Drugi manifest surrealizmu" fragmenty. André Breton, 1930. Tłum. Adam Ważyk.

Drugi manifest surrealizmu
Na przekór poszczególnym wystąpieniom tych, co się powoływali lub powołują na surrealizm, wypadnie ostatecznie uznać, że surrealizm do niczego nie dąży bardziej, jak do wywołania, z punktu widzenia intelektualnego i moralnego, kryzysu świadomości w najszerszym i najpoważniejszym zakresie i że jedynie osiągnięcie lub nieosiągnięcie tego wyniku może zdecydować o powodzeniu lub klęsce historycznej. Z punktu widzenia intelektualnego szło i nadal idzie o to, aby wszelkimi środkami wykazać i za wszelką ceną przekonać ludzi o sztucznym charakterze starych antynomii obłudnie powołanych do zapobiegania wszelkim niezwykłym poruszeniom człowieka, tak aby otrzymywał ubogie wyobrażenie o swoich środkach, aby tracił wiarę, czy potrafi się uchylić w znaczącej mierze od powszechnego przymusu. Straszak śmierci, pozagrobowe cafes chantany, przespanie największej sprawy, przygniatająca zasłona przyszłości, wieże Babel, lustra mówiące o nietrwałości, mózg rozpryśnięty na nieprzekraczalnym murze pieniądza, te bardzo natarczywe obrazy ludzkiej klęski być może są tylko obrazami. Wszystko przemawia za tym, że istnieje pewien punkt w umyśle, z którego życie i śmierć, rzeczywistość i urojenie, przeszłość i przyszłość, rzeczy możliwe i niemożliwe do przekazania, góra i dół przestają być postrzegane jako przeciwstawne. Daremną byłoby rzeczą dopatrywać się w działalności surrealistycznej innej pobudki poza nadzieją określenia tego miejsca. Widać więc wyraźnie, jakim by absurdem było przypisywanie tej działalności wyłącznie niszczycielskiego albo konstruktywnego sensu: miejsce, o którym mowa, jest a fortiori miejscem, gdzie budowa i destrukcja nie mogą być przeciwko sobie wygrywane. Jest również jasne, że surrealizm nie jest zainteresowany w liczeniu się z tym, co się dzieje obok niego pod płaszczykiem sztuki i anty-sztuki, filozofii czy antyfilozofii, słowem z tym wszystkim, co nie ma na celu unicestwić istotę ludzką w wewnętrznym ślepym blasku, który nie będzie bardziej duszą lodu niż duszą ognia. Czegóż by mogli oczekiwać od doświadczenia surrealistycznego ci, którzy dbają jeszcze choć trochę o miejsce, jakie zajmą w świecie? W tym miejscu, z którego można tylko dla siebie samego przeprowadzić niebezpieczne, ale jak sądzimy, ostateczne rozpoznanie, nie może być mowy o przywiązywaniu najmniejszego znaczenia do krzątaniny wchodzących i wychodzących gości, bo kroki ich rozlegają się w rejonie, którego surrealizm z zasady nie dostrzega. Nie chcielibyśmy, aby surrealizm zależał od łaskawego humoru takich czy innych ludzi; jeśli powiadamy, że potrafi własnymi metodami wyrwać myśl z niewoli, która z dnia na dzień staje się surowsza, skierować ją na powrót do osiągnięcia całkowitej sprawności i przywrócić jej pierwotną czystość, to chyba wystarczy, ażeby sądzono surrealizm wyłącznie według tego, co zrobił i co mu pozostaje do zrobienia, by dotrzymać obietnicy. Zanim przystąpimy do sprawdzania rachunków, warto jednak wiedzieć, do jakiego właściwie rodzaju wartości moralnych surrealizm się odwołuje, skoro równocześnie zanurza swoje korzenie w życiu, i chyba nie przypadkowo w teraźniejszym życiu, z chwilą kiedy z powrotem obłożę to życie anegdotami, jak stan zachmurzenia, tykanie zegarka, zimno, dolegliwości, to znaczy zacznę o nim mówić w sposób pospolity. Myśleć o tych rzeczach, rozprawiać wszystko jedno o czym w tej zdegradowanej skali - nikt się od tego nie wykręci, chyba że przekroczy ostatni stopień ascezy. To właśnie z tego obrzydliwego bulgotania pozbawionych sensu wyobrażeń rodzi się i wyrasta pewne pragnienie: chcemy przejść do porządku dziennego nad nieistotnym, nad absurdalnym rozróżnieniem brzydoty i piękna, prawdy i fałszu, dobra i zła. A że od stopnia oporu, na jaki ta decyzja natrafia, zależy bardziej lub mniej stanowczy odlot umysłu do świata, w którym można nareszcie zamieszkać, łatwo, będzie zrozumieć, że surrealizm bez lęku

uznaje za swój dogmat bunt absolutny, całkowite nieposłuszeństwo, sabotaż z reguły, i że już niczego nie oczekuje, tylko przemocy. Najprostszy akt surrealistyczny to wyjść na ulicę z rewolwerami w pięściach i strzelać w tłum na chybił trafił. Kto nie miał chociaż jeden raz w życiu ochoty skończyć w ten sposób z drobnym systemem zbydlęcenia i prawomocnego skretynienia, ten ma wyznaczone miejsce w tym tłumie z brzuchem na poziomie lufy.(1) Motywacja takiego aktu nie jest w moim rozumieniu niezgodna z wiarą w owo światełko, które surrealizm stara się w głębi nas odnaleźć. Chciałem tu tylko dopuścić do głosu ludzką rozpacz, poza którą nic nie zdoła objaśnić tej wiary. Jest rzeczą niemożliwa dać swoją zgodę na jedno, a nie dać jej na drugie. Ktokolwiek będzie udawał, że przyjmuje tę wiarę nie podzielając naprawdę tej rozpaczy, w oczach tych, którzy wiedzą, stanie się natychmiast wrogiem. Coraz mniej wydaje się konieczne szukanie precedensów dla tej dyspozycji duchowej, którą nazywamy surrealistyczną i która, jak widzimy, sama potrafi dbać o siebie, a jeśli idzie o mnie, to nie sprzeciwiam się wcale, aby kronikarze, prawnicy i inni uważali ją za specyficznie nowoczesną. Mam więcej zaufania do mojej myśli aktualnej, dzisiejszej, niż do wszelkich możliwych interpretacji dzieła skończonego, życia, które dobiegło kresu. Ostatecznie nie ma nic bardziej jałowego niż nieustanne spytki, na jakie ciągną umarłych: czy Rimbaud nawrócił się przed śmiercią, czy można znaleźć w testamencie Lenina elementy potępienia dla obecnej polityki III Międzynarodówki, czy osobisty wypadek nieszczęścia fizycznego nie był głównym źródłem pesymizmu Alfonsa Rabbe, czy Sade podczas rządów Konwentu nie dopuścił się aktu kontrrewolucji? Wystarczy posłuchać tych pytań, aby sobie uprzytomnić, jak kruche bywa świadectwo tych, których już nie ma. Za wielu spryciarzy interesuje się powodzeniem tej duchowej grabieży i wolę nie wchodzić na ich teren. W sprawie buntu nikomu z nas nie potrzeba poprzedników. Chciałbym zaznaczyć, że moim zdaniem trzeba się wystrzegać kultu ludzi, choćby nie wiem jak wielcy się wydawali. Pomijając jednego tylko Lautreamonta, nie widzę nikogo, kto by nie zostawił jakiegoś wieloznacznego śladu. Nie warto dyskutować ciągle o Rimbaudzie: Rimbaud się mylił, Rimbaud chciał zmylić innych. Zawinił wobec nas tym, że pozostawił możliwość pewnych interpretacji swojej myśli, że nie zapobiegł haniebnym interpretacjom typu Claudela. Tym gorzej również dla Baudelaire'a ("O Szatanie...") i dla tej "wiecznej reguły" jego życia: "zmawiać każdego ranka modlitwę do Boga, rozdawcy sił i sprawiedliwości, do mojego ojca, Marietty i Poego, jako orędowników". Prawo do zaprzeczania sobie, wiem o tym, ale jak dalecę! Do Boga, do Poego? Poe, który w czasopismach policji podawany jest obecnie z całą słusznością za mistrza naukowych agentów policyjnych (rzeczywiście, od Sherlocka Holmesa aż do Pawła Valery...) Czy nie jest hańbą przedstawić w świetle pociągającym intelektualnie typ policyjny, zawsze przecież policyjny, obdarzyć świat metodą policyjną? Możemy mimochodem splunąć na Edgara Poe. * I niech diabeł jeszcze raz chroni ideę surrealistyczną, jak każdą inną ideę, która dąży do przyjęcia konkretnego kształtu, do ogarnięcia wszystkiego, co można sobie najlepszego wyobrazić w dziedzinie faktu, z tego samego względu, z jakiego idea miłości dąży do stworzenia odpowiedniej istoty, a idea Rewolucji do tego, aby któregoś dnia Rewolucja nadeszła, bez czego idee te straciłyby wszelki sens - przypomnijmy, że idea surrealizmu dąży po prostu do całkowitego odzyskania naszej siły psychicznej przy użyciu środków, które oznaczają zawrotne zejście w głąb siebie, systematyczne oświetlanie miejsc ukrytych i postępujące zaciemnianie innych, wieczną przechadzkę pośrodku strefy zakazanej, i że jej działanie nie ma żadnej poważnej szansy dojścia do kresu, dopóki człowiek potrafi odróżnić zwierzę od ognia albo kamienia - niech diabeł chroni, powiadam, ideę surrealistyczną od poruszania się bez ziemskich wcieleń. Trzeba koniecznie tak postępować, jak gdybyśmy rzeczywiście byli "na świecie", aby potem sformułować pewne zastrzeżenia. Niechaj więc ci, co rozpaczają, widząc, że porzucamy wyżyny, na których nas rozstawili, nie gorszą się, że będę mówił o postawie politycznej, "artystycznej", polemicznej, którą pod koniec 1929 możemy przyjąć.

Nie wiem, czy wypada tu odpowiedzieć na dziecinne obiekcje tych, którzy biorąc w rachubę możliwe zdobycze w domenie poetyckiej, gdzie surrealizm rozpoczynał swoje pierwsze wprawki, niepokoją się widząc, że bierze udział w sporze społecznym, i przypuszczają, że tutaj ma wszystko do stracenia. To niewątpliwie lenistwo z ich strony albo wyrażona pośrednio chęć ograniczenia naszej działalności. "W sferze moralności - powiedział, jak sądzimy, raz na zawsze Hegel - w sferze moralności, jako różnej od sfery społecznej, można zanotować tylko przekonanie formalne; o przekonaniu prawdziwym wzmiankujemy po to, aby wskazać różnicę i uniknąć nieporozumienia, na jakie się narażamy traktując przekonanie, o jakim tu mowa, to znaczy przekonanie formalne, jak gdyby to było przekonanie prawdziwe, które powstaje dopiero w życiu społecznym" (Filozofia prawa). Niedostateczność tego przekonania formalnego jest bezsporna, a starania o to, abyśmy się za wszelką cenę tego właśnie przekonania trzymali, nie przynoszą zaszczytu ani inteligencji, ani dobrej woli naszych współczesnych. Od czasów Hegla żaden system ideologiczny nie może bez natychmiastowego załamania się dopuścić próżni, jaką by wytworzyła w samym myśleniu zasada woli działającej na własny rachunek i skazanej na odbijanie się w sobie. Jeżeli przypomnę, że uprawnienie w Heglowskim sensie tego słowa może być tylko funkcją przenikania życia "substancjalnego" w życie subiektywne i że myśl ta nie natrafiała na zasadniczy sprzeciw, niezależnie zresztą od ich rozbieżności, tak różnych od siebie umysłów, jak Feuerbach, który w końcu zanegował świadomość jako władzę szczególną, jak Marks, całkowicie pochłonięty potrzebą gruntownej zmiany warunków zewnętrznych życia społecznego, jak Hartmann, który z teorii nieświadomości o podstawie wybitnie pesymistycznej wyprowadzał nową optymistyczną afirmację naszej woli życia, jak Freud, podkreślający coraz silniej instancję super ego - to myślę, że nikogo nie zdziwi fakt, że surrealizm przy okazji przyłoży się do czegoś, co nie jest rozwiązaniem problemu psychologicznego, choćby był to problem bardzo ciekawy. W imię nieodzownego uznania tej konieczności sądzę, że nie możemy uchylić się od postawienia na porządku dziennym jak najbardziej palącej kwestii ustroju społecznego, w jakim żyjemy, chcę powiedzieć kwestii przyjęcia lub nieprzyjęcia tego ustroju. W imię tej samej konieczności będzie mi co najmniej dozwolone oskarżyć uciekinierów porzucających surrealizm, dla których to, co tutaj twierdzę, jest zbyt trudne albo zbyt daleko idące. Cokolwiek zrobią, jakimikolwiek fałszywymi okrzykami radości będą święcili swoje odejście, na jakikolwiek wielki zawód nas narażą - aż nimi i ci wszyscy, którzy mniemają, że jeden ustrój wart drugiego, bo w każdym wypadku człowiek poniesie klęskę - mam nadzieję, że nie ich, ale moim udziałem będzie owa najwyższa "ironia", która odnosi się do wszystkiego, a więc również do ustrojów, ironia, która będzie im odmówiona dlatego, że stanowi stadium wyższe, że zakłada jako warunek wstępny akt całkowicie dobrowolny, polegający na przejściu przez cykl "hipokryzji, probabilizmu, woli, która chce dobra, i wreszcie przekonania" (Hegel: Fenomenologia ducha). * Problem działalności społecznej, chciałbym to podkreślić z naciskiem, jest tylko jedną z postaci ogólniejszego problemu, poruszonego przez surrealizm, problemu wypowiedzi ludzkiej we wszystkich jej formach. Kto mówi o wypowiedzi, mówi przede wszystkim o języku. Nie trzeba się więc dziwić, że surrealizm na początku szukał sobie miejsca niemal wyłącznie na płaszczyźnie języka, ani tym bardziej, że po wypadach w różne strony powraca na tę płaszczyznę jak gdyby po to, aby się cieszyć zdobytym terenem. Rzeczywiście nic nie może przeszkodzić temu, aby ten teren w znacznej mierze został zdobyty. Hordy słów rozpętanych przez Dada i surrealizm, cokolwiek by miało się stać, nie należą do tych, co wycofują się z niczym. Przedostaną się powoli, ale na pewno, do idiotycznych mieścin literatury, którą się jeszcze wykłada, i nie rozróżniając dobrych od złych dzielnic powoli zjedzą wszystkie wieżyczki. Pod pretekstem, że jak dotąd udało nam się podkopać tylko poezję, ale nic poza tym, ludność nie przejmuje się zbytnio, gdzieniegdzie tylko stawia jakieś nieznaczne tamy. Na pozór nikt nie zwraca na to uwagi, że mechanizm logiczny zdania okazuje się sam przez się coraz bardziej bezsilny, że nie

potrafi wywołać dreszczu wzruszenia, który nadaje rzeczywiście jakąś wartość ludzkiemu życiu. Tymczasem przeciwnie, człowiek przyjmuje teraz produkty działalności spontanicznej czy bardziej spontanicznej, bezpośredniej czy bardziej bezpośredniej, jakie w coraz większej ilości daje mu surrealizm pod postacią książek, obrazów i filmów, na które z początku patrzał z osłupieniem, otacza się nimi, z większą lub mniejszą uległością pozwala wstrząsnąć swoim sposobem odczuwania. Wiem: ten człowiek to jeszcze nie każdy człowiek, trzeba mu na to pozostawić "trochę czasu". Ale spójrzcie, jak żywe i przewrotne uznanie potrafiła sobie zdobyć garść utworów całkiem nowoczesnych, o których można co najmniej powiedzieć, że panuje w nich atmosfera szczególnie niezdrowa: Baudelaire, Rimbaud (pomimo poczynionych przeze mnie zastrzeżeń), Huysmans, Lautreamont, aby ograniczyć się do poezji. Nie lękajmy się uczynić zasady z tego niezdrowia. Trzeba, aby nikt nie mógł powiedzieć, że nie zrobiliśmy wszystkiego dla zniszczenia tej głupiej iluzji szczęścia i zgody, którą wiek XIX ku swojej chwale postawił w stan oskarżenia. To pewna, żeśmy nie przestali kochać fanatycznie tych promieni słonecznych rojących się od miazmatów. Ale w chwili, kiedy władze publiczne we Francji przygotowują się do groteskowego uczczenia stulecia romantyzmu, oznajmiamy, że ów romantyzm, za którego ogon historyczny chcemy się uważać, ale za ogon jeszcze chwytliwy, z istoty swojej w 1930 zawiera się całkowicie w negacji tych władz i tych uroczystości, że sto lat istnienia stanowi jego młodość, że to, co błędnie nazwano jego epoką heroiczną, uczciwie może uchodzić tylko za pisk niemowlęcy istoty, która dopiero przez nas zaczyna ujawniać swoje pragnienia i która, jeśli się przyjmie, że wszystko, co się myślało przed nią - "po klasycznemu" - było dobrem, chce niewątpliwie wszelkiego zła. * Trzeba żałować, że na drodze automatycznego zapisu, na przykład, czy w relacjach snów nie zdobyto się na bardziej systematyczny i konsekwentniejszy wysiłek, czego surrealizm domaga się bez przerwy. Pomimo nacisku, jakiśmy kładli na wprowadzenie tekstów tego rodzaju do publikacji surrealistycznych, i wydatnego miejsca, jakie zajmują w pewnych utworach, trzeba przyznać, że czasami ledwo potrafią utrzymać zainteresowanie i trochę za często robią wrażenie "brawurowych kawałków". Zjawienie się bezspornego szablonu w tych tekstach przynosi szkodę sprawie, nie przyspiesza owego zwrotu, który chcieliśmy przez nie wywołać. Zawiniła w tym opieszałość wielu autorów, którzy zadowalali się na ogół poruszaniem pióra po papierze nie śledząc w najmniejszym stopniu tego, co się w tym czasie dzieje w nich samych - chociaż to rozdwojenie jest łatwiej uchwytne i ciekawsze niż przy pisaniu z zastanowieniem - albo zbierali w sposób mniej lub bardziej dowolny elementy snów, obliczone raczej na efekt malowniczości niż na postrzeganie ich gry i odnoszony z tego pożytek. Oczywiście takie nieporozumienia mogą nas pozbawić wszelkich korzyści, jakich oczekujemy po tych operacjach. Wielka ich wartość dla surrealizmu polega w istocie na tym, że mogą nam udostępnić pewne tereny logiczne, mianowicie takie, w których zdolność logiczna stosowana we wszystkim i do wszystkiego w granicach świadomości, dotychczas nie działała. * Do nas więc należą starania o to, aby coraz jaśniej postrzegać, co się snuje bez wiedzy człowieka, w głębi jego ducha, choćby się nawet miał na nas gniewać za odkrywane w nim wiry. W tym wszystkim jesteśmy dalecy od pomniejszania strony przejrzystej i nie ma najmniejszego powodu odsyłać nas do naukowego studiowania "kompleksów". To pewna, że surrealizm, który w sensie społecznym zdecydowanie przyjmuje formułę marksistowską, nie ceni sobie nisko freudowskiej krytyki idei: wręcz przeciwnie, uważa ją za pierwszą i jedyną, prawdziwie ugruntowaną krytykę. Jeśli nie możemy przyglądać się obojętnie dyskusji, którą na naszych oczach prowadzą kwalifikowani przedstawiciele różnych kierunków psychoanalitycznych, to nie mamy powodu mieszać się do sporu, który, jak sądzimy, długo jeszcze może się z pożytkiem ciągnąć wyłącznie między praktykami. Nie w tej domenie chcielibyśmy posłużyć się swoimi osobistymi

doświadczeniami. Ale ci, których surrealizm przy sobie skupia, mają naturalną skłonność do specjalnego rozważania tej tezy Freuda, pod którą podpada lwia część ich działalności powszedniej - troski o tworzenie, o niszczenie artystyczne - mam na myśli definicję zjawiska "sublimacji" (2), toteż siłą rzeczy surrealizm domaga się od nich, aby wnosili do swojego zadania nową świadomość, aby niejako uzupełniali autoobserwację, która w ich wypadku ma wartość wyjątkową, niedociągnięcia występujące przy badaniu stanów tak zwanych "dusz artystycznych" przez ludzi, którzy nie są artystami, ale przeważnie lekarzami. Trzeba też, aby postępując odwrotnie niż - jak to zdołaliśmy zauważyć postępowali dotychczas, ci, którzy w sensie freudowskim maja ów "cenny dar", o którym mówimy, przyłożyli się do zbadania w tym świetle niezmiernie złożonego mechanizmu natchnienia i poczynając od momentu, kiedy się je przestaje uważać za rzecz świętą, z całym zaufaniem, jakie mają do niezwykłych własności tego stanu, myśleli o rozerwaniu jego ostatnich więzów, to znaczy - czego nie śmiano nigdy brać pod uwagę - o podporządkowaniu go sobie. Nie warto przy tej okazji wdawać się w subtelności, wiadomo na ogół, co to jest natchnienie. Co do tego nie można się mylić; natchnienie zaspokajało najwyższe potrzeby wypowiedzi we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach. Powiada się pospolicie, że albo ono jest, albo go nie ma i że jeśli go nie ma, to nic z tego, co zamiast niego podsuwa ludzka sprawność, co ma stempel zainteresowania, inteligencji dyskursywnej i talentu wzbogaconego pracą, nie może nam wynagradzać tego braku. Poznajemy je bez trudu po tym, że całkowicie opanowuje nasz umysł, że co jakiś czas nie dopuszcza wobec postawionego problemu, abyśmy się stali igraszką raczej jednego racjonalnego rozwiązania niż innego racjonalnego rozwiązania, poznajemy po tym krótkim spięciu, jakie wytwarza między daną myślą a jej odpowiednikiem (na przykład zapisanym). Tak samo, jak w świecie fizycznym, krótkie spięcie wytwarza się, kiedy dwa "bieguny" maszyny zostają połączone przewodnikiem bez oporu albo ze zbyt niskim oporem. W poezji i w malarstwie surrealizm zrobił wszystko, co mógł, aby pomnożyć te krótkie spięcia. Na niczym nam bardziej nie zależy i nie będzie zależało, jak na sztucznym odtworzeniu tego idealnego momentu, kiedy człowiek we władzy szczególnej emocji zostaje nagle pochwycony przez coś, co jest "silniejsze od niego", i rzucony wbrew sobie w nieśmiertelność. Trzeźwy, rozbudzony, byłby ze zgrozą wyrwał się z tej przykrej sytuacji. Rzecz cała w tym, że nie jest pod tym względem wolny, że dalej przemawia przez cały czas, kiedy trwa to tajemnicze dzwonienie: bo rzeczywiście, o tyle on należy do nas, o ile przestaje należeć do siebie. Te wytwory działalności psychicznej, jak najbardziej oderwane od chęci oznajmiania czegokolwiek, jak najbardziej uwolnione od idei odpowiedzialności zawsze gotowych działać jako hamulce, jak najbardziej niezależne od wszystkiego, co nie jest pasywnym życiem inteligencji ludzkiej, te wytwory, które są zapisem automatycznym albo relacjami snów (3), mają równocześnie tę zaletę, że tylko one mogą dostarczyć elementów oceny w wielkim stylu krytyce, która w dziedzinie artystycznej okazuje się dziwnie bezradna, umożliwić nowe generalne ustalenie wartości lirycznych i ofiarować klucz nadający się do otwierania bez końca tego pudełka o wielokrotnym dnie, któremu na imię człowiek, klucz, który odwodzi go od cofnięcia się pod działaniem zwykłych pobudek samozachowawczych w chwili, kiedy natrafi w mroku na zamknięte od zewnątrz drzwi do "innego świata" rzeczywistości, rozumu, geniuszu i miłości. Nastąpi dzień, kiedy nikt nie będzie śmiał poczynać sobie po dragońsku z namacalnymi dowodami innej egzystencji niż ta, jaką w swoim domniemaniu prowadzimy. Ludzie nie będą mogli wyjść z podziwu, że znalazłszy się o tak drobny krok od prawdy, postaraliśmy się gremialnie o literackie czy jakiekolwiek inne alibi po to, aby - nie umiejąc pływać - nie rzucać się do wody i - nie wierząc w feniksa - nie iść w ogień dla osiągnięcia tej prawdy. * Alchemia słowa: to określenie powtarzane dzisiaj dość przypadkowo, domaga się potraktowania dosłownego. Jeżeli odnośny rozdział Sezonu w piekle niezupełnie dorasta do swoich ambicji, to przecież jest prawdą, że może być bez cienia fałszu traktowany jako zachęta do trudnej działalności, którą dzisiaj jedynie surrealizm uprawia. Byłoby z naszej strony literacką dziecinadą twierdzić, że nie za wiele zawdzięczamy temu

słynnemu tekstowi. Czy wspaniały wiek XIV jest mniej wspaniały w sensie nadziei (i rozumie się, rozpaczy) ludzkiej, dlatego że człowiek obdarzony geniuszem Flamela otrzymał od jakichś tajemniczych potęg istniejący już rękopis książki Abrahama Żyda albo że tajniki Hermesowe nie zdołały całkowicie zaginąć? Nie wierzę w to ani na jotę i sądzę, że poszukiwania Flamela wraz z tym wszystkim, co na oko stanowi ich konkretne osiągnięcie, nic nie tracą przez to, że ktoś go poprzedzał i wspomagał. W naszej epoce wszystko się odbywa podobnie, jak gdyby kilku ludzi otrzymało drogami nadprzyrodzonymi osobliwy zbiorek, owoc współpracy Rimbauda, Lautreamonta i kilku innych, i głos im jakiś powiedział, jak Flamelowi anioł: "Obejrz dokładnie tę książkę, nic z niej nie zrozumiesz, ani ty, ani wielu innych, ale któregoś dnia dojrzysz w niej coś, czego nikt nie potrafi dojrzeć". Urzeczenie tą kontemplacją nie zależy już od nich. Proszę łaskawie zwrócić uwagę, że między poszukiwaniami surrealistów i alchemików zachodzi uderzająca analogia celu: kamień filozoficzny jest po prostu czymś, dzięki czemu ludzka wyobraźnia miała wziąć wspaniały odwet na rzeczach, i oto my - po wiekach oswajania umysłu i szaleńczej rezygnacji - na nowo kusimy się o ostateczne wyzwolenie wyobraźni przez "długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów"* i tak dalej. Być może nie zajmujemy się niczym innym, jak tylko skromnym pokrywaniem ścian naszych mieszkań postaciami, które przede wszystkim wydają nam się piękne, znowu podobnie jak to robił Flamel, zanim znalazł swój pierwszy czynnik, swoją "materię", swój "tygiel". Lubił więc przedstawiać "Króla z długim kordelasem, który kazał żołnierzom pozabijać w swoich oczach mnóstwo dzieci, a matki ich płakały u stóp bezlitosnych strażników, których to dzieci krew zebrana była potem przez innych żołnierzy do wielkiego naczynia, gdzie słońce i księżyc z nieba przychodziły się kąpać" a tuż obok był "młody człowiek ze skrzydłami na chobotach, z kaducejem w ręce, którym szatkował sałatę pokrywającą mu głowę. Naprzeciw którego nadążał biegnąc i latając na otwartych skrzydłach wielki starzec, a ten miał do głowy przywiązany zegar". Czy nie przychodzi na myśl, że to przecież obraz surrealistyczny? I kto wie, czy w przyszłości, dzięki jakimś nowym okolicznościom lub niezależnie od nich, nie będziemy zmuszeni posługiwać się całkiem nowymi przedmiotami albo też takimi, które uchodziły za nie nadające się w żadnym wypadku do użycia? Niekoniecznie myślę o tym, że zaczniemy na nowo połykać krecie serca albo też wsłuchiwać się, jak w bicie własnego serca, w bulgotanie gorącej wody w rondelku. Zresztą nic nie wiem, czekam, co będzie. Wiem tylko, że człowiek nie doszedł do kresu swoich trudów, i tyle, że witam z radością powrót tego furoru, który Agryppa zbytecznie czy z pożytkiem dzielił na cztery rodzaje. To właśnie z tym furorem i z nim wyłącznie mamy do czynienia w surrealizmie. I trzeba zrozumieć, że nie idzie o zwykłe przegrupowanie słów lub kapryśne rozmieszczenie obrazów wzrokowych, ale o odtworzenie stanu, który w niczym nie ustępuje pomieszaniu zmysłów: cytowani przeze mnie pisarze nowocześni dostatecznie wypowiedzieli się na ten temat. A że Rimbaud uznał za właściwe usprawiedliwiać się z tego, co nazywa "sofizmatami", o to nas głowa nie boli; fakt, że tamto, według jego określenia, samo przeszło, doprawdy nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Widzimy w tym bardzo zwyczajne, drobne tchórzostwo, które w niczym nie przesadza losu pewnego zespołu idei. "Potrafię dzisiaj powitać piękno": niewybaczalne u Rimbauda jest to, że udawał przed nami drugą ucieczkę, kiedy naprawdę wracał do więzienia. - "Alchemia słowa": można również żałować, że "słowo" jest tu użyte w nieco zwężonym sensie, a zresztą Rimbaud sam bodaj przyznaje, że w tej alchemii za dużo miejsca zajmuje "starzyzna poetycka". Słowo jest czymś więcej i na przykład dla kabalistów słowo nie jest wcale mniejsze od czegoś, na podobieństwo czego stworzona jest dusza ludzka; wiadomo, że podnoszono je aż do wyżyn pierwotnej praprzyczyny; to samo miejsce zajmuje ono w tym, czego się boimy, w tym, co piszemy, i w tym, co kochamy. Mówię, że surrealizm nie wyszedł jeszcze z okresu przygotowań, i prędko dorzucam, że może ten okres będzie trwał tak długo jak ja (jak ja według bardzo skromnej miary, bo nie jestem jeszcze w stanie uznać, że niejaki Paul Lucas spotkał Flamela w Brousse na początku XVII wieku, że tego samego Flamela w towarzystwie jego żony i syna widziano w Operze w 1761 i że zjawił się na krótki czas w Paryżu w maju 1819, kiedy to miał wynająć sklep pod 22 przy ulicy Clery). Faktem jest, że mówiąc z grubsza są to

przygotowania typu "artystycznego". Przewiduję jednak, że się zakończą i że wstrząsające idee zawarte w surrealizmie objawią się w huku ogromnego rozdarcia i uzyskają pełną swobodę. Można sobie wszystko obiecywać po nastawieniu nowoczesnej zwrotnicy dla przyszłych zamierzeń: nadchodząc po naszych zamierzeniach, będą bardziej od naszych nieprzejednane. W każdym razie będziemy mieli dość powodu do zadowolenia z siebie, żeśmy się przyczynili do wykazania skandalicznej nicości tego, co się myślało przed naszym przyjściem, i żeśmy twierdzili - przynajmniej twierdzili - że myśl powinna ugiąć się wreszcie pod naciskiem tego, co da się pomyśleć. Wolno zapytać, kogo właściwie chciał Rimbaud zastraszyć grożąc otępieniem i obłędem temu, kto chciałby pójść w jego ślady. Lautreamont na samym wstępie ostrzeże czytelnika, że "jeśli nie przystąpi do lektury ze ścisłą logiką, nieufnością i co najmniej równym jej napięciem umysłu, to zabójcze wyziewy tej książki - Pieśni Maldorora pochłoną jego duszę, jak woda cukier", ale natychmiast nie omieszka dorzucić, że "tylko niektórzy będą smakowali ten gorzki owoc bez narażenia się na niebezpieczeństwo". Ta kwestia klątwy, która dotychczas wywoływała ironiczne albo bezmyślne komentarze, jest bardziej niż kiedykolwiek aktualna. Surrealizm może stracić wszystko, jeśli zechce oddalić od siebie tę klątwę. Jest rzeczą ważną przywrócić i utrzymać owo "Maranatha" alchemików, umieszczone nad progiem dzieła dla zatrzymania profanów. Wydaje mi się, że to właśnie trzeba uprzytomnić w trybie naglącym niektórym z naszych przyjaciół, tym, co na przykład są zbyt pochłonięci, jak sądzę, sprzedażą i lokowaniem swoich obrazów. "Gdyby ci, których nazwiska - pisał niedawno Nouge - zaczynają się trochę wyróżniać, usunęli się w cień, byłbym z tego dość zadowolony." Chociaż nie wiem dokładnie, kogo miał na myśli, w każdym razie sądzę, że można wymagać od tych czy od owych, aby przestali się uprzejmie obnażać i produkować na kuglarskiej arenie. Trzeba się stanowczo bronić przed uznaniem publiczności. Pod żadnym pozorem nie wolno dopuścić publiczności, jeżeli chce się uniknąć zamieszania. Dodam, że trzeba ją trzymać rozdrażnioną za drzwiami systemem wyzwań i prowokacji. DOMAGAM SIĘ GŁĘBOKIEJ, PRAWDZIWEJ OKULTACJI SURREALIZMU. (4) Ogłaszam w tej kwestii prawo do bezwzględnej surowości. Żadnych ustępstw dla świata i żadnego pobłażania. Straszliwy wybór w ręku. Precz z tymi, którzy będą rozrzucali przeklęty chleb dla ptaków. "Każdy, kto pragnąc osiągnąć najwyższy cel duszy wyrusza, aby poznać wyrocznie czytamy w Trzeciej Księdze Magii - na to, aby móc do nich dotrzeć, powinien całkowicie oderwać ducha od spraw pospolitych, powinien oczyścić go z wszelkiej dolegliwości, słabości, złośliwości albo podobnych skażeń, i wszelkiej właściwości przeciwnej rozumowi, która go zjada, jak rdza zjada żelazo", a Czwarta Księga uściśla dobitnie, że oczekiwane objawienie wymaga przebywania "w miejscu czystym i jasnym, zewsząd obitym białymi obiciami", i że można spojrzeć w oczy zarówno złym, jak i dobrym Duchom jedynie dzięki "uszlachetnieniu", do jakiego się dochodzi. Kładzie też nacisk na to, że księga złego Ducha jest sporządzona "z bardzo czystego papieru, który nigdy przedtem nie był do niczego użyty", nazywanego pospolicie dziewiczym pergaminem. Nie zdarzyło się, aby magowie nie dbali o czystość olśniewającą swojego ubioru i swojej duszy, więc nie byłbym w stanie zrozumieć, gdybyśmy oczekując tego, czego oczekujemy po pewnych praktykach alchemii umysłowej, zgodzili się wykazać pod tym względem mniejsze wymagania niż oni. André Breton (1) Wiem, że te dwa ostatnie zdania niezmiernie ucieszą pewnych pisarków, którzy od długiego czasu starają się przeciwstawić mnie samemu sobie. Jak to? Powiadam, że "najprostszy akt surrealistyczny..."? A więc! I kiedy jedni, przez zbytnią ciekawość,

korzystają z okazji, aby mnie zapytać, "na co czekam", inni krzyczą o anarchii i chcą pokazać, że przyłapali mnie in flagranti na braku dyscypliny rewolucyjnej. Nie będzie mi trudno popsuć im ten ubogi efekt. Tak, to prawda, staram się wiedzieć, czy jakaś istota jest zdolna do przemocy, zanim sobie zadam pytanie, czy u tej istoty przemoc się przystosowuje czy nie przystosowuje. Wierzę w absolutną wartość wszystkiego, co się dokonywa spontanicznie czy niespontanicznie w sensie nieakceptacji, i nawet względy ogólnej skuteczności, zalecające długą cierpliwość przedrewolucyjną, względy, przed którymi się uginam, nawet one nie sprawią, że stanę się głuchy na krzyk, który każdej chwili może z nas wydrzeć przeraźliwa dysproporcja między tym, cośmy wygrali, a tym, co stracili, między tym, co zostało człowiekowi przyznane, a tym, co się przecierpiało. Rzecz jasna, że mówiąc o prostym akcie wcale nie myślę zachwalać go dlatego, że jest prosty, a zaczepki z tego tytułu są tyle samo warte, co mieszczańskie pytania pod adresem każdego nonkonformisty, dlaczego nie popełnia samobójstwa, każdego rewolucjonisty, dlaczego nie przenosi się do ZSRR. Zawracanie głowy! Niecierpliwość, z jaką niektórzy oczekują mojego zniknięcia, i moje przyrodzone upodobanie do aktywności wystarczą same przez się, aby mnie odwieść od niepotrzebnej "wyprowadzki". (2) "Im bardziej pogłębiamy patogenezę chorób nerwowych - pisze Freud - tym wyraźniej spostrzegamy związki, które je łączą z innymi zjawiskami życia psychicznego, nawet z tymi, do których przywiązujemy największe znaczenie. I widzimy, w jak małym stopniu rzeczywistość zaspokaja nasze żądania; wobec tego, pod naciskiem naszych wewnętrznych stłumień stwarzamy w głębi nas samych całe fantastyczne życie, które realizuje nasze pragnienia, kompensując braki egzystencji prawdziwej. Człowiek energiczny, któremu się w życiu powiodło ("któremu się powiodło": oczywiście pozostawiam na rachunku Freuda odpowiedzialność za to słownictwo), to taki, któremu się udało fantazje swoich pragnień przemienić w rzeczywistość. Kiedy się taka przemiana nie udaje z powodu nieprzyjaznych okoliczności albo słabości jednostki, ta się odwraca od życia realnego: zamyka się w szczęśliwym świecie swojego marzenia; w razie choroby przekształca treść marzenia w symptomy. W pewnych sprzyjających warunkach może znaleźć jeszcze inny sposób przejścia od swoich fantazji do rzeczywistości zamiast ostatecznie odsunąć się od niej przez regresję do dzieciństwa; rozumiem przez to, że jeżeli ta jednostka ma dar artystyczny, dar tajemniczy pod względem psychologicznym, to potrafi, zamiast w symptomy, przekształcać swoje marzenia w dzieła artystyczne. W ten sposób unika neurozy i dzięki temu wybiegowi wchodzi na powrót w związek z rzeczywistością." (3) Jeśli uważam za swój obowiązek tak silnie podkreślać wartość tych dwóch operacji, to nie dlatego, aby same przez się stanowiły w moich oczach panaceum intelektualne, ale że dla doświadczonego obserwatora przedstawiają względnie najmniejsze pole do nieporozumienia lub do oszustwa i że nie znaleziono nic lepszego, co by dało człowiekowi cenne poczucie środków, jakimi rozporządza. Rozumie się samo przez się, że warunki, jakie nam życie stwarza, sprzeciwiają się nieprzerywanemu trwaniu tak bezinteresownego, przynajmniej na pozór, ćwiczenia myśli. Ci, co poddali się mu bez zastrzeżeń, niezależnie od tego, jak nisko później niektórzy z nich upadną, nienadaremnie zostaną któregoś dnia rzuceni w sam środek feerii wewnętrznej. Po tej feerii powrót do wszelkiej przemyślanej działalności duchowej, choćby dogadzał gustom przeważającym wśród ich współczesnych, będzie przedstawiał w ich oczach ubogie widowisko. Te bezpośrednie sposoby, ciągle dostępne dla wszystkich, które uporczywie wysuwamy na czołowe miejsce z chwilą, kiedy w gruncie rzeczy idzie już nie o produkcję dzieł sztuki, ale o rozjaśnienie nie odkrytej, a jednak dającej się odkryć cząstki naszej istoty, gdzie wszelkie piękno, wszelka miłość, wszelka wartość ludzka, które zaledwie znamy, lśni intensywnym blaskiem, te bezpośrednie sposoby nie są jedynymi sposobami. Wydaje się mianowicie, że w obecnej chwili można sobie wiele obiecywać po czystym rozczarowaniu, wywoływanym pewnymi metodami, których zastosowanie w sztuce i w życiu prowadziłoby do skupienia uwagi już nie na rzeczywistości czy na wyobraźni, ale, jak by

to powiedzieć, na odwrocie rzeczywistości. Chętnie sobie wyobrażam powieści, które nie mają końca, tak samo, jak istnieją problemy bez rozwiązania. Gdzież jest powieść, której postaci aż nadto określone kilkoma drobnymi rysami, będą działały w sposób przewidziany chcąc wywołać nieprzewidziany skutek, i na odwrót, taka, gdzie psychologia przestanie załatwiać kosztem istot ludzkich i zdarzeń swoje wielkie zbyteczne obowiązki, aby rzeczywiście utrzymać między dwoma ostrzami ułamek sekundy i przychwycić w nim zarodki konfliktów, albo taka, gdzie prawdopodobieństwo dekoracji nareszcie przestanie nas pozbawiać dziwności symbolicznego życia, jakie miewają przedmioty nawet najbardziej określone i najczęściej używane, ale miewają tylko we śnie, albo też taka, gdzie konstrukcja będzie jak najprostsza, ale za to scena porwania będzie opowiedziana słowami znużenia, burza - opisana dokładnie, ale na wesoło itd.? Ktokolwiek uzna, że czas jest skończyć z drażniącymi brudami "realistycznymi", sam potrafi bez trudu pomnożyć te propozycje. (4) Słyszę już jednak pytanie, jak przeprowadzić tę okultacje. Niezależnie od wysiłku, niezbędnego do zniszczenia pasożytniczej "francuskiej" tendencji, która by chciała, aby surrealizm z kolei skończył na piosenkach, myślę, że bardzo by się to opłaciło, gdybyśmy pchnęli poważny rekonesans w stronę nauk, które z różnych względów są dziś całkowicie wzgardzone; ze starożytnych mam na myśli astrologię, z nowoczesnych - metapsychikę (szczególnie to, co dotyczy kryptestezji). Idzie tylko o to, aby zbliżyć się do tych nauk z pewnym minimum niezbędnej nieufności, a na to wystarczy, w obu wypadkach, zdobyć ściśle, pozytywne pojęcie o obliczaniu prawdopodobieństwa. Trzeba tylko, aby przy żadnej okazji nie spychać trudu tego obliczania na kogo innego, ale przeprowadzać je samemu. Przy tym założeniu sądzę, że nie może być dla nas obojętne, czy na przykład pewne osoby są zdolne do odtworzenia rysunku umieszczonego w zamkniętej nieprzezroczystej kopercie nawet w nieobecności twórcy rysunku i w warunkach wykluczających, aby ktokolwiek był poinformowany, co to za rysunek. Przeprowadzaliśmy pewne doświadczenia w postaci "gry towarzyskiej", których cel odprężający i odświeżający umysł nie pomniejsza chyba ich znaczenia: szło więc o teksty surrealistyczne, otrzymywane równocześnie przez wiele osób piszących od tej do tej godziny w tym samym pokoju, o współpracę nad ułożeniem wspólnego zdania lub wspólnego rysunku, którego jeden element (podmiot, orzeczenie lub przymiotnik - głowa, brzuch lub nogi) był uprzednio przez każdego dostarczany (Wyborny trup); nad definicją rzeczy nie podanej z góry (Dialog w 1928); kiedy indziej trzeba było przewidzieć zdarzenia, jakie by pociągnęła realizacja takiego a takiego całkowicie nieznanego warunku (Gry surrealistyczne) itp.; w tych grach doprowadziliśmy do powstania ciekawej możliwości, mianowicie do utworzenia wspólnej myśli. Zawsze tak bywa, że w ten właśnie sposób wyłaniają się uderzające związki, ujawniają się zadziwiające analogie, że najczęściej wchodzi w grą niewytłumaczalny czynnik jakiejś nieodpartej myśli i że słowem tutaj wypada miejsce najbardziej niezwykłych spotkań. Ale na razie możemy je tylko wskazać. Jest zresztą zupełnie oczywiste, że byłoby z naszej strony próżnością liczyć w tej dziedzinie wyłącznie na własne siły. Poza wymaganiami rachunku prawdopodobieństwa, które w metapsychice są zawsze nieproporcjonalne do korzyści, jaką można wyciągnąć z najdrobniejszego zapożyczenia, i od samego początku skazują nas na czekanie, aż będzie nas dziesięć czy sto razy więcej, trzeba się jeszcze liczyć z tym, że dar rozdwojenia i jasnowidzenia jest szczególnie źle rozdzielony pomiędzy ludzi fatalnie naszpikowanych w większym lub mniejszym stopniu oficjalną psychologią. Nie byłoby nic bardziej pożytecznego, jak spróbować pod tym kątem widzenia "iść" za pewnymi osobami, upatrzonymi bądź w świecie normalnym bądź gdzie indziej, trzymając się jednocześnie daleko od jarmarcznej budy i od gabinetu lekarza, słowem postępować w duchu surrealistycznym. Wynik tych obserwacji powinien być zanotowany w formie naturalistycznej z wykluczeniem, ma się rozumieć, wszelkiej poetyzacji. Domagam się po raz któryś, abyśmy się usunęli w cień wobec mediów, które w małej co prawda liczbie, ale jednak istnieją, i abyśmy nie wyolbrzymiając znaczenia tego, co robimy, podporządkowali się pod tym względem ich pierwszemu lepszemu przekazowi. Chwała, mówiliśmy Aragon i ja, histerii i orszakowi kobiet, młodych i nagich, które się czołgają po dachach. Problem kobiety stanowi to, co jest na świecie najbardziej cudowne

i niepokojące. Przyjmując, że człowiek niezepsuty powinien być zdolny do pokładania wiary nie tylko w Rewolucji, ale również w miłości, w obu wypadkach stosujemy tę. samą miarę. Upieram się przy tym mniemaniu tym bardziej, że ten upór, jak dotąd, ściągnął na mnie bodaj najwięcej nienawiści. Tak jest, sądzę i zawsze sądziłem, że wyrzeczenie się miłości, wszystko jedno, czy pod pretekstem ideologicznym, czy też nie, jest jednym z rzadkich niewybaczalnych występków, jakie człowiek obdarzony pewną inteligencją może w swoim życiu popełnić. Ktoś, kto uważa się za rewolucjonisty, chciałby inny twierdzi, że poświęca się sprawie, która jeszcze bardziej niż miłość nie znosi rywalizacji: w rzeczywistości nikt prawie nie ma odwagi spojrzeć otwartymi oczami w ogromne światło miłości, w której zbiegają się, ku najwyższemu zachwytowi człowieka, obsesyjne idee zbawienia i obłędu. Ale czy ten, kto się w tym względzie nie potrafi utrzymać w stanie oczekiwania lub doskonałej gotowości, czy ten, zapytuję, może przemówić po ludzku? ** Skoro idzie tutaj o możliwości okultacji surrealizmu, tym bardziej zwracam się do tych, którzy się nie boją ujmować miłości jako idealnej okultacji wszelkiej myśli. Powiadam do nich: istnieją widzenia realne, ale jest także w głębi ducha lustro, nad którym ogromna większość ludzi mogłaby się pochylić nic nie widząc. Ohydna kontrola nie funkcjonuje najlepiej. Istota, którą kochasz, żyje. Język objawienia składa się ze słów wypowiadanych bardzo głośno i słów wypowiadanych bardzo cicho, z wielu stron naraz. Trzeba się pogodzić z tym, że rozumie się piąte przez dziesiąte. ........................................ Z drugiej strony, kiedy zastanawiam się nad tym, co w surrealizmie tłumaczy się astrologicznie przeważającym wpływem "uranicznym", jakże nie życzyć sobie z punktu widzenia surrealistycznego, aby ukazało się jakieś krytyczne, pisane w dobrej wierze, dzieło o Uranie, które by zapełniło poważną lukę, datującą się w tej materii od dawna? Można powiedzieć, że jeszcze się niczego nie tknięto. Data urodzenia Baudelaire'a przedstawia szczególną koniunkturę Urana z Neptunem i z tego powodu pozostaje, aby tak powiedzieć, nie do objaśnienia. O koniunkcji Urana z Saturnem, która miała miejsce między 1896 a 1898 i zdarza się co czterdzieści lat, o tej koniunkcji, która charakteryzuje datę urodzenia Aragona, Eluarda i mojego - wiemy tylko od Choisnarda, że mało jak dotąd zbadana w astronomii, "oznaczałaby według wszelkiego prawdopodobieństwa: głęboką miłość wiedzy, poszukiwanie tajemnicy, rozwiniętą potrzebę uczenia się". (Słownictwo Choisnarda jest oczywiście podejrzane.) "Kto wie dodaje on - czy koniunkcja Saturna z Uranem nie zrodzi nowej szkoły w jakiejś specjalności naukowej? Ten układ planetarny, umieszczony w dobrym miejscu w horoskopie, odpowiadałby temperamentowi człowieka obdarzonego zdolnością refleksji, bystrością, niezależnością, który mógłby się stać pierwszorzędnym badaczem." Te słowa wzięte z Wpływu astralnego pochodzą z roku 1893, a w 1925 Choisnard zanotował, że jego przepowiednia zaczyna się spełniać. * Słynne zdanie z "Listu jasnowidza" Rimbauda (przyp. tłum.) ** W tym miejscu jest przytoczona część tekstu ankiety w sprawie miłości (przyp. tłum.)

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful