Ostatni rok imperium

Powieść kronika
Wasilij Ardamatski



Spis treści
Rozdział pierwszy .................................................................................................................................... 3
Rozdział drugi ........................................................................................................................................ 10
Rozdział trzeci ........................................................................................................................................ 21
Rozdział czwarty .................................................................................................................................... 25
Rozdział piąty ......................................................................................................................................... 35
Rozdział szósty ....................................................................................................................................... 39
Rozdział siódmy ..................................................................................................................................... 47
Rozdział ósmy ........................................................................................................................................ 61
Rozdział dziewiąty ................................................................................................................................. 69
Rozdział dziesiąty ................................................................................................................................... 78
Rozdział jedenasty ................................................................................................................................. 87
Rozdział dwunasty ................................................................................................................................. 94
Rozdział trzynasty ................................................................................................................................ 105
Rozdział czternasty .............................................................................................................................. 122
Rozdział piętnasty ................................................................................................................................ 140
Rozdział szesnasty ............................................................................................................................... 149
Rozdział siedemnasty .......................................................................................................................... 155
Rozdział osiemnasty ............................................................................................................................ 161
Rozdział dziewiętnasty ........................................................................................................................ 171
Rozdział dwudziesty ............................................................................................................................ 175
Rozdział dwudziesty pierwszy ............................................................................................................. 181
Rozdział dwudziesty drugi ................................................................................................................... 196
Rozdział dwudziesty trzeci ................................................................................................................... 204
Rozdział dwudziesty czwarty ............................................................................................................... 208
Rozdział dwudziesty piąty ................................................................................................................... 218
Rozdział dwudziesty szósty.................................................................................................................. 226
Rozdział dwudziesty siódmy ................................................................................................................ 232
Rozdział dwudziesty ósmy ................................................................................................................... 238
Rozdział dwudziesty dziewiąty ............................................................................................................ 244
Rozdział trzydziesty ............................................................................................................................. 255
Rozdział trzydziesty pierwszy .............................................................................................................. 261
Rozdział trzydziesty drugi .................................................................................................................... 265
Rozdział trzydziesty trzeci ................................................................................................................... 268
Rozdział trzydziesty czwarty ................................................................................................................ 275
Rozdział trzydziesty piąty .................................................................................................................... 286
Rozdział trzydziesty szósty .................................................................................................................. 291
Rozdział trzydziesty siódmy ................................................................................................................. 299
Rozdział trzydziesty ósmy .................................................................................................................... 307
Rozdział trzydziesty dziewiąty ............................................................................................................. 312
Rozdział czterdziesty ........................................................................................................................... 326
Rozdział czterdziesty pierwszy ............................................................................................................ 331
Rozdział czterdziesty drugi .................................................................................................................. 343



Rozdział pierwszy

1
Zadymka, szalejąca przez cały wieczór po ulicach Piotrogrodu, uspokoiła się trochę i latarnie, którym
udało się wreszcie wychynąć ze śnieżnego kołowrotu, oświetlały pokryty bielą Prospekt Newski.
Wiatr jeszcze niósł śnieg przy samej ziemi w poprzek ulicy, zdobiąc chodniki ukośnymi białymi
smugami. Z trudem można było dojrzeć godzinę na zegarze umieszczonym na wieży Dumy Miejskiej,
gdyż tarczę prawie całkowicie zalepił śnieg; było kilka minut po jedenastej.
Ostatnia godzina roku 1915.
Newski opustoszał. Z rzadka tylko przemykały sanie z siedzącymi w nich zakutanymi w futra
postaciami. Żółte puste tramwaje, dzwoniąc bez potrzeby, wolno wlokły się po śniegu. A przed samą
północą światło na Newskim zgasło i ulica stała się podobna do zaśnieżonego ciemnego wąwozu.
Prasa piotrogrodzka napisze nazajutrz, że stolica rosyjska nie pamięta równie przygnębiającej
i ponurej nocy noworocznej. „Czegóż mogliśmy sobie życzyć w Nowym Roku? Zaiste - czegóż?“ -
pytała gazeta „Nowoje Wriemia“ i nie dawała odpowiedzi na owo pytanie.
Gazeta „Wieczerniaja“ natomiast zamieściła wiersz bez podpisu autora:
Witamy Nowy Rok jak zawsze w owych dniach.
Lecz bez radości jak tradycja każe...
Los frontu i żołnierza każdy w sercu waży
I apel noworoczny budzi strach.
Tam walka wre i w ową Bożą noc
Złowrogi świst ołowiu nie zagasi męstwa.
Szepcemy wciąż: walczymy do zwycięstwa...
Zwątpienie precz - wierzymy w naszą moc...
Wojna stała się nieszczęściem Rosji, które zdawało się nie mieć końca. Na wszystkich frontach
ponoszono haniebne klęski. Krew lała się strumieniami. Nieliczne sukcesy rodziły chwilowe nadzieje,
które jednakże szybko gasły i gorycz porażki stawała się jeszcze bardziej ostra.
Dlaczego wszystko złożyło się tak tragicznie? Dlaczego wielka Rosja dławi się w upokarzającej
bezsilności? Nieudolność dowódców wojskowych? Niezdolność przemysłu do zaspokojenia potrzeb
frontu? Rozprzężenie gospodarki? Faryzeuszostwo sojuszników, zmuszających Rosję do poświęcania
wszystkiego w imię ich interesów? Rozpasanie kliki Rasputina na dworze carskim? Ministerialna
karuzela w zdezorientowanym rządzie? Zdrada? O wszystkich tych sprawach zaczęto już mówić
nawet z trybuny Dumy Państwowej. I chociaż gazety drukowały owe wystąpienia ze skreśleniami
cenzury, sens wypowiedzi nie budził wątpliwości. A jednocześnie te same gazety krzyczały
z pierwszych stron: „Wojna do zwycięskiego końca!“ I te same słowa powtarzali popi w cerkwiach,
dodając do nich niczym boską pieczęć sakramentalne „Amen“. I zaledwie przed kilku dniami podczas
wizyty na froncie car mówił do swych żołnierzy tonem dobrotliwego ojca: „Tylko do zwycięskiego
końca...“
...Ach, jak dobrze było mu tam, na Froncie Zachodnim! Trzeba będzie pomyśleć o jakiejś
odpowiedniej nagrodzie dla generała Everta. Widać, że cały front pewnie dzierży w swych mocnych
rękach...
Dowódca frontu istotnie dołożył wszelkich starań, aby zaprezentować carowi efektowne
przedstawienie bez żadnej gafy czy wpadki. Próby trwały dwa tygodnie. Niemcy, słysząc po nocach
dolatujące ze strony rosyjskiej gromkie „hura!“, ogłaszali alarm dla swych przednich pozycji. A w
schronach sztabowych odbywały się w tym czasie niesłyszalne dla Niemców „spontaniczne“ rozmowy
bohaterów rosyjskich, kawalerów Krzyża św. Jerzego, z ukochanym carem. Rolę cara odgrywali
dowódcy dywizji i robili to bardzo przekonywająco, jako że pytania, które monarcha zadawał
wszędzie swoim żołnierzom, były znane od dawna. Podobnie zresztą jak i odpowiedzi, jakie car lubił...
Słowem, wszystko przebiegało zgodnie ze scenariuszem, w którym było nawet to „przypadkowe“
spotkanie cara z brodatym Kozakiem z czterema krzyżami na piersi, który powiedział: „Śni mi się po
nocach, że jestem w Berlinie, Wasza Cesarska Mość!“
Dobrze tam było. Bardzo dobrze...
Jakże wspaniałe były chwile przeglądu przy dźwiękach orkiestry!
Siedząc na spokojnym karym koniu patrzył z góry na bezkresne śnieżne pole, po którym z chrzęstem
wybijały krok zwarte kolumny. Z jakimż zachwytem patrzyli na niego żołnierze! Jak zgodnie krzyczeli
„hura!“, nie myląc przy tym kroku! Aż mu się łzy zakręciły w oczach. Spojrzał na generałów,
trzymających się nieco na uboczu - czyż z takimi żołnierzami można przegrać? Ogarnęło go radosne
przeczucie, że teraz już wszystko pójdzie inaczej. Po smutku zawsze przychodzi radość. Zawsze...
Dotykając ręką papachy salutował swym wiernym żołnierzom i słyszał w odpowiedzi potężne
„huraaaa!“
Tyle tylko, że było zimno, zmarzły mu kolana i zaczęły obrzydliwie drżeć. Jakoś zbyt długo szły te
kolumny... Na pewno wolniej niż należało... Napomknął o tym później przy obiedzie i usłyszał
odpowiedź dowódcy armii generała Rohozy:
- Wasza Cesarska Mość, rytm marsza był zgodny z regulaminem, ale żołnierze chcieli lepiej przyjrzeć
się Waszej Cesarskiej Mości i to było powodem zwolnienia tempa. Proszę wybaczyć swoim
żołnierzom... i nam również...
No cóż, z pewnością o to właśnie chodzi. Kolana już się rozgrzały i wrócił mu dobry nastrój. Napisał
tekst telegramu do carowej:
„Dziś rano dokonałem ostatniego przeglądu armii Frontu Zachodniego. Wojska prezentują się
doskonale...“
Wręczywszy adiutantowi tekst i zarządziwszy, aby przygotowano pociąg, zwrócił się do generałów:
- Dziękuję... Przekażcie, panowie, wyrazy wdzięczności mym żołnierzom... - Potoczył po obecnych
obojętnym, sennym spojrzeniem, ujrzał, że są uszczęśliwieni jego pochwałą, i dodał ze smutkiem: -
Jak można... Jak można... - Radość zniknęła momentalnie z twarzy generałów... - Z takimi żołnierzami
należy iść tylko do przodu... A skazywać takich żołnierzy na zagładę... Jak można... - wyrzekł to
cichym, nieco głuchym głosem i zamilkł na długo, przykrywszy wyblakłe oczy podpuchniętymi
powiekami.
Generałowie z wydłużonymi minami siedzieli nieruchomo i z oddaniem patrzyli na cara.
Mikołaj wolno, jakby z pewnym trudem otworzył oczy i ciągnął przyciszonym, łagodnym tonem:
- Siły nieprzyjaciela są na wyczerpaniu. Jak nigdy przedtem jesteśmy bliscy zwycięstwa... Bądźcie
zupełnie spokojni... nie zawrę pokoju, dopóki nie wypędzimy ostatniego nieprzyjacielskiego żołnierza
z naszych ziem, i nie zawrę go inaczej, jak tylko w całkowitym porozumieniu z naszymi sojusznikami...
Nie zapomnę tego przeglądu i rad jestem, że miałem okazję ujrzeć te dzielne oddziały; proszę
przekazać wszystkim żołnierzom wyrazy mej wdzięczności za ich wierną służbę, która sprawia radość
memu sercu. Niech Bóg ma was w swojej opiece, panowie...
Car umilkł i dowódca frontu generał Evert, odczekawszy chwilę, zaczął ostrożnie:
- Wasza Cesarska Mość, moje wojska...
Jednakże car powstrzymał go ociężałym ruchem ręki.
- Otrzyma pan odpowiednie rozkazy - rzekł z nagłą surowością i wstał.
Dlaczego car jest tak spokojny i pewny siebie? Dlatego, że nie ma wątpliwości, iż „trójporozumienie“
musi w końcu zwyciężyć. Udowodnili mu to - jak dwa razy dwa równa się cztery - najpierw król
angielski Jerzy V i jego doradcy, później zaś prezydent Francji Raymond Poincaré, który przed samą
wojną odwiedził Piotrogród i zostawił mu memorandum, gdzie na jednej stronie znajdowały się
wszystkie dane dotyczące zasobów wojskowych trójprzymierza oraz Niemiec, a na dole dopisek:
„Wniosek nasuwa się sam przez się...“
To, że wojna idzie Rosji ciężko, że ponosi ona ogromne straty w ludziach, nie wzrusza cara zbyt
głęboko. Kiedy pewnego razu przewodniczący Dumy Państwowej Rodzianko zwrócił mu uwagę na
wielką liczbę zabitych i rannych w armii rosyjskiej, wyrażając przy tym zaniepokojenie upadkiem
międzynarodowego prestiżu Rosji, car odrzekł: „O utracie prestiżu w oczach Anglii i Francji nie może
być mowy. A o czyjąż opinię poza tym mamy się troszczyć?“ Trudno wyrazić się bardziej jasno
i cynicznie zarazem...
A więc wojna do zwycięskiego końca... Wojna do zwycięskiego końca... Słowa te wytarły się,
spowszedniały, a jednocześnie zyskały nowy, złowieszczy sens. W teatrze rozrywki estradowy
„ekscentryk muzyczny“ Juriew śpiewał kuplety z refrenem:
A po cóż mi taki koniec.
Skoro ma on być mogiłą...
Widzowie wymieniali niespokojne spojrzenia. Wesołe kuplety odbierane były jak rekwiem. Nawiasem
mówiąc, w kronice wydarzeń jednej z gazet ukazała się notatka o tym, jak pewien oficer frontowy
usiłował zastrzelić kuplecistę za nawoływanie do zdrady.
2
...Anglicy nie znają takiej tradycji witania Nowego Roku, jaka istnieje u nas. Jednakże tej nocy
w siedzibie ambasady angielskiej na Wybrzeżu Angielskim paliło się światło i w szerokim oknie na tle
koronkowej firanki na przemian to pojawiała się, to znów znikała sylwetka mężczyzny. Ambasador
jego królewskiej mości króla Anglii sir George Buchanan spacerował po swoim gabinecie. Tu również
istniała swoista tradycja noworoczna - ambasador zwykł był podpisywać wtedy sprawozdanie i z tej
właśnie okazji zbierali się w gabinecie jego współpracownicy. Stłoczeni wokół biurka obserwowali
ceremonię podpisywania dokumentu, a potem słuchali opinii swego zwierzchnika o minionym roku
i pracy każdego z nich. Buchanan robił to zazwyczaj w swobodnej, żartobliwej formie, tak że nawet
krytyczne uwagi przyjmowano bez obrazy. Na zakończenie lokaj przynosił tacę z kieliszkami szampana
i wieczór kończył się uroczyście.
Tym razem wszakże wszyscy stali pośrodku gabinetu z powagą na twarzach i śledzili oczyma postać
ambasadora, który chodził tam i z powrotem od okna do przeciwległej ściany; jego głos brzmiał
głucho i gniewnie.
Niewysoki, z siwą głową, gęstymi białymi wąsami, lecz z młodzieńczą sylwetką i sprężystym krokiem,
sir George Buchanan był człowiekiem w trudnym do określenia wieku. Chętnie żartował, że rankiem
bywa zazwyczaj starszy o dziesięć lat, wieczorami zaś panie z reguły prawią mu komplementy na
temat jego młodego wyglądu. Miał za sobą długie i niełatwe życie angielskiego dyplomaty
i pracownika wywiadu. Służbę w Rosji nazywał swym łabędzim śpiewem, dodając przy tym: „Potem
pozostaną mi już pieśni innych, mniej wytwornych ptaków“
Przyjechał do Rosji w roku 1910 prosto z Bułgarii, gdzie również był ambasadorem. Nominacja na
analogiczne stanowisko w Petersburgu stanowiła zaszczytny awans, pracował więc z oddaniem, nie
szczędząc swych nietuzinkowych zdolności ani wysiłku bystrego umysłu. I potrafił tak ustawić swoją
ambasadę, że pracowało dla niego mnóstwo Rosjan zajmujących najrozmaitsze pozycje
w społeczeństwie, a także stanowiska w machinie państwowej; wszyscy oni byli bardzo cenni ze
względu na posiadane informacje. Jego szerokie stosunki Londyn stawiał za przykład innym
ambasadorom. Szczytem było tu nawiązanie ścisłych kontaktów z samym carem. Jeszcze na samym
początku wojny gazety niemieckie pisały, że Buchanan jest drugim, niekoronowanym władcą Rosji.
Była to oczywiście przesada, ale istotnie miał on duże możliwości i niejednokrotnie wpływał na
bardzo ważne decyzje monarchy rosyjskiego.
Do niedawna czuł się w Rosji pewnie. Jednakże pod koniec 1915 roku zaczęły go dręczyć obawy.
Nastąpiło to prawie niepostrzeżenie. Jakoś zupełnie nagle pourywało się wiele jego kontaktów, a te,
które ocalały, coraz częściej dostarczały mu niedokładnych informacji. Jak gdyby coś stanęło między
nim a Rosją niczym ściana i on w żaden sposób nie może się przez nią przebić...
„Partia niemiecka“ - tak określił pewnego razu ową siłę. Miał jednakże na myśli nie jakąś określoną
organizację, lecz te kręgi, które mając na względzie swe osobiste interesy i korzyści materialne
zmieniły orientację na proniemiecką, tak czy inaczej wrogą wobec Anglii.
Największe niebezpieczeństwo ze strony tejże „partii“ polegało na tym, że w jej składzie znaleźli się
ludzie zajmujący nierzadko bardzo wysoką pozycję w stolicy Rosji. W rezultacie zdecydowanie
pogorszyły się stosunki Buchanana z carem, zwłaszcza zaś z carową. W głębi ducha musiał się
przyznać, że nie docenił owej „partii”, nie potrafił przewidzieć, że nieuchronnie musi się ona umocnić
w toku wojny - kiedy myślał o tym, łabędzi śpiew przestawał być dla niego symbolem, nabierał
konkretnych wymiarów. Jeszcze niedawno w szyfrogramach z Foreign Office czytał raz po raz
łechcące jego ambicję pochwały; wszystko co myślał, wszystkie jego samodzielne decyzje, Londyn
z reguły aprobował. A właśnie dzisiaj, w ostatnim dniu roku, nadszedł szyfrogram, w którym znów -
poza kwiecistymi dyplomatycznymi sformułowaniami - dostrzegł bez szczególnego trudu źle
ukrywane niezadowolenie.
Nic więc dziwnego, iż dzisiejsza ceremonia podpisywania sprawozdania rocznego w niczym nie
przypominała poprzednich...
Buchanan chodził po gabinecie i nie podnosząc wzroku rzucał urywane gniewne zdania:
- Czyż nie rozumiecie, panowie, że ślepota i głuchota to śmierć dla dyplomaty? To, że w Rosji jest źle,
jest jasne nawet dla dziecka. A dlaczego jest źle? - zapytał, zatrzymując się przed oknem i patrząc
w nieprzeniknioną mgłę nad Newą. Potem odwrócił się gwałtownie i ruszył w stronę przeciwległej
ściany. - Na to pytanie nie możemy dać zadowalającej odpowiedzi, ponieważ nie ogarniamy całej
powagi sytuacji... - stojąc przy ścianie rzucił spojrzenie na obraz przedstawiający wyjazd na polowanie
z chartami i zawrócił w przeciwnym kierunku. - Ale nawet dobra odpowiedź to zaledwie połowa.
Nasza sytuacja reprezentantów mocarstwa sojuszniczego zobowiązuje nas nie tylko do
konstatowania faktów, lecz również do działania. A jakiego działania można oczekiwać od ślepych
i głuchych? - Gdyby w tym momencie Buchanan spojrzał na swego współpracownika Grussa,
przedstawiciela służby wywiadowczej, zobaczyłby na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmieszek.
Gruss był bardzo zadowolony z siebie - już trzy miesiące temu doniósł swym przełożonym, że
ambasada coraz częściej pada ofiarą własnej inercji, przechodząc obojętnie obok istotnych faktów
i zjawisk.
- Zalecam panom potrojenie wysiłków... - ciągnął Buchanan.,- Niewykluczone, że wkraczamy
w najtrudniejszy dla nas okres. Wielka Brytania oczekuje i wymaga od nas pracy proporcjonalnej do
skali zachodzących wydarzeń... - Ambasador zatrzymał się na środku gabinetu i po raz pierwszy
spojrzał na swych podwładnych, którzy dziwnie przycichli. - Dziękuję. Możecie, panowie, iść do domu
- rzekł z łagodnym uśmiechem.
3
Nad Piotrogrodem nisko nawisło czarne niebo zimowej nocy. Wystarczy skręcić z Newskiego, aby od
razu znaleźć się w głębokich ciemnościach. Wyje wiatr. Bije po nogach niesiony przezeń śnieg. Tylko
w nielicznych oknach błyszczy światło - ogromne miasto wita Nowy Rok w niespokojnym śnie. Tak
jest najlepiej - naciągnąć kołdrę na głowę i nie myśląc o niczym postarać się zasnąć. Może istotnie
ranek przyniesie dobrą radę?

W pustym i zimnym tramwaju, zdążającym powoli w stronę Rogatki Narwskiej, jechało dwóch
pasażerów; obydwaj byli niewielkiego wzrostu i wyglądali na prostych kmiotków. W lekkich paletkach
i króliczych czapkach z sukiennymi nausznikami, siedzieli przyciśnięci do siebie, skuleni z zimna. Widać
było, że nie spieszy im się do domu, by powitać Nowy Rok przy suto zastawionym stole. Byli to
tajniacy piotrogrodzkiej ochrany Kosoj i Gołub, którym zlecono tej nocy obserwację herbaciarni
Samsonowa, gdzie pod pretekstem powitania Nowego Roku miało się odbyć spotkanie robotników
fabrycznych - buntowników i podżegaczy. Po zakończeniu zebrania Kosoj i Gołub mieli inwigilować
dwóch jego uczestników i towarzyszyć im aż do domów.
Dojechawszy do pętli wysiedli z tramwaju, podnieśli kołnierze i ruszyli przed siebie po świeżym,
skrzypiącym śniegu, popychani przez wiatr. Było ciemno choć oko wykol, tylko pod nogami trochę
światła od śniegu.
- Pamiętasz dobrze, gdzie, to jest? - spytał Gołub.
- Jak dojdziemy do cerkwi, to na prawo; będzie jakieś sto kroków.
- Śnieg skrzypi, słychać na wiorstę.
- Trzeba stawiać od razu całą stopę - powiedział Kosoj, zaklął szpetnie i dodał: -: A najważniejsze, że
to wszystko na darmo; chodzimy za nimi tak długo, a co z tego, kiedy ich jest tylu, co wszy na
tyfuśniku.
- Nie gadaj - niemrawo zaprotestował Gołub. - Mój znajomek pracuje w Kriestach, mówi, że tam
wszystko zapchane.
- A ilu ich jeszcze gania...
- Słyszałem, jak szef mówił, że złapiemy ich wszystkich razem.
- Nie wystarczy rąk - Kosoj znów zaklął.
- To nie nasza sprawa; znajdą się i ręce...
- Znajdą... znajdą... - warknął Kosoj osłaniając twarz kołnierzem. - Szwagier do mnie ze wsi przyjechał.
Przywiózł słoniny, miodu, a ja, głupi, wódkę zdobyłem...
- Służba nie drużba - odparł Gołub ze złością. - Rób, co ci każą. Za pracę w taką noc obiecali
czerwoniutkiego, jeśli nie zawalimy sprawy.
- Ten czerwoniutki już dawno się zrobił niebieściutki...
1

Zatrzymali się koło cerkwi. Z prawej strony widać było słabe przebłyski światła - tam właśnie
znajdowała się herbaciarnia. Podeszli trochę bliżej. Okiennice były zamknięte i światło przebijało
przez szczeliny.
- Dwóch stoi przy wejściu. Widzisz? - szepnął Gołub.
- Pikietę, dranie, wystawili.
Bliżej nie da się podejść. I przejść na drugą stronę ulicy także niebezpiecznie - mogą zobaczyć.
Stali, przyciskając się do zimnej ściany koło kamiennego tunelu bramy.

1
Chodzi o banknot dziesięciorublowy, który miał kolor czerwony,oraz o pięciorublowy - niebieski. Agent ma na
myśli postępującą inflację (przyp, tłum ).
- Ciekawe, czy podwórko jest przechodnie? - zagadnął Kosoj.
Gołub nie odpowiedział.
- A jakby co... gdzie się przed nimi schowamy? Pójdę popatrzyć...
Po jakichś dziesięciu minutach Kosoj wrócił.
- Tam są składy i nie ma przejścia. Ale między składami jest taki wąski prześwit - tam nie zajrzą.
Milczeli chwilę, wsłuchując się w lodowaty pogwizd wiatru.
- W dziewięćset piątym znacznie lepiej się pracowało - westchnął Gołub. - Wszystko było jasne -
łapiesz i ciągniesz. Kiedyś w jedną noc aż trzech przytaszczyłem, dostałem za nich zegarek „Paweł
Bure“. O, widzisz... - włożył rękę w zanadrze, wyjął zegarek na łańcuszku, podniósł go do oczu i znowu
westchnął: - Ludzie przy stołach już sobie śpiewają...
W pierwszy dzień roku 1916 Gołub i Kosoj złożyli przełożonym wspólny raport na piśmie, który
możemy teraz zacytować...
„...W wyznaczonym czasie zajęliśmy miejsce na stanowisku obserwacyjnym w odległości 30 kroków
od herbaciarni Samsonowa, mając w pobliżu bramę dla ewentualnego manewru na wypadek
zbliżenia z obiektami. Przy wejściu do herbaciarni stali dwaj pikieciarze, co nie dawało możliwości
dalszego przybliżenia się ze względu na skrzypienie śniegu pod nogami. Jednakże widoczność była
znośna. Buntownicy zebrali się przed naszym przybyciem, w czym jednakże nie było naszej winy,
ponieważ dotarliśmy do punktu obserwacyjnego w wyznaczonym czasie. Pikieciarze zmienili się jeden
raz. O godzinie 1 minut 40 po północy uczestnicy zebrania zaczęli opuszczać herbaciarnię. Nie
pojedynczo jak zwykle, lecz w trzech grupach, przy czym hałasowali i nawet śpiewali... Zgodnie
z rozkazem dwóch z nich wzięliśmy pod obserwację i odprowadziliśmy według adresów.
1. Szedł nie zachowując ostrożności. Wzrost powyżej średniego. Płaszcz krótki, do kolan.
Przygarbiony. Kaczy chód. Adres: Zwienigorodzka 2, róg Zagorodnego. Główna brama. Obserwację
prowadził Kosoj.
2. Wzrost średni. W szynelu i czapce z nausznikami. Buty z cholewami. Chodzi szybko, ostrożny.
Adres: Zaułek Michajłowski 11. Po wejściu do domu zapaliło się światło w drugim oknie z prawej na
pierwszym piętrze. Obserwację prowadził Gołub.
1 stycznia 1916 r. Podpisy agentów...“
U dołu dopisek:
„Adres na Zwienigorodzkiej ustalono wcześniej, mieszka tam mechanik z elektrowni N. Goriajew.
Związany jest z grupą Czilikina - rozpowszechnianie proklamacji. Był zatrzymywany. Z wyglądu
przypomina śledzonego obecnie. Zaułek Michajłowski to coś nowego. Przeprowadzić rozeznanie.
Podpisano: rotmistrz Kucewałow.“
A z lewej strony u góry najwidoczniej decyzja zwierzchnika:
„Dołączyć do dokumentacji o wykorzystaniu nocy noworocznej jako pretekstu dla nielegalnych
zebrań.“ Podpis nieczytelny.
Tak witała Nowy Rok ochrana. Przy pracy. W atmosferze nieustannego czuwania u wrót dworu
carskiego.

Rozdział drugi

1
W ostatnich dniach przed nowym, szesnastym rokiem wszystko, co przyjemne, skończyło się dla
Mikołaja tam, na Froncie Zachodnim, rozpłynęło się wraz z ostatnimi dźwiękami orkiestr wojskowych.
Z frontu udał się do Carskiego Sioła, zapragnął bowiem jak najszybciej znaleźć się na miłym sercu
łonie rodziny, jedynym miejscu, gdzie może być sobą, gdzie jest kochany wiernie i bezinteresownie.
Przykrości zaczęły się jeszcze w drodze... Ciężka rozmowa ze Spirydowiczem. Nie dało się jej odłożyć,
jako iż wyobraził on sobie, że jest wyrocznią w polityce. Należało więc przywołać go do porządku.
A nie było to dla Mikołaja sprawą łatwą. Generał Spirydowicz już od dziesięciu lat stał na czele jego
ochrony osobistej i car darzył go szczególną sympatią. Zdawał sobie sprawę, iż wywołuje to zazdrość
komendanta pałacu generała Wojejkowa, i wszelkimi sposobami starał się ich pojednać. Wojejkowa
także bardzo lubił i zawsze zapraszał do towarzystwa, ilekroć miał ochotę wypić w ścisłym gronie.
Wiedział, że wywołuje to żartobliwe komentarze, jakoby Wojejkow znalazł szczęśliwy los na dnie
kieliszka. Zbliżył go do siebie przed trzema laty, ale znał od dawna, jeszcze z tych czasów, kiedy
generał dowodził pułkiem lejbgwardii - młodość cara była blisko związana właśnie z owym pułkiem.
I przyjemnie było wspominać z prostodusznym Wojejkowem przy kieliszku wódki rozmaite wesołe
historyjki z życia pułkowego.
Ze Spirydowiczem łączy go coś innego. Zaufanie i miłość do niego zrodziły się od razu, od pierwszego
spotkania i utrwaliły ostatecznie w roku 1912 w Kijowie w tamtych strasznych chwilach, kiedy w sali
teatru rozległy się strzały i siedzący niedaleko od cara premier Stołypin upadł, przeszyty kulami
terrorysty. Usłyszawszy strzały, car mocno zacisnął powieki, a kiedy otworzył oczy, nie widział już nic
prócz potężnych pleców Spirydowicza, które zasłaniały go przed całym tym przerażającym światem.
Spirydowicz natychmiast zaprowadził go do pokoju za kulisami, a następnie odwiózł do rezydencji.
Jego opanowanie zachwyciło cara. „Był absolutnie spokojny, stał przede mną jak granitowa skała“ -
opowiadał później nie wiedząc, iż to jego świadectwo obróci się przeciwko Spirydowiczowi. Komisja
badająca sprawę zabójstwa Stołypina oskarżyła kilku wysokich funkcjonariuszy ochrany, w ich liczbie i
Spirydowicza, o karygodne niedbalstwo. Wszyscy oni zostali zwolnieni ze swych stanowisk. Poza
Spirydowiczem, w stosunku do którego car rozkazał zaprzestać jakiegokolwiek śledztwa.
Pewnego razu car zapytał go wprost:
- Ale jak mimo wszystko potrafił pan zachować wtedy całkowity spokój?
- Wasza Cesarska Mość, wiedziałem jedno: dopóki żyję, Waszej Cesarskiej Mości nic nie grozi,
dlaczegóż więc miałem się denerwować, skoro żyłem?
Car zapamiętał również i tę odpowiedź. Kiedy polecał ministrowi spraw wewnętrznych umorzenie
śledztwa w stosunku do Spirydowicza, rzekł:
- Każdy rozumie, że z racji swych obowiązków służbowych odpowiadał tylko za moje życie. Byłem
zdrów i cały i to dawało mu pełne prawo być spokojnym.
O tak, w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo wiele łączyło Mikołaja ze Spirydowiczem. Nieraz miał
okazję przekonać się ponad wszelką wątpliwość, że generał - w przeciwieństwie do wielu jego
zaufanych - wśród nich i generała Wojejkowa - doskonale orientuje się w sytuacji, ma swoje
zdecydowane zdanie na temat zachodzących wydarzeń, i car niejednokrotnie słuchał jego rad.
Niełatwo było przeprowadzić ową przykrą rozmowę w pociągu. Ale nie mógł milczeć. Generał wręcz
oszalał na punkcie socjaldemokracji i rewolucji. Więc powiedział mu wprost, że ta socjaldemokracja
zahipnotyzowała go i oślepiła. Car przypomniał sobie, jakie zmieszanie malowało się wówczas na
twarzy generała; poczuł w sercu litość, ale nie, nie, koniecznie trzeba mu było powiedzieć to
wszystko. On po prostu nie rozumie, że w Rosji, przy całej specyfice jej ustroju, nie może istnieć
żadna partia, która byłaby zdolna stanąć na czele tak zróżnicowanej etnicznie ludności, a tym bardziej
doprowadzić do obalenia pochodzącej od Boga władzy monarszej.
Jednakie car widział, że Spirydowicz nie zgadza się z nim. I czyż nie ma racji generał Wojejkow, który
powtarza mu uparcie, że Spirydowicz należy do tych, którzy uważają, iż mądrzy ludzie na Rusi od
niego się zaczynają i na nim się kończą?
Mikołaja opanowały przykre myśli. Może właśnie w tej chwili po raz pierwszy stracił zaufanie do
generała, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że kilka miesięcy później Spirydowicz został
wysłany do Jałty w charakterze gubernatora...
Carowa przywitała go w swoim salonie, jak zawsze, ze łzami zachwytu. Całowała zapamiętale jego
twarz i ręce, z miłością patrzyła mu w oczy, czule głaskała po włosach... Weszli na antresolę, wziąwszy
się za ręce usiedli na szerokiej kanapie obitej czerwoną skórą, i zdumiewający spokój i ciepło niemal
natychmiast ogarnęło Mikołaja; nawet wojna odsunęła się gdzieś daleko. Patrzył przez kratę
balustrady na stojący na dole marmurowy posąg kobiety pochylonej w modlitewnej pozie
i rozkoszował się błogosławioną, świętą ciszą i bliskością żony.
- Niki, na froncie znowu jest źle. Wiesz już? - odezwała się nagle Aleksandra Fiodorowna.
Uderzył pięścią w kolano:
- O Boże, kiedy się to skończy?
I znowu dopadła go ta straszna wojna, nad którą nie sposób zapanować, która wlecze za sobą
niekończący się łańcuch nieszczęść.
- Niki, nie trzeba tak. Bóg jest z nami - wyszeptała carowa z napięciem i położyła swą chłodną białą
rękę na jego zaciśniętej pięści. - Zło minie, Niki, a Bóg wynagrodzi nam i naszej biednej Rosji to
wszystko, co wycierpieliśmy wraz z naszym wiernym ludem.
Byłoby lepiej, gdyby tego nie mówiła.
Boże, jakie nieszczęśliwe panowanie przypadło mu w udziale! A przecież świątobliwy pustelnik
Serafim przepowiedział, jakie będą losy rodu Romanowów: na początku jego panowania przyjdą
nieszczęścia i powszechne klęski, będzie nieudana wojna a po niej - rozruchy. Ale potem nastąpi
świetlana era i życie jego będzie długie i szczęśliwe. I wszystko działo się dokładnie tak jak
w przepowiedni. Nie zdążył jeszcze włożyć korony, kiedy wydarzyła się w Moskwie tragiczna
katastrofa chodyńska. Później była fatalna wojna z Japonią, a po niej rozruchy. Później jeszcze jedno
straszne nieszczęście - urodził się nieuleczalnie chory syn, następca... Już dosyć! Dosyć! Gdzież jest ta
świetlana era? Gdzie jest to szczęście?
I wreszcie ta wojna... Pochlebiało mu, że Rosja na równi z Wielką Brytanią i Francją bierze udział
w nowym podziale świata. Jego miłość własna była mile połechtana myślą, że zaleje sadła za skórę
cesarzowi Wilhelmowi, którego wyniosłość odczuwał bardzo boleśnie. Ale któż mógł przypuszczać, że
wojna będzie taka długa? Król Jerzy zapewniał, że potężna flota brytyjska zdławi Niemcy blokadą
morską. Poincaré mówił, że Francja jest doskonale przygotowana do zwycięskiej wojny i że Niemcy
zostaną szybko zmiażdżone w rosyjsko-francuskich kleszczach... Gdzież jest to „szybko“? Gdzie jest
śmiercionośna blokada morska? Wojna trwa już drugi rok i Mikołaj coraz częściej myśli
z rozdrażnieniem, że tak serio prowadzi tę wojnę tylko on i jego Rosja.
A najstraszniejsze jest to, że nie widać końca tych zmagań. I brak mu sił, by ogarnąć to wszystko. Skąd
bierze się tyle niepowodzeń? Dlaczego radość z sukcesów jest tak nietrwała, rozwiewa się jak dym?
Tacy wspaniali żołnierze, a tu klęska za klęską... Czyżby Bóg nas opuścił i nie chciał słuchać naszych
modlitw?
- O czym myślisz, Niki? - głos żony dobiega jak gdyby z oddali i Mikołaj rozgląda się niepewnie wokół
siebie. - Zadręczyli cię, mój biedaku. Zapomnij o wszystkim...
- To jest okropne - przerwał jej. - Czasami, kiedy stoję przed świętym obrazem, chce mi się krzyknąć:
„Za co? Za co?“
- Mój Boże. Niki, co ty mówisz... - szeptała Aleksandra Fiodorowna przyciskając ręce do piersi
i patrząc na niego niebieskimi, lśniącymi jak lód oczyma. - Nasz Przyjaciel mówi: „Bóg wyznaczył
każdemu jego los, a Bóg zawsze jest sprawiedliwy...“ To grzech narzekać, Niki... wielki grzech... -
powtórzyła tragicznym szeptem.
W Kwaterze Głównej była tylko wojna, a tu cała Rosja nacierała na niego, miotała się z boku na bok
jak chory w gorączce, potrącając go co chwila. Nie było dnia bez przykrych przeżyć, bez przeróżnych
nieszczęść. Nie, nie znalazł spokoju w Carskim Siole. Nagle okazało się, że zapas miedzi w przemyśle
wojennym jest na wyczerpaniu i nie sposób wyjaśnić, kto zawinił i co trzeba robić. A na zakup miedzi
za granicą brak złota, gdyż wydano je na zakup broni - również za granicą... Nawiasem mówiąc, gdzie
jest ta broń? To znów minister spraw wewnętrznych wsunął mu między papiery na biurku notatkę
szefa ochrany Głobaczowa. Chodzi oczywiście o socjaldemokrację; trzeba ją wykorzenić raz na
zawsze, w przeciwnym bowiem razie nieszczęście gotowe. Poszaleli na punkcie tej socjaldemokracji
czy co? Wichrzycieli fabrycznych trzeba siec batogiem i koniec - od razu się uspokoją. Musi natomiast
zastanowić się, co robić z Dumą - to jest źródło wrzenia; rozzuchwalili się tam strasznie, podrywają
zaufanie do władzy. A zlikwidować byłoby niebezpiecznie, jak mówią. Dlaczego niebezpiecznie? Mało
tego. Niektórzy ludzie, skądinąd mądrzy i wierni, radzili zaszczycić Dumę swoją obecnością na
posiedzeniu. Diabeł się w tym nie wyzna. Na domiar złego ministrowie dobrali się w korcu maku - nie
dają mu chwili spokoju, przyłażą z każdym głupstwem, o niczym nie chcą sami decydować, nie chcą
nic robić, jakby rąk nie mieli. Każdej chwili mogą narobić kłopotów. Taki Sazonow na przykład. Zona
ma rację - trzeba się go pozbyć, tak jak pozbył się wszystkich niezadowolonych z tego, że wziął na
siebie ciężar kierowania wojną. Gazety rozbisurmaniły się do niemożliwości - piszą byle co, a cenzorzy
jakby tego nie widzieli.
Wszystko to codziennie omawia z żoną. Biedactwo, z jakimż poświęceniem stara się ochraniać go
przed wszystkimi przeciwnościami losu! I w domu nie ma spokoju... Opuszczając Carskie Sioło
pomyślał nawet, że w Mohylewie, w Kwaterze Głównej, mimo wszystko będzie mu lepiej; jest tam
przecież Aleksiejew, człowiek, który zna się na sprawach wojennych i przy nim można już nie łamać
sobie głowy, kiedy przyjdzie podjąć jakąś decyzję, gdyż tamten wszystko przemyśli i powie, co należy
robić...
2
Istotnie, pierwsze godziny pobytu w Kwaterze Głównej upłynęły mu w przeświadczeniu, że jest to
miejsce spokojne i pewne, gdzie wszystko toczy się raz na zawsze ustalonym trybem, gdzie można
wydać rozkaz, aby go nie niepokojono, i nikt nie ośmieli się go naruszyć.
Zjadłszy śniadanie wstał od stołu i zaczął spacerować po pokoju drobnymi kroczkami, ślizgając się po
miękkim dywanie. Miał dreszcze, bolała go głowa. Podszedł do pieca, dotknął dłonią kafli (na każdym
był namalowany kogut) i oparzywszy się cofnął ją gwałtownie. Pomyślał z zabobonnym strachem, że
może to początek choroby. Przecież jeśli wita się Nowy Rok będąc chorym, to później przez całe
dwanaście, miesięcy dręczą człowieka rozmaite dolegliwości.
Za plecami skrzypnęły drzwi - to hrabia Fredericks. Tylko on może wchodzić bez uprzedzenia.
- Dzień dobry. Wasza Cesarska Mość - niewyraźnym starczym głosem przemówił minister dworu.
Mikołaj skinął głową nie odwracając się; nie miał ochoty zaczynać rozmowy ze staruszkiem, który
zawsze, niezależnie od sytuacji, miał tylko dwa tematy - majątki ziemskie należące do dworu oraz
nadmierne wydatki wielkich książąt. A kiedy się rozochoci, można jeszcze usłyszeć od niego to, co
człowiek słyszał już tysiące razy - jak to było dobrze za czasów ojczulka Aleksandra.
Mikołaj obejrzał się na Fredericksa i nagle zrobiło mu się żal starca. Położywszy na biurku teczkę
z papierami, stał zgarbiony, opierając się ręką o blat; nogi służyły mu już niezbyt dobrze. Obwisłe
policzki leżały na wysokim kołnierzu munduru. Szerokie naramienniki z monogramem carskim
opadały w dół. Wyblakłe oczy, patrzące na niego z całkowitym oddaniem, łzawiły... Tak, ten jest
naprawdę wierny jemu i tronowi. Ten nawet umrze jak wierny pies na progu pałacu.
Mikołaj podszedł do biurka i spojrzawszy na teczkę ze złotym monogramem spytał:
- Czy jest coś szczególnie pilnego, Włodzimierzu Borisowiczu?
- Jak zwykle, nie czytałem, Wasza Cesarska Mość - odparł Fredericks pochylając siwą głowę i patrząc
pokornie na cara spod krzaczastych białych brwi. - Generał Aleksiejew jest u siebie - dodał,
przypominając carowi jego stały rozkład porannych zajęć.

...Kiedy Mikołaj wszedł do gabinetu Aleksiejewa, ten podniósł znad papierów przygnębioną twarz
i szybko wstał; na piersi generała zakołysały się akselbanty i dwa krzyże.
- Witam, Wasza Cesarska Mość - powiedział bez uniżoności, niezbyt głośno, a mówił takim tonem, jak
gdyby wydawał rozkaz. No cóż, taki już miał charakter i rzadko kiedy można było zobaczyć uśmiech na
jego wiecznie zasępionym obliczu. Całą swoją postacią zdawał się mówić, że jest całkowicie
pochłonięty wojną, myśli wyłącznie o niej, o niej i tylko o niej skłonny jest rozmawiać, a sytuacja nie
nastraja optymistycznie...
Podali sobie ręce. Car usiadł w swoim fotelu z własnym monogramem na oparciu i spojrzawszy na
zawalony mapami i różnymi papierami stół poczuł zwykły niepokój - co się tam znowu stało?
Jak każdy dyletant, którego zrządzenie ślepego losu postawiło wyżej od człowieka kompetentnego
w danej dziedzinie, Mikołaj szanował Aleksiejewa i niezbyt go lubił. Jednakże kiedy ze wszystkich
stron słyszał szepty: „Aleksiejew nie daje sobie rady“, milczał - wiedział przecież, że w jego otoczeniu
Aleksiejew jest jedynym człowiekiem, który zna się na rzeczy i zawsze mówi mu prawdę. Ostatnio
żona również jest nastawiona przeciwko Aleksiejewowi, twierdzi, że miesza się on do polityki
i zabiega o względy lewicy, ale Mikołaj nie podejmuje tematu, zdając sobie sprawę, że owe szepty o
Aleksiejewie pochodzą z tego samego źródła. Żonie szepcą ci sami, którzy szepcą i jemu.
Aleksiejew odezwał się swym głuchym basem, jak gdyby czytał komunikat:
- W ciągu minionej doby, Wasza Cesarska Mość, nic istotnego nie zaszło...
Nie była to stuprocentowa prawda, jednakże Aleksiejew postanowił nie psuć monarsze ostatniego
dnia roku i porozumiał się w tym względzie z innymi generałami, których car mógłby zechcieć
wysłuchać właśnie dziś. Odsuwając wszelką możliwość konkretnej rozmowy o wojnie, Aleksiejew
podał carowi arkusz z tekstem wydrukowanym dużymi literami:
- To jest noworoczne orędzie Waszej Cesarskiej Mości do żołnierzy.
Dowódcy wszystkich frontów już je otrzymali i odczytują teraz na zbiórkach i w okopach...
Car wziął papier i zaczął czytać:
„...Skończył się rok 1915, rok bohaterskich czynów Mych walecznych wojsk. W ciężkich zmaganiach
z wrogiem, silnym liczebnie i zasobnym we wszelkie środki, wojska te złamały go i swą własną piersią,
niezwyciężoną tarczą ojczyzny, powstrzymały najazd wrażych hord...“
Podniósł wzrok na generała chcąc zaoponować - całkiem niedawno mówił przecież żołnierzom, że siły
nieprzyjaciela są na wyczerpaniu... Ale natychmiast zmienił zamiar - po co zaczynać tę rozmowę, jeśli
orędzie czytają już na frontach? Postanowił więc kontynuować lekturę.
„...Pamiętajcie, że bez ostatecznego zwycięstwa nasza ukochana Rosja nie może zapewnić sobie
samodzielnej egzystencji... bez zwycięstwa nie może być i nie będzie pokoju... Wkraczam w Nowy Rok
z niezłomną wiarą w łaskę Boską, w siłę ducha i niewzruszony hart i wierność całego narodu
rosyjskiego oraz w męstwo Mych armii lądowych i floty...“
Zwrócił orędzie Aleksiejewowi i patrząc w okno, za którym wolno opadały płatki śniegu, powiedział:
- Jestem przekonany jak nigdy dotąd, że tak właśnie myślą wszyscy moi żołnierze.
- Wiadomo nam, Wasza Cesarska Mość, jak szczęśliwy byłeś wśród żołnierzy - odparł Aleksiejew
z niestosowną oschłością w głosie.
- Pewien brodacz, kawaler czterech krzyżów Jerzego, powiedział mi, że śni mu się, iż jest w Berlinie -
rzekł cicho Mikołaj, uśmiechając się do swych wspomnień.
Aleksiejew nie odpowiedział, poprawił tylko na nosie swoje zwyczajne okulary w drucianej oprawie.
A Mikołaj pomyślał nagle: „Boże, jak absurdalnie wyglądałby ten brodaty chłopek w Berlinie, w parku
pałacu Poczdamskiego, gdzie tak cudownie pachną róże...“
Poruszył się w fotelu.
- Czym się teraz zajmiemy?
- Generałowie już się zebrali, Wasza Cesarska Mość...
Przeszli do sali narad. Kiedy zjawili się w drzwiach, siedzący przy długim stole generałowie wstali
energicznie jak na komendę i zwrócili się w stronę monarchy.
- Siadajcie, panowie - powiedział car w sposób najzupełniej cywilny i zajął swoje miejsce u szczytu
stołu.
Zgodnie z rozkazem Aleksiejewa sztabowcy referowali rozmaite, może nawet i ważne, ale nie
najważniejsze sprawy związane z sytuacją na froncie i mówili o przebiegu uzupełniania taboru
kolejowego, o zwiększeniu liczby lazaretów na zapleczu, o racjach żywnościowych dla jeńców
niemieckich, o zmianie przepisów dotyczących cerkwi potowych i kapelanów, o przyspieszeniu
szkolenia chorążych, o rozbudowie artyleryjskich warsztatów remontowych...
Mikołaj słuchał generałów z roztargnieniem - przeniknął ich zmowę, był im za to wdzięczny i dlatego
nikomu nie przerywał, nie zadawał pytań, wiedząc doskonale, że wszystkie te sprawy mogą być
rozstrzygnięte bez jego udziału. Byle tylko skończyło się to wszystko jak najszybciej. Ból głowy
dokuczał mu coraz bardziej. I zbliżała się pora śniadania z członkami sojuszniczych misji wojskowych
przy Kwaterze Głównej.
Meldunki skończyły się wreszcie. Mikołaj podziękował generałom, złożył im życzenia noworoczne
i zamknął naradę.
3
W biało-błękitnej jadalni, gdzie w okresie zimy nawet w dzień paliło się kilka żyrandoli,
przedstawiciele zagranicznych misji wojskowych stali przy stole, każdy przed swym miejscem,
i wymieniali półgłosem uwagi w oczekiwaniu na cara. Usłyszawszy skrzypienie butów umilkli i zwrócili
się w stronę drzwi; ich twarze wyrażały ugrzecznienie i szacunek.
Mikołaj zatrzymał się w szeroko otwartych drzwiach. Najstarszy rangą angielski generał Williams -
wysoki, tęgi, ze spadzistymi ramionami - wyprężył się, ledwie słyszalnie stuknął obcasami i powitał
monarchę po angielsku. Mikołaj skinął mu głową i poprosił wszystkich, aby usiedli. Zaszurano
krzesłami i natychmiast dwaj lokaje zaczęli podawać śniadanie. Zajęło to nie więcej niż dwie-trzy
minuty i lokaje - kłaniając się - cofnęli się pod ściany.
- Czy Wasza Cesarska Mość raczy podzielić się z nami wrażeniami z pobytu na froncie? - spytał
Williams.
- Wrażenia są cudowne - uśmiechnął się Mikołaj, zakładając końce serwetki za kołnierz swego
munduru pułkownika. Odpowiedział również po angielsku i dalej już całą rozmowę przy śniadaniu
prowadził w tym języku. Car znał angielski doskonale i lubił się nim posługiwać. Już chciał zacząć
opowiadać o entuzjazmie, jaki obserwował w szeregach armii, ale przypomniał sobie o wszystkich
nieszczęściach, które wydarzyły się na froncie, i nie powiedział nic.
- Kilka dni spędziłem z rodziną - zaczął, zmieniając temat rozmowy. - Chciałem trochę odpocząć, ale
w okolicach Piotrogrodu jest nie mniej spraw do załatwienia niż tutaj.
Potoczył bezbarwnymi oczyma po uczestnikach śniadania. Kiedy jego spojrzenie padło na
przedstawiciela Francji, markiza de Lagiche, ten uśmiechnął się do cara i spytał:
- Jak się czuje następca tronu? Stęskniliśmy się za nim wszyscy.
- Przy matce jest mu jednak lepiej - odparł Mikołaj. - Pamięta oczywiście wszystkich panów i prosił
o przekazanie panom ukłonów i życzeń noworocznych.
- Kiedy przebywał w Kwaterze Głównej - podchwycił czarnooki grubas z czarnymi wąsami, serbski
pułkownik Londkijewicz - każdy z nas widział w nim swoich własnych synów i robiło nam się jakoś lżej
na sercu.
- Mnie także sprawiał wiele radości i umilał moje życie tutaj - ze szczerym smutkiem powiedział
Mikołaj i w zamyśleniu zapatrzył się w górę, na masywne żyrandole. Myślał teraz o czymś zupełnie
innym - o tym, że śniadanie wkrótce się skończy, wszyscy zgodnie z tradycją przejdą do palarni, a tam
nie uda mu się uniknąć rozmowy o sytuacji na froncie. Szczególnie nie lubił takich rozmów
z generałem Williamsem, którego nazywał w duchu lisem o obyczajach buldoga.
- Czy wolno spytać o zdrowie Jej Cesarskiej Mości? - zagadnął uniżenie de Lagiche.
- Dziękuję panu... Jest zdrowa, ale bardzo zmęczona... - odparł Mikołaj i dodał z uśmiechem: - Być
żoną cesarza rosyjskiego to niełatwy obowiązek.
- O tak, o tak! - zgodzili się wszyscy kiwając głowami.
- Wydaje mi się, że Wasza Cesarska Mość nie powinien pozwalać małżonce, by tak szafowała swymi
siłami - rzekł Williams z odcieniem współczucia.
Mikołaj spojrzał na Anglika surowo. Cóż to, aluzja? Ostatnio ze wszystkich stron słyszy te przeklęte
aluzje, że jego żona wtrąca się do nie swoich spraw.
Williams zrozumiał swój błąd i czym prędzej dodał:
- Wychowywać pięcioro dzieci to nie żarty!
Ale to uściślenie nic nie wyjaśniało. Przeciwnie, można było uznać, że Anglik podkreśla, iż carowa
winna poświęcić się wyłącznie rodzinie i troskom macierzyńskim.
Mikołaj w milczeniu skierował się do palarni.
Goście rozmawiali o pogodzie, o urokach rosyjskiej zimy. Williams ssał swoje cygaro, ale nie
przestawał równocześnie spoglądać raz po raz na cara; wyczekiwał wyraźnie na odpowiedni moment,
by podejść doń ze swymi pytaniami. Mikołaj widział to i kiedy skończył rozmowę z Francuzem, a
Williams szybko ruszył w jego stronę, oznajmił głośno:
- Panowie, zapraszam was na wieczorne nabożeństwo w naszej cerkwi, tak że zobaczymy się jeszcze
dzisiaj - spojrzał znacząco na zegarek i szybko wyszedł z palarni.
Idąc do gabinetu rzucił w przelocie adiutantowi:
- Nikogo nie przyjmuję...
Lubił swój gabinet w Kwaterze Głównej - jasny pokój ze ścianami obitymi niebieskim jak niebo
adamaszkiem. Mebli niewiele - biurko, narożna kanapa, dwa fotele i krzesło. Wszystko przywiezione z
Carskiego Sioła - tak życzyła sobie żona. Powiedziała - niech te rzeczy przypominają ci dom i nas.
Biurko było niezwykłe; mówiono mu, że zdobią je unikatowe rzeźby wykonane przez północnych
szkutników dwieście lat temu. Wydał polecenie, aby nie przysuwano biurka do ściany; chciał, aby
rzeźby były widoczne ze wszystkich stron. Stojąca w rogu kanapka budzi w nim przyjemne
wspomnienia - w pałacu carskosielskim stała w sypialni żony i oboje lubili siadywać na niej, czując
wzajemnie podniecającą bliskość. Ale tutaj siadywał na niej bardzo rzadko, bo jak tylko usiądzie,
natychmiast robi mu się smutno, czuje się samotny.
Teraz, usiadłszy przy swoim rzeźbionym biurku, otworzył teczkę z papierami.
Na samym wierzchu leżał list od matki. Nie czytając włożył go do szuflady. Na pewno znowu plotki na
temat Alicji. Jakby się wszyscy zmówili, aby go dręczyć, A cóż takiego ona im zrobiła? Cóż złego
w tym, że się kochają i chcą sobie pomagać we wszystkim, przecież obydwoje są pomazańcami
bożymi? Ona jest mądra i wszystko rozumie, bezgranicznie kocha Rosję i pragnie dla niej wyłącznie
dobra. No i wreszcie jest jedynym człowiekiem, któremu on ufa bez zastrzeżeń i może powierzyć swe
najtajniejsze myśli, wiedząc, że spotka się ze zrozumieniem i pomocą z jej strony. Oni wszyscy chcą
mu ją odebrać. Doszło już do obrzydliwych oszczerstw, strzępią sobie na niej języki w brudnych
zaułkach petersburskich, jak gdyby chodziło nie o carową, lecz o jakąś praczkę. A wszystko ma ten
sam cel - zburzyć ich harmonię, ich szczęście. I po to właśnie wymyślają te ohydne historie o niej i o
Przyjacielu. Wszyscy oni doskonale wiedzą, że Grigorij jest wcieleniem mądrości bożej i mądrości ludu
i tego właśnie tak bardzo się boją. Nic nie znaczy dla nich tron, nic nie znaczy Rosja. Miała rację żona,
kiedy już dawno prosiła go, by wykazał zdecydowanie, uderzył pięścią w stół, przypomniał wszystkim,
że jest samodzierżcą rosyjskim! Tak, tak właśnie uczyni i będzie bezlitosny wobec tej sfory
bezdomnych psów, niech się tylko skończy ta przeklęta wojna.
Z bólem serca myśli Mikołaj o tym, jak ciężko jest carowej znosić to wszystko samotnie tam
w carskosielskim pałacu, otoczonej przez fałszywych ludzi, którym nie sposób zaufać. Musi zrobić
wszystko, co w jego mocy, by nie czuła się tam opuszczona.
Mikołaj odsunął od siebie teczkę, wyjął z szuflady arkusz papieru z koroną i monogramem.
„Ukochana moja!
Dziękuję Ci z całego serca za Twój miły list... - pisał wyraźnym, trochę pochylonym pismem. -
Najgorętsze dzięki składam Ci za Twą miłość i czułość w ciągu tych sześciu dni, które
spędziliśmy razem. Gdybyś wiedziała, jak mnie to podtrzymuje na duchu i jaką stanowi
nagrodę za moją pracę, odpowiedzialność, niepokoje itp.! Nie wiem doprawdy, jak bym
wytrzymał to wszystko, gdyby Bogu nie spodobało się dać mi Ciebie za żonę i przyjaciela.
Wczoraj po naszym rozstaniu przyjąłem grubego Chwostowa, a trwało to półtorej godziny.
Porozmawialiśmy poważnie o wszystkim. Po herbacie wziąłem tę książkę - Dziewczyna-
milioner - i długo czytałem. Niezwykle interesująca rzecz i uspokaja umysł. Spałem źle,
a raczej za mało, bo nie mogę zasnąć; nogi mi tak zmarzły, że wreszcie przykryłem się z głową
kocem i w ten sposób ogrzałem skraj posłania - jakoś to w końcu pomogło! Przybywszy tutaj
dzisiaj rano zastałem taką samą zimną pogodę jak w domu - 10 stopni. Teraz jest trochę
cieplej, nie ma wiatru, masa śniegu. Po długim raporcie - tradycyjne śniadanie ze wszystkimi
cudzoziemcami. Niech Cię Bóg błogosławi, moja duszko, i niech błogosławi i nasze drogie
dzieci! Twój na wieki, moje kochane Słoneczko, stary mężulek
Niki...“
2

Poleciwszy adiutantowi wysłać list, Mikołaj poczuł ulgę - miał wrażenie, że porozmawiał z żoną,
pocieszył ją swoją miłością. Wziął z biurka niedoczytaną powieść Dziewczyna-milioner i udał się do
sypialni, mając przedsmak przyjemności, jaką sprawi mu zapoznanie się z dalszym rozwojem przygód
miłosnych sympatycznej bohaterki tej angielskiej powieści brukowej.
4
Kiedy car położywszy się na sofie z upojeniem czytał romans o wesołych przygodach awanturnicy,
angielski generał Williams i jego francuski kolega de Lagiche przechadzali się po zaśnieżonej drodze
w pobliżu domu, w którym mieszkali. Rozmowa toczyła się niespiesznie. Raz po raz zapadało długie
milczenie i obaj wsłuchiwali się wtedy w mroźne skrzypienie śniegu pod swymi nogami.
- Co przywiózł z sypialni carskosielskiej? - spytał Williams, przytrzymując ręką podniesiony futrzany
kołnierz.
- Wyraźnie uchylił się od rozmowy z panem - zauważył Lagiche, rozcierając zmarznięte ucho.
- Powinna była nakłonić go, aby zajął jakąś bardziej zdecydowaną porcję - rozwijał swoją myśl Anglik.
- Jakoś tego nie widać - rzekł Francuz, usiłując zakryć ucho wąskim kołnierzem. - Zdumiewająca jest
zmienność jego poglądów. Pamiętam, jak rok temu powiedział mi, że Duma to nic więcej, jak tylko
zawór, za pomocą którego będzie umiejętnie wypuszczał parę z kotła. A przed tym wyjazdem na front
mówił już, że Duma to prawdziwe przekleństwo dla Rosji, że ją narzucono.

2
Autentyczny list Mikołaja II z 31 grudnia 1915 roku (przyp, aut.).
Milczenie. Skrzypi śnieg. Gdzieś w oddali gwizd parowozu. Przy samotnej sośnie zawrócili.
- A co właściwie robi Duma? - Lagiche zatrzymał się. - W jej ostrych wystąpieniach, które go tak
przerażają, wyrażone jest pragnienie, aby Rosja lepiej walczyła. Mam nadzieje, że on również chce, by
tak było, podobnie zresztą jak my.
- Jako głównodowodzący znajduje się pod obstrzałem Dumy, a to jest niebezpieczne - generał
Willimas zrobił kilka kroków i także się zatrzymał patrząc, jak wolno pada śnieg. - Buchanan miał rację
- wziąwszy ciężar wojny na siebie, car związał sobie ręce i nogi, nie uwzględnił tego, że główną
przyczyną rozdrażnienia w kraju jest właśnie wojna.
- A ja uważam, że wręcz przeciwnie - zaoponował Lagiche, uderzając dla rozgrzewki nogą o nogę. - To
właśnie daje mu prawo, ze względu na dobro frontu, zrobić zdecydowany porządek w Piotrogrodzie.
- Przecież on się nie zdobędzie na taką decyzję. - Williams nachylił się ku Francuzowi. - Czy pamięta
pan, z jaką dumą opowiadał kiedyś, że jakiś chłop nazwał go „nasz dobry, cichy car-ojczulek“?
Lagiche nie odpowiedział i ruszyli dalej. Słuchali skrzypienia śniegu pod nogami. Williams szedł
wyprostowany, stawiając duże, pewne kroki. Lagiche zmarzł w swym krótkim płaszczu i w lekkiej
czapce z daszkiem; stawiał drobne kroczki, kulił się, zakrywając ręką to jedno ucho, to drugie...
Sytuacja ich nie jest łatwa, odpowiedzialność zaś wręcz przytłaczająca, wiedzą bowiem, co postawiły
na kartę ich kraje przystępując do tej wojny. Kiedy generał Williams wyjeżdżał do Rosji, minister
wojny Kitchener powiedział mu, że właśnie teraz rozstrzygnie się, czy Brytyjczycy będą mieli prawo
nadal śpiewać Rule Britannia czy też będą musieli zapomnieć swego hymnu. Dla Francji silne Niemcy
stanowią bezpośrednie śmiertelne zagrożenie i bez jego zlikwidowania przyszłość państwa jest nie do
pomyślenia. Tak więc pracujący przy Kwaterze Głównej Williams i Lagiche mieli to samo zadanie
i działali zgodnie, pomagając sobie wzajemnie i nawet wymieniając informacje. Teraz również
niepokoiło ich to samo - ustalili, że na wysiłki wojenne Rosji, na jej poczynania na froncie, coraz
większy wpływ wywiera coś niezrozumiałego dla nich, lecz bardzo niebezpiecznego, a mianowicie
sytuacja w kraju i w Piotrogrodzie. Nie mieli jednak pełnego wyobrażenia o katastrofalnym położeniu
Rosji i sądzili, że jej wszechmocny monarcha jest w stanie zaprowadzić porządek, brak mu tylko
potrzebnej stanowczości. Prawdopodobnie tak też myślano zarówno w Londynie, jak i w Paryżu,
żądając od swych agentów, aby zorientowali się, jakie jest stanowisko cara. Ale to nie takie proste -
właśnie wrócił do Kwatery Głównej po odwiedzeniu frontu i Carskiego Sioła. Z czym wrócił? Od
rozmowy z Williamsem, choćby tylko przelotnej, uchylił się wyraźnie. A Francuzowi opowiedział takie
rzeczy, że wprost nie do wiary...
Williams zwrócił się ku idącemu obok niego koledze.
- Więc ostatecznie co panu powiedział?
Pod siwymi, starannie przystrzyżonymi, zbielałymi od szronu wąsami markiza przemknął uśmiech:
- Nie uwierzył pan? Sam jestem wstrząśnięty. Ale to fakt. Powiedział mi dosłownie: „Jedyne
przyjemne wspomnienie z Carskiego Sioła to trzy wrony, które zastrzeliłem w parku pałacowym...“
- Nieprawdopodobne! - Williams zatrzymał się patrząc wprost przed siebie w śnieżną mgłę.
- A jednak to fakt - przytupując w miejscu ciągnął I.agiche. - Rosja to rzeczywiście szczególny kraj; tu
wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż wyobraża sobie Europejczyk.
- Najgorsze jest to, że on razem z tymi swoimi wronami może znaleźć się w takiej sytuacji, że jedynym
ratunkiem będzie separatystyczny pokój z Niemcami. Pomyślał pan o tym? - spytał Williams nie
przestając patrzyć przed siebie.
- Uważa pan za realne istnienie w Piotrogrodzie partii proniemieckiej? - odpowiedział pytaniem
Lagiche. Pomyślał w tej chwili, że jeszcze dziś poinformuje Paryż o obawach, jakie nurtują jego
angielskiego kolegę.
- Partii to chyba nie - odparł Williams i poszedł dalej. - Ale krąg wpływowych osób związanych
pępowiną z Niemcami istnieje i ci ludzie nie śpią. A wreszcie w Piotrogrodzie i wokół pałacu carskiego
kręcą się po prostu agenci niemieccy. Nie może ich nie być. I sytuacja, jaka się obecnie wytworzyła,
jest dla nich wyjątkowo pomyślna.
W milczeniu doszli jeszcze raz do samotnej sosny, gdzie ich ślady na śniegu zawracały z powrotem, i
Williams znów się zatrzymał.
- Ciekawe, czy po nabożeństwie urządzi tradycyjną rosyjską kolację noworoczną? I czy nas zaprosi?
- „Wszystko jest w rękach Boga“, jak zwykł mawiać... - roześmiał się Francuz. Miał dzisiaj obfity
materiał informacyjny dla swego rządu...

Kiedy car wybierał się do cerkwi, Fredericks spytał go, na ile osób należy nakryć do kolacji.
- Na dwie - odpowiedział Mikołaj.
- Kto będzie miał zaszczyt być zaproszonym? - zainteresował się minister dworu.
- Pan, Włodzimierzu Borisowiczu, tylko pan...

Za co Rosja skazana została na utratę milionów swych obywateli na polach tragicznych bitew
pierwszej wojny światowej?
Oficjalna kronika wydarzeń wyglądała bardzo prosto i nie wzbudzała żadnych wątpliwości. 28 czerwca
1914 roku terrorysta serbski o symbolicznym nazwisku Pryncyp zabił w Sarajewie następcę tronu
austriackiego Franciszka Ferdynanda i jego małżonkę. Wstrząśnięta straszliwym nieszczęściem
monarchia austro-węgierska 23 lipca postawiła Serbii ostre ultimatum, które zostało wszakże
odrzucone, i w pięć dni później wojska austro-węgierskie ruszyły na Serbię. Wierna braterstwu
Słowian Rosja staje w obronie Serbii, ogłaszając 30 lipca powszechną mobilizację. W odpowiedzi na to
Niemcy - dotrzymując swych zobowiązań wobec Austro-Węgier - wypowiadają 1 sierpnia wojnę Rosji,
zaś w dwa dni później - Francji, która staje się sojuszniczką Rosji. 4 sierpnia przeciwko Niemcom
występuje Anglia. Kierowane podobnymi zasadami wierności wobec swych zobowiązań, włączają się
później do wojny Japonia, Turcja, Włochy... Wydaje się, iż wszystko jest logiczne, jasne i nawet
szlachetne.
I wygląda na to, że wszystko zaczęło się od strzałów w Sarajewie. Zapomniane już dziś pisemko
„Dwadcatyj Wiek“ ogłosiło wiersz, w którym czytamy:
Przypadek zrodził pożar w całym świecie...
Lecz gdyby drgnęła prawica zabójcy,
Nie znalibyśmy okropności wojny...
No cóż, nie jest to pierwszy wypadek, kiedy ślepa poezja usiłowała ukryć za jedwabną przesłoną całą
ohydę rzeczywistości.
Autentyczne przyczyny wybuchu wojny były równie dalekie od strzelającego Pryncypa, jak dalekie
jest Sarajewo od Londynu, Paryża, Berlina, Waszyngtonu i Petersburga, gdzie właśnie owa wojna
została „spreparowana“. Wszystko to zostało już opisane w setkach książek i ludzkość nie od dziś wie
kto, dlaczego i w jaki sposób zorganizował tę krwawą jatkę. W rzeczonych książkach, w zależności od
tego, kto je pisał, jak i w imię czego, znaleźć można świadomy fałsz, półprawdę lub wreszcie całą
prawdę, jednakże tylko Leninowska interpretacja owej wojny wyjaśnia w pełni sens wydarzeń. Już
w pierwszych miesiącach jej trwania odsłonił Lenin bezlitosną prawdę. Stwierdził, że wojna
europejska, którą przygotowywały w ciągu dziesięcioleci rządy i partie burżuazyjne wszystkich
krajów, stała się faktem. Wzrost potencjału militarnego, gwałtowne zaostrzenie walki o rynki w epoce
najnowszego, imperialistycznego stadium rozwoju kapitalizmu w krajach przodujących, interesy
dynastyczne najbardziej zacofanych monarchii wschodnioeuropejskich musiały nieuchronnie
doprowadzić i doprowadziły do tej wojny. Aneksja ziem i ujarzmienie obcych narodów,
doprowadzenie do ruiny konkurentów i grabież ich bogactw, odwrócenie uwagi mas pracujących od
wewnętrznych kryzysów politycznych Rosji, Niemiec, Anglii i innych krajów, rozbicie solidarności
i ogłupianie robotników propagandą nacjonalistyczną, a wreszcie wyniszczenie ich awangardy celem
osłabienia rewolucyjnego ruchu proletariatu - tak przedstawia się jedyna rzeczywista treść, znaczenie
i sens obecnej wojny.
W kilku zdaniach zawarte zostały wszystkie najistotniejsze kwestie. Absolutnie wszystkie! Rozumiemy
więc, że strzały w Sarajewie nie mają nic wspólnego z „przypadkiem“, który „zrodził pożar w całym
święcie“. I wiemy, że nawet „gdyby drgnęła prawica zabójcy“, wojna wybuchłaby mimo wszystko.
Dostrzegamy też cały fałsz apelu pod adresem żołnierza rosyjskiego: „Do boju za wiarę, cara
i ojczyznę!“
Siła, która wciągnęła Rosję w ten krwawy wir, była potężna i najzupełniej realna. Kapitalizm rosyjski
poczuł swą moc dającą mu prawo do zajęcia odpowiedniego miejsca na arenie światowej. Nic nie
mogło już uchronić Rosji od owego przelewu krwi i nie miało znaczenia, kto siedział na tronie -
Mikołaj II czy też jakaś inna latorośl rodu Romanowów.
Sprzymierzeńcy Rosji nie obawiali się jej zaborczych zapędów. Rynki zbytu, jakimi zamierzali się
podzielić, stanowiły ogromny obszar, zaś nieprzebrane rezerwy ludzkie Rosji napawały sojuszników
nadzieją - jej aktywność w wojnie ocali życie żołnierzom Anglii i Francji. Doszło do tego, że owi
sojusznicy z całym cynizmem wyliczali, ile wart jest żołnierz cywilizowanej Europy, a ile ciemnej
chłopskiej Rosji, i rezultat tych obliczeń dowodził, że żołnierz rosyjski jest trzy razy tańszy.
Wojna wybuchła i już w pierwszych dniach działań na frontach, pragnąc pokazać światu swą potęgę
militarną a także pomóc Francji ponoszącej klęskę za klęską nad Marną i pod Paryżem, rozpoczyna
Rosja przygotowaną w pośpiechu ofensywę w Prusach Wschodnich. „Najkrótszą drogą do Berlina“ -
oświadczył głównodowodzący armią rosyjską wielki książę Mikołaj Nikołajewicz, wydając
równocześnie rozkaz rozpoczęcia natarcia w Galicji. Niemcy przerzucają siły z frontu zachodniego na
wschodni. Francja jest uratowana, jednakże wojska rosyjskie - ponosząc kolosalne straty - zmuszone
są do wycofania się z Prus. W ten sposób już w pierwszych tygodniach wojny określona została
strategia działań wojennych Rosji, a ściślej mówiąc - określony został niemal całkowity brak
dalekowzrocznej i dokładnie sprecyzowanej strategii. Pod koniec roku 1915 szef sztabu Kwatery
Głównej generał Aleksiejew, otrzymując od cara kolejny rozkaz przyspieszenia początku ofensywy
celem poprawy sytuacji Francji, rzekł z goryczą: „Straciliśmy tak wiele. Wasza Cesarska Mość, ratując
innych, że mimo woli nasuwa się pytanie: czy ktoś będzie ratował nas?”
Wojna kosztowała Rosję bardzo dużo. Istnienie nadmiernej ilości dowódców znających doskonale
jedynie rytuał defilad, przy jednoczesnym braku tych, którzy wiedzieli, jak należy prowadzić wojnę,
odbijało się nieustannie na przebiegu bitew. I Rosja płaciła za to krwią. Brakowało armat i pocisków.
Brakowało nawet karabinów - na początku wojny kupowano je za granicą płacąc złotem. W związku
z tym wszystkim każdy krok naprzód kosztował coraz więcej, podczas gdy straty rosły z każdym
dniem, zaś cierpienie ludzkie zdawało się nie mieć końca. Narastało zdumienie - dlaczego wszystko
idzie aż tak źle? I coraz większa liczba Rosjan zadawała pytanie: w imię czego giną nasi ludzie?
Na to pytanie odpowiadali zgodnie z prawdą tylko bolszewicy. Wojna ta - mówili - stanowi
kontynuację wciąż tej samej antynarodowej polityki państwa kapitalistów i obszarników, dlatego też
właściwy stosunek do niej może być tylko jeden - należy przekształcić ją w wojnę domową, w wojnę
przeciwko samodzierżawiu, przeciwko władzy kapitalistów i obszarników.
Jednakże głos owej bolszewickiej prawdy docierał do mas ludowych z najwyższym trudem. Wojna
zahamowała rozwój ruchu rewolucyjnego. Przeciwko bolszewikom, którzy zmuszeni byli zejść do
podziemia, toczono zaciekłą walkę mającą na celu całkowite ich unicestwienie. Wystarczy
powiedzieć, że w okresie wojny ich komitet w Piotrogrodzie ponad trzydzieści razy ulegał totalnemu
rozgromieniu. Zlikwidowano również wszystkie wydawnictwa, a przecież już w pierwszych dniach
wojny pojawiły się w Rosji ulotki antywojenne. Lenin, na którego carska ochrana polowała ze
szczególną zawziętością, zmuszony był w tym czasie przebywać za granicą, nie przestawał wszakże
kierować działalnością bolszewików nawet stamtąd, pomagając im za pośrednictwem gazety „Socjał-
Diemokrat“ poznać prawdę o wojnie i zorientować się w niezwykle złożonej sytuacji.
Z ogromnym trudem docierała do ludu Leninowska prawda, lecz pracowali nad tym ludzie uczciwi
i ofiarni: wiedzieli oni i wierzyli, że każde słowo tej prawdy, które dotrze choćby do jednego
człowieka, odbije się szerokim echem, zacznie żyć nowym życiem, mnożąc się w świadomości i w
sercach innych.

Rozdział trzeci

Myśl o przyjęciu w pałacu delegacji robotników podsunęła, choć trudno w to uwierzyć, carowa. Z jej
listów i dziennika można się dowiedzieć, jak do tego doszło. Przeczytała biuletyn departamentu policji
za rok 1915 i ogarnęło ją oburzenie - co to ma znaczyć? Co się dzieje? Na każdej stronie mówi się
o rozruchach robotniczych w całej Rosji... a do tego jeszcze to wstrętne, zupełnie nie rosyjskie słowo
„proletariat“ - fe!
Oburzeniem swym podzieliła się z ministrem dworu, sędziwym Fredericksem. Obleczony w suto
haftowany złotem mundur staruszek zachwiał się na słabych nogach, co mogło sprawiać wrażenie
ukłonu:
- Wasza Cesarska Mość, cóż tu można powiedzieć? Żydzi mącą... A poza tym - coś zbyt wielu zrobiło
się dziś tych kształconych... - Fredericks już od dawna na wszystko miał jedną odpowiedź.
Aleksandra Fiodorowna aż się rozzłościła na starca:
- Co też pan... Powtarza pan bez przerwy jedno i to samo. Przecież robotnicy rosyjscy to prości ludzie,
nie ma tam kształconych. I po co mieliby mącić?
- Wasza Cesarska Mość ma rację, ludzie to ciemni, ale można ich poprowadzić, dokąd się chce. Czyż
mogę zapomnieć, jak chłopi, którzy w dziewięćset piątym roku dewastowali mój majątek, kłaniali mi
się potem do ziemi i mówili żegnając się znakiem krzyża, że niby nie wiedzieli co czynią. Tak to już
jest. Wasza Cesarska Mość...
Carowa przeszła przez swą sypialnię i po schodach z antresoli zeszła do gabinetu męża. Siedział przy
biurku, ścisnąwszy głowę rękami, czytał jakiś dokument państwowy i nie słyszał kroków żony - nawet
cofnął się trochę, zobaczywszy ją nagle przed sobą. Podniósł się z trudem z fotela i uśmiechając się
obciągnął mundur, który sterczał mu niezgrabnie na ramionach.
- Zjawiłaś się jak złodziej; przestraszyłaś mnie.
- Wybacz, że ci przeszkodziłam. Ale wiesz, co mi przyszło do głowy? Dlaczego nie miałbyś przyjąć
u siebie robotników? Przecież kiedyś przyjmowałeś nawet kupców. Porozmawiałbyś z nimi szczerze,
od serca, tak jak ty to potrafisz. Spytałbyś ich, czego w końcu chcą? Dlaczego bez przerwy wywołują
jakieś zamieszki?
Car się zamyślił. Przypomniał sobie przeczytany niedawno meldunek gubernatora Jekatierynburga, że
w tamtejszej hucie omal nie wybuchł bunt z powodu systemu kar wprowadzonego przez zarządcę-
Niemca.
- To jest myśl, moja miła - rzekł cicho. - I rzeczywiście, wciąż postponujemy tych ludzi, podejrzewamy
ich o wszystkie grzechy śmiertelne, a przecież oni - i tu Guczkow ma rację - zaopatrują front w broń
i robią to coraz lepiej. A kto się nimi zajmuje na co dzień? Chyba tylko policja...
Tu Mikołaj coś sobie przypomniał, urwał więc i utkwił ponury wzrok w przestrzeń. Co tam widział?
Czy nie rok dziewięćset piąty? Czy nie powstanie robotników moskiewskich, kiedy to nie spał przez
trzy noce i miał tak silne dreszcze, że bez przerwy zmieniano mu grzałki w nogach? A z Moskwy wciąż
nie było wiadomości, czy wysłany tam pułk Siemionowski uporał się z buntem.
- Pomyślę o tym, moja droga - rzekł z roztargnieniem. - Dziękuję ci za pomysł i za to, że się tak
troszczysz o nasze państwo.
Szeleszcząc długą suknią Aleksandra Fiodorowna podeszła doń całkiem blisko, położyła mu ręce na
ramionach i wzdrygnęła się dotknąwszy zimnych naramienników z dystynkcjami pułkownika.
- Zdecydowałeś się ostatecznie na otwarcie Dumy? - spytała patrząc mu w oczy.
- Tak. Wszyscy, dosłownie wszyscy, nawet Chwostow, radzą mi to zrobić. Nie można ich tylko
krytykować, bo to wywołuje złość. Dlatego postanowiłem, że będę obecny na otwarciu.
Jej dłonie ześliznęły się z jego ramion.
- O Boże... Chcesz wleźć w to obrzydliwe mrowisko?! -jęknęła półgłosem, patrząc niespokojnie w jego
nieuchwytne oczy.
- Moja droga, to będzie szok dla tych krzykaczy z Dumy; zatka im gęby, nie odważą się...
- A jeśli się odważą? - przerwała carowa, a jej rozszerzone oczy, w których malowało się wzburzenie,
zabłysły.
- Uspokój się, moja droga; zamknąć Dumę jest tak samo łatwo jak ją otworzyć. A jeśli nie zważając na
mój pojednawczy krok znów zaczną swoje stare sztuczki, wówczas cała Rosja zaaprobuje zamknięcie
Dumy. Rozumiesz? - I spytał zmieniając temat; - Jaką temperaturę miał rano Aleksy?
- Normalną - odparła z roztargnieniem. - Więc mówisz, że Chwostow też to radzi?
- A nawet bardzo mnie namawia. W ogóle opanowała go teraz idée fixe, że władza państwowa
powinna wykorzystać każdą okazję, aby pokazać, że służy społeczeństwu, a jeśli nie będziemy tego
robić, to stworzymy możliwość działania naszym przeciwnikom.
- Społeczeństwo... społeczeństwo... Nie rozumiem, co to jest społeczeństwo - powiedziała
z rozdrażnieniem. - Ale rozumiem, że zamierzasz kokietować tych, którzy nas znieważają. A propos,
Grigorij mówi, że Chwostow zaczął kręcić.
- Co to znaczy - kręcić? - spokojnie spytał Mikołaj.
- No... to znaczy, że pracuje na dwie strony...
- A któż jest tą drugą stroną?
- Grigorij nie wyjaśniał dokładnie.
- Bzdury, moja droga. Chwostow po prostu nie może kręcić... – car roześmiał się cicho. - Wprawdzie
nazywa się Chwostow
3
, ale nie ma ogona, aby nim kręcić; całe jego życie do momentu mianowania go
ministrem nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. On jest nasz, moja droga, nasz do szpiku kości, a do
tego jeszcze ma głowę na karku, już się o tym przekonałem... - Mikołaj zamyślił się na chwilę, a potem
dodał; - I właśnie jemu powierzę realizację twojego pomysłu o przyjęciu delegacji robotników; jestem
pewny, że zrobi to doskonale...
Zegar stojący na kominku zaczął swym kryształowym dźwiękiem wydzwaniać godzinę jedenastą. Car
liczył uderzenia jak dziecko.
- Wybacz mi, moja droga, ale nie zdążyłem jeszcze przeczytać tego dokumentu, a w poczekalni już
siedzi Stürmer, którego wezwałem na jedenastą. Sprawa dotyczy właśnie otwarcia Dumy i muszę
omówić jego wystąpienie... - Mikołaj wziął z biurka niedoczytany tekst exposé premiera.
- No, a jakże on? - spytała carowa.
- Stürmer? Na razie mogę tylko powiedzieć, że boi się swej własnej władzy. Ale to przejdzie...
- Podoba mi się, że jest taki... imponujący...
Car nie odpowiedział.
Kiedy Aleksandra Fiodorowna weszła na antresolę i zniknęła tam za drzwiami, wziął z biurka
dzwonek, zadzwonił gwałtownie i opadł na fotel. W drzwiach bezgłośnie pojawił się adiutant.
- Niech pan poprosi premiera.
Podczas gdy Stürmer nierównym krokiem zbliżał się do biurka, szurając po parkiecie nogami, car
mimo woli uśmiechnął się w duchu, przypomniawszy sobie słowa żony o imponującym wyglądzie
premiera - nie wiadomo dlaczego śmieszyła go jego potężna postać opięta mundurem ze złotymi
galonami, którą od twarzy do brzucha przecinał czarny klin brody, wesołość budziły też długie wąsy
sterczące na boki jak szable.
- Witam pana, Borysie Władimirowiczu - car wstał zza biurka i wyciągnął rękę do premiera, który
pospiesznie zbliżył się do niego. - Proszę siadać.

3
Chwost - po ros, ogon (przyp, tłum.).
Stürmer odczekał, aż car usiądzie, ostrożnie umieścił się w fotelu i podciągnął pod siebie wiecznie
bolące, udręczone podagrą nogi.
Czekając, aż gość usadowi się wygodnie, car przypomniał sobie nagle, jak przychodził do niego na
audiencję inny premier - Stołypin, o którym po dzień dzisiejszy zdarza mu się czytać w tajnych
raportach ochrany, że był on ponoć jedyną nadzieją Rosji; ten całym swym wyglądem podkreślał, że
jest cywilem (pewnego razu przyszedł nawet w źle odprasowanych spodniach), był bardzo pewny
siebie, miał tupet i uważał się najwidoczniej za drugiego cara.
- Zamieniam się w słuch. Wasza Cesarska Mość... - trwożliwie i radośnie zarazem rzekł Stürmer.
Car otrząsnął się z przykrych wspomnień i spytał z uśmiechem:
- No i co, oswoił się pan już z nowymi obowiązkami?
- Ależ skąd. Wasza Cesarska Mość! Sądzę, że taki moment nigdy nie nastąpi! Tyle spraw! Tyle spraw!
Strach pomyśleć! - nie spuszczając oczu z monarchy mówił Stürmer z emfazą. - Cała moja nadzieja w
Waszej Cesarskiej Mości - dodał cicho.
- Mądrość ludowa głosi, że nie święci garnki lepią, i jestem głęboko przekonany, że z pomocą Boską
da pan sobie radę - rzekł car poważnie i przysunął do siebie tekst przemówienia premiera. Twarz
Stürmera jak gdyby ukryła się w brodzie i zabawnie wyzierała z jej gęstwiny.
Mikołaj spuścił wzrok na papier.
- Borysie Władimirowiczu, zapoznałem się z przedstawionym przez pana wystąpieniem na otwarcie
Dumy... - zajrzał na koniec przemówienia. - Czy nie jest zbyt długie?
- Można skrócić - natychmiast odpowiedział premier.
- I można wyczuć bez trudu, że po raz pierwszy znajdzie się pan na tak niezwykłej trybunie i że nie
będzie to zbyt przyjemne...
- Właśnie. Wasza Cesarska Mość! - zawołał Stürmer.
- Nie ma sensu rzucać pereł między wieprze - ciągnął car. - Przemówienie powinno być krótkie
i bardzo powściągliwe. Pan nie zdaje sprawozdania przed Dumą, a tylko raczy ją poinformować.
Radziłbym panu powiedzieć...
- Chwileczkę, Wasza Cesarska Mość! - Stürmer pochylił się ku stojącej na podłodze teczce, szczęknęły
zamki i oto już wynurzył się nad biurkiem z zeszytem w rękach, przygotowany do zapisywania
dyspozycji monarchy. - Zamieniam się w słuch. Wasza Cesarska Mość...
- Pierwsza rzecz, i to jest motyw przewodni całego pańskiego exposé - to wojna do zwycięskiego
końca ręka w rękę z naszymi sojusznikami. Druga - wszystko dla frontu i zwycięstwa! Absolutnie
wszystko! - car uderzył w stół kantem dłoni. - Trzecia - wojna, którą prowadzimy, jest bardzo trudna
i jak każda wojna składa się nie tylko z sukcesów. Ale w tym miejscu wyrazi pan radość, iż nasze
wojska zdobyły Erzerum.
- Już zdobyły. Wasza Cesarska Mość? - Stürmer nie mógł powstrzymać okrzyku radości; bardzo chciał
oznajmić Dumie coś miłego i zyskać przez to jej przychylność.
- Zdobędą - rzekł oschle Mikołaj. - Dalej - o wierze rządu w wielką siłę ducha naszego narodu, który
rozumie, że przyszłość Rosji zależy od zwycięstwa nad silnym i perfidnym wrogiem. Niechaj siedzący
tam panowie zastanowią się nad tym głębiej, zanim zaczną się pchać na trybunę ze swymi projektami
odnowy naszego państwa... - Car umilkł na chwilę i zapatrzył się w okno, za którym padał gęsty śnieg.
- Co się zaś tyczy spraw wewnętrznych państwa... to rzeczą najważniejszą jest to, aby nie zabrnąć
w ślepy zaułek. Niech pan napomknie o takich na przykład kwestiach jak... reforma cerkwi...
ziemstwa... Proszę powiedzieć o konieczności wprowadzenia instytucji ziemskich w niektórych
regionach Syberii... ale to również pobieżnie... I koniecznie o panoszeniu się Niemców; a w pańskich
ustach zabrzmi to bardzo korzystnie... - Car pomyślał chwilę i zakończył; - Sądzę, że to wystarczy.
I oczywiście kilka optymistycznych zdań o wojnie i przyszłym zwycięstwie.
Skończywszy notowanie, Stürmer rzekł:
- Wszystko zrozumiałem. Wasza Cesarska Mość, i odpowiednio przerobię przemówienie. Jak zawsze
w obecności Waszej Cesarskiej Mości człowiek widzi wszystkie problemy i jaśniej, i głębiej. Dziękuję,
Wasza Cesarska Mość.
- Czy ma pan coś do mnie? - spytał car z wyraźnie akcentowanym zmęczeniem; był to jego
wypróbowany chwyt, aby skończyć audiencję.
- O, całą teczkę, Wasza Cesarska Mość! - zawołał Stürmer, który nie znał jeszcze zwyczajów cara.
Zobaczywszy jednak, jak ten spochmurniał, dodał pospiesznie: - Ale nie pozwolę sobie zabierać dłużej
cennego czasu Waszej Cesarskiej Mości i postaram się rozwiązać to wszystko sam.
- O, właśnie to jest mi szczególnie przyjemnie słyszeć, bo już po prostu nie sposób się opędzić;
przychodzą do mnie niemal z każdą sprawą, podczas gdy winni decydować sami.
Stürmer wstał i skłonił się nisko:
- Życzę zdrowia Waszej Cesarskiej Mości ku szczęściu i pożytkowi ojczyzny naszej, pozwalam sobie
wszakże nie tracić nadziei, że gdybym miał rzeczywiście jakieś kłopoty, otrzymam mądrą pomoc ze
strony Waszej Cesarskiej Mości.
- Oczywiście - ledwie dosłyszalnie powiedział car, i kiedy premier podniósł już z podłogi swą
wypchaną teczkę, dodał: - Zapomniałem pana poinformować, że ja również będę na otwarciu Dumy.
- Niemożliwe! - głupio wykrzyknął Stürmer, jednakże car ciągnął dalej, jakby nic nie słyszał:
- Tam, w tej... instytucji będziemy musieli być bardzo spokojni, jak przystało godnym reprezentantom
władzy, i bez żadnego demonstrowana naszego odmiennego stanowiska; przeciwnie - będziemy tam
zajęci jedną z naszych spraw wagi państwowej i niech się to stanie przykładem dla tych, którzy znajdą
się w sali Dumy. Do widzenia, Borysie Władimirowiczu...
Stürmer zrobił już krok w kierunku drzwi i nagle się zatrzymał:
- Wasza Cesarska Mość, a czy samo otwarcie Dumy jest już sprawą postanowioną ostatecznie?
Car nie odpowiedział na to nonsensowne pytanie i pogrążył się w czytaniu jakichś papierów. Niemal
na palcach Stürmer wyszedł z gabinetu. Spojrzawszy na drzwi, które zamknęły się za nim. Mikołaj
pomyślał: czyżby istotnie był głupawy?

Rozdział czwarty

1
Jeden z szefów Banku Azowsko-Dońskiego, Jakub Wasiljewicz Wischau, zaprosił agenta giełdowego
Grubina do siebie do domu, uprzedziwszy go z góry, że ma dlań interesującą propozycję.
Znają się od dawna. Grubin trzyma w Banku Azowsko-Dońskim część swego kapitału, co daje mu
niewielki, lecz stały dochód. W sprawach handlowych różnią się obydwaj w sposób zasadniczy.
Grubin to wcielenie ostrożności, Wischau zaś słynie ze swych ryzykownych, lecz niemal zawsze
udanych przedsięwzięć. Od dawna już stara się wciągnąć Grubina w krąg tych operacji na wielką
skalę. I teraz także namawia go, aby przystąpił wraz z nim do zawarcia transakcji polegającej na
zakupie na Dalekim Wschodzie dużej partii gazy opatrunkowej dla armii.
- Przecież to jest pewna wygrana! - mówił Wischau natarczywie, z zapałem, a jego wyrazista cygańska
twarz mieniła się na przemian to zachwytem, to męką, to zdziwieniem, to znów przerażeniem. -
Ogromny zapas tego towaru leży tam od czasu wojny japońskiej. Wyobraża pan sobie? Towar jest
zapomniany przez wszystkich, to absolutnie pewne! Właściciel magazynów uważa, iż ze względu na
długi okres przechowywania i to przechowywania, za które nikt mu nie płaci, towar już dawno stał się
jego własnością. I ma rację. Jest specjalny paragraf w takich sprawach.
- A jednak faktycznie to nie jego towar - mruknął Grubin z grymasem na twarzy; nie mógł znieść
zgrzytania tramwajów. Rozmawiali w ogromnym gabinecie, którego okna wychodziły na Prospekt
Litiejny, gdzie skręcał tramwaj, i od czasu do czasu wdzierał się w ich rozmowę przykry jazgot kół.
- Czy pan nie może zrozumieć, że ten aspekt sprawy ów człowiek bierze na siebie? Ryzykuje on, a my
tylko płacimy za to ryzyko, i to wyłącznie w razie powodzenia... - Potężna postać Jakuba Wasiljewicza
wysunęła się z głębokiego fotela niemal całkowicie; Wischau patrzył na Grubina i widać było, że w
żaden sposób nie może go zrozumieć.
- Nie. Wstrzymam się - powiedział Grubin cicho, lecz zdecydowanie i wolnym ruchem zdjąwszy z nosa
okulary złożył je i zatrzasnął futerał.
Wischau zerwał się i stanął przed Grubinem; twarz miał smutną, jakby przerażoną:
- Nie pojmuję... - wyszeptał.
- Niech się pan na mnie nie gniewa; na pewno znajdzie pan wspólnika do takiej transakcji.
- A pan przez tę swoją ostrożność straci duże pieniądze - rzekł Wischau wysokim głosem, jakby
wydawał wyrok.
- Kiedy moja ukochana żona wychodziła za mnie, powiedziała: „Żadnego ryzyka“ i nie mogę naruszyć
tego warunku naszego małżeństwa - rzekł konfidencjonalnie Grubin. Uśmiechnął się przepraszająco
wąskimi bladymi wargami i spytał: - Może pan lepiej powie, co nowego na górze?
Żona Wischaua związana była z salonem primabaleriny Krzesińskiej, w którym bywały wyższe sfery
Petersburga, i Grubin niejednokrotnie otrzymywał tą drogą cenne informacje.
- Lepiej nie wiedzieć - odparł Jakub Wasiljewicz ze smutkiem.
- Czemuż to? - Grubin uniósł jasne brwi.
- Nikomu nie można wierzyć - szepnął Wischau.
- Nikomu? To chyba niemożliwe - rzekł Grubin w zamyśleniu. - A poza tym nie bardzo rozumiem, kto
komu nie wierzy?
- Nikt i nikomu, Gieorgiju Maksimowiczu.
- Ale ja, na przykład, wierzę panu - uśmiechnął się Grubin zdejmując pyłek z munduru bankiera.
- No, mój drogi, gdyby zginęła wiara w naszym świecie interesów, runęłyby fundamenty finansowe
państwa i nastąpiłby koniec wszystkiego.
- A propos, Jakubie Wasiljewiczu, jak jest notowany Manus? Czy można mu wierzyć?
W dużych czarnych oczach bankiera zapaliła się ciekawość:
- Jestem zdziwiony, Gieorgiju Maksimowiczu. Nie ja, lecz właśnie pan ma z nim różne sprawy
i sprawki. A pyta pan mnie.
- Nie mam z nim żadnych spraw ani sprawek, łączy nas tylko dawna znajomość. A pana przecież nie
bez powodu nazywają termometrem finansowym.
- No cóż, odpowiem... - Wischau obejrzał się na okna, za którymi zazgrzytał tramwaj, odczekał chwilę
i powiedział: - Manus to pewna pozycja, wierzę w niego.
Grubin uśmiechnął się:
- A powiada pan, że nikt i nikomu.
- To się odnosi do świata, w którym działa władza - odparł cicho Wischau i spojrzawszy na okrągły
zegar ścienny zaczął pospiesznie zapinać guziki munduru.
- Władza - to cesarz - równie cicho wyrzekł Grubin.
Ręka bankiera zapinająca guzik zamarła na mgnienie, twarz zastygła w zdumieniu. Ale nie
wykluczone, iż to tylko dlatego, że zapiął właśnie ostatni guzik i kołnierz uciskał mu szyję. Obciągnął
mundur i powiedział z rozczarowaniem w głosie:
- Bardzo żałuję, że nie doszliśmy do porozumienia.

Grubin wyszedł na Litiejny i podniósłszy futrzany kołnierz ruszył wolnym krokiem w stronę
Newskiego. Tym razem był niezadowolony ze spotkania z bankierem. Tyle tylko, że uzyskał raz jeszcze
potwierdzenie mocnej pozycji Manusa, a ta wiadomość była bardzo ważna. No i jeszcze to, że
„nikomu nie można wierzyć“. Ale Grubin sam zdążył zauważyć, że tak jest.
Na Newskim, przeszedłszy przez most Aniczkowski, Grubin spojrzał na zegar na gmachu Dumy
Miejskiej i zaczął iść jeszcze wolniej - tam, koło Dumy, miał być dokładnie o trzeciej! Wszystkich
związanych ze sobą ludzi uczy niemieckiej punktualności...
Konspiracja stała się organiczną częścią jego życia, związana z działalnością handlową i jak gdyby
ukryta w niej. Zdobywanie cennych informacji było - rzecz oczywista - niełatwe i żmudne, jednakże
szeroki krąg najrozmaitszych znajomych, stosunki w sferach przemysłowych i finansowych,
umiejętność słuchania oraz czytania prasy między wierszami - wszystko to pomagało mu bardzo
i sprawiało, że nigdy nie był „pusty“. Pozostawał wszakże jeden moment, stanowiący bez przerwy
źródło niepokoju - spotkania z łącznikami, którym przekazywał informacje i od których odbierał nowe
zlecenia swych dalekich przełożonych, swych mocodawców. Aktualnie miał dwa kanały łączności.
Jeden stały, za pośrednictwem zwerbowanego przez wywiad niemiecki Szweda, urzędnika ambasady
szwedzkiej, drugi zaś czysto niemiecki, w którym łącznicy stale się zmieniali. W ubiegłym roku
przyjechał agent, który dla władz rosyjskich był przedstawicielem szwedzkiej firmy elektrotechnicznej
„Ericsson“ dostarczającej Rosji centrale i aparaty telefoniczne. Po nim był pracownik naukowy
szwedzkiego ośrodka meteorologicznego, który przyjechał w sprawach związanych z koordynacją
pracy służb prognoz pogody. Ostatnio zaś łącznikiem był nobliwy starszy pan, który oficjalnie przybył
do Piotrogrodu jako przedstawiciel szwedzkiego banku międzynarodowego. Grubin zdawał sobie
sprawę, że wysyłają do niego doświadczonych fachowców, a mimo to nie opuszczała go obawa - licho
wie, do jakiego stopnia tamten jest ostrożny, czy nie wlecze za sobą cienia kontrwywiadu
rosyjskiego? I w ogóle każdy nowy człowiek wtajemniczony w twoją działalność konspiracyjną - to już
niebezpieczeństwo; mówiono mu o tym jeszcze w akademii sztabu generalnego. Ale co Grubin mógł
zrobić? Tylko jedno - być niesłychanie ostrożnym i skracać do minimum czas kontaktu z łącznikami.
Ani minuty niepotrzebnych rozmów. Tylko na temat i bez zbędnych szczegółów...
Teraz czekało go spotkanie ze Szwedem. Dosyć bezczelny młody człowiek traktował tę pracę bez
należytego poczucia odpowiedzialności, po prostu jako źródło dodatkowego a przy tym solidnego
zarobku. Grubin niejednokrotnie już zmuszony był przywoływać go do porządku, jednakże Szwed
wysłuchiwał jego uwag z uśmieszkiem na rumianej twarzy i milczał.
Grubin zobaczył go z daleka. Rosły, w kurtce futrzanej włosem na wierzch, pumpy wpuszczone
w nietutejsze, obramowane futrem wysokie trzewiki na grubych podeszwach. Na głowie sukienna
fińska czapka z daszkiem. Masz ci los, znowu! Ileż razy prosił go, aby przychodził na spotkania ubrany
skromniej i bardziej zwyczajnie - nic nie pomaga. I oczywiście wszyscy przechodnie wytrzeszczają na
niego oczy.
Grubin minął go i Szwed ruszył za nim wzdłuż galerii domu handlowego „Gostinyj Dwor“. Na rogu linii
Apraksina zatrzymali się obaj. Grubin wręczył Szwedowi niewielki pakiecik.
- Jesteśmy kwita - powiedział po niemiecku samymi tylko wargami. - Zaprenumerowałem na pańskie
nazwisko czasopismo „Dwadcatyj Wiek“; wszystkie numery będzie pan odsyłał na ten sam adres. To
wszystko. Do widzenia...
2
Gieorgij Maksimowicz Grubin pojawił się w Piotrogrodzie na dwa lata przed wybuchem wojny.
Dobiegał końca rok 1912. Gazeta „Russkoje Słowo“ pisała w ostatnich dniach grudnia:
„Nadchodzi Nowy Rok. I chociaż jest on Trzynasty, odrzucamy wszelkie przesądy i śmiało, z nadzieją
spoglądamy w przyszłość. Od dawna już czekała Rosja na podobne czasy i jej znękana dusza zasłużyła
na nie...“
W takich to właśnie pozornie spokojnych czasach pojawił się w Piotrogrodzie Gieorgij Maksimowicz
Grubin. Sfery finansowe stolicy rosyjskiej zauważyły rychło szczupłego jegomościa, ubranego zawsze
starannie i z gustem, małomównego, lecz obdarzonego sympatyczną umiejętnością słuchania innych.
Na giełdzie i w bankach petersburskich uznano, że jest to człowiek posiadający pieniądze i dobrze
znający ich wartość. Jego obecność nie dziwiła nikogo. Był to okres, kiedy w świecie finansowym raz
po raz pojawiały się nowe postacie. Miały nawet swoje przezwisko - „komety“. Jedyną rzeczą, która
wzbudzała zainteresowanie nową „kometą“, było to, jak długo utrzyma się ona na finansowym
horyzoncie.
Przyjrzawszy się Grubinowi, finansowe tuzy Petersburga doszły do wniosku, że ten nie jest „kometą“,
nie zbankrutuje. Grubin grał tylko na pewniaka, każdy interes przynosił mu profit. Zauważono
wszakże, iż nie włączał się nigdy do wielkich przedsięwzięć połączonych z ryzykiem. Bankier Manus
orzekł, iż Grubin to „konik niepozorny, ale pewny...“
Gieorgij Maksimowicz był żonaty z Węgierką, bardzo piękną kobietą o cygańskiej urodzie, Alicją
Janowną. Dzieci nie mieli. Prowadzili ożywione życie towarzyskie, ale bez pretensjonalnego blichtru
i obracali się wyłącznie w starannie dobranym kręgu. W ich domu na Wyspie Wasiljewskiej bywali
znakomici artyści, dygnitarze i dyplomaci. Alicja Janowna interesowała się sztuką i urządzała w piątki
wieczory artystyczne w swym salonie. Były to poważne imprezy z udziałem wybitnych muzyków, ludzi
teatru bądź znanych mecenasów sztuki. Na jednym z takich wieczorów, podczas którego odbył się
konkurs solistów chórów cerkiewnych, wystąpił jako juror sam Fiodor Szalapin i wieczór miał później
dobrą prasę. Poza tym Grubinowie nie zaliczali się do śmietanki towarzyskiej. Kim są, skąd przybyli do
Petersburga? Wiadomo było tylko to, co mówili sami małżonkowie, a mówili bardzo niewiele...
Gieorgij Maksimowicz urodził się i wychowywał gdzieś na prowincji, na południu. Jego rodzice, ludzie
średnio zamożni, zmarli jeszcze w ubiegłym wieku, gdy miał lat piętnaście. Wkrótce wyjechał do
krewnych ojca, którzy mieszkali w monarchii austro-węgierskiej. Ukończył uniwersytet w Wiedniu.
Tam poznał swoją przyszłą żonę, jedyną córkę bogatego ziemianina węgierskiego. Jednakże jej ojciec
nie chciał przyjąć Rosjanina do swej rodziny i skończyło się na tym, że w roku 1907 młoda para
wyjechała do Rosji. W roku 1910 zmarł ojciec Alicji Janowny i dopiero wtedy otrzymała ona część
dużego spadku. Małżonkowie zainstalowali się w końcu w Petersburgu, gdzie Grubin postanowił zająć
się działalnością handlową. Taką właśnie historię znali ich znajomi.
Grubin wyglądał na Anglika - wysoki, szczupły, o wąskiej inteligentnej twarzy z nieco przyciężkim
podbródkiem. Jego szaroniebieskie żywe oczy ukryte były za okularami w złotej oprawie. Niezbyt
gęste jasne włosy czesał z przedziałkiem pośrodku. Mówił przyciszonym równym głosem, nigdy nie
tracąc panowania nad sobą. Europejskie wykształcenie i bystry umysł czyniły go ciekawym
interlokutorem dla ludzi z każdego kręgu i z każdym też potrafił równie uprzejmie i inteligentnie
prowadzić rozmowę na dowolny temat.
Jego żona mówiła po rosyjsku z wyraźnym obcym akcentem, jednakże jej walory towarzyskie
a zwłaszcza efektowna uroda sprawiały, że nawet jej niezbyt poprawna ruszczyzna miała swój wdzięk.
Ubierała się z wykwintną prostotą, ale ci, którzy widzieli ją po raz pierwszy, długo jeszcze pamiętali jej
zgrabną figurę, jej szeroko rozstawione duże czarne oczy, jej granatowoczarne włosy, smukłą szyję,
wydatne wargi i uśmiech odsłaniający śnieżnobiałe zęby, jej dołek w brodzie i niski gardłowy głos.
W rzeczywistości historia owej pary przedstawiała się nieco inaczej...
Gieorgij Maksimowicz Grubin urodził się w roku 1869 w Odessie w rodzinie kolonisty niemieckiego
Maksa Grubera, który zajmował się eksportem winogron. Matka była Rosjanką. Przedsiębiorstwo ojca
prosperowało bardzo dobrze i rodzina żyła w dostatku. W roku 1880 zmarła matka i jedenastoletni
Gieorgij wyjechał z ojcem do Hamburga. Ojciec stał się współudziałowcem doskonale prosperującego
towarzystwa żeglugowego. Uwielbiał jedynaka i marzył o tym, by został on człowiekiem
wykształconym i zrobił wielką karierę jako urzędnik państwowy. Po ukończeniu gimnazjum wysłano
Grubina do Wiednia, gdzie ukończył uniwersytet summa cum laude. Tam istotnie poznał Alicję, córkę
ziemianina węgierskiego, z którą ożenił się otrzymując znaczny posag. Młoda para wróciła do
Niemiec, po czym Grubin został powołany do odbycia służby wojskowej. I tu zaczęło się jego nowe
życie, równie nieoczekiwane dla ojca, jak i dla niego samego.
Władze wojskowe zwróciły uwagę na fakt, iż Grubin zna język rosyjski. Wezwano go do Berlina i tam
został słuchaczem specjalnego kursu w akademii sztabu generalnego. Po trzech latach studiów
otrzymał stopień oficerski i zaczął pracować w sztabie generalnym; przydzielono go do wydziału
wschodniego z orientacją na Rosję. Dość szybko zrobił karierę, dosłużył się stopnia oberleutnanta
i został włączony do świty młodego cesarza Wilhelma.
W roku 1909 Grubin zniknął z Berlina. Dla niewtajemniczonych nastąpiło to niepostrzeżenie,
współpracowników zaś poinformowano, że ze względów rodzinnych przeszedł do rezerwy. I tylko
bardzo wąski krąg ludzi z wywiadu niemieckiego wiedział, że oberleutnant Heinrich Gruber wyruszył
w długotrwałą delegację służbową...
Młodzi Gruberowie urządzili się wkrótce w węgierskim miasteczku Gyöngyos, gdzie mieszkał ojciec
Alicji. Stamtąd, z Węgier, Gieorgij Maksimowicz począł czynić starania o przywrócenie mu
obywatelstwa rosyjskiego, jako iż urodził się w Rosji. Starania zostały uwieńczone powodzeniem i w
sierpniu 1910 roku małżonkowie zeszli ze statku w Odessie - w tym czasie byli już Grubinami.
Wynajęli niewielki dom nad morzem w okolicach Odessy i przez pewien czas żyli tam cicho
i skromnie; nie zawierali żadnych znajomości, a całą swą uwagę poświęcali pielęgnowaniu ogrodu.
Ciekawscy mogli się dowiedzieć, że zmuszeni są mieszkać nad morzem ze względu na chore płuca
Alicji Janowany. Wiosną 1912 roku Grubinowie przenieśli się do Petersburga, gdzie kupili dom na
Wyspie Wasiljewskiej.
Do wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej pozostały dwa lata. W ciągu tego czasu Grubin i jego żona
zajęli w życiu Petersburga swoje skromne a zarazem nie pozbawione znaczenia miejsce.

W ten mroźny lutowy dzień 1916 roku Gieorgij Maksimowicz Grubin po rozmowie z Jakubem
Wasiljewiczem Wischau i spotkaniu z łącznikiem miał zjeść obiad z bankierem Ignatijem
Porfirjewiczem Manusem.
Wischau wypomniał Grubinowi, że łączą go z Manusem rozmaite sprawy i sprawki, ale nie była to
prawda. Gieorgij Maksimowicz nigdy nie miał nic wspólnego z interesami Manusa i dzięki temu
stosunki między nimi były całkowicie wolne od wzajemnej podejrzliwości i ostrożności.
Grubin był wobec Manusa zupełnie swobodny, jednakże traktował go z pewną dozą szacunku, czego
Manus nie mógł nie zauważyć i należycie nie docenić. Chętnie korzystał też z jego rad, lecz ostatnio
już raczej Manus zwracał się do Grubina po radę, przekonawszy się, że ten ostrożny handlowiec ma
otwartą głowę.
Prezes zarządu Towarzystwa Petersburskich Zakładów Budowy Wagonów Kolejowych, członek rady
nadzorczej oraz akcjonariusz Syberyjskiego Banku Handlowego, akcjonariusz i kandydat na prezesa
zarządu Towarzystwa Południowo-Wschodniej Kolei Żelaznej Ignatij Manus obracał milionami.
W kołach finansistów krążyło powiedzonko: „Patrz, gdzie kopie Manus, tam i tobie coś kapnie...“ Był
to człowiek chorobliwie ambitny, pamiętliwy i bezlitosny wobec swoich wrogów.
Wygląd zewnętrzny Manusa zdawał się odpowiadać jego pozycji finansowej - był to mocno
zbudowany pięćdziesięcioletni mężczyzna o dużej głowie osadzonej na krótkiej grubej szyi. Czoło miał
szerokie, wypukłe, a pod silnie zarysowanymi łukami brwiowymi połyskiwały ukryte głęboko mądre,
pozornie obojętne na wszystko jasne oczy. Jego masywne krótkie nogi stały mocno na ziemi, ręce zaś
miał zadziwiająco małe, pulchne i wypielęgnowane. Żartował, że służą mu wyłącznie do podpisywania
czeków i dlatego właśnie usychają. Ubierał się skromnie, nawet niedbale, nie lubił krawatów
i najczęściej chodził w zapiętych pod szyję surdutach. Na wskazującym palcu lewej ręki nosił sygnet
z dużym błękitnym „kamieniem księżycowym“, o którym mówił „mój talizman...“
„Pieniądze lubią rozum“ - mawiał Manus i wiele jego finansowych transakcji potwierdzało słuszność
owej maksymy. Operacja, w wyniku której stanął na czele Towarzystwa Petersburskich Zakładów
Budowy Wagonów Kolejowych, została przeprowadzona przezeń tak precyzyjnie, że wybaczono mu
nawet graniczącą z okrucieństwem bezwzględność wobec konkurentów.
Manus finansował gazetę „Grażdanin“ spod znaku czarnej sotni i pod pseudonimem Zielony
publikował w niej korzystne dla swych interesów artykuły, jednakże nie pchał się - jak dotychczas - do
wielkiej polityki.
Jego działalność finansowa miała pewną szczególną cechę, która nie mogła nie przyciągnąć uwagi
Grubina. Rzecz w tym, iż w większości przedsiębiorstw, z którymi związany był Manus, posiadał
znaczny udział kapitał niemiecki. Przed wojną okoliczność ta nie odgrywała żadnej roli, co więcej,
udział kapitału niemieckiego uważany był za oznakę solidności przedsiębiorstwa - Niemiec nie włoży
pieniędzy w kiepski interes. I wreszcie można było w tym dostrzec specyficzne odbicie przyjaznych
stosunków między Rosją a Niemcami i nawet więź rodzinną ich monarchów. Wraz z rozpoczęciem
wojny sytuacja uległa gwałtownej zmianie. O przewadze kapitału niemieckiego w przedsiębiorstwach
rosyjskich zaczęły trąbić gazety, zaczęli coraz głośniej mówić oratorzy w Dumie Państwowej. Był taki
moment na początku roku 1915, kiedy Manusa ogarnął wielki niepokój. Zaczął nawet sondować grunt
w sprawie możliwości ewentualnego przelania swego kapitału do neutralnej Szwajcarii i właśnie od
uczynienia tego kroku uratował go - jak się Manusowi zdawało - Grubin...
Spotkali się wtedy w ostatnich dniach karnawału. Ujrzawszy wieczorem w jednej
z najwytworniejszych restauracji samotnie siedzącego Grubina, Manus zaprosił go do swego stołu na
wspólną kolację.
Wracał właśnie z burzliwego zebrania głównych akcjonariuszy Towarzystwa Zakładów Budowy
Wagonów Kolejowych. Atmosfera na zebraniu zrobiła się bardzo napięta - przestraszeni agitacją
antyniemiecką akcjonariusze chcieli zrezygnować z kapitału niemieckiego, nie wiedzieli jednakże, jak
rozwiązać ten problem... Manus był wściekły - dzięki kapitałowi niemieckiemu porobili, łajdacy,
fortuny, a teraz - patrzcie ich! - obudził się w nich patriotyzm rosyjski... Podobna atmosfera
dojrzewała wszakże i w innych jego przedsiębiorstwach... Sugestia radcy prawnego, aby przerzucić
wszystko do Szwajcarii, jeszcze wczoraj absurdalna, ukazywała się teraz w innym świetle, sprawiając
wrażenie, iż jest to jedyne wyjście - albo ruina, albo Szwajcaria...
O tym wszystkim właśnie zamierzał pomówić ostrożnie z Grubinem, Gieorgij Maksimowicz zaś miał
swój własny, bardzo ważny cel związany z owym -jak się Manusowi zdawało - przypadkowym
spotkaniem...
Gości w restauracji było mało; wtedy, w pierwszym roku wojny, w ogóle wielu ludzi krępowało się
bywać w tego rodzaju lokalach. Nie paliły się wspaniałe kryształowe żyrandole, sala była skromnie
oświetlona matowymi kinkietami i stojącymi na stolikach lampami z zielonymi abażurami. Orkiestra
nie grała, słychać tylko było brzęk naczyń i przyciszone rozmowy kilku osób. Siwowłosy maître d’hôtel
przyjął od Manusa zamówienie odszedł. Manus zapytał wówczas:
- Jak idą sprawy? Jest pan czymś przygnębiony?
- Wiadomości z frontu mogą wywołać tylko przygnębienie - odparł cicho Grubin nie podnosząc oczu
ukrytych za okularami i wygładzając ręką wykrochmalony obrus.
- Na wojnie jak na giełdzie: dzisiaj przegrałeś, jutro wygrasz - powiedział Manus.
- Na giełdzie, Ignatiju Porfirjewiczu, nie leje się krew - zaoponował Grubin podnosząc wzrok.
- Zależy, jak się na to patrzy... - Dużą nalaną twarz Manusa wykrzywił uśmiech. - Kości na giełdzie
trzeszczą i to jak jeszcze. I ostatnie tchnienie też zawsze ktoś oddaje. My również mamy wojnę.
- My? - uniósłszy wąskie jasne brwi powtórzył Grubin. - Nie daj Boże.
„Czuje do mnie respekt“ - pomyślał Manus. Konkurentów w rodzaju Grubina mógł topić jak ślepe
kocięta.
- Chodzi mi o to, że i pan, i ja prowadzimy na giełdzie swoją własną wojnę - ciągnął Manus.
- Pochlebia mi pan - uśmiechnął się Grubin. - To tak... jakby generał mówił coś podobnego do
żołnierza.
- I w gruncie rzeczy generał miałby rację. Cóż byłby on wart bez żołnierza?
- Bałbym się być żołnierzem przy panu.
- Nie nadaję się na generała? - głęboko osadzone oczy Manusa zwęziły się; wydawało się, że celuje
w beznamiętną twarz swego rozmówcy.
- Nie o to chodzi - odparł Grubin. - Generał jest zbyt odważny, a na zapleczu brak zabezpieczenia.
Zresztą, jeżeli gazety nie kłamią, to na prawdziwej wojnie mamy analogiczną sytuację.
Manus zmarszczył gęste brwi i pochyliwszy się nad stołem rzekł:
- Wie pan co, dajmy spokój tej zabawie w ciuciubabkę...
W tej chwili zbliżyła się do nich cała procesja: na przedzie szedł maître d’hôtel, za nim kelner, a na
końcu pikolak z zastawionymi tacami. Zakąski podawał sam maître d’hôtel - tylko tacy goście jak
Manus mieli ten przywilej. Wszystko odbywało się w całkowitym milczeniu; personel tej restauracji
nie miał prawa zaczynać rozmowy z gośćmi.
Manus czekał z niecierpliwością aż kelnerzy odejdą i wreszcie znów pochylił się nad stołem:
- Słucham pana, Gieorgiju Maksimowiczu... mówił pan o moim zapleczu, proszę kontynuować... -
przypomniał.
- Gazety nie stanowią dla pana zbyt wielkiego niebezpieczeństwa - Grubin zaczął nie od razu. -
Zachowują się jak pospolite plotkary - co usłyszą na targu, to muszą natychmiast roztrąbić. Nie jest to
oczywiście zbyt przyjemne, ale kto czyta gazety? Połowa ludności w ogóle nie bierze ich do ręki, wieś
jest niepiśmienna, a pozostali nie traktują prasy poważnie.
- Tu, w stolicy, gazety czytają wszyscy i tu się robi wszystkie interesy - zareplikował Manus ze złością.
- Gazetami można manewrować - odparł Grubin. - Ale to wymaga umiejętności. I tu właśnie
doszliśmy do najważniejszej kwestii... - Grubin poprawił okulary na nosie i ciągnął dalej
z niezmąconym spokojem. - Kto u nas jest ministrem i dlaczego właśnie ci ludzie są ministrami? Jak
panu wiadomo, studiowałem i mieszkałem przez jakiś czas w Wiedniu i w Budapeszcie;
obserwowałem tamtejsze życie, politykę, handel Austro-Węgier. Franciszek Józef to stary sklerotyk,
ale zawsze ma przy sobie rząd składający się z mądrych ludzi. Kto ich wyszukał i zrobił ministrami?
Ludzie pańskiego pokroju i pańskiej sfery, Ignatiju Porfirjewiczu.
Manus wyprostował się i uważnie obejrzał zastawiony stół:
- Uważam, że czas się posilić...
Żaden z nich nie miał ochoty na alkohol i kelner, który podszedł do nich, ulotnił się szybko. Manus
odstawił karafkę z wódką:
- Żeby nas nie kusiła...
Jadł z apetytem, nieco hałaśliwie, jak gdyby oddawał się temu zajęciu bez reszty i nie myślał o niczym
innym. Widząc jednak przed sobą jego okrągłą, tryskającą zdrowiem twarz, Grubin wiedział, że
Manus nie myśli teraz o jedzeniu... „Zastanów się, Ignatiju Porfirjewiczu, zastanów, połknij tę słodką
przynętę...“
Grubin wie, co sądzić o Manusie i jego możliwościach. Oczywiście, to typowy parweniusz, ale ma tak
silny charakter i tak niepospolite zdolności, że byłoby grzechem nie wykorzystać tego wszystkiego.
Zostawszy milionerem, Manus - podobnie jak i przedtem - myśli tylko kategoriami zysku i na
wszystko, co go otacza, patrzy wyłącznie pod jednym kątem - czy mu to pomaga, czy też przeszkadza
robić nowe miliony.
Jego chciwość jest zaiste bezgraniczna i biada temu, kto mu stanie na drodze. A na dodatek jest
próżny. I Grubin stawia na próżność Manusa, chce, by wplątał się on w politykę. Będzie to polityka
jedynie w pojęciu Manusa, na miarę jego ograniczenia, w istocie zaś Grubinowi zależy na tym, by
Manus wdepnął w środowisko kombinatorów spod ciemnej gwiazdy zbliżonych do kół rządowych
i kamaryli spod znaku Rasputina i Protopopowa.
Rozmowa została podjęta dopiero przy deserze.
- U nas ministrów mianuje car - powiedział Manus. Pamiętał doskonale, o czym mówili na samym
początku.
- Cała sprawa polega tylko na tym, kto wysuwa kandydaturę - sprecyzował Grubin.
- Sądzę, że premier.
- Odkąd zabrakło Wittego i Stołypina, w Rosji nie ma już premierów doparł Grubin. - Rozwój
społeczeństwa rosyjskiego jest opóźniony w stosunku do Zachodu co najmniej o dwadzieścia lat. Stan
szlachecki, przywileje rodowe - wszystko to są anachronizmy. Niedawno przeczytałem w jednym
z pism amerykańskich artykuł Forda. Pisze on, że podstawą polityki jest ekonomika, i wyciąga z tego
następujący wniosek: w żadnym wypadku polityka nie powinna przeszkadzać w rozwoju potęgi
gospodarczej Ameryki. W Rosji tego nie rozumieją i - co szczególnie bolesne - nie rozumieją tego
nawet tacy ludzie jak pan...
Manus milczał. To, co usłyszał, interesowało go ostatnimi czasy coraz bardziej, ale po prostu nie
wyobrażał sobie, z której strony mógłby napocząć ten smakowity kąsek, koło którego kręcą się tacy
magnaci jak Riabuszyński i Konowałow; oni go przecież nie uznają... Ciekawe jednak, co myśli o tym
ten mądrala Grubin...
- No dobrze; rzucę się w wir polityki, zaniedbam interesy i konkurenci pożrą mnie do ostatniej
kosteczki - roześmiał się Manus.
- Za te pieniądze, jakie wydaje pan na gazetę „Grażdanin“, można znaleźć sobie człowieka, który
będzie dla pana robił wszystko, co trzeba - rzekł poważnie Grubin.
Manus spojrzał na niego uważnie - czyżby to on chciał odegrać tę rolę? A właściwie czemużby nie?
Może istotnie warto go wziąć do swego zaprzęgu? Jeszcze jeden rozsądny człowiek w interesie
zawsze się przyda.
- Nie znam takiego człowieka - powiedział Manus.
- Można znaleźć - odparł Grubin i bez pośpiechu zdjąwszy okulary zaczął je przecierać kawałkiem
zamszu.
Jednakże mimo usilnych starań Manusa Grubin nie zaproponował mu swoich usług i poprzestał na
obietnicy, że pomoże w poszukiwaniach odpowiedniej osoby.
- Od dawna chciałem pana zapytać... - Manus odsunął od siebie talerz i wytarł usta serwetką. -
Dlaczego pan ze swoją mądrą głową jest tak ostrożny w interesach? Widzę przecież, że ma pan
doskonały węch, gra tylko na pewniaka i zawsze wiedząc, w czyim ręku są atuty, i przy tym wszystkim
robi pan tylko minimalne stawki. Weźmy choćby pańską transakcję z brezentem dla armii. Przecież to
pan wywąchał tę możliwość, a ja natychmiast się zorientowałem, że to może być interes na olbrzymią
skalę. I co? Zdjął pan tylko śmietankę, a resztę zostawił. Proszę wybaczyć mi łaskawie, że włażę
z kaloszami do duszy, ale o co tu chodzi?
Na delikatnej twarzy Grubina pojawił się i zamarł powściągliwy uśmiech. Manus chciał
najprawdopodobniej zaproponować mu udział w swoich interesach i tym sposobem związać go ze
sobą.
- Moja mądra żona mówi; pieniędzy mamy więcej niż nam potrzeba, spadkobierców nie posiadamy
i nie chcę, abyś zamienił mnie na giełdę - rzekł Grubin. - Zgadzam się z nią całkowicie. Jesteśmy ze
sobą szczęśliwi, mamy czas i środki, aby korzystać z życia. Natomiast pan, Ignatiju Porfirjewiczu, jest
człowiekiem innego rodzaju, innej szkoły. W pańskim życiu nie istnieje nic prócz pieniędzy. Nigdy nie
widziałem pana w teatrze ani na koncercie, a przecież Petersburg pod tym względem reprezentuje
najwyższą klasę. Ale to wcale nie znaczy, że uważam pana za człowieka ograniczonego. O nie,
bynajmniej. Po prostu zakres prowadzonych przez pana spraw jest tak szeroki, że nie może pan sobie
pozwolić na wyłączenie się z nich nawet na godzinę.
- No, kiedy chcę, potrafię się doskonale wyłączyć - uśmiechnął się Manus. - Ale chodzić do teatru,
patrzyć, jak ludzie robią z siebie błaznów - daruje pan... to nie dla mnie.
- A dla nas każde przedstawienie w teatrze to prawdziwe święto.
- Nie rozumiem tego - mruknął Manus. - Opowiadano mi o moskiewskim kupcu Trietiakowie.
Skupował obrazy, otworzył jakąś galerię... Według mnie to z niego żaden kupiec i cały jego interes był
do luftu.
- A Rosja, Ignatiju Porfirjewiczu, za ten interes do luftu składa mu wszem i wobec wyrazy
wdzięczności. Cała Rosja! Ja na pańskim miejscu kupiłbym kiedyś od jakiegoś zrujnowanego
ziemianina drogi obraz i ofiarował go muzeum stołecznemu. Ten wydatek przyniósłby panu wielkie
dywidendy, w tym również polityczne.
- No nie, tego się pan nie doczeka - roześmiał się Manus.
- Chce pan porozmawiać poważnie? - spytał nagle Grubin.
Uśmiech spłynął z nalanej twarzy Manusa w mgnieniu oka.
- Na to właśnie czekam, tym bardziej, że już przedtem - jak mi się zdaje - poruszyliśmy poważną
sprawę.
- Cieszę się, że pan to zauważył... Najwyższy czas, drogi Ignatiju Porfirjewiczu, aby zaczął pan
inwestować pieniądze w politykę. Rola człowieka interesu, nawet wielkiej klasy, jest już dla pana za
mała.
- Kto zagwarantuje mi odsetki od kapitału?
- Ministrowie, którzy będą tańczyć tak, jak im pan zagra.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Wreszcie Manus z uśmiechem pokiwał głową:
- Jak się kupuje dostawców i podobny towar, to ja wiem. Ale tu?
- Technika jest ta sama - uśmiechnął się Grubin w odpowiedzi. - Może tylko będzie trochę drożej. Ale
i zysk... proporcjonalnie...

Rozdział piąty

Sprawa przyjęcia w pałacu delegacji robotniczej mimo wszystko nie dawała Mikołajowi spokoju. Nie
podzielał obaw Fredericksa i generała Wojejkowa, którzy uważali, że robotnicy mogą pozwolić sobie
na jakieś ekscesy. Wojejkow radził nawet, by na czas audiencji umieścić w sali setkę żołnierzy, ale
Mikołaj wyśmiał tę głupią gorliwość: „Kogóż wobec tego będę przyjmował? Gwardzistów?“ Nie, nie,
pod tym względem polega całkowicie na ochranie i swojej osobistej obstawie z generałem
Spirydowiczem na czele. Niepokoiło go co innego - nie miał pojęcia, jak należy przeprowadzić tę
audiencję, aby nie stać się przedmiotem kpin w Dumie.
Postanowił poradzić się w tej kwestii mądrego Chwostowa.
Wezwano go natychmiast i oto już siedzi w fotelu przed biurkiem cara.
- Aleksy Nikołajewiczu, mam do pana tylko jedną sprawę – chodzi o przyjęcie delegacji robotników...
- Wszystko jest przygotowane, Wasza Cesarska Mość - rzekł Chwostow. - Znamy nawet nazwiska
członków delegacji. Pozwoliłem sobie sam zadecydować o liczbie; będzie ich jedenastu. Więcej nie
trzeba, Wasza Cesarska Mość.
- Tak, tak, to zupełnie wystarczy; jeśli się z każdym zamieni dwa słowa, to już trzeba na to całej
godziny.
- Czas trwania audiencji nie może przekroczyć trzydziestu minut, Wasza Cesarska Mość.
- Dobrze byłoby się zmieścić... Czas jest nieprawdopodobnie drogi.
- Czuwać, by nie nadużywano czasu Waszej Cesarskiej Mości, to mój obowiązek.
- No a któż to będzie, ci moi goście?
Chwostow odszukał w teczce odpowiedni papierek:
- Wszyscy są z kolejowych zakładów remontowych, Wasza Cesarska Mość.
- A dlaczego wszyscy są z tego samego zakładu? Bardziej efektowna byłaby jakaś szersza
reprezentacja.
- Wasza Cesarska Mość raczył wyrazić życzenie, ażeby audiencja ta została przygotowana jak
najszybciej, zaś sprawdzenie każdego nowego delegata wymaga czasu. No i jeszcze jeden wzgląd -
zakłady te pracują bardzo dobrze i od dawna nie było tam żadnych nieporządków, tak że pozostali
będą musieli zrozumieć, iż właśnie dlatego te a nie inne zakłady spotkał zaszczyt wysłania delegacji.
- Racja, racja - zgodził się car.
- Czy mam podać nazwiska, Wasza Cesarska Mość?
- No, no...
- Na czele delegacji stać będzie administrator zakładów, zacny obywatel z dziada pradziada, niejaki
Stankow. Silna osobowość i człowiek bez żadnej skazy. Dalej idą: Aleksander Sierow, majster
z oddziału kuźniczego, Michał Popow ze stolarskiego, Wasilij Diełow z mechanicznego i wreszcie
Michał Kuzniecow, Dmitrij Abaszkin, Amon Pawłow, Prokofij Lebiediew, Prokofij Kaganow, Iwan
Rybak i Mikołaj Bojkow z kategorii niedawnych chłopów a teraz robotników. To wszyscy, Wasza
Cesarska Mość.
- A co to za jeden ten Kaganow?
- Kaganow? - Chwostow zerknął na swój papierek i roześmiał się. - Przepraszam, pomyliłem się,
Wasza Cesarska Mość, źle przeczytałem: nie Kaganow, lecz Kaczanow. Prokofij Kaczanow.
- A co to za imię... Amwon?
4

- Nie Amwon, Wasza Cesarska Mość, lecz Amon. Proszę sobie wyobrazić, że jest takie imię;
sprawdzaliśmy w rubryceli.
- Czego w tej Rosji nie ma... - zaśmiał się cicho car.
- Wszystko jest, Wasza Cesarska Mość! Jak w Grecji - uśmiechnął się Chwostow.
- A co ma do tego Grecja? - car spochmurniał.
- To w sztuce pana Czechowa Wesele pewien Grek powtarza raz po raz za stołem biesiadnym, że
u nich w Grecji jest absolutnie wszystko...
Car się roześmiał:
- Oczywiście, gdzie jak gdzie, ale w Grecji jest wszystko... Ale dlaczego tak dużo niedawnych chłopów?
- To nie przypadek. Wasza Cesarska Mość. Ci nie przeszli jeszcze - by tak rzec - proletariackiego
przeszkolenia i nie będą zbyt elokwentni...
Car uśmiechnął się:
- Rozumiem... Członkowie delegacji wiedzą już, że będą u mnie?
- Ależ skąd. Wasza Cesarska Mość! - Chwostow był prawie obrażony. - Jakżeż można kogokolwiek
z góry zawiadamiać o czymś podobnym? Wszyscy zostali sprawdzeni jak najdokładniej, lecz
zachowano tutaj wszelkie środki ostrożności, aby o niczym się nie dowiedzieli. Dostawi się ich do
Carskiego Sioła do koszar, a stamtąd już prosto do pałacu. Bierzemy jeszcze pod uwagę wstrząs
psychiczny; liczymy na to... - uśmiechnął się Chwostow. - Słowem, wszystko jest gotowe, Wasza
Cesarska Mość. Proszę łaskawie wyznaczyć dzień i godzinę.
- Trzeba to zrobić przed otwarciem Dumy - powiedział car przerzucając kartki stojącego na biurku
kalendarza. - O, najlepiej w poniedziałek, dwudziestego piątego stycznia.
- Tak jest, Wasza Cesarska Mość... Ale czy poniedziałek jest tu najwłaściwszy?
- Jak najbardziej. Dzień pracy, a oni będą mieli święto.

