You are on page 1of 116

Piotr Jaroszyński

Nie tracić
nadziei!

Fundacja „Nasza Przyszłość"


Szczecinek 2002
© Copyright by Fundacja „Nasza Przyszłość" 2002

Redakcja i opracowanie:
Fundacja „Nasza Przyszłość"

Druk: Drukarnia ABEDIK SA, Poznań

ISBN: 83-88531-22-0

Fundacja „Nasza Przyszłość"


ul. Św. Józefa 23/35
87-100 Toruń

Oddział w Szczecinku
ul. Klasztorna 16
78-400 Szczecinek

teł. 0-prefiks-94 37 425 14, 0-94 37 311 60


faksO-prefiks-94 37 311 61
e-mail: fnp@fnp.pl
www.fnp.pl
SPIS TREŚCI
Słowo od Autora 4
Nie tracić nadziei 5
Nowy rok - nowe nadzieje? 7
Szybkie fakty 10
Jeszcze szybsze fakty 13
Fakt przyszły... dokonany? 15
Papież i Norwid 18
22 lipca 21
Chciwa zazdrość 24
Zazdrość samochwalcza 26
Wśród fiordów i wysp 29
Koniec polityków 31
Polityka: nie tylko gra 34
Nowy Jork 36
Logomachia 39
Rządy technokratów 42
Katolicyzm i polityka 44
Nowobogaccy dawniej i dziś 47
Ameryka dziś 50
Autorytety i manipulacja 52
Kształcenie pokoleń 55
Van Gogh w Chicago 58
Jesienny Paryż 61
Kartezjusz... i telewizja 63
Obraza uczuć? 66
Dlaczego śmierć na krzyżu? 69
Psychoza sondaży 71
Konstytucja 3 Maja: Równać w górę! 74
Święta i obyczaje 77
Nasza ziemia 79
Walka o plac Piłsudskiego 82
Wieszcz Krasiński 85
Gniazdo Rodzinne 88
Czyj talent? 90
Rozproszony Naród 93
Niedźwiedzica z Gór Skalistych 96
Wiosenne przesilenie 98
Inni też? 101
Polska wiosna 103
Wilki i owce 105
Choroba 108
Jak węże 11O
Słowo od Autora

Zebrane w kolejnym tomiku felietony, choć dotyczą wielu


spraW i problemów, noszą wspólny tytuł Nie tracić nadziei! Na
naszych oczach świat ulega przeobrażeniom, o których jeszcze
niedawno nawet nie odważylibyśmy się pomyśleć. Dziś stają się
codziennością. Kto by pomyślał, że w naszej Ojczyźnie szydzić
będą publicznie z największych świętości naszej wiary, że będą
naigrywać się z osób odpowiedzialnych za Kościół i religię? Kto
by przypuszczał, że z takim trudem odzyskiwana niepodległość,
stać się ma pojęciem wyrzuconym do lamusa romantycznej prze­
szłości, a władza straci powagę i chronić będzie tylko własne in­
teresy? Kto by przewidywał, że świadomość narodowa będzie
tak systematycznie i konsekwentnie rozbrajana w skali masowej
przez media i system edukacji? To wszystko dzieje się dziś, a my,
należąc do polskiego narodu, czujemy się bezsilni, a nawet za­
czynamy tracić nadzieję. Jak nadziei nie utracić? Jak odzyskać
siłę i wpływ? Bez pogłębionej refleksji i mocniejszego zakorze­
nienia w tym, co stanowi prawdziwą wartość dla człowieka, więk­
szość naszych działań skazana jest na niepowodzenie. Toczy się
bowiem autentyczna wojna o kształt i tożsamość naszej cywiliza­
cji, rzucono wyzwanie nie tylko prawom człowieka, ale wręcz
Bogu samemu! Aby nie łamać praw, legalizuje się po prostu prze­
moc, aby uzyskać zgodę, manipuluje się świadomością, aby nisz­
czyć dobro, odwołuje się do tolerancji. Tym przewrotnym meto­
dom nie ma końca. Trzeba je rozumieć i znać, aby nie ulec. Ale
w jeszcze większym stopniu trzeba wiedzieć, kim się jest i do
jakiego dobra należy w życiu dążyć, mimo trudności, mimo na­
wet beznadziei. Wtedy odzyskamy nadzieję, która pozwoli nam
i następnym pokoleniom przetrwać zachowując nasze prawdziwe
dziedzictwo.

Lublin, 2.10.2002

4
NIE TRACIĆ NADZIEI!

Nadzieja posiada różne oblicza. Czasem jest to zwykła na­


iwność, oderwana od rzeczywistości, bardzo emocjonalna, zwy­
czajnie zwana „matką głupich". Im więcej w nas takiej nadziei,
tym większe przychodzi rozczarowanie. Konsekwencją rozcza­
rowania może być rozpacz, a następnie zniechęcenie. Na prze­
ciwległym krańcu leży nadzieja, która, obok miłości i wiary, jest
jedną z cnót teologicznych. Ta nadzieja dotyczy Boga, ku które­
mu zmierza nasze życie, ale z którym zjednoczenie może mieć
miejsce dopiero po naszej śmierci. Nadzieja teologiczna jest łaską,
która umacnia nas, broni przed lękiem wobec jakichkolwiek za­
grożeń na Ziemi. Nie chodzi o nadzieję życia bez końca na Zie­
mi, ale o to, co w religii nazywa się życiem wiecznym - takiego
życia dotyczy nadzieja teologiczna. Ale jest jeszcze trzeci rodzaj
nadziei, która obejmuje nasze ziemskie sprawy, osobiste i spo­
łeczne, o której często zapominamy, a która różni się i od nadziei
„matki głupich" i od nadziei religijnej. Jak pierwszy rodzaj na­
dziei należy w ogóle odrzucić, bo jest bardzo szkodliwy, tak na­
dzieja w sensie teologicznym nie powinna zastępować nadziei
bardziej doraźnej dotyczącej właśnie spraw, które rozgrywają się
na Ziemi i na które możemy mieć wpływ. O jaką nadzieję więc
chodzi?
Św. Tomasz z Akwinu charakteryzując przedmiot nadziei
zwracał uwagę, że musi on spełniać warunki: jest to dobro, trud­
ne, przyszłe, możliwe (Suma teologiczna, I - I I , X L , lc). Nadzieja
dotyczy dobra, natomiast strach - dotyczy zła. Nadzieja ma na
względzie dobro przyszłe, którego jeszcze nie ma, bo tego, które
już mamy, dotyczy radość. Ale owo dobro przyszłe jest trudne do
osiągnięcia, jeśli ma być przedmiotem nadziei. Dobro zbyt łatwe
traktujemy tak, jak już byśmy je mieli - związane jest więc bar­
dziej z radością niż nadzieją. Wreszcie, mimo że dobro przyszłe
jest trudne, to jednak możliwe jest do osiągnięcia, gdyby było
niemożliwe, ogarnąć musiałaby nas rozpacz.

5
Zastanawiając się nad przyszłością naszej Ojczyzny i na­
szego Narodu, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy mo­
żemy mieć jeszcze jakąś nadzieję? Przepiękne, rozległe i żyzne
ziemie Polski, prawie 40-milionowe jej społeczeństwo - to coś
dobrego. Suwerenność państwa i tożsamość narodu są jednak za­
grożone ze względu na ekspansję polityczno-ekonomiczną ob­
cych ideologii i interesów. Znajdujemy się więc w trudnej sytu­
acji. Przyszłość nasza jest niepewna, zaczynamy wątpić, czy co­
kolwiek da się uratować. Czy można mieć nadzieję? Jaką?
Niewątpliwie, nadzieja dotycząca przyszłości Polski nie
może być budowana na życiu jednego człowieka czy na jednych
wyborach. Dobro Polski jest bowiem zbyt duże. Jeżeli ktoś my­
śli, że przez fakt zostania posłem czy senatorem uratuje w tej
kadencji Polskę, to za bardzo nie wie, co myśli. Również prawi­
cowy zarząd miasta nie uratuje Polski. Problem jest głębszy. Prze­
ciwnik opanowując nasz kraj planuje i działa na wielką skalę, my
bronimy się tracąc z oczu całość i przyszłość. Całość - to nie jest
jedna osoba, przyszłość to nie jutro.
Przeciwnik działa w ten sposób, że podkopuje w nas na­
dzieję w sensie psychologicznym, obiektywnym. Jeżeli bowiem
popatrzymy na elementy nadziei, wymienione przez św. Tomasza
z Akwinu, to widzimy, że Polska i Polacy ukazywani są dziś
w większości mediów i sfer politycznych w jak najgorszym świe­
tle (zaścianek, ten kraj, ciemnogród, antysemici, faszyści etc).
Faktyczne dobro ukazy wane jest więc jako zło. Przyszłością Pol­
ski ma być koniec Polski, czyli utrata niepodległości i tożsamości
(Europa Europejczyków). Przeciwnicy pokazują ostentacyjnie, jak
łatwo wszystko już wpadło w ich ręce i że niemożliwe jest przy­
wrócenie ciągłości cywilizacyjnej Polski opartej na poszanowa­
niu tradycji i wiary. Obiektywne powody nadziei ukazywane są
w takim świetle, żebyśmy popadli w rozpacz, zobojętnieli i prze­
stali się bronić. A wówczas...
No właśnie, co będzie wówczas? Przeciwnik zna prawdziwą
cenę naszej ziemi, naszych dóbr kultury, naszego narodu. Będzie
nimi rozporządzał, ale tylko dla swoich interesów. Naród zosta-

6
nie potraktowany wyłącznie jako zasoby ludzkie, dobra kultury
zostaną wyprzedane i wywiezione, ziemię ktoś' ogrodzi i ustawi
napisy w językach obcych. Aby do tego doszło, trzeba ludzi po­
zbawić nadziei, by stracili poczucie własnej wartości i własnej
siły, by popadli w rozpacz i zobojętnieli.
Pamiętajmy, nadzieja jest bardziej związana z męstwem niż
z pożądaniem. Należy w związku z tym mocniej nastawić się na
trudności, niż na radość posiadania. Przedmiotem nadziei jest
dobro trudne - bonum arduum. Dobro, jakim jest nasza Ojczy­
zna, jest trudnym dobrem. Kto szuka łatwych przyjemności i szyb­
kiego spełnienia marzeń, trafił na niewłaściwą drogę. Kto się pod­
dał i zwątpił, niech uważa, bo Ojczyzna stoi na straży naszej god­
ności, a mamy więcej do stracenia, niż nam się wydaje. Potrzeba
nam więc rozumu i męstwa, w tym dziś wyrażać się ma nasz
patriotyzm, pełen dojrzałej i koniecznej nadziei.

Nowy rok - nowe nadzieje?

Gdy myślimy o roku, który nas czeka, mamy wiele obaw.


Zbyt wiele osób dotkniętych jest bezrobociem, inni pracując nie­
wiele zarabiają, jeszcze inni wykonują pracę poniżej swoich moż­
liwości. Coraz więcej rodzin ma trudności w zapanowaniu nad
domowym budżetem. Patrzymy w przyszłość z niepokojem. Py­
tamy: Jak odnaleźć sens i nadzieję?
Przyszłością Polski jest młode pokolenie. Brzmi to może
banalnie, ale jednak nie zawsze pamiętamy o upływającym cza­
sie, skupiając uwagę tylko na sobie. A czas płynie w sposób nie­
ubłagany. Nadzieją dla narodu jest jego trwanie, to zaś dokonuje
się nie przez jedno, ale poprzez ciąg pokoleń. A każde nowe po­
kolenie wnosi nowe życie, a z nim nową nadzieję.
Wiek człowieka nie posiada ścisłych ram fizycznych. Są
ludzie, którzy mając lat 60, 70 lub 80 zachowują przedziwną ener­
gię, otwartość i chęci; są tacy, którzy w wieku lat 30 sprawiają
wrażenie starych. Wiele zależy od kondycji fizycznej, jeszcze

7
więcej od kondycji duchowej. Gdy myślimy więc o nadziei, jaką
mamy wiązać z młodym pokoleniem, to chodzi tu nie tylko
0 fizyczny wiek, ale również o kondycję duchową. Na tę ostatnią
składa się dobre wychowanie, dobre wykształcenie i życiowe ide­
ały. Jeżeli chcemy, aby młode pokolenie było pokoleniem nadziei,
to musimy dobrze je wychować i wykształcić, ukazując taki cel
życia, który wyrasta ponad trudności i który do końca ma sens.
Żyjąc, musimy patrzeć za siebie, nie dlatego, że tam jest prze­
szłość, ale właśnie dlatego, że tam jest przyszłość, za nami bo­
wiem kroczą kolejne pokolenia. Nie możemy ich tracić z oczu.
Nadzieję stracimy wówczas, gdy zgubimy młode pokolenie.
A o to dziś wyjątkowo łatwo.
Nie wystarczy cieszyć się, że dziecko jest do nas wizualnie
podobne, nie wystarczy, aby dziecko fizycznie dorosło. Wycho­
wanie człowieka polega na tym, że zaszczepiamy w nim pewne
idee, które mają być drogowskazem na całe życie. Jest to proces
1 rozciąga się latami. Chodzi o to, aby pod naszymi skrzydłami,
pod jednym dachem, nie wyrósł obcy człowiek, obcy w swojej
wrażliwości, w swoich poglądach i obyczajach, obcy w swojej
wierze. W naszej polskiej tradycji zwracano na to szczególną
uwagę. Rodzice pamiętali, że ich dziecko musi wyrosnąć na po­
rządnego człowieka.
Oto fragment listu, który ocalał: „Konrad nam wyrasta ślicz­
nie. Serce ma złote, a z sumieniem i umysłem łatwo będzie, gdy
mu takie pole przygotujesz. Często bywa ze mną w kościele
i prawie zawsze jałmużnę rozdaje. Gdy mu się sprzykrzy siedzieć
cicho, powiada: „Mamo miła! pozwól wyjść przed kościół; poga­
dam sobie z ubogimi, bo ich bardzo kocham." I dalejże rozprawy
o Babuni rodzonej, o Tatuniu, a czasem o koniach, o niedźwie­
dziach etc. ...Niejednego biedaka prawdziwie rozśmieszy i ucie­
szy." Tak pisała w lipcu 1861 r. Ewa Korzeniowska do męża
1

Apolla o małym Konradzie, który miał wówczas 4 latka. Dziecko


ma złote serce, ale sumienie i umysł trzeba wychować. Apollo

Conrad wśród swoich, opr. Z. Najder, Warszawa 1996, s. 71.

8
Korzeniowski po powrocie z syberyjskiego zesłania, gdy już zo­
stał tylko sam, przejawia nieustanną troskę o wychowanie syna.
Ta mys'l, mimo osobistej i narodowej tragedii, dodaje mu chęci
do życia. „... Szczerze, głęboko nie jestem przekonany, abym już
mógł zdać się na cokolwiek i komukolwiek. Jedyna wymówka to
wychowanie Konradka." „Sam bez mego wdania się pisuje,
2

i dobrze - a już co kocha, to kocha tych, których mu jako god­


nych wskażę." 3

Ojciec uczył syna pisać i kochać. Bo umiejętnos'ć pisania,


to nie jest rzecz drobna, za pisaniem idzie umiejętność prowadze­
nia myśli, człowiek robi się coraz inteligentniejszy. Wiedzieć, kogo
kochać, a na kogo uważać - to również wielka rzecz, dzięki temu
człowiek coraz lepiej potrafi dążyć do tego, co szlachetne, a uni­
ka tego, co podłe. To trzeba sobie przyswajać od najmłodszych
lat pod czułym, ale i roztropnym okiem rodziców.
Jak więc możemy nie mieć nadziei dzis', jeśli idą za nami
nowe pokolenia. Co powiedzielibyśmy rodzicom Józefa Conra­
da, którzy urodzili się w niewoli i umarli dla Polski, i wychowali
syna, że zajaśniał wielkim talentem pisarskim, ale i wielką szla­
chetnością. Musimy być skromniejsi, by baczniej przyjrzeć się
skali odpowiedzialności za młodych Polaków. Nie wszystko nam
się należy i nie wszystko można urzeczywistnić w jednym poko­
leniu. Nadzieję niesie ze sobą nowe pokolenie, którego nie może­
my pozostawić i którego nie możemy zarazić naszą frustracją czy
zniechęceniem.
Musimy je chronić przed medialną inwazją nieszczęść całe­
go świata. Komasacja nieszczęść niszczy w młodym człowieku
naturalny optymizm i chęć do życia, a więc to, co jest witalną
sprężyną jego rozwoju. Nadmiar kontaktu ze złem stępia wrażli­
wość i sumienie. A gdy serce przestaje być złote, jak wychować
sumienie, jak kształcić umysł? Trzeba starannie oczyścić pole
wychowania człowieka, aby rósł prosto, umiał dążyć do celu i nie

2
ibid., s. 154.
3
ibid., s. 160.

9
zrażał się trudnościami. Wtedy jest nadzieją dla rodziców i dla
narodu, i to w każdych warunkach.
Rozpoczął się więc nowy rok. Będzie to z pewnością trud­
ny rok, ale nie wolno się poddać pesymizmowi. Jest wiele dobra
do uratowania i do zrobienia, w nas samych i w naszym kraju.

Szybkie fakty

Serwisy informacyjne w radio i telewizji pełne są tzw. szyb­


kich faktów. Z prędkością kuli karabinowej spiker wystrzeliwuje
serie wyrazów, które zapierają dech nie tylko słuchacza, ale rów­
nież samego spikera. Szybko, szybciej, najszybciej - koniec wia­
domości - reklama i najnowszy przebój czarnoskórej śpiewaczki
zza Oceanu; potem zaś wystąpi białoskóry Olek z Grochowa. Za
15 minut kolejny serwis, a po serwisie komentarz redakcyjny.
Dlaczego serwisy informacyjne czytane są tak szybko?
Powodem nie może być brak czasu antenowego, ponieważ gros
tego czasu wypełnia muzyczny łomot. Również powodem nie
może być brak czasu dziennikarza, bo przecież siedzi w studio
i z nudów czyta prasę albo gaworzy ze współpracownikami. Je­
żeli wiadomości czytane są szybko, to musi być jakaś specjalna
przyczyna. Ale jaka?
Mam przed sobą ciekawą publikację Młodzież a destruk­
cyjne kulty. Materiały pomocnicze dla nauczycieli i konspekty lek­
cji, wydaną przez „Stowarzyszenie Ruchu Obrony Rodziny
i Jednostki". Publikacja ta dotyczy działalności rozmaitych sekt.
Okazuje się, że werbowanie nowych członków nie jest jednora­
zowym, prostym aktem, ale jest to szczegółowo zaplanowany
proces, w którym wykorzystuje się zarówno wiedzę tajemną jak
i najnowsze osiągnięcia naukowe. Werbowanie składa się z trzech
etapów: pierwszy to - „dezintegracja osobowości", drugi - „kształ­
towanie nowej tożsamości", trzeci - „utrwalanie nowej tożsamo­
ści". Sekta chce zawłaszczyć nie tylko ciało, ale i duszę. Ciało
4

zabrać łatwo, ale jak zawłaszczyć duszę? W bogatym repertuarze

w
środków prania mózgu pojawia się intrygujący element. Stosuje
się go podczas hipnozy. Czytamy: „Podczas jednej ze szczegól­
nie efektywnych technik hipnotycznych u wprowadzanej w trans
osoby celowo wywołuje się dezorientację. Nadmiar bodźców,
podobnie jak ich brak, także sprzyja zakłóceniu równowagi psy­
chicznej i czyni nowicjusza bardziej podatnym na sugestie. Infor­
macje o określonym ładunku emocjonalnym mogą być przekazy­
wane adeptowi w takim tempie, że nie będzie zdolny ich sobie
przyswoić" (podkr. PJ.) A zatem „rozmrażaniu świadomości" słu­
ży hipnoza, w jej trakcie ofiara bombardowana jest nadmiarem
informacji, napęczniałych od emocji, i niezwykle szybko przeka­
zywanych, tak szybko, że ...tracimy orientację. Czytamy dalej:
„W rezultacie (adept) poczuje się przytłoczony. Umysł zobojęt­
nieje wobec potoku zalewających go treści i zaprzestanie ich oce­
niania. Nowicjusz może przypuszczać, że jest to jego spontanicz­
na reakcja, podczas gdy naprawdę wszystko zostało zaplanowane
przez liderów." Szybkość - dezorientacja - zobojętnienie - za­
5

łamanie.
Kiedy przyjrzymy się bliżej wielu serwisom informacyj­
nym, to trudno nie dostrzec, iż stosują metody podobne do tych,
przy pomocy których sekta łamie psychikę nowo pozyskanego
adepta. Samo słowo „medium" - nomen omen - ma konotację
okultystyczną. Media, w różnym stopniu, wprowadzają odbior­
ców w stan hipnozy, a więc stan odrealnienia, stan utraty kontak­
tu z rzeczywistością (gr. HYPNOS - sen). Najbardziej hipnoty­
zujące jest kino, gdy w czeluściach ciemności wyłania się nowy
świat, „prawdziwszy" od świata realnego. Hipnotyzerem jest te­
lewizor, zwłaszcza jeśli w pokoju powyłączamy wszystkie świa­
tła. Również radio może działać hipnotyzująco za pomocą odpo­
wiednio modulowanego głosu. Zadaniem hipnozy jest oderwanie
naszych zmysłów od świata realnego, aby rozum bazował wy­
łącznie na danych medialnych.

' A. Lobaczewska, H. Romańczyk, J. Zawal, Młodzież a destrukcyjne kulty,


Lublin 1999, s. 23-30.
5
ibid., s. 26-27.

11
Wiadomo jednak, że człowiek ma oczy i uszy, za pomocą
których kontaktuje się z rzeczywistością, ma rodzinę, w ramach
której przekazywane jest w mniejszym lub większym stopniu dzie­
dzictwo ojczystej kultury, zwyczajów, wiary. To wszystko kształ­
tuje psychikę. Sekta, aby pozyskać ofiarę dla siebie, musi tę psy­
chikę rozbić, musi zniszczyć obecny w człowieku pewien świat.
Niszczenie dokonuje się za pomocą rozdrażniania emocji, służą
temu złe informacje albo informacje, które uderzają w nasze naj­
bardziej oczywiste i fundamentalne przekonania. Wystarczy po­
kazać z bliska ofiarę wybuchu miny, okaleczone dziecko, kwilą­
ce zwierzę, „ślub" pederastów, niemądrą wypowiedź przedstawi­
ciela prawicy, aby wzburzyć emocje do tego stopnia, że odbiorca
mediów zaczyna wychodzić z siebie. Ale to nie wszystko, te „fak­
ty" muszą być przekazane szybko, tak szybko, aby nie można
było ich uporządkować, przemyśleć i zrozumieć. Fakty muszą
gonić fakty, jeden za drugim. Gdy telewidz w pewnym momen­
cie załamie ręce i powie: „świat zwariował!", to znaczy, że pierw­
szy cel programu został osiągnięty - psychika odbiorcy mediów
się rozsypała.
Tymczasem, to nie świat zwariował, to odbiorca mediów
jest u progu zwariowania. I o to chodzi. Bo ci, którzy dobrze liczą
swoje monstrualne dochody i liczbę miejsc w nowym parlamen­
cie i w różnego rodzaju spółkach czy radach nadzorczych, oni nie
zwariowali, oni zachowują zimną krew. Potrzebują jej dla osią­
gnięcia swych celów, aby społeczeństwo straciło kontakt z rze­
czywistością i poczucie swej własnej, polskiej tożsamości. Me­
dia, których większość pozostaje w ich rękach, są głównym na­
rzędziem wykorzystującym sekciarskie techniki rozbijania świa­
domości.
Dlatego bądźmy ostrożni, narzućmy sobie medialną dietę,
nie połykajmy łapczywie wszystkiego, co płynie z mediów, bo
nie damy rady strawić, a nagromadzone gazy nas rozsadzą. Ko­
rzystajmy z mediów selektywnie i wyłącznie z tych, które są wia­
rygodne.

12
Jeszcze szybsze fakty

Wielu spikerów radiowych i telewizyjnych czyta bardzo


szybko. Sprawia to wrażenie dobrego opanowania języka, zwłasz­
cza jeśli większość z nas ma poważne problemy z płynnym mó­
wieniem. Tymczasem spiker pruje jak rakieta, by na koniec, po
wiadomościach z zakresu polityki, ekonomii i turystyki, tryum­
falnie ogłosić prognozę pogody. „Nazachodziewiatryna-południu-
słońcetemperaturaod 15stopninawschodziedo25napół-nocyJutro-
pogodabezwiększychzmian." Udało się, bez błędu. A jednak
z błędami! W tekście tak przeczytanym były wyłącznie błędy.
Na czym te błędy polegają? W normalnych warunkach ję­
zyk służy wymianie myśli, mówimy po to, aby ktoś zrozumiał, to
co mamy mu do przekazania. Mówimy przy pomocy słów. Każde
słowo ma jakieś znaczenie, np. słowo „pies" znaczy czworonoga,
który od czasu do czasu szczeka, słowo „niedźwiedź" oznacza
czworonoga nie tylko kudłatego, ale i bardzo silnego. Jednak zna­
czenie słów przez nas wypowiadanych kształtuje się ostatecznie
dopiero w jakimś kontekście. Jeżeli powiem do kogoś: „Nie uda­
waj niedźwiedzia!", to chodzi mi już nie o zwierzę, ale o człowie­
ka, który chce uchodzić za bardzo silnego. Musimy znać kon­
tekst, aby wiedzieć, w jakim sensie jakieś słowo zostało użyte.
Kontekst nie tworzy znaczenia słowa, ale wywołuje jedno ze zna­
czeń, bo słowa w naszym języku mają zazwyczaj wiele znaczeń,
czasem od siebie odległych. Gdy powiem: „Przynieś mi zamek! -
to każdy się zorientuje, że nie chodzi o warowną twierdzę na szczy­
cie wzgórza, ale o małe urządzenie, w które zaopatrzone są każde
drzwi. Większość słów, którymi posługujemy się w codziennej
mowie, ma swój kontekst, który łatwo rozpoznajemy, dzięki cze­
mu rozpoznajemy, o czym ktoś mówi. Taki kontekst nosi miano
frazy. Są dwa podstawowe błędy, jakie towarzyszyć mogą żywej
mowie: pierwszy, to mówienie oddzielonymi od siebie słowami,
drugi - mówienie bez przerwy, czyli łączenie kontekstów-fraz tak,
jakby to była jedna fraza, jeden kontekst. W obu przypadkach
słuchacz nie rozumie, odnosi natomiast odmienne wrażenia.

13
Technika manipulacji w mediach bazując na doświadcze­
niach werbowania do sekty wykorzystuje oba te błędy. Rozmra­
żanie świadomości polega na zarzuceniu ofiary szybkimi słowa­
mi, które nie sposób jest ogarnąć i zrozumieć. Spiker-rozmrażacz
mówi tak szybko, że łączy ze sobą różne frazy dotyczące różnych
spraw, następuje całkowite zagmatwanie znaczeń. Słuchaczowi
wszystko miesza się w głowie. W tym momencie, bez patrzenia
w tekst, nikt nie przypomni podanej przeze mnie prognozy pogo­
dy, pomieszają się kierunki świata, temperatura i wiatry. A cóż
mówić o sprawach bardziej skomplikowanych, jak sytuacja eko­
nomiczna czy polityczna? Tego nikt już nie zrozumie, łącznie ze
spikerem, który tylko użycza swojego głosu. Mówienie szybkie
jest z punktu widzenia zarówno języka polskiego jak i funkcji
mowy ludzkiej jej wynaturzeniem, jej zwyrodnieniem, taka mowa
nie służy właściwemu celowi, jakim jest przekazanie myśli w spo­
sób zrozumiały. Płynność zlewających się fraz utrudnia rozumie­
nie, a tym samym ułatwia przemycanie treści, których wartość
- a zwłaszcza prawdziwość i słuszność - jest wątpliwa.
Po rozmrożeniu a następnie zamrożeniu psychiki ofiary
złapanej przez sektę, następuje proces utrwalania nowej tożsa­
mości. W mediach, które idą śladami sekt, etap ten opiera się na
6

kolejnym błędzie językowym, sprytnie wykorzystywanym dla


budowania autorytetu guru-lidera. Spiker mówi bardzo szybko,
zlewając ze sobą różnorodne frazy, guru, którym jest przedstawi­
ciel lewicy, zaczyna mówić wyrazami. Sprawia to wrażenie ja­
kiejś niezwykłej dostojności i powagi. „Jutro - w południe - na
zachodzie - po północy - temperatura - i słońce - wiatry - od
północy - w południe". Te dostojnie wypowiedziane wyrazy po­
łączone razem są kompletnym bełkotem. Powielane tą metodą
teksty polityczno-ekonomiczne na konferencjach przy akompa­
niamencie kamer i mikrofonów utrwalają wśród słuchaczy i tele­
widzów stanowiących przyszły elektorat przekonanie o wielko­
ści liderów, a równocześnie zgodę na nową tożsamość lewicy,

6
ibid., s. 28n.

14
która odcięła się od błędów przeszłości. Słuchacze i telewidzo­
wie uczestniczący w tego typu sesjach pozwalają na zamrożenie
w nich nowej tożsamości, nowego człowieka, nieludzkiego czło­
wieka przyszłości. Codzienna dawka rozmrażania i zamrażania
świadomości za pośrednictwem wielu mediów musi w końcu za­
szkodzić, w pewnym momencie wielu z nas przestanie przypo­
minać samych siebie, zapragnie zła, zgodzi się na zło i przejdzie
do złego czynu.
Połykamy serwisy informacyjne jednym tchem. Jeżeli jed­
nak nie potrafimy zrozumieć, o co w nich chodzi, jeżeli nie po­
wtórzymy tego, cośmy usłyszeli w sposób zrozumiały dla innych,
to można podejrzewać, że przynęta, jaką jest zaspakajanie naszej
ciekawości, zawiera haczyk, przy pomocy którego okaleczona być
może nasza psychika.
Chrońmy naszą piękną, polską mowę, mająca swoją frazę
i melodię, a których wielu medialnych barbarzyńców nie zna. Słu­
chajmy tylko takich mediów, gdzie słowa nasze mogą wybrzmieć,
gdzie człowiek rozumie, co do niego ktoś mówi.

Fakt przyszły... dokonany?

Przeszłości nie da się już zmienić, teraźniejszość właśnie


się dokonuje, ale przyszłość jest niepewna. Różnie może się zda­
rzyć, wydarzenia mogą przybrać niespodziewany obrót, zależy to
od nieobliczalnych okoliczności, od kaprysów ludzkiej woli, od
przyczyn, których teraz nie widzimy. A jednak jest rzeczą zasta­
nawiającą, że we współczesnej socjotechnice jedna z najważniej­
szych metod przekonywania opinii publicznej, a wśród niej po­
tencjalnych klientów i elektoratu, polega na tym, aby zaprojekto­
waną przyszłość ukazywać jako pewną i nieuniknioną, jako pew­
niejszą nawet od przeszłości i bardziej stabilną od teraźniejszo­
ści. Jednym słowem: fakty przyszłe są już dokonane. Zakup tego
właśnie towaru, wybór tej właśnie partii, zgoda na Unię Euro­
pejską - to już tylko zwykła formalność.

