Album „Pasterstwo w Karpatach” dedykujemy wszystkim zmarłym i żyjącym

bacom, owczarzom, szałaśnikom, juhasom i honielnikom,
którzy swą pełną poświęcenia pracą kontynuują dziedzictwo pasterskie przodków,
prowadząc wypas owiec na karpackich halach.
Wydawca dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do powstania książki.

TRADYCJA A WSP ÓŁCZ ESNOŚĆ. sZ KI CE

Pasterstwo w Karpatach

Zdjęcia

Jacek Kubiena

Grafikon, Jaroszowice 324, 34-100 Wadowice
tel.: 33 873 46 20, fax: 33 873 46 22, e-mail: biuro@grafikon.com.pl, www.grafikon.com.pl

Druk i oprawa

ISBN 978-83-60817-64-3

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość niniejszej publikacji nie może być
bez pisemnej zgody wydawcy, reprodukowana bądź przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych.

© by Centrum UNEP/GRID-Warszawa & Grafikon

Centrum UNEP/GRID-Warszawa, ul. Sobieszyńska 8, 00-764 Warszawa,
tel.: 22 840 66 64, fax: 22 851 62 01, e-mail: sekretariat@karpatylacza.pl, www.karpatylacza.pl
w ramach projektu „Karpaty łączą – mechanizm konsultacji i współpracy dla wdrażania Konwencji Karpackiej”
&
Grafikon, Jaroszowice 324, 34-100 Wadowice
tel.: 33 873 46 20, fax: 33 873 46 22, e-mail: biuro@grafikon.com.pl, www.grafikon.com.pl

Wydawca

Maciej Hojda (Grafikon)

Opracowanie graficzne

Piotr Kłapyta

Mapy i ryciny instrumentów

Jarosław Buczek, Justyna Cząstka-Kłapyta, Wojciech Dudziak, Urszula Janicka-Krzywda, Małgorzata Kiereś, Piotr Kłapyta, Marcin Kowalczyk,
Henryk Kukuczka, Michał Milerski, Tomasz Pasierbek, Barbara Rosiek, Edward Styrczula-Maśniak, Sylwia Tumidajska

Teksty

Jacek Kubiena
oraz Jarosław Buczek, Wojciech Dudziak, Anna Klasa, Piotr Kłapyta, Piotr Krzywda, Józef Michałek, Józef Omylak,
Andrzej Palaczyk, Tomasz Pasierbek, Robert Trnka, Sylwia Tumidajska, Tomasz Urbaniec, Roman Zadora

Zdjęcia

Jacek Kubiena

Scenariusz tekstów i zdjęć

Bogdana Kłeczkowa

Redakcja i korekta tekstów

Małgorzata Kiereś

Redakcja merytoryczna

Małgorzata Kiereś, Barbara Rosiek, Kazimierz Furczoń, Piotr Kohut, Józef Michałek

Komitet redakcyjny

41
57
71
87
103
113
123
129
147
163

Bogactwo Karpat
Wołosi – nomadzi Bałkanów
Magia hal i połonin
Muzyczna kultura pasterska
Co mówią źródła
Beskidzcy pasterze…
Pasterstwo na Górnej Orawie

Pasterstwo w Gorcach
Dzwonki pasterskie
Wypas na Podtatrzu

Z wizytą u baców
Na szlaku wyrobów z mleka owczego
Pożytki z owiec

29

Michał Milerski
Henryk Kukuczka

Edward Styrczula-Maśniak

Sylwia Tumidajska

Wojciech Dudziak

Wojciech Dudziak

Jarosław Buczek

Marcin Kowalczyk

Barbara Rosiek

Małgorzata Kiereś

Justyna Cząstka-Kłapyta

Urszula Janicka-Krzywda

Piotr Kłapyta

Tomasz Pasierbek

15
171

7

8

9

Coś niepojętego jest w górach.
Zdaje się na nich siedzieć jakaś potęga tajemnicza
i panować od wieków w tym królestwie lasów, przepaści,
hal, skał i potoków. Gdy spojrzysz z wierzchu między
załomy stoków, w których snują się korowody mgieł,
podobne do chust podartych, gdy spojrzysz na wąwozy,
w których widać sine wstęgi potoków i strumyków,
gdy się  wsłuchasz w gwar lasu i gwizd wiatru halnego,
zdaje ci się, żeś przyszedł na inny świat. Troski twoje
ulatują, wzrok podnosi się śmiało w górę, a piersi
chciałyby zrzucić ubranie i wydrzeć się na wolność.
Tam czujesz, iż nic ci nie zawadza, że uśmiecha ci się
swoboda, jakiej nigdzie indziej nie spotkasz.

Istnienie
bez granic

Jan Łysek

K

arpackie pasterstwo na halach, polanach i połoninach stworzyło na przestrzeni kilku wieków jedną kulturową rodzinę. Istniejąca na
rozległym przestrzennym obszarze wspólnota
związana była z najstarszymi formami gospodarowania – pasterstwem owiec, kóz i bydła: wołów i krów.
Przez wieki pasterskiej gospodarce pomagała karpacka puszcza bukowo-jodłowa, pełna darów natury dla
owiec i bydła, a dla pasterzy ciszy, w której słychać tylko szmer górskich potoków, śpiew ptaków. Zza otulonych bielutkimi mgłami gór wyłania się słońce. W jego
promieniach snują się nitki babiego lata, a las mieni się
tysiącem barw jesiennych liści. Cuda natury. Siedzisz
zadumany i zauroczony. Odpoczywasz.
Naturalne środowisko ukształtowało typ człowieka
wolnego, z ogromnym poczuciem własnej swobody,
związanego tylko wschodami i zachodami słońca, żyjącego zgodnie z rytmem natury. Stopniowo wydarzenia historyczne na terenie Karpat powodowały zróżnicowanie pasterskiej kultury, a z biegiem lat stały się regulatorem wielu jej zmian i przeobrażeń. Ludziom gór
zaczęło brakować punktu oparcia i odniesienia do pasterskiego życia, stąd zrodziły się próby poszukiwania
dawnej rozerwanej i utraconej wspólnoty. Na nowo
zaistniała w karpackich pasterzach potrzeba istnienia
bez granic w jednej pasterskiej kulturze, poznawanie
siebie niezależnie od przynależności państwowej i narodowej.

O historii i kulturze w albumie opowiadają współcześni owczarze i bacowie, właściciele dzisiejszych
szałasów. Są przecież nadal obecni na karpackich połoninach i halach, na których słychać pasterskie śpiewy i melodie z trombity, a także można skosztować
owczego bundzu i oscypka. Obraz tego zjawiska, widziany przez pryzmat różnych środowisk, kreśli piórem
grono osób zachwycających się pasterską tradycją. Ich
opowieści nobilitują i popularyzują wartości i osobliwości historyczno-etnograficzne karpackiego pasterstwa w albumie, który stanowi rodzaj produktu turystyki kulturowej. Niechaj będzie dla odbiorcy ciekawą
lekturą na zimowe wieczory, zaś w okresie wakacyjnym
przewodnikiem podczas wycieczek po karpackich szałasach, gdzie na łonie dzikiej naturalnej i pięknej karpackiej przyrody bacowie czekają ze świeżym owczym
serem. Autorzy przybliżają również funkcjonowanie
szałasów w świetle źródeł archiwalnych i nakreślają
historyczne uwarunkowania tego zjawiska. Pokazują
ważny związek życia pasterzy z naturalnym środowiskiem, jego bogate podłoże magiczne, obrzędowość,
pieśni i pasterskie instrumenty. Opisy zatrzymują nas
w drewnianych bacówkach i przy żywych do dziś opowieściach. Ten czas na refleksję w ciszy niechaj otwiera
w nas wszystkich poczucie dumy z własnego bogactwa, które mamy, jak chce Przemysław Burchard, tuż za
ostatnim przystankiem. Jesteśmy bogaci u siebie i tezy
tej nie da się w żaden sposób podważyć.

Na str. 8
Hala Gąsienicowa

Małgorzata Kiereś

Na str. 6-7
Nowa koliba na Magurkach

10

11

Mountains hold something unfathomable
They seem to possess mysterious power which has
been there for centuries, reigning in this realm
of forests, precipices, pastures, rocks and streams.
When you look down the ravine wreathed in mists
reminiscent of tattered scarves, when you look down the
gorge dissected by the livid ribbon
of a brook or stream, when you listen with rapt
attention to the babble of the forest and the whistle
of the wind, you think you’ve arrived in a different
world. Your worries fade away, your eyes look
up high into the sky, and your chest screams to shed
the shirt and breathe in freedom. Up there, like nowhere
else you feel completely loose.

Boundless
Existence

Jan Łysek

O

ver the centuries, shepherds and herders
tending livestock on the meadows of the
Carpathian Mountains have become one
big cultural family. Inhabiting a vast area,
this community has long been pursuing the ancient
profession of herding sheep, goats and cattle. And
there is no better place to find such perfect conditions
for this type of activity than the beech and fir forests
of the Carpathians, where bountiful gifts of nature
beckon sheep and cattle, and where the shepherds
and herders can enjoy blissful silence punctuated only
by murmuring brooks and chirping birds. Here the sun
rises over the mountains shrouded in white mist, illuminating gossamer fluttering gently in the wind and
the variegated autumnal foliage. You pause to rest,
bewitched and awestruck by these wonders of nature.
This natural environment has given its people
a powerful sense of freedom and an equally strong
need to pursue the natural rhythm of life governed by
sunrise and sunset. Although various historical events,
occurring over the years in different parts of the Carpathians, have led to many changes and transformations in this once uniform community of shepherds
and herders, the people of the mountains are now
beginning to look for the common denominator that
would enable them to rebuild the broken, or even lost
community. Once again shepherds and herders all
over the Carpathian Mountains feel the need to unite
and re-establish a single culture that sees no borders
or national identities.

Offered by a team of enthusiasts representing
different walks of life, this vivid portrayal of herding
tradition deals with the history and culture of the region as told by present-day shepherds. After all, they
are still present on Carpathian pastures and meadows where you can hear their traditional songs – often accompanied by a wooden horn called trombita – and taste different kinds of sheep cheese called
bunc and oscypek. Collected in this album, which
constitutes a kind of cultural tourism product, their
stories elevate and promote the unique historical and
ethnographic values of Carpathian shepherds. May
it become interesting reading material for long winter nights, and serve as a guide during your summer
trips to the Carpathians where shepherds await you
with fresh sheep cheese. The authors cite a number
of archival sources which provide true historical context, as well as describing the unique bond between
shepherds and nature, underlain by numerous magical
rites, songs and musical instruments. These descriptions take us to wooden bacówki [shepherd’s shelters]
and provide us with stories passed down from one
generation to another. Let us all pause for quiet reflection, heed the words of the late Polish ethnographer
and writer Przemysław Burchard and take pride in the
natural wealth we all have just round the terminus. We
are rich right here, where we are, and there is no way
to challenge this statement.
Małgorzata Kiereś

Na str. 10
Ochodzita

Moje życie, moja kultura

12

U

kryte w ciemnej jodłowo-świerkowej karpackiej puszczy
tkwi bogactwo bioróżnorodności. Naturalny las pełen jaworów, buków, lip, dębów, grabów, klonów, jesionów, dar
Boga, urzeka pięknem. W tym urokliwym zakątku ciszy,
z dala od zgiełku, biło źródło pasterskiej kultury. To tu kilka wieków
temu zrodziła się żywa opowieść o wołoskich sałasznikach, bacach
i owczorzach. Słuchałem ich, a z biegiem lat stały się częścią mojego
życia. Zatrzymały mnie u źródła, stały się domem, ojczyzną, która na
zawsze będzie kojarzyła się z widokiem sałaszu, kolyby, dymu z watry,
trudnej pracy przy obróbce wełny i z kosztowaniem owczego sera –
buncu. Do dziś w sercu pozostała archaiczna pieśń śpiewana w pierwotnym języku owczarzy. Nie byłem sam. W trwającej od wieków
symbiozie karpackiej przyrody z kulturą żyli pasterze. Dziś opowieści
o tajemnicach pasterskiego życia wpisują się w nową europejską tożsamość. Karpacka różnorodność ekologiczna z bogactwem natury
i zdrowymi wytworami naturalnej gospodarki szałaśniczo-pasterskiej
pozwoliła na stworzenie produktów, które zostały zaakceptowane
przez Unię Europejską. Są wśród nich: oscypek, redykołka, bryndza.
Działaniom tym sprzyja wyraźna dobrze prosperująca organizacja karpackich baców, która tworzy ważny społeczny kapitał. Pracują na niego
bacowie, dziś także w roli liderów lokalnych tradycyjnych szałasów. To
oni ciężką i konsekwentną pracą budują nową wartość jako przedsiębiorcy, zdobywając tym szacunek społeczności. Dzięki swojej pozycji
zabierają głos w najważniejszych debatach publicznych, dotyczących
problemów karpackiego pasterstwa. To w tym ekosystemie powstały na przestrzeni lat innowacyjne projekty, które pozwoliły na rozwój
ekonomiczny. Stanowi on podstawy bytu pasterzy i mieszkańców wsi.
W symbiozie z przyrodą i gospodarką pasterską pozostał obraz karpackiej wspólnoty w stroju, muzyce, pieśniach, obrzędach, tańcach.
Szczególnym znakiem wspólnoty pozostaje do dziś pasterski język. Tu
nadal baca, kierdel, gielata, strunga, kolyba i wiele innych słów znaczy to
samo dla wszystkich karpackich pasterzy. Moje życie wpisało się w tę
pasterską kulturę. Z tej symbiozy narodziła się duma i wielki szacunek
dla każdego sałasznika.
Józef Michałek

13

My life, my culture

H

idden away in the dark Carpathian forest of fir and spruce
trees is a wealth of biodiversity in the form of natural
woodland of sycamores, beeches, lindens, hornbeams,
maples and ashes. This quiet corner of outstanding
God-given beauty was once the heart of the herding culture where
the popular lore of Vlach shepherds, known here, according to their
hierarchy, as sałaszniki, bacowie and owcorze, was born a few centuries
ago. I had listened to these stories for years until they became an inseparable part of me; my roots and my homeland which I shall always
associate with the sight of a sałasz [sheep farm] and a kolyba [shepherd’s shelter], with a smoking watra [bonfire], with the toil of wool
making and the tasting of bunc [sheep cheese]. In my heart there
rings an ancient song written in the original language of owczarze
[sheepherders]. I am not alone. Shepherds have lived in the Carpathians for centuries in perfect harmony with nature. Today stories of
shepherds and their once obscure culture have become a part of the
new European identity. The ecological diversity of the Carpathians
combined with the natural wealth of the region and traditional sheep
husbandry have enabled the local population to develop a number of
EU approved products. These include different types of sheep cheese,
such as oscypek, redykołka and bryndza. The success has been largely
attributed to the efficient organization of Carpathian shepherds who
make up a sizeable proportion of the local social capital. These shepherds have now become powerful leaders of traditional sheep farms
and gained new-found respect as diligent and hardworking entrepreneurs. This, in turn, has empowered them to voice their opinions
in public debate concentrating on key issues of sheep farming. This
ecosystem has seen a number of innovative projects, developed over
the years which have brought sustainable economic growth for the
local shepherds and villagers alike. There is a symbiotic relationship
between the natural beauty of the Carpathian region and the sheep
farming community with its traditional clothes, music, songs, dances
and rites. One particularly strong aspect uniting this community is
the dialect, with words such as baca [shepherd], kierdel [sheep flock],
gielata, [bucket] strunga [milking box], kolyba [shepherd’s shelter] and
many others which are common for all the shepherds across the Carpathian Mountains. My life is now inseparable from this culture, which
gives me a strong feeling of pride and great respect which I hold for
every sałasznik or head of a sheep farm.
Józef Michałek

Ochotnica Górna

Na str. 12
Gliczarów Górny

14

15

Bogactwo Karpat

Tomasz Pasierbek

S

tąpając po Ziemi czasami trudno jest docenić
piękno otaczającego świata, a cóż dopiero
zastanowić się nad jego ogromem. Człowiek
z natury rzeczy swoją percepcję ogranicza wyłącznie do najbliższej mu perspektywy, rozciągającej
się wokół aż po bliższy lub dalszy horyzont. Linię ograniczającą widnokrąg może wyznaczać ciemna zieleń
lasów czy bezkresny błękit morza. Wydają się one być
tak odległe, że przysłowiowe „sięganie poza horyzont”
zarezerwowane jest tylko dla nielicznych wybrańców.
Nie inaczej jest w górach – tutaj, choć horyzont jest
znacznie bliżej, wyznaczony przez granie gór otaczających dolinę, sięgnięcie poza, choćby i do doliny sąsiedniej, oznacza ciężką i niebezpieczną wędrówkę.
Góry od zawsze przyciągały człowieka. Ich widok
zwiastował trudności, był jednak także obietnicą nieznanego. Przemierzali je podróżnicy, awanturnicze
dusze, które w atmosferze miasta spokoju zaznać nie
mogły. Swoje stopy stawiali tam poszukiwacze skarbów, dla których każda kolejna rozpadlina jawiła się
jako wrota do nieprzebranego bogactwa. W ślad za
nimi postępowali zielarze pragnący na górskich zboczach znaleźć panaceum na dolegliwości wszelakie –
nieprzypadkowo przecież w wielu bajkach leczniczy
kwiat czy życiodajne źródło znajdują się na odległych
i niedostępnych zboczach górskich. Góry stanowiły
także schronienie dla wszystkich wyjętych spod prawa, z których część wpisywać by się mogła w romantyczny niemal archetyp Robin Hooda czy też Janosika… Wojska kolejnych hrabiów, królów bądź cesarzy
z lękiem patrzyły na piętrzące się turnie i nieprzebyte
knieje wiedząc, że w górach to nie oni stanowić będą
znaczącą siłę.
Gdyby przybrać orle skrzydła i wznieść się nad Stary Kontynent z łatwością można by zauważyć, że góry
stanowią znaczący element na mapie Europy. Pireneje,
Apeniny, Alpy, Wogezy, Dolomity, Sudety, Harz – wy-

mieniać można bardzo długo. Jeżeli jednak spojrzeć
z lotu ptaka na Europę Środkową i Wschodnią nie sposób nie zauważyć rozciągniętego niczym łuk w ręku
olbrzyma potężnego łańcucha górskiego – Karpat. Te
potężne góry łączą dzisiaj wiele współczesnych krajów,
niegdyś zaś stanowiły barierę rozdzielającą całe narody. O „swoich” Karpatach z zachwytem mówią Rumuni,
Słowacy, Ukraińcy, Polacy, Czesi, Węgrzy, a nawet jednoznacznie kojarzeni z Alpami Austriacy! Pokazuje to,
jak ogromny jest zasięg tego górskiego łańcucha, który
swoją obecnością na trwałe wpisał się w historię, życie
i codzienność środkowoeuropejskich ludów.

Na str. 14
Krokusy w Kościelisku

Budowa Karpat

S

poglądając na mapę, widać wyraźnie, że karpacki łuk stanowi swoiste przedłużenie najwyższych gór w Europie, czyli Alp. Te dwa
łańcuchy rozdzielone są doliną Dunaju. Co
ciekawe, choć pomiędzy nimi znajduje się niewiele
przestrzeni, znalazły tam miejsce dwie europejskie stolice – Wiedeń i Bratysława. Obydwa łańcuchy górskie
powstały w okresie tych samych fałdowań (ruchów)
górotwórczych, zwanych orogenezą alpejską.
Pomimo wspólnego pochodzenia i geograficznego sąsiedztwa Karpaty wykazują wyraźne różnice
w stosunku do swoich zachodnich sąsiadów. Charakteryzują się mniej zwartą budową w stosunku do Alp,
od których też są znacznie niższe. Wystarczy porównać
wysokości najwyższych szczytów obydwu masywów:
w Alpach jest to Mont Blanc, o wysokości 4810 m
n.p.m., będący najwyższym szczytem na kontynencie
europejskim, podczas gdy najwyższym szczytem Karpat jest Gerlach wnoszący się na wysokość 2655 m
n.p.m. Tak naprawdę niewiele jest w Karpatach wierzchołków przekraczających 2500 m n.p.m. Aby je zna-

Na str. 16-17
Bociany

16

17

18

Panorama Tatr z Gliczarowa

leźć należy udać się w Tatry, bądź też skierować swoje
kroki ku Karpatom Południowym.
Druga różnica pomiędzy łańcuchem alpejskim
a łukiem karpackim ukryta jest w budowie geo-

logicznej, która znajduje swoje odzwierciedlenie
w warunkach przyrodniczych. Po zewnętrznej stronie obydwu masywów spotkać można utwory fliszowe, czyli pas skał piaskowcowo-łupkowych. O ile

jednak w Alpach pas ten jest bardzo wąski, o tyle
w Karpatach zajmuje znaczną powierzchnię, stanowiąc w środkowej części łuku główny element gór.
Pasma zbudowane z ławic i naprzemiennie ułożonych warstw zlepieńców, piaskowców, mułowców
i iłowców noszą nazwę Karpat Zewnętrznych, zwanych także Karpatami fliszowymi. Są one oddzielone od Karpat Wewnętrznych długim na ok. 600 km
Pienińskim Pasem Skałkowym (Skalicowym). Karpaty
fliszowe przestrzennie dzielą się na Zewnętrzne Karpaty Zachodnie, których kulminacją jest najwyższy
szczyt polskich Beskidów, czyli Babia Góra (1725 m
n.p.m.) oraz Zewnętrzne Karpaty Wschodnie, osiągające aż 2061 m n.p.m. (Howerla w Czarnohorze). Miłośnicy górskich wędrówek doskonale znają Karpaty
fliszowe, chociaż być może nawet nie uświadamiają
sobie tego faktu. Wystarczy jednak spojrzeć na mapę,
by stwierdzić, że do Karpat Zewnętrznych zaliczane
są między innymi tak popularne wśród turystów Beskidy, Bieszczady, Gorgany czy Czarnohora.
W ujęciu geologicznym flisz nie jest jedyną różnicą pomiędzy obydwoma łańcuchami. W Alpach
wyraźna jest obecność doskonale rozwiniętego pasa
skał wapiennych, który w Karpatach zanika w wielu miejscach i nie ma charakteru ciągłego. Wyraźne
jest także przestrzenne ograniczenie typowych dla
utworów wapiennych form krasowych, które w Karpatach występują jedynie w określonych miejscach.
Co więcej, rzeźba obydwu obszarów górskich różni
się znacznie i to nie tylko z powodu różnic w budowie
geologicznej. Charakterystyczne krajobrazy alpejskie
są rezultatem działania lodowców, które w czwartorzędzie pokrywały niemalże wszystkie doliny w Alpach. Rzeźba Karpat ukształtowana została głównie
przez procesy denudacyjne, takie jak osuwiska czy
erozyjna działalność wód płynących.

19

Babia Góra – „Królowa
Niepogód”

Podział geograficzny

Ł

uk Karpat charakteryzuje się dużą różnorodnością, co pozwala na wyróżnienie w jego
obrębie wielu mniejszych jednostek. Poniżej przedstawiony został najpopularniejszy
w Polsce podział stosowany przez Jerzego Kondrackiego, wybitnego polskiego geografa. Podzielił on Karpaty na zasadnicze regiony:
Karpaty Zachodnie, w skład których wchodzą Zewnętrzne Karpaty Zachodnie (m.in. Beskidy, Gorce
i Pogórze), Centralne Karpaty Zachodnie (m.in. Pieniny, Tatry i Mała Fatra), oraz Wewnętrzne Karpaty
Zachodnie (m.in. Rudawy i Góry Bukowe);
Karpaty Wschodnie obejmujące Zewnętrzne Karpaty Wschodnie (m.in. Bieszczady, Połoniny i Czarnohora) oraz Wewnętrzne Karpaty Wschodnie
(m.in. Karpaty Maramorskie i Góry Kelimeńskie);
Karpaty Południowe, do których zalicza się Właściwe Karpaty Południowe (m.in. Góry Fogaraskie
i Masyw Retezat), Subkarpaty Południowe oraz
Góry Banackie;
Góry Zachodniorumuńskie (Apuseni);
Wyżyna Transylwańska (czasami łączona w jeden
region z Górami Zachodniorumuńskimi), o charakterze kotliny otoczonej pasmami górskimi Karpat
Południowo-Wschodnich.

Klimat

K

ażdy, kto kiedykolwiek planował wypoczynek
w Karpatach, wie z doświadczenia, że trzeba
mieć sporo szczęścia, by na górskich szlakach
spędzić kilka dni ciągle ciesząc się sprzyjająca
aurą. Wynika to ze specyficznego położenia geograficz-

nego omawianego łańcucha, wznoszącego się niejako
na granicy pomiędzy Europą Zachodnią a Wschodnią.
Takie położenie otwiera Karpaty na wpływy zarówno
polarno-kontynentalnych mas powietrza (stąd srogie
zimy), jaki i powietrza oceanicznego, które dociera tutaj przez pozostałą część roku. Tym tłumaczyć należy
znaczną ilość opadów, jaka jest charakterystyczna dla
gór tworzących karpacki łuk. Waha się ona w dość
znacznych granicach: od niecałych 600 mm rocznie
w kotlinach Wyżyny Transylwańskiej aż do 1800 mm
na najwyższych szczytach tatrzańskich. Wartości te są
nieco niższe niż notowane na przykład w Alpach, jed-

nak pamiętać należy, że Alpy położone są na zachód
od Karpat, a więc bliżej Oceanu Atlantyckiego.
Karpaty to góry wysokie, nie powinno więc nikogo dziwić, że znaczna część opadów, jakie docierają
tutaj do powierzchni ziemi, przypada na śnieg. W niektórych rejonach może to być nawet 85 proc.! Skoro
śniegu jest tyle, a średnia roczna temperatura na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. spada poniżej 0°C, nie powinno nikogo dziwić, że w wyższych partiach Karpat
śnieg w miesiącach letnich nie należy wcale do rzadkości. Już na Babiej Górze, której szczytowi daleko jest
do 2000 m n.p.m. (ma dokładnie 1725 m n.p.m.), śnieg

20

„Morze mgieł”

Potok

może zalegać przez ponad 200 dni w roku, w Tatrach
zaś są miejsca, gdzie śnieg nie topnieje nawet i w lecie.
W miarę wzrostu wysokości nad poziomem morza
temperatura powietrza spada. Jest to jedno z prawideł równie oczywistych, jak to, z której strony świata
wschodzi co rano słońce. Zdarza się jednak, że przemieszczając się w kierunku szczytu turyści ze zdziwieniem zauważają wzrost temperatury. To dość częste
zjawisko w Karpatach określane jest mianem inwersji temperatury. Polega ono na zaleganiu się na dnie
doliny bądź kotliny mroźnego powietrza, podczas
gdy w wyższych partiach temperatura jest zauważalnie wyższa. Nierzadko inwersji towarzyszy także efekt
gromadzenia się mgły czy też utrzymywania się pułapu chmur znacznie poniżej najwyższych szczytów, co

przez wielu turystów mających szczęście podziwiać to
zjawisko, zwane jest „morzem mgieł”.
Omawiając klimat Karpat, nie można zapomnieć
o jeszcze jednym charakterystycznym zjawisku – wiatrach fenowych. Są one wynikiem przemieszczania
się mas powietrza w poprzek bariery górskiej, co odczuwalne jest jako ciepły i suchy wiatr wiejący od gór
w kierunku dolin. Wiatry fenowe są tym silniejsze, im
wyższe są góry. Często mają gwałtowny charakter, łamią i wywracają drzewa, a nawet zrywają dachy. Powodują dodatkowo znaczne podwyższenie temperatury
po zawietrznej stronie gór. Przykładem wiatru fenowego wiejącego po północnej stronie Karpat Zachodnich
jest wiatr halny, tak dobrze znany wszystkim mieszkańcom Beskidów i Podhala.

Wody

W

iększość mieszkańców kraju nad Wisłą
zdaje sobie sprawę, do jakiego morza
swoje wody niesie zarówno królowa
polskich rzek, jak i jej mniejsza siostra
Odra. Niestety, znajduje to swój wyraz w błędnym przeświadczeniu, jakoby wszystkie wody rzek i strumieni z
terytorium Rzeczypospolitej kończyły swój bieg w Bałtyku. Wystarczy jednak przyjrzeć się bliżej górskim potokom by zauważyć, jak dalekie od prawdy jest takie
przekonanie. Prawdą jest, że potoki spływające z północnego skłonu Karpat stanowią część dorzeczy Wisły
i Odry i jako takie płyną w kierunku Morza Bałtyckiego,

21

jednak ogromna większość strumieni biorących swój
początek w łuku Karpat należy do zlewiska Morza Czarnego. Szacuje się, że trafiają tam wody z 90 proc. powierzchni Karpat! Głównymi rzekami niosącymi wody
w kierunku Morza Czarnego są Dunaj oraz Dniestr wraz
z ich dopływami.
Niewiele jest na terenie Karpat naturalnych górskich jezior. Na całym obszarze łuku naliczyć ich można zaledwie 450 i w większości są to jeziora niewielkie.
Część z nich stanowią wysokogórskie jeziora polodowcowe (np. w polskiej części Tatr), choć nierzadkie są
także jeziorka, których geneza związana jest z osuwiskami czy też zjawiskami krasowymi.

Łąka z tojadem mocnym

Urdzik karpacki

Roślinność

J

edną z cech charakterystycznych dla wszystkich niemalże obszarów górskich jest ich odrębność florystyczna w stosunku do otaczających je terenów. Nie inaczej jest w przypadku
Karpat, których swoistość jest aż nadto widoczna,
zwłaszcza z perspektywy nizinnego jednak kraju, jakim
jest Polska. We florze karpackiej występuje około 500
gatunków roślin związanych z położeniami górskimi.
Znaczna jest także liczba gatunków endemicznych, to
znaczy takich, które spotkać można wyłącznie w obrębie łuku karpackiego, lub subendemicznych, czyli
występujących głównie w Karpatach, ale spotykanych
również w innych częściach globu. Część z nich to endemity ogólnokarpackie, zaś część przywiązana jest
do konkretnych fragmentów łańcucha, np. endemity
zachodniokarpackie, tatrzańskie, pienińskie itd. Wystarczy przyjrzeć się florze Tatr by stwierdzić, że rośnie tutaj
blisko 90 gatunków, podgatunków lub odmian roślin,
których zasięg jest ograniczony wyłącznie do zboczy
tatrzańskich, Karpat Zachodnich bądź Karpat w całości.

Łąka

22

Goryczka trojeściowa

Wawrzynek wilczełyko

Wierzbówka kiprzyca

Czosnek niedźwiedzi

Przykładami mogą być tutaj endemity i subendemity
tatrzańskie: wiechlina granitowa (Poa granitica), wiechlina szlachetna (Poa nobilis) czy warzucha tatrzańska
(Cochlearia tatrae). Obok nich spotkać można endemity i subendemity zachodniokarpackie, takie jak tojad
mocny morawski (Aconitum firmum ssp. moravicum),
szafran spiski (Crocus scepusiensis), znany powszechnie jako krokus czy niezwykle uroczy urdzik karpacki
(Soldanella carpatica) o kwiatach w postaci niewielkich jasnofioletowych dzwoneczków. Do endemitów
i subendemitów ogólnokarpackich z kolei zaliczyć
można między innymi rosnący nawet w pobliżu najwyższych szczytów dzwonek wąskolistny (Campanula
polymorpha), wysokogórską wierzbę wykrojoną (Salix kitaibeliana), zwaną także wierzbą Kitaibela, której
płożące pędy trudno jest skojarzyć z jej drzewiastymi
krewniakami, czy wreszcie żywokost sercowaty (Symphytum cordatum), o liściach, których kształt kojarzy się
jednoznacznie z treścią kartek walentynkowych.
Roślinność Karpat, podobnie jak w przypadku innych gór wysokich, silnie zmienia się wraz ze wzrostem
wysokości nad poziomem morza. Jest to rezultat zmieniających się warunków klimatycznych, z którymi rośliny są silnie związane. Możliwe jest wyróżnienie specyficznych pasów charakteryzujących się odpowiednimi
zespołami roślinnymi. Zasięgi wysokościowe pięter
klimatyczno-roślinnych, bo o nich mowa, zmieniają
się w zależności od pasma górskiego, w zależności od
położenia geograficznego mogą też zmieniać się dominujące w nich gatunki.
W Karpatach Zachodnich najniżej położonym piętrem jest piętro pogórza. Niegdyś pokryte lasem, w którym dominowały różne gatunki dębów (rodzaj Quercus), graby (Carpinus betulus) i lipy (rodzaj Tilia) obecnie
w dużej mierze zajęte jest przez tereny zurbanizowane
lub pola uprawne. Idąc wyżej wkracza się w piętro regla dolnego. Może ono sięgać aż po ok. 1200 m n.p.m.,

23

a zajęte jest głównie przez buczyny (lasy bukowe),
którym towarzyszą bory mieszane bukowo-jodłowo-świerkowe, lasy jodłowe, bory świerkowe na torfie,
jaworzyny czy nawet lasy łęgowe. Buczyny karpackie
tworzą specyficzne środowisko dla rosnących w nich
roślin runa. Będąc latem w lesie bukowym wystarczy
spojrzeć w górę – choć ponad koronami drzew świeci
oślepiająco słońce, pod ich okapem panuje półmrok.
To właśnie sprawia, że runo buczynowe wydaje się być
bardzo ubogie, tworzone przez nieliczne rośliny cienioznośne. Jeżeli jednak do tego samego lasu wejdzie
się wczesną wiosną, zanim na bukach pojawią się liście,
okazuje się, że trzeba porzucić przekonanie o ubogim
runie. Pod stopami obserwatora rozpościera się zielony kobierzec liści poprzetykany barwnymi kwiatami.
To geofity, rośliny, które muszą zdążyć zakwitnąć przed
listnieniem buków, by skorzystać z dobrodziejstwa
wiosennego słońca. Przykładami geofitów są popularne gatunki, jak zawilec gajowy (Anemone nemorosa),

ziarnopłon wiosenny (Ficaria verna), kokoryczka okółkowa (Polygonatum verticillatum), złoć żółta (Gagea lutea) czy czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum).
Dalsza wędrówka ku najwyższym szczytom karpackim wiedzie przez ostępy borów świerkowych,
tworzące ostatnie leśne piętro w Karpatach, czyli regiel
górny. Warunki klimatyczne panujące na wysokości od
ok. 1000-1100 do 1450 m n.p.m. są już zbyt trudne dla
buków (Fagus sylvatica) i jodeł (Abies alba), które pozostały w niższych partiach górskich stoków. Panują tutaj niemalże niepodzielnie świerki (Picea abies), których ciemna
zieleń z rzadka przetykana jest jesienią przez czerwień
jarzębinowych „korali”. Runo świerczyny górnoreglowej
jest ubogie w gatunki, choć może tworzyć zwarte zielone łany. Najczęściej spotykane są paprocie: nerecznica
górska (Dryopteris oreopteris), nerecznica szerokolistna
(Dryopteris dilatata) czy rzadziej spotykany podrzeń żebrowiec (Blechnum spicant), obok których rosną także borówka czarna (Vaccinium myrtillus), widłak jałowcowaty

(Lycopodium annotinum), podbiałek alpejski (Homogyne
alpina) czy liczne gatunki mchów. Zdarza się także, że
w miejscach, gdzie ilość światła docierającego do dna
lasu jest szczególnie mała, pod okapem świerków próżno jest szukać jakichkolwiek roślin zielnych.
W miarę postępowania ku górze świerki rosnące
w reglu górnym stają się coraz niższe, a sam bór świerkowy coraz luźniejszy. Jest to nieomylny znak zbliżania
się do górnej granicy lasu, powyżej której jest już piętro subalpejskie, zwane także piętrem kosodrzewiny.
W zależności od pasma górskiego rozpoczyna się ono
na wysokości około 1360–1500 m, a kończy przechodząc płynnie w piętro halne na wysokości 1650–1800 m
n.p.m. Dominującym gatunkiem jest tutaj – jak nietrudno się domyślić – kosodrzewina (Pinus mugo), zwana także sosną kosą, kosówką czy też sosną górską. Jej zwarte,
ciemnozielone łany są niezwykle trudne do przebycia,
tworząc naturalną barierę wzdłuż wysokogórskich szlaków turystycznych. Nie jest to oczywiście jedyna roślina

Wiatrołom
Las bukowy

24

Las sosnowy

Podbiał pospolity

występująca w piętrze subalpejskim. Akcentów kolorystycznych dostarczają zaroślom kosówki rosnące tutaj
krzewy jarzębiny w odmianie nagiej (Sorbus aucuparia
var. glabrata), porzeczki skalnej (Ribes petraeum) czy
wierzby śląskiej (Salix silesiaca), o charakterystycznych,
czerwono przebarwiających się liściach. Piętro subalpejskie to nie tylko krzewy. W miejscach, gdzie kosodrzewina nie może uformować gęstych zarośli, pojawiają się
także rośliny runa tworzące często borówczyska lub traworośla. Rosną tam przede wszystkim borówki: czarna
(Vaccinium myrtillus) i brusznica (Vaccinium vitis-idaea),
tak chętnie pozyskiwane od stuleci przez mieszkańców
podkarpackich dolin. W runie piętra kosodrzewiny borówkom towarzyszą także między innymi podbiałek
alpejski (Homogyne alpina) oraz trawa śmiałek pogięty
(Deschampsia flexuosa).
Powyżej piętra subalpejskiego w wyższych partiach
Karpat wykształca się piętro alpejskie, nazywane także
halnym. Warunki panujące na tej wysokości można uznać
za bardzo trudne – krótki sezon wegetacyjny, cienka warstwa gleby (lub jej całkowity brak), częste susze, intensywna insolacja, a w zimie silne mrozy i wiatry o sile nieomal
huraganu. W taki miejscu przetrwać mogą wyłącznie naj-

lepiej przystosowane i najbardziej odporne gatunki roślin.
Brak jest tutaj jakichkolwiek drzew, nie ma także żadnych
krzewów czy wyższych roślin zielnych, rosną za to niewielkie, przytulone do ziemi rośliny, często schowane
w załomach i szczelinach skalnych. Nierzadko jako siedlisko wybierają one także piargi, czyli luźne zwały kamieni
na zboczach. W miejscach względnie utrwalonych oraz
na grzbietach wykształcają się zbiorowiska murawowe,
których skład gatunkowy zależy od typu podłoża. Na wapieniach murawy tworzone są na przykład przez turzycę
mocną (Carex firma), w której darni pojawia się czasem
pochodzący z dalekiej północy dębik ośmiopłatkowy
(Dryas octopetala). Bujniejsze murawy nawapienne tworzone są w Tatrach przez kostrzewę pstrą (Festuca versicolor), której towarzyszy sesleria tatrzańska (Sesleria tatrae).
Skały granitowe z kolei porośnięte być mogą przez murawy zbudowane z sita skuciny (Juncus trifidus) i kostrzewy
niskiej (Festuca supina). Brunatne kępy sita nadają jesienią
charakterystyczną czerwonawą barwę wielu masywom
górskim, na przykład tatrzańskim Czerwonym Wierchom
(stąd zresztą pochodzi ich nazwa).
Wyłącznie w najwyższych partiach Karpat (w Tatrach powyżej 2300 m n.p.m.) wykształca się piętro
subniwalne, znane także jako piętro turniowe. To kwintesencja gór wysokich – potężne, urwiste zbocza, skaliste turnie, głazy i piargi, śnieg zalegający przez blisko
300 dni w roku, słowem wszystko to, co przeciętny
turysta spodziewa się zobaczyć na karcie pocztowej
z Tatr. Rośliny rosnące na tej wysokości nie tworzą
zwartych muraw, a raczej niewielkie kępy wyrastające
w miejscach bardziej sprzyjających wegetacji. Pomimo
ekstremalnych warunków w piętrze turniowym Tatr
spotkać można ok. 120 gatunków roślin naczyniowych
oraz liczne mchy i porosty naskalne. Podobnie jak
w piętrze alpejskim warunki silnie wpływają na pokrój
roślin rosnących w piętrze subniwalnym. Są to karłowate, płożące się rośliny, czasami poduchowate lub kę-

powe – wszystkie te formy mają za zadanie umożliwić
przetrwanie w skrajnych warunkach.
Karpaty to góry charakteryzujące się dużą zmiennością. Nie inaczej jest w przypadku pięter roślinnych
– od przedstawionego wyżej schematu sporo jest rozmaitych wyjątków. Wystarczy wybrać się na wędrówkę
po wschodniej części Karpat, na przykład w Bieszczady,
by ze zdziwieniem zobaczyć układ pięter odbiegający
od tego, do jakiego przyzwyczaiły nas Karpaty Zachodnie. W Bieszczadach specyficzne warunki klimatyczne
i siedliskowe sprawiły, że górna granica regla dolnego
lasu jest zarazem górną granicą lasu. Próżno jest szukać
tutaj ciemnych ostępów świerkowego boru górnoreglowego. Powyżej lasów dolnego regla rozciągają się
charakterystyczne dla Karpat Wschodnich połoniny,
czyli zbiorowiska muraw wysokogórskich, borówczysk
i traworośli. Są to układy naturalne, których zasięg
został dodatkowo poszerzony na skutek działalności
człowieka, polegającej między innymi na wypasie. Na
bieszczadzkich połoninach pojawia się jeszcze jedno
ciekawe zbiorowisko roślinne. Są to zarośla olszy zielonej (Alnus viridis), zwanej także kosą olchą, które pełnią
rolę „bieszczadzkiej kosówki”.

25

Kozica

Zwierzęta

K

arpaty zdają się być na mapie Europy prawdziwym refugium dla wielu niegdyś powszechnych gatunków zwierząt, które przegrały
w konkurencji z postępującym osadnictwem.
Dotyczy to zwłaszcza dużych drapieżników, wymagających nieraz ogromnych obszarów, na których mogą
polować i wychowywać młode.
Spośród dużych przedstawicieli fauny karpackiej na
uwagę zdecydowanie zasługuje niedźwiedź brunatny
(Ursus arctos). Nie jest on endemitem karpackim, jednak
jego zasięg w Europie kurczy się drastycznie, w Karpatach zaś wciąż bytują tysiące osobników. Zdecydowanie
najlepsze warunki znajduje w Rumunii, gdzie populację
niedźwiedzia szacuje się na ponad 5000 sztuk. Jest on
także stosunkowo częstym bywalcem okolic szlaków
turystycznych w Tatrach – po lasach i polanach tatrzańskich wędruje ponad 100 niedźwiedzi.

Bardzo interesującym drapieżnikiem, który niezasłużenie cieszy się złą opinią, jest wilk (Canis lupus).
Ten wspaniały drapieżca większości kojarzy się z bajką
o Czerwonym Kapturku, choć trudno jest w tej bajce do-

szukać się choć ziarenka prawdy. Podobnie jak niedźwiedzie wilki także najliczniej występują w Rumunii. Ostępy
karpackich lasów i borów są idealnym wprost miejscem
dla wilczych grup rodzinnych, zwanych watahami.
Wśród dużych drapieżników zamieszkujących
Karpaty wymienić należy także rysia (Lynx lynx). To największy z europejskich dzikich kotów, który – podobnie jak wilk – nie znajduje już dla siebie miejsca w Europie Zachodniej. Szacuje się, że karpacka populacja tego
drapieżcy liczy ponad 2000 osobników.
Interesujący są także wysokogórscy przedstawiciele fauny Karpat. Świstak (Marmota marmota), to
niewielki gryzoń zamieszkujący najwyższe położenia
górskie, wybierający trudno dostępne miejsca, w których czuje się bezpiecznie. Podobnie postępuje najwdzięczniejszy chyba przedstawiciel świata zwierząt
w Karpatach, a mianowicie kozica (Rupicapra rupicapra). Możliwość podziwiania tych niezwykle zgrabnych
zwierząt poruszających się po zboczach, zdawałoby się
dostępnych jedynie dla wytrawnych wspinaczy, należy
do najwspanialszych atrakcji tatrzańskich.

Wilki

Lis

27

(Tetrao urogallus) – czarny klejnot europejskich lasów,
spokrewnionego z nim cietrzewia (Tetrao tetrix), którego toki uznawane są za jeden z najwspanialszych spektakli natury, majestatycznego orła przedniego (Aquila
chrysaetos) czy też niewielkiego płochacza halnego
(Prunella collaris), preferującego najwyższe położenia
górskie.

Sokół

Głuszec

Zamiast podsumowania…
Karpackie krajobrazy nie byłyby kompletne bez
przedstawicieli awifauny. Wśród wielu gatunków ptaków zamieszkujących obszar Karpat na szczególną
uwagę zasługują te, których zasięgi na kontynencie
europejskim kurczą się pod naporem rozrastających
się osiedli ludzkich, pól uprawnych czy coraz gęstszej
sieci dróg. Wymienić można tutaj na przykład głuszca

K

ażdy łańcuch górski, każdy szczyt i każde zbocze w Karpatach zasługuje na to, by poświęcić
mu odrębną publikację. Poznanie bogactwa
przyrodniczego tych wspaniałych gór leżących w centrum Europy to wyzwanie dla wszystkich
miłośników górskich wędrówek. Spożytkowawszy na
to niemal całe życie zachwycony wędrowiec i tak zawsze powie, że to dopiero początek…

Cietrzew

Jeleń

Na str. 26
Jastrząb

28

Wołosi – nomadzi Bałkanów

Piotr Kłapyta

29

J

ednym z najbardziej interesujących zagadnień
kulturowych Karpat był wpływ pasterskiej ludności pochodzenia bałkańskiego, zwanych Wołochami, na ukształtowanie stosunków osadniczych, gospodarki oraz kultury materialnej i duchowej
tego regionu. Skomplikowane dzieje licznych plemion,
a później narodu przez ponad dwa tysiące lat trwale
wiązały się z zawiłą historią Bałkanów i Europy Środkowej. Wołosi jako imigranci stanowili z jednej strony
czynnik innowacyjny, wnoszący w Karpaty odmienne
rozwiązania gospodarcze, mimo że ich kulturę materialną i duchową cechował znaczny archaizm. Migracje
wołoskie doprowadziły do przeniesienia w Karpaty Zachodnie elementów kultury bałkańskiej oraz do upowszechnienia nieznanych wcześniej technologii gospodarowania w górach, które przyczyniły się w znacznym stopniu do zespolenia i ujednolicenia elementów
kulturowych w obrębie całego łuku Karpat.
Wołosi stanowią odrębny etnos w dziejach Europy
Południowej i Środkowej, który z przyczyn historycznych
i społecznych (struktura rodowo-plemienna, rozproszenie i brak wspólnego języka) nie stworzył niezależnych
struktur państwowych. Pod zbiorczą nazwą Wołochów
ma się na uwadze szereg grup etnicznych, tworzących
wewnętrzne struktury archaicznych klanów rodowych,
które w ciągu dziejów wtapiały się w lokalne społeczeństwa i narody, zatracając stopniowo cechy wspólnoty
plemiennej. Mimo tych przemian Wołosi, jako wspólnota pierwotnie pasterska, odznaczała się pewną hermetycznością, co pozwoliło zachować do dziś jej relikty
wśród licznych współczesnych grup zamieszkujących
Karpaty. W Karpatach Zachodnich Wołosi wnieśli istotny wkład w formowanie wspólnoty kulturowej grup
góralskich (ruskich, polskich i słowackich), przekazując
im górski system gospodarki pasterskiej, słownictwo
i wzory kulturowe, zaś w Karpatach Południowych etnos
ten dał początek narodowi rumuńskiemu. Napływający

w Karpaty Zachodnie mocno już zeslawizowany etnos
wołosko-ruski wyróżniał, w stosunku do zamieszkujących je grup, obrządek wschodni. Wołosi od X wieku
byli bowiem chrześcijanami obrządku prawosławnego,
co uwarunkowane było wielowiekowymi historyczno-kulturowymi związkami z Bizancjum.
O Wołochach nie należy pisać jednak jedynie
w czasie przeszłym. Obecnie stosunkowo liczna (nawet ok. 1 miliona osób), autochtoniczna wspólnota
wołoska (arumuńska) o wykrystalizowanym poczuciu
odrębności narodowej żyje i gospodaruje nadal na
Bałkanach. Współcześnie Wołosi zamieszkują obszar
rozciągający się od środkowej Grecji (Tesalia) poprzez
górskie tereny Epiru i Pindosu, Albanię, Macedonię aż
po Serbię, Bułgarię i południową Rumunię (Dobrudża).
Arumuni są narodem nie posiadającym jednak własnego państwa i odrębnych struktur politycznych. Jedynie
w Macedonii Arumuni stanowią mniejszość narodową
obok Albańczyków, Romów, Serbów i Turków. Arumuni dzielą się na kilka grup, różniących się miejscem zamieszkania, świadomością grupową i językiem, cztery
z nich uważane są za najważniejsze. Na górskich obszarach północnej Grecji (Epir) mieszkają Gramostianie
i Pindianie, południową Albanię zamieszkują Farszeroci, natomiast pogranicze grecko-macedońskie Megleno-Wołosi (Megleni). Niekwestionowaną duchową
stolicą narodu arumuńskiego jest położone w Albanii
dawne kupieckie miasto Moskopole (alb. Voskopoje).
Wbrew krążącym stereotypom nie należy Wołochów ograniczać jedynie do wędrownych grup pasterskich (Wołochów-pasterzy), bowiem część z nich
dobrowolnie bądź pod przymusem przechodziła na
półosiadły tryb życia, prowadząc gospodarkę pastersko-rolniczą (Wołosi-gospodarze). Na Bałkanach pierwotną formą gospodarowania Wołochów było sezonowe pasterstwo transhumancyjne oraz rolnictwo,
w czasach panowania Turków społeczność ta trudniła

Na str. 28
Redyk w górach Paring
(Rumunia)

30

Redyk w górach Paring
(Rumunia)

się także handlem i transportem, przewodząc karawanom kupieckim. W okresie średniowiecza Wołosi byli
także samodzielnym podmiotem politycznym, wśród
którego wykształciła się typowa dla tamtych czasów
struktura społeczna z warstwą rycerską (np. jazda wołoska z Mołdawii licząca 400 koni walczyła w 1410 roku
pod Grunwaldem), duchowieństwem, wykształconymi rzemieślnikami, kupcami, artystami i przywódcami lokalnych społeczności – kniaziami (sołtysami).
Powszechnym zjawiskiem w XIV-wiecznej Polsce i na
Węgrzech była nobilitacja w zamian za zasługi wojenne, co umożliwiło przechodzenie Wołochów-kniaziów
czy Wołochów-rycerzy do stanu szlacheckiego, dając
w ten sposób początek znanym rodom arystokratycznym (Dzieduszyckim, Rydłowskim, Uhernickim,
Stupnickim, Krechowieckim). Z czasem jednak Wołosi
utracili warstwy wyższe i zostali zredukowani do grup
pasterskich, jedynie w Rumunii zdołali odrodzić się
jako nowoczesny etnos – naród.

Pochodzenie nazwy

N

ajstarszym określeniem Wołochów było znane już w VII wieku greckie słowo Vlah (Bλάχ)
w liczbie mnogiej Vlachoi, które zostało przejęte od Greków przez Słowian południowych
w niezmienionej formie Vlah, Vlachi, Vlasi, Vlachie, Vlech.
Określenie to funkcjonuje na całych Bałkanach. Potocznie u Słowian południowych (Serbia, Chorwacja) słowem
vlach określało się wszystkich pasterzy owiec. Według
innej koncepcji etymologia określenia wlah jest starsza
i odnosi się do pobytu Wizygotów i Ostrogotów na Bałkanach w IV/V wieku. Według tej koncepcji słowo wlah
wywodzi się od germańskich słów walh/wealh, które
oznaczało początkowo człowieka posługującego się językiem celtyckim. W późniejszym okresie (VI w.) termin
ten został szerzej zaadaptowany dla wszystkich grup
ludów mówiących językami zromanizowanymi. Nazwa
ta jest więc egzoetnonimem (nazwą obcą), nadanym
przez przedstawicieli innej grupy. To samo pochodzenie mają słowa angielskie Wales – Walia, jako określenie
krainy, gdzie m.in. mieszkali zromanizowani Celtowie,
Walonia – kraina romanizowanych Belgów, kanton Valais
w Szwajcarii zamieszkany także przez zromanizowaną
ludność. Późniejszym określeniem jest zrutynizowane
(wschodniosłowiańskie) słowo Wołoch/Valach. Na Bałkanach funkcjonują współcześnie także inne określenia tej
zbiorowości; w Serbii używany jest termin Cincar (od wołoskiego słowa „pięć”; Wołosi mieli być potomkami piątego legionu rzymskiego stacjonującego na Bakanach),
w Albani – Cioban, natomiast Węgrzy nazywają Wołochów terminem Olahi. Współcześni Wołosi mają świadomość zewnętrznego pochodzenia tych nazw i na swoje
określenie używają powszechnie, sięgającego do korzeni
rzymskich, etnonimu Armâni, oznaczającego dosłownie
„człowieka, który zostaje”, czyli człowieka miejscowego.

Pochodzenie Wołochów

P

omimo ponad 150 lat badań geneza tego
ludu stanowi problem złożony i kontrowersyjny, który nie doczekał się do dziś powszechnej
akceptacji. Współcześnie istnieją dwie sporne
teorie dotyczące pochodzenia Wołochów:
Hipoteza dakorumuńska zrodziła się w XIX wieku
i była forsowana przez historyków rumuńskich, którzy
uważali Wołochów za ludność będącą w prostej linii
protoplastami narodu rumuńskiego. W myśl tej hipotezy Wołosi to grupy Daków i Traków zromanizowanych
na terytorium obecnej Rumunii w ciągu ponad 150 lat
okupacji rzymskiej (106-271 r. n.e.), które po ewakuacji Rzymian w 271 roku schroniły się w Karpatach
Południowych przed najazdem Gotów i Alamanów.
Z tych „karpackich refugiów” ludność ta miała stopniowo migrować na południe, zajmując górskie obszary
Bałkanów aż po Grecję, oraz na północ w Karpaty Zachodnie. Przeciwko tej hipotezie świadczą jednak: brak
przez ponad siedem wieków (do X wieku) wzmianek
o większych grupach ludności romańskiej na terenie
Karpat Południowych. Według źródeł historycznych
ludność romańska zamieszkująca Dację została ewakuowana wraz z rzymskimi załogami wojskowymi. Badania lingwistyczne, wskazują także na brak kon­tinuum
dako-wołosko-rumuńskiego, poświadczają one za to
wyraźne związki języka rumuńskiego z językiem albańskim (iliryjskim), co pośrednio wskazuje na silne
wpływy od południa.
Hipoteza południowobałkańska zakłada, że Wołosi
są na Bałkanach ludnością autochtoniczną „paleobałkańską”, pochodzącą ze zromanizowanej ludności
trackiej, iliryjskiej i staromacedońskiej, zamieszkującej
południową część Bałkanów (Macedonia, Bułgaria,
Serbia). Trakowie i Ilirowie byli starożytnymi ludami

31

Ryc.1
Stosunki etniczne na
Bałkanach przed ekspansją
Rzymu (początek naszej ery)
Ryc. 2
Latinizacja Bałkanów za
czasów ekspansji Imperium
Rzymskiego (I-IV w n.e.)

Prowincje rzymskie z językiem łacińskim

ludy germańskie

Prowincje rzymskie z językiem greckim

ludy sarmackie

32

indoeuropejskimi, które od epoki brązu zamieszkiwały Półwysep Bałkański (tereny na południe od Dunaju)
(ryc. 1). Po zajęciu tych terenów przez Rzym rozpoczął
się długotrwały, trwający od 300 do 500 lat, proces
romanizacji (latynizacji) i asymilacji tych ludów z Rzymem (ryc. 2), który doprowadził do powstania zrębów
wschodnioromańskiego języka (dialektu) wołoskiego.
Ludność wołoska, trudniąca się pierwotnie osiadłym
rolnictwem, podczas ekspansji Słowian w VI i VII wieku
została częściowo wyparta z żyznych terenów rolniczych i miast na tereny górskie, gdzie zmuszona była
prowadzić koczowniczą gospodarkę pasterską. Po
podbiciu tych terenów przez Słowian wraz z pasterzami albańskimi Wołosi musieli składać daniny słowiańskiej starszyźnie. Dowody historyczne wskazują także,
że Wołosi częściowo zasymilowali się ze Słowianami
i Awarami, prowadząc wspólną ekspansję w kierunku
zachodnim i północnym (Chorwacja, Słowenia, Austria?). Bliska współpraca Wołochów ze Słowianami
pozwoliła na znaczne rozprzestrzenienie się plemion
wołoskich podczas wędrówek ludów oraz liczne słowiańskie zapożyczenia językowe. Reliktem tych najstarszych bałkańskich grup wołoskich są współcześni
Arumuni, Istroromanie i Karakaczanie zamieszkujący
Bałkany.
Z terytorium południowych Bałkanów pochodzą także najstarsze pisemne wzmianki o Wołochach,
które znajdujemy w źródłach bizantyńskich (ryc. 3).
W VIII wieku kroniki odnotowały w Macedonii Egejskiej
miejscowość Vlahorinhini, zaś w latach 976-980 sam
lud, żyjący na terenach dzisiejszego pogranicza grecko-macedońsko-albańskiego. Znajdujemy tam informację, że w roku 976 między jeziorem Prespa (współczesna Macedonia) a miastem Kastoria (współczesna
Grecja) wędrowni Wołosi zabili Dawida – najstarszego
syna feudała macedońskiego.

33

Ryc. 3
Ekspansja Wołochów
na Bałkanach i w Karpatach
(X-XVII w.).

Wołosi w dziejach
historycznych Bałkanów

W

ołosi podczas całego średniowiecza
byli na Bałkanach liczącym się elementem etnicznym, politycznym i militarnym. W X wieku znane są z północnej
i środkowej Grecji regiony: Wielka (Tesalia), Mała (Etolia)
i Górna Wlachia (Epir), które stanowiły najdalej wysunięte ku południowi tereny zamieszkane przez Wołochów. O zasięgu ludności wołoskiej w tej części Grecji
wskazują pośrednio liczne toponimy z rdzeniem „vlach”
sięgające po Góry Parnas i Wybrzeże Morza Egejskiego
(ryc. 3). Osadnictwo wołoskie poświadczone jest także ze Świętej Góry Athos, skąd zostali jednak wygnani w 1105 roku. Część Wołochów zamieszkujących
grecką Tesalię (Wielką Wlachię) została przesiedlona
przez cara bułgarskiego Samuela w 986 roku w górskie tereny Rodopów (Bułgaria). W XII wieku Wołosi
utworzyli wraz z Bułgarami drugie państwo bułgarskie
nazywane Imperium Bułgarów i Wołochów z własnym
królem tytułującym się Imperatores Bulgarorum et Blachorum (ryc. 3).
Społeczność wołoska pełniła istotną rolę gospodarczą, dostarczając produktów z prowadzonej
hodowli owiec (sery, mleko, skóry). Trudnili się trans­
humancyjnym pasterstwem polegającym na całorocznym wypasie nawet wielotysięcznych stad i cyklicznych wędrówkach pomiędzy letnimi pastwiskami
wysokogórskimi (hale, połoniny) a zimowymi terenami wypasowymi położonymi na nizinach, wybrzeżach bądź w kotlinach podgórskich. Przykłady takich
peregrynacji znane były w XI i XII wieku, gdzie stada
schodziły na zimę z górskich pastwisk Starej Płaniny
nad Morze Czarne oraz z Rodopów nad Morze Egejskie i dolny Dunaj (ryc. 3). Znane są nawet przypadki,

Objaśnienia

pasma górskie

terytorium zamieszkałe
przez Wołochów w X wieku

regiony zasiedlone
przez Wołochów w XIV w.

szlaki wedrówek
Wołoskich

ekspansja Wołochów
X-XI w.

regiony zasiedlone
przez Wołochów w XV w.

kierunek
transhumancji

ekspansja Wołochów
w XII w.

regiony zasiedlone
przez Wołochów w XVI w.

kolonizacja Wołochów
w Siedmiogrodzie w XII w.

regiony zasiedlone
przez Wołochów w XVII w.

regiony zasiedlone
przez Wołochów
1 - Podhale, 2 - Orawa,
3 - Żywiecczyzna,
4 - Beskid Śląski

Na str. 32
Bałkańska kolebka
Wołochów – górskie
tereny na pograniczu
Grecji, Macedonii i Albanii,
na zdjęciu góry Tsamanta
w Epirze (Grecja-Albania)

34

że z powodu braku dostatecznej ilości paszy pasterze
wraz ze stadami przeprawiali się przez morze Marmara
aż do tureckiej Azji Mniejszej.
W XII i XIII wieku, po przegranej wojnie Bułgarów
i Wołochów z cesarzem bizantyńskim (1186 r.), część
ludności wołoskiej podjęła ekspansję na północ od
Dunaju i na południe oraz wschód od Karpat na terytorium nizinnej Wołoszczyzny i Mołdawii (współczesna
Rumunia). Wołosi, którzy osiedlili się na tym rozległym
terytorium sięgającym od Dunaju do Dniestru, trudnili
się głównie rolnictwem; w procesje asymilacji z zastanymi tam ludami (Słowianami, resztkami Geto-Daków)
dali początek współczesnemu narodowi rumuńskiemu (ryc. 3). W okresie panowania Turków na Bałkanach
autochtoniczna ludność wołoska była uprzywilejowana, gdyż jako pasterze – w odróżnieniu od żyjących
w poddaństwie rolników – byli ludźmi wolnymi, prawo
tureckie umożliwiało im swobodne wędrówki pasterskie w poszukiwaniu pastwisk na rozległym obszarze
Półwyspu Bałkańskiego.

Ekspansja Wołochów w Karpatach
(XIII-XVII w.)

Wysokogórskie osiedle pasterskie
(katun) w górach Prokletje
w Albanii

Rumunia
Czynnikami, które najprawdopodobniej stymulowały ekspansję Wołochów na północ i zachód, był
przyrost naturalny społeczności pasterskich i związana
z tym konieczność zwiększania stad i zajęcia nowych
areałów wypasowych. W najnowszej literaturze przedmiotu krytycznie podchodzi się do koncepcji exodusu
Wołochów wywołanej presją spowodowaną podbojem osmańskim na Bałkanach. Miał on spowodować
upadek państewek wołoskich i skłonić część klanów
do wędrówki i osiedlania się na górskich terenach Karpat. Jednak, jak potwierdzają dane historyczne, chro-

35

nologia osadnictwa wołoskiego na północ od Dunaju
jest wcześniejsza niż ekspansja Turków na Bałkanach.
Dodatkowo w czasach panowania imperium osmańskiego, jak wspomniano wyżej, Wołosi cieszyli się licznymi przywilejami (m.in. prawo swobodnego przemieszczania się w obrębie i poza imperium) i spośród
innych społeczności byli grupą faworyzowaną.
Osadnictwu wołoskiemu na północ od Dunaju
sprzyjała polityka osadnicza królestwa Węgier, których
terytorium rozciągało się na północ od grzbietu Karpat Południowych (Siedmiogród) aż po współczesną
Słowację (Górne Węgry) (ryc. 3.). Pierwsze wzmianki o pobycie Wołochów na terytorium węgierskiego
Siedmiogrodu (Transylwanii) pochodzą z lat 1222-1224 i dotyczą rejonu Kotliny Fogaraskiej na wschód
od Sibiu, które nazywano terra Blachorum (ziemia Wołochów). Osiedli tam pasterze byli zobowiązani płacić
królowi węgierskiemu daninę (tzw. pięćdziesiątnicę)
w postaci owcy z jagnięciem i drugiej jałowej od każdych 50 sztuk wypasanego stada. Wołosi, którzy byli
zachęcani do osiedlenia się w Siedmiogrodzie, pochodzili z terytorium Bułgarii. Samowystarczalna gospodarka wołoska stanowiła cenny element dla rozwoju
gospodarki i wzrostu zaludnienia na górskich ziemiach
Korony Węgierskiej, które zostały wcześniej spustoszone najazdem tatarskim, stąd liczba Wołochów
w XIV wieku stale wzrastała, a osady wołoskie pojawiały się coraz dalej na północ, zasiedlając współczesny
teren Ţara Moţilor w Górach Zachodniorumuńskich
(dawny komitat węgierski Bihor) (ryc. 3).
Kolonizacja wołoska odegrała decydującą rolę
w zasiedleniu słabo zaludnionego w XIII i XIV wieku
górskiego regionu Maramuresz w północnej Rumunii
(ryc. 3). Pierwsze nadania ziemi kniaziom wołoskim pochodzą z lat 1317 i 1325 i dotyczą wiosek Gyulafalva
(Giuleşti) nad rzeką Marą i Bârsana w okolicach Sighetu
Marmaţiei. Istotną rolę w kolonizacji górnego dorzecza

dolin Izy i Wyszowa (Góry Marmaroskie i Rodniańskie)
odegrała akcja osiedleńcza przeprowadzona przez
Wołochów wojewody Bohdana z Cuhea w 1334 roku.
Exodus osadników wołoskich z Wołoszczyzny do Maramureszu wraz ze stadami i dobytkiem trwał przez cały
rok. Ludność ta zasiedliła dużą część współczesnego
rumuńskiego Maramureszu i kilka wsi na północ od
Cisy na Zakarpaciu (ryc. 3). Wojewoda Bohdan był niechętnie nastawiony do króla Węgier i rozpoczął rokosz
antywęgierski. W 1349 roku wraz ze sprzyjającą mu
ludnością opuścił Maramuresz i zajął tereny na wschód
od Karpat, rozpoczynając w ten sposób historię Mołdawii. Większość Wołochów była jednak podległa królowi, a nobilitowany mołdawski ród wołoski herbu Sas
podjął nieudaną walkę z Bohdanem o odzyskanie węgierskiej dominacji w Mołdawii. W zamian za utracone
tam ziemie synowie wojewody Sasa: Balk, Drag i Jan
otrzymali tereny wzdłuż Cisy na Zakarpaciu, gdzie powstały kolejne wsie wołoskie.
Region Maramuresz i Mołdawia odegrały ważną
rolę w wołoskiej kolonizacji dalszych części Karpat.
Z tych ziem bowiem pochodzili głównie koloniści
zasiedlający tereny Zakarpacia i części Rusi Halickiej
(ryc. 3). W Karpatach północnych prąd osadnictwa
wołoskiego był rozproszony i stosunkowo nieliczny, co
spowodowało całkowite zasymilowanie z ludnością ruską, polską i słowacką. Migracja osadników z południa
miała etnicznie najsilniejszy charakter wołoski tylko
w swej pierwszej fazie, do czasu wchłonięcia elementu
ruskiego. Rutenizacja Wołochów postępowała co najmniej od XIV wieku nad Górną Cisą (Maramuresz/Zakarpacie), gdzie nastąpiło silniejsze wymieszanie się
ludności ruskiej z Rusi Halickiej z ludnością wołoską.
Ruś Halicka (Ukraina) i Karpaty polskie
Wołosi byli także cenionymi osadnikami po północnej stronie Karpat Wschodnich. Możliwości osad-

Pasterz z gór Parâng
(Rumunia)

nicze otworzyły się po przyłączeniu Rusi Halickiej do
Polski przez Kazimierza Wielkiego w 1340 roku, który
na nowo pozyskanych ziemiach nadawał przywileje
osadnicze rycerstwu wołoskiemu, które zasłużyło się
w walkach o Ruś (m.in. Daniło Dadźbogowic, Stefan
Rybotycki herbu Sas). Kolejni władcy Polski z dynastii
Jagiellonów sprzyjali takiej polityce osiedleńczej, nadając kniaziom i rycerstwu wołoskiemu tereny w rejonie
Sambora, Drohobycza, Stryja, Kałusza i Rożniatowa,
a także górskie terytoria Karpat Wschodnich (Tucholszczyzna i Bojkowszczyzna) w dorzeczu Oporu na
południe od Skola (od 1397 r.) i w Turce nad Stryjem
(1431 r.) (ryc. 3).

36

Wypas owiec
w Górach Rodniańskich
(Siedmiogród, Rumunia)

Równolegle z zakładaniem nowych osad bądź dosiedlaniem już istniejących postępowała swobodna,
skierowana na zachód (wzdłuż łuku Karpat), migracja
wędrownych grup Wołochów-pasterzy, którzy wypasając swoje stada prowadzili na wpół nomadyczny
tryb życia. Grupy takich wędrownych pasterzy dotarły w 1373 roku w rejon Pogórza Karpackiego, gdzie
w okolicach Dynowa nad Sanem wzmiankowana jest
osada Walosze. W 1395 roku grupa Wołochów weszła
do Nowego Sącza podczas zjazdu królewskiego, na
którym byli obecni królowa Jadwiga z Władysławem

Jagiełłą, książę Witold oraz król węgierski Zygmunt
Luksemburczyk. W roku 1406 grupa wędrownych
Wołochów miała napaść na Stary Sącz. W 1413 roku
nieliczna, ośmioosobowa grupa wędrownych pasterzy pod przywództwem Dawida Wołocha założyła
pasterską wieś Ochotnica w Gorcach. W drugiej połowie XV wieku przez Beskid Niski przemieszczały się
grupy pasterzy; jak donoszą źródła historyczne, w czasie ostrej zimy 1490/1491 roku w górach na południe
od Pilzna zamarzli ludzie koczujący ze swoimi stadami.
Pod koniec XV wieku wędrowni pasterze-nomadzi do-

tarli w rejon Wadowic i na Żywiecczyznę, gdzie szybko
rozwinęli swoją gospodarkę pasterską, która w szczytowym okresie swojego rozwoju w 1914 roku mogła
poszczycić się aż 50 szałasami.
Średniowieczna kolonizacja wołoska trzymała się
na ogół łuku Karpat, ale w XV i XVI wieku Wołosi prowadzili ekspansję także na nizinnych terenach ziemi
bełskiej, chełmskiej i lubelskiej, zakładając nowe osady bądź walachizując już istniejące (ryc. 3). Nowa fala
osadnictwa wołoskiego w polskiej części Karpat miała
miejsce w XVI wieku. Było to szczytowe nasilenie kolonizacji na prawie wołoskim, w efekcie którego doszło
do lokacji nowych osad położonych na terenie klucza
muszyńskiego w Beskidzie Sądeckim (Szczawnik, Zubrzyk, Krynica, Izby) oraz do lokacji wsi na Skalnym
Podhalu i w Beskidzie Śląskim, gdzie pierwszą górską
osadą pasterską na Śląsku Cieszyńskim były powstałe
w 1590 roku Mosty Jabłonkowskie. Większość wsi pasterskich powstała tam jednak w późniejszym okresie,
w latach 1621-1654, kiedy funkcjonowało tam 30 szałasów i wypasano 10 tysięcy owiec i kóz oraz 858 sztuk
bydła rogatego. W XVI wieku w Karpatach polskich
powszechne były swobodne wędrówki i zimowy (listopad-kwiecień) pobyt ze stadami w lasach Kotliny
Sandomierskiej i Oświęcimskiej. Grupy wędrownych
pasterzy spotykano w 1605 roku w lasach Beskidu Żywieckiego. Historyczne wzmianki o wypasach transhumancyjnych znane były jeszcze z XX wieku ze Śląska
Cieszyńskiego, gdzie górale z Brennej i Wisły wypędzali
swoje stada na tzw. doły.
Słowacja i Czechy
Według Jerzego Czajkowskiego osadnictwo wołoskie na Słowacji postępowało z dwóch kierunków: korytarzem wschodnim (marmarosko-zakarpackim) oraz
korytarzem południowym wprost z Bałkanów przez Nizinę Węgierską w góry Gemeru. Korytarzem wschod-

37

nim przemieszczała się od XIV wieku zrutenizowana
fala wołoska, która utworzyła najstarsze na terytorium
współczesnej Słowacji wsie wołoskie (rusnackie), powstałe w dobrach Drugethów w Zemplinie (Koromla
1337 r., Jasenove 1348 r.) oraz w Szaryszu (Orlik Niżny
1357 r.) (ryc. 3).
Masowy ruch osadnictwa wołoskiego odbywał
się w XV wieku, kiedy pasterze penetrowali lasy i góry
w Szaryszu i na Spiszu, zasiedlając wcześniej założone
wsie w dolinie Popradu (Jakubiany) i górnej Topli na
południe od gór Čergov (m.in. Ruska Wieś k. Preszowa,

Šarišske Jastrabie) i docierając na zachód aż w rejon
Valaskej Dubovej (Orawa) i Żyliny (Kisuce).
W XVI wieku nastąpiła kolejna fala osadnicza,
w której efekcie zasiedlono pustki osadnicze i dosiedlono starsze osady, zwłaszcza te zasiedlone wcześniej na prawie niemieckim (np. Osturnię na Zamagurzu Spiskim). Przykładem zasiedlenia takiej pustki
osadniczej była kolonizacja górskiego terytorium państwa orawskiego Thurzonów (Górnej Orawy) przez
pasterzy wołoskich, która rozpoczęła się w 1575 roku.
W jej efekcie powstał tam prężny ośrodek pasterski,

bowiem już w 1619 roku na Górnej Orawie wypasano
24 tysiące owiec.
Najdalej na zachód położonym i jednocześnie najpóźniej zajętym przez osadnictwo wołoskie terenem
Karpat jest Wołoszczyzna Morawska (Valašsko). Region
ten położony jest na terytorium czeskich Moraw na
pograniczu ze Śląskiem i Słowacją. Obejmuje górskie
dorzecza Wsetyńskiej i Rożnowskiej Beczwy oraz karpackie pasma Gór Wsetyńskich (Vsetinské Vrchy), Jaworników (Javorniky) i zachodniej części Beskidu Śląsko-Morawskiego (Morawskoslezské Beskydy). Kolonizacja wołoska tej części Karpat rozpoczęła się w połowie XVI wieku migracją z terenów pobliskiego Śląska
Cieszyńskiego. W 1620 roku grupa około 50 rodzin
wołoskich, pochodzących z tego terytorium, założyła
u podnóża góry Radhost (1129 m n.p.m.) w Beskidzie
Śląsko-Morawskim wiele osad pasterskich, dając właściwy początek kolonizacji na prawie wołoskim, która
trwała tutaj jeszcze w wieku XVII.
Dzieje kolonizacji wołoskiej ukazują, że zasiedlanie
Karpat ludnością pasterską o bałkańskiej proweniencji
odbywało się w przeciągu pięciu wieków i nie stanowiło
jednorazowego procesu. Kolonizacja nowych terenów
nie następowała też w porządku geograficznym, „po
kolei”, lecz chronologia osad lokowanych na prawie wołoskim uwarunkowana była panującymi wówczas stosunkami własnościowymi i osadniczymi (gęstość zaludnienia, granice ekumeny, polityka wewnętrzna państw).
Z jednej strony trwała zorganizowana i potwierdzona
historycznie kolonizacja na prawie wołoskim, a z drugiej
swobodne wędrówki grup pasterskich, o których wiadomo stosunkowo niewiele. Elementy kultury i gospodarki
przyniesione z Bałkanów przez pasterskich osadników
wołoskich i rozwijające się dalej w nowych warunkach
kontaktu z kulturą ludności rolniczej wpłynęły niewątpliwie na specyfikę i odrębność regionu karpackiego
w stosunku do innych regionów Polski.

Wypas owiec
w górach Prokletje
(Czarnogóra/Albania)

Na str. 39
Wypas owiec w Górach
Fogaraskich (Rumunia)

Objaśnienia
granice państw
nazwy regionów
ważniejsze miasta
większe rzeki
pasma górskie
Karpat
główny grzbiet
Karpat
prawdopodobne
szlaki i kierunki
migracji wołoskich
czas zasiedlenia
wybrane
osady wołoskie
w północnej
części łuku Karpat

Ryc. 4
wykonanie: Piotr Kłapyta

39

Hymn Wołochów
Parinteasca Dimandare

Rozkaz naszych ojców

Parinteasca Dimandare
Na sprigiura cu foc mare
Frati di muma si di-un tata,
Noi, Armani di eta toata.

Ojcowie rozkaz nam wydali
Po to byśmy go szanowali
My dzieci jednych rodziców
Arumuni wszystkich czasów

Di sum plocile di murminta
Striga-a nostri buni parinta:
„Blestem mari s-aiba-n casa
Cari di limba-a lui s-alasa.

Pod z gładkiego marmuru grobami
Nasi wielcy przodkowie nas klną
Klątwa wisi nad tymi domami
Którzy mowę porzuca swą

Cari-si lasa limba-a lui
S-lu-arda pira-a focului,
Si s-dirina viu pri loc,
Sa-li si friga limba-n foc.

Przeklęty kto język swój porzuci
W ogniu smażyć się prawdziwym
Na ziemię z bólu się rzuci
Język zapłonie mu ogniem żywym

El an vatra-li parinteasca
Fumealia s-nu-si hariseasca;
Di fumeli curuni s-nu base
Nic an leagan si nu-nfase.

Cieszyć się własną rodziną
Nie będzie nigdy mu dane
Miłosne uściski go omnią
I dzieci w kołysce przewijane

Cari fudze di-a lui muma
Si di parinteasca-li numa,
Fuga-li doara-a Domnului
Si dulteamea-a somnului!”

Kto swą matkę zostawi
Imię ojca porzuci
Łaski Bóg go pozbawi
Sen spokojny nie wróci
Tłum B. Rzewuska zawarte w opracowaniu
„Nasz język rozumieją aniołowie” E. Nowicka, 2011

40

41

Magia hal i połonin

Urszula Janicka-Krzywda

M

agia związana z hodowlą owiec jest częścią magii hodowlanej, ale ze względu na
szczególne miejsce, jakie jeszcze w połowie XIX stulecia zajmowała w kulturze
mieszkańców Karpat, wymaga odrębnego potraktowania. Specyficzne cechy tej hodowli spowodowały nie
tylko powstanie odrębnej kultury materialnej (budownictwo, sprzęty itp.), ale także ciekawej obrzędowości,
folkloru słownego i muzycznego, a zwłaszcza magii.
Owce wypasano głównie z dala od wsi, na odległych terenach górskich, jak grzbietowe hale, połoniny,
polany. Ich pobyt poza wsią był okresowy. Trwał mniej
więcej od maja do września. Wyjście ze stadami w góry
i powrót jesienią do wsi to redyk (z rum.), ukr. chid połonynśkyj.
Stadem w czasie wypasu opiekowali się pasterze,
którym przewodził baca – gospodarz wypasu. W poszczególnych częściach Karpat występowały różne
formy pełnienia tej funkcji i jej różne określenia (baca,
słow. bača, rum. baci, ukr. watah). Podlegali mu pasterze (pol. i słow. juhas, wałach, słow. ovčar, ukr. wiŭczar, rum. çoban, čoban) i ich pomocnicy, chłopcy –
podrostki (pol. i słow. honielnik, owczarz, ukr. strunkar,
zahojennyk).
Baca odpowiadał za całość wypasu, za powierzonych sobie ludzi i stado. Pełnił także funkcję lekarza
i maga ochraniającego zwierzęta i pasterzy przed działaniem złych mocy.
Bazę sezonowego gospodarstwa stanowił szałas,
gdzie mieszkali opiekunowie stada i gdzie przetwarzano uzyskane od owiec mleko. Szałasem nazywano
też często całość pasterskiego gospodarstwa. Owce
przebywały w nocy i podczas dojenia w przenośnej zagrodzie (rum. koszar, ukr. koszera), zaopatrzonej w wydzielone miejsce do dojenia (z rum. stronga). Koszar co
jakiś czas przesuwano na inne miejsce, nawożąc w ten
sposób halę.

Stada i ludzie podczas pobytu w górach narażeni byli
nie tylko na kaprysy aury, jak nagłe załamania pogody czy
wiatr halny, ale także na niebezpieczeństwa, które niosło ze sobą przebywanie w trudnym terenie: kamienne
lawiny, przepaście, rwące potoki itp. Zagrożenie dla stada i jego opiekunów stanowili też ludzie – rywalizujący
o pastwiska inni pasterze, a w odległej przeszłości także
różnego rodzaju rabusie. Nic więc dziwnego, że pasterze,
chroniąc siebie i powierzony im dobytek, obok środków
racjonalnych, sięgali również po sposoby magiczne.

Zanim wyruszy redyk

J

uż na długo przed wyruszeniem w góry baca
i juhasi przygotowywali się do trudów pobytu
na szałasie. Starali się przede wszystkim zaopatrzyć w sprzęt chroniący ich samych i powierzone im zwierzęta od chorób i złych mocy. Do takich
przedmiotów należały między innymi pas i koszula.
W Karpatach u schyłku XIX stulecia w powszechnym użyciu były szerokie pasy typu trzos, nazywane
w Karpatach Zachodnich oposkami czy też pasami
bacowskimi. Pasy takie, przeznaczone dla baców, wykonywali tylko niektórzy szewcy, umiejący nadać im
magiczną moc. Rzemieślnik w dniu Matki Bożej Różańcowej (7 października) szedł na nieszpory i po powrocie z nabożeństwa przystępował do pracy. Należało ją
rozłożyć na trzy lub dziewięć dni. Niektórzy zaszywali
w pasie karteczkę z zapisanym fragmentem Ewangelii św. Jana wraz ze świerkową, a jeszcze lepiej cisową
drzazgą. Huculi i Rumuni zaszywali w pasach jodłową
lub świerkową drzazgę, szczególnie skuteczną, jeżeli pochodziła z drzewa zniszczonego przez piorun,
a w niektórych regionach także określone zioła. Ten,
kto taki pas ubrał, był nadzwyczaj silny i odporny na
działanie wszelkich złych mocy i czarów.

Na str. 40
Poranek nad Koniakowem

42

Zdobiona ciupaga

Palice pasterskie

Podobne właściwości można było nadać koszulom. Przygotowywały je krewne pasterzy. Najpierw,
w dniu Wszystkich Świętych (1 listopada), ukradkiem
kłuły w kościele stułę igłą przeznaczoną do szycia koszuli, odmawiając przy tym na opak litanię do Wszystkich Świętych. Szycie koszul zaczynały w Dzień Zaduszny (2 listopada) i kontynuowały przez dziewięć
kolejnych dni, tak aby pracę tę zakończyć w dniu
św.  Marcina (11 listopada).
Odpowiednich zabiegów wymagało też przygotowanie narzędzi i naczyń używanych następnie
w  gospodarstwie pasterskim. Tak więc baca i juhasi
starali się nadać specjalne właściwości ciupagom, rombanicom (słow. valaška, ukr. topirec, rum. baltac, baltag).
Służyły one nie tylko jako laska czy rodzaj czekana wysoko w górach, ale także pełniły funkcję podręcznej
siekiery i wreszcie broni, którą górale karpaccy umieli
się doskonale posługiwać. Żeby więc ciupaga była zawsze ostra, stylisko nie złamało się, a przy pracy i w walce miała nadzwyczajną siłę, należało moczyć ją przez
trzy dni w soku wytoczonym wczesną wiosną z pnia
brzozy. Jeszcze skuteczniejsze było przecięcie ciupagą
węża w momencie, gdy ten ściąga wzrokiem ptaka lub
tylko przestrzeni pomiędzy ptakiem a wężem. Pasterze
rumuńscy dodatkowo „wędzili” ciupagi w dymie obrzędowych ognisk palonych u progu lata w dniu letniego
przesilenia (21 czerwca).
Specjalnym zabiegom poddawano też noże używane do krajania sera oraz noże służące do obcinania
ratek owcom. W Karpatach Zachodnich baca kuł je
osobiście, bez świadków, o północy, a przy kuciu recytował specjalne, tylko bacom znane „modlitwy”. Najlepszą porą do wykonywania tej pracy był okres od wigilii
św. Łucji (12 grudnia) do wigilii Bożego Narodzenia
(24 grudnia), a także Wielki Piątek. Poświęcić taki nóż
należało w Wielką Sobotę (data ruchoma). Tak przygotowany był narzędziem nie tylko pożytecznym, ale

i niebezpiecznym. Otóż jego wbicie w dno naczynia
w marcu, przed pełnią księżyca, mogło spowodować
pomór bydła i owiec oraz wyschnięcie trawy na halach.
Drewniane naczynia używane na szałasie wykonywał zazwyczaj sam baca. W rodzinach bacowskich
przechodziły one z ojca na syna jako cenna spuścizna.
Aby miały moc odpędzania czarów i sprzyjały dobrej
produkcji nabiału, zaczynano je robić w dniu św. Tomasza Apostoła (21 grudnia). W ścianki należało wprawić drzazgę drewna cisowego lub świerkowego. Pomagało również wycięcie na naczyniu krzyża w mało
widocznym miejscu. W Rumunii i na Huculszczyźnie
często były to także znaki solarne, ze swastyką włącznie. Niekiedy także pasterskie statki ozdabiano rzeźbą
w postaci głowy kota lub psa, gdyż tych zwierząt boi
się żaba, a właśnie pod jej postacią czarownica pojawiała się najczęściej.
Najwięcej obowiązków związanych z przygotowaniem się do wypasu spoczywało na bacy. Musiał
on zaopatrzyć się w szereg przedmiotów potrzebnych
do wykonywania zabiegów magicznych. Zbieranie tej
swoistej „apteczki” nie było rzeczą łatwą, wymagało doświadczenia i odwagi.
W Karpatach Zachodnich w święto Trzech Króli
(6 stycznia) baca starał się zdobyć trochę mirry, kadzidła i święconej kredy. Mógł te przedmioty zabrać
z kościoła lub kupić je od służby kościelnej (organisty,
kościelnego). W dniu Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego) święcił gromnicę przeznaczoną specjalnie na
potrzeby szałasu, a także starał się zeskrobać trochę
wosku ze świecy płonącej w tym dniu na ołtarzu. Zbierał również skrzętnie wosk, który skapywał na podłogę
kościoła z gromnic wiernych. Następnie w dniu św. Błażeja (3 lutego) święcił w kościele wodę, a po zachodzie
słońca rozczyniał nią mąkę owsianą i piekł z niej niewielkie placki. Dawane choremu zwierzęciu po kawałku przez dziewięć kolejnych dni były bardzo skutecz-

43

nym lekarstwem w razie choroby owiec spowodowane czarami. Skutecznym środkiem był tu także popiół
poświęcony w Środę Popielcową (data ruchoma), nad
którym w domu, bez świadków, baca odmówił odpowiednie zaklęcia. Najważniejszym dniem dla pasterzy
był Wielki Piątek. Baca i juhasi robili wtedy z owczego
mleka masło i święcili je wraz z pokarmami w Wielką
Sobotę. Smarowano nim potem ręce przed pierwszym
udojem, żeby nie bolały przy pracy. Masło to leczyło
także wszelkie wrzody i rany.
W nocy z Wielkiego Piątku na Sobotę baca mógł
zdobyć najcenniejsze przedmioty do swojej „apteczki”,
których posiadanie gwarantowało udany wypas, zdrowie stada i ludzi. W całych Karpatach starał się wejść
w posiadanie hostii i stuły. Nie było to przedsięwzięcie
bezpieczne. Na śmiałka, który w tym celu musiał zakraść się do kościoła (czy cerkwi), czyhały różnego rodzaju widma, by porażonego strachem zadusić. Mogła
też świątynia zatrząść się w posadach. Najczęściej jednak hostię zdobywano przyjmując komunię i wynosząc ją z kościoła na języku. Bacowie ze Spisza, Podhala

i Beskidu Sądeckiego szli do odległych wsi grekokatolickich i przynosili tzw. dorę (kawałki pieczywa, pod postacią których przyjmuje się w cerkwi komunię). Często
wyręczaly ich w tym żony. Do praktyk tych nadawał się
każdy dzień roku.
Każdy odważny i doświadczony baca wędrował
też nocą nago, bez świadków, na cmentarz, aby zaopatrzyć się w kości i zęby nieboszczyka, drzazgi z trumny,
ziemię z mogiły. Na Podhalu sądzono natomiast, że akcesoria te powinno się kupić od grabarza, ale zapłatą
nie mogły być pieniądze, lecz produkty z gospodarstwa. Tak czy inaczej było to przedsięwzięcie nader niebezpieczne, bo zmarły często upominał się o zabrane
rzeczy.
Najskuteczniejszym środkiem w „apteczce” bacy
były jednak kości ludzkiego płodu, a także jego krew
i ciało. W tym celu powinien on złapać ciężarną kobietę
i spowodować, żeby urodziła na jego ręce. Baca, który dopuścił się takiego czynu, miał wprawdzie przez
całe życie szczęście podczas wypasu, nikt i nic nie było
w stanie zaszkodzić jego stadu, pasterzom i jemu, ale
po śmierci diabli natychmiast porywali go wraz z ciałem i duszą do piekła.
Podobne właściwości, jak wspomniane wyżej
części ciała nieboszczyka i płodu, miał pierworodny
baranek. Dlatego baca hodował w swojej zagrodzie
młodą owcę, a gdy przyniosła pierwszego baranka, natychmiast ucinał mu głowę i zakopywał ją pod cisem
(w Karpatach Wschodnich także pod świerkiem, w Rumunii pod jodłą). Mięso z jagnięcia zjadał, zaś kości
zakopywał na granicy hali, gdzie miał gospodarować.
Polana taka była bezpieczna od czarów i drapieżników
niszczących stado, a drzewo nabierało potężnej siły
magicznej. Zabieg ten należało powtarzać co dziewięć lat. Cennym nabytkiem była także woda użyta
do obmywania zwłok zmarłego, sznur wisielca i drzazgi z drzewa powalonego przez piorun. W Karpatach

Wschodnich magiczną moc miała woda poświęcona
podczas święta Jordanu (Bohojawlenije, Kreszczenije
Hospodnije – 6 stycznia według kalendarza juliańskiego, a 19 stycznia wg gregoriańskiego) w siedmiu lub
dziewięciu cerkwiach (sic!).
Istotnym elementem gromadzonych przez bacę
akcesoriów były zioła. Przede wszystkim duże znaczenie miały zioła święcone w oktawę Bożego Ciała
(data ruchoma), w dniu Matki Bożej Zielnej (15 sierpnia), a także rośliny zbierane przez bacę przed świtem
w wigilię św. Jana Chrzciciela (23 czerwca) i św. Jakuba
Apostoła (25 lipca). U Łemków, Bojków i Hucułów cenne były także zioła zebrane podczas Zielonych Świąt
i rusalnego tygodnia (Rusalnyj tyżdeń – data ruchoma)
oraz w magicznych miejscach w górach, które musiał
znać każdy kierujący wypasem. Huculi i Rumuni zabierali też ukradkiem z cerkwi kadzidło – służące, podobnie jak zioła – do okadzania owiec.
Baca i juhasi, obok gromadzenia różnych akcesoriów pomocnych potem w czasie wypasu, musieli
przygotować się do czekającej ich pracy odpowiednim zachowaniem w ważnych obrzędowo momentach roku. Tak więc w Karpatach Zachodnich baca, idąc
na pasterkę (24 grudnia), na nabożeństwo odprawiane z okazji zakończenia starego roku (31 grudnia), na
sumę w Nowy Rok (1 stycznia) starał się mieć przy sobie kawałek chleba, aby potem nie zabrakło go na hali
podczas wypasu. Po pasterce pasterze szli pośpiesznie
do domu, nie zatrzymując się pod kościołem i z nikim
nie rozmawiając. Takie zachowanie było gwarancją, że
będą dobrze pracowali i skutecznie pilnowali stada.
Aby wypas przebiegał pomyślnie, właściciele
owiec powinni także ze swej strony przygotować zwierzęta do wyruszenia w góry. W całych Karpatach w ich
intencji pasterze modlili się i pościli w dniu św. Mikołaja
(6/19 grudnia) uważanego za opiekuna bydła i owiec.
W Karpatach Zachodnich, aby owce były zdrowe, na-

Rozdanie bacom wody
święconej do pokropienia
owiec, Ludźmierz, 2012 r.

44

leżało wydoić je po raz pierwszy w Wielki Piątek. Tego
dnia także znaczono owce, co dodatkowo zabezpieczało je przed wścieklizną. W Karpatach Wschodnich,
by zapewnić zwierzętom zdrowie i mleczność, pasterze i właściciele owiec w niektóre święta zachowywali
całkowity post i powstrzymywali się od wszelkiej pracy.
Poszczono więc i nie pracowano w dniu świętych Wojciecha i Jerzego (23 kwietnia/6 maja) – patronów pasterzy, by sezon był udany, w dniu Podwyższenia Krzyża Świętego (14/27 września), by węże nie kąsały zwierząt, w dniu św. Lupa (Lupula – 23 sierpnia), by stadom
nie szkodziły wilki i w dniu św. Spirydona (14 grudnia),
by drapieżniki nie rozszarpywały zwierząt.
Dniem szczególnego postu w intencji dobytku i dobrego sezonu wypasowego był Rachmański Wełykdeń
przypadający w środę, w czwartym tygodniu po Wielkanocy. Tego dnia także nie pracowano. Takie zachowanie chroniło zwierzęta przed ukąszeniem węża i nagłą
śmiercią. Przed świtem gazdowie dawali im po kawałku
ugotowanego na twardo jajka, co miało dobytkowi zapewnić zdrowie i odporność na czary. Sami posiłek spożywali tego dnia dopiero po zachodzie słońca.
Tydzień po dniu św. Aleksandra (Tepłoho Aleksija –
29 marca) strzyżono w gospodarstwach owce. Ostrzyżoną wełnę zbierały dzieci i zanosiły do chaty, osobno
układając runo z jagniąt, osobno z owiec do dwóch
lat, osobno z owiec starszych. Zmieszanie wełny mogło spowodować niepokoje w stadzie i choroby skóry
u zwierząt.
W dniu Błahowiszczenia (Zwiastowanie Matce Bożej
– 24 marca/7 kwietnia) właściciel obcinał każdej owcy
wełnę koło organów płciowych. Tego samego dnia musiał wełnę wyczesać, zrobić z niej nić, a następnie skręcić
sznur. W dniu redyku ubierał go pasterz na gołe ciało, na
wysokości pasa, by owce trzymały się razem i nie rozbiegały ze stada. W dniu św. Jerzego owce karmiono paszą
zawierającą ziarno z wigilijnego snopa umieszczanego

w izbie oraz skorupy z wielkanocnych jaj. Dawano im też
do lizania sól i okadzano poświęconymi ziołami.
Zanim zwierzęta wyruszyły na połoninę, należało
je także zabezpieczyć przed urokami i utratą mleka.
W tym celu kilka dni przed wyjściem w góry właściciel owiec siadał o świcie na progu stajni, zwrócony ku
wschodowi słońca. Tłukł w naczyniu sól, robił nad nią
„na odlew” znak krzyża, przy jednoczesnym wypowiedzeniu odpowiedniego zaklęcia, a następnie dawał ją
swojemu dobytkowi do zjedzenia. W Rumunii w dniu
św. Jerzego pasterze ścinali jodłę w tej części lasu, której nie odwiedzali ludzie. Palili na miejscu wypasu ognisko, bawiąc się przy nim całą noc. Gdy stos przekształcił
się w kopiec żaru, wbijali w jego środek wspomniane
drzewko, które zapalało się sypiąc iskry, co ochraniało
pastwisko przed czarami. Gdy owce były już na hali,
przepędzano je przez pozostały z ogniska popiół.

Magia początku i końca

Z

bliżał się wreszcie termin wyruszenia w góry,
czyli pora wiosennego redyku. Aby ustalić
jego datę, kilka tygodni wcześniej baca zapraszał juhasów do swojej chałupy. W czasie tego
spotkania obecni kładli kapelusze jeden na drugim. Zabezpieczało to halę przed zniszczeniem jej przez krety
i powodowało, że owce nie rozbiegały się ze stada.
Dzień wyruszenia w góry nie był obojętny. Musiał
to być dobry dzień przynoszący szczęście ludziom i stadu. Za najlepszy uważano ten, w którym ubiegłego
roku przypadała wigilia Bożego Narodzenia (24 grudnia). W Beskidzie Wyspowym i w Gorcach za szczęśliwe dni dla wyruszenia redyku uważano czwartek lub
sobotę, u Babiogórców sobotę, bo w ten dzień Matka
Boska ściezecki przechodzi. Na Podhalu, oprócz soboty,
dobrym dniem była środa.

45

W całych Karpatach zdecydowanie złymi dniami
na wyruszenie ze stadem był piątek i każde święto. Na
terenie Beskidu Śląskiego i na Podhalu istniał zakaz wypędzania owiec w Dni Krzyżowe. Na Spiszu, podobnie
jak w Karpatach Wschodnich i w Rumunii, za zły okres
na wyruszenie redyku uważano czas po pełni księżyca i
nów oraz każdy poniedziałek.
W Karpatach Zachodnich na hale wyruszano ze
stadami po dniu św. Wojciecha. Tak nakazywała tradycja i przekazywana z pokolenia na pokolenie ludowa
wiedza o klimatycznych i przyrodniczych cyklach nadających od wieków rytm góralskiej gospodarce.
W dniu św. Wojciecha bacowie uczestniczyli w Mszy
św., święcili wodę i tzw. sajty – smolne szczapy drewna, którymi rozniecano pierwszą w szałasie watrę. Na
Podtatrzu i na Słowacji początek sezonu wypasowego
przypadał na pierwszy tydzień po Zielonych Świętach,
graniczną datą był też dzień św. Zofii (15 maja).
Sezon wypasowy rozpoczynało tzw. mieszanie
owiec. Najczęściej kilka dni przed ustaloną datą redyku
baca powiadamiał juhasów, kiedy się ono odbędzie,
a ci informowali o tym właścicieli owiec. W oznaczonym dniu gospodarze przypędzali owce do zagrody
bacy, który na tę okazję przygotowywał odpowiednie
zagrodzenie z żerdzi. W niektórych regionach Karpat,
np. w Beskidzie Śląskim, mieszanie owiec odbywało się
dopiero na miejscu wypasu, gdzie zwierzęta przyprowadzali ich właściciele.
Każdy gospodarz znaczył uprzednio swoje owce
nacięciem czy kolczykiem zapinanym na uchu, znakiem wypalanym na skórze, malowanym farbą itp.
Pierwsza przyprowadzona owca mogła stać się przewodniczką stada ślepo posłuszną bacy, pod warunkiem, że ten przepędził ją trzy razy dookoła swojej ciupagi wbitej w ziemię.
Na Podtatrzu i w rejonie Babiej Góry po zgromadzeniu owiec koło chałupy bacy właściciele zwierząt

i juhasi byli przez niego goszczeni przez całą noc. Po
zachodzie słońca baca wchodził do zagrody i sam, bez
świadków, obsypywał zgromadzone w niej owce ziemią zebraną spod progu kościoła.
Rano baca z juhasami obchodził trzykrotnie zagrodę z owcami, okadzając zwierzęta, pasterzy i cały
zabierany ze sobą na halę dobytek ziołami święconymi w dniu Matki Bożej Zielnej, kropił wodą święconą
w dniu Trzech Króli, jako kropidła używając gałązek
świerka lub jodły. W czasie tych zabiegów obecni odmawiali w skupieniu „Ojcze Nasz”. Baca kropił też i okadzał juhasów i honielników, aby trzymali się razem, nie
bili się między sobą, byli zdrowi i bezpieczni od czarów,
czuli jedność ze stadem i dbali o nie jak o siebie. W czasie tego zabiegu klęczeli oni z odkrytymi głowami.
W Karpatach Wschodnich i w Rumunii stada wychodziły w góry po Zielonych Świętach. W dniu redyku na Huculszczyźnie ich właściciel wstawał przed
wschodem słońca, odmawiając modlitwę w intencji
owiec. Następnie dawał im nieco pszczelego wosku,
by trzymały się razem w stadzie jak pszczoły w ulu,
nie rozbiegały się po połoninie, a podczas udoju dawały dużo mleka, czyli przynosiły pożytek jak pszczoły
do ula. Dawano im też roztarte na proch i zmieszane
z solą osie gniazdo, by były „ostre” i złe jak osy, bo wtedy
znajdą najlepszą paszę i nie pozwolą się uprzedzić innym. Zanim owce zostały wypuszczone z przeznaczonego dla nich pomieszczenia, właściciel stawał nago
w drzwiach, przepuszczał każdą sztukę między swoimi
nogami, licząc je, a gdy ostatnia owca przestąpiła próg,
wypowiadał zaklęcie, żeby nikt na owce nie rzucił uroku, tak jak nikt nie może w tej chwili urzec jego gaci
(sic!). Przed wyjściem palono też ogień lub kładziono
płonącą głownię przyniesioną z chaty. Gospodarz
wrzucał do tego ognia sierp i kosę, by zwierząt nie
czepiały się uroki i czary, oraz klucze od komory, by „zamknąć” paszcze drapieżnikom. Zwierzęta wychodząc

Redyk wiosenny
w Korbielowie, okadzanie
owiec, 2012 r.

Na str. 44
Kropienie owiec wodą
święconą na polanie
pod Przehybą, 2012 r.

46

Ryzowanie – zapisywanie
liczby owiec w dziesiątkach

Liczenie owiec

przechodziły przez ów ogień, a ich właściciel odmawiał w tym czasie modlitwę, wierząc, że po tym zabiegu nic złego nie będzie miało do nich dostępu, tak jak
do ognia. Następnie dawano owcom do zjedzenia poświęconą sól i okadzano je kadzidłem zabranym z cerkwi, które należało sypać na rozżarzone węgle umieszczone w nowym, glinianym garnku (garnek musiał być
nowy przez szacunek dla święconego kadzidła). Dopiero teraz mogły dołączyć do idącego w góry stada.
W całych Karpatach przed wypędzeniem owiec
z zagrodzenia na drogę (lub wpędzeniem ich do koszaru już na hali) baca rozciągał łańcuch, przez który każda
sztuka musiała przejść. Niekiedy też kładziono dwie
skrzyżowane ciupagi, czasem związane łańcuchem.
Przepędzano także owce przez stułę, o ile baca taką
posiadał, a także przez nożyce do strzyżenia owczego runa. Wszystko to miało spowodować trzymanie
się stada razem, siłę zwierząt, zdrowie i odporność na
czary. Przy tej okazji baca po raz pierwszy liczył stado.
Licząc nie wolno było pokazywać zwierząt palcem,
a najwyżej kapeluszem. Jeden z juhasów po każdej

dziesiątce przesuwał na różańcu jeden paciorek. Powszechnie uważano, że zbyt częste liczenie owiec jest
dla nich szkodliwe.
W tych regionach Karpat, gdzie zwierzęta ruszały
w góry ze wsi po mieszaniu, pierwszej owcy, która wychodziła z zagrodzenia, baca smarował racice święconym czosnkiem. Teraz baca kreślił w kierunku marszu
krzyż, a następnie czasem jeszcze raz obchodził już
stojące na drodze stado dookoła, zgodnie z ruchem
słońca, i kropił je święconą wodą.
Szedł pierwszy, niekiedy poprzedzany przez psa.
Obawiano się, że na drodze idącego stada ktoś może
podrzucić czary, a wtedy zaszkodzą one jedynie temu,
kto pierwszy przez nie przejdzie. Po bokach kroczyli
juhasi, z tyłu honielnicy. Za stadem jechał wóz wyładowany sprzętem pasterskim. Pasterze przez całą drogę
głośno gwizdali, aby odpędzić od owiec i całego orszaku wszelkie złe siły. Cały pochód odbywał się z powagą, bez śpiewów, śmiechów itp. Wychodzącego redyku
nie wolno było odprowadzać, a kobiety obowiązywał
zakaz płaczu, gdyż w przeciwnym razie przez cały se-

zon padałby deszcz, a owce i ludzie chorowali z zimna
i wilgoci. W Karpatach Wschodnich i w Rumunii wędrowano z muzyką i śpiewem, a kobiety i rodziny pasterzy
mogły odprowadzać redyk do określonego miejsca
poza wsią. Juhasi w czasie drogi przestrzegali zakazu
podpierania się ciupagą, aby owce nie łamały nóg i nie
kulały. Ciupagę należało nieść w ręku. Upuszczenie jej
na ziemię mogło spowodować pomór owiec.
Stado i pasterze docierali tak na halę, gdzie mieli
spędzić kilka następnych miesięcy. W całych Karpatach
juhasi pilnowali pasących się owiec, baca zaś udawał
się do źródła, z którego potem przez cały sezon czerpano wodę, aby ją powitać. Kropił źródło święconą wodą,
nabierał wody do gielety i zanosił do szałasu. Najpierw
czynił nad szałasem znak krzyża, żegnał się i wreszcie
wchodził do środka w towarzystwie najstarszego spośród pasterzy. Tu obaj klękali i odmawiali pacierz. Na
Huculszczyźnie po wejściu do szałasu baca na odlew
zacinał siekierą ścianę za miejscem, gdzie w poprzednim roku było ognisko, a na miejsce starej watry rzucał
podkowę, wypowiadając odpowiednie zaklęcie. Pod-

47

kowy tej nie można było usunąć do końca wypasu. Jej
obecność chroniła skutecznie szałas i całą połoninę
przed gradobiciem. Dopiero po tych zabiegach przystępowano do sprzątania i naprawiania powstałych
przez zimę szkód.
Kolejną czynnością było zakładanie watry. W miejscu, gdzie miała płonąć przez cały sezon, baca znaczył
ciupagą krzyż. W dalekiej przeszłości rozpalano ten
pierwszy ogień świdrem ogniowym, potem krzesiwem, gdyż musiał to być „żywy”, święty ogień. Niekiedy
przynoszono go też na szałas ze wsi, a zgaśnięcie ognia
po drodze zwiastowało nieszczęście. Pierwszego ognia
nie wolno było przynieść pod żadnym pozorem z innego szałasu, bo oba by wkrótce zgorzały. Gdy w szałasie pojawiły się pierwsze płomyki, obecni we wnętrzu,
witając potężny żywioł, mówili z powagą:
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Baca zwracał się też do ognia, prosząc go, aby płonął przez cały sezon, był pasterzom i stadu życzliwy.
W Karpatach Wschodnich, gdy pojawiły się pierwsze
płomyki ognia, baca i pasterze, zwróceni w kierunku

wschodu słońca, odmawiali cerkiewne modlitwy, prosząc na koniec Stwórcę, by tak jak pozwolił im spokojnie tę watrę zapalić, pozwolił ją też na końcu sezonu
zgasić. Teraz następowało odgaszanie watry; baca
wrzucał do naczynia z wodą żarzące się pierwsze węgle. W wodzie tej gaszono też rozgrzane końce świdra
ogniowego. Uważana była ona za doskonały środek
leczniczy i skuteczny przeciw czarom. Baca kropił nią
zagrody dla zwierząt, bydło, obmywał dojki owiec,
a resztę zachowywał w butelce aż do końca sezonu
wypasowego.
Po zapaleniu watry baca kładł na dno kociołka lub
garnka mały kamień, sypał na niego trochę święconych ziół, w Karpatach Wschodnich także cerkiewnego
kadzidła, wrzucał węgielki, wychodził z szałasu i okadzał go dookoła, idąc zgodnie z ruchem słońca.
U Bojków, na Huculszczyźnie i w Rumunii, gdy
ogień w szałasie już płonął, baca obchodził dookoła
połoninę z zapaloną od niego głownią, a następnie
rzucał ją do środka koszaru.
Ważnym magicznie momentem było też stawianie pierwszego koszaru. Pierwszy kołek użyty do grodzenia powinien być ścięty jednym ciosem siekiery.
Pod kołki te baca wkładał święcone zioła. Następnie na
pierwszym palu wbitym w ogrodzenie zawieszał zachowaną ze świąt Bożego Narodzenia (24-25 grudnia)
podłaźniczkę – wierzchołek jodełki lub świerka.
Po ustawieniu koszaru należało w odpowiedni
sposób zabezpieczyć wejście do niego, aby do środka
nie dostało się żadne zło. Jeszcze u schyłku XIX stulecia bacowie na Podtatrzu i babiogórskich halach zakopywali w tym miejscu stułę, świecę do chrztu, zęby
i kości zmarłego, wosk z Paschału, kawałek wielkanocnej palmy, a także węgielki i zioła użyte do okadzania
szałasu. W Beskidzie Wyspowym i Sądeckim akcesoria
te zakopywano w dołku o kształcie krzyża. Wykopane
wgłębienie zasypywano ziemią wraz z zawartością.

Następnie baca krzyżował nad nim ciupagi lub zapalał
niewielkie ognisko podsycane święconymi ziołami.
W Karpatach Wschodnich i w Rumunii przed wrotami koszaru palono też magiczne ognisko z gałęzi jodły, świerka, jałowca. Przybyłe na połoninę zwierzęta
przechodziły przez jeszcze gorący popiół, co miało zapewnić im siłę, zdrowie i ochronę przed czarami. Przekraczali też święty ogień przybyli ze stadami pasterze
i właściciele zwierząt. Baca w tym czasie wypowiadał
odpowiednie zaklęcia. Gdy podczas tego obrzędu pojawił się orzeł, wróżono dobry sezon, a nieszczęścia i zły
sezon zwiastowały kruki.
W wielu regionach Karpat, zanim do przygotowanego koszaru wpuszczono owce, baca wsypywał na
jego środek przyniesione z lasu mrówki, aby zabrały
ze sobą wszelkie zło, jakie jeszcze mogło tu pozostać
i żeby owce tak trzymały się razem, jak mrówki w mrowisku. Następnie we wrotach do koszaru ponownie
rozciągano łańcuch, często zapięty na kłódkę. W Beskidach Zachodnich był to łańcuch, który opasywał
nogi stołu w czasie spożywania wieczerzy wigilijnej.
U Babiogórców i w niektórych regionach Słowacji jeszcze w połowie XIX wieku zamiast łańcucha kładziono
męskie spodnie. Następnie baca wpuszczał do koszaru
owce po jednej, czyniąc nad każdą znak krzyża. Pośrodku koszaru lub pastwiska, wbijano jodełkę. W Rumunii
była ona często ubrana barwnymi wstążkami. Najlepiej
nadawało się do tego dziewięcioletnie drzewko o dziewięciu kondygnacjach gałązek. Wokoło niej trzykrotnie
przepędzano owce. Baca biegł dookoła jodełki zgodnie z ruchem słońca i sypał za siebie święconą sól, a za
nim podążały owce. Wróżono, że ile owiec wypadło
z obiegającego jodełkę korowodu, tyle miało zginąć
w czasie całego sezonu wypasowego.
Gdy owce znalazły się wreszcie w koszarze, baca
niekiedy jeszcze raz okadzał go wraz ze zgromadzonym wewnątrz dobytkiem. Do kadzenia używał świę-

Zdejmowanie dzwonków

48

conych ziół lub też żywicy zebranej z dziewięciu świerków, a na Huculszczyźnie także cerkiewnego kadzidła.
Następnie odmawiał wraz z pasterzami pacierz. Użyte
do kadzenia zioła wyrzucał przy wejściu do koszaru.
Ważnym momentem w życiu szałasu był też
pierwszy udój. Przed jego rozpoczęciem baca kreślił
nad owcami w powietrzu znak krzyża. W Karpatach
Wschodnich, aby węże nie kąsały zwierząt, wcześnie
rano przed udojem pasterz wrzucał do dojnicy jedną
główkę czosnku o dwunastu ząbkach, wbijał dziewięć
razy trzymany w prawej ręce nóż w jej środek, wypowiadając przy tym odpowiednie zaklęcie. Zanim przystąpiono do dojenia, dojki zwierzęcia obmywano święconą wodą, a nad jego głową kreślono prawą ręką znak
krzyża. We wrotach strongi umieszczano młody świerk
(w Rumunii jodełkę), któremu zostawiono u góry tylko
trzy gałązki. Świerk ten rozkłuwano pośrodku i umieszczano żarzącą się głownię, zabraną z watry płonącej
w szałasie. Obok niej przechodziły wydojone zwierzęta, co chroniło je przed chorobami i urokami.
W całych Karpatach przy pierwszym cedzeniu
mleka na naczynie kładziono szmatkę do cedzenia,
a na nią krzyżyk wykonany z wosku zebranego ze
świecy paschalnej lub krzyżyk z gałązek świerka czy
jodły. Następnie baca obchodził naczynie z mlekiem
dookoła, zgodnie z ruchem słońca, a juhasi postępowali za nim. Mleko z pierwszego udoju pasterze nieśli do szałasu w prawej ręce i po drodze co najmniej
trzy razy przystawali, aby owce powoli się pasły, były
syte i dawały dużo mleka. W Karpatach Wschodnich,
idąc z mlekiem, nie wolno było ani właścicielom, ani
pasterzom rozmawiać. Gdyby ich ktoś obcy zagadnął,
musieli postawić naczynie na ziemi, a dopiero potem
odpowiedzieć. Zlekceważenie tego nakazu mogło
spowodować utratę mleka u zwierząt.
Następnie baca przelewał mleko do kotła nad
ogniskiem przez szmatkę zawieszoną na świerkowej

gałązce, o kształcie krzyża. Musiała to być gałązka, na
którą nigdy nie świeciło słońce. Z mlekiem do ogniska
musiał podchodzić tyłem i w ten sam sposób wracać.
Zabieg ten ochraniał owce przed utratą mleka spowodowaną czarami. Ser zrobiony z mleka uzyskanego
w czasie pierwszego udoju baca zachowywał.
Ważne było też pierwsze wyjście owiec na paszę.
Baca żegnał je znakiem krzyża, kropił święconą wodą.
W Karpatach Wschodnich, aby owce trzymały się razem w stadzie, pasterze dawali im do zjedzenia tzw.
żyr. Były to zebrane poprzedniego lata i wysuszone
gąsienice motyla Cnethocampa pinivora. Pasterz przez
zimę osobno przechowywał gąsienicę z białą główką
(tzw. korółyk – gąsienica idąca na przedzie gromady
gąsienic), a osobno gąsienice z czerwonymi główkami, podążające za nią. Po przyjściu na połoninę rozcierał je na proszek, a baca rozsypywał go, zmieszany
z solą, w określonym miejscu na połoninie. Wracając
z pastwiska na południowy udój, pasterze przypędzali
zwierzęta w to miejsce. W czasie, gdy owce lizały tak
przygotowaną sól, ich opiekun zjadał wysuszonego
korółyka z serem, wypowiadając odpowiednie zaklęcie.
Teraz rozpoczynało się już normalne życie na szałasie
wypełnione ciężką pracą i troską o stado.
Powoli nadchodziła jesień. Kończył się sezon wypasowy. Jego graniczną datą była w Karpatach Zachodnich wspomniana już uroczystość św. Michała Archanioła. Po dniu wyznaczającym koniec sezonu wypasowego pasterze opuszczali swoje letnie sadyby i wracali
z dobytkiem do wsi. Dzień przed redykiem przygotowywano stado do drogi. Cały sezonowy dobytek, wędzone sery, czyli oscypki, i faski z bryndzą umieszczano
na wozie. Następnego dnia rano przed opuszczeniem
pastwiska baca żegnał znakiem krzyża palące się przez
cały sezon w szałasie ognisko, modlił się, a następnie
zalewał ogień wodą. Potem zamykał drzwi szałasu, znacząc je krzyżem rysowanym święconą kredą. Wracano

49

Magia codziennego trudu

C

radośnie, ze śpiewem i muzyką. Po przyjściu do wsi
pasterze dzielili stado, oddając zwierzęta właścicielom.
Dziewczęta i dzieci obdarowywali zwierzątkami z sera,
tzw. redykołkami (najczęściej jeleniami, barankami, kogutami). W odległej przeszłości miały one znaczenie
magiczne – zapewniały płodność i dostatek. Wieczorem w karczmie lub chałupie bacy zaczynała się zabawa. Jeszcze pod koniec XIX wieku pod Babią Górą
w dzień redyku baca ofiarowywał miejscowemu proboszczowi baranka jako dziękczynne wotum za udany
wypas. Kilka dni po redyku pasterze wracali jeszcze na
halę, by zabezpieczyć szałas przed śniegami i wichurami, uporządkować segmenty koszaru itp.
Na Huculszczyźnie owce schodziły z połonin po
dniu Matki Bożej Siewnej (Narodzenie Matki Bożej –
Druha Bohorodycia 8/21 września). Rozłączanie stad

następowało na połoninie, po swój dobytek przybywali jego właściciele. Baca pakował na juczne konie
i wóz cały sprzęt pasterski i czekał aż w szałasie wygaśnie watra. Nie wolno jej było gasić, gdyż wierzono,
że ten, kto tego dokona, wkrótce umrze, a obrażony
ogień prędzej czy później „zemści się” na człowieku,
pochłaniając szałas. Po zamknięciu szałasu i opuszczeniu połoniny nikt nie odważył się tu wrócić przez kilka
najbliższych dni. Do opuszczonych szałasów przybywała bowiem mara (demon – upiór, duch człowieka
zmarłego nagłą śmiercią bez pojednania z Bogiem),
który pilnował pasterskiej sadyby, ale także mógł ją
spalić, jeżeli nie tak jak trzeba zgaszono watrę.
Na halach i połoninach opustoszałe szałasy czekały do następnej wiosny.

entrum życia na polanie był szałas. Pasterze
nie tylko w nim mieszkali, ale przede wszystkim wykonywali większość czynności związanych z przetwórstwem mleka. Stawiano
go w miejscu zacisznym, osłoniętym od wiatru, niedaleko źródła. Najchętniej wznoszono go pod świerkiem
lub jodłą, czyli w pobliżu drzew, którym przypisywano
magiczną i opiekuńczą moc. Unikano natomiast złych
miejsc, a więc takich, gdzie ktoś zginął nagłą śmiercią,
ukazywały się straszydła, rozlegały dziwne głosy. Nie
stawiano też nigdy szałasu na pogorzelisku w przekonaniu, że każdą wzniesioną tu budowlę prędzej czy
później strawi ogień.
By darzyło się na hali, szałas musiał być zwrócony
wejściem na wschód. Umieszczano je z reguły w jego
ścianie szczytowej. Istotny dla pasterskiego gospodarstwa był też przebieg budowy szałasu. Nie rozpoczynano jej nigdy w Suche Dni, w piątki i środy oraz
we wszystkie inne dni postu, żeby owce nie cierpiały
na brak paszy, a bacę omijała bieda i niepowodzenia
w hodowli. Nigdy nie budowano szałasu z drewna
uszkodzonego przez piorun i powalonego przez wichurę, by złe siły, które zniszczyły drzewo, nie szkodziły
potem pasterskiemu gospodarstwu. Przynajmniej pod
jednym węgłem, pod pecką lub w wykopanym w ziemi dołku, umieszczano, podobnie jak przy zakładaniu
koszaru dla owiec, święcone zioła, niekiedy też wosk
z Paschału i kawałek gromnicy. Pracę przy budowie
rozpoczynano wspólnym pacierzem. Starano się przy
niej nie przeklinać, a zwłaszcza nie wypowiadać imienia czarta, żeby potem nie szkodził mieszkańcom szałasu. Unikano też skaleczeń, wierząc, że jeżeli choć kropla krwi kapnie na ziemię lub na budulec, we wnętrzu
zagnieździ się robactwo.

Cap z chroniącymi
od uroku czerwonymi
kwastami na rogach.
Rumunia, Góry Marmaroskie

Na str. 48
Miyszani owiec
w Koniakowie, 2012 r.

50

Tradycyjne strzyżenie
owiec, Ratułów,
lata 60. XX wieku

W całych Karpatach najważniejszym miejscem
w szałasie było płonące przez cały sezon ognisko
– watra – usytuowane najczęściej w kącie obok wejścia, w niewielkim wgłębieniu, obłożone płaskimi kamieniami. Aby ogień nie zgasł, z boku paleniska leżał
zawaternik – kłoda służąca do podtrzymywania żaru.
O krokiew dachu lub o przeciągniętą nad ogniem od
ściany do ściany żerdź zaczepiano tzw. jadwigę – rodzaj
drewnianego haka sporządzonego z gałęzi lub korzenia – samorodka. Wieszano na niej miedziany kocioł
służący do gotowania strawy, a przede wszystkim do
podgrzewania przeznaczonego do produkcji nabiału
mleka. Jadwigi nigdy nie sporządzano z drewna czarnego bzu, uważanego za siedlisko złych mocy, i z osiki
– przeklętego drzewa, na którym powiesił się Judasz.
Przez cały czas wypasu przestrzegano wielu magicznych zakazów i nakazów, stosowano szereg zabiegów mających zachować stado i ludzi w zdrowiu,
zapewnić obfitość mleka itp.
Dzwonki nosiły na hali tylko te owce, które się nie
doiły. Zawieszenie dzwonka dojce mogło spowodować
zniknięcie mleka.
Pasąc owce pasterze uważali, by nie weszły one na
złe miejsce, gdyż mogły zachorować lub stracić mleko.
W Karpatach Zachodnich było to miejsce, w które uderzył piorun, a w Karpatach Wschodnich miejsce, gdzie
ktoś zginął nagłą śmiercią (skorówysz’e).
Aby mleka było pod dostatkiem, a wyroby z niego
udane, dbano też przez cały czas wypasu o naczynia
używane w gospodarstwie pasterskim. Drewniane
statki należało myć w szałasie na stojąco. W tym celu
w ogniu watry rozpalano małe kamyki i wrzucano je
następnie do naczyń napełnionych zimną wodą. Myjący musieli stać tyłem do ognia i tak wrzucać kamyki
do naczyń, aby woda nie chlapnęła na ziemię. Woda
po wrzuceniu kamyków wrzała, a gdy nieco przestygła, szorowano naczynia gałązkami świerka. Najlepiej

nadawały się do tego gałązki młodego drzewa oświetlanego pierwszymi promieniami wschodzącego słońca, którego cień padał na szałas. Naczynia po wyszorowaniu płukano zimną wodą czerpaną z potoku na
prądzie. Wodę użytą do mycia należało wylewać pod
świerk, aby nie marnować tłuszczu i dać drzewu pożytek. Obowiązywał zakaz mycia w bieżącej wodzie gielet
używanych do dojenia, aby mleko z nią nie odpłynęło.
W tym samym celu przestrzegano zakazu mycia do
dnia św. Jana Chrzciciela kadzi, w której robiło się ser
i  zakazu dawania czy też sprzedawania żentycy za próg
szałasu. Mleczności owiec i produkcji nabiału mogło
też zaszkodzić sprzedanie lub ofiarowanie komuś mleka czy sera po zachodzie słońca oraz wyniesienie jakiegokolwiek przedmiotu poza próg szałasu i przekazanie
go osobie nie należącej do grona pasterzy.
Żeby owce były zdrowe, a wypas udany, w całych
Karpatach dzień zaczynano modlitwą do św. Mikołaja. Z kolei w Karpatach Zachodnich w każdy piątek
po wieczornym udoju baca okadzał owce święconym
zielem. Na Huculszczyźnie, dwa tygodnie po przyjściu na połoninę, odprawiano magiczny obrzęd, który miał zapewnić powodzenie w wypasie. Tego dnia
baca udawał się na wyznaczone na połoninie miejsce,
gdzie miano umieszczać sól dla dobytku, wbijał w ziemię siekierę i sypał sól najpierw na obuch siekiery,
a potem kupkami dookoła niej. Na znak bacy pasterze
wypędzali z koszaru owce, a gdy zaczęły lizać sól, ten
strzelał w powietrze z pistoletu, wypowiadając zaklęcia kierowane do zwierząt. Jeden z pasterzy rozbierał
się teraz do naga i z wręczoną mu przez bacę płonącą
głownią z watry obiegał trzy razy dookoła stado. Baca
w tym czasie recytował magiczne formułki. Gdy owce
zjadły sól, z miejsca gdzie była wbita w ziemię siekiera,
wycinał cały wygryziony przez nie płat darni, zawijał
go w kawałek płótna, przechowując w szałasie do
końca wypasu.

