You are on page 1of 10

Drugi manifest surrealizmu" -

fragmenty. André Breton, 1930. Tłum. Adam Ważyk.

Drugi manifest surrealizmu

Na przekór poszczególnym wystąpieniom tych, co się powoływali lub powołują na


surrealizm, wypadnie ostatecznie uznać, że surrealizm do niczego nie dąży bardziej, jak
do wywołania, z punktu widzenia intelektualnego i moralnego, kryzysu świadomości w
najszerszym i najpoważniejszym zakresie i że jedynie osiągnięcie lub nieosiągnięcie tego
wyniku może zdecydować o powodzeniu lub klęsce historycznej.

Z punktu widzenia intelektualnego szło i nadal idzie o to, aby wszelkimi środkami
wykazać i za wszelką ceną przekonać ludzi o sztucznym charakterze starych antynomii
obłudnie powołanych do zapobiegania wszelkim niezwykłym poruszeniom człowieka, tak
aby otrzymywał ubogie wyobrażenie o swoich środkach, aby tracił wiarę, czy potrafi się
uchylić w znaczącej mierze od powszechnego przymusu. Straszak śmierci, pozagrobowe
cafes chantany, przespanie największej sprawy, przygniatająca zasłona przyszłości, wieże
Babel, lustra mówiące o nietrwałości, mózg rozpryśnięty na nieprzekraczalnym murze
pieniądza, te bardzo natarczywe obrazy ludzkiej klęski być może są tylko obrazami.
Wszystko przemawia za tym, że istnieje pewien punkt w umyśle, z którego życie i śmierć,
rzeczywistość i urojenie, przeszłość i przyszłość, rzeczy możliwe i niemożliwe do
przekazania, góra i dół przestają być postrzegane jako przeciwstawne. Daremną byłoby
rzeczą dopatrywać się w działalności surrealistycznej innej pobudki poza nadzieją
określenia tego miejsca. Widać więc wyraźnie, jakim by absurdem było przypisywanie tej
działalności wyłącznie niszczycielskiego albo konstruktywnego sensu: miejsce, o którym
mowa, jest a fortiori miejscem, gdzie budowa i destrukcja nie mogą być przeciwko sobie
wygrywane. Jest również jasne, że surrealizm nie jest zainteresowany w liczeniu się z
tym, co się dzieje obok niego pod płaszczykiem sztuki i anty-sztuki, filozofii czy
antyfilozofii, słowem z tym wszystkim, co nie ma na celu unicestwić istotę ludzką w
wewnętrznym ślepym blasku, który nie będzie bardziej duszą lodu niż duszą ognia.
Czegóż by mogli oczekiwać od doświadczenia surrealistycznego ci, którzy dbają jeszcze
choć trochę o miejsce, jakie zajmą w świecie? W tym miejscu, z którego można tylko
dla siebie samego przeprowadzić niebezpieczne, ale jak sądzimy, ostateczne rozpoznanie,
nie może być mowy o przywiązywaniu najmniejszego znaczenia do krzątaniny
wchodzących i wychodzących gości, bo kroki ich rozlegają się w rejonie, którego
surrealizm z zasady nie dostrzega. Nie chcielibyśmy, aby surrealizm zależał od łaskawego
humoru takich czy innych ludzi; jeśli powiadamy, że potrafi własnymi metodami wyrwać
myśl z niewoli, która z dnia na dzień staje się surowsza, skierować ją na powrót do
osiągnięcia całkowitej sprawności i przywrócić jej pierwotną czystość, to chyba
wystarczy, ażeby sądzono surrealizm wyłącznie według tego, co zrobił i co mu pozostaje
do zrobienia, by dotrzymać obietnicy.

Zanim przystąpimy do sprawdzania rachunków, warto jednak wiedzieć, do jakiego


właściwie rodzaju wartości moralnych surrealizm się odwołuje, skoro równocześnie
zanurza swoje korzenie w życiu, i chyba nie przypadkowo w teraźniejszym życiu, z
chwilą kiedy z powrotem obłożę to życie anegdotami, jak stan zachmurzenia, tykanie
zegarka, zimno, dolegliwości, to znaczy zacznę o nim mówić w sposób pospolity. Myśleć o
tych rzeczach, rozprawiać wszystko jedno o czym w tej zdegradowanej skali - nikt się od
tego nie wykręci, chyba że przekroczy ostatni stopień ascezy. To właśnie z tego
obrzydliwego bulgotania pozbawionych sensu wyobrażeń rodzi się i wyrasta pewne
pragnienie: chcemy przejść do porządku dziennego nad nieistotnym, nad absurdalnym
rozróżnieniem brzydoty i piękna, prawdy i fałszu, dobra i zła. A że od stopnia oporu, na
jaki ta decyzja natrafia, zależy bardziej lub mniej stanowczy odlot umysłu do świata, w
którym można nareszcie zamieszkać, łatwo, będzie zrozumieć, że surrealizm bez lęku
uznaje za swój dogmat bunt absolutny, całkowite nieposłuszeństwo, sabotaż z reguły, i
że już niczego nie oczekuje, tylko przemocy. Najprostszy akt surrealistyczny to wyjść na
ulicę z rewolwerami w pięściach i strzelać w tłum na chybił trafił. Kto nie miał chociaż
jeden raz w życiu ochoty skończyć w ten sposób z drobnym systemem zbydlęcenia i
prawomocnego skretynienia, ten ma wyznaczone miejsce w tym tłumie z brzuchem na
poziomie lufy.(1) Motywacja takiego aktu nie jest w moim rozumieniu niezgodna z wiarą
w owo światełko, które surrealizm stara się w głębi nas odnaleźć. Chciałem tu tylko
dopuścić do głosu ludzką rozpacz, poza którą nic nie zdoła objaśnić tej wiary. Jest rzeczą
niemożliwa dać swoją zgodę na jedno, a nie dać jej na drugie. Ktokolwiek będzie udawał,
że przyjmuje tę wiarę nie podzielając naprawdę tej rozpaczy, w oczach tych, którzy
wiedzą, stanie się natychmiast wrogiem. Coraz mniej wydaje się konieczne szukanie
precedensów dla tej dyspozycji duchowej, którą nazywamy surrealistyczną i która, jak
widzimy, sama potrafi dbać o siebie, a jeśli idzie o mnie, to nie sprzeciwiam się wcale,
aby kronikarze, prawnicy i inni uważali ją za specyficznie nowoczesną. Mam więcej
zaufania do mojej myśli aktualnej, dzisiejszej, niż do wszelkich możliwych interpretacji
dzieła skończonego, życia, które dobiegło kresu. Ostatecznie nie ma nic bardziej jałowego
niż nieustanne spytki, na jakie ciągną umarłych: czy Rimbaud nawrócił się przed
śmiercią, czy można znaleźć w testamencie Lenina elementy potępienia dla obecnej
polityki III Międzynarodówki, czy osobisty wypadek nieszczęścia fizycznego nie był
głównym źródłem pesymizmu Alfonsa Rabbe, czy Sade podczas rządów Konwentu nie
dopuścił się aktu kontrrewolucji? Wystarczy posłuchać tych pytań, aby sobie uprzytomnić,
jak kruche bywa świadectwo tych, których już nie ma. Za wielu spryciarzy interesuje się
powodzeniem tej duchowej grabieży i wolę nie wchodzić na ich teren. W sprawie buntu
nikomu z nas nie potrzeba poprzedników. Chciałbym zaznaczyć, że moim zdaniem trzeba
się wystrzegać kultu ludzi, choćby nie wiem jak wielcy się wydawali. Pomijając jednego
tylko Lautreamonta, nie widzę nikogo, kto by nie zostawił jakiegoś wieloznacznego śladu.
Nie warto dyskutować ciągle o Rimbaudzie: Rimbaud się mylił, Rimbaud chciał zmylić
innych. Zawinił wobec nas tym, że pozostawił możliwość pewnych interpretacji swojej
myśli, że nie zapobiegł haniebnym interpretacjom typu Claudela. Tym gorzej również dla
Baudelaire'a ("O Szatanie...") i dla tej "wiecznej reguły" jego życia: "zmawiać każdego
ranka modlitwę do Boga, rozdawcy sił i sprawiedliwości, do mojego ojca, Marietty i
Poego, jako orędowników". Prawo do zaprzeczania sobie, wiem o tym, ale jak dalecę! Do
Boga, do Poego? Poe, który w czasopismach policji podawany jest obecnie z całą
słusznością za mistrza naukowych agentów policyjnych (rzeczywiście, od Sherlocka
Holmesa aż do Pawła Valery...) Czy nie jest hańbą przedstawić w świetle pociągającym
intelektualnie typ policyjny, zawsze przecież policyjny, obdarzyć świat metodą
policyjną? Możemy mimochodem splunąć na Edgara Poe.