15
Na czym opiera się ta metoda „faktów przyszłych dokona­
nych"? Przeciętny (masowy) klient lub wyborca tak naprawdę na
większos'ci spraw się nie zna. Nie zna się ani na elektronice, ani
na modzie, ani na polityce. W większości spraw musi jednak za­
jąć stanowisko, musi coś kupić i musi kogoś wybrać. Droga do
wyrobienia sobie własnego zdania jest zbyt długa i zbyt żmudna.
Do własnej niewiedzy wstyd się przyznać. Co robić? Rozwiąza­
nie podsuwają media, a zwłaszcza telewizja. Oto wybitni specja­
liści polecają tę właśnie pastę do zębów, znane gwiazdy jeżdżą
taką marką samochodu, sławni politycy jeszcze nie są u władzy,
ale już przemawiają władczym tonem. Jak tu się przeciwstawić,
jak mieć własne zdanie, jeśli się go nie ma? Psychologia przy­
szłych faktów dokonanych gładko wypełnia tę lukę.
Nowoczesny sprzedawca nie proponuje kupna, sprzedaw­
ca odnosi się do klienta tak, jakby już kupił, pozostaje tylko kwe­
stia domówienia: płacimy gotówką czy czekiem? Polityk nie pyta
wyborcy, na kogo zagłosuje, polityk traktuje wyborcę jak kogoś,
kto już zagłosował, pozostaje tylko kwestia wspólnego udziału
w korzyściach. Dziennikarz nie zastanawia się nad tym, czy Po­
lacy chcą oddać własne państwo pod komisaryczny zarząd biuro­
kracji brukselskiej, dziennikarz jest pewien, że chcą, jedyny pro­
blem to ten, czy Polska nie odniesie z tego tytułu zbyt wielu ko­
rzyści. Z perspektywy dzisiejszej propagandy widać, że na pew­
no wygra SLD i że Polska znajdzie się w Unii Europejskiej. Prze­
ciwko może być tylko mniejszość, która usytuowana jest poza
nawiasem życia politycznego i której nie można dopuszczać do
głosu.
Osoby biorące udział w tej wielkiej machinie propagando­
wej nie mogą objawić nawet cienia wątpliwości. Lekkie choćby
zawahanie byłoby powodem niepokoju masowego odbiorcy, któ­
ry następnie zacząłby się zastanawiać, zadawać pytania, szukać
innych możliwości. Natomiast stuprocentowa pewność siebie
dziennikarzy i polityków udziela się masom na szeroką skalę.Tak
musi być, tak będzie najlepiej, nie może być inaczej. Masowy,
pozbawiony samodzielności myślenia wyborca czuje się bezpiecz-

16
nie. Nie zost-nie zepchnięty na margines życia, będzie ze wszyst­
kimi, będzie tam, gdzie jest lepiej. A ponadto nie musi nikomu
przyznawać się do swojej niewiedzy, co byłoby zbyt upokarzają­
ce. Bez osobistego pytania masowy odbiorca otrzymuje odpo­
wiedzi. Telewizja wytwarza atmosferę intymnego spotkania „tete
a tete", stad ma się wrażenie, że odpowiedzi są bardzo osobiste,
przeznaczone tylko dla mnie. Masowy odbiorca przyjmuje je do
serca, bo uniknął upokorzenia, a już wszystko wie i jest to jego
osobista wiedza. Zasianie wątpliwości byłoby zbyt przykre, po­
nieważ bez wiedzy i odpowiednich narzędzi człowiek masowy
od razu staje nad przepaścią: z tyłu mgła, z przodu czeluść. A tu
miły redaktor, wszechwiedzący polityk, bardzo delikatnie i z ca­
łym przekonaniem pokazują drogi wyjścia, dzięki czemu robi się
jasno, a pod nogami widać twardy grunt. Można śmiało wkraczać
w przyszłość.
Psychologia przyszłych faktów dokonanych skierowana jest
do masowego odbiorcy, który chce mieć nadzieję, a nie chce się
zastanawiać. Odpowiednie ukierunkowanie nadziei wyzwala po­
tężną siłę, która przytłacza swą masowością i anonimowością.
W masie łatwo jest się ukryć - schować, by nie brać za nic odpo­
wiedzialności. Ale masa musi mieć całkowitą pewność. Jest jak
statek, który przez nerwowe ruchy sterem, traci kompletnie orien­
tację. Natomiast słodka pewność tego, co będzie, wyzwala silę,
która miażdży wszystkich przeciwników, zwłaszcza tych, którzy
działają w pojedynkę, którzy sieją wątpliwość. Z człowiekiem
masowym nie ma dyskusji, człowiek masowy odzyskał poczucie
własnej wartości dzięki temu, że bez wysiłku ma „swoje" zdanie.
Usłyszał je „osobiście" z telewizji, w zaciszu własnego mieszka­
nia.
Siła psychologicznej skuteczności propagandy „faktów
przyszłych dokonanych" bazuje na zmonopolizowaniu masowych
mediów. Dlatego tak ważną rzeczą jest, aby odzyskiwać wpływ
na media, aby siać wątpliwości, aby zmuszać do odrobiny myśle­
nia. Masowego odbiorcy nie przekonamy i szkoda czasu na prze­
konywanie. Trzeba natomiast zasiewać wątpliwości - wówczas

17
istotnie osłabnie siła mas, wówczas z masy odrodzą się normalni,
myślący ludzie, z którymi będzie można dyskutować, a po dys­
kusji - wybierać. Fakty dokonane mają miejsce tylko w przeszło­
ści, przyszłość - jak na to wskazuje sama nazwa - dopiero się
dokona. Warto pamiętać nie tylko o logice zdań, ale i o logice
czasu: przyszłość nie jest ani teraźniejszością, ani przeszłością.
O tej przyszłości musimy decydować, przyszłość dopiero się do­
kona.

Papież i Norwid

W zamieci spraw małych, lecz rozdmuchanych, wśród


hałaśliwych ludzi, o których pamięć rychło zaginie, mają miejsce
wydarzenia, które przykuwają uwagę swoją stateczną wielkością.
Takim wydarzeniem jest niewątpliwie przemówienie Ojca Świę­
tego wygłoszone w Rzymie w Instytucie Polskim. Jan Paweł II
po raz kolejny (poprzednio choćby w samym tytule Przekroczyć
próg nadziei) wraca do Norwida. Tym razem jednak całe wystą­
pienie poświęcone jest ostatniemu z naszych XIX-wiecznych
wieszczów.
Uderzający jest sam wymiar spotkania. Kto żyje myślą, dla
tego słowo, zwłaszcza słowo zapisane posiada przecudowną moc
ukrywania skarbów duchowych, a więc takich, które są strawą
dla najwyższej, ale i najdelikatniejszej strony naszego człowie­
czeństwa. Otwieramy dzieło, zaczynamy czytać i następuje olśnie­
nie. I nie ma znaczenia, czy słowa te zostały zapisane wczoraj,
przed rokiem, czy przed wiekami. Olśnienie jest wiecznie świe­
że. Wiecznie młoda jest bliskość ducha. Ona sprawia, że czło­
wiek, który żyje wewnętrzną uczciwością, nie będzie nigdy sa­
motny, choć na zewnątrz wygląda na samotnika. Lęk przed sa­
motnością jest przepotężny i trzeba nie lada męstwa, aby nie pod­
dać się presji czasów, otoczenia, mody.
Norwid z latami zapadał się w zapomnienie. Nie jest tym
samym mieć coś do powiedzenia i wiedzieć, że to ma głęboki

18
sens. Zazwyczaj człowiek szuka potwierdzenia na zewnątrz, ws'ród
publiczności czy uznanych autorytetów. Ale może się zdarzyć, że
środowisko jest obce albo wręcz jałowe. I co wtedy? Jak utrzy­
mać niewzruszenie obrany kierunek? A jednak Norwid do końca
trzymał ster swojego ideowego przesłania, trzymał tak mocno, że
choć ziemski wymiar jego życia rozbił się o zbiorową mogiłę, tak
iż nawet szczątków nie można odnaleźć, to przecież duchem
wzniósł się ponad doczesność i to tak wysoko, że dziś do myśli
jego oficjalnie nawiązuje głowa Kościoła. Nie tylko nawiązuje,
ale oddaje hołd uznając w Nim jednego z największych poetów
i myślicieli chrześcijańskiej Europy. Uderzające jest to spotkanie
samotnika z osobą chyba najbardziej znaną w świecie - Cypriana
Kamila Norwida z Janem Pawłem I I .
Uderzające jest również, że Norwid był pisarzem, który
trafiał ze swoim przesłaniem do wrażliwego czytelnika w róż­
nych okresach życia i w różnych warunkach kulturowych czy
politycznych. Papież przyznaje, jak wiele nadziei wlewał w Nie­
go Norwid zarówno w czasach niemieckiej okupacji jak i ko­
munistycznego totalitaryzmu. A i chyba dzisiaj postać ta musi
być wyjątkowo bliska, w innej porze lat i w innym już wieku, nie
mówiąc o piastowanej funkcji.
Aby odnaleźć blask kultury polskiej i wielkość postaci,
musimy jakże często wracać do przeszłości. Rzecz charaktery­
styczna, ci ludzie zanurzeni w naszą kulturę i w nasze dzieje,
głośno mówili o nadziei i o przyszłości. Ten powrót w przeszłość
nie jest ucieczką od teraźniejszości, nie jest lękiem przed przy­
szłością, jest szukaniem mocniejszego oparcia, aby nie poddać
się przeciwnościom, aby dostrzec siłę po stronie ideałów.
Jakże gorzkie, ale i oczyszczające są słowa skierowane pod
adresem Polaków. Nie dlatego, by czerpać przyjemność z krytyki
lub w celu pomniejszenia narodu, ale właśnie jako upomnienie
i przypomnienie tej miary wielkości, której nie możemy stracić
z oczu, aby człowieczeństwo w nas nie skarlało. I te słowa o Oj­
czyźnie, gdzie najmilej jest umrzeć.
Dziś coraz mniej jest tekstów, do których człowiek wraca,

19
nosi je w sobie, a one dojrzewają. Ojciec Święty ukazał Norwida
dotykając dramatu naszego narodu, który zaczyna kompletnie się
gubić. Ze skarbca naszej kultury przywoływane są więc postacie
na miarę nie tylko Polski, ale świata. Aby one nas otrzeźwiły,
zmusiły do myślenia, do zastanowienia się nad tym, kim jeste­
śmy jako Polacy i jako ludzie. Polak nie może być pozbawiony
najgłębszego wymiaru człowieczeństwa, jego narodowość nie
może być budowana z tektury. Polak musi umieć tworzyć naród
pojęty jako społeczność.
W jednym z listów Norwid pisał: „Oto jest s p o ł e c z ­
n o ś ć p o l s k a ! - społeczność narodu, który nie zaprzeczam,
i ż o tyle j a k o p a t r i o t y z m wielki jest, o ile j a k o
s p o ł e c z n o ś ć j e s t ż a d e n . Wszystko, c o patriotyzmu
i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest
w narodzie tym, iż zaiste, że kapelusz zdejmam przed uliczni-
kiem warszawskim - ale - ale wszystko to, czego nie od patrioty­
zmu, czego nie od n a r o d o w e g o, ale czego od s p o ł e c z ­
n e g o uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe
i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym! ...Polska jest
ostatnie na g l o b i e s p o ł e c z e ń s t w o , a pierw­
szy na planecie n a r ó d." (List d o Michaliny
z Dziekońskich Zaleskiej, 14.11.1862)
Minęło prawie 150 lat a diagnoza ta: piękny naród - żadne
społeczeństwo, aż bije po oczach swoją trafnością. Nie możemy
ruszyć z miejsca.
Ojciec Święty na zakończenie swego wystąpienia apelo­
wał, aby „w jego prace wchodzili Polacy". Jest to zachęta nie
tylko do obcowania z dziełami Norwida, ale również do nadawa­
nia oryginalnego, ludzkiego piętna wszystkiemu, co się robi.
Rodzi się pytanie i nadzieja, może w ten sposób ruszymy
wreszcie z martwego punktu historii?

20
22 lipca..

Choć 22 lipca kojarzy nam się ciągle z tzw. s'wictem ludo­


wym, to jednak jest jeszcze inny 22 lipca, o którym warto pamię­
tać. Otóż, 22 lipca 1942 r. dr Hans Franek, hitlerowski satrapa,
stojący na czele Generalnej Guberni, mial interesujący odczyt na
słynnym Uniwersytecie w Heidelbergu. Tytuł brzmi po dziś dzień
bardzo nowocześnie: „Idea sprawiedliwości a Nowy Porządek
Europejski." Odczyt ten był kolejnym z serii poświęconej budo­
7

waniu jedności Europy. Dr Franek był z wykształcenia prawni­


kiem, nic więc dziwnego, że problemy prawa, sprawiedliwości
i porządku leżały mu głęboko na sercu, natomiast przynależność
do zwycięskiego wówczas układu dodawała odpowiedniego roz­
machu dalekosiężnym wizjom.
Porządek suponuje odpowiedni podział ról. Kontynent
europejski miał być w związku z tym podzielony na kilka obsza­
rów. Na terenach Europy wschodniej należało utworzyć wielki
obóz pracy niewolniczej. A ponieważ do pracy niewolniczej po­
trzeba niewolników, to na tych terenach należało zostawić ludzi
pracowitych, ale bez szerszych horyzontów, a pozbyć się elemen­
tów niepożądanych, czyli polskiej inteligencji, którą należało
wywieźć, a w większości wymordować. Zyski z pracy niewolni­
czej miały zasilać zjednoczoną Europę, tak jak i złoża naturalne,
stanowiące bogactwo terenów państwa niewolniczego. Całość
miała być ujęta w ramy prawne (państwo prawa). Franek wprost
oznajmiał, że ludźmi nie można rządzić przy pomocy siły, Rze­
sza Niemiecka bez prawa jest nie do pomyślenia. Po ekstermina­
cji polskiej inteligencji nastąpi obniżenie poziomu kształcenia,
który nie zapewni zachowania ciągłości kultury polskiej. Franek
kierował się przesłaniem sformułowanym przez Hitlera: wszyscy
zdolni do przywództwa w Polsce, mają być zlikwidowani. W ten
sposób, dzięki wytępieniu polskiej inteligencji, można będzie

7
E. Carlton, Faces of Despotism, 1995, s. 229-240.

21
udowodnić tezę, że Słowianie mogą być tylko niewolnikami, skoro
zostawi się tylko niewolników.
Oczywiście, Hans Franek mówił o zjednoczonej Europie,
którą kierowaliby Niemcy, o Europie, która byłaby Europą
I I I Rzeszy.
Okrutne czasy hitleryzmu i nazizmu minęły. Ale nie minę­
ły plany budowania jedności europejskiej. Obok wielu szumnych
i wielkich haseł są też realia, o których rzadko się mówi. Realia te
dotyczą miejsca Polaków w jednoczącej się Europie. Są to tema­
ty delikatne, wstydliwe, a nawet upokarzające. Mało kto o nich
mówi. A przecież...
Przebywając w miastach Europy zachodniej, zwłaszcza
poza sezonem i nie jako turyści, spotkać możemy tysiące, dzie­
siątki, a nawet setki tysięcy naszych rodaków. Szukają pracy, ja­
kiejkolwiek pracy. Są to często ludzie ze średnim wykształce­
niem, a nawet po wyższych studiach, ludzie młodzi, nasza przy­
szłość. Niektórzy z nich wysiadują godzinami na skwerach i pla­
cach, dźwięk ojczystego języka przykuwa ucho, by nagle pod
wpływem usłyszanych przekleństw go odepchnąć. Inni znajdują
pracę: sprzątają mieszkania, biura, restauracje, budują lub rozbie­
rają domy, opiekują się dziećmi, chorymi, starszymi... Jest to czę­
sto praca na czarno, bez opieki socjalnej, wielokrotnie niżej płat­
na od pracy legalnej. Ale jest praca. W Polsce jest jej mniej,
a nawet gdy jest, to się nie opłaca, na Zachodzie można zarobić
więcej. Lekarka szybko przeliczy, że zarobi więcej jako pielę­
gniarka niewykwalifikowana, pracując na czarno. Szybko przeli­
czy wykwalifikowany nauczyciel, że na budowie zarobi więcej.
A cóż mówić o robotnikach i rolnikach? W inny sposób, innymi
metodami realizuje się ten sam, koszmarny scenariusz, o którym
mówił Franek. Miejsce Słowian w zjednoczonej Europie jest już
zarezerwowane, będą wykonywać najniższe prace i najsłabiej płat­
ne. Będą chcieli takiej pracy, bo w ich ojczyźnie pracy w ogóle
nie będzie, albo będzie jeszcze niżej płatna. Zamiast ekstermina­
cji inteligencji pojawi się drenaż mózgów: najzdolniejsi w naj­
bardziej poszukiwanych zawodach, zamiast budować pomyślność

22
swoich rodaków we własnej Ojczyźnie, sprzedadzą swoje talenty
i swoją wiedzę obcym, inni zmienią zawód, czyli społecznie się
zdegradują nie wykorzystując w pełni swoich możliwości. Inteli­
gencja polska, jakże osłabiona przez komunizm, nie będzie mo­
gła się odrodzić. Przerażające są to plany, a przecież one już wcie­
lane są w życie. Europejczycy!
W 1869 roku Norwid w liście do Joanny Kuczyńskiej wy­
buchnął: „Pani mi pisze genetyczny frazes o Scytach i Azjatach.
Jestem przeciwny systematom spółczesnym, które głoszą: Euro­
pę aux Europeens! [Europa dla Europejczyków!]. Według mnie,
proszę Pani, nigdy nie było Europejczyków, my wszyscy bowiem
przybyliśmy tu z Azji, z tej krainy, której zalążkowy obraz spo­
czywa teraz w naszym umyśle niby marzenie o Raju. Ja pocho­
dzę od Jafetowego wnuka, co przykowany był na szczycie Ka-
zbeku w Kaukazie - od dziada mego Prometheusa. Ja JEDEN
przeczę temu systemowi krwi i ras. Ja jeden - ale cóż robić! To
moje mniemanie takie. Moim zdaniem, Europa n i e j e s t
r a s ą , ale principiuml [zasadą!] - bo gdyby była rasą, byłaby
Azją!!!"
Europa jest zasadą, to znaczy opiera się na swoistej tożsa­
mości cywilizacyjnej, a nie rasowej. Dopiero poprzez cywiliza­
cję pojawia się narodowość, ukształtowana pod postacią jednej
z kultur. Rasowość jest ślepym zaułkiem. Dlaczego więc w jed­
noczącej się Europie Słowianie traktowani są z lekceważeniem?
Dlaczego wyzyskuje się ich ojczyzny? Dlaczego dyskryminuje
poprzez pracę?
Dotychczasowa konstrukcja jedności europejskiej opiera
się nie na sprawiedliwości, ale na grze interesów, prowadzonych
za fasadą szczytnych haseł i fałszywych obietnic. Europa bez za­
sad nie jest Europą, jest tylko subazjatyckim kontynentem.

23
Chciwa zazdrość

Jest rzeczą zrozumiałą, że niedostatek, choroba czy brak


powodzenia są przyczynami, dla których ludzie czują się nieszczę­
śliwi. Trudno się cieszyć, gdy na wiele rzeczy nas nie stać, gdy
doskwiera ból, gdy nic nam się nie udaje. Wprawdzie niektórzy
filozofowie, zwłaszcza stoicy, uważali, że człowiek w każdych
warunkach może wyrobić sobie taki stan ducha, że „nic go nie
ruszy" (apatheia), niemniej jednak w normalnych warunkach nie­
szczęście człowieka przygniata, a wręcz ogłusza. Ale obok nor­
malnie uznanych powodów nieszczęścia, jest jeden, na który warto
zwrócić uwagę, a który w sposób niezwykle zmyślny dodaje nam
nieszczęść. Tym powodem jest ZAZDROŚĆ.
O ile zwykłe nieszczęście wynika z braku czegoś, co chce­
my mieć - czy to z natury, czy dlatego, że nam się należy (z natu­
ry chcemy żyć, chcemy być zdrowi, chcemy mieć dzieci, mamy
prawo do własnego domu) - to nieszczęście z powodu zazdrości
obejmuje nasze odnoszenie się do innych ludzi. Zazdrosny to ten,
kto czegoś pragnie przede wszystkim dlatego, że inni to mają.
Chciałbym mieć najnowszy model Mercedesa, jacht pełnomor­
ski, samolot odrzutowy, cztery wille z basenami, dziesięć aparta­
mentów i miliard dolarów na koncie. Dlaczego? Bo sąsiad ma
taki samochód, bo sąsiadka ma taki jacht, bo w telewizji pokazali
życie „wyższych sfer", w których aż kipi od złota. Jeżeli inni
mają, to ja też chcę! A to jest właśnie zazdrość. Ona tym różni się
od zwykłych pragnień, że ja chcę cudzym chceniem, że chcę, bo
inny chce, chcę mieć, bo inny już ma. W ten sposób ustawiam się
w fałszywej relacji do świata i do innych ludzi, zatracając własny
rozum i własną wolę. Zazdrość staje się przejawem głupoty.
Dobry jest świetny samochód, dobry jest statek i luksuso­
we domy rozrzucone w najatrakcyjniejszych miejscach świata.
Problem polega jednak na tym, czyja rzeczywiście chcę je mieć?
Czy one są dobre dla mnie? Czy posiadanie ich ma sens? Posia­
danie bardzo drogiego samochodu łączy się z szeregiem dodatko-

24
wych kosztów (garaż, ubezpieczenie, zabezpieczenie etc), które
mogą przekroczyć nawet sumę przeciętnych całorocznych zarob­
ków. Jeżeli mało zarabiam, to jak sobie wyobrażam utrzymanie
takiego samochodu, który w każdej chwili pas'ć może łupem zło­
dziei? Ktoś powie: „gdybym miał taki samochód, to bym go sprze­
dał". Z tego jednak wynika, że wcale nie chce samochodu, ale
chce pieniędzy. Zazdrość prowadzi wówczas do chciwości.
Porównując to, co mam, z tym, co inni mają, mogę dojść
do przekonania, że to co posiadam, jest niewiele warte. Przestaję
cenić siebie, lekceważę swoją rodzinę, dom. W efekcie przestaję
dbać o swoje środowisko, które wówczas autentycznie zaczyna
pleśnieć. Z zazdrości rodzi się małoduszność.
A wreszcie zazdroszcząc zaczynam pragnąć rzeczy, które
nie tylko są mi niepotrzebne, są nie na moją miarę, ale leżą poza
moją naturą i są wręcz poza moim zasięgiem. W ten właśnie spo­
sób wróbel zazdrości rybie ogona, a baletnica barytonowi mę­
skiego głosu. Zazdrość zamienia się w zawiść.
Chciwość, małoduszność, zawiść - to tylko niektóre z przy­
war i wad mających swoje źródło w zazdrości. Przydają one czło­
wiekowi nieszczęść w większym stopniu niż prawdziwe i własne
nieszczęścia. Są formą samoudręczania, a gdy cudze sukcesy są
dla nas nieosiągalne, to jakby w zemście zaczynamy podkopy­
wać szczęście innych. Człowiek zazdrosny szkodzi nie tylko so­
bie, ale również otoczeniu. Idąc za fałszywą (bo nie własną) wizją
szczęścia, stara się niszczyć szczęście innych. Trudno wówczas
mówić o życzliwości, przyjaźni i narodowym solidaryzmie.
Wszystko przeżarte jest zazdrością, która ustawia jednych prze­
ciwko drugim, gorzej niż nienawiść.
Jan Długosz pisał przed pięcioma wiekami, że jesteśmy
narodem wyjątkowo zazdrosnym. Uwagę tę należy odbierać nie
jako pogardliwą krytykę, ale jako życzliwą uwagę. Mamy takie
predyspozycje. Długosz zastanawiał się, czy to może kwestia kli­
matu.
Zdając sobie sprawę, jak niszcząca jest zazdrość, warto
popatrzeć na siebie, czy czasem nie jesteśmy zazdrośni? Czy nie

25
dążymy do rzeczy dla nas bezsensownych? Czy nie chcemy cu­
dzym chceniem? Czy nie cieszą nas nieszczęścia innych? To
wszystko jest zazdrość, która lubi się przepoczwarzać w mnó­
stwo innych wad, zatruwających nasze życie. Cierpimy z uroje­
nia, a nieszczęście urojone staje się silniejsze od nieszczęścia re­
alnego. Ale nieszczęście urojone jest całkowicie zbędne!
Człowiek musi wiedzieć, czego naprawdę chce ze wzglę­
du na sensowność swoich pragnień. Musi wiedzieć na co go stać,
do czego dążyć nie warto, a o czym w ogóle nie myśleć, aby się
niepotrzebnie nie rozdrażniać. Zmierzając ku odpowiednim dla
nas celom, mimo wpisanego w życie tragizmu, budujemy własne
szczęście. Wówczas też umiemy się cieszyć ze szczęścia innych,
od których bez wątpienia przyjdzie nieoczekiwana pomoc, gdy
sami znajdziemy się w trudnej sytuacji. Jak życzliwość otwiera
drogę przyjaźni, tak zazdrość - zawiści. Jedno tworzy, drugie -
niszczy. Uważajmy więc na zazdrość, sobie zaś okazujmy jak
najwięcej życzliwości. Tym bardziej, że czasy są trudne.

Zazdrość samochwalcza

Sprawcami zazdrości są nie tylko ludzie zazdrośni. Prze­


cież bogatym satysfakcję sprawia zazdrość, z jaką inni patrzą na
ich bogactwo. Można odnieść wrażenie, że niektórzy ludzie za­
biegają o wiele rzeczy nie dlatego, że naprawdę im się coś podo­
ba, że jest im potrzebne, ale przede wszystkim po to, aby inni im
tego zazdrościli. Wystawiają na pokaz to, co mają i patrzą z jakim
głodem inni koło tego przechodzą. Największą radość z posiada­
nia daje zazdrość otoczenia. Dopiero wtedy jestem w pełni szczę­
śliwy, że coś mam, gdy widzę innych pełnych zazdrości. Tak więc
zazdrość zazdrośnika nie wynika tylko z braku czegoś, co chciał­
by mieć, ale z rozdrażnienia, jakiemu jest poddawany. To roz­
drażnienie przekracza miarę autentycznych potrzeb, i stąd wła­
śnie brać się może zbędne poczucie nieszczęścia. W ten sposób

26
i biedni, i bogaci zarażeni są zazdros'cią, która w dalszej perspek­
tywie zatruwa życie wszystkim.
Powstaje wobec tego pytanie o kulturę posiadania. Po kul­
turze osobistej kultura posiadania jest chyba jedną z najwyższych
umiejętności, świadczących o prawdziwej kulturze, jaką ktoś re­
prezentuje. Nie wystarczy mieć. Ważne jest, jaką drogą coś zdo­
bywamy. Chociaż podziwiać mogę piękny dom na skarpie z wi­
dokiem na morze, to nie będę zazdrościł tego domu złodziejowi.
Im więcej złodziej ma, tym bardziej kłuje w oczy jego niepra­
wość. Nie zazdroszczę mu domu, nawet jeśli do końca życia nikt
nie wytoczy mu procesu za złodziejstwo. Źle jest mieć to, co zo­
stało zdobyte na drodze niemoralnej. Takiego posiadania nie na­
leży zazdrościć, raczej należy je potępić.
Są rzeczy, które mam, bo zapracowałem na nie w sposób
uczciwy, zaradnością i pracą. Powstaje tu tysiące pytań, z których
wybierzmy kilka. Dom jest symbolem życia rodzinnego. Po to
przecież budujemy dom, aby w nim zamieszkać, a normalnym
środowiskiem życia człowieka jest rodzina. Można zbudować dom,
piękny dom, rozległy, z tarasami i ogrodem, ale będzie to pusty
dom, w którym nie ma rodziny. Czas poświęcony na pracę i na
zdobywanie funduszy był tak absorbujący, że w międzyczasie
rodzina się rozsypała, członkowie rodziny utracili duchowy kon­
takt, stali się sobie obcy. Dom stał się zaprzeczeniem swojego
celu, zamiast zjednoczyć - rozbił rodzinę. Takiego domu nie ma
co zazdrościć.
Przed domem stoi kilka samochodów, wewnątrz każdy
z członków rodziny ogląda swój telewizor i słucha swoich płyt,
mają też Internet, a także telefony komórkowe. Nie spożywają
wspólnie posiłków, z rzadka się do siebie odzywają, na wakacje
wyjeżdżają oddzielnie. Wprawdzie są członkami rodziny, ale nie
mają rodziny. Im więcej przedmiotów, tym większa pustka. Czy
warto im zazdrościć? Nie warto.
Przed bardzo drogim pianinem elektrycznym (keyboardem)
siedzi dziecko, które po uruchomieniu muzycznego podkładu
w dowolnym rytmie i imitacji dowolnego instrumentu, wystuku-

27
je jednym palcem prostą melodyjkę. Po kilkunastu minutach, znu­
dzone odchodzi, aby wyżywać się na grach komputerowych. Czy
warto zazdrościć takiego dzieciństwa? Raczej nie.
Kultura posiadania, to umiejętność odróżniania tego, co jest
środkiem, a co celem. Jeżeli dom jest dla rodziny, to musi ją sca­
lać, a nie atomizować. W rodzinie najważniejszy jest rozwój oso­
bowy człowieka, niezależnie od tego, czy ma on 2 latka czy lat
70. Między członkami rodziny musi zawiązywać się kontakt du­
chowy, gdzie miłość wyraża się poprzez szacunek i przyjaźń. Kto
wystawia na pokaz przedmioty, aby inni zazdrościli, ten chce praw­
dopodobnie pokryć pustkę i samotność, których nie ma co za­
zdrościć, raczej należy się wystrzegać. Kulturową wartość nadaje
przedmiotom człowiek poprzez swój stosunek do nich. „Wiedzą"
0 tym kwiaty, które nie pod każdą ręką rosną, i których nie zmusi
się do rośnięcia. Kwiat plastykowy to symbol kupionego świata -
bez wartości, a wręcz kłamstwa.
Kultura posiadania musi mieć cel duchowy. Wówczas lu­
dzie, którzy są „bogaci", mogą prawidłowo wzrastać. Natomiast
próbując drażnić innych swoim bogactwem, sami popadają
w zazdrość, cieszą się tym, co mają, jak zazdrośnicy, a nie dlate­
go, że coś naprawdę warte jest posiadania czy dlatego, że chcą
coś mieć. Pojawia się perwersyjna zazdrość wobec samego siebie
1 swojej własności.
Z uwagi na postępujące ubóstwo ludzie zapominają, że
wiele rzeczy można osiągnąć bez bogactwa, że nawet bogactwo -
z uwagi na nadmiar - może być przeszkodą we właściwym roz­
poznaniu celu i tego, co naprawdę warto mieć. Zamiast bardzo
drogiego keyboardu, na którym nie sposób uzyskać właściwą tech­
nikę grania, można w pierwszych latach nauki zadowolić się uży­
wanym pianinem, wielokrotnie tańszym. Zamiast drogiego hote­
lu na Majorce, można spędzić wakacje z przyjaciółmi lub z ro­
dziną na polskiej wiosce. Zamiast sztucznie pędzonych, drogich
winogron, można nazrywać jagód, żurawin, borówek, spacerując
po miłych, leśnych polanach. Rozkołysane pragnienia podsycone
zazdrością sprawiają, że tracimy wiele z tego, co leży w zasięgu

28
naszej ręki. Bogaci natomiast często stają się zakładnikami swo­
ich spełnionych, choć nieprzemyślanych marzeń. Chcą, aby im
zazdrościć. Nie ma czego. Zazdrość jest złym doradcą. Wszyst­
kiego mieć nie można. Co dobre dla kogoś, nie musi być dobre
dla mnie, co dobre teraz, może być złe później. Ceniąc prawdzi­
we sukcesy innych, warto zachować skromność swoich pragnień,
aby cieszyć się dobrem, które jest nasze.

Wśród fiordów i wysp

Zastanawiam się czasem nad czarem wędkowania. Bo prze­


cież to nie chodzi tylko o ryby, można je kupić w sklepie, więk­
sze niż się zazwyczaj łapie. To nie chodzi o spacer nad wodą czy
przejażdżkę po jeziorze. Nie chodzi też o ilość połowu. W sieci
rybaków wpadają tony. A jednak wędkowanie ma swoją tajemni­
cę, która przyciąga i pochłania.
W zachodniej części Norwegii znajduje się mnóstwo ka­
miennych wysp i wysepek. Latem królują na nich mewy i wrzo­
sy. Takich wrzosów nie ma na lądzie, ani w Norwegii, ani w Pol­
sce. Wrzosy te zakończone są dużymi, fioletowymi kwiatami, to
nie są drobne kwiatuszki, lecz raczej kiście kwiatów. Przecudow-
nie wyglądają w blasku słońca, ale i nie mniej pięknie, gdy siąpi
deszcz. Woda jest krystaliczna. Potężnych rozmiarów meduzy,
na których widok cierpnie skóra, monotonnie wachlują przezro­
czystymi skrzydłami. Ryb nie widać, co najwyżej jakaś drobnica.
Wypływamy w fiord. Robi się coraz głębiej, 30 m, 40 m,
50 m. Wędzisko jest sztywne, kołowrotek o stałej szpuli (tzw.
multiplikator), mocna linka, ciężki błysk na końcu i ewentualnie
kilka pomarańczowych haczyków umieszczonych w metrowej
odległości powyżej błysku. Pada hasło: łapiemy! Z kołowrotka
szybko wysnuwa się linka, by dopiero po minucie, albo i później
opaść na dno. Teraz widać, że lekki błysk opadałby zbyt wolno,
a rzucać na głębinie spinningiem nie ma sensu. Błysk trzeba szybko
spuścić w dół.

29
Głębia morska ma w sobie tajemnicę niewiadomej, przy­
czepić się mogą bardzo różne ryby, których sam widok budzi zdu­
mienie, a cóż mówić o ich rozmiarach. Co weźmie? Łapiemy
podrywając błysk do góry, by swobodnie mógł opadać. W górę,
i w dół. Nagle szarpnięcie. Ryba uderzyła, gdy błysk opadał. Jest
silna. 50 metrów poniżej łodzi, w głębi, gdzie zapewne panują
całkowite ciemnos'ci, połakomiła się na kawałek metalu. A teraz
walczy. Mocny kołowrotek, linka, wędzisko nie dają jej zbyt wielu
szans. Walczy, ale musi płynąć do góry. Wreszcie, po kilku minu­
tach, jest. Dorsz. Jedna trzecia, to łeb, potężna paszcza i okrągłe
jak spodki oczy. Precyzyjne trafienie hakiem i ryba jest na pokła­
dzie. Już nie ucieknie. Jeszcze przed chwilą była tam, w czelu­
ściach morskich, czekając na ofiarę. Traf chciał, że zamigotał jej
błysk, a właściwie kawał metalu, połknęła i jakaś siła pociągnęła
ją do góry. Za następnym wyrzutem wzięła z dna inna ryba, po­
dłużna, srebrzysta, o równie dużych oczach, to ryba-kurczak;
a potem była ryba niebieska, jakby ktoś oblał ją farbą i poplamił,
i jeszcze jakaś brązowa, podobna do okonia. A wreszcie brania
ustały. Podciągnęliśmy wędki wyżej, na pół wody, i wtedy ruszy­
ły makrele, czepiały się po kilka naraz. O ile pozostałe ryby walczą
na wprost, próbując odpiąć się z haczyka, to makrele zataczają
koła, drgającymi ogonami. Wygląda to jak taniec albo wyścig,
tymczasem makrela musi być nieustannie w ruchu, nie może się
zatrzymać, bo zginie, dlatego nawet na haczyku zatacza taneczne
koła. Trafiliśmy na ławicę, będą brały bez przerwy. Dlatego koń­
czymy połów. Mamy dość. Kuter zaterkotał, wracamy do domu,
a właściwie do małej chaty na wyspie, gdzie poza ptactwem
i owadami nikogo nie ma, nawet zajączka.
Patrzę na złowione ryby, jest w nich coś dzikiego, wyglą­
dają inaczej niż ryby słodkowodne. Tam w dole toczy się walka.
To nie akwarium, to nie jezioro. Nie ma sielankowego nastroju.
Jedno pożera drugie, a wszystko przykrywa ciemność. To tylko
na filmach widać śliczny, kolorowy świat na dnie oceanu. Tu pa­
nuje ciemność, chwila nieuwagi kosztuje życie, po tym, co pad­
nie ofiarą, znika wszelki ślad. Zycie prze bezwzględnie naprzód.

