dopisywał mi w pełni przez szereg lat.
Mogłem pracować wydajnie na skalę bynajmniej nie daleką od tej, jaką potrafiłem z siebie wykrzesać
w latach przedokupacyjnych.
Wprawdzie w wieku lat sześćdziesięciu wystąpił pewien kryzys, ale było to skutkiem chorób, które
mnie poraziły. Angina pectoris i leżąca u jej podłoża cukrzyca dały mi się przed ich zidentyfikowaniem
i leczeniem dotkliwie we znaki. Ale ujemne i niepokojące mnie objawy uległy złagodzeniu dzięki
kuracji i mimo chroniczności moich chorób mogłem i potem pracować jeszcze wydajnie, tak w pracy
publicznej, jak i po przejściu na emeryturę z początkiem roku 1961.

IX. Po powstaniu warszawskim

NieznanelosyStefanaStarzyńskiegowkatowniachniemieckich

Jedyną konkretną wiadomością o losie wywiezionego do Niemiec prezydenta Stefana Starzyńskiego
był w latach powojennych komunikat polskiej misji wojskowej w Berlinie z roku 1946, stwierdzający
rozstrzelanie go przez hitlerowski pluton egzekucyjny w pobliżu obozu koncentracyjnego w Dachau,
gdzie bohater Warszawy miał być poprzednio więziony w bunkrze. Komunikat ustalił datę śmierci
Starzyńskiego na dzień 17 października 1943 roku.
Od dnia wywiezienia Starzyńskiego z Warszawy przez gestapo do wymienionej, a niepewnej daty
zamordowania go minęło więc lat niemal cztery. Wiele się w tym czasie z nim działo, przeżywał on
niewątpliwie wielkie cierpienia, był poddawany jakimś badaniom, był zapewne tu i tam przewożony,
dużo jest więc zagadnień, na które brak jest do dzisiaj odpowiedzi.
Mówiąc dokładniej, brak prawie całkowicie zupełnie pewnych wiadomości dotyczących tego okresu.
Bo od wiadomości wyraźnie nieprawdziwych, nieprawdopodobnych, wątpliwych, nie sprawdzonych
roiło się już za lat okupacji, a roi się i w rzeczywistości powojennej. Prawie wcale natomiast nie było
informacji ze źródeł zasługujących na pełne zaufanie. Z takich źródeł wiadomo jedynie, że Starzyński
przebywał przejściowo w więzieniu berlińskim w grudniu 1942 (bądź też jeszcze z początkiem roku
1943).
A jeśli zaliczyć do bajek twierdzenie jednego z pism warszawskich, podpisane pseudonimem znanego
publicysty, a wydrukowane w okresie tuż po wydaniu wspomnianego urzędowego komunikatu
i donoszące (bodaj 1 czerwca 1946), że kartoteka obozu, w tym i dotycząca bunkra w Dachau oraz
osoby Starzyńskiego, zachowała się i została poddana segregacji i opracowaniu w Monachium, dokąd
ją przewieziono, to przecież jakieś inne ślady więzienia i okoliczności śmierci Starzyńskiego musiały
chyba zachować się w Niemczech.
Podobnie nie bardzo chce się wierzyć, aby kompletny zbiór przemówień radiowych prezydenta
Starzyńskiego z września 1939, jaki widziałem w gestapo warszawskim w czasie przesłuchiwania mnie
w jego sprawie, istniał tylko w tym jednym egzemplarzu, oraz że żadna z wielu niewątpliwie kopii
tego materiału „oskarżycielskiego”, sporządzonych dla użytku różnych zainteresowanych władz
niemieckich, nie zachowała się i nie może obecnie posłużyć do edycji książkowej tych przemówień,
posiadanych w Polsce tylko we fragmentach.
Wiem, że sprawą losów Stefana Starzyńskiego w okresie po wywiezieniu go do Niemiec zajmują się
od pewnego czasu organa urzędowe jak najbardziej właściwe dla czynienia poszukiwań w sprawie
zbrodni okupanta hitlerowskiego. Wiem też, że szereg kroków zostało przez nie przeprowadzonych
bez pomyślnego rezultatu. Wiem również o wielu nieoficjalnych próbach poszukiwawczych w rodzaju
tych, jakie podejmowałem i sam, zwracając się do archiwów amerykańskich, przechowujących
zdobyte po klęsce hitlerowskiej dokumenty niemieckie z czasów wojny, oraz dowiadując się
prywatnie w Londynie, czy nie zachowały się tam przypadkiem kompletne teksty przemówień
radiowych Starzyńskiego, pochodzące ze współczesnego im nasłuchu.
To, że wszystkie dotychczasowe próby nie dały wyniku, nie świadczy bynajmniej, że wszelkie dalsze
zabiegi są skazane na niepowodzenie, ani że wszystkie tereny eksploracji zostały już wykorzystane.
Los Starzyńskiego wymaga dalszych, jak najusilniejszych starań dla ustalenia rzeczywistości w sposób
niesporny. Wszyscy, na których ciąży odpowiedzialność za wykorzystanie jeszcze nie rozpoznanych
dróg, muszą zrobić, co mogą i co zrobić powinni.