4
Amwon - po ros. ambona (przyp. tłum.).
- To rzeczywiście będzie dobre, Wasza Cesarska Mość - Chwostow odnotował coś w swoich
papierach. - I jeszcze.... Wasza Cesarska Mość raczył łaskawie wydać zarządzenie co do otwarcia
Dumy. Czy zostało już zadecydowane ostatecznie, w którym dniu ma to nastąpić?
- Nie należy się spieszyć z podawaniem daty, sądzę wszakże, że gdzieś w okolicy dziesiątego-
piętnastego lutego. Zamierzam wyznaczyć równocześnie posiedzenie Dumy i Rady Państwa. Niech to
będzie przeciwwaga dla tej rozgadanej Dumy.
- To bardzo rozsądne posunięcie, Wasza Cesarska Mość... Pozwolę sobie jednak prosić, abym został
powiadomiony o terminie otwarcia Dumy chociażby na jakieś dwa dni wcześniej.
- Wydam takie polecenie. A co pan ma do mnie w kwestii Dumy?
- Różne rzeczy, Wasza Cesarska Mość. Jak zwykle w naszym społeczeństwie krążą najrozmaitsze
plotki. Czasy są skomplikowane, więc i wszelkich proroków mamy coraz więcej. - Chwostow rozłożył
przed sobą tekturową teczkę. - O, weźmy choćby to... Typowy przykład salonowej i kuluarowej
gadaniny... Mówią, że Duma powinna obalić rząd i stworzyć rząd zaufania.
- Plotą o tym na prawo i lewo - rozeźlił się car. - A ja po prostu nie mogę zrozumieć, co to takiego ten
rząd zaufania? Kto im jest potrzebny w tym rządzie?
- Wiadomo kto, Wasza Cesarska Mość - cicho i ze smutkiem powiedział minister. - Rodzianko...
Milukow... Guczkow... i tak dalej.
- Nawet Guczkow? - car uniósł brwi. - A propos, co tam z jego chorobą?
- Źle to wygląda, nawet bardzo źle - obojętnie odparł Chwostow. - Ale ostatnio jego akcje znacznie
poszły w górę, ponieważ ich komitetowi wojskowo-przemysłowemu udało się osiągnąć niejakie
rezultaty w produkcji broni, Wasza Cesarska Mość.
- Ależ to jest rezultat wysiłków całego państwa! Jakże to możliwe, aby spekulował na tym jeden
człowiek? A jeśli Guczkow umrze, to wszystko ma stanąć? Bzdura! No i wreszcie, dlaczego ci... to ma
być rząd zaufania, a wszyscy inni to co? I za co to zaufanie? I dlaczego tylko do nich? - Car tak się
rozgniewał, że wyrzucał to wszystko Chwostowowi i patrzył na niego z taką złością, jakby to on
właśnie był głównym winowajcą owej abrakadabry.
- Wasza Cesarska Mość, wszystko tu jest bardziej niż jasne - zaczął Chwostow, kiedy monarcha nieco
ochłonął. - Zaufaniem darzy się tylko tych, którzy krytykują rząd. Wasza Cesarska Mość raczył wyrazić
się niezwykle trafnie - spekulacja. Wynika z tego, że dobry jest tylko ten, kto smaruje dziegciem wrota
władzy państwowej.
- Mam tego dość - cicho powiedział car. - Moje zaufanie to najważniejsze zaufanie. I tylko moje!
- Święta prawda, Wasza Cesarska Mość - zgodził się Chwostow. I postanowiwszy przygasić nieco
niebezpieczny gniew cara dodał: - W imię prawdy zaś należy stwierdzić, że te perory o rządzie
zaufania wiążą się z konkretnymi nazwiskami.
- Co to znaczy? - Mikołaj zaniepokoił się wyraźnie.
- Wszystkich tych spekulantów, i wielkich, i małych, znamy doskonale i lista nazwisk nie jest zbyt
długa. Niebezpieczeństwo polega na czym innym - w obecnej atmosferze krytykowania wszystkiego
na świecie już samo słówko „zaufanie“ jest bardzo nęcące i wielu ludzi łatwo się na nie łapie. Nie
przypadkiem też uczepili się tego słówka socjaldemokraci - tym na rękę jest wszystko, co może
wciągnąć naiwnych w ich sieci. Spróbujemy zaprezentować w prasie paru takich najbardziej zajadłych
krzykaczy. Miałem już na ten temat rozmowy z kilkoma redaktorami i zaopatrzę ich w odpowiednie
materiały. Niedawno na przykład otrzymaliśmy całkowicie wiarygodne dane dotyczące pewnego
wysokiego urzędnika z resortu komunikacji, który zgarnia łapówki dosłownie łopatą, a przy tym
krzyczy o rządzie zaufania.
- Wspaniały pomysł! - wykrzyknął Mikołaj patrząc na swego ministra z serdeczną sympatią - jest
przecież w jego rządzie człowiek, który potrafi działać mądrze, a w dodatku samodzielnie... - Aleksy
Nikołajewiczu, poderwanie zaufania do krzyczących o tym zaufaniu to bardzo pożyteczny krok.
- Zrobimy to, Wasza Cesarska Mość... - Chwostow milczał przez chwilę, potem westchnął i odezwał
się błagalnym tonem:
- Czy Wasza Cesarska Mość pozwoli mi łaskawie wypowiedzieć pewną niezbyt przyjemną myśl?
Car spochmurniał.
- Niech pan mówi...
- Wasza Cesarska Mość, sprzyjający grunt dla krytyki władzy państwowej stwarza Grigorij Rasputin... -
Chwostow ujrzał, jak w tym momencie twarz Mikołaja dosłownie pociemniała, ale postanowił
powiedzieć wszystko, gdyż była to dla niego sprawa życia i śmierci; wiedział już, że Rasputin i jego
szajka kopią pod nim dół, i nie chciał biernie czekać, aż go tam zepchną.
- Wasza Cesarska Mość! Mogę się oczywiście mylić, nawet chciałbym się mylić, jednakże fakty,
którymi rozporządzam... Proszę uwolnić moje sumienie od brzemienia, które mi ciąży jak ołów,
i pozwolić przedstawić Waszej Cesarskiej Mości szczegółowy raport...
- Nie jest to konieczne - uciął car. - Mam tego dość, Aleksy Nikołajewiczu, mam tego dość! Wszystko
to jest po prostu niepoważne, sensacja dla subiektów, a nie temat do rozmów w tym gabinecie.
- Wola Waszej Cesarskiej Mości jest dla mnie prawem - minister posłusznie schylił głowę. - Moim
obowiązkiem jednakże pozostaje zaznaczyć, że i w tym przypadku kieruję się wyłącznie bezgraniczną
miłością i oddaniem Waszej Cesarskiej Mości i tronowi.
- Wierzę - rzekł car półgłosem i oparłszy się o biurko dodał: - Pomówmy lepiej o tym, jak
najkorzystniej przeprowadzić audiencję dla delegacji, aby była zadowolona.
- A dlaczegóż to miałaby być niezadowolona? - automatycznie zapytał Chwostow.
- Dręczy mnie obawa, aby audiencja nie okazała się bezużyteczna zarówno dla mnie, jak i dla nich;
sądzę, że pan to przemyśli - z gniewem w głosie rzekł car.
- Przemyślę, Wasza Cesarska Mość.
- Proszę mi przygotować jakieś informacje na temat tych zakładów. Warto byłoby wiedzieć, czy ci,
którzy będą u mnie na audiencji, nie mają jakichś konkretnych potrzeb, ażebym mógł na to
zareagować.
- Wszystko zostanie sprawdzone i przygotowane, Wasza Cesarska Mość. Wiadomo jednak doskonale,
jak serdecznie potrafi Wasza Cesarska Mość rozmawiać z ludźmi, skłaniając ich w ten sposób do
zwierzeń, i jeśli każdemu Wasza Cesarska Mość powie choćby jedno słowo, to tamten zapamięta je
na całe życie.
Car wstał.
Kłaniając się nisko, Chwostow zaczął się cofać w stronę drzwi.
O, jakże trudno być ministrem w państwie rosyjskim...

Rozdział szósty

Wczesnym rankiem przywieziono delegację robotniczą pociągiem do Carskiego Sioła i ulokowano
w obszernej sali koszar, skąd wyniesiono łóżka zastępując je dużym stołem otoczonym krzesłami.
Początkowo jednak przy stole usiadł tylko przydzielony do delegacji oficer tajnej policji kapitan
Grimajłow, który występował w cywilu. Kim jest naprawdę ten człowiek, wiedział tylko administrator
zakładów Stankow, potężne rumiane chłopisko około pięćdziesiątki w zapiętym pod szyję czarnym
surducie i w butach tak wypucowanych, że lśniły jak lustro.
Szef ochrany generał Głobaczow, instruując kapitana Grimajłowa, mówił:
- Niech pan zachowuje się wobec delegatów robotniczych demokratycznie i z szacunkiem i nie uchyla
się od rozmów z nimi, ale choć wszyscy oni są sprawdzeni - ostrożność nie zawadzi. W razie czego
proszę się orientować na administratora; jest to człowiek całkowicie pewny i potrafi dać sobie radę
z tym towarzystwem...
Nie było dziełem przypadku, iż do tej misji wybrano właśnie kapitana Grimajłowa, inteligentnego
pracownika ochrany, obdarzonego poczuciem humoru i umiejącego nawiązać kontakt z ludźmi. Dzięki
owym walorom zasłużył pewnego razu na pochwałę ze strony cara - podczas spotkania Mikołaja i
Wilhelma nad fiordami norweskimi został on przydzielony do świty cesarza niemieckiego i potrafił tak
zaprzyjaźnić się z jednym z jego adiutantów, że udało mu się wydobyć od niego cenne informacje. Od
tej pory jest odkomenderowany do służby dworskiej i obsługuje imprezy pałacowe...
Jednakże tu, wśród robotników, kapitan czuł się nieswojo i jego słynna umiejętność nawiązywania
kontaktu tym razem zdecydowanie szwankowała. Siedział samotnie przy stole, podczas gdy w głębi
sali administrator Stankow spacerował nerwowo od ściany do ściany. Robotnicy stłoczyli się przy
oknach i oglądali carskosielski ogród zimowy z jego równo wytyczonymi ścieżkami posypanymi
żółtym piaskiem.
Grimajłow wstał od stołu i podszedłszy do Stankowa zaczął spacerować razem z nim.
- Denerwujemy się, co? - zapytał cicho.
- Ma się rozumieć - odparł tamten nie odwracając się do swego rozmówcy. - Nie co dzień zdarza się
coś takiego... No, ale przyjechali tu zupełnie spokojni ludzie, tak że... - nie dokończył. W tejże chwili
w grupie robotników rozległ się zgodny śmiech i natychmiast umilkł.
Grimajłow a za nim Stankow podeszli do robotników.
- Pewnie Diełow z czymś tam wyskoczył, co? - zapytał Stankow wesoło, zwracając się do smagłego
robotnika o czarnych cygańskich oczach.
- Powiedziałem im, panie administratorze - odrzekł tamten zupełnie poważnie - że przywieziono nas
tutaj, ażebyśmy podkuli pchłę - pamięta pan? -jak ongiś Mańkuta z Tuły...
5


5
Chodzi o bohatera słynnej Opowieści o zezowatym tulskim Mańkucie i stalowej pchle (1881) Mikołaja
Leskowa, sławiącej pracowitość, pomysłowość i hart ducha ludu rosyjskiego (przyp. tłum.).
Robotnicy znów się roześmieli, ale tym razem cicho. W oczach mieli niepokój pomieszany
z ciekawością; byli oczywiście podnieceni - oto znajdują się w Carskim Siole, gdzie mieszka sam car.
Czuli się skrępowani również dlatego, że mieli na sobie odświętne ubrania, niektórzy nawet krawaty.
- Mam ich już dość - ciągnął Diełow, a jego cygańskie oczy błyszczały wesoło... - Pytają, jakbym to ja
był carem - po co tu jesteśmy? No to ja na ten przykład Popowowi odpowiadam: jesteś stolarzem?
Jesteś. To znaczy, że nie każą ci kuć żelaza, kuć będzie Sierow z kuźniczego... - Widząc, że
administrator uśmiecha się życzliwie, dowcipkował dalej. - Ja osobiście boję się jednego - a nuż
postanowili mnie zrobić ministrem od spraw spirytusowo-wódczanych... - przeczekawszy wybuch
śmiechu dodał: - Odmówię, bracia, z miejsca odmówię; dawać mi takie stanowisko to to samo, co
wpuścić kozę w kapustę. Cały ten przemysł poszedłby z torbami...
Widząc, że administrator i obcy cywil śmieją się wraz z robotnikami, Diełow zwrócił się do ponurego
współtowarzysza z obwisłymi wąsami. Był to jeden z niedawnych chłopów.
- No, a ty, Mikołaju Bojkow, czemużeś się tak zafrasował? Boisz się, że cię wyślą na wojnę? Nie bój
się, Mikołaju Bojkow. Mówią, że tam jest ponoć lepiej niż w fabryce; wojna nie trwa przecie od rana
do wieczora, tam postrzelasz kapkę i kimasz sobie w okopach... póki cię nie zabiją, rzecz jasna. A jeśli
zabiją, to ci będzie wszystko jedno.
- Odczep się - burknął Bojkow i schował się za plecy towarzyszy.
- A ty się wojny nie boisz? - kapitan Grimajłow postanowił wysondować wesołka.
- Niby ja? - wesoło spytał Diełow patrząc uważnie w oczy nieznajomego. - A czego ja się mam bać?
Mam przecież odroczenie, a w ogóle to wojna ma tylko jedną przykrą stronę - mogą cię tam, bracie,
zabić bez żadnego dania racji i tyle. Dobrze mówię?
Grimajłow uśmiechnął się;
- Mimo wszystko zabijają tam nie bez żadnego dania racji, lecz w walce za ojczyznę.
- Jak cię już zabiją, co za różnica, za co cię zabili? - momentalnie odparował Diełow i widząc, że twarz
nieznajomego ściągnął grymas gniewu, zorientował się, że trzeba trzymać język za zębami. Powiedział
więc spokojnie: - Nasi z fabryki... - ruchem głowy wskazał otaczających ich delegatów - jakby się
trochę bali, po co ich tu przywieziono. A ja tę ich bojaźliwość wyśmiewam, jak mogę - pewnie, że car
tu mieszka, ale czego się tu bać, jeśli on jest dla nas ojcem rodzonym i władcą całej Rosji? Czy nie
mam tutaj racji?
- Tutaj masz - podkreśliwszy „tutaj“ odparł Grimajłow, ale uznał, że lepiej będzie nie kontynuować
rozmowy i odszedł na bok. Od tej chwili przez cały czas dyskretnie obserwował Diełowa - jakoś mu się
nie podobał ten wesołek. Wybrawszy odpowiedni moment spytał Stankowa, co to za człowiek ten
Diełow? Stankow uśmiechnął się:
- Niech się pan nie obawia, byle kogo nie robimy majstrem...
Z pałacu przybył adiutant cara; był to oficer w eleganckim szynelu z bobrowym kołnierzem. Nie
spodobało mu się widocznie powietrze w sali, przyciężkie nieco od zapachu obficie wypastowanych
butów, pociągnąwszy więc różowym noskiem zaprosił wszystkich szerokim gestem, by podążyli za
nim.
Robotnicy szli zwartą grupką, wyprzedzając ich nieco z powagą maszerował adiutant, pochód
zamykali Stankow i kapitan Grimajłow. Droga do pałacu była starannie oczyszczona ze śniegu
i posypana piaskiem.
Świeciło zimne słońce, biel śniegu raziła oczy. Dym z kominów Pałacu Aleksandrowskiego
niebieskawymi smugami wznosił się ku blademu niebu. Zima była tu niezwykle efektowna.
Coraz bliżej był przysadzisty budynek pałacowy, nad którym leniwie powiewał trójkolorowy sztandar
Rosji Romanowów. Początkowo szli prosto ku wejściu pod kolumnadą, gdzie ustawione były posągi,
jakich nigdy dotąd nie widzieli, potem jednak skręcili i obeszli pałac z boku - tam, w szczytowej
ścianie, znajdowało się tak zwane wejście feldjegerowskie.
Wszedłszy do westybulu, szczególnie mrocznego po słonecznej bieli parku, delegacja zatrzymała się
mimo woli, stłoczyła. Wkrótce jednak wzrok się przyzwyczaił. Poproszono ich, by zdjęli okrycia. Służba
pałacowa stojąca pod ścianami westybulu patrzyła na nich niemal z przerażeniem, nie mogąc wprost
uwierzyć własnym oczom: robotnicy w pałacu! Ale są przecież gośćmi cara i trzeba od nich odbierać
okrycia i kłaniać się zgodnie z ceremoniałem. Kłaniali się więc, ale jakoś niezbyt gorliwie i jakby
krępując się siebie nawzajem.
Delegację wprowadzono do niewielkiej sali zwanej Narożną, której ściany obite były malinowym
jedwabiem. W głębi sali stał stół na wygiętych złoconych nóżkach, za nim fotel z wysokim oparciem
uwieńczonym dwugłowym orłem. Za fotelem widniały bardzo wysokie białe drzwi; po bokach zamarli
żołnierze pułku Preobrażeńskiego.
Robotników ustawiono pośrodku sali w dwa szeregi, na przodzie zajął miejsce administrator
zakładów Stankow. Pod sufitem rozbłysły nagle jaskrawe żyrandole - wydawało się, że salę zalało
światło słoneczne.
I wtedy właśnie delegaci przelękli się naprawdę; stali nieruchomo i z napięciem obserwowali, co
dzieje się wokół. Z bocznych drzwi wysunął się jakiś bardzo stary dostojnik dworski w haftowanym
złotem mundurze - był to minister Fredericks. Położył na stole jakieś papiery, zlustrował salę,
potoczył niewidzącym wzrokiem po szeregu delegatów i wyszedł, ostrożnie stawiając uginające się
nogi. Kiedy pojawił się w otworze wysokich drzwi, delegaci pomyśleli, że to car. Aż wstrzymali oddech
w pierwszej chwili, ale opamiętali się szybko - za stary i zupełnie niepodobny. Następnie przez te
same drzwi wszedł do sali minister spraw wewnętrznych Chwostow i rosły generał w błękitnym
mundurze - był to szef ochrany Głobaczow. Generał stanął pod ścianą, a Chwostow zbliżył się do
robotników.
- Panowie delegaci - rzekł niezbyt głośno - nasz cesarz, władca wszej Rusi, raczy was zaraz przyjąć.
Jego Cesarska Mość wyraził swe monarsze życzenie odbycia rozmowy z wami, postarajcie się jednak
nie zamęczać cesarza i uszanujcie jego drogocenny czas.
Chwostow odwrócił się i stanął obok generała Głobaczowa.
W tym momencie otworzyły się wysokie drzwi z tyłu za stołem i ukazał się w nich car w skromnym
polowym mundurze pułkownika bez żadnych orderów. Przeszedł koło stołu i zatrzymał się
w odległości kilku kroków od delegacji.
- Witam was, panowie - powiedział Mikołaj ledwie dosłyszalnym głosem, uśmiechnął się niepewnie
i spojrzał na stojącego za nim generała - był to szef jego ochrony osobistej, generał żandarmerii
Spirydowicz.
Administrator zakładów Stankow, dostosowując się do tonu cara, odpowiedział niezbyt głośno:
- Życzymy zdrowia. Wasza Cesarska Mość. - Obejrzał się na delegację i robotnicy wyskandowali
nierówno:
- Zdrów... wa... ość...
Stankow wyprężył pierś i już głośniej dodał:
- Sto lat, Wasza Cesarska Mość!
Car przestąpił z nogi na nogę, zwrócił się w stronę Chwostowa, jak gdyby chciał go zapytać: no i co
dalej?, a potem zaczął mówić cichym, głuchawym głosem:
- Niełatwe dni przeżywa teraz nasza ojczyzna. Zły i podstępny wróg prowadzi przeciw nam haniebną
wojnę i waleczni synowie naszej ziemi, bracia wasi, z orężem w ręku, z tym orężem, który wy kujecie,
bronią honoru i wielkości Rosji, naszej Matki-Ojczyzny. Wiem, że wszyscy dobrze pracujecie, a to
znaczy, że zdajecie sobie sprawę ze swej odpowiedzialności wobec naszych dzielnych żołnierzy.
Dziękuję wam za to... - Car mówił nie patrząc na delegację, lecz zwrócony lekko w prawą stronę, ku
oknu, za którym wolno padał śnieg.
Mikołaj westchnął i ciągnął dalej:
- Wszyscy prawdziwi Rosjanie rozumieją, że zwycięstwo nad wrogiem we wspólnej walce z naszymi
dzielnymi sojusznikami jest tą najważniejszą sprawą, w imię której żyjemy i w imię której umierają
Rosjanie na frontach, zaś na zapleczu potrajają swe wysiłki, które...- car zaciął się; zawsze mylił się
przy tych wszystkich „których“ i teraz nie wiedział, jak zakończyć to długie zdanie. Nagle wypalił
gniewnie: - Bez zwycięstwa nie ma dla nas przyszłości... - i postanowiwszy uściślić swoją myśl dodał: -
Zwycięstwo jest bliskie i nasze wysiłki nie pójdą na marne... - Milczał chwilę, a potem rzekł cicho: -
Dziękuję...
Car cofnął się o dwa kroki. W tym momencie administrator Stankow zrobił krok naprzód, odkaszlnął
i zaczął mówić przyjemnie brzmiącym niskim głosem:
- Wasza Cesarska Mość, władyko nasz! Przyszliśmy tu, aby wyrazić swą wielką miłość i wiarę w twoją
ojcowską i monarszą mądrość, aby powiedzieć o naszym bezgranicznym oddaniu Waszej Cesarskiej
Mości i tronowi. Z tą miłością i wiarą pracujemy w imię naszego przyszłego zwycięstwa nad
podstępnym wrogiem. Lud pracujący naszego wielkiego kraju ze spokojem przyjmuje wszelkie
przeciwności losu i żadne trudy nie zdołają złamać naszej woli i wiary. Z takim właśnie zapewnieniem
o naszej niezłomności przybyliśmy do twego domu. Przyjmij. Wasza Cesarska Mość, naszą pokorną
miłość i oddanie, a na pamiątkę naszego spotkania racz przyjąć od nas symboliczny dar... - Stankow
obejrzał się i któryś z delegatów podał mu odlaną z żeliwa figurkę kowala z uniesionym nad
kowadłem młotem. Natychmiast wysunął się przed cara szef ochrony osobistej generał Spirydowicz,
który wziął podarek i pokazawszy go w przelocie monarsze postawił na stole.
- Dziękuję... dziękuję... - car skłonił się i rzekł podnosząc głowę: - Te słowa zapadły mi w serce.
Wspaniałe słowa. Wzruszają mnie one tym bardziej, że często mówią mi o waszym środowisku,
jakoby właśnie w nim było mnóstwo niewiernych i skorych do buntu. Teraz widzę, jakie to dalekie od
prawdy. Ze swej strony zapewniam was, że zarówno ja, jak i mój rząd będziemy stale dbać o wasze
interesy i z wdzięcznością obserwować waszą uczciwą pracę dla dobra ojczyzny. Dziękuję...
Car skinął głową i znowu podszedł bliżej do delegacji. Podeszli też Chwostow i Głobaczow. Mikołaj
uścisnął dłoń Stankowowi i poprosił o przedstawienie mu robotników. Administrator zaczął
wymieniać nazwiska wskazując ręką na poszczególnych członków delegacji. Car kiwał głową
przedstawionemu, patrząc już na następnego. Delegaci stali w dwóch rzędach i ci, którzy znajdowali
się z tyłu, musieli przy prezentacji wysuwać się do przodu pomiędzy stojącymi w pierwszym rzędzie -
car uśmiechnął się bezwiednie, kiedy jeden z nich, bardzo niskiego wzrostu, wynurzył się nagle jak
spod ziemi. Kiedy przedstawiony został ostatni z delegatów, Wasyl Diełow, car spytał go:
- No i jakże tam nastrój, mój drogi?
Wśród ciszy, która nagle stała się przytłaczająca, rozległ się wesoły głos Diełowa:
- Jak najlepszy, Wasza Cesarska Mość! - W jego oczach widać było tak diabelskie błyski, że car
zatrzymał na nim nieco zdziwione spojrzenie i odparł cicho:
- Miło mi to słyszeć... - I widocznie ożywiony zuchowatą odpowiedzią Diełowa, spytał stojącego obok
niego niedawnego chłopa Iwana Rybaka: - Nie masz, mój drogi, jakiejś prośby?
Rybak zmieszał się, trochę zjeżył, spojrzał w sufit, powoli spuścił wzrok na cara i rzekł głucho:
- Żeby się tylko uporać z tą wojną...
Car uśmiechnął się:
- Ja także myślę o tym dniami i nocami...
Mówiąc to car stuknął po wojskowemu obcasami, ledwie dostrzegalnie skinął głową, zrobił w lewo
zwrot i ociężałym krokiem wyszedł z sali. Wysokie drzwi zamknęły się za nim.
Przed delegacją jak spod ziemi zjawił się adiutant, który przyprowadził ją tutaj, do pałacu.
Wymownym gestem wskazał drzwi i ruszył przodem. Delegaci poszli za nim bezładną grupą.
W korytarzu wręczono każdemu z nich symboliczny upominek; była to paczuszka owinięta w niebieski
papier i przewiązana różową wstążeczką z kokardką.
Paczuszki owe rozwinięte zostały dopiero w pociągu, którym delegacja wracała do Piotrogrodu.
W każdej znajdowała się niewielka fotografia Mikołaja z autografem i oksydowany zegarek
kieszonkowy firmy „Paweł Bure“. Włożywszy fotografie do kieszeni, delegaci oglądali zegarki.
- Ej, Michał, która jest na twoim? - spytał wesoło Diełow.
- Na moim coś za dużo -już po szóstej...
- A na moim punktualnie druga.
- U mnie jest za pięć trzecia...
- No, bracia, jakże my teraz będziemy żyć - każdy o innej godzinie? - zażartował Diełow.
Usłyszawszy tę rozmowę kapitan Grimajłow, który jechał wraz z delegatami, wyjął z kieszeni swój
złoty zegarek i otworzywszy kopertę oznajmił głośno:
- Jest teraz dokładnie jedenasta pięć; niech wszyscy nakręcą zegarki i nastawią jak należy...
Nie wszyscy wiedzieli, jak się to robi, zeszło więc na tym co najmniej pół godziny i Grimajłow musiał
jeszcze kilka razy podawać dokładny czas. Diełow poprosił go, aby pokazał mu swój złoty zegarek,
i spytał:
- To też od cara?
- Nagroda za służbę - sucho odrzekł Grimajłow i schował zegarek, który istotnie otrzymał od cara
właśnie za owe sukcesy, jakie udało mu się osiągnąć podczas spotkania Mikołaja z Wilhelmem nad
fiordami norweskimi. - No i co, bardzoście się denerwowali? - zagadnął Diełowa wpatrując się w jego
smagłą cygańską twarz.
- Jeszcze jak - uśmiechnął się Diełow. - Aż mi się kolana trzęsły...
Siedzący bliżej, którzy słyszeli ich rozmowę, roześmiali się.
- No i czego szczerzycie zęby? - spojrzał na nich Diełow. - Każdy by się zdenerwował - to nie żarty: sam
car z tobą rozmawia.
- A ty mu nieźle odpowiedziałeś; car aż się uśmiechnął - powiedział któryś z robotników.
- Odpowiedziałem zgodnie z prawdą; nastrój mam rzeczywiście jak najlepszy...
- A mnie się car wydał jakiś niższy - włączył się do rozmowy Rybak, i przypominał sobie różne
szczegóły.
- Jego siła to nie wzrost, lecz berło - z szacunkiem w głosie powiedział mistrz stolarski Popow,
przyglądając się w dalszym ciągu swemu zegarkowi. - A pamiątki dostaliśmy takie, że trudno o lepsze
- ile razy popatrzysz, która jest godzina, tyle razy przypomnisz sobie cara.
- A bez zegarka to byś nie pamiętał? - wesoło spytał Diełow.
Popow nie odpowiedział, odwrócił się i troskliwie schował zegarek do kieszeni.
Kiedy pociąg zbliżał się już do Piotrogrodu, Stankow wstał ze swego miejsca i powiedział głośno
zwracając się do wszystkich:
- Opowiedzcie w domu i w zakładach o naszych odwiedzinach u cara. Opowiedzcie, jaki nasz ojczulek
jest ludzki, prosty, jak rozumie nasze troski i obiecał, że będzie myślał o naszych sprawach... Jak
wierzy w rychłe zwycięstwo nad wrogiem... Pokażcie wszystkim zegarki... Dobra?
Wszyscy zgodzili się bez wahania...

W tym samym czasie w gabinecie monarchy również toczyła się rozmowa o zakończonej niedawno
audiencji.
- Jestem rad... jestem rad... - powtarzał car w zamyśleniu. Mimo wszystko był podekscytowany tym
niezwykłym spotkaniem. - Dobrze pan przygotował tę sprawę. Dziękuję - zwrócił się do Chwostowa.
Chwostow z wdzięcznością skłonił się carowi. Ten spytał Głobaczowa:
- Wart jest pochwały, prawda, generale?
- O, tak - dość cicho odparł Głobaczow. Sytuację Chwostowa znał znacznie lepiej niż car - nie dalej jak
dziś dowiedział się z raportu jednego ze swych agentów, że Rasputin mówił w gronie bliskich mu
osób, iż Chwostow jest jego głównym wrogiem, i zaklinał się, całując krzyż, że obali go w najbliższym
czasie. Głobaczow posiadał również informację o tym, iż carowa jest bardzo niezadowolona z ministra
spraw wewnętrznych, a to jest zagrożenie więcej niż poważne.
- Wydam odpowiednie polecenie prasie, aby wydrukowano sprawozdania z przyjęcia delegacji
robotniczej - rzekł Chwostow.
Car się zaniepokoił:
- Tylko, na miłość boską, niech się nie rozpisują, bo ja ich znam - potrafią tak koloryzować, że ludzie
zaczną się śmiać. A cała impreza była tak przyjemna, serdeczna i niewymuszona. Chciałbym, aby
napisano o tym krótko, wręcz sucho.
- Zupełnie słusznie. Wasza Cesarska Mość - wmieszał się Głobaczow. - Należy o tym napisać nie jak
o jakimś nadzwyczajnym wydarzeni, lecz tak, jakby to była jedna ze zwykłych spraw, które załatwia
dwór.
- Właśnie - car z aprobatą skinął głową. - Chciałbym się dowiedzieć, jakie wrażenie odniosła
delegacja...
- Dowiemy się o tym jeszcze dzisiaj. Wasza Cesarska Mość. Mój człowiek pojechał z nimi do
Piotrogrodu - zapewnił Głobaczow. - Jeśli Wasza Cesarska Mość pozwoli, przygotuję na jutro
szczegółowe dane.
- Dobrze byłoby też zorientować się, co powiedzą o audiencji panowie socjaldemokraci?
- To również będziemy wiedzieli. Wasza Cesarska Mość... - Głobaczow już teraz wiedział, że w kołach
socjaldemokratycznych wywąchano coś na temat mającej nastąpić audiencji jeszcze trzy dni temu
i nawet próbowano się dowiedzieć, kto wejdzie w skład delegacji, a na zebraniu robotników
z wydziału odlewniczego Zakładów Putiłowskich jakiś nieznany mówca, mający bez wątpienia
powiązania z socjaldemokratami, nazwał tę audiencję spóźnioną i tanią kokieterią wobec klasy
robotniczej... Ale po co denerwować cara, kiedy jest tak zadowolony z audiencji?

Tymczasem w Piotrogrodzie delegaci rozeszli się po wyjściu z dworca w różne strony; każdy spieszył
do swego tramwaju, aby czym prędzej dostać się do domu.
Wasyl Diełow wsiadł do tramwaju razem ze stolarzem Popowem. Zaraz też spróbował podjąć
rozmowę ze swym towarzyszem;
- No i co powiesz, stolarzu?
- A co mam mówić? - mruknął tamten spoglądając przez okno na uciekającą w tył ulicę.
- Przecież nie w piwiarni byliśmy, ale u samego cara...
Stolarz milczał. Rozmowa się nie kleiła i Popow wysiadł wkrótce na swoim przystanku. Na następnym
wysiadł również Diełow, chociaż do domu miał jeszcze bardzo daleko... Rozejrzał się uważnie, czy nie
wysiadł za nim ktoś jeszcze, i stanął wśród innych czekających na tramwaj. Wyglądało na to, że
wszystko jest w porządku. Potrzebny był mu teraz tramwaj numer siedem, aby dotrzeć do Prospektu
Szlisselburskiego. Nadjechał wkrótce. Diełow wysiadł na przedostatnim przystanku siódemki, znowu
rozejrzał się uważnie i ruszył w stronę pobliskiego zaułka. Szedł zupełnie sam - mieszkali tu
przeważnie robotnicy i o tej porze wszyscy byli w pracy. Miało to swoją dobrą stronę - bez trudu
można zauważyć, jeśli ktoś się za człowiekiem wlecze...
Wkrótce dotarł pod wiadomy adres; był to stary piętrowy drewniany dom. Drzwi zerwane
z zawiasów. Próg oblodzony. W sieni ciemno i cicho. Diełow postał chwilę nasłuchując, a potem
zaczął wchodzić powoli po skrzypiących schodach.
Drzwi otworzył mu ten właśnie człowiek, do którego szedł – barczysty chłopak w rozpiętej kurtce
studenckiej. Był to znany mu od dawna bolszewik o dziwnym nazwisku Wojaczek, częsty gość w ich
zakładach.
Weszli do pokoiku na samym końcu długiego ciemnego korytarza.
- Rozbieraj się. Chcesz herbaty?
- Chętnie. Tam nic nie dali - roześmiał się Diełow.
- Oszczędza ojczulek... - skrzywił się ironicznie Wojaczek nalewając herbatę do emaliowanych
kubków.
Pili gorący napój przegryzając kawałkami cukru. Diełow z humorem opowiadał o przebiegu audiencji
u cara.
- ...a na zakończenie każdemu ofiarowano zegarek. Otóż i on - carski - wyjął z kieszeni i razem
obejrzeli prezent.
- Pytam go, po co nam te zegareczki. Wasza Cesarska Mość, a on mówi - żebyście nie przegapili
godziny, kiedy się skończy moje panowanie.
Śmiali się dłuższą chwilę, a potem Wojaczek spytał surowo:
- A nie gadałeś tam przypadkiem niepotrzebnych rzeczy? Ja cię przecież znam.
- Mówię jak na spowiedzi - błyskał Diełow swoimi cygańskimi oczyma. - Rozmawiałem z nim. Słowo
honoru. Spytał mnie: „Jakże tam nastrój, mój drogi?“ a ja mu na to jak na paradzie: „Jak najlepszy.
Wasza Cesarska Mość!“ Pochwalił mnie... A więcej ani słowa, towarzyszu Wojaczek, przecież nie
jestem durniem, żeby paplać po próżnicy. Ja nawet ze swoimi mówiłem tylko po francusku, bo
wiedziałem, że naokoło nastawiają uszu.
- Też mi swoi... - uśmiechnął się Wojaczek. - Połowa to byli majstrowie, a ci są kupieni na pniu.
- Nie wszyscy, towarzyszu Wojaczek, nie wszyscy... - poważnie rzekł Diełow. - Obserwowałem ich
i widziałem, że nie tylko ja jeden rozumiem, co to za operetka.
- No, nie taka znowu głupia jest ta operetka - rzucił Wojaczek. - Patrzcie państwo, jak my szanujemy
naszą klasę robotniczą... nawet zegarków jej nie żałujemy... Dobra, musimy teraz uzgodnić, co mówić
o audiencji, jeśli robotnicy będą się pytali.
- To zależy od tego, kto będzie pytał. Jednemu trzeba powiedzieć, że spotkał mnie wielki zaszczyt,
a drugiemu, że to operetka. I w ogóle myślę, że jeśli będzie się mówiło tylko i wyłącznie samą prawdę,
to nawet ostatni dureń zrozumie, że to operetka. Boże mój, czegóż tam nie było! Nasz administrator
wręcza mu żeliwną figurkę kowala. A ja już nie mogłem wytrzymać i szepnąłem do majstra
z kuźniczego: patrz, to ciebie dają carowi. I co? Nawet ten milczek o mały włos się nie roześmiał.
- Chyba masz rację, trzeba poważnie opowiadać, jak tam było, a nasi ludzie sami się zorientują, o co
chodzi; nie są głupi i potrafią myśleć. A na wiosnę czeka nas nowa robota. Muszę wyjechać do
Moskwy.
- Na stałe? - zaniepokoił się Diełow.
- Trzeba jechać, a na jak długo - nawet Bóg nie wie. Zamiast mnie będzie przychodził do was do
zakładów Sokołow; znasz go.
- To ten rudy?
- Ten. Pomagajcie mu tak jak mnie.
- Zrobi się, bądź spokojny.
- Dziękuję. Kończ herbatę i zbieraj się; mają tu do mnie przyjść, niezadługo...
Pożegnali się. Trzymając rękę na klamce Diełow odwrócił głowę w stronę gospodarza:
- Już nie mogę patrzyć na tę całą operetkę z tańcami.
- Maluczko, a... - Wojaczek zrobił znaczący gest...

Wyjątki z raportu kapitana Grimajłowa dla ochrany:
„...Bezwarunkowo, dana audiencja przy umiejętnym jej rozpropagowaniu wykaże demokratyczne
dążenia cara ku zbliżeniu się do swych poddanych bez względu na ich pozycję społeczną.
Oddziaływanie podobnych audiencji na społeczeństwo byłoby większe, gdyby organizowano je
częściej, a w każdym razie regularnie, i gdyby nie robiły wrażenia wydarzeń wyjątkowych, albowiem
ta ostatnia okoliczność wzbudza zdziwienie i w ostatecznym rozrachunku fałszywą interpretację.
Potwierdzają ten fakt posiadane już w tej mierze dane agenturalne.“
(W tym miejscu generał Głobaczow napisał na marginesie: „Decydująca w tym względzie jest osobista
opinia cesarza.“)
„...Uważam za swój obowiązek zwrócić uwagę na doniesienie agenturalne (arkusz 4, zeszyt 2),
w którym przytoczona jest wypowiedź inżyniera z Zakładów Putiłowskich Kirianowa podczas jego
rozmowy z robotnikami, którzy wrócili z frontu, dokąd odwozili wyprodukowaną przez ich zakłady
broń, że w czasie tej podróży dowiedzieli się więcej, aniżeli delegaci, którzy byli u cara. Upatruję
w tym nie pozbawioną podstaw ocenę audiencji, która miała mimo wszystko charakter odświętny, co
powinno skłonić do wyciągnięcia z tego odpowiednich wniosków na przyszłość...“ (Uwaga generała
Głobaczowa: „Maniłowszczyzna.
6
Nie możemy się do tego mieszać.“)
„...Sami członkowie delegacji bezpośrednio po audiencji nie wypowiadali poważnych opinii na temat
jej przebiegu, nie stały się też przedmiotem ich rozmów nawet sugestywne słowa Najjaśniejszego
Pana o wojnie i zbliżającym się zwycięstwie, jednakże mogło to być spowodowane również niskim
poziomem umysłowym. Co się zaś tyczy wrażenia, jakie sprawa ta wywarła na społeczeństwie, to
może się ono okazać powierzchownym z winy prasy, która informowała o audiencji bardziej niż
powściągliwie...“ (Uwaga na marginesie zrobiona ręką generała Głobaczowa: „Taki był rozkaz
Najjaśniejszego Pana.“)
„...Uważam za konieczne podsumowanie i dokładne przeanalizowanie eksperymentu z audiencją po
otrzymaniu wszystkich danych agenturalnych w celu uniknięcia subiektywizmu w ocenach, od jakiego
nie są wolne także i moje niniejsze uwagi.“ (Rezolucja generała Głobaczowa: „Nie później niż 15
kwietnia proszę zreferować mi osobiście przygotowane wnioski...“)

Rozdział siódmy


6
Aluzja do jałowego marzycielstwa jednego z bohaterów powieści Mikołaja Gogola Martwe dusze z 1842 r.
(przyp, tłum.).
Newa zrzuciła już okowy lodu, poniosła go do Bałtyku i teraz już tylko pojedyncze kry przepływały po
niespokojnej, wzburzonej wiatrem rzece. Słońce szczodrze zalewało Piotrogród jaskrawym, acz
jeszcze chłodnym światłem, błyszczało na iglicy twierdzy Pietropawłowskiej.
W okresie, gdy ruszały lody, ambasador francuski Maurice Paléologue godzinami przesiadywał
w fotelu przy szerokim oknie, patrząc na pozornie bezładny, a przecież uporządkowany ruch kry,
prącej niepowstrzymanie w określonym kierunku, i myślał o tym wszystkim, co nie dawało mu
spokoju i napawało obawą owej wiosny. Ma lat pięćdziesiąt pięć, ale jest pełen wigoru i będzie żył
niemal do końca drugiej wojny światowej. Obecnie trwa jeszcze ta pierwsza, zdążyła już osiągnąć
swój moment szczytowy, ale kresu jej nie widać. Co więcej - im dalej, tym bardziej niepewny wydaje
się ów koniec działań wojennych, a w każdym razie koniec zwycięski. We Francji wojna ugrzęzła pod
Verdun, gdzie nieprzerwanie leje się krew. Anglicy jak zwykle gotowi są walczyć gdziekolwiek, byle
nie tam, gdzie głównym przeciwnikiem są Niemcy. I tylko Rosja od początku wojny uczciwie dźwiga
swój ciężki krzyż... Ale tu wyraźnie dojrzewa kryzys władzy państwowej, który może zniweczyć wysiłki
kraju na rzecz wojny - a co za pożytek z sojusznika, który utraci władzę nad armią?
Przed paru dniami ambasador zmuszony był przyjąć Manasiewicza-Manujłowa, znanego ze swych
podejrzanych przygód szefa kancelarii premiera Stürmera, zaciekłego rasputinowca.
Jeszcze rok temu Paléologue za nic nie przyjąłby tego człowieka, jednakże teraz tak bardzo potrzebne
mu były informacje, że postanowił skorzystać nawet z takiego nieczystego źródła. Manujłow
zadzwonił do niego z natarczywą prośbą o audiencję, podając przy tym zupełnie błahy powód, lecz
ambasador pomyślał, że ów typ kręci się koło premiera i może wygada się z czymś istotnym, o czym
poważni ludzie nie powiedzieliby ani słowa. Nie wykluczone było również i to, że sam zaproponuje
dostarczanie informacji za pieniądze - posunięcie w jego stylu. A w ogóle po co stara się o audiencję?
Czy nie jest aby celowo podstawiony przez kogoś innego, wyższego rangą?
A jednak, kiedy Manujłow wszedł do jego gabinetu, ambasador dość ostentacyjnie nie podał mu ręki.
Tymczasem Manujłow zachowywał się swobodnie, jeśli nie wręcz nonszalancko - rozsiadł się
wygodnie w fotelu przed biurkiem ambasadora, założył nogę na nogę i spytał rzeczowo:
- Czy wiadomo panu, ekscelencjo, jak poważna jest nasza sytuacja na froncie i na zapleczu?
- Wydaje mi się, że wiadomo - odparł ambasador niedbałym tonem.
- Obawiam się, że w pewnej niezmiernie ważnej kwestii może się pan mylić, podobnie jak wiele
oficjalnych osobistości, a nawet - strach powiedzieć - sam Najjaśniejszy Pan.
Paléologue milczał, jednakże za tym milczeniem kryła się mimo wszystko zachęta dla gościa, aby
kontynuował swą myśl.
- Ekscelencjo - z ożywieniem zaczął Manujłow, patrząc nieufnie na Paléologue’a. - Jestem oczywiście
dla pana osobą nieoficjalną, co więcej, mam podstawy sądzić, że pański stosunek do mnie jest
nieprzychylny, należę atoli do tych nieutytułowanych patriotów rosyjskich, którzy mają wystarczająco
dużo powodów, aby zastanawiać się nad sprawami najwyższej wagi. W danym wypadku chodzi
o śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie zagraża naszemu państwu ze strony całkowicie realnej rewolty
politycznej.
- Posiadam świeże informacje z pewnego źródła, że w armii rosyjskiej panuje obecnie duch bojowy -
rzucił ambasador sucho.
- O tak! Ale tylko w oddziałach znajdujących się na pierwszej linii! - wykrzyknął Manujłow. -
Natomiast za ich plecami, i to zupełnie blisko, w tak zwanej rezerwie, nastąpił katastrofalny rozkład.
I nie ma w tym nic dziwnego. Oddziały rezerwowe spędziły całą zimę w przepełnionych koszarach,
gdzie miały wręcz okropne warunki. Wystarczy powiedzieć, że nawet w bardziej uprzywilejowanych
koszarach preobrażeńskich zamiast tysiąca dwustu żołnierzy zakwaterowano ponad cztery tysiące.
Dalej - kto wchodzi w skład owych oddziałów rezerwowych? Ludzie różnej narodowości, włączając
w to i Żydów. Słowem, każde koszary - mówiąc obrazowo - stanowią idealną pożywkę dla rozwoju
bakterii rewolucyjnych. Ciasnota, zaduch. Z powodu niewystarczającej liczby oficerów poborowi nie
są należycie obciążeni zajęciami i nie ma nad nimi odpowiedniej kontroli. Jest rzeczą oczywistą, że
nasi anarchiści wszelkiej maści nie zasypiali gruszek w popiele. W ciągu tej zimy miały miejsce bunty
w kilku oddziałach rezerwowych; to fakt, ekscelencjo. Niech pan sobie teraz wyobrazi, co się stanie,
kiedy ta zdemoralizowana masa przybędzie na pierwszą linię, gdzie również działają wrogowie
naszego ustroju. Nadchodzą stamtąd meldunki, że lewicowcy stale szerzą w okopach defetystyczną
propagandę, której nie powstrzymują nawet wyroki śmierci wydawane przez sądy polowe. Dodajmy
jeszcze do tego znane nam informacje o rozruchach w głębi kraju oraz - co jest szczególnie
niepokojące - w fabrykach pracujących na potrzeby frontu. Niech pan przypomni sobie niedawną
historię Francji; to właśnie pan powinien znacznie lepiej i wcześniej niż inni zdać sobie sprawę
z rozmiarów niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad Rosją. Uważam za wskazane poinformować pana,
że ludzie stojący o wiele wyżej ode mnie, dowiedziawszy się, że udaję się do pana, prosili mnie, abym
byt tu całkowicie szczery.
Paléologue milczał. O narastającej fali nastrojów rewolucyjnych w Rosji myślał niejednokrotnie i to,
co powiedział mu Manujłow, nie było dlań żadnym zaskoczeniem. Zainteresowało go jednakże
ostatnie wyznanie gościa i postanowił -jak się to mówi - wziąć byka za rogi. Spytał więc:
- A co sądzi o tym wszystkim pan Stürmer? Czy on również nie zdaje sobie z tego sprawy?
- O, nie - odparł cicho Manujłow. - Gdyby nie przeszkadzali mu inni, bez wątpienia zrobiłby porządek.
Szybko i skutecznie.
- Ale czyż ja mogę mu pomóc? - z ironią powiedział ambasador.
- Oczywiście - niewzruszenie zareplikował Manujłow. - Poparcie ambasadora państwa sojuszniczego
ma ogromne znaczenie.
Paléologue wstał; nie chciał kontynuować tej rozmowy - nie chciał mieć nic wspólnego z premierem,
który był związany z Rasputinem.
- Dziękuję panu za szczerość - rzekł chłodno.
- Proszę wybaczyć. Ekscelencjo, że zabrałem panu czas, ale czuję się teraz jak człowiek, który spełnił
swój obowiązek. Obowiązek, jaki podyktowało mu sumienie.
Kiedy Manujłow wyszedł, Paléologue siedział przez chwilę pogrążony w myślach, a następnie napisał
szyfrogram o tej wizycie; on również spełniał swój obowiązek - niech tam, w Paryżu, zastanawiają się
i rozstrzygają o stopniu ważności jego informacji, ale niech wiedzą, że nie puścił jej mimo uszu...
Ołowianą Newą płynęła samotna kra, której błękitne krawędzie połyskiwały w słońcu. Ambasador
odprowadził ją wzrokiem:
- Ta bryła lodu też przepadnie w morzu, w niebycie...
Był pięknoduchem, lubił sobie pofilozofować i w związku z tym spotykał się często z szambelanem
Basilim, który również był skłonny do takich rozważań. Pewnego razu, przechadzając się po nabrzeżu
Newy, Podeszli do pomnika Piotra; nagle Basili zerwał czapkę z głowy i zawołał: „Witaj, największy
z rewolucjonistów!“ Ostatnio Paléologue i Basili spotykają się rzadko - szambelana wysłano do
Kwatery Głównej, gdzie zajmuje się protokołem dyplomatycznym; ambasador wielce nad tym
ubolewa, gdyż w Piotrogrodzie można na palcach jednej ręki policzyć interlokutorów na poziomie...
Zaiste, straszliwie niepojęta jest Rosja i wszystko, co się tu działo na przestrzeni wieków i dzieje się
teraz. Średniowieczne obrzędy i zwyczaje, i wspaniały, uskrzydlający duszę balet. Serwilizm ludzi
niższych klas i najwyższy arystokratyzm ducha wśród wybrańców. I wśród tych właśnie wybranych
pojawia się nagle odrażający Rasputin i sama carowa przystępuje wraz z nim do komunii. Mój Boże,
jakże zrozumieć taką Rosję? Jak się dowiedzieć, czego ona chce, co aprobuje, a co odrzuca? A ileż ma
cierpliwości i niewyczerpanej siły! Żadne państwo na świecie nie mogłoby istnieć, gdyby poniosło
takie straty, jakie poniosła Rosja, a ona istnieje i kontynuuje tę straszną wojnę... Paléologue bardzo
pragnąłby wiedzieć, czy rozumieją Rosję ci, którzy nią teraz rządzą? Czyżby rację miał Chwostow,
który powiedział w rozmowie z nim: „Nasz naród jest od wieków narodem posłusznym - co mu
władza rozkaże, to sumiennie wykona.“ Czyżby to była prawda i tylko w ten sposób należy tłumaczyć
niewyczerpane zasoby cierpliwości i potęgę Rosji? Kolega Paléologue’a, ambasador angielski
Buchanan, patrzy na wszystko nieco inaczej, nie wdając się w skomplikowane rozważania. On też
powiedział kiedyś: „Nie mamy ani czasu, ani potrzeby, aby zajmować się rozszyfrowywaniem duszy
rosyjskiej; powinniśmy jedynie robić wszystko, co w naszej mocy, aby Rosja nadal wypełniała swój
sojuszniczy obowiązek na froncie.“ Czemuż więc teraz tak bardzo się denerwuje? Może właśnie
z powodu, o którym mówił Manujłow? Ale Rosja walczy i przygotowuje teraz nową wielką ofensywę.
Nie, nie, znacznie bardziej niż sprawy na froncie niepokoją Paléologue’a wewnętrzne sprawy Rosji;
nawiasem mówiąc, widzi w nich również zagrożenie dla dalszego przebiegu działań wojennych.
Paléologue obraca się w wielkim świecie, ma tam wielu przyjaciół, zwłaszcza wśród dam
z arystokracji, od których otrzymuje niekiedy bezcenne informacje o tym, co dzieje się w najwyższych
sferach. Poza tym sprawiają mu przyjemność te spotkania z pięknymi, wyrafinowanymi kobietami,
które z właściwym tylko Francuzowi sprytem potrafi skłonić do szczerej a wytwornej konwersacji.
I właśnie tam znacznie wcześniej niż Buchanan dowiedział się na przykład o zamierzonym
aresztowaniu byłego ministra wojny Suchomlinowa, a także usłyszał po raz pierwszy nazwisko
Stürmera jako kandydata na premiera; wiadomość wyszła z ust pięknej damy dworu i znów
Paléologue wyprzedził w tym względzie Buchanana. Tam wreszcie zdobywa pochodzące od hrabiny
Fredericks informacje o wszystkim, co dzieje się na dworze, w tym również o brudnych sprawkach
Rasputina... I właśnie te ostatnie informacje niepokoją ogromnie ambasadora Francji, niepokoją
Paryż...

Wkrótce do Piotrogrodu ma przybyć z wizytą francuski minister sprawiedliwości Viviani oraz
wiceminister artylerii i zaopatrzenia armii Albert Thomas. Wizytę tę przygotowywano długo
i starannie i Paléologue uczestniczył aktywnie w tych przygotowaniach. To właśnie on przeforsował
propozycję, aby przyjechali ci ludzie, chociaż w Paryżu wyrażano wątpliwości co do celowości
wysyłania do monarchistycznej Rosji dwóch popularnych socjalistów. Paléologue natomiast uważał to
za rozsądne posunięcie taktyczne. Najważniejszym zadaniem gości było zbadanie nastrojów
społeczeństwa rosyjskiego, któż zaś potrafi to zrobić lepiej od tych znanych ze swej elastyczności
oratorów, umiejących podbić każde audytorium? No i wreszcie Francja pokaże Rosji swoich
socjalistów, którzy nie tylko nie są niebezpieczni dla władzy, ale wiernie jej służą, biorąc czynny udział
w wojnie. Czyż nie jest to przykład godny naśladowania? Viviani jechał wraz z małżonką i to również
nie był przypadek - madame Viviani straciła niedawno na wojnie syna z pierwszego małżeństwa
i miała odegrać podczas wizyty określoną rolę: patrzcie, socjaliści francuscy składają w ofierze swych
synów. Zakres obowiązków każdego z członków delegacji został ściśle sprecyzowany: Viviani zajmie
się przede wszystkim obserwacją społeczeństwa rosyjskiego, ale będzie uczestniczył również
w rozmowach dotyczących wojny, jakie przeprowadzi Thomas. Ten ostatni ma ponadto zamiar
zapoznać się z funkcjonowaniem rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Taki zakres obowiązków
powinien przekonać Rosjan, że socjaliści francuscy są nie tylko działaczami politycznymi, lecz i ludźmi,
którym można powierzyć sprawy związane z prowadzeniem wojny. Myśląc o tym aspekcie wizyty
Paléologue doskonale rozumiał, że w takich wiernych i liczących się sługach monarchii rosyjskiej jak
generał Aleksiejew, nie mówiąc już o osobie samego monarchy rosyjskiego, goście francuscy nie
mogą wzbudzić sympatii i nie zmienią oczywiście stosunku tych ludzi do idei socjalizmu. W tym
względzie można było liczyć tylko na wyrobienie oraz takt gości, na ich znaną w całej Francji
elastyczność i spryt... Wszak każdy z tych politycznych kameleonów potrafił ze zdumiewającą
zręcznością zmienić barwę i z bojownika przeciwko burżuazji przekształcić się w jej wiernego sługę.
W pracach Lenina z tego okresu nazwisko Alberta Thomasa spotykamy niejednokrotnie wśród
nazwisk innych zdrajców socjalizmu...
Viviani i Thomas przybyli do Piotrogrodu 5 maja. Powitanie na dworcu było umyślnie skromne,
największą figurą był tam ambasador francuski, Rosję zaś reprezentowało kilku drugorzędnych
dostojników państwowych.
W towarzystwie samego tylko Paléologue’a udali się goście z dworca do hotelu „Europejskiego“,
gdzie mieli zamieszkać - winno to podkreślić demokratyzm i skromność przybywających.
Śniadanie podano w .apartamentach. Zdawkowa rozmowa o wrażeniach z podróży. Madame Viviani
opowiedziała boleściwym głosem, jak bardzo bała się przez całą drogę i jak wzdrygała się za każdym
razem słysząc język niemiecki - język zabójców jej syna. Żona ambasadora wziąwszy ją za rękę
powiedziała, że wojna jest straszna, jeśli odbiera nam dzieci. Madame Viviani skinęła głową na znak,
iż podziela jej zdanie, i otarła oczy koronkową chusteczką.
Wkrótce damy zajęły się rozmową o swoich sprawach, mężczyźni zaś przeszli do rzeczy.
- Przyjechaliśmy, aby zorientować się, jak wyglądają, zasoby Rosji w ludziach i sprzęcie i spróbować,
uwzględniając doświadczenia Francji, pomóc jej w aktywizacji produkcji na potrzeby frontu - mówił
półgłosem Viviani do Paléologue’a.
- W tym zakresie można niejedno zrobić - rzucił ambasador.
- Następnie będziemy nalegać na wysłanie do Francji co najmniej czterystu tysięcy żołnierzy
rosyjskich.
- To jest nierealne - twardo rzekł Paléologue. - Nie radziłbym nawet wymieniać tej liczby w rozmowie
z Aleksiejewem czy też z carem - obaj mówią bez przerwy o napiętej sytuacji z rezerwami, tak że
wymienienie tej liczby teraz, kiedy przygotowują nową wielką ofensywę, byłoby ogromną
nieostrożnością i wywołałoby duże niezadowolenie.
- A na co tu można liczyć? - rzeczowo spytał Thomas.
- Jeżeli będziecie nalegali bardzo usilnie, na jakieś pięćdziesiąt tysięcy, nie więcej.
- To już coś - uśmiechnął się Thomas. - A w ogóle chodzi głównie o aspekt psychologiczny: patrzcie,
Francuzi, Rosjanie są obok was - musicie walczyć lepiej - roześmiał się cicho.
- Dalej, będziemy namawiali do pójścia na ustępstwa wobec Rumunii, aby jak najszybciej przystąpiła
do wojny po naszej stronie - rzekł Viviani.
- Tu nie liczcie na żadne konkrety - z przekonaniem powiedział Paléologue. - Odpowiedzą wam to, co
słyszę od nich już od dawna: że niby największe trudności są nie w Piotrogrodzie, lecz w Bukareszcie i
że nie mogą obiecać Rumunii, iż będą walczyć zamiast niej...
- Nie jest to pozbawione sensu - uśmiechnął się Thomas. - Ale ważne będzie już samo poruszenie tej
kwestii. No i wreszcie problem Polski, jej państwowości.
- Radzę podjąć tę kwestię na końcu, kiedy już zrobicie wszystko. I proszę mówić o tym superostrożnie.
- A jeśli ich postraszyć możliwością dania Polsce autonomii przez Niemcy? - spytał Thomas.
- Wątpię, czy się przestraszą; dobrze wiedzą o tradycyjnej nienawiści Polaków do Niemców.
Viviani patrzy na Paléologue’a surowo i trochę kpiąco:
- Widzę, że zrobiono tu z pana pesymistę?
- Po prostu orientuję się w tym i owym - odparł ambasador.
- Sądzę, że wiele wyjaśni się u cara - zakończył rozmowę Thomas.

Podróż do Carskiego Sioła salonką rządową upłynęła dla Paléologue’a na miłej jego sercu lekkiej
rozmowie o Francji. Viviani opowiadał z humorem o życiu Paryża, o ploteczkach z wielkiego świata.
Ambasador pragnął dowiedzieć się wielu rzeczy i obaj nie zauważyli nawet, jak przed oknami wagonu
pojawił się cesarski pawilon dworcowy. Czekały tu już na nich dwa zamknięte ekwipaże. Do jednego
z nich wsiedli Paléologue i Thomas, do drugiego Viviani oraz przybyły na ich spotkanie główny mistrz
ceremonii dworu. Thomas z ciekawością wyglądał przez okno karety i nagle ze śmiechem opadł na
siedzenie:
- Nie do wiary! Ja, socjalista Thomas, stanę za moment przed samodzierżcą rosyjskim! Nie do wiary! -
Milczał chwilę zamyślony, a potem spytał:
- Czy będę mógł się spotkać z socjalistą rosyjskim Burcewem?
- Nie należy na to nalegać - odparł chłodno ambasador. - Jest on uważany za śmiertelnego wroga cara
i prośba o spotkanie z nim może przekreślić całą naszą wizytę.
- Ale dlaczego? Przecież to właśnie na prośbę Francji pozwolono mu wrócić z zesłania?
- Zabiegałem o to osobiście i moja sytuacja była wówczas bardzo drażliwa; lepiej, aby pan nie znalazł
się w podobnej.
- Ale co ja powiem po powrocie członkom mojej partii? - spytał Thomas. - Że w Rosji nie ma
socjalistów? Któż w to uwierzy?
Paléologue’owi omal nie wyrwało się, że takich socjalistów jak on w Rosji rzeczywiście nie ma,
powstrzymał się jednak i rzekł nie ukrywając rozdrażnienia:
- Jeszcze raz panu powtarzam - proszę nie podejmować tej kwestii.

Z Pałacu Aleksandrowskiego jedna za drugą odjeżdżały karety i różne inne ekwipaże z wymyślnymi
pozłacanymi monogramami na drzwiczkach. Goście francuscy zmuszeni byli odczekać, aż się to
skończy. Mistrz ceremonii wyjaśnił, że dzisiaj są imieniny carycy i właśnie odjeżdżają jej goście - osoby
z rodziny monarszej.
Tłoczyli się oni również w westybulu pałacu: haftowane złotem mundury, drogie futra, blask
klejnotów, lekka rozmowa po francusku. Thomas i Viviani patrzyli na to wszystko z ogromną
ciekawością, nie dostrzegając, że niektórzy z gości, wiedząc bez wątpienia, kim oni są, spoglądają na
nich z pogardliwą wyższością.
Francuzów wprowadzono do sali Narożnej, której wysokie okna wychodziły na park, gdzie
w jaskrawym słońcu lśniła delikatna zieleń trawników. Viviani starał się zapamiętać dokładnie
wszystko, co widział, obiecał bowiem dostarczyć wydawanej przez socjalistów gazecie szczegółowe
sprawozdanie ze swej podróży do Rosji.
Do sali wszedł Mikołaj. Był w mundurze pułkownika; na jego piersi oprócz noszonego zazwyczaj
Krzyża Św. Jerzego błyszczał również francuski Krzyż Wojenny przypięty wyraźnie na tę okoliczność.
Paléologue przedstawił carowi gości, nie mówiąc oczywiście, że są oni socjalistami. Car uścisnął im
ręce i zrobiwszy krok do tyłu stanął przed nimi na baczność. Nastąpiła niezręczna pauza. Mikołaj
uśmiechnął się i dotknął ręką francuskiego krzyża na swej piersi:
- Jak widzicie, panowie, noszę wasz Krzyż Wojenny, chociaż na niego nie zasłużyłem...
- Czyż można bardziej zasłużyć?... - wykrzyknął z emfazą Viviani.
- Oczywiście, że nie zasłużyłem - odpowiedział Mikołaj z powagą. - Przecież taki krzyż daje się
bohaterom Verdun, a ja nie byłem nawet w pobliżu...
Gdyby się przy tym nie uśmiechnął. Francuzi nie wiedzieliby, co mają powiedzieć - oznajmić wprost,
że odznaczenie to jest czysto symboliczne, byłoby nietaktem, a w dodatku należałoby napomknąć
o wielkim wkładzie Rosji w tę wojnę, to zaś z kolei byłoby już zupełnie nie na miejscu, zważywszy, że
za chwilę mieli zacząć przedstawiać monarsze swoje prośby o nowe wkłady.
Car wykonał znaczący gest zapraszając gości do okrągłego stołu, przy którym stały cztery fotele.
Rozmowę zaczął Paléologue:
- Wasza Cesarska Mość, panowie Thomas i Viviani, którzy przyjechali w tak ważnej sprawie, czują się
wielce szczęśliwi mogąc skorzystać z danej im łaskawie możliwości bezpośredniego spotkania z Waszą
Cesarską Mością; nikt inny nie potrafiłby udzielić odpowiedzi na ich pytania.
Po twarzy Mikołaja przemknął cień niezadowolenia.
- Dlaczegóż to? Przedstawiciele przyjaznej i bohaterskiej Francji wszędzie u nas spotkają się ze
zrozumieniem i szczerą sympatią...
Była to niemal odmowa przystąpienia do jakichkolwiek rokowań. Natychmiast zaczął więc mówić
Viviani. Poinformował cara, jaki jest cel ich wizyty, zrobił to jednak bardzo zręcznie, ukrywając
wszystkie konkrety w ujmujących frazesach. Wspaniała francuszczyzna, konfidencjonalny ton, barwna
metaforyka - wszystkie te cechy sztuki oratorskiej znalazły tu właściwe zastosowanie. Zapomniawszy
jak gdyby o swych konkretnych zadaniach i petycjach, jakie miał przedstawić, malowniczo rysował
obraz bohaterskiej, wykrwawionej Francji, ukrywając w podtekście myśl, że Francja sumiennie
wypełnia swój sojuszniczy obowiązek i nie sposób wręcz nie udzielić jej pomocy, jeśli się zwróci
z prośbą o tę pomoc. Na zakończenie pozostawił Viviani ckliwe opowiadanie o żołnierzu francuskim,
który umierając od ran odniesionych przy szturmie Verdun błagał swego kaprala, by ten zapewnił
Rosjan, iż w imię wspólnego zwycięstwa walczył jak przystało synowi Francji. Opowiadając to Viviani
miał łzy w oczach, zaś Mikołaj, który także wyraźnie się wzruszył, zawołał ze wzburzeniem:
- A Niemcy zapewniali wszystkich dookoła, że Francuzi nie są zdolni do noszenia broni! Ze Francuz to
żaden żołnierz!
Viviani odparował natychmiast:
- To prawda. Wasza Cesarska Mość. Francuz to nie jest zwykły żołnierz. Francuz to wojownik!
Po krótkiej, pełnej napięcia emocjonalnego ciszy zaczął mówić Thomas. Z początku cicho, jakby
głośno myślał:
- Wielkość Francji jest w jej narodzie. I Rosji także! - Car skinął głową na znak, że się zgadzaj
pokrzepiony na duchu Thomas zwrócił się jakby do samego siebie: - Jakże szczęśliwy musi być
człowiek, który podobnie jak Wasza Cesarska Mość może powiedzieć „mój naród“... - Wykonawszy
ten zręczny rewerans przed monarchią i monarchą, Thomas ciągnął jednym tchem: - Historię tworzą
narody. Ale jednostki również. I kiedy działania jednostki stapiają się z dążeniami narodu, jednostka
ta wchodzi do historii.
Mikołajowi spodobała się owa sentencja, spojrzał więc na Francuza z aprobatą.
- A kiedy kilka wielkich narodów - podniósł głos Thomas - połączy jeden wielki cel, to biada temu,
przeciwko któremu się zwrócą. Oto dlaczego nasze wspólne przekonanie o zwycięstwie jest
niewzruszone niczym granitowa skała...
Car słuchał swych gości z dużym zainteresowaniem - jego otoczenie dawno już oduczyło go od
podobnych swobodnych i pięknych tyrad. Thomas wyczuł to i nie ograniczył się do reweransu
uczynionego na początku, lecz w toku rozmowy niejednokrotnie jeszcze prawił eleganckie
komplementy swojemu koronowanemu interlokutorowi, na zakończenie zaś rzekł z ujmującą
szczerością:
- Boję się pomyśleć, jak ogromny ładunek miłości do swego narodu i odpowiedzialności przed nim
przepełnia dobre serce Waszej Cesarskiej Mości!
- Pan się boi pomyśleć... - rozpłynął się Mikołaj - a ja muszę dźwigać ten ciężar dzień po dniu, rok po
roku...
Nie wykluczone, że w tej chwili Mikołaj zorientował się, iż przejawił brak skromności, bo jego twarz
stała się nagle surowa; wykonał też swój dobrze znany ruch, pochylając się całym ciałem w stronę
stołu, jakby zamierzał wstać - znaczyło to, że audiencja jest skończona. Francuzi jednak nie znali tego
sygnału i Thomas rzekł:
- Zakończywszy tę wojnę zwycięstwem, Wasza Cesarska Mość bez wątpienia przyjedzie do Francji,
która powita cię jak...
Mikołaj wstał, obciągnął mundur:
- Kocham Francję i rad będę ją ujrzeć - powiedział nieoczekiwanie sucho a nawet gniewnie.
Francuzi również wstali.
- Dziękujemy Waszej Cesarskiej Mości za te szczęśliwe dla nas chwile - skłoniwszy się rzekł Viviani
z przejęciem.
Car skinął głową i wyszedł swym ociężałym krokiem.
W salonce, którą Francuzi wracali z Carskiego Sioła do Piotrogrodu, byli już zupełnie sami, mogli więc
rozmawiać z całkowitą szczerością. Kiedy pociąg ruszył, Thomas zatarł ręce z zadowoleniem
i wykrzyknął:
- A jednak złapaliśmy go na haczyk mocno i bezboleśnie.
- Niech pan się tak nie spieszy; pan go nie zna - odezwał się Paléologue. - Ale i tak udało się wam
sporo osiągnąć; wzruszył się wyraźnie, a to się rzadko zdarza. Tyle tylko, że ma, niestety,
zdumiewająco zmienne nastroje - rankiem całuje swego ministra, po czym ten wróciwszy do
ministerstwa znajduje na biurku zawiadomienie o dymisji...
- Jednakże jego przychylność dla nas jest bezsporna - rzekł Viviani.
- Postaram się - powiedział Paléologue - aby o wizycie dowiedziało się jak najwięcej ludzi z kręgów
dworskich, co powinno ułatwić wam w jakiejś mierze rozmowę z Aleksiejewem. Tylko w tym widzę
korzyść z audiencji...

W dwa dni później Francuzi spotkali się z premierem Stürmerem. Miało to miejsce podczas śniadania
w domu ministra spraw zagranicznych Sazonowa. Zgodnie z protokołem śniadanie urządzała
małżonka ministra. Oprócz premiera obecni byli jeszcze czterej ministrowie, wśród nich - minister
wojny. Rozmowa przy stole miała charakter zdecydowanie towarzyski, bardzo daleki od spraw, które
interesowały przyjezdnych. Nie bez znaczenia, rzecz jasna, była tu również obecność żon ministrów.
Rozmową kierował Stürmer, który opowiadał rozmaite wesołe historyjki a nawet anegdoty. Jednakże
Thomas wiedział, że protokół przewiduje również rozmowę innego typu.
Opowiedziawszy jeszcze jedną zabawną anegdotkę z serii „generał i jego ordynans“, Stürmer
przeprosił panie i udał się z Francuzem do palarni.
Tam Thomas od razu przystąpił do rzeczy. Spytał:
- Jakie są wasze główne pretensje pod adresem przemysłu wojennego?
- Elementarne: brakuje broni i amunicji - odparł Stürmer rozkładając ręce. - Ostatnio wprawdzie
sytuacja uległa pewnej poprawie, ale potrzeby armii nadal nie są zaspokajane. To jest nasze ogromne
nieszczęście - westchnął Stürmer i starannie wygładził swoje wąsy-kindżały.
- U nas też tak było - podchwycił Thomas - ale teraz fabryki pracują rytmicznie, tak że jestem
całkowicie spokojny; a to właśnie ja odpowiadam za zaopatrzenie armii, a zwłaszcza artylerii.
Stürmer wytrzeszczył na niego oczy i milczał, zajęty teraz swoją bujną brodą. Thomas stracił
kontenans - czekał bowiem na pytanie i nie doczekał się.
- Czy chciałby pan. Ekscelencjo, dowiedzieć się, co pomogło nam uporządkować to wszystko? -
Thomas sam zadał oczekiwane pytanie. Stürmer milczał, nie spuszczając zeń swych dużych
wytrzeszczonych oczu. - Fabryki rosyjskie zapewne dlatego pracują źle, że robotnicy nie dokładają
starań. A nie dokładają starań z tego powodu, że nie widzą w tym własnego interesu i nie mają
poczucia odpowiedzialności za złą pracę. Proszę mi wierzyć, że wasze fabryki zbrojeniowe mogłyby
dziesięciokrotnie zwiększyć swą produkcję. W tym celu należy tylko wprowadzić militaryzację
zakładów i samych robotników. Co by to oznaczało dla nich? Zwolnienie od mobilizacji na front - to
raz, a za złą pracę - postępowanie karne z całą surowością dyscypliny wojskowej, jak za niewykonanie
rozkazu - to dwa. I krzywa wydajności rośnie bardzo szybko - Thomas pokazał ruchem ręki jak szybko
podnosi się ta krzywa.
Stürmer drgnął gwałtownie i pochylając się do przodu powiedział półgłosem:
- Wprowadzenie czegoś takiego jest u nas nie do pomyślenia. Nie do po-myś-le-nia! Przeciwko
rządowi natychmiast wystąpi Duma. A panowie socjaliści rosyjscy oraz wszystkie inne siły anarchii
ucieszyłyby się ogromnie i natychmiast podniosłyby larum na całą Rosję, że zamieniliśmy fabryki
w koszary itd., itp. Zaś na żądanie dziesięciokrotnego zwiększenia wydajności ci sami anarchiści
nauczyliby naszych robotników wysuwać żądania, abyśmy im płacili dziesięć razy więcej, a do tego
karmili dziesięć razy lepiej. - Stürmer podniósł palec do góry: - Rosja, mój miły Panie, to Rosja
i francuskimi miarkami nie można jej mierzyć.
- Ale czyż nie ma w Rosji władzy, którą wojna upoważniałaby do zdecydowanych działań? - ostro
spytał Thomas.
Stürmer milczał dość długo, wygładzając leżącą na piersi brodę, i wreszcie rzekł:
- Jestem zdziwiony, że pan, właśnie pan, nie rozumie tak elementarnej prawidłowości, że jakikolwiek
nacisk na robotników wywołuje natychmiast kontrdziałanie, którego rozmiary i formy mogą być
bardzo niebezpieczne. Szczególnie w sytuacji, gdy występują kłopoty z zaopatrzeniem w żywność oraz
rozmaite inne braki, za jakie nadzwyczaj łatwo (jest to nawet kuszące!) obciążyć odpowiedzialnością
rząd. I wtedy Bóg jeden wie, co może nastąpić. I bez tego, panie Thomas, nie jest nam lekko, gdyż
ogromna ciemna Rosja pod wieloma względami wymyka się spod władzy. Wystarczy już, że
zmusiliśmy ją, by włożyła szynel i walczyła.
- Ale czyż robotnicy rosyjscy są całkowicie pozbawieni świadomości patriotycznej? - spytał Thomas po
chwili milczenia.
- Wyczerpujących danych na ten temat może panu dostarczyć nasza policja - uśmiechnął się Stürmer
z goryczą.
- Policja? - Thomas udał, że nie rozumie, jaki związek może mieć z tym policja.
- Właśnie, właśnie policja - powtórzył Stürmer.
Zapadło milczenie. Thomas nie wiedział, jak kontynuować rozmowę. W tym momencie do palarni
wszedł Paléologue.
- No i jak tam, znaleźliście, panowie, wspólny język? - zapytał ambasador z udaną beztroską, zdając
sobie sprawę ze śmieszności sytuacji, w której wspólny język mieli znaleźć tak różni ludzie - znany
socjalista i nie mniej znany satrapa, reprezentant władzy absolutnej.
- W każdym razie zdołaliśmy wyjaśnić sobie to i owo - odparł Thomas wstając.
Następnego dnia podczas śniadania w ambasadzie francuskiej Thomas zrelacjonował swą rozmowę
z premierem, po czym spytał:
- Czyżby sprawy zaszły aż tak daleko?
- I owszem, dość daleko - potwierdził Paléologue. - I tu właśnie kryje się źródło największych
kłopotów i największych obaw władz rosyjskich.
- Ale oznaczałoby to wobec tego, że ferment rewolucyjny w środowisku proletariatu rosyjskiego
przybrał na sile znacznie bardziej niż u nas, w kraju pierwszej rewolucji? - rzekł zdumiony Viviani.
- Niech pan nie zapomina, że tutaj również była już jedna rewolucja - odparł ambasador. - W roku
tysiąc dziewięćset piątym. Doszło wtedy do prawdziwego zbrojnego powstania, a jego główną siłą
byli robotnicy. I to, że owa rewolucja nie przyniosła robotnikom żadnych realnych korzyści i została
krwawo stłumiona przez władze, pozostawiło głęboką, niezagojoną ranę. O ile pamiętam, to wy,
socjaliści, popieraliście wówczas rewolucję rosyjską i nawet pokładaliście w niej jakieś nadzieje... -
Paléologue uśmiechnął się przekornie i spytał: - Czyżby owe nadzieje się nie ziściły?
Thomas zamyślił się nad słowami ambasadora i nie mógł nie wyczuć w nich odcienia wyrzutu,
a nawet bezpośredniej aluzji do tego, co zaszło, jakiej metamorfozie uległ on sam w ciągu ostatniego
dziesięciolecia. Postanowiwszy widocznie jakoś rozładować sytuację, Viviani rzekł:
- Nie przyjechaliśmy tu jednak po to, aby studiować rezultaty rewolucji rosyjskiej, lecz po to, by zrobić
wszystko, co konieczne i korzystne dla Francji w warunkach wojennych, i w tym względzie mamy
prawo liczyć na pomoc ambasadora francuskiego.
- I to właśnie robię - rzekł sucho Paléologue myśląc jednocześnie, iż nie należy więcej drażnić tych
panów; mimo wszystko są oni ministrami jego rządu...
W tej chwili Thomas dorzucił:
- A jednak, niezależnie od pańskiej lekcji pesymizmu, postaram się odwiedzić fabryki rosyjskie,
a następnie wzbogacić pańską wiedzę o robotnikach rosyjskich, co jest niezmiernie ważne dla
wyjaśnienia realnych możliwości Rosji w tej wojnie, której losy nie rozstrzygają się przecież w kołach
wielkoświatowych...
Przełknąwszy wyraźną aluzję pod swym adresem, Paléologue powiedział:
- Radzę panu być bardzo ostrożnym. Poza wszystkim innym, mogą oskarżyć pana o podżeganie do
rewolucji; dla władz rosyjskich jest pan wszak socjalistą, a tym samym rewolucjonistą.
- Władze powinny wiedzieć, że już dawno zajęliśmy zupełnie inne stanowisko - odparł Thomas
i natychmiast pożałował tego, co powiedział, gdyż ambasador momentalnie zapytał:
- Ale przecież nie będzie pan tego ogłaszał w rozmowach z robotnikami rosyjskimi?

Tegoż dnia goście francuscy wyjechali do Kwatery Głównej, gdzie mieli się spotkać z generałem
Aleksiejewem.
Z Mohylewa Thomas wyruszył w podróż po fabrykach i Aleksiejew gościł samego tylko Vivianiego.
Generał był ostentacyjnie chłodny. Na jego biurku leżał szyfrogram od przedstawiciela Rosji przy
francuskiej Kwaterze Głównej, generała Żylińskiego.
„Obydwaj goście - donosił generał - są bardzo popularnymi osobistościami we Francji - w przeszłości
jako działacze społeczni o orientacji socjalistycznej, obecnie zaś jako ludzie związani z rządem. Ta ich
dwojaka popularność - moim zdaniem - nie może być uznana za trwałą. W chwili obecnej, wyrzekłszy
się swoich dawnych poglądów, aktywnie służą władzy, tłumacząc swe nowe stanowisko zrodzonym
przez wojnę patriotyzmem, kiedy to los Francji postawiony został na jedną kartę. Ale każda wojna ma
swój kres i nie wiadomo, jakie stanowisko zajmą wtedy. Osobiście oceniam ich jako chwilowych
faworytów władz i zalecałbym traktować tych panów tak właśnie, unikając całkowitej szczerości
wobec nich, aczkolwiek formalnie będą reprezentowali interesy rządu a nawet naczelnego
dowództwa, o czym świadczy list generała Joffre’a, który wręczą waszej ekscelencji...“
Aleksiejewowi wystarczyło jedno określenie - „faworyci“. Kiedy uśmiechnięty przymilnie Viviani
wszedł rankiem do jego gabinetu, generał spojrzał nań z niechęcią, sucho odpowiedział na słowa
powitania i niedbałym gestem wskazał mu fotel przed swym biurkiem.
- Trzeba przebyć drogę od Piotrogrodu do Kwatery Głównej, aby zrozumieć, jak ogromna jest Rosja
i jak cudowna jest wiosna w waszym kraju... - Viviani chciał poprzedzić przystąpienie do rzeczy miłą -
jak mniemał - sercu generała liryką, lecz Aleksiejew wysłuchał jego zachwytów z kamienną twarzą,
więc Francuz jak gdyby połknął swój uśmiech i wyjąwszy z kieszeni list generała Joffre’a podał go
szybko Rosjaninowi. Aleksiejew wziął list i położył go na biurku. Viviani podniósł rękę w geście
protestu:
- Wasza Ekscelencjo, generał Joffre prosił, aby przeczytał pan list zaraz po jego wręczeniu.
Zabrzmiało to niemal jak rozkaz, więc Aleksiejew powiedział z uśmiechem:
- Życzenie mego francuskiego kolegi jest dla mnie rozkazem...
Rozpieczętował list, przebiegł go szybko oczyma i odłożył na biurko.
- Generał Joffre, Wasza Ekscelencjo, polecił mi przekazać panu ustnie, że między pierwszym
a piętnastym lipca ma zamiar zacząć wielkie natarcie i byłby rad, gdyby pan. Wasza Ekscelencjo,
również mógł zacząć ofensywę nie później niż piętnastego lipca, gdyż pozbawi to przeciwnika
możliwości przerzucenia posiłków z jednego frontu na drugi.
Aleksiejew długo milczał, przyglądając się swoim splecionym dłoniom spoczywającym na biurku;
myślał o tym, jak beztroscy są Francuzi, nawet ci w generalskich mundurach. Mógłby teraz
powiedzieć temu chwilowemu faworytowi tamtejszych władz, że Rosja zacznie ofensywę znacznie
wcześniej, ale nie powie - nie jest przecież Francuzem...
Podniósł wreszcie wzrok spod nasępionych brwi:
- Nie mogę w tej chwili odpowiedzieć na prośbę generała Joffre’a - mała pauza - gdyż podobne
decyzje podejmuję nie ja, lecz nasz monarcha. Prośba zostanie przedstawiona Jego Cesarskiej Mości,
zaś o dalszym biegu spraw francuska Kwatera Główna zostanie poinformowana zgodnie z protokołem
przez naszego przedstawiciela we Francji, generała Żylińskiego... - I natychmiast spytał: - Zatrzymał
się pan w waszej misji wojskowej?
- Tak, oczywiście - odparł Viviani z niepokojem, rozumiejąc, że część oficjalna audiencji została
zakończona. - Jednakże w misji jest teraz bezkrólewie - generał Lagiche przekazał już sprawy, zaś
nowy szef, generał Jannen, przybędzie tu dopiero za kilka dni.
- To nic; personel misji jest dostatecznie dobrze poinformowany i wprowadzi pana w nasze sprawy.
Generał patrzył Francuzowi prosto w oczy; jego zmieszanie zdawało się sprawiać mu przyjemność -
niech wie ten cywil, ten chwilowy dygnitarz, że tu nie gadatliwa Francja...
Audiencja dobiegła końca, Viviani opuścił więc Kwaterę Główną. Kiedy jednak wrócił do siedziby swej
misji, oznajmiono mu, że jest zaproszony na naradę u cara, która ma odbyć się wieczorem.
Narada wszakże również nie spełniła jego nadziei. Mikołaj prowadził ją apodyktycznie, nikomu, w tym
także Vivianiemu, nie pozwalał się wypowiedzieć, chociaż wobec Francuza był uprzedzająco grzeczny,
nazywając go „naszym drogim gościem“, ale i w tym zwrocie Viviani nie mógł nie odczytać podtekstu,
że jest osobą nieoficjalną i ze sprawami wojny ma tylko pośredni związek. Wkrótce cała narada
sprowadzona została do omówienia jednej tylko kwestii - ilu swoich żołnierzy może Rosja wysłać do
Francji. Liczba, jaką wymienił na początku, dosłownie zawisła w powietrzu i nikt już do niej nie
Wracał; dyskutowano jedynie, czy posłać czterdzieści czy też pięćdziesiąt tysięcy. Nie zapadła również
żadna decyzja co do terminów. Zarówno o Rumunii, jak i o Polsce nie było mowy. I dopiero żegnając
się już z Vivianim car rzekł doń niedbale:
- Co się tyczy kwestii nie tyle wojskowych, ile dyplomatycznych, to do ich rozstrzygnięcia niezbędny
jest czas, a także specjalne przygotowania.
Obydwaj socjaliści wrócili do Piotrogrodu wyraźnie przygaszeni i poirytowani. W związku ze swą
podróżą po fabrykach Thomas powiedział ambasadorowi z niechęcią:
- Ma pan rację; sytuacja jest tu bardzo złożona. A w dodatku panuje totalny nieporządek. Opóźnione
dostawy surowców, niskie kwalifikacje robotników i wiele innych spraw.
- A jak pan ocenia nastroje w środowisku robotniczym? - spytał Paléologue.
Thomas rozzłościł się:
- Jakże według pana mogłem się w tym zorientować, jeśli rozmawiałem za pośrednictwem tłumacza
nie znającego jednej trzeciej słów francuskich?
Ambasador pogratulował Vivianiemu sukcesu w pertraktacjach związanych z wysyłką żołnierzy
rosyjskich do Francji i dodał czym prędzej:
- Nie chodzi o ilość; istotna jest tu -jak pan sam mówi - niezwykle pożyteczna symbolika tego faktu,
dlatego też trzeba zrobić wokół niego wiele hałasu i właśnie pan powinien odegrać w tym poważną
rolę.
Viviani nie odpowiedział. Ambasador zdawał sobie sprawę, że goście mogą wrócić do domu w złych
nastrojach i że winą za owe nastroje mogą obarczać jego. Należało więc przed ich odjazdem zrobić
wszystko, aby zatrzeć niemiłe wrażenie...
I zaczęły się przyjęcia... Wystawne śniadanie u wielkiej księżny Marii Pawłowny, na którym
wygłaszano słodkie mowy pod adresem Francji i Francuzów... Wspaniały bankiet na czterysta osób
wydany w imieniu stolicy rosyjskiej i Dumy, na którym rej wodził sam Rodzianko, a przemawiał
w imieniu rządu minister spraw zagranicznych Sazonow. (Tylko Paléologue wiedział, ile wysiłku
kosztowało go namówienie ministra, aby zechciał tu wystąpić...) Uczestnicy bankietu odśpiewali
hymn rosyjski Boże, chroń cara... a następnie pojawił się na sali Fiodor Szalapin, który zaintonował
Marsyliankę, podchwyconą przez wszystkich gości. Samo zestawienie tych dwóch hymnów było
czymś przeciwnym naturze, jednakże nikt z obecnych zdawał się tego nie zauważać; może tylko
biorący udział w bankiecie ministrowie o skrajnie prawicowej orientacji spoglądali nie bez obawy na
śpiewających z zapałem rewolucyjną pieśń, sami zaś markowali jedynie swój śpiew bezdźwięcznym
ruchem warg...
W atmosferze entuzjazmu wywołanego wspólnym śpiewem Viviani wygłosił efektowne
przemówienie o niezmiennej i wiernej miłości Francji do Rosji. Skończył je z oczyma pełnymi łez.
Wnosząc ręce ku niebu zawołał w zapamiętaniu:
- Bóg mi świadkiem! Będziemy iść ramię w ramię aż do końca, do tego świetlanego dnia, kiedy
zdeptane przez wroga prawo zostanie pomszczone! Jest to nasz obowiązek wobec poległych,
w przeciwnym bowiem razie ich ofiara poszłaby na marne! Jest to nasz obowiązek wobec przyszłych
pokoleń!
Sala zgotowała mu burzliwą owację.
Na zakończenie zabrał głos lider partii kadetów w Dumie, Makłakow, całkiem zresztą nie najgorszy
mówca, i wreszcie socjaliści francuscy mieli okazję zobaczyć i usłyszeć rosyjskiego działacza
politycznego. Makłakow zrobił na nich doskonałe wrażenie, co więcej - dopatrzyli się w nim jakiegoś
pokrewieństwa z sobą. Zwłaszcza po jego oświadczeniu, że był i jest nadal nieprzejednanym pacyfistą,
co jednak nie przeszkadza mu gorąco popierać tej wojny, która otworzy przed Francją i Rosją
perspektywę decydowania o przyszłych losach całej ludzkości.
Paléologue nie zawiódł się w swych rachubach - po tym bankiecie nastrój gości uległ wyraźnej
poprawie i jeden przez drugiego prawili mu komplementy, nazywając go nawet francuską duszą
stolicy rosyjskiej...
Już po Rewolucji Październikowej przebywający na emigracji Rodzianko napisze w artykule
W przeddzień katastrofy o tej wizycie -jak się wyrazi - „posłów elokwencji francuskiej“, wspominając
ów wspaniały bankiet, na którym śpiewano hymny: „Boże, jakżeż to wszystko było trudne do pojęcia,
fałszywe i niepotrzebne Rosji w tych okropnych czasach. Co najmniej dziwny, jeśli nie wręcz
prowokacyjny wydawał się fakt, że Francja uznała za stosowne wydelegować do nas właśnie
socjalistów. Zarówno my, jak też goście francuscy oszukiwaliśmy wszystkich dokoła i samych siebie,
kiedy z zapałem śpiewaliśmy hymn carski i Marsyliankę, usiłując pogodzić w swych duszach to, czego
pogodzić się nie da. Najważniejsze zaś, że nie było to ani potrzebne, ani pożyteczne tak dla Rosji, jak
i dla Francji. Oszukiwaliśmy się wszyscy razem i każdy z osobna. Pamiętam swoją rozmowę z jednym z
Francuzów; był to A. Thomas, wręcz wspaniały w swym zakłamaniu. Rozmawialiśmy w cztery oczy.
Biorąc mnie niemal za lidera lewicy, tj. za człowieka o podobnych poglądach (czyż mógł nie pamiętać,
kim był sam w owej chwili?), zapewniał mnie z ogniem w oczach, że samo powietrze Europy
przesycone jest rewolucją, że powinniśmy podać sobie ręce pod jej sztandarem, i jeszcze coś w tym
rodzaju...
Widziałem się z nim wszakże również po przewrocie lutowym, kiedy to znowu zjawił się w Rosji. Jego
oczy płonęły tak samo, lecz mówił mi już coś zupełnie innego - mówił, że należy myśleć nie
o rewolucji, lecz o zwycięstwie nad Niemcami, bowiem tylko ono może uratować Rosję i Francję, jak
myślicie, przed czym? Przed rewolucją! Nie wierzyłem własnym oczom i uszom - z podobną
ekwilibrystyką polityczną nie spotkałem się jeszcze nigdy... Podczas tej naszej rozmowy za murami
Dumy szalała rewolucja, która - jak się okazało - była równie zbyteczna znakomitemu socjaliście, jak i
Rosji. Czyż nie mieli więc racji nasi lewicowcy nazywając tego rodzaju socjalistów socjalzdrajcami?
I było to bardzo dalekie od Rosji, której mój rozmówca po prostu nie znał, ale chciał swe osobiste
doświadczenie uczynić historycznym. A wszystko to razem wzięte, wszystko to, co się wówczas działo,
nie było niczym innym, jak koszmarem bezsilności...“

17 maja Thomas i Viviani opuścili Piotrogród, wywożąc zeń bardziej niż skromne rezultaty swej wizyty
oraz fałszywy obraz społeczeństwa rosyjskiego, przepełnionego wiarą w zwycięstwo i gorącą miłością
do Francji.
W ten sposób odwrócona została jeszcze jedna pusta kartka roku szesnastego, ostatniego roku
monarchii rosyjskiej.
A wojna trwała i lała się krew - generał Brusiłow kończył w tym czasie ostatnie przygotowania do
wielkiej ofensywy na swoim froncie. W owych dniach nie mógł jeszcze wiedzieć, że zostanie
haniebnie oszukany przez Kwaterę Główną oraz naczelnego dowódcę Mikołaja II i rozpocznie natarcie
bez obiecanej pomocy ze strony innych frontów, w wyniku czego świetna operacja - sięgnąwszy
Karpat - zawiśnie w powietrzu. Armia austro-węgierska poniesie ciężką klęskę, straci około półtora
miliona żołnierzy i masę sprzętu, jednakże ten sukces nie zdecyduje o przebiegu wojny i będzie
kosztował Rosję jeszcze wiele krwi. Później, po latach, angielski historyk Lydley Haarth
7
napisze o tej
ofensywie: „Rosja poświęciła się dla swych sojuszników i byłoby wielką niesprawiedliwością
zapomnieć, że alianci są jej wiecznymi dłużnikami...“ Niestety, również i ten dług zostanie wkrótce
zapomniany przez sojuszników Rosji, co więcej - nie miną nawet dwa lata i wyślą oni swe wojska, by
zdławić powołaną z woli narodu władzę radziecką. I wreszcie po długich wahaniach Brusiłow zgłosi
swój akces do Armii Czerwonej i będzie wiernie służył w jej szeregach do ostatniej chwili swego
życia...
Natomiast wtedy, w szesnastym roku, zakończywszy natarcie, które dało Rosji znacznie mniej niż
mogło dać, Brusiłow doskonale wiedział, kto mu przeszkodził. We wspomnieniach swych napisze, co
następuje: „Kwatera Główna, w moim przekonaniu, w żadnej mierze nie spełniła swego zadania
polegającego na kierowaniu całością rosyjskich sił zbrojnych i nie tylko nie decydowała o przebiegu
wydarzeń, lecz przebieg wydarzeń decydował o jej poczynaniach, podobnie jak wiatr decyduje
o ruchach wiotkiej trzciny.” Napisze również o całkowitej ignorancji cara w sprawach wojskowych:
„Przestępcami są ludzie, co nie odradzili carowi - używając najbardziej stanowczych argumentów,
a nawet siły - brania na siebie obowiązków, którym ze względu na swą wiedzę, zdolności, charakter
i słabą wolę w żadnym wypadku nie mógł podołać...“

Rozdział ósmy

Pociąg z Piotrogrodu przychodził do Moskwy rano. Kwiecień był słotny i Moskwa pogrążała się
nocami w ciężkiej mokrej mgle, a potem do południa miasto tonęło w półmroku. Jadący owym
pociągiem Aleksander Wojaczek błogosławił tę pogodę. Siedząc w przepełnionym wagonie trzeciej
klasy ściskał walizkę między nogami i obserwował przez okno białą mgłę, w której niby widma
przepływały drzewa. Przez całą noc nie zmrużył oka; na piersi pod kurtką studencką ukrył cenny
pakiet i nerwy miał napięte do ostatnich granic. Podróż ta była związana z bardzo poważnym
poleceniem partii, może najbardziej poważnym w całym jego, co prawda niezbyt długim, życiu
bolszewika. Jeszcze na dworcu w Piotrogrodzie przeżył przykre chwile - miał wrażenie, że wlecze za
sobą „ogon“, ale dzięki Bogu okazało się, że była to pomyłka; podejrzany typ, który - jak mu się
wydawało - przyczepił się do niego jeszcze w budynku dworca, zniknął. Ale mimo to miał się na
baczności. Rozglądał się więc uważnie spacerując wzdłuż pociągu i dopiero gdy pociąg ruszył,
wskoczył do swego wagonu i wcisnął się na boczne miejsce w pobliżu drzwi. Obrzucał bacznym,
niemal obmacującym spojrzeniem każdego, kto przepychał się przez wagon. Jeśli „ogon“ wsiadł do
pociągu, zacznie go szukać w tłumie pasażerów i od razu można będzie to zauważyć. Minęła jednak
godzina, potem druga, a Wojaczek nie dostrzegł nic podejrzanego. Wagon stopniowo zasypiał. Na
ramieniu Wojaczka oparł głowę jakiś brodaty chłop w siermiędze i natychmiast zaczął chrapać.
Umilkło wreszcie płaczące w sąsiednim przedziale dziecko. Zrobiło się cicho, tylko koła postukiwały
pod rozedrganą podłogą wagonu. Kurtkę na piersi rozpierał zawinięty w płótno pakiet. Wojaczek

7
Czyżby Sir Basil Henry Liddell Hart - zorg
rozpiął górne guziki płaszcza i włożył rękę w zanadrze, by trzymać go przez cały czas. Była w nim
bibuła - niezwykle cenne prace Lenina, które przysłano z zagranicy. W Moskwie Wojaczek zawiezie je
do Lefortowa; tam, w pobliżu koszar wojskowych, ma adres kontaktowy, pod którym zamieszka
i będzie pracował wśród żołnierzy. W komitecie piotrogrodzkim powiedzieli mu, że jest to teraz
najważniejsza sprawa partii.
Pod wskazanym adresem czeka Władimir Brujew, student, podobnie jak i on. Wojaczek widział go
tylko raz, kiedy Brujew przyjechał w ubiegłym roku do Piotrogrodu. Spotkali się w mieszkaniu
nauczycielki Wolskiej. Nie udało im się bliżej poznać ani nawet porozmawiać jak należy, gdyż do
mieszkania wpadła policja i aresztowała wszystkich obecnych. Przesłuchania ciągnęły się całą noc, ale
widocznie nie było żadnych poszlak, bo rankiem zostali zwolnieni. Brujew natychmiast wyjechał do
domu, do Moskwy... Okazało się, że był siostrzeńcem nauczycielki i ta wystawiła mu jak najlepszą
opinię - od dawna związany jest z nastrojonymi probolszewicko studentami moskiewskimi, brał udział
w studenckim strajku przeciwko wojnie, jest bardzo oczytany, ma własne zdanie o wielu sprawach...
Jednakże w komitecie piotrogrodzkim wyrażano się o nim ostrożniej i radzono Wojaczkowi, aby nie
ufał mu całkowicie, dopóki sam nie rozgryzie go jak należy.
Ze względu na czekającą go pracę, proponowany adres był dla Wojaczka nadzwyczaj dogodny; trudno
o lepszy. Ojciec Brujewa był lekarzem wojskowym i mieszkał na terenie koszar lefortowskich.
Rozumie się więc samo przez się, że prowadzenie agitacji wśród żołnierzy będzie w takich
okolicznościach znacznie ułatwione. Ale jaki jest naprawdę ten Władimir Brujew? Na razie
Wojaczkowi nie podoba się tylko to, że nie jest on robotnikiem; każdy, kto pochodzi z rodziny
inteligenckiej, jest dla Wojaczka niepełnowartościowym rewolucjonistą. Wprawdzie tłumaczono mu,
że to błędne rozumowanie i przy takim podejściu można zwątpić nawet w towarzysza Lenina. Ten
argument dobił Wojaczka ostatecznie...
Przed wyjazdem z Piotrogrodu Wojaczek pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego
i prawdę mówiąc bardzo mu było przykro rozstawać się z towarzyszami z zakładów; sam przecież
znalazł drogę do każdego z nich i potrafił zrobić z tych ludzi aktywnych działaczy partyjnych,
gotowych pójść za nim każdej chwili, bez wahania i strachu. Ale nie powinien się martwić; płomiennie
rudy, stateczny i rozważny Misza Sokołow, który przejął jego obowiązki, a także wesoły ślusarz Wasia
Diełow będą kontynuowali robotę - obydwaj są odważni i nie w ciemię bici...
Podłoga wagonu trzęsie się pod nogami. Ludzie dokoła pogrążeni są w ciężkim, nerwowym śnie.
Duszno. Zmęczenie paraliżuje wolę, ale Wojaczkowi nie wolno zasnąć. Nie śpi też jego pamięć...
Nie upłynęło jeszcze nawet pięć lat od chwili, kiedy jechał w takim samym przepełnionym wagonie z
Tweru do Petersburga z zamiarem wstąpienia do instytutu politechnicznego, pozostawiwszy swe
serce we wsi Marjino leżącej w pobliżu miasta Torżok, gdzie się urodził, mieszkał i zaczął pobierać
nauki. Od pierwszej klasy w wiejskiej szkole a potem w gimnazjum twerskim chciwie i wytrwale
chłonął wiedzę. Nie ukończywszy jeszcze szkoły, został korepetytorem syna obszarnika, na którego
ziemi .stał jego dom rodzinny. Przez trzy lata spędzał wakacje we dworze. Nie, nie, traktowano go
tam zupełnie przyzwoicie. Dziedzic lubił się bawić i w jego domu zawsze było mnóstwo gości z
Moskwy i ze stolicy; przyjeżdżali tu na polowania, a ściślej mówiąc - na huczne popijawy na łonie
natury. Wojaczek zaprzyjaźnił się z synem obszarnika i razem zaczytywali się książkami z biblioteki
dworskiej. Chłopak był niezły, miał dobre serce, ubłagał więc ojca, aby umieścił Wojaczka wraz z nim
w gimnazjum twerskim. A później jakiś znajomy, który pracował w ministerstwie oświaty, pomógł im
dostać się do instytutu politechnicznego. Jednakże już na pierwszym roku studiów ich przyjaźń się
skończyła - syn obszarnika nie wytrzymał kucia przedmiotów technicznych i po pierwszym semestrze
rzucił instytut, by znaleźć sobie posadę w którymś z urzędów państwowych. Bóg z nim, chociaż
w pamięci Wojaczka łączyło się z nim wszystko, co dobre. Pozostało mu tylko jedno przykre
wspomnienie z tamtego okresu - wspomnienie o tym, jak odwiedzili go we dworze rodzice. Na pokoje
ich nie wpuszczono i Wojaczek siedział z nimi w cuchnącej szarym mydłem czeladnej, podczas gdy
z okien dworu dolatywały dźwięki pięknej muzyki - to pani domu grała dla swych gości na fortepianie.
A jemu było nie wiadomo dlaczego wstyd przed rodzicami i chciał, aby jak najszybciej wyjechali.
Ojciec zaś starał się za wszelką cenę zobaczyć z dziedzicem, aby rzucić się mu do nóg w podzięce za
syna.
- Sasza - prosił go po raz nie wiadomo który - idź do pana i poproś go, żeby wyszedł na chwilkę na
podwórze.
- Nie pójdę, tato! Za nic nie pójdę! - odpowiedział Wojaczek gniewnie.
Dziwne, ale te odwiedziny rodziców w majątku, w którym mieszkał, utkwiły mu w pamięci głębiej, niż
cokolwiek innego...
Również i w instytucie Wojaczek uczył się nie szczędząc wysiłku i już od drugiego roku zaczął
otrzymywać specjalne podwyższone stypendium, z którego co miesiąc wysyłał rodzicom pięć rubli,
choć sam często niedojadał całymi tygodniami.
Należy podkreślić, że skład osobowy studentów w instytucie politechnicznym był bardzo
demokratyczny, nic więc dziwnego, że właśnie tu, wcześniej niż w innych wyższych uczelniach, doszło
do demonstracji rewolucyjnych i bolszewicy mieli tu swoich ludzi jeszcze z czasów pierwszej
rewolucji. Z jednym z nich Wojaczek zawarł wkrótce znajomość. Był to jego kolega z roku - Łotysz
Sienia Strod, wesoły chłopak z pszeniczną bródką i błękitnymi oczyma. Pewnego razu tenże Sienia
zaprosił go na wieczorek studencki do domu swej dobrej znajomej, która uczęszczała na Kursy
Bestużewowskie. Początkowo wszystko było jak na zwykłym wieczorku - pili herbatę z domowymi
ciasteczkami, pani domu grała na fortepianie, śpiewali chórem, deklamowali wiersze Niekrasowa,
a potem właśnie tą Niekrasowowską koleją żelazną
8
wjechali wprost w rozmowę o polityce i pierwsza
kwestia owej rozmowy brzmiała: komu potrzebna jest ta wojna? I w prawdziwe zdumienie wprawił
wtedy Wojaczka Sienia Strod, którego uważał dotąd za beztroskiego wielbiciela płci pięknej. Sienią
nagle wyciągnął z kieszeni jakąś zmiętą broszurkę i zaczął głośno czytać.
Wtedy to Wojaczek po raz pierwszy usłyszał o Leninie, który był właśnie autorem rzeczonej broszurki.
Każde jej zdanie tchnęło prawdą, a poznawszy tę prawdę żaden uczciwy człowiek nie mógł już żyć, jak
żył do tej pory, nie starając się wniknąć w istotę otaczającej go rzeczywistości; nie mógł udawać, że jej
nie dostrzega, że go to wszystko nie dotyczy. Tegoż wieczoru Strod dał mu jeszcze jedną broszurę.
A kiedy nadeszła zima, zaprowadził Wojaczka do Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego i
skontaktował go tam z grupą bolszewików. Jak się okazało, sam Strod już od dawna działał w fabryce
„Trójkąt“... W ten sposób Wojaczek został bolszewikiem. Zdawać by się mogło, że wszystko
przebiegało bardzo prosto i pozornie łatwo, ale to wprowadziło go do środowiska robotniczego
i dopiero tam zdał sobie sprawę, co znaczy być bolszewikiem. Od tej pory jego życie nie należało już
do niego i wszystko w tym życiu podporządkowane było teraz świętej sprawie rewolucji.
Obecnie Wojaczek już po prostu nie może sobie wyobrazić, że jego życie mogłoby potoczyć się
inaczej, bez tej niebezpiecznej, lecz pasjonującej działalności żołnierza wielkiej sprawy, prawdy
rewolucji. Jak gdyby zyskał drugą parę oczu, by widzieć to, czego nie widzą inni, i pojąć to, czego inni
nie znają.

8
Aluzja do głośnego wiersza Mikołaja Niekrasowa Kolej żelazna (1865) uważanego za hymn na cześć ludu
(przyp. tłum.).
Tymczasem ludzie w wagonie, jakby poczuwszy nadchodzący ranek, zaczęli się ruszać, chrząkać,
kaszleć; rozległy się zaspane, zachrypnięte głosy, a w sąsiednim przedziale znów zapłakało dziecko.
Konduktor zgasił świecę w latarni nad drzwiami i wszystko wokół, nawet twarze pasażerów, zrobiło
się niebieskawe.
Ludzie z walizkami i węzełkami zaczęli się tłoczyć przy drzwiach. Wojaczek też wcisnął się w zwarty
tłum. Pociąg to jechał, to znów zatrzymywał się, przepuszczając jadące w przeciwnym kierunku
transporty wojskowe. Wreszcie dowlókł się wolniutko do Moskwy i stanął przy nieosłoniętym
drewnianym peronie, za którym widać było trzy inne pociągi.
Pasażerowie zaczęli pchać się do wyjścia, pociągając za sobą Wojaczka, ale w tym momencie coś się
stało - z tyłu napierała masa ludzi, a na przodzie coś zatamowało ruch. Dopiero znalazłszy się na
pomoście wagonu Wojaczek zrozumiał, o co chodzi - na wprost wyjścia z wagonu powstrzymywali
napór pasażerów dwaj policjanci; wysunąwszy ręce do przodu roztrącali na boki potok podróżnych,
za nimi zaś stał szpicel w futrzanym pierożku na głowie (Wojaczek rozpoznawał tajniaków na pierwszy
rzut oka), i kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się na moment, tamten rzucił się bez namysłu w jego
stronę.
Decydowały sekundy. Popchnąwszy w kierunku szpicla stojącego przed nim mężczyznę. Wojaczek dał
nura w bok i ujrzał biegnącego wzdłuż wagonu drugiego agenta. Cisnął więc swoje zawiniątko pod
koła, a sam skoczył do przodu, zamierzając zrzucić szpicla z pomostu. Jednakże w tym momencie
policjant, który znalazł się nie wiadomo skąd za jego plecami, uchwycił głowę Wojaczka żelaznym
uściskiem i zwalił go z nóg...
Pod eskortą dwóch policjantów został Wojaczek odwieziony dorożką do gmachu moskiewskiej
ochrany w zaułku Gniezdnikowskim. Nie czuł nic poza zaprawioną goryczą irytacją i pocieszał się
tylko, że jedno mu się udało - tajniacy przegapili, zdaje się, jego paczkę. W walizce zaś nie ma nic
szczególnie niebezpiecznego. Wklejony w dno list, nawet jeżeli go znajdą, nie może stać się żadną
poważną poszlaką - nie wiadomo, kto go napisał i do kogo. Uprzytomniwszy sobie to wszystko
Wojaczek uspokoił się trochę, chociaż złość nie opuszczała go ani na moment. Ale Sienia Strod
powtarzał mu niejednokrotnie, że bolszewik, który ani razu nie zetknął się z ochraną, to jeszcze nie
prawdziwy bolszewik.
Ponad godzinę przetrzymano go w areszcie na parterze - pewnie przeszukiwali jego walizkę. Tak
właśnie było; kiedy wprowadzono go wreszcie na pierwsze piętro do pokoju sędziego śledczego,
pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mu się w oczy, była wypatroszona walizka. Sędzia trzymał w ręku jego
legitymację studencką.
Przyglądał się przez chwilę fotografii w legitymacji, potem podniósł wzrok i zapytał półgłosem:
- A więc mam przyjemność z panem Wojaczkiem?
Wypieranie się nie miało sensu - legitymacja studencka była jego jedynym dokumentem, na
podstawie którego zamierzał legalnie zamieszkać w Moskwie; według tegoż dokumentu był
studentem, tyle że nie Instytutu Politechnicznego, lecz Pedagogicznego. Cała reszta to już dla ochrany
absolutna niewiadoma.
Wojaczek skoncentrował się i niecierpliwie spoglądał na sędziego, który w dalszym ciągu obwąchiwał
jego legitymację.
- Legitymacja jest oczywiście fałszywa? - spytał sędzia. - Może pan nie odpowiadać, ustalimy to raz
dwa... - Odrzucił legitymację na skraj biurka, położył przed sobą czysty arkusz papieru i wlepił w
Wojaczka swe jasne, niemal białe oczy. Wojaczek patrzył na niego uważnie. Był to człowiek już
w podeszłym wieku, jego różową łysinkę otaczały rzadziutkie siwe włosy. Obwisłe policzki pokrywała
siatka sklerotycznych żyłek, dwie głębokie bruzdy przecinały pociągłą twarz od nozdrzy do kącików
wąskich ust. „Podupadł facet na państwowym wikcie“ - pomyślał Wojaczek drwiąco.
- W jakim celu przybył pan do Moskwy, panie Wojaczek?
- Od dawna już chciałem ją zwiedzić, pójść do Galerii Trietiakowskiej, a że mam właśnie wolny
tydzień, więc przyjechałem.
- To znaczy, że przyjechał pan na wycieczkę i nic więcej, tak? - wąskie wargi śledczego skrzywiły się
w złym uśmiechu.
- Właśnie tak.
- A co to jest? - sędzia wziął z biurka niebieski zeszyt i pokazał mu go z daleka. Parę dni temu Sienia
Strod dał Wojaczkowi ten zeszyt do przeczytania mówiąc przy tym: „Zobacz, co pichcą dla robotników
w piotrogrodzkich salonach...“ Wojaczek nie był w stanie przeczytać wszystkiego do końca - okropne
bzdury, jakieś babskie lamentacje. - No więc cóż to za dzieło?
- Coś w rodzaju albumu - spokojnie odparł Wojaczek. - Mój kolega dał mi to do przeczytania. Jakieś
pogrzebowe stance.
- Jednakże tu ni mniej, ni więcej, tylko wyprawia się na tamten świat naszego cesarza, który cieszy się
dzięki Bogu doskonałym zdrowiem.
- Czyżby? - zdziwił się Wojaczek.
- A jakże... - sędzia otworzył zeszyt i zaczął deklamować przyciszonym głosem:
Nikt już Rosji nie ocali.
Padamy w przepaść mogiły,
I nasz władca ukochany,
Dan od Boga, nie ma siły...
- No więc?
- Typowe inteligenckie biadolenie - wzruszył ramionami Wojaczek.
- Kto to jest Władimir Brujew? - spytał nagle sędzia ostrym tonem.
- Nie mam pojęcia. Brujew, tak pan powiedział? Jestem zupełnie pewien - nie znam takiego.
- W pańskiej walizce znaleziono starannie ukryty list właśnie do pana Brujewa („Łże, list jest bez
adresu...“)
- Jakieś cuda...
- Należy pan do partii socjaldemokratycznej?
- Nie. Ale Marksa czytałem. Pożyczyłem sobie specjalnie w Piotrogrodzkiej Bibliotece Publicznej.
Trzeba przyznać, że nie jest to łatwa lektura.
- Zgadzam się z panem całkowicie - sędzia skinął głową. - Jakiś czas temu był pan zatrzymany przez
policję w Piotrogrodzie w mieszkaniu niejakiej pani Wolskiej. Za co?
- Zatrzymano tam wtedy wszystkich, nie wiem za co, ale ponieważ znalazłem się tam przypadkowo,
więc zaraz zostałem zwolniony. („Skąd on o tym wie?“)
- Znał pan wszystkich, którzy tam byli?
- Nie znałem nikogo; przyprowadziła mnie tam znajoma studentka.
- A czy nie było tam pana Brujewa? („Czyżby już mieli Brujewa i ten złożył zeznania?“)
- Ale ja go przecież nie znam.
- A Brujew pana zna i widział pana właśnie tam.
- Takie oświadczenie to już jego prywatna sprawa. („Co im jeszcze zdradził ten Brujew?“)
Na tym pierwsze przesłuchanie zostało zakończone i Wojaczka odprowadzono do aresztu. Był
zdenerwowany... Wygląda, że mają już Brujewa, który składa zeznania, co oczywiście mocno
komplikuje sytuację. Wojaczek pamiętał tego wiecznego studenta z nerwowym tikiem na kościstej
twarzy. Co on im jeszcze powiedział? Co mógł powiedzieć? Musiał, rzecz jasna, wiedzieć, że jedzie do
niego ktoś z Piotrogrodu, ale nie mógł wiedzieć, kto to jest. Ale skąd wobec tego ochrana wie, że list
był adresowany do niego? To może być tylko ich domysł...
Przemyślawszy wszystko, Wojaczek postanowił trzymać się swojej wersji o wycieczce do Moskwy
i zaprzeczać wszystkim zeznaniom Brujewa; jeśli ochrana nie ma przeciwko niemu żadnych
materiałów, to nie uda się im spreparować żadnego oskarżenia. Ale co jeszcze mogą mieć? A jeśli
porozumieli się już ze swoimi w Piotrogrodzie i dostali coś w związku z tym zatrzymaniem
w mieszkaniu Wolskiej? No cóż, jeśli idzie o niego, to powiedział prawdę - wypuścili go wówczas bez
żadnych konsekwencji. I mówił już, że w tym mieszkaniu znalazł się przypadkiem, że przyprowadziła
go tam znajoma studentka u Kursów Bestużewowskich. Nawiasem mówiąc, tak też zanotowano
w protokole policji piotrogrodzkiej - pomogła mu w tym względzie zatrzymana wraz ze wszystkimi
dziewczyna, która wcześniej niż on oświadczyła, że to właśnie ona go przyprowadziła. Potem okazało
się, że była to przyjaciółka Sieni Stroda, który śmiał się: „Przecież wiedziałem, komu cię powierzam...“
Jednym słowem, jeśli ochrana moskiewska ma już materiały dotyczące tamtego incydentu, to nie
znajdzie w nich nic istotnego przeciwko niemu...
Drugie przesłuchanie odbyło się wieczorem i teraz notował już każde słowo siedzący z boku
protokolant. Sędzia śledczy odczytał zeznania Brujewa, w których przyznawał się on, że wizyta
w owym piotrogrodzkim mieszkaniu nie była przypadkowa - pani Wolska to jego ciotka
sympatyzująca od dawna z rewolucyjnie nastrojonymi studentami i on sam prosił ją, by pomogła mu
nawiązać z nimi kontakty. Dalej zaś informował, że widział w jej mieszkaniu studenta Wojaczka,
którego identyfikuje na podstawie okazanej mu fotografii w legitymacji studenckiej wystawionej na
nazwisko Wojaczek. Wreszcie zeznawał, że wkrótce po powrocie do Moskwy telefonował doń jakiś
nieznajomy uprzedzając go, że w najbliższym czasie przyjedzie z Piotrogrodu człowiek, który będzie
wraz z nim pracował wśród żołnierzy w koszarach lefortowskich i że tym człowiekiem
prawdopodobnie (?!) jest właśnie wymieniony wyżej Wojaczek, w związku z czym znaleziony u
Wojaczka list musiał być adresowany do niego - Brujewa...
Wojaczek zdawał sobie sprawę, że ze wszystkich tych „prawdopodobnie“ i „w związku z tym“ nie uda
się ochranie sklecić aktu oskarżenia, ale nie wiedział, co jeszcze mówił Brujew.
Nie zdążył nad tym pomyśleć, gdyż właśnie w tej chwili sędzia wyjął z szuflady i położył przed nim
znaną mu paczkę owiniętą w płótno.
- To pańskie?
- Kategorycznie zaprzeczam.
- Kłamie pan, panie Wojaczek! Wyrzucił pan tę paczkę wysiadając z pociągu, ale nie wziął pan pod
uwagę, że fakt został dostrzeżony i potwierdzony zeznaniami świadków.
Wojaczek spojrzał na sędziego ze zdziwieniem:
- Sądziłem, że pańska instytucja jest instytucją poważną, a tymczasem robi się tutaj jakieś
niepoważne sztuczki. Powtarzam, że to nie moja paczka i nie wiem, co w niej jest. (Rachuby Wojaczka
były całkiem proste: paczkę mogli znaleźć później, o świadkach zaś chyba kłamie albo nie zdążył
jeszcze spreparować ich zeznań; w każdym razie nie przedstawia ich...)
- A co pan ma to powiedzenia w związku z listem, który znaleziony został w pańskiej walizce?
- Z równym powodzeniem mogliście tam, panowie, znaleźć wszystko, co jest wam potrzebne.
Białawe oczy sędziego zwęziły się, zły grymas wykrzywił twarz:
- Panie Wojaczek, musi pan wiedzieć, że zarówno uporczywe nieprzyznawanie się do winy, jak też
składanie fałszywych zeznań przyniesie panu wielką szkodę. I niech pan nie myśli, proszę, że jesteśmy
tu wszyscy pozbawionymi rozumu ślepcami. Przez nasze ręce przeszedł już legion takich jak pan
i wszelkie krętactwa tego towarzystwa są nam doskonale znane. Został pan schwytany na gorącym
uczynku i proszę z tego wyciągnąć odpowiednie wnioski, zdać sobie sprawę z sytuacji, w jakiej pan się
znalazł, i zaprzestać dziecinnych igraszek.
- Nie w głowie mi żadne igraszki i w odpowiedzi na pańskie pytania mówię tylko i wyłącznie prawdę.
- No, jak pan chce, ale zaraz ta pańska prawda się rozleci.
Sędzia wydał przez telefon polecenie, aby przyprowadzono aresztowanego Brujewa, i odchyliwszy się
do tyłu na oparcie fotela spoglądał na Wojaczka z ironicznym uśmiechem.
Wojaczek był zupełnie spokojny, ponieważ dotychczas ochrana nie zdołała mu niczego udowodnić.
Teraz trzeba było tylko zachować się odpowiednio podczas konfrontacji.
Wszedł zgarbiony Brujew i zatrzymał się przy drzwiach. Długie ręce zwisały mu bezwładnie niemal do
kolan. Wojaczek poznał go z trudem - prawa strona jego twarzy była zupełnie sina i zapuchnięta.
- Niech się pan zbliży, panie Brujew - zaprosił go sędzia śledczy. - Niech pan stanie tutaj i spojrzy na
tego człowieka.
Spojrzenia Wojaczka i Brujewa skrzyżowały się na moment i Wojaczek zapytał szybko:
- Bili pana?
Brujew skinął twierdząco.
- Niech pan zażąda, aby wniesiono to do protokołu.
- Milczeć! - wrzasnął sędzia.
- Nie, ja nie będę milczał tak jak on i żądam odnotowania w protokole, że aresztowany Brujew został
pobity.
Protokolant zamarł i wlepił wzrok w sędziego, lecz ten zrobił ostry gest, jakby przekreślał wszystko, co
się tutaj działo.
- Niech pan odpowiada, panie Brujew; zna pan tego człowieka?
- Zdaje mi się, że gdzieś go widziałem - odparł cicho indagowany.
- Gdzie? Gdzie pan go widział? - spytał sędzia natarczywie.
- W Piotrogrodzie.
- A dokładniej? Gdzie?
- W pewnym domu... wśród gości.
- U pańskiej ciotki Wolskiej?
- Tak.
- Kiedy to było?
- W zeszłym roku.
- Czy wszyscy zostaliście wówczas zatrzymani przez policję?
- Tak.
- I ten pan również?
- Chyba tak... zabrano wtedy wszystkich.
- Z jakiej okazji przyszli goście?
- Były urodziny pani domu.
- A pod jakim nazwiskiem występował tam ten pan?
- Nie znam jego nazwiska.
- Jakże to, panie Brujew? - sędzia tak się rozgniewał, że na jego obwisłe policzki wypełzł sinawy
rumieniec. - Przecież pan powiedział, że ten pan nazywa się Wojaczek i to właśnie on miał przyjechać
do pana do Moskwy, aby razem z panem prowadzić wywrotową robotę wśród żołnierzy. Czyż nie
mówił pan tego? Wszystko zostało zaprotokołowane i pan to podpisał.
- Mówiłem... - odparł Brujew ledwie dosłyszalnie. - Ale to nazwisko przeczytałem dopiero
w legitymacji studenckiej, którą pan mi pokazał. Nie wiedziałem, kto ma przyjechać, a przez telefon
powiedziano mi tylko, że przyjedzie człowiek z listem.
- Z tym listem? - sędzia pokazał rozpieczętowaną kopertę.
- Tak. Ale przecież list jest bez adresu, tak że mógł być do kogoś innego, nie do mnie.
- Wszystko się zgadza, panie sędzio - wtrącił się Wojaczek. - Ani on, ani ja nie mamy nic wspólnego
z tym cudownie znalezionym listem.
- Milczeć; nikt pana o to nie pyta! - krzyknął sędzia. - Proszę odpowiadać - przyjechał pan do Brujewa?
- Przyjechałem do Moskwy, a Brujewa widzę po raz pierwszy.
- Więc Brujew kłamie, że widział pana u pani Wolskiej?
- Dlaczego zaraz kłamie? Może się po prostu mylić, jak każdy człowiek w podobnej sytuacji, a jeśli na
dodatek człowieka się bije, to może powiedzieć...
- Milczeć! Milczeć! - huknął sędzia.
Na tym konfrontacja została zakończona. Brujewa wyprowadzono. Sędzia opanował się i długo czytał
leżące przed nim papiery.
- Dlaczego nie polecił pan sporządzić protokołu konfrontacji? - spytał spokojnie Wojaczek.
- Niech się pan nie spieszy, na wszystko przyjdzie kolej - nie odrywając się od papierów odpowiedział
sędzia i dodał: - Za kratki też pan pójdzie we właściwym czasie...
Wojaczka odwiedziono do więzienia w Butyrkach, a sędzia śledczy udał się z raportem do naczelnika
wydziału pułkownika Ryndina.
- Jeśli chodzi o Brujewa, to wszystko jest jasne - oznajmił sędzia. - Same jego zeznania zupełnie
wystarczą, aby go raz dwa zesłać na Sybir. Co się zaś tyczy tego Wojaczka, który przyjechał z
Piotrogrodu, to sprawa jest bardziej skomplikowana. To jest doświadczony konspirator, a my nie
mamy wystarczających dowodów.
- Co pan proponuje?
- Skorzystać z porozumienia z kolegami z Piotrogrodu i odesłać go tam etapem.
- Generał Głobaczow znowu narobi hałasu, że wpychamy im rozmaite śmieci.
- Nie narobi; od razu się zorientuje, że wpadła mu w ręce nie lada zwierzyna. A że ta zwierzyna wyszła
właśnie z Piotrogrodu, więc to oni powinni zrobić z niej smakowite pieczyste.
- Dobrze; proszę załatwić sprawę etapu...
W tydzień później Wojaczka w wagonie aresztanckim wysłano do Piotrogrodu.