30
Głodne mewy już się nad nami kręcą, niektóre krzyczą jak
dzieci, inne jak ścigany zwierz. Wiedzą, że i dla nich będzie wy­
żerka, gdy odfiletowane resztki wpadną do wody. Kuter zbliża
się do brzegu, przezroczysta woda ukazuje barwne dno, widać
białe i różowe meduzy, śliczne rozgwiazdy i całe mnóstwo żyją­
tek uwijających się wśród falujących roślin. Wysiadamy.
Wieczorem słońce chowa się za wysepki, ciemnieją wrzo­
sy, po rybach nie został nawet ślad i mewy gdzieś odleciały, na­
staje cisza. Jechałem kilka dni, płynąłem przez morze i fiordy,
aby teraz patrzeć w gasnący dzień na jednej z kamiennych wysp.
Gasną powoli wrażenia, wyobraźnia się uspokaja. Tam pod wodą,
w ciemnej czeluści, walka z pewnością trwa nadal. Tu jest spo­
kojnie. Jak dziwnie brzmi polski pacierz. I rozmowy, które ni­
czym refleksy słońca, przywołują w pamięci wydarzenia dnia, by
również powoli ustać. Dzień w Norwegii gaśnie długo, pora udać
się na spoczynek. Jutro znów wypłyniemy na wody, które ob­
darzą nas nową tajemnicą. Choć ryby wcale nie muszą brać.

Koniec polityków

Gdy jedni z pełnym zaaferowaniem przygotowują się do


wyborów licząc na miejsca w Sejmie lub Senacie, inni nieubłaga­
nie schodzą już ze sceny politycznej. Minęły kolejne 4 lata. Wie­
lu liczy na ponowną kadencję, ale to tylko mrzonki. Większość
z nich nigdy już nie zasiądzie w Parlamencie, a przeszłość wkrót­
ce wyglądać będzie jak nierealny sen, od którego długo jeszcze
nie będzie można się uwolnić.
Hałas przedwyborczy jest już w toku. Nowe nadzieje, nowe
marzenia. Na widownie lecą wielkie hasła, nie łatwo odróżnić,
komu naprawdę chodzi o Polskę, a kto chce uratować tylko „sza­
fę" („ratujcie szafę, krzyczał złodziej zamknięty w szafie, gdy
wybuchł pożar"). Gdy więc z żarem w oczach wielu liczy na przy­
szłe kariery, przychodzi natrętna myśl, a jaki będzie ich koniec?
Czy taki sam, jak wielu dzisiejszych „bohaterów"?

31
Opowiada} mi jeden z posłów rzecz niezwykłą, zdarzało
się bowiem, że w ciągu 1 dnia było ponad 200 głosowań! Trudno
sobie wyobrazić, aby normalny człowiek mógł w sposób prze­
myślany i odpowiedzialny wyrażać swoje stanowisko w tylu spra­
wach, z których każda zazwyczaj należy do innej sfery: kopalnie,
transport, administracja, szpitale, szkoły... A czas nie czeka, trze­
ba podnosić rękę i naciskać guzik 200, 250 razy w ciągu dnia.
Sale sejmu i senatu nie mają okien, są wizualnie odcięte od
świata zewnętrznego. Brakuje świeżego powietrza, pracuje tylko
klimatyzacja. Wytwarza się jakiś przedziwny mikroklimat, jakaś
rzeczywistość sama w sobie, psychoza zgromadzonych polity­
ków i ich reakcji: znudzenia, grymasu, śmiechu, pogardy, wście­
kłości, sprytu i gry. I te niekończące się mowy, jedni seplenią,
inni stękają, jeszcze inni dukają, mamroczą, ale są i tacy, którzy
pieszczą uszy gładkością wypowiadanych słów. Słychać pomruk
niezadowolenia, a potem nagły, rubaszny wybuch śmiechu. Pora
przewietrzyć się w kuluarach. Kamery są tak ustawione, aby w i ­
dać było przede wszystkim czaszkę posła, jeżeli więc czyta, a nie
przemawia, to sprawia wrażenie uczniaka, który nie do końca ro­
zumie, co mówi, że czyta cudzy tekst, bo na własny go nie stać.
Gdy minie pierwsze wrażenie, warto wziąć do ręki surowy steno­
gram sejmowych dyskusji. Dopiero wówczas widać, do jakich
krętactw intelektualnych uciekają się ich autorzy, jak bełkotliwe
są często wypowiedzi. Ale cóż, przemawiają w imieniu Rzeczpo­
spolitej.
Warto zaobserwować jak zmienia się dana osoba po wybo­
rze. Przedtem był to kolega lub koleżanka: rozmowni, otwarci,
spontaniczni. I nagle wybór! Następuje zdecydowane usztywnie­
nie, któremu towarzyszy przekonanie o swej niezwykłej warto­
ści, a później to już amok: cały świat leży u stóp, a ja czekam na
hołdy. Niestety, wysokie stanowisko samoczynnie nie dodaje ro­
zumu (wręcz przeciwnie), a co więcej poszerza zakres odpowie­
dzialności o sprawy, na których się nie znamy. Stanowisko, i to
zwłaszcza posła lub senatora, gdzie o nominacji nie decydują za­
wodowe kompetencje, lecz „wybór" uwikłany w gry partyjne,

32
rodzaj ordynacji, kampanię medialną, a również przypadek - to
powód do jak największej pokory spowodowanej lękiem przed
prawdziwą odpowiedzialnością za dobro lub zlo w wymiarze spo­
łecznym, czyli takim, który dotyka milionów ludzi.
Miejsce w parlamencie, to finansowa gratka. Wiele mówi
się o ratowaniu Ojczyzny, ale nie jest to praca społeczna. Jest to
zawód i to dobrze płatny, nie licząc różnego rodzaju ulg. Kogoś,
kto zarabia kilkaset złotych miesięcznie, albo nawet mieści się
w średniej krajowej, dochody parlamentarzysty mogą autentycz­
nie przyprawić o zawrót głowy. Wchodząc do parlamentu pełni
ideałów ludzie miękną pod wpływem finansowych faktów. Moż­
na odnieść wrażenie, że system finansowania parlamentarzystów
(nie tylko w Polsce), ma jednak charakter swoistej, państwowej
łapówki. Trudno rzucić na szalę ideały, by wrócić do szarej rze­
czywistości, gdzie trudno o pracę, a zresztą komu potrzebny jest
były poseł? Sytuacja wydaje się być patowa. Biedak będąc po­
słem nie będzie przecież pracował za darmo.
Wśród wielu parlamentarnych dyletantów są też i zawo­
dowcy. Wiedzą, co robią, dla kogo, za ile. Wiedzą, jak liczyć gło­
sy, planują dalekosiężnie. Są groźni. Dysponują szeregiem kon­
taktów i powiązań. Mają przełożenia na banki, na media, na ukła­
dy międzynarodowe. Dysponują fachowym zapleczem. Nie cho­
dzi im o to, aby na chwilę wyrwać się z biedy, aby na coś się
załapać. Chcą być u władzy do końca. Hałasują po to, by odwró­
cić uwagę od spraw autentycznie ważnych. Tłumom rzucają na
pożarcie amatorów szybkiego sukcesu. Rozpoznają błyskawicz­
nie słabości przeciwnika. Jeden chce być gwiazdą - pokazać go
często w telewizji, a potem skompromitować; drugi chce luksu­
sów - dać mu kilkanaście rad nadzorczych, jakieś intratne stano­
wiska i kontakty, a potem wplątać w jakąś aferę; trzeci ma różne
słabostki - dla niego oferta specjalna. Kończąca się kadencja par­
lamentu ujawnia te wszystkie mechanizmy jak na dłoni.
Przed nami wybory. Są różne hasła i obietnice. Głosując
spróbujmy wziąć pod uwagę, jaki będzie koniec tych, na któiych
postawimy. A wybrańcom losu wypada życzyć dużo chłodnego
rozumu.
33
Polityka: nie tylko gra

Język polityki w okresie przedwyborczym zdominowany


jest przez wyrażenia, które zamazują istotny sens samej polityki.
Najczęściej bowiem jest to żargon, w którym polityka ukazywa­
na jest jako bardzo widowiskowa gra. Słyszymy więc takie sfor­
mułowania jak: „walka o mandaty", „zwycięstwo w sondażach",
„liderzy ugrupowań", „drużyna", „sukces", „porażka", „klęska".
Wyrażenia te dolewają oliwy do ognia, czyli podkręcają zaintere­
sowanie społeczne i to w skali masowej. Wszyscy są ciekawi:
Kto wygra? Kto poniesie porażkę? Ja jestem z tymi, a ty za kim?
Może moim się uda, twoi nie mają szans. W pewnym momencie
może się nam wydawać, że to nie wybory, ale zawody o Puchar
Prezesa transmitowane przez radio i telewizję. Zgromadzeni wi­
dzowie i radiosłuchacze śledzą z zapartym tchem zmagania za­
wodników. Niektórzy obstawiają zakłady, inni chcą się zrelakso­
wać przeżywając dreszczyk emocji, inni się kłócą, inni machnęli
ręką. Już wkrótce wszystko się rozstrzygnie.
Tymczasem polityka niezupełnie jest grą i widowiskiem.
Gdy kończy się olimpiada, kończą się telewizyjne transmisje,
a zwycięzcy zabierają medale i udają się do domów. Jeszcze może
tylko uroczyste przywitanie przez rozradowanych kibiców, kilka
wywiadów dla prasy i oczekiwanie na następne zawody. W poli­
tyce natomiast wybory nie kończą, ale rozpoczynają prawdziwe
zawody, tyle że już bez udziału i bez wpływu widowni. Sama
widownia do wyborów była elektoratem, po wyborach finansuje
polityków poprzez odpowiednio ustawiony system podatkowy,
a nawet stać się może ofiarą prowadzonej przez nich działalności.
Jako wyborcy nie jesteśmy tylko widzami, bo skutki wyni­
ków wyborczych mają istotny i ciągły wpływ przez kolejne lata
na nas samych.
Wybierając, a więc podejmując decyzję na kogo oddam
głos, muszę wziąć pod uwagę wpływ wyników nie tylko na moje
własne życie, ale również na życie społeczne. Mimo że mam tyl-

34
ko jeden glos, który utonie w milionach, a nawet w dziesiątkach
milionów głosów, to jednak mój wybór jako decyzja ma swój
ciężar moralny. Głosujemy osobiście i w ukryciu, nikt nas są­
downie nie będzie ścigał za to, co zrobimy z kartą wyborczą;
wszystko nieomal sprzyja temu, aby zrzucić z siebie ciężar mo­
ralnej i społecznej odpowiedzialności. A jednak ta odpowiedzial­
ność jest i to bardzo poważna. Właściwie wybory, to pewien spraw­
dzian psychicznej dojrzałości. Brzmi to może dość górnolotnie,
niemniej jednak wybory to dziś jedyny sposób na wyłanianie
najważniejszych władz w państwie. Śnić się może nam wspania­
ły król, który sam dobiera uczciwych i mądrych doradców, a wszy­
scy zgodnie dniem i nocą troszczą się o poddanych. Ale dziś nie
ma króla. Nie poddani, ale już obywatele między sobą wybierają
władzę i to nie dożywotnio, ale na pewien tylko czas. Równocze­
śnie sprawowanie władzy jest na tyle atrakcyjne, że wybrańcy
czym prędzej wykorzystują urząd do załatwiania swoich własnych
interesów. A po wyborach nie można ich odwołać. Wybór jest
rzeczywiście trudny, łatwo się zrazić i zniechęcić. Może w takim
razie w ogóle nie głosować? Obiektywnie rzecz biorąc nie ma
powodów do bojkotu wyborów. Kto chciał i umiał się zorganizo­
wać, ten mógł zarejestrować komitet wyborczy. Bojkotując indy­
widualnie wybory idzie się na pewną łatwiznę. Natomiast jeśli
miałby to być protest przeciwko demokracji i jej zasadom, bojkot
ten musiałby być w odpowiedniej skali zorganizowany i nagło­
śniony. W innym wypadku jest to w skali społecznej nieskutecz­
ne i nieczytelne. Należy przy tym pamiętać, że niezależnie od
tego, czy w wyborach weźmie udział 80% czy 20% społeczeń­
stwa będą ważne, a ci, którzy wygrają, przejmą realną władzę.
Nieomal każdy z nas ma jakieś powody, czy to z racji oso­
bistych czy społecznych, żeby zrazić się do polityków, którzy
dzięki wyborom trafili do Parlamentu. W wielu wypadkach jest
to wręcz gniew, ponieważ zawiedzione nadzieje są gorsze niż
deklarowana wrogość. Jako wyborcy czujemy się w matni, mamy
wrażenie, że każdy wybór, choć z różnych powodów, jest zły.
Pokusa nie pójścia do wyborów jest przeogromna. I jest to jak

35
najbardziej zrozumiałe. Ale przecież ktoś pójdzie do wyborów
i ktoś wygra władze, a ja - nie idąc do wyborów - pozbawiam się
wpływu na ostateczny wynik.
W wyborach prezydenckich wygrywa tylko jeden, wyniki
pozostałych kandydatów są tylko honorowe. W przypadku wy­
borów parlamentarnych wyniki mogą mieć różne oblicza z uwagi
na podział mandatów. Jeżeli nie można działać ofensywnie z uwagi
na szczupłość albo rozbicie sił, to trzeba działać defensywnie, tak
żeby pewne ugrupowanie nie zdobyło absolutnej większości, aby
nawet stosunkowo nieliczne mandaty mogły skutecznie bloko­
wać złe inicjatywy. Jest pewna arytmetyka działań parlamentu,
którą trzeba rozumieć. Jeżeli prowadzona jest prolewicowa pro­
paganda sukcesu, to właśnie po to, aby lewica zdobyła absolutną
większość. Temu trzeba się przeciwstawić. Gdy nie pójdziemy
do wyborów, damy lewicy nie tylko zwycięstwo, ale tę tak groźną
absolutną większość. Idąc do wyborów mamy szansę na złama­
nie takiej większości. W tych wyborach ma to podstawowe zna­
czenie, ponieważ prawicowy elektorat, nie mając rozeznania
w różnych subtelnościach, już jest zdezorientowany wielością
ugrupowań, przynajmniej w nazwie, nielewicowych. Dobrze jest
wygrać, ale gdy wygrać nie można, trzeba jak najmniej przegrać
i patrzeć dalekosiężnie. Wybory to więcej niż gra, a wszyscy, czy
chcemy czy nie, ponosić będziemy ich skutki.

Nowy Jork

Odwiedzając Nowy York miałem nie raz okazję wjechać


windą na sam dach World Trade Centrę. Roztaczał się stamtąd
niesamowity widok: od północy na oblanych wodą wyspach rósł
las drapaczy chmur, od południa centralne miejsce zajmowała
Statua Wolności, która dawnymi laty witała nadpływających emi­
grantów, a dalej majaczył na horyzoncie Ocean. Widać też było
liczne mosty, z których dwa noszą imię wspólnych bohaterów
Polski i Stanów Zjednoczonych: Pułaski Bridge i Kościuszko

36
Bridge. O ile obraz Chicago z najwyższego wieżowca świata jest
dość monotonny: z jednej strony jezioro, z pozostałych stron cią­
gnące się kilometrami parterowe domki, a poza tym taras wido­
kowy jest cały oszklony - to na WTC taras był odkryty, można
więc było podziwiać zmieniającą się panoramę wielkiego miasta
odczuwając powiew dość silnego wiatru.
Rozglądając się wokół człowiek zadawał sobie najpierw
dziecinne pytanie, po co to wszystko takie duże? Jakaż energia
ludzka musiała być wyzwolona, żeby na tak niewielkim skraw­
ku, w tak trudnych warunkach, zbudować tak potężne miasto.
Przyglądając się bliżej toczącemu się codziennie życiu spostrze­
żemy, że Ameryka jest krajem ludzi, którzy pracują. Chodzi tu
przede wszystkim o rytm pracy i czas, jaki praca zajmuje. Otóż
praca wypełnia nieomal cały czas, jakim człowiek dysponuje.
Wedle naszych europejskich kategorii jest to za dużo, ale Amery­
kanie lubią pracować. My przyzwyczajeni jesteśmy do czasu
wolnego, który traktujemy niejako odpoczynek po pracy, ale jako
aktywizujące nas zajęcie na równi z pracą. Ten wolny czas po­
święcamy rodzinie, zainteresowaniom (wędkarstwo, turystyka) czy
lekturze. Amerykanów w całości pochłania praca, stąd czas wol­
ny jest przede wszystkim odpoczynkiem. Człowiek, który nie ma
pracy, znajduje się w społecznej próżni. Musi pracować, aby się
z nim liczono i aby on sam miał poczucie własnej wartości. Skąd
bierze się taki kult pracy? Odpowiedź jest złożona. Najpierw warto
wskazać na genezę religijną. W Ameryce bardziej wpływowy od
katolicyzmu był protestantyzm, w ramach którego praca była trak­
towana nie tylko jako konieczność, ale stała się wręcz przewod­
nim motywem ludzkiego życia. Ponadto Ameryka jest krajem,
do którego biali ludzie przybywali dobrowolnie, stąd z większym
zapałem pokonywali trudności i z większym poświęceniem od­
dawali się pracy. Kto nie chce być w jakimś kraju, a musi praco­
wać, jego praca będzie pracą niewolniczą, wykonywaną niechęt­
nie i bez godnych podziwu rezultatów. Praca przynosiła konkret­
ne efekty, była nim moc zarobionych pieniędzy, nie groszy, ale
dolarów, za które można było utrzymać rodzinę i krok po kroku

37
się bogacić. W protestantyzmie bogactwo miało pozytywny wy­
miar religijny, stąd między ludźmi wytwarzała się nie zazdrość,
ale rywalizacja. Zazdrość sprawia, że ten co nie ma, chce odebrać
temu, co ma, rywalizacja natomiast polega na tym, że ten co nie
ma, chciałby mieć więcej niż ten, co już ma. Drogę do sukcesu
wyznacza nie grabież, ale praca. Atmosfera w pracy, w której
jeden drugiemu nie zazdrości, to rzecz godna podziwu. W takich
warunkach ludzie chętnie, choć ciężko pracują, dorabiają się swojej
materialnej niezależności, zaś zbiorowy wysiłek przynosi wymier­
ne efekty, które widać na zewnątrz...
Wiatr wiał coraz silniej. Powracało pytanie: dlaczego to
wszystko takie duże? Gdy rosła cena gruntów, zdecydowanie bar­
dziej opłacało się piąć w górę, aż wreszcie rozwój technologii
sprawił, że domy osiągnęły dziesiątki pięter, by przekroczyć ma­
giczną liczbę stu. Inaczej w Belgii czy Holandii, gdzie spotyka­
my bardzo wąskie kamieniczki, ponieważ tu z kolei podatek pła­
cono za szerokość domu względem ulicy. Stare kamienice są więc
wąskie, ale za to bardzo długie, wpijają się głęboko w podwórze
lub ogród. Stara Europa jest zadomowiona, proporcje są na miarę
człowieka, w zasięgu jego rąk, nóg i wzroku. Ludzie, należący do
niej duchem, nie przepracowują się, uważając, że poza pracą ważny
jest czas wolny, w którym też trzeba mieć siły. Kontemplowanie
obrazów, pójście na koncert, lektura, pisarstwo, to są zajęcia, któ­
rym człowiek zmęczony nie podoła, zabraknie mu tak niezbędne­
go zapału, nie mówiąc już o towarzyszącej przyjemności. W Eu­
ropie jednak coraz mniej jest Starej Europy... Europa się amery-
kanizuje, miasta porastają drapaczami chmur, a ludzie coraz mniej
mają dla siebie czasu.
Z daleka widać dzielnicę Greenpoint. Tam mieszka bardzo
wielu Polaków, mężczyźni pracują najczęściej na budowach, ko­
biety opiekują się dziećmi, ludźmi starszymi i chorymi, sprzątają.
W niedzielę tłumnie idą do kościoła św. Stanisława. Będąc w środ­
ku mamy wrażenie, jak byśmy byli w Polsce, te same twarze, ta
sama atmosfera, te same słowa, aż trudno uwierzyć, że to Nowy
York, że to wymarzona Ameryka. Jak wielu bliskich im zazdro-

38
ści, że udało się dostać wizę, wyjechać za Ocean i pracować.
Z perspektywy polskiej nie widać ciemniejszych stron pobytu, do
których należy ciężka praca, rozłąka z bliskimi, tęsknota za kra­
jem. O tym się raczej nie mówi, aby nie pobrudzić mitu, nie wy­
palić marzeń.
Z Greenpointu było dobrze widać dolny Manhattan. Ale
jeszcze długo każde spojrzenie będzie kłuło w serce.

Logomachia

Istotnym elementem walki politycznej jest walka na słowa


(gr. logos - słowo, machia - walka). Wykorzystuje się w niej nie
tylko słuszne zarzuty i właściwe określenia, ale również argu­
menty pozorne i słowa z podmienionymi znaczeniami. Te ostat­
nie, wskutek medialnego powielania i nagłas'niania, stają się po­
tężnym ciosem w świadomość i podświadomość milionowych
rzesz, które często nie ze złej woli ulegają jednak presji wyrafi­
nowanej propagandy. Warto być wykształconym choćby po to,
żeby nie dać sobie wmówić nieprawdy i manipulacji, do których
rozpoznania potrzebna jest wiedza.
Szczególnym przedmiotem ataków są środowiska związa­
ne z tradycją polską, na którą składa się miłość ojczyzny i wier­
ność religii. Wśród najczęściej powtarzających się epitetów
a wręcz kalumnii, czyli określeń mających na celu popsucie komuś
dobrej opinii, są następujące: Polacy to nacjonaliści, fundamen­
taliści, szowiniści, ksenofobi, antysemici. Wiele lewicowych i l i -
bertyńskich mediów aż dygocze na samą myśl o Polsce, w której
obowiązywałyby sprawdzone zasady moralne, ludzie odnosiliby
się do siebie z szacunkiem, a władza byłaby uczciwa. Ktokol­
wiek próbuje przywracać prawdziwy sens polskiego ethosu, na­
tychmiast spotyka się z przedziwną wrogością, wyrażaną przy
pomocy słów. I niestety, choć jest to trudne do uwierzenia, wielu
naszych rodaków ulega wpływowi antypolskiej propagandy. Dla­
czego? Powód jest prostszy niż to mogłoby się wydawać. Owe

39
kalumnie to słowa, które występują w języku polskim, ale są to
słowa pochodzenia obcego, których prawdziwe znaczenie jest dla
większos'ci Polaków niezrozumiale.
Przeciętny odbiorca libertyńskich mediów wie, że słowa
takie jak: fundamentalista, nacjonalista, szowinista, znaczą coś
bardzo złego, zwłaszcza gdy wyjdą spod pióra znanego autoryte­
tu (moralnego?), ale o co naprawdę chodzi, tego masowy odbior­
ca raczej nie rozumie. Dlatego warto mimo wszystko wytłuma­
czyć choćby poprawne znaczenie tych słów, aby przynajmniej
ludzie dobrej woli nie ulegali tak łatwo nieżyczliwej nam pro­
pagandzie.
Większość wymienionych słów pochodzi z greki lub łaci­
ny. Słowo „nacjonalista" pochodzi od słowa natio, które oznacza
naród. A więc nacjonalista to narodowiec. Miłość do własnego
narodu nie jest niczym złym, a nawet w tradycji zachodniej uzna­
wana była za powinność. Miłość ta może być jednak czymś złym,
jeśli ktoś uważa, że tylko jego naród jest coś warty, a resztą po­
gardza. Współcześnie znaczenie słowa „nacjonalizm" poszło
w tym drugim kierunku. Powstaje pytanie: Czy dziś Polacy uwa­
żają, że są jedynym narodem na świecie, wywyższonym ponad
inne narody? Nic podobnego, raczej cierpią na kompleks niższo­
ści. Polacy nie są więc nacjonalistami.
Słowo „fundamentalizm", choć pochodzi od łacińskiego
słowa fundamentum (podstawa), to jednak powstało dopiero
z początkiem XX wieku W tym czasie niektóre nurty protestanc­
kie przeciwstawiając się zwłaszcza ewolucjonizmowi Darwina na­
woływały, aby ludzie wierzący bronili kreacjonizmu i byli wierni
Biblii. I to byli właśnie fundamentaliści, którzy dostrzegali, jak
groźne może być nadużycie naukowych hipotez w walce z reli­
gią-
W szerszym znaczeniu fundamentalizm oznacza typ cywi­
lizacji, w której całe życie rodzinne, społeczne, polityczne ma
być w najdrobniejszych szczegółach zorganizowane wedle przepi­
sów zawartych w Pismach uznanych za święte. Polacy ani w jed­
nym, ani w drugim sensie nie są fundamentalistami, ani nie walczą

40
z Darwinem, ani nie szukają w Piśmie Świętym porad, jak należy
siadać przy stole. Pragną natomiast, aby instytucjonalnie nie ata­
kowano Kościoła Katolickiego, a życie publiczne było podpo­
rządkowane zasadom moralnym.
Słowo „szowinizm" pochodzi z francuskiego (chauvinisme,
imię własne Chauvin) i ma podobne znaczenie jak stare greckie
słowo „ksenofobia". Ksenos to obcy, &fobos to strach, a więc
szowinizm i ksenofobia to strach przed obcymi. Polacy są z natu­
ry otwarci i gościnni, w dziejach grzeszyli raczej niezwykłą otwar­
tością, wskutek czego Rzeczpospolita była państwem i domem
dla bardzo wielu narodów i wyznań. Strach przed obcymi zajrzał
w oczy Polakom, gdy państwo ich zostało rozebrane właśnie przez
obcych, którzy pozbawiali naszych praojców ziemi, własności,
zdrowia i życia. Doświadczenia rozbiorów, okupacji sowieckiej
i niemieckiej pokazały, że obcy może być wrogiem, a nie go­
ściem, i dlatego trzeba być ostrożnym. Nie chodzi o to, żeby żywić
nienawiść do obcych, bo są obcymi, lecz chodzi o zabezpieczenie
praw własnego narodu, któremu obcy mogą zagrażać. W tym sen­
sie za mało jest w nas tej ostrożności, jesteśmy ciągle zbyt naiwni
i zbyt ufni. Obcy, którzy spokojnie robią na nas interesy, w dal­
szym ciągu nam imponują, jakby to były jakieś mityczne postacie
z legend zachodu, a często są to zwykli, pozbawieni zasad moral­
nych geszefciarze.
Poprawnym słowem, które oddaje właściwie pojętą miłość
do ojczyzny - zachowując prawa innych narodów do miłowania
ich ojczyzn - przez co wyraża się również nasz do nich szacunek,
jest słowo „patriotyzm". Patriotyzm jest cnotą, jego brak jest wadą
i grzechem. Nikt nie może nam odebrać prawa do miłowania na­
szej ojczyzny i narodu, który od wieków, z tą ojczyzną jest zwią­
zany. Trzeba tylko rozumieć słowa i mieć duszę otwartą na pięk­
no.

41
Rządy technokratów

Albert Speer to jeden z głównych twórców potęgi I I I Rze­


szy. Najpierw był nadwornym architektem, który w lot chwytał
rozmach pomysłów fuhrera, przygotowując zarówno insceniza­
cję do wielkich widowisk politycznych, jaki przebudowując Berlin
na nową stolicę świata; później był ministrem wojny. W Norym­
berdze został skazany na 12 lat więzienia.
Speer jest przykładem człowieka o niezwykłej inteligencji.
Określano go mianem geniusza organizacji. Ale też na jego przy­
kładzie widzimy do jakiego stopnia może nastąpić przepaść mię­
dzy zdolnościami i pojętnością, a poczuciem moralnej odpowie­
dzialności. Trudno się dziwić niewykształconym masom, podat­
nym na manipulację i propagandę, że zostają zauroczone jakąś
ideologią i całym systemem czynienia zła. Dlaczego jednak lu­
dzie inteligentni, nawet bardzo inteligentni, nie ogarniają swą in­
teligencją moralności, przestają rozumieć, co jest realnym dobrem,
a co złem? Dlaczego i oni ulegają, mimo inteligencji, swoistemu
otępieniu umysłowemu? Takie pytania rodzą się dziś, gdy słyszy­
my wokół, że państwo ma być państwem prawa, a rządy mają
być rządami ludzi skutecznych. Czy chodzi o jakiekolwiek pra­
wo i jakąkolwiek skuteczność? Czy prawo złe jest rzeczywiście
prawem? Czy skuteczność w czynieniu zła jest skutecznością?
A może złe prawo jest gwałtem, a skuteczne czynienie zła jest po
prostu niszczeniem. Pewne rzeczy należy nazywać po imieniu.
W trakcie procesu w Norymberdze Speer, jako przedstawi­
ciel przegranego imperium, miał więcej czasu na przemyślenia.
I wówczas doszedł do bardzo trafnego spostrzeżenia, które po
dziś dzień nie straciło na swojej aktualności. Zwraca uwagę na
różnicę między dawnymi despotyzmami a współczesnym totali­
taryzmem. We Wspomnieniach pisze: „Ale w tej fatalnej epoce
oprócz ludzkiej nikczemności po raz pierwszy w historii pojawił
się również czynnik, który ten despotyzm odróżniał od wszelkich
dotychczasowych wzorców i który w przyszłości będzie jeszcze

42
nabierał znaczenia. Jako najważniejszy przedstawiciel technokracji
- mówił o sobie - która włas'nie bezmyślnie i bez żadnych hamul­
ców, wszystkie swoje środki zaangażowała przeciwko ludzkości,
starałem się nie tylko przyznać, lecz także zrozumieć to, co się
stało. W swoim ostatnim słowie powiedziałem: „Dyktatura Hitle­
ra była pierwszą dyktaturą państwa przemysłowego w dobie
współczesnej techniki..." 8

Współczesna technika jest najgroźniejszym narzędziem nie


w ręce szaleńców, ale technokratów. Szaleniec bowiem działać
może odruchowo, pod wpływem emocji, na krótką metę, nato­
miast technokrata jest człowiekiem inteligentnym, który działa
na szeroką skalę i długofalowo. Problem polega na tym, że moc
techniki posiada jakąś magiczną siłę stępiania wrażliwości mo­
ralnej. Technokraci, a więc ludzie, dla których technika jest głów­
nym narzędziem działania, zaczynają ubóstwiać samo narzędzie
do tego stopnia, że ich sumienie robi się zupełnie ślepe. Trzeba
wówczas wielu nieszczęść, aby przynajmniej niektórzy z techno­
kratów mogli przejrzeć na oczy i odzyskać choćby na chwilę wła­
sne sumienie. Ale kto naprawi zło?
Warto przypomnieć klasyczny już tekst Arystotelesa,
w którym czytamy: „Jak bowiem człowiek doskonale rozwinięty
jest najprzedniejszym ze stworzeń, tak jest i najgorszym ze wszyst­
kich, jeśli wyłamie się z prawa i sprawiedliwości." Prawo, o któ­
rym tu mowa, jest przede wszystkim prawem zakorzenionym
w prawie boskim i w prawie naturalnym, które stanowi podstawę
sprawiedliwości i zdrowego sumienia. „Najgorsza jest bowiem
nieprawość uzbrojona, człowiek zaś rodzi się wyposażony w broń,
jaką są jego zdolności umysłowe i moralne, które jak żadne inne
mogą być niewłaściwie nadużyte. Dlatego człowiek bez poczucia
moralnego jest najniegodziwszym i najdzikszym stworzeniem..."
(Polityka, I, 12) O wielkości człowieka nie stanowią więc tylko
zdolności intelektualne, przeciwnie zdolności te mogą stać się
źródłem zdziczenia człowieka, iż stanie się gorszy od zwierzęcia.

* A. Speer, Wspomnienia, Warszawa 1973, s. 723.

43

I
Ma to miejsce wówczas, gdy człowiek zatraca sumienie, przesta­
je czytać obiektywne dobro i zło. Wtedy całą moc swego intelek­
tu przeznacza na niszczenie. A dziś' technika jest przepotężnym
zwielokrotnieniem mocy intelektualnych. Co innego szaleniec,
który kogoś' pokaleczy nożem, co innego fortel wojenny, dzięki
któremu konnica rozbije piechotę, a co innego użycie broni ma­
sowej zagłady. Jeżeli posługiwanie się techniką pozbawione jest
hamulców moralnych, to staje się narzędziem czynienia zła kwa­
lifikującym ją do zbrodni nawet przeciwko ludzkości.
Bardziej niż szaleńców należy bać się dzisiaj technokra­
tów. Uzbrojeni są nie tylko w technikę wojenną, ale również ad­
ministracyjną, finansową, prawną, medialną, edukacyjną. Dzięki
temu mogą niszczyć i zniewalać miliony ludzi na całym świecie.
Zauroczeni skutecznością, zapominają o człowieku, że jest to oso­
ba, a nie poligon doświadczalny.
Dziś szczególne znaczenie ma wychowywanie społeczeń­
stwa od najmłodszych lat na ludzi. A takimi są nie dzięki nadmia­
rowi inteligencji, ale przede wszystkim dzięki właściwie ukształ­
towanemu sumieniu. Dziś trzeba ratować wrażliwość sumień, aby
w dorosłym życiu korzystać i z inteligencji, z umiejętności i tech­
niki, tylko dla dobra, nigdy dla zła.

Katolicyzm i polityka

Znaczenie katolicyzmu w polityce jest niezwykle donio­


słe. Katolicyzm bowiem odsłania jakieś dalsze perspektywy życia
społeczeństwa, wykraczając poza krótkowzroczny konsumpcjo­
nizm domaga się respektowania zasad moralnych, a wreszcie uka­
zuje prawdziwy fundament dla jakiegokolwiek stanowionego pra­
wa w postaci prawa naturalnego. Jednym słowem, katolicyzm ma
za zadanie cywilizować polityków, nie tylko tych, którzy poraże­
ni zostali jakąś obłędną ideologią, ale i tych, którym władza od­
biera rozum albo deprawuje ich sumienia.