Prawie w całych Karpatach wykonywanych na hali
czynności nie wolno było nazywać wprost, by nie zepsuć zwierzętom mleka i nie sprowadzić na nie chorób.
Przy dojeniu pasterzy obowiązywał zakaz gwizdania
i śpiewania, co miało sprawić, że wilki nie atakowały
stada. W Karpatach Wschodnich na końcu udoju dojono owce białej maści, by zapewnić sobie jasny, słoneczny dzień.
Obok zabiegów, mających na celu uzyskanie dużej mleczności stada, bardzo ważna była troska o zdrowie owiec. Tak więc, żeby nie dokuczały im wrzody,
pasterzy obowiązywał zakaz suszenia po dojeniu rąk
nad ogniem watry. Aby z kolei owce nie łamały nóg,
przestrzegano zakazu łamania patyków na ognisko na
kolanie i w ogóle unikano łamania gałęzi. Bez szkody
dla stada tylko baca mógł ułamywać gałązki potrzebne
do cedzenia mleka, ale tylko do wigilii św. Jana Chrzciciela, w Karpatach Wschodnich i w Rumunii do dnia
św. Eliasza (Hromowy den – 13 czerwca) i to wyłącznie

51

wcześnie rano, zanim odezwie się pierwszy ptak. Nigdy też nie wołano głośno na owce, gdyż mogło to
spowodować chorobę nazywaną słonecznicą.
Specjalną uwagę zwracano na dzikie zwierzęta,
nawet tak drobne, jak żaba czy jaszczurka, pojawiające
się koło stada, bo pod ich postacią mogła podkradać
się czarownica, czarownik lub szkodliwy demon.
Radzono sobie także w razie choroby zwierząt.
Gdy owca zapadła na tzw. żabę, nazywaną też łomowicą (owrzodzenia przełyku), leczono ją, uderzając gałązką jedliny w kształcie krzyża. Środkiem leczniczym
w razie ukąszenia węża było okadzanie zwierzęcia spaloną skórą wężową i ziołami. Sądzono, że aby ochronić
stado przed wężami, baca nie powinien ich zabijać, bo
zemszczą się one za śmierć współplemieńca i będą kąsały powierzone człowiekowi owce.
Nie wolno było też przeganiać owiec suchą gałęzią lub kijem, bo mogły zdechnąć. Jeżeli już owca na
hali padła, skóry z niej nie oddawano nigdy do wsi

przed zakończeniem sezonu wypasowego, bo mogło
za nią pójść całe stado.
Inny problem stanowiła ochrona owiec przed
drapieżnikami. I tak, aby niedźwiedź nie przyszedł do
koszaru, wszystkich obowiązywał zakaz siadania w szałasie na zawaterniku. Z kolei, żeby na stado nie napadły
wilki, przestrzegano zakazu klaskania na owce. Najlepiej przed drapieżnikami zabezpieczał jednak rodzaj
obiaty składanej im z pierwszego jagnięcia narodzonego na hali. Zabite zwierzę baca zanosił w pobliski
gąszcz pewien, że od tej pory żaden drapieżnik nie
tknie stada.
Najgroźniejszym jednak wrogiem zwierząt i ludzi
były czary. Mógł je rzucić zawistny baca, gospodarz,
czarownik, można je było niechcący zawlec za sobą.
Stąd juhasi nie opuszczali hali podczas sezonu bez potrzeby. Na Orawie udawali się np. na pasterski odpust
w Orawce w dniu św. Jana Chrzciciela, a na Huculszczyźnie pasterze schodzili z połonin w dniu św. Eliasza,

by w cerkwi modlić się do niego o odwrócenie gradu
i piorunów.
W odległej przeszłości pasterzy obowiązywało zachowanie czystości seksualnej do dnia św. Jana
Chrzciciela, a w Karpatach Wschodnich i w Rumunii do
dnia św. Piotra i Pawła 29 czerwca/12 lipca). Po tych
dniach kontakty z kobietami mogli mieć tylko juhasi.
Baca przez cały sezon musiał zachować wstrzemięźliwość. Kobiety, jako istoty żyjące za pan brat z siłami
nieczystymi, miały zakaz wstępu na halę. Groźna dla
stada była zwłaszcza obecność kobiet w czasie menstruacji. Wtedy same stawały się nieczyste i mogło
wraz z nimi przywędrować każde zło. W Karpatach
Zachodnich kobiety dopiero po św. Janie Chrzcicielu
mogły odwiedzać pasterzy, ale tylko w dni świąteczne,
zwłaszcza pasterskich świąt. Była to okazja do poczęstunku i zabawy. Na Huculszczyźnie i w Rumunii kobiety wprawdzie przychodziły na połoniny, donosząc
żywność i wódkę, przybywając w gości, ale nie mogły
zbliżać się do zwierząt.
Niechętnie widziano też na szałasie kogoś obcego. Na wszelki wypadek, gdy odchodził, baca w ślad za
nim sypał trochę soli lub popiołu z watry, aby zniszczyć
ewentualne zło, jakie zostawił.
Stado, na które rzucono czary, mógł wyleczyć
swoim magicznym kunsztem tylko baca. Niektórzy
z nich cieszyli się sławą biegłych czarowników. Pomagało głównie okadzanie i towarzyszące mu zaklęcia.
Na Huculszczyźnie, gdy zwierzę na skutek czarów zachorowało lub straciło mleko, dawano mu do zjedzenia pączki z palmy wielkanocnej i święconą wodę do
picia. Skutkowało też natarcie grzbietu maścią sporządzoną z czosnku, uryny i smoły. Zabiegom tym towarzyszyły odpowiednie zaklęcia. Pamięć o sławnych
bacach czarownikach zachowała się w Karpatach do
dzisiaj, a opowieści o ich wyczynach weszły na stałe do
karpackiego folkloru słownego.

Krzyż przy szałasie
chroniący od złego.
Rumunia, Góry Marmaroskie

52

53

Święto Baców Karpackich
– Redyk w Ludźmierzu,
2012 r.

54

55

Święto Baców Karpackich
– Redyk w Ludźmierzu,
2012 r.

56

Muzyczna kultura pasterska

Justyna Cząstka-Kłapyta

57

Z

a początek stopniowego zanikania muzycznej kultury pasterskiej w Karpatach można
przyjąć koniec XIX wieku, kiedy rozpoczął
się upadek szałaśniczej gospodarki pasterskiej. Wraz z zanikaniem tego naturalnego kontekstu
funkcjonowania pasterskiej muzyki zaczęła odchodzić
w przeszłość zdolność rozumienia dawnych funkcji
magicznych i komunikacyjnych śpiewów, tańców i instrumentów. Najdłużej muzyka towarzyszyła wypasom
owiec w regionach: Rumunii, Słowacji, Ukrainy, a w Polsce Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, gdzie szczególnie
długo utrzymywał się wypas kulturowy owiec i bydła
rogatego. Muzyka pasterska była kiedyś częścią wypasowego systemu kulturowego na wysokich halach Tatr,
połoninach Karpat Wschodnich i Południowych czy polanach Karpat Zachodnich. W Karpatach polskich nieco
dłuższą żywotność zyskała muzyka pasterska towarzysząca wypasowi bydła rogatego. Jeszcze do lat siedemdziesiątych XX wieku można ją było usłyszeć w postaci
śpiewów, pokrzyków pasterek i pasterzy na polanach
Beskidów, Gorców i Pienin. Korzeni karpackiej muzyki,
jej funkcji powinno się szukać w bogatym, wieloaspektowym kontekście życia społeczności pasterskiej, które wyrosło z silnego związku z przyrodą, obserwacją
jej porządku oraz z kosmogonicznymi wyobrażeniami
o świecie. Społeczeństwa tradycyjne szukały przychylności sił nadprzyrodzonych i dlatego dostosowywały
rytm życia społecznego do rytmu panującego w naturze. Pod powierzchnią tylko z pozoru pełniących funkcję rozrywki i przyjemnych dla ucha rozmaitych wrażeń
dźwiękowych kryły się więc głębsze sensy służące jednemu celowi – nawiązaniu dialogu z siłami nadprzyrodzonymi, czyli ze sferą sacrum, z której czerpano moc do
wpływania na rzeczywistość. Okres wypasu obejmował
w cyklu rocznym życia pasterzy dni najważniejsze pod
względem magicznym, bowiem od wszelkich zabiegów magicznych czynionych w tym czasie zależało nie

tylko powodzenie podczas wypasu, ale także dalsza
egzystencja oraz losy otaczającego świata i Kosmosu.
Dlatego też każdy pasterz-muzykant, a zwłaszcza baca,
często byli charyzmatycznej, głęboko uduchowionej
natury, ponieważ magia wynikająca z ich gry zależała
w dużym stopniu od ich wewnętrznej siły i nastawienia.
Sprawcza moc była także zależna od stopnia precyzji
gry, w której starano się unikać pomyłek. Wiązało się to
z przekonaniem, że mylnie wyśpiewana czy odegrana
formuła, mogła utracić swą magiczną moc i spowodować skutek odwrotny od oczekiwanego. Kwestia ta odnosi się również do gry skrzypków w pozapasterskich
praktykach obrzędowo-magicznych (Huculszczyzna).
Wiarę w moc oddziaływania dźwięków instrumentów
potwierdza wypowiedź jednego ze skrzypków huculskich: dźwiękami można zabić człowieka i przyciągnąć
go do siebie.
Przypadające na początek wiosny rozpoczęcie
wypasów, kiedy rodzi się nowe życie, było okresem
przejściowym, momentem zawieszenia, chwilowego
niezróżnicowania, z którego w rozumieniu ludowym
miały na powrót wyłonić się właściwe kształty i porządek oraz potencje niezbędne do właściwego trwania
świata. Wszelkie akty transgresji wiązały się z zagrożeniem narażenia na działanie niepożądanych mocy pochodzących z nieoswojonego orbis exterior (świata zewnętrznego). Rolę środków ustanawiających ochronną granicę pomiędzy oboma światami pełniły, oprócz
różnych zachowań i praktyk magicznych (jak np. zaklęcia, modlitwy), także dźwięki instrumentów, dzwonki
pasterskie, śpiewy i nawoływania pasterzy rozlegające
się na przestrzeniach wypasowych oraz tańce – głównie męskie – wykonywane na wolnym powietrzu lub
na małej powierzchni kolib pasterskich. Dźwięki te wyznaczały swoim zasięgiem pewnego rodzaju granicę
w sensie czasowym i przestrzennym. Zwłaszcza odgłosy dzwonków pasterskich robiące „rytualną wrzawę”,

Stanisław Cieślar z Wisły
gra na trombicie

58

Wyrób pasterskiego rogu –
warsztat Tadeusza Ruckiego
w Koniakowie

tworzyły zaporę przed działaniem złych mocy, uroków
i zapewniały magiczną ochronę (apotropeion) pasterzom i ich stadom. Dźwięki dzwonków, także w innych działaniach rytualnych (np. kolędowanie), oprócz
tej najbardziej praktycznej funkcji identyfikowania
miejsca przebywania zwierzęcia, pełniły pierwotnie
funkcję sygnalizowania obecności sacrum, a nawet je
tworzyły. Dzwon przekazuje w zasięgu swego głosu
treść, która wypełnia, oczyszcza i sakralizuje powietrze i przestrzeń. Rytualny „hałas” generowały także
inne narzędzia dźwiękowe, jak pistolety i baty, których
specyficzne odgłosy można do dziś usłyszeć na połoninach Karpat Wschodnich i Południowych (Rumunia). Odgłos wydawany z bata był także narzędziem
informacyjnym, komunikującym otoczenie o miejscu
pobytu pasterza i ułatwiającym mu zaganianie stada
do miejsca udoju. Rytualny „hałas”, który tworzyła heterogonia różnych dźwięków wydobywanych za pomocą instrumentów, głosów i narzędzi dźwiękowych,
stanowił antynomię „grobowej”, śmiertelnej ciszy i był
niezbędny do uruchomienia sił wspomagających nadejście urodzaju i ochrony przed złem. Był tak samo
ważny, jak pierwszy wiosenny grzmot pioruna, który
według dawnych wierzeń ludowych otwierał ziemię
i odbierał moc złym siłom drzemiącym w podziemiu,
które ujawniały się m.in. pod postacią ulewnych deszczy i gradu. Zatem najprawdopodobniej również gra
na instrumentach, śpiewy i tańce stanowiły celowy
zabieg, dążący do zapewnienia sobie i stadu wszelkiej
pomyślności podczas sezonu wypasowego. Stąd też
mogły odbywać się tylko w określonym czasie, momencie i miejscu. Przy dojeniu owiec obowiązywał pasterzy zakaz gwizdania i śpiewania, co miało sprawić,
że wilki nie będą atakowały stada. Gwizdać nie można
było także w szałasie, bo mogłoby to przynieść śmierć
któregoś z szałaśników. Były to w rozumieniu ludowym
momenty niepewne ontologicznie, czyli znajdujące

się na granicy dwóch światów – oswojonego i obcego. Zwłaszcza czas wyruszania owiec na pastwiska, na
Podhalu tzw. redyku, w Beskidzie Śląskim – miyszanio,
a na Huculszczyźnie – połonińskiego hidu, wymagał
wielu działań zabezpieczających stado i pasterzy przed
wpływem niepożądanych mocy. Każdy z tych kolejnych przedziałów czasowych otwierały sygnały wygrywane solowo na długich, dwu- do czterometrowych,
drewnianych trąbach, które były rozpowszechnione na
terenie całych Karpat pod różnymi nazwami: w Polsce
i na Słowacji pod nazwą trombity, w Beskidzie Śląskim
jako trąba sałaska, a w Karpatach Wschodnich jako
trembity, gdzie unikatem na skalę Karpat jest praktykowana również współcześnie zespołowa gra na tym
instrumencie (Huculszczyzna). W Rumunii występują
pod innymi nazwami: bucium, tulnic także w odniesieniu do odmiany tego instrumentu wykonanego z metalu. W Serbii i Chorwacji instrument ten występuje
pod nazwą trubjela, trombita.
Wymarsz na hale odbywał się z powagą bez śmiechów i śpiewów, ale z gwizdami, którymi również można było odpędzić złe moce czyhające na stado. Zabawa
taneczna ze śpiewem, tańcami i grą na instrumentach
(muzyką) odbywała się zwykle na szałasie w wigilię
nocy świętojańskiej, czyli na św. Jana (24 czerwca), chociaż w Beskidzie Śląskim zaczynała się przy udziale społeczności wsi już w dniu wypasu przy miyszaniu owiec.
Na Huculszczyźnie taka okazja nadarzała się na staji
(na szałasie) dopiero po święcie Piotra i Pawła (12 lipca). Przypadające na czas jesieni zakończenie wypasu,
tzw. rozsod/rozłuczenie (Huculszczyzna), również mogło obfitować w śpiewy i gry na instrumentach, które
towarzyszyły ostatecznemu jesiennemu zejściu owiec
do wsi. Wieńczyła go trwająca niejednokrotnie do rana
zabawa z tańcami, organizowana dla juhasów i czasem
także dla właścicieli owiec w domu bacy/wataha (Huculszczyzna), na którą zapraszano też kobiety.

Funkcja instrumentów
Trombita (trembita)
Instrumentem szczególnie związanym z wypasem
owiec i okresem wiosennym była trombita. Jedynie
w Karpatach Wschodnich trembity były używane także podczas obrzędu weselnego i w innych okolicznościach, ale jedynie w okresie wegetacyjnym, czyli od
dnia świętego Jerzego (Jurija), kiedy budziła się wiosna,
do świętego Dymytra (8 listopada), od którego zaczy-

59

nała powoli nastawać zima. Natomiast przez cały rok,
nawet w okresie zimowym, można było grać na tym
instrumencie jedynie w trakcie pogrzebu i przy zmarłym. W okresie wypasu jedynie na tych instrumentach
dozwolona była gra w momentach, które wiązały się
z różnymi granicznymi fazami słońca: po jego wschodzie i zachodzie oraz w południe. Każdej z tych faz odpowiadały inne pod względem semantycznym sygnały melodyczne, w ciągu dnia o wydźwięku radosnym
i melancholijnym z końcem dnia (Huculszczyzna).
Interesujący wydaje się fakt, że sygnały zbliżone do
tych wygrywanych na zachód słońca rozbrzmiewały
także podczas jesiennego zejścia z połonin i obrzędu
pogrzebowego przy spuszczaniu ciała do grobu (Huculszczyzna). Istniał więc pewien semantyczny związek dźwięków wydobywanych z trembit z różnymi
okolicznościami życia, które narzucał rytm przyrody:
koniec dnia, koniec lata (jesień) i koniec życia (śmierć).
W Beskidzie Śląskim wygrywano na trombicie o zachodzie słońca melodie pieśni kościelnych (np. Już słońce
zaszło…). Instrumenty te pełniły głównie funkcję komunikacyjną. Bacowie sygnalizowali za ich pomocą
swoim pomocnikom pory modlitw, udojów, wypuszczania owiec z koszarów na przestrzenie wypasowe,
a także fakt zagubienia się owiec czy napadu drapieżnika na stado. Każdej z tych okoliczności odpowiadał
o­kreślony pod względem strukturalnym kod dźwiękowy. W Karpatach Wschodnich trembita uważana jest
nawet współcześnie za instrument mocy – jej dźwięki
słyszą umarli, dzięki niej można oczyścić miejsce albo
człowieka od wpływu złych mocy. Na Huculszczyźnie
bardzo przestrzegano dawniej, by instrument wykonywało się z drewna o właściwościach magicznych,
a więc pochodzącego z drzewa, w które uderzył piorun,
tzw. hromowyci. Zaznacza się tu więc ścisły związek instrumentu z tworzywem, z którego powinien być wykonany. Związek ten wyraża głębszą metaforyczną i me-

tonimiczną więź. Dawniej uważano, że wraz z piorunem
spłynęła w trembitę część głosu jej pierwszego Stwórcy,
czyli jakiegoś bóstwa gromowładnego, związanego ze
sferą niebiańską. W wierzeniach ludowych dawnych
Słowian istoty piorunowładne, jak Żmij, Perun, związane
z męską organizacją wszechświata, odgrywały niezwykle istotną rolę w utrzymywaniu życia na ziemi przez
sprawowanie opieki nad płodnością, urodzajem i dobrobytem. Dlatego też ogień zabezpieczał od wszystkiego, co złe i ciemne, a pod postacią pioruna uderzał
najczęściej w miejsce, gdzie przesiadują złe moce, które

na skutek tego kontaktu pozostawało oczyszczone. Nic
więc dziwnego, że kontakt drzewa świerkowego z boskim ogniem nie pozostawił obojętnego śladu, ponieważ według magicznego prawa kontaktu rzeczy, które
były raz ze sobą w styczności, pozostaną w styczności
już na zawsze. Trembita mogła służyć również do celów
magicznych molfarom, którzy dobrze znali właściwości
hromowyci i wykorzystywali ją do magii miłosnej oraz
ochrony zwierząt gospodarskich przed urokami. Była też
narzędziem magii negatywnej, bowiem chcąc zaszkodzić czyjejś krowie, np. żeby dostała wzdęcia i zdechła

Tadeusz Rucki z Koniakowa
grający na trombicie, 2012 r.

60

Ryc.1
Róg owinięty korą brzozową

Ryc. 2
Róg z Beskidu Śląskiego

Na rogu pasterskim gra
Janek Kożdoń

bądź dała złe mleko, należało złowić małego pstrąga
w potoku i wrzucić go do ognia (np. w piecu) przez
luft trembity. W Polskiej części Karpat nie zachowały się
żadne wzmianki potwierdzające magiczną funkcję tego
instrumentu, chociaż fakty z Huculszczyzny pozwalają
domniemywać, że i w zachodniej części Karpat jej funkcja mediacyjna mogła być analogiczna.
Instrument ten wykonuje się z dwóch wyżłobionych połówek drewna świerkowego, uciętego na długość instrumentu, które skleja się przegotowaną żywicą „smołą”. Po złożeniu tworzy wąską koniczną rurę,
rozszerzającą się stopniowo od dolnego do górnego

wylotu. Jej długość może sięgać od 1,5 m do 4 m.
Najbardziej okazałe rozmiary mają trombity z Beskidu
Śląskiego i Bieszczadów. Z kolei trombity podhalańskie
wraz z trombitami z okolic Limanowej i Piwnicznej zaliczają się do najkrótszych. Najlżejszą odmianą o długości 3,5 m jest trembita huculska, stąd może ją trzymać
jedna osoba, a nie dwie, jak w przypadku trombit z Beskidu Zachodniego. Na trombitach, tak jak na innych
instrumentach pasterskich, grać mogą jedynie mężczyźni. Pewnym fenomenem w tej kwestii jest utrzymująca się do dziś w Rumunii w górach Apuşeni (Ţara
Moţilor) gra na tym instrumencie w wykonaniu kobiet,
na który stosują one określenie tulnic. Na terenach wypasowych usłyszeć go można tylko w niektórych regionach Karpat rumuńskich (Bukowina, Góry Marmaroskie i Rodniańskie). Stosunkowo długo grywano na
trombitach podczas wypasów w Beskidzie Żywieckim
i Śląskim. W polskiej części Karpat nadal preferuje się,
chociaż tylko podczas występów, już nie tylko solową,
ale także zespołową grę na trombicie. W codziennym
życiu stosuje ją solowo w nowej funkcji użytkowej artystyczno-refleksyjnej od 2004 roku Tadeusz Rucki z Koniakowa (Szańce), wygrywając na niej o godz. 20.00
różne melodie dostosowane do okoliczności. Najczęściej są to melodie maryjne, żałobne – podczas żałoby narodowej i kolędowe w okresie świąt Bożego
Narodzenia. Beskid Śląski jest jednym z największych
ośrodków wyrobu trombit, w które zaopatrują się muzykanci z różnych regionów Karpat. Zajmują się nim
wspomniany już: Tadeusz Rucki, także wybitny muzykant i miejscowy nauczyciel gry na instrumentach pasterskich – Zbigniew Wałach (Istebna Kubitkula), Józef
Zawada (Istebna Olecki) oraz w Beskidzie Żywieckim
– Stanisław Piwowarczyk z Żabnicy. Do niedawna wyrabiał je także Jerzy Szarzec z Wisły Czarnego. Z kolei
na Orawie wyrabia trombity i rogi Andrzej Haniaczyk.
Znane ośrodki wyrobu tych instrumentów znajdują

się także po słowackiej stronie w Orawskiej Polhorze
i Sihelnem, a na Huculszczyźnie (Ukraina) – w wiosce
Brustury i na przysiółku Bukowiec, gdzie od lat zajmuje
się ich wyrobem Michajło Tafijczuk.
Róg
Instrumentem pokrewnym trombicie pod względem wykonania jest róg. Jego występowanie na obszarze Karpat polskich jest słabo udokumentowane.
Obok Podhala znany był w Beskidzie Śląskim, Żywieckim oraz w okolicach Gorlic, Tarnowa i Nowego Sącza
(Muszyna). Obecnie róg powraca do muzyki karpackiej, prezentowanej publicznie podczas różnych festiwali w grze zespołowej, głównie w Beskidzie Żywieckim i Śląskim. Funkcję obrzędową pełni tylko na Huculszczyźnie w obrzędzie kolędowania. Rogi karpackie
wykonywano z drewna świerkowego (Huculszczyzna,
Podhale, Pieniny), jaworowego lub olchowego, a także
z naturalnego poroża bawolego (Węgry). Wygrywano na nich krótkie dwu- lub trzydźwiękowe sygnały
w celu odstraszenia drapieżnika czyhającego na kierdel owiec. Instrumenty te wykorzystywano także podczas wypraw łowieckich, gdzie wabiono za ich pomocą ofiarę, imitując odgłosy zwierząt, np. jelenia.
Ryc.1

Ryc. 2

61

Piszczałki i inne instrumenty
Piszczałki z otworami bocznymi były rozpowszechnione na całym obszarze Karpat w różnych
odmianach, począwszy od prostych trzyotworowych
(Beskid Żywiecki i Podhale) przez pięciootworowe,
sześciootworowe, siedmiootworowe do dziewięciootworowych (Beskid Żywiecki). Pełniły najczęściej
funkcję estetyczną, czyli umilały czas młodym juhasom i honielnikom podczas wypasów. Do najrzadziej
występujących na terenie Karpat należą piszczałki
trzyotworowe, które poza polskim regionem karpackim odnotowane zostały na terenie Słowacji. Do najbardziej rozpowszechnionych na terenie całych Karpat
należą piszczałki sześciootworowe z denkiem, określane w niektórych regionach Karpat jako fujarki (Pieniny,
Podhale). W Karpatach Wschodnich (Huculszczyzna)
noszą nazwy: sopiłka, denciłka. Na Słowacji funkcjonują pod nazwami pištăla, pasterska pišťalka, w Rumunii
– fluierul, na Węgrzech – furuyla, w Bułgarii – duduk.
Innym instrumentami wykorzystywanymi przez pasterzy były różne odmiany listków i glinianych okaryn,
które pełniły funkcję towarzyszenia bądź przerywnika

w śpiewie, głównie podczas wypasów wołów, krów
i kóz (Beskid Śląski i Żywiecki). W Pieninach, przy wypasie krów szczególnie rozpowszechniona była kiedyś
gra na oktawce – instrumencie o zbliżonej budowie do
podhalańskich gęśli.
Najbardziej pierwotny typ piszczałki sześciootworowej o starożytnym pochodzeniu prezentuje fłojera. Gra na tym instrumencie jest niezwykle trudna ze
względu na brak denka (otworu zadęciowego), co
powoduje, że dźwięki wydobywane z instrumentu
wychodzą przez dziurki palcowe, a nie przez otwór
końcowy. Jej odmiany spotykane są głównie na terenie Rumunii (fluierul du cop), Węgier (furuyla) i Słowacji
(pištalka pasterska). W Karpatach polskich zidentyfikowano istnienie tego instrumentu jedynie na Podhalu,
gdzie funkcjonował pod nazwą piszczałka pojedyncza
oraz w okolicach Piwnicznej. Był to najważniejszy prywatny instrument baców/watahów (Huculszczyzna),
na którym wygrywali po zachodzie słońca na tzw.
wieczornicach przy blasku ognia pełne zadumy melodie, które wprowadzały ich w stan podobny do meRyc. 3

Ryc. 4

Andrzej Haniaczyk
z Kościeliska,
lata 70. XX wieku

Stanisław Piwowarczyk
z Żabnicy

Ryc. 3
Dwojnica, Zakopane (1912)
(A. Kopoczek, 1996)
Ryc. 4
Relikt karpacki – piszczałka
krawędziowa, podłużna
z wylotem otwartym
i otworami palcowymi
(piscołka), okolice Piwnicznej
(A. Kopoczek, 1996)

62

Zbigniew Wałach z Istebnej
w swoim warsztacie

dytacji. Meandrującym i przepełnionym ornamentyką
melodiom fłojer towarzyszył często spokojny śpiew
pomocników bacy/wataha. Dźwięki fłojery miały moc
zabezpieczania stada przed urokami i uspokajania go,
zwłaszcza przed nadciągającą burzą. Grze na tym instrumencie towarzyszyło specyficzne, utrzymane na
jednym dźwięku (burdonie) jakby „burczenie” w krtani
grającego, które stanowi najprawdopodobniej echo
przyniesionych niegdyś w Karpaty azjatyckich technik
śpiewu. Taka praktyka gry zachowała się współcześnie
jeszcze tylko w niektórych miejscach Karpat Południowych (Rumunia) i na Huculszczyźnie.
Innym instrumentem związanym z kulturą pasterską jest piszczałka dwoista o dwóch przewodach kana-

Ryc. 5

Ryc. 5
Piszczałka

łowych, na Podhalu funkcjonująca pod nazwą dwojnica albo piszczałka dubeltowa, a na Słowacji znana jako
dwojaczka, zbudowana z dwóch odrębnych kanałów
dźwiękowych. Ma swoje analogony w Karpatach
Wschodnich (Ukraina, Rumunia) i Południowych. Domeną jej występowania na terenie Karpat polskich było
najprawdopodobniej jedynie Podhale i Orawa, gdzie
była szczególnie rozpowszechniona wśród starszych
ludzi jeszcze w latach dwudziestych zeszłego stulecia.
Niewykluczone, że występowała także w Beskidzie Żywieckim. Dwojnice wyrabiano w Poroninie i w Brezowicy (Orawa słowacka). Wyrabiane są z jednego kawałka
drewna jaworu, jesionu lub świerka (Huculszczyzna),
w którym wywierca się dwa równoległe kanały. Na
wierzchniej stronie znajduje się sześć otworów palcowych umieszczonych nad prawym kanałem. Otwory
wargowe znajdują się najczęściej na spodniej stronie
korpusu instrumentu. Lewy kanał stanowi piszczałkę
burdonującą. Dwojnica podhalańska wykazuje duże
podobieństwo do dvojnic południowosłowiańskich,
a  zwłaszcza do bułgarsko-rumuńskiego kawala. W ciągu kilku ostatnich lat tradycję gry na tym instrumencie,
jak i innych instrumentach pasterskich, przywrócili na
scenie Jan Karpiel Bułecka i Krzysztof Trebunia Tutka.
Interesujący typ tworzą piszczałki bez otworów
palcowych, które w Beskidzie Śląskim funkcjonują pod
nazwą sowa, a w Beskidzie Żywieckim – kusoc, kuwiek.
Nieco dłuższą ich odmianę prezentuje fujara postna
lub wielkopostna, która poza Beskidem Żywieckim i
Śląskim występowała również na Podhalu i Orawie
(fujara wolarska). Jej długość nie przekracza miary długości ramienia ze względu na konieczność zatykania
lub otwierania otworu wylotowego wskazującym palcem prawej ręki. Analogony tego instrumentu spotkać
można na terenie Słowacji (koňcovka), Rumunii (tlinka),
Ukrainy: Zakarpacie – (tylynka), Huculszczyzna galicyjska – (telenka). Była też jedynym instrumentem, na

którym można było grać w okresie Wielkiego Tygodnia,
a u Hucułów zawsze w okresie postnym. Melodie wygrywane w tym okresie stanowiły rodzaj swobodnej
improwizacji, nie związanej z melodyką pieśni pasterskich. Instrument ten oprócz funkcji muzyczno-magicznej pełnił także funkcję podpory (palicy) podczas wędrówek juhasów i ewentualnej obrony przed wilkami
i psami. Z dłuższych piszczałek bez otworów bocznych
na uwagę zasługuje używana kiedyś w Beskidzie Śląskim przez baców na szałasie tzw. fujara sałasznikowa,
określana również prywatnie przez Jana Kawuloka jako
trąba sałasznikowa, o długości całkowitej 170 cm. Dziś
jedyną jej postać znamy z rekonstrukcji miejscowych
budowniczych instrumentów: Jana Kawuloka (18941976) i Józefa Brody (ur. 1941). Nazwa tego instrumentu ma wskazywać na funkcję, którą pełnił na sałaszu u
górali śląskich. Stanowił własność „grupy sałaszniczej”
i symbol władzy sałasznika. Na fujarze sałasznikowej
można było grać tylko w przełomowych momentach
wypasu: na miyszaniu, na świętego Jana i rozsodzie.
Jej dźwiękiem rozpoczynano zimowe zgromadzenie

63

wszystkich udziałowców szałasu, na którym ustalano
liczbę i miejsce wypasu owiec. Od 2008 roku przywrócił
jej tradycyjne miejsce podczas okresu wypasowego na
sałaszu Piotr Kohut. Na świętego Jana gra na tym instrumencie towarzyszy zabawie plenerowej organizowanej
w górach przez GOK z Koniakowa pt: Muzyka na sałaszu.
Komercyjnie grywają na niej także muzykanci z Istebnej
Jan Macoszek (Wojtosze) oraz Zbigniew Wałach (Kubitkula). Pokrewnym fujarze sałasznikowej typem instrumentu może być występująca jedynie na Słowacji w rejonie Poljany fujara pasterska o długości od 170-200 cm.
Jest wykonana z dwóch gałęzi bzu czarnego o średnicy
ok. 5 cm (piszczałka podstawowa – melodyczna) i 3 cm
(piszczałka burdonowa z ustnikiem).
Nieprzypadkowo do wyrobu różnych odmian
dłuższych fujarek i krótszych piszczałek pasterskich wybierano specjalne gatunki drzew: określane strażnikiem
muzyki pasterskiej drewno bzu czarnego, także świerka,
jawora i jesionu, rzadziej wierzby oraz leszczyny (Huculszczyzna), która miała w wierzeniach dawnych Słowian
właściwości ochraniające przed chorobą zarówno ludzi,
jak i zwierzęta. Racjonalnym uzasadnieniem dobrych
właściwości drewna bzu jest twardość i odporność na
wilgoć i przez to podatność na szybkie konstruowanie instrumentu. Kanał rdzeniowy gałęzi bzu jest wypełniony łatwo dającą się wydłubać ligniną. Z gałęzi
wspomnianych drzew wyrabiano dwa rodzaje piszczałek: z otworami bocznymi i bez otworów palcowych,
których długość wynosiła od 330 mm do 700 mm. Do
owijania korpusu niektórych instrumentów, jak trombita, róg czy piszczałki bez otworów bocznych, używano
pozyskiwanej wczesną wiosną kory z brzozy (Ukraina:
Huculszczyzna, Bojkowszczyzna, Rumunia: Maramureş,
Polska: Podhale, Pieniny), z czereśni (Beskid Śląski i Żywiecki) lub z wierzby, która miała właściwości sprzyjające mediacji w nawiązywaniu kontaktu z Tamtym
Światem. Drzewa te pełniły rolę oczyszczającą, z ich

Andrzej Haniaczyk
z synem Janem grający
na piszczałkach,
lata 70. XX wieku

pomocą wyganiano demony i złe duchy. Prezentowały
moce witalne i wiązały się z sygnalizowaniem początku nowego cyklu wegetacyjnego. Stąd pełniły ważne
funkcje w okresie świąt wiosennych i podejmowanych
wówczas działaniach magicznych. W wierzeniach dawnych Słowian brzoza była uważana za drzewo święte,
związane z bóstwami płodności, stanowiła też symbol
odradzającego się życia, nowego cyklu wegetacyjnego,
stąd była stosowana jako podstawowy rekwizyt w obchodach noworocznych i w wielu obrzędach mających
za cel pobudzanie płodności ziemi i wszystkich istot.
Z kolei ze złymi mocami, a zwłaszcza ze światem
podziemnym kojarzone były wierzba i przede wszystkim czarny bez, który w wierzeniach dawnych Słowian
miał zdolność pośredniczenia między krainami śmiertelników i zmarłych. Roślinie tej przypisywano właściwości apotropeiczne, antydemoniczne i lecznicze.
Analogiczne właściwości musiał więc mieć instrument
wykonany z któregoś z tych gatunków drewna. Dlatego też właściwości mediacyjne fłojery sprawdzały się

nie tylko w grze bacy po zachodzie słońca czy przy stadzie podczas zbliżającej się burzy, ale także przy zmarłym w domu i po jego pochówku nad grobem, gdzie
wykonywano specjalne żałobne melodie, tzw. smertelne w tuhu (smutku) (Huculszczyzna).
Oprócz tej najbardziej pierwotnej magicznej funkcji muzyki pasterskiej istniały także inne funkcje, które z biegiem czasu stawały się bliższe czasom współczesnym, jak: sygnalizacyjna, rozrywkowa i duchowa
(medytacyjna), która nawiązuje w pewnym sensie do
magicznej, ze względu na umiejętność doświadczania
sacrum. Współczesny sens gry wyjaśnia znany muzykant Zbigniew Wałach:
„Brzmienie instrumentów przywołuje czasy przodków,
łączy się z ojcami. Każdy dźwięk jest odniesieniem do
głębi, której źródeł należy szukać w przeszłości. Jak
gram sam dla siebie, to chciałbym, aby to wykonanie
było jak najbardziej perfekcyjne i zastanawiam się, co
by na to powiedział śp. Jan Kawulok ojciec (w domyśle:
ojca muzyki regionu Beskidu Śląskiego)?”.

64

Kapela i członkowie zespołu
„Koniaków” z Koniakowa,
skrzypce – Stanisław Suszka,
gajdosz – Bartłomiej Rybka

Funkcja tańców pasterskich

N

a charakter tańców pasterskich złożyły się
nie tylko warunki ograniczonej przestrzeni
szałasów, w których były tworzone i wykonywane, ale również żywiołowy temperament ludu górskiego. W kolibach pasterskich nie było
warunków na wykształcenie się tańców o rozmachu
tanecznym i większej liczbie par tanecznych. Tańce pasterskie można podzielić na dwie grupy: wykonywaną
zespołowo przez mężczyzn, która jest najbardziej reprezentatywna dla tego gatunku oraz wykonywaną parami. Ta druga grupa tańców należy do kategorii repertuaru wykonywanego także w innych okolicznościach
życia wsi. Tańce pasterskie należące do pierwszej grupy były niezwykle żywiołowe, wprowadzały pasterzy
w stan podobny do transu, w którym stawali się opętani własnym rytmem, niemal do utraty przytomności.
Bynajmniej nie były one tylko zwykłą sztuką wykonywaną dla siebie, ale tak jak w przypadku gry na instrumentach, były działaniem o konkretnej funkcji witalnej
i apotropeicznej, opartym na magii mimetycznej, której
podstawę stanowiło naśladowanie przymiotów czczonego obiektu natury lub pewnych zachowań (zaganianie bydła) w celu zapewnienia sobie ich dobroczynnej
mocy: płodności, witalności, urody, sprawności fizycznej i zdrowia. Do męskich tańców pasterzy tzw. orężnych zaliczają się: zbójnicki (Podhale, odmiana w Pieninach), juhaski, hajduk albo huculski arkan i słowacki
odzemek, występujący pod różnymi nazwami (hajdúski
tanec, valaski, kozák, zbójnicki, janošikovski). Forma ich
wykonania opiera się na chodzeniu z toporkiem w ręce
wokół ogniska z zastosowaniem przytupów, przysiadów, podskoków i innych figur o charakterze popisowym, a indywidualizowanych u poszczególnych tancerzy. Obecnie na scenach prezentowane są te tańce

w nowej postaci, z całkowitą koordynacją ruchów i brakiem pierwotnie im właściwego czynnika improwizacyjnego. W tańcach tych ważny był także ruch po linii
koła, zgodny z pozornym kierunkiem „biegu słońca”,
z ukrytą przed świadomością tancerzy symboliką ruchu
obrotowego, w której wyrażała się struktura postrzegania czasu i przestrzeni. Kierunek „za słońcem” stanowi
powszechną strukturą myślową różnych kultur świata o pozytywnej funkcji magicznej, wykorzystywanej
w wielu obrzędach i pracach gospodarczych. Ruch ten
służy powiększeniu, rozwojowi i rozmnożeniu. Zastosowanie w tańcach broni: bardek (Huculszczyzna), ciupag
(Podhale) czy słowackich valašek, może stanowić echo
dawnych, prasłowiańskich kultów łowieckich, kiedy
topór był uważany za najważniejsze narzędzie gospodarskie. Ich zastosowanie miało początkowo wydźwięk
magiczny – apotropeiczny i orężny, będący śladem dziś
już całkiem nieuświadomionego przez wykonawców

celu użycia, jakim było wywołanie podniecenia przed
walką oraz spotęgowanie sił sprawnościowych przez
wyzwolenie imitującej „energii kreacji” wyrażanej przez
„dzikie” okrzyki, podskoki i różne inne improwizowane
figury ukazujące sprawność fizyczną tancerzy. Jedynie
juhaski podhalański był wykonywany bez zastosowania
ciupag. Należał jednak do typowych tańców pasterskich rozpowszechnionych kiedyś na Skalnym i Niżnym
Podhalu. Był wykonywany przez dwóch lub kilku juhasów na szałasie. Z kolei na polanach w rejonie Babiej
Góry młodzi chłopcy przy wykonaniu tzw. tańca pasterskiego wykorzystywali zamiast ciupag – palice (pasterskie kije). Podstawę tego dawnego tańca stanowiło naśladowanie ruchów towarzyszących zaganianiu bydła,
owiec i zabaw przy ognisku, jak przeskakiwanie przez
kamienie, ogień i strzelanie z batów. Taniec ten mogli
wykonywać również w parach z dziewczętami, poruszając się tak jak w innych tańcach pasterskich krokiem

65

posuwanym po linii koła za pozornym biegiem słońca.
Towarzyszyły temu figury popisowe młodych pasterzy.
Tańce wykonywane parami przez tancerza i tancerkę są
zaliczane do tańców obracanych, tzw. zwyrtanych, które utrzymane są w żywym tempie i metrum parzystym.
Zaliczają się do nich różne odmiany obyrtanego, na które lokalna ludność stosuje odmienne określenia: obyrtka u górali babiogórskich, obertany u górali żywieckich i pienińskich (Grywałd, Krościenko), toniec u górali
szczawnickich, a także zielona u górali podhalańskich.
Zbliżoną do obrytki babiogórskiej i żywieckiej jest hucułka (Karpaty Wschodnie). Krok obyrtanego znany
jest także u górali łąckich, czarnych i nadpopradzkich.
Dla górali śląskich po stronie polskiej i czeskiej reprezentatywnym tańcem pasterskim jednej lub kilku par
jest owiężiok, którym otwierano zabawy taneczne. Do
dziś tańczony jest w Istebnej, Jaworzynce i Koniakowie.
Składa się z trzech części: przyśpiewki wykonanej przez
tancerza przed muzyką (kapelą), owiężioka zachodzonego i owiężioka zwyrtanego. W zachodzonym tancerze
chodzą wokół siebie w pewnej odległości i wzajemnie
się obserwują. Dopiero w części zwyrtanej para ujmuje
się za ramiona i krąży w miejscu. Podobną konstrukcją
odznacza się taniec występujący u górali podhalańskich pod nazwą góralski podhalański. Ma wybitnie
popisowy charakter. Składa się tak samo z kilku wykonywanych bezpośrednio po sobie tańców – ozwodnej
i krzesanego z elementami popisowymi tancerza. Oba
tańce partnerzy wykonują osobno z zachowaniem
odpowiedniej odległości bez kontaktu wzrokowego,
w międzyczasie musi nastąpić zwyrtanie, czyli obroty
partnerki na znak dany przez partnera. Całość wieńczy
taniec w parze tzw. zielona, gdzie partner chwyta partnerkę i obraca się z nią wokoło. Poza Podhalem, taniec
góralski występuje jeszcze tylko w pobliskich wsiach,
na Spiszu i Orawie oraz w regionie Pienin, ale w formie
niekompletnej.

Muzyka do tańca

N

ajstarszy skład muzyki (instrumentów) towarzyszącej tańcom pasterskim obejmował skrzypce lub jakiś starszy, zbliżony do
nich typ instrumentu oraz dudy (Podhale,
Orawa), które występują na terenie Karpat pod różnymi nazwami i odmianami: w regionie Beskidu Śląskiego i Orawy pod nazwą gajdy, w Beskidzie Żywieckim
i na Podhalu – dudy, a na Huculszczyźnie jako dutka,
koza. Zdarzały się sytuację, gdzie do tańca mogła grać
tylko duda. Najstarszy skład kapeli, złożony z jednych
lub dwóch skrzypiec i dud/gajd, utrzymywał się naj-

Ryc. 6

dłużej w Beskidzie Śląskim i Żywieckim. Instrument
ten wykorzystywano kiedyś obowiązkowo podczas
święta pasterskiego w dniu św. Jana, gdy dziewczęta
mogły po raz pierwszy w sezonie wypasowym zatańczyć z juhasami na szałasie. Ewenementem na skalę
Karpat były towarzyszące tańcom i śpiewom zespoły
gajdoszowe występujące na Górnej Orawie z końcem
XIX i na początku XX wieku. Współcześnie zakładane
są na użytek sceny w Jeleśni (Kapela Hulbój) i w Pewli
Wielkiej (Kapela rodziny Byrtków). Dudy wykorzystywali pasterze także podczas wędrówek, zwłaszcza na
sianokosy lub żniwa, oraz zbójnicy wędrujący z nimi
na węgierską stronę. W okolicach Babiej Góry rozpowszechniona była gra na dudach w okresie świąt

Ryc. 6
Gajdy śląskie

Tradycyjny skład kapeli
z Beskidu Śląskiego –
Zbigniew Wałach (prym),
Jan Kaczmarzyk (gajdy)

66

Krzysztof Trebunia Tutka
grający na dudach

Bożego Narodzenia, przy chodzeniu po kolędzie. Na
Huculszczyźnie (Karpaty Wschodnie, Ukraina) dutka
pełniła także funkcję obrzędową podczas pogrzebu,
kiedy wygrywała tuhe melodie nad zamkniętym grobem. Na Podhalu tradycję gry na dudach przywrócił
w okresie powojennym Bolesław Trzmiel z zespołu
Klimka Bachledy i zastosował w operze góralskiej Jadwisia spod regli oraz Tomasz Skupień (1955-2005),
który był w prostej linii sukcesorem najlepszej podhalańskiej tradycji gry na tym instrumencie, kultywowa-

nej przed II wojną światową przez Stanisława Budza
Lepsioka z Poronina zwanego Mrozem (1858-1943).
Do niedawna kontynuował tę tradycję Władysław
Trebunia Tutka (1942-2012), a dziś jego syn Krzysztof oraz Jan Karpiel Bułecka. Tańczono również do
dźwięków różnego typu piszczałek grających wraz
z dudami i niekiedy też z bębnami (Huculszczyzna).
Na Podhalu skład muzyki obejmował dwoje skrzypiec
(gęśle, złóbcoki), rzadziej jedne i basy.

Na dudach żywieckich
gra Edward Byrtek

Ryc. 7

Ryc. 7
Dudy podhalańskie

67

Śpiewy pasterskie

W

ykonywane w zależności od regionu
solowo, zespołowo bądź w formie dialogowanej śpiewy pasterskie pełniły
głównie funkcję komunikacyjną, zacieśniającą więzi społeczne i potęgującą siłę przekazu określonych sytuacją treści semantycznych. Były to
głównie krótkie przyśpiewki, rzadziej pieśni o charakterze balladowym (Podhale, Beskid Śląski, Zamagurze
Spiskie), oparte na różnych skalach melodycznych:
podhalańskiej lub wołoskiej, zwanej też cygańską. Ich
teksty zbudowane były przeważnie na dystychach
dwunastozgłoskowych, choć znane były także inne
kombinacje sylab w wersach. Wyrosły z potrzeby komunikacji – dialogu oraz wrażliwości estetycznej, która przejawiała się w chęci wyrażania różnych stanów
ducha: tęsknoty, smutku, radości, zadumy, miłości.
Pasterskie przyśpiewywania, zwłaszcza pasterek pasących krowy i pasterzy wypasających owce, niosły
się z polany na polanę. Ich tematem były głównie
miłosne perypetie zakochanej pary, rozstającej się
na czas sezonowego wypasu czy utrata wianka przez
dziewczynę:
Juhasi, Juhasi, kaście owce paśli?
Straciłak wionecek, wyście mi go naśli (…)

Wiele z nich opowiadało także o historii zbójników, scenach z życia pasterskiego – pracy przy pasieniu owiec i bydła, troskach pasterzy oraz ich zabawach
i romansach:
Paście mi się krówki,
Kie jo wos wygnała
Bo jo wam trowecki
Nie bedom zbierała…

Dla melodyki pieśni pasterskiej typowy jest opadający kierunek melodii. Charakter melodyki tych pieśni
wykształcił się ze struktury melodycznej zawołań pasterskich opartych na krótkich motywach melodycznych wypełnionych krótkimi tekstami słownymi o znaczeniu semantycznym. Spotykane są u wszystkich
ludów pasterskich Karpat w różnej obsadzie: dziewczęcej, pod nazwami: wyskani (Beskid Śląski), wyskanie
(Podhale), ujkanie (Zamagurze Spiskie, Orawa), lukanie
(Babia Góra). Tworzyły one przeciągły okrzyk, wydawany na kilku głoskach z charakterystycznym zjazdem po
dźwiękach na ostatniej z nich: U! hu! hu! hu! hu! Bardziej melodyjne i zbliżone w strukturze melodycznej
do sygnałów wygrywanych na trubach/trembitach
były halekania (Słowacja), czyli dialogowe zawołania
pomiędzy chłopcami i dziewczętami wypasającymi
krowy na przeciwległych wzgórzach, typu: A ja heló
Malenka, a jako sa tebe pasú? i odpowiedź: Mne sa veru
dobre, a także pokrewne żeńskie zawołania z Beskidu
Śląskiego, tzw. helokania typu: Helo, helo, Zuzanko, jako
ci się pasie?, helo, heloooo…! oraz wykonywane do dziś
przez Hucułów tzw. ehokania.
Oprócz descendentalnej melodyki śpiewy pasterskie charakteryzowała nieschematyczność i swo-

boda rytmiczna, wąski ambitus melodii z niewielkimi
skokami interwałowymi oraz melizmatami dwu- do
czterodźwiękowymi, których największe natężenie występuje oprócz regionów górskich w Rumunii i na Bałkanach, przede wszystkim w Beskidzie Żywieckim i na
Huculszczyźnie. W Karpatach polskich wolnometryczne, swobodne kształtowanie melodyki pieśniowej jest

Łemkowszczyzna

Podhale

Słowacja

Rumunia

Przykłady zawołań
pasterskich
(J. Mroczek, 1973)

68

typowe zwłaszcza dla Podhala, Orawy i Pienin. Na Huculszczyźnie dominuje kształtowany swobodnie pod
względem metrorytmicznym deklamacyjno-recytacyjny charakter melodyki wokalnej, który świadczy o jej silnym rytualno-magicznym podłożu. W tym wschodnim
zakątku Karpat śpiew jest połączony zawsze z grą na
instrumencie (skrzypce, odmiany piszczałek), w przeciwieństwie do polskich obszarów karpackich, gdzie
dominujące miejsce zajmują formy czysto wokalne,
zespołowe bez towarzyszenia instrumentalnego, chociaż w Beskidzie Śląskim i Żywieckim preferowane jest
towarzyszenie instrumentów w śpiewie. Przyrodzoną
ozdobę śpiewu stanowi wielogłos, którego „endemiczne” formy przechowuje region Podhala, Orawy i Pienin.
Skromne formy wielogłosowe występują w Beskidzie
Sądeckim i w niektórych subregionach Zamagurza
Spiskiego (Jurgów, Łapszanka, Rzepiska), w którym
unikat stanowi najstarsza ludowa forma wielogłosowa, tzw. heterofonia wariacyjna, praktykowana do dziś
przez górali ruskich z Osturni (Słowacja). Jest to technika śpiewu polegająca na niezależnym prowadzeniu
na raz kilku linii melodycznych tworzących w efekcie
różne współbrzmienia. W kierunku południowym od
Karpat Wschodnich, w Rumunii i na Węgrzech formy
wielogłosowe zbliżone do góralskich nie są znane. Fakt
ten sugeruje, że na obszarach występowania wielogłosu pomiędzy Karpatami i Bałkanami nie zachodzi
żaden bezpośredni stylistyczny związek. W południowo-zachodnich i zachodnich Bałkanach występuje
wokalny typ dialektyki muzycznej, która nie pozostaje
w żadnym bezpośrednim związku z tradycją wokalną
ukraińskich, słowackich i polskich Karpat.
*
Od lat sześćdziesiątych XX wieku muzyka pasterska
przeżywa swoje odrodzenie jakby w drugim bycie, bo
w nowym kontekście i funkcji życia społeczności gór-

skiej. Złożyły się na to przede wszystkim rozwój regionalizmu i moda na przywracanie reliktowych już form
folkloru muzycznego, którą podtrzymują regionalni muzykanci, pasjonaci i przede wszystkim zespoły folklorystyczne, występujące podczas licznie odbywających się
festiwali i konkursów. Współcześnie miejsce dawnych
funkcji śpiewów, tańców i gry na instrumentach zajęła
nowa funkcja – komercyjna, której zalążków można szukać w pierwszych kontaktach muzykantów z turystami,
przed którymi prezentowali własne zdolności muzyczne.
Pasterski folklor muzyczny stał się rodzajem widowiska
artystycznego, którego kształt i charakter dyktowany jest
niejednokrotnie przez gusta publiczności oraz współczesne okoliczności życia, do których się dopasowuje,
aktualizując nieustannie swoją „żywotność”. Znajduje
to swoje odzwierciedlenie w nowych rozwiązaniach
konstrukcyjnych instrumentów pasterskich: poszerzeniu skali albo wykorzystaniu do ich budowy innego
rodzaju drewna. Rozwija się przede wszystkim autorska
i już nie anonimowa twórczość pieśniowa, tworzone są
także rozmaite nie spotykane dotąd aranżacje taneczne
i zespołowo-instrumentalne, których punktem wyjścia
są reliktowe formy muzycznego folkloru pasterskiego.
Na starodawnych instrumentach zaczynają grać także
dziewczęta, a podczas wypasów funkcję rozrywkowo-rekreacyjną pełnią nie spotykane dotąd w tej tradycji
instrumenty: akordeon, harmonia guzikowa albo gitara (Ukraina – Zakarpacie), które akompaniują do pieśni
pochodzących z różnych regionów Karpat i z kultury
masowej. Rozwój środków masowego przekazu i komunikacji doprowadził do mieszania pomiędzy poszczególnymi regionami karpackimi, niezależnie od granic narodowych, repertuaru wokalnego i tanecznego
i różnych typów instrumentów. W miejsce dawnej funkcji magicznej muzyki wkroczyła nowa – metafizyczno-estetyczna. Identyfikuje się z nią wielu współczesnych
muzykantów, którzy odnajdują w niej źródło duchowej

69

równowagi i możliwości ujawniania za jej pomocą głębszych wrażeń estetycznych. Zachowany do dziś w dużej mierze już tylko „źródłowy” obraz pasterskiej kultury
muzycznej Karpat zawdzięczać można wpływom z południa i wschodu, które przynieśli w odległych czasach
osadnicy wołoscy. W tradycji muzycznej Karpat polskich
i słowackich wyraźnie zaznaczają się też wpływy węgierskie, rusińskie, niemieckie (związane ze średniowieczną
kolonizacją), a w zachodnim krańcu polskich Karpat
– morawskie. Na przyniesione za pośrednictwem wołosko-ruskim zapożyczenia wskazują niektóre odmiany

instrumentów: dwojnica, fłojera (piszczałka pojedyncza),
także słowacka końcówka (piszczałka postna) oraz przypuszczalnie także trombita i róg. Podobnie wspominane tańce pasterskie zaświadczają wołosko-ruską genezę. Wskazuje na to między innymi ich pokrewieństwo
z tańcami spotykanymi na wschodnim krańcu Karpat,
jak należące do tańców obrotowych: kołomyjka, hucułka, kozaczok, w których występuje zbliżony do odmian
tańców po polskiej stronie podstawowy krok taneczny
oraz figura taneczna hajduka (przysiad połączony z wyrzucaniem nóg do przodu), jako jeden z głównych motywów tańców ukraińskich i rosyjskich typu kozak. Tańcom męskim odpowiada po wschodniej części Karpat
huculski arkan i wykonywany przez kolędników kruhljek.
Najprawdopodobniej także pewne cechy śpiewów pasterskich (swoboda wykonawcza, melizmatyka, skale
wołoskie) przedostały się na teren polskich Karpat wraz
z kolonizacją wołoską, pozostającą pod wielowiekowym
wpływem kultury muzycznej Bałkanów, Turcji i Węgier.
Muzyka pasterska, wykształcona przez zróżnicowane etnicznie pokolenia, jest fenomenem kulturowym na skalę europejską, duchowym reliktem jednoczącym wiele
narodów i grup etnicznych Karpat. Jest źródłem do poznania najstarszych warstw muzycznej kultury Europy,
„kręgosłupem kulturowym Europy”, w którym krzyżują
się wpływy z północy, południa, wschodu i zachodu,
jest tworem kulturowym wciąż żywotnym, zwłaszcza
we wschodniej i południowej części Karpat. Muzykę tę
cechuje zmienność, bo aktualizuje się i dostosowuje
do współczesnych okoliczności i potrzeb życia. Współcześnie istnienie tej części kultury stoi pod znakiem zapytania, bowiem zależy już w dużej mierze od kondycji
duchowej górali, ich wrażliwości na rodzimą muzykę
i poczucia związku z przyrodą. Podtrzymanie tej tradycji zależy też od środków płynących z różnych projektów i dotacji. Aby przetrwała, choć tylko w komercyjnej funkcji, powinna stać się z jednej strony cennym

„towarem” przemysłu turystycznego, który dawałby
możliwość kształcenia nowych lokalnych zawodów,
zwiększających poziom życia kulturalnego mieszkańców Karpat, z  drugiej ozdobą współcześnie prowadzonej gospodarski pasterskiej. Pewną nadzieję niesie
fakt, że w Polsce, w Beskidzie Śląskim, po długim okresie uśpienia tej tradycji, spotkać można miejsca (Ochodzita), gdzie odżyła gra na instrumentach pasterskich,
które znów towarzyszą sezonowemu wypasowi owiec.
Aby nadal dzięki tej najstarszej tradycji muzycznej Karpat społeczność góralska mogła odnajdywać korzenie
własnej tożsamości i duchowej więzi ze swoimi przodkami – Wołochami.

Na str. 68
Andrzej Haniaczyk
z Kościeliska gra na gęślach

Michajło Tafijczuk
z Bukowca (Huculszczyzna)

Gajdosz z Istebnej

71

Co mówią źródła

Małgorzata Kiereś

Ż

ycie beskidzkiego sałasznika samo w sobie
toczyło się w symbiozie z przyrodą. Dzięki
niej stworzył i rozwijał gospodarkę szałaśniczo-pasterską, której podstawą był wypas
owiec na halach. Wraz z nią stworzył kulturę, która
do dziś fascynuje badaczy swoją archaicznością oraz
żywotnością. Ciągle ma moc odradzania się i adaptowania do nowych społecznych, historycznych i ekonomicznych warunków, a nawet do nowej sytuacji
politycznej w ramach Unii Europejskiej, która stała się
obecnie wsparciem dla jej rozwoju.
Istnienie dziś w Beskidzie Śląskim dawnych form
pasterstwa to pozostałość po wołoskim żywiole, który
systematycznie przemieszczał się na przestrzeni wielu
wieków z Dacji łukiem Karpat i dotarł na przełomie XV
i XVI wieku do Beskidu Śląskiego. Jako że żywioł ten
nie znał żadnych granic, a posiadał własne prawo wołoskie, to fascynował wielu badaczy, którzy podejmowali próby jego opisu zarówno od strony historycznej, etnograficznej, jak również antropologii fizycznej.
Szczególne zainteresowanie obok form kultury materialnej, duchowej i społecznej budzą istniejące do dziś
nazwy pochodzenia rumuńskiego, które są przedmiotem badań językoznawczych. Badania te jednoznacznie dokumentują wspólnotę karpackich pasterzy, która
z biegiem czasu podczas wędrówek asymilowała się
z różnego rodzaju typami kultur i osadnictwa. Często
zmuszona była oprócz swojego wołoskiego prawa do
przyjmowania prawa obowiązującego na ziemiach,
gdzie przyszło się jej się osiedlać. Tak również było
w Beskidzie Śląskim, gdzie oprócz prawa wołoskiego
pasterze podlegali prawu obowiązującemu w monarchii austriackiej, a tym samym rozporządzeniom wydawanym przez Komorę Cieszyńską.
W naszych rozważaniach zatrzymamy się wokół
tych dokumentów i archiwaliów, które ilustrują kulturowo-historyczne aspekty wołoskiego osadnictwa

w Beskidzie Śląskim. Upoważnia nas do tego kwerenda
zasobów źródeł archiwalnych w oddziale Archiwum
Państwowego w Cieszynie i źródeł etnograficznych
i folklorystycznych w zbiorach działu historii i etnografii
Muzeum Beskidzkiego w Wiśle oraz materiały zebrane
podczas badań terenowych w latach 1990-2010.
Musimy sobie na wstępie uświadomić, że przyniesiony przez wołoskich pasterzy sposób gospodarowania przysparzał zdecydowanych korzyści cieszyńskim
właścicielom tych ziem, których decyzje administracyjne pomagały od początku w jego adaptacji i rozwoju.
Zalesione i niedostępne Beskidy przy braku dróg nie
przynosiły wystarczających zysków, toteż proces karczowania lasów, przygotowujący łąki i pastwiska pod
wypas, od razu umożliwiał opodatkowanie hodowli
owiec. Było to bardzo korzystne, bowiem podatki można było pobierać zarówno w pieniądzu, jak i w naturze.
Owce można było sprzedać, podobnie jak ser, mleko i inne produkty. Od każdej owcy ściągano opłaty
na rzecz książęcego skarbu, np. w 1630 roku księżna
Elżbieta Lukrecja nakazała pobierać od każdej sztuki
wypasanego wołoskiego dobytku 9 groszy.
Najważniejszym elementem organizującym sałasz była wspólnota. Była to spółka pasterska, w której
wielu właścicieli owiec łączyło swoje stada, wspólnie zabiegając o ich wypas i inne potrzeby, dzieląc
uzyskane pożytki proporcjonalnie do liczby owiec.
Całość pasterskiej gospodarki opierała się na działalności ekonomicznej sałaszu i ściśle prowadzonym
wykazie spólników sałaszu, których była dowolna
liczba. Przykładem może być sałasz Rzawka (część
Koniakowa), na którym w roku 1823 notujemy 116
wspólników, którzy nie zawsze pochodzili z tej wsi.
Należy nadmienić, że sałaszem nazywano również
krzaczaste pastwiska, porosłe jałowcami, borówkami,
w przeciwieństwie do polan, które stanowiły tylko sianokośne łąki otoczone lasem.