I niech diabeł jeszcze raz chroni ideę surrealistyczną, jak każdą inną ideę, która dąży do
przyjęcia konkretnego kształtu, do ogarnięcia wszystkiego, co można sobie najlepszego
wyobrazić w dziedzinie faktu, z tego samego względu, z jakiego idea miłości dąży do
stworzenia odpowiedniej istoty, a idea Rewolucji do tego, aby któregoś dnia Rewolucja
nadeszła, bez czego idee te straciłyby wszelki sens - przypomnijmy, że idea surrealizmu
dąży po prostu do całkowitego odzyskania naszej siły psychicznej przy użyciu środków,
które oznaczają zawrotne zejście w głąb siebie, systematyczne oświetlanie miejsc
ukrytych i postępujące zaciemnianie innych, wieczną przechadzkę pośrodku strefy
zakazanej, i że jej działanie nie ma żadnej poważnej szansy dojścia do kresu, dopóki
człowiek potrafi odróżnić zwierzę od ognia albo kamienia - niech diabeł chroni,
powiadam, ideę surrealistyczną od poruszania się bez ziemskich wcieleń. Trzeba
koniecznie tak postępować, jak gdybyśmy rzeczywiście byli "na świecie", aby potem
sformułować pewne zastrzeżenia. Niechaj więc ci, co rozpaczają, widząc, że porzucamy
wyżyny, na których nas rozstawili, nie gorszą się, że będę mówił o postawie politycznej,
"artystycznej", polemicznej, którą pod koniec 1929 możemy przyjąć.
Nie wiem, czy wypada tu odpowiedzieć na dziecinne obiekcje tych, którzy biorąc w
rachubę możliwe zdobycze w domenie poetyckiej, gdzie surrealizm rozpoczynał swoje
pierwsze wprawki, niepokoją się widząc, że bierze udział w sporze społecznym, i
przypuszczają, że tutaj ma wszystko do stracenia. To niewątpliwie lenistwo z ich strony
albo wyrażona pośrednio chęć ograniczenia naszej działalności.

"W sferze moralności - powiedział, jak sądzimy, raz na zawsze Hegel - w sferze
moralności, jako różnej od sfery społecznej, można zanotować tylko przekonanie
formalne; o przekonaniu prawdziwym wzmiankujemy po to, aby wskazać różnicę i
uniknąć nieporozumienia, na jakie się narażamy traktując przekonanie, o jakim tu mowa,
to znaczy przekonanie formalne, jak gdyby to było przekonanie prawdziwe, które
powstaje dopiero w życiu społecznym" (Filozofia prawa). Niedostateczność tego
przekonania formalnego jest bezsporna, a starania o to, abyśmy się za wszelką cenę tego
właśnie przekonania trzymali, nie przynoszą zaszczytu ani inteligencji, ani dobrej woli
naszych współczesnych. Od czasów Hegla żaden system ideologiczny nie może bez
natychmiastowego załamania się dopuścić próżni, jaką by wytworzyła w samym myśleniu
zasada woli działającej na własny rachunek i skazanej na odbijanie się w sobie. Jeżeli
przypomnę, że uprawnienie w Heglowskim sensie tego słowa może być tylko funkcją
przenikania życia "substancjalnego" w życie subiektywne i że myśl ta nie natrafiała na
zasadniczy sprzeciw, niezależnie zresztą od ich rozbieżności, tak różnych od siebie
umysłów, jak Feuerbach, który w końcu zanegował świadomość jako władzę szczególną,
jak Marks, całkowicie pochłonięty potrzebą gruntownej zmiany warunków zewnętrznych
życia społecznego, jak Hartmann, który z teorii nieświadomości o podstawie wybitnie
pesymistycznej wyprowadzał nową optymistyczną afirmację naszej woli życia, jak Freud,
podkreślający coraz silniej instancję super ego - to myślę, że nikogo nie zdziwi fakt, że
surrealizm przy okazji przyłoży się do czegoś, co nie jest rozwiązaniem problemu
psychologicznego, choćby był to problem bardzo ciekawy. W imię nieodzownego uznania
tej konieczności sądzę, że nie możemy uchylić się od postawienia na porządku dziennym
jak najbardziej palącej kwestii ustroju społecznego, w jakim żyjemy, chcę powiedzieć -
kwestii przyjęcia lub nieprzyjęcia tego ustroju. W imię tej samej konieczności będzie mi
co najmniej dozwolone oskarżyć uciekinierów porzucających surrealizm, dla których to,
co tutaj twierdzę, jest zbyt trudne albo zbyt daleko idące. Cokolwiek zrobią,
jakimikolwiek fałszywymi okrzykami radości będą święcili swoje odejście, na jakikolwiek
wielki zawód nas narażą - aż nimi i ci wszyscy, którzy mniemają, że jeden ustrój wart
drugiego, bo w każdym wypadku człowiek poniesie klęskę - mam nadzieję, że nie ich, ale
moim udziałem będzie owa najwyższa "ironia", która odnosi się do wszystkiego, a więc
również do ustrojów, ironia, która będzie im odmówiona dlatego, że stanowi stadium
wyższe, że zakłada jako warunek wstępny akt całkowicie dobrowolny, polegający na
przejściu przez cykl "hipokryzji, probabilizmu, woli, która chce dobra, i wreszcie
przekonania" (Hegel: Fenomenologia ducha).

Problem działalności społecznej, chciałbym to podkreślić z naciskiem, jest tylko jedną z


postaci ogólniejszego problemu, poruszonego przez surrealizm, problemu wypowiedzi
ludzkiej we wszystkich jej formach. Kto mówi o wypowiedzi, mówi przede wszystkim
o języku. Nie trzeba się więc dziwić, że surrealizm na początku szukał sobie miejsca
niemal wyłącznie na płaszczyźnie języka, ani tym bardziej, że po wypadach w różne
strony powraca na tę płaszczyznę jak gdyby po to, aby się cieszyć zdobytym terenem.
Rzeczywiście nic nie może przeszkodzić temu, aby ten teren w znacznej mierze został
zdobyty. Hordy słów rozpętanych przez Dada i surrealizm, cokolwiek by miało się stać,
nie należą do tych, co wycofują się z niczym. Przedostaną się powoli, ale na pewno, do
idiotycznych mieścin literatury, którą się jeszcze wykłada, i nie rozróżniając dobrych od
złych dzielnic powoli zjedzą wszystkie wieżyczki. Pod pretekstem, że jak dotąd udało nam
się podkopać tylko poezję, ale nic poza tym, ludność nie przejmuje się zbytnio,
gdzieniegdzie tylko stawia jakieś nieznaczne tamy. Na pozór nikt nie zwraca na to uwagi,
że mechanizm logiczny zdania okazuje się sam przez się coraz bardziej bezsilny, że nie
potrafi wywołać dreszczu wzruszenia, który nadaje rzeczywiście jakąś wartość ludzkiemu
życiu. Tymczasem przeciwnie, człowiek przyjmuje teraz produkty działalności
spontanicznej czy bardziej spontanicznej, bezpośredniej czy bardziej bezpośredniej,
jakie w coraz większej ilości daje mu surrealizm pod postacią książek, obrazów i filmów,
na które z początku patrzał z osłupieniem, otacza się nimi, z większą lub mniejszą
uległością pozwala wstrząsnąć swoim sposobem odczuwania. Wiem: ten człowiek to
jeszcze nie każdy człowiek, trzeba mu na to pozostawić "trochę czasu". Ale spójrzcie, jak
żywe i przewrotne uznanie potrafiła sobie zdobyć garść utworów całkiem nowoczesnych,
o których można co najmniej powiedzieć, że panuje w nich atmosfera szczególnie
niezdrowa: Baudelaire, Rimbaud (pomimo poczynionych przeze mnie zastrzeżeń),
Huysmans, Lautreamont, aby ograniczyć się do poezji. Nie lękajmy się uczynić zasady z
tego niezdrowia. Trzeba, aby nikt nie mógł powiedzieć, że nie zrobiliśmy wszystkiego dla
zniszczenia tej głupiej iluzji szczęścia i zgody, którą wiek XIX ku swojej chwale postawił w
stan oskarżenia. To pewna, żeśmy nie przestali kochać fanatycznie tych promieni
słonecznych rojących się od miazmatów. Ale w chwili, kiedy władze publiczne we Francji
przygotowują się do groteskowego uczczenia stulecia romantyzmu, oznajmiamy, że ów
romantyzm, za którego ogon historyczny chcemy się uważać, ale za ogon jeszcze
chwytliwy, z istoty swojej w 1930 zawiera się całkowicie w negacji tych władz i tych
uroczystości, że sto lat istnienia stanowi jego młodość, że to, co błędnie nazwano jego
epoką heroiczną, uczciwie może uchodzić tylko za pisk niemowlęcy istoty, która dopiero
przez nas zaczyna ujawniać swoje pragnienia i która, jeśli się przyjmie, że wszystko, co
się myślało przed nią - "po klasycznemu" - było dobrem, chce niewątpliwie wszelkiego
zła.

Trzeba żałować, że na drodze automatycznego zapisu, na przykład, czy w relacjach snów


nie zdobyto się na bardziej systematyczny i konsekwentniejszy wysiłek, czego surrealizm
domaga się bez przerwy. Pomimo nacisku, jakiśmy kładli na wprowadzenie tekstów tego
rodzaju do publikacji surrealistycznych, i wydatnego miejsca, jakie zajmują w pewnych
utworach, trzeba przyznać, że czasami ledwo potrafią utrzymać zainteresowanie i trochę
za często robią wrażenie "brawurowych kawałków". Zjawienie się bezspornego szablonu
w tych tekstach przynosi szkodę sprawie, nie przyspiesza owego zwrotu, który chcieliśmy
przez nie wywołać. Zawiniła w tym opieszałość wielu autorów, którzy zadowalali się na
ogół poruszaniem pióra po papierze nie śledząc w najmniejszym stopniu tego, co się w
tym czasie dzieje w nich samych - chociaż to rozdwojenie jest łatwiej uchwytne i
ciekawsze niż przy pisaniu z zastanowieniem - albo zbierali w sposób mniej lub bardziej
dowolny elementy snów, obliczone raczej na efekt malowniczości niż na postrzeganie ich
gry i odnoszony z tego pożytek. Oczywiście takie nieporozumienia mogą nas pozbawić
wszelkich korzyści, jakich oczekujemy po tych operacjach. Wielka ich wartość dla
surrealizmu polega w istocie na tym, że mogą nam udostępnić pewne tereny logiczne,
mianowicie takie, w których zdolność logiczna stosowana we wszystkim i do wszystkiego
w granicach świadomości, dotychczas nie działała.

Do nas więc należą starania o to, aby coraz jaśniej postrzegać, co się snuje bez wiedzy
człowieka, w głębi jego ducha, choćby się nawet miał na nas gniewać za odkrywane w
nim wiry. W tym wszystkim jesteśmy dalecy od pomniejszania strony przejrzystej i nie
ma najmniejszego powodu odsyłać nas do naukowego studiowania "kompleksów". To
pewna, że surrealizm, który w sensie społecznym zdecydowanie przyjmuje formułę
marksistowską, nie ceni sobie nisko freudowskiej krytyki idei: wręcz przeciwnie, uważa ją
za pierwszą i jedyną, prawdziwie ugruntowaną krytykę. Jeśli nie możemy przyglądać się
obojętnie dyskusji, którą na naszych oczach prowadzą kwalifikowani przedstawiciele
różnych kierunków psychoanalitycznych, to nie mamy powodu mieszać się do sporu,
który, jak sądzimy, długo jeszcze może się z pożytkiem ciągnąć wyłącznie między
praktykami. Nie w tej domenie chcielibyśmy posłużyć się swoimi osobistymi
doświadczeniami. Ale ci, których surrealizm przy sobie skupia, mają naturalną skłonność
do specjalnego rozważania tej tezy Freuda, pod którą podpada lwia część ich działalności
powszedniej - troski o tworzenie, o niszczenie artystyczne - mam na myśli definicję
zjawiska "sublimacji" (2), toteż siłą rzeczy surrealizm domaga się od nich, aby wnosili do
swojego zadania nową świadomość, aby niejako uzupełniali autoobserwację, która w ich
wypadku ma wartość wyjątkową, niedociągnięcia występujące przy badaniu stanów tak
zwanych "dusz artystycznych" przez ludzi, którzy nie są artystami, ale przeważnie
lekarzami. Trzeba też, aby postępując odwrotnie niż - jak to zdołaliśmy zauważyć -
postępowali dotychczas, ci, którzy w sensie freudowskim maja ów "cenny dar", o którym
mówimy, przyłożyli się do zbadania w tym świetle niezmiernie złożonego mechanizmu
natchnienia i poczynając od momentu, kiedy się je przestaje uważać za rzecz świętą, z
całym zaufaniem, jakie mają do niezwykłych własności tego stanu, myśleli o rozerwaniu
jego ostatnich więzów, to znaczy - czego nie śmiano nigdy brać pod uwagę - o
podporządkowaniu go sobie. Nie warto przy tej okazji wdawać się w subtelności,
wiadomo na ogół, co to jest natchnienie. Co do tego nie można się mylić; natchnienie
zaspokajało najwyższe potrzeby wypowiedzi we wszystkich czasach i we wszystkich
miejscach. Powiada się pospolicie, że albo ono jest, albo go nie ma i że jeśli go nie ma,
to nic z tego, co zamiast niego podsuwa ludzka sprawność, co ma stempel
zainteresowania, inteligencji dyskursywnej i talentu wzbogaconego pracą, nie może nam
wynagradzać tego braku. Poznajemy je bez trudu po tym, że całkowicie opanowuje nasz
umysł, że co jakiś czas nie dopuszcza wobec postawionego problemu, abyśmy się stali
igraszką raczej jednego racjonalnego rozwiązania niż innego racjonalnego rozwiązania,
poznajemy po tym krótkim spięciu, jakie wytwarza między daną myślą a jej
odpowiednikiem (na przykład zapisanym). Tak samo, jak w świecie fizycznym, krótkie
spięcie wytwarza się, kiedy dwa "bieguny" maszyny zostają połączone przewodnikiem
bez oporu albo ze zbyt niskim oporem. W poezji i w malarstwie surrealizm zrobił
wszystko, co mógł, aby pomnożyć te krótkie spięcia. Na niczym nam bardziej nie zależy i
nie będzie zależało, jak na sztucznym odtworzeniu tego idealnego momentu, kiedy
człowiek we władzy szczególnej emocji zostaje nagle pochwycony przez coś, co jest
"silniejsze od niego", i rzucony wbrew sobie w nieśmiertelność. Trzeźwy, rozbudzony,
byłby ze zgrozą wyrwał się z tej przykrej sytuacji. Rzecz cała w tym, że nie jest pod tym
względem wolny, że dalej przemawia przez cały czas, kiedy trwa to tajemnicze
dzwonienie: bo rzeczywiście, o tyle on należy do nas, o ile przestaje należeć do siebie. Te
wytwory działalności psychicznej, jak najbardziej oderwane od chęci oznajmiania
czegokolwiek, jak najbardziej uwolnione od idei odpowiedzialności zawsze gotowych
działać jako hamulce, jak najbardziej niezależne od wszystkiego, co nie jest pasywnym
życiem inteligencji ludzkiej, te wytwory, które są zapisem automatycznym albo
relacjami snów (3), mają równocześnie tę zaletę, że tylko one mogą dostarczyć
elementów oceny w wielkim stylu krytyce, która w dziedzinie artystycznej okazuje się
dziwnie bezradna, umożliwić nowe generalne ustalenie wartości lirycznych i ofiarować
klucz nadający się do otwierania bez końca tego pudełka o wielokrotnym dnie, któremu
na imię człowiek, klucz, który odwodzi go od cofnięcia się pod działaniem zwykłych
pobudek samozachowawczych w chwili, kiedy natrafi w mroku na zamknięte od zewnątrz
drzwi do "innego świata" rzeczywistości, rozumu, geniuszu i miłości. Nastąpi dzień, kiedy
nikt nie będzie śmiał poczynać sobie po dragońsku z namacalnymi dowodami innej
egzystencji niż ta, jaką w swoim domniemaniu prowadzimy. Ludzie nie będą mogli wyjść
z podziwu, że znalazłszy się o tak drobny krok od prawdy, postaraliśmy się gremialnie o
literackie czy jakiekolwiek inne alibi po to, aby - nie umiejąc pływać - nie rzucać się do
wody i - nie wierząc w feniksa - nie iść w ogień dla osiągnięcia tej prawdy.