Popowstaniowesugestiedotyczącemegopowrotudosprawwarszawskich

Władze niemieckie, które po zdławieniu Powstania Warszawskiego zajęły się systematycznym
niszczeniem tego, co pozostało, wysadzając i paląc nie zniszczone przedtem budynki wraz z jeszcze
ocalałym wewnątrz dobytkiem, zapragnęły z drugiej strony „rozwikłania spraw majątkowych miasta
Warszawy” w sposób formalny, urzędowy, biurokratycznie uporządkowany.
W tym celu zdecydowały one powołać „placówkę likwidacyjną względnie ewakuacyjną Zarządu
Miejskiego”, jak głosiło pismo urzędu gubernatora dystryktu warszawskiego do mnie z dnia 28
listopada 1944. W myśl dyspozycji w nim zawartej miałem stanąć na czele takiej placówki. Sama
„placówka” z kolei miała podlegać „placówce ewakuacyjnej Stadthauptmanna Warszawy”. Siedzibą
obu jednostek miał być Żyrardów.
Analogiczne kroki wobec mnie podjął również Leist i działający z jego ramienia urzędnicy niemieccy.
Uważałem ze swej strony, że dla takiej współpracy zdecydowanie nie ma żadnego uzasadnienia.
Toteż wykorzystując sytuację osobistą popowstaniową i w szczególności pozostałe jeszcze skutki
uszczerbku na zdrowiu, jakiego doznałem w toku przeprawy kanałami, zacząłem systematycznie
uchylać się od żądanych kontaktów osobistych. Czyniłem to skutecznie aż do chwili, kiedy nastąpiło
wyparcie Niemców z Warszawy i okolic.
Charakterystyczną okolicznością sprawy było to, że i czynniki polskie uważały sugestię niemiecką za
nadającą się do przyjęcia jako „rokującą” sukcesy - w razie powrócenia przeze mnie do spraw
skazanego przez Niemców na śmierć miasta - w zakresie ratownictwa mienia polskiego i ochrony
innych interesów polskich.
Powstała wówczas - nie bez udziału mego byłego zastępcy, Stanisława Podwińskiego - akcja
ratownicza najcenniejszych wartości kulturalnych Warszawy przed grożącą zagładą. Ta akcja, podjęta
pod auspicjami Rady Głównej Opiekuńczej, dała zresztą poważne korzyści, wykraczając poza ramy
akceptowane przez okupanta.
Ja jednak nie widziałem, co by dla tej akcji czy podobnych mogło przynieść moje osobiste
zaangażowanie się w kierownictwo „placówki likwidacyjnej Zarządu Miejskiego”. Przeciwnie -
widziałem bardzo poważne ujemne skutki firmowania przeze mnie takiej placówki. Obawiałem się
także, że społeczeństwo polskie nie umiałoby się dopatrzyć zasadności mojego powrotu do
stanowiska, z którego zrezygnowałem dobrowolnie w dniu 5 sierpnia 1944 na ręce polskich władz
podziemnych.
Gdy więc znalazłem się wobec formalnej sugestii miarodajnego przedstawiciela rządu polskiego
(londyńskiego), abym propozycję niemiecką „dla dobra społeczeństwa polskiego” przyjął, zająłem
stanowisko zdecydowanej odmowy, odpowiednio je uzasadniając.
W ten sposób obie równoległe koncepcje wciągnięcia mnie raz jeszcze w wir działalności pod
znakiem Zarządu Miejskiego Warszawy - polska i niemiecka - upadły.
Gdy dziś oceniam wstecz ówczesną sytuację i w szczególności akcję ratowniczą mienia kulturalnego -
co dała i czego nie dała, bo dać nie mogła - dochodzę do wniosku, że kierowałem się słusznym
instynktem społeczno-politycznym.
5 sierpnia 1944 zamknąłem swoją działalność wiceprezydenta i kierownika Zarządu Miejskiego przy
powszechnej świadomości społecznej, że moja praca w okresie okupacji była kontynuacją
przedwojennej pracy z polskiego powołania do władz miejskich. Wyniki nawet owocnej pracy w
„placówce likwidacyjnej”, w które zresztą nie wierzyłem, nie dałyby mi we własnych oczach
usprawiedliwienia odstępstwa od sierpniowej decyzji rezygnacyjnej.

LosdokumentówZarząduMiejskiegozlatokupacji

Za pierwszej mej popowstaniowej bytności w Warszawie (luty 1945) mogłem jedynie stwierdzić
naocznie, że szczątki ratusza warszawskiego na placu Teatralnym, pokrywające grubą warstwą gruzu
wszelkie dojścia do dawnego skarbca miejskiego, zabezpieczają od niepowołanych rąk przedmioty
tam ukryte, do których należała też pełna wojenna dokumentacja Sekcji Prezydialnej Zarządu
Miejskiego, zawierająca m.in. całą korespondencję (wchodzącą i wychodzącą) polskich władz
miejskich czasu wojny 1939-1944.
Całą tę rejestraturę zniósł własnoręcznie z pierwszego piętra ratusza - wraz z półkami, na których
teczki z aktami leżały - dzielny pracownik wymienionej sekcji, Stefan Badowski, już w czasie
powstania, w momencie kiedy silne ostrzeliwanie gmachu ratusza miejskiego groziło w każdej chwili
zniszczeniem również owej dokumentacji o znaczeniu niewątpliwie historycznym. Uczynił to
z narażeniem własnego życia, w pełnym poczuciu obowiązku służbowego i obywatelskiego.
Za tejże pierwszej bytności w Warszawie, trwającej parę dni, co stało się możliwe dzięki
zaofiarowaniu mi gościny przez uczynnego kolegę z pracy w Zarządzie Miejskim (kierownika referatu
prasowego), Antoniego Bidę, odwiedziłem ówczesnego prezydenta miasta Stanisława Tołwińskiego,
między innymi prosząc go o opiekę nad aktami wojennymi Zarządu Miejskiego w chwili, gdy nastąpi
odkopanie dostępu do pomieszczeń dawnego skarbca. Podobnie odwiedziłem ówczesnego
kierownika Wydziału Organizacyjnego, a dawniejszego pracownika Sekcji Prezydialnej - Zygmunta
Ogrodzkiego, także jemu powierzając troskę o losy rejestratury aktowej Sekcji Prezydialnej.
Wśród wielu tych teczek z aktami wojennymi znajdował się też mały zeszyt z moimi odręcznymi
zapiskami osobistymi, które w formie bardzo zwięzłej, a jednocześnie ściśle zakonspirowanej
utrwalały zdarzenia okresu okupacyjnego wraz z odnoszącymi się do nich datami. Każdy ważniejszy
fakt, każda rozmowa z Niemcami, każdy kontakt z podziemiem, każda interwencja były notowane
w tym zeszycie w sposób, który by pozwolił mi w razie ocalenia go odtworzyć dość ściśle kronikę prac
i przeżyć Zarządu Miejskiego.
Moje podjęte zawczasu zabiegi nie zdały się, niestety, na nic...
Gdy dokonano odkopania podziemi ratusza, zatroszczono się o akta finansowe, a tylko dyskutowano
o konieczności podjęcia kroków dla ocalenia półek z teczkami akt Sekcji Prezydialnej, które rzuciły się
od razu w oczy odpowiedzialnym urzędnikom finansowym, podejmującym wraz z intendentem, jako
pierwsi, poszukiwania w odkopanych pomieszczeniach. Sprawę dyskutowano na różnych szczeblach
ówczesnej administracji miejskiej, lecz zanim wykonano uzyskaną decyzję prezydenta miasta, akta
uległy tajemniczemu zniknięciu.
Emil Kipa pewnego dnia po powrocie z Warszawy do naszego ówcześnie wspólnego miejsca
zamieszkania w Baniosze zaalarmował mnie, że „skarbiec został odkopany, ale aktów miejskich nie
odnaleziono”.
Na drugi zaraz dzień udałem się do Warszawy. Pierwsze kroki skierowałem tym razem do dyrektora
odradzającego się Archiwum Miejskiego, którym był Aleksy Bachulski, dawny, oddany miastu
współpracownik i doskonały specjalista w zawodzie. Razem z nim pojechaliśmy niezwłocznie na
miejsce, aby stwierdzić tam zdecydowany nieład. Na podłodze walały się resztki zdeptanych
papierzysk, ale nie było śladu półek czy segregatorów, w których akta Sekcji Prezydialnej były zawsze
pieczołowicie przechowywane. Podnosząc z ziemi i odczytując niektóre z papierów, można było
domniemywać, że pochodzą one z poszukiwanej rejestratury, ale mogły to być też jakieś
przypadkowe kopie. Treść tych odpisów świadczyła, że należały one do drugorzędnej korespondencji.
Przychodzić mogło do głowy, że ktoś wyrywał akta z segregatorów i rzucał je na ziemię, ale
jednocześnie uderzało, że te oderwane papierzyska nie miały związku między sobą i dziwnym trafem
nie dotyczyły naprawdę ważnych zdarzeń i problemów.
Opuściłem miejsce autopsji przygnębiony. Bachulski przyrzekł mi, że powróci wkrótce z kolegami, aby
wyzbierać i uporządkować to wszystko, co leży na ziemi, ale przyjąłem tę deklarację z mieszanymi
uczuciami. Byłem szczerze wdzięczny Bachulskiemu, że nie lekceważy nawet tych nędznych resztek,
dominowało jednak we mnie poczucie, że oto historia Zarządu Miejskiego lat okupacji utraciła swą
bezcenną bazę dokumentacyjną.
Zrodziła się też w tym momencie rozpaczy i myśl twórcza: zastąpienia dokumentacji pamięcią ludzką.
Rozmawiając w następnych tygodniach z wieloma fachowymi przedstawicielami Zarządu Miejskiego
wysunąłem koncepcję zorganizowania akcji zbierania wspomnień od uczestników zdarzeń i w
szczególności od kierowników wszelkich jednostek organizacyjnych miejskich. Rzecz oparła się
hierarchicznie o wiceprezydenta Edwarda Strzeleckiego i o prezydenta Stanisława Tołwińskiego.
Pozytywna decyzja zapadła, podjęto kroki celem realizacji zamierzenia według planu ustalonego na
specjalnej naradzie.
Rezultaty początkowe były jednak skromne. Archiwum Miejskie kontynuowało akcję konsekwentnie
i wtedy, kiedy sam od niej odszedłem (po roku). Fragmentaryczne, choć często wartościowe
opracowania wspominkarskie zaczęły trafiać na półki Archiwum. Z różnych jednak przyczyn nie udało
się uzyskać materiału pamiętnikarskiego, mogącego stanowić jako tako dostateczną podstawę do
syntezy historycznej okresu 1939-1944 we władzach miejskich Warszawy.
Stopniowo a ustawicznie potrzeba wiedzy o tym okresie narastała. Stała się ona polem pracy nie tylko
Archiwum Miejskiego, ale wielu historyków i publicystów oraz jednym z zadań specjalnej sekcji
Instytutu Historii PAN. Zaczęły się ukazywać dalsze opracowania zagadnień byłej administracji
wojennej miejskiej. Odtwarzanie przeszłości w tym zakresie posuwa się wciąż naprzód, ale nic nie
może zastąpić tego, co mówiłoby samo za siebie, a co najwyżej wymagałoby wyjaśniającego
komentarza, to jest dokumentacji Sekcji Prezydialnej.
Los, zbieg okoliczności i może zaniedbania ludzkie pozbawiły historię Warszawy najbardziej
autentycznego podkładu faktograficznego.

«Topanzostajewkraju?»

W styczniu czy lutym 1945 roku w czasie jednej z pieszych wędrówek wzdłuż linii kolei dojazdowej
Warszawa-Podkowa Leśna, a więc na trasie zwykłych mych pielgrzymek z Baniochy do Komorowa,
Podkowy i Brwinowa, spotkałem kolejno w tłumie wędrowców, idących z przeciwnego kierunku po
plancie kolejowym, kilka znajomych osób.
Był wśród nich pułkownik Emil Kumor, z którym zamieniliśmy mocny uścisk dłoni i słowa radości, że
widzimy się oto ze sobą znowu - żywi. Byli potem i inni, a wśród nich żona przedwojennego
wiceministra, który prowadził następnie jedną z instytucji miejskich w czasie mojej pracy w Zarządzie
Miejskim.
Rozmowa z tą panią była bardziej szczegółowa. Powiedziała mi o swej i męża decyzji opuszczenia
kraju. „Mamy jeszcze tę możność - oświadczyła - niedługo może być za późno. A pan - co zamierza?”
„Tymczasem myślę o pozostaniu.”
„Czy zdaje pan sobie sprawę z niebezpieczeństwa, gdy wejdą tu nowe władze?” - zdumiała się
rozmówczyni.
„Pragnę zobaczyć, jak to będzie” - objaśniłem.
„To pan zostaje w kraju? Duże ryzyko bierze pan na siebie” - powiedziała pani przy rozstaniu.
„Pozdrowienia dla męża” - rzuciłem ze swej strony na pożegnanie.
Idąc dalej, myślałem o odbytej rozmowie.
„Co będzie, to będzie - konkludowałem - wszyscy nie mogą opuścić kraju. Polska jest jednak tu, a nie
gdzie indziej.”
Minęło ponad dwadzieścia pięć lat od owego momentu. Różnie potem i w różnych chwilach
powracałem do oceny swej decyzji. Zawsze jednak i coraz bardziej stanowczo rozumiałem, że
postąpiłem słusznie. A że każdą decyzję życiową trzeba czymś opłacić, to jest jasne i nieuniknione. Nie
uważam zapłaconej przez siebie ceny za nadmierną.
Dla jednego jest to tyle warte, dla innego - więcej lub mniej. Byli i tacy, którzy skutki podobnej decyzji
opłacili życiem.
60

Ja jednak żyję, obserwuję, w miarę możności pracuję. Nie mam już od dawna pełni sił, ale te, jakie mi
pozostały, wykorzystuję, jak mogę. Niesłusznie byłoby sądzić, że nie żyję pełnią życia wewnętrznego.
Do tego nie potrzeba całkowitej szczęśliwości, w ogóle nie istniejącej w życiu człowieczym.

Żydzi,aoddaneimusługi

Wśród tych, którzy odczuli bezpośrednio pomoc Zarządu Miejskiego, moją osobiście i mej rodziny
w latach okupacji, byli oczywiście i Żydzi. Byli to bądź pojedynczy ludzie pochodzenia żydowskiego,
bądź poszczególne rodziny, poszukujące pomocy i ratunku.
W początkowym okresie - przed zamknięciem Żydów w getcie warszawskim - zjawiali się u mnie
przeważnie dawni koledzy, przyjaciele, znajomi i współpracownicy albo członkowie ich rodzin, którzy
szukali z reguły rady, co czynić, rzadziej - doraźnej pomocy. Później, gdy zdarzały się podobne
odwiedziny, dotyczyły one osób, które nie udały się do getta lub stamtąd uciekły, aby próbować
przetrwać w ukryciu, z pomocą fałszywych dokumentów i dachu nad głową u rodzin nieżydowskich.
Nie sądzę, aby na tych kartach było właściwe miejsce dla poruszania lub też rozstrzygania problemu,
czy podczas okupacji występował antysemityzm lub czy istniała pomoc Żydom, indywidualna
i zbiorowa, ze strony społeczeństwa polskiego. Na to dali i dają miarodajną odpowiedź ludzie
bezstronni - tak Polacy, jak Żydzi. Tu pragnę wymienić tylko przykłady wojennych przeobrażeń
przedwojennych antysemitów oraz rzucić kilka uwag na temat niedostatecznej liczby świadectw
żydowskich o doznanej pomocy.
Kiedyś, kiedy jeden z pierwszych pociągów z wywożonymi z Warszawy do Treblinki Żydami stał na
dalekich torach dworca kolejowego w Tłuszczu, czekając na tym dworcu na pociąg do Warszawy
wczesnym rankiem dnia poniedziałkowego po niedzielnych odwiedzinach rodziny na niedalekim
letnisku, usłyszałem w poczekalni dworcowej ciekawą wymianą zdań na temat „żydowski”. Jakiś
mieszczuch minorum gentium z Tłuszcza perorował, że „może i lepiej, że w Polsce będzie mniej
Żydów”. Na to jakaś babina wiejska od razu zaripostowała, głosząc swoją naiwną filozofię: „Jako
narodu to może Żydów nie szkoda, ale jako ludzi to przecież bardzo wielka szkoda.”
Ta niewątpliwa antysemitka powiedziała to z prawdziwym żalem i widocznym współczuciem.
Wywarło to ten skutek, że inni zaczęli babinie przytakiwać, a osobnik, który deklarował się za
pożytkiem mogącym płynąć ze zbrodni hitlerowskich, zamilkł przezornie i wkrótce się ulotnił. Kto wie
zresztą, kim był - może agentem propagandy niemieckiej lub gestapo?
Innym razem, jadąc ze Śródmieścia na Żoliborz drogą omijającą ulicę Bonifraterską, stanowiącą jedną
z granic getta, zauważyłem taką oto scenę.

60
Warto dodać, że akcje represji dotknęły w latach łamania praworządności ludzi z różnych formacji
wojskowych i o różnych poglądach politycznych, nie wyłączając działaczy lewicowych. Te represje, sprzeczne z
zasadami demokracji socjalistycznej, stały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych przedmiotem publicznej
krytyki i licznych decyzji rehabilitacyjnych. Sprawy te, na skutek późniejszego odejścia kierownictwa partii i
rządu od programu odnowy przyjętego na VIII Plenum KC PZPR w październiku 1956, nie zostały załatwione do
końca.
U wylotu ulicy Sapieżyńskiej na Rynek Nowego Miasta tłum otoczył zwartym kołem bladego
policjanta „granatowego”, obok którego trząsł się przerażony i zapłakany chłopiec żydowski. Tłum,
złożony przeważnie - jak na to wskazywał wygląd - z czeladników i uczniów rzemieślniczych, czyli
z elementu wyraźnie tu przed wojną niechętnego żydowskim konkurentom, domagał się od
policjanta zwolnienia konwojowanego przez niego chłopięcego uciekiniera, który wydostał się poza
mury getta ukradkiem, aby polować na jakąś najskromniejszą pomoc żywnościową dla swej
głodującej rodziny. Niewątpliwi przedwojenni antysemici stawali teraz w zdecydowanej obronie
zbiedzonego malca żydowskiego. Czynili to tak natarczywie i stanowczo, że policjant, lękając się - być
może - zlinczowania przez tłum, pozwolił chłopcu oddalić się swobodnie.
Znałem w Warszawie wiele przypadków ukrywania i udzielania pomocy Żydom w ramach akcji
społecznej, parafialnej i indywidualnej. Nawet niektórzy przedwojenni księża-antysemici teraz często
wzywali parafian do chrześcijańskiego obowiązku miłosierdzia wobec prześladowanych Żydów.
Były oczywiście i wyjątki. Taki osławiony przed wojną ksiądz Trzeciak, który zresztą zginął w 1944
roku, pędzony przez Niemców wraz z kobietami przed czołgami na pozycje powstańcze, potrafił
w podaniu do władz okupacyjnych powoływać się na swoją dawniejszą propagandę antyżydowską.
61

Ale były to zupełnie sporadyczne przypadki.
Wydane już w kraju i za granicą opracowania cytują setki stwierdzonych imiennie przykładów
pomocy udzielanej Żydom. Setki... ale oczywiście podobnych faktów w Warszawie były tysiące!
Rozmaite przyczyny składają się na wyrywkowy charakter świadectw o otrzymanej pomocy. Iluż
bowiem na przykład spośród tych, którzy jej doznali, nie dożyło końca okupacji i nie może zabrać
głosu.
Jest dość zrozumiałe, że ludzie, którzy doznali odmiennego potraktowania, lub rodziny tych, co padli
ofiarą „szmalcowników”, głoszą tylko własną krzywdę. Trudno im dziwić się, nawet gdy ją uogólniają.
Ale zgroza ogarnia, gdy się poznaje świadomą propagandę antypolską w ujmowaniu stosunków
Polaków i Żydów w latach okupacji. Skutki takiej wrogiej akcji ilustruje chociażby następujący
przykład.
Zamieszkała w stolicy USA kuzynka mojej żony w rozmowie z sąsiadką - rodowitą Amerykanką, której
opowiadała o swym losie jako więźniarki w Ravensbrück, spotkała się z pytaniem: „To pani jest
Żydówką?” Kuzynka żony zaprzeczyła i wtedy usłyszała: „Przecież tylko Żydów Niemcy wywozili do
obozów zagłady.”
Są najróżnorodniejsze przyczyny milczenia ocalonych Żydów o udzielonej im pomocy. Jedną
z przyczyn milczenia poznałem z doświadczenia żony i jej przyrodniej siostry.
Siostra żony wraz ze swą już nieżyjącą matką oddała istotne usługi ratownicze pewnej lwowskiej
rodzinie żydowskiej, która w czasie okupacji ukrywała się najpierw w Krakowie, a potem w Warszawie
pod przybranym nazwiskiem. Żona, idąc za wezwaniem do mnożenia dokumentacji ratowniczej,
zwróciła się - wobec ciężkiej choroby ocalałej głowy rodziny - do przebywającej za granicą jego córki.
Ta potwierdziła listem w imieniu rodziny i własnym fakt, włącznie nawet z odnotowaniem
skromniejszej już pomocy udzielonej tejże rodzinie przez moją żonę, ale w formie listu najzupełniej
prywatnego, nie nadającego się do złożenia w składnicy dokumentacji.

61
Podanie to miałem w ręku jako jeden z wielu dokumentów przesyłanych Zarządowi Miasta przez władze
niemieckie do formalnego zaopiniowania. (Przyp. aut.)
Znacznie później rozmawiałem na ten temat z siostrą przyrodnią żony w Warszawie. Ta mi wtedy
powiedziała: „Doktor parokrotnie z własnej inicjatywy powracał w rozmowach ze mną do sprawy.
Mówił, że dawno by sam dał publiczny wyraz swej wdzięczności, gdyby nie to, że wówczas musiałby
operować swym dawnym nazwiskiem”. „A ja tak chciałbym całkowicie zapomnieć o przeszłości wraz
ze wszystkimi jej znamionami” - usprawiedliwiał się lwowski lekarz dentysta, który zmarł w parę lat
potem, nie zdecydowawszy się na dokonanie aktu publicznego zeznania prawdy.
Takie więc nawet bywają przyczyny milczenia uratowanych.
Mimo ułamkowego materiału dokumentalnego, jaki pozostał z akcji pomocy Żydom, prawda
ostatecznie przesłoni kłamstwa, a historia przejdzie do porządku nad generalizowaniem w złej wierze
przestępczych działań antyżydowskich.

KimpozostałwmojejpamięciAdamCzerniaków?

Kto nie jest postacią kontrowersyjną spośród wybitnych indywidualności historii? Chyba każdy
z czołowych, wielkich, ba - nawet bohaterskich ludzi jest w czyichś oczach osobowością
kontrowersyjną. „Tak cię piszą, jak cię widzą” - mówi znane powiedzonko. Ale takim subiektywnym
widzeniem, własnymi wyłącznie oczami, nie można niczego wyczerpać. Każdemu bowiem należy
obiektywnie odmierzyć, co mu się należy. I głosić to bez względu na to, czy słowa prawdy są
popularne, czy nie.
W publicystyce żydowskiej bezpośrednio powojennej postacią niewątpliwie bardzo kontrowersyjną,
a niekiedy wręcz potępianą, był wybitny działacz żydowski Warszawy, inżynier Adam Czerniaków,
w czasie okupacji przewodniczący Rady Żydowskiej.
O nim to pisze prof. Czesław Madajczyk w swym kapitalnym dziele, wydanym przez PWN w roku
1970, Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce (t. I, s. 226), że „był człowiekiem, który się znalazł na
najbardziej trudnym jawnym posterunku w kraju” (podobny sąd wypowiedziałem sam w swej pracy
Zarząd Miejski Warszawy 1939-1944, s. 106).
W cytowanej pracy Madajczyk uznaje istotne zasługi Czerniakowa w dziele „więcej niż poprawnego”
ułożenia sobie stosunków z polskimi władzami miejskimi okupowanej Warszawy (s. 219). Ten sam
historyk podkreśla również (na s. 226 w odsyłaczu) wierność Czerniakowa dla państwa polskiego
(Madajczyk pisze: „polskości”), ilustrując to przykładami.
Sam poświęciłem Czerniakowowi i współpracy z nim sporo miejsca w książce Zarząd Miejski
Warszawy 1939-1944 (s. 71 i 105--109). Uczyniłem tam wzmiankę marginesową, że znane mi były i są
różnorodne zarzuty czynione Czerniakowowi, dałem jednak wyraz własnej pozytywnej ocenie tego
działacza jako dzielnego człowieka i dobrego obywatela miasta.
Ten punkt widzenia rozwinąłem później w innej publikacji. Myślę tu o Wspomnieniu o Adamie
Czerniakowie, zamieszczonym w numerze 1 „Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego” ze
stycznia-marca 1972 roku.
Miałem jednak zawsze świadomość, że mój pogląd osobisty, oparty na własnych tylko kontaktach z
Czerniakowem, a nie na bezpośrednich obserwacjach z terenu getta, może być kwestionowany jako
z natury rzeczy fragmentaryczny.
Obecnie jednak czas bodaj przekreślił ostatecznie wszelkie wątpliwości co do charakteru Adama
Czerniakowa. Strona moralna, w przeciwieństwie do politycznej - jest poza dyskusją. „Nie chodzi
o cechy charakteru, od dawna przez historyków i autorów wspomnień nie kwestionowane” - pisze
np. Jerzy Tomaszewski w „Polityce” z dnia 3 lutego 1973 (nr 5). Zastrzega się on jednak w końcu
cytowanego wywodu, że: „...wysoka moralna ocena postępowania nie musi być jednak
równoznaczna z aprobatą założeń politycznych.”
W płaszczyźnie politycznej dyskusja może więc trwać, ale postawa moralna Czerniakowa przestała
niepokoić opinię publiczną i w szczególności autorów kierujących się sympatiami do lewicy
żydowskiej, której Czerniaków na pewno nie reprezentował.
Według mego skromnego zdania Czerniaków nie był w swej działalności lat okupacyjnych bynajmniej
rzecznikiem „prawicy”. Przynajmniej tej prawicy, którą stanowili w getcie ludzie zamożni a samolubni,
żądający wiele, a sami starający się jak najmniej świadczyć na rzecz innych.
Nie wiem, jaki będzie ostateczny wszechstronny sąd historii o Czerniakowie, ale przemawiało mi
zawsze do przekonania to, co człowiek miary profesora Ludwika Hirszfelda, obserwujący Czerniakowa
bezpośrednio z terenu getta, o nim napisał: „Ten człowiek zasłużył sobie na pomnik w sercach
ludzkich.”
Moje zaś o tym człowieku przeświadczenie daje się sprowadzić do następujących stwierdzeń:
1. był to człowiek odważny w stosunkach z hitlerowcami. Nie darmo śmiałość jego wypowiedzi
zyskała mu u wielu z nich określenie „frecher Jude” (zuchwały Żyd);
2. był to człowiek dzielny i w znaczeniu odwagi cywilnej. Umiał mówić prawdę w oczy. Umiał
nie zamykać oczu na godną potępienia znieczulicę i egoizm cząstki Żydów w getcie,
obojętnych na los ginących współbraci;
3. był to dobry obywatel kraju, podkreślający publicznie zrozumiałymi symbolami ideowy
związek z Polską;
4. był to dobry obywatel miasta stołecznego Warszawy, lojalny wobec polskiego Zarządu
Miejskiego, z którym podjął i utrzymywał przez cały okres aż do swej śmierci stałą wymianę
myśli i współdziałanie;
5. był to człowiek opanowany, zrównoważony i trzeźwy w tym znaczeniu, że starał się stawiać
sobie - w ramach hierarchii wartości przez siebie uważanej za słuszną - cele ograniczone, ale
wydające mu się realnymi do osiągnięcia. Nie zmienia tego okoliczność, że nie liczył się
dostatecznie z alternatywą „ostatecznego” na sposób hitlerowski uregulowania kwestii
żydowskiej, bowiem cała niemal powszechność żydowska żywiła pod tym względem
długotrwałe złudzenia;
6. był to człowiek dobry, który cieszył się każdym uratowanym życiem, każdym Żydem
wyrwanym z łap oprawców hitlerowskich.
Ale Czerniaków cieszył się bez uśmiechu. Ten nie gościł na jego obliczu nawet wtedy, gdy mógł
radować się z kolejnego uratowania istoty ludzkiej. Na zdjęciu z uratowaną przez niego dziewczynką
żydowską ona śmieje się wyraźnie, gdy Czerniaków zachowuje poważny wyraz twarzy. Ona mogła
myśleć w danym momencie o szczęśliwej chwili, on musiał myśleć i o groźnym, choć nie dającym się
odgadnąć w pełni jutrze.