Rozdział dziewiąty

1
Zapadła ostateczna decyzja: otwarcie Dumy nastąpi we środę, dziesiątego lutego, i car będzie obecny
na inauguracji.
Dwa dni wcześniej Mikołaj wrócił z Kwatery Głównej. Spędzony tam czas pozostał mu w pamięci jako
jeden pochmurny dzień zimowy, który zdaje się nie mieć końca. Wojna utknęła w ślepym zaułku.
Poranne raporty generała Aleksiejewa nużyły powracającymi bezustannie tymi samymi słowami -
„wymiana ognia“... pojedynek artyleryjski“... odpierano ataki przeciwnika“... „poniesiono nieznaczne
straty“... Słowa wytarły się, traciły sens.
W związku z mającym nastąpić otwarciem Dumy car zażądał, aby jakoś wzmocnić komunikaty
drukowane w gazetach, zaczęły się więc pojawiać mgliste sformułowania w rodzaju „w Iłukście
wysadzono pięć garów pod pięcioma niemieckimi blokhauzami“ (nie wyjaśniano, co to są te gary i
blokhauzy) albo „nasz statek powietrzny «Drugi» zrzucił na stację Monasterzysko dziesięć
dwupudowych oraz pięć pięciopudowych bomb i skrzynię strzał”, przy czym znowu nie wyjaśniano,
co to za stacja, gdzie się znajduje itp.; wrażenie miały robić te pudy i strzały, jako jakaś nowa,
tajemnicza broń... Aby pobudzić emocje społeczeństwa umieszczono w jednym z komunikatów
passus, że „pod Dwińskiem przeciwnik użył bomb z gazem duszącym”, w innym zaś coś takiego: „Na
północ od Bojan kapral Głuszczenko (w rzeczywistości panna Czerniawska), który na ochotnika zgłosił
się na zwiad, dotarł do nieprzyjacielskich zasieków z drutu kolczastego i mimo ciężkiej rany w nogę
i zmiażdżenia kości wykonał rozkaz, a następnie dopełzł z powrotem do naszych okopów...”
Mikołaj wiedział, że wszystko to są - jak chętnie mawiał Aleksiejewowi - „winietki wokół wojny”, na
co ten odrzekł pewnego razu z hamowanym rozdrażnieniem: „Wasza Cesarska Mość, wojna to nie
wyścigi konne, gdzie finały są po każdym biegu...” Tak, to nie wyścigi... I w ogóle, jeśli jeszcze nie uda
się zająć Erzerumu... Chociaż nie, wygląda na to, że sprawy układają się tam nie najgorzej, los
Erzerumu jest już przesądzony i Duma będzie mogła dostać w prezencie tę turecką twierdzę, a to
zamknie usta tym wszystkim, którzy krytykują wojnę i Kwaterę Główną... Niedobrze tylko, że to
zwycięstwo będzie się łączyć z imieniem wielkiego księcia Mikołaja Nikołajewicza - bo to jego front...
Kiedy powiedział carowej o pomyślnym natarciu na Erzerum, spochmurniała i rzekła z rezygnacją: „I
znowu jego imię zabrzmi głośniej niż twoje.” Zirytował się i odparł: „Mimo wszystko, Alicjo, wojnę
prowadzę ja, a nie on, zaś Erzerum to tylko epizod, przyjemny oczywiście i w tej chwili bardzo dla nas
korzystny. A w komunikacie można nie wymieniać jego osoby...”
Jeśli jednakże ma być szczery, to niepokoi go ta turecka twierdza; to zwycięstwo na tak odległym
i mało znaczącym odcinku frontu podkreśla tylko martwą ciszę i niepowodzenia na głównych
frontach. I będą, rzecz jasna, mówić o tym dryblasie Mikołaju, że tylko on potrafi wojować. Ale tę
gadaninę można oczywiście wyciszyć - w komunikacie o tym zwycięstwie podkreśli się aktywną rolę
Kwatery Głównej. I będzie to zgodne z prawdą; trzeba powiedzieć, że „wielki” Mikołaj wykorzystał
swą przynależność do dynastii i zaopatrzył swój front ponad istotne potrzeby. Ileż to jego własnych
odpowiedzi na rozmaite żądania i monity Mikołaja znajduje się w archiwum Kwatery Głównej!
Niedawno zajrzał tam i zobaczył, że zebrała się tego cała gruba teczka!
Tak czy owak Erzerum to tylko epizod, który w niczym nie zmienia całokształtu sytuacji. Tej zimy
Mikołaj szczególnie boleśnie odczuwał ciężar tej przeklętej, nie kończącej się wojny i tego
wszystkiego, co wywoływała ona wewnątrz Rosji. Pewnego razu przyśniło mu się, że odziany w lichy
szynel żołnierski stoi nocą samotnie pośród śnieżnego pola, dokoła wyje zamieć, ciemno choć oko
wykol i jakiś głos ze ślepego nieba powtarza rozkazująco: idź, idź, idź... A on stoi jak skamieniały i nie
może zrobić ani kroku... Wspominał później niejednokrotnie ten koszmarny sen i kulił się jak od
śmiertelnego chłodu. Rzeczywiście przeklęta jest ta niekończąca się wojna, z którą nie może sobie
poradzić. Coraz rzadziej wypowiadał też ostatnio w Kwaterze Głównej tradycyjne już niemal słowa
o nadchodzącym zwycięstwie, które dawniej tak chętnie powtarzał otaczającym go wojskowym. Jakoś
nie było widać tego zwycięstwa, podobnie jak nie było widać dokąd iść wśród tej nocnej zamieci,
którą zobaczył we śnie...
Niezależnie od wszystkiego trzeba jednak przygotować się do otwarcia Dumy; wszyscy mówią, że nie
jest bezpiecznie zamykać ten wentyl. Niech się wygadają. Nawiasem mówiąc, nie bardzo rozumie te
wszystkie niepokoje; musiałby przecież całkowicie odrzucić utarty pogląd na społeczeństwo rosyjskie,
które uważał zawsze za jednorodny stop wykształconego ziemiaństwa, pragmatycznego kupiectwa,
oddanej władzy warstwy urzędniczej i pracowitego chłopstwa. A teraz, jeśli wierzyć wszelkim
doradcom, na nikim już nie można polegać. Duma to oczywiście jedno wielkie paskudztwo - nie
istnieje dla niej nic świętego, a tu trzeba się niestety z nią liczyć...
Tego ranka Mikołaj wezwał do Carskiego Sioła ministra spraw wewnętrznych Chwostowa i szefa
ochrany Głobaczowa. Przyjechali razem i cierpliwie czekali w poczekalni na zaproszenie do gabinetu
cara. Rozmawiali cicho, trzymając na kolanach teczki „do podpisu“. Chwostow, który czuł już, że
zbierają się nad nim chmury, lecz nie zdawał sobie jeszcze sprawy z rozmiarów grożącego mu
niebezpieczeństwa, próbował wysondować Głobaczowa, lecz ten odpowiadał powściągliwie,
monosylabami, uchylając się od wyraźnej odpowiedzi.
- Co tam gada Rasputin o otwarciu Dumy? - spytał Chwostow.
- Nic mądrego - wzruszył ramionami generał.
- Czy nie niepokoi pana komunikat Stürmera?
Głobaczow uśmiechnął się:
- Moje stanowisko nie pozwala mi na niepokój...
- Mimo wszystko chodzi o prezesa rady ministrów - zauważył Chwostow. Głobaczow spojrzał na
ministra z udanym przestrachem:
- Zamierza pan zastąpić go kimś innym?
Chwostow umilkł na długo; irytowało go, że ten generał, który w gruncie rzeczy jest jego
podwładnym, pozwala sobie na taki ton. Ale trzeba to znosić - Chwostow wie doskonale, co to jest
ochrana i jakie ma możliwości...
Jako pierwszy poproszony został do gabinetu Głobaczow. Sam. Chwostow zinterpretował to sobie
w ten sposób, że car chce uzyskać najpierw wszystkie niezbędne informacje, a dopiero potem będzie
z nim mówiło sprawach praktycznych. Rzecz w tym, jakie informacje zaniósł tam Głobaczow. Do
czego należy się przygotować?
Tymczasem Głobaczow udzielał już odpowiedzi na pierwsze pytanie Mikołaja i znowu oczywiście
chodziło o Dumę. Generał spodziewał się tego pytania i dobrze przemyślał odpowiedź. Sprawa polega
na tym, by nie zaniepokoić monarchy nadmiernie i nie dopuścić, by zrezygnował teraz z myśli
o otwarciu Dumy. Chyba nikt inny nie wie lepiej od Głobaczowa, jak bardzo napięta jest sytuacja
w społeczeństwie i jak silnie nabrzmiała konieczność uchylenia wentyla choćby tylko w Dumie.
- Wasza Cesarska Mość, w materiałach agenturalnych nie ma nic szczególnego w związku z otwarciem
Dumy... - referował Głobaczow spokojnie, nie podnosząc głosu. - Reakcja ogólna jest pozytywna,
chociaż nikt nie wie, że Wasza Cesarska Mość zamierza być obecna na tym otwarciu. Jest rzeczą
oczywistą, że owa pozytywna reakcja ma różne przesłanki w zależności od tego, czyje wypowiedzi
odnotowaliśmy. Podkreślam wszakże, iż oceny ogólne są pozytywne. Obecność Waszej Cesarskiej
Mości w Dumie przyczyni się niewątpliwie do zaakcentowania tych ocen.
- Co mówią w samej Dumie? - spytał car.
- Przytoczę Waszej Cesarskiej Mości najbardziej ostrą wypowiedź; należy ona do deputowanego ze
skrajnej lewicy, niejakiego Czcheidze. Muszę niestety dodać, iż nie wiadomo, skąd dowiedział się
o ewentualnej wizycie Waszej Cesarskiej Mości w Dumie. Dochodzenie, skąd zdobył tę wiadomość,
jest w trakcie.
- Ale to przecież skandal, generale! - rozgniewał się car. - Który to już raz zdarza się, że ściśle tajna
informacja - i to wielkiej wagi - przecieka?!
- Podzielam oburzenie Waszej Cesarskiej Mości. W danym wypadku wstępne rozeznanie daje
podstawy do przypuszczeń, że informacja wyszła z kół pałacowych, prawdopodobnie od Rasputina...
Mikołaj rozgniewał się tak bardzo, że aż mu żyła nabrzmiała na czole.
- Proszę ustalić to dokładnie - bez potrzeby przełożył papiery na biurku i dodał cicho: - On nie mógł
o tym wiedzieć...
Porozmawia jednak o tym z żoną, która zapisze w swym dzienniku: „...cokolwiek by się działo wokół
nas, wstrętni, źli ludzie rzucają oszczerstwa na Przyjaciela, jakby on był wszystkiemu winien...”
Głobaczow milczał; wiedział z całą pewnością, że informacja ta wyszła od Rasputina, a do Dumy
przyniósł ją redaktor pisma „Grażdanin“ Mieszczerski, który miał bliskie kontakty z kółkiem „świętego
starca“. Tylko Rasputin mógł znać taki szczegół, że carowa jest przeciwna wizycie męża w Dumie.
- No więc co mówią teraz w Dumie? - spytał car, pragnąc uciec od przykrego tematu.
- Cytuję wypowiedź deputowanego Czcheidze: „Chcą nam zatkać usta monarszą prawicą“ - przeczytał
Głobaczow drewnianym głosem i dodał szybko: - Nie ma się czemu dziwić czy na co oburzać -
Czcheidze to Czcheidze. Z kolei rzecznik nacjonalistów Połowcew, dowiedziawszy się o ewentualnej
wizycie Waszej Cesarskiej Mości w Dumie, wyraził się w sposób następujący: „Uprzytomni to
wszystkim, że Duma jest sprawą wagi państwowej, a nie zbiegowiskiem nieodpowiedzialnych
krzykaczy.“
- Ma rację - stwierdził Mikołaj. - A który to Połowcew?
- Ten sam, Wasza Cesarska Mość - Rosja dla Rosjan i tak dalej. Ale jeśli już o nim mowa, to pozwolę
sobie zauważyć, że jego przekonania przypominają chorągiewkę na wietrze i nie daj Boże, jeśli wiatr
jest silny.
Car uśmiechnął się.
- Pamiętam go, pamiętam - nadmiernie krewki i nie bardzo przebiera w słowach, ale patriota, tego
mu nie można odmówić...
- Ogólnie rzecz ujmując. Wasza Cesarska Mość, to atmosfera w samej Dumie w związku z jej
otwarciem jest zupełnie spokojna, ale co będzie, kiedy zacznie się zwykłe gadulstwo - trudno
przewidzieć.
- Mam nadzieję, że moja wizyta w Dumie sprawi, iż wielu się opamięta. No a jeżeli znów się
rozzuchwalą, to zamkniemy Dumę i basta. Zamierzam dać Stürmerowi podpisany już z góry reskrypt
o zamknięciu Dumy i w razie czego od razu wyciągnie go z teczki. A czy jakieś ekscesy uliczne nie
mogą mieć miejsca?
- Wykluczone, Wasza Cesarska Mość. Przemyśleliśmy razem z szefem departamentu policji absolutnie
pewną blokadę całego rejonu Pałacu Taurydzkiego. Minister Chwostow zatwierdził nasz plan... -
Nazwisko Chwostowa wypowiedział generał z zamierzoną niedbałością; rachuby go nie zawiodły -
niemal natychmiast car spytał równie niedbałym tonem:
- Jakże tam Chwostow?
- W jakim sensie, Wasza Cesarska Mość?
- Jak się panu z nim pracuje?
Głobaczow lekko wzruszył ramionami:
- Moja służba, Wasza Cesarska Mość, jest mimo wszystko odrębna... - Krótka pauza... - Mnie on nie
przeszkadza.
- A czy komuś przeszkadza? - uśmiech cara był wymuszony.
- Nie potrafię na to odpowiedzieć, Wasza Cesarska Mość. Ale jest on człowiekiem energicznym,
konsekwentnym, nieskłonnym do ustępstw, a to nie wszystkim się podoba i nie zawsze.
- Myślałem o tym - rzucił Mikołaj półgłosem, mimo woli potwierdzając zdobyte przez Głobaczowa
informacje na temat dezaprobaty, z jaką odnoszono się do Chwostowa w określonych kręgach. Car
orientuje się w tym, rzecz jasna, rozważa... Można zatem spróbować jeszcze raz:
- Z drugiej strony. Wasza Cesarska Mość, od chwili jego mianowania upłynęło tak mało czasu, że
każdy sąd, a tym bardziej osąd, może okazać się przedwczesny.
- Oczywiście - zgodził się car. - Jednakże bardzo mnie zmartwiło, że wymienił pan nazwisko Rasputina.
Właśnie zamierzałem prosić, aby spróbował pan w jakiś taktowny sposób dać Chwostowowi do
zrozumienia, że nie powinien... - car zawahał się i skończył z rozdrażnieniem: - Ma na głowie
wystarczającą ilość poważnych spraw, aby nie musiał tracić czasu i sił na nieładną walkę
z człowiekiem, którego darzy zaufaniem dwór...
To było to najważniejsze, co chciał usłyszeć generał - dane jego agentów potwierdza sam car.
Chwostow prowadzi wojnę przeciwko Rasputinowi, a to może się dla niego skończyć katastrofą;
podobne historie trafiały w ręce ochrany już niejeden raz.
- Wasza Cesarska Mość, mimo wszystko jest mi trochę niezręcznie udzielać rad ministrowi, któremu
w końcu podlegam... - Pomijając wszystko inne, Głobaczow nie miał ochoty wplątywać się w tę
niebezpieczną aferę.
- Mnie podlega pan w większym stopniu - rzucił car chłodnym tonem i Głobaczow będzie musiał
długo rozmyślać nad tą wypowiedzią, by zdecydować, czy była ona potwierdzeniem prośby
monarchy, aby udzielił Chwostowowi dobrej rady.
- Chciałbym otrzymać, i to możliwie jak najrychlej, bliższe informacje o wszystkich członkach Dumy,
którzy należą do lewicy.
- Proszę bardzo. Wasza Cesarska Mość - Głobaczow wyjął z teczki plik spiętych arkuszy i położył na
biurku. Car wziął papiery, natychmiast zaczął czytać i lektura zainteresowała go wyraźnie - odwrócił
jedną kartkę, potem drugą, trzecią i wreszcie odłożył dokument mówiąc:
- Bardzo ciekawe, Konstanty Iwanowiczu, a w dodatku jestem bardzo rad, że przygotował pan to
w odpowiednim czasie... Istna arka Noego! Do wyboru, do koloru.
- Właśnie, Wasza Cesarska Mość. Ale w tej ich pstrokaciźnie pozwolę sobie upatrywać również
i pozytywną stronę - nigdy nie dojdzie między nimi do żadnego porozumienia.
- Otóż to - uśmiechnął się car. - Nie można zaprząc do jednej kolasy osła i trwożliwej łani...
Głobaczow zaśmiał się powściągliwie, z szacunkiem, przyzwyczajony wszakże do uważnego śledzenia
toku myśli rozmówcy odnotował w pamięci, że car cytuje bajkę niedokładnie. Potem zapytał:
- Wasza Cesarska Mość, czy szczegółowy program wizyty Waszej Cesarskiej Mości na otwarciu Dumy
jest już opracowany?
- Jakiż tu może być program? Nabożeństwo, prawdopodobnie jakieś przemówienie pod moim
adresem, potem moja odpowiedź i to wszystko... Czy ma pan do mnie coś jeszcze?
- Chciałbym prosić Waszą Cesarską Mość o pozwolenie złożenia memoriału w sprawie bolszewików.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że jesteśmy w tym względzie zbyt liberalni, i proponuję pewne
konkretne środki mające na celu okiełznanie tego niebezpiecznego towarzystwa.
- Proszę zostawić, zapoznam się z nim... Co jeszcze?
- Mamy nowe dane dotyczące Gurlanda.
- A cóż on jeszcze może? Jego epoka dawno się już skończyła razem z jego ojcem duchowym
Stołypinem.
- Wasza Cesarska Mość, jest to człowiek mądry i niezwykle obrotny. Posiadamy całkowicie pewne
informacje z kilku źródeł, że premier Stürmer przygotowuje dla niego odpowiedzialne stanowisko.
- Stürmer nic mi o tym nie mówił.
- Mówił za to samemu Gurlandowi, ten zaś zdążył powiedzieć wielu innym. A przecież jak był
zaciekłym stołypinowcem, tak nim pozostał.
- Niech pan to zbada, a ja przy okazji powiem Stürmerowi, że pachołkowie Stołypina nie są nam
potrzebni.
- Czy Wasza Cesarska Mość pozwoli mi wypowiedzieć pewną sugestię? Gurland jest otoczony ludźmi,
którzy nie mogą nas nie interesować. Czy nie lepiej więc byłoby mieć tego Gurlanda pod ręką, ale nie
u Stürmera, tylko u nas. Przecież formalnie jest on w dalszym ciągu urzędnikiem naszego
ministerstwa. Może zrobilibyśmy tak: póki Strürmer nie wręczył mu jeszcze nominacji, zażądamy od
Gurlanda wykonania jakichś poleceń związanych z jego zatrudnieniem u nas, co pozwoli nam
widywać go regularnie i obserwować jego otoczenie. Ale jest również drugi sposób - Gurland chce się
dostać do spółki akcyjnej „Trójkąt“, skupuje jej akcje. Można byłoby nawet wepchnąć go do zarządu
spółki i wówczas ugrzązłby tam na dobre...
Carowi nie spodobało się jednak, że Głobaczow referuje mu jakieś szczegóły działalności tajnej policji,
powstrzymał go więc ruchem ręki:
- Niech pan to sam załatwi, proszę.
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość. Jeszcze tylko ostatnia sprawa, za pozwoleniem Waszej Cesarskiej
Mości. Przy czytaniu mego memoriału proszę zwrócić szczególną uwagę na rozdział dotyczący
wywrotowej działalności bolszewików na froncie. To bardzo niebezpieczne. Wasza Cesarska Mość,
zwłaszcza że obserwujemy, iż osoby należące do dowództwa armii uchylają się od stosowania
radykalnych środków.
Car skinął głową i wymownie spojrzał na zegarek.
Głobaczow wstał, złożył ukłon i wyszedł.
Przyszła wreszcie kolej na Chwostowa. Zauważył od razu, że car jest z czegoś niezadowolony, wobec
niego zaś wręcz oziębły - jeszcze niedawno wychodził na powitanie zza biurka, podawał mu rękę,
a teraz nawet nie wstał.
Chwostow przygotował do zreferowania pięć spraw i usiadłszy przy bocznym stoliku zaczął już
wykładać swe papiery, kiedy nagle usłyszał:
- Aleksy Nikołajewiczu, nie będę pana długo zatrzymywał, tym bardziej że mam jeszcze inne rzeczy do
załatwienia.
Chwostow przestał wyjmować papiery z teczki, podniósł głowę i zastygł w wyczekującej pozie.
- Chciałbym pana prosić tylko o jedno: niech pan się zajmie teraz tylko Dumą... i niczym więcej.
- Wszystko jest przygotowane do otwarcia Dumy - pospiesznie oznajmił Chwostow.
- Otwarcie to dopiero początek jej pracy, a mnie interesuje Duma po otwarciu... po, Aleksy
Nikołajewiczu. Musi pan znać dokładnie każdą godziną działalności Dumy i przedsięwziąć wszelkie
niezbędne kroki, abyśmy nie mieli żadnych przykrych niespodzianek. Jeszcze raz chcę panu
powiedzieć - proszę się zająć tylko tym. Tylko...
- Rozumiem, Wasza Cesarska Mość - wymamrotał Chwostow. Rozumiał doskonale, o co chodzi, i nie
żałował już, że nie miał okazji zreferowania swoich spraw, zamierzał bowiem na końcu poruszyć
znowu kwestię dyskredytowania tronu przez Rasputina.
Powinien był w tym momencie zaprzestać prowadzenia wojny ze świętym diabłem, ale zabrakło mu
wyobraźni.
Wracając do Piotrogrodu patrzył przez okno automobilu na bezkresne śnieżne równiny i coraz
bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że trzeba jak najszybciej zakończyć radykalną operację
przeciwko Rasputinowi, którą starannie przemyślał. Tak, właśnie jak najszybciej, gdyż zwłoka w tym
wypadku równa się śmierci...
2
Manus skorzystał z rady Grubina, a ściślej mówiąc rada trafiła na dobrze już przygotowany grunt. Sam
był zresztą wystarczająco mądrym człowiekiem, aby bezbłędnie i trzeźwo ocenić sytuację w kraju
i zrozumieć, że obecnie po prostu niebezpieczne byłoby dla niego działanie w pojedynkę, bez
poparcia z góry. Bardzo ciężko przeżył poniżającą go wręcz historię, kiedy to na początku szesnastego
roku wyrwano mu z rąk niemal pewny milionowy interes z remontem wagonów towarowych.
Uruchomił jak zawsze swe stosunki, nie pożałował pieniędzy na „posmarowanie“, ale tym razem nie
udało mu się niczego osiągnąć. O wszystkim zadecydował jakiś trzeciorzędny urzędnik z ministerstwa
komunikacji, który wynalazł w tomach przepisów i instrukcji Bóg wie kiedy wprowadzony paragraf,
zgodnie z którym transakcja Manusa uznana została za niezgodną z prawem. Manus pomyślał wtedy,
że gdyby miał dojście do ministra komunikacji, to by im pokazał paragraf...
Zaczął więc gorączkowo szukać powiązań na górze, aby razem z pieniędzmi robić też swoją politykę.
Głównym kontrahentem Manusa w takich sprawach został polecony mu przez Grubina Mikołaj
Fiodorowicz Burdukow, trochę dziwny urzędnik z ministerstwa spraw wewnętrznych. Dziwny,
ponieważ nie zajmował się tam niczym określonym i mógł całymi tygodniami nie przychodzić do
pracy, a jednocześnie czasem właśnie od niego zależała jakaś bardzo ważna sprawa w ministerstwie.
Był to człowiek sprytny i chorobliwie chciwy, ze względu zaś na dość zaawansowany wiek nie myślał
już o dalszej karierze służbowej i postawił sobie za cel zdobycie solidnego kapitału. Skontaktowawszy
się z Manusem, od razu wyczuł duże pieniądze. I im większe dochody miał na widoku, tym
subtelniejsza i bardziej wyrafinowana była jego gra. Burdukow znał doskonale wszystkie powiązania
w wyższych sferach państwowych, a ponadto przyjaźnił się z komendantem pałacu carskosielskiego
generałem Wojejkowem, który z kolei był w bliskich stosunkach z carem, i to szczególnie imponowało
Manusowi... Miał też Burdukow odpowiednie kontakty w innych pożytecznych miejscach.
Okazało się, że sam Manus ma wręcz lisi węch i doskonale wyczuwa, kto może mu się przydać;
pracowało już dla niego kilku ludzi, jeden wart drugiego. W kręgu bliskich mu osób znalazł się książę
Michał Michajłowicz Andronnikow. Zdumiewająca postać. Był nikim, chociaż jego przynależność do
jakiegoś książęcego rodu kachetyńskiego nie budziła żadnych wątpliwości. Był niczym, posiadał
jednak - acz niewysoką - rangę rejestratora kolegialnego. Usunięty za brak postępów z Korpusu
Paziów, pracował potem w najrozmaitszych miejscach: doszedł aż do ministerstwa spraw
wewnętrznych, a przez jakiś czas kręcił się nawet przy oberprokuratorze Świętego Synodu.
Prosperował znakomicie, brylując w najwyższych sferach stołecznych - jego nazwisko raz po raz
pojawiało się w gazetach. Znali go wszyscy ministrowie i dygnitarze carscy. Co więcej, liczyli się z nim,
niektórzy zaś nawet się go bali. Zarabiał na życie prowadząc różne interesy handlowe i chociaż nie
miał na tym polu szczególnych osiągnięć, to jednak zawsze był przy pieniądzach. Wszelako nie handel
był jego główną domeną. Był to aferzysta, kanciarz, posługujący się zadziwiającym w swej prostocie
wytrychem. W dniu urodzin któregoś z ministrów udawał się do niego z prywatną wizytą (jakże nie
przyjąć księcia!), ofiarowywał mu ikonę i wręczał laurkę z życzeniami, napisaną takim podniosłym
i kwiecistym stylem, że trudno było dociec jej sensu. Nie ulegało wszakże wątpliwości, że autor jest
pełen uwielbienia dla ministra, uważa go za wybitnego sługę cara, nadzieję Rosji. Oprócz ikonki i
życzeń wręczał solenizantowi... plotkę. Na przykład - co o danym ministrze mówi inny minister. Przy
czym plotka bynajmniej nie była zmyślona, gdyż jakiś czas temu Andronnikow odwiedził był tamtego
i celowo wyciągnął go na rozmowę o dzisiejszym solenizancie. W odpowiedzi dany minister mówił, co
myśli o tym drugim ministrze, książę zaś natychmiast biegł z tą wiadomością do owego ministra. I oto
już dwaj działacze państwowi związani zostali przez księcia mocnym węzłem i od tej chwili
potrzebowali jego cennych informacji. Teraz już książę wykonywał ich bezpośrednie polecenia:
dowiedzieć się, co myśli o zainteresowanym ten czy inny człowiek z kręgu osób wpływowych.
A wszystkich powiązanych przez siebie dygnitarzy wykorzystywał Andronnikow przy finalizowaniu
rozmaitych operacji finansowych, które załatwiał każdemu, kto mógł sobie pozwolić na niemałe
honorarium dla księcia. W bagnisku karierowiczostwa i korupcji czuł się Andronnikow jak ryba
w wodzie. A jeśli do tego dodamy jeszcze, że miał kontakty z frejliną carycy Wyrubową oraz z
Grigorijem Rasputinem, stanie się całkowicie jasne, jak wiele mógł zrobić dla Manusa. Jednakże
Manus mimo wszystko trochę się go obawiał, uważał bowiem, że ten wypielęgnowany grubas jest
zbyt lekkomyślny i niepoważny. Dlatego też nigdy nie spotykał się z księciem - wszystko załatwiano za
pośrednictwem Burdukowa.
W pobliżu Manusa znalazły się też inne osoby. Podczas posiedzeń rządu rosyjskiego prowadzony był
protokół, który następnie przepisywano na maszynie w trzech egzemplarzach, oprawiano i rozsyłano
poszczególne egzemplarze carowi, premierowi oraz ministrowi spraw wewnętrznych. W aparacie
technicznym rządu pracował skromny urzędnik Gubiennikow, w zakres obowiązków którego
wchodziło sporządzanie owych protokołów. Urzędnik ten został przekupiony przez Manusa i od niego
właśnie pochodziły informacje o wszystkich decyzjach podejmowanych przez rząd. Należy podkreślić,
że pomysł przekupienia owego urzędnika podsunął Manusowi nie kto inny jak właśnie Grubin,
któremu wspomniane informacje potrzebne były nie mniej niż Manusowi.
Z takimi właśnie „politykami“ związał się Manus i nie trzeba wyjaśniać bliżej, do jakiej to „polityki“
namówił go Grubin, który przez cały ten rok obserwował z daleka nową działalność Manusa, wiedział
o każdym jego posunięciu, a spotykając się z nim otrzymywał informacje dla wywiadu niemieckiego.
I we wszystkich tych sprawach Grubin kierował Manusem za pośrednictwem Burdukowa.
...Dziś jednak Grubin będzie musiał zająć się nim osobiście - Manus zaproponował wspólny obiad.
Zadzwonił rano i zaprosił go do restauracji, przy czym ton wykluczał odmowę. Grubin wiedział, o co
chodzi - właśnie dziś w Suworinowskiej gazecie „Nowoje Dieło” wymienione zostało nazwisko
Manusa i po raz pierwszy powiedziano wprost, że jest on tajnym agentem, aniołem-stróżem
interesów niemieckich. Musiało go to zaniepokoić... Ale Grubin nie pójdzie z nim na obiad -
nierozsądnie byłoby afiszować się, zbyt długo w jego towarzystwie. Chociaż zapewne ze strachu
Manus zaprosił go do jakiejś miało znanej restauracji „Sewastopol“ nad Kanałem Obwodnym. Nawet
dorożkarz dwukrotnie prosił o powtórzenie nazwy i adresu.
Restauracja była podła. Zalatywało zapachami kuchennymi. Okna były malutkie, ciemno. Jedyne, co
było tam dobre, to głębokie wnęki-gabinety, w których można było zasunąć wyświechtane aksamitne
portiery. W takiej właśnie niszy czekał na Grubina Manus.
- Ledwo znalazłem ten pański „Sewastopol“ - śmiał się Grubin siadając na skrzypiącej wygniecionej
kanapce. - Najodpowiedniejsze miejsce dla anioła-stróża interesów niemieckich... - Grubin pragnął od
razu dać do zrozumienia, że nie przywiązuje większej wagi do artykułu w gazecie. - Nie będę nic jadł;
za godzinę mam spotkanie w interesach na drugim końcu miasta. Nawet dorożki nie zwolniłem.
I panu też nie radzę wąchać tego smrodu, bo pana głowa rozboli.
- Może pojedziemy gdzie indziej? - zaproponował Manus.
- Po co? - I bez żadnej pauzy dodał: - Czyżby Burdukow nie radził panu w swoim czasie, aby pan kupił
akcje tej gazety?
- Nie da się wszystkim zamknąć ust - odparł Manus.
- O ile mi wiadomo, Rubinstein zamierza właśnie połknąć tę gazetę.
- Do diabła z Rubinsteinem!
- Dobrze. Niech go diabli wezmą... - odsunąwszy nieco firankę, Grubin rozejrzał się po sali.
- Widzę, że pan również boi się pokazywać ze mną publicznie... - Manus zmrużył oczy w pogardliwym
uśmiechu. - A mnie przecież nie o siebie chodzi. Żeby tylko nie ucierpiał na tym Protopopow; to
przecież osobistość oficjalna, było nie było - minister...
- Wszystkie te gazetowe łgarstwa nikomu nie mogą zaszkodzić, a już najmniej Protopopowowi - zaczął
Grubin poważnie. - Trzeba jednak przedsięwziąć to i owo. Po pierwsze, niech pan ofiaruje przyzwoitą
sumę na pociąg sanitarny imperatorowej. I niech pan nie będzie skąpy. Byłoby dobrze, aby po paru
dniach odwiedził ją Rasputin i dowiedział się, jak oceniła pański gest. To, co powie caryca, należy
przekazać księciu Andronnikowowi, co znaczy - całemu miastu... Po drugie - trzeba dowiedzieć się
dokładnie, kto jest autorem artykułu. Burdukow powinien wezwać go do ministerstwa spraw
wewnętrznych i zażądać, aby okazał dokumenty potwierdzające jego oskarżenia pod pańskim
adresem. Dokumentów takich, rzecz jasna, mieć nie może i Burdukow powie mu, że pan oddaje
sprawę do sądu. Wówczas Andronnikow powinien doradzić redaktorowi, aby powetował panu
krzywdę na łamach tejże gazety. Po trzecie... - Grubin uśmiechnął się czarująco... - Alarm zostaje
odwołany. Kiedy wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one. A teraz żegnam.
- Dziękuję - rzekł cicho Manus ściskając rękę Grubina.
„Dziwni są ci Rosjanie... - myślał Grubin przy wtórze poskrzypywania śniegu pod płozami. - Potrafią
bez mrugnięcia okiem iść na szafot i stracić panowanie nad sobą z powodu głupstwa... Manus...
Manus... Postrach giełdy, który trzęsie się ze strachu przed jakimś gazetowym gryzipiórkiem...
Rosyjski kompleks niższości... Nerwy trzeba trzymać na wodzy, panowie...“ Ostatnie słowa Grubin
wypowiedział głośno i dorożkarz odwrócił się do niego:
- Czego pan sobie życzy, wasza wielmożność?
- Jedź szybciej - roześmiał się Grubin. Był w doskonałym nastroju - w gruncie rzeczy wszystko szło jak
należy...

Rozdział dziesiąty

Pałac Taurydzki, w którym odbywały się posiedzenia Dumy, otoczony został kordonem policji oraz
łańcuchem agentów w cywilu. Od samego rana wstrzymano ruch uliczny w tym rejonie. Tłumy
ciekawskich odsunięto w boczne zaułki. Padał gęsty śnieg i kilku dozorców w białych fartuchach bez
przerwy odmiatało go z podjazdu.
Generał Głobaczow w skromniutkim cywilnym płaszczu stał w tłumie gapiów, rozglądał się uważnie
i słuchał. Nie mógł zrozumieć, po co zgromadzili się ci ludzie? Czy aby nie mają jakichś złych
zamiarów? Ale ludzie stali spokojnie i twarze ich nie wyrażały absolutnie nic poza pustą ciekawością.
Byli tu przedstawiciele najrozmaitszych stanów, przeważały jednakże te najniższe. W pobliżu kręcił się
jakiś mężczyzna, z wyglądu robotnik. Ponieważ natura nie obdarzyła go odpowiednim wzrostem, raz
po raz stawał na palcach, to znów usiłował przepchać się do przodu. Głobaczow spytał go cicho:
- Na co tu wszyscy czekają?
- A licho wie - odparł robotnik. - Przechodziłem tędy rano, patrzę, a tu policja otacza Taurydzki.
- Dumę będą aresztować - pewnym siebie tonem powiedział ktoś w grupce gapiów.
Głobaczow wstrzymał oddech - popełniono kardynalny błąd! Kordon policji stał na oczach wszystkich,
podczas gdy w ogóle nie powinno go być widać... Stojący w pobliżu agent zauważył, że generał jest
wściekły, i zaniepokoił się nie na żarty - gwałtownie rozejrzał się na boki, czy aby czegoś nie
przegapił?...
Przed pierwszą zaczęli przybywać deputowani; tym razem wszyscy przyjechali niemal równocześnie,
a nie jak zazwyczaj o dowolnych porach, tak że czasami brakowało quorum potrzebnego do otwarcia
posiedzenia.
Parę minut po pierwszej zapanowało poruszenie wśród policjantów oraz funkcjonariuszy ochrany
i tłum zrozumiał, że coś się wreszcie będzie działo; zaraz też zaczął posuwać się w stronę pałacu. Ale
w tym czasie uformował się już trzeci pierścień kordonu złożony z żandarmów na koniach. Specjalnie
wyszkolone konie bez trudu odsunęły tłum do tyłu, aż do linii wyznaczonej przez pasiaste pachołki.
Przez bramę pałacu zaczęły wjeżdżać automobile z członkami rządu i ambasadorami obcych państw.
Zatarasowały one placyk przed wejściem do pałacu, lecz korek zlikwidowano niemal natychmiast
i samochody odjechały jeden za drugim na postój w pobliskim zaułku. Zaraz też pojawił się potężny
automobil przewodniczącego Dumy Rodzianki, na samym podjeździe wpadł w poślizg i tylne koła
ugrzęzły w zaspie; szofer usiłował ruszyć z miejsca, ale koła buksowały z piskiem. Samochód został
dosłownie oblepiony przez policjantów, którzy niemal na rękach wynieśli go na oczyszczoną jezdnię.
Wszyscy poznali z daleka otyłą postać Rodzianki i w tłumie rozległy się oklaski. Głobaczow pomyślał,
że jednak prości ludzie darzą Dumę sympatią...
Rodzianko nie wszedł do pałacu, lecz pozostał w niewielkiej grupce deputowanych, którzy wyszli, aby
powitać cara. Tymczasem śnieg padał coraz gęściej i sznur samochodów carskich wynurzył się jak
gdyby z białej mgły i wjechał na dziedziniec. Kilka samochodów minęło podjazd i zatrzymało się nieco
dalej, a na wprost wejścia stanęła limuzyna cara. Wyskoczył z niej szef ochrony osobistej Mikołaja
generał Spirydowicz i otworzył szeroko tylne drzwi, przez które wysiadł car i wielki książę Michał
Aleksandrowicz. Mikołaj wybrał właśnie jego, aby mu towarzyszył podczas wizyty w Dumie, ponieważ
w rodzinie carskiej książę ten był najbardziej neutralną postacią i nie wzbudzał jakichś wyraźnych
negatywnych uczuć. Przeciwnie, przeciętny obywatel rosyjski współczuł serdecznie Michałowi
Aleksandrowiczowi, kiedy niedawno został ukarany przez cara za to, że ożenił się bez jego zgody.
Carowa wszakże zapisała wówczas w swym dzienniku, iż „Michał jest zbyt wielkim zerem, aby nawet
jeżeli Niki jest w pobliżu, mógł wzbudzić uczucie głębszego szacunku“.
Car był w szynelu i papasze pułkownika. Przyłożywszy rękę do skroni i nie kierując swego
pozdrowienia pod żadnym określonym adresem, szybko wszedł po schodach i w towarzystwie
witających go członków
Dumy zniknął w drzwiach. Wewnątrz pałacu orszak uformował się jak następuje: na przodzie szedł
car i wielki książę, za nimi Rodzianko i generał Spirydowicz, a z tyłu deputowani do Dumy...
Tłum na ulicy zrozumiał, że nie będzie żadnego widowiska, i zaczął się rozchodzić; w pobliżu pałacu
pozostały wkrótce tylko czarne sylwetki tajniaków w cywilu - wyglądali jak na taśmie filmowej.
Obserwujący to Głobaczow pomyślał sobie, że należało polecić agentom, aby rozchodzili się razem
z tłumem. Skomplikowana jest służba generała - no cóż, człowiek uczy się do końca życia...
Tymczasem w Pałacu Taurydzkim car wraz z wielkim księciem udał się do Sali Katarzyny i zatrzymał
przed ikoną Mikołaja Cudotwórcy. Prawomyślna gazeta „Russkoje Słowo“ napisze potem: „Dwa
święte imiona Mikołaj w tym momencie jak gdyby zlały się w jedno, obdarowując Rosję wielką
Nadzieją...“
Członkowie Dumy podeszli do ikonostasu i stłoczyli się za plecami cara.
Sięgnijmy jednak po opis tej ceremonii zamieszczony w gazecie „Narodnoje Słowo“ (nr 33 z roku
1916), który opracował specjalny korespondent Piotrogrodzkiej Agencji Telegraficznej; podawał on
społeczeństwu rosyjskiemu, co następuje:
„...Podczas nabożeństwa, po modłach za długi żywot naszego Monarchy i wieczny odpoczynek tym
wszystkim, którzy złożyli swe życie na polach bitewnych, Najjaśniejszy Pan ucałował krzyż święty.
Następnie Jego Cesarska Mość zwrócił się do członków Dumy Państwowej z takimi oto słowy:
«Radość to dla mnie wielka, iż dane mi było wraz z wami wznieść do Pana Boga naszego dziękczynne
modły za ofiarowane przezeń naszej ukochanej Rosji i naszej dzielnej armii na Kaukazie świetne
zwycięstwo. Jestem szczęśliwy, że mogę przebywać pośród was i pośród mego wiernego ludu,
którego przedstawicielami wy tu jesteście. Prosząco błogosławieństwo Boże na czekające was trudy,
zwłaszcza w tak ciężkiej godzinie, wierzę niezłomnie, iż wszyscy razem i każdy z was z osobna
wniesiecie do odpowiedzialnej wobec ojczyzny i mnie pracy waszej całe swe doświadczenie, całą swą
znajomość warunków lokalnych i całą swą gorącą miłość do ojczyzny naszej, powodując się nią
wyłącznie w trudach swoich. Miłość ta zawsze będzie wam pomagać i służyć za gwiazdę przewodnią
w wykonywaniu przez was obowiązków wobec ojczyzny i mnie. Z całego serca życzę Dumie
Państwowej owocnych poczynań i wszelkiej pomyślności.»
Słowa Jego Cesarskiej Mości były nagrodzone długo nie milknącymi okrzykami «hura!», po czym
wszyscy zebrani odśpiewali hymn.
Przewodniczący Dumy Państwowej M. W. Rodzianko zwrócił się do Cesarza z następującym
przemówieniem: «Wasza Cesarska Mość! Głęboko i radośnie poruszeni, my wszyscy, wierni poddani
twoi, członkowie Dumy Państwowej, słuchaliśmy ważkich słów swego monarchy. Jakaż to radość dla
nas, jakie szczęście! Nasz rosyjski Car jest tutaj, wśród nas. Najjaśniejszy Panie! W tej ciężkiej godzinie
jeszcze bardziej umocniłeś dziś Swoją jedność ze Swym wiernym ludem, która wyprowadzi nas na
drogę wiodącą do pewnego zwycięstwa. Niech błogosławi Cię Bóg Wszechmogący! Niech żyje Wielki
Władca wszej Rusi!»
Rozległy się ponownie długo nie milknące okrzyki «hura!».
Z Sali Katarzyny Cesarz raczył przejść przez środkowe drzwi do sali posiedzeń ogólnych Dumy
Państwowej, gdzie powitany został entuzjastycznymi okrzykami «hura!» przez członków Dumy
Państwowej oraz zebraną publiczność. Wszyscy obecni odśpiewali hymn. Jego Cesarska Mość,
zatrzymawszy się pośrodku sali posiedzeń, raczył łaskawie odpowiadać na pozdrowienia. Wśród
trwających wciąż okrzyków «hura!» udał się do sali półokrągłej. Tu Najjaśniejszy Pan oraz wielki
książę Michał Aleksandrowicz złożyli swe podpisy w złotej księdze przeznaczonej dla gości
honorowych, po czym Najjaśniejszy Pan raczył wyjść z sali i przeszedł przez prawy korytarz, w którym
zebrali się urzędnicy kancelarii Dumy Państwowej. Jego Cesarska Mość podziękował im za trudy,
a następnie raczył zaszczycić łaskawymi pytaniami tych spośród urzędników kancelarii, którzy pełnią
służbę wojskową.
Posiedzenie rozpoczyna się o godzinie trzeciej minut dwanaście. W loży wielkoksiążęcej siedzi wielki
książę Michał Aleksandrowicz. W loży dyplomatycznej - przedstawiciele państw sojuszniczych. Loże
prasowe i loże dla publiczności są przepełnione.
Przewodniczący Dumy Państwowej M. W. Rodzianko zwraca się do członków Dumy z prośbą
o wysłuchanie Ukazu Jego Cesarskiej Mości o wznowieniu prac Dumy Państwowej...”
Za pomocą takiego oto ckliwego pustosłowia zaprezentowano Rosji ów obłudny spektakl jako triumf
jedności monarchy, narodu i jego wybrańców, jedności, o której się nikomu nawet nie śniło. Całując
krzyż, car, jeśli nawet prosił Boga o coś, to chyba tylko o to, aby cały ten pomysł z wizytą w Dumie
odniósł zamierzony skutek i ugłaskał ją. Natomiast każdy z członków Dumy myślał na tym
przedstawieniu swoje i myśli te, których w owej chwili nie ujawniał, podsunął mu nie Bóg, lecz jego
własny interes oparty na wąskim pragmatyzmie - Rodzianko pisze w swych wspomnieniach, że każdy
członek Dumy służył określonym kołom i swoim własnym, często najpospolitszym merkantylnym
interesom. Co się zaś tyczy Rosji, to była ona tak daleka od tego spektaklu, jak daleko od niego był
front, gdzie strumieniami lała się krew, jak dalekie były od Pałacu Taurydzkiego zagubione
w śnieżnych przestrzeniach nędzne chłopskie chaty, gdzie z beznadziejną rozpaczą opłakiwano
żywicieli poległych na wojnie.
A teraz spróbujmy na podstawie świadectw uczestników tego wydarzenia odtworzyć pewne istotne
szczegóły.
Jeszcze rankiem owego dnia carowa próbowała ponownie przekonać męża, aby nie jechał do Dumy,
tym bardziej że - jej zdaniem - był po temu poważny powód - w drodze z Kwatery Głównej do
Piotrogrodu car złapał katar.
- Niki, odwołaj wyjazd - błagała męża, przyciskając ręce do piersi. - Nasz Przyjaciel powiedział, że cała
ta impreza jest skierowana przeciwko tobie, że w tym przeklętym przez Boga pałacu nie będzie ani
jednego człowieka, który byłby ci życzliwy. Wystarczy już choćby tylko Rodzianko! Poza tym jesteś
przecież przeziębiony, kichasz!
Mikołaj wierzył jednak, że jego pomysł jest udany i rokuje sukces, wykręcał się więc wszelkimi
sposobami, tym bardziej iż zdawał sobie sprawę, że po prostu nie może już odwołać wyjazdu.
- Będę na nich kichał i wszystkich moich wrogów zwali z nóg influenca. Poza tym Spirydowicz będzie
uzbrojony po zęby i w razie czego wystrzela ich wszystkich jak kuropatwy.
- Boże mój, za co zsyłasz na mnie jeszcze i tę próbę? Za co? - powtarzała caryca wznosząc swe
zaczerwienione oczy ku niebu.
W tym momencie do gabinetu, w którym toczyła się rozmowa cesarskiej pary, wszedł generał
Spirydowicz w pełnej gali.
- No, widzisz? - zawołał wesoło car. - Zaledwie zdążyłaś pomyśleć o niebezpieczeństwie, a on już jest
tu. Aleksandrze Iwanowiczu, niech mnie pan broni przed moją małżonką; ona nie chce mnie puścić do
Piotrogrodu.
- Rozkaz Waszej Cesarskiej Mości jest dla mnie święty! - Piękna twarz generała promieniała
uśmiechem adresowanym do carowej. - Przyznam się jednak, że w tym wypadku osobista ochrona
Waszej Cesarskiej Mości jest bezsilna. Mogę tylko zapewnić Jej Cesarską Mość, że zdrowy i cały
małżonek zostanie rychło odstawiony z powrotem przed jej błękitne oczy.
Zmarszczywszy brwi caryca patrzyła na generała złym i niespokojnym wzrokiem; odczuwała jakąś
przesadną niechęć do Spirydowicza za to, że kiedyś znalazł się był w pobliżu jej męża tam, gdzie został
zabity Stołypin, co uważała za jakąś fatalną przepowiednię - wydawało się jej, że kiedy ten człowiek
znajdzie się znów w pobliżu cara, dokonana zostanie jakaś nowa zbrodnia.
W opublikowanych za granicą wspomnieniach Spirydowicza czytamy:
„Postanowienie cara o wizycie w Dumie było niezłomne, acz wątpię, by był przekonany, że ten jego
krok zmieni Dumę; niewykluczone jednak, iż sądził, że potem, kiedy Duma powróci do swych starych
praktyk, to właśnie rozwiąże mu ręce: uczyniłem wszystko, co mogłem, aby okazać wam swą
życzliwość i wyrazić nadzieje, teraz więc miejcie pretensje do siebie... Pamiętam jego wypowiedź, że
Dumę równie łatwo można otworzyć jak i zamknąć... Tak więc postanowienie było nieodwołalne
i przekonać go, by nie jechał do Dumy, nie mogła nawet Aleksandra Fiodorowna do spółki
z wszechmocnym Przyjacielem...“
Po drodze z Carskiego Sioła do Piotrogrodu car był nachmurzony i dwukrotnie pytał Spirydowicza, czy
nie mogą mieć miejsca jakieś ekscesy. Generał zapewniał go gorąco, że jest to wykluczone, chociaż
niejednokrotnie myślał w tym czasie o wypadkach w Kijowie, kiedy to do trzykrotnie kontrolowanej
sali Opery dostał się jednak zabójca Stołypina Bagrow. Nie dalej jak wczoraj Spirydowicz zadawał to
samo pytanie generałowi Głobaczowowi i ten odpowiedział, że jest to fizyczna niemożliwość, by jakiś
podejrzany osobnik znalazł się w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt kroków od cara, i że będzie on
przez cały czas otoczony ścisłym gronem całkowicie pewnych osób. Spirydowicz ufał sprytowi
i profesjonalnym umiejętnościom Głobaczowa... Tak, dla ochrany była to bardzo nerwowa robota -
zapewnienie gładkiego przebiegu uroczystości bratania się cara z narodem.
Nie było żadnych ekscesów. Ale Rodzianko również obawiał się jakiegoś politycznego wyskoku ze
strony najbardziej ekscentrycznych deputowanych. „Nie mogłem nie myśleć o tym - pisał w swych
wspomnieniach - że ktoś może się zdecydować na jakiś ekstrawagancki wyskok w obecności cara
z pobudek czysto karierowiczowskich, aby zyskać sławę ultraodważnego polityka, tym bardziej że
atmosfera w kraju i w stolicy sprzyjała takim oczekiwaniom. Myśląc o tym, powziąłem decyzję, aby
w chwili wyjazdu cara z Pałacu Taurydzkiego nie ogłaszać przerwy i kontynuować pracę Dumy
zgodnie z ustalonym programem. Liczyłem też na to, że zaraz po spotkaniu z monarchą żaden
z ekstremistów nie będzie się pchał na trybunę...“

Skoro tylko Mikołaj opuścił pałac, w korytarzach rozległ się gwałtowny dzwonek wzywający
deputowanych do sali posiedzeń.
Wygłaszając swe przemówienie wstępne Rodzianko realizował określony cel. Mówił z patosem
o jedności cara i narodu, o tym, że tylko ona będzie decydującym warunkiem wygrania wojny. Witał
siedzących w loży dyplomatycznej przedstawicieli sojuszników Rosji i zapewniał ich, że Rosja
pozostanie wierna swym obowiązkom wobec sprzymierzeńców. Jednocześnie uprzytamniał w ten
sposób deputowanym, że na sali znajdują się osoby „postronne“, z czym należy się liczyć. Bardzo się
tu przydał owacyjnie przyjęty komunikat o zdobyciu Erzerumu. Był on również swego rodzaju
sygnałem ostrzegawczym - czyżby ktokolwiek ośmielił się opluwać to zwycięstwo okupione krwią?
W przemówieniu swym Rodzianko nie poruszył żadnej niebezpiecznej kwestii dotyczącej sytuacji
wewnętrznej w Rosji. Wiedząc jednakże, jak bardzo nabrzmiała sprawa rządu zaufania i nie chcąc
uchodzić za jego przeciwnika, skwitował ją sprytnie kilkoma ogólnikowymi sformułowaniami na
temat ogromnego znaczenia wzajemnego zaufania między władzą a narodem - tak czy inaczej słowo
„zaufanie“ padło z jego ust.
Następnie zabrał głos premier Stürmer. Rodzianko miał okazję wcześniej zapoznać się z tekstem jego
wystąpienia i żywił nadzieję, że będzie ono przyjęte spokojnie. Istotne problemy wewnętrzne kraju tu
również zostały całkowicie pominięte, zamiast tego zaś premier mówił o takich trzeciorzędnych
kwestiach jak reforma cerkwi czy też zasługi Polaków, które stanowią podstawę do nazywania ich
braćmi, a także sprawa nienawiści do Niemców oraz ich panoszenia się w Rosji. Fakt, że zagadnienie
ostatnie podejmował człowiek oskarżany o niemieckie pochodzenie, winien był również - zdaniem
Rodzianki - uspokoić umysły i złagodzić napięcie.
Deklaracja Stürmera wysłuchana została spokojnie, w każdym razie tak to wyglądało. Z kolei
przemawiał minister wojny Poliwanow, po nim zaś minister do spraw floty - Grigorowicz. Były to
zwięzłe i rzeczowe wypowiedzi bez zbędnych szczegółów, o których nie należy opowiadać
dyletantom, zwłaszcza że jest Erzerum. I wreszcie Duma wysłuchała programowego wystąpienia
ministra spraw zagranicznych Sazonowa. Utrzymane w tonie spokojnego akademizmu, kunsztownie
splecione ze złożonych sformułowań dyplomatycznych, przedstawiało ono w sposób wyczerpujący
nie znany słuchaczom skomplikowany świat stosunków międzypaństwowych, w którym Rosja
zajmowała należne jej miejsce.
Słowem, do samego wieczora panowała w Dumie atmosfera spokoju, a może obojętności. Tak czy
inaczej, Rodzianko potrafił powstrzymać ją umiejętnie przed jakimikolwiek atakami na władzę. Przed
ostatecznym zamknięciem posiedzenia poprosił na trybunę deputowanego Szydłowskiego, który
wystąpił w imieniu tak zwanego „bloku postępowego“, jednoczącego kilka frakcji Dumy. Był to jak
gdyby początek debaty, jednakże Rodzianko nie obawiał się tym razem żadnej kłopotliwej
niespodzianki. Wybór pierwszego mówcy nie był przypadkowy. Sergiusz Iliodorowicz Szydłowski,
pięćdziesięciopięcioletni bogaty ziemianin z guberni woroneskiej, był typowym przykładem
rosyjskiego działacza społecznego. Swego czasu był on deputowanym do Trzeciej Dumy -
Stołypinowskiej, teraz zaś do Czwartej; zawsze znajdował się na widoku, a równocześnie nigdy nie
wplątywał się w ryzykowne sytuacje, bardzo rozsądnie wybierał pozycje z boku, nawet krach
Stołypina, któremu wiernie służył w Trzeciej Dumie, jak gdyby przewidział i zdążył zająć stanowisko
pośrednie, dzięki czemu uniknął niebezpiecznego obecnie epitetu „stołypinowiec“ i zasłynął jako
umiarkowany przedstawiciel październikowców. Mądry i złośliwy deputowany Szulgin nazywał
Szydłowskiego „znającym się na rzeczy subiektem w sklepie polityki rosyjskiej“. W obecnej Dumie
zajmował on trudną do określenia pozycję człowieka, który łączy najrozmaitsze poglądy, dlatego też
mógł właśnie wystąpić w imieniu całego bloku frakcji.
Swoje starannie przemyślane i odpowiednio wystylizowane przemówienie wygłosił równym,
przyjemnie brzmiącym basem, dzięki czemu nawet banalne ogólniki wydawały się pełne głębokiego
sensu. Doczekał się też porcji oklasków.
Ażeby skończyć z tym pełnym patetycznej obłudy dniem otwarcia Dumy, przytoczmy kilka zdań
z artykułu Milukowa, który ukazał się później w wydawanej przezeń w Paryżu gazecie „Poslednije
Nowosti“:
„Nic już nie mogło uratować tej Dumy - ani pojawienie się Cesarza, ani nawet Chrystusa. Była ona po
prostu chłopskim wiecem, na który przybył naczelnik policji powiatowej. Jednakże nawet najbardziej
naiwny z członków Dumy wiedział, że utrzymać się teraz na powierzchni można tylko krytykując bez
opamiętania władzę, więc krzyki i piski były nieuniknione, tyle tylko, że owa krytyka nie miała w sobie
nic konstruktywnego, nawet obalenie Stürmera przekraczało ówczesne możliwości Dumy...“

Wieczorem w pałacu carskosielskim panował nastrój niemal świąteczny. Rodzina oraz inne bliskie mu
osoby gratulowały Mikołajowi zwycięstwa nad Dumą. „To jego osobisty- Erzerum“ - powiedział
wznosząc toast podczas kolacji wielki książę Michał Aleksandrowicz, który przez cały wieczór
opowiadał różne szczegóły wizyty monarchy w Dumie. Spokojna już caryca patrzyła z czułością na
swego odważnego i mądrego męża. Zapisze później w dzienniku: „Mimo wszystko nie powinnam
nigdy zapominać, że Niki jest mężczyzną i podejmowanie męskich decyzji jest dla niego rzeczą
zupełnie naturalną...“
Rankiem zaś, kiedy w pałacu wszyscy jeszcze spali, w Dumie zaczęło się nowe posiedzenie i znów z jej
trybuny zabrzmiała ostra krytyka władzy.
Zapoznawszy się z pierwszymi przemówieniami tego rodzaju, car wpadł we wściekłość. Ledwie
zdołano go przekonać, aby nie kazał natychmiast zamykać Dumy. Zrozumiał jednak, że robić to
nazajutrz po wizycie na jej otwarciu byłoby posunięciem niezbyt rozsądnym.
- Boże mój, czy naprawdę wszystko to dzieje się w mojej Rosji? - pytał ze smutkiem.
Tymczasem zaś jego Rosja żyła własnym życiem - skrwawiona, znękana ciężką wojną, ponura w swej
nie dla wszystkich jeszcze zrozumiałej determinacji.
W kilka dni później car wyjechał do Kwatery Głównej. Jego pociąg odjeżdżał z Piotrogrodu o północy
i na dworzec udawał się samochodem wraz z generałem Spirydowiczem i osobistym adiutantem.
W drodze z Carskiego Sioła nie powiedział ani słowa i rozsądny Spirydowicz nie podejmował żadnego
tematu, widział bowiem, że monarcha jest w złym humorze.
Został wydany rozkaz, aby nikt go nie odprowadzał. Mikołaj nie chciał widzieć nikogo z cywilnych
dostojników. Wyjeżdżał z doświadczanym już niejednokrotnie uczuciem, że pozostawia tu, w stolicy,
cały ten niemożliwy do opanowania kołowrót z jego brakiem odpowiedzialności, brakiem organizacji
i wszelkim plugastwem, a tam, w Kwaterze Głównej, czeka go praca, precyzyjna jak mechanizm
zegarka, praca, od której zależą losy wojny.
Pociąg carski złożony z czterech salonek stał przy pustym peronie. Łańcuch żandarmów rozstawiony
był z drugiej strony pociągu, z tej zaś tylko przed wagonem monarchy stał wyprężony jak struna rosły
pułkownik żandarmerii podobny do kamiennego posągu. Zasalutowawszy mu niedbale krótkim
ruchem ręki uniesionej do papachy. Mikołaj wsiadł do swego wagonu. Paliło się tam jasne światło,
połyskując w wypolerowanej armaturze z brązu. Okna były szczelnie zasłonięte. Rzuciwszy na ręce
adiutanta szynel i papachę. Mikołaj usiadł na kanapce w rogu. Cisza. Wszystko, co jeszcze przed
godziną było źródłem niepokoju, pozostało poza nim...
Nagle ze smutkiem i irytacją przypomniał sobie pożegnanie z żoną. Zawsze rozstawał się z nią
niechętnie, potem tęsknił przez cały czas rozłąki, ale tym razem do smutku dołączyło się
rozdrażnienie. Przez cały wieczór do ostatniej chwili mówiła mu o różnych sprawach, dręczyła go i tak
już znużonego tym wszystkim, co w ostatnich dniach wypełniało jego życie tam, w Carskim Siole -
sama tylko Duma, ileż go kosztowała... A ona mówiła, mówiła i nie można było jej powstrzymać... Ten
nie jest sympatyczny i ona się go boi, ten jej się podoba, ale nie cieszy się łaskami dworu, o tamtym
Przyjaciel powiedział, że nie można mu wierzyć i należałoby go przepędzić, ów zaś przeciwnie - jest
bez reszty oddany dynastii i trzeba mu dać jakieś stanowisko; nie pamięta nawet wszystkiego, co
mówiła. I po co go nękała do ostatniej chwili? Żal mu jej, że się tak bardzo przejmuje tymi wszystkimi
sprawami, a jednocześnie jest zły, że ona nie rozumie, jak to wszystko szarpie mu nerwy...
Pociąg ruszył tak miękko, że nawet tego nie zauważył. Dopiero kiedy bezszelestnie otworzyły się
drzwi na korytarz, usłyszał głuchy stukot kół. W drzwiach pojawił się generał Spirydowicz:
- Czy Wasza Cesarska Mość pozwoli? - Car skinął głową patrząc na generała z niepokojem - czyżby ten
także przyszedł z jakimiś sprawami?
- Czy Wasza Cesarska Mość pozwoli złożyć meldunek? Pociąg ruszył o godzinie zero minut
siedemnaście, temperatura na zewnątrz wynosi minus dziewięć stopni.
- Ociepliło się wyraźnie - obojętnie skonstatował car. - Niech pan siada... - Podsunął generałowi
leżącą na biurku paczkę papierosów. - Zapali pan?
- Dziękuję, Wasza Cesarska Mość, staram się ograniczać palenie.
- Uwierzył pan doktorom? - Mikołaj wyjął papierosa, generał momentalnie podał mu zapaloną
zapałkę. Wypuściwszy kłąb dymu ku sufitowi i obserwując go, car rzekł: - Papieros często mnie
uspokaja... a może odwraca uwagę, czy też... Wyjechaliśmy siedemnaście po dwunastej, a zdaje mi
się, że mieliśmy wyruszyć dokładnie o północy?
- Trzeba było zmienić pomocnika maszynisty - przystojna twarz generała spochmurniała. - Przyszedł
po weselnym pijaństwie, nie może oczu otworzyć...
Mikołaj zmarszczył brwi:
- Jak to? W moim pociągu pijany maszynista?
- Pomocnik maszynisty, Wasza Cesarska Mość; on nie prowadzi pociągu, do jego obowiązków należy
pilnowanie paleniska i...
- Aleksandrze Iwanowiczu! - przerwał mu car. - Jakżeż można? Przecież to jest mój pociąg! Jeżeli tutaj
doszło do takiego skandalu, to jak można wymagać porządku na kolei? Czy pan tego nie rozumie? Cóż
to się dzieje w Rosji?
Spirydowicz milczał, przeklinając w duchu samego siebie za to, że powiedział carowi prawdę
o przyczynie opóźnienia odjazdu pociągu.
- Wasza Cesarska Mość, to wchodzi w zakres moich obowiązków i mogę zapewnić, że podjęto już
surowe śledztwo w tej skandalicznej sprawie...
Car uderzył pięścią w stół, twarz mu spurpurowiała:
- Niech pan pośle tego łajdaka na front! I proszę przypilnować, żeby go skierowali do największego
piekła! Niech poczuje, co przepił!
Długo milczeli. Mikołaj wciąż nie mógł się uspokoić - wszystkie te męczące i niezależne od jego woli
sprawy, które - jak mu się wydawało - zostały w Piotrogrodzie, dopadły go nagle w pociągu.
- Gdzie jest Wojejkow? - spytał raptem car.
- W wagonie dla świty, Wasza Cesarska Mość.
- Proszę go wezwać do mnie.
Spirydowicz zrozumiał, że car ma ochotę na wódkę.
Wojejkow nie kazał na siebie czekać. Kiedy wszedł, adiutant cara stawiał już na stole karafkę
i ulubionego przez monarchę wędzonego jesiotra.
- Niech pan siada, Włodzimierzu Nikołajewiczu, przekąsimy przed snem... - Mikołaj pospiesznie
napełnił kieliszki; ręka mu drżała i nalewając sobie przelał przez brzeg. - Sobie nie żałowałem -
roześmiał się. - Za co więc wypijemy? Może za nasz pułk? Zdrowie gwardii!
Wypili. Wojejkow powtórzył sobie w pamięci wszystkie sprawy, które od dawna przygotowywał na
podobną okazję.
- Jak humor, Włodzimierzu Nikołajewiczu?
- Nie mam humoru, Wasza Cesarska Mość, mam tylko pracę, pracę i jeszcze raz pracę - uśmiechnął
się Wojejkow.
Milczeli, pałaszując jesiotra. Wreszcie Wojejkow postanowił przystąpić do rzeczy.
- Wasza Cesarska Mość, wicegubernator w Jekatierynosławiu jest umierający - oznajmił z udanym
smutkiem.
- Czy to pana krewny? - spytał niespokojnie car, który wiedział już, co będzie dalej - znał dobrze
sztuczki Wojejkowa.
- Nie, Wasza Cesarska Mość, ale mam odpowiedniego kandydata na to stanowisko.
- Niech pan poczeka, aż wicegubernator umrze - rozzłościł się car i wstał: - Pora spać, jutro musimy
wstać wcześnie.
Wojejkow wyszedł klnąc w duchu - jakżeż mógł nie zauważyć, że car jest w złym humorze? Poza tym
żal mu było nie dojedzonego jesiotra, którego także bardzo lubił...

W tym samym czasie - a było już dobrze po północy - kapitan żandarmerii Grimajłow doczekał się
wreszcie okazji, aby złożyć generałowi Głobaczowowi sprawozdanie z audiencji robotników u cara.
Kapitan był bardzo sumienny i pamiętając, że generał kazał mu przygotować ten meldunek,
codziennie zapisywał się na audiencję u niego, lecz generał wciąż nie miał czasu go przyjąć. I oto już
po północy zadzwonił adiutant generała - Grimajłow może przyjść. To, że generał przyjmował go tak
późno, nie zdziwiło kapitana - ostatnio cała ochrana pracowała do późnej nocy.
- Co pan ma? - nie odrywając się od papierów spytał Głobaczow.
- Sprawozdanie z audiencji robotników u cara.
- Co? Co? Nie zrozumiałem...
- Polecił mi pan swego czasu przygotować sprawozdanie...
Głobaczow podniósł szarą ze zmęczenia twarz i wlepił w kapitana złe oczy:
- Uważa pan, że to takie ważne?
- Otrzymałem pański rozkaz, ekscelencjo, aby złożyć je osobiście nie później niż piętnastego - odparł
kapitan, wyprężywszy się mimo woli.
Głobaczow obrzucił spojrzeniem swe zawalone papierami biurko, jakby zapraszając, aby kapitan
uczynił to samo. Potem znów wlepił w niego wzrok:
- Czy ma pan pełny tekst wystąpienia w Dumie socjaldemokraty Czchenkelego?
- Powinien być u nas, w naszym wydziale - odpowiedział Grimajłow rozumiejąc już, że nie będzie
żadnego sprawozdania z audiencji robotników u cara i że niepotrzebnie stracił czas na jego
przygotowanie.
- Pytam pana, kapitanie, nie o to, co powinno być, lecz o to, co jest. Czytał pan przemówienie
Czchenkelego?
- Nie czytałem, ekscelencjo, byłem zajęty przygotowywaniem sprawozdania, nazbierało się mnóstwo
materiałów, trzeba było...
- Dawniej, kapitanie, nie zauważyłem nigdy u pana braku bystrości - przerwał mu generał cicho
i nawet wręcz przyjacielskim tonem, którego w ochranie obawiano się bardziej niż krzyku. - Uznał pan
za stosowne zajmować się zeszłorocznym śniegiem i poczuł się pan zwolniony ze swoich codziennych
obowiązków? Czy tak mam pana rozumieć?
- Prawdopodobnie popełniłem błąd, ekscelencjo - rzekł kapitan dobitnie, wiedząc, że w takich
sytuacjach nie wolno się sprzeciwiać Głobaczowowi.
- Ale, o ile zrozumiałem, winą za swój błąd obarcza pan mnie? Przecież pan oświadczył, że wykonywał
mój rozkaz.
- Moim obowiązkiem było samemu zorientować się, co w danym momencie jest ważniejsze...
- I nie wykonywać mojego rozkazu?
- I we właściwym czasie porozumieć się z panem, ekscelencjo, w sprawie konieczności jego
wykonania...
Głobaczow obrócił się w fotelu całym ciałem i rzekł po chwili milczenia:
- Nie zwlekając ani minuty proszę wziąć pod swoją osobistą kontrolę następujące... - wziąwszy
z biurka karteczkę Głobaczow spojrzał na nią i ciągnął: - Czchenkeli mówił w Dumie o krzywdach
narodu gruzińskiego, postępowiec Jefremow mówił o podeptanych prawach narodu rosyjskiego.
Duma oklaskiwała te objawienia. Pytanie - kto skrzywdził ten naród gruziński? Kto depce prawa
narodu rosyjskiego? A pan Szulgin, który pewnie zamierzał to sprecyzować, doszedł do tego, że
oświadczył, iż przez cały czas, kiedy przewodniczącym był Goriemykin, Rosja nie miała głowy, która
myślałaby o jej losie. Jak to należy rozumieć? Czy nasz monarcha był w tym okresie nieobecny? Dalej -
komu było potrzebne odczytywanie w Dumie telegramu wielkiego księcia Mikołaja Nikołajewicza?
Czyż Duma nie wiedziała już przedtem, że Erzerum został zdobyty? A więc nie było to nic innego, jak
tylko powtórna reklama wielkiego księcia. Po co w tym telegramie wymieniony był jeszcze generał
Judenicz, i to jako bohater Erzerumu? Widocznie komuś potrzebne było przypomnienie, że nasi słynni
geniusze wojskowi zesłani zostali na trzeciorzędny front, podczas gdy na głównym działają niedołężne
ofermy. Czy tak? To nie są moje pytania. Cesarz wyjechał do Kwatery Głównej, ale generał
Spirydowicz uprzedził mnie, że jest wściekły, i ja go rozumiem, a wszystko to może skończyć się tak,
że instytucja, w której otrzymuje pan pensję, ogłosi niewypłacalność i straci całą swą niegdysiejszą
siłę. Może pana to nie niepokoi, ale mnie - w najwyższym stopniu. Żądam od pana elementarnych
rzeczy. Trzeba się zorientować, jak wygląda podtekst tych wszystkich prowokacji w Dumie; niech pan
osobiście przypilnuje agentów. No i wreszcie trzeba zapewnić tu odpowiednie przeciwdziałanie. Całej
tej prowokacyjnej gadaninie muszą zostać przeciwstawione glosy rozsądku i afirmacji tronu. Niech,
pan rano uda się do Dumy i porozmawia bez zbędnych ceremonii z paroma najbardziej wpływowymi
przedstawicielami prawicy.
- Proszę mi doradzić, ekscelencjo, co przyjąć za punkt wyjścia w rozmowach z nimi? - spytał
Grimajłow ostrożnie.
- A czyż to dla pana nie jest jasne? Niepokój o sytuację w społeczeństwie i w państwie - ostro odparł
generał. - I nie ma się czego krępować. Wszyscy pana znają i wiedzą, że jest pan przydzielony do
dworu - widzieli pana przecież całkiem niedawno tuż obok cesarza, kiedy składał wizytę w Dumie. Od
tego też proszę właśnie zacząć - niech pan przypomni atmosferę tamtego dnia, ustali, co z niej
pozostało, i postawi sprawę na ostrzu noża - dlaczego milczą, kiedy wrogowie dynastii podnoszą głos?
Dlaczego nie reagują na jawne prowokacje przeciwko władzy monarszej? Któremuś z najbardziej
solidnych może pan nawet podsunąć temat - cesarz i wojna. Przypomnieć, jaki ciężar dźwiga on na
swych barkach, a także uświadomić, co dla niego znaczy słyszeć równocześnie ujadanie kundli,
których nic nie obchodzi poza własną karierą. Niech pan działa, kapitanie, i nie zajmuje się niczym
innym bez mojego osobistego pozwolenia. I chciałbym już jutro dowiedzieć się, czego pan dokonał.
- Tak jest, ekscelencjo... - Kapitan Grimajłow zrobił w tył zwrot zgodnie z regulaminem i energicznym
krokiem wyszedł z gabinetu, myśląc z irytacją, że audiencja delegacji robotniczej to rzeczywiście
dawno zapomniany przez wszystkich i w ogóle nonsensowny pomysł.

Rozdział jedenasty

1
Wielki książę Mikołaj Michajłowicz, posiadacz wysokich tytułów dworskich i wojskowych (generał-
adiutant, generał infanterii), zgodnie ze specjalnym ukazem cara był oficjalnym historiografem Rosji.
Oprócz tego prowadził jeszcze jeden rodzaj działalności o szczególnym charakterze, dzięki której mógł
nawet wpływać bezpośrednio na bieg wydarzeń - przez ostatnie sześć lat wielki książę był rzecznikiem
interesów Anglii na dworze carskim. Nikt go, rzecz jasna, nie angażował do tej pracy i nikt mu za nią
nie płacił, wykonywał ją - by tak rzec - con amore, rzetelnie i z przekonaniem.
Sir George Buchanan poznał wielkiego księcia w Bułgarii, kiedy był tam ambasadorem, Mikołaj
Michajłowicz zaś przyjechał z wizytą do cara Bułgarii Ferdynanda.
Podczas przyjęcia, jakie odbywało się w pałacu carskim, znaleźli się we dwóch w oszklonej galerii
wychodzącej na park pałacowy i Buchanan zaczął mówić o wielkości Rosji, kraju, który dla wielu
Europejczyków jest zagadkowym sfinksem.
- O, to stary błąd Europy - roześmiał się Mikołaj Michajłowicz. - Nasz kraj jest ogromny i silny, ale
sztuki życia powinniśmy się uczyć od Europy. - Wielki książę, który był o głowę wyższy od Buchanana,
spojrzał nań z góry z szelmowskim uśmiechem, jakby mówił: „No i co pan teraz powie, sir?“ Uwielbiał
lekką konwersację towarzyską, w której mógł demonstrować dojrzałość i samodzielność swych
sądów. Rozmowa z Buchananem sprawiała mu szczególną przyjemność, książę ubóstwiał bowiem
Anglików i przepadał za rozmową po angielsku.
- Niestety, Europa nie jest monolitem. I można w niej znaleźć najrozmaitsze rzeczy. - Buchanan
westchnął lekko i dodał: - Na przykład Francja z jej rewolucją, która obaliła monarchię.
- Odbieram Francję wyłącznie za pośrednictwem Francuzów; lubię ich pełen wdzięku język, ich
pikantną, lecz zawsze pełną głębszych uczuć literaturę, no i wreszcie ich umiejętność wesołego życia,
bez zbędnego zaprzątania sobie głowy poważnymi problemami. Taka jest dla mnie Francja i darzę ją
szczerą sympatią... - Mikołaj Michajłowicz powiedział to wesoło, z przekonaniem i ciągnął: - Co się zaś
tyczy upadku tronu francuskiego, to powiem tak: podczas kiedy Rosjanin całym swym jestestwem
stworzony jest dla monarchicznej formy rządów, to Francuzowi ze względu na jego charakter
potrzebna jest republika i wszystkie właściwe jej swobody.
- A co pan powie o nas, Anglikach? - spytał Buchanan pochylając lekko głowę.
- O, wy jesteście uosobieniem powagi Europy, od Francuzów dzieli was nie La Manche, lecz zupełnie
odmienna specyfika krwi i umysłu.
- Świetnie powiedziane! Dziękuję, Wasza Książęca Mość - powiedział miękko Buchanan.
- A to, że Europa, jak się pan wyraził, nie jest monolitem, to dla nas bardzo wygodne - ciągnął wesoło
wielki książę. - Rosja mogłaby przejąć od Francuzów charakter, od Niemców rzeczowość, od Anglików
zaś - umiejętność rządzenia państwem.
- Jeszcze raz dziękuję panu - Buchanan skłonił się i spytał: - A co Europa mogłaby przejąć od Rosjan?
- Cierpliwość, wytrzymałość, bezpretensjonalność i wreszcie umiejętność... picia wódki.
Książę roześmiał się, Buchanan zaś rzekł z uprzejmym uśmiechem:
- Wspaniałe, prawdziwie męskie cechy.
- Teraz ja dziękuję panu, sir - książę z lekka pochylił głowę.
Buchanan zapamiętał tę rozmowę. Zrozumiał, że wielki książę należy do tych Rosjan, dla których
Europa jest przedmiotem adoracji. Przyjechawszy do Piotrogrodu w charakterze ambasadora Anglii,
niezwłocznie odnowił znajomość z wielkim księciem. Zatelefonował do niego zaraz na trzeci dzień po
przyjeździe i został wkrótce zaproszony na poranną kawę. Właśnie to „na kawę“, a nie na tradycyjny
w Piotrogrodzie obiad czy kolację, świadczyło również o europejskich gustach księcia. W jego pałacu
wszystko było urządzone na sposób europejski. Służba nosiła zwykłe ubrania, żadnych stylizowanych
na ludowo strojów czy liberii. Buchanan wprowadzony został do niewielkiej jadalni, w której stał mały
owalny stół i dwa białe twarde fotele. W kącie - etażerka z książkami uwieńczona figurką Napoleona
z brązu. Było to całe umeblowanie pokoju. Wszedł książę w szarym garniturze w kratę. Jak na swoje
pięćdziesiąt lat wyglądał młodo. Starannie wygolona twarz o różowych policzkach była gładka, bez
zmarszczek, nie postarzały go też wąsy i bródka a la Mikołaj.
- O, jakże mi miło widzieć pana znowu, sir Buchanan - zaczął książę jeszcze w drzwiach i podchodząc
do gościa lekkim, sprężystym krokiem wyciągnął doń obie ręce.
Ściskając rękę ambasadora i nie wypuszczając jej ze swych dłoni, książę podprowadził go do stołu.
- Nie myślałem, nie myślałem, że zobaczę pana w swoim domu. Pamiętam doskonale naszą rozmowę
w Sofii. To się rzadko zdarza - krótkie spotkanie i oto odkrywamy człowieka, który jest nam bliski
i potrzebny.
- Wzajemnie, Wasza Książęca Mość - odparł Buchanan z powagą. - Ja także nie zapomniałem naszego
spotkania i dlatego właśnie pozwoliłem sobie zadzwonić do pana.
- Wspaniale! Będziemy się teraz często widywać, jest wiele spraw, o których chciałbym z panem
porozmawiać. Proszę mi wierzyć, że w naszej ogromnej stolicy czasem dosłownie nie mam z kim
podzielić się myślami.
- To chyba jednak przesada, Wasza Książęca Mość - uśmiechnął się Buchanan.
- Niestety, to prawda - rzekł książę z powagą, a nawet ze smutkiem. - Zrozumie mnie pan, kiedy
pobędzie pan u nas nieco dłużej.
Książę umilkł. Nobliwa twarz Buchanana wyrażała bezgraniczne zainteresowanie, współczucie
i niepokój, lecz ambasador milczał wyczekująco.
- Chcą nas uparcie przekonać, na przykład, że nasza wojna z Japonią to mało znaczący epizod,
o którym należy zapomnieć - zaczął książę energicznym tonem. - Jakżeż można zapomnieć o hańbie?
Witte potrafił stworzyć pompatyczną oprawę dla podpisania traktatu pokojowego, ale czy ten traktat
przekreślił to, co się stało? A najważniejsze jest to, że nie wyciągnęliśmy wniosków na przyszłość
i możemy znaleźć się w obliczu nowej hańby.
- Ale czyż imperator tego nie rozumie? - spytał Buchanan ostrożnie.
Książę wyprostował się w fotelu i rzekł w zamyśleniu:
- Zbyt wielką rolę odgrywa tu jego... charakter. Klęska w wojnie z Japonią... zamieszki w kraju, które
nastąpiły potem... wszystko to dosłownie go złamało.
- Ale teraz jest przecież pokój i Rosja kwitnie - zauważył Buchanan.
- To bardzo niebezpieczne złudzenie, mój przyjacielu - odparł książę. - O tym niebezpieczeństwie
mówi nawet jego matka, cesarzowa Maria Fiodorowna, która uważa, że jest to cisza przed burzą.
Buchanan słuchał i myślał o tym, że ponowne nawiązanie stosunków z wielkim księciem nie było
pomyłką. Jeśli już podczas pierwszego spotkania książę pozwala sobie na taką szczerość wobec niego,
to co będzie potem...
- Widzę, że pańskie stosunki z cesarzem nie są najlepsze - powiedział cicho i ze smutkiem.
- O nie, bynajmniej! Dlaczego pan tak sądzi? - książę ze zdziwieniem uniósł brwi. - Przeciwnie, jest dla
mnie zawsze bardzo miły, chociaż wiem, że to, co mówię, nie zawsze sprawia mu przyjemność.
- Wobec tego ma pan po prostu obowiązek udzielać mu pożytecznych rad, które przyniosłyby Rosji...
Książę spochmurniał.
- Doradców mu nie brak. Ale cała sprawa polega na tym, że od jednych te rady przyjmuje, drugich zaś
tylko słucha cierpliwie. Ja należę do tych drugich.
- Jednakże, w moim przeświadczeniu, człowiek rozsądny nie puści mimo uszu żadnej dobrej rady -
zaoponował Buchanan i czekał, co odpowie książę; było to dla niego bardzo ważne.
Mikołaj Michajłowicz zrozumiał oczywiście, czego oczekuje odeń ambasador angielski, i postanowił
na razie nie posuwać się dalej. Nic więc nie odpowiedział i wyciągnąwszy dużą białą rękę po dzwonek
zadzwonił.
Służący przyniósł porcelanową tacę, na której stał dzbanek z kawą, dwie wytworne filiżaneczki oraz
kruche ciasteczka w porcelanowej wazce.
- A może pan lubi z likierem? - spytał książę.
- Wolę ze śmietanką.
- Śmietanka dla pana - zadysponował książę. - A ja piję tylko czarną, i dlatego w domu nazywają mnie
Turkiem - roześmiał się.
Przy kawie rozmawiali o gwałtownym wybuchu ogólnoświatowej mody na automobile,
o nieprawdopodobnej drożyźnie w kurortach francuskich, o sezonie zimowym w operze
petersburskiej, myśląc zarazem o tym najważniejszym, co zostało powiedziane, a raczej
niedopowiedziane przedtem. Wielki książę był przekonany, że uczynił dziś wszystko, aby zbliżyć do
siebie Buchanana, a w przyjaźni z ambasadorem króla angielskiego pokładał niemałe nadzieje. Książę
pragnął odgrywać liczącą się rolę w rządzeniu Rosją.
Buchanan z kolei uważał, że zrobił dziś bardzo wiele - książę powiedział mu to, o czym w Rosji nie
mówi się głośno, i nie może nie zdawać sobie sprawy, jakie weksle podpisał. Potwierdza się
prawdopodobnie informacja, że cierpi z powodu niezaspokojonych ambicji, dręczy go zawiść wobec
koronowanego kuzyna i chciałby przynajmniej być jego głównym doradcą.
2
Pierwszym egzaminem w Rosji stała się dla Buchanana krytyczna sytuacja na Bałkanach. Rosja, która
od dawna dążyła do sojuszu krajów słowiańskich, zajęła takie stanowisko, że mogła zostać wciągnięta
w wojnę przeciwko Austrii. Naruszyłoby to wszystkie plany Anglii i Francji, które liczyły na udział Rosji
w wielkiej wojnie, stojącej już za progiem.
Buchanan otrzymał ścisłe dyrektywy: miał doprowadzić do tego, by Rosja zajęła bardziej elastyczne
stanowisko w sprawie sytuacji na Bałkanach... Tu właśnie przydał mu się i wielki książę Mikołaj
Michajłowicz, i proangielsko nastawiony minister spraw zagranicznych Sazonow, z którym Buchanan
był już w tym czasie w wielkiej przyjaźni.
Na każdej audiencji u cara Sazonow powtarzał, że kraje bałkańskie nie są przygotowane do poważnej
wojny, co powinno być ostrzeżeniem dla Rosji przed pochopnym mieszaniem się w konflikt. Z kolei
wielki książę Mikołaj Michajłowicz, już jako historyk, przypominał Mikołajowi, jak drogo kosztowała
Rosję poprzednia wyprawa bałkańska. Z tego okresu pochodzi również list matki Mikołaja, cesarzowej
Marii Fiodorowny, w którym zaklina ona syna, aby nie wierzył Wilhelmowi i był przygotowany na jego
intrygi przeciwko Rosji.
Car rosyjski, który nie odznaczał się zdecydowaniem, zawahał się i w rezultacie wojna bałkańska
przybrała charakter lokalny, co bardzo odpowiadało Anglii; bratobójcza walka osłabiała kraje
bałkańskie, dla Brytanii zaś od niepamiętnych czasów pożądana była jak największa liczba słabych
państw, gdyż ułatwiało to dzielenie i rządzenie nimi.
Buchanan wykonał więc polecenie i doczekał się wyrazów najwyższego uznania. W dwa lata później
zaś Anglia powierzyła mu jeszcze bardziej odpowiedzialne zadanie - miał sprawować ścisły nadzór nad
wszystkimi sprawami związanymi z przystąpieniem Rosji do wielkiej wojny. Było tu wiele trudności
szczególnej natury. Rosja miała pakt sojuszniczy tylko z Francją, a w dodatku tak sformułowany, że
tylko w wyjątkowych wypadkach obowiązana była przystąpić do wojny. Pakt z Anglią natomiast nie
został w ogóle zawarty. Co więcej, w ostatnich czasach między Anglią a Rosją niejednokrotnie
wybuchały konflikty. Tymczasem latem 1914 roku ważyły się losy świata, a więc oczywiście również
wysp brytyjskich. Politycy angielscy starali się pokierować sytuacją w taki sposób, aby w przyszłej
wojnie Wielka Brytania nie była zmuszona dźwigać największych ciężarów. Rozwiązanie tego
problemu zależało od decyzji Rosji. Jaki będzie jej udział w wojnie, biorąc pod uwagę fakt, iż Rosja
liczyła na znacznie późniejszy termin rozpoczęcia działań na froncie? Czy rzuci do walki swe
nieprzebrane rezerwy ludzkie? Czy wytrwa, nie licząc się z wielkością strat, w gotowości prowadzenia
aktywnej wojny przez dłuższy czas?
Buchanan zdawał sobie sprawę, jak odpowiedzialna jest w tym momencie jego rola w Rosji, i rozwinął
ożywioną działalność. Zdążył już wyrobić sobie stosunki i zdobyć zaufanie samego cara.
Aktywnie działał również na terenie Rosji profesjonalny wywiad angielski. Attachat wojskowy
i personel ambasady naszpikowane były doświadczonymi agentami, którzy mieli kontakty
z najrozmaitszymi kołami Petersburga i zbierali dane o sytuacji w kraju oraz o nastrojach w różnych
kręgach społeczeństwa rosyjskiego. Słowem, Buchanan miał wszelkie podstawy, aby w przeddzień
wybuchu wojny napisać, że termometr angielski może określać temperaturę Rosji w dowolnym
punkcie jej terytorium i na dowolnym szczeblu drabiny społecznej oraz wykrywać w porę ogniska
choroby.
Pierwszy rok wojny był szczytowym okresem działalności Buchanana w Rosji. Doszło do tego, że
gazety niemieckie nazwały go pewnego razu drugim, niekoronowanym carem. Istotnie, potrafił
wypracować sobie taką pozycję, że na szczytach władzy państwowej nie było przed nim sekretów,
sam car zaś niejednokrotnie korzystał z jego rad i nie nazywał go inaczej, jak tylko swoim „wiernym
przyjacielem...“ Okazało się jednak, że to za mało, by poznać wielką Rosję, jej życie, jej dążenia i w
odpowiednim momencie dostrzec i zrozumieć to, co dzieje się za murami pałaców, za ścianami
gabinetów ministerialnych i arystokratycznych salonów.
Pod koniec drugiego roku wojny sytuacja wewnętrzna kraju skomplikowała się znacznie i Buchanan
zbyt późno dokonał odkrycia, że boski samowładca rosyjski wcale nie jest wszechmocny w swym
państwie. W okresie, którego dotyczy nasza opowieść, Londyn domagał się już kategorycznie, by
Buchanan wyjaśnił ponad wszelką wątpliwość, czy car rosyjski jest w stanie kontynuować aktywną
wojnę. Obawy Londynu były dla ambasadora zrozumiałe, jednakże tu, na miejscu, car powtarzał
niezmiennie: „Wojna do zwycięskiego końca!“
I wówczas Buchanan postanowił dowiedzieć się, czy nie są to jedynie słowa, czy w rzeczywistości nie
ma on innych koncepcji? Zaczął więc przeprowadzać wszechstronny wywiad w najbliższym otoczeniu
monarchy.
3
Walcząc z silnym wiatrem, który popychał go do tyłu i zadzierał poły zbyt obszernego i niezgrabnie
leżącego na nim płaszcza, generał major Dymitr Nikołajewicz Dubienski udawał się na piechotę do
piotrogrodzkiego pałacu wielkiego księcia Mikołaja Michajłowicza i nie przyszło mu nawet do głowy,
że ulicami miasta, gdzie hula wiatr od Bałtyku, prowadzi go wola ambasadora angielskiego, że to on,
sir George Buchanan...
Losy generała Dubienskiego były dość niezwykłe. Przez długie lata związany był ze sztabem
generalnym i przed samą wojną został członkiem rady głównego zarządu stadnin; zajmował się
zakupem koni dla armii. Męczyło go i nawet rujnowało pewne dziwaczne przedsięwzięcie - wydawał
mianowicie za własne pieniądze gazetę „Russkoje Cztienije“, która miała - jak sądził - przyczynić się
do uspokojenia społeczeństwa rosyjskiego. Gazeta była potwornie nudna i bezbarwna, jednakże jej
kurs został oficjalnie zaaprobowany i Dymitr Nikołajewicz otrzymywał na nią coroczną subwencję
w ministerstwie spraw wewnętrznych. Kiedy zaś zaczęła się wojna, niespodziewanie spadła nań
nominacja na stanowisko historiografa przy Kwaterze Głównej. Jeździ więc teraz pociągiem carskim
w wagonie przeznaczonym dla świty i pisze sprawozdania z pobytu cara w armii czynnej. Oprócz tego
ma on jeszcze swój udział w wydawnictwie „Letopisi Wojny“ - jest to coś w rodzaju albumu
rodzinnego jego Cesarskiej Mości. Obraca się w najwyższych sferach, widuje się z samym cesarzem,
ale nie wiadomo, dlaczego nie nabrał ani światowego poloru, ani tupetu, jaki daje władza, a wśród
wysoko postawionych osób czuje się obco i zachowuje nieśmiało. Nikt się też z nim specjalnie nie liczy
- nawet dzisiaj bezczelni intendenci nie dali mu automobilu, chociaż doskonale wiedzieli, do kogo się
udaje.
Wielki książę przyjął Dubienskiego w gabinecie. Pocierając zmarznięte ręce, generał major z pełnym
szacunku zainteresowaniem przyglądał się szafom z książkami.
- Może kieliszek na rozgrzewkę? - zaproponował książę uprzejmie.
- Stokrotne dzięki. Wasza Książęca Mość... nie piję... wątroba... - tłumaczył się Dubienski.
- Już dawno, Dymitrze Nikołajewiczu, powinniśmy byli się spotkać - rzekł książę siadając przy
ogromnym biurku krytym zielonym suknem. - Obydwaj zajmujemy się historią ojczystą i nie ulega
wątpliwości, że pewnie często dublujemy się nawzajem.
- Historią, Wasza Książęca Mość, zajmuje się teraz każdy, kto tylko ma na to ochotę - wtrącił ze
smutkiem Dubienski, lecz książę jakby nie zauważył jego nietaktu i mówił dalej:
- Muszę się otwarcie przyznać, że mam tu wielki problem. Zarówno pan, jak i ja powinniśmy
gromadzić i utrwalać wypowiedzi Najjaśniejszego Pana dotyczące najrozmaitszych kwestii, gdyż tylko
to może uczynić historię pełną treści i zapewnić jej właściwy poziom. Czy zgadza się pan ze mną?
- Oczywiście! Oczywiście! - Dubienski pospiesznie wyciągnął z kieszeni chusteczkę, wytarł nos i dodał:
- Nie może być co do tego żadnej wątpliwości.
Książę odwrócił się mimo woli, kiedy Dubenski wycierał nos wymiętoszoną kraciastą chustką,
i patrząc w okno, za którym wiatr kołysał nagą topolę, ciągnął:
- Słyszę Najjaśniejszego Pana głównie wtedy, kiedy przebywa w gronie naszej rodziny, a tutaj nie lubi
mówić o wojnie; prawdopodobnie chce po prostu odpocząć od niej. Dlatego też powinniśmy
udostępniać sobie wzajemnie wypowiedzi cesarza, które udało się nam zanotować. Nie ma pan nic
przeciwko temu?
- Bardzo chętnie...
- Czy towarzyszył pan cesarzowi w jego podróży na front przed Nowym Rokiem? - spytał książę.
- Tak jest. I uzyskałem pochwałę za opis parady na froncie zachodnim. To było bardzo wzruszające. -
Malutkie zielonkawe oczka Dubienskiego rozbłysły.
- Czy to ten artykuł, który został wydrukowany w „Niwie“?
- Częściowo, Wasza Książęca Mość. Wzięto ode mnie wypowiedzi Najjaśniejszego Pana, ponieważ
reporterów przy tym nie było...
- Czy oprócz opublikowanych były jeszcze jakieś inne wypowiedzi? - spytał książę surowo.
- Całe mnóstwo, wasza wysokość! - Dubienski klasnął w dłonie, wskutek czego mundur na plecach
podniósł się tworząc garb, a naramienniki uniosły się do góry.
- Niechże się pan ze mną podzieli - rzekł Mikołaj Michajłowicz tonem ni to prośby, ni to rozkazu. -
W tej chwili są mi szczególnie potrzebne wypowiedzi o perspektywach wojny.
- Ile pan sobie życzy, wasza wysokość. Nie wiedząc jednak, po co jestem wzywany, nie zabrałam ze
sobą swoich notatników - Dubienski uśmiechnął się ze skruchą.
- Na początek niech pan spróbuje zacytować z pamięci. A te, które będą mi potrzebne, potem mi pan
napisze...
Dubienski zamyślił się, drobniutką twarz pokryły zmarszczki; słyszał istotnie mnóstwo najrozmaitszych
wypowiedzi cesarza, ale która z nich może zainteresować księcia?
- Pomogę panu. Czy Najjaśniejszy Pan nie dzielił się z żołnierzami lub z generałami jakimiś
wątpliwościami co do zakończenia kampanii?
- Broń Boże, broń Boże - zdawało się, że Dubienski zaraz podniesie rękę i przeżegna się.
- A czemuż to? - w aksamitnym głosie księcia słychać było nutki zniecierpliwienia. - Jest rzeczą
całkowicie naturalną, że Najjaśniejszy Pan, pragnąc usłyszeć zdanie swych żołnierzy, mógł uciec się do
fortelu i wyrazić jakąś wątpliwość. Rozumie pan, jak ważne jest, aby utrwalić w historii taki przykład
zaufania cesarza do ludzi oręża.
Dubienski znów zmarszczył czoło, myśląc gorączkowo, co powiedzieć. Książę czekał, z trudem tłumiąc
w sobie irytację na ograniczonego interlokutora, do którego zmuszony był zwrócić się o pomoc.
- Wojna aż do zwycięskiego końca! Jego Cesarska Mość tylko o tym mówił. Tylko o tym - rzekł
wreszcie Dubienski.
- Trudno sobie wyobrazić, aby wszędzie powtarzał tylko jedno zdanie... - głos księcia zabrzmiał
twardo; to, co usłyszał od Dubienskiego, wiedział i bez niego. - Niech pan spróbuje sobie
przypomnieć, bardzo proszę.
Dubienski zmieszał się i patrząc z niepokojem na księcia starał się przywołać w pamięci to, co trzeba.
- Może... - zaczął niezdecydowanie. - To było już w pociągu... Jego Cesarska Mość przejrzał akurat
moje sprawozdanie, pochwalił i nagle spytał: „A czy to wszystko pana nie zmęczyło?“ Zerwałem się
oczywiście na równe nogi i mówię: „W żadnym wypadku. Wasza Cesarska Mość.“ Popatrzył na mnie
z wielką powagą i na tym rozmowa się skończyła.
- No widzi pan? - powiedział książę z wyraźną aprobatą. - To przecież bardzo istotne - cesarz pragnie
wiedzieć, czy jego ludzie nie są zmęczeni wojną. Niech pan przypomni sobie jeszcze coś w tym
rodzaju.
Dubienski wciągnął głośniej powietrze swym malutkim noskiem i zaczął niepewnie:
- Było jeszcze tak... Zaraz po zakończeniu parady Najjaśniejszy Pan rozmawiał z generałem Evertem.
Jego Cesarska Mość był bardzo zadowolony z przebiegu parady. Dziękował generałowi. Aż nagle pyta:
„Czy zamierza pan pogrzebać w śniegach i tych wspaniałych żołnierzy?“ Generał zbladł. „Wszystko
jest w ręku Boga, Wasza Cesarska Mość“ - odpowiedział. Najjaśniejszy Pan rozgniewał się wyraźnie
i rzekł: „Jeśli mamy stracić i te siły, to może lepiej nie pchać się do bitki...“
- Nadzwyczaj interesujące, Dymitrze Nikołajewiczu. Nadzwyczaj... - rzekł książę w zamyśleniu. - To
właśnie jest prawdziwa historia.
- Tak jest, wasza wysokość - zgodził się Dubienski, nie bardzo rozumiejąc, o co księciu chodzi.
- A czy nie było jakiejś bezpośredniej wypowiedzi o możliwości pokoju? - zagadnął książę ostrożnie i
dodał wyjaśniająco: - Przecież dla wyrobienia sobie zdania w każdej kwestii cesarz powinien zważyć
wszystkie za i przeciw.
- O możliwości zawarcia pokoju nie było ani słowa, wasza wysokość - twardo odparł Dubienski. - Nie
zdarzyło się nic podobnego...
- Bardzo panu dziękuję, Dymitrze Nikołajewiczu - rzekł książę miękko, zdecydowawszy, że na dziś
wystarczy. - Umówmy się więc, że będziemy się dalej spotykać i będzie mi pan pomagał wzbogacać
historię Rosji.
- Z całą gotowością, wasza wysokość!

Rozdział dwunasty

1
Sir George Buchanan prowadził dziennik osobisty i niemal każdego dnia dokonywał w nim jakichś
zapisów. Był pewien, że jego świadectwo przejdzie do historii tych czasów, i oczywiście myślał
o przyszłej publikacji swych notatek. Pewnego razu powiedział na przyjęciu, że bez pamiętników
dyplomatów historia byłaby niepełna. Powiedział to specjalnie dla ambasadora niemieckiego w
Piotrogrodzie, hrabiego Pourtalèsa, który pozwolił sobie przedtem na nieostrożną uwagę na temat
szczególnych uprawnień Niemiec do żądania rewizji podziału rynków światowych. Pourtalès przyjął tę
piłeczkę i odparł, że poważni ludzie odnoszą się z rezerwą do podręczników historii, nie mówiąc już
o pamiętnikach dyplomatów... Było to dawno, jeszcze przed wybuchem wojny.
Buchanan nie mógł przewidzieć, jak niesławnie zakończy się misja ambasadora jego królewskiej mości
króla Anglii Jerzego V przy dworze Jego Cesarskiej Mości Mikołaja II, nie mógł też wiedzieć, że jego
katastrofa osobista stanie się częścią katastrofy monarchii rosyjskiej, do czego sam przyłoży rękę, i to
w znacznej mierze. Dojrzewającego wyraźnie kryzysu owej monarchii nie wiązał absolutnie ze swym
własnym losem i w dalszym ciągu pouczał Rosję, naprowadzał ją na dobrą drogę...
Oto pierwszy zapis w jego dzienniku, dokonany w roku 1916:
„...Na froncie besarabskim Rosjanie, zawsze gotowi w miarę swych możliwości poprzeć sojuszników,
przedsięwzięli ofensywę w celu okazania pewnej pomocy dzielnym obrońcom Verdun, tak okrutnie
nękanym przez Niemców. Chociaż natarciu temu towarzyszył niejaki sukces, to jednakowoż nie dało
ono określonych rezultatów, ponieważ przedsięwzięte zostało bez dostatecznego przygotowania,
przy niewystarczającej ilości aeroplanów oraz innych środków wojskowo-technicznych...“
Ileż obłudy w tej notatce! Na początku stwierdzenie, że Rosjanie zawsze gotowi są okazać poparcie
swoim sojusznikom i że ofensywa na froncie besarabskim to forma pomocy dla oblężonego przez
Niemców francuskiego miasta Verdun. Ponieważ jednak ofensywa nie powiodła się, Buchanan
precyzuje - pewnej pomocy. I winą za to obarcza wyłącznie Rosjan. Tymczasem zaś natarcie, o którym
pisze, nie zostało należycie przygotowane tylko dlatego, że zaczęło się przed ustalonym terminem,
gdyż car (a zatem i Kwatera Główna) uległ nader silnemu naciskowi sojuszników, w tej liczbie i
Buchanana oraz ambasadora Francji Paléologue’a. Armia rosyjska nie miała aeroplanów i innych
środków wojskowo-technicznych tylko dlatego, że Rosja, która już poniosła w tej wojnie kolosalne
straty, nie otrzymała uzbrojenia od tejże Anglii, która nie tylko obiecała je dostarczyć, ale już
otrzymała za nie od Rosji pełną zapłatę w złocie. Buchanan przez cały czas stara się tak
zinterpretować wypadki, by z perspektywy historii winę za wszystko ponosiła wyłącznie Rosja.
W danym wypadku zabrakło mu chyba atramentu, by napisać, że w wyniku owej nieudanej ofensywy
rosyjskiej obrońcy Verdun uzyskali mimo wszystko możliwość wytchnienia dzięki przerwie
w działaniach wojennych, gdyż Niemcy przerzucili stamtąd znaczne siły na front wschodni.
Tak czy inaczej, Buchanan doskonale zdawał sobie sprawę, że to nieudane natarcie było wszystkim,
co mogła wówczas zrobić Rosja. Było to nawet więcej, niż mogła. Ale o tym autor dziennika już nie
pisze.
Z nowymi próbami nacisku na Rosjan należało teraz poczekać, przystępuje więc Buchanan do
wykonania innego, nie mniej ważnego polecenia swego rządu. Trzeba wyjaśnić, jak dalece
niebezpieczne są dla monarchy rosyjskiego tendencje progermańskie. Zajmuje się tym cały aparat
ambasady. Zajmuje się tym również cała angielska sieć szpiegowska zainstalowana w Piotrogrodzie
oraz w innych punktach Rosji pod rozmaitymi szyldami, włączając w to różne przedstawicielstwa
handlowe.
W tym czasie car dokonuje nieoczekiwanej, żeby nie powiedzieć wręcz zdumiewającej zmiany
w rządzie - powołuje na stanowisko premiera Stürmera, mało komu znanego trzeciorzędnego
dygnitarza.
Pojawienie się nowego premiera było całkowitą niespodzianką zarówno dla Buchanana, jak też dla
ambasadora Francji Paléologue’a; czyniły im z tego powodu wyrzuty i Londyn, i Paryż, żądając
natychmiast wyczerpujących informacji o Stürmerze.
W kilka dni później Buchanan pisze o nim, co następuje:
„...Dziadek Stürmera był komisarzem austriackim na Wyspie św. Heleny w okresie, kiedy przebywał
tam Napoleon, sam zaś Stürmer zajmował kolejno stanowiska mistrza ceremonii na dworze rosyjskim
i gubernatora jarosławskiego. Obdarzony umysłem zaledwie drugorzędnej jakości, nie posiadający
żadnego doświadczenia w sprawach państwowych, zabiegający wyłącznie o własne interesy,
odznaczający się skłonnością do schlebiania innym a zarazem chorobliwą ambicją, zawdzięczał swą
nominację tej okoliczności, że był przyjacielem Rasputina i cieszył się poparciem kamaryli otaczającej
cesarzową. Będę o nim mówił jeszcze później, na razie zaś przywołam fakt, który świadczy, do jakiej
kategorii ludzi należał - chodzi o to, że szefem swojej kancelarii mianował byłego agenta ochrany
Manujłowa...“
Sięgnijmy teraz po opinię, jaką wystawił Stürmerowi ambasador francuski Paléologue:
„W ciągu ostatnich trzech dni zbierałem ze wszystkich stron informacje o nowym prezesie rady
ministrów Stürmerze i to, czego zdołałem się dowiedzieć, wcale mnie nie cieszy. Ma lat sześćdziesiąt
siedem, umysł poniżej przeciętnej, zdecydowanie ograniczony. Małoduszny, bez charakteru,
wątpliwa uczciwość, żadnego doświadczenia, żadnej orientacji w sprawach rzeczywiście istotnych.
Posiada bezsprzecznie wybitny talent do intrygowania i schlebiania innym. Pochodzi z rodziny
niemieckiej, na co wskazuje jego nazwisko. Jest stryjecznym wnukiem barona Stürmera, byłego
komisarza rządu austriackiego, który pilnował Napoleona na Wyspie św. Heleny. Ani cechy jego
osobowości, ani jego poprzednia kariera administracyjna, ani też pozycja społeczna nie
predestynowały go do tak wysokiego stanowiska, które zostało mu powierzone ku powszechnemu
zdumieniu. Nominacja ta staje się jednak zrozumiała przy założeniu, iż został on wybrany jako
narzędzie, właśnie dzięki swej nijakości i elastyczności, wybór ten zaś został dokonany pod wpływem
Rasputina, z którym Stürmer, podobnie jak i z kamarylą carycy, jest blisko związany. Zwiastuje to nam
«szczęśliwe dni»...“
Po obiedzie Buchanan odwiedził ministra spraw zagranicznych Sazonowa. Ten surowy gabinet
z czarnymi niepoliturowanymi meblami był chyba jedynym miejscem w Rosji, gdzie Buchanan czuł się
jak u siebie w ambasadzie i mógł mówić wszystko, co myślał.
Usiedli w fotelach przy kominku, na którym tliły się polana. Buchanan zdawał sobie sprawę, że
nominacja Stürmera gnębi Sazonowa nie mniej niż jego, ale minister nie pokazywał tego po sobie,
uśmiechał się zgodnie z protokołem dyplomatycznym i usiadłszy w fotelu założył nogę na nogę,
rozprostował fałdkę na spodniach, odchylił się do tyłu i splótłszy ręce na piersiach spokojnie patrzył
na ambasadora. Buchanan był niższy od niego i zagłębianie się w fotelu nie było dlań wygodne, gdyż
nogi nie sięgały wówczas podłogi; siadał więc zawsze na samym brzeżku i siedział wyprostowany,
wspierając łokcie o boczne oparcia.
Te ich tradycyjne rozmowy przy kominku zawsze miały swój cel. Buchanan otrzymywał cenne
informacje, Sazonow zaś podpowiadał ambasadorowi - a czynił to za pomocą subtelnych aluzji -
o czym należałoby pomówić z carem, by poparł on jego koncepcje, i o czym należy poinformować
Londyn.
- Jak tam nowy premier? - spytał Buchanan.
- Wysłuchaliśmy jego mowy tronowej - uśmiechnął się minister kącikami ust. - Rosja... Nieśmiertelne
samodzierżawie... Mądrość monarchy... Nadzieja na przyjacielską współpracę rządu... i coś tam
jeszcze, nie pamiętam już co.
- A co o wojnie? - Buchanan mimo woli pochylił się do przodu.
- Ani słowa. Prawdopodobnie dano mu do zrozumienia, że wojna nie jest sprawą rządu... - wąskie
i długie brwi ministra uniosły się na moment.
- A o sytuacji w kraju? - twarz ambasadora była zła, napięta, oczy przymrużone.
Sazonow rozplótł ręce i pochyliwszy się w przód rzekł cicho:
- Jakie to ma znaczenie, czy mówił o czymś, czy też coś przemilczał? Sam fakt, że jest premierem,
powinien odpowiedzieć panu na wszystkie pytania. Wojna? Na południu zaczynają się już roztopy
i nie można spodziewać się jakichś poważniejszych ruchów wojsk. Sytuacja w kraju? Błędem byłoby
sądzić, że przeciętność jest w stanie zrobić to, czego zrobić się nie da... - Przystojna twarz ministra
o lekko wystających kościach policzkowych nie wyrażała nic, jedynie jego ciemne oczy zdawały się
pytać ambasadora: czyż pan sam tego nie rozumie?
- Komu potrzebna jest ta nominacja? - Buchanan aż zaniemówił ze złości; odkaszlnął i odzyskawszy
głos spytał: - Niemcom?
Sazonow wzruszył tylko ramionami, a jego oczy pytały wciąż o to samo.
- Moi informatorzy twierdzą, że ludność nie rozumie, dlaczego mianowany został Niemiec - ciągnął
Buchanan.
- Mój Boże, jakież to ma znaczenie! - Sazonow znowu odchylił się do tyłu i utkwiwszy wzrok w suficie
kontynuował:- To jest, drogi przyjacielu, tylko powierzchnia zjawiska. A sedno sprawy polega na
czymś zupełnie innym. Strajki w Zakładach Putiłowskich... W Stoczni Nikołajewskiej zaprzestano
budowy okrętów wojennych... Na froncie zmęczenie i nastroje defetystyczne... Wszystko to było
i przed Stürmerem...
Zamilkli na długo. Pochyliwszy siwą głowę, Buchanan myślał o tym wszystkim, co usłyszał, i szukał
jakiegoś sensownego wyjścia z sytuacji. Sazonow przeniósł wzrok z sufitu na swego rozmówcę.
Ambasador podniósł głowę:
- Ale przecież jest jeszcze Kwatera Główna i chyba tam również myślą o tym wszystkim? - spytał ze
wzburzeniem i nadzieją.
- Kwatera Główna to wojna jako taka - cicho powiedział Sazonow. - Cesarz razem z Aleksiejewem
odgrodzeni są tam od wszystkiego mapami sztabowymi.
- A nastroje defetystyczne?
- Od tego są sądy polowe i te działają...
Zadzwonił telefon.
- Przepraszam... - minister podszedł bez pośpiechu do biurka i podniósł słuchawkę. - Sazonow... Tak...
Tak... Dziękuję... - Odłożył słuchawkę, wrócił do ambasadora, ale nie usiadł w fotelu i wziąwszy
żelazny pogrzebacz zaczął poprawiać nim węgielki w kominku. - Ma pan jeszcze jedną nowinę:
Poliwanow odchodzi, a ministrem wojny będzie Szuwajew, nieszkodliwa miernota z intendentury...
- I to w takim momencie... - ledwie dosłyszalnie rzekł Buchanan i ciężko wstał z fotela.
- No widzi pan! Można już zauważyć pewną tendencję - Sazonow mówił niemal wesołym tonem,
patrząc jak iskrzą się rozrzucone węgielki. - Kurs na miernoty.
- A czym naraził się Poliwanow?
Sazonow powoli zawiesił pogrzebacz na żeliwnym stojaku i odwrócił się w stronę ambasadora:
- Mogę tylko wyrazić pewne przypuszczenia... Liczył się z Dumą, był związany z Guczkowem, to już
wystarczy. A Napoleon zdaje się twierdził, że głupcy znacznie lepiej wykonują rozkazy niż mądrzy.
- Pytanie, kto wydaje rozkazy Stürmerowi? Rasputin?
Sazonow nie odpowiedział, kołysząc się przez chwilę z czubków butów na obcasy, wreszcie rzekł:
- Jednym słowem, kolej na mnie...
- No, pana chyba nie ośmielą się ruszyć... - zaoponował ambasador bez większego przekonania.
- Tak pan sądzi? - uśmiech na twarzy ministra zgasł. - Kiepsko pan zna Rosję, przyjacielu.
O tym, że Sazonow może zostać usunięty, Buchanan bał się nawet myśleć i był teraz tak
zbulwersowany, że nagle zapragnął wyjść stąd jak najszybciej.
- Czy mogę zawiadomić Londyn o dymisji Poliwanowa?
- Sądzę, że ma pan obowiązek...
- Wobec tego zrobię to natychmiast.
Słońce zachodziło szybko i w poprzek Newy legły długie niebieskie cienie. A po niebie płynął już
między wysokimi obłokami przezroczysty zimny księżyc. Automobil ambasadora mknął przez puste
nabrzeże ciągnąc za sobą wirujący śnieżny tren.
W ambasadzie panowała cisza. Rzuciwszy futro na ręce lokaja. Buchanan skierował się w stronę
schodów. Tam czekał na niego sekretarz.
- Proszę natychmiast wezwać szyfranta i Grussa - nie witając się rzucił Buchanan.
W godzinę później szyfrogram o dymisji Poliwanowa został wysłany do Londynu. Nowy minister
wojny został scharakteryzowany słowami Sazonowa. Powody usunięcia Poliwanowa zgadzały się
również z jego wyjaśnieniami...
W gabinecie Buchanana został tylko Henry Gruss. Ten młody, postawny Anglik był formalnie drugim
sekretarzem ambasady, ale w rzeczywistości reprezentował angielską służbę strategiczną, czyli
mówiąc prościej - wywiad. W ambasadzie byli też inni pracownicy tego pionu. Rozumiejąc doskonale,
jak ważna i potrzebna jest ta praca, którą on sam również zajmował się niegdyś, Buchanan starał się
wszakże utrzymać dystans, nie chciał bowiem, by przesyłali swoimi kanałami jakiekolwiek dane
pochodzące od niego. Wyjątkiem był tutaj Henry Gruss, który opowiadał ambasadorowi o swych
służbowych poczynaniach, prosił go często o radę i narzekał przy okazji na swych nieudolnych
zwierzchników. Co więcej, napomykał już nieraz o swym pragnieniu przejścia do służby
dyplomatycznej, która - jak mówił - jest pod każdym względem bardziej czysta. Ostatnimi czasy
Buchanan nazywał go swym „młodym przyjacielem Bennie“... Ambasador nie wiedział, że jego młody
przyjaciel już od dawna wysyła do Londynu nader krytyczne meldunki o działalności ambasady.
Teraz Buchanan zwierzył się mu, że zamierza odbyć wraz z rodziną podróż na południe Rosji.
- Mimo wszystko chciałbym sam zobaczyć kraj, porozmawiać z ludźmi... Mamy obowiązek być
zorientowani, co myślą obecnie Rosjanie.
- Pożyteczne przedsięwzięcie - powiedział Gruss jakoś niepewnie. - Ale będzie to dla pana bardzo
trudne. Władze zatroszczą się o to, aby zobaczył pan tylko to, co będą chciały pokazać.
- Nie będzie to takie proste; nie dam się nikomu wodzić za nos, pan mnie przecież zna.
- O tak, sir - uśmiech Grussa był pełen szacunku.
- Proszę podtrzymywać kontakt z ambasadorem Francji, uprzedzę go o tym. A jeśli będzie jakaś
poważna sprawa, proszę mnie wezwać telegraficznie.
- Dziękuję za zaufanie, sir - pochylił głowę Gruss.
Prośba Buchanana została uwzględniona i jego wyjazd z Piotrogrodu sprawiał wrażenie całkowicie
prywatnego. Nikt go nie odprowadzał. Dopiero na peronie Dworca Moskiewskiego, kiedy zjawił się
tam wraz z żoną i córką tuż przed odjazdem pociągu, powitał go jakiś funkcjonariusz kolejowy niższej
rangi, który zaprowadził rodzinę ambasadora do wagonu, pomógł wsiąść żonie i córce, po czym
zasalutował i życzył Buchananowi szczęśliwej podróży. Pociąg ruszył niemal natychmiast.
I poczynając od owego funkcjonariusza niewysokiej rangi, cała podróż była tak „obstawiona“, że aż do
samego Krymu Buchanan nic nie zobaczył, z nikim nie porozmawiał; na każdym kroku pojawiał się
przed nim tenże funkcjonariusz z pytaniem: „Co pan rozkaże. Ekscelencjo?“ A na Krymie pokazano
mu takie „potiomkinowskie wsie“ i tak umiejętnie organizowano cały spektakl spotkania ambasadora
z miejscową ludnością, że Buchanan niejednokrotnie bywał wzruszony do łez. Wracał do Piotrogrodu
z myślą, że jego niedawny pesymizm zrodził się z faktu, iż wziął stolicę za Rosję, i że od dnia
dzisiejszego wszystkie wrażenia stołeczne będzie korygował za pomocą wspomnień z tej podróży.
Wkrótce Buchanan odbył jeszcze jedną podróż - do Moskwy, gdzie przez wiele dni świętowano
z okazji wybrania go honorowym obywatelem pierwszej stolicy Rosji.
W podróż do Moskwy zabrał ze sobą Grussa. Przed wyjazdem powiedział mu: „Jeśli utopią mnie
w tych wszystkich wspaniałościach, to wtedy pan poczyni niezbędne obserwacje...“
Gruss wypełnił polecenie i dostarczył ambasadorowi ciekawych informacji. Znacznie ciekawszy
meldunek wysłał wszakże do swych zwierzchników. Opisał tam ze złośliwą ironią, jak to politykierzy
moskiewscy sprytnie zrobili ambasadora angielskiego honorowym obywatelem swego miasta, a ten
omdlewał przy tym z zachwytu.
A nieco później sam Buchanan zapisze w swoim dzienniku: „...Na nieszczęście sytuacja polityczna
w ciągu tych paru minionych miesięcy uległa pogorszeniu do tego stopnia, że nie mogłem już patrzyć
w przyszłość z taką pewnością, z jaką patrzyłem wówczas, kiedy mnie wybierano...“
Pierwsze poważne przykrości czekały go natychmiast po powrocie z Moskwy.
2
Kontredans w rządzie trwał nadal... Trzeciego marca car usunął Chwostowa ze stanowiska ministra
spraw wewnętrznych. W ambasadzie angielskiej i francuskiej zrobił się popłoch - usunięty został
minister, który był zdecydowanym wrogiem wszystkiego, co niemieckie.
Tymczasem zaś, jeśli wyniesienie Chwostowa na to stanowisko miało jeszcze niejaki związek z kwestią
niemiecką, to jego upadek nie miał już z nią nic wspólnego. Sama zaś historia kariery Chwostowa była
niezwykle charakterystyczna - jak w kropli wody odbija się w niej cały świat ówczesnego caratu.

Na wysokie stanowisko ministra Chwostow rwał się od dawna. Jeszcze na samym początku stulecia,
będąc gubernatorem w Wołogdzie, potrafił zyskać sobie przychylność cara. Później, już jako
gubernator w Niżnym Nowogrodzie, ze szczególną pompą i paradą zorganizował w tym mieście
tradycyjne targi. I znowu car był zeń zadowolony. Chwostow uznał więc, że nadszedł czas...
Przyjaciele Chwostowa, którzy bywali w pałacu matki cara, cesarzowej-wdowy Marii Fiodorowny,
zaczęli reklamować swego protegowanego jako najbardziej odpowiedniego człowieka dla umocnienia
rządu.
Wkrótce zjawił się niespodzianie w Niżnym Nowogrodzie „święty starzec“ Grigorij Rasputin, jednakże
Chwostow postanowił potraktować go ostro; chciał, aby ministrem mianował go car a nie Rasputin,
wiedział bowiem, że wszyscy podopieczni „świętego starca“ cieszyli się złą sławą...
Rasputin zachowywał się bezczelnie i oświadczył Chwostowowi, że został wysłany przez Carskie Sioło,
aby zajrzeć w głąb jego duszy.
- No cóż, proszę zaglądać, jeśli cokolwiek uda się zobaczyć - roześmiał się Chwostow i chociaż
Rasputin usiłował potem wszelkimi sposobami zmienić ton rozmowy na poważny - nic z tego nie
wyszło. Chwostow odpowiadał żartami, często nawet dość wulgarnymi. Udawał na przemian to
głuchego, to znów głupka. Rasputin wyjechał tego samego dnia. Chwostow polecił, aby odprowadził
go zwykły policjant.
Nie upłynęła jeszcze godzina od wyjazdu Rasputina, kiedy dostarczono Chwostowowi oryginał
telegramu wysłanego przez „świętego starca“ z Niżnego Nowogrodu do Wyrubowej w Carskim Siole.
Z trudem odcyfrowując kulfony Griszki, Chwostow przeczytał: „Chociaż Bóg na nim spoczywa, złego
na nim gęsto.“
Roześmiał się sądząc, że ludziom Wyrubowej nie będzie zbyt łatwo zmienić dobrą opinię, jaką cieszył
się u samego cara.
Mylił się jednak... Kiedy w miesiąc później przyjechał do Piotrogrodu i poprosił o audiencję. Mikołaj
w przeciwieństwie do dotychczasowego zwyczaju przyjął go stojąc, wysłuchał chłodno, nie wdał się
w rozmowę i wkrótce Chwostow zrozumiał, że audiencja jest skończona.
Wrócił więc do Niżnego zdając sobie sprawę, że jego wspinaczka na szczyt nie udała się. Ale nie
należał do ludzi, którzy kapitulują. Zaczyna nowy szturm stolicy z innej strony i wkrótce zostaje
wybrany do Dumy Państwowej jako reprezentant guberni orłowskiej, gdzie miał wielki majątek
ziemski.
W tym okresie złośliwi twierdzili, że najkrótsza droga do Dumy usłana jest grubymi banknotami.
Droga Chwostowa również nie była długa - w roku 1912 zajął już swój fotel w prawym skrzydle sali
posiedzeń w Pałacu Taurydzkim.
Przemyślawszy wszystko starannie, Chwostow wybiera sobie pewnego konia, na którym wjedzie na
arenę wielkiej polityki. Na co liczył? Na Bałkanach płonęło już ognisko wojny, a ponieważ wciągnięta
w nią była Bułgaria, wojna nie wydawała się zbyt odległa. Weszły w modę rozmowy o patriotyzmie i o
historycznej wierności Rosji ideałom braterstwa Słowian. Bezpośrednia ingerencja Niemiec w wojnę
bałkańską wywołała nastroje antyniemieckie. Uwzględniwszy to wszystko, Chwostow wybrał jako
przedmiot swej działalności w Dumie sprawę zdemaskowania dominacji kapitału niemieckiego w
Rosji. Nie spieszył się. Badał sytuację. Wreszcie zabrał głos. Najpierw zaczął mówić ostrożnie
o niebezpieczeństwie szerokiego przenikania kapitału niemieckiego do gospodarki rosyjskiej. Potem
powie również o wpływie Niemców na politykę rosyjską. Temat został wybrany bez pudła. Wywiady
z nim znalazły się na pierwszych stronach gazet. Pojawiły się jego fotografie. Czytelnicy wpatrywali się
w jego okrągłą, nalaną twarz, nieco wydłużoną za pomocą starannie utrzymanej bródki i ostrzyżonych
na jeża włosów nad ściągniętymi brwiami i wypukłymi oczyma. W gazecie księcia Mieszczerskiego
„Grażdanin“ w notatce o nowych członkach Dumy mówiło się o Chwostowie jako o dojrzałym
i odważnym polityku, który wniósł do Dumy myśli narodu wywodzące się z jego głębi, z samego jądra.
Swoją nową spekulację przygotował bezbłędnie - kiedy zaczęła się wojna oraz niepowodzenia, które
natychmiast przyniosła za sobą, Chwostow na swoim koniu znalazł się w centrum uwagi. Możliwość
zwalenia winy za klęski wojenne na wpływy niemieckie, na destrukcyjną politykę kapitału
niemieckiego, na agenturę proniemiecką - wszystko to odpowiadało zarówno dowództwu
wojskowemu, jak też tak zwanej opinii publicznej, nie mówiąc już o klice spod znaku czarnej sotni.
Kiedy ambasador angielski Buchanan zwrócił uwagę cara na godne prawdziwego patrioty rosyjskiego
wystąpienia Chwostowa w Dumie, ten zgodził się z nim i rzekł:
- Od dawna mam na uwadze tego człowieka...
- Tak, tak, właśnie tacy ludzie potrzebni są teraz tronowi - podchwycił Buchanan z zapałem.
Już na drugi dzień Chwostow dowiedział się, że Mikołaj jest doń przychylnie usposobiony. Zatroszczył
się o to Buchanan. Opinię cara o Chwostowie powtórzył w wielkim sekrecie pewnej damie z wyższych
sfer, która - ambasador dobrze o tym wiedział - była bliską znajomą Chwostowa. Buchananowi
zależało na tym, by Chwostow nie tracił czasu i wykorzystał sprzyjające okoliczności.
Chwostow niezwłocznie wygłasza w Dumie jeszcze jedno antyniemieckie przemówienie; jest ono
jeszcze bardziej ostre niż poprzednie i wywołuje w prasie jeszcze większy rezonans.
Car od dawna chciał pozbyć się ministra spraw wewnętrznych Szczerbatowa, do którego od pierwszej
chwili poczuł antypatię wywołaną prawdopodobnie tylko tym, że w swoim czasie mianował go na
miejsce Makłakowa, a tamtego lubił za wesołe usposobienie i ustępliwość. Jednakże caryca zażądała,
aby dal dymisję Makłakowowi i powołał Szczerbatowa. Makłakow naraził się Rasputinowi, a to
zupełnie wystarczyło. Teraz również sama caryca była niezadowolona z tej zmiany. Car postanowił
więc skorzystać z sytuacji i oznajmił żonie, że zamierza zrobić Chwostowa ministrem spraw
wewnętrznych. Carowa ustąpiła, lecz zapragnęła przedtem pomówić z Chwostowem...
3
Chwostow udał się do Carskiego Sioła z teczką wypchaną materiałami dotyczącymi penetracji
Niemiec w sferze ekonomiki i polityki rosyjskiej. Przez całą drogę zastanawiał się, jak najkrócej
i najefektowniej zreferować to wszystko monarsze. W pałacu poinformowano go, że przyjmie go nie
car, lecz Aleksandra Fiodorowna. Wprawiło to Chwostowa w zakłopotanie - przecież nie kto inny, lecz
właśnie caryca przeszkodziła mu w pierwszej próbie sięgnięcia po władzę. Poza tym nie byłoby chyba
zbyt rozsądne mówienie jej o tym, co zamierzał powiedzieć carowi – pogłoski o jej proniemieckich
koneksjach nie milkły ani na chwilę. Lecz o czym wobec tego ma z nią mówić?
Aleksandra Fiodorowna bez żadnych wstępów zaczęła rozmowę o jego ewentualnej nominacji na
stanowisko ministra spraw wewnętrznych.
- Mój mąż bardzo pana chwali - oznajmiła wygładzając na kolanach białą suknię i nie patrząc na
Chwostowa. - Ja także będę rada widzieć pana piastującego tę wysoką godność - dodała szybko
i spojrzała na jego okrągłą, gładką twarz. - Chciałabym jednak bardzo, aby zaakceptował pan senatora
Bieleckiego na stanowisko wiceministra. Niech pan to zrobi dla mnie. Będziemy spokojniejsi, jeżeli
naszą ochroną zajmie się człowiek doświadczony, którego dobrze znamy, któremu wierzymy. Tym
bardziej że pan w tych sprawach... na razie nie ma doświadczenia.
Chwostow milczał, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Niezręcznie jest mówić o mianowaniu
wiceministra, jeśli samemu nie jest się jeszcze ministrem.
Na domiar złego zbijały go z tropu utkwione weń zimne niebieskie oczy carycy, niepokojące
rozszerzonymi źrenicami, a także jej ładna twarz, nie wyrażająca wszakże niczego prócz złości.
- Każde życzenie Waszej Cesarskiej Mości jest dla mnie rozkazem - odrzekł w końcu.
- Chcę, aby pan wiedział, że nie wszyscy aprobują pańską nominację - powiedziała carowa, uwalniając
go wreszcie od mrożącego spojrzenia.
- Domyślam się - Chwostow schylił głowę. - Bardzo tego żałuję... - Przez chwilę milczał wymownie,
potem podniósł głowę i patrząc śmiało w oczy carowej rzekł tonem przysięgi: - Uczynię wszystko, aby
opinia o mnie uległa zmianie.
- Świetnie - rzekła caryca chłodnym, beznamiętnym tonem i wstała. - Życzę panu pomyślnej służby dla
Rosji i tronu.
W drodze powrotnej do Piotrogrodu Chwostow doszedł do wniosku, że tym razem udało mu się
chyba pokonać barierę. Ale co będzie dalej? Dlaczego car nie chciał z nim rozmawiać? A może jest
jeszcze jakiś inny kandydat na to stanowisko? Chociaż... Wątpliwe, by zechciał proponować je komuś
innemu, kiedy Aleksandra Fiodorowna poparła go zdecydowanie i nawet powiedziała: „To świetnie.“
A to, że Bielecki zostanie jego zastępcą do tych wszystkich skomplikowanych i niebezpiecznych spraw,
to nawet dobrze. W razie czego Chwostow zawsze może przypomnieć, że pragnął widzieć na tym
stanowisku właśnie Bieleckiego...
Teraz nie można już było nic przedsięwziąć i pozostawało jedynie cierpliwie czekać. W trzy dni później
wezwano go do cara. Znów wziął ze sobą ciężką teczkę, pragnąc powiedzieć carowi wiele rzeczy, lecz
Mikołaj zaczął mówić sam.
- Czytam uważnie pańskie przemówienia - mówił równym, nieco głuchym głosem. - Interesował mnie
pan już od dawna. Godne pochwały jest to, że zawsze, i teraz także, odważnie bierze się pan do
poważnych spraw. Niektórzy nie rozumieją, że nie można być politykiem i mężem stanu rozmieniając
swą energię na drobne. Uważam, iż wiele naszych kłopotów bierze się stąd, że nie potrafimy znaleźć
odważnych i energicznych ludzi.
Chwostow słuchał z uwagą i milczał. Byłoby niebezpiecznym brakiem skromności, gdyby podjął ten
temat. Pragnął tylko, aby car nie przeciągał wstępnej części audiencji. Przecież wszystko jest już
zupełnie jasne. Znaleziono odważnego i energicznego człowieka i pozostaje przeto mianować go
oficjalnie ministrem.
- Co pan sądzi o sytuacji aprowizacyjnej? - spytał nagle car.
Chwostow speszył się. Czyżby car chciał go wepchać do ministerstwa handlu albo - niech Bóg
uchowa! - rolnictwa?
- Inicjatywa prywatna. Wasza Cesarska Mość, i tylko ona stanowi zasadniczy klucz do zagadnienia -
odparł po chwili namysłu. Uznał, że poprzez tę wypowiedź udało mu się zanegować popularną
ostatnio koncepcję, by kwestię żywnościową przekazać ministerstwu spraw wewnętrznych. I car
powinien zrozumieć, że wypowiada się już jako ewentualny minister tych spraw, który nie chce
zajmować się rozwiązywaniem problemu wyżywienia.
Jednakże car powiedział:
- O ile wiem, cieszy się pan poparciem wielu członków Dumy, ale nie wszystkich. - Milczał przez
chwilę, potem spytał: - Co według pana należałoby zrobić, ażeby tacy jak pan reprezentanci
społeczeństwa uzyskali poparcie zdecydowanej większości? - mówiąc to car opuścił opuchnięte
powieki i spojrzał na swoje ręce splecione na biurku.
Myśl Chwostowa pracowała gorączkowo - w głowie mu nawet nie postało, aby kontynuować karierę
w Pałacu Taurydzkim. Duma jest dla niego tylko i wyłącznie odskocznią. Postanawia więc zagrać va
banque, jako że wie, iż car gniewa się na Dumę.
- Wasza Cesarska Mość - zaczął z przejęciem. - Czymże jest Duma w naszych ciężkich czasach?
Reprezentacją narodu? Gdzież tam! Naród, który nas wybrał, znajduje się teraz na froncie i tam
z bronią w ręku realizuje najważniejszą sprawę państwową - broni ojczyzny, tronu, gromi wroga. A co
robi w tym czasie wybrana przezeń Duma? Co robi wielu panów deputowanych? Czy pomagają
prowadzić świętą wojnę tym wszystkim, którzy ich wybrali, którzy wręczyli im mandaty? Bynajmniej,
Wasza Cesarska Mość. Wstyd mi, gdy widzę codziennie, jak Duma oddala się od swych wyborców.
Wstyd mi. Wasza Cesarska Mość - powtórzył Chwostow cicho i nisko spuścił głowę.
Kiedy ją podniósł, zobaczył, że monarcha spochmurniał i utkwił wzrok w połyskujący blat biurka;
sprawiał wrażenie pogrążonego w ponurej zadumie. I wówczas Chwostow dodał z przejęciem:
- Nie jest mi potrzebna większość w tej Dumie, Wasza Cesarska Mość.
Car poruszył głową, jakby chciał otrząsnąć się ze swych myśli, i uśmiechnąwszy się blado samymi tylko
oczyma rzekł:
- Mimo wszystko będę z zainteresowaniem śledził pańską działalność w Dumie i czytał pańskie
przemówienia...
Opuszczając pałac, Chwostow był również i tym razem pełen niepokoju. Zatrzymał się przed bramą
nie mając siły zrobić kroku dalej. Czyżby to wszystko było bluffem? I wszystko, co po raz drugi tak
rozsądnie i sprytnie budował, znów rozsypało się jak domek z kart? I wynikałoby z tego, że opinia
carowej nic nie znaczy, a jej powszechnie znana władza nad mężem jest tylko pozorna? Komu wobec
tego można wierzyć? Na kim polegać?
Bał się ruszyć z miejsca. Zdawało mu się, że już nigdy więcej nie uda mu się wejść po tych stopniach.
Pociąg jechał wolno. Chwostow patrzył tępym wzrokiem w okno, za którym przesuwała się powoli
smętna równina. Parowóz silnie dymił i okno raz po raz zakrywała brudna zasłona.
Nie wiadomo, co będzie robił jutro. Dzień dzisiejszy uważał za moment przełomowy w całym swym
życiu. Dążył do niego od dawna i był nazbyt pewny, że od jutra wkroczy w zupełnie inny świat,
dlatego też z przerażeniem grzebał obecnie swe nadzieje.
Kiedy jechał z dworca do domu na Mojkę, wcisnął się głęboko w muszlę dorożki; wydawało mu się, że
wszyscy już wiedzą o jego katastrofie i wyśmiewają się z niego. Później wyznał swemu przyjacielowi,
że tego dnia ujrzał własną śmierć...
Około dziesiątej wieczorem zatelefonował do Chwostowa premier Goriemykin. Oznajmił mu, że
otrzymał właśnie rozkaz Najjaśniejszego Pana o mianowaniu Chwostowa szefem ministerstwa spraw
wewnętrznych.
- Tak, wiem już o tym - odparł Chwostow z arogancką niedbałością. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że
został mianowany nie ministrem, lecz szefem ministerstwa. Zresztą w listopadzie będzie już
ministrem...

...I oto latem 1915 roku wszedł był do swego gabinetu w ministerstwie - obszernego, usłanego
dywanami, z białymi kolumnami za ogromnym biurkiem, z głębokimi miękkimi fotelami i kilkoma
telefonami na specjalnym stole, z masywnym żyrandolem zawieszonym pośrodku stiukowego
medalionu.
Odesławszy witających go urzędników usiadł w fotelu i rzekł głośno: „Będziemy grozić stąd
Szwedowi...“
Początkowo Chwostow kontynuował swoją działalność antyniemiecką, acz doskonale zdawał sobie
sprawę z niebezpieczeństwa, jakim grozi to jego nowej karierze. Miał przecież teraz walczyć ze
wszystkim, co wrogie Rosji. Nie mógł wszakże od razu oddać na rzeź swego konia, na którym wjechał
wreszcie w wielką politykę. Postanowił działać ostrożnie. Żadnych deklaracji antyniemieckich
o charakterze ogólnym. Jako cel swych ataków wybiera tylko tak zwane „Towarzystwo Elektryczne“,
w którym przewaga kapitału niemieckiego była zbyt wyraźna, samo zaś Towarzystwo nie miało - jak
się zdaje - żadnych niebezpiecznych kontaktów na górze.
Najważniejsze jednakże, to wziąć w swoje ręce całą potężną i groźną władzę, jaką dysponuje rosyjski
minister spraw wewnętrznych...
4
Przyjaciel Chwostowa Szadurski twierdził, że główną wadą jego charakteru była skłonność do
przeceniania swoich możliwości i brak opanowania. Przeszkadzała mu także nadmierna troska
o korzyści własne, która nie opuszczała go ani na chwilę.
Tym razem Chwostow również się zagalopował... Postawił sobie dwa zadania: spenetrować wszystkie
niebezpieczne dla siebie siły, jakie działają na szczytach drabiny państwowej, oraz znaleźć najbardziej
opłacalną i pewną lokatę dla swego niemałego kapitału. Zadanie drugie związane było z pierwszym,
ściślej zaś - pierwsze miało służyć drugiemu. No i wreszcie zamierzał doprowadzić do końca
demaskację „Towarzystwa Elektrycznego“. Tu już chodziło o zasadę.
Rozpocząwszy penetrację sił zgrupowanych wokół tronu, od razu natknął się na poważne przeszkody,
za którymi bez trudu mógł dojrzeć swego zastępcę Bieleckiego. Spełniając wolę cesarzowej,
Chwostow wręczył mu wszystkie klucze od wywiadu wewnętrznego, teraz zaś nie mógł uzyskać odeń
niezbędnej pełnej informacji. Bielecki pracował dla carycy, swego przełożonego natomiast uważał za
chwilowego faworyta, wiedział bowiem, że Aleksandra Fiodorowna była przeciwna tej kandydaturze
i ustąpiła carowi w zamian za niego, Bieleckiego.
Chwostow ustalił, że w stolicy działają pewne koterie, które przy załatwianiu swoich interesów
korzystają z bezpośrednich kontaktów z dworem lub z członkami rządu. W gruncie rzeczy wiedział już
wcześniej o istnieniu tych koterii, ale teraz udało mu się wreszcie wyrwać od Bieleckiego oraz od
aparatu ministerstwa pewne dane, dzięki którym uzyskał dokładniejszy obraz tego wszystkiego.
Pomógł mu tutaj bardzo jego przyjaciel Szadurski, którego Chwostow zrobił szefem departamentu
spraw ogólnych.
Najpotężniejsza i najbardziej niebezpieczna była klika Rasputina. Miała ona powiązania z innymi
grupami tego typu, co ważniejsze zaś - z grubymi rybami światka finansowego. Niezależnie od owych
wzajemnych powiązań poprzez różne osoby, rzeczone koterie toczyły między sobą bezwzględną
walkę konkurencyjną.
Chwostow postanowił zacząć od kliki Rasputina. Zważywszy wszystkie za i przeciw, bynajmniej nie
zamierzał jej likwidować czy też demaskować. Zamierzał zdobyć materiały kompromitujące jej
członków i tym sposobem zyskać nad nimi władzę, zamknąć im drogę do rodziny carskiej, następnie
zaś uczynić ich wykonawcami swoich zamysłów. Postanowił ponadto zająć się księciem
Andronnikowem, gdyż otrzymał informacje o jego związkach z „Towarzystwem Elektrycznym“.
Szadurski uprzedzał go o wszechmocy klanu Rasputina, mającego wszędzie swoich ludzi, radził mu nie
spieszyć się i starannie przygotować cios. Chwostow jednakże oponował nie bez słuszności, że jeśli
będą się zbyt długo zastanawiać, to rasputinowcy gotowi wywąchać wszystko, jako że
w ministerstwie też się takowi znajdą. Choćby tenże Bielecki zechce zasłużyć się przed carycą. Na
koniec Chwostow zapewnił Szadurskiego, że car z pewnością będzie po ich stronie.
Zadecydował, że samego Rasputina nie będzie o nic oskarżał, wywołałoby to bowiem niebezpieczny
gniew carycy. Przedstawi go w roli naiwnego i czystego człowieka, który mimo woli stal się
narzędziem w rękach oszustów. I zamierzał przekonać cara, jak bardzo jest to niebezpieczne dla tronu
i dla państwa, które prowadzi wojnę.
Chwostow nie mógł polegać na informacjach agenturalnych, gdyż było ich niewiele, nie mówiąc już
o tym, że obawiał się nieścisłości czy wręcz przeinaczeń ze strony Bieleckiego. Korzystając
z nieobecności Rasputina w stolicy, wydał więc rozkaz przeprowadzenia tajnych rewizji u wszystkich
jego sekretarzy, którzy nawet nie powinni byli domyślać się czegoś podobnego. Przy pomocy
Szadurskiego dobrano pewnych i doświadczonych pracowników i po upływie tygodnia Chwostow
miał w rękach dokumenty wielu brudnych spraw załatwianych za pośrednictwem Rasputina. Tylko
u jednego z trzech sekretarzy, Simonowicza, znaleziono i sfotografowano dokumentację blisko
trzydziestu afer handlowych noszących wyraźne znamiona przestępstwa, odkryto również
przygotowane już własnoręczne listy Rasputina do różnych dostojników państwowych i wysokich
urzędników. Były one czarodziejskim kluczem do sejfów państwowych, do ogromnych zysków.
Chwostow wydał nakaz aresztowania sekretarzy Rasputina. Wydawało mu się, że ma już w rękach
całą jego szajkę.
Niezwłocznie udał się też do Wyrubowej - najbliżej związanej z rodziną carską frejliny cesarzowej
i najbardziej zapalonej wielbicielki Rasputina, która dzięki swym stosunkom stanowiła ogromne
zagrożenie dla Chwostowa. Chciał ją zapewnić, że nie jest przeciwnikiem Rasputina, lecz pragnie
jedynie uchronić „świątobliwego starca“ przed najrozmaitszymi typami spod ciemnej gwiazdy.
Zamiary spełzły na niczym - Wyrubowa nie tylko nie chciała z nim rozmawiać, lecz także dała mu do
zrozumienia, że nie wierzy mu sama cesarzowa.
Chwostow jednakże zagalopował się i nic już nie mogło go powstrzymać...

Rozdział trzynasty

1
Następnego dnia, wróciwszy po obiedzie do ministerstwa, Chwostow znalazł na swoim biurku list
z osobistej kancelarii Aleksandry Fiodorowny. Otworzył kopertę i zobaczył odręczny liścik z podpisem
Wyrubowej. Tekst był króciutki - z rozkazu cesarzowej należy natychmiast zaprzestać prześladowania
sekretarzy Rasputina. I to wszystko.
Ach, więc to dlatego to grube babsko było wczoraj takie wściekłe! Może myślała, że Chwostow
przyjechał do niej już po otrzymaniu tego listu?
Przeczytawszy go jeszcze raz, Chwostow rozgniewał się nie na żarty, podarł papier na strzępy i rzucił
pod biurko, do kosza. Ma pełne prawo nie uważać tego listu za oficjalny dokument i nie będzie nań
reagował. Zobaczymy, co oni jeszcze wymyślą. Ale musiał ugodzić ich w samo serce. To nic, jest
jeszcze car...
Nie zdążył ostygnąć, kiedy do gabinetu wpadł premier Stürmer, wielki i groźny ze swymi wąsami
sterczącymi na boki jak dwa czarne miecze i z brodą w kształcie łopaty. Miał na sobie haftowany
złotem mundur - widocznie wracał z jakiegoś przyjęcia.
- Aleksy Nikołajewiczu, pan oszalał - rzekł na wydechu, trzymając się za serce.
Chwostow stał i spode łba patrzył na premiera. Milczał. Po takim oświadczeniu mówienie
czegokolwiek nie miałoby sensu, zaś oburzać się głośno nie wolno.
- Jak pan mógł zdecydować się na aresztowanie sekretarzy Rasputina bez porozumienia ze mną?
- Aresztowanie aferzystów leży w moich kompetencjach - odparł Chwostow powstrzymując gniew. -
I jeśli z powodu każdego aferzysty będę zasięgał pańskiej rady, Borysie Władimirowiczu, to nie
zostanie panu czasu na rządzenie państwem.
- Absurd, absurd! - krzyknął Stürmer. Ostatnimi czasy było to jego ulubione słówko, kiedy wpadał
w pasję; teraz też szalał z gniewu i przestępował z nogi na nogę, gdyż dręczyła go podagra.
- Gdzie pan był rano, dzwoniłem do pana z Carskiego Sioła? Krótko mówiąc, kazałem Bieleckiemu
zwolnić ich. Trzeba to było zrobić niezwłocznie. Niezwłocznie. Otrzymał pan polecenie Jej Cesarskiej
Mości?
- Dostałem liścik od pani Wyrubowej - odparł Chwostow.
- Gdzie go pan ma?
- Nie zaśmiecam archiwum podobnymi papierkami. Podarłem go i wyrzuciłem do kosza.
Ogromny Stürmer wcisnął się za biurko Chwostowa, wygrzebał nogą kosz, który stał za fotelem,
ukląkł na podłodze i zaczął wydobywać strzępki papieru. Potem wstał postękując i zaczął rozkładać te
strzępki na biurku.
- Trzeba podkleić list - mamrotał, układając strzępki w całość. - I trzeba natychmiast zwrócić go
Aleksandrowi Sergiejewiczowi Taniejewowi.
- Czyżby kolekcjonował listy swej córki? - uśmiechnął się ironicznie Chwostow, rozumiejąc wszakże, iż
sprawa jest bardzo poważna.
- Boże święty, czyż pan niczego nie pojmuje? - spytał Stürmer cicho i wytrzeszczył oczy na swego
ministra. - Proszę dać mi klej.
- No, to już ma kto zrobić. Niech pan siada. Borysie Władimirowiczu.
Chwostow wziął rozłożone na jakiejś kartonowej teczce strzępy listu i wyszedł do sąsiedniego pokoju,
w którym pracował jego wierny adiutant.
- Proszę to natychmiast skleić i zrobić fotokopię, a oryginał przynieść mi z powrotem - szeptem wydał
polecenie i wrócił do gabinetu.
Stürmer siedział w fotelu i ciężko dyszał, wyciągnąwszy przed siebie długie nogi; sztywny kołnierz
munduru miał rozpięty.
Chwostow usiadł przy biurku.
- Za pięć minut list będzie odrestaurowany - powiedział i odczekawszy chwilę dodał: - Może jednak
zechce mi pan coś wytłumaczyć?
Stürmer pokręcił głową i rzekł z wyrzutem:
- Aleksy Nikołajewiczu, Aleksy Nikołajewiczu, cóż panu trzeba tłumaczyć? I pan, i ja zawdzięczamy
swe stanowiska Grzegorzowi Jefimowiczowi.
- No, jeśli o mnie chodzi, to chyba raczej odwrotnie - zaoponował Chwostow. - Do dziś nie może mi
darować, że go wyprosiłem z Nowogrodu.
Stürmer spojrzał na niego ze szczerym współczuciem:
- Czy rzeczywiście trzeba panu tłumaczyć, że gdyby nie darował, nie siedziałby pan tutaj.
- Mianował mnie Najjaśniejszy Pan.
- Mnie także - rzekł Stürmer. I nagle pochylił się w stronę Chwostowa i spytał cicho: - Czyżby pan był
przeciwnikiem Grzegorza Jefimowicza?
- Nie, Borysie Władimirowiczu - równie cicho odparł Chwostow. - Chciałem tylko odseparować od
niego osoby, które go dyskredytują. On po prostu nie wie, kto wykorzystuje jego nazwisko.
- Mój Boże, a cóż to pana obchodzi? - Stürmer zaczął machać rękami. - Załóżmy, że ktoś korzysta
z jego poparcia, prowadzi jakieś sprawy komercjalne. Co to ma wspólnego ze wzniosłą przyjaźnią
Grzegorza Jefimowicza? Tam go kochają, szanują jego mądrość człowieka z ludu. On uratował dla nas
wszystkich następcę tronu. Niech się pan wreszcie zastanowi - te wyżyny i jacyś drobni aferzyści,
którzy pchają się doń ze swoimi sprawami. A gdzie się nie pchają? Myśli pan, że do pana się nie
pchają? Że do mnie się nie pchają? Pchają się, i to jeszcze jak. I moi sekretarze muszą ich przyjmować.
Więc co, moich sekretarzy też trzeba za kratki? Absurd!
Chwostow słuchał Stürmera uważnie i myślał: „Skończony bałwan, a jak sprytnie to wszystko
wymyślił.“ I rzekł ze smutkiem:
- Nie pomyślałem o tym. Borysie Władimirowiczu.
- Chciałbym dać panu dobrą radę - Stürmer zaczął zapinać mundur. - W Carskim mają o panu różne
zdania i podejmując jakieś ważne decyzje powinien pan zawsze o tym pamiętać. Nie ma pan prawa
zawieść zaufania cesarza.
Chwostow zrozumiał: Stürmer dlatego rozmawia z nim tak delikatnie, że tam, w Carskim Siole,
przekonał się prawdopodobnie dzisiaj jeszcze raz, że car ma do Chwostowa pełne zaufanie.
Doszedłszy jednak do wniosku, że nie byłoby rozsądnie robić sobie wroga jeszcze i ze Stürmera, rzekł:
- Dziękuję panu, Borysie Władimirowiczu, za lekcję mądrego działania na niwie państwowej.
- Daj Boże, daj Boże - wymamrotał Stürmer.
Adiutant przyniósł kopertę z podklejonym listem i podał ją Chwostowowi.
- Proszę mi to dać - rozkazał Stürmer. - Tak będzie lepiej... - Schował kopertę do swojej teczki.
2
Chwostow zrozumiał, że jego władza ministra spraw wewnętrznych, która z daleka wydawała mu się
nieograniczona, jest w gruncie rzeczy ograniczona z każdej strony. Nawet Wyrubowa może mu
wydawać polecenia, więc o czym tu mówić...
Stawiało to pod znakiem zapytania wszystkie jego plany. Znikome okazały się też jego możliwości jeśli
idzie o własny kapitał, który zamierzał włożyć w obiecujące interesy na skalę państwową -
gdziekolwiek się obróci, wszędzie siedzi już albo Manus, albo Riabuszyński, albo jeszcze ktoś z mafii,
z którą niebezpiecznie byłoby zadzierać.
Co prawda Chwostow nie zasypiał gruszek w popiele i sięgnął do gigantycznych tajnych funduszów
swego ministerstwa - kilkaset tysięcy rubli po prostu sobie przywłaszczył, około miliona zaś wydał na
przekupienie ludzi, którzy mogli być dlań pożyteczni. Widział bezradność Stürmera, jego
niepopularność w społeczeństwie, i postanowił go obalić. Machina państwowa Rosji była
w całkowitym rozkładzie, panowała ogólna destabilizacja, należała więc tylko wybrać odpowiedni
moment, wykazać energię i zdecydowanie, pokazując wszem i wobec do czego jest zdolny.
Na początek jednakże trzeba było pozyskać sobie sympatię szerokich warstw społeczeństwa.
Przemyślawszy starannie wszelkie możliwości w tym względzie. Chwostow zatrzymał się na kwestii
usunięcia Rasputina.
Sam pomysł nie należał do niego. Niemal jawnie mówił o tym na wszystkie strony deputowany do
Dumy Puryszkiewicz, traktowano to jako ostatnią nadzieję w salonach należących do osób z rodziny
carskiej. Chwostow czytał niedawno tajny raport pewnego agenta, który donosił, że wielki książę
Mikołaj Nikołajewicz oświadczył w ścisłym gronie przyjaciół, iż gotów jest ofiarować cały swój
majątek, byle tylko pozbyć się Griszki Rasputina. Zarówno w całej Rosji, jak i na froncie mówiono
o nim z nienawiścią. Chwostow doszedł do wniosku, że jeśli usunięcie Rasputina będzie związane
z jego nazwiskiem, to znikną przeszkody, na jakie dotąd napotykał, usunie w cień konkurentów i zdoła
przejąć pełnię władzy.
Postanowił nawet zaryzykować i wciągnąć do operacji usunięcia Rasputina swego zastępcę
Bieleckiego. Biorąc pod uwagę fakt, że Bielecki z polecenia carowej zajmował się ochroną Rasputina,
należało dołożyć wszelkich starań, aby przynajmniej nie przeszkadzał. Chwostow liczył na to, iż ów
doświadczony funkcjonariusz policji nie mógł być usatysfakcjonowany stanowiskiem dyrektora
departamentu...
Wyznał więc Bieleckiemu, że spodziewa się rychłej nominacji na premiera i chciałby wówczas widzieć
Bieleckiego na stanowisku ministra spraw wewnętrznych. Bielecki doszedł do wniosku, iż nie należy
rezygnować z podobnej szansy i obiecał swoją pomoc.
O fizycznym zlikwidowaniu Rasputina na razie nie było mowy. Na początek postanowili go
odizolować. Chwostow zlecił Bieleckiemu wypłacać Rasputinowi co miesiąc półtora tysiąca rubli
z tajnego funduszu ministerstwa, w zamian za co Rasputin miał zaprzestać podsuwania carowi
ciemnych spraw swych klientów, na czym, nawiasem mówiąc, zarabiał znacznie mniej. Ponadto
w dniu urodzin i w dniu swego patrona Rasputin będzie otrzymywał jeszcze po trzy tysiące rubli. Za to
wszystko będzie wiernie służył Bieleckiemu, a tym samym również Chwostowowi, co jest niezbędne
dla jego dalszej kariery. Bielecki miał też podporządkować sobie Wyrubową; na ten cel Chwostow
wyasygnował mu poważną kwotę.
Nie darząc jednak Bieleckiego pełnym zaufaniem. Chwostow podsunął Rasputinowi niejaką madame
Czerwińską, obrotną i przebiegłą piękność z półświatka, zdolną do wszelkich intryg. Dzięki niej
Chwostow wiedział wszystko, co dzieje się wokół Rasputina, i mógł częściowo kontrolować
Bieleckiego. Częściowo, gdyż musiał brać pod uwagę możliwość rozszyfrowania przez Bieleckiego
działalności owej damy. Poza tym Chwostow pokładał nadzieje w pułkowniku Komissarowie, który
znalazł się koło Rasputina w charakterze szefa jego ochrony osobistej, a którego zaangażował do tej
roli Bielecki za zgodą Chwostowa. Chwostow znał doskonale pułkownika i był przekonany, że gotów
on wiernie służyć temu, kto więcej zapłaci, w tym względzie zaś Bielecki nie mógł współzawodniczyć
z ministrem. Wydawało się więc Chwostowowi, że Rasputin jest obstawiony ze wszystkich stron,
znany jest każdy jego krok i każde słowo...
Rewizje u sekretarzy Rasputina przeprowadzono pod jego nieobecność w stolicy. Nadeszła jednak
wiadomość, że dowiedział się już o tym, co zaszło, i wraca do Piotrogrodu. Jak zmusić go do
zaniechania zemsty? Chwostow porozumiewa się w tej kwestii z Bieleckim. W sejfach ministerstwa
znalazły się dwa dokumenty stanowiące dla Rasputina wręcz straszne zagrożenie. Podczas podróży
statkiem po Wołdze pijany Rasputin urządził burdę w restauracji, a kiedy próbowano go uspokoić,
krzyczał na cały głos: „Kogo wy się czepiacie? Ze mną śpi sama cesarzowa Aleksandra Fiodorowna...“
Zostało to odnotowane w protokole policyjnym, który swego czasu dostarczył do ministerstwa
śmiertelnie przerażony gubernator miasta Saratowa... Druga historia była podobna. Przechwalając się
przed swymi gośćmi, pijany Rasputin oświadczył, że córka pary cesarskiej Olga przybiega do niego na
każde zawołanie. Na potwierdzenie swych słów zadzwonił i rzeczywiście rozmawiał z Olgą; powiedział
jej, aby zjawiła się migiem, bo „nie może już wytrzymać“. Nie minęła godzina, kiedy podjechał
automobil i wysiadła z niego kobieta w futrze, którą Rasputin zaprowadził natychmiast do swej
sypialni. Ochrana ustaliła jednak bez specjalnego trudu, że była to pewna znana dama z półświatka,
również imieniem Olga...
Chwostow umówi! się z Bieleckim, że pokaże on Rasputinowi rzeczone dokumenty i uprzedzi go, by
nie próbował nawet palcem kiwnąć przeciwko ministerstwu spraw wewnętrznych, w przeciwnym
bowiem razie dokumenty te zostaną przekazane carowi. Chwostow nie był jednak przekonany, że
Rasputin przestraszy się naprawdę. Ukrył też przed Bieleckim, że historię z Olgą niedawno
opowiedział carowi, który wzruszył jedynie ramionami i nie przejął się wcale. Chwostow nie wiedział
wszelako, że car rozgniewał się straszliwie i zrobił Rasputinowi okropną awanturę, w związku z czym
uznał on nawet za wskazane wyjechać na pewien czas z Piotrogrodu...
3
Rasputin przeraził się i przysiągł Bieleckiemu, że nie przedsięweźmie żadnych kroków przeciwko
ministerstwu spraw wewnętrznych i jego kierownictwu. Obiecał też przywołać do porządku
Wyrubową. A za wyznaczone dlań przez Chwostowa sumy prosił serdecznie mu podziękować.
Chwostow jednakże wciąż był niespokojny, uważał bowiem, że przysięgi Rasputina nie są wiele warte,
nie mówiąc już o tym, że jego zaciekłość i mściwość były dobrze znane. Aby więc poznać nastroje
Rasputina. Chwostow postanowił spotkać się z nim osobiście w jego zakonspirowanym mieszkaniu.
Mieszkanie to znajdowało się w narożnym domu nad Mojką, w owym czasie na wpół opuszczonym.
Prowadziło doń osobne wejście z ciemnego tunelu sieni, co uniemożliwiało obserwację wchodzących
z ulicy. Rasputin urządzał niekiedy w tym mieszkaniu dzikie orgie, ale grube kamienne mury starego
domu tłumiły wszelkie dźwięki, zaś na pierwszym piętrze nikt nie mieszkał. Mieszkania pilnował stary
służący - doświadczony agent Bieleckiego.
Tu właśnie miało miejsce ostatnie spotkanie Chwostowa z Rasputinem...
Pierwszy przyszedł Chwostow. Na jego polecenie służący podał na stół butelkę madery, którą
Rasputin uwielbiał, oraz paterę z ciastkami. Rasputin spóźnił się pół godziny, lecz Chwostow udał, że
tego nie zauważył - był ożywiony i pełen życzliwości. Wypili za zdrowie cara i carycy.
Chwostow zaczął ogólnikową rozmowę o wiernych i niewiernych wobec tronu. Rasputin milczał, jego
głęboko osadzone szare oczy patrzyły na ministra bez drgnienia powiek. Chwostow zapytał go, kogo
spośród niewiernych uważa za najbardziej niebezpiecznego.
- Niebezpiecznego dla kogo? - uściślił Rasputin, rozpinając górne guziki jedwabnej koszuli. Głos miał
przytłumiony, głuchy.
- Dla dworu, dla nas - dla wszystkich, którym drogi jest nasz car i jego rodzina.
- Dla Najjaśniejszego Pana nikt nie jest niebezpieczny. Za krótkie ręce... - Rasputin odwrócił się od
Chwostowa, podszedł do stojącego w kącie gramofonu i zaczął go powoli nakręcać, obracając
miarowo skrzypiącą korbkę. Nagle przerwał i spojrzawszy przez ramię spytał: - Powiedz wprost, czego
chcesz ode mnie?
- Grzegorzu Jefimowiczu, ja osobiście nie chcę nic - odparł Chwostow.
- Patrzcie go, bogatyś, widzę, niczego ci nie trzeba - uśmiechnął się Rasputin ironicznie, bez pośpiechu
wrócił do stołu, nalał sobie wina, wypił duszkiem na stojąco i postawił kieliszek, stuknąwszy nim
mocno.
- Jeśli czegoś potrzebujemy, to siebie nawzajem, Grzegorzu Jefimowiczu - rzekł Chwostow
pojednawczo. - Jeżeli nie będziemy trzymać się razem, to rozprawią się z nami z każdym z osobna.
- Kto się rozprawi? - poderwał się Rasputin.
- Wie pan równie dobrze jak ja, o kogo chodzi.
- Nie ma co bez potrzeby puszczać dym na cara! Za dużo tu takich palaczy, sami napuszczą dymu,
a potem ratują i żądają nagród... - Rasputin obszedł stół lekkimi, sprężystymi krokami, wlepiając
w ministra swe śmiejące się oczy.
Chwostow zdał sobie sprawę, że obawia się podnieść wzrok na Rasputina, który stał teraz przed nim
po drugiej stronie stołu. Tak. Bielecki miał rację, że trzeba umieć rozmawiać ze „starcem“...
- Grzegorzu Jefimowiczu, pragnąłbym usłyszeć, jakie są pańskie życzenia pod adresem ministra spraw
wewnętrznych.
Rasputin gwałtownym ruchem podniósł głowę, wysunął brodę do przodu i powiedział, jakby czytając
na suficie:
- Rób, co ci każe sumienie, to się nie pomylisz... - I pogroziwszy palcem dodał: - Stiepana Pietrowicza
nie oszukuj...
- Idziemy z Bieleckim ręka w rękę... - rzekł Chwostow.
- Uważaj... - powiedział Rasputin z groźbą w głosie i usiadł w fotelu naprzeciw Chwostowa. - Sam
powinieneś wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce. A żmij jest dużo, słyszysz? I kąsają, kogo popadnie.
Żmije!
- Ośmielam się mniemać, że wiernie służymy Najjaśniejszemu Panu, tronowi i Rosji - oświadczył
Chwostow.
- Jak wiernie służysz, to czemu się złościsz? Co? - Rasputin przechylił głowę na bok i roześmiał się
nagle, ukazując duże żółte zęby.
- Nie jest przyjemnie słuchać, Grzegorzu Jefimowiczu, że się jest żmiją - cicho odparł Chwostow.
- Na mnie wygadują Bóg wie co, a ja się nie złoszczę. Nawet się cieszę. Dalibóg, że się cieszę! -
przeżegnał się i śmiał się dalej. - A czemu tak się dzieje? Do mnie żaden brud się nie przylepia. Znaczy
i złościć się nie ma czego. Tak to jest, mój drogi... - zamknął oczy i spytał: - I czego ty chcesz ode mnie,
ani rusz nie pojmę...
- Pomocy, Grzegorzu Jefimowiczu, pomocy. Jeśli pan mnie i Bieleckiego uważa za żmije, to jakże
mamy pracować?
- Wedle sumienia, łaskawco, wedle sumienia... - odparł Rasputin leniwie i ziewnął przeciągle,
zasłaniając usta potężną dłonią.
4
Nie, nie, Rasputin pozostał nadal jego głównym wrogiem i każdej chwili może zadać śmiertelny cios.
Usunięcie Griszki stawało się więc teraz nie tylko zasadniczym atutem w walce o popularność wśród
społeczeństwa, lecz także jedynym sposobem samoobrony.
Pozbyć się go niezwłocznie! Bielecki niby się z tym zgadza, ale zarazem tłumaczy bardzo
przekonywająco, że aby rzecz wykonać we właściwy sposób, potrzebny jest czas. No i potrzebny jest
oczywiście doświadczony wykonawca. Tę rolę Bielecki powierza zwolnionemu uprzednio
z ministerstwa znakomitemu znawcy wszelkich ciemnych spraw, pułkownikowi Komissarowowi.
Przyjaciel Chwostowa Szadurski bardzo się niepokoił - nie wierzył ani Bieleckiemu, ani tym bardziej
Komissarowowi. Przyjechał do Chwostowa bez uprzedzenia, w nocy, zerwał go z łóżka i przez bitą
godzinę tłumaczył mu, że Bielecki jest człowiekiem niepewnym...
- Załóżmy, że masz rację... - rzekł wreszcie Chwostow. - Ale... spójrz tylko, jak sprawa wygląda. Ja
tylko mówię, a on szuka odpowiedniej sytuacji, aby go usunąć, sprowadza do ministerstwa
Komissarowa. Czy on nie robi więcej niż ja?
- Więcej czy mniej, to nie ma znaczenia. I tak szefem jesteś ty.
- Czemuż więc Bielecki już teraz nie biegnie do carycy?
- Wyłącznie dlatego, że gra na cztery ręce i na pewniaka. Przewidział wszystko, co może spotkać na
drodze do twojego fotela ministerialnego. Jeśli uda ci się zostać premierem, zrobisz go ministrem
spraw wewnętrznych. A jeśli ty się potkniesz, to on przy pomocy Komissarowa ujawni carowej twój
zamiar i oczywiście dostanie stanowisko ministra w nagrodę za uratowanie świętego starca.
- Co wobec tego proponujesz? - spytał Chwostow po chwili milczenia.
- Natychmiast zacząć operację z udziałem Rżewskiego! - odparł Szadurski bez zastanowienia. - Od
samego początku mówiłem, że jest to najpewniejsza droga. I ty jesteś w tym wypadku jedynym
organizatorem świętej sprawy usunięcia kanalii. A tenże Bielecki będzie ci później służył wiernie jak
pies!
- Wezwij do mnie Rżewskiego na rano... - zdecydował Chwostow.
...Ministerstwo spraw wewnętrznych otrzymało niedawno wiadomość od swego agenta w Norwegii,
że przebywający na wygnaniu w Skandynawii śmiertelny wróg Rasputina, czarnoseciniec mnich
Heliodor, ma zamiar wydać tam kompromitującą dla Rasputina i dworu carskiego książkę pod tytułem
Święty diabeł. Chwostow niezwłocznie zameldował o tym carowi, zaproponował nawiązanie kontaktu
z Heliodorem i odkupienie od niego rękopisu. Car zgodził się i zezwolił, aby nie żałowano pieniędzy na
ten cel.
Jechać do Norwegii do Heliodora miał Rżewski, który dobrze znał będącego w niełasce zakonnika.
Operacja ta miała być jeszcze jednym dowodem, że Chwostow pragnie uchronić dwór przed
brudnymi pomyjami, jakie wylewa nań Rasputin, i że jest bez reszty oddany carowi. Chwostow nie
poinformował jednak cara o drugiej części swego planu, która zresztą powstała nieco później.
Postanowił mianowicie wciągnąć Heliodora i wiernych mu ludzi w Piotrogrodzie do sprawy usunięcia
Rasputina.
Pomysł należał do Szadurskiego. Uważał on bowiem, że usunięcie „świętego starca“ rękami tych
właśnie ludzi skieruje ewentualny gniew monarchy w inną stronę, gdyby ten nie mógł pogodzić się
z samym faktem usunięcia.
Kim był Rżewski? Uchodził za dziennikarza i rzeczywiście miał zawsze przy sobie kartę korespondenta
różnych gazet, nawet zagranicznych. Zyskał jednakże sławę w określonych kołach nie tyle dzięki
zasługom na polu dziennikarstwa, ile dzięki rozmaitym aferom, zdobywając na drodze intryg
i szantażu niemałe pieniądze. Ostatnia z jego znanych afer polegała na tym, że najpierw załatwił przy
pomocy Rasputina intratną synekurę w ministerstwie finansów niejakiemu Gołdowskiemu, następnie
zaś zaczął go szantażować groźbą opublikowania w prasie, w jaki sposób znalazł się on na tym
stanowisku. Gołdowski wypłacał mu żądane sumy jak długo mógł, potem zaś popełnił samobójstwo.
Kiedy Chwostow zaczął z nim pertraktacje dotyczące wyjazdu do Norwegii, Rżewski postawił warunek
- pieniądze z góry i w dewizach. Wypłata i wywóz dewiz podczas wojny związane były z poważnymi
trudnościami natury biurokratycznej, Chwostow natomiast - rzecz jasna - nie chciał zostawiać
żadnych dokumentów związanych z tą sprawą. Rżewski był jednak nieubłagany i Chwostow zmuszony
był zwrócić się do sekcji dewizowej z prośbą o zezwolenie na wypłacenie Rżewskiemu znacznej sumy
w dewizach ze specjalnego tajnego funduszu. Naruszyło to oczywiście konspiracyjny charakter
imprezy...
Dalszy ciąg owej wyprawy jest tak zagmatwany, że nawet dziś nie sposób się zorientować w całej tej
historii. Rżewski zachował się tu bardzo dziwnie. Zapytany na granicy rosyjsko-fińskiej, jaki jest cel
wyjazdu - a było to zwykłe pytanie rutynowe - urządził żandarmom karczemną awanturę; krzyczał,
powtarzał, że jedzie z tajną misją powierzoną mu przez ministra spraw wewnętrznych, że nie ma
obowiązku składać żadnych sprawozdań, i żądał przeprosin... Z Norwegii zaś zaczął wysyłać do
Chwostowa zwyczajne telegramy z nonsensownym tekstem, który wyglądał na szyfr.
Otrzymawszy skargę żandarmów z punktu granicznego na oburzające postępowanie Rżewskiego.
Bielecki począł analizować sprawę - dlaczego Rżewski, którego nie można posądzić o brak rozsądku,
zachowywał się w taki sposób? Czyżby się upił? Nie słyszano, aby miał pociąg do alkoholu. Może więc
z jakichś powodów zależało mu szczególnie na tym, aby jego przejście przez granicę zostało
zauważone i odnotowane. I dlatego właśnie wymienił nazwisko ministra, gdyż wiedział, że coś takiego
musi mieć odpowiednie konsekwencje, a w każdym razie musi pozostać w pamięci.
Bielecki zaniósł skargę do Chwostowa, poprosił, by ten przeczytał pismo, a następnie zapytał:
- Czy wiadomo panu o podróży Rżewskiego?
- Pojechał z bardzo ważnym poleceniem - odparł krótko Chwostow; nie miał zamiaru mówić
Bieleckiemu nic więcej. Dodał tylko: - Kiedy wróci, rozpatrzymy wspólnie całą sprawę...
Bielecki nie pytał już ministra o nic więcej. Przypomniał sobie pewną rozmowę z Chwostowem, kiedy
wypowiedział on myśl, że byłoby rzeczą pożyteczną skierować do przebywającego w Norwegii
Heliodora swojego agenta. Czy nie zaangażował do tej roli Rżewskiego, którego Heliodor znał i nawet
korzystał z jego usług? Ale po co to wszystko?
Przemyślawszy dokładnie całą sprawę, Bielecki uznał, że trzeba ingerować.
I oto Chwostow dowiaduje się, że wracający do Rosji Rżewski został aresztowany na granicy na rozkaz
Bieleckiego. Oskarżono go o przygotowywanie zabójstwa Rasputina, w związku z czym właśnie
odwiedził w Norwegii Heliodora. I jakoby Rżewski przyznał się do wszystkiego.
Chwostow zrozumiał, że o jego losie decydują w tej sytuacji już nie dni, lecz godziny, i czym prędzej
pojechał do Carskiego Sioła.
Car przyjął go natychmiast.
Chwostow referował mu przez całą godzinę, jakie bagno powstało wokół ufnego Rasputina, ilu kręci
się wokół niego kombinatorów i aferzystów politycznych, których nic nie obchodzi sam Rasputin, nie
mówiąc już o cesarstwie rosyjskim. Chodzi im tylko o to, aby się wzbogacić. Gdybyż zresztą chodziło
jedynie o to. Działa wszakże wśród nich wywiad niemiecki i to działa zupełnie bezpośrednio,
wykorzystując naiwność Rasputina i zdobywając dzięki temu niezwykle ważne informacje.
- A co robi tajna policja? Dlaczego doświadczony Bielecki nie interweniuje? - spytał gniewnie car,
marszcząc brwi.
- Bielecki nie jest moim człowiekiem. Wasza Cesarska Mość. Wziąłem go ulegając prośbie Aleksandry
Fiodorowny. Od dawna było dla mnie jasne, że Jej Cesarskiej Mości polecili Bieleckiego ludzie, którzy
są bardzo dalecy od miłości i wierności wobec tronu. Dziś utwierdzam się tylko w swoim przekonaniu.
Czy Wasza Cesarska Mość pamięta mój meldunek o potwornej książce Heliodora, gdzie cytowane są
listy Najjaśniejszej Pani do Rasputina oraz listy waszych córek do niego? Za zgodą Waszej Cesarskiej
Mości wysłałem po tę książkę doświadczonego w takich sprawach Rżewskiego, dzisiaj zaś
dowiedziałem się, że Bielecki kazał go aresztować. I teraz sugeruje, że Rżewski jeździł do Heliodora
w celu zorganizowania zamachu na życie Rasputina. Można byłoby potraktować to jako piramidalną
bzdurę, gdyby nie chodziło tu w istocie o wygryzienie mnie ze stanowiska.
- A pan co ma z tym wspólnego? - zdziwił się car.
- Jakżeż, Wasza Cesarska Mość? A kto wysłał Rżewskiego do Heliodora? Chwostow. A więc bij
Chwostowa, skoro chce ochronić Rasputina i dwór przed oszczerstwami Heliodora. Znaczy to, że
z jakichś powodów chcieliby jeszcze domieszać jego oszczerstwa do tego błota, którym obrzucają
dwór i Rasputina.
- Kanalie! - warknął car gniewnie i wyciągnąwszy przed siebie rękę gwałtownym ruchem krzyknął: -
Niechże pan działa wobec tego, niech pan działa! Ja panu wierzę! Wierzę! Niech pan działa!
- Uważam za swój obowiązek natychmiast usunąć Bieleckiego. Wasza Cesarska Mość...
- Niech pan usuwa! - rzekł car jak gdyby od razu uspokojony. - Niech pan działa!
I Chwostow zaczął działać. Usunął z ministerstwa Bieleckiego i wszystkich, którzy byli z nim związani,
a następnie zaczął obsadzać ważniejsze stanowiska swoimi ludźmi.
Szadurski stwierdzi później, że wtedy właśnie Chwostow po raz ostatni poczuł możliwość dorwania
się do wielkiej władzy. Mówił już, iż lada dzień obali Stürmera i zostanie premierem, zamierzał też
natychmiast po zapustach wysłać Rasputina na Sybir, a całą jego klikę zlikwidować ostatecznie. Nie
rozumiał, że dopóki Rasputin i jego klika jeszcze działają, wszystkie te plany nie są warte złamanego
grosza...
Nie upłynęły nawet dwa tygodnie od chwili, kiedy car oświadczył Chwostowowi, że mu wierzy,
i pozostawił mu pełną swobodę działania w imię ochrony tronu - Chwostow jeszcze robił porządek
w ministerstwie - kiedy otrzymał z Carskiego Sioła uprzejmy list zawiadamiający go o dymisji...

Kim był Rasputin i jak należy rozumieć jego mit, jego fenomen? Najlepiej byłoby oczywiście pominąć
milczeniem tę haniebną i brudną sprawę. Ale nie można - Rasputin i jego mit zajął trwałe miejsce
w dziejach samodzierżawia rosyjskiego i stał się symbolem jego rozkładu moralnego i całkowitej
degeneracji. Trzeba zająć się tą sprawą również i dlatego, że historycy zachodnioeuropejscy oraz
emigracyjni pamiętnikarze rosyjscy napisali na ten temat wiele kłamstw, których też nie należy
przemilczać. „Dzieła” te czytane są na Zachodzie jeszcze dzisiaj...
Nie trzeba szukać daleko... W połowie roku 1976 pojawiła się w prasie amerykańskiej informacja z Los
Angeles, że mieszkająca tam córka Rasputina, siedemdziesięcioletnia Maria, pisze do spółki z kimś
książkę o swoim ojcu. Wyjechała ona z Rosji w roku 1919 i przez wiele lat występowała jako tancerka
w kabarecie i treserka w cyrku, teraz zaś, u schyłku życia, postanowiła - jak doniosły gazety - stanąć
w obronie honoru ojca i przywrócić mu aureolę świętego, który usiłował uratować przed rewolucją
ukochanego cara Wszechrosji... Zaś prezydent Dumy Państwowej Rodzianko twierdzi w swych
pamiętnikach, że „rasputinowcy wraz ze skrajnie prawicowymi ugrupowaniami zapoczątkowali
rewolucję rosyjską, odseparowując cara od narodu i doprowadzając do przyćmienia blasku tronu
monarszego“... Jeśli podobny nonsens potrafił wymyślić polityk, który w owym czasie żył w Rosji, to
czegóż można się spodziewać od innych?
W latach trzydziestych ukazała się w Stanach Zjednoczonych obszerna monografia na temat upadku
imperium rosyjskiego. I chociaż zawiera ona rozdział poświęcony ruchowi rewolucyjnemu w Rosji,
w którym, nawiasem mówiąc, nie brak również błędów merytorycznych i świadomego fałszu, to
jednak w rozdziale tym eksponuje się przede wszystkim rolę Rasputina i twierdzi, że podczas
likwidacji monarchii rosyjskiej Lenin i bolszewicy dokończyli tylko dzieła zapoczątkowanego przez...
Grzegorza Rasputina. Zaiste, nie ma na świecie takiej bzdury, która nie mogłaby przyjść do głowy
ludziom, jeśli zabiorą się do czegoś, o czym nie mają pojęcia, ale postawią sobie za cel przenicowanie
historii.
Wielki książę Kiriłł Władimirowicz, ostatni następca tronu rosyjskiego, który skończył swą karierę jako
aktor w Hollywood, także przyłożył rękę do badania sprawy mitu Rasputina. Produktem jego jaśnie
oświeconego umysłu jest objawienie, że Rasputin był człowiekiem... bolszewików i przez nich był
sterowany. Co prawda, nasz niedoszły monarcha poprzedził swą rewelację zastrzeżeniem, iż nie
posiada formalnych podstaw do takiego wniosku... Dzięki Bogu i za to. Bo nasz głośny pismak z prasy
emigracyjnej Piotr Pilski, uważany w pewnych kołach za poważnego publicystę, obwieścił w gazecie
„Siegodnia“, iż rozporządza dokumentem, zgodnie z którym „bolszewicy na swym ostatnim zjeździe
przed rewolucją wnieśli do uchwały tajny punkt o wszechstronnej, w tym również materialnej
pomocy dla Rasputina w celu przyspieszenia rozpadu monarchii...“ W rzeczywistości zaś nie było
nawet takiego zjazdu.
Znany generał żandarmerii Kurłow, który w walce z rewolucją wsławił się niezwykłym okrucieństwem
oraz niepohamowaną chciwością, uciekł do Niemiec, gdzie ofiarował swe usługi tamtejszym
władzom. Prócz tego zaś oddawał się wspomnieniom. Nazywa w nich bolszewików „upartymi
kretami, które powolutku ryły niewidzialne korytarze pod tronem monarszym i im dalej, tym było ich
więcej, zaś w fatalnym roku siedemnastym, gdy wszystkie krety wypełzły na powierzchnię, nastąpił
bunt tłumu, z którym uporać się nie mieliśmy już sił...“ Wypowiedział się też generał na temat
Rasputina, którego nazwał „kamieniem u nóg tonącej rodziny carskiej“. Jak widzimy, generał
żandarmerii, nawiasem mówiąc protegowany Rasputina, jest bliższy prawdy niż historycy, politycy,
publicyści i pamiętnikarze, zarówno europejscy, jak emigracyjni.
Czymże jednak był mit Rasputina? I kim był on sam?
Można powiedzieć, że było dwóch Rasputinów. Jeden jako człowiek, jako osobowość, drugi jako
zjawisko. Ażeby mogli oni utworzyć całość, zlać się w jedno, trzeba było, aby Rasputin-osobowość
znalazł się w Rosji właśnie w tym momencie, kiedy mógł stać się zjawiskiem.
Kimże jednak był w gruncie rzeczy?
Przede wszystkim rozumnym i sprytnym człowiekiem, w przeciwnym bowiem razie nie stałby się
znaną całemu światu złowieszczą postacią w dziejach ostatniego dziesięciolecia dworu carskiego.
Wiele wybitnych osobistości tego okresu, korzystających z usług Rasputina, starało się później
przedstawić go jako ciemnego chłopa, który w tajemniczy sposób potrafił zawładnąć duszą carycy
a także samego monarchy.
W rzeczywistości zaś nie było tutaj nic tajemniczego. Była najzupełniej przyziemna i konkretna
sytuacja, kiedy to inteligentny i zręczny awanturnik Rasputin postawił na ciemnotę pary cesarskiej
i jej otoczenia, wykorzystał sytuację w rządzonej przez nią Rosji i wygrał. Rychło stał się bliskim
i potrzebnym rodzinie carskiej człowiekiem, w związku z czym uzyskał nieograniczone możliwości
dokonywania rozmaitych transakcji finansowych na ogromną skalę. Nie działał jednak sam. „Jestem
daleki od myśli - pisał Rodzianko w swoich pamiętnikach - że Rasputin był inicjatorem i spiritus
movens zgubnej działalności swej kliki. Mądry i przebiegły z natury, był wszakże tylko pozbawionym
wykształcenia, niemal niepiśmiennym chłopem o wąskich horyzontach życiowych i oczywiście bez
żadnego horyzontu politycznego - wielka polityka światowa była po prostu niedostępna dla tego
człowieka, przekraczała ograniczone możliwości jego percepcji. Dlatego też Rasputin nie był w stanie
kierować myślami pary cesarskiej w zakresie polityki...“
Co racja, to racja - sam Rasputin nie mógł. Jednakże cała sprawa polega na tym, że zawsze miał
wspólników i mentorów.
Nazywano Rasputina „starcem“, podczas gdy w roku 1916 nie miał nawet pięćdziesięciu lat. Jednakże
Rasputin-aferzysta narodził się znacznie wcześniej, jeszcze na rodzinnej Tobolszczyźnie pod koniec
ubiegłego wieku. Zaczął od kradzieży koni i od razu wpadł - sprawę oddano do sądu. Pachniało
więzieniem. Uratowali go miejscowi sekciarze, z którymi był związany. Na samym początku swej drogi
życiowej otrzymał więc lekcję poglądową, z której wyciągnął odpowiednie wnioski. Zwyczajna,
pospolita kradzież jest niebezpieczna, w każdym zaś razie trzeba mieć silną, opiekuńczą rękę. Później
będzie przechwalał się na prawo i lewo, że początkowo „marzył o tym, aby zostać sędzią pokoju, boć
wiadomo, że prawo to dyszel, w którą stronę skręcisz, tam i jedziesz“. I doda z żalem: „Aliści na
sędziego zabrakło mi poloru, no i praw na Rusi mnóstwo, grube tomiska, a przecie trzeba je
przeczytać...“
Jako pole dla swej działalności wybiera więc cerkiew prawosławną, religię. Zważył wszystko,
zwłaszcza zaś to, że w łonie cerkwi prosperują doskonale tacy sami ludzie jak on, bez owego „poloru“.
No i wreszcie to, że „policja nie ma tu wstępu“.
Wyrusza w pielgrzymkę po klasztorach i świętych miejscach. Zawiera znajomości z mnichami
i przeorami monasterów, którym przedstawia się jako ten, który „szuka wiary“. Uczeni w piśmie
psalmiści czytają mu święte księgi - sam nie znosił tego robić, chociaż czytać umiał. Odznaczał się
doskonałą pamięcią, po jednorazowym wysłuchaniu potrafił zapamiętać cały rozdział Ewangelii.
W następnym klasztorze opowiadał już treść owego rozdziału swoimi słowami zaklinając się przy tym,
że nigdy nie miał Ewangelii w ręku. W ten sposób zaczęto o nim mówić jako o ciemnym chłopie
syberyjskim „z bożymi myślami”. Na Powołżu zbliża się z mnichem Heliodorem, takim samym jak on
prymitywnym obskurantem, który wsławił się skandalicznymi poczynaniami spod znaku czarnej sotni.
Heliodor pierwszy nazywa Rasputina „świętym człowiekiem“ i Rasputin dochodzi do wniosku, że
właśnie to jest jego powołaniem, jego przeznaczeniem. Później, już w Petersburgu, powie podczas
rozmowy z tak zwanym „lekarzem tybetańskim” Badmajewem: „na Rusi naszej ludzie uważają, że
wszystko, co niepojęte, to ze świętości”. I na to właśnie postawił.
A dalej to już tylko kwestia techniki. Lecz i ta jest ciekawa i świadczy o nietuzinkowych zdolnościach
Rasputina. Jego przyjaźń z Heliodorem nie trwała długo; odstraszała go skandaliczna sława mnicha,
którym interesowała się policja i władze cywilne. Ostatnią rzeczą, jaką Heliodor miał dlań uczynić,
było przedstawienie go rektorowi Akademii Duchownej Teofanowi. Nie, Rasputin wcale nie zamierzał
wstępować do Akademii. Teofan był mu potrzebny z innych względów -jako spowiednik rodziny
carskiej.
Znajomość została zawarta i Teofan przy pomocy zaufanych ludzi wielkiego księcia Mikołaja
Nikołajewicza wprowadza Rasputina do pałacu carskiego. Później wiele osób zadawało sobie pytanie:
jak Teofan mógł się nie zorientować, z kim ma do czynienia? Posłuchajmy jednak, co mówi o Teofanie
metropolita petersburski Antoni, który znał go bardzo dobrze: „To nadmiernie oczytany wiejski ksiądz
o dobrej duszy i ograniczonym umyśle.” Sam Teofan powtarzał potem niejednokrotnie, że
wprowadzając Rasputina w krąg rodziny carskiej pragnął dla niej wyłącznie dobra. Możliwe. Ale i w
tym wypadku wszystko było znacznie bardziej skomplikowane...
Właśnie w tym okresie zaczęły się poważne niesnaski na najwyższych szczeblach hierarchii rosyjskiej
cerkwi prawosławnej. Reprezentanci najbardziej ciemnych sił, chcąc zachować swoją pozycją i zetrzeć
na proch wszystkich bez wyjątku reformatorów, zdawali sobie sprawę, że ich głównym oparciem jest
car i jego dwór. Potrzebny był im zatem swój człowiek na dworze i do tej roli właśnie łatwowierny
Teofan wybrał Rasputina. Jego prymitywizm i brak ogłady nikomu nie przeszkadzał - rezydował
przecież przez pewien czas w pałacu głuchoniemy, cierpiący na epilepsję mnich Mitia Kozielski, który
pociągając wiecznie zasmarkanym nosem mamrotał coś niewyraźnie, carowa zaś twierdziła, że go
rozumie...
Parze cesarskiej urodziły się jedna po drugiej cztery córki. A potrzebny był następca tronu. Skłonna do
popadania w mistycyzm caryca postanowiła uciec się do sił nadprzyrodzonych. Tak więc jeszcze na
początku stulecia pojawił się w pałacu „Francuzik z Bordeaux“ Philippe. Trochę jakby spirytysta,
trochę hipnotyzer i mag, a jak się później okaże zwyczajny oszust i agent obcego wywiadu. Zręcznie
grając rolę nawiedzonego epileptyka, apostoła sił nadprzyrodzonych, padając w ekstazie na podłogę,
Philippe zapewniał cesarzową, że głosy, które słyszał, mówiły: „Teraz urodzi się następca tronu.“
Agent ochrany Raczkowski przysłał z Francji niezbite dowody, że Philippe jest oszustem, aferzystą
związanym ze służbami specjalnymi, na domiar złego zaś poszukuje go francuska policja kryminalna.
W odpowiedzi na to Philippe otrzymuje szlachectwo i stopień naukowy, Raczkowski zaś zostaje
odwołany z Francji. Po pewnym czasie Philippe znika „tajemniczo“ - wyjeżdża na jakiś czas do Paryża
i nie wraca... Wkrótce jego miejsce na dworze zajął inny Francuz, Papus, rzekomo uczeń Philippe’a.
Ten wszakże nie utrzymał się długo... Zarówno wokół Philippe’a, jak też wokół Papusa natychmiast
utworzyły się kółka złożone z osobistości dworskich, które dla własnych prywatnych interesów
wykorzystywały wpływ cudotwórców na rodzinę carską. Nawet Rodzianko zmuszony jest przyznać, że
chorobliwy mistycyzm carycy „został niezwłocznie wzięty pod uwagę przez dalekowzrocznych
polityków Europy Zachodniej, którzy zawsze bardzo uważnie obserwowali nas, Rosjan, szczególnie zaś
studiowali nastroje na dworze. Aby wzmocnić swe wpływy, postanowili natychmiast wykorzystać
skłonności carowej, zorientowawszy się w sytuacji...“ I dalej Rodzianko twierdzi, że w kółkach, które
skupiły się wokół cudzoziemskich proroków, „bez wątpienia znaleźli się również niepostrzeżenie
agenci różnych obcych ambasad, którzy czerpali w ten sposób niezbędne dla siebie dane oraz
pikantne szczegóły z życia społecznego Rosji...“
Później, umocniwszy już swoją pozycję przy rodzinie carskiej, powie Rasputin podczas kłótni z
Heliodorem, zarzucającym mu, iż sam się wywyższył, a zapomniał o nim, te charakterystyczne słowa:
„Patrzcie go, jaki chytry. Wiesz, skąd ja tu przywędrowałem? Z samej Syberii-matuli. A ty byś chciał od
razu, w jednej chwili...“
Tak więc pojawił się w pałacu Rasputin - postawny brodaty chłop rosyjski o młodych, bystrych szarych
oczach pod gęstymi czarnymi brwiami, w luźnej koszuli wypuszczonej na spodnie, w butach
z cholewami. Jest tu lampiarzem. Stanowisko niby niewysokie - trzeba nalać oliwy do lampek i zapalić
w odpowiednim czasie. Ale te lampki oliwne znajdują się w komnatach cara i carycy, są w małym
pokoiku i u wszystkich carskich dzieci. Raz po raz caryca zastaje go klęczącego przed ikoną -
z zapamiętaniem bije pokłony, lecz mruczy przy tym nie modlitwy, a jakieś oderwane słowa, zdania.
Opowiadając o nim żonie wielkiego księcia Mikołaja Nikołajewicza caryca powtórzyła kilka zdań, jakie
zasłyszała u Rasputina: „Znak krzyża świętego to jeszcze nie modlitwa...”, „Łaska boska to nie
jałmużna - nie proś...“, „Boża wola - szczęśliwa dola...”, „Zetrzyj mnie na proszek, lecz pomazańca
swego nie ruszaj...“
Rasputin bacznie obserwuje życie rodziny carskiej. Widzi niepokój i ból pary monarszej zatroskanej
o następcę tronu, który się wreszcie urodził. Dziecko przyszło na świat z dziedziczną w rodzinie matki
nieuleczalną chorobą krwi, wycieńczały go długotrwałe krwotoki. Rasputin postanawia więc
wykorzystać swoją „świętość“. Razem z carową modli się o zdrowie następcy tronu, powtarzając jej:
„Wszystko pochodzi od Boga, Bóg dał. Bóg wziął...“ Caryca coraz częściej wdaje się z nim w rozmowy,
za nią car, i obydwoje zaczynają być wdzięczni Teofanowi za to, że pojawił się przy nich ten człowiek
z jego prostacką mową, często trudną do zrozumienia z powodu nie znanych im słów i wyrażeń.
Wędrując po klasztorach. Rasputin wiele zobaczył i miał wiele do opowiedzenia tym ludziom, którzy
niczego nie widzieli. Caryca mówiła potem do swojej siostry: „Spodobało się Bogu odkryć mu
tajemnicę życia i przyjść z tym do nas...“
Pośredniczką między carycą a Rasputinem staje się jej ulubiona frejlina Anna Wyrubowa, która
zostaje też jego najbardziej zapaloną wielbicielką i propagatorką jego cudotwórczej mocy. Ta niezbyt
mądra, lecz niezwykle sprytna osóbka była pierwszą, która ogłosiła Rasputina zbawcą Rosji i pierwsza
też zaczęła go wykorzystywać do załatwiania dalekich od świętości spraw, które prowadzili za jej
plecami przedsiębiorczy aferzyści w rodzaju księcia Andronnikowa, Manasiewicza-Manujłowa
i innych.
Bezgraniczną miłość i zaufanie rodziny carskiej zdobywa Rasputin dzięki ślepemu przypadkowi.
Następca tronu dostał kolejnego krwotoku, którego w żaden sposób nie można było zatamować,
i nagle po „zamówieniu” go przez Rasputina krwotok ustał. Koniec! Amen! Carowa oświadcza wszem
i wobec, że z Grzegorzem Rasputinem, z Przyjacielem, jak zacznie go teraz nazywać, wiąże się całe
szczęście rodziny cesarskiej i tronu. Odkrywa w nim wcielenie świętej mądrości ludowej. Rasputin
z kolei, doskonale zdając sobie sprawę, że rodzina carska jest systematycznie oszukiwana przez
schlebiające jej otoczenie, rąbie jej prosto z mostu „świętą prawdę” o tych pochlebcach, którzy
mogliby mu przeszkodzić, i przez to również umacnia swoją pozycję w pałacu.
Tak wygląda - jeżeli można wyrazić się w ten sposób - ekspozycja mitu Rasputina, zjawiska, któremu
w gruncie rzeczy użyczył jedynie nazwy.
Zjawisko to zrodził nie Rasputin, lecz samodzierżawie, ustrój państwowy zasadzający się na tym, że
nieograniczona władza nad ogromnym krajem oddana została w ręce jednego człowieka - Mikołaja
Romanowa, uznanego za pomazańca hożego. Jego doskonale dobraną partnerką była żona
Aleksandra Fiodorowna. Alix - Niemka z angielskim wychowaniem, ze skromnym domowym
wykształceniem, niezrównoważona psychicznie, skłonna do mistycyzmu. Twierdziła na przykład, że
spirytyzm stanie się z czasem nauką a może nawet religią.
Liczni krewni cara byli również żywym potwierdzeniem degeneracji rodu. Żaden z wielkich książąt nie
był indywidualnością, lecz jedynie figurantem z nieskończenie długimi tytułami.
Tron carski otaczał nieprzebrany tłum ludzi tak czy inaczej związanych z władzą, wśród których tylko
nieliczne jednostki obdarzone były wybitniejszym umysłem, przytłaczającą zaś większość stanowili
zwyczajni karierowicze, spekulanci, łapownicy i złodzieje oraz drobni politykierzy: wielu z nich
wyniosło na szczyty pochodzenie, protekcja lub pieniądze i wszyscy służyli samodzierżawiu w tej
mierze, w jakiej mogli zrobić przy nim karierę i zdobyć fortunę. Dalej szła warstwa urzędników aż do
sołtysa i naczelnika policji powiatowej włącznie - potężna armia wykonawców woli cara i jego rządu,
przedstawicieli władzy monarszej w terenie, rzeczników i interpretatorów prawa na całej bezkresnej
Rusi. Była to siła, która utrzymywała kraj w ryzach i w przeświadczeniu, że wszystko, co się dzieje,
dzieje się z woli monarchy, a więc jest uświęcone przez Boga i dlatego jest nietykalne. „Z nami jest
Bóg i naczelnik ziemstwa“ - mawiano na Rusi. Trzeba jeszcze dodać do tego armię popów z ich
obskurantyzmem. Ta czarna armia dzień i noc wysławiała świętą władzę monarszą i cara - pomazańca
bożego. Od czasu do czasu ten czy inny pop odkrywał to relikwie świętych, to płaczącą ikonę Matki
Boskiej, to znów cudowne źródło. Owe godne szulerów chwyty podobają się carowi - pomazańcowi
bożemu, co więcej, car w nie wierzy i pod ochroną pułku żandarmerii jeździ wraz z rodziną do
świętych miejsc. W ten sposób przy pomocy popów wiara w Boga stawała się wiarą w cara. Kogóż
więc mogło zadziwić w tej sytuacji pojawienie się przy tronie jeszcze jednego świętego starca?
Potwierdzenie świętości aferzysty Rasputina to jedno z najbardziej nikczemnych przestępstw ojców
rosyjskiej cerkwi prawosławnej wobec Boga na niebie i wobec ludzi wierzących na ziemi. Zdecydowali
się oni na to przestępstwo mając na widoku najzupełniej ziemski czy wręcz przyziemny cel - chcieli
wprowadzić do rodziny carskiej swojego człowieka, aby za jego pośrednictwem załatwiać swoje
dalekie od świętości sprawy związane ze zdobywaniem i wykorzystywaniem wysokich stanowisk
w hierarchii cerkiewnej. I początkowo Rasputin robił dla nich wszystko, co tylko mógł. Wkrótce
jednak zorientował się, że jego możliwości są znacznie szersze, a służenie ojcom cerkwi to jedynie
margines.
Czy sam Rasputin zdawał sobie sprawę z istoty swej działalności na dworze? Rektor petersburskiej
Akademii Duchownej i spowiednik rodziny carskiej Teofan, który - jak wiemy - wprowadził Rasputina
do pałacu i podtrzymywał famę o jego świętości, kiedy rozczarował się był później do swego
protegowanego, nie wspominał już więcej o jego cudownej mocy. Jednocześnie zaś, pragnąc
pomniejszyć swą winę, zaczął charakteryzować Rasputina jako ciemnego chłopa, który wpadł niczym
ślepiec w zastawione przez złych ludzi sieci, człowieka, który nie wiedział, co czyni... Dysponujemy
wszakże innym świadectwem i to również pochodzącym od osoby duchownej - mnicha Heliodora.
W swoim czasie przyłożył on również rękę do „wyniesienia“ Rasputina, później wszakże stał się jego
zaciętym wrogiem, ponieważ protegowany nie wyniósł go wraz ze sobą. Zmuszony nawet do ucieczki
za granicę, twierdził stanowczo, że „tylko skończeni głupcy mogą utrzymywać, iż Rasputin był ślepym
narzędziem i ofiarą cudzych interesów. Rasputin miał doskonały wzrok i widział lepiej i dalej niż wielu
z tych, którzy korzystali z jego usług, i właśnie dlatego, że odznaczał się zdrowym rozsądkiem, wybrał
sobie rolę rzekomego ślepego wykonawcy cudzej woli. Po cóż miał oddawać się całą duszą
niebezpiecznym sprawom postronnych osób, jeśli miał swoją własną ważną sprawę - zgarnianie
pieniędzy.“
Sformułował to Heliodor celnie i - by tak rzec - ze znajomością przedmiotu...
Tak właśnie było - Rasputin służył wiernie wszystkim dookoła, realizując przy tym swoje największe
marzenie - zbić fortunę, aby móc później rzucić się w wir życia światowego i zająć się, jak to określił
pewnego razu, „milionowymi interesami i użyć sobie...“ Rozumiał doskonale, że otwarły się przed nim
wręcz fantastyczne możliwości. Pod jednym wszakże względem się przeliczył - nie docenił rozumu
i przebiegłości tych, którym zaczął służyć. Byli to doświadczeni gracze i potrafili zrobić z marzeń
Rasputina mocną uzdę. Obejść się bez nich nie mógł; zdawał sobie sprawę, że nie potrafi im
dorównać. „Żebym był ze szlachty i miał wykształcenie, to bym wiedział, gdzie lecieć“ - zwierzył się
pewnego razu Wyrubowej. Czego jednak nie posiadał, tego nie posiadał. Miał wszakże swoją
świętość, w którą wierzył car i jego małżonka. I Rasputin rozumiał, że gdyby zajął się jawnie wielkimi
operacjami finansowymi, to całą jego świętość diabli wezmą...
W tej sytuacji trzeba było służyć innym i służył udając, że absolutnie nie ma nic wspólnego z tymi
wszystkimi przyziemnymi sprawami. Jego mocodawcy w zamian za wykonywanie ich poleceń
obdarowywali go niemałymi sumami. Kiesa pęczniała wprawdzie nie tak szybko, jak by tego pragnął,
ale pęczniała. Kiedy wybuchła wojna i pieniądze zaczęły tracić wartość, Rasputin zmartwił się
niesłychanie. „Tysiączek schudł jak miesiączek“ - mówił coraz częściej swoim dobroczyńcom
i podnosił ceny za usługi. Sytuacja poprawiła się znacznie, kiedy posypały się dary takich tuzów
finansowych jak Rubinstein i Manus.
Skoro tylko Rasputin zainstalował się w pałacu, zrobił się ożywiony ruch w kręgach ludzi interesu.
Wiedzieli oni doskonale, kim jest „świątobliwy starzec”, nie mówiąc już o tym, ile jest warta jego
świętość. Początkowo wystarczało tu pośrednictwo Anny Wyrubowej, jednakże finansiści zdawali
sobie sprawę, że mieć z nią do czynienia to rzecz ryzykowna, była bowiem bezdennie głupia i chyba
nawet rodzina carska musiała to dostrzec - wiele projektów, które zamierzali przeforsować przy
pomocy Wyrubowej, nie dochodziło do skutku właśnie z powodu jej głupoty, a pieniądze brała z góry.
Potem mówiła: „Nie chcieli się zgodzić” i sprawa była załatwiona raz na zawsze. Teraz będzie działała
razem z Rasputinem. Ten nie jest głupi, zaś to, że Wyrubowa pójdzie z nim w jednym zaprzęgu,
stworzy możliwość bodaj częściowej kontroli poczynań Rasputina.
Machina poszła w ruch. Sądząc z zeznań Wyrubowej, jakie złożyła przed Komisją Śledczą Rządu
Tymczasowego, zaczęło się to wszystko na długo przed wybuchem wojny. Rozmach operacji
załatwianych przez Wyrubową i Rasputina via dwór carski stawał się coraz większy. Zorientowawszy
się w sytuacji, klika hochsztaplerów zaczęła korzystać z usług „świętego starca” również za plecami
cara i carowej. Rasputin sam pisał listy do odpowiednich dostojników państwowych z ministrami
włącznie: „Zrób to dla dobrego człowieka.” Doszło do tego, że kombinatorzy kupowali u Rasputina
podobne liściki nie podając adresata, in blanco, potem zaś sami decydowali, komu je okazać.
Podczas wojny otworzyły się dla bankierów i innych tuzów finansowych kolosalne możliwości -
operacje związane z dostawami dla wojska były nader zyskowne. Odsunąwszy od Rasputina
aferzystów mniejszego kalibru, jak choćby książę Andronnikow, zaprzęgli go do swoich milionowych
interesów. Obok kombinatorów finansowych znaleźli się kombinatorzy i karierowicze polityczni -
ministrowie, senatorowie, generałowie, deputowani do Dumy Państwowej itp. Rasputin pracuje
także i dla nich. Na obiecujące perspektywy wykorzystania jego możliwości musiały zwrócić uwagę
również inne kręgi, a mianowicie agentury obcego wywiadu, przede wszystkim zaś niemieckiego.
W opublikowanych wiele lat później pamiętnikach rozmaitych agentów obcego wywiadu nazwisko
Rasputina pojawia się bardzo rzadko - jest to osobistość tak dalece skompromitowana, iż
pamiętnikarze - w trosce o swoją reputację - wolą przemilczeć fakt, że korzystali kiedykolwiek z usług
podobnego typa. Wiadomo wszakże powszechnie, że dla wywiadu nigdy nie istniały żadne granice
moralne. Nikt nie uwierzy, iż owe agentury, widząc możliwości Rasputina, który potrafił wepchnąć się
do rodziny carskiej, a zarazem znając poziom etyczny owego człowieka, nie wykorzystały tej okazji.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wykorzystały. A zwłaszcza wtedy, gdy zaczęła się wojna...
Rodzianko mówi wprost, iż Rasputin był agentem obcego wywiadu.
Podczas gdy wywiad angielski szukał kontaktów z Rasputinem, aby dowiedzieć się w porę, co dzieje
się w pałacu, i zapobiec niebezpiecznym dla Anglii decyzjom, Niemcy oraz ich poplecznicy robili przy
pomocy kliki Rasputina, co chcieli - otrzymywali tajne informacje o charakterze wojskowym
i wszelkim innym. Jak powiedział Aleksander Błok, Rasputin był posłusznym narzędziem wywiadu
niemieckiego.
Weźmy tylko rok 1916. W telegramie Aleksandry Fiodorowny, wysłanym z Carskiego Sioła do
przebywającego w Petersburgu Mikołaja, czytamy: „Trzeba zrobić niewielką przerwę i wówczas
wszystko pójdzie dobrze. On tak powiedział...” Caryca musiała wiedzieć o rozpoczętej ofensywie
i przytoczony passus należy rozumieć jako wskazówkę Rasputina, aby przerwać natarcie na jakiś czas.
W liście z 4 czerwca adresowanym do Kwatery Głównej carowa pisze:
....Najdroższe moje kochanie, z całego serca dziękuję Ci za Twój bezcenny list. A. zapomniała Ci
powiedzieć, że nasz Przyjaciel przesyła swe błogosławieństwo dla całego wojska prawosławnego.
Prosi, abyśmy nie posuwali się zbytnio na północy, ponieważ - jak mówi - o ile nasze sukcesy na
południu będą trwały nadal, to oni sami zaczną na północy cofać się lub nacierać i wówczas ich straty
będą bardzo duże. Jeżeli zaś zaczniemy właśnie tam, może to przynieść wielki uszczerbek. Mówi tak,
aby nas ostrzec.”
5 czerwca 1916 roku car pisze do carowej z Kwatery Głównej:
„...Kilka dni temu postanowiłem wraz z Aleksiejewem nie rozpoczynać ofensywy na północy, lecz
skoncentrować wszystkie wysiłki trochę bardziej na południe. Proszę Cię jednak, abyś nikomu o tym
nie mówiła, nawet naszemu Przyjacielowi. Nikt nie powinien o tym wiedzieć. Znajdujące się na
północy wojska myślą nadal, że wkrótce ruszą do natarcia, i to podtrzymuje ich ducha bojowego.
Pozorowane działania, i to nawet dość energiczne, będzie się tu oczywiście kontynuować. Wysyłamy
znaczne posiłki na południe. Brusiłow jest spokojny i zdecydowany.” (Naiwne zastrzeżenie cara, aby
Aleksandra Fiodorowna nikomu o tym nie mówiła, nawet Przyjacielowi, może jedynie wywołać
wesołość. Przecież to właśnie Przyjaciel doradzał, aby nie atakować na północy, jakże więc caryca
miałaby mu nie powiedzieć, że posłuchano jego rady.)
Z innego listu carycy do Mikołaja wynika niedwuznacznie, że Rasputin miesza się również do spraw
państwowych:
„Nasz Przyjaciel spodziewa się wielkiego zwycięstwa (pod Kowlem). Jeśli nadzieje się spełnią, prosi,
aby z tej okazji zwolnić Suchomlinowa.
9
Rozkaż, aby to zrobić bez wielkiego hałasu, poufnie; niech się
tym zajmie Chwostow albo senator, który prowadzi śledztwo w tej sprawie. Pozwól mu mieszkać
u siebie w domu za poręczeniem dwóch osób. Jest już stary, kara oczywiście pozostanie, ale w ten
sposób lżej mu będzie nieść ciężkie brzemię. On prosi, abyś to uczynił, jeśli odniesiemy wielkie
zwycięstwo.“
21 lipca 1916 roku carowa pisze do Kwatery Głównej:
„...Wieczorem pójdę do Ani
10
, aby zobaczyć się z naszym Przyjacielem. Uważa on, że w celu uniknięcia
znacznych strat nie należy tak uparcie nacierać. Należy być cierpliwym, nie forsować wydarzeń, jako
że w końcu zwycięstwo będzie po naszej stronie. Można bez opamiętania nacierać i w ciągu dwóch
miesięcy zakończyć wojnę, ale wówczas trzeba będzie poświęcić tysiące żywotów ludzkich, zaś
przejawiając więcej cierpliwości osiągniemy to samo zwycięstwo, przelawszy o wiele mniej krwi.“
Jeszcze jeden list Aleksandry Fiodorowny z 4 sierpnia 1916 roku:
„On
11
jest bardzo zmartwiony pogłoskami, że jakoby Guczkow i Rodzianko przystąpili do
organizowania zbiórki miedzi. Jeśli to prawda, to - jego zdaniem - należy odebrać im inicjatywę w tej
sprawie. Nie powinni się do tego mieszać. Prosi Cię, abyś był bardzo surowy wobec generałów, jeżeli

9
Chodzi o byłego ministra wojny, który został oskarżony o zdradę i aresztowany (przyp, aut.).
10
Caryca ma na myśli Annę Wyrubową (przyp, aut.).
11
Chodzi oczywiście o Rasputina (przyp, aut.).
popełniają błędy... Chodzi o to, że wszyscy są oburzeni na Biezobrazowa, krzyczą, że dopuścił do rzezi
gwardii, że Lesz, wycofując się w ciągu pięciu dni, dał B. rozkaz natarcia, a ten wciąż zwlekał i przez
swój upór stracił wszystko. Ranni strzelcy a także wszyscy inni nie ukrywają swego rozgoryczenia.“
W liście z 8 sierpnia 1916 roku caryca pyta cara:
„Ciekawe, co zamierzasz przedsięwziąć w sprawie gwardii? Czy dostaną odpoczynek na jakiś czas?
Nasz Przyjaciel ma nadzieję, że nie będziemy wspinać się na Karpaty i podejmować prób ich zdobycia,
gdyż - jak powiada - straty byłyby znowu zbyt wielkie.“
W liście z 18 sierpnia tegoż roku czytamy: „Czy masz zamiar mianować Bielajewa ministrem wojny?
Sądzę, że byłby to rozsądny wybór. Bobrinski uważa, że póki Stürmer ma tak dużo pracy, sprawy nie
będą szły dobrze, gdyż niczym nie może zająć się dokładnie. Tego samego zdania jest też nasz
Przyjaciel.“
Z listu carycy z 14 sierpnia 1916 możemy się dowiedzieć, że Rasputinowi kazano również wtrącać się
w kompetencje premiera Stürmera. Znajdujemy w nim taki passus:
„Codziennie błagam Boga o to, aby pozwolił mi być pożyteczną i dopomagać Ci radami. Nasz
Przyjaciel stale namawia Stürmera, aby opowiadał mi o wszystkim w celu wspólnego rozważenia
każdej kwestii, ponieważ Ciebie tutaj nie ma. Wzrusza mnie szczerze, że staruszek
12
ufa twojej
staruszce. Dlaczego zostawiono Bielajewa? Czy teraz będzie Ci łatwiej mianować go ministrem?“
Podobnych fragmentów listów carycy można byłoby zacytować znacznie więcej, z przytoczonych
wszakże dotychczas widać dostatecznie wyraźnie, do jakich tajemnic wojskowych i państwowych miał
dostęp Rasputin. I nie tylko miał dostęp, lecz także doradzał, gdzie i kiedy należy nacierać czy też
powstrzymać się od natarcia. A przecież nie miał pojęcia zarówno o sprawach wojskowych, jak też
państwowych. Od kogóż więc pochodziły te rady? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie z całą
dokładnością, wymieniając konkretne nazwiska, ponieważ wokół Rasputina skupiła się liczna
kamaryla ciemnych typów, podejrzanego autoramentu aferzystów, dla których nic oprócz pieniędzy
nie miało wartości. Byłoby jednak wielką naiwnością myśleć, że aktywnie działający w Piotrogrodzie
wywiad niemiecki przeoczył tę możliwość uzyskiwania arcyważnych informacji. Do czegóż w końcu
mogli czynić aluzje w swych powojennych książkach szefowie wywiadu niemieckiego, którzy
jednogłośnie twierdzili, że mieli w Rosji możliwość dotarcia do informacji z najbardziej pewnych
źródeł?
Pod koniec roku 1915 oficer kontrwywiadu rosyjskiego donosił z Kwatery Głównej do Piotrogrodu, że
otoczenie szefa sztabu generała Aleksiejewa dopuszcza prawdopodobieństwo przecieku nadzwyczaj
ważnych informacji o charakterze wojskowym za pośrednictwem Rasputina, który „uzyskuje rzeczone
dane od wiadomej osoby
13
, darzącej go bezgranicznym zaufaniem...“
W miesiąc później tenże oficer donosi, że „pojawienie się nieprzyjacielskiego aeroplanu w rejonie
działań armii, którą wizytował właśnie Najjaśniejszy Pan, spowodowało ponowne nasilenie dyskusji
na temat przecieku tajnych informacji oraz ewentualnych punktów tychże przecieków; wymienia się
tu znowu Rasputina, biorąc pod uwagę fakt, że o zamierzonej wizytacji powiadomione było Carskie
Sioło...“
Nie sposób dziś ustalić, co przedsięwzięto w związku z owymi doniesieniami. Nie da się nawet
dowieść, kto je czytał. Brak również jakichkolwiek adnotacji, które mogłyby być wskazówką; któż

12
Stürmer (przyp, aut.).
13
Nie ulega wątpliwości, że chodzi o carycę (przyp, aut.).
zresztą odważyłby się je robić, wiedząc, o kogo chodzi? Na tym właśnie polegała bezsilność
kontrwywiadu rosyjskiego.
Deputowany do Dumy Puryszkiewicz, wierny sługa monarchii, z trybuny w Pałacu Taurydzkim i nie
tylko stamtąd wymieniał publicznie nazwisko Rasputina wśród członków tak zwanej partii
niemieckiej, której działania „korzystne są wyłącznie dla nieprzyjaciela”.
Ale to zaledwie jedna strona mitu Rasputina, który zagnieździł się w carskich pałacach. Jego ciemna
otchłań mieściła w sobie całą ohydę zdegenerowanej, przegniłej do szpiku kości monarchii -
ciemnotę, obskurantyzm, łapownictwo, rozpustę, sprzedajność, wszystko, co budzi odrazę
w normalnym, zdrowym człowieku. Najstraszniejsze zaś i nader trudne do wytłumaczenia jest to, że
samowładca Rosji, jej car, pomazaniec boży i jego małżonka tkwili w tej cuchnącej otchłani, wierząc,
iż znajdują się w Ogrodzie Getsemańskim i oddychają mądrością świętego starca Grzegorza.
Aleksander Błok pisał w swej książce Ostatnie dni caratu:
„«Ogniwem łączącym władzę ze światem» i tym, który wydawał «opinie o ludziach», był Grigorij
Rasputin, według jednych - «łajdak» kierujący «biurem pośrednictwa w interesach»; zdaniem drugich
- «wielki komediant»; dla innych «posłuszne narzędzie wywiadu niemieckiego»; niektórzy zaś uważali
Rasputina za człowieka upartego, fałszywego i skrytego, który nigdy nie zapominał uraz, mścił się za
nie okrutnie i był w swoim czasie uczniem hipnotyzera. O szkodzie, jaką wyrządza Rasputin,
rozmawiali z carem - bez skutku - tacy ludzie jak Rodzianko, generał Iwanow, Kaufman-Turkiestański,
admirał Niłow. Orłow, Drenteln, wielcy książęta, Fredericks. Różnorodne opinie reprezentantów
władzy o «starcu» - analfabecie, którego Wyrubowa nazwała «nieapetycznym», zgodne są pod
jednym względem: wszystkie brzmią negatywnie; a wiadomo przecież, że zarówno niżsi, jak i wyżsi
urzędnicy uzależnieni byli od Rasputina; Rasputin bez względu na to, jaki był naprawdę, posiadał
rozległe wpływy; jego życie upływało w atmosferze histerycznej adoracji i zaciekłej nienawiści;
ubóstwiano go i usiłowano zamordować; a to, że rozpustny chłop, zabity strzałem w plecy podczas
«wieczorynki przy gramofonie» u Jusupowa, był człowiekiem nieprzeciętnym, bodaj najmocniej
potwierdził fakt, iż kula, która go ugodziła, trafiła prosto w serce dynastii panującej.“
14


Rozdział czternasty

1
Od początku roku 1916 trwała ożywiona korespondencja między Londynem a Piotrogrodem
w sprawie wyjazdu do Anglii delegacji rosyjskich działaczy społecznych. Delegacja ta miała również
odwiedzić Francję. Ambasadorzy Anglii i Francji z ogromnym zainteresowaniem śledzili ustalanie
składu delegacji. Szczególnie aktywny był Buchanan. Londyn dał mu do zrozumienia, że na podstawie
jego doniesień nie sposób wyrobić sobie poglądu na to, co dzieje się obecnie w Rosji i jakie są
nastroje społeczeństwa.
Na początku wojny Buchanan informował, że społeczeństwo rosyjskie jest całkowicie zgodne w swym
patriotycznym porywie i dążeniu do pokonania Niemiec za wszelką cenę. Teraz zaś twierdził, że
w społeczeństwie tym panuje rozdźwięk i że w Rosji nie istnieje opinia publiczna w pojęciu
europejskim, która byłaby w stanie wpływać na władzę państwową. Czymże wobec tego jest Duma
Państwowa? Dlaczego przedtem z doniesień tegoż Buchanana można było wyciągnąć wniosek, że

14
A. Błok. Ostatnie dni caratu. Warszawa 1977. s. 15-16. Przełoży! Adam Galis.
Duma nie odgrywa istotnej roli w polityce oraz w życiu wewnętrznym kraju? Teraz natomiast wynika
z jego doniesień, że w Dumie nie milknie bezlitosna krytyka rządu a nawet rodziny carskiej. Kto
krytykuje? W czyim imieniu, jeśli nie było w Rosji opinii publicznej w pojęciu europejskim? Czy znaczy
to, iż pojawiła się teraz?
Z początkiem tegoż roku pojechało do Anglii sześciu dziennikarzy z najbardziej wpływowych gazet
Piotrogrodu i Moskwy. Rozczarowali oni jednak gościnnych gospodarzy, którzy sądzili, że poznają
w ten sposób społeczeństwo rosyjskie. Przyjmowano ich tak, jak przyjmuje się szczególnie dostojnych
gości, nawet król znalazł dla nich czas, nie udało się wszakże usłyszeć od nich nic, co uchyliłoby rąbka
tajemnicy życia publicznego w Rosji. Jedynie pisarz Herbert Wells rozmawiał na ten temat z Aleksym
Tołstojem i Korniejem Czukowskim, którzy złożyli mu wizytę, ale nawet on nie dowiedział się niczego
istotnego. A na zakończenie jeden z dziennikarzy przekazał gazetom angielskim list, w którym
pozwolił sobie napisać, że byłoby dobrze, gdyby Rosja skopiowała angielski model ustroju
państwowego. Teraz należy tylko oczekiwać, jak zareaguje na to dotknięty do żywego dwór rosyjski...
Niewiele również można było zrozumieć z wystąpień byłego członka Dumy Aładjina, który jeździł po
Anglii z prelekcjami o Rosji. Pewnego razu zapytano go wprost, czy społeczeństwo rosyjskie może
wywierać wpływ na politykę państwa? Prelegent odpowiedział, że społeczeństwo rosyjskie może
robić wszystko... czego życzy sobie monarcha.
Nic więc dziwnego, że ludzie kierujący polityką Anglii zapragnęli zobaczyć osobiście - by tak rzec,
dotknąć ręką przedstawicieli obecnej Dumy rosyjskiej. I znowu stało się coś niezrozumiałego. Londyn
chciał ujrzeć przedstawicieli chłopstwa rosyjskiego, stanowiącego przytłaczającą większość ludności,
Piotrogród natomiast oferował w tej roli ziemian, czyli - według pojęć Anglików - arystokratów. I
żadnych innych delegatów chłopskich nie mógł przysłać... Londyn chciał zobaczyć typowych
przedstawicieli szlachty rosyjskiej. Buchanan zaś prosi o sprecyzowanie, o jaką orientację chodzi?
Okazuje się, że szlachta rosyjska w Dumie nie jest jednolita w swych poglądach. Diabeł się nie wyzna
w tej całej Rosji. A trzeba to wszystko wyjaśnić. I nie chodziło tu bynajmniej o zwykłą ciekawość czy
chęć poznania Rosji. Chodziło o wojnę i związane z nią obawy -jak długo jeszcze sojusznik rosyjski
może kontynuować działania na frontach? Prócz tego należało jeszcze zorientować się, jak głęboko
przeniknęły tamtejsze społeczeństwo tendencje progermańskie.
Wreszcie delegacja „parlamentarna“ składająca się z deputowanych do Dumy i członków rady
państwa wyruszyła do Londynu...
Rosjanie zrobili prawdopodobnie dziwne wrażenie i należy przypuszczać, że kontaktujący się z nimi
Anglicy nie otrzymali odpowiedzi na nurtujące ich pytania czy wątpliwości w sprawie rosyjskiej opinii
publicznej. Gazety angielskie zamieszczały wywiady z parlamentarzystami rosyjskimi, w których
reporterzy informowali raz po raz, że na takie czy inne tematy ich rozmówcy odmówili dyskusji.
A tematy były fundamentalne. Na pytanie o rolę Dumy w życiu politycznym Rosji jeden z członków
delegacji odpowiedział, że sprawy te leżą wyłącznie w kompetencjach monarchy. Na wszystkich
zresztą bankietach, audiencjach i przy każdej innej okazji cała delegacja rosyjska wynosiła pod
niebiosa mądrość Mikołaja II, na której Rosja polega we wszelkich sprawach związanych z wojną
i przyszłym pokojem. Anglicy pytali również, kogo reprezentują w Dumie ci, którzy tak ostro krytykują
sytuację wewnętrzną w Rosji, i słyszeli odpowiedź - w każdym razie nie tych, którzy udzielili im
mandatu. I jak tu można pojąć, co to wszystko znaczy?
W składzie delegacji znaleźli się ludzie najbardziej oddani monarchii, nic więc dziwnego, że z całą
sumiennością wypełniali otrzymane w Piotrogrodzie instrukcje.
Na tle tejże delegacji wyróżnił się nieoczekiwanie Aleksander Dmitrijewicz Protopopow. Istotną rolę
odegrał tu bez wątpienia fakt, że był on zastępcą prezydenta Dumy oraz przewodniczącym delegacji.
Ale nie tylko to. On jeden znał biegle język angielski, mógł więc swobodnie rozmawiać
z dziennikarzami, często żartował i pozwalał sobie nawet na wypowiadanie dość śmiałych myśli,
podkreślając za każdym razem, że jest to wyłącznie jego osobiste zdanie. Pewnego razu uzupełnił swą
wypowiedź komentarzem: „Mówię to nie jako deputowany do Dumy, lecz po prostu jako Aleksander
Protopopow; w Rosji jest to równie pospolite nazwisko jak w Anglii Smith.“ Po czym w jednej z gazet
ukazał się tytuł Protopopow - rosyjski Smith...
Prezydent Dumy Rodzianko tłumaczył później ową samodzielność sądów Protopopowa tym, że jako
wielki przemysłowiec był on najbardziej niezależnym członkiem delegacji, nie mówiąc już o jego
wrodzonym kabotynizmie i skłonnościach do egzaltacji.
Egzaltacja i kabotynizm to eufemizmy. Później tenże Rodzianko wyrazi się bardziej dosadnie,
nazywając rzeczy po imieniu. Miało to miejsce podczas posiedzenia Komisji Śledczej Rządu
Tymczasowego. Przewodniczący spyta: „Czy uważał pan Protopopowa za człowieka chorego
psychicznie?
I Rodzianko odpowie: „Bezsprzecznie.“
„...Przewodniczący: Na czym pan to opierał?
Rodzianko: Na masie faktów, które są dość charakterystyczne. Ostatnio zdarzały się momenty, kiedy
po prostu wychodził ze siebie. Gdy poruszano kwestie związane z przemysłem, zaczynał mówić rzeczy
zupełnie absurdalne. Pewnego wieczoru zasiedział się u mnie. Nie był jeszcze wówczas ministrem. Jak
zawsze graliśmy w karty, a później zaczęła się rozmowa na tematy polityczne. No i wtedy coś go
opętało. Mówił takie rzeczy, że poradziłem mu, aby czym prędzej jechał do domu i zażył krople
uspokajające. Rozmowę tę, która toczyła się w moim mieszkaniu, słyszeli wszyscy goście i przestali już
cokolwiek mówić. Szyngariow, który był lekarzem, poradził mu, aby natychmiast jechał do siebie
i łyknął bromu. A wtedy Protopopow pociągnął mnie do gabinetu, chwycił za guzik i zaczął: «Ja
uratuję Rosję. Jestem do tego powołany, czuję...» Mówię mu: «Niech pan jedzie do domu, pan
powinien się leczyć...»
Przewodniczący: Czy nie meldował pan byłemu cesarzowi, że powołany przez niego minister spraw
wewnętrznych jest obłąkany?
Rodzianko: Mówiłem.
Przewodniczący: I cóż panu odpowiedział?
Rodzianko: Pokiwał głową, ale nic nie mówił... Tyle tylko, że o innym ministrze wyraził się: «Ten
przynajmniej nie jest wariatem»...“
Rodzianko wszakże nie był lekarzem-psychiatrą i car mógł mu nie wierzyć. Jednakże w archiwum
petersburskiego szpitala wojskowego po dzień dzisiejszy przechowywana jest oficjalna historia
choroby ministra spraw wewnętrznych Protopopowa. Można w niej przeczytać, co następuje:
„Według słów pozostającego pod obserwacją ojciec jego zmarł na paraliż postępowy, matka zaś
podczas ciąży cierpiała na neurastenię. Sam pacjent w roku 1887 po przebyciu ciężkiego tyfusu
brzusznego zapadł na zapalenie kości goleni na tle kiły wrodzonej, co stwierdził prof. Tarnowski.
W roku 1894 chorował na «neurastenię kiszek», w roku 1903 - na zwykłą neurastenię, w 1907 zaś
stwierdzono u niego periostyty głowy «z objawami nerwowymi» (został poddany operacji). W roku
1911 kolejny rozstrój nerwowy. W roku 1914 zapalenie prawej kości piszczelowej. Od początku roku
1916 ponowny rozstrój nerwowy... Od kwietnia 1915 do lutego 1916 roku dwa razy w tygodniu
seanse u prof. Biechtieriewa, pod wpływem których - według słów pozostającego pod obserwacją -
pojawiły się u niego objawy autohipnozy. Wymienione wyżej ataki neurastenii, jak twierdzi
obserwowany, przebiegały w sposób cykliczny, przy czym, po okresie podniecenia, któremu
towarzyszyła koncentracja sił i pragnienie działania, następował okres depresji i przygnębienia
z myślami o samobójstwie; podczas jednego z takich okresów obserwowany podjął próbę
samobójczą i jedynie przypadek - zamiast rewolweru trafił mu w ręce krucyfiks - przeszkodził
w realizacji tegoż zamiaru. Pozostający pod obserwacją uważa, iż kiedy został powołany na
stanowisko ministra, był już chory - na jednym z dokumentów zrobił adnotację «cip, cip, cip», na
innym (a był to meldunek jakiegoś gubernatora) napisał «bzdura», kiedy zaś pokazano mu później
owe adnotacje, nie mógł sobie przypomnieć, w jakim momencie to uczynił...“ I tak dalej.
15

2
Berlin śledził uważnie przebieg wizyty parlamentarzystów rosyjskich w Anglii i oczywiście zwrócił
uwagę na wypowiedzi Protopopowa, dostrzegłszy w nich pewną ciekawą właściwość. W odróżnieniu
od innych członków delegacji. Protopopow nie mówił nic negatywnego na temat Niemiec. Wolno
mniemać, iż fakt ten odegrał pewną rolę w wypadkach, jakie nastąpiły niedługo potem.
Delegacja udała się w drogę powrotną bez Protopopowa. Poprosił go o pozostanie w Londynie
rosyjski minister finansów Bark, który prowadził tam bardzo poważne pertraktacje i potrzebował, jeśli
już nie świadka, to przynajmniej - by tak rzec - poparcia społeczeństwa. Anglicy również wyrazili
życzenie, by sympatyczny Protopopow przedłużył swój pobyt; chcieli zapewne przyjrzeć się bliżej
temu nietuzinkowemu Rosjaninowi. Słowem. Protopopow został, a później wracał do Rosji sam.
W słoneczny letni dzień przybył do Sztokholmu. Był w doskonałym nastroju. Miał już za sobą
niebezpieczną drogę morską do Skandynawii. Rozpierało go zadowolenie ze siebie. Uskrzydlony
sukcesami w Anglii, widział się już w roli wybitnej postaci na arenie politycznej, i kiedy
zaproponowano mu w Sztokholmie spotkanie ze pewną wpływową osobistością, zgodził się bez
wahania, nie bacząc na to, iż rzeczona osobistość reprezentowała interesy Niemiec. Po triumfach w
Europie zapragnął jeszcze zostać pierwszym heroldem pokoju.
...Rankiem o wyznaczonej godzinie Protopopow przyjechał taksówką do sztokholmskiego Grand
Hotelu. Portier odebrał od niego płaszcz i kapelusz i Protopopow został w lekkim angielskim
garniturze w kratę - chciał w ten sposób podkreślić, że spotkanie traktuje jako nieoficjalne.
Znalazłszy się we wskazanym mu apartamencie, ujrzał szczupłego mężczyznę o wąskiej, jakby
spłaszczonej po bokach twarzy, który stał za owalnym stołem, co sprawiało wrażenie, iż pragnie
odgrodzić się nim i uniknąć konieczności wymienienia uścisku dłoni. Mężczyzna miał na sobie czarne
ubranie.
- Z kim mam zaszczyt? - spytał Protopopow półgłosem i wypowiedziawszy te kilka słów po niemiecku
zatrzymał się w drzwiach.

15
Całą tę dokumentację medyczną autor pokazał znanemu psychiatrze radzieckiemu R. Nadżarowowi.
Zapoznawszy się z nią. Nadżarow orzekł co następuje:
- Jest to prawdopodobnie przypadek paraliżu postępowego o przebiegu cyklicznym z następującymi po sobie na
przemian depresjami i stanami maniakalnymi.
Na pytanie, czy człowiek psychicznie chory może zachowywać się w taki sposób, że ludzie uznają to nie za
chorobę, lecz za cechę charakteru, odparł:
- Jest to najzupełniej możliwe. Niektórzy chorzy, będący w stanie afektacji bez ostrych objawów, sprawiają
wrażenie ludzi energicznych, dowcipnych, elokwentnych, w stanie pobudzenia maniakalnego natomiast są
nadzwyczaj odważni w myślach i czynach, ponieważ stan maniakalny osłabia samokontrolę i sprawia, iż ulegają
megalomanii.
Tak, właśnie tak zachowywał się Protopopow w Londynie...
- Czyżby nie podano panu mego nazwiska? - Niemiec uniósł z lekka jasne brwi. - Zresztą, moje
nazwisko nic panu nie powie i lepiej nie przeciągać części oficjalnej - uśmiechnął się i zapraszającym
gestem wskazał gościowi fotel obok stołu: sam usiadł z drugiej strony.
Protopopow opadł na fotel, rozpiął guziki przyciasnej marynarki i z nieprzeniknioną twarzą
przygotował się do słuchania.
- W jednym ze swych wywiadów udzielonych w Londynie twierdził pan, jakoby Rosja zyskała
wewnątrz Niemiec sojusznika, którym jest głód. Pozwolę sobie zauważyć, że pańskie teorie są
całkowicie bezpodstawne... - zaczął Niemiec.
Protopopow pamiętał oczywiście to swoje oświadczenie, nawiasem mówiąc, jedyne dotyczące
Niemiec, które pozwolił sobie sformułować. I proszę bardzo... Jego obwisłe policzki drgnęły mimo
woli.
- Wie pan, panie Protopopow, podobnie jak wiedzą wszyscy, że Niemcy i ich państwo stanowią wzór
organizacji - ciągnął tamten. - W odróżnieniu od Rosji wojna scementowała nasz naród jeszcze
bardziej. Zasadzie owej organizacji podporządkowane są również zupełnie naturalne podczas takiej
wojny trudności aprowizacyjne i jeśli chodzi o ten aspekt sprawy, to możemy walczyć tak długo, jak
długo będzie się to podobało Bogu - Niemiec ponownie ozdobił swą spłaszczoną twarz ledwie
dostrzegalnym uśmiechem i mówił dalej: - Należy jednak sądzić, że Bóg mimo wszystko zechce, aby
wojna skończyła się możliwie jak najszybciej. I nie tylko Bóg. Co pan o tym sądzi?
- Spodobało się Bogu, iżby się ta wojna zaczęła, i w jego mocy jest ją zakończyć - zaczął Protopopow.
- Wszelako przykazanie Boskie „kochaj bliźniego swego” pozwala na to i owo również i nam,
grzesznym; czyż nie tak? - przerwał mu Niemiec pytaniem.
- Nie my rozpoczęliśmy wojnę - rzekł Protopopow, starając się nadać swemu drżącemu głosowi
metaliczne brzmienie.
- Ustaliliśmy już, że wojnę rozpoczął Bóg - szybko powiedział Niemiec. - A mówiąc poważnie, to
kiedyś, kiedy zanikną uprzedzenia i zapanuje znowu spokojny obiektywizm, rozpatrzymy wspólnie tę
kwestię. Jednakże teraz chodzi o zakończenie wojny, a tego, jestem przekonany, pragną i Rosjanie,
i my, i wszyscy normalni ludzie na ziemi. Oczywiście poza Anglikami...
- Wszystko jest w ręku Boga - Protopopow ostentacyjnie wzruszył ramionami i opuścił ciężkie
powieki. Dobrze byłoby skończyć na tym rozmowę; wszystko jest przecież jasne - Niemcy chcą pokoju
i z tą wiadomością wróci do domu... Ale nie, znowu słyszy natrętny głos Niemca...
- Winę za tę wojnę ponosi tylko i wyłącznie Anglia z jej potwornym zakłamaniem i niesłychaną
chciwością. Niemcy zawsze były wystarczająco trzeźwe, by nie uważać Rosji za swego przeciwnika.
Nie jest nam oczywiście łatwo, ale ponieważ każdy Niemiec zdaje sobie sprawę, że nasza walka jest
słuszna, więc będzie walczył jak lew i poświęci wszystko w imię zwycięstwa. Tak właśnie jest. Wiemy,
że Rosja również ma trudności. Natomiast jeśli chodzi o Anglię -jestem pewien, że zobaczył tam pan
coś zupełnie innego...
- W każdym razie zobaczyłem i wyczułem zdecydowaną wolę Anglików, aby wygrać tę wojnę - rzekł
Protopopow niechętnie; ogarnęło go nieprzyjemne uczucie, że Niemiec wciąga go przemocą
w niebezpieczne roztrząsanie niebezpiecznych spraw.
- Nie wierzę! - zawołał tamten i odepchnął się od stołu mocnymi rękami. - Albo też jest to zupełnie
inny rodzaj zdecydowania, który nie ma nic wspólnego z tym, kiedy kraj gotów jest złożyć na ołtarzu
wojny tyle istnień ludzkich, ile złożyła Rosja i my.
- Nie rozumiem, jaki jest cel naszej rozmowy - rzekł Protopopow stanowczo, uznał bowiem, iż nie
należy kontynuować rozpoczętej przez Niemca dyskusji. - O co panu chodzi?
- Czy po powrocie będzie pan miał możliwość zobaczyć się z carem? - spytał Niemiec.
- Będzie to zależało wyłącznie od jego życzenia - odparł Protopopow.
- Załóżmy, że będzie sobie życzył - rzekł Niemiec. - I dlaczego nie miałby pan opowiedzieć mu wtedy
o naszym przypadkowym spotkaniu?
- Wybór tematu rozmowy zależy również od monarchy - odpowiedział Protopopow.
- No a jeśli zapyta pana o to nasze spotkanie?
- Nie zamierzam go reklamować już choćby dlatego, że nie zostałem doń upoważniony przez
jakikolwiek czynnik oficjalny.
- Jest pan upoważniony przez sumienie, przez miłość do Rosji! oświadczył Niemiec z patosem.
- Mimo to... - pokręcił głową Protopopow.
- I nawet w tym wypadku, kiedy będzie już panu wiadome, że Niemcy pragną za pańskim
pośrednictwem przekazać carowi swój pogląd na sprawę zakończenia tej straszliwej wojny? - spytał
tamten.
Protopopow nie zamierzał brać na siebie żadnych zobowiązań związanych z tą rozmową, jednakże
ambitna myśl, iż może stać się heroldem pokoju, nie opuszczała go ani na chwilę.
- Jeżeli pan pozwoli, będę kontynuował swoje myśli. Zresztą nie moje własne, rzecz jasna - rzekł
Niemiec. - A więc... Niemcy nie pragną podbojów. Natomiast Anglia - wprost przeciwnie. Niemcy chcą
tylko jednego: sprawiedliwego podziału Europy z uwzględnieniem interesów państwowych wielkiej
Rosji.
- A co z tego wynika dla Rosji? - zapytał z niepokojem Protopopow, wciągając się mimo woli
w rozmowę.
- Żadnych dyktatów ani żadnych przeszkód w kwestii polskiej - odrzekł Niemiec zdecydowanie.
Doskonale zdając sobie sprawę z wagi kwestii polskiej dla Rosji, nie mówiąc już o trudnościach z nią
związanych, Protopopow postanowił sprecyzować ten decydujący punkt.
- Czy pan widzi Polskę w granicach geograficznych czy w etnograficznych? - zapytał.
- Geograficznych - odparł natychmiast Niemiec i dodał z uśmiechem: - Dane etnograficzne to żywioł,
podczas gdy geografia poddaje się manipulacji. Zgodnie z tą zasadą będziemy również rozwiązywali
wszelkie kwestie europejskie. Podnieśliśmy miecz w imię sprawiedliwości dla Niemiec i dla całej
Europy, a jeśli komuś pragnęlibyśmy obciąć szpony, to tylko Anglikom. Nie można pozwolić, aby
w granicach naszej ciasnej Europy pozostawała Anglia dyktująca wszystkim politykę przy użyciu siły.
To patologia. W Europie istnieją jedynie dwa państwa, które ze względu na tradycję historyczną oraz
własne możliwości mają prawo wziąć na swe barki troskę o sprawiedliwy pokój dla Europy - to Rosja i
Niemcy. Podkreślam, że nie jest to moja myśl. Tak myśli nasz cesarz, który w tej wojnie boleje tylko
nad jednym - nad przelaną krwią narodu niemieckiego i rosyjskiego. Czyż nie powinien o tym
wiedzieć car rosyjski?
Doceniając w pełni wagę tej informacji dla cara Mikołaja, Protopopow wyobraził sobie natychmiast,
jak przedstawi ją monarsze. Nie odpowiedział jednak na pytanie Niemca.
- Nie prowadzimy z sobą żadnych pertraktacji, jest to po prostu zwykła rozmowa dwóch patriotów
swoich krajów, tylko że w odróżnieniu od pana ja wiem, czego chce i co myśli mój rząd - ciągnął
Niemiec. - Zdecydowaliśmy się na tę rozmowę, ponieważ znany jest nam pański rozsądek, pańskie
poglądy polityczne i pańska miłość do Rosji. Rozumiemy też, że w kwestiach, jakie poruszyliśmy teraz
tylko w ogólnych zarysach, jest całe mnóstwo najrozmaitszych aspektów, jednakże omówienie ich
należy już do tematyki oficjalnych pertraktacji, których gorąco pragniemy. Jestem pewien, że takie
pertraktacje nastąpią, wszystkie kwestie zostaną rozstrzygnięte pomyślnie i wówczas nasze dzisiejsze
skromne spotkanie stanie się faktem historycznym i wejdzie do podręczników - rzekł Niemiec,
a mówił to z powagą, nawet ze wzruszeniem. Protopopow wytrzeszczył oczy - niech to licho porwie;
tak właśnie robi się historię...
3
Protopopow wyruszył przez Finlandię do kraju. I kiedy był w podróży, wywiad niemiecki zatroszczył
się o to, aby rezultaty spotkania w Sztokholmie nie poszły na marne, zależąc jedynie od odwagi czy
też tchórzostwa Protopopowa.
Ze wszystkich dokumentów niemieckich, które stały się z czasem dostępne, a także z relacji
pamiętnikarskich, gdzie brak jakichkolwiek poważniejszych śladów rozmowy sztokholmskiej, wynika
niezbicie, że ten pokojowy krok Niemiec był w rzeczywistości krokiem czysto prowokacyjnym, który
zmierzał do wywołania zamieszania i wzbudzenia wzajemnej nieufności wśród państw walczących z
Niemcami, przy czym planowano wykorzystanie tego na frontach. Dlatego właśnie organizatorzy
spotkania w Sztokholmie nie tylko nie zatroszczyli się o to, aby je chociaż do czasu utrzymać
w tajemnicy, lecz przedsięwzięli specjalne działania, by wiadomość o nim dotarła do najszerszych
kręgów społeczeństwa rosyjskiego.

Około południa na cmentarzu Aleksandro-Newskiej Ławry Grubin czekał na Burdukowa, który spóźnił
się już czterdzieści minut. Grubin nie miał w zwyczaju godzić się z podobnym brakiem dyscypliny
i gdyby nie to, że dzisiejsza sprawa była szczególnie ważna, dawno by już stąd poszedł. Coraz trudniej
utrzymać w ryzach tego śliskiego osobnika. Odkąd Grubin podsunął go Manusowi jako doradcę,
Burdukow zaczął się robić coraz bardziej bezczelny i już nieraz próbował uchylić się od wykonywania
poleceń. Grubin żałował teraz, że nie załatwił werbunku Burdukowa w sposób formalny, tak jak
należało, ale wówczas coś go zaniepokoiło, miał wrażenie, że Burdukow może go wydać, byle mu
tylko dobrze zapłacono. I postanowił oprzeć swoje stosunki z Burdukowem na jego patologicznej
chciwości. Zasadniczo rachuby go nie zawiodły - za pieniądze Burdukow gotów był zrobić wszystko,
przy czym nie interesowało go zupełnie, po co to robi, zaś jego zapał do wykonywania poleceń zależał
wyłącznie od wysokości wynagrodzenia. Teraz jednak Manus płacił mu dobrze, z pewnością więcej niż
Grubin, i oto rezultat...
Podczas ich poprzedniego spotkania, na które Burdukow przyszedł nie wykonawszy bardzo prostego
polecenia. Grubin powiedział mu:
- Mikołaju Fiodorowiczu, czy pan nie rozumie, że wystarczyłoby, abym powiedział Manusowi jedno
słówko, a natychmiast zrezygnuje on z pańskich usług?
Jak wszyscy, którzy przychodzą na cmentarze nie po to, aby odwiedzić czyjś grób. Grubin przechadzał
się z wolna po ścieżkach i czytał napisy na nagrobkach. Nie chowano tu prostych ludzi. Przed każdym
nazwiskiem wykutym w kamieniu - długa litania tytułów i rang.
W bramie z szarego kamienia pojawił się wspaniały kondukt pogrzebowy. Damę w czerni
podtrzymywało pod ręce dwóch generałów, w tłumie także przeważali wojskowi. Wolnym krokiem
szedł oddział żołnierzy z karabinami na ramieniu, przed nimi przemaszerowała liczna orkiestra
wojskowa.
Grubin odprowadził kondukt wzrokiem i uśmiechnął się w duchu: „Skończył generał swą wojaczkę
w stołecznych okopach“ - a kiedy się odwrócił, ujrzał Burdukowa. W rozpiętym płaszczu,
z kapeluszem w ręku skręcił w boczną alejkę i zatrzymał się przed grobowcem, koło którego
wyznaczone było ich spotkanie. Rozglądał się na wszystkie strony, ocierając twarz chusteczką.
Grubin wyłonił się spoza drzew:
- Miałem zamiar już iść. Mikołaju Fiodorowiczu, a to chyba nie wyszłoby panu na dobre.
- Wpadłem, doprawdy, jak w pułapkę, niech mi pan wierzy - zaczął się tłumaczyć Burdukow, wciąż
jeszcze ciężko oddychając. - Byłem na Wyspie Wasiljewskiej, wychodzę na ulicę - tramwaje stoją,
dorożki ani śladu. Szedłem do samego Dworca Nikołajewskiego i dopiero tam udało mi się coś złapać.
Usiedli na białej marmurowej ławce przed pomnikiem z czarnego marmuru.
W tym momencie wiatr doniósł monotonny głos psalmisty odmawiającego modlitwę za spokój dusz.
Burdukow słuchał z twarzą, na której malował się lęk.
- Niech pan da spokój. Dopóki żyjemy, trzeba myśleć o sprawach doczesnych - rzekł Grubin.
- Słucham pana - Burdukow odwrócił się w jego stronę.
Grubin przysunął się bliżej i zaczął mówić:
- Sprawa jest bardzo ważna. Rozumie pan oczywiście, że wszystkie nasze interesy, w tym również
i lokata pańskiego prywatnego kapitału, zależą od wojny i od tego, kiedy się ona skończy. Jeśli chcemy
zachować nasze pieniądze, a później uruchomić je odpowiednio, musimy być zorientowani, jak
wyglądają sprawy z wojną, w przeciwnym bowiem razie możemy się paskudnie przeliczyć. Czy pan to
rozumie?
- Oczywiście... Oczywiście... Jestem po prostu przerażony.
- Tak więc, o ile wszystko dobrze pójdzie, zostanie pan odpowiednio wynagrodzony nie tylko przeze
mnie, lecz także przez Manusa. On wie, o co chodzi...
- Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy... - Burdukow przestał wreszcie ciężko dyszeć i wyglądało,
że jest w stanie słuchać.
- Sprawa jest w zasadzie prosta... - ciągnął Grubin. - Pogłoski o możliwości pertraktacji pokojowych z
Niemcami krążą od dawna, wie pan zapewne. Ale teraz nie jest to już pogłoska, tylko fakt.
Deputowany do Dumy Protopopow wracając z Anglii spotkał się w Sztokholmie z przedstawicielem
Niemiec i prowadził z nim rozmowy...
- Skąd ta wiadomość? - spytał nagle Burdukow.
- Przecież pan wie. Mikołaju Fiodorowiczu, że zarówno ja, jak i Manus mamy swoje kontakty W
najwyższych instancjach.
- Jakżeż mógłbym nie wiedzieć - odparł Burdukow z szacunkiem i w tej samej chwili rozległ się suchy
trzask salwy honorowej. Burdukow wzdrygnął się cały, spojrzał w stronę, gdzie strzelano i rzekł: -
Wiem, wiem... Ale jakże to? Zaledwie dwa dni temu gazety drukowały słowa Najjaśniejszego Pana
o wojnie do ostatecznego zwycięstwa Ententy.
- Ale wreszcie ktoś musi zacząć rozmowę na temat zakończenia wojny - kontynuował Grubin. - Sądząc
ze wszystkiego, zaczynają Niemcy. Niewykluczone, że same postanowiły paść na kolana przed
koalicją, ale ze względów prestiżowych chcą o tym przede wszystkim zawiadomić Rosję, która ma
największy udział w tej wojnie. Niech się pan uspokoi - ani ja, ani Manus, ani wreszcie pan nie
zrobimy żadnego kroku wbrew interesom Rosji. Nasze zadanie jest, powtarzam, bardzo proste.
Chodziło to, że ten Protopopow, jak mówią, nie jest zbyt godny zaufania, więc co może z tego
wyniknąć? Niemcy nie wiedząc, co to za człowiek, postanowiły przekazać przez niego wiadomość
o dogodnym pokoju dla Rosji, a Protopopow przez tchórzostwo, albo nie rozumiejąc wagi całej
sprawy, postanowi zachować swoje spotkanie w Sztokholmie w tajemnicy. Przede wszystkim
w tajemnicy przed carem. Nie możemy do tego dopuścić. Car powinien wiedzieć o wszystkim. I nasze
zadanie polega na tym, żeby sprawa doszła do cara niezależnie od Protopopowa.
- Jeżeli tylko o to chodzi, to się zgadzam.
- Tylko o to - potwierdził Grubin i spytał: - Jak byłoby najlepiej zawiadomić o tym cara?
- Może najpierw carycę?
- A ją w jaki sposób?
- Bardzo prosto: przez Wyrubową.
- A czy ta głupia baba nie pokręci? Albo się nagle nie przestraszy?
- Trzeba jej tylko powiedzieć jak najprościej: słuchaj, Protopopow miał w Sztokholmie ważne
spotkanie związane z wojną. Niech carowa zainteresuje się, co tam zaszło. I tyle.
- Doskonale, Mikołaju Fiodorowiczu - zgodził się Grubin. - Ale dobrze byłoby zaasekurować się i mimo
wszystko poinformować cara bezpośrednio. Ale jak?
- Może przez generała Wojejkowa?
- Niebezpieczne. Może jakoś inaczej?
- Rasputin? - ostrożnie zaproponował Burdukow.
- To znowu przez carycę...
- Jeśli przez niego, to z całą pewnością dojdzie do cara.
- Pan mu sam powie?
- Dobrze - zgodził się Burdukow po chwili milczenia.
- A ja podejmę kroki, żeby ta wiadomość trafiła do prasy.
- Ale czy coś takiego wydrukują? - zdziwił się Burdukow.
- Na pewno wydrukują w odpowiednim czasie, na razie zaś chodziło to, żeby przez dziennikarzy
związanych z Dumą wiadomość ta doszła do uszu Rodzianki i - co jeszcze ważniejsze - do uszu
ministra spraw zagranicznych Sazonowa.
- Ale przecież ten Sazonow jest na pasku u Anglików, natychmiast da im znać i nastawi cara przeciwko
całej sprawie - zaoponował Burdukow.
- Jednakże sam fakt spotkania w Sztokholmie nie może nie zainteresować cara i z pewnością zechce
dowiedzieć się wszystkiego z pierwszej ręki. Czy pan zna Protopopowa?
- Niezbyt dobrze. Znamy się jeszcze z czasów jego pracy na prowincji.
- Czy nie mógłby pan spotkać się z nim od razu, kiedy tylko wróci?
- To niemożliwe... - zdecydowanie odparł Burdukow. - Przecież on wie, że jestem z ministerstwa
spraw wewnętrznych, którego każdy się boi...
- Ale ktoś powinien z nim porozmawiać. Mikołaju Fiodorowiczu, i to poważnie. Trzeba mu poradzić,
aby nie tchórzył, i uprzytomnić, że historia sztokholmska podnosi go do rangi wybitnych polityków
Rosji.
- Pomówić z nim mógłby tenże Rasputin. Oni się dobrze znają - zaproponował Burdukow.
- Czy może pan zorganizować to spotkanie?
- Postaram się...
- To wszystko. Mikołaju Fiodorowiczu - rzekł Grubin, spojrzał na zegarek i wstał. - Nie możemy tracić
ani chwili...
Wyszli na główną aleję cmentarza i zmieszali się z tłumem wracającym z pogrzebu.
4
Po przyjeździe do Piotrogrodu Protopopow przede wszystkim złożył wizytę ministrowi spraw
zagranicznych Sazonowowi. Nie mógł uniknąć tej wizyty i bardzo się jej bał, wiedział bowiem, że
Sazonowjest niezwykle bystry a zarazem złośliwy; w Dumie mało kto decydował się zadać mu jakieś
pytanie, ponieważ wszyscy pamiętali doskonale historię z deputowanym Kapnistem, który wyraził się
o nim, że cierpi na anglomanię. Sazonow momentalnie odparował cios mówiąc, że widocznie zaraził
się tą chorobą od jego cesarskiej mości, który raczył właśnie podpisać pakt o sojuszu z Anglią. Duma
zamarła, a potem rozległa się burza oklasków, która dosłownie zdmuchnęła Kapnista z trybuny...
Protopopow liczył na to, że Sazonow nic nie wie o jego spotkaniu w Sztokholmie. Skądże mógłby się
o tym dowiedzieć? Na wypadek jednak, gdyby wiedział i zapytał o nie, Protopopow przygotował dwie
wersje odpowiedzi: jedną poważną, drugą żartobliwą, że niby nie ma o czym mówić. Miał nadzieję, że
Sazonow jest zajęty ważniejszymi sprawami i nie Sztokholm mu w głowie; w Piotrogrodzie ktoś już
zdążył mu szepnąć, że minister wisi na włosku...
Przeżegnawszy się w duchu, Protopopow wszedł do gabinetu. Sazonow siedział przy biurku i coś
pisał. Na widok wchodzącego odsunął od siebie papiery, wyprostował się w fotelu i odpowiedział
sucho na jego powitanie: „Dzień dobry... niech pan siada...“
- A więc, ekscelencjo, wypełniliśmy swoją trudną misję - zaczął Protopopow z ciężkim westchnieniem
i rozsiadł się wygodnie w głębokim fotelu. Sazonow z nieprzeniknioną twarzą patrzył na niego lekko
przymrużonymi oczyma.
- Trzeba było przemawiać po trzy razy dziennie - ciągnął Protopopow patrząc i zarazem nie patrząc na
ministra. - A za każdym razem przyjęcie, więc znowu jakiś spicz przy stole. A ci reporterzy! Prawdziwe
buldogi - jak chwycą, to nie popuszczą! Gdzie naszym do nich... I każdemu trzeba odpowiedzieć,
a każde pytanie to podstęp - mówił ożywiając się coraz bardziej, ale w głowie zaczęło mu się kręcić,
poczuł ukłucia szpilek w potylicy i zaczął modlić się w duchu, żeby to wszystko wreszcie się
skończyło... Kontynuował swą zagmatwaną opowieść bojąc się poruszyć i ciągle miał nadzieję, że mu
przejdzie.
Sazonow nie oczekiwał bynajmniej, że usłyszy od niego coś ważnego czy też dowie się czegoś
ciekawego o Anglii, którą znał doskonale; może najwyżej o tym, jak wygląda Londyn teraz, podczas
wojny. Ale o tym nie usłyszał nic, i kiedy Protopopow zaczął mówić o niebezpieczeństwach podróży
morskiej. Sazonow przerwał mu:
- Co to za pogłoski o jakimś pańskim spotkaniu w Sztokholmie?
Protopopow zamilkł w pół słowa. Kłucie w potylicy było coraz silniejsze - jeśli nie przejdzie, to
zupełnie straci panowanie nad sobą i może nagadać Bóg wie co.
- Po prostu głupstwo, ekscelencjo - odparł z uśmiechem zdradzającym, że cierpi. - Jakiś typ zapragnął
zobaczyć się ze mną. Nie zrozumiałem nawet dobrze, jak się nazywaj myślałem, że chodzi o
Aschberga, pewnego handlowca, którego znam.
- A kto to był?
Protopopow czuł, że uderzają nań fale gorąca - to atak.
- Jakiś... o Boże, nie mogę sobie przypomnieć... zdaje się Warburg... czy coś w tym rodzaju... a może
Warbutt...
- No dobrze, ale o co mu chodziło? - Sazonow wyjął z kieszeni kamizelki zegarek i położył go przed
sobą.
- Nie warto o tym mówić - Protopopow machnął ręką i głowa zaczęła mu opadać na piersi.
- A jednak, mimo wszystko? - spytał Sazonow, jak gdyby nie widząc dziwnego zachowania gościa;
myślał w tej chwili tylko o tym, w jaki sposób w ciągu najbliższych dwóch dni nie dopuścić
Protopopowa do cara, aby zdążyć uprzedzić go o niebezpieczeństwie, które może wyniknąć z owego
spotkania w Sztokholmie.
Protopopow powoli podniósł głowę, a na jego pożółkłej twarzy ukazał się podobny do grymasu
uśmiech, westchnął i rzekł:
- Powierzchowny sondaż naszego stanowiska w sprawie wojny... niepoważne propozycje - starał się
wytężyć całą siłę woli, aby powstrzymać atak.
- Jakie propozycje? - w głosie ministra zabrzmiał metal.
- Powiedziałem już, niepoważne.
- Niech pan będzie tak uprzejmy i powie dokładnie jakie?
- Żeby w Europie wszystko było zgodnie z zasadami sprawiedliwości, z Rosją i Niemcami na czele... -
Protopopow z najwyższym trudem wydzierał z pamięci obietnice Niemca, ale Sazonow już zrozumiał,
jakie fatalne konsekwencje będzie miała ta historia. Podziękował Protopopowowi za informacje,
odczekał, aż niepewnym krokiem wyszedł on z gabinetu, i połączył się telefonicznie z Buchananem.
- Przed chwilą był u mnie Protopopow...
- Wiem wszystko - odparł Buchanan. - Paskudna i niebezpieczna historia. Trzeba niezwłocznie
przedsięwziąć zdecydowane kroki.
- Wyjeżdżam na urlop do Finlandii - oznajmił Sazonow.
- To niemożliwe!
- Pożegnałem się już z carem. To on nalegał, żebym wziął urlop.
- Nie można tego odwołać?
- Nie. Przecież sam powiedziałem carowi, że jestem całkowicie wyczerpany.
- Proszę poinstruować Nieratowa i polecić mu, aby utrzymywał ze mną stały kontakt.
- Dobrze...
Przez jakiś czas Sazonow siedział w fotelu zupełnie nieruchomo, ze skamieniałą twarzą...
„Do diabła z tym wszystkim... Rozum na nic się tu nie przyda... wszystko idzie siłą rozpędu... Toczy się
jak kamień z góry... Może to nawet lepiej, że wyjeżdżam. Cóż ja w końcu mogę zrobić? Sam jeden?
A kiedy wrócę, to przynajmniej ta paskudna historia będzie już należała do przeszłości...“
Z ministerstwa spraw zagranicznych Protopopow pojechał do domu - zapragnął nagle być sam, ukryć
się przed wszystkimi, przed wszystkim, nawet przed tą hałaśliwą ulicą, zamknąć się w mieszkaniu,
gdzie nikt nie będzie szarpał mu nerwów, a jeśli dopadnie go atak, to jakoś przetrzyma go
w samotności.
Wszystko idzie na opak. Sazonow zrobił się teraz jego śmiertelnym wrogiem. Rodzianko jakby się
wściekł, nie podał mu ręki, powiedział: „Podjął się pan haniebnej roli...” Czyżby popełnił błąd i przez
to spotkanie w Sztokholmie przekreślił udaną podróż do Anglii i wszystkie swoje poprzednie zasługi?
W pustym mieszkaniu - rodzina była na letnisku - wisiał w powietrzu obrzydliwy ostry zapach: żona
jak zawsze przed wyjazdem wyłożyła na parapetach trutkę na muchy. We wszystkich pięciu pokojach
meble zsunięte były razem i przykryte dywanami obficie posypanymi naftaliną. Tylko w jego
gabinecie wszystko stało na swoim miejscu i zapach nie był tak intensywny. Uchylił okno, przysunął
do niego fotel i usiadł wyciągając przed siebie osłabłe nogi... Przeklęty atak czyhał już za plecami.
Teraz nie było to kłucie szpilek w potylicę, lecz coś, co nazywał dreszczami głowy. Myśli pojawiały się
nagle, jakby mimo woli, i natychmiast znikały. Lipcowy zmierzch gęstniał coraz bardziej, rodząc
uczucie lęku.
„Czyżbym działał na własną zgubę?... A wszystko szło tak dobrze... Podbiłem Anglię, wszystkie ich
gazety piały hymny na moją cześć, nazywały mnie myślącym politykiem w stylu rosyjskim. Pewien
reporter spytał na konferencji prasowej, co bym zrobił w pierwszej kolejności, gdybym został
premierem? A ja mu powiedziałem, że przede wszystkim zmówiłbym modlitwę. Jak oni klaskali! Na
drugi dzień moja odpowiedź była we wszystkich gazetach. Wszystko szło coraz lepiej i nagle wszystko
się wali...“ Zrobiło mu się smutno i żal samego siebie, poczuł szczypanie w oczach, coś ścisnęło za
gardło. I natychmiast ogarnęła go fala ciepła, porwała i uniosła za sobą... Zaczął się atak.
Kiedy oprzytomniał, było już ciemno. Za oknem, wzdłuż nabrzeża Fontanki paliły się latarnie. Dzień
minął i można się położyć spać... spać... spać...
Zadzwonił telefon. Protopopow drgnął, zerwał się z fotela i przerażonym wzrokiem patrzył na aparat;
w mózgu stukało; podejść czy nie podejść? Telefon dzwonił bez przerwy. Powoli, jak
zahipnotyzowany, podszedł do biurka, podniósł słuchawkę, przyłożył do ucha i milczał.
- Czy to mieszkanie Aleksandra Dmitrijewicza? Czy to mieszkanie Aleksandra Dmitrijewicza? - krzyczał
z niecierpliwością wysoki głos kobiecy, który wydał się Protopopowowi znajomy.
- Słucham - rzekł cicho.
- Aleksandrze Dmitrijewiczu, czy to pan?
- Tak, tak, kto mówi?
Usłyszał nazwisko pewnej damy z grona wielbicielek Rasputina.
- Dzień dobry - rzekł sucho. - Czym mogę pani służyć?
- Aleksandrze Dmitrijewiczu, ojciec Grzegorz chciałby się z panem zobaczyć i to zaraz. Czy pan
rozumie?
- Po co? - zapytał Protopopow.
Dama roześmiała się:
- Po co, to już tylko on może wiedzieć. Ale chce pana widzieć natychmiast. Posłano po pana
samochód, pewnie już czeka przed domem.
- Dobrze, przyjadę - odpowiedział Protopopow.
Musi jechać! Musi! Właśnie tam może teraz znaleźć ratunek przed nieszczęściem. A jeszcze nigdy nie
spotkało go ze strony Rasputina nic złego. Pewnego razu, błogosławiąc go, starzec rzekł: drzemie
w tobie wielka siła...
I nagle Protopopow poczuł w sobie tę siłę...
Automobil zawiózł go na Gorochową 64, gdzie mieszkał Rasputin... Siedział w salonie na ogromnej
skórzanej kanapie, i kiedy Protopopow wszedł, zerwał się jak na sprężynach, obciągnął koszulę
z ciemnoniebieskiego jedwabiu, przesunął na bok chwasty miękkiego paska, którym przewiązana była
koszula, i szybkim krokiem podszedł do gościa.
- No, witaj... witaj... Jakoś schudłeś na angielskim wikcie... - mówił głuchawym basem, trzymając
Protopopowa za ramiona i patrząc mu w oczy. - Powiedz mi jedno - chcesz wszystkich wyprzedzić, czy
też chcesz zrobić coś więcej dla naszej Rusi-matuli i cara-ojczulka?
Rasputin zbliżył swą zarośniętą twarz do twarzy Protopopowa, który poczuł zapach wina i potraw...
- Ale ty się nie złość, kochaneczku, nie złość się - ciągnął Rasputin, patrząc z ukosa na bladą po ataku
twarz Protopopowa; oczy miał szare, przenikliwe. - Wiesz przecie, że jeśli już mam jakiś interes do
kogoś, to temu komuś albo jest bardzo dobrze, albo - musisz darować - bardzo źle. Ale ty się nie masz
czego bać. Do ciebie - ty wiesz - moja dusza tylko się dobrem obraca. Powiedz mi tylko jedno słowo:
czy gotów jesteś oddać głowę za wieczne panowanie Romanowów i służyć wiernie tronowi na dobre
i na złe?
- Dla mnie stanowi to sens życia - cicho i smutno odparł Protopopow. Wyglądał żałośnie - obwisłe,
niestarannie utrzymane wąsy, obrzękłe worki pod oczyma, wymięty surdut.
- A ja przecie wiem wszystko, kochaneczku, wiem wszystko... - Rasputin błysnął chytrze szarym okiem
i nagle trącił go w ramię potężną długą łapą; Protopopow aż się cofnął o krok. - Wszystko. I że się
tobą interesują w Carskim Siole także wiem. I w kwaterze u cara-ojczulka. Może już jutro tam
pojedziesz. Będą z tobą rozmawiać. Nasz car to święty człowiek, nie próbuj go oszukiwać, mów
wszystko tak, jak było, jak ci na sercu leży. Wtedy się nie pomylisz...
Protopopow uśmiechał się głupawo; wydawało mu się, że wszystko to słyszy we śnie. Ale Rasputin
znów naparł na niego, aż poczuł zapach smażonej cebuli.
- Zrozumiałeś mnie? - Rasputin spojrzał na Protopopowa z uwagą.
- Zrozumiałem, Grzegorzu Jefimowiczu! Zrozumiałem wszystko bardzo dobrze! - odezwał się głośno,
z radością. Mózg włączył się nagle. Jasny, zdolny uchwycić wszystko, co się dzieje! Protopopow zrobił
krok w stronę Rasputina i uścisnął mu rękę: - Dziękuję, Grzegorzu Jefimowiczu! Dziękuję. Ogrzaliście
mi duszę, ojcze, życieście mi wrócili.
- No i dobrze, kochaneczku. Jedź do domu i śpij spokojnie...
5
Rankiem zadzwonił do Protopopowa Nieratow i oznajmił, że o czwartej po południu odchodzi pociąg,
którym winien udać się do Kwatery Głównej...
Kiedy dyżurny adiutant wprowadził Protopopowa do gabinetu cara i zostawił go tam samego, doznał
on nagle wrażenia, że wszystko, co się z nim dzieje, jest nierealne i nieprawdopodobne. Zaczął
oglądać gołe ściany, wzór na tapetach, kafle pieca. I nagle zobaczył cara, który wszedł
niespodziewanie i stał już przy rzeźbionym biurku.
Protopopow zamarł w pozycji na baczność.
- Dzień dobry. Aleksandrze Dmitrijewiczu - rzekł miękko Mikołaj, wskazał mu fotel przed biurkiem
i usiadł.
- Melduję swoje przybycie zgodnie z rozkazem Waszej Cesarskiej Mości - głuchym głosem powiedział
Protopopow nie zmieniając pozycji.
- Niech pan siada... Niech pan siada... - car patrzył nań dobrotliwie, z uwagą. Potem zaczął: -
Chciałbym usłyszeć o pańskiej podróży do Anglii to, czego nie było w prasie. Jak wygląda Anglia?
- Jak gdyby w ogóle nie było wojny na świecie. Wasza Cesarska Mość - odparł Protopopow. - U nich
przecież namawiają do pójścia do wojska i wielu ludzi odmawia; oświadczają wprost, że nie chcą
walczyć i koniec. A tymczasem w ich parlamencie dwaj deputowani, Snowden i Trevelyn, powiedzieli
otwarcie, że trzeba zacząć rokowania pokojowe z Niemcami... I w ogóle. Wasza Cesarska Mość, oni
nie tyle prowadzą wojnę, ile mówią o wojnie...
Car ukrył uśmiech w gęstej bródce:
- Niedawno ambasador angielski pokazywał mi plakaty wzywające do oszczędzania, które rozlepia się
u nich na murach... że nowy kapelusik damski to cztery stalowe hełmy dla żołnierzy, futro - karabin
maszynowy, naszyjnik z brylantów - to armata, a prywatny automobil - cały aeroplan...
- Wasza Cesarska Mość, żyją sobie beztrosko... byłem na wyścigach konnych, mój Boże... I dlatego
nikt tam po prostu nie jest w stanie sobie wyobrazić, co ta wojna znaczy dla nas.
- Wie pan, ja także nieraz o tym myślałem, kiedy czytałem niektóre dokumenty angielskie, albo
słuchałem, co mówi tenże ambasador angielski, sir George Buchanan - rzekł car konfidencjonalnym
tonem.
- Wasza Cesarska Mość, czy mogę być zupełnie szczery przynajmniej wobec Waszej Cesarskiej Mości?
- zapytał Protopopow. Wrażenie nieprawdopodobieństwa sytuacji zniknęło, mózg pracował
sprawnie. - Wasza Cesarska Mość wie o wojnie wszystko, bowiem przez cały czas jest na froncie,
ramię w ramię ze swoim żołnierzem, ale co wiedzą o niej nasi mężowie stanu? Kiedy myślę o tym,
dlaczego niektórzy z nich, jak choćby Sazonow, oponowali przeciwko decyzji Waszej Cesarskiej Mości
wzięcia na swoje barki prowadzenia wojny, zadaję sobie pytanie, czy nie kierowała nimi obawa, że na
tym stanowisku Wasza Cesarska Mość wzniesie się na takie wyżyny, z których ujrzy jak na dłoni ich
zupełną bierność? - Protopopow uznał za konieczne przypomnieć carowi, że to właśnie Sazonow był
w swoim czasie inicjatorem protestu grupy ministrów przeciwko decyzji cara o wzięciu naczelnego
dowództwa w swoje ręce.
Car spojrzał uważnie na Protopopowa, któremu wydało się, że jego interlokutor nie zrozumiał sensu
tych słów.
- Gotów jestem zgodzić się, że ma pan rację... - odparł Mikołaj cicho, w zamyśleniu i dodał: - A mimo
wszystko, jakże tam Anglicy?
- Powiem Waszej Cesarskiej Mości, co mnie najbardziej uderzyło... oburzyło... - słowa przychodziły
mu teraz coraz łatwiej, ciągnął więc: - Im się wydaje, że jesteśmy jakimiś dzikusami, jemy surowe
mięso i śpimy na drzewach.
Car zakołysał się całym ciałem. Protopopow dopiero po chwili zrozumiał, że car się śmieje,
bezdźwięcznie, całym sobą.
- A jakie pytania zadawali! - zaśmiał się cicho Protopopow. - Jeden zwraca się do mnie, żebym mu
powiedział, dlaczego wszyscy nasi politycy noszą brody? Czy Wasza Cesarska Mość wie, co mu
odpowiedziałem? Powiedziałem: niech pan zapyta o to swego króla, który nosi taką samą brodę jak
nasz car.
- Celna replika. Bardzo celna - pochwalił car, nie przestając się śmiać. Potem rzekł: - Proszę pana,
panie Protopopow, aby pan tu, na miejscu, opisał szczegółowo swoją rozmowę w Sztokholmie; muszę
wiedzieć dokładnie absolutnie wszystko.
- Rozumiem. Wasza Cesarska Mość; zrobię to z pełną odpowiedzialnością i z największą chęcią.
- Jaki jest pański stosunek do Stürmera? - spytał nagle car.
- Pełen najgłębszego szacunku. Wasza Cesarska Mość.
- A co pan myśli o miejscu i roli Dumy Państwowej w dzisiejszych czasach?
- To bardzo trudne pytanie. Wasza Cesarska Mość, ponieważ Duma to istna arka Noego. Trzeba
uczynić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby czyści mogli pokonać nieczystych, i wtedy Duma stanie się
Dumą narodu, a nie areną dla krzykaczy.
- Słusznie, bardzo słusznie - zgodził się car. - Ale mam wrażenie, że nieczystych jest tam znacznie
więcej.
Protopopow nie odpowiedział od razu. Zastanowił się.
- Wasza Cesarska Mość - zaczął trochę niepewnie - wśród nieczystych jest wielu takich, którzy stali się
nimi dlatego, że panuje obecnie moda na wszelaką frondę. Albo kusi ich rozgłos w prasie. Przecież
komuś zależy na tworzeniu takiej atmosfery, w której każdy prawdziwy patriota rosyjski traktowany
jest jako zły człowiek. Czy nie należałoby. Wasza Cesarska Mość, zacząć właśnie od tej atmosfery?
Zatkać gęby gazetom, stworzyć aurę powszechnej pogardy wokół krzykaczy i tych, co wiecznie chcą
coś obalać, a wtedy cała Rosja zobaczy, że król jest nagi, że to samozwańcy. I przestanie ich słuchać.
Atmosferę, Wasza Cesarska Mość, tworzą ludzie, nie powstaje ona sama przez się.
- Myślałem o tym - rzekł znacząco car.
- Tak to właśnie wygląda. Wasza Cesarska Mość. Zapewniam, że tak!
- A co pan sądzi o panu Rodziance? - spytał car.
Protopopow zastanawiał się gorączkowo, co się kryje za tym pytaniem i jakiej odpowiedzi oczekuje
monarcha.
- Skomplikowana postać. Wasza Wysokość, skomplikowana... - odparł wreszcie i spojrzał w szare,
nieuchwytne oczy Mikołaja, usiłując dostrzec w nich jakiś najmniejszy bodaj znak. - Moje stosunki
z nim psują się coraz bardziej.
- A tymczasem on polecał mi pana na stanowisko ministra handlu - rzekł car.
- To niemożliwe! - wyrwało się Protopopowowi nietaktownie.
- Zapewniam pana... - car uśmiechnął się jakoś całkiem po domowemu i kiwnął głową na znak, że
przebacza... Audiencja była skończona.
Protopopow został z kolei zaprowadzony do gabinetu, gdzie zasiadł do pisania obszernej notatki
służbowej o Sztokholmie.
Następnego dnia - a było to 20 lipca 1916 roku - car pisał do żony przebywającej w Carskim Siole:
„Wczoraj widziałem człowieka, który bardzo mi się spodobał - Protopopow, zastępca prezydenta
Dumy; odbył podróż za granicę wraz z innymi deputowanymi i opowiadał mi wiele ciekawych rzeczy.
Jest byłym oficerem pułku grenadierów konnych i Maksymowicz
16
dobrze go zna...“
Kiedy carowa czytała ten list, wiedziała już o Protopopowie - opowiedzieli jej o nim Wyrubowa i
Rasputin... „To złoty człowiek, rzadkiej świętości - rzekł Rasputin. - Ten mógłby być prawdziwym
ministrem spraw wewnętrznych, a Chwostow nie jest godzien nawet butów mu czyścić...“
Pozostaje tylko dodać, że w kilka dni później Protopopow został ministrem spraw wewnętrznych...
6
Na trzeci dzień po swej nominacji Protopopow poprosił o audiencję u carycy i otrzymał łaskawe
zaproszenie do Carskiego Sioła.
Jego dobra passa trwała... Automobil - jego służbowy automobil! - niósł go do pałacu i wszystko to
przypominało mu atak, kiedy porywała go ze sobą fala gorąca. Ale teraz nie był to atak, teraz
zaczynało się jego nowe życie. Prawdę mówiąc, nie oczekiwał podobnego obrotu spraw i nawet nie
pragnął. Marzyła mu się jedynie wielka popularność. Bogactwo? Jego niemały kapitał był dobrze
ulokowany w przemyśle i rósł bez jakiegoś szczególniejszego udziału z jego strony, jakby sam przez
się. A popularności pragnął, pragnął gorąco. To właśnie przywiodło go do Dumy. Zyskać popularność
w Dumie można było jedynie za pomocą bulwersujących przemówień, ale do tego brak mu było
polotu, oczytania, erudycji, odwagi. Poza tym nie chciał nikogo demaskować ani broń Boże obalać.
Przydała mu się tu wszakże jego niezależność człowieka posiadającego majątek; prezydent Dumy
Rodzianko mianował go swoim zastępcą, otrzymał więc miejsce przy stole prezydialnym wprost pod
portretem cara, na którym przedstawiony on został w pozycji stojącej, odziany w galowy mundur.
A potem była Anglia, gdzie po raz pierwszy doświadczył, czym jest prawdziwa popularność -
codziennie człowiek widzi w gazetach swoje zdjęcie, swoje wypowiedzi. W Sztokholmie wydawało mu
się, iż sądzone mu będzie odegrać rolę herolda pokoju...

16
Chodzi o jednego z generałów świty (przyp. aut ).
Zadowolony ze siebie Protopopow kołysał się na miękkich poduszkach automobilu, spoglądając na
przepływającą za oknami zieloną równinę... Profesor Biechtieriew, który bez większych rezultatów
próbował leczyć jego chory mózg, mówił, że Protopopow zadziwiał go swoją dwoistością - mógł być
jednocześnie skrajnie ograniczony i myślący, na dodatek zaś w okresach nasilania się choroby
zachodziły w nim zmiany na lepsze...
Automobil przejechał pod kolumnadą pałacu Aleksandrowskiego i zatrzymał się przed wejściem.
Kamerdyner wprowadził natychmiast Protopopowa do gabinetu cara. Aleksandra Fiodorowna
w ostatnich czasach przyjmowała wszystkich tylko tutaj, jak gdyby dla podkreślenia, że właśnie ona
zajmuje się w Carskim Siole sprawami swego małżonka. Na widok carycy Protopopow zgiął się
w ukłonie.
Podtrzymując ręką swą długą białą suknię, caryca zeszła po schodach z antresoli i skierowała swe
kroki w stronę Protopopowa, który stał nadal pochylony w tak niskim ukłonie, że nie mógł widzieć jej
nadejścia.
Kiedy dotknęła jego ramienia, wyprostował się gwałtownie.
- Wasza Cesarska Mość... - zaczął ochrypłym głosem.
- Dzień dobry, Aleksandrze Dmitrijewiczu - wyciągnęła doń rękę z uśmiechem.
Protopopow ostrożnie ujął jej chłodną białą dłoń obiema rękami i pochylając się nisko złożył
pocałunek, który był zaledwie muśnięciem warg. Potem wyprostował się i rzekł:
- Dzień dobry. Wasza Cesarska Mość! - Napięcie ustąpiło nagle, jego głos był dźwięczny.
- Niech pan siada. Aleksandrze Dmitrijewiczu. Bardzo dobrze, że pan przyjechał.
Usiadła na wygiętej kanapce obitej ciemnoniebieskim safianem, jemu zaś wskazała wyściełane
krzesło przy owalnym stoliku.
- Wiele słyszeliśmy o panu - rzekła z nieruchomym uśmiechem na białej twarzy. - Wyobrażałam sobie,
że jest pan...
- Młodszy i sympatyczniejszy? - zapytał Protopopow poważnie, co było zdecydowanie nie na miejscu,
i widząc jej zmieszanie dodał: - To już moje nieszczęście. Wasza Cesarska Mość, że zawsze mówię to,
co myślę! - Dreszcze, które zaczęły się przed chwilą, szczęśliwie ustąpiły i czuł się teraz bardziej
pewnie. - Co zaś do mego wieku, to myli się tu wiele osób. Wprowadza w błąd moja energia. Wasza
Cesarska Mość; wiem o tym.
- Tak mało jest teraz wokół nas energicznych ludzi - powiedziała ze smutkiem.
- Pozwolę sobie nie zgodzić się z Waszą Cesarską Mością. Są! Są! Tylko zostali odsunięci.
- Kto ich odsunął? - spytała z zaciekawieniem.
- Właśnie ci, którzy przeszkadzają Waszej Cesarskiej Mości ich dostrzec - odparł Protopopow
wymijająco.
Caryca zmieniła temat:
- Anna Aleksandrowna mówi, że ma pan wielu wrogów.
- To zupełnie naturalne. Wasza Cesarska Mość! - zawołał radośnie Protopopow. - Kiedy mówią mi
o jakimś wybitnym człowieku, że nie ma wrogów, patrzę na niego podejrzliwie. No bo o czym to może
świadczyć? Ze nie uczynił on dla Rosji i dworu ani niczego dobrego, ani niczego złego. Jest on,
przepraszam za porównanie, jak sucha trawa - konia tym nie nakarmisz i dla człowieka na podściółkę
też się nie nada.
Cesarzowa roześmiała się. Protopopow podobał się jej coraz bardziej.
- Jestem wszakże zupełnie pewien - ciągnął z ożywieniem - że pośród moich wrogów nie ma żadnego
człowieka, który byłby prawdziwie oddany Rosji i monarchii rosyjskiej.
Caryca przypomniała sobie, że jako pierwszego wroga Protopopowa Wyrubowa wymieniła Sazonowa.
Jest rzeczą oczywistą, że Sazonow musi być wrogiem tego szczerego człowieka, ponieważ stosunek
Sazonowa do dworu jest całkowicie obojętny, nawet chłodny.
- Mnożą się oskarżenia, że zrobił pan fałszywy krok w Sztokholmie - powiedziała z nieoczekiwanym
współczuciem.
- Jeżeli nawet popełniłem jakieś błędy... - zaczął niespiesznie - to jedynie na skutek mojej
bezgranicznej miłości i wierności wobec ojczyzny i tronu.
- Jakżeż to? - caryca uniosła do góry cieniutkie brewki.
- Bardzo prosto; czy Wasza Cesarska Mość pozwoli mi mówić całkiem szczerze?
- Będę panu ogromnie wdzięczna.
- Ta krwawa rana, jaką wojna zadała Rosji, to moja rana. Serce moje krwawi dzień i noc, kiedy myślę
o tym, czy zrobione zostało wszystko, co w naszej mocy, by krew rosyjska przestała się lać
strumieniami, by ta krew znalazła godne zadośćuczynienie. Już dawniej nie lubiłem Sazonowa i nie
miałem do niego zaufania, a po wyjeździe do Anglii utwierdziłem się w tym uczuciu. Przekonałem się,
że tam nie tylko nie rozumieją, lecz po prostu nie wiedzą o tym, jakie ofiary ponieśliśmy dotychczas.
Sazonow zaś, zamiast nieustannie przypominać im o naszym wielkim i straszliwym wkładzie w tę
wojnę, zupełnie niepotrzebnie plótł dyplomatyczne opowiastki na temat cieśniny Dardanele czy też
przyszłości Polski. A ja boleję nad przyszłością Rosji i tylko nad tym, Wasza Cesarska Mość -
Protopopow tak się zapalił, że zapomniał o niestosowności gestykulowania w takiej rozmowie i raz po
raz wymachiwał ręką.
- Przysięgam na zdrowie i szczęście całej mojej rodziny, na moją miłość do Rosji i tronu, że ani jednym
słowem, ani nawet gestem nie uczyniłem niczego przeciwko ojczyźnie; po prostu nie potrafiłbym tego
zrobić, nie potrafiłbym - wyszeptał z przejęciem.
- Szczególnie cieszy mnie to, że znajduje pan wspólny język z Grzegorzem Jefimowiczem - rzekła
caryca.
- Jak z każdym prawdziwym Rosjaninem!
- Oczerniają go - szepnęła.
- Wasza Cesarska Mość! Zrobię wszystko! Tak rozumiem swoją powinność ministra spraw
wewnętrznych. Błagam tylko, by Wasza Cesarska Mość nie pozostawiała mnie bez swego łaskawego
poparcia i rady. Proszę mi pozwolić czerpać ze źródła najjaśniejszego umysłu Waszej Cesarskiej
Mości, gdy będę szczególnie spragniony.
- Na Boga, Aleksandrze Dmitrijewiczu, na Boga... - rzekła wzruszona caryca.
W tym momencie Protopopow był przekonany, że nie zlęknie się samego diabła.
Wracając z Carskiego Sioła wstąpił do soboru Kazańskiego i tam, sam jeden w pustej świątyni, zmówił
gorącą modlitwę dziękczynną.

Rozdział piętnasty

1
Nad Piotrogrodem zamarło ciepłe i ciche lipcowe południe. Nawet szara jak granit Newa sprawiała
wrażenie cieplejszej, wygładziła swe wieczne zmarszczki i odbijała niby lustro stojące na nabrzeżu
rezydencje. Buchanan zawsze prosił szofera, by jechał wzdłuż nabrzeża jak najwolniej. Teraz też
napawał się widokiem panoramy miasta, rysującej się ostro na tle bladobłękitnego nieba. Na
przeciwległym brzegu rozsiadła się potężna twierdza Pietropawłowska ze swymi bastionami, wieżami,
iglicami, dalej zaś wznoszą się granatowe kopuły meczetu. A na tym brzegu - rewia pałaców. Zimowy
ze swymi lekkimi liniami, jakby namalowany zamaszystym pędzlem w dwóch kolorach - główna
rezydencja cara, dziś prawie przezeń zapomniana, a jeszcze tak niedawno Buchanan bywał tu na
wystawnych przyjęciach... Za oknem automobilu niby wstęga - koronkowe ogrodzenie Ogrodu
Letniego, za nim zaś pogrążeni w cieniu drzew bogowie z białego marmuru... A dalej pałac za
pałacem, i na każdy można patrzyć bez końca. Buchanan pomyślał nagle, że jego ambasada mieści się
w najskromniejszym z nich...
Ambasador angielski był w złym nastroju, było mu ciężko na duszy; wszystkie sprawy szły nie tak, jak
powinny, nie tak, jak się spodziewał. Odnosił wrażenie, jak gdyby wraz z całą ambasadą robił
wszystko zupełnie na darmo, podczas gdy w Piotrogrodzie jedno wydarzenie goni drugie, wszystkie
zaś są niekorzystne dla Anglii. I coraz wyżej podnoszą głowy siły proniemieckie, co oczywiście nie jest
przypadkowe i ściśle wiąże się z tym stanem rzeczy. Zaś ludzie sprawujący władzę w tym państwie -
może jedynie poza Sazonowem - nie widzą lub nie chcą tego widzieć. Nawet car, który darzył go
dotąd pełnym zaufaniem, oświadczył podczas ostatniej audiencji, że sztuczne stwarzanie atmosfery
nieufności jest ze wszech miar przeciwwskazane.
Buchanan wracał z wysp, gdzie miał się spotkać z wielkim księciem Mikołajem Michajłowiczem.
Książę zadzwonił do niego w niedzielę i oznajmił, że jachtklub urządza w środę przegląd łodzi,
w związku z czym będzie rad pokazać mu swój jacht zbudowany w Szwecji.
Ostatnimi czasy spotykali się coraz rzadziej i Buchanan zdawał sobie sprawę, dlaczego tak się dzieje;
prawdopodobnie wielki książę dowiedział się, że caryca odnosi się do Buchanana z rosnącą niechęcią,
postanowił zatem nie ryzykować niepotrzebnie. Tym razem zaś uznał widocznie za stosowne spotkać
się z nim na oczach wszystkich, by podkreślić, że ich znajomość ma charakter wyłącznie towarzyski.
Jeszcze rok temu nic podobnego nie mogło się zdarzyć.
W drodze na wyspy Buchanan widział długie kolejki przed sklepami spożywczymi i widok długiego
sznura automobili i karet czekających na swych właścicieli tam, na wyspach, nasunął mu myśl
o przechodzącym wszelkie pojęcie braku taktu przedstawicieli wyższych sfer społeczeństwa
rosyjskiego, którzy nie zastanawiają się ani na moment nad tym, jak wyglądają w oczach prostych
ludzi. Ta dzisiejsza uroczystość w jachtklubie też była całkiem nie w porę.
Na pomostach do cumowania jachtów tłoczyli się goście. Damy w wytwornych strojach spacerowych,
w koronkowych kapeluszach o szerokich rondach, mężczyźni w jasnych wizytowych surdutach,
z nieodłącznym czarnym parasolem zamiast laseczki. „Angielska moda - chociaż to w imię sojuszu...“
uśmiechnął się gorzko Buchanan.
Jachtklub miał charakter wybitnie ekskluzywny i skupiał przedstawicieli „błękitnej krwi“ oraz
wybrańców losu. Otwarte imprezy klubowe gromadziły niezmiennie szczególną publiczność. Ściągali
tu zarówno ludzie bogaci, nie mogący się wszakże wykazać arystokratycznym pochodzeniem, jak też
zubożali arystokraci ze świetnymi nazwiskami i tytułami. Jednym i drugim dawało to możliwość
opowiadania później w swoim kręgu o jachtklubie i o tym, kogo tam widzieli, z kim - by tak rzec -
spotkali się i byli razem... Mój Boże, po cóż im to teraz potrzebne?
Okazało się jednak, że ktoś poszedł po rozum do głowy i przegląd jachtów został odwołany.
Publiczność zaczęła się rozjeżdżać. Wielki książę Mikołaj Michajłowicz wiedział widocznie już
wcześniej o odwołaniu imprezy i nie przyjechał.
Buchanan wrócił więc do domu. Nacieszywszy oczy panoramą miasta nad Newą uspokoił się niemal
zupełnie, ale nie trwało to długo. Przed podjazdem ambasady czekał na niego sekretarz, który
otwierając przed nim drzwi szepnął:
- Czeka na pana pan Nieratow...
„Musiało się coś stać“ - pomyślał ambasador i przygładzając falujące włosy zaczął pospiesznie
wchodzić po schodach na piętro. Przypomniał sobie, że przed podjazdem nie było samochodu
Nieratowa; oznaczało to, że przyszedł piechotą, co robił jedynie wówczas, gdy chciał podkreślić
nieoficjalny charakter wizyty.
Z obszernej, lecz nieprzytulnej jak wszystkie urzędowe pomieszczenia poczekalni przeszli do gabinetu
Buchanana i usiedli w głębokich fotelach przed zimnym kominkiem zasłoniętym kratą z brązu. Nie
ukrywając niepokoju, Buchanan patrzył na suchą, beznamiętną twarz Nieratowa i czekał...
- Wyjeżdżając na urlop. Sergiusz Dmitrijewicz zwrócił się do mnie z prośbą, abym w przypadku jakichś
istotniejszych wydarzeń kontaktował się z panem oraz z panem Paléologue - zaczął Nieratow swym
zwykłym przyciszonym głosem. - Ale pan Paléologue wyjechał do Siestroriecka na otwarcie szpitala
wojskowego i nie wiadomo, kiedy wróci. A sprawy nie cierpi zwłoki...
Machinalnie, jakby w oczekiwaniu ciosu, Buchanan zamknął swe duże oczy.
Odczekawszy chwilę, Nieratow zaczął:
- Jestem w posiadaniu wiadomości o rychłej dymisji Sergiusza Dmitrijewicza. Niewykluczone, iż
nastąpi to jeszcze przed jego powrotem z urlopu.
Przystojną męską twarz Buchanana zniekształcił grymas bólu.
- To niemożliwe... - rzekł cicho. Wiadomość, jaką usłyszał przed chwilą, to nie zwykła przykrość, do
których przyzwyczaił się ostatnio. To nieszczęście, którego rozmiary i skutki trudno przewidzieć.
- Czy wiadomość jest pewna? - spytał odruchowo.
- Absolutnie. Mój człowiek widział już napisany na maszynie list cesarza do Sergiusza Dmitrijewicza...
Podkreśla się w nim jego wielkie zasługi, potem zaś ze względu na stan zdrowia... skrajne
wyczerpanie... i tak dalej. Dymisja i włączenie w skład rady państwa. Jutro list zostanie przedstawiony
do podpisu...
Buchanan wstał i zaczął spacerować po gabinecie szybkimi krokami. Zdawał sobie sprawę z całego
ogromu nieszczęścia. Nazywając rzeczy po imieniu, oznaczało to utratę absolutnie pewnego
i absolutnie niezastąpionego oparcia we wszystkim, co było związane z międzynarodową polityką
Rosji.
Ambasador zatrzymał się i utkwił pytający wzrok w Nieratowa:
- Co jest prawdziwym powodem?
- Zdrowie...
- Jakie zdrowie, u licha? Sergiusz Dmitrijewicz jest najzdrowszy ze wszystkich ministrów.
- A jednak zdrowie - ze znużeniem powtórzył Nieratow.
Buchanan opadł ciężko na fotel, pochylił nisko swoją siwą głowę.
Wahadło wielkiego zegara odliczało metodycznie, sekunda po sekundzie, długą, męczącą pauzę.
- Czy można temu przeszkodzić? - spytał Buchanan.
- Kto byłby w stanie to zrobić? Przecież pan rozumie, że to idzie od carycy.
- A gdybym tak ja... Paléologue... Jako ambasadorzy państw sojuszniczych... Gdybyśmy zwrócili się
bezpośrednio do cesarza? - Buchanan wstał energicznie, jakby zamierzał natychmiast udać się do
cara. - Przecież Sazonow to nie jest po prostu jeszcze jeden minister. Wszystko, co dotyczy naszego
sojuszu, związane jest właśnie z nim. W Londynie przyjmą to... nie, nie mogę sobie nawet wyobrazić,
jakie to wrażenie zrobi u nas... Ja i Paléologue niezwłocznie zwrócimy się do cara i powiemy mu
wszystko, co o tym sądzimy.
- A czy nie będzie to ingerencją w sprawy wewnętrzne? - ostrzegł go Nieratow.
- Jakie sprawy wewnętrzne? Przecież to sprawa całej Ententy! - Buchanan wstał i rzekł
zdecydowanym tonem: - Zrobimy tak: jutro rano będziemy obaj u pana. Paléologue i ja. Pretekst się
znajdzie. Ja o niczym nie wiem, pan oznajmia nam tę nowinę i natychmiast zaczynamy działać...
- I powołacie się panowie na mnie? - spytał Nieratow. - W tym wypadku będziecie zmuszeni zająć się
również moim losem.
- Nie podamy źródła informacji...
Pożegnawszy Nieratowa, Buchanan wezwał szyfranta i podyktował mu telegram do Londynu,
w którym prosił o zezwolenie na krok, jaki zamierzał przedsięwziąć. Wiedząc doskonale, że do rana
nie będzie odpowiedzi. Buchanan zrobił to tylko po to, aby się zaasekurować. Następnie napisał tekst
telegramu do cara.
„Wasza Cesarska Mość zawsze pozwalał mi mówić tak szczerze o wszelkich kwestiach, jakie mogą
mieć bezpośredni lub pośredni wpływ na pomyślny przebieg wojny i na zawarcie traktatu
pokojowego, który zabezpieczyłby świat przed wznowieniem wojny w przyszłych latach, iż ośmielam
się z najgłębszym szacunkiem zwrócić się do Waszej Cesarskiej Mości w kwestii, która - jak się
obawiam - może w chwili podobnej do obecnej znacznie wzmóc trudności stojące przed rządami
państw sojuszniczych. Postępując w ten sposób, działam całkowicie i wyłącznie z własnej inicjatywy
i na własną odpowiedzialność i muszę błagać Waszą Cesarską Mość o przebaczenie za krok, który -
zdaję sobie z tego sprawę -jest najzupełniej sprzeczny z protokołem dyplomatycznym.”
Ową wstępną część tekstu telegramu Buchanan pisał bardzo długo - kreślił, pisał od nowa, wplatał
zdania wtrącone. Car powinien odczuć zarówno wielki szacunek, jakim Buchanan go darzy, jak
również jego niepokój... Dalszy ciąg szedł mu już łatwiej; pisał go w sposób prosty, nawet wręcz
uproszczony, wiedział bowiem, że monarcha rosyjski z trudem odbiera słowo pisane i woli, aby
ministrowie składali mu ustne relacje.
Dalszy ciąg telegramu brzmiał, jak następuje:
„Coraz częściej docierają do mnie pogłoski, że Wasza Cesarska Mość ma zamiar zwolnić p. Sazonowa
z obowiązków ministra spraw zagranicznych Waszej Cesarskiej Mości, i ponieważ nie wolno mi prosić
o audiencję, ośmielam się błagać, by Wasza Cesarska Mość raczył przed podjęciem ostatecznej
decyzji zważyć poważne konsekwencje, jakie mieć może dymisja p. Sazonowa dla ważnych rozmów
toczonych obecnie z Rumunią oraz jeszcze ważniejszych kwestii, które będą narastać w miarę
kontynuowania działań wojennych.
Na przestrzeni sześciu lat pracowaliśmy wspólnie z p. Sazonowem nad nawiązaniem ścisłych
kontaktów między naszymi krajami i zawsze liczyłem na jego poparcie w sprawie przekształcenia
sojuszu scementowanego obecną wojną w sojusz stały. Trudno byłoby przecenić wielkość jego usług
oddanych rządowi państwa sojuszniczego, a także jego takt i zręczność w rozwiązywaniu niezmiernie
trudnych problemów, które stawały przed nami od momentu rozpoczęcia wojny. Nie mogę też ukryć
przed Waszą Cesarską Mością żywionych przez siebie obaw, że tracę współpracownika w dziele, jakie
nas jeszcze czeka. Jest rzeczą oczywistą, iż mogę się mylić i że p. Sazonow odchodzi ze względu na zły
stan zdrowia; w takim przypadku tym bardziej będę ubolewał nad powodem jego odejścia.
Jeszcze raz prosiłbym Waszą Cesarską Mość o wybaczenie mi, iż ośmieliłem się zwrócić osobiście...“
Telegram ten został natychmiast zaszyfrowany i odesłany do Kwatery Głównej na adres szefa
angielskiej misji wojskowej generała Williamsa, aby doręczył go carowi. W dniu jutrzejszym natomiast
zostanie skierowany bezpośrednio do monarchy inny telegram, który przygotują wspólnie Buchanan i
Paléologue.
Rankiem ambasador angielski otrzymał dwa szyfrogramy. Jeden od generała Williamsa, który donosił,
że telegram został przekazany adresatowi i doręczyciel ma nadzieję, iż odniesie skutek. Drugi
nadszedł z Londynu od ministra spraw zagranicznych sir Edwarda Greya i brzmiał następująco:
„Postępek pański zasługuje na pełną aprobatę. Jestem wdzięczny, ekscelencjo, za to, że tak szybko
przedsięwziął pan ów krok...“
Buchanan schował telegram do sejfu i powiedział głośno:
- Teraz wszystko znajduje się w rękach Boga... - I pomyślał: „Rosja zrobi ze mnie pobożnego
człowieka...“
Lecz Bóg nie mógł dopomóc ambasadorowi Anglii...
Generał Williams przedwcześnie zaczął mówić o sukcesie. Sprawą tą zajmowała się caryca, a z nią
Rasputin i premier Stürmer i żaden Bóg nie mógł się im przeciwstawić...
Ciekawe, że telegram Buchanana do cara w sprawie Sazonowa w tajemniczy sposób znalazł się
wkrótce w rękach wywiadu niemieckiego. Hałas, jakiego narobiła prasa niemiecka i europejska
w związku z bezceremonialną ingerencją Anglików w wewnętrzne, a nawet państwowe sprawy Rosji,
przyczynił później Buchananowi dodatkowych przykrości.
2
W trzy dni po wysłaniu przez ambasadorów Anglii i Francji telegramu do cara Sazonow, który
otrzymał już dymisję i w związku z nią natychmiast przyjechał z Finlandii do Piotrogrodu, siedział
rankiem w gabinecie Maurice’a Paléologue’a. Jak zawsze ubrany bez zarzutu, spokojny i ironiczny,
sprawiał wrażenie, iż jest zadowolony z tego, co się stało. Jednakże granatowy garnitur podkreślał
kredową bladość jego starannie wygolonej twarzy, a wąskie oczy, zwykle skupione i czujne, pełne
były niepokoju i gniewu. Nieprzypadkowo siedział teraz nie u Buchanana, z którym łączyły go
znacznie silniejsze więzy. Nie wiedząc o tym, że Buchanan dwanaście godzin wcześniej wysłał swój
telegram do cara. Sazonow uważał, iż jego angielski przyjaciel nie zrobił dlań wszystkiego, co mógł,
a na domiar złego zmarnował czas. Wspólny telegram dwóch ambasadorów uważał za
przedsięwzięcie spóźnione...
- Jestem zgnębiony... Paryż jest wstrząśnięty i wciąż jeszcze nie wierzy... - mówił Paléologue. - Jedno
z dwojga: albo oni... - Smagła powieka jego czarnego oka, które powiększał monokl, drżała wyraźnie.
- Wyolbrzymia pan znaczenie tego faktu - rzekł Sazonow nie chcąc, aby jego interlokutor zagłębiał się
w analizę owego tematu. - Tu nie chodzi o politykę. To tylko osobiste motywy. Tylko i wyłącznie,
monsieur Paléologue. Nie wybaczono mi, iż protestowałem, by car wziął na siebie front.
Ambasador pokręcił masywną głową, odrzucając tę myśl:
- Nie, Sergiuszu Dmitrijewiczu, to panu wybaczono. Ci, którym nie wybaczono, odeszli już dawno.
- Widocznie teraz przyszła kolej na mnie i na Barka. Lepiej późno niż nigdy - Sazonow uśmiechnął się
łagodnie.
- Bark i pan to finanse i dyplomacja - dwa kamienie węgielne i tu każda zmiana, szczególnie obecnie,
jest nadzwyczaj niebezpieczna - mówiąc to Paléologue palił nerwowo długiego papierosa, strącając
popiół do popielniczki z brązu.
- A tak prywatnie to jestem szczęśliwy, ponieważ odchodzę od spraw, które prowadziły mnie na
szafot; jestem pewien, że pan mnie rozumie - Sazonow znów uśmiechnął się kącikami zaciśniętych
ust. Świetnie wiedział, czym jest jego odejście dla sojuszników i teraz miał satysfakcję, że Francuz jest
tak zmartwiony.
- Nie należy pan do tych Rosjan, którzy potrafią odejść od Rosji - zaoponował Paléologue.
- Ale ja nawet nie wiem, kiedy ta bliskość była, a może jest bardziej znacząca - czy wtedy, kiedy
wchodziłem w skład obecnego rządu, czy teraz? Chyba teraz. Niech pan pomyśli, monsieur
Paléologue - twarz Sazonowa miała taki wyraz, jakby rzeczywiście nurtowały go wątpliwości.
- Rozumiem... rozumiem... Ale kiedy pan był ministrem, robił pan wszystko w imię Rosji.
- Nie jestem pewien! - z żartobliwym wyzwaniem odparł Sazonow. - Nie jestem pewien, panie
ambasadorze. Nie robić Rosji nic złego, to nie znaczy jeszcze czynić dobrze. Zdaje się, że macie
przysłowie: „Nie kraść - to nie znaczy jeszcze być uczciwym.“
- Niech pan posłucha, Sergiuszu Dmitrijewiczu, nie pora teraz na przysłowia, pomówmy poważnie... -
Paléologue wrzucił papierosa do popielniczki i wstał. - Chodzi o wyzwanie rzucone sojusznikom. Fakt,
że pańskie ministerstwo przekazane zostało Stürmerowi, nie wymaga komentarzy. Wszystko jest
jasne. I cieszyć się z tego mogą tylko w Niemczech.
Sazonow milczał długo i jego twarz jakby skamieniała - zęby miał zaciśnięte, na skroniach nabrzmiały
żyły. Nagle otrząsnął się z odrętwienia i rzekł:
- W Rosji Stürmera i Protopopowa czekają pana znacznie większe niespodzianki niż moja dymisja.
- Ale przecież... jest jeszcze car... - zaczął Paléologue niepewnie.
- Wiem o waszym proteście - ciągnął Sazonow obojętnym tonem. - W istocie rzeczy był to protest
dwóch wielkich mocarstw, sojuszników Rosji w straszliwej wojnie. I co to dało?
- Jestem przekonany, że rządy naszych państw wystosują zdecydowane démarche...
- I będzie to przypominało krzątaninę lekarzy wokół zmarłego - kontynuował Sazonow tymże tonem. -
Tylko nastroje w okopach mogą powstrzymać naszych kuglarzy. Tylko to jedno. Straciwszy wiarę we
wszystko, żołnierze porzucą (ront, potężna szara fala ludu runie w głąb kraju i zmiecie każdą
przeszkodę... kuglarzy również. Kto jak kto, ale wy. Francuzi, wiecie, co to jest rewolucja i jak się ją
robi.
W tym momencie Paléologue przypomniał sobie niedawne spotkanie z przemysłowcem Putiłowem
i jego opowiadanie o grożącej katastrofą propagandzie, jaka prowadzona jest wśród robotników
a także w koszarach żołnierskich.....Czyżby rewolucja? - pomyślał. - I to nie ta pałacowa, o jakiej
plotkują w salonach, lecz ta okrutna, która ścina monarchom głowy na placach...”
- Czy myśli pan o możliwości rewolucji? - spytał.
- Tak, tak i to właśnie o tej, którą Lenin proklamuje za granicą, zaś nasi panowie bolszewicy robią
w fabrykach i okopach z ogromną energią - odparł Sazonow i dorzucił wstając: - Ale jeżeli chodzi
o mnie, to muszę panu powiedzieć, że mam przyjemne uczucie człowieka, który wyskoczył z pociągu
pędzącego w przepaść. Do widzenia, drogi przyjacielu...

Później Paléologue - w odróżnieniu od Buchanana - raz jeszcze zanotuje w swym dzienniku rozmaite
wiadomości i refleksje na temat zagrażającej Rosji rewolucji. Jeden z takich zapisów był dość długi
i dotyczył wypadków, kiedy to przedstawiciele francuskiej fabryki „Renault” byli świadkami zbrojnego
starcia robotników Piotrogrodu z żandarmami... A także tego, jak premier rosyjski uspokoił go
mówiąc, iż rozprawa z buntownikami będzie bezlitosna. Uspokoiło to ambasadora tak dalece, że
bezpośrednio po tym zapisie odnotował w dzienniku na gorąco paplaninę madame Naryszkin, która
zastanawiała się podczas eleganckiej kolacji, dlaczego w piotrogrodzkim wielkim świecie jest tak
wiele sensacyjnych spraw rozwodowych...
3
Skoro tylko Sazonow opuścił ambasadę francuską, agent policji, który stał w bramie sąsiedniego
domu, bez pośpiechu ruszył za nim. Na rogu przekazał Sazonowa innemu agentowi, sam zaś wszedł
do najbliższego komisariatu policji i zadzwonił do swego ministerstwa:
- Sergiusz wyszedł z francuskiego domu o jedenastej dwadzieścia.
W kilka minut później meldunek ten dotarł już do ministra spraw wewnętrznych Protopopowa, który
połączył się natychmiast z premierem Stürmerem.
- Borysie Władimirowiczu, nasz kolega pożegnał się prawdopodobnie przed chwilą ze swymi
francuskimi przyjaciółmi.
- Francuskimi? - powtórzył Stürmer ze zdziwieniem.
- Właśnie tak, choć istotnie jest to bardzo dziwne. Niedługo będę wiedział, dokąd się teraz udał...
- Czy było to jedynie pożegnanie?
- Mój Boże. Borysie Władimirowiczu, a cóż on teraz może zrobić - członek rady państwa, który nie ma
za sobą nic oprócz oparcia fotela?
- Dla nas to bardzo niebezpieczny człowiek - rzekł Stürmer. - A w połączeniu u Buchananem
podwójnie niebezpieczny. Niech pan o tym pamięta...
- Proszę być zupełnie spokojnym, Borysie Władimirowiczu; dysponuję możliwościami, by wiedzieć
o każdym jego kroku...
To, że mógł teraz wiedzieć wszystko o każdym człowieku, wprawiało Protopopowa w stan euforii.
Wręczył naczelnikowi departamentu policji listę trzydziestu ośmiu osób, które go szczególnie
interesowały, polecił założyć każdej z nich dossier, a potem każdy dzień zaczynał od tego, że
zapoznawał się z materiałem, jakiego dostarczała prowadzona przez agentów inwigilacja oraz
perlustracja korespondencji. Co najmniej połowa nazwisk znajdujących się na liście znalazła się tam
z polecenia carycy, dlatego też referował jej niezwłocznie wyniki obserwacji. Do Carskiego Sioła
jeździł niemal codziennie i widział, z jaką namiętną chciwością caryca słuchała jego meldunków.
- Jakże cudowną rzeczą jest świadomość, że się wie wszystko - powiedziała pewnego razu, patrząc na
swego ministra szeroko otwartymi błękitnymi oczyma. - Ma pan ich jak pod szkłem powiększającym.
- A jakże mogłoby być inaczej. Wasza Cesarska Mość! - rzekł Protopopow łagodnie i wskazał jej leżącą
przed nim teczkę z doniesieniami. - Wszystko tu mam. Całe nieszczęście polegało na tym, że zanim
objąłem to ministerstwo, śledzono tutaj wszystkich, tylko nie tych, którzy są wrogami monarchii
i ubóstwianej przeze mnie rodziny Waszej Cesarskiej Mości.
- Wszyscy nas oszukiwali, to okropne... okropne... - rzekła ze smutkiem caryca i nagle w jej głosie
zadźwięczał metal: -.Ten nikczemny Chwostow tu, na tym miejscu, przysięgał, że wyłapie wszystkich
szpiegów niemieckich, zaklinał się, że będzie mi wierny do grobowej deski, i podniósł rękę na naszego
Przyjaciela! Bark - jeszcze tego trzeba wziąć pod lupę! Zapomnieliśmy o nim! Pod lupę!
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość! Koniecznie! Mam go tutaj - Protopopow wskazał swoją teczkę: -
Wasza Cesarska Mość otrzyma jego pełny wizerunek. Proszę się nie niepokoić, zrobimy z nim
porządek. Nawiasem mówiąc, kiedy byliśmy w Londynie, powiedział do mnie: i na co to przyszło Rosji
- żebrać o pieniądze u Anglików.
- No widzi pan? Widzi pan? - błękitne oczy carycy miotały skry. - A więc to my doprowadziliśmy Rosję
do tego? Czy tak? Tak?
- Ukryty sens jego słów był właśnie taki, Wasza Cesarska Mość... A sam to cały czas na klęczkach
przed tymi Anglikami. Obrzydzenie brało patrzyć.
- A jeszcze Guczkow! - przypomniała sobie caryca. - On nas po prostu nienawidzi. Wiem o tym!
- Skończony łotr. Wasza Cesarska Mość! Ani na chwilę nie wypuszczę go spod lupy...
Carowa milczała przez jakiś czas, patrząc w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, potem zaś rzekła
cicho i uroczyście:
- Ja uratuję Rosję... Tak mówi nasz Przyjaciel. To wola Boska... Ja uratuję Rosję... - Zwróciła się
w stronę swego wiernego ministra: - Aleksandrze Dmitrijewiczu, niech pan mnie nie zostawia bez
pańskiej pomocy...
- Jakże Wasza Cesarska Mość może coś podobnego pomyśleć! Dla mnie to przecież rozkaz
Najwyższego. Umrę u stóp Waszej Cesarskiej Mości! - zakończył szeptem i zamknął oczy.
4
Pertraktacje Protopopowa w Sztokholmie ogromnie zaniepokoiły Londyn. W ciągu tygodnia
Buchanan był trzykrotnie indagowany w tej sprawie; chodziło o reakcję cara. Wszelkie próby
uzyskania informacji drogą okrężną spełzły na niczym. Car przebywał w Kwaterze Głównej. Krążyły
pogłoski, że odwiedził go tam Protopopow, nikt jednak nie wiedział w jakim celu; według innej wersji
było to co najmniej wątpliwe... Wielki książę Mikołaj Michajłowicz zapytał o to cesarzową, lecz ta
zrobiła tylko zdumioną minę i... nie odpowiedziała na pytanie.
Buchanan zwrócił się do swego ministra spraw zagranicznych z zapytaniem, czy wskazane jest
staranie się o audiencję u cara specjalnie w tej kwestii i otrzymał odpowiedź, że na taki krok jest na
razie za wcześnie, gdyż car mógłby sobie pomyśleć, że w Anglii wierzą pogłoskom, a nie jemu.
I nagle pod wieczór telefon z kancelarii Stürmera - jutro o jedenastej cesarz oczekuje ambasadora
angielskiego w Carskim Siole. Był to rezultat jego poprzedniej prośby o audiencję, z którą Buchanan
zwracał się jeszcze podczas poprzedniego przyjazdu Mikołaja z Kwatery Głównej.
Car przyjął go w obecności carycy. Obydwoje przywitali go oficjalnie, chłodno. Mikołaj siedział przy
biurku z nieobecną twarzą, jego bezbarwne oczy ukryte pod opuchniętymi powiekami, podobnie jak
i cała jego postać, nie wyrażały niczego poza zmęczeniem. Buchanan po raz pierwszy dostrzegł na
jego policzkach wyraźnie zarysowaną siatkę sklerotycznych żyłek. Aleksandra Fiodorowna, siedząca
obok męża na kozetce, wyglądała bardzo pięknie w jasnej sukni i narzuconym na ramiona białym
szalu; patrzyła na ambasadora złym i nieufnym wzrokiem, a jej ręce, spoczywające na kolanach,
drżały.
Boże, jakże to już odległe czasy, kiedy w tymże gabinecie car witał go przyjaźnie i ciepło, a potem
zaczynał wypytywać o rodzinę, opowiadał wzruszające historyjki o swoich córeczkach, o wybrykach
następcy tronu, by wreszcie przejść w sposób zupełnie naturalny i niewymuszony do rozmowy
o polityce, o sprawach państwowych, przy czym interesował się jego opinią również w takich
kwestiach, które nie miały nic wspólnego z prerogatywami ambasadora... Teraz zaś w tym
przytulnym, zalanym słońcem gabinecie Buchanan wyczuwał tylko zimną wrogość.
Nastąpiła męcząca dla Buchanana pauza, gdyż monarcha, zgodnie z protokołem, nie zaczynał
rozmowy. Caryca poruszyła ręką i brylant na jej palcu zalśnił lodowatym blaskiem.
- Czy Anglia wie o naszych sukcesach na południu? - spytał wreszcie car cichym głosem; mówił po
angielsku.
- O, Wasza Cesarska Mość! Miło mi jest poinformować, że sukces wojsk rosyjskich na południu
odgrywa ogromną rolę w naszej wspólnej sprawie - zaczął Buchanan, lecz powstrzymał go ostry głos
carycy.
- Jednakże nie przeszkadza to gazetom angielskim pisać o tym sukcesie z obraźliwymi komentarzami.
- Wasza Cesarska Mość - Buchanan zwrócił się do niej skłoniwszy się lekko. - Ośmielam się zapewnić,
że nikt w Anglii nie kwestionuje tego sukcesu.
- Jeszcze by tego brakowało... - rzuciła carowa i zaczęła wygładzać suknię na kolanach.
- Tak czy inaczej dzięki wspólnym wysiłkom wojna zbliża się do logicznego zakończenia, które zostało
przewidziane w naszych wspólnych planach - rzekł pojednawczo Mikołaj.
- Oczywiście! Oczywiście! - zgodził się radośnie Buchanan. - I przestać w to wierzyć byłoby zbrodnią
wobec ludzkości, przede wszystkim zaś wobec naszych narodów.
Caryca podeszła do męża.
- Zostawiam panów... Muszę jechać do lazaretu.
Car wstał i w milczeniu pocałował jej rękę. Buchanan również wstał, skłonił się nisko i rzekł
z przejęciem:
- Troska Waszej Cesarskiej Mości o rannych wprawia w podziw całą Anglię.
Caryca ledwie dostrzegalnie skinęła głową i szeleszcząc suknią ruszyła po schodach na antresolę: po
chwili zniknęła tam za drzwiami w rogu.
- Co Wasza Cesarska Mość sądzi na temat powojennych granic Rosji? - spytał Buchanan siadając na
brzeżku fotela.
Car spojrzał na niego przelotnie i znów wlepił wzrok w biurko: milczał dość długo i wreszcie rzekł
głuchym głosem:
- Za wcześnie jeszcze o tym mówić...
- Sondaż na ten temat ze strony Niemiec wzbudził w Londynie zainteresowanie, a raczej ciekawość;
coś takiego miało podobno miejsce podczas rozmów, jakie pan Protopopow przeprowadził w
Sztokholmie?
Mikołaj odpowiedział spokojnie, że nie może sobie przypomnieć, o czym tam mówiono, i że w ogóle
nie ma to żadnego znaczenia...
Ponieważ car jest dziś spokojny. Buchanan postanawia zacząć rozmowę o sytuacji w Rosji. Wprawdzie
jest to wewnętrzna sprawa państwa i nie wchodzi ona bynajmniej w prerogatywy ambasadora, ale
czyż przedtem nie prowadzili rozmów na ten temat? I czyż car nie dziękował mu później za szczerą
gotowość, by dopomóc mu swymi radami? A więc i teraz dzieli się po prostu z monarchą rosyjskim
swoimi wrażeniami związanymi z trudnościami aprowizacyjnymi oraz wyraża swe oburzenie, iż
istnieją tacy, którzy chcą wykorzystać podobne trudności dla swych własnych celów politycznych.
Car słuchał go z tak nieprzeniknioną twarzą, że Buchanan rzekł z niepokojem:
- Wasza Cesarska Mość, to są niezwykle istotne sprawy. Brak dobrej organizacji w tej dziedzinie
uderza w producentów żywności. Wasza Cesarska Mość traci zaufanie chłopów na skutek
nieudolności swoich ministrów, którzy nie umieją zorganizować zakupu i transportu niezbędnych
artykułów spożywczych.
Car odpowiedział spokojnie:
- Jestem przekonany, że moi ministrowie dadzą sobie z tym radę.
Dla Buchanana stało się zupełnie jasne, że car nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja żywnościowa.
W przeciwnym bowiem razie podobna odpowiedź byłaby po prostu niemożliwa.
I nagle car dodaje:
- Szczególne nadzieje pokładam w nowym ministrze spraw wewnętrznych Protopopowie...
Buchananowi omal nie wyrwało się: „To niemożliwe!”, lecz car ciągnął dalej:
- W chwili obecnej ważne jest przede wszystkim to, aby nasze państwa sojusznicze były właściwie
informowane o nas i o naszych sprawach...
I chociaż car powiedział to jak gdyby od niechcenia, bez podkreślania czegokolwiek. Buchanan
postanowił odpowiedzieć:
- Przez cały czas mojego pobytu w Rosji. Wasza Cesarska Mość, uważałem to i uważam za swój święty
obowiązek.
W jego słowach można było wyczytać zarówno stwierdzenie, że zgadza się z myślą cara, jak też
oświadczenie, iż odrzuca wszelkie pretensje w tym względzie pod swoim adresem.
- Wierzę - rzekł car i wstał.
Kiedy Buchanan wyszedł z pałacu, drażniło go wszystko - i ten spokojny letni dzień z ptasim gwarem
w parku pałacowym, i to, że jego szofer nie podjechał na czas, i to, że na siedzeniu w samochodzie
leży jego parasol, i to, że kiedy wyjeżdżali z Carskiego Sioła, musieli stać dłuższą chwilę, by przepuścić
szwadron konnych gwardzistów...
Co jednak dała audiencja? Najbardziej nieprawdopodobne, co w Londynie wywoła szok, jest
mianowanie bohatera awantury sztokholmskiej ministrem spraw wewnętrznych. No i przyniosła
jeszcze całkowitą pewność, że na jego dawnych stosunkach z carem można postawić krzyżyk. A jego
słowa o znaczeniu właściwego informowania sojuszników mogą oznaczać dla Buchanana bardzo
wiele, aż do odwołania go z Rosji włącznie.
Buchanan obserwuje z automobilu tak dobrze znaną mu drogę -czyżby jechał nią po raz ostatni?

Rozdział szesnasty

1
Nawał spraw i wydarzeń przytłaczał Buchanana coraz bardziej i pewnego dnia były minister spraw
zagranicznych Sazonow zanotuje w swoim dzienniku następujące wyznanie ambasadora angielskiego:
„Coraz częściej czuję się jak koń, który traci siły, gdyż zajeździł go szalony jeździec imieniem
historia...”
Londyn zażądał dokładnych informacji dotyczących stosunków wzajemnych pomiędzy Dumą
Państwową a carem i rządem oraz wyjaśnienia, jakie jest stanowisko Dumy w sprawie wojny
i wydarzeń na froncie.
Jeszcze pięć lat temu Buchananowi nie przyszłoby nawet do głowy, że ten nudny parlament na modłę
rosyjską - nigdy nie mógł doczytać do końca sprawozdań z jego działalności - stanie się nagle
niespokojnym i niebezpiecznym centrum politycznym. Jeszcze w ubiegłym roku Duma zaczęła mówić
głośno, na całą Rosję; zupełnie otwarcie krytykowano z jej trybuny dowództwo rosyjskie, niezależnie
od faktu, że głównodowodzącym był sam car, zaś ministrowie zaczęli unikać pojawiania się w Dumie,
gdyż obrzucano ich tam wyzwiskami za nieudolność i niedbalstwo... Kiedy się to zaczęło. Buchanan
pomyślał, że podobne poczynania Dumy stanowią dobrą wróżbę - jeżeli Duma krytykuje sposób
prowadzenia wojny, to znaczy, iż pragnie, by armia rosyjska walczyła lepiej, a przecież Anglii chodzi
właśnie o to. Trzeba tylko wprowadzić tu niewzruszoną zasadę parlamentu angielskiego - krytykować
można wszystko oprócz króla...
Niestety, carowi rosyjskiemu dostawało się w Dumie nie mniej niż ministrom, przemówienia stawały
się coraz bardziej niebezpieczne, gdyż podrywały one wszelki autorytet władzy, w ostatnich czasach
zaś w łonie Dumy zaczął się formować po prostu jakiś nowy rząd. Buchanan podjął więc gorączkowe
próby nawiązania kontaktów w Dumie.
Najtrudniej szło mu z Rodzianką. Ten otyły, nalany, sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna, zawsze
niedbale ubrany, chodzący kaczkowatym, kołyszącym się krokiem, sprawiał wrażenie dobrodusznego
niedźwiedzia, wystarczyło jednakże zajrzeć w jego oczy, bystre i głębokie, by wrażenie to rozwiało się
natychmiast. Był to rozumny, przebiegły, wykształcony polityk o skomplikowanym charakterze,
posiadający własne zdanie i nie zmieniający go łatwo.
Długo nie zgadzał się na spotkanie z Buchananem - istniały przypuszczenia, że stanie on na czele
rządu zaufania, obawiał się więc zapewne, że kontakty z ambasadorem angielskim mogą mu
zaszkodzić. Z drugiej wszakże strony Rodzianko wiedział, że Buchanan ma dostęp do cara i byłoby
rzeczą ze wszech miar pożądaną, aby zapewnić sobie tam jego poparcie... Na początku tego roku
miało miejsce ich pierwsze nieoficjalne spotkanie. Buchanan przyjął go w swoim prywatnym
mieszkaniu przy ambasadzie na obiedzie w gronie rodziny.
Żona Buchanana, kobieta starająca się uchodzić za znacznie młodszą niż była w rzeczywistości,
z wypielęgnowaną twarzą i starannym makijażem, zwróciła oczywiście uwagę na niedbały strój
gościa, lecz była dlań bardzo uprzejma i przejąwszy inicjatywę miłej a niewymuszonej rozmowy
zaczęła się zachwycać pięknem Piotrogrodu, mówiąc, że wiele jego ulic przypomina jej Londyn.
Rodzianko słuchał tego wszystkiego z powagą nie harmonizującą w żadnej mierze z tonem
konwersacji i milczał. Nie podjął też tematu, kiedy córka ambasadora dodała, że Newa podobna jest
do Tamizy. Spojrzał tylko na dziewczynę i pomyślał, że jest nieładna i podobna do ojca.
- Nie masz racji - zwrócił się Buchanan do córki. - Tamiza jest troszeczkę podobna do Newy jedynie
koło Westminsteru, a w ogóle Newa jest bardziej majestatyczna... - Teraz ambasador spojrzał na
gościa.
- Nie byłem w Londynie, nie mogę więc nic powiedzieć - rzekł głucho Rodzianko, jak gdyby stawiając
kropkę w tej niepotrzebnej rozmowie. Zresztą mówienie po angielsku przychodziło mu z trudnością.
Dwaj lokaje bezszelestnie zmieniali półmiski na stole i znikali nieomal rozpływając się w powietrzu, by
pojawić się wkrótce z nowymi potrawami.
- Wie pan, nie udało mi się jednak przyzwyczaić do rosyjskiej kuchni - zaczął Buchanan. - W Bułgarii
dobijała mnie papryka, u was natomiast obfitość.
- Pod wieloma względami jesteśmy nieumiarkowani - uśmiechnął się Rodzianko, który lubił dobrze
zjeść i wcale nie zamierzał pościć, chociaż często chorował z przejedzenia. Te angielskie frykasy
wydawały mu się zupełnie pozbawione smaku...
Wreszcie Buchanan i Rodzianko pozostali sami i można było przypuszczać, że powinna się zacząć
rzeczowa rozmowa, jednakże ambasador daremnie czynił wysiłki, by skierować ją na niepokojący go
temat. Rodzianko zręcznie uchylał się od jego podjęcia i wreszcie Buchanan spytał wprost:
- Jaki będzie stosunek do wojny rządu zaufania, jeżeli oczywiście zostanie on utworzony?
- W pańskim pytaniu najważniejszym słowem jest „jeżeli”, i właśnie to słowo pozbawia mnie prawa
i możliwości udzielenia panu odpowiedzi...
Buchanan ściągnął swe gęste jasne brwi, ale spytał łagodnie i nawet konfidencjonalnie:
- Dlaczego my tak rozmawiamy? Co stoi między nami?
- Rosja jest między nami - odparł cicho Rodzianko. - Ja jestem Rosjaninem, podczas gdy pan jest
gościem Rosji.
- Jakiż ze mnie gość? - zawołał Buchanan. - Jestem sługą Rosji, tyle tylko, że przysłanym tu przez
sojuszniczą Anglię!
- Dzisiaj przysłany, jutro odwołany - odparował Rodzianko i dodał z głośnym westchnieniem: - A mnie
nie można stąd odwołać. Nawet śmierć nie jest w stanie tego zrobić...
Spotykali się potem jeszcze dwukrotnie, lecz i te spotkania przyniosły Buchananowi niewiele korzyści.
Zaczął w duchu nazywać Rodziankę „chytrym cielskiem”.
Przeczytawszy dziś rano gazety stołeczne, które drukowały sprawozdania z wystąpień w Dumie
z całym ich niebezpiecznym bagażem politycznym. Buchanan zadzwonił do Rodzianki i zaprosił go na
five o'clock. Prezydent Dumy przyjął zaproszenie...
Buchanan zdawał sobie sprawę, że czeka go kolejna trudna rozmowa, pamiętając jednakże
nieustannie o tym, że to „chytre cielsko” może zostać premierem, był po prostu zmuszony wyjaśnić
wreszcie, jaki jest jego stosunek do wojny. Buchanan gotów jest zaakceptować każdy rząd, byleby
tylko ją kontynuował...
Punktualnie o piątej Rodzianko - potężny, ale poruszający się z zadziwiającą lekkością - szybkim
krokiem wchodził po schodach, zaś stojący na górnym podeście Buchanan obserwował go w lustrze.
Uścisk jego dużej ręki był mocny, energiczny.
Weszli do zielonego saloniku i usiedli naprzeciwko siebie przy niewielkim owalnym stole na lwich
łapach. Służący podał herbatę z mlekiem i krakersy.
- Wygląda pan na zmęczonego - rzekł Buchanan ze współczuciem, patrząc na obrzękłą twarz gościa.
Sam był wcieleniem nie starzejącego się angielskiego dżentelmena prowadzącego raz na zawsze
ustalony, umiarkowany tryb życia i dbającego o siebie pod każdym względem, począwszy od
wyczyszczonych do połysku trzewików i na równiutko przystrzyżonych wąsach kończąc.
- Ciężkie czasy - rzekł Rodzianko. - Tragedia polega na tym, że otaczają nas ludzie, których zupełnie
nie obchodzą losy Rosji.
- Ja osobiście związałem swój los z losem Rosji i to, co ją boli, boli mnie. Jej nadzieje są moimi
nadziejami - odparł miękko Buchanan z wyraźną szczerością, jakby nie rozumiejąc i nie dopuszczając
do siebie myśli, że słowa Rodzianki odnoszą się również do niego.
Rodzianko doskonale zdawał sobie sprawę, czego ambasador chce od niego, i postanowił tym razem
spełnić jego oczekiwania; porozumienie było potrzebne dziś obu stronom.
- Nasz udręczony cierpieniami naród dźwiga jednocześnie dwa krzyże: wojnę i rozprzężenie wewnątrz
kraju - zaczął od razu, bez żadnego wstępu. - Każdy inny kraj w podobnej sytuacji ugiąłby się już
dawno. Nasz naród ma niewyczerpaną siłę ducha i niezmierzoną wręcz cierpliwość, panie Buchanan.
Nadeszła jednak chwila, kiedy dalsze wykorzystywanie tych cech narodu rosyjskiego staje się
potwarzą, zbrodnią wobec Sumienia przez duże S.
„Chytre cielsko“ zdawał się przewidywać bieg myśli ambasadora i stawiał go w coraz trudniejszej
sytuacji, jeżeli idzie o prowadzenie rozmowy na zasadniczy temat.
- Wszystko ma swoje granice - ciągnął Rodzianko, rozpinając uciskający go sztywny kołnierzyk. -
Granica braku odpowiedzialności sprawujących władzę przekroczona została już dawno. Karygodna
tępota i głupota, korupcja, brudne intrygi - wszystko to splotło się w kłębek haniebnych zbrodni, za
które żadna kara nie byłaby zbyt wielka - umilkł, patrząc na ambasadora mądrymi szarymi oczyma
spod nastroszonych brwi.
- Obawiam się, ze chwila obecna nie jest najbardziej odpowiednia do rozplątywania tego kłębka -
odparł Buchanan nie spuszczając zeń oczu. - Mimo wszystko losy narodu i państwa ważą się teraz na
froncie. I tam jak nigdy dotąd potrzebny jest żołnierzowi hart ducha i wiara.
Rodzianko kiwnął swą masywną głową:
- Dotychczasowy przebieg wojny już dawno zachwiał tę żołnierską wiarę - rzekł ponuro i zamilkł, by
ambasador poczuł ten cios bardziej dotkliwie. - Lecz żołnierz, który i dziś poświęca wszystko dla
ojczyzny, dowiedziawszy się, że za jego plecami zaczyna się wreszcie robić porządek, odzyska tę wiarę
i będzie walczył jeszcze lepiej. Niech pan zrozumie, panie Buchanan, że z owego wzniosłego
patriotyzmu, z jakim nasze wojska rozpoczynały wojnę, nie zostało ani śladu. Byłem na froncie
i mówię o tym, co sam widziałem i zrozumiałem.
Buchanan słuchał ze spuszczonym wzrokiem. Na razie pociesza go tylko zdanie „odzyska tę wiarę
i będzie walczył jeszcze lepiej”. A więc mimo wszystko będzie walczył...
- Z goryczą i strachem słucham tego wszystkiego teraz, kiedy do naszego wspólnego zwycięstwa
pozostało dosłownie kilka kroków - powiedział cicho.
Rodzianko podniósł ciężkie powieki i z wyrzutem spojrzał na ambasadora:
- Niech pan sobie przypomni kroki, które armia rosyjska już zrobiła. Takie, powiedzmy, jak tragedia
armii Samsonowa. Nastąpiła ona przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy jak najprędzej pomóc
sojusznikom. Przez cały czas prowadziliśmy wojnę brocząc krwią.
- Prowadziliśmy? - ambasador uniósł gęste brwi.
- I prowadzimy teraz, i nadal będziemy prowadzić - odparł Rodzianko przyciszonym głosem.
- Powiedzmy sobie, że to, co dzieje się obecnie na froncie rosyjskim, w niczym nie przypomina lat
ubiegłych - rzekł Buchanan.
- Bądźmy szczerzy, panie ambasadorze... - ciągnął Rodzianko pełnym napięcia niskim głosem i jego
duża twarz zaczęła z wolna purpurowieć... - Niech mi pan pozwoli zapytać wprost: czy uważa pan, że
jeszcze za mało przelaliśmy krwi? I jeszcze - co my możemy teraz powiedzieć naszemu żołnierzowi,
naszemu narodowi, ażeby podnieść go na duchu? Może wznowimy dyskusję nad kwestią cieśniny
Dardanele, którą - jak się wyraził pewien mój kolega - moglibyśmy napełnić już po brzegi krwią
Rosjan? Proszę mi wybaczyć, ale uważam, że mam nie tylko prawo, lecz i obowiązek mówienia o tym
całkiem szczerze... - Rodzianko wyjął chusteczkę, z hałasem wytarł nos i jeszcze raz poprosił
o wybaczenie.
Buchanan nie mógł podtrzymywać rozmowy w tym duchu, chociaż jego rozmówca nie reprezentował
rządu, przy którym on, Buchanan, był akredytowany. Rozumiał wszakże, iż Rodzianko mówi szczerą
prawdę, której po prostu nie sposób zaprzeczyć...
- Zapomnieliśmy o herbacie! - rzekł z uprzejmym uśmiechem.
- Dziękuję, dziękuję, powinienem ograniczyć spożywanie płynów - odparł Rodzianko i zaczął
przyglądać się wiszącemu nad głową ambasadora obrazowi przedstawiającemu drogę Chrystusa na
Golgotę.
- Wasze dzisiejsze gazety... - zaczął Buchanan, lecz Rodzianko przerwał mu, nie odrywając oczu od
obrazu:
- Tak, tak, czytałem... kapitał niemiecki, partia niemiecka przy tronie... Potrzebny jest rząd o czystych
rękach i tak dalej...
- Ale co powie na to armia? - spytał ambasador.
- Panie Buchanan - Rodzianko zwrócił wzrok na swego interlokutora. - W okopach już od dawna
mówią o zdradzie na górze. Władzy, która reprezentowałaby rozum na miarę państwową, nie ma
u nas od dziesiątków lat, a tym bardziej teraz. Obecny rząd dobrany został na zasadzie bajki Kryłowa
Łabędź, rak i szczupak, ale nawet nasze łabędzie nie są białe - westchnął i zrobił ruch całym swym
potężnym ciałem, jakby zamierzał wstać.
- Czy pan wierzy w możliwość utworzenia rządu zaufania? - zagadnął Buchanan.
- Na razie jeszcze wierzę... ale moja wiara słabnie z każdym dniem. Wokół naszego monarchy jest zbyt
wielu doradców, którzy nastawiają go przeciwko takiemu rządowi, straszą, iż będzie on oznaczał
ograniczenie jego prerogatyw. Obawiam się, że również ja sam, rozmawiając z carem szczerze
i uczciwie, nie pomagam tej sprawie.
- Jestem pewien, że car poprze wszystko, co może przyczynić się realnie do zwycięskiego zakończenia
wojny - rzekł twardo Buchanan i Rodzianko zrozumiał aluzję.
- Ja także wierzę, ale chciałbym się o tym przekonać... - odparł cicho. - Przecież w zasadzie wszystko
jest bardzo proste - armia traci wiarę, a realizacja jasno sprecyzowanego programu politycznego ma
szanse ją wskrzesić i wówczas Rosja jeszcze wypowie swoje ważkie słowo na froncie. Nawet teraz
walczymy nieźle. Chciałbym podkreślić, panie ambasadorze, że rozmawiam z panem bardziej szczerze
niż w Dumie. Tam co drugi może mnie sprzedać.
- Jestem panu serdecznie wdzięczny za szczerość i zaufanie, którego nie zawiodę - rzekł Buchanan
owym ciepłym tonem, który był rezultatem długotrwałych ćwiczeń, i dodał: - I szczerze życzę panu
powodzenia.
2
Odprowadziwszy Rodziankę do hallu. Buchanan udał się do swego gabinetu i chodził tam długo z kąta
w kąt, pogrążony w myślach; usiłował ogarnąć to wszystko, z czego składa się dzisiejsza Rosja, jej
polityka, jej realne możliwości i bardzo wyraźnie czuł swoją bezsilność. Jeszcze niedawno Rosja była
dlań czymś w rodzaju bezkształtnej bryły, lecz na jej szczycie znajdował się car, który dzięki swej
czarodziejskiej sile mógł manewrować tą bryłą. Dziś bryła pozostała bryłą, lecz monarcha stracił swą
czarodziejską władzę i bryła zaczęła się obracać jakby sama przez się... Ale czy rzeczywiście sama
przez się?
Buchanan przypomina sobie swe ostatnie spotkania z rozmaitymi wybitnymi ludźmi, działaczami
społecznymi i państwowymi, w rozmowach z którymi próbował wysondować, jakie to mianowicie siły
oddziaływują na tron...
„Przed frontem armii stoi Griszka Rasputin z podniesionym do góry zachlapanym błotem krzyżem
i wszystko, co żołnierze wiedzą o tym szubrawcu oraz o miłości rodziny carskiej do tego szubrawca,
budzi nienawiść żołnierzy nie do Niemców, lecz do tego wszystkiego, w imię czego wysłano ich na
pole bitwy...” - mówił z temperamentem i głębokim przekonaniem deputowany do Dumy
Puryszkiewicz, skądinąd skrajnie prawicowy monarchista. I Buchanan pamięta, jak po wygłoszeniu tej
tyrady Puryszkiewicz zawołał: „Czyż nie można byłoby sprzątnąć tego obrzydliwego łotra?” A potem
uważnie patrzył na niego, czekając, co powie, jak zareaguje. Ale Buchanan umiał milczeć jak mało
kto...
„Partia niemiecka otoczyła rodzinę carską ze wszystkich stron. Wkręcili się do rządu, do Kwatery
Głównej, przeniknęli we wszystkie pory polityki i życia gospodarczego. I dlatego wszystko, co dzieje
się obecnie u nas, nie może nie cieszyć Niemiec...” Mówił to swoim równym, obdarzonym wielką siłą
przekonywania głosem jego najwierniejszy człowiek w rządzie rosyjskim - Sazonow, były minister
spraw zagranicznych, obecnie członek rady państwa. Zresztą mówił mu o tym nie tylko Sazonow.
Buchanan zgadza się z nim, lecz nie sądzi, aby rzeczywiście istniała zorganizowana w pełnym tego
słowa znaczeniu partia niemiecka. Nie może dopuścić, by rząd i wywiad angielski oskarżyły go o to, że
przeoczył powstanie w pobliżu tronu rosyjskiego podobnej partii czy choćby grupy proniemieckiej.
Ale czyżby istotnie udało się Niemcom stworzyć swą bazę w samym sercu Rosji?! Buchanan bada
obecnie tę sprawę przy pomocy całej ambasady, zwłaszcza zaś tych jej pracowników, którzy są
oficerami służby strategicznej.
Najbardziej liczy w tym względzie na Henry’ego Grussa, który znalazł już dojście do najbliższego
otoczenia Rasputina i stamtąd usiłuje dotrzeć - niejako w odwrotnej kolejności - do ludzi, którzy
manipulują tym rzeczywiście odrażającym i niebezpiecznym aferzystą z krzyżem w rękach. Wczoraj
Gruss miał spotkanie z pewnym pracownikiem ministerstwa spraw wewnętrznych, z którym wiąże
wielkie nadzieje.
Buchanan poprosił lokaja, by wezwał Grussa.
Gruss wszedł ze swym niezmiennym, pełnym szacunku uśmiechem na zdrowej, rumianej twarzy.
- Czy wczorajsze spotkanie doszło do skutku?
- Tak jest, sir, i są nowości - odparł Gruss.
- Proszę siadać i niech pan opowie...
- Można uznać za dowiedziony fakt, że finansiści Manus i Rubinstein działają niezależnie od siebie, acz
w tym samym kierunku. Nowina sprowadza się do tego, że Manus nie działa sam. Współpracuje z nim
urzędnik ministerstwa spraw wewnętrznych Burdukow, który z kolei ma powiązania z.
Andronnikowem i innymi z tego klanu... - Gruss powiedział to wszystko szybko i pewnie jako rzecz,
która nie ulega najmniejszej wątpliwości.
- Czy ta grupa stanowi jakąś całość? - spytał Buchanan.
- Pod względem finansowym jednoczy ich Manus. Łączność funkcjonuje systemem łańcuchowym,
w którym każdy zna tylko sąsiednie ogniwa. Przez nich Manus może przenikać nawet do rządu.
Najciekawsze jednak, sir, jest to, że - jak się okazuje - Manus także ma swego zwierzchnika czy może
mentora. I właśnie to jest tu najbardziej podejrzane. Czy coś mówi panu, sir, nazwisko Grubin?
- Pierwszy raz słyszę.
- Nazwisko to pojawiało się niekiedy w gazetach w związku z tym, że w jego domu znajduje się salon
sztuki.
- To jakiś mecenas?
- Zajmuje się tym jego żona. Węgierka z pochodzenia. Jest to kobieta piękna i inteligentna. Salon jest
na poziomie.
- A kimże jest sam Grubin?
- Handlowcem średniej miary. Działa tylko na pewniaka, ale nigdy na wielką skalę. Mimo to uchodzi
w tych kołach za bardzo mądrego biznesmena. Podejrzane jest co innego. Grubin zjawił się nagle w
Piotrogrodzie zaledwie jakieś dwa czy trzy lata temu. Nikt nie wie, skąd się wziął. A to, co wiadomo
z jego życiorysu, budzi poważne wątpliwości.
Buchanan bardzo się ucieszył - oczywiście, zawsze myślał, że nie ma żadnej niemieckiej partii, jest
natomiast doświadczony rezydent wywiadu niemieckiego ze swoją siatką agentów. To, czego
dowiedział się Gruss, potwierdza ten fakt i teraz można zacząć działać.
- Co pan w związku z tym proponuje?
- Zorganizować obserwację tego Grubina, ustalić jego kontakty i tym sposobem uzyskać
potwierdzenie moich podejrzeń. Proszę o pozwolenie, sir, na zaangażowanie w tym celu dwóch
naszych pracowników.
- Niech pan działa, mój drogi, i niech pan pamięta, że nie można z tym zwlekać.

Rozdział siedemnasty

1
Kiedy zaczęła się wojna. Dymitr Lwowicz Rubinstein miał lat trzydzieści sześć, ale w kołach
handlowych był już doskonale znany. Jego nazwisko dość często pojawiało się w gazetach - zdążył już
zrobić świetną, acz niezbyt czystą karierę człowieka interesu. Oto notatka o tym, że otrzymał był
stopień doktora praw; informowano, iż miał jakoby zademonstrować znakomitą orientację
w zagadnieniach prawa handlowego... Oto notatka o dokonaniach banku rosyjsko-francuskiego od
chwili, kiedy na czele jego zarządu stanął Rubinstein... A oto liryczny, pełen entuzjazmu opis
momentu, gdy Rubinstein „z beztroskim uśmiechem podpisywał czek na 20 000 rubli przeznaczonych
na cele dobroczynne. Uczynił to z taką łatwością, z jaką wielu z nas nie ofiarowałoby nawet rubla...”
Jednakże od czasu do czasu pojawiały się również informacje o rozmaitych skandalach związanych z
jakimi czy innymi przygodami Rubinsteina - karciarza i donżuana.
Swoje sprawy handlowe prowadził z powodzeniem, był odważnym i sprytnym spekulantem,
zajmującym się głównie grą na giełdzie, skupującym i sprzedającym akcje. Był również specjalistą od
doprowadzania do ruiny swych kolegów po fachu, za co otrzymał przezwisko „Mit’ka Katafalk”.
Zawsze potrafił zdobyć w porę potrzebne informacje i grał na pewniaka, wysoko, z ogromnym
zyskiem. Pod koniec wojny jego kapitał był już tak poważny, że strata miliona rubli nie była dlań
szczególnie odczuwalna. Właśnie taką sumę stracił w roku 1916 przy sprzedaży akcji domu
bankowego „Junker i Co.“. Później oświadczył, że obchodzi go to nie bardziej, niż zeszłoroczny śnieg -
Rubinstein, poza wszystkim innym, był jeszcze niezłym pozerem. Jego drugie przezwisko brzmiało
„Mitka Er”. Jeden z tuzów kapitału rosyjskiego, niejaki Riabuszynski, dodawał zawsze: „Mitka Er -
ścierwo...”
Dwie namiętności przeszkadzały Rubinsteinowi być poważnym, powszechnie szanowanym finansistą
- karty i kobiety; towarzyszyła mu stale wątpliwa sława niepohamowanego gracza i mało wybrednego
utracjusza. Wcale go to zresztą nie peszyło, przeciwnie, zdawał się nawet szczycić tą swoją opinią.
Jeśli przez dłuższy czas nie opowiadano o nim żadnych skandalicznych historyjek, Rubinstein
żartował: „Będę musiał wynająć parę plotkarzy, aby regularnie wymyślali nieprzyzwoite bajeczki na
temat mojej osoby.” Niski, okrąglutki, rumiany, ubrany zawsze zgodnie z wymogami ostatniej mody,
pojawiał się we własnej loży w operze, na proszonych obiadach, na których obecni byli możni świata
mamony, i wszędzie jego osoba wzbudzała co najmniej ciekawość. Jednakże bolał ogromnie nad tym,
iż nie przyjmowano go w najwyższych sferach finansowych.
Przed wojną i w pierwszym roku jej trwania Rubinstein zajmował się pospolitymi aferami handlowymi
związanymi z koniunkturą wojenną, i był wówczas bardzo daleki od wszelkiej polityki. Nawet się tym
afiszował. W wywiadzie udzielonym w roku 1912 reporterowi gazety „Birżewyje Wiedomosti”
oświadczył, że polityka to dla niego ciemny las, do którego nigdy nie chadza, i że ma wystarczająco
dużo spraw do załatwienia na Newskim Prospekcie w swym banku rosyjsko-francuskim.
Gwałtowny zwrot Rubinsteina, ku sprawom związanym z polityką następuje zimą roku 1915. Powrócił
właśnie wówczas z Kisłowodzka, gdzie odpoczywał po trudach intensywnej działalności na niwie
finansów.
Jesienią zjeżdżali do Kisłowodzka przedstawiciele piotrogrodzkiej plutokracji oraz wyższych sfer,
zjeżdżali się nie bacząc na wojnę. Tam, z dala od frontu, prowadzono beztroskie życie przypominające
ucztę podczas dżumy. W lokalnej gazecie można było znaleźć całe strony zapełnione ogłoszeniami,
reklamami hoteli i pensjonatów, w których za horrendalne ceny polecano „do waszych usług
pierwszorzędną francuską kuchnię (a także inne), nie wyłączając kolonialnych delikatesów, jak
również najrozmaitsze rozrywki: program muzyczny, tańce, przejażdżki w góry konno i w wolantach,
pikniki na łonie natury i wiele innych”.
Goście kisłowodzcy wiedzieli bardzo dobrze, co kryje się pod określeniem „wiele innych”. Mieściła się
tu i zakazana wówczas gra w karty, i ruletka, i kobiety lekkich obyczajów. Warto dodać, że w tym
okresie sprowadzano również do Kisłowodzka największe sławy ze świata muzycznego. Ale
Rubinsteina przede wszystkim interesowały karty...
Dla najbardziej zasobnych w gotówkę działało w centrum Kisłowodzka kasyno nocne, które mieściło
się w podziemiach restauracji. Tam właśnie spędzał czas, oddając się swej namiętności, Rubinstein
oraz towarzysząca mu tym razem znana stołeczna ślicznotka zwana Szurką Zwierzakiem. Nawiasem
mówiąc, przebywała również w tym czasie w Kisłowodzku jego żona Stella o przezwisku Pomnik,
dama, z której można było wykroić trzech Rubinsteinów. Patrzyła ona przez palce na przygody swego
lekkomyślnego małżonka, i kiedy Szurka Zwierzak przejeżdżała przez ulice Kisłowodzka automobilem
Rubinsteina. Stella mówiła: „Pojechała nasza utrzymanka.“ Stało się to nawet materiałem do
scenariusza wodewilu, który wkrótce wystawiono tamże, w Kisłowodzku, pod takim właśnie tytułem -
Nasza utrzymanka...
2
Gra w karty toczyła się przy stole nakrytym jak do deseru - wino i owoce; to dla policji, gdyby nagle
wpadła. Wszystkim graczom towarzyszyły panie. Lśniły brylanty i kryształowe kielichy. Jedynie twarze
mężczyzn miały zupełnie inny wyraz niż ten, którego można byłoby oczekiwać przy deserze. Stawki
były wręcz fantastyczne. Rubinstein, popisując się przed swoją Szurką, wymieniał coraz wyższe sumy
i wśród ogólnego śmiechu i wesołości prosił swą damę o pożyczkę na wysoki procent. Równocześnie
jednak obserwował uważnie każdy ruch siedzącego naprzeciw eleganckiego jegomościa z fioletowymi
policzkami podpartymi wysokim kołnierzykiem. Rubinstein wiedział już, że to szuler, i tylko czekał na
odpowiedni moment, by odegrać efektowny spektakl.
- Panowie, stop! - zawołał nagle dźwięcznym głosem. - Karty na stół! Proszę odkryć swoje karty -
zwrócił się do eleganckiego jegomościa.
- Straci pan cały bank - powiedział tamten z groźbą w głosie.
- O tak! Ten, który jest na stole, i ten na Newskim - odparł wesoło Rubinstein i pochyliwszy się przez
stół wyrwał karty z ręki szulera.
- Popatrzcie, panowie, na swoje karty. Czy wszystko jest już dla was jasne?
Z głębi sali wychynął potężny mężczyzna w smokingu, który zdawał się trzeszczeć w szwach na jego
potężnej piersi. Bez słowa wziął eleganckiego jegomościa za kołnierz surduta, niby marchewkę
z grządki wyszarpnął go zza stołu i powlókł w ciemność. Był to ustalony w owym lokalu ceremoniał
rozprawiania się z szulerami, jako że nie można było wzywać policji.
- No cóż, panowie! - powiedział cicho Rubinstein i przetasował karty. - Kontynuujemy grę.
- Brawo, brawo! - entuzjazmowały się damy. Szurka Zwierzak pocałowała brylant w sygnecie swego
protektora.
Miejsce szulera zajął tymczasem inny gracz; był to człowiek, którego Rubinstein znał stosunkowo
nieźle, jednakże po raz pierwszy widział go przy karcianym stole. Przybyły był jednym z najbardziej
liczących się udziałowców banku handlowego „Junker i Co.“ o nazwisku Ferdynand Krüge.
Rubinstein obserwował Krügego od dawna, zamierzając wciągnąć go w swoje plany, jednakże
porzucił ten zamiar, kiedy gazety podniosły larum z powodu ekspansji kapitału niemieckiego w Rosji.
W świecie interesów Krügego nie nazywano inaczej jak właśnie Niemiec...
Krüge pochylił się przez stół w stronę Rubinsteina:
- Dymitrze Lwowiczu, zawsze marzyłem o tym, by zmierzyć się z panem na tym polu, chociaż zdaję
sobie sprawę, że ryzykuję.
- Nie taki diabeł straszny - roześmiał się Rubinstein i spojrzał filuternie na swą towarzyszkę. - Prawda.
Zwierzaczku?
- Jesteś wspaniały. Mitia - odparła czule i położyła mu na ramieniu swoją złotowłosą głowę.
Krüge zaproponował Rubinsteinowi grę w „ciuciubabkę“. Była ona w tym czasie bardzo popularna
wśród hazardzistów grających o wysokie stawki. Każdy z partnerów wyciąga jedną kartę z talii bez
figur. Czyja karta ma wyższą wartość - ten wygrywa. Im wyższe stawki, tym lepiej -jego królewska
mość przypadek drażni nerwy, a myśleć przy tym nie trzeba.
Rubinsteinowi szła karta i wziął pięć lew pod rząd. Grali o tak wysokie sumy, że zaczął wymownie
spoglądać na partnera - czy nie należałoby przestać, skoro gra tak się potoczyła? Ale Krüge stracił
jeszcze trzy lewy i dopiero wówczas, kiedy wygrał jedną, rzekł ze znużeniem:
- Finita - i zaprosił Rubinsteina na górę do restauracji.
Przy kieliszku szampana i dźwiękach romansów cygańskich, które śpiewała słynna Waria Panina.
Krüge wystawił Rubinsteinowi czek na znaczną sumę, jednakże nie na swój dom bankowy „Junker i
Co.”, lecz na piotrogrodzki bank dyskontowo-pożyczkowy, i rzekł z uśmiechem:
- Nasz bank nie jest teraz zbyt popularny. Nie chcę pana narażać.
Rubinstein spojrzał na czek, wepchnął go niedbale do kieszonki kamizelki i rzekł:
- Pieniądze nie śmierdzą.
- Na ten temat powinniśmy koniecznie porozmawiać - rzekł nagle Krüge poważnie i spotkawszy
ożywione, pełne zainteresowania spojrzenie Rubinsteina ciągnął dalej: - Mógłbym zapłacić dług
karciany akcjami domu bankowego Junkera i wówczas pańska wygrana zwiększyłaby się po pewnym
czasie trzykrotnie.
- Nie rozumiem - zdziwiony Rubinstein pochylił się przez stół w jego stronę.
- Wszystko jest bardzo proste - kontynuował Krüge. - Wartość naszych akcji spadła obecnie mniej
więcej trzykrotnie, ale mają one zabezpieczenie bardziej pewne, a w każdym razie rokujące większe
nadzieje niż bank, w którym zrealizuje pan mój czek. Sam pan doskonale rozumie, że wszystkie
decydujące wydarzenia dobiegają końca i kiedy rozlegnie się dzwon zwiastujący ów koniec, konie
karmione nierosyjską paszą będą się nadawały najbardziej do nowych gonitw.
- Dobrze powiedziane - rzekł z uśmiechem Rubinstein i spytał z naiwną prostotą: - Ma pan na myśli
niemieckie konie?
- Tak.
- A czy nie będą wyglądały równie marnie jak nasze? - zagadnął Rubinstein żartobliwie, chociaż
rozmowa była dla niego niesłychanie ważna. Niejednokrotnie myślał już o tym, co będzie z jego
kapitałem, kiedy wojna skończy się nie wiadomo jak.
- Odpowiedzią na pańskie pytanie jest bieg wydarzeń - odparł Krüge. - Wojna nie toczyła się i nie
będzie się toczyć na terytorium tego kraju, a to oznacza, iż po zakończeniu wszystkiego potencjał
przemysłowy tego kraju pozostanie w stanie dziewiczym. Co więcej, wyjdzie on z wojny silniejszy
i bardziej rozwinięty, nade wszystko zaś gotowy do aktywnego działania w nowych, pokojowych
warunkach.
- Cóż jednak jest powodem pańskiej troski o moje sprawy?
- No cóż, po pierwsze... - Krüge zawahał się. - Przejawiłem już podobną troskę nic tylko o pana. Po
drugie, już od dawna wzbudzał pan moją sympatię jako człowiek nie mający w sobie nic z biernego
safanduły. Po trzecie zaś - mimo wszystko żyję i działam w- Rosji, nie gdzie indziej. A w odróżnieniu
od krzykaczy, którzy w każdym kącie szukają Niemców i gardłują o swoim rosyjskim patriotyzmie,
myślę poważnie o przyszłości Rosji i jestem przekonany, że jej dalsza pomyślność zależy od
ekonomicznej więzi z Niemcami, jak to wykazało doświadczenie lat przedwojennych...
Rozmowa zakończyła się tym, że Rubinstein zwrócił Krügemu czek, otrzymując w zamian prawo
nabycia akcji banku „Junker i Co.“ na sumę trzykrotnie przewyższającą wygraną. Ale to był dopiero
początek. W kilka dni później Rubinstein nabył od Krügego za pół ceny weksle wielkiego księcia
Michała Aleksandrowicza opiewające na sumę około stu tysięcy rubli. Krüge przekonał go do tego
interesu argumentem, iż warto -jak się wyraził - mieć w kieszeni członka rodziny carskiej, co zawsze
może się przydać. Sam nie mógł wykorzystać owych weksli, gdyż jego nazwisko łączą powszechnie
z interesami Niemiec, w związku z czym przedstawienie do zapłaty weksli wielkiego księcia mogłoby
wywołać wściekłość monarchistów.
Rubinstein wrócił do Piotrogrodu zadowolony ze swych kisłowodzkich transakcji i postanowił
zdecydowanie trzymać kurs finansowy na Niemcy. W końcu była to jedyna możliwość, aby uchronić
się przed skutkami rosyjskiej katastrofy ekonomicznej. Był więc wdzięczny losowi, który zesłał mu w
Kisłowodzku tego Krügego.
3
Wiceminister spraw zagranicznych Anatol Nieratow kończył śniadanie w swym mieszkaniu na
Fontance; towarzyszył mu krewny, sztabskapitan Tusuzow, który niespodziewanie przyjechał z frontu.
Od początku wojny pełnił tam służbę przy sądzie polowym. Przybyłego ciekawiło wszystko, co dzieje
się na górze, Nieratow zaś chciał wiedzieć, jak wygląda sytuacja na froncie. Jednakże Tusuzow
wyraźnie nie życzył sobie o tym mówić i wypytywał o wydarzenia w Piotrogrodzie. Nieratow nigdy
dotąd nie widział go w tak złym nastroju.
- Opowiedz lepiej, jak tam idzie w okopach - rzekł Nieratow.
- Na wojnie jak na wojnie, strzelają, a nawet zabijają - uśmiechnął się Tusuzow niewesoło pod obfitym
wąsem i spytał: - Czy nie mógłbyś powiedzieć mi, jak się tutaj ocenia nasze sprawy? My tam nawet
przez lornetę nie możemy zobaczyć wszystkiego... - usiłował żartować, lecz Nieratow znał go zbyt
dobrze, by nie dostrzec, co przeżywa.
- Jak ci wiadomo, zajmuję się tylko międzynarodowymi aspektami wojny, a pod tym względem
wszystko jest bez zmian - nasze sojusze pozostają niewzruszone...
Dość długo jeszcze wymieniali nic nie znaczące uwagi i Tusuzow umilkł wreszcie, spuściwszy głowę.
- Jak sądzisz, ile czasu możemy jeszcze wytrzymywać taką wojnę? - spytał Nieratow poważnie.
- To znaczy jaką? - nie podnosząc głowy bąknął Tusuzow.
- Z ciężkimi stratami i bez wyraźnych sukcesów...
- Nie pociągniemy długo.
- Brak sprzętu? Siły ludzkiej? Jak to jest?
- Najważniejsze jest to, że na froncie nie ma już tych żołnierzy, z którymi zaczynaliśmy wojnę - odparł
Tusuzow.
- Nie rozumiem - czyżby wszyscy zginęli? A uzupełnienia?
- Wielu oczywiście zginęło, a ci, którym udało się ocaleć, są już całkiem inni. Zaś uzupełnienia składają
się z ludzi, którzy w oczekiwaniu na powołanie do wojska mieli czas pomyśleć o wojnie. Teraz
prowadzą o tym rozmowy z żołnierzami, którzy ocaleli - rzekł spokojnie Tusuzow; widać było, iż
zastanawiał się nad tym niejednokrotnie.
- Ale czyż myślący żołnierz jest gorszy?
- Chodzi o to, co myśli...
- A cóż on myśli?
- Ze trzeba kończyć wojnę i ratować Rosję, póki nie jest za późno.
Nieratow podszedł do lustra, zobaczył w nim siebie - takiego jak zawsze, doskonale ubranego,
z gładko wygoloną, wypielęgnowaną twarzą - i natychmiast odwrócił się z niechęcią, jakby się sam
sobie nie spodobał. Zapytał:
- Jakże to można skończyć wojnę i równocześnie uratować Rosję? Co znaczy skończyć? I przed czym
ratować Rosję?
- Co znaczy skończyć? - powtórzył Tusuzow wstając. - Sprawa jest bardzo prosta: bagnety w ziemię
i do domu, ratować Rosję przed zbrodniczą władzą.
- No wiesz... - rzekł zdumiony Nieratow. - Gdybym to usłyszał od kogoś innego...
- Wezwałbyś policję? - Tusuzow przymrużył niebieskie oczy. - Nie wystarczy, Anatolu, policjantów na
wszystkich, którzy podobnie mówią czy też myślą. Tydzień temu sądziliśmy pewnego podoficera
i oświadczył on przed sądem to właśnie, co ci powiedziałem.
- To przecież zdrajca! - zawołał Nieratow.
- Toteż rozstrzelaliśmy go - odparł cicho Tusuzow. - Ale w ostatnim słowie określił siebie inaczej;
mówił, że jest socjaldemokratą, bolszewikiem.
- Bolszewikiem? To właśnie są najwięksi zdrajcy! - z głębokim przekonaniem wykrzyknął Nieratow,
który wyglądał w tej chwili jakby go coś ucieszyło. - Został rozstrzelany i sprawa załatwiona.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to tego się nie da rozstrzelać. Ostatnio na pierwszej linii jest coraz więcej
podobnych agitatorów i hasła, jakie głoszą, padają na podatny grunt - wojna obrzydła wszystkim,
a tym bardziej taka wojna... bez jednego przebłysku nadziei, i to jest właśnie największe
niebezpieczeństwo dla wojny, dla Rosji, dla monarchii i dla nas wszystkich.
- Poczekaj, poczekaj... - przerwał mu Nieratow półgłosem i ciągnął ze szczerym zdziwieniem: - Ale czy
żołnierz nie rozumie, że pacyfistyczne nastroje w czasie wojny to początek klęski?
- Gdybyż to był tylko pacyfizm - rzekł Tusuzow.
- A dlaczego uważasz, że nie tylko?
- Prawdę rzekłszy, wolałbym nie mówić.
- Masz babo placek... Jak się to mówi - dziękuję za zaufanie...
Stali naprzeciw siebie - wysoki, postawny, elegancki Nieratow i przygarbiony Tusuzow, który w swym
obwisłym mundurze jakoś zupełnie nie wyglądał na wojskowego. I chociaż byli ze sobą spokrewnieni,
byli ludźmi z tego samego świata, lecz tylko jeden z nich znał o tej wojnie najprawdziwszą prawdę
i dlatego mówili różnymi językami. Zakłopotany i zmieszany Tusuzow rozłożył ręce:
- Wybacz mi... Powiem... - mamrotał i zdecydowawszy się nagle podniósł głowę: - Oni uważają tę
wojnę za zbrodnię, ponieważ prowadzi się ją nie w interesie narodu czy Rosji, lecz w interesie
fabrykantów i obszarników. A wobec tego car nie służy wcale narodowi, lecz bogaczom. Gdybyś mógł
posłuchać tego, którego sądziliśmy. Mówił nam: „Panowie sędziowie, to, że producenci broni dorobili
się na tej wojnie złotego brzucha, jest jasne i dla was. A co się obiecuje prostym ludziom? Cieśninę
Dardanele? A po kiego diabła jest ona potrzebna naszemu chłopu, który wie, że u niego w domu nie
ma kto orać ziemi? Albo robotnikowi, który jak harował na właściciela, tak haruje...“ - Tusuzow urwał
nagle i spojrzał na kuzyna, który słuchał go z pobladłą twarzą. - Przepraszam cię, Anatolu - rzekł
innym tonem. - Ale sam mnie prosiłeś... powiedziałem ci prawdę. Pytałeś, więc odpowiedziałem...
Strach pomyśleć, co będzie dalej... Ale czy tutaj rzeczywiście nikt o niczym nie wie?
- To, że wojna potoczyła się dla nas niepomyślnie, wiedzą wszyscy.
- A czy zdają sobie sprawę, czym się to może skończyć dla Rosji? - spytał Tusuzow znów podnosząc
głowę.
Nieratow nie odpowiedział... Przypomniał sobie w tej chwili niedawną rozmowę z ministrem
Sazonowem, który stwierdził, że teraz tylko żołnierze na froncie zajmują się poważnie problemami
Rosji... Nieratow nie zrozumiał wówczas ministra, obecnie zaś wszystko stało się dlań jasne i niepokój
ścisnął mu serce... Czy rzeczywiście jest tak źle?

Rozdział osiemnasty

1
Dla szefa sztabu Kwatery Głównej generała Aleksiejewa nie istniało nic poza wojną. W dodatku
widział on wojnę jako coś szczególnego, całkowicie oderwanego od życia Rosji. Pewnego razu
przyznał się, że straty wojenne nie są dla niego stratami w ludziach, że traktuje je całkiem inaczej
i niepokoi go tylko jedno - kiedy w ostatecznym rozrachunku zaczynają zdecydowanie przeważać nad
realnymi rezerwami. Poświęcał wojnie każdy swój dzień i czynił to z niezwykłą sumiennością, strzegąc
zazdrośnie swego uprzywilejowanego stanowiska i podporządkowując się tylko jednemu
człowiekowi.
Przez pierwsze dwa lata człowiekiem tym był wielki książę Mikołaj Nikołajewicz, mężczyzna groźny,
o tubalnym głosie, lecz nie znający się niestety w dostatecznym stopniu na rzemiośle wojennym. Nie
dane mu było ogarnąć wzrokiem i zrozumieć całej rozległej panoramy tej wielkiej wojny. Aleksiejew
do dziś nie wybaczył mu tragedii armii Samsonowa, która - jego zdaniem - zginęła wskutek
całkowitego braku odpowiedzialności, jaki przejawił wielki książę - zapewniwszy lekkomyślnie
sojuszników, że gotów jest zacząć ofensywę na Berlin, bez odpowiedniego przygotowania rzucił do
natarcia armie Samsonowa, Rennenkampfa i inne.
Kiedy Mikołaj Nikołajewicz był głównodowodzącym, car znajdował się gdzieś daleko od Aleksiejewa,
odgrodzony od niego potężną postacią wielkiego księcia. Teraz zwierzchnikiem Aleksiejewa jest sam
monarcha. Tylko on stoi za jego plecami. Codzienne raporty poranne, jakie składa carowi, przebiegają
spokojnie. Car wysłuchuje w milczeniu jego bardziej niż krótkiego komunikatu o tym, co wydarzyło się
na wszystkich frontach, następnie przyjmuje do wiadomości jego propozycje, które w chwili składania
raportu mają już z reguły formę oficjalnych rozkazów. Ingerencje cara w skomplikowane sprawy
sztabowe są niezmiernie rzadkie. Jeśli jednak zdarzało się coś podobnego, Aleksiejew przeżywał
ciężkie chwile. Własne myśli cara na temat prowadzenia wojny miały charakter spontaniczny,
powstawały bez żadnego powodu i uzasadnienia, jednakże wraz z nimi pojawiał się nieoczekiwanie
upór i monarcha żądał bezwzględnie natychmiastowego wykonania swych poleceń. Próby
przeciwstawienia się czy perswazji wywoływały niezadowolenie, nawet gniew. Aleksiejew zrozumiał
wkrótce, że car zazwyczaj miesza się do spraw związanych z wojną z czyjegoś poduszczenia. Na
szczęście podobne wypadki były stosunkowo rzadkie, prócz tego zaś Aleksiejew miał niekiedy odwagę
„nie rozumieć“ niektórych poleceń monarchy i postępował według własnego uznania. I nie zdarzyło
się nigdy, by Mikołaj to zauważył... Miał więc generał Aleksiejew wszelkie podstawy, by uważać, iż
z carem pracuje mu się łatwiej niż z wielkim księciem.
Jednakże sam generał nie był w stanie przeskoczyć samego siebie. Pod tym względem
scharakteryzował go doskonale generał Brusiłow: „Obdarzony był bystrym umysłem, posiadał
rozległą wiedzę wojskową, szybki refleks i uzdolnienia dobrego stratega, lecz... na pomocnika takiego
wodza naczelnego, za którego trzeba było podejmować decyzje, kierować jego poczynaniami,
wiecznie umacniać jego chwiejną wolę, nie nadawał się w żadnej mierze, jako że sam nie posiadał
wystarczająco mocnego i stanowczego charakteru. W dodatku nie był dworakiem, nie lubił tej sfery
i pod naciskiem rozmaitych sił ze wszystkich stron nie był w stanie bronić swego zdania i w należyty
sposób wypełniać tych zadań bojowych, jakie przypadły w udziale armii rosyjskiej.“

Pozycja Aleksiejewa umocniła się podczas wiosennych i letnich miesięcy, kiedy to miała miejsce
udana ofensywa wojsk Frontu Południowo-Zachodniego pod dowództwem generała Brusiłowa.
Również i przed tą ofensywą wszystko było jak zwykle - sojusznicy wywierali nacisk na cara, domagali
się zdecydowanych działań. Ważyły się losy Verdun, a pod Trentino armia włoska poniosła klęskę.
Z rozkazu cara rozpoczęto w marcu natarcie w rejonie jeziora Narocz, nie udało się ono jednak
i wkrótce załamało. Sojusznicy wznowili nacisk. Szefowie francuskiej i angielskiej misji wojskowej
wdzierali się po kolei do cara z alarmującymi depeszami z Paryża i Londynu, car wzywał do siebie
Aleksiejewa i w milczeniu wręczał mu depesze. Pewnego razu Aleksiejew nie wytrzymał i rzekł
ponuro:
- Nie możemy przecież. Wasza Cesarska Mość, walczyć za siebie i za nich...
Car odparł po dłuższym milczeniu:
- Proszę przygotować raport o operacji w rejonie jeziora Narocz, pokazać im, że nie mogliśmy
kontynuować tej ofensywy; proszę wyliczyć straty, zwrócić uwagę na niekorzystne ukształtowanie
terenu i fatalne warunki klimatyczne.
- Do kogo zaadresować? - spytał Aleksiejew pro forma, gdyż doskonale wiedział do kogo.
- Niech pan pisze bez adresu - odpowiedział car, potwierdzając w ten sposób domysły Aleksiejewa.
Generał zamierzał już opuścić gabinet monarchy, kiedy Mikołaj odezwał się: - Trzeba zrobić wszystko,
co możliwe, by zapewnić pomyślny przebieg naszego połączonego natarcia.
Owo połączone natarcie opracowywano już w Kwaterze Głównej od dawna, lecz Aleksiejew dopiął
swego i sojusznicy nie zostali poinformowani o nim przed czasem; chodziło mu o to, by wykazać
samodzielność strategiczną Kwatery Głównej. Uzgodnienie współdziałania trzech frontów nie było
sprawą łatwą. Dowodzący Frontem Północno-Zachodnim generał adiutant Kuropatkin oraz
dowodzący Frontem Zachodnim generał Evert byli ludźmi bardzo wpływowymi, cieszącymi się
całkowitym zaufaniem i poparciem monarchy, co dawało im prawo zwracania się doń z pominięciem
szefa sztabu, i obydwaj sceptycznie odnosili się do zamierzonej operacji; bez przerwy też powtarzali
carowi, że może się ona skończyć fatalną klęską, jako że przeciwnik umocnił swe pozycje w tym
rejonie. Car odczuwał zabobonny lęk przed nowymi klęskami. Dyskusja była dla Aleksiejewa tym
trudniejsza, że jeszcze niedawno sam był podwładnym owych generałów.
Generał Iwanow, który dowodził trzecim frontem przewidzianym do wzięcia udziału w natarciu - był
to Front Południowo-Zachodni - znajdował się, jak mówił Aleksiejew, w stanie „niebezpiecznej
starczej abulii”. Na jego miejsce upatrzył Aleksiejew energicznego generała Aleksego Brusiłowa, który
zdążył już niejednokrotnie odznaczyć się w tej wojnie. Jednakże dokonanie zmiany na owym
stanowisku nastręczało niemałe trudności - sędziwego Iwanowa uwielbiał sędziwy minister dworu
hrabia Fredericks. Kiedy Aleksiejew po raz pierwszy zwrócił się w tej sprawie do cara - przez
nieostrożność zaczął mówić w obecności Fredericksa - stary hrabia zawołał histerycznie:
- Nie ważcie się tknąć Iwanowa!
Zaskoczony gwałtownością swego wiecznie drzemiącego ministra, car spojrzał na niego mz
uśmiechem i zażartował:
- A co, rozsypie się?
- Nie! Nie! Nie! - Fredericks pokręcił głową przecząco i nagle oświadczył: - To jest krok przeciwko
mnie!
Car jednakże zaoponował:
- Włodzimierzu Borisowiczu, przecież jest pan starym przyjacielem Iwanowa; czyżby pan chciał, aby
jego nazwisko i jego reputacja zostały narażone na szwank tylko dlatego, iż będąc w podeszłym wieku
nie zdoła wykonać powierzonego mu zadania? Mam tu na myśli po prostu siły fizyczne.
- Trzeba wobec tego przenieść go tu, do Kwatery Głównej - burknął Fredericks.
- Przeniesiemy go i będzie pan mógł nagadać się z nim do woli... - uśmiechnął się łaskawie car. A kiedy
minister wyszedł, powiedział ze smutkiem: - Trudna sprawa ze staruszkami...
Brusiłow został wreszcie mianowany dowódcą frontu. Najważniejszym zadaniem Aleksiejewa stało
się teraz przełamanie asekuranckiego stanowiska Everta i Kuropatkina. Namówił w związku z tym
cara, by zwołał on w Kwaterze Głównej radę wojenną trzech frontów, która wyznaczona została na
dzień 1 kwietnia. Zupełnie nieoczekiwanie car wyraził życzenie dokonania lustracji Frontu
Południowo-Zachodniego.
„Do czego mu to potrzebne?“ - pomyślał z irytacją Aleksiejew, nie miał jednak odwagi oponować,
przypuszczając, że car pragnie zobaczyć Brusiłowa, by tak rzec, na miejscu akcji. Sam car jednakże nic
na ten temat nie mówił i wyjaśniał cel swego wyjazdu nader mgliście. Wolno mniemać, iż miał rację
Brusiłow, kiedy o podobnych podróżach cara pisał później w swych pamiętnikach: „... car nudził się w
Kwaterze Głównej. Codziennie o 11 rano przyjmował raport szefa sztabu oraz głównego
kwatermistrza o sytuacji na froncie i na tym kończyło się w gruncie rzeczy jego fikcyjne dowodzenie
wojskami... Przez resztę dnia nie miał co robić i dlatego - jak mi się wydaje - starał się ciągle gdzieś
wyjeżdżać: to do Carskiego Sioła, to na front, to znów do rozmaitych miejscowości w Rosji, jeździł bez
żadnego celu, żeby tylko zabić czas...“
Car był już niemal gotów do wyjazdu, a Brusiłow wciąż jeszcze nie przejął frontu od Iwanowa;
obydwaj generałowie nawet się do tej pory nie widzieli. Skontaktowawszy się z Brusiłowem,
Aleksiejew otrzymuje wiadomość, iż polecono mu w imieniu Iwanowa odłożyć wyjazd do sztabu. Szef
sztabu kontaktuje się więc z Iwanowem i uzyskuje informację, że otrzymał on od Fredericksa
dyrektywę, by pozostać na miejscu, przy czym Fredericks powoływał się na cara. Doprowadzony do
wściekłości Aleksiejew idzie do cara, ten jednakże nic nie wie o dyrektywie Fredericksa.
I wówczas z Kwatery Głównej wysłany zostaje telegraficzny rozkaz do Iwanowa, jego kopia zaś do
Brusiłowa o natychmiastowym przekazaniu i przejęciu obowiązków.
W kilka dni później Brusiłow przejął obowiązki dowódcy od szlochającego Iwanowa, który powtarzał
co chwila: „Panie Boże, za cóż mi to wszystko zrobiono?” A już następnego dnia witał cara w
Kamieńcu Podolskim...
Nie udało mu się jednak odbyć żadnej poważnej rozmowy z monarchą. Car zaczął nagle prowadzić
coś w rodzaju śledztwa na okoliczność, dlaczego Brusiłow ma złe stosunki z ministrem dworu
i generałem Iwanowem.
- Nigdy nie miałem z nimi żadnych stosunków - nie ukrywając swego niezadowolenia wyjaśnił
Brusiłow i zaczął mówić o Froncie Południowo-Zachodnim; nie zgadzał się kategorycznie
z twierdzeniem, że front ów nie jest jakoby zdolny do natarcia, na zakończenie zaś oświadczył: -
W przypadku, jeżeli front nie otrzyma możliwości wzięcia udziału w ofensywie, proszę zwolnić mnie
z obowiązków dowódcy.
Car nie lubił kategorycznych oświadczeń. Długo, z pełną dezaprobaty ciekawością przypatrywał się
Brusiłowowi i wreszcie rzekł:
- Nie jestem ani za, ani przeciw tej ofensywie. Proszę pana o wyłożenie swych racji na naradzie
wojennej...
Na naradzie w Kwaterze Głównej car siedział z boku, obojętny i roztargniony, słuchając z nieruchomą
twarzą kolejnych wystąpień. Aleksiejew poinformował zebranych o znacznym zwiększeniu przydziału
środków technicznych dla Frontu Północnego i Północno-Zachodniego i w ten sposób pozbawił
dowodzących owymi frontami możliwości otwartego wypowiedzenia swych wątpliwości co do
sukcesu natarcia. A Brusiłow, który nie miał otrzymać żadnych posiłków, znów domagał się prawa do
udziału w ofensywie.
W końcu kwestia połączonego natarcia trzech frontów została rozstrzygnięta.
Jednakże po naradzie zaczęły się dla Aleksiejewa dni, które sam nazwał okresem bezsilnego gniewu.
Generałowie Kuropatkin i Evert pod różnymi pretekstami nie przystąpili do ofensywy w wyznaczonym
terminie. Najstraszniejsze zaś było dla Aleksiejewa to, że do spraw związanych z prowadzeniem
wojny wmieszało się znów Carskie Sioło. Sam diabeł nie byłby zdolny się wyznać, kto stamtąd
wywierał nacisk na cara: caryca, Griszka Rasputin czy też jeszcze ktoś inny, jednakże wódz naczelny
zwątpił nagle w powodzenie wspólnej ofensywy trzech frontów, popierając tak czy inaczej
stanowisko superostrożnych generałów.
I tylko Front Południowo-Zachodni, kierowany przez generała Brusiłowa, ruszył do natarcia
w wyznaczonym dniu i godzinie, osiągając w krótkim czasie znaczne sukcesy: armia austro-węgierska
została praktycznie rozgromiona - wzięto do niewoli ponad trzysta siedemdziesiąt tysięcy jeńców,
w tym około ośmiu tysięcy oficerów, zdobyto ogromną ilość sprzętu. Nie otrzymawszy jednak
wsparcia ze strony północnych sąsiadów i wyczerpawszy wszystkie swe siły, Brusiłow zmuszony był
pod koniec lipca przerwać ofensywę.
Nastąpił zastój, który trwał przez całe lato.
Car nie mógł później nie zrozumieć, że przy wspólnym natarciu trzech frontów sukces byłby o wiele
większy i mógłby nawet zdecydować o losach wojny. Nigdy wszakże nie powiedział o tym
Aleksiejewowi ani słowa, ten zaś, oszczędzając monarchę, nie podejmował owego tematu. Zabrakło
mu odwagi. Aleksiejew wiedział, że car czuje się w jakiś sposób winny wobec niego, i zadowolił się
faktem, iż jego pozycja w oczach monarchy umocniła się przez to. Było to jednak gorzkie
zwycięstwo...
2
Nastąpiło wszelako coś innego, co zaniepokoiło i poruszyło myśli i uczucia Aleksiejewa. Wraz z carem
przybliżyła się do niego Rosja ze wszystkimi swoimi nieszczęściami, które zdawały się nie mieć końca.
Już wcześniej wiedział, że w państwie rosyjskim żyje się trudno, znacznie gorzej, niż w Europie
Zachodniej, ale nigdy nie zastanawiał się nad tym specjalnie, nie mówiąc już o tym, że zawsze było
wytłumaczenie - specyfika rozwoju historycznego Rosji. Pamiętał straszny rok dziewięćset piąty, kiedy
wybuchł bunt i zagroził władzy rosyjskiej a nawet dworowi. Ale państwo uporało się z tym
wybuchem, buntowników zlikwidowano, zesłano w głąb Syberii i Aleksiejew sądził, że sytuacja
w kraju ustabilizowała się ostatecznie. Potwierdził to również pierwszy okres wojny, któremu
towarzyszyły liczne manifestacje patriotyczne i wspaniały duch bojowy wojsk, tak silnie odczuwany
w tych dniach przez samego Aleksiejewa.
Teraz jednakże Rosja wraz ze swymi wszystkimi nieszczęściami przypominała o sobie co dzień i
Aleksiejew przekonywał się coraz częściej, że jego ściśle wojskowe problemy zależą bezpośrednio od
tych właśnie spraw.
Rosja wdarła się nawet na wytworne śniadania u cesarza, które spożywał on w doborowym gronie
zaufanych dworaków i utytułowanych gości. Przy stole coraz częściej toczą się rozmowy na temat
wydarzeń w Piotrogrodzie - o Dumie, o braku rozwagi ze strony gazet, o narastających trudnościach
aprowizacyjnych. Coraz częściej też przyjeżdżają do cara do Kwatery Głównej cywilni dygnitarze
piotrogrodzcy, a po rozmowach z nimi monarcha bywa ponury, rozdrażniony, czasem wręcz
nieprzystępny. Niepostrzeżenie dla samego siebie Aleksiejew zaczął interesować się sprawami
i wydarzeniami, które na pierwszy rzut oka nie miały nic wspólnego z wojną. Początkowo po prostu
nie chciał kompromitować się przed carem brakiem orientacji. Później jednak zrozumiał, że jego
sprawy sztabowe są ściśle uzależnione od wszystkiego, co dzieje się na Rusi, że zmuszony jest trzymać
rękę na pulsie znienawidzonych przez siebie wydarzeń, że nie wolno mu nic przegapić.
Coraz częściej więc zagląda do pokoju sztabowego, gdzie dwaj pułkownicy zajmują się klasyfikacją
informacji o charakterze niewojskowym. Ku zdziwieniu wszystkich sztabowców, niemal codziennie
wzywa do siebie pułkownika Moczulskiego, który utrzymuje łączność z prasą petersburską i orientuje
się doskonale we wszystkich gazetowych sensacjach. Ale do gabinetu, w którym pracują dwaj
pułkownicy gromadzący informacje cywilne. Aleksiejew udaje się sam i nigdy nie wzywa pułkowników
do siebie. Pragnie zapewne podkreślić, że jego chęć zapoznania się ze wszystkim, co dzieje się w
Piotrogrodzie i w kraju, nie jest związana z tą świętą sprawą, jaką zajmuje się w swym służbowym
gabinecie, a jeśli nawet jest, to w każdym razie nic bezpośrednio. Coraz trudniej jednakże przychodzi
mu ukrywać niepokój, który budzą w nim sprawy czysto cywilne. Myśli o nich bez przerwy, ponieważ
ani na moment nie przestaje odczuwać wpływu owych zagadnień na przebieg działań wojennych. Im
bardziej niepokojące były wieści o sytuacji wewnątrz kraju, tym bardziej Aleksiejew utwierdzał się
w przekonaniu, iż władze cywilne są całkowicie bezradne, a więc na tyłach niezbędna jest dyktatura
wojskowa. Uważał to za jedyny ratunek.
Jeżeli nawet miał jakieś wątpliwości w tej kwestii, to pozbył się ich ostatecznie po spotkaniu
z ministrem spraw wewnętrznych Protopopowem, który przyjechał pewnego razu do Kwatery
Głównej. Termin jego audiencji u cara został przesunięty i diabeł podkusił Aleksiejewa, aby zaprosił
go do siebie...
O spotkaniu tym Prototopow napisał później do swego zaufanego lekarza Badmajewa co następuje:
„Nie mam pojęcia, jak moje nerwy wytrzymały wówczas, mimo wszystko są mocniejsze, niż
przypuszczałem. Teraz wiem, jaki szatan znajduje się w pobliżu naszego monarchy. Przez cały czas
siedział przy biurku nieruchomo jak posąg i nie spuszczał ze mnie swego ciężkiego spojrzenia.
Odczuwałem coś podobnego do tego, co działo się ze mną na seansach hipnotycznych u profesora
Biechtieriewa - jakbym tracił panowanie nad sobą i z każdą chwilą tracił siły, jakby uchodziła ze mnie
wszystka krew. Nie ustąpiło to nawet teraz i proszę pana, aby przez oddawcę tego listu przysłał mi
pan to lekarstwo w buteleczkach...“
Aleksiejew - rzecz jasna - wiele słyszał o Protopopowie, znał jego „Rasputinowski“ rodowód i wiedział,
że krążą ponure wieści na temat jego poczynań, ale teraz miał okazję obejrzeć go z bliska
i porozmawiać.
Protopopow wszedł do jego gabinetu z ogromną wypchaną teczką, którą nie wiadomo dlaczego
postawił na środku pokoju. Przywitali się, minister usiadł w fotelu i zaczął kraciastą chusteczką
ocierać pot z twarzy. Potem przez cały czas trzymał tę chusteczkę w ręku, raz po raz wycierając to
czoło, to usta, to szyję.
Wkrótce Aleksiejew zorientował się, że w żaden sposób nie może spojrzeć w oczy swemu
interlokutorowi, gdyż albo latały one bez przerwy na boki bądź z góry na dół i z powrotem, albo też
minister przykrywał je zsiniałymi opuchniętymi powiekami. Wszystko to jednak było głupstwem
w porównaniu z potokiem nonsensów, jakie plótł ów minister podczas rozmowy.
Aleksiejewowi udało się zadać mu tylko jedno pytanie - czy istnieje realna możliwość uporządkowania
kwestii zaopatrzenia Petersburga w żywność?
Protopopow wywrócił oczy i w gardle mu zabulgotało - nie wiadomo, czy śmiał się, czy też nie mógł
przełknąć śliny.
- Mamy do czynienia z wyraźnym rozpadem moralnym społeczeństwa! Albowiem, jak powiada Pismo
Święte, „kto nie pozna samego siebie...“ - wypalił nagle i zaczął opowiadać o jakimś znajomym
wróżbicie francuskim, który przepowiedział mu, iż rok szesnasty będzie dlań szczęśliwy, następnie zaś
podsumował: - O tym, że zostanę ministrem, mówił ten Francuz z taką dokładnością, jakby zajrzał do
duszy Najjaśniejszego Pana...
Aleksiejew słuchał go i myślał: przecież ten minister jest po prostu obłąkany. Czegóż więc można po
nim oczekiwać dla Rosji? A kiedy Protopopow został wezwany do cara i wyszedł, generał odruchowo
rzucił się do okna i otworzył je na oścież mrucząc: „Ohyda... ohyda...“
3
Głęboką nocą, kiedy w Kwaterze Głównej wszystko milkło i tylko w centrum łączności stukały aparaty
telegraficzne, Aleksiejew pisał raport dla cara, w dzień zaś wyczekiwał na okazję, by z nim pomówić;
pragnął dowiedzieć się, jak odnosi się on do jego propozycji. Może w ogóle nie ma sensu zadawać
sobie trudu i ślęczeć nad projektem?
I wreszcie nadarzyła się okazja. Pod wieczór car zaprosił Aleksiejewa na przechadzkę po parku. Słońce
staczało się coraz niżej, znikając za dachami domów i starannie utrzymane alejki niewielkiego parku
przy Kwaterze Głównej pokrywał już głęboki cień. Nic nie mąciło ciszy spokojnego wieczoru. Car szedł
o pół kroku przed Aleksiejewem. Miał na sobie letni mundur pułkownika, czapkę niósł w ręce. Tęgą
postać Aleksiejewa opinał jak zawsze mundur generalski i jak zawsze odczuwał on pewne
zażenowanie w związku z taktem, że cesarz ma niższy stopień wojskowy od niego, podczas gdy ani na
chwilę nie można zapomnieć, że ma się przed sobą pomazańca bożego...
- Michale Wasiljewiczu, jakież cudowne jest to babie lato, prawda? - spytał Mikołaj nie odwracając się
i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej: - Przychodzi do mnie dziś rano kochany Fredericks
i powiada: „Jakoś od dawna nie ma nic z frontu japońskiego.“ Mówię mu: „Włodzimierzu
Borisowiczu, przecież tam wojna skończyła się dziesięć lat temu...“ Wtedy się przeżegnał i mówi: „No
to dzięki Bogu...“ - Car roześmiał się niezbyt głośno i spojrzał przez ramię na Aleksiejewa swymi
błękitnymi oczyma: lśniły w nich wesołe błyski. Wszyscy wiedzieli, że kiedy car zaczyna opowiadać
zabawne historyjki o zdziecinniałym ministrze dworu, oznacza to, że jest w dobrym nastroju. - Starość
to niewesoła sprawa, Michale Wasiljewiczu - ciągnął.
- Niby dlaczego? - zaoponował Aleksiejew. - Znam wielu szczęśliwych starców otoczonych dziećmi
i wnukami. Według mnie zła jest jedynie starość przedwczesna, a jeszcze gorsza starość psychiczna.
Car spojrzał na niego ze zdziwieniem i ruszył dalej.
- Kiedy skończy się wojna - ciągnął Aleksiejew - podam się do dymisji, będę pielęgnował ogród
w swoim majątku, a na lato będę zapraszał rodzinę i przyjaciół.
- Niech pan nie zapomni zaprosić mnie - uśmiechnął się pod wąsem car.
- Przecież Wasza Cesarska Mość nie przyjedzie. Ja jestem potrzebny tylko w czasie wojny, a Wasza
Cesarska Mość... - Aleksiejew zaciął się, nie wiedząc, jak sformułować swą myśl. - Krótko mówiąc, po
wojnie będzie nie mniej kłopotów, niż teraz. A ja pójdę na zasłużony odpoczynek... - Aleksiejew
zamilkł na chwilę, potem spojrzał z ukosa na cara i odchrząknąwszy dodał: - Żebym się tylko nie
zestarzał tu, w Kwaterze Głównej.
Car zwrócił ku niemu zdziwione spojrzenie:
- Skąd nagle taki pesymizm?
- Rzecz w tym. Wasza Cesarska Mość, że tyły mogą przeszkodzić frontowi w wypełnieniu jego
obowiązków.
Car zatrzymał się, patrząc na swego towarzysza bacznie i surowo. Włożył czapkę.
- Co pan ma na myśli?
Jeszcze przed chwilą Aleksiejew postanowił nie mówić wszystkiego do końca, ale... kiedy znów
nadarzy się podobna okazja?
- Wszystko. Wasza Cesarska Mość - odrzekł zdecydowanie. - Jestem przekonany, że na tyłach
potrzebna jest dyktatura wojskowa, która zlikwidowałaby bałaganiarstwo władzy cywilnej,
wypełniałaby rozkazy Waszej Cesarskiej Mości i zapewniła stałą pomoc zaplecza dla frontu. A teraz
tyły są dla frontu jedynie źródłem niepokoju. Niepokoju o wszystko: fabryki nie dostarczają amunicji,
transport jest w rozsypce, nastroje w środowiskach robotniczych grożą sparaliżowaniem całego
przemysłu.
Car słuchał Aleksiejewa uważnie i widać było, że nie zamierza oponować. W ogóle lubił słuchać swego
szefa sztabu. Podobał mu się sposób jego wypowiedzi - pewny, przekonujący, bez zbędnych słów.
Sam już myślał niejednokrotnie o silnej ręce dla Piotrogrodu, dla wszystkiego, co cywilne. Nie wiedział
tylko, kto mógłby zostać ową silną ręką.
- Czy ma pan kandydaturę? - spytał.
- Myślałem, że... któryś z wielkich książąt...
- Sergiusz Michajłowicz? - car uśmiechnął się blado, pragnął bowiem sprowokować Aleksiejewa, by
wymienił on Mikołaja Nikołajewicza, rzeczywiście jedynego spośród wielkich książąt, który mógłby
wziąć w garść cywilną hałastrę. Aleksiejew wiedział oczywiście, że kandydatura Mikołaja
Nikołajewicza jest nie do przyjęcia dla carycy, która usunęła go z Kwatery Głównej w obawie, że
zapragnie on zaćmić jej małżonka.
- Co to, to nie - odpowiedział z uśmiechem Aleksiejew - łagodność Sergiusza Michajłowicza jest
powszechnie znana. - Następnie dodał niepewnie: - A zresztą, czy to musi być koniecznie wielki
książę? Czyż ziemia rosyjska jest już tak uboga, że nie znajdzie się na niej ludzi z silnym charakterem
i wysokim stopniem wojskowym? Znajdziemy ich. Wasza Cesarska Mość, na pewno znajdziemy.
- Dobrze... - Car spojrzał na generała, którego twarz była jak zawsze surowa. - Czy może mi pan
przedstawić na piśmie swoje propozycje w tym względzie? Całą, że tak powiem, konstrukcję owej
władzy, o jakiej pan myśli.
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość, uczynię to niezwłocznie - wyskandował generał i wyprostował się,
stając na baczność.
Car skinął głową i ruszył dalej alejką. Aleksiejew szedł z boku, o pół kroku za nim. Na zakręcie alejki
przylgnął do drzewa wartownik; obydwaj udali, że go nie widzą.
Car zerwał listek z brzozy, roztarł go w palcach i powąchał:
- Pachnie łaźnią - zaśmiał się cicho. - Jakaż to cudna rzecz - łaźnia. Michale Wasiljewiczu. Nie
zapomniał pan łaźni, odkąd korzysta pan z wanny? Bo ja już zapominam. Ostatni raz byłem w łaźni.
Boże, kiedyż to było... no tak, jeszcze kiedy odbywałem staż w pułku. A u Finów, jak mówią, łaźnie są
zupełnie inne, bez wody. To śmieszne - łaźnia bez wody. Jakże oni się tam myją? - Car znów powąchał
roztarty listek. - Nie, panowie, nie ma to jak łaźnia rosyjska...
Aleksiejew słuchał go z uwagą i pełnym szacunku uśmiechem, dziwiąc się w duchu, jak car potrafi
momentalnie wyłączyć się ze wszystkiego, zapomnieć o wszystkich sprawach. I to jakich sprawach!
Tak czy inaczej, Aleksiejew nie miał już możliwości kontynuowania rozmowy o tej najważniejszej.
W trzy dni później Aleksiejew wręczył Mikołajowi swój memoriał i chociaż na pierwszej stronicy
znajdował się stempel „Ściśle tajne“ w chwili, kiedy dotarł on do rąk cara, wiele osób znało już jego
treść. Prawdopodobnie najwcześniej zapoznał się z nią generał Williams. Williams sam już myślał
o dyktaturze wojskowej jako sposobie ocalenia Rosji, najbardziej aktywnego sojusznika w wojnie,
skoro więc powstał taki projekt, i to powstał z inicjatywy samych Rosjan, uznał za stosowne
niezwłocznie powiadomić cara o własnej opinii na ten temat.
Przy śniadaniu, kiedy car napomknął w rozmowie z Aleksiejewem, że nie może zrozumieć stanowiska
Dumy w sprawie ziemstw, Anglik, nie przejmując się wcale, iż narusza zasady etykiety, odezwał się
głośno:
- Nam jeszcze trudniej to zrozumieć...
Car zwrócił się ku niemu z zastygłą twarzą - nie można już doprawdy porozmawiać spokojnie o swoich
sprawach, natychmiast musi się ktoś wtrącić...
- Czego nie może zrozumieć nasz przyjaciel generał Williams? - spytał Mikołaj po angielsku, jakby
chciał odwrócić jego uwagę od rozmowy, którą prowadził z Aleksiejewem.
- Wasza Cesarska Mość zna już moją niepoprawną otwartą żołnierską duszę.. - ciągnął Williams
łamaną ruszczyzną, zdając się nie dostrzegać niezadowolenia na twarzy cara. - Ja uważam. Wasza
Cesarska Mość, że władza wojskowa powinna być wszędzie!
- Pańska myśl nie jest oryginalna - odparł car po rosyjsku i odwrócił się w stronę Aleksiejewa.
Ale generał Williams zrobił już swoje - chodziło mu jedynie o to, by car zdawał sobie sprawę, że
generał Aleksiejew ma poważnych sojuszników, którzy podzielają jego zdanie. Jeszcze dziś zawiadomi
o tym Londyn...
Kiedy memoriał Aleksiejewa przepisywano na maszynie w kancelarii sztabu, zapoznał się z nim
generał świty jego cesarskiej mości Wojejkow. Ten bezczelny obibok pętał się cały czas w pobliżu
cara, chociaż ze względu na pełnioną przezeń funkcję komendanta pałacu jego obecność w Kwaterze
Głównej wcale nie była konieczna. Jeśli nie liczyć tego, że car polecił mu również sprawować nadzór
nad propagowaniem sportu w szeregach armii i wśród ludności cywilnej... Stanowisko zaś
komendanta pałacu nie wymagało od generała żadnej pracy. Gospodarstwem pałacowym łącznie
z ochroną budynków zajmowało się wielu innych funkcjonariuszy. Według przepisów żadne z dwóch
stanowisk Wojejkowa nie dawało mu jakichkolwiek uprawnień wojskowych czy cywilnych, a więc
administracyjnych, jednakże niemal wszyscy dostojnicy państwowi zabiegali o jego względy. Wielcy
kombinatorzy finansowi, załatwiający poprzez niego swoje interesy, hojnie wynagradzali generała.
A miał on w tym zakresie ogromne możliwości, gdyż był stałym partnerem cara, kiedy ten miał ochotę
na wódkę; monarcha uważał Wojejkowa za człowieka szczerego, bezinteresownego i oddanego mu
bezgranicznie...
Tego ranka generał Wojejkow z podpuchniętymi oczyma, czerwonym nosem i niechlujnie zwisającymi
wąsami (rozśmieszał carową do łez, kiedy demonstrował jej, jak po jedzeniu wytrząsa z wąsów
okruszyny), zirytowany i zmęczony kacem snuł się bez celu po Kwaterze Głównej i w kancelarii
natknął się na przepisywany właśnie memoriał Aleksiejewa o dyktaturze wojskowej.
Była to wstrząsająca wiadomość. Ale kogo zamierzają mianować dyktatorem? Powinien to być
wojskowy, ale kto, kto mianowicie? Oznacza to, że w otoczeniu cara pojawi się jeszcze jeden generał,
i do tego posiadający nieograniczoną władzę! Dla Wojejkowa nie wróżyło to nic dobrego. Na
wszystkich pojawiających się w otoczeniu cara wojskowych patrzył z jednego punktu widzenia; jak
ten człowiek odniesie się do niego, czy nie odsunie go od monarchy? I jeśli poczuł niebezpieczeństwo
tego rodzaju, to kiepski był los owego wojskowego; generał Wojejkow zawsze potrafił znaleźć
odpowiedni moment, ażeby szepnąć carowi odpowiednie słówko...
W trzy dni później generał Wojejkow wyjechał z Kwatery Głównej do Carskiego Sioła po sprzęt
myśliwski cara. W parku koło Kwatery pojawiły się wrony, a Najjaśniejszy Pan uwielbiał strzelanie do
tych ptaków. Ta wyprawa po strzelby była Wojejkowowi bardzo na rękę. Nie, nie, on sam nie powie
carycy ani słowa o projekcie Aleksiejewa, ale wie, że właśnie ona powinna przede wszystkim usłyszeć
tę wiadomość. Kto jej to powie? Sprawa nie jest prosta. Jeśli Aleksiejew dowie się, nie daj Boże, kto
doniósł o wszystkim carycy, będzie źle. Aleksiejewa słucha nawet car.
4
Wojejkow przekazał wiadomość okrężną drogą i dotarła ona do carycy, kiedy sam Wojejkow wrócił
już do Kwatery Głównej. Do ambasady angielskiej wiadomość ta dotarła via Londyn, a tam przesłał ją
generał Williams. Londyn niezwłocznie zwrócił się do swej ambasady w Piotrogrodzie z zapytaniem,
co wie i co sądzi o tym wieloletni ambasador jego królewskiej mości sir George Buchanan.
Buchanan zdawał sobie sprawę, że odpowiedzieć Londynowi można tylko wówczas, jeśli będzie się
wiedziało z całą pewnością, kto zostanie dyktatorem. Aby uzyskać tę informację, zaangażowano
wszystkie siły ambasady, była to bowiem kwestia historycznej wagi.
Gieorgij Maksimowicz Grubin doskonale rozumiał, jakim nieszczęściem dla Niemiec byłoby
pojawienie się w Rosji silnej władzy, podczas gdy wszystkie rachuby niemieckiego sztabu generalnego
związane były właśnie z całkowitym rozkładem władzy i państwa. Wojna mogła się przeciągnąć, a to,
poza wszystkim innym, odsuwało w niewiadome powojenne życie Grubina, życie w spokoju
i dostatku, które wydawało mu się tak bliskie.
Grubin natychmiast skontaktował się z Manusem. Porozumieli się telefonicznie i spotkali w cukierni
Hammera na Newskim, gdzie przed południem zbierali się zazwyczaj bywalcy giełdy. Gra na giełdzie
była zakazana i transakcje omawiano, gdzie popadło; szczególnie popularnym miejscem stały się
właśnie cukiernie na Newskim.
Po południu zaś, kiedy spotkali się tam Grubin i Manus, cukiernię zapełniała jej zwykła klientela - były
to przeważnie starsze panie i gimnazjalistki.
Siedzieli przy maleńkim stoliku w głębi sali, gdzie panował półmrok. Pomarańczowe światło stojącej
na stoliku lampki wydobywało z półmroku dużą, nalaną twarz Manusa i odbijało się migotliwym
blaskiem w okularach Grubina.
...Zdaje pan sobie sprawę, co znaczy dla nas dyktator wojskowy posiadający nieograniczoną władzę
na zapleczu? - mówił cicho Grubin swym równym głosem bez żadnej modulacji, nie zdradzając
swojego niepokoju, lecz starając się zasiać niepokój w duszy bankiera. - Będzie to przede wszystkim
oznaczało kontrolę nad wszelkimi sprawami finansowymi. Powiedziano mi, że dyktator wojskowy
będzie zatwierdzał każdą transakcję, której wartość przekroczy dwadzieścia tysięcy rubli.
Nikt mu tego nie mówił, ale Grubin znał słaby punkt Manusa.
- Nie chce mi się w to wierzyć - równie cicho odpowiedział Manus. - Wynikałoby z tego, że będzie
dwóch carów i obydwaj z nieograniczoną władzą. To niemożliwe.
- No cóż, poczekamy, zobaczymy... - rzucił Grubin obojętnie i potoczył wzrokiem po przytulnej salce;
po chwili dodał; - Mnie z moimi transakcjami nic nie zagraża. - Milczeli jakiś czas. Manus myślał.
Wiadomość, którą usłyszał od Grubina, nie wydawała mu się szczególnie istotna, przede wszystkim
zaś uważał, że nie ma powodu do niepokoju, gdyż ma za sobą Protopopowa, a z nim carycę. A Grubin
przestraszył się po prostu; zawsze zresztą był przesadnie ostrożny. Bankier spojrzał w powiększone
przez okulary oczy Grubina i uśmiechnął się protekcjonalnie;
- Przyśniło się panu niebezpieczeństwo.
Grubin poprawił okulary na nosie i nie unikając wzroku Manusa zapytał z niepokojem:
- Czyżby pan nie rozumiał, w jakiej sytuacji znajdzie się rząd? - Zdjął okulary, włożył je do rogowego
futerału i spoglądając na dwie gimnazjalistki szczebiocące przy stoliku pod oknem rzekł: - Wydaje mi
się, Ignatiju Porfiriewiczu, że nigdy nie opowiadałem panu snów, zaś moje rady, śmiem sądzić, nie
zawsze były dla pana bezużyteczne... na jawie...
- Niechże się pan nie obraża, może nie zastanowiłem się w pierwszej chwili... Proszę, niech pan
wyłoży wszystko bez ogródek...
- W świetle tej sytuacji... - zaczął Grubin z namysłem - przecenia pan możliwości Protopopowa, który
również znajdzie się pod kontrolą. Zresztą i znana panu dama może być pozbawiona swej
dotychczasowej władzy. A nuż ten przyszły dyktator okaże się krnąbrny i nie zechce słuchać jej rad?
Manus patrzył na Grubina niewidzącym wzrokiem i obracał na palcu sygnet z krwawnikiem. Grubin
wiedział już, że Manus myśli... podejmuje decyzję.
- Dziękuję. Gieorgiju Maksimowiczu... - Nakrył swą ciężką dłonią rękę Grubina. - Czy mam wystawić
czek? - I roześmiał się.

W połowie lipca car otrzymał długi list protestacyjny od rady ministrów podpisany przez Stürmera.
Zawierał on dwie strony argumentów przeciwko projektowi generała Aleksiejewa; wyglądało na to,
że odrzucają go wszyscy działacze polityczni i społeczni Rosji z Dumą na czele.
Przeczytawszy list, Aleksiejew rzekł do cara:
- Trzymają się swoich nawyków, jakby to było coś wiecznego.
- Ale kogo, kogo dać na to stanowisko? - spytał car niecierpliwie.
Aleksiejew wyczuł, że monarcha już się waha.
Pomysł ten ostatecznie przestał dla cara istnieć w kilka dni później, kiedy otrzymał list od żony.
„Mój ukochany aniele! - pisała. - Jest już pół do pierwszej i dopiero przed chwilą się położyłam, ale
chcę zacząć list dopóki pamiętam jeszcze rozmowę z Stürmerem...“ I dalej: „Biedaczysko był strasznie
zdenerwowany pogłoskami, jakie doszły do niego przez osoby, które były w Mohylewie, a kiedy
Rodzianko napadł na niego, zupełnie stracił głowę. Podobno przewiduje się dyktaturę wojskową z
Sergiuszem M. na czele, zmianę ministrów i tak dalej. I dureń Rodz. zaczął go atakować pytając
o zdanie w tej kwestii i tak dalej. Stürmer odpowiedział, że nic o tym nie wie i dlatego nie może mieć
żadnego zdania. Pocieszyłam go mówiąc, że nic mi o tym nie pisałeś, że nigdy nie mianowałbyś na
takie stanowisko wielkiego księcia, a już w żadnym wypadku S. M., który ma wystarczająco dużo
spraw, które powinien doprowadzić do porządku.“
W dalszym ciągu listu caryca znów powracała do tej kwestii i podkreślała, że wprowadzenie takiego
stanowiska „postawiłoby ministrów w niezręcznej sytuacji“.
Ostatni cios projektowi Aleksiejewa zadał jednakże komendant pałacu generał Wojejkow. Car wezwał
go do siebie przed obiadem, aby wypić z nim po kieliszku. Generał był chmurny, udawał nawet, że nie
ma ochoty na wódkę...
- Czy pan jest chory? - zaniepokoił się car.
- Jestem zdenerwowany - odparł ponuro Wojejkow.
- Co się stało?
- Słyszałem rozmowy o nowym dyktatorze dla Rosji i myślę o tym, jak krótka jest pamięć ludzka.
Mieliśmy już przecież takiego drugiego dyktatora, który chciał zostać pierwszym - naszego wielkiego
księcia Mikołaja Nikołajewicza. Przecież tak było. Wasza Cesarska Mość! Dzięki Bogu usunięto go
w porę. A teraz znowu zaczyna się wszystko od początku.
Car nie odpowiedział, zamyślił się. W tym momencie projekt generała Aleksiejewa przestał istnieć
i zamienił się w końcu w nonsensowne zarządzenie cara, zgodnie z którym czymś w rodzaju dyktatora
z ograniczonymi uprawnieniami został premier Stürmer, aczkolwiek już przedtem nie mógł się uporać
ze swymi dotychczasowymi odpowiedzialnymi obowiązkami, jako iż cierpiąc na uwiąd starczy nie był
w stanie zrozumieć najprostszych rzeczy... Wkrótce zresztą został usunięty...
Tak toczyły się sprawy w najwyższych sterach władzy państwowej, kiedy żołnierze rosyjscy ginęli na
wszystkich frontach za cara i ojczyznę...

Rozdział dziewiętnasty

1
Karl Perin pojawił się w stolicy rosyjskiej zimą 1913 roku. Wynajął w Grand Hotelu dwupokojowy
apartament i umieścił na drzwiach skromną wizytówkę: „Doktor Karl Perin“.
W kilka dni później w gazecie „Nowoje Wriemia“ pojawiło się ogłoszenie: „Doktor K. Perin
przepowiada przyszłość. Wiedza okultystyczna według najnowszych osiągnięć. Nauka o rozumie.
Koncentracja magnetyczna (nie mylić z hipnozą).“
Wypisawszy adresy z informatora „Cały Piotrogród“, Perin rozesłał setki listów na temat swych
umiejętności i zawiadamiał, że z jego przepowiedni korzystały koronowane głowy, wśród nich król
angielski oraz królowa belgijska, i że przepowiednie te sprawdziły się co do joty.
W wielkoświatowych salonach Piotrogrodu pojawił się wkrótce pasjonujący temat do rozmów:
niezwykły przepowiadacz przyszłości Karl Perin. Z ust do ust przekazywano sobie opowieści o jego
przepowiedniach, które znalazły pełne potwierdzenie w rzeczywistości.
...Monsieur Perin stał się osobliwością salonów arystokratycznych, mówił o nim „cały Petersburg”, nic
więc dziwnego, iż Protopopow zapragnął go poznać - zawsze miał skłonności do wszelkiej mistyki.
Cierpiąc na nieuleczalną chorobę zwracał się już niejednokrotnie do najrozmaitszych cudotwórców
i uzdrowicieli, a nawet do wróżek. W kręgach przemysłowców rosyjskich uchodził za sprytnego
człowieka interesu, któremu wszystko się udaje, ale jeśli zdarzyło się, że kot przebiegł mu drogę -
stawał i liczył do stu trzynastu albo zawracał. Jednakże do jesieni 1915 roku Protopopow nie spotykał
się z Perinem i później przyznał mu się w rozmowie, że starał się uniknąć tej znajomości w obawie, iż
Perin przepowie mu jakieś nieszczęście a nawet śmierć.
Przepowiadającym przyszłość panem Perinem zainteresował się kontrwywiad rosyjski niemal
natychmiast po jego przybyciu do stolicy. Perin mówił o sobie, że jest obywatelem Republiki
Francuskiej, ale paszport miał amerykański, w rozmowach zaś najchętniej używał niemieckiego.
W karcie rejestracyjnej wypełnionej przy przekraczaniu granicy napisał w rubryce „Cel przejazdu“:
„Publiczna demonstracja doświadczeń magnetycznych w celach zarobkowych“, jednakże wynająwszy
drogi apartament w hotelu piotrogrodzkim, nie urządzał nigdy żadnych wystąpień publicznych.
Największe podejrzenia nasuwało to, że zaczął się obracać w określonych kręgach i tylko tam
wygłaszał swoje przepowiednie - byli to z reguły ludzie zajmujący wysoką pozycję, związani
z instytucjami państwowymi, partiami politycznymi bądź kołami wojskowymi. Warto dodać, iż nie
dysponowali najczęściej jakimś większym majątkiem.
Kiedy wybuchła wojna, Karl Perin zaczął wszelkimi sposobami podkreślać swą lojalność i wierność
wobec trójprzymierza i wpłacił 300 rubli na rachunek bieżący Czerwonego Krzyża, nie omieszkawszy -
rzecz jasna - ogłosić tego faktu w gazecie. W pierwszych dniach wojny odwiedził też ambasadę
francuską, gdzie zostawił list, w którym oświadczył, że zgłasza się na ochotnika do armii francuskiej
i gotów jest na pierwsze wezwanie wyruszyć do Francji. List ów pozostał bez echa - nawiasem
mówiąc, Perin nie podał w nim nawet swego adresu.
Teraz ze szczególnym uporem starał się nawiązać znajomości w kołach wojskowych. Kontrwywiad,
wiedząc o zainteresowaniu, jakim cieszy się „wróżbita” w najwyższych sferach stołecznych, uspokoił
się dopiero wówczas, kiedy Perin wyjechał. Żandarmeria graniczna otrzymała rozkaz, aby nie
wpuszczać go więcej do Rosji...
Wyjechał pod koniec roku 1915 wkrótce po tym, jak z jego usług skorzystał Protopopow.
2
Perin podyktował wtedy Protopopowowi wykaz szczęśliwych i nieszczęśliwych dla niego dni.
I składając później zeznania przed Komisją Śledczą Rządu Tymczasowego Protopopow twierdził, że
owe dni pomyślne i fatalne przepowiedział mu Perin zdumiewająco dokładnie. Najważniejsza
wszakże była przepowiednia wielkiej kariery na niwie państwowej.
Wróżbita osiadł tymczasem w Szwajcarii i tu dowiedział się, że jego admirator został ministrem spraw
wewnętrznych Rosji. Od tej chwili zaczyna się nowy etap w ich stosunkach.
Pewnego dnia Protopopow otrzymał od niego list pełen niepokoju. Jakieś spóźnione fluidy kazały
wróżbicie natychmiast uprzedzić Protopopowa, że są nowe dni w miesiącu, które mogą być dlań
bardzo niebezpieczne. Ale może mu je podać jedynie osobiście. Dalej Perin pisał:
„...Wybrałem pana dlatego, że wiem, iż jest pan tego godzien, dlatego, że uwierzyłem w pana i w
pańską przyszłość i przeprowadzałem doświadczenia z wielkim powodzeniem; jeszcze większe
powodzenie czeka pana w przyszłości: stanowisko, tytuł, wielkość, wszystko to osiągnie pan wkrótce,
pod pańskimi rządami powstanie nowa, silna i szczęśliwa Rosja i chociaż pańska droga nie zawsze
będzie usłana różami, praca będzie trudna i męcząca, jednakże przezwycięży pan wszelkie przeszkody
i wszelkie trudności, jakie czekają męża stanu. Twierdzę, że zrealizuje pan swe ambitne marzenia
w całej pełni i czeka pana nawet coś więcej, niż się pan spodziewa, ale nie ma róży bez kolców
i obawiam się, że ulegnie pan chorobie między listopadem roku bieżącego a wrześniem 1917...“
„...W samej rzeczy posiadam siłę, ale jest konieczne, aby pan dopomógł w ziszczeniu się mych
nadziei, i tylko pod tym warunkiem przybędę, że zaś potrzebuje mnie wielu ludzi, prosiłbym
o zawiadomienie mnie o tym w ciągu miesiąca. Rozumie się samo przez się, iż czy przyjadę do waszej
ekscelencji, czy nie - wszystko to zostanie między nami, podobnie jak i to wszystko, co związane jest
z moją osobą w wypadku, jeśli tam będę.“
I wreszcie Perin oznajmiał, że ma niejasne przeczucie, iż powinien teraz być w Rosji w pobliżu
Aleksandra Dmitrijewicza, aby poświęcić się bez reszty poznaniu jego losów i odwrócić od niego klęski
i nieszczęścia, które gromadzą się za jego plecami. Uczucie to opanowało go tak mocno, że wyrusza
do Rosji, ponieważ jednak spodziewa się komplikacji przy załatwianiu formalności związanych z ową
podróżą, prosi Protopopowao pomoc i wydanie odpowiednich poleceń swemu resortowi...
Protopopow niezwłocznie wydaje takie polecenie naczelnikowi departamentu policji Wasiljewowi.
Wszelako rzeczone polecenie (nie wykonane) znalazło się w rękach kontrwywiadu. Widocznie
Wasiljew lepiej niż Protopopow wiedział, kim jest Perin, a że nie mógł odwołać tego polecenia sam,
więc przerzucił sprawę do kontrwywiadu. Tam zaś oficer wydziału operacyjnego Sosnowski
konstatuje: „Ze względu na posiadane dane... nie może być mowy o wydaniu panu Perinowi
zezwolenia na powrót...“
Z dokumentem tym naczelnik departamentu policji Wasiljew udaje się do Protopopowa. Sytuacja jest
kłopotliwa - Wasiljew nie zamierza się przyznawać, że polecenie ministra skierował do kontrwywiadu.
Całą rozmowę należy więc pozbawić charakteru oficjalnego i sprowadzić do wskazówek i rad
wyłącznie przyjacielskich, półprywatnych...
Oto jak przedstawił to później Protopopow Komisji Śledczej Rządu Tymczasowego we własnoręcznie
napisanym zeznaniu:
„Do Pana Przewodniczącego Najwyższej Komisji Śledczej Zeznanie uzupełniające Kontakty z Perinem
(20 kwietnia)
17

1. Mój telegram do Perina był odpowiedzią na jego depeszę: «Czy otrzymał pan mój list?»
Odpowiedziałem, że list otrzymałem, dziękuję. Czy dodałem w depeszy, że czekam na
następny list - nie pamiętam dokładnie, ale mogłem dodać, ponieważ bardzo interesowałem
się jego przepowiedniami.
2. List jego leżał u mnie na biurku, dotyczył lutego i zawierał wykaz dni, w których powinienem
być ostrożny, oraz zapowiedź kontynuowania przepowiedni.
Nie zapobiegłem dalszej korespondencji z jego strony za pomocą kategorycznej depeszy, lecz
posłałem mu swą odpowiedź, że jego przyjazd jest niemożliwy ze względów wojskowych,
ponieważ nie zdawałem sobie sprawy z sytuacji po rozmowie z Wasiljewem, który
przedstawił mi rzecz nader oględnie, mniej więcej tak: «Lepiej odłożyć tę sprawę (przyjazd

17
20 kwietnia 1917 roku: jest to data złożenia zeznań (przyp. aut.).
Perina do Rosji), jego wizyta w czasie wojny nie jest wskazana.» Spytałem: «Czy chodzi o coś
poważnego?» «Nie, ale lepiej odłożyć, nie nalegać.» Po tej rozmowie poleciłem wysłać mu
odpowiedź, którą zredagował kierownik kancelarii Pisarienkow. Jego wersję «Vôtre arrivée
impossible» zmieniłem w jego obecności, dodając po rosyjsku «ze względów wojskowych»,
a może «ze względu na stan wojenny, po wojnie dam znać». Tłumaczenie kancelarii kończyło
się na «donnerai nouvelles ultérieurement». Depesza została wysłana w tej wersji, wyrażenie
«dać znać» przetłumaczono jako «donnerai nouvelles».
3. Perina widziałem tylko raz podczas przepowiedni pod koniec roku 1915
18
, nigdy więcej go nie
spotkałem. Uważałem go za Amerykanina.
A. Protopopow...“
Nie otrzymawszy zezwolenia na wjazd do Rosji, Perin przez dłuższy czas przebywał w Sztokholmie
i niemal codziennie, a przy tym całkiem jawnie, odwiedzał ambasadę niemiecką.
Wywiady Anglii i Francji, zaniepokojone sprawą Perina i jego kontaktami z Protopopowem, zajęły się
bliżej osobą wróżbity i otrzymane informacje przekazały niezwłocznie swym rosyjskim kolegom. I tu
właśnie znajdujemy wiele ciekawych rzeczy...
„...Przedstawiciel ambasady amerykańskiej wyraził wątpliwość co do tego, iż Perin jest
Amerykaninem, i sformułował przypuszczenie, że jest on szpiegiem niemieckim...“
„...Rozmawiając zawsze po niemiecku, Perin starał się rozpowszechniać fałszywe wieści na korzyść
Niemiec i swoim zachowaniem sugerował, iż nie jest obywatelem amerykańskim, lecz poddanym
niemieckim, który zajmuje się szpiegostwem; korespondencję otrzymywał z Danii oraz z Helsinek,
pokazywał też pewien list z Niemiec... zawierający groźby pod adresem Rosji...“
„...Według informacji posiadanych przez kontrwywiad angielski... Karl Perin jest obywatelem
amerykańskim pochodzenia austriackiego, podaje się za chiromantę, prezentuje typ
«niebezpiecznego cwaniaka», wskazany został wywiadowi angielskiemu jako podejrzany z
Piotrogrodu; narzeczona czy też kochanka Perina - Goetgeburre, mieszka w Piotrogrodzie.
O kobiecie tej, poddanej belgijskiej Adelajdzie Goetgeburre, zamieszkałej obecnie w Piotrogrodzie,
wywiad angielski otrzymał dodatkowe informacje, że zniknęła ona niedawno ze Sztokholmu, gdzie
żyła z Austriakiem, naturalizowanym Amerykaninem, prowadzącym ożywioną kampanię na rzecz
pokoju separatystycznego...“
„...Według informacji otrzymanych ze Szwecji - Perin jest Żydem z Austrii naturalizowanym w
Ameryce; w Sztokholmie jest respondentem rosyjskiego ministra Protopopowa i jego pośrednikiem
w pertraktacjach w sprawie pokoju separatystycznego. Nie ukrywa, iż znajduje się na żołdzie
niemieckim. Korespondencja między Protopopowem a Perinem prowadzona była do niedawna za
pośrednictwem poczty dyplomatycznej obsługującej misję rosyjską w Sztokholmie...“
„Według danych kontrwywiadu francuskiego, do osób działających pod jego (Perina!)
zwierzchnictwem, można zaliczyć między innymi bankiera Wartburga z Hamburga
19
, w towarzystwie
którego widuje się Perina...“ Nie ulega zatem najmniejszej wątpliwości, kim był de facto uczony
„przepowiadacz przyszłości“ Karl Perin, za co i w imię czego tak mocno pokochał rosyjskiego ministra
spraw wewnętrznych.

18
Nie jest to prawda: widzieli się kilkakrotnie (przyp. aut.).
19
Chodzi o tegoż Wartburga, z którym Protopopow spotkał się w Sztokholmie wracając z podróży po Europie
(przyp. aut.).

Rozdział dwudziesty

1
- Teraz już wiem, że moim głównym wrogiem jest Duma - rzekł car do Protopopowa po wysłuchaniu
jego kolejnego raportu o sytuacji w Piotrogrodzie.
Protopopow milczał, pochyliwszy nisko głowę.
Najdrobniejsza wzmianka o Dumie wprawiała cara w fatalny nastrój. Przeklinał dzień, kiedy podpisał
ukaz o powołaniu Dumy, przeklinał doradców z ówczesnym premierem Wittem na czele, którzy
zapewniali go, że powołanie Dumy uratuje monarchię przed zbuntowanym motłochem. To nie Duma
powinna była skończyć z buntem, lecz policja i gwardia. Tak jak to robił Stołypin.
Ostatnio car po prostu nie może zrozumieć, komu służą ci ludzie z Dumy. Napawa go obawą, przykład
Protopopowa. Przecież on także jest stamtąd. Był tam jednym z najważniejszych, drugim po
Rodziance, tymczasem zaś okazało się, że jest bardzo miłym człowiekiem i - co najważniejsze -
niezbędnym i użytecznym dla monarchii. I prędziutko z nią zerwał, napluł na tę swoją Dumę. To
znaczy, że nie było tam dlań nic świętego. A inni? Inni to dla cara nie więcej niż jakieś dziesięć
nazwisk: Rodzianko, Milukow. Puryszkiewicz, Szulgin i jeszcze kilku, którzy najczęściej włażą na
trybunę i wygłaszają zuchwałe, niebezpieczne mowy. Doprowadzało go do wściekłości, że nikt
z członków Dumy nie próbował ściągnąć takich oratorów z trybuny, co więcej - na sali rozlegały się
oklaski. Car żądał od ministra, by ten - jest przecież ministrem spraw wewnętrznych - ustalił
dokładnie nazwiska tych, którzy klaskali.
Tym razem monarcha przyjmował Protopopowa w pokoju herbacianym. Siedzieli przy dużym stole
przykrytym płóciennym obrusem ozdobionym haftem krzyżykowym - car u szczytu, na honorowym
miejscu, minister zaś trochę z boku, musiał więc przez cały czas trzymać głowę zwróconą w stronę
cara, przez co rozbolał go kark. Szczególną trudność sprawiało mu schylanie głowy celem wyrażenia
szacunku, gdyż wówczas wrzynał mu się w podbródek wykrochmalony sztywno kołnierzyk. Mógłby go
już zwolnić - raport już złożył, więc o cóż jeszcze chodzi? W pobliżu cara stał na specjalnym stoliku
jego ulubiony kulisty samowar, dar miasta Tuły na jubileusz trzechsetlecia domu Romanowów.
Protopopow przez cały czas widział swoje karykaturalne odbicie na powierzchni samowara, co
doprowadzało go do wściekłości.
Car zaś ciągle rozmyśla nie wiadomo o czym... I nagle zaskakuje go pytaniem:
- Boi się pan Rodzianki i jego kompanów?
- Czegóż miałbym się bać... - zmieszał się Protopopow, nie mogąc się zorientować, do czego tamten
zmierza.
- Niech się pan z nimi spotka - rzekł car rozkazującym tonem. - Chcę wiedzieć, do czego oni wszyscy
mogą doprowadzić.
- Czy mam im przedstawić jakieś propozycje? - spytał Protopopow zupełnie zgaszony, nie miał
bowiem najmniejszego pojęcia, jak rozmawiać z przewodniczącym Dumy, który odwrócił się od niego.
- Ten ich postępowy blok. Czego oni chcą? Czego? - car patrzył z gniewem na swego ministra.
- Wasza Cesarska Mość, chcą władzy i niczego więcej - odparł Protopopow i po chwili milczenia dodał
ze smutkiem: - A w dodatku pragną mnie wykończyć...
- Przecież to pańscy niedawni sojusznicy... przyjaciele - rzekł car patrząc na ministra wyczekująco. -
Doprawdy, cóż z was za ludzie, panowie politycy?
- Jakaż może być przyjaźń między politykami. Wasza Cesarska Mość - tym samym smutnym tonem
odpowiedział Protopopow.
- No właśnie, Aleksandrze Dmitrijewiczu, jaka?
- Ta przyjaźń trwa tylko do pierwszego vacatu na stanowisku ministra, Wasza Cesarska Mość!
- To znaczy, że ci postępowcy też chcą władzy? - rzekł car triumfującym tonem. Wstał od stołu,
podszedł do okna i stał tam przez chwilę, patrząc na zmętniałą od deszczu szybę. Potem odwrócił się
i spytał przez ramię:
- A Rodziance potrzebny jest ten najważniejszy fotel, tak?
- I mój także - z cichym westchnieniem odparł Protopopow.
- Poważnie? - car wrócił do stołu, ale nie usiadł. - Czego jak czego, ale stanowiska ministra spraw
wewnętrznych żaden z nich nie zobaczy - powiedział twardo i dostrzegł na zarumienionej nagle
twarzy ministra głupkowaty błogi uśmiech. Patrząc na niego ze zdumieniem car zrobił krok w stronę
Protopopowa - czyżby rzeczywiście był nienormalny?
Protopopowi zrobiło się słabo, ogarniały go fale gorąca zwiastujące atak, w potylicy czuł łaskotliwe
pulsowanie. Uśmiechał się szeroko, starając się zebrać wszystkie siły, by przetrzymać fatalny
moment. Ostatnim wysiłkiem woli zmusił się, by nie opaść na oparcie fotela, wolnym ruchem
wyciągnął chusteczkę i spuściwszy nisko głowę przyłożył ją do spoconego czoła.
- Jestem nieludzko zmęczony. Wasza Cesarska Mość - rzekł cicho - ale spełnię wolę Waszej Cesarskiej
Mości. Spotkam się i porozmawiam z nimi. Wątpię wszakże, czy będą ze mną szczerzy. Wiedzą
doskonale, jak bardzo jestem oddany tronowi i Waszej Cesarskiej Mości. A przecież wszystkie ich
zamiary, choć tak się z nimi kryją, skierowane są przeciwko monarchii.
Protopopow mówił spokojnie, z niewzruszoną powagą i logiką w każdym słowie i car, który już zdążył
zapomnieć o jego dziwnym uśmiechu, rzekł łaskawie:
- Trzeba to zrobić, Aleksandrze Dmitrijewiczu. Wiem, ile to będzie pana kosztowało, ale trzeba...
trzeba...
2
Z pomysłu cara nie wyszło dla Protopopowa nic dobrego. Chytry Rodzianko zwabił go w pułapkę -
zaproponował spotkanie u siebie w domu mówiąc, że najpierw powinni porozmawiać we dwóch.
A kiedy Protopopow przyszedł, okazało się, że czeka już na niego z tuzin członków Dumy, prawie cały
blok postępowy: i Milukow, który był autorem jego przezwiska „kaftan Griszki“, i znany ze swej
złośliwości Szulgin, i uczony pięknoduch Szyngariow, i hrabia Kapnist - diabelnie przebiegła bestia bez
Boga w sercu, i Engelhardt ze swoją wielkopańską pychą, i jeszcze jacyś inni, których później nie mógł
sobie przypomnieć, gdyż tak się zdenerwował, że nawet nie był w stanie nadążyć z odgryzaniem się
na ich obelgi.
Kiedy znalazłszy się w przedpokoju, zobaczył ich przez otwarte drzwi, jego pierwszą myślą była myśl
o natychmiastowej ucieczce, ale Rodzianko chwycił go za ramiona i wepchnął do gabinetu.
Zabrakło krzeseł, więc jedni siedzieli, drudzy stali. Protopopowa posadzono w fotelu stojącym w kącie
pod ikoną Archanioła Michała. Nie usłyszał żadnego słowa powitania.
- Słuchamy pana, Aleksandrze Dmitrijewiczu - zaczął Rodzianko nie wdając się w jakiekolwiek
uprzejmości.
Protopopow zwrócił się do niego:
- Michale Władimirowiczu, przygotowałem się na rozmowę tylko z panem... rozmowę szczerą...
w cztery oczy... i żeby nic nie wyszło poza ściany tego pokoju...
Na to zerwał się Milukow, i to tak gwałtownie, że o mało nie przewrócił fotela.
- Minęły już czasy sekretów! - zaczął głośno, jakby mówił z trybuny. - Wszystko jest jasne od dawna
i jasne dla wszystkich! I sądzę, że nie zamierzał pan mówić tu o swych sprawach prywatnych, a zatem
jest po prostu moim obowiązkiem poinformowanie swej frakcji w Dumie, jakież to rewelacje
przyniósł nam minister spraw wewnętrznych!
- W takim razie nie powiem nic... - Protopopow próbował wstać, ale ciało miał jakby z ołowiu. -
Pragnąłem rozmowy o charakterze koleżeńskim.
Milukow podbiegł do niego, pochylił się nisko i bryzgając śliną zawołał:
- Nie jest pan naszym kolegą! Idzie pan w jednym zaprzęgu ze Stürmerem, który pomaga wrogom
Rosji! A posadził pana na fotelu ministra Griszka Rasputin i to już panu wystarcza do szczęścia!
- Jeśli chodzi o Rasputina, to odpowiem panom - zaczął Protopopow i zawahawszy się chwilę dodał: -
Ale to tajemnica.
- Tajemnica poliszynela! - krzyknął Szyngariow.
- Bóg mi świadkiem, że chciałem dojść z panami do porozumienia, ale skoro uważacie mnie za wroga,
to nie ma o czym mówić...
Nastąpiła pauza. Członkowie Dumy wymienili spojrzenia. Wymuskany Szyngariow powiedział jak
zawsze wyszukanym stylem:
- Pragnęlibyśmy wyjaśnić kwestię, czy możemy być kolegami. Zaakceptować pana a priori jako swego
kolegę nie możemy. Pogłoski, że jest pan kreaturą Rasputina, wydają się odpowiadać prawdzie.
Wszedł pan w skład rządu, na którego czele stoi Stürmer, a tego nikt nie darzy w Rosji zaufaniem.
Wszakże oświadczył pan publicznie, iż program Stürmera jest pańskim programem, i potwierdza pan
to swoim postępowaniem. Nawet tutaj wolał pan przyjść nie w skromnym surducie, lecz w mundurze
resortu żandarmerii; musi pan przyznać, że ten uniform nie nastraja do koleżeńskiej pogawędki.
Proszę więc wytłumaczyć nam to wszystko... - Szyngariow siedział rozwalony w fotelu i przebierał
palcami, skończywszy zaś mówić zrobił zapraszający gest w stronę Protopopowa: - Słuchamy pana...
- Ja także powiem, co myślę... - Protopopow potoczył wzrokiem po zebranych. - Czyż można mówić
o koleżeńskiej rozmowie, jeśli od razu sadzacie mnie, panowie, na ławie oskarżonych? Co więcej, pan
Milukow grozi, że już jutro opublikuje moje słowa w prasie... - Umilkł, nie wiedząc, co mówić dalej;
myśli mu się plątały, jedna goniła drugą. Wreszcie podniósł głowę i zaczął podniesionym głosem: -
Rasputin nie ma nic wspólnego z moją nominacją! Byłem osobistym kandydatem cesarza, którego
poznałem teraz bliżej i pokochałem gorąco!
Patrzył na wszystkich ze złośliwym uśmieszkiem, jakby mówił: - dlaczegóż to nic się nie odzywacie,
gołąbeczki? No proszę, przyznajcie się, że nie kochacie Najjaśniejszego Pana... Milczycie? No to wam
jeszcze dołożę.
- Każdy mój krok w ministerstwie wiąże się z wykonywaniem woli Najjaśniejszego Pana.
Szulgin zakaszlał. Protopopow spojrzał na niego - no, co powiesz, łysa żmijo?
- Musimy przede wszystkim wyjaśnić sprawę naszych stosunków. Potępiałem pana publicznie i mogę
wszystko powtórzyć i teraz... Nie wiemy jednak, co o panu sądzić - czy jest pan męczennikiem, który
poszedł do ministerstwa po to, aby dokonać w nim jakichś postępowych reform, czy też jest pan
jedynie człowiekiem żądnym zaszczytów, któremu zaimponowało świetne stanowisko, nie bacząc na
to, iż zdaje pan sobie sprawę ze swej bezsilności. Kim pan jest naprawdę? Byli ludzie, którzy pana
lubili i szanowali, ale teraz stracił pan u nich kredyt zaufania... - Szulgin długo jeszcze mówił w tym
tonie, asekurując się wszakże słówkami w rodzaju „przypuśćmy“, „załóżmy“, „jeśli można wierzyć“...
Protopopow nie wnikał w sens wypowiedzi, lecz owe słówka docierały do jego świadomości i cieszył
się, że łysa żmija jednak się go lęka. Zresztą, do licha, wszyscy powinni się go bać! Przecież wiedzą, że
każde ich słowo może powtórzyć carowi jeszcze dziś...
- Jeżeli się tu mówi, że straciłem kredyt zaufania, to mogę udzielić na to odpowiedzi nie
w towarzystwie, lecz w cztery oczy, z pistoletem w ręku... - Ktoś z zebranych roześmiał się głośno, lecz
Protopopow nawet się nie odwrócił i ciągnął coraz bardziej podnosząc głos: - Co się zaś tyczy
stosunku społeczeństwa do mnie, to mam okazję wyrabiać sobie o nim zdanie codziennie od nowa,
kiedy przyjmuję cierpiących i pokrzywdzonych - jeszcze żaden z nich nie wyszedł ode mnie bez
pomocy. Ci ludzie cenią mnie. Wasze poparcie, panowie, jest mi oczywiście potrzebne, ale go nie
znalazłem. Więc cóż mogę zrobić? Pójdę dalej bez was, za to z moim ukochanym cesarzem.
Wypełniam jego wolę, ponieważ zawsze byłem monarchistą. Wy natomiast pragniecie wstrząsów,
zmiany ustroju państwowego, lecz próżne wasze nadzieje!
Protopopow stwierdził z satysfakcją, że jego sędziowie starają się nie patrzyć mu prosto w oczy -
czemuż to nagle zrobiliście się tak wstydliwi, drodzy panowie? Możecie opublikować moje
oświadczenie w jutrzejszych gazetach! Sparzyliście się, panowie?
I rzeczywiście, napięcie opadło wyraźnie, Milukow zaś uznał nawet za stosowne przeprosić za swój
podniesiony ton i oświadczył, że nie myślał poważnie o publikowaniu treści toczonej obecnie
rozmowy.
Dyskusja wygasła sama przez się. Protopopow rozumiał ponad wszelką wątpliwość, że nie może być
mowy o jego pogodzeniu się z blokiem i car również nie znajdzie z nimi wspólnego języka.
Świadomość owej wspólnoty poglądów, jaka łączyła go z carem, dodała mu pewności siebie tak
dalece, iż zerwał się z fotela i nie bardzo zdając sobie sprawę z wagi swych słów krzyknął:
- Jestem ministrem spraw wewnętrznych - karzącą ręką monarchy, a nie adwokatem dla liberałów,
którzy rwą się do władzy! Czym są wszystkie wasze uwagi na temat niedoskonałości władzy?
Podkopem pod monarchię i ja zajmę się tym jako minister!
- Niech się pan zastanowi, co pan mówi!
- Pan grozi reprezentantom narodu! Wybrańcom!
- Władza potrzebna jest tylko panu!
Protopopow nie mógł się zorientować, kto krzyczy, ale kiedy Kapnist, który podszedł do niego,
powiedział, że powinien natychmiast, póki nie jest za późno, zrezygnować ze stanowiska ministra,
odepchnął go i zawołał:
- Wbrew wszelkim krytykantom ja ocalę Rosję! Ocalę! Zobaczycie!
Nagłą ciszę, jaka zapanowała po tych słowach, przerwał spokojny głos Szyngariowa:
- Aleksandrze Dmitrijewiczu, jestem lekarzem i radzę panu iść do domu, zażyć lekarstwo i położyć się
do łóżka...
Protopopow nie pamiętał, jak stamtąd wyszedł. Przytomność wróciła mu dopiero na ulicy, kiedy
zobaczył w bramie tajniaka, który stał tu z jego rozkazu, oraz czekający na niego samochód...
Następnego dnia rano składał carowi relację ze swego wczorajszego spotkania; mówił rzeczowo,
spokojnie, lecz tak, aby cesarz zrozumiał w całej pełni, jaką ciężką walkę musiał tam stoczyć
w interesie samodzierżawia i jaki był nieprzejednany wobec wszelkich prób rzucenia cienia na święte
imię cara.
- Wasza Cesarska Mość, nie ma mowy o żadnym porozumieniu z nimi. Przez kilka godzin usiłowałem
tłumaczyć im, jak mądre są poczynania Waszej Cesarskiej Mości, ale gdzie tam, nawet nie chcieli
słuchać - oni chcą władzy i to takiej władzy, aby monarcha był zupełnie zbędny... - zakończył
znużonym głosem.
Car milczał długo patrząc gdzieś w bok, wreszcie z wolna przeniósł spojrzenie na swego wiernego
ministra:
- Widzę, że to było niełatwe, Aleksandrze Dmitrijewiczu... ale należało to zrobić... musieliśmy poznać
ich zamiary...
I to „musieliśmy“ było dla Protopopowa najwyższą nagrodą za wczorajsze ciężkie przejścia i jeszcze
jednym potwierdzeniem, że car jest po jego stronie i nie ma się czego obawiać.
3
Ambasador niemiecki w Szwecji von Lucius był doświadczonym dyplomatą i agentem wywiadu. Był
akredytowany w Albanii przy dworze księcia Wilhelma Wieda, przysłanego do tego kraju z Niemiec,
i należał do tych, którzy przygotowywali operację wyniesienia Niemca na tron albański. Pracował
również w Paryżu i w Sofii, a przez jakiś czas był radcą ambasady niemieckiej w Piotrogrodzie. Kiedy
przed samą wojną mianowano go ambasadorem w Szwecji, wzięto pod uwagę przede wszystkim jego
znajomość Rosji - wywiad niemiecki przewidywał z góry, że neutralna Szwecja może stanowić idealną
bazę wypadową do Rosji via Finlandia. Szef wywiadu niemieckiego podpułkownik Nicolai mówił już
po wojnie, że „gdyby nie było szwedzkiego korytarza, to sukcesy w naszej działalności przeciwko Rosji
byłyby nie do pomyślenia“...
Rezydenci wywiadu niemieckiego oraz jego agentury działały podczas wojny w Sztokholmie.
Göteborgu. Malmö i innych miastach Szwecji. Kanały wywiadu szły stąd do Rosji przez Finlandię,
Estonię i Łotwę. Główną postacią w tym rozległym gospodarstwie był w Sztokholmie von L.ucius.
Wysoki, szczupły, o pięknej twarzy zawsze gotowej do łagodnego, wzbudzającego sympatię
uśmiechu, w przeciwieństwie do innych dyplomatów odznaczał się swobodnym sposobem bycia
i chętnie opowiadał zabawne historyjki, w których występował zawsze w roli niefortunnego bohatera
popełniającego rozmaite gafy, co niezmiennie wywoływało wesołość. Wiele osób wiedziało jednak, że
była to z jego strony mądra i przebiegła gra... Działał nadzwyczaj ostrożnie, by nie dać powodu do
oskarżeń o poczynania niezgodne ze statusem dyplomaty. Kiedy zaistniała możliwość spotkania z
Protopopowem powracającym ze swej podróży po Europie, spotkania, które miało zapoczątkować
wielką operację prowokacyjną wywiadu niemieckiego, von Lucius w ostatniej chwili zmienił swą
decyzję o zobaczeniu się z rosyjskim mężem stanu osobiście i posłał agenta...
Ambasador rosyjski w Sztokholmie Niekludow toczył zdecydowanie nierówny pojedynek z von
Luciusem; usiłował prowadzić obserwację ambasady niemieckiej, uważał bowiem za swe
najważniejsze zadanie „ujawnienie - jak pisał w jednym z meldunków - prawdziwego oblicza
ambasadora niemieckiego Luciusa i jego personelu“. Nie dysponował jednak wystarczającą liczbą
doświadczonych pracowników, którzy mogliby uporać się z tym zadaniem. Później Lucius nazwie ową
działalność ambasadora rosyjskiego próbą schwytania aeroplanu za pomocą siatki na motyle.
Tego dnia ambasador von Lucius miał być obecny - z racji swego stanowiska - na uroczystym przyjęciu
u króla Szwecji. Przyjęcia te wyglądały nader oryginalnie - przedstawiciele dyplomatyczni walczących
stron spotykali się wspólnie w jednej sali. Pozostali dyplomaci uwielbiali obserwować najrozmaitsze
qui pro quo, jakie miały miejsce podczas owych spotkań, następnie zaś donosili o wszystkim swym
rządom. Von Lucius pozwalał sobie nawet na specjalne „zagrania pod publiczkę“ - chwytał spojrzenie
Niekludowa i uśmiechał się przy tym.
Dzisiejsze przyjęcie było von Luciusowi wyjątkowo nie na rękę, gdyż właśnie o tej porze miał przybyć
łącznik z Rosji, a spotkania z nim nie można było zlecić komuś innemu; nie dało się też przenieść go na
inny termin ani przesunąć nawet o minutę. Łącznik miał przybyć kursującym regularnie statkiem
fińskim i zejść zeń na chwilę podczas postoju w porcie, by następnie znów wrócić na pokład.
Sprawa była nadzwyczaj ważna - w Sztokholmie miał się zjawić nie jakiś zwykły agent, lecz
doświadczony pracownik wywiadu nazwiskiem Helmer, który wykonywał szczególnie odpowiedzialne
zadania. Został on zakonspirowany już dawno w charakterze pracownika fińskiego oddziału
Czerwonego Krzyża i od dłuższego czasu wypełniał poruczenia wyjątkowej wagi, utrzymując łączność
z agenturą niemiecką działającą w Piotrogrodzie; stamtąd też właśnie wiezie teraz informację
o wielkim znaczeniu, oczekiwaną w Berlinie z niecierpliwością i najwyższym niepokojem. Chodziło o
to, że jakiś czas temu nadeszła z Piotrogrodu wiadomość od tamtejszego agenta, jakoby car rosyjski
pod naciskiem generałów zamierzał wprowadzić w Rosji dyktaturę wojskową. Agent otrzymał
polecenie zajęcia się tą sprawą i miał natychmiast zawiadomić, czy informacja odpowiada prawdzie.
Niepokój Niemiec był całkowicie uzasadniony - nagle, ni z tego, ni z owego, wprowadza się w Rosji
dyktaturę wojskową, powstaje silna władza. Same Niemcy goniły już w tym czasie resztkami sił i z
trudem kontynuowały wojnę. Były więc powody do obaw. Von Lucius otrzymywał codziennie
szyfrogramy z Berlina, który domagał się natychmiastowego wyjaśnienia sprawy.
Dzisiaj Lucius będzie mógł wreszcie odpowiedzieć. Sam zresztą też był bardzo zdenerwowany - co
zawiera meldunek z Rosji?
O wyznaczonej godzinie Lucius zjawił się w pałacu królewskim, pokazał się wszystkim oficjalnym
osobistościom, które powinny były wiedzieć, że jest na przyjęciu, następnie zaś opuścił je
niepostrzeżenie i pospieszył do portu.
Helmer zszedł po trapie na przystań i jak zawsze skierował się do portowego sklepiku, w którym
sprzedawano gazety oraz wszelkiego rodzaju pamiątki ze Szwecji. Lucius poszedł za nim. Obydwaj
mieli w rękach identyczne paczuszki zawinięte w niebieski papier. W sklepiku odbyła się stara jak
świat procedura zamiany paczuszek. Helmer, położywszy swoją na ladzie, zaczął grzebać w stosie
drobiazgów. Lucius zaś, umieściwszy swoją tuż obok, zainteresował się gazetami. Potem każdy z nich
wziął paczuszkę partnera i wyszli razem. Przez jakiś czas szli obok siebie w milczeniu.
- Jak tam handlarz? - zapytał Lucius o agenta.
- W porządku; to solidna firma - uśmiechnął się Helmer.
- Jak wygląda Piotrogród?
- Na szczęście źle.
I rozstali się. Helmer wrócił na pokład statku, a Lucius udał się do ambasady. Tam niecierpliwie
otworzył paczuszkę i przeczytał meldunek. Agent donosił, że pomysł wprowadzenia dyktatury
wojskowej został storpedowany przez carycę i rząd Stürmera.
L.ucius niezwłocznie wysłał szyfrogram do Berlina, po czym wrócił do pałacu królewskiego.

Rozdział dwudziesty pierwszy

1
Ferdynand Krüge, podobnie jak Grubin, był od dawna agentem wywiadu niemieckiego i zajmował się
głównie szpiegostwem gospodarczym. Jeszcze pod koniec roku 1914 zainteresował się nim
kontrwywiad rosyjski. Podejrzenia wzbudzała natarczywość owego handlowca, z jaką podczas
zawierania każdej transakcji domagał się danych dotyczących gałęzi przemysłu bądź
przedsiębiorstwa, z którymi bezpośrednio lub pośrednio związana była owa transakcja. Ustalono przy
tym, że po uzyskaniu interesujących go danych Krüge wycofywał się najczęściej z transakcji,
tłumacząc swą decyzję nierentownością obiektu i brakiem nadziei na zysk. Podejrzenia wzmagały
także jego bliskie kontakty z proniemieckim bankiem „Junker i Co.“.
Jednakże kontrwywiad wojskowy doszedł do wniosku, iż sprawą Krügego powinien zająć się wywiad
cywilny, i materiały związane z działalnością Niemca zostały przekazane ministerstwu spraw
wewnętrznych. W piśmie przewodnim wyjaśniano, iż sfera finansowa nie mieści się w zakresie
zainteresowań resortu wojskowego. Tam zaś jakiś funkcjonariusz ochrany (podpis przypomina
odwróconą lirę) sporządził krótki wyciąg z akt, w którym stwierdzał, że dążenie do uzyskania bliższych
danych dotyczących obiektu, w którym lokuje się kapitały, nie jest dowodem przestępstwa i może
świadczyć jedynie o przezorności czy też rozsądku i ostrożności właściciela kapitału. Autor wyciągu
powoływał się przy tym na opinię osoby kompetentnej, a mianowicie prezesa zarządu
Piotrogrodzkiego Banku Międzynarodowego S. Chrulewa, który twierdził, iż podobne wymagania ze
strony właścicieli kapitałów są zjawiskiem typowym dla tych czasów, kiedy w przemyśle obserwuje
się niejaką destabilizację. Na wyciągu tym znalazła się więc rezolucja następującej treści: „Mimo
wszystko należy mieć sprawę na uwadze, jednakże bez podejmowania specjalnego śledztwa w chwili
obecnej.“
W ten sposób przypadkiem czy też nie przypadkiem Krüge został uratowany. Wydaje się wszakże, iż
raczej nie był to przypadek... Minister Chwostow wykrzyknął pewnego razu: „Czy nie nadszedł już
czas, abym wystawił wartę przy moim własnym sejfie?!“ Okrzyk ten wyrwał mu się w momencie,
kiedy okazało się, że ściśle tajne pismo ministerstwa adresowane do cara, które zawierało
uzasadnienie konieczności zwiększenia liczby pracowników policji, zostało opublikowane w prasie
niemieckiej...
Krüge działał więc nadal i zajmował się już nie tylko sprawami ekonomicznymi. Miał też własne
zadanie, nie mniej ważne niż zadanie Grubina.
Niemcy przeżywały ciężki okres. Prowadzenie wojny na dwóch frontach - na zachodzie przeciwko
Anglii i Francji, na wschodzie zaś - a było to najtrudniejsze - przeciwko Rosji, wyczerpało armię
i doprowadziło gospodarkę kraju do stanu krytycznego. W szerokich kręgach społeczeństwa narastało
niezadowolenie. Obniżał się autorytet cesarza. Coraz bardziej namacalna stawała się groźba
rewolucji. Należało się śpieszyć...
Wywiad niemiecki rozpoczął operację „Crescendo“, w której brał również udział Ferdynand Krüge.

Transakcje Krügego z Rubinsteinem zawarte w Kisłowodzku były dopiero początkiem ich zbliżenia.
Krüge wiedział doskonale o kontaktach Rubinsteina z szajką Rasputina i zdawał sobie sprawę, że
będzie mógł otrzymywać tą drogą niezwykle cenne informacje. Ale teraz Niemcy potrzebowały
czegoś więcej.
Krüge był przekonany, że Rubinstein może zrobić dla niego bardzo wiele, ale wiedział też, że nie zrobi
on za darmo ani kroku i jego usługi będą bardzo kosztowne. Berlin zadecydował, że nie należy
żałować pieniędzy.
Agent doszedł jednak do wniosku, że same pieniądze w tej niezwykle odpowiedzialnej sytuacji to za
mało i trzeba tak związać Rubinsteina z Niemcami, by stało się to dla niego kwestią życia lub śmierci.
Wymyślił więc sposób...
A wymyśliwszy go, wysłał do Berlina szczegółowy opis swych zamierzeń. W tydzień później otrzymał
aprobatę i zalecenie, aby najpierw postarał się przedstawić publicznie Rubinsteina jako prawdziwego
patriotę rosyjskiego. Należało to zrobić - by tak rzec - dla przeciwwagi...
Spotkali się wkrótce w gabinecie restauracji „Donona“. Był to bardzo drogi, superluksusowy lokal.
Wszystko w nim, począwszy od okutych mosiężnymi sztabami drzwi, za którymi witał gości nie
tradycyjny brodaty szwajcar, lecz nobliwy dżentelmen w smokingu mówiący kilkoma językami,
a skończywszy na gabinetach urządzonych w stylu angielskim, arabskim a nawet chińskim, sprawiało
wrażenie, jakby właściciel chciał powiedzieć swoim gościom: widzicie państwo, nie pożałowałem
pieniędzy na swą restaurację i powinniście o tym pamiętać. W karcie „Donony“ nie podawano cen...
Rubinstein był tu stałym bywalcem i na powitanie wyszedł doń sam maitre d’hôtel. Wprowadził ich
do gabinetu angielskiego z ciężkimi staroświeckimi meblami, z kominkiem, nad którym wisiała głowa
jelenia z rozłożystymi rogami, oraz z kopiami obrazów Constable’a na ścianach.
Zamówili kawę i koniak, po czym Krüge od razu przystąpił do rzeczy:
- Dymitrze Lwowiczu, czy miałby pan ochotę włożyć do kieszeni około dwudziestu milionów rubli i to
przede wszystkim w walutach obcych, a do tego z minimalnym wysiłkiem ze swej strony, jako że
operację będą przeprowadzały osoby trzecie? I to nawet nie tu, nie w Rosji.
- Zamieniłem się w słuch - rzucił niedbale Rubinstein i przechyliwszy się w tył na oparcie fotela rozpiął
górne guziki zapiętej pod szyję kamizelki.
Krüge powolnym ruchem wyjął papierosa - palce miał delikatne, węźlaste - zapalił i wypuścił do góry
kłąb dymu.
- Krótko mówiąc, sprawa polega na tym... - zaczął równym, ledwie szemrzącym głosem. - Wie pan
zapewne, że w bankach niemieckich zamrożone zostały rosyjskie papiery wartościowe za ogromną
sumę.
- Jakżeż miałbym nie wiedzieć, przecież ugrzęzły tam również i moje pieniążki, na szczęście niewielkie
- Rubinstein skinął głową potwierdzająco.
- Jeśli można wierzyć komunikatowi banku międzynarodowego, opublikowanemu przed wybuchem
wojny - ciągnął Krüge - to idzie o miliard. Dla finansistów niemieckich jest to martwy kapitał, a w
dodatku nie ma realnych widoków na ożywienie go również i po wojnie.
- Czyżby? - Rubinstein gwałtownym ruchem podniósł głowę i wpił się w Krügego swymi okrągłymi
czarnymi oczyma. - Przecież sam pan mówił, że po wojnie sprawy finansowe Rosji i Niemiec odrodzą
się z jeszcze większym rozmachem.
- To nie ulega kwestii, Dymitrze Lwowiczu - odparł Krüge niewzruszonym tonem. - Aliści, po pierwsze,
część papierów wartościowych należy do osób oraz stowarzyszeń, które z różnych przyczyn już nie
istnieją, w związku z czym nie będzie tych uprawnionych, którzy mogliby zażądać od Niemców
ekwiwalentu. Po drugie zaś, niepokoi sprawa papierów wartościowych posiadających gwarancję
rządu rosyjskiego. Gdzież jest ten przedwojenny rząd rosyjski, który udzielał owych gwarancji? Któż
nam zaręczy, że po wojnie nie pojawi się rząd, który po prostu odmówi respektowania tamtych
zobowiązań? Wystarczy przypomnieć sobie bankructwo finansistów niemieckich w momencie, kiedy
Francja stała się republiką. My sobie tego nie uświadamiamy, lecz oni pamiętają to aż nadto dobrze.
Podobnych rzeczy się nie zapomina, prawda?
Rubinstein skinął głową i spuścił oczy. Domyślał się już, do czego zmierza Krüge. I chociaż nie
wyobrażał sobie jeszcze strony technicznej owej operacji, to jednocześnie doskonale zdawał sobie
sprawę, o jakie sumy tu chodzi. I do tego w walutach obcych...
- No więc... - ciągnął Krüge, widząc, że jego słowa padają na podatny grunt. - Znam we Francji, która
jest naszym sojusznikiem, poważnych ludzi interesu, którzy gotowi są odkupić te papiery. Są oni
przekonani, że po zakończeniu wojny Rosja wywiąże się ze swych zobowiązań wobec sojusznika i nie
będzie uchylać się od odpowiedzialności za swoje papiery wartościowe. Stawiają oni wszakże jeden
warunek - nie chcą, a raczej nie mogą nawiązywać bezpośrednich kontaktów z bankami niemieckimi.
Krótko mówiąc, potrzebni są pośrednicy, i mamy takich. Są to finansiści dwóch państw neutralnych -
Szwecji i Szwajcarii. Wyrażają oni gotowość zawarcia tej transakcji na warunkach pięciu procent od
obrotu. Trzeba przyznać, że ich żądania nie są wygórowane. Jednakże... - Krüge strząsnął popiół do
kryształowej popielniczki, zaciągnął się chciwie i rzekł wyrzucając słowa wraz z kłębami dymu: - Chcą
mieć jakąś gwarancję i domagają się wypłaty komisowego z góry. Można ich zrozumieć; oni także są
zaniepokojeni destabilizacją ekonomiki. I tej właśnie gwarancji powinien udzielić im pan. Ja nie dam
rady - to przekracza moje możliwości.
- Jaka to suma mniej więcej? - spytał Rubinstein.
- Rzędu dwóch-trzech milionów - odparł Krüge i dodał czym prędzej. - Ale nie będzie pan musiał
wykładać tych pieniędzy z własnej kieszeni. Po zakończeniu operacji wypłaci pan tylko tę kwotę ze
swego zysku, jaki gwarantują Francuzi.
W mózgu Rubinsteina cyfry odciskały się jak na stronicach księgi buchalteryjnej: przychód-rozchód-
zysk. Fantastyczna transakcja! Tylko coś za bardzo czysty ten zysk... No tak... Spojrzał na Krügego:
- Ile dla pana?
- Pięć milionów - odparł twardo tamten.
- Cóż więc nam pozostaje - Rubinstein zaczął liczyć głośno. - Jeśli weźmiemy pański optymalny
wariant - dwadzieścia milionów, to po zamknięciu całej operacji pozostaje dla mnie dziesięć. Coś tu
jest chyba nie tak...
- Na miłość boską. Dymitrze Lwowiczu, jakże można liczyć w ten sposób? - jęknął Krüge błagalnie,
odpędzając ręką dym z papierosa. - Otrzymuje pan de facto dziesięć milionów za równowartość
tego... - Krüge wskazał na zapomniany przez nich dzbanek z kawą i karafkę z koniakiem. - Rozchód -
zero rubli, zero kopiejek. Przychód - dziesięć - dziesięć! - milionów. Wielkie nieba, Dymitrze
Lwowiczu! Ja mimo wszystko biorę na siebie całą stronę organizacyjną operacji, a tym sposobem,
pozwolę sobie zauważyć, chronię pana przed jakimkolwiek ryzykiem.
Rubinstein milczy chwilę patrząc w oczy Krügego i wreszcie mówi energicznym tonem:
- Umowa stoi! - Przy omawianiu transakcji nigdy nie dzielił włosa na czworo i słynął z szybkich
i odważnych decyzji. - Co mam robić?
- Proszę tylko podpisać ten dokument - Krüge wyjął z kieszeni papierek i podał go Rubinsteinowi.
Zawierał on trzy linijki tekstu; było to zobowiązanie, że w przypadku pomyślnego zakończenia
transakcji, którą omówili, Rubinstein wypłaci Krügemu pięć milionów rubli. W dokumencie nie
zaznaczono nawet, o jaką transakcję chodzi.
Podczas gdy Rubinstein, wlepiwszy oczy w papier, zastanawiał się nad jego sensem, Krüge rzekł:
- Dymitrze Lwowiczu, jak pan widzi, wszystko opiera się wyłącznie na naszym wzajemnym zaufaniu.
Nawiasem mówiąc, nikomu innemu nie odważyłbym się zaufać do tego stopnia.
Rubinstein nie wierzył ani w Boga, ani w diabła, tym bardziej zaś w szczerość intencji podobnych do
siebie ludzi, pomyślał więc, że w razie jego odmowy Krüge znajdzie bez trudu innego kontrahenta;
transakcja była wystarczająco atrakcyjna.
- To już zbyteczna liryka, Ferdynandzie Augustowiczu - zwrócił się do tamtego niedbałym tonem. -
Sprawa jest załatwiona. - Wstał i podszedł do stolika, który troskliwa ręka ustawiła w gabinecie na
podobną okazję. Na stoliku znajdował się kałamarz w kształcie żółwia i kryształowa szklanka
z obsadkami. Zamaszystym ruchem podpisał zobowiązanie.
- Jak lubi mawiać pewien mój znajomy krupier: „Siadajmy i jazda“ - roześmiał się Rubinstein i oddał
papier Krügemu. - Może zamówimy gorącą kawę? Jakoś zaschło mi w ustach.
- Chwileczkę, Dymitrze Lwowiczu, musimy jeszcze porozmawiać - rzekł Krüge i odczekawszy, aż
Rubinstein znowu usiądzie przy stole, ciągnął: - Strzeżonego Pan Bóg strzeże, nieprawdaż?
- Strzeżonemu Bóg nie jest potrzebny - odparł wesoło Rubinstein. Był w doskonałym nastroju, jak
zawsze po zawarciu korzystnej transakcji.
- Mam na myśli ziemskich bogów. Wie pan oczywiście, że wygadują o panu niestworzone rzeczy.
Słyszałem nawet o pańskiej przynależności do partii niemieckiej.
- Boże święty, traktuję to po prostu jak brzęczenie much! - wykrzyknął Rubinstein. - O kim teraz nie
plotą najrozmaitszych bzdur?
- Jednakże muchy także gryzą, Dymitrze Lwowiczu - powiedział Krüge. - Obserwuję pana od dawna
i już niejeden raz zadawałem sobie pytanie, dlaczego nie czyni pan żadnych kroków, by obronić swe
dobre imię przed oszczercami?
- Czyż można zatkać wszystkie brudne gęby? - Rubinstein machnął ręką beztrosko.
- Można - ciągnął Krüge. - Dlaczego nie miałby pan na przykład ofiarować pewnej sumy na jakiś
dobroczynny cel o wymowie patriotycznej? Nic tak nie porusza serca rosyjskiego filistra, jak -
powiedzmy - pomoc dla rannych. Wiadomo mi od niedawna, że żona byłego premiera Goriemykina
zorganizowała u siebie w domu coś w rodzaju szpitala, ale nie ma pieniędzy i jej przedsięwzięcie
znajduje się w opłakanym stanie. Tymczasem nazwisko Goriemykin po dzień dzisiejszy jest dziwnie
popularne. Niechże pan da madame Goriemykin przyzwoitą sumę na jej szpital, a ja już postaram się
o to, aby szeroko rozreklamowano pański gest. Niech pan zwróci uwagę - Lionozow ofiarował
pięćdziesiąt tysięcy na pociągi sanitarne i śpiewają mu za to „Sto lat” już cały rok.
- Ile dał? Jak pan mówi? - spytał Rubinstein zapalczywie.
- Pięćdziesiąt tysięcy.
- Dam sto! Dobrze będzie? - zadeklarował Rubinstein z uśmiechem.
- Znakomicie. Niech pan to zrobi zaraz jutro. I jeszcze jedno - proszę się zastanowić, czy nie warto
byłoby zapewnić sobie usług jakiejś gazety. Na przykład Suworinowskiej.
- A to po co?
- Nie wie pan, jakie korzyści czerpie pański kolega Manus z działalności gazety „Grażdanin”? Ale to nie
jest prosta sprawa, więc na razie niech pan tylko pomyśli...
2
Informacja o tym, że Rubinstein ofiarował sto tysięcy rubli na cele dobroczynne, ukazała się
w gazetach w kilka dni później. W ślad za nią w periodyku „Stolica i Usad’ba“ pojawiła się duża
fotografia zbiorowa - na pierwszym planie znajdowała się pani Goriemykin w towarzystwie
Rubinsteina. Siedzieli obok siebie na werandzie zamienionego na szpital domu Goriemykinów
i małżonka eks-premiera Rosji z pełnym wzruszenia uśmiechem patrzyła na swego dobroczyńcę.
Rubinstein był szczęśliwy - krople balsamu padły na zadawnioną ranę, jego nazwisko pojawiło się
obok znanego nazwiska-osoby z wyższych sfer!
Od tej chwili Krüge stał się dla niego tym, kim był Grubin dla bankiera Manusa - dobrym doradcą, jeśli
nie mentorem...
Operacja wykupu rosyjskich papierów wartościowych przebiegała zgodnie z planem, tymczasem zaś
Krüge coraz bardziej aktywnie wprzęgał Rubinsteina w swoje niemieckie sprawy, interesy, transakcje.
Kolejna, którą Krüge zrealizował za pieniądze Rubinsteina, dotyczyła prasy. Berlin życzył sobie, aby
w gazetach stołecznych pojawiły się materiały wymierzone przeciwko Anglii, przeciwko jej fałszywej
polityce w stosunku do sprzymierzeńczej Rosji, które zawierałyby zarazem aluzję, iż Niemcy stały się
wrogiem Rosji wyłącznie w następstwie knowań Anglii i że sojusz Rosji i Niemiec - dwóch mocarstw
o ustroju monarchistycznym - jest czymś bardziej logicznym i naturalnym niż sojusz z republikańską
Francją.
Przemyślawszy wszystko dokładnie, Krüge doszedł do wniosku, że próba uporania się z całą masą
najrozmaitszych periodyków piotrogrodzkich jest sprawą zupełnie beznadziejną, i postanowił podjąć
eksperyment z jedną gazetą.
Jego wybór padł na dziennik „Nowyj Grażdanin”, który powstał na gruzach gazety nieżyjącego już
księcia Mieszczerskiego. Właścicielem nowego dziennika był Paweł Bułacel, dobry znajomy Krügego.
Odbyło się spotkanie. Krüge wręczył Bułacelowi czek na przyzwoitą sumę i ten wydrukował w swojej
gazecie ostry artykuł przeciwko Anglii. Podczas pertraktacji na ów temat Bułacel wyrażał obawy, czy
podobne wystąpienie nie stanie się powodem zamknięcia jego gazety, lecz Krüge przekonał
wydawcę, że w atmosferze chaosu, jaki panuje w kraju, nikt nie zwróci na to uwagi. Zresztą piszą
o tym przecież także i inne gazety...
Mimo to skandal wybuchł, acz był to skandal niewielki i mało kto o nim wiedział. Wybuchł za sprawą
ambasadora angielskiego George'a Buchanana. Zanotował on wówczas w swym dzienniku, co
następuje: „Pewna gazeta o orientacji reakcyjnej, która inspirowana była przez - jak sądziłem nie bez
podstaw - jednego z jego kompanów (chodzi o premiera Stürmera - W.A.) zamieściła obelżywy
artykuł atakujący armię brytyjską: autor napisał między innymi, że w ciągu dwóch lat posunęła się
ona naprzód zaledwie o dwieście jardów. Złożyłem protest na ręce Stürmera, zwracając mu uwagę na
skandaliczny charakter faktu, że podobny artykuł mógł być dopuszczony do druku przez cenzora,
i zażądałem publicznego sprostowania oraz przeprosin ze strony autora, niejakiego Bułacela. Stürmer
wahał się i twierdził, że w takich sprawach jest całkowicie bezradny. Na moje nalegania powiedział
w końcu, że przyśle mi Bułacela. Kiedy ów zjawił się u mnie, oświadczyłem mu, co myślę o nim i jego
gazecie, ale musiałem stracić całą godzinę, zanim udało mi się zmusić go do zamieszczenia
sprostowania, którego tekst przygotowałem.
Tegoż samego dnia Stürmer prosił mnie przez telefon o złagodzenie mego tekstu, ale zgodziłem się
tylko na usunięcie jednego zdania, które, jak się obawiałem, mogłoby urazić naszych przyjaciół
w armii rosyjskiej...“
Buchanan nie poprzestał jednak na tym, lecz poskarżył się samemu carowi na wystąpienie gazety
Bułacela. W dzienniku ambasadora czytamy taką oto relację z rozmowy z Mikołajem:
„Podczas udzielonej mi audiencji ograniczyłem się do podkreślenia wzrostu wpływów niemieckich,
zwrócenia uwagi na kampanię antybrytyjską oraz zaakcentowania powagi sytuacji wewnętrznej. Jeśli,
mówiłem cesarzowi, przedsięwziąłem tak poważny krok z powodu ataków Bułacela na armię
brytyjską, to tylko dlatego, iż - jak mi wiadomo - gazeta ta jest subsydiowana przez potężną klikę
antybrytyjską. Kampania tego rodzaju prowadzona jest nie tylko w Piotrogrodzie, lecz także w
Moskwie i w innych miastach. I mam podstawy sądzić, że tutejsi germanofile pracują na rzecz pokoju,
który byłby korzystny dla Niemiec, i usiłują przekonać społeczeństwo, że Rosja nic nie wygra
w przypadku kontynuowania wojny. Cesarz odparł, iż ten, kto głosi podobne koncepcje w sytuacji,
gdy niektóre regiony Rosji znajdują się jeszcze w rękach wroga, jest zdrajcą...“
Ciekawe wszakże, iż pomimo tak zdecydowanego oświadczenia cara, nie wyciągnięto najmniejszych
konsekwencji ani w stosunku do Bułacela, ani też jego gazety.
Krüge zrozumiał jednak, że trzeba działać ostrożniej i że jedna jaskółka nie czyni wiosny. Trzeba, aby
jakaś poważna gazeta zajęła przychylne stanowisko wobec Niemiec, przy czym taka orientacja
proniemiecka winna mieć trwały charakter. I tu znowu przydał się Rubinstein. Podsunięta swego
czasu Rubinsteinowi kusząca myśl o podporządkowaniu sobie jakiejś poważnej, liczącej się gazety
zapadła mu głęboko w serce. W dodatku zdążył się już zorientować, że gazeta to dobry interes...
Zaczął więc po kryjomu skupować akcje jednej z nich; chodziło o „Nowoje Wriemia“. Samego
Suworina już nie było na placu boju, gdyż zmarł niedawno i jego gazeta przeszła w ręce towarzystwa
akcyjnego, którego członkowie reprezentowali najrozmaitsze orientacje, a to z kolei ułatwiało wykup
akcji. Jedynym człowiekiem, który usiłował pokrzyżować plany Rubinsteina, był najstarszy syn
Suworina. Zorientował się wszakże, co się święci, dopiero wówczas, kiedy ponad połowa akcji była już
w kieszeni Rubinsteina. Podniósł larum, że prawdziwie rosyjska gazeta przechodzi w ręce
podejrzanego spekulanta Rubinsteina, a kiedy nikt nie zwrócił uwagi na jego rozpaczliwe wołania,
postanowił zmusić opinię publiczną do zajęcia stanowiska w tej sprawie i urządził skandal na zebraniu
udziałowców gazety „Nowoje Wriemia“.
W chwili, kiedy rzecznik finansowy gazety kończył swe sprawozdanie o kwitnącym stanie
towarzystwa akcyjnego. Suworin zerwał się z miejsca i oświadczył:
- Panowie, sprawozdanie nie odzwierciedla naszej hańby! Gazeta została kupiona przez brudnego
spekulanta Rubinsteina! - Po czym wyciągnął z kieszeni rewolwer i kilkakrotnie wystrzelił w okno. Na
odgłos strzałów wpadła policja, a za nią reporterzy; w ten sposób cały Piotrogród dowiedział się
o skandalu.
Krüge doszedł do wniosku, że należy poczekać z przestawieniem gazety na nową orientację, i dołożył
starań, aby uspokoić Rubinsteina.
Zarówno wywiad, jak i kontrwywiad rosyjski mógłby prowadzić swą działalność na dobrym poziomie.
W swoim czasie miał on do odnotowania na swym koncie niemało sukcesów. Poczynania wywiadu
wojskowego przeciwko Austrii nawet przeciwnik jeszcze całkiem niedawno musiał uznać za udane.
Przeprowadzono również interesujące operacje przeciwko Niemcom. Osiągnięcia te, stanowiące
zasługę poszczególnych zdolnych pracowników, nie zadecydowały jednak niestety o poziomie
działalności całego wywiadu i owe jednostkowe sukcesy tonęły w morzu najrozmaitszych intryg,
załamywały się na skutek zwyczajnego bałaganu, który był rezultatem tępej biurokracji oraz
uzależnienia od przeróżnych nonsensownych układów, kiedy jeden wysoko postawiony kretyn mógł
wstrzymać pomyślnie rozpoczętą operację. Krótko mówiąc, również i w tej sterze działań musiało
znaleźć odzwierciedlenie to wszystko, co było tak charakterystyczne dla caratu.
W roku 1916 rosyjski wywiad wojskowy rozpoczął obiecującą operację. Latem tegoż roku dostał się
w jego ręce radiotelegrafista niemiecki, który pracował na jednym z odcinków frontu; zabrano także
aparaturę. W tym czasie wywiad przeciwnika korzystał już szeroko z łączności radiowej, podczas gdy
w armii rosyjskiej rzecz była dopiero w powijakach. Zatrzymany radiotelegrafista niemiecki zdradził
szyfry, jakimi posługiwał się w swej pracy, a także cały system podsłuchu przeciwnika, stosowany na
owym froncie. Umożliwiło to wywiadowi rosyjskiemu podsłuch i rozszyfrowywanie komunikatów
radiowych nieprzyjaciela. Nie można było wszakże poprzestać na jednym odcinku. Jeden
przechwycony aparat nie rozwiązywał kwestii. Należało więc niezwłocznie skopiować wzór
i zbudować większą partię aparatów. Sprawa została podjęta i niemal natychmiast... pogrzebana.
Jakaś wysoko postawiona figura kierująca resortem łączności radiowej zastopowała dalszy bieg
sprawy wypowiadając opinię, że „przejmowanie techniki przeciwnika oznacza przyznanie się do
własnej niekompetencji”... Postanowiono zatem wykorzystać zdobyty aparat oraz zatrzymanego
radiotelegrafistę do dezinformowania Niemców. Sporządzono więc pierwszy fałszywy komunikat
o przerzuceniu wojsk na dany odcinek frontu, podając w nim numery nie istniejących dywizji. Szef
sztabu nie zatwierdził komunikatu i oświadczył, że wymienione dywizje nie są mu znane, podobnie
jak i miejsce ich dyslokacji.
Oficer wywiadu począł wyjaśniać, że wymienione dywizje w rzeczywistości nie istnieją, jednakże
generał przerwał mu z oburzeniem mówiąc: „Moim zadaniem jest operowanie realnie istniejącymi
dywizjami. A przez wasze urojone dywizje nieprzyjaciel rzuci przeciwko mnie dodatkowe, zupełnie
konkretne dywizje i co wtedy?“
Na tym sprawa została zakończona. Podobnych epizodów było bardzo wiele.
Co się jednakże działo na najwyższych szczeblach rosyjskiego wywiadu i kontrwywiadu? Przez
wszystkie lata trwania wojny szefem sztabu generalnego był generał infanterii Bielajew, który pełnił
też funkcję najwyższego zwierzchnika wywiadu i kontrwywiadu.
Bielajew posiadał solidne wykształcenie wojskowe oraz doświadczenie w pracy sztabowej na różnych
szczeblach, ale był człowiekiem raczej przeciętnym, może nawet ograniczonym. Pewnego razu
rozgniewany generał Brusiłow wypowiedział się o nim, że brak mu własnej głowy...
Bielajew jednakowo ubóstwiał cara, carycę i każdego, kto cieszył się łaskami dworu; nie nazywał
zresztą tegoż dworu inaczej jak tylko „świętą rodziną“. Bielajew, który twierdził, że żyje w
szczególnym, świętym świecie armii cesarskiej, mógł każdej chwili porzucić wszystkie swoje święte
sprawy i na prośbę Wyrubowej zająć się na przykład ratowaniem krewniaka Rasputina przed
wysłaniem go na front - no jakże, jeśli Wyrubowa prosi, to znaczy, że jest to życzenie carowej. Albo
też mógł odłożyć ważną naradę tylko po to, aby przyjąć w swym świętym gabinecie aferzystę księcia
Andronnikowa.
Bielajew lubił mawiać, że armia to szczególny świat, w którym wszystko podporządkowane jest
niewzruszonym zasadom, niezależnie zatem od tego, co się dzieje w polityce, winna być zawsze
gotowa do wypełnienia swego świętego obowiązku wobec ojczyzny. Dlatego też regulamin jest dla
niego i biblią, i kodeksem życiowym. Troskliwie ochraniał więc swój resort przed „cywilną“ krytyką.
W roku 1916, kiedy w Dumie zaczęto wypowiadać się ostrym tonem o sprawach wojskowych,
Bielajew skierował do ministra wojny Szuwałowa specjalny memoriał, w którym pytał zupełnie
poważnie: „Czyż nie można ogłosić, że wszystko, co związane jest z wojskiem, nie podlega osądowi
publicznemu nie tylko ze względu na tajność, lecz przede wszystkim z powodu całkowitego braku
zrozumienia ze strony osób cywilnych szczególnego charakteru naszej służby...“
Jeśli generał Bielajew odznaczał się jakąś zaletą, to chyba tylko wyjątkową pracowitością. „Jest nad
podziw gorliwy“ - powiedział o nim minister wojny Szuwałow. Deputowany Puryszkiewicz, krytykując
pewnego razu Bielajewa na jednym z posiedzeń Dumy, nazwał go „człowiekiem papieru i atramentu“.
A jego współpracownik ze sztabu i najlepszy przyjaciel generał Leontjew stwierdził: „Nikt tak jak
Bielajew nie zna się na wojskowej pracy kancelaryjnej we wszystkich jej odmianach i w każdym
wymiarze...” Szef sztabu Kwatery Głównej generał Januszkiewicz nalegając, by Bielajew pozostał na
stanowisku szefa sztabu generalnego, mówił: „Jest on klasycznym wykonawcą, doskonale zna służbę,
a co najważniejsze - jest człowiekiem pozbawionym własnej inicjatywy i fantazji...“
I taki właśnie człowiek był najwyższym zwierzchnikiem wywiadu i kontrwywiadu, podczas gdy na tym
stanowisku powinien znaleźć się ktoś obdarzony autentycznym darem przewidywania, żywym
umysłem, wyobraźnią i zdolnością wybiegania myślą daleko w przód. Wszystkiego tego Bielajew był
całkowicie pozbawiony...

Bielajew stanął na czele sztabu generalnego 1 sierpnia 1914 roku. Właśnie zaczęła się wojna.
W owym czasie gazeta „Nowoje Wriemia“ pisała: „Naród rosyjski stanął przeciw Niemcom jak jeden
człowiek, jak prawdziwy monolit. Odbywające się wszędzie manifestacje patriotyczne pod
chorągwiami i naszym świętym trójbarwnym sztandarem zjednoczyły wszystkich bez wyjątku.
Bezlitośnie ukarać podłych Niemców! Ten wspólny radosny cel jak nigdy przedtem zjednoczył
Rosjan!”
Usunąć z życia wszystko, co niemieckie! Petersburg zostaje przemianowany na Piotrogród. Tłumy
demolują sklepy z niemieckimi nazwiskami na szyldach. Na placu przed soborem Św. Izaaka na oczach
policji dokonuje się pogromu ambasady niemieckiej... Przed ambasadą sojuszniczej Francji tłum,
który zajął całe nabrzeże Newy, krzyczy „hura!“. Podobne okrzyki wznoszono również przed
ambasadą Anglii, chociaż ta nie przystąpiła jeszcze do wojny. Nawet gazeta czarnej sotni „Russkoje
Znamia“, głosząca jeszcze przed kilkoma dniami, że „Rosja Romanowów nie potrzebuje ani Waregów,
ani pomocników czy doradców“, teraz wzywała naród rosyjski, by „przejął się uczuciem wielkiego
braterstwa z narodem francuskim i angielskim i zagłuszył przekleństwem znienawidzoną
niemczyznę...“ Rozgorączkowani patrioci wloką do cyrkułów schwytanych na ulicach szpiegów
niemieckich, łapią każdego, kto nie mówi czystym językiem rosyjskim. Szef policji piotrogrodzkiej
pisze w związku z tym raport, który kończy następującym wnioskiem:
„I chociaż we wszystkich niemal wypadkach musieliśmy potem wraz z nadejściem zmierzchu odsyłać
zatrzymanych do domu, przepraszając ich za nieporozumienie, uważam za niezbędne donieść
o powyższym jako o zjawisku masowym, w którym nie można nie dostrzec troski ludności o ochronę
państwa przed wrogimi elementami.“
Powyższy raport znalazł się w jednej teczce z analogicznymi doniesieniami z innych miast i wędrował
coraz wyżej od jednej instancji do drugiej, aż wreszcie cała teczka trafiła do gabinetu szefa sztabu
generalnego generała Bielajewa. Przesłał mu ją minister spraw wewnętrznych. Naczelnik wydziału
kontrwywiadu uznał zaś, że o zjawisku tym należy donieść carowi.
Nie wiadomo, czy generał Bielajew włączył rzeczone doniesienie do meldunku składanego carowi, ale
zwrócił teczkę do wydziału z własnoręcznym pismem do generała Leontjewa:
„W tak sprzyjającej atmosferze pozostaje nam tylko zachować czujność...“
Niestety, był to błąd człowieka pozbawionego zdolności przewidywania, gdyż po „tak sprzyjającej
atmosferze“ wkrótce nie pozostało ani śladu. Zapanował natomiast, jak to pewnego razu określił sam
Bielajew, „kompletny chaos i diabeł wie co“. Zaczęło się od tego, że minister wojny Suchomlinow
został oskarżony o zdradę i aresztowany. Skomplikowało to oczywiście całą pracę Bielajewa, w tym
również działalność wywiadu, którego autorytet uległ zachwianiu.
Chaos i brak odpowiedzialności panował także w tej dziedzinie. W Piotrogrodzie działały
równocześnie, przeszkadzając sobie nawzajem, wywiad i kontrwywiad szóstej armii, frontu
północnego oraz sztabu generalnego. Swój własny wywiad i kontrwywiad posiadało ministerstwo
spraw wewnętrznych; był to samodzielny korpus żandarmerii. Ponadto zaś w Carskim Siole, przy
ochronie osobistej cesarza, na czele której stał generał Spirydowicz, istniał również jej własny,
superuprzywilejowany wywiad. Każdy z tych resortów działał na własną rękę i w atmosferze
karierowiczowskiej rywalizacji często z większą pilnością śledziły one siebie nawzajem, aniżeli
poczynania przeciwnika.
W tej sytuacji, acz może się to wydać paradoksem, w całym kraju, zwłaszcza zaś w Petersburgu,
wytworzyła się atmosfera sprzyjająca działalności agentury niemieckiej. Bielajew - człowiek papieru
i atramentu - nie rozumiał, co się dzieje, i narzekał jedynie na brak koordynacji między wywiadem
i kontrwywiadem. Odgrywało to, rzecz jasna, pewną rolę, ale nie najważniejszą.
Na działalności wywiadu odbijało się to wszystko, co determinowało rozkład całego aparatu władzy.
Ale generał Bielajew tego również nie mógł zrozumieć. Był wiernym, zaślepionym sługą cara
i monarchistycznej Rosji, nic więc dziwnego, że wszystko, co się wokół działo, przyjmował jako rzecz
całkowicie naturalną. Podczas przesłuchań przed Komisją Śledczą Rządu Tymczasowego będzie
powtarzał ze łzami w oczach:
- Byłem uczciwy.
Niestety, nie wystarczy nie brać łapówek i nie całować się z Rasputinem, jak to czynili inni, by
zachować prawdziwą uczciwość - dla człowieka z jego pozycją to stanowczo za mało.
Tak więc wywiad i kontrwywiad, znajdujące się pod bezpośrednim zwierzchnictwem Bielajewa,
okazały się bezsilne w walce z wrogą agenturą, chociaż dysponowały dobrymi specjalistami w obu
dziedzinach.
Zarówno w Piotrogrodzie, jak też w całej Rosji działał wywiad nie tylko niemiecki, lecz także angielski,
francuski oraz austro-węgierski; wszystkie poczynały sobie z dużą aktywnością. Co się zaś tyczy
wywiadu amerykańskiego, to przez dłuższy okres zajmował on pozycję neutralnego obserwatora,
który z wielką uwagą studiował wszystko, co dzieje się w Rosji. Dopiero pod sam koniec wojny, kiedy
siły dwóch zasadniczych przeciwników - Rosji i Niemiec - będą już wyczerpane do ostateczności, zaś
Anglia, która potrafiła je oszczędzić, zgłosi pretensje do roli władczyni świata, potężna daleka
Ameryka włączy się do rozgrywek o podział globu ziemskiego i jej wywiad ruszy do ataku.
Wywiad angielski i francuski pracował niemal całkiem jawnie - oba te państwa były wszak
sprzymierzeńcami Rosji, a to z kolei stwarzało możliwość szerokiej działalności i pozwalało nie
ukrywać swych poczynań.
Rezydenci wywiadu Anglii i Francji, funkcjonujący w Rosji pod najrozmaitszymi szyldami, jak również
zwerbowani przez nich jeszcze przed wojną agenci, działali w- Piotrogrodzie, Moskwie. Kijowie
i innych większych miastach, gdzie prowadzili obserwację wszystkich dziedzin życia państwa, przede
wszystkim zaś śledzili pracę transportu, przemysłu oraz przebieg mobilizacji wojskowej. Kwatera
Główna znajdowała się pod obserwacją działających tutaj oficjalnie misji wojskowych państw
sojuszniczych. Jako całkowicie legalni przedstawiciele armii alianckich wiedzieli oni o każdym kroku
najwyższego dowództwa rosyjskiego. Misje posiadały również swoich agentów zwerbowanych
spośród licznego personelu wojskowego Kwatery. Pozwalało to penetrować również kulisy
działalności organów kierowniczych, które decydowały o przebiegu wojny.
Należy zaznaczyć, że pierwsze miejsce zajmował tu wywiad angielski, który dysponował większą
liczbą agentów i pod względem profesjonalnym stał na wyższym poziomie. Na szczycie angielskiej
służby wywiadowczej w Rosji znajdował się ambasador Wielkiej Brytanii, doświadczony dyplomata,
polityk i pracownik służb specjalnych sir George Buchanan.
Jego najbliższym kolegą był ambasador francuski Paléologue, również dysponujący poważnym
doświadczeniem w dziedzinie dyplomacji.
Z kimże prowadzili walkę ci panowie przebywający w stolicy sojuszniczej Rosji? Odpowiedzią na to
pytanie mogą być słowa samego Buchanana wypowiedziane przezeń w roku 1916: „Głównym
niebezpieczeństwem dla Anglii była w Rosji każda siła, zdolna w ten czy inny sposób ściągnąć
żołnierza z frontu.“
Wywiady Anglii i Francji zajmowały się tropieniem takich sił z niezwykłą wytrwałością i uporem.
Zaznaczmy jednak do razu, iż przeoczyły główne niebezpieczeństwo.
Obawiano się tu przede wszystkim jakichś kombinacji politycznych wokół tronu, a także działalności
Niemiec i agentury niemieckiej w Rosji. Nazwisko Lenina i słowo „bolszewicy“ pojawiło się
w dziennikach Buchanana dopiero w roku 1917, po przyjeździe Włodzimierza Iljicza do Piotrogrodu.
W roku 1916 zaś zarówno Buchanan i Paléologue w Piotrogrodzie. Jak też francuska i angielska misja
wojskowa przy Kwaterze Głównej oraz wszystkie siły wywiadów obu tych państw zajęte były
poszukiwaniem przeciwników aktywizacji wojny i prowadziły owe poszukiwania niemal wyłącznie
w otoczeniu cara i carycy.
Tymczasem w robotniczych dzielnicach na peryferiach Piotrogrodu, w podobnych dzielnicach innych
wielkich miast i w ośrodkach przemysłowych Rosji wrzała już i wylewała się na zewnątrz ognista lawa
rewolucji. Rozruchy. Strajki. Coraz głośniej i coraz gniewniej brzmi wezwanie bolszewików: „Precz
z samodzierżawiem!“ A Buchanan nadal szuka rewolucji w otoczeniu cara. Nawet późną jesienią roku
1916 powtarza uparcie w rozmowie z Mikołajem, że zasadnicze niebezpieczeństwo stanowią siły
progermańskie, które starają się naruszyć umowę sojuszniczą o wojnie do zwycięskiego końca. I kiedy
sam car zagadnął go nagle, co sądzi o zamieszkach w Piotrogrodzie, ambasador zaczął zapewniać
monarchę (cytujemy według jego dziennika), że „niezadowolenie wywołuje świadomość, iż w tak
bogatym kraju jak Rosja klasa robotnicza nie może nabyć artykułów pierwszej potrzeby“. Dalej zaś
pisze, że kiedy cesarz „zaczął mnie wypytywać o strajki w stolicy, nie byłem w stanie udzielić mu
dokładnych informacji”.
W dodatku Buchanan był święcie przekonany, że żołnierz i naród rosyjski nie posiadają własnego
zdania i wszystko zależy wyłącznie od tych, którzy podpisują rozkazy. W wywiadzie dla korespondenta
amerykańskiego oświadcza: Rosja jest do tego stopnia wyjątkowym krajem, że nawet jej
przynależność do Europy określa przede wszystkim geografia, a i to nie w pełni przekonywająco...
Tak czy inaczej, wywiady państw związanych sojuszem z Rosją mogły działać bez przeszkód.
Wywiad niemiecki stał na usługach głównego wroga Rosji i działalność jego agentów związana była
z wielkim ryzykiem. Ale sytuacja tego rodzaju utrzymywała się tylko na początku wojny.
Szef niemieckiego wywiadu wojskowego pułkownik Nicolai pisał po wojnie, że dla jego ludzi w Rosji
najtrudniejszy był początkowy okres działań na frontach, kiedy to wydawało się, że dziki wybuch
nacjonalizmu rosyjskiego, a więc i nastrojów antygermańskich, stanie się nieprzezwyciężoną
przeszkodą w ich pracy. Okazało się jednak, że niebezpieczeństwo to było tylko chwilowe.
Nawet podczas drugiej wojny światowej wyłazili jeszcze z najdalszych zakamarków Rosji rozmaici
wyłysiali i bezzębni agenci pułkownika Nicolai, z którymi usiłowali nawiązać łączność agenci
hitlerowskiej Abwehry.
Na początku roku 1942 do komisariatu milicji w Leningradzie zgłosił się ledwie wlokący za sobą nogi
opuchnięty z głodu starzec.
- Byłem szpiegiem niemieckim podczas pierwszej wojny światowej - mówił przyciskając ręce do piersi
- mówię prawdę, uwierzcie mi.
Prosił, by go aresztowano i osadzono w więzieniu.
Okazało się, że zgubił kartkę na chleb. Zrozumiawszy, że zginie z głodu, i przypomniawszy sobie o swej
dawnej działalności, postanowił wyznać swą winę i okazać skruchę. Liczył zapewne na to, że wsadzą
go do więzienia i nakarmią...
Nazywał się Karsawin. Jakub Grigoriewicz Karsawin. Kiedy zaczęła się pierwsza wojna światowa, był
dziennikarzem, dostarczał notatek reporterskich do kroniki wypadków w gazecie popołudniowej. Na
początku roku 1915 zwerbował go agent wywiadu niemieckiego Diemjanow, jego dobry znajomy,
nawet przyjaciel, który miał niegdyś jakąś trzeciorzędną posadkę w Synodzie. Karsawin zaczął
dostarczać mu informacji o nastrojach w stolicy, otrzymując za to nieregularnie raz dwadzieścia pięć
rubli, innym razem trzydzieści, czasami znów tylko pięć. Pod koniec roku 1915 rezydent załatwił mu
pracę w piśmie „Dwadcatyj Wiek”, gdzie Karsawin zaczął prowadzić dział porad prawnych dla
czytelników. W każdym numerze drukowano dwie lub trzy takie odpowiedzi. Pytania i odpowiedzi
przygotowywał rezydent. Sprawa polegała na tym, że pytania, których dostarczał mu rezydent,
związane były ze służbą wojskową, zaś z odpowiedzi na nie można się było dowiedzieć wielu nader
pożytecznych dla Niemiec rzeczy.
Na jakieś trzy tygodnie przed rewolucją lutową rezydent znikł. Podczas ostatniego spotkania z
Karsawinem oświadczył, że wyjeżdża w podróż służbową. Dał mu tysiąc rubli i powiedział, że nie musi
już dłużej pracować w periodyku „Dwadcatyj Wiek”. Może znaleźć sobie dowolną pracę i ma czekać,
aż zgłosi się do niego ktoś w imieniu rezydenta. I Karsawin czekał. Kiedy jednak upłynęło dziesięć lat,
przestał czekać. Za czasów władzy radzieckiej nie miał już nic wspólnego z prasą. Pracował w różnych
instytucjach. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej był inkasentem w elektrowni miejskiej
rejonu wyborskiego i wkrótce miał przejść na emeryturę...
Zbierając materiały do niniejszej książki, autor odnalazł pismo „Dwadcatyj Wiek“ z roku 1916. Sądząc
ze wszystkiego, Karsawin mówił prawdę. W piśmie jest dział porad prawnych pod tytułem „Prawnik
radzi“, a w nim takie na przykład pytania i odpowiedzi:
Nr 40. A. A. K. - Oranienbaum. Pytanie: Czy może wstąpić do szkoły podchorążych lub na uczelnię
wojskową osoba, która ukończyła trzyletnią szkołę średnią?
Odpowiedź: Warunkiem przyjęcia do szkoły podchorążych jest ukończenie co najmniej czterech klas
gimnazjum albo równorzędnej szkoły, po czym wymieniona osoba może być przyjęta bez egzaminu
do szkoły podchorążych przy rezerwowych brygadach piechoty.
Albo weźmy Nr 60. Odpowiedź dla Siniawina z Kazania.
Szkoły podchorążych przy rezerwowych brygadach piechoty istnieją w Piotrogrodzkim okręgu
wojskowym, w Moskwie. Kijowie, Odessie, Tyflisie oraz Irkucku...
Widać z tego wyraźnie, że „Dwadcatyj Wiek” publikował bardzo pożyteczne dla Niemiec informacje.
Jest to jeszcze jeden maleńki przyczynek do działalności agentów niemieckich w Rosji w okresie
pierwszej wojny światowej...
Bezkarna działalność wywiadu niemieckiego w Rosji kosztowała wiele krwi jej żołnierzy.
W ostatecznym jednak rozrachunku tyleż samo krwi kosztowała analogiczna działalność
sprzymierzeńców Rosji, gdyż ich głównym celem było niedopuszczenie do osłabienia aktywności
frontu rosyjskiego.
Ale cóż to takiego? We francuskiej gazecie „Le Matin“ tytuł na całą stronę:
„Triumf kontrwywiadu rosyjskiego! Agent niemiecki, pułkownik Miasojedow, który sprzedawał
arcyważne tajemnice, schwytany!“
Rzeczywiście, była taka „sprawa Miasojedowa“... Ciekawy jest początek i przebieg tej afery...
W grudniu 1914 roku przedostał się przez linię frontu zbiegły z niewoli niemieckiej podporucznik
Kołakowski. Odstawiono go najpierw do kontrwywiadu Frontu Północno-Zachodniego, następnie zaś
do wywiadu sztabu generalnego. Zeznał on, że za cenę wydostania się z niewoli zgodził się po
powrocie do Rosji pracować na rzecz wywiadu niemieckiego. Podobny sposób zdobycia wolności nie
był odkryciem wymienionego podporucznika, nie było też niczym nowym werbowanie agentów
spośród jeńców. Na pierwszych przesłuchaniach Kołakowski podał, że polecono mu wysadzić
w powietrze ważny most kolejowy, zabić głównodowodzącego wielkiego księcia Mikołaja
Nikołajewicza oraz spowodować kapitulację twierdzy w Nowogieorgijewsku. Ni mniej, ni więcej, tylko
właśnie tyle. Podczas trzeciego przesłuchania złożył wszelako nowe sensacyjne zeznanie. Przypomniał
sobie „nagle“, że Niemcy kazali mu odszukać w armii rosyjskiej pułkownika Miasojedowa i nawiązać
z nim łączność, jako że wymieniony był ich dawnym agentem, zwerbowanym jeszcze w roku 1905.
Tak więc (już po raz drugi!) pułkownik żandarmerii Miasojedow został nazwany publicznie szpiegiem
niemieckim. Po raz pierwszy miało to miejsce przed trzema laty. Pracował wówczas w ministerstwie
wojny, gdzie ulokował go jego przyjaciel minister Suchomlinow, który nie zważał na to, że na
Miasojedowa miała już oko ochrana, ani też na to, że ze swej poprzedniej posady w służbie ochrony
pogranicza Miasojedow odszedł w atmosferze skandalu. Mało tego. Suchomlinow poruczył mu
prowadzenie walki z propagandą rewolucyjną wśród oficerów rosyjskich. Należy dodać, że do tej
roboty Miasojedow nadawał się szczególnie, położył bowiem niemałe zasługi w tropieniu podziemia
rewolucyjnego, kiedy jeszcze pracował na granicy. Byli jednakże tacy, którzy wiedzieli, że na
poprzednich swych stanowiskach Miasojedow zasłynął również jako spekulant, przemytnik,
rozpustnik i w ogóle specjalista od ciemnych interesów. Wiedzieli o tym także i ci, którzy wystawiali
mu entuzjastyczne opinie na piśmie, pomijając starannie wzmiankowane wyżej kwestie - ostatecznie
uczciwość i przyzwoitość nie stanowią cech niezbędnych do służby w korpusie żandarmerii... Był to
wielce zasłużony pracownik tegoż resortu, znany osobiście licznym wysoko postawionym
osobistościom. Sam car ofiarowywał mu cenne prezenty, a pierś Miasojedowa zdobiło dwadzieścia
sześć orderów rosyjskich i zagranicznych.
I nagle w kwietniu 1912 roku w Suworinowskiej gazecie „Wieczernieje Wriemia“ pojawia się artykuł,
w którym można przeczytać, że pułkownik Miasojedow jest szpiegiem niemieckim. Gazeta „Nowoje
Wriemia“ drukuje wywiad z przemysłowcem Guczkowem, który, nawiasem mówiąc, był udziałowcem
tegoż periodyku, i ten również twierdzi, że Miasojedow jest szpiegiem. Oskarżenie to popiera nawet
wiceminister wojny Poliwanow. Sprawa nabiera rozgłosu. Jeżeli jednak przypatrzymy się tej sensacji
bardziej uważnie, zauważymy bez trudu, że stopniowo coraz częściej obok nazwiska Miasojedowa
zaczyna się pojawiać nazwisko ministra Suchomlinowa, zawsze z dodatkiem, że są oni przyjaciółmi.
A nieco później mówi się o Suchomlinowie nawet już bez Miasojedowa...
Co czyni Miasojedow? Żąda natychmiastowej rewizji oskarżenia o szpiegostwo, czego jednakże nikt
nie chce się podjąć. Wówczas wyzywa Suworina i Guczkowa na pojedynek. Suworin odmawia i
Miasojedow rozprawia się z nim przy pomocy rękoczynów: spotkawszy go na hipodromie, bije go
publicznie po twarzy. Pojedynek z Guczkowem doszedł do skutku. Miasojedow chybił, Guczkow zaś
wystrzelił w górę i w ten szlachetny sposób darował „szpiegowi“ życie. Nieco później gazeta
Guczkowa zamieszcza dementi swego materiału w sprawie Miasojedowa, a spoliczkowany Suworin
pisze doń przyjacielski list, w którym zapewnia go o swym najgłębszym szacunku. Wreszcie
i ministerstwo wojny odwołuje oskarżenie. Skończyło się na tym, że Miasojedow musiał podać się do
dymisji, Suchomlinow zaś pozostał na stanowisku ministra. Była to jednak dopiero pierwsza część
spektaklu. Teraz, w trzy lata później, zaczynał się jego dalszy ciąg...
Kiedy zbiegły z niewoli podporucznik wymienił nazwisko pułkownika. Miasojedow znajdował się na
Froncie Południowo-Zachodnim, gdzie pracował w lokalnym wywiadzie wojskowym. Natychmiast
został więc aresztowany, oskarżony o szpiegostwo i oddany pod sąd połowy. Jednakże w zespole
sędziowskim wynikła różnica zdań co do zasadności oskarżenia i dowódca frontu generał Iwanow
odmówił zatwierdzenia wyroku śmierci. Wówczas sprawę Miasojedowa przekazano niezwłocznie
sądowi polowemu twierdzy warszawskiej, który nie mając po temu żadnych niezbitych dowodów
uznał oskarżonego winnym szpiegostwa i spekulacji. Miasojedow został powieszony. O pośpiechu
inspiratorów owego procesu, którzy pragnęli potwierdzić szubienicą słuszność oskarżenia
Miasojedowa, uczynić sprawę - by tak rzec - nieodwracalną, świadczy na przykład taki fakt... Jeszcze
przed rozpoczęciem właściwej procedury sądowej komendant twierdzy warszawskiej zwrócił się do
swych zwierzchników z zapytaniem, czy należy powiesić Miasojedowa od razu po wydaniu wyroku,
czy też czekać na jego zatwierdzenie. Odpowiedź brzmiała: wykonać wyrok natychmiast.
A zatwierdzenie wyroku nastąpiło w cztery dni po jego wykonaniu...
W niedługim czasie oskarżono o zdradę ministra wojny Suchomlinowa. Wprawdzie nie można było
rozprawić się z nim tak szybko, jako że był związany z carem i mimo kiepskiej prasy cieszył się jego
wielkim zaufaniem i względami, ale jednak musiał się rozstać ze stanowiskiem ministra i został
aresztowany...
Co się zaś tyczy Miasojedowa, to wpadł on, mówiąc językiem artylerzystów, w potrójne widły... Jako
szpieg niemiecki, który zawisł na szubienicy, był bardzo potrzebny wielu wysoko postawionym
osobistościom w państwie rosyjskim, przede wszystkim zaś głównodowodzącemu Mikołajowi
Nikołajewiczowi, któremu było na rękę zwalenie na szpiega swojej własnej winy - klęski dwóch armii
rosyjskich w Prusach Wschodnich oraz oddania Galicji i przerwania frontu w Polsce. A w dodatku od
dawna już nie cierpiał ministra wojny Suchomlinowa, który cieszył się łaskami cara. Kontrwywiadowi
rosyjskiemu, nie mogącemu się poszczycić szczególnymi osiągnięciami, „sprawę Miasojedowa“ zesłał,
zda się, sam Bóg. Szef kontrwywiadu 6 armii pułkownik Batiuszyn, który nadzwyczaj aktywnie
uczestniczył w spreparowaniu tej afery, natychmiast otrzymał spodnie z lampasami - został
generałem. Ponadto śmierć Miasojedowa była na rękę ochranie, która nie zapomniała o tym, jak
Miasojedow demaskował przy okazji jej prowokacje, kiedy jeszcze pracował na granicy.
Wróćmy jednak do szefa całej sieci wywiadu i kontrwywiadu wojskowego Bielajewa, tym bardziej że
on również musiał maczać palce w „sprawie Miasojedowa”.
Generał Bielajew śledził z uwagą przebieg „sprawy” pamiętając, że za Miasojedowem stoi minister
Suchomlinow, za tym ostatnim zaś protegujący go car. Jakże więc można? Kiedy sprawa wypłynęła po
raz pierwszy, akta Miasojedowa znalazły się w jego rękach. Tępy pedant, trzymający się ściśle litery
prawa, od razu dostrzegł w nich słabe punkty, ucieszył się z nich, jednakże nie pozostawił historii swej
opinii w tej kwestii. Powiedział tylko do Suchomlinowa, że to „niepoważna rzecz“, i czym prędzej
przekazał akta swemu podwładnemu pułkownikowi Jerandakowowi z prośbą, by zrobił z nich wyciąg.
I czekał nań z niepokojem, obawiał się bowiem, ażeby Jerandakow, były pułkownik żandarmerii, nie
uległ wpływom stamtąd. Starał się też nie czytać gazet, które rozdzierały szaty z powodu szpiega
Miasojedowa... Jednakże Jerandakow stwierdził również, że w aktach nie ma niczego, co mogłoby
stanowić niezbite potwierdzenie oskarżenia. Sprawa zawisła w powietrzu. W tym momencie zamilkły
też gazety i zaczęły nawet drukować sprostowania własnych komunikatów specjalnych.
Uff, burza, jak się wydaje, przeszła bokiem... Bielajew złożył gratulacje ministrowi.
Kiedy rzecz wypłynęła po raz drugi, i to podczas wojny, Bielajew obserwował ją już z daleka i był za to
serdecznie wdzięczny Opatrzności. Okazało się wszakże, że nawet na obserwację jest za mało czasu.
Nie zdążył nawet przemyśleć wszystkiego, kiedy Miasojedow został już przewieziony do Warszawy
i zaczął się proces. Roztrzęsiony do ostateczności Suchomlinow pokazał Bielajewowi list szefa sztabu
Kwatery Głównej generała Januszkiewicza, w którym znalazł się następujący passus: „Trzeba przed
świętami skończyć z Miasojedowem, ażeby uspokoić opinię publiczną.“
Opinia publiczna została uspokojona - Miasojedow zawisł na szubienicy. Kiedy Jerandakow zaszedł do
jego gabinetu, Bielajew zapytał go, co sądzi o tym wszystkim. Pułkownik wzniósł oczy ku niebu:
- To już nie moja sprawa...
„I nie moja również“ - zdecydowanie powiedział sobie Bielajew; wiedział doskonale, jak bardzo chciał
ujrzeć Miasojedowa na szubienicy wielki książę Mikołaj Nikołajewicz. I w ogóle po co myśleć o tym, co
się stało, kiedy bomba może teraz wybuchnąć mu pod bokiem: wielki książę nie poprzestanie na
Miasojedowie, musi usunąć również Suchomlinowa.
Tak się też wkrótce stało...
W oczach Bielajewa zachwiały się wszystkie paragrafy i było to dlań gorsze od trzęsienia ziemi.
Gorączkowo próbował znaleźć sobie bezpieczne miejsce w tym niepewnym, drżącym w posadach
świecie. Meldowano mu, że niemieckie siostry miłosierdzia, które przyjechały do Rosji na podstawie
umowy z Czerwonym Krzyżem, zamiast zajmować się losem jeńców wojennych, uprawiają
szpiegostwo. On zaś pospieszył wydać polecenie, aby pozostawiono siostrom większą swobodę
działania. Dlaczego to zrobił? Ze strachu przed carycą, która stała na czele komitetu pomocy jeńcom
rosyjskim w Niemczech i powtarzała nieustannie: jeśli zrobimy Niemcom coś złego, oni uczynią to
samo z naszymi...
Sytuacja Bielajewa komplikowała się dosłownie z każdym dniem. Na początku roku 1916 stała się już
nic do zniesienia. Czyż może być coś gorszego, jeżeli budzące grozę słowo „zdrada“ pojawiło się już
obok nazwiska ministra wojny i nawet - strach pomyśleć! - obok imienia carycy?
W dalszym ciągu inspirował działalność wywiadu w określonych kierunkach, w pierwszym rzędzie -
rzecz jasna - przeciwko szpiegom niemieckim. Ale tu czekały go nowe kłopoty. Jego ludzie raz po raz
natrafiali na „gorące“ ślady, zaczynali je rozpracowywać, jednakże okazywało się bardzo szybko, że
w kręgu podejrzenia znajdują się tak ważne osobistości, iż dobierać się do nich bez zezwolenia
monarchy byłoby rzeczą co najmniej nieroztropną. Zwracać się zaś o pomoc do cara nie chciał i nie
mógł. Mimo wszystko jednak w wielu wypadkach kontrwywiad rosyjski wykazał zdecydowanie
i szereg osób zostało skazanych za szpiegostwo. Bielajew chwytał się na tym, że każdy sukces tego
rodzaju nie tylko już go nie cieszy, lecz budzi niepokój...
Stopniowo na froncie walki ze szpiegostwem wytworzyła się tragikomiczna sytuacja. Jeśli jakiś
niepokojący sygnał trafiał do kontrwywiadu wojskowego, szukano tam przede wszystkim nie szpiega,
lecz pretekstu, aby przerzucić ów sygnał do ministerstwa spraw wewnętrznych, zwłaszcza jeżeli
podejrzenie dotyczyło osoby zajmującej jakieś ważniejsze stanowisko. Tam zaś sprawa trafiała albo
do archiwum, albo też przekazywano ją jakiejś innej instancji. Sygnał dotyczący Rubinsteina, na
przykład, skierował wywiad wojskowy do komisji generała Batiuszyna i ten wydał rozkaz
aresztowania. Następnego dnia po aresztowaniu minister spraw wewnętrznych Protopopow dzwoni
do Batiuszyna z informacją, że sprawa Rubinsteina „niepokoi damską połowę dworu“. Oznacza to, że
nie należy spieszyć się ze śledztwem. Tym bardziej że i sam Protopopow, jak dowiemy się wkrótce,
był zamieszany w ostatnią aferę Rubinsteina. W kilka dni później natomiast przychodzi rozkaz z
Kwatery Głównej, by zwolnić aresztowanego... Wiadomo o tym z zeznań samego Protopopowa przed
Komisją Śledczą Rządu Tymczasowego.
Pod koniec roku 1916 minister wojny Szuwajew wezwał do siebie generał-kwatermistrza Leontjewa,
który praktycznie kierował w sztabie generalnym kontrwywiadem, i zapytał:
-- Czy nie ma pan pod ręką jakiejś sprawy, którą można byłoby zademonstrować jako dowód naszej
walki z wrogimi agenturami?
Leontjew bez zastanowienia odrzekł to, co myślał:
- Dzięki Bogu, nie mam...
Tak, agenci niemieccy mogli działać zupełnie spokojnie...

Rozdział dwudziesty drugi

1
Kontrwywiad francuski uzyskał w Paryżu informację, że przygotowuje się operacja odsprzedaży
rosyjskich papierów wartościowych znajdujących się w bankach niemieckich i że uczestniczą w niej
finansiści rosyjscy z Rubinsteinem na czele. Wiadomość tę przekazano rządowi i w niedługim czasie
nadeszła do Piotrogrodu oficjalna nota, w której zwracano uwagę rządu rosyjskiego na ową
nieuczciwą w stosunku do aliantów operację. Nota skierowana była do ministerstwa spraw
wewnętrznych. Nie wiadomo, w jaki sposób trafiła do rąk pracującego w tymże ministerstwie
niejakiego Manasiewicza-Manujłowa, który tego samego dnia zjawił się w mieszkaniu Rubinsteina.
Znali się obaj od dawna, spotykali niejednokrotnie u Rasputina, lecz nie żywili do siebie sympatii.
Manasiewicz zazdrościł Rubinsteinowi bogactwa, ten zaś widział w Manasiewiczu bezczelnego
drobnego aferzystę, a więc człowieka nieudolnego i bezużytecznego. Jednakże Rubinstein wiedział, że
Manasiewicz ma dostęp do wyższych sfer i nie jest rzeczą rozsądną mieć w nim wroga. Dlatego też,
kiedy Manasiewicz zadzwonił i pewnym siebie tonem oznajmił, że przyjedzie do niego za chwilę
w niezwykle ważnej, nie cierpiącej zwłoki sprawie, Rubinstein nie osadził go z miejsca.
- Ma pan niezwykle ważną sprawę? - spytał z przesadnym zdziwieniem, lecz w tym samym momencie
pomyślał, że Manasiewicz nie pozwoliłby sobie na podobny ton, gdyby nie miał po temu ważnego
powodu, i dodał: - Niech pan przyjeżdża. Mam dziesięć minut na tę pańską rewelację.
Kiedy lokaj wprowadził Manasiewicza do gabinetu Rubinsteina, odziany w szlafrok gospodarz siedział
w fotelu z gazetą w ręku. Jaskrawa czerwień jego szlafroka raziła w oczy.
Nie od razu odłożył gazetę i gość zatrzymał się pośrodku gabinetu, mimo woli odnotowując w pamięci
cały przepych jego urządzenia - i ściany obite ciemnoniebieskim safianem, i rzeźbione biurko
inkrustowane masą perłową, i ogromną kanapę wraz z kompletem foteli pokrytych żółtą skórą,
i olbrzymi kryształowy żyrandol... Odczekawszy jeszcze chwilę. Rubinstein wolnym ruchem opuścił
gazetę i wlepił wzrok w gościa.
- Dzień dobry. Dymitrze Lwowiczu, dzień dobry - schrypniętym, przeziębionym głosem rzekł
Manasiewicz. Jego chuda twarz z długim, ostrym podbródkiem była blada jak papier, oczy zaś lśniły
niespokojnym, gorączkowym blaskiem.
- Niech pan wykłada swoją rewelację - rzekł kpiąco Rubinstein. - Proszę siadać...
Manasiewicz wziął krzesło, postawił je obok fotela, w którym siedział Rubinstein, i usiadł, dotykając
kolanami gospodarza.
- Niechże pan wykłada swoją sprawę - Rubinstein odsunął się.
Manasiewicz pochylił się i powiedział półgłosem:
- Grozi panu wielkie niebezpieczeństwo, Dymitrze Lwowiczu.
Rubinstein uśmiechnął się szeroko:
- W naszych czasach tylko pomnik Piotra Wielkiego jest bezpieczny, acz i to, prawdę mówiąc, nie jest
pewne.
- Zostanie pan aresztowany... - kontynuował Manasiewicz.
- Posłuchaj pan... nie mam zwyczaju bawić się w takie dziecinne zabawy, nie mam na to czasu.
Manasiewicz umilkł, jego płonące niespokojne oczy latały na wszystkie strony, na chudej bladej
twarzy pojawiły się czerwone plamy.
- Z Paryża nadszedł dokument o pańskiej operacji związanej z odkupieniem zamrożonych w
Niemczech rosyjskich papierów wartościowych. Uznano, iż jest ona wymierzona przeciwko aliantom -
powiedział jednym tchem Manasiewicz i wlepił wzrok w Rubinsteina.
„Nawet jeżeli jest to szantaż - myślał Rubinstein - to już sam fakt, że ten typ wie o transakcji, stanowi
wielkie niebezpieczeństwo...“
- Skąd pan o tym wie? - spytał spokojnie.
- Ten dokument jest na razie w moim sejfie - odparł Manasiewicz. - Ale jeszcze dziś muszę go
przekazać.
- Komu?
- Odpowiedniej instancji.
- Niech pan przekazuje - Rubinstein niedbale kiwnął głową.
- Liczy pan na swoje kontakty? To beznadziejna sprawa. Dymitrze Lwowiczu. Na dokumencie jest
rezolucja ministra o wszczęciu śledztwa. Machina już poszła w ruch...
- Nie wierzę - uciął Rubinstein.
- W co pan nie wierzy, Dymitrze Lwowiczu?
- W nic. To wszystko nie ma sensu. - Rubinstein sięgnął po gazetę i zaczął szukać miejsca, w którym
przerwał czytanie.
- Dobrze, odkryję panu moje karty - oczy Manasiewicza rozbiegały się znów na wszystkie strony. -
Może pan nie wierzyć, ma pan prawo, ale w tym wypadku to bardzo niebezpieczne dla pana prawo.
A więc dokument francuski na razie mam u siebie w sejfie i machina istotnie została puszczona
w ruch. Zatrzymać ją może tylko jeden człowiek - premier Stürmer. Wie pan, że jestem z nim
w dobrych stosunkach. Krótko mówiąc, postanowiłem na tym zarobić. Mówię to panu otwarcie
i zupełnie szczerze, tym bardziej że pan sam jest człowiekiem, który nigdy nie zmarnowałby podobnej
okazji. - Manasiewicz uśmiechnął się krzywo drżącymi wargami i ciągnął: - Jednakże, aby Stürmer
zatrzymał machinę, nie wystarczy moja prośba. Staruszek, jak pan wie, lubi pieniądze.
Rubinstein nie odrywał wzroku od rozłożonej gazety: oczy mu się śmiały.
- A więc. Dymitrze Lwowiczu, chodzi o dość dużą sumę - mówił dalej Manasiewicz. - W granicach,
powiedzmy... miliona... - Odkaszlnął. - I wtedy oddam panu ten fatalny dokument.
- Dziesięć minut minęło - rzekł niewzruszonym tonem Rubinstein, odłożył gazetę i wstał. - Proszę
wybaczyć, ale jestem zajęty.
Manasiewicz spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Przepraszam pana, ale jestem zajęty - uśmiechnął się Rubinstein.
Manasiewicz podniósł się z wolna.
- Popełnia pan niewybaczalny błąd, Dymitrze Lwowiczu.
- Tylko idioci nie popełniają błędów. Zegnam pana - Rubinstein potrząsnął dzwonkiem i polecił
lokajowi, który zjawił się w drzwiach gabinetu, aby odprowadził gościa.
- Pożałuje pan tego. Dymitrze Lwowiczu - rzeki Manasiewicz, odwracając się już na progu.
2
Nie można powiedzieć, by Rubinstein wpadł w panikę. Liczył na wszechpotężną siłę pieniądza i swe
znajomości, które niejednokrotnie ratowały go już z opresji. Ale niepokój pozostał mimo wszystko. Po
raz pierwszy też wchodziła w grę wielka polityka, ta zaś z reguły nie ma oblicza. Robi ją tak wielu ludzi
na wysokich stanowiskach, że nie sposób wyobrazić sobie tę sumę pieniędzy, która mogłaby
zaspokoić ich żądania. A jednak Rubinstein pomyślał w tej chwili o jednym z przedstawicieli owej
pozbawionej oblicza szajki - o ministrze spraw wewnętrznych Protopopowie. Łączyła ich dobra
znajomość i pewnego razu Rasputin zmusił ich nawet, by się pocałowali i złożyli przysięgę, że będą
„końmi w jednym zaprzęgu“. Idąc za radą Rasputina. Rubinstein szereg razy dawał ministrowi drogie
prezenty - to na imieniny, to na Wielkanoc, to znów na Boże Narodzenie. Jeżeli więc Protopopow
napisał na doniesieniu z Francji rezolucję o wszczęciu śledztwa, to tenże Protopopow może ją również
przekreślić. Nieszczęście polega jednakże na tym, że jest on człowiekiem pozbawionym kręgosłupa.
Dzisiaj może przekreślić rezolucję, a jutro napisać coś jeszcze gorszego. Trzeba koniecznie
zaasekurować się dodatkowo... Wyrubowa! Na nią można postawić. Ona także lubi pieniądze,
niejeden raz dostawała też od niego prezenty i może po prostu pójść z tą sprawą do carycy
i powiedzieć: „Chcą zniszczyć, mateczko, dobrego człowieka i do tego przyjaciela Grigorija.”
A wówczas można się śmiać z każdej rezolucji...
Rubinstein nic wie, ile czasu mu jeszcze pozostało, by zapobiec nieszczęściu. Tak czy inaczej, trzeba
działać natychmiast, bez zwłoki. I przede wszystkim potrzebny jest tu spiritus movens tej transakcji -
Krüge. Co dwie głowy - to nie jedna.
Poleciwszy służącemu, aby sprowadził automobil i przygotował mu ubranie, Rubinstein podjął
ostateczną decyzję i wkrótce jechał już na Wyspę Wasiljewską, gdzie przy Czternastej Linii
w czteropiętrowym nowym domu mieszkał Krüge. Był ciężko przeziębiony i już od tygodnia nie
wychodził.
Pokojówka, która otworzyła drzwi, nie chciała wpuścić Rubinsteina.
- Pan jest chory... jest chory - powtarzała w kółko z jakimś estońskim czy łotewskim akcentem.
- Będzie gorzej, jeżeli umrze - mruknął Rubinstein i zrzuciwszy płaszcz ruszył w głąb tego dobrze mu
znanego ogromnego mieszkania o wyglądzie apartamentów hotelowych, które jego wspólnik
zajmował samotnie.
Krüge rzeczywiście leżał w łóżku, trzymając na głowie gumowy worek z lodem. Ujrzawszy Rubinsteina
strącił worek i uniósłszy się spytał z pewnym zdziwieniem:
- Dymitr Lwowicz?
- We własnej osobie... Dzień dobry - Rubinstein usiadł na krześle w przyzwoitej odległości od łóżka,
gdyż panicznie bał się chorób i chorych. Spojrzawszy na zarośniętą ziemistą twarz Krügego pomyślał,
że ta choroba jest wyjątkowo nie w porę, i zagadnął: - .lak się czujemy?
- Jak gdyby trochę lepiej - odparł Krüge pospiesznie. - Niech pan opowie, co się stało? - Rozumiał
doskonale, że Rubinstein nie przyszedł go po prostu odwiedzić, zauważył też niemal od razu, że jest
zdenerwowany.
- Zdarzyła się... dosyć nieprzyjemna historia... - zaczął Rubinstein i opowiedział o wizycie
Manasiewicza.
Krüge zerwał się z łóżka i zapominając włożyć pantofle zaczął chodzić na bosaka tam i z powrotem, od
ściany do ściany. Kościste nogi, rozczochrane włosy i zadarta nogawka piżamy rozweseliły
Rubinsteina.
- Może skończy pan wreszcie ten taniec? - spytał kpiąco.
Zatrzymawszy się nagle. Krüge wyszeptał:
- Kiedy odchodzi najbliższy pociąg do Helsinek?
- Według mnie, lepiej wziąć aeroplan - odparł Rubinstein z całkowitą powagą, lecz Krüge widział
w jego oczach wyraźną ironię.
- Czy pan nie zdaje sobie sprawy, że to katastrofa?
- Pod gruzami giną tylko nieroztropni - mruknął Rubinstein, wyjął z kieszonki kamizelki cygaro i zaczął
się przygotowywać do palenia. Ogromnie nie lubił tchórzostwa i nie zamierzał tego ukrywać.
Krüge włożył pikowany szlafrok, wysunął spod łóżka pantofle. Rubinstein wciąż jeszcze zajęty był
cygarem.
- Dymitrze Lwowiczu, niech pan nie odgrywa przede mną przedstawienia - rzekł ostro Krüge. -
Popełnił pan poważny błąd. Trzeba było kupić Manasiewicza. A teraz zarzucił pan pętlę na szyję
i sobie, i mnie.
Rubinstein podniósł na niego okrągłe czarne oczy.
- Manasiewicz to pospolity złodziej... - rzekł spokojnie. - Niech pan mnie nie uczy, kogo należy
kupować, a kogo sprzedawać. Ja ten handel znam lepiej od pana.
- Co pan proponuje?
- Na początek trzeba wciągnąć do tego Protopopowa. To także jest zgniły towar, ale ponieważ to on
napisał rezolucję, a my musimy zyskać na czasie, trzeba będzie zacząć od niego. Gdzie jest ten pański
Francuz?
- Dzwonił do mnie przed godziną, zatrzymał się w „Astorii“.
- Czy mógłby pan przywieźć go jutro do mnie do mojej willi za miastem?
- Po co?
- Zaproszę Protopopowa. Francuz wytłumaczy mu przy mojej i pańskiej pomocy, że nasza operacja
z rosyjskimi papierami wartościowymi jest korzystna dla Francji, Francji, która jest naszą sojuszniczką,
nie jesteśmy więc żadnymi przestępcami, lecz wręcz przeciwnie - należy się nam uznanie. A poza tym
będziemy pamiętać, że Protopopow jest nie tylko ministrem, lecz także sprytnym finansistą. Musimy
się z nim podzielić.
Krüge podszedł do Rubinsteina.
- Zuch z pana. Dymitrze Lwowiczu - rzekł cicho, z wyraźnym uznaniem. Ale zaraz dodał z niepokojem:
- A jeśli nie zechce przyjechać? Co wtedy?
- Rasputin mu każe - odparł Rubinstein. - Niech pan tylko nie zapomni później o tych wszystkich
moich dodatkowych wydatkach. A na razie pańskie zadanie sprowadza się tylko do przywiezienia
Francuza.
Francuz, o którym mówili, przyjechał do Piotrogrodu przed tygodniem i zameldował się w hotelu jako
przedstawiciel francuskiego banku dyskontowego Charles Nadeau. Później okazało się wprawdzie, że
wcale nie jest finansistą, lecz dziennikarzem, jeszcze później natomiast wyszło na jaw, że nie jest ani
finansistą, ani dziennikarzem, lecz agentem wywiadu francuskiego Sûreté Générale... Ale stanie się to
wszystko wiadome dopiero wtedy, kiedy ani dla Rubinsteina, ani dla Krügego nie będzie to już miało
żadnego znaczenia. Na razie zaś był przedstawicielem banku francuskiego, tego samego właśnie,
który przeprowadzał jakoby operację z rosyjskimi papierami wartościowymi, i miał ze sobą
odpowiednie dokumenty, na których Krüge i Rubinstein mieli złożyć swoje podpisy. Jednakże sprawa
podpisania dokumentów przywiezionych przez Francuza uległa zwłoce, gdyż okazało się, że
wymieniono w nich nieco inne sumy, i część, jaka miała przypaść Rubinsteinowi, była obecnie
znacznie niższa od uzgodnionej poprzednio. Obydwaj zgłosili więc protest. Charles Nadeau
porozumiał się rzekomo ze swym bankiem, który według ostatnich inforomacji miał pójść na jakieś
ustępstwa, a następnie pozostał w Piotrogrodzie czekając na nowe dokumenty, które winny były
nadejść z Paryża.
3
Zgodnie z obietnicą Rubinsteina Protopopow przyjechał do jego willi za miastem. Przyjechał
rzeczywiście na polecenie Rasputina.
- Jedź, czeka cię radość - rzeki Rasputin i dodał, że poza wszystkim innym chodzi tam również
o pieniądze.
A kiedy Protopopow zaczął się wymawiać, że ze względu na pewne okoliczności jest mu trochę
niezręcznie jechać do Rubinsteina. Rasputin oświadczył:
- Wierz temu, co ja mówię, a nie jakimś papierkom. Papierki piszą różni paskudni ludzie...
Protopopow nie miał odwagi nie posłuchać Rasputina, myślał jednako tej wizycie z najwyższym
niepokojem. Rozumiał doskonale, jak mogą być zinterpretowane odwiedziny ministra spraw
wewnętrznych u człowieka zamieszanego w aferę, którą można określić jako zdradę stanu.
Jedynym człowiekiem, któremu Protopopow powiedział, dokąd jedzie, był jego wierny sekretarz
Paweł Sawieljew. Żeby się jednak choć trochę zabezpieczyć, wyjaśnił, że chciałby osobiście
przesłuchać Rubinsteina w związku z pewnym poważnym podejrzeniem. W razie czego sekretarz
mógł to potwierdzić. Ponadto polecił mu, by do czasu jego powrotu nie odchodził od telefonu, gdyby
zaś zaszło coś szczególnie ważnego, może doń dzwonić do willi Rubinsteina...
Minąwszy Siestrorieck, automobil Protopopowa skręcił na piaszczystą boczną drogę, która pięła się
pod górę. Koła raz po raz grzęzły w piasku, motor jęczał i prychał, jechali więc bardzo powoli. Była już
jesień i spotykani po drodze nieliczni teraz letnicy gapili się na automobil należący niewątpliwie do
jakiegoś dygnitarza, co strasznie denerwowało ministra - nie daj Boże, aby go ktoś poznał: wcisnął się
więc jeszcze głębiej w kąt.
Wreszcie szofer zatrzymał wóz przed bramą w wysokim szczelnym parkanie pomalowanym na
niebiesko. I ledwie Protopopow zdążył wysiąść, furtka obok bramy otworzyła się i stanął przed nim
uśmiechnięty od ucha do ucha Rubinstein:
- Witam serdecznie, drogi Aleksandrze Dmitrijewiczu!
- Dzień dobry - odparł ponuro Protopopow i szybko przeszedł przez furtkę. Poufałość bankiera
dotknęła go nieprzyjemnie. Co innego, kiedy zachowuje się wobec niego w ten sposób w domu
Rasputina, ale gdzie indziej...
A Rubinstein wziął go pod rękę i poprowadził wyłożoną cegłą ścieżką w stronę domu.
- Aleksandrze Dmitrijewiczu, wiem już o dokumencie z Francji i o pańskiej rezolucji na nim - zaczął
Rubinstein konfidencjonalnie i lekko ścisnął dłoń Protopopowa. Protopopow zwolnił kroku - skąd
mógł się on o tym dowiedzieć? Ale nie mógł zapytać, gdyż byłoby to równoznaczne z przyznaniem się,
że nie jest panem w swoim ministerstwie. Pocieszał go jedynie fakt, że sam Rasputin radził mu tu
przyjechać...
- Pan. Aleksandrze Dmitrijewiczu, ma prawo wydać dowolne rozporządzenie - ciągnął Rubinstein tym
samym przyciszonym tonem. - Ale każda pańska nieuzasadniona decyzja może złamać życie różnym
ludziom, w tym również takim, którzy są panu bliscy, dlatego więc powinien się pan wystrzegać nie
przemyślanych poczynań...
Protopopow próbował wyzwolić się z uścisku chwytliwej ręki bankiera, ale w tej chwili usłyszał:
- W danym wypadku zarówno ja, jak i Grigorij Jefimowicz uznaliśmy za niezbędne przestrzec pana
przed podobnym postępowaniem...
Dalsza rozmowa była niemożliwa, gdyż wchodzili już na obszerny, wykończony marmurem ganek.
W dużym salonie przedstawiono mu Francuza - był wysoki, przystojny i nie miał w sobie nic
z bankowca, raczej coś z artysty; ubrany w jasne kolory, konwersował z ożywieniem, cały
w uśmiechach i kokieteryjnych pozach. Oprócz Francuza przedstawiono mu również jakiegoś pana
Krügego - ten przynajmniej z wyglądu robił wrażenie poważnego człowieka.
Francuz zaczął tłumaczyć, jak korzystna jest dla Francji operacja wykupienia zamrożonych w
Niemczech rosyjskich papierów wartościowych. I nie tylko dla Francji, lecz również dla Rosji, która,
wykorzystując środki prywatne, wyrwie z rąk wroga swoje zobowiązania finansowe, podczas gdy
wcześniej czy później musiałaby zapłacić za nie złotem.
Francuz mówił przekonywająco, ale Protopopow rozumiał go z trudem; przeszkadzały mu jego
uśmiechy, nie mógł się skupić. Ale rzeczywiście z tego, co mówił, wynikało, że operacja ta wygląda
zupełnie inaczej niż w owym doniesieniu z Francji...
- Aleksandrze Dmitrijewiczu, niezbędne jest pewne uściślenie - włączył się do rozmowy Rubinstein. -
Dla nas nie jest pan tutaj ministrem, lecz człowiekiem należącym do świata interesów, człowiekiem,
który potrafi ogarnąć wzrokiem i zrozumieć wielki handel. Chciałbym panu wyjaśnić, z jakim
wspaniałym interesem ma pan tu do czynienia, i może pan do niego przystąpić, nie jako minister,
rzecz jasna - Rubinstein uśmiechał się, lecz jego oczy pozostały poważne; zaraz też dodał: - Może pan
liczyć na jakieś pięć do siedmiu milionów na czysto. Siedem milionów. Aleksandrze Dmitrijewiczu -
powtórzył patrząc wyczekująco na Protopopowa. Temu zaś serce zamarło, a mózg w niepojęty
sposób odnotowywał jednocześnie i owe kuszące tęczowym blaskiem siedem milionów, i to, co
mówił Francuz, aby go uspokoić, i niebezpieczeństwo, jakie kryła w sobie dla niego cała ta operacja.
- Ze względu na moją pozycję nie mogę uczestniczyć w tej transakcji... - Protopopow był wyraźnie
zmieszany.
- Pański udział wcale nie jest potrzebny - łagodnie, jak do dziecka rzekł Rubinstein. - A tajemnica
pańskiego rachunku bieżącego w banku, tym bardziej w banku francuskim, będzie zapewniona.
- Bezwarunkowo! - wykrzyknął Francuz.
- Za cóż mam otrzymać tak... duży udział? - spytał Protopopow spoglądając na przystojnego Francuza.
- Ów dokument, na którym odnotował pan swą rezolucję, winien zostać unieważniony - odparł
Rubinstein.
- Sprawie nadano już bieg - rzekł cicho Protopopow. I nagle, nieoczekiwanie dla siebie samego dodał:
- Przecież ja nie wiedziałem, że chodzi o pana; w dokumencie mówi się tylko o samym fakcie operacji.
- Wobec tego wszystko jest w porządku! - oświadczył Rubinstein beztrosko. Myślał w tej chwili o
Manasiewiczu. Skąd mógł się on dowiedzieć, kto przeprowadza transakcję?
Zadzwonił telefon. Rubinstein podniósł słuchawkę.
- Słucham - rzekł zmienionym, starczym głosem. - Kto mówi? Tak, jest tutaj... To do pana, Aleksandrze
Dmitrijewiczu...
Protopopow usłyszał głos swego sekretarza Sawieljewa:
- Musi pan natychmiast wyjechać, natychmiast... - z tamtej strony odłożono słuchawkę i rozległ się
krótki sygnał.
- Wzywa mnie car, muszę jechać - rzekł Protopopow pospiesznie. - Proszę mnie odprowadzić...
Niedaleko muszli koncertowej automobil Protopopowa wyminęły dwa samochody wojskowe.
W pierwszym siedział generał.
Protopopow zamknął oczy i przeżegnał się nerwowo.
Przed wejściem do ministerstwa czekał na niego sekretarz.
- Godzinę temu był u mnie Manasiewicz - opowiadał na schodach po drodze do gabinetu. - Chciał się
z panem zobaczyć. Powiedziałem mu, że jeśli ma coś pilnego i rzeczywiście ważnego, to mogę
skontaktować się z panem telefonicznie. Wtedy oświadczył: niech pan go zawiadomi, że w znanej
ministrowi sprawie dokumentu z Francji panowie wojskowi zdążyli nas wyprzedzić i pojechali już do
willi Rubinsteina, aby go aresztować...
Manasiewicz, wściekły, że runął jego plan uzyskania od bankiera grubszej gotówki, zwrócił się do
kontrwywiadu wojskowego i zakomunikował wprost, że rozporządza całkowicie pewnymi
informacjami, iż Rubinstein próbuje uchylić się od oskarżenia za pomocą łapówki. Natychmiast
zameldowano o tym przewodniczącemu komisji do walki ze szpiegostwem Frontu Północno-
Zachodniego generałowi Batiuszynowi i ten wydał rozkaz aresztowania. Generał zdawał sobie
sprawę, że Rubinstein rzeczywiście może się wykupić, ale pamiętał również, iż rzeczony dokument z
Francji znalazł się najpierw w rękach kontrwywiadu wojskowego i to on właśnie może być pociągnięty
do odpowiedzialności za zaniechanie działań w związku z tak poważnym i udowodnionym ponad
wszelką wątpliwość przestępstwem. Tym bardziej że kręcił się koło tego Manasiewicz-Manujłow.
Ażeby więc ów niebezpieczny typ stał się naocznym świadkiem zdecydowanych poczynań
kontrwywiadu wojskowego, generał zgodził się na jego prośbę i włączył Manasiewicza do grupy
operacyjnej, która miała aresztować Rubinsteina. Tak czy inaczej, był on związany z ministerstwem
spraw wewnętrznych, nie mówiąc już o tym, że dał znać o całej sprawie...
W ten sposób Manasiewicz stał się świadkiem aresztowania Rubinsteina i mógł do syta napawać się
rozkoszną świadomością, że oto udało mu się zemścić na tym cwaniaku, którego zgubiła chciwość
i brak szacunku do niego, Manasiewicza.
Ujrzawszy wojskowych, którzy zbliżali się do willi, Krüge, nic nie mówiąc Rubinsteinowi, ukrył się
w spiżarni koło kuchni...
Kiedy nadszedł zmierzch, a rewizja wciąż jeszcze trwała, wydostał się ze swej kryjówki i opuścił willę.
Po powrocie do Piotrogrodu natychmiast z całą energią zabrał się do ratowania Rubinsteina, a raczej
samego siebie. Jeszcze tegoż wieczoru zaprosił Simanowicza, sekretarza Rasputina. Krüge obiecał mu
ogromną sumę za to, by niezwłocznie pomówił ze swym chlebodawcą. Rasputin z kolei miał jak
najrychlej jechać do Carskiego Sioła i przedstawić sprawę carycy, za co również Krüge obiecywał mu
niemałe pieniądze. Przy okazji Rasputin miał nadmienić, że Rubinstein jest w posiadaniu weksli
wielkiego księcia...
Według rozmaitych dokumentów dalszy ciąg tej historii był następujący: sprawą Rubinsteina zajęła
się komisja z generałem Batiuszynem na czele. Uprzedzono go - zresztą sam również orientował się
w sytuacji - że będą tutaj interweniować różne wpływowe osobistości, kazał więc wywieźć
Rubinsteina do Pskowa i osadzić w tamtejszym więzieniu. Jednakże komisja nie zdążyła nawet
przystąpić do przesłuchania aresztowanego.
Rasputin działał sprawnie...
26 września 1916 roku caryca pisała do swego małżonka, który w najbliższych dniach miał przyjąć na
audiencji ministra spraw wewnętrznych Protopopowa:
„Przy spotkaniu z nim nie zapomnij porozmawiać o Rubinsteinie, aby go bez hałasu wysłano na Sybir.
Protopopow jest całkowicie zgodny z naszym Przyjacielem w poglądach na tę kwestię. Protopopow
sądzi, że to prawdopodobnie Guczkow nakłonił władze wojskowe do aresztowania tego człowieka,
w nadziei, że znajdzie dowody rzeczowe przeciwko naszemu Przyjacielowi. Ma on rzeczywiście na
sumieniu brudne sprawy pieniężne, ale nie tylko on jeden.“
Obawiając się wszakże, by car mimo wszystko nie zapomniał o jej dyrektywie, w kolejnym liście
wysłanym w dwa dni później pisze znowu: „Aniele mój! Porozmawiaj z nim na temat Rubinsteina...”
I wreszcie nadeszło z Kwatery Głównej surowe polecenie samodzierżcy Rosji, by zwolnić Rubinsteina.
W Piotrogrodzie nie wiedziano, co robić. Generał Batiuszyn nie chciał anulować nakazu aresztowania.
Powodem nie była bynajmniej jego pryncypialność, lecz obawa, że krok ten obróci się później
przeciwko niemu. W Carskim Siole rozważano pomysł zwolnienia Batiuszyna i mianowania na jego
miejsce kogoś bardziej posłusznego. Ostatecznie postąpiono jednak inaczej - od carycy nadeszło
polecenie odebrania sprawy resortowi wojskowemu i przekazania jej ministerstwu sprawiedliwości:
tam zaś miało nastąpić umorzenie. Gdyby zaś minister próbował stawać okoniem, mianuje się
nowego ministra i ten wykona rozkaz. Doszło do tego, że minister spraw wewnętrznych oraz minister
sprawiedliwości naradzali się wspólnie z generałem Batiuszynem nad sposobami wyjścia z sytuacji.
Chodziło im właściwie o pokonanie jednej trudności - żaden z nich nie chciał pozostawić po sobie
w archiwum jakichkolwiek śladów związanych ze zwolnieniem Rubinsteina...
Tymczasem Rubinstein nie zasypiał gruszek w popiele i prowadził swoje sprawy również i w
więzieniu. Tam właśnie, w Pskowie, nie opuszczając pojedynczej celi, za radą Krügego pozbył się akcji
skompromitowanego banku „Junker i Co.“, sprzedając je pewnemu bogatemu przemysłowcowi
nazwiskiem Wtorow.
Nie wiadomo, w jaki sposób doszły w końcu do porozumienia „zainteresowane osoby“, jednakże
Rubinstein został zwolniony, zaś akta jego sprawy zamieniły się w dwie stroniczki protokołu rewizji.
Gdzie podziała się reszta dokumentów - daremnie próbowalibyśmy ustalić. Krótko mówiąc,
zainteresowane osoby zatroszczyły się o usunięcie wszelkich śladów swego działania i nie tylko o to...

Rozdział dwudziesty trzeci

1
Generał Spirydowicz wciąż pamiętał i ciężko przeżywał ową rozmowę z carem w pociągu i zdawał
sobie sprawę, że nie może już liczyć na odzyskanie jego zaufania. Przede wszystkim zaś było to jakby
przekreślenie jego wysiłków zmierzających do zasiania w sercu monarchy niepokoju wobec
rosnącego niebezpieczeństwa wybuchu rewolucji. Nie można powiedzieć, by generał ubóstwiał cara -
o nie, ale cenił sobie wysokie stanowisko przy nim, myślał, że lepszego monarchy Rosja mieć nie
może, mógł też chociażby częściowo wpływać na cara i jego decyzje.
Wśród najwyższych funkcjonariuszy żandarmerii Spirydowicz należał do najrozsądniejszych, a może
nawet był najbardziej rozsądny. Wziąwszy udział w stłumieniu rewolucji 1905 roku, w odróżnieniu od
większości swoich kolegów dostrzegł w tych wydarzeniach nie po prostu bunt motłochu
sprowokowany przez podżegaczy, lecz nowy etap w rozwoju społeczeństwa rosyjskiego, który
nastąpił w wyniku sytuacji wewnętrznej kraju oraz działalności całkowicie nowej siły politycznej -
socjaldemokracji. Jednakże wielu funkcjonariuszy ochrany nie podzielało tej opinii...
Później zmądrzeją w tym względzie, zrozumieją swój błąd, ale wówczas Spirydowicz patrzył na nich
z niepokojem i wszelkimi siłami starał się pomóc im, aby przejrzeli. Pisze więc i drukuje w drukarni
należącej do resortu żandarmerii dwie książki przeznaczone wyłącznie do użytku wewnętrznego.
Jedna traktowała o partii eserowców; dowodził w niej, że terror eserowski to spontaniczna historia
ślepych i dalekich od jednomyślności ludzi i że rozprawienie się z eserowcami nie stanowi żadnej
trudności. Natomiast druga książka traktowała o socjaldemokracji rosyjskiej, o bolszewikach jako
partii politycznej nowego typu, posiadającej mądry i bardzo niebezpieczny dla ustroju program
i prowadzącej za sobą olbrzymie masy ludzi, przede wszystkim proletariat. Spirydowicz wzywał do
bezlitosnej rozprawy z bolszewikami zalecając stosowanie nawet na zapleczu praw obowiązujących
w czasie wojny. Równocześnie uważał za niezbędne prowadzenie mądrej agitacji przeciwko
programowi socjaldemokratów, a za ustrojem monarchicznym danym Rosji przez Boga.
Nie liczył jednak na zrozumienie i poparcie w żandarmerii i doszedł do wniosku, że tylko wola
monarchy zdolna jest spowodować wprowadzenie radykalnych kroków. Miał zawsze przy sobie
rękopis książki o socjaldemokracji w nadziei, że w odpowiednim momencie będzie mógł poprosić cara
o przeczytanie jego pracy. Taka okazja nadarzyła się podczas tej zimowej podróży na front; car
przeczytał rękopis i zaprosił Spirydowicza do swego wagonu...
- Przeczytałem... przeczytałem... To ciekawe... - zaczął Mikołaj w zamyśleniu, a potem długo patrzył
przez okno, za którym wolno przesuwała się zaśnieżona równina rosyjska... I nagle odwrócił się do
generała: - Wydaje mi się, że zafascynowała pana teoria walki. A moja głowa i, mam nadzieję, głowy
wszystkich moich lojalnych podwładnych zajęte są praktyką walki, która ma jeden jasny cel -
osiągnięcie zwycięstwa w wojnie... - Wskazał na leżący przed nim rękopis. - U pana nazbyt często -
i jest to wprost nie do zniesienia - powtarza się słowo „rewolucja“, jest pan jakby zahipnotyzowany
tym słowem, zahipnotyzowany przez pańskich socjaldemokratów, bolszewików - Mikołaj odsunął od
siebie rękopis i odchylił się na oparcie kanapy... - Niedawno Protopopow dał mi do przeczytania
zeznania bolszewików aresztowanych w Iwanowo-Wozniesiensku. To naprawdę śmieszne - jacyś tam
tkacze, a nawet tkaczki noszą się z zamiarem zrzucenia mnie z tronu. Mój Boże, gdzie jest to
Iwanowo-Wozniesiensk, a gdzie ja? I w ogóle przypomina pan konia z klapami na oczach - widzi pan
przed sobą tylko rewolucję socjaldemokratyczną. A jeśli już będziemy o tym mówić poważnie, to
hydra rewolucyjna jest wielogłowa i ja na przykład bardziej jestem zaniepokojony groźbą rewolucji ze
strony Dumy, gdzie wszyscy ci Rodziankowie i Guczkowowie myślą już o tworzeniu rządu bez mego
udziału...
- Wasza Cesarska Mość, członkowie Dumy nie posuną się dalej poza gadaninę! - łagodnie wykrzyknął
Spirydowicz, a jego przystojna twarz poczerwieniała ze zdenerwowania.
- A jeśli się posuną? - car nachylił się w jego stronę.
- Można ich po prostu rozpędzić.
- No, widzi pan, co się dzieje - car skrzywił się i znów odchylił na oparcie kanapy. - A pańscy koledzy
zajmujący najwyższe stanowiska mówią mi, że rozpędzić teraz Dumę, to znaczy świadomie ją
zdelegalizować, wpędzić do podziemia. A tak mamy ją jak na dłoni...
Spirydowicz zdawał już sobie sprawę, że car nie podziela i nie podzieli jego stanowiska - jego upór jest
powszechnie znany, ale może zaniepokoi go ostatni argument - wojna?
- Wasza Cesarska Mość, myślę teraz tylko o jednym - zaczął energicznym tonem - o naszym
zwycięstwie nad wrogiem. I jak mogę, działam w tym kierunku. Rzecz jednak w tym, że
socjaldemokraci, bolszewicy dążą teraz do pokrzyżowania tych planów Rosji, dlatego też działają
aktywnie bezpośrednio w okopach i ich defetystyczne apele nie mogą nie odnieść skutku. Podobnie
jak biedny zawsze marzy o wpędzeniu w nędzę bogatych, tak samo żołnierz siedzący w okopie marzy
o tym, aby wojna się skończyła a on zdrowy i cały wrócił do domu.
- Jest pan w błędzie - przerwał mu car podnosząc rękę; jego jasne oczy pociemniały jak zawsze, kiedy
tracił cierpliwość. - Armia rosyjska ofiarnie walczyła, walczy i będzie walczyć...
Rozmowa była wyraźnie skończona, ale Spirydowicz po prostu nie mógł ustać; doznał nagle wrażenia,
że jest to jego ostatnia rozmowa z carem. I ażeby upewnić się, że tak nie jest, zaczął jak zwykle
referować sprawy związane z przyjazdem do Carskiego Sioła.
Car wysłuchał go w milczeniu z zamkniętymi oczyma, a potem tylko ledwie dostrzegalnie skinął
głową.
Spirydowicz opuścił wagon całkowicie zdruzgotany.
2
Nie można powiedzieć, że w wydarzeniach 1905 roku car nie dostrzegł rewolucji. Wysyłając swój pułk
Siemionowski do Moskwy w celu stłumienia powstania grudniowego. Mikołaj pisał do moskiewskiego
generała-gubernatora: „Mam nadzieję, iż pułk Siemionowski pomoże panu ostatecznie zdusić
rewolucję...“ Są też inne dokumenty, w których car używa wyrażeń „rozruchy rewolucyjne”, „bunt
wywołany przez rewolucjonistów“. Chodzi jednak o to, co rozumiał on przez słowo „rewolucja”,
w czym widział jej siłę i niebezpieczeństwo.
Jak wiadomo, przywódcę bolszewików moskiewskich Baumana zabił wynajęty przez ochranę
kryminalista. Na biurku cara pojawiły się później prawie równocześnie dwa dokumenty. Jeden
zawierał pełne niepokoju doniesienie szefa żandarmerii moskiewskiej, że pogrzeb Baumana
przekształcił się w potężną manifestację rewolucyjną, w której wzięło udział trzysta tysięcy osób.
Drugim dokumentem było pismo ministra sprawiedliwości w sprawie ułaskawienia zabójcy Baumana.
Poinstruowany przez ochranę, oświadczył on, iż popełnił zabójstwo w odwecie za obrazę jego uczuć
patriotycznych. Mikołaj napisał na tym dokumencie jedną tylko literę „Z”, co oznaczało - zgadzam się
na ułaskawienie. Na pierwszym doniesieniu nie ma jego adnotacji, ale przypomniał sobie o tej
manifestacji w dwa miesiące później podczas moskiewskiego powstania grudniowego, kiedy
odbierając raport ministra spraw wewnętrznych powiedział mu:
- Teraz zorganizowali powstanie ci sami, którzy tak hałasowali podczas pogrzebu - trzeba ich było
wówczas wszystkich wyłapać i teraz byłby spokój... - I dodał: - To wciąż ci sami, którym śni się
rewolucja...
A kiedy minister doniósł mu o zamieszkach w Kazaniu i Jekatierynburgu, car wykrzyknął:
- Czy ci gubernatorzy nie mają rąk! Rozkażcie im wyłapać wszystkich i zlikwidować! Teraz już wiem,
gdzie mam dobrych gubernatorów - tam, gdzie nie ma podobnych bezeceństw!
Car patrzy na zamieszki rewolucyjne jakby w innym aspekcie. Jednakże dzięki połączonym wysiłkom
wszystkich instytucji karnych i wywiadowczych na czele z carem, który w strachu o siebie i swoją
władzę przejawił stanowczość graniczącą z okrucieństwem, pierwsza rewolucja rosyjska została
krwawo stłumiona. Kiedy po uśmierzeniu powstania moskiewskiego pułk Siemionowski wrócił do
Petersburga, odbył się jego uroczysty przegląd, podczas którego ludzie nawet dobrze znający
monarchę odkryli ze zdziwieniem, że potrafi on mówić bardzo głośno. Car krzyczał: „Dziękuję wam,
moi drodzy Siemionowcy! Z całego serca gorąco wam dziękuję za waszą służbę. Dzięki waszemu
męstwu, wytrwałości i wierności skończył się rokosz w Moskwie!“
Wkrótce po tym pojawia się Spirydowicz jako szef jego ochrony osobistej. Od pierwszej chwili
spodobał się on carowi. Rosły, lekko rudawy jak i sam Mikołaj, o przystojnej, nieco wyniosłej twarzy,
był uosobieniem siły i spokoju. Przepracowawszy uprzednio kilka lat w żandarmerii, w tym również w
Moskwie u słynnego „myśliciela“ policyjnego Zubatowa, bardzo dużo wiedział, rozmowa z nim była
interesująca i to, że nie sypał jak inni pustymi frazesami i pochlebstwami, również podobało się
Mikołajowi. A potem jeszcze ten tragiczny wieczór w Operze Kijowskiej, kiedy zabito premiera
Stołypina, a znajdującego się o kilka kroków Mikołaja Spirydowicz zasłonił własnym ciałem. To jeszcze
bardziej zwiększyło sympatię cara do niego; odtąd zabierał go często ze sobą na spacery i prowadził
z nim konfidencjonalne rozmowy. Pewnego razu Mikołaj spytał:
- Słyszałem, że kiedy pracował pan w Kijowie, zranili pana eserowcy?
- To nie zasługuje na uwagę Waszej Cesarskiej Mości. - Spirydowicz zdecydowanie nie chciał o tym
mówić. Dodał jednak: - A w ogóle eserowcy to typowy dym polityczny. Nic więcej...
- Cóż wobec tego jest ogniem? - spytał car lekkim tonem.
- Bolszewicy, Wasza Cesarska Mość!
- Bolszewicy? - roześmiał się zdziwiony car, który być może po raz pierwszy usłyszał wówczas tę
nazwę. - Co to takiego?
Spirydowicz wytłumaczył mu krótko, ale bardzo rzeczowo i car znów się roześmiał:
- Bardziej podobają mi się mienszewicy, bo jest ich prawdopodobnie mniej.
- Ale oni. Wasza Cesarska Mość, również są socjaldemokratami.
- Socjaldemokraci, socjaldemokraci - skrzywił się nagle Mikołaj. - Mam już tego dość. Koniec
z buntem. I pańscy bolszewicy mogą swój niebezpieczny program głosić tylko katorżnikom na Syberii.
Car tak się rozgniewał, że nie dokończył zwykłej trasy spaceru i zawrócił do pałacu.
Tymczasem zaś dalsze wydarzenia potoczyły się w sposób następujący: partia bolszewików działała
nadal i jej siły wciąż rosły. Jej przedstawiciele zostali wybrani do Dumy drugiej kadencji. Car był
wściekły - rozkazał ochranie oczyścić Dumę z bolszewików, którzy zostali aresztowani i skazani na
długoletnią katorgę. Dumę zaś rozwiązano. Jednakże i do trzeciej, i do czwartej, ostatniej Dumy, znów
zostali wybrani bolszewicy.
Wojna, która się właśnie zaczęła, jakby osłabiła działalność rewolucjonistów. Ale Spirydowicz w to nie
wierzył.
...Na początku roku 1915 Spirydowicz został nagle wezwany do cara i zastał u niego w gabinecie szefa
wywiadu specjalnego, komendanta pałacu pułkownika Ratkę, do którego obowiązków należało
informowanie monarchy o sytuacji w kraju. Pułkownik wyciągnięty jak struna stał przed biurkiem
i kręcąc głową na prawo i lewo śledził ruchy cara, który z zaczerwienioną twarzą chodził od ściany do
ściany. Ujrzawszy Spirydowicza, car szybko podszedł do biurka i chwycił leżącą na nim kartkę.
- Może zechce pan się zapoznać... - Car stał przed Spirydowiczem i czekał niecierpliwie, aż on to
przeczyta.
Była to ulotka bolszewicka wzywająca żołnierzy do zaprzestania bratobójczej wojny i zwrócenia oręża
przeciwko swoim odwiecznym ciemiężycielom - kapitalistom, obszarnikom i caratowi.
- Tak, Wasza Cesarska Mość, oni już na samym początku wojny zajęli pozycje defetystyczne - rzeki
Spirydowicz kładąc ulotkę na biurku.
- To nie pozycje, to zdrada! - rzekł car zmarszczywszy gniewnie brwi. - Jak pan może mówić o tym tak
spokojnie? Naród uskrzydlony miłością do ojczyzny i tronu prowadzi wojnę, a za jego plecami działają
zdrajcy! - Mikołaj zwrócił się do pułkownika Ratki: - Czy kolporterów schwytano?
- O ile mi wiadomo, nie. Wasza Cesarska Mość. Ulotka została znaleziona w kieszeni zabitego
żołnierza.
- To potrójna zdrada - carowi zabrakło tchu, nerwowo rozpiął kołnierz bluzy wojskowej. - I godna
odpowiedź na nią. Mój wierny żołnierz przeczytał ten ohydny papierek, poszedł w bój i zginął.
Odznaczyć żołnierza Włodzimierzem! Słyszycie? Włodzimierzem! - Car podszedł do Spirydowicza
i rzekł zjadliwie: - Pan jest znawcą tej strasznej bandy, czyż nie tak? Niech pan natychmiast zostawi
wszystko i razem z Wojejkowem jedzie do wydziału ochrany i żeby do wieczora był gotów projekt
rozkazu o bezwzględnym przestrzeganiu obowiązującej w czasie wojny ustawy o zdradzie i zdrajcach.
Rozstrzeliwać przed frontem. Rozstrzeliwać przed frontem. Tylko to...
- Według rozkazu. Wasza Cesarska Mość. Czy mogę odejść?
Car zrobił gest - wynoś się, i Spirydowicz oddalił się z głębokim ukłonem nie zazdroszcząc
pułkownikowi Ratce, który został w gabinecie cara.
I może właśnie ten wybuch gniewu Mikołaja i wydane przezeń rozkazy zwiodły Spirydowicza - doszedł
on do wniosku, że car zmienił swe stanowisko, pośpieszył się więc z oddaniem mu swego rękopisu,
a to skończyło się dla niego bardzo źle...

Rozdział dwudziesty czwarty

1
Grubin coraz częściej miewał ostatnio wrażenie, że może się spóźnić z opuszczeniem tego domu
wariatów. Wydawało mu się, że w Rosji wszystko stało się tak jasne i nieodwracalne, że nie może już
donieść Niemcom niczego istotnego, niczego naprawdę nowego. Jednakże miał wrodzone niemieckie
poczucie dyscypliny i mówił sobie: nie śpiesz się... nie śpiesz się.
Nawet teraz, późną nocą nasłuchując równego oddechu śpiącej żony zastanawiał się, jak najlepiej
i najszybciej wykonać zadanie otrzymane przed kilku dniami - żądano od niego wydania wnikliwej,
dobrze umotywowanej opinii, czy ostatnio nie zwiększyły się szanse zwolenników pokoju
separatystycznego i w jakim stopniu możliwa jest ich realizacja.
Dlaczegóż jednak Berlin znów zaniepokoił się sprawą realności pokoju separatystycznego? Czyżby
mylił się przypuszczając, że przygotowywana jest ofensywa?
Zegar w jadalni wybił godzinę drugą - trzeba jednak postarać się usnąć... Przeciągły daleki gwizd
statku - zasnąć... zasnąć...
Ranek przyniósł nowe niepokoje. Pokojówka podała mu do łóżka gazetę „Birżewyje Wiedomosti”; na
pierwszej stronie dużymi literami krzyczał tytuł: „Położyć kres panoszeniu się Niemców!“ Gdyby to
była jakaś inna gazeta, na przykład Bułacelowski „Nowyj Grażdanin“, nie zwróciłby w ogóle uwagi na
taki tytuł - te gazety bez przerwy wrzeszczą o panoszeniu się Niemców. Ale dzisiaj wydrukowała to
gazeta solidna, bardzo daleka od skłonności do histerii politycznej... Artykuł utrzymany był
w surowym, kategorycznym tonie, bez cienia krzykliwości; nie było w nim ani faktów, ani nazwisk, ani
nawet aluzji, ale było coś, czego dawniej nigdy nie było: „... jeśli władze nie skończą z bezkarnym
panoszeniem się Niemców, Rosja będzie miała prawo uznać to za zdradę ojczyzny...“ I na końcu
zdanie: „Ojczyzna, naród jak zawsze z nadzieją patrzą na swego monarchę.“ Można to było rozumieć
tak, że władze i car to nie to samo, ale równocześnie stawiając je obok siebie mimo woli łączono te
dwa elementy. W każdym razie dotychczas nikt tak nie pisał.
Żona rozczesująca przed lustrem swe długie puszyste włosy spytała:
- Co ciekawego w gazecie?
- Ciekawego? - powtórzył machinalnie Grubin - Absolutnie nic.
- Czy jest nekrolog żony Insarowa?
- Ależ na miłość boską, kogo to interesuje? - Grubin wbrew swoim obyczajom podniósł głos. Żona
zwróciła głowę w jego stronę i spojrzała z pełnym wyrzutu uśmiechem, nic jednak nie powiedziała
i znów odwróciła się do lustra.
W pierwszej chwili przez głowę Grubina przemknęła myśl, że ten artykuł będzie bardzo
przekonywającym argumentem, który wykorzysta pisząc odpowiedź Berlinowi. Ale jeśli coś takiego
drukują w poważnej gazecie, to czy nie jest to sygnał do rozpoczęcia jakichś specjalnych działań
przeciwko wszystkiemu, co niemieckie, już na szczeblu państwowym? I bez tego sytuacja w
Piotrogrodzie jest bardzo napięta. Jego mieszkańcy są naelektryzowani z powodu stałego braku
żywności, zaczęły się nawet zakłócenia w dostawie chleba. Wojna nadal pochłania ludzi... Władzom,
rzecz jasna, jest bardzo na rękę skierować gniew ludu w inną stronę, przeciwko wszystkiemu, co
niemieckie, rzekomo odpowiedzialne za wszystkie nieszczęścia, które spotykają kraj. I jeśli ten artykuł
jest sygnałem do tego rodzaju działań, to w Piotrogrodzie może momentalnie powstać sytuacja
kryjąca w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo... Niebezpieczeństwo zagrażające przede wszystkim
jemu samemu. Manus stanie się jedną z pierwszych ofiar i wówczas cios nieuchronnie spadnie
również na niego. Grubin myśli z niepokojem, że ostatnio nie troszczył się tak jak przedtem o to, aby
jego kontakty z Manusem nie były dostrzegalne dla innych. Niech licho porwie tego zadufanego
Manusa! Trzeba niezwłocznie przedsięwziąć odpowiednie kroki, aby uniknąć ciosu. To jeszcze można
zrobić; najważniejsze - nie stracić zimnej krwi. No i wtedy wyłączyć się z gry...
Poranną herbatę pili przy zapalonym żyrandolu. Okna były granatowe, spóźniony jesienny ranek
dopiero się zaczynał, na ulicach płonęły jeszcze latarnie. Alicja Janowna podsunąwszy do góry rękawy
kimona sama nalewała herbatę i spoglądała przy tym na męża, ale nie zadawała więcej pytań; istniała
między nimi niepisana umowa, że nie powinna interesować się sprawami męża; na ten temat mógł
zacząć mówić tylko on sam. Grubin zaś myślał, jak najoględniej powiadomić żonę o swoim zamiarze,
aby jej zbytnio nie zaniepokoić...
- Wiesz, moja droga, chcę jak najprędzej sprzedać nasz dom z całym dobrodziejstwem inwentarza -
rzekł miękko.
Alicja Janowna postawiła filiżankę na stole, jej czarne brwi uniosły się gwałtownie, w głębi czarnych
oczu pojawił się wyraz zdziwienia.
- Potrzebne ci są pieniądze?
- Skądże ci to przyszło do głowy, kochanie... - pogłaskał rękę żony. - Ale trzeba to zrobić natychmiast.
Jeszcze dzisiaj powiemy mojemu plenipotentowi, ażeby znalazł nam umeblowane mieszkanie blisko
śródmieścia.
- A ja tak polubiłam ten dom - rzekła ze smutkiem opuszczając gęste rzęsy. Grubin objął ją ramieniem
i przytulając policzek do jej miękkich włosów rzekł cicho:
- Czas wracać do domu, kochanie... Do do-mu... Rozumiesz?
- Mój Boże, czyżby? - wyszeptała i oczy jej zabłysły radośnie. - Wraca do mnie mój Henryk... -
Gwałtownym ruchem objęła męża: - Doczekaliśmy się... doczekaliśmy się...
- Ale Alicjo... - odsunął ją ruchem łagodnym lecz zdecydowanym. - Nikomu ani słówka. Ni-ko-mu... To
może spowodować katastrofę.
- Możesz być spokojny, znasz mnie przecież... - I nagle powiedziała z troską w głosie: - Przecież na
piątek zaprosiliśmy gości.
- Napisz do wszystkich, że jesteś chora... influenca. Przeproś. I bądź przygotowana do przeprowadzki.
Pokojówkę zwolnij, powiedz, że nasze interesy źle idą, daj jej pieniądze... - Uśmiechnął się. - A gości
zaprosimy już tam... w domu...
Przed południem Grubin jeździł po bankach, patrzył, co się tam dzieje, słuchał, co się mówi. Nie
zauważył niczego nowego, a zwłaszcza niepokojącego - wszystko było tak jak zwykle. Był nawet zły na
siebie za to, że rano tak się przeraził artykułu w gazecie, przypomniał sobie, jak sam pouczał kiedyś
Manusa, że nie należy zwracać uwagi na to, co wypisują gazety. Tak, trzeba trzymać nerwy na wodzy.
Może z domem też nie należy się śpieszyć?
Wstąpił do domu handlowego „Gostinyj Dwor“ do właściciela firmy jubilerskiej Morozowa. Przed
tygodniem umówił się z nim w sprawie kupna biżuterii, teraz musiał sfinalizować umowę i wpłacić
zaliczkę.
Morozow od razu na wstępie oznajmił mu, że cena jego towaru wzrosła półtora raza. Grubin nie był
ani zdziwiony, ani zmartwiony - gwałtowna zwyżka cen była teraz zwykłym zjawiskiem, ale mimo
wszystko spodziewał się wytłumaczenia... Morozowa znał nieźle, nieraz kupował u niego drogie
prezenty dla żony; był to sprytny komercjalista, umiejętnie prowadził firmę jubilerską i nie bez
powodzenia grał na giełdzie. Nie był jednak zbyt mądry - typowy rosyjski kupiec średniego kalibru,
daleki od polityki, szczycący się tym, że w „Birżewych Wiedomostiach“ czytał tylko notowania
giełdowe, a artykułu, który tak zaniepokoił Grubina, po prostu nie zauważył...
- Dlaczego cena tak podskoczyła? - spytał Grubin nie doczekawszy się wytłumaczenia.
- Wie pan przecież, że ceny dyktuje rynek - odparł Morozow. - Przecież panu nie trzeba tego
tłumaczyć. A na przykład księżniczka Pahley, która była tu przed panem, bardzo się rozzłościła i nie
chciała niczego zrozumieć.
- Czyżby zamierzała coś kupić? - spytał Grubin.
- Niech pan sobie wyobrazi... chciała wziąć dużą partię brylantów. Sam się zdziwiłem...
Grubin zauważył, że i jubilera to niepokoi.
- A cóż się stało na rynku?
- Z jednej strony zadziwiająco gwałtownie wzrósł popyt, z drugiej - pieniądze straciły wartość... -
Morozow milczał chwilę z zatroskaną miną, gładząc się po różowej pospolitej twarzy. - Chciałbym
pana... zapytać. No, sprawa z pieniędzmi jest jasna. Ale dlaczego nagle tak podskoczył popyt?
- Pierwsze tłumaczy drugie - odparł Grubin i ciągnął: - Ja też chcę ulokować swe pieniądze. Biorę to,
co wtedy wybrałem... - Wyjął książeczkę czekową, wypełnił czek i wręczył jubilerowi. Ten wziął go
niezdecydowanym ruchem i zbyt długo oglądał, ale jednak schował do szuflady ze słowami:
- Umowa, jak wiadomo, jest warta więcej niż pieniądze... - I znowu wrócił do dręczącej go kwestii: -
A czy nie lepiej, abym zamknął sklep?
- Zamiast skorzystać ze świetnej koniunktury? - odparł Grubin.
- Panie Grubin - rzekł nagle jubiler zdecydowanym tonem. - Nasza transakcja została zawarta, niech
pan o niej zapomni i powie mi teraz szczerze - czy nie mam podstaw do obaw?
- Przed czym?
- Przed tą koniunkturą. Zna pan oczywiście Basowa. Milioner. Wie pan, co on mi zaproponował?
Żebym sprzedał mu cały mój interes na pniu. Po co on mu jest potrzebny?
- Niech pan lepiej zapyta jego - Grubin uchylił się od odpowiedzi.
- Pytałem. Ale nie usłyszałem odpowiedzi. Niech pan słucha dalej. Mój główny konkurent o tu, trochę
dalej, po drugiej stronie Newskiego - Burharb zamknął w sobotę swój interes. Pojechałem do niego
i pytam dlaczego? Przecież nasz towar nawet w ogniu się nie pali. A on mi mówi, że nie chce
sprawdzać tej właściwości naszego towaru. I koniec. Niech pan patrzy - księżniczka Pahley, Basow,
Burharb, no i pan... Co jest powodem tego wszystkiego?
- Nie wiem, dalibóg nie wiem... - odparł Grubin i czym prędzej wyszedł.
2
Zaczęło się to, co przewidywał. I stąd pierwszy wniosek - trzeba jak najszybciej przekazać pieniądze
i klejnoty, bez względu na cenę. A dom trzeba sprzedać natychmiast. Ale stop, stop - czy znowu nie
wpadam w panikę?
O drugiej Grubin wstąpił do Klubu Handlowego przy Litiejnym, aby zjeść obiad. Lubił ten lokal, gdzie
zawsze panowała cisza i nie było zbędnego blichtru. Wyszkoleni kelnerzy wyglądali na nobliwych
urzędników, skromny spis potraw mieścił się na małej kartce, kuchnia była niewymyślna, domowa.
Rano serwowano tu niezwykle smaczne mleczne śniadania, obiady wydawano do szóstej, kiedy to
restaurację zamykano. Przychodzili tu najwybitniejsi przemysłowcy i finansiści, z którymi zawsze
można było zamienić słówko, dostać od nich dobrą radę...
Grubin wszedł do sali restauracyjnej i zatrzymał się - kto tu dzisiaj jest? Miał szczęście - zobaczył
znanego w Rosji magnata Leonida Mantaszowa, którego znał. Znał - to zresztą nieodpowiednie
słowo... Przed rokiem miał na oku bardzo korzystny interes, ale kiedy go dokładnie zbadał, przekonał
się, że kryje się za tym doskonale zamaskowana podejrzana sprawa. Kiedy zrezygnował z udziału
w tym interesie, dowiedział się, że tą transakcją zainteresował się sam Mantaszow. Grubin
niezwłocznie wykorzystał to dla zawarcia znajomości z Mantaszowem i właśnie tu, w tej restauracji,
opowiedział mu o wszystkim. Mantaszow podziękował mu i spytał, jak udało mu się wykryć tę aferę.
Grubin odparł: ostrożność i jeszcze raz ostrożność - oto moja dewiza. W kilka dni później przeczytał
o zdemaskowaniu aferzystów, którzy prowadzili właśnie ten interes - Mantaszow nie przebaczał
nigdy, jeśli ktoś próbował go oszukać... Później, kiedy Mantaszow zjawiał się w Piotrogrodzie, spotkali
się kilkakrotnie właśnie tu, w klubie, ale ograniczyli się do wymiany ukłonów.
Teraz, sądząc ze wszystkiego, Mantaszow zjadł już obiad i przeglądał gazety. Zbliżając się do jego
stolika Grubin zobaczył, że czyta francuską gazetę.
Podszedł doń i skłoniwszy się z szacunkiem spytał:
- Czy można przysiąść się na chwilę?
Mantaszow bez pośpiechu oderwał się od gazety i podniósł nań swe duże, uważnie patrzące oczy:
- A! Wielki maestro ostrożności! Dzień dobry. Niech pan siada. Ale ja jestem już po obiedzie... - Robiąc
miejsce dla Grubina odsunął na bok leżący na kanapce stos przeczytanych gazet. - Co dla pana
zamówić?
- Na Boga, nic... Wpadłem po prostu tak... żeby być przez chwilę wśród żywych ludzi...
Mantaszow roześmiał się niespodziewanie i wskazując na salę, gdzie przy stolikach parę osób jadło
obiad, rzekł:
- To są ci żywi? To wszystko trupy, tylko sami jeszcze o tym nie wiedzą... - Grubin zobaczył nagle, że
Mantaszow ma bardzo zmęczoną twarz. Wielki człowiek interesu, właściciel ogromnej fortuny
ulokowanej w poważnych przedsiębiorstwach był człowiekiem o wesołym usposobieniu, lubił żarty
i znał się na nich; jego czarne oczy odzwierciedlały żywy charakter. Nawet konkurentów dusił na
wesoło. Wszyscy wiedzieli, że jednej ze swych ofiar powiedział: „Mój drogi, niech pan potraktuje to,
co się stało, jak lekcję w szkole ludzi interesu i na razie podziękuje mi słowami, a przyjdzie czas, że
zażądam zapłaty za tę lekcję.“ I kiedy po pewnym czasie pechowiec zrobił doskonały interes.
Mantaszow wysłał doń list z przypomnieniem o lekcji i żądaniem zapłaty według stawki profesorskiej.
I dostał przekaz na dwadzieścia pięć rubli...
Teraz siedział przed Grubinem zupełnie inny Mantaszow - zmęczony, zły, z oczami pozbawionymi
blasku.
- Do czego są panu potrzebni żywi ludzie? - spytał.
- Boję się, Leonidzie Andriejewiczu - odparł Grubin cicho.
- Ja też... ja też - mruknął pod nosem Mantaszow i nagle spojrzał na Grubina z ciekawością: - A czego
się pan boi?
- Czytał pan dzisiejsze „Birżewyje”?
- Czytałem. Bzdura - rzekł Mantaszow ostro.
- Jakże to, Leonidzie Andriejewiczu? Do beczki prochu wpychają zapaloną szmatę.
- Proch już dawno zwilgotniał - odparł Mantaszow kategorycznym tonem. Zawołał kelnera i wskazał
na stos gazet: - Proszę zabrać te śmieci...
Milczeli czekając, aż kelner odejdzie. Potem zaczął mówić Mantaszow; mówił energicznie, w jego
czarnych oczach błyszczała złość, znużona twarz ożywiła się:
- Mówiono mi, że jest pan człowiekiem Manusa... - Grubin podniósł rękę na znak protestu, ale tamten
ciągnął: - Dobrze, dobrze, nie jest pan jego człowiekiem, lecz on pańskim, to nie ma żadnego
znaczenia. Ale pan nie jest do niego podobny. On do tego stopnia wrósł ze swymi pieniędzmi we
wszystko, co siłą bezwładu nazywa się jeszcze Rosją, że nie widzi już własnych kolan - przeszkadza mu
w tym brzuszysko z profitami. Ale wiem, że pan jest finansistą ostrożnym, a więc myślącym i nie
liczącym na szczęśliwy traf. Pamiętam przecież tamtą sprawę... Czyż więc nie rozumie pan, że pańska
beczka z prochem nie egzystuje sama przez się. Załóżmy, że jest ona w ładowni statku, który wpadł
na skałę i idzie na dno. Jakie znaczenie ma to, czy wybuchnie, czy też nie. Dla nas - dla mnie i dla pana
- statek - to nasze państwo, a przede wszystkim jego fundamenty - ekonomika, a właśnie tu nastąpiło
uderzenie o skałę. Przed chwilą czytałem francuską gazetę. Piszą, że ekonomika rosyjska przypomina
teraz balon z przestrzeloną powłoką - jeszcze leci, ale upadek jest nieuchronny. Nasi drodzy
sojusznicy piszą to, a oni wiedzą...
Grubin słuchał go próbując ukryć niepokój, który go ogarnął, ale oczywiście nie o statek-Rosję, lecz
tylko o to, czy uda mu się uratować kapitał, wyłączyć się z tej strasznej gry, aby potem w swoich
ojczystych Niemczech mieć spokojne życie, o jakim marzył przez te wszystkie lata. Nie zauważył, że
Mantaszow milczy już od dawna i patrzy na niego z niedobrym uśmieszkiem.
- Jak się uratować? - spytał Grubin.
- I jak uratować kapitał? - podchwycił Mantaszow i natychmiast odpowiedział: - Nie wiem. Każdy
ratuje się sam i jego tratwą ratunkową na oceanie jest jego rozum... - Mantaszow zamilkł, patrząc
wyczekująco na Grubina.
- No a jeśli coś się zmieni na wojnie? - zaczął Grubin niepewnie.
- Co tam wojna! Jakich zmian pan się spodziewa? - Mantaszow nie ukrywał złości, ale Grubin zdawał
sobie sprawę, że nie złości się on na niego, lecz na wszystko, co doprowadziło go do tych myśli, i musi
się przed kimś wygadać. - Wojny już nie ma! - ciągnął patrząc w przestrzeń. - Przegraliśmy ją i my, i
Niemcy. Paradoks? To prawda, mój drogi. Prawda...
- A jeśli wojnę przerwie pokój?
- To również nie ma już żadnego znaczenia ani dla mnie, ani dla pana, gdyż nie siedzimy w okopach.
Dla nas ważne jest tylko jedno - czy mamy pieniądze, czy już nie mamy. A więc - nie mamy. Rubel,
który nazywaliśmy złotym, stał się w najlepszym wypadku blaszką. A co pan może zrobić z tymi
blaszkami?
Zdruzgotany Grubin milczał. Mantaszowowi zaś jakby sprawiało przyjemność, że zapędził swego
rozmówcę w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. Ale przecież on sam także był w tym zaułku...
I nagle jakby znalazł coś przyjemnego, w jego oczach zapaliły się złośliwe błyski:
- Jedno jest pocieszające - to, że cały świat się przewrócił do góry nogami. Cały! A wie pan, co się
dzieje z jeżem, kiedy się go przewróci na grzbiet? Staje się bezbronny, ma odsłonięty nagi brzuch.
Świat przewrócony do góry nogami! Kto postawi go na nogi? Może malutkie neutralne kraiki
w rodzaju Szwecji, które, chociaż to naprawdę śmieszne, wygrały tę wojnę. Ale najprędzej zrobi to
Ameryka, która jest teraz jakby na innym statku. Tylko ile ona za to weźmie? Czy zechce dostać
zapłatę w blaszkach zamiast złota? O nie, postąpi zupełnie inaczej! Rozetnie nagi brzuch jeża i włoży
ręce w jego wnętrzności. Zażąda koncesji! I wtedy ja i pan wraz ze swymi blaszkami staniemy się
ubogimi krewnymi bogatego amerykańskiego wujaszka, a ten, jak wiadomo, nigdy nie kochał ubogich
krewnych.
O tym trzeba myśleć, mój drogi ostrożnisiu, którego wyraźnie opuściła ostrożność; pan, mój drogi,
spóźnił się z opuszczeniem tego statku. Spóźnił się pan...
Wyszli razem na ulicę i pożegnali się w milczeniu. Mantaszow wsiadł do oczekującego go automobilu.
Grubin stał na skraju chodnika patrząc w ślad za odjeżdżającym milionerem. Potem nic nie widząc
i nie słysząc ruszył w stronę Newskiego. W skroniach mu huczało. Spóźnił się... spóźnił się... spóźnił
się... To straszne... Czy naprawdę wyjdzie z tego przeklętego domu wariatów jako żebrak i nie
zapewni swojej ukochanej Alicji beztroskiego życia, które jej obiecywał przez te wszystkie lata? Ona
straci wiarę w niego, a więc przestanie go kochać. Nie! Nigdy się z tym nie pogodzi!
Na rogu Newskiego zatrzymał się i rozejrzał wokoło. Było wczesne popołudnie. Na wysokim
wyblakłym niebie niby przez mętne szkło przeglądało słońce. Prosty i szeroki Prospekt Newski
pulsował życiem... Toczyły się przezeń turkocące tramwaje wypełnione pasażerami i byli to żywi
ludzie, których wiodły dokądś codzienne sprawy i troski. Przejeżdżały dorożki na gumowych kołach
z majestatycznymi dorożkarzami na koźle, a w ich muszlach beztrosko oparci o poduszki siedzieli
pasażerowie - najprawdopodobniej ludzie zamożni; ich również wzywały dokądś ich zwykłe sprawy.
Zwykłe, niech to licho porwie! Nagle usłyszał jakiś rytmiczny szum i zobaczył kolumnę żołnierzy.
Wypełzała ona wolno z Fontanki na Newski skręcając w stronę Admiralicji. Na przedzie wybijali krok
oficerowie. I gdzieś w środku kolumny odezwał się wysoki przeciągły głos:
Wojujemy za mateczkę-Rosję.
Wojujemy za ojczulka-cara!
I cała kolumna podchwyciła refren. Grubin nie rozróżniał słów, tylko na końcu wyraźnie trzykrotnie
gruchnęło: „Hurra! Hurra! Hurra!“
Z plakatu na murze patrzył na Grubina dziarski wąsacz z czterema Krzyżami św. Jerzego na bluzie
wojskowej i pytał surowo: „Czy podpisałeś pożyczkę pięcio- i półprocentową w imię bliskiego
zwycięstwa?“
Grubin szedł chodnikiem w ślad za kolumną i stopniowo wracała doń nadzieja, na razie jeszcze
nieśmiała, ale jednak nadzieja. Głos wewnętrzny mówił mu coraz głośniej: bez paniki, zbierz wszystkie
siły i rób swoje. Rób!
3
Londyn zażądał od Buchanana, aby pod jakimkolwiek pretekstem udał się do rosyjskiej Kwatery
Głównej i za wszelką cenę zobaczył się z carem. Widząc, jaki rozłam panuje w rządzie rosyjskim,
przywódcy angielscy chcieli dowiedzieć się na pewno, jakie jest stanowisko cara i jakie ma on plany.
Ponadto chcieli też niewątpliwie sprawdzić informacje otrzymywane z rosyjskiej Kwatery Głównej od
swojej misji wojskowej.
Przeczytawszy szyfrogram. Buchanan zgodnie z przepisami podpisał się w rogu blankietu, ale pióro
zahaczyło o papier i podpis urwał się zakończony ostrym zakrętasem...
Tam, w Londynie, zupełnie nie zdawali sobie sprawy z sytuacji dyplomatów na dworze rosyjskim. Do
cara niełatwo było dotrzeć nawet wtedy, kiedy przebywał w domu w Carskim Siole, zamknięty
w wąskim kręgu rodzinnym. A teraz, żeby dostać się do Kwatery Głównej, trzeba było pokonać
mnóstwo barier biurokratycznych i mogło upłynąć wiele miesięcy zanim dojdzie do tego wyjazdu...
Buchanan wykorzystał kilka sposobów, aby dać znać carowi, że pragnie dostać się do niego do
Kwatery Głównej, ale jego sygnały najwyraźniej nie docierały do monarchy...
Od kiedy premier Stürmer kierował ministerstwem spraw wewnętrznych, Buchanan poznał go dobrze
i zrozumiał, że ten protegowany Rasputina nie jest tak prymitywny, jak o nim mówiono. Posiadając
dość ograniczony umysł, był on równocześnie bardzo doświadczonym i zręcznym intrygantem
i spotykając się z nim Buchanan musiał uważnie wsłuchiwać się w każde jego słowo. Stürmer z kolei
zrozumiał, że ambasador angielski jest dla niego bardzo niebezpieczny, i na razie nie decydował się na
walkę z nim, doszedłszy do wniosku, że najpierw trzeba poderwać zaufanie i szacunek, jakim od
dawna cieszył się Buchanan u cara. Zaufanie to jeszcze istniało i mimo przychylności cesarzowej
i poparcia Rasputina obawiał się zaczynać ostateczną rozprawę z ambasadorem. Tymczasem
nastawiał przeciw niemu Aleksandrę Fiodorownę licząc na to, że ta nastawi odpowiednio również
swego małżonka. Wobec Buchanana był nadal uprzedzająco grzeczny, nawet uniżony, udając, że
zgadza się na wszystkie żądania ambasadora, w rzeczywistości nie robił nic, tłumacząc się potem tym,
że jego władza jest ograniczona. Buchanan wiedział doskonale, że jego władza może teraz zostać
ograniczona tylko przez carycę, i musiał zdawać sobie sprawę, że próby ominięcia premiera są
bezcelowe i niebezpieczne. Ta strategia Stürmera doprowadzała ambasadora angielskiego do
wściekłości, z którą wszakże nie mógł się zdradzić...
Tak samo postępował Stürmer z prośbami Buchanana o umożliwienie mu odwiedzenia Kwatery
Głównej - po każdej takiej prośbie ambasadora natychmiast jechał do cesarzowej i uzyskiwał jej
zgodę na odmowę...
I oto Buchanan po raz trzeci przyszedł do Stürmera z prośbą o wyjazd do Kwatery Głównej. Jakby nie
słysząc zaproszenia, aby usiadł, ambasador stał dając tym do zrozumienia, że audiencja ma
wyjątkowy charakter, ale nie będzie trwała długo, gdyż nie ma dzisiaj zamiaru wysłuchiwać żałosnego
tłumaczenia się premiera. Stürmer wstał powoli, ale chore nogi z trudem utrzymywały jego potężne
ciało, oparł się więc jedną ręką o biurko.
- Zwracam się do pana z tą prośbą po raz ostatni - rzekł Buchanan spokojnym, cichym głosem. - I w
razie nowych trudności przedsięwezmę nadzwyczajne kroki.
Stürmer wyniosłym ruchem odrzucił głowę do tyłu; robił to zawsze, kiedy stawał przed jakąś sytuacją
przerastającą jego możliwości intelektualne i za każdym razem Buchanan uśmiechał się w duchu -
kiedyś wyobraził sobie, jak Stürmer ćwiczy tę pozę przed lustrem w przekonaniu, że podkreśla ona
jego wysoką pozycję w państwie. Sam ambasador w czarnym fraku był uosobieniem oficjalnej
powściągliwości i jego twarz była nieprzenikniona, chociaż Stürmer wpatrywał się w nią bacznie
starając się domyślić, jakie nadzwyczajne kroki miał na myśli ten siwy brytyjski lis. Ale trzeba coś
odpowiedzieć... Stürmer przesunął palcami po galonach munduru jak po klawiaturze i rzekł
z przejęciem:
- Podejmę zdecydowane kroki, panie ambasadorze... Niezwłocznie podejmę kroki - powtórzył i nawet
zrobił taki ruch, jakby miał zamiar zacząć działać natychmiast.
- Czekam na odpowiedź do jutra - rzekł Buchanan sucho i pożegnał się.
Stürmer długo stał zapomniawszy nawet o chorych nogach. I nagle zwalił się na fotel i chwycił za
telefon:
- Mój automobil z pełnym zapasem benzyny przed wejście...
W dziesięć minut później pędził już do Carskiego Sioła...
Buchanan wrócił do ambasady. W westybulu u podnóża schodów z białego marmuru czekał na niego
Gruss:
- Otrzymaliśmy wspaniałą szyfrówkę z Londynu, sir.
- Nie mam zwyczaju pracować w westybulu - burknął Buchanan ze złością oddając płaszcz służącemu.
Ostatnio coś mu się zaczęła nie podobać zupełnie nieangielska ekspansywność Grussa.
Weszli do gabinetu i Gruss odczekawszy cierpliwie, aż ambasador usiądzie przy biurku, w milczeniu
podał mu kartkę z rozszyfrowaną informacją z Londynu.
Minister spraw zagranicznych donosił, że z rozkazu króla dowódca Floty Bałtyckiej Rosji został
odznaczony Wielkim Krzyżem Orderu Łaźni. Ambasadorowi polecono wręczyć to odznaczenie, które
zostało już wysłane.
Buchanan spojrzał na Grussa ze zdziwieniem:
- Nie rozumiem pańskiego entuzjazmu - przecież to kolejna zupełnie bezsensowna akcja.
- Proszę mi pozwolić, abym wypowiedział swoje zdanie - Gruss pochylił starannie przylizaną głowę.
Buchanan ze znużeniem wyprostował się w fotelu.
- Słucham.
- Oprócz tego, że akcja, jak pan słusznie powiedział, jest bezsensowna, jest ona również nietaktowna -
zaczął Gruss. - Odznaczyć dowódcę Floty Bałtyckiej, zapominając o dowódcy Floty Czarnomorskiej!
Jak wiemy, żaden z nich z całą swoją flotą nie zasłużył na żadną nagrodę. Ale jeśli mimo wszystko
odznaczamy admirała Floty Bałtyckiej, to dlaczego nie dajemy nagrody admirałowi Czarnomorskiej? -
rumiana twarz Grussa wyrażała dziecięce zdziwienie.
- No, no, więc to jest pańskie zdanie? - ambasador niecierpliwie podniósł zmęczony wzrok spod
białych krzaczastych brwi.
- A czy nie byłoby warto, sir, zapomniawszy o nietakcie, jakim jest ten akt, niezwłocznie prosić cara,
aby sam przyjął to odznaczenie, by tak rzec, symbolicznie za bohaterstwo całej floty rosyjskiej - i to
będzie ważnym powodem dla pańskiej wizyty w Kwaterze Głównej. Pamięta pan, kiedy nasi
przywieźli mu buławę marszałkowską, przyjął ich niezwłocznie.
Zadowolony Buchanan milczał. Temu Grussowi nie można jednak odmówić sprytu. Zaproponowane
przezeń posunięcie jest świetne.
- Proszę przygotować szyfrogram do Londynu - polecił.
- Czy nie boi się pan, że tam odwlecze się wydanie decyzji w tej sprawie? - spytał Gruss.
- Boję się - odparł Buchanan patrząc wyczekująco na Grussa, jakby podpowiadając mu podjęcie
decyzji dotyczącej już jego bezpośredniego resortu. Ostatnio już nieraz za pośrednictwem Grussa
uciekał się do pomocy Intelligence Service, kiedy trzeba było zdopingować swoje nieruchawe
ministerstwo...
- Poproszę o przypilnowanie, aby pana szyfrogram jak najszybciej trafił, gdzie trzeba - rzekł Gruss
uniżonym tonem i jeszcze bardziej uniżenie poprosił o pozwolenie odejścia, aby zająć się wykonaniem
polecenia ambasadora.
Buchanan zamknął oczy i zamyślił się...

W tym czasie caryca już rozmawiała ze Stürmerem. Przyjęła go jak zwykle w gabinecie cara siedząc
przy małym owalnym stoliku stojącym w głębi gabinetu, tam gdzie zaczynały się schody prowadzące
na antresolę. Miała na sobie granatową suknię bez dekoltu, która podkreślała nienaturalną biel jej
ładnej, ale zimnej twarzy oraz niespokojnych rąk.
Stürmer siedział przed nią na krześle i nie miał gdzie wyciągnąć swych długich obolałych nóg, siedział
więc w dziwnej pozie, jakby obejmował stół szeroko rozstawionymi kolanami. Jak zawsze po dłuższej
jeździe samochodem odczuwał mdłości... Właśnie skończył składać sprawozdanie z wizyty
ambasadora angielskiego i przybrawszy na twarzy wyraz niepokoju o sprawy Najjaśniejszego Pana,
czekał, co powie jego mądra protektorka.
- Mój Boże! Czego oni chcą od niego? - Aleksandra Fiodorowna zmrużyła oczy i patrzyła gdzieś w głąb
siebie.
„Czy nie nadeszła pora, aby wykończyć siwego brytyjskiego lisa?” - pomyślał Stürmer i rzekł ze
smutkiem i złością zarazem:
- Przecież Wasza Cesarska Mość wie, że pasją Buchanana jest otwieranie monarsze oczu na to, czego
jego zdaniem sam monarcha nie widzi, bo jest ślepy. Jestem przekonany, że i tym razem chodzi o coś
w tym rodzaju.
- Ale o co, o co? O co mianowicie? - spytała caryca podniesionym głosem i przenosząc wzrok na
premiera ścisnęła palcami skronie. - Nie rozumiem... nie rozumiem. Przecież są naszymi sojusznikami,
dlaczego więc nam przeszkadzają? Przecież to my walczymy, a oni nie robią nic innego, tylko psują
nam nerwy.
Stürmer wyrozumiale milczał utkwiwszy oczy w okute miedzią mahoniowe belki stropu.
Aleksandra Fiodorowna podniosła wysoko głowę (czy to nie od niej przejął Stürmer ten gest?). Jej
duże jasne oczy były szeroko otwarte i płonęły gniewem:
- Przecież to on, ten Buchanan sprowokował wtedy wizytę w Dumie. Taka hańba, taka hańba!
Popchnąć cara do tego ohydnego bagna, gdzie nas obrażają, mieszają z błotem! Niech mi pan powie,
po co to było potrzebne Buchananowi. Anglii?
- Sądzę, że Anglii nie było to potrzebne - odparł cicho Stürmer, który czekał, że usłyszy wreszcie od
niej coś konkretnego.
- A po co było Buchananowi? - spytała caryca coraz bardziej tracąc panowanie nad sobą. - Przecież
Niki uważa go za swojego przyjaciela, nieraz sprzeczał się ze mną, mówiąc, że ten ambasador jest
najmądrzejszy ze wszystkich i najbardziej pożyteczny dla Rosji.
- W gazetach niemieckich nazwano go nawet nie koronowanym drugim carem Rosji - dodał Stürmer
z ostrożnym uśmiechem.
- Mój Boże! Więc do tego już doszło! - zawołała głośno caryca i westchnąwszy ciężko rzekła
zdecydowanym tonem: - Nie powinien jechać do Kwatery Głównej. Nie powinien.
- To będzie już trzecia odmowa - odczekawszy chwilę przypomniał Stürmer cichym głosem. - Wydaje
mi się, że jest straszliwie oburzony.
- Co pan wygaduje? - Caryca złożyła ręce na piersi gestem rozpaczy. - Złość obcego drobnego
urzędniczyny i wielkie mocarstwo! Boże, co za wstyd! Co pan wygaduje! - zatrzęsła głową, jakby
starając się uwolnić od tego, co usłyszała...
- Ale przez swoją misję wojskową w Kwaterze Głównej może on zawiadomić Jego Cesarską Mość
o swoim pragnieniu z pominięciem nas - ciągnął nieustraszenie Stürmer, chcąc zabezpieczyć się ze
wszystkich stron.
- Jeszcze dzisiaj napiszę do męża. W końcu jest to już sprawa prestiżu najwyższej władzy - znów
podniosła głowę. - Trzeba pokazać drobnemu urzędniczynie, gdzie jest jego miejsce! Proszę mu
odmówić i to w bardzo ostrej formie. Nie i nie ma o czym mówić! Kiedy Jego Cesarska Mość uzna za
wskazane zobaczyć się z nim, zostanie o tym powiadomiony. Mam nadzieję, że wystarczy mu rozumu,
aby pojąć, że jest to moja wola, a więc i wola monarchy.
- Jak zawsze zachwycam się i mądrością, i zdecydowaniem Waszej Cesarskiej Mości - rzekł
z szacunkiem Stürmer musnąwszy ręką swoje wąsy-kindżały. - Tak i tylko tak można osadzić
wszystkich, którzy sądząc, że nasza najwyższa władza nie ma ani mocy, ani zdecydowania, sieją zamęt
i chcą wpływać na naszą politykę.
- Tylko tak... Tylko tak... - rzekła caryca cicho, jakby do siebie.
Stürmer wstał, wyprostował się na tyle, na ile mógł, ale nie żegnał się, gdyż był jeszcze jeden
niepokojący go szczegół.
- Proszę mi wybaczyć. Wasza Cesarska Mość, ale jestem tylko malutkim pionkiem w wielkim
organizmie władzy rosyjskiej, jestem zaledwie jej sługą i jest to nieustającym źródłem mojej dumy
i mego szczęścia. - Mówił cichym, szemrzącym głosem i z psim oddaniem patrzył na carycę nie
rozumiejąc, dlaczego ona nagle znów się zaniepokoiła. - Proszę mnie nauczyć, Wasza Cesarska Mość,
co mam powiedzieć temu urzędnikowi, jeśli oświadczy, iż prosi o audiencję z woli swego króla.
Caryca widocznie spodziewała się, że po pełnym pochlebstw wstępie nastąpi jeszcze jedna przykrość,
jakich ostatnio było mnóstwo, teraz jednak dowiedziawszy się, o co chodzi, uspokoiła się.
- Niech mu pan wytłumaczy z godnością, że, jak panu wiadomo, nasi wielcy monarchowie, kiedy im to
jest potrzebne, porozumiewają się bez pośredników... - Zamyśliła się; wyobrażała sobie, jak przyjmie
to Buchanan; jej zaciśnięte cienkie wargi drgnęły w uśmiechu. - Chciałabym zobaczyć, z jaką miną
wysłucha pańskiej odpowiedzi.
- Doniosę o tym Waszej Cesarskiej Mości niezwłocznie. - Stürmer uśmiechnął się ze zrozumieniem
i pochyliwszy pokornie głowę dodał: - Wszystko się we mnie. Wasza Cesarska Mość, buntuje
przeciwko temu, ale jestem zmuszony się pożegnać. Jestem niezmiernie wdzięczny Waszej Cesarskiej
Mości za wspaniałą lekcję... - Najpierw zaczął się cofać drobnymi kroczkami, potem jakby z wysiłkiem
odwrócił się i na uginających się nogach wyszedł z gabinetu. Caryca patrzyła w ślad za nim i myślała:
„Jakże mało jest koło nas takich wiernych tronowi ludzi...“

Rozdział dwudziesty piąty

1
Odpowiedź z Londynu nadeszła natychmiast - widocznie resort Grussa i tym razem podjął niezbędne
kroki. Szyfrogram do ambasadora nadszedł w nocy, ale wcześniej jeszcze Gruss otrzymał od swoich
bezpośrednich zwierzchników zawiadomienie, że jego wniosek został przyjęty. Ale tego
zawiadomienia Gruss ambasadorowi nie pokaże - nie trzeba zbyt często demonstrować swoich
możliwości i dezawuować jego poczynań jako oficjalnego przedstawiciela rządu Jego Królewskiej
Mości. No i wreszcie w depeszy jest też zadanie dla niego na wypadek, jeśli podróż ambasadora do
Kwatery Głównej dojdzie do skutku.
W nocy Buchanan wezwał Grussa do swego mieszkania. Szyfrogram zerwał go z łóżka, był więc
w szlafroku, twarz miał zmiętą, zaspaną.
- Proszę wybaczyć mój wygląd, ale każda minuta jest droga - rzekł ambasador przygładzając
zmierzwione włosy. - Oto odpowiedź Londynu.
Gruss rzucił okiem na szyfrogram:
- Niesłychana operatywność.
- W Londynie mimo wszystko zdają sobie sprawę ze szczególnej wagi tego kroku - Buchanan spojrzał
na Grussa z owym czarującym, dobrotliwym uśmiechem, który pracownicy ambasady cenili jak rzadką
nagrodę i rzekł: - Mój drogi chłopcze, skończę zaraz śnić swój starczy sen, a pan niezwłocznie
przygotuje projekt depeszy do generała Williamsa. Ton kategoryczny. Nie prośba, lecz rozkaz
królewski, gdyż wysokie nagrody to sfera działalności monarchy. Trzeba zapobiec wszelkim próbom
odwlekania sprawy. Niech pan napisze, że jestem gotów pojutrze wyjechać do Kwatery Głównej, aby
wręczyć ordery.
- Ale czy ordery już przyszły?
- Mam nadzieję, że przyjdą jutro. A jeśli nie, to dokonamy symbolicznego wręczenia. Trzeba
w związku z tym przygotować dokumenty zawierające omówienie dekretu królewskiego. Proszę, aby
na rano wszystko było gotowe...
- Będę uważał swoją bezsenną noc za ofiarę złożoną na ołtarzu operatywności. - Gruss skłonił się.
- Mimo wszystko życzę panu dobrej nocy - Buchanan uniósł rękę gestem pożegnania.
Telegram ambasadora do generała Williamsa odszedł do Kwatery Głównej o ósmej rano. Generał
miał go otrzymać przed tradycyjnym śniadaniem z carem.
Odpowiedź Williamsa nadeszła do ambasady parę minut po jedenastej. Generał donosił, że car
dziękuje za wysokie odznaczenie dla jego floty i prosi ambasadora angielskiego o przybycie do
Kwatery Głównej w dniu najbardziej dlań dogodnym oraz w towarzystwie niezbędnych mu w podróży
współpracowników.
Punktualnie o dwunastej sir George Buchanan ubrany w czarny frak wszedł do gabinetu Stürmera.
Po wymienieniu przewidzianych protokołem uprzejmości Stürmer wstał opierając się o biurko.
Odrzuciwszy głowę do tyłu zamierzał oznajmić ambasadorowi, że w tej chwili jego wyjazd do Kwatery
Głównej nie jest możliwy. Buchanan czekał na tę chwilę i uprzedzając premiera rzekł chłodno:
- Jutro jadę do Kwatery Głównej.
- Byłbym rad, gdyby mógł pan pojechać już dzisiaj - zaczął Stürmer, który pomyślał, że oświadczenie
ambasadora to po prostu demonstracja niezłomnego angielskiego uporu.
- Jego Cesarska Mość - ciągnął ambasador, jakby nie słysząc go - zaprosił mnie i moją świtę, abyśmy
przybyli do Kwatery Głównej w każdej chwili, kiedy mi to będzie najbardziej odpowiadało.
Postanowiłem wyjechać jutro... - Wyjął z teczki zaproszenie od cara i położył je na biurku premiera.
Stürmer przeczytał je bardzo uważnie i zwrócił Buchananowi:
- Ale to... - rzeki współczująco - przecież to tylko pańska korespondencja służbowa z szefem waszej
misji.
- Nie rozumiem pana... - Buchanan lekko pochylił się ku przodowi, jakby dobrze nie usłyszał: - Pan
dopuszcza, że szef angielskiej misji wojskowej pisze nieprawdę?
- Broń Boże - wyrwało się Stürmerowi. - Ale... - Zaciął się i zamilkł, zdawszy sobie nagle sprawę, że
teraz każde słowo może go drogo kosztować.
- Co „ale”, panie premierze? - łagodnie, jakby chciał mu dodać otuchy, spytał ambasador. Jego
przystojna rasowa twarz wyrażała pełną szacunku gotowość wysłuchania wszystkiego.
- Mam... zupełnie odmienne dyrektywy - powiedział cicho zaskoczony Stürmer.
- Od Jego Cesarskiej Mości? - wciąż z tą samą pełną szacunku uwagą spytał Buchanan.
- Ależ nie... - Stürmer odrzucił głowę do tyłu: niech cię diabli wezmą, ty siwy lisie...
- Czyżby w Rosji było dwóch monarchów? - ambasador lekko podniósł głos.
- Co też pan mówi - odezwał się cichutko Stürmer myśląc gorączkowo, co ma teraz robić, co mówić.
- Wobec tego wszystko jest całkiem proste - odparł ambasador. - Pan ma tylko wydać rozporządzenie,
aby dano mi wagon w jutrzejszym pociągu. Skład towarzyszącej mi świty otrzyma pan za godzinę. Ale
to jest zwykła formalność, gdyż Najjaśniejszy Pan mnie powierzył dobór świty. Nie będę panu zabierał
więcej czasu... - Ukłonił się bez pośpiechu i wyszedł.
Stürmer zadzwonił do carycy i opowiedział o nowej wizycie ambasadora. Prowadzenie takiej
rozmowy przez telefon było niezwykle ryzykowne, ale nie miał innego wyjścia. Decydowały już nie
godziny, lecz minuty.
Wysłuchawszy go caryca długo milczała.
- Dobrze, niech i tak będzie - rzekła wreszcie i położyła słuchawkę.
Mimo wszystko była wystarczająco mądra i trzeźwo myśląca, aby zrozumieć sytuację i uznać, że
zmienić jej nie jest już w stanie...
2
Ambasador angielski przybył do Kwatery Głównej wczesnym rankiem. Towarzyszący mu
współpracownicy jeszcze spali w swych przedziałach salonki, a Buchanan już ubrany w mundur
galowy z orderami i szeroką szarfą przez ramię obserwował przez okno manewrowanie pociągu,
patrzył, gdzie postawią jego wagon - wszystko to bowiem miało znaczenie... I był przyjemnie
połechtany, kiedy jego wagon zatrzymał się dokładnie naprzeciw wagonu samego cara.
Był posępny jesienny ranek, siąpił deszcz, w lasku, w którym ukryte były pociągi specjalne, ścieliła się
mgła. W pobliżu stał wartownik w szynelu poczerniałym od deszczu. Nikogo więcej nie było widać.
Nagle jednak Buchanan ujrzał grubego generała w galowym płaszczu z malinowymi wyłogami, który
szedł wzdłuż wagonu spoglądając w okna. Ujrzawszy Buchanana generał zasalutował i dał znak, że
wchodzi do środka.
Wraz z nim do wagonu wdarł się wilgotny chłód.
- Pozwoli pan, że się przedstawię. Ekscelencjo! Generał świty Jego Cesarskiej Mości Sandałow.
Przywitali się. Patrząc na nalaną, chorobliwie bladą twarz generała Buchanan myślał, że do powitania
go mogliby wybrać kogoś wyższego rangą.
- U dowódcy naczelnego do późnej nocy trwała bardzo ważna narada z udziałem wszystkich wysoko
postawionych osobistości Kwatery Głównej... - ciągnął generał walcząc z zadyszką. - Jego Cesarska
Mość prosił mnie, abym przede wszystkim poinformował pana o tym. Zatem przekazuję panu
zaproszenie Jego Cesarskiej Mości na śniadanie, które zaszczyci swą obecnością Jej Cesarską Mość
wraz z córkami.
Generał trzasnął obcasami, ukłonił się i wyszedł.
Buchanan stał znieruchomiały, uderzony jak obuchem fatalną wiadomością. A więc Stürmer kłamał,
że wykoleił się jakiś pociąg tarasując tor i że to właśnie z tego powodu podróż została przesunięta
o dwa dni. Zyskali na czasie, aby caryca mogła przyjechać przed nim. Łajdacy!
Szeleszcząc mokrą ceratową peleryną do salonki wszedł szef angielskiej misji wojskowej przy
Kwaterze Głównej generał Williams.
- Wstrętna pogoda, sir - odezwał się niskim, zachrypniętym głosem rzucając pelerynę w kąt. - Witam!
- Energicznie uścisnął rękę ambasadora i spojrzał na niego: - Jest pan czymś zdenerwowany?
- Caryca przyleciała tutaj, aby mi przeszkadzać - Buchanan usiadł przy stole, oparł się łokciami o blat
mocno splótłszy długie palce. - To nie do zniesienia... nie do zniesienia... Dwa wielkie państwa
prowadzą wielką wojnę, a tu swoją wojnę prowadzą drobni intryganci w rodzaju Stürmera i wciągają
do niej rodzinę carską.
Williams nic nie odpowiedział na jego słowa, przysiadł się do stołu i skubiąc wspaniałe siwe wąsy
patrzył w okno, za którym z wolna rozjaśniał się pochmurny jesienny ranek.
Mieli też o czym pomilczeć...
Już dawno umówili się co do podziału sfer swojej działalności. Buchanan wziął na siebie zaplecze,
generał zaś front. Ale pojęcia „zaplecze“ i „front“ były bardzo mgliste. Ambasadora i generała
interesowało wszystko, co mogło wpłynąć na ogólny przebieg wojny, i obydwaj wspólnie
rozwiązywali jedno zadanie - nie pozwolić, aby Rosja wyłączyła się z wojny, nie dopuścić, aby zaistniał
chociażby cień zdrady ze strony Rosji wobec jej sojuszniczych zobowiązań...
Teraz nie mogli sobie nawzajem powiedzieć nic nowego. Williamsa musiało jednak niepokoić to, co
ambasador zamierzał powiedzieć carowi.
Buchanan zdjął z ramienia szarfę, powiesił ją na krześle, rozpiął stojący sztywny kołnierz galowego
munduru i rzekł ze znużeniem:
- Nie wyobraża pan sobie, ile wysiłku mnie kosztowało, do ilu sztuczek musiałem się uciekać, aby się
tu znaleźć...
- Dobrze jeszcze, jeśli się okaże, że cel był wart tych wysiłków - odparł generał basem i odwrócił się.
Śmieszyło go trochę to, że ambasador wystroił się skoro świt; myślał na pewno, że wprost z pociągu
zaprowadzą go do cara.
- To okropne, kiedy na czele rządu takiego mocarstwa stoi człowiek nadający się najwyżej na
prowincjonalnego gubernatora, i ten mały intrygant ma tak wysokich protektorów. A ja to muszę
znosić dzień po dniu...
Generał odsunął się od okna i bardzo długo zapalał cygaro. Fala duszącego dymu uderzyła
w ambasadora.
- Przepraszam... - generał zrobił spóźniony gest ręką odpędzając dym... - Wie pan, nie jestem pewien,
czy mądry na tym stanowisku byłby lepszy...
- Ależ niech pan zrozumie, że w Piotrogrodzie robi się wszystko, aby rozwiać mit o boskości cara
i przedstawić go w najbardziej niekorzystnym świetle.
- A czy nie można tego powstrzymać?
- Jak? - ambasador rozzłościł się nie na żarty. - Jak? Jeśli większość bardzo niebezpiecznych głupstw
i świństw robi się w imieniu cara? Czy ono tym wie?
- I pan zamierza mu to powiedzieć? - Generał spojrzał na ambasadora poważnie, nawet z niepokojem.
- Skarga na carycę? Czy się to panu uda? No i wreszcie, czy warto było po to jechać?
- A pan nie dopuszcza myśli, że żołnierz, który wie o łajdactwach, jakie dzieją się w jego ojczyźnie,
której broni swą piersią, pewnego dnia odwróci się od cara i rzuci front? - Ze zdenerwowania
Buchananowi aż poczerwieniały policzki.
- Nie zna pan specyfiki organizmu wojskowego, w którym zdanie i pragnienia żołnierza znaczą bardzo
niewiele... - spokojnie odparł generał i położywszy cygaro na popielniczce ciągnął: - Jeśli chce pan
znać moje zdanie, to jest ono następujące... Tej wojny nie wygra Rosja, ani nie wygrają jej Niemcy.
Obydwie strony wykrwawiły się i nie są zdolne do działań, które mogłyby rozstrzygnąć losy wojny.
A przy tym spokój cara to główny warunek, aby Rosja jak najdłużej nie wyłączała się z gry. I naszym
obowiązkiem jest robić wszystko tylko w imię tego, odrzucając całą resztę.
Długo milczeli. Buchanan myślał: „A może generał ma rację? No i czy istnieje siła zdolna do
zaprowadzenia ładu w Rosji? Dlaczego jednak ze wszelkim złem, jakie dzieje się w kraju, musi być
związane imię monarchy?“
- A jednak spróbuję przekazać mu swoje przekonanie o konieczności przejawienia stanowczości we
wszystkich sprawach wewnętrznych albo chociażby dania społeczeństwu do zrozumienia, że nie on
ponosi za nie winę.
- No cóż, niech pan spróbuje... - Stwierdziwszy, że jego cygaro samo dopaliło się w popielniczce,
generał lekkim dotknięciem palca rozsypał pałeczkę szarego popiołu i wstał: - Spotkamy się na
ceremonii...
3
O godzinie ósmej czterdzieści do wagonu Buchanana wszedł adiutant ze świty cara. Rozpływając się
w przeprosinach zawiadomił o zmianie przedpołudniowego programu. O dziewiątej trzydzieści
odbędzie się przekazanie carowi odznaczenia angielskiego, a potem śniadanie dla wszystkich
uczestników uroczystej ceremonii... Znaczyło to, że nie ma co liczyć na śniadanie w ścisłym gronie, po
którym łatwo można było zaaranżować rozmowę z carem w cztery oczy... To caryca...
Ceremonia wręczenia carowi odznaczenia angielskiego miała miejsce w gmachu Kwatery Głównej,
w niewielkim pokoju, w którym na środku stał tylko okrągły stolik z blatem z białego marmuru.
Wszystko wskazywało na to, że ceremonia będzie krótka i niezbyt uroczysta. Obecni byli tylko
szefowie sojuszniczych misji wojskowych oraz Buchanan wraz ze swą świtą składającą się z pięciu
osób. Czekając na pojawienie się cara wszyscy stali pod ścianami i półgłosem wymieniali uwagi.
Punktualnie o dziewiątej trzydzieści do pokoju wszedł car w towarzystwie zgrzybiałego ministra
dworu Fredericksa. Ten ostatni miał na sobie galowy mundur generalski, który wisiał jak worek na
jego chudym zgarbionym ciele, szerokie złote naramienniki z monogramem Mikołaja zsuwały mu się
z ramion. Od razu oparł się o ścianę, aby w ten sposób ułatwić sobie stanie podczas ceremonii.
Mikołaj był jak zwykle w mundurze pułkownika bez orderów i akselbantów; na nim też źle leżała
sukienna bluza.
Car skierował się od razu w stronę Buchanana i uprzejmie się z nim przywitał. Spytał go o zdrowie
żony, córki i kiedy Buchanan odpowiedział, że w domu wszystko jest w porządku, zażartował: dom
angielski to dobrze strzeżona twierdza... Buchanan patrząc nań z pełnym szacunku uśmiechem
zauważył, że car ma niezdrową żółtą cerę, pod oczyma ciemne worki, oczy zaś czerwone, jakby po
bezsennej nocy.
Car przywitał się z szefami misji i podszedł do stolika zapraszając Buchanana, aby uczynił to samo.
Ambasador stanął nieco z boku, za nim zaś zajął miejsce Gruss, który z nabożeństwem trzymał
w rękach otwarty czarny futerał z akcesoriami Orderu Łaźni.
- Moim zdaniem - zaczął car cichym głosem z ledwie dostrzegalnym uśmiechem, prawą ręką muskając
wąsy - wszyscy z góry wiedzą wszystko, co możemy tu powiedzieć - nasz obowiązek sojuszniczy jest
święty i musimy wygrać tę wojnę. Dlatego też umówiliśmy się - sir George Buchanan i ja - że nie
będziemy wygłaszać przemówień. - Buchanan mimo woli spojrzał na cara - przecież wcale się nie
umawiali; ich spojrzenia się spotkały i car leciutko filuternie przymrużył oczy. - Dlatego też mówimy
tu tylko słowa, bez których po prostu nie można się obejść.
W tej chwili Buchanan ucieszył się w duchu, że nie zdążył wyjąć z kieszeni kartki ze swoim starannie
przemyślanym przemówieniem - ośmieszyłby się w oczach wszystkich. Było dlań rzeczą całkowicie
jasną, że ten skromny ceremoniał wymyśliła caryca w obawie, iż w przemówieniach może się znaleźć
coś niewygodnego dla niej. A zamierzał właśnie zwrócić uwagę na fakty rzucające cień na sprawę
rozumienia powinności sojuszniczej przez niektóre koła w Rosji.
Buchanan stanął tak, ażeby mógł mówić zwracając się do cara i równocześnie widzieć wszystkich
obecnych, i zaczął uroczystym tonem, znacznie głośniej niż to było potrzebne w tak małym pokoju:
- Jestem niezmiernie szczęśliwy mogąc zgodnie z wolą Jego Królewskiej Mości Króla Wielkiej Brytanii
Jerzego V wręczyć Waszej Cesarskiej Mości Order Łaźni będący symbolicznym ukoronowaniem
zwycięstwa floty rosyjskiej i potwierdzeniem niewzruszonej wierności Wielkiej Brytanii wobec sojuszu
z Rosją mającego na celu ostateczne zwycięstwo...
Obejrzał się na Grussa, który podszedł doń i wręczył futerał. Wyjąwszy z futerału akcesoria Wielkiego
Krzyża Orderu Łaźni Buchanan podał je głuchym głosem, niezbyt wyraźnie:
- Moi marynarze będą szczęśliwi dowiedziawszy się o tej nagrodzie, na którą uczciwie zasłużyli,
a tymczasem ja, jako zwierzchnik wszystkich sił zbrojnych Rosji, proszę pana, sir, o przekazanie
królowi Jerzemu, że jestem mu szczerze wdzięczny i całkowicie zgadzam się z tym, co pan powiedział.
Napiszę do niego...
Położył order na stoliku i gestem zaprosił wszystkich do jego obejrzenia. Zwracając się do Buchanana
i jego współpracowników spytał:
- Jak się panom podoba rosyjska jesień? Prawda, że jest w niej specyficzne piękno?
Gruss, który stał najbliżej niego, wyrecytował, jak gdyby składając raport:
- Rosja pod każdym względem jest oryginalna i niepowtarzalna. Wasza Cesarska Mość.
Car spojrzał nań z lekkim ożywieniem, ale nie podjął rozmowy - uśmiechnął się z aprobatą i odwrócił
w stronę ambasadora.
- Dla mnie zawsze ma głęboką symboliczną wymowę kontrast między rosyjską wiosną a jesienią -
zaczął Buchanan włączając się do rozmowy zainicjowanej przez cara, ale Mikołaj przerwał mu
pytaniem:
- Dlaczego tylko rosyjska? W całej przyrodzie wiosna i jesień są symbolami rozkwitu i umierania...
W tej chwili Fredericks otworzył szeroko drzwi i stanął oparty o futrynę, a car poprosił zebranych, aby
zechcieli przejść na śniadanie.
Była to jadalnia Kwatery Głównej - obszerna jasno oświetlona kilkoma żyrandolami, których światło
odbijało się i skrzyło w kryształowych i srebrnych naczyniach, w lustrzanej posadzce. Buchanan
wszakże widział tylko stojące przy stole i uśmiechnięte wesoło córki cara Olgę i Tatianę - obie
w długich błękitnych sukniach z koronkowymi żabotami. Carycy, dzięki Bogu, nie było - może jednak
uda mu się porozmawiać z carem...
Zgodnie z zasadami etykiety Buchanan powinien był usiąść obok cara, a znalazł się między wielkimi
księżniczkami - to już niewątpliwie wymyśliła caryca - i chcąc nie chcąc musiał prowadzić z nimi
idiotyczną rozmowę - o tym, dlaczego w Londynie zawsze jest mgła, gdzie hoduje się kucyki i dlaczego
nie wyrastają z nich duże konie, czy jego córka nie ma zamiaru pracować w lazarecie, tak jak one, i
Bóg wie jeszcze o czym...
Car spoglądał w ich stronę z dobrotliwym uśmiechem i Buchanan pocieszał się tylko tym, że Mikołaj
zdaje sobie chyba sprawę, że ambasador angielski nie przyjechał tu po to, aby pokonwersować z jego
córkami...
Śniadanie było skromne - zimne przekąski, wytrawne wino, do wyboru kawa lub herbata z kruchymi
ciasteczkami. Po śniadaniu zaś mężczyźni przeszli do palarni - niewielkiego pokoju z fotelami
ustawionymi wokół niskich stołów, na których leżały pudełka z papierosami. Nikt jednak nie usiadł -
idąc za przykładem cara. Ten nikogo nie pominął - z każdym zamienił parę zdań.
Buchanan stał sam z boku oparłszy się o ciepły kaflowy piec, mając nadzieję, że car podejdzie do
niego. I nie zawiódł się...
- Jestem niezmiernie rad, że pan przyjechał - rzekł Mikołaj uśmiechając się. - Widziałem, jak męczyły
pana moje córki - są w tym rozkosznym wieku, kiedy chce się wiedzieć wszystko... - Car zaciągnął się
papierosem... - Pamiętam każde spotkanie z panem, chociaż nasze rozmowy nie zawsze przebiegały
gładko. Ale to właśnie jest mi drogie. Pan zawsze mówi ze mną szczerze, bez pochlebstw, w których
zazwyczaj tonie prawda. Jeszcze raz dziękuję panu za przyjazd... - Car zrobił ruch, aby wyciągnąć rękę
do pożegnania, ale Buchanan, który słuchał go z pochyloną w geście wdzięczności siwą głową,
podniósł ją i rzekł:
- Wasza Cesarska Mość, i tym razem chciałbym porozmawiać z Waszą Cesarską Mością...
Car spochmurniał:
- Słucham pana...
Buchanan milczał patrząc na cara wymownie - car powinien był poprosić go do swego gabinetu, tutaj,
gdzie w każdej chwili mógł ktoś do nich podejść, rozmowa nie była możliwa.
- Słucham pana - powtórzył car...
I wówczas ambasador zaczął mówić o tym, co w jego planie było gdzieś na ostatnim miejscu...
- Wydaje mi się. Wasza Cesarska Mość, że nadarza się teraz doskonała okazja do wyjaśnienia, jakie są
plany Rosji względem Dalekiego Wschodu - zaczął Buchanan zauważywszy, że cara zdziwił,
a równocześnie zainteresował podjęty przezeń temat. - Ambasador Japonii w Piotrogrodzie
wicehrabia Matano został teraz ministrem spraw zagranicznych i w najbliższym czasie będzie na
pożegnalnej audiencji u Waszej Cesarskiej Mości. Wiem, że żywi on głęboką sympatię do Rosji,
a zwłaszcza do Waszej Cesarskiej Mości. Proszę wykorzystać to dla dobra swego wielkiego państwa.
Proszę spowodować, aby Japonia zwiększyła swą pomoc wojskową dla Rosji. Ale w zamian za to
trzeba, rzecz jasna, zaoferować Japonii odpowiednią rekompensatę.
- Tak, tak, myślałem już o tym - car skinął głową z aprobatą. - Chodzi tylko o to, jaka rekompensata
może zadowolić Japonię. Jakie jest pańskie zdanie? - spytał.
- Niedawno odbyłem rozmowę z wicehrabią Matano - odparł Buchanan żywo. - Napomknął w niej, że
Japonii odpowiadałoby odstąpienie jej północnej części Sachalinu.
- O tym nie ma mowy, nikt nie dostanie nawet piędzi ziemi rosyjskiej - rzekł car tak głośno, że głowy
wszystkich obecnych zwróciły się w ich stronę.
- Wasza Cesarska Mość pozwoli, że przypomnę słowa Henryka IV: „Paryż wart jest mszy“ -
zaoponował łagodnie Buchanan.
- Droższe i bliższe jest mi to, co mówił mój ojciec: Rosja może wziąć, ale oddawanie nie leży w jej
zwyczaju.
Buchanan zrozumiał, że niebezpiecznie jest kontynuować ten temat.
- Kiedy Wasza Cesarska Mość zamierza odwiedzić Carskie Sioło? - spytał z uprzejmym uśmiechem.
- Mam nadzieję, że za jakieś dwa-trzy tygodnie. - Car wyciągnął rękę i również się uśmiechnął: -
I wówczas porozmawiamy bardziej konkretnie. Jeszcze raz dziękuję panu za przyjazd.
Koniec. Bitwę wygrała caryca i ten jej podły Stürmer...
W drodze powrotnej do Piotrogrodu Buchanan wiele godzin spędził przy oknie - patrzył na Rosję.
Jadąc do Kwatery Głównej był tak zaabsorbowany czekającą go rozmową z carem, że nie zdążył
niczego zobaczyć. Teraz, kiedy sprawa została przezeń definitywnie przegrana, chciał zobaczyć Rosję
chociażby z okna wagonu, zobaczyć i zrozumieć coś z tych czasów, w których coraz bardziej odczuwał,
że jest bezsilny, że nie może już działać tak, jak dawniej, mądrze i konsekwentnie.
Teraz było zupełnie inaczej niż podczas jego podróży na Krym, kiedy - zrozumiał to znacznie później -
władzom udało się sprytnie przewieźć go obok Rosji. Chociaż pociąg specjalny jechał szybko i na
stacjach zatrzymywał się tylko na kilka minut, Buchanan miał wrażenie, że przez cały czas są ściśnięci
z obydwu stron przez eszelony wojskowe. Nie kończące się składy towarowe załadowane armatami
bądź też nabite żołnierzami albo pędziły z hukiem im naprzeciw, albo też oni je wyprzedzali i wówczas
przez kilka minut można było przypatrywać się pokrytym brezentem ładunkom wojskowym i nawet
dojrzeć twarze żołnierzy wychylających się z wagonów. Pozwalało mu to myśleć z ulgą, że Rosja
kontynuuje walkę i główna obawa Londynu jest chyba bezpodstawna. W każdym razie poinformuje
ich o tym, co teraz widzi...
Ale deszcz nie przestawał padać; chwilami był tak silny, że za oknem nic nie było widać. Ziemia
rozmokła, poczerniała. Pewnego razu długo patrzył, jak chłop smaga biczem szkapinę za to, że nie
może wyciągnąć wozu, który ugrzązł w błocie po piasty kół. Szkapina wzdrygała się cała, usiłowała
ruszyć z miejsca i bezsilnie opadała na zgięte przednie nogi... ten obraz utkwił mu głęboko w mózgu;
przypomniał go sobie potem, w Piotrogrodzie, i dostrzegł w nim coś symbolicznego...
To wszechogarniające rzadkie błoto, ten szary, nie kończący się deszcz kładły piętno jakiejś
bezsilności, straszliwej beznadziejności na wszystkim, co widział...
W Pskowie Buchanan wraz z Grussem wyszli przejść się po peronie. Nie zdążyli zrobić nawet
dziesięciu kroków, kiedy na sąsiedni tor wjechał eszelon wojskowy. Pociąg jeszcze się nie zatrzymał,
a już zaczęli z niego wyskakiwać żołnierze z manierkami.
- Gdzie jest wrzątek? - krzyczeli i rozpryskując butami błoto biegli gdzieś przez peron. Jeden z nich,
krępy, barczysty, przebiegając obok tak trącił ambasadora, że ten niechybnie by upadł, gdyby Gruss
nie podtrzymał go w porę.
- Wróćmy do wagonu - zaproponował biorąc ambasadora pod rękę.
Ze wszystkich wagonów eszelonu runęła na peron rozwrzeszczana masa ludzka, która momentalnie
zalała wąską przestrzeń między pociągami. I natychmiast jej uwagę przykuli dwaj panowie w długich
czarnych płaszczach i czarnych melonikach. Teraz Buchanan ujrzał ich twarze i oczy.
- Patrzajcie no, chłopaki, dwa kruki wylazły! - krzyknął ktoś wesoło a zarazem ze złością.
Rechot dziesiątków gardzieli. Buchananowi coraz trudniej było oddychać wśród kwaśnego zapachu
mokrego sukna. Gruss nie wypuszczając łokcia ambasadora zaczął przepychać się w stronę wagonu,
ale nie mógł rozsunąć szarej ściany. Na wprost przed Buchananem znalazł się niski żołnierz
wytrzeszczający nań oczy z ciekawością dzikusa. Buchanan uśmiechnął się do niego, a żołnierz nagle
krzyknął do swoich towarzyszy:
- Patrzajcie go, czego to on tak zęby szczerzy!
Gruss obrócił się bokiem do szarej ściany i wbił się w nią ramieniem ciągnąc za sobą ambasadora.
Kiedy przepychali się do wagonu, a następnie wchodzili po stopniach, towarzyszyły im głośne
wyzwiska i gwizdy przypominające wycie dzikich zwierząt. Buchanan nie odważył się podejść do okna.
Trząsł się cały... Na szczęście, pociąg ruszył...
Buchanan znów siedział przy oknie, patrzył w nie niewidzącymi oczyma, nie dostrzegając szybko
gęstniejących ciemności. Myślał... Czyż takim dzikim stadem można jeszcze kierować? Ale przecież
wiozą ich wyraźnie na front i może już jutro pójdą oni do ataku, a wtedy dyscyplina zmusi ich, aby
robili to, co trzeba, a nawet umierali... W tym momencie kierunek jego myśli uległ zmianie. Czy ci
ludzie zdają sobie sprawę z tych wszystkich nieszczęść, które spadły na Rosję? Ależ oczywiście, zdają
sobie sprawę i stąd właśnie bierze się ich rozjątrzenie. Tylko stąd. I to rozjątrzenie jest bardzo,
a bardzo niebezpieczne...
Co jednak car wie o nich i ich nastrojach? Co on w ogóle wie o sytuacji w swoim cesarstwie? Właśnie
po to, ażeby to wyjaśnić, Buchanan jeździł do Kwatery Głównej i wraca z niczym.
Przy wtórze miarowego stukotu kół ambasador zaczyna zasypiać. Za oknem nieprzenikniona
ciemność. Tak, trzeba spać... Jak to mówią Rosjanie: sen przynosi dobrą radę...

Rozdział dwudziesty szósty

Od siedmiu miesięcy Aleksander Wojaczek siedział w piotrogrodzkim więzieniu „Kriesty” i cały ten
czas spędził w pojedynczej celi. Cztery ściany. Od jednej do drugiej cztery kroki. Kwadracik nieba za
kratą. Przez większą część doby - piwniczna kamienna cisza. Jak gdyby nigdzie nie istniało żadne inne
życie. Nie ma Lidki Korniejewej z fabryki Maxvella, jego wiernej przyjaciółki, żony, chociaż nie brał
z nią ślubu. Pewnego dnia zaczął myśleć o swojej rodzinnej wsi Marjino i ujrzał ją jakby na zamglonym
obrazku; z trudem wyobraził sobie twarz matki i wszystko to było jakby z jakiegoś cudzego, a nie
z jego życia... Strasznie jest myśleć w pojedynce; myśli nagle zaczynają się plątać, stają się
nieuchwytne...
Wielkim świętem jest raz na dzień te piętnaście minut spaceru po więziennym podwórku niby po
dnie kamiennej studni.
Już pierwszego dnia pierwsza znajomość. Za plecami Wojaczka maszerował ciężko dysząc chudy
mężczyzna o żółtej twarzy. I nagle poprzez jego głośny oddech Wojaczek słyszy słowa:
- Chłopie, ja jestem zecer Aleksy... Mów o mnie wszystkim, którzy przychodzą z wolności.
Zrozumiałeś?... A ty kto jesteś?
- Ja? - Wojaczek pomyślał: kimże on jest? - i odwróciwszy się powiedział przez ramię: - Student.
- To dobrze - zecer chuchnął mu w kark. - Znaczy się, dużo wiesz - i powtórzył z zadowoleniem: -
Dobrze!
Zaczęli nowe okrążenie i znów Wojaczek usłyszał:
- Pojedynki się nie bój. Jeśli cię wsadzili do pojedynki, to znaczy, że się ciebie boją... Dobra! A ty sobie
myśl swoje... Nie o sobie... O sprawie... I wiedz, że ochrana nie jest głupia, ale tam także siedzą tylko
ludzie, a nie bogowie... Zrozumiałeś?...
Nadciągała już zima, a śledztwo wciąż jeszcze trwało. Jednakże na przesłuchania do ochrany wożono
go dość rzadko i czasem całymi tygodniami zostawiali go w spokoju. Z tego, jak przebiegały
przesłuchania. Wojaczek zorientował się, że nie mają przeciw niemu poważnych dowodów i próbują
je znaleźć. Zauważył też, że wszelkimi sposobami starają się obalić jego twierdzenie, że nie należy do
żadnej organizacji, i używają przeróżnych podstępów, aby zdradził im nazwiska swych wspólników.
Jego sprawę prowadził pułkownik Igumnow, inteligentny i przebiegły funkcjonariusz ochrany, zawsze
grzeczny, nie pozwalający sobie na najmniejsze uchybienie wobec niego. Był to mężczyzna
pięćdziesięcioletni, potężnej postury; z trudem mieścił się w fotelu; twarz miał zupełnie pospolitą,
oczy szare, bystre. Wzbudzał sympatię przez swój niewzruszony spokój i umiejętność cierpliwego
słuchania.
Wojaczka przywieziono do ochrany przed miesiącem. W gabinecie Igumnowa paliło się już światło.
Pułkownik robił wrażenie zmęczonego, nieobecnego. Przez otwarte okno z Newy doleciał odgłos
syreny statku i echo dwukrotnie powtórzyło ten dźwięk w studni podwórka, na które j wychodziło
drugie otwarte okno.
- Czy zauważył pan, jakie to ciekawe - rzekł Igumnow. - Każdy dźwięk z rzeki zawsze powtarza się
u nas podwójnym echem. - Uśmiechnął się: - Pewnego razu nasz szef robiąc nam wyrzuty za naszą
nieudolność powiedział, że najlepiej potrafimy chwytać echo z Newy... - Przez chwilę milczał patrząc
na Wojaczka, a potem ciągnął dalej: - Wyobrażam sobie, jak panu obrzydłem... Ale jeśli mam być
szczery, to pan mnie również. Ale cóż, nie ma rady - ja wiernie służę państwu, pan tak samo wiernie -
swoim ideom i ideałom. Wie pan jednak, o czym nieraz już myślałem? Mój pogląd na sprawę jest
prosty: służba jak wszystkie służby nie drużba i jest ona ściśle określona przez instrukcje; moim
obowiązkiem jest ochrona ustroju państwowego Rosji niezależnie od tego, jaki ten ustrój jest. Pod
tym względem jest pan dla mnie zagadką. Co to znaczy - służyć idei? Próbowałem postawić siebie na
pańskim miejscu, usiłowałem znaleźć twardy grunt pod nogami - bez rezultatu. Surowa i dokładna
instrukcja to jednak nieoceniona pomoc w sytuacji takiej, jak obecna moja i pańska.
- Jeśli dla człowieka idea jest jedynym celem i sensem jego życia, to nie trzeba żadnych instrukcji jak
jej służyć; najbardziej niezawodnym kompasem dla takiego człowieka jest jego wiara w tę ideę oraz
sumienie - odparł Wojaczek mimo woli dając się wciągnąć w tę pozornie abstrakcyjną i niegroźną dla
siebie rozmowę, gdyż pomijając wszystkie inne kwestie obrzydło mu do cna nie kończące się
milczenie w jego pojedynce.
- Wiara i sumienie... - powtórzył Igumnow jakby myślał na głos, potem umilkł i po chwili odparł: - Nie,
dla mnie jedno i drugie jest czymś amorficznym, nieuchwytnym, dalekim od zrozumiałej
konkretności.
- Dla pana sumienie nie jest pojęciem konkretnym? - zdziwił się Wojaczek.
Pułkownik zrobił taką minę, jak gdyby Wojaczek chwycił go za słówko, odwrócił oczy i rzekł z niejakim
trudem:
- Według mnie, w walce politycznej - a między mną i panem w końcu właśnie ona ma miejsce -
pojęcie sumienia nie może być identyczne. Mówiąc wulgarnie: to, co dla pana jest postępowaniem
zgodnym z sumieniem, dla mnie - wbrew sumieniu. I na odwrót.
- Nie rozumiem... - cicho rzekł Wojaczek, nie mogąc pojąć, do czego zmierza żandarm.
- Jakże to? - podjął energicznie Igumnow. - Załóżmy, że w tej chwili podejmę decyzję o wypuszczeniu
pana na wolność - z pana punktu widzenia byłoby to postępowanie zgodne z sumieniem?
- Oczywiście - twardo odparł Wojaczek. - Przekonał się pan, że oskarża mnie o to, czemu nie jestem
winien, doszło do głosu sumienie i podjął pan taką decyzję.
- Tak... - powiedział Igumnow jakby z zakłopotaniem... - No a gdyby pan, wiedząc doskonale, że jest
winien, postanowił nagle przerwać zabawę w ciuciubabkę, odważnie wyjawił całą prawdę i zaczął
o nią jawnie walczyć - czyż nie byłoby to z pana strony postępowanie zgodne z sumieniem?
- O nie - Wojaczek gwałtownie zaprzeczył ruchem głowy. - Pomijając wszystko inne, moje wyznanie
byłoby ciosem wymierzonym w moich towarzyszy - czy więc można tu mówić o sumieniu?
- W ten sposób - rzekł pułkownik spokojnie - możemy zaprotokołować pańskie zeznanie, że nie działał
pan sam, jak twierdził przedtem, lecz jako członek określonej organizacji. Tak? - Obejrzał się na
siedzącego w kącie sekretarza: - Zapisał pan to zeznanie podejrzanego?
Protokolant skinął głową.
- Ach, jakie ciężkie życie mam z panem, panie Wojaczek.
- Żadna prowokacja nie jest zajęciem łatwym. - Wojaczek uśmiechnął się ironicznie przeklinając
w duchu, że wdał się w tę rozmowę. - Ja z kolei proszę o zaprotokołowanie mego oświadczenia, że
udziału w abstrakcyjnej rozmowie nie uznaję za zeznanie w swojej sprawie.
- Proszę zapisać - zwrócił się pułkownik do protokolanta. - Ale to pańskie oświadczenie niczego nie
zmienia; ostatecznie każde słowo wypowiadane przez człowieka będącego przy zdrowych zmysłach
nie jest niczym innym, jak tylko zeznaniem dotyczącym jego osoby. Zdaje się, że to Lew Tołstoj
powiedział, iż mowa jest dana człowiekowi dla wyrażenia jego „ja“... Wróćmy jednak do naszej
poprzedniej rozmowy. Nie zapomniał pan jeszcze? Mówiliśmy wówczas o Aleksym Sokołowie.
O pańskim najbliższym współpracowniku z organizacji bolszewickiej w Zakładach Naprawczych
Taboru Kolejowego. Nie chce pan zmienić swoich zeznań dotyczących Sokołowa?
- Nie. Znam dobrze Sokołowa, co więcej, można powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, ale przyjaźń
wcale nie musi oznaczać współudziału w organizacji politycznej. Poza tym przesłuchuje pan mnie
i jestem gotów odpowiadać tylko na pytania dotyczące mnie. Tylko mnie.
- Ale czyż człowiek może istnieć w społeczeństwie sam, w pojedynkę? A tym bardziej człowiek
zajmujący się działalnością społeczno-polityczną.
- Pan, panie Igumnow, przesłuchuje mnie, a nie społeczeństwo.
- Ale my, panie Wojaczek, prowadzimy śledztwo w sprawie organizacji politycznej będącej częścią
społeczeństwa, której to organizacji jest pan aktywnym członkiem.
- Czyżby pan już zdołał mnie o tym przekonać? - Wojaczek uśmiechnął się ironicznie.
- Jest rzeczą bardzo ważną, ażebym ja się o tym przekonał - zaczął żandarm ostro. - Między
przestępcą a wymiarem sprawiedliwości z reguły nie ma harmonii ani wzajemnego zrozumienia.
- Śledztwo to jeszcze nie wymiar sprawiedliwości - zauważył Wojaczek. - I zgodnie z zasadą, musi pan
przekonać nie tylko siebie i mnie, ale również wymiar sprawiedliwości.
- Nie ma pan podstaw, aby liczyć na ślepotę sądu.
- Jasne, jasne - pośpiesznie zgodził się Wojaczek. - Zgadzam się, że wy wszyscy jesteście zgodnymi
rzecznikami niesłusznej sprawy.
- Wróćmy wszakże do Sokołowa - rzekł pułkownik z rozdrażnieniem. - Wyjeżdżając z polecenia swojej
organizacji do Moskwy, swoje obowiązki w Zakładach Naprawczych przekazał pan Sokołowowi, tak?
- Kto to panu powiedział?
- Wasyl Diełow z wydziału mechanicznego.
- Ma pan jego zeznania? Proszę pokazać.
- We właściwym czasie, panie Wojaczek, pokażę panu wszystko. Kto to jest Nikita Gorbaczow?
- Nie mam pojęcia.
- Jakże to, panie Wojaczek? Został pan zatrzymany razem z nim na wartowni 11 sierpnia 1915 roku,
kiedy do zakładów szła poranna zmiana i u Gorbaczowa znaleziono numer nielegalnej gazety
„Socjałdiemokrat“, którą chciał przenieść na teren zakładów.
- Pamiętam to. Wasi szpicle chwycili wówczas jeszcze dwu innych ludzi, więc co, wszystkich ich chce
pan do mnie przypiąć?
Tak, Wojaczek dobrze pamiętał ten wypadek. Schwytano wówczas czterech: jego, Gorbaczowa
i jeszcze jakichś dwóch. Podczas rewizji u Gorbaczowa rzeczywiście znaleziono gazetę, którą niósł do
zakładów, ale u pozostałych, w tym również u niego, nie znaleziono nic. Gorbaczowa
prawdopodobnie mieli na oku i na wszelki wypadek zgarnęli również tych, którzy byli najbliżej niego.
Przetrzymano wówczas Wojaczka w areszcie dziewięć dni. Potem odbył się proces Gorbaczowa,
w którym Wojaczek występował w charakterze świadka. Gorbaczow trzymał się dzielnie, usiłował
przekonać sąd, że gazetę podrzuciła mu ochrana, ale wkopał go jeden z przypadkowo zatrzymanych
wraz z nim. Gorbaczow został skazany na cztery lata więzienia. Pozostałych, w tym również Wojaczka,
sąd uniewinnił.
- No i cóż, panie Wojaczek, nie ma pan pojęcia, kto to jest Nikita Gorbaczow?
- Tak jest istotnie, chociaż byłem świadkiem w jego sprawie. Tak naprawdę, to zobaczyłem go dopiero
w sądzie, a to za mało, aby wyrobić sobie zdanie o człowieku.
- Zostawmy w spokoju problemy wiedzy o człowieku... - Igumnow wziął z biurka jakiś papier. - Oto,
panie Wojaczek, zeznania Gorbaczowa; oświadcza on, że nielegalną gazetę, odebraną mu podczas
rewizji, dostał od Sokołowa, który po pana wyjeździe do Moskwy zaczął zamiast pana prowadzić
nielegalną działalność w zakładach.
- Podczas procesu nie mówił nic podobnego.
- Kiedy jednak zgodnie z wyrokiem znalazł się w więzieniu, miał okazję, ażeby wszystko przemyśleć
i złożył dodatkowe zeznania. Dlaczego się pan śmieje, panie Wojaczek?
- Jakże się mam nie śmiać, panie pułkowniku? Ten Gorbaczow znalazł się w więzieniu w sierpniu 1915
roku. Ja wyjechałem do Moskwy w lutym bieżącego, 1916 roku. Pytanie: w jaki sposób Gorbaczow
siedząc w więzieniu mógł wiedzieć o moim wyjeździe, a nawet - kto został w zakładach zamiast mnie?
No?
Igumnow milczał przeklinając siebie w duchu za to, że nie sprawdził jak należy materiałów
przygotowanych do tego przesłuchania. Kontynuowanie przesłuchania nie miało sensu, odesłał więc
Wojaczka do więzienia.
Pozostawszy sam, pułkownik pogrążył się w ciężkiej zadumie. Sprawa Wojaczka już dawno stała się
dla niego kwestią honoru. Boże, iluż to takich Wojaczków przeszło przez jego gabinet i wszyscy
niemal natychmiast znaleźli się w więzieniu lub na zesłaniu. Dlaczegóż więc potknął się na tym?
Zresztą nie, był jeszcze jeden trudny przypadek. Bolszewik Podwojski. Ale tam to nie było
przesłuchanie, lecz wstępna rozmowa z nim jako redaktorem pisma „Woprosy Strachowanija“. które
wzbudziło podejrzenie, że jest tylko przykrywką dla agitacji bolszewickiej. I rozmowa ta miała miejsce
nie w ochranie, lecz w urzędzie do spraw prasy. Według otrzymanych informacji Podwojski nie miał
wykształcenia, trzykrotnie siedział w więzieniu, a rozmowa z nim, jak się okazało, była niezmiernie
trudna, prowadził ją bowiem tak umiejętnie i tak przekonywająco odpierał wszystkie zarzuty pod
adresem swego pisma, że bardzo szybko Igumnow poczuł się wysadzony z siodła. A na zakończenie
z taką elokwencją zaczął rozwijać myśl o pożytkach płynących z ubezpieczeń dla uspokojenia
nastrojów społeczeństwa, że nic, tylko załatwić mu nagrodę od ministerstwa spraw wewnętrznych.
Postanowiono wówczas przez jakiś czas bacznie obserwować Podwojskiego i jego pismo, a potem
wsadzić go do więzienia nie patyczkując się i nie licząc na to, że przesłuchania cokolwiek dadzą.
Igumnow zdawał sobie jednak sprawę, że Podwojski był po prostu mądrzejszy od niego. Ale przecież
Wojaczkowi daleko do Podwojskiego, a jednak przesłuchując go Igumnow za każdym razem zaplątuje
się we własnych sieciach. Może rację ma Spirydowicz, który uważa, że śledztwo przeciwko
bolszewikom prowadzimy zbyt tradycyjnymi metodami, zgodnie z rutyną, a na domiar wszystkiego
cackamy się z nimi. Miał wówczas na myśli właśnie casus Podwojskiego. A więc może i z tym
Wojaczkiem za bardzo się cacka. Wiadomo przecież, że jest bolszewikiem i trzeba skończyć z tą
zabawą w praworządność. Dosyć...
Podjąwszy tę decyzję Igumnow westchnął z ulgą. A mimo to było mu niewyraźnie na sercu. Czy nie
poradzić się w tej sprawie Spirydowicza?
Wojaczek tymczasem wrócił do więzienia do swej pojedynki. Strażnik o przezwisku Wąsacz odbierając
go od konwojentów spytał:
- Nie do sądu cię wozili?
- Nie, jeszcze nie dojrzałem - odparł Wojaczek.
- Nie martw się - uśmiechnął się Wąsacz - oni ciebie dojrzeją. A że kolację przegapiłeś, w siódmej celi
zostawili dla ciebie kaszę, zaraz ją przyniosę...
Wojaczek nie tylko zadomowił się w więzieniu, lecz stało się ono dlań swego rodzaju szkołą. Uważano
powszechnie, że „Kriesty“ są więzieniem bardzo ciężkim, ale jak powiedział kiedyś również siedzący
w pojedynce zecer, który nigdy nie tracił pogody ducha, ostry rygor jest tylko na cmentarzu, tam do
nikogo nie można się dopukać... Więźniowie przez cały czas utrzymywali ze sobą łączność; wiedzieli,
kto za co siedzi, skąd pochodzi, kim był na wolności; słabych podtrzymywano dobrym słowem,
uprzedzano się nawzajem o „bałwankach“, czyli prowokatorach. Ostatnio zaś zrobiło się jeszcze
lepiej. Powszechny rozkład i korupcja władzy państwowej nie ominęły również władz więziennych
i bolszewicy nie omieszkali tego wykorzystać w celu zorganizowania kanałów łączności ze światem
zewnętrznym. Znaleźli się też tacy strażnicy, którzy zaczęli zastanawiać się nad tym, co się dzieje
wokół i sympatyzowali z bolszewikami.
W północnym skrzydle „Kriestów”, na piętrze, na którym siedział Wojaczek, strażnikiem było ponure
chłopisko z obwisłymi wąsami, zwane przez więźniów Wąsaczem. Kiedy Wojaczka przeniesiono na to
piętro i rankiem Wąsacz wszedł do jego pojedynki, więzień zawołał wesoło:
- Witam stróża porządku państwowego i więziennego!
Wąsacz łypnął na niego spode łba, i kiedy następnego dnia Wojaczek powtórzył swe powitanie,
Wąsacz podszedł do niego i rzekł z groźbą w głosie:
- Jak jeszcze raz to powiesz, trafisz do karceru, a tam cię nauczą rozumu.
- Ależ na miłość boską, proszę mi wybaczyć - rzekł Wojaczek błagalnie. - Nie wiedziałem, że to pana
dotknie.
- Jedno ci powiem - Wąsacz gorączkował się coraz bardziej - mój najstarszy syn, taki jak ty, przelewał
krew na wojnie, teraz poniewiera się po lazaretach, a ty ścierwo tu sobie przeczekujesz, hodujesz
sadło...
- Ale po co zaraz wymyślać? Przecież nie wiedziałem. Przepraszam. Tylko że u nas tutaj także nie
kurort.
- Na co zasłużyłeś, to żryj.
- Przecież pan nie wie, czym zasłużyłem. Chciałem jednego - ażeby nasi ludzie, a w tej liczbie i pański
syn, nie ginęli niepotrzebnie na froncie.
Wąsacz spojrzał na niego uważnie i odszedł brzęcząc kluczami.
Był to początek nowych stosunków między nimi... W kilka dni później Wąsacz spytał go uśmiechając
się ironicznie:
- Ciekawym, jakże to zamiarowałeś zatrzymać wojnę?
- W bardzo prosty sposób - odparł Wojaczek ze spokojem. - Trzeba tylko, ażeby tam, na froncie,
wszyscy zrozumieli, że ta wojna jest niepotrzebna prostym ludziom i niech sobie wojują ci, którym
przynosi ona zyski. No i koniec wojny.
Wąsacz wysłuchał tego z powagą, pokiwał głową:
- Patrzajcie go, jakie to proste, tylko że to wszystko bujdy.
- Weźmy na przykład pańskiego syna - ciągnął Wojaczek - za co przelewał krew? Kim był przed
zmobilizowaniem?
- Uczył się na ślusarza, tu, w Zakładach Putiłowskich.
- Niech pan sam patrzy, co się stało. On przelewał krew, a pan Putiłow, który w swoich zakładach
produkuje sprzęt wojenny, schował do kieszeni olbrzymie pieniądze. I to jest cała tajemnica. A pan
mówi - bujdy...
Od tej chwili nie upłynął nawet miesiąc, kiedy Wojaczek zdecydował się poprosić Wąsacza
o zaniesienie listu do swojej dziewczyny. Wąsacz tylko skinął głową i wziął list. Wojaczek nie
ryzykował specjalnie i nie narażał przyjaciółki Sieni Stroda, tej samej uczestniczki Kursów
Bestużewowskich, która przyprowadziła go kiedyś do mieszkania Wolskiej, gdzie zostali zatrzymani
przez obławę policyjną, a rano zwolnieni. Podczas przesłuchania na policji obydwoje mówili wówczas,
że są starymi znajomymi i dziewczyna potwierdziła, że to ona przyprowadziła Wojaczka do Wolskiej
w celach towarzyskich. W liście przesłanym do niej przez Wąsacza nie było nic poza serdecznymi
pozdrowieniami.
Dzięki temu liścikowi towarzysze Wojaczka dowiedzieli się, że istnieje kanał łączności.
W kilka dni później Wąsacz powiedział mu:
- Twoja dziewczyna prosiła ci powiedzieć, że po twojej podróży do Moskwy ci, którzy z tobą
rozmawiają, nie mogą mieć nic nowego...
Była to niezmiernie ważna wiadomość - to znaczy, że ochrana nie ma przeciw niemu żadnych nowych
dowodów. Od tej chwili na przesłuchaniach u pułkownika Igumnowa Wojaczek zaczął zachowywać
się z większą pewnością siebie.

Rozdział dwudziesty siódmy

Generał Spirydowicz znacznie częściej przychodził teraz do biura ochrany, spotykał się tam
z kolegami, których lubił i z którymi mógł mówić względnie szczerze. Czuł, że jego pozycja jest coraz
bardziej niepewna. Zdarzało się, że Mikołaj nie życzył sobie, aby mu towarzyszył, i funkcję ochrony
osobistej monarchy pełnił generał Wojejkow. Coraz bardziej odczuwalna była też niechęć carycy do
niego. Któregoś dnia spytała nagle, dlaczego tak źle odnosi się do Rasputina. „Na miłość boską. Wasza
Cesarska Mość - odparł - nie mam do niego żadnego stosunku, służę przecież Jego Cesarskiej
Mości...” Nie była to oczywiście najlepsza odpowiedź, można się było dopatrzeć w niej pewnej
dwuznaczności i caryca się jej dopatrzyła, zacisnęła wąskie wargi i odwróciła się od niego... A przed
trzema dniami, kiedy towarzyszył carowi i carycy, miał miejsce przykry incydent - w chwili, kiedy para
cesarska wchodziła do cerkwi, przebiegł jej drogę dyżurujący w cerkwi agent ochrany w cywilu.
Przestraszona caryca cofnęła się gwałtownie, pośliznęła i byłaby upadła, gdyby w porę nie podtrzymał
jej mąż. Obejrzała się na idącego za nimi Spirydowicza i spytała ze złością: „Czy według pana to jest
porządek?“ W sumie Spirydowicz zdawał sobie sprawę, że jego pozycja stała się bardzo niepewna,
i kiedy przychodził do biura ochrany, zastanawiał się w duchu, jaką posadkę tu sobie wybrać; myślał,
że tu będzie mu lepiej, w każdym zaś razie będzie mógł walczyć z niebezpiecznymi buntownikami.
W ten słoneczny jesienny dzień znowu przyjechał tutaj i od razu poszedł do gabinetu pułkownika
Igumnowa, który niegdyś w Kijowie był jego podwładnym, a następnie z jego polecenia został
przeniesiony do Piotrogrodu. Igumnow pracował tu w wydziale, który zajmował się
rozpracowywaniem podziemia rewolucyjnego, i cieszył się dużym autorytetem. Szczycił się tym, że
Spirydowicz go odwiedza, i wszelkimi sposobami starał się wyrazić mu swój szacunek - szacunek
ucznia wobec nauczyciela - i pokazać, że święcie przestrzega rad i zaleceń generała.
Teraz również Igumnow zaczął opowiadać Spirydowiczowi o niezwykle śliskiej - według jego
wyrażenia - sprawie, nad którą od dawna się już męczy.
- Czy nie zechciałby pan chociaż pobieżnie przejrzeć akta? - poprosił Igumnow. - Jej bohater należy
właśnie do interesującego pana od dawna stada socjaldemokratów.
Spirydowicz wziął akta, przerzucił pierwsze strony i rzekł:
- Przeczytam. Ale czy nie przeszkadzam panu?
- Co też pan mówi, Aleksandrze Iwanowiczu! Dla mnie nauka u pana nie może być przeszkodą. Ja
tymczasem przejrzę materiały innej sprawy...
Spirydowicz zaczął czytać i wkrótce lektura go wciągnęła.
Były to akta sprawy Wojaczka. Pierwszą rzeczą, która wzbudziła zainteresowanie generała, był
odebrany Wojaczkowi w Moskwie rękopiśmienny almanach pod tytułem Śmierć ostatniej nadziei.
Podtytuł zaś głosił: Krzyk duszy skazańców uważających się za myślicieli. Kilka stron zapisanych
drobnych kaligraficznym pismem. Na pierwszej stronie - cytaty z Biblii i Koranu, wypowiedzi jakichś
anonimowych autorów, jakaś dziwna mieszanina mistyki i pseudofilozofii w rodzaju: „Człowieku,
jesteś niczym, jesteś tylko pyłkiem we wszechświecie i pamiętając o tym wyrzecz się pychy“ albo też:
„Los niczym groźny moloch decyduje o tym, kto, kiedy i jak ma umrzeć, nie ma więc sensu szemrać,
skłoń się przed molochem“ i tak dalej.
Sądząc z uwag na marginesach, w moskiewskim wydziale ochrany almanach ten nie wzbudził
zainteresowania; podkreślony był tylko wiersz pod tytułem Koniec.
Nic już na świecie nie ocali Rosji,
Nie zbawi wiary, nadziei, miłości.
Krew sprawiedliwa wszystko zmyła,
Kwiaty na polach wojna skosiła.
Koniec!
Nikt już na świecie Rosji nie ocali,
W otchłań mogiły cały świat się wali.
Opuszczony przez Boga nasz monarcha miły
Choć wielki i wspaniały, przecie traci siły.
Koniec!
Zamilkły dzwony, puste są świątynie
Niczym pomniki chwały, która ginie.
Oblicza świętych drogich wszemu światu
Z boleścią patrzą na finał dramatu.
Koniec!
Spirydowicz jeszcze raz przeczytał wiersz i położył akta na biurku.
- Czy ten Wojaczek to bolszewik?
- Bez wątpienia, Aleksandrze Iwanowiczu - odparł żywo Igumnow. - A przy tym sprytny, zwinny jak
jaszczurka, w tym gabinecie zostawił niejeden swój ogon.
- Czy przyznał się, że należy do organizacji?
- O nie, ale myślę, że i bez tego Sybir ma zapewniony.
- Poczytam jeszcze...
Spirydowicz zajrzał na pierwszą stronę akt, na której przyklejony była fotografia Wojaczka - spoglądał
z niej wesoło młody człowiek o bujnych, niedbale zaczesanych do tyłu włosach.
Zobaczywszy, że generał przypatruje się fotografii, Igumnow rzekł:
- Tak, a więc tak wygląda ten pan student Wojaczek, człowiek, który chce obalić monarchię, agitator
wśród żołnierzy...
- Kim jest, skąd pochodzi?
- Mówi, że jest Rosjaninem. Ojciec i dziadek to chłopi. Pochodzi z guberni twerskiej. Został ujęty w
Moskwie na dworcu dzięki temu, że naprowadziliśmy na jego ślad, ale koledzy moskiewscy zagapili
się i udało mu się pozbyć paczki, w której były numery gazety „Socjałdiemokrat“ i coś tam jeszcze...
No i ten zasmarkany almanach.
- Wie pan, bardzo mnie interesuje, dlaczego bolszewik miał przy sobie ten produkt salonu
stołecznego półświatka? - Ten almanach jest wytworem, jak się pan słusznie wyraził, zasmarkanych
inteligencików, co jednak zainteresowało w nim bolszewików, dlaczego ten Wojaczek wiózł go wraz
z takim ważnym dla nich wydawnictwem, jak „Socjałdiemokrat“?
- Aleksandrze Iwanowiczu, przecież pan może go o to zapytać - ożywił się Igumnow. - Dostawiono go
już na przesłuchanie, proszę mi więc pomóc, tak jak to bywało nieraz w Kijowie, kiedy wchodził pan
niespodziewanie do mego pokoju, włączał się do przesłuchania i od razu wszystko przejaśniało się do
samego dna.
Spirydowicz wyraził zgodę. Wkrótce konwojent wprowadził do gabinetu Wojaczka. Był to rosły
młodzieniec w mundurze studenckim leżącym na nim bez zarzutu. Ale bujnych włosów jak na
fotografii nie miał; z przyzwyczajenia przesuwał rozczapierzoną dłonią po dużej głowie, nierówno
ostrzyżonej na jeża zgodnie z więziennym regulaminem. Usiadłszy na krześle stojącym na środku
pokoju, z niejakim zdziwieniem spojrzał na siedzącego z boku przy biurku generała, potem jego
wesołe oczy zatrzymały się na Igumnowie, na wiszącym nad nim portretem cara - i Wojaczek
uśmiechnął się.
- Jego Cesarska Mość jest świadkiem, że znów niepotrzebnie traci pan na mnie czas - zaczął ze
współczuciem, musnąwszy ręką ostrzyżoną głowę i dodał twardo:
- Nie będę składał żadnych potrzebnych wam zeznań.
- Niezbędne są tylko pewne uściślenia - odparł Igumnow łagodnie. - No i wreszcie, czy nie możemy
porozmawiać... po prostu tak... Sekretarza, jak pan widzi, nie ma. A to mój bezpośredni przełożony,
który chciał pana poznać...
Wojaczek pokiwał głową, uśmiechnął się ironicznie:
- Zwykła rozmowa w tym lokalu? - Wojaczek patrzył na Spirydowicza, jak gdyby zapraszając go, aby
dziwił się wraz z nim.
- Cóż to, nie uważa nas pan za ludzi? - dobrodusznie spytał Igumnow patrząc na Wojaczka spokojnymi
mądrymi oczyma. Ten zaś myślał tylko o jednym: „Co tu robi generał?” I przygotowywał się na
najgorsze. „Nie są bogami” - powtarzał sobie w duchu.
- Skądże, dlaczego? - odparł wreszcie. - Jesteście ludźmi. Ale z innej planety. Mówimy rożnymi
językami, więc rozmowa się nam nie uda.
- Ale przecież już rozmawiamy?
- Tak się panu tylko wydaje...
- Mnie na przykład - włączył się do rozmowy Spirydowicz - interesuje coś, co nie ma nic wspólnego
z pańską sprawą. To właśnie - wskazał na almanach. - Czy pan to przeczytał?
- Pańscy współpracownicy w Moskwie zapoznali mnie z tym. Jakieś pozagrobowe bzdury. Mam
nadzieję, że nie myśli pan, iż to ja napisałem te wierszydła. A za to, że przyczepili tam cara, ja nie
odpowiadam...
- Całkowicie się zgadzam z pańską oceną - uśmiechnął się Spirydowicz. - I w ogóle nie ma mowy
o odpowiedzialności za to. Ale niezmiernie mnie zdziwiło i zainteresowało, dlaczego miał pan przy
sobie te bzdury.
- Na dworcu, kiedy wyjeżdżałem z Moskwy, ktoś mi to dał do przeczytania w drodze - odpowiedział
Wojaczek tak, jak odpowiadał zawsze.
Na twarzy Spirydowicza odmalowało się niezadowolenie:
- Absolutnie nie jest mi potrzebna informacja, jak i od kogo pan to dostał; mnie interesuje, dlaczego
w pańskim środowisku znalazło się coś tak mętnego. Spytam wyraźniej: czy bolszewicy nie
postanowili zająć się naszą zapleśniałą inteligencją?
- Nic o tym nie wiem...
Spirydowicz z lekceważeniem rzucił almanach na biurko:
- No, a teraz o tym, co pan doskonale wie... - Milczał przez chwilę patrząc Wojaczkowi w oczy,
a potem ciągnął dalej: - Chciałbym usłyszeć od pana prywatnie - tego nie będzie się protokołować...
Jak pan widzi, my wszyscy, oficerowie żandarmerii, jesteśmy wojskowymi... Daję słowo honoru, że nie
rozumiem, jaki jest ostateczny cel pańskiej działalności w armii.
Wojaczek milczał nie patrząc na Spirydowicza; mądre oczy generała peszyły go; zjeżył się cały
wewnętrznie czekając na niełatwe przesłuchanie przez dwóch żandarmów.
- Naprawdę, nie rozumiem... - ciągnął Spirydowicz spokojnie, przytłumionym głosem. - Załóżmy, że
udało się panu i nasza armia przestaje walczyć. Ale przecież Niemcy są poza sferą pańskich wpływów?
Wykorzystają to i bez przeszkód runą w głąb Rosji i zagarną ją. Jakże pan i pańscy współtowarzysze
zareagujecie na to? Widzi pan, że moje pytanie jest najzupełniej retoryczne i nie ma nic wspólnego
z pańską sprawą; po prostu ja i pułkownik Igumnow chcielibyśmy zrozumieć to, co dla pana jest
najwidoczniej całkowicie zrozumiałe. Sądzę, że i panu powinno na tym zależeć - przecież gdyby pana
działalność w armii nie była podyktowana jakimiś wyższymi względami - oczywiście z punktu widzenia
ideologii bolszewickiej - to zgodnie z prawem wojennym należałoby oskarżyć pana o nawoływanie do
zdrady ojczyzny. Czy pan mnie rozumie?
Wojaczek pomyślał, że widocznie ochranie nie udało się zdobyć przeciwko niemu jakichś konkretnych
dowodów, postanowiła więc podciągnąć jego sprawę pod paragraf dotyczący zdrady. Przecież oni
potrafią wszystko... Spojrzał ponuro na Spirydowicza i spytał:
- A jeśli w armii niemieckiej są tacy sami agitatorzy, jak w naszej? W takiej sytuacji bolszewicy dążą do
zawarcia pokoju.
- Jakoś nie widać u Niemców nawet śladu takiej agitacji - Spirydowicz pokręcił głową. - Armia
niemiecka na wszystkich frontach prze naprzód i Rosja musi za to płacić morzem krwi.
- A mimo to... - rzekł Wojaczek z wyzwaniem i spuściwszy głowę zaczął się przyglądać swoim
zaciśniętym na kolanach rękom.
- Pan oczywiście uważa się za patriotę rosyjskiego? - spytał Spirydowicz.
- A jeśli jestem internacjonalistą, panie generale? - spokojnie, nie podnosząc głowy spytał Wojaczek
i ciągnął dalej: - Ucisk klas nieposiadających także jest internacjonalistyczny. Dlatego również ruch
rewolucyjny jest internacjonalistyczny. I dlatego coraz bardziej popularne staje się hasło Karola
Marksa: - „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!“ A żołnierze to przecież także proletariat, tyle
że ubrany w szynele.
- Ja również czytałem Marksa - rzekł cicho Spirydowicz.
Wojaczek gwałtownie podniósł głowę:
- Ciekawe, dlaczegóż to pana nie aresztowali za to, tak jak mnie?
- Chwileczkę... Doskonale pan wie, że nie aresztowano pana za czytanie Marksa. Ale nasza rozmowa
ma teraz charakter abstrakcyjny, nie ma nic wspólnego z pańską sprawą - przecież już to ustaliliśmy. -
Spirydowicz zastanowił się chwilę i ciągnął dalej: - Zrozumiałbym pana i pańskie stanowisko, ale
najpierw trzeba, aby marzenie o zjednoczeniu proletariuszy wszystkich krajów stało się
rzeczywistością. Bez tego zaś pańska działalność w środowisku wojskowych stanowi wyłącznie groźbę
otwarcia frontu dla wroga, a w następstwie tego oddanie narodu rosyjskiego, pańskiego, panie
Wojaczek, narodu w niewolę wandalom niemieckim. Jakiż jest ten pański Marksowski szlachetny
internacjonalizm, jeśli prowadzi on do poniżenia ogromnego narodu, jeśli trzeba zań płacić wolnością
i honorem pańskiej ojczyzny, panie Wojaczek?
- Ale co pan rozumie przez wolność? I dla kogo ma być ta wolność? - zapalczywie, jakby to była czysta
akademicka dyskusja, spytał Wojaczek, spojrzał na jednego żandarma, na drugiego i rzekł cicho, jakby
do siebie: - Czy nie lepiej skończyć z tymi bezsensownymi rozmowami? Poza tym ja nie jestem
teoretykiem zdolnym do przekonania generała żandarmerii.
Spirydowicz wstał i podszedł do okna. Igumnow pokiwał głową z dezaprobatą.
- O tak, panie Wojaczek, nie jest pan teoretykiem, pan jest praktykiem i pan lekkomyślnie, nie zdając
sobie nawet dobrze sprawy z tego, co pan robi, podniósł rękę na armię rosyjską, która własną piersią
zasłania swoją ojczyznę. I za to będziemy pana sądzić.
- Czy mogę na chwilę zająć uwagę pana generała? - spytał Wojaczek.
- Proszę - odparł Igumnow nieufnie.
Spirydowicz odwrócił się od okna i rzucił zimno:
- Słucham pana...
- Panie generale, podczas naszej „abstrakcyjnej“ rozmowy używał pan określeń „pańska działalność“,
„pańscy współtowarzysze“, to znaczy moja działalność i moi współtowarzysze. Nie chciałem panu
przerywać, teraz zaś chcę przypomnieć, że nasza rozmowa, jak się pan raczył wyrazić, była
abstrakcyjna, ja więc również całkowicie na abstrakcyjnej płaszczyźnie wypowiadałem wyłącznie
swoje opinie odnośnie do poruszanych przez pana kwestii.
Spirydowicz nic nie odpowiedział; spojrzał na zegarek i głośno zatrzasnął jego wieczko:
- Na mnie czas, panie pułkowniku, a pan niech kontynuuje przesłuchanie. Sądzę, pułkowniku, że
możemy sobie pogratulować - wpadł nam w ręce bardzo niebezpieczny konspirator. Ale pan, panie
Wojaczek, mimo wszystko nie pomógł mi zrozumieć, jak można połączyć pański szlachetny
internacjonalizm z miłością ojczyzny. Widocznie będę jeszcze musiał poczytać sobie Marksa.
Wojaczek patrzył na generała ze spokojem. Igumnow pośpiesznie wezwał strażnika:
- Proszę wyprowadzić aresztowanego.
Odczekawszy, aż zamkną się drzwi, spytał:
- Co pan myśli, Aleksandrze Iwanowiczu?
- Już powiedziałem - doświadczony, konspirator.
- Został skierowany do Moskwy specjalnie w celu prowadzenia agitacji wśród żołnierzy garnizonu
moskiewskiego, miał przy sobie gazetę „Socjałdiemokrat“ z manifestem bolszewików przeciwko
wojnie oraz broszurę Lenina Socjalizm a wojna.
- Manifest znam, a co jest w broszurze Lenina?
- Mocna rzecz, Aleksandrze Iwanowiczu... - Igumnow wyjął z szuflady postrzępioną broszurę i podał ją
Spirydowiczowi. - Sądzę, że manifest również pisał Lenin. Ta sama żelazna logika. Ale to jest bardziej
szczegółowe i głębiej ujęte.
Spirydowicz przerzucił broszurę zatrzymując się dłużej na niektórych stronach i położył ją na biurku:
- Czy zaopatrzył go komitet piotrogrodzki?
- A któżby inny?
- Ale przecież został on ostatecznie zlikwidowany?
- Nakrywaliśmy go, Aleksandrze Iwanowiczu, kilkakrotnie, ale działa nadal. Mogę podać panu bardzo
nieprzyjemną informację: już w czasie wojny, a ściślej tylko w ubiegłym roku brało tu udział
w strajkach pół miliona robotników. Pół miliona, Aleksandrze Iwanowiczu! I wszystko to robota
bolszewików.
- A co na to ustawa o stanie wojennym?
- Jeżeli pan pozwoli, Aleksandrze Iwanowiczu, powiem, co ja o tym myślę... - Spirydowicz
z roztargnieniem skinął przyzwalająco głową. - Dwie sprawy przeszkadzają nam w osiągnięciu jakiegoś
znaczącego sukcesu. Bolszewicy dali niższym klasom ideologię, która jest dla nich zrozumiała i która
im odpowiada. A my nie możemy jej niczego przeciwstawić - słusznie pisze pan o tym w swojej
książce. Brak nam po prostu sił. Przecież teraz doszedł jeszcze front, na którym bolszewicy poczynają
sobie coraz bardziej zuchwale.
- Czy przypadki bratania się z nieprzyjacielem zdarzają się nadal? - spytał Spirydowicz.
- Zdarzają się i to bardzo często. Jednego nie mogę zrozumieć: przecież armia to nie tylko żołnierze,
są tam również oficerowie, panuje żelazna dyscyplina. Czyż tacy oto Wojaczkowie mogą rozwalić całą
armię?
- Mogą - odrzekł Spirydowicz zdecydowanym tonem. Z gniewem myślał o tym, że Igumnow także nie
zdaje sobie całkowicie sprawy z sytuacji... - Wojna, pułkowniku, wraz ze swymi klęskami obrzydła nie
tylko żołnierzom i teraz nie wiadomo, kto prędzej da się złapać na taką agitację - tępy żołnierz czy
wykształcony oficer? Wszyscy myślący ludzie, pułkowniku, chcą teraz dostać odpowiedź na nurtujące
ich pytanie: dlaczego idzie tam tak źle? A ponieważ, jak sam pan zauważył, w imieniu władzy nikt im
takiej odpowiedzi nie daje, słuchają chętnie agitatorów bolszewickich, którzy znajdują własne proste
wytłumaczenie wszystkiego - precz z samodzierżawiem. Wie pan, że najwstrętniejsze w tym
wszystkim jest to, że bolszewikom pomagają nasi politycy, którzy przysięgają wierność monarchii,
a sami znieważają ją na każdym kroku - niech pan przeczyta chociażby przemówienia w Dumie...
- To wszystko jest okropne... okropne - rzekł cicho Igumnow.
- Nie ma w tym nic okropnego, pułkowniku - rzekł Spirydowicz energicznym tonem, jak gdyby teraz
dopiero otrząsnął się z ciężkich myśli. - Po prostu wszyscy musimy pracować lepiej, być bardziej czujni
i... bezlitośni. Mówił pan na przykład, że ugrzązł pan w sprawie... jak mu tam... Wojaczka. A z nim
wcale nie trzeba się było cackać - przecież od razu widać, z kim się ma do czynienia... - Spirydowicz
umilkł na chwilę i uśmiechnąwszy się przelotnie dodał: - Czyżby i pana, pułkowniku, dotknął
powszechny marazm i niewiara we własne siły?... Do widzenia i życzę panu powodzenia...
Generał Spirydowicz szedł przez korytarz ochrany. Oficerowie, których spotykał, na jego widok
zamierali w postawie na baczność, ale generał ich nie dostrzegał, gdyż był wzburzony do ostatnich
granic. Jedno wszakże było dlań niewątpliwe - to, że ten bolszewik Wojaczek jest silniejszy od
Igumnowa, którego on, Spirydowicz, zawsze uważał za mądrego i doświadczonego funkcjonariusza
ochrany. I to wzbudzało w nim wielki niepokój...

Rozdział dwudziesty ósmy

Proces Wojaczka odbywał się w Pawłowsku w pustej i zimnej sali ujeżdżalni. W jednym z rogów,
oddzielonym od reszty pomieszczenia płotkami używanymi jako przeszkody podczas wyścigów
konnych, stał stół sędziowski przykryty zielonym suknem oraz nowiutka, widocznie dopiero co
sklecona ławka dla oskarżonych. Przed samym rozpoczęciem rozprawy Wojaczek dowiedział się, że
wraz z nim będą sądzić jeszcze dwu innych: żołnierza oraz czterdziestoletniego cywila - obydwu
schwytano w strefie przyfrontowej podczas rozpowszechniania ulotek antywojennych. Wojaczek
zrozumiał, że i on będzie podciągnięty pod ustawę o podżeganiu do zdrady. Biorąc pod uwagę fakt, że
toczy się wojna, można się było spodziewać najsurowszego wyroku. Towarzysze zdążyli przekazać mu
radę, aby zaprzeczał wszelkim zarzutom, a na niebezpieczne pytania w ogóle nie odpowiadał i żądał
jawności przewodu sądowego.
Już w ciągu pierwszych minut trwania rozprawy organizatorzy tej imprezy zaczęli żałować, że włączyli
do niej Wojaczka, gdyż idąc za jego przykładem dwaj pozostali oskarżeni zaczęli wszystkiemu
zaprzeczać. Wojaczkowi siedzącemu na ławie oskarżonych obok żołnierza udało mu się szepnąć:
„Mów, że ulotkę podrzuciła ci ochrana.“ Żołnierz, a za nim i cywil natychmiast złożyli stosowne
oświadczenie. Wojaczek również poinformował sąd o tym, jak ochrana moskiewska usiłowała
sfabrykować przeciw niemu dowód w postaci jakiejś paczki z nielegalną literaturą, o której to paczce
nie miał i nie ma najmniejszego pojęcia. Sąd robił wszystko, ażeby przeszkodzić im mówić, przerywał
okrzykami, ale w odpowiedzi oskarżeni również podnosili głos. Poza tym w ujeżdżalni był silny pogłos,
wskutek czego w ogóle trudno się było zorientować, co krzyczał sędzia lub oskarżony. Sekretarz raz
po raz spoglądał na sędziów, nie wiedząc widocznie, co ma protokołować.
Rozsierdzony sędzia czytał wyrok tak głośno, że wskutek pogłosu poszczególne słowa tonęły
w nieustającym huku. Wojaczek nie zrozumiał nawet, na co został skazany, i zmuszony był prosić
o powtórzenie.
- Siedem lat katorgi! - wykrzyczał sędzia.
Pułkownik Igumnow był nieobecny; zamiast siebie przysłał swego podwładnego, który siedział
w przybudówce mieszczącej szatnię i przysłuchiwał się rozprawie przez uchylone drzwi. Natychmiast
po ogłoszeniu wyroku wrócił do Piotrogrodu, ażeby zdać sprawozdanie.
Igumnow przyjął go niezwłocznie i dowiedziawszy się, jaki wyrok zapadł, spytał:
- Jak zachowywał się Wojaczek?
- Tak jak u nas - odparł funkcjonariusz - wszystkiemu zaprzeczał, żądał jawnej rozprawy, a za jego
przykładem i tamci dwaj również nie przyznali się do niczego.
- To nic, popracuje sobie z kilofem na syberyjskim mrozie - ostygnie i zmądrzeje...
- Mimo wszystko, wyrok jest łagodny - zauważył funkcjonariusz.
- Powiedział pan o tym sędziom? - spytał z rozdrażnieniem Igumnow i nie czekając na odpowiedź
rzekł:
- Jest pan wolny...
Wieczorem Igumnow referował sprawę wyroku szefowi ochrany generałowi Głobaczowowi. Ten się
rozzłościł:
- Ostatnio sędziowie jakby współzawodniczyli ze sobą, który z nich jest większym liberałem; przecież
tych dwóch schwytanych z ulotkami można było spokojnie rozstrzelać...
Potem Igumnow starał się nie myśleć o Wojaczku, ale niezależnie od jego woli podczas każdego
przesłuchania nagle przypominał sobie o nim i wściekał się. Nie zapomniał Wojaczka również generał
Spirydowicz - pewnego dnia rozmawiając przez telefon z Igumnowem spytał: „A jak tam pański
student?“ Igumnow odparł: „Siedem lat katorgi.“ Spirydowicz rzekł po chwili milczenia: „No, zupełnie
łagodny wyrok, nie dociągnęliście studenta do pełnej kondycji...“

W zimnym zakratowanym wagonie, który od dawna nazywano „stołypinowskim“, wieziono Wojaczka
wraz z innymi skazańcami na katorgę...
Szczęśliwy charakter miał ten Wojaczek - nic nie mogło popsuć mu dobrego humoru. Powodem było
niewątpliwie to, że wszystko, co się z nim działo, uważał za swój udział w walce bolszewików -
przecież nigdzie nie jest to powiedziane, że walczyć należy tylko tam a tam - walczyć należy wszędzie,
ważne jest tylko, aby w pobliżu był chociażby jeden człowiek. A tu, w wagonie stołypinowskim,
upchano po przedziałach około setki skazańców ze złamanym życiem, a każdy z nich interesuje
Wojaczka. W jego przedziale jest wraz z nim piętnastu ludzi. Od pierwszej chwili zainteresował go
chłopak z rozciętą wargą, co nadawało jego twarzy wyraz okrucieństwa. Silny fizycznie, od razu zaczął
wodzić rej, i jeśli coś się działo, wszyscy zwracali się nie do konwojentów, lecz do niego. Wojaczek
zauważył, że nie jest mu obce poczucie sprawiedliwości. Zawarli znajomość.
- Mam na imię Tolik, a wołają mnie Tolik Zepsuta Warga - przedstawił się chłopak i dodał, że dostał
pięć lat katorgi za obrabowanie mieszkania generała w Piotrogrodzie. Dowiedziawszy się, że
Wojaczek „za politykę“ dostał siedem lat, cmoknął z podziwem:
- Patrzcie no, polityka jest u nich warta więcej niż generalskie manatki - i wpatrując się w Wojaczka
dodał: - A ty nie wyglądasz na polityka, oni są tacy więcej słabowici i chorzy. Kiedy miałem poprzednią
odsiadkę, zanim jeszcze uciekłem, był razem ze mną jeden polityczny; zżerała go gruźlica, ale
charakter miał taki, że na trzech by starczyło. W dzień śmierci przywołał mnie do siebie i dał list do
żony. „Jeśli uciekniesz - mówi - i dotrzesz do stolicy, to zawieź go do Kołpina...“ No i zawiozłem.
A jakże - to święte prawo...
- Och, mieszkanko generała było fajne - opowiadał Tolik o swojej sprawie. - Nazbierałem cały tłumok
maneli, taki że podnieść nie mogłem, a każda rzecz - cudo. A wpadłem przez ordery. Otworzyłem
jedną szkatułkę, a w niej cały stos orderów; licho mnie podkusiło i wziąłem dwa. A potem, kiedy już
zaniosłem tobołek do pasera, popiłem z radości, przyczepiłem sobie ordery i poszedłem się przejść.
No i po tych orderach szpicle mnie wywąchali.
- Nie mogłeś sobie znaleźć lepszego zajęcia niż złodziejstwo? - spytał Wojaczek.
- A po co szukać?
- Mógłbyś ludziom przynosić pożytek.
- Ludziom? Pożytek? - Tolik był strasznie zdziwiony. - A za co? Czy mnie ludzie zrobili coś dobrego?
Tatulo zginęli jeszcze na japońskiej wojnie. Matula zaczęła pić, poszła na ulicę, no i wykończyła się.
Starszego brata wzięli już na tę wojnę i ślad po nim zaginął. No i tyle, Saszka, mam z ludzi, niech ich
diabli. A poza tym kocham swobodę.
- No tak, rzeczywiście dobrą masz swobodę - katorgę.
- Ja? Katorgę? Coś ty, Saszka! Zobaczą mnie tam... - Zbliżył swoją twarz tuż do twarzy Wojaczka:
- Wiesz co, razem damy nogę.
- Za wcześnie jeszcze o tym mówić - odparł Wojaczek. - Ty też się nie śpiesz - wpadniesz, wlepią ci
dodatkową karę.
- Mnie? Dodatkową karę? - Tolik gwizdnął i wycedził przez zęby „piętrowe“ przekleństwo.
Więzienie we Władymirze od wieku było więzieniem etapowym. Kiedy przypędzona ze stacji kolumna
więźniów zatrzymała się przed potężną bramą. Wojaczek pomyślał nagle: iluż to naszych przeszło
przez tę bramę; ogarnęło go wzruszenie.
Na podwórzu więziennym ustawiono ich w dwuszeregu. Zaczęło się wywoływanie po nazwisku.
Potem padł rozkaz, aby polityczni wystąpili do przodu. Wystąpiło dwóch mężczyzn, Wojaczek był
trzeci. Znów wywoływanie nazwisk. I nagle Wojaczkowi każą wrócić do kryminalistów.
- Jestem polityczny - zaoponował.
- Wróć! - wrzasnął strażnik.
Wojaczek wykonał rozkaz. A kiedy kryminalistów zapędzono do celi, do Wojaczka przecisnął się Tolik:
- Cóżeś to wciskał kit o polityce? - Oczy chłopaka zabłysły złowrogo.
- Mówiłem ci prawdę, to jakaś pomyłka.
Tolik spojrzał nieufnie i rzekł z groźbą w głosie:
- Niebezpiecznie jest wciskać Tolikowi kit, zapamiętaj to sobie.
Następnego dnia z celi wywołano po nazwisku dziesięciu skazanych, w tym również Wojaczka.
Popędzono ich na stację towarową i tam kazano im wyładowywać wagony, nosić do magazynu
ciężkie skrzynie. Wojaczek spocił się cały, ręce mu drętwiały. Kiedy przyprowadzono ich z powrotem
do więzienia i ustawiono w szeregu, nie mógł się utrzymać na nogach i chwycił się kurczowo sąsiada.
Nagle podszedł do niego strażnik i zaczął wrzeszczeć na całe podwórze:
- Bierz miotłę i zamiataj aż do tamtej ściany, tylko pamiętaj, żeby nawet pyłek nie został.
- Dopiero wróciłem ze stacji, jestem bez obiadu - rzekł błagalnie Wojaczek.
- Do karceru ci się zachciało? Zamiataj, taka twoja mać!
Wojaczek ostatkiem sił suwał miotłą po kocich łbach podwórza i jak zawsze, kiedy było mu ciężko,
powtarzał ulubione powiedzonko swego przyjaciela i partyjnego ojca chrzestnego Sieni Stroda:
„Kiedyś wziął się za popręgi, nie powiadaj, żeś nietęgi...“
Pozostałych więźniów wprowadzono do budynku. Kiedy Wojaczek zbliżał się już do ściany, na
podwórzu więziennym pojawił się niemłody żołnierz z eskorty więziennej, który w dzień odprowadzał
ich do rozładowywania wagonów. Szedł wolno przez podwórze, jakby sprawdzał, czy Wojaczek
zamiótł je wystarczająco starannie. Przystanął, zrobił sobie skręta, zapalił, potem podszedł do
Wojaczka zupełnie blisko i spytał cicho:
- Ty jesteś Wojaczek?
- Tak.
- Słuchaj mnie uważnie... W poniedziałek znowu będziesz na stacji wyładowywał deski. Starszym
będzie u was kryminalista, którego wołają Siwucha. On ci coś powie; rób tak, jak ci powie.
Zrozumiałeś?
Wojaczek skinął głową i zaczął dalej machać miotłą, która nagle zrobiła się leciutka jak piórko. A więc
to dlatego zostawiono go razem z kryminalistami - tylko ich wyprowadzają z więzienia na różne
roboty! Jego serce ogarnęła fala ciepła - wielkie bractwo bolszewików działało i tu!
Z trudem doczekał do poniedziałku. O świcie około dwudziestu więźniów popędzono na stację, gdzie
wyładowywali deski z platform i nosili je do bramy, przy której stał wóz więzienny. Krótki zimowy
dzień już się kończył, a Siwucha robił wrażenie, jakby nie dostrzegał Wojaczka. Był to chuderlawy,
pięćdziesięcioletni mężczyzna o twarzy zarośniętej sztywną brodą aż po same oczy. Chociaż był
„starszym”, pracował na równi ze wszystkimi innymi i tylko pokrzykiwał na opieszałych: „Ruszać
się...“
Kiedy zrobiło się już całkiem ciemno, Siwucha stojąc przy wozie zawołał Wojaczka:
- Pomóż mi wyrównać ładunek... - I kiedy przekładali deski, zaczął mówić cichym schrypniętym
głosem: - Widzisz towarowy na drugim torze? Ja odwrócę uwagę konwojenta, a ty pędź w stronę
pociągu, znajdziesz wagon, na którym na drzwiach jest narysowany kredą krzyż; drzwi będą uchylone.
Właź, zamknij dobrze drzwi. Znajdziesz tam ubranie, swoje wyrzuć po drodze. W Moskwie na Dworcu
Jarosławskim odszukaj dom noclegowy dla konduktorów pociągów pasażerskich, spytasz tam o
Jegora Poletajewa, on ci powie, co masz robić dalej. Zapamiętałeś wszystko? Lepiej powtórz...
- Zapamiętałem. Dziękuję...
- Powodzenia...
Tej drogi do Moskwy w wagonie towarowym podczas trzydziestostopniowego mrozu Wojaczek nie
zapomni nigdy. Przez całą noc biegał po wagonie wymachując rękami, podskakiwał, ale wystarczyło,
aby zatrzymał się na chwilę, natychmiast mróz chwytał go w swoje lodowe kleszcze i całe jego ciało
stawało się kawałkiem drewna. Znów zaczynał biegać. Ile kilometrów przebiegł w tym stukającym po
szynach wagonie?
Była jeszcze noc, kiedy pociąg dojechał do Moskwy. Wyskoczywszy z wagonu Wojaczek pobłądził
trochę w labiryncie długich składów towarowych, wydostał się na pusty plac, i żeby nie wzbudzać
ciekawości ewentualnych przechodniów, statecznym krokiem ruszył w stronę Dworca
Jarosławskiego; tam znalazł dom noclegowy dla konduktorów pociągów pasażerskich.
W pomieszczeniu, w którym było gorąco jak w łaźni parowej, pokotem spali konduktorzy. Ze
wszystkich stron rozlegało się potężne chrapanie, zaduch był nie do zniesienia, ale Wojaczek czuł
tylko błogosławione rajskie ciepło. Stał przy drzwiach, jego zdrętwiałe z zimna ciało ożywało powoli.
- Gdzie tu można znaleźć Jegora Poletajewa? - zawołał.
Chrapanie urwało się, w odległym kącie podniosła się rozczochrana głowa:
- Czego się drzesz? Chodź tu.
Starając się nie nadepnąć na kogoś, Wojaczek przecisnął się do kąta. Rozczochrana głowa wskazała
mu miejsce obok siebie, i kiedy się tam położył wcisnąwszy się w gorącą szczelinę między ciałami,
Poletajew chuchnął mu w ucho: „Pociąg wieczorem o siódmej trzydzieści z Dworca Piotrogrodzkiego,
tu zaraz, niedaleko, wagon numer sześć, ja tam będę. A teraz śpij.“
Wydawało się, że o żadnym śnie mowy być nie może, a do tego jeszcze tak chciało mu się jeść, że aż
żołądek w nim się skręcał; a jednak zasnął, jak gdyby dał nurka w ciepłe morze...

