ISSN 2084-1124

12 (62) GRUDZIEŃ 2014

KRYTYKA LITERACKA
LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA ESEJE RECENZJE FELIETONY WIERSZE OPOWIADANIA

OD REDAKCJI Stanisław Ignacy Witkiewicz ● Nagroda Bednarczyków – nominacje ● Koncert
literacko-muzyczny: Józef Baran, Jerzy Trela, Jakub Pawlak, Kinga Sworniowska ● MiędzynarodowyKonkurs Egminy.eu
POETIKON JÓZEFA BARANA – MARIA GIBAŁA
ESEJ Grzegorz Gniady RANKO RISOJEVIĆ – na pograniczu kultur
ESEJ Krystyna Habrat ROZMYŚLANIA O PRACY PISARZA (część V)
POEZJA Sylwester Gołąb
RECENZJA Alicja Kubiak POCIĄG DO EMIGRACJI [Zbigniew Masternak, Nędzole]
PROZA Zbigniew Masternak DANIE, KTÓRE ŁĄCZY LUDZI [fragmenty książki Nędzole]
ESEJ Piotr Stanisław Król RZEKA WIEDZY Z ULICZNYCH ZAUŁKÓW
Pamięci Marka Nowakowskiego
ESEJ Marek Różycki jr. SIERGIEJ JESIENIN – Mistrz Tajemnicy Słowa
ROZMOWA Niels Hav, Sander de Vaan POEZJA NIE JEST DLA MIĘCZAKÓW
POEZJA Niels Hav
ESEJ Joanna Turek NA MARGINESIE KRAWCA TOMASZA MARKA SOBIERAJA
ESEJ Marek Trojanowski JACEK DEHNEL – TYTAN Z PLASTIKU
SZTUKA Caravaggio NARODZINY PAŃSKIE (ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem /Laurentym)

Redakcja Tomasz M. Sobieraj, Witold Egerth, Janusz Najder Współpraca Krzysztof Jurecki, Alicja Kubiak,
Dariusz Pawlicki, Marek Różycki jr. Wioletta Sobieraj, Igor Wieczorek Strona internetowa http://krytykaliteracka.blogspot.com/
Kontakt editionssurner@wp.pl Adres ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

OD REDAKCJI

Słowo na grudzień
Czemu krytycy bronią się rękami i nogami przeciwko precyzji myśli, jest dla mnie tajemnicą
niedocieczoną – chyba żeby łatwą i nieprzyjemną dla nich teorią tego dziwnego faktu
wypadałoby się zadowolić.
Witkacy, O stosunku wykształcenia literackiego i filozoficznego artystycznego krytyka

Nagroda Bednarczyków – nominacje
Z przyjemnością informujemy, że jeden z ulubionych przez „Krytykę Literacką” poetów,
Łukasz Nicpan, został nominowany do nagrody im. Krystyny i Czesława Bednarczyków,
przyznawanej w tym roku po raz pierwszy. Utwory Łukasza Nicpana i jego nominowaną
książkę przedstawiliśmy w kilku numerach „Krytyki Literackiej” w 2013 r. jako jedyni, co
stwierdzamy z pewną satysfakcją, ale i smutkiem, jednak bez zdziwienia, bo niczego dobrego
po pisemkach z polskiego grajdoła spodziewać się nie można; milczenie jest ich szczeniacką
metodą na unicestwienie wszystkiego, co wartościowe.
Jesteśmy przekonani, że żadna nominowana osoba nie zasługuje na tę nagrodę tak jak
promowany przez nas poeta, dlatego, mimo że znamy życie i smutne realia okołokonkursowe,
spodziewamy się uczciwego werdyktu Kapituły, i przy tej okazji naszego małego święta, które
jednocześnie stanie się świętem mądrej, bezpretensjonalnej poezji, zasługującej, jako gatunek
w Polsce reliktowy, na szczególną opiekę.
Nagroda ufundowana została przez zmarłą w 2011 r. współzałożycielkę londyńskiej
Oficyny Poetów i Malarzy Krystynę Bednarczykową, która przekazała Uniwersytetowi
Jagiellońskiemu archiwum wydawnictwa oraz środki finansowe stanowiące fundusz nagrody.
Kapituła konkursu na posiedzeniu 25 listopada nominowała cztery tomiki poetyckie
wydane w 2013 roku:
Tadeusza Dąbrowskiego Pomiędzy
Małgorzaty Lebdy Granica lasu
Krzysztofa Lisowskiego Poematy i wiersze do czytania na głos
Łukasza Nicpana Do czytającej list
Uroczystość ogłoszenia zwycięzcy konkursu odbędzie się 15 grudnia 2014 r. o godz. 18:00 w
Sali Baltazara Fontany (Kamienica pod Gruszką, ul. Szczepańska 1) w Krakowie.

1

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

2

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

3

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

POETIKON JÓZEFA BARANA – MARIA GIBAŁA
Szczerość, uczuciowość, liryzm – nawet, gdy ubrane w formę bez zarzutu nie są obecnie
w wysokiej poetyckiej cenie. Powiedzmy sobie bez ogródek – w poetyckiej cenie bywają:
prężenie muskułów (jaki to ja silny jestem), pokazywanie w wierszach języka albo wypinanie
w stronę czytelnika tylnej części ciała, czyli prowokacja dla prowokacji, a także nakładanie
różnych masek, żeby tylko nie pokazać prawdziwej twarzy.
Wiersze autorki z Przemyśla Marii Gibały wyróżniają się na tle przeciętnej produkcji
poetyckiej w naszym kraju naturalnością i trochę bezbronną szczerością. Jest to liryka
konfesyjna – tak określa się ją w języku polonistycznym – czyli rodzaj spowiedzi na ucho,
czasami bardzo przejmującej i dramatycznej jak choćby w cyklu wierszy poetki „Trzy światy”
poświęconym choremu bratu.
Mnie te teksty podobają się, bo są inne. Wydają się w naszym cynicznym świecie –
gdzie rządzi marketing i bezczelna autoreklama – czymś tak czystym, że aż wydawałoby się
naiwnym a przez to odważnym, bo kto to widział, żeby się tak odsłaniać!
Jest to liryka skromna, pozbawiona ambicji awangardowych, próbująca najprostszymi
środkami poetyckimi przemówić do wyobraźni i wrażliwości odbiorcy.
Że dziś się już tak nie pisze?
No właśnie! Dlaczego dziś się tak nie pisze?
Wiersze Marii Gibały wyróżniają się czystością brzmienia i tym, że są wiarygodne. Bez
owej wiarygodności, bez przeżycia wpisanego w lirykę, popisy warsztatowe bywają zwykle
pustą ekwilibrystyką.
I może właśnie dlatego, że dziś się już tak nie pisze – włączam autorkę, choć wydała
zaledwie jeden tomik, do mojego „Poetikonu”.

język jak chleb
nie znam innego języka
ponad ten którego mnie nauczono
białe jest białe
czarne jest czarne
nie rozumiem wielu słów
którymi karmią mnie zewsząd
a może to ja mówię w języku
znanym sobie i nielicznym
mój język jest prosty
przekazała mi go mama
nie ma w nim nienawiści
co najwyżej złość i bunt
to prawda że zbyt często
nadużywam słów wołających do Boga
ale to przecież On jest
najpierwszym nauczycielem
języka którym mówię

4

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

ostatni lot
już tylko jedno skrzydło
okna wzbija się do lotu
jak stary ptak
ostatnim spojrzeniem
wzdycha ku niebu
milczący świadek przeszłości
jeszcze chwila i skończy się
opowieść o świetności sprzed lat
jeszcze ostatnie spojrzenia
a potem koniec z wielu końców
na gruzach fundamentu
i stosie ściennych desek
odejdzie w zapomnienie

z matematyczną dokładnością
jestem matematycznym ułomkiem
nie mylić z ułamkiem
nigdy nie byłam orłem
raczej piórem
a właściwie małą cząstką natury
tej piękniejszej – kobietą
dzielę tydzień na dni
rok na miesiące
niestety tracę poczucie czasu
wędrując z głową w chmurach
kroję jabłka na połowy i ćwiartki
łamię czekolady na kostki
moja matematyka zaczyna się rano
gdy liczę stokrotki w ogrodzie
a kończy się liczeniem baranków
przed snem
gwiazd nie sposób zliczyć
kiedy błyszczą zachwycam się
i raduję – nazajutrz będzie pogodny dzień
rozpoznaję biedronki siedmiokropki
szukam wciąż czterolistnej koniczyny
liczę brzozy złote klonowe liście
rozmieniam się na drobne
objętością ramion mierzę szczęście
jedna druga pola powierzchni mojego serca
należy do niego
reszta zarezerwowana jest dla innych
wiem że czas mija bezpowrotnie
nawet wtedy gdy

5

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

wyczerpie się bateria w zegarku
lub pęknie sprężyna czasu
odmawiam dziesiątki różańca
oto cała moja matematyczna filozofia

Frücz
stary
w zniszczonym czarnym fraku
bez nóg
lata jego świetności już dawno minęły
nigdy nie znalazłby się u mnie
gdyby nie ciocia Stefania
która uciekając w czasie wojny z miasta
dała go na przechowanie
do domu moich dziadków
zginęła biedna podczas nalotu na pociąg
w Gajach Wyżnych
na nim uczyła się grać
w dzieciństwie moja mama
potem grały myszy zalęgły się korniki
dopadła wilgoć pożółkły białe klawisze
rdza zżarła wnętrze…
i cóż że stary i niepotrzebny
odpoczywa teraz jak w domu spokojnej starości
wygrywając dla mnie najcenniejsze
melodie z przed lat
fortepian marki Frücz

TRZY ŚWIATY (cykl wierszy)
I
kiedy był chłopcem
wspinał się na drzewa
rzucał scyzorykiem do celu
strzelał z procy z karbidu na Wielkanoc
bawił się z kolegami jeździł na rowerze
zrywał czereśnie na zarobek
wyprowadzał krowę na pastwisko
robił zakupy
pomagał ojcu w warsztacie stolarskim
i w polu
wrażliwy spokojny z sercem na dłoni
skromny i zamknięty
kiedy dojrzewał nie zdążył na pociąg

6

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

wszystko wokół biegło za szybko
został na peronie
zawalił się świat
II
wyjechałam na zimowisko…
chciał zrobić krzywdę
naszej mamie
zabrali go w kaftanie
zamknęli
odtąd stał się lekomanem z przymusu
III
nie chce jeść ani pić
długie dni stają się coraz dłuższe
osłabiają
schizofreniczne myśli
wyniszczają umysł
świat nie do ogarnięcia
po długich namowach
policja zabiera go do szpitala
na szczęście bez związania
IV
mimo że młodsza
stałam się
odpowiedzialna za niego
przecież byłam odpowiedzialna
ale nie aż tak
czułam się podle
jakbym zabrała mu jakąś cząstkę
wydarła własne – ja
ubezwłasnowolniłam brata
V
po wielu latach
jakieś stałe lokum
dom z wieloma lokatorami
współlokatorami pokoju
szafa łóżko nakastlik
cały dobytek dorosłego mężczyzny
skazanego na samotność wśród ludzi
o odejściu taty powiedziałam mu po roku
od odejścia mamy mija półtora
a ja nie umiem mu tego powiedzieć
omijam temat
na pytania o nią znów wymyślam kłamstwa
wychodzą mi coraz trudniej

7

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

VI
kiedyś ważył pewnie ze sto kilo
poruszał się z trudem i niechęcią
wyszczuplał
przypomina coraz bardziej naszego ojca
przerzedziły mu się włosy
nałogowo pali papierosy
nie mogę go odwiedzić
i nie mieć ich przy sobie
bo czeka na mnie
papierosy i mamę
wciąż o nią pyta
to dziwne że w swoim świecie
w pamięci ma miejsce na
dom krewnych znajomych
sąsiadów okolicę
a ja czasem nie mogę pomieścić
wczorajszego dnia
VII
list
Stasiu
braciszku tylko ty mi pozostałeś
nie mam innych krewnych
jesteśmy sami
wybacz mi to że nie piszę nie dzwonię
wolę odwiedziny u ciebie
wybacz że tak trudno jest rozmawiać
opowiadać o moim świecie
może niepotrzebnie lękam się
prawdy o mamie
może ty zniesiesz to lepiej niż ja
nie musiałeś przeprowadzać jej
na drugą stronę
spotyka się teraz z dziadkami
i naszą maleńką siostrą
w twoim świecie ona nadal żyje
jedynie nie możesz serdecznie
jej przywitać przytulić
odwiedza cię kiedy tylko zechcesz
nasza mama jest z nami

8

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

REQUIEM (fragmenty)
I. Sen
przyśniło mi się małe dziecko
w śnieżnej bieli
w ogromie wezbranego błota
i brudnej wody
wiedziałam że wydarzy się coś niedobrego
II. Schody
ciemność
pułapka dla słabości i starości
piętro półpiętro
osiem schodów
niewiele do pokonania
zbyt wiele by nie ucierpieć upadku
pusty dom
godziny długie jak wieczność
w bólu i cierpieniu
III. Diagnoza
jeszcze ciemno
świt dopiero za jakiś czas
korytarz długi i pusty
kolejne badania
niepokój coraz większy
pada diagnoza
fraktura collumna vertebralis
V. Rozmowy
– moja kochana
– całą noc myślałam o tobie
– moja mamuniu…
– uśmiechnij się do mnie
uniosłam jej lewą rękę
do mojego policzka
wtuliłam twarz w delikatną
słabą dłoń
głaskała mnie lekko…
– wytrzyj mi oczy
– masuj ręce i paluszki
– chce mi się pić

9

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

– muszę już iść
– przyjdę po pracy
– jak najszybciej
– czekam na ciebie…

VII. Pora na…
spojrzałyśmy na siebie…
szybki zastrzyk pyralginy do kroplówki
na obniżenie temperatury
nagle…
jej czułe dobre oczy
przestały patrzeć
moje utonęły w łzach
widziałam za szybą słabe ciało
które nie potrafiło już walczyć
na monitorze cyfry uderzeń serca
zmieniały się jak oszalałe 20, 45, 93, 5…
ucisk serca, tlen
minuty długie…
nagle czarny monitor !
bezsilność
tuliłam jej ciepłą twarz i stygnące palce
nie mogąc uwierzyć
przed chwilą witałyśmy się
a może to było pożegnanie…
żadna pora nie jest dobra na umieranie !

VIII. Sumienie
zagłuszam wyrzuty sumienia
że czas spędzony wspólnie zbyt krótki
tyle jeszcze nie zrobionych rzeczy
nie wypowiedzianych słów
nie wysłuchanych
nie zapisanych
czy zrobiłam wszystko co mogłam?
nie umiem pogodzić się
z jej odejściem
dlaczego mnie zostawiłaś ?

10

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Maria Gibała jest wiceprezeską Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Przemyślu, przewodniczy też
klubowej Radzie Artystycznej. Pracuje fizycznie na zmiany na wydziale powierzchniowej obróbki w zakładzie
elektromechaniki. Fotografuje i pisze wiersze. Ma w dorobku wiele wystaw fotograficznych o różnej tematyce
m.in. Chasydzi i kirkuty, nekropolie, Cmentarz Przemyski i Łyczakowski, przyroda i otaczający świat… Od
kwietnia 2011 r. redaguje rubrykę „Przystań Poetycka” w miesięczniku „Nasz Przemyśl”, której jest
pomysłodawczynią. Wydała tomik poezji Klimaty (2013.). W swoim dorobku ma nagrody i wyróżnienia
w konkursach poetyckich i fotograficznych.

ESEJ Grzegorz Gniady RANKO RISOJEVIĆ – na pograniczu kultur
W tym roku minęła setna rocznica zabójstwa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga,
który 28 czerwca 1914 w Sarajewie został zamordowany wraz ze swoją małżonką Zofią von
Chotek przez serbskiego nacjonalistę Gawriło Principa. To doskonała okazja by zainteresować
się twórcami z krajów byłej Jugosławii.
Jeden z nich – Ranko Risojević to postać niezwykła. Historyk matematyki, poeta,
pisarz, dziennikarz, krytyk literacki, i tłumacz. Urodził się 8 sierpnia 1943 roku w miasteczku
Kostajnica w północno–zachodniej części Bośni i Hercegowiny. Ukończył matematykę i fizykę
na Wydziale Matematyczno–Przyrodniczym w Sarajewie. Przez około dziesięć lat pracował
jako nauczyciel matematyki w szkole średniej, następnie jako tłumacz w wydawnictwie ,Glas w
Banja Luce. Był redaktorem edycji „Univerzitetska biblioteka” i „Osvjetljenja”. W tym samym
czasie pracował w redakcji czasopisma „Putevi”, a następnie jako dyrektor Galerii Sztuk
Pięknych w Banja Luce. W latach 1999–2011 był dyrektorem Biblioteki Narodowej
i Uniwersyteckiej Republiki Serbskiej w Banja Luce. Ranko Risojević jest autorem 40 książek,
w tym 14 zbiorów poezji i 5 powieści, a także kilkunastu audycji radiowych dla dzieci
i dorosłych. W tym roku w Polsce odbywa się promocja jego książki Bośniacki kat, która
zebrała bardzo dobre recenzje, była nominowana do najważniejszych nagród literackich i
wzbudziła zainteresowanie zagranicznych wydawców.
Jirži Kudela, były ambasador Czech w Bośni i Hercegowinie podczas promocji powieści
w przekładzie na język czeski w Pradze powiedział: „Dzięki powieści ,,Bośniacki kat'' pod
koniec swej kadencji miałem okazję poznać Bośnię i Hercegowinę lepiej niż podczas całej
służby. Poczułem nagle wyraźnie wszystkie te komplikacje historyczne i wypadki dzięki
opowieści o urzędniku austriackim sprawującym niewdzięczną funkcję kata państwowego.
Poprzez ukazanie losów postaci autor w sposób niezwykle wiarygodny i ciekawy nakreślił
obraz czasów oraz portrety ludzi obecnych w punkcie zapalnym, na ziemiach, które przeszły
do historii z powodu słynnego zamachu, wskutek splotu okoliczności. Jednak aby to zrozumieć
należy przeczytać powieść, oddającą w sposób mistrzowski całą złożoność pamięci i obciążeń
historycznych i ludzkich”.
Z kolei Marko Paovica, krytyk literacki z Wiednia pisze: „Chociaż w ostatnich latach
rzadziej czytam poezję niż prozę, zupełnie niezależnie od tego, nie pamiętam już kiedy miałem
w rękach powieść równie wciągającą. Zdarzało mi się to oczywiście wielokrotnie, jednak w tej
chwili przypominam sobie ledwie podobne, lub prawie podobne przygody studenckie:
pierwszą z Tonio Krögerem, a drugą z Bojaźnią i drżeniem. Chorobą na śmierć Kierkegaarda
(…) Wciąż pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego właściwie proza ta absorbuje tak bardzo
uwagę czytelnika, skoro praktycznie brak w niej wydarzeń fabularnych, a podstawą akcji jest,
co prawda dość niszowa, lecz jednak historia biograficzna. Być może wyjaśnienie tkwi
w mistrzowskiej konstrukcji opowieści, specyficznej strukturze jednostek narracyjnych

11

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

z wbudowaniem sprężyny dynamicznej w postaci multiperspektywy, tudzież polifonii głosów
narracyjnych. A może to dlatego, że temat jest w istocie znacznie szerszy i przynajmniej dla
mnie, bardziej relewantny niż podstawowa linia narracji. Postać Seifrieda została ukazana
fenomenalnie, maksymalnie obszernie, jednakowoż z podkreśleniem silnego wpływu
paradoksów losu i charakterów ludzkich, co jest zresztą źródłem najsilniejszych oddziaływań
w przeplataniu się w tańcu Erosa i Tanatosa”.
Ranko Pavlović, redaktor pierwszego wydania powieści Bośniacki kat twierdzi z kolei:
„Akcja tej specyficznej kroniki bośniackiej z końca dziewiętnastego i początku dwudziestego
wieku rozpoczyna się w momencie, gdy kat państwowy, Alois Seifried wraz z wojskami
austro–węgierskimi przybywa do Sarajewa, przepędzając otomańskie bestie w fezach. Koniec
zaś następuje, kiedy te same wojska, niczym smok zamieniony w jaszczurkę, po zakończeniu
I wojny światowej, z nosami na kwintę wracają do podbitego Wiednia. Pośród wielu odnóg
dynamicznej fabuły uwaga pisarza i czytelnika koncentruje się na wydarzeniach
poprzedzających wypadki z czasów okupacji austriackiej, aby wskutek dziwnych impulsów,
niby przypadkiem sięgnąć czasów po zakończeniu II wojny światowej. Obok głównego
bohatera, państwowego kata, ukazanego z kilku perspektyw, w powieści, która w swych
refleksjach tylko pozornie obrazuje konflikt Wschodu z Zachodem na niestabilnych terenach
Półwyspu Bałkańskiego, widoczna jest obfitość wykorzystanych nie bez powodu materiałów
dokumentalnych. Spotkamy zatem na kartach powieści mnóstwo postaci historycznych,
odmalowanych przekonująco, choć za każdym razem tylko za pośrednictwem czynów
obrazujących ich indywidualne cechy charakteru”.
Tyle na temat wydania oryginalnego powieści Ranko Risojevicia. Nieco więcej
konkretów serwuje zapowiedź polskiego wydawcy, który odsłania nieco śmielej rąbka
tajemnicy zdradzając nam szczegóły planu fabularnego. Na stronie wydawnictwa Nokturn
znajdziemy notkę treści: „Akcja książki Bośniacki kat dzieje się w XIX wieku. W roku 1886 na
mocy rozkazu Franciszka Józefa, cesarza Austro–Węgier, do Sarajewa przybywa Alois
Seyfried, mający pełnić tam funkcję państwowego kata. Od tego momentu staje się on postacią
powszechnie rozpoznawaną wśród mieszkańców miasta, którzy nie darzą nowego obywatela
wielką sympatią. Powiernikami jego spraw i rozterek stają się z czasem doktor Kretchmar,
były turecki kat Mustafa, kobiety lekkich obyczajów, a także jego ukochana cytra, której
dźwięki koją jego duszę i przenoszą go w rodzinne strony. Bośniacki kat to wyśmienicie
napisana historia człowieka, który jako urzędnik państwowy zawsze pozostawał wierny
ideałom cesarstwa, lecz jednocześnie miał swoje prywatne życie, które nierzadko toczyło się w
podejrzanych sarajewskich kręgach, rządzonych przez bandytów, To jednak także piękny
przewodnik po Sarajewie oraz Bośni i Hercegowinie drugiej połowy XIX i początku XX wieku,
ukazujący w subtelny i wyważony sposób zderzenie dwóch światów: nieokiełznanego orientu
i uporządkowanej Europy. W 2004 roku książka Bośniacki kat otrzymała nominację do
najważniejszej serbskiej nagrody literackiej NIN, zaś w 2005 roku została wyróżniona
prestiżową nagrodą imienia Branko Ćopicia przyznawaną corocznie przez Serbską Akademię
Nauk i Umiejętności”.
*
Bośnia i Hercegowina była zawsze kulturowym tyglem. Ta górska kraina od stuleci była
pionkiem w rozgrywce mocarstw i przechodziła z rąk do rąk. Bośniacy – Słowianie którzy po
podboju tureckim w XV wieku przyjęli Islam – zawsze byli tolerancyjni i otwarci. W XIX
wieku chłonęli wszystkie europejskie idee i nowinki techniczne, a jednocześnie zachowali
orientalny styl bycia. Europejski surdut i turecki fez na głowie to kwintesencja duszy Bośniaka
tamtej epoki. W istocie wspólnota muzułmańska na Bałkanach służyła jako pomost między

12

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Wschodem i Zachodem. Po zakończeniu I Wojny Światowej Bośnia została częścią Królestwa
Jugosławii. Jugosłowiański rząd nie dbał o tę górzystą krainę. Mimo tego Bośniacy bardzo
dzielnie walczyli z hitlerowskimi okupantami, którzy podbili Jugosławię w 1941 roku. Po 1945
roku komunistyczny przywódca Jugosławii Josip Broz Tito oświadczył, że Jugosławia będzie
od tej pory państwem federacyjnym, w którym zostaną zagwarantowane prawa narodów
Serbii, Chorwacji, Słowenii, Macedonii, Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny (w domyśle
jednak głównie Serbów i Chorwatów, ponieważ nikt wtedy nie traktował Bośniaków jako
odrębnego narodu). Bośniacy czuli się obywatelami drugiej kategorii. Tego nastawienia nie
zmieniła nawet zimowa olimpiada w Sarajewie w 1984 roku, która w komunistycznej
propagandzie została uznana za ogromny sukces. Wybuch wojny domowej w Jugosławii
w 1991 roku uzmysłowił Europie, że istnieje naród bośniacki. Początkowo europejscy
przywódcy nie wiedzieli jak zareagować. Przez trzy lata tolerowali oblężenie Sarajewa oraz
serbskie i chorwackie zbrodnie wobec Bośniaków. Dopiero w 1995 roku NATO
zainterweniowało zdecydowanie, bombardując serbskie pozycje. Układ w Dayton z 14 grudnia
1995 roku przypieczętował podział Bośni i Hercegowiny na trzy części: serbską, chorwacką,
i bośniacką. U bośniackich muzułmanów religia triumfalnie powróciła na scenę publiczną.
Przywódcy Bośni zaczęli manipulować uczuciami religijnymi narodu, wzbudzając
zdecydowaną niechęć liberalnej części bośniackiego społeczeństwa.
Jasmila Žbanić – uznana w świecie reżyserka bośniacka, oskarża polityków
o nadużywanie religii w celu pogłębienia podziałów między ludźmi aby przez to utrzymać się
przy władzy. Powiedziała: „bardzo długo pracowano nad budowaniem obrazu Bośniaka–
ofiary. Teraz, gdy Bośnia jest niepodległym krajem, wykorzystuje się religię jako element
identyfikacji, ponieważ politycy nie mają innego pomysłu na konsolidację społeczeństwa.
Mimo że od czasu zakończenia wojny w byłej Jugosławii minęło 19 lat, Bośniacy podzielają
przekonanie, że Europa odrzuciła ich w chwili, gdy jej najbardziej potrzebowali. Twierdzą, że
Zachód lekceważy Bośniaków. Są szczególnie rozgoryczeni ostatnią decyzją Komisji
Europejskiej zezwalającą na ruch bezwizowy dla Serbii, ale nie dla Bośni i Hercegowiny.
*
Ranko Risojević zawsze był twórcą uniwersalnym i stał ponad wszelkimi podziałami.
Bałkańskie nacjonalizmy go przerażają. Pewnie dlatego jest zafascynowany XIX–wieczną
Bośnią, w której panowała tak wielka tolerancja. Bardzo dużą sympatią darzy też Cesarstwo
Habsburgów, które jako jedno z niewielu imperiów szanowało prawa wchodzących w jego
skład narodów do zachowania swojej kultury. Według Ranko Risojevicia XIX wiek był
ostatnim stuleciem, gdzie lojalność, honor i poczucie obowiązku wobec kraju nie były li tylko
pustym słowem.
Moja przyjaciółka, tłumaczka literatury bałkańskiej Agnieszka Żuchowska–Arendt i szef
Wydawnictwa Nokturn Marcin Staszewski, rozpoczęli właśnie promocję polskiego wydania
powieści Bośniacki kat. Zaplanowano spotkania promocyjne w Lublinie, Brzegu, Mławie,
Skawinie, Prudniku, Opinogórze, a także w Bieruniu i w Oświęcimiu. Oprócz tradycyjnych
wieczorków autor będzie się spotykał również z młodzieżą szkół ponadgimnazjalnych.
Twórczość Ranko Risojevicia cieszy się dużym uznaniem wśród czytelników, jak
i krytyków. Niedawno po raz kolejny został nagrodzony, tym razem statuetką „Złota Sowa”,
przyznawaną autorowi najlepszej niepublikowanej dotychczas powieści.
Risojević jako twórca jest przykładem, że literatura może stać ponad wszelkimi
podziałami i wykraczać poza granice kraju, w którym jest tworzona. W swych
zainteresowaniach literackich bardzo wysoko ceni sobie również polskich poetów, szczególnie
Czesława Miłosza, który inspiruje go nieprzerwanie od wielu lat, czego dał wyraz pisząc wiersz

13

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

„List Oskara Miłosza do krewnego Czesława na prowincji”.
List Oskara Miłosza do krewnego Czesława na prowincji
Miałem klucz, w dzieciństwie,
zielony klucz łąk, lasów
róg, co otwiera głosy –
nosiłem go na sznurze na szyi,
wkładałem do ust, pod język,
bliżej serca – otwierał tajemnice.
Zagubił mi się po drodze, połamał
w jakimś zapchanym pociągu, pomiędzy
Wschodem i Zachodem, w melancholii
szerokich bulwarów, wołania
donikąd, gdzie zamieszkałem.
Próbowałem inne, otwierały
cudze wspomnienia, obce obrazy.
Włóczyłem się po asfalcie
zdany na pastwę tłumu; serce nabrzmiało –
gdzie w tym polu, ulistnionym lesie,
w kępie pierwiosnków skrywa się kluczyk
otwierający wszystkie nazwy
czaszki i róże zapomnianych języków i historii?
Miałem maleńką harfę, fortepian
pod pachą, pośród śliw, grusz
kuksańców i wapna gaszonego –
pobielone domy ledwie mnie pamiętają
woda przecieka przez palce,
liście więdną w zielniku
Przekł. Agnieszka Żuchowska–Arendt

14

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

ESEJ Krystyna Habrat ROZMYŚLANIA O PRACY PISARZA (część V)
CZYNNIKI SPRZYJAJĄCE NATCHNIENIU I PRACY TWÓRCZEJ
„Według mego własnego doświadczenia – mówi Helmholtz (cyt. Błachowski, Fragmenty
Psychologii) pomysły nie przychodziły nigdy, kiedy mózg był zmęczony. I nigdy przy biurku.
Moje zagadnienie musiałem zawsze wpierw tak przewertować na wszystkie strony, że mogłem
spojrzeć w myśli na wszelkie jego odmiany i komplikacje i nie pisząc, przebiegać je swobodnie.
Zazwyczaj nie można dopiąć tego bez dłuższej pracy. Później, kiedy przeminęło pochodzące
stąd zmęczenie, musiała nadejść godzina zupełnej fizycznej świeżości i spokojnej równowagi
ducha, zanim przyszły dobre pomysły. Często rzeczywiście (...) były one obecne rano przy
budzeniu się, co też kiedyś zanotował Gauss. Szczególnie chętnie (...) zjawiały się one przy
powolnym chodzeniu po lesistych górach w słoneczną pogodę. Najmniejsze ilości napojów
alkoholowych zdawały się je płoszyć”.
Natomiast Schiller mógł pisać tylko po wypiciu szampana – pół butelki. Do tego
podczas pisania trzymał nogi w miednicy z zimną wodą. Rodinowi również pomagały różne
gatunki alkoholi, wywołujące odpowiednio różne nastroje, a Mickiewicz improwizował
najchętniej podczas słuchania melodii „Laura i Filon”. Opisuje to Mieczysław Jastrun
w książce biograficznej pt. Mickiewicz:
Słowacki wstał (...). Stojący pod drzwiami rozmawiali szeptem: jest blady, jakby wszystka krew z niego uciekła.
Podobno wszyscy wielcy poeci, gdy mówią wiersze są bladzi, proroctwa ich dzięki temu wydają się bardziej
wiarygodne, choć w istocie nie znaczą nic (...). Szczepanowski uderzył w struny lekko, jakby od niechcenia, by
z każdą sekundą wzmacniać ton. Dźwięki ucichły i zanim słuchacze zdążyli ochłonąć, podniósł się Mickiewicz.
Nie, nie podniósł się – mówił później Zan – zerwał się, jak dawny templariusz, jak archanioł wreszcie. Twarz jego
zbladła i przemieniła się rzeczywiście. Co mówił? Nikt nie wiedział i nie wie. Ale całe to zgromadzenie podniecone
winem i grą gitary, całe to zgromadzenie wygnańców oczekujących wciąż czegoś – cudu, objawienia – nie chciało
wcale rozumieć słów improwizatora. Nie mogło zresztą. Słowa wiersza mówionego szybko, gwałtownie, zaledwie
pojawiały się, już nikły, zmiażdżone nagłym obrotem zdania, przesłonięte twarzą, która naprawdę promieniała
wzruszeniem.

Jan Parandowski w Alchemii słowa opowiada, że Hoffman tworzył w pokoju obitym
czarną tapetą i zależnie od nastroju zakładał na lampę zielony to znów niebieski abażur.
Twórczości Słowackiego najbardziej sprzyjała jesień, a Schillerowi – wiosna. Pliniusz Młodszy
nabierał sił, gdy patrzył na morze. Marcel Proust kazał obić pokój, w którym pisał, korkiem, by
nie zakłócały mu pracy żadne hałasy. Balzak pisał nocami, a wypijał przy tym dla pokrzepienia
wiele filiżanek mocnej kawy. To ponoć nadwerężyło jego zdrowie. Ale dla niego pisanie było
ważniejsze. Iluż mniej znanych twórców poświęca się podobnie? Może każdy?
Sylvia Plath w listach do matki pisała o radach, jakich jej udziela mąż, Ted Hughes, też
jak ona poeta. Podkreślała jego dobroczynny wpływ, bo nie oczekuje od niej
natychmiastowych publikacji ani sukcesów. Doradza, by po prostu pisała i dużo czytała „nie
tylko powieści i wiersze, ale również książki o sztuce ludowej, o krabach, meteorytach, gdyż to
właśnie daje pożywkę wyobraźni”. Sylvia Plath w okresach zastoju twórczego żyła intensywnie,
dużo czytała i gromadziła wrażenia.
Słynny uczony – twórca teorii stresu, Hans Seyle, opracował specjalne metody dla
pobudzania aktywności twórczej. Stosował je sam i zalecał je swym pracownikom naukowym.
Opublikował to w książce Od marzenia do odkrycia naukowego. Książka ta ukazała
się również w Polsce w latach sześćdziesiątych, a jej fragmenty publikował wcześniej
„Radar” – niegdysiejszy miesięcznik dla studentów, poświęcający wiele miejsca omawianiu

15

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

pracy twórczej.
Według Seylego następujące czynniki mają decydujący wpływ na twórczość:
1. Entuzjazm i wytrwałość
a/ koncentrowanie się na jednym celu
b/ odporność na niepowodzenie i znudzenie
c/ odporność na sukces
d/ odwaga
e/ wiara
f/ zdrowie i energia
2. Oryginalność
a/ niezależność myśli
b/ niezależność od uprzedzeń
c/ wyobraźnia
d/ intuicja
3. Inteligencja
4. Etyka
5. Kontakt z przyrodą
6. Kontakt z ludźmi
Powyższe punkty nie wymagają szerszego omawiania. Najwyżej 1.c, dotyczący
odporności na sukces. Jednak każdy twórca potrafi sobie przypomnieć, ile zamieszania
a nawet szkód wywołało czasem zbytnie zaufanie we własne siły po osiągnięciu sukcesu
i spoczęciu na laurach. A co do punktu 1.e: „wiara”, to bezskutecznie szukam w notatkach czy
odnosi się to do wiary w siebie, czy ma znaczenie szersze, a nie chciałabym na razie niczego
w teorii wielkiego uczonego zmieniać. Niech więc każdy odpowie na to sobie sam. Oczywiście,
wiara w siebie ma w twórczości kolosalne znaczenie. Uskrzydla. Emituje nowe pomysły.
Niejednemu daje po prostu poczucie, że naprawdę jest pisarzem i może pisać. Byle tylko nie
przesadzić – patrz punkt: c.
Iluż jednak początkujących wypytuje innych, prawdziwych twórców, wysyła próbki swej
pisaniny do różnych poczt literackich, by dowiedzieć się, czy mają jakiś talent i mogą dalej
pisać, czy też dać sobie z tym spokój. Odpowiedzi zwykle bywają oględnie. Ale jak już kogoś
pochwalą, to... O tym też opowiem kiedyś więcej.
Wracajmy do uczonego od stresu i warunków pracy twórczej.
Seyle, zgodnie ze swą teorią zapobiegania szkodliwemu stresowi stosował też ściśle
przemyślany reżim dnia, aby pracować w godzinach najkorzystniejszej kondycji intelektualnej.
Do tego odpowiednio wypoczywał i wykonywał specjalne ćwiczenia gimnastyczne oraz zabiegi
higieniczne poprawiające samopoczucie. Miało to usuwać zmęczenie i podtrzymywać dobry
stan zdrowia. Preferował kąpiele słoneczne, treningi na rowerowym statywie i spacery. Ale co
najważniejsze, Seyle bardzo dbał o przyjemną i życzliwą atmosferę w domu i pracy.
Wykorzystywał też twórczo okres bezpośrednio przed zaśnięciem i po przebudzeniu, kiedy to
umysł na pograniczu snu i jawy ma wzmożoną skłonność do rodzenia ciekawych pomysłów.
Unikał natomiast sytuacji wywołujących zmęczenie lub nudę. Nie mogąc ich zupełnie
wyeliminować, odcinał się od nich poprzez zagłębianie się we własne przemyślenia.
Jakie znaczenie ma dla twórczości dobry nastrój, pogoda ducha, radość a szczególnie
beztroska zabawa, opowiem następnym razem.
Zanim to nastąpi, zdradzę, że więcej rozważań na temat pracy twórczej, pisania,

16

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

rodzenia się pomysłów, talentu, grafomanii, powołania, potrzebie tworzenia czy natchnienia,
można przeczytać w powieści mojego autorstwa, opowiadającej właśnie o pisaniu powieści, pt.
Klatka Guliwera. Jest jeszcze dostępna w wydawnictwie My Book. Książka zawiera dwie
powieści, a jej pełny tytuł to: Podręcznik czarownicy. Klatka Guliwera.

POEZJA Sylwester Gołąb
el espresso
małe espresso
kojarzy mi się z małym (ale naprawdę małym)
esesmanem
kierownik pizzerii – małe espresso
jestem czwartym z kolei
który tak o nim myśli
małe espresso – naprawdę małe
czyściutki obrusik ma dosyć krzywe nogi
lecz donosi wszystko na czas
zgodnie z czasem naginając kilka zasad poza nim
och
od niedawna posiadam kilka adresów nieformalnych
kilku nadawców odbiorców oponentów
nie jestem przecież pariasem matiasem
śledziem
naturalnie po zmroku boję się mew
w porcie statek z czterystoma Włochami
dziewczęta o nordyckich rysach
poznają kulturalnych mężczyzn z południa
a póki co
rachunek sumienia koniec zmiany
małe espresso czarna kawa
to nie jest wiersz rasistowski
zupełny zmrok
21.07.14

17

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Istniało
Kiedyś istniała szansa by móc wszystko jeszcze odrzucić – odwrócić
To były czasy kiedy się zwyczajnie czekało
Pociąg ciepły czysty nadjeżdżający pełen nadziei
Przecież musiało wydarzyć się coś dobrego
Tylko taki był sens w nieustannym czekaniu
w przemieszczaniu się w zasypianiu w budzeniu
Robaczki świętojańskie z dobroci serca
oświetlały polne drogi
Deszcz padał na twoją chwałę
zamiecie zdawały się mówić
jesteśmy piękne
I ta euforia gdy na korytarzu pociągu relacji Kraków – Jelenia Góra
mężczyzna krzyczy z zachwytu
Wałbrzych fabryczny!
I po chwili czuć Wałbrzych fabryczny gdyż
mało było wówczas kłamstw których nie mogło
się zdemaskować
Dostrzegało się – ponieważ istniały rzeczy które
należało dostrzegać istotne niebanalne
czyste delikatne i prawdziwe

Odpływy
zamiast pisać rozpuścić się rozpuścić się od środka
pojąć wszystkie zasady między kwietniem a majem
zaprzeczyć wszystkim regułom w drugiej połowie roku
popołudnia istnieją połączone nierozerwalnie z nami
odkąd przyjechałaś muszę się z tobą nimi dzielić
pomimo tego
ciepłym morzem płynę
woda pochłania niebo niebo oddaje gwiazdy
wśród stworzeń morskich unosi się cisza
wiem to w jakimś sensie egzystuję z nimi – z nią
woda cichego oceanu pochłania niebo niebo oddaje gwiazdy
powłoka zasiadła w fotelu
wychodzi z tobą na zakupy rozmawia słucha
ja przez cieśninę Lema wypływam na pełne niebo

18

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Sylwester Gołąb, ur. w 1980 roku w Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku, mieszka
w Stavanger w Norwegii. Absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie, pedagog, animator
kultury. Swoje wiersze publikował w czasopismach: „Migotania”, „Kozirynek”, „LiteRacje”,
„Latarnia Morska” oraz w lokalnych pismach kulturalnych.

RECENZJA Alicja Kubiak POCIĄG DO EMIGRACJI [Zbigniew Masternak, Nędzole]
„Słowo pisane każdy może uprawiać z lepszym lub gorszym skutkiem dla czytelnika, jednak
nie każdy posiada dar zauważania pewnych ulotnych sygnałów, które tworzą wartościową
historię, godną przekazania potomnym.”
Tym zdaniem zakończyłam moje poprzednie rozważania na temat twórczości Zbigniewa
Masternaka w „Krytyce Literackiej” nr 6/2014. Słowa te stanowią niejako łącznik dla
kontynuacji moich refleksji, po lekturze następnej książki, wydanej w roku bieżącym. Dlatego
pozwolę sobie przedłużyć przytoczone wyżej zdanie dla zachowania ciągłości przemyśleń.
*
Słowo pisane każdy może uprawiać z lepszym lub gorszym skutkiem dla czytelnika, jednak nie
każdy posiada dar zauważania pewnych ulotnych sygnałów, które tworzą wartościową historię,
godną przekazania potomnym, zwłaszcza, gdy autor kontynuując swoje obserwacje, opisuje
w kolejnych opowiadaniach tragiczną sytuację swojego pokolenia. Nędzole to kolejny tom
opowiadań z cyklu Księstwo. Tym razem poruszony został problem emigracji. Po 2004 roku
Polacy ruszyli na podbój Zachodu marząc swój wielki sen o dobrobycie. Nikt nie przypuszczał,
że na obczyźnie czeka rozczarowanie, nierzadko głód, brak pracy i dachu nad głową.
Nielicznym udało się, wielu spotkało zniewolenie lub praca w ciężkich warunkach, często
poniżej posiadanych kwalifikacji.
Rola narratora i jednocześnie bohatera powieści przypadła młodemu mężczyźnie,
którego los gna przez różne przygody. Jest to człowiek spragniony wrażeń, otwarty na ludzi
i świat, pełen akceptacji na zmiany i różnorodność kulturową. Nie obawia się konfliktów,
potrafi je łagodzić lub w razie konieczności zakończyć bójką i wyjść cało z opresji. W podróży
towarzyszy mu dziewczyna, której sny są niejako zapowiedzią zbliżających się nowych
przygód. Postacie są wyraziste, permanentne, autentyczne. Mamy również do czynienia
z łotrami, bandytami, postaciami obojętnymi na losy bohaterów lub służącymi pomocą i dobrą
radą. To osoby z krwi i kości, każdy z własnym sposobem na życie. Narrator i jego dziewczyna
19

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

mają imiona, inni jakieś ksywy: Bumer, Zima, Lemur, Dżony, Dudek, Ajmsorry.
Ważnym problemem poruszanym w opowiadaniu są stereotypy. Gdziekolwiek się
ruszyć, zasypują człowieka określenia: leniwy, cwany, złodziej, naiwniak. Podczas pracy
w składzie skór, gdzie wśród Francuzów i Polaków, spotkać można Bośniaka, Macedończyka,
Serba, Szkota, Irlandczyka, Tunezyjczyka i Murzyna, bohater rozmyśla nad swoją trudną
sytuacją, nie użalając się przy tym na ciężką pracę (wykazał się bystrością i polotem
błyskawicznie opanowując tajniki dzielenia skór), lecz nad dyskryminacją i przejaskrawionymi
stereotypami:
Dla Polaczka każdy we Francji to wróg. Każdy może wbić ci nóż w plecy, mówiąc szefowi, że jesteś leniwy (…)
Polaczek zawsze myśli, że robi na akord. Przez to narasta w nim frustracja (…) Rzuca więc Polaczek grackę na
polu, każe pierdolić się szefowi i klnąc już nie pod nosem, lecz na cały głos, wyrzuca z siebie lawinę nienawiści –
dyskryminacja, niesprawiedliwość, poniżenie, brak szacunku dla cudzej pracy! Potem ten sam Polaczek wraca do
kraju. Idzie na budowę za czterokrotnie mniejsze pieniądze i tam spotyka się z megaposzanowaniem i dobrocią
płynącą od wciąż najeżanych współpracowników i szefa – chuja.