Na str. 70
Widok z Ochodzitej
na Koniaków, 2012 r.

72

Na czele sałaszu stał sałasznik wybierany przez
gromadę, którą stanowili wszyscy współudziałowcy.
Zbierali się oni na wiosnę przed rozpoczęciem wędrówki i ustalali wszystkie szczegóły gospodarczego
programu sałaszowego. Sałasznik, jako najwyższa instancja, regulował wszystkie sprawy i rozstrzygał wszelkie spory. Sałasznikiem był zwykle jeden ze starszych
i bogatych chłopów, który uważając swój urząd za honorowy sprawował go bez wynagrodzenia. Miał władzę zwierzchnią i decyzyjną. Ustalał dzień miyszania
i rozchodu owiec, organizował całość prac związanych
z prawidłowym funkcjonowaniem sałaszu. Bacza odpowiadał za porządek na sałaszu, w kolybie i w kumarniku. Zapisywał w obecności pasterzy ilość zrobionego
sera, który po zakończeniu pasienia rozdzielał między
wspólników. Grał na sałaszniczych trombitach, rogach
i fujarkach. Owczor doglądał dobytku, pasł owce, doił
je i leczył. Pomocnikiem owczora był hólajnik, który
zawsze przeganiał owce do strungi. Młode owce pasł
jałowior. W takiej ustalonej od wieków strukturze funkcjonowały beskidzkie sałasze.
Badacze tej problematyki wymieniają jeszcze funkcjonowanie na terenie Beskidu Śląskiego instytucji
wołoskiego wojewody, który pełnił władzę zwierzchnią
tylko nad Wołochami (pasterzami) i był ich reprezentantem. Wojewodowie rządzili się własnymi zwyczajami,
określanymi mianem prawa wołoskiego. Zasięg kompetencji wojewodów nie był wyznaczany granicami wsi,
lecz rozciągał się na większe obszary. W późniejszym
czasie stali się zresztą urzędnikami księcia, z którego
kasy otrzymywali wynagrodzenie, pilnując w zamian
respektowania prawa. Pozostałością tej instytucji jest
np. funkcjonujące w Wiśle Jaworniku do dzisiaj określenie do wojewody. Pod jego przewodnictwem odbywało
się dwa razy w roku – wiosną i jesienią – obwieszczenie wszystkich zarządzeń, ustaw i sądów na zebraniach ogólnych wszystkich sałaszników. Była to funkcja

najczęściej dziedziczna, czego przykładem może być
rodzina Kramoliś na Wołoszczyźnie Morawskiej, która
sprawowała ją przez kilka pokoleń. Dodatkowo wojewodę wołoskiego wyróżniał bogato zdobiony strój
z błyszczącymi srebrnymi guzikami naszywanymi na
brucliku. Reprezentował więc do pewnego stopnia jednoosobową instytucję prawno-administracyjną, która
rządziła się według reguł wołoskiego prawa. Była ściśle
związana z władzą dominialną właścicieli dóbr, jej pochodzenie wyraźnie wskazuje na genezę wschodnią.
Potwierdzenie istnienia wołoskiego prawa znajdujemy w Opisie powinności wałaskich z 1647 roku, wydanym przez Idziego Panica, który słusznie zauważył, że
sporządzony wykaz stanowił niejako dopełnienie ostatniego urbarza książęcego, spisanego w 1646 roku na
polecenie księżnej Elżbiety Lukrecji, ostatniej Piastówny
panującej na Cieszynie. Dla naszych rozważań istotne
jest to, że obciążenia, które powinni uiszczać na rzecz
skarbu książęcego posiadacze bydła wołoskiego, zostały z wielu powodów spisane osobno. Fakt, że obciążenia te nie były przypisane do gospodarstw chłopskich, których właściciele zostali wymienieni w urbarzu
w 1646 roku, świadczy o istnieniu odrębnego prawa

wołoskiego, które obowiązywało tylko ówczesnych
właścicieli łąk wołoskich, będących częścią określonego sałaszu. Występują oni osobno w spisie powinności
wołoskich jako posiadacze łąk wołoskich. Zatem spis
powinności wołoskich pozwala nam dokładnie odnotować nazwiska pasterzy Wołochów w 1647 roku na terenie beskidzkich wsi i ich liczbę. Była niewielka. Zatem
sukces wołoskiego osadnictwa związany był z siłą
ekonomiczną, wyrażającą się w liczbie posiadanych
w tym okresie owiec i bydła. Istota wołoskiego żywiołu
nie polegała bowiem na liczebności wołoskich osadników, ale na sposobie gospodarowania i znajomości
sposobów pokonywania bardzo trudnych warunków
geograficzno-przyrodniczych wraz z pełną adaptacją
do życia w górach! Urzędnicy książęcy spisali owce wypasane przez Wołochów w górach i w tym czasie było
ich ponad 10 tysięcy na 30 sałaszach. Te liczby świadczą
o potencjale pasterskiej gospodarki. Urbarz ukończony
w 1647 roku przynosi też dokładniejsze dane o prowadzonej w pierwszej połowie XVII wieku w beskidzkich
górach szałaśniczej gospodarce.
Powstawanie sałaszy było związane z karczowaniem lasu. Naturalny drzewostan ogromnej puszczy

73

jodłowo-bukowej nie był eksploatowany, gdyż transport drewna był prawie niemożliwy z powodu braku
dróg. Toteż dawne opowiadania górali o spuszczaniu
drzewa na byka w okresie zimy przybliżają ludowe sposoby ścinania i zwożenia drewna. Od wieków topory
trzymane w silnych rękach górali zwalały wielkie trómy
na zomiynty puszystego śniegu, przestrzegając jednak,
aby wiotek miesziónczka był nejwiynkszi. Ścięte drzewo
nazywają górale tróm, dlo niego trza było przyrychtować
spuszcie – rodzaj rynienki, którą w okresie zimy polewano wodą. Rynienka zamarzała i wtedy z ogromną
szybkością i hukiem zjeżdżały trómy po zboczach.
Następnie spychano je na wodę za pomocą kotów,
szczypoków i osęg. Tym sposobem nie niszczono lasu,
jego runa i ekosystemu. Wykorzystywano naturalne
warunki w okresie zimy. Część spuszczonego świerka
góral smykoł samociąż na saniach w zaspach śniegu,
ofiarując przyrodzie swoją siłę, pot i zdrowie. Ta ciężka
praca uczyła górala szanować las. Darzył go więc uczuciem i wielką miłością, znał jego wartość dla własnej
egzystencji. Obowiązywał zwyczaj związany z zakazem
wchodzenia do lasu w wigilię przesilenia zimowego, tj.
w św. Tomasza (21 grudnia). Mówiono tu w Tóma siedź
dóma, czego niektórzy górale przestrzegają do dzisiaj.
Snują się jeszcze opowieści o tych, którzy złamali góralską normę kulturową i nie wrócili z lasu albo dosmyczyli
szie chrómi (kalecy).
Osadnictwo, które wdzierało się w puszczę, zatrzymywało się w dolinach rzek i na łagodnych zboczach.
I tu ujawniła się największa siła pasterzy, pierwszych
osadników beskidzkich wsi, którzy karczując las, pozyskiwali z trudem zbocza do wypasu. Na nich wyrobili
własnymi rękami pastwiska i łąki, do których prowadziły
tylko leśne wydeptane ścieżki. Tę pionierską pracę cechowała wytrwałość w dążeniu do celu. Nie do końca
też szałaśnictwu sprzyjał tutejszy klimat. Jego wybitnie
górskie cechy – długa zima i krótki okres wegetacji – były

podstawą ustalania terminów wypasu. Teren Beskidu
Śląskiego stoi otworem dla wpływów klimatu morskiego ze znaczną tendencją do ochładzania się. Częste
opady deszczu nie sprzyjały życiu pasterzy, których jedynym schronieniem od deszczu były kolyby, często bardzo prymitywne. Przyczyniały się za to do nawodnienia
łąk szałaśniczych i wzrostu roślinności, co wpływało na
mleczność owiec, która zawsze jest większa niż w czasie
suchego lata. Z kolei owczorze podkreślali, że deszcz pomagał w dobrym opłókaniu się owczej wełny.
Opady deszczu w górach to również najczęściej
nagłe obniżenie się temperatury. Do tej klimatycznej
sytuacji przyzwyczajeni byli tutejsi pasterze, którzy wyróżniali się wysokim wzrostem i zgrabną, smukłą sylwetką. Warunki fizyczne, siła, poczucie dumy, wolności
i własnej wartości pomagały im w pokonywaniu trudności. „Byli to ludzi niezmiernie odporni i silni, opaleni

przez słońce, deszcz i wiatry, zahartowani i przyzwyczajeni do ciągłego zwyciężania niewygód i trudności.
W bezustannym zetknięciu się z przyrodą wyrobili sobie ostre zmysły, doskonałe oko i ucho służą im po prostu jako broń przeciwko niebezpieczeństwom, których
zbliżanie się poznają już z daleka” – pisał o nich Lubomir
Sawicki. Zdani na własne siły, umieli sobie radzić w każdym położeniu i w każdej sytuacji, sami sobie wszystko
sporządzali, wskutek czego byli wszechstronni. Byli jednak nieufni wobec obcych. Ludzi, niezależnie od stanu
i majątku, traktowli jednakowo, gościnnie podejmując
każdego przybysza i częstując najlepszym kawałkiem
sera. Jedną z najbardziej charakterystycznych ich cech
była zachowawczość. Najczęściej na sałaszu spędzali
całe życie. Nie przenosili sałaszy. Lubomir Sawicki potwierdza, że mimo koczowniczego trybu gospodarstwa szałasowego i możliwości przenoszenia budyn-

Piotr Kohut, bacza
z Koniakowa w drodze
na sałasz, 2012 r.

74

75

ków, odbudowywano je co kilka lat, a większe kolyby
na terenie beskidzkich wsi przez dwa wieki pozostały
w tym samym miejscu. Dowodzi tego rozmieszczenie
sałaszy, które poznajemy głównie dzięki ówczesnym
mapom kartograficznym. Na szczególną uwagę zasługuje już pierwsza z nich – mapa Śląska Cieszyńskiego
z 1724 roku, autorstwa Jonasza Nigriniego, który umieścił na niej prawie 50 sałaszów. Oznaczone zostały
znaczkiem opisanym w legendzie: Opitionis casa cum
septopecuariovulgo Sallasch.
Od strony północno-wschodniej biegnie linia,
wzdłuż której rozmieszczone zostały sałasze w pasmie
Baraniej Góry, Kotarzu, Równicy, Orłowej. Tu znajdujemy poświadczenie najstarszego sałaszu położonego
na terenie Brennej, który założył ok. 1604 roku niejaki
Gawlas. Kupił on w Brennej woleństwo i dostał od księcia
Adama Wacława zezwolenie na prowadzenie przy młynie walkowni na gunie wołoskie. Pozostałe istniejące na
przestrzeni XVII-XIX wieku sałasze na podstawie opracowań Lubomira Sawickiego, dr. Jana Kotasa, dr. Michała
Grodyńskiego zestawiła w formie tabeli Bronisława Kopczyńska-Jaworska. Zestawienie zawiera spis sałaszy, który pozwala na analizę i porównywanie wielu danych statystycznych. Odczytujemy z niego liczbę owiec i wspólników na poszczególnych sałaszach. Warto nadmienić,
że największą liczbę sałaszy notujemy na terenie najstarszej beskidzkiej wsi – Brennej, gdzie funkcjonowało
już w XVII wieku dziewięć sałaszy: Cisowy (223 owce,
9 wspólników), Stołów (116 owiec, 12 wspólników),
Skałka (211 owiec, 12 wspólników), Kotarz (232 owce,
10 wspólników), Stary Groń (220 owiec, 6 wspólników),
Orłowa (200 owiec, 5 wspólników), Malinka (160 owiec,
4 wspólników), Równica (140 owiec, 8 wspólników), Węgierski (186 owiec, 10 wspólników).
Na podstawie analizy danych z tego zestawienia
widzimy, że na terenie Brennej sałasze trwały przez
wieki. W roku 1913 r. Lubomir Sawicki stwierdził na tym

terenie dziewięć sałaszy mimo rozporządzenia cesarskiego z 5 lipca 1853 roku, na podstawie którego zlikwidowano ich prawne istnienie. Jedyną różnicą było tylko zdecydowane zmniejszenie się liczby wypasanych
owiec, przy wyraźnie zwiększonej liczbie wspólników
– udziałowców sałaszy. W zestawieniu odnotowane
zostały także sałasze na terenie Ustronia, które rozmieszczone były z jednej strony na granicy z Brenną,
a z drugiej na Czantorii, która graniczy już z Nydkiem.
Najstarsze sałasze na terenie Ustronia to Równica, Orłowa Mała i Wielka Czantoria. Z najstarszego okresu
– XVII/XVIII wieku – nie podano liczby wypasanych
owiec. Z początku XIX wieku liczba sałaszy zwiększyła się do dziewięciu i wypasano na nich 1819 owiec:
Równica (144 owce, 11 wspólników), Beskidek (195
owiec, 8 wspólników), Orłowa (329 owiec, 11 wspólników), Jastrzębny (159 owiec, 11 wspólników), Mała
Czantoria (386 owiec, 13 wspólników), Ślizówka (brak
danych), Zakamień (230 owiec, 44 wspólników), Kiczera (80 owiec, brak danych odnośnie wspólników), Stokosieki (96 owiec, 5 wspólników).
Na terenie wsi Wisła zaznaczony został sałasz na
Baraniej Górze przy źródłach Czarnej Wisełki i drugi u źródeł Białej Wisełki, a tuż obok potoków Malinki dwa sałasze – Zielony i Cieńków. Pozostałe sałasze
położone były na Kamiennym i Smrekowcu. Na lewym
brzegu Wisły zaznaczono sałasz na Stożku-Soszowie.
Zaznaczono jeszcze inne sałasze, ale nie podano ich
nazw. W Opisie powinności wałaskich z 1647 roku na
karcie 231 pozyskujemy nazwiska pierwszych właścicieli wiślańskich sałaszy: Adam Kendiur (8), Jonek
Urbanczuw (24), Mikolog Bugak (dziś nazwisko Bujak)
(33), Grzegorz Gotczol i Tomek Tiessllar (dzis nazwisko
Cieślar) (33), Martin Czyż (45), Pieterek Mikołajuw (30),
Petr Pilch i Kuba Markuw (39) Jonek Tiessllar (28), Tomek Tiessllar (2), Michal Sobol (9), Jakub Tiessllar (33),
Adam Stoklosa (48) i kolejnych właścicieli z Wisły Jonka

Rozniecanie żywego
ognia za pomocą hubki,
Kosarzyska

Spolnikha (15) oraz Michna Shalybuta (dziś nazwisko
Szalbót) (15).
W wieku XVIII w Wiśle odnotowano pięć sałaszy:
Soszów, Cienków, Czorny, Stożek, Kamienne. Nie podano danych dotyczących liczebności stada. Już z początku XIX wieku wiślańskie sałasze rozrosły się do 19,
co stanowi największą liczbę sałaszy w jednej miejscowości. Dane wskazują również na bardzo istotny udział
krów na sałaszach, np. Głębiec, gdzie pasiono ich 58,
lub Koziniec – 38, dużo krów pasiono także na sałaszu
Zielonym I i II, bo aż 57.
Pod koniec XVIII wieku istniały w Wiśle następujące
sałasze: Mały Soszów (238 owiec, 14 wspólników), Cienków (452 owce, 14 wspólników), Czorny (185 owiec,
11 wspólników), Barania (brak danych), Wielki Stożek

Na str. 74
Wypas owiec na Ochodzitej
w Koniakowie, 2012 r.

76

(309 owiec, 48 wspólników), Kamienne (brak danych),
Koniec Gróń (62 owce), Krzywy (Sadowy) (168 owiec,
9 wspólników), Wierzchowiny (103 owce, 7 wspólników), Zielony I, II (230 owiec, 24 wspólników), Roztoki (brak danych), Glębiec (366 owiec, 65 wspólników),
Koziniec (70 owiec), Mały Stożek (brak danych), Wielki
Soszów (157 owiec, 8 wspólników). Wymienione zostały jeszcze: Smrekowiec, Skolnite, Równe, Sporówka, ale
nie podano danych dotyczących liczby owiec.
Od strony południowo-wschodniej Beskidu Śląskiego na granicy z Żywiecczyzną rozwijało się szałaśnictwo w górach wznoszących się ponad próg beskidzki, który ciągnie się od Jabłonkowa aż po Rajczę.
Na tej linii istniały sałasze Girowa, Ochodzita i Sołowy
Wierch. Sałasz Girowa, założony w 1647 roku, podzielony został na Girową I, która miała 6 wspólników i wypasano na nim 377 owiec, w tym 163 owce należące do
ówczesnego wójta z Bukowca. Z kolei Girowa II miała
3 wspólników i pasły się tam 284 owce. W roku 1913
Lubomir Sawicki odnotowuje jego istnienie na wysokości 800 m n.p.m. Na sałaszu zwiększyła się liczba
wspólników do 35, których 115 owiec wypasało trzech
owczorzy. Akt tego sałaszu nie znajdujemy w Archiwum Państwowym w Cieszynie, gdyż zostały przekazane 8 kwietnia 1954 roku Czechosłowacji i znajdują
się w archiwum w Opawie.
Na linii rozmieszczenia sałaszy znajduje się naturalny pas lasów, który dzieli szałaśnictwo Beskidu Śląskiego od terytorium węgierskiego. Była to jednocześnie
linia fortyfikacji obronnych na granicy śląsko-węgierskiej, na które składały się szańce i reduty. W muzeum
wiedeńskim znajduje się mapa z 1703 roku, zatytułowana Plan der Situation von der Stadt Jablunka, die
Hungri-Polni und Mrische Granitzen (sygn. K.VIId.45-1E),
a na niej symbolem litery D zaznaczony jest Ochsen
Szantz, a więc Woli Szaniec w Koniakowie oraz Mały
Szaniec w Jaworzynce.

Wymienione już trzy istebniańskie sałasze Andrysków, Cienków i Barani, które rozmieszczone były
na linii wschodniej w paśmie Baraniej Góry, miały
8 wspólników i wypasano na nim 1166 owiec. W przytoczonym zestawieniu Bronisława Kopczyńska odnotowuje na początku 1800 roku na terenie Istebnej
sałasz Dupne (481 owiec, 53 wspólników) oraz sałasze
Skała i Beskidek razem (444 owce, 66 wspólników).
Istniał również na terenie Koniakowa wymieniany już
sałasz Rzawka, w którym udział miało aż 119 wspólników, a pasło się na nim 617 owiec. Dla sałaszy Sołowy Wierch i Tyniok – brak danych. W zestawieniu nie
mamy danych dotyczących Jaworzynki. Podana została tylko nazwa sałaszu Szywoniowski, który miał być,
zdaniem autorki, zlikwidowany w 1841 roku.
Z kolei rozmieszczenie sałaszy od strony południowo-zachodniej części Beskidów poznajemy zarówno
z zestawienia B. Kopczyńskiej, jak i z Opisu powinności
wołoskich z 1647 roku, gdzie na karcie nr 219 znajdujemy Sallasch von Gyrowe (Girowa), którego właścicielem jest Andrys Kurek. Na tej samej karcie pod pozycją
nr 27 odnotowano Sallasch des Wallek Andryskuw von
Istebna, który posiadał 513 owiec. Pasło na nim 3 wspólników: Andryskuw Walekh, który miał najwięcej owiec,
bo 422, następnie Blażek Kohut z swoimi 65 owcami
oraz Wassutuw Jano, który posiadał 28 owiec. Z kolei
na karcie nr 220 znajdujemy Sallasch Tinkuw genand
des Scharzecz von Istebna, który należał do Martina
Szarzecza, który pasł aż 215 owiec, zaś jego wspólnik
Juri Lepak miał na nim 45 owiec. Zapis Salasch Tinkuw
dotyczy części należącej dziś do Wisły i obecnie nosi
nazwę Cienków. W spisie sporządzonym w 1647 roku
został zapisany jako sałasz należący do Istebnej. Należy
jednocześnie nadmienić, że nazwisko Szarzec od pokoleń należy do członków wiślańskiego rodu, zaś nazwisko Lepak nie występuje na terenie Wisły i Istebnej. Na
stronie 220 pod poz. 29 znajdujemy właściciela isteb-

77

niańskiego sałaszu Barani, Jano Hrubego. Nazwisko to
funkcjonuje na terenie beskidzkich wsi tylko w formie
przydomka. Wypasał on 247 owiec. Do sałaszu należeli
także Urban Gurasskuw (prawdopodobnie dzisiejsze
nazwisko Juroszek) z 84 owcami oraz Pfylipp Karchu,
który posiadał wówczas 60 owiec. Nazwisko tego ostatniego wspólnika – Karcha funkcjonuje na terenie jednego z przysiółków Istebnej – Jasnowic.
Podstawową cechą beskidzkich sałaszy było gromadne wypasanie owiec przez wspólników nie zawsze
pochodzących z tej samej wsi. Na przykładzie analizy
materiału archiwalnego, który ilustruje sytuację na sałaszu Baginiec (sąsiedztwo wsi Istebna), pasie 26 owiec
Walek von Istebne mit seinem Consort, Jano Hruby

19 owiec oraz Szarzecz mit seim 23 owce. Wspólny wypas ilustruje dokument archiwalny pod nazwą Über der
Bestand an Dominical Sallaschwiesen im Sallasch Gross
Skala z lat 1823-1836 (sygn. APC KC 1872). Składa się
z dwóch odrębnych poszytów. W pierwszym znajdujemy inwentarz sałaszu Dużej Skały w Istebnej z roku
1823, natomiast drugi spis pochodzi z 1836 roku i wyraźnie możemy w nim prześledzić proces zmian w gronie wspólników i przybywanie nowych właścicieli
owiec. W wykazie z 1836 roku pojawiają się nazwiska
właścicieli, które nie są nazwiskami rdzennych górali
istebniańskich. Świadczy to o udziale w szałaśniczym
wypasie wspólników z innych miejscowości, np. z Mostów Jabłonkowskich pięciu, którzy pochodzili spod

nr. 1, 4, 17, 29 i 41 oraz sześciu wspólników z Dolnej
Łómnej spod nr. 9, 3, 10, 21, 15, 31. Ten źródłowy materiał stanowi jednocześnie kopalnię wiedzy o powstawaniu nazw miejscowych, o całym procesie oznakowywanie beskidzkiej przestrzeni, która przetrwała
i pełni do dziś ważną rolę w życiu społecznym.
Nazwy miejscowe są dla tutejszych górali elementem organizującym przestrzeń. W procesie oznakowania tej przestrzeni wyróżniały się granice dwóch podstawowych jednostek osadniczych: dworu (wymiennie
nazywanego placem) i przysiółka. I tak poznajemy
nazwy miejsc, gdzie wypasano wówczas owce na terenie beskidzkich wsi. Oto niektóre z nich Polanka,
gdzie wypasał Gazur, Kohutionka, którą to polanę wy-

Na str. 76
Über der Bestand
an Dominical Sallaschwiesen
im Sallasch Gross Skala
z lat 1823-1836
(sygn. APC KC 1872)

Bestand an Sallaschwiesen
in der Steuergemeinde
Istebna z lat 1823-1836
(sygn. APC KC 1857)

78

rąbał Michał Kohut czy Murzinka, na której owce pasł
Paul Michałek. Polanę na Połomiu wyrobił sobie Jakub
Michałek. Do dzisiaj funkcjonują nazwy kolejnych łąk,
które tam zostały zapisane jako łąki szałaśnicze. Pietroschonka, na której pasali owce Michał Juroszek, Jan
Łabuda, Jan Kohut czy Liszczina, którą posiadał Paul
Zawada. Podobnie było na terenie Koniakowa. I tak np.
istniejąca do dziś Wolowa nowa lonka należała do Jakuba Ligotzkigo oraz Wolowy Paszunek, gdzie wypasał
owce. Na Szyji i Szigle wypasali Jan i Jakób Śliwka, zaś
na polanie Usnej Uboczy Jerzy Śliwka, a na Jaszówce
Michał Waszut.
Bardzo istotne materiały pozyskujemy ze źródła
Bestand an Sallaschwiesen in der Steuergemeinde Istebna z lat 1823-1836 (sygn. APC KC 1857) napisanego
w języku niemieckim, gdzie zgromadzono na sześciu
kartach materiał dotyczący sałaszy Skała, Koziniec,
Rzawka, Wielki Stożek. W latach 1823-1836 dokonano
również spisu wspólników na istniejącym wówczas
na terenie Istebnej sałaszu Dupne. Materiał źródłowy
znajdujemy w zespole akt Ausweis über den Bestand an
Dominical Sallaschwiesen im Sallasch Dupni (1823-1836)
(sygn. APC KC 1855). To archiwalne źródło dostarcza na
37 stronach bardzo dużo materiału, dotyczącego istebniańskiego sałaszu. Jego nazwa funkcjonuje do dzisiaj
jako nazwa istebniańskiego przysiółka. Spis podaje
nazwy ówczesnych łąk, które stanowiły część należącą
do sałaszu Dupni. Poznajemy tu wspólników tego sałaszu – Jana Burego, który pasł na łące nad Andzieluwką,
czy Jerzego Burego, który miał łąkę na Wrch Oleckach.
Poznajemy też kilka nazw, które dziś już nie funkcjonują, jak Wilczyna Brandowa, Rombanisko przy Brandowie
czy Kopiczonka. Nazwy te to część istebniańskich łąk
wykarczowanych w paśmie Młodej Góry. Z biegiem
lat zanikły, jako że na terenie tym zgodnie z obowiązującą wówczas ustawą leśną obsadzono dawne łąki
szałaśnicze świerkiem, który stworzył tu bardzo gę-

79

sty las. W tym archiwalnym dokumencie znajdujemy
na stronie 16 wykaz osób z Koniakowa, które w roku
1836 miały swój udział w sałaszu Dupne, a dodatkowo użytkowali także łąki i pastwiska w jednej z części
Koniakowa – Bukowinie. Na terenie Bukowiny łąki posiadali też właściciele z Istebnej Jakub Gazur, a Odkrzas
przy Bukowinie należał do Paula Burego. Paśli tu swoje
owce także Jakub Kobielusz, Jerzy Marekwica, Michał
Zowada, Jan Skurzok i Jan Michałek.
W zasobach archiwaliów ówczesnej Komory Cieszyńskiej znajdujemy jeszcze zespół akt pod nazwą
Zurodungen (sygn. APC KC 986), gdzie odnotowujemy kolejne wykazy i opisy beskidzkich sałaszy z lat
1721-1836. Źródła te dokładnie analizowane pozwalają nam zestawić wszystkie beskidzkie sałasze, nazwiska
ich wspólników oraz poznać liczbę pasących się owiec.
Spisy sałaszy prowadzone były skrupulatnie w każdej
beskidzkiej miejscowości. Do spisu dołączane było poświadczenie jego istnienia. Z treści spisu dowiadujemy
się również o procesie nabywania nowych łąk szałaśni-

czych, ich obowiązkowej rejestracji i oszacowaniu dodatkowego ich opodatkowania.
Z wcześniejszych dokumentów potwierdzających
istnienie beskidzkich sałaszy w południowo-zachodniej części warto zajrzeć do registru okręgu Jabłonkowa z 1792 roku zatytułowanego Jablunkauer Pogrub
Register 1792 (sygn. APC KC 1006), który dokumentuje
wcześniejsze już istnienie sałaszu Rzawka w Koniakowie. Znajdujemy w nim spis wszystkich ówczesnych
74 udziałowców, m.in.: Jakuba Legierskiego, który miał
łąkę na Zimnej Wodzie, Adama Bojko na Proboszinie,
na Rzawce paśli Jerzy Śliwka i Jan Śliwka. Wszyscy odnotowani są w kolejnych spisach wspólników tegoż
sałaszu Rzawka. Zarejestrowani zostali w nim także
wspólnicy sałaszy Kozubowa, Girowa, Mała Skałka.
Warto w tym miejscu odnotować, że najnowsze
badania nad beskidzkimi społecznościami odnotowują
nowe fakty i sytuacje kulturowe. Z biegiem lat, kiedy już
górale wykarczowali łąki i powstały pastwiska, zwracali
się z prośbą do ówczesnego zarządu Komory Cieszyńskiej o zezwolenie na postawienie chałupy i stałego
osiedlenia się na sałaszu. Pierwsi osadnicy nie byli pewni, czy ich osady będą stałe, gdyż ówczesne władze nie
wyrażały zgody na budowanie domów. Uważano bowiem, że naturalny gęsty las jest najlepszą granicą chroniącą śląskie terytorium od wroga, którym byli głównie
Turcy. Dlatego ks. Elżbieta Lukrecja nakazała zburzyć
pierwsze chałupy, które powstały w pierwszej połowie
XVI wieku na terenie obcnego Koniakowa. Władza wydawała decyzję likwidacji – jej zdaniem – nielegalnego
osadnictwa, a jedną z pierwszych ofiar był koniakowianin Jałowiczarz. Z kolei Jan Kulik, kumornik z Istebnej,
w roku 1728 poprosił zarząd Komory o takie pozwolenie. Uważał, że wystawienie kolyby – a więc nie chałupy,
tylko prymitywnego pasterskiego schronienia, pomoże
mu zamieszkać z sześciorgiem dzieci i pilnować swojej
łąki przed szkodami ze strony polskich gospodarzy (ów-

czesnych mieszkańców Małopolski), którzy się na nią
zapuszczali, ponieważ nie było żadnych znaków granicznych. W jak trudnych warunkach powstawały wówczas niewielkie łąki, świadczy zapis: „leży ona na miejscu
odległym, że z niej paszy ani drzewa do wsi zwieźć się
nie da, a ponadto nie mieszkając przy niej, nie może jej
bronić przed szkodami. A przecież skoro płaci od niej
czynsz, to powinien ją użytkować”. W uzasadnieniu
prośby komornik ten powołuje się na kurendę zarządu
dóbr, pozwalającą sprzedawać komornym poddanym
osady na przestrzeni od Beskidu po Kilkulę. Teren wyznaczony tymi nazwami nie jest łatwy do zagospodarowania. Tu nadal rośnie gęsty las na pagórkach i wzniesieniach. Skoro jednak pozwolenie otrzymał, to powstała kolejna łąka przeznaczona na wypas bydła i zbieranie
siana. Około 1760 roku potomek tego komornika, Jerzy

Doglądanie owiec

Henryk Kukuczka,
bacza ze Stecówki
(Istebna), 2012 r.

80

81

Kulik prosił o sprzedanie mu kolejnego kawałka ziemi,
tym razem w sałaszu Rzawce. Informacja ta jest o tyle
istotna, że potwierdza istnienie sałaszu, a więc określonego sposobu gospodarowania w górach. Niestety,
podobno przez zawiść sąsiadów oddano tę łąkę Śliwce,
który widocznie był już osadnikiem w Rzawce, ale nie
mamy o nim informacji w archiwaliach z tego okresu.
Ostatecznie Jerzy Kulik otrzymał dwie polany u polskiej
granicy na Hrechlówce i pod Godziszonką. Przyznano
mu „pole długości 62 i szerokości 22 sążni, oznaczono granice kopcami i zakrzosem na jodle, których to
znaków nie wolno mu usuwać. Ponieważ to pole jest
bardzo kamieniste, oszacowano je tylko na 12 talarów
śląskich”.
Sytuacje te w sposób istotny obrazują życie ówczesnych pasterzy, których gospodarka akceptowana była
przez ówczesne władze monarchii austriackiej. Bydło
wołoskie wolno było wypasać za opłatą czynszową. Ta
sytuacja sprzyjała wówczas szybkiemu rozwojowi szałaśnictwa i dążności Komory do wydzierżawiania terenów śródleśnych. Zasiedlanie Beskidów przynosiło konkretne korzyści materialne rządzącym, co szczególnie
ważne było w okresie wojen. Wojny zawsze oznaczały
dla ludności zwiększone obciążenia podatkowe, a ich
efektem było wprowadzenie w 1748 roku nowego systemu podatkowego, który jeszcze bardziej podwyższał
obciążenia na rzecz państwa. Władze Komory zmieniły
podejście do opodatkowania dobytku. O ile dawniej
osadnicy we wsi oraz pasterze w sałaszach mogli swoje
należności wobec feudalnego pana regulować w naturze, w postaci np. co 10 owcy i co 30 sztuki bydła rogatego, teraz większość przeliczono na czynsz w pieniądzu.
Każdy sałasz musiał dostarczyć jeden sążeń sukna wołoskiego oraz ser i bryndzę o wartości 7 zł 30 krajcarów, zaś
od każdej sztuki owiec wypasanej na pańskich łąkach
i w sałaszach należało zapłacić 1 zł 24 krajcary, od krowy
6 zł, a od jałówek 3 zł za sztukę.

W drodze na sałasz
na Baranią

25 grudnia 1748 roku na mocy dekretu władze
Komory zostały upoważnione do sprzedaży górskich
polan powstałych po wyrębie lasu w dziedziczne posiadanie poddanym. Związane to było ze sprzedażą
tych gruntów, które uważano za niepotrzebne. W ciągu następnych czterech lat sprzedano w ten sposób
góralom 681 hektarów górskich pastwisk i lasów w Beskidach, razem 287 parcel o przeciętnej powierzchni
2,4 ha. Akcja parcelacji rozpoczęła się w 1749 roku.
Ustalano wysadę, czyli określoną liczbę owiec przeznaczonych do wypasu oraz cenę kupna wyrobionej łąki.
Odpowiadało to góralom, którzy potrzebowali coraz
więcej pastwisk. Był to złoty okres szałaśnictwa na Śląsku. Przede wszystkim jednak akcja była prowadzona
w interesie właścicieli Komory. Spowodowała zatargi
między góralami a Komorą Cieszyńską, która w celu
powiększenia dochodów zawierała coraz więcej kontraktów sprzedaży łąk, uszczuplając prawa poprzednich sałaszników, bo wraz z nowymi wspólnikami wzrastała liczba bydła, a teren wypasu pozostawał ten sam.
Górale trzymali zazwyczaj więcej bydła, niż podawały
spisy i określała wysada. Poza tym często powiększa-

li wypasane łąki przez wyrąbywanie przyległego lasu,
tworząc tzw. przyrobiska, na które, po ich stwierdzeniu,
urzędnicy Komory nakładali dodatkowy czynsz.
Nabycie praw serwitutowych, które połączone
było z zakupem łąki sałaszowej, miało tu swoje ciekawe kulturowe konsekwencje, jak organizacja sałaszu,
zwyczaje sałasznicze, miyszanie owiec i jesienny rosod.
Uprawniało do pasienia określonej liczby bydła wołoskiego i bydła rogatego, która była określona w kontraktach. Zwykle łączyło się z tym prawo do poboru
drewna, a więc suchych gałęzi i drewna mniej wartościowego, ale tylko na potrzeby gospodarstwa sałaszowego. Było to więc drewno do podgrzania mleka
przy wyrobie sera i do podtrzymania ognia. Poza tym
wolno było – w ramach tej umowy – wziąć drewno na
budowę kolyby, ale za ryczałtowym wynagrodzeniem.
Opłaty na rzecz księcia pobierał od górali, członków
spółki szałaśniczej, wojewoda, który był funkcjonariuszem książęcym. Habsburgowie nałożyli nowe daniny:
od każdego sałaszu koc, zwany gunią, jedną beczułkę bryndzy i kawał sera do kuchni książęcej, ponad
40 sztuk bydła wołoskiego i 2 talary w pieniądzach.

Na str. 80
Sałasznicze żywobyci…

82

Właśnie ten okres miał zasadniczy wpływ na kształt
tutejszej kultury materialnej, duchowej i społecznej. Jednym z pierwszych ważnych czynników tego procesu
było wyraźne kształtowanie się struktury osadniczej beskidzkich wsi. Poza głównym trzonem osadniczym, skupionym wokół centralnych części wsi, np. w Istebnej czy
w Jaworzynce, lokowały się tu najstarsze zwarte skupiska
domów, tzw. dwory lub place. W tej strukturze powstawały również owe przyrobiska, które były początkiem
kształtowania się przysiółków i taka struktura osadnicza
beskidzkich wsi pozostała do dziś. Niezwykłym fenomenem jest funkcjonujące tu do dziś oznakowanie domostw, a często nazywanie osób za pomocą przydomka,
warunkującego społeczną komunikację. Ta przestrzenna

Miyszani owiec
w Koniakowie na sałaszu
Piotra Kohuta

identyfikacja kulturowa usprawnia wiele działań społecznych, wynikających z potrzeby oswajania otaczającego
świata i służy sprawnej komunikacji międzyludzkiej,
pomaga w funkcjonowaniu życia społecznego. Nazwy
dworów i przysiółków typowe dla poszczególnych domów, a nawet i przydomki osób, musiały być istotne dla
ówczesnej władzy Komory Cieszyńskiej, skoro i ona posługiwała się nimi na austriackich mapach.
Przyzwolenie na rozwój gospodarki szałaśniczo-pasterskiej i jej dobre czasy nie trwały za monarchii
habsburskiej zbyt długo. Przełomem okazało się wejście
w życie w 1756 roku ustawy leśnej, wymagającej od
właścicieli lasów prowadzenia racjonalnej gospodarki.
W ustawie wykazywano, że prowadzone tam wyręby

i czerchlowanie ogniem oraz szkody dokonywane przez
stada owiec i kóz odbijały się niekorzystnie na gospodarce leśnej. Owce i kozy ogryzały wierzchołki młodych
drzewek szpilkowych i liściastych, tamując ich rozrost,
drzewka karłowaciały i usychały. Chłopi pobierali nieodpłatnie drewno do opalania chat i budowy zagród,
co również przyczyniało się do degradacji lasu. Zarząd
Komory uważał tereny użytkowane przez właścicieli
sałaszy za własność księcia Alberta, obciążoną tylko na
rzecz spółek szałaśniczych. Powstała wprawdzie komisja regulacyjna do rozstrzygania sporów, ale działała
po myśli Komory. Założyła, że spółkom szałaśniczym
będzie oddana na własność część gruntów z dawnego sałaszu, bez prawa do korzystania z całego terenu
szałaśniczego, na co się górale nie zgodzili, żądając
pozostawienia w mocy dawnego prawa znoszącego
kontrolę nad liczbą bydła, która mogła być wypasana
na terenach szałaśniczych. Wtedy rzeczoznawcy przyjęli za podstawę ustalenia dochodów ilość siana wyprodukowanego na obszarze leśnym sałaszu, a wartość
ekwiwalentu należącego się spółkom szałaśniczym za
zniesienie uprawnień ustalić na podstawie trwałych
dochodów. Krzywdy wyrządzone chłopom przy likwidacji serwitutów szałaśniczych doprowadziły nawet do
rozlewu krwi. Okazało się, że w następstwie strat wyrządzonych przez zarząd dóbr leśnych w spółkach szałaśniczych, które przetrwały po likwidacji serwitutów,
do końca XIX stulecia liczba owiec po polskiej stronie
znacznie zmalała. W tej sytuacji powstały liczne spory
i konflikty, które ostatecznie doprowadziły do podpisania w 1800 roku ugody pomiędzy góralami a Komorą
Cieszyńską. Była ona w momencie podpisania kompromisem korzystnym dla obu stron. Umacniała prawa
górali do użytkowanych pastwisk. Otrzymali możliwość posiadania tyle wypasanego dobytku, ile uważali za najlepsze dla siebie. Sytuacja ta poświadczona
była dokumentem, który otrzymywali. Był to jednak

83

już początek końca gospodarki szałaśniczej. Całkowita
likwidacja nastąpiła po ogłoszeniu patentu cesarskiego z 5 lipca 1853 roku, który stanowił, że za rezygnację z praw do użytkowanej dotąd przez chłopów ziemi
panom feudalnym należy się odszkodowanie i określił,
jakie ciężary należy zlikwidować względnie uregulować: wszystkie prawa do ścinania drzew oraz zbierania
wszelkich produktów leśnych obcego lasu; wszystkie
prawa pastwiskowe na obcym gruncie; wszystkie inne
służebności polne; wspólne posiadanie i wspólne użytkowanie gruntów między zwierzchnością i gminami
z jednej strony a podwładnymi z drugiej strony lub między dwoma i więcej gminami.
Janusz Spyra sytuację tę komentuje w następujący
sposób: „Górale, którzy zapłacili już za prawo do użytkowania swojej ziemi, nie mówiąc o corocznym czynszu gruntowym, teraz musieli zapłacić za nią po raz
kolejny, na co wielu biedniejszych rodzin nie było stać”.
Celem patentu była ostateczna regulacja spraw własności, a więc także likwidacja uprawnień do wypasu
na obcym gruncie, co miało tragiczne konsekwencje
dla rodzin utrzymujących się z szałaśnictwa. Komora
została uznana wyłącznym właścicielem rozległych
dóbr leśnych, nie musiała więc respektować wcześniejszych umów związanych z nabyciem przez górali praw

do wypasu na poszczególnych pastwiskach leśnych,
choć musiała się z nimi rozliczyć.
Pierwszą czynnością komisji do regulacji serwitutów było ustalenie, czy należy prawa szałaśnicze uregulować czy zlikwidować. Potem ustalano prawa własności do terenów szałaśniczych. Praw tych górale żądali
dla siebie, a komisja przyznała je Komorze Cieszyńskiej.
Kolejną czynnością było ustalenie wysady przypadającej na jeden sałasz. Ostatecznie Komisja dochód z sałaszu ustaliła na podstawie wydajności siana. Likwidacja
serwitutów – jak pisze Kopczyńska-Jaworska – przeprowadzona w tak bezwzględny sposób, nie liczący
się z dotychczasową gospodarką, doprowadziła, jak się
zgadzają wszyscy zajmujący się historią szałaśnictwa,
do kryzysu gospodarczego. W pamięci górali do dziś
czas dobrobytu określony krótkim powiedzeniem, gdo
mo owce, tyn mo co chce, trwa przekazywany z pokolenia na pokolenie wraz z poczuciem krzywdy wyrządzonej przez Komorę Cieszyńską.
Dopiero w roku 1919 Michał Kawulok z Istebnej
zwrócił się do Rady Narodowej w Cieszynie z żądaniem
naprawienia krzywd góralom. 24 listopada 1919 roku
stworzono przy Radzie Narodowej w Cieszynie Ko­
misję Serwitutową, której prezesem został dr Andrzej
Grodyński, radca przy Sądzie Okręgowym w Cieszynie.

Skutkiem pracy Komisji była ustawa z 21 czerwca 1921
roku w przedmiocie rewizji likwidacji serwitutów pastwiskowych w dobrach byłej Komory arcyksiążęcej na Śląsku
Cieszyńskim (Dz.U. R.P. nr 59, poz. 373). Należy dodać, że
praca komisji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów,
ponieważ ustawa przewidywała jako ekwiwalent pastwiska lub ziemie zabrane za sprawą komisji austriackiej.
Było to niemożliwe, gdyby bowiem anulowano orzeczenia austriackiej Komisji Serwitutowej, trzeba byłoby także
anulować wszystkie działy i kontrakty, darowizny i kupna
na przestrzeni lat 1853-1921, a to było niewykonalne.
Kolejna komisja już pod kierownictwem dr. Jana Kotasa
opracowała nową ustawę o spółkach szałaśniczych, zatwierdzoną na Sejmie Śląskim w Katowicach 19 kwietnia
1933 roku. Ta ustawa nie zdołała jednak przywrócić dawnych form gospodarki szałaśniczo-pasterskiej.
*
Dziś na nowo sałasz istnieje. Nie ma nazwy. Jest
to sałasz Piotra Kohuta, kóniokowskigo baczy, który
swój pasterski rodowód odnalazł na Orawie, potem
na Podhalu, po to tylko, aby wrócić do domu i rozpocząć życie sałasznika. Dziś asfaltowa droga prowadzi
800 owiec na łąki i polany na wypas. Nie ma potrzeby karczowania lasu. Beskidzki sałasz Piotra Kohuta
z Koniakowa funkcjonuje na podstawie nowych
dyrektyw i zarządzeń państwa polskiego oraz Unii
Europejskiej. Rozpoczynają się więc dla każdego badacza tej problematyki nowe zagadnienia, które tak samo,
jak za czasów monarchii austrowęgierskiej, potrzebują
dokumentacji. Tu zmienia się niewiele, archiwalia zapisane dawniej w języku niemieckim dziś zapisywane są
w języku angielskim. Owca zaś spokojnie w karpackim
redyku wypasa się na łąkach i pastwiskach. Owczorze
nucą te same pieśniczki, psy pilnują stad, a my kosztujemy buncu, który z etykietką Unii Europejskiej ma nadal
swój niepowtarzalny smak.

Rozsod owiec na sałaszu
Ochodzita (Koniaków)

84

85

Pierwsze dni po narodzinach

Beskidzcy pasterze –
– osobliwości szałaśnictwa
na Żywiecczyźnie

Barbara Rosiek

87

Hej, gronicku, Beskidzie, kto po tobie idzie?
Hej, dziewcyna z krowami, baca z owieckami

D

awni bacowie mieli wielki hyr, co w gwarze
górali żywieckich oznacza dumę, honor
i sławę. Uważani byli za znawców hodowli owiec i produkcji mlecznej, ale także za
autorytety w dziedzinie ludowej wiedzy praktycznej
oraz medycyny i magii. Sława ich sięgała daleko poza
lokalne środowiska. Takimi byli też bacowie żywieccy.
Znani jako świetni fachowcy, wypasali owce nie tylko w Beskidzie Żywieckim, Śląskim i Małym, ale także
na Orawie i w Gorcach. Ponadto służyli innym swoimi
wszechstronnymi umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem. U ich boku wzrastali następcy, tworząc rodzinne tradycje bacowskie. Edukacja pasterska polegała na
nabywaniu doświadczenia u boku ojca, dziadka lub
innego krewnego. Bycie pasterzem, a zwłaszcza bacą,
nobilitowało, budziło uznanie, szacunek oraz respekt.

W

arunki środowiska naturalnego, surowy
górski klimat, niedostatek ziemi ornej,
a także jej niska jakość, powodowały,
że hodowla zwierząt, zwłaszcza małego bydła miała dla tutejszej ludności duże znaczenie. Rozwijające się szałaśnictwo dopasowało się do
środowiska naturalnego. Góry żywieckie, otaczające
pierścieniem leżącą w centrum kotlinę, mają różną
wysokość. Najniższe, znajdujące się na północy pasmo
Beskidu Małego, charakteryzują leżące mniej więcej na
podobnej wysokości 800-900 m n.p.m. szerokie łagodne grzbiety poprzecinane stromymi dolinami rzek i potoków, z których najważniejszy przełom w dolinie Soły
rozdziela pasmo na część wschodnią i zachodnią ze
wznoszącymi się powyżej 900 m Czuplem i Magurką
Wilkowicką. Węższe grzbiety, bardziej strome zbocza

i głębokie dolinki charakteryzują pasmo zachodnie należące do Beskidu Śląskiego z pastwiskami sięgającymi
1100-1200 m n.p.m. w masywie Skrzycznego i Baraniej
Góry. Największą przestrzeń zajmują najwyższe góry
Żywiecczyzny, Beskid Żywiecki z dwoma wydzielającymi się rejonami pasterskimi – południowym, dochodzącym do około 1200 m n.p.m. w masywie Wielkiej
Raczy i Rycerzowej, oraz północno-wschodnim, przekraczającym 1300 m n.p.m. w rejonie Romanki i sięgającym do około 1500 m n.p.m. w okolicach Pilska.
Zróżnicowanie fizjograficzne warunkowało zasiedlanie
i eksploatację poszczególnych terenów.
Pasterstwo różniło się nieco w poszczególnych rejonach Karpat, a nawet w ramach tej samej grupy etnograficznej. Żywieckie szałaśnictwo obok wspólnych cech
gospodarczych miało właśnie lokalne odmienności spowodowane warunkami geograficzno-ekonomicznymi.
Przejawiały się one w lokalizacji hal i wysokości, na jakiej
występowały, w rodzajach wypasanych zwierząt oraz
zasadach organizacji szałasu. Wszędzie jednak terminem
szałas określano zarówno cały system sezonowej gospodarki pasterskiej, jak też budynek na hali.
W naturalnej strefie halnej pozostaje jedynie szczyt
Pilska, sięgający powyżej górnej granicy lasu. W jego rejonie znajdują się też największe przestrzenie halne. Ponadto las karłowacieje w okolicach szczytu Wielkiej Raczy. Wszystkie pozostałe hale znajdujące się na grzbietach górskich oraz na zboczach zostały wytworzone
przez człowieka poprzez trzebież lasu. Specyfiką hal Beskidu Żywieckiego były wiosenne i jesienne pastwiska
przejściowe nazywane spodkami. Były to łąki i polany
śródleśne lub leżące przy dolnej granicy lasu, pozwalające na etapowy wypas w drodze na wysoko leżące
i odległe hale we wierchach. Stanowiły całość z halą,
która w większości przypadków była wspólną własnością wielu gospodarzy. W odróżnieniu od hali, mimo
współwłasności, podzielone były na mniejsze parcele

Na str. 86
Na szałasie, 1 poł. XX wieku.
Fotografia ze zbiorów
Marka Kubicy

88

Na szałasie w rejonie
Babiej Góry, 1912 r.
Fotografia ze zbiorów
Muzeum Miejskiego
w Żywcu

indywidualne. Wysoko leżące hale były terenem tylko
wypasowym, natomiast spodki ze względu na wcześniejszą wegetację były pastwiskiem i łąką sianokośną.
Pobyt na nich miał na celu głównie użyźnienie terenu,
dlatego zwierzęta wypasano raczej w pobliskich lasach,
również dworskich mimo wprowadzanych sukcesywnie ograniczeń i zakazów, zaś szałas z koszarem lokowano na polanie. Wiosenny pobyt na spodkach trwał ok.
4-5 tygodni, następnie redykano się na wierchy na 8-10
tygodni, po czym na ostatnie 3-5 tygodni wracano na
spodki. Żywiecczyzna jest jedynym regionem w Karpatach polskich, gdzie zanotowano tego typu hale przejściowe. Najdłużej zachowały się one w rejonie Pilska,

Romanki i Wielkiej Raczy, gdzie indziej pozamieniano je na pola uprawne. W Beskidzie Małym, mającym
mniejsze i leżące na niższych wysokościach pastwiska,
wiosenny redyk kierował się od razu na górne hale, po
czym od czerwca następował stopniowo powrót na niżej leżące łąki w celu ich skoszarowania. Podobnie było
na halach Beskidu Śląskiego, gdzie po wyjściu z kotlin
górskich stromymi zboczami na grzbiety, można było
się swobodnie przemieszczać pomiędzy halami. Wyjątek stanowiły tutaj okolice Skrzycznego, gdzie z powodu braku hal szczytowych zwierzęta wypasano na
polanach śródleśnych. Z powodu różnej odległości pastwisk od stałych osad droga na hale trwała od kilku do

kilkunastu godzin. Najkrócej w Beskidzie Małym, gdzie
średnią odległość 2,5 km pokonywano mniej więcej w
ciągu ok. 4 godzin. Na najbardziej odległe hale Beskidu
Żywieckiego wędrowano nawet 16 godzin, pokonując
odległość około 9 km. Najdłuższą drogę, bo 24 km przebywały owce z Kamesznicy wędrujące na Wielką Raczę.
Na żywieckich halach wypasano owce, kozy, krowy i woły. Specyfiką tutejszego pasterstwa były szałasy
mieszane owczo-krowie. Znajdowały się w rejonie Pilska, Romanki i Wielkiej Raczy w Beskidzie Żywieckim
oraz Baraniej Góry w Beskidzie Śląskim. Największe szałasy wyłącznie owcze były na najwyżej leżących halach
właśnie w grupie Pilska, mniejsze na terenie Beskidu
Małego i Śląskiego. Same krowy wypasano w szałasach należących między innymi do Rycerki oraz Sopotni, zaś kozy w Ostrym w Beskidzie Śląskim. Duże stada
kóz i owiec wypasały się na XVIII-wiecznych szałasach
dworskich i chłopskich na halach Magurki w Beskidzie
Małym. W rejonie Pilska i Wielkiej Raczy jeszcze w okresie międzywojennym odnotowano wolarnie.
Pierwotny las bukowo-jodłowy, dostarczający
paszy dla zwierząt, oraz nadane przez Wielopolskich
na początku XVIII wieku prawo pasania w lasach oraz
poboru drewna na szałasy, koliby, koszary, do palenia
pod kotłem oraz poboru choiny na karmę zimową
dla owiec sprzyjały rozwojowi pasterstwa. Władysław
Kawecki, zawodowo zajmujący się lasami Żywiecczyzny w latach trzydziestych XX wieku, powołując się
na kronikę Andrzeja Komonieckiego podaje, że na
początku XVIII wieku w Państwie Żywieckim znajdowało się 600 polan. W 1843 r. w okręgu wadowickim,
który obejmował Żywiecczyznę, było 60 tysięcy owiec.
W drugiej połowie XIX wieku szałaśnictwo zaczęło
jednak podupadać. Powiązany z eksploatacją lasów
wypas zwierząt został zahamowany poprzez zmianę
przeznaczenia terenów leśnych, postrzeganych przez
ówczesnych właścicieli dóbr jako źródło surowca bu-

89

Pasterze przed szałasem,
Żywiecczyzna, 1 poł.
XX wieku. Fotografia
ze zbiorów Muzeum
Miejskiego w Żywcu

Szałas na Hali Marszałkowej,
1936 r. Fotografia
ze zbiorów Bogdana
Martyniaka

dowlanego. Powstała więc konieczność rozdzielenia
pasterstwa i gospodarki leśnej, czyli uregulowania
służebności. W zamian za wykupywane przez Habsburgów na podstawie patentu cesarskiego z 1853 r.
prawo pasienia w lasach górale otrzymali na własność
nieduże pastwiska bądź lasy położone zazwyczaj
w strefie pasterskiej. Z dniem oddania im tych terenów
w fizyczne posiadanie ustać miała służebność paszy
i poboru drewna w pańskich lasach. Gospodarka leśna
prowadzona w dobrach żywieckich kolidowała z szałaśnictwem. Okoliczne góry zaczęto obsadzać świerkiem. Świerkowe lasy dostarczały budulca, ale poprzez
jednolitą roślinność traciły walory paszowe.

Zarosły chodnicki z dołu smyreckami,
Którędy jo chodził do hol z owieckami

Ponieważ owce niszczyły drzewostan, wprowadzono zakaz pasienia po lasach.
Ty owiecki moje na polanie stojom,
Do lasa nie idom, gojnego się boją

Ograniczenie obszarów pastwiskowych spowodowane także zmianami w gospodarce chłopskiej
(zamiana dawnych polan i hal na pola uprawne, zasiedlanie coraz wyżej leżących terenów), uruchomienie
w latach osiemdziesiątych XIX wieku linii kolejowej
do Zwardonia i Suchej Beskidzkiej, dającej możliwość

podjęcia pracy zarobkowej poza wsią oraz konkurencyjność wełnianych tkanin fabrycznych, wypierających chłopskie sukna samodziałowe, spowodowały
zmniejszenie hodowli owiec. Najwcześniej szałaśnictwo zaczęło upadać w Beskidzie Małym oraz Śląskim.
Mimo że podawane przez różnych badaczy dane nie
są spójne, ukazują jednak szybki regres pasterstwa –
największą depresję odnotowano w latach 1900-1905.
Spośród 84 gospodarstw halnych w 1860 roku w 1914
pozostało około połowy. Na zarejestrowanych w tym
czasie w terenie 50 szałasów 17 było już nieczynnych.
Po I wojnie światowej potrzeba samowystarczalności
w odzieży oraz umożliwienie wypasu w lasach pań-

90

Szałas asymetryczny
na Hali Janoszkowej,
Koszarawa,
okres międzywojenny
XX wieku. Fotografia
ze zbiorów Ewy Cudzich

skich spowodowały niewielki wzrost. W 1925 roku liczba szałasów wzrosła do 48. Niemniej na skutek szybkich zmian gospodarczych na wsi kończył się okres
tradycyjnego pasterstwa ekstensywnego.
Upadek szałaśnictwa wiązał się z ze zmianą rangi
zawodu pasterza. Na przełomie XIX i XX wieku zaczęły
rozpadać się zespoły pasterskie oparte na pokrewieństwie. Bacowie stawali się raczej przedsiębiorcami organizującymi wypas i najmującymi pracowników (w miarę możliwości starali się jednak angażować do pracy na
szałasie krewnych). Graniczne położenie Żywiecczyzny
na styku Małopolski i Śląska powodowało, że coraz
więcej tutejszych mężczyzn znajdowało pracę w pobliskich fabrykach, przemyśle śląskim czy na kolei. Chociaż
pasterze do tej pory i tak stanowili niewielki procent

miejscowej ludności (największy w Sopotni, Korbielowie, Żabnicy, Ujsołach i Szczyrku), mniej absorbująca
i bardziej rentowna praca zarobkowa poza gospodarstwem, dająca większą swobodę osobistą oraz awans
społeczny, powodowała, że zawód pasterza przestawał być atrakcyjny. Duma z wykonywania tej profesji
pozostała głównie u starych baców, wywodzących się
z dawnych rodów pasterskich. W okresie międzywojennym na halach można było spotkać 70-80-letnich mężczyzn. „Baca Kocoń na hali Abramowej bacował tamże
w ostatnim dziesiątku wieku XIX, później po zamianie
hali na łąkę, bacował całe lata na Orawie razem ze swymi synami; teraz, kiedy po wojnie [I wojnie światowej]
zaczęto zwiększać liczbę szałasów, powrócił na powrót
do rodzinnych stron i z dumą powiada, iż odnowił już
trzy hale. Ale ta generacja żyjąca dawną tradycją jest
już na wymarciu, młodzi zaś niezbyt chętnie oddają się
zajęciu pasterskiemu jako mało popłatnemu, a uciążliwemu. Gdy starzy bacowie bacują stale i są przez to
specjalistami, to młodzi poświęcają mu się tylko dorywczo” – pisał w 1927 r. Włodzimierz Kubijowicz.
W XVIII wieku żywieccy owczarze znani byli jako
specjaliści także wśród miejscowej zwierzchności
feudalnej, zaś szałaśnictwo było jedną z nielicznych form
gospodarki chłopskiej, która oddziaływała na folwark.
W łodygowickim, ślemieńskim i żywieckim państwie
stało się znaczącą formą gospodarki folwarcznej. Wiele
cennych informacji na temat szałaśnictwa dworskiego
pozyskujemy z instruktarza hodowli owiec w państwie
ślemieńskim, spisanego w z 1773  r. Ponieważ hodowla miała przynosić zwierzchności feudalnej profity,
informacje te są dość szczegółowe i dotyczą również
pasterstwa chłopskiego, na którym się wzorowano.
„A gdym wypisał projekt, kazał J.W. Pan stanąć wajdzie
ślemieńskiemu Jędrzejowi Gibasowi, drugiemu staremu
Kubieńcowi, trzeciemu Waleczkowi z Kocierza, czwartemu Walaszkowi staremu, tym którzy owce chowają

i owcarzy. Dopiero tych wspomnianych J.W. Pan pytał
się podług projektu podanego o wszystko…” Instruktarz
został więc skonsultowany z ówczesnymi znawcami pasterstwa. Zdaniem badacza dziejów Żywiecczyzny, prof.
Stanisława Szczotki, powstał on w 1748 r., a w 1773 został ponownie spisany i zalecony do użytku.
Gospodarzem szałasów folwarcznych był majerz.
To on ustalał obsadę pasterską na poszczególne szałasy dworskie. Powinien był dobierać „…owcarzy przezornych, takich co z młodości przy owcach sługowali
przy dobrych (po góralsku mówiąc) wałachach, czyli
gazdach, to jest przy takich gospodarzach, co i oni
sami z młodych lat przy owcach swoich u owiec bywali
i wiedzieli, jako się z niemi obchodzić”.
Instruktarz zawiera szczegółowy wykaz uposażenia
poszczególnych pasterzy obejmujący sukno, płótno,
kierpce, płody rolne i bryndzę w należnych ilościach.
Mówi o obowiązkach bacy, pracy na szałasie, sposobie
koszarowania pastwisk etc. Przekazuje także różnorodną wiedzę praktyczną. Zwierzęta nie powinny pędem
wychodzić i przychodzić do koszaru, bo biegnąc tracą
mleko. Owce chętnie idą do dojenia do pasterza, który
niezbyt mocno je doi, ale tym samym powoduje straty w gospodarce mlecznej. Obserwując zachowanie
zwierząt, można było kontrolować pracę pasterzy, ale
nie tylko: „…rozumni owcarze pragną mieć kozy przy
owcach, że kiedy się im trafi pasąc owce, to zawsze czyli
to w polu a najbardziej w lesie, to na kozy poglądają,
bo te kozy to ony są prawie stróżami od wilka. Najpierw
koza wilka zwietrzy, prędzej jak pies i jak prędko skrada
się wilk a koza go poczuje, to w górę pogląda a nogą
tupa, percząc, to jak owcarz postrzegłszy to, powinien
zaraz okrzyknąć, na psy zawołać, a najlepiej strzelić. To
dla tej przezorności dobrze mieć kilka kóz przy szałasie
wielkim, a najbardziej capy mocno w tym pilność mają”.
Hodowla owiec dworskich, prowadzona pod ścisłym nadzorem ekonomicznym, pozwoliła też zna-

91

leźć w instruktarzu informacje o wyrobie sera. „Baca
zaś alias starszy owcarz, który w kolebie sera pilnuje,
powinien przystojnie i ochędożnie koło sera robić…
Gdy sklaguje mleko baca a po tym grudki zbiera, to
powinien dobrze i twardo zbierać, żeby raków w żentycy nie było, po góralsku mówiąc, alias żeby sera kawałków w serwatce nie zostawiali. Jeżeliby zaś z tych
grudek serki kazano robić, to potrzeba do nich mieć
gilatki, alias formę…”. Aby zachować właściwą jakość
wyrobów, baca miał robić bryndzę pod nadzorem. Gdy
była chuda, „…to bywa, że owcarz alias baca nierychło

uklaguje alias nierychło podpuszczkę daje do mleka,
że mleko umyślnie oziębi i dopiero na kociołku przygrzewa mleka, to wszystka tłustość pójdzie w serwatkę
a ser na bryndze będzie chudy”.
Chociaż na szałasach chłopskich różne bywały zasady organizacji wypasu, również i tutaj baca odpowiadał za prowadzenie gospodarki mlecznej. Ale nie tylko,
w zasadzie za wszystko był odpowiedzialny i o wszystkim decydował. Musiał więc posiadać określoną wiedzę
gospodarczą i doświadczenie. W niektórych wioskach
Beskidu Śląskiego i Małego nie było na szałasach stałe-

go bacy (podobnie jak u górali śląskich). Każdy wspólnik
bacował sam odpowiednią liczbę dni zależną od udziału, rozłożoną na kilka etapów w ciągu sezonu, ponieważ wiosenna i jesienna gruda sera różniły się wielkością i jakością mleka. Na własnych szałasach bacowali
gazdowie, którzy samodzielnie organizowali wypas,
przyjmując także cudze owce i dzierżawiąc pastwiska
(np. gminne w Międzybrodziu czy wielkiej własności
ziemskiej w Szczyrku w 1914 r.). We wspólnotach szałaśniczych mógł bacować gazda w przynależnym mu
z udziałów sezonie. Jeśli był uznanym specjalistą, mógł
być przez współwłaścicieli gazdów zatrudniany stale
w kolejnych latach. Taki system organizacji był charakterystyczny dla Beskidu Żywieckiego, w którym hale
bywały współwłasnością nawet kilkudziesięciu gospodarzy i dotrwał niemal do końca XX wieku.
Powierzanie przez gazdów prowadzenia szałasu bacy było dla niego honorem. Oznaczało, że cieszy się autorytetem i poważaniem. Żeby oddać bacy
pod opiekę owce, trzeba było mieć do niego zaufanie. Musiał być człowiekiem odpowiedzialnym, wszak
prowadził gospodarkę w zasadzie bez kontroli. Straty
w owcach i produkcji mlecznej były dla niego równoznaczne z utratą autorytetu i pozycji. Bacę postrzegano poprzez jego praktyczne umiejętności i wiedzę
hodowlaną oraz produkcyjną, zaradność, umiejętność
leczenia i wiedzę magiczną, rozumienie zwierząt i podejście do nich, znajomość środowiska przyrodniczego (przewidywanie pogody), przezorność i zdecydowanie wobec zagrożeń, których na hali nie brakowało.
W zależności od zasad określonych podczas organizacji wypasu baca dokonywał z gospodarzami
stosownych rozliczeń pieniężnych oraz w produktach.
Aby zapewnić bezpieczeństwo szałasu oraz jak najlepsze efekty gospodarcze, stosował znane od pokoleń
zabiegi magiczne, gwarantujące przede wszystkim
pomyślność rozpoczynającego się wypasu. Osobiście

Dojenie owiec na Hali
Pośredniej, Szczyrk, lata
50. XX wieku. Fotografia
ze zbiorów Antoniego Gluzy

92

(z cielęcego żołądka, tzw. rynicki) i osobiście dozował
do mleka, aby skrzepło. Sam rozbijał cioskiem skrzep
i własnoręcznie zbierał grudę. Na dobrze prowadzonym szałasie wywianował gazdów, czyli wydał należny
im nabiał do św. Jana. Pozostała produkcja stanowiła
jego zarobek, z którego wypłacał pasterzy, dając im
tzw. zapasek. Wynagrodzenie na szałasie owczo-krowim obejmowało oprócz sera także masło. Owczarzy
wędrujących z owcami po lasach oraz na odległe pastwiska baca uposażał także w dwie pary kierpców, zaś
krowiarzy wypasających bydło na bliższych pastwiskach w jedną parę i łatki do podłatania dziur. Korzyścią sezonowego wypasu poza produkcją nabiału było
użyźnianie pastwisk. Należące do obowiązków bacy
przegradzanie koszaru dla zwierząt wiązało się ze znajomością wegetacji traw i przeznaczeniem pastwisk. To
on musiał wiedzieć, jak długo owce mają stać w koszarze w jednym miejscu, w zależności od tego, czy koszarowany teren ma być tylko pastwiskiem czy także łąką,
z której trzeba będzie zebrać siano na zimową paszę.

Adam Gruszka w drodze
na wypas, Hala Boracza,
Żabnica, 2012 r.

dokonywał rytuałów związanych z mieszaniem owiec,
okadzaniem, liczeniem. Nie opuszczał hal przez cały
sezon, pilnie strzegąc także płonącej w szałasie watry.
On decydował o miejscach wypasania, aby zapewnić
mleczność zwierząt przez właściwe karmienie. Wiedział, jaka pasza jest dla nich dobra – że obgryzają
choinę, ale chętniej krzewy malin, jemiołę, a ich przysmakiem jest basikier (rośliny liściaste rosnące na wyrobiskach leśnych, głównie dzięgiel leśny i starzec Fuchsa). Wyznaczał terminy podawania zwierzętom soli
(wzbogacającej w składniki mineralne) oraz miejsca

ich rozsypywania, czyli soliska. Osobiście nadzorował
pracę swoich pasterzy, pilnując jej dziennego rytmu.
W wykonywaniu zajęć na szałasie pomagał mu kilkunastoletni chłopak hulajnik.
Nie byde jo bacom, byde hulajnikiem
Byde se nawracoł owiecki chodnikiem

Baca nigdy nie powierzał wyrobu serów nikomu.
Na szałasie mieszanym wyrabiał ser (tą nazwą określano bundz) oraz bryndzę, na owczym także oscypki.
Sam przygotowywał klag, czyli zaczyn podpuszczkowy

P

rowadzenie wypasu wymagało umiejętności
technicznych, sprytu i fizycznej siły potrzebnej do zagospodarowania szałasu, w tym postawienia niezbędnych obiektów. Wspólną
cechą większości żywieckich budynków szałaśniczych
była prostokątna forma, brak podłóg, stropu i okien
oraz wejście w ścianie szczytowej. Różniły się natomiast
konstrukcją, bryłą i użytym surowcem. Starsze bazowały na prymitywnych konstrukcjach. Najprostszą formą
szałasów, zanotowaną w 1914 roku w Beskidzie Małym
w rejonie Czernichowa i Międzybrodzia były niewielkie
niskie komory drewniane o jednospadowym dachu
lekko opadającym do łagodnego zbocza. Równie prymitywne szałasy stawiano także w wyższych górach.
Wykonane były z żerdzi ułożonych jedna na drugiej,

93

unieruchomionych przez kołki wbite w ziemię i powiązane łykiem. Nakrywał je symetryczny dach gontowy o
konstrukcji sochowej otwarty w szczytach. Tego typu
szałas odnotowano w tym samym czasie w Beskidzie
Żywieckim. Budynki szałaśnicze w tym paśmie Beskidów były jednak bardzo różne. Podobne w formie, ale
ewoluujące w konstrukcji występowały w południowej
części regionu, w rejonie Wielkiej Raczy. Bazując na łączeniu konstrukcji zrębowej i żerdziowej, miały mniej
lub bardziej trwały charakter. Symetryczny dach oparty na sochach, kryty gontem lub deskami często prze-

dłużany był do ziemi, tworząc miejsca o przeznaczeniu
schówkowym. Zupełnie inną bryłę miały szałasy występujące bliżej Babiej Góry, a mianowicie w rejonie Pilska
jeszcze w drugiej połowie XX wieku. Ściany zbudowane
z żerdzi, belek lub desek przybitych do ramy nakrywał
asymetryczny dach wsparty na sochach. Zróżnicowana
wysokość ścian bocznych powodowała nierówną wielkość połaci dachowych. Większa połać schodziła bardzo
nisko, nieraz sięgając ziemi. Przedłużone połacie przeciwległego, mniejszego daszku tworzyły miejsce schówkowe. Taki szałas znajdował się np. na Hali Górowej. Ten
typ konstrukcji stosowano także w kolibach na terenie
Beskidu Śląskiego. W drugiej połowie XX wieku na sąsiadujących z Pilskiem halach Miziowej i Cudzichowej
zarejestrowano szałasy o ramowej konstrukcji wszystkich ścian oszalowanych deskami, na których opierały
się połacie asymetrycznego dachu. Całość pospinana
była metalowymi hakami. Rozpowszechnione w całych
Karpatach typowe szałasy zrębowo-krokwiowe występowały nieopodal, tylko w środkowej części Beskidu
Żywieckiego na halach Romanka, Lipowska, Pawlusia,
Buczynka. Ściany z okrąglaków lub belek z wystającymi
poza węgieł ostatkami, nie mające uszczelnień między
belkami, nakrywał symetryczny dach gontowy o konstrukcji krokwiowej. Choć nie wiadomo, od jak dawna
stosowano tutaj tę trwałą konstrukcję, na pewno wykorzystywano ją w szałasach już przed II wojną światową.
Opisane powyżej budynki były przenośne. Cięższe i trudniejsze do przestawiania, o konstrukcji zrębowo-krokwiowej, przemieszczano co 1-2 lata zgodnie
z planem koszarowania kolejnych rejonów hali. Lżejsze
i prostsze o konstrukcji ramowo-sochowej przestawiano
wraz z przemieszczaniem się szałasu na terenie hali lub
na niżej położone przejściowe pastwiska dwa, trzy a nawet cztery razy w ciągu sezonu wypasowego. Prymitywne konstrukcje ścian i dachu pozwalały na rozbiórkę
i transport w inne miejsce. Używanie asymetrycznych

szałasów sochowych jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku niekoniecznie świadczy o zachowawczości tutejszego pasterstwa, ale o praktyczności tego typu
konstrukcji w mobilnym szałaśnictwie halnym.
Specyfiką Beskidu Małego były szałasy kamienne, występujące głównie na polanach Hrobaczej Łąki,
Magurki, Kiczery i Jaworzyny. Budowane z głazów
miejscowego piaskowca niewielkie prostokątne jednownętrzne obiekty nakrywały drewniane, najczęściej
dwuspadowe, dachy gontowe o konstrukcji sochowej.
Ognisko z reguły usytuowane było na zewnątrz i zabezpieczone przed deszczem daszkiem wspartym na
sochach i ślemieniu. Taki typ zanotowano na Kiczerze.
Z czasem ogniska zaczęto obudowywać kamieniami
i nakrywać dachem, tworząc w ten sposób odrębne
budynki. Tego typu kamienne kuchenki o jednospadowym dachu występowały po zachodniej stronie
przełomu Soły, np. na Hrobaczej Łące. Ten typ szałasów
związany był z użytkowaniem polan w okresie międzywojennym XX wieku przede wszystkim jako łąk sianokośnych, a następnie pastwisk indywidualnych. Nie
służył do prowadzenia gospodarki przetwórczej, lecz
raczej jako schronienie dla ludzi i zwierząt oraz miejsce
gromadzenia paszy. W przeszłości jednak odbywał się
tutaj zorganizowany sezonowy wypas owiec, kierdel
ok. 200 sztuk wypasał się jeszcze w 1932 roku.

Z

ręczność i sprawność fizyczna potrzebne
były codziennie do rutynowych prac na
szałasie. Na pewno należało do nich przegradzanie koszaru, czyli częste przestawianie
zagrody dla zwierząt na nowe miejsce. Na szałasach
mieszanych budowano koszar dwuczęściowy. Większą część dla owiec grodzono krzasłami, czyli płotkami o pionowych deskach przeplecionych między trzy
poziome żerdzie. Krzasła musiały być na tyle szczelne,

Maślnica holsko ze zbiorów
Jana Talika z Ciśca

94

Adam Gruszka w drodze
na wypas, Hala Boracza,
Żabnica, 2012 r.

żeby owce nie uciekły z ogrodzenia, a do wewnątrz
nie przedostał się dziki zwierz. Do jednej ściany dostawiano kolejne krzasła lub wrótka, czyli segmenty
złożone z 4-5 poziomych żerdzi, wygradzając w ten
sposób nieco mniejszą zagrodę dla krów. Do koszaru
zganiano zwierzęta na czas udoju. Owce dojono przy
strondze, czyli bramce powstałej w ogrodzeniu po wyjęciu jednej deski z płotka. Wiosną owce dają najwięcej
mleka. Wydojenie trzy razy dziennie średnio około setki zwierząt nie było lekką pracą. Nie dziw więc, że na
dużych szałasach owczarzowi, który każdorazowo doił
np. trzysta owiec „mdlały ręce”. Od św. Jana było nieco
lżej – Święty Jan bierze mleka dzban – owce przysuszały, dojono więc dwukrotnie, aby pod koniec wypasu
ograniczyć się tylko do jednego udoju.
Owiecki na holi, któz ik ta podoi,
Kiedy owcarecka prawo roncka boli

Ponieważ koszar był również miejscem nocowania
zwierząt, musiał zapewniać bezpieczeństwo. Bezpośrednio zaś strzegli je pasterze koczujący w niewielkich
budach lub półdaszkowych szałasach zwanych kolibami. Warunki bytowe na hali nie były łatwe. Szałas był
budynkiem gospodarczo-mieszkalnym, przystosowanym do czasowego użytku. Ponieważ jego urządzenie
podporządkowane było funkcji produkcyjnej, warunki
mieszkaniowo-bytowe były w nim bardzo skromne. Stałe miejsce miało ognisko, półka na sery zwana komarnikiem, umocowane na drewnianych stelażach koryta
na mleko na szałasach wypasających krowy. Pozostały
sprzęt był umieszczany w różnych miejscach w miarę
potrzeb. Do spania służyły prycze i ławki, chociaż często
sypiano na ziemi na worku wypchanym sianem, ogrzewając się w chłodniejsze noce żarem płonącej watry.
Wśród zahartowanych pasterzy choroby należały
do rzadkości. Jednak na hali przy pasieniu i pracach
szałaśniczych nietrudno było o zranienia. Podczas wę-

95

drówek także owce raniły nogi. Jako skuteczny środek
powszechnie stosowany na różnego typu rany służyła
smoła, czyli żywica drzew iglastych. Najprostszym lekiem, będącym niemal w zasięgu ręki, była jasnożółta
cieknąca żywica świerkowa (tzw. cieka), którą przykładano do ciętych i ropiejących ran. Wrzody i rany ropiejące oczyszczała i goiła także maść ze smoły chrobacznej, czyli żywicy półtwardej i kruchej, którą przetapiano
z niesolonym masłem oraz dodatkiem pszczelego wosku. Podobnie wykonywano ją z żywicy jodłowej, zwanej prychlicą. Maść zrobiona z wiosennych przyrostów
świerkowych lub jodłowych przetopionych z masłem
służyła do leczenia ran i dolegliwości reumatycznych.
Częstą dolegliwością wśród owiec była kulawka.
Cierpiały na nią zwierzęta, których nie pasiono wiosną
przed redykiem. Odzwyczajone podczas zimy od wędrówki „odeptywały się”. Odgniecenia leczono mocząc
nogę w rosole (słonej wodzie po oscypkach) i smarując podobnie jak przy popękanych racicach żywiczną
maścią. Do przemywania wszelkiego rodzaju ran oraz
okładów używano niegdyś powszechnie moczu. Dokuczliwą chorobą owiec była pryszczyca zwana par-

chami, podczas której pyski, wymiona i nogi koło racic
pokrywały się krostami. Jej przyczyną mogła być nieuwaga bacy. Na przykład podanie w upalne południe
soli, którą owce popiły bardzo zimną wodą źródlaną
lub rozsypanie soli na zroszonej trawie. Parchy leczono
maścią wykonaną ze starej spyrki (słoniny), skóry i dziegciu (popiół ze skóry kruszył krosty, dziegieć, nazywany też smołą, leczył i chronił przed otarciem). Często
jednak chorobę przypisywano urokom, podobnie jak
różne niepowodzenia przydarzające się na szałasie.
Dobry baca był nie tylko znachorem, ale też czarodziejem. Musiał umieć „naprawić”, czyli zaradzić czarom, ale
umiał też „zepsuć”, czyli zaszkodzić. Mógł na przykład
spowodować, że na innym szałasie przestało się darzyć. Baca nie mógł zaklagać mleka i zrobić sera, owce
doiły się krwią lub pękały im dojki i nie można było ich
wydoić. Znanym czarodziejem był Jan Kalika z Koszarawy zwany Ladzikiem, bacujący w pierwszej połowie XX
wieku także na halach babiogórskich i orawskich, czy
Józef Czul z Korbielowa. Skutecznie zaradzić czarom
potrafił Karol Piwowarczyk z Żabnicy i wielu innych.
Wiedza magiczna, którą posiadali, była wiedzą tajem-

ną. Nieraz nie przekazywali jej nawet najbliższym,
w obawie, aby nie została użyta w złych zamiarach.
Zresztą w takich sytuacjach natura sama wymierzała
sprawiedliwość. Kto innym szkodził, przysparzając im
ciężarów życia, miał ciężki zgon.
Aby chronić szałas i zapewnić mu pomyślność,
trzeba było używać odpowiedniego sprzętu, najlepiej
sprawdzonego, czyli takiego, którego się czary nie imają. Najlepszymi naczyniami pasterskimi, bo bezpiecznymi, były naczynia używane przez kolejne pokolenia
baców. Jeżeli trzeba było zaopatrzyć się w nowe, wykonywano je we własnym zakresie. W Beskidach używano drewnianych naczyń dłubanych, klepkowych,
a dawniej powszechnie także mosorowych. Mosory
wykonywano z pni drzew butwiejących przez kilka
lat w specyficzny sposób. Pień drzewa wysoko ściętego nad ziemią nie gnił ani nie próchniał w całości.
Butwiejąc stopniowo od środka, oblewał się pod korą
twardniejącą miazgą drzewną. Działo się tak z powodu
krążących w nim nadal soków. Możliwe to było w przypadku odziomka, czyli pnia mającego wspólne korzenie z innym drzewem. Podobno jednak warunek ten
nie był konieczny. Górale, żyjący w bliskości z przyrodą,
znali doskonale cykle wegetacji i ich związek z siłami
kosmosu. Według nich wysoki pień drzewa ściętego
przy rosnącym księżycu zachowuje krążenie soków,
które spływają pod korę. Drewno mosorowe można
było podobno także uzyskać obtłukując pień drzewa
na dużej powierzchni, uszkadzając tym samym jego
wegetację. Na mosory nadawały się jodły, świerki, jawory i topole. Powstałe z nich samorodne naczynia mają
nieregularny przekrój i nierówną powierzchnię ścian
pokrytych wzorzystymi zaciekami. Uzyskiwano je wydrążając zbutwiały środek i wstawiając dno. Mosorowe
naczynia służyły długo, nie przeciekały, nie gniły, były
mocne, trwałe, miały tak twarde ściany, że nie można
ich było porąbać siekierą. Poza typowym zestawem na-

96

czyń szałaśniczych, jak kocioł, gielety do dojenia owiec,
puciery, czerpaki w żywieckich szałasach mieszanych
znajdowały się skopce do dojenia krów, wielkie koryta z otworem w dnie, do których zlewano mleko, aby
oddzielić śmietanę, bazarnie, czyli duże beczkowate
naczynia do przechowywania śmietany i wielkie maślnice nazywane holskimi, w których raz w tygodniu wyrabiano masło. Aby poruszać osadzaną na sosze i drągu toparką do ubijania masła, potrzeba było 2-3 mężczyzn. Ciekawym narzędziem, służącym do rozbijania
ściętego mleka czy do wyciągania grud sera z kotła,
był ciosek z wyciętym na powierzchni znakiem krzyża.
W szałasach typowo owczych w rejonie Pilska używano ponadto kłaczka, drewnianego dłubanego naczynia z otworami w dnie, w którym ubijano grudę sera
na oscypek, wyciskając z niego serwatkę. Do przechowywania mleka i wyrobów służyły naczynia wykonane
z  drzew nieżywicznych, najlepiej z jaworu. Świerkowe
mogły być gieletki i skopce do dojenia czy czerpaki.
Pasienie zwierząt wbrew pozorom wymagało
doświadczenia i stałej uwagi. Wspomina o tym wymieniony wcześniej instruktarz: „…a do jagniąt to najrozumniejszego trzeba obrócić owcarczyka, a to z tej
przyczyny: najprzód, że bardzo po suchych miejscach
trzeba jagnięta pasać, broń Boże po mokralniach pasać
jagnięta… Kiedy owcarz nie będzie przezorny, żeby tych
jagniąt nie umiał pasać, to owe jagnięta zmizerowałyby
się i zapęziały. Bo jagnięta mają zwyczaj, jak się pasą, gdy
się cokolwiek popasą, to polegną i leżałyby i cały dzień,
a owcarz niedbały, nierozumny toby i on z niemi leżał,
ale do owcarza należy rozumnego często poruszać owe
jagnięta, z miejsca na miejsce przeganiać i dopasać”. Zalecenie to jest ciągle aktualne i dotyczy nie tylko jagniąt,
ponieważ od właściwego napasienia znajdujących się
na hali owiec zależy gospodarka mleczna na szałasie. Pasterze musieli umieć nawiązać kontakt ze zwierzętami.
Jak owczarz był dla owiec dobry, szybko przyzwyczajały się

97

do niego, rozpoznawały go i zawsze szły posłusznie za nim
– opowiadał Władysław Piwowarczyk, baca z Żabnicy.
Do dzisiaj inny baca z Żabnicy, Adam Gruszka z Boraczej,
porozumiewa się z owcami słowem, gwizdem, gestem.
Między pasterzem a zwierzętami tworzy się specyficzna
więź, owce nie tylko są posłuszne, ale lgną do swojego
opiekuna, gdy czują niebezpieczeństwo. Kiedyś w czasie
burzy tak zbiły się ciasno dookoła, że mało mnie nie zadusiły – wspomina A. Gruszka.
Niegdyś wędrując z owcami po lasach pasterze
zbierali grudki zupełnie stwardniałej kruchej żywicy
świerkowej, którą chętnie ssali. Podczas żucia zmieniała ona kolor z żółtawego na czerwony i stawała się
plastyczna. Podobno poprawiała im apetyt przy monotonnym ubogim odżywianiu. Być może wzmacniała też odporność i dostarczała jakichś potrzebnych
składników, bo jedzenie przez cały sezon było bardzo
skromne. A według XVIII-wiecznych źródeł niemal głodowe: „…w górach ten zwyczaj jest, kiedy wszyscy sałaśnicy… ustanowią owcarzy, którym tylko na tydzień
mieryndę alias torbę na sustentacyją dadzą, aby się
pomału odzwyczaili jeść, tylko już od Świątek do samego świętego Michała samą żentycą alias owcą serwatką żyją. Dopiero od świętego Michała każdy swemu
owcarzowi daje jeść, a przez całe lato nie wie żaden
(po góralsku mówiąc) wałach, a po polsku gospodarz
swemu owcarzowi, żeby miał co dawać jeść albo posłać mu do hali, tylko samą żentycą owcą alias serwatką
żyją” – czytamy w instruktarzu. Żentyca stanowiła zatem
podstawę wyżywienia. Standardowo rano i wieczorem
jadano ją z chlebem, w południe z ziemniakami. Wyrabianego na hali nabiału nie jadano, ponieważ stanowił
główny produkt dochodowy gospodarki szałaśniczej.
Wyjątkowo, dawniej do św. Jana, baca modląc się obdarzał pasterzy serem przy podawaniu owcom soli na
solisku. Jeszcze w drugiej połowie XX wieku, kiedy odżywiano się znacznie lepiej regularnie donoszonymi ze

wsi produktami, bazarnia zamykana była na kłódkę, aby
pasterze nie podbierali śmietany, zaś ser dostawali tylko
na niedzielne śniadanie oraz sporadycznie, w wyjątkowych sytuacjach. Na przykład gdy bacy zgasła watra,
musiał „okupić ją”, dając pasterzom największą grudę
sera. Okrasą jedzenia była słonina, zaś urozmaiceniem
owoce leśne. Nie jadano baraniny, ponieważ zwierzęta
stanowiły majątek, z którego baca musiał się rozliczyć.
Poza tym pasterze przywiązywali się do zwierząt, łatwiej byłoby im owcę sprzedać niż zarżnąć. Zdarzały się
jednak nieszczęśliwe wypadki, gdy owce padały łupem
wilków, niedźwiedzi czy w przeszłości także zbójników.
Wtedy, jeśli była okazja, z biesiady korzystali wszyscy.
Przyśli se na hale, przyśli se zbójnicy,
Warzom se owiecki na kotle zejtycy

Zagrożenie ze strony dzikich zwierząt wymagało
stałej czujności. Powszechne niebezpieczeństwo stanowiły żmije. Aby ratować ukąszoną owcę, pasterze
owijali chore miejsce mokrą tabaką. Strzegli przed

atakiem wilków, paląc nocami przy koszarze ogniska.
Choć w nieustannym kontakcie z przyrodą wyrobili
sobie ostre zmysły, doskonały słuch i wzrok, zdarzało się, że bywali zaskoczeni sytuacją. Bardzo groźne
okazywały się podchodzące pod szałas niedźwiedzie.
O ich atakach opowiadają również dzisiejsi bacowie.
W 1981 roku, w lipcowy wieczór do szałasu na Hali
Cudzichowej, prowadzonego przez Stanisława Majewskiego z Korbielowa, podeszła niedźwiedzica z młodymi. Nagle owce gruchły na nos. Jedny na nos jedne
pod kosor. Jesce nie były w kosorze po podojeniu. A tu
niedźwiedzica z młodymi. Pietnoście sztuk zginęło. Mieli
my pięćset owiec, ze dwieście poszło na dół, my pilnowali reszte. Rano my policzyli potargane owce po całej holi.
Przenieśli my sie ku schronisku na Miziową i świecili my
światło ze schroniska. Ale jak przyszła ta godzina to owce
trzeba było pilnować, bo się bały, odstraszać chodząc
w koło, bo chciały iść (uciekać) – wspomina S. Majewski.
Podobne wydarzenia miały miejsce także na innych
współczesnych szałasach żywieckich.

Na str. 96
Forma na ser, XIX w. Zbiory
Gminnego Ośrodka Kultury
w Koszarawie

Foremki na sery,
koniec XIX w.
Foremka w kształcie
baranka, XX w.
Czerpak intarsjowany,
Sopotnia Wielka, XIX w.
Zbiory Muzeum Miejskiego
w Żywcu

Przy wodopoju, Hala
Boracza, Żabnica, 2012 r.

98

99

Świt na Hali Boraczej

Na str. 98
Widok na Pasmo
Pewelsko-Ślemieńskie

100

Reagując błyskawicznie w niebezpiecznych czy
trudnych chwilach, pasterze zachowywali jednak rozwagę i spokój umysłu. Konieczność radzenia sobie
w każdej sytuacji zmuszała nie tylko do zaradności, ale
i odpowiedzialności często za życie własne oraz zwierząt. Przez około 20 tygodni, mniej więcej od Zofii (między św. Wojciechem a Zielonymi Świętami) do Michała
(lub wcześniej do Mateusza) szałas funkcjonował w bezpośrednim kontakcie z naturą. Bez względu na warunki
atmosferyczne pasiono zwierzęta i produkowano nabiał.
Zdarzało się, że niespodziewanie, mimo wiosny załamywała się pogoda i w górach sypnęło śniegiem. Pojawiał
się przymrozek czy ograniczające widoczność mgły.
Jednom dolineckom zimny wiater duje
Drugom dolineckom śniezek polatuje

Co w takiej sytuacji ze zwierzętami? Owce bywały
odporne na takie załamania pogody, niemniej trzeba
było uważać, aby nie pochorowały się, obgryzając na
przykład na czczo oblodzoną choinę. Natomiast krowy
dołączały do szałasu około 2-3 tygodnie później, kiedy
pogoda była już stabilna i wcześniej też sprowadzane
były do wsi. Wielkim zagrożeniem były burze. Zmienność
górskiej aury zmuszała do przewidywalności i rozumienia sygnałów natury. Niemniej niejeden pasterz zginął
od pioruna rażony na pastwisku czy na terenie szałasu.
Ginęły też owce. Jak zaczynały bić pierony w górach otymp
broł, echo odbijało po potokach. W 1967 końcem lipca zabiło pasterza. Przyśli z pasienio, zdjął gumowce. Chodził
w bosu… szła burza… pieron strzelił do pala i do niego.
Inny seł z owcami z lasu, bo posało się po lasach. Na dużej
polanie nie było żodnego drzewa, pieron do niego strzelił i poraził owce. Downij na Łyśniowskim, jak strzelił, zabił
70  owiec, które były pod bukiem – opowiada S. Majewski.
Aby ograniczyć ryzyko uderzenia pioruna, unikano na
szałasie metalu, łącząc konstrukcje budynków oraz koszaru obręczami z gałęzi lub korzeni zwanych wiklami.

Dla wielu niewprawionych pasterzy uciążliwością
pobytu na szałasie były trudne warunki bytowe. Praca
może nie zawsze była ciężka, jednak wymagała całodobowej dyspozycyjności. Pracowano na cały zegar
przez wszystkie dni i święta, bez względu na warunki
atmosferyczne. Stąd też ubiór, którego używano, musiał być uniwersalny, dostosowany do różnorodnej aury
i życia na łonie natury. Dawniej, zgodnie z tradycją był
nim typowy męski ubiór góralski wykonany z naturalnych surowców, czyli skór, wełny i lnu. Sukienne portki
w chłodne dni ogrzewały, zaś w upalne izolowały od wysokiej temperatury. Podobnie serdaki, w zależności od
potrzeb noszono włosiem do środka lub na zewnątrz.
Nasmarowane masłem lniane koszule mniej przemakały, okopcone dymem z czasem sztywniały i ciemniały, ale
chroniły przed insektami. Kapelusz z szerokim rondem
od zewnątrz zapuszczany żywicą, od wewnątrz nasączano świeżym owczym mlekiem, które po wyschnięciu
twardniało. Zaimpregnowany w ten sposób nie przemakał, ale stawał się bardzo twardy, nieraz do tego stopnia,
że można go było rozbić. Używano go nie tylko jako nakrycia głowy, ale także do wskazywania owiec zwłaszcza
podczas liczenia. Dopasowane do stopy kierpce, poddające się podczas chodzenia, ułatwiały wielogodzinne
wędrówki po pastwiskach, jarach, lasach, korzeniach
drzew i kamieniach. Szeroki skórzany pas, symbol zawodu pasterskiego, nie tylko ochraniał tułów, ale też w kieszonkach pozwalał mieć pod ręką wszystko, co niezbędne. Atrybutem żywieckich pasterzy były laski z wygiętą
rękojeścią. Służyły do podpierania, samoobrony czy
zawracania owiec. W odległej przeszłości starych baców
odróżniało uczesanie. Długie włosy splatali w warkocze
oraz wplatali w nie czerwone tasiemki.
Jednostajny rytm życia od świtu do zmroku, regularność i powtarzalność prac na szałasie ukazują
monotonną codzienność i brak urozmaicenia. Dlatego też po św. Janie, w wolniejszych chwilach, pasterze

101

uciekali na leżące poniżej hal polany, na które na sezon
letni przenosiła się część ludności wsi, aby wykonać
niezbędne prace polowe. Tam dziewczęta pasły krowy, grało się na heligonce i tańczyło. Góry tętniły życiem
i muzyką. Na hali nie było zegara, na południe trąbiło się
na trombicie – wspominał Władysław Piwowarczyk.
Trombity służyły do kontaktowania się pomiędzy halami i polanami, ale także do zwoływania zwierzyny
rozpierzchłej w czasie niepogody czy mgły.
W przypadku odległych i leżących wysoko szałasów
izolacja, a czasami nawet odcięcie od świata powodowały poczucie samotności, wyobcowania z nurtu życia
i zdania wyłącznie na siebie. „Zdani na własne siły, umieją sobie radzić w każdem położeniu i w każdej sytuacji:
sami sobie wszystko sporządzają, wskutek czego stają
się wszechstronnymi… Żyjąc na łonie przyrody, a nie
stykając się częściej z ludźmi, mają co prawda duszę bogatą w uczucia i poetyczne pierwiastki… ale dla spraw
dalszego świata, dla wielkich dręczących ludzkość problemów i dla szerokich kwestyi nie mają zrozumienia” –
pisał Ludomir Sawicki w 1919 roku.
Żywieckich pasterzy nie nazywano juhasami. Byli po
prostu owcorzami, krowiorzami, wolorzami lub „z dawna” wałachami. Sezonowa praca na szałasie narzucała
im specyficzny tryb życia i kształtowała charakter. Nie
każdy się do niej nadawał. Pasterze byli zahartowani,
silni, wytrzymali i odporni fizycznie, samowystarczalni,
przyzwyczajeni do ciągłego przezwyciężania niewygód
i trudności, ogorzali od słońca i wiatru, przesiąknięci dymem. Prostota życia powodowała, że małą wagę przywiązywali do zdobywania i posiadania, choć cenili sobie
wartość ciężko zarobionego pieniądza. Ich życie tętniło
rytmem zgodnym z naturą, dalekie od cywilizacyjnego
pędu i nerwowości. Byli wytrwali psychicznie, wyciszeni, zrównoważeni, zgodzeni z formą życia, którą wybrali,
z jego harmonijnym rytmem, który wyznaczała przyroda. Jesienią schodzili do wsi, wracali, aby odpocząć,

pobyć z bliskimi, nabrać sił, by wiosną powrócić w góry.
Żyli jakby w dwóch światach, będąc u siebie i tu, i tam.
Cechowała ich otwartość, bezpośredniość, szczerość,
radość, serdeczność, jasne wesołe usposobienie, a nade
wszystko niezależność i umiłowanie wolności. Podobnie jak natura przejawiali pełnię istnienia – gdy trzeba
duży temperament, gdy trzeba spokój.
Górol jo se górol w cornym kapelusku
Wsyćko robić umiem ino pomalućku

*
Przez ostatnie dziesięciolecia zmieniły się zasady
gospodarki pasterskiej, ponieważ w ogóle zmieniły się
realia życia nie tylko wiejskiego. Jednak bez względu
na kontekst ekonomiczny czy gospodarczy dzisiejszy
zawód pasterza czy bacy nadal należy do elitarnych.
Nie wystarczy posiąść określoną wiedzę i umiejętności czy nawet zdać zawodowe egzaminy. Tę pracę
trzeba poczuć i pokochać. Tak było również w czasach
długich lat transformacji gospodarczej bez względu
na to, czy pasterstwo funkcjonowało indywidualnie,
czy w ramach spółdzielni. W latach sześćdziesiątych
XX wieku wielu młodych chłopców, jak Władysława
Juraszka z Cięciny, ojcowie zwalniali ze szkoły przed
końcem roku, aby mogli iść z owcami. Ciągnęło ich
do hali. Tacy byli niegdyś Kalikowie czy Chrząszczowie
z Koszarawy, Mateusz Krzesak i Józef Czul z Korbielowa,
Andrzej Krzus, Karol Piwowarczyk czy Władysław Strzałka z Żabnicy, Marcin Bryja z Glinki i wielu, wielu innych.
Tacy też są dzisiejsi żywieccy bacowie: Stanisław Majewski i Józef Dendys z Korbielowa, Adam Gruszka
z Żabnicy, Piotr Chrząszcz z Koszarawy i Józef Ciupka
z Jeleśni, Józef Kamiński z Krzyżówek, Andrzej Kamiński
z Pewli Wielkiej, najmłodsi stażem Marian Sporek z Soblówki czy Dariusz Gołuch z Kamesznicy. Jest też jedyna w tym gronie kobieta, kontynuatorka rodzinnych
tradycji, Maria Biegun z Cięciny.

Odpoczynek w cieniu drzew,
Hala Boracza, Żabnica,
2012 r.

103

Wiera my juhasi w tyk biołych kosulak,
Pasyme owiecki po zielonych holak

Pasterstwo
na Górnej Orawie

Marcin Kowalczyk

P

olska Górna Orawa jest krainą przylegającą
do południowych stoków Babiej Góry i Pilska,
a jej granica biegnie grzbietami tych gór.
Następnie przechodzi długim garbem górskim przez Policę, Przełęcz Spytkowską aż po Żeleźnicę.
Lasy i puścizny, czyli tzw. Bory Orawskie, oddzielają ją
od Podhala, a na południu jej obszar wyznaczają Mała
Fatra, Kubińska Hola oraz Magura Orawska rozdzielając Orawę od Żylińskiej Kotliny. Po stronie słowackiej
między Dolną Orawą prowadzi od Orawic poprzez
Skorusinskie Vierchy w kierunku Przysłopu, a stamtąd
na Pilsko i Babią Górę. Orawa zajmuje obszar 1630 km2,
a w granicach Polski leży jedynie ok. 300 km2. Region
ten jest położony w dorzeczu rzeki Orawy – najdłuższego dopływu Wagu. Dzieli się na Dolną i Górną. Dolna
Orawa znajduje się całkowicie po stronie słowackiej.
Górna Orawa natomiast podzielona jest granicą państwową pomiędzy dwa kraje. Po polskiej stronie jest to
skąpy skrawek ziemi, w skład którego wchodzi 14 wsi.
Od początku człowiek docierający pod Babią Górę
musiał walczyć z przyrodą o kawałek ziemi, polany,
ażeby mógł przetrwać. Teren górski z łagodnymi stokami korzystnie wpływał na rozwój pasterstwa. Toteż
pierwsi pasterze pojawili się na Orawie pod koniec XV
i na początku XVI wieku. Wypasali stada owiec na polanach śródleśnych i halach wysokogórskich. Największy
rozkwit pasterstwa na Orawie przypada na początek
XVII wieku. Wypasano wtedy 24 tysiące owiec. Na
przykład w 1615 r. sama Lipnica Wielka użytkowała
podszczytową halę babiogórską na wypas 400 owiec.
Wtedy też wykarczowano las, tworząc większość polan
śródleśnych. Górna Orawa należała wówczas w całości
do państwa orawskiego, które było jedynym właścicielem wszystkich hal, polan i lasów w Tatrach Zachodnich,

na Orawsko-Liptowskich halach, Orawskiej Magurze,
Kubińskiej Hali, Małej Fatrze i na południowych stokach Beskidu Wysokiego. W wieku XVIII i XIX zarządcy
Zamku Orawskiego zaczęli wydzierżawiać polany na
podstawie umów zawieranych z poszczególnymi wsiami. W umowach pojawiły się liczne zakazy i nakazy, np.
zaprzestania organizowania zimowego wypasu, zmuszanie pasterzy do częstego zmieniania miejsca koszaru czy też ograniczenia hodowli kóz itp. Znaczącą datą
dla pasterstwa na Orawie było uwłaszczenie w 1848
oraz ustanowienie patentu urbarialnego w 1853 roku.
Powstała wówczas wspólna własność, która istnieje do
dzisiaj. Realizacja tych ustaw trwała do 1882 r. i w tym
okresie rozpoczęto intensywnie zalesiać polany górskie, a tym samym zmniejszać liczbę pastwisk. W ten
sposób „panowie na zamku” chcieli zapobiec przejęciu
przez wsie polan. Mimo skarg i procesów sądowych
zalesione zostały polany na Babiej Górze oraz Policy.
Wtedy też Orawianie zaczęli odchodzić od pasterstwa
na rzecz rolnictwa. Pojawiła się na gazdostwach rogacizna, a zwłaszcza woły stanowiące siłę pociągową
szczególnie przydatną w trudnym terenie górskim.
Pasterstwo orawskie zalicza się do kategorii całosezonowego wypasu letniego. Wypas organizowano
zbiorowo lub rzadziej indywidualnie. Tym drugim sposobem wypasano przez cały sezon jedynie krowy, ale
i w tym przypadku mieszkańcy niektórych wsi paśli je
zbiorowo. Właściwie do końca I wojny światowej wypasem krów zajmowały się dzieci „gazdy” lub były zatrudniane obce dzieci za wyżywienie i odzież. Najmowanie
na „służbę” następowało w dniu Wszystkich Świętych
na okres jednego roku. Życie dzieci pasterzy nie było
łatwe i przyjemne. Do ich obowiązków oprócz pilnowania stada krów należało również wykidanie, czyli wyrzucanie gnoju z stajni, skrobanie ziemniaków, rąbanie
drewna i pomoc przy gospodarce. W okresie międzywojennym i po II wojnie światowej, kiedy zaczęto prze-

Na str. 102
Babia Góra od strony Orawy

104

Krajobraz Orawy

strzegać obowiązku szkolnego, dzieci już nie pomagały przy pasieniu przez cały rok.
Zbiorowo wypasano bydło (jałówki, cielęta i woły)
oraz owce. Woły wypasano na podszczytowej hali
Babiej Góry. Ostatnie wypasy zakończyły się w latach czterdziestych XX wieku. Sezon wypasu wołów
rozpoczynał się 24 kwietnia i trwał do 24 sierpnia
(św. Bartłomieja), wtedy gazdowie odbierali woły, które
potrzebne były do prac rolnych. Zwierzęta wypasano
na halach położonych powyżej górnej granicy lasu
albo na polanach śródleśnych. Wypasowi przewodził
wolorz, któremu pomagali odpaśnicy. Przy wypasaniu
wołów raczej nie wykorzystywano szałasów. Stawiano

czasem kolebę z cetyny, a często nocowano pod gęstymi smrekami, paląc przez noc ogień. Wolorz odbierał
woły od gospodarzy z całej wsi. Za to otrzymywał wynagrodzenie i mógł darmo paść swoje woły. Po dojściu
na halę wolorz wbijał pasterską palicę w środek stada
odmawiając stosowne modlitwy. Tak jak baca był on
doskonałym znawcą zwierząt i potrafił leczyć różne ich
dolegliwości. Odpaśnicy przy pasieniu stada posługiwali się długimi biczami wolarskimi i strzelając głośno
nawracali nieposłuszne sztuki. Umiejętność strzelania
z takiego bicza wymagała dużej wprawy i zręczności,
zwłaszcza strzelanie na dwie strony (zamach w obie
strony nad głową). Bicze robiono z lnianych nici, które

skręcano za pomocą drewnianych patyczków zakończonych haczykami. Na końcu bicza przymocowywano tzw. pukawkę zrobioną z kawałka włosia z krowiego
ogona, która wpływała na głośność strzałów.
Duże znaczenie dla życia wsi miało również szałaśnictwo, które z kolei związane było z wypasem owiec.
Warunki i sposób wypasu owiec uzgadniano na jarnym
zebraniu wiejskim, gdzie następowało zjednanie baców,
juhasów, odpaśników nazywanych też honielnikami,
a także szałaśniego, odpowiedzialnego za całą gospodarkę na szałasie (ustalenie warunków i zasad wypasu).
Wypas organizowano na polanach i lasach Beskidów, zaś
od drugiej połowy XIX wieku także na halach w Tatrach
Zachodnich, na polanach w Orawicach, Lieszkowskiej
Dolinie i Rohaczach. Sezon wypasu rozpoczynał się na
początku maja, ale nie w każde dni, ponieważ niektóre
uchodziły za nieszczęśliwe (np. 8 maja). Redyk, zwany też
wygonką wyruszał na początku maja. Pierwszą odebraną od gazdy owcę baca obganiał trzykrotnie wokół swojej nogi: Ta owca pójdzie za bacą w ogień, a za nią inne –
tak uważano. Przed wyjściem na szałas dawano owcom
na szczęście odrobinę poświęconej soli do polizania.
Zawieszano im także dzwonki, każdej według rozmiaru szyi (mniejszej – mniejszy dzwonek). Dzwonki miały
też magiczny charakter – odstraszały złe moce. Przejście
redyku przez wieś było wielkim wydarzeniem i przeżyciem dla mieszkańców. Na samym przedzie honornie szli
juhasi. Głowy mieli przykryte kapeluszami z ozdobnymi
rzecioskami (srebrnymi lub posrebrzanymi łańcuszkami).
Przez ramię mieli przewieszone wełniane pasiaste lub
czarne skórzane torby. W rękach ciupagi albo ozdobne
laski pasterskie, na których zawieszali nitkę z powroza
wisielca, co miało zapewnić pomyślność w wypasie.
Przy tym przygrywano na piszczałkach, rogach i śpiewano. Baca godnie odbierał owce od gazdów, którzy go
częstowali jadłem i piciem. Na końcu jechała furmanka
ciągnięta przez konie. Wieziono na niej potrzebne na

105

szałasie sprzęty – gielety, puciery, putnie, faski, obońki,
czerpaki, chochle, formy na oscypki, kocioł, mincerze –
wszystko pięknie wykonane i zdobione. Idąc na halę,
baca zabierał mirrę i wodę święconą. Wchodząc do
szałasu pierwszy raz, baca mówił: Niek będzie pokwolony
Jezus Krystus, rozpalał ogień i dodawał do niego mirrę
oraz kropił wodą święconą. Przed wpędzeniem owiec
po raz pierwszy do koszaru kładziono przy wejściu łańcuch i wbijano siekierę. To miało zapewnić zwierzętom
zdrowie i zwartość stada. Pośrodku koszaru wbijano jodełkę, wokół której obganiano każdą owcę trzy razy.
Bacowie na Orawie byli wybierani przez wspólnoty
urbarialne na okres jednego roku. Zdarzało się często,
że funkcję tę pełniła przez kilkanaście sezonów jedna
i ta sama osoba, która posiadała wiedzę i umiejętności
potrzebne do prowadzenia szałasu. Ludzie ci cieszyli się
powszechnym szacunkiem, uznaniem i poważaniem,
jako znający się na rzeczach tajemnych czy magicznych. Byli w stanie odegnać złe moce. Umieli rozpędzać
chmury deszczowe i gradowe. Potrafili przepędzić czarownice. Patrząc na kocioł, baca wiedział, co się dzieje
na pastwisku. Swoje doświadczenia bacowie przekazywali z pokolenia na pokolenie, a wiedzę tajemną wyjawiali najczęściej dopiero na łożu śmierci. Taki przypadek
odnotowała Wanda Jostowa w książce Pasterstwo na
polskiej Orawie. Wspomina bacę z Lipnicy Wielkiej Jana
Pińdziaka urodzonego w 1890 r., który spędził 62 sezony
na szałasie. W wieku 90 lat na łożu śmierci przekazał synowi „tajemnice bacowskie”. Syn, również Jan, bacował
przez 51 sezonów, we wszystkich szałasach orawskich
i pogranicznych słowackich: w Orawicach, Rabczycach,
Liesku i innych. W 1942 roku Jan Pińdziak junior, wzięty przez Niemców, prowadził szałas na 420 owiec
w Nadrenii, mając za juhasów Francuzów i Niemców.
Górale orawscy, zajmujący się pasterstwem od wieków, wytworzyli bogatą kulturę z ciekawymi obrzędami i zwyczajami. Do dzisiaj w niektórych czynnościach

Orawiaków można dostrzec archaizmy, będące reminiscencją czasów jeszcze przedchrześcijańskich. Były
to przeróżne magiczne zabiegi związane z wypasem
bydła i owiec. Przypadały przede wszystkim na okres
przesilenia słońca, szczególnie przesilenia zimowego.
Ważnym dniem w roku obrzędowym dla pasterskiej
magii był 13 grudnia (św. Łucji). W kalendarzu juliańskim, przed reformą papieża Grzegorza VII w 1582 r., był
to dzień uważany za najkrótszy w roku, a więc niezwykle
tajemniczy i ważny dla ludowych wierzeń. Rozpoczyna
on okres przed Bożym Narodzeniem. Wtedy to za pomocą różnorakich zabiegów próbowano ściągnąć błogosławieństwo dla bydła i ludzi. Okadzano krowy święconym zielem, kreślono na drzwiach stajni trzy krzyże.
Święcone ziele dodawano do paszy lub do mąki, z której robiono ciasto, tzw. buły i dawano je do jedzenia krowom. Przed wejściem do stajni sypano święcony mak,
który miał chronić przed czarownicami. Strzyga, żeby
wejść do środka, musiała zebrać cały mak. W tym okresie gazdowie robili mały stołeczek, który powinno się
skończyć w Wigilię. Z tym małym stołeczkiem należało
wybrać się na pasterkę i niepostrzeżenie usiąść na nim,
a wtedy widziało się wszystkie czarownice stojące tyłem do ołtarza. Palono również trzaskami, odpadkami,
które powstały przy pracy nad tym stołeczkiem. To znowu miało sprowadzić taką strzigę do domu, którą okładano bukowym kijem. Wiele tych zabiegów powtarzało
się również w Wigilię. Do pożywienia dla zwierząt dodawano święcony czosnek. Wieczorem gazda niósł do
stajni gałązkę jedliny, a także dawał bydłu resztki z wigilijnej wieczerzy.
Wiele zabiegów i praktyk magicznych odprawiano też na wiosnę, na początku sezonu pasterskiego.
Pasterskie bicze robiono przed Niedzielą Palmową,
aby poświęcić je razem z kycickami – palmami. W nocy
z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek kąpano konie
w potokach lub kropiono je wodą, co miało im zapew-

nić zdrowie i siłę. Okadzano też krowy święconym zielem. W nocy kobiety robiły masło, które przez cały rok
służyło jako lekarstwo. W Niedzielę Palmową spiesznie
wracano do domu po mszy świętej i kropiono dobytek
zimną wodą, co miało zapewnić szybkie ukończenie
prac wiosennych. Istniał też zwyczaj, że w przedwieczór
1 maja pasterze chodzili po wsi strzelając z biczów wolorskich. Czynność ta miała przepędzić czarownice. Gazda
w tym celu zatykał pod strzechą lub nad drzwiami gałązki jałowca. Pasterki natomiast plotły wieńce z majowych kwiatów i wieszały je na rogach krów. Chroniło to
dobytek przed złymi mocami. Gaździna, aby zapewnić
mleczność krów, powinna była przejść przed wschodem
słońca dziewięć miedz. Na każdej powinna narwać trawy
dla swoich krów. Wierzono, że w tym to czasie w polu
można było spotkać czarownice, bosorki odbierające krowom mleko. Mówiły one takie słowa: bierym pozytek, ale
nie sytek, a gaździna zaś odpowiadała: a jo nie statek, bierym ostatek. Groźnymi czarami było sypanie proszkiem
z podpuszczki lub też podkładanie pod próg stajni kości
przyniesionej z cmentarza. Takie zabiegi już odczyniali
bacowie, którzy posiadali odpowiednia wiedzę.

Owczarki podhalańskie
– stróże owiec

106

107

Mamy piękne rogi

108

Bolesław Miętus
z Zubrzycy Górnej
Ochlipowa na wypasie

Magiczne zabiegi związane z wypasem owiec wykonywano głównie w okresie bacowania. Wiązało się
to z przejściem wraz z owcami w odmienne i oddalone
od wsi miejsce, a więc niejako obce. Zabiegi te można
więc wytłumaczyć poprzez znany w etnologii system
wierzeń związanych z wkraczaniem na obszary, gdzie
rządzą inne, obce moce. Rozpoczynając życie na szałasie, baca modlił się wraz z juhasami. Później kropił szałas
święconą wodą i rozpalał w nim ogień, rzucając w płomienie szczyptę mirry. Przed pierwszym wprowadzeniem owiec do kosora u jego wejścia kładziono łańcuch

i wbijano ciupagę z zaklinowaną nicią z powroza wisielca. Wierzono, że gdy owce przejdą przez te przedmioty, to będą się trzymać kupy i zachowają zdrowie. Jest
to znana wśród ludu wiara w uzdrawiającą moc żelaza.
Pośrodku wbijano jodełkę jak drzewko na Gody – Boże
Narodzenie. Kyrdel obganiano trzykrotnie dookoła jodełki, okadzając go święconymi ziołami i kropiąc święconą
wodą. Szczególną wagę przywiązywano do liczby 3.
Także przy liczeniu owiec (wcześniej baca trzykrotnie
kreślił ciupagą znak w honielnicy, którędy miały przechodzić owce) przy liczbie 13 mówił: trzinast Bóg przi nas.

Życie na szałasie skupiało się wokół stale płonącego
ogniska. Jeszcze w latach trzydziestych XX wieku rozpalano ogień za pomocą krzesiwa lub za pomocą świdra
ogniowego. Pilnowano też, żeby mleko nie wykipiało
do ognia, gdyż mogło to spowodować choroby wymion u owiec. Nie układano drewna na krzyż, bo wtedy
trzoda będzie się rozbiegać. Szałasy są prostymi budynkami pasterskimi, najczęściej z dwoma wnętrzami, z których jedno nazywano komorą, nakryte dachem zwykle
dwuspadowym. Często przed ich wejściem znajduje
się dość duży okap chroniący przed deszczem w czasie prac. W Muzeum Orawskim Parku Etnograficznym
postanowiono zrekonstruować w ramach projektu dofinansowanego z funduszy europejskich kilka bacówek
z Górnej Orawy, w których jest ekspozycja poświęcona
ginącemu już orawskiemu pasterstwu.
We wszystkich tych magicznych zabiegach odnajdujemy echa pogańskich, starosłowiańskich czy nawet
antycznych wierzeń, które później zostały „przejęte”
przez chrześcijaństwo. Górale wykonywali praktycznie każdą czynność w łączności z wiarą i Kościołem.
Modlono się więc o pomyślność w życiu, a także w gazdostwie, o pomyślność wypasów i plonów. Czyniono
to w świątyniach, domach i na polach. Orawianie często zwracali się o opiekę i pomoc do patronów pasterzy: św. Wojciecha, św. Mikołaja, św. Jakuba, a przede
wszystkim do św. Wendelina. Na Górnej Orawie szczególnym dniem dla pasterzy była uroczystość św. Jana
Chrzciciela (24 czerwca). W tym dniu odbywa się odpust
w Orawce, na który dawniej schodzili się pasterze niemal z całej Górnej Orawy. Gospodarze przygotowywali
wówczas różne podarki, które otrzymywali zarówno
juhasi, jak i honielnicy czy pasterze krów oraz gęsi. W wigilię św. Jana Chrzciciela palono ogniska na polanach
i halach, gotując świąteczne potrawy pasterskie. Przy
tej okazji odbywały się przeróżne zabawy i gry zręcznościowe, a często tańce przy muzyce. Co roku w pierwszą

109

niedzielę lipca odbywa się „Pasterskie Święto” – główna impreza folklorystyczna gminy Lipnica Wielka na
Orawie. Nawiązuje ona do bogatych i oryginalnych tradycji pasterskich górali orawskich. Prezentuje obyczaje
i zwyczaje pasterzy – obrzędowość pasterską, zabawy
i gry pasterskie wymagające dużej sprawności fizycznej, jak np. dojenie owiec, krów i kóz, strzelanie z bicza
pasterskiego, piłowanie i rąbanie drewna, koszenie trawy. Bardzo ciekawie prezentuje się pokaz tradycyjnego
śpiewu pasterskiego – ujkania i gry na tradycyjnych
instrumentach pasterskich. Ubogacenie imprezy stanowi występ zespołów folklorystycznych miejscowych
oraz gościnnie występujących spoza Orawy – głównie
z obszaru Karpat, w tym z zagranicy. Grupy te przygotowują tematyczny program korespondujący z myślą
przewodnią święta. Impreza ta ma charakter festynu,
w którym aktywnie uczestniczą widzowie.
Praca na szałasie była bardzo ciężka i trudna, a często niebezpieczna. Bacowie, juhasi, honielnicy byli, więc
ludźmi niezwykle wytrzymałymi na trudy górskiego
życia. Musieli pracować od wczesnych godzin rannych
do wieczora wykonując przeróżne prace, jak np. przygotowanie drewna na opał, mycie drewnianych naczyń,
dojenie owiec, wyrób serów (bundz, oscypek, bryndza).
Uważnie obserwując przyrodę, umieli przewidywać
pogodę. Kiedy pojawiły się ciemne chmury nad Babią
Górą, to natychmiast sprowadzano stado w bezpieczne
miejsce. Często też stada były atakowane przez dzikie
zwierzęta, z którymi juhasi musieli walczyć. Kiedyś był to
nawet niedźwiedź, dziś już tylko wilk i ryś. Po wieczornej pracy następowała chwila odpoczynku, którą dawniej urozmaicano różnymi opowiadaniami o strachach,
duchach, zbójnikach – dawniej zaglądających często
na szałasy, o ich kotlikach wypełnionych dukatami i talarami, czy też śpiewano i grano na pasterskich instrumentach. Strój męski górali orawskich, a więc także pasterzy, pod koniec XIX wieku składał się z koszuli szytej

110

111

z lnianego płótna samodziałowego, na którą wkładano
kamizelkę nazywaną prucnikiem lub pruclikiem, zapinaną na białe porcelowane albo srebrne guziki. Najstarsze
koszule o kroju poncha podłużnego były krótkie, sięgające do pasa. Nowsze już są dłuższe, wpuszczane do
spodni, zaopatrzone w kołnierz i zdobione na przodach,
kołnierzu i oszewkach rękawa drobnym haftem. Są to
koszule o skomplikowanym kroju typu przyramkowego. Spodnie szyto najpierw z sukna domowej roboty,
a następnie z wysokogatunkowego fabrycznego, tak
zwanego bystrzyckiego, bo wyrabianego w Bystrzycy
na Słowacji. Krój portek różnił się od podhalańskich,
ale też zwężał się ku dołowi, gdzie nogawice rozcinano
dla łatwiejszego ubierania. Z przodu portki miały dwa
przypory przykryte klapami zwanymi zaworami lub
zakładkami. Zdobienie portek było różne w zależności,
kto z jakiej miejscowości pochodził. Parzenice orawskie
– odwzorowane z mundurów wojska węgierskiego –
w formie pętlicowych ozdób naszywane były z czarnej
wełnianej taśmy. Na spodnie zapinano szeroki pas, trzylub czteroklamrowy, zdobiony tłoczonym ornamentem
geometrycznym. Noszono również wąskie pasy kawalerskie, którymi obwiązywano się tak, ażeby zwisały
swobodnie. Na Orawie powszechnym obuwiem były
kierpce zawiązywane rzemieniami nazywanymi nowłokami. Robiono je z kawałka świńskiej skóry. Strój pasterski właściwie się nie różnił od zwykłego odzienia, tylko
ubierało się rzeczy trochę już przyniszczone. Dawniej
istniał również zwyczaj impregnacji koszuli tłuszczem,
co miało chronić przed deszczem oraz rozwiązywało
problem zmiany bielizny w trudnych warunkach górskich. Na głowie noszono kapelusz z szerokim rondem,
lekko wywijanym do góry. Bogatsi ozdabiali kapelusz
srebrnym łańcuszkiem.
Dzień na szałasie zaczynał się przed czwartą rano,
kiedy dojono owce. Później był czas na posiłek składający się z moskola lub chleba oraz żentycy i sera. Między

szóstą i siódmą godziną wyruszano na pastwisko
z owcami. Stado prowadzili i pilnowali juhasi, którym
pomagały oszczekiwaniem bacowskie psy. W południe wracano w okolice szałasu. Wtedy też spożywano obiad. Zwykle co drugi dzień gotowano ziemniaki,
kluske lub zupę. Mięso gotowano tylko wyjątkowo,
gdy jakiejś owcy przytrafiło się coś złego i trzeba było
ją dobić. Mięso owcze gotowano po „zbójnicku”, czyli
w żentycy. Był to też czas na krótki odpoczynek. Około
godziny czternastej następowało dojenie, a następnie
znowu wypas, który trwał już do wieczora. Przez cały
ten czas baca z juhasem dokonywali obróbki mleka.
Pozyskiwano ser bunc, który ociekał w grudziorce – lnianej chuście. Później dojrzewał na półce. Następnie wykonywano oscypki i redykołki – małe serki w kształcie
zwierzątek. Redykołki rozdawano jako prezenty, ale także
sprzedawano. Z serwatki po wyrobie sera otrzymywano
żentycę. Bacowie orawscy wytwarzali również bryndzę.
Wypas kończono zwykle po św. Michale, 29 września. Zejście z pastwisk nazywano zgonką i wtedy znowu przypinano wszystkim owcom dzwonki. Owce
wracały do swoich właścicieli. Od tego momentu pasły
się we wsi na polach po zebraniu plonów. Przez cały
sezon wypasu wraz z krowami pasły się jagnięta i barany, których nie zabierano na szałas.
Orawa jest krainą graniczną dla pasterstwa
w Karpatach. Na zachód od niej życie i zwyczaje pasterskie nie były już tak bogate i rozwinięte. Tak też pisze
o tym Wanda Jostowa, niedościgniona badaczka tego
tematu: „Pasterstwo orawskie począwszy od XVIII wieku
posiada jasno sprecyzowane formy organizacyjne, będące wynikiem jednolitych stosunków własnościowych,
dzięki czemu sprawy pasterskie organizował komposesorat, który – ze względu na szeroki zasięg tej gospodarki obejmującej kilka łańcuchów górskich i z uwagi na
swój własny program – musiał ująć pasterstwo w karby
konsekwentnej administracji”. Pasterstwo orawskie ma

więc wiele wspólnego ze słowackim, które także było
regulowane przez umowy czy później akty prawne
wydawane przez władze węgierskie. Kultura pasterska
Orawiaków należy do szeroko pojętego pasterstwa
karpackiego. Dowodem na to jest właściwie identyczna gospodarka mleczna na szałasach od Siedmiogrodu
po Morawy. Naczynia, którymi posługują się pasterze, są
praktycznie takie same. Obrzędowość, zwyczaje i magia,
kultura duchowa również przejawia wiele wspólnych
cech. Tu też w archetypicznej formie zachował się karpacki kult ognia i świerka.
Jerzy Młodziejewski, znany geograf, taternik,
kompozytor i dyrygent, wędrując po Orawie w latach
siedemdziesiątych XX wieku już wtedy zauważył że
„… owo pasterstwo jest dziś w stadium powolnego
zaniku. Już na obu stokach Babiej nie grają (jak do
niedawna) owcze i wole dzwonki; białe owczarki nie
witają przeciągłym basem przechodzących mimo turystów; echo nie powtarza pasterskiej muzyki w gęstych lasach. Powymierali bacowie, którzy umieli leczyć
ludzi i bydło, zamilkły dawne pieśni juhaskie. I ten już
świat przesunął się ku przeszłości; wkrótce nawet śladu
nie będzie po mijanym właśnie niewielkim szałasie na
Hali Śmietanowej. Trzeba mi go więc sfotografować,
by chociaż na tych kartach pozostał jako pamiątka
bujnego niegdyś życia pasterskiego pod Babia Górą
na orawskiej stronie…”. Te słowa pełne smutku i żalu
pochodzą z pierwszych stronic jego książki Orawą…
Podhalem… Spiszem… Starodawne zwyczaje pasterskie zanikły, obrzędy, śpiew, muzyka zaginęły z babiogórskich hal i pastwisk. Jednak dawny świat pozostał,
nie całkiem odszedł w zapomnienie. Jego namiastkę
możemy dostrzec w poezji, muzyce, tańcu i śpiewie,
w sztuce ludowej, które pielęgnują liczne zespoły regionalne, w przedstawieniach teatralnych czy widowiskach ludowych, a przede wszystkim w opracowaniach naukowych.

Przejście przez las

113

Pasterstwo w Gorcach

Jarosław Buczek

R

ozległą kotlinę Podhala, rozpościerającą się
u stóp skalnego łańcucha Tatr, zamyka od
północy wyniosły wał górski lesistego pasma
Górców. Piętrzy się on ponad doliną Dunajca
od Nowego Targu po Czorsztyn w Pieninach.
Do XV w. Gorce były to góry dzikie i puste. Zmieniło się to radykalnie, gdy pojawili się nowi osadnicy
– Wołosi. Przybywali z Bałkanów szczytami Karpat ze
stadami owiec i kóz w poszukiwaniu pastwisk. W przeciwieństwie do tutejszych chłopów byli gospodarzami
trudnych górskich terenów. Starostowie jako zarządcy
dóbr królewskich oraz właściciele dużych majątków
ziemskich zezwalali na osiedlania się przybyszy w górach, mając na względzie bezpieczeństwo terenów
przygranicznych, a także możliwość zagospodarowania nowych obszarów, a co za tym szło do zwiększenia
swoich dochodów.
K. Potkański tak charakteryzował tych pasterzy:
„Nie idą oni ławą, lecz mniejszymi gromadami i nie jako
rolnicy […] głównie znani są wszędzie jako wędrowni pasterze […]. Oni jedni wyzyskują pustki górskie,
opuszczone i niezamieszkałe; za prawo pasania dają
owce i sery […]. Migracje tej ludności były wyrazem
jej nomadyzmu, który wiązał się ściśle z gospodarką
pasterską […]”.
Pierwszą wsią na Podhalu założoną na prawie wołoskim jest gorczańska Ochotnica. Przywilej lokacyjny
uzyskała w 1416 roku z kancelarii królewskiej. Nadano
w nim „sołectwo we wsi naszej Ochotnicza” niejakiemu
Dawidowi Wołochowi. Ciężary, do jakich zobowiązano
osadników w dokumencie lokacyjnym, wskazują, że
Ochotnica była wówczas osadą pasterską. W dokumencie lokacyjnym znajdują się też pierwsze wzmianki
o wyrabianiu serów owczych i kozich.
Ślady gospodarki szałaśniczo-pasterskiej na polanach ochotnickich są odnotowane także w relacjach
sołtysich w XVI w. Wtedy to bowiem ochotniczanin

Wojciech Posadowski i jego sąsiad Groń „na Studzionkach z dobytkiem swym stali i szałas tam swój mieli”,
a na początku XVII w. Sołtys Ochenkowski skarżył się
w grodzie sądeckim, że starosta czorsztyński „odjął mu
góry i szałase oraz przez trzy lata spasał bydłem swoim”
(S. Czajka). W tym czasie i później stały koszary także na
polanie Fiodorowej.
Proces osadnictwa w dolinie rzeki Ochotnicy nie
zakończył się na początku XV w. Bowiem jego etap, ale
jeszcze nie ostatni, wiązał się z powstaniem wsi Babieniec (później Ochotnica Górna) nad górnym odcinkiem rzeki. Dokładna data lokacji Babieńca nie jest znana. Pewne jest jedno, że za czasów starosty czorsztyńskiego Jakuba Dembińskiego (1571-1578) „począł się
osadzać Babieniec”. Jego zasadźcą był sołtys Ochotnicy
Walenty Ochotnicki. Słowa Babieniec wedle słownika
języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego pochodzi
z języka serbskiego i oznacza m.in. halę, pastwisko górskie. Wskazywałoby to zarazem, że prawdopodobnie
na takim właśnie terenie zaczęto ponad 400 lat temu
lokować wieś, która przez to w języku jej osadników
Wołochów zyskała nazwę Babieniec.
Na Wiyrch babieńca sałas murowany,
Hej ktoś go wymurowoł baca porąbany…

Istnienie prawa wołoskiego w osadzie nie rozstrzygało kwestii etnicznego składu jej mieszkańców. W dokumencie lokacyjnym Ochotnicy sołectwo uzyskał jej
zasadźca Dawid Wołoch. Również pozostali osadnicy
wsi nazwani zostali Wołochami. Także w aktach wizytacji kościelnych z 1596 roku kmieci ochotnickich nazwano Wołochami, a lustracja z lat 1616/1617 i 1630
Ochotnicę wsią wołoską. Nazwy występujące w wyższych partiach grzbietów górskich Ochotnicy, jak np.
Jaworzyna, Kiczora, Kotarnia, Kotelnia, Magurki, Przysłop występują również w Karpatach etnograficznie
ruskich i rumuńskich. Podobnie nazwy niektórych po-

Na str. 112
Owce w krajobrazie
tatrzańskim

114

115

była z wypasem trzód na polanach, tzn. na gruntach,
które znajdowały się poza łanami, druga zaś forma miała zastosowanie na łanach.
„Gorce są terenem gdzie najdłużej w Karpatach
Zachodnich, bo aż do lat 60. XX stulecia, zachowały się
tradycyjne formy gospodarki hodowlano-pasterskiej
z jej całym bagażem kulturowym: budownictwem, zwyczajami, obrzędami i wierzeniami” (U. Janicka-Krzywda).
Z początkiem XX wieku więcej owiec wypasano tylko
w Tatrach. W 1923 roku w Gorcach i Beskidzie Wyspowym pasło się ponad 10 tys. owiec. W latach 1921-1925
działało blisko 50 bacówek, np. na Jaworzynie Kamienickiej, Średniaku, na Pustoku. W masywie Turbacza,
Gorca, Kudłonia i Lubania znajdowały się 34 szałasy
i 19 wolarni. Owce pasano najczęściej w lasach, mimo
że prawo II Rzeczypospolitej zabraniało wypasu w drzewostanach, które nie osiągały 3 m wysokości (S. Flizak).
W latach trzydziestych w Gorcach rozpoczęto prace nad

lan ochotnickich, takich jak: Cerla, Cyrhla, Kosarzyska,
Certez, Hola, Solnisko, Tokarnia oraz nazwy niektórych
ról (Ligasowa, Janczurowa, Kotelnicka, Tarchałowa,
Liptakowa), a także nazwy najniższych pasm w Ochotnicy (groników, groniów i stoków o dużym spadku
– grap, prawdopodobnie są pochodzenia rumuńsko-bałkańskiego. Wszystkie wymienione nazwy powstały
w XIV-XVIII wieku w związku z napływem w Gorce pasterskiej ludności rusko-rumuńsko-bałkańskiego pochodzenia, zajmującej się wypasem stad owiec i kóz.
Nazwy ról, jak i niektórych polan wywodzą się niewątpliwie od nazwisk pierwotnych ich właścicieli i pochodzą co najmniej z XVI wieku. Właśnie w połowie tegoż
wieku osadnicy ochotniccy zajęli się uprawą roli, czego

dowodem może być przejście z podatku płaconego
od  100 owiec do podatku łanowego.
Istotne znaczenie miała tu hodowla kóz i bydła.
W każdej trzodzie znajdowała się pokaźna liczba kóz,
co spowodowane było specyficznymi warunkami fizjograficznymi terenu Ochotnicy. Chłopi bowiem posiadali wiele gruntów na stromych zboczach górskich,
gdzie rosły jedynie jałowce i ciernie. Hodując kozy,
można było czerpać pewne korzyści nawet z nieużytków, np: jeszcze w roku 1879 wypasano 1743 kozy.
W Ochotnicy istniało ścisłe powiązanie gospodarki
pasterskiej z rolną. W wyniku tego powstał swoisty typ
gospodarki hodowlano-pastersko-rolnej, który to system miał we wsi dwie formy. Jedna z nich związana

Widok na polanę
pod Przehybą

Na str. 114
Hale jesienią nad Jamnem
w Ochotnicy Górnej

116

Koliby na Kubusiówce pod
Magurkami i pod Certezem,
stan z 2011 r.

zwiększeniem produkcji pasz roślinnych oraz poprawie
stanu zdrowotnego zwierząt hodowlanych w celu podniesienia dochodowości górskich gospodarstw rolnych.
Małopolskie Towarzystwo Rolnicze i Krakowska Izba
Rolnicza zorganizowały wówczas na gorczańskich polanach tzw. gospodarstwa wzorcowe. Zbudowano ośrodki doświadczalne na polanach: Bieniowe, Fiedorówka,
Gorc Kamienicki, Cederman, Mroźnica pod Lubaniem,
Ustępne, Srokówki, Bukowina Waksmundzka, Stawieniec, Janikówka. Niestety podczas II wojny światowej
większość tych zabudowań uległa zniszczeniu. Po wojnie pasterstwo w Gorcach utrzymało się głównie w rejonie Turbacza i Gorca. Po upaństwowieniu w 1944 roku
lasów i gruntów leśnych większych niż 25 ha skutecznie
egzekwowano w nich zakaz wypasu owiec i bydła. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych władze umożliwiły wypas owiec w Bieszczadach, Beskidzie Niskim
i Sudetach, charakteryzujących się łagodniejszym klimatem. Gorczańskie polany zaczęły zarastać.

Kryzys polskiego owczarstwa w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. pod wpływem przemian gospodarczo-ustrojowych doprowadził do dramatycznego
spadku pogłowia i zmian w strukturze hodowli. W latach
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku bacowaniem nie zajmował się praktycznie nikt. Jedynie kilku
baców (owcorzy) prowadziło wypas kulturowy. Szczątkowe formy bacowania można było zaobserwować na
polanie Kudów w paśmie Lubania, hale Gorcowe, Fiedorówka, Magurki, Pod Przehybą. Największe kierdle liczyły
do 300 sztuk. Na skutek zaniechania gospodarki pasterskiej, a co za tym idzie braku użyźniania i wykaszania,
polany zaczęły ulegać stopniowej sukcesji lasu. „Okazało
się, że zarastanie polan niesie z sobą wiele negatywnych
skutków. Powoduje zmiany zarówno w krajobrazie, jak
i w funkcjonowaniu środowiska, przyczynia się do degradacji unikatowych zespołów roślinnych, zmniejszania bioróżnorodności oraz spadku liczebności niektórych populacji roślin i zwierząt. Kurczenie się polan

wpływa też niekorzystnie na stan sanitarny lasów”
(N. Tokarczyk). Szkoda, aby tak piękne polany i hale, które
można z pełną odpowiedzialnością uznać za zabytek architektury krajobrazu, zostały zaniedbane i opuszczone.
Choć to trudny teren, to dzięki wytrwałości ludzi, którym
leży na sercu dbanie o spuściznę przodków, o tradycję
i kulturę – owce znów powracają w Gorce. W 2003 roku
Gorczański Park Narodowy wprowadził na Halę Długą
pod Turbaczem kierdel ok. 200 owiec. Od tego czasu
kulturowy wypas owiec odbywa się na kilku polanach,
a bacówka na Hali Długiej znalazła się na Szlaku Oscypkowym. Otworzyła się także bacówka na Przełęczy Knurowskiej, na której wypasanych jest ok. 500 owiec. Po
dłuższej przerwie owce także zawitały do Ochotnicy. Od
2010 roku niewielki kierdel 50 owiec pasie się na Magurkach, a od 2011 pod Przehybą w dolinie potoku Jamne
ok. 200 owiec. Miejmy nadzieję, że tradycja pasterska
znów wróci w Gorce, bo jedynym rozwiązaniem gospodarowania w górach są właśnie owce.

117

Magia, zwyczaje i obrzędowość
gorczańskich owczarzy

W

gorczańskiej wsi baca cieszył się poważaniem i zaufaniem. Jego autorytet
opierał się na doświadczeniu życiowym i posiadaniu swoistych przymiotów. Żyjąc blisko natury zdołał poznać jej najgłębsze
tajemnice. Powszechnie uważany był za znawcę magii
i czarownika, który wbrew dzikiej górskiej przyrodzie,
zmiennej pogodzie i złym mocom prowadził szałas,
opiekując się powierzonymi mu zwierzętami i ludźmi.
Pełnił też rolę lekarza, kurując ziołami nie tylko owce.
Trudne warunki pracy i bytowania w górach na szałasie
wymagały od niego siły i odwagi.
Na długo przed wyruszeniem na wypas baca gromadził różnego rodzaju akcesoria, które wykorzystywał
do magicznych praktyk: zioła poświęcone 15 sierpnia
w święto Matki Bożej Zielnej, nóż, którym krajano
w czasie Wigilii chleb, sól św. Agaty oraz kadzidło i kredę święcone w Trzech Króli. Wykonywał zabiegi mające
zapewnić powodzenie na szałasie. W czasie wieczerzy
wigilijnej pod stołem układał w okrąg łańcuch, który
gwarantował nierozerwalność stada.
Wigilia Bożego Narodzenia wskazywała dzień
tygodnia najlepszy na rozpoczęcia wypasu. W Gorcach za korzystne do wyruszenia na szałas uważano
oprócz owego dnia również środę, czwartek i sobotę
po św. Wojciechu – 23 kwietnia, ale nie później niż na
św. Zofię – 15 maja. Schodzono ze stadami do wsi nie
później niż tydzień po św. Michale, tj. po 29 września
(U. Janicka-Krzywda).
Magiczne praktyki i wróżby wiązały się też z przybyciem na szałas. We wrotach koszaru baca zakopywał nóż, którym kroił wigilijny chleb, aby „przecinał”
rzucone na szałas uroki. Po wprowadzeniu owiec do

koszaru juhasi przepędzali je trzykrotnie wokół jodełki zatkniętej pośrodku. Jeżeli zwierzęta obgryzały jej
gałązki, wróżyło to niedostatek paszy. Potem baca
sypał do wykonanego z kory pojemniczka (kozubka)
poświęcone zioła zmieszane ze smołą (żywicą świerkową) i okadzał trzykrotnie koszar. Wsypywał też zioła
do małych ognisk rozpalonych w jego narożach, aby
zabezpieczyć owce przed chorobami i zagwarantować
mleczność. Woda ugotowana z solą św. Agaty, którą pojono stado w pierwszym dniu wypasu, również
chroniła przed złymi czarami. Po okadzeniu baca, idąc
z „kierunkiem słońca” i odmawiając specjalną modli-

twę, skrapiał owce święconą wodą, a cały koszar trzykrotnie opisywał kredą poświęconą w Trzech Króli. Na
koniec święcił i okadzał kolibę, w której miał mieszkać
z  juhasami i honielnikami.
Nakreśliwszy ciupagą znak krzyża w miejscu,
gdzie miała być watra, baca rozpalał krzesiwem i hubką „żywy” ogień. Pierwsze płomienie pasterze witali
słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”,
a  baca zwracał się do ognia z prośbą, aby nigdy nie
zgasł. Obok paleniska leżała kłoda podtrzymująca żar,
bo zgaśnięcie ognia przynosiło nieszczęście. Nie wolno
było ognia zagasić nawet w dniu zakończenia wypasu,

Poświęcenie owiec,
Jamne, 2012 r.

118

Poświęcenie owiec,
Jamne, 2012 r.

musiał wypalić się sam. Palono drewnem bukowym,
aby „owce się tak krzepiły, jak buk na ogniu”. Nie można
go było „ciupać siekierą”, bo owce straciłyby mleko. Złe
następstwa mogło spowodować również plucie lub
wrzucanie śmieci do watry.
Dużym zagrożeniem dla pasterzy i owiec były
dzikie zwierzęta – wilki, rysie, a nawet niedźwiedzie.
Aby zapewnić sobie i owcom ochronę przed wilka-

mi w nadchodzącym roku, pasterze pościli w wigilię
św. Mikołaja, a następnego dnia składali mu ofiary.
Święty ten był uważany za opiekuna wilków i dbał,
aby w zimie nie wyginęły z głodu. Wierzono, że w noc
św. Mikołaja gorczańskie wilki schodzą się na polanie,
gdzie wyznacza im, czyje owce i bydło będą mogły
pożreć w następnym roku. Po wieczerzy wigilijnej baca
wynosił więc resztki jedzenia na pole, wołając: „Wilku,

wilku, chybaj do obiadu, jak nie przyjdziesz dzisiaj, to
nie przychodź rok cały”. Zagrożeniem dla owiec były
też jadowite żmije. Żeby zapobiec ukąszeniom, stado
okadzano chrzanem poświęconym w Wielką Sobotę.
Ochronę zapewniała również obecność wśród owiec
białej kozy.
Owce dojony trzy razy dziennie. Przed rozpoczęciem udoju pasterze robili nad każdą owcą znak krzyża,
odpędzając uroki. Nikt postronny nie mógł zaglądać
do koszaru w czasie dojenia, bo owce mogły stracić
mleko. Wracając po udoju do koliby, juhasi zatrzymywali się po drodze trzy razy, stawiając za każdym razem
gieletę z mlekiem na ziemi. Ser z pierwszego wydojonego mleka baca rozdawał juhasom, co miało zapewnić udany wypas.
„Choć wierzono, że zabiegi wykonywane przez
bacę i juhasów zapewniają im i całemu stadu zdrowie
i bezpieczeństwo, dostatek paszy, obfitość mleka i sera
– powodzenie szałasu zależało i tak od hojności natury.
To ona była najbardziej nieprzewidywalnym czarownikiem, z którym zmagali się pasterze” (K. Tomasiewicz).
Powszechnie znaną rzeczą było, że owczarze byli
bardzo przesądni, wierzyli w gusła i mieli tajemnice
zawodowe, starannie ukrywane przed obcymi. Szczególnej sławy zażywali bacowie znachorzy i czarownicy,
którzy potrafili leczyć ludzi i zwierzęta.
W Gorcach najsławniejszy z nich był Bulanda z Lubomierza (właściwie Tomasz Chlipała), który bacował
na Jaworzynie Kamienickiej. Przyjmował w swej kolybie
nie tylko okolicznych chłopów, lecz także ludzi z miasta. Przyjeżdżali do niego po radę z Krakowa, Warszawy, a nawet z Niemiec. Jednego lata widziano u Bulandy oberlejtnanta austriackiego, który szukał rady na
chorobę nóg. Z Berlina przyjechał bogaty Żyd leczyć
się na solitera. Bulanda wykurował go w krótkim czasie,
dając mu do picia rosół spod oscypków. Sztuki znachorskiej nauczył się w Lewoczy „na węgierskiej stro-

119

Wypas na Magurkach, 
2012 r.

120

121

gromadzeniem patyków. Gdy parobek po niedługiej
wędrówce zbliżył się do ognia, ujrzał z przerażeniem
liczne stado wilków grzejących łapy, a wśród nich starego, poważnego człowieka. Przystanął przestraszony.
Nagle jeden z wilków zawarczał wściekle i chciał się na
niego rzucić. Poznał bowiem w nim tego, który mu całkiem niedawno odbił barana. Sędziwy mąż powstrzymał wilka skinieniem, a parobkowi rzekł: widzisz, gdybym im pozwolił, toby z ciebie ani kostka nie została.
Zapamiętaj sobie, że nie trzeba nikomu odbierać tego,
co mu Pan Bóg przeznaczył. Parobek mimo strachu nabrał ognia i po powrocie opowiedział gospodarzowi,
co widział. Palili ogień i grzali się, ale całą noc nie spali,
bo się bardzo bali. Gdy nazajutrz przeszukiwali to miejsce, nie znaleźli ani śladów ognia, ani wilków. Gazda
powiedział, że to był św. Mikołaj. Według wierzeń ludowych św. Mikołaj wyznacza każdemu wilkowi, czyje
bydlę może porwać (S. Poniatowski).

nie”, u potężnego czarownika, o którym lud opowiadał
dziwy po obu stronach Karpat. Pierwszy sukces, który
mu zapewnił sławę i powodzenie, odniósł Bulanda na
plebanii w Niedźwiedziu, uwalniając oborę plebańską
od czarów i przywracając bydłu zdrowie. Proboszcz,
choć wróg zabobonów, powiedział mu wtedy: możesz
człowiecze, wykonywać swoje praktyki, bo nie czynisz
nic złego, tylko dobre. Ze znachorstwem łączył Bulanda zawód wiejskiego „chirurga”, naprawiając złamane
ręce i nogi z wielkim powodzeniem. Swych umiejętności i wiedzy nie przekazał nikomu. O swym zięciu
i jedynym spadkobiercy wyraził się, że się nie nadaje

do tego, bo jest mściwy i mógłby tajemnej wiedzy
nadużyć na szkodę drugich.
Gorczańscy owczarze mają też swoje tradycje i podania związane z najwyższym szczytem w Gorcach,
Turbaczem, sławionym często w pieśniach pasterskich.
Zdarzyło się, że pewien chłop wyjechał z parobkiem na Turbacz po siano i był zmuszony tam zanocować. Było to już w jesieni, w porze, kiedy w górach
wcześniej nastają chłody niż na dołach. W nocy zaczęło
dokuczać im zimno, a nie mieli czym rozniecić ognia.
Wtem ujrzeli na Średniem buchający płomień jakiegoś
ogniska. Gazda wysłał parobka po ogień, a sam zajął się

Na str. 120
Józef Królczyk
– wypas na Magurce

123

Dzwonki pasterskie

Wojciech Dudziak

M

uzykolog Adolf Chybiński w swoim artykule z roku 1924 o dzwonkach pasterskich na Podhalu wspomniał, że pasterze
podhalańscy nabywali je na liptowskich
jarmarkach. Nie był to więc produkt oryginalny pod północnymi stokami Tatr. Również górale beskidzcy sprowadzali dzwonki ze Słowacji. Tenże Chybiński słyszał
o rzemieślnikach dzwonkarzach na Liptowie. Pójdziemy
tym tropem, a rzecz jest godna uwagi, albowiem dzwonki pasterskie, podobnie jak technologia wytwarzania serów podpuszczkowych oraz sposoby gospodarki polaniarskiej, są zjawiskiem ogólnokarpackim. Mówimy tutaj
głównie o wykonanych z blachy żelaznej dzwonkach na
owce i bydło rogate. Wielu autorom dźwięk dzwonków
na halach kojarzy się z romantyką bukoliczną lub magią,
czasem nawet z przeżyciem estetycznym. Jednak były
one i są do dzisiaj narzędziami ułatwiającymi pasterzom
zapanowanie nad zwierzętami.
Zjawisko kulturowe dzwonkarstwa opisał w roku
1950 Michal Markuš, znany etnograf słowacki. Tradycja
produkcji dzwonków na Słowacji sięga XVI wieku.
Dokumenty cechowe miasteczka Jelšava, leżącego blisko
obecnej granicy słowacko-węgierskiej, zawierają nazwiska wielu dzwonkarzy. Należeli oni początkowo do cechu
kowali lub ślusarzy. Cech ten usamodzielnił się na początku XIX wieku i szybko przekształcił się w rzemieślniczą
spółdzielnię dzwonkarzy (mad. Kόlompipa szövetkezet).
Pierwsza wojna światowa przerwała tę formę produkcji.
Rodzina jednego z dzwonkarzy Jána Kenereša próbowała
wznowić dzwonkarstwo i tylko w tej rodzinie przetrwało ono do lat sześćdziesiątych dwudziestego stulecia.
Ostatnim był Ľudovit Kenereš, który do końca wykonywał
dzwonki na zamówienia baców i do ÚĽUV (słowackiego
odpowiednika polskiej Cepelii). Po 1945 roku był jednak
uzależniony od ilości przydzielanego surowca. Dzwonki
z jelszawskich warsztatów są cenione i poszukiwane
również przez współczesnych baców i kolekcjonerów.

Dzwonkarz z Jelšavy
Ján Kenereš

W czasach świetności cała ulica w Jelšavie nazywała się Zvonkarská (obecnie Tomášikova) i ciągle
odzywała się dźwiękami kowadeł i głosami dzwonków.
Jelszawscy dzwonkarze dostosowywali się do potrzeb
hodowców bydła z całej Europy, a także poza nią, na
przykład z Turcji, Iranu, a nawet za morzami. Zdarzały
się lata, że marynarze wykupowali wszystkie wyroby
jelszawskie, które potem trzeba było dostarczyć do
portu w Trieście. Tutaj należy wspomnieć o innych
mieszkańcach Jelšavy, o furmanach. Oni też mieli
swój cech, wspomniany w XVI wieku. Odjeżdżali na
wozach załadowanych dzwonkami, a wracając kupowali na jarmarkach wosk i miód. Także płóciennicy lub

124

C Z
E C
H Y

U

N

IE

M

C

Y

P O
L S
K A

Jelšava

IA
TR
S
AU

W

JU

K

R

A

I N

A

Y
G R
W Ę
R U M U N I A

Ł

G

O

O

S

C

Ł

A

H

W

Y

IA

BUŁG ARIA

koronkarze pomagali w handlu dzwonkami. Sławę
jelszawskich dzwonkarzy poszerzali również dzwonkarscy czeladnicy. Pracowali w krainach europejskich
i na Bliskim Wschodzie, poznając miejscowe formy. Po
powrocie wyrabiali i dostarczali dzwonki do miejsc,
w których byli. Czasami jelszawscy czeladnicy zakładali
własne warsztaty nie tylko w Górnych Węgrzech, ale
również w Rumunii. Rumuńscy pasterze nazywali jelszawskie dzwonki clopotielu slovaca.
O skali tego zjawiska kulturowego świadczy
dziennik jelszawskiego majstra z końca XIX wieku.
Produkował on około 7000 kilogramów dzwonków
rocznie, wysyłając je do: Słowacji, Czech, Węgier, Austrii,
Rumunii i na teren późniejszej Jugosławii. Sądząc po
typach dzwonków i ustnych przekazach również do:
Polski, na Ukrainę, do Bułgarii, do Niemiec i Szwajcarii.

Po dziś dzień w pasterskich rejonach najbardziej poszukiwane są jelszawskie wyroby. Były i inne warsztaty w Europie, lecz nie tak cenione, w Niemczech,
w Szwajcarii. Przemysłową produkcją zajmowali się
bracia Mayerovci w Bańskiej Bystrzycy. Podejrzewamy
nawet, że w większości produkowane tam dzwonki
były wzorowane na jelszawskich.
Niezwykła popularność jelszawskich dzwonków
tkwi w sposobie strojenia, które było trzymane w tajemnicy przez dzwonkarskie rody. Zamawiający pasterze
wymagali, aby dzwonki miały określony i czysty dźwięk.
Baca po ich głosie mógł poznać, gdzie się znajduje jego
kyrdel, szczególnie niespokojne i niezdyscyplinowane
sztuki. Częstokroć w jednym rejonie było kilka szałasów.
Każdy szałas miał dzwonki różnie strojone, aby baca,
juhasi-valasi i psy pasterskie mogli poznać swoje stado
według głosu, zapobiegając pomieszaniu się owiec. Na
stado w słowackich górach wystarczy 12-15 dzwonków
„na jeden głos”, to znaczy równo strojonych. Na nizinach
stosują harmonijnie dopasowane dzwonki, tworzące
dzwonkową muzykę (słow. banda, partija, mad. cimbal).
U polskich pasterzy zestrojenie wszystkich używanych
dzwonków jest przypadkowe, ale starają się oni nabywać
każdy z czystym głosem. Bacowie często kolekcjonują
dzwonki i mają ich dużo. Zakładają je wszystkie owcom
na zakończenie sezonu. Wtedy całe stado dźwięczy podczas powrotu do wsi. Starsi pasterze nie wyobrażają sobie stada bydła bez tego instrumentu. Dzwonek ułatwiał
pilnowanie zwierząt, konsolidował stado, odstraszał drapieżniki, był źródłem prestiżu, pełnił też funkcje estetyczne i apotropeiczne. Jeden dzwonek z dobrym głosem
i rzemieniem był wart dwie do trzech owiec.
Jak wyżej powiedziano, sukces jelszawskich
dzwonkarzy polegał na strojeniu. Aby zostać dobrym
rzemieślnikiem, potrzebna była co najmniej dziesięcioletnia praktyka. Kandydat na ucznia musiał mieć doskonały słuch. Musiał też być silnym chłopcem. Tylko

tego przyjmowano do warsztatu, kto dźwignął kłodę
z nożycami do blachy ważącą około 120 kilogramów.
Przyjmowanie do społeczności dzwonkarskiej odbywało się w zapusty. Praktyka uczniowska trwała
4-5 lat. Czeladnik doskonalił swoje umiejętności przez
następne 2-3 lata, a potem jeszcze ruszał na wędrówkę, zapoznając się z obcymi formami wyrobów i odmiennymi gustami, aby sprostać wszelkim zamówieniom. Mianowanie majstrem również następowało
w zapusty. W warsztacie pracowało czterech do pięciu
uczniów, tyluż czeladników, jedna kobieta maziarka
(słow. mazanička) oraz dwóch lub trzech pracowników
czasowo zatrudnionych.
Pierwszą czynność, czyli wybieranie odpowiedniego kawałka blachy, wykonywał majster. Na blasze
zaznaczał miedzianym prętem linie wyznaczające
kształt i wielkość dzwonka, według formy słowackiej,
rumuńskiej lub madziarskiej. Następnie czeladnik
z dwoma pomocnikami wycinali blachę. Przyciętą
blachę odbierał kolejny pracownik, który puklowal,
czyli odpowiednio wybijał kształt dzwonka. Czwarty
etap produkcji należał do doświadczonego pomocnika. Na rogatym kowadle wyrównywał wszystkie
nierówności i błędy. Następny przygotował dzwonki
do nitowania, wiercąc otwory. Nitował szósty czeladnik, ten również zakładał uszko do zawieszania serca
i do rzemienia. Podczas zawieszania uszek dzwonkarze często psuli wyrób, dlatego tę pracę wykonywali
Cyganie. Na tym etapie dzwonek stawał się półsurowcem. Teraz zajmowała się nim maziarka, dla której glinę do wypalania dzwonków przygotowywali
pracownicy sezonowi. Odpowiednie chemiczne właściwości ma wyłącznie glina z okolic Jelšavy i to jest
druga tajemnica tamtejszych majstrów. Wypalanie
polegało na zlutowaniu blachy mosiądzem. Kobieta
umieszczała mosiężne pręciki wewnątrz dzwonków
i zamazywała cały dzwonek gliną. Po wyschnięciu,

125

układała wyroby w piecu w hniezdo na letovanie, na
przemian z węglem drzewnym. Wypalanie trwało do
pokazania się modrego płomienia. Maziarka wyciągała
dzwonki z pieca i ochładzała je wodą przez 45 minut.
Wodę lali rytualnie przez dziurawy kapelusz, odbijali
glinę i czyścili dzwonki w specjalnym bębnie. W nim
dzwonki nawzajem się obijały i tarły. Po czyszczeniu
zakładali języki, czyli serca. Ósmy etap powyższego
systemu taśmowego, richtovanie, czyli strojenie wykonywał majster lub pomocnik z 15-20-letnią praktyką
i bardzo dobrym słuchem. Strojenie było dziedziczoną tajemnicą. Majster brał dzwonek do ręki i zadzwonił raz lub dwa, po czym nakładał na rogate kowadło.
Zawsze uderzał młotkiem w miejsce, w którym serce

opiera się o blachę. Można sobie wyobrazić mistrzostwo stroiciela, który w nieustannym huku warsztatu
potrafił uzyskać czysty głos dzwonka, wysokością odpowiadający zamówieniu.
Gotowe dzwonki nawlekalno na drut po 50-100
zależnie od wielkości. Dalej zajmowali się nimi domokrążcy, przekupnie, furmani, płóciennicy, woskarze
i oczywiście pasterze, rozprowadzając je po świecie.
W Jelšavie wytwarzali dzwonki w 12 wielkościach, nowsze w 10 lub 7. Ceny ustalali według wagi, czyli wielkości, i niekiedy jakości dźwięku. Zależnie od gatunku
bydła i okolic było zapotrzebowanie na dzwonki na
woły i krowy, kozy i świnie, konie i wielbłądy; były
też greckie, banackie, madziarskie, tyrolskie, paryskie.

Nazwy dzwonków dla zwierząt były i są zróżnicowane
zależnie od rejonu. Tutaj tylko je wymienimy: bimbadło,
bełkot, blaszak, cierkotek, dolniak, klekot, kłapac, klepar
krówski, krzapak, kwaterczyczek, liptak, siekac, spiżak,
spieżowiec, sulak, suliar, szczerkawka, sztajerczak, terkot, trzeciak, turcoń, turcula. U słowackich i polskich
pasterzy najbardziej pożądane są dzwonki liptowskie
turconie na owce i krótsze od nich klepary na owce
i krowy. Takie właśnie dzwonki opisał Adolf Chybiński.
Obecnie są wytwarzane w kilku miejscowościach na
Słowacji. Po polskiej stronie Tatr było niewielu przygodnych wytwórców, którzy przeważnie wzorowali
się na jelszawskich dzwonkach. Obecnie tylko jeden
rzemieślnik działa na Podhalu, wytwarzając turconie

Produkcja dzwonków
w warsztacie Jana Stopki
Króla z Czerwiennego, 2013 r.:
puklowanie blachy, formowanie
kształtu dzwonka, wypalanie,
formowanie serca dzwonka

126

Kolekcja dzwonków
na krowy i woły

Dušan Mikuláš
ze wsi Il’anovo na Liptowie

Turconie i klepary.
(A. Chybiński, Dzwony pasterskie
na Podhalu, Kraków 1924 r.)

i klepary dobrej jakości. Przejął fach po ojcu i dziadku.
Dziadek nauczył się sam, kopiując dzwonki słowackie.
Produkowane są też blaszaki na pamiątki dla turystów
oraz odlewane spiżaki. Ze stopów miedzi wykonywane
są sprzęcki, słow. pracki do rzemieni na szyje bydlęce,
często bardzo ozdobne. Motywy sprzączek brane są
niekiedy z literatury etnograficznej.
Podajmy jeszcze przypuszczalną etymologię nazw
dzwonków. Słowacki klopár, podhalański klepar kojarzą się nam z rumuńskim słowem clopoţí (dzwonić).
Podobnie słowacki turčan i podhalański turcoń wywodzą się z rumuńskiego określenia owczarza pasającego
cakle (ţurcán).

127

Zbiór dzwonków u bacy
Józefa Zycha Ptosia w Witowie

129

Wypas na Podtatrzu

Wojciech Dudziak

W

sie północnopodhalańskie zostały
zasiedlone przeważnie w XIV wieku.
W przeciwieństwie do południowych
stoków tatrzańskich, w kotlinie nowotarskiej i w polskich Tatrach nie znaleziono śladów
pobytu człowieka w czasach prehistorycznych. Osady
zakładano na surowym korzeniu. Istnieją wiarygodne
źródła dla osadnictwa w wiekach XII i XIII. Rolnicza
ludność przybywała z Małopolski, ale również ze Spisza. Miejscowości w pasie starego osadnictwa zostały
wymienione w dokumencie z 1234 roku: Leśnica, Poronin, Piekielnik, Długopole, Ludźmierz i Ostrowsko.
W tym czasie już istniały: Stare Cło-Nowy Targ, Szaflary,
Rogoźnik, Dębno, Krauszów, Waksmund i Klikuszowa.
Ludność przybyła w XIV wieku z północy przywiodła
ze sobą bydło rogate, z którego wywodzi się rasa krów
dzisiaj hodowanych na Podhalu. Wypas owiec jest
potwierdzony dopiero w XVI wieku, ale już przedtem
podatki od owiec płaciły wsie ze starego osadnictwa:
Klikuszowa, Szaflary, Waksmund i Czarny Dunajec. Istnieje domniemanie, że Niemcy spiscy byli pierwszymi
organizatorami pasterstwa wysokogórskiego, wskazuje na to nazwa Szaflary (Schafflager), a ród Kalatów,
sołtysów tej wsi, pochodzi z Krompachów na Spiszu.
Przypuszczać należy, że mieszkańcy paśli owce i krowy na tych samych halach tatrzańskich do XX wieku.
Dokumenty lokacyjne wymieniają w XVII wieku hale
i polany w uposażeniu sołtysów i gmin. Nazwy hal były
podobne do dzisiejszych, zatem hale były wypasane
już wcześniej, jeszcze przed lokacją wsi. W wieku XVII
osadnictwo wiejskie podeszło pod Tatry, w XVIII ustalone zostały wszystkie nazwy hal i polan, będących
w używaniu lub własności poszczególnych wsi. Jednak śladów tak zwanego osadnictwa wołoskiego nie
znajdujemy na Podhalu. Główna fala Wołochów, jeżeli
w ogóle była, ominęła Podtatrze. Nie było opłaty typu
pätdesiatok lub dvadsiatok, występującej na Słowacji

i u Rusinów, czyli oddawania co pięćdziesiątej lub co
dwudziestej owcy. Niektórzy Wołosi mogli się mieszać
z miejscową ludnością, być może byli zatrudniani jako
zawodowi pasterze valasi, która to nazwa zaginęła na
Podhalu już w XVIII wieku, ustępując węgierskiej juhas.
Z nazw miejscowych, nawiązujących do ewentualnego osadnictwa wołoskiego, występuje tylko nazwa
Wołoszyn we wschodniej części Tatr. Właśnie Wołoszyna dotyczy pierwszy polski opis polan i pasterzy
tatrzańskich, sporządzony przez Stanisława Staszica
w roku 1815. Staszic zwrócił wtedy uwagę na szczegóły stroju juhasów, bockory (obuwie) i gąbice (spinki). Nazwy te występują na Słowacji do dziś, na szałasie mogli
być zatrudnieni juhasi słowaccy lub nazwy stamtąd
zostały przejęte.
Obszar Podhala należał prawie w całości do dóbr
królewskich. Chłopi nie byli obciążeni robocizną tylko
czynszami, ich żywot zależał od ich przemyślności.
W XVII wieku całe Podhale bierze udział w pasterstwie
tatrzańskim, nawet wsie położone na północnych
krańcach kotliny nowotarskiej. Kierunki wędrówek
z owcami na hale, a także stosunki własnościowe zmieniają się w XVIII wieku. W wyniku rozrastania się wsi na
Nowotarszczyźnie część ludności przenosi się na polany pod Tatrami. Dotychczasowe polany, wyrobione
w lasach do celów pasterskich i użytkowane sezonowo, powoli przekształciły się w osady stałe. Obszary,
rozciągające się kiedyś przez całe Podhale od Gorców
po Tatry, jak Szaflary i Waksmund, zostały zajęte przez
współwłaścicieli nowych osad, powstałych na włościach gminnych, często systemem zarębków.
Poświadczają to czynsze opłacane z byłych polan.
Dodatkowo, po zajęciu terytorium Podhala przez Austrię, władze podzieliły królewszczyzny na sekcje, które
następnie kamera nowotarska rozprzedała prywatnym
właścicielom. Zaczęły się spory między chłopskimi
współwłaścicielami polan i hal a nowymi posiadacza-

Na str. 128
Wypas owiec na Głodówce

Na str. 130-131
Redyk w Leśnicy, 2012 r.,
od lewej: Krzysztof
Łaś, Jan Wilczek, Józef
Budz Miescorz, Andrzej
Rzepka, Marian Sądelski,
Czesław Urbaniak, Józef
Mąka, Władysław Mąka,
Jarosław Buczek

130

131

132

Baca Jan Wilczek,
w drodze z Kacwina na
Spiszu do Leśnicy, 2012 r.

mi dawnych królewszczyzn. Prawdopodobnie represje ze strony nabywców przyczyniły się do wycofania
odleglejszych wsi podhalańskich z pasterstwa wysokogórskiego. W XIX wieku liczba ludności Podhala
zwiększyła się, dawne niewielkie wsie przeobraziły się
w wielkie osady kosztem lasów i polan kośnych. Wzro-

sła liczba gospodarstw. Wielkie niegdyś gospodarstwa
dzieliły się na coraz mniejsze, wręcz karłowate. Każdy
chciał „siedzieć na swoim”. Od połowy XIX wieku gospodarstwa nie były chronione prawem niepodzielności. Proces rozdrabniania dotknął również terenów
pasterskich. Hale tatrzańskie były początkowo własno-

ścią kilku, kilkunastu, potem już kilkudziesięciu rodów.
Pastwisk gromadzkich na Podhalu nie było. Każda hala
tworzyła jeden cerkiel, który obejmował własność indywidualną wydzieloną, własność w częściach idealnych
i służebności w przylegających lasach. Współwłasność
w częściach idealnych dotyczyła pastwisk powyżej
górnego zasięgu lasów i terenów, z których nie zbierano siana. Była charakterystyczna dla gospodarki pastwiskowej w Tatrach. Określano ją liczbą owiec, jaką
właściciel miał prawo wypasać na danej hali. Mógł
zamienić 1 krowę na 5 owiec, 1 owcę na 2 jagnięta,
1 owcę na 1 jarkę, 2 woły na 3 krowy, 2 konie na 3 woły.
Hale, po niekontrolowanych podziałach, stały się własnością wielu ludzi. Prawo do wypasu kilku sztuk bydła
trzeba było dzielić na krowie lub owcze racie. Dla przykładu, niektórzy właściciele mogli wypasać jedną owcę
raz na kilka lat. Wtedy właśnie wsie Klikuszowa, Lasek
i Waksmund sprzedały używane od kilku wieków hale
Pyszną i Waksmundzką. Pyszną kupiła Fundacja Kórnicka, a Halę Waksmundzką wsie Poronin, Biały Dunajec
i Maruszyna. Fundacja Kórnicka kupiła również udziały
w innych halach, co po przekazaniu tej własności państwu polskiemu stało się zaczątkiem parku narodowego w polskich Tatrach.
Ziemia na Podhalu jest uboga, rodzą się na niej
owies, jęczmień i żyto jare oraz ziemniaki. Chłop osadnik musiał szukać coraz wyżej nowych pastwisk. Do
około 1000 m n.p.m., na przysiółkach wypasało się
większe bydło, często tam zimujące. Do około 1400 m
n.p.m. zalegały łąki sianokośne kosarowane, czyli nawożone. Powyżej, do 1700 m wypasano owce i bydło jałowe. Ta strefa też była częściowo kosarowana.
Najwyższe pastwiska były odwiedzane sporadycznie,
zwierzęta tam tylko przeganiano. Wypas trwał przez
dwa do czterech miesięcy, zależnie od stanu pastwisk
i pogody. Pasterze najpierw sami udawali się w góry,
aby sprawdzić, czy pastwiska nadają się do wypasu.

133

Baca Jan Murzański
na polanie Jaworzyna
Rusinowa, 1971 r.

Stronga u Ptosiów
na Baligówkach
w Witowie, 2009 r.

Wyjście wiosenne na hale (redyk) ustalano po św. Wojciechu dla owiec, a wtorek po Zielonych Świątkach dla
krów. Różnice dochodziły nawet do sześciu tygodni,
w miarę znikania pokrywy śnieżnej. Owce wychodziły
z bacą i juhasami, krowy z krowiarkami lub krowiarzami.
Przejście na hale odbywało się etapami. Najpierw wykorzystywano niższe polany kośne na wiosenne przepaski, posuwając się coraz wyżej. Odległości międzyetapowe skracały się od końca XVIII wieku, ponieważ
dawne hale podgórskie zasiedlano na stałe, tworząc
przysiółki i większe osady. Zwyczajowy termin wyjścia
ze zwierzętami mógł być kiedyś wcześniejszy. W dawnych czasach z gmin północnego Podhala pasterze
szli z bydłem (z Szaflar) dwa dni, nocując po drodze
w Poroninie. Przed utworzeniem parku narodowego
na polany śródleśne pasterze szli do dwóch godzin, na
niektóre hale cały dzień.
Obecnie termin zajęcia hali zależy od zezwolenia
pracowników parku, którzy stwierdzają gotowość polany do wypasu, co kiedyś czynili sami gazdowie. Przepaski

mogą być wykonywane na dole w obrębie wsi, bowiem
na Podhalu większość ziemi leży odłogiem, ze względu
na inne możliwości zarobkowe. Obecnie w zasiedlaniu
szałasów nie grają roli stosunki własnościowe, ponieważ
hale i polany zostały wywłaszczone i administracja parku przyrodniczego dyktuje warunki, ustanawiając tzw.
wypas kulturowy. Ustala także sposoby przestrzegania
tradycji pasterskiej, wymogi ochrony przyrody, sposoby gospodarowania na polanach i termin opuszczenia
polany. Dawniej orientacyjną porą opuszczenia hal i powrotu, czyli osodu inaczej rozesodu, był dzień św. Michała, to jest 29 września. Jesienią hale pustoszały stopniowo, a wypas odbywał się na sprzątniętych polach. Bydło
rogate wracało grupami prosto do wsi. Owce zostawały
dłużej, jeżeli hala obfitowała w paszę. Często zdarzały się
wędrówki między halami, gdyż po sianokosach wolno
było spasać obce polany. Obecnie owce wracają prosto
do wsi i są przeganiane po rolach na całym obszarze wsi,
„bo na jesieni nie ma miedz”. Dawniej zdarzały się jesienią powroty na halę (jesieniowiska), a nawet zimowa-

nie. Na przykład baca Murzański pasł w lecie na Hali za
Mnichem, potem schodził na własną polanę Głodówkę,
około Bożego Narodzenia szedł na Jaworzynę Rusinową, gdzie pozostawał do początku marca, aż do skończenia zapasów siana.
Pasterze rekrutowali się najczęściej ze współwłaścicieli hali. Zajęcie bacowskie w rodzie Murzańskich
przechodziło ze starokawalerskich stryjów na bezdzietnych bratańców rozmiłowanych w tej pracy. Mieli oni
udział w hali, dużo własnych owiec i zaufanie wsi. Do
drugiej kategorii pasterzy należeli członkowie rodzin
nie posiadających udziałów pastwiskowych. Grupę
juhasów stanowili pracownicy najemni, pochodzący
z niezamożnych rodzin i szukający zarobku. Nauka zawodu następowała już w domu, jeżeli były tam owce.
Chłopiec zaczynał pracę na bacówce od honielnika-bojtara, naganiał owce podczas dojenia i wykonywał
wszelkie prace pomocnicze. Starszy parobek, umiejący
doić, zostawał od razu juhasem. Niektórzy juhasi cieszyli się zaufaniem gospodarzy i przyprowadzali na szałas

134

Stanisław Jarząbek
z Gliczarowa na wypasie,
2012 r.

135

136

Na targu bydlęcym
w Mieście, 1968 r.

również ich owce. Przed II wojną światową bacą mógł
zostać tylko gazda wystarczająco bogaty, aby gwarantować swoim majątkiem dotrzymanie zobowiązań
wobec właścicieli owiec. Do niedawna bacą wybierany
był ten, który zyskał zaufanie gospodarzy. Wybór następował po długich debatach. Baca już w marcu ugadywał juhasów. Chłopców honielników oddawali na szałas ojcowie i oni za nich otrzymywali wynagrodzenie.
Zapłata juhasów składała się z jednego kilograma sera
dziennie, utrzymania, kierpiec (obuwia) i kurzenia (tytoniu). Pożywienie na szałasie było monotonne: ziemniaki, mąka na wodzie (kluska), słonina, chleb i jako
podstawa wyżywienia zyntyca. Na hali krowiarze lub
krowiarki paśli krowy bacy lub swoje, często na wydzielonej polanie w obrębie hali. Wypas bydła rogatego był

indywidualny. Owce zaś były wypasane zawsze zespołowo. Gospodarze oddający owce na halę spodziewali
się zysku, który nie zawsze był, zdarzały się bowiem
lata zimne i deszczowe, wtedy cieszono się, że owce
przeżyły. Bacowie płacili właścicielom owiec świeżym
serem. W późniejszych czasach gazdowie żądali wędzonych serów – oscypków (7 oscypków za 3,5 kg sera).
Umowa bacy z gospodarzami określała też odpłatę za
owcę zabitą albo zaginioną na szałasie. Jak widzimy,
z pasterstwem związanych było wielu ludzi, ale zawodowi pasterze w 1926 roku stanowili tylko 4 proc.
mieszkańców Podhala. W latach 1951-1955 w Tatrach
i na nowych terenach wypasowych, powstałych w Beskidach po wysiedleniu Rusinów w 1947 roku, wypasało około 120 baców.

Na halach oprócz owiec i krów wypasane były konie. Rasę koni można określić jako polską, były małe
i odporne na ciężkie górskie warunki. Oddawali je na
wypas współwłaściciele hal. Pasły się same, od ukończenia prac wiosennych aż do żniw. Stada koni liczyły
30 do 40 sztuk. Konie służyły do przewożenia produktów mlecznych na wieś. Po 1945 roku konie na halach
spotykane były sporadycznie. Tradycje hodowli wołów
sprzężajnych zanikły po polskiej stronie Tatr. Prawdopodobnie były wypasane na wolności, podobnie jak
konie. Staszic wspominał o wołach pasących się w górach, nie podając szczegółów. Interesowano się nimi,
gdy były potrzebne. Relacje z początku XIX wieku nie
donoszą o używaniu wołów do transportu. Jarzma
i podwójne podkowy dla wołów spotyka się czasami
we wsiach podhalańskich, ale mogły być przyniesione
z Orawy i Spisza, krain sąsiadujących z Podhalem, gdzie
utrzymała się hodowla wołów. W Czarnym Dunajcu
wspominają handel wielkimi wołami stepowymi, które
kupowali na Orawie. W XVIII wieku zaczęto wypasać na
halach kozy, głównie na skóry. Obecnie kozy hodowane są dla mleka. Chowano też świnie, jeżeli na bacówce
był nadmiar zyntycy. Baca chował świnie dla siebie, ale
także aby zapłacić juhasom. Pasterki trzymały na halach
kury. Krowy w gospodarstwach na Podhalu są do dziś
rasy czerwonej polskiej, pochodzącej od tura mniejszego Bos brachyceros, znanej w Europie już w średniowieczu. Bydło krótkorogie czerwone polskie jest najlepiej
przystosowane do terenu podhalańskiego, nad jego
uszlachetnieniem pracowano od końca XIX wieku. Do
niedawna hodowano też bydło bezrasowe, a w rejonie
granicznym Spiszu i Orawy brzeziate, po krzyżówkach
bydła czerwonego z „pinzgauerem” ze Słowacji. W latach trzydziestych XX wieku pasło się w Tatrach polskich około 2000 sztuk bydła rogatego. Po ostatniej
wojnie liczba bydła zmalała z powodu rekwizycji niemieckich i zakazu pastwy w lasach tatrzańskich.

137

Krowy rasy czerwonej
polskiej na pastwisku

Najważniejszym zwierzęciem hodowlanym w Tatrach była owca. Liczebność owiec z podhalańskich
gospodarstw wypasanych na tatrzańskich halach była
mniej więcej stała od końca XVIII wieku i wynosiła od
9-12 tysięcy. Jedynie w czasie okupacji niemieckiej
pogłowie wzrosło wielokrotnie, ponieważ owce nie
były objęte rekwizycjami. Po wojnie stan zmniejszył się
i w chwili utworzenia parku narodowego w 1954 roku
wynosił 8643 owce i 1096 sztuk bydła rogatego w polskiej części Tatr. Rasa owiec hodowanych na Podhalu
była przystosowana do trudnego klimatu górskiego. Była
i jest to owca o wszechstronnej użyteczności, dostarcza
wełny, skór, mięsa i mleka. Ponieważ owca podhalańska wyradzała się, już w XIX stuleciu próbowano uszlachetniać miejscową rasę. Ostatecznie krzyżówka cakla
podhalańskiego z trykami fryzyjskimi i caklem siedmio-

grodzkim dała polską owcę górską, która przez odpowiedni skład okrywy może wytrzymać zimne deszcze
i nie choruje. Ostatnio wśród hodowców panuje moda
na owce „racki” sprowadzane ze Słowacji, które mają
wzmocnić naszą rasę. Owca górska daje w roku około
3,5 kg wełny, 45 litrów mleka po odsadzeniu jagnięcia
oraz nawóz. Jagnięta kupują Włosi na wielkanocny stół.
Sprzedaż jagniąt może się załamać z powodu protestów
obrońców zwierząt, przeciwnych transportowi żywych
jagniąt samochodami aż do Italii. Wełna owcza jeszcze przed trzydziestu laty była cenionym produktem.
Z sukna robiono ubrania góralskie, swetry czy skarpety
na sprzedaż. Obecnie wełna nie jest poszukiwana.
Na bacówkach sprzedawano jedynie sery wytwarzane w szałasie. Z produkcją mleczną jest ściśle związany porządek dnia w sezonie pasterskim. Około piątej

rano następuje pierwszy udój, który trwa przeciętnie
godzinę. Po dojeniu pasterze jedzą śniadanie, a potem
wychodzą na paszynie. W tym czasie baca przerabia
mleko na ser. Po powrocie z pastwiska około południa
owce odpoczywają godzinę przeżuwając pokarm.
Przed drugim dojeniem pasterze jedzą obiad składający się z kluski lub ziemniaków omaszczonych słoniną,
piją do tego żętycę słodką i ciepłą. Zimną i skwaszoną
żętycę piją bez ograniczeń w każdym czasie. Po drugim udoju owce pasą się do wieczora. Po powrocie
owce przeżuwają przez godzinę. Pasterze jedzą kolację,
a potem doją trzeci raz. Powyższy harmonogram ulega ciągłym modyfikacjom w zależności od sytuacji na
konkretnym szałasie. Na noc owce zamykane są w przenośnej zagrodzie – kosorze. Wyznaczeni pasterze śpią
obok kosoru w małych przenośnych kolibkach. Kiedyś

138

Strzyżenie owiec: ręczne…
i maszynkami elektrycznymi

Rosolnik

reszta pasterzy spała na dylach w kolibie przy watrze,
czyli ognisku. Dla ochrony przed wilkami na rogach
kosoru przywiązywane były psy, a nawet czasem rozpalano ogniska po obu stronach. Owczarki podhalańskie,
nazywane dawniej liptakami, nie służyły do zaganiania
owiec, tylko do obrony przed dzikimi zwierzętami i złodziejami. W upalne dni życie na sałasie zaczynało się
o drugiej w nocy, a kończyło około północy. W środku
dnia owce leżały kilka godzin w cieniu. Również w czasie deszczu praca pasterzy była bardzo ciężka. Współcześnie powyższy porządek zajęć na szałasie uległ wielu modyfikacjom z powodu zmian warunków wypasu.
Baca rozpalał ogień w kolibie zaraz po przybyciu na
halę i utrzymywał go przez cały okres pobytu. Po roznieceniu watry, kładł za nią kłodę drewna tlącą się przez
dzień i noc. Nad ogniem zawieszał kocieł miedziany, służący do podgrzewania zyntycy (serwatki), pozostałej po
wyrobieniu sera. Kocioł wisiał na drewnianej jadwidze,
wykonanej najczęściej z krzywej gałęzi świerka. Baca
zlewał mleko z udoju do puciery – dużego naczynia
bednarskiego z klepek świerkowych. Wlewał odmierzoną dawkę klogu, który powodował ścięcie słodkiego
mleka. Klag uzyskiwany z zasolonej zawartości żołądków cieląt, które jeszcze nie jadły trawy, teraz zastępowany jest kupowaną podpuszczką. Mleko w pucierze po
ścięciu rozbijał cioskiem albo ferulą (trzepaczką) i zbierał
rękami masę serową w grudę – udój. Po kilkudniowym
kiśnięciu ser zabierali właściciele owiec do wsi i tam
robili z niego bryndzę. Ser do wyrobu wędzonych łoscypków nie jest zbierany w grudę, tylko nakładany do
drewnianego cyrpoka (czerpaka). Po wyciśnięciu serwatki i wyjęciu z czerpaka baca formuje z niego kulę
i kładzie do kotlika z dosyć gorącą wodą. Po ogrzaniu
urabia plastyczny ser rękami w kształt oscypka, nakłada
na środek drewnianą dwuczęściową zdobioną formę
i ogniata końcówki sera w stożki. Uformowane oscypki
z całego udoju układane są w rosolniku (żłobie) w roso-

le (roztworze soli kuchennej). Po 24 godzinach oscypki
po obeschnięciu wędzone są w dymie szałasowego
ogniska, ułożone wysoko na półkach. Serwatkę baca
podgrzewa w kotle prawie do wrzenia. Powoduje to
wybijanie (wypływanie na wierzch) gęstych pożywnych
części hurdy, które baca zbiera warzychą. Hurdę, słodką lub kwaśną, spożywają pasterze. Zwarnicą (spodnią
warstwą) karmi się zwierzęta; psy jedzą ją z ziemniakami. Przy okazji opisu produkcji sera trzeba zwrócić uwagę na wpływ terminologii rumuńskiej tutaj stosowanej.
Prawdopodobnie nazwy pasterskie przyszły na Podhale za pośrednictwem Słowaków.
Jeżeli na hali trzymane były krowy, starały się o nie
krowiarki. Krowy stały w sopach budowanych zawsze
wzdłuż górnej granicy lasu dla osłony przed wiatrem,
deszczem i śniegiem. Szopy były przeważnie połączone z pomieszczeniem na składowanie siana, często
z izdebką, w której był piec kuchenny. Krowiarki spały
obok krów na wyrku z pościelą. W szopie musiało być
czysto, ponieważ stało tam mleko. Krowom podściela-

139

no barłóg, czyli zbieraną do płachty ściółkę leśną. Krowy stały na dylach – podłodze z wyrównanych od góry
belek, czasem bez podłogi na barłogu. Gnój po sezonie zabierano do wsi lub służył do nawożenia polany.
Zsiadłe mleko krówskie i śmietanę odwożono do wsi
końmi lub wozami w drewnianych obońkach albo mieszano z owczym do produkcji oscypków. Teraz na szałasach robi się oscypki z mieszanego mleka albo wręcz
z krowiego. Klienci chętniej je kupują, bo mają delikatniejszy smak. Aktualnie zwiększył się asortyment serów produkowanych na bacówkach, obok oscypków
wędzonych robi się też białe. Mniejsze od oscypków
becułki i całkiem małe „na jeden raz do gęby” również
są natychmiast sprzedane. Na sałasie sprzedawany
jest też świeży ser owczy lub mieszany bunc, a nawet
powrócono do produkcji większych serów brusków,
ale o kształcie prostokątnym. Oscypki czysto owcze
robione są obecnie na szałasach tylko na własne potrzeby. Dotychczas produkcją serów zajmowali się wy-

łącznie mężczyźni, teraz najczęściej zastępują ich żony.
Większość szałasów usytuowana jest przy uczęszczanych drogach blisko wsi. Mężczyźni łączą pracę przy
owcach z całością gospodarki, a żony handlują w szałasach. W samych Tatrach tzw. wypas kulturowy jest
tylko ozdobną pozostałością po dawnym pasterstwie
i nie ma znaczenia gospodarczego. Na całym Podhalu
jest teraz około stu baców, częściowo rejestrowanych.
Podhalańscy pasterze obsługują również należące do
Polski tereny Spisza i Orawy.
Świadectwem dawnej gospodarki halnej są zachowane sopy i koliby na polanach i na halach tatrzańskich. Najwięcej kolib owczych leżało w pasie wysokości 1300-1400 m n.p.m. Do naszych czasów zachowało
się prawie 100 budynków na 40 polanach lub halach.
W związku z zakazami wypasu w Tatrzańskim Parku Narodowym wymagały ochrony i zostały wpisane do rejestru zabytków ówczesnego województwa nowosądeckiego. Brygady ciesielskie Muzeum Tatrzańskiego
między rokiem 1978 a 1984 wyremontowały 51 kolib
i sop. Większość z nich nie jest użytkowana. Wypas kulturowy dozwolony jest tylko na 25 polanach, zresztą
na niektórych dość krótko, ponieważ polany systematycznie jałowieją z powodu braku poprawiania, czyli
nawożenia. Utrzymaniem stanu po remoncie miał zajmować się TPN, jednak tych budowli ciągle ubywa. Polany bez koleb i owiec, ze zdewastowanymi szałasami
trudno nazwać polanami pasterskimi. Przypominają
one tylko o błędach poczynionych przez obrońców
przyrody w czasie zakładania przyrodniczego parku na
terenie zagospodarowanym przez człowieka.
Najczęściej spotykanym typem koliby jest budynek
drewniany o konstrukcji zrębowej z wejściem w szczytowej ścianie. Taki obiekt postawiony jest na peckach
– narożnych kamieniach, które położono na ziemi pod
węgłami. Koliba przykryta jest dachem krokwiowym,
z nabitymi nań gontami lub dranicami. Dranice to de-

ski uzyskane przez bezpośrednie rozszczepianie kłód.
Dawniej w Tatrach wykonywano też dachy konstrukcji
sochowej lub półsochowej, co zostało przedstawione na XIX-wiecznych rysunkach i fotografiach. Ściany
składają się z poziomych okrągłych belek drewna, przeważnie tylko okorowanego. Szpar między belkami nie
uszczelniano, aby dym nie zalegał we wnętrzu. Watrzysko, głęboki prostokątny otwór w podłodze z dyli jest
przeznaczony do zakładania ognia. Przy ścianie za ogniskiem ułożone są płyty kamienne, aby drewno nie zajęło
się od żaru. Watra koncentrowała całe życie na sałasie,
palona była nieustannie. Wyrób sera odbywał się obok
watry, warzono na niej strawę, ludzie się grzali i suszyli
mokre ubrania po deszczu. Wydzielone pomieszczenie
z tyłu koliby służyło jako skład sera, naczyń pasterskich
i zapasów żywności oraz dziadów, czyli osobistych rzeczy pasterzy. W wyższych rejonach Tatr budowano szałasy z głazów, desek i kosodrzewiny. Do dziś zachował
się taki w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, razem z nieprzenośnym kamiennym kosorem. Istnieją też do dzisiaj

Juhas przy watrze
u Ptosiów, 2009 r.

Kamienny kosor
w Pięcistawach, 1971 r.

140

Koliba na Niżniej
Kominiarskiej Polanie
w Dolinie Lejowej, 1971 r.

Koliba na Równi za Wodą
w Starej Robocie, 1971 r.

Koliba i sopa na nie
istniejącej polanie Iwanówka
w Starej Robocie, 1971 r.

koliby kamienne, wybrane pod wielkimi głazami, służące
jako tymczasowe schronienie na najwyżej położonych
pastwiskach. Mają one swoje nazwy: Buczynowa Koleba, Koleba w Bańdziochu, w Pańszczycy, przy Dwoistym
Stawie. Z kolei na polanach śródleśnych są obiekty szerokofrontowe, podobne do chałup we wsiach, z izbą,
komorą i sienią. Mają nawet boiska, gdzie można wjechać wozem z sianem, oraz wybudowane obok stajnie
dla bydła i owiec. Polany: Chochołowska, Kopieniec,
Biały Potok, dawniej Mała Łąka, Kominy Tylkowe, Gąsienicowa, Waksmundzka, Rusinowa, zabudowane większą
liczbą kolib, tworzyły rodzaj sezonowych osiedli.
Owce są trzymane w przenośnych kosorach, wykonanych z krótszych płotków z lysek, staciw, zrobionych
z żerdek. Kosor przesuwa się codziennie lub rzadziej,
zależnie od liczby owiec i nawożenia. Podzielony jest
płotem wewnętrznym – okniarką z oknami, przez które
pojedynczo przechodzą owce naganiane przez honielnika i chwytane przez juhasów do dojenia w strondze.

Jeżeli hala nie była nawożona, budowano stałe kosory.
Z innych urządzeń na szałasie były świniarki, najczęściej
prowizoryczne. Wodopoje na halach były naturalne,
w potokach, ale czasami ustawiano złuby do pojenia
bydła. Źródła miały drewniane ujęcia – studzionki.
Po drugiej wojnie światowej na Podhalu było
za dużo owiec, aby można było wszystkie wypasać
w Tatrach. Nadwyżka wynosiła około 30 tysięcy sztuk.
Znaleziono rozwiązanie poprzez redyk na tereny połemkowskie, w powiatach sądeckim, gorlickim, jasielskim i sanockim. Zaoferowano prawie 8300 hektarów
nowych pastwisk. Pierwsze wyjście owiec z Podhala
nastąpiło w 1948 roku do Jaworek za Szczawnicą.
W 1950 bacowie masowo pognali swoje i ludzkie zwierzęta na grunty po wysiedlonych Rusinach. Bacom wydzierżawiono „państwowe” tereny wypasowe poprzez
Państwowy Fundusz Ziemi. Opłaty dzierżawne w Beskidach były niższe od ówczesnych na tatrzańskich
halach. Niektórzy górale sprzedali od razu swoje po-

siadłości w Tatrach. Bacowie byli przeszkoleni i uzyskali
potwierdzenia swoich kwalifikacji. Musieli również
zrzeszać się w spółki wypasowe z całym aparatem
administracyjnym. Miał być zorganizowany transport
na nowe tereny, ale okazał się nieopłacalny. Owce
z Podhala szły w Beskidy około 6 dni, często przez okolice pozbawione pastwisk. Wracały po 5 miesiącach
w lepszej jednak kondycji niż z tatrzańskich hal, wielu
młodych baców dorobiło się w czasie tzw. Wielkiego
Redyku. Jednak Podhalanie tam szli tylko na wypas,
a potem wracali na swoje, traktowali tamte warunki
tymczasowo. Tamtejsze koliby były prowizorycznie pobudowane z żerdek i papy, kultura pasterska tam się
nie rozwijała. Nowy podział administracyjny, w latach
siedemdziesiątych, źle wpłynął na akcję wypasową.
Pastwiska w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach zaczęły
się kurczyć. Miejscowe władze chciały, aby górale na
stałe osadzali się w nowo utworzonym województwie
krośnieńskim, co następowało opornie. Zresztą, ryzy­

141

kowne było osadzać się na nie swojej ziemi. Owce
zaczęto przerzucać na tereny poniemieckie w Sudety,
jednak to nie rozwiązało problemu. Na Podhalu zostało
jeszcze około 14 tysięcy owiec. Zaczęły się jednak trudności z wypasem w rodzimych górach, porzucone lub
wywłaszczone obszary wypasowe przybierały stopniowo charakter nieużytków. Państwo wydało w 1973
i 1977 zarządzenia w sprawie intensyfikacji produkcji
na górskich pastwiskach. Niestety, do tatrzańskich stosunków owe zarządzenia nie mogły być stosowane.
23 lipca 1973 roku został usunięty z Jaworzyny Rusinowej, przez milicję i pracowników parku narodowego,
Jan Murzański, ostatni baca w Tatrach Wysokich. Z Tatr
Zachodnich pasterze zostali wyparci trochę później.
Odbywało się to w pełnym majestacie prawa, na
podstawie uchwały Rady Ministrów z października 1954
roku o utworzeniu Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Początkowo tereny wypasowe zostały wyłączone ze ścisłej ochrony przyrody, ale w 1960 roku wyszła następna
uchwała, a właściwie dekret Rady Ministrów, nota bene

nigdzie nie opublikowany, w sprawie regulacji stosunków własnościowych na terenie TPN. Na jego podstawie
zaczęła się akcja wywłaszczeniowa. Współwłaścicielom
hal płacono 30 groszy za metr kwadratowy polany, za
las „dawano” więcej. Część górali wzięła pieniądze, wielu nie chciało wyrzec się ziemi i tym zakładano sądowe
konta depozytowe. I rzeczywiście, w końcu lat siedemdziesiątych jedyny w Polsce wypas wysokogórski został
zlikwidowany. Przedstawiciele parku powoływali się na
polskiego ideologa ochrony przyrody, profesora Władysława Szafera, zapominając o tym, co profesor napisał w roku 1936: „Nie ma Tatr bez górala i nie ma górala
bez Tatr […]. Człowiek zrósł się tu z ziemią, tak, że go od
niej oderwać nie można […]. Ginącą góralszczyznę z jej
wszystkimi właściwościami kultury chcemy podtrzymać i utrzymać”. Profesorskie marzenia się nie spełniły.
Ideologia i nadgorliwość uczyniły swoje. Przyroda wyrównuje „straty” powstałe i utrwalone przez pasterstwo
w ciągu wieków. Wyjałowione polany zarastają chraściami, szlachetne rośliny giną. Samowysiewający się las
likwiduje dawne polany. Doktryna ochroniarska nie pozwala ingerować w przyrodę terenów od bardzo dawna
zagospodarowanych. Ten brak mieszania się do przyrody nie jest właściwy, ponieważ działania interwencyjne
były wielokrotnie konieczne. Drzewa powalone przez
wiatr halny czy też gradacja szkodników drzewostanu,
wymagające natychmiastowego działania, były wielokrotnie opóźniane. Przeświadczenie o samoregulacji
przyrody często powiększa szkody wyrządzone przez
naturalne czynniki. Głoszono, że pasterstwo niszczy
przyrodę tatrzańską, ale tak naprawdę nikt nie przewidział skutków zaprzestania wypasu. Miejscowa ludność
nie pogodziła się z zakazem i wywłaszczeniami. Miało to
fatalny wpływ na świadomość ekologiczną Podhalan.
Konieczności ochrony przyrody kojarzyła się góralom
wyłącznie z doznanymi krzywdami. Zamiast uczyć się
od ludzi zżytych z przyrodą od dziecka, przyrodnicy im-

putowali im wrodzony popęd do jej niszczenia. Konflikt
rozpoczęty w  1954 roku i narastający w miarę rozwoju
parku „postawił pod znakiem zapytania postulowane
przez uczonych rozszerzanie kontroli nad procesami
przyrodniczymi w tym unikatowym w skali europejskiej
regionie”. Jednocześnie liczba turystów odwiedzających
Tatry wzrosła do 5 milionów rocznie. Na szlakach tatrzańskich nadmierny ruch panuje w lecie, lecz i w zimie
coraz więcej ludzi chodzi w góry. Znakomicie zjawisko
to ilustruje wiersz miejscowej poetki:

Konstrukcja szałasu
podhalańskiego w Zawoju
nad Wetliną, 1967 r.

Downiej ino kozy po wierskak skokały
teroz skacom pany i flaski z gorzały
Juhasi polili śmierdzące watrzyska
dziś pachnie benzynka samochodom z pyska.

Ta nieprawość u panów trwałaby dłużej, gdyby nie
inicjatywa Związku Podhalan. W 1980 roku Związek odwołał się do Marszałka Sejmu w sprawie przywrócenia
pasterstwa w Tatrach, czyli tzw. wypasu kulturowego.

Resztki ostatniej koliby
na Jaworzynie pod Furkaską,
2010 r.

142

16 czerwca 1981 roku pięciu baców wróciło na niższe
polany: Jan Murzański z Gronia na Rusinową Polanę,
Józef Gąsienica Makowski z Poronina na Waksmundzką, Józef Galica Grulok na Kopieniec, Józef Słodyczka
Byrtuś z Kościeliska do Doliny Lejowej i Andrzej Gal Zięba na Polanę Chołochowską. Zaprowadzenie wypasu
kulturowego było nawiązaniem do zaniechanego „Projektu organizacji pasterstwa w Tatrzańskim Parku Narodowym” z roku 1957. Obecnie w Tatrach owce pasą
się na sześciu zespołach polan o łącznej powierzchni
150 hektarów. Warto tutaj przypomnieć, że powierzchnia wszystkich pastwisk tatrzańskich była szacowana na
około 10 tysięcy hektarów. Wypas kulturowy aktualnie
demonstrowany jest przez ośmiu baców. Podpisują oni
umowy z TPN na cztery lata i podlegają regulaminowi
precyzującemu zasady gospodarowania na polanach.
Muszą paść ściśle w obrębie wyznaczonych polan, nie
wchodząc z owcami do lasu. Ubrania i sprzęt muszą
być tradycyjne w rozumieniu połowy XX wieku. Na
sałasie musi być czysto, zwierzęta dobrze utrzymane
i zdrowe, a produkty mleczne „jako dawniej bywały”.
Baca powinien mieć ukończony kurs bacowski i posługiwać się gwarą na co dzień. Wszystko w szałasie powinno być tradycyjne, prawie skansenowskie. Bacowie,
którzy zgodzili się paść w Tatrach, zostali wychowani
w tradycji pasterskiej, umiejętności, a przede wszystkim
chęci do juhaski nabrali przy swoich ojcach. Zmiany są
jednak nieuniknione, bowiem zaczyna brakować ludzi
zajmujących się zawodowo pasterstwem. Przerwanie
ciągłości kulturowej spowodowało lukę pokoleniową.
Praca na szałasie jest bardzo ciężka i praktycznie niewymierna, a zarobek można znaleźć na Podhalu poza
pasterstwem. Czteromiesięczna mordęga na szałasie za
5-8 tysięcy nie jest satysfakcjonująca dla młodych. Bacowie muszą zatrudniać jako pasterzy ludzi bez kwalifikacji i zamiłowania „ku owcom”. Zawód pasterza w dawnym pojęciu zanika.

Nowym zjawiskiem na Podhalu jest wykorzystanie
jako pastwisk dawnych terenów rolniczych w obrębie
wsi. Większość ziemi uprawnej leży bowiem ugorem
lub odłogiem. Nowoczesny baca posiada wiele owiec,
które wypasa na swojej lub na cudzej ziemi. Uzgadnia
z właścicielami majątków sposoby użytkowania, koszarowanie lub przepędzanie owiec, zbiera siano z wynajętych łąk. Przyjmuje też owce na sałas od drobnych
hodowców. Nie idzie w Tatry, nie podlega administracji
parku przyrodniczego. Prowadzi hodowlę w pełni racjonalną. Gospodarstwa te nastawione są na obsługę
turystów i miejscowych odbiorców. Paradoksalnie, podobnie jak w XVI wieku są obecnie na Podhalu właściciele dużych stad, jakich nie znaleźlibyśmy w wiekach
od XVIII do XX. Nie znaczy to bynajmniej, że tworzą się
podhalańskie wielkie farmy hodowlane. Ziemię górale
cenią bardzo i niechętnie ją sprzedają, nawet swoim
krewnym. Nie jest więc możliwe tworzenie większych
własności ziemskich na Podhalu. Rozdrobnienie postępuje nadal, mimo że nie wykorzystuje się majątków
rolniczo. Z drugiej strony, wielka liczba właścicieli powoduje zwielokrotnienie kontaktów. Baca – właściciel
owiec musi się ugadzać z wieloma ludźmi. Współczesny
szałas jest nadal miejscem spotkań i ubijania interesów.
Dawniej około 10 proc. mieszkańców Podhala posiadało
owce. Teraz ludzi zainteresowanych chowem owiec jest
mniej, niektórzy trzymają je tylko z zamiłowania. Na sałasach, oprócz produktów mlecznych, sprzedawane są
wyroby miejscowych rzemieślników. Swetry, skarpety,
wyprawione skóry owcze na pokrowce siedzeń samochodowych, ciupagi, rzeźby drewniane, obrazy na szkle
kupują turyści i często miejscowi. Wesele góralskie nie
może obyć się bez oscypków, ognisko i kulig również.
Obecnie porozumiewanie się jest ułatwione. Bacówka
stoi przy uczęszczanej drodze, na szałasie mają telefon
stały lub przenośny. Można zamówić sery na określony
termin. Szałaśnictwo się komercjalizuje.

143

*
Związki uczuciowe ze środowiskiem przyrodniczym na wsi, postawy wobec przyrody i jej ochrony
są w nauce polskiej bardzo słabo rozpoznane. Przyroda tatrzańska jest w dużej mierze uformowana przez
ludzkie działania. Pierwszy rezerwat roślinny powstał
na Hali Pysznej w 1927 roku, wtedy Fundacja Kórnicka
wypowiedziała umowę dzierżawną pasterzom z Lasku
i Klikuszowej. Jeszcze dwa lata wcześniej pasło się tam
330 owiec. W latach siedemdziesiątych XX wieku pasterze, którzy tam paśli, wspominali z żalem halę zamkniętą dla bydła z niezrozumiałego powodu. Około
1950 roku na Pysznej były jeszcze zachowane ślady

młynisk do mielenia rudy wydobywanej kiedyś w Ornaku. Przyroda Pysznej, czyli górna część doliny Kościeliskiej jest wybitnie zmieniona przez człowieka. Raptem
przyszli ludzie spoza Podhala i zaczęli dyktować warunki rdzennym mieszkańcom. Tutaj możemy uczynić
dygresję, podając dwa przykłady „racjonalnych” działań
obrońców przyrody: Park Yellowstone został utworzony po usunięciu Indian, zaś Serengeti jałowieje z powodu wypędzenia Masajów. Działania ochroniarskie
wydają się góralom bezsensowne. Kontakty z ruchem
turystycznym „nie przyczyniają się do podniesienia poziomu wrażliwości ekologicznej”. Niezależnie od wieku
panuje wśród górali powszechna niewiara w zasad-

ność przepisów TPN. Postulują powrót owiec i wywóz
chorych drzew sucharzy. TPN kojarzy się na trwale
z niesprawiedliwością, wywłaszczeniem z ojcowizny.
Górale traktowani są na zabranych terenach jak turyści.
Niektórzy prawnicy twierdzą, że możliwy jest powrót
pasterzy na hale, ponieważ ziemia nie jest wykorzystywana do pierwotnych celów. Prawdopodobnie kilka
lat koszarowania może przywrócić halom dawne funkcje w społeczności. Niestety, nie będziemy wiedzieć,
jak rozwinęłaby się podhalańska kultura pasterska,
gdyby trwała nieprzerwanie, nawet w ramach parku
przyrodniczego.

Na str. 142
Szałasy na Polanie
Strążyskiej

Stanisław Rychtarczyk
z owcami na Jaworzynie
Rusinowej

144

145

Wybór terminologii pasterstwa podhalańskiego
baba najczęściej żona bacy, współcześnie
rządząca w kolibie w jego imieniu
baca główny pasterz na szałasie, kierownik
produkcji i często właściciel zwierząt
w stadzie
bacówka, koliba, szałas budynek przeznaczony do obróbki mleka

biegać, latować,

gonić, parzyć się popęd płciowy u zwierząt hodowlanych

bojtar, honielnik,

goniec, powara pomocnik, poganiacz na szałasie

buda, kolibka przenośny schron do nocnego
strażowania przy owcach

bunc, gruda ser jako surowiec do wyrobu bryndzy,
oscypków, becółek, redykołek
cakla cakiel podhalański – rasa owiec
hodowanych na Podtatrzu

carek, kosorek mała zagroda w budynku
gospodarczym dla młodych zwierząt

cecha, karb oznakowanie owcy przez nacięcia na
prawym uchu, obecnie kolczykowanie
cetyna świerkowe gałązki służące dawniej jako
zimowa przymusowa pasza, też jedlina
ciosek, ferula, trzepacka przyrządy drewniane do rozbijania
ściętego mleka

cycać, plekać ssać (jagnię owcę)
cyrpak drewniane naczynie do picia zyntycy
i odmierzania sera na oscypki
cytać liczyć, rachować

dobytek, gawiedź,
statek, gadzina, zywina ogół zwierząt w gospodarstwie
formy drewniane foremki na oscypki i inne
drobne sery ozdobne (redykołki)
gieleta naczynie drewniane z jedną stroną
niższą do dojenia owiec, pojemność
5-10 litrów
godzić, pytać, zjednać werbowanie juhasów na wypas przez bacę
grudziorka płótno lniane, w których obcieka świeży ser
hale pastwiska wspólne w górach;
tak z dawna górale nazywają Tatry
hurda lepsza zentyca zebrana z wierzchu kotła
podczas jej podgrzewania
jadwiga, rozwodnica urządzenie do zawieszania kotlika
nad watrą
jagnica
młoda jednoroczna owca,
która nie miała jeszcze jagnięria

jorka owca nie dojona, niekotna,
też bezpłodna

juhas, wałach pasterz pasający owce

klepar, kłapac dzwonek wykonany z blachy na jorki
i krowy, krótszy od turconia na owce
klog, podpustka, ryncka naturalna podpuszczka ścinająca mleko
na słodko, trawieniec

kocić, bagnić się rodzić jagnię

komora, komarnik pomieszczenie magazynowe w kolibie
pasterskiej
kornuta owca z rogami
kosor zagroda dla owiec złożona z drewnianych
segmentów lysek, staciw, przestawiana
kosorzyć nawozić pastwisko odchodami owczymi byrkami i spulchniać ziemię raciami

kotlik, kocieł naczynie wykonane z miedzi
70-100-litrowe do warzenia zyntycy
kurta owca z obciętym ogonem
kyrdel stado owiec lub krów

maciorka, matka owca samica dojna po okoceniu się
mieryndzać przeżuwać o owcach, rzadziej
o krowach
miśkować, trzebić, skopić kastrować barany
obrznięte mleko już nie słodkie, ale jeszcze
nie skisłe, scinane, klogane na bruski
osod, ozesod, rozesod zakończenie sezonu pasterskiego,
powrót owiec do właścicieli na
św. Michała 29 września

oscypek serek owczy parzony, ręcznie formowany, ozdobiony w formie, wędzony
oscypiarka, piecarka wędzarnia oscypków
ostrewka pionowy drąg z poziomymi drążkami
do suszenie zebranej trawy na siano

owcar, owcarek pies pasterski, dawniej nazywany liptakiem
pasieka łąka paśna lub kośna, polana w obrębie
wioski
pierwotka, pierwiastka owca lub krowa po pierwszym porodzie

ploso, banior głębsza woda w rzece nadająca się
do kąpania owiec przed strzyżeniem
podwysorek świerkowa półka na ułożenie gotowego
syra, aby dojrzał
polana niżej położona łąka kośna na przepaski,
częściowo koszarowana poprawiana
posługa karmienie, pojenie, doglądanie zwierząt
w stajni, sopie

powonzka, sata płótno dawniej lniane do cedzenia
mleka, teraz używa się pieluchy

półka na oscypki deska świerkowa na pionowe
ustawianie oscypków do wędzenia

prontek, prynć,

gałązka, chabina witka do poganiania bydła

przodownica owca, która wiedzie stado, wysuwa się
naprzód już od redyku wieśnianego
puciera rodzaj beczki rozszerzonej u góry,
80-200-litrowej na klaganie mleka
po udoju

redykać się przepędzać owce na hale albo z hal
wiosną i jesienią
redykołka, parzenica,

kacka, jeleń, baran,

ryba, kohutek serki ozdobne na podarki
rosolnik, koryto, złub naczynie na słoną wodę (rosół) do
24-godzinnego moczenia oscypków

rówienka, równia paśna polana w lesie
siuta owca bezroga

skórłot, skórło wymię owcy; burzyć w skórłoty
– mocno ścisnąć wymię przy dojeniu
stronga mniejsza, przedzielona okniorkom
z oknami część kosora do dojenia

strzyc, strzygać strzyżenie owiec noznicami, nozyckami
strzyki brodawki mleczne u dojnych sztuk

świdrula owca z rogami zakręconymi do góry
trzeciak mniejszy blaszany dzwonek owczy
turcoń blaszany dzwonek owczy, podłużny
typu liptowskiego
tutka pysk owcy
wanta duża płyta skalna postawiona pod
ścianą za watrą, chroni przed pożarem
warzycha duża chochla do zbierania hurdy
z podgrzanej w kotle zyntycy
watra ognisko w kolibie umieszczone
w głębokim watrzysku
wetula owca niekotna, zapasiona, stara, jałowa
więcej niż rok
woga, mincyrz, wincyrz waga przesuwnikowa kowalskiej roboty
wół kastrowany, wymiśkowany samiec krowy
wykoty okres rodzenia jagniąt od stycznia
do marca przez owce zapłodnione
we wrześniu

wyro, pryco prycza z desek w szałasie
zawaternik, kłotek kloc drewna najczęściej świerkowy wkładany do watry, aby nie wygasła przez noc

zbyrceć, zazbyrceć,

zbyrkać, zbyrknoć,
zazwonić, zaturlikać,
tyrlikać dzwonkiem
zwarnica gorsza cienka zyntyca ze spodu kotła
zyntyca słodka lub kwaśna, smakołyk ceprów,
telo się miom zachwycajom, ze ciesi

147

Tadeusz Szczechowicz

Bacowanie to zamiłowanie i krew
Tadeusz Szczechowicz, Ratułów, Soblówka

Z wizytą u baców

Sylwia Tumidajska

W

Soblówce k. Ujsoł na polanie w dolinie potoku Cicha stoi trzydziestoletnia
koliba pasterska, miejsce bacowania
Tadeusza Szczechowicza z Ratułowa
i jego syna Tadeusza. Jest to prosta konstrukcja oparta na prostokątnym szkielecie z belek. Ściany tworzą
przybite prostopadle do szkieletu deski, a więźbę dachową pokrywa falista blacha. Koliba, by zachować
poziom swojej konstrukcji, ze względu na nierówny teren wspiera się na większych kamieniach oraz pniach.
Nad wejściem, na wystających poza szczyt łatach
dachowych wspiera się okap z szerokich desek, który
niezawodnie spełnia swą rolę w czasie wietrznej, deszczowej pogody. Pod okapem stoją ławy z drobnymi
naczyniami, bańkami na mleko i wiadrami.
Tadeusz Szczechowicz wylicza, że w tym miejscu
koliba stoi już dziesiąty rok. Ona juz w piontym miejscu przełozono. No, pierwsy roz była tam w Przyrobisku.
Potem była u Głowy u samej góry, a potem jo sprowadzoł koniem nizy, tyz do Głowy, ale nizy. Od Głowy zaś do
Przyrobiska, a teraz juz tu na Lizakowom zaś. To je cworty cy pionty roz przewozono. Tak, ze ona wie już, o cym
powiedzieć, ta kolyba. (Polana Ku Głowie, Soblówka,
Beskid Żywiecki).
Ten prosty szałas wpisał się w krajobraz doliny potoku Cicha i w serce jego właściciela. Gdy przekroczymy próg, otwiera się przed nami mała, ale uporządkowana przestrzeń. Każda rzecz ma tu swoje niezmienne
miejsce. Po prawej stronie, na niedużym drewnianym
cokole wysokie klepkowe naczynia do klagania mleka
– puciery. Tuż obok na ściance wydzielającej komórkę
na drobne naczynia, żętycę i ser, wiszą ciosek z ferulą,

metalowa obręcz na puciery dla przytrzymania saty,
tj. płótna, przez które przelewa się, cedząc udojone
mleko do naczynia. W rogu samorodna laska pasterska
– kula. Po lewej stronie, w dole w ziemi watra, nad którą
wisi żeliwny kocioł. Płomieni nie widać, ale jak zapewnia
mnie baca, watra w kolibie nigdy nie wygasa. Żar w popiele zamknoł, ale to sie zrobi rusztek taki i podlozy sajty
i samo sie rozpali. Ogień mocno zaznaczył się w tradycji pasterskiej, w obrzędach i zwyczajach związanych
z wypasem owiec. Poświęcona podczas wiosennego
redyku watra budziła życie na sałaszu, dlatego bacowie
dobrze jej strzegli. Wygaśnięcie ognia postrzegano
jako omen, który sprowadzi na bacówkę nieszczęście.
W kolibie na Lizakowej baca rozpala na wiosnę watrę
z „święconego ognia” – poświęconej podczas Wielkiej

Na str. 146
Przejście przez Złatną

148

Wypas na Soblówce, 2013 r.

Soboty sajty, tj. szczapy drewna, która nie wygasa aż do
jesieni. Poświęcone szczapy oraz wodę do pokropienia
stada owiec wręczane są bacom przed wiosennym redykiem w trakcie Mszy św. w Sanktuarium Matki Boskiej
Ludźmierskiej w Ludźmierzu.
Tadeusz Szczechowicz przyznaje, że trudno mu
rozstać się z zadymioną kolybą. Tuż obok stoi nowa,
większa, jednak to w tej starej, przez lata „udomowionej”, toczy się rytmicznie bacowskie życie. No zadymiono juz je, ale jesce słuzy. Nieduzo, ale lubie w niej siedzieć.
Osmolone ściany sprawiają, że wnętrze wydaje
się mniejsze, a dostrzegam tu jeszcze jednoosobowe
legowisko tuż obok paleniska. Nad śpiącym w nocy
czuwają Ojciec Święty Jan Paweł II oraz Matka Boska,
może Różańcowa, trudno stwierdzić, bo wizerunki zacierają warstewki sadzy. Baca nie śpi jednak w kolibie.

149

okropne, śniegi były. Po drodze nocujemy na Śmietanowej
pod Babibom Górom, to tam jest duzo wilków. W tym roku
to tam nas atakowały. Psy scekajóm bardzo. A tak to we wsi
nocujemy, nocujemy w Przyborowej, Sopotni Wielskie, tam
nie ma strach, bo to między domami.
Roz to nas w drodze śniyg chycił. Dwa czy czy lata
temu. W październiku śniyg sypał. Z półtora dnia to ześmy
chet po śniygu śli. To casami rusy sie pogoda, na drugi dzień
leje. Na wsyćko cza być przygotowanym. Roz to zawracaliśmy, ale to może w osiemdziesiątych rokach, jak myśmy
śli na Krowiorki. Nocowaliśmy w Sylcu pod Babiom Górom,
i tak pokurzyło w nocy i nad ranem, i myśmy wyszli na Krowiorki, już taki śniyg był, że światu niewidno. Musieliśmy sie
wrócić, bo myśmy się boli, ze jak zejdziemy do Zawoji i trawy nie będzie… ześmy kawałek do Zubżycy wrócili, sniyg
opadł, słonecko zaświyciło i wróciliśmy na Zawoje.

W nocy trzeba być czujnym, bo owcom może zagrozić
zwierzyna, wilki i niedźwiedzie. No tu je niedziwiedz. Bez
dwie noce tez tu atakowoł. Psy łobocom, cza im pomóc,
lampkom obświecić, i krzykać, a… tu mamy petarde, zaś
strzelimy.
Przy kosorze – zagrodzie dla owiec, jest szopka.
W niej to Tadeusz Szczechowicz śpi, pełniąc tak naprawdę wartę. Jak legnie sie do budki, to sie modli, zacym
sie nie uśnie. Alarm podnoszą same owce, dzwoniąc zawieszonymi na karku dzwoneczkami oraz czujne, przeszkolone psy. A tam pare owiec chodzi z dzwonkami. Tak
ze jakby w nocy rusyły albo drgły, co by obacył, bo się spi
przy owcach. Ale jak tam gruchnom to cza hipnoć.
W tym roku kierdel owiec jest większy, liczy 500
sztuk. Wypasają się na polanach przysiółka Królowa
w Soblówce. W kwietniu w dzień redyku gospodarze

z Starego Bystrego, Maruszyny i Ratułowa zganiają
swoje owce do gospodarstwa Tadeusza Szczechowicza. Gospodarze przyganiają. Licy sie je, zeby mieć stan
gromady. Baca se musi policyć i zapisać. No bo w jesieni
musi oddać. Jak której brakuje, cza jakoś wynagrodzić,
taka zasada. Owce poznaje po personie. Na kolcyki nie
pacymy. Przy domu, jak sie wyzganio owce, kosor stawiamy, owce trzeba pokropić i reszte w droge.
Tadusz Szczechowicz wiosenny redyk kieruje na hale
Beskidu Żywieckiego od 1973 roku. Trasę pokonują z synem średnio w pięć dni. W tym roku ślimy seść dni. Casem
idziemy pięć dni, ale w tym roku chyciło nas ciepło w drodze,
i musieliśmy zwolnić trosecke. Jak jest za gorąco to owce nie
mogą tak iść. Jak jest fajny rok to za kwietnia nawet, pod koniec kwietnia przychodzimy. W tym roku ześmy w kwietniu
przyśli. Zesłego roku tys. W tym roku śniegi przez Rysianke,

W drodze na pastwiska
przy Rysiance

150

Pomieszczew
w Bieszczadach, 1956 r.
Z przodu siedzi baca
Stanisław Łuszczek Wrajsyi
z Ratułowa, stoją od lewej:
Olek Leja z Czerwiennego,
Józef Morawa z Ratułowa,
Stanisław Długopolski
z Ratułowa, Andrzej
Ratułowski z Ratułowa,
Tadeusz Szczechowicz
z Ratułowa, Józef Mateja
z Czerwiennego i Józef
Bałkowiak z Ratułowa

Kominy Dudowe, Tatry,
Kominiarski Wierch, lata 60.
XX wieku. Pierwszy z lewej
Tadeusz Szczechowicz

W trakcie redyku bacowie muszą wydoić owce
rano i na wieczór oraz porobić sery. Przez blisko czterdzieści lat organizowania wypasu na Żywiecczyznie
Tadeusz Szczechowicz zyskał na trasie redyku przyjaciół, którzy udostępniają swoje zagrody i przyjmują na
nocleg.
Kiedy Tadeusz Szczechowicz zaczynał bacowanie
na halach Beskidu Żywieckiego, na terenie rodzinnego
Podhala brakowało miejsc pod wypas owiec. Teraz jest
dość duzo, teraz by pos, ale w tych rokach, kiej jo tu psyseł,
to nie za bardzo było, ludzie w ten cas gospodarzyli, a teraz tam u nos som bacówki po wioskach, bo ludzie słabiej
gospodarzom. No a ja sie juz tu tak przyzwycaił, i juz tu
chcym zakońcyć.
Tadusz Szczechowicz początek swojej pasterskiej
drogi, którą zamierza zakończyć pod szczytem Ryce-

rzowej, zaczynał w Dolinie Chochołowskiej w Tatrach,
gdzie jego ojciec wypasał krowy. No, a jo był takim
chłopcem, jesce do skoły chodził, bez wakacje jagnięta
wypasaoł z nim, z nim tam siedzioł od chłopca. Jak ze
skoły wyseł to poseł potem honielnikować na Bieszczady. A po wojsku poseł zaś w nase Tatry znowu, w Kuminy
Dudowe, tez osiem lat. No i później jak sie ozenił w siedemdziesiotym cecim i przysedłek tu.
Bacy z Ratułowa udało się zaszczepić w synu wartości bacowskiego życia. Gdyby nie syn, to ja bym tu nie
siedzioł juz. Przecie bieda o młodych. Skolom sie do dwódziestu lat. Na takich chłopcach to byś sie trosecke poparł.
A dziś, jak wyjdzie ze skoły, no to ku temu nie pójdzie, ku
owcom. Bez zamiłowania nie ma mowy. Musi mieć zamiłowanie i krew – dodaje siedemdziesięcioletni baca z Ratułowa.

151

Stanisław Szczechowicz,
wypas w Zawoi Barankowej,
2012 r.

Marian Sporek,
baca ze Soblówki

152

Na bacowskiej emeryturze
Bronisław Tylka, Nowe Bystre

Z

bacą Bronisławem Tylką spotykam się u  niego w domu w Nowem Bystrem. W dużej
kuchni wszystko jest już przygotowane.
W emaliowanych naczyniach są wszystkie
składniki potrzebne do wyrobu oscypka. W dużym
niebieskim garnku serwatka z kulami klaganego sera
(bundzu). W białym wiadrze natomiast pozostawiona
dzień wcześniej do skwaśnienia serwatka, która istotna
jest przy formowaniu sera. Podczas wyrabiania moczy
się go w tej serwatce, stale podgrzewanej poprzez dolewanie gorącej wody – jak tłumaczy baca – na to co by
miały śkliwo i gładko sie robiło. Tuż obok w mniejszym
wiadrze moczą się formy do sera – drewniane rzeźbione półpierścienie, które zaciśnięte na środku wyrabianego sera „oddają” wzór składający się z łańcuszka
geometrycznych figur – oraz metalowe igły, którymi
przebija się ser w trakcie formowania, aby mógł dobrze
obeschnąć.
Bronisław Tylka jest już na bacowskiej emeryturze,
i teraz w domu wraz z synem Stanisławem wyrabia, jak
sam określa „krowskie oscypki”. Nie znaczy to, że w gospodarstwie rodziny Tylków nie ma owiec. W okresie
wypasu, od wiosny do jesieni, a więc w czasie kiedy
owca daje mleko, gospodarze oddają swoje stado pod
opiekę Piotra Kohuta, bacy z Koniakowa.
Dziennie wyrabiają średnio osiem serów z własnego mleka krowiego, a dwanaście, trzynaście, gdy okoliczni mieszkańcy dostarczą swoje mleko. Stanisław
Tylka uprzedza moje pytanie, czy ser z mleka krowiego,
można nazwać oscypkiem? Żartobliwie stwierdza, że
w zasadzie od wczoraj możemy powiedzieć, że robimy „oscypki” (spotkanie z Bronisławem i Stanisławem

Tylkami odbyło się 2 października 2012 r.). Nazwa
„oscypek” prawem unijnym zarezerwowana jest dla
sera owczego wyrabianego w okresie wypasu owiec,
tj. od maja do września, i to w określonych gminach.
Sery wyrabiane metodą jak oscypek, tyle że z mleka
krowiego, mają swoją nazwę – „gołka” bądź „ser gazdowski”. To się nazywa wyrób tradycyjny, a pani trafiła
na taką wieś, gdzie żyją z tych serów. Tu po chałpach jest
największa produkcja, to Nowe Bystre i Ratułów – podkreśla Stanisław Tylka. – A jak pani widzi, praca idzie jak
na sałaszu – dodaje.
Oscypek, wędzony owczy ser był i jest wartością
w podhalańskiej kulturze. Przeprowadzane współcze-

śnie badania etnograficzne na Podhalu wykazały, że
funkcjonuje on jako okolicznościowy dar, poczęstunek
oraz nieodłączny element weselnej uczty. Ma również
walor rynkowy. Stanowi produkt, który turyści mogą
zakupić na targach, w sklepach, i to niekoniecznie „pod
samymi Tatrami”. Ale nie zawsze tak było. Do niedawna – jak stwierdza Bronisław Tylka – mało kto w Polsce
wiedział, co to jest oscypek. Wspomina, że w latach
osiemdziesiątych sprzedawał wyrabiane przez siebie
wędzone sery owcze w Dusznikach Zdroju. Tam panowie nie wiedzieli, co to jest oscypek. Krajało się oscypek na
części i dawałek kostować. Piyrsy roz sprzedałek dziesieć
oscypków na tydzień. Jak byłek ceci, śtworty, pionty rok,
i pokostowali juz, to kupili sto a i dwieście. W tym czasie
pan Bronisław Tylka bacował w Sudetach Środkowych
na granicy Wzgórz Lewińskich i Gór Orlickich, w okolicy Zimnych Wód. Wspomina, że kiedy bacował
w Bieszczadach, Sudetach, Beskidzie Niskim robiono
oscypki, ale według innego kalendarza niż dzisiaj. Cza
powiedzieć, ze moj, cerwiec, lipiec ser [bundz] brała mleczarnia. Oscypki robiło się dopiero w siyrpniu, kiej to sie
utrzymoł. Nie robiło sie tak jak teraz od moja do września,
do Michoła. Dopiero na sierpiyń. Mlyko było już gęste i on
się tam już nie zepsuł. Były mastne i dobre. I całom zime
sie utrzymały. Uwędzone owcze sery bacowie przywozili z końcem września na Podhale na rozesod (łosod),
czyli jesienny redyk, kiedy to rozliczali się z gospodarzami za czas wypasu. Wręczali je każdemu gaździe, który
na wiosnę oddał im swoje owce na wypas.
Wspomniany wyżej piękny zakątek ziemi kłodzkiej, Zimne Wody wymienia Bronisław Tylka z Nowego
Bystrego jako jeden z wielu punktów na mapie swoich
wędrówek pasterskich po polskich górach. Pierwszy
raz bacował w Bieszczadach. W latach sześćdziesiątych
jako młody chłopak, tuż po szkole był przez dwa lata
honielnikem, tj. pomocnikiem juhasów, którego zadaniem było naganianie owiec do dojenia. Wspomina,

153

że wtedy juhasili za Ustrzykami Dolnymi, w okolicach
Rajskiego, Olchowca, Wydrnego, Horodka. Przez kolejnych dziesięć lat, będąc już juhasem, wypasał owce
na górskich polanach Brzegów Górnych (Berehy
Górne), Smereka, Wetliny, Kalnicy, Krzywego (Kriwe),
Stuposian, Przysłopu, Solinki, Maniowa. W 1973 roku,

już jako baca, organizował wypas owiec na własną
rękę na pograniczu Bieszczad i Beskidu Niskiego, na
Pogórzu Bukowskim pod szczytem Tokarni.
Bieszczadzki wątek w bacowskim życiu Bronisława
Tylki wplata się w warkocz powojennej historii pasterstwa podhalańskiego. Po II wojnie światowej w wyniku
wzrostu liczby owiec na Podhalu do 30 tys. (wówczas
tatrzańskie hale mogły wyżywić tylko 6-8 tys. sztuk)
rozpoczęły się sezonowe migracje na połemkowskie tereny w Pieninach (Jaworki, Szlachtowa, Czarna
i Biała Woda) i w Bieszczadach oraz na obszar Sudetów.
W 1954 roku utworzono Tatrzański Park Narodowy,
w którego założeniach ostatecznie nie zawarł się projekt organizacji wypasu na halach rezerwatu. Państwo,
w zamian za nieruchomości wchodzące w skład parku,
oferowały ziemię w Bieszczadach.
Wiosenny redyk, kierujący się na wyludnione obszary bieszczadzkich wsi, odbywał się transportem
kolejowym. Na początku lat sześćdziesiątych w jednym sezonie przewożono ok. 50 tys. owiec (dane
z 1960 i 1961 r.). Z owcami sło się na wagony do Cornego
Dunajca. Załadowano owce do połednia, i przez całą noc
jechaliśmy. Casem wagony były przepinane, to straciliśmy
dzień. A jak nas na przikład odcieli, bo lokomotywa nie
kciała uwiyźć, to my cekali dwa dni. Owce były głodne.
Owce i cały bacowski dobytek przywożono taborem
kolejowym do Leska, Ustrzyk Dolnych, Baligrodu lub
Łupkowa i stamtąd pędziło się je do miejsca przeznaczenia.
W 1978 roku Bronisław Tylka zaprzestał organizować wypas w Bieszczadach i skierował się na zachód,
w Sudety, gdzie z przerwami bacował przez siedem
lat. Od 1982 roku wypasał owce w Izbach koło Gorlic
w Beskidzie Niskim. Od końca lat osiemdziesiątych
wiosenny redyk dla Bronisława Tylki odbywał się z roku
na rok bliżej rodzinnego Nowego Bystrego. Na Podhalu
pierwszy raz bacował w okolicach Nowego Targu –

osiedla na południowym stoku Gorców, Niwa i Nowe.
Kolejne miejsca to Piekielnik k. Czarnego Dunajca,
Białka Tatrzańska, Bustryk k. Poronina, później Jarosy,
Czerwienne i Nowe Bystre.
Tradycja wyrobu sera jest w rodzinie Tylków
kontynuowana. Bronisław Tylka wspomina swojego
dziadka, który wypasał owce w Tatrach Zachodnich
w Kominach Tylkowych w Dolinie Lejowej. Ojciec bacował, i bracia tez juhasili. Syn bacy z Nowego Bystrego,
Stanisław dodaje: Tata robi, jo ucym syna, a i córke, coby
wiedzieli. To jest pokolenie, z ojca na syna. Nie wiemy, co
dalej bedzie, jaka ta młodzież bedzie. Za tym chlebem za
bardzo nie ciognom. Bo to cza dzień w dzień nad tym
siedzieć. Tu jest obowiązek z mlykiem. Bronisław dodaje:
A jak nie bedo paść krów, paść owiec, nie bedom doić, nie
bedzie oscypków. Nie będzie sera, nie bedzie bundza.

154

ze troske sprytu i siły cza. Zaraz doiłek w piyrsy dzień, nigdy
nie naganioł. Oscypki stale robił, gołki w chałpie bez zime,
bo mnie to ciekawiło. Tak z zamiłowanio.
Rodzinna tradycja i zamiłowanie do pasterstwa
wyznaczyły cele, które gazda z Leśnicy z uporem realizuje. Działać tak, by nie przerwać krwiobiegu podhalańskiej kultury, a ten stanowi od wieków na tym terenie pasterstwo. No jo tych owiec od kiela dzieckiem był
to stale owce były som i myślim ze nadal bedom po kiela
produkt bedzie. W naszej rozmowie wielokrotnie pada
słowo „produkt”, pod którym w tym konkretnym przypadku rozumiemy bundz, bryndzę, oscypek, redykołkę,
gołki, żentycę, jagnięcinę. Produkty regionalne i tradycyjne, jako zjawisko normowane prawnie, pojawiły się
w Polsce wraz z przystąpieniem kraju do Unii Europejskiej i stały się – jak potwierdza to na własnym przykładzie Kazimierz Furczoń – nową szansą i przyszłością
dla owczarstwa w Polsce. Wiadomo ze ten produkt,
który stał się słynny, no to jo był cały cos z nim związany.
Pierwse takie szlaki to jo przecierołem. Byłem pierwszym
producentem, którego produkt był zarejestrowany z Pol-

Pierwszy baca unijny
Kazimierz Furczoń, Leśnica, Łapsze Wyżne

W

Leśnicy na Podhalu, przy głównej drodze przez wioskę stoi koliba, należąca
do gazdy i bacy Kazimierza Furczonia.
Bacówka nowa, założona w 2003 roku,
ale jej właściciel bynajmniej nie należy do początkujących w zawodzie bacy. Od pokoleń zajmujemy się
owczorstwem, a jo zajmuje się już od dziecka, mając
sześć lat juzech był w Bieszczadach przy owcach. Stryk,
tata tam jeździli. Ale to moze wcesniejsom historie powiemy. Z jednej strony tata, który od chłopca na polanach,
w górach wypasali, i nie tak jak dziś po duzo owiec, tylko
po kolkadziesiąt. W 1946 roku zegnali juz z gór. Poszli na
Jaworki (8 maja 1948 r. ruszył tzw. Wielki Redyk – przeszło 8 tys. owiec). W Jaworkach był baca Chodorowicz
z Leśnicy Gronia, i tata przy nim jesce przed wojskiem podbacował. I potym poseł do wojska na trzy lata, i wiadomo
ozenił sie z mamą z rodziny Kobylarczyków. Z tej strony,
moja babka i prababka wypasały w holach 70 owiec. I do
dziś te hale z Murzańskich i Kobylarczyków są, i związane
są z rodzeństwem. Kazimierz Furczoń wspomina, że
jest krewnym po kądzieli słynnej pasterki Marii Murzańskiej, której ukazała się na zboczu Wiktorówek nad
Złotym Potokiem w Tatrach w 1860 roku Matka Boska.
Najjaśniejsza Pani przekazała kilkunastoletniej pasterce
ostrzeżenie dotyczące utraty pastwisk i lasów przez
górali. Jo nie pamiętam, byśmy kiedy bez łowcy byli. Babka jak jesce łowiecki chowali, to mi te pięć owiecek dawali.
Po dziadku chowo do dziś na tym placu mamin brat.
Mapa miejsc bacowania przez pokolenia rodziny
Kazimierza Furczonia rysowała się pod dyktando historii pasterstwa na Podhalu. Na niej kolejno znaczą

się punkty: Tatry, po II wojnie światowej Jaworki na
Spiszu, Bieszczady. W 1974 roku ojciec bacy z Leśnicy
zakupił pole w Łapszach Wyżnich z zamiarem zorganizowania bacówki. Istnieje ona do dziś, a Kazimierz
Furczoń wspomina: Przy tatowi się wszycko naucył.
Zajmowaliśmy się troche handlem i bydłem i owcami. Po
dziś tom zyłke mom. I nieraz było i piędziesiąt krów i tysiąc
owiec, i mięso się brało, i skóry. Cza było dojić ręcznie, nie
tak jak dzisiaj maszynowo, stale z tym byłem związany.
Zawdzięczam to rodzinie, tatowi, który mi w szcególności wszycko pokazywoł. Tak samo na bacówce, ja nigdy
nie przechodził praktyki honielnika, który się przyucza na
juhasa. Ja byłek zawsze przy tatowi. Pedzioł mi dojić, mając czternaście lat siadołek ku owcom i dojiłek, wiadomo,

155

piającą baców i hodowców z Podhala, Beskidu Żywieckiego, Śląskiego, Sądeckiego i Pienin. Założycielem
i prezesem spółdzielni jest Kazimierz Furczoń. Spółdzielnio zarejestrowała bez te roki jakby produkt zastępcy
z mleka krowiego, owczo-krowiego – ser gazdowski, golka, pucok – dostępny cały rok. Oscypek mamy sezonowy,
i to w dwóch województwach. Szczególnie staramy się
teraz o jagnięcinę, baraninę – staramy się tu o konsumenta polskiego. Jak nie naucymy tego jeść, to nie będziemy
mieć tego przysłowiowego produktu. Staramy się pomóc
wszyckim hodowcom owiec, pocowsy od tego, co piynć
w ogródku chowo, do tego co mo pinset cy tysioc.
Od 2010 roku tradycyjne w kulturze góralskiej
zajęcia – bacowanie i juhasowanie – wpisano na listę
oficjalnych zawodów w Polsce. Dawniej, jak wspomina
Kazimierz Furczoń, przechodziło się kurs bacowski, sam
zakończył taki, jeden z ostatnich w 1986 roku w Jaworkach. Gazda z Leśnicy myśli o młodym pokoleniu, które
ewentualnie podjęłoby się bacowania, a dziś może nie
ma takiej jak on możliwości podpatrzenia i doświadczenia tego fachu w rodzinie. Planuje zorganizować

ski, to bryndza podhalańska. Jo miołem jako pierwszy certyfikat do oscypka. Później było nas więcej. Jako była opłacalność downiej, a jak je dzisioj? Jak zrobiłek kurs bacowski
w 1986  r. w Jaworkach, hodowca zył z wełny i jagniecia.
Taki prziykłod, kilogram wełny wtedy, to tyle co trzydzieści
oscypków zrobić i na targu sprzedać, albo kilogram sera
do mleczarni sprzedać w Rymanowie w Bieszczadach lub
w Nowym Targu. A dzisok, nie licyć, ze owce się oszczydze
i za to zapłacić czeba, lub samemu osczyc, to ta wełna
kosztuje między złoty a dwa złote kilogram. Dzisok jeden
oscypek kostuje 30 złotych. Teraz jest na odwrót. Trzeba
30 kilo wełny sprzedać, jak jo będzie miał kto kupić, a tu wystarcy jednego oscypka sprzedać. Skóra, kozuchy wartało
tyle co pare pensji miesięcznych, a dziś skóra praktycnie nic

nie worce. Worce troske mięso, ale dosć cięzko jest. Jagnię
raz do roku się sprzedo i koniec. To kozdy powie i nie tylko
baca, ale i hodowca. Włosi kupujom, i tam jest 25 euro za
kilogram polskiej jagnięciny, a tu jak powies 25 złotych to
jest duzo. Jesce jest to, ze nasego konsumenta nie stać na
tom zdrowom zywność. Od 1985 roku Polska eksportuje
jagnięcinę do Włoch. Duży popyt na mięso przypada
na wiosnę, przed Wielkanocą. Pieczona jagnięcina stanowi we Włoszech świąteczne danie.
By sprostać współczesnym realiom gospodarczym i dobrze wykorzystać możliwości, jakie wynikają
dla hodowców z realizacji różnych programów finansowych, powołano w 2007 roku Tatrzańsko-Beskidzką
Spółdzielnię Producentów „Gazdowie” w Leśnicy, sku-

156

Krzysztof Bachleda Curuś
na wypasie, Poronin,
Galicowa Grapa, 2012 r.

specjalne kursy bacowskie, teoretyczne przez zimę
i praktyczne w okresie wypasu na halach. Podkreśla, że
młody baca dzisiaj to jest jeszcze jednak rzadkość. Jest
kilka baców młodyk. Do bacowania jesce siybciej, bo jest
jesce jakiś piyniodz z tego produktu. Ale do hodowli jest
bardzo ciesko. Żeby był baca, czeba hodowcy. Jako spółdzielnio promujemy teraz jegnięcinę, żeby to mięso było,
żeby hodowla było opłacalno, żeby był popyt w Polsce.
U nas promujemy, tyle ze nie ma gdzie kupić. A u nas jest

tak ustalone ze na Święta Wielkanocne sprzedać i mieć
spokój, i każdy hodowca musi mieć jako drugom robote,
nie baca, a gazda. Na to myśmy zarejestrowali ten produkt z mleka krowiego, coby sobie dorobił. Bo wiadomo
jak jest teraz z pracom. Przykładowo jo, cy drugi baca mo
30 hodowców. Przy tym pracuje trzech, śterech juhasów.
A co z hodowcami? Z dopłat, z 10 cy 15 łowiec i krowy nie
wyżyje. A to pacom coby serki robić, gołki, z tego już jest
jakiś piyniodz.

Hodowla owiec musi stać się opłacalna – a o to
stara się Spółdzielnia „Gazdowie” – by, jak stwierdza
Kazimierz Furczoń, ocalić tradycję, swoje korzenie. Był
jedyn słynny baca, nie dali mu pastwiska za góry, to na
wozie cały rok przebacował. Z miejsca na miejsce go na
Bieszczadach przeganiali. Przez piynć miesiency przebacował. Taka była opłacalność owiec. Tak hodowcy wpychali owce bacy, ze im sie opłacało hodować. Jo byk kcioł,
co by sie te casy wróciły.

157

Piotr Kohut

Bacza z wołoską duszą
Piotr Kohut, Koniaków Szańce

pierwszy majowy weekend 2012 roku
w Koniakowie na Szańcach zebrała się
rzesza turystów, wśród nich również
miejscowi górale, prasa i telewizja, a to
wszystko dla owiec. Na 1 maja bacza z Koniakowa –
Piotr Kohut – wyznaczył pierwszy dzień wypasu, który tak jak dawniej w tradycji pasterskiej w Beskidzie
Śląskim i w to majowe przedpołudnie rozpoczął się
od miyszania owiec. Utworzony kierdel w liczbie siedmiuset sztuk poprowadził bacza główną drogą przez
Koniaków na pobliską górę Ochodzitą, na której zboczach co roku rozpoczyna wypas.
Utworzona w 2005 roku bacówka na Szańcach
wpisała się w krajobraz dzisiejszego Koniakowa.
Tu można skosztować prawdziwych owczych serów,
zakupić jagnięcinę i baraninę oraz wyroby z owczej
wełny. Przede wszystkim jednak – jak podkreśla Piotr
Kohut – od kilku już lat podejmuje się próby przywrócenia gospodarki pasterskiej, opierając się na tym, co
kiedyś w tych górach stanowiło podstawę bytowania
– na owcach. To jest nasza tradycja, korzenie ludzi gór.
I właśnie z zamiłowania do swojej rodzimej kultury zrodził się wśród kilku górali z Istebnej i Koniakowa pomysł, by wzbogacić beskidzkie gronie o owce.
Od dziecka związany byłem z Ogniskiem Pracy Pozaszkolnej w Koniakowie, grałem w Zespole Regionalnym
„Koniaków”, później przez parę lat grałem w Kapeli „Wałasi”.
Piętnaście lat temu, jako młodzi ludzie założyliśmy Stowarzyszenie Górali Trójwsi Beskidzkiej. Założycielami oprócz
mnie byli min. Damian Legierski, Dorota Gazurek, Elżbieta
Polok, Joanna Śliwka (Cichy). Chcieliśmy zmienić sposób
postrzegania kultury góralskiej w naszym regionie. Robili-

W

śmy różne posiady, na które zapraszaliśmy regionalistów.
Spotkaliśmy się z Małgorzatą Kiereś, Janem Kropem, Józefem Michałkiem i Zbigniewem Wałachem. Wśród nich
był również Teofil Wałach z Zubrzycy Górnej, który wraz
z dyrektorem Muzeum im. Władysława Orkana w Rabce
– Janem Fudalą – wciągnął nas w historię pasterzy wołoskich. Jak Teofil zaczynał opowiadać o Wołochach, to
wszyscy szeroko otwierali oczy. (Teofil Wałach, pasjonat
historii osadnictwa wołoskiego w Karpatach, autor Zagadnień wołoskich). Zainteresowała nas ta nasza tradycja
pasterska, te nasze sałasze. Spotykaliśmy się z Janem Kawulokiem z Istebnej Dziedzin, który był owczorzem, znał
te tradycje. Pokazywał nam, jak się klago mleko, na stary
sposób nas tego uczył, w kotle, który nam pożyczał. My
wtedy, w pewnym sensie na nowo to wszystko odkrywa-

liśmy. W latach 90 XX wieku Józef Michałek z Andziołówki
propagował ideę powrotu sałasznictwa na teren Istebnej.
Niedługo później postanowiliśmy, że postawimy na Stecówce w Istebnej bacówkę. W jeden dzień ją postawiliśmy.
To była taka „kulturowa” kolyba, tu spotykaliśmy się, ja,
Heniek Kukuczka, Józek Michałek, Janko Kaczmarzyk, Zbyszek Wałach oraz Stanisław Rucki z Jaworzynki. W tym to
gronie padło stwierdzenie: Kupmy owce. Pojechaliśmy na
Podhale i kupiliśmy tak trzydzieści może czterdzieści owiec
od bacy z Murzasichla. I tak to się zaczęło.
Dzisiaj bacza z Koniakowa w sezonie wypasa na
Ochodzitej, pod Koczym Zamkiem, pod Tyniokiem, na
Hali Baraniej, Magurce i Małej Raczy 700 owiec. Owce
biorę od dwudziestu ludzi z różnych regionów, z Podhala, z Żywiecczyzny, bo u nas nie ma tyle owiec. Dopiero

158

od zeszłego roku tutaj, w Koniakowie jest ich coraz więcej.
Może za parę lat będzie tak, że będziemy samowystarczalni. Kiedyś wspólne wypasy były i to była ekonomia wsi
górskiej. Teraz też by tak mogło być, tyle że jest problem
z rozdrobnieniem gruntu. Każdy hodowca musiałby mieć
przynajmniej sto owiec, by się utrzymać. Ja od początku
chciałem, żeby organizować wypas kulturowy, tak jak
było i jest to w całych Karpatach. Owce wypasa się wędrując po górskich halach, na których są bacówki, a owce doi
się według rzemiosła, czyli ręcznie w koszorze na sałaszu.
Dzięki temu udało się rozszerzyć unijną rejestrację oscypka o gminę Istebna. Potem zaczęliśmy współpracować
z  Podhalem i z Żywiecczyzną. Był program Owca Plus,
który popularyzował i wspierał kulturowy wypas. Byłem
jednym z konsultantów tego projektu.
Piotr Kohut należy do nielicznego w Polsce grona
baców, którzy posiadają certyfikat unijny na produkcję
tradycyjnych produktów regionalnych – oscypka, bryndzy i redykołki. Bacza z Koniakowa pełni również wiele
funkcji społecznych. Był inicjatorem powołania Oddziału
Górali Śląskich Związku Podhalan z siedzibą w Istebnej
i w latach 2004-2011 pełnił rolę prezesa tego związku.
Za swą działalność na rzecz organizacji społecznych i życia kulturalnego w regionie Beskidu Śląskiego był wie-

lokrotnie nagradzany, m.in. tytułem „Osobowość Ziem
Górskich 2009”.
Przed baczą kolejne wyzwanie, które ma zwrócić
uwagę na sytuację współczesnego pasterstwa – projekt
Wielki Redyk Karpacki. Wiosną 2013 roku Piotr Kohut
wraz z bacami z Rumunii i Ukrainy rozpocznie wędrówkę
pasterzy z owcami w rumuńskiej miejscowości Rotbav
i zboczami karpackimi przemierzy Rumunię, Ukrainę,
Polskę, Słowację i Czechy. Ten pomysł zrodził się we mnie
już dawno temu. Przecież kultura Karpat to dziedzictwo
wołoskie. Wołosi byli pierwszymi gospodarzami gór i swobodnie wraz z owcami przemieszczali się w poszukiwaniu
hal na wypas owiec. Dzisiaj na dowód tego wędrownego
życia pasterzy wołoskich mamy nasze sery owcze. Baca
w godzinę robi ser – sklaga słodkie mleko, wyciąga bundz
i może z owcami iść dalej. W ten sposób mleko się nie psuje
na sałaszu. Sery podpuszczkowe robiono, stale wędrując.
Ten Karpacki Redyk to poczęści moje osobiste marzenie,
by doświadczyć „tej wołoskiej wolności”, jak również misja.
W ten sposób chcemy zwrócić uwagę na charakter pasterstwa i jego trudną sytuację oraz popularyzować produkty
regionalne i lokalne środowiska.
Do zobaczenia zatem na trasie Wielkiego Redyku
Karpackiego!

159

Od lewej: Czesław Urbaniak,
Andrzej Rzepka, Jan Wilczek,
Krzysztof Łaś, Józef Budz
Miescorz, Marian Sądelski,
Staszek i Jędrek Rzepkowie,
Władysław Mąka, Józef
Mąka, Adrian Łaś, Jan Budz,
klęczy – Jarosław Buczek

160

Stanisław Majewski
– wypas w Korbielowie,
2012 r.

Stanisław Biegun
prowadzi owce, 2012 r.

161

Stanisław Jarząbek,
Adam Gruszka z wnuczkiem
Dominikiem, Bolesław Miętus
i Jarek Buczek z psami
– wiernymi towarzyszami
baców i owiec

163

Na szlaku wyrobów
z mleka owczego

Edward Styrczula-Maśniak

D

awniej na Podhalu mówiono: kto mo owce,
tyn mo co chce – dzisiaj można powiedzieć,
że jest to slogan nie mający do końca swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Pasterstwo oraz wszelkie wyroby owczarskie stanowiły
istotną gałąź gospodarki w Tatrach, gdzie surowy klimat oraz mało urodzajna gleba ograniczały możliwości
egzystencji górali. W pracy O mieszkańcach gór tatrzańskich L. Kamiński, dzierżawca dóbr ludźmierskich i radny gminy Nowy Targ, pisał, że „Najpotrzebniejszym, najpożyteczniejszym dla nich stworzeniem bywa owca”.
Przemawiały za tym niskie koszty utrzymania oraz
profity, jakie gazda mógł z niej uzyskać, tj. pożywienie,
odzież i pieniądze.
Na Podhalu przyjęła się rasa zwana caklem, która przez uszlachetnienie owcy podhalańskiej caklem
siedmiogrodzkim i fryzyjskim posiada korzystne do
hodowli cechy. Nieodzowną towarzyszką owcy była
krowa, której mleko w odpowiednich proporcjach
uzupełniało skład mleka owczego przy produkcji sera.
W wyniku znacznego wzrostu pogłowia owiec,
z kilkunastu tysięcy do ok. 30 tysięcy po II wojnie światowej, rozpoczęły się dyskusje związane z niszczycielskim działaniem pasterstwa w Tatrach. I dlatego w celu
ochrony dzikiej przyrody – fauny i flory – podjęto działania, których efektem było wyprowadzenie owiec z tatrzańskich hal w Pieniny, tzw. Wielki Redyk.
W latach osiemdziesiątych XX wieku podjęto
działania mające przywrócić wypas w Tatrach, czego
domagali się górale, argumentując swoją postawę
wieloletnimi tradycjami i wręcz obowiązkiem wobec
rodnej ziemi. Za powrotem wypasu w Tatry przemawiały również czynniki przyrodnicze. Zauważono duże
zmiany we florze, zarastanie niektórych niespasanych
hal, zanik niektórych gatunków roślin, które przed
wiekami wprowadził stały wypas owiec i innych zwierząt. W wyniku tych działań postanowiono przywrócić

w Tatrach ograniczony wypas owiec, tzw. wypas kulturowy. Realizowany jest na podstawie rozporządzenia
o Tatrzańskim Parku Narodowym, na mocy którego bacowie podpisują z dyrekcją TPN uzgodnione umowy,
których realizacja jest ściśle monitorowana. Wiąże się
to z określoną liczbą owiec (do 1500 sztuk) oraz stosowną liczbą krów, miejscem wypasu, wyglądem bacy,
juhasów oraz bacówki. Celem wypasu jest przywrócenie dawnej równowagi przyrodniczej w krajobrazie
tatrzańskim oraz kontynuacja obrzędów i bogatej zwyczajowości związanej z pasterstwem.

Kultura pasterska

W

okół pasterstwa rozkwitła kultura, której
obrzędowość, zwyczaje oraz nazewnictwo stanowiły (w niewielkim stopniu
i dzisiaj) nieodłączny element życia codziennego. W tradycyjnym kalendarzu górali podhalańskich przyjęte jest, że w dniu św. Wojciecha rozpoczyna

Na str. 162
Stanisław Rychtarczyk
w bacówce na Rusinowej
Polanie

164

Do doja, do doja…
– dojenie owiec, Skawica
Sucha Góra, 2012 r.

się redyk, czyli pierwsze po przerwie zimowej wyjście
w hale. W dzisiejszych czasach w Ludźmierzu oraz na Tarasówce w Małem Cichem odbywają się uroczyste msze
święte, podczas których dokonuje się poświęcenia baców, owiec i wyprasza się u Boga wszelkie potrzebne łaski, aby wypas był dobry i spokojny. Z wieloletniej tradycji pozostały także zwyczaje, które oprócz obrzędowości
religijnej symbolizują zapewnienie dostatku, ochrony
przed chorobami oraz atakami wilków i niedźwiedzi.
Przed wyjściem na wypas baca gromadzi powierzone
mu owce w kosorze, który jest zamknięty łańcuchem.
Symbolika ta ma sprawić, by owce podczas wypasu

trzymały się razem. Każda z nich jest oznakowana przez
właściciela w Wielki Piątek. Następnie baca okadza owce
ziołami poświęconymi podczas uroczystości Matki Boskiej Zielnej i kropi święconą wodą. Tak przygotowany
kierdel owiec może ruszać na wiosenny redyk, z którym
idą juhasi, honielnicy, psy bacowskie oraz jedzie wóz ze
sprzętem pasterskim.
Po dotarciu na miejsce wypasu pierwszy do szałasu wchodzi baca. Zdejmuje kapelusz, żegna się
i umieszcza nad drzwiami krzyżyk z cetyny, kropi szałas
święconą wodą, łuczywem zapala watrę, która pali się
bez przerwy – przez cały czas wypasu, dzięki zawaterni-

kowi. Nad watrą wiesza się kotlik, w którym podgrzewa
się mleko do wyrobu oscypków, pod ścianą ustawia się
naczynia służące do wyrobu serów.
Po rozpoczęciu wypasu owce są cytane, czyli liczone podczas przechodzenia przez specjalny otwór zwany okienkiem, kiedy na czas dojenia owce przeganiane
są do strągi (specjalna część kosora, w której stoi tylko
jedna owca).
Dawniej w pierwszym tygodniu wypasu właściciele owiec przychodzili na polanę i wykonywali tzw. mirowanie. Było to ustalenie wielkości udoju. Każdy gazda
sam doił własne owce i mierzył ilość mleka patykiem

165

Na str. 165-169
Tak powstają oscypki
w bacówce Władysława
Komperdy w Skawicy
Suchej Górze

166

(zamirek), na którym przez zacięcie znaczył poziom
mleka w gielecie. Taka sama ilość wody dawała wagę
sera, którą baca musiał oddać właścicielowi. Obecnie
właściciel płaci bacy za wypas.
Owce wypasa się do św. Michała. Wtedy to rusza
redyk jesienny, owce z wesołym dźwiękiem dzwonków,
śpiewem bacy i juhasów wracają do dziedzin, gdzie
czekają na nich gazdowie, rodziny oraz stęsknione za
swoimi kawalerami panny. Baca oddaje owce, rozlicza
się z ich właścicielami oraz wypłaca juhasów.
Owiecki, owiecki, nie syćkieście moje
Przydzie święty Michoł, kozdy weźnie swoje.

Wyroby z mleka owczego
i krowiego

Z

mleka owczego wyrabia się oscypek, redykołki, bundz, bryndzę, żentycę, z krowiego zaś
popularne dzisiaj gołki, kary oraz małe serki
w kształcie oscypka.
Wydojone mleko owcze cedzi się przez satę z lnu,
podgrzewa w kotliku nad watrą i następnie dodaje
podpuszczkę (klog). Po jakimś czasie wytrąca się ser,
z którego będą pucone (wyrabiane) oscypki. Ser nabiera się do cyrpoka – drewnianego naczynia będącego miarą na jeden oscypek, ugniata go i otrzymaną
grudę formuje we wrzecionowaty kształt oscypka.
W celu lepszego odcedzenia przebija się oscypek patyczkiem i ostatecznie zakłada formę mocno ściskając. Wnętrze formy jest rzeźbione, stąd na oscypkach
wyciśnięte są wzory, nadające im piękny wygląd. Tak
przygotowane oscypki moczy się w rosole – specjalnie przygotowanym roztworze z soli kuchennej, a następnie układa się na półce zwanej podysorem i wędzi
w dymie z watry.

167

Szlak Oscypkowy

W

ieloletnie działania promocyjne oraz starania o przyznanie znaku jakości – certyfikatu unijnego – sprawiały, że oscypek
stał się królem polskich serów, rozpoznawalnym na całym świecie. Jest on nie tylko wspaniałej jakości przysmakiem, ale produktem, którego pochodzenie, kształt, zapach, kolor i smak są wyrazem naszego
regionu, a poza granicami kraju – polskości.
Tatrzańska Agencja Rozwoju, Promocji i Kultury
jako instytucja Starostwa Powiatowego w Zakopanem

zainicjowała utworzenie Szlaku Oscypkowego, który
przy współpracy baców, Związku Hodowców Owiec
i Kóz oraz Tatrzańsko-Beskidzkiej Spółdzielni Gazdowie
stanowi doskonały przewodnik dla turysty chcącego
posmakować prawdziwego oscypka. Jest to swoisty
szlak turystyczny wzbogacający ofertę naszego regionu, na którym znajduje się 31 bacówek położonych na
terenie powiatów: tatrzańskiego, nowotarskiego, limanowskiego, suskiego i nowosądeckiego. Szlak oznakowany jest specjalnymi tablicami informacyjnymi, na których znajduje się wizerunek bacówki z podaną odległością do pokonania przez turystę, a każda bacówka ma
tablicą informacyjną z napisem „Szlak Oscypkowy”. Do

udziału w Szlaku zostali zaproszeni bacowie posiadający między innymi certyfikat unijny – chronioną nazwę
pochodzenia (PDO, ChNP), co oznacza nazwę regionu,
konkretnego miejsca lub w wyjątkowych przypadkach
kraju, używaną do opisu produktu rolnego lub artykułu
spożywczego. Jakość produktu lub jego cechy charakterystyczne powinny być głównie lub wyłącznie związane z tym szczególnym otoczeniem geograficznym
i właściwymi dla niego czynnikami naturalnymi oraz
ludzkimi. Cały proces technologiczny, czyli produkcja,
przetwarzanie i przygotowywanie odbywa się na tym
określonym obszarze geograficznym. Posiadanie znaku
jest przede wszystkim gwarancją jakości produktu, tj:

168

169

odpowiedniej proporcji mleka owczego i krowiego
– dopuszczalna ilość mleka krowiego to 40 proc.;
kształtu i wyglądu – wrzecionowaty, stożkowy,
środkowa część walcowata o średnicy 6-8 cm, zdobiona odciśniętymi w oscypiorkach (formach) wzorami, dwie części stożkowe gładkie, mogą być na
końcach cechowane (zdobione);
smaku i zapachu – wędzony (do ogniska wrzuca się
drzewo smrekowe, można też olszynę), słony;
skórki – gładka, elastyczna, dopuszcza się lekką
chropowatość;
barwy – lekko kremowa, przy skórce nieco ciemniejsza;

konsystencji – miąższ elastyczny, dopuszcza się
lekko twardy, lekko miękki, lekko kruchy;
oczkowania – oczka drobne, nieliczne.
Ponadto bacówka musi spełniać odpowiednie
warunki sanitarne. Baca i juhasi muszą mieć aktualne badania lekarskie, owce i psy bacowskie aktualne
szczepienia wpływające na stan ich zdrowia. W celu
przestrzegania tych zasad prowadzone są wizytacje
i kontrole bacówek, zaś sam certyfikat oscypka wydawany jest na okres jednego roku. Otrzymanie kolejnego wymaga dopełnienia odpowiedniej procedury, którą prowadzi Wojewódzka Inspekcja Jakości Handlowej
Artykułów Rolno-Spożywczych na wniosek o dokona-

nie kontroli zgodności procesu produkcji produktu
regionalnego ze specyfikacją.
Na Szlaku znajdują się bacówki położone na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego, objęte tzw.
wypasem kulturowym. Są to bacówki: w Kuźnicach,
na Kalatówkach, Pod Reglami – Ku Dziurze, w Dolinie Chochołowskiej i Kościeliskiej oraz na Rusinowej
Polanie. Właściciele bacówek wywodzą się z rodów,
w których bacowanie jest tradycją rodzinną i swoje
zajęcie traktują nie tylko jako pracę, ale obowiązek
wobec swoich ojców i dziadków.

171

Chcesz mieć wiyncyi hyry,

tóż jydz łowczi syry!

Pożytki z owiec

Michał Milerski, Henryk Kukuczka

M

leko owiec zawiera większą koncentrację
substancji odżywczych, witamin i składników mineralnych w porów­naniu z mlekiem krowy czy kozy. Specyficzny skład
mleka owcze­go i jego przetworów decyduje o jego
właściwościach odżywczych i zdrowotnych. Wydajność energetyczna surowego mleka owczego jest
około półtora raza wyższa od mleka krowiego i zawiera
więcej witamin z grupy B, D, C i A. 1 litr mleka owczego
zaspokaja dzienne zapotrzebowanie na witaminę C.
Cennym składnikiem mle­ka owczego jest witamina B12, znajdująca się tylko w produktach pochodzenia
zwierzęcego. Dzienne za­potrzebowanie człowieka na
witaminę B12 zaspokaja szklanka owczego mleka. Mleko owiec jest również źródłem potrzebnych substancji
mine­ralnych, zwłaszcza wapnia, cynku i selenu. Wapń
wspólnie z witaminą D pełni ważną rolę w budowie
kośćca. Niedo­bór tego pierwiastka powoduje krzywicę,
próchnicę zębów i osteoporozę. Cynk wchodzi w skład
około 100 różnych enzymów i pełni rolę w procesach
dziedziczenia, rozwoju organizmu i jego obrony przeciw patogenom. Jest ważnym pierwiastkiem dla zachowania zdrowego stanu skóry. Selen natomiast razem
z witaminą E pełni rolę przeciwutleniacza, ma kluczowe
znacze­nie w procesach funkcjonowania komórek, mięśni (w tym zwłaszcza serca) i systemu odpornościowego.
Mleko owcze składa się z około 5-7 proc. białka,
które jest źródłem cennych aminokwasów esencjonalnych (egzogennych), których organizm ludzki nie jest
w stanie syntetyzować, więc muszą być dostarczane
z pokarmem. Zwłaszcza istotne są w mleku owczym
aminokwasy izoleucyna, leucyna i walina, pełniące
ważną rolę w procesie regeneracji tkanki mięśniowej.

Białka mleka owczego charakteryzują się również wyższą zawar­
tością aminokwasów zawierających siarkę
(metioniny, cystyny), które tworzą budulec substancji
o charakte­
rze antyoksydacyjnym, antymutagennym
i przeciwrakowym.
Również tłuszcz zawarty w owczym mleku i serach
ma szereg przyjaznych dla organizmu ludzkiego właściwości. Mleko owcze zawiera w porównaniu z mlekiem krowy 2-3-krotnie więcej kwasów tłuszczowych
o krótkim łańcuchu (C4-C10), które nie doprowadzają
do podwyższania po­ziomu cholesterolu we krwi ani
nie są odkładane w tkance tłuszczowej, lecz są bezpośrednio w wątrobie przetwarzane na energię. Zawartość nasyconych kwasów tłuszczowych, przyczyniających się do podwyższania poziomu choleste­rolu, jest
w mleku owczym niska. Pomimo wysokiej zawartości
tłuszczu sery owcze są rekomendowa­ne jako składnik
diet przeciwmiażdżycowych.

Na str. 170
Zyntyca, syr, oscypki

Kazimierz Furczoń
ze swoimi produktami

172

Na Hali Boraczej

Na Uniwersytecie J.A. Komenskiego w Bratysławie przepro­wadzono eksperyment, podczas którego
w 30-osobowej grupie woluntariuszy spożywających
dziennie100 g bryndzy owczej stwierdzono znaczący
spadek poziomu „złego” LDL cholesterolu, a u osób
z niskim wyjściowym poziomem „dobrego” HDL cholesterolu jego istotny wzrost. W grupie „zjadaczy bryndzy” zanotowano również obniżenie poziomu cukru
we krwi i ciśnienia krwi. Zaskakującym rezultatem było
też obniżenie zawartości białka C-reaktywnego w oso­
czu krwi, które jest wskaźnikiem ukrytych procesów
zapalnych, będących między innymi czyn­nikiem ryzyka rozwoju raka jelita grubego.
Kwasem tłuszczowym o wyjątkowym działaniu na
organizm jest sprzężony kwas linolowy (CLA), substan­
cja, która wyraźne spowalnia proces odkładania tłuszczu w komór­kach tłuszczowych i stymuluje rozwój
mięśni, przez co odgrywa ważną rolę w utrzymywaniu optymal­nej masy i kondycji ciała. Poza tym CLA
chroni organizm przed powstawaniem nowotworów
czy skrzepów krwi. Poziom CLA w mleku przeżuwaczy

zależny jest w znacz­nej mierze od sposobu karmienia.
Kilkakrotnie (3-7 razy) wyższy poziom CLA zawiera
mle­ko zwierząt pasących się na świeżej trawie w porównaniu ze zwierzętami karmionymi paszami konserwowanymi. Badania porównawcze wykazały, że owce
mają spośród wszystkich zwierząt go­spodarskich najwyższą zawartość CLA w mleku.

Gdo żyncicym (mulke) pije,
tymu w strzewach nie gnije!

N

aturalny szałaśniczy sposób produkcji tradycyjnych wyrobów z mleka owczego jest
wspaniałym patentem przy­rody oraz wielu
generacji owczarzy. Produkty z owczego
mleka mają wiele cech i właściwości nieosiągalnych
w ramach przemysłowego sposobu ich wytwarzania.
Jedną z takich charakterystycznych cech jest bogactwo mikroorganizmów zawartych w tradycyjnych

owczych produktach mlecznych. Drobnoustroje zazwyczaj kojarzą się nam z problemami zdrowotnymi,
jednakże zdecydowa­na ich większość to organizmy, bez
których życie ludzkie byłoby zgoła niemożliwe. W ciele
człowie­ka dorosłego znajduje się około 1,5 kg mikroorganizmów, przeważnie bakterii. Cho­dzi o to, by organizm zasiedlony był przez mikro­organizmy przyjazne,
żyjące w symbiozie z nim i chroniące go przed drobnoustrojami szkodliwymi i zjadliwymi. Te korzystne dla
zdrowia populacje mikroorganizmów okre­ślane są jako
kultury probiotyczne. Jest to swego rodzaju wewnętrzna broń biologiczna skierowana przeciwko drobnoustrojom chorobotwórczym. W tra­dycyjnych niepasteryzowanych wyrobach szałaśniczych – bundzu, bryndzy
czy żętycy zawarty jest cały wachlarz bak­terii probiotycznych, podczas gdy znane z reklam i półek sklepowych
fabryczne produkty probiotyczne zawierają zaledwie kilka wybranych szczepów przyjaznych mikroorganizmów.
Szczególnie ważną rolę w naszym układzie tra­
wiennym odgrywają bakterie fer­mentacji mlekowej.

173

Bakterie probiotyczne kolonizują na­błonek jelita, przez
co utrudniają zagnieżdżenie patogenów, przetwarzają
niewykorzystane resztki pokarmu i produkują substancje hamujące rozwój bakte­rii gnilnych, które poprzez
wytwarzanie toksyn przyczy­niają się do wzrostu ryzyka
zachorowania na nowotwór jelita grubego. Spożycie
produktów mlecznych bogatych w kultury probiotyczne szczególnie wskazane jest w rekonwalescencji,
zwłaszcza po leczeniu antybiotykami, kiedy dochodzi
do likwidacji nie tylko szkodliwych, ale też i symbiotycznych mikroorganizmów. Jednak do podawania
dużej ilości kultur probiotycznych osobom bardzo
osłabionym czy z wyniszczonym układem immunologicznym (np. chorym na AIDS) trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. Cennym źródłem korzystnych dla zdrowia kultur probiotycznych jest obok serów owczych
również żętyca, w której występuje około 1700 różnych
gatunków mikroorgani­zmów. Żętyca zawiera bardzo
cenną i różnorodną frakcję albu­minową i globulinową
białek mle­ka owczego. Do tej grupy białek należy mię-

dzy innymi laktoferyna, która współtworzy pierwszą
linię obrony organizmu przed patogenami różnego
rodzaju: wi­rusami, bakteriami, grzybami, pasożytami.
Antybakteryjne działanie laktoferyny polega między
innymi na wiązaniu dostępnego żelaza i przekazywaniu go krwinkom czerwonym. Laktoferyna zapobiega
nadmiernemu przetłuszczaniu skóry i pomaga zwalczać przejawy trądziku młodzieńczego (acne vulgaris)
oraz hamuje odkładanie tłuszczu w jamie brzusznej.
Substancją odkrytą w owczej siarze przez polskich
naukowców z Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu jest też kolostrynina. Jest
to kompleks białkowy zawierający ponad 30 różnych
peptydów, który charaktery­zuje się szczególnymi właściwościami biologicznymi. Bada­nia wykazują, że kolostrynina jest swego rodzaju „eliksirem młodości”, gdyż
przedłuża życie komórek. Może to mieć ogromne znaczenie terapeutyczne w leczeniu choroby Alzheimera,
gdyż kolostrynina spowalnia proces niszczenia komórek nerwowych mózgu. Żętyca zawiera też enzymy

i hormony, z któ­rych na szczególną uwagę zasługuje
melatonina. Hormon ten wychwytuje szkodliwe reaktywne molekuły tlenu, chroni mózg przed stresem tlenowym, oddziałuje przeciwinfekcyjnie i przeciwzapalnie. Ilość melatoniny wytwarzanej w organizmie maleje z wiekiem, zaś jej niedobór przejawia się między
inny­mi rozregulowaniem podstawowych biorytmów,
włącznie z zaburzeniami snu. Tak więc szklanka mleka
czy żętycy może być skutecznym środkiem na bezsenność. Substancją o właściwościach antyoksydacyjnych
zawartą w żęty­cy jest kwas orotowy (witamina B13),
który może być wytwarzany również w organi­zmie
ludzkim właśnie poprzez populacje probiotycznych
bak­terii. Substancja ta oddziałuje na produkcję krwi,
przekaz informacji genetycznej, prawidłową czynność systemu nerwowego, serca, wątroby czy oczu.
Jest cennym elementem diety w cukrzy­cy, ponieważ
wspiera działanie insuliny i tym samym poprawia przy-

174

175

swajanie glukozy przez komórki. Wspomaga pamięć
i osłabia przejawy niektórych specyficznych schorzeń,
na przykład syndromu przewlekłego zmęczenia.

Tyn gdo jy jagnioki, żyje dłógi roki

M

ięso jagnięce i owcze jest lekkostrawnym
pokarmem bogatym zwłaszcza w białka,
które są niezbędne do budowy, odnowy
i prawidłowego funk­cjonowania wszystkich komórek, tkanek i organów ciała. Mięso jagnięce
i owcze zawiera wszystkie 8 niezbędnych aminokwasów zbalansowanych w optymalnym stosunku, stanowi więc wysokojakościowy pokarm biał­kowy. Wartość
energetyczna chudego mięsa jagnięcego jest przy tym
w stosunku do zawartości białka zaskakująco niska.
Jest to spowodowane znikomą marmurkowatością jagnięciny – tłuszcz pozostaje na powierzchni mięśnia,
ale nie przerasta do jego wnętrza. Mięso jagnięce pomimo to pozostaje kruche i soczyste.
Nawet skład tłuszczu jagnięcego jest raczej przyjazny z dietetycznego punktu widzenia. Mimo że to

tłuszcz zwierzęcy i zawiera około 1/3 niepożądanych
nasyconych kwasów tłuszczowych, to – zwłaszcza u jagniąt pastwiskowo żywionych – zawiera w porównaniu z innymi gatunkami zwie­rząt gospodarskich więcej
omega-3 i jednonienasyconych kwasów tłuszczowych
korzystnych z punktu widzenia schorzeń sercowo-naczyniowych. Chude mięso jagnięce po­lecane jest jako
składnik diet obniżających poziom cholesterolu.
W mięsie jagniąt i owiec (przede wszystkim tych
trzymanych na pastwiskach) zawarty jest również, podobnie jak w mleku owczym, bardzo cenny sprzężony
kwas linolowy o właściwościach przeciwnowotworowych i odchudzających.
Mięso jagniąt i owiec jest też cennym źródłem witamin, zwłaszcza z grupy B. Witamina B12 wspiera formowanie czerwonych ciałek krwi i pomaga zapobiegać
anemii, jest potrzebna do zachowania dobrej kondycji
systemu ner­wowego i sprawnego działania metabolizmu substancji odżywczych w organizmie. Witamina
B3 (niacyna) po­trzebna jest dla utrzymania zdrowego
stanu skóry, układu trawiennego i systemu nerwowego, pośród sub­stancji mineralnych zawartych w mięsie
owiec i jagniąt na pierwszym miejscu wymienić należy

żelazo. Pierwiastek ten pełni bardzo ważną rolę w budowie czerwonych ciałek krwi i transpor­cie tlenu w organizmie, a nadto niezbędny jest do prawidłowego rozwoju
mózgu u młodych osobników. Bardzo ważne jest dostateczne do­starczanie żelaza zwłaszcza kobietom w okresie miesiączkowania, ciąży i karmienia niemowląt oraz
dzieciom w pierwszych latach ich życia. Niedobór żelaza może spowodować anemię czy opóźnienia rozwoju
motorycznego i umysło­wego dzieci. Równie cennymi
substancjami mineralnymi zawar­
tymi w jagnięcinie
i baraninie są łatwo przy­swajalny cynk i selen. Jagnięcina pochodzi od zwierząt młodych, do 12 miesięcy,
a zazwyczaj 4-6 miesięcy. Krótki okres wypasu zapobiega akumulacji substancji szko­dliwych w mięsie. Badania
przeprowadzane na terenach o wysokim stężeniu metali ciężkich w glebie wykazały, że zawartość niebezpiecznego kadmu jest w mięsie jagnięcym ponad stokrotnie
niższa niż jego stężenie w przyjmowanej paszy. Świadczy to o wysokiej zdolności owiec do odfiltro­wania
substancji szkodliwych. Z drugiej strony mięso ja­gniąt
i owiec trzymanych na pastwiskach zawiera też składniki przejmowane z roślin, jak na przykład karoteny, różne
terpeny czy enzymy proteolityczne, które wspomaga­ją
trawienie czy mają inne prozdrowotne właściwości, podobnie jak zioła, z których pochodzą.
Pomimo bezsprzecznych walorów prozdrowotnych ja­gnięciny jest to potrawa koncentrowana, która
powinna być konsumowana w rozsądnych ilościach.
Spożycie 100 g jagnięciny zaspokaja około 60 proc.
dziennego zapo­
trzebowania na białko u dorosłego człowieka. Mięso owiec zawiera też puryny, które
przyjmowane w nadmiernych ilościach podwyższają
poziom kwasu moczowego we krwi i mogą doprowadzić do powstawania kamieni nerkowych czy po­dagry.
Jakość mięsa w dużej mierze zależna jest od wieku
zwie­rzęcia i warunków, w jakich było ono trzymane.

Na str. 174
Wyrób oscypków
w bacówce Adama Gruszki
na Hali Boraczej w Żabnicy,
2012 r.

176

Czerpaki na mleko ze zbiorów
Marii i Józefa Zubków z Witowa

177

Formowanie oscypka
polskiego…

…sera słowackiego…

… i oscypka słowackiego

179

Bestand an Sallaschwiesen in der Steuergemeinde
Istebna z lat 1823-1836, sygn. APC KC 1857.
Dominical Sallaschwiesen bei der Steuergemeinde Koniakau
Sallasch Rzawka, z lat 1823-1836, sygn. APC KC 1871.
Ausweis über den Bestand an Dominical Sallaschwiesen
im Sallasch Dupni (1823-1836), sygn. APC KC 1855.
Stritt-Acten der Gemeinden Koniakau bei Jablunkau,
1829-184, sygn. APC KC 2261.
Über der Bestand an Dominical Sallaschwiesen im Sallasch
Gross Skala z lat 1823-1836, sygn. APC KC 1872.
Jablunkauer Pogrub Register 1792, sygn. APC KC 1006.

Źródła i literatura

Zurodungen, tu Ausweis Sallasch Rzawka, sygn. APC KC 855.
Instruktarz z informacją koło owiec pod kommissym imci pana
Bykowskiego po wszystkich dobrach Jaśnie Wielmożnego
J.P. Wielopolskiego, koniuszego wielkiego koronnego,
zalecony powtórnie Anno Domini 1773-tio 1-ma Ianuarii,
rękopis, Muzeum Miejskie w Żywcu nr inw. MŻ-HA/144.
Barański M., Pasmo Baraniej Góry. Przewodnik turystyczny,
Warszawa 1994.
Bičanová K., Piesňovy repertoár Rusinow na hornym Spiši,
„Slovenská hudba”, R. XXVI, Bratislava 2000.
Biernacka M., Dawne oraz współczesne formy organizacji
pasterstwa w Bieszczadach, „Etnografia Polska”, t. 6, 1962.
Bogucka A., Beskidy. Muzyka Źródeł (płyta CD), Polskie Radio S.A.,
Warszawa1997.
Chlebowczyk J., Gospodarka Komory Cieszyńskiej na przestrzeni
XVII-XVIII oraz w pierwszej połowie XIX wieku, Wrocław 1966.
Chlebowczyk J., Szałaśnictwo i gospodarka leśna w Beskidzie
Śląskim w dobrach Komory Cieszyńskiej u schyłku feudalizmu
do 1800 roku, „Studia i Materiały z Dziejów Śląska” 5,
Katowice 1963.
Chomętowski W., Materiały do dziejów rolnictwa w Polsce
w XVI i XVII wieku, t. 2, Warszawa 1876.
Chybiński A., Dzwony pasterskie na Podhalu, „Prace i Materiały
Antropologiczno-Archeologiczne i Etnograficzne”, t. 4,
Kraków 1925.
Chybiński A., Instrumenty muzyczne Podhala, [w:] O polskiej
muzyce ludowej, red. A. Chybiński, Warszawa 1961.
Czajka S., Ochotnica – dzieje gorczańskiej wsi 1416-1986,
„Prace Karkonoskiego Towarzystwa Naukowego”,
t. 29, Jelenia Góra 1987.
Czajkowski J., Dzieje osadnictwa historycznego na Podkarpaciu
i jego odzwierciedlenie w grupach osadniczych, [w:]
Łemkowie w historii i kulturze Karpat, Rzeszów 1992.

Czajkowski J., Studia nad Łemkowszczyzną, Sanok 1999.
Czajkowski J., Czy Wołosi mogli mieć wpływ na rozwój
budownictwa w Karpatach? [w:] Wołoskie dziedzictwo
Karpat, red. L. Richter, Czeski Cieszyn 2008.
Czajkowski J., Czy Wołosi to Włosi? [w:] Huculi, Bojkowie,
Łemkowie – tradycja i współczesność, red. J. Cząstka-Kłapyta,
materiały pokonferencyjne, COTG PTTK, Kraków 2008.
Cząstka-Kłapyta J., Wpływy wołoskie w folklorze muzycznym
Karpat ze szczególnym uwzględnieniem rusińskiej wsi
Osturnia – przyczynek do rozważań, [w:] Wołoskie
dziedzictwo Karpat, Czeski Cieszyn 2008.
Cząstka-Kłapyta J., Muzyka Huculszczyzny (Karpaty ukraińskie)
w świetle materiałów źródłowych i badań własnych, [w:]
Czarnohora, przyroda i człowiek, red. M. Troll, Kraków 2006.
Cząstka-Kłapyta J., O uchwytnych zapożyczeniach i ich chronologii
w tradycji muzycznej Hucułów, [w:] Huculszczyzna
w badaniach młodych naukowców, red. M. Troll,
A. Warchalska, Kraków 2011.
Cząstka-Kłapyta J., Pytanie o źródła wielogłosu pienińskiego,
„Prace Pienińskie”, t. 21, Szczawnica 2011.
Czechowśkyj I., Związki czynności magicznych z kalendarzem
u Hucułów, „Płaj. Almanach Karpacki”, nr 25, 2002.
Davidek V., Osidlení Těšínska Valachy. Studie podle urbářů panstvi
z let 1577, 1621, 1692, 1775, Praha 1940.
Dąbrowska G.W., Taniec w polskiej tradycji. Leksykon, Warszawa
2005/2006.
Demo O., Slowakische dialogische Gesänge (Antiphonalformen)
aus den Norawestkarpaten, [w:] Stratigraphische Probleme
der Volksmusik in den Karpaten und auf den Balkan,
ed. A. Elschekova, Bratislava 1981.
Dobrowolska T., Przestrzenny aspekt więzi społecznej, Zeszyty
Naukowe UJ „Prace Etnograficzne”, z. 16, 1982.
Dobrowolski K., Najstarsze osadnictwo Podhala, Lwów 1935.
Dobrowolski K., Dwa studia nad powstaniem kultury ludowej
Karpat Zachodnich, Kraków 1938.
Dobrowolski K., Studia nad kultura pasterską Karpat Północnych,
„Wierchy”, nr 29, 1960.
Dobrowolski K., Migracje wołoskie na ziemiach dawnego państwa
polskiego, [w:] Pasterstwo Tatr Polskich i Podhala, t. 4,
Wrocław 1962.
Dobrowolski K., Studia nad kulturą pasterską w Karpatach
Północnych. Typologia wędrówek pasterskich od XIV
do XX wieku [w:] Pasterstwo Tatr Polskich i Podhala,
t. 8, Wrocław 1970.

Na str. 178
Wapas na Kalatówkach,
1936 r.

180

Dorywalska E., Gospodarka na polanach i wypas szałaśniczy
w Żabnicy pow. Żywiec, „Prace i Materiały Muzeum
Archeologicznego i Etnogaficznego w Łodzi”,
Seria Etnograficzna, nr 13, 1969.
Elshekova A. (ed.), Stratigraphische Probleme der Volksmusik
in den Karpaten und auf den Balkan, Bratislava 1981.
Elshekovie A. i O., Mehrstimmigkeit, [w:] Stratigraphische
Probleme Music auf den Karpaten und auf dem Balkan,
ed. A. Elschekova, Bratislava 1981.

Janicka-Krzywda U., Pasterskie tradycje Beskidu Żywieckiego, [w:]
Beskid Żywiecki. Przewodnik, S. Figiel i in., Pruszków 2006.

Kowalczyk E., Kultura i zwyczaje orawskich pasterzy, „Rocznik
Babiogórski”, t. 4, Kraków-Zawoja 2002.

Janicka-Krzywda U., Magia z huculskich połonin, [w:]
Huculszczyzna jej kultura i badacze. Międzynarodowa
konferencja naukowa w ramach Festiwalu Huculskiego
„Za głosem trembity” 2006, red. J. Stęszewski,
J. Cząstka-Kłapyta, Kraków 2008.

Kowalczyk M., Muzyka Orawy, „Rocznik Babiogórski”,
t. 5, Kraków-Zawoja 2003.

Jawor G., Osady prawa wołoskiego i ich mieszkańcy na Rusi
Czerwonej w późnym średniowieczu, Lublin 2004.

Encyklopédia Ľudovej Kultúry Slovenska, cz. I, II, Bratislava 1995.

Jostowa W., Pasterstwo na Polskiej Orawie, Zakopane 1972.

Falkowski J., Etnografia górali środkowych i wschodnich Karpat
Polskich, Warszawa 1938.

Kaindl R.F., Pasterstwo i wierzenia pasterskie u Hucułów, „Lud”,
t. 2, 1896.

Felczak W., Wasilewski T., Historia Jugosławii, Wrocław 1985.

Kamiński (też Kamieński) L., O mieszkańcach gór tatrzańskich,
z rękopisu oprac. J. Kolbuszewski, Oficyna Podhalańska,
Kraków 1992.

Flizak S., Polany w Gorcach i Beskidzie Wyspowym, „Wierchy”,
nr 35, 1966.
Flizak S., Z życia owczarzy gorczańskich, „Wierchy”, nr 14, 1936.

Kawecki W., Lasy Żywiecczyzny a pasterstwo, „Sylwana”,
nr 2, R. LIV, 1936.

Grabowski T., Marmuszewski S., Świadomość ekologiczna górali
i ich postawy wobec Tatrzańskiego Parku Narodowego,
„Studia Socjologiczne”, 1 (96), 1985.

Kawecki W., Lasy Żywiecczyzny, ich teraźniejszość i przeszłość,
Kraków 1939.

Grodziski S., Ustrój polityczno-prawny Śląska Austriackiego
w latach 1742-1848 (Próba syntezy), „Studia Historyczne”,
r. 10, z. 1-2, 1967.
Harasymczuk R., Tabor W., Etnografia połonin huculskich,
„Lud”, t. 25, 1937.
Hermanowicz-Nowak K., Wesołowska M., Gospodarka
rolno-hodowlana, [w:] Podhale. Tradycja we współczesnej
kulturze wsi, red. D. Tylkowa, Kraków 2000.
Herniczek-Morozowa W., Terminologia polskiego pasterstwa
górskiego, cz. 1, 1975; cz. 2-3, Wrocław-Warszawa-KrakówGdańsk 1976.
Hołub-Pacewiczowa Z., Z badań nad pasterstwem karpackim
i alpejskim, „Wierchy”, nr 8, 1930.
Hołub-Pacewiczowa Z., Osadnictwo pasterskie i wędrówki
w Tatrach i na Podtatrzu, „Prace Komisji Geograficznej PAU”,
nr 1, Kraków 1931.
Huczek L., Pasterstwo w naszych Beskidach, „Kalendarz Beskidzki”
1965.

Kiereś M., Dziedzictwo monarchii austro-węgierskiej w kulturze
ludowej górali śląskich – wybrane zagadnienia, [:w]
Tożsamość etniczno-narodowa mieszkańców Górnego
Śląska i Śląska Cieszyńskiego, Munster 2008.
Kiereś M., Tradycja a współczesność. Kultura ludowa społeczności
Ustronia, Hermanie, Nierodzimia i Lipowca od schyłku
XIX wieku do początku XXI wieku. Jej przeobrażenia,
i współczesne oblicze, [w:] Monografia Ustronia, Ustroń 2008.
Kiereś M., O gospodarce sałaszniczo-pasterskiej w etnograficznej
pigułce, [w:] Owca w Beskidach, Istebna 2010.
Kołacz K., Tańce górali Babiogórskich, „Rocznik Babiogórski”,
t. 5, Kraków 2003.
Kopczyńska-Jaworska B., Gospodarka pasterska w Beskidzie
Śląskim, „Prace i Materiały Etnograficzne”, t. 8-9,
Łódź-Lublin 1950/1951.
Kopernicki I., O góralach ruskich w Galicji. Zarys etnograficzny
według spostrzeżeń w podróży odbytej w końcu lata 1888 r.,
„Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej”, t. 13, 1889.
Kopoczek A., Folklor muzyczny Beskidu Śląskiego, Katowice 1993.

Janicka-Krzywda U., Magia związana z hodowlą owiec po
północnej stronie Babiej Góry, „Rocznik Babiogórski”, t. 4,
red. U. Janicka-Krzywda, Kraków-Zawoja 2002.

Kopoczek A., Instrumenty muzyczne Beskidu Śląskiego
i Żywieckiego. Aerofony proste i ich repertuar,
Bielsko-Biała 1994.

Janicka-Krzywda U., Ochrona dziedzictwa kulturowego
i krajobrazowego Gorczańskiego Parku Narodowego,
„Ochrona Beskidów Zachodnich”, z. 1, 2006.

Kopoczek A., Ludowe instrumenty muzyczne polskiego obszaru
karpackiego, Rzeszów 1996.
Kotoński W., Uwagi o muzyce ludowej Podhala, Kraków 1953.

Kowalska J., Koło Bogów. Ruch i taniec w mitach i obrzędach,
Warszawa 1995.
Kowalski P., Leksykon znaki świata. Omen, przesąd, znaczenie,
Warszawa-Wrocław 1998.
Krandżalow D., Znaczenie i charakter wpływów rumuńskich
w Karpatach Zachodnich ze szczególnym uwzględnieniem
Wołoszczyzny Morawskiej, [w:] Pasterstwo Tatr Polskich
i Podhala, t. 5, Wędrówki pasterskie i nazewnictwo ludowe
Tatr polskich i Podhala, Wrocław 1963.
Krésanek J., Slovenská ludová pieseň so stanoviska hudobného,
Bratislava 1951.
Kroh A., Sklep potrzeb kulturalnych, Warszawa 1999.
Krupa E., Słownictwo dotyczące pasterstwa we wsi Witów, praca
dyplomowa pod kierunkiem J. Kąsia, Nowy Targ 2002.
Krygowski W., Od Beskidu Śląskiego po Bieszczady. Przewodnik,
Warszawa 1972.
Krygowski W., Beskidy. Śląski – Żywiecki – Mały, Warszawa 1978.
Kubijowicz W., Życie pasterskie w Beskidach Huculskich, [w:]
Życie pasterskie w Beskidach Wschodnich, „Prace Instytutu
Geograficznego UJ”, z. 5, Kraków 1926.
Kubijowicz W., Życie pasterskie w Beskidach Wschodnich,
„Prace Instytutu Geograficznego UJ”, z. 5, Kraków 1926.
Kubijowicz W., Życie pasterskie w Beskidach Magurskich,
„Prace Komisji Etnograficznej PAU”, nr 2, Kraków 1927.
Leszczycki S., Szałasy kamienne w Beskidzie Małym, „Wierchy”,
nr 10, 1932, s. 120-123.
Lewandowska B., Folklor muzyczny, [w:] Kultura ludowa Górali
Orawskich, red. U. Janicka-Krzywda, Kraków 2011.
Macijewski I., Huculska trembita, [w:] Huculszczyzna, jej kultura
i badacze. Międzynarodowa konferencja naukowa w ramach
Festiwalu Huculskiego „Za głosem trembity” 2006,
red. J. Stęszewski, J. Cząstka-Kłapyta, Kraków 2008.
Macijewski I., Narodna instrumentalna kultura tradicyjnoj
pochronnoj obriadnosti Huculiw, [w:] Czetwerta konferencja
doslidnykiw narodnoj muzyky czerwonoruskych (halickowolodymyrskych) ta sumiżnych zemel, Lviv 1994.
Macůrek J., Valaši na severovýchodní Moravě a jejich vztahy
k Těšínsku, Polsku a hornímu Slovensku (do r. 1620),
„Slezký sbornik” 53, Opava 1955.

181

Magnuszewicz M., Zagadnienia wołoskie na polskim na polskim
Podkarpaciu w świetle badań antropologicznych, nadbitka
z nr 79 „Materiałów i Prac Antropologicznych”, Wrocław 1970.

Poniatowski S., Etnografia Polski, [w:] Wiedza o Polsce, t. 3,
Warszawa 1932.

Sutor W.A., Życie pasterskie w Tatrach. Szkic etnograficzny,
„Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego”, t. 1, 1876.

Popiołek F., Dzieje Śląska Austriackiego, Cieszyn 1930 r.

Markuš M., Jelšavskí zvonkárí, „Národopisný sborník”, ročník IX,
nadbitka, Bratislava 1950.

Popiołek F., Powstanie najmłodszych wsi beskidzkich,
„Zaranie Śląskie”, R. XII. z. 1, 1936.

Szczotka S., Materiały do hodowli owiec w XVIII wieku, nadbitka
z „Prac i Materiałów Etnograficznych”, t. VII, Lublin 1949.

Moszyński K., Kultura ludowa Słowian, t. 2, Warszawa 1968.

Popiołek F., Historia osadnictwa w Beskidzie Śląskim,
Katowice 1939.

Szczotka S., Studia z dziejów prawa wołoskiego w Polsce,
„Czasopismo Prawno-Historyczne” 2, 1949.

Popiołek F., Studia z dziejów Śląska Cieszyńskiego, Katowice 1958.

Szekeryk-Donykiw P., Dido Iwanczyk na wysokiej połoninie,
przeł. A. Ruszczak „Płaj. Almanach Karpacki”, nr 43, 2012.

Mrózek R., Nazwy Miejscowe dawnego Śląska Cieszyńskiego,
Katowice 1984.

Popiołek F., Wisła Cieszyńska, jej przeszłość, „Zaranie Śląskie” 13,
1937, nr 3, Katowice 1963.

Szromba-Rysowa Z., Pożywienie, [w:] Podhale. Tradycja
we współczesnej kulturze wsi, red. D. Tylkowa, Kraków 2000.

Musychina L., Ochronna i oczyszczająca funkcja ognia w magii
ludowej Hucułów z Werchowyny, [w:] Kultura współczesnej
Huculszczyzny. Materiały pokonferencyjne,
red. J. Cząstka-Kłapyta, J. Stęszewski, Kraków 2010.

Problemy rolniczo-leśne województwa nowosądeckiego,
Podhalańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk,
Nowy Targ-Zakopane 1982.

Tokarczyk N., Zmiany powierzchni górnoreglowych polan
gorczańskich w latach 1954-2003, „Prace Geograficzne”,
z. 128, Kraków 2012.

Puciłowski J. OP, Dzieje, [w:] Królowa Tatr, red. M. Babraj OP, 1988.

Nacher A., Styczyński M., Ucho Jaka. Muzyczne podróże
od Katmandu do Santa Fe, Kraków 2003.

Reinfuss R., Problem Karpat w badaniach kultury ludowej,
„Polska Sztuka Ludowa”, R. 13, nr 1-2, Warszawa 1959.

Tomasiewicz K., Pasterstwo górskie w Gorcach, [w:] Gorce.
Przewodnik dla prawdziwego turysty, praca zbiorowa,
red. P. Luboński, Pruszków 2004.

Nowicka E., Nasz język rozumieją aniołowie. Arumuni
we współczesnym świecie, Kraków 2011.

Richter L., Szymik J. (red.), Szałaśnictwo w Beskidach, Czeski
Cieszyn 2005

Tomiccy J. i R., Drzewo życia. Ludowa wizja świata i człowieka,
Warszawa 1975.

Nowicki P., Spotkałem nawet prawdziwych Wołochów,
„Płaj. Almanach Karpacki”, nr 17, 1998.

Sawicki L., Wędrówki pasterskie w Karpatach. I, „Sprawozdania
Towarzystwa Naukowego Warszawskiego”, R. 4, z. 6,
Warszawa 1911.

Trebunia Tutka K., Instrumenty pasterskie na Podhalu,
„Tatry” nr 2 (32), Zakopane 2010.

Moszyński K., O sposobach badania kultury materialnej
Prasłowian, Wrocław 1962.

Olszański T.A., Wołosi zapomniany lud Bałkanów,
„Płaj. Almanach Karpacki”, nr 21, 2000.
Opis powinności wałaskich z 1647 roku, „Acta Historica Silesiae
Superioris”, t. 15, I. Panic (wyd.), Cieszyn 2004.
Pamiętnik PTT. Bukowina i górale czadeccy, red. A. Liberak i in.,
t. 10, Kraków 2001.
Paryscy Z. i W., Wielka Encyklopedia Tatrzańska, 1995.
Pasterstwo na Huculszczyźnie. Gospodarka – Kultura – Obyczaj,
praca zbiorowa, red. J. Gudowski, Warszawa 2001.
Pasterstwo Tatr Polskich i Podhala, praca zbiorowa,
red. W. Antoniewicz, t. 1-8, Wrocław-Warszawa-Kraków
1959-1970.
Podhale. Tradycja we współczesnej kulturze wsi, praca zbiorowa,
red. D. Tylkowa, Instytut Archeologii i Etnologii PAN,
Kraków 2000.
Potkański K., Pisma pośmiertne, Kraków 1922.
Podżorski A., Historia szałaśnictwa w Beskidzie Śląskim, mps
nie publikowany, zbiory Muzeum Beskidzkiego w Wiśle,
syg. MW.H.57.
Pohorski K., Huculszczyzna 1936-1939, „Płaj. Almanach Karpacki”,
nr 43, 2012.
Poloczkowa B., Najważniejsza twierdza cieszyńska, Kalendarz
Cieszyński 1992.

Sawicki L., Szałasnictwo w Górach Żywieckich, „Materiały
Antropologiczno-Archeologiczne i Etnograficzne”, t. 14,
Kraków 1919.

Urbarz cieszyński z 1577 roku, „Acta Historica Silesiae Superioris”,
t. 9, I. Panic (wyd.), Cieszyn 2001.
Urbarz cieszyński z 1621 roku, „Acta Historica Silesiae Superioris”,
t. 12, I. Panic (wyd.), Cieszyn 2003.

Sawicki L., Szałaśnictwo na Śląsku Cieszyńskim, „Materiały
Antropologiczno-Archeologiczne i Etnograficzne”, t. 14,
Kraków 1919.

Uspieński B., Kult św. Mikołaja na Rusi, Lublin 1985.

Setkowicz J., Naczynia mosorowe w szałasach owczarskich
na halach Beskidu Żywieckiego i Śląskiego, „Karta Groni”,
nr XIII, 1985.

Wasilewski J.S., Symbolika ruchu obrotowego i rytualnej inwersji,
„Prace Etnograficzne”, t. 22, Warszawa 1978.

Setkowicz J., O owcach, ich opiekunach i wilkach w Beskidzie,
„Kalendarz Beskidzki” 1981.
Setkowicz J., Żywica w lecznictwie pasterzy i górali Beskidu
Zachodniego, „Karta Groni”, nr XII, 1984.
Spyra J., Śląsk Cieszyński pod rządami Habsburgów,
[w:] Śląsk Cieszyński. Zarys dziejów, Cieszyn 1998.

Vulcanescu R., Kolumna niebios, Warszawa 1979.

Węgrzynowicz L., Szałaśnictwo w Limanowskim Beskidzie
Wyspowym, „Prace i Materiały Etnograficzne”, t. 10, z. 1,
Wrocław-Kraków 1952/1953.
Zając P., O zaświatach niedalekich i cudach nienadzwyczajnych.
„Nadprzyrodzone ” w kulturze ludowej na przykładzie
Huculszczyzny, Kraków 2004.

Spyra J., Zarys dziejów kultury duchowej Śląska Cieszyńskiego
(do 1918 r.), [w:] Śląsk Cieszyński. Zarys kultury materialnej
i duchowej, Cieszyn 2000.

Zawiejska E., Budownictwo pasterskie w Beskidzie Żywieckim,
„Prace i Materiały Muzeum Archeologicznego
i Etnograficznego w Łodzi”, Seria Etnograficzna, nr 26,
Łódź 1986.

Spyra J., Dzieje beskidzkiej wsi do 1918 roku. Monografia Wisły,
t. 2, Wisła 2007.

Zbiór pieśni ludowych Zamagurza Spiskiego,
red. A. Szurmiak-Bogucka i in., Łapsze Niżne 2007.

Staszic S., O Ziemiorodztwie Karpatow i innych gor i rownin Polski,
Dzieła t. 3, Warszawa 1815.

Zejszner L., Liptów, „Przyroda i przemysł”, nr 25, 1856.

Štika J., Valaši a Valašsko, Rožnov 2007.

Zejszner L., Rzut oka na Podhalan, „Biblioteka Warszawska”, t. 3,
1844.

O projekcie

„Karpaty łączą – mechanizm konsultacji i współpracy dla
wdrażania Konwencji Karpackiej” to projekt współfinansowany
w latach 2012-2015 przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego
programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii
Europejskiej. Projekt realizowany w województwach małopolskim i podkarpackim skierowany jest do lokalnych samorządów,
organizacji pozarządowych, lokalnych przedsiębiorców i rolników oraz przedstawicieli środowisk naukowych, służb ochrony
przyrody i turystów.
Celem projektu jest ochrona i zrównoważone użytkowanie różnorodności biologicznej i krajobrazowej polskich
Karpat przez wsparcie wdrażania postanowień Konwencji
Karpackiej.
Stosownie do zapisów Konwencji Karpackiej i jej kompleksowego podejścia zakładającego zintegrowane planowanie
i gospodarowanie zasobami oraz konieczność uwzględnienia
celów ochrony i zrównoważonego użytkowania różnorodności
biologicznej i krajobrazowej w politykach sektorowych – działania projektu realizowane są w różnych dziedzinach istotnych
dla ochrony i zrównoważonego rozwoju regionu. Dlatego projekt łączy działania na rzecz ochrony siedlisk, utrzymania zrównoważonego użytkowania gruntów w Karpatach, zachowania
tradycyjnych sposobów użytkowania ziemi i miejscowych ras
zwierząt gospodarskich z działaniami sprzyjającymi zrównoważonemu rozwojowi turystyki, zwiększeniu udziału społecznego we wdrażaniu Konwencji oraz udostępnianiu informacji
o przyrodniczym i kulturowym dziedzictwie regionu. Wdrożenie
Konwencji ma istotne znaczenie dla obszarów położonych
w dorzeczach rzek biorących swój początek w Karpatach i wpływających do Bałtyku i Morza Czarnego.

Instytucja współfinansująca

Lider projektu

Zakładanymi efektami realizacji projektu są:
• ochrona różnorodności biologicznej i krajobrazowej
Karpat przez utrzymanie i rozwój tradycyjnego wypasu
owiec na halach i półnaturalnych łąkach, ochronę tradycyjnych ras zwierząt gospodarskich oraz wspieranie odradzania się tradycji gospodarki pasterskiej;
• zrównoważony rozwój turystyki w Karpatach w sposób sprzyjający ograniczeniu negatywnego wpływu ruchu
turystycznego na obszary o wysokich walorach przyrodniczych przez opracowanie regionalnej strategii zrównoważonego rozwoju turystyki dla wybranej części Karpat;
• ułatwienie dostępu do informacji o Karpatach, ich
dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym, infrastrukturze
turystycznej oraz działaniach podejmowanych na rzecz
wdrażania Konwencji dzięki uruchomieniu portalu „Infor­
matorium Karpackie” prezentującego zasoby danych o polskich Karpatach z wykorzystaniem nowoczesnych technik
geowizualizacji i technologii geoinformacyjnych oraz przeprowadzeniu cyklu szkoleń i wykładów;
• stworzenie sieci wymiany informacji służącej instytucjom i środowiskom współpracującym na rzecz wdrażania
Konwencji Karpackiej;
• zapewnienie udziału społecznego we wdrażaniu
Konwencji Karpackiej przez stworzenie szerokiej platformy konsultacji społecznych oraz wsparcie dla prac tematycznych grup roboczych.

O KONWENCJI KARPACKIEJ:
Ramowa Konwencja o ochronie i zrównoważonym rozwoju Karpat (Konwencja Karpacka) jest drugim w skali światowej
porozumieniem międzynarodowym dotyczącym pojedynczego
obszaru górskiego. Zakłada działania na rzecz poprawy jakości
życia, wzmocnienia miejscowej gospodarki i społeczności lokalnych oraz zachowania walorów przyrodniczych i dziedzictwa
kulturowego.
Strony Konwencji Karpackiej (Czechy, Polska, Rumunia,
Serbia, Słowacja, Ukraina i Węgry) zobowiązały się do współpracy na rzecz:
• ochrony różnorodności biologicznej i krajobrazowej Karpat
oraz ich użytkowania w sposób zrównoważony,
• koordynowania planowania przestrzennego,
• zapewnienia zintegrowanego i zrównoważonego zarządzania zasobami wodnymi i dorzeczami rzek,
• promowania zrównoważonej gospodarki rolnej i leśnej,
• rozwoju zrównoważonego transportu i infrastruktury,
• rozwoju zrównoważonej turystyki,
• promowania bezpiecznych dla środowiska technologii
przemysłowych i produkcji energii,
• zachowania i promowania dziedzictwa kulturowego i wiedzy ludowej,
• oceny i monitorowania stanu środowiska,
• podnoszenia świadomości i edukacji społeczeństwa na temat Karpat.
Polska ratyfikowała Konwencję Karpacką w 2006 roku.
Podpisała również wszystkie dotychczas uzgodnione protokoły
tematyczne: o ochronie i zrównoważonym użytkowaniu różnorodności biologicznej i krajobrazowej, o zrównoważonej gospodarce leśnej oraz o zrównoważonej turystyce w Karpatach.

Partnerzy

PROJEKT WSPÓŁFINANSOWANY PRZEZ SZWAJCARIĘ W RAMACH SZWAJCARSKIEGO PROGRAMU WSPÓŁPRACY Z NOWYMI KRAJAMI CZŁONKOWSKIMI UNII EUROPEJSKIEJ

About the project

“Carpathians Unite – mechanism of consultation and cooperation for implementation of the Carpathian Convention” is a project supported by a grant from Switzerland in the years 2012-2015
through the Swiss Contribution to the enlarged European Union.
The Project, carried out in Małopolska and Podkarpacie
Provinces of Poland, is targeted at local self-governments,
non-governmental organisations, local entrepreneurs and
farmers as well as scientists, nature conservation services and
tourists. The value of the grant received from the Swiss-Polish
Cooperation Programme amounts to CHF 1,943,054.
The objective of the project is the protection and sustainable use of biological and landscape diversity of  the
Polish Carpathians by supporting the implementation
of the provisions of the Carpathian Convention.
Pursuant to the provisions of the Carpathian Convention and
its comprehensive approach which stipulates integrated planning
and resource management, and the necessity to take into consideration the objectives of conservation and sustainable use of
biological and landscape diversity in sector policies – the actions
of the Project are implemented in different domains relevant to
the conservation and sustainable development of the region.
Therefore, the Project combines the actions aimed at the conservation of habitats, the maintenance of sustainable use of land in
the Carpathians, preservation of the traditional land-use patterns
and local breeds of farm animals with the actions that foster sustainable development of tourism, enhance public participation in
implementing the Convention and facilitate access to the information on natural and cultural heritage of the region. The implementation of the Convention is of crucial significance for the areas
located in the basins of rivers which originate in the Carpathians
and flow into the Baltic Sea and the Black Sea.

The anticipated effects of the Project are:
• conservation of biological and landscape diversity of
the Carpathians through the maintenance and development of the traditional shepherding in mountain pastures
and semi-natural meadows, preserving the traditional
breeds of farm animals and supporting the revival of the
shepherding tradition;
• sustainable development of tourism in the Carpathians
in the manner facilitating the mitigation of adverse impact
of tourist traffic on the areas of high natural values by elaboration of a regional sustainable tourism development
strategy in a selected part of the Carpathians;
• facilitation of access to the information on the
Carpathians, their natural and cultural heritage, tourist
infrastructure and actions undertaken towards the implementation of the Convention by launching the „Carpathian
Informatorium” web portal presenting data resources on
the Polish Carpathians with the use of modern geovisualisation techniques and geoinformation technologies, and by
conducting a series of training courses and lectures;
• development of the information exchange network for
institutions and the scientific community cooperating on
the implementation of the Carpathian Convention;
• ensuring the public participation in implementation
of the Carpathian Convention by establishing a platform
for broad public consultations and by supporting the work
of thematic working groups.

The Framework Convention on the Protection and
Sustainable Development of the Carpathians (The Carpathian
Convention) is the second international agreement worldwide
concerning a single mountain region. It promotes the actions
for improving the quality of life, strengthening local economies
and communities as well as the preservation of natural values
and cultural heritage.
The parties to the Convention (the Czech Republic,
Hungary, Poland, Romania, the Republic of Serbia, the Slovak
Republic and Ukraine) committed themselves to cooperate on:
• conservation and sustainable use of biological and landscape diversity of the Carpathians,
• coordinated spatial planning,
• sustainable and integrated water/river basin management,
• sustainable agriculture and forestry,
• sustainable transport and infrastructure development,
• sustainable tourism development,
• promotion of environmentally safe industrial technologies
and energy production,
• preservation and promotion of the cultural heritage and
traditional knowledge
• environmental assessment and monitoring,
• awareness rising and education of the public about the
Carpathians.
Poland ratified the Carpathian Convention in 2006 and
signed all thematic Protocols adopted so far: on the conservation and sustainable use of biological and landscape diversity,
on sustainable forest management and on sustainable tourism
in the Carpathians.

FONT HELVETICA REGULAR 60%K,
ODSTĘP LITEROWY TUTAJ 70, FONT WIELKOŚĆ 17

Patronat honorowy

POLSKA
ORGANIZACJA
TURYSTYCZNA

Minister Rolnictwa
i Rozwoju Wsi

Minister Sportu i Turystyki

Główny Konserwator Przyrody

Marszałek
Województwa
Podkarpackiego

Patronat medialny

TVP Kraków

TVP Rzeszów
Polskie Radio Rzeszów

Gazeta Wyborcza Kraków

Marszałek
Województwa
Małopolskiego

Polska Organizacja
Turystyczna

Konwencja Karpacka

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful