You are on page 1of 461

Vladimir Volkoff
MONTAŻ
Przekład Adam Zalewski

Tytuł oryginału: Le Montage
Copyright © Julliard/l'Age d'Homme, 1982
Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l'Est”.
Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś
Pierwsze polskie wydanie: Polonia Book Fund, Londyn 1986
Wydanie II poprawione ISBN 83-88481-69-Х
Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o.
ul. Woźna 13, 61-777 Poznań
tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93
e-mail: klub@kkk.com.pl

Jeśli twierdziłbym, że Montaż jest tylko wytworem mej wy-
obraźni, nikt by w to nie uwierzył. Pozwalam sobie zatem wy-
razić wdzięczność wielu towarzyszom, z których fachowych
porad korzystałem.
Vladimir Volkoff

Twoim celem musi być zdobycie wszystkiego bez niszczenia
czegokolwiek.
Sun Tsu

1

ZARZUCANIE SIECI

30 kwietnia 1945 roku, po dziewięciu dniach walk o każdą
ulicę, każdy dom, wreszcie o każdą klatkę schodową i o każdy
pokój, na Reichstagu pojawiła się rosyjska flaga — tym razem
nie nazwiemy jej sowiecką.
Berlin padł 2 maja i zwycięskie rosyjskie oddziały, po raz
trzeci w historii, odbyły defiladę przed Bramą Brandenburską.
9 maja Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem,
wystąpił z odezwą do narodu: „Wielkie ofiary, jakie ponieśliśmy
dla wolności i niepodległości naszego Kraju, niezliczone straty i
cierpienia, jakim poddany był nasz naród podczas wojny, trudy i
znoje złożone na ołtarzu Ojczyzny przez armię i przez ludność
cywilną nie zostały zmarnowane: uwieńczyło je totalne zwycię-
stwo nad nieprzyjacielem. Walka o egzystencję i niezależność,
jaką od wieków toczyły ludy słowiańskie, zakończona została
triumfem nad niemieckim napastnikiem i niemiecką tyranią”.
Ci sami więc, co doszli do władzy powołując się na po-
wszechną jedność proletariatu i popiskując Międzynarodówkę,
uznali stoczoną przez siebie i wygraną wojnę za patriotyczną i
zrezygnowali z użycia słowa „sowiecka”. Na jakiś czas.
Do ludzi, których najbardziej dotknęły te wydarzenia, zali-
czyć trzeba rosyjskich emigrantów, zwanych białymi. Niektórzy
spośród nich postanowili bić się po stronie Niemiec, gdyż milszy
niż komuniści był im diabeł, inni natomiast opowiedzieli się po

7

stronie Związku Radzieckiego, jako że woleli diabła od Niemca.
Byli też — wiem o tym dobrze — ludzie bardzo inteligentni, bar-
dzo wierni, pozbawieni nadziei cynicy, i tylko oni, garstka, oparli
się entuzjazmowi, ani zdumiewającemu, ani nieczystemu, jaki u
pozostałych wywołały sukcesy rosyjskich armii. Miała tu swój
udział duma narodowa, do której dochodziło uczucie zadość-
uczynienia za połajanki znoszone przez dwadzieścia pięć lat, ale
także trzy motywy nierównej wagi, motywy, które pewnym
umysłom wydadzą się błahe; będą to błahe umysły.
Po pierwsze, zwycięstwo wiecznej Rosji nad Niemcami
przedstawiało się w oczach emigrantów jak triumf Świętej Rusi
nad bolszewickimi uzurpatorami. Zgoda, powiewająca nad Re-
ichstagiem flaga była jednolicie czerwona, a nie biało-niebiesko-
-czerwona, lecz ci żołnierze radzieccy, których spotykaliśmy,
mówili raczej o Rosji niż o „Związku”, żyli w przekonaniu, że
walczyli o ziemię, nie o ideę, a ich dobre, naiwne twarze przypo-
minały starszym pośród nas tych Iwanów, którymi dowodzili
podczas poprzedniej wojny. Krótko mówiąc, zdawało się, że or-
ganizm ojczyzny sam z siebie zwalczył wprowadzone doń anty-
ciała. To nie my wyleczyliśmy Rosję, ona sama się uleczyła; na-
pawało nas to radością bardziej pokorną i czystszą niż gdybyśmy
sami mieli sposobność posłużenia się skalpelem.
Dalej: we Francji, dla przykładu, ambasador Związku Ra-
dzieckiego zaczął przychodzić na nabożeństwa do katedry św.
Aleksandra Newskiego i było coś nadzwyczajnego w tym, że wi-
działo się diabła w chrzcielnicy i że nie wyglądał on wcale na
nazbyt okropnego diabła. Wielu emigrantów odczuwało przy-
wiązanie raczej do swobód religijnych niż do porządku politycz-
nego Dawnego Ustroju; jeśli by więc Cerkiew odzyskała swe
prawa, wystarczyłoby im to, by znów stać się lojalnymi podda-
nymi Imperium, obojętnie jaką nosiłoby nazwę, brzmiącą gorzej
czy lepiej. Odnaleźli przecież Cerkiew, złoconą, w mitrze, broda-
tą, pełną śpiewu i pachnącą tak jak dawniej. Prawda, Cerkiew

8

zaznała męczeństwa, i nigdy nie zapomni się o popach rozkrzy-
żowanych na wrotach kościołów i przebitych bagnetami; to jed-
nak dotyczyło przeszłości, nowy reżim zrozumiał wreszcie, że
wiara stanowiła niezbywalną część rosyjskiej rzeczywistości i że
trzeba to zaakceptować. Czyż były uczeń seminarium duchow-
nego, ten, który poprowadził Rosję do zwycięstwa, nie zwracał
teraz swych przemówień do „braci i sióstr”, zamiast do „towa-
rzyszy”? Czegóż chcieć więcej?
Istniał wreszcie widzialny i dotykalny dowód odrodzenia się
naszej Rosji, jej wewnętrznej restauracji, chociaż znak ten ape-
lował głównie do wojskowych. Czy jednak powołanie emigracji
nie ma w swej istocie czegoś żołnierskiego? Poza tym znak ten
opłacony został tyloma istnieniami ludzkimi, tyloma cierpie-
niami, że nawet ci, co lekceważyli na ogół zewnętrzne symbole
rangi i honoru, zaczęli temu kartonikowi, zaszytemu w tkaninę i
umocowanemu przy pomocy mosiężnego guzika na barku, przy-
znawać znaczenie równe temu, które w innych epokach przysłu-
giwało krzyżowi o takim czy innym kształcie, różnokolorowym
kokardom, beretom, fezom, tatuażom, nacięciom, to jest styg-
matom wyrażającym zwalczające się strony. Już pod rządami
Dawnego Ustroju zerwać naramienniki oficerowi znaczyło zde-
gradować go. Później czerwoni zdzierali przy pomocy noża z
epoletów swych jeńców carskie inicjały i koronę. Uwięziony
przez bolszewików car, by tylko nie przywdziać pozbawionego
naramienników munduru, nie rozstawał się z czerkieską tuniką,
która zgodnie z regulaminem i tak nie miała epoletów. I oto,
począwszy od 6 stycznia 1943 roku dla wojsk lądowych i od 15
lutego dla marynarki, nawróceni czerwoni defilowali — szere-
gami liczącymi 48 żołnierzy! -— mając u ramion tę sztywność, to
pasowanie na rycerza. Nostalgiczny tyran, któremu przedłożono
projekty umundurowania, wskazał na uniform różniący się tylko
dwoma guzikami od wzoru, jaki musiał pamiętać z czasu swej
młodości. Nie byliśmy tak małostkowi, by się unosić z powodu
dwu guzików. Epolety powstały z popiołów; wybaczmy tym

9

spośród nas, którzy wierzyli, że razem z nimi zmartwychwstała
cała cywilizacja przez nie symbolizowana. W marzeniach na-
szych zdawało się, że nastał kres koszmaru.
Nadzieja mogła się karmić jeszcze i amnestią. Rząd pozwalał
swym wczorajszym wrogom na powrót. Amnestia to słowo
wspaniałomyślne, cesarskie. Wydawało się, że nie idzie tu o ła-
skę, lecz o rzucenie zasłony na minione konflikty. Zwycięzcy i
zwyciężeni mieli odtąd solidarnie służyć swej wspólnej ojczyź-
nie. Pierwszym pośród powracających — ukuto nawet specjalny
rzeczownik: wozwraszczeńcy — był metropolita, którego nikt w
dobrej wierze nie mógł podejrzewać o wspólnictwo z Antychry-
stem; to on założył Akademię Prawosławnej Teologii w Paryżu,
to on sprawił, że katedry Św. Aleksandra Newskiego nie oddano
bolszewikom, którzy urządziliby w niej kino. Metropolita Eulo-
giusz otrzymał sowiecki paszport, opatrzony — symbolicznie —
numerem 1. Zmarł co prawda nim zdołał opuścić Zachód, i wielu
widziało w tym interwencję Opatrzności, tym niemniej fakt po-
zostawał faktem: jeden z duchowych przywódców białej emigra-
cji opowiedział się za pojednaniem.
Pierwszy transport wozwraszczeńców, pełnych radości, ale i
mających łzy w oczach, odjechał pociągiem z Gare du Nord. Nie
bez niepokoju czekaliśmy na wiadomości od nich: nawet najbar-
dziej przekonani spośród tych, którzy zostali na miejscu, nie byli
pewni, czy przypadkiem ich przyjaciół nie przywitał na granicy
pluton egzekucyjny. Po paru miesiącach zaczęły nadchodzić li-
sty. Amnestionowanych osiedlono w różnych punktach kraju.
Jeśli o coś prosili, to tylko o rękawiczki lub wełniane czapki.
Wykonywali prace fizyczne. Okrutna wojna domowa, zdawało
się, dobiegła końca, zabliźniła się. Coraz to nowi kandydaci do
powrotu pojawiali się przed zieloną bramą radzieckiej ambasady
— tak niedawno jeszcze wyklętą — pod numerem 79 rue de la
Grenelle.
Jednym z nich był Dymitr Aleksandrowicz Psar, albo też, jak
on sam lubił się przedstawiać, podporucznik marynarki Psar.

10

Psara. pociągała Francja. A zależało mu na tym. wiedział. I to nie tylko dlatego. która uczyła ich der die das. Inni ze wzruszeniem przypominali sobie Fràulein. Zamiast mówić o Tan- nenbergu czy też o korpusie ekspedycyjnym. Tymczasem Francja nie śpieszyła się z okazywaniem swej wdzięczności. że język francuski znał tak jak rosyjski. armie te pomogły marszałkowi Joffre ocalić Paryż. Podporucznik marynarki Psar przyjął posadę stajennego w Ardèche. Pojawili się pośrednicy pracy. Dymitr Aleksandrowicz był niewysokim mężczyzną w wieku lat około pięćdziesięciu. Francja była dla niego uosobieniem sojusznika Rosji. że w dzieciństwie do snu kołysały go opowiastki hrabiny de Ség- ur. w gruncie rzeczy jednak przysięgę składał mario- netkom rewolucji lutowej. Kraj ten nie mógł przecież zapomnieć o dwóch armiach rosyjskich. który dał się 11 . Nie musieli się specjalnie wysilać. Podaż określić można było jako dziewięć milionów poległych. Lubił sobie wyobrażać. Ich kartonowe teczki wypcha- ne były ofertami. a gdy nadeszła klę- ska. co było aktem idiotycznej wspaniałomyślności. każda ich propozycja była dla głodomorów z Antygony zaproszeniem do Eldorado. popyt nazywał się „umieram z głodu”. Choć nie był kawalerzystą. co miało mu ułatwić konfrontację z własnym sumieniem. znał na pamięć fragmenty Nędzników oraz żywił romantycz- ny podziw dla Napoleona. bił się pod rozkazami Wrangla. wycofanych na jego żądanie spod Tannen- bergu. otoczony takimi samymi jak on rozbitkami. jedynym w swoim rodzaju w całej historii. Można się było dogadać. że służył jako oficer carski. Monarchista przez wierność raczej niż z przekonań. Trzeba było jechać dalej. jako że myśleli o przyszłości i o tym. jego kłopoty dopiero się zaczynały. Przymie- rał tam głodem. Jak? Po co? Niektórzy marzyli o Ame- ryce. jak i wielu innych. znalazł się na tureckiej wysepce zwanej Antygoną. że zajmowanie się końmi nie przynosi nikomu ujmy. że słońce wędruje ze wschodu na zachód.

Wyjaśnienia te nie przekonywały zbiednia- łych emerytów. chłop. który tak wiele dla nich uczynił. Które- goś dnia doszło do dramatycznej sceny. gdyby nie była pusta. Z początku Psar tak się tym przejmował. czemu złym okiem przyglądał się jego patron. nie straciłyby warto- ści gdyby — jak tego domagał się Foch — alianci interweniowali na rzecz suwerena. przekona- ny. kiedy to pracodawca 12 . daliście nogę! Psar tłumaczył wtedy. podczas gdy lud cierpiał. Dymitr Aleksandrowicz nie był wcale bojarem. to międzynarodowi rewo- lucjoniści wypowiedzieli sojusz po tym. Stajennym został tylko nominalnie. że leżą- ce na kontuarze papiery. Gdy natomiast Psar próbował dowodzić. podpisany w Brze- ściu Litewskim przez Trockiego. i to żywą. Gdyby Jego Wysokość uciekła się do tak tchórzowskich postępków. W ten sposób sprawa była załatwiona. nie. naprawdę zatrudniono go jako parobka. Nigdy przedtem nie zdarzało mu się dźwigać widłami snopków o cięża- rze równym połowie jego wagi. Nie można prawdziwej Rosji oskarżać o to. Marynarz chwiał się i zataczał. że żył pan jak bojar. gorzko mu wciąż wypominano nie spłaconą po- życzkę: — Ach! Pańska piękna Rosja! Pochłonęła oszczędności całe- go mojego życia. odpo- wiadano mu tonem moralnego i cynicznego zarazem pouczenia: — Wszystko to dlatego. że jego pracodawca żywił go. byłaby zapewne wciąż jesz- cze Wysokością. że pół darmo zatrudnia osiłka z egzotycznego kraju.zmasakrować w Szampanii aby alianci wiedzieli. że ani on. — A poza tym — powtarzali bywalcy małego bistro w Chomérac — jak tylko wam się znudziła wojna. kupony pożyczki. jak umieją gi- nąć Rosjanie. że niewiele brako- wało a próbowałby wypłacać tym dzielnym ludziom odszkodo- wanie z własnej kieszeni. ani jego car nie ponosili od- powiedzialności za odrębny układ pokojowy. lecz nie wypłacał mu pen- sji. że porzuciła swych aliantów. Ale nie miał też doświadczeń w pracach polowych. Szczęśliwie się złożyło. jak ich sowicie opłacono w Reichsmarkach.

stracona dniówka. korepetytorom. gdy listonosz przynosił urzędowe wezwanie. czyjego honor został znieważony czy też nie. kolejka. Bez pozwolenia na pracę nie dostawało się zatrudnienia. by otrzymać kartę pracy. trzeba było wykazać się zatrudnieniem. skoro drogocenna karta pracy wystawiana była tylko na rok. mógł sobie zaskarbić łaski prefektury. trzeba było godzinami stać w kolejce. który nie miał pojęcia o nutach. nie mając przy sobie ani rękawiczek. W przypadku Dymi- tra Aleksandrowicza dylemat karta pracy-zatrudnienie roz- wiązała uczynność pewnego wyrozumiałego Francuza. który wciągał wszystkich jak wir rzeczny. jak wymawiali prostaczkowie. wydając ostatnie grosze na bilet trzeciej klasy i zasta- nawiając się. że przemówi do tylnych części ciała pracownika. Cóż z tego jednak. Kończyło się to nie tylko niedojadaniem. Dymitr Aleksandro- wicz. Wtedy też Dymitr Aleksan- drowicz. Re-na-ul-te. przekazania innemu krajowi. który wy- stawił dziesiątki zaświadczeń o zatrudnieniu niezliczonym se- kretarkom. guwernantkom i damom do towarzystwa. ani też nie dysponując świadkami. Mrukliwy urzęd- nik zajmujący się obcokrajowcami („Co? nie rozumie pan po francusku?”) wystawiał w końcu zaświadczenie. zrzędliwy urzędnik. że podanie zo- stało złożone.zagroził. wyzwania zdecydowa- nie odrzuconego przez drugą stronę. Kilka tygodni później. tracąc całą dniówkę. zmuszony był wypowiedzieć ustnie formułę wyzwania na pojedynek. wszystko zaczynało się od początku: metro. ale nieraz i odwiezieniem do granicy i ekstradycją do sąsiedniego kraju. Aby ją przedłużyć. na co tenże. który nie nie- pokoił nigdy dworku tego hreczkosieja bez grosza. który powtarzał ten sam zabieg: wywiezienia na następną grani- cę. udał się do Paryża. rządcom. i wreszcie 13 . ani karty wizytowej. i tak dalej. Wir ten miał dwa różne i sprzeczne ogniska: prefekturę poli- cji i zakłady Renault. ale i przeciwnie. Legitymując się jako profesor muzyki. całemu fikcyjnemu personelowi.

W dodatku zakaz siada- nia w godzinach pracy nie był zbyt korzystny dla kręgosłupa. Gdy jednak odkrył. „odsłonięte prawe ucho i oczy patrzą- ce wzwyż” (sic!). w której bitwa pod Tannenbergiem odgrywała pewną rolę. Jego żołądek znów zaczął normalnie funk- cjonować. Zarabiał dziennie 16 franków i 75 centymów. złożony w harmonijkę kartonik zaopatrzony w fo- tografię. Już w pierwszym roku Psar Dymitr. Drugi ośrodek wiru. Spodziewał się procesu jak z Braci Karamazow i przygotował mowę obronną. że do jedenastu franków grzyw- ny trzeba było dodać okrągłych sto tytułem kosztów sądowych. Tymczasem zażąda- no od niego tylko. co poprawiło mu humor. przeżył przykry moment zniechęcenia. Winny za- niedbania stawi się przed sądem. W końcu można wytrzymać. to znaczy jedenaście franków zwykłych. który dobrze znosił napię- cie w chwili ataku na okopy przeciwnika. Skazano go na grzywnę w wysokości jednego franka. wielko- duszne sądownictwo francuskie! Jakieś dziesięć dni później poczta przyniosła rachunek.nieoceniony. W najlepszym razie pracowało się 56 godzin. który osłabił jego entuzjazm: grzywna wyniosła jeden frank w złocie. a rok mijał i nie było w nim przerwy na urlop. okazał się bardziej go- ścinny. W stosunkach Psara z innymi robotnikami nie brakowało 14 . Skandal. czyli trzy lub cztery posiłki. by podał swe nazwisko i datę urodzenia. ukazującą profil. zapomniał przedłużyć w terminie ważność swej karty. fabryka Renault. plus frank za obsługę. On. wrócił więc do domu spokojniejszy i pełen wdzięczności. Zresztą pośród setki chyba współoskarżonych rozpoznał kilku znajomych. No cóż — i tak lepiej tu niż u „towarzyszy”. Z tego 10 wydawał na pokój w hotelu. Frank grzywny pozbawiał go więc tylko jednego śniadania. O. apatryda. bliski był choroby na myśl o znalezieniu się przed sądem. sobota była takim dniem roboczym jak wszystkie inne. chociaż 48-godzinny tydzień pracy był jeszcze wtedy od- ległym mirażem.

mył się staran- nie. że pop to nie to samo co zwykły klecha. 15 . ale tylko najbardziej zaciekli antyklerykałowie mieli mu to za złe. w brzydkim. że jego kontakty z kolegami z pracy — świadczono sobie nawzajem różne usługi — układały się bardzo dobrze. Potem udawał się do cerkwi przy ulicy Daru.momentów zaskoczenia. wychodzącym na podwórko pokoju. że należałoby po- wywieszać bolszewików i przywrócić carski tron. Chłopcy pytali go na przykład: — Czy to prawda. nazywał tak grupę niespokrewnionych ze sobą mężczyzn. Na szyi nosił krzyż. kombatantom. wykrzykując. nie pozbawiona pewnego ciepła. i do- brze czyniły stając na drodze między kasą a knajpą. ale w niczym nie przeszkadzało to Psarowi. Można się też było przyzwyczaić do cosobotniej kolejki piwa. Tego dnia wstawał nieco później niż zwykle. że u was zjada się świece? Jeden z nich. mającego żonę. Przez dwanaście godzin pod rząd kobieta ta zajęta była dolewaniem herbaty przyjaciołom męża. a ten przyjął ją. wzajemnego zdziwienia — ale nie było wrogości. Jego prawdziwe życie zaczynało się dopiero w niedzielę. sprawiła. Tu przynajmniej nikt nie wypominał Psarowi rosyjskiej pożyczki. Na koniec lą- dował w swej „rodzinie”. Wzajemna tolerancja. Pod ko- niec tygodnia setki kobiet oczekiwały pod bramą fabryki. przybijał skuwki do obcasów. przyniósł panu Dymi- trowi świecę. panie Dymitrze. gdzie z uwagą natury raczej patriotycznej niż religijnej wysłuchiwał pieśni Gospodi pomiłuj śpiewanej przez chór. który był kawalerem. Zresztą to wszystko. prawie wcale go nie zajmowało. a po mszy spędzał godzinę czy dwie przed katedrą. by nie urazić ofiarodawcy. w cieple ikony i czajniczka do parzenia herbaty — wciąż brakowało pieniędzy na kupno samowaru — wszyscy zebrani dzielili jedno: wiarę. co działo się w tygodniu. Tutaj. skupionych wokół jednego z nich. przyszywał brakujące guziki do koszuli. i nawet oni umieli sobie wytłumaczyć. przyjaźnie usposobiony.

niebieski krzyż na białym tle. Andrzeja. kiedy to podchorążowie marynarki i piechoty. Nie tracąc poczu- cia humoru. mogła nieść w swych fałdach wicher przemocy. domy i letnie wille. żyje. symbolizowała już tylko wierność. wspólnotowych teraz mieszkań dawnego Sankt-Petersburga. poruszali długimi ramionami. którą nosiło się w butonierce. przekształcona w małą emaliowaną odznakę. wulgarnością. biada temu. co w szarej codzienności mogło się było wy- dawać tylko ambicją. zamieniali się w ministrów i generałów i od nowa wszczynali wojnę domową (kierując się jedną tylko zasadą: pra- gnieniem zwycięstwa). poświęcenie. Chorągiew św. rutyną. W wieku XVIII była zamożna. mając w różnych punktach Rosji posiadłości. W pamięci Dymitra Aleksandrowicza von Englowie zapisali się jak stadko nocnych ptaków. blada. relikwią. lecz. póki po- wiewała nad krążownikami. już dwudziesto- pięcioletni. widząc hu- zarów w dragońskich mundurach. tutaj powracało do swej nieskalanej i świętej istoty. Elena von Engel zaszczepiła w 16 . Wszystko to. Biegali z miejsca na miejsce. Monetka wartości pięciu kopiejek zaledwie stawała się skarbem. kto by temu przeczył. Właśnie podczas jednego z tych niedzielnych zgromadzeń. zagubionych i bezrad- nych w godzinie świtu. Szczupła. Za- pewne od dawna już przymierała głodem. jego narzeczona. gnieżdżąc się w któ- rymś z przeraźliwie zimnych. że nale- żą do gatunku skazanego przez postęp na wymarcie: ekologia nie zajmuje się ludźmi. godzili się z tym. Rodzina von Engel była rosyjską rodziną. Dymitr Aleksandrowicz dowiedział się. kto ją produkował — niewielki zarobek. że Elena Władimirowna von Engel. lecz ożywienie przemysłowe pod koniec dziewiętnastego stulecia nie wyszło jej na dobre. dziwili się ze słodką naiwnością. kobiety o krótko obciętych włosach czy też szlachtę zasiadającą w Dumie. jasnowłosa. nie żywiąc żadnych iluzji. a także — dla tego. zabijaniem czasu.

17 . których siedliskiem nie jest ani serce. sta- wali naprzeciwko siebie w kadrylu. wciąż o nim marzy. której nawet nie zdołał zawiadomić. wyobrażać sobie. by kruszyć kopie broniąc jej imienia. jak o zmierzchu nieco fałszywie nuci melodie. rezultat rzadko kiedy jest nadzwyczajny. uwielbiał przysłuchiwać się. nieprzejednane jak zawsze. uboga. Od tej chwili Dymitr uznawał się za człowieka zwią- zanego honorem. Ona tymczasem pojawiła się znowu. osierocona i. Nie złożyli przed sobą żadnych przysiąg — takich rzeczy nie robiło się — lecz pewnego razu. głodna. nie obrażając swych rycerzy widowiskiem gryzienia i żucia potraw. ani mózg. brakowało mu chwili wytchnienia. wśród niebezpie- czeństw i rzezi. że uważa ją za narzeczoną. zu- pełnie prozaicznie. realna choć nieobecna. Ale Dymitr Aleksandrowicz nauczył się już przyznawać pierw- szeństwo życiu przed literaturą. że jego amory stały się niemożliwe do zrealizowania i przez to tym bardziej nieuchron- ne. Uwielbiał jeździć z nią na łyżwach w taurydz- kim parku. w zimowym ogrodzie książąt Szcz. Gdy spotka się to co możliwe. O kobiecie. z całą jego trywialnością. ani zmysły. nieszczęśliwa. Było w tym coś szo- kującego: panny winny w zasadzie odżywiać się w ukryciu. zelektryzowała Dymitra Aleksandrowicza. Byli uczniami tej samej klasy tańca. które mógłby poświęcić na myślenie o swej narzeczonej. Myśl. Postanowił sprowadzić Elenę do Francji.. Rosja. Od czasu kiedy przez dziewięć godzin dziennie obsługiwał tokarkę i palce miał wiecznie pokryte metalowym pyłem. Teraz nie szło już o to. która nigdy nie miała rycerstwa. ich dłonie złączyły się na moment. lecz najwidoczniej jakiś organ tajemniczy i wy- specjalizowany. i to co konieczne. że jego narzeczona uszła cało z masakry.młodym Dymitrze jedno z tych nordyckich przywiązań. by zadbać o bef- sztyk dla niej lub przynajmniej o makaron. ani też cała istota człowieka. a niekiedy opatrznościowy przypadek łączył ich w parę w mazurze. lecz o to po prostu. że jest rycerzem bladej Eleny. Ochotnikowi walczą- cemu pod rozkazami Wrangla zdarzało się. Rewolucja sprawiła.

Dymitr Aleksandrowicz musiał zmienić zawód. Niektórzy. Najtańsze były babcie. pod warunkiem wpłacenia na konto państwa sumy. na przykład pracy gór- nika. goryczą czy wściekłością. ZSRR odczuwał w tym czasie wielką potrzebę zachodnich wa- lut. woźnicą fiakra. której trud- no nie nazwać okupem. Skończyło się na tym. by sobie pozwolić na sprowadzenie własnego syna z raju narodów. jeśli dobrze pamiętam. Narzucało się inne wyjście: taksówka. sno- bując się. Trudno. Dziewczęta były łatwiej osiągalne. Dymitr Aleksan- drowicz wbrew woli porzucił dla tej problematycznej synekury 18 . trzeba było być krezusem. Jego kruche zdrowie i niepokaźny wzrost nie pozwalały mu na podjęcie najsowiciej opłacanych prac. gdy zasiadał za kie- rownicą. Sporządzono tam tabelę stawek. Ktokolwiek nosił sygnet. trzeba było ratować Elenę. można było wy- kupić jedną babcię nawet za cenę pojedynczej wypłaty w zakła- dach Renault. a zarabiali nieźle. Naj- drożsi — chłopcy. dwa sous. że wszyscy. biorąc godziny nad- liczbowe. z humorem. wystarczyło przez jakiś czas oszczędniej żyć. dłoń zgarniała monety jakby potajemnie. lecz miejscowi taksówkarze burzyli się: nie miało się prawa niszczyć zawodu. Problemem był napiwek. zależnie od tem- peramentu. jak mówili. zrezygnowali ze swych zastrzeżeń. Jednak wciąż było to przykre. za które emigranci mogli całkowicie legalnie wykupywać swych krewnych lub przyjaciół. otwarcie odrzucali ofiarowywaną im przez francuskie- go bourgeois monetę. — A to dla pana! — odrzekł kierowca. zdejmował go. pięć- dziesiąt sous. — To dla pana — powiedział pasażer do jednego z moich ku- zynów. rzucając monetę. Wielu emigrantów decydowało się zostać. Unikali dzięki temu pracy przy taśmie. wręczając mu śmiesznie mały napiwek. ale i tak w grę wchodziły sumy nieosiągalne dla zwykłego tokarza. Czy oficer mógł przyjmować gratyfikacje jak lokaj? Centurio in aeternum.

o których ją informował i tych. ochrzcił żeńskimi imionami wszyst- kich mężczyzn. że opuściłem chorągiewkę? Przyjazd Eleny w niczym nie przypomniał świąt wielkanoc- nych. Nawiązał miłosną korespondencję ze swoją „narzeczoną”. ubrał się jakby to była Wielkanoc i wyruszył w drogę własną taksówką. uważał wręcz. Wręcz przeciwnie. 19 . z prawdziwej kwiaciarni.pracę męczącą. odczyścił jedyny swój garnitur. W końcu chodziło o to. to co oboje widzieli jako uroczystość zmartwychwstania. ustawił prawdziwe kwiaty. że miał szczęście: — A gdybym nie umiał prowadzić samochodu? Albo gdyby emigranci nie mogli dostawać licencji taksówkarskiej? Nadszedł wreszcie dzień. tych. Gdyby przynajmniej wyznali to sobie nawzajem! Sądzili jednak. przybrało raczej postać konstatacji zgonu. Tym razem nie za- trzymywał się. Poza tym jednak nie żywił żadnej urazy. po- sługując się przy tym naiwnym kodem. Sam subtelnie podpisywał się jako Dina. lecz godną. By nie wzbudzać podejrzeń Czeki. występującemu w jego imieniu. Po upływie trzech lat zdołał zebrać wymaganą sumę i zaniósł ją adwokacinie. Psar nie wy- obrażał sobie. i pobrali się mimo mrozu w sercach. że muszą sobie nawzajem dotrzymać słowa. o których los chciał się dowiedzieć. Po upływie paru miesięcy zaczął nawet irytować się na klientów — do niedawna byli to jego ulu- bieńcy! — płacących tylko podstawową cenę kursu. a co dwa tygodnie wysłać paczkę z żywnością. Zrobił tam gruntowne porządki. Dziwiło go. że bezpośrednie pertraktacje między „towarzy- szami” i nim w ogóle wchodzą w rachubę. żeby z dnia na dzień gromadzić więcej pieniędzy. gdy mógł wynająć dodatkowy pokój w swoim hoteliku przy ulicy Lecourbe. która jakoby miała otwierać zagraniczne listy. ulubionym przez emi- grantów. jak szybko przyzwyczaił się do poniżających napiwków. słysząc wezwania z chodnika: — Czyż nie widzą.

nie brzmiało to jed- nak przekonująco. pokój hotelowy bez jednego kąta prostego (taki był tań- szy). bo nie wypada. cóż bardziej oczywistego? Francuzi nie byli przecież tacy głupi albo niewdzięczni. i dlatego. wszystko to wydało się Elenie Władimirownej von Engel nieprawdopodobnie nędzne i wstręt- ne. kiedy to szczęście i trage- dia zdają się równie mocno pociągać szlachetną duszę. jakby sama wróciła do Sankt- Petersburga. lecz brała to także za część szyfru. kto zdawał się 20 .. Ale tam dokonała się rewolucja. Tam skąd przybywała. W oczach Dymitra Elena także była kimś. na którą mógłby sobie pozwolić byle prostak. W listach. podobnie jak Makary Dziewuszkin w Biednych ludziach. tam wciąż tlił się płomyk wojny domowej. — Można się przyzwyczaić — mawiał Dymitr. Tu natomiast na sznurze. największa w historii. Skromne ubranie Dymitra. że żyje nie najgorzej. Odnaj- dując go w Paryżu czuła się tak. omal nie umarła z głodu. wytarte i wystrzępione. serdeczność całego otoczenia. banalna taksówka. Myślała więc. żeby pozwolić zmar- nieć oficerowi sojuszniczej armii. podczas gdy Dymitr żył. tak żeby nie widział tego właściciel hotelu. oznaczał bezpie- czeństwo. Dla Eleny Dymitr był postacią z przeszłości. za to wyposażony w luksusowy parawan. drobne sztuki bielizny. rozciągniętym między dwoma gwoździami. odgradzający umywalkę i nieprzyzwoity bidet. który miał wprowadzić w błąd cenzorów. gdyż regulamin zabraniał lokatorom prania. jego tak- sówka. jakie jej posyłał. Żartował co prawda niekiedy ze swego zajęcia. I ten obrzydliwy zapach w korytarzu. że jest człowiekiem zamożnym. a w dodatku uważał. Naprawdę był z całą pewnością adiutantem francuskiego generała. że opłacenie okupu stawia go w trudnym położeniu. wygody. apokalipsa. by nie sprawiać wrażenia. suszyły się. nie skarżył się na nic.. któremu towarzyszył na róż- nych placówkach. kojarzył się z nastrojem ostatnich lat dojrzewania.

gacie. Ale Elena buntowała się.. powinien szeroko otworzyć dom dla trzydziestoletnich podchorążych. zawieszając na ścianie ikonę i tradycyjną lampkę oliwną. iż odkąd u jego boku znajdowała się żona. a stopy — przez odmro- żenia. do którego przenieśli się z hotelowych pokoi. że jej dłonie są zniszczone przez lodowato zimną wodę. co nic nie przynieśli. Tą właśnie nadzieją kierował się. którym był niegdyś? Szybko odkrył. podchorążowie marynarki trzy goździki. Nastawił się na spo- tkanie z dzieckiem: blondynką. wymawiała to szokujące słowo. ile tylko razy zapragną. a każesz mi cerować ich skarpetki i gacie. Ci. gładzili z zażenowaniem łysiny. po- chyloną nad haftem lub — niebawem — pieluszką. Przy każdej okazji powtarzała wulgarne porzekadło: „Na- wet z czarnej owcy można zebrać garść wełny”.. że obficie używała taniej szminki. co to nawet nie są w stanie przynieść damie porządnego bukietu! Miała rację — podchorążowie piechoty przynieśli jej wkrótce różę. by 21 . by przyszli ogrzać się w cieple domowego ogniska.) Cóż to za towarzystwo. zapraszać ich. sowiecki styl dawał o sobie znać. Nie mógł się jednak pogodzić z tym. W jej spojrzeniu pojawiały się na przemian lęk i wynio- słość. Dymitr Aleksan- drowicz wyrzucał sobie. że znów zamieni się w tego eleganckiego kadeta marynarki. On bowiem przekonany był. że nie dostaje od niego lepszej. (Tak jest. której palce ściskał w tamtym zimowym ogrodzie. Może nawet ma- rzyło mu się. że ma jej to za złe: — Takie delikatne stworzenie! Ileż ona musiała przejść. Życie w dwójkę w ciasnym mieszkaniu. ci twoi golcy. podobnie jak ona z tym. nie chciała spędzać swego życia na warzeniu zupy i dokarmianiu darmozjadów: — Jeszcze trochę. patrząc na młodą kobietę. karmić ich w sobotnie wieczory i przez całą nie- dzielę.ucieleśniać niewinność minionych czasów. Ich związek przetrwał niewiele dłużej niż trzeba było. nie zadowalało żadnego z małżonków. jakże poetycznym miejscu.

Dymitr Aleksandrowicz uczynił przeciwnie. odebrały mu nadzieję. że wola jego i jego przyjaciół. Rosja skolonizowana przez rzeźników? Dymitr Aleksandrowicz nie brał udziału w tych dyskusjach. A poza tym.urodził się Aleksander Dmitrycz. Dziecku. co o mnie myślisz. po wszystkich okrucieństwach wojny domowej. jego widok odpychający. ale ciężkie przeżycia zaszczepiły w nim fatalizm. Wzruszała go też nieśmiertel- na dusza dziecka. które pewnego dnia będą mogły chwycić za broń. Opuszkami palców pogładził policzek syna i wyszeptał: — Mamusia umarła. podporuczników marynarki. Pielę- gnował więc małego. oszczędź naszego syna”. kiedy po- wróci na tron. Dla Dymitra Aleksandrowicza narodziny syna były źródłem radości. którego matka umarła. Elena Władimirowna zniknęła pewnego dnia. Zostawiła krótki list: „Wiem. W Elenie gust delikatnej kobiety łączył się z pospolitym niedbalstwem. a opie- ka nad noworodkiem wyczerpywała ją całkowicie. przestał też myśleć. jego niezupełnie jeszcze uformowanej czaszki i małych rączek. Jesteśmy teraz sierotami. Tak. a car. który ostatnio żył ze sprze- daży frywolnej damskiej bielizny i jeździł sportowym kabriole- tem. żyć! Bądź wielkoduszny. wielu emigrantów zaczęło od nowa żyć nadzieją — z pewnością narzucony Rosji system nie przetrwa zawieruchy wojennej. będzie miał o jednego poddanego więcej. ale ja chcę żyć. Dziecko było zaniedbane. Nie był ob- darzony wyższą inteligencją. ale co zajmie jego miejsce. mówi się często. Elena źle zniosła ciążę. a razem z nią zniknęło futro z kretów i podchorąży. doznawał wzruszenia na widok tego małego człowieczka. odkupieniem. przezierająca przez jego mętne oczka. jego nazwisko przetrwa. co rzecz jasna prowadziło do strasznych rezultatów. sam prał. że wyje- chała w podróż. czterdziestoletnich 22 . Kiedy wybuchła druga wojna światowa. Alek. Mówił przepraszająco: moja żona jest słabego zdrowia. Nie liczył już na możliwość powrotu dawnego ustroju.

Pracować dla Niemców oznaczało dla niego zdradę wobec 23 . może wywrzeć jakikolwiek wpływ na Historię. Po kilku dniach starań w prefekturze Psar wyjednał dla siebie odpowiednie zezwolenie. po- cząwszy od Aleksandra Newskiego. — To nas nic nie obchodzi. W czasie wojny nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu we Francji. Było pewne rozwiązanie. Dymitrowi Aleksandrowiczowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Paryża w poszukiwaniu pracy. zostanie pan uznany za dezertera. „Tego jednego jestem pewien” — powtarzał często. a przede wszystkim nakarmić ma- łego Aleksandra. Rosjanie dzielą się na dwie kategorie: jedni podziwiają nie- miecką technikę. Jednych zmobilizowano.podchorążych. żeby rzucił taksówkę i został szoferem w fabryce amu- nicji. Kiedy nadeszła klęska. przyjąć propozycję zatrudnienia od władz oku- pacyjnych. na swoje nieszczęście. Goethego i Kruppa. fabry- kę ewakuowano na południowy wschód Francji. Status. innych nie. To się stanie samo z siebie. był mocno skomplikowany. Psara po- proszono. Dymitr Aleksandrowicz należał. — Ależ ja jestem obcokrajowcem. żeby tam umrzeć. któregoś dnia. Jeżeli nie znajdzie się pan w Tarbes. do tych drugich. jakiemu podlegali we Francji emigranci. Wróci do ojczyzny. ale zaledwie dotarł do Tarbes — na własny koszt — zostało podpisane zawieszenie broni i fabryka amunicji przestała istnieć. ale poza tym było całkiem znośnie. — Praca? Dla pana? Kiedy przegraliśmy wojnę z powodu tych cholernych cudzoziemców? Nie ma mowy. gorąca nadzieja: że prochy jego nie spoczną w obcej ziemi. nie znoszą Niemiec. Nie opuściła go tylko jedna. drudzy natomiast. A jednak trzeba było jeść. biorąc za wzór wielu Francuzów. ale budziło ono wstręt w duszy podporucznika marynarki: mógł. Kilku oficerów znów wypomniało mu rosyjską pożyczkę.

ale w wyniku świadomej decyzji. kiedy prowadził nie- miecką ciężarówkę. był zesłanym przez opatrzność kozłem ofiarnym narodu. którzy swego patriotyzmu dowodzili pastwiąc się nad wszystki- mi stojącymi niżej. którym brak komfortu moralnego doskwiera bardziej niż niedostatek materialny. Biali emigranci byli teraz ledwie tolerowani. nigdzie nie 24 . W jednym tylko był nieugięty: systematycznie od- rzucał propozycje lepszej i lepiej płatnej pracy na stanowisku tłumacza. mordowanych przez całe wieki przez miecz Krzyżaków czy też popleczników Napoleona. spośród których wielu było komunistami.miliona siedmiuset tysięcy zabitych podczas pierwszej wojny i setek tysięcy innych. Sytuacja Dymitra Aleksandrowicza stała się nie do zniesienia. Z jednej strony bezustannie nękany był przez administrację. Bzar Tmidri kompromitował się. dobrze go trakto- wano. czy też w pomocniczej służbie informacyjnej. Administracja przeszła w ręce partyzantów ostatniej godziny. Obcokrajowiec do niedawna opłacany przez wroga godzien był ostrej krytyki. lecz konsekwentnie mówił „nie”. coraz częściej nawiedzała Dymitra Aleksandrowicza. który zgrzeszył najciężej jak tylko można. wykrzykiwane z końca kolejki w piekarni. jak ikona. I od czasu do czasu: „Wracaj do siebie. jego pensja powiększyła się trzykrotnie. Znał niemiecki. Myśl o powrocie do kraju. pisarza. A jednak i tym ra- zem poddał się konieczności. bo zwątpił sam w siebie. sprawiło. Gdyby był włożył na siebie mundur feldgrau. Nigdzie nie będzie mu gorzej. że we Francji wybuchła wielka miłość do Związku Radzieckiego. odzyskałby może swój stopień wojskowy. ty cholerny Rusku”. W dodatku bohaterstwo prawdziwych party- zantów. Ale był jednym z tych ludzi. należały do najbardziej niszczycielskich w jego życiu. ale podporucznik marynarki pozo- stał bez skazy. z drugiej dokuczało mu bezrobocie. Gdy wojna się skończyła. Te dwa lata. nikt nie okazał mu wdzięczności. już nie przez zrządzenie boskie.

Zresztą słowo wolność nie budziło radosnego oddźwięku w sercu podporucznika marynarki. które tak chwalebnie odepchnęło napastnika? Niepodległość jest cenniejsza niż wolność obywate- li. wejść w kontakt z „towarzyszami”. spocznie w ojczystej ziemi. a Sowieci na obczyźnie przypominali z grubsza normalnych rodaków. którzy zbliżali się już do pięćdziesiątki — oni wcale nie mają rogów ani kopyt. kiedy będzie musiał umrzeć. że zdradziły go komórki jego ciała. I Aleksander wychowa się w rodzinnym kraju. Jak kiedyś pogładził policzek syna i powiedział: — Wracamy. Ale świat ocalał. Ale będzie słyszał dookoła własny język. poczuł w gardle falę tęsknoty silniejszej niż wszystkie poprzednie. nic na to nie odpowiedział. No właśnie. Kiedy położył palec na guziku dzwonka pod numerem 79. milczący jak zawsze. — Nawet czerwoni nie mogą mi tego odmówić. że nie odnajdzie błyszczącego Petersburga z czasów swego dzie- ciństwa. wolność uważał za ideał niewolników. A jeśli tam zniesiono własność prywatną — Psar przystanie na to z radością. chorążym i podporucznikom marynarki. poczucie przynależności było o tyle ważniejsze niż własność! Cóż to będzie za ulga. może nawet w szkole kadetów imienia Suworowa — bo szkoły te znowu powstały! Jakie to było niezwykłe przeżycie dla Dymitra Aleksandrowi- cza. że jego organizm jest wyczerpany. a jego ciało. Toteż gdy w pewnym lazarecie lekarz wyjawił mu. Podobnie jak jego męscy przodkowie szukał chwały w służbie. 25 .będzie się go bardziej atakować niż tutaj. Dymitr Aleksandrowicz nie miał żadnych złudzeń. — Wiecie — opowiadał później swoim prawdziwym towa- rzyszom. spodziewał się nieledwie. tak jakby cząsteczka materii zderzyła się z cząsteczką antymaterii. a także nauczy się służyć. Aleksander. wrzucić do pieca ten nansenowskim paszport znikąd. Wiedział. że zaraz świat rozleci się w kawałki. czy istnieli jeszcze czerwoni? Czy można kwestio- nować egzystencję państwa.

Wyspowiadany i. aby przewrócić stronicę w dziele Lenina. Iljicza i. jak się wydawało. najwybitniej- szego wodza. trzeba było naprzód zademonstro- wać całkowitą uległość i uznać swoje błędy. Co go natomiast zdumiało to arogancja urzędników i hojnie okazywane petentom poczucie wyższości. Zorganizowano kursy wieczorowe. tylko o udzielenie przebaczenia. Potem przyszła faza rehabilitacji. zwanych ankietami. we wszystkich dzie- dzinach. że krewni jego nie żyją już. Zaraził się obsesją po- wracających — byle tylko nie zaszkodzić tym. Trzeba było nie tylko wyznać wła- sne przewiny wobec rządu radzieckiego. słów największego geniusza. którego 26 . że kuzyn Alosza nie żyje. By je otrzymać. nie tylko pomyłki polityczne. najgłębszego filozofa i ekonomisty. Engelsa. czy też lepiej nie wymieniać go wcale? — dręczył się w środku nocy. tego. mierząc w ucznia garbatym nosem i złowrogo skrzącymi się szkłami okularów. syn marnotrawny miał obecnie zapoznać się z prawdziwą wiarą. Na przykład maniery Dymitra Aleksandrowicza: były całko- wicie anachroniczne. Dano mu do zrozu- mienia. spotykali się trzy razy w tygodniu. oczywiście. — Czy powinienem był wspomnieć. że nie idzie o żadne pojednanie się. z uzyskanym przebaczeniem. — Proszę tego nigdy nie robić! U nas oznacza to brak wy- chowania — wycedził surowo przydzielony mu katecheta. najsławniej- szego przywódcy ludowego wszystkich czasów. emigranci. Skruszony grzesznik musiał zacząć od wypełnienia płacht for- mularzy. którzy znajdują się w ZSRR. ucząc się na pamięć myśli Marksa. Dymitr Aleksandrowicz odpowiednio pomniejszył swoje wyczyny i oświadczył. Pewnego dnia zdarzyło mu się poślinić pa- lec. wchłaniając wykła- dy o błędach carów. ale również podać peł- ną listę bliższych i dalszych krewnych oraz ich życiorysy. którzy prawie nie mieli odwagi spojrzeć na siebie.

Inni kandydaci przysłuchiwali się temu ze spuszczonym wzrokiem. by można było potraktować tę liturgię choć trochę humorystycznie. iż w zamian za ten nie- wielki wysiłek otrzyma paszport i będzie mógł oznajmić Francu- zom. W niedzielne poranki zaniedbywał cerkiew. heroiczne i sentymentalne. Z satysfakcją wyliczył marszałków Związku Radzieckiego i ich zwycięstwa. Sposób ich wymawiania dzielił Rosjan na dwa obozy. wydawanych w rocznicę Rewolucji Paździer- nikowej. że teraz także i on ma swój kraj. Dymitr Aleksandrowicz zdał część egzaminów nie „lewicując swej du- szy”. Rewolucjoniści nie mają poczucia humoru. Wrócić. aby oklaskiwać filmy propagandowe. Na zakończenie od- śpiewano chórem Katiuszę: to było sowieckie. mówić o „białogwardyjskich hordach” i „ob- szarpanych kontrrewolucjonistach”. Nie było oczywiście mowy o tym. i będę mógł wsiąść do pociągu.patronimik wypowiadany był jednocześnie ze służalczą czułością i z męskim szacunkiem: Józefa Wissarionowicza. myślał. zanim zdołał wypowiedzieć — tuż przed nim błyszczały wymagające okulary katechety — „Mikołaj Krwawy” czy też „Leningrad”. Jeśli Dymitr Aleksandrowicz liczył. Wreszcie katecheta wezwał go i oświadczył: 27 . Pomagał także w organizacji balów. wyświetlane specjalnie w porze mszy świętej. Ale zająknął się kilkakrotnie. Jeszcze jedno poświęcenie. ale nie komuni- styczne. Wznosił toasty na cześć niewypowiedzianie wielkiego Iljicza i za zdrowie największego z największych ludzi. Nie mając żadnego wykształcenia ekonomicznego i nie uto- żsamiając się ani z interesami. zacinając się. Teraz należało dowieść swej szczero- ści. Próbował nawet wymawiać po sowiecku dwa słowa. Potem z kolei oni mu- sieli. ze ściśniętym gardłem zrelacjonował przebieg bitwy pod Stalingradem. swój rząd i swego amba- sadora — to się przeliczył. z pozoru niewinne: autobus i biblioteka. ani z cnotami burżuazji. milcząco podzielając jego zawstydzenie. jednym słowem — rosyjskie. takie jak Gorąca głowa czy też Przysięga.

przyzwyczaił się pan do nich. od dawna już skreślił twarde znaki i łacińskie „i” na formularzach. podejdzie do policjanta i powie mu: — Jestem obywatelem radzieckim. Zna pan Francuzów. leżał na biurku. Nowoczesna pisownia jego imienia i imienia jego ojca drażniła go jeszcze. — Na razie schowamy tę zabaweczkę tutaj. — Oczywiście pewnego dnia powróci pan do kraju. 28 . podpisy. paszport. Uczepił się słów „oczywiście” i „na razie”. które wypełniał. — Kiedy mogę wyjechać? Katecheta delikatnie wyjął z rąk wzbraniającego się nieco Dy- mitra Aleksandrowicza paszport. Być obywatelem. — Na cóż on panu? — Nie mogę żyć we Francji bez dokumentów. Dymitr Alek- sandrowicz mógł go wziąć do ręki. sprawdzić pieczątki. — Obywatelu.. Zielony paszport był tuż obok. jęknął: — Ale. Podniósł się i umieścił paszport na jednej z półek sejfu wbu- dowanego w mur. a oni do pana. Dymitr Aleksandrowicz nie od razu pojął. że oznacza to ko- niec jego marzeń. ale na ra- zie przyniesie pan więcej pożytku socjalistycznej ojczyźnie nie opuszczając Paryża. zdjęcie. jest nieomal tyle samo warte co być poddanym cara. przekonaliśmy się. proszę mi go dać.. że jesteście prawdziwym synem naszej sowieckiej ojczyzny. miałby materialny dowód. chciał bowiem zabrać tę małą ksią- żeczkę powodowany czułością. ale był to drobiazg. widoczną na dnie sejfu. Z podniesioną głową wyjdzie na ulicę Grenelle. U siebie w pokoju pokryłby ją pocałunkami. że znów stał się sobą. Wpatrując się swymi przedwcześnie zmatowiałymi oczami w zieloną plamkę. wydawało mu się. Czuł. Nie był to jedyny powód. dziękuję — powtarzał. — Dziękuję. że staje się pełnym człowiekiem.

dodał jeszcze. Ty to zrobisz za mnie. miał już tylko jedno życzenie: być pochowanym na cmen- tarzu w Sainte-Geneviève-des-Bois. że nigdy nie wróci do kraju. teraz zaczął pić tak. — Nie wrócę do kraju. będzie się pan w dalszym ciągu posługiwał paszportem nansenowskim. która mimo wszystkich pana pomyłek wyciągnęła do pana ramiona. Od tej chwili rak pustoszył jego organizm ze zdwojoną siłą. którą tradycja łączy z żołnierskimi pogrzebami. powodowany. Nocny stróż. że otrzymał pan radzieckie obywatel- stwo. Dymitr zmarł w szpitalu. gdzie próchniało tyle rosyj- skich trupów. Nie powie pan Francuzom. jakby chciał jeszcze przyspie- szyć proces zniszczenia. nie wiadomo. Chorążowie i podporucznicy. Uniósł dłoń. kiedy wiedział. Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej Zaśnięcia Matki Bo- skiej. Dostrzegając. ale nie zdołał już dokończyć tego gestu. Nieśmiertelną pamięć i Jakże chwalebnie. by pogłaskać poli- czek Alka. aby spełnione zo- stało skromne ostatnie życzenie tego. pomywacz. tragarz. Odśpiewano Między świętymi. ale nie zdrajcę. Dymitr Aleksandrowicz nie miał już żyć długo. że na pewno zniszczyły ziemię. Alek. zamia- tacz ulic — tracił kolejno wszystkie swoje posady. litością czy też sprytem: — Właśnie w ten sposób odda pan największe przysługi so- cjalistycznej ojczyźnie. bez żadnej opieki. Nigdy przedtem nie pił dużo. którego nazywali posłu- gując się trudnym do przetłumaczenia rosyjskim słowem. pracując tylko od czasu do czasu. Złożyli się. jako że personel szpitalny tego właśnie dnia strajkował.. złowrogo pobłyskując grubymi szkłami okularów — nie przedstawia żadnego problemu. teraz pięćdziesięcioletni. Trumnę opuszczono do grobu przy pomocy haftowanych 29 . że serce biednego człowieka pęka z żalu. Teraz. To były jego ostatnie słowa. jakby współbiesiadnikiem.. suro- wo oceniali zdradę. pieśń. — To — odrzekł katecheta. Czerwiec był wyjątkowo ciepły i ksiądz obficie używał ka- dzidła.

To był właśnie ten młody człowiek. nad młodzieńczą szyją. zbyt szerokie spodnie i wielkie niezgrabne buciory. czekać na autobus. Aleksander zawahał się. zapewne prezentu jakiegoś zamożniejszego kuzyna albo daru instytucji charytatywnej. ruszył sam w stronę dworca kolejowego. Trzeba je było zwrócić. Aleksander Dmitrycz. podwiozę pana — powiedział ktoś. 30 . wypożyczonych przez pewną starą generałową. pełen rezerwy. że to zaproszenie było może grzecznie wypowiedzianym rozkazem. Cóż by zresztą z nimi począł? Grudki ziemi rozbijały się na świerkowych deskach trumny. Przyjaciele ojca odczuwali wobec syna raczej nieufność niż sympatię.pasów. — Ileż on może mieć lat? — Dziewiętnaście? Nie wygląda nawet na tyle. biedak. Jakubie Mojsiejewiczu. Wśród uczestników pogrzebu znajdował się też pewien młody człowiek. W pewnej chwili tuż obok niego zatrzymał się samochód. przeciw- nie. — Dziękuję. dlatego też nie zostawiono ich — jak każe obyczaj — grabarzowi. On także złożył poda- nie o repatriację i przesiadywał w ambasadzie. Czy nie był to przypadkiem mały bolszewik? Żony przyjaciół Psara. rozczulały się nad szczupłą chłopięcą twarzą o zaczerwienio- nych powiekach. którą odsłaniała rozpię- ta biała koszula. Ubrany był w brązową marynarkę. otwie- rając drzwi samochodu. którego nikt z obecnych nie znał. Wsiadł do samochodu. — Proszę wejść. Gdy tylko pogrzeb się skończył. Miał pyzatą twarz i nosił okrągłe. Przeżegnał się kilka razy w nieodpowiednim momencie. Szedł w oślepiającym słońcu. jasnowłosy. noszona bez krawata (Dymitr Aleksandrowicz nienawidził tej wzorzystej ozdoby) do starego. niebieskiego ubrania. Pomyślał jednak. poczciwe okularki. Aleksander Dmitrycz nie chciał. jak wszyscy inni. przyglądał się temu z ostentacyjnym spokojem.

Naród radziecki jak jeden mąż pracuje nad wznoszeniem po- wszechnej sprawiedliwości i równie powszechnego dostatku. ale ich problemy wydawały mu się anachroniczne. Oczywiście. jaką mu to sprawiało. Właśnie tam. silna i opiekuńcza. traktował ich z czułością. by sytuacja Żyda miała być inna niż Tatara czy Gruzina. by przyjęto go na wydział wer- bujący kandydatów pośród młodych ludzi garnących się do tego rodzaju działalności. nie sądził jednak. szczęśliwi i beztroscy. Potrafił zupełnie nieźle zaciągać Raz na balu czy też od- tańczyć ognistego kozaka. wykazała więc pochodzenie pro- letariackie w zasadzie bez zarzutu. że Jakub chciał stanąć w pierwszym szeregu pracu- jących. W dzieciństwie Jakuba Mojsiejewicza Pitmana kołysały do snu opisy bohaterskich wyczynów dzielnych czekistów ra- tujących Rewolucję. Nie znaczyło to. kiedy wszyscy ludzie będą się kochali. Czajkowskiego. że wiedział kiedy to nastąpi: już jutro. raczej podkreślał przy- jemność. Jakub Pitman pamiętał o swoim żydowskim pochodzeniu. przeciwnie. białogwardziści odnieśliby zwycięstwo. że to właśnie jego kraj wyprodukował Puszkina. Poza domem jadł wieprzowinę i nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Lokomotywą szybko zbliżającej się przyszłości była partia. Nad Czechowem miał jednak tę przewagę. byłby najbardziej użyteczny dla partii i dla ojczyzny. Nic nie przeszkadzało temu. tak samo jak niegdyś jego ojciec. myślał. Jakub marzył więc o pracy w komisariacie ludo- wym. Jak bohaterowie Czechowa wzdychał do czasów. obej- mująca dwa pokolenia wstecz. w wydziale spraw wewnętrznych. Matka i babcia Jakuba Pitmana też pochodziły ze skromnych rodzin. Mojżesz Pitman był ubogim krawcem. że wstydził się swoich rodziców. Jakub miał dla niej tak żywe uczucia i tyle wdzięczności. W tym okresie „narodowość” 31 . z Berdyczowa. To dzięki partii jego ojczyzna stanie się najpotężniejsza na całym świecie. Uwielbiał rosyjski folklor. Piotra Wielkiego. Ankieta. Dumny był. Gdyby nie oni. że czę- sto aż łzy stawały mu w oczach.

Znał francuski i to sprawiło. składającego się głównie z karierowiczów i hula- ków. Jego przełożonym był oficer. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w obliczu autentycznego księcia. Tymczasem książę O. głównie zagadnienia kontrwywiadu. Młodszą siostrę. Wojna właśnie się skończyła i Jakub Pitman oddelegowany został do pracy w ambasadzie. Rząd radziecki okazał niezwykłą łagodność. że po roku pobytu w Paryżu znalazł się nagle o krok od utraty honoru i stanowiska. dla jej dobra. degeneratów. która znów podejmowała swą działalność w Paryżu. był garbaty. Nie opuszczała go też ciekawość. Tak więc po opuszczeniu uniwersy- tetu Jakub Pitman przepełniony radością i wdzięcznością przy- jęty został do szkoły „Biełyje Stołby” i studiował tu przez dwa lata. Pitman był jednocześnie onieśmielony i przejęty obrzydze- niem. równie szczęśliwą i wolną jak ona. Wkrótce polecono mu zająć się wyszukiwaniem pośród 32 . Wuj rewo- lucjonista upiększał obraz. delikatny. jak się tego spodziewał. rzecz jasna. amnestionując tych lokajów reak- cji. której starsza. dyktować będzie sposób postępowania. spodziewał się. Jego entuzjazm nie miał granic! Będzie pracował ze wszyst- kich sił.żydowska była jeszcze plusem raczej niż minusem. chociaż Pitmana szokował prymitywizm tutejszego środowiska. aby uczynić z Francji siostrzycę Rosji. nie narkotyzował się i z pewnością nigdy nie posługiwał się knutem. że skierowano go do piątego departamentu. niedo- bitków bandytów Wrangla i katów Kołczaka. Ale pragnął się uczyć. Inteligencja jego była żywa i giętka. Te wspaniałe zamiary nie uchroniły jednak porucznika Pit- mana od tego. biedny jak Hiob. że ujrzy wilkołaka albo nadczłowieka. Ucieleśnione zło nie zawsze było tak łatwo rozpoznawalne. który prowadził sprawy emi- grantów „powracających” — narkomanów. przede wszystkim zaś właściwa mu była intuicyjna zdolność trafnego wyczuwania lu- dzi. Na początku wszystko szło doskonale.

Pitman dobrze się spisał. teraz je- go zwierzchnik przesunął go do innej sekcji. których w przyszłości łatwo będzie pchnąć na odpowiedzialne stanowiska. Następnym szefem Pitmana został stary czekista z niebieskim nosem. byłym partyzantem. 33 . gdy temperatura ciała jest najniższa. którego siostra studiowała atomi- stykę! Nie mogło być mowy o tym. Stary pułkownik nie był specjalnie nie- bezpieczny.kandydatów do powrotu osób. przeprowadzając selekcję. któ- ry natychmiast po zakończeniu wojny próbował powołać znów do życia organizację „Union interarmes”. miała pozostać we Francji. co domagali się powrotu. prowadzonych przez ich placówkę. zdy- chali sobie w dalszym ciągu na obczyźnie. Chodziło o to. Poprzednio kierowali nią Kutiepow i Miller. jak ich nazywano. żeby pozwolić na powrót ta- kim ludziom. Tym razem zresztą nie przewidywało się żadnych komplikacji. polegała na porwaniu w samym środku Paryża pewnego pułkownika carskiej armii. sekretnyje sotrudniki. w jakiej uczestniczył. teolodzy. wiekowi Cyga- nie. jako że uprzednio uzyskana została zgoda władz francuskich. które mogłyby stać się. na miejscu. najlepiej nad ranem. „seksots”. żeby Jakub Mojsiejewicz miał okazję poznania wszystkich rodzajów działalności. Więk- szość tych. Pierwsza misja. boha- ter licznych anegdot. ludziom. tradycja jednak wymagała. a co za tym idzie zdolność stawiania oporu najmniej- sza. Pozostawało tylko „zgarnąć” pułkownika z domu. opowiadanych między jednym i drugim kieliszkiem. najzupełniej legalnie. aby przez sam fakt swej obecności odwracać uwagę od zwerbo- wanych współpracowników. którzy i tak nie mieli czego szukać w ZSRR. trzeba było. Pitman mógł się pochwalić świetną zdobyczą. Żeby jednak uśpić czujność Francu- zów. żeby starzy kierowcy taksówek. znajdującym się już. by zadać zdecydowany cios takiej organizacji. tak samo jak zgarniało się ludzi w Moskwie czy w Niżnym Nowogrodzie. Amnestia nie była bowiem całkowicie bezinteresowna.

gotów w razie czego do interwencji. że przypilnuje. chociaż brama była nadal zamknięta. Może prze- ciąg? Na schodach rozległ się zdenerwowany głos dozorcy: „To- warzyszu! Psze pana! Panie kapitanie! Zdarzyło się nieszczę- ście”. Na karku czuł przesycony wódką oddech czekisty. zrobił wielki krok do 34 . najpierw otwartą dłonią. który zaw- sze starannie wycierał buty. Czyż nie bili- śmy się razem z Niemcami? Pitman przycisnął guzik dzwonka. których zresztą nie ma. którego trzeba było usunąć. i zniszczoną pidżamę. nie dręczyły go żadne moralne rozterki. — Jak będziesz tak sobie postukiwał — powiedział czekista — to on gotów pomyśleć. aż drzwi dygotały. Zaczął walić w drzwi. ugiętym palcem wskazującym prawej dłoni. które pokrywał łuszczący się lakier. drugi wszedł na podest szóste- go piętra. ale jej mąż. Jakiekolwiek komplikacje były zresztą mało prawdopodobne: dozorczyni co prawda bardzo lubiła pana Rosjanina. grzecznie choć stanowczo. Pułkownik był tylko nędznym wichrzycielem. który już wkrótce stanie się rajem. Przed 25 laty z pewnością nie odmawiał sobie przyjemności wie- szania czerwonych więźniów. Teraz chodziło o to. skąd pojawiło się to wrażenie. Nigdy nie dowiedział się. ten naleśnik z czło- wieka z kępką brody sterczącą z twarzy. połamane nogi z kością. potem kopnia- kami. Zaczął stukać. po cztery uderzenia. Za starymi drzwiami. dawny komunistyczny partyzant. że chcesz pożyczyć 10 franków. ale prze- cież nie będą protestować. która przebiła mięso. jeśli się go przymknie. by nie mógł siać zamieszania w kraju. Jeden z jego przybocz- nych został na czwartym piętrze. Kiedy Jakub Pitman wsiadał do specjalnie wynajętego samo- chodu. a obecnie policjant. Gdy Jakub zobaczył to coś na chodniku. skąd obserwował wszystko. Nagle Jakub poczuł przed sobą jak gdy- by wielką pustkę. Pułkownik nigdy nie był obywatelem radzieckim i Francuzi nie bardzo mieli ochotę na otwarte wydanie go Rosjanom. pano- wała cisza. żeby nie robiła żadnych trudności. obiecał.

Zaczął się więc wstydzić. A potem. Czekista napisał mściwy raport — akcja nie udała się z winy porucznika Pitmana. jakby chciał ich wziąć na świadków. bliska partii. a tu masz! — zachowali się jak niezdary. Nie 35 . że Pitman. Z dnia na dzień przestano podawać mu rękę. wstrząsany czkawką. że przyczyną niezdecydowania Pitmana był brak odwagi fizycznej. której ro- la jest wiodąca a doktryna niezawodna. Wydawało się. Od tej chwili jego wiara w marksizm topniała szybko. teraz skazany był na klęskę. upodlenie. któremu do tej pory wszystko sprzyjało. — Na twoim miejscu wstydziłbym się. Była to tylko kwestia bezwładu biurokratyczne- go: wkrótce zostanie usunięty z departamentu. Kiedy nieśmiało poprosił o wyjaśnienie — nie miał prawa czytać raportu — szef komórki spojrzał mu w oczy. który stukał do drzwi tak długo.tyłu i zaczął otwarcie. zaczął uporczywie przyglądać się Jakubowi. z tą jego bródką. Niebieskie epolety nie są dla tchórzy. Do- zorca trzymał się z tyłu. strzelając okiem na swoich ludzi. jako że KGB. Po dwu latach dotknięty łaską zaczął chodzić do kościoła i głosować na partię prawicową. Późniejsze zachowanie się po- rucznika potwierdziło. bez skrępowania wymiotować. nie może się mylić. — Zdechlak! Baba! — wysyczał do niego czekista. kręcił głową z mieszaniną litości dla ofiary i jednocześnie z trudem opanowując nerwowy śmiech na widok tego śmierdzącego pajaca rozciągniętego na bruku. schowałbym się w najciemniejszym kącie. być może nawet z KGB. Poza tym nie dostawał już żadnych poleceń. kiedy wcho- dził do pokoju. ponieważ cierpiał z powodu okazywanej mu pogardy. że towarzyszom radzieckim zawsze udawały się akcje. Pitman. Za- czął się także chować. że osobnik zdążył wyskoczyć przez okno. kiedy już przestał wymyślać swojemu podwładne- mu. odwracano się. Z drugiej jednak strony odczuwał głęboki zawód — sądził.

ale także dlatego. jakby wymienianie jego imienia mogło spowodować nie wiadomo jaki kataklizm. nieznany był nawet jego stopień wojskowy: reagował jednakowo ochoczo na „towarzyszu kapitanie” jak i „towarzyszu generale”. Abdulrachmanow był prawdopodobnie w KGB. w swym pragnieniu służenia. Czyż miał znosić i to. Jemu stawiano tylko zarzut zwykłej słabo- ści. Jakub Mojsiejewicz Pitman był głęboko zraniony w swoich ambicjach. gorące i pełne nadziei listy. Przezwisko to jednak wyszło z użycia. Jego działal- ność zaczynała się. że przypominał raczej fenomen przyrodniczy niż ludzką istotę. w samej substancji swego istnienia. Od jakiegoś czasu personel ambasady unikał aluzji na temat Abdulrachma- nowa. Abdulrachmanow. że tak naprawdę nie został zaakceptowany przez zwierzchników i odrzucano go jako nieprzydatnego. Cier- piał także z powodu swej miłości. Kto mu je dał? Brano go za inspekto- ra. Słodka Eliczka słała mu czułe. który nie miał odwagi spojrzeć w oczy komuś. można popełnić pewną liczbę pomyłek. szperał wtedy we wszystkich biurach. Tymczasem pewnego dnia przyszedł do niego szeregowiec. Oznaczało to. składającego sprawozdania samemu towarzyszowi Berii. że jest w niełasce: — Towarzysz Abdulrachmanow was prosi. Wiedział przecież. gdy inni kończyli pracę. i to nie tylko z powodu jego stożkowatego kształtu. Miał wszystkie klucze i wytrych. Potem o samobójstwie. nie wyłączając gabinetu ambasadora. ale w której dyrekcji i w jakim departamencie? I jaką miał funkcję? Zagadka. które będą zatuszowane dla dobra organizacji.pozostawało mu więc nic innego. o kim wiedział. to znów za wysokiego dygnitarza partyjnego. żeby jego na- rzeczona miała się rumienić ze wstydu przez niego? Myślał o zerwaniu. odpowiadającego 36 . monumentalna postać z małą głową. zo- stał przez młodszych pracowników ambasady nazwany Stalag- mitem. Nic o nim nie wiedziano. tylko zaszyć się w kącie i cze- kać na odwołanie. że jeśli się już jest w KGB.

Pitman byłby zaszokowany tym mało radzieckim stylem zacho- wania. — Niech pan wejdzie. a nawet jak zwykły obywatel radziecki. Używał swojego głosu jak aktor. posługując się najbardziej wyrafinowaną dyk- cją. ja nie. Być wezwanym przez niego — w sytuacji Pitmana! — oznaczało to samo. pełnego kurtuazji człowieka. Skojarzenie to musiało powstawać automatycznie na widok tego zażywnego. On jednak będzie musiał zawieść swego rozmówcę. Ja nie jestem w szóstym depar- tamencie. i umieści na tym krześle swoją starą panią. — Nie. a jednak budził przerażenie. raczej intencje wychowawcze. nie wy- rażał jednak groźby. towarzyszu generale. co dla skazanego na śmierć wizyta o 4 rano w jego celi. Oto po raz pierwszy od dwu miesięcy ktoś odezwał się do niego serdecznie. że może wejść. I ten Sun Tsu. — Ależ proszę usiąść. Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. 37 . Przed stożkowatą głową unosił się palec wskazujący. wszyscy trzej. kim może być Sun Tsu — zapewne jakiś lokaj Czang Kai-szeka. Jakubie Mojsiejewiczu. serdeńko. pustego pokoju. Czy zna pan Sun Tsu? Siejący postrach tow. lecz jego nienaganna wy- mowa przypominała raczej profesora uniwersytetu przedrewo- lucyjnej Rosji. Abdulrachmanow nie wyrażał się jak oficer KGB.wyłącznie przed Józefem Wissarionowiczem. by się tu ktoś przemęczał pra- cą. mało świadczącego o tym. gdyż nie miał zielonego pojęcia. towarzyszu generale. Oczekiwał wojskowego wrzasku albo lodowatego szeptu. Zaraz się ze sobą zapoznamy. tymczasem dobiegł go melodyjny głos. Pitman stanął dość niezdarnie na baczność w progu niczym nie wyróżniającego się. w którym jednocześnie wyczuwało się ogromną siłę. recytujący śpiewnie: „Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża.. Usłyszawszy.. Jakubie Mojsiejewiczu. Nigdy nie powie- dział nic ostrego. Mówił śpiewnym basem. wróg się poddał”. na granicy otyłości. wróg się poddał. gdyby nie opanowały go zupełnie inne emocje.

On jednak był wszędzie. towarzyszu generale. którzy wcale tacy nie są. ale nigdy jeszcze nie widział tak uprzejmego generała. posługiwać się tytułem generała. towarzyszu generale? Mówił „generale”. ale nie spostrzegł żadnej trzeciej osoby w pokoju. Dalej. ponieważ jest to najwyższy stopień. w którym nie pojawiałoby się to inkwizy- torskie spojrzenie. Nim zdążyłem zwi- lżyć. którą przed chwilą przytoczyłem. A wreszcie. ale Pitman nie mógł sobie niczego przypo- mnieć. nie było w KGB pomieszczenia. nawet dla kogoś. — Proszę usiąść — powiedział człowiek zwany Stalagmitem. miły mój Jakubie Mojsiejewi- czu. — Jaką myśl. by miały dla nas znaczenie powierzchowne i zbędne stratyfikacje socjal- ne. nikt pana tak nie nazywa! 38 . ponieważ ja pozwo- liłem sobie nazywać pana Jakubem Mojsiejewiczem. Więc przestanie pan. żebyśmy musieli rzucać sobie w twarz co pięć minut nasze przekonania polityczne. i pan. wyjąkał żałośnie: — Nie wiem. który wydawał się tak dobrze wobec niego usposobio- ny. żeby pan łaskawie mówił do mnie per Matwiej Matwiejewicz. i tak dalej. Po pierwsze. Przestanie pan więc. — Proszę mi na początek powiedzieć. towarzyszu generale. Przywiązujemy zbyt wielką wagę do prawdy tkwiącej w rzeczach i ludziach. Czując swą winę. Być może Lenin wypowiedział się gdzieś na temat. chyba żeby wziąć pod uwagę wiszący na ścianie portret Feliksa Edmundowicza. — Tę. Pitman rozejrzał się wkoło. jak ocenia pan tę myśl. podejmiemy kilka wstępnych decyzji. chciałbym. — Ależ. — Zanim spotkamy towarzysza Sun Tsu. nazywać mnie towarzyszem. kto zawsze sta- rał się rozumować tak jak trzeba. jak to nazywają ci. Jeszcze raz nieszczęśliwy porucznik miał zawieść swego prze- łożonego. zarazem wielkoduszną i podstępną. Co myśli pan o tym? Pytanie było bardzo trudne. mój bezcenny Jakubie Mojsiejewiczu. i ja jesteśmy zbyt ukultu- ralnieni.

przeciągłą wymową tych słówek. — Proszę się nie niepokoić. gdybym miał ochotę pójść. lecz także wszystkie jego projekty. areopag.my posiadamy odpowiednie środki. Będzie pozostawała w zgodzie. użyteczność ich godna jest sza- cunku. Oby Bóg pozwo- lił. Pitman odważył się spytać: — Dlaczego? — Dlatego.. Matwieju Matwiejewiczu. Sun Tsu mówi: najwyższe wyrafinowanie sztuki wojennej polega na pokrzyżo- waniu planów wroga. Jakubie Mojsiejewiczu. Możemy pokrzyżować nie tylko sztabowe plany wroga. nie chcę go aresztować — dodał z gryzącą iro- nią. Osoby te składają się na radę. My odkryliśmy względność sztuki wojennej. No więc. Czy słyszał pan o Einsteinie? Proszę się nie niepokoić. wszelkiej natury. że towarzysz Sun Tsu poszedł do nieba około dwa i pół tysiąca lat temu. No więc.. któ- rego członkiem. Dlatego też nie- chaj mnie nazywają jak im pan Bóg każe. ale ani oni nie mają nic do powiedzenia Matwiejowi Ma- twiejewiczowi.. od stopy urodzeń do literatury. uznaną obecnie za przesadnie kurtuazyjną — . abyśmy potrafili wykorzystać te fantastyczne środki. — Tak. Zrobi się co trzeba. ani Matwiej Matwiejewicz im. 39 . Jeśli by ktoś mi powiedział: chodź tu. Jasiu-głuptasiu. Nie jest jeszcze pewne. — Mój drogocenny Jakubie Mojsiejewiczu. słyszałem o Albercie Ein- steinie. że Sun Tsu nie dysponował środkami odpowiednimi do jego geniuszu. czyjego nauka pozostaje w zgo- dzie z podstawowymi aksjomatami marksizmu-leninizmu. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. mój szma- ragdowy.. co nie byłoby niczym nadzwy- czajnym. a ja na to pluję. od seksu do religii. ja i parę innych osób je- steśmy w strategii. stanie się i pan pewnego dnia. Tyle tylko. jeśli Bóg pozwoli. Czym Einstein jest w fizyce.. zaraz zresztą zduszoną.. to poszedłbym. — Abdulrachmanow posługiwał się dawną. otaczający nas towarzysze są bardzo użyteczni.

prawdopodobnie nie wystraszyłby pan tego starego osła. oddanie sprawie i spryt. że ma pan brą- zowe włosy albo że jest pan krótkowidzem? Posiada pan właści- wości potrzebne mi w pewnej miksturze. Henryk IV nie zostałby nigdy królem Francji. wróg się pod dał.. — Na panu zrobi wrażenie broda.. który ryczałby w tej chwili na Łubiance. Czyż to pana zasługa. Ab- dulrachmanow stał wyprostowany. Pitman chciał się wytłumaczyć: — Z mojej strony to właściwie nie była litość. Było coś przerażająco drapieżnego w tym słowie: wybór. Pokażę mu. tym lepiej. Wszystkiemu jest winien ten sukinsyn.. Proszę się zastanowić. a raczej wzniósł się. Gdyby po- zwolono panu działać. Wiem o panu wszystko. gdzie raki zimują! A jeśli pan ma trochę zbyt delikatny żołądek. bo się wzajemnie wyklu- czają. Gdyby mierzyć wartość człowieka odpor- nością jego przewodu pokarmowego. która jest dla mnie nieodzowna: umie- jętności wczuwania się w innych? Odwaga. mój diamentowy Jakubie Mojsie- jewiczu. Nagle Abdulrachmanow podniósł się. na kimś innym coś inne- go. Powtó- rzył tonem. i okrucieństwo — te cechy można znaleźć u naszych 40 . Innych panu brak. że wśród zatrudnionych u nas ludzi znajdę posiadaczy cechy. którą właśnie przygo- towuję. załatwmy pewien drobiazg. który byłby odpowiedniejszy w kościelnym chórze: — Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. to była wieża. Przerastał wszystko. Przypominał pterodaktyla gotowego do ataku na swą ofiarę. Czyż zna pan coś równie skutecznego i eleganckiego? Aha. tak. To nie był już człowiek. To bez znaczenia. Mój wybór padł na pana. Matwieju Matwiejewiczu. — Czuję się zaszczycony. Czy mogę liczyć. Ta nędzna broda. — Jest pan w błędzie. To ja rekrutuję ludzi. co to koniecznie chciał zamoczyć ostrze noża w krwi. jego dziwnie małe dłonie leżały na blacie biurka.. Tylko ta broda na chodniku. Widziałem pańskie notatki.

tak jakby się wskakiwało za kierownicę jakiegoś pojazdu? Proszę zobaczyć. 11. 8. 9. 13. wymową z ubiegłego stulecia. lub raczej — kto mówi 41 . a nawet podświadomość. Ze swą skórą śniadą i ma- tową. — Rozpowszechniaj zmysłową muzykę.towarzyszy. Abdulrachmanow przybrał dlań postać sym- bolicznego skrótu Związku Radzieckiego. 6. ułożony z fantazyj- nych. niech gardzą. — Oto — powiedział Abdulrachmanow. — Kompromituj przywódców. stylizowanych na Daleki Wschód liter. ale zdolność do wejścia w cudze położenie. rękami czerkieskiej księżniczki. — Drwij z tradycji. — Podżegaj młodych przeciwko starym. wdarcia się w cudzą świadomość. Pitman przyjrzał się człowiekowi. 12. wygrawerowanych scyzorykiem: 1. 2. Abdulrachmanow obszedł swoje biurko. Zabawiłem się wpisując je w to twarde drewno oliwki i zarazem we własną pamięć. który zdawał się sam two- rzyć obowiązujące go ustawodawstwo. — Wstrząśnij ich wiarą. — Poddawaj w wątpliwość dobro. ogromnymi wśrubowanymi w posadzkę stopami. — Nie żałuj pieniędzy. 10. — Dezorganizuj działalność władz. głową przypominającą wycelowany w niebo moździerz. który nie krył swego zadowolenia — trzynaście przykazań. wziął Pitmana za rę- kę jak dziecko i zaprowadził przed drewnianą tablicę wiszącą na ścianie. znalezionych u Sun Tsu. — Zakłócaj aprowizację. ze swym orientalnym imieniem. — Zbieraj informacje. Widniał na niej następujący tekst. 5. 4. — Posługuj się ludźmi złymi. — Sprzyjaj rozwiązłości. 7. 3. — Siej niezgodę między obywatelami.

że ten żart nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. Więc jak. o których nie 42 . napadać i prowadzić długie operacje wojenne. żeby zrobić wrażenie na głupcach. to opanować kraj nieprzyjacielski nietknięty przez zniszczenia. jak mówi się u nas. Jak naj- szybciej obsypiemy pańskie epolety gwiazdkami. nasze zabijaki nie dostrzegają wznios- łości tego ideału. powoduje niezgodę — tego. Jesteśmy tu po to. albo też. — Ci. żeby nazbierać medali i awansów. a częściowo dla czystej przyjemności.o związku. złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. by wystrychnąć wszystkich na dudka. mój ru- binowy Jakubie Mojsiejewiczu. Cóż za finezja! Ileż w tym wdzięku! Rzecz jasna. Wiedz. biorą do nie woli armię przeciwnika bez walki — ciągnął Abdulrachmanow. Gwiazdki to środki do celu. Proszę się nie dać zwieść. W tydzień po tej rozmowie Jakub pisał do swej narzeczonej: „Moja słodziutka Eliczko. by zakrwawić ostrza swych noży i za to dostać gwiazdki. co wyćwiczyli się w kunszcie wojennym. My jednak. W tym właśnie sęk. Przeciwnie. a nie cel. wolą bić się. nasi zawodowcy. Pan jest młody i na początku i pan będzie pod wrażeniem swego awansu. czy to pana interesuje? Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Zajęty jestem tworzeniem w pierwszej dyrekcji departa- mentu «D». To Karol Marks i Dziadek Mróz w jednej osobie. Szukam przedstawiciela na Francję. Lecz Sun Tsu powtarza: podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć. Ten ktoś wprowadzi mnie w techniki. Nasze metody są dosyć ezoteryczne. Przeciwnie. tu jest pies pogrzebany. oto czego nie potrafią zro- zumieć nasi wojownicy. — Zdobywają miasta nie oblegając ich wcale i błyskawicznie opanowują całe kraje. nie jesteśmy tu dla przyjem- ności. Zgarniemy ją nietkniętą. Oto właśnie metoda naszego postępowania we Francji. częściowo po to. unicestwienie go to ostateczność. jak mawiał Szekspir. ale opanuje je pan bez kłopotu. Marzą. spotkałem ostatnio człowieka zupełnie niezwykłego. co jeszcze do niedawna było Cesarstwem Rosyjskim.

że wkrótce będę je miał. Przeniesiony do departamentu «D». Abdulrachmanow zażądał zdjęcia. Zresztą nie zdawał sobie nawet sprawy ze swego osamotnienia. wybaczył im ich zachowanie. Coraz bardziej pochłaniała go wyjątkowa misja. że i ty na to czekasz. ale nudziły go najwidoczniej prowadzone przez nich zajęcia. Napisz. mająca przetrwać lata. lecz nie widywał się z nimi. nie tyle przez swą tajemniczość. tak bardzo cieszyły go względy. Generał-major Abdulrachmanow — wreszcie przyznał się. Techniki te pozwalają uszczęśliwiać ludzi bez zadawania im bólu. Misja ta. Młody Psar. jak tylko dostanę zezwolenie. nawiązała się między nimi przyjaźń. po czym wykrzyknął na- tychmiast: 43 . ja- ka w istocie przysługiwała mu ranga — interesował się. zadufanym. jakie od pierwszego dnia okazywał mu Matwiej Matwiejewicz. Zda mi pan dokładne sprawozda- nie. A teraz najważniej- sze: zostałem mianowany kapitanem i będziemy mogli się po- brać. był chłopcem inteligentnym. co w niej było trudne do wyjaśnienia. położył palec na aktach Dymitra Aleksandrowicza Psara: — Przyjrzymy się synowi. Pitman znowu ściskał dłonie wszystkich kolegów. dlacze- go zwrócił się o przyznanie mu sowieckiego obywatelstwa w tym samym czasie co jego ojciec. odpowiedział: chcę wrócić. inte- resował się literaturą. Przejrzawszy w telegra- ficznym tempie ich teczki. Zapytany. pośród tysiąca innych rzeczy. skazywała go na coraz głębszą samotność. Ponieważ z natury był dobroduszny. mówił doskonale po rosyjsku. zamkniętym. którą wzbogaca- ła jeszcze dzieląca ich różnica wieku. Swym poli- tycznym wychowawcom nie okazywał wrogości. Po miesiącu Pitman złożył raport. szesnastola- tek. przyjaźń. i to z promocją. nawet tobie. jaką mu powierzono.wolno mi nic powiedzieć. ile przez to. Niezale- żnie od więzi natury czysto profesjonalnej. mój chytrusku”. „powracającymi”. Mam nadzieję.

i wcale nie o marksizmie. o co chodzi. że nie wolno głaskać kota pod włos. — Jakby to ująć? On nie jest i nigdy nie będzie „czerwony”. W ukryciu. Zgodnie z zaleceniami naszego Vademecum próbowałem oto- czyć go wpływem ideologii. i musiał w tym celu prowadzić chłopca do kina. Pitman potrzebował trochę czasu. gdzie nie upijał go. cóż może łączyć miłą powierz- chowność ze względnością sztuki wojennej? Ukrył jednak swoje zaskoczenie. A jeśli to do wewnątrz. Niech mu pan pochlebia. niech pan mówi dalej. Zresztą. żeby pan nie rezygnował. męska jesz- cze mniej go obchodziła. cóż to za przyjemność obcować z człowiekiem o pańskiej inteligencji! A jednak chciał- bym. jak pan sam powiedział. Proszę przeczytać jeszcze raz strony poświęcone zdobywaniu nowych dusz. — Jest piękny. — Wystarczy przestawić kurek jednym kopniakiem. zapra- szać go do kawiarń. Matwieju Matwiejewiczu. określał to jako „czyszczenie do 44 . on się nie nadaje. na filmy niesowieckie. — Czemu? — Ponieważ. to nic z tego. będzie wspaniały! Pitman nie przywiązywał wagi do urody kobiecej. Ten nie promieniuje. I niech pan pamięta. co zrobił? Nauczył się na pamięć podstawowych rozdziałów Kapitału. by „ująć zagadnienie na płaszczyźnie ludzkiej” (był to termin techniczny). trzeszczącym pod jego ciężarem — jakie jest pańskie zdanie? — Jeśli chce pan z niego zrobić agent d'influence. Proszę. Wie pan. — No więc — Abdulrachmanow przesuwał się w swym fote- lu. Na pamięć. tak żeby zapomniał o czujności. tylko rozmawiał z nim o Rosji. Co za bezczelność! — Złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. albo raczej: pan niech będzie jego przyjacielem. Niech ten chłopak zostanie pańskim przyjacielem. — Kurek? — Już ja wiem. szuka pan ludzi „pro- mieniujących”.

proszę pana. — Jego proza jest doskonała. zwłaszcza jeśli wziąć pod uwa- gę. by zostać wielkim pisarzem. Zawsze pra- wie na pierwszym miejscu. Jeśli zaś idzie o sławetny „powrót”. Nie wszędzie jest prymusem. ale nie- wiele brakuje. 45 . Przyniosło to jednak owoce w postaci zwierzeń chłopca. Braku matki nie odczuwał specjalnie. wyznając. — Ach. Ramię departamentu sięgało daleko. jest w porządku. „przyjaciela ojca”. by coś osiągnąć w przypadku tego suchego i skręconego drzewka. że marzy o tym. ten Rusek jest nieznośny. Do swego ojca Aleksander odnosił się z patetyczną miesza- niną podziwu i pogardy. Pisał wiersze i próbował swych sił w prozie. że pisana jest przez chłopca. co? — Nic się nie da powiedzieć. Pitman dziwił się. niech pan zrobi ankietę w jego otoczeniu. Nienawidził Francji. Wiersze mniej mi się podobają. tym razem jednak sięgnięto wysoko i dzięki temu młody Georges Puch przyjął pewnego dnia nieznanego mu pana. zdawał się jednak rozumieć lepiej niż jego ojciec. Ale w końcu ma się trochę dość. Jakubie Mojsiejewiczu. W zasadzie nie wolno było korzystać bezpośrednio z wpływów „korporacji”. że wprowadzenie tej na- dziei w życie jest czymś odległym i niezupełnie pewnym. Oczywiście. że jego szef uparł się. lecz ankietę przeprowadził. Abdulrachmanow przeczytał Pory roku i Opowieści wuja Stepana. mówił o nim jak o czymś świętym i wymarzonym. nie jest szpic- lem. Wreszcie pokazał Pitmanowi niektóre z tych tekstów. tego „drobnomieszczańskiego narodu”. i odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z jego kolegów. nazywa się go carem albo ojczulkiem. — Nie przepadasz za nim. pewnego białego Rosjanina.połysku syndromu brzóz”. zawsze na pierwszym miej- scu Psar. który urodził się za granicą.

— Inteligentny? — Tak. — Dajecie mu w kość. żeby rana nie zagoiła się. — Dlaczego? — On nie bije się często. niech pan opowie o Eliczce naszemu chłopcu. Tylko Coroller jest od niego silniejszy. komunista. prawda? Jak ona się nazywa? — Elektryfikacja Baum. — To wszystko? — Jeszcze jest prymus. jak się prosi o osobistą przy- sługę. trochę trzeba uważać. Pewnego dnia niech go pan za- pyta. Na podobne pytania odpowiadał też nauczyciel francuskiego. ale to biały Rosjanin. Żyje w prze- szłości. 46 . Proszę o to tak. ale to mięczak. mały. Jak pan do niej mówi? Elektra? — Eliczka. — Eliczka? To urocze. suchy zrzęda. jedna jego uwaga jest niezła. I jeszcze coś. Proszę. — Proszę mi opisać pańskich uczniów. — Których? — Wszystkich. Pochlebiało mu. — Oczywiście: „Władza dla bolszewików i elektryfikacja wsi”. noszący czarny. ale jak raz zacznie. ciasno związany krawat. to nie żartuje. trzeba. Matwieju Matwiejewiczu. że zwrócono się właś- nie do niego. I niech pan jak najczęściej rozmawia z nim o jego ojcu. Rezultaty rozmów Pitman przedstawił Abdulrachmanowi. Wierzy w Pana Boga i tak dalej. ale zamknięty w sobie. Trzeba więc naprowadzić naszego pupilka na rozmowę o Bogu. Zaryglowany. co? — No. — Cóż to za stary osioł! Chociaż nie. Czy ktoś zapowiada się na wybitniejszą po- stać? Profesor mówił długo. czy nie zechciałby dla nas pracować i w jakim charakterze. Pan ma narzeczoną.

co było nie- uniknione. Pitman zaczął się wywnętrzać: jest zakochany. ożeni się wkrótce. stało się to. że czekiści wysokiej rangi tracili nagle stanowisko i. że nasza ojczyzna może pana potrzebować tu na miejscu. bez entuzjazmu: — Mniej więcej wyobrażam sobie. na- wet wbrew woli partii. znikali raz na zawsze. Ale rozumie pan. Na ogół KGB. żeby zro- zumieć. których 47 . tak czytelnymi. zarabiający na życie szorowaniem podłogi — powiedział sentencjonalnie Aleksander — to zjawisko czysto patologiczne. zwane przez bardziej wykształconych swych pracowników patria nostra. Niedługo potem w tajemniczy sposób opuścił ambasadę Ab- dulrachmanow. Aleksander przyjął to ironicz- nie. Pitman wspomniał o Dymitrze Aleksandrowiczu: — Oficer pokładowy. Z drugiej strony. Pitman mówił o Bogu. lecz charakter pisma. na co Aleksander odpowiedział: — Poróżniliśmy się. Jego ortografia była nowoczesna. mógł równie dobrze wyjść spod ręki carskiego dygnitarza: Drogi mój Jakubie Mojsiejewiczu. opiekowało się „swoimi”. Wkrótce jednak pisany ręcznie list pocieszył skłonnego do niepokoju Jakuba. cechujący się wysokimi. lekko pochylonymi i starannie połączonymi literami. Nie sądził. jakby to był druk. Pitman nie- pokoił się. o jaki rodzaj działalności chodziłoby? Aleksander odrzekł na to. — Zgłosił pan chęć powrotu. świadczy to o indolencji Francuzów. będzie miał wiele dzieci. i oto co z nim zrobili. — Ale wierzy pan w jego istnienie? — Ach. nie wiado- mo z jakiego powodu. Przypadł im w udziale kapitał ludzki wykraczający poza przeciętność. by ktoś poza nim był na tyle subtelny. nie. Nie zawsze się to udawało i zdarzało się. Czy zdaje pan sobie sprawę. zająłem miejsce pośród areopagu tych. nie uprzedzając nikogo o wyjeździe. reakcyjne znaki nie pojawiały się wcale. czym jest miłość. to by go zanadto ucieszyło. prawda.

żeby pan przyszedł do „Mahometa”. Niestety. Nieoficjalnie zaś nasi młodzi towarzysze. W zasadzie należy unikać kandydatów pochodzenia rosyjskiego. Pro- szę też o przygotowanie dla mnie listy około piętnastu kandy- datów. to dlatego. by odbył pan staż jako „agent d 'influence” . nadają nam inną na- zwę. co Pana uchroni przed bie- ganiem na panienki i przed niepożądanym wpływem jakiejś grasejującej Maty Hari. Pozwoli to panu spokojnie i bez żadnych wahań wejść na wyższe piętra pańskiej kariery. wzięty z bajki przydomek jest dosyć trafny: wiemy o tylu rzeczach minionych. Dzięki temu ja nacieszę się pańskim towarzystwem. 48 . na którym się odtąd znajduję. spośród których wybierze się „agents d'influence”. figlarni jak zawsze. by nie niepokoić tych. Chodzi o praktyczne zastosowanie zdobytej przez pana wiedzy. że nie wolno nam już opuszczać terytorium kraju. że prawdziwy mój patroni-mik brzmi Mohamed Mohamedowicz. by wyznać panu. Trzeba będzie. Nadają nam więc przydo- mek „ czapki-niewidki „. skoro „Mahomet” nie będzie mógł pofatygować się do pana. Przeczuwam w nim ogromne możliwości. wziętą z bajek ruskich. siedmiu i skierujemy ich tam. z wysokości postumentu. z wyjątkiem Psara. bieżących i przyszłych. Nadszedł czas. jakbym sobie tego życzył. Od tej chwili ma pan przyjaciela w tym niewidocznym gronie. którego włączy pan do tej piętnastki. gdzie będą najbardziej przydatni. Zatrzymamy nie więcej niż sześciu. a pan będzie mógł poślubić uroczą Eliczkę i sprowadzić ją do Francji. Jeżeli używałem innych. Korzystam z okazji. żeby go pan spędził tutaj. Teraz zajmijmy się panem.oficjalnie nazywa się „ Teoretykami „. Na zakończenie stażu dostanie pan oczywiście urlop i pro- ponuję. co sądzą. gdzie często nakrycie głowy ofia- rowuje bohaterowi niewidzialność. Tak więc ten ogromny za- szczyt odbierze mi przyjemność widywania pana tak często. że dobrym bolszewikiem może być tylko zły chrześcijanin. dzia- łających na różnych stanowiskach we Francji.

Analiza francuskich kandydatur zajęła prawie cały miesiąc. Ogromne. reżysera filmowego.) Pozłacana tabliczka wyli- czała cnoty Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego: „Postrach burżuazji. usta w kształcie serduszka. co bardzo szczęśliwie przedłużyło urlop Pitmana. kryjące zapewne zaciśnięte mocno zęby. ciężkie powieki. Trzeba było obsadzić kilka stanowisk: przyszłego deputowanego. Tylko wszechobecny portret bezbożnego mnicha wiszący w gabinecie świadczył o pewnym ustępstwie na rzecz innych lokatorów tego gmachu. pokryta przykazaniami Sun Tsu. które tajność ich działań mogła tylko uwydatnić. co przydałoby członkom areopagu znaczenia. kinkietów i fryzów zdobiących pa- łac Roztopczynów. 49 . przyszłego biskupa. (W taki sam sposób dociera do nas światło od dawna wygasłych gwiazd. — Przygotowałem parę drobiazgów dla Eliczki. Po dziesięciu latach miał się przekształcić w zupełnie nie- zależny oddział. szlachetny bojownik ko- munistycznej rewolucji”. to mój prezent ślubny. niekomunistycznego związkowca. wierny rycerz proletariatu. że pana widzę — powiedział Ab- dulrachmanow. płaskie policzki. Tylko ukryte przejście łączyło niebieski pałac książąt Roztopczynów z bliźniaczymi bu- dynkami placu Dzierżyńskiego: w jednym mieściło się niegdyś przedrewolucyjne towarzystwo ubezpieczeniowe — za nim ukry- wało się więzienie zwane Łubianką — drugi natomiast dokoń- czyli niemieccy jeńcy wojenni. w dwadzieścia pięć lat po śmierci tego mężczyzny. obfity wąs. które zdawały się miażdżyć gałki oczne: spoj- rzenie wciąż jeszcze hipnotyzowało świat. — Moje dziecko. Przed departamentem «D» otwierała się wspaniała przy- szłość. tak aby można tu było pomieścić dyrekcję instytucji zatrudniającej kilkaset tysięcy pracowników. cieszę się. bródka zmarszczona jak ścierka kuchenna. Naprzeciw portretu znajdowała się tablica z oliwkowego drewna. Pośród gzymsów i złoceń. Już teraz wyra- stał ponad szare masy pracowników KGB. generał-major Abdulrachmanow zdawał się być w swoim żywiole.

— Wie pan. Pitman z radością myślał o chwili. ale przede wszystkim chęć służenia. Mohamed Mohamedowicz Ab- dulrachmanow kazał przynieść herbaty i wrócił do sprawy Alek- sandra Psara.. a on jak liceali- sta pobiegnie galopem. gdy wszystkie decyzje perso- nalne zostały już podjęte. chłód będzie go szczypał w twarz. że pew- nego dnia stanie się pan Czapką Niewidką i dzięki temu w pań- skich rękach będą się ważyły problemy polityki naszego kraju. by schronić się w zacisznym. trzeba też umieć. że jestem starą wróżką albo też astrologiem w spiczastym kapeluszu. Jest pan młodym oficerem. parowały przy- jemnie. Ale. jak statua Ko- mandora. którego trawi nie tylko ambicja. 50 . racja jest po pana stronie. że pańska kariera w departamencie powiedzie się. Tak. przegrza- nym mieszkaniu Baumów. Jakubie Mojsiejewi- czu. i mam nadzieję. kiedy znajdzie się na mroźnej ulicy. Przepowiadam panu. że nauczy się pan tego w przyszłości. sprzeniewierzać się Vademecum. Całkowicie zgadzam się z pańskimi wnio- skami. Musi to też wywołać u pana pewne lęki. Chciałbym pana od nich uwolnić. Jego monumentalne stopy miażdżyły ozdobione wie- lobokami dywany. Musi pan też jedną rzecz zakarbować sobie raz na zawsze: ma pan pewną straszliwą wadę. pełne dziwnych fioletowych cieni i refleksów. jeśli przyjąć filozofię mojego Vademecum. Miasto przykryte było śniegiem i w świetle latarń ulicznych migotało. Proszę wziąć pod uwagę. Abdulrachmanow krążył ciężko po gabinecie. Jakubie Mojsiejewiczu — zaplótł dłonie na plecach — przeczytałem pański raport po- święcony Psarowi. osadzone w srebrnych koszyczkach.. to znaczy przyszłość świata. późnym popołudniem. tyle tylko że jestem przeciwnego zdania. Pew- nego razu. wie pan.dziennikarza i absolwenta Wyższej Szkoły Administracji. że wszystkie te dywany pochodzą z mojego kraju? Ten na przykład to niebieska buchara. Jak tylko ogarną pana wątpliwości. proszę sobie przypomnieć moją przepowiednię. Szklanki z herbatą.

bylibyśmy niczym. pan zaraz myśli o rublach. W naszej ogromnej organizacji tylko nam. Jeśli jednak boi się pan zaprzeczyć samemu sobie. jako początkujący. no to trudno. Bez współczucia. my fruwamy zbyt wysoko) uroda fizyczna jest czymś nieocenionym. tyle że uwięzioną. które prowadzi do zrozumienia samego siebie. niech pan nie traci dystansu. i raport ten prowadzi do takich samych wniosków jak te. nie zdołał pan jeszcze wyzbyć się współczucia oraz poczucia humoru. że są niezbędne w naszej pracy. Jaku- bie Mojsiejewiczu. Niechże pan. Zresztą pozwala nam sieje zachować właś- nie dlatego. Pamięta pan tę bajkę. Jeśli się to bierze z zaślepienia. że nie czuje pan w nim promienio- wania.. Z Psarem jest na odwrót: to jego życie spoczywa 51 . w której olbrzym zamyka swą własną śmierć w worku i rzucają do morza. bo w niższych rejestrach naszego rzemiosła (nas to na szczęście nie dotyczy. Powtarza pan. Wybrałem pana. Przedstawia mi pan liczący trzydzieści stron raport poświęco- ny Psarowi. chcielibyśmy być wszystkim. wielkoduszności. wi- działem go kiedyś. my jednak potrzebujemy odrobiny dystansu. — Jaką wadę. Tymczasem on jest piękny. Są dla nas czymś niezbędnym. Poczułem w nim wielką siłę. ponieważ. wolno zachować litość i poczucie humoru. które prowadzi do zrozumienia innych. pracownikom naszego departa- mentu. Gdy w grę wchodzą kopiej- ki.. poszedłem go zobaczyć w trakcie jednego z wieczornych wykładów. towarzyszu generale? — Nie rozumuje pan swobodnie. Kościej jest zgubiony. Koledzy pana lepiej zrobią trzyma- jąc nos w książce. dba o swoją litość i swe poczucie humoru. z którymi wystąpił pan na samym początku. by stać się niezwy- ciężonym? Wystarczy zanurkować i uwolnić biedaczkę. wszyscy popełniamy błędy. My musimy oddychać głęboko. zdolności wpływania na innych. że to żaden komunista. gdzie wystarczyłaby siła ciążenia. Dalej. Na- tomiast bez poczucia humoru. Pomaga pan sobie palcami tam.

że umysł naszego pokroju nie byłby w stanie jej się poświęcić. jaką mu wyznaczam. zrezy- gnuję z moich zamiarów wobec niego. że nie jest. Niech ta misja nie ma charakteru politycznego. lecz tak prymitywnym. a nie chcieć zjed- nać go całkiem dla nas. co prawda delikatnej. gdyż na dłuższą metę jego pochodzenie będzie mu zjednywało zaufanie ludzi Zachodu. I właśnie w tej domenie. do których należy jutro. Zależy mi więc na nim właśnie dlatego.na dnie morza. w żadnym zaś razie marksistowskiego. że te dwie pobudki w duszy tak pełnej siły jak jego mogą się stać wy- starczająco silnymi sprężynami misji. Wyłania się tylko jedno pytanie. jak pan spostrzegł. Dla roli. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. Na początek niech go pan podda egzaminowi ze zdolności wpływania na innych. chętnie przy- znaję. myślę. Powierzy mu pan do wykonania jakąś nie- wielką i ściśle określoną misję. to jest nam właśnie. których uważa za ludzi z przyszłością. Po- winniśmy właśnie wykorzystać rezerwę Psara. Przecież my nie zajmujemy się propagandą! Propaganda jest czymś niezbędnym. którą mu wyznaczam. W tym właśnie punkcie pański raport przynosi odpowiedź pozytywną. że chętnie będzie służył tym. miano- wicie czy będzie nam wiernie służył. Nakazuję panu wydobyć je stamtąd i uczynić z niego słońce. marzy o „powrocie”. Musimy więc zbadać moty- wy sprawiające. popełnił pan błąd. prawdzi- wym „czerwonym”. 52 . Jeżeli zawiedzie (ale nie chce mi się w to wierzyć). Z jednej strony młody Psar aż kipi od pragnienia siły. Vademecum kładzie na to nacisk: wpływ wywiera się zawsze dzięki działalności pośredników. że gotów byłby przyjąć rolę. Zależy mi na Psarze. prawdziwy komunista byłby o wiele mniej przydatny. nawet w sensie teatralnym. Wyłącznie pewnego rodzaju gra punktów oparcia sprawia. że strzała-opinia trafia w tarczę- społeczeństwo. na terenie liceum czy nawet jego klasy. Po drugie. i to sprawia. Świadomie mówię o roli. Cóż. jaką mu proponu- jemy. mocy.

Ale bez takich przyjemności nasze zajęcie byłoby równie monotonne jak wszystkie pozostałe. Przeciw komu będzie się zwracała praca młodego Psara? Przeciw Francuzom. szy- dzą z niego. że będzie mógł wrócić kiedy tylko zechce i na powitanie rozłoży się przed Dobrze Uro- dzoną Jego Wysokością czerwony chodnik. jestem przekonany. rzucimy go jak zmiętą szmatkę na kolana Francji. nie zrobi to na nas najmniejszego wraże- nia. jako że my jesteśmy w jego oczach wrogiem klaso- wym. że to zbyt piękne. że ba- wi mnie ten karkołomny pomysł. Myśli pan. Jeśli ośmieli się opowiadać. że nie będzie wystarczająco solidarny. Myśli pan zapewne. z którymi spotyka się na co dzień i których nie potrafi podziwiać. nie może nie gardzić tymi. Psar. i to w taki sposób. Nie. Oczywiście. ponieważ zawiedli nadzieje. Nie mówiąc już o tym. ani śmierci. że podejmuję zbyt wielkie ryzyko. ponieważ dali się pokonać Niemcom. w do- datku Francuzami. Dla- czego ich nienawidzi? Ponieważ byli świadkami. ponieważ jego samego źle traktują. 53 . że ponoć służył nam jako agent. byle tylko załatwić swoje osobiste porachunki. Być może. bę- dziemy go utrzymywali w przekonaniu. że opinia publiczna zosta- nie bez trudu wprowadzona w błąd. kto po- chodzi z rodziny naszych dziedzicznych wrogów. będzie inaczej. by zatrudnić kogoś. operuje. Ale przynajmniej jesteśmy Rosjanami. że tak powiem. jakie w nich pokładali emigranci. jeśli nie spraw- cami. Pan się obawia. że przygotowuję dla niego pewną drobną niespodziankę. Gdy już wykorzystamy go całkowicie.Zresztą agent d'influence w gruncie rzeczy nie ma do spełnienia zadania przerastającego ludzkie siły. podczas gdy ota- czający go bourgeois są także jego wrogami klasowymi. na wolnym powietrzu. upadku jego ojca. dla naszego arystokraty. który raczy nieco pobrudzić sobie ręce w naszym towarzystwie. których nienawidzi. pokazuje się publicznie. Nie zagrażają mu bezpo- średnie niebezpieczeństwa. należy do ludzi bardzo pobudliwych. nie ryzykuje ani tortur. nie ukrywa się. Nasze techniki będą już wtedy szeroko stosowane przez na- szych specjalistów.

niech pan spojrzy. Pitman orientował się. tak 54 . gdy udaje. wysokie kieszonkowe. — Właśnie w ten sposób — mówił — zostaje się panem. dziewczęta — zwykłe symbole prestiżu dorastającego chłopca. Agent wywiadu musi być zdolny do takich wyrzeczeń. Wreszcie nasuwało się pytanie. Postanowił urządzić trzy próby. iż jest zdolny do tego rodzaju pomniejszenia samego siebie (teolodzy mówią w takim wypadku o kenosis). Efekt będzie podwójny. Na początek zażądał od Alek- sandra. A nawet gdybym się miał pomylić: załóżmy. Proszę to sobie dobrze zakarbować. Aleksandrowi będzie się zda- wało. ale nie na samym czele”. Koledzy przestaną mieć mu za złe jego wyczyny. które było dla niego czymś cennym? Pitman odgadywał te niepokoje i umiał je zrównoważyć romantyczną aurą przedsięwzięcia. niczego nie musimy się obawiać ze strony Psara. że wcale go nie ma. że oto przez trzydzieści lat manipulowaliśmy fran- cuską opinią publiczną. jaka będzie się szerzyła na Zachodzie przed nadejściem roku dwuty- sięcznego. jak trudne to będzie dla Aleksandra. snobistyczne kluby. jak zniesie pewną degradację nazwiska. Trzeba tylko powziąć stosowne środki ostrożności. by nie porzucił nas w trakcie jazdy. jak sobie po- czyna książę tego świata. Nigdy jeszcze nie wiodło mu się tak dobrze jak teraz. Pierwsze miejsce w klasie zastępowało mu prawie wszystko inne. że Psar opublikuje pamiętnik i oświadczy. którego ambasadorem w czasie i w przestrzeni czuł się jeszcze. wakacje. Przecież to tylko wzmoże panikę. że zdradza swój kraj ojczysty. Jakubie Mojsiejewiczu. a poza tym wykaże. by zrezygnował ze swej pozycji prymusa: „Niech pan bę- dzie w piątce najlepszych. Nie tylko to: w grę wchodziły i inne wrażliwe punkty. Nie.żeby było prawdziwe? Proszę. Zaraz po powrocie do Francji Pitman z właściwą sobie rze- telnością przeprowadził test badający oddziaływanie Psara na innych.

Był to ogier. — Trzeba będzie znieść ich przechwałki — mówił rozmarzo- ny Aleksander. Chcemy mieć tę ziemię”. chcieli go wybadać i wysłali do niego emisariuszy. Hu. — Będą szczęśliwi. jego ojciec. Doradcy księcia oburzyli się. Można też być panem ukrytym. który biegnie tysiąc li. zwołał swe wojska i zmiażdżył Hu. będzie miała w sobie coś eleganckie- go. Wtedy Hu zażądali jednej z księżniczek. Jego sąsiedzi. co brali za oznaki słabo- ści. żeby oddał tę ziemię.poznaje się rzemiosło pana. Hu. bo nie będę im mógł nic od- powiedzieć. wtajemniczony. że narzucając sobie tego rodzaju autodyscyplinę Aleksander zacznie już swą służbę. Doradcy byli oszołomieni: „Domagać się księżniczki! Błagamy cię. by był nieustępliwy. który i dla niego stał się mistrzem: „Podstawą wszelkiej sztuki wojennej jest fortel”. gdyż pozostanie w tajemnicy. iż nie chciałby nikogo obrazić i sprzedał konia. Mo Tun znów zebrał swych ministrów. zażądali wówczas pewnej części terytorium: „W waszym posiadaniu znajduje się tysiąc li ziemi. inni zaś chcieli mu się przypodobać i sugerowali. by zacytować Niemców. wypowiedz wojnę tym zuchwalcom”. i posłał księżniczkę. słysząc tę propozycję. — Opowiem panu pewną historyjkę: był sobie raz pewien książę chiński. coraz bardziej ośmieleni przez to. Przytoczył myśl Sun Tsu. Oto w jaki sposób 55 . to jest pięćset kilome- trów. zupełnie wyjątkowy. Powołał się na to. który biegnie tysiąc li”. przebiegał tysiąc li. potem skoczył w siodło. Książę najpierw kazał ściąć pochlebców. Nazywał się Mo Tun. Emisariusze powiedzieli tak: „Chcemy kupić konia. Niektórzy radzili. zamaskowanym. panie. jaką trzeba będzie zapłacić. obywając się bez wody i siana. wreszcie każda inicjacja łączy się z przejś- ciem trudnej próby. Książę powiedział jednak: „Nie odmawia się ręki młodej kobiety swojemu sąsiadowi”. nawet szykan. w tym zaś wypadku cena. któ- rzy nie byli wcale przygotowani do wojny. nie będzie mógł nic mu zarzucić. lecz Mo Tun odrzekł.

jakiego przedtem odmawiał swym kolegom. Aleksander zarea- gował na to upokorzony i pełen złości: — Jak mam iść na prywatkę? Tak jak jestem ubrany? Wskazał na swój stary garnitur z niebieskiego płótna. Drugim testem wymyślonym przez Pitmana była zmiana try- bu życia Aleksandra. — Nie jest pan moim wujkiem. w departamencie. Coraz bardziej też nimi gardził. Aleksander. złożył swój podpis. żeby zapomnieć o całym świecie. pozwalał na wszystko. Wbrew własnym oczekiwaniom Aleksander odnalazł pewną przyjemność wprowadzając z rozmysłem błędy do łacińskich tłumaczeń czy równań drugiego stopnia. Młody Psar nigdy nie lubił tańczyć. dla samego siebie. chociaż nazywano go tak nie oficjalnie. żebym mógł przyjąć od pana pieniądze. Miał odtąd zrezygnować ze swej samotno- ści. Ich siostry uważały Aleksandra za ładnego chłopca. które niegdyś należały do jego przod- ków. Zainteresowanie. Dostał pseudonim „Oprycznik”. Pitman wyjął portfel. na zniszczone buty. W ten sposób został oficjalnie wciągnięty na listę współpracowników. chodzić na prywatki. Na zmianę pił i trzeźwiał. tylko pośród okazjonalnych informatorów KGB. prawidłową wersję tłumaczenia i poprawne rozwiązanie równania. Rodzicom podobały się jego sta- roświeckie maniery. Podpisze mi pan pokwito- wanie. Dymitr Aleksandrowicz nie mógł już niczego aprobować czy potępiać. Zapraszano go jednak chętnie. Jego kontakty z kolegami stały się łatwiejsze. Nie umiał bawić się tak. Pitman uśmiechnął się dobrotliwie: — Tu nie chodzi o żaden prezent. pochlebiało im. Jednocześnie na boku zapisywał.Mo Tun odzyskał ziemie. nauczyć się tańczyć. a teraz zaczął im okazywać. zadowolony. W ciągu paru miesięcy nawiązał wiele nowych 56 . zaczęły się w nim formować właściwości tajnego agenta.

57 . — Doskonale. To się panu później przyda. Nie dość na tym. doma- gające się przykładnego ukarania małżeństwa Rosenbergów. posłałbym ich na krzesło elektryczne. romantyzm i demokracja uczyniły niepoprawnie sen- tymentalnymi. o mniej pokojowej przeszłości. brakowało jeszcze tego. Aleksander nazwał swoją organizację „Stowarzyszeniem Wal- czącym o Ograniczenie Dostępu do Broni Atomowej”. że Stany Zjednoczone dysponowały bronią. Gdybym był prezydentem USA. których chrześci- jaństwo. Założy pan w liceum stowarzyszenie. Obawiał się bowiem. zdradzając sekret tej broni. Powstawały stowa- rzyszenia walczące o ułaskawienie małżeństwa Rosenbergów. bardziej bojowa. — Ale. co podzieliło opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. że petycja kilku francuskich liceali- stów będzie miała jakikolwiek wpływ na los naszych towarzyszy Ethel i Juliusza Rosenbergów? Korzystne będzie. Oskarżeni o prze- kazanie ZSRR amerykańskich tajemnic związanych z bombą atomową. którzy zawsze uważali go za ucznia zachowującego wielki dystans i podejrzewali w tym bez- czelność. kiedy głośna była sprawa Rosenbergów. nie będzie miała szans powodzenia u dorastających chłopców. że inna nazwa. co mogło prowadzić do po- wszechnej zagłady. oni pracują dla nas! — Nie sądzi pan chyba. Wtedy Pitman zaproponował mu trzecią próbę. Greenglassa i całą tę szajkę.. jeżeli tymcza- sem wytworzymy wokół pana aurę człowieka prawicy. mówili: „Psar się uczłowiecza”. — Gdybym był jednym z Rosenbergów. Tymczasem należało protestować przeciwko pro- liferacji broni atomowej. Borthmanna. także uzyskały do niej dostęp. — Co pan myśli o tej sprawie? — pytał Pitman. skazani zostali na karę śmierci.. postąpiłbym tak jak oni. żeby inne kraje. Rosenbergowie.znajomości i nawet nauczyciele. Był to mo- ment. podobnie jak Golda. która mogła zniszczyć świat.

tym. Argumentacja Aleksandra podobała się tym. co chcieli. jednak liczba podpisów jest w tym wypadku najważniejsza. by się rozpędzić. żeby załatwić Rosenbergów. że niełatwo mnie poruszyć. Stowarzy- szenie podjęło uchwałę w sprawie pobierania składek. Dzwon wyda dźwięk czysty i jasny. Podobała mu się nowa dla niego rola przywódcy. co nienawidzili Rosjan i tym. Nie jest to jeden z urodzonych przywódców. Psar dał im do zro- zumienia. Stworzyli tym samym zagrożenie dla całej ludzkości. co kochali Amerykanów. co lękali się ko- munistów. „Oprycznik” musi jeszcze przezwyciężyć 58 . w przeciwnym razie niedługo na- wet księstwo Monaco będzie miało bombę. Może bardziej niż argumentacja liczyła się tu oso- bowość Aleksandra. natomiast zale- żało im na tym. że dzieli ich przekonania. jak zwykle racja była po pana stronie. Surowa kara mogła podziałać jak straszak. Jak bar- dzo starał się ukryć radość ze swego triumfu i jak jeszcze nie potrafił opanować emocji! Pitman zainkasował pieniądze tak jakby to było zupełnie naturalne i wystosował list do Ab- dulrachmanowa: Drogi Mohamedzie Mohamedowiczu. Aleksan- der przyniósł tych parę franków do gabinetu swego przełożone- go. Chłopcy o poglądach skrajnie prawicowych nic sobie nie robili z rozprzestrzeniania broni atomowej. tym. by podobna zdrada nie po- wtórzyła się więcej. Trzeba było przynajmniej dbać o to. którzy idą naprzód pchani wewnętrznym impulsem. by Francja stała się wyłącznie mocarstwem w dziedzinie kultury. no. „Oprycznik” przypomina naszego Ilję Murom- ca. Potrzebuje trochę czasu. ale w tym wypad- ku trzeba naprawdę coś zrobić. jego trzeźwy sposób mówienia: — Wiecie. postępując zgodnie z obyczajem tajnych agentów. za to nie zawsze potrafią spro- stać odpowiedzialności związanej z nieco lekkomyślnie podjętą przez nich funkcją. co histerycznie bali się zagłady atomowej. potem jednak nic go nie potrafi zatrzymać. tym. Podpisali więc z ironicznym uśmieszkiem.ułatwili ekspansjonistycznemu ZSRR osiągnięcie równowagi atomowej.

za jego po- średnictwem.pewną arystokratyczną nonszalancję — przypomina mi w tym Obłomowa — być może też nieśmiałość. wielki pisarz. W samym akcie spełniania misji znajduje energię działającą jak zapalnik w sto- sunku do spoczywających w nim w ukryciu mocy. uśmiechnięty. — Nie ma zgody. i przez pragnienie przypodobania się zwierzchnikowi. Moglibyśmy wtedy. stylizowany. Eliczka była szczęśliwa. że powinniśmy wykorzystać talent literacki Aleksandra. propagować pewne idee. zobaczymy się znowu. To znaczy on byłby im przeciwny. — Wydaje mi się oczywiste. i to samo wystarczyłoby. Proszę pomyśleć. zanurzając wargi w mocnej. Nawiozła paryskich prezentów dla wszystkich. Generał-major uścisnął majora: — No więc? Pitman uwielbiał sposób. „Niechże pan przyjedzie. ściągając na siebie i na myślących tak jak on odium społeczeństwa. Tym razem przywitała go wiosna. podyktowany i przez zapał. Reakcyjny i sterowany przez nas pisarz mógłby wyrządzić wiele zła reakcjonistom. Mohamedzie Mohamedowiczu. niektó- re skuwające zielone już gałązki. Powinniśmy teraz wyszukać dla mojego protegowanego odpowiednią misję” — odpisał. Abdulrachmanow uśmiechał się. z kieliszkiem koniaku. pachnącej garbnikiem herbacie. nie ma zgody — odezwał się grzecznie 59 . w jaki Abdulrachmanow wypowia- dał swoje nno więc. Lecz dla natury takiej jak on decydujący jest fakt otrzymania misji. gdy odczytywał. Jakub Mojsiejewicz. wkraczał do znanego mu już maje- statycznego gabinetu. doznawał skojarzeń z bonżurką. grzechotały wesoło nad Mo- skwą. i atakuje nas systematycznie. żeby uczynić je popularny- mi. nikt nie śmie odmawiać mu znaczenia. z ex-libri- sem. że znów widzi swych rodziców i siostry. list Pitmana. Wielkie sople lodu.

że on go wcale nie ma! — Co w takim razie z nim zrobić? Przecież nie polityka. Czytał je bardzo uważnie. biorąc wszystko pod uwagę. co zrobiłem? Zaniosłem przysłane mi przez pana prób- ki pisarskie towarzyszowi Bernhardtowi. Gdzie i jak będzie publikował? — Wydaje mi się. każdy sterowany pisarz traci talent. — Z tego stanowiska Bernhardt już nie ustąpił — kontynu- ował Abdulrachmanow — i. — Czy nie przesadzacie trochę. jak to jest w jego zwyczaju. skoro oni nie znajdują teraz żadnego posłuchu. W końcu to specjalista.Abdulrachmanow. — Dlaczego? — Po pierwsze dlatego. 60 . Primo. że nie ma w tym żadnej oryginalno- ści: w prozie naśladuje Gogola. jak zatkana trąbka. tylko doskonali swoje pisarstwo. — I cóż z tego? — Ten chłopak żyje w Europie Zachodniej i nie zamierza szybko jej opuścić. Ja czekałem. towarzyszu Bernhardt? — Jeżeli. — To tylko potwierdza moje przypuszczenia: to nie jest prawdziwy pisarz. Prawdziwy pisarz przede wszystkim interesu- je się publikacją swoich prac. mój srebrzysty Jakubie Mojsiejewiczu. to bardzo nieznacznie. dopiero później ich doskonale- niem. No bo załóżmy. w poezji Tiutczewa. ale ten chłopak nie będzie nigdy pisarzem. że mógł mieć rację. po cóż mamy walczyć z reakcjonistami. Poza tym pi- sze po rosyjsku. zezując jednocześnie w stronę papierosa. i to dla trzech powodów. Secundo. niech pan spojrzy na naszą literaturę. Powołaniem urodzonego pi- sarza jest stać się osobą publiczną. i oddał mi kartki: — Jak na siedemnaście lat to jest niezwykłe. płakać się chce. a tu okazuje się. Wreszcie zaburczał. myślę. że stawiamy na talent Psara. — Nie ma zgody. Tertio: wie pan. którego wkręcał do cygarniczki. Pisanie jest jego sposobem osiągnięcia tego celu. że on nie myśli na razie o publikacji.

począwszy od gier zespołowych aż do głosowania powszechnego. tłamsić rozwój innych. czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twór- czość. Zawsze inkasuje swój procent od zysku. jak rzymscy wieszczbiarze.. przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo. zostanie agen- tem literackim. żeby zająć jego miejsce? — Może więc dziennikarz? — Tych mamy już dosyć. ale jeden z pańskich kolegów. — Kto powiedział. żeby zaszczepić ją także we Francji. by wykazać się swą użytecznością. poprawia je trochę. Nie. którzy tylko czekają. Nie wie pan. My zadbamy o to. Nie bę- dziemy wyręczać dyrekcji «S». ale za to można nakierowywać geniuszy. zwłaszcza gdy go o to prosi jakiś wydawca. a mieć swojego generała w armii francuskiej. Wszystko. żeby nasi agents d'influence spotykali się zbyt często. zajmujących się Ameryką. kto sam nie potrafi nic napisać. za to innych namawia do pisania. Ale już wiem. Inaczej mó- wiąc. pobudzać ich. co zrobimy z naszym Psarczykiem. nudzi go śmiertelnie. nie można być geniuszem na zamówienie. niech oni się tym zajmują. 61 . Może żołnierz? Ma to we krwi. wyjaśnił mi to. zanosi je wydawcom i pobiera procent od honorarium.. Zamawia u innych maszynopisy. Zdarza mu się także być naganiaczem pisarzy. co się wiąże ze zbiorowością. Kogo zresztą miałby urabiać swym wpływem generał? Pułkowników. co to za zwierzę? Ja też do niedaw- na nie wiedziałem. a nie kształtujący jego poczynania. Oto jak się sprawa ma w Ameryce. Widzi pan. mój tombakowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Agent literacki to ktoś. że nie mamy? To są jednak agenci pene- trujący przeciwnika. nie to. Nie powinniśmy dopuszczać do tego. inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. Nie mogliby się wtedy po- wstrzymać od śmiechu. aż on odejdzie na emeryturę. jednym poma- gać w rozwoju.

mój perłowy Jakubie Mojsiejewiczu. jak z tym walczyć? — Widzę dwa zagrożenia. by zmienił przynale- żność. i. jeśli atawizmy naprawdę istnieją. w stylu biednego rycerza puszkinowskiego. z wdzięcznością. że mamy do czy- nienia z romantykiem. że Psar nie będzie pisarzem. Jeśli Oprycznik poczuje się Fran- cuzem. Po pierwsze służba wojskowa. że większość współczesnych pisarzy przypomina kolonię sztucznie hodowanych ostryg. Trudno go nakłonić do rozmowy na ten temat. Ktoś z jego tradycjami. nie może całkiem gładko przełykać dzień w dzień własnego odstępstwa. płeć piękna? — Tak. bardziej ze złości niż ze wstydu. Dochodzę do przekonania. — Będziemy nad nim pracować. nie będzie go z nami wiązała żadna lojalność polityczna. prawdziwym rosyjskim romantykiem. ale perełki kulturalne. Zdawał też sobie sprawę. Pereł prawdzi- wych nie potrafimy wydrukować. jakie są. nie- pewne strefy jego osobowości. czerwieni się. jak sądzę. tak jakby dotykał skrzydeł motyla. Któryż inny oficer tej instytucji potrafiłby powstrzymać się od sarkastycznych uwag? 62 . w związku z tym. wy- starczy że spotka inteligentnego oficera. Jeśli odbędzie ją we Francji. nasi autorzy nie będą się więc wyróżniali. jak mi się wydaje. Druga rzecz to. nie spotkał jej jeszcze. Dobrze. Jeśli dobrze rozumiem. przeczyta raz jeszcze rozdział o Dźwigni w Vademecum. jeśli żartuję w sposób nieco żołnierski. lecz zajmie się wylęgiem innych pisa- rzy. czemu nie? Przekona się pan. Niechże pan. gdzie mogłaby się zrodzić reakcja przeciwko naszym zamiarom. Czasem bąka coś na temat „bratniej duszy” czy siostrza- nej duszy. z jego atawizmem. Mohamedzie Mohamedowiczu. o przyjaźni łączącej go z Mohamedem Mohamedowiczem. pańskim zdaniem. o którym marzy Dosto- jewski. Pitman mówił o tych chłopięcych fantazmach z pewną deli- katnością. Proszę mi teraz powiedzieć. postanawiamy więc. miejsca kruche. Pa- trzy wtedy na mnie z wyższością albo też.

Na razie trzeba go zakonserwować w tym stanie. W dniu pogrzebu wziął samochód i udał się do Saint-Geneviève-des-Bois. Jakubie Mojsiejewiczu. czas i dekora- cję ceremonii zaprzysiężenia. Pitman uzyskał. którego się trzyma na smyczy żąda- jąc wciąż nowych „dostaw”. po czym wybrał miejsce. Agent d'influence. to nie to samo co jakiś informator. Kobiety łacińskie.. Zobaczymy. Tych parę groszy. w jaki podszepnie mu pan pierwszą inspirację. Proszę też przygotować jego przyjęcie do departamentu. — Mówiąc krótko. Gdyby się coś zmie- niło. W przeciwnym razie trzeba się strzec kobiecej dominacji. Dlatego też sposób. . jak się zdaje. Nie rozumiał wrogości. Przyniosła też oczekiwaną okazję dalszego działania. to jeszcze nie był prawdziwy akt przyję- cia do służby. ale nie przeszkodziło mu to wypełnić otrzymanych rozkazów kompetentnie i z poświęce- niem. posługując się specjalnie szyfrowanym telefonem. Pitman wrócił do Francji. Aleksander powinien być zupełnie samodzielny. póki nie będzie nowych instrukcji. — Nno wwięc. żeby siostrzana dusza miała w sobie coś wielkorosyjskiego. W samą porę przyszła śmierć Dymitra Aleksandrowicza. żeby się mógł przyzwoicie ubrać. które mu pan dał. są w tym dość mocne. proszę o wiadomość. trzeba będzie. będzie dla niego równie znaczący jak chrzest dla chrześcijanina lub obrzezanie dla Żyda. co się da zrobić dla naszego nie- pokalanego panicza. Tylko proszę mi nie skaleczyć podczas tej operacji mojego beniaminka. zgo- dę swego przełożonego. jest wciąż prawiczkiem? — Tak mi się wydaje. z jaką Ab- dulrachmanow wypowiadał się na temat młodego Psara lokując w nim równocześnie wielkie nadzieje..

że ludzie potrzebują bogów i myślę. że robię znak krzyża? To ze względu 64 . niech go pan postawi obok tego rozpustnika Jupitera. bóg chrześcijan jest wydaniem przejrzanym i poprawionym bo- ga Żydów. Jeśli zaś idzie o Boga. Malowidła nawiązujące do rosyjskiego folkloru pokrywały ściany i niski sufit. Zamówił wódkę i zrobił w powietrzu znak krzyża nim wychylił pierwszy kieliszek. tak samo jak w sprawach ludzkich. Ale w dziedzinie boskiej istnieje stały postęp. — Trzeba uczcić pamięć zmarłego — odparł na to Pitman. 2 BOSKI WĘZEŁ Naprzód — zaraz po zakończeniu uroczystości pogrzebowych — Jakub Mojsiejewicz zaprosił Aleksandra na obiad do „Złotego koguta”. Komitet Bezpieczeństwa Państwa to coś zupełnie innego.. że sama ta potrzeba jest już Bogiem we własnej osobie. jakże to panu powiedzieć? Widzę. Zaskakuje pana. jakby wszyscy przed chwi- lą opuścili koszary cesarskiej gwardii. Proszę. mój młody przy- jacielu! Po pierwsze Czeka nie istnieje już od dawna. czeki- sta? — Ależ pan jest nafaszerowany przesądami. Pośród wszyst- kich bogów bóg mojego ludu był od dawna najbardziej boski. taniutkiej restauracji rosyjskiej położonej na skraju Dzielnicy Łacińskiej. choć nie chce- my się wyrzec naszej babci. Kelnerzy różnych naro- dowości starali się stwarzać wrażenie.. — Nie jestem głodny — oświadczył Aleksander. Podobnie więc jak KGB góruje nad Czeka. Aleksander spoglądał nań ironicznie: — Pan wierzy w Boga? I to w Boga chrześcijan! Pan.

Po obiedzie wyszli na zakurzoną. Przewodnik mówiący z ostrym. jakby połączyły ich nowe więzi. Czuli się tak. któremu ten wysiłek fizyczny wydał się nagłym szczęściem. płomieniem spalającym jednocześnie nadmiar wódki i zmartwienia. jego płucom urzędnika brakowało powietrza. Weszli na ciasne. upalną ulicę. wskazując jednocześnie wieże Notre-Dame. Aleksander też napił się wódki. Jeść i pić na pamiątkę zmarłego równało się świętowaniu życia w obliczu śmierci. ogromny dzwon. Pokonali dwieście pięćdziesiąt pięć stopni prowadzących do galeryjki. którego ciało zaczęło właśnie pod- legać rozkładowi w cieple promieni słonecznych Sainte- Geneviève. zamiast nie- go. Na widok zakąsek poczuł gwałtowny głód. dzieje się to cztery razy do roku. Po kilku kieliszkach był nawet w stanie mówić o ojcu. a w sobotę nie kiwnę nawet palcem. objaśniał. — Czy widział pan kiedyś Paryż stamtąd? — spytał Jakub Mojsiejewicz. — Nie udało mu się wrócić. Tuż za nim lek- ko wspinał się Aleksander. Wskazując na odstępy między składającymi się na ruszto- wanie dębowymi i kasztanowymi belkami powiedział: 65 . — Pomogę panu wypełnić wolę ojca. że dzwon waży trzynaście ton. ochrzczony przez Ludwika XIV i Marię Teresę. jakby jednoczył ich ten dziwny sakrament stypy. pełną drabinek i pomostów. kręcone schody. Prowadził Pitman. Żeby uczcić muzułmanina dotknąłbym czoła i piersi. mię- dzy którymi tkwił nieruchomy. właściwym wszystkim drobnym funkcjonariuszom ak- centem. Po krótkiej chwili odpoczynku oglądnęli dzwonnicę. To ja mam wrócić. dźwięk bijącego dzwonu rozchodzi się w promieniu dziesięciu kilometrów. Gdy natomiast mam urlop i odwiedzam mojego ojca. nie domagam się wieprzowiny. Aleksander skinął głową. Mięśnie jego krótkich nóg zesztywniały szyb- ko.na myśl o pańskim ojcu. przestrzeń dziwnie teatralną. do stopu wla- no też złoto i srebro.

szkielet św. szeroo-kość. dzwonnic i kołyszącego się morza da- chów. który roztaczał się przed nimi. — Jest to rodzaj filtru ucinającego wibrację. Pitman o tym. Patrzyli więc nie widząc kopuł. umiesz- czone są u wylotu rynien. które pożerały się nawzajem po- nad Paryżem. — Nie wiem — przyznał się pokornie Pitman. którzy o tej porze roku byli mniej liczni. Z powrotem na galeryjce nakazał zwiedzającym podziw dla siedzących w kucki potworów. jednocześnie gigantyczny w skali i wyrafinowany. jednak bardziej zajmowały ich myśli i perspektywy wewnętrzne. Mogli więc pogrążyć się w namyśle. 66 . Milczeli. Tu natomiast mamy do czynienia z chimerami. wysoo-kość. co nazywał „świętą chwilą” rekrutacji. piu- skę Panteonu. odprowadzających wodę z dachu. to jest gargulce. — Sławne średniowieczne rzygacze — powiedział z uzna- niem Pitman. chociaż migota- nie światła na dachach niezliczonych kamienic zdawało się jesz- cze bardziej nasilać promieniowanie słońca. ponieważ architekt tworzy w trzech wymia- rach: dłuu-gość. Ich oczy pełne były Paryża. Gdyby go za brakło. Wie pan. ten dorastający chłopiec i obok niego młody mężczyzna. rozhuśtany dzwon doprowadziłby do zniszczenia całego kościoła. co ona symbolizuje? — przemawiał jak nauczyciel zwracający się do leniwego ucznia. Rzygacze. Na tej wyso- kości lżej się oddychało niż na poziomie asfaltu. — Architekta. Nie przeszkadzali im turyści. Nieświadomie musieli rozpoznawać tiarę Inwalidów. — Ależ nie. Eustachego i bryły Saint-Sulpice. Ten krajobraz. proszę pana. Proszę się przyjrzeć tej figurze o trzech głowach. Uzupełniwszy w ten sposób swe wykształcenie. które zaprojektował sto lat temu Viollet-le-Duc. Aleksander i Jakub Mojsiejewicz oparli się łokciami o parapet. kościołów. pływającą wyspę Sacré-Coeur i igłę busoli — wieżę Eiffla. wież. Aleksander myślał o ojcu.

różnic i podobieństw.i nawet— dokończył — pan mógłby być jednym z nich.zdawał się wznosić ku nim. że posiada się jakiś kwadrat zie- mi. To zależy tylko od pana. na dole. — Nie ma już królów — rzucił zimno Aleksander. widzę. Aleksander nie zareagował na to.. lecz i Ewangelię. — . jakby dźwigany przez ogromną win- dę transportującą talerze. mając za sobą tę mogącą przyprawić o zawrót głowy konstrukcję. chociaż żaden z tych budynków. Wreszcie Pitman przerwał milczenie: — Czytał pan Balzaca? — Ma pan na myśli Rastignaca. ponieważ płaci się zań podatek gruntowy. . nie chodzi mi o posiadanie w sensie mieszczańskim. lecz zwle- kając mógł też wszystko popsuć.. I nawet. Król Francji. co rozpościera się przed nami.. — Jakubie Mojsiejewiczu. Mógł jeszcze opóźnić jej nadejście. Jak na marksistę to niepoważne. — Ależ są. zawie- szeni ponad światem. Pitman mówił dalej: — Oh. Pitman czuł przyśpieszone bicie własnego serca. Chodzi mi o głęb- szy związek. To dziecinne wyobrażać sobie. kredową bielą lub białawą si- nością. Zbliżała się „święta chwila”. Czyżby chciał mnie pan wystawić na pokusę. nie licząc tego najwięk- szego. gdyby znalazł się na tej galeryjce i wi- dział to wszystko co my widzimy. rzucającego wyzwanie Pary- żowi? — Przyjemnie byłoby mieć to wszystko. prowadząc mnie „na szczyt świątyni”? 67 . i świat powracał do nich błyskając swymi szarościami i szarymi zieleniami. pełen kurzu i patyny. mógłby sobie powiedzieć: „To moje”. I będą zawsze. Był wzruszony tak jak musiał być wzruszony młody mężczyzna epoki wiktoriańskiej na mo- ment przed oświadczynami. że czyta pan nie tylko Bal- zaca. nie należałby do niego. Trwali na galeryjce balkonu.

co miało podkreślić szacunek. że to nasz zawód jest najbardziej czcigodny. Ku- sząc młodego człowieka chciał korzystać z mitologicznych skoja- rzeń. Aleksander nic na to nie powiedział. do którego pan nawiązuje. trzeba jeszcze znać adres. ja czy tam także Dostojewskiego. tyle że w tamtej epoce nie ośmielił się tego wypowiedzieć. — Źle mnie pan zrozumiał. lecz nie zdra- dził swej reakcji: — W dniu. Chętnie igramy z myślą. posłużyłem się ulubionym żartem oficerów wywiadu. Natrafiwszy na niesprzyjającą rezerwę Psara. Aleksander patrzył prosto przed siebie: — Rozumiem. On to przeczuwał. jaki jest najstarszy zawód świata? — Tak. który pan miał na myśli. Pitman począł się zastanawiać. A skąd pan wie. że Aleksander posłużył się stosunkowo pruderyjnym określeniem charakterystyczne było dla dystansu. że ja się nadaję do wywiadu? I czy w ogóle 68 . to niech pana diabli wezmą! To. by kuszony zdawał sobie z nich sprawę. Żeby pójść do domu. jaki dla niego żywi — czy wie pan. Nieprędko jednak pojawi się rów- nie korzystny zbieg okoliczności: pogrzeb ukochanego ojca. gwałtowna chęć „powrotu”. jaki zachowy- wał zawsze wobec „tych spraw”. Chrystus popełnił wo- bec ludzkości nie dający się odkupić grzech. Postanowił pan zwerbować mnie dzisiaj na dobre. Pitmana uraziło to. Okazja została zmarnowana. czy nie należałoby chwilowo wycofać się. Czy nie należałoby mimo wszystko iść dalej? — Aleksandrze Dmitryczu — zaczął znów Pitman. ale jeśli chce pan zakończyć ten żałobny dzień wy- cieczką do domu publicznego. że odgadnięto jego zamiary. Widzi pan. Widzi pan. nie tak jednak. tym razem innym tonem: od czasu do czasu posługiwał się w rozmowie z Aleksandrem patronimikiem. A może brakowało mu ostrości spojrzenia. Nie.

że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu — od- powiedział Pitman. Niech mnie pan pośle na wojnę. w tym punkcie możemy się najlepiej porozumieć pod nosem burżuja. jak strącenie pionków na dalekim przedpolu. w jakimś kącie świata. nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. Myślę.to mnie interesuje? Nie chciałbym pana dotknąć. 69 . Aleksandrze Dmitryczu. Sądzę. Amerykanie mają bombę atomową. Łysen- ko dowiódł. Zależało mu na szczerości. ale dla mnie to zajęcie pachnie czymś trywialnie poli- cyjnym. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwe- renny niż niegdyś królowie. że przyszłość nie należy do sztu- ki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. tyle że bez realnych konsekwencji. To znaczy zawsze gdzieś. wkrótce i my ją będziemy mieli. bohaterskie czyny i okrucieństwa. Jej zwycięzca bę- dzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. będą trwały potyczki. Nie- szczęśliwie się dla pana składa. będą zabici. — Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebrannego. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni. chciał. Pitman był szczerze wzruszony. to bardziej będzie od- powiadało moim skłonnościom. ani w czasach naszych bogatyrów. pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. Efekt: koniec łamania kości. Przeciwnie. że żaden bolszewik nie będzie miał mi tego za złe. nic więcej. żeby jego entuzjazm był zaraźliwy. jak mi się wydaje. że dziedziczy się cechy nabyte. Jeśli dobrze pamiętam. Bę- dzie to wojna bardzo wydajna. wcale nie śmiercionośnej. Wtedy nie- wielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe. a od dwudziestu po- koleń moi przodkowie zajmowali się wojaczką. niestety. ekonomiczna. Jakubie Moj- siejewiczu. próba sił. musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii. — Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej. Prawdziwie nowoczesna wojna.

. — I myśli pan. istotnej. owszem. ująć można w dwóch aspektach. W skrócie: chce pan. To będą wielkie szable. lecz wciąż dość prymitywnej. to dość pasywne rozumie nie naszych zadań.. może pan nie skorzystać z otwierającej się przed panem drogi. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę. Próbować poznać zamiary przeciwnika.. Co. — To. przeszko- dzić mu w poznaniu moich sekretów. że się nie myli- łem. Rożdże- stwienskiego decydującego o ruchach floty japońskiej pod Cu- szimą. kiedy to my podpowiadamy przeciwnikowi jego intencje i za- miary. — Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada. Pitman uśmiechnął się pobłażliwie: — Wywiad i kontrwywiad to tylko dwie strony tej samej rze- czy. co pan nie dość precyzyjnie nazywa wywiadem. które on później zechce wprowadzić w życie. nie płynie panu ślinka do ust? Aleksander uniósł oczy. Ale wtedy. któ- rym przysługuje wspólna nazwa wywiadu. — Wiem: wywiad i kontrwywiad. po dwudziestu czy trzydziestu latach. zobaczy pan.. iż świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. Obie armie będą wyposażone w broń i liczebniejszą. albo też. brązowe i jakby przysłonięte mgieł- ką. nie można zaprzeczyć. Sprawy nabierają rozmachu od momentu. ale nie będą z niej robiły żadnego użytku. — Oczywiście. Niech pan sobie wyobrazi Kutuzowa. przeciwnik jest odtąd uzależniony 70 . — Aleksandrze Dmitryczu. żebym zajął się wywiadem. że naprawdę można. jako że pański ojciec był marynarzem. zawsze tkwiące w pochwach. dyrygującego Wielką Armią napole- ońską. wyjawię panu teraz coś ważnego — pauza. — Wszystko zrozumiałem. Jego wargi poruszyły się: — To może być zabawne. i do- skonalszą niż kiedykolwiek. — I to właśnie nazywamy aspektem czynnym operacji. jest pan człowiekiem wolnym.

” 71 . Tu może być dwóch lub trzech partnerów. pozwa- lającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. — Myślę. Pitman zatrzymał się. ale zaaranżuję coś ta- kiego. Można to powtarzać milio- ny razy. do której trzeba trzech part- nerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary. Jesteśmy jedynym mocarstwem. — A piąty sposób? Trucizna zaczynała działać. że mogę panu wy- jawić. — W takim razie niech pan nic nie mówi — Aleksander znów stał się chłodny. którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. Gdybym je panu zdradził. pojęcie. Pamięta pan słowa Karola Marksa: „Minęła już epoka rewolucji. czarna propaganda.. których on wcale nie żywi.. Stateczek wy- cieczkowy. Powiem coś. daleki. pełen turystów w pstrokatych ubraniach. Dalej. mijał się z barką. co będzie pana szokowało. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. że się waha. to dla niego gra się tę komedię. byłoby to niczym przekazanie sekretu bomby atomowej pięć lat temu. patrzył na Sekwanę. z którego odpływała rtęć. Po pierwsze. Aleksandrze Dmitryczu. polegająca po prostu na stałym po- wtarzaniu: „Jesteśmy od was lepsi”. — Piąty sposób jest tajny. intoksykacja. czym strategia wobec taktyki. Cztery pozostałe w porównaniu z nim to dziecinne za- bawki.. znaczonych przez ciosy zadane. a które nie będą się podobały temu trzeciemu. na której suszyła się litania koszul i girlanda kalesonów. Wreszcie dezinformacja. że pan mi je wykradnie. Pitman poprawił się: — Jedno słowo tylko: piąty sposób polega na wywieraniu wpływu.od nas — Pitman udał. lustro. biała propaganda. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji. iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami. które wypracowało pewne techniki.. Dalej.

poprzedzony przez wcześniejszą ewolucję. Odkryliśmy też. to nie jest raj. że nie potrzebujemy już kur do wy- siadywania jajek. Wszystko to przestało odpowiadać realiom dwudziestego wieku. które same znoszą jajka. — Znam tę waszą tabliczkę mnożenia.. stojącą na czele nieświa- domych mas ludowych” — dokończył Aleksander. Łatwiej było sobie wyobrazić. — Czyżby prorok się pomylił? — Miał słuszność w odniesieniu do jego czasów. łatwo to wykazać. Pitman nie wierzył nigdy. że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjoekonomicznych. Według Marksa rewolucja przypadła na określony mo- ment historyczny. Naprawdę. — Chce pan powiedzieć. choćby przeczyło to faktom. że mamy inkubatory.. by Aleksander nawrócił się na marksizm. — „. to już nie obowiązuje. jakim to rajem jest Związek Radziecki. Pitman zniżył głos: — Otóż właśnie. ten bowiem może natychmiast stać się przedmiotem ataków. Tego Marks nie mógł przewi- dzieć. spazmem Historii. Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już. Nie. w którym „Jehowa z Trewiru” poddany został po- ważnym rewizjom. ponieważ dysponujemy inkubatorami? — Chcę powiedzieć. który był już wcześniej zaprojektowany. że bardziej go zaintere- suje system. Miała ona na miejsce dawnego porządku wprowadzić porządek nowy. 72 . Miała też z ko- nieczności być epizodem gwałtownym. — Dzisiaj możemy sprowokować „historyczny moment” przy pomocy odruchu Pawłowa. powtarzające w kółko. jakoby uwarunkowania te zaistniały.przez świadomą mniejszość. że w miejsce dawnego porządku nie po winno się proponować żadnego „nowego porządku”. ale te czasy minęły już. ale także i od czyjegoś przekonania. nic nas nie drażni bardziej niż zagraniczne partie komunistyczne (nazywamy je „korporacjami”).

Sche- mat. zmieni się raz jeszcze w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat dzięki telewizji. Obecnie terroryzm ma nam po prostu dostarczyć okazji wywarcia naszego wpływu. już zmodyfikowany przez fotografię prasową i kino. 73 . dźwigał i mimo to pozostawał w miejscu. Dzisiaj znowu zmierzamy. a potem roz- pętuje się powstanie. i to za pośrednictwem metod. ku epoce. Co natomiast należy robić. to rozmontować stary porządek nie proponując na jego miejsce żadnej konkretnej wizji. ale nie dzięki jej nadzwy- czajnym właściwościom. owszem. Dopiero w momencie. Później jednak lud pokazał się na scenie i odtąd terror indywidualny stracił przydatność. gdy stary system będzie się już rozsypywał. tylko na skutek wzrastającej roli maso- wej komunikacji. jest niezbędny. za pośrednictwem środków masowej informacji. W średniowieczu zabójstwo jednostki. mogło zmienić historię danego kraju. zgodnie z którym zaczyna się od propagandy. Szczupła i blada twarz Aleksandra zwracała się wciąż ku Pa- ryżowi. wielkimi krokami. Aleksandrze Dmitryczu. żebym się mylił: za dwa- dzieścia pięć lat wzięcie zakładników albo zabójstwo jakiegoś urzędniczyny wywoła większy rozgłos niż wojna kolonialna w wieku dziewiętnastym. Terror. Nie wiem. jest całkowicie przestarzały. Marks rozumował jeszcze w kategoriach dwumianu encyklopedyści- jakobini. Nie chciałbym. i nie można domagać się. Nie sądzę. który unosił się. która na nowo przywróci znaczenie jednostce. ma jednak służyć tylko jako detonator eksplozji i wybuch ten wcale nie musi być gwałtowny. powiedzmy księcia. o których Marksowi nawet się nie śniło. Wierzymy. by większość danego społeczeństwa poświęcała znany sobie stan rzeczy dla takiego ryzyka. mass media. my jednak poszliśmy dalej. ale to jest właśnie akt wiary.i nasi wrogowie korzystają z okazji. że cha- rakter człowieka. wprowadzi się nowy porządek. żeby ten pociąg odje- chał bez pana. czy zdaje pan sobie sprawę. że raj dopiero powstanie.

mój kotecz- ku. — W naszym departamencie — zaczął znowu mówić — dys- ponujemy podręcznikami. Matwiej Matwiejewicz trzymał cały świat we wnętrzu dłoni. prawda. którego pragnął i który stał się wręcz jego obowiązkiem. Młody Psar nie należał do ludzi.W miarę jak upływało popołudnie Aleksander z coraz większą jasnością pojmował.. — To mi się wydaje dosyć ciekawe — powiedział — to. Wiedział. że skrytej pod war- stewką udawanego chłodu. których by to nie zainteresowało. Szukał na gwałt odpowiednich zdań i zagadek. los pozwoli spotkać się z nim kiedyś.. Zresztą także i inne motywy i pasje kłębiły się w jego wyobraźni tym podatniejszej na bodźce. jakie miał stoczyć w życiu. Ten pod- ręcznik napisany został przez naszych przełożonych. tak jak i mnie. Być może i panu. my wszyscy vadons secum. ile można ofiarować agentom. 74 . A jednocześnie czyż nie był najserdeczniejszym z ludzi? — Nazwał swój podręcznik Vademecum dla «agents d»influence». wywieranie wpływu. chciał tę samą gorączkę przekazać chłopcu. Zobaczył przed sobą figurę swego dobroczyńcy wysoką jak galeria chimer. Jeżeli rzeczywiście współczesna so- cjologia i psychologia pozwalają władać duszami. palony namiętnym zapałem neofity. meсит!” I z przekory grozi wam palcem! Oczywiście. i uśmiech wyrażał naiwny podziw: — Największy. a przynajmniej tyle z niej. że rozpoczął się jeden z największych poje- dynków.. że teraz powinien raczej intrygować niż po- uczać. zawierającymi naszą doktrynę. a także coś w rodzaju szacunku. i to w obydwu znaczeniach. Stawką był powrót. Lubi żartować: „Quo vadis? Месит. dla którego żywił już pewne przywiązanie lub nawet sympatię. a w szcze- gólności przez największego spośród nich. Pitman spojrzał w niebo. a nawet jeszcze wyższą. Zarazem jednak.. Pitman uśmiechnął się. jak wieża Notre Dame.

Oczywiście. Ale Pitman czuł swoją młodość. ta chimera o trzech głowach. Był jeszcze bardzo młody. że Aleksander chciał się dużo dowiedzieć i mało obiecać. A jednak gra ta nie była nie- przyjemna. że nasze działania nie mogą być prowadzone bezpośred- nio. Pokaleczyłby sobie palce.. Jest jakieś podobieństwo pomiędzy nią i nami. na pół cynicznie wykorzystywał własne słabostki.. — I cóż mówi to Vademecum? — Myślę. Rzecz podstawowa. by nie przekroczyć dozwolonej 75 .. że Pitman celowo dra- żnił i pobudzał jego ciekawość i że aby to osiągnąć musiał. Pitman zawsze chętnie się poddawał wielkodusznemu uczu- ciu podziwu i apotezy. na pół szczerze. kto zbliżał się do trzydziestki. że nie popełnię wielkiego przestępstwa. Widział pan ten dzwon: nie bije się weń pięścią. był przecież oficerem wywiadu w wielkim stylu) — . Domyślał się też. Ktoś. kto próbowałby rozhuśtać ten dzwon gołymi rękami. Bez niego bylibyśmy niczym. do pewnego stopnia przynajmniej. z czego Aleksander. nawet jeśli jego łacina szwankowała nie- co. Zaraz. to zasada. Ze swej strony Pitman domyślał się. wprawia się go w ruch przy pomocy sznura. podobnie jak ktoś. tam. — (Pit- man. wielkie przygody miały się dopiero zacząć. że Aleksander stara się go przechytrzyć.. ma jednak formę tro- istą. nie w siłę swej własnej wiary. nie zdawał sobie sprawy. wtajemniczyć go w rzeczy se- kretne. Nasz sznur.. — Wasza doktryna czerpie swą siłę skądinąd.. Pitman odgadywał. że jak sam powiedział. co już dałem panu do zrozumienia. podczas pierwszego sean- su wtajemniczenia będzie uważał. Jeśli w coś mógł wątpić. Aleksander odgadywał. Nasza doktryna jest jednolita.jeśli odkryję przed panem. bardzo długi. rzecz jasna. jest długi. że Pitman odgaduje jego zamiary. to w zdolności Aleksandra. tym bar- dziej. by zmusić go do mówienia. Aleksandrze Dmi- tryczu. — To prawda — przyznał Pitman — skądinąd. był już w poważnym wieku. niech pan zobaczy.

Dzisiejszy dzień wydaje się bardzo odpowiedni. Pitman rozu- miał. że właśnie w tej chwili oglądamy ten sam krajobraz. tak jakby to była arka Noego.. że nie powinienem ich pa- nu zdradzać. Skoro jednak wytyczona została granica. 76 .. Pan wie. że nie mogę się od tego powstrzymać. trumna i ciało. wyraził zgodę. odczuwamy ten sam podziw. — Ostatecznie mogę panu w przybliżeniu nakreślić te trzy obrazy. i tak musiało się stać. nie zrobiłby mu z tego zarzutu. tak chciało przeznaczenie. trzech artykulacjach. Obaj wiemy. rozumie to z całą pewnością — trzeba będzie. Rzeczywiście można było sobie wy- obrazić. przeżywamy tę samą tęsknotę wygnańców. iż milczenie Aleksandra brało się nie z obojętności. Aleksander milczał. przynajmniej do pewnego momentu. że to Rosja czerwona zbawi świat. pan i ja jesteśmy połączeni.granicy wyznań. łączy nas Rosja. i wobec tego postanowił cierpliwie podsycać ogień. człowiek-góra. ale później trzeba będzie — pan. zgoda. że się stoi na mostku okrętu. Znaleźliśmy się na pokładzie tego samego statku.. nasza wia- ra w Rosję.. Pitman poddawał się egzaltacji i wiedział też. żeby pan dał mi swoje słowo. i tak ważne. Aleksander poszukał wzrokiem południa. że egzaltacja dobrze mu służy. nie chciał zadawać więcej pytań. I jeszcze coś: zwyczajny fakt. lecz podyktowane było chytrością. Aleksan- der natomiast wiedział. tam gdzie znajdo- wała się Sainte-Geneviève. grób. chociaż samo pojęcie archetypu nie wchodzi w skład naszego słownika. człowiek wielkoduszny. — Nasza doktryna. tak jak wyłożona została w Vademecum. że egzaltacja Pitmana jest poddana kon- troli. dla- czegóżby miało się jej nie osiągnąć? Z całą pewnością jego mistrz. którego ładunkiem był cały mikrokosmos. bo w ten sposób dałby okazję Pitmanowi do zasłonięcia się tajemnicą. Co do statku. Obrazy te są jednocześnie tak bardzo tajemne. zbudowana została na trzech archetypach. Powiedzmy więc raczej: na trzech obrazach.

Co z tego wynika dla metody wywierania wpływu na przeciwni- ka? Nigdy nie powinno się tu działać na własną rękę. i także poddając się zmysłowej zawarto- ści obrazów. zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników. i równocześnie stronnictwo dążące do wojny. W pustej teraz Sekwa- nie odbijały się obłoki. za dowala się penetracją pacyfistycznej partii pod wodzą Eubuliu- sza i Ateny spadają mu w ręce jak dojrzała gruszka z drzewa. gdy od będzie pan u nas staż. jako że wielcy ludzie daw- nych czasów wyprzedzali czasem intuicyjnie nasze metody. 77 . że to odległość między tymi punktami tworzy dźwignię. lecz po- wodowany szacunkiem.. by zdobyło wielką popu- larność. tym razem nawet nie z wyrachowania. Im większa odległość między punktem oparcia i punktem przyłożenia. Pa- cyfiści byli dźwignią Filipa. przekona się pan o tym. Trójkąt i Drut.. Na dole mieszkańcy ciasnych mieszkań otwierali przed wieczorem okna. — Zaraz przedstawię to bardziej szczegółowo — dodał Pit- man. choć nie uczynili z nich jednolitej doktryny. że przymknął oczy i na se- kundę zamilkł. gdyż niewielu tylko ludzi rozum- nych będzie przychylnych wojnie. Oto Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami.Dźwignia. tym większy ciężar może być uniesiony przy stałej sile nacisku. Ta druga partia sama się zdyskredytuje. — . Czy posłuży się białą propagandą: „Ateńczycy. Trzeba zapamiętać. Temat wykładu wydał mu się tak piękny. poruszony własną ewangelią. tak bogaty. — Oto trzy archetypy. dba się o to. Pod nimi krążyły w powietrzu gołębie. Posługiwanie się pacyfistami stało się zresztą procedurą klasyczną. Aleksander był zaskoczony pospolitością tych obrazów. i. zawsze dążyć do jej powiększenia. Chcąc zdobyć jakiś kraj tworzy się w nim stronnictwo pacyfistyczne. będziecie szczęśliwsi pod moimi rządami”? Nie. Dam panu przykład wzięty z historii. nigdy zaś jej nie zmniejszać.. dalej. — Zacznijmy od Dźwigni.. — zaczął Pitman.

co jest na plakacie? Żołnierz Armii Czerwonej trzymający pistolet maszynowy. zauważony zostanie tylko krzyk. Właśnie dlatego ideałem dźwigni jest prasa. Kiedy byłem mały. prowadzonej przez Hitlera. w związku z apelem. — A teraz my robimy to samo. Jeżeli tylko krzyczy się dość głośno i jeśli dobrze przy- gotuje się opinię publiczną. wielu rodziców francuskich nie kupowało swoim dzieciom zabawek wojskowych. Inscenizuje pan pojedynczy akt terrory- zmu. 78 . — To właśnie plakat działa jak dźwignia? — Ależ nie! Dźwignią jest naiwny widz. W ZSRR. Przykład: postanawia pan sterroryzować jakieś społeczeństwo. tym bardziej powiększa się rozgłos i znaczenie tego czynu. że ktoś mógłby cynicznie posłużyć się tym hasłem. Propaganda pacyfistyczna we Francji była przykładem opera- cji typu „wpływ”. Biedne maleństwa doro- sły nie znając ołowianych żołnierzyków i karabinków marki Eu- reka. wierzący w zalety pokoju. a wkrótce także inne mass media. działanie natomiast przejdzie niepostrzeżenie. nie podejrzewający. mamy plakat z tym samym napisem. Wie pan przecież. — Ten pomysł wyszedł z naszego departamentu. który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult armii. Prasa konserwatywna z oburzeniem potępia ten akt. Gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania. Rezultat: rok 1940. wystarczy zdać się na „rezonans”. dzięki apelowi sztokholmskiemu? Pitman parsknął śmiechem: — Widział pan plakat przedstawiający matkę. co jest dla nas korzystne. która trzyma w ramionach dziecko. pełen dobrej wiary. a nad nią napis: „Walczymy o pokój”? — Oczywiście. a robić coś całkiem prze- ciwnego. na jeszcze większą skalę. Na przykład dziennikarz. że całkiem dobrze można głosić jedną rzecz. Ale wie pan. Ale im głośniejsze jej potępienie. który przyjmuje przesłanie plakatu. nie trzeba na- wet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji.

opowiadań i dwie powieści. że nasze ambicje znacznie przerastają tamten wyczyn. Lecz nagle Pitman odkrył przed nim inną dziedzinę i w tej samej chwili dziedzina ta wydała mu się nieskończenie bardziej pociągająca. że trzeba naprzód przygotować opinię publiczną. szukając bez powodzenia ironicznego tonu — że ten flecista. Jakubie Mojsiejewiczu? Pitman westchnął. — Tyle tylko. jakby wpadł we własne sidła. Pitman zachowywał się. Nie tylko zresztą przyszłego: napisał już przecież wiele wierszy. a nie kapitaliści. którego poddanymi są dusze i wola ludzka? Czyż można sobie wyobrazić coś wspanialszego od Guildensterna. cała pra- sa zaczyna dotrzymywać jej kroku. Wie pan. teatr wyobra- żonych tylko postaci. — Przez podawanie tendencyjnych informacji. 79 . nie wierzę. który gra na swojej fujarce. W gruncie rzeczy czyż pewnego ro- dzaju determinizm i pewna Opatrzność nie są jednym i tym sa- mym? — Powiedział pan. że to my odkryliśmy tę grę na flecie. jakie to szczęście. jeżeli można inscenizować prawdziwe morderstwa i inspirować prawdziwe miłości! Czyż istnieje bar- dziej wzniosłe królestwo niż to. Niech pan po- myśli. który wyprowadził wszystkie szczury z Hameln. jakby pytał tylko od niechcenia. Dotychczas Aleksander uważał się zawsze za przyszłego wiel- kiego pisarza. z których był za- dowolony. W tym celu opanowuje się któryś z poważnych dzienników. żeby w grę wchodził tylko przypadek. Aleksandrze. też był z waszego departamentu. — I na czym polega tendencyjna informacja? Aleksander mówił tak. Nam nie chodzi o odszczurzenie świata. Jeżeli postępuje się rozważnie i nie dopuszcza do kompromitacji gazety. pomnażając w nieskończo- ność nasz pierwotny wkład. a Hamlet i wszyscy jego Duńczycy tańczą do wtóru? — Sądzę — powiedział Aleksander. Jakże blednie teatr cieni. W jaki sposób pan to robi. trzeba było jeszcze pozbyć się części ba- lastu.

Opinia publiczna nie może w żaden sposób sprawdzić. To jest mieszanka prawdy i fałszu. Oznajmia się więc po prostu. Proporcje jednego i drugiego mogą się zmieniać. zgoda. Pierwszy przypadek: nie było świadków. Oto właśnie nieprawda nie dająca się zweryfikować. nie znosił erotycznych facecji. komentarz podtrzymywany. — Czy może mi pan podać kilka przykładów? — Spróbuję odtworzyć dla pana wykład mojego nauczyciela z okresu stażu. Okazuje się. dodajecie. że w roz- mowie z Rosjaninem można ich uniknąć. — Vademecum podaje dziesięć przepisów na tendencyjną informację. mówił. ponieważ z ich punktu widzenia ważne jest. generalizacja. zmiana kontekstu. nierówne części. że przed tygodniem Iwanowa przyłapała swego męża na gorącym uczynku z Pietrową. Prawdą jest też. Chłop- cy z intoksykacji.. Pitman uśmiechał się frywolnie: — Pokażę wam. deformacja prawdy. że istotnie w sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. jakim opera- cjom można poddać ten fakt. jeśli chcą uprawdopodobnić sprawę. mieszanka praw- dy i fałszu. Drugi. zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika. Załóżmy. że już jeden jedyny fakt prawdziwy 80 . ilu- stracja. — Nieprawda nie dająca się zweryfikować. Francuzi nie mogli się bez nich obejść. dają do 80% prawdy na 20% fałszu. Piszecie. jak było naprawdę. My natomiast. części równe. — Alek- sander zesztywniał. następujący fakt historyczny: Iwanow przyłapuje swoją żonę w łóżku z Pietrowem. ale wydawałoby się.. to by mnie interesowało. że nie. zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty. by jakąś bardzo konkretną fałszywą informację wzię- to za dobrą monetę. Chce pan je poznać? — Tak. że w małżeństwie Iwa- nowów nie brakowało problemów i przyznajecie. jeśli z powodów politycznych trze- ba by go było naświetlić tendencyjnie. że to Pietrow przyłapał żonę w łóżku z Iwa- nowem. gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni. Byli świadkowie.

który przed chwilą oglądaliśmy. maleńkie dzieci. wy- ważył drzwi i ocalił swą skromną małżonkę od losu gorszego niż śmierć. że powinna się schronić u Pietrowa. To prawdziwe monstrum lubieżności. — Tak. że obywatelka Iwanowa znajdowała się w sobotę wieczorem u Pie- trowa. Przyznajecie. Zgadza się. jaki jest Pietrow. żeby mąż pijak pobił ją znowu? Sądziła. gdzie najprawdopodobniej towarzyszyły jej dzieci. Iwanow nakrył żonę w łóżku Pietro- wa. że pierwotna 81 . A co miała robić? Czy miała pozwolić. na szczęście. ma w zwyczaju rzucanie oszczerstw na swą nieszczęsną żonę. Nie da się wykluczyć. pełen godności obywatel Iwanow. Iwanow. Teraz trzeci sposób. krzyczycie głośno. mówicie. — To trochę tak jak twórcy tego wielkiego dzwonu. wciągnął ją do siebie i właśnie rozpoczął proceder gwałcenia. gdzie po raz któryś z rzędu osiągnął rekordową liczbę trzech tysięcy nakrętek utoczonych w ciągu dwóch godzin dwudziestu pięciu minut.służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw. w mieszkaniu zajmowanym przez nich wspólnie z Iwanowymi. gdy. wracający z fabryki. Czyż mamy podstawy do oskarżenia jej o to. Cóż mają wspólnego ze sprawą ruchomości? Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle czy w fotelu. ale przecież wszyscy wiedzą. rzucił się na nią. Do wielkiej ilości brązu dodali odro- binkę złota. że także i obywatelka Piętrowa brała udział w spotkaniu Iwanowa-Pietrow. Oto właśnie deformacja prawdy. jako że wszystko to wydarzyło się w sypialni Pietrowów. że nie zostawiła dzieci wydanych na pastwę tego bruta- la? Ponadto nie ma powodów by wątpić. rzeczywiście. że ma za sobą czternaście wyroków sądowych za gwałt. Tego dnia natknął się na Iwanową w korytarzu. Jest to wręcz bardzo prawdopodobne. Najlepszy dowód. który. tyle razy leżał pod stołem. jak wszyscy wie- my. Cztery — Pitman liczył na palcach — czyli modyfikacja kon- tekstu. ale ironizujecie na temat łóżka.

którą macie zrelacjonować. Jest ich już coraz mniej. mówicie. mianowi- cie wybrane fakty. Pie- trow zachowywał się tak. to ilustracja. Siódmy chwyt to pewna odmiana szóstego. taka jest nerwowa. to stachanowiec. Szósta metoda: komentarz podtrzymywany. lecz to w nich właśnie incydenty. i tak dalej. W niczym nie modyfikujecie faktu. małżonkowie Iwanowowie wrócili do siebie. zdarzają się znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. Pietrow. jakie Iwanow miałby wobec żony. prze- prowadzacie selekcję szczegółów. Iwanowa aż podskoczyła. w której może sobie gruchać do woli. Następnie opisujecie nowoczesne osiedle. na sześćdziesiąte urodzi- ny ofiarował matce kanarka. lecz 82 . że Iwanow wszedł do pokoju Pietrowa bez pukania. Istnieje też wykręt będący odwrotnością zacierania. będącego jednym z przeżytków carskiej Rosji. ma kilka kochanek. i wymieniwszy uwagi na temat powszechnego zepsucia obyczajów. potrafi ugotować syberyjskie pielmieni. Opowiadacie na przykład. świet- nie gra na organkach i w warcaby. i przedstawicie idyl- liczny obraz szczęścia. między innymi Iwanową. dobrze pływa sty- lem grzbietowym. lecz korzystacie z niego.informacja nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat wyrzu- tów. Można tu rozwinąć ten sam mo- tyw: sielanka par małżeńskich w nowoczesnych osiedlach wzniesionych dzięki dobroczynnej wydajności władzy Rad. urodził się w Niżnym Nowgo- rodzie. Zalewacie wasz prawdziwy fakt wielką ma- są innych informacji. krytykę mieszkań dzielonych przez wielu lokato- rów. w której przechodzi się od rzeczy ogólnych do szczegółowych. Piąte: zacieranie. przepada za kiełbasą z czosnkiem. by przeprowadzić. w czasie wojny był artylerzystą. jakie stanie się tam udziałem Iwanowów. jakby był zaszokowany złymi manie- rami Iwanowa. w których mężowie zaskakują kochanków. a nie od szczegółowych do ogólnych. dajmy na to. W sprawie. gdzie każda para turkawek ma swoją garso- nierę. prawdziwych lecz niepełnych.

— Wydaje mi się — powiedział Aleksander — że znam pew- ną gazetę francuską. Oto. jaki to postęp w stosunku do miesz- kań o wielu lokatorach. mający pięćdzie- siąt linijek. nawet jeśli nie przyszło takich listów więcej niż dziesięć. W ten sposób dowo- dzicie waszej bezstronności. czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? — Pan jest nienasycony. czym jest tendencyjna informacja i na czym polegają ćwiczenia. rzecz jasna. Wyobraża pan sobie. tylko po to. tu. uniewinniając jednocześnie nieszczęsną przedstawicielkę bezwstydnie eksploa- towanej płci. też na pięćdziesiąt linijek. Aleksandrze Dmitryczu. Wreszcie części równe. Technikę numer dziewięć nazywamy: nierówne części. obwiniacie Pietrowa-Casanovę. postępującą właśnie według tych zasad. na przykład właśnie sytuacja Iwanowa. dziesiąta metoda. rozwiązłości.. Zwra- cacie się do waszych czytelników i proponujecie im. świetnego i lubianego przez czytelników polemisty. natrafiającego na swą żonę u sąsiada! Ósma jest generalizacja. Drukujecie też dziesięć listów w jej obronie. Lub też.zakończenie będzie inne: o. pełne konfuzji wnioski na temat niewdzięczności kobiet. że wyjawię panu całą naszą doktrynę ot. i równocześnie u jakiegoś idioty ze wsi zamawiacie ich potępienie. U profesora uni- wersytetu. którymi zajmie się pan podczas stażu.. przeciwnie. żeby pana rozerwać? 83 . by sami oce- nili ten incydent. Z zachowania Iwanowej wyprowa- dzacie ogólne. ich temat będzie znacznie poważniejszy. ich niewierności. krótki wykład. Wte- dy. by mógł pan wy- robić sobie zdanie. Publikujecie następnie jeden list potępiający Iwanowa — nawet jeżeli dostaliście sto takich listów. zamawiacie tekst pisany w obronie kochanków. nikczemnego uwodziciela. tak sobie. na tej galeryjce. natomiast pomijacie mil- czeniem współudział Pietrowa. gdzie zdarzały się pożałowania godne epizody. Ale.

którymi możemy posługiwać się razem lub roz- dzielnie. jak korzystne okaże się dla nas pojawienie się słabo rozwinię- tych zdekolonizowanych krajów: za ich pośrednictwem będzie można podjąć działania antyamerykańskie na wielką skalę. jako że cała jego struktura zostałaby unicestwiona. materiał kontrastujący. proszę. — Dobrze. aż roz- sypałby się. Alek- sandrze Dmitryczu. Chodzi o jeszcze jedno zastosowa- nie głównej zasady: żadnych działań bezpośrednich. że zainteresowałby mnie któryś z tych krajów. Zobaczy pan już niedługo. które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją w jakiś czas później. że nie. wypracowaliśmy całą interpretację Historii. czyli państw utwier- dzających jego panowanie w świecie. przeciwnika i. cały świa- topogląd techniki wywierania wpływu. bardzo krótko. Za- łóżmy teraz. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas. Powiedzmy. dobierać się do niego gdzie indziej. oświetlający. za to zdyskredytuję je pośród jego sojuszników i klientów. zawsze po- średnictwa. — Czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? Tyl- ko o Trójkącie. w innym kraju. że tak po- wiem. Otóż zacząłbym mnożyć przyjacielskie gesty pod jego adresem i zara- zem prowadziłbym niszczycielskie prace wewnątrz kraju. Czy zdąży mi pan wszystko opowiedzieć. — W jaki sposób zniszczyłby go pan od wewnątrz? — Przy pomocy metod. nad którym się pracuje.. Oto dlaczego metody. w obrębie której doszło do konfliktu. Nie będę go zaczepiał bezpośrednio. odzwierciedlający nasz manewr. w innej dziedzinie inte- lektualnej niż ta. których można się nauczyć. — Tak. nim dozorca zamknie wieżę? — Oczywiście. 84 . że chcę zaatakować wielkie cesar- stwo. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na własnym ani na jego terenie. wręcz całą kosmogonię.. Jako przykład podałem panu dziesięć dziecinnie łatwych przepisów. Tymczasem myśmy opracowali setki metod. Naprzód trzeba dogłębnie poznać społe- czeństwo. innym kontekście społecznym.

Każdy z tych trzech elementów wspomagany będzie przez specjalne ak- cje. dyskredy- tacja mojego przeciwnika. czyniąc je odpowiedzialnymi za wszelkie rzeczywiste zło istniejące w tym społeczeństwie. władz. lepiej niż je znają jego członko- wie. A jednocześnie.jak ryby w wodzie” na obcym terenie. Trzeba zrobić wielki wysiłek i poznać społeczeń- stwo.nie przydadzą im się na nic! Kapitaliści są zbyt leniwi i zbyt pewni siebie. a to przysporzy mi mę- czenników i będę mógł odwoływać się do opinii międzynarodo- wej. między dowódcą i jego żołnie- rzami. zdobędzie się na represje. z władz tego pań- stwa i z jego społeczeństwa. Trójkąt będzie się składał ze mnie. że postanawiam rozciągnąć mój wpływ na pe- wien kraj. by potrafili zachowywać się . Tradycyjne elity rozbiję przez wywołanie w nich poczucia winy. iż można je bezkarnie atakować przejdę do trzeciej fazy mojej akcji (na tym zresztą polega istota inteligentnie pojmowa- nego terroryzmu). które mogłyby osłonić społeczeństwo przed skutkami moich działań. a nie rzeczywisto- ścią. iluzją. przy czym społeczeństwa nie będę ujmował w kategoriach przeciwnika. Po drodze posłużę się też propagandą 85 . że grupy te nie przyno- szą żadnego pożytku. w czym pomoże mi lud. Sta- wiam sobie trzy cele: rozbicie tradycyjnych elit. to jest mój „kontrast”. których nie wy- jaśnię panu dzisiaj. że były one w przeszłości szkodliwe i wciąż szkodliwe pozostają. słuszność. Wytworzę w społeczeństwie i u najsłabszych przedstawi- cieli elit przekonanie. nie troszcząc się o żadną konsekwencję. Społeczeństwo liberalne ulegnie jeszcze szybciej. przełożonymi i podwładnymi. Wypracowaliśmy tu odpowiednie techniki. są pasożytami. Dzięki temu wytworzę przepaść między rodzicami i dzieć- mi. wreszcie neutralizacja samego ludu. będę się starał wykazać. nie licząc zła wymyślonego. Załóżmy więc. Wychodząc z pozycji siły będą atakowali władze. tylko jako „kontrast”. Grupujemy je pod hasłem „teoria wnikania”. gdyż do- wodząc. zdrowy rozsądek. Jeżeli to społeczeństwo będzie dość au- torytarne. które chcemy opanować. Moi agenci będą posługiwali się potrójnym sloganem: dobra wiara.

podzielić społeczeństwo na miliony indywiduów. Sprawi to. Trzy zasady Vademecum. że obecne rewolucje. wizjami. gdy udaje się nam ją obezwładnić. Zdawało się. iż będę mógł się powoływać na okoliczność obrony koniecznej. podnieście obie — spadają na cztery litery. Tworzy się wte- dy nastrój paniki. w przeciwień- stwie do rewolucji dawnych czasów. — Jeszcze wspomi- nał pan o Drucie. skłonny do kapitulacji. jeszcze nie stało się złote. Autokary. Czasem udaje się przekształcić większość społeczeństwa w gigantyczną grupę gimnastyków: podnieście lewą nogę — podnoszą. Czasem można się też posłużyć pseudo-nadzmysłową rupieciarnią: przepowiedniami. Oto.projekcyjną. której do- znaje żaba na widok zaskrońca. Zrobił kilka kroków. przeciwnik realny dostaje się w nasze ręce jak obluzo- wana cegła. Prze- wodnik spoglądał na zegarek. podnieście prawą — podnoszą. Aleksandrze. Tym razem Pitman zawahał się. Wystarczy rozpowszechnić przekonanie o wyższości przeciwnika. przeprowadzić parę zamachów terrory- stycznych. Światło zmieniało kolor: nie było już białe. teoria Trójkąta. naprawdę chodzi o to. by je zdemobilizować. odjeżdżały w stronę Opery. by wytworzyć fascynację podobną do tej. Kiedy się to osiągnie. Rasputinami różnego kalibru. prowadzone są przeciwko większości. czując swą bezbronność. Proszę nie zapominać. w skrócie. zrelacjonowane bez podania kon- kretnych sposobów zastosowania. gdy więc „kontrast” jest unieruchomiony i bezsilny. zatomizować je tak. przeciwnie. zabrawszy na pokład Barbarzyńców. nie przeciw mniejszości. aby każdy obywatel znalazł się naprzeciw maski Gorgony. że padało na wielki krążownik Notre Dame przefiltrowane przez ukryty gdzieś witraż o delikatnej barwie. Większość kapituluje. to jest oskarżę przeciwnika o stosowanie metod. Niekiedy natomiast trzeba. W każdym razie gdy tylko mowa o mobilizacji mas. nie składały się jeszcze na 86 . Można to osiągnąć na kilka spo- sobów. z których sam mam zamiar zrobić użytek.

by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. zawsze przeciw. — Niech pan słucha — znów stanął tuż obok chłopca i oparł się łokciami o balustradę — mogę o tym mówić w sposób bardzo ogólnikowy. rozwiązując. rozklejając. który mógłby zostać precyzyjnie opisany. zmiękczając. ryzykując zdradę. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. na lewicy czy na prawicy. rozda- jąc karty. Ale jednak zalążek zo- stał przekazany Aleksandrowi. albo raczej pro- pagandysta absolutny: nigdy nie jest za. Agent d'influence to przeciwieństwo propagandysty. 87 . Pomiędzy innymi niezwykłymi myślami wy- powiedział i tę sentencję. zawsze będzie nad- wyrężał istniejący system. mógł utrzymywać sekretne związki z przeciwnikiem. Jeśli się wam to powiedzie. Obraz Drutu wziął się stąd. jak wiadomo. pożyczę panu książkę myśliciela chińskiego. Do tego sprowadza się jego zadanie. Jeśli nadal będzie się pan nami intereso- wał. narażając się na unik ze strony Aleksandra. otwie- rając wszystkie zamki. wychowany został we Francji.kompletną inicjację. która odnosiła się do wojska stojącego w obliczu przeciwnika. których ankieta nie zdołała odkryć. Obojętnie. Żadna ustawa. Któregoś dnia doktryna wywierania wpływu znana będzie całemu światu. że. niszcząc. pochodził z rodziny reakcjonistów. albo też ukryje go. mimo że obywatel sowiecki. kontakty. na razie jednak trzeba było przestrzegać najdalej idącej dyskrecji. Spełniając tę rolę pozostaje całkowicie bezkarny. ale charakteryzuje też świetnie nas sa- mych: „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształ- tu. Młody Psar. Sun Tsu. Przykład: sowiecki agent d”influence nie może w żadnym razie uchodzić za komu- nistę. uodpornicie się na spojrzenia najprzenikliwszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygoto- wać zwróconych przeciwko wam planów”. Jakub Mojsiejewicz Pitman musiał teraz podjąć decyzję: albo wyjawi jeszcze i ten sekret. zaledwie jej zalążek. który żył przed dwudziestu pięciu wiekami i był kimś w rodzaju Clau- sewitza swej epoki.

Chłopiec uśmiechnął się melancholijnie: — Tak. — Pewnego dnia — powiedział — gdy byłem dzieckiem. — Czy mam rozumieć. Mimo to nie byłem pewny. Trzeba było trafić w jeden z tych kolorów. Wy- starczy grać w czerwone i czarne. to znaczy żadna ustawa prawna na Za- chodzie. Gdy tylko świeżo zwerbowany agent i jego przełożony rozstali się u stóp katedry. nie skąpiąc energii. podzielonym na czerwone i niebieskie sektory. wygraliśmy! 88 . Rybka kosztowała mniej niż dwa rzuty. nie szczędząc wła- snego życia. Aleksander też zamilkł. ale pod jednym warunkiem. Pitman pognał znów do swego telefonu: — Mohamedzie Mohamedowiczu. Ale. Aleksander wpatrywał się w zachodzące słońce. Będę wam wiernie słu- żył przez trzydzieści lat. — Zamykamy— oznajmił południowym akcentem ziewający przewodnik. może nawet mniej niż jeden. po- zwolicie mi wrócić. tak jak sobie tego życzę. Ale powie- działem ojcu: „Zgoda”. nie zabrania demontażu własnego społeczeństwa. jak mi nakazał mój ojciec. To on wygrał rybkę i ofiarował mi ją. oj- ciec zaprowadził mnie do wesołego miasteczka. a ja na niebieskie. w ten sposób na pewno wygramy”.Aleksandrze Dmitryczu. w parzyste i nieparzyste. Zatrzymaliśmy się przed wielkim kołem. że kryje się w tym odpowiedź? — za pytał Pitman. które zbliżało się do horyzontu niczym statek wracający do portu. — Ma pan moje słowo oficera i bolszewika — powiedział Pitman wyciągając dłoń do uścisku. Byłem z tego zadowolony. Miałem na nią ochotę i wtedy ojciec zapłacił za dwa rzuty i powiedział: „Ty postawisz na czerwone. czy nasze postępowanie było uczciwe. Pitman milczał długo. Nagrodą była rybka w słoju. nim przekroczę pięćdziesiąty rok życia.

Niedługo później Aleksander dostał wezwanie do komisji po- borowej i stanął. Roz- ciągnięty w ciemnym pokoju na swoim łóżku o połamanych sprężynach. niezadowolony z żołdu. i rozpłakał się. Z tarapatów wyciągnął go pewien komunistyczny de- putowany i odtąd Nanan służył dwóm panom. z grandilokwencją właściwą swemu wiekowi: — Będę złym duchem myśli francuskiej. kto mówi wewnątrz nas: „Wybieram”. W pewnej chwili powiedział pompatycz- nie. Czytał nie- dawno Goethego i doskonale zdawał sobie sprawę. Psar był w jego praktyce zupełnie wyjątkowym niewdzięcznikiem i niewiele brakowało. że przecież nie miało sensu. popełnił błąd. Powinien był wytłumaczyć mu. że szkoda czasu. ale może jeszcze bardziej utratę własnej niewinności. Pozbawiać ludzi wolności działania ucho- dzi za rzecz diabelską. wyzywający w swej jasnowłosej nagości. Pitman musiał interweniować. Można być pompatycznym i nie mijać się z prawdą. na wieży katedry. — Nie nadaję się? Ja? Domagam się drugiej ekspertyzy! — szlochał Aleksander. jako że protekcje w tej dziedzinie nie nale- żą we Francji do rzadkości. podczas gdy sowiecka ojczyzna oczekuje 89 . sam zajął miejsce tego kogoś. powinien był zażądać od Aleksandra tego poświęcenia zamiast zmuszać go do zaakceptowania prawnego szwindlu. który nazywał się Nanan i miał na sobie jaspisowy mundur. Opłakiwał śmierć biednego podporucznika marynarki. Nanan. Aleksander wrócił do pokoju. który dzielił z ojcem. on jednak szedł jeszcze dalej. Na żądanie zwal- niał młodych ludzi od służby wojskowej jako niezdolnych i ucho- dziło mu to na sucho. poświęcał chwile wolne od garnizonowych zajęć na dyskretne przeprowadzanie sztucznych poronień. wpatrywał się w ciemnobłękitny trapez wyświetlany przez okno na suficie. by Aleksander czyścił buty do połysku. co uczynił tam. przed lekarzem wojskowym. zupełnie nagi. gra- natowe kepi i złocone galony. by przy- sporzył mu poważnych kłopotów. tak.

posłuszny i nieuchwytny. więc musi pan odbyć u nich staż.. i to z wynikiem bardzo dobrym. Efektu przeciwnego. który później za pośrednictwem jednego ze swych „pudeł rezonanso- wych” miał puścić w obieg hasło: „Ortografia jest reakcyjną i represyjną dyskryminacją. Bez tego nic pan nie osiągnie w nowoczesnym świecie. Wreszcie będzie to świetna okazja stworzenia pretekstu dla ka- pitału.. lecz przez długi czas miał żal do swych przełożonych i przebaczył im dopiero pod koniec roku 1968. — To będzie — powiedział Pitmanowi — moja kampania egipska. który będzie panu potrzebny do założenia własnej agen- cji. jak zawsze flegmatyczny. żeby legitymował się dyplomem Sorbony. Chciano.jego usług. Aleksander podporządkował się. Aleksander tymczasem. mój złoty Aleksandrze Dmitryczu (Pitman ograniczał się tylko do metali). 90 . otrzymał 16 punktów na 20 za dyktat z Mérimée'go! Swoje studia traktował jak rekone- sans. znacznie się zmniejszy. Dzięki temu ryzyko przejścia do przeciwnika. — Niezupełnie. wyprawę na terytorium wroga. żeby się pan nauczył amerykańskiego. gdy mianowany został podporucznikiem KGB: epolety lub prawie. z literatury francuskiej. Ponadto tylko Amerykanie mają tradycję zawodu agenta literackiego. On. zbyt wiele upokorzeń i uraz wiązało się z młodością Aleksandra. Pitman prawie nie brał pod uwagę. że przywiózł pan oszczędności z Ameryki. na stronę francuską. wynikłego z nostalgii. Był jeszcze i dodatkowy powód: po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych Aleksander będzie się czuł mniej pewnie we Francji. Po pierwsze trzeba. jakiego proletariat jeszcze nie zerwał”. We wszystkim innym był całkowicie posłuszny. Powie się. Wyjechał do Nowego Jorku nie żegnając się z nikim. by zapi- sał się na Columbia University. ostatnim burżuazyjnym okowem. ukończył studia na Columbia University summa cum laude. Później zechciano. Otrzymał go więc.

Pierwsza skończyła swój skromny posiłek i chciała zapłacić kelnerce. Niezbyt biegłą angielszczyzną zamówiła porcję lodów. który jeszcze wtedy był względnie bezpieczny. Wydobyła stamtąd zaledwie kilka miedziaków. Zajął miejsce na wysokim taborecie przed kontuarem. przejętego bogo- bojnym respektem. Aleksander ze ściśniętym gardłem — nigdy w życiu nie przemówił do nie- znajomej — wyjaśnił. Aleksander przyglądał jej się dyskretnie. Dziewczyna podzięko- wała mu — „Tank you” — patrząc na niego nieśmiałym wzro- kiem. Piękna dziewczyna zajęła miejsce obok Aleksandra. Roz- glądała się dokoła nieco trwożnie. Dziewczyna otworzyła swą portmonetkę. Następne trzy godziny młoda para spędziła włócząc się po ulicach i po parku. jeżeli to Ona”. Aleksander rozdarty był pomiędzy dwa sprzeczne uczucia: „Oby tylko nie pomyślała. krzyknęła z rozpaczą: — Boże mój! Reszta była już całkiem łatwa. stracić ją z oczu. Była członkinią chóru 91 . Grzebała w niej. i. Aleksander pomy- ślał. Aleksander szybko poznał jej znakomite imię i nazwisko: Tamara Szcz. Miała długie rzęsy. Jej owalne czoło. jak to jest w zwyczaju zakochanego Rosjanina. że zabrakło jej pieniędzy. Sąsiedni taboret był pusty. on jednak nie brał tego pod uwagę. ta jednak podbródkiem pokazała na kasę. co należało zrobić. w których cieniu kryły się zielone oczy. Pewnego dnia wstąpił do baru przy 43 Ulicy i zamówił pa- rówki. ba- dając zawartość spojrzeniem krótkowidza. Znaleźli się przy kasie. Długa szyja przydawała jej dystynkcji. — Za mało — powtarzała złym głosem kasjerka. myślał Aleksander. w rozmarzeniu. Zapewne była istotą cielesną. że za chwilę usiądzie na nim piękna dziewczyna. Gdy wreszcie piękna dziewczyna zrozumiała. Blade usta nie miały w so- bie nic zmysłowego. aż prosiło się o diadem. że będę za nią szedł” oraz: „To zbrodnia.

Tamarze udało się zmylić czujność „tłuma- czy” i pójść obejrzeć prawdziwy Nowy Jork. obyczaje Aleksandra rozluźniły się nieco. Gdy tylko chciał. Podobnie jak Kop- ciuszek musiała wrócić do hotelu przed północą. żadnych fikających nóg. Poślubi rodaczkę. że rozpoznaje jej głos w świetnej Łuczinoczce. Trzeba było unikać fizycznych związ- ków z krajem. O czym roz- mawiali? O Rosji i o miłości. kochał Ją. Pożegnali się bez pocałunku. (Pitman zaproponował tancerkę — jako że balet sowiecki częściej podróżuje — ale Abdulrachmanow zapro- testował: „Nie. mógł. Zresztą Aleksander nie był w tej dziedzinie bardzo wymagający. na razie jednak trzeba było starannie oddzielić to. Nazajutrz Aleksander wybrał się na koncert i przekonany był. Jakubie Mojsiejewiczu. Później chór pole- ciał do San Francisco. nie zobaczy Jej nigdy więcej: dla Rosjanina było to zupełnie zrozumiałe. Rzeczywiście. Służąc temu reżimowi nie miał złudzeń co do jego libera- lizmu. Zdarzało mu się nie wy- korzystywać okazji podsuwanych mu przez organizację. co było „prawdziwe” od naj- zwyklejszej konieczności fizjologicznej. może właśnie dlatego chciał mu służyć. Mógł co prawda powołać się wobec władz sowieckich. Lata biegły i pewnego razu Abdulrachmanow zwrócił się do Pitmana: — Nie można karmić słowika tylko bajkami. nie. zbyt jednak wielką wagę przywiązywał do konspiracji. to była Ona. nasz chłopak jest na to zbyt delikatny!”) Tego wieczoru chór nie występował. korzystać z kochanek. które podsuwało mu KGB. Tamara? Uznał Ją. dyplom Columbia University. kto wie. że i on pracuje dla Sprawy. Miał lat dwadzieścia siedem. gdy „wróci”. Żadna z nich nie była Francuzką. by nie narażać jej na przy- krości. bez najmniejszego uczuciowego zaangażowa- nia. Aleksander nie pisał do Tamary. Żadna też nie była Rosjanką. przeszedł staż agent d'influence w tajnej szkole w Brooklynie 92 . przeciw któremu pracował.folklorystycznego.

jaki zostawia na palcu długo noszona obrączka. — mawiał Pitman z mieszaniną złośliwości i podziwu. jak wypluwać pestki z oliwek. zagrać jej do tańca na fujarce. Pierwszy wstrząs mógł zepsuć wszystko.oraz praktykę u agenta literackiego przy Madison Avenue. że pewne śmiesznostki nie pozwalają mu pokazywać się publicznie na sce- nie. jakie przed ośmiu laty wypowiedział na wieży Notre Dame. który lądował na Orly. Z samolotu. To on był prawdzi- wym zawodowcem. Ton ten na- rzucił Aleksander. — Pan. że postępowanie Aleksandra nie może 93 . Słowa. co tworzyło w ich stosunkach ryzykowną kombinację przyjaźni i związku czysto zawodowego. powinien pan na- uczyć się. wyszedł krokiem przypominającym nieco krok zdobywcy. W ich sto- sunku nic nie przypominało relacji między synem i przybranym ojcem. a Jakubowi współczucia. przyjęło się jednak uważać. pozostawał też jego pierwszym przełożonym. a Pitman. Zgodni byli co do tego. Aleksander odpowiadał na to: — Rzeczywiście. nie zaprotestował przeciw temu układowi.. Wbrew zwykłemu porządkowi rzeczy Pitman. których przestała już dzielić różnica wieku. Aleksandrze Dmitryczu. tak więc obaj mężczyźni. Była w tym nawet odrobina czułości. jako że Aleksandrowi nie brakowało pobłażliwości. Panowała między nimi atmosfera wzajemnego zaufania. je- den widział w drugim jego zalety. Z ta- kim dorobkiem wrócił do Paryża. by uregulować swoje porachunki z Francją. Wracał. na której wystąpić miał Aleksander. zapisały się w jego duszy. Jakubie Mojsiejewiczu. był to raczej związek Mefistofelesa i Fausta. zręczny i dobroduszny. który zwerbo- wał Aleksandra.. jako arystokrata. Pitman wciąż jeszcze zajmował swoje stanowisko w Paryżu. jak zawsze. znaleźli przyjemność w ponownym spotkaniu. zostawiły w niej ślad podobny do tego.

Tymczasem agent d'influence funkcjonuje skutecznie tylko wtedy. kogo uważał za mniej sub- telnego od siebie. zwrócił mu uwagę na tę właśnie stronę zagad- nienia. że najbliższy urlop spędzi w ZSRR. Miała to być niezwykła historia miłosna. Mimo drobnych nieporo- zumień współpraca z Iwanem układała się dość gładko.ściągać żadnych podejrzeń. wobec czego Aleksander mówił o nim „Iwan II”. Dopiero przy następnym zwierzchniku pojawiły się problemy: ten nazywał się też „Iwan”. co za tym idzie. poeta-manipulator. I teraz co. chce pan to zmienić na zwyczajny flirt? Aleksander nie wspomniał już nigdy więcej o wycieczce do ZSRR. by odwołano tego gbura. Iwan II traktował Oprycznika tak. i. Mógł jeszcze podróżować. że już panu powiedziałem: ten kacap. Każdy uważniejszy policjant mógłby wtedy zadać sobie pytanie. zgodził się pan na misję mającą trwać trzydzieści lat. jakby miał do czynienia z naj- zwyklejszym donosicielem. Był upokorzony tym. gdy nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. Naraz jednak Aleksander wbił sobie w głowę. Pitman wahał się. Od tej chwili Oprycznik podlegał „Iwanowi”. nie wchodziły w grę. Stosował wobec niego metodę kija i marchewki. u końca których ma pan ujrzeć na nowo od krytą ojczyznę. przed ukończeniem misji. Wrażliwy jak zawsze Pitman powiadomił o tej prośbie Ab- dulrachmanowa. podróże za żelazną kurtynę. ma zdechnąć w gnojówce emigracji. mój tekturowy Jakubie Mojsiejewiczu. że ktoś. Na znak szacunku Aleksander przezwał go „Iwanyczem”. że jest dla Aleksandra zbyt łaskawy i dlatego 94 . Wówczas Pitman. szlachciura. Wkrótce później pułkownik Pitman przeniesiony został do sztabu departamentu. Człowiek-góra zamienił się w człowieka- wulkana: — Wydaje mi się. ale przestawał odtąd dyrygować bezpośrednio podległymi mu agentami. czego ten biały Rosjanin szuka w czerwonej Rosji. Lękał się. pokazał swą klasę: — Aleksandrze Dmitryczu. Oprycznik zażądał.

że przemoc nie wystarcza i trzeba odwołać się do brutalno- ści. Abdulrachmanow westchnął: — Jest pan zadowolony z Oprycznika? Tak. niech pan zdaje sobie z niego spra- wę i niech pan to odejmuje od wagi. tak jak w przypadku pokojówek”. Popełnił pan grubą niezręczność. wyznaczając na pilota Oprycznika podobne- go chama. — Nie ma o tym mowy. tak jak się taruje ważony towar.. Jeżeli chce pan zachować pewność. Niech się pan więc nie zachowuje jak sklepikarz. W przeciwnym razie to pan. — Zdarza się. Iwan III rozumiał się dobrze z Aleksandrem. Dobrze pan zrobił nie ukrywając przede mną tej sprawy. — Czy nie kryje się w tym ryzyko. że człowiek o silnej. których zadaniem jest nadać połysk temu słoneczku. będę ich nazywał zawsze tak samo. Czy nie skaptował go przeciwnik? O ile nam wiadomo — nie.. ojczulku. że wszystko jest w najlepszym porządku. uderzyć w ton patriotyczny. puszczając kłęby błękitnego dymu. którego Aleksander ochrzcił „Iwa- nem III” — „Skoro nie podaje się ich prawdziwych imion. mój kartonowy Jakubie Mojsiejewiczu. promieniującej osobo- wości — o czym przecież my dobrze wiemy. Wy- wieranie wpływu jest zawodem tego nieboraka. Iwana II zastąpił „Igor”.jego pierwsza reakcja była gwałtowna: ukarać Psara lub też wy- mówić mu definitywnie służbę. że przyswaja sobie pewne jego opinie czy sądy. Nadzoruje go pan? Tak. ale zauważył. niech mu pan przydziela zawsze 95 . zajmowałby się w przyszłości dezinformowaniem Buriatów. — Nie ma pan chyba na myśli. bowiem właśnie dla tej cechy nasz wybór padł na niego — wywiera wpływ na niższe szarże. departamentu piątego? — Nie. Mohamedzie Mohamedo- wiczu? — spytał Pitman. Zamiast więc lę- kać się wpływu z jego strony. Musi pan teraz wziąć na siebie całą winę. ojczulku — powiedział mu Ab- dulrachmanow. odwołać tamtego durnia i posłać go gdzie pieprz rośnie. Nie ma nic dziwnego w tym.

co jednak nie przeszkadzało mu w wykonywaniu zawodu. chociaż z ochotą odpowiadał na wszystkie pytania. Pitman postanowił więc rozmawiać z nim tak długo. który zakończył swój pobyt we Francji. Także i on stał się „Iwanyczem”. Na razie zadawał mu niewinne. miał rangę pod- pułkownika.pilotów czułych na jego wdzięk. który jakoś nie może uło- żyć się do snu. paryski kagebista. Iwan Iwanycz wymamrotał: — Jest jeszcze coś. proszę nie brać tego za złe. Przypominał psiaka. We- zwany do dyrekcji na okresową rozmowę z pułkownikiem Pit- manem (co nazywał pójściem do spowiedzi). to znaczy w stałym transmitowaniu instrukcji i pienię- dzy w jedną stronę. Na miejsce Iwana III. wręcz bliskich obsesji. Pitman uśmiechał się radośnie pod swymi okularkami. przyszedł Iwan IV. Być może nie ma to żadnego znacze- nia.. osłem. co mu leżało na sercu. ciepły.. że trzeba go trochę bar- dziej surowo potraktować. póki poczciwiec nie wyrzuci z siebie tego. wydaje mi się. zauroczonych przezeń. towarzyszu puł- kowniku. Chciał tylko jed- nej rzeczy: żeby wszyscy byli szczęśliwi. ale człowiek dobry. kazał wyryć w drewnie.. 96 . Pitman nie zapalał świa- tła.. Za oknami zapadał zmierzch. równie swobodne.. ten banalny bon vivant. Aleksander liczył sobie lat czterdzieści trzy. zmieni pan pilota. w chwili gdy Iwan IV. który nie zasłu- guje na swoje sianko! Proszę tak powiedzieć. kontemplo- wał portret Dzierżyńskiego. osobowość raczej bezbarwna. że nie o wszystkim opowiedział. Jeżeli jestem starym idiotą. podniósł alarm. naj- przeciętniejszy oficer. miały przyczynić się do rozluźnienia nastroju. odczytywał po raz dziesiąty przyka- zania Sun Tsu. Gdy tylko poczuje pan. siadał znowu. na wzór Abdulrachmanowa. w półmroku... które Pitman. pokwitowań i sprawozdań w drugą. A jednak. stworzył wrażenie. Odpo- wiedzi. niech się pan nie krępuje. Wreszcie.. Uwielbiał Oprycznika. Wstawał z krzesła. Niech mi pan powie: jesteś imbecylem. obojętne pytania.

sumienie czekisty...
Pitman czekał cierpliwie.
— Towarzysz pułkownik ogląda się za małymi chłopcami.
— Chce pan powiedzieć?... — Pitman nabrał powietrza z
obrzydzeniem.
Iwan Iwanycz zaczerwienił się po czubki uszu i zatrzepotał
ramionami:
— Nie, nie o to chodzi. Pan ma dzieci, przepraszam za niedy-
skrecję?
— Sześcioro.
Eliczka spełniła swój obowiązek.
— Ja sam mam trójkę, trójkę udanych pętaków, i, rzecz ja-
sna, może pan być spokojny, bolszewików. Trójka ślicznych bol-
szewiczków, jasnowłosych, największa radość mojego życia, po
godzinach służby, ma się rozumieć. Cóż, gdybym był w jego wie-
ku i nie miał żadnej blond główki do pieszczenia... Niech pan
pomyśli o sobie, towarzyszu pułkowniku... Gdy tylko w pobliżu
przechodzi jakiś mały chłopczyk albo dziewczynka, także, lecz
przede wszystkim chłopczyk, on śledzi go wzrokiem i wydaje się,
że szepcze coś pod nosem. I także, od pewnego czasu, posługuje
się wciąż zdrobnieniami, on., który do niedawna szydził z nich.
„Pan, Iwanie Iwanyczu, z pańskim spotkankami i poleceńka-
mi...”. Wykonałem nawet małe badanie statystyczne. Wypada
mniej więcej pięć do sześciu zdrobnień na godzinę. To trwa już
od roku.
Pitman poczuł falę wzruszenia. Było to szczere wzruszenie: ta
sama szczerość była źródłem jego siły. Problem zdrobnień i ma-
łych główek do pieszczot przedstawił wkrótce generałowi, który,
w wieku lat siedemdziesięciu pięciu, gotował się do przejścia na
emeryturę. Żeby móc spokojnie porozmawiać z Abdulrachma-
nowem, trzeba było naprzód odprawić ordynansów, zajętych w
jego gabinecie o pustych ścianach rolowaniem bucharskich dy-
wanów.
Mohamed Mohamedowicz zastanowił się. Jego własne życie

97

prywatne pozostawało dla jego współpracowników całkowitą za-
gadką. Jedni obdarzali go haremem, inni twierdzili, że gustuje w
obu płciach, jeszcze inni byli zdania, że lata służby pozbawiły go
potrzeb w tym względzie. Jego wielkie oblicze nie było mimo
wieku prawie wcale porysowane zmarszczkami, ale wyglądało
nieomal jak bazaltowa skała, na której nie malowały się żadne
uczucia. Po upływie minuty zawyrokował:
— Trzeba kobiety. Żadnej tam jaskółeczki. To musi być ofi-
cer. Niech ona o tym wie. Na razie nie ma mowy o małżeństwie,
ale niech mają syna. Załatwi pan dla nich miesiąc miodowy,
gdziekolwiek, a potem korespondencję za pośrednictwem pilota.
Żadnych spotkań. Pierwsze po pięciu czy sześciu latach. On za-
czeka.
— Ale... później, Mohamedzie Mohamedowiczu? Czy po-
zwolimy mu wrócić?
— Nigdy. Ale to, co Sun Tsu określa jako „boski węzeł”, za-
wiąże się jeszcze ciaśniej wokół niego.
Pitman wciąż nie mógł zrozumieć, skąd brała się niechęć
wielkiego człowieka do Aleksandra.
— Niech ona będzie dobrze zbudowana — ciągnął wielki
człowiek, który zachował zdumiewającą pamięć. — Nie taka pla-
toniczna jak poprzednia.
Gdy Pitman zbierał się do wyjścia, generał dodał jeszcze:
— Dziewica. Lub uchodząca za dziewicę.
— Ale, towarzyszu generale...
— Jest pan czekistą. Musi pan sobie poradzić.
Powracający do gabinetu ordynans otworzył szeroko oczy ze
zdumienia.

Ałła Kuzniecowa miała dwadzieścia cztery lata, stopień kapi-
tana i piękne szare oczy. Pochodziła z wielkorosyjskiej rodziny
chłopskiej. Była dorodna, cechował ją ciężkawy nieco wdzięk jej
rasy. Była marzycielką. Kochała muzykę. Lubiła wspinać się na

98

drzewa. Osobista ambicja i dziedziczna pruderia sprawiły, że nie
poświęcała dotąd zbyt wiele uwagi mężczyznom.
Aleksander wybrał ją tak, jak książęta wybierali niegdyś swe
żony. Studiował jej fotografie, badał informacje, jakie mu do-
starczano na temat stanu jej zdrowia, jej studiów i jej charakte-
ru. Nigdy nie marzył o prowadzeniu zwykłego mieszczańskiego
żywota; spodobało mu się, że oto w taki sposób rzuca chusteczkę
pod nogi swej wybranki. Jednocześnie doceniał troskę przełożo-
nych o ułożenie jego życia.
Abdulrachmanow zażądał, by przedstawiono mu wybrankę
Aleksandra.
— Królewski kąsek — oświadczył, zbadawszy twardość jej
muskułów. — Łobuz ma niezły gust.
Pitman nie wyrzekł ani słowa. Każda pociągająca kobieta
wywoływała w nim odruch czułości i od nowa budziła jego na-
miętność dla grubej już Eliczki.
Powzięto tysiąc środków ostrożności, by spotkanie tych dwoj-
ga odbyło się potajemnie. Psar oświadczył wszystkim, nawet
swej wiernej sekretarce, że wybiera się na przejażdżkę statkiem
po fiordach Norwegii, kupił bilet lotniczy do Senegalu i pojechał
do Jugosławii, wynajmując BMW pod fałszywym nazwiskiem.
Jego firma dobrze to przygotowała. Romantycznie mały lecz
wygodny domek, po którego murach pięła się winorośl, domek o
dwóch łazienkach, wzniesiony na wzgórzu nad Adriatykiem,
otoczony kwitnącym ogrodem i oddzielony od szosy siatką pod
napięciem, czekał na pułkownika i przyszłą pułkownikową. Dy-
wany (Abdulrachmanow: dywany to bardzo ważne, usposabiają
do wylewności) wyścielały wielki salon o kamiennej posadzce.
Ściany o fantazyjnych załomach poprzecinane były czymś w ro-
dzaju otworów strzelniczych. W kącie naprzeciw kominka stał
fortepian, dalej kanapa wyłożona wyszywanymi poduszkami i
tuż obok gramofon, wyposażony w przynajmniej pięćdziesiąt
płyt, milczał tak jak milczą, w szczególny sposób, wszystkie

99

aparaty muzyczne (Pitman: to ważne, muzyka, apeluje do ser-
ca). W lodówce, prócz wielu innych rzeczy, znajdowały się cztery
gatunki kawioru i dwanaście rodzajów wódki (Abdulrachma-
now: trzeba, żeby mogli codziennie jeść ostrygi — Pitman: przy-
gotuję dla nich chałwę). Barek mieścił koniaki gruzińskie (ze
względów patriotycznych) i francuskie (dla ich smaku!). (Ab-
dulrachmanow: oby tylko nie zapomnieć o napojach! — Pitman:
trzeba pamiętać o butelce śliwowicy.)
Nie zapomniano też o dekoracjach. W sypialni Abdulrachma-
now kazał zawiesić Skradziony pocałunek Fragonarda, wypoży-
czony z Ermitażu, co było możliwe dzięki randze wielkiego czło-
wieka. Narzekali na to tylko niektórzy turyści (do dziś przy-
pominają sobie puste miejsce na ścianie). Pitman natomiast
polecił ozdobić ściany salonu rycinami rosyjskich romantyków.
Nad kominkiem umieszczono portret Feliksa Edmundowicza.
Miał on przypominać kochankom o ich misji. Lubiący tortury
asceta zdawał się wpatrywać w promienną przyszłość, oświetlo-
ną blaskiem płonących szczap. Pod obrazem wyczytać można
było sławetną dewizę: „Umysł chłodny, gorące serce, ręce zaw-
sze czyste”.
Obaj kompani cieszyli się po ojcowsku moszcząc gniazdko dla
swych agentów:
— Mam nadzieję — powiedział Pitman z przekonaniem — że
będą szczęśliwi.
— Nie mają innego wyjścia — skomentował Abdulrachma-
now, uśmiechając się złośliwie.
Zaraz po przyjeździe Aleksander nawiązał kontakt ze starą
wieśniaczką, która miała pełnić funkcję kucharki. Służyła nie-
gdyś u rosyjskich emigrantów, dzięki temu poznała dość dobrze
język i lubiła się nim posługiwać. Aleksandra wzruszyło spotka-
nie z tą rusofilską Słowianką z południa. W jej głowie car, opie-
kun prawosławia, mieszał się w przedziwny sposób z małymi,
mściwymi komisarzami jej plemienia, lecz mit „wielkiego brata”
z Północy nie stracił nic na realności. Szybko przywykł do sposobu,

100

w jaki zwracała się do niego: „Wasza Wysokość, towarzyszu puł-
kowniku”.
Aleksander nie znał do tej pory Jugosławii. To, co tu zobaczy-
ł, zaskoczyło go. Zawsze przekonany był, że Słowianie i ludy
śródziemnomorskie należą do dwóch całkiem różnych światów,
tymczasem odkrywał coś całkiem przeciwnego. Ten kraj rozcią-
gał się między Europą Środkową i Starożytnością, między
Wschodem i Zachodem. Była to jakby niewielka Rosja otwarta
na Morze Śródziemne, to znaczy synteza, w której przeglądało
się także i jego własne przeznaczenie.
Napełnił samochód naręczami kwiatów i pojechał na dwo-
rzec.
Ałła miała na sobie niebieski kostium i białą bluzkę o wielkim
kołnierzu. Szła wzdłuż peronu krokiem prawie męskim, z wyso-
ko uniesionymi barkami, świadoma swojej urody i zdecydowana
nie przywiązywać do niej żadnego znaczenia. Jej szare oczy wy-
rażały ten stan czujności, który powinien charakteryzować zaw-
sze oficera w chwili, gdy znajdzie się w obecności przełożonego.
Lecz kryły się w nich także bardziej marzycielskie, melancholij-
ne, kpiarskie ogniki. Z najwyższym trudem oboje tłumili w sobie
wielką ciekawość, którą tak bardzo chcieli zaspokoić. Przedsta-
wiła się z werwą:
— Kuzniecowa.
— Jest pani taka sama jak na fotografiach.
Spojrzała na niego:
— A pan wcale nie.
W jej szarych oczach błysnęła kokieteria.
— Nie?
— W rzeczywistości jest pan młodszy.
Chciał wziąć jej walizkę:
— Niech pan zostawi. Mogę ją sama wziąć.
— Wiem, że pani może, ale nie zgadzam się na to.
Puściła rączkę walizki. Ich dłonie zetknęły się.

101

Szli obok siebie w milczeniu, póki on nie zapytał:
— Czy nie jest pani zmęczona? Chce pani pójść od razu do
domu? Spać do jutra?
Spojrzała na niego. Jej powieki wydawały się odrobinę zmię-
te:
— Chcę robić to wszystko, na co pan ma ochotę.
Zatrzymał się:
— Ałła, ustalmy jedną rzecz. Jeśli będę chciał, żeby pani ro-
biła to co ja chcę, powiem pani o tym. Gdy jednak pytam, co by
pani chętnie zrobiła, pani powinna mi odpowiedzieć całkiem
szczerze.
— Zrozumiano.
Odebrał to „zrozumiano” jak szok. Było w tym coś pospolite-
go.
— No więc co sprawiłoby pani przyjemność?
— Nie jestem zmęczona. Chciałabym... zobaczyć miasteczko,
co? Pójść na spacer? Z panem, oczywiście.
Irytacja Aleksandra szybko się rozpłynęła. Ałła miała w sobie
coś z posłusznego, miłego pieska: „W tę uliczkę? Dobrze. Do
tego ogrodu? Doskonale”. Ale zarazem cechowała ją też godność
urzędnika. Jedno i drugie było wzruszające. Świadoma była, że
należy do elity tych, którzy wiedzą, jak trzeba się zachować w to-
warzystwie, umrzeć za ojczyznę, wytłumaczyć historię świata w
kategoriach walki klas. Czuła, że zasługuje na szacunek, wy-
magała, by okazywano jej respekt. Głupcy posługujący się chęt-
nie tym słowem uznaliby zapewne, że jest zanadto „elitarna”.
„Niewiele brakuje — myślał Aleksander z rozbawieniem — że-
bym to ja oburzył ją jakimś zanadto poufałym odezwaniem się
albo, przy stole, unosząc serwetkę jedną tylko dłonią”.
Po upływie godziny nieśmiałość Ałły, płynąca z różnicy stopni
oficerskich, rozwiała się. Dziewczyna stała się bardziej zwy-
czajna, rzuciła nawet w stronę Aleksandra kilka śmiałych spoj-
rzeń. Wcale nie próbowała go uwodzić, nie umizgała się do nie-
go, tylko oddychała tak, jak oddychają kobiety, które wiedzą, że
budzą pożądanie mężczyzn. I w dodatku gdy unosiła lekko

102

prawą brew, lewy kącik jej ust opadał troszkę w dół, co czyniło ją
szczególnie pociągającą.
Zjedli obiad na tarasie restauracji, pod gałązkami grabu.
Przed nimi rozciągało się fioletowe morze Ulissesa. Ałła śmiała
się, zadowolona:
— Jakie to romantyczne!
Aleksander przyglądał się jej uważnie, nie jako kobiecie — ten
egzamin zdała bez najmniejszego trudu, a zresztą Psar uważał,
że wszystkie kobiety są jednakowe — lecz jako przyszłej małżon-
ce i, jeszcze bardziej, matce jego mających się narodzić dzieci.
To, że energicznie służył światowemu komunizmowi nie głuszy-
ło wcale właściwej Aleksandrowi dumy należenia do linii przy-
wódców. Przeciwnie, był nawet zdania, iż właśnie społeczeństwo
komunistyczne przywiązuje większą wagę do rozpoznawania i
promowania przywódczych talentów. Liczył więc na to, że mali
Psarowie osiągną w przyszłości wysokie stanowiska w kraju,
zajmując należne im miejsce. Myśl ta nie miała w sobie nic sno-
bistycznego. To, że jego żona wyszła z rodziny chłopskiej, nie
przeszkadzało mu wcale, wymagał jednak, by była dobrze uro-
dzona w innym, głębszym sensie, by zdolna była zachowywać
pewną jakość życia, w stosunku do której szlacheckie nazwisko
pozostaje tylko symbolem, nigdy gwarancją.
Obserwował — dyskretnie, jak mu się wydawało — jej nad-
garstki, mocne i delikatne zarazem, zwracał uwagę na braki so-
wieckiej gramatyki, na smakowitą wymowę, pozbawioną drob-
nomieszczańskiej śpiewności, nie umknął mu brak biżuterii,
sposób, w jaki Ałła opuszczała głowę, patrząc jednocześnie spod
oka, co mogłoby być manierą, lecz nią nie było, czystość krótko
obciętych paznokci, troska o to, by nie mówić z pełnymi ustami,
pewność, że ma się zawsze rację w sprawach zasadniczych, i coś
w rodzaju pogodnej pokory, gdy w grę wchodziły problemy dru-
gorzędne; stopy duże, lecz nie ciężkie; umiarkowanie w jedzeniu
i zarazem rozkoszowanie się potrawami; wreszcie wspaniała

103

szyja. Zacytował żartobliwy wiersz Aleksandra Tołstoja:
Łabędzia szyja, szyja pawia,
Łodygi wdzięczny ruch.
Szyja radosna, wyniosła i godna,
Białego marmuru okruch.
Także i Ałła przyglądała mu się, zdecydowana spełnić swój
obowiązek, nie tracąc jednakże estymy, jaką miała dla samej sie-
bie. Dziwiły ją żarty, do których nie była przyzwyczajona. Jakiś
czas później powiedziała Aleksandrowi:
— Pan kpi sobie ze mnie przez cały czas.
Jemu tymczasem wydawało się, że odnosi się do niej z sza-
cunkiem i uwagą, może aż nazbyt podkreślonymi.
Po obiedzie wybrali się posłuchać piosenek. Aleksandra ude-
rzał kontrast między słowiańskim językiem i arabskimi melodia-
mi. Gdy wracali, reflektory samochodu oświetlały kaskady kwia-
tów; Ałła, w ekstazie, wyliczała ich nazwy, chociaż nie mogła
nawet dobrze rozróżnić kolorów. Aleksander, obojętny jak zaw-
sze na świat zewnętrzny, niezdolny odróżnić fiołków od mieczy-
ków, myślał o alchemicznym sekrecie, który zwiąże w jedno dwa
rody, jego własny i tej kobiety.
Ałłę zachwyciła „dacza”, o ileż obszerniejsza niż dwupokojo-
we mieszkanie, które zajmowała z matką w budynku KGB na
Stretence.
— Czy zna pan Stretenkę, Aleksandrze Dmitryczu?
Wyjaśnił, że nigdy nie był w ZSRR.
Nie chciała wierzyć własnym uszom.
— Ależ pan mówi po rosyjsku nienagannie! Czasem używa
pan nieco staroświeckich zwrotów, ale mimo to mówi pan
świetnie.
— Nie powiedziano pani, że jestem emigrantem? — po raz
pierwszy zrobił aluzję do okoliczności poprzedzających ich spo-
tkanie.
— Wydawało mi się, że wyjechał pan z kraju w dzieciństwie.

104

Odsunął się odruchowo; w stosunku do tych, których określa-
no jako „drugą emigrację” odczuwał zawsze podwójną niechęć.
Jako bolszewik widział w nich zdrajców, jako dawny emigrant,
którym pozostał, uważał ich za podrzędniejszy gatunek.
— Wyjechałem z kraju jeszcze nim się urodziłem — wyjaśnił.
Ałła przysiadła na uzbeckim dywanie i, mimo późnej godziny,
zaczęli mówić o sobie, on z oporami, ona całkiem płynnie, gład-
ko. Siedziała wyprostowana, ze skrzyżowanymi nogami, nie było
w niej ani nienaturalnej sztywności, ani ociężałości. Opowiadała
o swoich studiach i ambicjach, które, bardzo szczęśliwie, szły w
parze z jej wielkim pragnieniem okazania się osobą przydatną.
— U nas kobiety mogą się zajmować wszystkim. Być może
zostanę kiedyś generałem. Pan — dodała nie chcąc go urazić —
będzie marszałkiem. Czy chce pan herbaty? Albo kawy, jako
Francuz? Zaraz zrobię.
Objęła władzę w kuchni bez najmniejszego wahania i całkiem
kompetentnie. Przekonana była, że będzie chciał zmieszać kawę
z whisky, Aleksander zaprzeczył jednak ironicznie. Wreszcie
mogli mówić otwarcie o związku, jaki miał ich łączyć. Ałła zno-
wu usiadła na podłodze i piła herbatę —, ja piję już herbatę tak
jak się powinno pić, ale wyznam coś panu: nie udało mi się nig-
dy oduczyć mojej mamy zwyczaju trzymania cukru w zębach” —
on wyciągnięty na kanapie, odkrywający po raz pierwszy ciężkie
opary gruzińskiego koniaku. Pomyślał o zaletach francuskiej
cywilizacji.
Zbliżały ich do siebie patriotyzm oraz przekonanie, że system
komunistyczny zawładnie światem. Pewność tego zwycięstwa
budziła w niej wyłącznie radosne emocje: to tak, jakby się ocze-
kiwało szczęśliwego zakończenia bajki. Dla Aleksandra było to o
wiele bardziej złożone, tym niemniej życzył zwycięstwa partii, na
którą postawił. Pogodziło ich następujące sformułowanie:
— Służymy. Nasza działalność jest służbą.

105

nie będzie przez ten czas widywał Ałły. skorzysta z prowizorycznych namiastek. Najkrótszy choćby okres na- rzeczeństwa wydawał się delikatnemu Aleksandrowi niezbędny. żeby wydawał jej się zniewie- ściały. gdy ten zacznie potrzebować ojcowskiego autorytetu i gdy można będzie wspólnie z nim bawić się ołowia- nymi żołnierzykami. Przeciwnie. No cóż. Nawet jednak gdyby brać pod uwagę najgorszą możli- wość. Ałła wiedziała dobrze. Tego wieczoru spali oddzielnie. Gdy trzeba będzie. i wykąpali się nago. to znaczy całkowity zakaz spotkań ze względu na zacho- wanie sekretu. w skupie- niu. pełen kurtuazji. na jakie się im po- zwoli. Jeśli zaś idzie o samą zasadę małżeństwa z rozsądku. inteligentny i tylko trochę mniej męski niżby sobie tego mogła życzyć. Na dodatek był przystojny. ukrytą u stóp wzgó- rza. ale nie miał w sobie nic z kulturysty czy mocarnego cięża- rowca. Dla niego nie było to aż tak przerażające. którego przed- stawiono jej jako bohatera. Ałła będzie wycho- wywała ich dziecko czekając. że pozna swego syna dopiero wtedy. Nie to. że małżeństwa pomiędzy pracownika- mi KGB były jak najbardziej popierane i nie widziała nic niesto- sownego w tym. Później Aleksander objął ją. gdy łamie się chleb. Aleksander czuł. to nie była nią bardziej zgorszona niż miliony kobiet w ciągu mi- nionych wieków. miły. tak jak przy stole. będzie miała wkrótce sposobność przekonać się o swej pomyłce. 106 . Myśl o niemowlę- tach w koszulkach napełniała go lękiem i niechęcią. — W pierwszych latach — powiedział Aleksander — nie bę- dziemy się często widywali. że potrafi znieść rozłąkę. Nie przewidywał też trudności z jej strony. aż skończy się misja Aleksandra i aż będzie mógł wrócić i zająć miejsce w rodzinie. W tej dziedzi- nie nic się nie zmieniło od czasów księcia Igora. Gdyby Ałła oceniła jego gest w sposób mało dla niego korzystny. znajdował pewną przyjemność w wyobrażeniu. O wschodzie słońca zbiegli na małą plażę. że miała poślubić mężczyznę. Pitman nie sprecyzował liczby spotkań.

Dlatego. To stąd brały się jego względy. To niedyskretne. a nie z tym przeżytkiem epoki (jak mówią Rosjanie: bywszyj). że wszystko toczyłoby się inaczej. tak to ujmowała (oczy szeroko otwarte): — Obejmował mnie tak.. Ałłę wzruszały czułość i szacunek ze strony tego mężczyzny. — Po raz pierwszy — powiedział jej ze szczerością. że szeptał tej nie- znajomej kobiecie słowa miłości.. jaką odczu- wał dla innych kochanek: robię z ciebie użytek — zamieniała się w uwielbienie: jesteś moim pokarmem. Niekiedy małżeństwa z rozsądku mają najwięcej poetyckiego wdzięku. póź- niej już.. że była Rosjanką zmieniało w sposób zasadniczy sam akt miłosny. że mamy się pobrać? — Nie. Przyłapywał się na tym. że popełniam cudzołóstwo.. Pewnej nocy powiedział do niej cicho: — Czuję się tak. i zresztą po cóż mu to wiedzieć? 107 . co na ogół łączyło się tylko z przyjemnością lub z uczuciem ulgi. I wchodząc do sypialni pukał do drzwi. że oto spełnia się przeznaczenie i świat wraca do normy. które słuchały jej przygód z sarkazmem i współczuciem zarazem.. gdyby miała do czynienia z prawdziwym bolszewikiem. że mężczyzna może być isto- tą tak ufną i tak bezbronną. — Dlatego. przenoszący się nawet do łóżka. Pogarda. My ślę.. opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciółkom. Jednocześnie jednak mówiła sobie. Przyjaciółki. Oczekiwała czego innego. starszego od niej o dwadzieścia lat. Gdy. nie powiedziały jej nigdy. Przeświadczenie. I chciał wiedzieć. Coś. od których dowiadywała się o dokonaniach ich ko- chanków. do której nie nawykł — nie mam poczucia. jakbym już wrócił. To. Otwartość Aleksandra była dla niej czymś rozbrajającym. stąd ten uroczysty nastrój. czy jestem szczęśliwa. że jesteś Rosjanką. że prawdziwy mężczyzna nie powinien się o to troszczyć. jakbym była świętym obrazkiem. stawało się sakramentem. jeszcze po- większało jego zapał. I nigdy żadnego zgrzytu czy fałszu.

Klejnot. Odpowiedział jej poważnie. jeszcze ten drobiazg”. myślał. nieomal rozba- wiony: — Nie dziękuję ci za to. „Ach. mówił sobie Aleksander. ale i wzruszony. zabierając się do powrotu. Zamówił u 108 . Śmiała się z przyjemnością. zanim znalazła się w jego ramionach. że. gdy twierdził. Rozpłakała się jeszcze raz. żeby stary na nas patrzył. Śmiała się. spośród których miała wybrać prezent dla siebie. że ona nie umie przyrządzić pierogów tak jak trzeba i gdy utrzymywał. Śmiała się. Nie masz mi za co dziękować — mówiła naiwnie. Śmiała się. obsypując ją kwiatami i czekoladkami. jaki kiedykolwiek wi- działa. gdy przyłapała go na polerowaniu pilniczkiem paznokci. że się udusi od śmiechu. Gdy trzeba się było rozstać. Już w Paryżu ten pułkownik Komitetu Bezpiecze- ństwa Państwa kupił sygnet i zaniósł go do grawera. gdy pokazał jej z dziesięć buteleczek perfum. co zrobiłaś. Przytulała się do nie- go w uniesieniu. z radością. pomaszerowała w stronę portretu Feliksa Edmundowicza i odwróciła obraz twa- rzą do ściany: — Nie chcę. gdy wychodziły na jaw jego luki w znajomo- ści marksizmu-leninizmu. że rewolucja zabiła rosyjską kuchnię. przez łzy. gdy tylko wspomniał o przyszłości: ile dzieci? jak je nazwać? gdzie będzie- my spędzali nasze wspólne urlopy? Śmiała się za każdym razem. jestem twoja. Śmiała się. Na razie jednak była w nim zakochana. Ale to on. to za mało. że jej pragnie. nago. miałaś w tym przyjemność. gdy czytała w jego oczach. Odprowadził ją na dworzec i umieścił w przedziale. Wybuchnęła śmiechem. rozpłakała się: — Sasza. gdy uniósł ją w ramionach i przerzucił przez okno. Dziękuję ci za to. gdy ona. jak sądzę. na ogół umiarkowany w wesołości. tak że znalazła się wśród masy goździków. tym razem z wdzięczności: — Ja przecież tylko wykonałam mój obowiązek. W szka- tułce znajdował się najpiękniejszy klejnot.

Mruczał coś pod nosem. Semiczastny (zdjęty ze stanowiska). w mundurze. Na horyzoncie widać było żaglówkę. Stalina. i skrzyżowane złote rózgi. An- dropow (w jaki sposób on skończy?). Patrzył na kołyszące się palmy. na widok którego zadrżeliby zachodni heraldycy: psie paszcze. Po raz pierwszy podwładny ujrzał ciało swego przełożonego w całej okazałości. Ten człowiek. w dziewięć miesięcy po jugosłowiańskim epizodzie. mój emaliowany Jakubie Mojsieje- wiczu. Jeżeli ktoś napisze jego biografię. na widok której myślało się o zwło- kach. bardzo niedobrze. — Mohamedzie Mohamedowiczu. prawie nagie..niego wyrycie na owalnej tarczy sygnetu herbu rodu Psarów. Jego przełożonymi byli Dzierżyński (przeniesiony na inne stano- wisko).. zwrócone w lewo. Był wynalazcą nieprześci- gnionej broni współczesności. w kolorze naturalnym. Tam właśnie odnalazł go Pitman. Ge- nerał zacytował Lermontowa: — Samotny biały żagiel. — Urodziła się córka. Czuł się odpowiedzialny także i za to. urodzony na początku stulecia. Malenkowa. Chruszczowa i Breżniewa. Beria (zlikwidowany). Szelepin (zdjęty ze stanowiska). — To bardzo niedobrze. Generał Abdulrachmanow. w której chciał dożyć końca swych dni. Jagoda (rozstrzelany).. Pitman stał przy nim.. Jeżow (powieszony na drzewie w szpitalu psychiatrycznym). 109 . gdy tylko urodzi się ich syn. herbu. zażywał kąpieli słonecznych na plaży w Soczi. służył pod roz- kazami Lenina. rozciągniętych na anatomicznym stole. Pośle go dla Ałły. Abdulrachmanow poprawił swoje spłowiałe czerwone kąpie- lówki i spojrzał w dal. bardzo mi przykro. Czuł piasek w butach. Zaskoczyła go ciemna barwa skó- ry — tylko czaszka zachowywała swą oliwkową bladość — wgłę- bienia kręgów i chuda szyja. zanim przeniósł się do swej „pu- stelni”.

Jednakże było oczywiste. że narodziny jednej córki nie zaspokoją jego potrzeby zakorzenienia się w czasie i w przestrzeni. na- rażało jego misję. ani o kadrach rezerwowych. Tymczasem teraz Pitman miał przed sobą zaledwie wielkie brązowe cielsko piekące się w promieniach słońca. ani o aktywie. W ta- jemniczy sposób — tak że nawet Pitman. Pitman. Gdyby to był rozkaz. Poza tym nie było wiadome. że był kimś w rodzaju europejskiego Sun Tsu. czy był w stanie spłodzić chłopca. nie moż- na już było mówić ani o hierarchii. Zamknął oczy. Każde spotkanie z Ałłą stanowiło ryzyko dla Aleksandra. z powołania jednak był czarownikiem. który nie został jeszcze przyjęty do wąskiego grona „Teoretyków”. Święci nawzajem okazywali sobie zaufanie w sprawach służbowych idące tak daleko. pocięta zebrą żeber. Był posiada- czem wysokiego stopnia wojskowego i służył w organizacji poli- cyjnej. formalnie rzecz biorąc. nie mu- siałby brać go pod uwagę: zasadniczo Abdulrachmanow opuścił już organizację. który pożegnać można tylko pożegnawszy się z życiem (i nawet to nie było cał- kiem pewne). gdzie obaj oni operowali. Liczył się wyłącznie departament. nie ogarniał tego do- brze — człowiek ten rządził światem.okaże się. Abdulrachmanow nie wahał się wcale. Od razu jednak zdał sobie sprawę. Jego ogromna klatka piersiowa. że Abdulrachmanowowi nie przyszłoby do 110 . że jego sugestia nie będzie przyjęta. — Cóż — powiedział — mogą przecież próbować tyle razy. Całe jego życie ubiegło na robieniu sztuczek. uniosła się i wydała z siebie tchnienie: — Niech to będzie syn. Pitman nie miałby może dość odwagi. Tyle że tam. Było to coś w rodzaju obcowania świętych. ile będzie trzeba. Słowa te bardziej przypominały zaklęcie niż rozkaz. by uciec się do roz- wiązania całkiem oczywistego.

który wyrażał zgodę na ich wysłanie. jak jej się zdawało. tatusiu. Synek porucznika Jermakowa z drugiej dyrekcji fotografowa- ny był bardzo często. Małą Kasię wychowywała babcia. W pewnym sensie. .głowy zapytać. ostatnia wola podporucznika marynarki została już spełniona: cząstka jego ciała „powróciła”. czy przypadkiem nie zawiadomiono już ojca o narodzinach córki. którego jakoś tam kochała i za którym. Rzecz jasna listy te przechodziły przez ręce pułkownika Pitma- na. niepotrzebnie i w dziwnie nieokreślony sposób tęskni- ła. Z gołą głową. w palącym słońcu. jakie wysyłała swemu kochankowi. Ałła bez skrupułów wykonywała instrukcje. pomyślał. Należycie wprowadzony w błąd Aleksander wybrał się na grób do Sainte-Geneviève. przysiadł obok grobu: — Teraz. Kapitan Kuzniecowa otrzymała dokładne instrukcje co do treści listów. pojawił się nowy Dymitr Aleksandrowicz. Ałła tymczasem zaczęła żywić pretensje do tego mężczyzny w śred- nim wieku.

Sypialnia była ogromna. które przekonują gościa. Jeden tylko przedmiot wyłamywał się z ogólnej banalności 112 . Był to kompletny i nigdy nie przeglądany zbiór wydań Plejady. w których nie tkwiły kłębki włosów. Ani w sypialni. ani w przylegającym do niej salonie nie znać było żadnego z tych śladów osobowości. lecz decyzje podejmuje lokator. Także książki. jedną ze ścian. Pod stopami ścielił się jedwa- bisty dywan. powtarzały to samo. Nie był jeszcze całkowicie rozbudzony. że dekorator co prawda proponuje. pokry- wała układająca się w fałdy firana. Psar otworzył oczy w mieszka- niu na jedenastym piętrze eleganckiego domu w Suresnes. Można było domyślać się tylko. szklaną płytę. To samo w łazience: starannie osu- szone mydła. ustawione w salonie. Harmonia delikatnych odcieni niebieskiego i stłu- mionych beżów świadczyła o dekoratorze. szczotki. że jest to ktoś dbający o porzą- dek i zamożny. brzy- twa wyczyszczona po goleniu — wszystkie te przedmioty ułożone były starannie i nic nie chciały zdradzić na temat ich właściciela. 3 JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA Dokładnie w trzydzieści lat od chwili. kiedy na wieży Notre Dame przyjęty został do służby. lecz coś podpowiedziało mu od razu: — Od dzisiaj zacznę wracać. z którego talentu można było być dumnym.

w regularnych odstępach. i na nim też spoczął wzrok budzącego się Alek- sandra. Wszystkie te jednak zastrzeżenia nie mogły w naj- mniejszym nawet stopniu podważyć decyzji. o ogromnych figurach z rzadkiego gatunku drewna. A przecież nie jest rzeczą łatwą dla czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny zmienić na- gle bieg życia. — F6: właśnie tak jak myślałem. Będzie musiał nawiązać nowe sto- sunki i znajomości. Podniósł się z łóżka. — Co. Były to szachy elektroniczne. Sieć znajomości. Tam nie odnajdzie za- pewne takiej wygody życiowej. Straci kraw- ca. choćby w jego drobiazgach. Na- tychmiast ją zaprogramował: 113 . do którego przywiązał się od lat — czy tam w ogóle są kraw- cy? — i będzie musiał wziąć inny samochód. luksusu nie tyle nawet material- nego — bo tego mu nie zabraknie — ile wyrażającego się w na- wykach. Nie wiedział nawet. Aleksander znał ripostę już od poprzedniego wieczoru.dobrego tonu. z uwagi na kłopoty z częściami zamiennymi. Decyzję swą podjął dawno temu. Przy goleniu myślał znowu o dziwacznej scenie. Nie miał zamiaru jej zmieniać. powziętej przed trzydziestu laty. Pewna nieza- leżność. Nie dorównywał mu obecny czerwiec. z ludźmi innej kategorii. w odurzeniu i migota- niu tamtego upalnego czerwca. w wieloletnich czynnościach i zwyczajach. nie znalazłeś jeszcze? — Aleksander zwrócił się po rosyjsku do towarzysza swych nocy. Czerwony wskaźnik migotał co jakiś czas. zdmuchnięta zostanie jak pajęczyna zmieciona przez szczotkę. jak zniesie tamtej- szy klimat. wobec których nie będzie wykonywał miłego posłannictwa oszusta. podjęta była właściwie od zawsze. na jaką mu do tej pory pozwalano. będzie musiała ustą- pić miejsca uzależnieniu. która roze- grała się wtedy na szczycie Notre Dame. Gdy wychodził z łazienki. komputer przestał mrugać czerwo- nym okiem — oznaczało to. tkana przez niego cierpliwie latami całymi. iż znalazł wreszcie rozwiązanie.

odpo- wiadała jego pozycji. który był ojcem chrzestnym tego dzieła opublikowanego przez wydawnictwo Lux. to już ostatni moment! Przecież wczasowicze w Sa int-Tropez nie będą się trudzili lekturą podobnie pracowicie udokumentowanej książki! Zobaczy pan zresztą.. uchodzący za pismo prawicowe. mówiąc o mojej linii redakcyjnej. wkrótce zaczynają się wakacje. Miało to znaczyć: zadał mi pan cios poniżej pasa. że Słownik jest napisany całkowicie w pańskim duchu. Prawie w to wierzył. Wierzył w to. Słysząc nalega- nia Psara westchnął. Jean-Xavier de Monthignies lubił pozować na człowieka le- wicy. 114 .. Zatrzymał się na moment na przejściu dla pieszych i obniżył szybę okna. Prowadził dziennik. Lu- bił swoją bordową omegę. a więc. ta jednak należała do jego „orkiestry” i lubił ją prze- rzucać. Sprzedawczyni gazet. mrucząc pod dotykiem jego ubra- nych w rękawiczki dłoni. Teraz omega. «Niezależny» nie ogłosił był jeszcze artykułu o Słowniku dyktatur. gdy samochód uwięziony był w korkach. zadał sobie trud zadzwonienia do re- daktora naczelnego pisma: — Wybory już za nami. którą kupił okazyjnie dwadzieścia pięć lat temu. Tak samo jak i ja jest pan potomkiem klasy panów. Z ko- nieczności musiał poruszać się zygzakiem. — Wiem. — Ja godzę zwaśnionych — odpowiadał błyskotliwie. Kupił ją niedawno i miała to być symboliczna aluzja do alfy. znająca go od dawna. Jean-Xavier. co chce pan powiedzieć — odparł. W trakcie jazdy odnalazł prawą ręką literacką stronę dziennika. co mówił. nie była już nawet wyskokiem. Zjechał do betonowych wnętrzności budynku. do garażu. Aleksan- der. wręczyła mu «Niezależny Dziennik». — Masz teraz cały dzień na zastanowienie się. Inne gazety znajdował rano na swo- im biurku. — My obaj dźwi- gamy jarzmo ciężkiej przeszłości. — Jak pan to wszystko godzi? — pytano go nieraz.

Co najdziwniejsze. że Związkowi Radzieckiemu dostało się. stosowanie presji fizycznej w trakcie prze- słuchań. Oto ich przykłady: poddanie sądownictwa pod nadzór władzy wykonawczej. młody. przechodząc kolejno wymienione po- wyżej kryteria polityczne. W gruncie rzeczy wystarczyło pozwolić działać takim jak on Minquinom. 115 . Cień uśmiechu przemknął przez nieco końską twarz Aleksan- dra Psara. będąc poniekąd zawodowym ilu- zjonistą. Miało to być rekom- pensatą za opóźnienie w publikacji recenzji. cel: przetrwanie”. nie sposób jednak nie wyrazić uznania dla obiektywizmu autora. oraz: „liczba mieszkańców: 3 miliony. Słownik dyktatur omówiony zo- stał w artykule zajmującym pół kolumny. że jest potomkiem wyzyskiwaczy. bo liczyłem). ponad którą falowały bujne brązowe włosy Febusa. że po- święcając tyle samo czujnej uwagi ZSRR i Paragwajowi daje do- wód obiektywności. że. Jean-Xavier de Monthignies nie czułby się dobrze. Dał jednak słowo i w takich wypadkach — jako redaktor na- czelny — dotrzymywał słowa. gdyby za- pomniano. liczba miesz- kańców: 240 milionów. — Na wstępie autor definiuje kryteria re- żimów dyktatorskich. Trzeba powiedzieć. iluzjoniści niższego szczebla uważali się za ludzi rzetelnych! Autor Słownika dyktatur przekonany był. karanie za wypowiadanie przekonań. i omawia je. W rezultacie obok siebie znajdowały się hasła: „baza materialna i techniczna komunizmu. „Książka obfituje w nowatorskie sformułowania — pisał Hugues Minquin. Nie musimy podzielać jego przeko- nań. I oczywiście Minquin wpadł w tę pułapkę. Uważał za godne podziwu. znajdował zawsze bez trudu iluzjonistów niższego szczebla. co mu się należy”. palących się do przyjęcia odeń magicznej pałeczki. Następnie autor wylicza trzydzieści trzy państwa. poważny dziennikarz. Wszystkie opisywane państwa przedstawione zostały na tej samej ilości stron (wiem. nieukrywany cel: narzucenie własnej doktryny całemu światu”. monopartyjność. którym przysługuje określenie «dyktatury». różnego ro- dzaju dyskryminacje.

który nie miał ani imienia ani oblicza. do którego kierowano dysydentów. których nie znał i zapewne nie po- zna nigdy. potem uderzał w nie dłonią. to jest na tony. nie mieli żadnych powodów. jaką w to wkładamy. a także koloryt literacki dzieła. Ponieważ zaś byli Francuzami. Nie ryzykowali dekonspiracji. „Cóż — pomyślał Aleksander. jako że gra. okoliczności. by żądać „powro- tu”. ludzi. wszystko to ekscytowało prasę. uśpionym od tylu lat. i nic więcej. za- kładu psychiatrycznego. a zyski nieobliczalne”. sentymentalnego. Pewna jednak wiadomość przyciągnęła jego uwagę. że wszystkie składniki tej sprawy. natrafiał tylko na drugi i trzeci stopień ak- tywności. które przeszły już przez odpowiednie „pudła rezonansowe”. Cały czas prze- prowadzał selekcję: najbardziej zajmowało go śledzenie pracy jego współtowarzyszy. Prawdopodobnie autorem pracy był jeden z więźniów Szpitala Specjalnego w Leningradzie. Jakub Mojsiejewicz nie omieszkałby w tym miejscu zacyto- wać Sun Tsu: „Należy wyciągać korzyści z sytuacji jak wtedy. w jakich tajemnicze kartki. jest minimalna. coś drgnęło. to jest sytuacja tego człowieka. nawiązujący jakby do typu wschodniej bajki. ale w każdym razie budziła sensację. Trzeba powiedzieć. żeby móc odczytać jakiś tytuł. Nowa stronica dzieła pod tytułem Rosyjska prawda dotarła do wy- dawnictwa Mewa w Rzymie. Dzisiaj nie udało mu się odszukać śladów interwencji „pierwszego stopnia”. „Żelazna Maska” — bo tak nazy- wano nieznanego autora — stała się może nie gwoździem sezo- nu. uwięzionego pośród 116 . przebiegłego Pitmana”. odczuwając przyjemność nieco tylko zabarwioną poczuciem wyższości — zobaczę wkrótce Pit- mana. stanowiące cząstki rękopisu docierały na Zachód. jaką wspólnie prowadzili. pozwalała im tkwić w ukryciu. który go zainteresował. nic sensacyjnego. W jego sercu. gdy toczymy kulę po stromym stoku. siła. Przeglądał wciąż «Niezależny Dziennik» leżący na fotelu obok. Anonimowość pisarza. Miął kolumny gazety.

W tamtych czasach Aleksander myślał już. Małgorzata miała lat czterdzieści.chorych umysłowo i niewątpliwie poddawanego zabiegom nie- wiele odbiegającym od tortur. Zadawał sobie pytanie: „Czy to robota naszej dyrekcji? I jeśli tak. Alek- sander nie przepadał wprawdzie za Paryżem lewego brzegu. finansową w każdym razie. wy- starczały do zbudowania z nich nie tylko klasycznej tragedii. Misja jego nie była narażona na szwank. Zaintere- sowanie Aleksandra „Żelazną Maską” miało charakter raczej zawodowy niż sentymentalny. to o co chodzi w tej operacji?” Niestety. co było w najlepszym guście. Aleksander wzdrygał się na wspomnienie całej armii nieudolnych sekretarek. niosła go na wysokość pierwszego piętra. wewnętrznymi okien- nicami wykrzywionymi przez wiek i skrzypiącym pod stopami parkietem. lubił jed- nak klatkę schodową tego budynku z końca XVII wieku. «Niezależny Dziennik» nie podawał w całości tekstu ostatniej przesyłki. ale i współczesnego. ozdobione szarymi panneaux w stylu Trianon (z których nie wszystkie były autentyczne). post-romantycznego melodramatu. którą obecnie zajmowały różne firmy. w Agencji. że chodziło w niej o ukarany dzwon (sic). rozkładając przed nim niewidzialne prawie stopnie. Gabinet Aleksandra mieścił się przy ulicy de Verneuil. jedna po drugiej. Wiadomo było tylko. w większym pokoju. Po- mieszczenie to. które następowały po sobie. Małgorzata była już na miejscu. która. jednoczyło w sobie przepych z aurą pewnego za- niedbania. Połowę swego życia spę- dziła tu. że poniósł klęskę. jako że inteligencja paryska rzucała się na zastawione przez niego przynęty jak piranie na 117 . zanadto już przesyconym intelektualistami i handlem. Umo- wa dawała mu też prawo do parkowania samochodu w podwór- cu starej rezydencji. gdy ta nosiła jeszcze nazwę „Czte- rech Prawd” i zajmowała dwie izdebki na poddaszu kamienicy przy bulwarze Beaumarchais. cała groza i litość tego losu. w Agencji.

czy jest pan zadowolony z artykułu. gdy wchodził do biura i uśmie- chała się do niego z rewerencją. a na to jeszcze złożył rękawiczki. ozdobionych kwietnymi motywami. Na krawędziach gzymsów. Wkrótce opuści tę dekorację. W momencie gdy pojawiła się Małgorzata. wiszącej nie w ką- cie pokoju. — Poczta jeszcze nie nadeszła. — Niech pani będzie tak dobra i połączy mnie z nim. Przeszedł do własnego gabinetu. którym nieco niecier- pliwie posługiwał się robotnik trzysta lat temu. Małgorzato? — Dzień dobry panu. Kazał wyłożyć ściany boazerią. jak być powinno. a której nie dawał jednak za- panować nad własną wyobraźnią. To ostatnie było o wiele poważniejsze. doszło właśnie do poprawy materialnej sytuacji przedsiębiorstwa. a także do przeprowadzki w bardziej literackie rejony i zmiany nazwy z „Czterech Prawd” na „Agencję Literacką Aleksandra Psara”. lecz płasko na ścianie: miało ją to 118 . pojawiały się w otoczeniu ciepłej różowości naturalne- go drewna.kawałek mięsa. Chciał wiedzieć. mieszczącego się w pokoju węższym i dłuższym niż biuro Małgorzaty. a nawet znalazł przyjemność przepro- wadzając jakąś korzystną transakcję. na przemian prostokątne i owalne. żeby firma przynosiła zysk. Dzwonił pan de Monthignies. podczas gdy Aleksander dla spraw handlowych żywił pogardę typowo żołnierską. — Wszystko w porządku. że Aleksander zabrał się do prowadzenia finan- sów z konieczną energią. znać było jeszcze ślady dłuta. Pitman zaapelował do jego ambicji w sposób zupełnie genialny: — Myśli pan. Jak zwykle rzucił okiem w kierunku ikony. tak że oryginalne panneaux. która dawała mu tyle zadowolenia. Aleksander rzucił swą wypchaną aktówkę na empirowy stół. że sprawne zarządzanie nie jest jednakowo po- trzebne w firmie i na pokładzie kontrtorpedowca? Sprawiło to. Pitmanowi zależało bardzo na tym. Wstawała zawsze z krzesła.

jeden z nich wielki. Nie chciał ujawniać szczegółów. Nie sądzę. 15. Wiedział. Szanowny panie. które tam znalazł. Kanapa pokryta była też czerwoną skórą. który jego ojciec miałby w mieszkaniu przy ulicy Gwardii Kon- nej. Do- strzegł ręcznie pisaną epistołę. zreda- gowana w języku rosyjskim. Otworzył teczkę z papierami do podpisa- nia i złożył podpis pod dwoma listami.) 13.00 — obiad w „Petersburgu”. dysydent. Odstęp. Obiecał pan zajrzeć do biura po filmie. przecinek. Zainteresowała mnie. Małgorzato.30 — Pan Aleksy Lewicki. (Ma jakiś pomysł. Spojrzał na zegarek. mahoniowa szafa bi- blioteczna. Rozsiadł się w swym fotelu z angielskiej skóry. ukryty pod pozłacaną blachą ze srebra. drugi mały. jako że seria ta na stawiona jest na problemy aktualne. nie. gdyby nie. aba- żury i podwójne firany ciemnozielone. Był to Zbawiciel. do której pan nawiązuje. Wydaje mi się natomiast. nie żywo. — Pomóż nam tylko troszeczkę — zwrócił się do niego Alek- sander.zdegradować.30 — Panna Józefina Petit.. proszę porównać z oryginałem — Miagkoserdecznego. Data dzi- siejsza. Była to jego poranna modlitwa. (Psychoanaliza terroru. by nadawała się do serii Białej Księgi. ciemnoczerwony.) 11. że jego gabinet nie był utrzymany w jednolitym stylu i cieszył się z tego. przecinek. Zajrzał do kalendarzyka: 10. 119 . zaprasza pan „Divo”. para czerkieskich kindżałów na ścianie. spoczywającą od paru dni w ko- szu z naklejką „Odpowiedzieć”. Zgromadzone tu sprzęty nasuwały na myśl pokój do pracy. Praca „Dekabryści”. którą mi pan przysłał wiedziony dobrą intuicją żywo mnie zainteresowała. zakrywający usterki starego parkie- tu.. kaukaski dywan. Włączył dyktafon: — Do pana Walerego — uwaga na ortografię.10 — pokaz filmu Topaz w kinotece.

nie mają nic do rzeczy. ilość służących. że. by wolno im było towarzyszyć mężom na wygnaniu. Wreszcie zdaje mi się. iż nie mieli zamiaru uwolnić własnych poddanych — nie należy to w gruncie rzeczy do te- matu. Odsyłam więc panu rękopis z na- dzieją. Odstęp. które zażądały. i tak dalej. u tego samego wydawcy.. Od- stęp. i w więzieniu. Telefon zabrzęczał poważnie: — Pan de Monthignies na linii. że w wypadku niektórych spośród nich ambicje osobiste odgrywały ogromną rolę. dekabrystów z dużej litery — w niezbyt korzystnym świetle. Jak skończę — Aleksander zerknął na zegarek. nie. że. że niebawem znów ujrzę go na mym biurku. że. i na wygnaniu zachowywali się w sposób tchórzliwy.. czyż nie. jakie ich dotknęły — pięć kar głównych. Proszę przy- jąć najlepsze. bez przerwy zerkał na zegarek — zadzwoni pani do madame Boïsse. — Dziękuję. Odstęp. prawdą też jest.przecinek. przeci- nek.. przez powieszenie. że mam wpływ. nie odbiera to przecież szlachetności ich planom. że prześladowania. Żałuję tylko. jak pan pisze. Należałoby też przemilczeć fakt. Gruby Monthignies był jak zawsze zalękniony: 120 . ich wygody. nie. Kropka. Trzeba by też podkreślić poświęcenie kobiet. które chcie- li oni naprawić i nie kłaść tak wielkiego nacisku na ich brak kompetencji. że prowa- dzę. a jednak byłoby może rzeczą właściwą ukazać to przedsięwzięcie w bardziej przychylny spo- sób. Wie pan. wykrzyknik — domagają się bardziej dramatycznego rozwinię- cia. że postanowił pan ukazać bohaterów powsta- nia dekabrystów — no trudno. i tak dalej. Wzbudziło ono przecież tak wiele reakcji pozytywnych. taka jest przynajmniej moja pierwsza reakcja. że mam czasem coś do powiedzenia jeśli idzie o dobór książek do tych dwóch serii. że książka mogłaby ewentualnie ukazać się w serii Geneza Rewolucji. Na- leżałoby może zwrócić większą uwagę na nadużycia.. To prawda. Warunki ży- ciowe dekabrystów.

jakim było dzwonienie do kochanki za pośred- nictwem sekretarki. tego serca. wszystko w porządku? Zrobiłem ile się dało. osaczenie ludzi w Związuniu. Jeśli o mnie chodzi. Dwóch ludzi na trzech. pan jest kozakiem. hę. pozosta- li. Wszystko po- toczy się lepiej jak tylko znajdziemy się za miesiąc w R. żeby wszyscy byli zadowoleni. że nie ma pan serca. z którym się nie obnoszę. Tu miał rację. Usłyszał głos Małgorzaty. które były taką mordęgą. To okropne. — Podzielam pańskie cierpienie. Grubiaństwo. — Sprawi mi pan przyjemność — powiedział Aleksander — przyprowadzając na obiad Minquina. że został zwerbowany. Hugo Minquin był doskonałym kandydatem na „pudło rezo- nansowe”. — Może panu będzie lepiej. hę.. zostało wykalkulowane przez Aleksandra. pan zawsze myśli wyłącznie o tyranii so- wieckiej. Być może to nie pańska wina. Chciałbym. — Sam zresztą też zajrzałem do tej książki. przymiera głodem. mówiącej swobodnym tonem: — U madame Boïsse dzwoni telefon. Hugo Minquin świetnie sobie poradził z tym tematem. Są jednak i inne na świecie i Minquin jest całkowicie obiektywny. — Nie przesadzajmy. Aleksandrze. Rozmowę zakończyła wzajemna obietnica wspólnego obiadu przed wakacjami. reakcjonistą. Co najwyżej jest to dla pana czymś w rodzaju hamulca. hę. — Jak tam. — Niech pan słucha. Garota w Hiszpanii. to mnie to przeszkadza w cieszeniu się ży- ciem. Jean-Xavier. Nie będzie sobie nawet zdawał sprawy. — Rzecz jasna. — Jean-Xavier. dziękuję panu z głębi serca.. Żyjemy w strasznych czasach. Pana nie niepokoi głód na świe- cie. 121 . Najbardziej mi się podobał fragment o karnych szpitalach psychiatrycznych. ale my.

która dużo paliła. — Jessica? — To pan? Głos osoby. Oto postawił pierwszy krok w drodze powrotnej na wschód. Aleksander odłożył słuchawkę. która wynalazła rosyjski język i knut! — Słuchaj. Jessica. — Właśnie: usiłuję utopić moją frustrację w alkoholu. — Niech pan będzie spokojny. Nie wątpił w dyskrecję Małgorzaty. brutalu? Ale to z pańskiej winy. „Za- biorę kindżały”. Czy mogę zajrzeć dzi- siaj wieczorem? — Życzenie mojego pana jest dla mnie rozkazem. Była trochę tęga w 122 . Boli mnie głowa. — Zawsze. Po rosyjsku mówi się na to opochmielit'sia. — Przecież nie zawsze pije pani przeze mnie. palec musnął me- chanizm przekładni. pomyślał. Pan się śmieje. — To już dziesięć dni. Załatwione. Małgorzata przyniosła dzisiejsze gazety. przynajmniej Małgorzata będzie wiedziała. — Pani frustracja wkrótce się skończy. Nie ma lepszego lekarstwa na pa- ni dolegliwości. — Napijemy się wódeczki. ale. tym lepiej. — Cóż za język! Jak można należeć do rasy. starał się być wirtuozem w tej dziedzinie. Będę dziś wieczór w dosko- nałej formie. Nic pozornie nieodwołalnego. straciłam czucie w ustach. które pojawiło się jakby w wyniku roztargnienia. to „ty”. że ma tego wie- czoru nieco konspiracyjną — a więc niewinną — randkę. Jeśli jego telefon był na podsłuchu. skoro nauczono go troski o stwarzanie pozorów. odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Jeśli nie. ale w rzeczy- wistości procedura — i proces — zostały puszczone w ruch... nie jesteś chyba poważnie chora? To nagłe zaniepokojenie. — Wszystko w porządku? — Doskonale. Pitman popełnił lekki błąd.

jakie wprowadziła do tekstu.biodrach. skrojone przez krawca (pensja. Nade wszystko zaś.. nieco przed czasem. a może nawet. zaznaczone były tak grubym pisakiem. że nie dało się odcyfrować pod nimi po- przedniej wersji tekstu. kto wie. lecz poruszała się zgrabnie i każdy inny mężczyzna zwróciłby na to uwagę. Maszynopis nadto starannie przygotowany świadczy o tym. lecz nie powinno się zacierać gra- nicy między nimi. — Jak wygląda? — Hmm. miała zbyt obfity biust. spódnice z szarej flaneli. Pewna siebie. bluzki klasyczne w kroju. Mamy do czynienia z dwiema odmianami terroru. Pierwsza stronica zaczynała się w taki oto sposób: Istnieje terror. nie nosiła nigdy spodni. na której wielkimi literami wypisany był tytuł: Psycho- analiza terroru. Jedność myśli i wykładu podobały się Aleksandrowi i zarazem 123 . na przykład w dekadenckim systemie liberalnym. kto już opublikował książkę. niech Bogu będą dzięki. jaką wypłacał jej Aleksander. że jego autor chciałby sugerować.. ciemne błękity. który się odczuwa i terror. Dobrze się ubie- rała: suknie w kolorze jesiennych liści. których określa się mianem terrorystów. iż ma się do czynienia z kimś. kupowane pod dobrym adresem... wystarczyłaby i na to). jego sprawcami są wówczas ci. Jeden związany jest z drugim. ale może też być odczuwany przez elitę rządzącą. który się narzuca. lecz może też brać się z dołu. Józefina Petit nie popełniła żadnego z tych dwóch błę- dów. Nieczytelny ma- szynopis charakteryzuje autora. Skreślenia. ciemnoczerwone sweterki w dobrym guście. zawsze dobrze zestawione. uważającego się za zapoznanego geniusza. jak się to dzieje w systemie totalitarnym. Terror narzucony może być dziełem despo- tycznego rządu. Terror odczuwany mo- że paraliżować masy. — Przyszła panna Petit. Aleksander przysunął do siebie grubą teczkę z niebieskiego kartonu. Dwadzieścia siedem lat.

którzy rządzili 124 . gdy jeszcze uważał się za teoretyka. nie ma się gdzie ukryć. Aby to osiągnąć. Cza- rodziejskie sztuczki. wspólny dla całej zbiorowości. Podobnie jak w Słowniku dyktatur. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka. sformułowa- niem. wprawił w zakłopota- nie Aleksandra-specjalistę od techniki wywierania wpływu. jej oburzenie rozrzedziło się nie- co. W rezultacie garstka greckich pułkowników. ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język.żenowały go. dzięki czemu zniszczymy to. że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl. człowieka czynu: „Uczono mnie. musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy. Tekst wywarł wraże- nie na Aleksandrze-miłośniku literatury. Na zakończenie posłużył się. Język tymczasem. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywoła- nia procesów gnilnych w języku. myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. Przez to jednak. zginie z braku powietrza. Panna Petit żywiła poglądy liberalne i terror pod każdą postacią był dla niej czymś odrażającym. jakie zadały jej mass media. choćby autorka nie była tego świadoma. Autorka posługiwała się ogólnie znanymi po- jęciami i jednocześnie wykraczała poza nie. Sam pisał na ten temat. mogła wywrzeć na publiczności czyta- jącej pożądany skutek. co chcemy zniszczyć: myśl. Aleksander był zdania. a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. tak- że i tutaj metoda równych części święciła triumf. ponieważ nie zdążył zamienić się w wykonawcę. stanowiące istotę jego zajęcia. choć pisa- na językiem klarownym. jeśli chce się zniszczyć myśl. Pomimo bowiem strat. że szukała swych przykładów w różnych kontekstach politycznych i geograficznych. z młodzieńczą werwą. że Psychoanaliza terroru. które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z or- tografią. znajdowały wyraz raczej w języku niejasnym i zagmatwanym. zwycięstwo będzie bliskie”.

mimo wszystkie ich fanfaronady. Kraj spódnicy ocierał się o wyzierające z niebieskich bucików kostki. co by się podobało Aleksandrowi. Cóż za dziwaczny ekshibi- cjonizm! Aleksandrem wstrząsnął dreszcz niesmaku. Miało się wrażenie. W jednym tylko punkcie będzie musiał zażą- dać poprawki. Panna Petit była dość dziwnie ubrana — w każdym razie Aleksander uznał ten strój za osobliwy — miała na sobie mianowicie koronkową bluzkę i długą spódnicę ze sztyw- nego dżinsowego płótna. Instrukcje jego dyrekcji były niekiedy bardzo do- kładne. Od pewnego czasu Aleksander nie lekceważył tego rodzaju korzyści. że i on kiedyś myślał o tym. wyciągnął rękę do swego gościa. nabierała tak wielkiego znaczenia. Mógł sprawić. krótko przycięte i sztywne. by się porozumieć! — wy krzyknął. Miała brązowe włosy. że stałaby się członkinią tej zupełnie od- rębnej rasy autorów: pisarzy. których książki są publikowane. liczącą miliony członków i władającą Rosją od sześciu dziesiątków lat. który miał w swych rękach decyzję. ale i subtelnego. Aleksander wstał z fotela. Pani Petit. Pod nimi kryła się mała kwadratowa twarzyczka z kwadratowym noskiem. Lecz pod gęstymi rzęsami o nastroszonych wło- skach patrzyły na świat oczy. marzyli w gruncie rzeczy o jednym tylko: chcieli być wydawani. Patrzyła poważnie na człowieka. niewiele większa od krasnolud- ka. Promieniował sympatią i nadzieją: — Zostaliśmy stworzeni do tego. Jakież to wulgarne! — Dzień dobry pani. za którymi kryła się bezkompromi- sowa inteligencja. by stać się człowie- kiem znanym. autorzy. Usta miały w sobie coś twardego. Poza tym „terror” w tytule korzystnie wpływał na powodzenie książki u czytelników.zaledwie przez sześć lat. 125 . Nie spodziewał się jednak silniejszego oporu. że jej skóra nie jest dość cienka. że mogła konkurować z międzynarodową partią. gdy przy- pomniał sobie. prawda? Pani Petit była bardzo niska.

tych. nie chodziło o tę poronioną rewolucję. co chcą rezygnować z honorarium i tych. co od pierwszego razu budzą zaufanie. wariatów. noszących kra- waty. co stawiają na pewność siebie lub na nieśmiałość. co się stanie z Agencją? Czy ktoś mnie zastąpi. Chciałam zwrócić się do redaktora Białej Księgi. — Czy mogę pani zadać pytanie. pytania. co niczego by mu nie odmówili. był pew- ny swych mięśni i głowy. Uwielbiał te szczegóły. Bia- ła Księga o edukacji narodowej we Francji (ten katechizm re- wolucjonistów z maja 68 przyniósł Aleksandrowi sukces w po- staci wcielenia w szeregi KGB i jego pierwszego stopnia oficer- skiego. lecz. — Ach! Biała Księga! Oczywiście. jak to wy- szczególniał towarzyszący awansowi komentarz departamentu. debiutantów zaprzyjaźnionych ze sławnymi profesorami i takich. Biała Księga o eksploatacji dóbr naturalnych Ameryki Łacińskiej. wydekoltowanych. Przez chwilę zastanawiał się: „Ciekawe. Rzucił spoj- rzenie na mahoniową bibliotekę: na półkach ustawione były tomy Białej Księgi w kolejności ich pojawiania się na polu bi- twy: Biała Księga o rasizmie. Biała Księga o kobiecie. czy też firma zostanie zlikwidowana?” Usiadł. arogantów i błagalników. gdyż wiedzą dobrze. tych. — Czy to pani pierwsza książka? Iluż ich miał już w swoim gabinecie. rzecz jasna. Ta seria należała do największych jego sukcesów. czemu zwróciła się pani do agenta literackiego zamiast skierować się wprost do wydawnic- twa? — Nie wiedziałem. ale i tych. poufałych. po czym podniósł się znowu. czego mogą oczekiwać od Alek- sandra i na co on może w zamian liczyć. co nic nie jedli od trzech dni. i — chociaż i tak podjął już decyzję — nie chciał nic zmieniać w repertuarze swych metod. że jest pan agentem. debiutantów różnej płci i charakteru. — Tak. Czuł się młodo. zasługa polegała na „praktycznym sparaliżowaniu na przeciąg przynajmniej jednego pokolenia francuskich uniwersytetów i 126 .

Doskonale 127 . Miała na to zbyt niezależny sąd. dozę pychy i dozę pokory. Kto wydał książkę w tej serii. robić z debiutu Białą Księgę. Biała Księga o policjach paralelnych. nie robi na niej wraże- nia. który zarobiłby na książce i. Iluż autorów zabijało się o to. dys- ponował. by móc odczytać własne nazwisko na okładce jednego z tomów tej serii.. Biała Księga o woj- sku francuskim. kartą wizytową.liceów”). Biała Księga o systemie peni- tencjarnym we Francji. która graficznie utrzymana była — specjalnie! — w nieco staroświeckim stylu. Biała Księga o wyścigu zbrojeń. że jego powierzchowność.. Gromadził przeszkody i godził się. Biała Księga o neokolonializmie. zwarta i ciężka książeczka w formacie in 16°. Łączyła w sobie. Biała Księga o odrodzeniu się nazizmu. Miałby ochotę odesłać ją do diabła. Biała Księga o energii nuklearnej. przede wszystkim. Lecz wtedy ona zwróciłaby się do innego wydawcy. Wziął do ręki jeden z tomików: była to mała. podające imię i nazwisko au- tora i tytuł publikacji. powiedział sobie. Ta dziewczyna. Iluż autorom już udało się wydać książkę w takich okładkach! Aleksander rzucił opasły tomik na stół i odsunął go na bok ruchem ręki. mógłby ją opublikować bez tej zasadniczej poprawki. Biała Księga o Kościele katolickim. ułatwiają- cą wejście do którejś z poważnych gazet. czy też. że ma się do czy- nienia z publikacją urzędową. w szeregi administracji państwowej. Biała Księga o CIA. rozumie się. ani w dobrym. skoro to dobra książka? Rozmawiali długo. ani w złym znaczeniu tego słowa. Dziewczyna patrzyła na Aleksandra i wydawało się. Na białej okładce czcionki o rzymskim charakterze. w dobrej proporcji. — Pani rozumie. jak to niemądrze określano. by pa- dały. — Cóż z tego. Biała Księga o obozach koncentracyjnych na świecie. do klubu politycznego. atrakcyjna przecież. jedna po drugiej. Można było pomyśleć. nie bę- dzie nigdy dobrym „pudłem rezonansowym”.

„Psychoanaliza” może wprowadzić w błąd. że jego kolana są lekkie i swobodne. przeciwnie. — Dobrze. I jego ciało. (Uważał. Nosił garnitury z flaneli. Na jego widok powiedziałoby się spontanicznie: „O. on jest doskonały”. niekiedy z kamizelką. budzącego naprawdę jego wątpliwości.zbudowany. Uprawiał gimnastykę i czuło się. spokojną. Czy mogę wiedzieć.. — Nie przeczę. iż nadszedł dobry moment. arystokratycznego. co określa pani jako terror leni- nowski. Koszule białe ze sztywnym kołnierzykiem. Były to ubrania dwurzędowe. Ubierał się z elegancją klasyczną. by przejść do jedynego punktu. Zastanowiła się: — Ma pan rację. wpadającej w ciemny brąz. doskonale skrojone. książka tylko na tym skorzysta. Przedstawię książkę pani naszemu komitetowi redakcyjnemu. nieco kręcone włosy podkreślały to. — Ach! W takim razie nie będzie się pani zapewne upierała przy tym słowie: „psychoanaliza”. ciemnopopielatej.. co w układzie kost- nym jego długiej twarzy było energicznego. że pani książka jest dobrze napisana i dosko- nale udokumentowana. (Nic takiego nie istniało. jaki jest pani zawód? — Jestem nauczycielką matematyki. że wzbudził w niej dość nadziei i że zarazem nadzieja ta wciąż była na tyle ulotna. lecz i wyrazistą. 128 . Jeśli zastąpić ten termin przez „terror stalinowski”. a mięśnie pełne skrywanej siły. — Niech mi pan odpowie zdecydowanie: tak czy nie? Nie lubił. którzy przyzwyczajeni są raczej do książek „faktograficznych”. Może trochę zbyt teoretyczna dla czytel- ników Białej Księgi. To byłaby Biała Księga o terrorze. Albo: „O tak. to ktoś z dobrej ro- dziny!”. wydawał się wyższy nawet niż był w rzeczywistości. prawie brutalnego — ale nie prostackiego.) I jeszcze coś. na mankietach ciężkie złote spinki. Gęste. zawsze w doskonałej formie. lub też ciemno- brązowej wpadającej w jasny róż.) Po- święca pani całe studium temu. Zresztą nasze tytuły zawsze. gdy przypierano go do muru.

— To Lenin powiedział: „Terror jest jedną z metod rządze- nia”. której jestem pogrobowcem — tu spojrzał na ikonę. dlaczego miałabym określić terror organi- zowany przez Lenina jako stalinowski. że dyrekcja wystosowała do wszyst- kich fellow travellers następującą instrukcję: „Na Stalinie nam nie zależy. że partia wybrała właśnie Stalina”. by nie „płakał nad losem zgni- łych intelektualistów”. Ręce precz od Lenina! Musimy mieć jedno bóstwo absolutnie nieskalane”. a Lenin tylko sie- dem. potomka zniszczonej cywilizacji. poparte cy- tatami — wskazała maszynopis. z samej idei socjalizmu. Co innego z Leninem. lecz wyzwolicielem. tylko z zasadami. Aleksander nie mógł podać jej prawdziwej przyczyny. Należy więc posłużyć się naj- bardziej odpowiednim przymiotnikiem. To on radził Gorkiemu. — Nie rozumiem. Wszystko to jest w książce. Trudno mnie. To nie przypadek. by tak rzec. — Dlaczego? — w jej czarnych oczach pojawiło się coś twar- dego. Nie mógł przecież wyjawić jej. — Proszę pani. W związku z tym Pitman ma- wiał. To on napisał do ludowego komisarza sprawiedliwości: „Według mnie należy w jeszcze większym za- kresie praktykować egzekucje przez rozstrzelanie”. wylewajcie na jego głowę najgorsze nawet pomyje. potem powiódł wzrokiem w stronę kindżałów — posądzać o wy- rozumiałość dla tych ludzi. ale ma pani do czynienia nie z ludźmi przecież. uśmiechając się złośliwie i dobrodusznie zarazem: „To. dla zachodniego czytelnika Lenin nie jest ty- ranem. wiem. A jednak muszę przyznać. to niewątpliwie metoda kozła ofiarnego”. To on traktował swych wrogów politycznych jak „szkodliwe insekty”. organiczny z idei Lenina. proszę pani. — Ponieważ był u władzy trzydzieści lat. — Wiem. A Władimir Bukowski zauważył: „Stalin i wszystkie jego okrucieństwa wyni- kają w sposób całkiem bezpośredni i. co moi poprzednicy wynaleźli najlepszego. 129 . że Stalin ma na swym koncie więcej ofiar niż Lenin.

Czemu odczuwał potrzebę 130 . który zainaugurowany został przez przywódcę bolszewików. Odpowiedział sucho: — Ma pani przed sobą człowieka nawróconego. który przyjęło się nazywać stalinowskim. Pan wie. Skrzy- żowała ręce na piersiach i przyglądała się bukinistom i antykwa- riuszom przechodzącym ulicę. nikt nie mówił na nie papon. a nazwa ta pochodzi od prefekta. że nie zależy mi na tym? — Oni pani powiedzą. jaką toczyli z sobą. niech pan zmieni na „terror stalinowski”. Chce pani powiedzieć tylko tyle: terror bolszewicki. ale pojemniki na śmiecie w dalszym ciągu nosiły nazwę poubelle. Nawet jej plecy wyrażały skupie- nie i namysł. Z tą dziewczyną jednak szło mu nie tak łatwo. Odwróciła się: — Dobrze. — Tak. Położył dłoń na niebieskiej teczce. że okre- ślenie „terror leninowski” źle usposobi prasę. Poproszę o pani adres. rozwijając cały wachlarz banalnych powiedzo- nek i deklarując swe najlepsze chęci. pana Poubelle. Inni autorzy. Wskutek tego zo- stanie sprzedanych pięćset egzemplarzy mniej. próbowali ukryć walkę. Ale wydawcy powiedzą pani. nie musi mnie pani przekonywać. — Woli pani w ten sposób? Jak pani sobie życzy. tak jakby zamierzał ją od dać autorce. że im nie jest wszystko jedno. — A jeśli im odpowiem. że w języku francuskim pojemnik na śmiecie nazywa się poubelle. — Chcę powiedzieć: terror. w podobnej sytuacji. Jego następca nazywał się Papon. jak tylko komitet redakcyjny poweźmie decyzję. ale pani nie zajmuje się porównywaniem tych dwóch terrorów. Panna Petit wcale się z tym nie kryła. Zazwyczaj Aleksander umiał bez trudu poradzić sobie z czy- imś sprzeciwem. To Małgorzata powinna się tym zająć. Dam pani znać. ale nie „terror Stalina”. Panna Józefina Petit podniosła się z krzesła i podeszła do okna.

Ani w 1917. Zawsze ta sama konspiracja. Jeżeli pan chce wynająć tam kogoś. noszący pozłacane okulary. Pański rosyjski z epoki kamienia łupanego. który powinniśmy wydoić? Wie pan. co pan robi. którą się posługiwał. pan zapłaci. Następnym interesantem był Aleksy Lewicki. Pan jest na procencie. Zaczął od wygło- szenia małej pogadanki na temat stanu wiedzy — lub ignorancji raczej — Zachodu o realiach rosyjsko-sowieckich. jak męczą się i jacy są niezgrabni. Ale ja wyli- czyłem. Nie można widać bez- karnie odrzucić rusztowania tradycji i savoir-vivre'u. . zirytowała Aleksandra: — Możemy przejść na rosyjski. to się panu opłaci. Wyszła nie uśmiechnąwszy się nawet. ci nowocześni młodzi ludzie twierdzą. „bardzo czcigodny”. — Proszę pana. to starzyzna. Pan się zgadza. Dobrze. — Niestety. że tak jest sprawiedliwie. młody człowiek o pełnych wargach. że w Rosji nic się zmienia. dziękuję bardzo. Pan rozumie. nie.. musi pan zrozumieć. bo pan zna wszystkie dojścia. wcale nie rozumiem. że Zachód stworzył sobie mit rosyjsko-sowiecki. Piszę po francu- sku. — Ja wiem. zgoda. jeśli to będzie łatwiejsze dla pana. że ja nie jestem wy- dawcą. 131 .zapisania adresu panny Petit w swoim osobistym kalendarzyku? Może w przewidywaniu rychłego wyjazdu chciał przyspieszyć wykonanie powziętych już decyzji? Gorączkowa atmosfera ostatniego aktu? Postanowił bardziej się pilnować. ani w 1905. na którym to języku mówię bez trudu. Jego obserwa- cje były trafne. więc ja mam pewien pomysł dotyczący tej konspiracji. tymczasem widać. że są tak bardzo „na luzie”. co mam na myśli. Ciekawe. te wszystkie „łaskawy panie”. Ludzie Zachodu wy- obrażają sobie. — Niech pan ze mną nie gra w idiotę. kto wygładzi. niedo- skonała i bezceremonialna. wolę mówić z panem po francusku. ani w 1861. — O nie. ale francuszczyzna.

co się stało 22 grudnia 1849 roku o siódmej rano? — Nie mam zielonego pojęcia. był przy tej scenie? — Wybrano agenta. Jemu to oznajmił. — I ten agent okazał się genialnym pisarzem? — Tego się nie zabrania agentom. Dziennik pisarza i tak dalej. generał Rostow- cew. — Powiedzmy. że car darował mu życie. — I to ma być znawca literatury! U nas najsłabszy uczeń po- wie panu.. co zrobić ze świadectwem Hercena.. który. De Foe. brat Michał. lecz wyrok został zamieniony na karę ciężkich robót. Marlowe. rzecz jasna. To on napisał dzieła wysławiające Rosję carską. te późne dzieła różnią się bardzo od Biednych ludzi. zmuszono go do milczenia. Biesy. przepraszam bardzo. Oczy- wiście pan orientuje się. — Ale zaraz. tak że mogę go spokojnie opowie- dzieć. to jest od utworów skomponowanych przez prawdziwego inżyniera porucznika Dostojewskiego. Białych nocy. że w tym historycznym momencie inżynier porucznik Fiodor Michajłowicz Dostojewski przywiązany został do słupa i miano już wykonać egzekucję. jeśli się nie mylę. W rezultacie skazany miał przeżyć jeszcze czterdzieści dwa lata. Mikołaj. Beaumarchais. Sobowtóra. To on przebył cztery lata w wię- zieniu. żeby dało się usprawiedliwić przemianę jego poglądów politycznych. jąkając się. — Ale rodzina. nie posłużył się analfabetą. Nietocz- ki. który podobny był do Fiodora Michaj- łowicza. — Michał był zadłużony. — Więc cóż to za pomysł? — Ja go opatentowałem. Inży- niera porucznika uduszono w więzieniu i jego miejsce zajął agent Ochrany... Greene. Proszę zauważyć. Może pan sprawdzić w Towarzystwie Literackim. Ale najsłabszy uczeń jest w błędzie. Aleksander zerknął na zegarek. I co pan zamierza zrobić z tym wspaniałym 132 .

obiecując mu. że obaj od- kryli jednocześnie to samo.. po czym. To znaczy idea była niezła. Obiad z Divo nie uśmiechał mu się wcale. które. pulchne dłonie wykonały wy- mowny gest: — Do wyboru. które skonfiskowałem w Bibliotece Lenina i w różnych klasztorach. ale nie mógł się z tego wykręcić. pracę naukową? Pozłacane okulary błysnęły. opinia publiczna musiałaby uwierzyć. — Niech pan nie myśli zbyt długo. nie mając nawet nadziei czy nie chcąc wręcz. że zostałyby „oddane” Lewickiemu. Wyjął z szafy bibliotecznej parę czarnych półbutów i rogową łyżkę do butów. Najmniej- szy nawet cios zadany reputacji Dostojewskiego mógł być uży- teczny. skierowany przeciwko wielkiemu kontrrewo- lucyjnemu autorytetowi? Powieść historyczną w stylu Hrabiego Monte Christo. nie jest pan jedynym agentem literackim w Paryżu — powiedział na to Lewicki. — I dysponuje pan elementami. na grani- cy skradziono mi archiwa.. Tak. już sama hipoteza rozbawi Pitmana. W drzwiach gabinetu ukazała się głowa Małgorzaty. zmieniwszy obu- wie. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Ar- chiwa można było sfabrykować. Nawet jeśli nic z tego nie wyj- dzie. żeby mu uwierzono. schował do szafy brązowe zamszowe buty. który uwierzyłby w istnienie tych archiwów i napisałby rzecz lepszą niż Lewicki. że przemy- śli jego propozycję. — Dysponuję wszystkimi elementami. koniecznie trzeba o tym po- rozmawiać z Iwanem Iwanyczem. ale może lepiej byłoby pod- szepnąć ją jakiemuś Francuzowi.tematem? Pamflet. Był gotów do wyjścia. Lewicki kłamał. a poza tym mam fotograficzną pamięć. Rzecz jasna. Odprowadził do drzwi Lewickiego. Aleksander podyktował jeszcze dwa listy. które do tej pory miał na nogach. a „presja opinii międzynarodo- wej” sprawiłaby. Gdyby ten protestował. 133 . Powiedzmy jednak. Znów spojrzał na zegarek. że poro- biłem wcześniej notatki.

tak jak na to pozwalała jej długa spódnica. iż zaglądnie jeszcze do biura późnym popołudniem. chociaż. jak to się mówi na Północy.. Nieomal pod ramieniem Małgorzaty panna Petit wśliznęła się do gabinetu. powinien był za każdym razem patrzeć w kąt sali.. Zawsze też rozmawiali o projek- tach wydawniczych. ale Divo. Ci dwaj Rosjano- Francuzi nie lubili się nawzajem serdecznie od czasów. kartonową teczkę szybkim i precyzyjnym gestem złodziejki i przycisnęła ją obiema rękami do piersi. Później Mał- gorzata spojrzała na czarne buty Aleksandra. że jej szef kłamał mówiąc. że zaraz po filmie uda się do kochanki. Nie było rzeczy. jeśli jednak ty chcesz czarny. Szybko opuściła pokój. tę małą? Co zrobić. Jeśli już teraz włożył swoje czarne pantofelki. — Bliny z kawiorem. każ- dy kto z nimi pracuje jest do tego przyzwyczajony. proszę pana. może być? Ja wolę czerwony. Aleksander wymienił z Małgorzatą spojrzenie pełne konster- nacji. które nigdy nie były realizowane. wymierzyła swój ostry podbródek w Aleksandra: — Zmieniłam zdanie. autorzy to wariaci. dotarła szybko do stołu. to znaczyło. panna Petit chce się jeszcze z panem krótko zobaczyć. — Proszę pana. Aleksander przybył punktualnie do restauracji „Petersburg”. — Już wychodziłem. ujęła swoją niebieską. Uskuteczniaj. gdy przychodziło do płacenia rachunku. Wiedziała już. wybieraj. ale. jako autor.. prawdę mówiąc. Stawiając długie kroki. był już na miejscu. Co ją ugryzło.. Powiedziałam jej. że. którą by Divo robił tak jak wszyscy. najmniej paryski z paryżan. Wolałby umrzeć niż wyjść wieczorem w brązo- wych trzewikach. kiedy chodzili do tego samego liceum. Wreszcie spokojniejsza. Czysta wódka. co? Czy może na sta- rość popsuł ci się gust? 134 . Na przykład płacił co drugi raz za obiad zjedzony z Aleksandrem.

Jeanne Bouillon i Patrice Duguest przeprowadzają bardzo istotną demi- styfikację. Divo. tylko pomagając sobie szyb- kim ruchem dłoni. którzy sądzą. Jedna o Bogu. pół-sukce- sy i nie wiadomo skąd biorące się pieniądze. — Tak. — Jak się miewają twoi autorzy? O czym będzie następna Biała Księga? — Przygotowuję dwie. nie. te same krzy- we uśmieszki. że inkwizycja miała swoje dobre strony. Demistyfikować Boga to dla mnie szczyt snobizmu i chamstwa jednocześnie. ale zbliża się wielkimi krokami Wielki Strach roku 135 . — Trzeba więc powiedzieć. — Biała Księga poświęcona Bogu będzie prawdopodobnie najciekawsza ze wszystkich dotąd opublikowanych. niech nam pani poda całą karafkę. ale przyszedł mi do głowy pomysł powieści. co? A Bóg? Co on ci takiego zrobił? Niekiedy Aleksandrowi wydawało się. Czasem zaś. druga o policji. Divo gwizdnął: — Demistyfikują Boga? Nie uważasz. z odrzuconą w tył głową i prawie nie unosząc łokcia. Jest coraz więcej księży. Ja sam nie mam tego rodzaju ambicji. uważał. Zawsze te same niepokojące powieści. że Divo jest drażniąco obiektywny. Napijmy się. który mógłby cię za- interesować. przeciwnie. że Divo przejrzał go na wylot i wyśmiewa go całkiem otwarcie. że raj można stworzyć tu na ziemi. Zawsze te same zbyt spiczaste klapy marynarki. — Masz przecież swych wydawców. że książka będzie dobrze przyjęta przez część Kościoła. Opróżnili kieliszki tak jak to czynią artyści. Dlatego właśnie niepokoję twoją szanowną osobę. — Cóż za zestawienie! Policja ma przygotować czystkę. że jest w tym coś chamskiego? Nie. Za kogo pani nas bierze? — Dlaczego chamskiego? Jestem pewien.

Pewna grupa filozo- fów. że ty mógłbyś mnie skierować do jakiegoś zucha. Załóżmy teraz inny kraj. powiedzmy. Załóżmy. Czy chcesz. przechodzi z lewa na prawo. fikcja polityczna. że ich popularność spada z roku na rok. i to się liczy. Wiem przecież. Na przestrzeni pięć- dziesięciu lat KNK finansuje. szlachetna zgnilizna. Ale twój ojciec pływał jeszcze pod banderą św. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego. rozumiesz. To. ty jesteś więcej wart niż rokfort. tylko ich ostrożność. i zmieniam ich z powieści na powieść. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych 136 . Po- wiedzmy wino. Także i inne czynniki spra- wiają. tokaj. nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. Nie cho- dzi jednak o to. co nazywam rokfortem w stanie rozkładu. że ist- nieje sobie pewien kraj. Wszystko to. rozumiesz. popychają i tak dalej. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót. która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. KNK.. żebym ci przedstawił mój scena- riusz? — Bądź tak dobry. — Jakie czynniki? — Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. chociaż lekkomyślni. do niedawna konfederackich. Wypijmy za banderę. — Rokfort? O co ci chodzi? — Nie. Rozmawiali. Powodem nie jest moja niewierność. My- ślę. nie możesz być zepsuty do szpiku kości. zgoda. że jesteś „postacią paryską” i tak dalej. Andrzeja. Mam wydawców. ale udaje mu się znaleźć posłuch.dwutysięcznego. a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun.. zajmujący ważną pozycję strategiczną. Galacja. — To ma być. bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. przepraszam. faworyzuje i obsypuje komplemen- tami partię konfederatów Galacji. Auto-cenzura zastąpi wkrótce auto-kadzidło. Galaci jednak. śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. jak w czasach szkolnych.

polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. iż popiera jego kandydaturę. Jesteśmy już przy 12%. że uciszy to konfederatów. nie według żadnej hierarchii — w sytu- acji. A głupcy zawsze są w większości. a konfe- deraci dostali minimalną ilość głosów. 137 . konfuzyjnych. ich partia zostaje zreha- bilitowana. Jak wiesz. — Co wtedy? — Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posu- nięcie. pod pretekstem. że nazywa się Puszkin. Nie rozumieją jednak. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje wła- dzę. Gdy tylko obejmuje swój urząd. Myślę. że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. By mieć całkowitą pewność. którzy do niedawna drżeli ze stra- chu przed konfederatami. do 13%. że doceniasz elegancję tego posunięcia. w psychologii myślenie w katego- riach nieokreślonych. przy 10 i pół. To awanturnik średniego szczebla. Z jednej strony burżuje. w jakiej przychodzą mi na myśl. teraz śmieją się z nich. Z drugiej stro- ny gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej. KNK ogłasza. co szokuje głupców. Powiedzmy. kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej.w wielu punktach kuli ziemskiej. ten nowy prezydent. gdy synkretyści dysponują większością absolutną. przy 11. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś. Efekt jest podwój- ny. że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji. Mało o nim wiadomo poza tym. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności. W ten sposób. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę. że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wy- brany. nazwijmy ją synkretyczną. że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%. jeśli będą funkcjonowały me- chanizmy demokratyczne. Zbliżają się wybory.

Nie myśl jednak. zawartym z sąsiada- mi. że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. pieniądz Galatów. które ofiarował konfederatom. sprawy wojskowe czy wew- nętrzne. to jest przeciwko społeczeństwu. co już sprzyja destabilizacji kraju. zostało ośmieszone. Niech żyje demokracja. które im się dostały całkiem niewin- ne. Widzisz. typo- wo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. Nie. Od dawna istniał w Ga- lacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony pa- triotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci. Akcja numer pięć. Łatwo zgadnąć. gwałcąc otwarcie wolę ludu. gdyż Puszkin sam reprezentuje wła- dzę. Galacja posiadała wydajny system administracyjny. osiągnęła godną po- zazdroszczenia stabilność. portfele ministerialne. były kluczowe. że stanowiska w rządzie. Nikt tego nie widzi. chociaż dotyczyło jedynie terminologii. tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu. Oto ugrupowanie polityczne. a wiadomo. które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne. 138 . że podczas kryzysu transport ma decydujące znacze- nie. jeśli dobrze liczę. Dalej. ale także nadaje im inny tytuł. Puszkin dewaluuje ją. nie. Numer sześć: galetka. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami. a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie. lekceważąc wolę 90% Galatów. wbrew interesom Galatów i konwencjom. to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. tak że straciło obie te właściwości. synkretysta Puszkin znosi ją. który skła- dał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych preto- rami. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich. nie. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia. Oczywiście. Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bar- dzo znamienne.

że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju. całego tego manewru. jako że otwarte wojny stały się niemożliwe. Odwiedza z nim groby przodków. to posunięcie najbar- dziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. ale po to. To ostatnie posunięcie. — Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest „kretem”? — Zdaje się. w których nie pojawia się bohater. Numer siódmy i na razie ostatni. po- znaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie sek- su. razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii pla- stycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii. Ach. o któ- rego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspo- mniałem. Ich spojrzenia spotkały się. z której nie ma wyjścia. jak ci się podoba mój projekt powieści? Aleksander odpowiedział mu cichym głosem: — Powieści. mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną.. żeby roz- broić naród. Divo wciąż uśmiechał się trochę 139 .. a ja troszkę zo- stałem Iwanem. Alek. o którego się lęka. jak to nazywali filozofowie. źle się sprze- dają. Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl. w krótkich spodenkach. Divo wybuchnął śmiechem: — Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin! Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i radu- je ją fakt. No i jak. że we Francji używa się tradycyjnie określenia „łódź podwodna”. chociaż ty nie jesteś Alioszą. Divo. by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego. z którym się utoż- samia. i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kie- reńszczyzny. którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie.

Jeśli idzie o wydawców. ironiczny kompan jego życia. Naprzód ten gaduła. będzie pan miał swoją wojnę! — odpowiedział wtedy Pitman. Można mu było wmówić. Aleksander czuł.. cenionym przez myśli- wych. Słowo „wojna” przypomniało Aleksandrowi. czy «Inny Dziennik» drukuje powieści w od- cinkach. twoja fikcja polityczna? — Myślałem o tytule Akt wojenny. Odpowiedział wysokim głosem. a jego twarz zniknęła za okrąg- łymi szkłami okularów. Wie- działbym. a potem Divo. czy nie wolałby w tym momencie znaleźć się w skórze Divo. Tam miałbyś szansę. Przecież to pierwszy dzień jego „powrotu”.. Wszystko jest możliwe. że agencja Psara może mu opu- blikować jego usypiającą bajkę. komu zgłosić odpowiedni meldunek. Dlaczego Divo chciał się z nim spotkać? Aleksander pożegnał się z nim nie wyjaśniwszy tej kwestii. że „dahu” jest afrykańskim zwierzęciem. Jak to się nazywa. Dzień nie układał się tak dobrze. Być może ten półnieudacz- nik naprawdę wyobrażał sobie. dzika złość.. Za to teraz miał przed sobą godzinę szczęścia. Chociaż nie wiadomo. W szkole Divo był chłopcem błyskotliwym i łatwowiernym zarazem. Być mo- że miałbyś wreszcie swój bestseller. jak rośnie w nim złość. 140 . w jaki sposób zwrócił się do Pitmana przed trzydziestu laty: — Ależ ja chcę prowadzić wojnę! — Niech się pan nie niepokoi. bez emocji: — Nie wiem. jaką przeżywają ludzie stale tłumiący swoje prawdziwe uczucia. nie o to idzie. nie zaś w swojej własnej. jakby Aleksander sobie tego życzył. — Ładny tytuł.krzywo. A jednocześnie kto wie. ale irytujesz mnie w najwyższym stopniu”.. Nie jesteś nie- bezpieczny. to raczej wątpię. „Szkoda — pomyślał — że minął już czas «mokrej roboty».

przygotowane przez niego czy też. która należała do jego wypróbowanych „pudeł rezonansowych”. Jego obecna wyprawa była jego prywatną spra- wą. jakie mu zaszczepili. wy- chodząc zapasowym wyjściem. Wyświetla- no tu dzisiaj Topaz. w ramce. i wskoczył do pociągu w ostat- nim momencie. Gdy znalazł się na dworcu Saint-Lazare. że mogli czuwać nad jego ruchami — pewne elementy metod. Znalazł się w bocznej uliczce. że nikt za nim nie idzie. przez jego przełożonych. jaki on kładzie na prymat duchowości — mówił oficer-pilot. Na peronie kupił «Głos». chociaż jechał do Pontoise. Po pięciu minutach. wysko- czył z wagonu. myślę o pani w związku z nową Białą Księgą. Usiadł blisko wyjścia. Było to jego ulubione kino. nie Pagnola. Zaczął lekturę od artykułu Jeanne Buillon. pięć minut spędził w ogródku kawiarni. a na ekranie poruszali się bo- haterowie filmu. na Polach Elizejskich. zszedł do metra. który nie należał do jego orkiestry. „Dyrekcja niepokoi się popularnością papieża i naciskiem. «Głos» poświęcał pół strony artykuło- wi Jeanne Bouillon pod tytułem Zdemaskować Żelazną Maską. To by pani odpowiadało. Widział ten film już dwa razy. Wolał go od «Le Monde». 141 . Aleksander wstał z miejsca i opuścił kino. stosując prze- ciwko swym pracodawcom — sądził. Wewnątrz. na wszelki wypadek jednak podjął dodatkowe środki ostrożności. nieprawdaż. Kupił bilet do Wer- salu. znajdował się krótszy tekst: „Dzwon uka- rany: fragment supertajnego dzieła anonimowego więźnia”. gdy pociąg ruszył i to samo powtórzył przy na- stępnym pociągu. lecz Hitchcocka. był już prawie pewien. mówiąc ściślej. głośników emi- tujących przed francuską publicznością posłania. usa- dzić nieco Pana Boga”. dlatego odczuwał nieco złośliwą przyjemność. — Czy nie miałby pan jakiegoś pomysłu w tej mierze?” Wtedy Aleksan- der zapraszał Jeanne Bouillon na obiad do „Antykwariuszy” i wygłaszał następujące słowa: „Jeanne. Tym razem jednak pani Bouillon działała na własną rękę. gdy nikt następny nie wszedł na salę.

że jego uwagi są wyrwane z większej pracy. Stąd właśnie bierze się legenda osoby. osoby na pewno godnej podziwu. 1975 odbiorcą tajemniczych. siedmiu jak dotąd. Arsenału. Odnosi się wrażenie. Dzięki Sołżenicynowi wiemy. 142 . ZSRR) przesyła na Zachód — jaką drogą? — doniosłe obserwacje polityczne. z której próbują je wywabić ci bardzo specjalni psychia- trzy. których jakość każe przeczuwać w ich autorze kogoś na miarę Sołżenicy- na czy Zinowiewa. dyrektor domu wydawniczego Mewa. że psychiatrzy i policjanci reżimu — niewielka między nimi różnica — nie położyli jeszcze na nim swej łapy. jako że przedstawia pozytywne propozycje roz- wiązania sowieckiego dylematu. Dwaj emigranci świeżej daty. Tym bardziej godne uwagi staje się zadanie odsłonięcia jej tajemnic. noszą- cej tytuł Rosyjska prawda. Czemu jednak wietrzyć tu schowki i podstępy na miarę Siuk- sów albo Old Shatterhanda? Dzieło może nie istnieć wcale na papierze. Aleksander uważał to za właściwe. przesyłek. rzecz jasna. Rodzi się pytanie. sprawa kontroli jej wytworów. Być może góruje on nawet nad tymi sławny- mi dysydentami. nie ograniczając się do szkalo- wania teraźniejszości czy gloryfikacji dawnych czasów. chociaż to on właśnie jest od r. jaką się jej zostawiało. Leningrad. może być zapisane w całości w fenomenalnej pamięci więźnia. jak niezwykle może się roz- winąć pamięć prześladowanych. utrzymuje. Jeanne Bouillon nie była zwyczajną propagandystką i jej użyteczność była wprost propor- cjonalna do swobody. pu- blikującego często materiały samizdatu. opowiedzieli o izolatce noszącej numer 000. Powstaje jednak inne pytanie: kim jest owa malownicza „Że- lazna Maska”? Enzo Grucci. Od lat już anonimowy więzień celi numer 000 Szpitala Spe- cjalnego (ul. że nie wie nic więcej niż opinia publiczna. niedawno zwolnieni z ponurego Szpitala Specjalnego. którą prasa na- zywa „Żelazną Maską”. Co innego. notatki. gdzie się znajduje to dzieło i jak to się stało.

gdzie miał być poddany badaniom psychiatrycznym. Ma z niej wychodzić kabel anteny telewizyjnej. otworzył ogień do samochodu. jak był przekonany. i także i oni nie są znani w szpitalu. Tymczasem Breżniew jechał innym samocho- dem. iż tylko szaleniec mógł był się targnąć na życie dobroczyńcy ludzkości. Trzynastego lipca 1971 niejaki Michał Kurnosow.. Tylko dwaj pielęgniarze mają wstęp do izolatki. przebrany za milicjanta. a potrawy przynoszone „Żelaznej Masce” wydają zapa- chy w niczym nie przypominające odoru potraw tutejszej kuch- ni. że Kurnosowa przeniesio- no do Instytutu Serbskiego w Moskwie. Psychuszkę obiegają jednak dziwne plotki. Zestawmy teraz te uwagi z innymi faktami. Moskiewski sfinks dobrze strzegł tajemnicy. Reputacja tego zakładu jest od dawna ustalona: to naukowa filia strasznej Łubianki. jaka też straszliwa kara spadnie na nieszczęśliwca. którego poza tym nie widzi się na terenie zakładu. Także i oni przezwali go „Żelazną Maską”. W zamachu lekko ranny został szofer pojazdu. znajdował się Le- onid Breżniew. Więzień uniknął sądu i. jakoby izolatka numer 000 była zbytkownie urządzona. w którym. Kurnosowa osadzono wówczas w izolatce Czwartej Sekcji in- stytutu.. Jakiś czas później pojawiła się wiadomość. Kurnosowa ujęto i cały świat — pamiętamy — zadawał sobie ze zgrozą pyta- nie. Tymczasem — i to może jest najważniejsze — przedstawione 143 . Otóż do izolatki tej zagląda jeden tylko psychiatra. Lokatorem izolatki jest więzień. którego inni chorzy nigdy nie widzieli na oczy. plutonu egze- kucyjnego. urodzony w Kostromie w r. 1926. ogrom- nego wzrostu lekarz. Zza drzwi izolatki dobywają się nieraz dźwięki muzyki kla- sycznej. który zaniósł później do celi niewidzialnego loka- tora. Co jednak stało się dalej z Kurnosowem? Dziennikarze zachodni wielokrotnie sta- wiali to pytanie. gdyż psychiatrzy uznali. Mówi się o tym. Jeden z pielęgniarzy czyścił dywan. co świadczy o poczytności Aleksandra Dumasa po obu stronach żelaznej kurtyny. w konsekwencji.

dlaczego władze sowieckie ota- czają swymi względami „Żelazną Maskę” zamiast zesłać więźnia do Syczewki. by nie stracić swych przywilejów. Jedno z nich polega na przekonaniu. Hipoteza pewnego rodzaju szaraszki (więzienia- laboratorium dla filozofów. Jeśli tak. Sytuacja ta jest przykra dla członków nomenkla- tury. jak 144 . przyczyny szczególnego postępowania władz mogą być następujące: Coraz liczniejsi świadkowie zapewniają nas.prasie fragmenty ekspertyzy psychiatrycznej zawierały nastę- pujące stwierdzenia: „Michał Kurnosow cierpi na psychozę pa- ranoidalną z urojeniami doktrynalnymi. bo przecież trudno założyć. z definicji uniwersalistycznym”. że ktoś zorganizowałby próbę ucieczki — jej rezultat byłby łatwy do przewidzenia. iż jest on wynalazcą doktryny politycznej. „Wątpię — pomy- ślał Aleksander— żeby wyjaśnienie mogło być tak prościutkie. Oto jeżeli pod „Żela- zną Maską” kryje się Michał Kurnosow. która zawiera projekt utworzenia systemu idealnego w jednym tylko kraju. o którym dowiedzieliśmy się od Sołżeni- cyna) wyjaśniałaby w sposób racjonalny. A więc? Dlaczego nie przyznać. Jak wiadomo. że założyli oni ultratajne biuro polityczne. Oni też nie są wyznawcami tej doktryny. przez analogię do więzienia- instytutu naukowego. sprzeciwia się to słusznym koncepcjom marksistowsko-leninowskim. Można więc przyjąć. pechowym tyranobójcą. następującej po całkowicie już zdemontowanym komunizmie. że pogłoski obiegające dobrze poinformowane kręgi są prawdziwe? Dlaczegóżby więzień izo- latki 000 nie miał się nazywać Michał Kurnosow? Nie da się uniknąć pytania. dlaczego zdecydowana zazwyczaj sowiecka sprawiedliwość nie obeszła się ostro z Mi- chałem Kurnosowem. iż ZSRR jest je- dynym krajem na świecie. którego zadaniem było- by wypracowanie nowej doktryny. gdzie zgniłby razem z innymi nieuleczalnymi. to w tym laborato- rium politycznym oryginalny myśliciel Michał Kurnosow miałby zapewnione miejsce. w którym nikt nie wierzy w mark- sizm-leninizm. ale zależy im na tym.

Naprzód umieszczono go w cerkwi Wszechmiłosiernego. i zesłano go na Syberię. Jeśli dobrze się sprawowały. Jeśli niedobrze. bić na alarm: „Morderstwo! Morderstwo!” Borys rozgniewał się. Następnie wybijał godziny na wieży Św. że dzwon dość już wycierpiał. do Tobol- ska. Zażądali jego powrotu. powtarzała pochodzące z „kół dobrze po- informowanych” pogłoski. Dołączała się do tego też irytacja natury profesjonalnej. Zwłaszcza jeżeli sprawą zajął się Pitman. ucinając mu ucho. W r. jakby sam z siebie. W r. mniej więcej dwa miliony dwieście czterdzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt. Naprzód trzeba było udowodnić. Zabójców nasłał na niego najprawdopodobniej Bo- rys Godunow. przekład z języka włoskiego: «ROSYJSKA PRAWDA» O MASS MEDIACH albo DZWON UKARANY W dawnych czasach dzwony kościelne były chrzczone i na- maszczane olejami świętymi. cecha.się to wydaje Jeanne Bouillon. 1593 w Ugliczu poderżnięto gardło małemu carewiczowi Dymitrowi. czyż to ma jakieś znaczenie? Wkrótce przecież „wróci”. 145 .. z której ona była tak dumna.. odda- wano im cześć. Gdy tego dokonano. prowadzone przez niego „pudło rezonansowe”. które nigdy do niego nie dotarły? A zresztą. Złamano mu jedno ucho. tak jakby ukarano skazańca. podnieś sukienkę. 1849 ugliczanie doszli do wniosku. Na jego rozkaz zdjęto dzwon i wy- chłostano rózgami. Wybił ich bardzo wiele. przy rynku miasteczka. Przeczytał też tekst zawarty w ramkach. że to rzeczywiście dzwon z Uglicza wybija godziny w Tobolsku. mały. tym gorzej dla nich: tym gorzej dla ciebie. dostaniesz klapsa. Zofii.” Drażniło go ubóstwo języka Jeanne Bouillon. Wielki dzwon ugliczowski zaczął wtedy. z której wolał nie zdawać sobie zbyt dokładnie sprawy: jakim prawem ta dziennikarka.

przywieź mi ich dzwon alarmowy”. a potem zgubionym. — Ach! Pan Aleksander! Dawno nie widziany. Mieszkań- cy wsi pozbierali okruchy dzwonu i przetopili je na dzwoneczki do trojki. W Pontoise Aleksander raz jeszcze sprawdził. i gdyby wszystkie dzwo- neczki mówiły: „Morderstwo! Morderstwo!”? Oto co «Rosyjska prawda» myśli o mass-mediach. Aleksander Psar zapisał się do towarzystwa Strzeleckiego jako Aleksander Rsar. Oto historia pomyłki sądowej. symbolem niezależności mieszczan. zdobył Psków i posłał tam swego intendenta. znów rozdzwonił się na swej rodzinnej wieży. dzwon pękł. „Bez sensu! — rozzłościł się Aleksander. gołąbek. Załóżmy jednak. Posługując się dowodem osobistym lekko podrobionym.amnestiowany dzwon mógł już wrócić do domu. czy pod nią kryje się Kurnosow czy kto inny. Stało się to 20 maja 1892 roku. — Rosyjska prawda w ogóle nic nie myśli. A gdyby tak dzwon z Uglicza pękł w drodze do Tobolska i gdyby przetopiono go na dzwoneczki. Podczas transportu. że było ina- czej. Czym byłaby dusza rosyjska bez trojki? A czym byłaby trojka bez dzwoneczków? Mówi się o nich: wałdajskie dzwoneczki. 21 maja wszystko było gotowe. w wiosce Wałdaj. czy nikt go nie śledzi. Dołmatowa: „Posłuchaj. po trzech stuleciach bez jednego roku od chwili deportacji. «Żelazna Maska». Dołmaszka. obojętne. W obecności wielkich mas ludowych dzwon. Dzwon alarmowy był wów- czas. którzy posuwali się 146 . po czym wziął taksówkę i kazał się wieźć na strzelnicę. Dlaczego? Wielki Książę moskiewski. Miało to dwie zalety: musiało wprowadzić w błąd ewentualnych szperaczy. Parabolę tę można przecież interpretować na tysiące sposobów. jest zwyczajnym szarlatanem”. jakby się powiedziało. Bazyli III.

Nie był nawet strzelcem wyborowym. Przygotowanie się do strzału ma w sobie coś z techniki zen i z treningu aktorskiego w szkole Stanisławskiego. Dłoń zaciśnięta na kolbie. Przestrzegał skrupulatnie przepisów bezpieczeństwa. nie znał na pamięć wagi ładunków i szybko- ści lotu pocisku. Nie posługiwał się ani rzad- kimi.w swych badaniach w porządku alfabetycznym. którą odznaczają się strzelcy zarazem najpo- ważniejsi i najbardziej zwariowani. mięśnie rozluźnione: były to zarazem wymogi praktyczne i rodzaj rytuału. Dwaj strzelcy uprawiali tu swoje ćwiczenia. Ale strzelanie dawało mu dużo przyjemności i było to widoczne. prowa- dził wesolutki i okrąglutki pułkownik w stanie spoczynku. ani zdobnymi odmianami broni. sztywny palec wskazujący na kabłąku spustu. śrutowy po- cisk wsunięty precyzyjnie do komory. Strzelnicę. Uwa- żał on Aleksandra za wielki talent strzelecki i w związku z tym wyświadczał mu stale uprzejmości. spokojnie i stanow- czo. żywił szacunek dla broni. nie przeprowadzał obli- czeń balistycznych. sku- pieni i dbający też o skupienie sąsiada. Brakowało mu zimnej pasji dla techniki strzelania. Wszystko wskazywało na to. małe plaff. I nagle jest się gotowym. jedną z najnowocześniejszych w Europie. Odgłosy strzałów. w której strzelało się z wiatrówek. W sali. a także zmusza- ło członków towarzystwa do posługiwania się tylko imieniem. nie uważał się za specjalistę od uzbrojenia i nie rozmontowywał mechanizmu spustu. mógłby być równie dobrze doskona- łym oficerem. Prawdopodobnie zresztą był w błędzie: w Aleksandrze odzywał się po prostu niezaspokojony temperament żołnierza. skoro nazwisko nie dawało się wymówić. panowała cisza jak w akwarium. pasji. nie bardziej zakłócały spokój tego miejsca niż poruszenia płetw w głębinie wód. że gdyby nie był prosperują- cym człowiekiem interesu. Aleksander koncentrował się. nie brał udziału w zawodach strzeleckich. 147 . choć Aleksander niechętnie się do tego przyznawał. ułatwiającego osiągnięcie pożądanego stanu łaski.

i wreszcie zwierał mocniej dłoń. tarcza i ja. Strzelanie z wiatrówki ma się do prawdziwego strzelania tak jak toccata do symfonii. Gdy Aleksander brał go do ręki. Strzelanie z wiatrówki było dla niego czymś w rodzaju oczyszczającego ćwiczenia przed strzelaniem z broni palnej — podobnie oczyszczają się prawosławni. — Chodź — powiedział po rosyjsku. Przyrównywanie broni palnej do symbolu seksualnego wydawało mu się śmiechu warte. Nie chciał też widzieć obiektu świętości. Na dnie szafki błękitna poświata: Smith & Wesson. 148 . które po napiętych linkach sprowadzało do niego tarczę jakby w kolej- ce linowej. Może jednak któregoś dnia ta asceza dobiegnie końca? Aleksander pochodził z rodziny wo- jowników. zatopiony w purytańskim skupieniu. opuszczał je. (Dokładniej zaś: chodź- my. jakby ściskał gąbkę. odczuwał emocję. Na świecie istniejemy tylko my dwoje.) Broń palna nie jest ani psem. którzy poprzez posługiwanie się bronią osiągali za- spokojenie podobne temu. z zawieszonym na moment oddechem. Dopiero gdy był zadowolony ze swych wyników wracał do swojej szafki i brał z niej ochronne nauszniki. wypuszczał powietrze. ustawiał szczerbinkę na muszce. Od- dychał głęboko.przenosi się spojrzenie na tarczę. jakiego inni dostępowali za pośred- nictwem narzędzia. Po każdym strzale naciskał guziczek specjalnego urządzenia. krzyża lub banknotów. w przedmiocie służącym przecież do ćwiczeń tylko. wydychał powietrze do połowy i tak. której nie potrafił do końca wytłumaczyć. jeszcze raz go nabierał. lecz w pewnym sensie należy do tej samej rodziny. które przystoi wiatrówce. do gry. pióra. Aleksander strzelał bez pośpiechu. Lekkie plaff wystrzału zaskakiwało go za każdym razem. ani koniem. poszcząc przed nadejś- ciem świąt Bożego Narodzenia. Badał swoje wyniki surowo: „Skąd ten odstęp? Czy ruszyłem palcem?” Następnie odsyłał tarczę na jej miejsce. podnosił ramię.

Poza tym jedyną bronią. Strzelając do tarczy posługiwał się najprostszym sposobem. wydawał mu się zbyt uzależniony od sprężyny powrotnej i sprężyny magazynka. pomimo jego oczywistych zalet. a całość. jaka należała do wojskowego ekwipunku jego ojca był nagan. Mimo że nie był w tej dziedzinie pedan- tem. panie pułkowniku. Strzelając do tarcz używał 38 „specjalnych”. dość duża jednak: dłu- gość lufy wynosiła cztery cale. 149 . Przeszedł do pomieszczenia. po naładowaniu. Była to raczej broń polowa niż sportowa. prostota jego budowy miała w sobie coś oczywistego. świata. że zależnie od użytego naboju energia i szybkość lotu pocisku mogła się znacznie zmieniać. — Sylwetki. Dlaczego zdecydował się na rewolwer. Zastał tam tylko jednego strzelca. potem czuć. Być może dla jego podświadomości pistolet automatyczny był obrazem innego już świata. o ostrych ołowianych pociskach. Opuścił rękę. jak ustępuje i jak usztywnia się język spustu. ważyła więcej niż kilogram. Rewolwer to co innego. Ulokował się najdalej jak tylko mógł od niego. gdzie strzelało się z broni palnej. a nie na pistolet auto- matyczny? Mechanika interesowała go nie bardziej niż sprawy zarządzania i administracji. Stojąc w ten sposób przyzwyczajał swe ciało do tego nowego organu. do- rzucony. pistolet automatyczny. przedłużającego linię ramienia. Stanął przed tarczą. Aleksander wiedział. w której trzymał rewolwer. nawet po- dwajać. w pewnym sensie zbędny. Odbezpieczył rewolwer. Były one względ- nie tanie. Jego Smith & Wesson mógł być ładowany nabojami 357 ma- gnum albo 38 „special”. obciągniętych nylonem. w którym nie było miejsca dla takich jak on. Jaka to przyjemność. czuć opór kurka. System zabezpiecza- nia pistoletu uważał za sztuczny. panie Aleksandrze? — Naprzód tarcza. odciągać kciukiem kurek.

Broń przemówiła. jak skrzydło wiatraka. Jednocze- śnie przymknął lewe oko. by w niczym nie zburzyć cudownej równowagi. 150 . Za mo- ment ogromne. rozciągającą się wyłącznie w planie pionowym. panie pułkowniku. Strzelał dalej. Uroczyście uniósł ramię. też niczego sobie. Jakiś wewnętrzny licznik — psychosomatycz- ny? — powiadamiał go o ilości oddanych strzałów. Strzelając do sylwetek posługiwał się amunicją 357 ma- gnum. Wyregulowana do perfekcji muszka objęła sobą szczerbinkę. leżącej na dnie jego szafki — były tam naboje o wydrążonych pociskach — lecz używał se- mi-wadcutter. płaskie jak na fresku egipskim. prostopadłym do powierzchni tarczy. iż towarzystwo strzeleckie nie jest dla nich tylko kursem dziurawienia bliźnich. osiągając szybkość 500 metrów na sekundę. Zgodnie z zaleceniami techniki amerykańskiej starał się. Strzelił. Aleksander miał wielkie dłonie. który nie odstępował go przez cały czas: — Teraz. Prawie nie czuł ciężaru broni w palcach. Stopy pod kątem prostym. Po sześciu strzałach wiedział. Strzelnica sylwetkowa była w zasadzie przeznaczona dla poli- cjantów i oficerów rezerwy. co do których można było żywić przekonanie. Aleksander miał tam wstęp. że może już wyrzucić łuski. ciągnąc ku sobie spust. Biodra i barki odwrócone w bok. Przesunął bębenek rewolweru i włożył ciężkie ziarna śmierci do odpowiednich gniazd. Był zadowolony z wyników na tarczy. W tym samym planie poruszała się jego ręka. Trójkąt szczerbinki zdawał się szczelnie wypełniać ciemne koło muszki. Nie rozpieczętował paczuszki. Był w dobrym nastroju. płasko ucięte pociski opuszczą lufę. z góry na dół. Jego ciało zamieniło się jakby w figurę geometryczną. to jest dla tych. Zwrócił się do puł- kownika. jak do błogosławieństwa. panie pułkowniku. by palec wskazujący był swobodny i jednocześnie uważał. jaką udało mu się osiągnąć. — Gotów? — Gotów. Strzelił.

” — No. Zatrzymał się dopiero na progu wyczerpania.. Znów zaczął strzelać. — Wiem. Sylwetki nie wyskakują aż tak szybko. Inna. co? Zdychaj. „Ciekaw jestem. Pułkownik. Tuż przed nim ukazała się następna.. Ogień. Naładował rewol- wer: małe fasolki wracały do swych strączków. Jego eminencja kciuk zesztywniał z wysiłku. Usłyszał suchy trzask iglicy. Powinien rozluźnić palec. grane w 151 . Czuł w sobie straszną wściekłość.. że już mnie masz. wy- męczony przez dodatkową pracę systemu podwójnego. Wrócił do kina zapasowym wyjściem. Z lewej. Jedna z prawej.. jak tam wyglądają strzelni- ce. przedziurawił pan z pięćdziesiątkę Żółtków. Odgadł. — Myślałeś. panie Aleksandrze. Oto po lewej stronie ukazała się wąska sylwetka. nim sylwetka obróciła się na zawiasach. — Ach. Tym razem była to prawdziwa orgia strzelecka. że pistolet automatyczny. żeby nie dało się sto- sować zwykłej metody repetowania rewolweru. Licznik psychosomatyczny pomylił się.. Ogień. a nie chciał mnie pan słuchać. gdzie wszystko zależy od refleksu. Oby dosięgły swych adresatów. ma się do strze- lania do tarczy tak jak prawdziwa. śmiejąc się wszystkimi zmarszczkami okrągłej twarzy. Ostatni byłby mnie dostał. Palec wskazujący. te drzwi nie domykały się i właśnie dlatego chodził na prawie wszystkie filmy. po prawej. Strzelanie do sylwetek. że tym razem trafił tylko w ramię i poprawił się. nie mógł już płynnie działać. Ogień. Z nienawiścią spojrzał na kpiącą sylwetkę.. Niech pan zdejmie nauszniki i napije się czegoś. listy wsuwały się do kopert. ale system po- dwójny wydawał mu się właściwszy w tym wypadku. wyższa. Ogień. strzelając w pępek. przyśpieszał tempo poruszania się sylwetek. Z pewnością równie nowoczesne. Zawsze panu powtarzam. spełniona miłość do miłości platonicznej. Był spokojny: tych dwóch załatwił.

karoce. Później zjawił się tu jego ojciec. próbował dzwonić do jednych czy drugich drzwi. Z balkonu można było zobaczyć Lasek Buloński. Te wielkie klatki schodowe. Opuścił kino po scenie dziejącej się w hotelu. czy była to mieszkanka dzielnicy. rozgniatając piasek pode- szwami butów fabrykowanych przez najlepszego włoskiego pro- ducenta obuwia w Paryżu. Jessica mieszkała blisko La Muette. robiąc miej- sce każdej przechodzącej kobiecie. Zielona masa bluszczu. elegancko. szlachciców. a on wyrobił sobie już markę bywalca pozostającego w ki- nie znacznie dłużej. może pod tymi samymi drzewami. wzniesionym tuż przed wojną. Dzisiejsza wycieczka zajęła czas dwóch lub trzech seansów. albo też ukrywali je przez sympatię dla rubli. ze żwirem zgrzytającym pod nogami. I oto teraz on żegnał się z tym miastem. niewiele skrom- niejsze od pałaców? Nie dla arystokratów. Bez pośpiechu prze- mierzał wielkie mieszczańskie trakty swej ulubionej ósmej dziel- nicy. Tuż obok znaj- dowała się sowiecka ambasada. lecz to go nie niepokoiło: film wyświetlany był non stop.tym kinie. czy też zwykła portugalska bona. jeśli tylko obraz mu się podobał. Była to era sojuszu: republikanie francuscy nie żywili żadnych uprzedzeń wobec bojarów. lecz dla agentów gieł- dowych i bankierów. Ci umieli jeszcze żyć. rycerzy. te masywne balkony z kratami z kutego żelaza (Alek- sander uwielbiał kute żelazo). obojętnie. Jego dziadek przechadzał się tędy jakieś osiemdziesiąt lat temu. Czerwcowe wieczory trwają bez końca. wylewająca się znad murów pię- ciometrowej wysokości. z pustym żołądkiem. Szedł z uniesioną głową. Ogrody. — Pani Boïsse zrobiła się na piękność? 152 . przesuwające się za bra- mami. nosił fioletowe rękawiczki. w bardzo brzydkim i bar- dzo komfortowym budynku. Aleksander zdawał się odkrywać tu fantomy przeszłości. Zostawił swoją omegę na parkingu i udał się do Jessiki piechotą. Dla kogo wybudowano te wspaniałe domy. Przepych alei ogrodowych. bez powodzenia.

coś w niej prowokowało go do tego. nasyco- ną zapachem tytoniu. ogromne talerze. gotowa jestem w każdej chwili dotrzy- mać umowy. retro do drugiej potę- gi. Miał ochotę odpowie- dzieć jej niegrzecznie. Zresztą. Proszę jednak nie udawać. Miała ze czterdzieści lat. a na nim no- woczesne srebra. W drugim czekał przykryty szklaną taflą stół. czy też jest pan impotentem? Mówiła z lekkim akcentem amerykańskim. — Może jednak? Iwan będzie tu najwcześniej za dwadzieścia minut. zobaczymy. był ledwie związany. — bawiła się paskiem szlafroka. Zaprowadziła gościa do salonu. — Moja droga Jessico — odpowiedział jej rozleniwionym głosem — doświadczenie uczy nas. Jessica zapaliła papierosa. wynurzająca się z wiadra z lodem. W jednym kącie prążkowane na czarno i biało kanapy ustawione były na brzegach skóry z ze- bry. jeżeli któregoś dnia przestanie pani pełnić funkcję pośrednika. — Jeśli idzie o mnie. lecz wciąż była bardzo atrakcyjna. prawie przezroczysty szlafroczek. która zamienia się w obowiązek.. Dzisiaj był to czarny. ale zmilczał. Pasek. ściągający tę zwiewną mate- rię. typowe dla nowego stylu go- towania. — Gdy jednak obowiązek staje się przyjemnością. Jessica była szczupłą brunetką. jest w tym coś wspaniałego. że narzeka pani na brak wielbicieli. przystojną. że nie powinno się nigdy mieszać obowiązku i przyjemności. owszem. — Nie? Nie zmie- nił pan zdania? Aleksander usiadł na jednej z kanap. zawsze ubraną na czarno. Nawet nie udawał. same koronki i falbanki. że chce podać jej 153 . Zwracając się do tej kobiety Aleksander stawał się zawsze tro- chę grubiański. Niech pan się wreszcie przyzna: czy ja się panu nie podo- bam. nakrycie dla dwóch osób i wreszcie złota szyjka butelki.. staje się torturą. czyż nie? — Ale przyjemność.

Miał ładne dłonie i pozwalał sobie na nieco staroświecki \ luksus starannego wygładzania pilniczkiem paznokci. ani też to. to nie propaganda. żona najpierw pewnego włos- kiego księcia. — Znam litera- tów całkowicie normalnych. albo zabierała go swą małą. Kanadyjka urodzona w Cannes. że taka opinia będzie dla nich korzystna. Zazwyczaj zabraniał sobie myślenia o niej i o małym Dymi- trze. moja żona! Och. gdy wyobrażał sobie bliski powrót. Nawet dzisiaj rano. że Jessica posłuszna była Pitmanowi? Pieniądze? Szan- taż? Aleksander nie wiedział tego i wolał się nie dowiadywać. którzy podają się za inwertytów.ogień. Cóż. przydzielając mu tę palaczkę. nie trzeba. Cza- sem jednak. bo uważają. co? Z pewnością mówi się tak o panu w środowiskach literackich. tylko po prostu jest pan ciotą. Po raz pierwszy tego dnia w jego pamięci pojawiła się Ałła. Oglądał swoje paznokcie. Być może jednak Pitman zrobił to rozmyślnie: związek między nimi mógłby zaszkodzić sprawie. chociaż naprawdę do niego nie należała. że nienawidził kobiet palą- cych. gdy myślał o czymś zupełnie innym. Jej wspomnienie przeszy- ło mu serce. żebym się panu nie podobała. mój syn!”. 154 . „Pitman ma mnie w ręce. Zachód jest naprawdę zgniły. jakby zrywała się jakaś tama: „Och. w tych środowiskach nie szkodziłoby mi to w ża- den sposób — odrzekł Aleksander nie prostując. Wyrzucał sobie później ten brak czujności: „Trzeba się kryć”. działo się tak. Od czasu do czasu pokazywała się z Aleksan- drem u „Maxima”. żeby ta zależność była jeszcze większa”. — Istotnie. Jessica Boïsse miała swoje znajo- mości w międzynarodowym high society. świadomie pominął te dwie drogie mu osoby. potem amerykańskiego impresaria i później in- nych jeszcze dżentelmenów. białą lancią do któregoś z wydawców: wystarczało to do zaspokojenia ciekawo- ści paryżan co do prywatnego życia Aleksandra Psara. Co spra- wiało. Pitman popełnił błąd. Ktoś powinien wreszcie spostrzec. Jessica śledziła jego spojrzenie i zadrwiła: — Ani impotent. Jessica.

szpiegować. I wciąż jesteś piękny jak bóg. Jessica poszła otworzyć. instruować. — No i co? Żadnych APK dzisiaj? Aleksander lubił popisywać się żargonem KGB: na pijatykę mówiło się Aktywność Polityczno-Kulturalna. Napij się raczej ze mną wódki. — Dajcie spokój. czego zresztą bardzo żałował. Aleksandrze Dmitryczu? Iwan IV był krępym mężczyzną około pięćdziesiątki. „Funkcjonowanie zamków w drzwiach to nie nasza dziedzina”. — Co słychać. towarzyszu pułkowniku. — Cieszę się. Był to stały żart Aleksandra: Iwan Iwanycz nie znosił wódki. Aleksandrze Dmitryczu. Uścisnęli sobie mocno dłonie. że pana widzę. że mógłbyś mi wyrwać ra- mię. skoro o wiele prościej jest uzależnić go. wzru- szenia. miały za zadanie za- słonięcie łysiny. brązowy garnitur i wielkie półbuty. 155 . Aleksander miał stopień pułkownika z nadania. Miał na sobie koszulę w biało-niebieskie paski. Iwan Iwa- nycz był zawodowym oficerem. Iwan Iwanycz wpatrywał się w swego agenta: — Dobrze wyglądasz. czesane w poprzek czaszki. To nieładnie wy- śmiewać się z biednego żołądkowca.W jego dyrekcji do dobrych obyczajów należało nie wiedzieć zbyt wiele. Iwanie Iwanyczu. W niebieskich oczach często pojawiał się wyraz czułości. Rude. Ktoś zadzwonił do drzwi. gdybyś tylko zechciał. Skończ już z tym udowadnianiem mi. — Ręka boga nie jest uchwytem pompy. Jego twarz pokryta była śladami po ospie. choćby to nawet był przeciwnik. Stosownie do swego dezabilu poruszała się imitując styl „na panterę” lat dwudziestych. Iwanie Iwanyczu. rzadkie włosy. „Zaskroniec — mawiał Pitman — nie zajmuje się podpatrywaniem żaby”. majorem. Po co podpatrywać kogoś.

Znam się na moim zawodzie. Miałbyś ochotę... Iwan złożył nakrochmaloną serwetkę w trójkąt. Mówiła kiepskim rosyjskim. Wyszła z pokoju. Co innego było bardzo pil- ne: chciałem ci powiedzieć. Gdybyście chcieli tańczyć na golasa. i zadowolenie — że wkrótce popsuje mu apetyt. którego rożek wsunął między dwa guziki pomiętej ka- mizelki. tak. że rachuneczek będzie słony. Wydając radosny okrzyk oczekiwania wyciągnął rękę po butelkę. że skończyłem. 156 . który radośnie zabierał się do odłamywania szczypców homara i łamania zę- bami kości gęsi. Aleksandrze Dmitryczu. — Ty. serce. na przykład powieść historyczną szkalującą Dosto- jewskiego. Iwan Iwanycz zmrużył oko: — Chętnie by tu z nami została. Ale myślę. Jeśli o mnie idzie. — Iwanie Iwanyczu. Czuło się w nim pogodnego człowieka. zawołajcie. że będziecie rów- nie szczęśliwi beze mnie. — Ach. Co prawda mam dla ciebie kilka drob- nych spraw. Jessica wtrąciła się: — Szampanskoje? Tak. zostawię was z waszymi sprawami. — Jeżeli serce ci to dyktuje. co?! Ty mnie zadusisz. — Iwan Iwanycz podszedł do szklane- go stołu: — Kawiorek! Homarek! Gąska! Coś mi się wydaje. — Co skończyłeś? — Skończyłem moją pracę dla dyrekcji... — Nie. poprosiłem o pilne spotkanie nie tylko ze względu na homara. ale to mogłoby poczekać. — To twoja sprawa. W każdym razie we Francji.. skądże. serce. Usiedli przy stole. co? Jeżeli nasza damulka po- myślała o kropelce szampana. Jeśli będzie- cie mnie potrzebowali. — Panowie. Aleksander pomyślał — była w tym i litość dla Iwana. zasłońcie okna: mam sąsiadów. jest szampanskoje. nie krępuj się. wracam.. dziwka.

żartujesz sobie ze mnie. o ojczyźnie! Aleksandrze Dmitryczu. między dwiema wieżami. Jakub Mojsiejewicz dał mi swoje słowo. było wciąż jasno. — Co? kiedy? Jaką propozycję? — Trzydzieści lat temu.. postawiłem pewien warunek: mianowicie że wrócę. Trzydzieści lat upłynęło. W pokoju majaczył błękitny półcień. zgodziłem. Ja się już przyzwyczaiłem do Paryża. I przede wszyst- kim nie można przerwać misji tak sobie. ale to właśnie on mnie zwerbował. przyznaj się. Aleksander patrzył na niego uważnie: — Iwanie Iwanyczu. W jasnych oczach Iwana Iwanycza pojawiła się miękka czu- łość: — Sasza. ale musisz pamiętać. Gdzie? Jeśli ko- niecznie chcesz wiedzieć. tak jak my wszyscy. co do ciebie należy. na wieży Notre Dame. Prze- każ wiadomość dalej.. Iwanie Iwanyczu. i moja żona także. Ty nie masz się co zgadzać. Jana i wie- czory paryskie niewiele różniły się od białych nocy Petersburga. Powtarzam. gdy zgo- dziłem się przyjąć uczynioną mi propozycję. niczym więcej. Działo się to w okolicy św. dokładnie rzecz biorąc na galeryjce chimer.. Saszeńka. — Zgodziłem się. Iwan Iwanycz wyrwał serwetkę i rzucił ją na stół: — To skandal! To potworne! Nie uwierzę w to nigdy. zgodziłem się wykonywać moją misję trzydzieści lat. Elektroniczne szachy 157 . że twoje zadanie sprowadza się do jednego: jesteś pasem transmi- syjnym.. Gdy więc przyjąłem propozycję. gołąbku. chociaż była już dziesiąta w nocy.. Zgodzono się na moje warunki. — Nie masz racji. powiedziałem ci. Gdy Aleksander wrócił do domu. Pewnie nie wiesz o tym. ja cię lubię. Transmituj. w czasie jazdy! Pomyśl o organizacji. masz słuchać. Bę- dziemy dalej pracowali jak do tej pory... prawda? — Iwanie Iwanyczu. Wykonaj więc. nim skończę pięćdziesiąt lat.. Nie możesz mi tego zrobić. nadszedł czas powrotu.

gene- rał major od dawna przestałby się zajmować bagatelami rodzaju jednego z agent d'influence. opadająca dłoń. za każdym razem musiał uczyć się na pamięć jego zdjęć i potem niszczyć fotografię. Przed jego oczami przepływały obrazy. Już teraz jednak wysysał boską ambrozję najwyższej prawdy i przekonany był. bo światełko zgasło. Jednym z jego zadań. było wymyślanie najróżniej- szych bzików i aberracji. życie jego nie pójdzie na marne. i dwie małe sylwetki na mostku kapitańskim: młody mężczyzna i jego kusiciel. w trakcie następujących po sobie wta- jemniczeń. zarażony bakcylem Sun Tsu. Nie miał jednak wolnej głowy. których młode po- kolenie nazywało czapkami-niewidkami. który zmienił nazwę na dyrekcja «A». Jedyne co mógł zrobić. Zaj- mowałby się dwiema rzeczami: administracją podległych mu sektorów i polityką w stosunku do „góry”. Inne funkcje. Młoda kobieta o oczach pełnych patosu i czujnych. która nie dosięgła już policzka syna. Aleksander siadł przy szachownicy i szukał riposty. Alek. przysłuży się ludzkości. najmniej jeszcze odpowiedzialnym. jeszcze bardziej tajne.musiały znaleźć rozwiązanie. Chłopczyk o ja- snych włosach. Depesza znalazła się na biurku generała majora Jakuba Pitmana. przyznał sam sobie prawo rozplątania do 158 . I wreszcie wielka nawa kościoła. nie pozostawało nic innego jak tylko przekazanie żądania po- wrotu Oprycznika. jednym z tych. Ale Pitman. że dzięki nieprzeniknionym arkanom byłego departamentu «D». choćby był nie wiadomo jak wściekły. to złagodzić nieco wymowę tego apelu przez osłodzenie go przeprosinami i uspra- wiedliwieniami. płynąca niebem. poznawał krok po kroku. które ZSRR wmówi światu w czasie następnych dwudziestu lat. I dłoń. działającego gdzieś w świecie. Stary człowiek umierający w szpitalu: „Ja nie wrócę już. Gdyby w dyrekcji «A» przestrzegano ściśle regulaminu. ale ty wrócisz zamiast mnie”. Iwanowi Iwanyczowi. Mając lat pięćdziesiąt siedem Pitman był najmłodszym człon- kiem Areopagu Teoretyków.

końca „boskiego węzła”. Drewniany dom.. jakby angażując się w ostatni bój. Pitman usiadł z tyłu. Około czterystu hektarów ogrodzono i odcięto od świata. ale też brakowało mu śmiałości. Na stole leżała prymitywnie zadrukowana kartka papieru. Na gałęziach wykwitały małe eksplozje światła. Potem się- gnął dłonią w stronę wiertuszki. za- wierająca zadania szachowe. którym posługiwać się mogli tylko władcy świata: — Czy mogę przyjechać? — Czekam na pana. któ- rzy zajmowali miejsce obok kierowcy. Nie aprobował populistycznego gestu niektórych przełożonych. rekru- tując owych siedmiu Francuzów. Dacza Abdulrachmanowa zbudowana była tuż nad jeziorem. Można było łowić ryby w jeziorze.. który sam zasupłał w młodości. w której KGB zbudował dacze dla swych pracowników. przeżył ponownie scenę na galeryjce chimer. by domagać się tego. Pitman zastał starego człowieka na werandzie. wzniesiony tuż po wojnie. z jej koronkowymi szczytami i pokrzywionymi stopniami ganku. Abdulrachmanow żył tu samotnie. przed szachow- nicą. Panowała tu cisza natury pozostawionej w stanie dziewiczym. przybrał już wygląd starej rosyjskiej chaty. aparatu telefonicznego. Gdy czytał raport Iwana Iwa- nycza. polować lub zbie- rać grzyby w lesie. co Abdulrachmanow otrzymy- wał bez proszenia: żeby otwierano przed nim drzwi samochodu. mając do towarzystwa je- dynie niemego ordynansa. 159 . wypuszczało strzały swych promieni w las. Podjechał samochód służbowy. Abdulrachmanow osiadł o jakieś sto kilometrów od Moskwy. Pomiędzy drzewami zachodziło słońce i. Weranda zawieszona była nad taflą wody. na której stały ogromne kolorowe figury w dawnym stylu. w starożytnej wiosce. Jezioro było całkiem gładkie i bezbarwne. obywał się bez haremu i bez rodziny. Obszar ten był strzeżony przez uzbrojonych wartowni- ków i psy. — Do Wołkowa.

lecz nie wypadły. kołacze. Wracał jeszcze kilkakrotnie przynosząc małe chleby o różnych kształtach. — Mohamedzie Mohamedowiczu. a tymcza- sem Psarowi udało się — musiał w tym celu potrząsnąć paroma szkieletami w paru szafach — uzyskać dla niej jedną z wielkich nagród literackich. Wiek nie przygarbił Abdulrachmanowa. który ma więcej niż osiemdziesiąt lat”. ale i cała sylwetka upodobniła się do gigantycznej głowy cukru. nie patrzył ani na swego pana. — Kenti. by ocalić 160 . który przybywał zawsze w porę. bubliki. minę starego zrzędy. Książkę Bluna przetłumaczono na wiele języ- ków. Wierny przyjaciel. kiełbasę. wnosił już w wyciągniętych ramionach brzuchaty. ani na gościa. Pierwszym z nich była powieść Emanuela Bluna. Mimo to Blun w dal- szym ciągu uchodził za liberała: wiernym przyjacielem bohatera powieści był pewien milczący lecz sprawny członek partii komu- nistycznej. Jego wielkie zęby pożółkły. Nie chciał jej z początku żaden wydawca. ekscelencjo. który przy- sługiwałby Pitmanowi w starej Rosji. buchający parą srebrny samowar. — Ludojad. a w ZSRR przyznano jej nawet laur opatrzony imieniem jednego z najkrwawszych katów ludzkości. zawsze byłem przekona- ny. — Oprycznik? Przypominasz sobie. że nie chcia- łeś go kiedyś zatrudnić? Dla żartu Abdulrachmanow posłużył się tytułem. słoiczki z konfiturami i miodem. samowar! Innokienti. głowę miał opuszczoną. bez wątpienia uprzedzony przez wartowników. Zrównoważył to mówiąc mu „ty”. Gryzł ogórka. Pitman chętnie przyznał się do swej ówczesnej pomyłki i za- częli obaj przypominać sobie największe osiągnięcia Opryczni- ka. „Bardzo stary ludojad — pomyślał Pitman. tyle że jego barki za- okrągliły się i teraz już nie tylko jego czaszka. że pańskie zamiary wobec Oprycznika są bardzo konkretne. ogórki małosolone.

który nie może przeczyć oczywistym dowodom.narratora od niebezpieczeństw. Niech pan pamięta. był mistrzowskim osiągnięciem.. Rosyjski dla każdego. Francuzi do tej pory odczuwają jej skutki. jest pan uczciwym człowiekiem. Zastanawiam się. Trzeba było go niekiedy hamować. Później Psar wpadł na pomysł Białej Księgi. i Psar domyślił się tego: kampanię w sprawie wojny algierskiej powierzono innemu agentowi i trzeba było unikać interferencji. Zysk polityczny był ogromny. — I Słownik synonimów. że otchłanie pełne są „ma- łych krwawiących embrionów” francuskich. a rewolucja pod hasłem „proletariat”.” Był wtedy jeszcze jeden powód. — Także i jego Biała Księga o kobiecie nie była zła. — No i jeszcze Rosyjski dla każdego. przygotowany w ZSRR i nafaszerowany propa- gandą wszędzie. jeśli sądzić po wpływach finansowych. na ile można obliczać liczbę oby- wateli francuskich odesłanych nadawcy dzięki staraniom Oprycznika. Nie sądzisz. jednak naturalne skłon- ności kierują pana ku prawicy. Mohamedzie Mohame- dowiczu. skierowanych tam przez naszego przyjaciela? Abdulrachmanow posmarował masłem kromkę chleba i uło- żył na niej plasterki kiełbasy w fantazyjnie zakrzywioną linię. ekscelencjo. 161 . — O. na jakie narażały go jego wiel- koduszność i roztargnienie. kurs językowy realizowany w cią- gu czterech lat.. „Nie chodzi o to — usłyszał wtedy Psar — żeby znalazł się pan na lewicy. W szczególności trzeba było interweniować w przypadku Księgi poświęconej wojnie algierskiej. gdzie hasło „wyzysk” znajdowało się w artykule poświęconym kapitałowi. w każdej czytance i każdym ćwiczeniu grama- tycznym. — Ale jego Biała Księga o edukacji narodowej!. tak. Moha- medzie Mohamedowiczu. Tak.

lecz w stronę pewnego cynizmu polityczne go. Trzeba je było co prawda później zdementować. kto nie jest marksistą. ale za moich czasów doszliśmy do tego.. i gotowość widzenia w faktach faktów. Ależ się zaśmiewano na placu Dzierżyńskiego. gdy Francu- zów. — Były też te apokryficzne przepowiednie Guillaume'a Po- stela. bombardierzy porzucą kule armatnie.. Nie robię ekscelencji wyrzutów. że niektórzy przenosili swe kapitały do zagranicznych banków.. zauważam we Francji pewne przesunięcie. — Nie można mieć tego za złe Psarowi. które przypadły na młodość jednego i wiek dojrzały drugiego. i będzie się to działo w roku 7488 od stworzenia świata. ogarnęła panika w wyniku lektury Apokalipsy maga z Barenton: „Zaciężni rycerze upuszczą halabardy.. że we Francji ktoś. Czy to prawda? Pitman złożył na obrusie pierożek. dementi są szybko zapominane. tych kartezjańskich Francuzów. kiedy Czerwony Wojownik z uniesioną dłonią ukaże się w promieniach wschodzącego słońca. jak mówi nasze Vademecum. Otóż teraz dochodzą mnie słuchy. — Tu popełniono pewien błąd: o wiele zręczniej jest zjedny- wać dla nas Péguy przez odpowiednie manipulacje kontekstem. który już niósł do ust.” Czy słuszne było podejrzenie.. 162 . może nie ku prawicy. Obaj mężczyźni lubili przypominać sobie wydarzenia. że marksizm stał się doktryną numer jeden. — No i Słownik cytatów: dwadzieścia osiem cytatów z Jau- rèsa i tylko trzy z Péguy. ale. brakowało mu jesz- cze wtedy doświadczenia. rodzajem ab- solutu. a nie ucieleśnienia idei. a kłamstwa pozostają. nie ośmiesza się tym samym w towarzystwie. Nagle jednak generał-pułkownik nachmurzył się i zmienił ton rozmowy: — Nno więc. Tak się wyrażają przekonania reakcyjne. pesymizmu.. gdyż ogarnął ich Wielki Strach? W każdym razie sukces psycho- logiczny był ogromny. galery popłyną bez wioślarzy i sakiewki pełne złota rozsypią się w rynsztokach w dniu.

— Ja — burknął — jestem już poza tym wszystkim. by za chwilę zgasnąć. której inicjatorami są w znacznej mie- rze nasi dysydenci. czy czegoś nie zaniedbałem. na których wzniesiona została weranda. wykonawszy skok. czy jest w tym moja wina. że nie dyrygujemy już inteli- gencją francuską tak sprawnie. Nie wiem. Mimo trzydziestu lat zażyłych stosunków. informacje dotyczące stanu opinii publicznej świadczą o tym. Pitmanowi zdawało się. że słyszy. Proponowałbym. W każdym razie w Paryżu szykuje się fronda przeciwko nam. w dyrekcji? — Gdybym jednak był na waszym miejscu. Powierzchnia jeziora zabarwiła się na czer- wono. robię co tylko jest w mojej mocy. by przeprowa- dzić przeciwko nim ekspedycję karną w wielkim stylu. towarzy- szu generale? Słońce zaszło już. którym był w istocie. — Czy mielibyście dla nas szczegółowe polecenia. Francuska opinia publiczna ma jeszcze tro- chę znaczenia w świecie. jak rozbijają się na palach. płasko uderzyła o powierzchnię. A nasi dysydenci zasługują na to. jaki się mu sprawiało? — Mohamedzie Mohamedowiczu. Po jeziorze rozchodziły się kręgi. Czy jed- nak było to możliwe. przyjaciel- skich przysług i prezentów dla tej idiotki Eliczki. czego obawiał się naj- bardziej. nie udało mu się wyleczyć Pitmana z nawyku zanurzania się w nastrój samo- krytyki. Abdulrachmanow westchnął jak stary człowiek. Ten przełożony był w dodatku jego dobroczyńcą. żeby ująć sprawy żelazną ręką. Rozgniewać przełożonego było czymś. nie lekcewa- żyłbym paryskiej frondy. coraz rozleglejsze i coraz słabiej zaznaczo- ne. nic nie ukryje się przed pańskim spojrzeniem. gdy pan był sze- fem. za- pewniam pana. 163 . Obie te operacje mogą być wykonane jednocześnie. paraliżujący biurokracje totalitarne. lecz rzeczywiście. Jakże można było znieść zawód. Być może osłabła nasza czujność. W oddali z wody wyskoczyła ryba i. jak się to działo.

Abdulrachmanow nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Być
może i on próbował usłyszeć ten dźwięk, a może inny, równie
nieuchwytny, który miał się narodzić dopiero w przyszłości.
Wreszcie:
— Co zamierzasz zrobić z Oprycznikiem?
— Właśnie chciałem się pana poradzić, Mohamedzie Mo-
hamedowiczu. Oprycznik jest po trosze pańskim dzieckiem.
Abdulrachmanow uniósł głowę:
— Słuchaj — powiedział — zrobisz jak zechcesz, jeśli jednak
o mnie idzie, to lubiłem zawsze jasne podziały i koszule, w któ-
rych ilość guzików zgadzała się z ilością dziurek na guziki.
Nie wiesz, co zrobić z Oprycznikiem, nie wiesz, jak przykręcić
śrubę Francuzom i dysydentom? Trzeba tylko włożyć odpowied-
nią śrubę do odpowiedniej nakrętki. Car Iwan prawie starł z po-
wierzchni ziemi Psków, żeby dać nauczkę jego mieszkańcom.
Przydałaby się nam operacja Psków... Od kiedy poznałem
młodego Psara, przekonany byłem, że mógłby odegrać rolę
w pewnym małym, dobrze przygotowanym montażu. Czy eksce-
lencja chciałby dowiedzieć się szczegółów?

4

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA
(Montaż Psków, faza numer jeden)

Na uniwersytecie leningradzkim miały się wkrótce zacząć wa-
kacje, ale Gemma nie wracała do Włoch, zajęta posłannictwem,
które sama sobie wyznaczyła: walką przeciwko prześladowa-
niom.
Wypowiedziała wojnę komunizmowi; gdyby żyła w czasach
faszystowskich, próbowałaby zabić Mussoliniego, w dziewiętna-
stym wieku rzucałaby bomby na cesarzy i ich ministrów, zaś w
epoce Rewolucji Francuskiej zasztyletowałaby Marata. By móc
zrealizować swe plany nauczyła się rosyjskiego i, jako amatorka
konspiracji, wybrała sobie jako przykrywkę swej działalności
studia filologiczne w ZSRR.
Gemma, urodzona w Toskanii, miała ładną twarz, lecz ubie-
rała się strasznie. Jej potężnych rozmiarów pierś okrywały nie-
zgrabne, nieforemne swetry, spodnie, które nosiła, groziły w
każdej chwili pęknięciem. Mimo to nie mogła narzekać na brak
zainteresowania: cały rój studentów, głoszących — by się jej
przypodobać — mniej czy bardziej dysydenckie poglądy, kręcił
się wokół niej. Nikomu zresztą nie pozwalała się zbliżyć. Intere-
sowała ją wyłącznie walka.
Na razie, w oczekiwaniu działalności bardziej krwawej, stwo-
rzyła system konspiracyjnego wywozu tekstów samizdatu, i
chwilowo się tym zadowalała.
System istniał już od ponad dwóch lat i jego początki wiążą
się z pewnym wieczorem, kiedy to, po wyjściu od przyjaciół,

165

Gemma nie mogła znaleźć taksówki, która by ją odwiozła do
domu, na ulicę Marata (ateistka, lecz pełna przesądów, poten-
cjalna tyranobójczyni widziała pomyślny znak w tym, że znalazła
dla siebie mieszkanie, w mieście, gdzie było o to tak trudno, przy
ulicy noszącej podobne imię!). Było zimno, do butów przyklejał
się śnieg. Znajomi wyjaśnili Gemmie, że prawie każdy z prywat-
nych kierowców zawiezie ją do domu za parę rubli. Zatrzymała
pierwszy pojazd, jaki nadjechał.
Była to ogromna ciężarówką na której niebieskimi literami na
białym tle wypisana była nazwa: Sowtransawto, obok widniały
dwie przecinające się litery С oraz numer telefonu, który Gem-
ma zapamiętała, jako że przygotowując się do sekretnych dzia-
łań wojennych wyćwiczyła się w zapamiętywaniu długich serii
cyfr: 2213653. Wielka masa żelaza, pędząca z łoskotem przez
noc, zazgrzytała i zatrzymała się. Gemma wspięła się do prze-
grzanej kabiny kierowcy.
— Dokąd?
— W pobliże Dworca Moskiewskiego.
— Pięć rubli.
Nie targując się wyjęła z kieszeni pięć rubli.
— Mówisz dobrze po rosyjsku, ale jesteś cudzoziemką...
— Włoszką.
— Niemożliwe! Naprawdę? Ja właśnie wracam z Włoch!
Szofer ciężarówki był wysokim chłopcem o kwadratowej twa-
rzy i małych zezujących oczkach, zawsze patrzących w jeden
punkt, jakby jakiś niewidzialny papieros stale przyciągał jego
wzrok. Wyjechał z ZSRR z ładunkiem chromu, wrócił z Europy
przywożąc alkohol:
— Prawdziwy gołąb pocztowy.
Gemma strąciła ze swego kolana dłoń kierowcy i ostro zaata-
kowała ZSRR, oskarżając go o niedotrzymywanie umowy helsiń-
skiej. Chłopak mruczał coś pod nosem, hm i tak, w sposób, który
go do niczego nie zobowiązywał. Już na ulicy Marata wymamro-
tał bez przekonania:

166

— Może byśmy się spotkali?
Gemma, w przewidywaniu najróżniejszych usług, jakie mógł-
by jej oddać, zgodziła się. Następną niedzielę spędzili razem.
Pojechali do Pietrodworca. Wiaczesław był zły, gdyż fontanna, w
której, jak słyszał, mechaniczny pies poluje na sztuczne kaczki,
była zamarznięta. Gemma znów rozpoczęła swą agitację i tym
razem osiągnęła pewne umiarkowanie pomyślne rezultaty:
— Ja jestem człowiekiem kulturalnym i dzięki temu nie cier-
pię, ale to prawda, że chłopak, który zarabia 75 rubli na miesiąc,
podczas gdy para porządnych butów kosztuje 150...
Tydzień później wybrali się do Pawłowska. Wiaczesław chciał
zobaczyć Lwie Schody, szersze u dołu, co, w zamierzeniu bu-
downiczych, miało podwyższać je optycznie.
— My, Rosjanie — skomentował — nie musieliśmy wcale
czekać na komunistów, żeby coś osiągnąć.
Gemma doszła do wniosku, że Wiaczesław nawrócił się już
dostatecznie i że można mu już zaproponować zabranie w kolej-
ną podróż jednego czy dwóch manuskryptów. Zgodził się nie żą-
dając niczego w zamian:
— Zrobię to, powiedzmy, z miłości dla wolności.
Gemma poleciała pierwszym samolotem do Rzymu. Znała
tam Enzo Grucciego, małego, ciężko pracującego wydawcę, któ-
ry publikował książki na koszt autorów. Wyjaśniła mu, na czym
polega jej projekt, i zostawiła mu coś, co nazywała swoim „bre-
wiarzem”: listę miejsc spotkań i całą serię haseł i kodów, okre-
ślających dni i godziny. Dumna ze swego profesjonalnego podej-
ścia, wróciła natychmiast do Leningradu. Z maszynopisami nie
będzie miała kłopotu: samizdat był dla rosyjskich studentów
czymś w rodzaju LSD.
Po tygodniu zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powiadomiła go, że
miała pierwszą randkę z pewnym młodym człowiekiem, Ro-
sjaninem, że czytała właśnie książkę, wydaną w roku 1825,

167

ortografia tej książki sprawia jej pewne trudności, a ponadto ma
zdawać egzamin, we wtorek lub może we środę.
Signor Grucci, wciąż jeszcze sceptyczny, zajrzał do brewiarza
i zadał sobie trud przetransportowania swego obfitego cielska
pod łuk Tytusa. Znalazł się tam w najbliższy czwartek, o godzi-
nie 18.25. Tego dnia nic nie osiągnął, powtórzył więc to samo
nazajutrz i natychmiast zwrócił uwagę na wysokiego zucha o
bardzo długich nogach i krótkim torsie. Chłopak kręcił się w
umówionym miejscu, trzymając pod prawym ramieniem pakiet
starych «Oggi». Zdawał sobie sprawę ze śmieszności tego, co
miało nastąpić, lecz wietrząc jednocześnie przyszły zysk, Grucci
podszedł do nieznajomego i zacytował, bardzo wyraźnie, we-
zwanie do mordu, zaczerpnięte z libretta Normy:
— Strage! strage! sterminio, vendetta!
Mężczyzna, zaciskając powieki, bez słowa wręczył mu paczkę
«Oggi». Wewnątrz Grucci znalazł kopertę, a w niej dosyć spro-
śne opowiadanie, które, przetłumaczone tak, by stało się nieco
bardziej sprośne, pozwoliło wydawnictwu Mewa wypłynąć na
szersze wody i przeżyć najbliższych sześć miesięcy. Sprawa to-
czyła się dalej. Nawet nie licząc sukcesów sprzedaży w księgar-
niach — dochodziło do nich! — Grucci mógł w każdym wypadku
polegać na permanentnej klienteli, na którą składali się rosyjscy
emigranci, biblioteki uniwersyteckie (głównie amerykańskie),
służby wywiadowcze i instytucje propagandowe. Jedni ciekawi
byli oryginałów, drudzy opierali się już na tłumaczeniach; jedni i
drudzy sprawili, że Mewa stała się głównym na Zachodzie im-
porterem samizdatu. Wszystko to było zasługą Gemmy, która,
nie żądając najmniejszego wynagrodzenia, przyniosła wydawcy
szczęście, zapewniła mu pomyślność. Autorzy, rzecz jasna, naj-
częściej w ogóle nie upominali się o swe honoraria, jeśli nato-
miast, wyjątkowo, trzeba było zapłacić któremuś z nich, Grucci
czynił to z ociąganiem i stosując wszelkie możliwe wybiegi —
odwlekał moment wypłaty, a pieniądz przynosił mu procent.

168

Dziwna współpraca pomiędzy kochającą wolność dziewicą i
zarabiającym na ideologicznej dywersji wydawcą rozkwitła w
najlepsze.
Każdego dnia, idąc na uniwersytet, Gemma sprawdzała
punkty, które wyznaczała „członkom swojej siatki”. Rozsiane
były w różnych miejscach: dwa znajdowały się na Newskim Pro-
spekcie, jeden na Polach Marsowych, jeden na Placu Pałaco-
wym, dalsze w ogrodach Gorkiego i na Placu Dekabrystów. Tego
poranka — był właśnie czerwiec, i słońce, jak zakochany po raz
pierwszy młodzieniec, nie ułożyło się wcale tej nocy do snu —
znalazła na jednej z ławek w ogrodzie Gorkiego narysowany
kredą romb. Wieczorem więc zaszła do pewnej knajpki na New-
skim Prospekcie, do baru, którego szyld ogłaszał lakonicznie
jedną tylko rzecz: piwo.
Dunduk był już na miejscu, wielki i rudy; spod prochowca,
który idiotycznie włożył na siebie, wyzierała biała koszula (chciał
ją ukryć zapewne). Nie przyniósł ze sobą numeru «Prawdy».
Gemma natomiast, zgodnie z umową, miała przy sobie «Praw-
dę». Powinni byli wymienić między sobą egzemplarze tej gazety.
Być może Dunduk nie przyniósł jej nowego odcinka Rosyjskiej
prawdy, ale w takim razie dlaczego domagał się spotkania?
Usiadła przy stoliku. Butelka była już prawie pusta.
— Co, nie czytasz już gazety? Nie obchodzi cię, co się dzieje
na świecie? Przemawiała surowo. Trzeba nimi wstrząsnąć, tymi
Rosjanami. Słowianie to w językach zachodnich prawie to samo
co niewolnicy.
Dunduk śmiał się bezgłośnie, ukazując szeroko otwarte usta,
do których wlał następny kieliszek wódki. Gemma wstała z krze-
sła:
— Z pijakami nie mam zaszczytu.
Dunduk śmiał się wciąż, nie wydając żadnego dźwięku jak w
niemym filmie.
— Gdybyś wiedziała, co przyniosłem — wyszeptał, posługując

169

się teatralną manierą świszczącego wymawiania spółgłosek
— nie odeszłabyś.
— Co takiego przyniosłeś?
Otworzył prochowiec, rozpiął wiatrówkę, kamizelkę, koszulę,
wyciągnął paczkę brązowego papieru.
— Tym razem mamy ich w ręku.
„Ich” oznaczało partię, rząd, mocarzy tego świata.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to za brudny papier?
Nie przestawał się śmiać.
— Ależ filut z niego! Wiesz, gdzie to chował? W pudle apa-
ratu telewizyjnego. Znalazł tam miejsce. W aparacie telewizyj-
nym, który mu dali, żeby go uspokoić. Tym razem skończył.
Kropka. Powiedział mi: „Dunduk, wiem, że ty kochasz mateńkę
Rosję. Weź to”. Na całym świecie istnieje tylko ten jeden egzem-
plarz, Gemma. Mam w rękach Rosyjską prawdę, ja, Dunduk.
Przycisnął do piersi brązową paczkę. Drugą ręką posłużył się,
by wychylić następny kieliszek.
Gemma chciała wyrwać mu ten papier, przypomniała sobie
jednak reguły postępowania, które sama opracowała.
— Jeżeli ktoś zobaczy, że mi to dajesz...
Dunduk podniósł się, zachwiał się i zgiął się w ukłonie:
— Piękna panienko, oto prezent dla ciebie: dwa zgniłe śle-
dzie i zdechła mysz. Przyjmij, proszę, wybranko mego serca,
przyjmij to, co ci ofiarowuje szlachetna dusza.
Wręczył jej paczkę, nie przestając się zataczać. Ktoś w są-
siedztwie roześmiał się, jakiś chłopak zarżał:
— Jeżeli masz dość tego chwiejnego kawalera, chętnie go
zastąpię!
Gemma przyglądała się pakunkowi, który znalazł się w jej rę-
kach. Rosyjska prawda będzie w dziejach świata znaczyła tyle
samo co Kapitał lub Mein Kampf, była tego pewna. Poczuła
wdzięczność: to przecież ona, dzięki temu staremu pijaczynie,
antykomuniście Dundukowi, przekazała na Zachód pierwsze

170

kartki dzieła. Trzeba było, żeby także i ona doprowadziła to dzie-
ło do końca.
Wyszła z knajpy bardziej jeszcze oszołomiona niż Dunduk.
Jeśli wszystko się uda, jej życie nie pójdzie na marne.
Trzeba było zacząć od skopiowania egzemplarza Prawdy.
Tak samo Bóg, ten Bóg, w którego wierzą katolicy, skopiował i
powielił Adama. Kopiarki były pod kontrolą, ale Gemma prze-
chowywała u siebie aparaturę fotograficzną. Wiedziała, jak się
nią posłużyć, odbyła kiedyś odpowiedni kurs. Materiały fotogra-
ficzne kupowała w małych ilościach, w różnych sklepach, czę-
ściowo sprowadzała je z Włoch.
Gdy znalazła się u siebie, na ulicy Marata, wśród starych
zniszczonych mebli, jak z powieści Dostojewskiego, otworzyła
drogocenną paczkę. Dunduk nigdy jej nie zawiódł. Przyszedł do
niej któregoś dnia:
— Jesteś Włoszką, prawda? Słyszałem o tobie. Jak tylko bę-
dę mógł coś zrobić przeciwko nim... Zabili moich rodziców... Czy
interesowałby cię wielki myśliciel polityczny, z którego oni chcą
zrobić wariata? Jestem jego pielęgniarzem i on mi ufa.
Od tego czasu siedem przesyłek dotarło na Zachód, z pomocą
Wiaczesława.
Kartki papieru, które znalazła w paczuszce, przypominały te,
które dostawała już wcześniej: cieniutkie jak bibułka do papie-
rosów, pokryte niebieskim pismem, pochylonym i gęstym, o lite-
rach raczej wysokich, nieomal ozdobnych, miniaturowych dla
ekonomii zapisu. Wyczuwało się, że człowiek, który rozwijał te
bibułki, wolałby pisać na pergaminie, posługując się rozległymi
marginesami, światłem, odstępami pomiędzy linijkami. Tym-
czasem musiał mu wystarczyć zwitek papieru.
Gemma czytała po rosyjsku tak samo biegle jak po włosku.
Przebiegła wzrokiem wstęp:
Co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie? Nie bez
powodu ludy germańskie mają aż dwa słowa na „robić”: tun i

171

machert, to do i to make. Nie bez powodu Hiszpanie w dwojaki
sposób nazywają byt, a Helleni używali trzech rzeczowników na
oznaczenie miłości: agape, eros i philein. My tymczasem, bar-
barzyńscy Scyci, używamy słów swoboda i wolia, i obydwa one
znaczą libertas. Mamy też prawdę i istinę, czyli veritas. Nie
sądzę, by było to dziełem przypadku, jako że, o ile wiem, jeste-
śmy jedynym w świecie narodem, który posiada wyraz ozna-
czający nie fałsz czy kłamstwo, czy też błąd, lecz bardzo precy-
zyjnie przeciwieństwo prawdy: kriwda.
Tak, panowie czy też towarzysze, my, Rosjanie, pijani jeste-
śmy veritas. (Owszem, także i libertas, ale wolność to tylko za-
stosowanie, wcielenie prawdy: prawda was wyzwoli, mówi Chry-
stus u św. Jana, a Sołżenicyn uczy nas „żyć nie kłamiąc”, gdyż to
tylko jest wolnością.) Zanim jeszcze staniemy się narodem Bo-
gonoścą, jak o tym marzył Fiodor Michajłowicz, jesteśmy ludem
prawdonoścą, ciężarni prawdą, ciężcy od prawdy. Niesiemy
prawdę tak jak niesie się krzyż, na plecach, i jak nosi się dziecko
w łonie kobiety.
Ponieważ jednak diabeł jest wielce złośliwy, tak już dzieje się
w świecie, że kto nosi jakąś rzecz, niesie też przeciwieństwo tej
rzeczy, i dlatego właśnie jesteśmy też największymi w całym uni-
wersum dostarczycielami kriwdy. Takie są wypukło-wklęsłe
prawa Apokalipsy.
Nasza oficjalna gazeta nosi nazwę «Prawdy», gdyż przynosi
przeciwieństwo prawdy. Wystarczy odczytać ją przy pomocy
zwierciadła, aby wiedzieć, czego chce od nas Prawda-Matka na-
sza.
W Rusi Kijowskiej począwszy od połowy XI wieku znany był
kodeks mądrych i umiarkowanych praw, określany Rosyjską
prawdą. I każdy z nas słyszał tę ludową bajkę, w której car przy-
wołuje do siebie Jasia Głuptasia i wysyła go w świat szeroki:
„Przynieś mi prawdę”.
Kopciuszek wyraża prawdę chrześcijańską, Faust niemiecką,

172

kochany mój czytelniku. W pokoju jednak panowała stworzona przez nią noc. „nie ma na całym świecie istoty. ani na Sartre'a czy Heideggera. która byłaby ci wierniejsza niż ja”. nie w demokratycznej operetce. Chłopcy mogą sobie stukać do jej drzwi. — A on? — zadała sobie pytanie. zupełnie niezależna od reszty świata. Jasiem Głuptasiem jestem ja i jesteś ty. Zrobi z każdej kliszy trzy 173 . który wie już. „Och. tak nam dopomóż Bóg! Oto co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie. dobry. że nadeszła śmierć. Przyznawał się do swych korzeni duchowych (Rosja: folklor. jak on spędza te godziny. mamrotała po włosku. dla innych niedobry. przygotowując reflektor i trójnóg — on. nic się nie bój”. Ale prawda rosyjska to Jaś Głuptas udający się na poszukiwanie prawdy. Gemma była równie wrażliwa na język Bajek z tysiąca i jed- nej nocy co na styl niezależnej myśli: anonimowy więzień nie powoływał się ani na Marksa. Zasunęła żaluzje i zaciągnęła firanki. ona miała teraz lepsze towarzystwo. Gemma przygotowała w wanience wywoływacz. Gdy już wszystkie strony zostały sfotografowane. że tak samo będzie w śmierci: lekko się ściemni. ani nocy. zaciemniając pokój. co potwierdzało intuicję Gemmy — prawdziwa wolność może się narodzić tylko pod ciśnieniem to- talitarnego dramatu. szalony od swej mądrości. on. ani świtania. pocięta stożkami projektorów.a Don Kichot hiszpańską. nie bój się. Jej noc dla jej światła. i nie będziemy nawet wiedzieli. Otóż. za- ledwie trochę się ściemniło. że dzieło jego życia dostało się w ręce cudzoziemki. Na zewnątrz nie było ani zmroku. zamknięty w wyłożonej materacami celi. aparat robił swój „klik” i Rosyjska prawda stawała się nieśmiertelna. Gemma myślała. strzeżony przez Dunduka. Jan). lecz zarazem poruszał się całkiem swobodnie w tej przestrzeni. Przewracała stroniczkę za stroniczką. chrześcijaństwo: św.

a potem wycięła je. jeżeli będzie u niej przeprowadzona rewizja. niewidzialna dłoń. war- czącym płomieniu. że w każdej chwi- li mogła się pojawić policja: w Leningradzie konspirowała nie ona jedna i policja pojawiała się tylko wtedy. Wpierw skleiła jego stronice. Gdy skończyła wywoływanie zdjęć. chciała. włączyła do prądu kolbę lutowniczą. po uprzednim przylepieniu okładki do pierwszej strony książki. by nikt nie mógł podważyć autentyczności jej towarów — wsu- nęła do koperty. Następnie sięgnęła po oprawny tom Dziel zebranych Lenina. Podobnie ukazało się Mojże- szowi Dziesięcioro Przykazań. Oryginał tymczasem — zawsze wysyłała na Zachód oryginały. na jaką skalę mierzyć trzeba rozmiary jej akcji przeciwko reżimowi. zdjęła jedną z listew przyściennych. wilgotnych. uzyskała w ten sposób konserwę prawdy. bie- gnących wokół całego pokoju. gdy już nie mogła 174 . żeby przemówiły przeciwko niej. w którym umieściła drugi egzem- plarz. Wyjęła już wcześniej kilkanaście cegieł. Czuła nieomal macierzyńską radość. jak sądziła. tak żeby się pudełko nie otworzyło przez przypadek. opanowała ze dwadzieścia różnych i dziwacznych technik. ukryta w ska- le. Trzy z nich wypełniła egzemplarzem Rosyjskiej prawdy. Nie chodziło jej o ukrywanie książek. w konspiracji. topiąc metal w niebieskim. wypisała je na kamieniu. będę miała trojaczki — powiedziała sobie Gemma. Przez cały ten czas nie myślała wcale o tym. niechże policjanci zobaczą od razu. tworząc w ten sposób coś w rodzaju pudełka. uzyskując skrytkę.odbitki. W małej szafce przechowywała mnóstwo puszek po konserwach. które związała na krzyż sznurkiem. Uporawszy się z tym. gdy na pięknych. Przylutowała wieczka puszek. przeciwnie. świecących powierzchniach papieru fotograficznego pokazywał się pisany cyrylicą tekst. przydatnych. w której przechowywała już liczne ma- szynopisy. — Zajmuję się reprodukowaniem. Nim przystąpiła do swej działalności. kopertę zaś pomiędzy numery «Ogonioka».

zakrytej przez brązowawą wodę. kiedy kanał zostanie oczyszczony. Korytarz mieszkania był pusty. Gemma doszła do kanału Gribojedowa. beztroska. drugi przyniósł napi- sany dla niej wiersz. puszki pozostaną w mule dna do chwili. rzuciła paczkę «Ogonioków» w kąt. być może. docze- kają Sądu Ostatecznego dzieł sztuki. wzięła tom Lenina. wzięła siatkę na zakupy. Czuła się jednocześnie wyczerpana i lekka. dzielący z Gemmą wspólne mieszkanie. Sąsiedzi. chrapali albo nie chrapali. Teraz jednak. Światło odebrane godzinom zegara wibrowało delikatnie na załomach kamienic i pałaców ulicy Rastrelliego. Jeden z nich ofiarował jej konwalie. Wrzuciła puszki do wody. który czekał na nią na podłodze. Nikt jej nie ob- serwował. Wróciła do pokoju. w przeciągu paru minut. Ukryła Lenina na wierzchu zbiornika z wodą w ubikacji. ich obecność mógł zdradzić co najwyżej słaby odblask bla- chy. Miasto było całkiem puste. którego oswojone wody kołysały się pomiędzy dwoma równoległymi nabrzeżami: oto gwałt zadany naturze przez administrację. że ten egzemplarz ocaleje. ale w każdym razie nie kręcili się po mieszkaniu. wskazując tom Leni- na: — Przecież nie musisz tego czytać! Po co poisz się tą brudną wodą? 175 . jedną za drugą. jeszcze inny żartował. Zniknęły na dnie. Rosyjska prawda miała być narażona na wielkie ryzyko i otwierając drzwi pokoju Gemma poczuła falę lęku. rozejrzała się dookoła. Nie zjadła śniadania mimo nieprzespanej nocy. albo. i wyszła na uniwersytet. Gdy znalazła się na moście Bankowym. istniało prawdopodobień- stwo. przyjęli ją uroczyście. spali snem sprawiedliwego. jak każdego po- ranka. Gemma wróciła do siebie. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z przewidywaniem.się zdać na subtelniejsze metody. Otoczyli ją wielbiciele. tylko paru pijaków spało w bramach domów. Nawet jeśli jej pokój zostanie przeszukany. włożyła do niej puszki konserw i wyszła.

Od jutra Rosyjska prawda zacznie się rozchodzić po- między czytającą publicznością. Można umrzeć z nu- dów. — Może poszlibyśmy na spacer? — Jutro do Puszkina? — Nie. którego mi pożyczyłeś. Puszkin 176 . Zadzwonimy jeszcze do siebie. W przerwie między dwoma wykładami poszła do biblioteki. nie patrząc nawet na nią. Stał z rękami opartymi o biodra i odrzuconą w tył głową: przyglądał się pomnikowi. żeby nie drażnić sąsiadów. Był szczęśliwym po- siadaczem maszyny do pisania. pod pomnikiem Piotra Wielkiego. podczas gdy on był członkiem Komsomołu. osiągnie zawrotną liczbę. i będzie stukał przez całą noc. Za tydzień ilość jej egzemplarzy zwielokrotni się. Pochyliła się nad jego stołem: — Oto Lenin. — No to trudno. na szóstą wieczorem. że Gerasimow jej nie lubi: nie ukrywała swej wrogości wobec systemu. Jeszcze jeden kod: spotkanie zostało ustalone na dzisiaj. Koledzy Gemmy przekonani byli na ogół. Mikołaj Gerasimow siedział zawsze przy tym samym stoliku. — Ten tu na górze to była naprawdę waga ciężka. Wiaczesław stawił się pierwszy na umówionym miejscu. Jutro jestem zajęta. Jakie szczęście! Wiaczesław był w Leningradzie. Odpędziła ich wszystkich: — Nie chce mi się wygłupiać z wami. Miał na sobie jak zwykle krótką skórzaną wiatrówkę przywiezioną z Włoch. która jeszcze bardziej skracała jego tułów i źle harmoni- zowała z jego barkami tragarza. Po wykładach Gemma weszła do kabiny telefonicznej i wy- kręciła numer: — Wiaczesław? — To ja. Zamruczał coś pod nosem. W każdym razie dziękuję. Postawi ją na złożonym po- dwójnie kocu. Tej nocy Mikołaj nie położył się do łóżka.

Niekiedy rozkręcają nawet zapasowe koła. że łzy jej napływają do oczu. Zrobił kwaśną minę: — Za grube. Znają się na wszystkich sztuczkach. jakby szukali pcheł. Wszystko składało się świetnie. — Nadwozie? Zapieczętowują je. — Wiaczesław. — Wykluczone. — Wolność. — Cześć. ale dzieła ze- brane twojego kumpla to już przesada. w nadwoziu? To taka wielka buda. Potem są jeszcze Polacy. Wiesz do- brze. nie patrząc w jej stronę: — Chyba żeby istotnie. — Powiedz. Dzięki temu przejeżdżam przez wszystkie gra- nice bez problemu..miał rację. Jeżeli przetrząsną mi kabinę. — Zgadza się. Pieczęcie zrywane są do- piero w Rzymie. Nie tylko nasi celnicy przeczesują moje bagaże tak dokładnie. To w imię wolności. — Chcesz coś doczytania na podróż? Wręczyła mu paczkę «Ogonioków». — No a w samym samochodzie. stara. Odwróciła się. zobaczą to. zrobiłeś to już dwadzieścia razy. Gemma poczuła. Wiaczesław odezwał się. błagam cię. Przy- kro mi. Boję się o moją skórę. możesz zwariować... — A w kieszeni? Albo pod siedzeniem? W silniku? Wzruszył ramionami. co? W końcu znam się trochę na majsterkowaniu. I Niemcy. — Więc zrób to jeszcze tym razem. dziewczynko. Gemma. że to w imię wolności. żeby nie spostrzegł jej łez. powiedz.. Kiedy wyjeżdżasz? — Jutro. Cześć. gdyby taki aparat zaczął nagle galopować tuż za tobą.. Czy rewidował cię już kiedyś jakiś Niemiec? Mogę wziąć kartkę czy dwie. co ci przychodzi do głowy? 177 .. wolność.

musiałby płacić. Romantyczne? I cóż z tego? Gdyby system zaopa- trywania go w manuskrypty był mniej romantyczny. ani słychu. Ani widu. godzina 13. często wysługiwał się którymś ze swoich synów. że wymogła na nim zachowanie pełne szacunku. Gemma była dumna. Trzeba powiedzieć. Nie potrafił zgubić swego pry- mitywnego. hasło znowu wzięte z li- bretta Normy. że tym razem osobiście wybierze się na umó- wione miejsce. który panował do roku „1305”. ta sama godzina. rzuciła mu się na szyję. silnego akcentu. że Wiaczesław nie ponawiał swoich zalotów z pierwszego wieczoru. a ja je zdejmę. w każdym jednak razie reflektował na nią. Chyba w piątek. Założą mi je. Zadzwoniła do „wujka Enzo”. ssąc jednocześnie pa- pierosa. Przykleję twoją paczkę między dwie sztaby. 178 . Postanowił. Fontanna w środku placu.05. Petrarka wydawał jej się trud- ny. Nie wiedział. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Powtórzył te słowa wiele razy. Gemma. słucham. Grucci notował wszystko skrupulatnie. którą dostała od niego. Dotarła właśnie do strony „23” w książce. Także i Wiaczesław odbył rozmowę telefoniczną: — Parfion Mitrofanycz? — Tak. — Szczypce do pieczęci to znowu nie taka wielka sztuka. — Hasło brzmi tym razem: Armi. „W środę lub czwar- tek” idzie do opery. Jeśli idzie o historię. zawsze tak rozważna i powściągliwa wobec chłop- ców. czy przesyłka będzie ważna. furore e morti. pasjonowała się księciem Michałem Twerskim. Jeżeli przyjedziesz w sobotę. bardziej z lenistwa niż przez ostrożność. — Kiedy będziesz w Rzymie? — Nie wiem. Powtórz. Będziesz trzymał «Ogonioki» pod lewym ramie- niem. założę znowu pieczęcie. — Czy znasz Piazza Navona? To ten owalny plac. Otworzył „brewiarz” pod nume- rem 23 : spotkanie na Piazza Navona.

Wiacze- sław? — Tak. Wiaczesław zadenuncjował ją w organach jako szpie- ga. — Zrozumiane. że nie chcesz wziąć przesyłki? — Tak. żeby został seksotem (sekretnyj so- trudnik). — Jakie jest miejsce spotkania? Podał je. przynosząc do ocenzu- rowania maszynopisy. prospe- rujący Grucci i. jeśli nie zakłopotany. — Udawałeś. dobrze opłacony Wiaczesław. druga dyrekcja główna podjęła decyzję. Odtąd dorabiał sobie na boku. pomiędzy którymi zatracą się całkowicie dzieła oryginalne. Parfionie Mitrofanyczu? — Przyjedź na spotkanie dwadzieścia minut wcześniej. Ponieważ nie dało się zatamo- wać strumienia tekstów samizdatowych docierających na Za- chód. gdyby się dowiedział. że niektórzy uczestnicy jego „romantycz- nej” siatki opłacani są przez KGB. Zaproponowano mu. rzecz jasna. jako że z dnia na dzień malał prestiż dysydentów w tak zwanym wolnym świecie. podpowiedzianą jej przez dyrekcję «A» — i aprobowaną przez pierwszą dyrekcję główną — by strumień ten przekształcić w prawdziwy potop. Dzięki temu ukła- dowi wszyscy byli zadowoleni: publikowani na Zachodzie auto- rzy. Poza tym wszystko jak zawsze. — Dostaniesz je wieczorem razem z twoją kopertą. — Tu Wiatia. Dostałem paczkę. dyrekcja «A». 179 . — Hasło? Wyrecytował hasło.i trzeciorzędnych. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć powtórzenia się historii z Sołżenicynem i dlatego warto było popierać masowy eksport tekstów drugo. Proszę nie zapomnieć o szczypcach. triumfująca Gemma. Signor Grucci byłby mocno zdziwiony. Potem zgodnie z umową dostarczał je odbiorcom w Rzymie. Zaraz po pierwszym zetknięciu się z Gemmą. które mu powierzono.

do rzeczy. Sasza. Uwieńczenie twojej kariery. że jesteś drugim Sorge'em! A jednak pewnego dnia za- czniemy przyklejać na listy znaczki z twoją podobizną. Jeden z tych montaży. Trzy dni po tym. — Jaką? Iwan Iwanycz pochylił się. — Aleksandrze Dmitryczu. Złączył palce prawej dłoni i wycisnął na nich głośnego całusa. funk- cjonował tak dobrze. — A konkretnie? Iwan Iwanycz wyprostował się w krześle i. — Ależ ty jesteś nerwowy! Trudno byłoby patrząc na ciebie zgadnąć. jako nie profesjonalistka. ucieszysz się. trzymała się tej właśnie linii rozumowania i siatka pracowała należycie. żebyś wyświadczył jeszcze jedną małą przysługę. Gemma. którym opiekował się „Parfion Mitrofanycz”. Jest tylko prośba. mogłaby wzbudzić podejrzenia Gemmy. że generał Pitman wpadł na pomysł. że zmiana adresata przesyłek. Iwan Iwanycz umówił się z nim na spotkanie w barze w pobliżu Porte de Versailles. które przy okazji pokaże dziewczynie. Wszyscy się zgadzają na twój powrót. paluszki lizać.. jak Aleksander wyraził pragnienie powrotu. Gdyby bowiem Wiacze- sław chciał zdradzić. aby przydać sobie uroczystego wyglądu. Prawie nic. Iwanie Iwanyczu. Łańcuch. Oba- wiał się. by wy- korzystać go w operacji oznaczonej kryptonimem Psków. nie wyrażałby swych obaw i niepokojów przed Gemmą. Dymisja została przyjęta.. — Do rzeczy. — „Żelazna Maska” — czy to ci coś mówi? 180 . Wracasz. — Otóż to. W jego oczach pojawił się wyraz czułości: — To nawet nie przysługa. którą zamierzał ukarto- wać. otwierał i zamykał rude powieki. nie starałby się o zdobycie szczypiec. kolporterze. — Opróżnij twoje bagaże. dlatego dorzucił motyw szczypiec do zamykania pieczęci.

Teraz wyobraź sobie praw- dziwego dysydenta. z tymi potwarcami. To wy. — Czytałem Dumasa jak każdy. publikujące- go książkę co prawda antysowiecką. Pułkownik Psar chciał go poznać. To ten. żebyś rozumiał. — Nie żądam. — Ale on jest przecież przeciwko nam! — Czyja wiem. ale też książkę. — On współpracuje z tymi Włochami. Z jednym tylko małym wyjątkiem — były nim wycieczki na strzelnicę — Aleksander zachowywał się wobec swych przełożo- nych w sposób absolutnie lojalny. z kontrwy- wiadu. — Na pewno nie chodzi o Dumasa. Mówię przecież o „Ano- nimowym więźniu”. jesteśmy za malutcy do tego. że ci spośród nich. która zała- twia porachunki ze wszystkimi Sołżenicynami świata. belko stropowa. żebyś udzielił mi wyjaśnienia. którzy emi- grują. powód ten na pewno był do- skonały. jak go tu nazywają. W do- datku poczyniono spostrzeżenie. powin- niście połapać się w tym wszystkim. Aleksandrze Dmitryczu. że tak. Tego ro- dzaju postawy były dobre tylko dla sprzedajnych sługusów zgni- łego kapitalizmu. Wątpić w ich poczynania wy- dawało mu się czymś niedopuszczalnym. 181 . — To znaczy. dla którego warto było ogłaszać myśli Rosyjskiej prawdy. Trzeba będzie wydać jego książkę. Aleksander natychmiast chwycił przynętę: — To ten. Jeśli był jakiś powód. trywialnym. co chciał załatwić Leonida Iljicza? Iwan Iwanycz wiercił się w swoim cajgowym ubraniu: — O tym nic mi nie wiadomo. że to nasi tak się zabawiają? — Wydaje się. My z wywiadu. „Co myśli Rosyjska prawda”. żądam. głowacze z twojej dyrekcji. pozostającego wewnątrz kraju. tracą nieco ze swego prestiżu. — Chodzi o dysydentów. W kraju już nie daje się z nimi wytrzymywać. — Załatwi się to.

Przetłumaczysz je i powiesz. wiesz o tym lepiej niż ja. ciesząc się ze sztuczki. że masz u sie- bie całość. A gdybym zwró- cił się do innego wydawcy? — Nie ma o tym mowy.45. — I szybko zniknij z tej okolicy. — Chyba najpierw muszę mieć maszynopis? — Nie. — Pod nosem pana Grucci? — Nie po raz pierwszy wydawcy biją się o książki dysyden- tów. że to my jesteśmy autorami tej książ- ki? I żeby przygotować ten wystrzał inscenizuje się tajemniczą aferę „Żelaznej Maski”? Iwan Iwanycz wzruszył ramionami: — Książka jest napisana. — Chcesz powiedzieć. — Taki pośpiech? — Na to wygląda. Wydawnictwo Lux. Do użytku zewnętrznego wyłącznie. Wydanie rosyjskie wraca potem do kraju. — Rozumiem. Przez kogo? Tajemnica. Armi. Obaj wybuchnęli śmiechem. Iwan Iwanycz podał szczegóły spotkania: Piazza Navona. nogi żyrafy”. Przyniosę ci próbki. Z tekstu oni i tak nic nie zrozumieją. — A wydanie rosyjskie? — Na razie nie ma o tym mowy. — Natychmiast załatwisz wydawnictwo Lux dla francuskiego tłumaczenia książki. — Grucci też tam będzie? — Dwadzieścia minut później. Tak czy owak pojedziesz po nią do Rzymu. Aleksander nie przewidywał najmniejszych nawet kłopotów 182 . „trzydziestoletni blondas. paczka «Ogonio-ków». którą wy- tną włoskiemu wydawcy. W żadnym wypadku nie połykać. natychmiast. pią- tek. mówisz. godzina 12. furore e mord.

Wyciągnął z kieszeni dwie pogniecione koperty: — Zacznijmy od tego. — Poczekaj. Podpisz mi pokwitowanie. Zyski Agencji wpływały. nie na procent. kto da najwięcej. nie ma sposobu. Aleksander podpisał kwit i wsunął kopertę do czarnej aktówki. do kasy dyrekcji. Prasa była zaalar- mowana sprawą „Żelaznej Maski”. druga zaś — Co myśli „Rosyjska prawda „ o antysemityzmie. Dy- rekcja jednak opłacała usługi Oprycznika: połowa jego żołdu zbierała się na koncie pewnego moskiewskiego banku. — Zawsze tak robię. zapisanych maczkiem. połowę zaś wypłacano do ręki Aleksandrowi. rzecz jasna. że przechytrzyłeś Grucciego. Czy to jest dłu- gie? — Czterysta stron. — I jeszcze coś dla ciebie. trzeba liczyć trzysta pięćdziesiąt stron druku. Otwórz. trzeba ją jeszcze przetłumaczyć. żeby kontrolować sprzedaż książki za granicą. — Ano tak. — To — powiedział Iwan Iwanycz — żebyś mógł Luxowi dać dowód. W drugiej kopercie znajdowały się dwie fotokopie stron ręko- pisu. ale już znane są jego rozmiary? Na ospowatym obliczu Iwana Iwanycza ukazał się chytry i czuły zarazem uśmiech. Jeżeli tłumaczenie nie rozpłynie się w peryfrazach. — Co z prawami światowymi? — Sprzedasz temu. — Książka ma wyjść przed targami we Frankfurcie. Naciskaj na zaliczkę. książka sprzeda się niezale- żnie od jej zawartości. nasi chłopcy nie zasypiają gruszek w popiele. Jedna opatrzona była tytułem: Co myśli „Rosyj- ska prawda” o mass-mediach. — Chcesz powiedzieć.z Luxem czy jakimkolwiek innym wydawcą. że tekst nie wyszedł jeszcze od nas. cyrylicy. 183 .

— Krótko mówiąc. że nim będzie mógł „wrócić”. cóż to za wspaniały przykład wywierania wpływu w wiel- kim stylu! Trzeba by go dołączyć do opisu szczegółowych przy- padków. Wypisując nazwiska — zawsze te same. była szczególnie smakowita: zaprząc całą kapitalistyczną machinę propagandową do powozu przygotowanego na placu Dzierżyń- skiego. Będziesz mógł opo- wiedzieć niektóre szczegóły twojego spotkania w Rzymie. albo coś w tym rodzaju. tylko o najpiękniejszą okazję. Był zachwycony. No i siatka Grucciego nie zostanie zerwana. napisał: „Operacja Żelazna Maska”. by pochylać litery w prawą stronę. Tym razem przygotowywana operacja. Aleksander spodziewał się. zamieszczonego jako aneks do Vademecum. że KGB ścigało cię wewnątrz Koloseum. Chowasz się za Pietą. po- I prosi się go o wyświadczenie „ostatniej małej przysługi”. Do- dasz jeszcze. zdecydowa- nym. Znalazłszy się z powrotem w biurze Aleksander sięgnął po ar- kusz kredowego papieru i swym pismem. chociaż naturalne skłonności cią- gnęły go. — Chcesz powiedzieć. jaką napotkał w całej swej karierze. jakiej doznawać muszą oficerowie sztabowi. Kto wie? Może nim „wróci” zostanie awansowany o stopień 184 . Taktyczne rozpracowywanie nowej operacji wprawiało go zawsze w dobry humor. moglibyście dać mi całość nawet bez mo- jej podróży do Rzymu? — Tak będzie bardziej romantycznie. ostatnia już. że to od początku nasza robota? — Nic nie chcę powiedzieć. trzymającym się pionu. Najlepiej pierwszą klasą. gdy ozdabiają czerwonymi i niebieskimi strzałkami swoje osłonięte celuloidem mapy. Pokaże dyrekcji. lekkim. na co go stać. że — jak trafnie zauważył Iwan Iwanycz — nie cho- dziło tu właściwie o przysługę. Nie zapomnij wziąć od Luxa zwrotu kosztów podróży samolotem. gdyż chodziło o stale z nim współpracujące „pudła rezonanso- we” — odczuwał przyjemność taką samą.

. Małgorzato. Małgorzato. przystępujemy do operacji na wielką skalę. Otworzyła szeroko usta. że nie zamierza w żaden sposób nadużywać przy- znanych jej przywilejów. Dobrze. Nie będziemy od razu angażowali całej prasy. że włoskie wydawnic- two Mewa. by zademonstrować swój podziw. żeby wywołać zazdrość.wyżej w hierarchii rang? Jeżeli na dodatek. Tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. Czytała pani artykuły o „Żelaznej Masce”? No więc niedługo do- stanę rękopis Rosyjskiej prawdy.. Teraz niech pani patrzy: „Operacja Żelazna Maska”. nic już nie stanie na drodze jego przejścia do areopagu czapek- niewidek. czy pani so- bie wyobraża. — Małgorzato... 185 . usiadła na brzeżku. — Będziemy postępowali tak jak zawsze. tylko uderzymy w paru wybranych miejscach. — Do. Będzie pani tak dobra i załatwi mi rezerwację. Proszę załatwić mi spotkanie z panem Fourveret. Pokazał jej obie fotokopie. jaki to będzie cyrk? Umiał zarażać współpracowników swoim entuzjazmem. żeby pokazać mu. proszę pana? — Nie. Zbliżyła się do krzesła i. proszę pana. wydawało mi się. Moskwy. żebym się tam znalazł dobrze przed dwunastą. proszę pana. jak najszybciej. — To już nieaktualne. I trzeba. Małgorzato. co byłoby już szczy- tem szczęścia i pychy. zostanie włączony w szeregi organizacji. Wezwał sekretarkę: — Niech pani usiądzie. — Jestem zawsze gotowa. — Będę pani płacił za godziny nadliczbowe. — I to jest autentyczny rękopis „Anonimowego więźnia”? — To są kopie oryginału. do Rzymu. — Ale. jak zwykle. Uśmiechnęła się szeroko: szef żartował sobie z niej. który odbiorę w piątek.

To będzie wspaniałe na okładkę. Małgorzato. Jeanne Bouillon. Jeśli idzie o prasę. którzy robili antologię liberalnych myślicieli rosyjskich XIX wieku. Poważne pismo: «Krytyka». A poza tym oto co zrobimy: skontaktujemy się z głów- nymi dysydentami i zapytamy o ich zdanie na temat „Żelaznej Maski”. ale przecież trzy miesiące nie sprawiały żadnej różnicy. ale poprosił ją. Ja sam ich sprawdzę. — Jak książka już się ukaże. jak już wprawimy mechanizm w ruch. po skróceniu.-X. że Aleksander chciał jak najszybciej „wrócić” i znów zobaczyć Ałłę. musimy oddać maszynopis najpóźniej w sierpniu. J. Johannès-Graf. Ballandar. — Czy ma pani jakieś sugestie? — A może «Le Monde»? Zawsze mieliśmy tam dobre arty- kuły. * 186 . Proszę mi zebrać czterech lub pięciu. — A w telewizji nikogo? Na początku skracała słowo telewizja i mówiła po prostu „te- le”. Dziennik wieczorny: «Głos». pani Choustrewitz. mam następu- jące pomysły. żeby przestała. Pokazał jej przygotowaną wcześniej listę: Dziennik poranny: «Niezależny Dziennik». Albo «L'Express»? — Później. Jaka radość w przygotowaniach do walki! To prawda. poznać Dymitra. Tygodnik popularny: «Mozaika». że chodzi o prawdziwą bombę. Proszę pamiętać o tłuma- czach. nawet jeśli spowoduje to zmiany w planach Luxa. — Pójdzie pan do Luxa czy też zaprosi pan pana Fourveret na obiad? — Jak będzie chciał. Tygodnik polityczny: «Obiektyw». Aby książka mogła ukazać się przed targami we Frankfurcie. de Monthi- gnies. Teraz trzeba będzie zgromadzić ekipę tłumaczy. ale niech mu pani da do zrozumienia.

fran- cuski pisarz Bernanos już o tym wspominał. On wie. że nic nie przynosi mi więk- szej satysfakcji jak służenie mu poprzez niesienie pomocy prze- śladowanym: tak aby świat mógł usłyszeć ich głos. prze- śladowania Mussoliniego są niczym w porównaniu z terrorem hitlerowskim. żeby stawali się lichwiarzami.1% ludności Cesarstwa Rosyjskiego. że we Włoszech nie tylko Żydzi zajmowali się lichwiarstwem: mieszkańcy Lombardii stanowili dla nich zbawienną konkurencję. Gdyby zapytano Rosjanina z XIX wieku. jesteśmy uważani za antysemitów. — To powinno panu wystarczyć. Zobaczmy więc. jak wygląda Mateczka Historia: 1.. Rosyjska prawda sądzi. 3. Kościół wydaje dekret. pomimo że ta plaga nie osiągnęła u nas nigdy rozmiarów germańskich. Rosjanie. 187 . a w 1959 roku już tylko 1. Szczególnie carska Rosja często zachęcała do pogromów. Co myśli Rosyjska prawda o antysemityzmie. Przenosząc nienawiść z procederu na rasę czy też religię. jako że Żydzi stanowili 4. zmuszają Żydów. Pan Fourveret. dlaczego nienawidził Żydów. jako że Żydzi są niezależni od Kościoła. Włochy są jednym z najmniej antysemickich krajów europejskich. Przeciwnie.48% społeczeństwa sowieckiego. Jakkolwiek by było. że antysemityzm polega na mon- strualnym nieporozumieniu. A jednak podpisywać umowę nie znając całego tekstu. Chrześcijanie. — Aleksander wyjął wła- sne tłumaczenie jednego z dwóch skopiowanych tekstów. 2. wzbraniający chrześcijanom upra- wiania lichwiarstwa. królujący za stołem w stylu Ludwika XIII (au- tentycznym!) położył rękę na sercu i wzniósł oczy do nieba: — Bóg mi świadkiem. którzy koniecznie chcą zaciągać długi... My. To samo przekonanie panowało w większości krajów europejskich. Dlaczego? Po prostu dlatego. Staty- styki pozwalają sceptyczniej spojrzeć na to oskarżenie.. odpowiedziałby: ponieważ są to lichwiarze.

zaraz znajduje się jakiś recenzencina. — Interesujące. to znaczy — „pla- ga”... Drogi panie Psar. jeśli żywi pan najmniejszą nawet wątpliwość. lichwiarzy. rosnących na po- dwórzu. do którego sami ich skłonili. co pana tak zachwyca w tej stronie: to zdańko na temat carskiej Rosji niesłusznie oskar- żonej. Żydzi są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. geniusze czy boha- terowie. jakie- kolwiek byłoby ich drzewo genealogiczne. 188 . ale w pewnym sensie im mniej się o nich mówi. Fourveret czytał. Ale to w końcu nic strasznego. Ponad szlachetnie pochyloną głową wielkie- go. i ja pierwszy jestem gotów przyznać. „postępowanie. Bóg mi świadkiem. do którego ich zmuszono” — nie mamy się czego obawiać. Odrobina współczucia nie wskrzesi martwej tyranii. gdy jakiś autor zaczyna mówić o Żydach: niech tylko Żydzi nie zostaną przedstawieni jako święci. To prawda. Mogę przecież zaproponować Rosyjską prawdę Bernardowi i nie zepsuje to w najmniejszym nawet stopniu na- szych stosunków. jest pan niepoprawnym reakcjonistą. „monstrualny”. Ich liście dotykały okien gabinetu. Natomiast zawsze się trochę de- nerwuję. że należało zakazać uprawiania lichwiarstwa: wy- kazuję to w innym miejscu. chociaż nieco folklorystyczne. Widzę. że z takim słownictwem. który przypnie mu łatkę antysemity. tym lepiej.chrześcijanie zaczynają nienawidzić Żydów za postępowanie. Ale należało napiętnować dłużników w tym samym stopniu co wierzycieli. — Ależ drogi Fourveret. że nietolerancyjna lewica jest tylko nieco łatwiejsza do zniesie- nia niż dogmatyczna prawica. należałoby wytępić. Oto co Rosyjska prawda sądzi o antysemityzmie. że moje serce krwawi dla Żydów. Po wyjściu od pana wybierałem się do wydawnic- twa Presses. — Interesujące — powiedział Fourveret. Myślę jednak. liberalnego i uduchowionego wydawcy Aleksander przy- glądał się koronom rachitycznych jesionów.

Czyż to nie idiotyczne. — Każę przeglądnąć prasę z tamtego okresu. prawda? A my. choć pan to proponował. ale żarcie jest moją grzeszną pasją. że byłby to wspa- niały argument handlowy! Piękna surowa twarz Fourvereta rozświetliła się mistycznym światłem. Nadszedł spiesznym krokiem. ale bardzo lubię zachodzić tu na obiady. nie potrafiłby docenić. w sensie moralnym. wydajemy tyle pieniędzy. nie może mi pan tego powiedzieć. Chciał mi pan powiedzieć o jakimś nowym projekcie. — Ale niech pan sam powie. by sugerować. że „Żelazną Maską” jest Kurnosow. ponieważ nie mogę zapomnieć o głodzie panującym na świecie.. Ale musi pan przyznać. żeby nabawić się zgagi! No. Jeżeli pan puści ju- tro tytuł. być może ist- nieją zdjęcia z zamachu. lecz jest taniej i to trochę koi moje sumie nie. chyba nie myśli pan o tym poważnie! À propos. Skandaliczne. pan i ja. hierar- chia tych wszystkich piśmideł? Przecież nakłady nie są ograni- czone! Niech pan powie. że „Żelazna Maska” to 189 . Niedobrze mi się robi. Nie uwierzy mi pan. chcę powiedzieć.. — Ależ mój drogi. proszę mi powiedzieć. Dwie trzecie ludzkości są niedożywione. rozumiem. Aleksandrze. czy to możliwe. będzie pan pierwszy. miał rozpiętą na szacownym brzuszku marynarkę. On jest za młody. Można by go przyrównać do grubego wróbla z przyciętymi skrzydłami. gdyż kuchnia jest równie dobra jak wieczorem. Jean-Xavier de Monthignies zaprosił Aleksandra na obiad do „Tour d'Argent”. czy Jeanne Bouillon ma realne podstawy. niedoszły zabójca Breżniewa? Dobrze. Wiadomość zachwyciła go: — „Żelazna Maska”! Wspaniale! Ależ z pana gość! Czy mogę to zaanonsować? Nikomu pan tego jeszcze nie zdradził? — W każdym razie nie prasie porannej. — Nie zabrałem z sobą Minquina.

Aleksandrze Psar. zamówił u mistrza Aleksandra 190 . ze streszczeniem tego. Znasz już historię ukaranego dzwonu i dzwonu. kiedy wiatr przychodzi z lewa. W roku 1667 car Aleksy Michajłowicz Spokojny. przyrzekł mu sukces. co się wie o „Żelaznej Masce”. Na lewo. co chciał kropnąć Breżniewa? Jeszcze trochę i byłby go załatwił. Przecież nie staniemy się organem rządowym. zadecydo- wawszy. To zbyt upoka- rzające! Czymże ja jestem? Zaledwie workiem piasku. który sta- ra się przeważyć słabszą szalę wagi.ten facet. i dzwoneczków. wsadzimy go do numeru wakacyjnego. myśleliśmy raczej o zdjęciach niż o obiektywności. kiedy ją wybieraliśmy. ale właśnie prostujemy kurs. Jean-Xavier. że ofiaruje jakiś łakomy kąsek klasztorowi Sawino-Sto- rojewskiemu ze Zwenigrodu. w ramkach. kiedy wiatr wieje z prawej. tro- chę sepleniący. To prawie jakby już to zrobił. «Obiektyw» miał opinię pisma nieco lewicującego. Zresztą już sama nazwa. w których on odżył. ale w końcu fotografia jest sztuką obiektywną. A czy pan sądzi. no nie? Wyobraża pan sobie. — Będziemy z panem. A oto jeszcze jedna historia dzwonu. «Obiektyw»! Przecież to już cały program. że to prawda? — Co? — Że w rzeczywistości on go zranił i że od tego momentu coś z nim nie tęgo? Aleksander zaproponował drugą medytację do- tyczącą mass mediów. trzymający nogi na biurku (pracował w piśmie o stylu amerykańskim). Oczywiście. na prawo lub prawie na prawo. stary młodzieniec w kaszmirowej kamizelce. który pękł. nie? — To możliwe. — To by zwiększyło sprzedaż o co najmniej 50 tysięcy eg- zemplarzy. nie uważa pan? Niech nam pan podrzuci jakiś wyją- tek. gdyby Sołżenicyn sprzątnął Chruszczowa? Ballandar.

ważący czterdzieści ton. Jeśli kłamią. Ten grubas miał niezwykły głos i w następnych stuleciach odwiedzali go niezliczeni muzycy. Ponad jasną łysiną Ballandara Aleksander obserwował bujne i zakurzone kasztany rosnące w alei. sumienną i odpowiedzialną. żebym ci wytłumaczył moją przenośnię? Zasta- nów się chwilę. że miasto. nie zaszkodzi odcyfrować podpisu ofiarodawcy. Odłamki znajdują się w mu- zeum miasta. jest jeszcze coś ciekawszego. w którym się dzwon znajdował. Uda- ło się to wreszcie i był to zaledwie podpis ofiarodawcy. leży wbrew naturze na ziemi i milczy pomiędzy nami. Dzwon pękł. ani Sza- liapina. Dzwony nie powinny uciekać przed wrogiem. której nie da się stłamsić. — Wprost przeciwnie.Grigoriewa dzwon o wadze blisko czterdziestu ton. czci się je i namaszcza świętymi olejami. W 1941 roku Niemcy zagrażali Zwenigrodowi i zarządzono ewakuację dzwonu. które biją na alarm i wydzwaniają podzwonne. Oto co Rosyjska prawda myśli na temat mass mediów. — Czy nie sądzi pan. Nie ma lepszego symbolu carskiej Rosji niż carski dzwon. który długo pozostał nie odczytany. ukazując nam swą wielką ranę w boku. To wspaniałe. Ale to nie wszystko. tyle że sformułowany niezwykle zwięźle: „Car Aleksy. no- siło tę opatrznościową nazwę (Zwenigrod — Dzwonogród). zasługują na obcięcie uszu. niemy i bez dzwonnicy. który spadł z rusztowania i który. które dzwoniło i które już nie dzwoni. W brązie dzwonu wyryto tajemny napis. Nawet gdy ich dźwięk wydaje się szlachetny. Dzwon ze Zwenigrodu symbolizuje wolną prasę. Czy chcesz. jednym 191 . Nasze nowoczesne dzwony to nasze mass me- dia. Nie zabrakło ani Rachmaninowa. Jeżeli jednak przemawiają czystym głosem Złego. sługa boży”. że wyczuwa się tu wrogość wobec wol- ności prasy? — zapytał wielki krytyk po skończeniu lektury. Dzwon rozbity i przetopiony na dzwoneczki pochodzi ze strażnicy w Pskowie i pozostaje symbo- lem wolności.

Oczywiście. a jednak co za zbieg okoliczności. sfotografowanym przy pomocy teleobiek- tywu? Można by pomyśleć. W przyszłym tygodniu za- powiem. która (być może) zmieni bieg historii ZSRR”. — Co panu o nim wiadomo? W jakim jest wieku? Czy to ładny chłopak? Czy mogę powiedzieć. wtopiony w fotel. że w młodości była prosty- tutką w Wiedniu. gdy jej przyjaciel Alek- sander miał dostać do ręki manuskrypt. o każdej porze dnia. Da tytuł: „Książka. że to jego okno. w lecie zarzucę wędkę.. Aleksander. — Zaraz dam panu adres. to prasa kłamliwa. Dzwon z Uglicza. Wokół huczał codzienny zgiełk godzin szczytu na placu Alma. Pani Choustrewitz przyjmowała w swoim salonie. będzie zębami i pazurami walczyć o „Że- lazną Maskę”. i przyjmowała tam w peniuarze. 192 . przyglądał się ogromnym owa- dom — termity? modliszki? — wspinającym się po świeczniku. — Aleksander! Drogi! Cóż może zrobić dla pana taka stara baba jak ja? Ach! Ależ on całuje po rękach! Nie ma to jak Rosjanie! — Ależ oczywiście. który musi być uka- rany. Proszę tam wysłać fotografa. — Można by może dorzucić przypis z tą interpretacją. że udało się panu wejść po rynnie do tego domu wariatów? Jeanne Bouillon uznała „Żelazną Maskę” za swoje dzieło. W ka- żdym razie może pan na mnie liczyć. a wreszcie urządzę panu wielką pompę.. Lubiła dawać do zrozumienia. który nazy- wała buduarem. że jej przyszedł do głowy pomysł napisania tego artykułu właśnie w chwili. Czy nie moglibyśmy dołączyć kilku zdjęć? — Zdjęć? Czego? — To bez znaczenia.słowem — «Obiektyw». z oknem nie- co różnym od innych. trzeba odżegnać się od jakiejkolwiek zbieżności. Na przykład tego szpitala.

obojętne jakie były jego doświadczenia i opinie. Dlatego dobrze. pierwsze pytanie. to było normalne. Nosił sędziowskie okulary. jakby to ująć. rze- czywiście wierzy w to. Pierwsze. związane z istotą sprawy. żeby dostarczać wciąż pokarmu kampanii dezinformacji? W króle- stwie iluzji wszystko może się zdarzyć. Aleksander pewien był dwóch rzeczy: plotki produkowane były przez tę czy inną orkiestrę Pitmana i nie odpowiadały praw- dzie. Z pewnością pochłaniali je pielęgnia- rze. jakby to powiedzieć. drugie. to wszystko. Czy może pan zaświadczyć. ale potem przyciągnął go ten dziwny światek. dotyczące faktów. a polityka literaturą. narysowaną wyłącz- nie pionowymi kreskami. jakby chciała ukryć uśmiech: — Nie sądzi pan chyba. żeby znalazł się w nim. Został pa- storem. Zarzucano mu to. uczciwy człowiek”. został z pewnością rozstrze- lany. Czy rękopis znajduje się w pańskich rękach? Czy pan go przeczytał? Drugie pytanie. niedoszły zabójca. wyobraża- jąc sobie wspaniałe danie przygotowywane być może dla nieist- niejącego pensjonariusza. Ale czy w celi 000 przebywał rzeczywi- ście „Anonimowy więzień”? A może pielęgniarze i gigantyczny psychiatra wchodzili do tego pomieszczenia tylko po to. Pan Johannès-Graf miał pociągłą twarz. — Panie Psar. że spalę moich informatorów? O tym się mówi. Jeanne. jakby to powiedzieć. gdzie lite- ratura jest polityką. со to za plotki na temat Kurnosowa i „Żelaznej Maski”? Skąd je pani wzięła? Uczyniła gest. Rozmarzył się. Kurnosow. — Panie Psar. to środowisko jest skrajnie skorumpowane. — À propos. chciałbym zadać panu dwa pytania. co mówi? 193 . Johannès-Graf urzędował w małym pokoiku bez okna w sute- renie. że dzieło to jest autentycznie szczere? Że jego autor. Od- powiadał: „Wiem.

jakby to powiedzieć. Ale ton tego rodzaju tekstu nie może wpro- wadzić w błąd. Ufam panu w każdym razie. ale dał pan pierwszeństwo. my czytamy zanim za- czniemy krytykować. to nas trochę niepokoi. przystro- jony brązowo-pomarańczową połyskliwą wiatrówką lalusia. które nie zawsze zga- dzały się z pańskimi najbardziej intymnymi przekonaniami. Więzienia albo (Johannès-Graf był specjalistą od Jana Jakuba Rousseau) Wyznania. Każde pojedyncze życie osiąga swój moment szczytowy. jakby to powiedzieć. Podejrzewam. ale jednak nie byle co. wśród tych czytelników. Pod lewą pachą ściskał paczkę gazet. Wiemy oczywiście. . Ktoś. którzy się liczą. respektowi dla sprawiedliwości. kto przeczytał to dzieło od początku do ko- ńca — (dzieło nie opuściło jeszcze ZSRR) wie. że pismo nie ukazuje się w lecie.. Dzięki temu cieszymy się autorytetem w klubach politycznych. Wie pan. że opublikował pan rzeczy. że trzeba sprzedawać. Przed fontanną Berniniego snuł się wielki dryblas. na okładce pierwszej można było przeczytać wypisany cyrylicą tytuł «Ogoniok». że w odróżnieniu od innych. że jest ono równie autentyczne jak Wspomnienia z martwego domu. pewnego piątku. nie spotkałem „Anonimowego więźnia”. wśród przedstawicieli administracji. — Proszę pana. na uniwersytetach. ta sensacyjna atmosfera. czyli. Alek- sander osiągnął swój szczyt życiowy w wieku czterdziestu dzie- więciu lat. którą próbuje się stworzyć. ale może pan na nas liczyć zaraz po wakacjach — (wielkie purytań- skie szczęki zwierały się i rozwierały w monotonnym rytmie) — zresztą nie znając tekstu cóż moglibyśmy powiedzieć? Przecież wie pan.45 na Piazza Navona w Rzymie. — Widzi pan. co jest zrozumiałe. o godzinie 12. Aleksander zbliżył się do niego: — Nie wiem — powiedział po rosyjsku — jaki kretyn wymyśla 194 . w kołach rządowych.

— Może pan odejść. drobnym pi- smem — był skarbem. bo powiedział do mnie «pan»„. Czekał na kontakt pół godziny. który trzymał w rękach — 399 kartek bez margine- su. rozpoznał drobne pismo na prawie przezroczystych kartkach nie wyjmując ich z paczki. Nikogo. ale sznurek pochodził stamtąd. A on liczył. — Nie tak szybko. Aleksander nie należał do 195 . ale Bóg wie czemu nie budziły w nim podobnego sentymentu i pozo- stawił je na siedzeniu. Aleksander odsunął gazety. Dla dyrekcji natomiast sposobność nowego sukcesu. chwileczkę. „Można by go wziąć za oficera — pomyślał Wiaczesław — ale jednak nie. Trzeba będzie znowu przywlec się tutaj jutro. z rękami wbitymi w sko- śne kieszenie wiatrówki. Podał Aleksandrowi paczkę gazet związanych cienkim sznur- kiem na krzyż i chciał odejść. furore e morti. zwinął go i wsunął do kieszeni. Nie miał dla niego żadnego prze- znaczenia. pochylonym. otworzył ją pa- znokciem. Rękopis. To kretynka. Wiaczesław zmrużył oczy. Dla czytelników był to skamieniały krzyk idealisty. który omal nie zabił i nie zginął. Wiaczesław oddalił się pogwizdując. Dziesięć minut później nadszedł signor Grucci. znalazł kopertę. to znaczy w sobotę. że spędzi ten dzień na plaży w Ostii! Co za pech! W taksówce Aleksander rozwiązał rosyjski sznureczek. dla Aleksandra — rękojmia nowego życia. ale na dzisiaj to jest: Armi. Dla wydawnictwa Lux była to mała kopalnia złota.te komiczne słowa hasła. Gazety i koperta również pochodziły stamtąd. jakby chroniąc je przed dymem z papierosów: — To nie kretyn. nie mógł go po prostu wyrzucić. ale skarbem nieco dwuznacznym. pokrytych niebieskim ostrym.

marzycieli i rzadko zdarzało mu się wyobrażać sobie to nowe
życie, ale od czasu do czasu nawiedzały go intuicje, tak jak w tej
chwili, w rzymskiej taksówce. Pomyślał z tkliwą dumą o swoim
synu, którego będzie wychowywał właściwie, w duchu służenia,
o którym zapomniano już na Zachodzie.
Kartkował małe stroniczki o niestandardowym formacie. Ma-
chinalnie sprawdził ortografię: był to nowoczesny rosyjski, któ-
rego uproszczona pisownia — jedna litera na siedem została
zniesiona, wprowadzono końcówki słów sprzeczne z regułami
filologii — zawsze go drażniła. Już samo to, że pomyślał o
sprawdzeniu pisowni, zdradzało pewien niepokój — staroświec-
ki charakter pisma, styl nawiązujący do starych baśni, wszystko
to nie było typowe dla autora wywodzącego się z szeregów KGB.
Rzym uciekał za oknami taksówki. W tyle zostawały pokryte
zieloną patyną ochry. Aleksander nie widział tego, myślał o
triumfie, jakim będzie publikacja Rosyjskiej prawdy. Tłuma-
czenia na wszystkie języki, poważne zyski, zdyskredytowani dy-
sydenci...
Wszedł na pokład samolotu. Obiecał sobie, że nie zacznie czy-
tać przed startem.
Wydawało mu się, że podróż trwała zaledwie chwilę.
Podczas lądowania wiedział już, dlaczego Iwan Iwanycz
chciał, aby umowa z wydawnictwem oraz poparcie „orkiestry”
załatwione zostały, zanim Aleksander zapozna się z tekstem.
Rękopis nie nadawał się do pu-bli-ka-cji.

— Małgorzato, proszę mnie połączyć z panią Boïsse.
— Pani Boïsse przy telefonie... Oblewamy dziś wieczorem. I
tego samego wieczoru kolejne spotkanie z Iwanem Iwanyczem.
— Kto jest autorem tego steku kryminalnych bzdur? Nie, nie
pytam cię o to, wiem, że tego nie wiesz. Ale kto zadecydował, że
trzeba to publikować? Na pewno nie Pitman. On zrozumiałby, że
to niemożliwe. Z umową czy bez, Lux nigdy tego nie zaakceptu-
je.

196

Zresztą któżby to zaakceptował? Nie pozwolę wymienić na-
zwy mojej agencji na stronie tytułowej. Jeżeli istnieje jakikol-
wiek szalony powód, aby te brednie ukazały się, należy stworzyć
wydawnictwo wyłącznie dla tej książki lub innych w tym samym
stylu, założywszy, że macie ich więcej na składzie. Słuchaj, Iwa-
nie Iwanyczu, czapki-niewidki być może oszalały, ale paryscy
wydawcy jeszcze nie. Dziennikarze także nie. Jeśli w wyniku nie-
zrozumiałej dla mnie aberracji jakieś skrajnie prawicowe wy-
dawnictwo odważyłoby się nawet opublikować podobny tekst...
— To byłby skandal? Ależ Aleksandrze Dmitryczu, serdeńko,
skandal jest popłatny.
— Rozśmieszasz mnie swoim prymitywnym cynizmem. Nie
byłoby żadnego skandalu. Nic by nie było. Cisza. Najmniejszego
echa. Mówiłoby się o czymś innym, tak jak wtedy, kiedy komuś
odbije się przy stole. Nic nie rozumiesz, Iwanie Iwanyczu. Żyje-
my w społeczeństwie, w którym role są rozdzielone raz na zaw-
sze. Należy przyjąć swoją rolę albo pogodzić się, że jest się ni-
czym. To właśnie ludzie Zachodu nazywają wolnością. Na przy-
kład sowiecki dysydent musi być liberalny. Może być marksistą,
jeżeli ma na to ochotę, ewentualnie nacjonalistą, ale zawsze li-
beralnym. Dysydent nie liberalny jest nie do pomyślenia. Czy
wiesz, co bym zrobił z tym tekstem, gdybym go dostał pocztą?
Iwan Iwanycz zwilżył językiem palec i przygładził kilka ru-
dych włosów, które przecinały poziomo jego czaszkę:
— Jesteś na tyle inteligentny, Aleksandrze Dmitryczu, aby
zrozumieć, że być może właśnie dlatego nie wysłano ci go pocz-
tą.
— Iwanie Iwanyczu, wiem, co to jest dezinformacja. To mój
zawód. Ale istnieją pewne granice. Nie mogę wydać na moją od-
powiedzialność zdań w rodzaju... Gdyby chodziło tylko o zdania!
To można przeredagować. Ale cała książka przesycona jest tym
duchem.
— Jakim duchem?

197

Aleksander przeczytał na głos akapit, który przekreślił dwie-
ma czerwonymi liniami:
— „Za każdym razem, kiedy jakaś zorganizowana partia ko-
munistyczna, nie popierana potajemnie przez ZSRR, zderzała
się w zamkniętym polu jakiegoś narodu z partią liberalną, bur-
żuazyjną, arystokratyczną, konserwatywną lub reakcyjną, wy-
grywała pojedynek. Za każdym razem, kiedy zderzała się z partią
faszystowską, czyli reformatorską, i również zorganizowaną,
przegrywała”. I on przytacza historyczne przykłady! Rozumiesz,
że tego typu prowokacje w wolnym społeczeństwie są nie do
przyjęcia.
— Nawet przy założeniu, że istnieje „nowa prawica”?
— Przede wszystkim przy tym założeniu. Fourveret oderwał
się trochę od lewicy w ciągu ostatnich lat, ponieważ sprzedaje
się ona gorzej, co wszystkim wiadomo. Ale podjąć ryzyko przy-
łączenia się do kierunku całkiem przeciwstawnego... Publikacja
Rosyjskiej prawdy nie wchodzi w rachubę. Dlaczegóż nie wy-
ciągnięcie Protokołów Mędrców Syjonu, Mein Kampf albo Wa-
szego pięknego dzisiaj? O, przepraszam, nie powinienem wy-
mieniać Maurrasa w tym towarzystwie. Prawdziwy monarchista
nie może być faszystą. Czekaj, coś ci powiem. To moja dyrekcja
miała ten genialny pomysł, żeby połączyć faszyzm z tendencją
prawicową, podczas gdy w rzeczywistości jest on bardziej lewi-
cowy niż my. W każdym razie odmawiam współpracy przy tym
przedsięwzięciu skazanym na klęskę. Czy jesteś pewien, że nie
chodzi tu o sabotaż? Przeniknąć kampanię wpływów przeciwni-
ka i obrócić ją na swoją korzyść, to byłoby dopiero sztuką!
Oczy Iwana Iwanycza złagodniały:
— Martwisz mnie, Saszeńka. Bardzo mnie martwisz. Nigdy
jeszcze nie widziałem, żebyś otwarcie odmówił wykonania po-
lecenia.
— Głupstwo. Napiszę ci odpowiedni raport, który wyślesz
Pitmanowi przez radio. Zobaczysz, że chodzi tu o jakąś pomyłkę.
Odpowiedź na raport nadeszła zaraz następnego dnia:

198

Niniejszym potwierdzamy instrukcje przekazane ustnie. Pro-
szę traktować tę depeszę jako rozkaz na piśmie. Rękopis musi
być opublikowany przez wydawcę wskazanego wam wcześniej.
Nie może on w żadnym wypadku ukazać się u wydawcy prawico-
wego. Ostrzegamy was również przed jakimkolwiek złagodze-
niem tekstu, którego moglibyście próbować w trakcie tłumacze-
nia. Każde odchylenie w tym kierunku byłoby traktowane jako
uchybienie dyscyplinarne. Jeśli wydawca domaga się tekstu w
miarę postępów tłumaczenia, odmówcie. Tekst musi być do-
starczony w całości. Żaden nowy fragment nie będzie udostęp-
niony prasie. Kontynuujcie, wzmagajcie wszelkie wysiłki, aby
publikacja stała się międzynarodowym ewenementem politycz-
nym. Podpisano generał-pułkownik Pitman.

W kawiarni przy Porte d'Auteuil — Iwan Iwanycz lubił ka-
wiarnie usytuowane przy wylotowych arteriach; było to jedno z
tych przyzwyczajeń, przez które drugorzędni agenci pozwalają
się w końcu zgarnąć — Aleksander czytał wciąż od nowa kartkę
zapisaną maszynowym pismem, opatrzoną wskazówkami „bar-
dzo pilne” i „ściśle tajne”, a także znakami określającymi datę i
godzinę, jak w każdym telegramie.
Iwan Iwanycz uśmiechnął się z miną pełną politowania i wy-
ciągnął rękę. Depeszę trzeba mu było oczywiście zwrócić.
Na rogu stołu Aleksander nabazgrał swoją odpowiedź. Po-
twierdzał odbiór. Wykona. Ale odmawia wzięcia na siebie odpo-
wiedzialności: „Ani Lux, ani żadne inne porządne wydawnictwo
nie opublikuje Rosyjskiej prawdy. W mało prawdopodobnym
przypadku, gdyby jednak książka ukazała się, prasa odwróci się
od niej z obrzydzeniem i nie będzie mowy o żadnym ewenemen-
cie międzynarodowym ani nawet lokalnym. Obserwacje: autor
tekstu, kimkolwiek jest, musiał znacznie wykroczyć poza in-
strukcje, jakie otrzymał. Postulat: sugeruję aby tekst został po-
nownie przeczytany na najwyższym szczeblu”.

199

Tymczasem sławni dysydenci, z którymi nawiązała kontakt
Agencja Psar, zaczęli odpowiadać. Ci spośród nich, którzy pozo-
stali marksistami, wyrażali wątpliwość co do egzystencji prawdy
specyficznie rosyjskiej, ale cieszyli się ze stylu populistycznego
„Anonimowego więźnia” i chwalili go za powoływanie się na
pskowski dzwon, symbol dawnej niezależności gminy, czyli tym
samym komunistycznego powołania kraju. Oczywiście przy-
łączali się do potępienia lichwiarstwa, które jest równoznaczne z
potępieniem kapitalizmu. Jeden z nich napisał długi artykuł, w
którym wykazywał, że „Anonimowy więzień” czerpał swą in-
spirację z jego dzieł. Gratulował sobie, że jego dzieła dotarły na-
wet do celi 000 w szpitalu specjalnym. Inny przewidywał z góry
konkluzje, jakie z całą pewnością uwieńczą obserwacje tajemni-
czego autora: komunizm w swej istocie jest dobry, jedynie spo-
sób jego realizacji jest na ogół katastrofalny w skutkach. Należy
więc znów rozpocząć eksperymentowanie, a nie odrzucać dok-
trynę komunizmu.
Pewien antymarksistowski powieściopisarz pochwalił język
„Anonimowego więźnia”: Dobry jak chleb; chrupiąca skórka,
która kryje delikatne wnętrze”. Pewien krytyk skomentował:
„Nasz chór dysydentów już prawie zaczął nudzić, gdy oto pojawił
się wspaniały baryton, który przychodzi z nowym słowem, na-
wiązującym w pewnej mierze do Kryłowa”. Pewien moralista
otwarcie wyrażał swoje zadowolenie, że mieszkaniec celi „po-
trójne zero” jeszcze nieprędko z niej wyjdzie: „Z całą pewnością
należy odróżnić dezerterów, którzy dopiero po znalezieniu się na
Zachodzie zaczynają szczekać przeciwko reżimowi, od profetów,
którzy zaczęli przemawiać jak ludzie wolni jeszcze wówczas,
kiedy nimi nie byli. Ale oto po raz pierwszy nieposkromiony
śpiew wolności podnosi się z samego dna psychuszki”.
Ta ostatnia uwaga rzucała być może trochę inne światło na
zgodność, z jaką dysydenci, zwykle podzieleni, przyklasnęli z góry
publikacji Rosyjskiej prawdy. Niektórzy spośród nich woleli

200

uniknąć zbyt jawnej demonstracji wewnętrznych podziałów,
inni rozumieli, że sytuacja więźnia była ważniejsza niż wszystkie
małostkowe spory pomiędzy koteriami. Brodaty mędrzec, podzi-
wiany aż do nienawiści, wyszedł ze swej wieży z kości słoniowej
otoczonej drutem kolczastym, aby dać następujący komentarz
na temat kryptogramu, umieszczonego na dzwonie: „«Żelazna
Maska» pokazała palcem to, co w micie monarchicznym jest w
sposób nie dający się naśladować rosyjskie. Z lękiem i nadzieją
będziemy się przyglądali, jak nasza wewnętrzna, prosta i święta
prawda, która przez wieki całe wyrażała się w dewizie «Jesteśmy
Rosjanami, Bóg jest z nami», natchnęła tego krzyżowca naszych
czasów, jedynego spośród nas, który odważył się sięgnąć po
broń w obronie naszej wiary”.
Aleksander czytał to wszystko z pogardą: „Nie cierpię kurków
na dachu, obojętnie, w którą stronę się kręcą”. Ludzie tego typu
byli dla niego zdrajcami, niezależnie od motywacji: jakaś nieza-
spokojona ambicyjka, niewystarczająca pensja, niewystarczające
sumienie.
Doszło do spotkania tłumaczy. Aleksandrowi nie chodziło już
o tłumaczenie najlepsze z możliwych, dostarczone jak najszyb-
ciej, lecz o tłumaczenie, które pozostałoby tajne tak długo, jak to
będzie potrzebne. Zamiast pięciu tłumaczy wybrał zaledwie
dwóch. W ten sposób niebezpieczeństwo przecieków było mini-
malne, a praca ukończona zostanie później, dzięki czemu Fo-
urveret będzie miał mniej czasu, żeby wycofać się z umowy.
Pewna kostyczna stara dama rosyjska, mieszkająca w domu
starców, oraz młody profesor slawista, który miał pracować
podczas wakacji w Irlandii, zostali zaangażowani nie tyle dla ich
talentów, co raczej dlatego, że nie będą mogli się komunikować
ani między sobą, ani z paryskimi intelektualistami. Pozostali
trzej tłumacze obrazili się. Aleksander zrozumiał już, że „Opera-
cja Żelazna Maska” będzie jak pożar, który niszczy wszystko na
swej drodze. A to był tylko początek. Na szczęście zestawienie

201

przypowieści w Rosyjskiej prawdzie pozwalało na całkowicie
niekoherentne podzielenie tekstu między tłumaczy. Profesor
uznał wprawdzie w pierwszej lekturze, że strona polityczna była
dość trudna do przełknięcia, a stara dama, że pełno było termi-
nów tryw., gwar., i fam., jakich zazwyczaj nie spotykała, lecz
wystarczy dać im do zrozumienia, iż część przypadająca na każ-
dego z nich zostanie właściwie oświetlona dopiero przez tekst
tłumaczony przez drugiego, aby przyjęli to za pewnik. Zresztą,
do diabła, byli opłaceni i to nawet zupełnie nieźle. Zadanie, w
które wciąż nie wierzył, zaczęło pochłaniać bez reszty Aleksan-
dra, jak Iwana Denisowicza układanie cegieł.
Przeszedł lipiec. Poczta przynosiła strony tłumaczenia. Alek-
sander poprawiał, ujednolicał, oburzał się, przyzwyczajał się do
swego własnego oburzenia. Powierzono mu zadanie z góry ska-
zane na niepowodzenie. Uprzedził o tym, a teraz będzie próbo-
wał pomimo wszystko dążyć do sukcesu, chociaż będzie się czuł
równie usprawiedliwiony w wypadku porażki, którą przewidy-
wał, co w wypadku powodzenia w wyniku czynionych przez sie-
bie wysiłków.
Aby książka ukazała się we wrześniu, Fourveret, zmieniając
swój kalendarz wydawniczy, domagał się manuskryptu pod ko-
niec lipca. Aleksander zwlekał aż do 10 sierpnia. Miał spędzić
dwa tygodnie wakacji z Jessicą na jachcie jej przyjaciół. Musiał
zrezygnować z zaproszenia. Jessica nie skarżyła się: „Obejdę się
bez takiego kochanka”. I zabrała ze sobą attache z ambasady
jednego z krajów Południowej Ameryki. W tym roku korki na
drogach były zupełnie rekordowe. W Paryżu ulubione restaura-
cje Aleksandra były zamknięte, jadał więc w bistrach, konstatu-
jąc ze zdziwieniem ich taniość. Potrzebował teraz cztery razy
mniej czasu na podróż z domu do biura. Dwóch wydawców
chciało publikować Rosyjską prawdą w języku oryginału. Od-
mowa. Jeden z nich próbował się dyskretnie poinformować, kim
są tłumacze. Klęska. W kinach dawano wznowienia starych

202

filmów. Można było parkować samochód gdzie się chciało. Mał-
gorzata, która chciała wyjechać w sierpniu, zapytała, czy nie
byłoby lepiej, żeby została, jako że miała się ukazać ważna książ-
ka. Aleksander myślał, że książka nie ukaże się wcale. Tak czy
inaczej cały ten cyrk, jeśli w ogóle ruszy, nie zacznie się przed
początkiem września.
— Nie, nie, Małgorzato, proszę wyjechać i odpocząć. A dokąd
w końcu pani jedzie?
Wyjeżdżała do swojej matki, do Lisieux. Wyjechała. Jeśli bę-
dzie jej potrzebował, wystarczy jeden telefon. Dopiero po kilku
dniach zaczął odczuwać jej brak. Jej spojrzenia były tak oddane i
pełne uwagi... Zastanawiał się z roztargnieniem, jakiego koloru
były jej oczy i stwierdził, że nie wiedział tego. „Żyję już zbyt dłu-
go pochłonięty tylko jednym. To wszystko niedługo się zmieni”.
Pogoda była niepewna, nie było zbyt ciepło. „Obecny sierpień
jest o wiele chłodniejszy niż czerwiec sprzed trzydziestu lat”.
Przyszło mu nagle do głowy, żeby zobaczyć galerię chimer, ale
kiedy tuż przed nim dziesięć autobusów wyrzuciło ładunek Teu-
tonów na wprost schodków Quasimodo, zrezygnował z tego za-
miaru. Zastanawiał się, jaka jest pogoda w Moskwie, w Lenin-
gradzie. „Jeśli dyrekcja ma jakąś filię w Leningradzie, chciał-
bym, żeby mój apartament był na Fontance...”
W końcu tłumaczenie było gotowe. Mimo ponagleń Fourve-
reta — „Drukarnia czeka! Nie zamknęli jej w sierpniu tylko ze
względu na nas!” — Aleksander ociągał się jeszcze kilka dni. Po-
prawiał niektóre fragmenty, przepisywał najbardziej pokreślone
stronice. Jednak w końcu trzeba było zanieść do wydawnictwa
Lux gruby, biały klaser, zapięły białym paskiem, przeszytym
czerwoną nitką. Aleksander oddał swój ładunek wybuchowy,
wysłuchał wylewnych podziękowań i zaczął czekać na eksplozję.

Gabinet naczelnego dyrektora wydawnictwa Lux był duży,
biały, jego umeblowanie składało się wyłącznie ze stołu, foteli i
gablotki, zawierającej hiszpańskie krucyfiksy, przedmiot kultu

203

dla jednych, kolekcja nagród dla innych. Stół ustawiony był przy
oknie w ten sposób, że każdy gość znajdował się w pełnym świe-
tle, podczas kiedy surowa lecz sprawiedliwa twarz naczelnego
dyrektora pozostawała w półcieniu. Niektórzy myśleli, że był to
tylko przypadek, lecz wystarczyło złożyć wizytę panu Fourvere-
towi wieczorem, aby móc stwierdzić, że lampy były ustawione
tak, by osiągnąć dokładnie ten sam efekt.
Uścisk dłoni. Proszę siadać. Fourveret zasiadł za stołem, zło-
żył ręce, opuścił oczy. Na jego dużej, ascetycznej twarzy widniały
okulary w kwadratowej oprawce, które potrafił majestatycznie
zdejmować i wkładać w odpowiednich momentach.
Aleksander czekał. Nie był z natury lękliwy, ale konieczność
obrony projektu, którego nie pochwalał, stawiała go w niewy-
godnej pozycji.
Po dłuższej chwili medytacji Fourveret uniósł głowę, zdjął
wymownie okulary i powiedział z drapieżnym uśmiechem:
— A więc trzeba być na prawicy, ponieważ dobry łotr został
ukrzyżowany po prawej stronie cieśli z Nazaretu!
Odczekał kilka sekund i ciągnął dalej, o ton głośniej:
— A kiedy z głęboką odrazą odepchnął sztukę złota, którą
Mu podawano i stwierdził, że należy oddać cesarzowi jego
błyskotki, to, co chciał w rzeczywistości powiedzieć, to nic inne
go jak to, iż do państwa, a nie do banków należy bicie monet!
Carska Rosja liczyła siedem razy mniej policjantów niż Wielka
Brytania i pięć razy mniej niż Francja! Komunizm, ta dziwna
choroba, zapanował w Rosji jak grypa na Hawajach, ponieważ
carska Rosja w swojej niewinności nie wyprodukowała odpo-
wiednich przeciwciał!
Fourveret założył znów okulary i jego twarz nabrała wielkiej
powagi:
— Proszę mi w końcu powiedzieć, mój drogi, co jest grane?
Kto tu sobie urządza kpiny?
Aleksander przygotował sobie plan kontrataku. Położył na

204

które nas dzielą. że przede wszystkim jestem sumieniem i że w miarę moich możliwości dążyłem zawsze do tego. — Oni nie czytali książki.stole serię cytatów. Inni wydawcy być może mają tylko jedno zmartwienie: forsa. wiadomo też. chociaż Bóg nie jest do tego potrzebny. Jestem chrześcijaninem. mam współpracowni- ków. zawsze sądziłem. że to moje sumienie. Gdybym tylko chciał. pochodzących z listów od dysydentów. dopóki jej nie przeczy- tałem. rzecz jasna. Całość była olśniewająca. byłbym bogatym człowiekiem. że jestem wydawcą. — To na skrzydełko okładki.. zostały jeszcze dodatkowo przemyślnie spreparowane i zredagowane. którzy nimi nie są. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi na plecach. Lux oznacza tutaj światło. żeby moje wydawnictwo posłuszne było mojemu sumieniu. Ale jakież to ma znaczenie. to wielkie. i tak pozytywne.) Jeśli o mnie chodzi.. i właśnie w tym cierpieniu jednych dla drugich i artysty dla społeczeństwa widzę prawdziwe znaczenie działalności wy- dawnictwa Lux. rozplatając je od czasu do czasu. (Wy mówił to z dreszczem obrzydzenia. Ale to. tylko sądzę. co dla mnie się liczy. dla którego krwawi moje serce. Są wśród nich być może — a nawet na pewno — komuniści. lub też niechęć do złych książek i złego postę- powania. skoro wszyst- kich nas jednoczy poparcie dla udanych dzieł literackich i do- brych uczynków. I nie dlatego. Ich opinie. bo moja reputacja jest wystarczająco znana na rynku — wiadomo... panie Psar. Wykonał obleśny gest liczenia banknotów. że sumienia wszystkich ludzi dobrej woli nastrojone są na tę samą nutę. by wy- konać pełen wigoru i jednocześnie nobliwy gest. (Wymawiał 205 . forsa. mój drogi. darzę pana szacunkiem. Jeśli o pana chodzi. Bóg mi świadkiem. jakby to było nie- przyzwoite słowo. Ja także. że pomimo różnic. — Mój drogi. krwawiące serce ludzkości. posiadamy pewną wspólną cechę — całkowitą integral- ność intelektualną. Fourveret spojrzał na papiery i odsunął je od siebie.

czy też. którzy publikują wyłącznie poglądy zgodne z ich poglądami? Czyżby wolność słowa polegała na tym. okazując w ten sposób. W każdym razie tak sobie to wyobrażam. proszę mi wybaczyć to słowo. i zdjął okulary. Zaczął przecierać chu- steczką szkła okularów. — Jak pan sobie może wyobrazić. bo dzięki panu spędziłem bezsenną noc. i tak wyraźne pod- kreślanie egzotyki jego nazwiska stawało się obraźliwe. albo są tro- chę na lewo od pana? Fourveret zasiadł ponownie przy stole. gdybym wydał tę książkę? Rosyj- ska prawda nie sprzeda się nawet w dwu tysiącach egzemplarzy. można być człowiekiem godnym szacunku nawet na prawicy.„Psaaaaar”. — Może pan być dumny. Fourveret? Po co ten patos? Nie zgadza się pan z programem „Anonimowego więźnia”? A kto panu powiedział. że jego cierpli- wość nie ma granic. czy nagle pan oślepł. komuż by się pan sprzedał? Czyżby wszedł pan w kontakt z jakąś organizacją neo- faszystowską? Czy ktoś panu zapłacił. jak wryty. Odwrócił wzrok od Aleksandra. że nie pozwolę na to! Zresztą jaką bym miał mieć z tego korzyść. aby mnie skompromito- wać? Powinien pan wiedzieć. bo w końcu póki nie jest się ekstremistą. z którymi nie może się równać żadna seria innego wydawcy. Nie przypusz- czam.) Prowa- dzi pan dla mnie Genezą rewolucji i Białą Księgą. którzy myślą podobnie jak pan. 206 . że ja się z nim zgadzam? Czyżbyśmy byli fana- tykami. że pozwala się mówić tylko tym. Przez chwi- lę pokazywał mu swoje plecy. stał się pan przekupny? W tym ostatnim przypadku. lecz mam tu swoje powody. Pytam więc pana (zatrzymał się nagle. gubiłem się w domysłach na temat pańskiej osoby — dodał cichym głosem. żeby pana opinie polityczne były nie w porządku. stracił rozum. miał pełne usta samogłoski „a”. Zastana wiałem się. jakby wyciągał szablę z pochwy): co się stało? Aleksander patrzył na wydawcę nie ukrywając swego rozba- wienia: — Co się z panem dzieje.

że umowa wy- dawnicza. To sumienie. co słyszę od kwadransa.. moim starym przyjacielem. „Gdybym to opublikował. Przydało mu się to w jego obydwu zawodach. — Podłości.. Prosząc o dyskrecję dałem mu do przeczy- tania kilka wyjątków z tych brudów. jakim prawem pozwolił pan sobie zaproponować mi ten zbiór idiotyzmów i podłości? Aleksander miał wyjątkową zdolność stawiania czoła w trud- nych sytuacjach.. Jaka byłaby pańska reakcja?” Zna pan Bal- landara. Fourveret. który zawsze cieszył się opinią gwiazdora uczciwości intelektualnej i który zerwie umowę. że „Anonimowy wię- zień” nie będzie miał żadnych możliwości obrony prawnej. nawet wbrew oczywistości. ponieważ dobrze wie. które w myśl prawa nie należą do pana. Ale w końcu (obrócił się nagle i oparł się plecami o stół) czy byłby pan łaskaw wytłumaczyć mi. zrobiłbym coś złego i zdaję sobie z tego sprawę. Psaaaaar. odsyłając 207 . że w moim zakłopotaniu wybrałem się do José Ballandara. To nie są żadne argumenty. ponieważ nie ma pan upoważnienia autora. zamierza pan ze rwać naszą umowę? — zapytał Aleksander powściągliwie. Zwracam panu pańskie prawa. jak panu wiadomo. Ale przypuśćmy. dla pańskiego wydawnictwa. to obelgi pod ad- resem człowieka zdychającego właśnie w więzieniu psychiatrycz- nym.. uczyć. Odpowiedział mi: „Przez szacunek dla pana. Ta uwaga rozweseliła wydawcę: — Przecież nie będę pana. jakby się książka wcale nie ukazała”. — Albo ten tekst nadaje się do publikacji i nie robię panu krzywdy. Fourveret. Wszystko. który jest. bzdury i brudy. oddzielony od niego stołem. że jednak to robię. — Jeśli pana dobrze rozumiem. pozornym i rzeczywistym. Zachowałbym się tak. Co pan właściwie zarzuca Rosyjskiej prawdzie? — Takie chwyty poniżej pasa nie są pana godne. O co panu chodzi? O spokojne sumienie wydawcy. spuściłbym na to zasłonę milczenia. I to wszystko. Mogę się panu przyznać. Psar — po- wiedział Fourveret.

co zarzucam Rosyjskiej prawdzie? Jak pan wie. niech pan sobie wyobrazi. Tezę tę mają ilustrować pseudohistoryczne przykłady: Roosevelt był agentem Stalina. dzieło niniejsze broni takiej oto tezy: 1. — Psaaaaar. kładł na swej lewej piersi dłoń o szeroko rozstawionych palcach i trzymał ją tam kilka sekund. co mi odrzekł Ballandar. 2. Powiedziałem panu. zlustrował go spojrzeniem. którego auto- rytet jest panu znany i który zawsze był dobrze usposobiony dla naszego wydawnictwa. który z kolei działał jako agent Rockefelle- ra. jak zdejmuje się maskę. ani prawdziwa. Fourveret. Niczego nie wymyśliłem. — To oczywiste. której zasadniczym atrybutem będzie bicie monety. mimo bezładu kompozycji. ukazał mi się pan w zupełnie nowym świetle i być może mylę się.pana do innych wydawców. Kapitalizm jest źródłem wszelkich nieszczęść. ale nie będziemy mieli tego popar- cia. zastąpić go monarchią teokratyczną.. że nie jest ani rosyjska. I pan mnie pyta. ale uważam. Usiadł i założył okulary tak jak angielski sędzia zakłada peru- kę. Kiedy Fourveret wypowiadał słowa „moje serce krwawi”. Później zdjął okulary. Aleksander podniósł się i przyciągnął do siebie maszynopis. ufając panu w dalszym ciągu. albo się nie nadaje i wówczas pan jest wobec mnie nie w porządku. namawiając mnie na druk. Zajrzał do swoich notatek: — Jeśli w ogóle można coś z tego zrozumieć. I to wszystko.. że jego szaleństwo jest interesujące i że przy poparciu prasy. ale Rosyjskiej prawdzie za- rzucam. że nie podzielam w najmniejszym nawet stopniu poglądów tego wariata. Do tego dołącza się jeszcze absur- dalna demaskacja rzekomego spisku światowego lichwiarzy. Bóg mi 208 . — Tak. Aleksander nie miał na to żadnych argumentów. wciąż siedząc. moje serce krwawi dla Rosji. dlatego też należy zniszczyć komunizm (sic!) oraz 3. drogi przyjacielu.

właściwie zga- dzał się z nim. że stracę sporo pie- niędzy wskutek wywrócenia się mojego planu wydawniczego. by wziął na siebie to ryzyko — będę musiał ze szczerym żalem wyrzec się dalszej współpracy z panem. Zamknął oczy i bardzo cicho wymówił: — Proszę się modlić. Jeśli natomiast zrozumie pan. Zakopiemy topór wojenny i nigdy nie będziemy wra- cali do naszego małego kryzysu..) — Jeśli ta rzecz ukaże się u jakiegokolwiek wydawcy — a byłbym zdziwiony. Zamknął dłoń Aleksandra w swoich rękach i zatrzymał ją kil- ka sekund. Aleksander przewidział odmowę Fourvereta. Uśmiechnął się szeroko.świadkiem i widzi. Jego szlachetna twarz stała się jeszcze bardziej szlachetna: — Mam dwadzieścia lat więcej niż pan. Pozwolę sobie dać panu pewną radę. wziąwszy jeszcze pod uwagę zawoalowane groźby i paternali- styczne porady wydawcy. 209 . (Kiedy mówił „Bóg mi świadkiem” wznosił oczy do nieba i opuszczając je potem zatrzymywał przez sekundę spojrzenie na kolekcji krucyfiksów. — . Przypominał teraz rozpieranego przez radość ojca. W niczym nie ułatwiało to jednak sytuacji.... gdyby nawet w tej profesji udało się panu znaleźć kogoś aż tak nędznego. szeroki gest. co to są pieniądze? Wykonał ręką. do jakiego stopnia zaśle piła pana słowiańska wrażliwość i jeśli wyrzuci pan tę paczkę makulatury do najbliższego ścieku. To prawda.. trzymając okulary. witającego swego marnotrawnego syna. ale.. że wolę grzeszyć nadmiarem niż skąpstwem. Na progu zatrzymał się i chwycił go za rękę.wtedy Geneza rewolucji i Biała Księga będą się nadal ukazywały. Nałożywszy okulary odprowadził Aleksandra do drzwi.

Iwan Iwanycz w rozmowie telefonicznej nie okazał wcale zdziwienia. świetnie idące. — Niczego nie przesądza. — Badania rynku. wielkie książki. — Nie służą niczemu w świecie książek. zdając się na przypadek. Więk- szość książek tonie... Pomyśl. a inne nie odpowiadały. żeby tylko jeden pies szczekał na wsi. zmień praco- dawcę. co pociągają za sobą in- nych? — Najlepszy jest Ballandar i należy do mojej orkiestry. — Jednak poparcie prasy. albo na kaprys fortuny. ale na początku rzucamy ją na głęboką wodę. Trzy czwarte dzien- nikarzy mówi wyłącznie o książkach. kiedy dowiedział się o odmownej decyzji Fourvereta. Przynajmniej na po- czątku. jak tylko on się wypowie. Czy możesz znaleźć jeden lub dwa głosy.. jakie jest jego zdanie. — Ale rzadko się zdarza. Pierwszy skok jest niewiadomą. które mu odpowiedzą? — Oczywiście.. — Rzadko. Zapytał tylko: — Przypuśćmy. co należałoby zrobić. na temat waszego towaru. żeby spotkała się z sukcesem? — Jeśli kiedykolwiek rozwiążesz tę zagadkę. — Nie chodzi o to. jeżeli książka zostanie dobrze przyjęta. żeby prasa robiła hałas wokół ja- kiejś książki i żeby nikt jej nie kupował. że są pornograficzne kryminały. Będziesz miliarderem. — Do czego zmierzasz. i te właśnie umiemy doprowadzić aż na pełne morze. Iwanie Iwanyczu? — Jacy są najlepsi szczekacze? Ci. które zacytował Ballandar. że książka jednak ukaże się. tylko niektóre utrzymują się na powierzchni. — I nigdy nie zdarza się. Można wpłynąć na powodzenie sprzedaży. 210 . słuszne zresztą. których nikt nie kupuje i prawdziwe. Ale właśnie ci powtórzyłem.

Żwir podwórka. grubą teczkę. Iwanie Iwanyczu. — Wszyscy sana mszy. Jesteśmy w Paryżu.. jak mówią Francuzi. — Chce pan na nich poczekać w salonie. — Poradzimy sobie. nawiązująca zarazem do Ludwika XVI. Fourveret nas nie opublikuje. w ostatniej ćwiartce dwudziestego wieku. że jeśli przydzieliliśmy do twojej orkiestry tych dwóch muzyków. a z kilkoma prałatami ob- lewano powodzenie Białej Księgi o Kościele. Uprzedzałem was. Z Porte d'Orléans Aleksander pojechał prosto do biura wy- dawnictwa Lux. ale korki na drogach. żeby powiedzieć to samo co on. Biała fasada w stylu Napoleona III. drudzy żeby mu się prze- ciwstawić. Był czter- nasty sierpnia i drzwi były zamknięte. ponieważ wszystko jest dozwolo- ne. ale to dlatego. nikt już nie ma na su- mieniu wstydliwych sekretów. Naznaczył spotkanie na następny poranek. to dlatego. Domyślasz się. Zresztą pocze- kać chwilę z otwarciem ognia też było przyjemne. Następnego dnia około jedenastej trzydzieści Aleksander znalazł się w Chatelet. została niedawno odnowiona.. Ale powtarzam ci.Jedni. umieją śpiewać. Tam właśnie świętowano sukces Białej Księgi o edukacji narodowej z profesorami z Sorbony. W ręce trzymał czarną. — Nie bądź naiwny. w kawiarni tuż obok Porte d'Orléans. Jechać tam natych- miast? Pokusa była silna. że.. Iwan Iwanycz nie podjął wyzwania. nieskazitelnie wygracowany. Gdyby twoja żona dowiedziała się. to być może pogłaskałaby cię wałkiem do ciasta. chrzęścił rozkosznie pod oponami. panie Psar — powiedziała pani Emi- lienne. czy też podać panu apéritif w ogrodzie? Zazwyczaj Aleksander wolał wnętrze domu. Fourveret znajdował się zapewne w swej posiadłości w Dourdan. „Pojadę ju- tro”. że nie należy do inteligencji idącej z duchem czasu.. gdzie był dawniej mile widzianym go- ściem. że zezujesz na Jessicę. a nawet jeżeli tak. tego jednak dnia 211 . to Ballandar będzie milczał.

lecz jego zaproszenie było z rzędu tych. ile trzeba było. Przykro mi. pięcioletnim blondynie o krótko obciętych włosach. — Jeszcze nie wiem. jego oczy jednak pozostały czujne. i to im się spodobało. madame Faubert? A to moje wnuki.. pa- trząc każdemu z nich prosto w oczy. Wielkie drzewa unosiły ku niebu ciężkie od liści gałęzie. że musiałem pana ścigać aż tutaj. Usiadł pod parasolem. — Co będziesz robić. Jego spojrzenie zatrzymało się być może nieco dłużej na Mikołaju. Potrząsał ręką Aleksandra. Światło zała- mywało się w lekkiej mgiełce. Dzieci nosiły imiona bezpretensjonalne. za którymi kroczyło kilkoro dorosłych. Park miał nie- wiele więcej niż hektar powierzchni i ścieżki były w nim popro- wadzone w stylu angielskim. Zna pan moją córkę. — Drogi Psaaaaar! Cóż za niespodzianka! Naturalnie zje pan z nami obiad? Fourveret pokazywał w uśmiechu wszystkie zęby. których nie powinno się przyjąć. Mikołaju. w twoim wieku chciałem zostać dowódcą łodzi podwodnej. chuda. Musiałem pana zobaczyć w pilnej spra- wie. duża. Kostki lodu dzwoniły w kryształowej szklaneczce. — Chcę placować na giełdzie jak tatuś. Aleksander nie zapytał o ich postępy w szkole. z czymś nieokreślenie prowincjonalnym w sposobie by- cia. — Ależ nic podobnego — powiedziała pani Fourveret. wypadła z drzwi balkonu. jak będziesz duży? Mikołaj jeszcze seplenił.. Ptaki śpiewały. Aleksander zdziwił się. — Szalenie się cieszymy pańską wizytą. Aleksander położył swoją teczkę u stóp. Nagły hałas i cała chmara dzieci. i co jakiś czas dotykał jej czubkiem buta. Były tak dobrze uło- żone. Mikołaju. 212 . że grzeczność ich miała w sobie coś naturalnego.potrzebował powietrza. tak aby osiągnąć jak największą ilość perspektyw i przedłużyć odległości. — Ja. Udawały onieśmielenie tylko tyle. ale przywitał się z nimi poważnie.

jak zacząć. Fourveret zatrzymał się. dziadkiem. który głęboko na- znaczył jego naturę. Jedna z dziewczynek z przejęciem pomagała Emilienne nakry- wać do stołu. Bogu niech będą dzięki. w dniu Matki Bo- skiej Zielnej. Dzieci przekomarzały się milutko o miejsca przy stole. Cóż to komu przeszkadzało. jak Marii Ka- rolinie byłoby ślicznie w tych wszystkich koronkach. ta pilna sprawa? Proszę mi powiedzieć. kontemplując scenę rodzinną ponad trawnikiem. co miał zrobić. Nawet psy nie gry- zą ofiarowanej im obroży. a jednak nie bardzo wiedział. każda z kieliszkiem porto w ręce. o litość. Jej córka śmiała się czule: — Mamo. z mszą świętą. Odczuwał żywą przyjemność na myśl o tym. jeszcze jedną ścieżką.. że się pan zastanowił i chce pan zrezygnować z publikacji tego. Nie chodziło tu. Będzie to prawdziwe święto rodzinne. z drobną kłótnią przy deserze na temat osy. Czuł zażenowanie na myśl. mówię ci: jeśli jest ten pan. z rozpaczliwą emfazą tych. — Przejdźmy się trochę — zaproponował Aleksander. Fourveret ujął go za łokieć. rozprawiały z ożywieniem: — Możesz mówić co chcesz — mówiła z przekonaniem mat- ka— ale ja bardzo żałuję. „Nie. że nie ma już sukni do pierwszej komu- nii.. które lato zdążyło już przyżołcić. Madame Fourveret mówiła głośno. Emilienne nakrywała do stołu na tarasie. Brzęczały pszczoły. klombem. którą złapie jeden z chłopców i będzie chciał przekroić nożem. pierwsza bym tego żałowała. obiadem pod gołym niebem. — No więc. Surowa twarz Fourvereta rozświetliła się od wewnątrz: 213 . to wszystko się przesuwa o jedno miejsce”. ale o konwenans. nikt mamy już nie zmieni. babcią. A wyobraź sobie. że ten człowiek za chwilę będzie od niego całkowicie zależny. Szli pośród przystrzyżonych trawników. których już nikt nie słucha. ścieżką. wodą zabarwioną winem dla starszych dzieci. Zresztą gdyby się ma- ma zmieniła. Pani Faubert i pani Fourveret.

to piękne. są z pewnością bezkarne. były przesłuchiwane. Doszło do paru samobójstw. — Jakie to piękne — powiedział cicho — chrześcijańska ro- dzina. z oczami wciąż utkwionymi w idylli.. która czyni je tym cenniej- szymi w oczach ich protektorów. Rozpoznały swo- ich klientów i wszystko opowiedziały: „To ten pan. Ich ofiary. Czy słyszał pan. raz niebieskimi baletami. niewątpliwie podłe. Na to właśnie czekał Aleksander: — Tak. biorąc udział w czymś. Instytucja ta nie apeluje do mi- łosierdzia ludzkiego i nie zabiega o wsparcie. która rozgrywała się pod parasolami. Prawdą jest. Mówił głosem pełnym przejęcia. choć na twarzy jego utrzymywał się wciąż uśmiech no- bliwy i szlachetny: — Dlaczego mi pan opowiada tę okropną historię? Te po- twory. niech pan to nazywa jak pan chce. — Znam tę historię — powiedział Fourveret. Jej celem jest opieka nad młodymi sierotami i kształcenie ich. załamały się niektóre kariery. narobiła sobie kłopotów. — Nie bardzo pana rozumiem. Dziwna sprawa. że te wzruszające maleństwa nie są całkowicie bezczynne i mają jeszcze jedną cechę szczególną. czy też partnerzy. co mi to ro- bił. uśmiechając się i nie patrząc na Aleksandra. co nazywano raz różowymi baletami. tyle że nie zawsze wystarczające. z których wiele miało chrześci- jańskie rodziny. Mówili nie patrząc na siebie. co mi robił tamto”. Ci panowie byli nieostrożni.. 214 . a to ten. — Jakieś trzydzieści lat temu — podjął Aleksander — pewna ilość dobrze sytuowanych osób. — Trochę później w Ville d'Avray założono pewną instytucję charytatywną. o instytucji dla młodych niewidomych sierot w Ville d'Avray? Fourveret odwrócił się od Aleksandra. A jednak dora- stające sieroty opuszczają ją z okrągłym kapitalikiem. jako że nikt ich nigdy nie widział. Fourveret.

I nie tylko Bóg. że ci panowie mają pseudonimy. Otworzył z trzaskiem jeden z zamków swej teczki: — Interesują pana zdjęcia pornograficzne. Ale Bóg. a nawet do pewnego w niej pokoju. a także klucze. żeby to był triumf— po- wiedział Aleksander. Wymówił z trudem: — Książka ukaże się w przewidzianym terminie. — W przeciwnym wypadku niczego nie obiecuję. nie będąc widzianym. aparaty fotograficzne ukryte w murze istnieją nie tylko na filmach. skoro nie cofał się przed ryzykiem zaalarmo- wania stałych bywalców willi! Fourveret patrzył znów na swoją żonę. Nikogo nie było. jak lubi pan powtarzać. Instytucja niewidomych sierot funkcjonowała od piętnastu lat. rozgrywający się za trawnikiem i klombem dalii. „Tam 215 . Te coraz częst- sze wywczasy pracowników umysłowych drażniły go. skandując każde słowo. Na suchej twarzy Aleksandra pojawił się uśmiech: — W takim razie z przyjemnością przyjmuję pańskie zapro- szenie na rodzinny obiad. — I zrobi pan wszystko co trzeba. co pozwala im porozumiewać się z dyrekcją nie ujawniając się. Aleksander zatelefonował do «Obiektywu». wciąż w roli karzącego archanioła. Po południu. drogi panie Fourveret. jest świadkiem w każdej sytuacji. co będzie w mojej mocy. córkę. wnuki i ich ba- let Wniebowzięcia. dzięki czemu mogą wejść do willi. — Jus są osy ! — wykrzyknął Mikołaj wymachując nożem do chleba. Bóg. Departamentowi musiało bardzo zależeć na publikacji Ro- syjskiej prawdy. Rozumie pan. — Zrobię wszystko. Fourveret miał zesztywniałe jakby z zimna wargi. — No tak — powiedział lekko Aleksander — wiem dobrze. Fourveret? Na jednych z nich widać nawet małą białą laseczkę w nogach łóżka.

Ballandar należał do ludzi.” Udało mu się osiągnąć reputację kogoś śmiałego. Aleksander nie wszedł do windy. Ulica de Tournon. nawet nie dał najmniejszego słowa polecającego dla Grasset. proszę przyjść”. Niezła imitacja starej bramy.. bo to dobre dla ćwi- czenia oddechu. odnowiony w najbardziej agresywnie nieskazitelny sposób. czy też posiadający odpowiednie środki. Zdawać się mogło.. Co za świnia. czy do Port-Grimaud? Fourveret widział go trzy dni temu w Paryżu i w jego stylu byłoby raczej pozostanie w Paryżu w sierpniu — zarówno przez snobizm. jest pan wspaniały!” Zgodził-(a)-bym się pójść z nim do łóżka. Obawiał się. w którym mógł sprawować swoje rządy. jak i przez zami- łowanie do urlopowych intryg. o których mówi się. giął się w ukłonach. ale nawet nie zaproponował.przynajmniej zmusza się ich do przepracowania dla partii nie- dziel w dobrowolnym czynie społecznym!” Czy Ballandar poje- chał do Ramatuelle. ale w rzeczywistości ata- kował tylko bałwany śniegowe. przychodziło tu. Aby utrzymać swój autorytet Ballan- dar poddawał się bez przerwy autocenzurze. a poza tym mała kabina powodowała w nim przypływ klaustrofobii. a jednak żył w ciągłym poczuciu zagrożenia. nie był wielki. czy przypadkiem Aleksander nie przeszedł do obozu tych niedoty- kalnych (trędowatych). że znajdował się u szczytu kariery. że jakiś X. a gdy tylko natrafiał na opór. wymierzał ciosy w miękką mate- rię. „Ależ oczywiście. ożeniony z siostrze- nicą Y. by grać szczerą lub szyderczą komedię uwielbienia. „Panie Ballandar. Siedemnastowieczny budynek. ograniczał się tylko do: „Tego nie można powiedzieć. Jednak pewna niechęć w gło- sie: Ballandar przeczytał Rosyjską prawdę i obawiał się. Tego się nie robi. prawicowych ekstremistów. Kamienny mur. W rzeczywistości wycinek.. żeby wywrzeć 216 . Zatelefonował do niego do domu. publikowanych lub nie. Zadzwonił do wysokich drzwi z rzeźbio- nego dębowego drewna.. że rządzą li- teraturą. Dywany. zresztą mylnie. Iluż młodych autorów dygotało przed tymi drzwiami! Iluż z nich. „Tak pana podziwiam”.

Zastanówmy się: gdyby Ballandar utracił swoją pozycję. i jedyne. Popierał ich pierwsze książki. Jako debiutujący agent literacki poznał różne przedpokoje. Kariera intelektualisty przypo- mina jazdę na nartach wodnych. pan pierwszy się o tym dowiaduje. popierającego młodszych od siebie (był młody od chwili kiedy przestał być dzieckiem. z odrobiną wyższości i. dbając o swą opinię młodego intelektu- alisty. co okazałoby się całkiem proste. to znaczy dobre czterdzieści lat). Aleksander pomyślał. potem zaś jego faworyci. ale krytyk? Zresztą Ballandar nie był ani zły. „Proszę to przeczytać. zaraz na niej zagra i Ballandar zatańczy. co posiada to nazwisko. którzy nie mieli żadnego talentu. stając się znowu lub debiutując w roli inspekto- rów ubezpieczeń. znikali gdzieś. Dlatego też. że autor spalił żywcem swoją pierwszą żonę?” Było rzeczą dość miłą pojawić się u jednego z kapłanów literatury. starannie dobierał swych protegowanych wśród neofitów. cóż mógłby robić innego? Nieudany pisarz może się stać krytykiem. mając w zana- drzu fujarkę. jako że wiedział. nie przyznając się do tego przed sobą. może go wysadzić z siodła. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tej gamy upokorzeń. stojącego na świeczniku inteligencji. należy się trzymać uchwytu liny jak najdłużej. ostrożności. gwiazdek filmowych czy też nauczycieli.presję na Z. Czy nie chciałby pan rzucić okiem przynajmniej na pierw- szy rozdział? To będzie wielki sukces. Naciskając palcem wskazującym słońce miedzianego dzwon- ka. w okresie kiedy brał siebie za pisarza. rzecz jasna. nie stanowiąc żadnej konkurencji dla niego. Uprzejmy. — Ależ proszę wejść. mógł był się tu pojawić. Przeżył za to inną. pewien że przynosi wybitne dzieło i że lekkie popchnięcie pana José Ballandara uczyni go sławnym i kochanym. że nie ma żadnego szczególnego talentu. był ostrożny. że on także. Czy wie pan. Czyż niepokoi się ludzi wizytami piętnastego sierpnia? Chodziło 217 . I tak było lepiej dla wszystkich. ani dobry.. podziękuje mi pan.

nie chce pan śrubokręta? Naprawdę whisky? Ale przynajm- niej nie Glenfiddish? Wszyscy ją mają. To wszystko jedno. to rewolucja w pigułce. których wystudiowana forma zdawała się zwężać biodra. Zgadza się? — Hugo nie był przeciwko Racine'owi ani moderniści prze- ciwko klasykom. żeby wpłynął na zmianę decyzji Fourvereta. Literatura (nareszcie znalazł od- powiednie sformułowanie) jest aktem kreacji.. Ale chodziło o coś lepszego niż o koziołki. Racine przeciwko Corneille'owi.) Co mogę panu podać? Sok z papai? Może batidy? Nie powie mi pan chyba. klasycy przeciwko modernistom. w białych spodniach. poprzez który pewna klasa czy generacja afirmuje się przeciwko swym po- przednikom. Oczywiście wódka.. Drogi Aleksandrze Psar. mógł poprosić Ballandara.z pewnością o to.. że chce pan whisky? To try- wialne. chciałem powiedzieć moderniści prze- ciwko klasykom. Aleksander zapytał zwyczajnie: — Czym jest dla pana literatura? Ballandar. 218 . Ale Fourveret miał rację. nawet w rękawiczkach. To. Może Old Mortality? Powiedział pan Literatura.. i Ballandar by to zrobił. Nie. co Amerykanie nazywają śrubokrętem. Literatura. (Żadnego kontaktu fizycz- nego. żeby fikał przed nim koziołki na dy- wanie. Literatura jest w swej istocie rewolucyjna. Mógł uzyskać satysfakcję natychmiast. ton anglosaski. Próbowali po prostu być lepsi. Ach. — No. Hugo przeciwko Racine'owi. Właśnie tak. Aleksander wszedł.. w koszuli z nieodzownym jedwabnym fularem. chodziło o przeprowadzenie pewnej demonstracji aż do absurdu. byłbym zapomniał. — A więc dialektyka? — Nie wszystko jest złe u Marksa. Rosyjskiej prawdy nie należało doty- kać nawet dwoma palcami. pan mnie wprawia w zakłopotanie. uniósł jasne brwi: — Literatura? Ależ proszę wejść.. z sokiem pomarańczowym.

Aleksander rozejrzał się dookoła. — Ma pan — powiedział Aleksander — bardzo piękne miesz- kanie. nie mógłby pominąć José Ballandara. Gdyby przewidziano w budżecie posadę dworskiego krytyka — jak dworskiego poety u Anglików — byłby nim Ballandar. biurko Jacoba. Gdyby jakiś historyk zajmował się kry- tyką francuską w drugiej połowie dwudziestego wieku. — Engels był kapitalistą. muzeum. w jednym z niewielu schronień współczesnej literatury. palarniami. który nigdy nie przyznał najmniej- szych nawet ulg zatrudnionym u niego robotnikom. I wszystko w tej świątyni pozwalało odczuć. co wychodzi na to samo. których dobry smak nie po- zwalał mu sprzedawać i dla których kazał zrobić wspaniałe he- banowe półki. egzemplarze okazowe. był przyjmowany wszędzie (lub prawie). japońskie kakemono i ukryte urządzenia klimatyzacyjne. — Pan potrafi z każdej szczapy wykrzesać ogień. U Ballandara wszystkie pokoje były jednocześnie salonami. 219 . jakiekolwiek miałby o nim zdanie. inni dziennikarze wymieniali jego nazwisko z szacun- kiem lub oburzeniem. Wszędzie były książki. Ballandar żył dostatnio ze swego złotego pióra (i niewin- nych spekulacji giełdowych). Albo zrobić z niej strzałę. bibliotekami. centralnie regulowane. W rzeczypospoli- tej literatury pozycja Ballandara była niemalże oficjalna. — Także i u Engelsa nie wszystko jest złe. do jakiego stopnia jego eksce- lencja zadowolony był z samego siebie: chińskie parawany i ob- razy mniej znanych impresjonistów. Jeśli chodzi o pogrążenie Engelsa. — Dialektyka pochodzi od Engelsa. osiemnastowieczne srebra. Bez wątpienia znajdował się wewnątrz świątyni. troszczy się pan o dobre samopoczucie mas pracujących! Jakie to do pana po- dobne! Siedzieli po obu stronach malachitowego stoliczka w pokoju o nieokreślonym przeznaczeniu. dys- kretne światło w gablotach. kauka- skie dywany.

Być może bajeczna. To go niepokoiło. że Fourveret. że opublikować czy też oklaskiwać dzieło „niemożliwe” było samobójstwem. że nikt nie jest odpowiedzialny za swoich przodków. Coraz bardziej jestem przekonany. Wiedzieli obydwaj. Lubi- my się.. że jesteśmy uwarunkowani. Spojrzenie Ballandara padło na ścianę. ale. — Proszę pana. niedawno jeszcze przydarzyło mi się to. Pan przyszedł na świat z pewnymi upodobaniami. że rzuciłem okiem. pan i ja. antyklerykałem. a raczej połową oka. Nie pożałuje na to grosza. i nie mam panu za złe pańskich. ale nie można było zgadnąć. Ballandar zaniepokoił się. żeby nie była odrażająca. co nie zmie- nia faktu. który polował w tym samym rejo- nie co on. — Jakąś chatę trzeba mieć. jaka będzie ich wartość za dwa- dzieścia lat. ale wywodzimy się z różnych tradycji. Obstawiał równocześnie różne okazje. Był zawodowym wyzyskiwaczem okazji. Mój ojciec był bankierem. Chce narobić hałasu wokół tej książki. Mam tę ważną książkę.. Znał Fourvereta. dla pewności.. która wychodzi zaraz po wakacjach. To był chytry lis. Obrazy nie kosztowały go dro- go.? — Zmienił zdanie. na której urządził ma- łą wystawę sztuki współczesnej. na maszynopis? — Tak. Zgadza się? Mogę w pewnych przypadkach oburzać się na zbrodnie lewicy. co prawda w małym banku. 220 . i nic na to nie mogę poradzić. musi pan spróbować mnie zrozumieć. żeby zmienić temat rozmowy — pan także należy do tych. — Myślałem. — Fourveret powiedział panu. że nie zauważyć książki „ważnej” było czymś równie fatal- nym. był także wol- terianinem. Ja uro- dziłem się rewolucjonistą. jakim się przyszło na świat.. W Vésinet nazywano go czerwo- nym bankierem! Więc. powiedział mi o tym. I lepiej. jakie rozczarowanie! — A więc — powiedział. Wiedzieli jednak tak- że. Jeśli nie. których panu nie zazdroszczę.. Jest się takim. co w sierpniu zostają w mieście? — Ja muszę..

pełen jestem sympatii dla tego nieszczę- śnika w azylu. Oczywiście. widzi pan... wywro- towa? — Wydaje mi się. to specjalność Fourvereta. Aleksander mógłby otworzyć swoją czarną teczkę. źle napisane. że nie brak mu odwagi. Być mo- że jest to sprawa tłumaczenia. myśli pan rzeczywiście. trzeba przyznać. — Pańskie serce krwawi? — Moje..daruje pan.. stworzyłoby to równie wspaniały zbiór jak dzieła wszystkich laureatów nagrody Nobla.. położyć ją na malachicie i odejść. ale trzeba przyznać.. — Jednym słowem.. Wydawcy mają swoje imperatywy. — Pan ma czerwoną płachtę na oczach.. Zgadza się? — Radzi więc pan. Oklaskiwano je z zupełnie innych po- wodów. wyjąć z niej kartkę. Jeżeli to rzeczywiście on strzelał do Breżniewa. to jednak. W dodatku moralnie jest bez zarzutu.... Ale w końcu być nie- szczęśliwym to jedno. Właśnie tak. Prowadząc od trzydziestu lat wy- dawnictwo Lux potrafił nadać mu odpowiedni ton i prężność.? — Jest pan moim przyjacielem. kiedy jakiś autor zaczyna wykazywać. mieć odwagę fizyczną to drugie.. Nikt bardziej niż ja nie bronił dysydentów. te lejt- motywy. — Rosyjska prawda wydaje się panu w końcu jaka. proszę mi wybaczyć... źle napisane. muszą sprzedać. Jednakowoż dziwi mnie. Gdyby każdy męczennik chrześcijaństwa opisał w książ- ce swoje kłopoty. Fourveret także. ale przybrał minę pełną skruchy.. że rewolucja rosyjska mogła być udaremniona i że przy Leninie Hitler jest jak chłopczyk w krótkich majtkach. ale to mi się wydaje. że należałoby raczej powstrzymać się z wydaniem tej książki? — Fourveret wie co robi. Po pierwsze...? Ach nie. Nie.. że zdarzają się pośród nich absolutne zera literackie. Te wszystkie przenośnie. to kwestia reakcji organizmu. lecz być pisarzem to jeszcze coś innego... Uczciwie 221 . ja.

ale gdybym był na pańskim miejscu. Choć introspekcja nigdy go nie pociągała. który cieszył się opinią twórcy opinii. Dlaczego? Bo był rewolucjonistą? To mogło być zrozumiałe. narodził się milicjant. wśród gwelfów gwelfem. Ale w rzeczywistości nigdy nie stanął do walki z wiel- kim zwierzęciem. Nawet mając przyjaciół u władzy. ale Ballandar nie był też prawdziwym bourgeois. ponieważ jest niczym”. Aleksander podniósł się. poczuł nagłą potrzebę wy- tłumaczenia przed sobą tego przypływu dławiącej nienawiści. „Nikt — napi- sał on kiedyś — nie może wątpić w moją odwagę. nikt w to nie wątpił. jak mówią Rosjanie. — Nie mam pojęcia. Następnie ustawił się w opo- zycji. aby nie zostać uznanymi za sprzedawczy- ków. Wśród gibelinów był gibelinem. Aleksander podszedł do okna i wpatrywał się w surreali- styczną perspektywę ulicy Tournon. bardziej do- świadczeni. zmuszeni są do buntu przeciwko rządowi. że nie cierpi Ballanda- ra. Bo był bourgeois^ To byłoby podwójnie zrozumiałe. do kogo należało przed panem? Przeleciał anioł.. Mieszkam tu już od tak dawna. że poniósł pan już koszta. nawet jeśli daje do zrozumienia. Chyba że nos Fourvereta. I to była praw- da.. Na dodatek nikt nie chciał kupić Ballandara. Wiem.. A ja 222 . — Tak — powiedział — ma pan bardzo piękne mieszkanie. „Nienawidzę Ballandara. Czuł.przekonany jestem. że we Francji intelektualiści nie mają wybo- ru... że publikacja esejów w tym stylu. Nie każdy może być bour- geois. ale to dlatego. Był kolaborantem w czasie okupacji i partyzantem w chwili wyzwolenia. jakikolwiek by on był. chociaż paradoksalne. czy też... I rzeczywiście. ale Ballandar nie był rewolucjonistą. że chce nim być. w rzeczywi- stości nie posiadał żadnej. zaledwie trochę się z nim drażnił przez pręty klatki. Człowiek. „To nie człowiek — pomyślał Aleksander — to próżnia w ciągłości. W innym kraju lub w innej epoce Ballandar byłby wy- znawcą panującego systemu. Wie pan może. Zawsze stawa- łem do walki z wielkim zwierzęciem”..

kolonizatorów wyciskają- cych pot z niewolników. żadnego celu. „Je- stem w stanie zrozumieć egoizm szlachetnie urodzonych łupież- ców. kreślą się z poważaniem — Józef Ballandar. pojmuję. żeby przyjrzał się pan tej oto próbce sztuki epistolarnej. nawet jeśli chodziło o konstrukcje i ciężary wrogie mu. z trzaskiem otworzył jej zamki. co pan o tym myśli. ponieważ tak nakazywała aktualna moda. Pozostając do Pańskiej dyspozycji w razie. Pragnąc przyczynić się do oczyszczenia narodu francuskie- go. Wejście do tego pomieszczenia za- maskowane jest przez wielką szafą. nie odczuwał wrogości wobec tego. gdyby potrzebne były dodat- kowe wyjaśnienia. Paryż. zależało im tylko na dobrym samo- poczuciu i komforcie. Paryż 20 223 . Wiem o tym. że Aronson Leon. Ale Bal- landar i jemu podobni pozbawieni byli kręgosłupa. że marzą tylko o jednej rzeczy: by znaleźć się na miejscu ich oprawców. co było skonstruowane. ponieważ mój zmarły niedawno ojciec był dozorcą tej kamienicy. nie mieli żadnej wiary. chociaż gotowi byli nawet i przeciwko te- mu konspirować. położył na nim swą aktówkę.. Jestem nawet w stanie podziwiać wybór triumfalnej klęski męczeństwa.” Aleksander wrócił do malachitowego stołu. ewentualnie. nie znoszę próżni”. w rzeczywistości ukrywa się w jednym z pomieszczeń swego ogromnego mieszkania przy ulicy de Tournon 218. miało swój ciężar. przemysłowców-wyzyskiwaczy.jestem jak natura. Ale co innego ostrożny oportunizm przeciętniaków. chciałbym. To prawda. który rozpuścił po- głoski. — À propos stylu. ulica Jaurèsa 4. jakoby wyjechał do Ameryki. 2 stycznia 1942 Szanowny Panie. rozumiem rewoltę uciskanych.. przyjmuję terror i kontrterror. Powie mi pan. Była to fotokopia ręcznie pisanego listu. zawiadamiam Pana.

czekając. aż umrze pański ojciec. Ponadto wykazał się pan do- brym smakiem. na kanapce w stylu Dy- rektoriatu. — Uważam — powiedział — że styl jest nieco trywialny. . To było ele- ganckie. Aleksander przysiadł tuż obok niego. Ballandar wyjąkał: — To falsyfikat. Lecz ortografia już nienaganna.

wychodzącym od zwierzchnika mającego opinię kogoś raczej wyniosłego. Pomiędzy złotawymi kałużami rosły brzozy. „Rosja-trojka 225 . Dla Pitmana jednak lud to był lud. 5 STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ (Montaż Psków. dawały Pitmanowi doznanie szczęścia. z dwójką czy trójką jego własnych. przytulonych do niego dzieci. był dzieckiem mia- sta. jak pod kojącymi krzywiznami i kopułami śniegu znikają ostre kąty różnorodnej. wśród brzęczenia dzwo- neczków. faza numer dwa) Powietrze szczypało chłodem. zapowia- dającymi przybycie Bożego Narodzenia. — W tym roku śnieg pewnie spadnie wcześnie. co. Prze- jażdżki trojką po sypkim śniegu. — Tak. czerwień klonów wiązał z pojęciem dyktatury proletariatu. dziwacznej rzeczywisto- ści. że sprawi mu przyjemność. „Tym lepiej — pomyślał — w przy- szłym miesiącu będę mógł zabrać Światosława do trojki”. że klony są heroldami. że lud zna prawdę. klony płonęły czerwienią liści jak pochodnie. W gruncie rzeczy nic o tym nie wiedział. Potapicz? Kierowca. Jakub Mojsiejewicz lubił myśleć. która była ko- niecznym etapem przejściowym pomiędzy chaosem przeszłości i błogim przepychem jutra. Gdy dorósł. postanowił. z przy- jemnością patrzył. towarzyszu generale. w tym roku śnieg będzie wcze- śnie. jak każdy dobry Rosjanin wierzył. Z radością witał zawsze zimę. przyjemnie zaskoczony tym zaproszeniem do roz- mowy.

Wołkowo. 226 . Był jednak coraz chudszy. których gospodarz domu nie znał wcale. który wciąż trzymał się prosto. wyrażał się on w nieco fantazyjnym nie- porządku — dobrej próby — w jakości wszystkich sprzętów i braku pretensjonalności. Jego książki znajdowały się gdzie indziej. Jego radosne oczekiwanie zmącone było jednak nutą smutku: Mohamed Mohamedowicz nie przeżyje tej pięknej zimy. późno urodzony. a jabłko Adama sterczało pośrodku obnażonej szyi jak w szyi kondora. Umeblowanie. i dlatego. Salon daczy powiększył się. przeciwnie. w gabinecie. nie. i to bynajmniej nie w sensie pompatycznego przeładowania mebla- mi. Co słychać? Ubrany w szlafrok uszyty z wzorzystej tkaniny i z głową okry- tą rodzajem ośmiokątnej piuski z materiału czarnego o złotych motywach. nic nie zatrzyma twego bie- gu!” Światosław. — Witam waszą ekscelencję. lecz z dobrego drewna i z dobrych warsztatów. nie ośmielił się zaatakować Abdulrachmanowa. W pokoju tym panował styl dawnego ustroju. najmłodszy. czy jutro spadnie śnieg? Tak. tu wystawione były trofea i łupy. Abdulrachmanow bardziej niż kiedykolwiek indziej podobny był do kamiennego menhira. carskiej Rosji. ten „wzrost ku ziemi”. żniwo długiego życia. Zmniejszenie postury. od czasu wiosennej od- wilży. nie brał jeszcze udziału w tych wyprawach. właściwy tylu starcom. postękiwał: — Tatusiu. czekała na następny ruch. Niektóre sprzęty przykryte były pokrowcami. witam. niedokończona.— wykrzykiwał za Gogolem — nic. Oszklone szafy biblioteczne zawierały z pięćset tomów. pomyślał Pitman. wiele w językach. by móc swobodniej oddychać. będziemy mieli piękną zimę. którego treścią była pra- ca nad wywieraniem wpływu i praktyka dezinformacji. pochodziło z ubiegłego stulecia. przyglądając się mijanym karmazy- nowym klonom. Abdulrachmanow zli- kwidował dwa przepierzenia. niejednolite stylistycz- nie. Jego policzki zapadły się. Na stole partia szachów.

przeniesionych do Paryża. Donos na Aronsona. — Otwórz sam. Mohamedzie Mohamedowiczu. ciężka i zwarta. Na początek Pitman przyznał się do kosztów operacji. 227 . Przyjem- ność snucia opowieści była pokusą. czerwoną i żółtą babę. przypominała piękny. — Zrobili dwa warianty: oprawny i broszurowany. że jego palce już prawie nie potrafią się zginać. został wreszcie użyty. Nie chciał może pokazać. więc być może spa- lony. Pitman otworzył pakunek. Najbardziej przepadał za francuskim Za Vieille Cure. znaleziony pośród dziesięciu tysięcy innych w archiwach komendantury Paryża. czerwony kamienny blok. który był już prawie nie do odnalezienia. Oprawiona w karton książka. Czuło się. — Przynoszę panu podarek. Lecz umysł starego człowieka nie zdradzał śladów osła- bienia. z najdrobniejszymi szczegółami. Przysyłano mu je ze wszystkich stron świata. W tytule „r” w sło- wach Rosyjska i prawda były odwrócone. Często kaszlał. Szykow- ne. chociaż nie był zakatarzony. Biała obwoluta książki przedsta- wiała rosyjską lalkę. — Opowiadaj. Żartował: „Dla małych staruszków małe rozkosze”. rzeczy. Dotykał wciąż dłonią okolicy nerek. że są znane. które były do- skonale znane i o których on też wiedział. I likiery. samowar. że ta ogromna maszyna przepracowała już swoje. choć jego plecy nie były dotknięte żadną chorobą. Pitman zdjął obwolutę. W miejscu nazwiska autora widniał „Anonimowy więzień”. że Abdulrachmanow lubił opo- wiadać. jeśli nie liczyć tego. Zaczął sączyć likiery. co? Abdulrachmanow patrzył na książkę swymi zmęczonymi oczami. której nie umiał się oprzeć. Zakład dla niewidomych dzieci został wykorzystany. — Kenti.

wrogim lecz solidnym. że tego właśnie do- maga się «Anonimowy więzień». Po prostu z amunicji trzeba robić użytek. — Ależ to nie są żadne poświęcenia. Orkiestra Oprycznika. Rosja jego marzeń nie rozdzie- la zarządzania od własności. ale ożywionym duchem humanistycznym. Ci pa- nowie z wywiadu skłonni są traktować informacje jako sztukę dla sztuki. A jednak trzeba złej wiary. Monthignies wypowiedział się szczerze. lecz podkreślał rangę dzieła: „Wystarczy najlżejsze podejrzenie. co stało się moim losem. Mamy tu do czynienia z korporacjonizmem być może nieco folk- lorystycznym. że ktoś szykuje po- nowne zniewolenie mas pracujących przez tak zwaną elitę. Pismo «Zastrzeżenie» wy- stąpiło z długim tekstem. obejmującym we władanie fabryki. choćby nawet płomień ten wydawał zapach siarki”. reżim sowiecki po- winien by wreszcie ukrócić ekscesy patologicznych tortur. za dużo jest we mnie bole- snych wspomnień i wciąż nie odpokutowanych odpowiedzialno- ści. by moje nerwy gwałtownie zareagowały. by uważać. Mów dalej. Dla nas te małe brudne tajemnice są środkiem do wykorzystania. Jeanne Bouillon potrzebowała więcej niż pół kolumny druku. jakim musiał być poddany w psychuszce. Trzeba zadać sobie pytanie. odpowiednio na- strojona. sprawowała się jako tako. ktoś kto urodził się w rodzinie żydowskiej i stał się potem protestantem. Ballandar okrzyknął ją na- tychmiast arcydziełem. Książka była już w księgarniach. „Książka ta jest nienawistna — pisał Johannès-Graf— a jednak. czy obrzydliwe praktyki medyczne. głoszoną przez «Żelazną Maskę». nie będzie z tych właśnie powodów brać udzia- łu w żadnej nagonce i będzie się buntował przeciwko każdej próbie zgaszenia płomienia myśli. Autor nie okazuje wrogości spół- dzielniom robotniczym. mój fajansowy Jakubie Mojsiejewiczu. rozwi- jane tuż pod jego nosem. nie uszkodziły jego mózgu. Być może zresztą teorie wysnuwane 228 . bez ciągotek totalitarnych”. niczym więcej. by „zdemistyfikować odmianę teosyndykalizmu. Gdyby tak było.

Ab- dulrachmanow był rozradowany. by nie przypisano im poglądów „Anonimowego więźnia”. Marksiści skorzystali z okazji. Pitman roze- śmiał się: — Wsadziliśmy kij w mrowisko. by rzucić się na bro- datego mędrca. — Krótko mówiąc. trzeba się strzec.w celi numer 000. pi- sano. — Bardzo dobrze — powiedział Abdulrachmanow. czy autor książki to ten sam Kurnosow. Mohamedzie Mohamedo- wiczu! Gdy książka została opublikowana. który strzelał do Breżniewa. 229 . Interesowało ją tylko pytanie. zaczęli wydawać niezliczone ilości deklaracji. każdy oskarżał wszystkich pozostałych o przynależność do „organów”. nie są zupełnie absurdalne w kraju z tradycją ziemstwa i miru”. z wyjątkiem orkiestry Oprycznika. by nie uznać go za mędrca i przewodnika duchowego. Pitman zabawnie opisywał cały ten bałagan. Co piszą inne gazety? Francuska prasa. Brodaty mędrzec przyklasnął częściowo tezom „Anonimowe- go więźnia”. Pani Choustrewitz udało się nie tknąć problemów natury po- litycznej. co siłą rzeczy prowadziło do nowych konfliktów i nowych wyznań wia- ry. Zawodowi impertynenci mogli sobie ulżyć do woli. dysydenci. Niektórzy spośród nich byli tak płodni. Jak zareagowali zaprosze- ni przez Psara dysydenci? Niezręcznym ruchem przewrócił książkę. że dzienniki nie były w stanie zamieszczać ich oświadczeń in extenso. komunikatów i wyjaśnień. Na czwartej okładce sławne nazwiska firmowały entuzjastyczne cytaty. — Wszystko to wydaje mi się znakomite. nasz montaż dobrze się zapowiada. że chodzi tu o bohatera i męczennika. choć szalone. nie chcąc przekreślić swych wcześniejszych wypowiedzi i zarazem lękając się. przyjęła wobec „Anonimowego więźnia” zdecydowanie wrogą postawę. Nawet przy założeniu.

dyktowały ton in- nym gazetom. sprowadziłby Psara zaraz po zakoń- czeniu operacji. A my dopiero zaczęliśmy naszą operację. — Piszą o tym na ilu kolumnach? — Na bardzo wielu. Abdulrachmanow śmiał się jak człowiek nieco roztargniony. czego starzec zdawał się nie zauważyć. to faza numer trzy. że nikt jeszcze nie wypowiedział „obsce- nicznego słowa”? — Niech pan będzie spokojny. — Jesteś pewien. Faza numer trzy. jak zawsze. — Co mnie niepokoi. które już przechylały się ku prawicy. czynił cuda. «Fraternité» utrzymuje. Mohamedzie Mohamedowi- czu. Niezależne umysły. które się w niej wypaliły. Chodziło o co innego. czekamy z tym do drugiej fazy. awansowałby go i dałby mu sposobność spło- dzenia następnych dzieci (mały Dymitr miał zginąć w wyimagi- nowanym wypadku). wygląda na to. że możemy bez przeszkód rozpocząć drugą fazę. mój posrebrzany Jakubie Mojsiejewiczu. — „Korporacja” została skompromitowana. Pitman od dawna nosił się z pewnym pomysłem i teraz przekonany był. że „Anonimowy więzień” wcale nie istnieje i że idzie tu o apokryf sfabrykowany przez Pinocheta. jak zawsze? — Tak. to jest demontaż montażu. ale niekiedy wkładał do ust cygarniczkę i wdychał odory wszystkich papierosów. że nadarzyła się sposobność wprowadzenia 230 . Tym ra- zem powstał wyraźny odgłos ssania. Nie palił już. Gdyby to zależało od niego. wywoływała u Pitmana skrupuły natury moralnej. odpowiedzialny bezpośrednio za prasę. zahamują ten ruch. jeden z siedmiu agents d'influence pracujących we Francji. Mohamedzie Mohamedowiczu. Pudła rezonansowe. Patrzył przed siebie: — Nnno tak. przez niego sterowane. Istota sprawy sprowadzała się jednak do czego innego. — Doskonale. mój diamentowy Jakubie Moj- siejewiczu. Wojewoda. Mohamedzie Mohamedowiczu. zgodnie z pańskimi instruk- cjami.

To on. — Czy agencję pozostawiamy Psarowi? — Oczywiście. Nie podniesie się już z tego. Zellman uwolni nas od Gawierina i zniknie bez śladu. sytuacja. Jeżeli zwróci się do Francuzów.. Trzeba bę- dzie usunąć oficera pilotującego z terytorium Francji. których ten jeszcze nie posiada? Nie. a więc raczej nie przejdzie na stronę wro- ga. Pamięta pan Henry- ka V? «Nie znam was wcale. jak się zrzuca pantofel z nogi. Nic nie będzie mógł zrobić. nie bardzo po- zwala mu na zrobienie czegokolwiek przeciwko nam. mój Jakubie Mojsiejewiczu w kolorze brzóz karelskich. dla których miałby z tego zre- zygnować. to jedyny środek ostrożności. zrzuci się go tak. Nie widział powodów. Trzecia faza to po prostu pozbycie się Psara.go w życie. w jakiej się on znajduje. Mó- wiąc oględnie. Zmieni się po prostu numery telefonów i to wszystko. — No właśnie. Już ze 231 . czyż potrafi przekazać francuskiemu kontrwywiadowi informacje. choćby za publikację tej pseudo- Rosyjskiej prawdy. — Faza numer trzy — powiedział Abdulrachmanow — bę- dzie dziecinnie prosta. sterowanego przez reakcjonistów. Kurnosow zostanie tam gdzie jest. Pozostanie tylko Psar. mój drogi człowieku». Zostanie kompletnie zdyskredytowana. że w naszych rękach znajdu- ją się jego żona i syn. jaki się poweźmie. Jego sowieckie obywa- telstwo nigdy nie było oficjalnie obwieszczone. Poza tym on wciąż wyobraża sobie. Pitman nie mógł zrozumieć. na kogo wyjdzie? Wyjdzie na reakcjonistę manipulowanego przez komu- nistów. Jego stopień? Zdegraduje się go za ma- chinacje antysowieckie. Nawet jeżeli to zrobi.. albo na komunistę. faza druga znie- sławia go. faza trzecia pogrąży go całkowicie. skąd bierze się wrogość Ab- dulrachmanowa do jego własnego „protegowanego”. można je skreślić jednym ruchem pióra. — Faza numer jeden nadwątla jego pozycję. nie ma się czym niepokoić.

— Wiem oczywiście. jeżeli tylko zaryzykuje się utworzenie takiego tande- mu. Ale sam mnie pan uczył. w zestawieniu z którą na- wet Montaż Psków wydałby się tylko grą salonową. — Cóż takiego chce pan zaproponować? W sposób czuły i uniżony jednocześnie Pitman wybełkotał: — Pan pamięta. Najwyższy przełożony Komitetu Bezpie- czeństwa Państwa podpisał projekt. że wprowadziliśmy „Żelazną Maskę” do operacji. — Mohamedzie Mohamedowiczu. Mohame- dzie Mohamedowiczu. Zresztą przez to. Dyrekcja «A». że Vademecum sprzeciwia się łańcu- chowemu łączeniu montaży. Pitman zajmie wyższą pozycję wewnątrz areopagu czapek-niewidek. druga i piąta dyrekcja główna wyraziły swą zgodę. Plan nabierze mocy operacyjnej. serce generała. Być może teraz postawiłby to pytanie.. Sekretarz generalny partii i premier w jednej osobie rzucił nań senne. że jego serce. lecz nie wrogie spoj- rzenie aligatora. zaczęło bić szybciej. że oto wła- śnie nadarza się sytuacja wręcz wymarzona. który uważał go za swoje przyszłe arcydzieło. który pan był tak dobry w zasadzie przyjąć i który został zaakceptowany przez Areopag. chodzi o plan Twardy znak. Plan ten był ukochanym dzieckiem Pitmana. gdyby nie musiał jeszcze zabiegać o akceptację innego projektu. w której centralną rolę odgrywa do tej pory całkiem 232 . Pitman był przekonany.. a także pierwsza. Jego zwiotczałe policzki świetnie się do tego nadawały. Tandem Psar- Kurnosow. Nagły przypływ nieśmiałości sprawił.dwadzieścia razy chciał zapytać ojej powód. pod warunkiem. że niekiedy nie trzeba się trzymać Vade- mecum. gdy tylko po- jawią się korzystne warunki. czy mógłbym zapropono- wać coś jeszcze innego? Stary człowiek zrobił kwaśną minę. mógłby przeprowadzić operację. ale nie śmiał tego zrobić. Jeżeli plan się powiedzie. że wszystkie potrzebne elementy będą pod ręką.

. liczenie pionków. co Sun Tsu nazywa agentem mar- twym. Tak. czy opowiadałem ci historię (opowiadał ją cztery razy do roku i dobrze o tym wiedział) szefa sztabu Tsao. lub raczej w sobie. ale później trzeba je wyrzucić. Pitman zaś należał do tych delikatnych kwiatów. że ma przy sobie. wyrażające pełną wyższości dezaprobatę. ponieważ człowiek ten nie mówił tak.. Sun Tsu wyróżnia pięć kategorii tajnych agen- tów. ułaskawił go i ubrał w mnisi habit. Niech pan sobie owinie do- okoła wąsa: Psar jest tym. Zawsze ta pańska krótko- wzroczność. „Kiedy ta kulka wyjdzie z ciebie. Trzeba. martwych. już naruszyliśmy reguły. Nie pamiętam już. przesłanie dla ministra. Przed wysłaniem go w misję kazał mu połknąć kulkę z wosku. które kwitną tylko w promieniach słońca i po obfitym skropie- niu wodą. Wreszcie Abdulrachmanow przerwał mu niecierpli- wym ruchem ręki: — Zawsze ta pańska oszczędność. To nie jest materiał na operację Twardy znak. 233 . Był to prawdziwy chiński generał. Natomiast w opera- cji tak kolosalnej jak Twardy znak.czysty Oprycznik. Czwartą kategorią. Dlaczego? By zwrócić na niego uwagę. przekażesz ją ministrowi króla Tangutów”. określa mianem martwych agentów. ekscelencjo. którzy mieli genialnego ministra. Fałszywy mnich przybywa do Tangutów i natych- miast zostaje schwytany i poddany przesłuchaniom.. Wziął pew- nego skazanego na śmierć. Dwa sklejone ze sobą mydełka do golenia mogą się przy- dać podczas kąpieli. Tak. Przyznaje się. srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. z wiszącym wąsem i warko- czykiem na plecach. onieśmielały go roz- miękczone oczy Abdulrachmanowa. mój tek- turowy Jakubie Mojsiejewiczu. żeby pan czytał Sun Tsu (Pitman znał go już pra- wie na pamięć). Pitman przemawiał długo i niedobrze. oto co zrobił Tsao. Psar i Kurnosow nie będą nigdy dobrym tande- mem. Nnnno więc. Prowadził wojnę z Tangutami. mnisi habit.. związaną z kontrwywiadem i technika- mi dezinformacji. jak mówią mnisi.

uwa- żam. zamyka pan dossier i nie myśli o tym więcej. — A twój podarek postawimy o. list. Zresztą nigdy nie był niczym innym niż martwym agentem. odpowie- działbym ci. W jej wnę- trzu znajduje się list adresowany do ministra Tangutów. która zaświstała jak gwizdek. że będziecie musieli odżywiać go luksusowo aż do końca jego dni. że dobiegła końca druga fa- za. Rzecz jasna. W rzeczywistości nie było żadnej takiej umowy. co powinniśmy zrobić z Kurnosowem? Abdulrachmanow wciągnął powietrze przez swą pustą cygar- niczkę. dobrych czasach. Abdulrachmanow wstał. tutaj. tłumiąc jęk. Jak tylko uzna pan. Nic więcej nie mu- si pan robić. — Gdybyśmy byli w dawnych. 234 . Natomiast biorąc pod uwagę naszą dekadencję. Powtarzam więc panu. po- trzebni są do niej agenci całkowicie czyści. mój złociutki Jakubie Mojsiejewiczu. przedwcze- śnie martwym. w którym wspomina się o tajnej umowie zawartej między nim i Tsao. Chińczyk z wiszącym wąsem i warkoczykiem na plecach. lecz nie chciał sprzeciwiać się swemu mistrzowi. Pitman nie został przekonany. Jak pan sądzi. zajął królestwo Tangutów. Woskowa kuleczka zostaje odnaleziona i otwarta. może trochę zbyt szybko: trzeba położyć na nim krzyżyk. I zaklinam cię: nie oszczędzajcie na kulebiakach. Na razie jednak podpali pan krótki lont i weźmie nogi za pas. lecz król Tangutów nie ma nic pilniejszego do zrobienia niż ściąć głowy jednocześnie swemu ministrowi i fałszywemu mnichowi. nasz przyjaciel Tsao. to byłoby okrutne. jak zwykle. Na skórzanym pulpicie spoczywała książka w języku hiszpań- skim. Podniósł się i ujął szorstkie i ciężkie dłonie Abdulrachmanowa w swoje miękkie i pulchne ręce: — Z całą pewnością ma pan rację. czas Psara dobiega końca. Jeśli zaś idzie o operację Twardy znak. Oto w jaki sposób. trzeba będzie pomyśleć o kimś na miejsce Psara.

i nawet Kozioł. chowam poprzedni. W siedemnastym wieku. Widać. Nowe. Łabędź i Polie- lej. co znaczy to słowo. to znaczy od świętych olejów. — To książka z Meksyku. Ach! Chciałbym żyć w Rostowie.. który nazywałby się Mir- ra. że to nie byle co. Abdulrachmanow zdjął ją i położył na jej miejsce Rosyjską prawdę. znajdowały się dwa dzwony. że dawniej wszystkie dzwony miały imiona.. Me- lodia dzwonów kołysała jego melancholię. kochankowie nowe pieszczoty. Twoja książka jest piękna. Ale był też Łabędź i Baran. a gdy przychodzi nowy tom. Ale niedługo będę musiał coś z tym zrobić. pod rządami dobrego metropolity Jonasza i Piotra. i ma swój ciężar. pary zakochanych. Nie przez przypadek pismo tego fircyka Hercena nazywało się «Dzwon». pewnego dnia. bardzo dobra. a o to trudno. wysta- wiam zawsze na widok. Można sobie wyobrazić dzwon. obu- dzonych dźwiękami radosnego koncertu! Wyobraź sobie. Nie wiem.. mój spiżowy. ale już się jej napa- trzyłem. skazanych przez lata całe na wy- słuchiwanie smutnych tonów. może pochodzi od elej. Co robić? Zamówił dodatkowy dzwon. podobają mi się frag- menty Kurnosowa poświęcone dzwonom. nie mieszczą mi się już te książki. Wyobraź sobie. cho- ciaż nie usunął żadnego z dwóch dzwonów! Przecież to lekcja dla nas. Są mądre i proste zarazem. Rosyjska prawda! Jeśli idzie o mnie. mój Jakubie Mojsiejewiczu z brązu. Dzięki temu uzyskał teraz akord w tonacji majorowej. w roku 1688. Najczęściej Polielej. Wyobraź sobie mieszkańców Rostowa.. który nieba- wem miał się stać carem Wszechrosji. i nagle. jako że spotkała go niełaska cara Aleksego. w Rostowie. jaki to musiało wywrzeć efekt na rodziny. wychodzące z pieca jak świeże bułeczki. dzielny metropolita wrócił do łask. dostrojony do niższej kwinty Polie- leja. Ich dźwięki tworzyły małą tercję i to podobało się metropoli- cie Jonaszowi. Gdy jednak nastał Piotr Pierwszy. Gdyby oni wszyscy byli 235 . na rze- mieślników! Dowcipnisie wynajdują nowe żarty. Zwrócę się do dyrekcji biblioteki.

że do nich należy. Nie tylko jego kariera była przy tym narażona na szwank. i stać się później tak słabym. Atak kaszlu nie pozwolił mu dokończyć tej tyrady. moja partia”. Czuł. co zdarza się często ludziom na najwyż- szych stanowiskach: są już tak blisko swego bóstwa. Kaszel był tak gwałtowny. być kiedyś takim tytanem. Pitman wreszcie zrozumiał ten znak i wyszedł. że ogromny nos starca zwilżony został łzami. ale i jego pragnienia służenia. na którym się znajdował.tego samego pokroju co Piotr. W przyszłym wyzwoleniu kryła się więc słaba kompensacja straty.. Śmierć roz- wiązuje nawet śluby małżeńskie. unosząc niezbyt miłe poczucie. i nie brakuje im uzasadnień: książę służący swemu królestwu służy też samemu sobie. a ramiona zaczęły poruszać się jak wiosła. Obecnie zmienił się wektor przynależno- ści. nie biorąc pod uwagę własnych zastrzeżeń. Przydarzyło mu się to. „W gruncie rzeczy — myślał — on po prostu nie chciał. był mu posłuszny. Cóż. zrezygnować z operacji. Jak to dobrze. Dopóki jego mistrz pozostawał przy życiu. nazywał go najczęściej swoim dobroczyńcą) zasługiwał na wierność bez skazy. że został wyproszony. to one były prawie jego własnością. Doprowadzi operację Psków do końca. W początkach swej kariery Jakub myślał: „To moja ojczyzna. Na szczeblu. gdy o nim myślał. wcale nie musielibyśmy robić Re. korzystnej i nawet zasad- niczej dla przyszłości Partii. z latami przybierające na sile i coraz mocniej zabarwiające jego ambicję. To zapewne wcale nie jest przyjemne”. * 236 . żeby go ktoś oglądał w takim stanie. że nieomal stapiają się z nim w jedno. Szkoda. Abdulrachmanow (Pitman. nie dającej się niczym zastą- pić straty mistrza. Na razie jednak nie trzeba było jeszcze o tym myśleć. było nie tylko oznaką kapitulacji. Pogrążony w marzeniach wrócił do Moskwy. wskazując przy tym w kierunku drzwi. Jeżeli umrze. że ja sam nie jestem postacią tej samej skali. to co innego. To straszne.. ale i aktem sabotażu.

Okazana przezeń dobra wola przyczyniła się do pewnego zelżenia jego doli. którzy go badali — on sam nie wiedział. nie wpłynęła jed- nak na redukcję kary. Wcielony do Armii Czerwonej skorzystał z pierwszej sposobności i przeszedł na stronę Niem- ców. który skończył życie w więzieniach nowego reżimu. by zabijać bolszewików. a królowie zawsze dotrzymują słowa”. A Pitman nienawidził nieszczęścia. Lekarze. zapytany kilkakrotnie o zdanie. Wąsaci kozacy wahali się. Gdy Arsenij miał dziesięć lat. Gawierin razem ze swymi żołnierzami oddał się w ręce Anglików. oferując im usługi szpicla. Gdy nadeszła klęska. byle tylko choć trochę poprawić swoje położenie. przy- rzekł im azyl polityczny. Gawierina z syberyjskiego obozu przeniesiono do więzienia Lefortowo. Oczekiwał roz- strzelania i przyznawał. W momencie. czemu to miało służyć — orzekli. Leczony z histerii. Także jego zdrowie ucierpiało w obozie. Wkrótce potem został rozbrojony i razem ze swymi ludźmi przekazany wujaszkowi Stalinowi. jako że pewien pułkownik. w wieku lat dwudziestu dowodził kompanią. Liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i cztery miał jeszcze odsie- dzieć. A jednak Pitman lękał się spotkania z tym skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. i nie było mowy o nie- posłuszeństwie wobec komputera. Komputer. że najpewniej nie dożyje zakończenia zasłużonej kary. podjął próbę ucieczki. zaczął się włóczyć po ko- mendantach obozu. Został jednak skazany tylko na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. jąkający się z akcentem oksfordzkim. lecz Gawierin powiedział im: „To przyrzeczenie królewskie. a ponieważ nie opuściła go odwaga. Wyróżnił się szybko. że w ten sposób sprawiedliwości stałoby się zadość. jego matka umarła z głodu. 237 . Arsenij Jegorycz Gawierin urodził się tuż po zakończeniu wojny domowej. podawał zawsze w odpowiedzi nazwisko Gawierina. I naraz dzielny zuch załamał się. za co dostał jeszcze piętnaście lat kary. jako syn-pogrobowiec oficera. gdy rozpoczęto operację Psków.

żeby między tym człowiekiem. pomyślał. który by go uwolnił. mówię po francusku. Jeśli pan zgodzi się pomóc nam 238 . a także rodzinę jednego z komendantów obozu. że spełniają się tylko złe przeczucia. panie Gawierin — podjął wolno Pitman. obojętnie co. lądowanie Marsjan. podczas gdy Pitman grasejo- wał. że chcą mu wmówić nową próbę uciecz- ki. W obozie anonimowi ofiaro- dawcy dostarczyli mu książek. z pewnością po to. Trzeba było zaciągnąć go siłą do furgonetki z zasłoniętymi oknami. wiedział. chroniącą ich wstydliwość. Popełnił pan poważne wykroczenia. Lustra i złocenia pałacu Roztopczynów nie dodały mu pewności siebie. lecz nie zażądano tego. ale jego wymowa była prawie idealna. jak znów będzie tak jak przedtem”. to on miał pewne problemy z mówieniem po francusku — ponieważ być może moglibyśmy sobie nawza- jem wyświadczyć przysługę. że i tak wyobraźnia KGB w dziedzinie grozy górowała nad jego wyobraźnią. Przywarł do swej pryczy: — Mnie tu dobrze. rewolucję w Rosji. i nim samym. Teraz jego nadzieje wyczerpały się całko- wicie. ustawić barierę. okazał pan skruchę i już je pan prawie odpokutował. tak bardzo ludzkim. Matka nauczyła go tego języka w dzieciństwie. opuszczający ponure więzienie. „przyda ci się. Od wielu lat oczekiwał cudu. żeby pan mnie odwiedził. Pomyślał. Czekał na nową wojnę światową. że i tym razem przysłuży się jako donosiciel. że pan mówi po francusku — zwrócił się do nie- go w tym właśnie języku Pitman. Sądził. któremu odebrano jego człowieczeństwo. w któ- rym pomiędzy piętrami rozpięte były siatki. Wyma- wiał po staroświecku twarde „r”. Uczył francuskiego wielu wię- źniów. Pozostają panu już tylko cztery lata kary. Nie wyjdę stąd. Gdy wywo- łano go z celi. — Prosiłem. — Oczywiście. — Zdaje się. Dziecko odrywane od matki nie okazuje większego przerażenia niż Gawierin.

. że w czasie tych wszystkich lat. A jednak musi się pan z tym zgodzić. Jeśli zgodzi się pan na moją propozycję. jaki panu jeszcze pozostał. miał pan wiele okazji. Gawierin zwietrzył tu ra- czej podstęp. to myślę. Ja się popra- wiłem.. żeby czytać. — Jestem na służbie ojczyzny i na nic się nie skarżę. Głos Pitmana stał się jeszcze słodszy: — Wiem. z drugiej pewne zainteresowanie reakcyjnymi ideami poli- tycznymi. — Już zapłaciłem! Trzydzieści sześć lat życia! Litości! Pitman przeszedł nagle na rosyjski. które spędził pan w ar- mii hitlerowskiej. 239 . Arsenij Jegorycz. Jestem teraz marksistą-leninistą z przekonania. Zapomnijmy o przeszłości.w kłopotliwej sytuacji. to będzie wymagało całej pańskiej inteligencji i oddania dla so- wieckiej ojczyzny. prostując się.. Zazwyczaj zgarbiony. Było to niezwykłe: dwaj Rosjanie rozmawiający książkowym. wiem. — Proszę pana.. Zamiast cudu. — Ależ proszę się uspokoić! Proszę się uspokoić. miał teraz sylwetkę Don Kichota. Proszę pana tylko o to. — Już za to zapłaciłem! — wykrzyknął więzień. wejść w kontakt. Jeśli ma pan na myśli ostatnią głodówkę. oczywiście. Każdy to panu powie. napuszonym francuskim pod kandelabrami pałacu Roztop- czynów. że z jednej strony pana znajomość francuskie- go. w który nie wierzył. proszę się uspokoić. — Towarzyszu. które można było u pana zaobserwować. to było czterdzieści lat temu. to ja byłem przeciwny. czyż ja panu cokolwiek zarzucałem? Po pro- stu tak się składa. Uprzedzam pana. już pan nawet nie wróci do Lefortowa. żeby pomógł mi pan skrócić czas cierpień. że moglibyśmy uregulować tę sprawę z Ministerstwem Sprawiedliwości. Zdenerwowanie więźnia udzieliło mu się.

„Krytykowałem system karny.. czego nie powiedziałem. za propa- gandę antysowiecką. Szczególnie w Nicei. co pana czeka po odbyciu kary — osiedlenie w jakimś tam Kirgistanie. Sami książę- ta. — Proszę mi nie wymawiać tego. jest pan wolny. Znam ich.. Poczuje się pan wśród swoich.. że mogę dotrzy- mać moich obietnic. Byłem głupi. Pan nie ma już żadnej rodziny w ZSRR. podpisałem podanie o ułaskawienie. Cóż mogły oznaczać pieniądze dla człowieka. wiem. Mała willa w Nicei.. Proszę mnie odesłać do obo- zu. co nazywa się teraz Gułagiem. Są pełni radości życia. To się panu wyda niemożliwe. jeśli woli pan ryzyko tego typu wygnania. Jeśli nie będziemy mogli powiedzieć. który prawdopodobnie nie wydał w życiu więcej niż sto rubli? Lew Aronowicz Zellman. ale przysięgam panu. czyli prościej w obozie ciężkich robót.. że pracował pan dla nas. a pan przecież jest człowiekiem chorym! Jak pan będzie zarabiać na życie. Je- śli o mnie chodzi.. Żadnej opieki lekarskiej.. hrabiowie. spędził piętnaście lat w tym.. Trzeba umieć wybaczać głupotę..? Patrzył na Gawierina oczyma pełnymi zrozumienia. czekając aż uświadomi on sobie grozę tej perspektywy. to wie pan. morze. Cztery lata szybko przelecą. mały człowieczek z lekko zazna- czoną zajęczą wargą. tak mało sowieckie: wybaczać. Zresztą jest tam dużo emigrantów. To słowo tak rosyjskie. — Ależ już dawno panu przebaczyliśmy.. Arsenij Jegorycz. i to nawet z tak zwanej pierwszej emigracji. to to. co brałem pod uwagę dla pana. Chciałem powiedzieć. wie pan. ma pan wolny wybór.. Tak. Pitman rozmyślnie nie wspominał o pieniądzach. więc dano 240 . W obo- zie także nie byłem nieszczęśliwy. to naród bardzo serdeczny. Wyobraziłem sobie dla pana Riwierę fran- cuską. — Nie byłem tam nieszczęśliwy — zachlipał Gawierin. — Oczywiście. prawda? A Francuzi. słońce.. To tylko ta piekielna sprawiedliwość.

która czeka- ła na niego piętnaście lat. Rozumował w następujący sposób: „W końcu życie ludzkie stało się dłuższe. zabiegał o wyjazd łagodnie lecz z uporem. Piętnaście lat. W rzeczywistości był wdzięczny reżimowi za tak łagodną karę. to pouczające. W dodatku w obo- zie spałem osiem godzin. Zanadto przyzwyczaiłem się do klimatu Workuty. to tylko jedna piąta czasu. a może nawet weselsze. jak mógłbym pracować w jakimś ki- bucu. przekonany. czy pewnego pięknego po- ranka znów nie wyślą mnie do Workuty? Uprzejmie dziękuję. że kie- dy pojawiła się możliwość emigracji. Cze- kał już trzy lata.mi możliwość zweryfikowania moich tez. mówił sobie ten skromny i uparty człowieczek. A pozostające mi do życia dwadzieścia lat nie są już obcią- żone hipoteką. Właśnie ta pokora i poczucie humoru uratowały go. Lew Aronowicz nie ustępował. Paszporty jakoś nie nadchodziły. Jedna trzecia z tej jednej piątej musi być odliczona z godzin nocnych. Kocham ją i nie bardzo sobie wyobrażam. zdecydował się z niej sko- rzystać. „Mysz jak chce to i kabel przegryzie”. Lecz jeśli tu zostanę. byłoby więc niesprawiedliwe odliczać te pięć godzin wyłącznie z godzin dziennych. Cóż to jest jedna piąta? Mniej niż pięć godzin dziennie. tylko to drugie. Nie mam na myśli ziemskiego prezydium. który został mi przeznaczony przez najwyższe Prezydium. Zawsze brakowało jakiegoś papierka. skąd mam wiedzieć. że pewnego dnia pokona opór czynników oficjalnych. 241 . Z mojego czasu czuwania straciłem więc około trzech i pół godzin dzien- nie. jeśli będę miał szczęście. jeśli istnieje. To wystarczy”. Nie odczuwał wcale go- ryczy. Co nie zmienia faktu. bo zapłaciłem dług z góry! Naprawdę nie mogę narzekać”. lecz nie złamany. Zła wola władz była ewidentna. Poprosił o paszporty dla siebie i dla swojej żony. Wyszedł z piekła zraniony. „Nie chodzi o to. Piętnaście lat. co można zrozumieć” — mówił z uśmiechem pełnym zadumy. że nie kocham Rosji.

Lwie Aronowiczu. jaki był stopień wojskowy tego dygnitarza. Jeszcze dziwniejsze: tym razem nie było kolejki. nadawał tej pickwickowskiej twarzy wyraz jeszcze bardziej niewinny. Dyżurny zaprowadził go do gabinetu w rodzaju tych. że otrzymał pan zgodę na wyjazd. mających najmniejszy choćby związek z jego sprawą. około pięćdziesięciopięcioletni. Lwie 242 . Uważaj. Dywan. Zellman przybrał postawę pośrednią między wojskowym „baczność” i przyklęknięciem. Zaczął coś bełkotać. towarzyszu generale. przerywając w pół słowa: — Nie chciałem przedłużać pańskiego oczekiwania. Oczywiście nieodzowny por- tret zdobił ścianę. w filmach histo- rycznych. Twarz dygnitarza rozświetliła się jeszcze bardziej: — Nie bądźmy tak bardzo oficjalni. mały kartofelek. żeby nie popełnić błędu!” Człowiek w wieku Zellmana. ocenił go po wyglądzie gabinetu. Mylił się. — Lew Aronowicz Zellman? — Obecny. kiedy dyrekcja «A» wyda rozkaz usunięcia go! Wówczas zniknie jak zaczarowany. Jego nos. Zellman chciał wyrazić swoją wdzięczność nie zdradzając za bardzo swej radości. prawie infantylny. uśmiechał się spo- za ministerialnego stołu. Na- zywam się po prostu Jakub Mojsiejewicz i mam przyjemny obo- wiązek poinformowania pana. Dziwne: był przeko- nany. w którym jeszcze swojego nie odstał. stiuki. Pewnego jesiennego dnia Lew Aronowicz został wezwany do biura. kinkiety. Lew Aronowicz. Ten właśnie kabel nie był rozciągnięty przez przy- padek czy też przez nieuwagę i będzie tkwił aż do dnia. że stał w kolejkach we wszystkich urzędach. w małych okularkach. które widywał tylko w kinie. okrągły i dobroduszny. Dygnitarz przyszedł mu z pomocą. a jednak egzekucja wciąż się nie udaje!” I dodał jeszcze: „Jestem więc w urzędzie podległym KGB. Nie miał pojęcia. Zellman zażartował w duchu: „Od tak dawna wiesza się go wszędzie.

Kraj. właśnie we Francji chciał się osiedlić. że przy odrobinie dobrej woli z obu stron wszystko da się załatwić.Aronowiczu. 243 . Zellman próbował teraz ukryć ogarniające go przerażenie. Nie. Lwie Aronowiczu. Lizawiety Grigoriewny? To nie będzie takie proste. wyjechać w towarzystwie żony. nie. i do tego dobrym) — jestem pewien. albo w ciągu trzech miesięcy będzie pan mieszkał ra- zem z Lizawieta Grigoriewną w małym. Groźba nie była niczym osłonięta. z którym łączą pana złe wspom- nienia. Musimy jednak jeszcze porozmawiać. że był generałem.. który wpisał pan w rubryce „kraj osiedlenia”. i dlatego od razu na początku powiedziałem panu najważniejsze. także i on zostanie. Teraz pró- bował zataić także i swą rozpacz. Zellman milczał przez roztropność. Ale mówi pan po francusku. nieprawdaż. Jeżeli Lizawieta nie będzie mo- gła wyjechać. wolnym człowiekiem i byłoby absurdal- ne zatrzymywać pana w kraju. Jest pan. (Zell- mana opanowała panika: „Kto mógł powtórzyć mój żarcik?”) Zresztą nie zna pan hebrajskiego. a w naszym wieku nowy ję- zyk. Proszę usiąść w tym fotelu. — I chciałby pan. uroczym gniazdku pod dachami Paryża. Mówiąc między nami nie sądzę. Nie przyznano jej paszportu. to Izrael. Klimat z pewnością by panu nie odpowiadał. to bardzo trudne. — Tymczasem — ciągnął dalej dobry generał (założywszy. żeby miał pan zamiar jechać właśnie tam. Francja byłaby dla pana wspaniałym schronieniem. Zellmanowi udało się przed chwilą ukryć radość. W rzeczy samej. — Daję panu moje słowo — dygnitarz uśmiechał się wciąż — za rok. Mógłby pan wrócić na złą drogę i narazić się znów na po- dobne przykrości.. nie ma sensu powtarzać dawnych nieporozumień.

które- mu udała się taka mistrzowska sztuczka: wydobycie ze Szpitala Specjalnego w Leningradzie pełnego rękopisu „Żelaznej Maski”. Niektóre osoby we władzach niepokoiły się i sta- wiały sobie pytanie. Dziennikarze domagali się szczegółów. Pół godziny później Lew Aronowicz ściskał dłoń Jakuba Moj- siejewicza. farbowane na rudo: — Któżby cię mógł potrzebować. dzięki jakim kontaktom udało się Psarowi wywieść w pole ZSRR. Objął ją czule. oskarżając Psara o oczy- wistą kradzież. odczuwając ogromną ulgę. która prze- rzuciła na Zachód cenny rękopis. czy także i w przyszłości będzie można korzystać z usług tej siatki. Pomogła mu spakować małą walizkę i już na- zajutrz. wyrządzi przysługę i Rosji. Zagraniczni wydawcy podawali cyfry nakładów. W gruncie rzeczy przy- sługa. Małgorzata miała zwyczaj udzielania odpowiedzi na retorycz- ne pytania. która miała się stać jego drugim domem. że na początek miał on wy- jechać sam: — A jeżeli oni mnie potem nie wypuszczą? Pogłaskał jej szpakowate włosy. moja staruszko? Wiesz do- brze. — Czy to żarty? — Nie wiem. 244 . znalazł się w Paryżu. i Francji. którą prawdziwie kochał. o którą go poproszono. Od tego czasu urywał się telefon w biurze agenta literackiego. Rosyjska prawda ukazała się przed dwoma tygodniami. Lizawieta Grigoriewna zaakceptowała układ. jakby za skinieniem magicznej różdżki. — Proszę pana — oznajmił poważny głos Małgorzaty — dzwoni pan o nazwisku Kurnosow. proszę pana. Nikogo nie narazi w ten sposób na prześladowania. była zupełnie błaha. niepokoiła się tylko tym. Z Rzymu zadzwonił wściekły Grucci. Specjaliści zadawali pytanie. że na całym świecie tylko ja cię kocham. jaki jej mąż za- warł z KGB. Miał wyjawić prawdę dotyczącą pewnego szczególnego zagadnienia.

— ktoś musiał mu podpowiedzieć — Policji Granicznej. Wariaci szantażowali Psara. która wcale nie jest żelazna. Oczywiście całkowita dyskre- cja. Motłoch tymczasem przekonany był. — Przy telefonie.. że wierzył w to motłoch.dotyczących strony anegdotycznej operacji. Psar. — Jaki Kurnosow? Jakie lotnisko? — Michał Leontycz. jestem na lotnisku. — Ja jestem Kurnosow. Wychodząc powiedział do Małgorzaty: — Nie wiem. zmiękczając końcowe „r”. Nazwisko nie- doszłego zabójcy. Czy w Paryżu jest więcej lotnisk? — Skąd pan przybywa? — Z naszej matki Moskwy. — Czyli Roissy. — Proszę mnie połączyć. że autor nieudanego zamachu i autor książki nie mogą być jedną osobą. Dysydenci protestowali przeciwko posłużeniu się ich nazwiskami na okładce książki. — Czy mogę mówić z Aleksandrem Dmitryczem Psarem? Kurnosow mówił po francusku. że Kurnosow był „Żelazną Maską” podobnie jak łan Fleming — Jamesem Bondem. zrzuci maskę. Adwokaci śpieszyli ze swymi usługami. który otrzymał na wypa- dek sytuacji wyjątkowej: — Poproszę Iwana. — Ależ proszę pana! Z kawiarni zatelefonował na numer. Inteligencja orzekła. choćby dlatego. co to za historia. że odkryli sekret: „Niech pan.. Dawni emigranci definiowali swoje stanowisko. lecz nazwisko wypowiedział po rosyjsku. Ten sam. 245 . Kurnosowa. o którym pan myśli. proszę się przyznać. W którym miejscu na Roissy pan jest? — W biurze. Scep- tycy przekonani byli. że to pan jest w istocie autorem Rosyjskiej prawdy”. obiegło rzecz jasna cały Paryż. Ten właśnie. — Przyjeżdżam.

Czy pozwoli pan. „Wydaje mi się — pomyślał Psar — że jeszcze nigdy nie wi- działem człowieka tak chudego”. którego nie znał. — Nie ma go — powiedział ostrożny głos. nieogolony. oczami bez wyrazu. nasycone brylantyną włosy. — A ja otóż właśnie jestem Kurnosow. że chcę się z nim spotkać dziś wie- czorem tam gdzie zawsze. wielki suchotniczy kruk. Dwóch mężczyzn w małym pokoju. gryzł ziemię od dziesięciu lat. 246 . z wąsami przypominającymi szczoteczkę do zębów. — Pan Kurnosow — powiedział policjant — twierdzi. Omega pomknęła w kierunku Roissy. Przedstawił się: — Psar. że mu zadam kilka pytań? — Tak. był o tym przekona- ny. nieomal odsła- niającą kości. Czy pan to potwierdza? Według Iwana Iwanycza „wszystko było w porządku”. Patrzył z natężoną uwagą na ziemistą twarz. — Kto go prosi? — Kobei. Miałby ochotę natychmiast zapytać: „To pan jest autorem?”. różniący się od jego pseudoni- mu. — Proszę mu powtórzyć. Policjant w garniturze z kamizelką. Był to kryptonim Aleksandra. w zbyt niebieskim ubraniu. Siąpił deszcz. Prawdziwy Kurnosow. ale zechce pan po francusku. wcale nie wygładzone. którą pan opublikował. — Nigdy nie spotkałem pana Kurnosowa. i przybysz z Moskwy. — Iwan zostawił dla pana wiadomość: „Wszystko jest w po- rządku”. że jest autorem Rosyjskiej prawdy. szosa by- ła wilgotna. — Pan Psar? Proszę tutaj. opony pogwizdywały. tylko zastygłe i utrwalone razem z kosmykami sterczącymi we wszystkich kierunkach. które wisiało na nim jak na wieszaku.

pełne dziur. — Ten paszport został wystawiony wczoraj. — Tak — powiedział Kurnosow — dali mi go wczoraj. wszystko to razem. — „Anonimowym więźniem” z celi 000. — Odebrano panu obywatelstwo? — Jeszcze nie. wklęsłych skroniach i dziko patrzących oczach. Michał Leontycz Kurnosow. Kurnosy to ktoś. Po- zwoli pan. Można było przeczytać po rosyjsku: „Paszport wydany jako dokument stwierdzający to- żsamość. Policjant wyciągnął małą brązowoczerwoną książeczkę. Na jednej ze stron widniała pieczątka.06. 4.. Tyle że już nie mogę wrócić. obywatel sowiecki narodowości rosyjskiej. spróchniałe. to ja. Alek- sander miał dokładnie taką samą w sejfie ambasady.. do jakiego stopnia jego nazwisko nie ma nic wspólnego z jego postacią” — pomyślał Aleksander. — A książka? To pan ją napisał? Kurnosow uśmiechnął się nieśmiało. Poprosił. „Dziwne. Ten pan ma mój paszport. gdy mnie — tu zrobił przerwę — gdy mnie wydalili z ZSRR. a zęby w strasznym stanie. Jego usta były wąskie jak u szczupaka. Ważny na wyjazd z ZSRR. czarne.1926. — A więc pan nazywa się Kurnosow? — Tak. ja. kto zapomniał. — Wydalili pana? Dlaczego? 247 . Widziałem gazety. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało tego człowieka o zapadłych policz- kach. co to jest śmiech. nie upoważnia do powrotu na terytorium ZSRR”. — Tak. Dla Aleksandra autor Rosyjskiej prawdy mógł być tylko ofi- cerem KGB. urodzony w Kostromie (RFSRR). — Ale pan jest także. jak ktoś.. „Żelazną Maską”. żeby mu ją pokazano. Pokazali mi je. kto ma zadarty nos. połyskują- ce żelazem..

Aleksander przypomniał sobie. jak pana odnaleźć. Kurnosow zaczął mó- wić: — Przede wszystkim jestem człowiekiem. że stał się pan człowiekiem bogatym. jakby się człowiek znalazł na wierzchołku drapacza chmur i nie chroniła go żadna bariera. kiedy jego sytu- acja prawna zostanie uregulowana? — Oczywiście. Zdaje się. Nie przewiduję żadnych trudności. Zaledwie opuścili biuro policji. Chcieliśmy tylko upewnić się co do tożsamości pana Kurnosowa. odziedziczony przez bolszewików. gdy Aleksander zadał pytanie. czy ma pan walizki? — Tylko ten stary worek. ale może to zabrać trochę czasu. które paliło mu wargi: 248 . że zaopiekuje się pan Kurnosowem do chwili. Michale Leontyczu. czy przyja- ciel? Jakby odpowiadając na to pytanie. To grzech jakobinów. w każdym razie zamożnym? Uścisnął dłoń suchotnika. Czy możemy uznać. że nie jestem godzien oddychania sowiec- kim powietrzem. że uchodził za człowieka pra- wicy i uśmiechnął się ironicznie: — Wciąż te wielkie słowa. Na razie skłonni bylibyśmy przyznać mu wizę turystyczną. cieszę się. — Dzwoniłem w tej sprawie. Czy był to jego wróg. który stracił orien- tację w świecie. — Proszę pana — zwrócił się do niego policjant — jest pan kimś znanym. że ludzie są tu wolni. — Francja i Rosja to jedyne kraje na świecie uznające pisa- rzy za ludzi wybitnych — powiedział Psar. że mogę pana poznać. Wie pan chyba. Cóż. Czy zamierza pan poprosić o azyl polityczny? — Pan Kurnosow już wystąpił o azyl — wtrącił się policjant. — Przyzwyczai się pan szybko. czy nie zrobiono ze mnie wariata. nic więcej. jak się żyje na Zachodzie. jak słyszę. To tak. wiadomo. — Powiedzieli mi. Pisarz jego klasy — skłonił się — może liczyć na serdeczne przyjęcie w naszym kraju. Spędziłem dziesięć lat w azylu psychiatrycznym i nie jestem pewien. Poza tym nie mam pojęcia.

autorem Rosyjskiej prawdy. oto- czeni służbą. czy ten człowiek rzeczywiście był Kurnosowem tyranobójcą. 249 . Zasięg: 400 metrów. Mówił jednak o tym wstrzemięźliwie. którzy zjawili się w jego celi. że to od oficerów. ze zrozumie- niem mówił o „swojej” książce i o wyrażonych w niej poglądach. Z rozczarowaniem dowie- dział się. — Az Breżniewem to prawda? Strzelał pan do niego? Kurnosow odpowiedział po chwili wahania. Nastąpiły teraz dziwne bardzo godziny. czy był wszystkim tym naraz. że ludzie zamożni na Zachodzie nie są. — Jaki ładownik? — Na trzydzieści naboi. Aleksander gwizdnął z podziwem. proszę. agentem KGB. — Jak się tu żyje? Normalnie. czy jeszcze kimś innym. lecz niełatwe: — Strzelałem. — Ale przecież pan z pewnością ma służącego? — Nie. — Co to jest? — Kałasznikow. Miał zupełnie fantastyczne wyobrażenia na temat funkcjono- wania kapitalizmu i podziału władzy. by tak rzec. żeby mi pan wyjaśnił. jak gdyby cho- dziło o wyznanie prawdziwe. Rozsądnie odpowiadał na pytania. Słyszał pan o kałasznikowie? — Jasne.62. Dozorczyni sprząta u mnie raz na tydzień. że powinien po przybyciu do Francji zwrócić się do Psara. dowie- dział się. jak się tu żyje. Przyznał. W Aleksandrze rozbudziło się zainteresowanie dla spraw związanych z bronią palną: — Z czego pan strzelał? — AK-47. Oddaje 600 strzałów na minutę. Jaki kaliber? — 7. Aleksander nie mógł w żaden sposób sprawdzić. o wiele bardziej interesowało go życie w wolnym kraju. — Nie. „Żelazną Maską”.

wcale nie lipa! — Nie mam piętnastu lat. nie? Tak naprawdę to nic tu nie można kupić? Aby przekonać go. I dlaczego nie noszą mundurków? Chciał zobaczyć wielki dom towarowy. Aleksander zapro- wadził go do Galeries Lafayette. jak się zachować przy stole i odzywał się do kelnerów tonem. — Ależ to oryginalny lis. Kurnosow nie miał pojęcia. i to wcale nie przywódców! To by ich uspokoiło. Policzki suchotnika pokryły się rumieńcami: — Wszystko to mistyfikacja. oglądając się na wszystkie strony: — Nieźle. Francuzi nie uwierzą. i że strajkują nawet pracownicy państwowi. Gdy tylko dowiedział się. Gdyby futro było oryginalne. jakim ge- nerał Durakin strofował swoich poddanych. ale i tu Kurnosow nie zmienił zdania. Wciąż jednak powracał do swego pytania: jak wygląda tu ży- cie? Czy wszyscy mieszkają we własnych domkach? Czy pracują dla prywatnych właścicieli fabryk? Ile godzin dziennie? Ile zara- bia właściciel? Ile robotnik? Ile kosztuje kawał słoniny? Ile weł- niane kalesony? 250 . dokąd poszli na obiad. był obu- rzony: — Trzeba by tych ludzi zdziesiątkować! Rozstrzelać co dzie- siątego. Jeśli zaś idzie o wy- gląd sali restauracyjnej. Aleksander kupił mu w prezencie ładną czapkę z lisa: — Jeśli nie będzie pan miał futrzanej czapki. że wcale tak nie jest. taką lichotę można dostać też u nas. ile dusza zapra- gnie. Zdziwił się widząc dzieci na ulicy: — Powinny być w szkole. Na Kurnosowie nie wywarło to wcale wrażenia: — Cóż. że we Francji często dochodzi do strajków. Kurnosow komentował. nie byłoby go w wolnej sprzedaży. całkiem nieźle. że przyjechał pan z Moskwy. Aleksander zaprowadził go do Hermesa. Przypomina trochę nasze metro. Jeszcze gorzej było w restauracji „Plaza-Ath- énée”.

artykuł czy entuzjastyczną deklarację od jakiejś znanej osobistości. zamkniętym w więzieniu psychiatrycznym. radość nasza jest całkowita. poklepał jej autora po ramieniu: — Drogi panie. Konferencja 251 . i który uważał Rosyjską prawdą za nieco mniej szokującą od chwili kiedy za- częła dobrze się sprzedawać. Wykonaliśmy kawał ładnej roboty. Teraz. To niech pan poprosi o przebaczenie. — Jaki zysk przyniesie mi ta książka? — zapytał Kurnosow. że wszystko jest w porządku w ZSRR. Nasz przyjaciel Psaaaaar dzielnie bronił pana interesów. kiedy pan wreszcie jest wolny. bez którego nie byłoby tego suk- cesu. być może zgodzą się na pana powrót. że będzie pan zadowo- lony. który robił dobrą minę do złej gry. A kiedy poznał wysokość sumy: — Ile to jest w przeliczeniu na ruble? Co można z taką sumą zrobić? Gdzie została zdeponowana na moje nazwisko? Jaka jest obecnie stopa procentowa banku? Jaki dostanę zadatek? Dla- czego taki mały? Wieczorem Aleksander zawiózł go do Suresnes. zdaje się. pochłaniając jednocześnie trójkątny kęs sera: — A u nas rozstrzeliwuje się przestępców gospodarczych! Za dużo zarobiłeś? Dwanaście kulek w łeb! Aleksander podzielał co prawda przekonania Kurnosowa o konieczności pozbycia się wszystkich przestępców. Opublikuje pan wtedy następną książkę pod tytułem Rosyjska krzywda. Kurnosow wybuchnął śmiechem. jestem szczęśliwy mogąc pana powitać u nas. Za każdym razem gdy otrzymywaliśmy szczególnie radosną wia- domość. lecz zaro- zumiałość nowoprzybyłego drażniła go. sądzę. — Sądzi pan. myśleliśmy o panu. Zdumiał się rozmiarami przestępczości: — I wszystkich tych nicponi nie posyła się na gilotynę? — Niedawno zniesiono karę śmierci. i nasze serce krwawiło dla pana. Fourveret.

kto był tak dobrze odżywiany. to proszę uważać. żeby jakiś dziennikarz spotkał Kurnosowa wcześniej. choć su- fit wydał mu się nieco zbyt niski. że apartament jest wygodny. Aleksander zostawił go przy tej grze z butelką Single Malt i piękną kryształową szklanką. Kurnosow zdziwił się: — Jedna butelka? Aleksandrze Dmitryczu. Przed wakacjami na jachcie zażywała specjalne pigułki przyśpieszające opalanie. Zahipnotyzowały go elektro- niczne szachy. Nie wygląda pan na ko- goś. żeby sobie pan nie zaszkodził. Jessica była czarna jak czarna Indianka. A poza tym wiesz sam. — Człowiek. — I to naprawdę on napisał Rosyjską prawdę”} — Któżby inny? — Dlaczego nie zostałem uprzedzony o jego przybyciu? — Żeby twoje zdziwienie wypadło naturalnie. — Piękna pani — powiedział do niej Aleksander — pewnego dnia dostanie pani raka skóry. a teraz podtrzymywała swoją opaleniznę chodząc na kwarcówki. Iwan Iwanycz już był na miejscu: — Więc odebrałeś paczkę? Jak ci się podoba ten sukinsyn? — Jeżeli wy wszyscy Sowieci jesteście do niego podobni. — Czy dostawał pan alkohol w szpitalu? Jeśli nie. że od jakiegoś czasu zacząłeś krytykować rozkazy. tam pijemy czy- sty spirytus i świetnie nam to służy. to nie wracam. — A teraz: kto to jest? — Kurnosow. Usiedli obok siebie na kanapie w czarnobiałe pasy. jak się o tym mówiło.prasowa miała się odbyć nazajutrz i nie trzeba było. który strzelał do Breżniewa? — Dokładnie ten sam. Dla osłabionego organizmu whisky może być zdradliwa. „Żelazna Maska” uznał. jakie 252 .

zawierającą mało istotne uwagi. Wyobrażał sobie. że nie jest do końca zbzikowany. żebym ci opowiedział całą tę historię? Kiedy Kurnosow próbował zastrzelić Breżniewa i kiedy go zamknięto.otrzymujesz. będzie mógł ukryć dru- gą. Posłać go do obozu? To wydawało się niewspółmierne do jego zbrodni. Pewnego dnia przyda się do czegoś. zachowy- wał się spokojnie. — I chciałbyś. — I rzeczywiście wyrzuciliśmy tego Kurnosowa z ZSRR? — Tak by się wydawało. Jak mówią Francuzi. Przechowam go w jakimś kącie. I zaczął pisać z zapałem. że cela była naszpikowana kamerami.. tyle że wyznaje reakcyjne poglądy i niemark- sistowską formację polityczną. Więc co zrobić? Rozstrzelać go na Placu Czerwonym? To by wywołało łzy u zachodniaków o miękkich serduszkach. że Rosyjska prawda nie została przez nas sfabrykowana? — Oczywiście.. Wkładał je do pudła telewizora. Saszeńka! — Utrzymujesz więc. — Czy masz dla mnie nowe instrukcje? — Tak. Nie zrobię mu krzywdy. Więc przypuszczam. Więc pojawił się towarzysz Stalagmit z twojej dyrekcji i powiedział: „Nie chcecie go? To mi go dajcie. zaczęły się przesłuchania. że towarzysz Pitman chciał cię postawić przed faktem dokonanym. że nie! Chcesz. — W jakim celu? — Żeby poczęstować dysydentów miotaczem płomieni. że to nie jest jeden z na- szych? Iwan Iwanycz zaczął się śmiać: — On. co zechce Kurnosow. którzy uznali. Ale domyślasz się. jeden z naszych? U nas nie ma takich chudzielców. poprosił tylko o pióro. na czarną godzinę”. Przekazano go psychiatrom. atrament i papier. Wydał się trochę stuk- nięty. Kurnosow nie wyglądał groźnie. żebym uwierzył. Stalagmit wywąchał w tym typie 253 . Zrobisz wszystko. że oddając co drugą kartkę.

Iwan Iwanycz westchnął: 254 . to Iljicz i Wissarionowicz załatwili ją raz na zawsze. naśladując pismo więźnia. — Czy nie byłoby prościej wysłać jednego z naszych ofice- rów? Kurnosow.. Powiedziano mu to. a jeden z oficerów z twojej dyrekcji podając się za pielęgniarza wynosił wybrane kawałki. Później specjalista kopiował nowe strony. żeby robić postępy. W nocy jeden z nich zabierał go na spacer po podwórku i podczas gdy razem podziwiali gwiazdy. Przydzielono mu dwóch pielęgniarzy. Z niczego nie będzie ci się zwierzał. że to KGB wynosiło strony jego książki. teraz Kurnosow wie. potrzebuje opozycji. — Oczywiście. pokazując mu gazety. oczywiście naszych kole- gów. jak tylko otrzyma azyl polityczny. Niedoszły morderca z reakcyjnymi poglądami! To ktoś na wagę złota! Zdobywcza doktryna. Absolutnie nie chce być podejrzany o współpracę z nami. dla niego jesteś człowiekiem Zachodu jak wszyscy inni.geniusza i miał zamiar go wyeksploatować do końca. że nie udało mu się nikogo oszukać. drugi fotografował za- wartość telewizora. nawet wbrew woli. że jego książka ukazała się. nie będzie już przez nas sterowany. ukryty w telewizorze. u nas. żeby się nią żywić. — Poczekaj. Wie. Myślał cały czas.. że będzie zwolniony. A jak wiesz. Do tej chwili nie wiedział. Pa- miętaj o jednym. kiedy uprze- dzono mnie. — Od jak dawna wiesz to wszystko? — Jego chwalebny życiorys dostałem wczoraj. Mamy zamiar skręcić kark dysy- dentom wszelkiej maści. Stąd też strzeżono Kurnosowa jak źrenicy oka. — A co właśnie teraz robimy? — Już ci to powiedziałem. co właśnie teraz robimy. w rodzaju naszej. Zastanów się. — W jakim celu? — Żeby przygotować to. że istniał tylko jeden egzemplarz. Ale mówienie o tym nie leży w jego interesie. jeśli chodzi o opozycję.

Potem porzucimy go. Znamy jego po- glądy lepiej niż on sam. Zdarzało się. nie strzelałem do Breżniewa. co powie. Przede wszystkim. Na ogół KGB stawiało sobie za punkt honoru położe- nie łapy na pieniądzach wypłacanych własnym agentom. Dziwne. prawdziwy. wzbudza zaufanie. Nie mogę mu w tym przeszkodzić. ale napiszę wam wspomnienia oficera KGB”. Wydawało mu się. chociażby z po- wodów religijnych. Aleksander wyszedł z mieszkania po złożeniu oficjalnej reklamacji: należało uprzedzić go o przyjeździe Kurnosowa. Aleksander nie był do końca przekonany. — Nie przeszkadzaj mu. że należy mu się zapłata za jego talent. I jeszcze jedno. swoją prawdę. Ale jednak Kurnosow nie był agentem. a nawet skonsultować się z nim w tej sprawie. że jest jakaś luka w rozumowaniu Iwana Iwanycza. że Kurnosow dostanie swoje honoraria. A jakbyśmy po- tem mogli odzyskać naszego oficera? Podczas kiedy ten jest au- tentyczny. jak prototyp tego Popowa. czy opłaciło się posłużenie się człowiekiem „na wagę złota” i przeprowadzanie tak skomplikowanej akcji tylko po to. Wyobraź sobie. Aleksandrze Dymitryczu. że system zachowywał pozory legalności. Kurnosow nie może się zwrócić przeciwko nam. ponieważ już jest przeciw- ko nam. Znane są już przypadki na szych oficerów przechodzących na drugą stronę. — Ależ osioł z ciebie! I to ty należysz do dyrekcji subtelnych spryciarzy? Wcale nie musimy nim sterować. którego historię dałeś mi do przeczytania. o czym nie powinienem być może mówić. Jeśli nadal z uporem będzie się go traktować jak 255 . — Uprzedzam cię. I właśnie dlatego jest taki pożyteczny. być może dyrekcja zdecydo- wała. nie napisałem Rosyjskiej prawdy. Wiemy z góry. że nasz towarzysz składa deklarację: „Jestem major Iksiński. Ładnie byśmy wyglądali. żeby powiedział prawdę. Jakie jest ryzyko? Chodzi tylko o to. żeby wywołać zamieszanie w szeregach dysydentów? Ale już nic więcej nie mógł wyciągnąć od swojego pilota.

ale i powodowani szacunkiem. z wyciągniętymi nogami. zmieniając kolory i perspektywy. W nagłym porywie wszyscy podnieśli się z miejsca. jak on wygląda. to on odmawia brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji. w swym nowiutkim sowieckim ubraniu. zbyt niebie- skim. którzy deptali im po stopach. Niektórzy dziennikarze stali oparci o ścianę. jakie chwile musiał przeżyć w lochach Łubianki? A nawet jeśli go nie tortu- rowano. w pierwszych godzinach po zamachu (jeśli rzeczywiście to jest Kurnosow). Rzucali przekleństwa pozbawione oryginalności. jakie zastrzyki z siarki musiał znosić? Czy był jeszcze w pełni władz umysłowych? A wcześniej. Rozbrzmiały oklaski. w krawacie. Spo- ceni fotografowie przenosili swoje instrumenty. „Jak myślisz. napięty. i na końcu ten. „Więzień bez na- zwiska”. ale potrafimy jesz- cze oddać cześć cierpieniu. Reflektory zapalały się i gasły. za którym miał zasiąść „Anonimowy więzień”. Ten człowiek spędził dziesięć lat w jednym z tych więzień psychiatrycznych. Następnego dnia około stu dziennikarzy paryskich i prowin- cjonalnych zgromadziło się wśród sztukaterii o startych złoce- niach wydawnictwa Lux. czyż dziesięć lat izolacji nie jest dość przerażające? Nie umiemy już darzyć szacunkiem bohaterstwa.podwładnego niskiego stopnia. Brakowało krzeseł. Las mikrofonów jeżył się wokół małego stolika. który Aleksander wybrał dla niego. «Żelazna Maska»?” — Czy to naprawdę on strzelał do Breżniewa? Weszli. i pomstowali na fotografów. Najpierw Fourveret. może nie bez ironii. dla którego wszyscy się tu zjawili. zaczepiając szelkami o pasy aparatów. których już samo wspomnienie wywołuje dreszcz na plecach. Jakie tor- tury. Telewizyjny operator przesuwał się z trudem. surowy i uśmiechnięty jednocze- śnie. inni siadali na podłodze po turecku lub po ame- rykańsku. w których miał uczestniczyć. po chwili 256 . pełen skoncentrowanej siły. Żeby le- piej widzieć. później Psar. u Hermesa. dźwigając na ramieniu kamerę jak pancerzownicę.

bez końca.wzmogły się jeszcze bardziej. Mam zaszczyt. kiedy wybuchnie pierwsze zdanie. Denise Esclaffier z «Pa- triotycznego Alzatczyka». że mamy za mało miejsca. ani należących do tej uroczej panienki. proszę mi przypomnieć pani nazwisko? Ach tak.. Patronimik spra- wił. i że wybiera w końcu prostotę. Zaczął cichym szeptem: — Przedstawiam państwu... Leontycz. Wyciągając ramię krzyknął: — Michaił. Chciałem powiedzieć. Jest nas tu tak dużo. że hałas się wzmógł (nie znaczy to. Przy nazwisku hałas zamienił się w ryk. jako je- dynie godną podobnego momentu. towarzysze. Obowiązek i przyjemność zdradzenia wam jego nazwiska pozostawiam temu wielkiemu odkrywcy geniuszy. Ten człowiek. na- bierał rozpędu. tak. entuzjastyczne pochwały. Panie i panowie: Aleksander Psaaaaar! Aleksander umiał mówić do publiczności.. ani własnych. KURNOSOW!!! Przy imieniu Michaił szmer poszedł po sali. przyjaciele... Drogi panie Psaaaaar. To taka radość. potem wciągał powietrze w płuca. powtarzam: zaszczyt. jeden po drugim. To taka ra- dość. superlatywy. był to efekt napięcia wywołanego przez głos Psara).. „Anonimowego więźnia”. czuję. Potrafił pozostać bez ruchu przez parę chwil. Wreszcie Fourveret po- prosił o ciszę.. Tu udał. który był autorem książki 257 . nie patrząc na tłum. że jesteśmy dzisiaj tym wszystkim. czy uda się panu tutaj dotrzeć? Proszę nie deptać rąk. po czym nagle skierowywał wzrok na salę... widzieć zebrane w jednym miejscu tyle dobrej woli i błyskotliwej inteligencji przeciwko hipokryzji i prześladowaniu. unosząc ramię nieomal jak generał de Gaulle: — Panie. którego przy jaźń przynosi mi zaszczyt. jed- nocześnie na wiele twarzy. panowie.. że odrzuca. siostry i bracia. obracał głową wolno jak wieżyczką czołgu. który już za chwilę odzyska imię. przedstawić państwu autora Rosyjskiej prawdy. (jąkał się umiejętnie).. epitety. stopniowo. że był on znany. aby rytm oddechu po- zwalał przeczuć moment.

wysoki lecz zgarbiony. z piersią tak zapadłą. że pozwolą mu zabrać notatki”. W końcu prze- sunął się bokiem w stronę stołu i to wystarczyło. pochylonym. wam. które zmuszało się do mówienia tym obcym językiem jak niegdyś do noszenia gorsetu. że szpada toreadora była już przygo- towana do śmiertelnego uderzenia (chodziło przynajmniej o cios 258 . Wszyscy byli przekonani. pokrytych drobnym. rzeczywiście trzymał w rękach pistolet maszynowy. zielonkawą cerą. Nie wiedział. że będą mu zadawać pytania. „Mogliby mnie przynajmniej uprzedzić. francuszczyznę guwernantek. Aleksander słuchał głosu Kurnosowa. Taki reżim był skazany na klęskę w najbliższej przyszłości. a nieodżałowany Amalrik prorokiem. żeby uciszyć salę. — Pragnąłbym — wypowiedział. które ukończyły szkołę Des Oiseaux. starannie wymawiając „r” — podzielić się z państwem kilkoma uwagami. cienkich kartek. lekko pochyloną głową. Kurnosow trwał w lawinie oklasków. To dopiero reportaż! To dopiero artykuł! Na ten wybuch Aleksander uśmiechnął się i wykonał bezrad- ny gest. z tak wychudzonymi policzkami. jak tego się po nim spodziewano. Zaczął od piętnowania ZSRR. więzień. starannie śpiewającego niemodną francuszczyznę Dymitra Aleksandrowicza i jego ró- wieśników. So- wieci przyzwyczajeni są do publicznych zebrań. ze zwisającymi luźno rękami. rzeczywiście otworzył ogień do najpotężniejszego w świecie człowieka. Sołżenicyn był bogiem. ale chciał się takim wydać przez uprzejmość. Od jakiegoś czasu dyrekcja nie oka- zywała mu względów i za każdym razem odczuwał to jak ukłucie banderillas. francuszczyznę zmodyfikowaną przez społeczeń- stwo. Można było wyczuć. poziomu ży- cia. ostrym pismem. obozów. że nie był onieśmielony.tak bardzo dyskutowanej. To zaskoczyło wszystkich. którzy wiecie najważniejsze — i skromnie się wycofał. sztywnego kołnierzyka i bindy do usztywniania wąsów. pełen uroku: — Cóż mógłbym powiedzieć. a tymczasem Kurnosow wyjął z wewnętrz- nej kieszeni plik notatek.

Mają słabość do banałów. któ- rych zacytowałem. Kurnosow czytał dalej. — Jednak — czytał dalej Kurnosow — zmuszony jestem stwierdzić. Nic mu się nie podobało. Publiczność zaczęła odczuwać znużenie. zepsucie. za- brał się za Zachód: zaślepienie. „Panie i panowie. Kiedy Kurnosow zakończył krytykę reżimu sowieckiego. Raz jeszcze zacytował Sołżenicyna i Bukowskiego. że jakkolwiek idee głoszone przez dysydentów. czego nie zrozumieli za pierwszym razem. pozornie nieświadomy rozczarowania słuchaczy. I ciągnął dalej. sto- jąc. ale mam wrażenie. długopisy dziennikarzy znów zabrały się do pracy. że pan sam sobie przeczy. egoizm. która teraz nastąpiła. mimo że nie nastąpiła żadna zmiana w tonie głosu Kur- nosowa.administracyjny). Nie należy powtarzać paryżanom po raz drugi czegoś. To wszystko było już znane. że panu przerywam. są słuszne. ZSRR rozpadnie się. Aleksander. oni sami są skorumpowani. jak ta. i to w tym samym stopniu. co nimi gardzą. jest za minutę dwu- nasta”. Jeśli natomiast zrozu- mieli. i w tym właśnie kryła się jakaś siła. nie okazując zakłopotania. ale nigdy nikt nie był jeszcze świadkiem tak planowej egzekucji. Dni Zachodu były policzone. Wszyscy obecni w tej sali słyszeli rozmaite plotki na temat niektórych dysydentów. Ale trzy minuty później. jeśli nawet nie bardziej. co im pochlebiają i ci. ci. Żadne znane 259 . która równie dobrze mogła znaczyć „cierpię męki”. Zachód jest u kresu sił. co „a nie miałem racji?” Jeden z dziennikarzy wstał z miejsca: — Przepraszam. No więc? Kurnosow uniósł niecierpliwie dłoń: — Nie przerywa się mówcy. rywale. Fourveret opuścił swą piękną głowę na prawe ramię z miną. niż ich akolici. zdenerwowany spoglądał co chwila na zegarek. to zupełnie co innego.

o którą zabiegał. żadna śpiewaczka. Ktoś inny jeszcze przesiedział ileś lat w obozie za to. ani tych. nie wspominając nawet poetów. że systema- tyczne donosy i tak nie zdołały zapewnić mu profesorskiej kate- dry. recytował Kurnosow. Żadne z tych oskarżeń. żaden tancerz. wzięte z osobna. żaden rzeźbiarz. inny alkoholikiem. tamten szpiegiem. że można sobie zadać pytanie. których jedynym wyczynem było to. że stali się pierwowzorami postaci książkowych. odpowiednie daty. że jest on agentem KGB. a wygnanie wybrał tylko dlatego. żaden szachista. tymczasem ożenił się ze swoją chrześniaczką. patronimiki. Zatwar- działym marksistom także się dostało. Ten jest rozpustni- kiem. podaje się za wierzącego prawosławnego.. Dostało się też dysyden- tom pozostającym wciąż w kraju oraz przedstawicielom starej emigracji. stworzył fundusz pomocy dla ofiar reżimu. Droga innego usiana jest samobójstwami. Ale takie ich nagromadzenie wywołało zażenowanie.nazwisko nie zostało oszczędzone. Aleksander zaczynał rozumieć: oczywiście. sfałszował swoje nazwisko i pa- tronimik. Pan X. że zarzucał Stalinowi nadmierną łagodność. imiona. pisarzy. nie wywołałoby większego wrażenia na tej zblazowanej publiczno- ści. żeby wszyscy zdążyli zanotować. Ten jest donosicielem. wilkiem w owczarni! 260 . lo- gików. którzy tłoczą się wokół niego i są wskutek tego natychmiast identyfikowani przez organy. I tak trwało to trzy kwadranse. Podawał nazwiska. jest przy- nętą dla dysydentów. ktoś inny podejrzanymi rękopisami. tamten zboczeńcem. żaden wiolonczelista. czy główny zainte- resowany nie podpisuje przypadkiem listy płac. jak skrupulatny profesor. tamta handluje ikonami. ta lesbijką. Rozgłos pewnego Y. Inny z kolei zrobił karierę dzięki donosom. Pan Z. Ta zabawa trwa od tak dawna. szczegóły. Kurnosow czytał powoli. wszyscy zaczną krzy- czeć. działaczy związkowych. Aktualnie ma na swoim koncie trzy samobójstwa przez powieszenie. z którego bardzo przyjemnie żyją jego najbliżsi współpracownicy.

Kurnosow odradzał wybory powszechne. uwzględniającego w szerokim zakresie elity spo- łeczne. Jednostka — sprecyzował swą definicję. system repre- zentatywny nie regionów geograficznych. A najbardziej interesujące jest to. przez co stawały się one jeszcze bardziej elo- kwentne. że zrobiło im się niedobrze. zalecał natomiast system doboru. owszem. jed- nak większość zgromadzonych pozostała w sali. Sami marksi- ści i reakcjoniści. że nie ma wśród nich ani jednego demokraty. aparat i aparatczycy są potrzebni. a może dlatego. że mają w tym absolutnie rację! Wykrztuszał wszystkie te okrzyki z całkowitym brakiem tro- ski o elokwencję. ale dla dobra jakiejś grupy partykularnej — nie. Wolność prasy jest burżuazyjnym. przedawnionym poję- ciem. ale zawodów. (Długopisy pisały długo. Zanim zacznie się mówić o prawach człowieka. Proszę zauwa- żyć. publiczność ma zawsze dobrą pamięć do brudów. w którym pokładał zaufanie. Przedstawił system. zgromadzić się dla dobra ogółu. jako że i tak większość obywateli pozwala. Kilku dziennikarzy wyszło. ale muszą oni być oddani narodowi. należy wyliczyć jego obowiązki. Wolność zgromadzeń powinna być ogra- niczona. Kurnosow mówił dalej: — Ci ludzie są na ogół zgodni co do jednego: prawdziwa i zwyczajna demokracja nie jest możliwa w ZSRR. być może chcieli zatelefonować. czekając na dal- szy ciąg. którą tylko niektórzy dziennikarze zanotowali — może być traktowana jako mniej lub bardziej uda- ny owoc mniej lub bardziej przypadkowego stosunku płciowego — i w takim razie dlaczego miałaby mieć jakiekolwiek prawa? — 261 . Oddany dyktator. by tele- wizja myślała za nich. sieć funkcjonariuszy.) Wolność myśli jest pojęciem relatywnym. — Nie należy się bać słowa aparat. Zawarty był już w Rosyjskiej prawdzie. podczas gdy Partia jest oddana ideologii. Ale zło zostanie dokonane. tak.

Co robić? Aleksander zwrócił się ku zgromadzonym dziennikarzom: — Pan Kurnosow jest wyczerpany. Ciężkie przeżycia. gdzie kilka szklanek i kieliszków czekało na organizatorów. do diabła! Kurnosow podniósł się. że wyszedłem bez powodu? Aleksander coraz lepiej pojmował sens całej operacji. Prosi państwa o wybaczenie. które gwarantuje jej życie. Kurnosow przecząco kręcił głową. bezpieczeństwo. Trzeba odpowiadać. Aleksander pochylił się ku niemu: — Tutaj się tak nie robi. — Nie jestem wyczerpany. żeby rozsiać trochę plotek? — Dla kogo pan pracuje? — zapytał. I dodał po rosyjsku. Po prostu Kurnosow przewrócił ostatnią kartkę i powiedział: — Skończyłem. składając swoje papiery: — Na żadne pytania nie odpowiadam. wykształcenie. Aleksander złapał Kurnosowa za łokieć: — Skąd pan ma te wszystkie plotki? Dostarczano je panu do domu wariatów? Kurnosow popatrzył na niego zdumiony: — Czy wyobrażał pan sobie. W małym salonie. — Dla nas czy dla nich? Ale kogo miał na myśli. Po- tykał się o wyciągnięte nogi dziennikareczek w dżinsach i mru- czał pod nosem: „Dekadencja!”. przepychając się w stronę wyjścia w bły- skach fleszów.lub też jako produkt społeczeństwa. co sprawia. — Niechże pan odpowiada. Emo- cje. że społeczeństwu winna jest jednostka pewne zobowiązania. Żaden efekt oratorski nie przygotował finału przemówienia. Jednak nie będę odpowiadał — powiedział Kurnosow. Na jego twarzy malował się wyraz niesmaku. A jed- nak! Poświęcić „Żelazną Maskę” tylko po to. mówiąc „my” i „oni”? Fourveret położył mu rękę na ramieniu: 262 .

iż akcja prowadzona jest z wielką wirtuozerią. Tym łatwiej przyj- dzie mi zauważyć. że znalazł się w polu obstrzału. co działo się do tej pory. Artykuł Etienne Depensiera. ale widać. Mamy to. Jeśli o mnie chodzi. zatytułował swój tekst znany dziennikarz. do diabła. Podniósł dłoń do piersi. i z ulgą stwierdził. Można było sądzić. trzeba ją rozchwiać. czy to zdziwienie. wskazałbym raczej na pewien brak demokratycznej czujności. które dzieliłem z inny- mi. zoriento- wał się zaraz. Reakcyjna grupka ośmiela się przybrać nazwę „nowej prawicy” i mimo to nie powstaje spontanicznie żaden trybunał 263 . całkowicie zdolnym w sytuacji bez wyjś- cia do heroicznego okrzyku: „Strzelajcie do mnie!”. ale trzeba się zastanowić.. Kiedy myślę o wszystkim. Teraz padła komenda: ogień.. że dyrekcja jednak doskonale wiedziała co robi. że nasze przywiązanie do wartości demokra- tycznych podlega silnej erozji. na co zasłużyliśmy. który w oczach inteligencji uchodził za autora hu- manitarnego i umiarkowanego: Konferencja prasowa Kurnosowa wywołała zaskoczenie. żołnierzem. To. Nikt oczywiście nie może mnie oskarżyć o pobłażliwość dla reżimów stalinowskich i poststalinowskich. to przynajmniej metodycznie używane „pudło rezonansowe”. „Nie wiem. Wszystko. co musiał znieść. hipokryzji typowej dla społeczeństw burżuazyjnych. że zna się na rzeczy”. Wiedział także. w którym Aleksander przeczu- wał jeśli nie agent d'influence. — Proszę nie robić krzywdy mojemu przyjacielowi Kurnoso- wowi. że do jego orkiestry dołączyła się nowa kapela. kto dyryguje tą drugą orkiestrą. Był. że aby zatopić łódkę. było tylko precyzyjnym ustawianiem tarczy. charakterystyczny był dla całej symfonii. Kiedy Aleksander otworzył gazety następnego dnia. nie wywodzi się z naiwności właściwej krajom liberalnym. Pseudonauczanie pseudonowych pseudofilozofów opanowało szpalty naszych gazet i witryny księgarń. wcale Aleksandrowi nie przeszkadzało.

gotowi skierować ją na demokra- tyczne tory. zdaniem Ab- dulrachmanowa. którzy wyrośli jak pa- sożyty na gnuśnym organizmie naszej inteligencji. o 264 . ale nawet wysłuchali do końca przemówienia. którzy zamiast brać czynny udział w największej rewolucji. nieco zmieszczaniałe. którego do tej pory. Myślimy również o pewnym pretendującym do bezstronności głosie. które musieliśmy recytować gdy byliśmy sztubakami. Mamy tu na myśli szczególnie pewnego agenta literackiego. godnym szacunku i o pewnym piśmie. I my przyj- mujemy z otwartymi ramionami ludzi. wypłakując cierpienia. choćby miało od tego ucierpieć nasze. nie można usmażyć omletu nie rozbijając jaj. jeste- śmy wszyscy (i to tu właśnie Wojewoda pozwolił wreszcie użyć „nieprzyzwoitego słowa”. nie straciło nic ze swojej aktualności. Niektó- rzy spośród moich kolegów dziennikarzy — dla ich integralności i talentu odczuwałem szacunek — nie tylko chwalili tę książkę.ludowy. choć wciąż mają w herbie. a także pewne wydawnictwo. zdobywszy opinię obrońcy liberali- zmu. niegdyś niezależnym. Pan Kurnosow powiedział co następuje: my. jeśli się od nich oddali. Myślimy też o pewnym krytyku. z gruntu republikańskie sumienie. które. Myślmy jasno i precyzyjnie. który tęskniąc do mi- nionych przywilejów wydaje się wiązać nie wiadomo jakie okrutne nadzieje z ciemnymi siłami przyczajonego faszyzmu. zniża się do ciągnięcia zysków z reakcyjnych poglądów. to znaczy największej nadziei czasów nowożytnych. którego związki ze skrajną prawicą są dobrze znane. Woleliśmy połyskliwość zmienności niż czysty blask pewności. dysydenci. Panowie. przychodzą szlochać w nasze kamizelki. Otóż oburzenie spowodowane tą deklaracją było bardzo umiarkowane. żeby sądzić i skazać opryszków. Quousque tandem Catilina. w którym dokonuje się jego dege- neracja i które nie troszczy się już tak bardzo o własną obiek- tywność. Zmusza nas to do poważnej refleksji. należało unikać) faszystami. jakich doznali.

do której z dumą przynależymy. 265 . że opuścił szpital psychiatryczny. Domagamy się tolerancji. pozwolimy. Nie mam na myśli śmierci. których zadaniem było dogodzić wymaganiom Etienne Dépensier. zasługują na to. Jeżeli pan Kurno- sow zarażony jest wścieklizną. Jeśli tego nie uczynimy. może niezręcznym. chcemy wolności. czyż mamy pozwolić. Podobne środki zastosowane zostały gdzie indziej. Pan Kurnosow przyznaje. tak. nie. Zniesiono karę śmierci dla synów ludu. a przede wszystkim przyj- rzyjmy się uważnie naszej inteligencji. żeby się nam udzieliła? Zwracam się do opinii publicznej. Redakcja «Niezależnego» zmuszona była przeprowadzić reduk- cję etatów. której ofiarą padł de Monthignies. o której decydują wymowni sędziowie w czerwonych togach. mam na myśli karę wymierzoną na poczekaniu przez obywateli w ko- szulach z zakasanymi rękawami. by zechciał sprzedawać swą prozę na innych łamach. Jeśli tak się stanie. Zarząd wydawnictwa Lux pośpiesznie zwołał zebranie i jed- nogłośnie zadecydował przedwczesne przejście na — wysoką zresztą — emeryturę pana Fourveret. do legendarnego Bal- landara. cierpią na demokratyczną niestrawność. Przeprowadźmy. Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego artykułu i tuzina tekstów jemu podobnych. lecz nie dla przeciwników tolerancji. którzy. którzy zresztą protestowali przeciwko temu. że jest zabójcą. Przyznaje. czystkę w naszym społeczeństwie. Prawie wszystkie dzienniki paryskie publikowały artykuły wstępne. Naczelny redaktor «Obiek- tywu» zwrócił się do José Ballandara. jak się zdaje. przyjacie- le. ale jednak zabójcą. Ale przeciwnicy. a nikt jeszcze nie utrzymywał. sami będziemy temu winni. wrogowie ludu. warstwie. lecz nie dla wrogów wolności. by przy- wrócić ten wymiar kary. że w sowieckich szpitalach znaj- dują się wyłącznie ludzie zdrowi na umyśle.czym uroczyście przypominam wszystkim tym biesiadnikom. by znów rozpanoszył się najbardziej bezwstydny faszyzm.

towarzyszył mu w po- szukiwaniach. Tak czy inaczej trzeba przyznać. 266 . Aleksander zaczynał rozumieć. które by mnie zamykały. co być winnym. jako że Kurnosow nie chciał osiąść w Paryżu: — Chcę solidny dom. którzy pochwalili Rosyjską prawdę. a nie krat. Obaj przeszukiwali prowincjonalne agencje nie- ruchomości. za parę tygodni. Większość dysydentów chce sobie kupić dom. — Chcę — rzekł — kupić sobie dom. Być podejrzanym w epoce jakobińskiej to tyle samo. Sprawa Kurnosowa ujawniła cały ocean zazdrości i zawiści. pomyślał z goryczą. Każdy bił się ze skruchą w pierś są- siada. Oskarżano się tym chętniej. Fourveretów i de Monthigniesów. — Czy nie ma pan dość życia za kratami? — Chcę krat. że mógłby zawahać się przed zniszczeniem własnego dorobku i własnej reputacji: „Nie doceniają mnie”. Prawdopodobnie ma w zanadrzu następnych Ballandarów. dlaczego nie został wtajemniczony w tajniki tej strategii: oba- wiano się. Kurnosow nie przejmował się wcale rozwojem wydarzeń. Na początku podejrzani byli ci tylko. że nikt od tego nie umierał. któremu polecono dogadzać Kurnosowi. Donosy weszły w modę. Ale w końcu jakież to miało znaczenie? Wkrótce. Potem ci. pionki zajmowały miejsce damy. co jej nie zaatakowali. Miejsca opróż- nione przez skazanych Wojewoda obsadzał rzecz jasna własnymi „pudłami rezonansowymi”. że operacja powiodła się. Głowy oszczędzone przez gilotynę chowają się w ramionach”. otoczony siatką. „wróci”. Aleksander. że operacja miała zatoczyć o wiele szersze kręgi niż mu się pierwotnie wydawało. Aleksander z pewnym zakłopotaniem przyglądał się demon- tażowi własnej orkiestry. „Przecież dyrekcja była zadowolona z moich pudeł rezonansowych. które będą mnie broniły. Pojął też.

którzy go badali po przyjeździe do Paryża. Czy też: „Moje ostatnie dni chcę spędzić z dala od pu- blicznego życia”. Nie chcę ułatwiać im zadania. Mówmy raczej o pieniądzach. to jest nie podniósł zbrojnego ramienia na panujący system! Odbywając wędrówki z Kurnosowem. która jesz- cze dodatkowo zabarwiała na czarno jego pesymizm. że wszyscy dysydenci wywodzą się z uprzywilejowanej klasy społeczeństwa komuni- stycznego? W większości są to nienasyceni prześladowcy. dobrze? Pieniądze. Michale Leontyczu. Albo: „W moim życiu nie było nic intere- sującego”. I ża- den z nich nie uczynił tego. a także zastanawiał się. by spłacić dom. Kurnosow odpowiadał: „Jestem człowie- kiem jednej książki”. Zresztą także i dysy- denci mogą mieć do mnie pretensje. Nic się nie dało wyciągnąć od niego na temat próby zamachu. dochody po odliczeniu podatków. jakie zaciągnie. jego młodości. by dać satysfakcję złu? — Dobro. — Pan ich nie zna. to coś kojącego. żebym wylał pomyje na dysydentów. Dysponował pewną kulturą polityczną. I zaczynał od nowa obliczać sumy pożyczek. „Prawda to książka. procenty. które uczyniły z niego buntownika. „Jestem starym chorym wilkiem”. że stan jego zdrowia nie jest dobry. dobro! Czy zauważył pan. Przyznano pa- nu azyl. a ja jestem czło- wiekiem. to pokarm”. powodów. to znaczy jest w niej jakaś nadzieja”. Lekarze. nie wyrzuca panu. jak zapobiec skutkom inflacji. na co ja się zdobyłem. ale gdy przestanę być im użyteczny mogą mnie zli- kwidować. które zarobi od zainwestowanych pie- niędzy. Wypuścili mnie. „A przecież w Rosyjskiej prawdzie zawarty jest pewien program. że oczernił pan dobro. Nie wierzył im. 267 . — Czy pańskie sumienie. — Czego się pan boi? Przecież zwolnili pana. orzekli. lecz nie wy- kluczyli możliwości poprawy. Aleksander próbował dowiedzieć się czegoś o jego życiu: „Teraz powinien pan napisać swoją autobiografię”.

może dlatego. Sprawy te mało zajmowały Aleksandra. przerzucone nad szczytem kamiennego muru i. żywopłot okalający małe pole. pod zimnym. Z okresem romantyzmu czuł się najsilniej związa- ny. Niekiedy. Stopniowo jednak stawał się wrażliwy na delikatne odcienie różnych pejzaży.” „To nie będzie bezpieczne dla pana”. lekka mgiełka. otoczony ogrodami. Aleksander słabo znał Francję. Na początku sądził. zielonkawa waza stojąca na poszczerbionej balustradzie — mówiły do niego językiem ro- mantycznym. gdy malował Hiszpanię. strumyk. błę- kitnym niebem wznosiły się tyczki podtrzymujące fasolę. o lśniących krawędziach i otworach strzelniczych. a może 268 . Uderzyła go nieprze- mijająca tajemniczość Francji: na pogańskiej ziemi wzniesiono niezliczone kościoły. że chory wilk będzie chciał się osiedlić na wybrzeżu. gdy wyrzeźbił Francję. Z okien mojego domu nie chcę oglądać domu sąsiadów. a także pionowe tyczki sprawiały. Natomiast jesienne listo- wie. umyty przez deszcz. Zauważył też — on. który częściej zaglądał do muzeów niż na wieś — że krajobrazy. „Sprawię sobie strzelbę my- śliwską”. który z upodobaniem przyglądał się za to krajobrazom. młyn. marmurowa. które spotykał. pokryty winoroślą dach. Przypomniało mu się zdanie Machado: dobry Bóg był młody. późnym popołudniem. „Nie. Kiedy indziej. nad nimi pokryte obłoczkami niebo. rano. za dużo ludzi. a jed- nak dusza krajobrazu i tak pozostawała nieuchwytna. oświetlone przez niewidoczne słońce —siedemnasty wiek. drogi i szosy opasywały lasy i doliny. Périgrod i Limousin. sadami i opadającymi winnicami. Zwiedzili we dwójkę Quercy. omszały mur. że Aleksan- der czuł żywą obecność Średniowiecza. starszy. związane były z konkret- nymi epokami. Kiedy indziej był to odrestaurowany zamek. iż był to złoty wiek w dziejach Rosji. natrafiał na pa- stwisko ocienione przez majestatyczne drzewa. u kresu zarośniętej trawą alei. nieruchome bia- łe krowy. może też różowa twa- rzyczka dziecka ponad drewnianą bramą — wiek osiemnasty. Bruzdy dzielące poletka.

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy. ogień na kominku. skusi i mnie kupno domu”.. Pomyślał. ale tylko niektóre spośród nich są nam prawdziwie bliskie. iż mógł w ten sposób dogodzić swemu przewodnikowi. że dom nie może stać się natychmiast jego własno- ścią. Niektóre z nich zachowały tylko ściany i komin. inne. Zadowolił się więc solidnym domem otoczonym przez ogród i mur.. zrywało ogórki z grządek i przywiązywało kuzynki do pala męczarni. bawiło się w Indian. Jeżeli nie wrócę zaraz. że w pełni dwudziestego wieku nie wszyscy Fran- cuzi zamieszkują mrowiskowce. całkowicie zmodernizowane. zwy- kłych mieszkań. Uświado- mił sobie zresztą.decydowały o tym względy czysto osobiste. że nauczył się czegoś ważnego do- wiadując się. gołębnik. Są w nas ślady wszystkich minionych epok. „Zabezpie- czę mur odłamkami szkła”. w jakim znajdowały się od- wiedzane przez nich domostwa. o której nieraz opowiadał mu ojciec. i stan. 269 . Jak najszybciej złożył swój podpis pod umową. utraciły za to duszę. że domy mają dusze. gdy do- wiedział się. Był rozczarowany. jak mało znał prawdziwych domów: nieco ma- łych zamków. Zdumiewały go i piękno.” Kurnosow znalazł jedno tylko domostwo dostatecznie strze- żone przez metalowy płot. „Muszę wracać. Tymczasem śpieszył się. Tego same- go wieczoru zaprosił Aleksandra na kolację w najlepszej restau- racji w Limoges. kurnik. Niewątpliwie odtworzyłby posiadłość swego dziadka. konia. Upierał się. wyposażone w loggie i lodówki. Budynek był jednak zbyt wielki i w dodatku znajdował się wewnątrz zdziczałego parku. wiejskich rezydencji i. Wyobraził sobie ganek. Zasięgnął informacji co do możliwo- ści opancerzenia bramy i okiennic. psy śpiące pod stołem. „Wyrywało się kogutowi pióra i przyozdabiało nimi głowę. Ale „Anonimowemu więźniowi” sprawił wielką satysfakcję fakt. żeby zamówić najdroższe dania i wina. z którym nie wiedziałby co począć. przede wszystkim. Powstała z tego dość dziwna kombinacja pasztetu sztras- burskiego z Clos-de-Vougeot i homarem. wyłożone dy- wanami.

nie wystawiana co prawda w witrynach księgarń. Otóż właśnie. znających się między sobą. przeciwnych jakobińskiemu faryzeizmowi większości. co wspominali czasy quattrocento i tacy. Jedyne poważne oskarżenie dotyczyło „nieprzyzwoitego słowa” — „faszysta”. z pewnością pozwoliliby mi ją wywieźć. — Żałuję — powiedział — że nie pomyślałem o tym. by przywieźć panu jakiś prezent. co można było zarzucić Kurnosowowi? Że jest antysowiecki? Czegóż innego można oczekiwać od dysydenta? Że nie darzy uczuciem miłości swych kolegów dysydentów? Czyż nie jest rzeczą powszechnie wia- domą. jeszcze inni na Marszałka. że Rosyjska prawda. Zresztą czy ktokolwiek odważyłby się utrzymywać. że ilość kapliczek jest u nich niemal równa ilości osób? I to nawet było zrozumiałe i oczywiste: odkrywali wolność myśle- nia i robili z niej użytek. niech pan naciska. co marzyli o „czterdziestu królach. Aleksander umiał przekonywać: 270 . Tak naprawdę. którzy w ciągu tysiąca lat stworzyli Francję”. Byli tacy. Gdybym o to poprosił. co ono oznacza? Słownik mówi: „zwolennik systemu autorytarnego”. jako że chodziło tu o nonkonformistów z tak zwanej skrajnej prawicy. — Wywiadów nie udzielam. Część opinii publicznej okazująca przychylność Kurnosowowi przygotowywała się do kontrnatarcia. Dołączyło się do nich kilka osób stojących pomiędzy partiami. Rezultat: liczne prośby o wywiady. Aleksander zaalarmował Iwana Iwanycza: — Proszę. Ale. w dalszym ciągu znakomicie się sprzedawa- ła. Na przykład starą ikonę. Kurnosow nikomu nie narzucał żadnego reżi- mu. tym liczniejsze. Tymczasem w Paryżu sprawy zaczęły przybierać inny obrót. Nie było to zbyt trudne. że Rosja dojrzała do demokracji? A w końcu czyż każdy reżim auto- rytarny musi być z gruntu zły? I tu każdy wsiadał na swego koni- ka: jedni powoływali się na Tygrysa. przede wszystkim. inni na Generała.

Ci ludzie nie są najważniejsi. Nie bez pewnego zażenowania przekroczył próg księgarni. czy nie jest pan kimś podstawionym. Aleksander słyszał o niej tylko — można w niej było znaleźć wszystkich autorów z czarnej listy. że jest pan manipulowany przez KGB i w jakimś sensie tak rzeczy- wiście jest. tym bardziej będzie pan podejrzany. przystał na to. Wobec skrajnej prawicy Aleksander odczuwał ten sam niesmak co w obecności zwierzęcia. ale są panu przychylni. Im dłużej będzie się pan uchylać od spotkań z dziennikarzami. śmiały i pewien swej publiczności. który tam brzęczał. Dziennikarze chcieli przede wszystkim szczegółów zamachu. Księgarnia znajdowała się przy uliczce dla pieszych. potężny wesołek z tołstojowską brodą i delikatnym głosem. Wywiady nie były specjalnie zajmujące. przecież wie pan o tym. a jej właści- ciel. Zresztą Kurnosow wywołał już był taki skandal. To prawda. że znajdzie tam samych szlagonów albo może clochardów czy też spadochroniarzy. Czyż nie rozu- mie pan. popro- sił „Żelazną Maskę”. przedstawiając się dorzucał zawsze: „Najbardziej prawicowy księgarz Paryża”. — Zgoda. czy nawet człowie- ka. niewiele się różnił od tłumu zapełniającego księgarnię mniej ezoteryczną. Lecz rój pszczeli. Tymcza- sem jeden z księgarzy. że jeśli będzie się pan upierał przy odrzucaniu każdej propozycji. Niektórzy myślą. wszyscy zaczną się zastanawiać. Spotkam się z nimi. a Kurnosow wolał mó- wić o eurazjatyckim powołaniu rosyjskiego imperium. tuż obok Centre Pompidou. ale czyż to o czymś świad- czy? Były już pewne insynuacje w prasie. bardzo chorego: „Zdechnijże już wreszcie”. niech pan tego nie odrzuca. inaczej nie wystąpiłby pan z tym małym wykładem o dysydentach. uwolnić się od długu? Będzie pan potrzebował pieniędzy na życie. — Chce pan spłacić swój dom. Ka- żdy wywiad zwiększa sprzedaż. że potrafi pan wyrecytować z pamięci niektóre fragmenty Prawdy. by zgodził się na podpisywanie książki w jego księgarni. że stał się 271 . wyobrażając sobie. Naciskany przez Aleksandra.

Bez wątpienia czynił nie- uczciwe propozycje autorowi ze stajni Luxa. A jako że szczerość jest niebezpieczną równią pochyłą. gdzie indziej nie spotykanych mia- zmatów. Codziennie przenosił się z hotelu do hotelu. ale w atmosferze nie wyczuwało się żadnych nadzwyczajnych. żeby dotknąć książeczki czekowej. zapytał Alek- sander Iwana Iwanycza. prowincjuszy. ale była to normal- na wojna wydawców i Aleksander. Ale szczerze mówiąc. Kurnosow odnowił swoją garderobę. archiwistów i anarchistów. to co innego”. który czuł się już bardzo od- legły od tego. wygłodzonych kudłaczy. że nie chcemy mu zro- bić krzywdy”. Nie można było nigdy przewidzieć. by móc spodziewać się kariery. Za cza- sów trzynastego. nie widział najmniejszego powodu. Usiadł przy 272 . Wśród mężczyzn. jakby po to. i niektórzy śmiałkowie z paryskiej elity dołączyli się do stałych klientów. Było więcej dam w futrach z nurków. wojskowych w cywilu. żeby interweniować. Kurnosow już tam był. przedstawicieli wolnych zawodów. bardzo ciepły i okazały. „Czy rzeczywiście ma się czego obawiać?”. o której godzinie się pojawi. Aleksander rozpoznał pewnego byłego ministra. naczelnego redaktora okrzyczanego i krzykli- wego czasopisma. Nosił gruby garnitur z czarnej prążkowanej flaneli. a jego oczy stały się czułe i łagod- ne. odrzekł tamten. bar- dzo by mnie to zdziwiło: piąty departament to cherlaki. nie powiedziano by mi o tym. do- rzucił: „Pamiętaj jednak. co Divo określał jako światek paryski. wyglądem nie od- biegających od zwyczajnych obywateli. „Przysięgam ci.„osobistością”. którzy otaczali Kurnosowa jakby aplikując mu rozgrzewkę przed występem. Jego upierścienio- na dłoń bez ustanku sięgała do wewnętrznej kieszeni. a także drobnego wydawcę. który wywołał już dość skandali. Być może wachlarz spo- łeczny reprezentowany tutaj był nieco szerszy niż w księgarni na Saint-Germain-des-Prés. kupców. wśród których spotykało się studentów. że gdyby się szykowała jakaś mokra robota.

273 . Pewna dama z pieskiem pod pachą — wydawało jej się. Przecież Aleksander uprzedził go. będą bardziej liberalni lub mniej purytańscy niż inni. Podpisywał w dalszym ciągu. o tłustych włosach. — Pozwoli pan. że nastąpi renesans faszyzmu? — zapytał młody dandys. Wewnątrz fotoreporterzy potrącali wszystkich swoimi opasłymi torbami. zechce pani napisać swe nazwisko na tej kartce papieru. — Następny pro- szę. Przed księgarnią zebrał się tłumek. O tyle. że jest pan faszystą? — drobna dziewczyna w przydymionych okula- rach. Cezar był faszystą i Napoleon też. — Ma pan więc nadzieję. Kurnosow rozglądnął się z niepokojem. że jest w Pen Clubie — powiedziała z oburzeniem: — Ależ panie Kurnosow. co miałem już do powiedzenia — odrzekł ostrożnie Kurnosow. co zastanie w tej księgarni: „Dopóki ci ludzie nie postanowili pana rozszarpać. byłoby to bardzo niegrzeczne. Można im wszystko powiedzieć”. — Jestem faszystą o tyle. — Trzeba będzie pójść po książki do Luxa — powiedział właściciel księgarni. o ile Sołżenicyn i Bukowski są fa- szystami. panie Kurnosow? Może się pan uśmiechnie? Niechże pan nie robi takiej obrażonej miny! Co pan taki nadęty? Błyskały flesze. o ile tylko faszyzm może zwyciężyć komunizm. — Panie Kurnosow.małym stoliku i składał na lewo i prawo podpisy. Przynajmniej raz sprzedaż książek z podpisem autora zwabiła wielu chętnych. Księgarz i jego pracownicy wciąż i wciąż znosili egzemplarze Rosyjskiej prawdy. trzymała ołówek nad kartką notesu. faszyzm został zmieciony z po- wierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej! — Faszyzm jest nieśmiertelny. — Powiedziałem w mojej książce wszystko. trzymający w ręku złote pióro. Proszę pani. nie chciałbym pomylić się w pisowni. czy można powiedzieć o panu.

może nie miał pieniędzy na kupno książki. także po francusku. z rękami wciśniętymi w kieszenie. ponieważ wdrapywałem się do góry. blondyn. — To oni cię wysłali? — zapytał Gawierin. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach i z podwójnymi szkłami. Tkwił tam. a z drugiej łagodne i przerażone ślepka. Być może coś przeszkadzało mu mówić. Miał lekko zajęczą wargę. Być może chciał coś powiedzieć i nie miał odwagi. jeszcze po- chylony nad ostatnim stosem książek. z oczami utkwionymi w podłużnej. Z jednej strony gruźlicze węgle. ciemnymi i ponurymi. A ja jestem Lew Aronowicz Zellman. Nazywałeś mnie „małpka”. Głosik Zellmana uciszył wszystkich. Jesteś Arsenij Jegorycz Ga- wierin. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej. i spaliśmy na tej sa- mej pryczy w Workucie. ukazał swoją brodę mię- dzy futrem z astrachanów i dżinsami.. wszystko rozegrało się w cztery oczy. mimo obecności tłumu. nieśmiałej twarzy. Ty na dole ja na górze. już w to nie wierząc. Patrzył na Gawierina z głębokim współczuciem. Rzeczywiście między czterema oczami. jak byk. ale słabo. wracając do ro- syjskiego. Księgarz. — Następny proszę. Zellman nie odpowiedział. nic nie kupując. I wtedy. — Nie jesteś żaden Kurnosow. który zadaje ostatnie ciosy rogami po śmiertelnym pchnięciu szpadą. Jeden z dziennikarzy już wyciągał rękę w stronę telefonu. Mały człowieczek w wytartym i zbyt długim płaszczu przeci- snął się do pierwszego rzędu. — Wiedziałem — powiedział Kurnosow po rosyjsku. trzymający w ręku kwadratowy blo- czek. Kurnosow uniósł głowę. Jakiś student. Zechce pan napisać swoje nazwisko. Obiezianka. zapytał bardzo grzecznie: 274 . — Ty jesteś Gawierin — powiedział ten drugi po francusku. — Jestem Kurnosow — odpowiedział Kurnosow. kościstej czaszce Kurnosowa..

W słuchawce słodki głos recytował: — Nie ma żadnego abonenta pod numerem. .. Wykręcił numer zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje. Natychmiast zaczął mówić: — Tu Kobei. czy potwierdza pan twierdzenia tego pana? — Ja mam dowody. Mam zdjęcia — powiedział Zellman. jakby chcąc powstrzymać go przed kłamstwem. żeby zatelefono- wać.. który pan wy- kręcił. grube. wciąż patrząc łagodnie na Gawierina. nowe pióro wysunęło mu się z palców: — Potwierdzam. a jednocześnie błagać o przebaczenie. — Proszę pana. Gawierin opuścił swoje trupie powieki. Aleksander rzucił się do sąsiedniej kawiarni. Chcę. Proszę sprawdzić w książce telefonicznej.

czarnym atramentem złego gatunku. można jednak także uznać. to jedno słowo: „Oprycznik”. czekało nań wiele przygód. O. okrągłym pismem o rozstawionych lite- rach. w pewien sposób ta chwila poprzedzająca dokonanie jest najwspanialsza. 6 OBRÓT ŚRUBY Tego dnia Pitman zamknął po raz ostami bladoróżową tecz- kę. kiedy można uznać. było jeszcze przed nim wiele dossiers do otwarcia. i oto Ziemia trzydzieści razy zatoczyła krąg wokół Słońca. ta sama teczka. który po latach na- brał odcienia fioletowego. na której trzydzieści lat temu napisał swoim prostym. co wówczas roz- począł. absolutnie nie. 276 . południe przeżywa się o drugiej godzinie. „Jak ja się zmieniłem! Czy rzeczywiście tak się zmieniłem? W sumie zmieniłem się bardzo mało”. Zamyślił się nad nieprecyzyjnością określenia „szczytu”. to jeszcze nie był koniec. Te same dłonie. wtedy. już się zaczął. że to wczoraj stał na galeryjce łączącej wieże Notre Dame. że schyłek. majorowi Biełoszwejskiemu. choć jeszcze nie- dostrzegalny. nieco już zresztą wypłowiałą. i do syta rozkoszo- wać się jego pełnią. Środek nocy wypada nie o północy. zamyślił się nad tym długim okre- sem. on zbliżał się małymi kroczkami do starości. że przyjemniejszy jest moment następujący potem. Zanim podał teczkę sekretarzowi. opalizując w niektórych miejscach. który zaznaczył się tyloma sukcesami. tylko później. A jednak jego aktualne życie było tak pełne in- tensywnych barw właśnie dlatego. że dokonanie już jest za nami. Wydawałoby się. kończąc to.

naturalny czy nabyty. sławnej akcji Twardy znak. zmuszał go do opłacenia mu za jego nieocenione usługi niewdzięcznością i porzuceniem go. Czerwony? Psar złożył wszelkie dowody wierności. wówczas gdy mógł jeszcze oddawać przysługi! Co za nędza. przez taką intensywność w realizacji swych zamiarów. Prowadzenie Oprycznika przyniosło Pitmanowi najwięcej zy- sków w całej jego karierze. Przeciwnie. upierać się przy trzeciej fazie Pskowa. jak to się zdarza wielu starym artystom. w akcji dezinformacji bardziej zgodnej z du- chem kontrwywiadu. Pozbawiony wpływu? Psar skompensował swój chłód. Jaka szkoda pozbywać się Oprycznika. z którą wiązał tyle nadziei i do której Aleksander cudownie się nadawał. chociaż można by było łagodnie wejść w pierwszą fazę Twardego znaku! To nie oznacza. Z innej jeszcze strony żałował. Z drugiej strony Pitman żałował. Jego diagnoza była: nie czerwony. Wielu już o 277 . że trzecia faza Pskowa nie miała przynieść satysfakcji. a jednak pozostawał na zewnątrz pewnego rodzaju etyki. szczególnie kucharzom. której temat został mu dostarczony w zaklejonej kopercie w ubiegłym tygodniu: „Dysy- denci są systematycznie manipulowani przez KGB”. że nie może użyć Oprycznika po raz ostatni. Tak. ale on sam miałby ochotę to zrobić w sposób naj- bardziej klasyczny. jak mówią Rosjanie — iż jego chłodny blask zaowocował obficiej niż ciepłe powiewy agentów pozornie bardziej obiecujących. być może pewnej estetyki. iż upór Abdulrachmanowa nie pozwalał mu na wynagradzanie Psara według jego zasług. podczas gdy on przewidywał dla Oprycznika po- wodzenie o wiele bardziej umiarkowane. niestety należało pogodzić się z tym. Ale zamykał to dossier bez żalu. Być może gdzieś w środku miał za złe Aleksandrowi Psarowi. nie mający wpływu na innych. że Abdulrachmanow tracił wyczucie. że taki odniósł sukces. taką zdolność rzuca- nia uroku na ludzi — że im wykręcało oczy. Zadenuncjowanie Gawierina przez Zellmana pozwa- lało Wojewodzie rozpocząć kampanię.

tym szeptało. w jakim stopniu podejrzenia te były uzasadnione) o mniej czy wię- cej świadome wysługiwanie się reżimowi sowieckiemu. Wydawnictwo Lux było zagrożone przez napływające z różnych stron wielkie fale. jakim dysponował. wystawiony był na nazwisko Kurno- sowa). faza trzecia ukaże tych faszystów w roli współpracowników komunistów. aferę 278 . Trzecia faza funkcjonowała sama z siebie. Myśl. jeśli nie mieli oparcia w za- chodniej opinii publicznej. że większość innych dysydentów. Nie da się bowiem zaprzeczyć. Już teraz dysydenci stracili wiele ze swej popularności. w pobliżu której przepłynął wielki statek. którym wystarczyło dać lekkiego prztyczka. Dysydenci byli jednak bezradni. którego cały świat wziął za autora Rosyjskiej prawdy. że tylko pozostali są na usługach KGB. w rzeczywisto- ści był pachołkiem (zdemaskowanym) rządu sowieckiego. jak łódka. że wrzawa. by kołysały się w nieskończoność. a szczególnie sami dysydenci. To zamknie im usta. jeśli będą się zwracali o po- moc. była także pachołkami (jeszcze nie zdemaskowanymi) tego samego rządu. podobna do tych ptaków. Druga faza Pskowa pokazała ich jako faszystów. Dawał o sobie też znać uśpiony szowinizm francuski: niektórzy światli dziennikarze przypomną emigrantom. przy czym każdy z nich żył w przekonaniu. całkiem automatyczne. obojętnie jakim. usłyszą: „Faszyzm nie przejdzie” albo też „Komuniści mor- dercy”. Odtąd. a przynajmniej niektórzy spo- śród nich. za drugiego Soł- żenicyna. Także i jej zakoń- czenie będzie proste. Psar był podejrzany (chociaż nikt nie wiedział. Sądy francuskie nie będą w stanie nic udowodnić Gawierinowi (jedyny dowód tożsa- mości. Wtedy będą już naprawdę za- łatwieni i będzie się z nimi miało spokój przez parę lat. jaką na skalę światową pod- nosili dysydenci w obronie tego lub innego chuligana czy roz- pustnika. oczywiście. była za każdym razem w najwyższym stopniu irytują- ca. Teraz rzecz została udowodniona: ten. nieomal za nowego Boga dysydentów. nasuwała się sama. zabawek dziecięcych.