Następne stereotypy poruszane w Nędzolach podczas kradzieży aparatu fotograficznego
parze niemieckich emerytów to złodziej i cwaniak. Autor na tym nie poprzestaje, starając się
zmienić negatywny portret rodaków i ukazać zaradność oraz poszukiwanie pozytywnych
wzorców wśród idoli literackich – Mały Książę, Goethe. To w nich odnajduje remedium na
największego wroga – biedę. Jednocześnie krytykuje bierną postawę znanych polskich
emigrantów z epok przeszłych:
Czyż byłbym prawdziwym głosem pokolenia, gdybym nie wziął udziału w takim przedsięwzięciu? To jakby
zagrzewać do walki powstańczej, a potem w niej nie uczestniczyć – jak Mickiewicz. Kpić
z narodowowyzwoleńczych bojów, samemu siedząc za oceanem, jak Gombrowicz. Albo krytykować system
komunistyczny, będąc od niego daleko – przykład Miłosza. Przywdziałem dziadowskie szaty jak król
Kazimierz Wielki, żeby sprawdzić, jak żyje polski lud.

W powieści napotykamy fragment – wspomnienie, opisujące podróż koleją z Kielc do
Wrocławia, w którym bohater dokonuje rozrachunku z życiem. Swoje osiągnięcia, jak wydanie
książki, nakręcenie filmu, nazywa klęskami, przez które wszystko stracił. Sąsiedzi i włodarz
wsi, w której mieszkał, odsunęli się od niego, nawet uprzykrzali życie, czepiając się drobiazgów
i nasyłając policję. Kiedy wydawało się, że pisarz postanowi ostatecznie porzucić literaturę
i film, by pozostać handlowcem, menedżerem piłkarskim lub trenerem, wyciąga notes
i długopis, by notować myśli, spostrzeżenia. Długopis przestaje pisać, ołówek złamany i wtem
pojawia się w przedziale nieznajomy mężczyzna, głuchoniemy sprzedawca długopisów. To
znak, by nie porzucać pisania, lecz trwać dalej w swoim przekleństwie, choćby nawet za cenę
skazania na banicję z Gór Świętokrzyskich i życia tułacza z paszportem nędznika w kieszeni.
Twórczość Masternaka zasługuje, by zauważona została przez krytyków. Teksty
poruszają niewygodne problemy transformacji w Polsce, ukazują zakątki i ludzi zapomnianych
przez system, zagubionych i opuszczonych, pozostawionych samym sobie. W efekcie problem
sięga poza granice kraju, stajemy się plagą krajów Zachodniej Europy, dokąd zmierza masa
ludzi biednych, głodnych, zawiedzionych obietnicami o cudzie i stoma milionami złotych dla
każdego. To obrazy dzisiejszych czasów, szalonego pędu, nie wiedzieć za czym.
Książki Zbigniewa Masternaka mówią przede wszystkim o twardym życiu, a mimo to są
pełne ciepła i sympatii dla głównych bohaterów. Kolejne opowiadania przedstawiają postaci,
mające rzeczywiste problemy życia codziennego, nie epatują zbędnym użalaniem się nad
swoją trudną sytuacją, lecz raczej poszukiwaniem pozytywnej strony i rozwiązaniem
problemu. Czytelnik jest prowadzony przez świat transformacji gospodarczo – kulturowej,
ulegający globalizacji, wrogi odmienności seksualnej, wyznaniowej i indywidualizmowi,

20

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

zamknięty na przeszłość, starość, biedę, niezaradność. Liczy się siła mięśni i majątkowy stan
posiadania, intelekt może okazać się słabością. Przedstawiony też został problem przemocy
w związku partnerskim, ukazujący przyzwolenie na użycie siły przez muzułmanina wobec
nieposłuszeństwa kobiety. Drążąc głębiej temat, przemoc w związkach pojawia się we
wszystkich kulturach świata, będąc problemem ponad jakąkolwiek doktryną religijną. Dzieło
Zbigniewa Masternaka to polska powieść o dzisiejszych czasach z elementami brutalnej
rzeczywistości.
Zbigniew Masternak, Nędzole, Zysk i S–ka, Poznań, 2014.


PROZA Zbigniew Masternak DANIE, KTÓRE ŁĄCZY LUDZI [fragmenty książki Nędzole]
Marina i Samir przyszli z butelką szampana. Przyjrzałem się Arabowi ze zdziwieniem. Skądś
go znałem. Popatrzyłem na jego przetrącony nos i już wiedziałem — to jego uderzyłem z główki
pod katedrą! To on chciał mnie zabić!
Zasiedliśmy przy stole jakby nigdy nic. Obiecałem sobie, że nie powiem o tym Renacie,
bo mogłaby się wystraszyć. Miałem tylko nadzieję, że Samir mnie nie rozpozna. Byłem pewien,
że się nie zaprzyjaźnimy. Jedliśmy fondue, maczając bagietki w serowo–winnej masie. To
danie było popularne zwłaszcza w okolicy Chamonix.
Samir zauważył moją maszynę do pisania. Wyjaśniłem, że jestem pisarzem.
— O czym piszesz? — zapytał, zajadając smakowite danie. Nie dziwiło mnie, że łączyło
ono ludzi podczas jego spożywania.
— O moim dzieciństwie… — odpowiedziałem coraz bieglejszą francuszczyzną. Cały czas
nosiłem przy sobie rozmówki i przypominałem sobie to, co umiałem już w liceum.
— Po co to komu potrzebne? Lepiej napisz o tym, co się dzieje we Francji. O sytuacji,
w jakiej znajdują się tutejsi emigranci, zwłaszcza arabscy… — w głosie Samira pobrzmiewała
zapalczywość. Miał czas na rozmyślania — był bezrobotny, żył z zasiłku.
— Znów zaczynasz? — Marina popatrzyła na swego chłopaka z wyrzutem. — To
o innych nacjach także wspomnij. I o sytuacji kobiet…
— Pewnie coś napiszę… — uśmiechnąłem się, bo nie chciałem, żeby nasza impreza
przekształciła się w rozprawę z wszelkimi niesprawiedliwościami tego świata. Byłem
w radosnym nastroju — znajdowałem się w doskonałym dla mężczyzny wieku, miałem śliczną,
młodą, zakochaną we mnie dziewczynę, realizowałem swoje pasje literackie i filmowe,
podróżowałem.
— Niebieskookim blondynom jak ty jest we Francji łatwiej — Samir stracił humor. —
Ale kiedy jesteś muzułmaninem, obowiązujące w tym kraju trzy zasady — równość, wolność
i braterstwo — przestają się do ciebie odnosić — mówił, a ja uświadomiłem sobie, że już to
gdzieś słyszałem.
— Jak sprawy nadal będą szły tak źle, to ten brak tożsamości, potęgowany
resentymentami białych, postchrześcijańskich Europejczyków, rozedrze tkankę jednej
z najstarszych europejskich demokracji — ciągnął niby docent socjologii. Przez parę lat
studiował nauki społeczne na miejscowym uniwersytecie, ale studiów nie dokończył.
— To stąd się bierze ten arabski fanatyzm? — przyjrzałem mu się uważnie.

21

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

— Zbyt rygorystyczne przestrzeganie nakazów Koranu… — ciągnął. — Wiele złego
wynika z przekonania Arabów o tym, że są najlepszymi ludźmi, jacy zostali stworzeni. To
dlatego okazują pogardę innym nacjom. Francuscy emigranci islamscy są przeważnie młodzi,
bezrobotni, niewykształceni. No i wyobcowani, bo nie czują się obywatelami ani we Francji,
ani w krajach, z których przybyli ich rodzice.
— Ponadto wabią ich narkotyki, przestępstwa, czy polityczno–religijny ekstremizm… —
wtrąciła Marina. Czy zastanawiała się, jakby wyglądał jej chłopak, gdyby wsiadł na wielbłąda
i gnał przez piaski Sahary jak jego tuarescy przodkowie?
— Od czasu, kiedy Arabowie górowali nad Europejczykami pod względem kulturalnym,
ekonomicznym i technicznym, minęło prawie osiemset lat. Nie zauważyłeś, że od tamtej pory
wiele się zmieniło? — zapytałem, bo zaczynał mnie już drażnić. — Marina, co słychać w pracy?
— Ciężka robota… — Marina pokręciła głową, jakby nie miała ochoty rozmawiać. Za to
ponownie odezwał się Samir:
— Masz rację — spojrzał na mnie. — Społeczeństwa arabskie nie nadążają z rozwojem
za resztą świata. Od paruset lat żaden Arab nie wynalazł niczego wartościowego. Nawet ropy
nie można byłoby wydobywać, gdyby nie zachodnia technika i fachowcy.
— Wydaje mi się, że przekonanie o własnej wyższości nie jest wyróżnikiem jedynie
kultury arabskiej — starałem się rozmawiać spokojnie, nie chciałem zaogniać sytuacji
z Samirem. W końcu był naszym sąsiadem.
— Prawda, tyle że w kulturze arabskiej ma to jedno zasadnicze źródło zasilania —
religię. To zostało obwieszczone w tekście świętym. Moi współwyznawcy nie mogą uwierzyć, że
doszło do schyłku arabskiej cywilizacji.
— Wielu Arabów pracuje w Europie jako cenieni inżynierowie, lekarze, naukowcy —
w rodzimych krajach nie mieliby szans na rozwój… — rzuciłem.
— Tak! Młodzi Arabowie opuszczają swoje państwa i te stają się jeszcze bardziej
zacofane!
— A sytuacja kobiet? — wtrąciła Marina. — Mężczyźni stoją nad kobietami, bo niby to
Bóg dał wyższość jednym nad drugimi. Arabowie mogą bezkarnie bić swoje kobiety —
spojrzała z wyrzutem na Samira — nawet za podejrzenie niewierności bądź nieposłuszeństwa.
Tuareg spuścił wzrok. Z jednej strony mania wielkości, z drugiej świadomość, jak bardzo jest
zacofana własna cywilizacja. Jako Polak doskonale go rozumiałem. I coraz bardziej nie
lubiłem.
— W następstwie tego występuje chęć karania winnych za własne niepowodzenia… —
wtrąciłem. — Ale z powodu takiej postawy ucierpią wszyscy Arabowie — głównie imigranci —
żachnąłem się. — W chwili, kiedy skończy się ropa, islam stanie się archaiczną enklawą…
Pan Wiktor
Gdy wszedłem do jego pokoju, od razu w oczy rzucił mi się wielki ryngraf z Matką Boską
Częstochowską. Obok — olbrzymi kilim z mapą Polski z okresu dwudziestolecia
międzywojennego. Były też dwie skrzyżowane na ścianie szable. Pan Wiktor siedział przy
swoim biurku i coś pisał. Obok stał „chodzik”, dzięki któremu poruszał się po swoim pokoju.
W kącie — wózek do przemieszczania się po całym domu starców. Przywitałem się.
— Siadaj, chłopcze… — dziadek podniósł na mnie oczy znad biurka. — Opowiedz mi coś
o sobie.
— Co tu opowiadać… — nie byłem zadowolony ze swych dotychczasowych osiągnięć.
— No, na przykład jak się tutaj znalazłeś? — mówił cicho, ale wyraźnie, z niejakim
dostojeństwem. — Jesteś Polakiem, prawda?

22

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

— To chyba ciekawsze, jak pan się tutaj znalazł? — próbowałem trzymać dystans, bo nie
byłem pewien, czego mogę się po nim spodziewać.
— Co robiłeś w Polsce?
— Pisałem książkę. O sobie… — dodałem cicho.
— O! To już coś! Ja męczę się ze swoją autobiografią i nic mi nie wychodzi. A mam już
wydawcę, w Polsce.
Nadstawiłem uszu.
— Może ja bym mógł pomóc? Coś przepiszę, poprawię…
— Zaczniemy od czegoś prostszego. Przynieś mi gorącej herbaty… — Staruszek
uśmiechnął się dobrotliwie znad papierów rozłożonych na biurku, a potem wskazał wzrokiem
na swój kubek z orłem w koronie.
Wziąłem kubek i wyszedłem na korytarz. Akurat zadzwoniła Renata. Urządziła sobie
poobiednią drzemkę.
— Najpierw śnił mi się twój ojciec — ciągnęła podekscytowana — mówił, że powinieneś
wracać do Polski. Niebawem otrzymasz dużo pieniędzy, za które zbudujesz pałac w Górach
Świętokrzyskich.
— Skąd możesz wiedzieć, że to był mój ojciec, przecież nigdy go nie poznałaś, nie
widziałaś go nawet na zdjęciu — żachnąłem się. — A może to był jakiś diabeł? — obróciłem
wszystko w żart, chociaż od dziecka przywiązywałem do snów wielką wagę.
— Tak się przedstawił, był podobny do ciebie, tylko dużo starszy… — tłumaczyła Renia.
— A potem śniło mi się, że urodziłam rudego pieska…
— Porozmawiamy o tym, jak wrócę z pracy. Kocham cię… — rozłączyłem się. Renia,
wbrew temu co mówiła, musiała bardzo tęsknić za domem. Za rodzicami, za Dinozaurem. Czy
miałem prawo tak bardzo zmienić jej życie?
Poszedłem do kuchni, gdzie zastałem głównego kucharza — Artura. Krzątał się przy
garnkach z zupą.
— Pan Wiktor? — podchwycił z przesadną życzliwością, gdy zacząłem go wypytywać
o swego podopiecznego. — O, to czarujący starszy człowiek, naprawdę. Zostałeś jego
opiekunem?
— Tak. Zrób mu herbatę.
— Musisz się koło niego zakręcić.
Zerknąłem na niego z zaciekawieniem.
— Podobno śpi na pieniądzach.
— A co się stało z jego poprzednim opiekunem? Chciałbym go wypytać o parę spraw.
Artur odwrócił wzrok i jakby z trudem powstrzymał śmiech.
— Już tutaj nie pracuje. No, herbata gotowa, możesz mu zanieść.
Kiedy wziąłem od niego kubek, Artur przytrzymał mnie i napluł do herbaty. A gdy
zauważył moje zdziwienie, rzucił:
— Kiedyś zrozumiesz. Idź już.
Nędzole
W oczekiwaniu na rozprawę siedziałem na korytarzu w Sądzie Okręgowym w Orleanie,
czytając „Nędzników” w oryginale, których kupiłem parę miesięcy wcześniej. Oczami
wyobraźni widziałem się już skazanego, jak bohater Hugo. Na swoje rozprawy czekali także
inni „nędznicy”, też Polacy. Byli oskarżeni o przewinienia, za które w Polsce dostaliby najwyżej
drobny mandat albo nawet upomnienie. Podsłuchiwałem — podobno nie ma nic lepszego dla
pisarza, jak dobry słuch.

23

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

— Mieszkam tu już rok — powiedział niewysoki przedwcześnie wyłysiały blondyn. —
Mam nadzieję, że przede mną już tylko kilka miesięcy i wreszcie upragniony powrót do
kochanej ojczyzny.
— Kochanej… — żachnął się inny, czterdziestoletni rudzielec. — Nigdy tam nie wrócę.
Chyba że mnie stąd wypierdolą.
— Co z tego, że tam bida, bezrobocie, bezhołowie… — rozmarzył się blondyn. — Z głodu
nie umrę, ale chociaż będę miał jakieś wypady weekendowe, jakieś wspomnienia. A tu nic!
Nuda! Nic się nie dzieje!
Postawiono mi zarzut zanieczyszczenia moczem parkingu miejskiego.
— Pewnie należysz do tych kolesi, którzy zapierdalają po dwanaście godzin dziennie,
siedem dni w tygodniu i na oczach mają dwa banknociki — autorytatywnie stwierdził chudy
szatyn. — Ja tu jestem pół roku i prawie nie ma weekendu, żebym nie jechał czegoś zwiedzić!
Wczoraj na przykład byłem w Breście. Za tydzień jadę z dziewczyną do Avignionu. Da się?
Da się!
— A ja żyję w Orleanie od dwóch lat — wtrąciła się kobieta pod trzydziestkę, która
rozwinęła zbyt dużą prędkość na ulicy, bo się spieszyła, jadąc z jednej roboty do drugiej. —
Pochodzę z Krakowa, więc przenosiny z miasta kultury do miasta, gdzie kultura i sztuka ledwo
znajdują swoje miejsce nie było łatwe, ale powoli się przyzwyczajam. Najgorsze są dzielnice
marginesów społecznych, które tutaj zajmują prawie pół przestrzeni. Duża przestępczość.
Brud. Bałagan. Chuligańskie grupki. Ale nie wszędzie. Są miejsca, które da się lubić.
Chciałabym kiedyś zobaczyć to miasto odrodzone, bo ma duży potencjał…
Łysawy blondyn oburzył się na słowa trzydziestoletniej okularnicy:
— Z tym, że margines społeczny zajmuje połowę miasta, to gruba przesada! Chyba
nigdy nie zwracałaś uwagi, jaki margines zamieszkuje w Krakowie!
— Właśnie! — poparł go drugi z mężczyzn. — Jak ci się nie podoba, to przeprowadź się
do Nowej Huty! Miasto może jest troszkę zdegenerowane i są rodziny patologiczne, bo jak
piętnastolatki mają dzieciaki i nie umieją ich wychować, to tak to wychodzi.
Nie chciało mi się dłużej słuchać tych narzekań. Znów byliśmy w Polsce. Znów te
dyskusje jak u mnie na wsi pod jedynym sklepem. Nawet się ucieszyłem, że wreszcie
rozpoczęła się moja rozprawa. Według funkcjonariusza żandarmerii miesiąc temu wszedłem
na teren parkingu w Orleanie około 14 po południu i wsadziłem szkło do kontenera na
recykling, a następnie odlałem się za tym kontenerem.
— Co ma pan do powiedzenia na swoją obronę? — zapytała znużonym głosem pani
sędzia.
— Chciało mi się lać — odpowiedziałem, zastanawiając się nad tym, co by było, gdybym
się jednak przemógł i zdołał skończyć prawo? Może nie stałbym tutaj jako oskarżony biedny
robol z Polski. Nie ma co się łudzić, karty były rozdane już przed egzaminami. Pracowałbym
w Tesco w Lublinie jako ochroniarz, jak kilku moich kolegów, którzy dojechali do końca
studiów, ale nie mieli koneksji. No, może byłby to Carrefour, w Orleanie.
Tego dnia nie poszedłem od razu do pracy, tylko na chwilę wróciłem do domu. Starałem
się robić notatki w swoim notesie — o wydarzeniach ostatnich dni. Nie mogłem się skupić —
raz po raz nerwowo zerkałem na zegarek. Noc robiła się coraz późniejsza. Myślałem o tym, jak
długo w Polsce próbowałem wydać swoją pierwszą powieść, ale odbijałem się od wydawców.
Nie miałem pleców, rekomendacji, nikomu nie chciało się czytać moich rękopisów. A jedyny
literat, który gotów był mi pomóc, podczas pierwszego spotkania próbował łapać mnie za jaja.
Jak mu dałem w ryja, to wierzgnął kopytami jak dzik w błocie.
Renata wreszcie wróciła.
— Martwiłem się o ciebie.
— Musiałam czekać na taksówkę, bo nie mogłam się dodzwonić do ich centrali.

24

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

— Wiesz, miałem dzisiaj ciężki dzień… Dali mi grzywnę w sądzie… No i pan Wiktor…
— Jutro mi opowiesz. Padam z nóg… — przytuliła się do mnie.
— Pachniesz dymem papierosowym…
— Dlatego muszę go z siebie zmyć.
— Jutro trzeba zapłacić czynsz. Brakuje mi 300 euro. Nie wiem, skąd je zdobyć…
— Ja jeszcze nie mam… — odrzekła, kierując się do łazienki.
Kręciłem się w łóżku, nasłuchując odgłosów wody lecącej z prysznica. Nie doczekałem,
aż Renia wróci, zasnąłem.
Do pracy wymknąłem się wcześnie rano. Kiedy wszedłem do pokoju Wiktora, ten
siedział naburmuszony na swoim łóżku.
— Jedziemy na spacer? — zapytałem.
— Na spacer? Najpierw musimy poważnie porozmawiać…
Zrobiłem zdziwioną minę.
— O czym?
— Ukradłeś mi 300 euro! — wrzasnął.
— Słucham? — pomyślałem o tym, że bardzo by mi się przydało. Szkoda, że wcześniej
na to nie wpadłem.
— Cholerny Polaczek!
— To samo mogę powiedzieć o panu!
— Oddasz czy nie?
— Nie wziąłem, to nie oddam!
Wiktor wybrał numer telefonu i zadzwonił do pani Liliany.
— Tu Malewicz. Proszę do mnie natychmiast przyjść! — rozłączył się, patrząc na mnie.
W pomieszczeniu zapadła pełna nerwowego napięcia cisza. Po chwili rozległo się stukotanie
obcasów na korytarzu i do pokoju weszła dyrektor Liliana.
— Co się stało?
— Ten młody człowiek to złodziej!
— To bzdura! Nic mu nie ukradłem!
— Sam się okradłem?
— To Przemek! Widziałem niedawno, jak grzebał w pana rzeczach!
— Wie pan, jaki jest Przemek… To się chyba już wcześniej zdarzało… — dyrektorka
próbowała załagodzić sytuację.
— To dobre dziecko, tylko trochę zagubione.
— To dziecko kradnie… — wściekłem się i wybiegłem na korytarz.
Pani Liliana wyszła za mną.
— Proszę się uspokoić, wierzę w pana uczciwość.
— Przynajmniej pani.
— Wszyscy wiedzą, że młodszy syn go okrada. Proszę wracać do pracy.
Wolny dzień
W osiedlowym sklepiku kupiłem mleko, bekon, chleb i jajka. Skończyły się nam zapasy
z hipermarketu. W sklepie, mimo śniadaniowej pory, zebrało się kilku okolicznych
mieszkańców, których twarze znałem z widzenia — w końcu mieszkałem tu od paru miesięcy.
Niekiedy czułem się niemal jak u siebie na wsi. Tak samo było w Lublinie, gdzie zadomowiłem
się w dzielnicy Węglin. Tak stało się też we Wrocławiu na Ołtaszynie i na Psim Polu. To były
wcześniej wioski, które zostały wchłonięte przez rozwijające się metropolie. Ludzie z peryferii

25

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

zawsze mnie ciekawili — może dlatego, że ci starsi mówili jeszcze często po wiejsku. Nie
znosiłem za to mieszkania w starych kamienicach w centrum miast.
Zapłaciłem za zakupy prawie dwa razy więcej niż w markecie — obiecałem sobie, że już
nigdy tutaj nie przyjdę. Miałem dzisiaj wolny dzień — pani Liliana pozwoliła mi wreszcie
odpocząć od niańczenia staruszków.
Na podwórku zaczepił mnie nasz gospodarz, który był grabarzem. Przyszedł po czynsz.
Był wyjątkowo podekscytowany.
— Pan zdaje się, go znał, to także Polak. Przypadek tego Henryka jest dowodem na to,
że jeśli jest zbrodnia, to musi być też kara — stwierdził pan L’Eclerc. — O tak, Bóg ma swoje
sposoby na bezbożników!
Słyszałem w cukierni, że miesiąc temu Heniek Kwiatek włamał się do kościoła na
przedmieściach Orleanu. Wybił witraż i zdemolował tabernakulum.
— Ale wtedy stał się cud! — podkreślił pan L’Eclerc. — Nieszczęśnik zrozumiał, jaką
zbrodnię popełnił! Tak, drogi panie, takie rzeczy się zdarzają! W końcu Bóg jest wszechmocny!
Świętokradca chwycił za telefon i o swym występku powiadomił policję. Posiedział miesiąc
w areszcie, ale to była za mała kara! Wczoraj w nocy zabił córeczkę, potem żonę, a w końcu się
powiesił! Podobno dopiero co ściągnął ich do Francji.
— Bzdury! — Nie mogłem uwierzyć w jego słowa! Henryk? To było nie do wiary!
Miałem już dość tego starego świętoszka. Myślał, że z powodu swojej pracy przy kościele
posiada prawo do osądzania innych. Rasista i dewot. Coraz częściej obiecywaliśmy sobie
z Renią, że się stąd wyniesiemy.
— Bzdury!? Nic pan nie wie? Na jakim świecie pan żyje? — gospodarz wziął kasę
i poszedł.
Wszedłem do domu i włączyłem lokalną kablówkę. Przygotowując śniadanie,
rozmyślałem o Henryku. Jak stracił pracę jako kierowca tira, popadł w ciężką depresję. Z tego,
co słyszałem, brał kilka rodzajów leków, które mu nie pomagały. I jeszcze pił.
— Dosięgła go kara za to, co zrobił — powiedziała jedna z kobiet w programie
w kablówce.
Więc taki był ten francuski katolicyzm? Podszyty fanatyzmem i pogaństwem. Czy
podobny do polskiego?
Moje życie we Francji stawało się coraz bardziej miałkie. Cały dzień siedziałem w domu
przed telewizorem. Oglądałem wiadomości i piłem piwo. Miałem tak spędzić resztę swojej
młodości? Wiedziałem, że tak — niestety — wygląda życie większości moich rodaków. Ciężka
harówka od rana do nocy, a w wolnych chwilach oglądanie telewizji i popijawy. A gdzie życie
pełne artyzmu, spełnionych marzeń, wiekopomnych dzieł?
Po programie o Henryku w kablówce było dużo o zamieszkach, których ogniska
dopalały się w całej Francji.
– Wydarzenia, które obserwujemy we Francji w ostatnim czasie to coś więcej niż zwykłe
walki uliczne…Tysiące samochodów spalono, setki biur i sklepów zdemolowano — ciągnęła
dziennikarka lokalnej telewizji.
Nadstawiłem uszu — coś niedobrego działo się w kraju nad Sekwaną.
— Bunt francuskich osiedli jest skutkiem ostrych napięć, jakie narosły wewnątrz
francuskiego społeczeństwa. Francja weszła w epokę głębokiej społecznej niestabilności.
Rządzący tym krajem będą musieli stawić czoła nie tylko pogarszającym się warunkom życia,
ale także represjom wobec wszystkich tych, którzy zechcą się aktywnie sprzeciwić temu
porządkowi… — ulizany socjolog patrzył w obiektyw kamery.
Trywializacja, zwiotczenie. Ani chybi — jeszcze trochę i się dorobię opony piwnej na
brzuchu. Zacznę łysieć i poczerwienieje mi twarz. Może sobie jeszcze jakiś kolczyk w uchu
zafunduję?

26

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Wysłuchałem do końca analizy socjologa.
— Władza zrezygnowała z programów socjalnych, zlikwidowała resztki bezpieczeństwa
społecznego, pozostawiając najbiedniejszych na łasce rynku, a teraz oferuje tylko represje
i jeszcze domaga się identyfikacji z „francuskimi wartościami”.
A potem znów było o Henryku:
— Kryzys społeczny we Francji zbiera krwawe żniwo. Na przedmieściach Orleanu
wzorowy dotąd mąż i ojciec zabił całą rodzinę. Niczym robot strzelił do córeczki, a potem
zamordował ukochaną żonę… — ekscytował się dziennikarz, a ja kręciłem głową
z niedowierzaniem. Heniek na pewno nie był wzorowym mężem, zdradzał swoją żonę, gdzie
i z kim się tylko dało, ale swe dziecko kochał. — Następnie się powiesił. Desperat popełnił tę
koszmarną zbrodnię, bo nie mógł się pogodzić z utratą pracy. To brzmi potwornie, ale
mężczyzna uznał, że śmierć jest lepsza dla jego rodziny niż nędza.
Henryk nie prosił nikogo o pomoc. Napisał list pożegnalny i przefaksował go redakcji
lokalnej sieci kablowej. „Śmierć jest jedynym ratunkiem, bo nie wiem, jak mamy dalej żyć” —
tak brzmiało zakończenie tego listu.
— Jestem policjantem od piętnastu lat — tłumaczył funkcjonariusz o posiwiałych
skroniach — ale czegoś takiego nie widziałem nigdy. To był przerażający widok. W sypialni na
podłodze leżały w kałuży krwi dwa ciała. Mężczyzna powiesił się w kuchni.
Czy mogłem coś z tym zrobić jako pisarz? Dojadłem kiepskie parówki, które już prawie
całkiem wystygły.

ESEJ Piotr Stanisław Król RZEKA WIEDZY Z ULICZNYCH ZAUŁKÓW
Pamięci Marka Nowakowskiego
Po raz pierwszy spotkałem go na jednej ze staromiejskich, wąskich uliczek w Warszawie będąc
kilkuletnim brzdącem. Długie, siwe włosy, broda okalająca opuchniętą twarz z sinofioletowymi
plamami „odciśniętymi” przez codzienne spijanie taniego alkoholu, w tym często... denaturatu
z trupią czaszką na nalepce flaszki. Szary, brudny płaszcz zawiązany w pasie sznurkiem
i potężne, ziewające naderwanymi podeszwami buciory, z których wystawały postrzępione
szmaty zamiast skarpet. Siedział na schodkach kamieniczki przytrzymując jedną ręką swoje
cenne narzędzie codziennej pracy, do połowy wypełniony m.in. szkłem, papierzyskami,
parciany worek, a w drugiej pomiętą książkę z oderwaną okładką.
– Ciekawy osobnik, mógł ją wrzucić do worka z makulaturą... – powiedziała cicho moja
mama, pocierając nos, bo „zapach śmieciowy” bił od niego niczym bomba gazowa – ...ale to
najwyraźniej jakiś kloszard inteligent – dokończyła po chwili zastanowienia i pociągnęła mnie
energicznie za rękę w kierunku naszego domu. Obejrzałem się i zobaczyłem jak zerknął znad
książki w naszą stronę lekko mrużąc oczy spod krzaczastych brwi. Wargi wykrzywiły mu się
w coś w rodzaju uśmiechu, tak to odebrałem. Kilka dni później wkroczył na nasze podwórko
przy Rynku Nowego Miasta i posapując usiadł na ławce przy piaskownicy. Ciekawe... pachniał
niczym dziadek leśny. Najwyraźniej odczytał moje myśli z zaskoczonej miny i powiedział: –
„Rano odbyłem spowiedź spływową w Wiśle i wszelkie plugastwa z zewnątrz i z wewnątrz
siebie spłukałem w siną dal, nacierając się – starorzymskim zwyczajem – korą drzewa,
a i zielskiem wonnym też”. Po chwili, rozbawieni polecieliśmy na jego prośbę do
domów po flaszki i makulaturę. Od tego dnia stał się naszym podwórkowym gościem

27

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

i swoistym... nauczycielem.
W latach 60. ub.w. nie było sieci internetowej, media mocno ograniczone propagandą,
książki często ocenzurowane, a więc dla nas – dzieciarni i młodzieży – swoistą szkołą życia był
„uliczny pejzaż”. Po wyjściu z budy i ciśnięciu tornistra w kąt chłonęliśmy kolejne lekcje,
czasami bardzo dramatyczne. Do dziś pamiętam siedzącego na ławce mężczyznę w zniszczonej
panterce, nie mogłem zlokalizować jego nóg! Gdzież one są, w dziurze w ławce, czy jak? Nagle
zsunął się z niej i stanął przede mną; był mojego wzrostu, siedmio, ośmioletniego chłopca, po
czym ominął mnie i ruszył przed siebie na... rękach. Stukot przymocowanych do bioder
deseczek odbijał się echem w mojej głowie przez dłuższy czas. Zapytałem kloszarda, Zygę –
taką miał ksywę (jego imienia i nazwiska nigdy nie poznaliśmy) – o tego człowieka.
I usłyszeliśmy opowieść o bohaterach II wojny światowej, a on do nich należał. – Wiem,
pokłoń się mu następnym razem, jak go spotkasz – powiedział i ruszył w swój kolejny,
codzienny szlak staromiejski.
Nie brakowało również humorystycznych, przezabawnych sytuacji. Był dokarmiany
przez nasze mamy, ciotki, babcie. Na ogół, jak jedna wyskoczyła z miską zupy do siedzącego
Zygi, „spóźnione” kobiety czekały z poczęstunkiem na inną okazję.
Któregoś dnia z trzech klatek schodowych wybiegły trzy na raz, żadna się nie cofnęła.
Podbiegły do Zygi i podsunęły mu pod nos trzy michy wraz z pajdami pieczywa.
Obserwowaliśmy z oddali tę sytuację zadając sobie pytanie, którą zupę skonsumuje. A on
najspokojniej w świecie zjadł wszystkie trzy potężne porcje, zagryzając w sumie chyba całym
bochenkiem chleba!
Kiedy został sam, podbiegliśmy do niego i zapytaliśmy, jak dał sobie z tym radę.
Pogładził się po masywnym brzuchu rozluźniając wcześniej sznurek okalający jego płaszcz
i zapytał: – Czy ja wyglądam na Parysa? – Nie czekając na odpowiedź kompletnie
zdezorientowanych dziesięcio–, jedenastolatków, powiedział: – Zapytały mnie te wasze
boginki, która zupa najsmaczniejsza jest! Wojny trojańskiej, to znaczy... podwórkowej nie
miałem zamiaru wszczynać. Zjadłem ze smakiem pomidorkę, fasolówę i grzybową i rzekłem
tutejszej Herze oraz Afrodycie i Atenie: wszystkie są mniam... palce lizać, niech Zeus się
schowa z tym swoim kombinatorstwem!
Osłupieliśmy, a on wstał zarzucając pełny wór na plecy ruszył wydając z siebie tak
potężne beknięcie, że gołębie wydziobujące okruchy wpadły w panikę i odfrunęły w popłochu.
Ryknęliśmy śmiechem i... zaprzyjaźniliśmy się wcześniej niż zaplanował pedagog w budzie
z Homerem. Dzięki Zydze i zupom naszych boginek.
W marcu 1968 roku, mając trzynaście lat, pobiegłem któregoś dnia z kumplem na
Krakowskie Przedmieście pod Uniwersytet Warszawski. Demonstrując przeciwko zdjęciu
Dziadów ze sceny teatralnej miałem w myślach Zygę; to był nasz szlachetny Dziad, także
zdjęty ze sceny... społecznej. Mówiono, że jest on emigrantem wewnętrznym; może to jakiś
profesor, arystokrata, który „olał system bolszewicki”? – zażartował jeden z facetów
z podwórka.
Gonieni przez golędzinowców z pałami w łapach dobiegliśmy do pomnika Adama
Mickiewicza i w tłumie ludzi ujrzałem stojącego przy nim... Zygę. Nasz Dziad, nasz kochany
warszawski Dziad kiwnął głową i nagle zniknął w tumulcie pałowanych ludzi. Nie byłem
pewien, czy on tam był, czy w mojej rozgrzanej emocjami głowie.
Ostatnie nasze spotkanie, ostatnia lekcja. Początek lat siedemdziesiątych ub.w. Nasza
piątka szesnasto-, siedemnastolatków popalając „klubasy” szuka korkociągu do bełta.
Zapomniałem wziąć ze sobą scyzoryka z tym przydatnym narzędziem, który zawsze nosiłem
w swojej kurtce dżinsowej. Wróciliśmy z meczu Polonii i suszyło nam gardło od dopingu. Zza
rogu domu przy Mostowej wynurzył się, niczym szary duch, nasz Zyga. Podszedł i zapytał,
jakiż to mamy problem z tą flaszką. – Korkociągu nie macie? Niepotrzebny... – Wziął bełta

28

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

i pedagogicznym tonem powiedział: – Uważnie obserwujcie ten proces. – Podszedł do
trawnika, przykucnął przez dłuższą chwilę głaszcząc go pieszczotliwie lewą dłonią. Uniósł
butelkę i trzy razy energicznie uderzył dnem w ziemię, po czym wstał i lekko puknął pięścią
w denko, korek efektownie wystrzelił. Z podziwem zaklaskaliśmy kibicowskim rytmem
i zaprosiliśmy do wypicia wina. Był mocno spragniony, wypił duszkiem całą flaszkę.
Podliczyliśmy naszą kasę, brakowało do kolejnej „siary” dwa złote. Zyga wyjął z worka kilka
pustych butelek i dał na wymianę w sklepie. Kwadrans później Robcio przybiegł z bełtem,
wskoczył radośnie na trawnik i walnął butelką w ziemię. Brzęknęło, a w jego dłoni została tylko
szyjka flaszki. Zdumiony patrzył to na nią to na nas i w końcu coś mu zaświtało w głowie. –
Cholera jasna, kamień... nie wymacałem gleby, pardon!
Spojrzeliśmy na Zygę, który zarzucił worek na plecy i powiedział na odchodne: –
Festina lente, chłopaki. Przed wami długa droga, śpieszcie się powoli. Powodzenia! – Odwrócił
się i zaczął z trudem wspinać się stromą ulicą Mostową w stronę Barbakanu.
Człowiek z marginesu społecznego, staromiejski kloszard, śmieciarz, pijaczyna... Czy
miał odejść w niepamięć? Mógłby, ale nie pozwoliłem na to. Był swoistym diamentem
w miejskim zaułku odrzuconych, niezwykłym, Szlachetnym Dziadem. Po latach stał się
cennym bohaterem mojego opowiadania pt. Zyga Nadwiślański w książce Tętno miasta.
*
Podczas jednego ze spotkań autorskich, na początku 2010 roku, miałem przyjemność
rozmawiać o tym i o wielu innych bohaterach warszawskich zaułków i rewirów z Markiem
Nowakowskim. O tym jak warto jest zachować ich w pamięci, zatrzymać na kartach czas.
„Najwarszawściejszy pisarz”, jak kapitalnie określił go prof. Andrzej Makowiecki – robił to
wspaniale, po mistrzowsku.
W maju tego roku Marek odszedł od nas, został pochowany na Powązkach Wojskowych
w Alei Zasłużonych. Jarosław Marek Rymkiewicz wówczas powiedział: „Ceniłem jego
obywatelskie męstwo, niezłomny patriotyzm, i ceniłem jego pisarstwo, konkretność
i dokładność, taką realistyczną dokładność jego opowiadań. Był jednym z największych
prozaików mojego pokolenia, pewnie największym. I był największym pisarzem
Solidarności, tej z roku 1980. Pozostanie po nim wielkie świadectwo życia polskiego w drugiej
połowie XX w”.
Wspominając na początku tego tekstu epizody z własnego dzieciństwa i młodzieńczych
lat w towarzystwie Szlachetnego Dziada, Zygi, spoglądam na leżącą na moim biurku ostatnią
książkę Marka Nowakowskiego Dziennik podróży w przeszłość (Wyd. Iskry, 2014).
Przeczytałem ją w czerwcu i poznałem niezwykłe, zaskakujące „zaułki życia” pisarza, zanim
sięgnął po pióro i co go do tego skłoniło. Może inaczej, zmusiło.
Człowiek wydawał mi się otchłanią bez dna. Pokłady ludzkiej psychiki odkrywały się jak niewyczerpana kopalnia.
Dobro i zło w nieustającym pojedynku. Ciemność i jasność na przemian. Nade wszystko przyciągali ludzie trudni
do rozpoznania, szczelnie opancerzeni, czujni wobec innych. Jakie sekrety skrywają? Co ich męczy, gryzie?
Z doświadczeń w zakazanych rewirach zdobyłem bogatą wiedzę” (s. 89).

Marek Nowakowski zdobywał zaufanie najbardziej skrytych ludzi, z najciemniejszych
rewirów miasta: melin, szemranych knajp, pod budkami z piwem, a nawet w celi więzienia, do
którego trafił jako nieletni (rozdział „Mues”, s. 36-59).
Będąc przesłuchiwanym zdał szczególny egzamin z lekcji przywódcy szajki, M. (tak
Marek Nowakowski określa go w książce). Poszedł dzielnie w zaparte do samego końca
procesu, pamiętając jego słowa: „kapuś to najpaskudniejsze stworzenie na ziemi. Z szamba
wyłazi. Pełznie niby robal. Nie ma nic paskudniejszego od kapusia. (...) Wspólnik jest jak brat
29

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

i jeden za drugiego idzie w ogień” (s. 48). Dola Babana, współtowarzysza w celi, też była
swoistą lekcją, jak traktuje się za kratami, a także i poza nimi zdrajców, donosicieli, kapusiów.
Oczywiście życie często jest zawiłe i „babany” w niektórych „rewirach” są honorowani,
przypina im się w klapę blachy zasłużonych. Pytanie – dla kogo...? W swoich licznych
opowiadaniach Marek Nowakowski perfekcyjnie odkrywał także tego typu zaułki życia
różnych społeczności.
Charakterystyczny jest w jego twórczości dystans do otaczającego go świata, jego słowa
są niczym fotografie utrwalające miejsca, ludzi, zdarzenia, pozostawiając czytelnikom własne
zdanie, refleksje, zrozumienie najprzeróżniejszych, czasami bardzo powikłanych ścieżek życia.
Książkę Dziennik podróży w przeszłość polecam każdemu do przeczytania. Kończy ją
krótkie, przejmujące Postscriptum, jakby przeczuwał koniec swojej drogi życia, twórczości,
kontaktów z ukochaną Warszawą i niezliczonymi zaułkami losów jej mieszkańców.
Tak sobie myślę, Marku, tam po drugiej, lepszej stronie, może spotkasz Zygę,
Szlachetnego Dziada ze staromiejskiego pejzażu. Powiedz mu, że nie pozwoliłem mu odejść
w niepamięć. Dobrze, mój Mistrzu słowa?

ESEJ Marek Różycki jr. SIERGIEJ JESIENIN – Mistrz Tajemnicy Słowa
Żegnaj przyjacielu, do widzenia, (...)
W życiu ludzkim – śmierć to rzecz nienowa
A i życie samo – nic nowego...
Twórczość Siergieja Jesienina – największego poety rosyjskiego XX wieku – inspirowana
folklorem, sztuką sakralną, łączy wątki rosyjskiej tradycji ludowej z mitologią Greków; przede
wszystkim zaś – nacechowana jest przeogromną wrażliwością, wręcz empatią. Pisząc, czerpał
pełnymi garściami z własnej wrażliwości, czułości, „rzewności”, właściwej mu nostalgii,
ukazując piękne cechy swojej na wskroś rosyjskiej „trogatielnoj” Duszy –
„duszoszczypatielnoj”…
Jesienin odsłania nam tajniki swoich przemyśleń z niespotykaną u innych twórców
szczerością, prawie dziecinną ufnością, nie pozwalając odbiorcy na dystans. Poetą był
niezwykłym – hipnotyzował swoimi poetyckimi pieśniami. Jego osoba intrygowała, z uwagi na
ciekawe życie wagabundy–trubadura: wojaże po Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych
oraz niezliczone wydania poezji i oryginalne w swej formie wystąpienia publiczne. To wszystko
sprawiło, że stał się on jasno świecącą gwiazdą na początku XX wieku.
Urodził się 21 września 1895 roku w Konstantinowie koło Riazania w rodzinie
kupieckiej. Porzuconego przez rodziców przyszłego poetę wychowywali dziadkowie. Tworzył
od dziewiątego roku życia, choć jak sam twierdził, świadomie – od szesnastego. Z tego to czasu
wiersze opublikowano później w debiutanckim tomie Radunica (1916). W 1912 wyjechał do
Moskwy, gdzie pracował jako korektor w drukarni. Przez półtora roku studiował
eksternistycznie na Uniwersytecie Moskiewskim.
Debiutował w 1914 r., porzuciwszy uniwersytet i pracę. Zupełnie przypadkowo popadł
w niełaskę u rodziny carskiej, odmawiając napisania hymnu pochwalnego na cześć i chwałę
panującego cara – satrapy. Za tę niesubordynację trafił na zesłanie, gdzie przebywał do 1916 r.

30

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Fakt ten sprawił, że późniejsza nowa, czerwcowa władza przyjęła go przychylnie, on zaś
w owym okresie w pełni popierał głoszone przez nią idee.
Dla Jego twórczości bardzo ważny był jednak „okres petersburski”, który wzbogacił jego
twórczość. W Petersburgu bowiem, dokąd wyjechał w 1915 roku, poznał grono tamtejszych
poetów: Błoka, Gorodeckiego, Biełego i Klujewa. Szczególnie Aleksander Błok pomagał
wypromować Jesienina w początkach jego kariery.
W 1916 został wcielony do armii, ale wkrótce po Rewolucji Październikowej 1917 roku
Rosja wycofała się z działań wojennych. Jesienin początkowo poparł rewolucję, tłumacząc ją
jako zwycięstwo tradycji chłopskiej i patriarchalnej utopii, ale wkrótce stracił złudzenia
i nawet krytykował bolszewików w swej twórczości. W 1919 wraz z Marienhofem
i Szerszeniewiczem ogłosił manifest imażynizmu, który głosił m.in. obrazowość i intuicyjność
w Sztuce, poszukiwanie samoistnego obrazu oraz Tajemnicy Słowa.

Jesienin wielokrotnie się zakochiwał, przeważnie na krótko; był pięciokrotnie żonaty
w swoim trzydziestoletnim życiu, bowiem wszystkie związki – legalizował. Przez całe swoje
życie poszukiwał a k c e p t a c j i , której zabrakło uu w dzieciństwie i wczesnej młodości –
poszukiwał stabilności, do końca czując się odtrąconym.
Nie mając szczęśliwego dzieciństwa, nie mógł w życiu dorosłym nie wchodzić w kolizję
z uczuciami. Nie posiadł był umiejętności utrzymania związku, co przełożyło się na jego życie
osobiste a nawet – chorobę. Jego pierwsze małżeństwo miało miejsce w 1913 roku i z tego
małżeństwa urodził się syn Jurij. Po raz drugi ożenił się w 1917 i z tego małżeństwa pozostały
dzieci: Tatiana i Konstantyn. Pod koniec 1921 na przyjęciu u przyjaciela, malarza Gieorgija
Jakułowa, poznał amerykańską tancerkę Isadorę Duncan, z którą się ożenił w maju
następnego roku. Wspólnie odbyli podróż po Europie i do Stanów Zjednoczonych, jednak
pogłębiająca się choroba alkoholowa poety i napady szału powodowały, że często niszczył on
wyposażenie pokoi hotelowych i robił awantury w restauracjach. Ich małżeństwo również
trwało bardzo krótko i w maju 1923 roku Jesienin wrócił do Moskwy, gdzie ponoć miał wziąć
czwarty ślub, chociaż nigdy nie rozwiódł się z Duncan.
Ostatnie dwa lata jego życia obfitowały w pijackie zachowania, ale także w najbardziej
znane utwory literackie. Wiosną 1925 roku poznał Sofię Tołstoj (wnuczkę Lwa Tołstoja),

31

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

z którą się ożenił. Kilka miesięcy później w związku z silną depresją skierowano go na leczenie
psychiatryczne, jednak został zwolniony ze szpitala tuż przed świętami. W nocy z 27 na 28
grudnia popełnił samobójstwo. Wiele też wskazywało na to, że do śmierci Poety – być może –
przyczynili się funkcjonariusze OGPU (Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny).
Krótkie i burzliwe życie Jesienina przełożyło się na jego znakomitą lirykę, która posiada
najpiękniejsze cechy: umiłowanie ojczyzny, wsi, przyrody. Jego utwory, to jego d z i e c i , które
chronił i być może to powodowało, że tak źle znosił krytykę. Nieprzeciętna melodyka wersów
i wyrazistość detalu powodowały wrażenie, iż on po prostu swoją poezję śpiewał...
Był poetą poszukującym, ale nie tylko nowych inspiracji czy środków wyrazu;
poszukiwał od zawsze Miłości, pamiętając o bolesnym odrzuceniu przez rodziców, co wpłynęło
na całe jego życie, a także wywołało stany depresyjne, lękowe – słowem: chorobę afektywną.
Osobowość człowieka kształtuje się w jego dzieciństwie, które u Jesienina pozbawione było
poczucia bezpieczeństwa, szczęścia, beztroskiej radości, nacechowane zaś było momentami
smutku, załamania, izolacji, odtrącenia i – co za tym idzie – niewiary w siebie, we własne siły,
wywołało stan poczucia mniejszej wartości… Pozostawiło to głęboką rysę na psychice poety,
której to skazy, do końca swojego krótkiego życia nie zdołał zmazać.
Pretensjonalny w życiu – bezpośredni w sztuce. Poeta wrażliwiec, ale i chłopak – łobuz,
któremu ostatni wiersz własną krwią przyszło zapisać. Miał osobowość bardzo
skomplikowaną, nietuzinkowy sposób odczuwania i postrzegania świata. Zawsze interesowały
go bezpośrednie relacje, bliskość z drugim człowiekiem, przyrodą, co pokazywał w swoich
utworach z ogromnym sensualizmem, piękną prostotą.
Z wielką wnikliwością oddawał przeżycia i nastroje chłopstwa rosyjskiego na drodze od
starej do nowej rzeczywistości, co też z pewnością zdecydowało o głębokim dramatyzmie jego
poezji. Liryka Jesienina zawiera najpiękniejsze cechy: umiłowanie wsi, przyrody, ojczyzny;
ludowość; subtelny liryzm; melodyjność wiersza. Pięknie pisał o miłości do matki, która go
porzuciła, umiłowanej kobiety, wzruszając, ale też i raniąc…
Był Mistrzem Słowa, pięknym mężczyzną o duszy chłopca, ciekawym świata i życia.
W czułych wersach, pełnych empatii, pokazywał błękitną Ruś – stale obecną gdzieś tam
pośród prostych ludzi, gdzie „matka zaczyniła kołacz dla syna”. Przełamywał ową empatię
rewolucyjną dynamiką buntu, co również trafiało do odbiorcy. Był twórcą niepospolitym,
charyzmatycznym, o wielkim sercu, które nie zawsze trafiało na właściwych ludzi, we właściwy
czas i miejsce.
Nie ominęła Jesienina i megalomania, bowiem nie zawsze potrafił poradzić sobie
z krytyką, zaś fatum wpisane miał w swój życiorys. Obcując z cyganerią Moskwy i Petersburga,
gdzie najjaśniej świeciła gwiazda jego talentu – przywykł do uznania, co nie do końca
przełożyło się korzystnie na jego życie osobiste. Najzwyczajniej w świecie nie był
przystosowany do życia w owym trudnym, niestabilnym historycznie i społecznie okresie. To
także komplikowało Jego poszukiwania artystyczne, zmieniało stosowane środki ekspresji,
wręcz utrudniało jego pracę.
Nie od razu zdołał się zorientować w siłach napędowych i sprzecznościach, które
przyniosła rewolucja, a przecież powitał ją „chłopskim pokłonem”. Bacznie obserwował
i szukał odpowiedzi na pytanie: co daje rewolucja ludowi? Temat chłopstwa nabrał w jego
utworach wymiaru historycznego i moralnego. Wrażliwy, zdezorientowany – wówczas właśnie
najbardziej ulega wpływom bohemy.
W obliczu dokonujących się zdarzeń jego liryka ujawnia naprzemian cechy smutku,
załamania, rozpaczy, by nagle przychylić się ku radości, nadziei, a nawet brawurze. Głębokie
umiłowanie ojczyzny spowodowało zrewidowanie Jego stosunku do nowej rzeczywistości,
a także do zasadniczych reorientacji poszukiwań twórczych. Z czasem w jego wierszach coraz
częściej pojawiały się wątki katastrofizmu, wyobcowania współczesnego człowieka, żalu za

32

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

dawną Rosją. Coraz silniejsze były też motywy anarchicznego buntu i pesymizmu.
Sergiusz Jesienin był niewątpliwie poetą wszechstronnym, o łkającej duszy, ogromnej
wrażliwości i ciekawości świata. Od zawsze szukał b l i s k o ś c i c z ł o w i e k a . Na wskroś
rosyjski, szczery, subtelny, o nieprzeciętnej charyzmie, enfant terrible nowego ustroju. Poeta –
legenda.

Psi syn
Młodość moja znów się rozszumiała
Jak kwitnący wiosną wonny sad.
Psa wiernego dzisiaj wspominałem
Przyjaciela moich młodych lat.
Młodość moja dawno przeszumiała
Jak podgniły klon, wrośnięty w mur.
Ta dziewczyna miała suknię białą,
A ten pies – był postillon d’amour.
Ona była sercu memu bliska,
Była pieśnią co w duszy mej gra.
Lecz nie znała treści moich listów
Przesyłanych pod obrożą psa.
Nigdy listów moich nie czytała
Ta wyśniona, ta moja jedyna.
Czemuż często w rozmarzeniu stała.
Nad potokiem, gdzie rosła kalina?
Ja cierpiałem, chciałem odpowiedzi,
Lecz na próżno… ruszyłem więc w świat.
Dziś – poeta – wróciłem odwiedzić
Miłe strony, młodości mej ślad.
Stary pies już dawno okulały…
Czas przepływa jak woda przez młyn…
Wita mnie szczekaniem oszalałym
Nie on sam, lecz jego młody syn.
Boże drogi, jakaż wspomnień siła,
Znów jak dawniej ból przenika mnie
Chwila ta jakoś mnie odmłodziła
I znów listy pisać mi się chce.
Tak jak dawniej marzenia swe snuję…
No, nie szczekaj…,no już spokój daj...
Chcesz, mój psie? – ja cię dziś pocałuję
Za zbudzony w moim sercu maj.

33

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Pocałuję, pogłaszczę w podzięce
I przytulę do serca, mój piesku.
Wiesz? Kochałem tę w białej sukience.
Teraz kocham już inną… w niebieskiej.
Przeł. Marek Różycki jr.

ROZMOWA Niels Hav, Sander de Vaan POEZJA NIE JEST DLA MIĘCZAKÓW
Sander de Vaan: Jak postrzegasz swoje miejsce we współczesnej duńskiej poezji?
Niels Hav: Urodziłem się na zachodnim wybrzeżu, daleko od stolicy, w której dzisiaj
mieszkam. Jestem więc w niej przybyszem jak arabscy, pakistańscy czy tureccy imigranci
mieszkający w moim sąsiedztwie. Kiedy byłem dzieckiem, mówiłem wiejskim dialektem.
Oczywiście należę do duńskiego krajobrazu literackiego, ale nigdy nie czułem przynależności
do jakiejkolwiek generacji czy nurtu w duńskiej poezji. Przybyłem z zupełnie innymi
doświadczeniami, niż mieli poeci z miasta. Pamiętam radość, jaką odczułem, kiedy pierwszy
raz przeczytałem wiersze, np. Teda Hughesa czy Seamusa Heaneya. Oni poruszali się
w szerszych przestrzeniach niż miejskie getto i pisali o doświadczeniach, przeżyciach
związanych z naturą, zwierzętami, które były mi bliskie, rozpoznawalne. Dzisiaj jestem już
miejskim gołębiem i w Kopenhadze czuję się jak w domu, ale być może ciągle też jestem
rodzajem outsidera, który nadal czuje związki z innymi, nazwijmy to, kontekstami.
S. de V.: W wierszu „Moje fantastyczne pióro” piszesz, że „Poezja nie jest dla mięczaków”.
Czy to stwierdzenie odzwierciedla twój stosunek do poezji?
N. H.: To dobre pytanie, wielopoziomowe. Poezja jest oczywiście dla każdego, ale tutaj mówię
konkretnie o zawodzie, rzemiośle, codziennej praktyce pisania poezji. To wymaga odwagi
i wytrwałości, gotowości do wyrzeczenia się prywatnych lirycznych skłonności i nieokiełznanej
emocjonalności, które zawsze topią, unieważniają poezję. Charakterystyką dobrych poetów są
wszystkie złe wiersze, których nie napisali.
Chodzi mi o to, że poezja zawiera nie tylko element muzyki, zabawy. Czas mija, żyjemy
i umieramy. Świat stoi w ogniu, niszczony przez politykę, bomby, ideologie i religie. To są
tematy, o których mówią dorośli, i istotą sztuki oraz wyzwaniem dla niej jest włączyć się do tej
rozmowy, dowiedzieć się i zrozumieć, co się dzieje, i, jeśli to możliwe, nazywać rzeczy po
imieniu, mówić wprost. Więc tak, poezja – jako zawód – nie jest dla mięczaków. Musisz
spojrzeć rzeczywistości, Bogu prosto w oczy. Ale pierwszą powinnością poezji jest intymna
rozmowa z pojedynczym czytelnikiem o najgłębszych tajemnicach istnienia.
S. de V.: Który z poetów według ciebie jest bliski „zrozumienia” rzeczywistości, jej istoty?
Mógłbyś któregoś zacytować?

34

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

N. H.: Jest wielu wielkich poetów, ale zaledwie kilku napisało w sumie może garść
doskonałych wierszy, tych głębokich, sięgających istoty bytu, mówiących o sprawach
fundamentalnych. Niestety w naszej kulturze istnieje tendencja do zamykania poezji
w swoistym getcie. Poetą, który naprawdę poważnie mówił o sprawach najważniejszych i kładł
nacisk na miejsce, rolę poezji w tej kwestii, był Czesław Miłosz. W roku 2011 obchodzono setną
rocznicę jego urodzin, nie tylko w Polsce, ale na kilku kontynentach. Jego twórczość głęboko
porusza problemy, które są ciągle aktualne. Jednak gdybym miał zacytować tutaj jakiegoś
poetę, byłby to chiński poeta Li Bai (701-762 n.e.), mówiący w jednym z wierszy o znaczeniu
poezji – nikt dzisiaj nie powiedziałby tego lepiej:
Doskonałe wiersze
są jedynymi budowlami,
które pozostaną.
Gdzie są teraz te dumne pałace,
wznoszące się tu kiedyś?
Gdy jest we mnie siła, moje pióro
wstrząsa pięcioma świętymi górami.
Cóż mnie zatem obchodzą ludzkie pragnienia?
Chwała, potęga, bogactwa, zaszczyty –
czym one są wobec tworzenia poezji?
Prędzej rzeka popłynie do źródeł,
niż przed nimi uklęknę.
S. de V.: Mógłbyś opowiedzieć o powstaniu wiersza „Wizyta mojego ojca”, z tymi świetnymi
wersami: „Na magnetycznej tablicy wisi siedemnaście rachunków. / Wyrzuć je, / mówi, one
i tak wrócą!”?
N. H.: Mój ojciec był kościelnym, opiekował się też wiejskim cmentarzem. Ekonomia nie była
jego pasją, więc portfel często był pusty. Kiedy przyjeżdżał listonosz, matka pokazywała
rachunki i pytała, co ma z nimi zrobić. „Wyrzuć je – mówił – i tak wrócą”. Ojciec umarł wiele
lat temu, ale gdy czuję się osamotniony, przychodzi do mnie z wizytą i rozmawiamy. Podobnie
jak rolnictwo, poezja nie jest najbardziej dochodowym zajęciem, rzadko zdarzają się tu
prawdziwe pieniądze – ale za to daje pewien rodzaj życiowej równowagi. W pieniądzach nie
ma wiele poezji.
Wiersz jest tworem osobistym, jednak jeśli ma zainteresować kogokolwiek poza poetą,
musi w jakimś stopniu być symboliczny, uniwersalny. Kiedy piszę wiersz o swoim ojcu, musi
być tak celny, żeby poruszył czytającego, by ten mógł odczuć go jako swój utwór i być
z własnym ojcem.
Nie oblepiam, nie obarczam czytelnika moimi osobistymi uczuciami i refleksjami, co
skłaniałoby go do traktowania wiersza jedynie jako historii o mnie. Wiersz musi być tak
pomyślany i skonstruowany, aby czytający poczuł bliskość, by słowa, zawarte w nim uczucia
stały się jego słowami i uczuciami. Ostatecznie moje doświadczenia są zupełnie nieistotne;
napisałem wiersz i dałem go czytelnikowi.
Mój ojciec nigdy nie miał paszportu, ale ten wiersz był czytany przed widownią
w Chinach i Dubaju, i wygląda na to, że jest zrozumiały. Każdy ma ojca.
S. de V.: Jak zazwyczaj zaczynasz wiersz? Od słowa, frazy, obrazu, czegoś innego?
N. H.: Poezja to często daremne, bezowocne zajęcie. Jestem pewien, że wielu poetów zna to

35

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

uczucie. Moja żona jest koncertującą pianistką, każdego ranka siada przy fortepianie, a ja idę
do biura. Często nic się nie dzieje. Jestem ja, są słowa, i nic z tego nie wynika. Ale niekiedy
przychodzi dobry dzień, i cały ten mój mętlik i zamieszanie owocują wierszem. Codzienna
praktyka twórcza i praca nad tekstem czasami elektryzują i sprawiają, że słowa iskrzą. Piszę
powoli albo w zrywach, często zostawiam to, co napisałem, na jakiś czas zanim opublikuję.
Leży wtedy i dojrzewa. Po jakimś czasie patrzę na tekst i nagle zdaję sobie sprawę z tego, że to
jest to – że to wiersz. Dzieje się tak, ponieważ napisany tekst skrywa niespodzianki, nawet dla
mnie, więc cały ten proces jest czymś w rodzaju misterium. Nowy wiersz jest darem, może
pojawić się nagle, na ulicy, w korku, w czasie zwykłych codziennych zajęć; to mała epifania.
Ale dobry wiersz zdarza się rzadziej niż martwy borsuk na autostradzie czy UFO.
S. de V.: Takie urokliwe, pełne prawdy wersy, jak: „Ci nowozakochani całują opuszki swoich
palców, / dobrze o tym wiem.”, są wynikiem obserwacji. Czy poszukujesz inspiracji wokół
siebie?
N. H.: Całowanie jest bardzo interesującym tematem, dzięki, że go przywołałeś. Kochamy się,
całujemy. W tej dziedzinie większość z nas to jednocześnie widzowie i uczestnicy. Nie wiem,
czy zbadałem temat bardziej gruntownie niż inni, ale zauważyłem, że nowozakochani kochają
wszystko, co wiąże się z tą drugą osobą. Sposób, w jaki ona mówi, jej kurtka, jej pióro, jej
torba. Jej śmiech, jej nadgarstki, biodra, ale także jej szczotka do włosów, jej książki.
I muzyka, jej rower. Sposób, w jaki ona je, jej paznokcie. Sklep, w którym robi zakupy, i ulica,
przy której mieszka. To ONA!
Wracając do twojego pytania: nie mogę powiedzieć, że rozglądam się w poszukiwaniu
inspiracji. Przez większość czasu zwyczajnie żyję i jestem zajęty codziennymi sprawami.
Inspiracja przychodzi niespodziewanie. Ale piszę też opowiadania, a w przypadku prozy
pojawiają się szczegóły wymagające sprawdzenia w rzeczywistości.
S. de V.: Świetnie mówisz po angielsku. Potrafiłbyś napisać wiersz w tym języku, czy też
poezja jest w stu procentach związana z językiem ojczystym?
N. H.: Może nie w stu procentach, jednak niestety nie jestem aż tak dobry w angielskim. Piszę
niemal wyłącznie po duńsku, i to z silnymi wpływami dialektu, którym mówiłem
w dzieciństwie. Niewiele wierszy napisałem po angielsku. Jestem ograniczony do języka
ojczystego i alfabetu łacińskiego. Nawet jeśli mówię po angielsku, ciągle jestem odizolowany
od połowy świata. Ile jest na świecie alfabetów? Nikt nie wie na pewno, ale tylko chiński,
indyjski, bengalski i inne azjatyckie są używane przez ponad jedną trzecią ludności świata. I do
tego jeszcze alfabet arabski używany przez ponad miliard ludzi. Wielu arabskich czy chińskich
pisarzy ma tę przewagę nad swoimi kolegami z Europy, że posługuje się dwoma alfabetami.
Chciałbym, żeby moja ignorancja nie była tak wielka, jak jest.
Jestem więc zależny od tłumaczy. Na angielski są to Per Brask, Patrick Friesen, Martin
Aitken i jeszcze paru innych. Mam szczęście, bo w Holandii tłumaczy mnie Jan Baptist, który
jest biegły w języku duńskim i doskonale wyczuwa wszelkie niuanse; tłumaczył duńskich
klasyków, takich jak np. Andersen, Leonora Christina czy J. P. Jacobsen, więc to przywilej być
w takim towarzystwie. Jan wykonuje skromnie, po cichu bardzo ważną pracę, robi swoje i nie
oczekuje z tego powodu owacji.
S. de V.: Jakie są twoje poetyckie plany na najbliższą przyszłość?
N. H.: Zawsze mam wiele planów, ale spadają na ziemię niczym papierowe samolociki… jak

36

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

każdy pisarz jestem przesądny, nie mam odwagi rozprawiać o rzeczach nienapisanych, ale
zawsze pracuję czy to nad nowym wierszem, czy opowiadaniem. Chciałbym napisać coś
większego, coś, co oddałoby wielkość i piękno wszechświata, w podziękowaniu za możność
chodzenia po ziemi. Ta ambicja nieustannie koliduje z brakiem odpowiednich umiejętności
i z przytłaczającą nieraz rzeczywistością. Przykładem moich odczuć w tej kwestii niech będzie
ten nowy wiersz.
Coś się zdarzyło
Chcemy zostawić ślady
ze słów.
Ale język to nie jest nasz prywatny wynalazek.
Kochać, być porzuconym;
odnaleźć zegar odliczający sekundy
wewnątrz ciała. Ból w światłości,
furia,
bezkresny żal. Język zna to wszystko.
Więc co jest moje? Możliwe jest
własnym doznaniom
przypisać słowa,
które nie są jedynie konwencją?
Dodać coś od siebie?
Coś się zdarzyło, coś ważnego,
jeszcze nie umiem
wyjaśnić co.
Twierdzenia się unieważniają.
Muszę pogodzić się z moim zakłopotaniem –
i posłuchać słów
mnożących się
wszędzie.

Wywiad i wiersze w tłumaczeniu Tomasza M. Sobieraja

37

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

POEZJA Niels Hav
Wizyta mojego ojca
Wpada do mnie mój zmarły ojciec.
Siada na krześle, które po nim odziedziczyłem
i mówi Jak tam, Niels.
Jest opalony i silny, jego włosy lśnią jak czarny lakier.
Za życia przy pomocy lewara i taczek dźwigał
płyty nagrobne innych ludzi, a ja mu asystowałem.
Dzisiaj bez niczyjej pomocy
podniósł własną. Co u ciebie słychać?
Opowiadam o swoich planach, niezrealizowanych
zamiarach. Na magnetycznej tablicy
wisi siedemnaście rachunków. Wyrzuć je –
radzi – i tak wrócą!
Uśmiecha się.
Zawsze dużo od siebie wymagałem,
nocami nie mogłem spać, głowiłem się
jak tu być porządnym człowiekiem.
To ważna rzecz.
Proponuję mu papierosa,
ale już nie pali.
Słońce zapala dachy i kominy,
na ulicy hałasują śmieciarze, krzyczą
coś do siebie. Ojciec wstaje
i podchodzi do okna.
Mają co robić. Tak powinno być.
Weź się do roboty!
Przeł. Jarek Augustyniak i Elżbieta Wójcik–Leese

Moje fantastyczne pióro
Najchętniej piszę
używanym długopisem znalezionym na ulicy,
albo reklamówką, chętnie elektryka,
stacji benzynowej czy banku.
Nie dlatego, że są tanie,
ale wyobrażam sobie, że taki przyrząd
zjednoczy moje pisanie z przemysłem,
potem robotników, biurami dyrekcji
i całą mistyką bytu.

38

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Kiedyś pisałem kwieciste wiersze wiecznym piórem
– czysta liryka czystej pustki –
ale dziś chcę mieć gówno na papierze,
łzy i smarki.
Poezja nie jest dla mięczaków!
Wiersz ma być tak samo uczciwy jak indeks akcji
– mieszanka realiów z regularnym blefem.
W ilu sprawach jesteśmy stopniowo ponad to?
W niezbyt wielu.
Dlatego śledzę procenty z obligacji
i poważne papiery. Giełda papierów wartościowych
należy do rzeczywistości – tak jak i wiersze.
I dlatego jestem taki zadowolony z tego długopisu
z banku, który znalazłem pewnej atramentowo czarnej nocy
pod zamkniętym kioskiem. Pachnie
lekko psią uryną i pisze fantastycznie.
Przeł. Lena Preis

Dobry wiersz
Dobry wiersz zdarza się rzadziej
niż zdechły borsuk na drodze
albo UFO, powiedziałem mu
gdy wjeżdżaliśmy na prom w Puttgarden.
Już ostatni.
W kawiarni podzieliliśmy się wytartym egzemplarzem
Faktu, splamionego
daniem dnia: czerwoną kapustą i schabowym.
To właśnie poezja, stwierdził
wskazując palcem na gazetę.
Wracaliśmy do domu z nieudanego
weekendu w Berlinie. Kupiłem 6 puszek piwa
i paczkę papierosów na drogę.
Na północ od Rødby najpierw ujrzałem UFO
w oddali, a potem zdechłego borsuka
na autostradzie. Musiałem więc napisać
ten wiersz.
Przeł. Paweł Kaźmierczak

39

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Kiedy oślepnę
Miłość oślepia
i każdego dnia kiedy ten ślepy mimochodem
przychodzi i drepcze
ze swoją laską,
zupełnie zamiera ruch na jezdni
na jedną czwartą sekundy,
podczas gdy aniołowie Boga unoszą się do góry i na dół –
a okulista zamyka swoją klinikę.
Miłość oślepia–
ale seks jest niewinny:
mój wzrok nie ma żadnych wad,
mogę zobaczyć wszystko.
To dlatego moje miłosne wiersze są takie nieudane.
Z zamkniętymi oczami szepczę do telefonu,
a na zewnątrz stacji stoi ten ślepiec
niczym święty ewangelista
i nuci w deszczu – upośledzony miłością.
Ci nowozakochani całują koniuszki palców,
dobrze o tym wiem.
Przeł. Leonarda Petersen

Pokaż mi swoje piersi
Kiedy jestem głodny, myślę o twoich piersiach
– których nigdy nie widziałem –
i twoim ulotnym rosyjskim spojrzeniu,
podczas gdy ty ulegle i niespokojnie rozglądasz się po pokoju,
jak jedna z tych trzech melancholicznych sióstr u Czechowa,
które cały czas piją herbatę podczas rozmowy o wyjeździe do Moskwy.
Och, zatańczmy razem dzisiaj
w moskiewskim klubie nocnym.
Życie stało się takie skomplikowane.
A ty, na dodatek, grasz na pianinie
i mieszkasz z widokiem na cmentarz,
gdzie zimowe słońce przez całe popołudnie
zatrzymuje się i rozmyśla
pomiędzy grobami.

40

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Och, zatańczmy razem dzisiaj
w moskiewskim klubie nocnym.
Kiedy jestem głodny, myślę o twoich piersiach,
twoich rosyjskich ustach, żółtym świetle
w twojej kuchni
– której nigdy nie widziałem –
i o twoich nadgarstkach,
kiedy kroisz chleb i jesz go powoli,
stojąc, patrząc na cmentarz,
i nieobecna duchem słuchasz
symfonii Rachmaninowa.
Och, zatańczmy razem dzisiaj
w moskiewskim klubie nocnym.
Lecz wahać się to strata czasu:
chcę zobaczyć twoje piersi!
Czechow pił szampana na łożu śmierci
a Rachmaninow umarł w USA;
ta czarna dziura czeka na nas wszystkich.
Więc przyjdź, tak jak stoisz,
jedźmy do Moskwy!
Och! Chcę zatańczyć dzisiaj z tobą
w klubie nocnym w Moskwie.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Złapać jaszczurkę w ciemności
Podczas ludobójstwa spacerowaliśmy sobie
o niczym nie wiedząc wzdłuż jezior.
Mówiłaś o Szymanowskim.
Ja studiowałem gawrona, który
dziobał w psim gównie.
Każdy siedzi we własnym,
otoczony twardą skorupą niewiedzy,
chroniącą nasze przesądy.
Holiści wierzą, że motyl w Himalajach
swoim łopotaniem skrzydła
może wpłynąć na klimat Antarktydy.
Może to i prawda.

41

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Lecz tam, gdzie pojawiają się czołgi
tam ciało i krew kapią z drzew.
Tam nie ma pocieszenia.
Szukać prawdy to tak, jak złapać
jaszczurkę w ciemności.
Winogrona są z południa Afryki,
ryż z Pakistanu, migdały są uprawiane w Iranie.
A my popieramy idee o otwartych granicach
dla warzyw i owoców.
Jakikolwiek więc nastąpi zwrot, czy to w tą, czy w tamtą stronę,
oglądając się za siebie widzimy dupsko – przez ramię.
Zmarłych pogrzebano głęboko w środku gazety,
możemy zatem niezauważeni usiąść na ławce
na peryferiach raju
i marzyć o motylach.
Przeł. Leonarda Petersen

Epigram
Możesz spędzić całe życie
w towarzystwie słów
i nigdy nie znaleźć
tego właściwego.
Zupełnie jak ta nieszczęsna ryba
zawinięta w węgierską gazetę:
po pierwsze jest martwa,
a po drugie nie rozumie
węgierskiego.
Przeł. Elżbieta Wójcik-Leese

Kobiety w Kopenhadze
Znowu zakochałem się pięciokrotnie,
w pięciu różnych kobietach, podczas jazdy
autobusem nr 40 z ulicy Njalsgade na Østerbro.
Jak można mieć kontrolę nad swoim życiem
w takich warunkach?
Jedna z nich była w futrze, druga w czerwonych kaloszach.

42

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Pierwsza czytała popołudniówkę, druga Heideggera
– ulice płynęły deszczem.
Na bulwarze Amager wsiadła przemoczona królewna.
Euforyczna i porywcza, przed nią mógłbym paść na kolana.
Ale ona wyskoczyła przy Polititorvet i zastąpiły ją
dwie królowe z płonącymi szalami,
rozmawiały wrzaskliwie całą drogę po pakistańsku
aż do Szpitala Miejskiego, a autobus wrzał poezją.
Były siostrami, jednakowo pięknymi,
dlatego zgubiłem serce dla obu
i planowałem natychmiast nowe życie w wiosce
blisko Rawalpindi, gdzie dzieci rosną
w zapachu hibiskusa,
a ich desperackie matki śpiewają żałośnie
w zapadającym zmierzchu nad bezkresnymi pakistańskimi stepami.
Ale one mnie nie widziały!
A ta w futrze płakała zasłonięta rękawiczką.
Wysiadając na ulicy Farimaksgade
dziewczyna czytająca Heideggera zamknęła nagle książkę
i spojrzała na mnie wprost szyderczym wzrokiem,
jakby od razu zauważyła pana Nijakiego
we własnej, nędznej osobie. I wtedy pękło mi serce
po raz piąty, kiedy wstała i wysiadła
razem z innymi.
Życie jest tak brutalne!
Pojechałem dalej dwa przystanki, zanim się poddałem.
I tak zawsze się kończy: stoisz sam przy krawężniku,
zaciągasz się papierosem, podniecony i z lekka nieszczęśliwy.
Przeł. Lena Preis

Miłość
Wielkie słowo.
Chyba przeszło mi przez gardło?
Kochać, co to
właściwie znaczy?
Z czasem większość rozmienia
wielką miłość na drobne.
Kocham cię. I przerywasz połączenie.
Kocham cię. I rzucasz we mnie
moją książką.
Kocham cię. Świat eksploduje!

43

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Nieświadomie tęsknimy za sobą,
jak słonie.
Bez dzieci nie ma szczęścia –
powiedział Schumann. Klara urodziła mu
siedmioro jako lekarstwo na melancholię.
Nie wystarczyło!
Zwariował, popełniał samobójstwo,
aż umarł w zamkniętym zakładzie.
Ona grała na pianinie. I to
się nazywa miłość.
Przeł. Lena Preis

W obronie poetów
Co mamy robić z poetami?
Wzbudzają litość,
żałośni w czarnych szatach
przemarznięci od wewnętrznych lodowatych sztormów.
Poezja jest jak straszna dżuma,
zarażeni nią chodzą w koło i jęczą,
ich skargi zatruwają atmosferę jak wyciek
z mentalnej elektrowni atomowej. To po prostu psychiczne.
Poezja jest tyranem;
nie daje spać w nocy i niszczy
związki małżeńskie,
wygania ludzi z domów zimą na pustkowie
i siedzą tam udręczeni w nausznikach i szalikach.
Czysta tortura.
Poezja jest jak plaga,
gorsza niż syfilis – okrutne utrapienie.
Ale pomyśl o poetach, im jest dopiero ciężko,
znoś to z nimi!
Są histeryczni jak podwójnie ciężarne,
zgrzytają w nocy zębami, jedzą ziemię
i trawę. Stoją godzinami na wietrze
cierpiący od nieuchwyconych metafor.
Zwykły dzień jest dla nich świętem.
Och, miej litość nad poetami,
są głusi i ślepi,
Pomóż im, kiedy kręcą się po ulicach
z ukrytym upośledzeniem: mają przepełnioną

44

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

pamięć. Czasem któryś zatrzymuje się
i nasłuchuje dalekiego sygnału karetki.
Traktuj go z życzliwością.
Poeci są jak nienormalne dzieci
wygnane z domu przez rodzinę.
Módl się za nich.
Są nieszczęśliwi od urodzenia –
ich matki płakały nad nimi,
szukały pomocy lekarskiej i prawnej,
aż w końcu zrezygnowały
ratując swój własny spokój.
Och, płacz nad poetami!
Dla nich nie ma ratunku.
Porażeni liryką są jak potajemnie trędowaci
uwięzieni we własnej fantazji –
w okropnym getcie, pełnym demonów
i złośliwych upiorów.
Jeśli jakiegoś letniego dnia
zobaczysz poetę biedaka
wychodzącego z bramy chwiejnym krokiem – bladego
jak trup i oszpeconego spekulacjami,
podejdź i pomóż mu!
Zawiąż mu sznurówki, zabierz
do parku, posadź na ławce
w słońcu. Zaśpiewaj piosenkę,
kup loda, opowiedź bajkę;
Jemu jest tak ciężko.
Jest całkiem wykończony przez poezję.
Przeł. Lena Preis

Cisza
Mowa jest srebrem
a milczenie strachem:
żyjemy i umieramy z zaciśniętymi zębami,
rzeczy niewypowiedziane zostają w niebycie.
On stoi u szczytu domu i rozmyśla
jak wariat, gdy światło zmienia się
z porami roku. Nagle wraca
jednak po swą myśliwską strzelbę.
Jej sucha skóra pęka, od teraz

45

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

ma ochotę tylko oglądać Koło fortuny
i zagapić się na śmierć.
Całą zimę kraczą kruki.
Milczący parkuje samochód na skraju lasu;
cisza.
Przeł. Paweł Kaźmierczak
Obłudniku
Ktoś, kto twierdzi, lub w to
spokojnie
wierzy, że jest medium
Allaha, Boga
lub Buddy,
jest, jeśli to możliwe, jeszcze gorszym obłudnikiem
niż ja,
który żąda akcji w wieczności;
tylko dlatego, że ja znam cenę jednej sztuki
na pieluchy.
Przeł. Leonarda Petersen
Dusza tańczy w swojej kołysce
Jeżeli to jest prawda, że dusza
rodzi się stara,
i przez życie staje się coraz młodsza,
to ty i ja jesteśmy zarówno starsi
i młodsi od siebie.
Takie połączenie jest niebezpieczne.
Bądźmy szczerzy: każdego dnia
żyjemy razem z Przeznaczeniem,
tak samo jak ludzie żyjący w delcie,
przez którą przetaczają się fale.
Oni są spoufaleni z Księżycem;
mieszkamy na nim.
Serce bije swobodnie, dusza
tańczy w swojej kołysce.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj

46

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Café Puszkin
Teraz żyjemy jak w rosyjskiej powieści
pisanej wierszem przez Puszkina.
Zmieniamy uliczną sygnalizację,
ale jesteśmy ubodzy
i śpimy w jednym łóżku pod górą z ciuchów,
gdy trzeszczy mróz.
Teraz Moskwa,
znowu Moskwa,
gdzie brniemy z trudem. Wszystko jest kłamstwem,
tak jak w rzeczywistości.
Fantazjujesz o kradzieży karabinu maszynowego
śpiącemu żołnierzowi,
ale żołnierze nie śpią
przez całą noc, jak i ty.
Tańczysz do rana w Café Puszkin,
podczas gdy ja sterczę w ubikacji
i palę rosyjskie papierosy.
Coś jeszcze?
Teraz nazywają cię Natalia,
i mówisz jak ktoś, kto jest stuknięty,
stuknięty, stuknięty.
A Puszkin został faktycznie zamordowany
przez jej kochanka.
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj

Muchy
Jeż idzie spać,
kiedy nadchodzi zima.
Muchy są mądrzejsze,
Zdychają.
Przeł. Leonarda Petersen

47

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Otucha
Czyż nie jest budująca myśl
że za parę dekad my
i cała ta popieprzona epoka,
ze swoimi cynicznymi prezydentami,
wyświechtanymi frazesami,
ckliwymi programami w telewizji,
durnymi dziennikarzami
i całym tym
kupotalistycznym
radosnym chórem
przeminie? Na zawsze!
My znikniemy.
Oni znikną.
Ja zniknę.
Ty znikniesz.
Wszystko zniknie.
Hura!
Przeł. Tomasz Marek Sobieraj
_

Niels Hav, ur. 7 listopada 1949 r. pisarz i poeta duński; autor kilkunastu książek, w tym zbiorów opowiadań,
nowel i wierszy. Publikuje m.in. w „The Literary Review”, „Ecotone”, „Exile”, „The Los Angeles Review”, „PRISM
International”, „Sulaimaniya” i „Krytyce Literackiej”. Jego twórczość, nagrodzona przez Duński Instytut Sztuki,
była tłumaczona m.in. na angielski, serbski, arabski, kurdyjski, włoski, portugalski, macedoński, hebrajski,
turecki, hiszpański, niderlandzki, chiński i polski.

48

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

ESEJ Joanna Turek NA MARGINESIE KRAWCA TOMASZA MARKA SOBIERAJA
„Dlaczegoście tak miękcy, tak mięknący i ulegający? Dlaczego (...) w waszym spojrzeniu tak
mało losu? A skoro nie chcecie być losem, skoro nie chcecie być nieubłagani: jakże moglibyście
kiedyś wraz ze mną – zwyciężać? (...) jakże moglibyście kiedyś wraz ze mną – tworzyć?
Wszelki twórca jest bowiem twardy. I błogością musi się wam zdawać, że swą dłoń odciskacie
na tysiącleciach jak w wosku – błogością, że na woli tysiącleci piszecie jak na spiżu – twardsi
nad spiż, szlachetniejsi nad spiż. Jedynie najszlachetniejsze jest całkowicie twarde”.
Fryderyk Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem
„To przecież ważne, jak się zaczyna prawdziwe życie. Można je zacząć w cierpieniu, radości,
udręce lub ekstazie, szaro albo kolorowo, i w dowolnej postaci. To kwestia wiary, reżyserii
i, poniekąd, smaku. Więc warto przynajmniej spróbować zostać twórcą samego siebie”.
Tomasz Marek Sobieraj, Krawiec
Co to znaczy być artystą? Autor w Krawcu przewrotnie odpowiada: być artystą to być „Trochę
poetą i filozofem, człowiekiem w istocie samotnym”, który został skazany na taki los z racji
posiadanego talentu i przemożnej potrzeby tworzenia, lecz w przeciwieństwie do garstki
nadwornych artystów, okrzykniętych geniuszami przez krytyków i uwielbianych przez rzesze
odbiorców, zderza się z obojętnością i niezrozumieniem. Jedynie nieliczni spośród tych, którzy
konsekwentnie podążają wyboistą drogą sztuki, są doceniani i zauważani przez
współczesnych. Otrzymują laur sławy, cieszą się uwielbieniem i zyskują uznanie, spadają na
nich liczne zaszczyty, przyznawane są im nagrody i wyróżnienia. Reszcie przypada gorzki los
samotnego wędrowcy, niekiedy wyklętego przez społeczeństwo banity, naznaczonego piętnem
skandalisty, który śpiewa sobie i muzom. Wielu umrze w zapomnieniu i dopiero potomni,
którzy przystaną nad ich zapomnianym grobem, wsłuchają się w pozostawione przez nich
słowa i zachwycą zaklętą w nich melodią, wzniosą im w przyszłości wspaniały pomnik, czyniąc
tym samym nieśmiertelnym i samego twórcę, i jego dzieło.
Kim zatem jest artysta? Czy jest on tylko upadłym rzemieślnikiem, który niczym
tytułowy Krawiec zajmuje się już nie kreacją, krojeniem i szyciem ubrań na miarę, lecz przede
wszystkim re-kreacją, przeróbką gotowych strojów, zgodnie z aktualną modą? Czy też jest on
dumnym i namaszczonym przez muzy wybrańcem, równym bogom demiurgiem, który miota
słowem niczym Zeus gromami i wskazuje drogę szukającym sensu i trawionym przez
egzystencjalny niepokój, który gardzi pochłoniętymi walką o przetrwanie i goniącymi za
ulotną sławą, który spogląda śmiało losowi w twarz i rzuca wyzwanie bożkom tłumu – żądzy
bogactwa i popularności? „To przecież ważne, jak się zaczyna prawdziwe życie” – pisze autor
Krawca. Tym samym wypowiada na głos trawiące jego bohatera pragnienie, żeby porzucić
swój warsztat i podążyć śladem wielkich demiurgów, „przynajmniej spróbować zostać twórcą
samego siebie”. W tych słowach pobrzmiewa duch egzystencjalizmu i nietzscheańska wola
mocy – chęć przekraczania własnych ograniczeń i zmagania się z losem oraz odwaga
podążania drogą, która prowadzi ku pełniejszemu byciu sobą, ku świadomemu
człowieczeństwu, uwolnionemu od podporządkowania się czemukolwiek i komukolwiek.
Nawet najszlachetniejszej idei – Miłości do drugiego człowieka lub Boga, czy absolutnemu
Dobru – samemu Bogu, będącemu uosobieniem Dobra. Ślepe przywiązanie do idei prowadzi

49

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

często na manowce człowieczeństwa, a postawa podporządkowania się i uległości zawsze
oznacza rezygnację z wolności i woli samostanowienia. Niewolnik, tracąc podmiotowość, staje
się bezwolną gliną w rękach innych ludzi lub Losu. To bezmyślny naśladowca, epigon i zręczny
kuglarz, bawiący się słowem, a nie rzeźbiarz, wykuwający w pocie czoła niezniszczalne dzieła
sztuki, które zdolne są przetrwać wieki. Każdy twórca powinien więc odpowiedzieć sobie
na pytania, które postawił kiedyś Nietzsche, a które nurtują także Krawca: „Czy jesteś
autentyczny? czyś tylko aktorem?”, „Czy chcesz iść razem z innymi? czy iść na przedzie? czy
iść dla – siebie samego?...” Za wolą mocy nie kryje się zatem jedynie przekonanie o własnej
wyjątkowości, zabarwione pogardą dla innych, lecz przede wszystkim odwaga bycia sobą
i amor fati – akceptacja własnego losu, jakikolwiek by nie był. „Artysta tragiczny n i e j e s t
pesymistą – zauważa Nietzsche – mówi „tak” wszystkiemu, co problematyczne i straszliwe
(...)”.
W stwierdzeniu Krawca „zostałem artystą” nie odnajdziemy dumy z powodu bycia
wybrańcem muz ani radości z podążania własną drogą. Pobrzmiewa w nim za to fatalizm
i narastające poczucie osamotnienia. W pewnym momencie Krawiec wyznaje, że otacza go
„coraz większa pustka, przechodząca prawie niepostrzeżenie w stan bezdennej osobności”.
Fatalizm ten podsycany jest przez niepewność i wewnętrzny niepokój oraz niemożność
odnalezienia się w społeczeństwie, które nie potrzebuje już krawców-artystów – niezależnych
dyktatorów mody, lecz zadowala się uniformami – seryjnymi ubraniami szytymi masowo
w fabrykach i noszonymi przez jeden sezon. Tak opisuje czasy, w których przyszło żyć
Krawcowi, Dziewczyna (jedna z ostatnich klientek i alter ego bohatera): „Nastał koniec sztuki
czystej i głębokiej myśli – jesteśmy świadkami zagłady. To widać nawet w poezji, która
przecież winna być ostoją logiki, refleksji i estetyzmu, a jest tylko bełkotem”. Krawiec jest
człowiekiem sfrustrowanym i rozgoryczonym – uprawia anachroniczny zawód, a wymyślane
przez niego kreacje nie są już nikomu potrzebne. Ponieważ nie potrafi niczego innego robić,
nie jest mu łatwo pogodzić się z losem, który przypadł mu w udziale (odziedziczył zakład
krawiecki po ojcu – artyście).
Nie tylko artysta skazany jest na nieustanne miotanie się między wiarą i zwątpieniem,
między snem o wieczności a nicością, między marzeniem o wielkości a brutalną
rzeczywistością, między tym w końcu co metafizyczne i duchowe a fizjologiczne i cielesne.
To rozdarcie właściwe jest każdemu człowiekowi, gdyż człowiek nie jest, lecz dopiero staje się
i zawsze jest niejako w drodze ku sobie. Sztuka również jest terenem ścierania się odmiennych
i skonfliktowanych ze sobą żywiołów – materii oraz idei, tego, co estetyczne, oryginalne
i innowacyjne oraz tego, co anestetyczne i wtórne, co jest tylko bezmyślnym powtórzeniem lub
nieudolnym naśladownictwem.
Autor poematu Krawiec jest świadomy przepaści, która dzieli wyobraźnię i twórczą
myśl od opornej na kształtowanie materii, oraz rozdźwięku istniejącego między potrzebą
tworzenia rzeczy oryginalnych, unikalnych i pięknych a koniecznością podporządkowania się
panującym modom, stylom czy gustom odbiorców. Jego gorzkie przemyślenia na temat sztuki
i artysty znalazły odzwierciedlenie w Krawcu. Dzieło to przypomina kunsztowną, wysadzaną
szlachetnymi kamieniami pozytywkę, z której nieoczekiwanie zamiast miłej dla ucha melodii
zaczynają wydobywać się zgrzyty i nieprzyjemne dźwięki. Język najpierw wznosi się na wyżyny
artyzmu, olśniewając czytelnika wyobraźnią i uwodząc erudycją, by potem otrzeć się o mowę
potoczną i zanurzyć w rynsztoku. Poemat szokuje wówczas obscenicznością, wtrącanymi
wulgaryzmami i wplatanym w wypowiedzi mizoginizmem. Te fałszywe tony i rażący dysonans,
wkradający się ukradkiem do dzieła i sprawiający, że pojawiają się w nim stylistyczne
pęknięcia (oznaka rozchwiania i wypaczenia formy), to rezultat naśladowania stylu
uprawianego przez artystów, którzy – w przeciwieństwie do tytułowego Krawca – odnieśli
sukces i zdobyli poklask krytyki, chociaż „nie mają wiedzy, ducha i nie myślą”. Drwiąc

50

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

z rzekomego artyzmu utworów uznawanych za wybitne, których miałkość obnaża i wyśmiewa,
stwierdzając: „Sterta banałów, zbiór kilkudziesięciu słów, monosylab i stęknięć”, autor miesza
to co szlachetne, w tym piękno wyszukanego języka, mieniącego się od barwnych epitetów
i zaskakujących metafor, z tym co prymitywne, obsceniczne i wulgarne. Z rozmysłem tworzy
„Tak, żeby cham zrozumiał, a inteligent nie pogardził". Z premedytacją konstruuje zatem
dzieło zdolne – przynajmniej w zamyśle – zadowolić wszystkich odbiorców. Kulminacyjnym
punktem Krawca, będącym nawiązaniem do romantycznej improwizacji, a jednocześnie
karykaturą aktu kreacji, jest bluźnierczy akt pro-kreacji zdegradowanej już nie do tego, co
fizjologiczne i zwierzęce, lecz do tego, co mechaniczne. Kreacja przeobraża się tym samym w
pełni kontrolowany i zautomatyzowany proces wytwarzania dzieła sztuki przez twórcęmaszynę, a jej produktem jest parafuturystyczny bełkot: „raz. raz. raz. po tysiąckroć raz.
.uderzałem. jak pneumatyczny młot przy buDowie. czegoś wielkiego”. Banalna treść
i pseudointelektualna papka są tutaj wtłaczane do formy, która jest imitacją awangardowego
dzieła sztuki. Tworzenie zostaje w ten sposób nie tylko pozbawione boskiego pierwiastka,
jakim jest natchnienie (wyobraźnia), i tym samym odarte z tego, co sakralne i boskie, ale także
wyzute z tego, co ludzkie (uczucia) i zwierzęce (instynkt). W pewnym momencie wypowiedź,
ulegając dalszej erozji, przestaje być nośnikiem myśli i zamienia się w worek na językowe
odpady – na śmieci zakłócające komunikację i czyniące ją nieczytelną bądź wręcz niemożliwą.
Zdanie będące ciągiem zestawionych przypadkowo ze sobą znaków „ ! @ # $ % ^ & * ()
_+{}:”<> ” jest pozbawione jakiegokolwiek sensu, chociaż paradoksalnie każdy z symboli coś
przecież znaczy.
Tytułowego Krawca dręczy ciągły niepokój. Bohater poematu zdaje się nieustannie
pytać samego siebie: Czy ja jestem wielkim artystą? Czy miernikiem artyzmu mogą być
popularność i sława? A jeśli nie one, to co nim jest? Ten niepokój trawił wielu twórców i ta
niepewność dręczyła wielu artystów – zwłaszcza tych samotnych i niezrozumianych za życia,
odrzucanych przez współczesnych. Potwierdzenia ostatecznie szuka Krawiec u swoich
duchowych i intelektualnych mistrzów (ludzi pióra i myślicieli) oraz wrażliwych na słowo
odbiorców (Dziewczyna), a nie pośród obojętnego i anonimowego tłumu, który głuchy jest na
melodię jego słów i ślepy na ich blask, więc nie podejmuje z nim dialogu, bo nie jest w stanie
podjąć wyzwania rzuconego przez twórcę z powodu ignorancji lub intelektualnego lenistwa.
Krawiec opiera się tym samym pokusie, by podążyć za duchem epoki, pójść na skróty, uderzyć
w miłe dla tłumu tony i – zdradzając swoje ideały oraz porzucając wizję sztuki, której był do tej
pory wierny – zostać „Nowym Wieszczem. Największym Poetą Współczesności, Źródłem
Nowego Języka, Wielkim Zwrotnicowym Literatury, Mątblankiem Słowa, Natchnionym
Ojcem Poezji”.
Nie jest łatwo być artystą niezrozumianym, ignorowanym przez współczesnych bądź
odrzucanym, ale dla tych, którzy są wierni sobie i swojemu powołaniu nie ma innej drogi ku
wiecznej sławie i nieśmiertelności jak konsekwentne dążenie do celu obraną przez siebie drogą
– nawet jeśli będzie to zarośnięty trawą i omijany przez wszystkich szlak. „Wszelki twórca jest
bowiem twardy” – mówi ustami Zaratustry Nietzsche. I musi być twardy, jeśli chce tworzyć
trwałe, ponadczasowe dzieła – dzieła, które będą trwalsze od tych odlanych ze spiżu. Jedynie
nieliczni zwyciężą i zdobędą laur nieprzemijającej sławy. Zwyciężą ci, którzy będą mieli
odwagę zmierzyć się ze swoim losem, udźwigną go, będą nieubłagani, bezkompromisowi
i wytrwali w dążeniu do wyznaczonego celu. W sztuce nie ma bowiem miejsca na fałsz
i kompromisy. Dzieła produkowane seryjnie, schlebiające zmiennym modom i gustom tłumu
stają się lekkostrawną rozrywką – „fascynującym bełkotem”, tanią błyskotką, której czar
szybko przemija – i niewiele mają wspólnego z żywą sztuką. Przypominają zręczne sztuczki
kuglarzy, a nie prawdziwą sztukę, która ma twardość i przejrzystość diamentu, odbija w sobie
wartości, oślepia Prawdą, Dobrem i Szlachetnością, potrafi tchnąć życie nawet w martwą

51

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

materię (Galatea Pigmaliona). Jedynie takiej sztuki nie skruszy ząb czasu i taka sztuka
przetrwa wieki, gdyż „tak jak na początku świata, światło zabiło ciemność, tak myśl jasna
zniszczy pustkę i pozór” – mówi Krawiec.
Co to znaczy być artystą w dzisiejszych czasach – w epoce łatwości dzielenia się słowem
i swobody wypowiedzi, w epoce rozprzestrzeniania się słów z prędkością bliską światłu? Czy
wszyscy niezrozumiani za życia artyści skazani są na samotność, a unoszący się na fali
popularności na schlebianie gustom odbiorców? Jak odróżnić żywą mowę od bełkotu? Jak
odróżnić mędrca od pozera, a prawdziwą sztukę od kuglarstwa? I czym mierzyć artyzm?
Ilością pochlebnych recenzji i wydanych publikacji? Czy też błyskiem słowa, konstrukcją
formy, jasnością i głębią myśli? Te pytania stawia przed czytelnikiem autor poematu Krawiec,
ale są to pytania retoryczne. Wszak w sztuce – parafrazując słowa Cypriana Kamila Norwida
z Promethidiona – zawsze „idzie o formę, to jest Piękno. (...) o treść, to jest o Dobro
i o światłość obu: Prawdę”. Jedynie taka sztuka może zastanowić, skłonić do refleksji,
zachwycić, a w przyszłości obudzić żywy odzew u odbiorcy.
To, czy sztuka będzie wytrwale stać na straży uniwersalnych wartości, bawić
i dostarczać lekkostrawnej rozrywki, czy też zaciągnie się do służby ideologii, zależy przede
wszystkim od artysty i jego osobistych wyborów. I rację ma Nietzsche, pisząc: „Jedynie
najszlachetniejsze jest całkowicie twarde”. Dlatego należy zawsze „Wdawać się jedynie
w sytuacje, w których nie można mieć pozornej cnoty, w których raczej, jak linoskoczek, albo
człowiek spada, albo stoi – albo uchodzi…” O tym powinien pamiętać każdy twórca, dręczony
wątpliwościami, który marzy o dostaniu się na najwyższy szczyt sławy i pozostaniu w żywej
pamięci przyszłych pokoleń. Innej, łatwiejszej drogi nie ma. Autor Krawca stara się nią
podążać, bo – jak mówi ustami swojego bohatera – warto „zostać twórcą samego siebie” i żyć
prawdziwym życiem, „warto przynajmniej spróbować”, ryzykując przy tym, że „W najgorszym
razie, wyjdzie brak ducha, talentu, nieznajomość rzemiosła (...), czyli i tak rzeczy w sztuce
wszechobecne”. Życie mamy jedno i tylko od nas zależy, jak je przeżyjemy – idąc
z podniesionym czołem, gardząc przelotną sławą, czy na klęczkach, żebrząc o zaszczyty.
Jedynie taka niewzruszona i heroiczna postawa pozwala z ufnością spojrzeć w przyszłość
i z nadzieją powtórzyć za Słowackim: „Przyszłość moja! I moje będzie za grobem zwycięstwo!”
Tekst ukazał się w numerze 6/2012 miesięcznika „Twórczość”.

52

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

ESEJ Marek Trojanowski JACEK DEHNEL – TYTAN Z PLASTIKU
Był rok 1980. Naród, który na ustach czuł jeszcze metaliczny posmak papieskiego pierścienia
szykował się do odnowy duchowej i do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi. Czujne oko władzy
dostrzegło ów zamiar i władza także postanowiła się przygotować na odebranie kolejnego
porodu idei w historii. Zmobilizowano ZOMO, wojsko i MO. Rozdano dodatkowe komplety
uzbrojenia. Na resortowych wtryskarkach wyprodukowano odpowiedni zapas gumowych
pałek. A generał w zaciszu swego gabinetu pisał przemówienie do narodu. Na słowa:
„Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako
żołnierz…” naród będzie musiał poczekać jeszcze rok.
Ale rok 1980 obfitował także w wydarzenia niezwykłe, przy których wyczyny
solidarnościowców tęskniących za ciepłymi posadkami w zarządach związków zawodowych
blakną. Otóż w tym roku urodził się słynny bramkarz Artur Boruc, który pełnię swego talentu
ujawni w 2009 r., w eliminacyjnym meczu z Irlandią Północną. Dwa miesiące później tego
samego roku przyszła na świat Anna Mucha. Kto nie zna Anny Muchy – kobiety, która słynie
z tego, że w tydzień czasu jest w stanie zgubić 14 kilogramów tłuszczu z okolic brzucha
i bioderek? A jej mimikę – w szczególności sposób mrugania prawym okiem, który przeszedł
do kanonu warsztatu aktorskiego. Podobno sztuki puszczania oczka na tzw. „Muchę” uczą
w rosyjskiej szkole baletu, pekińskiej operze oraz w Hollywood.
Sześć dni po tym jak odtwórczyni roli Madzi w serialu „M jak Miłość” ujrzała pierwszy
promień sztucznego oświetlenia na sali porodowej, pani Dehnel powiła synka, różowego
bobaska, któremu dano na imię Jacek.
Jacek Dehnel urodził się 1 maja 1980 r. Oprócz tego, że był to dzień wolny od pracy, to
także był to dzień szczególny, skoro niespełna tydzień po narodzinach literata biskupi zebrani
na Konferencji Episkopatu Polski ostrzegli przed „niepokojącymi zjawiskami negatywnymi
w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym, i politycznym”.
Jakie to zjawiska mieli na myśli włodarze kościoła rzymskokatolickiego w Polsce? Dziś
możemy się domyślić i podziwiać zdolności profetyczne episkopatu wspieranego mocami
pozaziemskimi.
Jacek Dehnel, jak można przeczytać w licznych biogramach jest: polskim gejem, poetą,
tłumaczem, prozaikiem i malarzem. Interesuje się rysunkiem. W wolnej chwili zasiądzie
u boku pana dyrektora Zachęty, to wystąpi w TVP (nie mylić z TVN Turbo). „Jego wiersze były
tłumaczone m.in. na baskijski, francuski, gaelic, łotewski, słowacki, słoweński”. Sam zaś
zabłysnął jako Laureat Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006). Jest też
znany z tego, że niektórych nagród jak Angelus (2007) i Nike (2009) nie dostał, chociaż było
blisko. Sam o sobie mówi:
żelu nie używam, we fraku chodzę wyłącznie do opery (i z pewnością nie noszę do niego melonika), zwrotu
„kurwa mać” nie stosuję. [Jacek Dehnel 2007-06-03 13:16:35] *

O poecie Jacku Dehnelu świat usłyszał od innego poety – Czesława Miłosza. Ów
utytułowany przyjaciel Iwaszkiewicza natychmiast dostrzegł potencjał w dorastającym
młodzieńcu. Przeczytawszy (albo i nie) Żywoty równoległe (wyd. 2004) napisał:
Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy
jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu.

Niestety, nie dane było mu się zbliżyć oraz zaznać pełni smaku poetyki „nowego
i niewątpliwie prawdziwego poety”, bowiem tuż po lekturze debiutu młodzieńca Czesław

53

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Miłosz umarł. Jedni mówią, że ze starości. Inni milczą.
Namaszczonemu Krzyżmem Czesława, młodemu poecie z dnia na dzień zrobiło się
jakby lżej, jakby łatwiej.
Ale nie wszyscy jednak podzielali wiarę Miłosza w potencjał drzemiący w Jacku
Dehnelu. Oprócz przebrzydłych zawistników łasych na trofea, które przypadły w udziale
utalentowanemu młodzieńcowi, uwagi krytyczne zgłosił też wybitny znawca literatury polskiej
i światowej, ekspert w dziedzinie poezji i kosmicznych znaków von Daenikena, krytyk, prozaik
i poeta – Jakub Winiarski. W recenzji Żywotów równoległych Winiarski napisał:
Cóż, mnie, człowieka innej epoki zdecydowanie mniej przekonały utwory Jacka Dehnela i skromniejszy jest mój
zachwyt, a w istocie: zachwytu we mnie generalnie brak. Mnie wiersze Dehnela kojarzą się ze stylistycznymi
wprawkami, zręczne to i bez błędów, ale – paradoks taki dostrzegam – wierszem jest tu nie każdy wiersz. Nie
przekonuje mnie sprytny zabieg antydatowania utworów, mający uwiarygodnić ich językowy anachronizm
i stylizację, nie bawią mnie koncepty quasi-klasycystyczne w dedykacjach („Niegdyś niesłusznie dedykowane
pannie…”) i tylko dandysowska aura tej liryki wydaje mi się poruszająca, bo śmieszna.

Jacek nie zraził się słowami krytyki. Nie miał zresztą ku temu powodów, gdyż
błogosławieństwo Czesława Miłosza otworzyło mu drzwi salonów literackich. Rok po debiucie
młodzieniec odbierze nagrodę Kościelskich. Później Paszport Polityki za rok 2006 w kategorii
„literatura”. Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla.
Zastanawiające jednak jest to, co się stało z wybitnym krytykiem – Jakubem
Winiarskim. Otóż wystarczyło kilka miesięcy, by krytyk zrozumiał krytykowanego poetę –
uświadomił sobie, w którym momencie popełnił błąd. W recenzji kolejnego tomiku Dehnela:
Wyprawy na południe (wyd. 2005) Winiarski napisał:
…już Dehnela lepiej rozumiem, już mnie nie rozbawia tak bardzo jego emploi, uważam, że emploi nieważne, bo
Dehnel ma talent bardzo duży i że ciekawsza jest jego wersja klasycyzmu od wielu, jakie pojawiły się na polskiej
scenie poetyckiej w ciągu ostatnich przynajmniej dziesięciu lat.
Ale taka samokrytyka nie zadowoliła Winiarskiego. Obcując z dziełami Jacka Dehnela długo,
często i namiętnie w 2006 r. Jakub w recenzji zbioru pt. Wiersze 1999-2004 (wyd. 2006)
wyznał:
Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia
pytanie o czas. Ale nie w sensie jego łatwego do zaobserwowania „przemijania”, lecz w jego tajemnym stosunku
do kultury i sztuki, której najdoskonalsze wytwory przejawiają się jak gdyby w przestrzeni, gdzie władza czasu nie
sięga, lub sięga słabiej, ze znacznie stępionym ostrzem. Zdaniami tym – poza wszystkimi dalszymi ich
implikacjami – chciałbym dziś zasygnalizować zmianę swojego nastawienia do poezji Dehnela, z którą pierwsze
moje zetknięcie, jak dziś to widzę, nie było bardzo fortunne.

W niespełna dwa lata „stylistyczne wprawki” zmieniły się w dzieła filozoficzne,
w których mędrzec rozstrzyga istotę sekundy, minuty i godziny zadając pytania o sens czasu
i przemijania.
Dokonał się cud pierwszy – Nawrócenie Krytyka. Cudem drugim była przemiana
dandysa w filozofa. Jacek Dehnel bardzo dobrze odnalazł się w tej roli. Jako filozof – miłośnik
mądrości wszelkiej – zna się na wszystkim, wszystko umie i w ogóle jest taką intelektualną
złotą rączką. I tak:

54

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Jacka stosunek do polityki
Jest rok 2006. Władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy. Roman Giertych jako minister
edukacji zarządza na poziomie szkół podstawowych, w gimnazjach i w szkołach średnich
obowiązkową uniformizację. Przy okazji – w trosce o dobro duchowe narodu – zabrał się za
„oczyszczanie” kanonu lektur z elementów antypolskich. Wylatuje m.in. Gombrowicz.
Jacek Dehnel nie pozostał obojętny na takie niszczenie dziedzictwa kulturowego.
Pogrążył się w filozoficznej zadumie, przemyślał wszystko raz, przemyślał drugi raz. Następnie
zebrał się w sobie i jednym tchem wyrzucił ze swojego filozoficznego wnętrza następującą
myśl:
…to, co robi polski minister edukacji jest, moim zdaniem, żenujące. Minister Łybacka była żenująca, minister
Wiatr był żenujący. Ale Giertych i Orzechowski to już spełnienie najgorszego koszmaru, to nieuctwo jakiego
nawet Ochab chyba nie reprezentował. [Jacek Dehnel 2007-06-03 14:31:51]

Prawda, że to głęboka myśl? A wszystkim, którzy zgłosiliby pretensje do takiej oceny
relacji kultura – kolejni ministrowie rządów zaczynając od roku 2004, Dehnel odpowiada:
…ja, jako obywatel kraju, który opłaca tych patafianów, mam święte prawo krytykować ich, kiedy w sposób
oczywisty kompromitują siebie i Polskę, udowadniając zupełny brak kompetencji. [Jacek Dehnel 2007-06-04
20:36:59]

Tworząc podwaliny nowej koncepcji myśli politycznej, w której kluczową rolę odgrywać
będzie kategoria: „żenujące”, „żenująca” i „żenujący” oraz pojecie „najgorszego koszmaru”
i „patafiana” Jacek Dehnel objawił się jako doskonały teoretyk polityki dorównujący
Clausewitzowi, co zapewne nie zostanie przeoczone przez biografów.
Traduttore traditore
Unikalny talent Dehnela ujawnia się szczególnie w jego roli jako tłumacza. I tak, w lipcu 2009
r. na portalu nieszuflada.pl publikuje tekst Carla Sandburga pt. „A Coin, Bronzes”.
Translatorski kunszt Jacka Dehnela objawia się nie tylko w dziele, ale i w polemice
z argumentami krytycznych czytelników. Oto dowód.
Pierwsze wersy oryginału Dehnel przetłumaczył następująco:
Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 00:43:08]

Jedna z krytycznych czytelniczek zwróciła uwagę na osobliwość wspólników zacierających się
we mgle. Przeczytawszy oryginał (Your western heads here cast on money, / You are the two
that fade away together / Partners in the mist), poszperawszy trochę w głowie, trochę
w słownikach Ewa Poniecka – bo o niej mowa – zwróciła utalentowanemu tłumaczowi uwagę,
że:
Pan chyba nie rozumie wiersza „Moneta”, nie można tłumaczyć tak mechanicznie jak Pan to robi, lecz należy
poznać kontekst i sens słów. Tłumaczy Pan początek:
Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,

55

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.
toż to brednia buffo i jakaś nieudolna kalka!
Po pierwsze monety się bije (tutaj cast) a nie odlewa, odlewa się dzwony, czy armaty lub pomniki, monety się
bije. I jest to w języku polskim związek frazeologiczny „bić monetę”, który też doskonale oddaje proces
technologiczny, polecam na Żelaznej przed Mennicą Polską obejrzeć wystawioną prasę… do bicia, nie do
odlewania.
a dalej w tłumaczeniu zagubiony jest Pan jak dziecko we mgle:
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.
czy Pan w ogóle orientuje się o czym mówi wiersz w oryginale, do czego się odwołuje??? Można pomyśleć, że
pisze Pan, ni w pięć ni w dziewięć, o jakichś bimbrownikach pędzących samogon na zacierze gdzieś w leśnej mgle
koło Limanowej…
Panie Jacku, bardzo lubię Pańską prozę, ale do poezji to Pan głowy nie ma i poza powielaniem schematycznych
form jak pantum, pokazuje Pan, nie po raz pierwszy, że poezji Pan nie czuje.
[Ewa Poniecka 2009-03-16 14:02:00]

Nasz bohater nie zdał się zbić z pantałyku. Nie takie zarzuty odparł, nie takie uwagi przeżył.
Z wrodzoną sobie finezją i taktem odpowiedział:
Fajnie, że Pani mnie posyła do mennicy (mam niedaleko), ale wystarczy do słownika – gdyby Sandburg chciał
napisać „minted”, to by tak napisał. Nasze bicie” monety to właśnie „to mint”. ‘Cast” to „odlewać” właśnie. Proszę
nie poprawiać autora, autor wiedział, co pisał.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 21:32:06]

Ewa Poniecka to nie Jakub Winiarski. Zresztą kobiety są złym materiałem na dobrych
konwertytów. Pokazując, że w jej żyłach zamiast delikatnej, wycackanej krwi menstruacyjnej
płynie stężony kwas siarkowy odpisała:
Kompromituje się Pan :)
Pan nie zna angielskiego, już któryś kolejny raz pisze Pan „Good-by” to „Żegnajcie”. GOOD BYE – Panie Dehnel,
or welcome to the dictionary. A „where” (gdzie) myli się Panu z „when” (kiedy) „My, którzy nadchodzimy, kiedy
was już nie ma,” (…) twierdzi Pan ze „cast” to odlewać, nie rozumie Pan postawowych zwrotów, skąd Pan wziął
prerie w liczbie mnogiej? I nade wszystko arcynieudolne „Dwaj którzy się razem zacierają” pomijam błędy
z kolejnych wierszy, poziom żenujący:(obawiam się że byłby Pan bez szans na rozszerzonej maturze
z angielskiego.
Bez satysfakcji stwierdzam po tym, co Pan tutaj opublikował, że się Pan ośmiesza porywając się na
tłumaczenia poezji amerykańskiej. Panie Jacku, wygląda na to, że nie zna Pan ani języka ani kultury
amerykańskiej. Nie uważam się za znawczynię, chociaż będąc tam 4 razy, przejechałam ją wzdłuż i wszerz, Pan
jednak jest – Pan wybaczy – ignorantem idącym w zaparte, jak młokos.
ps.
Wracając do „cast”, może Pan sobie „odlewać” nawet „w metalu”, ale będą Pana polewać. Może zacznie Pan uczyć
Amerykanów angielskiego i wytłumaczy im to słówko. Ten prosty wiersz Pana przerasta, od początku do końca
Pan bredzi i nawet do głowy Panu nie przychodzi, że słowo „cast” dotyczy wizerunku „western heads” który może
być przedstawiony (cast!) na banknocie lub monecie, jak głowy prezydentów, Statua Wolności, Indianin czy inne.
Pan odlewa z metalu monety magicznym słówkiem „cast” w dehnelowym rozumieniu. Pozostaje tylko powiedzieć
Panu w dehnelowym angielskim „good-by”, czyli Dehnylu żygnaj;).
[Ewa Poniecka 2009-03-17 00:14:42]

Jacek, mianowany 2006 r. przez Winiarskiego na filozofa, ma tę rzadką przypadłość, że
56

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

nie myli się nigdy (z akcentem na „nigdy”). Wybadawszy po tonie wypowiedzi, że Ewa
Poniecka nie da się łatwo przekonać do jego wersji angielszczyzny, że jest ona tego rodzaju
kobietą, której definicje zapisano w słowniku pod literką W jak Walkiria, postanowił użyć
argumentu terminalnego, który ostatecznie przechyliłby szalę zwycięstwa w tej jakże zaciętej
polemice na jego stronę. Stawka jest niebagatelna. Nie chodzi tu o „odlewanie” czy „bicie”
monet, nie chodzi tu też o poezję, literaturę i jakość przekładów literackich, ale o prestiż. Jeżeli
chodzi o kwestie prestiżu i honoru Jacek Dehnel działa szybko i bezkompromisowo – niczym
legendarna brzytwa Okchama (sic!). Odpisał:
P. Poniecka:
Jasne, że nie znam angielskiego. Dlatego właśnie kończyłem klasę dwujęzyczną z wykładowym angielskim,
pisałem z angielskiego maturę, a magisterium – z translatoryki na przykładzie Larkina.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

I wszystko jasne.
Inny rodzaj uzdolnień translacyjnych Jacek objawił przy okazji pracy nad przekładem
wierszy łotewskiego poety Karlisa Verdinsa (Karlis Verdins, Niosłem ci kanapeczkę, wyd.
2009). O tym, że Jacek jest dobry z angielskiego, bo zdawał z tego języka maturę o tym wiemy
z jego rozmowy z Ewą Poniecką. Ale czy Jacek Dehnel miał ocenę celującą z łotewskiego?
Podobne pytania nurtowały innych miłośników poezji:
Tłumaczył Pan z łotewskiego? To jestem pod wrażeniem, bo ja wiem tylko, że „nams” to dom, „iela” to ulica,
„kalns” to wzgórze, „parstavnieciba” to przedstawicielstwo, a „filiale” to filia, oddział. Wiem, bo dwa lata tem
zakładałem w Rydze przedstawicielstwo spółki, w której pracuję, a rok temu musiałem je przekształcać
w oddział:-)
[ Maciek Froński 2009-06-07 22:48:07]

Jacek Dehnel odpowiedział:
Nie znam łotewskiego.
[Jacek Dehnel 2009-06-07 23:51:46]

Zatem jak powstało polskie tłumaczenie wierszy łotewskiego poety Verdinsa?
Przetłumaczyć instrukcję obsługi pralki można przy użyciu słownika. Do tego nie trzeba
specjalnej wiedzy filologicznej. Ale tłumaczenie poezji to inna sprawa. Czyżby kolejny cud?
Wszystkich zainteresowanych tłumacz Dehnel odsyła do „Od tłumacza”, w którym wszystko
wyjaśnia.
Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy – nazwijmy ich „konserwatystami” – którym
rewolucyjna metodologia przekładu się nie spodobała. Pierwszym był Andrzej Tchórzewski –
poeta i tłumacz, który występując pod pseudonimem „lusia gremplarka” napisał:
…byli już tacy, którzy tłumaczyli z gruzińskiego nie znając nawet liter gruzińskiego alfabetu lub z nieistniejących
języków takich jak mołdawski (rumuński używany w Mołdawii) czy tadżycki (perski z Tadżykistanu).
Tłumaczenie z „rybek” (przekładów filologicznych) kojarzy się z socrealizmem i ociera o hochsztaplerkę. Zapewne
„lansowanie” (głównie siebie), bo żeby coś zasadnie promować z jakiejś literatury trzeba znać tę literaturę
i wiedzieć, co wybrany przez nas autor znaczy w tej literaturze. W przeciwnym razie jest to zwyczajna
dezinformacja. W przypadku współpracy z „nejtiwem” są jeszcze problemy psycholingwistyczne i pytanie o zakres
kompetencji językowych „współpracownika” (kłania się „późny” Chomsky). Naturalnie, końcowy rezultat może
być zupełnie znośny, zwłaszcza dla osób wierzących w cuda. Weryfikowalność takich przekładów jest bliska zeru.
Sprawę ratuje cmokierstwo lub snobizm.
[lusia gremplarka 2009-06-08 22:42:39]

Inny tłumacz i poeta – Roman Kaźmierski – podzielił pogląd Tchórzewskiego:

57

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Nie akceptuję tzw. rybek, jako sposobu na tłumaczenie z innego języka. Po ponad 25 latach pobytu i znajomości
języka szwedzkiego w jego wszelkich wariantach (co było nieodzowne w moim zawodzie), mam coraz więcej
wątpliwości, niepewności itp. niż w początkowych latach życia tutaj. (…) Przez szacunek dla Autorów
obcojęzycznych, przez szacunek dla ich języka, przez pokorę wobec nieprzetłumaczalności poezji w ogóle – znając
i język i literaturę szwedzką, przekładam bardzo rzadko, z wielkimi oporami i poczuciem niepowodzenia. Życzę,
oczywiście, powodzenia temu tomowi łotewskich wierszy. Pozdrawiam –
Roman Kaźmierski
[Roman Kaźmierski/nrml 2009-08-06 21:58:55]

99,99% populacji tego świata przyznałoby rację Kaźmierskiemu i Tchórzewskiemu.
Zresztą chłopaki wiedzą, o czym piszą. Pierwszy od lat przekłada z języka szwedzkiego, drugi
tłumaczy poezję anglosaską, francuską, gruzińską i hiszpańską. Ale pozostała jedna setna
populacji uważa owo przekonanie, że: „tłumaczy się teksty z języka, który się zna” w epoce
komputerowych programów tłumaczących, słowników elektronicznych, translatorów google’a
jest zwykłym anachronizmem. Trzeba przecież iść z duchem czasu!
Wydaje się, że i Jacek Dehnel należy także i do tej mniejszości. Przypuszczenie owo
potwierdza jego odpowiedź starszemu koledze:
Pański argument sugerował nie wprost, że należy mieć za sobą ćwierć wieku obcowania z językiem, żeby
przekładać – oczywiście muszę się zgodzić z tym, że wieloletnie obcowanie z językiem wielce pomaga tłumaczowi.
I biję się w piersi, że nie obcowałem przez ćwierć wieku z łotewskim, ale podałem usprawiedliwienie: nie jestem w
wieku emerytalnym, ba, nie mam nawet 40-tki i – z uwagi na to, że nie urodziłem się Łotyszem – nie miałem
okazji obcować z łotewskim przez tyle lat. Ale równocześnie można podać szereg przykładów na słynne
tłumaczenia, które zrobili poeci nie znający języka oryginału, lub znający ten język krótko i pobieżnie.
[ Jacek Dehnel 2009-08-08 11:50:32]

Teoria przekładu tekstu literackiego Jacka Dehnela to nauka w sobie. Wszystkich
zainteresowanych tą rewolucyjną metodologią zachęcam do lektury „Od tłumacza” w Karlis
Verdins, Niosłem ci kanapeczkę. Książeczkę można kupić na Allegro od SuperSprzedawcy
o nicku KoliberGdansk za jedyne 19,99 zł. Niecałe dwie dychy za dzieło rewolucyjne? To
prawdziwa okazja.
Oprócz tłumaczeń z (dosłownie) obcych Jackowi Dehnelowi języków, nasz bohater robi
karierę w TVP.
Telewizja Polska
Od września 2006 do czerwca 2009 Jacek występował jako jeden z prowadzących
w programie kulturalno-rozrywkowym Łossskot. Nie mówił zbyt wiele, ale był i to się liczy.
O programie i swojej w nim roli Dehnel pisze:
Program „Łossskot” jest programem, w którym o sztuce wypowiada się trzech dyletantów –użytkowników
(i zarazem twórców) kultury, a nie ekspertów. Taka jest formuła tego programu.
[Jacek Dehnel 2007-06-04 20:36:59]

Telewizja publiczna realizowała misję i program ten początkowo emitowany był
o przyzwoitej porze. Nie trzeba było polewać się zimną wodą, by doczekać. Trójka
prowadzących: muzyk Tymon Tymański, dziennikarz Maciej Chmiel i poeta Jacek Dehnel
odwalali kawał dobrej, kulturalnej roboty. Poprawka. Dobrą robotę odwalał Tymon Tymański,
który sposobem ekspresji oraz artystyczną energią przytłoczył kolegów. Doszło do tego, że
Jackowi pozostało się tylko uśmiechać przed kamerą. Ludzie to zauważyli. Niektórym zrobiło
się przykro. Inni zaś odnieśli wrażenie, że ekscentrycznie ubrany młodzieniec, z czarną

58

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

laseczką w dłoni jest elementem wystroju wnętrza studia nagrań. Pojawiły się więc głosy:
„Jacku! Dlaczego? Powiedz, dlaczego to robisz?!” A ten, nigdy obojętny na głosy swoich fanów,
odpowiedział:
…pracuję tam dla pieniędzy, bo np. do komfortu pracy potrzebuję własnego mieszkania bez współlokatorów
(choćby najmilszych) i martwienia się, czy znajdę kogoś do wolnego pokoju od września, potrzebuję książek, płyt
i od czasu do czasu wyjazdu w jakieś miłe miejsce. A dzięki Łossskotowi mam to dzięki stosunkowo interesującej
(rozmowy o kulturze) pracy na względnie rozsądnych warunkach.
[Jacek Dehnel 2008-10-03 17:28:4]

Zaś wszystkim tym, którym się nie podoba jego telewizyjne wcielenie radzi:
Jeżeli jakość Łossskotu jest dla Pana za nisko, to przecież nikt Pana nie zmusza do oglądania tego programu.
Ja nie oglądam, ba, nawet telewizora nie mam – i żyję.
[ Jacek Dehnel 2008-10-11 23:55:38]

Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła?
Wkrótce, kiedy okazało się, że oglądalność Łossskotu porównywalna jest do
oglądalności reklamy pianki do golenia emitowanej o wpół do szóstej rano, pojawiły się plotki
o tym, że ów program kulturalno-rozrywkowy może zniknąć z anteny. Czy Jacek się zmartwił?
Nie chodzi o pieniądze, ale o kulturę, która bez Łossskotu byłaby przecież uboższa. Jaka była
jego reakcja, kiedy w lipcu 2009 r., w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pod tytułem:
„Program kulturalny w TVP nie potrzebny”? Dehnel odpowiada:
…wieści o likwidacji „Łossskotu” chodzą od dwóch lat mniej więcej :) A ja na szczęście przynajmniej od roku
jestem w komfortowej sytuacji „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie”. Oba rozwiązania mnie
satysfakcjonują, co jest bardzo wygodne.
[Jacek Dehnel 2009-08-02 08:56:36]

Kolejnym pracodawcom Jacka Dehnela życzymy tak utalentowanego pracownika, który
nade wszystko ceni sobie „komfortowe sytuacje”. Jego podejście „będzie, to będzie, nie będzie,
to nie będzie” nie jest może tak rewolucyjne jak tłumaczenie poezji z dosłownie obcych
języków, ale jakże modne i popularne.
Na zakończenie
Za sto lat każdy historyk literatury, który podejmie się próby analizy fenomenu Jacka Dehnela,
będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: „czy on był zawsze taki?”. Otóż, co może wydać się
niebywałe (chociaż kategoria „niebywałe” nie ma jeżeli chodzi o Jacka Dehnela zastosowania),
już dziś z łatwością można znaleźć odpowiedź. Otóż: on zawsze taki był. Był najlepszy
w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach.
Hola, hola! – ktoś mógłby przerwać opowieść i zadać pytanie: „A gdzie matura?”
Tym ciekawskim odpowiada jak zwykle nasz filozof, poeta, prozaik, tłumacz, malarz:
Maturę z rozszerzonego angielskiego, dziękuję, zdałem w 1999 roku na 6.
[Jacek Dehnel 2009-03-16 23:52:32]

Później były studia. Studencka asceza, życie wolne od imprez, z dala od studentek, które
w okolicy 2.–3. roku zrobią wszystko, by złapać męża, opłaciło się:

59

Krytyka Literacka 12 (62) 2014

Nie musiałem płacić za warunki i powtarzanie, bo zdałem wszystkie egzaminy.
[ Jacek Dehnel 2008-12-08 23:09:34]

W pocie czoła, rezygnując z przyjemności tego świata, żyjąc życiem pełnym wyrzeczeń
nasz bohater otarł się o absolut. I nie chodzi tu o gatunek wódki, ale o szczególny rodzaj
wiedzy, która stała się wyczuciem a wyczucie wiedzą w dodatku w skórkowej oprawie
z nadrukiem PWN. Jacek Dehnel objawia światu swoją najgłębszą tajemnicę:
Tak się składa, że moje wyczucie i moja wiedza są zgodne ze słownikiem.
[Jacek Dehnel 2008-11-13 16:43:08]

I cóż, na zakończenie chciałoby się dodać: „Zatem na kolana chamy!”
*(Wszystkie cytaty – wypowiedzi Jacka Dehnela i innych bohaterów felietonu pochodzą z portalu nieszuflada).

DLA AUTORÓW
Kończymy z praktyką poprawiania tekstów i zastanawiania się, o co właściwie autorowi chodzi,
i po co w ogóle pisze. Podnosimy poprzeczkę. Nadsyłane teksty powinny być poprawne pod
względem językowym oraz sformatowane zgodnie z obowiązującymi zasadami. Prosimy również
o stosowanie polskich znaków diakrytycznych i właściwych znaków typograficznych. Teksty
niepoprawne i nieudolne będą odrzucane. „Krytyka Literacka” zastrzega sobie prawo do
redakcji, adiustacji i korekty wybranych tekstów.

60

Michelangelo Merisi da Caravaggio
Narodziny Pańskie
(ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem/Laurentym)
olej na płótnie, 1609?
W 1969 r. obraz skradziony z kaplicy św. Wawrzyńca w Palermo, Sycylia