Alchemia słowa: to określenie powtarzane dzisiaj dość przypadkowo, domaga się


potraktowania dosłownego. Jeżeli odnośny rozdział Sezonu w piekle niezupełnie dorasta
do swoich ambicji, to przecież jest prawdą, że może być bez cienia fałszu traktowany
jako zachęta do trudnej działalności, którą dzisiaj jedynie surrealizm uprawia. Byłoby z
naszej strony literacką dziecinadą twierdzić, że nie za wiele zawdzięczamy temu
słynnemu tekstowi. Czy wspaniały wiek XIV jest mniej wspaniały w sensie nadziei (i
rozumie się, rozpaczy) ludzkiej, dlatego że człowiek obdarzony geniuszem Flamela
otrzymał od jakichś tajemniczych potęg istniejący już rękopis książki Abrahama Żyda
albo że tajniki Hermesowe nie zdołały całkowicie zaginąć? Nie wierzę w to ani na jotę i
sądzę, że poszukiwania Flamela wraz z tym wszystkim, co na oko stanowi ich konkretne
osiągnięcie, nic nie tracą przez to, że ktoś go poprzedzał i wspomagał. W naszej epoce
wszystko się odbywa podobnie, jak gdyby kilku ludzi otrzymało drogami
nadprzyrodzonymi osobliwy zbiorek, owoc współpracy Rimbauda, Lautreamonta i kilku
innych, i głos im jakiś powiedział, jak Flamelowi anioł: "Obejrz dokładnie tę książkę, nic z
niej nie zrozumiesz, ani ty, ani wielu innych, ale któregoś dnia dojrzysz w niej coś, czego
nikt nie potrafi dojrzeć". Urzeczenie tą kontemplacją nie zależy już od nich. Proszę
łaskawie zwrócić uwagę, że między poszukiwaniami surrealistów i alchemików zachodzi
uderzająca analogia celu: kamień filozoficzny jest po prostu czymś, dzięki czemu ludzka
wyobraźnia miała wziąć wspaniały odwet na rzeczach, i oto my - po wiekach oswajania
umysłu i szaleńczej rezygnacji - na nowo kusimy się o ostateczne wyzwolenie wyobraźni
przez "długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów"* i tak
dalej. Być może nie zajmujemy się niczym innym, jak tylko skromnym pokrywaniem
ścian naszych mieszkań postaciami, które przede wszystkim wydają nam się piękne,
znowu podobnie jak to robił Flamel, zanim znalazł swój pierwszy czynnik, swoją
"materię", swój "tygiel". Lubił więc przedstawiać "Króla z długim kordelasem, który kazał
żołnierzom pozabijać w swoich oczach mnóstwo dzieci, a matki ich płakały u stóp
bezlitosnych strażników, których to dzieci krew zebrana była potem przez innych
żołnierzy do wielkiego naczynia, gdzie słońce i księżyc z nieba przychodziły się kąpać" a
tuż obok był "młody człowiek ze skrzydłami na chobotach, z kaducejem w ręce, którym
szatkował sałatę pokrywającą mu głowę. Naprzeciw którego nadążał biegnąc i latając na
otwartych skrzydłach wielki starzec, a ten miał do głowy przywiązany zegar". Czy nie
przychodzi na myśl, że to przecież obraz surrealistyczny? I kto wie, czy w przyszłości,
dzięki jakimś nowym okolicznościom lub niezależnie od nich, nie będziemy zmuszeni
posługiwać się całkiem nowymi przedmiotami albo też takimi, które uchodziły za nie
nadające się w żadnym wypadku do użycia? Niekoniecznie myślę o tym, że zaczniemy na
nowo połykać krecie serca albo też wsłuchiwać się, jak w bicie własnego serca, w
bulgotanie gorącej wody w rondelku. Zresztą nic nie wiem, czekam, co będzie. Wiem
tylko, że człowiek nie doszedł do kresu swoich trudów, i tyle, że witam z radością powrót
tego furoru, który Agryppa zbytecznie czy z pożytkiem dzielił na cztery rodzaje. To
właśnie z tym furorem i z nim wyłącznie mamy do czynienia w surrealizmie. I trzeba
zrozumieć, że nie idzie o zwykłe przegrupowanie słów lub kapryśne rozmieszczenie
obrazów wzrokowych, ale o odtworzenie stanu, który w niczym nie ustępuje pomieszaniu
zmysłów: cytowani przeze mnie pisarze nowocześni dostatecznie wypowiedzieli się na ten
temat. A że Rimbaud uznał za właściwe usprawiedliwiać się z tego, co nazywa
"sofizmatami", o to nas głowa nie boli; fakt, że tamto, według jego określenia, samo
przeszło, doprawdy nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Widzimy w tym bardzo
zwyczajne, drobne tchórzostwo, które w niczym nie przesadza losu pewnego zespołu idei.
"Potrafię dzisiaj powitać piękno": niewybaczalne u Rimbauda jest to, że udawał przed
nami drugą ucieczkę, kiedy naprawdę wracał do więzienia. - "Alchemia słowa": można
również żałować, że "słowo" jest tu użyte w nieco zwężonym sensie, a zresztą Rimbaud
sam bodaj przyznaje, że w tej alchemii za dużo miejsca zajmuje "starzyzna poetycka".
Słowo jest czymś więcej i na przykład dla kabalistów słowo nie jest wcale mniejsze od
czegoś, na podobieństwo czego stworzona jest dusza ludzka; wiadomo, że podnoszono je
aż do wyżyn pierwotnej praprzyczyny; to samo miejsce zajmuje ono w tym, czego się
boimy, w tym, co piszemy, i w tym, co kochamy.

Mówię, że surrealizm nie wyszedł jeszcze z okresu przygotowań, i prędko dorzucam, że


może ten okres będzie trwał tak długo jak ja (jak ja według bardzo skromnej miary, bo
nie jestem jeszcze w stanie uznać, że niejaki Paul Lucas spotkał Flamela w Brousse na
początku XVII wieku, że tego samego Flamela w towarzystwie jego żony i syna widziano
w Operze w 1761 i że zjawił się na krótki czas w Paryżu w maju 1819, kiedy to miał
wynająć sklep pod 22 przy ulicy Clery). Faktem jest, że mówiąc z grubsza są to
przygotowania typu "artystycznego". Przewiduję jednak, że się zakończą i że
wstrząsające idee zawarte w surrealizmie objawią się w huku ogromnego rozdarcia i
uzyskają pełną swobodę. Można sobie wszystko obiecywać po nastawieniu nowoczesnej
zwrotnicy dla przyszłych zamierzeń: nadchodząc po naszych zamierzeniach, będą
bardziej od naszych nieprzejednane. W każdym razie będziemy mieli dość powodu do
zadowolenia z siebie, żeśmy się przyczynili do wykazania skandalicznej nicości tego, co
się myślało przed naszym przyjściem, i żeśmy twierdzili - przynajmniej twierdzili - że
myśl powinna ugiąć się wreszcie pod naciskiem tego, co da się pomyśleć.

Wolno zapytać, kogo właściwie chciał Rimbaud zastraszyć grożąc otępieniem i obłędem
temu, kto chciałby pójść w jego ślady. Lautreamont na samym wstępie ostrzeże
czytelnika, że "jeśli nie przystąpi do lektury ze ścisłą logiką, nieufnością i co najmniej
równym jej napięciem umysłu, to zabójcze wyziewy tej książki - Pieśni Maldorora -
pochłoną jego duszę, jak woda cukier", ale natychmiast nie omieszka dorzucić, że "tylko
niektórzy będą smakowali ten gorzki owoc bez narażenia się na niebezpieczeństwo". Ta
kwestia klątwy, która dotychczas wywoływała ironiczne albo bezmyślne komentarze, jest
bardziej niż kiedykolwiek aktualna. Surrealizm może stracić wszystko, jeśli zechce oddalić
od siebie tę klątwę. Jest rzeczą ważną przywrócić i utrzymać owo "Maranatha"
alchemików, umieszczone nad progiem dzieła dla zatrzymania profanów. Wydaje mi się,
że to właśnie trzeba uprzytomnić w trybie naglącym niektórym z naszych przyjaciół, tym,
co na przykład są zbyt pochłonięci, jak sądzę, sprzedażą i lokowaniem swoich obrazów.
"Gdyby ci, których nazwiska - pisał niedawno Nouge - zaczynają się trochę wyróżniać,
usunęli się w cień, byłbym z tego dość zadowolony." Chociaż nie wiem dokładnie, kogo
miał na myśli, w każdym razie sądzę, że można wymagać od tych czy od owych, aby
przestali się uprzejmie obnażać i produkować na kuglarskiej arenie. Trzeba się stanowczo
bronić przed uznaniem publiczności. Pod żadnym pozorem nie wolno dopuścić
publiczności, jeżeli chce się uniknąć zamieszania. Dodam, że trzeba ją trzymać
rozdrażnioną za drzwiami systemem wyzwań i prowokacji.

DOMAGAM SIĘ GŁĘBOKIEJ, PRAWDZIWEJ OKULTACJI SURREALIZMU. (4)

Ogłaszam w tej kwestii prawo do bezwzględnej surowości. Żadnych ustępstw dla świata i
żadnego pobłażania. Straszliwy wybór w ręku.

Precz z tymi, którzy będą rozrzucali przeklęty chleb dla ptaków.

"Każdy, kto pragnąc osiągnąć najwyższy cel duszy wyrusza, aby poznać wyrocznie -
czytamy w Trzeciej Księdze Magii - na to, aby móc do nich dotrzeć, powinien całkowicie
oderwać ducha od spraw pospolitych, powinien oczyścić go z wszelkiej dolegliwości,
słabości, złośliwości albo podobnych skażeń, i wszelkiej właściwości przeciwnej rozumowi,
która go zjada, jak rdza zjada żelazo", a Czwarta Księga uściśla dobitnie, że oczekiwane
objawienie wymaga przebywania "w miejscu czystym i jasnym, zewsząd obitym białymi
obiciami", i że można spojrzeć w oczy zarówno złym, jak i dobrym Duchom jedynie dzięki
"uszlachetnieniu", do jakiego się dochodzi. Kładzie też nacisk na to, że księga złego
Ducha jest sporządzona "z bardzo czystego papieru, który nigdy przedtem nie był do
niczego użyty", nazywanego pospolicie dziewiczym pergaminem. Nie zdarzyło się, aby
magowie nie dbali o czystość olśniewającą swojego ubioru i swojej duszy, więc nie
byłbym w stanie zrozumieć, gdybyśmy oczekując tego, czego oczekujemy po pewnych
praktykach alchemii umysłowej, zgodzili się wykazać pod tym względem mniejsze
wymagania niż oni.

André Breton

(1) Wiem, że te dwa ostatnie zdania niezmiernie ucieszą pewnych pisarków, którzy od
długiego czasu starają się przeciwstawić mnie samemu sobie. Jak to? Powiadam, że
"najprostszy akt surrealistyczny..."? A więc! I kiedy jedni, przez zbytnią ciekawość,
korzystają z okazji, aby mnie zapytać, "na co czekam", inni krzyczą o anarchii i chcą
pokazać, że przyłapali mnie in flagranti na braku dyscypliny rewolucyjnej. Nie będzie mi
trudno popsuć im ten ubogi efekt. Tak, to prawda, staram się wiedzieć, czy jakaś istota
jest zdolna do przemocy, zanim sobie zadam pytanie, czy u tej istoty przemoc się
przystosowuje czy nie przystosowuje. Wierzę w absolutną wartość wszystkiego, co
się dokonywa spontanicznie czy niespontanicznie w sensie nieakceptacji, i nawet względy
ogólnej skuteczności, zalecające długą cierpliwość przedrewolucyjną, względy, przed
którymi się uginam, nawet one nie sprawią, że stanę się głuchy na krzyk, który każdej
chwili może z nas wydrzeć przeraźliwa dysproporcja między tym, cośmy wygrali, a tym,
co stracili, między tym, co zostało człowiekowi przyznane, a tym, co się przecierpiało.
Rzecz jasna, że mówiąc o prostym akcie wcale nie myślę zachwalać go dlatego, że jest
prosty, a zaczepki z tego tytułu są tyle samo warte, co mieszczańskie pytania pod
adresem każdego nonkonformisty, dlaczego nie popełnia samobójstwa, każdego
rewolucjonisty, dlaczego nie przenosi się do ZSRR. Zawracanie głowy! Niecierpliwość, z
jaką niektórzy oczekują mojego zniknięcia, i moje przyrodzone upodobanie do aktywności
wystarczą same przez się, aby mnie odwieść od niepotrzebnej "wyprowadzki".

(2) "Im bardziej pogłębiamy patogenezę chorób nerwowych - pisze Freud - tym wyraźniej
spostrzegamy związki, które je łączą z innymi zjawiskami życia psychicznego, nawet z
tymi, do których przywiązujemy największe znaczenie. I widzimy, w jak małym stopniu
rzeczywistość zaspokaja nasze żądania; wobec tego, pod naciskiem naszych
wewnętrznych stłumień stwarzamy w głębi nas samych całe fantastyczne życie, które
realizuje nasze pragnienia, kompensując braki egzystencji prawdziwej. Człowiek
energiczny, któremu się w życiu powiodło ("któremu się powiodło": oczywiście
pozostawiam na rachunku Freuda odpowiedzialność za to słownictwo), to taki, któremu
się udało fantazje swoich pragnień przemienić w rzeczywistość. Kiedy się taka przemiana
nie udaje z powodu nieprzyjaznych okoliczności albo słabości jednostki, ta się odwraca od
życia realnego: zamyka się w szczęśliwym świecie swojego marzenia; w razie choroby
przekształca treść marzenia w symptomy. W pewnych sprzyjających warunkach może
znaleźć jeszcze inny sposób przejścia od swoich fantazji do rzeczywistości zamiast
ostatecznie odsunąć się od niej przez regresję do dzieciństwa; rozumiem przez to, że
jeżeli ta jednostka ma dar artystyczny, dar tajemniczy pod względem psychologicznym,
to potrafi, zamiast w symptomy, przekształcać swoje marzenia w dzieła artystyczne. W
ten sposób unika neurozy i dzięki temu wybiegowi wchodzi na powrót w związek z
rzeczywistością."

(3) Jeśli uważam za swój obowiązek tak silnie podkreślać wartość tych dwóch operacji, to
nie dlatego, aby same przez się stanowiły w moich oczach panaceum intelektualne, ale że
dla doświadczonego obserwatora przedstawiają względnie najmniejsze pole do
nieporozumienia lub do oszustwa i że nie znaleziono nic lepszego, co by dało człowiekowi
cenne poczucie środków, jakimi rozporządza. Rozumie się samo przez się, że warunki,
jakie nam życie stwarza, sprzeciwiają się nieprzerywanemu trwaniu tak
bezinteresownego, przynajmniej na pozór, ćwiczenia myśli. Ci, co poddali się mu bez
zastrzeżeń, niezależnie od tego, jak nisko później niektórzy z nich upadną,
nienadaremnie zostaną któregoś dnia rzuceni w sam środek feerii wewnętrznej. Po tej
feerii powrót do wszelkiej przemyślanej działalności duchowej, choćby dogadzał gustom
przeważającym wśród ich współczesnych, będzie przedstawiał w ich oczach ubogie
widowisko.

Te bezpośrednie sposoby, ciągle dostępne dla wszystkich, które uporczywie wysuwamy


na czołowe miejsce z chwilą, kiedy w gruncie rzeczy idzie już nie o produkcję dzieł sztuki,
ale o rozjaśnienie nie odkrytej, a jednak dającej się odkryć cząstki naszej istoty, gdzie
wszelkie piękno, wszelka miłość, wszelka wartość ludzka, które zaledwie znamy, lśni
intensywnym blaskiem, te bezpośrednie sposoby nie są jedynymi sposobami. Wydaje się
mianowicie, że w obecnej chwili można sobie wiele obiecywać po czystym rozczarowaniu,
wywoływanym pewnymi metodami, których zastosowanie w sztuce i w życiu
prowadziłoby do skupienia uwagi już nie na rzeczywistości czy na wyobraźni, ale, jak by
to powiedzieć, na odwrocie rzeczywistości. Chętnie sobie wyobrażam powieści, które
nie mają końca, tak samo, jak istnieją problemy bez rozwiązania. Gdzież jest powieść,
której postaci aż nadto określone kilkoma drobnymi rysami, będą działały w sposób
przewidziany chcąc wywołać nieprzewidziany skutek, i na odwrót, taka, gdzie psychologia
przestanie załatwiać kosztem istot ludzkich i zdarzeń swoje wielkie zbyteczne obowiązki,
aby rzeczywiście utrzymać między dwoma ostrzami ułamek sekundy i przychwycić w nim
zarodki konfliktów, albo taka, gdzie prawdopodobieństwo dekoracji nareszcie przestanie
nas pozbawiać dziwności symbolicznego życia, jakie miewają przedmioty nawet
najbardziej określone i najczęściej używane, ale miewają tylko we śnie, albo też taka,
gdzie konstrukcja będzie jak najprostsza, ale za to scena porwania będzie opowiedziana
słowami znużenia, burza - opisana dokładnie, ale na wesoło itd.? Ktokolwiek uzna, że
czas jest skończyć z drażniącymi brudami "realistycznymi", sam potrafi bez trudu
pomnożyć te propozycje.

(4) Słyszę już jednak pytanie, jak przeprowadzić tę okultacje. Niezależnie od wysiłku,
niezbędnego do zniszczenia pasożytniczej "francuskiej" tendencji, która by chciała, aby
surrealizm z kolei skończył na piosenkach, myślę, że bardzo by się to opłaciło, gdybyśmy
pchnęli poważny rekonesans w stronę nauk, które z różnych względów są dziś całkowicie
wzgardzone; ze starożytnych mam na myśli astrologię, z nowoczesnych - metapsychikę
(szczególnie to, co dotyczy kryptestezji). Idzie tylko o to, aby zbliżyć się do tych nauk z
pewnym minimum niezbędnej nieufności, a na to wystarczy, w obu wypadkach, zdobyć
ściśle, pozytywne pojęcie o obliczaniu prawdopodobieństwa. Trzeba tylko, aby przy
żadnej okazji nie spychać trudu tego obliczania na kogo innego, ale przeprowadzać je
samemu. Przy tym założeniu sądzę, że nie może być dla nas obojętne, czy na przykład
pewne osoby są zdolne do odtworzenia rysunku umieszczonego w zamkniętej
nieprzezroczystej kopercie nawet w nieobecności twórcy rysunku i w warunkach
wykluczających, aby ktokolwiek był poinformowany, co to za rysunek. Przeprowadzaliśmy
pewne doświadczenia w postaci "gry towarzyskiej", których cel odprężający i
odświeżający umysł nie pomniejsza chyba ich znaczenia: szło więc o teksty
surrealistyczne, otrzymywane równocześnie przez wiele osób piszących od tej do tej
godziny w tym samym pokoju, o współpracę nad ułożeniem wspólnego zdania lub
wspólnego rysunku, którego jeden element (podmiot, orzeczenie lub przymiotnik - głowa,
brzuch lub nogi) był uprzednio przez każdego dostarczany (Wyborny trup); nad definicją
rzeczy nie podanej z góry (Dialog w 1928); kiedy indziej trzeba było przewidzieć
zdarzenia, jakie by pociągnęła realizacja takiego a takiego całkowicie nieznanego
warunku (Gry surrealistyczne) itp.; w tych grach doprowadziliśmy do powstania ciekawej
możliwości, mianowicie do utworzenia wspólnej myśli. Zawsze tak bywa, że w ten
właśnie sposób wyłaniają się uderzające związki, ujawniają się zadziwiające analogie, że
najczęściej wchodzi w grą niewytłumaczalny czynnik jakiejś nieodpartej myśli i że słowem
tutaj wypada miejsce najbardziej niezwykłych spotkań. Ale na razie możemy je tylko
wskazać. Jest zresztą zupełnie oczywiste, że byłoby z naszej strony próżnością liczyć w
tej dziedzinie wyłącznie na własne siły. Poza wymaganiami rachunku
prawdopodobieństwa, które w metapsychice są zawsze nieproporcjonalne do korzyści,
jaką można wyciągnąć z najdrobniejszego zapożyczenia, i od samego początku skazują
nas na czekanie, aż będzie nas dziesięć czy sto razy więcej, trzeba się jeszcze liczyć z
tym, że dar rozdwojenia i jasnowidzenia jest szczególnie źle rozdzielony pomiędzy ludzi
fatalnie naszpikowanych w większym lub mniejszym stopniu oficjalną psychologią. Nie
byłoby nic bardziej pożytecznego, jak spróbować pod tym kątem widzenia "iść" za
pewnymi osobami, upatrzonymi bądź w świecie normalnym bądź gdzie indziej,
trzymając się jednocześnie daleko od jarmarcznej budy i od gabinetu lekarza, słowem
postępować w duchu surrealistycznym. Wynik tych obserwacji powinien być zanotowany
w formie naturalistycznej z wykluczeniem, ma się rozumieć, wszelkiej poetyzacji.
Domagam się po raz któryś, abyśmy się usunęli w cień wobec mediów, które w małej co
prawda liczbie, ale jednak istnieją, i abyśmy nie wyolbrzymiając znaczenia tego, co
robimy, podporządkowali się pod tym względem ich pierwszemu lepszemu przekazowi.
Chwała, mówiliśmy Aragon i ja, histerii i orszakowi kobiet, młodych i nagich, które się
czołgają po dachach. Problem kobiety stanowi to, co jest na świecie najbardziej cudowne
i niepokojące. Przyjmując, że człowiek niezepsuty powinien być zdolny do pokładania
wiary nie tylko w Rewolucji, ale również w miłości, w obu wypadkach stosujemy tę.
samą miarę. Upieram się przy tym mniemaniu tym bardziej, że ten upór, jak dotąd,
ściągnął na mnie bodaj najwięcej nienawiści. Tak jest, sądzę i zawsze sądziłem, że
wyrzeczenie się miłości, wszystko jedno, czy pod pretekstem ideologicznym, czy też nie,
jest jednym z rzadkich niewybaczalnych występków, jakie człowiek obdarzony pewną
inteligencją może w swoim życiu popełnić. Ktoś, kto uważa się za rewolucjonisty, chciałby
inny twierdzi, że poświęca się sprawie, która jeszcze bardziej niż miłość nie znosi
rywalizacji: w rzeczywistości nikt prawie nie ma odwagi spojrzeć otwartymi oczami w
ogromne światło miłości, w której zbiegają się, ku najwyższemu zachwytowi człowieka,
obsesyjne idee zbawienia i obłędu. Ale czy ten, kto się w tym względzie nie potrafi
utrzymać w stanie oczekiwania lub doskonałej gotowości, czy ten, zapytuję, może
przemówić po ludzku? ** Skoro idzie tutaj o możliwości okultacji surrealizmu, tym
bardziej zwracam się do tych, którzy się nie boją ujmować miłości jako idealnej okultacji
wszelkiej myśli. Powiadam do nich: istnieją widzenia realne, ale jest także w głębi ducha
lustro, nad którym ogromna większość ludzi mogłaby się pochylić nic nie widząc. Ohydna
kontrola nie funkcjonuje najlepiej. Istota, którą kochasz, żyje. Język objawienia składa
się ze słów wypowiadanych bardzo głośno i słów wypowiadanych bardzo cicho, z wielu
stron naraz. Trzeba się pogodzić z tym, że rozumie się piąte przez dziesiąte.

........................................

Z drugiej strony, kiedy zastanawiam się nad tym, co w surrealizmie tłumaczy się
astrologicznie przeważającym wpływem "uranicznym", jakże nie życzyć sobie z punktu
widzenia surrealistycznego, aby ukazało się jakieś krytyczne, pisane w dobrej wierze,
dzieło o Uranie, które by zapełniło poważną lukę, datującą się w tej materii od dawna?
Można powiedzieć, że jeszcze się niczego nie tknięto. Data urodzenia Baudelaire'a
przedstawia szczególną koniunkturę Urana z Neptunem i z tego powodu pozostaje, aby
tak powiedzieć, nie do objaśnienia. O koniunkcji Urana z Saturnem, która miała miejsce
między 1896 a 1898 i zdarza się co czterdzieści lat, o tej koniunkcji, która
charakteryzuje datę urodzenia Aragona, Eluarda i mojego - wiemy tylko od Choisnarda,
że mało jak dotąd zbadana w astronomii, "oznaczałaby według wszelkiego
prawdopodobieństwa: głęboką miłość wiedzy, poszukiwanie tajemnicy, rozwiniętą
potrzebę uczenia się". (Słownictwo Choisnarda jest oczywiście podejrzane.) "Kto wie -
dodaje on - czy koniunkcja Saturna z Uranem nie zrodzi nowej szkoły w jakiejś
specjalności naukowej? Ten układ planetarny, umieszczony w dobrym miejscu w
horoskopie, odpowiadałby temperamentowi człowieka obdarzonego zdolnością refleksji,
bystrością, niezależnością, który mógłby się stać pierwszorzędnym badaczem." Te słowa
wzięte z Wpływu astralnego pochodzą z roku 1893, a w 1925 Choisnard zanotował, że
jego przepowiednia zaczyna się spełniać.

* Słynne zdanie z "Listu jasnowidza" Rimbauda (przyp. tłum.)

** W tym miejscu jest przytoczona część tekstu ankiety w sprawie miłości (przyp. tłum.)