44
Wydawać by się więc mogło, że nic prostszego i nic lep­
szego niż być politykiem katolickim, zwłaszcza w katolickim kra­
ju. Niestety, doświadczenia ostatnich lat pokazują, że wcale to
nie jest proste.
Już na poziomie kampanii wyborczych widzimy, że wielu
kandydatów powołuje się na katolicyzm tylko po to, żeby zdobyć
głosy katolickiego elektoratu. Szczytne hasła, świątobliwe zdję­
cia, pierwsze ławki w kościołach - są to często manewry pod
elektorat, który w skali masowej ocenia wedle zewnętrznych zna­
ków. Zdarza się nawet, że zadeklarowani ateiści, przymilają się
do katolików, łącznie z ks. proboszczem, tylko po to, żeby zdo­
być ich bardzo cenne głosy. Po wyborach związki te stają się bar­
dzo luźne, a nawet wrogie. Kandydatów się szybko zapomina,
ale wokół religii powstaje i pozostaje nieprzyjemna atmosfera.
Z kolei osoby autentycznie związane z Kościołem, a więc zarów­
no przed wyborami jak i po wyborach, narażone są na to, że pod
presją polityki zaczynają mięknąć. Dla coraz większej ilości wąt­
pliwych spraw znajdują wytłumaczenie i na nie się godzą. Aż
przychodzi moment krytyczny, w którym przekroczona zostaje
granica przyzwoitości. A wówczas delikwent broni się mówiąc,
że przecież on jest katolikiem. I cóż z tego? Jeżeli w pracy poli­
tycznej łamie zasady moralne, nie przestrzega Dekalogu, to po co
jeszcze powoływać się na religię? O ile wiara jest sprawą osobi­
stego, wolnego sumienia, to ostentacyjne odwoływanie się do re­
ligii po to, by zasłonić złe decyzje, jest chyba jakimś naduży­
ciem. Czasami wręcz można zastanawiać się, czy używanie
w nazwach ugrupowań politycznych słów takich jak „katolickie"
czy „chrześcijańskie", nie jest tylko taką atrapą wyborczą albo
parasolem ochronnym. I że nie chodzi tu o katolicyzm w polity­
ce, lecz o konkretne korzyści polityczne. Takie nadużycia sku­
teczne na krótką metę, zbyt długo się przed okiem wyborców nie
ukryją. Cóż z tego, że jedno z dużych ugrupowań powoływało się
i na Katolicką Naukę Społeczną i na Kartę Praw Rodziny. Dziś
do parlamentu nie zdobyło ani jednego mandatu. Deklaracje to
stanowczo za mało, a im są mocniejsze, tym bardziej razi brak

45
ich urzeczywistniania lub wręcz działanie przeciwko nim. Wów­
czas w następnych wyborach już nie pomoże „katolicyzm"...
wypisany na afiszach.
Kryzys zachodniej chadecji, czyli chrześcijańskiej demo­
kracji, jest znakiem, że z różnych powodów, trudno jest być poli­
tykiem, który w swoich działaniach publicznych potrafi łączyć
skuteczność z moralnością i wiarą. Ten kryzys w dużym stopniu
dotyczy również Polski. Widać to gołym okiem: w katolickim
kraju władzę przejęli socjaliści, których ideologia jest programo­
wo anty religijna. Tak dzieje się w wielu krajach europejskich,
tyle że tam społeczeństwa zostały już w znacznej części zsekula-
ryzowane. Jak być politykiem katolickim w dzisiejszych czasach?
Niewątpliwie, najpierw trzeba sobie uświadomić propor­
cje, a więc to K I M się jest oraz CO i KOGO chce się reprezento­
wać. Jeżeli chce się reprezentować naród i chrześcijaństwo w dzia­
łalności politycznej, to na pewno jako pojedynczy człowiek jest
się małym i słabym. Polityk katolicki potrzebuje pokory i to we­
wnętrznej, a nie ostentacyjnie ukazywanej na zewnątrz. Po dru­
gie, siły zorganizowanego w skali międzynarodowej zła pod po­
stacią cywilizacji śmierci, są przeogromne. Dlatego polityk kato­
licki nie powinien udawać odważnego, że wszystkiemu da radę,
raczej zaleca się więcej skromności. Po trzecie, zło skupione wokół
ideologii socjalistycznych, liberalnych i libertyńskich jest inteli­
gentne, dysponuje rozległym zapleczem intelektualnym, dlatego
polityk katolicki powinien zobaczyć własną niewiedzę, wyszuki­
wać ludzi mądrych i nie popadać w populizm, łudząc ludzi swoją
wszechwiedzą. Po czwarte, polityk katolicki musi wyczuwać stan,
w jakim znajduje się naród, aby jego działanie nie wisiało w próżni,
i aby narodu nie traktował jako adoratorów swej popularności.
Po piąte, zdając się na opiekę boską, polityk katolicki nie powi­
nien zachowywać się tak, jak gdyby już znał wyroki boże, i wie­
dział, kiedy nastąpią cuda. Polityk katolicki ma pokładać ufność
w Bogu, ale jego zadaniem jest nade wszystko zapobiegliwa
i roztropna praca dla dobra wspólnego. Z religii nie można robić
magii, zwłaszcza w polityce.

46
Choć polityka jest trudnym i gorzkim chlebem dla katoli­
ków, to wyobraźmy sobie do czego prowadzić może polityka po­
zbawiona zasad moralnych, taka, gdzie nie tylko można legalizo­
wać zło, ale również gdzie wszyscy się na to zgadzają, a przynaj­
mniej nikt nie protestuje. Dopiero wówczas człowiek zaczyna
odczuwać w całej grozie, co to znaczy znaleźć się w politycznej
i cywilizacyjnej klatce. Dlatego politycy identyfikujący się z dzie­
dzictwem chrześcijańskim muszą mieć świadomość, że choć są
najczęściej w mniejszości, to jednak ich obecność i postawa ma
niezwykle doniosłe znaczenie dla często zagubionej większości.
Takiej postawy i takiej roli nie wolno im za żadną cenę zmarno­
trawić. Tej roli muszą sprostać. Katolicyzm zobowiązuje, zwłasz­
cza polityków.

Nowobogaccy dawniej i dziś

Po zmianie ustroju z socjalistycznego na kapitalistyczny


pojawiła się w Polsce warstwa ludzi bardzo bogatych. Dochodzi­
li do majątku w różny sposób, jedni mieli dużo szczęścia, inni
byli pracowici i pomysłowi, ale większość wykorzystała swoje
koneksje partyjne z uwagi na osobistą lub rodzinną przynależ­
ność do tzw. nomenklatury. Dla wielu, zwłaszcza młodych, bo­
gactwo było nowym doświadczeniem. W czasach komunizmu byli
oczywiście ludzie bogaci, ale musieli się z tym ukrywać, np.
z zewnątrz dom był odrapany i obity, a w środku aż kipiał od
złoceń, marmurów i kryształów. Dziś nowobogaccy przesiedli się
z syrenek czy fiacików do wspaniałych limuzyn, mieszkają w strze­
żonych osiedlach, gdzie wille nie tylko wewnątrz, ale i na ze­
wnątrz świadczą o zamożności ich właścicieli. Co posiadają,
można zobaczyć, choć też nie wszystko. Jacy oni właściwie są?
Kim się stali przez te kilka lat, gdy dawniej biedni lub średnio
zamożni, dziś są milionerami?
Sięgnijmy do pewnego tekstu, w którym znajdziemy wiele
trafnych spostrzeżeń: „Charakter ukształtowany pod wpływem

47
bogactwa łatwo rzuca się w oczy. Ludzie bogaci są bowiem zu­
chwali i wyniośli, niejako odmienieni pod wpływem posiadane­
go bogactwa. Zachowują się, jakby posiadali wszelkie istniejące
dobra." A więc człowiek bogaty może mieć tak wysokie o sobie
mniemanie, iż gotów jest uważać, że ma nie tylko jakieś dobra
materialne, ale wszelkie dobra. Bo nawet jeśli czegoś jeszcze nie
ma, to jest przekonany, że za pieniądze może to sobie kupić. Bo­
gactwo wzbudza poczucie wszechmocy." Czytamy dalej, że lu­
dzie bogaci są „chełpliwi i prostaccy". Co to znaczy? Są chełpli­
wi, czyli lubią się chwalić tym, co mają, tak aby inni im zazdro­
ścili. Są prostaccy, bo myślą, że inni mają takie potrzeby jak oni,
a więc że wszyscy ludzie pragną tylko bogactwa, tak jakby na
świecie nie było rzeczy bardziej wartościowych. Dowiadujemy
się również, że ludzie bogaci „czują się powołani do rządzenia",
ponieważ wydaje się im, że skoro wiedzą, jak zdobyć majątek, to
tym samym wiedzą jak rządzić. Za zuchwałością idzie władczość.
Są butni, co przejawia się w złym traktowaniu innych, zwłaszcza
biednych. Nie stronią również od zmysłowych rozkoszy, chętnie
prowadzą niemoralny tryb życia.
Tak scharakteryzowani zostali ludzie bogaci, zaś nowobo-
gactwo jest „prostactwem bogactwa", a więc nowobogaccy róż­
nią się od ludzi bogatych swoistym prymitywizmem. Dlatego autor
cytowanego tekstu nie waha się stwierdzić, że szczęście bogaczy
jest bezmyślne. Ten autor to Arystoteles, żył w IV w. przed Chr.
{Retoryka, I I , 16)
Kiedy dziś przyglądamy się ludziom bogatym, to widzi­
my, że niewiele się zmieniło. Złe cechy tylko czekają, aby przy-
kleić się do człowieka, któremu bogactwo przysłania oczy, zaty­
ka uszy i otępia duszę. A przecież nie wszystko można kupić za
pieniądze. Można kupić za łapówkę dyplom ukończenia studiów,
można kupić pracę magisterską, można kupić specjalistę, ale wła­
snej wiedzy się nie kupi. Wiedzę zdobywa się latami i w pokorze.
Można kupić setki pracowników, można ich codziennie wymie­
niać, jednych zwalniać, innych przyjmować, można mieć mnó­
stwo znajomości i kontaktów, ale przyjaźni się nie kupi, prawdzi-

48
wej miłości też się nie kupi. Bogacz, choć otoczony mnóstwem
ludzi, w głębi duszy jest sam. Można umieścić nazwę swojej fir­
my na tomiku wierszy, na fortepianie, na kościele, ale wewnętrz­
nego piękna i świętości się nie kupi, za żadne skarby.
W szczególnie trudnej sytuacji są młodzi nowobogaccy.
Brak życiowego doświadczenia, wczesny sukces, wrażenie, że
świat legł właśnie u ich stóp i czeka na rozkazy - to wszystko
sprawia, że łatwo zatracić proporcje życia, które z latami nieubła­
ganie przypomina, że wszystko mija, a przedmioty są puste i nud­
ne, jeśli człowiek nie nada im znaczenia, co jest już wynikiem
kultury a nie konta w banku.
Ludzie majętni muszą w pierwszym rzędzie zatroszczyć
się o kulturę posiadania. Składa się na nią zarówno kultura we­
wnętrzna: czyli jaki stosunek powinienem mieć do tego, co po­
siadam, oraz kultura zewnętrzna: czy to, co posiadam, jest w do­
brym guście; a wreszcie czy dostrzegam innych, którzy również
mają prawo do szczęścia. Natłok spraw przyziemnych związa­
nych z prowadzeniem interesów wyjaławia wrażliwość i otępia
umysł. Trzeba w sposób szczególny ratować swoją kulturę du­
chową, aby choć dostrzegać ją u innych.
Ludzie majętni są potrzebni. Dzięki posiadanym środkom
uczynić mogą wiele dobrego, pod warunkiem jednak, że nie pod­
dadzą się chorobom nowobogackich, że nie pozwolą, aby ich cha­
rakter był butny, chełpliwy i prostacki, że ich udziałem nie stanie
się szczęście bezmyślne, bo to jest chyba największa kara. Nie
cierpienie, ale bezmyślność jest karą najwyższą. Cierpienie bo­
wiem ma wymiar ludzki i człowieka może uszlachetnić, bezmyśl­
ność natomiast jest nieludzka, gdyż człowiek tym różni się od
całego świata przyrody, że pulsuje w nim myśl. Nie można za
cenę bogactwa zrezygnować z myśli, poddać się bezmyślnemu
szczęściu, by przypominać roślinę.
Granicę bogactwa wyznacza przyjaźń i miłość. Raz sprze­
dane lub zdradzone już nie wrócą. Trudno stać się bogatym, ale
jeszcze trudniej być bogatym po ludzku.

49
Ameryka dziś

Podróżowanie samolotem nie należy dziś do przyjemno­


ści. Na wielu lotniskach świata obowiązują zaostrzone przepisy
bezpieczeństwa. Już w Warszawie widać uzbrojonych żołnierzy,
którzy badawczym okiem patrzą na pasażerów. Trudno oprzeć
się reminiscencjom z okresu stanu wojennego. A przecież Polska
nie ma nic wspólnego z obecną wojną.
W samolocie lecącym za Ocean prawie połowa miejsc jest
pusta. Wiele osób zrezygnowało z lotu w ostatniej chwili. Nie ma
się co dziwić, obraz płonących wieżowców, w które uderzyły sa­
moloty pasażerskie, długo jeszcze pozostanie w pamięci. Nieje­
den z pasażerów myśli. A jeśli nas porwą, a jeśli nas zestrzelą?
Jakże kruche jest życie, na ile niebezpieczeństw narażone. Żeby
tylko udało się dolecieć na miejsce. Ale przecież, czy człowiek
jest zagrożony tylko w powietrzu? Ludzie giną na wodzie i na
ziemi, tysiące, setki tysięcy, codziennie. Bać się trzeba zawsze,
tylko że ostatecznie, wszystko i tak jest w rękach Pana Boga.
Ameryka roztoczyła wokół siebie aureolę kraju szczęśli­
wości. Naczelne hasła, jakie jej przyświecały to: wolność i wła­
sność. Kto przyjeżdżał do Ameryki, ten od razu odczuwał ów
swoisty luz, tę możliwość różnorodnego bycia sobą: indywidu­
alną, narodową czy religijną. Na ulicach spotkać można ludzi
o rozmaitych kształtach czaszki i różnorodnych kolorach skóry:
białych, czarnych, żółtych, mulatów i metysów. Różne wyznania
mają swoje świątynie, a związki narodowe swoje kluby. Stacje
radiowe wypełnia gwar wielu języków. Każdy Amerykanin wie,
że co nie jego, tego nie wolno ruszać.
W Chicago odprawa paszportowo-celna pasażerów polskie­
go samolotu poszła gładko, w sali bagażowej nie widać stosowa­
nia szczególnych środków ostrożności. Więc może nic się nie sta­
ło? Chyba jednak coś się stało, bo twarze ludzi są poważne i na­
pięte. Zazwyczaj lotnisko tętni wybuchami uczuć osób, które się
żegnają i witają, teraz jest jakaś przedziwna powaga. Więc jed-

50
nak coś się stało. Ale na zewnątrz życie toczy się normalnym
torem, rozświetlone miasta, niezliczone kolumny samochodów,
mnóstwo ludzi. Ameryka wygląda jak dawniej.
A jednak nie. Coś się stało. Odprawa samolotu na Florydę
odbywa się na 3 godziny przed odlotem. W newralgicznych punk­
tach lotniska stoją amerykańscy żołnierze w polowych mundu­
rach z karabinami na ramionach. Pasażerowie przechodzą przez
kilka kontroli. Gdy trzeba, podnoszą ręce, aby ułatwić pracę oso­
bie posługującej się detektorem do wykrywania metalu. Prawie
każdy bagaż musi być otwarty i poddany szczegółowym oględzi­
nom. Wszystko to sprawia przygnębiające wrażenie. Czuć napię­
cie. Gdy w samolocie otworzyły się z łoskotem ekrany telewizyj­
ne, pasażerowie aż podskoczyli w siedzeniach. Strach ma wielkie
oczy.
Boca Raton, to jedno z wielu nabrzeżnych miejscowości
na Florydzie. Położone tuż nad Oceanem imponuje ilością hoteli,
rezydencji i pensjonatów. Dziś jest znane na całym świecie. Tam
bowiem do jednego z dziennikarzy wysłano pierwszy list zawie­
rający trującego wąglika. Pachnąca zieleń palm i szum oceanu
wygłuszają strach. Sezon wprawdzie zaczyna się dopiero w grud­
niu, ale plaże są zbyt puste, temperatura wody wynosi przecież
prawie 30°C i zachęca do odpoczynku. Na kongres naukowy,
w którym brałem udział, nie przybyła prawie połowa uczestni­
ków. Ci, którzy przybyli, niezbyt chętnie rozmawiają o tym, co
się wydarzyło i co w dalszym ciągu się dzieje. Można odnieść
wrażenie, że wszyscy w równej mierze zdam jesteśmy na media
i bardzo trudno jest wyrobić sobie własne zdanie.
Powrót przez Nowy York, to zderzenie wspomnień z rze­
czywistością. Nie ma już dwu potężnych wież World Trade Cen­
ter. Teren dolnego Manhatanu, zwany „ground zero", gdzie stały
wieżowce, jest ogrodzony. Z dala widać unoszący się ciągle dym,
który gryzie w oczy. Jest wielce prawdopodobne, że ten dym,
niczym z podpalonego torfu, unosić się będzie jeszcze przez dłu­
gi czas, bo przecież również w głąb szło wiele pięter, do których
niełatwo będzie się dostać. Tam były biura wypełnione sprzętami

51
ze sztucznego tworzywa, więc ciągle się żarzą. Pojawia się coraz
więcej turystów, policjanci i wojsko zagradzają drogę.
W uliczkach prowadzących do World Trade Center widać oko­
liczne domy, zniszczone przez wstrząsy i ogień. Gdy nagle za­
wiał wiatr, z dachów, gzymsów i parapetów zerwały się tumany
kurzu. Coś kłuje w twarz, jakieś błyszczące drobiny. Ludzie za­
słaniają usta chusteczkami chowając się do pobliskich sklepów
i restauracji. Mimo oficjalnych zaprzeczeń, są podejrzenia, że to
jest jednak azbest, że w czasie budowy 12. piętra używano azbe­
stu. Potwierdzają to Polacy, których często wykorzystuje się do
niebezpiecznych prac, dawniej przy budowie, dziś przy odgruzo­
wywaniu. Trzeba uciekać, przebywanie w okolicach „ground zero"
może być niebezpieczne.
W świecie toczy się jakaś gra. Nie ma prostej odpowiedzi,
kto za kim stoi, kto kogo do czego używa, kto straszy, a kto ma
być zastraszony. Nie wiadomo, czy Ameryka rzeczywiście jest
jedynym supermocarstwem i kieruje światem, czy też Ameryką
ktoś pogrywa dla własnych celów, wykorzystując jej siłę, ale
i naiwność. Strach i naiwność, to pożywka dla wszechpotężnych
mediów, one nie należą do żadnego rządu, potrafią natomiast ter­
roryzować całe społeczeństwa.
W samolocie powrotnym jest komplet, kto może, wraca do
kraju. Miło brzmi polska mowa, jeszcze milej myśl o domu oj­
czystym, choć w pamięci pozostanie cudowna polska gościnność
naszych emigrantów.
W Polsce już jesień, w nocy są przymrozki, rankiem na
trawach leży szron. Niedługo będzie zima.

Autorytety i manipulacja

Nie ma człowieka, który znałby się na wszystkim. Tylko


dzieci w przedszkolu myślą, że pani wychowawczyni wszystko
wie. Później jednak, z biegiem czasu, człowiek zdobywając wie­
dzę, poznaje wprawdzie coraz więcej, ale częściej zaczyna zda-

52
wać sobie sprawę ze swojej niewiedzy. Trzeba dużo wiedzieć,
żeby rozumieć, ile się nie wie. Taka świadomość świadczy o pew­
nej równowadze umysłowej i kulturze osobistej.
Choć na wszystkim się nie znamy, to jednak ciekawość
nasza każe nam się dowiadywać o różne rzeczy. I wówczas po­
trzebujemy nie tylko dowodu, ale nade wszystko potwierdzenia
ze strony specjalisty w jakiejś dziedzinie, czyli autorytetu. Nie
mamy czasu, ani możliwości, aby sprawdzać wszystkie informa­
cje, jakie nas interesują. Dlatego opieramy się na autorytecie. Pro­
fesor, minister, biskup, generał, reżyser - to są przykłady spo­
łecznych autorytetów.
Poza zwykłą ciekawością są również momenty podejmo­
wania publicznie doniosłych decyzji. Taką decyzją może być choć­
by głosowanie w wyborach prezydenckich czy do parlamentu lub
odpowiedź na pytanie w jakimś referendum. Wówczas wiele osób
szuka wskazówek u autorytetów, które z uwagi na swój prestiż
społeczny zwane są również autorytetami moralnymi. Gdy gło­
sujący szukają autorytetów, aby się poradzić, to z kolei kandyda­
ci szukają autorytetów, aby się nimi podeprzeć, wzmocnić swoją
kandydaturę. Powstają liczne komitety wspierające kandydata,
w skład których wchodzą różne autorytety, np. muzyk, geograf,
aktor i piosenkarka. Osoby te pojawić się mogą w telewizyjnych
klipach wyborczych, oświadczając sympatycznym głosem, że je­
stem ZA lub jestem PRZECIW. Dla głosujących wypowiedź taka
ma swój ciężar gatunkowy - uznany w jakimś kręgu autorytet
wpływa rzeczywiście na preferencje wyborcze szeregu osób.
Pojawiają się jednak poważne problemy. Specjalista tak
naprawdę jest autorytetem tylko w swojej specjalności. Istnieje
więc niebezpieczeństwo nadużycia swojej pozycji w odniesieniu
do spraw, w których ktoś nie jest autorytetem, bo nie jest specja­
listą. Wprawdzie społeczny prestiż, choćby profesora, w dalszym
ciągu u nas się utrzymuje, niemniej jednak wynika on nade wszyst­
ko z potężnego, wtórnego analfabetyzmu, dla którego wiedza jest
swego rodzaju magią, tajemnym kluczem do wszelkich umiejęt­
ności. Również prestiż urzędnika państwowego, jakim jest mini-

53
ster, premier czy prezydent bierze się raczej z otoczenia i atmos­
fery, jaka ich pracy towarzyszy: pałace, salony, obrazy, a nade
wszystko telewizyjne inscenizacje powitań, przemówień i poże­
gnań - niż z autentycznej wiedzy, na którą politycy w drodze do
kariery nie zawsze mieli czas. Są też doskonali wirtuozi, którzy
.świetnie opanowali grę na jakimś instrumencie, ale przecież in­
strument ten nie jest czarodziejskim fletem, który pozwoli po­
znać przyszłość wybrańców losu.
Jak autorytety nie są specjalistami od wszystkiego, tak też
uznawanie ich za autorytety moralne dotyka kwestii niezwykle
drażliwej. Postępowanie człowieka narażone jest na tyle niebez­
pieczeństw i pułapek objętych tajemnicą skutków grzechu pier­
worodnego, że nie bez powodu starożytni ostrzegali przed uzna­
niem za szczęśliwego kogoś, kto jeszcze żyje (w każdej chwili
może mu się powinąć noga), a Kościół kanonizuje nie żywych,
lecz zmarłych i to po przeprowadzeniu bardzo szczegółowego
procesu. Rzeczą bardzo ryzykowną jest pretendowanie do miana
autorytetu moralnego, chyba że ktoś chce iść śladami pewnego
skromnisia, który bez wahania orzekł, że w cnocie pokory nikt go
jeszcze nie prześcignął...
Próżność, by nie powiedzieć pycha, łechce podniebienie
niejednego specjalisty, który świadom swych umiejętności i swej
inteligencji, posiada zwykle, ludzkie pragnienie wypowiadania
się na różne tematy. Co innego jednak, gdy czyni to na użytek
prywatny, co innego jednak, gdy ma to charakter publiczny. Spe­
cjaliści, choć bez wątpienia inteligentni, są często ludźmi bardzo
naiwnymi. Łatwo dają się użyć przez sprytnych niespecjalistów,
zwłaszcza ludzi biznesu i polityki. A przecież każdy specjalista
jako człowiek inteligentny powinien zwrócić uwagę na to, że
w wielu wypadkach łaskocze się jego próżność tylko po to, żeby
wypowiedział się na tematy, w których nie jest specjalistą. Szcze­
gólnie zaś niebezpieczne są tematy bieżące i konkretne, a zwłasz­
cza personalne, gdzie nie ma się pełnego rozeznania, bo brak do­
kładnych informacji. Chcąc zabłysnąć, autorytet feruje wyroki,
nie wie, że został użyty do pewnych celów, o których nie musi
mieć pojęcia.
54
A cóż mówić o autorytetach, które zostały sztucznie wy-
lansowane przez media na doraźny użytek reklamy lub polityki,
które nie są specjalistami i posiadają niewielką wiedzę. Czy wie­
le potrzeba, aby kamera sfilmowała amatora, który nie ma nic
wspólnego z medycyną, a który założył fartuch, wziął słuchawki
i autorytatywnie twierdził, że tabletki pomagają na ból głowy?
Czy wiele potrzeba, aby zabierać głos w debatach telewizyjnych
operując płynnie dziesięcioma wyrazami? To są rzeczy aż nadto
proste, a jednak skuteczne, ponieważ masowy odbiorca nie po­
siada orientacji i daje sobą łatwo manipulować.
Potrzebujemy autorytetów, ale dziś', w dobie tak potężnego
rozwoju inżynierii społecznej, bywa, że trudniej rozpoznać praw­
dziwy autorytet, niż samodzielnie zdobyć prawdziwą wiedzę.
Warto zdobyć się na osobisty wysiłek, jeśli coś naprawdę chcemy
poznać, nie warto natomiast poznawać byle czego i byle jak.

Kształcenie pokoleń

W człowieku jednym z najbardziej fascynujących zjawisk


jest bardzo długi okres podatności na kształcenie. W świecie przy­
rody wszystko dokonuje się stosunkowo szybko i w ograniczo­
nym zakresie, liczy się na sekundy, dni, miesiące, ale rzadko na
lata. Jak błyskawicznie narybek potrafi, pływać, jak szybko ptaki
opuszczają gniazda. Tylko w świecie ssaków proces usamodziel­
niania się trwa dłużej, ale cóż to jest w porównaniu z człowie­
kiem, który potrzebuje nie roku i nie 10 lat, żeby się rozwinąć
i usamodzielnić. Kto ma 10 lat, jest jeszcze dzieckiem, 10-letnia
owca jest już stworzeniem leciwym, a motyle dawno już poginęły.
Człowiek nie jest długowieczny, bywa że kruki żyją po 300
lat, więc znacznie dłużej od człowieka, ale człowiek bardzo dłu­
go się rozwija i to właśnie budzi zdumienie i zachwyt. Im bar­
dziej sami dojrzewamy i mądrzejemy, tym lepiej rozumiemy fe­
nomen napływających po nas pokoleń. Widzimy malutkie dzieci,
które przyciągają ku sobie nieodpartą radością. Nawet krzyk

55
i płacz ma dla najbliższego otoczenia jakiś' zniewalający czar. Ta­
kie małe dzieci reagują przede wszystkim na ciepło rodziców.
Potem z dzidziusia wykluwa się dziecko, które uczy się nie tylko
przez naśladowanie, ale poprzez zadawanie coraz większej ilości
pytań: A co to jest? A po co to jest? A co się z tym robi? A jak to
działa? Objawia też swoją wolę, to chce, a tamtego nie. Widać
wówczas wyraźnie, że wola w człowieku daje o sobie wcześniej
znać niż rozum, że dziecko bawi się swoją wolą jak magiczną
różdżką, niejednokrotnie wyprowadzając z równowagi najbliż­
sze otoczenie.
W wieku 6 lub 7 lat człowiek wkracza do instytucji, której
na imię szkoła. Teraz dopiero rozpoczyna się poważna i systema­
tyczna nauka. Rodzice oddają swoje dzieci w ręce nauczycieli,
którzy są dorośli i sami wcześniej musieli się odpowiednio kształ­
cić. Nauka szkolna trwa latami.
Choć nie wszyscy uczą się tak długo jak tylko można, to
jednak warto zauważyć, jaka liczba lat wchodzi tu w grę. Dziś
szkoła podstawowa obejmuje 6 lat, kolejne 6 lat to gimnazjum
i liceum, razem 12 lat. Po maturze można podjąć studia, zazwy­
czaj 5-letnie. Kto zdobył tytuł magistra, musiał uczyć się co naj­
mniej 17 lat. Ale to jeszcze nie koniec. Po magisterium można
dalej się uczyć, robiąc doktorat. Trwa to przynajmniej 4 lata. Aby
być doktorem, trzeba uczyć się w sumie ponad 20 lat. To nie ko­
niec. Po doktoracie są tacy, którzy uczą się dalej, by zdobyć habi­
litację. Zajmuje to kolejne 5, czasem 10 lat, a nawet 15 lat. Kto
jest doktorem habilitowanym, poświęcił mniej więcej 30 lat swo­
jego życia na naukę. Tyle bowiem trzeba czasu, aby zrozumieć
pewne dziedziny i zdobyć określone umiejętności.
Co więcej, im dłużej człowiek się kształci, tym bardziej
stać się może twórczy, a więc nie tylko coś poznaje, co już zosta­
ło odkryte, ale sam może odkryć coś nowego, może coś nowego
wymyślić. Wykształcenie i tworzenie idą ze sobą w parze, świadczą
o jakiejś niezwykłej otwartości i prężności ludzkiego ducha. Jak
daleko w tyle zostaje za nami cały świat przyrody, jak bardzo jest
ograniczony, jak zamknięty i nietwórczy.

56
Jeżeli człowiek tak istotnie różni się od s'wiata przyrody, to
nie można człowieka zmarnować, nie może nasz rozum, wola,
wrażliwość leżeć odłogiem. Nie wszyscy muszą być naukowca­
mi, ale na człowieku spoczywa obowiązek rozwoju. Jakie to przy­
kre, gdy widzimy młodych ludzi, którzy przestają się rozwijać,
którzy wchodzą w dorosłość zbyt wcześnie. Patrząc na takich lu­
dzi, widzimy w nich ciągle tę potencjalność do bycia kimś wię­
cej, a oni już się zatrzymali. Pod wpływem środowiska, złych
rad, braku wyobraźni pozwalają na wydarcie sobie lotek i nie chcą
się uczyć. Ptak bez lotek podfrunie, ale już nie poleci. Młodość
jest czasem na kształcenie, a nie wiek dorosły. Z biegiem lat psy­
chika nasza robi się twardsza, nauka przychodzi z większymi
oporami, obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozostawiają też
na naukę zbyt wiele czasu. Trzeba się uczyć będąc młodym. To
jest ten najwłaściwszy czas. Tego czasu nie wolno zmarnotrawić.
Młody człowiek nie musi rozumieć, jakim skarbem w jego
rozwoju jest młodość. Muszą to jednak rozumieć ludzie dorośli,
którzy ponoszą odpowiedzialność za to, kim będzie następne poko­
lenie. Za młode pokolenie odpowiedzialni są rodzice, których
ambicją powinno być zdobycie wykształcenia przez własne dzie­
ci. Ale odpowiedzialne jest również państwo, ponieważ to ono
ustanawia zasady funkcjonowania ekonomii obejmującej możli­
wość finansowania studiów przez rodziców. Państwo, w ramach
którego brak środków na kształcenie młodzieży, jest państwem
zwyrodniałym, państwem egoistycznym, w którym dorośli stra­
cili poczucie społecznej odpowiedzialności za kolejne pokolenie.
Jak dzidziusia trzeba nakarmić i przewinąć, tak młodego czło­
wieka trzeba kształcić i dokształcać, aby nie powstały umysłowe
i moralne odparzenia, których bardzo trudno jest później się po­
zbyć.
Gdy jednak państwo poddawane jest różnego rodzaju eks­
perymentom ideologicznym przez tych, którzy nie żyją narodem,
ale żyją z narodu, to troska o kształcenie spoczywa na całym na­
rodzie polskim, tym, który mieszka w kraju i który wyjechał za
granicę. Warto zainteresować się ludźmi zdolnymi, ludźmi z bliż-

57
szej i dalszej rodziny, czy nie marnują czasu młodości, czy nie
należałoby im pomóc, właśnie w tym niepowtarzalnym okresie,
jakim jest młodość. Niech wyklują się na ludzi dorosłych, czyli
dojrzałych i mądrych.
Popatrzmy raz jeszcze na te fascynujące fazy ludzkiego
rozwoju. Stwórca ukazuje tu nieprzebrane możliwości Warto
wychodzić im naprzeciw, by nie marnować człowieka i nie mar­
nować narodu.

Van Gogh w Chicago

Jednym z największych i najtragiczniejszych malarzy jest


Vincent van Gogh. Urodził się w 1853 roku w niewielkiej wiosce
holenderskiej w Brabancji, zmarł śmiercią samobójczą mając za­
ledwie 37 lat. Zostawił po sobie dzieła, które dziś stanowią główną
atrakcję wielu muzeów świata i których ceny przekraczają milio­
ny dolarów.
Malarstwo van Gogha dotyczy świata, który możemy roz­
poznać, jest tam przyroda, człowiek i niebo. Jednak nie jest to
zwykła ilustracja, bo poza nią, poza barwą i kształtem, oddycha­
my jakimś przepotężnym dramatem, który rozgrywał się w twór­
cy, a który po dziś dzień udziela się oglądającym. Minęło ponad
100 lat od śmierci malarza, a w dalszym ciągu trzeba ustawić się
w długiej kolejce, aby obejrzeć stałą ekspozycję w Muzeum van
Gogha w Amsterdamie, czy też wystawy tematyczne organizo­
wane w innych muzeach. Obecnie dzieła van Gogha obejmujące
ostatnią fazę jego twórczości z okresu kontaktów z Gauguinem,
można obejrzeć w Art Institute of Chicago. 9

Przed wejściem na salę warto zobaczyć krótki film biogra­


ficzny. Nie dlatego, aby poszerzyć swoją wiedzę, ale aby uświa­
domić sobie niesamowity wprost kontrast, jaki zachodzi między
dziełem i jego reprodukcją. Choć dzisiejsza technika poszła bar-

9
Van Gogh and Gauguin. The Studio ofthe South, 22 września 2001- 13 stycznia 2002.

58
dzo daleko, to jednak obraz malarski broni się. Jest nie do sko­
piowania.
Obrazy filmowe zaledwie przypominają oryginały. Nastę­
puje bardzo poważne obcięcie skali barw, ich soczystos'ci, ich głębi,
ich różnorodności. Obraz filmowy jest wyjałowioną pocztówką,
obraz oryginalny wręcz żyje, mieni się, przemawia. Obraz filmo­
wy jest dziełem masowym dla mas, obraz oryginalny zachowuje
swą unikalność dla każdego z oglądających. Dotyczy to zwłasz­
cza takich obrazów, które są dziełem mistrzów barwy. Człowiek
patrząc na taki obraz aż nie może uwierzyć, że ktoś inny mógł
w zwykłej żółci słoneczników dostrzec aż tyle odcieni żółci i nie
tylko, a dla których trudno jest znaleźć odpowiednie nazwy. So­
czystość i różnorodność barw, ich odcieni sprawia, że oko nasze
nie może od obrazu się oderwać. Chciałoby się patrzeć i patrzeć
bez końca. Obraz filmowy nudzi się po kilku sekundach, dlatego
musi nastąpić zmiana, obraz malarski wręcz odwrotnie, czas gra
na jego korzyść, staje się dla oczu coraz bardziej interesujący,
coraz bogatszy.
W sierpniu 1889 roku van Gogh, zamknięty w Zakładzie
Saint-Remy, pisze w liście do brata: „Wczoraj zacząłem trochę
pracować - motyw z mojego okna - żółte ściernisko, które orzą,
kontrast fioletowej zoranej ziemi i wiązek żółtej słomy, w tle
wzgórza." Nie widząc można sobie ten obraz wyobrazić, ale
10

namalować tak, aby oddać to niezwykle bogactwo barw - może


tylko mistrz. Dzięki mistrzowskim arcydziełom lepiej widzimy
rzeczywistość, która nas otacza. Gdy van Gogh oglądał przez okno
pola południowej Francji, to przecież takie pola, ściernisko, sło­
ma, świeżo odwrócone skiby ziemi - to wszystko jest też u nas.
Patrząc na obraz Arles widzimy pejzaż polski. A cóż mówić
o głębszej symbolice?
We wrześniu tego samego roku Vincent tak dzielił się prze­
myśleniami ze swoim bratem Theo: „Piszę do ciebie ten list
w przerwach między malowaniem, kiedy czuję się zmęczony.

"' V. van Gogh, Listy do brata, tłum. J. Guze, M. Chelkowski, Warszawa 1964, s. 532.

59
Praca idzie dość dobrze - walczę z obrazem rozpoczętym kilka
dni przed moją niedyspozycją, jest to żniwiarz, płótno całe żółte,
okropnie grubo malowane, ale motyw był piękny i prosty. Widzę
w tym żniwiarzu - niewyraźna postać, która w okropnym żarze
miota się jak diabeł, żeby dać sobie radę ze swoim zadaniem -
widzę w nim obraz śmierci, w tym sensie, że ludzkość jest zbo­
żem, które się kosi. Jest to przeciwstawienie siewcy, którego
malowałem przedtem. Ale w tej śmierci nie ma nic smutnego,
wszystko dzieje się w pełnym świetle, w słońcu, które zatapia
pejzaż w delikatnym złotym blasku." 11

Żniwiarz, orka i siewca, symbolizują cykle przyrody, ludz­


kiej pracy i ludzkiego życia. Za barwą, pejzażem i postaciami
ukryta jest myśl.
Van Gogh pochodził z rodziny protestanckiej, jego ojciec
był pastorem. W czasach młodości Vincent chciał iść śladami
swojego ojca. Pierwsze listy do brata wypełnione są cytatami
z Pisma Świętego, które komentował i głęboko przeżywał. W wie­
ku 23 lat coś w nim pękło, zaczął potężnie uderzać o skały życia.
Prawdopodobnie po matce miał dziedziczną epilepsję mózgową,
która odezwała się w wieku dojrzałym. Mimo choroby i bardzo
trudnych warunków materialnych przekuwał za pośrednictwem
malarstwa ludzkie oblicze świata, który w nim żył. Obrazy sprze­
dawał za grosze. Z pewnością nie mógł przypuszczać, że po la­
tach obrazy te kupić będą mogli tylko milionerzy, choć daj Boże,
aby coś z tego jeszcze rozumieli.
Jakże dramatycznie brzmi fragment ostatniego listu: „Do­
prawdy, mogą za nas mówić tylko nasze obrazy. Mimo to jednak,
mój drogi bracie, powiem ci to, co zawsze mówiłem, i powta­
rzam raz jeszcze z całą powagą, jaką dają wysiłki myśli starającej
się najlepiej zrozumieć: uważałem zawsze, że jesteś czymś wię­
cej niż zwykłym sprzedawcą Corota, że poprzez mnie masz udział
w bezpośrednim powstawaniu pewnych płócien, które nawet
w nieszczęściu zachowują spokój. [...] Za moje malarstwo płacę
ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu - dobrze - ty

"ibid., s. 537.

60
jednak nie jesteś marszandem, który handluje ludźmi, i możesz
mieć swój udział, bo naprawdę postępujesz po ludzku, ale cóż
z tego?"' 2

Za człowieka przemawia dzieło, zwłaszcza takie, za które


w jakiś sposób płaci się życiem. W tym wyraża się zarazem nasz
dramat i nasza wielkość. Za tragicznym życiem van Gogha stało
wielkie malarstwo. Dlatego warto z nim obcować.

Jesienny Paryż

Paryż jesienią, gdy opadną liście z drzew, ma urok, który


tworzy czytelna linia architektury. Dzielnice starego miasta są na
tyle rozległe, że sięgają po horyzont, nie widać więc tych okrop­
nych blokowisk, które tak szpecą każde miasto i miasteczko, nie
tylko na Wschodzie, ale i na Zachodzie. Sekwana, tylekroć opie­
wana przez poetów, jest przynajmniej dwa razy mniejsza od Wi­
sły; cały swój wdzięk podporządkowała nie naturze, ale urodzie
starych mostów, kamienic, pałaców i kościołów. „Pod mostem
Mirabeau przepływa Sekwana i nasza miłość - śpiewał Appoli-
naire, poeta, którego przodkowie byli Polakami - czyż trzeba przy­
pominać, że po bólu zawsze przychodzi radość?"
O tej porze roku nie ma tu zbyt wielu turystów, których
nadmierna ciekawość przeradza się często w otępiające zmęcze­
nie. Rozległe place mają jakże kojący dla oczu oddech. A gdy
zapada zmierzch iluminacje świetlne w jeszcze większym stop­
niu niż za dnia, ukazują piękno architektury europejskiej, z jej
finezją, subtelnością, różnorodnością i po prostu dobrym, wy­
kształconym smakiem. Czy może być bardziej frapujący widok
niż wydobyta z mroku koronkowa struktura gotyckiej katedry
Notre Dame, potężnej, ale jakże delikatnej? To widać zwłaszcza
nocą.
Obecność Polaków w Paryżu ma swoją długą historię. Nic
dziwnego, tam w X I I wieku powstał jeden z pierwszych uniwer-

12
ibid., s. 586.

61
sytetów, tam gromadzili się wokół dworu wybitni artys'ci, a Pola­
ków pociągał świat kultury, by zdobyć wiedzę, doświadczenie
i pewien polor duszy. Warto więc przypomnieć, że z końcem paź­
dziernika roku 1556 wyruszył z Padwy do Paryża Jan Kocha­
nowski. Oprócz studiów chciał poznać najwybitniejszego wów­
czas poetę europejskiego, którym był Pierre Ronsard. I spotkał
go. „Ronsardum vidi"... ujrzałem owego Ronsarda - pisał póź­
niej - na lutni o j c z y s t e j wygrywającego pienia, i nie mniej
byłem zdumiony, jak gdybym słyszał Amfiona, na którego śpiew
kładły się mury tebańskie, lub Orefeusza i Linusa, z Feba zrodzo­
nego: zdało mi się, iż rzeki zachwycone wstrzymały swój bieg,
skały zaś na głos niezwykły, puściły się w pląsy." Później kry­
13

tyka uznała, że Kochanowski był jeszcze bardziej znakomitym


poetą niż Ronsard, a ponadto że prawdopodobnie pod jego wpły­
wem nasz Jan z Czarnolasu, który do tej pory tworzył tylko po
łacinie, zaczął grać na „lutni ojczystej", czyli zaczął pisać wier­
sze po polsku. Dzięki temu jest z nami po dziś dzień.
Gdy z końcem X V I I I wieku Polska straciła niepodległość,
Paryż stał się miejscem, do którego napływały rzesze nie cieka­
wej świata młodzieży, ale przymusowych emigrantów, którym
często nie dane już było wrócić do kraju. Wśród tych emigrantów
była elita życia politycznego i kulturalnego. Fale emigracyjne
ogarniały coraz to nowe roczniki, które w Paryżu szukały sposo­
bu odzyskania niepodległości.
Montmartre to, jak nazwa wskazuje, wzgórze męczenni­
ków. Łatwo je rozpoznać, bo króluje nad Paryżem, wraz z białą
sylwetką Kościoła Sacre Coeur. Tutaj w czasie Rewolucji Fran­
cuskiej dokonano brutalnych mordów na siostrach zakonnych.
Kościół Sacre Coeur powstał jako forma ekspiacji za te budzące
grozę czyny. Warto o tym pamiętać, bo wielu turystów nęci leżą­
ca u podnóża Montmartre dzielnica prymitywnej rozrywki, któ­
ra prawdopodobnie jest jakimś dialektycznym rewanżem za
Sacre Coeur.

13
F. Hoesick, Jan Kochanowski, Kraków 1908, s. 122.

62
Do zbocza Montmartre przyklejony jest niewielki cmenta­
rzyk. Dziś zaniedbany, niczym nasze cmentarze zwłaszcza w cza­
sach komunizmu w Wilnie i we Lwowie. Odrapane grobowce,
połamane krzyże. A tymczasem znaleźć tu można groby wybit­
nych kompozytorów, artystów, polityków, żołnierzy, jak: Jacques
Offenbach, Fernando Sor, Stendhal, Emile Zola, Edgar Degas,
Aleksander Dumas (syn), Heinrich Heine. Ale drży nam serce,
gdy widzimy polskie napisy. Są tu grobowce polskich generałów,
tragicznych bohaterów powstania listopadowego, którzy musieli
uchodzić z kraju. Prochy ich spoczęły tu na zawsze.
Ale jest też skromny, zniszczony przez wiatr, deszcz i mróz,
grób, na którym z trudem możemy odczytać nieomal ręką wykre­
ślone imię i nazwisko: Juliusz Słowacki, poeta polski. Tutaj do­
tarł w wędrówce, którą rozpoczął na polskich kresach, w ślicz­
nym Krzemieńcu, wśród gór, lasów i rozsianych niczym majowe
kwiaty dworków. Był równy królom, ale za życia do ojczyzny nie
wrócił.
Rzecz niezwykła, że ci ludzie, którzy wywarli tak potężne
piętno na kolejnych pokoleniach Polaków, znali się osobiście:
Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Norwid. Rozmawiali ze sobą,
pisali do siebie, myśleli o sobie. I nie odeszli od nas. Ich dzieła
były zbyt potężne. Zostawili nam myśl, serce i język.
Paryż jesienią jest wyjątkowo polski. Trzeba mieć tylko
oczy szeroko otwarte i serce czule.

Kartezjusz i... telewizja

Dziś jesteśmy rozpieszczani do tego stopnia, że szukamy


tylko tego, co łatwe i przyjemne. Jesteśmy jak dzieci, tyle że pod­
starzałe. A człowiek dorosły nie powinien bać się trudu, również
trudu myślenia. Dzięki temu bowiem hartuje się i staje mądrzej­
szy. A mądrość nie jest łatwa.
Szukając odpowiedzi, dlaczego ludzie tak chętnie oglądają
telewizję i tak bezkrytycznie dają jej wiarę, musimy sięgnąć do
filozofii i do czasów, gdy nie było jeszcze telewizji.
63
W pierwszej polowie X V I I wieku żyl Rene Descartes (1596-
1650). Byl jednym z myślicieli nowożytnych, który wywarł po­
tężny wpływ nie tylko na filozofię, ale i na całą kulturę zachod­
nią.
Na czym polegała istota przełomu kartezjańskiego? Na tym,
że zmieniony został przedmiot ludzkich aktów, zarówno aktów
poznania, jak i miłości, w porządku zmysłowym i w porządku
duchowym. Miejsce realnych rzeczy zajęły idee. Kartezjusz uwa­
żał, że nie poznajemy i nie kochamy rzeczy takich, jakimi one są
w rzeczywistości, lecz tylko istniejące w naszej świadomości ich
przedstawienia.
Jak jednak wówczas ocalić prawdę, jeśli rzeczywistość sama
w sobie jest niepoznawalna? Zarówno w starożytności jak
i w średniowieczu, choć głoszono różne, czasem bardzo dziwne
poglądy, to jednak klasyczna definicja prawdy była wspólnym
dziedzictwem Zachodu. „Veritas est adeąuatio rei et intellectus".
Prawda jest zgodnością poznania z rzeczywistością. Aby być
w prawdzie, trzeba uzgodnić swoje poznanie, wyrażone w są­
dzie, ze stanem rzeczy, do którego ten sąd się odnosi. Jeżeli po­
wiem, że „Jan Kowalski jest krawcem" i Jan Kowalski rzeczywi­
ście jest krawcem, to mój pogląd jest prawdziwy. Jeżeli powiem,
że ten sam Jan Kowalski istnieje, a on rzeczywiście istnieje, to
również mówię prawdę. Ale jeżeli Jan Kowalski jest kierowcą,
a mówię, że jest krawcem, to mówię nieprawdę. Jeżeli powiem,
że on jest, a jego nie ma, to również mówię nieprawdę. Te przy­
kłady ilustrujące klasyczną koncepcję prawdy wyglądać mogą
wręcz banalnie. Ale do czasu. Jeżeli bowiem pójdziemy śladami
Kartezjusza, to okaże się, że nie mamy jak stwierdzić, co jest
prawdą, a co fałszem, ponieważ poznajemy tylko idee. Nie mamy
sposobu, aby porównać tego - co poznajemy i o czym mówimy -
z rzeczywistością, ponieważ rzeczywistości nie poznajemy.
I tu Kartezjusz jednak dokonuje swoistej ekwilibrystyki
intelektualnej, twierdzi bowiem, że chociaż nie poznajemy rze­
czywistości, to są jednak takie idee, które muszą być prawdziwe.
Są to idee JASNE i WYRAŹNE. Kryterium uznania idei za praw-

64
dziwę, czyli zgodne z rzeczywistością, jest ich jasność i wyraź-
ność, a nie autentyczna zgodność. Co więcej, gwarancją prawdy
miał być dobry Bóg, który nie chce nas wprowadzać w błąd.
Filozofowie chętnie przyjęli tezę Kartezjusza, że poznaje­
my tylko idee a nie rzeczywistość, natomiast z dystansem pode­
szli do poglądu o boskich gwarancjach, jako pobożnym życzeniu
nie mającym nic wspólnego z filozofią. Dzięki Kartezjuszowi f i ­
lozofia nowożytna i współczesna zerwały z rzeczywistością, otwie-
rając pole dla spekulacji i ideologii.
Filozofowie o tym wiedzą, ale czy wiedzą o tym przecięt­
nie wykształceni ludzie? Niestety, nie. Dlatego też podatni są na
różnego rodzaju ideologiczne manipulacje. Największe jednak
ofiary ponoszą nie specjaliści, ale masowa widownia, odbiorcy
telewizji. Okazuje się bowiem, że właśnie telewizja zyskuje wia­
rygodność dzięki stosowaniu efektów kartezjańskiego kryterium
prawdy w swoich programach. Albowiem sugestia prawdziwości
obrazu telewizyjnego polega głównie na jego JASNOŚCI i WY-
RAŹNOŚCI. W porównaniu z szarą rzeczywistością świat tele­
wizji wygląda barwniej, żywiej i bardziej „prawdziwie". Każdy,
kto był w studio telewizyjnym, zaszokowany jest potężną ilością
świateł, które padają na uczestników programu z różnych stron
i z wielką mocą. Wszystko po to, aby uzyskać doskonałe efekty
jakościowe obrazu. Filmy amatorskie, kręcone przy pomocy do­
mowych kamer video, są najczęściej źle oświetlone, wskutek tego
obraz jest płaski, ciemny i niewyraźny. Nawet jeśli jedna strona
obrazu jest jasna, to druga jest zbyt ciemna. Powstaje bałagan
wizualny, oglądanie filmów domowej produkcji staje się męczą­
ce i nudne. Natomiast filmy profesjonalne zabiegają o właściwą
jasność i wyraźność, ponieważ w tym leży ich nie tylko siła przy­
ciągająca, ale nade wszystko siła uwiarygodniająca. Jakże często
siedząc w gronie domowników i znajomych, nie możemy skupić
się na temacie i na sobie, jeśli włączony jest telewizor. Wzrok
mimowolnie ucieka w stronę szklanego ekranu. Postacie telewi­
zyjne są tak intensywnie oświetlone i tak wyraziste w barwie
i kształcie, że stanowią dla oka znacznie silniejszy bodziec niż

65
siedzący obok nas realni ludzie. Ale właśnie, bodziec bodźcem,
jasność jasnością, wyraźność wyraźnością - ale żywymi i praw­
dziwymi są ludzie, których mamy wokół siebie: mama, tata, dzia­
dek, babcia, dziecko, sąsiad. To są prawdziwi ludzie, a nie telewi­
zyjne obrazy. Aby stwierdzić, że tym obrazom odpowiada jakaś
rzeczywistość, musielibyśmy wejść do studia, popatrzeć na lam­
py, na kamery, na rozwieszone dekoracje imitujące pokój lub sa­
lon. Do tego studia, w którym siedzą realni ludzie, nie wejdzie
milion telewidzów, nie wejdzie nawet jedna osoba postronna, je­
śli nie ma przepustki. Telewidz zauroczony obrazem jest zupełnie
odcięty od prawdziwej rzeczywistości. To, co bierze za kryterium
prawdy: jasność i wyraźność, jest generowane nie przez rzeczy­
wistość, ale przez lampy, których nie widzi.
Warto o tym pamiętać, zanim włączymy telewizor szuka­
jąc w nim prawdy, i zanim z pełnym przekonaniem powiemy: To
jest prawda, bo widzę to na własne oczy... w telewizji. Takie oczy
zapatrzone w telewizor nie są dobrymi świadkami.

Obraza uczuć?

Profanacja obrazu Matki Bożej, jaka ma miejsce w Bruk­


seli, spotyka się z licznymi protestami zarówno w Polsce jak i za
granicą. Świadczy to o zdrowej wrażliwości naszych rodaków,
którzy nie wahają się dać publicznego wyrazu dla swego oburze­
nia. Warto więc przy okazji zwrócić uwagę na pewien szczegół,
który wygląda dość niewinnie, a jednak posiada swój ciężar ga­
tunkowy.
Aby dopasować protest do języka prawniczego używa się
często sformułowania „obraza uczuć religijnych". Taka jest bo­
wiem kategoria prawna, wedle której można skierować sprawę
do sądu. Ale zastanówmy się przez chwilę nad tym sformułowa­
niem: obraza uczuć religijnych. Do jakiego stopnia nastąpił upa­
dek kultury prawniczej, jeśli religia została zredukowana do po­
ziomu uczuć. To prawda, że człowiek, który wierzy, który się

66
modli, może przeżywać bardzo uczuciowo swoją wiarę, ale prze­
cież uczucia są tylko wtórnym dodatkiem do wiary, która przede
wszystkim należy do aktów duchowych. Uczucia powstają na
skutek przeżyć zmysłowych, ich powód jest natury materialnej.
Smaczny posiłek daje uczucie błogości, uderzenie pięścią wy­
wołuje ból. Nie tylko człowiek posiada uczucia, lecz również
zwierzęta. Pies merda ogonem na widok wracającego pana, war­
czy na widok innego psa. Ale zwierzę nie posiada uczuć religij­
nych, bo nie ma ducha. Przeakcentowanie uczuć w odniesieniu
do religii jest dziedzictwem XVIII-wiecznego materializmu, któ­
ry dążył do tego, aby człowieka zrównać w reakcjach ze zwie­
rzętami. A ponieważ w oświeceniu poznanie racjonalne zostało
zawężone tylko do poznania matematycznego, to religia uznana
została za coś irracjonalnego, coś nierozumnego, coś sprzeczne­
go z rozumem, co może mieć miejsce tylko na poziomie niższym,
czyli irracjonalnych uczuć. I stąd dziś doszło do tego, że musimy
bronić religii poprzez obronę uczuć religijnych. Jak to wypacza
całą istotę religii!
Religia jest przecież więzią (religo, -are) między człowie­
kiem i Bogiem. Święty Tomasz powie: „Religio importat ordi-
nem ad Deum, ad quem ordinat hominem", - religia zawiera
podporządkowanie człowieka Bogu, któremu człowiek jest pod­
porządkowany. (S.Th. II-II, 81, lc) Bóg zaś jest absolutnie nie­
materialny. Dlatego nasze odnoszenie się do Boga musi opierać
się przede wszystkim na tym, co w nas samych jest duchowe,
czyli na rozumie i na woli, te dwie władze są w nas niematerialne.
Punktem wyjścia religii nie mogą być uczucia, ale musi być nasz
duch. Sentymentalizm religijny może bardzo szybko zniweczyć
najgłębszy sens wiary. Dlatego broniąc religii musimy uważać,
aby nie wpaść w pułapkę sentymentalizmu, do której zapraszają
nas współcześni obrońcy tzw. praw człowieka.
Jeżeli sprowadzimy wiarę do uczuć, to nie tylko pojawia
się niebezpieczeństwo, że Pana Boga pojmiemy na sposób mate­
rialny, ale również że Pan Bóg będzie li tylko naszym subiektyw­
nym doznaniem. Stąd krótka droga do bałwochwalstwa i polite-

67
izmu - każdy ma swego osobistego bożka, którego po swojemu
odczuwa. Ale na szczcs'cie prawo chroni takie odczucia i można
się zwrócić do sądu w sprawie obrazy uczuć religijnych, a sąd
łaskawie rozpatrzy skargę. Cóż za pomieszanie porządków! Jaki
upadek cywilizacji zachodniej, w ramach której przecież i filozo­
fia, i teologia tak precyzyjnie kwestię tę analizowały. Św. Tomasz
z Akwinu pisał: „Fides non est contra rationem, sed supra rado­
nem, non destruens eam, sed concaptivans eam..." - wiara nie
jest przeciwko rozumowi, lecz jest ponad rozumem, nie niszczy
rozumu, lecz współdziała z nim... (I, prol. 3, 5m) Wiara więc jest
nie tylko czymś' wyższym od uczuć, ale również jest czymś wy­
ższym od rozumu. Nie oznacza to jednak, że jest nieracjonalna,
wiara wykracza ponad rozum. Dzieje się tak dlatego, że Bóg jako
przedmiot wiary jest zbyt wielki dla człowieka, aby człowiek mógł
Boga zrozumieć. A cóż tu mówić o uczuciach w stosunku do Boga,
które wierząc możemy osobiście intensywnie przeżywać, ale któ­
re przecież nie służą poznaniu Boga. Uczucia, choć są tak bardzo
ludzkie, znajdują się na najniższej skali przeżyć.
Profanacja obrazu Matki Bożej dotyka nie tyle naszych
uczuć, co nade wszystko wiary, opierającej się na Objawieniu,
a więc rozumie nadprzyrodzonym. Potrzeba było wielu wieków
racjonalnej refleksji, aby uchwycić ten niuans różnicujący rozum
od wiary, aby ludzki rozum nie popadł w pychę, a wiara nie zo­
stała zredukowana do poziomu irracjonalnych uczuć. Niuans ten
doskonale rozpoznał św. Augustyn, rozwinął św. Albert Wielki
i św. Tomasz z Akwinu. Niestety, dzisiejsza niedouczona Europ-
ka, zachłyśnięta rozwojem komputerów, łatwością manipulowa­
nia masami przy pomocy mediów, możliwością nadużywania pro­
cedur demokratycznych, prezentuje coraz niższy poziom kultury
intelektualnej.
A trzeba umieć odróżnić zwierzę od człowieka, a człowie­
ka od Boga, trzeba umieć odróżnić uczucia nie tylko od rozumu,
ale również od wiary. Święty obraz jest znakiem, który budzi na­
sze uczucia, ale nade wszystko odnosi nas do tego, kogo jest zna­
kiem. Tym samym profanacja obrazu, choć sprawia niewątpliwie

68
ból, to w jeszcze większym stopniu budzi sprzeciw samego rozu­
mu, a wreszcie i wiary, która w profanacji dostrzega próbę obra­
żenia samego Boga.
Dziś Europa potrzebuje więcej pokory i więcej autentycz­
nej kultury, jeśli nadal ma być Europą.

Dlaczego śmierć na krzyżu?

Ukrzyżowanie jako forma okrutnej kary pojawiło się w sta­


rożytnej Persji na wiele wieków przed Chrystusem. Ofiara umie­
rała długo i w potwornych mękach. Rzymianie podbijając mniej­
sze państwa jak i dawne imperia przejmowali od nich nie tylko
dobre, ale również zle wzory. Chwała im za to, że przejęli spuści­
znę greckiej kultury - to umacniało ich potęgę, nadawało ludzkie­
go oblicza, ale uleganie orientalnemu despotyzmowi, doprowa­
dziło w końcu do upadku samego Rzymu. Głównym źródłem siły
Zachodu musi być siła moralna, a nie przemoc.
O tym, jak poniżającą w oczach Rzymian karą była śmierć
na krzyżu świadczy fragment mowy Cycerona, cytowany często
w podręcznikach retoryki, jako przykład figury retorycznej zwa­
nej „gradatio" (stopniowanie). Cyceron powiada: „Pozbawić wol­
ności obywatela rzymskiego jest zniewagą, biczować go - ciężką
winą, zabić - nieomal samobójstwem, ale go ukrzyżować... jakże
to nazwę?" Ukrzyżowanie było tak poniżającą karą, że dosłow­
nie brakło już dla niej określeń.
Jakże dramatyczna więc musiała to być scena, gdy Piłat,
reprezentujący władzę rzymską, po okrzykach „ukrzyżuj go!",
„ukrzyżuj go!", mówi do zebranych: „Weźmicie go wy a ukrzy­
żujcie: bo ja w nim winy nie najduję. Odpowiedzieli mu Żydo­
wie: My Zakon mamy, a wedle Zakonu ma umrzeć, że się Synem
Bożym czynił." (XIX, 6-7) I Piłat uległ, oddał im Chrystusa na
ukrzyżowanie, (ibid. X V I ) 14

14
Biblia w przekładzie księdza Jakuba Wujka z 1599 roku. Warszawa 1999.

69
Śmierć Pana Jezusa na krzyżu jest jedną z największych
tajemnic, która posiada swój głęboki wymiar teologiczny.
W monumentalnym dziele Summa theologica św. Tomasz z Akwi­
nu, zadał wprost pytanie: „Utrum Christus pati debuerit in cru-
ce?" (Czy Chrystus musiał cierpieć na krzyżu?) Warto poznać
odpowiedź, jaką przedstawił ten wielki doktor Kościoła.
(S.Th., I I I , 46) Św. Tomasz, powołując się na Pismo Święte, jak
i na wypowiedzi innych doktorów Kościoła, wymienia kilka po­
wodów takiej właśnie śmierci. Śmierć na krzyżu jest wzorem cnoty
dla człowieka, który wierząc w Boga nie tylko nie powinien bać
się śmierci, ale również nie powinien bać się rodzaju śmierć.
Śmierć na krzyżu jest śmiercią najstraszniejszą. Jak Chrystusa
takie cierpienie nie złamało, tak i każdy człowiek powinien zno­
sić mężnie wszelkie cierpienia (św. Augustyn). Śmierć na krzyżu
(z drewna) była odpowiednim zadośćuczynieniem za grzech pierw­
szych rodziców, którzy zjedli owoc z zakazanego drzewa. Chry­
stus umarł nie w ukryciu w ziemi, ale wyniesiony ponad ziemię;
dzięki temu uświęcone zostało powietrze, a spływająca po krzy­
żu krew uświęciła też Ziemię (św. Jan Chryzostom). Umierający
na podwyższeniu Chrystus przysposobił nas do tego, abyśmy mogli
wznieść się do nieba. Ramiona krzyża przecinające się w środku
symbolizują opatrzność, która równomiernie ogarnia cały świat
(Grzegorz z Nysy). W znaku krzyża zawarta jest symbolika naj­
ważniejszych cnót. Krzyż rozciągając się na szerokość ukazuje
zakres dobrych uczynków, długość krzyża, rozpoczynająca się na
dole, przypomina o cnocie długomyślności, która winna być jak
krzyż mocno ugruntowana i trwała, wysokość krzyża natomiast
wskazuje na nadzieję, która zwrócona winna być ku Niebu
(św. Augustyn).
Krzyż nie jest więc ani dowolnym symbolem religijnym,
ani przypadkowym narzędziem Męki Pańskiej, ale jest mocno
wtopiony w całą teologię Zbawienia rozpościerającą się od grze­
chu pierworodnego aż po Zmartwychwstanie. Chrześcijaństwo
istotnie i realnie związane jest z krzyżem.
Trzeba to rozumieć i o tym pamiętać, aby właściwie pod­
chodzić do Świąt Wielkanocnych. Bo jak Bożemu Narodzeniu

70
próbuje się dzis' odebrać religijny wymiar, zamieniając Chrystusa
na Dziadka Mroza albo na dobrodusznego Mikołaja, tak i Wiel­
kanoc jest traktowana jako Święto Wiosny, czy Dzień Kurczacz-
ka. Widać to choćby po tym, jak trudno kupić kartki świąteczne,
które zawierałyby rzeczywiście religijną symbolikę. A przecież
właśnie kartki świąteczne są w okresie Świąt takim masowym
medium - w milionowych nakładach kursują po świecie.
Musimy do naszego życia podchodzić poważnie. Są mo­
menty, w których trzeba umieć się zastanawiać, trzeba umieć się
modlić, pozostać w ciszy, skupieniu i samotności. Cisza w Ko­
ściele jest bardziej wymowna niż hałas całego rozwrzeszczanego
świata. Ten hałas nie ma innego celu, niż odebranie nam zdolno­
ści do myślenia i modlitwy, a więc tego, dzięki czemu przypomi­
namy sobie o naszej godności.
Męka i śmierć Chrystusa na krzyżu jest dla nas niewyczer­
panym źródłem do myślenia i przeżywania naszego własnego losu.
Musimy pytać samych siebie: Czy jesteśmy wystarczająco mężni
wobec dotykających nas: trudności, bólu i cierpienia? Czy z uf­
nością znosimy nasze troski? Czy jesteśmy dobroczyńcami? Czy
potrafimy patrzeć daleko w przyszłość, wytrwale i z nadzieją?
O tym wszystkim mówi krzyż, tego właśnie dotyczy Wielkanoc.

Psychoza sondaży

Wiadomości radiowe i telewizyjne roją się od sondaży. Za


jest 57%, przeciwko 5%, a 30% nie ma zdania. Gdyby dziś odby­
ły się wybory..., gdyby dziś wprowadzono eutanazję..., gdyby
dziś..., tyle jest ZA, tyle a tyle PRZECIW, reszta nie ma zdania.
Sondaży jest tak wiele i powtarzane są tak często, że wpisały się
już na dobre w medialny pejzaż. Powstają jednak pytania: Po co
są te sondaże? Po co są nagłaśniane? Po co są tak często powta­
rzane?
Przeciętny konsument mediów sądzi, że telewizja lub ra­
dio podają wyniki sondaży po prostu z obowiązku podzielenia się
najnowszymi informacjami. Co więcej, wyniki te przyjmowane
71
są jako prawdziwe. A wreszcie wytwarzają u odbiorców poczu­
cie głodu: ciekawe ile procent będzie ZA, a ile PRZECIW - jutro,
za tydzień, za miesiąc. Śledzimy sondaże, jak przebieg meczu
piłkarskiego - kto, kiedy, komu strzeli gola.
A jednak sondaże, to nie jest ani piłka nożna, ani skoki
narciarskie, to sprawa znacznie poważniejsza. Sondaże pełnią
bowiem niezwykle istotną rolę socjotechniczną, to znaczy pozwa­
lają sterować opinią publiczną, a w efekcie kierować masami, ni­
czym stadem owiec. W jaki sposób? Bardzo prosto.
Sondaże są systematycznie ogłaszane w dwojakich oko­
licznościach. Raz, gdy chodzi o udział w powszechnym głosowa­
niu, takim jak wybory parlamentarne czy referendum. Dwa, gdy
chodzi o zalegalizowanie jakiejś ustawy. W pierwszym wypadku
głosujący są wskutek sondaży odpowiednio ukierunkowani,
w wypadku drugim - opinia publiczna jest oswojona ze złymi
decyzjami parlamentu. Jeżeli przez dwa lata wyborcom wbija się
codziennie do głowy, że jedna partia prowadzi w sondażach,
a druga przegrywa, to po dwóch latach takiej psychozy, wyborcy
idąc do wyborów są przekonani, że ich zadaniem jest nie wybór,
ale potwierdzenie czegoś, co już od dawna wiadomo, bo mówiły
o tym sondaże. Jeżeli przez odpowiednio długi czas powtarzać
się będzie, że większość społeczeństwa jest za zabijaniem, to le­
galizacja aborcji i eutanazji przejdzie gładko.
Sondaże są przeprowadzane i ogłaszane przez określone
środowiska polityczne, które zawładnęły mediami. W przypadku
telewizji publicznej wiadomo, że jest to środowisko lewicowe,
związane jeszcze z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, w skró­
cie PZPR. Telewizja publiczna powtarza wyniki tylko takich son­
daży, które są korzystne dla określonej partii oraz dla wyznawa­
nej przez nią ideologii. Telewizja powtarza bezustannie, nie tyle
z uporem maniaka, co mechanicznie, żeby wręcz zakodować
w umysłach ludzi sondażową rzeczywistość, która musi się zi­
ścić. Musi i koniec. A więc jeszcze raz: ZA jest 68%, PRZECIW­
KO 3%, nie ma zdania 8%. Kto nie usłyszał rano, tego zaprasza­
my wieczorem, na wydanie główne: Proszę państwa, powtarza-

72
my wszyscy razem, 30 milionów telewidzów zgromadzonych
przed telewizorami: ZA 68%, PRZECIW 3%, nie ma zdania 8%.
Kto jeszcze nie pamięta, to powtórzymy jutro rano, a potem wie­
czorem. I tak przez 2 lata.
Sondaże stały się częścią masowej psychozy uprawianej
przez telewizję. Przecież gdyby człowiek przez sekundę pomy­
ślał, to dojrzałby najbardziej podstawowy i oczywisty fakt: je­
stem wolny, nie jestem masą, zagłosuję na kogo zechcę i nic do
tego telewizji, nikt mnie do niczego nie zmusi, ani niczego nie
wmówi. Ja jestem wolny. Ja nie muszę udzielać odpowiedzi an­
kieterom, nie muszę wierzyć w sondaże; zrobię, co zechcę, być
może co innego niż dziś bym zrobił.
Gdyby ludzie właśnie w takim momencie jak wybory umieli
czynić właściwy użytek ze swej wolności, gdyby nie dali się wo­
dzić za nos telewizji i nie ulegali psychozie sondaży, to wyniki
wyborów mogłyby wywrócić do góry nogami cały ten zaplano­
wany w szczegółach antypolski scenariusz. Ale trzeba umieć być
wolnym. Trzeba umieć używać rozumu i omijać pułapki socjo-
techniki. Rozum pozwala odróżnić nie tylko prawdę od fałszu,
ale również prawdę od pozoru. Lewicowi inżynierowie społeczni
wpychają milionowe masy w gęstą sieć rzeczywistości iluzorycz­
nej, nieprawdziwej, by następnie kierować masami przy pomocy
jednego paluszka.
Naprawdę, trzeba się jakoś otrząsnąć i odzyskać kontakt
z rzeczywistością. To powinien uczynić każdy Polak, jeśli zależy
mu na własnym odpowiedzialnym życiu i na przyszłości Polski.
Jeżeli mam prawo wyboru, to muszę z tej wolności zrobić właści­
wy użytek: mam wybierać dobrze i zgodnie z sumieniem, a nie
zgodnie z sondażem.
Nie wszyscy ulegają psychozie sondaży, głosują po swoje­
mu. Wtedy realizowany jest drugi akt scenariusza manipulacji:
jeśli wyniki wyborów są różne od zaplanowanych, co po II woj­
nie światowej ma najczęściej miejsce, to się je „poprawia", aby
były zgodne ze scenariuszem. Innymi słowy mówiąc, następuje
proces fałszowania wyników wyborów. I tu sondaże są nieoce-

75
nione, ponieważ one oswoiły wyborców z fałszywymi wynika­
mi. Ludzie nie dziwią się wynikom wyborów, choć są sfałszowa­
ne, ponieważ porównują je z wynikami sondaży. Małe odstęp­
stwa sfałszowanych wyników od wcześniejszych sondaży mają
uwiarygodnić faktycznie wielkie przekręty wyborcze.
Demokracja to nie jest ustrój sam w sobie dobry czy zły.
Oparty na wolności, może być, tak jak wolność, dobrze lub źle
użyty. Demokracja współczesna otwiera wielkie pole dla nadużyć
za pozorną zgodą i wiedzą całego społeczeństwa. Aby ustrój ten
był sprawiedliwy, ludzie muszą umieć brać na siebie ciężar wol­
ności - rozumnej i odpowiedzialnej, zarówno w sferze osobistej
jak i społecznej. Muszą też widzieć, kto i jak przy pomocy demo­
kracji chce ich zniewolić, bo w łonie samej demokracji toczy się
nieustanna walka o wolność, zwłaszcza wolność do czynienia
dobra.

Konstytucja 3 Maja: Równać w górę!

Druga połowa X V I I I wieku to okres przełomowy dla świa­


ta zachodniego, powstają bowiem zręby nowych zasad budowa­
nia i funkcjonowania państwa. Monarchie chylą się ku upadko­
wi, a ich miejsce zajmują tzw. państwa obywatelskie. Jedną z naj­
ważniejszych ról w nowym państwie odgrywa konstytucja. O ile
dawniej, co warto przypomnieć, konstytucjami (czyli postano­
wieniami) były wszystkie ustawy sejmu, to teraz mianem konsty­
tucji określa się ustawę zasadniczą. Wśród pierwszych nowocze­
snych konstytucji jest nasza Konstytucja 3 Maja.
Przez lata niewoli konstytucja ta, unieważniona przez za­
borców, była symbolem nieprzedawnionego prawa Polaków do
niepodległości. Stąd też w polskich domach uroczyście czczono
pamięć tak ważnego wydarzenia, które utrwalone zostało w mu­
zyce, pieśni, poezji, malarstwie. Dziś rocznica uchwalenia Kon­
stytucji 3 Maja ma charakter oficjalny, ale bardziej urzędowy niż
odświętny, a społeczeństwo coraz bardziej zapomina, jaki sens

74
ma ta rocznica. A przecież warto wracać pamięcią do tak waż­
nych wydarzeń ze względu na możliwość uchwycenia ducha naro­
du, który wówczas był duchem wolnym. To zaś dla czasów wie­
lokrotnie duchowo zniewolonych, takich jak czasy dzisiejsze, jest
konfrontacją bezcenną. Kto nie zamierza poddawać się presji fał­
szerzy dziejów, ten tym bardziej powinien dokonywać tak cu­
downych nawrotów.
Ciekawe spostrzeżenia na temat konstytucji zawarł Adam
Mickiewicz w wykładach paryskich. Zastanawiał się, na ile kon­
stytucja była ciągłością ducha narodowego, a na ile ciąg ten prze­
rywała. Mickiewicz uważał, że zapis o dziedziczności tronu na­
ruszał głęboką więź, jaka istniała „między elekcją a bytem naro­
du." Wybieralność króla przyczyniła się zarówno do powiększe­
nia obszarów Rzeczpospolitej, jak i do dobrowolnego włączenia
doń tylu różnych narodów, które właśnie w Polsce postrzegały
siłę zdolną zapewnić im ład i pokój. Ziemie i narody Rzeczpo­
spolitej były spojone mocą wolności wyboru władcy. Z tego tytu­
łu zapis o dziedziczności tronu w Konstytucji 3 Maja wprowa­
dzał swego rodzaju przymus, którego efektem było osłabienie
związku narodów niepolskich z Polską.
Niezwykle cenną była natomiast, z punktu widzenia aspi­
racji ducha narodowego, idea nie samego równouprawnienia, co
równouprawnienia opartego na zasadzie równania w górę. Mic­
kiewicz mówił: „Wszystko tam (w Konstytucji 3 Maja) jest okre­
ślone: władza królewska, władza prawodawcza, sądownicza, sto­
sunki między tymi władzami. Zjawia się tam jedna tylko idea nie
nowa, odnaleziona w skarbnicy starodawnych idei polskich: idea
zrównania wszystkich członków Rzeczypospolitej, dania im spo­
sobów, by z czasem osiągnęli równość." Jakże ciekawe spostrze­
żenie, tradycja polska oparta była na ideale równości mierzonej
wysoką miarą, demokracja miała być republiką a nie ochlokracją
(rządem najgorszych mas pospólstwa). Wieszcz kontynuował:
„Szlachta stawała się od wieku X V I I coraz bardziej zamkniętą
w sobie kastą. Teraz postrzeżono to niebezpieczeństwo: sejm nie
idąc na lep rozumowań X V I I I wieku, nie mając zamiaru równać

75
klas w dół, chciał, przeciwnie, nobilitować mieszczan i chłopów.
Konstytucja 3 Maja dawała królowi, hetmanom, a nawet samej
szlachcie jak największą łatwość nobilitowania mieszczan; we­
dług ścisłych obliczeń można było przewidzieć, że wszyscy Po­
lacy w ciągu lat pięćdziesięciu zostaliby szlachtą, to znaczy wszy­
scy członkowie Rzeczpospolitej posiedliby też same prawa
i przywileje. Idei tej nie dobyto z żadnej teorii politycznej X V I I I
wieku." 15

Trudno myśleć, bo aż serce boli, jak niesamowity mógłby


być rozwój Polski, gdyby nie zabory. Wszak idea „równania
w górę" sięgająca czasów greckich (samego Homera) przyczyni­
ła się do upowszechniania wysokich ideałów zarówno obywatel­
skich jak i ludzkich. Unia Polski z Litwą była dobrowolna, szlachta
polska przyjmowała do swych herbów Litwinów, którzy dzięki
temu otrzymywali takie same prawa (wolnościowe!) jak Polacy,
a których jako Litwini, nawet należący do wielkich rodów, nie
mieli. Konstytucja 3 Maja ułatwia i promuje przyjmowanie do
rodzin szlacheckich mieszczan, a następnie chłopów, aby w ciągu
pół wieku, czyli dwóch pokoleń, uszlachetnić całe społeczeństwo.
Tylko naród kulturalny mógł zdobyć się na tak odważną myśl. Bo
cóż to za problem zrównać wszystkich w dół i sprowadzić do
rzędu pospolitych, niewychowanych, agresywnych wyrobników,
którzy bez wiedzy i smaku zadawalają się byle czym. Ale podcią­
gnąć masy ku wyższym wzorom kultury, takim jakie reprezento­
wał Kochanowski, Mickiewicz, Puławski, Kościuszko, Staszic,
to jest wyzwanie na miarę dziejową. I to była perspektywa roz­
woju naszego narodu, jaką zakreślała Konstytucja 3 Maja.
Nic dziwnego, że zaborcy widząc w Konstytucji zagroże­
nie dla własnych interesów popchnęli zdrajców ku zawiązaniu
Targowicy i unieważnieniu Konstytucji. Przyszły rozbiory i za­
miast uszlachetnienia mieszczan i chłopów, degradowano szlach­
tę, a stany napuszczano jedne na drugie, po to, by wzajemnie się
wyniszczały i oskarżały. Niestety, skutki tej antypolskiej polityki

15
Literatura słowiańska, kurs II, wykład X V I I .

76
okazały się dalekosiężne, odczuwamy je po dziś' dzień, bo po dzis'
dzień - jako naród - nie możemy się pozbierać.
Czy jednak nie pozostał w nas żaden ślad z tych dawnych
ideałów? Został. Nie zwracamy się do siebie WY, a do osoby
obcej nie mówimy TY, ale „Proszę Pani" i „Proszę Pana". Taki
drobiazg, a jaki piękny.

Święta i obyczaje

Człowiek nie jest czystym duchem, ale nie jest też tylko
ciałem. Człowiek żyje na sposób duchowo-cielesny. Dlatego musi
nieustannie szukać tej współmierności, która pozwala mu sprawy
duchowe, wyrażać w sposób materialny, a sprawom materialnym
nadawać oblicze duchowe. Na tym właśnie polega kultura bycia
człowiekiem.
W sposób bardzo namacalny różnicę, ale i poszukiwanie
współmierności między tym, co duchowe a tym, co materialne,
dostrzec można w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Tematycz­
nie związane są z przyjściem na świat zarazem Boga i Człowieka.
Jest to tajemnica, której do końca nie można zrozumieć i która
staje się jaśniejsza dzięki wierze. Równocześnie jednak co roku
obchodzimy te święta z dużym zewnętrznym splendorem: kartki
świąteczne, choinka, łamanie się opłatkiem, wieczerza wigilijna,
specyficzne dania, prezenty, kolędy, wolne miejsce dla niespo­
dziewanego gościa, pasterka, szopka betlejemska, wzajemne od­
wiedziny etc. Staramy się być wierni tradycji, nadając Bożemu
Narodzeniu swoiście polski charakter.
Ważne jest, aby tę tradycję pielęgnować. Albowiem różni
kombinatorzy czyhają na nas, aby zniekształcić nasze obyczaje i
zmienić sens świąt. Musimy więc najpierw dobrze przyjrzeć się
kartkom świątecznym, czy związane są z Bożym Narodzeniem,
czy też są to tylko zimowe pozdrowienia z malowniczą choinką
albo chatką. Należy zwłaszcza uważać na produkty firmowane
przez Wspólnotę Europejską, w skrócie CE, która wydaje kartki

77
świąteczne w milionowych nakładach, wysokiej jakości, tyle że
nie są to kartki Bożonarodzeniowe. Serdeczne pozdrowienia mo­
żemy wysłać kiedy indziej, teraz natomiast chodzi o Boże Naro­
dzenie.
Musimy również uważać, aby nie porwał nas szał zaku­
pów. Prezenty pod choinkę są pewnym symbolem pamiętania
o sobie, są miłym gestem, zwłaszcza dla dzieci. Z drugiej jednak
strony nie mogą wyzwalać jakiejś chorobliwej łapczywości, któ­
ra przyćmi sens wspólnej wieczerzy wigilijnej. Dzieci, zamiast
uczestniczyć w radosnej, ale i poważnej atmosferze, myślą tylko
0 tym, co dostaną. Dziś w dobie nadprodukcji różnego rodzaju
plastikowych zabawek łatwo o nadmiar i przesyt, które prowadzą
do apatii i nudy. Dzieci stają się ofiarami rywalizacji dorosłych o
to, który rodzic kupi coś lepszego, droższego. Nie ma bardziej
przykrego widoku, niż dziecko, które nie ma już sił cieszyć się
nadmiarem przedmiotów. Z drugiej strony musimy pamiętać, że
dla większości obcych firm i sklepów, a zwłaszcza zaś supermar­
ketów, Boże Narodzenie, to przede wszystkim okazja do robienia
krociowych interesów. Nasz brak opanowania lub naiwność spo­
tyka się z umiejętnym rozbudzaniem zachłanności przez specjali­
stów od reklamy i marketingu. Wkraczając do supermarketu pod­
dawani jesteśmy procedurom, które mają ułatwić wyciągnięcie
od nas jak największej ilości funduszy. Gra świateł, kolorowe
zawirowania, muzyka, promocje, niższe ceny, dwa w cenie jed­
nego, a i sam natłok zaaferowanych ludzi - to wszystko tak silnie
działa na zmysły. Uważajmy więc na to przedświąteczne opęta­
nie.
Święta Bożego Narodzenia mają charakter rodzinny. Obec­
nie coraz rzadziej spotykamy się przy wspólnym stole. Warto taką
okazję wykorzystać, aby być razem. Wspólna modlitwa, wspólne
śpiewanie kolęd, wspomnienia, pamięć o tych, którzy odeszli, ale
1 także o tych, którzy przebywają poza domem, a nawet poza kra­
jem. To jest nasze. To musimy chronić.
Szczególnie ważne jest, aby zdecydowanie ograniczyć oglą­
danie telewizji, która wciągnie nas w obce sprawy i zniszczy cały

78
nastrój. Trzeba umieć być ze sobą, mamy naprawdę bardzo dużo
sobie do przekazania.
Boże Narodzenie to pasterka. Choć oczy już się kleją, choć
jesteśmy zmęczeni, choć możemy pójść do kościoła następnego
dnia, to jednak pasterka ma swój niepowtarzalny urok. W środku
nocy, gdy szczypie mróz, a być może i śnieg pobieli pola, chodni­
ki i dachy, gdy widać rozgwieżdżone niebo, na którym króluje
Wielki Wóz i Orion, ludzie wychodzą ze swoich mieszkań, aby
przywitać Zbawiciela. Moment, w którym zabrzmią organy w rytm
jednej z pradawnych polskich kolęd, sprawia, że robi nam się
ciepło na sercu. Warto iść na pasterkę, aby ten moment przeżyć.
Obyczaj włącza nas w ciąg pokoleń, które na tej ziemi,
polskiej ziemi, żyły, pracowały i modliły się o zdrowie i szczę­
ście, o pomyślność naszych rodzin i naszej ojczyzny. Pielęgnując
tradycję poświadczamy, że jesteśmy jednymi z nich, że należymy
do tego samego narodu i wyznajemy tę samą wiarę. I to właśnie
nas umacnia, to nadaje powagi naszemu istnieniu. Modlimy się,
śpiewamy i myślimy tak jak oni. Stanowimy jedność. Dlatego też
jest tak ważne, aby rodzice byli z dziećmi, a dziadkowie z wnu­
kami, aby młode pokolenia włączały się w ten ciąg tradycji, aby
nie odpadły od narodu. Bo naród trwa i ma żyć ku przyszłości
jako naród polski.
Boże Narodzenie posiada sens nadprzyrodzony. My, jako
ludzie, czcimy je na naszą miarę, na nasz ludzki sposób, zawsze
niewystarczający, ale potrzebny. Baczmy jednak, aby nie zmienić
sensu świąt, aby to nie było święto zabawek lub święto karpia. To
są Święta Bożego Narodzenia.

Nasza ziemia

Ziemia, która leży wzdłuż granic państwa polskiego, nie


jest moją prywatną własnością. A jednak za każdym razem, gdy
wracam do kraju z jakiejkolwiek strony, czy od morza czy gór, od
lasów czy łąk, odczuwam przedziwne drżenie serca, jestem na

79
swojej ziemi, polskiej ziemi. Nawet w samolocie, ponad chmura­
mi, gdy ziemi nie widać, wystarczy, że pilot powie: znajdujemy
się nad terytorium Polski, i już dzieje się coś niezwykłego. Jeste­
śmy w domu, choć pozostała jeszcze godzina lotu. Mistyka po­
wrotu do ojczystego kraju budzi się w każdym, kto potrafi się
wyciszyć, skupić, pomyśleć, kto nie zagubił wyobraźni i wrażli­
wości. Budzi się za każdym razem, choćby nie wiadomo, jak czę­
sto wyjeżdżał.
Już jesteśmy zmęczeni zimą. Niskie temperatury, krótkie
i pochmurne dni, wygaszają w nas energię i witalność. Żyjemy
w zbyt szybkim tempie, wbrew naturze, odbija się to na samopo­
czuciu i na zdrowiu. Niestety, do wiosny ciągle daleko.
Władysław Reymont marzył kiedyś o wiośnie w słonecz­
nej Italii. Myślał, że tam to dopiero musi być wiosna - primavera
- równie piękna jak morze, jak niebo, jak architektura. I zdarzyło
się, że zamieszkał niedaleko Neapolu, nad brzegiem Zatoki Sor-
rentyńskiej czekał na wiosnę. Wreszcie nadeszła. Wybiegł jej na­
przeciw i . . . rozczarował się. W zatoce, na skałach, ledwie zieleni­
ły się wąskie pasy traw. Obmurowane drogi były zimne i wilgot­
ne. Nawet rozsnute po zboczach winnice dawały niewiele bladej
zieleni. Skały, woda i słońce, ale gdzie wiosna? „Była wątła zie­
leń, kwiaty bez zapachu, przestrzenie bez głosów, odradzanie się
przyrody bez radości - a nigdzie krzyku triumfującego wiosny,
nigdzie zgiełku potężniejącego życia, prężenia soków, pożądania
się, nienawiści, miłości, zmartwychwstania i tych nieprzeliczo­
nych głosów naszej wiosny - naszej ziemi." 16

Ziemia, do której tęskni Reymont z dalekiej Italii, nie była


jego ziemią, nie należała też do państwa polskiego, którego wów­
czas nie było, ale była to nasza ziemia, polska ziemia. W niej
budziła się prawdziwa wiosna. „Uciekłem z Włoch, gnany niepo­
konaną tęsknota za krajem. Jechałem dnie i noce, aż pewnego
wczesnego dnia czerwcowego, przed wschodem słońca, o świcie,
pociąg wyrzucił mnie na małej, pustej stacyjce w okolicach Piotr­
kowa - odleciał z hukiem."

"' W. Reymont, Dwie wiosny, w: Nowele, Kraków 1957, t. 3, s. 250.

80
Dawniej podróże trwały dłużej niż dziś, dłużej też trwało
przestawianie się naszej psychiki z jednego miejsca na drugie, ale
dzięki temu człowiek więcej widział i więcej odczuwał, miał czas
się przygotować, odpowiednio nastroić. Reymont kontynuuje:
„Byłem jakby wyrzucony z chaosu na samo dno ciszy. Przejście
było tak gwałtowne, że długą chwilę nie wiedziałem, co się ze
mną stało, byłem jeszcze przeniknięty krzykiem pociągów, hała­
sem i ruchem tylodniowej jazdy szalonej... [...},Szaro było i tak
pusto, i tak cicho, że oprzytomniałem. Poszedłem w ten przed­
świtowy mrok, w pola, na przełaj. Mgły jakby runami wełny po­
krywały łąki, zboża jeszcze czarne stały cicho pochylone, w ro­
sach całe, senne; szarozielonawa kurzawa świtu przysłaniała śpiącą
ziemię; pierwsze zorze rozsączyły się na wschodzie i mżyły opa­
łowymi pyłami. Wszystko spało jeszcze." Cały Reymont, cała
Polska, cała wiosna. Opis ten można czytać bez końca. Kto tylko
miał okazję wyjść na drogę, na łąkę przed świtem, w czerwcu,
gdy pachną zboża, ten natychmiast wszystkimi zmysłami chło­
nąć będzie polską wiosnę.
Cisza, ale nie na długo, bo świt już nadchodził. „Niebo
zaczęło się oddzielać na wschodzie od ziemi wąskim pasem opa­
l i , przechodziło w róż i żarzyło się coraz bardziej, rozlewało, sta­
wało się płynną purpurą, a potem olbrzymimi płomieniami rozla­
ło się na horyzoncie. I na ziemi uczyniło się jaśniej, z głębin sza­
rych zaczynały wyrzynać się zarysy jakichś kościołów, wież,
drzew, to aleja jakaś zarysowała się potężnym konturem, to wsie
odrywały się czarnymi plamami z głębin, to strumień wybłysnął
nagle z szarości lub szyba stawów zamigotała... [...] Budziła się
ziemia."
Przebudzenie wiosny na polskiej ziemi to coś więcej niż
pojawienie się kolejnej pory roku, to więcej niż zieleń, więcej niż
opal jutrzenki. Reymont jak mało który pisarz, dotyka najgłęb­
szej tajemnicy przyrody, równać się tu może tylko z następcą
Homera - Hezjodem, który przeniknął jakąś przedziwną boskość
ziemi greckiej. Nasz pisarz wpił się w polską ziemię, w każdą jej
kruszynę, każde ziarno, które w niej pęcznieje, i każdy kłos, któ-

81
ry z niej wykwita. Czerpał bogactwo naszej ziemi pełnymi gar­
ściami, każdym zmysłem, całym sobą. Pisał dalej: „Szedłem za­
hipnotyzowany czarem tego wiosennego poranku. Zapomniałem
już o Włochach, zapomniałem o sobie, zapomniałem o wszyst­
kim - żyłem cudem tej ziemi, miałem wiosnę w sercu i wszystkie
te barwy, drgnienia, śpiewy, zapachy, całe to przepotężne życie
przyrody tętniło we mnie, było mną i ja byłem nim..."
Musimy się umacniać poprzez niebo i ziemię, abyśmy nie
dali się wyrwać, wykorzenić. Aby nas nie osłabił strach i nie zwa­
biła pokusa. Musimy żyć na polskiej ziemi, żyć jej cudem, naśla­
dując zdolność do odradzania się. Zwłaszcza dziś jest to nam bar­
dzo potrzebne; nasza ziemia daje nam siłę, dlatego musimy na
niej pozostać.

Walka o plac Piłsudskiego

Miasto to nie tylko domy, to również ulice i place. W sto­


sunku do liczby mieszkańców dzisiejsze miasta są zbyt ciasne.
Ludzie mijają się w tłoku i w pędzie, nie mają kiedy i jak się
spotkać. W mieście dwumilionowym mieszkańcy nigdy razem
nie staną obok siebie, a cóż mówić o utworzeniu jednej społecz­
ności. Dawne miasta były planowane na miarę mieszkańców,
a także pod kątem ich wspólnej cywilizacji. Tamte miasta po­
łknięte zostały przez nowoczesność, bez wyrazu i bez duszy,
i tylko w dni wolne i święta niczym atawizm budzi się tęsknota za
ładnym i kameralnym miejscem spotkań. Stare rynki i stare place
wypełniają się spacerującymi mieszkańcami i turystami.
Miasta europejskie słyną z pięknych placów: placu Vendo-
me, placu de la Concorde, placu Inwalidów w Paryżu; placu
św. Piotra, placu Weneckiego, placu Argentyńskiego w Rzymie.
Cieszą oko przestrzenią, która zamknięta jest dobrze znanymi bu­
dowlami o wysokich walorach artystycznych. Perełki starych
miast, ze starymi rynkami i placami stanowią wytchnienia dla
mieszkańców porozsadzanych w niekończących się blokowiskach.

82
Z drugiej strony place takie pełnią bardzo ważną rolę podczas
wyjątkowych uroczystości.
Warszawa posiada niewiele placów na miarę stolicy,
a zwłaszcza stolicy europejskiej. Jednym z największych jest plac
im. Józefa Piłsudskiego. Jest to ten sam plac, przy którym znaj­
duje się Grób Nieznanego Żołnierza oraz Teatr Wielki. Na tym
placu w roku 1979 Ojciec Święty spotkał się z mieszkańcami sto­
licy i liczną rzeszą pielgrzymów z kraju i zza granicy. Tam wła­
śnie padły pamiętne słowa, po których trwały niekończące się
oklaski, że nie można zrozumieć Polski bez Chrystusa. Na tym
placu odbyła się później uroczysta Msza żałobna za duszę
ś.p. Prymasa Tysiąclecia. W stanie wojennym przez wiele lat ano­
nimowi mieszkańcy w miejscu, gdzie stal ołtarz papieski, układa­
li z kwiatów krzyż.
Ówczesny plac Zwycięstwa, dziś plac Piłsudskiego, to miej­
sce znaczące w dziejach naszego narodu. Od kilku już wieków
toczyła się tu walka o życie i o duszę Polaków. Niestety, nie wszy­
scy Polacy, nie wszyscy warszawiacy o tym wiedzą. Warto więc
przypomnieć.
Początkowo plac zwał się Saskim, ponieważ stanowił część
dziedzińca pałacu Saskiego. W roku 1794 wojsko polskie i miesz­
kańcy Warszawy starli się z wojskami carskimi. Po utracie nie­
podległości na placu odbywały się musztry i parady wojskowe
pod dowództwem carskich namiestników. Rosjanie, aby zazna­
czyć swoje zwycięstwo nad Polakami, wystawili w roku 1841
pomnik ku czci poległych oficerów rosyjskich w powstaniu listo­
padowym. Później na tym samym miejscu wybudowano sobór
(w latach 1894-1912), który miał górować nad całym otoczeniem
dzięki 70-metrowej dzwonnicy. Rosjanie często w miastach pol­
skich budowali potężne cerkwie, aby wizualnie ukazać ich wy­
ższość nad kościołami katolickimi. Równocześnie był to znak
dominacji rosyjskiej nad Polską. Pałac Kultury im. Józefa Stalina
nawiązywał do tradycji carskiej, jest taką socjalistyczną cerkwią,
która wyrasta ponad całe miasto, którą zewsząd widać i która przy­
pomina wszem i wobec, kto tu naprawdę rządzi.

83
Polacy, którzy w roku 1918 wywalczyli niepodległość,
doskonale zdawali sobie sprawę ze znaczenia symboliki władz
zaborczych. Dlatego już w roku 1921 dzwonnica została rozebra­
na, a wkrótce potem również cała cerkiew (lata 1924-26). Plac
odzyskał polski charakter. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że pa­
pieski ołtarz z roku 1979 ustawiono w tym samym miejscu, gdzie
dawniej stał... sobór zaborców.
Przepiękny Pałac Saski został zburzony przez Niemców
w czasie II wojny światowej, zachowały się tylko fragment ko­
lumnady - to Grób Nieznanego Żołnierza. Również Niemcy wy­
sadzili w powietrze po upadku powstania warszawskiego baro­
kowy Pałac Bruhla, dziś widać tam wciśnięty hotelik, nie mający
nic wspólnego ani z miejscem, ani z jego architekturą. Nad całym
placem góruje majestatyczny, jeden z największych i najpiękniej­
szych teatrów - Teatr Wielki. W okolicach teatru Niemcy roz­
strzelali setki Polaków. Jest to więc miejsce uświęcone krwią na­
szych rodaków. Nic więc dziwnego, że gdy przed ponad rokiem
władze Warszawy postanowiły zorganizować sylwestrową fetę
przy Teatrze Wielkim, napłynęły protesty nie tylko z Warszawy
i z kraju, ale również od Polonii z całego świata. Po niechlubnej
nocy sylwestrowej został niesmak i świadomość, że w lożach
władz zasiadają barbarzyńcy.
A dziś? Trudno w to uwierzyć, ale już niedługo będziemy
cieszyć oko widokiem klasycystycznej i monumentalnej fasady
teatru. Placu Piłsudskiego nie pozostawiono w spokoju, przystą­
piono do kolejnej zabudowy, zamiast na teatr patrzeć będziemy
na jakieś okropne, nowoczesne gmaszysko. Trwają właśnie wy­
kopy, rozpoczął się proces dewastacji placu Piłsudskiego.
Ciekawe, kiedy kolejny biurowiec lub hotel zostanie po­
stawiony na placu Zamkowym, potem na Rynku Starego Miasta,
może przed Katedrą św. Jana, może przed kościołem św. Anny?
Można odnieść wrażenie, że stolica Polski nie ma gospodarza,
nie ma odpowiedzialnego za kulturę przestrzenną konserwatora
zabytków. Kto ma pieniądze, buduje gdzie chce i jak chce. Go­
rzej, że te budowle szpecić będą miasto co najmniej przez dzie­
sięciolecia.
84
Poczucie ładu i piękna świadczy nie tylko o kulturze oso­
bistej, ale i o kulturze społeczeństwa. Miasto zaniedbane i cha­
otyczne odpycha ludzi, niszczy więzi społeczne i ciągłość poko­
leń. Warto o tym pamiętać, planując rozwój miasta, które szczyci
się tym, że jest stolicą Polski.

Wieszcz Krasiński

Jedną z najbardziej niesamowitych postaci pod względem


nie tylko zdolności artystycznych, ale przenikliwej inteligencji,
był Zygmunt Krasiński (1812-1859). Obok Adama Mickiewicza
i Juliusza Słowackiego był trzecim narodowym wieszczem. Pisał
nie tylko dramaty i poezje, ale również tysiące listów, z których
wiele to prawdziwe arcydzieła. I dziś czyta sieje z zapartym tchem,
mimo że minęło półtora wieku. Zmienia się powłoka wydarzeń,
ale ukryty sens pozostaje ten sam.
Niepodległość to nie tylko posiadanie własnego państwa,
to również jasność spojrzenia i poprawne rozeznanie. Kto podbi­
ja jakiś naród, dąży nie tylko do odebrania mu jego własności, ale
również do takiego zamącenia ludziom w głowach, aby nie wie­
dzieli, gdzie jest lewica, a gdzie prawica, gdzie dobro, a gdzie
zło, gdzie prawda, a gdzie kłamstwo. I wówczas potrzeba jedno­
stek wybitnych, które dzięki swej wiedzy, przenikliwości i uczci­
wości pomogą przebić się przez gąszcz splątanych idei i poglą­
dów. Albowiem kłamstwo wyrafinowane, inteligenckie, jest nie
do rozpoznania, przy najlepszej woli, przez tzw. ogół pozbawio­
ny choćby stosownego wykształcenia.
Nasi wieszczowie, do których zaliczyć należy również
Cypriana Kamila Norwida, pomagali rozumieć sytuację, by nie
popaść w małoduszność, lekceważąc należne nam prawa. Trudno
się łudzić, że nieprzyjaciele Polaków nie rozumieli roli wiesz­
czów. Dlatego albo próbowali wieszczów zagłaskać czyniąc np.
z Mickiewicza przede wszystkim rewolucjonistę (Boy-Żeleński),
albo też przypuszczali na nich ostry atak, po którym wieszczowie

85
lub jeden z wieszczów mieli na zawsze zniknąć ze świadomości
narodowej. Wieszcz nie jest s'wictym, zawsze można cos' takiego
znaleźć, co, odpowiednio powiększone, w oczach gawiedzi go
skompromituje. Naród staje się gawiedzią wówczas, gdy nie szu­
ka ideałów, do których ma dążyć, ale szuka przede wszystkim
usprawiedliwienia dla swojej malos'ci. I wówczas potrzebuje na
swoje usprawiedliwienie upadku ludzi wielkich. Miejsce czci zaj­
muje zawis'ć. Tę właśnie zawiść precyzyjnie wykorzystują pseu-
doautorytety pozostające na usługach obcej władzy czy obcych
interesów.
Zygmunt Krasiński postrzegał sytuację Polski przez pry­
zmat ścierania się różnych cywilizacji. Pod tym względem był
z pewnością prekursorem Feliksa Konecznego. Krasiński nie był
ani wrogiem Rosjan, ani antypapistą, ani antysemitą. Takie łatki
mogą mu przylepiać ludzie, którzy nie znają, bądź nie rozumieją
jego twórczości. Krasiński był zbyt inteligentny, aby zadowolić
się powierzchownymi ocenami. Rozpoznawał mechanizmy dzia­
łania zła wynikające z charakterystycznej dla jakiegoś społeczeń­
stwa cywilizacji. I raczej się nie mylił. Wręcz przeciwnie, trafnie
przewidywał co będzie w przyszłości, co stanie się z Zachodem,
gdzie Polska szukać ma ratunku i dlaczego potrzebna jest światu.
Jeżeli z lektur szkolnych w Polsce dziś usuwa się Mickie­
wicza, Krasińskiego, Sienkiewicza, Żeromskiego, to oznacza, że
Polacy mają tracić orientację i głębsze spojrzenia na samych sie­
bie i swoje miejsce w Europie. Uderzenie w wieszczów na pozio­
mie szkoły, a więc tam gdzie kształtowana jest świadomość całe­
go młodego pokolenia Polaków, jest bardzo znaczące. Nie można
tego zlekceważyć, ktoś taką decyzję podejmuje po naradach
w gronie, które nie jest znane opinii publicznej. A gdy już mło­
dzież odcięta jest od oryginałów, łatwo można przypuścić atak
prasowy na wieszcza, odwołując się do autorytetów, zasłużonych
jeszcze przy budowie PRL-u. Metoda jest bardzo prosta, pod wa­
runkiem, że się ją rozumie i zna dzieła wieszczów.
Jaki stąd wniosek? Jesteś Polakiem, czytaj dzieła wiesz­
czów. One zachowały nie tylko piękno, ale i aktualność, ponie-

86
waż nasza sytuacja cywilizacyjna się nie zmieniła. Różnica doty­
czy tylko rekwizytów, ale nie istoty.
A oto fragmenty listu Zygmunta Krasińskiego do Cypriana
Kamila Norwida (17-19 I I I 1849 rok): „Każdy już nie tylko sie­
bie kocha, ale czci siebie. Każdy przemienił się w ołtarz, na któ­
rym sobą samym komunikuje sobie samemu, a wszystko w imię
demokracji i socjalizmu, czyli abnegacji tak szalenie daleko po­
suniętej, że w urzeczywistnieniu każdego by osobnika przetwo­
rzyła na machinę ślepo zazębioną o przyległą drugą, na cyfrę, na
zero!" Zwróćmy uwagę na to zestawienie pychy i abnegacji,
17

demokracji i socjalizmu, a wreszcie sprowadzenie człowieka do


bezwolnego i nic nieznaczącego trybu w maszynie. Dziś w ten
sposób działa telewizja, administracja, prawo europejskie. Jak echo
pobrzmiewają późniejsze słowa Majakowskiego: jednostka ni-
czem, jednostka zerem. Ten nihilistyczny socjalizm abnegatów
kiełkował już w pierwszej połowie X V I I I wieku.
Inny fragment tego samego listu: „Wszystkie illuminizma,
tajne stowarzyszenia, gwałtowne i rozpasane partie, co jeszcze
zupełnie na powierzchnię ziemi nie wystąpiły - udają tkliwość
nawet, każdego chwytają nie jego słabości, bo to mało, ale jego
cnotą, ale jego szlachetnością - to dopiero diabelskim - a potem
tak go wciągną, owiną, dniem po dniu zespólnikują z sobą, wciąż
udając, że wpływów jego słuchają, że wreście stanie się ich ofiarą."
Jak znakomicie scharakteryzowana metoda werbowania człon­
ków różnych partii, u których korzenia leżą w większości wypad­
ków tajne związki, socjalistyczne i masońskie. Jakie ostrzeżenie
dla naiwnych kandydatów! A są to tylko drobne fragmenty z wiel­
kiego skarbca myśli Zygmunta Krasińskiego. Czyż można się
dziwić, że Polaków chce się i dziś od tego skarbca odciąć, aby nic
nie rozumieli?
Czytajmy, czytajmy dzieła ludzi mądrych, takich w naszym
narodzie nie brakuje. Oddając im należną cześć, sami zyskujemy
na mądrości. A widząc jaśniej, nie damy sobą manipulować.

Z. Krasiński, Listy do różnych adresatów, Warszawa 1991, t. 2, s. 16.

87
Gniazdo rodzinne

Coraz częstszym zjawiskiem na polskiej wsi są opuszczo­


ne gospodarstwa. Puste podwórko, na którym nie widać domo­
wego ptactwa, niezamieszkała psia buda, przed którą stoi zardze­
wiały garnek, stodoła z wyrwaną dziurą w dachu i dom - drzwi
zamknięte na kłódkę, okna bez firanek, osypujący się coraz moc­
niej tynk. Sad i ogród zarosły zielskiem, z którego sterczą frag­
menty nieużywanych od dawna maszyn.
Scenariusz wszędzie jest podobny. Gospodarze mieli dzie­
ci, ale te dorosły i uciekły do miasta. W końcu brak już sił, nie ma
kto pracować w polu i w obejs'ciu, zamiast gospodarzy są już tyl­
ko emeryci, którzy dożywają swoich dni. Aż przychodzi moment,
gdy wszystko pustoszeje. Wkrótce tylko nieliczni sąsiedzi pamię­
tają, kto tu mieszkał, jakie były losy całej rodziny. Stojąc przed
opuszczonym gospodarstwem, możemy sobie wyobrazić tętniące
niegdyś życie, poranne karmienie zwierząt, dojenie krów, wesołe
poszczekiwanie psa, wizytę sąsiada; przez ciemne okno od kuch­
ni widać fragmenty białego pieca, tu przygotowywano posiłki, tu
szukano zwłaszcza jesienią i zimą tak miłego ciepła. A teraz ci­
sza, w dachu rozgościły się ptaki, za rok czy dwa zawalą się kro­
kwie i skruszeją mury.
A nad jeziorami trwa szał kupowania działek i budowy
domków, zwanych z rosyjska „daczami". Budują gęsto, jeden przy
drugim, styl nie odgrywa roli, każdy buduje co mu się żywnie
podoba. Są i malutkie domki niczym szopa na narzędzia, są i po­
tężne gmaszyska, wielopiętrowe wille. Wiele z tych domów nale­
ży do dzieci niedawnych gospodarzy. Kto wydostał się z wioski
i powiodło mu się w mieście, pragnie spełnić marzenie życia,
mieć działkę i domek, chce żyć po pańsku. A życie po pańsku, to
włączony na okrągło telewizor, muzyka rockowa z radia, wykrzy­
kiwanie wulgarnych słów i obowiązkowy wieczorami grill. Nie
ma już wioski, ziemi i przyrody, weszła cywilizacja.
Kiedy po wojnie przystąpiono do niszczenia gospodarstw

88
prywatnych, rodziny polskie były solidarne. Zdawano sobie spra­
wę, że chodzi przede wszystkim o przetrwanie i zachowanie ro­
dzinnego gniazda. Rodzinna ziemia, rodzinny dom, obejście, ogród
i sad - były symbolem niezależności, a wręcz budulcem prawdzi­
wej niepodległości. Należało bronić gospodarstw, pomagać
w pracy na polu, dopłacać, byle tylko przetrwały. Latem i w święta
dzieci miały gdzie przyjechać, by spędzić wolny czas lub uroczy­
stości w gronie rodzinnym. Dziś to wszystko odchodzi. Czego
nie udało się zniszczyć ideologii komunistycznej, coraz skutecz­
niej udaje się liberalizmowi. Miejsce prawdziwego gospodarstwa
zajmują coraz częściej domki rekreacyjne, zamiast hektarów,
wystarczą ary. A kto weźmie hektary, kto będzie na nich praco­
wał, w czyje ręce przejdzie ziemia?
Dziś rolnictwo nasze znajduje się w opłakanym stanie. Ale
nie łudźmy się, jest to wynik nie lenistwa Polaków, ale daleko­
siężnej polityki międzynarodowej, której wyrazicielami są kolej­
ne ekipy rządzące naszym krajem. Trudno wymagać od prostych
ludzi, aby ze wszystkim mogli sobie dać radę. Potrzebują pomo­
cy ze strony państwa.
Gdy przed wojną Niemcom zależało na umocnieniu Prus,
bardzo silnie dofinansowywano rolnictwo; powstawały dobrze
zorganizowane gospodarstwa (Zob. M. Wańkowicz, Na tropach
smętka). Ale ówcześni gospodarze, Niemcy, mieli państwo za sobą,
a nie przeciwko sobie. Dziś jest inaczej. Komuś zależy, aby Pola­
cy zadowolili się działeczkami, a ziemię zostawili odłogiem lub
sprzedali obcym. O tym należy wiedzieć, nie zrażać się, nie pod­
dawać się zniechęceniu, nie brać przykładu ze złych wzorów.
Trzeba na nowo restytuować sens rodzinnego gniazda, któ­
rym ma być gospodarstwo, aby nie opustoszało, aby miał kto na
nim pracować i nie czuł się samotnie, bez następców. Gospodar­
stwo już przez sam fakt, że obejmuje ziemię, że daje samowystar­
czalność, że skupia rozproszoną rodzinę, jest wielkim skarbem
nie tylko dla danej rodziny, ale i dla całego narodu. Dlatego trze­
ba bronić gospodarstw, nie iść na łatwiznę i wygodnictwo, trzeba
być solidarnym w dźwiganiu często nawet biedy, ale na swoim.

89
W Polsce, która liczy prawie 40 milionów ludzi, w której są tak
bogate tradycje rolnicze, nie może być opuszczonych gospodarstw.
One muszą tętnić życiem. Tak jak praca rolnika musi być spo­
łecznie doceniona, bo ma wymiar ogólnonarodowy, tak i rolnik
musi odzyskać poczucie własnej godności, dlatego że dziedziczy
najstarsze polskie zajęcie. A gdy państwo nie wywiązuje się ze
swych obowiązków, całe rodziny muszą pomyśleć, jak bronić
swoich gospodarstw, aby miał kto na nich pracować i aby z tego
powodu czuł się nie pokrzywdzony, ale dumny.
Gdy sytuacja jest trudna, a nawet sprawia wrażenie bezna­
dziejnej, wtedy trzeba wznieść się na poziom myślenia daleko­
siężnego. Dziś w takiej właśnie sytuacji się znajdujemy. Gospo­
darstwa przetrwają, jeśli będą ludzie, którzy kochają ziemię, a fe
wszystkie domki i działeczki łatwo i szybko upadną, choćby wów­
czas, gdy państwo obłoży je wysokimi podatkami. Nie ma idei,
aby bronić 10 akrów, ale obrona 10,20 hektarów rodzinnej ziemi,
ma głęboki sens. Na tej ziemi przez cały rok, a nie tylko w sezo­
nie przez tydzień czy miesiąc, wzrastają pokolenia, ta ziemia je
żywi, tę ziemię uprawiają, na tę ziemię patrzą, jak przemienia się
cudownie wraz z porami roku.
Obyśmy jadąc przez Polskę nie musieli oglądać opuszczo­
nych gospodarstw, niech tętnią życiem i będą dobrem dla jej miesz­
kańców.

Czyj talent?

Choć każdy człowiek posiada szereg różnorodnych zdol­


ności, dzięki którym opanować może - przynajmniej w podsta­
wowym wymiarze - sztukę czytania, pisania czy śpiewania, to
jednak zdolności wyjątkowych, zwanych talentem, nie spotyka
się zbyt często. Zazwyczaj zdając sobie sprawę, że opanowywa­
nie różnych umiejętności jest żmudne, a więc wymaga czasu
i wiąże się z pewnym trudem, zazdrosnym okiem patrzymy na
ludzi utalentowanych, którzy łatwo i szybko się uczą, a także po­
trafią być twórczy.
90
Okazuje się jednak, że i talent biec może wyboistą drogą i
nad niejedną przepaścią. To prawda, talent ułatwia opanowanie
jakiejś umiejętności. Kto ma dobry słuch i pamięć muzyczną,
potrafi nauczyć się gry na instrumencie, ale tylko w ograniczo­
nym zakresie. Albowiem bez żmudnej pracy, i to pod okiem mi­
strza, człowiek utalentowany przestanie się rozwijać, biegłość
obejmować będzie tylko niezbyt skomplikowane utwory. Znacz­
niejsze osiągnięcia wymagają lat pracy, a im większy talent, tym
człowiek musi stawiać sobie wyższe wymagania.
Na ludzi utalentowanych czyha wiele niebezpieczeństw. Z
jednej strony ulec mogą własnej próżności. Tak bardzo zachwycą
się swoim talentem, że zapomną o pracy nad jego rozwijaniem;
nie minie wiele czasu, gdy talent po prostu się wypali i zostaną po
nim tylko wspomnienia. Z innej strony pojawić się może pokusa
przehandlowania talentu. Przykładem są utalentowane dzieci, które
zatrudnia się w tzw. show biznesie. Eksploatowane nad miarę,
bez odpowiedniej nauki, bez dalekosiężnie patrzącego mistrza,
za sławę i wysokie zarobki, oddają cały talent, który szybko ule­
ga nie tylko wyczerpaniu, ale nade wszystko zwyrodnieniu. Śpiew
staje się najpierw manierą, a później tylko krzykiem. Głos wielu
śpiewających dzieci w różnych zespołach rozrywkowych, nawet
tych chrześcijańskich, ulega często trwałemu zepsuciu, tak że nie
tylko nie ma mowy o dalszym rozwoju talentu, ale wręcz pojawia
się chroniczna choroba strun głosowych, która uniemożliwia nor­
malne mówienie. Aż dziw bierze, jak wielu rodziców i nauczy­
cieli handluje zdezorientowanymi dziećmi, które, Bogu ducha
winne, mają talent.
Innym zagrożeniem jest sprzeniewierzenie talentu, czyli
oddanie go na służbę jakiejś kłamliwej ideologii. Dla wielu twór­
ców, choćby w okresie panowania ideologii komunistycznej, był
to prawdziwy dramat. Iluż to poetów, ilu reżyserów, ilu kompo­
zytorów uwiarygodniało swym talentem kłamstwo i zło. Te wier­
sze na cześć Lenina, Stalina i Bieruta, na cześć zbrodniczego Urzę­
du Bezpieczeństwa - to hańbienie naszej przeszłości i świętego
imienia Polski, te niewybredne ataki na religię i Kościół - to

91
wszystko było jakże często dziełem ludzi utalentowanych. 18

Piękną rzeczą jest talent, ale wymaga pielęgnacji, pracy


i troski, wymaga roztropnos'ci, wymaga pos'więcenia i bohater­
stwa. W innym wypadku zmarnieje, obróci się przeciwko Praw­
dzie, Dobru i Pięknu, obróci się przeciwko samemu sobie.
Jeden z największych polskich kompozytorów XX wieku -
Witold Lutosławski w wystąpieniu na przerwanym przez stan
wojenny kongresie kultury polskiej jakże trafnie ukazał związek
twórczos'ci z sumieniem artysty i prawdą, jaką ma do przekaza­
nia. Zwrócił uwagę, że nie zawsze artysta jest wierny samemu
sobie i to z różnych przyczyn, zarówno wewnętrznych jak i ze­
wnętrznych. Witold Lutosławski mówił: „Zdarza się przecież, że
ma on (artysta) słaby charakter, że jest żądny sukcesu, sławy czy
pieniędzy i dla osiągnięcia tych celów gotów jest czynić najroz­
maitsze kompromisy na rzecz pewnych typów publiczności czy
menażerów, rezygnując z wyrażenia w sztuce swej wewnętrznej
prawdy. Czyniąc tak, może sobie nawet nie zdawać sprawy, że
oferuje swym odbiorcom fałszywą monetę. Jest to jednak posta­
wa głęboko niemoralna. W moim pojęciu bowiem talent nie jest
wyłączną i prywatną własnością tego, który został nim obdarzo­
ny. Jest z pewnością darem, przywilejem, ale przywilej ten jest
połączony z rozlicznymi obowiązkami." A więc człowiek uta­
19

lentowany musi czuć się odpowiedzialny za posiadany dar


w wymiarze społecznym. Posiada skarb, złotą monetę, i nie wol­
no mu jej sfałszować, bo to prowadzi do sprzeniewierzenia.
„Ale prawda, o której mowa - kontynuował Lutosławski -
może być zagrożona nie tylko przez brak takich kwalifikacji, lecz
również przez czynniki zewnętrzne w postaci presji wywieranych
na artystę przez innych ludzi lub całe instytucje. Przykładem tego,
co mam teraz na myśli, mogą być losy polskiej sztuki w okresie
poprzedzającym rok 1956." Rzeczywiście, choć w całym okresie
komunistycznym sztuka znajdowała się pod instytucjonalnym

Zob. B. Urbankowski, Czerwona msza czyli uśmiech szatana, Warszawa 1998, t. 1-2.
18

" Kongres Kultury Polskiej. 11-13 grudnia 1981, Warszawa 2000, s. 6 ln.

92
nadzorem władzy, to do roku 1956 nadzór ten byl całkowity. Prze­
czytanie na głos wiersza spłodzonego przez wielu ówczesnych
poetów, również tych, których później nie wiedzieć czemu uwień­
czono najwyższymi laurami jak choćby Nagroda Nobla, budzi
niesmak, a wręcz jakąś" duchową odrazę. Słabsi psychicznie twórcy
uwiarygodniali imperium zła, okłamywali społeczeństwo, zaprze-
dawali i sprzeniewierzali swój talent.
Nie chodzi o to, aby ich dzis' osądzać, bo to jest zbyt łatwe
i tanie, ale trzeba o tym pamiętać. Bo drobny wierszyk, na który
dzis' patrzymy z niedowierzaniem lub z litością, potrafił w swoim
czasie poruszyć wielkie sprężyny społeczne; dziś bez znaczenia,
skazany na zapomnienie, dawniej zły i wiarołomny okłamywał
miliony.
Piękną rzeczą jest talent, ale talent to nie wszystko. Trzeba
zań dziękować Bogu, pracować nad jego rozwojem, być wier­
nym sobie i szczerze służyć ludziom.

Rozproszony Naród

Polacy są narodem rozproszonym po całym świecie. Tworzą


mniejsze lub większe skupiska, czasem stanowią nieliczną garst­
kę zabłąkaną wśród wysp Pacyfiku, czasem potężną wręcz aglo­
merację, jak choćby w Chicago czy Toronto, liczącą setki tysięcy,
a nawet ponad milion ludzi. Jest to o tyle charakterystyczne, że
naród nasz wielokrotnie skazywany był przez sąsiadów na biolo­
giczne wyginięcie. A jednak przetrwał i to wcale w pokaźnej licz­
bie.
Czym różnią się Polacy w Polsce od Polaków na emigra­
cji, czyli tzw. Polonii? Różnic jest bardzo wiele. Polonusi ujaw­
niają bardzo wyraziste różnice pokoleniowe. Poszczególne fale
emigrantów zachowują cechy polskie z okresu opuszczenia Oj­
czyzny. Dla kogoś, kto lubi polskość, jest to cudowna podróż do
żywej historii. O ile bowiem w kraju siła współczesności wręcz
miażdży przeszłość z jej zróżnicowaniem, kolorytem, odmienno-

93
ścią, o tyle na emigracji Polonusi w swej polskos'ci zostają tacy,
jakimi byli przed ćwierć-, a nawet półwieczem. Przebywając
z kimś', kto urodził się i wychował przed wojną, a do kraju ojczy­
stego nigdy już nie wrócił, słyszymy język Polski przedwojennej,
Polski Wileńszczyzny, Polski Podola, Polski Wołynia. Obserwu­
jemy sposób zachowania, odnoszenia się domowników do siebie,
do gości, tę jakże ujmująca grzeczność, serdeczność, ciepło. Słu­
chać możemy barwnych opowieści, które wypełniają niejeden
wieczór. Przebywając wśród Polonii możemy wybierać pokole­
nia, z którymi chcemy przebywać, różnorodność dialektów, które
chcemy słyszeć, możemy wybierać Polskę, jaką była.
Współczesnością Polaków na emigracji jest nowy dla nich
świat. Polska pozostaje taką, jaką mają w sercu, gdy ją opuszcza­
l i . Równocześnie ta polskość jest na tyle silna, że potrafi przebić
się w następne pokolenia, dzieci i wnucząt. Potrzebne jest tylko
świadome i systematyczne zaangażowanie rodziców i dziadków,
częste rozmowy z dziećmi, nauka pacierza, wierszyków, piose­
nek po polsku, nauka obyczajów religijnych i narodowych. Wów­
czas dzieci, urodzone w Kanadzie, Niemczech czy Stanach Zjed­
noczonych, mimo wielu trudności przechowają polskość, do któ­
rej w wieku dorosłym będą z pewnością lgnęły, bo przecież kul­
tura polska jest piękna.
Tzw. emigracja solidarnościowa, a więc ta z lat 80., jest
w trudnej sytuacji. Zawisła w kulturowej próżni. Z jednej bo­
wiem strony ruch „Solidarności" wyrósł z ambicji niepodległo­
ściowych i patriotycznych, a jednak sama emigracji solidarno­
ściowa po początkowym okresie gorączkowego rozpolitykowa­
nia popadła w polityczną apatię, a w końcu wylądowała w czy­
stym ekonomi zmie, czyli robieniu interesów. Przedstawicielom
emigracji przedwojennej i wczesnopowojennej trudno jest odna­
leźć wspólny język z młodą emigracją, która jest za mało patrio­
tyczna, nie posiada wielkich ideałów, nie szanuje przeszłości.
Oczywiście są wyjątki. I wtedy dopiero widać, jak wielką rolę
odgrywa średnie pokolenie, które stanowić powinno żywy łącznik
między pokoleniem najmłodszym i najstarszym. Przykłady takie

94
znaleźć "nożna przede wszystkim w działalności harcerskiej, któ­
ra w wielu kręgach emigracyjnych jest bardzo żywa.
Najbardziej charakterystycznymi elementami polskości jest
masowy udział w niedzielnej Mszy Św.. Niezależnie od tego, czy
jest to jeden z kościołów w Nowym Yorku, Chicago, Toronto,
Oslo, Monachium czy choćby kościół w dalekiej Wiktorii (na
wyspie Vancouver), atmosfera wszędzie jest taka sama, słychać
tę samą polską mowę, polskie modlitwy, polskie pieśni, widać
polskie zwyczaje; są osoby starsze i rodzice z dziećmi. Zamyka­
jąc oczy można sobie wyobrazić, że wokół nie ma Manhatanu,
nie ma jeziora Michigan, nie ma Pacyfiku, że wokół jest tylko
Polska.
Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest sobotnia szkoła pol­
ska, która najczęściej funkcjonuje przy parafii albo przy jednym
z domów polonijnych. Pozbawiona rozszalałego ataku na polskość,
jaki obecny jest w samej Polsce, tradycyjna i spokojna, w więc
bez eksperymentów i reform, których celem jest odpolszczanie
polskich dzieci w Polsce, sobotnie szkoły polskie przyciągają cał­
kiem dobrowolnie dzieci i rodziców ze względu na powab kultu­
ry polskiej, której smak jest wyjątkowo atrakcyjny na obczyźnie.
Z jakąż radością przeczytać można wybrane urywki poświęcone
urodzie naszego języka, jakie znajdują się na wystawie zorgani­
zowanej przez panią Anię, nauczycielkę polskiego, w sobotniej
szkole polskiej w jakże odległej Wiktorii na wyspie Vancouver,
która leży już na Pacyfiku. Posłuchajmy choć fragmentu:

„O mowo polska, ty ziele rodzime


niechże cię przyjmę w otwarte ramiona.
Ty będziesz kwieciem tych pól ubarwiona,

ty osłoną żywiczną lasów,


ty zbożnym kłosem na roli,
pojmującą, czującą, co boli.

95
O mowo polska,
ty czujny odzewie serdecznych żalów,
utrwalonych w śpiewie"

(Stanisław Wyspiański, Wesele)

Trudny jest los emigrantów, jedynej ojczyzny nic nie za­


stąpi, ale poprzez język, poprzez wiarę, poprzez wspólną kulturę,
stanowimy jako naród jedność. I to właśnie sprawia, że nigdzie
na świecie nie możemy czuć się samotni.

Niedźwiedzica z Gór Skalistych

Góry Skaliste rozciągają się około 5 tysięcy kilometrów


wzdłuż zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i Kanady.
Wabią swoim urokiem i dziewiczym pięknem. Ich nazwa dokład­
nie odpowiada rzeczywistości, Góry Skaliste są skaliste, przez co
wyglądają dziko i niedostępnie. Jako Park Narodowy objęte są
ochroną, dzięki temu zachowało się wiele gatunków roślin i zwie­
rząt. Szczególnie te ostatnie budzą zainteresowanie turystów; obej­
rzeć z bliska sarny, jelenie, kozice, łosie to nie lada przyjemność,
tym bardziej, że w zasadzie zwierzęta nie są zbyt płochliwe. Bywa
jednak, że ryś zaczai się na spacerującego ścieżką przechodnia
i zeskoczy nań jednym susem z drzewa. Skutki mogą być opłaka­
ne.
Największy jednak problem stanowią niedźwiedzie. Pro­
dukowane w milionach, jeśli nie miliardach, egzemplarzy pociesz­
ne misie-zabawki przyzwyczajają już najmłodsze dzieci do fał­
szywych wyobrażeń o tym pięknym, ale wcale nie łagodnym stwo­
rzeniu. Niedźwiedzie są nie tylko bardzo silne, lecz również bar­
dzo szybkie. W Górach Skalistych często spotkać można tablice
informujące, jak się zachować w razie nagłego spotkania z nie­
dźwiedziem. Należy hałasować, ale nie uciekać, niedźwiedź jest
szybszy od człowieka, łatwo dogoni nieroztropną ofiarę. Siła łapy

96
jest podobno potężna, zdolna za jednym zamachem pogruchotać
kos'ci. Wśród wielu opowieści o spotkaniach z niedźwiedziem,
jedna jest szczególnie pouczająca. Jak wiadomo, najgroźniejsze
jest napotkanie niedźwiedzicy z małymi. Takie małe niedźwiadki
muszą wyglądać rozkosznie i najbardziej przypominają pluszo­
we zabawki, stąd wielu turystów chciałoby je dotknąć, pogłaskać,
a nawet wziąć na ręce. Niedoczekanie. Mama niedźwiedzica nie
zna się na żartach i na zabawkach, widząc potencjalne zagrożenie
dla swojego potomstwa, wpada we wściekłość, jest rozjuszona
i atakuje nieomal na oślep. Przy spotkaniu niedźwiedzicy z mały­
mi trzeba bardzo uważać.
Ponieważ jednak ciekawość, a właściwie natrętność ludz­
ka, nie zna granic, więc są „miłośnicy przyrody", którzy nie wy­
chodząc z samochodów podjeżdżają blisko niedźwiedziej rodzi­
ny, aby się lepiej przyjrzeć baraszkującym maluchom. Wówczas
zdarza się, że niedźwiedzica podbiega do samochodu, chwyta za
zderzak i w sekundzie go wyrywa. Wara od małych! Niedźwie­
dzica z narażeniem swojego życia broni własnego potomstwa,
nie ufa człowiekowi, nie boi się samochodu, który mógłby ją sta­
ranować. Chwyta za zderzak, potrząsa maszyną, nie ucieka, jest
na miejscu, walczy o bezpieczną przestrzeń dla niedźwiedziej
rodziny.
Ta scena przychodzi na myśl wówczas, gdy zastanawiamy
się nad naszymi dziećmi. Coraz częściej uderza, a wręcz poraża
beztroska rodziców. W końcu to są czyjeś dzieci, które oglądają
demoralizujące programy w telewizji, czytają na zewnątrz kolo­
rowe, a w treści jakże brudne periodyki, idąc ulicą nie przebierają
w słowach. Ktoś ukazuje im takie złe wzory i zachęca do ich
naśladowania. A rodzice milczą, nie interesują się własnymi dzieć­
mi, nie pytają, co się w ich duszach dzieje, nie upomną, nie dadzą
dobrego przykładu. Następuje nie tylko upadek kultury, ale
i zdrowego rozsądku, a wreszcie jakiegoś instynktu samozacho­
wawczego. Chodzi przecież o własne dzieci, o tych, którzy mają
być naszymi potomkami i spadkobiercami. Jeżeli dopuścimy do
nich nie tyle turystów, co manipulatorów, a nawet złoczyńców

97
jakich lansują jako wzór dla młodzieży pozostające w swej więk­
szości w rękach obcych media, to wówczas nie łudźmy się, że
ocalimy przed ich wpływem nasze dzieci. Nastały czasy, że o dobro
i przyszłość dziecka, aby nie zmarniało i nie zeszło na złą drogę,
trzeba po prostu walczyć. Trzeba być przytomnym, mieć czas
i rozum, a gdy trzeba - odwagę. Dziś sprawy nie toczą się same,
normalnym torem. Zarówno szkoła, jak i media mogą być tere­
nem niebezpiecznych dla naszych dzieci eksperymentów. Mogą
dążyć do niszczenia sumień, do niszczenia naszej tradycji i naj­
lepszych wzorów. Rodzice muszą tworzyć rodzinny, bezpieczny
krąg, w którym wyrasta młoda latorośl na ludzi, a nie zabawki.
Jest ciężar obowiązków i zakres odpowiedzialności, w ramach
których rodziców nikt nie zastąpi. Jest wiele centrów, które chcą
dzieci rodzicom wyrwać, by je otumanić i zdeprawować. Z tym
trzeba się liczyć i nie usprawiedliwiać niewiedzą. Fakty, a do nich
należy młodzież pokaleczona, mówią same za siebie. Młodzież
polska nie zasługuje na to, aby traciła fason i tak podziwianą od
wieków grzeczność i elegancję. Do tych wartości musimy w wy­
chowaniu wracać, one najlepiej o nas Polakach świadczą.
Gdy w Górach Skalistych zapada zmierzch, skalne zbocza
wtapiają się w mrok. Tylko na niektórych wierzchołkach błysz­
czy śnieg, zwłaszcza gdy na niebie iskrzą się miliony gwiazd.
Wyobraźnia próbuje odgadnąć ukryte życie przyrody, od której
wiele jeszcze można się nauczyć.

Wiosenne przesilenie

Marzec w Polsce to miesiąc, w którym zima z wolna ustę­


puje miejsca wiośnie. Kto jest czuły na przyrodę, ten lubi obser­
wować tę cudowną walkę pór roku i żywiołów, w dzień i w nocy.
Nocą zdecydowanie króluje zima. Temperatura spada poniżej zera,
czarną ziemię oprósza biały szron, a resztki śniegu ukrytego
w rozpadlinach pokrywa twarda, zlodowaciała skorupa. Dniem
swych sił próbuje wiosna. Rankiem, gdy wyjdzie słońce, szron

98
znika szybko, temperatura ros'nie, choć powietrze jest ciągle zdra­
dliwie chłodne. Dopiero koło południa robi się cieplej. Zofia
Kossak Szczucka w poetyckich obrazkach zatytułowanych Rok
polski pisała o marcu: „Już ciepły wiosenny wiatr ociera ziemię
miękkimi skrzydłami. Powietrze upaja jak wino, roznosi młodych,
szkodzi starym. Zbyt tęgi trunek na zetlaly bukłak. Toteż stare
przysłowie powiada: Jeśli starzec przejdzie marzec, będzie
zdrów..." (Warszawa, IW PAX, 1997, s. 33.)
Bywają jednak dnie, gdy zima pokazuje, co potrafi. Zry­
wają się potężne wichury, których siła łamie drzewa jak zapałki,
niebo zasnuwają stalowe chmury, które pędzą gdzieś' na os'lep.
Śnieg na przemian z gradem błyskawicznie zmienia pejzaż -
wydawać by się mogło, że cofają się pory roku, że na dobre po­
wróciła zima. Ale nie, mija dzień, a czasem zaledwie kilka go­
dzin, s'nieg znika, a na niebie znowu króluje słońce, które cierpli­
wie toruje drogę wios'nie.
W ostatnich latach nie jest trudno przebić się wios'nie, bo
zimy nie są już tak ostre jak dawniej, gdy ziemię otulał gruby
kożuch s'niegu, a rzeki długo skute były lodem. Cóż to musiało
być za widowisko, gdy lody w końcu ruszały. Zofia Kossak pisa­
ła: „Uwięzione rzeki puszczają i po nocy budzi śpiących huk pę­
kającej pokrywy lodowej. Gdzie wczoraj jeszcze szła po lodzie
jezdna droga, dziś spiętrzone zwały kry prą z szelestem, wpełzają
jedne na drugie jak zmagające się płazy, wznoszą barykady
w poprzek rzeki. Spieniona woda przelewa się między nimi. Bruz­
dami, drogami, z pól, ze wszystkich wzgórzy ciurkają strużynki
wody, łączą się, pędząc ku rzece. W zakrętach rzeki gromadzi się
żółta piana, pomost suchych trzcin i puste muszle małżów rzecz­
nych. Bije z nich ostra woń mułu i ryb. Na łęgach już jęczą czaj­
ki, górą ciągną klucze kaczek i gęsi. Zda się, że żegnano wczoraj
ptactwo odlatujące w mglistej pogodzie jesiennej, a ot, ledwoś
się człowieku obejrzał - zima minęła i nowe rodzi się lato."
Kto mieszka w miasteczku lub na wiosce, ten częściej ob­
cuje z przyrodą i może wszystkimi zmysłami chłonąć jej piękno.
Natomiast ludność wielkich miast żyje w nieustannym hałasie,

99
a widok przesłania im gęsta zabudowa; człowiek przymyka oczy
i uszy, jest rozdrażniony szybkim tempem życia a równocześnie
jest też jakby otępiały, traci wrażliwość. A przecież wrażliwość
jest istotnym elementem naszego człowieczeństwa, nie jesteśmy
maszynami, które rano podłącza się do pracy, a wieczorem wyłą­
cza. Trzeba dbać o wrażliwość, chronić przed stępieniem, rege­
nerować, gdy słabnie. Wielką rolę odgrywa tu bezpośredni kon­
takt z przyrodą. Co innego spacer nad brzegiem rzeki, której szum
pieści ucho, a oczy porywa widok rwących fal, ptactwa wodne­
go, pęczniejących sokami drzew i krzewów, a wreszcie zielenie­
jącej już gdzieniegdzie ziemi - a co innego oglądanie w telewizji
filmów przyrodniczych. Tworzą one tylko iluzję obcowania z przy­
rodą, gdy faktycznie siedzimy zamknięci w czterech ścianach,
w dusznym i ciasnym pomieszczeniu, wpatrzeni w malutki ekran,
gdzie nie ma prawdziwej wody, prawdziwych ptaków, prawdzi­
wych drzew, a tylko ich namiastki i to elektroniczne. Prawdziwy
oddech daje prawdziwa przyroda, nie musi być tak imponująca
jak Himalaje, tak tajemnicza jak Amazonka, wystarczy kawałek
polskiego lasu, po którym można spacerować wśród brzóz, świer­
ków, dębów, olch i sosen, wystarczy polska łąka, na której kwit­
nie najpierw żółty podbiał, a wkrótce stokrotki i kaczeńce, wy­
starczy brzeg mazurskiego jeziora, gdy w przezroczystej wodzie
widać odbijające z dna zielone pędy trzcin.
Poprzez zauroczenie porami roku, niebem, lasem i wodą
nie tylko ożywiamy naszą wrażliwość, ale również nadajemy jej
charakter polski. Pochodząc od pokoleń stąd, z tej przyrody, gdy
umiejętnie z nią obcujemy, stajemy się Polakami, uczymy się
miłości nie do abstrakcyjnej Ojczyzny, ale do tej właśnie ziemi
ojczystej, tej ziemi, która ma swoje drzewa, swoje krzewy, swoje
kwiaty, swoje wody i swoje niebo. Odczuwamy to wyraźnie,
a nawet boleśnie, gdy opuszczamy rodzinną ziemię, by zamiesz­
kać w innym kraju. Wówczas widzimy, że Ojczyzna to ziemia, że
choć mogą być piękniejsze łąki i wyższe góry w Ameryce lub
w Afryce, to takich jak nasze nie ma nigdzie na świecie, one są
jedyne i nam najbliższe. One należą do nas. My też, jako Polacy,
musimy do Ojczyzny należeć.
100
A teraz patrzmy, nadchodzi wiosna. I choć minie jeszcze
wiele dni, nim wszystko wokół się zazieleni, to przecież wiemy,
że wiosna nadejdzie, doda nam otuchy i sił. Pojawią się nowe
pomysły i nowe nadzieje.

Inni też?

Zycie stawia nas nieustannie w sytuacjach, w których mu­


simy podejmować rozmaite decyzje. Jedne są prozaiczne, dotyczą
spraw codziennych, do których podchodzimy nieomal automa­
tycznie: jak się ubrać, co kupić na śniadanie, jakim autobusem
gdzieś' dojechać, etc. Inne są poważniejsze, dotyczą szkoły, pra­
cy. Podjęcie decyzji w sprawie odpowiedzi na zadane przez na­
uczyciela pytanie: Czy Sobieski ocalił Europę w 1683 roku czy
w roku 1684? nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli nadmiar różnych dat
miesza nam się w głowach. Trudne jest również podjęcie decyzji
w wielu sprawach zawodowych, wymagających dobrego przygo­
towania i długiego namysłu. Jakiej koncentracji wymaga decyzja
skoczka narciarskiego o momencie odbicia z progu, gdy centy­
metry ważą o długości lotu. Jeśli odbije się za wcześnie, lot bę­
dzie krótki, jeśli za późno - jeszcze krótszy. A cóż mówić o decy­
zjach militarnych lub politycznych, od których zależeć może los
milionów ludzi. Rozkaz zrzucenia bomby na jakieś miasto łączy
się w sposób nieunikniony ze śmiercią wielu osób. Legalizacja
aborcji lub eutanazji doprowadzić może do większych zniszczeń
niż wojna, choć na zewnątrz nie ma to wymiaru tak spektakular­
nego. Są również decyzje osobiste rzutujące na całe nasze życie:
jakie wybrać studia? z kim zawrzeć związek małżeński? czy
i w kogo wierzyć?
Zycie człowieka jest życiem moralnym. Będąc rozumny­
mi, musimy myśleć, będąc wolnymi, musimy wybierać. Zycie
pozbawione rozumu i wolności staje się życiem nieludzkim. Jako
ludzkie musi być przemyślane i wolne. Na czym więc polega pro­
blem? Na tym, że nie jest łatwo rozpoznać prawdę, a gdy ją po­

zo/
znamy, wiele powodów odciągnąć nas może od słusznego dobra.
Niewiele trzeba, aby podjąć złą decyzję, która będzie szkodzić
nam lub innym, teraz lub później.
Kto traktuje swoje życie poważnie i wiele doświadczył,
ten zdaje sobie sprawę z ciężaru podejmowanych decyzji. Kto
natomiast życie bierze lekko, ten przede wszystkim lekceważy
konsekwencje podjętych decyzji. Taka postawa bliższa jest lu­
dziom młodym. Ale są też ludzie dorośli, którzy nie wydorośleli,
patrzą na wszystko żartobliwie albo wręcz cynicznie. Podejmują
decyzje, ale bez odczuwania ciężaru odpowiedzialności. Są też
tacy, którzy ewidentnie lubią komuś szkodzić. Ludzie są bardzo
różni, często nieprzeniknieni. Człowiek, który podchodzi do życia
poważnie, okazuje przede wszystkim dobrą i prawą wolę.
Dylemat polega na tym, jak rozpoznać prawdziwe dobro? Czuje­
my, jak w wielu wypadkach nie starcza nam sił poznawczych,
aby coś dokładnie rozszyfrować. A czas ucieka, decyzję trzeba
podjąć. Co wówczas robimy? Mamy do wyboru kilka możliwo­
ści. Możemy kogoś, kto cieszy się autorytetem, zapytać, co by
nam radził w naszej sytuacji. Takim autorytetem mogą być rodzi­
ce, dziadkowie, nauczyciele lub osoby duchowne. Jakże ważne
jest, aby mieć wokół siebie ludzi, którzy mogą nam życzliwie coś
doradzić. Są oni wprost bezcennym skarbem.
Inna możliwość, to podpatrzenie, jak robią inni. Tak dzieje
się najczęściej, ludzie naśladują jedni drugich. Sąsiad naśladuje
sąsiada, uczeń ucznia, pracownik pracownika, telewidz telewi­
dza. Powstaje w końcu łańcuch reakcji masowych, który przybie­
ra postać nieokreślonej masy. Na pytanie: Dlaczego tak postępu­
jesz? nie pojawia się odpowiedź, bo to jest słuszne, bo tak uwa­
żam, bo tak mi doradzono, ale: BO INNI TEŻ. Cały wolny czas
spędzam na oglądaniu telewizji, bo inni też; kupuję w supermar­
ketach, bo inni też; czytam polskojęzyczną prasę, bo inni też;
pozwalam dzieciom na wszystko, bo inni też; lekceważę ojczy­
znę, bo inni też; wypinam pierś do orderów, bo inni też. Takim
wytłumaczeniom nie ma końca: robię wszystko, co inni. A jeśli
robię to, co inni, to jestem w porządku. Czyżby?

102
A jeśli inni się mylą? Jeśli są sprytnie manipulowani? Jeśli
stracili poczucie honoru? A jeśli demoralizacja postąpiła tak da­
leko, że wracają czasy Sodomy i Gomory, czy wówczas również
będziemy się usprawiedliwiać, że inni też? Przecież jeśli ci inni
źle postępują, to nie wolno ich naśladować, nie wolno się za nich
chować, nie wolno się do nich upodabniać. Oni nie mają żadnej
mocy, choćby ich były miliony, setki milionów, aby nas uspra­
wiedliwić i aby zło zamienić na dobro. Zupełnie tak samo, jak nie
mają mocy, aby sprawić, że dwa plus trzy równa się sześć, choć­
by wszyscy głosowali, że to jest sześć.
Za podejmowane decyzje każdy z nas jest odpowiedzialny
osobiście. Może się radzić, może naśladować innych, ale osta­
tecznie sam w swoim sumieniu musi rozpoznać, co jest dobre,
a co złe. Człowiek sam bierze odpowiedzialność za swoje wybo­
ry. Na tym polega wolność i na tym polega odpowiedzialność. To
jest trudne, ale jedynie ludzkie.

Polska wiosna

Są miejsca na świecie, w których zima gwałtownie prze­


chodzi w wiosnę - w ciągu kilku dni robi się całkiem zielono. Tak
jest w Waszyngtonie, w Chicago, w Toronto. Gdy buchnie ciepłe,
a nawet parne powietrze, drzewa nie mają czasu czekać i całe się
zielenią od dojrzałych liści. Można odnieść wrażenie, że są tylko
dwie, najwyżej trzy pory roku: zima i lato, ewentualnie jesień.
Gdzieś po drodze gubi się wiosna. Tymczasem w Polsce mamy
niesłychanie długą wiosnę, którą poprzedza przedwiośnie. U nas
przyroda się nie śpieszy. Najpierw, jeszcze w lutym, pokazują się
bazie, potem długie koty. Pod koniec marca zaczyna żółcić się
bezlistna forsycja, pęcznieje pachnąca czarna porzeczka. Wkrót­
ce brzozy osypane zostają drobnymi, wręcz koronkowymi listka­
mi, kasztan zaś wypuści grube, lepkie pąki. Z początkiem kwiet­
nia bielą się krzaki dzikich śliwek, jakby przyprószone śniegiem;
opadające szybko płatki tworzą pod koroną błyszczące kobierce.

103
Z dnia na dzień robi się coraz zieleniej, coraz barwniej, ale nie za
szybko. Stare dęby, nauczone doświadczeniem majowych przy­
mrozków, wypuszczą liście dopiero w czerwcu. Mamy bardzo
długą wiosnę, która cieszy oko i poprawia nastrój.
Zleciały już ptaki z odległych krain. Rozpoczęły się pierw­
sze lęgi. Na niebie nie widać już kluczy żurawi, co najwyżej kilka
sztuk, które głośnym klangorem oznajmiają wszem i wobec, gdzie
jest ich teren. Znikły gdzieś myszołowy, które zazwyczaj kołują
wysoko na niebie albo czają się w koronie drzew. W lesie słychać
intensywną pracę dzięciołów - wystukują przeróżne melodie, jedne
rytmicznie i wolno, inne seriami jak z karabinów maszynowych.
Para czarnych kruków z lekko zakrzywionymi dziobami przemy­
ka skrajem lasu, kracząc z rzadka grubym głosem. Natomiast sro­
ki rozskrzeczały się na dobre, skaczą po gałęziach, płotach i zie­
mi; niestety, wiele młodych piskląt padnie ich ofiarą. Pochowały
się zwierzęta, gdy jeszcze niedawno z okien pociągu widać było
sarny szczypiące oziminę, teraz co najwyżej zobaczyć można stroj­
nego koguta bażanta.
A cóż musi się dziać w miejscach niedostępnych dla ludzi,
w rozlewiskach rzek, wśród niebezpiecznych bagien, w przepast­
nych borach. Ile tam życia, ile tajemnic, ile cudów. Gdyby jesz­
cze człowiek potrafił uszanować przyrodę, gdyby nie palił bez­
myślnie łąk, gdyby nie łapał ryb w tarło, gdyby nie śmiecił, gdzie
tylko się da. " To wszystko jest nasze i dla nas. Czyż nie warto,
2

aby cieszyło nasze oczy i uprzyjemniało i tak trudne życie?


A przecież Polacy potrafią szanować przyrodę. Dowodem
na to jest wyjątkowy sentyment do bocianów. Przed prawie trzy­
stu laty pewien Francuz tak opisywał swoją drogę z Gdańska do
Malborka: „My także puściliśmy się w drogę z Gdańska do Mal­
borka przez pola bardzo urodzajne i przyjemne. Wszędzie roz­
proszone, w niewielkich od siebie odstępach, domy wieśniaków
porządnie i wygodnie z cegły zbudowane. Wdzięczne ogrody, role
najpiękniej uprawione, siecią strużek wodnych zamknięte i ogro-

20
L. Kożuchowski, Wypalanie roślinności katastrofą środowiska przyrodniczego,
Toruń 1999/2000

104
dzone. Bydła na polach ilość niezmierzona; wsie bardzo liczne.
Miło tam patrzeć na bociany budujące swe gniazda na dachach
domów i znoszące wiele kawałków gałęzi na ich ustrojenie." Tak
opowiadał Karol Ogier w swoich opublikowanych najpierw po
łacinie pamiętnikach. Przytacza też ciekawe ludowe podanie
0 bocianach: „Mają one obyczaj taki, iż - gdy odlatują i młode
z sobą wywodzą - jedno w gnieździe, niby gospodarza, ostawiają.
Łaskawe zasię są wielce i nie straszą się obecnością ni psów, ni
ludzi. Przywiązane są niezmiernie tak do swego potomstwa, jak
1 do rodziców już słabych; unoszą ci bowiem ich ze sobą i żywią." 21

A zatem lud nasz był przekonany, że bociany posiadają najlepsze


polskie cechy: troszczą się o rodziców nie zostawiając ich na pa­
stwę losu, rodzice zaś zawsze pamiętają, że jedno z młodych musi
koniecznie zostać „na gospodarstwie".
Przejeżdżając dziś koło gospodarstw, gdzie widać siedzą­
cego na gnieździe bociana, aż trudno uwierzyć, od ilu to już wie­
ków te piękne ptaki do nas przylatują ciesząc się pradawną polską
gościnnością.
Mamy, jako Polacy, wiele pięknych cech. Trzeba je tylko
uporządkować, wprowadzić pewien ład, nie działać odruchowo
i bezmyślnie. Wiosna to czas porządków, sprzątamy obejścia, po­
dwórka, domostwa i mieszkania. Warto też uporządkować nas
samych, nazbierało się sporo śmieci przez zimę, a może i przez
lata. Będzie przyjemniej i milej, nam ze sobą i innym z nami.

Wilki i owce

Ojciec Jacek Woroniecki (1878-1949), dominikanin, nale­


żał nie tylko do starego rodu książęcego, ale nade wszystko re­
prezentował szczytne tradycje polskiej arystokracji ducha. Obok
dzieł obszernych, wielotomowych, takich jak choćby Katolicka
etyka wychowawcza, pozostawił po sobie mnóstwo prac drobnych,

21
Cudzoziemcy o Polsce. Relacje i opinie, Kraków 1971, t. 1, s. 224.

105
ale zawierających niezwykle trafne i głębokie przemyślenia, ak­
tualne po dziś dzień.
We wznowionym niedawno zbiorku pt. U podstaw kultury
katolickiej (IEN, Lublin 2002) znajduje się bardzo interesujący
artykuł O ton akcji katolickiej (z roku 1922). Dotyczy postawy
katolików w działalności społecznej i politycznej. Z jednej bo­
wiem strony i dziś widzimy, jak trudno o skuteczność działania,
z drugiej zaś słyszymy zachętę, aby po prostu naśladować prze­
ciwników, nie przebierając w środkach - wtedy będziemy sku­
teczni. A tymczasem Ojciec Jacek Woroniecki przypomina słowa
św. Jana Chryzostoma: „Aby zwyciężyć wilki, musimy zostać
jagniętami - gdy zechcemy być wilkami, to tamte, wilki tego
świata, zawsze nas zjedzą." (s. 13 ln) Jakże inteligentne spostrze­
żenie! Chodzi o to, że wilki tego świata działają nie bacząc na
ograniczenia moralne, bo mają wypalone bądź zagłuszone sumie­
nie. Wilki tego świata nie przebierają w środkach, bezwzględnie
realizują swoje cele. Dla nich liczy się tylko skuteczność. Ta sku­
teczność budzić musi zdumienie, a nawet podziw, tak jak zachwyca
widok lecącej eskadry samolotów odrzutowych. A przecież dla
tych, którzy padną ofiarą ataku, nie ma podziwu, jest tylko strach,
zniszczenie i śmierć.
Jak wobec tego przeciwstawiać się wilkom? Czy zamienić
się w wilki i toczyć z nimi bój jak równy z równym? Niestety, to
niemożliwe. Ojciec Woroniecki zauważa ciekawą rzecz. Pisze:
„Oto, jeśli nawet w walce ze światem pod wpływem roznamięt-
nienia, chwycimy się tego lub owego wilczego środka, to jednak
na użycie ich wszystkich sumienie chrześcijańskie nam nie po­
zwoli; zawsze będzie nas ono krępować w używaniu wilczych
metod i w walce z prawdziwymi wilkami, których nic nie krępu­
je, zawsze ulegniemy." Na tym polega cała tajemnica: wilki sto­
sując wszelkie wilcze metody są lepiej uzbrojone od tych, którzy
sięgają po niektóre tylko z wilczych metod i to od czasu do czasu,
najczęściej pod wpływem braku opanowania. Rozum, a zwłasz­
cza sumienie powstrzymują przed stosowaniem niemoralnych
środków. I dlatego koniec końców katolik, który chce być po tro-

106
sze wilkiem, musi przegrać z prawdziwym wilkiem, a ponadto
wygląda tragicznie lub przynajmniej tragikomicznie. Dlatego nie
warto naśladować przeciwników, jeśli stosują środki niemoralne.
One nie doprowadzają do celu, a tylko ośmieszą i zawstydzą podro­
bionego wilka.
Co to w takim razie znaczy „być jagniętami"? Chodzi tu
0 prawdziwą moc wewnętrzną, moc ducha, która nie musi obja­
wiać swej siły na zewnątrz pod postacią kłów i pazurów, która
tym bardziej nie musi uciekać się do niemoralnych metod. Ta
moc ducha - wyjaśnia Ojciec Jacek Woroniecki - przybiera po­
stać miłości chrześcijańskiej, która nie ma nic wspólnego z czymś
ckliwym, słabym, anemicznym i słodko-łzawym, z czymś co pa­
raliżuje działanie. Przeciwnie, miłość chrześcijańska, jest we­
wnętrzną, nadprzyrodzoną mocą ducha, która potrafi prowadzić
do celu, mimo trudności i przeszkód. Wśród wielu cech tej miło­
ści wyróżniają się dwie, pierwsza to życzliwość, druga to radość
1 pogoda. Okazuje się, że szczera życzliwość potrafi skruszyć
bariery wrogości wśród przeciwników, tworzy atmosferę, która
ułatwia osiągnięcie celu mimo wrażenia beznadziejności położe­
nia. Konsekwentna i szczera życzliwość ma w sobie coś promien­
nego i jest czymś wyższym niż odruchowa nienawiść, która na­
wet w dobrej wierze zamyka drogę skutecznego działania.
Gdy chodzi zaś o drugą cechę, to warto i dziś pamiętać
słowa Ojca Jacka: „Zły humor, narzekanie, zniechęcenie, pesy­
mizm są to rzeczy, które w żaden sposób z katolicyzmem nie dadzą
się pogodzić; na dnie ich tkwi zawsze brak ufności w Opatrzność
Bożą i podrażniona miłość własna." A zatem ludzie, którzy cią­
gle narzekają i są niezadowoleni, zwłaszcza ci, którzy podjęli się
jakiegoś działania, tak naprawdę są pozbawionymi ufności ego­
istami, to zaś niewiele ma wspólnego z kulturą prawdziwie chrze­
ścijańską.
Jagnięta mogą czerpać ze skarbca niewyczerpanej miłości,
wilki - tylko z nienawiści. Choć te ostatnie osiągają wiele spekta­
kularnych sukcesów, to jest to droga donikąd. Dlatego lepiej im
nie zazdrościć, a na pewno ich nie naśladować.

707
Choroba

Gdy człowiek jest młody i zdrowy, patrzy na życie optymi­


stycznie. Drobne przykros'ci lub niepowodzenia są jak wiosenny
wietrzyk, dodają smaku i witalności, nawet przez myśl nie przej­
dzie, że mogłyby trwać dłużej. Młodość jest jak wiosna, rozsadza
ją radość życia, które chce iść naprzód, wciąż naprzód. Widzimy
wokół nas, co się dzieje, zieleni się ziemia, krzewy, drzewa
z jakąś niezwykłą siłą i rozmachem, którego nic nie jest w stanie
opanować. Pęd do życia, radość życia, wiara w przyszłość - to
istota wiosny i młodości. Choroba i starość brzmią nierealnie, jak
abstrakcyjne słowa, nie bierze się ich poważnie. Po cóż mówić
o jesieni, gdy jeszcze tyle życia przed nami? Wiosna porywa za
sobą i młodych, i starych.
A jednak choć człowiek jest częścią przyrody i udzielają
mu się jej rytmy i cykle, to życie człowieka biegnie innym torem.
Bierze się on z istotnego przyporządkowania do sensu życia. Przy­
roda żyje dla życia, nie ma w niej myśli i zastanowienia. Ani
bocian nie zastanawia się, czy ma sens ponowne wyszukiwanie
gniazda na dachu, ani łososie wracające do swych rodzinnych
rzek nie planują przez lata swego powrotu. Coś te stworzenia pcha
z siłą, na którą nie mają wpływu i której nie mogą się oprzeć.
Człowiek natomiast myśli, zastanawia się, szuka, gubi i odnajdu­
je. Porywani nieustannie przez przyrodę, próbujemy planować,
próbujemy ustalać własne odniesienia i cele. Jakże często żyjemy
na przekór przyrodzie. Przecież im wyższa fala powodzenia, tym
głębsza otwiera się przepaść, w którą szybko można runąć, im
trudniejsza sytuacja, tym więcej odnaleźć można skarbów życia
wewnętrznego, które nieoczekiwanie dodadzą nowych sił.
Jednym z widocznych znaków innego wymiaru życia czło­
wieka niż przyrodnicze jest choroba. W przyrodzie nie ma miej­
sca na chorobę. Co choruje, albo natychmiast się wyleczy, albo
ginie. W przyrodzie chore stworzenia torują drogę nowej fali życia,
która potrzebuje nowych zasobów energii. Tymczasem choroba

108
człowieka, którą odbiera się najpierw jako coś przykrego i nie­
chcianego, ukazuje unikalność tego właśnie człowieka. Człowiek
chory poprzez chorobę ostrzej postrzega samego siebie jako je­
dynego w całym wszechświecie, którego istnienie nie może być
zredukowane ani do kogoś innego ani do abstrakcyjnej ludzko­
ści. W naturalnym odruchu pragniemy pozbyć się bólu i chcemy
mieć nadzieję na wyzdrowienie. Ale jest też coś więcej, poprzez
chorobę, która najpierw odczuwana jest jako przykra i bolesna,
odkrywamy najgłębszą stronę naszego bytu, odkrywamy jedy-
ność, niepowtarzalność i kruchość istnienia. To zaś czyni nas
mądrzejszymi, ponieważ pozwala odkryć coś, co w normalnych
warunkach stanowi przedmiot zainteresowania nielicznej grupy
filozofów. Człowiek wstrząśnięty chorobą staje się mądrzejszy
od wielu zdrowych, którzy nie mają czasu na zastanowienie, któ­
rzy często żyją wręcz bezmyślnie.
Człowiek chory staje się dla innych swoistym skarbem,
przypomina im, aby uważali na wir życia, który może ich porwać
i roztrzaskać o bezimienne skały; uświadamia im unikalność ich
własnego istnienia, ostrzega przed nieuchronną przemijalnością
życia biologicznego, przed którego utratą nie uchroni człowieka
ani przyroda, ani młodość. Inni poprzez rozpoznanie znaku, ja­
kim jest dla nich człowiek chory, mogą tym bardziej żyć z wiarą
i ufnością, z zapałem i energią, ceniąc dar życia, ale nie zapomi­
nając, że jako życie ludzkie musi mieć swój poważny sens.
Dzisiejsza cywilizacja konsumpcyjna, której opary coraz
bardziej nas zaduszają, niweluje istotę cierpienia, a ludzie chorzy
stają się niepotrzebni. Choroba albo ukazywana jest jako coś zbęd­
nego i bezsensownego, albo też w ogóle usuwana jest sprzed oczu,
aby nie psuć młodym i zdrowym dobrego nastroju. W ten sposób
tracą nie tylko ludzie chorzy, którzy czuć się mogą opuszczeni i
niepotrzebni, a to dla człowieka może być gorsze od samej cho­
roby, ale również tracą inni, którzy nie mają szansy na to, aby
zmądrzeć, aby popatrzeć na własne życie z rozsądkiem i powagą.
A cóż mówić o czysto ludzkiej współodpowiedzialności za siebie
w granicach nam dostępnych, zwłaszcza na gruncie rodzinnym,

109
gdzie każdy od kogoś zależy i zaciąga dług wdzięczności.
Tymczasem jakże często ludzie chorzy stanowią ten prze­
dziwny zwornik rodziny. Bywa, że dopiero choroba jest okazją
do wzajemnego odwiedzenia się po latach, do przypomnienia so­
bie wspólnych przeżyć, a także do wspólnego planowania przy­
szłości. Ludzie chorzy potrafią scementować rodzinę, która wy­
dawać by się mogło całkowicie już o sobie zapomniała.
Każdy chce być zdrowy, nikt o zdrowych zmysłach nie szu­
ka choroby. Ale nasze życie jest pełne tajemnic, gdzie sama natu­
ra nie jest ostateczną instancją tłumaczącą nam, kim jako ludzie
jesteśmy. Szereg wydarzeń czy doświadczeń, które z natury od­
bierane są jako złe, może mieć dla człowieka pozytywne znacze­
nie. Jednym z nich jest choroba i cierpienie. Nie da się ich z na­
szego życia wymazać. Trzeba odważnie odczytać ich najgłębszy
sens.

Jak węże

Nie wystarczy czytać Pismo Święte, trzeba jeszcze je rozu­


mieć. A nie jest to takie proste, ponieważ język Pisma ma charak­
ter w wielu wypadkach metaforyczny. Metafora, przypomnijmy,
to zmiana znaczenia słowa z właściwego na inne, które tylko pod
pewnymi względami, nie zawsze natury obiektywnej, może być
podobne do pierwowzoru. Gdy powiem, że „w pocie czoła pracu­
ję na chleb", to przecież ani pot nie musi spływać po moim czole,
choć praca jest rzeczywiście ciężka, ani nie chodzi mi tylko
o zarobienie na chleb, bo mam jeszcze inne wydatki, jak choćby
opłata za mieszkanie. „Pot czoła" i „chleb" to są właśnie metafo­
ry. Gdy sięgniemy więc po Pismo Święte, to rzucić nam się musi
w oczy niezwykła ilość metafor, i to różnych jej typów takich jak:
synekdocha, katachreza czy hiperbola, nie mówiąc już o figurach
retorycznych, obecnych zwłaszcza w listach św. Pawła.
Weźmy najprostszy przykład, na który chętnie powołują
się ci, którym zależy na skuteczności, nawet z naruszeniem zasad

110
moralnych. Chodzi tu o fragment Ewangelii według św. Mate­
usza, w którym Chrystus zwraca się do apostołów, aby byli jak
węże. (Mt. 10, 16) Co to znaczy, jak węże? Mogłoby się wyda­
wać, że chodzi tu o swoistą przebiegłość, spryt, a nawet śliskość.
Przecież wąż jest śliski i potrafi się przecisnąć przez najwęższe
szczeliny. Czy chodzi więc o to, abyśmy byli sprytni jak węże,
gdzie spryt oznacza inteligentną, ale nie zawsze moralną skutecz­
ność? Jest to co najmniej wątpliwe. Trudno bowiem przypusz­
czać, aby Chrystus zachęcał do czynów niemoralnych. Aby wła­
ściwie zinterpretować słowa Chrystusa, nie można polegać na
własnej intuicji, trzeba sięgnąć do dzieł autorytetów, do pism oj­
ców i doktorów Kościoła. Do nich należy z pewnością św. Augu­
styn. W swojej rozprawie O nauce chrześcijańskiej (De doctrina
Christiana) podaje dwie interpretacje słów Chrystusa. Jeżeli bo­
wiem nasze postępowanie ma być porównywalne do zachowania
węża, to najpierw należy zobaczyć, które z tych zachowań pasuje
do użytej metafory. Św. Augustyn jako pierwsze wskazuje, że
wąż, gotów jest wystawić całe ciało, byle tylko zachować głowę.
„Znaczy to - pisze - byśmy strzegli naszej Głowy, Chrystusa,
nadstawiając raczej własne ciało prześladowcom po to, żeby wia­
ra nasza nie została w nas w pewnym sensie zabita, gdybyśmy dla
ratowania ciała naszego wyparli się Chrystusa." A zatem najcen­
niejsza część, jaką jest dla węża głowa, odpowiada najcenniejszej
części dla chrześcijan, jaką jest sam Chrystus. Być jak wąż, to
znaczy nie bać się o ciało, lecz o głowę, by jej nie stracić, by nie
stracić wiary. Drugie znaczenie nawiązuje do zwyczaju węża, który
potrafi przeciskać się przez wąskie szczeliny, ale nie tylko po to,
aby gdzieś dotrzeć, lecz by ułatwić sobie zrzucenie skóry i za­
mianę jej na nową, która dodaje nowych sił. Św. Augustyn wyja­
śnia: „Ta jego przemiana zachęca nas do naśladowania jego spry­
tu, byśmy zrzucili starego człowieka, aby zgodnie ze słowami
Apostoła przyoblec człowieka nowego, wyzbyć się dawnego we­
dług słów Pana: „Wchodźcie przez ciasną bramę." (ks. I I , X V I ,
24.)

111
Spryt (astutia) o jakim mówi św. Augustyn, jest tak na­
prawdę dalekowzroczną roztropnością (fronimos) i nie ma nic
wspólnego z niemoralną skutecznością. Przeciwnie, łączy się
z gotowością do cierpienia i znoszeniem wielu trudów po to, aby
zdobyć nowe siły i osiągnąć dalekosiężny cel.
Lektura Ojców Kościoła jest nie tylko pasjonująca, ale rów­
nież pozwala zrozumieć wiele tajemnic, a także chroni przed do­
wolną interpretacją pozornie oczywistych tekstów. Dziś na fali
subiektywizmu i kultu oryginalności bardzo łatwo ulegamy po­
kusie własnych interpretacji i własnych pomysłów, które nie za­
wsze są stosowne i właściwe. Rozumienie i poznanie prawdy czę­
sto wymaga pokory, trzeba uznać własną niewiedzę, brak kompe­
tencji i zwrócić się do tych, którzy mogą otworzyć nam oczy. Do
takich autorów należy św. Augustyn, którego dzieła to jedna
z najpiękniejszych pereł całej kultury chrześcijańskiej, zachod­
niej i wschodniej.

112
I RADIO MARYJA
K A T O L I C K I GŁOS W T W O I M D O M U
ADRESY I TELEFONY
Radio Maryja
ul. Żwirki i Wigury 80, 87-100 Toruń Antena:
Sekretariat (0-prefiks-56) 610 81 00 dla słuchaczy z Polski płn. (0-prefiks-56) 655 23 55
Faks (0-prefiks-56) 610 81 51 dla słuchaczy z Polski płd. (0-prefiks-56) 655 23 56
dla słuchaczy za granicą: (+48) (56) 655 23 66
RADIO MARYJA W INTERNECIE
http:// www.radiomaryja.pl, e-mail: radio@radiomaryja.pl
KONTA
Radio Maryja utrzymuje się tylko z ofiar! Pomóż i ty, jeśli chcesz, aby istniało.
Konto złotówkowe:
-PKO BP ll/O Toruń nr 10205011 -16577-270-1
-Bank Pocztowy S.A. l/O Toruń nr 13201263-61580-27006-100-0/0
z dopiskiem: "Dar dla Radia Maryja w Toruniu" oraz w przypadku ofiarodawcy stałego,
koniecznie numer kodu tzn. trzy pierwsze litery nazwiska i cztery cyfry.
Konto w Niemczech:
Marianische Pilger GEM, konto nr 105300339, BLZ 793630 16
Raiffeisen Volksbank, Rhón - Grabfeld
Konto w USA:
RADIO MARYJA, PO.BOX 39565, CHICAGO IL 6063900565 (najlepiej czeki bankowe,
personalne albo tzw "Money Orders")
Konto w Kanadzie:
St. Stanislaus - St. Casimir's
Polish Parishes - Credit Union Limited,
40 John St. Oakville, Ont. L6K-1G8, nr konta: 84920
Za każdą złożoną ofiarę z całego serca Bóg zapłać!
Codziennie odprawiamy Mszę świętą i modlimy się w intencji Ofiarodawców.
Dyrektor Radia Maryja
o. Tadeusz Rydzyk CSsR

INICJATYWY EWANGELIZACYJNO-WYCHOWAWCZE RADIA MARYJA


Fundacja "Nasza Przyszłość" Oddział w Szczecinku
ul. Klasztorna 16, 78-400 Szczecinek
tel. (O-prefiks-94) 373 11 60 lub (0-prefiks-94) 374 25 14, faks (0-prefiks-94) 373 11 61
www.fnp.pl, e-mail: fnp@fnp.pl
miesięcznik „Rodzina Radia Maryja", książki, kasety audio i wideo
„Nasz Dziennik"ogólnopolska gazeta codzienna
ul. Żeligowskiego 16/20, 04-476 Warszawa
tel. (0-prefiks-22) 673 48 19, faks (0-prefiks-22) 673 48 1 7
www.naszdziennik.pl, e-mail:redakcja@naszdziennik.pl
Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej
ul. Św. Józefa 23/35, 87-100 Toruń
tel. (0-prefiks-56) 610 72 00
www.wsksim.edu.pl