Rankiem tego dnia pułkownik Igumnow otrzymał z Władymira wiadomość o ucieczce Wojaczka.
Natychmiast połączył się telefonicznie z naczelnikiem policji kolejowej Piotrogrodu, podał mu rysopis
zbiega i kazał wziąć pod obserwację wszystkie dworce i stacje towarowe. Postawiono na nogi
komisariaty policji znajdujące się w pobliżu rogatek miejskich. Wezwawszy do siebie dyżurnego
oddziału operacyjnego, Igumnow rozkazał wysłać doświadczonych agentów na Dworzec Moskiewski
i do Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Jednakże wydając te wszystkie polecenia doznawał
dziwnego uczucia, że robi to wszystko nie po to, aby schwytać tego po trzykroć przeklętego
Wojaczka, w co w ogóle nie wierzył, lecz tylko po to, ażeby załatwić wszystkie niezbędne formalności.
Wiedział już, że bolszewicy bardzo dobrze organizują ucieczki swoich ludzi, a do tego sam Wojaczek
nie jest takim głupcem, aby dać się złapać przez brak elementarnej ostrożności.
To już trzecia ucieczka z Władymira w ciągu ostatniego półrocza! Te niezdary, te kanalie całkiem
rozwaliły ochranę! Trzeba niezwłocznie wysłać tam dobrego pracownika, ażeby przeprowadził
surowe śledztwo w sprawie tej ucieczki. Igumnow chciał połączyć się telefonicznie z generałem
Głobaczowem i zameldować mu o ucieczce, zmienił jednak zamiar - niech dowie się o tym od kogoś
innego. Czuł się w pewnym sensie odpowiedzialny za to, co się stało... A jeśli mimo wszystko
schwytają Wojaczka? Igumnow wyobraził sobie, jak Wojaczek będzie siedział przed jego biurkiem,
a on go spyta:
- No i co, panie Wojaczek, przekonał się pan, że wszystkie pańskie drogi prowadzą do mnie?

Pociąg osobowy powoli wjeżdżał na peron Dworca Moskiewskiego w Piotrogrodzie. Był bardzo
mroźny wczesny ranek, a noc, jakby skostniała z zimna, wciąż jeszcze nie miała siły odejść; zapalone
przed nadejściem pociągu latarnie spowite w mroźną mgłę nie mogły rozproszyć gęstego
granatowego mroku.
Parowóz sapiąc i prychając wolno sunął wzdłuż peronu, jego boki pokryte były czarnym od sadzy
szronem, tuż za nim znajdował się wagon pocztowy, olśniewająco biały, jakby zrobiony ze śniegu,
z różowawą plamą zamarzniętego okna.
Nieliczni pasażerowie, którzy wysiedli z pociągu, wraz z tymi, którzy ich oczekiwali, szybkim krokiem,
biegnąc prawie, podążali w stronę budynku dworcowego, aby jak najprędzej ukryć się przed mrozem.
Tylko inwalida wojenny wsparty na dwóch kulach pozostał w tyle i długo jeszcze było słychać, jak
stukał swoimi drewnianymi podpórkami o zamarznięty peron.
Na peronie zostało jednak kilku mężczyzn; każdy z nich stał z osobna, ale wszyscy zachowywali się tak
samo: uderzali nogą o nogę, rozcierali uszy - widocznie na kogoś czekali. Konduktor, który pojawił się
na pomoście wagonu numer sześć, krzyknął do nich:
- Czego marzniecie? Wszyscy już wysiedli.
Pociąg wolno ruszył do tyłu, na tory zapasowe, zaledwie jednak wygiąwszy się na zwrotnicy zaczął
znikać w mroźnej mgle, mężczyźni ci jak na komendę opuścili peron.
W toczącym się po bocznym torze pustym pociągu w przedziale służbowym wagonu numer sześć
konduktor podniósł wieko drewnianej ławki i wyciągnął stamtąd materac, pod którym leżał skurczony
Wojaczek.
- Wstawaj - rzekł cicho konduktor i pomógł mu wydostać się z ciasnej skrzyni pod siedzeniem. -
Szybciej, szybciej - popędzał patrząc, jak niezdarnie wkłada on na głowę futrzaną czapkę i wciąż
usiłuje wyprostować zdrętwiałe ciało. Wyszli na pomost wagonu; konduktor przekręcił klucz i uchylił
nieco drzwi: - No, ruszaj!
- Dziękuję... - Wojaczek energicznie uścisnął mu rękę i skoczył w białą mgłę mroźnego poranka.
Konduktor zamknął drzwi, przeżegnał się z ulgą i zajął się porządkowaniem wagonu.
Wojaczek leżał wciśnięty między stos podkładów kolejowych a parkan i przeklinał przez zaciśnięte
zęby: „Cholera... cholera...“ Z trudem udało mu się doczołgać i wepchać do tej szczeliny, gdyż
zwichnięta przy upadku noga bolała tak straszliwie, że chwilami robiło mu się gorąco. A plecy
drętwiały z zimna. Chciało mu się płakać ze złości - tak wspaniale, bez najmniejszych przeszkód udała
mu się ucieczka i musiał potknąć się pod samym domem, gdzie czekają nań z nieśmiałą nadzieją
najbliżsi i najdrożsi mu ludzie.
Zdecydowanym ruchem wstał i omal nie krzyknął, kiedy spróbował wyprostować chorą nogę.
Oparłszy się całym ciałem o podkłady stał przez chwilę przestępując z nogi na nogę, jakby chciał
przyzwyczaić się do bólu, a potem wyszedł na ścieżkę. Porankowi udało się wreszcie wyprzeć noc -
i oczom Wojaczka ukazały się znajome peryferie Piotrogrodu - przysadziste składy, parkany fabryczne,
tu i ówdzie domy. Ścieżka doprowadziła go do przejazdu kolejowego; z ulgą oparł się o spuszczony
szlaban. Oddychał ostrożnie, ale z jego ust wydobywały się kłęby pary. Spod futrzanej czapki
wysunęły się mokre włosy, które momentalnie zlodowaciały. Było mu gorąco z wysiłku. Ale jednak
pokonał ból - sam nie wierzył, że udało mu się przekuśtykać taki kawał drogi!
Z łoskotem przemknął oszroniony pociąg towarowy; na pomoście ostatniego wagonu dojrzał
zakutanego w kożuch konduktora i mimo woli uśmiechnął się doń z daleka, przypomniawszy sobie
swojego, tego z wagonu numer sześć - dziękuję wam, towarzysze!
Energicznym ruchem Wojaczek oderwał się od szlabanu i ruszył rozjeżdżoną przez furmanki drogą.
Zdawało mu się, że zwichnięta noga krzyczy z bólu, ale szedł, szedł, szedł zacisnąwszy zęby tak, że aż
bolały szczęki. Kiedy minął bramę manufaktury Maxvella, oparł się o parkan. Odetchnął głęboko
i ruszył dalej...
Przy jednej z cichych bocznic Prospektu Szlisselburskiego stało kilka domów z czerwonej cegły,
zamieszkałych wyłącznie przez robotników. Wszedł do pierwszego z nich, chwytając się silnymi
rękami za poręcz schodów szybko wdrapał się na pierwsze piętro i zapukał do drzwi mieszkania
numer pięć. Otworzyła mu młoda kobieta. Przez długą, bardzo długą chwilę patrzyła na niego bez
słowa, a potem rzuciła mu się na szyję, zawisła na nim. I tak wniósł ją do mieszkania.
- Ludzie, patrzcie, kto się zjawił! - krzyczała kobieta. - Chodźcie, chodźcie tutaj!
Do przedpokoju wybiegli dwaj młodzi ludzie i z rozpędu rzucili się na niego:
- Saszka! Saszka wrócił!
...Nie mogąc prawie uwierzyć, że to wszystko dzieje się realnie, leżał w miękkiej pościeli. Ogolony
policzek dotykał gładkiego płótna poduszki. Zwichnięta noga zapomniała o bólu spoczywając
w ciepłym okładzie. A koło niego na łóżku, na krzesłach i wprost na podłodze siedzieli jego
przyjaciele, jego drodzy towarzysze walki - bolszewicy z Aleksandrowskich Zakładów Parowozowych,
z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, z fabryki tkackiej Goubbarda. Zna ich niezbyt długo -
jednych rok, innych trzy, tylko gospodynię tego mieszkania, Lidę od Maxvella, zna jeszcze z czasów
przedwojennych. To właśnie jego żona, chociaż ślubu w cerkwi nie brali. W pierwszym roku wojny
razem rozlepiali po mieście ulotki antywojenne, a teraz ona sama stworzyła komórkę partyjną we
młynie Morducha. Ale wszystkich ich łączy uczucie takiego wzniosłego i szlachetnego braterstwa, że
bez namysłu gotowi są oddać życie za drugiego.
Opowiedział im już, jak świetnie została zorganizowana jego ucieczka, nikt jednak nie zachwycił się,
nie wypytywał o szczegóły; wszyscy słuchali z powagą, jak gdyby opowiadał o swej pracy...
A potem zaczął mówić Witalij Szurygin, nastawiacz krosien od Maxvella; na jego twarzy malowała się
zaduma i niepokój;
- Nazbierało się już po brzegi... aż się przelewa... To, że nadszedł kres samodzierżawia, jest jasne jak
słońce... Ale co będziemy mogli zrobić potem? Żeby nie było tak, że szliśmy, szliśmy poprzez
szubienice, więzienia i katorgi, a w decydującym momencie pokpiliśmy sprawę... - Podniósł swe
czarne, złe oczy na Wojaczka i spytał szorstko: - Dokąd teraz pójdziesz?
- Z powrotem do żołnierzy - odparł Wojaczek bez namysłu. - Bez żołnierzy rewolucja jest bezbronna,
a do tego nie można dopuścić.
- Będziesz leżał co najmniej tydzień - surowo rzekła Lida.
Nikt nic nie powiedział - wszyscy wiedzieli, że wstanie jutro... Zresztą Lida też o tym wiedziała...

Rozdział dwudziesty dziewiąty

1
Kołysząc się lekko na skórzanych poduszkach automobilu premier Stürmer myślał z niepokojem
o czekającym go spotkaniu z monarchą.
Cesarz przyjechał na kilka dni z Kwatery Głównej i wezwał go do siebie... Jeszcze niedawno każda
wizyta w Carskim Siole była dlań wielkim świętem. Otaczali go tam mili, darzący go sympatią ludzie,
którzy sami powierzyli mu to wysokie stanowisko. W ich towarzystwie czuł się swobodnie, było mu
dobrze, wesoło.
Kiedy dowiedział się, że Carskie Sioło chce ofiarować mu fotel premiera, tak się ucieszył, że już
podczas swej pierwszej rozmowy z carycą powiedział jej o zamiarze natychmiastowej zmiany swego
niemieckiego nazwiska na rosyjskie, i zrobiłby to niewątpliwie, lecz cesarzowa nie wiadomo dlaczego
uznała to za niewskazane.
Usiadłszy pewnego ranka w tym fotelu, powtórzył w duchu słowa modlitwy, którą ułożył dla niego
Grigorij Rasputin: „Sama Opatrzność Boska będzie ze mną w działaniach moich dla dobra Rosji...“
O modlitwie tej dowiedział się poprzedniego dnia od carycy, która raczyła łaskawie powtórzyć mu te
słowa i dodała: „Ja również wierzę, że tak będzie.” Wszystko to było całkiem niedawno i. Boże mój,
jakże był wówczas przekonany, że wszystko będzie dobrze, wszystko mu się uda i rzeczywiście
poprowadzi Rosję i siebie ku szczytom sławy.
Nagle jednak zaczęło się dziać coś nieuchwytnego, niezrozumiałego i odświętny nastrój zaczął
zanikać. Tak niedawno, jeszcze całkiem niedawno wszystko było dobrze; w sobotę na przykład
cesarzowa serdecznie śmiała się z jego opowieści o tym, jak przez roztargnienie ubierając się rano
włożył trzewiki na bose nogi. A w poniedziałek była posępna jak chmura gradowa i zadawała mu
nieprzyjemnie pytania... Co się stało? Ktoś jej czegoś naopowiadał?...
Coraz częściej wspomina te szczęśliwe czasy, kiedy był gubernatorem w Jarosławiu. Mój Boże, tam
był prawdziwym panem. Tylko raz do roku alarm, kiedy przyjeżdżała rządowa komisja rewizyjna. Ale
i to zawsze kończyło się tradycyjną kolacją za miastem, na brzegu Wołgi... Będąc gubernatorem
zapuścił brodę-łopatę, wąsy-kindżały i nauczył się tak surowo marszczyć krzaczaste brwi, że na ten
widok kupcy jarosławscy drżeli ze strachu... Najważniejsze zaś to, że wszystko toczyło się jakby samo
przez się: przez kilka dni mógł nie pojawiać się w swoim gabinecie, mógł spać do południa i wiedział,
że wszystko idzie jak należy. Miał tam sekretarza, swego wiernego pomocnika Aleksandra Filiczowa,
adwokata z zawodu, przy którym, panie święty, można było sobie spać nawet cały rok bez uszczerbku
dla urzędu. Proponował mu, aby przeniósł się wraz z nim do stolicy, ale Filiczow odmówił. Złe języki
doniosły mu, że ponoć Filiczow miał się wyrazić, iż z takim próżniakiem i leniem jak on pchać się na
szczyty to to samo, co na szafot. Trudno w to uwierzyć, Filiczow nie mógł czegoś takiego powiedzieć -
przecież kiedy u niego pracował, wystawił sobie wspaniały dom i zamierzał kupić majątek ziemski...
Ale, rzecz jasna, stolica to nie jakiś tam cichy Jarosław i stanowisko premiera to nie jakaś tam
spokojna posadka. I dziwne: wydawać by się mogło, że to wysokie stanowisko w państwie,
a prawdziwej władzy człowiek nie ma - cała jest w rękach cara. Tytułów i godności całe mnóstwo,
a człowiek nie jest panem swego czasu. To trzeba jechać do Rady Państwa i siedzieć tam godzinami,
to znów do Synodu i znów tam siedzieć bez końca, to człowiek sam musi zwoływać cały rząd - i znów
siedzieć. Pod wieczór tyłek boli... A naokoło tylu przeróżnych dygnitarzy; w którąkolwiek stronę
człowiek się obróci, musi się kłaniać, kłaniać, aby nie popełnić gafy, musi pamiętać, który z nich kim
jest, co mu się należy i co od niego zależy...
Nawet jego własny rząd, w którym zgodnie z ustawą on jest najważniejszy, nie drży na jego widok, nie
zdradza wobec niego oznak szacunku, czy chociażby strachu. Coraz częściej Stürmer ma wrażenie, że
stoi po kolana w grzęzawisku i nie może się z niego wydostać. Nagle okazało się, że nikt go nie słucha.
Co prawda, on sam często zapominał o wydanych przez siebie poleceniach. Caryca zwróciła mu na to
uwagę i poradziła, aby zapisywał wszystkie wydane rozkazy. I tu właśnie okazało się, że nikt go nie
słucha. Na posiedzeniu rady ministrów spytał nawet, o co tu chodzi. Nikt nie odpowiedział, a ta
uczona kanalia minister finansów Bark oświadczył, że polecenia premiera są tak niesłychanie
skomplikowane, że normalny człowiek nie jest w stanie ich wykonać... I wyraźnie usłyszał śmiech.
Kanalie! Co oni sobie myślą!
Najstraszniejsze jednak jest to, że coraz trudniej układają się jego stosunki z cesarzową, która tak się
gniewa z powodu rozruchów w Piotrogrodzie, że słuchając jej gotów jest zapaść się pod ziemię.
Zapewnił ją, że podejmie odpowiednie kroki, że za próżniactwo wypędzi tego i owego i powoła do
pracy nowych, energicznych ludzi. Wróciwszy jednak do Piotrogrodu nie mógł absolutnie nic zrobić -
tego nie można wypędzić, gdyż jest jakoś spokrewniony z żoną wielkiego księcia, a tego nie można
z jakiegoś innego powodu... A nowych energicznych ludzi nie ma.
Przez ostatnie dni siedział w swoim ogromnym gabinecie pogrążony w niespokojnych myślach, pełen
obaw. Jakież to miał wspaniałe plany! Kupić duży majątek pod Czernihowem i ziemię na Krymie obok
carskiej Liwadii, żyć w słodkim nieróbstwie. Gdzież są pieniądze, które mu się przyśniły? Protopopow
szeptał: Manus, Manus, miliony. Gdzież on jest, ten Manus? Sam Protopopow ostatnio nie pokazuje
mu się na oczy. Co to wszystko dla niego znaczy? Mówią, że ma miliony. A może to właśnie on
nagadał na niego carycy? Przecież on we śnie i na jawie widzi tylko fotel premiera. Ostatnio Stürmer
zaczął się ponadto bać śmierci. Pewnego dnia w sprawozdaniu Protopopowa przeczytał o jakimś
maniaku, który ma zamiar zabić Rasputina i jego. Teraz, nawet kiedy jechał do Carskiego Sioła,
towarzyszył mu agent ochrany, małomówny dryblas nazwiskiem Mogilników, którego również się bał,
chociaż nazywał go Pietieńka i za każdym razem po powrocie dawał mu pięć rubli...
Dzisiaj nie wiadomo dlaczego odczuwa jeszcze większy strach niż zawsze. Za chwilę stanie przed
samym carem. Po co został wezwany? Przyciskając do brzucha teczkę z papierami Stürmer patrzył na
przesuwające się za oknami nagie drzewa. I nagle pomyślał: „A może dostanę teraz dymisję? Mój
Boże, może to i lepiej? Byleby tylko obeszło się bez skandalu...“
Podczas przedwczorajszej audiencji sam powiedział carycy: czas już najwyższy, Wasza Cesarska Mość,
abym odszedł na zasłużony odpoczynek. Ale ona, rozgniewana, nie usłyszała zdaje się jego prośby...
Wzrok Stürmera utkwiony jest w potężnym, krótko ostrzyżonym karku Mogilnikowa, który bez
przerwy kręci głową we wszystkie strony - wypatruje, czy nie ma jakiegoś niebezpieczeństwa.
Automobil ryczy, pędzi, wysoko rozchlapując błoto, obite skórą siedzenie przyjemnie resoruje. Przed
nim Carskie Sioło, pałac, tam czeka nań car. Rozgniewany, nie rozgniewany, ale car. I czeka na niego.
Nie każdemu jest dane jechać tak sobie w automobilu do Jego Cesarskiej Mości! Zresztą jeśli się
zastanowić, to i on sam jest przecież drugą osobą w cesarstwie... Cokolwiek cesarz wymyśli,
wykonywać będzie on, premier Rosji. Niech sobie Bark robi, co chce, przyjdzie czas - damy sobie radę
i z nim. Protopopow zapewnił go, że ma Barka pod lupą. Do licha, damy sobie radę! Napuścimy na
was Rasputina, dostaniecie po łapach od samej cesarzowej...
Wraca doń uczucie upojenia władzą, własną ważnością, przynależnością do historii Rosji. Kiedy
ogarnia go pełna uniesienia świadomość, że jest wielki i przeznaczony do wielkich i wzniosłych celów,
wszystko, co jeszcze przed chwilą było dlań trudne i nie do pokonania, teraz wydaje mu się
przypadkowym zbiegiem okoliczności, które zupełnie łatwo usunąć, trzeba tylko wszystkich tych
przemądrzałych dygnitarzy przywołać do porządku. A jeszcze lepiej - przepędzić na cztery wiatry i na
ich miejsce wziąć ludzi pewnych, gotowych złożyć życie w ofierze za ojczyznę...
I to jest premier wielkiej Rosji! Borys Władimirowicz Stürmer... Nazywano go najbardziej
przypadkowym ze wszystkich przypadkowych mężów stanu państwa rosyjskiego. Potwierdzają to ci
jego współcześni, którzy go dobrze znali. Minister finansów z tego okresu, Bark, w liście
adresowanym prawdopodobnie do bliskiego mu człowieka pisał
20
: „...No a Stürmer to zjawisko
szczególne, aczkolwiek typowe dla naszych czasów, gdyż nie od dzisiaj w naszej ojczyźnie mężów
stanu dobiera się według zasady: im gorzej, tym lepiej. Stołypin był wyjątkiem i dlatego został zabity.
Jego powierzchowność to wypisz-wymaluj cesarz z pompatycznej opery. Ale tylko wówczas, gdy
milczy. Podobno był znakomitym gubernatorem, ale przecież doskonale wiemy, czym są nasi
gubernatorowie - patrz Szczedrin. Idiotą nie można go nazwać, ale uznać za mądrego - również nie.

20
List poddany został perlustracji i skopiowaniu. Kopię przechowywano w archiwum Protopopowa, lecz
widocznie nie zdążył on zrobić z niej użytku, gdyż w tym czasie Stürmer otrzymał dymisję (przyp, aut.).
Bywają wszakże ludzie o umyśle przeciętnym, którzy nie są ani żałośni, ani śmieszni, którzy uczciwie
pracują. A ten to unikat; jest i śmieszny, i żałosny, a do tego jeszcze obrzydliwy. W ciągu jednego
posiedzenia rządu potrafi być straszliwie groźny, nudny jak flaki z olejem i zły do tego stopnia, że traci
poczucie czasu i miejsca. Umysł ma dość giętki, lecz płytki, nie pozwalający mu zrozumieć samego
siebie, i dlatego samą historię przymierza do siebie jak mundur. Jeśli chodzi o jego działalność jako
premiera, to robi rzeczy nie mieszczące się w głowie. Pewnego dnia przywozi z Carskiego Sioła
dyrektywę w sprawie ziemstw i plecie takie bzdury, że my wszyscy tylko spoglądamy po sobie. Kiedy
wyraziłem wątpliwość co do słuszności dyrektywy, wściekł się - oświadczył, że powtórzy moją opinię
w Carskim Siole i skreślił sprawę z porządku dziennego. W trzy dni później wróciwszy z Carskiego Sioła
znów porusza kwestię ziemstw i teraz mówi całkiem do rzeczy. A po skończonym posiedzeniu robi mi
wyrzuty: po co pan wówczas tak głośno wyraził swoją opinię, trzeba było powiedzieć to tylko mnie
i byłbym panu bardzo wdzięczny. Czy rozumiesz, o co chodzi? Po prostu za pierwszym razem nie
zrozumiał dyrektywy carskiej. Innym razem otwiera posiedzenie i mówi: jutro jest dzień mego
patrona, proponuję więc z tej okazji przeprowadzić posiedzenie szybko i bezkonfliktowo, proszę mi
zrobić taki prezent. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Premier państwa!...“
Tymczasem Stürmer przybył do Carskiego Sioła na audiencję u cara pełen determinacji; chciał
udowodnić mu swoje oddanie i zdolność do wykonywania wszystkich jego zaleceń.
Musiał czekać ponad pół godziny, zanim car raczył go przyjąć. Znów wpadł w przygnębienie -
wydawało mu się, że w poczekalni, w tym pokoju wyłożonym dębową boazerią, po prostu o nim
zapomniano... Wreszcie go wezwano. Wszedł i z niepokojem rozejrzał się na prawo i lewo -
w mahoniowym gabinecie nie było nikogo. Stürmer zrobił jeszcze jeden krok i zobaczył, że monarcha
stoi przy oknie za firanką i patrzy na park.
Car odwrócił głowę, lekko nią skinął i znów zaczął patrzeć przez okno. Stürmer zrobił krok w jego
stronę i również tam spojrzał. Za oknem nie było niczego godnego uwagi - znów zaczął padać deszcz
i park był ledwie widoczny we mgle. A car wciąż patrzył i patrzył. Chore nogi Stürmera drżały
w kolanach. Zaczął uparcie powtarzać w duchu: „Niech Wasza Cesarska Mość usiądzie... Niech Wasza
Cesarska Mość usiądzie“ - wierzył bowiem w telepatię.
Wreszcie car odszedł od okna i usiadł przy biurku. Stürmer uznał to swoje zwycięstwo za dobry znak
i nie czekając nawet na zaproszenie również usiadł postawiwszy teczkę koło chorych nóg.
- Jak tam Protopopow? - nie podnosząc oczu, co Stürmera zaniepokoiło, spytał car.
- W jakim sensie, Wasza Cesarska Mość? - ostrożnie spytał Stürmer, a jego oczy patrzyły nieufnie
z głębokich oczodołów na twarz cara, która jak zawsze nie wyrażała żadnych uczuć.
- Miał zamiar zrobić porządek z żywnością. I pan to obiecał. Gdzież jest ten porządek? - spytał car
półgłosem.
- Przecież Wasza Cesarska Mość wie, że wszystko zepsuła Duma - wplątała do tej sprawy ziemstwa
i teraz każda gubernia chce robić po swojemu.
Car westchnął głęboko, tragicznie. Kilka razy pociągnął akselbant za metalową końcówkę i zsunął
naramiennik. I nagle nachylił się górną częścią ciała nad biurkiem, wlepił w Stürmera przygasłe
niebieskie oczy i spytał cicho, jakby brak mu było sił:
- Borysie Władimirowiczu, dlaczego wszystko jest takie okropne? Dlaczego zabrakło porządku? Gdzie
są wierni ludzie, na których przez trzysta lat opierał się tron?
- Tak, tak - pośpiesznie odparł Stürmer. - Gdzież oni są? Sam o tym myślę.
- Myśleć to za mało, Borysie Władimirowiczu - rzekł car ze smutkiem. - Przecież pan to władza.
- Jesteśmy tylko sługami Waszej Cesarskiej Mości - rzekł Stürmer spuszczając głowę z pokorą. Nie
rozumiał, że swoimi wiernopoddańczymi słowami jakby przerzuca odpowiedzialność za wszystko na
monarchę.
- Pan to władza, Borysie Władimirowiczu - wolno i cicho powtórzył car. - A władza powinna, ma
obowiązek rządzić. W stolicy zamiast pana rządzą buntownicy, typy spod ciemnej gwiazdy,
parweniusze, karierowicze, którym nie jest droga ani Rosja, ani tron - nic im nie jest drogie. Nic.
Stürmer podniósł głowę tak gwałtownie, że robiło to wrażenie jakby wynurzyła się z brody.
- Trzeba zamknąć Dumę - rzekł szybko.
- Co to da? - powiedział Mikołaj i w jego głosie było poczucie beznadziejności. - Jeśli wypędzimy ich z
Pałacu Taurydzkiego, będą kontynuowali swoje nikczemne praktyki na ulicy.
Car i jego premier siedzieli naprzeciw siebie w milczeniu, przytłoczeni troską o uchronienie państwa
przed wszelkimi zakusami.
- Może... - Stürmer pierwszy przerwał ciężkie milczenie. - Myślałem o tym, aby odizolować tych
najbardziej niebezpiecznych z Dumy.
Car uniósł brwi, zmarszczył czoło i spojrzał na Stürmera ni to ze zdziwieniem, ni to z ciekawością.
- Obraza osoby monarchy przez szkalowanie - ciągnął Stürmer. - Przecież w końcu istnieje prawo,
zwłaszcza, że jest wojna.
Car milczał. On sam również myślał o takim kroku. Tym bardziej że raz już to zrobiono, co prawda
wywołało to wówczas wielkie oburzenie. Ale tę myśl odłożył na razie po rozmowie z prezydentem
Dumy Rodzianką... Zaklinając się, że jest wierny monarsze, Rodzianko mówił wówczas okropne
rzeczy. Sądząc z jego słów, Rosja stoi nad przepaścią i wszyscy, również car, spychają kraj w tę
przepaść. Słuchając go Mikołaj przeżył straszne chwile - jeszcze nikt tak z nim nie rozmawiał.
Przypomniawszy to sobie teraz, car pomyślał: „Postąpiłem wówczas małodusznie... Koniec
z ostrożnością. Stürmer ma rację. Dumę rzeczywiście trzeba rozpędzić... albo wszystkich tych
krzykaczy wsadzić do więzienia i koniec...“ I nagle przypomniał sobie, że Rodzianko mówił wówczas
i o tym. Powiedział, że Duma to jedyne miejsce w Rosji, gdzie głośno mówi się prawdę. I dodał:
„Wasza Cesarska Mość powinien zrozumieć, że rozwiązanie Dumy doradzają mu ci, którzy boją się
prawdy, a Wasza Cesarska Mość jest pomazańcem Bożym, a więc samą prawdą, i nie ma się czego
obawiać. A z tym, że prawda bywa czasem gorzka, trzeba się pogodzić, prawda to zawsze prawda...“
Najstraszniejsze było to, że ani wówczas, kiedy słuchał Rodzianki, ani teraz, kiedy siedział przed nim
w fotelu zgarbiony Stürmer, Mikołaj nie wiedział dokładnie, czego Duma w rzeczywistości chce. Ale
nie życzył sobie dłużej znosić tego, że w tej Dumie mówią tak lekceważąco o nim, o cesarzowej,
o ludziach, którym on powierzył władzę. I ten biedaczysko Stürmer, taki przyzwoity, bez reszty
oddany, jest okrutnie znieważany z trybuny Dumy. Mikołaj przypomniał sobie, że pewnego razu
w sprawozdaniu ochrany z rozmów w kuluarach Dumy przeczytał, że Stürmera nazywają tam
„impotentem państwowym“. ...Mikołaj uśmiechnął się wówczas i przeszedł nad tym do porządku.
A teraz pomyślał: może istotnie jest taki, skoro nie może zgromadzić wokół siebie silnych ludzi i zrobić
porządku z tymi wszystkimi bezeceństwami?
- Proszę mi powiedzieć, Borysie Władimirowiczu, na kim... na kim mogę się teraz całkowicie i pewnie
oprzeć w walce z bezeceństwem? - Mikołaj podniósł wzrok na premiera, a z niego przeniósł na
wiszącą w rogu ikonę Mikołaja-Cudotwórcy.
- Na mnie. Wasza Cesarska Mość - Stürmer przyłożył ręce do piersi, próbował wstać, ale jego słabe
nogi ugięły się i z powrotem opadł na fotel.
- Co panu jest? - spytał car ze współczuciem.
- Już najwyższy czas, abym odpoczął, Wasza Cesarska Mość... - cicho i z trudem powiedział Stürmer,
drżącą ręką wyjął chusteczkę z kieszeni i wytarł czoło.
- Na panu mogę polegać - rzekł car, jakby go nie słyszał. - A na kim jeszcze?
Chłód przebiegł przez grzbiet Stürmera. Nie miał zwyczaju ręczyć za innych. Ba, gdyby samodzierżca
spytał, na kim nie można polegać, nie zawahałby się mówić. Wiedział, kto jest jego wrogiem - były ich
tłumy.
- Gdzie jest Związek Narodu Rosyjskiego? - spytał nagle car.
- Jak to gdzie? Tu, Wasza Cesarska Mość - odparł Stürmer nie dostrzegając dwuznaczności swych
słów.
- Zaczynał tak dobrze - ciągnął car - tak pięknie działał. Przecież teraz wszyscy powinni stanąć
w obronie tronu, wystąpić przeciwko bezeceństwom i nieporządkom... Proszę zastanowić się, jak
wykorzystać Związek.
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość.
- Niech pan sobie przypomni. Borysie Władimirowiczu, jak wówczas, w roku 1905. Związek poderwał
do obrony tronu zwykłych, prostych ludzi, którzy zjednoczeni w Związku stali się groźną siłą. Teraz
musimy wzywać do działania tych wszystkich, którzy zdolni są do porwania patriotycznych sił w Rosji -
przecież teraz sytuacja jest bez porównania bardziej groźna niż wówczas. Proszę się skontaktować
z gubernatorami tych guberni, w których Związek działał najbardziej aktywnie, proszę się ich
poradzić, niech panu podadzą nazwiska pewnych, odważnych ludzi, przywódców... - Car ożywił się,
mówił coraz bardziej energicznie, gdyż ta myśl wydała mu się zbawcza.
A Stürmer tylko powtarzał kłaniając się:
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość... tak jest, Wasza Cesarska Mość - równocześnie z poczuciem
bezsilności i smutkiem myślał o tym, że niczego nie jest w stanie zrobić. Kiedyś sam przypomniał
sobie Związek Narodu Rosyjskiego i spytał o niego ministra spraw wewnętrznych, ale ten tylko
machnął ręką i odparł: „Był Związek, ale się skończył...“
- Któż to jednak organizuje rozruchy? - ciągnął car.
- Przeróżni inteligenci. Wasza Cesarska Mość... - apatycznie odrzekł Stürmer wycierając chusteczką
szyję pod sztywnym kołnierzem munduru.
- Ale czy rzeczywiście nie można sobie dać z nimi rady? Lojalnych jest chyba więcej? Jeszcze raz panu
mówię - trzeba rozbudzić Związek Narodu Rosyjskiego. Co robi Dubrowin?
- Nie wiem, Wasza Cesarska Mość.
- No widzi pan - rzekł car z wyrzutem. - Niech się pan dowie. Być może, że będę chciał go zobaczyć.
- Tak jest. Wasza Cesarska Mość.
- Proszę się niezwłocznie tym zająć...
2
Wróciwszy do Piotrogrodu Stürmer zadzwonił do Protopopowa i poprosił go, aby natychmiast
przyjechał. Ten zaczął się wymawiać, że jest bardzo zajęty, a wówczas Stürmer powiedział, że
zaprasza go wypełniając wolę cesarza. Protopopow odpowiedział niespokojnie: „Jadę...“ „Ten
Protopopow zrobił się bezczelny - jestem czy nie jestem dla niego premierem?“ - pomyślał Stürmer
i odłożywszy słuchawkę zanotował to, co mówił mu monarcha, aby nie zapomnieć...
Protopopow wszedł szybkim krokiem, ale usiadłszy w fotelu chwycił się za serce przewracając oczami:
- Jestem u kresu wytrzymałości, Borysie Władimirowiczu - rzekł cicho. - Nikt nie jest w stanie tego
wytrzymać.
- Ja także jestem niezdrów - sucho rzekł Stürmer, zaglądając do swoich notatek. - Właśnie wróciłem z
Carskiego Sioła... Po pierwsze - pamięta pan, mówiliśmy o izolacji krzykaczy z Dumy?
- Ochrana działa szybko - odparł Protopopow. - Niezbędne jest poważne uzasadnienie.
Przygotowujemy je.
„Niech diabli porwą tego Protopopowa; cokolwiek mu się powie, on już działa.“
- Zwłoka jest niedopuszczalna - wyrzekł Stürmer, patrząc surowo na ministra.
Protopopow zbył to milczeniem, patrzył tylko na premiera wyczekująco: co jeszcze?
- Po drugie... Związek Narodu Rosyjskiego. Co robi Dubrowin?
- Dostaje od nas subwencje z tajnego funduszu - uśmiechnął się ironicznie Protopopow. - Z mojego
poprzednika Chwostowa wydoili pół miliona... jeśli nie więcej.
- Otrzymałem od Jego Cesarskiej Mości polecenie - Stürmer podniósł głos, głowę odrzucił do tyłu -
ażeby wciągnąć Związek do walki z rozruchami. Jak w roku 1905.
- Oni działają... - wciąż z tym samym ironicznym uśmieszkiem odrzekł minister. - Właśnie otrzymałem
meldunek, że bójkę przed piekarnią na Stronie Piotrogrodzkiej zorganizowali właśnie oni. Ale jaki
z tego pożytek, drogi Borysie Władimirowiczu?
- To wyjątkowy przypadek - uciął Stürmer. - A Jego Cesarska Mość mówi o nowej fali patriotyzmu
w całym kraju. Musi pan to zrozumieć. Niech pan znajdzie Dubrowina - Jego Cesarska Mość
prawdopodobnie go przyjmie. Zapewniłem cesarza, że pan zajmie się Związkiem i zrobi wszystko, co
należy - skłamał.
- Niektórzy radzą, aby dać Związkowi nową nazwę - powiedział Protopopow i uczyniwszy
wieloznaczący gest ręką dodał: - Stara nazwa... Nie tego...
- Sprawa nie polega na nazwie - przerwał Stürmer. - Najważniejsze - to wciągnąć do walki z ruchawką
jak największą ilość wiernych monarchii ludzi...
- Rozumiem, rozumiem - zgodził się pośpiesznie Protopopow, ażeby tylko przerwać potok wymowy
premiera, który wyraźnie nie zdawał sobie sprawy z całej złożoności sytuacji z tym Związkiem.
- Jeśli pan rozumie, to niech pan działa, Aleksandrze Dmitrijewiczu, niech pan działa! - rzekł
energicznie Stürmer ciesząc się, że w tej chwili przerzucił sprawę na czyjeś barki.

Związek Narodu Rosyjskiego, o którym wspomniał car, powstał w niespokojnych dniach pierwszej
rewolucji rosyjskiej. Lud pracujący wyszedł wówczas na ulicę z groźnymi dla monarchii żądaniami.
Płonęły podpalone przez chłopów dwory obszarników, stanęły fabryki i huty - robotnicy wszędzie
ogłaszali strajki. Nad krajem rozlegało się potężne wezwanie - „Precz z samodzierżawiem!“ Policja nie
mogła uporać się z powstaniem ludowym. I wówczas wierni słudzy tronu w obronie monarchii, a więc
i swoich własnych interesów, stworzyli ów Związek Narodu Rosyjskiego. Nie był to ruch ożywiony
jakąś ideą. Po prostu obszarnicy, przemysłowcy, bogaci kupcy postanowili bronić swego stanu
posiadania, a ponieważ nie mieli zamiaru sami walczyć o niego w bezpośrednim starciu, wezwali pod
czarne sztandary Związku szpicli policyjnych, oficjalistów, drobnych handlarzy, urzędników,
drobnomieszczan i po prostu wszelaką zbieraninę. Oto niezwykle charakterystyczny dokument -
zestawienie wydatków gubernatora Niżnego Nowgorodu na uratowanie guberni z pomocą Związku
Narodu Rosyjskiego.
Rubryka „wynagrodzenie za wyjście na ulicę z zastosowaniem siły przeciw buntownikom, Żydom
i innym warchołom licząc w ciągu roku - cztery razy po 800 ludzi (1 rubel 50 kopiejek każdemu za
jedno wyjście) - razem 4800 rubli“.
Nie ma wątpliwości, co to byli za ludzie, którzy za rubel pięćdziesiąt szli rozpędzać demonstracje
robotnicze, czemu towarzyszyło śpiewanie pijanymi głosami hymnu carskiego. Jednakże prasa
monarchistyczna oraz mężowie stanu krzyczeli wówczas, że cały naród broni tronu itd., itp. Oto co
pisała w tym czasie „Pietierburgskaja Gazieta“:
„Potężna fala prawdziwego patriotyzmu rosyjskiego niby potężna groźna lawina przetacza się przez
miasta i wioski Rosji, zmiatając z naszej ziemi czarne plugastwo, które ośmieliło się podnieść swą
brudną rękę na największą świętość naszego bytu państwowego - trzechsetletnią dynastię
ofiarowaną nam przez Opatrzność Boską.“
„Potężna fala“ wyczerpała się dość szybko i nawet wielu spośród tych, którzy poczynali sobie z wielką
energią pod sztandarem Związku, zrozumiało, że ich przynależność do armii czarnosecinnej nie
przyniosła im zaszczytu, a rewolucja została ostatecznie stłumiona nie przez nich. A skoro, jak się
wydawało, na Rusi zapanował błogi spokój, to na Związek Narodu Rosyjskiego machnęli ręką również
ci, którzy go stworzyli i hołubili.
Na długo zapomniał o nim również sam car, chociaż w swoim czasie ku pokrzepieniu serc i pouczeniu
maluczkich z rąk przywódcy Związku Dubrowina otrzymał odznakę honorowego członka Związku
Narodu Rosyjskiego.
A jednak coś pozostało z tej czarnosecinnej fali. Ochrana i policja w każdym większym mieście miały
do swej dyspozycji doświadczonych bandytów spośród miejscowych czarnosecińców, których
wykorzystywano do organizowania wszelkich prowokacji, a jeśli było trzeba, to i do usuwania osób
niewygodnych dla reżimu. Kilka takich „usunięć” lewicowych postępowych działaczy zostało
dokonane właśnie rękami członków Związku Narodu Rosyjskiego.
W roku 1916 w Piotrogrodzie działały bandy złożone z tychże dzielnych patriotów doktora
Dubrowina. Zajmowały się one napadami rabunkowymi, a policja nie mogła sobie dać z nimi rady.
Poza tym wielu funkcjonariuszy policyjnych po prostu było w spółce z bandytami. A bandyci mieli
jeszcze bardziej potężnych protektorów.
W notatce służbowej z 19 sierpnia 1916 roku, adresowanej do naczelnika departamentu policji
ministerstwa spraw wewnętrznych Wasiljewa, naczelnik policji piotrogrodzkiej skarżąc się na
trudności w walce z napadami rabunkowymi w stolicy, zwracał uwagę na przeszkody, na jakie
napotyka policja ze strony ochrany. W przestępstwach brali udział działacze Związku Narodu
Rosyjskiego, a nimi opiekował się wydział ochrany. Na notatce tej znajduje się rezolucja napisana
wyraźnie przez kogoś wysoko postawionego: „Proszę zwrócić mu uwagę, udzielając równocześnie
surowej nagany, że racje wydziału ochrany są wyższe od jego resortowych pretensji...“ Widzimy więc,
kogo postanowił car powołać do obrony swego tronu...
3
Grubin przeprowadził się do skromnego domu czynszowego na rogu ulicy Gorochowej i Morskiej.
Sam wybrał trzypokojowe mieszkanie z bramą w głębi podwórza, przez którą można było wyjść i na
Gorochową, i na Morską. Alicja chciała zmienić meble, ale Grubin powiedział: „Nie trzeba, nie
będziemy tu długo mieszkali...“ To nieprzytulne, ponure mieszkanie z maleńkimi okienkami
i podniszczonymi meblami to ostatnia ich przystań w tej przeklętej przez Boga stolicy. Działalność
handlowa została całkowicie zlikwidowana. Pieniądze zamieniono na kosztowności i dewizy. Dzisiaj
wyśle żonę do Szwecji. A tymczasem trzeba jeszcze załatwić ostatni sprawy. Wszystkie kontakty
zerwane, zostały tylko dwa - Manus i Burdukow...
W posępny listopadowy ranek Grubin spotkał się z Burdukowem o umówionej godzinie, jak zwykle
koło domu handlowego „Gostinyj Dwor“; weszli na jego górną galerię, przeszli nią do składów
Apraksina i stali tam oparłszy się łokciami o zimną żelazną balustradę. Na dole pod nimi, na Sadowej,
pobłyskiwały matowe, zamarznięte kałuże, dachy przejeżdżających tramwajów były białe od szronu,
ale tu, na galerii, kamienna podłoga pokryta była przymarzniętym błotem.
Przez twarz Burdukowa, posiniałą od mrozu czy pijaństwa, przebiegał nerwowy tik. Grubin z trudem
już znosił tego człowieka, którym rządziła teraz tylko chciwość i strach, i nigdy nie można było
przewidzieć, jak postąpi - czy chciwość przezwycięży w nim strach, czy też na odwrót.

Burdukow również wymienił pieniądze na dewizy i kosztowności, które zaszył w ubraniu, aby zawsze
mieć je przy sobie. Panicznie bał się spóźnić z wyjazdem do Szwecji. Rozmawiając teraz z Grubinem,
wzdrygał się na każdy dźwięk.
Grubin ścisnął go za łokieć:
- Trzeba działać, Mikołaju Fiodorowiczu, wziąć nerwy w garść i działać. To moje ostatnie polecenie...
Wstrząsany uporczywymi dreszczami Burdukow patrzył nań nieufnie.
- Mówił pan, że ten artykuł w gazecie to bzdura, a wie pan, jaką panikę wywołał? Ludzie oblegają
banki, zabierają swoje pieniądze.
- Wszystko to dla mnie i dla pana nie ma już znaczenia - odparł Grubin i spytał: - Co z listem do
Wyrubowej?
- Jest gotowy, ale kto go doręczy? - błysnąwszy ponuro zapłyniętymi tłuszczem oczkami powiedział
Burdukow.
- Przecież się umówiliśmy, Mikołaju Fiodorowiczu. Pan się ma tym zająć.
Chodziło o sfabrykowany list „grupy patriotów“, którzy wzywali monarchę do zerwania paktu
z fałszywymi sojusznikami Rosji.
- Car dał sojusznikom słowo - rzekł cicho Burdukow.
- Bzdura - przerwał mu Grubin. - Car teraz śpi i śni o tym, jak by tu nie dotrzymać słowa sojusznikom...
Dobrze, sam znajdę sposób, aby doręczyć list. Jak tam Rasputin?
- Jęczy. Krew - mówi - się polała i nie ma ceny, aby ją odkupić - płaczliwym tonem odpowiedział
Burdukow naśladując głos Rasputina.
- To pusta gadanina, Mikołaju Fiodorowiczu. Trzeba, aby powiedział cesarzowej, że Bóg otworzył mu
oczy na sojuszników, którzy zgwałcili Rosję.
- On nie jest głupi - rzekł Burdukow. - Powiedział mi, że ostatnio za każdym razem jedzie do Carskiego
Sioła z obawą, czy zostanie przyjęty. Boi się nawet o swoje życie.
- Pal licho jego i jego obawy. Ważne, aby zdążył to powiedzieć. Niech pan go spyta wprost, ile za to
weźmie.
- Obawiam się, że dużo... - odparł Burdukow po chwili namysłu i wzdrygnąwszy się spojrzał za siebie -
za ich plecami stróż żelazną skrobaczką zgarniał błoto. Grubin obserwował Burdukowa
z niezmąconym spokojem.
- Z takimi nerwami daleko pan nie zajedzie...
- Obrzydliwy dźwięk - Burdukow skulił się. - Zobaczę go dzisiaj, dowiem się...
- I zaraz dzisiaj zadzwoni pan do mnie, wymieni tylko cyfrę, a ja odpowiem panu tak czy nie. I ostatnia
sprawa - czy dowiedział się pan, co z Rubinsteinem?
- Rasputin zapewnia, że wypuścili go i teraz odpoczywa u Goriemykinów.
- No widzi pan, Mikołaju Fiodorowiczu! Czyż nie pisał pan o Rubinsteinie, że to zdrajca i agent
kajzera? A caryca go uratowała. Proszę, aby się pan z nim skomunikował - muszę wiedzieć, jakie są
jego dalsze plany...
Stróż dalej zgarniał błoto i ten istotnie obrzydliwy dźwięk, jaki daje zgrzytanie metalu o kamień, zaczął
drażnić także Grubina. Patrząc mu w oczy, Burdukow spytał cicho:
- Gieorgiju Maksimowiczu, czy już nie czas?
- Niech pan zadzwoni do mnie później, po dziesiątej, aby zdać mi sprawę z rozmowy z Rasputinem -
rzekł Grubin wyciągając rękę w rękawiczce. - Trzeba myśleć o robocie, Mikołaju Fiodorowiczu, niech
się pan uczy, jak panować nad sobą, od swego szefa Manusa.
- Manus, moim zdaniem, stracił głowę - nie wypuszczając jego ręki rzekł Burdukow.
- Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni - Grubin z trudem wymusił uśmiech na twarzy
i wyswobodziwszy rękę z uścisku dodał łagodnie: - Bierzmy się do roboty, Mikołaju Fiodorowiczu, to
razem wyjedziemy.
Oparłszy się łokciami o żelazną balustradę, Burdukow patrzył na odchodzącego Grubina: „Czy ty,
kanalio, nie uciekniesz jeszcze dzisiaj?” A Grubin, wciąż czując drapieżny uścisk ręki swego
pomocnika, myślał: „Nie, nie, nie mam najmniejszego zamiaru wynosić cię z ognia na własnych
plecach, puste łuski się wyrzuca.“
21


21
Wybiegając w przyszłość powiemy, że po wybuchu rewolucji lutowej Burdukow został aresztowany podczas
próby przekroczenia granicy rosyjsko-fińskiej. Znaleziono przy nim dużą ilość kosztowności. Odtransportowany
Na rogu Sadowej Grubin odprowadził wzrokiem sznur tramwajów jadących bez zatrzymywania się na
przystankach. Wieziono w nich rannych z dworca kolejowego. Grubin widział za mętnymi oknami ich
białe twarze i pomyślał ze zdziwieniem: a maszynka do mięsa wciąż jeszcze działa...
4
Wieczorem tego dnia Grubin wysyłał żonę do Finlandii. Dla przyjaciół i znajomych wyjeżdżała ona,
aby odpocząć po przebytej influency, w rzeczywistości jednak żadnej influency nie miała.
Alicja Grubin nie planowała postoju w Finlandii, miała natychmiast udać się do Szwecji i tam oddać na
przechowanie do banku ich złoto i kosztowności. Paszport zagraniczny już miała, kosztowności były
dobrze i przemyślnie zapakowane, na siódmą zamówiono dorożkę, która dowiezie ich na Dworzec
Fiński. Nikogo ze znajomych na dworcu nie będzie, gdyż Grubin powiedział wszystkim, że żona
wyjeżdża nazajutrz. Potem będzie ich przepraszał i mówił, że pomylił datę wyjazdu.
Na peronie Dworca Fińskiego nie było tego ożywienia, jakie panowało zazwyczaj przed wojną latem,
kiedy roiło się tu od letników, kiedy było gwarno i wesoło. W hali dworcowej stał źle oświetlony
pociąg. Gdzieś daleko na przodzie głośno sapał parowóz. Pusty peron można było bez trudu ogarnąć
wzrokiem, widać było nawet w oddali czerwone i zielone światełka przy torach. Stójkowy w czarnym
szynelu i czarnej barankowej czapce z odznaką stał jak posąg przy ostatnim wagonie, odprowadzając
wzrokiem nielicznych pasażerów...
Grubinowie pojawili się na peronie na dziesięć minut przed odjazdem pociągu i szybkim krokiem
skierowali się do swego wagonu. Bagażowy, który ledwie nadążał za nimi, z trudem wniósł do
przedziału dwie duże żółte walizy.
Zdenerwowana Alicja Janowna niespokojnie spoglądała na męża i kurczowo ściskała w rękach ciepłe
rękawiczki.
- Uspokój się, wszystko idzie dobrze - cicho powtarzał Grubin, pomagając jej usiąść na miękkiej
kanapce, wciąż trzymając ją za ręce. - Poczekaj chwileczkę... - Wyszedł z przedziału, zapalił papierosa
i przeszedł się przez korytarz wagonu. W pierwszej klasie pasażerów było niewielu. Zajęte były tylko
trzy przedziały. W jednym siedziało dwóch popów, w drugim dwoje niemłodych ludzi,
prawdopodobnie małżeństwo, w trzecim - pułkownik z ręką na temblaku.
Grubin wrócił, usiadł naprzeciw żony i w tej chwili do okna ich przedziału zajrzał mężczyzna
w kapeluszu o szerokim rondzie - widocznie kogoś szukał. Spotkawszy się wzrokiem z Grubinem
mężczyzna zniknął.
- Nie denerwuj się, kochanie, nie denerwuj, wszystko jest w porządku - powiedział Grubin do żony,
biorąc jej ręce w swoje dłonie. Usiłował przypomnieć sobie, skąd zna tego człowieka...
W tej chwili rozległ się głośny dzwonek będący sygnałem do odjazdu. Grubin pośpiesznie objął
i pocałował żonę.
- Do widzenia, kochanie, wkrótce się zobaczymy... - rzekł cicho i wyszedł z przedziału.
Grubin rozejrzał się wokoło. Człowieka, który zajrzał do okna, na peronie nie było.

do Pałacu Taurydzkiego udawał w swych zeznaniach patriotę rosyjskiego i starał się pogrążyć Manusa,
zapewniając, iż kosztowności należą do tego ostatniego. O Grubinie nie mówił nic... (przyp, aut ).
Podszedł do okna i zapukał w szybę. Alicja drgnęła, zerwała się, przywarła do szyby, jej wargi
poruszały się - coś mówiła. On również szeptał: „Kocham, kocham“, ale równocześnie uważnie
spoglądał na prawo i lewo.
Kiedy pociąg odjechał, na peronie zostało nie więcej niż dziesięciu odprowadzających. Grubin szybko
ruszył w kierunku budynku dworcowego i zatrzymał się przy wyjściu, jakby na kogoś czekał... Wszyscy
odprowadzający przeszli koło niego, ale tego, który zaglądał do okna, nie było. Raz jeszcze obejrzał
uważnie pusty peron i skierował się tam, gdzie przed dworcem czekała na niego dorożka...

Rozdział trzydziesty

1
Informacje Grussa o dziwnym bankowcu Grubinie zaniepokoiły jednak Buchanana. W prywatnej
rozmowie z Protopopowem usiłował zainteresować go osobą Grubina, ale mu się to nie udało. Za
pośrednictwem attachatu wojskowego ambasady podjęto próbę zasygnalizowania tej sprawy
rosyjskiemu kontrwywiadowi wojskowemu, tam jednak oświadczono, że leży to w kompetencji władz
cywilnych. Wówczas Buchanan powrócił do propozycji Grussa, aby „unieszkodliwić Grubina własnymi
środkami“ i użyć do wykonania tego zadania ludzi ze Związku Narodu Rosyjskiego. Jeszcze przed
trzema dniami pomysł ten wydawał się Buchananowi absurdalny; uważał, że może to rzucić cień na
ambasadę brytyjską. Teraz zaś myślał już tylko o tym, jak przeprowadzić tę akcję, aby nie został w nią
wciągnięty nikt z ambasady poza Grussem...
Ambasador angielski od dawna wiedziało Związku Narodu Rosyjskiego i nawet kiedyś wypowiedział
się o nim negatywnie nazywając go zgromadzeniem prymitywnych wsteczników. Ale teraz wszystko
stanęło na głowie... A rezultat może być rzeczywiście efektowny i pouczający dla władzy - Piotrogród
dowie się, że jacyś patrioci sami zabrali się do robienie porządku w stolicy i zaczęli od najważniejszego
- spróbowali usunąć grunt spod nóg sił progermańskich... Dlaczegóż by nie spróbować? Poza
wszystkim innym Gruss, sądząc z jego stanowczości, w tej sprawie niewątpliwie ma aprobatę swych
zwierzchników.
Wieczorem Buchanan wezwał Grussa do swego prywatnego mieszkania. Wprawdzie znajdowało się
ono w gmachu ambasady, ale tu ich rozmowa nie będzie już miała zdecydowanie służbowego
charakteru.
W jadalni, do której wszedł Gruss, siedziała przy herbacie cała rodzina. Ściany okrywał półmrok, tylko
stół oświetlony był łagodnym światłem stojącej na nim wysokiej lampy z zielonym abażurem. Gruss
ucałował ręce żony i córki ambasadora i na zaproszenie Buchanana usiadł obok niego. Jego rumiana
twarz, jak zawsze starannie ogolona, wyrażała głęboki szacunek i gotowość do odpowiedzi na każde
pytanie. Dawał do zrozumienia, że sam nie może zacząć rozmowy.
- Ta okropna rosyjska jesień - ze smutkiem powiedziała żona ambasadora. - W takie dni, jak dzisiaj,
moja nostalgia sięga szczytu.
- Pracując pod kierownictwem pani męża po prostu nie mamy czasu na nudę ani tęsknotę. - Gruss
uśmiechnął się czarująco, biorąc od niej filiżankę z herbatą.
- W młodości tęskni się zupełnie z innego powodu - rzekł ambasador patrząc na córkę. - Czyż nie tak,
kochanie?
Dziewczyna roześmiała się wesoło, ukazując długie zęby, i podbiegłszy do matki wyciągnęła do niej
rękę. Pani Buchanan - wysoka, szczupła - wstała i skinąwszy Grussowi głową wyszła razem z córką.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, Buchanan odsunął od siebie filiżankę:
- Czy ma pan jakieś wiadomości o przewrocie pałacowym?
Gruss wzruszył lekko ramionami.
- To mit, sir... - Zauważywszy, że ambasador zmarszczył gęste brwi, dodał: - Jutro mam się spotkać
z agentem, który może coś wiedzieć na ten temat.
- Potrzebne mi są dokładne informacje.
- Zrobię wszystko, sir.
- A teraz... co do tego... Grubina. Myślałem o tym - ciągnął ambasador. - Chyba warto przedsięwziąć
jakieś radykalne kroki w celu ochrony interesów Anglii.
Gruss podniósł głowę - jego twarz wyrażała pełną szacunku uwagę. Uzyskał już aprobatę od swoich
zwierzchników, ale równie ważne było dlań uzyskanie aprobaty ze strony ambasadora, gdyż w razie
niepowodzenia automatycznie znalazłby się wówczas pod ochroną ambasady. Ale ambasador milczał.
- Jest jedna trudność: nie mam wystarczającej ilości rosyjskich pieniędzy - rzekł Gruss ostrożnie.
- Według mnie, mamy jeszcze trochę rosyjskiej waluty... - Buchanan zmarszczył czoło, jakby usiłował
sobie przypomnieć, czy istotnie tak jest. - Proszę napisać notatkę służbową, że potrzebne są panu
pieniądze na... reprezentację.
- Tak jest, sir... - Gruss skinął głową. Chociaż taka decyzja ambasadora nie była oficjalną aprobatą jego
pomysłu, ale było to jednak poparcie.

Od rana Buchanan chodził niespokojnie po pokojach ambasady, znajdując wszędzie jak zawsze
porządek, tak że nie miał się do czego przyczepić... Pochyleni nad swoimi biurkami pracownicy
z lękiem spoglądali na szefa.
Wróciwszy do gabinetu usiadł w fotelu plecami do stojącego w kącie zegara - czas płynął nieznośnie
wolno. Minęły już cztery godziny od chwili, kiedy Gruss wyjechał na spotkanie ze swoim agentem.
Zdenerwowanie .Buchanana spowodowane było tym, że przed kilku dniami zawiadomił Londyn
o możliwości przewrotu pałacowego, wypowiadając również myśl, że usunięcie monarchy może
zmienić sytuację na korzyść Anglii, gdyż przewrotu dokonają ludzie o zdecydowanie antyniemieckiej
orientacji. Wczoraj wieczorem Gruss podał tę myśl w wątpliwość, wysuwając przekonywające
argumenty, i jeśli się okaże, że miał rację, narazi to na szwank reputację Buchanana w Londynie.
Najbardziej nieprzyjemne było to, że wyjaśnienie tej ważnej sprawy zmuszony był powierzyć właśnie
Grussowi, który był pracownikiem innego resortu.
Wszystkie szyfrogramy z Anglii dotyczyły tego samego: Rosja powinna przystąpić do ofensywy.
Zwycięstwo jest bliskie. Los Niemiec przesądzony. Czekamy na wiadomość, gdzie i kiedy Rosjanie
zaczną nowe natarcie. I jeśli pogłoska o przewrocie okaże się fałszywa, w Londynie wywoła to burzę...
Buchanan dawno już zrozumiał, że jego najważniejszym obowiązkiem wobec Wielkiej Brytanii tu, w
Rosji, jest uratowanie jej poddanych przed śmiercią na froncie. Anglia nie powinna wykrwawić się
w wojnie, gdyż w przyszłości ma zapanować nad Europą, nad całym światem. Wielka Brytania
wzniesie się na kościach Niemiec. Nad byłymi niemieckimi koloniami załopoce sztandar brytyjski. Ilu
jednak żołnierzy i zdolnych ludzi trzeba będzie zgromadzić, aby utrzymać w swych rękach nowo
zdobyte ziemie?
Nie, Buchanan zawsze to rozumiał i rozumie teraz. Ma czyste sumienie wobec Wielkiej Brytanii
i króla. Robił wszystko, aby Rosja nie oszczędzała swych ludzi. Lecz Londyn nie rozumie, że w Rosji
wytworzyła się taka sytuacja, iż nie wiadomo, kto może teraz rozstrzygnąć kwestię nowej ofensywy
i czy w ogóle ktokolwiek może to zrobić. Car, jak mówią, wpadł w taką prostrację, że przestał nawet
wykonywać żądania carycy. Prawdziwy gospodarz frontu, generał Aleksiejew, nie chce nawet słyszeć
o nowym natarciu; mówi, że rezerwy nie są gotowe, albo w ogóle nie chce rozmawiać na ten temat,
tłumacząc się, że jest tylko wykonawcą woli monarchy.
W Piotrogrodzie wśród najwyższych władz panuje całkowity chaos i nikt nie jest zdolny do
jakiegokolwiek zdecydowanego działania. Nie wiadomo, czego się tu spodziewać, ale przewrót
pałacowy może w radykalny sposób zmienić całą sytuację. To, czego dowiedział się od wielkiej
księżny Marii Pawłowny, wyglądało bardzo poważnie i realnie - spisek w pałacu jest już
przygotowany... A Gruss wciąż powtarza: teraz nie można wierzyć nikomu na górze.
Buchanan wezwał służącego i kazał sobie podać płaszcz.
Wróciwszy z płaszczem na ręce, służący powiedział:
- Zaraz podjedzie automobil...
- Po co? Nie prosiłem o to - Buchanan spojrzał na służącego z gniewem.
- Proszę mi wybaczyć, sir... - Służący zniknął za drzwiami i wrócił po chwili: - Wszystko w porządku,
sir... - Zamarł przy drzwiach z rozpostartym płaszczem, patrząc gdzieś w bok.
- Przecież ja chciałem się przejść, mój stary... - rzekł Buchanan łagodnie, jakby prosił o wybaczenie.
Był niezadowolony z siebie - złościć się na służącego, to niegodne angielskiego gentlemana, a tym
bardziej nie wypada, aby on gniewał się na starego Winstona, który wiernie towarzyszy mu przez
wiele lat i w Londynie, i w Sofii, i tutaj. Przecież jest on najbardziej oddanym mu człowiekiem w całej
ambasadzie.
- To wspaniały pomysł, sir... - rzekł służący. - Nie ma deszczu, nawet słońce wygląda... Ale zimno... -
Potrząsnął płaszczem, jakby zapraszając ambasadora, aby pośpieszył na spotkanie z piękną jesienną
pogodą, która przecież zdarza się tak rzadko.
Buchanan włożył płaszcz, służący wygładził na ramionach włochatą szkocką tkaninę, podał melonik
i laseczkę.
- Nie tęsknisz za londyńską jesienią? - uśmiechnął się Buchanan.
- Zawsze jestem w cieple, sir... - Służący także pozwolił sobie na leciutki uśmiech, który jednak
natychmiast zniknął w jego obfitych białych bokobrodach. Otworzył szeroko drzwi przed
ambasadorem i zgiął się w ukłonie.
Przechadzka po nabrzeżu Newy, które w tym miejscu nosiło nazwę Wybrzeża Angielskiego, zawsze
uspokajała Buchanana. Szedł wzdłuż ogrodzenia i obserwował grę świateł na twierdzy
Pietropawłowskiej - kiedy wyzierało słońce, jej sylwetka przybierała różowawą barwę i iglica nad nią
robiła wrażenie zapalonej świecy, kiedy zaś słońce kryło się za chmurami, sylwetka znów stawała się
fioletowa i świeca gasła. Widok był fascynujący.
Ambasador wrócił myślą do tego, co go najbardziej nurtowało... Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, aby
czekał z taką niecierpliwością na któregoś ze swych współpracowników. Rzeczywiście, wszystko
stanęło na głowie. A z tym Grussem to w ogóle skomplikowana sprawa... Przez pierwsze dwa lata
wojny Buchanan w ogóle nie korzystał z usług tego przedstawiciela wywiadu angielskiego; nie było to
potrzebne - i bez tego wiedział wszystko, co dzieje się w Rosji na samej górze, gdzie miał
wystarczająco szerokie i pożyteczne znajomości. Wystarczył chociażby Sazonow... Gruss z kolei robił
swoją robotę; ambasador od czasu do czasu prosił go o podzielenie się z nim swoimi spostrzeżeniami
i za każdym razem widział, że ten młody człowiek nie je chleba za darmo - jego obserwacje były
bardzo dokładne i trafne...
Miał najbardziej nieoczekiwane znajomości w różnych sferach machiny państwowej i z reguły byli to
ludzie, którzy świetnie znali wszelkie podskórne nurty powstające w rozprzężonym cesarstwie.
Wystarczy powiedzieć, że nawiązawszy kontakt z jakimś drobnym urzędnikiem kancelarii osobistej
cesarzowej, Gruss uzyskał dostęp do telegramów wysyłanych przez Aleksandrę Fiodorownę do męża.
I to, czego się Buchanan dowiedział z tej korespondencji, wstrząsnęło nim, gdyż przeszło wszelkie
jego wyobrażenia o zasięgu ingerencji carycy w sprawy państwowe i wojskowe oraz o bezwolności jej
małżonka.
Dla Grussa pracowali urzędnicy bankowi, jacyś trzeciorzędni funkcjonariusze żandarmerii i policji,
szoferzy resortów wojskowych, kelnerzy i Bóg jeden wie kto jeszcze. W rezultacie rozporządzał on
informacjami, jakich Buchanan nie mógł uzyskać od swoich wielkich książąt, senatorów i wybitnych
członków Dumy.
Dziś Gruss pojechał, aby spotkać się zaledwie z sekretarzem technicznym wielkiej księżny Marii
Pawłowny. Pojechał niechętnie; zapewniał, że jest to niepotrzebna strata czasu, tak przecież
drogocennego. Buchanan zmusił go jednak, gdyż wierzył, że Maria Pawłowna i jej syn, wielki książę
Borys, zamierzają przedsięwziąć coś nowego i bardzo poważnego i mają program polityczny, który
popierany jest przez Rodziankę i Guczkowa, a także, co jest szczególnie ważne, acz nieoczekiwane,
przez generała Brusiłowa, który zyskał wielką popularność dzięki temu, że jego wojska przedarły się
do Karpat. A wczoraj nadeszła wiadomość, że generał Brusiłow przebywa w Piotrogrodzie i że spotkał
się z wielką księżną. Słowem, wszystko wyglądało bardzo poważnie i realnie...
Ale komu teraz można wierzyć?
2
Ujrzawszy pędzący przez nabrzeże automobil, Buchanan przyśpieszył kroku.
Udał się wprost do pokoju Grussa, który siedział już przy biurku i coś pisał.
- No i co, drogi chłopcze? - spytał Buchanan niecierpliwie, siadając w fotelu wściekły na wszystko -
i na siebie za to, że się tak niecierpliwi i nie potrafi tego ukryć, i na całą tę poniżającą dlań sytuację,
w której zmuszony jest prosić o coś swego podwładnego.
- Generała Brusiłowa, sir, nie ma w Piotrogrodzie i nie było - rzekł Gruss nie przerywając pisania.
Odsunął papiery i przygładził dłońmi swój przedziałek, jak zawsze bez zarzutu. - Spisek i program
wielkiej księżny to kolejny bluff. Ale program przywiozłem. Proszę... - Podał ambasadorowi cieniutką
niebieską teczkę z monogramem wielkiej księżny. Buchananowi wydało się, że w szarych podłużnych
oczach Grussa kryje się ironiczny uśmieszek. - Jeszcze dzisiaj trzeba to zwrócić! - zakończył Gruss
rzeczowo.
- Trzeba zrobić kopię... - rzekł Buchanan otwierając teczkę.
- Proszę najpierw przeczytać - Gruss nie zaoponował, lecz uprzejmie poradził. - Ale czytając musi pan
pamiętać, że za tym programem nie stoi nikt i nic. Nawet sama księżna. Maria Pawłowna jeszcze
wczoraj poleciła sekretarzowi przygotować dokumenty potrzebne do wyjazdu do Szwecji.
- To nieprawdopodobne! - zawołał z oburzeniem Buchanan i jego policzki pokryły się purpurą. -
Przecież sama mi mówiła o tym programie, była pełna energii i wiary.
- No cóż, możliwe, sir, że spodziewała się usłyszeć w odpowiedzi, iż Anglia gotowa jest poprzeć ich
całą swą potęgą. Ale oni sami poza dobrymi chęciami nie mają nic.
- A Brusiłow?
- Przed dwoma tygodniami wysłali do niego na front jakiegoś sztabskapitana, który jednak nie wrócił.
- Księżna powiedziała, że Brusiłow gotów jest im dać wsparcie wojskowe.
- Księżna powiedziała nieprawdę - odparł cicho Gruss patrząc na zmieszaną twarz ambasadora
i ciągnął: - Proszę mi pozwolić, że powiem panu coś o wiele bardziej ważnego. - Odczekał, aż
Buchanan skończył czytanie i odłożył teczkę na biurko. - Aby nie tracić niepotrzebnie czasu,
spotkałem się również z kasjerem banku Postnikowem. Pamięta pan, mówiłem panu o nim w związku
z otrzymaniem informacji o handlowcu Grubinie? Teraz znów dowiedziałem się od niego ważnych
rzeczy... Po pierwsze, sam Grubin podjął ze swego sejfu w banku wszystkie walory. Ale to jeszcze nie
wszystko. Okazuje się, że dziewięciu innych wielkich finansistów sprzedało pośpiesznie swoje papiery
wartościowe, nabyło złoto i kamienie szlachetne, a dzisiaj od rana tę samą operację przeprowadziło
jeszcze czterech. Zgodzi się pan, sir, że to bardzo niepokojąca wiadomość.
- Ale ktoś jednak kupił od nich papiery wartościowe? - spytał Buchanan zdając sobie wszakże
doskonale sprawę, jak niebezpieczna jest wiadomość przywieziona przez Grussa.
- Prawdopodobnie, sir - Gruss skinął głową. - Ci jednak, którzy sprzedali, to szczury, które wytrwale
przegryzały grodzie okrętu, a teraz z niego uciekają.
- Dokąd?
- Gdzie kto może. Ważne jest, sir, to, że opuszczają okręt.
- Ale czy okręt już tonie? - Ambasador uniósł swe gęste brwi.
- Obawiam się, sir, że, jak to już ustalono, szczury zawsze pierwsze czują niebezpieczeństwo.
- Hm... szczury - uśmiechając się w zamyśleniu rzekł Buchanan i nagle odchyliwszy się na oparcie
fotela rzekł surowo i władczo: - Proszę wymienić nazwiska.
- Grubin - zdecydowanym tonem odrzekł Gruss i zajrzawszy do leżącego na biurku notesu ciągnął: -
Nabutow, Kraszeninnikow, Sołowiow, Pachomow.
- To nie szczury, lecz myszy - przerwał mu Buchanan.
- Grubin, sir, to nie mysz - ciągnął Gruss patrząc śmiało na ambasadora. - Ten średniego formatu
handlowiec jest bardziej niebezpieczny od niektórych wielkich tuzów. Wszystko, czego się o nim
ostatnio dowiedziałem, tylko utwierdziło mnie w moim poprzednim przekonaniu. Grubin to ważna
zakulisowa postać o zdecydowanie proniemieckiej orientacji. Co więcej, nadal sądzę, że jest on
agentem niemieckim. Nie tylko podjął z banku swoje walory, ale wysłał za granicę żonę. Dzięki Bogu
dał mi pan jeśli chodzi o Grubina carte-blanche. Proszę mi więc pozwolić działać tu do końca i nie
zwracać uwagi na różne pogłoski.
- Mówił pan, że Grubin stoi za plecami Manusa. A co robi teraz sam Manus? - spytał Buchanan.
- Manus to zjawisko czysto rosyjskie, sir. Zbyt mocno wprzągł się do trójki cesarzowa-Protopopow-
Rasputin i prawdopodobnie tak jak oni liczy na to, że nic strasznego, a tym bardziej katastrofalnego
nie może ich spotkać. Przypomnijmy sobie list carycy, o którym panu meldowałem; przecież jest on
przepojony przekonaniem, że wszystko jest w porządku, a nawet idzie ku lepszemu.
Buchanan długo milczał nie patrząc na Grussa i głaszcząc zgiętym palcem swoje puszyste białe wąsy.
I nagle spytał:
- A co Jusupow?
- Według mnie, to także bluff. Kiedy ludzie zabierają się do podobnej sprawy, nie mówią o niej na
każdym kroku. Rasputin ma ochronę - samego ministra spraw wewnętrznych, samą carycę - i nie
przypuszczam, aby pogróżki Jusupowa nie doszły do ich uszu. No, ale najważniejsze - co to daje nam?
- Przeklęta trójca nie będzie już miała swojego świętego - lekkim, prawie żartobliwym tonem rzekł
Buchanan i odchyliwszy głowę do tyłu zamknął oczy. Kiedy po raz pierwszy usłyszał, że Jusupow
odgraża się, iż zabije Rasputina, wywołało to w nim obrzydzenie - typowy azjatycki chwyt w polityce.
A teraz on sam chwyta się tego z iskierką nadziei, że przyniesie to jakieś polepszenie sytuacji. Jednak
chyba nie należy o tym mówić z Grussem, przecież on już dawno powiedział, że Rasputin to
niepoważna karta w wielkiej grze.
Długo milczeli. Buchanan wciąż siedział z zamkniętymi oczyma, a Gruss patrzył nań ze zdziwieniem
i lekką kpiną.
- Czy mogę, sir, powiedzieć to, co myślę? - spytał.
Buchanan otworzył swe szare mądre oczy.
- ...Rzecz jasna, sir, że mogę się mylić, ale przywiązuję ogromną wagę do ucieczki szczurów, widzę
w niej ogromne niebezpieczeństwo. Jeśli do tego wszystkiego, co się dzieje, dojdzie jeszcze panika
finansowa, to na naszej sojuszniczce Rosji można postawić krzyżyk. I proponuję tę panikę...
przewidzieć.
- W jaki sposób? - zainteresował się ambasador.
- Uderzyć w pierwsze uciekające szczury - doparł Gruss. - Zacząć od usunięcia Grubina, dopóki jeszcze
nie zniknął.
- Śnią się panu laury Jusupowa?
- Nie, sir. Uważam Grubina za kogoś znacznie ważniejszego niż Rasputin. Niech pan popatrzy, sir...
Jest on głównym doradcą bankiera Manusa. Dlaczegóż więc właśnie teraz, kiedy działalność Manusa
i kompanii osiągnęła apogeum, postanawia zejść z areny?
- Tak, dlaczego? I dlaczego nie ucieka Manus i inni? - spytał Buchanan.
- Ależ dlatego, sir, że w odróżnieniu od Grubina ich korzenie tkwią tutaj i gromadzą oni złoto licząc na
to, że będą mogli zacząć z nim interesy nawet w piekle. Ale fakt, że gromadzą złoto, to jeszcze jeden
sygnał zaczynającej się paniki w świecie finansów, tym ostatnim bastionie państwa...
- W jaki sposób zamierza pan zapobiec panice? - spytał Buchanan po długim milczeniu i znów
zamknął oczy. Wszystko, co mówił Gruss, było bardzo prawdopodobne, ale nie miał siły, aby przyznać
to głośno, i czekał, że tamten rozwijając swoją myśl da mu powód do wyrażenia wątpliwości.
Nie może przecież znaleźć się w takiej sytuacji, że będzie zmuszony wierzyć tylko i wyłącznie
Grussowi...
- Zrobią to patrioci rosyjscy, którzy także wszystko to rozumieją i gotowi są przedsięwziąć
odpowiednie kroki. Mówiliśmy już o nich, sir.
Buchanan nie drgnął, nie otworzył oczu. Doskonale wiedział, co Gruss ma na myśli, i postanowił:
niech robi on wszystko, co chce, ale na swoją odpowiedzialność.
- Obserwują teraz Grubina - ciągnął Gruss - i w odpowiednim momencie... usuną go. I nadadzą temu
aktowi wielki rozgłos. Piotrogród i cały kraj dowiedzą się, co spowodowało ten akt i będzie to
przestroga dla wszystkich, którzy próbują wkroczyć na drogę zdrady wobec Rosji. Będzie to przykład
dla innych...
- Jestem całkowitym profanem w podobnych sprawach - Buchanan postawił kropkę nad „i“ i wstał. -
Poza tym moje stanowisko nie pozwala mi na mieszaniem się w sprawy pańskiego resortu. Interesuje
mnie tylko to, co jest związane z polityką i wojną. Dziękuję panu za informacje...
Buchanan wyszedł z pokoju wolnym krokiem. Gruss popatrzył za nim, i kiedy drzwi się zamknęły, rzekł
półgłosem:
- Pan już absolutnie nic nie rozumie... sir.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Generał-major Dubienski już od czterech, miesięcy przebywał w Kwaterze Głównej, gdzie
przygotowywał kolejne zeszyty „Kroniki Wojny“.
Kiedy przeniesiono go tu ze sztabu generalnego, poczuł się niesłychanie dumny, znaczyło to bowiem,
jego zdaniem, że na górze zauważono jego lojalność i rzetelność. To nie żarty - pracować w pobliżu
cara, w jego Kwaterze Głównej. Wkrótce jednak okazało się, że tu po prostu nikt go nie dostrzega;
gdziekolwiek człowiek spojrzy, wszędzie od razu natyka się na co najmniej trzech generałów. A pracy
jest mnóstwo...
Oficjalnie zajmował stanowisko kronikarza pociągu carskiego i do jego obowiązków należało
prowadzenie dziennika w czasie podróży cara, następnie zaś opracowywanie materiałów do
dziesięciostronicowego tygodnika „Kronika Wojny“. Ale car jeździł coraz rzadziej i teraz jego pociąg
kursował niemal wyłącznie między Kwaterą Główną a Carskim Siołem, a on w tych podróżach nie
uczestniczył. Niedawno powierzono mu jeszcze nadzór nad wydawaniem ilustrowanych albumów
Wielka wojna w obrazach. Nie przypadły mu te albumy do serca, gdyż nade wszystko pociąga go
praca twórcza. Roboty z nimi jest dużo i omal z każdym są jakieś kłopoty - albo zamieszczono portret
nie tego generała, którego należało, albo umieszczono niewłaściwy podpis pod zdjęciem. Przez cały
dzień ma urwanie głowy z tymi wydawnictwami i nie ma czasu zająć się tym, co najbardziej lubi -
wydawaną w Piotrogrodzie gazetą „Russkoje Cztienije“ - a tymczasem niedawno wydrukowano w niej
jakieś herezje na tematy polityczne. Napisał ostry list do redaktora Rusakowa, ten zaś odpowiedział,
że jeśli gazeta nie będzie odpowiadała gustom społeczeństwa, to straci swoich ostatnich
prenumeratorów, a redakcja już teraz wydaje resztki pożyczki rządowej... Dubienski tak się bał
obecnej polityki, że postanowił nie ryzykować i w najbliższym czasie zamknąć gazetę, która stała się
niebezpieczna i rzuca cień na jego nazwisko...

Tego wieczoru miał już zamiar wyjść do miasta, kiedy przybiegł posłaniec - Dubienskiego wzywano
natychmiast do wydziału operacyjnego. Sprzątnąwszy z biurka papiery i zamknąwszy je w kasie
ogniotrwałej. Dymitr Nikołajewicz obciągnął swój workowaty mundur i westchnąwszy ciężko ruszył
do wydziału operacyjnego. Nie lubił tam chodzić, gdyż szczególnie wyraźnie czuło się tam, że wojna
jest bardzo blisko, i mówiono o niej z cynizmem, czasami wprost w sposób bezwstydny. Poza tym
oficerowie sztabowi lubili sobie pokpiwać z niego i jego pracy. Powinni by mieć chociażby trochę
szacunku dla jego wieku - co tu dużo mówić, za rok skończy sześćdziesiątkę - ale gdzie tam, nie mają
litości! Szczególnie złośliwie znęcał się nad nim sztabskapitan Lemke...
W dużym pokoju jak zwykle stukały i terkotały ustawione wzdłuż ścian aparaty telegraficzne,
z których nieustannie zsuwały się do plecionych pudeł nie kończące się papierowe taśmy. Oficerowie
siedzący przy ogromnym stole odczytywali te taśmy, cięli je i naklejali na arkusze sztywnego
niebieskiego papieru. Dubienski nie lubił tego pokoju również dlatego, że w każdej chwili mógł tu
wejść ze swego gabinetu generał Aleksiejew, którego bał się tak bardzo, że na jego widok zapominał
języka w gębie...
Zaledwie wszedł do pokoju, już odezwał się złośliwy Lemke:
- Proszę mi wielkodusznie wybaczyć, Dymitrze Nikołajewiczu, że oderwaliśmy pana od tak ważnej dla
ojczyzny pracy. Ale przypadkiem wpadło nam w ręce z dużym opóźnieniem pańskie malownicze
wydawnictwo... oto ono, zeszyt jedenasty - otworzył album w samym środku. - Niech pan będzie
łaskaw spojrzeć... - Podeszli inni oficerowie, obstąpili ich ze wszystkich stron. Obejrzawszy się na nich
Lemke ciągnął zjadliwym tonem: - Postanowił pan tu solidnie wesprzeć nasz Front Kaukaski. Co
prawda trochę za późno, gdyż ludzie obdarzeni normalną pamięcią zapomnieli już, co to jest ten
Erzerum. No dobrze, jak się to mówi, lepiej późno niż wcale. Ale myśmy się tu zaniepokoili - żeby
tylko wielki książę Mikołaj Nikołajewicz nie pociągnął pana do odpowiedzialności za te oto obrazki.
Niech pan patrzy! Co jest na tym zdjęciu? Wyraźnie widać tylko jeden karabin maszynowy. Jeden.
Karabin maszynowy. Tak? A podpis głosi „część dział tureckich zdobytych w Erzerumie“. Gdzież są te
działa? Może zasłonili je ci stojący ciasno jeden przy drugim Kozacy w papachach? No ale wobec tego
należało to wyjaśnić... - Oficerowie roześmiali się. Dubienski patrzył niewidzącymi oczyma na zdjęcie,
skulił się i milczał - nie miał nic na swoją obronę... A Lemke przerzucał stronę za stroną i ciągnął: - A tu
coś jeszcze lepszego. Niech pan patrzy. Na zdjęciu jest wyraźnie skład drewna, a raczej - stos żerdzi,
które łatwo można policzyć. A co czytamy pod zdjęciem? „Liczenie trofeów wojennych zdobytych
przez nasze wojska.“ Aj-aj-aj, Dymitrze Nikołajewiczu, jakże mógł pan przeoczyć coś takiego? A jeśli
zauważy to wielki książę? Przecież zrozumie, że nie musiał pchać się na koniec świata po te żerdzie,
takich żerdzi można by było narąbać pod Riazaniem i co najważniejsze - bez ofiar...
Oficerowie jeszcze się śmiali, kiedy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł generał Aleksiejew,
a za nim - pułkownik, którego twarz wydała się Dubienskiemu znajoma. Nie wypadało mu się jednak
przyglądać zbyt natarczywie. Wyprężył się, zamarł wypiąwszy pierś, przyciskając łokciem do boku
album, który odebrał Lemkemu.
I nagle groźny Aleksiejew zwraca się do niego i mówi swoim stalowym głosem:
- Bardzo się pan spóźnia ze swoimi pięknymi albumami. W ten sposób może się zdarzyć, że przegramy
wojnę, a pan wciąż jeszcze będzie rozsyłał swoje zwycięskie obrazki z czasów podboju Krymu... - Po
czym zwrócił się do oficerów sztabowych: - Pokażcie pułkownikowi całą korespondencję z Frontem
Południowo-Zachodnim w sprawie uzupełnień i rezerw... - Odwrócił się gwałtownie i wyszedł.
Dubienski wciąż stał na baczność.
- Spocznij... - parsknąwszy śmiechem rzekł Lemke i zwrócił się do pułkownika: - Proszę pana do tego
stołu...
Ale pułkownik podszedł do Dubienskiego:
- Dzień dobry, Dymitrze Nikołajewiczu, czy pan mnie nie poznaje?
- Jakżebym mógł nie poznać? - Pamięć Dubienskiego zaczęła działać. - Karaganow? Piotr Niłycz?
Objęli się.
- Gdzie pan tu siedzi? - spytał pułkownik.
- Z korytarza ostatnie drzwi na prawo.
- Jak tylko będę wolny, zaraz do pana przyjdę...
- Będzie mi bardzo miło...
Wróciwszy do swego pokoju Dubienski długo nie mógł się zdecydować, do czego się zabrać.
I nagle jakby znów usłyszał stalowy głos generała Aleksiejewa: - „Wojnę przegramy, a pan wciąż
jeszcze będzie... “ Tego, co w słowach generała dotyczyło jego i jego pracy, nie pamiętał teraz
dokładnie, ale te słowa „wojnę przegramy...“ Jakże on mógł coś takiego powiedzieć? Dubienski nie
miał odwagi nawet w duchu tego powtórzyć...
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi i do pokoju wszedł pułkownik Karaganow. Niegdyś razem
studiowali w Akademii Sztabu Generalnego, ale Dubienski jej nie skończył, gdyż powołano go do
pracy w tymże sztabie. Będąc w akademii przyjaźnili się - obaj pilnie się uczyli, razem ślęczeli po
nocach nad podręcznikami. Zbliżało ich również to, że obydwaj pochodzili z ubogich rodzin i zawsze
mieli bardzo mało pieniędzy.
Teraz mieli prawie po sześćdziesiąt lat i Dubienski nie bez lęku wpatrywał się w postarzałą twarz
kolegi myśląc, że ten również patrzy podobnie na niego.
- A więc jesteś na Południowo-Zachodnim? Miałeś szczęście - rzekł Dubienski myśląc równocześnie,
że on sam swoją karierę wojskową pogrzebał w papierkowej robocie.
- W czym widzisz to szczęście? - Karaganow uniósł jasne, wypłowiałe od słońca brwi.
- Przebywać cały czas w pobliżu takich zasłużonych generałów... przecież tam u was jest także
Brusiłow... - zaczął Dubienski, lecz Karaganow przerwał mu:
- Po pierwsze, nie jestem w pobliżu niego - rzekł z wyraźnym rozdrażnieniem. - Po drugie - i to jest
najważniejsze - mamy taką wojnę, że niczego nie może dać przebywanie nawet razem z geniuszem
wojskowym. Przecież i ja, i ty wiemy wszystko o Wojnie Punickiej, ale nie mieliśmy pojęcia, że są
jeszcze teraz wojny zbrodnicze, a kiedy się uczestniczy w takiej wojnie, to lepiej zapomnieć o całej
naszej akademickiej wiedzy.
- Nie rozumiem cię... - prawie szeptem powiedział Dubienski, czując nerwowe dreszcze wywołane
przez zwykły strach, który go ogarnął.
Karaganow patrzył nań ze zdziwieniem i nieufnością:
- Nie rozumiesz?... A czy ty uważasz, że nasza wojna przebiega normalnie i zgodnie z tymi wszystkimi
kanonami, które nam kiedyś wpajano?
- Rzeczywiście jest ciężko... Bardzo silny i podstępny przeciwnik... Brak doświadczonej kadry
oficerskiej... - odrzekł Dubienski niepewnie.
Odczekawszy niecierpliwie, aż Dubienski skończy, Karaganow powiedział:
- Przypomnij sobie naszą straszliwą katastrofę w Prusach. Był to dopiero początek wojny. Armia była
dobrze przygotowana. Oficerów było pod dostatkiem, w każdym razie generał Samsonow zastrzelił
się w otoczeniu świetnych oficerów. Dlaczegóż więc tak haniebnie przegraliśmy wówczas tę bitwę?
- No... nie wiem...
- A ja wiem! - zdecydowanie i ze złością odparł Karaganow. – Ja zacząłem wojnę właśnie tam, drogi
Mitia. I ażeby zrozumieć, że już wtedy mieliśmy do czynienia z przestępstwem, wystarczy
odpowiedzieć na jedno pytanie: dlaczego Rennenkampf nie zdążył do Samsonowa ze swymi
wojskami?
- Zawsze zdarzały się błędy w strategii i taktyce...
- Mitia, opamiętaj się! Rozejrzyj się dokoła! Pomyśl! - zawołał Karaganow. - Przypomnij sobie
najprostszą naukę, którą słyszeliśmy z ust profesora Kuzniecowa! Mówił nam, że wojnę robią ludzie,
ale wojna to jedyna dziedzina, w której pojedynczy człowiek nie ma prawa popełniać pomyłek, gdyż
każdy błąd mierzy się ilością istnień takich samych ludzi jak on. A ludzie, którzy stoją u szczytu, którzy
decydują o losach wojny, powinni być czyści i mądrzy jak bogowie. Pamiętasz? Czyżbyś uważał za
boga księcia Mikołaja Nikołajewicza? A przecież to on rzucił naszych żołnierzy do Prus z okrzykiem „na
Berlin“, i tylko po to, aby przypodobać się naszym mitycznym sojusznikom! Czy nie zdawał sobie
sprawy, czym się to może skończyć? Przecież mógł się łatwo zorientować w ciągu dziesięciu minut -
wystarczyło podejść do mapy działań wojennych, mając w ręku dane dotyczące liczby żołnierzy
i sprzętu, którymi rozporządzaliśmy. A teraz temu skompromitowanemu dowódcy wkładają płaszcz
gronostajowy za Erzerum. Czy możesz mi wyjaśnić, co nam daje ten Erzerum poza krwią i nowymi
grobami rosyjskimi w dalekiej obcej ziemi? - Karaganow wyjął z kieszeni zmiętą paczkę papierosów,
ale jakby postanowiwszy nagle nie zapalać, położył ją na biurku. - Wspomniałeś przed chwilą
Brusiłowa. On jest i moim bogiem. Dlaczegóż jednak, kiedy zaczynał swą wspaniałą ofensywę, inne
fronty, które miały go wesprzeć, stały na miejscu? Cóż, czy wasz Aleksiejew był wówczas na urlopie?
A przeróżni Everci robili to, co chcieli? Nie, Aleksiejew był na miejscu. W szczytowym momencie
ofensywy Brusiłow porozumiewał się z nim, prosił o zmianę pewnego rozkazu Kwatery Głównej,
dzięki czemu udałoby się ocalić mnóstwo żołnierzy. I wiesz, co mu Aleksiejew odpowiedział? Cesarz
śpi i nie będę go budził. I wówczas Brusiłow na własną odpowiedzialność zmienił ten rozkaz. Powiedz
mi, czy w ten sposób można poważnie prowadzić wojnę? Cesarz raczy sobie spać, a jego poddani
mają iść na bezsensowną śmierć? Mitia, czy rzeczywiście nie widzisz tego wszystkiego? Przestań
wreszcie wytrzeszczać na mnie oczy, powiedz coś! - zawołał Karaganow histerycznie, chwycił z biurka
paczkę, zaczął trzęsącymi się palcami wyjmować z niej papierosa, nie zapalił go jednak, rzucił na
podłogę i ciągnął już spokojniejszym tonem: - Mitia, mój drogi Mitia! Cała ta wojna jest zbrodnią
wobec świętej Rosji i wobec naszego nieszczęsnego narodu, którego krwią ta zbrodnia jest szczodrze
opłacana. Czyż ty tego nie rozumiesz?
Dubienski milczał, chociaż odczuwał nieprzepartą chęć, aby oponować, bronić... Czego bronić? Rosji?
Czy też samego siebie przed ogarniającym go przerażeniem? A może?... I postanowił zasłonić się jak
tarczą tym, co uważał za najświętsze:
- Najjaśniejszy Pan... - zaczął, ale Karaganow zrobił gwałtowny ruch ręką:
- Nie ruszaj go... Jego wina polega tylko na tym, że przypadek wyniósł go na tron, który przerasta jego
siły, i że od razu się go nie zrzekł... To bezwolny i bezsilny człowiek.
- To nie jest tak! - krzyknął Dubienski.
- Nie, Mitia, jest właśnie tak... - cicho, z poczuciem beznadziejności rzekł Karaganow i po chwili
milczenia dodał: - Za godzinę mam pociąg... Pojadę z powrotem do swego piekła... - uśmiechnął się
przelotnie do Dubienskiego: - Wiesz, kiedy cię zobaczyłem, ucieszyłem się bardzo, pomyślałem sobie,
że powiesz mi coś takiego, czego my tam nie wiemy i co będzie dla nas nadzieją... Zresztą, co mógłbyś
mi powiedzieć ty, jeśli prawdziwy gospodarz wojny, Aleksiejew, przeczytawszy meldunek Iwanowa
zawołał z oburzeniem: „To niemożliwe!“ i zaprowadził mnie do wydziału operacyjnego, ażebym się
przekonał, że prawda jest inna. Wiadomo wszakże, że nie ma dwu prawd na ten sam temat. Okazało
się, że rację miał Iwanow, i wówczas Aleksiejew powiedział tylko, że zamelduje o wszystkim
głównodowodzącemu, i zwolnił mnie. - Nagle Karaganow roześmiał się jakoś dziwnie: - A jeśli nie ma
silnych rezerw, to cesarz ich nie spłodzi... nawet ze swoją tak płodną małżonką... - Wstał, wyciągnął
do Dubienskiego rękę i patrząc na rozrzucone na biurku papiery rzekł z ironicznym uśmieszkiem: -
Zazdroszczę ci, Mitia... - Mocno, jakoś kurczowo uścisnął rękę Dubienskiego i wyszedł zapomniawszy
na biurku swoją pomiętą paczkę papierosów.
Dubienski nie mógł pracować; czuł się rozbity...

Rozdział trzydziesty drugi

Sztabskapitan Lemke niezbyt lubił generała Dubienskiego, nazywał go carskim lokajem, który urządził
się wygodnie przy żłobie, i dokuczał generałowi głównie po to, aby nie czuł się on zbyt spokojny na
swojej ciepłej posadce.
Nikt w Kwaterze Głównej nie wiedział, że oficer urzędu kwatermistrzostwa Kwatery Głównej
sztabskapitan Michał Konstantinowicz Lemke prowadzi szczegółowy dziennik, w którym zapisuje nie
tylko i nie tyle swoje własne wrażenia, ile świadectwa uczestników lub świadków naocznych
najważniejszych wydarzeń wojennych, ponadto zaś robi kopie ważnych dokumentów przechodzących
przez jego ręce i dołącza je do dziennika. Lemke robił to bardzo ostrożnie, głównie nocami, gdyż
prowadzenie dzienników w takiej instytucji wojskowej, jak Kwatera Główna, nie było bynajmniej mile
widziane. Szczególnie ostrożny stał się po tym, jak jeden z wysokich funkcjonariuszy Kwatery Głównej
uprzedził go po przyjacielsku, że interesuje się nim kontrwywiad wojskowy. Co prawda, później
wyjaśniło się, że to zainteresowanie wywołane zostało jego niegdysiejszymi kontaktami z eserowskim
czasopismem „Byłoje“. W sumie Lemke musiał mieć oczy i uszy otwarte, tym bardziej że zapuszczał
się coraz głębiej w ostępy niezbyt chwalebnych spraw wojny i polityki
22
.
Tego wieczoru poprawiał i przepisywał na czysto notatkę, którą sporządził w dzień.
„...Miałem dwie rozmowy, niezmiernie interesujące - pisał. - Wszedłem do pokoju Pustowojtenki
23
na
jego zaproszenie, ażeby porozmawiać. Widocznie nudził się i chciał trochę odpocząć od codziennej

22
W roku 1920 dziennik ten ukazał się w Piotrogrodzie w wydaniu książkowym (byt to opasły tom) pod tytułem
250 dni w carskiej Kwaterze Głównej (przyp. aut.).
23
Generał-kwatermistrz Kwatery Głównej (przyp. aut.).
szarzyzny. Wspominaliśmy Warszawę, naszą wyprawę do jego tamtejszej posiadłości, nastroje
rewolucyjne roku 1905. W pewnej chwili wszedł Aleksiejew i przywitawszy się ze mną usiadł, prosząc,
abyśmy nie przeszkadzali sobie w rozmowie, i dodał, że przyszedł, bo w jego gabinecie strasznie się
dymi z pieca.
- O czym mówicie?
- Po prostu wspominamy dawne czasy, kiedy spotykaliśmy się w zupełnie innej sytuacji.
- Hołd złożony przeszłości w związku z ciężką teraźniejszością?
- Nie, to nie jest hołd - odparł Pustowojtenko - lecz po prostu próba oderwania się.
- Tak, teraźniejszość nie jest łatwa...
- Czy będzie lepiej. Ekscelencjo? - spytałem nie akcentując zresztą szczególnie swojej myśli.
- Któż to może wiedzieć... O, gdybyśmy mogli odgadywać przyszłość bez poważnych pomyłek! Byłoby
to największe szczęście dla człowieka czynu i ogromne nieszczęście dla człowieka uczuć...
- Ludzie wierzący nie powinni przejmować się takim zaglądaniem w przyszłość, dlatego że zawsze
będą wierzyli, iż Najwyższa wola wszystko naprawi - wtrącił Pustowojtenko.
- Ma pan całkowitą słuszność - odparł Aleksiejew. - Przecież człowiek żyje myślą o tej Najwyższej woli,
jak się pan wyraził. A pan z pewnością nie należy do tych zbyt wierzących? - zwrócił się do mnie.
- Jest po prostu ateistą - zakpił Pustowojtenko i dzięki temu uwolnił mnie od odpowiedzi, która
mogłaby skierować rozmowę w najmniej dla mnie dogodną stronę.
- A ja na przykład jestem szczęśliwy, że wierzę i to wierzę głęboko w Boga i właśnie w Boga, a nie
w jakiś ślepy i bezosobowy los. Widzę na przykład, wiem, że wojna skończy się naszą klęską, że
niczym innym zakończyć jej nie możemy, ale czy myślicie, że to chociaż na chwilę ostudza mój zapał
w wykonywaniu swych obowiązków? Bynajmniej, a to dlatego, że kraj musi doświadczyć całej goryczy
swego upadku i podnieść się z niego dzięki pomocy Bożej ręki, aby potem stanąć w całym blasku
swego przebogatego ducha narodowego...
- Pan wierzy również w tego przebogatego ducha? - spytałem Aleksiejewa.
- Bez takiej wiary nie mógłbym żyć ani jednej chwili. Tylko ona mnie podtrzymuje w mojej roli i w
mojej sytuacji... Jestem prostym człowiekiem, znam życie dołów znacznie lepiej niż życie generalskich
wyżyn, do których mnie zaliczają zgodnie z moim stanowiskiem. Wiem, że doły są niezadowolone, ale
wiem również, że są one tak splugawione, zdemoralizowane, tak otumanione przez całą naszą
przeszłość, że jestem dla nich takim samym wrogiem, jak Michał Sawwicz, jak pan, jak my wszyscy...
- A czy nie dopuszcza pan myśli o bardziej korzystnym dla Rosji zakończeniu wojny, szczególnie przy
pomocy sojuszników, którzy muszą nas uratować we własnym interesie?
- Nie, sojusznikom wcale nie jest potrzebne nasze ocalenie, muszą tylko ratować siebie i zniszczyć
Niemcy. Czy sądzi pan, że ja im chociaż za grosz wierzę? Komu można wierzyć? Włochom, Francji,
Anglii? Raczej już Ameryce, której nic nie obchodzimy... Nie, łaskawco, znieść wszystko do końca - oto
nasze przeznaczenie, oto, co jest nam sądzone, jeśli człowiek w ogóle może o tym mówić...
Milczeliśmy.
- Nasza armia to nasza fotografia. Tak zresztą być powinno. Z taką armią można tylko zginąć. I całe
zadanie dowództwa polega na tym, by ta zagłada nie była zbyt haniebna. Rosja poniesie klęskę,
rozejrzy się dokoła, stanie na wszystkie swoje cztery niedźwiedzie łapy i zacznie wszystko kruszyć
i łamać. Wtedy właśnie, kiedy ją poznamy, zrozumiemy, jakie zwierzę trzymaliśmy w klatce. Wszystko
się rozleci, wszystko zostanie zburzone, wszystko, co było najdroższe i najcenniejsze, zostanie uznane
za nonsens i niepotrzebne śmieci.
- Jeśli ten proces jest nieodwracalny, to czy nie lepiej już teraz przedsięwziąć kroki zmierzające do
ocalenia tego, co najdroższe, do złagodzenia chociażby krachu naszej kultury? - spytałem.
- Nie jesteśmy w stanie ocalić przyszłości, żadnymi środkami nie uda się nam tego osiągnąć.
Przyszłość jest straszna, a my musimy siedzieć z założonymi rękami i tylko czekać, kiedy wszystko
zacznie się walić. A walić się będzie z hukiem, żywiołowo. Czy sądzi pan, że nie siedzę po nocach i nie
myślę chociażby o momencie demobilizacji armii? Przecież tego dzikiego potoku zdeterminowanych
żołnierzy nikt nie powstrzyma. Mówiłem o tym kilkakrotnie ogólnikowo, ale w odpowiedzi słyszałem,
że będzie czas, aby się nad wszystkim zastanowić, i że nie stanie się nic strasznego; wszyscy będą tak
bardzo szczęśliwi, że mogą wrócić do domu, iż myśl o żadnych ekscesach nikomu nie przyjdzie do
głowy... A tymczasem w chwili zakończenia wojny nie będziemy mieli ani kolei, ani statków, niczego -
bo wszystko zniszczyliśmy i splugawili własnymi rękami...
Ktoś zapukał.
- Wejść - rzekł Aleksiejew.
- Wasza Ekscelencjo, gabinet jest gotów, przewietrzony - zameldował żandarm polowy.
- No, zagadałem się tu z wami, a trzeba pracować - rzekł Aleksiejew i wyszedł.
Posłałem w duchu do wszystkich diabłów żandarma, który zjawił się nie w porę; tak bardzo chciałem
doprowadzić rozmowę do jakiegoś konkretnego zakończenia.
- Sądzi pan - spytał mnie Pustowojtenko - że szef sztabu będzie teraz pracował? Nie, po takich
rozmowach ma chęć tylko na jedno - pomodlić się.
- A czy pan, Michale Sawwiczu, też tak uważa?
- Mam taką mentalność, że nie staram się odgadywać przyszłości, natomiast bacznie przyglądam się
teraźniejszości.
- I jaka się ona panu wydaje w związku z naszą przerwaną rozmową?
- Szczerze mówiąc, niewesoła.
- No a głównodowodzący?
- Patrzy oczyma swoich totumfackich, którym oczywiście nie wypada przedstawiać mu niczego
w ponurym świetle. To dla nich niekorzystne. Każdy, szczególnie ten, który ma na widoku jakieś
konkretne korzyści, stara się zapewnić go, że wszystko idzie dobrze i całkowicie pomyślnie pod jego
Najwyższą ręką. Czy on rozumie cokolwiek z tego, co dzieje się w kraju? Czy wierzy choćby w jedno
ponure słowo Aleksiejewa? Czyż nie boi się dlatego jego codziennych meldunków, tak jak potwór boi
się lustra? Zwracamy mu uwagę na całkowite rozprzężenie w armii i na tyłach, wskazując na
codzienne fakty, niczego specjalnie nie podkreślając, udowadniamy, że mamy słuszność, a on w tym
czasie myśli o tym, co słyszał przed pięcioma minutami w pałacu, i prawdopodobnie posyła nas
w duchu do wszystkich diabłów. Jakże w takiej atmosferze może cokolwiek widzieć i wiedzieć?
Przecież przy wyborze jakiegokolwiek człowieka na jakiekolwiek odpowiedzialne stanowisko widać,
do jakiego stopnia nie rozumie niczego, co się dzieje w Rosji.
- Tak, ciężko jest w tej atmosferze. Nie zazdroszczę panu.
- Za to ja zazdroszczę panu... Co za szczęście w dzisiejszych czasach wiedzieć, że się za nic nie
odpowiada! Czy wie pan, co muszę co dzień przeżywać? Przecież żaden łajdak minister nie
wypowiada teraz ostatecznej opinii w żadnej sprawie nie powoławszy się na Aleksiejewa - zawsze
mówią, że to on tak uważa. Wszyscy umywają ręce, ale robią to delikatnie, niedostrzegalnie.
Wystarczy sam Stürmer! Przecież to kompletny bałwan, ale bałwan ze złą wolą, złymi zamiarami.
Niech pan spojrzy na armię. Zajęci paradami i obiadami nie widzą jej stamtąd, a ona nie ma jednego
całego buta, przyzwoitego okopu; wszystko zaniedbane, zapuszczone. Zresztą na tyłach też nie jest
lepiej. Panuje tam taki chaos, taki bałagan, że żadna ludzka siła nie jest w stanie doprowadzić tego do
porządku.
- A czy cesarz zaczyna kiedyś rozmowę na tematy ogólne?
- Nigdy. Jest to cecha charakterystyczna jego rozmów z szefem sztabu i ze mną - tylko aktualne
sprawy.
- Jakie jest więc wyjście, Michale Sawwiczu?
- Wyjście? Według mnie... cierpliwość.
Na tym nasza rozmowa zakończyła się, gdyż wezwano mnie do telefonu...“

Rozdział trzydziesty trzeci

1
Po wyjeździe żony do Szwecji Grubin zamierzał niepostrzeżenie przenieść się do Moskwy. Tam nikt go
nie zna. Chciał zamieszkać gdzieś na peryferiach i czekać na zakończenie dramatu, kiedy będzie mógł
jawnie wrócić do stolicy... i stanąć przed przedstawicielami zwycięskich Niemiec. Był przekonany, że
zaczęta przez Niemcy ofensywa przyśpiesza wewnętrzną katastrofę Rosji, która stanie się dla niej
również klęską wojenną.
Wypadki rozwijały się jednak tak gwałtownie i równocześnie niekonsekwentnie, chaotycznie, że
nieprawdopodobnie trudno było wybrać moment wyjazdu, a nie odważył się za wcześnie opuścić
posterunku.
Jednakże wszystkie kontakty już zerwał. Zostawił do ostatniej chwili tylko dwa: Manusa i Burdukowa.
Jeśli chodzi o tego ostatniego, to sprawa jest prosta - nie można zrywać z nim przed czasem tylko
dlatego, że ze strachu, aby ratować samego siebie, może po prostu zdradzić... Z Manusem wszystko
jest bardziej skomplikowane. Ten silny człowiek, który uwierzył w jego rozum, stał się dlań czymś
w rodzaju ulubionego dla twórcy dzieła. Co więcej, widział w Manusie całą Rosję z jej żywiołową,
ciemną siłą, którą on ujarzmił i zmusił do pracy dla siebie, dla Niemiec...
Ostatnio stali się prawie przyjaciółmi - tak przynajmniej myślał Manus. Dość często dzwonił do
Grubina: „Jadę do pana.“ Przyjdzie i zacznie opowiadać o swoich wielkich interesach. Nie wiadomo,
czy nie miał więcej z kim podzielić się swoimi ogromnymi sukcesami i planami, czy też rzeczywiście
potrzebował rad Grubina. Dla Grubina zaś Manus i jego interesy to wskaźniki sytuacji w
Piotrogrodzie.
Czy Manus wiedział, kim jest Grubin w rzeczywistości? Najprawdopodobniej nie zastanawiał się nad
tym; najważniejsze dla niego było to, że rady Grubina pomagały mu osiągać olbrzymie zyski. Każdy
sposób zagarnięcia miliona był dla Manusa dobry. Już od dawna na giełdzie znane było jego ulubione
powiedzonko: „Sądzi się tylko bankrutów...“ A to, że Grubin ma w głębokiej pogardzie władze
rosyjskie, uważa je za nieudolne i skazane na przegraną, nie stanowi żadnej rewelacji - przecież i sam
Manus podziela to zdanie.
W tym punkcie zgadzali się. Nawet kiedy pewnego razu Grubin podsunął mu pomysł
najkorzystniejszej, mającej duże perspektywy operacji opartej na zamrożonych w Rosji kapitałach
niemieckich, Manusa wcale nie zaskoczyło to, że powodzenie całej operacji możliwe jest tylko
wówczas, jeśli Niemcy zwyciężą.
Znany polityk rosyjski monarchista Milukow przebywając na emigracji stwierdzał, że „przeróżni
Manusowie nie zastanawiali się nad zwycięstwem czy klęską Rosji, która była dla nich nie krajem, nie
państwem, lecz tylko i wyłącznie terenem ich afer finansowych, i prawie jawnie mówili, że sumienie
mają czyste, gdyż ani car rosyjski, ani cesarz niemiecki nie dopuszczą do zlikwidowania swych dynastii
czy chociażby rzucenia na nie cienia hańby...“ Manus nie mógł nie przyjąć bez zastrzeżeń tej koncepcji
zakończenia wojny chociażby dlatego, że zbyt wiele na nią postawił.
Grubin miał teraz wobec Manusa również uczucie niejakiej wdzięczności za to, co bankier, sam nie
zdając sobie nawet z tego sprawy, zrobił i nadal robi dla jego tajnej służby. Zdarzało się, że Grubin
nawet współczuł temu częściowo naiwnemu, częściowo prymitywnemu, ale niewątpliwie śmiałemu,
a w interesach po prostu szaleńczo odważnemu człowiekowi.
Grubin wyobrażał sobie, jak pewnego dnia Manus runie i nie pozbiera potem ani swoich kości, ani
pieniędzy. W takich chwilach kusiło go, aby powiedzieć mu, że powinien natychmiast, zebrawszy to,
co najbardziej wartościowe, uciekać na koniec świata, ale mógłby mu dać taką radę tylko wówczas,
gdyby wiedział, że dzisiaj sam opuści Piotrogród... I wówczas Grubin uspokajał swoje sumienie myślą,
że będzie mógł jakoś pomóc Manusowi potem, później, już w pokonanej Rosji.

Wieczorem Manus niespodziewanie, bez zwykłego telefonicznego zapowiadania swojej wizyty
przyjechał do Grubina.
- Niech mi pan wybaczy, na miłość Boską - mówił zdejmując równocześnie płaszcz. - Przejeżdżałem
tędy, patrzę i widzę, że w oknach się chyba świeci, wiem, że Alicji Janowny nie ma, więc myślę sobie:
trzeba odwiedzić słomianego wdowca...
Weszli do prawie ciemnej jadalni oświetlonej tylko jedną świecą.
- Co, znów bez elektryczności? - spytał Manus wesoło, zacierając ręce, jakby to, że nie ma światła,
sprawiało mu przyjemność. Wyraźnie schudł, był jakiś dziwnie niespokojny i ożywiony zarazem.
Szybko chodził po pokoju i jego olbrzymi cień miotał się po ścianach. - Lawina! Prawdziwa lawina,
Gieorgiju Maksimowiczu! W głowie się kręci, czasami trudno zrozumieć, co się dzieje! Przedwczoraj
wypłynęła pewna sprawa, wyskoczyła jak diabeł z pudełka wprost pod moje nogi - ziemia na Krymie,
trzysta pięćdziesiąt dziesięcin, a wszystko wzdłuż brzegu! Wyobraża pan sobie, ile będzie warta po
wojnie? Za jeden rubel - sto! Postanowiłem podzielić się z Protopopowem - zawsze marzył o ziemi
nad morzem. Dzwonię, a on mówi, że tę ziemię już zachapał wielki książę Mikołaj Nikołajewicz. No,
ale sprytny ten książę...
Grubin wyjął z kredensu koniak, talerz z serem i zaprosił Manusa do stołu zawalonego gazetami.
- Bez Alicji Janowny zaczął pan żyć jak przesiedleniec... - śmiał się Manus siadając przy stole. - Bóg mi
świadkiem, że jest pan dla mnie zagadką, Gieorgiju Maksimowiczu. No, czego się pan przestraszył?
Czego? - Patrzył na Grubina oczyma, w których błyszczało ożywienie.
Grubin w milczeniu podniósł kieliszek.
Wypili i nagle nieoczekiwanie dla siebie samego Grubin spytał:
- Ignacy Porfiriewiczu, czy zatroszczył się pan jakoś o swój kapitał?
Wypiwszy koniak dwoma łykami Manus wlepił wzrok w Grubina:
- Co to znaczy zatroszczył się? Przecież ja w tej chwili nawet nie mam pojęcia, ile mam tego kapitału;
w interesach mam ulokowane miliony i co dzień przybywają mi nowe, przecież pan o tym wie.
Grubin wstał, przeszedł się po prawie ciemnym pokoju i zatrzymał się przy ciepłym piecu kaflowym,
na którego gzymsie stała świeca.
- Pan, Ignacy Porfiriewiczu, sam użył bardzo ścisłego wyrażenia - lawina... - rzekł Grubin stając
plecami do Manusa i zdejmując ze świecy stopiony wosk. - Ta lawina może zmieść wszystkie pańskie
interesy.
- Jak to możliwe? - spytał ze zdziwieniem Manus, ale wstał, podszedł do pieca, spojrzał z boku, aby
widzieć twarz Grubina. - Moje interesy, Gieorgiju Maksimowiczu, oparte są na solidnych podstawach.
Wszystkie są zarejestrowane przez banki, a nawet w aktach rządowych...
- A jeśli lawina zmiecie i banki, i rząd? - spytał Grubin cicho.
Manus wyraźnie nie rozumiał, do czego zmierza jego rozmówca.
- Ale do licha, przecież jakaś Rosja zostanie? - zawołał ze zdumieniem. - I przecież będzie jakiś rząd,
który przejmie sprawy od dzisiejszych głupców, a więc przejmie też odpowiedzialność za transakcje,
które zawarłem. Pieniądze, mój łaskawco, to pieniądze, lubią być liczone przy każdej władzy. - Manus
mówił z wielkim przekonaniem, ale jego czarne błyszczące oczy chciały wyczytać coś z beznamiętnej,
bladej twarzy Grubina.
- Szczęśliwy ten, kto wierzy - uśmiechnął się Grubin samymi wargami. - Ja osobiście tracę wszelką
wiarę.
- Cóż więc pan proponuje? - spytał Manus prostodusznie. - Zamienić miliony na gotówkę?
- Ja niczego nie proponuję, broń mnie Panie Boże - odparł Grubin z westchnieniem. - Pan precyzyjnie
określił sytuację - la-wi-na, a ja tylko głośno pomyślałem, czym to grozi nam, ludziom interesu.
- No, a pan co przedsięweźmie? - spytał Manus, który czuł, że Grubin nie mówi wszystkiego, co myśli.
Zdjąwszy okulary, Grubin chuchnął kilkakrotnie na szkła, przetarł je kawałkiem irchy, znów włożył na
nos i rzekł:
- Moja sytuacja, Ignacy Porfiriewiczu, jest łatwiejsza, niż pańska. Moje kapitały nie mogą się równać
z pańskimi. Jeśli je nawet stracę, to nie będzie to dla mnie większa strata niż utrata własnego życia. -
Grubin uśmiechnął się swą zimną twarzą. - No, czego pan tak na mnie patrzy? Nie mam przed panem
tajemnic, przecież wie pan o tym.
Milczeli długo stojąc przy piecu, oświetleni migocącym światłem świecy, której płomień miotał się od
ich oddechów.
Manus podszedł do stołu, nalał sobie koniaku, wypił kilka łyków.
- Nie przyszedłem do pana po koło ratunkowe, Bóg mi świadkiem - rzekł i wróciwszy do Grubina
ciągnął z coraz większym ożywieniem: - Mój drogi przyjacielu, pańska sławna ostrożność oślepiła
pana. Niech pan zrozumie, że moja sytuacja w tej chwili jest znakomita... - Milczał przez chwilę
i powtórzył energicznie rozciągając sylaby: - Zna-ko-mi-ta!
- Mogę powiedzieć tylko jedno... - Grubin zwrócił się w jego stronę. - Dopóki pańskim aniołem-
stróżem jest Protopopow i dopóki jest on ministrem spraw wewnętrznych, nie ma się pan czego bać.
Jest tylko jeden problem - czy sam Protopopow ma wystarczająco pewnego anioła-stróża.
- Cha-cha-cha! - Manus roześmiał się nagle głośno. - Według mnie najpewniejszego ze wszystkich
możliwych. Teraz nie ma w Rosji nikogo i niczego silniejszego od mamy. Co pan powie na to?
- Tak, chyba ma pan rację, nie ma teraz nikogo silniejszego od carycy - odparł Grubin poważnie.
- Teraz i zawsze i na wieki wieków amen! - zaintonował Manus wesoło. Grubin ze swą ponurą
ostrożnością po prostu nie zrozumiał, co znaczy ta „lawina“, nie orientuje się też, kto tę lawinę
zapoczątkował. Właśnie ja, Manus, to zrobiłem i dlatego nie mogę stać się jej ofiarą...
Grubin był zadowolony z siebie. Pozwolił sobie na chwilę słabości wobec Manusa, ale nie powiedział
mu wszystkiego, co mógł powiedzieć.
2
Rano obudził Grubina telefon. Nie chciało mu się wyłazić spod kołdry w wyziębionym pokoju -
z pewnością to znów Manus... Telefon nie przestawał dzwonić. Włożywszy ciepły szlafrok i wełniane
skarpetki - panicznie bał się przeziębienia - Grubin podszedł do telefonu.
- Czy to pan Grubin? - usłyszał ugrzeczniony głos. - Mówi agent zajmujący się kupnem i sprzedażą
mebli. Powiedziano mi, że w związku z wyjazdem chce pan sprzedać całe umeblowanie.
- Co? Niech pan powtórzy, nie rozumiem - zaczął zdenerwowany Grubin i opanowawszy się
powiedział: - Ja nie handluję meblami... - Rzucił słuchawkę na widełki i zrobiło mu się gorąco. Od razu
odechciało mu się spać. Co miał znaczyć ten telefon? Kto mógł wiedzieć, że zamierza wyjechać?
Ubrał się pośpiesznie. Przede wszystkim należało sprawdzić, czy jest śledzony.
Wyszedł frontowymi drzwiami na Morską szybko, wręcz na nią wybiegł - a po tamtej stronie ulicy
zrobił gwałtowny ruch i zamarł odwróciwszy twarz do odrapanej ściany jegomość w długim czarnym
płaszczu i futrzanej czapce.
Dorożka jak zawsze czekała na niego od dziewiątej rano za rogiem na Gorochowej. Grubin szedł tam
wolnym krokiem i dopiero skręciwszy za róg podbiegł do dorożki, skoczył na siedzenie:
- Na Newski, szybko!
Wypoczęty koń z miejsca ruszył kłusem; śnieg głośno chrzęścił pod jego nogami i płozami sań.
„Trzeba częściej zmieniać dorożkę - myślał Grubin. - Teraz trzeba chyba co dzień zamawiać nową
i kazać jej czekać w innym miejscu. Ale może ten facet w czarnym płaszczu wcale mnie nie śledzi?“
Grubin tknął dorożkarza w plecy:
- Zawracaj, zapomniałem papierów.
Kiedy zawracali, omal nie zderzyli się z jadącą naprzeciw dorożką, w której siedział jegomość
w czarnym płaszczu, a obok niego drugi - w kapocie.
„A więc to tak... Oni też mieli przygotowaną dorożkę - powiedział do siebie Grubin. - Ciekawe, co
teraz zrobią...“
Znalazłszy się w swoim domu, Grubin zatrzymał się na podeście półpiętra i patrzył przez okno na
ulicę. Upłynęło z dziesięć minut zanim na przeciwległej stronie ulicy od strony Gorochowej pojawił się
barczysty mężczyzna w kapocie. Szedł wolno ze spuszczoną głową - robił wrażenie pogrążonego
w głębokiej zadumie; potem obejrzał się i zaczął na ukos przechodzić ulicę kierując się w stronę
stojącej przed bramą dorożki, którą przyjechał Grubin, zamienił kilka słów z dorożkarzem i ruszył
dalej.
Grubin szybko zszedł po schodach, wyszedł na ulicę i wsiadł do dorożki.
- Tak jak pan sobie życzył? - spytał dorożkarz.
- Tak. Na Newski. Czy ten pan chciał cię wynająć?
- Nie, wasza wielmożność, spytał tylko, czy jestem wolny, i koniec...
Grubin, wyglądający bardzo okazale w swym drogim futrze z bobrowym kołnierzem i w bobrowej
czapce z aksamitnym denkiem, siedział wyprostowany z godnością nie patrząc na boki i gorączkowo
myślał, co robić. Obejrzał się dopiero, kiedy wysiadł z dorożki przed Bankiem Handlowym. Dorożka
tamtych dwóch zatrzymała się o dwa domy dalej; pasażerowie wysiedli i stali tam na chodniku
rozmawiając.
A więc nie ma już najmniejszej wątpliwości, że jest śledzony. Ale przez kogo? I co robić? Grubin
myślał o tym przez całe dwie godziny, które spędził w banku przeglądając stare tablice notowań
giełdowych.
Szczególnie zaniepokoiło go to, że inwigilacja jest prowadzona tak bezczelnie i niefachowo - dlaczego
agenci działali tak jawnie, w tak prymitywny sposób? Ale może ochranie brakuje już dobrych
pracowników? A może to wcale nie jest ochrana? Ale nie, kontrwywiad wojskowy także nie mógłby
działać tak topornie. Wobec tego, kto wysłał tych amatorów?
Grubin zadzwonił do Manusa, ale nie było go w domu. Zaczął dzwonić pod wszelkie znane mu
numery bankiera i wreszcie znalazł go w Zarządzie Banku Międzynarodowego.
- Muszę się koniecznie z panem zobaczyć - rzekł Grubin i uprzedzając odmowę dodał: - Zaraz do pana
przyjadę - i położył słuchawkę.
Podał dorożkarzowi adres i uważnie obejrzał ulicę. Mężczyzna w kapocie pobiegł w stronę swojej
dorożki. Grubin rozkazał jechać wolno i wkrótce ujrzał agentów, którzy jechali za nim.
Kiedy dorożka zatrzymała się koło Zarządu Banku, Grubin nie wysiadł czekając aż tamci podjadą bliżej
- nie mieli tu gdzie skręcić, zatrzymali się więc w odległości jakichś pięćdziesięciu kroków, ale także
nie wysiedli.
Grubin wszedł przez ogromne dębowe drzwi, które otworzył przed nim majestatyczny portier
z czarną brodą i wąsami, w westybulu oddał futro szatniarzowi i bez pośpiechu ruszył na górę, do
gabinetu Manusa.
Manus siedział oparty potężnym torsem o biurko; zmrużywszy wypukłe oczy patrzył wyczekująco na
Grubina.
- Jestem śledzony - powiedział Grubin nie witając się.
- A diabłów jeszcze pan nie widzi? - spytał Manus.
- Mówię zupełnie poważnie. Jestem śledzony. Blisko od trzech godzin depcą mi po piętach dwaj
agenci. Teraz czekają na mnie niedaleko pańskiej bramy.
Manus przestał się uśmiechać.
- To być nie może - rzekł wreszcie z głębokim przekonaniem.
- A jednak to jest prawda - Grubin podszedł do okna: - Oto oni, niech pan spojrzy.
Manus również podszedł do okna, popatrzył, potem wrócił do biurka, podniósł słuchawkę jednego
z telefonów i podał numer.
- Mówi Manus. Jest tu u mnie mój przyjaciel i kolega Gieorgij Maksimowicz Grubin. Co za dureń kazał
go śledzić? Bardzo proszę, niech pan każe natychmiast z tym skończyć. To skandal! Tak, tak, Gieorgij
Maksimowicz Grubin. Dobrze. Nie ma żadnych rewelacji. Tak, wieczorem tam będę. Do wieczora.
Manus położył słuchawkę i powiedział:
- Jeśli nawet jakiemuś durniowi wpadło do głowy, aby pana śledzić, to zaraz się to skończy.
- Z kim pan rozmawiał? - spytał Grubin.
- No a z kim ja mogę mówić o takich rzeczach? Tylko z ministrem spraw wewnętrznych - niedbałym
tonem, acz nie bez chełpliwości odparł Manus.
- Co powiedział?
- Sprawdzi i wyda polecenie, aby z tym skończyć. Niech pan do mnie zadzwoni, jeśli jutro ten skandal
będzie jeszcze trwał. Czy ma pan do mnie tylko to głupstwo?
- To, co dla pana jest głupstwem, mnie wprawia w poważny niepokój. Jeśli jakiemuś, jak się pan
wyraził, durniowi dziś zachciało się mnie śledzić, to jutro może mnie wysłać do Kriestów.
- Ależ niech się pan nie denerwuje, proszę do mnie zadzwonić jutro - rzekł Manus i ciągnął: - A ja
mam do pana poważną sprawę: jak pan uważa, czy nie lepiej usunąć Barka z ministerstwa finansów?
On mi rzuca kłody pod nogi...
Grubin nie był absolutnie w nastroju do zajmowania się cudzymi sprawami i postanowił wykręcić się
ogólnikami:
- Żaden minister finansów nie może stać się pańskim biuralistą.
- Rozumiem to, tak, tak - z ożywieniem rzekł Manus. - Ale przeciwko Barkowi nastawieni są wszyscy -
i mama, i Grigorij, i Protopopow, i Stürmer. Jednego się boję - żeby nie posadzili na jego miejsce
jakiegoś durnia... Przecież Bark to tęga głowa, rozmowa z nim to prawdziwa przyjemność. Dureń jest
dla nas bardziej niebezpieczny...
- Więc niech pan sam wybiera ministra - powiedział Grubin i pomyślał: „Już dawno trzeba się było
pozbyć proangielskiego Barka, ale wciąż jakoś brakowało czasu...“
- W tym rzecz, że bardzo trudno znaleźć - westchnął Manus mierzwiąc swe gęste szpakowate włosy. -
Głównym specem od przetasowań w ministerstwach jest mama, jeśli jednak ona coś sobie wbije do
głowy, to przepadło. A doradców ma pełen pałac.
- Czyżby nie wierzyła już ani Protopopowowi, ani Stürmerowi?
- Wiara histeryczki to dym; wystarczy, aby ktoś dmuchnął, i po wierze...
W tej chwili Grubin podjął decyzję, że jeszcze dzisiaj opuści Piotrogród.
3
Pociąg do Moskwy odchodził o dziesiątej wieczór. O godzinie ósmej trzydzieści Grubin wyjdzie
z domu kuchennymi schodami. Wsiądzie do tramwaju, ale nie do tego, który jedzie wprost na
dworzec, lecz do tego, który dowiezie go tam okrężną drogą. Wysiądzie z tramwaju gdzieś w rejonie
Ligowki. Tam można przejść się Puszkinowską, gdzie koło łaźni i całą ulicą aż do pomnika Puszkina
spacerują damy z sakwojażami. Następnie szybko dojdzie do dworca, kupi bilet i wsiądzie do pociągu.
Przekąsiwszy coś naprędce i przygotowawszy wszystko do odjazdu, Grubin rozebrał się i położył do
łóżka. Spał mocno, bez snów. Budzik obudził go o siódmej. Nie zapalając świecy długo patrzył przez
okno na ulicę. Ale nie mógł niczego dojrzeć, gdyż żadna latarnia nie paliła się.
Dokładnie o ósmej trzydzieści wyszedł z domu i tak jak planował o dziewiątej z minutami wysiadł
z tramwaju na Ligowce - ciemnej i pustej, zawalonej śniegiem. Ulica między czarnymi domami
wydawała mu się l