«Skarb»FeliksaSzymerskiego

Jednym z sąsiadów mojej żony, jako właścicielki niewielkiej posiadłości ogrodniczej w miejscowości
Baniocha, był Feliks Szymerski, właściciel folwarczku o tej samej nazwie co miejscowość. Określałem
żartobliwie Szymerskiego jako „obszarnika”, w porównaniu do żony jako „wyrobnicy wiejskiej”. Jedno
i drugie określenie było oczywiście świadomą przesadą.
De facto Szymerski, posiadacz folwarczku „Baniocha”, podlegającego PKWN-owskiej reformie rolnej,
nie był ziemianinem z ducha. Wyższy urzędnik bankowy z zawodu, rolnik z zamiłowania, ale
bynajmniej nie „z powołania”, tak dalece nie pasował do pojęć o świecie ziemiańskim, że
w przededniu usunięcia go z mająteczku mógł powiedzieć do mnie: „Z tą ewentualnością liczyłem się
od dawna, reformy rolnej na wielką skalę oczekiwałem jeszcze w Polsce przedwojennej, godzę się
z nią bez oporu, pragnę tylko, aby przyznano mi prawo do istnienia, zapewniając możność pracy
zarobkowej.”
Żona zaś zawsze lubiła, jak to określałem, „babrać się w ziemi”, czyli sadzić i pielęgnować kwiaty
i warzywa. Miała nawet pretensje do praktycznego znawstwa zawodowego, chociaż o stronie
ekonomicznej prowadzenia ogrodnictwa miała pojęcie niewiele większe od mojego - mieszczucha
z urodzenia, zamiłowania i, można rzec, powołania. Żona gospodarzyła, jak umiała, wkładając wiele
własnego wysiłku, ale nieraz padając ofiarą „życzliwych, wykwalifikowanych” doradczyń i pomocnic.
Pożytkami dzielili się inni z nieświadomą tego kierowniczką i właścicielką gospodarstwa ogrodniczego.
Żona, mimo wiary w swe siły i umiejętności, nie unikała zasięgania porady fachowej. Szymerski był
jednym z bezinteresownych, a życzliwych jej doradców.
W dniach Powstania Warszawskiego i po nim Szymerski poszedł znacznie dalej. Jako zasobniejszy
gospodarz pomagał żonie mojej rozmaicie, kiedy mnie nie było w Baniosze. Pomagał i gdy przybyłem
z Kipą do Baniochy jako nowe obciążenie gospodarki żoninej. To Szymerski przecież i mnie ratował
w sytuacji utraty ostatnich spodni, jak o tym już pisałem.
Przyjaźń za przyjaźń! Pewnego dnia Szymerski z kolei prosił nas oboje o usługę.
„Nie wiem - mówił - jak wypadnie wysiedlenie mnie z folwarku i co będę w prawie zabrać z rzeczy
osobistych. Weźcie więc, państwo, do siebie na przechowanie garść moich klejnotów rodzinnych,
przeważnie pozostałych po żonie. Później może mi się to przydać.”
Rozmowa odbywała się u nas w godzinach rannych. Obiecaliśmy zajść do Szymerskiego tego samego
dnia zaraz po południu i zabrać od niego powierzany nam depozyt.
Poszliśmy i trochę zasiedzieliśmy się. Na wychodnym już Szymerski wręczył nam niedużą paczuszkę.
W skórkowym woreczku na klucze samochodowe były włożone owe kosztowności, skromne
i niepiękne na mój gust, ale niewątpliwie stanowiące pewną wartość pieniężną. Wyciągnąłem rękę,
ale żona mnie ubiegła. Ruszyliśmy w drogę i około szóstej po południu - uśnieżeni - byliśmy
z powrotem u siebie.
Było około ósmej wieczorem, kiedy mocno podenerwowana żona przyszła do mnie ze zwierzeniem:
„Nie mogę odnaleźć paczuszki Szymerskiego. Musiałam ją zgubić w drodze od niego. Szukałam na
próżno na naszym terenie, a teraz stwierdziłam, że kieszeń fartucha, do której paczuszkę włożyłam,
ma dziurę. Przez nią musiała wypaść.”
Zaniepokoiło mnie to bardzo. Ubrałem się i ruszyliśmy z żoną tą samą trasą, co poprzednio, teraz
pokrytą śniegiem nowo spadłym i nadal padającym.
Wszystko, niestety, przemawiało za tym, że albo już ktoś z przechodniów zauważył zgubę i podniósł
paczuszkę przed nastaniem policyjnej, wtedy ósmej, godziny, albo nie naruszona przez nikogo została
przysypana stale sypiącym śniegiem i stała się niedostrzegalna, zwłaszcza o zmroku wieczornym.
Szliśmy, nerwowo badając nogami ścieżkę.
Do pobliskiego lasku, dzielącego posiadłość żony od folwarczku „Baniocha”, wędrówka była
bezowocna. A była to już jakaś trzecia część drogi, jeśli nie więcej. Szanse odzyskania stawały się
coraz bardziej nikłe. Coraz mniej pewna była nasza pamięć przebytej trasy. Za laskiem zaś, na terenie
majętności Szymerskiego, należało się liczyć z większym ruchem popołudniowych przechodniów,
a tym samym z większym prawdopodobieństwem zauważenia zguby przez któregoś z nich.
A tu nagle żona zawołała, klękając: „Jest!”
Istotnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności żona potknęła się o paczkę, wyczuwalną przez warstewkę
śniegu.
Żona była tak wzruszona, że w tejże pozycji klęczącej zaczęła płakać i błogosławić swe szczęście
poszukiwawcze. Mnie zaś spadł bardzo ciężki kamień z serca.
Wracaliśmy do siebie milcząc, teraz uświadomiwszy sobie, że nasza wędrówka mogła się nie udać
również z uwagi na już zapadłą godzinę policyjną. W razie zatrzymania przez patrol niemiecki
poszukiwanie byłoby udaremnione. Na szczęście cała wędrówka w obie strony odbyła się w zupełnej
samotności. Nikogo po drodze nie napotkaliśmy. Po podniesieniu paczuszki żona powierzyła ją tym
razem mojej opiece. Włożyłem woreczek do kieszeni, a idąc trzymałem go mimo to stale ręką.
Oddaliśmy depozyt, skoro tylko właściciel o to poprosił, już w Warszawie. Ale dopiero po latach
zapoznaliśmy go z historią zguby kosztowności i ich odnalezienia. Wobec szczęśliwego końca nie
przywiązywał on znaczenia do tego wyznania. My natomiast oboje do dziś wspominamy zdarzenie
jako katastrofę, zażegnaną przypadkiem czy - jeśli kto woli - szczęśliwym zrządzeniem losu. Mieliśmy
bowiem i mamy nadal świadomość, że wówczas nie bylibyśmy w stanie restytuować Szymerskiemu
wartości powierzonego nam depozytu.

Dalszyciągnastąpi

Pomysł napisania tego zbioru wspomnień powstał z dwóch pobudek.
Sam odczuwałem silną potrzebę uzupełnienia poprzednich opracowań celem pełniejszego
naświetlenia zdarzeń i ludzi. Chciałem przy tym zarysować sylwetki działaczy, z którymi się stykałem,
nie tyle i nie tylko pod kątem widzenia ich zasług, ale i słabostek, wad i błędów, słowem również od
odwrotnej strony ich poczynań i charakterów. Myślałem bowiem o czymś w rodzaju pamiętnika
anegdotycznego.
Ponadto wśród wielu namawiających mnie do kontynuowania pisania o przeszłości była i nowo
poznana w Stanach Zjednoczonych osoba, która nakłaniała mnie do tego w sposób bliski memu
własnemu „credo”:
„Miał pan ciekawe życie. Brał pan aktywny udział w wielu ważnych zdarzeniach. Miał pan możność
poznania licznych wybitnych osób. Sądzę, że jest pan wręcz zobowiązany do bardziej szczegółowego
opisu wypadków i ludzi, nie pomijając i własnego dokładnego życiorysu. Powinien pan dać obraz
środowiskowy i scharakteryzować działaczy, tak jak pan ich widział i osądzał.”
Doszedłem do wniosku, że - będąc wytworem swej epoki czy może nawet epok - powinienem napisać
wspomnienia, które przy najbardziej osobistym charakterze relacji mogą przecież stanowić jakiś,
bodaj skromny, przyczynek do niedawnych dziejów.
Pisałem więc te wspomnienia „ad futuram rei memoriam”.
Tym zbiorkiem objąłem okres od dzieciństwa po koniec drugiej wojny światowej. A przecież od tego
czasu mija już całe trzydziestolecie. Skąd więc zatrzymanie się na tej dość przypadkowej cezurze roku
1945?
Stwierdzam więc na tym miejscu, że mam w planie przyszłych prac i późniejszy okres.
Jestem w pełni świadomy, że i po roku 1945 pracowałem na różnych i różnego znaczenia
stanowiskach przez piętnaście lat, że i potem, w okresie, który mógłbym nazwać - wypożyczając
termin z długoletniej nomenklatury PRL - „starczym”, nie byłem wolny od przeżyć i przygód, że
wreszcie w tym właśnie okresie parokrotnie byłem poza krajem, spotykając w szczególności w
Stanach Zjednoczonych nowych ludzi: rodowitych Amerykanów i przybyszów z Polski.
Tak, ale...
Nie mogę już planować na zbyt daleką metę. Chcę jak najszybciej widzieć zamknięte, opracowane
całości. Stąd podział na dwa okresy: „do” i „po” roku 1945.
Po drugie, jak mówią Francuzi: „C’est le ton, qui fait la chançon.” Czy mogę zastosować ściśle ten sam
„ton” - w miarę poważny, a w miarę niefrasobliwy - również dla lat po 1945, lat przewrotu
i wstrząsów? Tak odmiennych od wszystkiego, co przedtem przeżyłem...
Trzeba, jak sądzę, najpierw zamknąć księgę wspomnień z dni dążeń niepodległościowych,
przepojonych wiarą w ich ostateczne zwycięstwo, z dni odrodzonej i odbudowanej Rzeczypospolitej,
a wreszcie z kilkuletniej nocy okupacyjnej, rozjaśnionej wszakże powszechnym ruchem walki
z wrogiem i stawiania mu oporu, aby z kolei dopiero przemyśleć ostatnie dziesięciolecia. I dopiero
wtedy - po uzyskaniu właściwej ze swego subiektywnego punktu widzenia miary - zabrać się do
pisania „dalszego ciągu”.
Optymista z natury, nie tracę nadziei, że mi się to jeszcze uda. Jeśli nie - szkoda, bo przecież: „Worte
sind Worte, Schrift ist Schrift.”

Ilustracje


Rysunek 1 Antonina z Ostrowskich Kulska, matka Autora. Fot. ze zbiorów rodzinnych Juliana Kulskiego.



Rysunek 2 Autor z siostrą Stanisławą w latach dziecięcych. Jw.


Rysunek 3 Tablica pamiątkowa poświęcona pamięci doktora Juliana Kulskiego, ufundowana przez mieszkańców Radomska
i okolic. Jw.


Rysunek 4 Areszt centralny w Warszawie przy ul. Daniłowiczowskiej. Wg książki: Marian M. Drozdowski, Alarm dla
Warszawy. Obrona cywilna stolicy we wrześniu 1939 r., Warszawa 1964.


Rysunek 5 Autor jako chorąży Legionów Polskich (1917). Fot. ze zbiorów rodzinnych Juliana Kulskiego.


Rysunek 6 Nominacja Autora na komendanta okręgu warszawskiego Milicji Ludowej (17 I 1919). Jw.


Rysunek 7 Julian Kulski w roku 1919. Jw.


Rysunek 8 Eugenia Solecka w okresie narzeczeństwa (1919). Jw.


Rysunek 9 Eugenia z Soleckich i Julian Kulscy. Zdjęcie ślubne (14 II 1920). Jw.


Rysunek 10 Norbert Barlicki. Wg książki: Jan Tomicki, Norbert Barlicki, Warszawa 1968.


Rysunek 11 Stanisława z Kulskich Barlicka, siostra Autora. Fot. ze zbiorów rodzinnych.


Rysunek 12 Julian Kulski z żoną nad Imatrą w Finlandii (1924). Jw.


Rysunek 13 Gmach Ministerstwa Skarbu w Warszawie. Ze zbiorów Muzeum Historycznego m. Warszawy.



Rysunek 14 Gmach ratusza warszawskiego. Fot. J. Malarski. Jw.


Rysunek 15 Nominacja Autora na stanowisko dyrektora departamentu w Ministerstwie Skarbu podpisana przez prezydenta
RP, Ignacego Mościckiego (22 X 1929). Ze zbiorów rodzinnych Juliana Kulskiego.


Rysunek 16 Ż Eugenia Kulska, żona Autora w mieszkaniu przy ul. Brzozowej 8 (1929). Jw.


Rysunek 17 Nominacja Autora na stanowisko wiceprezydenta m. st. Warszawy (14 II 1935). Jw.


Rysunek 18 Prezydent Stefan Starzyński z żoną Pauliną. Jw.


Rysunek 19 Jan Pohoski, wiceprezydent Warszawy. Wg książki: Władysław Bartoszewski, Warszawski pierścień śmierci 1939-
1944, Warszawa 1970.


Rysunek 20 Prezydent Warszawy Stefan Starzyński oraz wiceprezydenci: Jan Pohoski, Józef Ołpiński i Julian Kulski, na
uroczystości otwarcia klubu wodnego pracowników miejskich. Ze zbiorów Autora.


Rysunek 21 Pismo komisarza Rzeszy poruczające Julianowi Kulskiemu obowiązki komisarycznego burmistrza Warszawy (26 X
1939). Jw.


Rysunek 22 Stanisław Podwiński, wiceprezydent Warszawy. Fot. ze zbiorów rodzinnych S. Podwińskich.


Rysunek 23 Henryk Pawłowicz-Wojtowicz. Rysunek Janiny Zielińskiej. Własność żony, Teodory Pawłowiczowej.


Rysunek 24 Emil Kipa. Wg portretu z Instytutu Historycznego UW. Fot. Aleksandra Mierzecka-Garlicka.


Rysunek 25 Władysław Zawistowski. Wg książki: Michał Orlicz, Polski teatr współczesny. Próba syntezy, Warszawa 1932.


Rysunek 26 Stanisław Lorentz. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.


Rysunek 27 Julian Eugeniusz Kulski, syn Autora (1945). Ze zbiorów rodzinnych Autora.


Rysunek 28 Legitymacja Armii Krajowej wydana Autorowi w czasie Powstania Warszawskiego (4 VIII 1944). Jw.


Państwowy Instytut Wydawniczy 1982
Okładkę, obwolutę ł strony tytułowe projektował ZYGMUNT MAGNER
© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1982
ISBN 83-06-00750-6
PRINTED IN POLAND
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982 r. Wydanie pierwsze
Nakład 20 000+315 egz. Ark. wyd. 21,1. Ark. druk. 22,5
Oddano do składania 26 czerwca 1981 r.
Podpisano do druku w lipcu 1982 r.
Druk ukończono w październiku 1982 r.
Poznańskie Zakłady Graficzne im. M. Kasprzaka
Nr zam. 103/82; Z-86
Cena zł 180,-