Jego żonie można zawsze po- wiedzieć. towarzyszu generale? — Tak.Stawiskiego. A jednak. ale i od nowa rozkwitł we Francji terror intelektualny. Czy takie ujęcie było wystarczające? Czy opłacało się oszczędzić życie prawdziwego Michała Kurnosowa. rozproszyć komary dysydencji i zasiać strach (co nie jest wcale trudne) w szeregach zachodniej inteligencji? Pitman westchnął. pokryjecie wszystkie koszty.. czy chce. które niszczyły ślady własnych aktywno- ści. 279 . Abdulrachmanow. czy też woli się z nią spotkać dopiero później. W dodatku ope- racja. żeby nawet nie miał czasu się pożegnać. — Czy zamykamy dossier. jako że w ostatnich latach przesunął się nieco na prawo. a także pożyczkę rosyjską. Zapytacie go. Gorgułowa. — A pułkownik dokooptowany Psar? Czy skreślić go z listy pracowników? Awansować? Czy ma prawo do emerytury? I co robić z pieniędzmi. by usunąć bez śladu Alek- sandra Psara. Dacie pilotowi dwa tygodnie nadzwy- czajnego urlopu w Soczi. o gromadzenie przykładów właściwie prowadzonej działalności. dyrekcja «A» dbała o aspekt doktrynalny. (W odróżnie- niu od innych dyrekcji. podczas gdy praca prowa- dzona była w dalszym ciągu przez orkiestrę Wojewody. Bilans był więc nadzwyczajny. gdzie Ballandar zostanie przedstawiony jako agent komunistyczny. którego kochał. złóżcie je w archiwum. które uzbierały się na jego koncie banko- wym? Pitman zawahał się. „rozpruła się” niejako sama z siebie („Największa finezja polega na tym — mawiał Ab- dulrachmanow — by wasze montaże podlegały degradacji czysto biologicznej i nie zostawiały śladu”). Któryś z młodych krytyków napisze powieść z kluczem. Jego rodzina powróci parę dni później. Biełoszwejski. nie tylko rozbity został klan dysydentów. że powierzono mu nowe zadanie. po to tylko.) Ściągnijcie pi- lota tak.. żeby rodzina dołączyła tam do niego. był jak najgorzej usposobiony. która trwała dwadzieścia pięć lat... wielkiego myśliciela politycznego.

kto wie czy nie bę- dziemy go jeszcze potrzebowali. którego plany leżały w jego gabinecie. Nie musimy za wszelką cenę uruchamiać natych- miast Chorążego. Zacznie funkcjonować w spo- sób możliwie niezauważalny. Pitman nie porzucił myśli o Twardym znaku. Już przy drzwiach Biełoszwej- ski obrócił się zgrabnie na piętach: 280 . — Ale jego honoraria. Nie. — Ze wszystkimi tymi decyzjami poczekamy jeszcze trochę. nie będą już wy- płacane? Mam na myśli zarówno wynagrodzenie we frankach jak i żołd w rublach? — Zatrzymajcie to wszystko. przypadnie Cho- rążemu.. już teraz jest zastępcą re- daktora naczelnego francuskiego odpowiednika naszego «Ogo- nioka». Koszt jej zało- żenia zamortyzował się sześciokrotnie. Co towarzysz generał poleca w jego przypadku? Czy już teraz zacznie dyrygować swoją orkiestrą? Czy posłuży się tymi samymi rekwizytami co Psar? I kto będzie jego pilotem? — Tu też poczekajmy jeszcze chwilę.. Stanowisko agent d'influ- ence. Nie przeszkadzało to jednak Pitmanowi. co z nimi zrobić. niech się zbierają. towarzyszu generale. będzie mu się słusznie należał cały dochód. towarzyszu generale. — Rozkaz. Biełoszwejski ruszył w stronę drzwi. Dysponujemy we Francji w tej chwili sześcioma innymi orkiestrami. ale nie ruszajcie jego funduszy. Zostawmy ją Psarowi. towarzyszu generale. Chorąży to agent uśpiony. dumny bardzo ze swego angielskiego garnituru. zajmowane do tej pory przez Oprycznika. — Dobrze. Zresztą.. i on nie był nigdy zbyt biegły w półobrotach. z lokiem jasnych włosów nad czo- łem. nieco anemiczny. Ma czas. Później zobaczymy. Był to sympatyczny mło- dy człowiek.. a wtedy. Jeżeli tylko potrafi wyciągnąć coś jeszcze z agencji po ostatnim skandalu. niech to będzie nasz prezent na pożegnanie. Jeśli zaś idzie o agencję. Od czasu kiedy go nosił. zaczął unikać półobrotów przepisanych przez regulamin. Nie budźmy go jeszcze.

— Kapitan Kuzniecową wróci do dyrekcji. iż sam żywił tak wielkie uczucia rodzinne. lecz było go za mało. wyjdzie za mąż za tego po- rucznika z ministerstwa spraw wewnętrznych. Psar miał córkę. — Dziękuję. który uważał. Abdulrachmanow powtarzał mu ze dwadzieścia ra- zy. Co zrobić z Ałłą Kuzniecową? Już od trzech lat składa odwołania. Pitman pomoże mu w tym.. Światosław będzie musiał poczekać do stycznia. Przedstawicie ją do awansu. że w ten sposób niszczymy jej karierę. Swietoczka. Utrzymuje. na ile było to możliwe — szkaradnej inscenizacji wymyślonej przez Abdulrachmanowa. tego wielkiego człowieka. — Jeszcze jedna rzecz. Siódmy departament. tym bar- dziej. pojadę do Wołkowa. W styczniu naj- starsza córka Pitmana. sekcja druga. — Ach tak. „razem ze swym ciałem fizycznym. iż stoi ponad dobrem i złem. by myśleć o sannie. ale nie zaangażuje całego swego autorytetu w tej sprawie. którzy mieli wszystko do zawdzięczenia tylko 281 . towarzyszu generale. I przygotujecie też. kosmicznym i duchowym”. Dział kadr wyraźnie wo- lał chłopców. z której wyszła. który wcale nie był jego dzieckiem? Z uczuciem ulgi podjął Pit- man decyzję o zaniechaniu — na tyle. że żerowanie na więziach rodzinnych było czymś złym. mój samochód. że w sprawy związane z wywiadem człowiek angażuje się całkowicie. — Skąd ona przyszła? — Z drugiej dyrekcji głównej. a jednak Pitman nie mógł uwolnić się od myśli. Biełoszwejski. intelektualistami. Dlaczego mu ją odbierać? Jakim prawem narzucano mu syna.. poniżej jej kompetencji. żeście mi przypomnieli ten aspekt zagadnienia — Pitman bawił się ołówkiem automatycznym. pracując z turystami francu- skimi. Spadł już śnieg. Cała ta historia z kobietą i dzieckiem nigdy nie podobała się Pitmanowi. Zrobiła staż w manipulacji. który marzył o przejściu do KGB. Zatrudniamy ją przy pracach biurowych.

Cienka jak płat plastiku warstwa lodu pokrywała jezioro. a teraz zbli- żała się coraz bardziej śmierć tego drugiego. giganta. dla którego bolszewizm będzie zaledwie przykrywką: „Dają.własnym rękom. Kończyła się jakaś epoka. a wkrótce zamknie się tamto niezwykłe życie. Mały krawiec umarł skromniutko. nie mógł sobie odmówić przyjemności zrobienia stójki na poręczy fotela. Przed chwilą zamknął tamto dossier. kolosa. Wielki człowiek spoczywał. cichutko przed dziesięciu laty. szelest wszystkich jej stronic. bierz. przez pi- stolety arabskie i mieszki na proch. tchnące chłodem i wilgocią. które migotały miedzią i 282 . Walery myślał tylko o porę- czach i pierścieniach. jakiego dokonała jego córka. jak księga we wspaniałej oprawie. Czy będzie dość czułym mężem? Swie- toczka tak bardzo potrzebowała ciepła. Dacza spoczywała pod ośnieżonym wzgórzem jak na wido- kówce. Nie potrafił on jednak wzbudzić w synu wielkiego uczucia i dlatego Jakub Mojsiejewicz gdzie indziej ulokował swoje senty- menty. zwiewaj”.. otoczony przez swe książki i dywany. Wyczuwał w Walerym niepokojącą słowiańską brutalność. księga o gru- bych kartach. drobny krawiec.. od kandydatów popieranych przez ich teściów. na skó- rzanej kanapie. przybranego ojca. biją. że stłumi w swych dzieciach wszelką tkliwość i że zaszczepi w nich pierwotny arywizm. Ale czy gimnastyka akrobatyczna jest niezbędnym skład- nikiem szczęścia małżeńskiego? Jakim ojcem będzie Walery? Można się było obawiać. czułości. bogato zdobionych i pozłacanych. nie miałby nic przeciwko tego rodzaju ety- ce. ostatni stuk. nie zachwycił wcale Pitmana. jak w dawnych czasach. pięknie żyłkowanej. Gdy tylko znajdował się w salonie. ten porucznik. księga zamknie się i wyda ostatnie westchnienie. swój podziw i potrzebę naśladownictwa. a na koniec rozlegnie się ostatni. Być może jego oj- ciec. Zresztą. definitywny dźwięk. Wzdychał teraz często. Pitman westchnął. w domu ro- dzinnym miała ich zawsze dość. Wybór.

jeszcze potężny. Pit- man nigdy przedtem nie widział tych przedmiotów u Ab- dulrachmanowa. Lecz dykcja nie zmieniła się wcale. okiennice były zamknię- te. 283 . — Jak się pan czuje. ekscelencjo! Słysząc ten głos tak wyraźny. wymowa była wciąż staranna. Kryjówka pogrążona była w mroku. Pomiędzy tymi dwoma mężczyznami nie mogło być mowy o kłamstwie. Mohamedzie Mohamedowiczu? Umierający nie wyrzekł ani słowa. a lampka — wiecznym światełkiem. Na kanapie piętrzyły się koce. lecz jakby pęknięty. Zaczął się zastanawiać. lecz tak mocno już naznaczony przez nadchodzącą katastrofę. wytworna: — Otóż jesteś. jakby ciesząc się swą bliskością. To srebro było ikoną. a żarzących się jeszcze i zachowujących do końca wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły swego unerwie- nia. Z tego mauzoleum doby- wał się tubalny głos. carskiej Rosji. zała- mujący się czasem i przechodzący w szept.srebrem na ścianach. swych włókien. czyjego przybrany oj- ciec przypadkiem nie zwariował. czując po raz ostatni pożywne ciepło łączącej ich przyjaźni. Przez długi czas milczeli obaj. i sęków i pęknięć. To w takich pomieszczeniach żyli i umie- rali zamożni ludzie dawnego reżimu. Małżeńska sypialnia nie bardziej jest typowo rosyjskim pokojem niż jadal- nia typowym pomieszczeniem francuskim. Pitman myślał o polanach wypa- lonych już od środka. i potem nagle — wystar- czy dotknąć je pogrzebaczem — rozsypujących się bezszelestnie i przemieniających się w szary popiół. zasłony zaciągnięte. ale w kącie naprzeciw drzwi paliła się mała czerwona lampka. dotyczących ruchomości i nieruchomo- ści? Pitman ze swej strony nie chciałby nigdy spać bez swej cie- płej Eliczki. odbijająca się w srebrnym zwierciadle. Ale czy jest jakiś sens w tych rozróżnieniach. muzykalna. które z tru- dem tylko dało się odróżnić w mroku. futra i poduszki.

Być może była to oznaka zbliżającej się śmierci. — Nnno więc — zaczął wreszcie Abdulrachmanow. zgasło na wargach. Dzi- waczny czepek wydłużał jeszcze czaszkę. nie doszlibyśmy do niczego. Niemy zwrócił ku niemu głowę. W kącie pokoju rozłożył już łóżko polowe: liczył na to. właściwiej.. nie rezy- gnując ze swego senatorskiego „nnno” — jak się ma mój pod- opieczny? Oczy Pitmana przywykły już do ciemności. — zaczął. A on ma przed sobą już tylko parę godzin. To nie odpowiadało Jakubowi. jak te. Na jego pustej. pod szczotką włosów. — Słuchaj. z której wyrastał ogryzek nosa. żeby on wrócił? Tak byłoby lepiej. że Pitman zanocuje w da- czy. w otchłaniach. tak jakby poruszały się z własnej woli. trzymając ręce pomiędzy kolanami. Zadzwonił do domu. Później przeszedł do jadalni... Zapadł w sen.. tak że stawała się po- dobna do głowy cukru. — Zostanę — powiedział. Pitman. Wyciągniemy wszystkie nitki. 284 .. które zostają po przejściu ślimaka. od dawna chciałem pana poprosić. Ale to przecież pan właśnie. Wciąż nie chce pan. siedział bez ru- chu ponad godzinę. Innokientij na- krywał do stołu: położył tylko jedno nakrycie. — Eliczka. — Mohamedzie Mohamedowiczu.. gdyby nie on. Eliczka nie była zadowolona. W trzewiach Abdulrachmanowa powstało jakieś drżenie. jakby zawieszony między świadomością i nieświa- domością. Abdulrachmanow położył dłonie na prześcieradle i jego ręce od czasu do czasu gładziły tkaninę. Na pół siedząc. pokrytej zmarszczkami twarzy. w których nie można było go odnaleźć. przeniosło się przez całe jego ogromne ciało... Nie miałem śmiałości. Rozróżniał teraz wielką głowę wciśniętą pomiędzy okrągłości poduszek. W końcu służył nam przykładnie. wolałby spędzić wieczór w gronie rodzinnym i wrócić tu nazajutrz. Pitman dostrzegł dwa świecące wilgotne ślady.

Za podwójną szybą ukazała się ziemia usiana kryształkami śniegu. — Zauważyłeś? — powiedział Abdulrachmanow. i wódka. wieńczącą ramię olbrzyma. nie ma co być miłosierny. Innokien- tij z pewnością ugotował dla ciebie zupę kalafiorową. dłonie leżące na prześcieradle drgnęły: — Odsłoń okno. że nie wie. Syn tego. Abdulrachmanow chłonął ten widok. tę małą dłoń. że czuję jej zapach. Zdaje mi się. Połóż to tutaj. i nawet śledź wę- dzony. Pitman zjadł ten chłopski posiłek powstrzymując 285 . gdy jednak Jakub zbliżył się do niego niosąc na tacy zieloną butelkę i mały kieliszek. Zdawało się. usiane kryształami gwiazd. synku. że umrę jesienią. którą wybrać wersję. Wrócił do pokoju Abdulrachmanowa. Wziął Pitmana za Innoktientija. wzorzyste zasło- ny. jakby chcąc po raz ostatni nakarmić oczy takim obrazem. Urodziłem się w czerwcu. a nad nią ciemnogranatowe niebo. — Idź— powiedział Abdulrachmanow — idź jeść. Jego szczęki poruszały się. W ciemności świeciły oczy starca. które też się zaróżowiło. który przynosi przebaczenie. nie ma co być miłosierny. Ale pewnie się mylę. Pitman podszedł do okna i rozchylił ciężkie. Rzeczywiście była na kolację zupa kalafiorowa. który przynosi przebaczenie. Mała przesądna lampka wciąż paliła się przed srebrnym zwierciadłem. to ty. — Likierku!— zażądał. Pitman pochylił się nad nim i pocałował dłoń. uśmiechnął się: — A. — Umiera się prawie zawsze w innej porze roku. których Pitman nie zrozumiał: — Niewolnik tego. bo mój nos strajku- je od dawna. Zawsze wiedziałem. Wymruczał dwa zdania.

za dyrygentów orkiestry. aż zamarznie. A ludzie. Czekać i za nic w świecie nie in- terweniować. Nic in- nego nie robi ten na górze. Ludzkość powstała w ramach operacji dezinformacyjnej przeciwko Szatanowi. pudłami rezonansowymi. Słyszysz? Twój generał składa ci podziękowanie. On opowiada o Prefekcie 286 . który liczy sobie osiemdziesiąt jeden lat”. powi- nieneś wziąć się do czytania Sun Tsu. Któregoś dnia. ale dobrze zaopiekowałeś się twoim gene- rałem. synu? I tak właśnie powinno być. Czyż nie w ten właśnie sposób myślisz o stworzeniu.szloch. Czeka. Wielki Monter. pamiętasz. Twój generał dziękuje ci. co mówi się w Księ- dze. Abdulrach- manow drzemał. aż mróz weźmie. Jesteśmy zaledwie. Ponieważ trzeba było zmusić ludzi. najlepszy sposób. A przecież nie ma nic niezwykłego w śmierci człowieka.. — Teraz pozostaje tylko oczekiwanie. żeby ich nakłonić do zrobienia czegoś. Wytarł usta i wrócił znowu do swego przyjaciela. które spoczywały na jego oczach jak ogromne muszelki. Anioły zbuntowały się. To ty. Poczekać.. nie podnosząc powiek. żeby zainteresowali się dobrem i złem. — Nnno więc — powiedział naraz umierający silnym głosem. Powiedział so- bie: „Jestem zbyt wrażliwy. Pamiętasz. Wąż. — Ten od największego ze wszystkich montaży. Zakaz to element dezinfor- macji. synu. Doszło do wojny. który nie pozwalał mu połykać jedzenia. mój plastikowy Jakubie Mojsieje- wiczu. bojąc się zrozumieć zdanie Ab- dulrachmanowa. To jak u Sun Tsu. Od czasu do czasu w półcieniu pokoju coś się zmieniało w oświetleniu: to Innokientij pojawiał się w obramo- waniu drzwi. — Kto? — spytał Pitman. wąż to przebrane słowo. Jak w skomplikowanych montażach. Nie możemy się uważać za źródło promieniowania. Kenti? Ty jesteś chłopem z chłopów. Ty i ja jesteśmy tylko pałeczką przechodnią. W przeciwnym razie wojna z tym hitlerow- cem Lucyferem byłaby przegrana.

zarządził. Czy wiesz. który walczył z dwoma buntownikami. Zadał im straty i obłowił się przy tym. by nakarmić konie i by każdy żołnierz dostał swój posiłek do łóżka. raz czy dwa razy podstawiłem nogę Szatanowi. których imion nie pamiętam. Udało mi się chyba odrobinę nagiąć Historię we właściwy spo- sób. Jeżeli nie. czyjego mistrz zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. że się rozpłakali. nie wiem. że jego mistrz kompromituje się. jego duch był jeszcze obecny. Wtedy prefekt zwrócił się do nich: „Panowie. to co straciliście jest ni- czym w porównaniu z tym. po- wiada Sun Tsu. tak jakby był zdro- wym człowiekiem — jestem dość zadowolony z mojego życia. Mohamedzie Mohamedowiczu? Czyżby wierzył pan w Boga? Nie otrzymał odpowiedzi. często czy- niłem go wykonawcą moich zamierzeń. Rozpłakali się. to wielkie ciało nie kryło już żadnej 287 . Wtedy jego żołnierze nie chcieli wrócić do walki. nie był jednak pewien. co do tej pory złupili. co wciąż jeszcze znajduje się w posia- daniu buntowników”. Łupów nie ma. Pitman wiedział. Jeżeli Abdulrachmanow odpowie: w sposób wy- znaczony przez Marksa i innych ojców Rewolucji. Pitman obawiał się. który sposób był właściwy. Pitman przypatrywał się małej lampce. wolał jednak wyjaśnić sprawę. Żołnierze wracają. co uczynił Hsiang? Posłał ich na polowanie i podpalił ich obóz. obawiając się że stracą to. Hsiang. Sun Tsu mówi wyraźnie. — Co to znaczy „we właściwy sposób”. Abdulrachmanow znów pogrążył się w mroku. Zapytał go: — Co pan chce powiedzieć. Żołnierze sami zażądali bitwy. Dlaczego do łóżka. Co miała oznaczać? Po jakimś czasie Abdulrachmanow znów się rozbudził: — Wiesz— powiedział zwykłym głosem. Mohamedzie Moha- medowiczu? Drżał cały.Hsiang. Podobnie postępuje Wielki Monter. W ka- żdym razie następnego dnia rano buntownicy zostali unice- stwieni.

ale Abdulrachmanow zapowiedział. wiesz o tym równie dobrze jak ja. Potem szukają sobie opiekunów w Niemczech. żeby nam przytrzymać strzemię.. z naszymi ciemnymi kędziorami. żeby mo- żna mnie było wyleczyć. Być może lekarze umieliby to osiągnąć. Potem Polacy. synu. że zmienił temat rozmowy: — Czy czytałeś Dostojewskiego? — Trochę. Odczuwał ból. to Wielki Démonter. jaka była ich historia. Później zgnietliśmy ich. ty. przywita go strzałami z pistoletu. żeby jego dobroczyńca umarł w pełni przytomności umysłu. to dlatego widział pan wielbłądy. Naprzód ubłagali Wikingów. który zrodzony zostałeś z Sema i ja. nie bardziej jestem Uzbekiem niż ty Żydem. Tak bardzo chciał. Jesteśmy Rosjanami. Rosja nigdy nie 288 . a on nie zechce umrzeć za mnie. Gdy byłem mały. wiesz o tym? Pitman zamknął oczy. kto jest tym Szatanem. to dezinformacja.duszy. Mohamedzie Mohamedowiczu. — Nie. Jesteśmy prawdziwymi Rosja- nami. Cała reszta. mój tombakowy Jakubie Mojsiejewiczu. żeby zechcieli nimi rządzić. „Jestem za stary. Zobacz. więc o co chodzi?” — Mohamedzie Mohamedowiczu. jedynymi prawdziwymi Rosjanami. potrzebni byli tylko do tego. Powieści Dostojewskiego nie były lekturą zalecaną w ich śro- dowisku. jak przy- stało bolszewikowi. Przyjrzałeś mi się kiedyś? Pozostali. Posadzono mnie na grzbiecie wielbłąda. Było wiele wielbłądów i derwiszy. wszędzie dookoła znajdowały się wielbłądy. zrodzony nie wiadomo jak. — Naszkicował mój portret. o którym pan mówi? — Szatan. Wielkorusy.. — Pan jest Uzbekiem. mój zło- ciutki Jakubie Mojsiejewiczu. Pitmanowi przynajmniej wydało się. Abdulrachmanow nie odpowiedział na to. I dywany piękniejsze niż ciało kobiety. że jeśli sprowadzi mu się leka- rza.

w łonach kobiet wielkorosyjskich i małorosyj- skich. Jej jedyny sprawny przywódca od cza- sów Rewolucji był Gruzinem. mój synu. A ja. hopla. Ale wtedy. póki jej mieszanka nie bę- dzie doskonała. białoruskich i czerkieskich. Słysza- łeś o micie Trzeciego Rzymu? Nie jest fałszywy. Pamiętasz tę książkę. a narobimy wam maleńkich Rosjan. Prawdziwi Rosjanie są na wymarciu.. to było w porządku. ty masz rodzinę. ale całego człowieka. ale także dlatego. Dzięki temu Za- chód był spokojniejszy. Abdulrachmanow znowu zapadł w niebyt. rozległość. wyjdzie spod niego Tatar. Imperium rosyjskie! Nic więcej nie trzeba dodawać. Dajcie nam wasze kobiety. gdzie były same statystyki? Dowo- dzono. ilu bastardów? Napłodziłem ich. I Rosja będzie się tak długo skrobać.. że imperium rozsypie się na kawałki. żydowskich i lapońskich. Nie znam ich.. dzielny Oprycznik. Dopóki więc choć jedna jego cząstka pozostanie przy życiu. Czy wiesz. Inni to amatorzy. I Bałt. Ich żony buntują się. Tak właśnie mu- si być. któremu się powiodło. nie chcę ich znać. To jedyne nowoczesne imperium kolonialne. August i Cezar. „Kochałem nie tylko jego inteligencję. będę go kochał”. I Polaczek. ale pracowałem dla sprawy. jako że tylko pierwsi rzymscy cesarze byli Rzymianami. A cesarzami przyszłej Rosji.. którą kazał opu- blikować Oprycznik? Tam. Ale także i Żyd. Piją tak dużo. a Pitman odnalazł w sobie moralną siłę — czy może raczej słabość — by pogodzić się z degradacją intelektualną wielkiego człowieka. Borys. mój diamentowy Jakubie Mojsiejewiczu. że stają się impotentami. 289 . dlaczego? Tak. będziemy my. Widzia- łeś wskaźniki demograficzne? Ty co innego. jesteś Rosjaninem przyszłości.. był moim ku- zynem.. Anglicy nie mylą się: wystarczy poskrobać Rosjanina. że Rosjanie zawsze prakty- kowali integrację. Uzbeków. ty i ja.rządziła się sama. Nasz największy car. nie było tu żadnych mórz do sforso- wania. Zapomniano tylko o jednej rzeczy: że Uzbecy są bardziej rosyj- scy niż sami Rosjanie. nigdy nie potrafiła nawet utrzymać stolicy w jednym miejscu.

— Zauważ. Mohamedzie Mohamedowiczu. więc po pierwsze dzisiaj jest jego święto. to nie jest Mateusz Ewangelista. że zniesie każdą odpowiedź. że sprawi mu to przyjemność. ale zostałem ochrzczony. czując. 290 . pomyślał Pitman. śmieszy mnie to pochodzenie. jego obraz był u nas w domu. rozchylił wargi w lek- kim uśmiechu. Dobrze.. — Ale przecież mówił pan. — Chce pan powiedzieć. Zastanawiałem się nad tym.. o cerze tak ciemnej. Nazywam się Matwiej Matwieje- wicz. to nasz Matwiej. że na tle poduszek wy- dawała się całkiem czarna. Przysiadł przy łóżku. Myślałem. podobny w tym do źle pracującego silnika. mój cukierkowy Jakubie Mojsiejewiczu.. — Ależ. po czym. tak żeby widzieć jak najdokładniej twarz Abdulrachmanowa.. — Dezinformacja. Pitman nareszcie zdobył się na odwagę postawie- nia mu tego pytania w najłagodniejszej formie. Westchnął i całe jego ciało poruszyło się przy tym. de-zin-for-ma-cja. Muzułmanie nie znają ikon. niekiedy zanikał i znowu się pojawiał. Gdy Abdulrachmanow otworzył oczy. pan przecież pocho- dzi z rodziny muzułmańskiej. knot. najbardziej absurdalną i poniżającą nawet: — Po co to panu? — Aha. Oddech był na zmianę szybki i po- wolny. że jest pan chrześcijaninem? — Mój synu — powiedział Abdulrachmanow — istnieje tylko jedna religia. że. ty wiesz. ujrzawszy ikonę. Gdy byłem mały. I być może mój ojciec również. pochodzę. W tamtym momencie nie warto było być chrześcijaninem. „Nie dożyje następnego dnia”. Może pochodzę z rodziny muzułmańskiej. to cię dręczyło.. — Pochodzę. i była stara służąca. która miała szczypczyki i. Mateusza. — Czyje święto? — Matwieja.. rozglądnął się wokół ze zdumieniem.

Jego oczy odnalazły ikonę. czy cierpi. na czym polega na- sza praca. zatrzymały się na niej i zdawało się.. Pamiętasz. 291 . Wrzesz- czał. — Czy chcecie likieru. Leonid Iljicz nie zgadzał się na to. — Myślę. żeby wymienić go na kogoś tam z Chile. że tak nie jest.Pieczerski. co się stało z Bukow- skim? Wpadliśmy na pomysł. Teraz dysponujemy planami na dwadzieścia. że odnalazły dzięki temu spokój. nie przyznając im monopolu na prawdę.. Niczego nie podejrzewał. ale był pewien.. Czy oni pozwalają ci zorientować się w tym? — Tak. mój synu. że odgaduję. było już za późno. wyko- nującym określone polecenia. do którego wdmuchnięto porcję ciepłego powietrza. Wmówiliśmy mu. O. że źle nas poinformowano. trzydzieści lat naprzód. tym razem nie zamykając oczu. aby pokazać światu. Jego oczy szukały czegoś niepewnie.. Ale czasem zatrzymywał się w tym upadku. jeżeli chcieli w dalszym ciągu jechać na swojej ideologii. Właśnie w trakcie jednego z tych momentów bliskich upojenia Abdulrachmanow wyjawił Jakubowi tajemnicę czapek- niewidek. że Bukowski to wariat.. że wcale nie jesteśmy bardziej brzyd- cy i niebezpieczni niż Chile.. jak balon.. właśnie. żebyś zaczął rozumieć. nie powinni byli tworzyć naszej dyrekcji. wydaje mi się. Abdulrachmanow zamilkł znowu. Zsuwał się po pochyłości. — Wypadałoby. Dopóki jeszcze byliśmy małym departamentem. Oni zorientują się dopiero za kilka dobrych lat. — Już nie wiem — odpowiedział Abdulrachmanow. Mój organizm nie chce już nic przyjąć. Tak.. Później Pitman zapytał go. ani Matwiej. nie próbując nawet uchwycić się wystających gałęzi. Nie można zatrudnić za- wodowych kłamców. Gdy przekonał się. że już nie będę więcej pił na tej ziemi. jakże kochałem Rosję. towarzyszu generale? Pitman nie odważał się mówić ani Mohamed. Rosjanin. mój mały. A na- jadłem się jej sporo. — No właśnie.

co zdarza się czasem ludziom umierającym. Wziąwszy pod uwagę rozwój techniki. musieliby i tak podążać zgodnie z na- szymi drogowskazami. Ale w ogó- le. my w areopagu. — Czy tak lepiej? Abdulrachmanow nic nie odpowiedział. lazurowo-ciemnopurpurowy.My.. co mają klucze do dezinformacji. być może jednak umierającemu nie chodziło o ciepło w znaczeniu czysto fizycznym. On sam przeczuwał już wcześniej ten se- kret: ci. a to oznacza panowanie nad światem. nie są potrzebni. ale nie poradzą sobie z obrazami. kwadratowy. Mogą nas rozstrzelać. Jego oczy stały się szkliste... by mogła za- trzymać ciepło. muszą mieć też dostęp do informacji. jakie jest ostatnie kłamstwo. Chodzi o jeden i ten sam cel. — Nie — powiedział Abdulrachmanow. to my wytwarzamy wszystkie obrazy. Tkanina dywa- nu była tak sucha i twarda. Jakubie Mojsiejewiczu. mój synu. W porządku.. mój... które już wy- produkowaliśmy. to jest do Dobra. Do użytku ze- wnętrznego.. do użytku wewnętrznego. że nie wydawało się. i tylko głowę zostawił na zewnątrz. (zawiodła go wyna- lazczość językowa) w tym czasie my poprowadzimy ludzkość do szczęścia.. 292 . Przykrył nim ciało swego nauczyciela jak sztandarem. Gdy- by nawet nas zabrakło. — Zimno mi — powiedział nagle Abdulrachmanow. będą trzymali strzemię. czyjego mistrz pada ofiarą niewiarygod- nej megalomanii. ozdobiony deseniem w kształcie rombów. mój. My zaplanowaliśmy już dwudziesty pierwszy wiek. — Kenti! Jeszcze jeden koc. czy też mówi prawdę. jesteśmy fabryką prawdy. który wydał mu się najpiękniejszy. Nigdy nie wyjdą z naszego labiryntu. Wszystko się zazębia. Pitman nie wiedział. jeśli idzie o Rosjan. — Dywan. Pod przykryciem tak sztywnym i tak hieratycznym przypominał raczej postać wyrzeź- bioną na wieku sarkofagu niż człowieka z krwi i kości. wszystko się zgadza. Rosjanie. W tym czasie. bo nigdy nie będą wiedzieli... Pitman wybrał dywan.

Tak. kim była ta osobistość. Pitman padł na kolana przy łóżku i przycisnął policzek do starego bucharskiego dywa- nu. dwukrotny kawaler Orderu Lenina. Generał-pułkownik Abdulrachmanow Mohamed Mohame- dowicz. A jeśli chodzi o lojalność. co należało o tym myśleć. inną. Czyż Partia nie jest najwyższym sędzią dobra i szczęścia? Po zakończeniu pogrzebu odbyła się oczywiście stypa. mówił przez pół godziny o absolutnej lojalności nie- boszczyka. insygniami honoro- wego czekisty. przed nimi dwo- ma. Abdulrachmanow służył ojczyźnie i Partii lepiej niż ktokolwiek inny. z któ- rej wielu wyszło tak słaniając się na nogach ze smutku. Ale czyż na łożu śmierci nie dał do zrozumienia. chociaż dzień pracy 293 . że ta śmierć ma w sobie coś niesto- sownego. że ojczyzna i Partia były dla niego tylko środkami? Środkami do osiągnięcia jakiego celu? Dobra i szczęścia. To właśnie ta lojalność sprawiła. jaki wykonać gest. że tyle jego nad- ludzkich misji uwieńczonych zostało sukcesem. Pitman nie bardzo wiedział. Nagle wydało mu się. robił szeroki znak krzyża. odznaczony orderem Czerwonego Sztandaru. jakby tym samym mógł jednocześnie wyrazić swoją miłość i po- bożność. Było wiele prze- mówień i generał-porucznik Pitman. a Pitman nie wiedział. a tuż obok niego Innokientij. też na klęczkach. Płakał. wracając do przyzwyczajeń z dzieciństwa. że mu- sieli być odwożeni przez swoich szoferów. Żadnych dodat- kowych informacji na temat tych nadludzko trudnych misji. ramion i piersi. w którym wielu rozpoznało ukochanego ucznia i w pewnym sensie duchowego dziedzica zmarłego. dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego. której nazwiska nigdy nie słyszeli. orderem Wojny Patriotycznej. bo nie wiedzieli. Innokientij zawył z bólu. miał uroczysty państwowy pogrzeb. Członkowie korpusu dyplomatycznego wzięli w nim udział wyłącznie z chęci przypodobania się gospodarzom. że jego dobroczyńca zasłużył na śmierć bardziej doniosłą. Czuł. a nie w takich okolicznościach. Przyciskał przy tym z wielką siłą palce do czoła. Chwila niepewności nie trwała długo.

Postawił pudełko na stole. z jednym. Kiedy wielki człowiek umiera. nie mogło niczego zmienić. nie dający się wymówić sam w sobie i służący wyłącznie do waloryzacji poprzedzającej go spółgłoski. to znów uśmiechał się. Pitman nie należał do nich. jako że Eliczka nie pochwalała przesadnych wy- datków. Wewnątrz znajdowała się seledynowa teczka.jeszcze wcale nie miał się ku końcowi. Pitman zatrzymał się przed sejfem i otworzył go. usiadł i rozwiązał błękitne sznurki. Czyż nie tego właśnie życzyłby sobie Abdulrachmanow? Po piętnastu minutach nieskoordynowanego marszu. Kazał się odwieźć do Pałacu Roztop- czynów i zamknął się w swoim pokoju. roztrząsanie jej. Pitman miał zamiar również z tego skorzy- stać. do diabła. Z rękami założonymi na plecach Pitman najpierw przespace- rował się po swoich własnych dywanach. które przy- trzymywały pokrywkę. lecz właśnie rzeczy nieuchwytne składają się na codzienność 294 . Wyciągnął stamtąd kartonowe pu- dełko. myślenie o niej. wy- pisanym ciemnozielonym atramentem znakiem zamiast tytułu. Śmierć Abdulrachmanowa spowodo- wała wielką wyrwę w szeregach areopagu. Pitmanowi spodo- bało się. żeby nadać swojemu ukochanemu planowi nazwę. najpilniejszą sprawą dla jego wyznawców jest obalenie jego testamentu. Należało się liczyć z poważnymi przeszeregowaniami per- sonelu i. Dyrekcji. które były tylko imita- cjami starych. Był to twardy znak alfabetu rosyjskiego. w całym KGB. Nie inaczej miało się stać i tym razem. pił mało i ostrożnie. Ogólnie rzecz biorąc mimo cierpienia był raczej radośnie podniecony. na którym prócz firmowego nagłówka dyrekcji «A» moż- na było przeczytać słowa „Absolutnie tajne”. Poniósł stratę nie do naprawienia. niezwykle rzadko uży- wany. któ- rej nikt nie mógł wymówić bez dodatkowych wyjaśnień. Chodząc kołysał się i wykonywał piruety. Z tru- dem tylko można było znaleźć coś jeszcze bardziej nieuchwytne- go. kiedy to raz miał łzę w oczach.

zamiast zadowalać się oczekiwaniem na zgnicie przeciw- nika i powiększanie się przyszłej zdobyczy. możemy zauważyć. Pojawiając się w jakimś konkretnym kraju. dzięki nowoczesnym środkom komunikacji. to kapitalizm. którego dalsze losy trudne są obecnie do przewidzenia. Założywszy. agresywna.służb wywiadowczych. będąca w użyciu w carskiej Rosji. Za- triumfuje on jako taki. wycelował okularki w pierwszą stronę tekstu: Od chwili. a raczej nierównowagi sił. w świecie zmagają się z sobą dwie siły. ruch tego typu mógłby gwałtownie się rozszerzyć na cały Zachód. Jeśli posłużymy się jako przykładem jednym z krajów zachodnich. kiedy to. mogła również sugerować twardość i nieustępliwość reżimu sowieckiego. nieprecyzyjnym. żeby nazwać jakąś operację „miękkim znakiem”. energiczna. jak Grecy koniem trojańskim. apatyczna. albo też posłuży się. poniosło klęskę. jak każdy autor czy- tający swą własną prozę. Litera ta. A poza tym Twardy znak świetnie paso- wał do stylu dyrekcji. którą uznać można za ostateczną. można już w tej chwili przewidzieć zwycięstwo marksizmu-leninizmu. Tego typu prąd jest nie tylko prawdopodobny. konstruktywna. biorąc pod uwagę 295 . pozbawiona ideałów i natchnienia. Nie powinien nas jednak usypiać przesadny optymizm. Nikomu nie przyszłoby do głowy. Pitman otworzył teczkę i oblizując wargi. Francją. co określamy mianem. lecz jest prawie niemożliwe. pokojowa. Dru- ga. to marksizm-leninizm. konserwatywna. mogłoby ono w końcu spowodować uformowa- nie się trzeciego prądu ideowego. faszyzmu. lecz wygodnym. że doszło tam do pewnego wrzenia intelektualnego. socjalizmem nienarodowym. Istnieje w języku rosyjskim miękki znak. Jedna z nich. Oceńmy trzeźwo sytuację. I wówczas stanęlibyśmy w obliczu konieczności wywołania otwartego kon- fliktu. oży- wiona wielką wiarą w samą siebie. a co lepiej byłoby nazwać narodo- wym socjalizmem (Nationalsozialismus). że żadna zmiana nie naruszy tej równowagi.

Australii. co wobec pro- letariackiego komunizmu. możemy uznać jego pojawienie się za coś niezbicie pewne- go. że Francuzi posiadają tę cechę szcze- gólną. Niemiec Federalnych. czy rozprzestrzeni się również w krajach. Szwecji. Nie na- leży bowiem zapominać. Jakkolwiek bę- dzie. aby jakieś wzburzenie tego typu nie zagroziło realizacji naszych projektów. obdarzona większą witalnością niż kapitalizm. wbrew pozorom. opóźnić nasz pochód ku promien- nej przyszłości. W takiej perspektywie aktualna konserwatywna tendencja Anglii. któ- re korzystają już z systemu komunistycznego. można przewidzieć. że prosty i czysty kapitalizm nie nabierze nagle drugiego oddechu. żeby nas postawić w trudnej sytuacji. Gwałtowne unicestwienie takiej uformowanej grupy przyspo- rzyłoby nam problemów i nie byłoby całkowicie zgodne z du- chem. bo tylko on będzie dla niej zagrożeniem. a przede wszyst- kim USA nie jest. czy ruch ten odwoła się do wartości wstecznych czy postępowych. Natomiast zawiązanie się takiego ugrupowania nie może być w żadnym wypadku groźne dla naszego kraju. która jak się wydaje.reguły dialektyki. a mogłoby nawet przekształcić wymierzoną w nas broń w skuteczne 296 . w którym organy bezpieczeństwa państwa sowieckiego zwykły działać. czy będzie miał poważne szanse. neutralizowana przez tę ten- dencję. zrodzi się w masie ludowej czy też bę- dzie elitarny. może. która teoretycznie będzie równie wroga wobec burżuazyjnego kapitalizmu. przy- najmniej przez pewien czas. możemy uznać prawdopodobieństwo utwo- rzenia się Trzeciej Partii Światowej. Nie możemy przewidzieć. Ta trzecia siła. że będzie ona szczególnie uczulona na ko- munizm. do której mają więcej sympatii — pozostawiając ją w ten sposób w opozycji — ponieważ wszelka władza wzbudza ich wstręt. iż nie głosują na frakcję. Ponieważ jednak partia ta będzie mo- gła się rozwijać swobodnie tylko w krajach kapitalistycznych. Założywszy. zwyciężyła teraz we Francji. religij- nych czy humanitarnych.

które działały w przekonaniu. pojawiają się w telewizji. Można więc wyciągnąć wniosek. byśmy my z kolei mogli go przeniknąć. partia Młodych Rosjan. to posłużenie się tym wniknięciem naszych dysydentów w świat zachodni tak. Dalej. co pla- nujemy w ramach montażu Twardy znak. Jest całkowicie oczywiste. To. całkowicie izolowana w latach dwudzie- stych i trzydziestych. gdyby formowanie się tego typu partii opóźniało się. prowadzone były już z powodzeniem: siatka Trust pozwoliła nam nie tylko wydrenować poważną część białej emigracji. że finansują ugrupowanie kontrrewolucyjne. w naszym interesie leży rzucenie na Zachód magnesu. prowadzona przez jednego z naszych agentów przeni- kających. Szczegól- nie rosyjska emigracja. ponieważ a priori sympatyzują oni z ideami liberalnymi. której utworzenie wydaje nam się nieuniknione. że w przypadku. 297 . byłoby do- brym posunięciem strategicznym dostarczenie potrzebnych ka- talizatorów po to.narzędzie. kształtują opinię publiczną. są przyjmowani przez szefów państw. deklaracje ich są publikowane w prasie. jakakolwiek byłaby ich jakość. aby zgromadzić wokół kontrolowanej przez nas bazy wszystkie elementy potencjalnie zainteresowane taką działalnością. jak również wchłonąć i wysterylizować wszystkie talenty. mogłaby się skrystalizować wokół tych dysydentów. Jeśli tego zechcemy. które mo- gły być przyciągnięte przez faszyzm. pozwoliła skłócić z sobą różne pokolenia emigracji. lecz w dodatku subwencjonować pewną ilość naszych własnych ope- racji przez Stany Zjednoczone. że operacje tego typu. odgrywa obecnie pewną rolę w świecie. choć na mniejszą skalę. który będzie do nas należał i który przy- ciągnie do siebie opiłki żelaza nowych idei i ich wyznawców. to Trzecia Partia. Ale sytuacja międzynarodowa mocno się zmieniła. Przypomnijmy. że aktualna dyrekcja lepiej niż ktokolwiek inny nadaje się do prowadzenia tej akcji. Mówiąc inaczej. Jej przedstawiciele.

która pozwala na następny karambol). nie dopilnowano. Za to na terytorium ZSRR. ponieważ osobnik ten natychmiast wywołał niezadowolenie lu- dzi Zachodu. Mówiąc inaczej. w nadziei. wykonawstwo powierzone jest bezpośrednio agent d'in- fluence. w sensie i psychologicznym i materialnym (zobacz Vademecum agent d'influence: każde uderzenie musi przesunąć czerwoną i białą kulę przeciwnika na pozycję. Soł- żenicyna. i jego legenda. jeśli w ogóle istnieje. kiedy tacy osobnicy pozostają w naszych rękach. i osobnik ten skazany został na swoje własne nieprzejednanie. Rzeczy- wiście. 298 . każda koncentracja prze- ciwnika w określonej przestrzeni poprawia warunki obstrzału. tylko poprzez system pośredników. by w jego pobliżu znalazł się zatrud- niony przez nas manipulator. składającego się nie tyle z emigrantów co raczej ludzi Zachodu. zaleciła po prostu ekspulsję. jak sobie przy- pominamy. jak wiadomo. Dyrekcja. skonsultowana w sprawie decyzji dotyczącej A. poprowadzonemu przez oficera-pilota. Tym niemniej w przypadku branym pod uwagę takie uproszczone rozwiązanie nie wydaje się godne polecenia z następujących powodów: — „katalizator” nie omieszka wzbudzić podejrzeń organów przeciwnika. tego rodzaju operacje prowadzone są z powo- dzeniem dzięki współpracy z drugą Dyrekcją Główną (patrz refe- rencje w aneksie). sukces planu takiego jak Twardy znak pole- ga na odpowiedniej manipulacji „katalizatora” przez agent d'in- fluence. utworzenia się wokół niego zbiorowiska zwolenni- ków skrajnej prawicy. Jak wiadomo. nawet dobrze wobec niego nastawionych. jak w operacji Młodzi Rosjanie wspomnianej wyżej. których nie- winność i oddalenie od źródła uwierzytelniają dostarczone im fałszywe informacje. najmniejsza luka będzie za- uważona i operacja stanie się niemożliwa. — dezinformacja i wywieranie wpływu mogą być stosowane. zostanie ka- wałek po kawałku zdemontowana. chyba że. Operacja ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.

b) że właśnie dyrekcja dysponuje w tej chwili dwoma indy- widuami. żadnym tam Dzierżymordą! Jest pan myślicie- lem politycznym i niech pan nie zapomina. aby wybrany „katalizator” nie zdawał sobie sprawy z powierzonej mu roli i żeby stał za nim wypróbowany agent d'influence. żeby wjego przypadku chodziło o zmęczenie lub ryzyko demaskacji. któ- remu nadano pseudonim Diak. lecz nie wydaje się. dlaczego byłby naj- lepszym możliwym katalizatorem. 3. Dotarłszy do tego miejsca Pitman zatrzymał się. że nie ma żadnego powodu. Wszystko szło dobrze do tej pory. że styl jest formą myśli. lecz teraz trzeba było do- rzucić paragraf. którego plan ukształtował się natychmiast w czujnym umyśle Pitmana: 1. Proponuje się tylko opóźnienie jej spełnienia. 299 . precyzując. Dorzucić być może notę: „Oprycznik poprosił o za- kończenie swej misji. Nie jest to jednak nic pilnego”. Nakreślić a) karierę Oprycznika i wykazać. są bardzo trudni do znalezienia.. aby raporty napisane były starannie: — Nie jest pan policjantem.. Agent po prostu powołuje się na obietnicę sprzed trzydziestu lat. Podkreślić a) że osobnik i jego manipulator. które mogą utworzyć pożądaną konstelację. b) działalności Oprycznika. bez wąt- pienia prawowite. której nie ma powodu nie dotrzymywać. być może nawet cały rozdział. by zrezygnować z usług doświadczonego i pełnospraw- nego agenta. odpowiadający naszym oczekiwaniom. którego zadaniem jest regulacja ruchu ulicznego. Powołuje się on również na swe pragnienie. b) kwalifikacje autora zamachu przeciwko Breżniewowi. Zrobić bilans a) wydatków poniesionych na utrzymanie Diaka i usług od- danych przez niego — nie ma między nimi właściwej proporcji. dlaczego byłby idealnym manipulatorem. poznania matki ojczyzny. Wydaje się nam więc istotne. Świętej pa- mięci Abdulrachmanow wymagał zawsze. 2. wykazać.

Przez trzydzieści lat Aleksander był prowadzony, podtrzymy-
wany, nadzorowany, chroniony. Nagle znalazł się sam, jak siero-
ta, w wielkim świecie. Nie umiał pływać i wyrzucono go za burtę.
Pierwsza myśl, którą podsunęła mu intuicja, była dobra:
„Opuścili mnie”. Ale natychmiast opanował się, to znaczy na-
uczył się pływać i kłamać sobie. Nie, oni nie opuścili go. Wyda-
rzyło się zapewne coś, co łatwo sobie wyobrazić: policja francu-
ska wpadła na ich trop i dla ogólnego bezpieczeństwa podczas
kilku godzin lub kilku dni musi unikać wszelkiego kontaktu z
nimi. Taka sytuacja, przypominał sobie teraz, była uwzględnio-
na w instrukcjach, których nauczył się na pamięć podczas kursu
w Brooklynie: jeśli kontakty drogą zwyczajną są zablokowane,
posłużyć się sygnałem alarmowym. Jeśli i to nie działa, pocze-
kać. To centrala ma nawiązać zerwane połączenie. Zaczął wyrzu-
cać sobie swoją chwilową panikę. Był oficerem, powinien się
trzymać w garści. Nie było w tym nic dziwnego, że podstawienie
Gawierina rzuciło na niego podejrzenie, na niego, Psara, który
był przecież gwarantem fałszywego Kurnosowa. Dyrekcja mu-
siała z pewnością oczekiwać wielkiej akcji kontrwywiadu: pod-
słuch, śledzenie, prowokacje, i w interesie Aleksandra poczynio-
no kroki, żeby to niczego nie dało.
Uspokojony, Aleksander zadał sobie oczywiste pytanie: czy
Zellman był wysłany przez dyrekcję? KGB musiało dobrze wie-
dzieć, że Gawierin nie był Kurnosowem. Czy należało wyobrażać
sobie, że popełniona została jakaś nieostrożność i że Zellman
zwolniony został przez pomyłkę? Czy też, przeciwnie, chodzi tu o
montaż i Gawierin został przedstawiony jako Kurnosow po to,
żeby mieć okazję do zdemaskowania go? Dwa argumenty prze-
mawiały na korzyść tej drugiej hipotezy: zwyczajowa sprawność
dyrekcji, a poza tym fakt, że telefon alarmowy został wyłączony
przed, a nie po publicznej demaskacji.

300

Jeszcze raz zirytowało wtedy Aleksandra, że nie został uprze-
dzony. Do niego należało teraz stawić czoła burzy i można było
mu dać instrukcje, zakładając, że burzę tę wywołano specjalnie.
Próbował się pocieszać. Być może traktowano go już jak członka
hierarchii, a nie jak agenta. To dlatego pozostawiono mu swobo-
dę podejmowania inicjatyw dla dobra służby.
Został wezwany przez DST, francuski kontrwywiad, złożył mu
też wizytę inspektor wywiadu. Nikt nie podejrzewał w panu Psa-
rze agenta, ale zadawano sobie pytanie, czy przypadkiem on sam
nie był manipulowany. Chciano mieć informacje na temat kana-
łu przerzutowego do Rzymu. Uprzejmie, kategorycznie odmówił
odpowiedzi. „Jestem agentem literackim, wykonuję swój zawód,
zostałem wprowadzony w błąd przez pokazane mi dokumenty
osobiste, nie jestem zaangażowany politycznie...”
Gawierin próbował zniknąć, potem jednak pojawił się w
agencji: „Chcę mówić”. Rosyjska prawda widniała teraz na li-
stach bestsellerów i coraz więcej chętnych domagało się wywia-
dów. Gawierin przyjmował wszystkie propozycje i za każdym
razem opowiadał inną historię. Raz był prawdziwym Kurnoso-
wem, którego zdrowie psychiczne nadwyrężone było przez pobyt
w szpitalu specjalnym. Kiedy indziej był wysłannikiem, którego
zadaniem było zaszkodzenie książce. Kiedy indziej jeszcze
przedstawiał się jako osoba dyrygująca siatką antykomunistycz-
ną, mającą swych ludzi nawet w Radzie Najwyższej. Czasem
okazywał się pułkownikiem, zbiegiem z CIA. Niepokoiły go dwie
rzeczy: „Czy zostanę wydalony z Francji? Czy odbierze mi się
moje pieniądze?” Załatwił sobie bowiem, poza honorariami i
pokaźną zaliczką, także pożyczkę na zakup domu.
Psar przypomniał sobie ostatnie przekazane mu instrukcje,
przez nikogo nie odwołane: „Zrobisz wszystko, co tylko Kurno-
sow zechce”.
— Co pan powiedział policji? Z pewnością pytano pana o
pańską tożsamość, po tym jak przyznał się pan, że nie jest Kur-
nosowem.

301

— Powiedziałem, że nic nie wiem. Zastrzyki siarki uszko-
dziły moją pamięć.
— A jak jest naprawdę?
Cierpiące oczy Gawierina zaświeciły szalonym spojrzeniem:
— Tak naprawdę to jestem osaczony.
Aleksander wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, jaką grę
prowadził ten człowiek i nie przejmował się tym wcale. Był na
tyle biegły w swej profesji, że nie interesował się tym, co wykra-
czało poza jego kompetencje.
— Wszystko będzie zależało od Zellmana.
Zellman powiedział prawdę przed całym światem, i nikt mu
nie uwierzył. „Historia powtórzona tak wiele razy, na pierwsze
zamówienie, i zawsze tak samo, najwidoczniej wyuczona na pa-
mięć w najdrobniejszym szczególe, może być tylko baśnią —
pisała Jeanne Bouillon w «Głosie». — Trzeba będzie zdemasko-
wać Zellmana”. „Ależ nie ma tu nic do zdemaskowania, obieca-
no mi paszport dla mnie i dla mojej żony, pod warunkiem, że
zadenuncjuję oszusta”. Dzielny człowiek był zakłopotany: „Nie
jestem wtyczką. Byłem przekonany, że w powiedzeniu prawdy
nie kryje się nic złego. Zresztą, pan nie może o tym wiedzieć, ale
ona czekała na mnie przez cały czas, kiedy byłem w obozie. Każ-
da inna wyszłaby dawno za mąż”. Ten żałosny ton powinien był
budzić litość, wzruszać, tymczasem nie podobał się słuchaczom.
Nie chciano wierzyć w niewinność aż tak kryształową. Opubli-
kowano dwa zdjęcia z czasów obozowych — jedno z nich przed-
stawiało grupę ze dwudziestu więźniów, drugie zrobione pod
pryczą, w baraku — na których Zellman znajdował się obok Ga-
wierina. Dawano do zrozumienia, że są to montaże, przygoto-
wane w laboratorium.
Sytuacja nie była do końca wyjaśniona. Gawierin napisał dla
«Obiektywu» artykuł pod tytułem Nie trafiłem w Breżniewa,
popełniając cztery rzeczowe błędy. Psar spędził trzy dni we
Frankfurcie, gdzie sprzedał Rosyjską prawdę dziewięciu wy-
dawcom zagranicznym, pobierając obfite zadatki. Gawierin

302

zażądał przypadającej na niego części nowych honorariów. W
końcu legitymował się paszportem, potwierdzającym jego toż-
samość. Aleksander grał jednak na zwłokę, spodziewając się
nowych poleceń.
W tym samym okresie Aleksander zbliżył się do Małgorzaty.
Nie mogła znać jego najgłębszych obaw, czytała jednak artykuły,
które przedstawiały go jako złowrogiego faszystę, jako ofiarę
manipulacji KGB, albo też jako przedpotopowego białogwardzi-
stę czy ograniczonego, pełnego dobrej woli liberała. Te ataki
sprawiły, że jej oddanie dla szefa podwoiło się.
To ona odpowiadała na listy adwokatów, którzy grozili panu
Gourvierinowi-Kanossoviwi procesem o zniesławienie i szukali
go za pośrednictwem Aleksandra. To ona stawiała czoła dzienni-
karzom najróżniejszego autoramentu, którzy zgłaszali się do jej
patrona po wywiady, nie kryjąc wrogości mającej wyprowadzić
go z równowagi. Rozumiała, że w oczach dysydentów Psar od-
powiedzialny był za Gawierina, ponieważ należał do francu-
skiego establishmentu literackiego. Podobnie obciążali go Fran-
cuzi, jako że pochodził z rosyjskiej rodziny. Przede wszystkim
jednak zdawała sobie sprawę, że mały światek, w którym królo-
wał Aleksander, uległ rozbiciu. Już nie wiadomo było, do kogo
zadzwonić w redakcji «Niezależnego» czy «Obiektywu». Nowy
dyrektor wydawnictwa Lux, Baronet, zrywał konsekwentnie
więzy łączące tę instytucję z agencją. Publikacja tomów z serii
Białej Księgi — nawet pracy demaskującej Boga — została
wstrzymana i przyczyna była zupełnie oczywista: Baronet roz-
glądał się za mniej kompromitującym redaktorem serii.
Wszystkie te ciężkie próby w niczym nie zmieniły postawy
Małgorzaty; była czujna, uprzejma, uśmiechała się tylko po to,
by odpowiedzieć na uśmiech, pozostawała w biurze po godzi-
nach pracy i nie liczyła sobie tego jako godzin nadliczbowych.
Aleksander zauważył wreszcie, że miała bardzo niebieskie oczy i
bardzo ciemne włosy, co dawało bardzo interesujący kontrast.
On jednak zwracał uwagę głównie na siwe włosy.

303

Gdy był dzieckiem, słyszał często: „Wrócimy do kraju na Boże
Narodzenie. Nie, nie przesadzajmy z optymizmem — wrócimy
na Wielkanoc, albo jeszcze później”. Dlatego też skłonny był
sądzić, że pieśń Malbrough przetłumaczona została z języka
rosyjskiego. Może nie na Wielkanoc, może na święto Trójcy. Te-
raz jednak nadchodziło Boże Narodzenie. Co działo się z Ałłą?
Co z Dymitrem? Bez pośrednictwa Iwana Iwanycza wszelki kon-
takt z nimi był niemożliwy.
— Pani Boïsse chce z panem mówić.
— Jessica?
— Jak się panu powodzi, złowrogi faszystowski liberale, wy-
strychnięty na dudka przez KGB? Może byśmy się zobaczyli dzi-
siaj wieczorem?
— Chętnie.
— Będzie wódka.
Pomyślał, że należałoby zmienić hasło. Nie wątpił, że jego
rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane. Jakże jednak był szczę-
śliwy, o, jaki szczęśliwy, że ojciec marnotrawny znowu miał go
przytulić do swego łona.
Jessica otworzyła mu drzwi:
— Wszystko wskazuje, że zdobył pan sobie szczególny
rozgłos. Moi przyjaciele radzą mi, żebym uwolniła się od pana.
Powiedziałam im jednak, że nigdy nie był pan moją własnością.
Na kanapie w pasy siedział mężczyzna około czterdziestki,
ogorzały, o trójkątnej twarzy, ubrany w czarny garnitur. Spod
białych mankietów koszuli wyłaniała się opalona skóra. Sklepio-
na kamizelka, widoczna pod rozpiętą marynarką, świadczyła o
jego szczupłości.
— Kto to? — zapytał Aleksander.
— Nowy.
— Aha! Iwan Piąty. A co się stało z poprzednim? Czy został
wypchany?

304

— Nazywam się Piotr — powiedział gość po rosyjsku. Rzecz
jasna, także i on unikał patrzenia prosto w oczy, wprawił się jed-
nak w utrzymywaniu gałek ocznych bez ruchu, tak jakby to były
perłowe guziki przyszyte do koszuli.
Aleksander uznał, że człowiek ten przypomina małego węża i
natychmiast go znienawidził. Czy było tak dlatego, że przyszedł
na miejsce doskonałego Iwana Iwanycza? Czy dlatego, że nie
podniósł się z kanapy, by powitać Aleksandra? Czy też dlatego,
że przemawiał typowo sowieckim, sentencjonalnym tonem, któ-
rego nie mogli znieść przedstawiciele pierwszej emigracji, i to
zupełnie niezależnie od ich przekonań politycznych?
— Dla mnie będzie pan Iwanem. Ale niech pan nie liczy, że
Groźnym. Spóźnił się pan o jeden numer.
Obaj mężczyźni odwrócili się od siebie, nie ukrywając wza-
jemnej antypatii. Jessica przypatrywała im się rozbawiona. Piotr
skrzyżował nogi i wskazał na fotel:
— Niechże pan siądzie — powiedział w sposób, w jaki zwraca
się dorosły do dziecka, którego wybryki toleruje i wobec którego
najwłaściwszą postawą jest cierpliwość.
KGB jest rodziną. Wspinając się po schodach Aleksander
wierzył, że odnajdzie kogoś bliskiego i że dzięki temu odzyska
spokój wewnętrzny; należała mu się taka rekompensata po kilku
tygodniach trudnej do zniesienia wrogości. Tymczasem natknął
się tu na wrogość jeszcze bardziej skoncentrowaną i całkowicie
niezasłużoną.
— Jaki jest pański stopień?
— Jestem pułkownikiem-porucznikiem, i to nie dokoopto-
wanym. Jestem pańskim nowym pilotem.
Przez sekundę Jessica przekonana była, że Aleksander chwy-
ci Piotra za krawat, obrzuci go obelgami, w które tak obfitował
język rosyjski, i wyrzuci przez okno. Aleksander uśmiechnął się
ironicznie. Podszedł do stolika znajdującego się w przeciw-
ległym kącie pokoju, nalał sobie szybkim ruchem kieliszek wód-
ki — karafka była oszroniona, tak jak tego wymagał — wychylił

305

kieliszek do dna i zjadł małosolnego ogórka, który zazgrzytał
pod jego zębami.
Piotr patrzył na niego z politowaniem, wzrokiem kogoś, kto
trzyma w ręku dobre karty. Poczekał, aż Psar odzyskał wigor, i
wreszcie, widząc, że ten znowu sięga po wódkę, powiedział:
— Mam dla pana złe wiadomości, Psar.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Aleksan-
der, by ją odebrać, musiał ponownie przejść na drugą stronę po-
koju. Jessica, której pozwolono zostać, przypatrywała się tej sce-
nie, opierając się plecami o ścianę i paląc papierosa. Byłby czas,
pomyślała, żeby ktoś nauczył Aleksandra moresu.
Aleksander tymczasem oddalił się o parę kroków, by przeczy-
tać list pod świecznikiem:
Mój drogi Aleksandrze Dmitryczu, nie wiem, jak mam panu
przekazać nieszczęsną wiadomość, i to w chwili, gdy już po-
wracał pan do bezpiecznego portu. Proszę, niech pan zachowa
się jak mężczyzna i zniesie tę próbę jak przystało mężczyźnie,
bolszewikowi, oficerowi. Wie pan z pewnością, jak niebez-
pieczne są nasze drogi. Pijany kierowca ciężarówki, i oto ginie
dwoje niewinnych istot. Pańska żona i pana syn nie cierpieli
wcale. Niech to pana pocieszy.
Jest pan jeszcze miody, nic nie jest na zawsze stracone dla
człowieka tak tryskającego zdrowiem, energicznego i pełnego
wiary jak pan. Gdy tylko wróci pan do naszej ukochanej ojczy-
zny, założy pan, jestem tego pewien, prawdziwą rosyjską ro-
dzinę, prawdziwą sowiecką rodzinę.
W obecnej sytuacji pański powrót nie jest już zapewne aż
tak pilny dla pana. Działanie dla ludzi pańskiego pokroju jest z
pewnością najlepszym środkiem zaradczym, dlatego przeko-
nany jestem, że spełnię pańskie życzenia, proponując panu
podjęcie dla nas operacji na wielką skalę, operacji, na której
bardzo zależy naszej ojczyźnie i Partii.
Najlepsze pozdrowienia

306

Szczerze oddany Jakub Pitman
— Oddajcie! — zażądał Piotr i wyciągnął rękę.
Aleksander przestał słyszeć i widzieć. „Dymitr! Syn!” A po-
tem: „Ałła! Ałłoczka!”. Nabrał powietrza, oddychał głęboko. Miał
płuca pełne powietrza. Coś w nim groziło wybuchem. Ale nie
doszło do tego. Ujrzał szare oczy Ałły i przypomniał sobie, z jaką
wesołością wskakiwała do ich wspólnego łóżka. Próbował poru-
szać szczęką, nie wiedział dlaczego. Źle się czuł. Nie zdawał so-
bie sprawy, jak długo to trwało. „Mój chłopiec”. Z najwyższym
trudem wykrztusił pytanie:
— A kierowca ciężarówki?
Pitman przewidział to pytanie. Piotr odpowiedział więc:
— Także zginął w wypadku. Ciężarówka spłonęła. Proszę
oddać mi list.
W sercu Aleksandra zrodziło się nagle podejrzenie. „A jeżeli
to bolszewicy ich zabili?” Ale przecież nie było żadnej racji, dla
której miano by zabić tę kobietę i to dziecko, osoby, które otrzy-
mał w darze.
Nie panując jeszcze nad sobą, Aleksander przeszedł kilka
kroków, podał siedzącemu wciąż na kanapie Piotrowi list, krążył
po salonie. Poruszał ramionami. Próbował odnaleźć zwykły rytm
oddechu. Jego przełyk kurczył się, chociaż nie miał nic w gardle.
Jessica patrzyła nań, ciekawa, przerażona, wcale nie smutna.
Nie wiedziała, co kryło się w liście, ale domyśliła się, o co chodzi.
„Także zginął”. To jej wystarczyło. Był więc na świecie ktoś, kogo
ten lodowaty Psar kochał?
Na twarzy Piotra pojawiło się znudzenie. Aleksander dotknął
czołem szyby, patrzył na ulicę, nic nie umiał zobaczyć, spojrzał
na zegarek — nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
— Wystarczy już, niech się pan uspokoi — powiedział Piotr.
Aleksander spojrzał na niego, w dalszym ciągu nic nie pojmując.
— Mam panu przekazać kilka instrukcji. Nasze sposoby

307

kontaktowania się pozostają bez zmian, z tym że nie będzie już
mowy o wódce. Wystarczy, jeżeli powie pan Jessice, że chce ją
zobaczyć albo jeśli ona panu zaproponuje to samo. Numer tele-
fonu alarmowego został zmieniony. To będzie...
Podał ten numer. Aleksander sięgnął w pierwszej chwili po
notes, lecz w czas przypomniał sobie, że tego rodzaju numer
trzeba umieć na pamięć.
— Proszę, niech pan powtórzy.
Piotr ponownie wyliczył te same cyfry, nie ukrywając znie-
cierpliwienia:
— Jeśli będzie mnie pan potrzebował, niech pan prosi Pio-
tra. Proszę unikać wszelkich zbędnych spotkań ze mną.
— Jestem w tym fachu od trzydziestu lat — powiedział głu-
cho Aleksander.
Był bliski płaczu z powodu brutalności tego mężczyzny, nie
dlatego, że stracił żonę i syna. Tamta rozpacz tkwiła gdzieś głę-
biej niż łzy.
— Obecnie pańska misja polega na domaganiu się, także za
pośrednictwem pana orkiestry...
— Moja orkiestra już nie istnieje. Zniszczyliście ją.
— ...na domaganiu się zwolnienia Michała Kurnosowa,
prawdziwego autora Rosyjskiej prawdy.
— Nie mam już mojej orkiestry.
— Niech pan pozbiera resztki. Inne orkiestry będą żądały te-
go samego. Chodzi tu o operację zgraną. Trzeba jednak, żeby to
pan wystąpił jako pierwszy. W ten sposób oczyści się pan przed
opinią publiczną we Francji. Gdy pan zacznie, inni pana poprą.
Przy następnym spotkaniu podam panu dalsze instrukcje.
Piotr podniósł się z miejsca. Był nieduży, zwinny, energiczny.
„Żmija!” — pomyślał Aleksander.
Tamten podał mu dłoń. Sparaliżowany przez ból Aleksander
przyjął uścisk.
— Niech pan coś zrobi i weźmie się w garść — powiedział

308

jakie na nim wywarł ten człowiek: była to nienawiść od pierwszego wejrzenia. rozcięty na obu bokach. istnienie. 309 . Uczyniłby tak. uszyty został z pewnością po tej stronie żelaznej kurtyny. W otwartej jeszcze ciastkarni. co trzeba. to byłoby łatwiejsze do zniesienia”. dorzucając jedną z mniej- szych obelg — będę cię miał na oku. W pierwszym momencie Aleksander chciał skorzystać z rady Piotra.. Powiedział sobie więc. że odczuwał potrzebę ujęcia ich w słowa. Miał czterdzieści dziewięć lat. wilgoć przylepiała się do skóry. Poczuł nienawiść do ich rodziców. do- strzegł grupę dzieci. Mylił się oczywiście. — powiedział po rosyjsku. przygotowany przez gospodynię. Zazwyczaj myślał w sposób całkiem abstrakcyjny.. Było chłodno. jako że był spragnio- ny. — Niech pan zastosuje odpo- wiednie środki polityczno-kulturalne — ruchem podbródka wskazał stolik. Zrobił to tak.. gdyby nie wrażenie. Tego wieczoru jednak w jego myślach panował taki niepo- rządek. Wciąż powtarzał słówko „dlaczego?”. gdybym go był znał. jakby alkohol mógł zaspokoić pragnienie. mógł jeszcze spłodzić synów. która nie znalazła dla siebie żadnego przedmiotu. Spojrzał zimno na Jessicę: — Ty. Włóczył się ulicami. — Tam jest wszystko. arterie.Piotr z lekkim odcieniem litości. którego nawet nie poznał? „Ach. Najgłębsze cierpienie kryło się w myśli o przerwanej linii czułości. Po- przestał na wypiciu dwu kieliszków wódki. nie posługując się żadnym języ- kiem. które nigdy więcej nie powtórzy się. używając francuskich słów i rosyjskiej gramatyki: „Jeżeli bym nie miał syna. dlaczego żyłem?”. Po- tem wyszedł nie spoglądając nawet w stronę Jessiki. atakowała kości. ale to nie będzie już nigdy Dymitr. Ruszył miękkim krokiem w stronę drzwi. która jaśniała jak świetlista bryła w ciemnościach wieczoru. dla- czego zabrano mu to życie.. Jego ciemny garni- tur. Spotkała go straszna niesprawie- dliwość.

choć tak bardzo rozdzierające były wspomnienia tej czy innej bardzo intymnej chwili. Czuł. — To zależy dla kogo — odparł Aleksander. że znajduje się przed ozdobnymi drzwiami mieszkania Ballandara. wzajemnego zaufania. gdzie wynurza się każdy ból. wspólnie zapoczątkowanej kreacji nowego człowieka. przypo- minał sobie. Myślał o dołku. wkraczając do przedpokoju. że te wyzwiska raniły go. który się tworzył w jej pra- wym policzku — a może w lewym? — gdy się śmiała. Wszystko to było nie do odzyskania. tam. bezczelność tego czy innego dziennikarzyny. jakie zgro- madzono pod jego adresem. Przeszedł przez cały prawie Paryż. I mały też nigdy się już nie uśmiechnie. 310 . od La Muette do Ogrodu Luksemburskiego. Nieco mniej dotkliwie odczuwał śmierć Ałły. cho- ciaż miałby ochotę (i mógłby to zrobić) wyrzucić go przez okno. wreszcie poniżenie na myśl. jak ciemniały jej szare oczy. w koszuli o szeroko otwartym kołnierzyku. niewysoki chłopak o czarnych włosach. niezależnie od hierarchii przyczyn i motywów. i nagle zorientował się. Mogłoby do tego doprowadzić tylko fizyczne cierpienie. drę- czyły go zmartwienia ostatnich dni. gdy przestawała kon- trolować swe reakcje. gdyż do tej pory uważał złośliwość za prze- jaw słabości. chociaż w gruncie rzeczy obmowa i dezin- formacja były jego rzemiosłem. Otworzył mu mło- dy. Na samej górze. Te dwa cierpienia stanowiły jak gdyby basso continue dla bó- lu jeszcze ostrzejszego. odsłaniającym chorobliwie delikatną pierś. poczucie bezsilności w obliczu wszystkich wyzwisk. Ile razy uśmiechała się do niego? Już nigdy tego nie zrobi. Te udręki dokuczały mu jak pę- cherze u stóp czy jak wypryski na wargach. a jednak w niczym nie odbierały dotkliwości żałobie. Zmierzył Aleksandra wzrokiem: — José nie ma w domu. którego odprowadził grzecznie do wyjścia. że pojawia się w nim coś złego i było to coś nowego.

który napisałem z przyjaźni dla pana. poruszając ramionami niczym motyl skrzydłami: — José. otworzył szeroko usta. Pisuje pan teraz. José. Aleksander. Aleksander uśmiechnął się: — Nie widzę zachwytu w pańskiej twarzy. Lecz biła od niego w tej chwili brutalna siła. gdyby młody człowiek próbował mu sta- nąć na drodze. Alek- sander przyglądał się temu z satysfakcją: — Niech się pan tak nie denerwuje. nieprawdaż. Ballandar. i to mogło usprawiedliwiać turecki epitet. przejęty zgrozą. najbar- dziej wartościowy. Alek- sander mało co nie obrzucił i jego oszczerstwami. trzymające ramę obrazu. w niczym nie przypominał Turka. że jeszcze raz chcę się do niej odwołać. Jeszcze upuści pan ten bohomaz. zdejmował właśnie ze ściany jeden z obrazów z serii nowoczesnej. nie sądzi pan? — Drogi panie Ballandar. Jeżeli tylko potraficie z tego wyciągnąć korzyści. Byłby zachwycony. do tego stopnia. Być może wdrapie się pan z powrotem na 311 . jakiś Turek chce z tobą mówić. To się nazywa «Buldożer»? — To rewolucyjne. Ballandar odpowiedział mu wolno. trochę zamglonymi. dobierając słów i celowo unikając spojrzenia młodego człowieka: — Artykuł. godne szacunku pismo nazywa się «Le- miesz». bardzo mi zależy na pańskiej przy- jaźni. Młody człowiek. w koszuli z podwiniętymi rękawami. będzie to dla was wielka okazja. Uniesione ręce. w małej szmacie dla po- zbawionych wielkiego wpływu lewicowych intelektualistów. zrujnował moją karierę. zaczęły drżeć. mina mu zrzedła. ze swą kasztanową. Efeb jed- nak uciekł przed nim. zamierzam więc zrobić niezły prezent «Lemieszo- wi». swą cerą „krew z mlekiem”. — Dobrze. To chyba wystarczy. Gdy zobaczył Aleksandra. falującą czupryną i brązowy- mi oczami. Zrzuciłby go natychmiast ze schodów.

jedyną metodą uzy- skania prawdy. później jeszcze odwołał swe wyznanie. Dzisiaj był w nastroju „jeńców-rozstrzeliwać-na- poczekaniu”. że jeżeli ja jestem w rynsztoku. lecz całkiem zwykłej i 312 . Jedyny sposób. w co wierzyć. Prasa was poprze. że jest oszustem. Gra wojenna? Nie chce nam się w to wierzyć. później wyznał.. by oczyścić tę sytuację. obiecuję to pa- nu. i obrócił się na piętach.albo też urządzimy rozbiór pewnego tekstu. i jaka jest gra. drogi panie. co do wartości której nie mogą się po- godzić wybitne umysły. Teraz z kolei Ballandar uśmiechnął się: — Pan mi to obiecuje? Pan sobie chyba nie zdaje sprawy.. stała się czymś więcej niż tylko wydarze- niem czysto literackim.. lecz autor chciał pokazać. Od jutra zaczniecie kampanię na rzecz uwolnie- nia prawdziwego Kurnosowa. co nie było całkiem udane.) ZSRR przysłał do nas pirata. Albo rozpocznie pan tę kampanię i zbierze pan laury. jak bardzo jest wzruszony. który naprzód przedstawił się jako autor tej książki. — Pewnego dnia — powiedział Ballandar ze znużeniem— znajdę jakiś sposób. — . (Powyższe zdanie nie jest zbyt udane. A zaczniemy od pańskiego młodego przyjaciela — wsunął dłoń do kieszeni marynarki. Nie wiadomo już. to pan tkwi po prostu w kloace. że poprzednio szantażowanie Fourvereta i Ballandara nie przyszło mu tak łatwo. publicznie. żeby się pana pozbyć. Aleksander przypomniał sobie. Dwa dni później «Lemiesz» zamieścił w ramkach następujący tekst: I z czego się śmiejemy? Publikacja książki. Aleksander zaśmiał się obraźliwie. Dzisiaj było inaczej.swój piedestał. nie rosyjskiej tym razem.. której tytuł odważmy się wymienić — Ro- syjskiej prawdy — pracy. . — Może pan wybierać..

by te namiętności były aż tak sponta- niczne. zaśpiewał swym wy- kształconym i liberalnym sopranem: „Nasz przyjaciel Ballandar. jaką ofiarowuję przy- wódcom Związku Radzieckiego. jak mogłoby się wydawać. by prawdziwy Kurnosow został uwolniony i byśmy mogli go zobaczyć”. prasa mogła szybko wykazać się sukcesami. Oto wyzwanie. domagając się tego. Ballandar schował głowę w piasek. To gorączkowe przekazywanie sobie pałecz- ki z rąk do rąk sprawiło. Jeśli siedem orkiestr na raz gra tę samą melodię. że straci swe miejsce w «Lemieszu».nagiej. od jojo do giloty- ny. okażcie wreszcie dobrą wolę! Ośmieliwszy się napisać te linijki. które tak przejęło tych wszystkich. Panowie. cóż to za wyłom! 313 . o co wszyscy powinniśmy zabiegać w sposób jak najja- śniejszy. Nie minęły jednak dwadzieścia cztery godziny. zmieniając o 180 stopni pozycję. Paryż gotów jest pasjonować się byle czym. Półoficjalne głosy dawały do zrozumienia. które mogłyby w danym wypadku doprowadzić do uwolnienia pewnej osoby o nazwisku wymienianym przez wszystkich. a także. co podziwiają jego wyjątkowy talent (niechże jego nowa trybuna nie weźmie mi za złe tego sformułowania!) daje nam przykład. że rząd bada możliwości zażądania od przywódców pewnego kraju wyjaśnień. trwożąc się o to. o co wszyscy winniśmy się trwożyć. Tego już za wiele! Niechże Kreml nie bawi się z fran- cuską opinią publiczną jak kot z myszą. Michała Kurnosowa. szansa. z głębi swego wygnania. jakie rzucam. Chcemy. dołączą do nich z pewnością całkiem szcze- re skrzypki i kobzy. Sam Etienne Dépensier we własnej oso- bie. autora za- machu na Breżniewa. nie wierzmy jednak. jak wolicie. Oczekiwał teraz. jeśli nie jest to ta sama osoba. czy też towarzysze. że po ośmiu dniach cały Paryż wołał zgodnym chórem: „Uwolnijcie Kurnosowa!” Ponieważ jedna z orkiestr umieszczona była w administracji. gdy spełniło się proroctwo Aleksandra. Te wyjaśnienia mogące prowa- dzić do zwolnienia z więzienia. będzie uwolnienie autentycznego autora tego kontrower- syjnego dzieła.

Ko- muniści zasiadali w rządzie. oświetleni przez uliczne lampy: „Oddajcie 314 . czyż Ballandar nie dał dobrego przykładu? Rzecz więc nie mogła być nadto niebezpieczna. Wreszcie. posiadaczy psa czy roweru. Każda organizacja wydała własne instrukcje i w ten sposób rozpoczął się karnawał. Z komunistami natomiast nigdy nie wiadomo. Zresztą można połączyć przyjemne z pożytecznym. że można było pociągnąć za ogon tygrysa. a nie kotka. W godzinach natomiast. Prze- chodnie prowadzący psy zatrzymywali się ostentacyjnie przed numerem 79. Ale przecież ktoś. by krwawo załatwili swoje porachunki. by mieć zaledwie jedną opinię na pięćdziesiąt milionów osobników) rzuciła się z za- jadłością na ten kąsek. Zwłaszcza dotyczyło to mieszkańców XVI czy VII dzielnicy. Na ogół działo się tak. a więc naturalnym odruchem sza- nujących się Francuzów była rezerwa wobec skrajnej lewicy. gdy pojawiali się w tych okolicach szczególnie wymagający profesorowie pra- wa czy literatury. Na ulicy Grenelle nie działo się nic skandalicznego. Dzielni Paryżanie biegli manifestować pod ambasadą sowiecką i przed siedzibą ambasa- dora. Tylko późnojesienna pogoda sprzyjała interesom ZSRR. gdyż nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek re- wanżu. a także wy- znawców zachodniej odmiany jogi. Byle co wystarczy. a to przecież jeszcze zabawniejsze. Tym razem jednak miało się wrażenie. kto żywi humanitarne przekonania nie cofnie się przed ryzykiem przeziębienia i kataru. że zażarci i za- chrypnięci zwolennicy domagania się cudzej wolności woleli atakować raczej greckich pułkowników czy chilijskich generałów niż komunistów. Była to jedna z najweselszych mód Paryża. lecz to raczej psy niż ich opiekunowie dawały wy- raz swym przekonaniom. to jest joggingu: nic im nie przeszkadzało w jednoczesnym zabieganiu o wolność i troszcze- niu się o zdrowie własne lub Medora. tak jakby społeczeństwo było już tak ogłupiałe. młodzi śmiałkowie wykrzykiwali pod bramą wjazdową budynku. Opinia publiczna (lub to. co określa się jako opinię.

mówię. Nie- które panie — tak przynajmniej opowiadano — wysyłały pod ambasadę swoje portugalskie służące z poleceniem. krążyć. i dużo pan za to dostaje? Aż trudno uwierzyć. mówię: jestem pieśniarzem. brzuchaty. Ja pod wraże- niem. Panienki w granatowych mundurkach przychodziły ze swo- imi pinczerami. jaki kraj pan reprezentuje? No. a pan? A ja. Pieśniarze udzielali wywiadów: „Wczoraj właśnie krążyłem i był koło mnie taki facet. posługując się czerwonym sztandarem jako punktem od- niesienia. podawały własne oceny. Licealiści pokonywali całe kilome- try. Była to okazja do wyznaczania sobie spotkań: „Będzie pan krążył dziś wieczorem?”. nie jesteśmy przecież w Peru. ale to nic między nami nie zmienia. jestem amba- sadorem.nam Kurnosowa!”. mówię dalej. on mi na to. Było to jednak niezmiernie skromne w po- równaniu z cyrkiem. a damy w brajtszwancach — z afganami. bo pan jest? Tak. i on też krążył. on mi na to. Ten cza- sownik. on mi na to. by odbyły trzy rundy (płacone były wedle najniższych stawek). jaki dział się na drugim końcu Paryża w XVI dzielnicy. styl kapitalistyczny. bo już się trochę nudziłem. Krążono. z cygarem. gdybym nie miał swojej budy 315 . w kierunku wskazówek zegara” — zadekretowali rzecz- nicy wolności. Tak więc obchodzono dookoła budynek ambasa- dy. Wie pan. Tutaj trwał nieustający niemal pochód. obliczały dane statystyczne. przed pałacem-bunkrem. No więc żeby zacząć rozmowę. Członkowie Racing Club pojawiali się ubrani w kolorowe krótkie spodenki i krążyli wokół pałacu. jestem incognito. Widać było zaciekłych rowerzystów i leniwych właści- cieli motorowerów. Pensję ambasadora. który eksterytorialne przywileje przekształciły w działkę proletariackiego raju. sprawdzając czas biegu na chronometrach. Ach tak. Związek. A jeśli mogę być niedyskretny. byłbym niespokojny. „Idziemy dookoła bu- dynku. oznaczał przez dziesięć dni „okrążać z lewej na prawo ambasadę ZSRR”. Panowie w kapeluszach opowiadali sobie przeżycia wojenne lub przygody innego rodzaju. Gazety publikowały zdjęcia.

„Uwolnijcie Kurnosowa. bo może się pan narazić swoim szefom. z mniejszym czy większym powodzeniem. „Wymieńmy Marchais na Kurnosowa”.pod ręką. od lewa do prawa. „Uwolnijcie Anonimowego więźnia”. Policja nakazywała demonstrantom oddalenie się od budyn- ku ambasady. Mówię mu da- lej. „Precz z psychusz- kami”. możecie się do niego zwracać per Wasza Ekscelencjo”. przenosząc je na papier. „NIE dla sowieckich oszustów”. a nawet zagadkowe „Skróć- cie”. „Pokażcie go albo zdema- skujcie się sami”. powiada. nie mogła jednak zabronić wszystkim zwolenni- kom Kurnosowa wstępu do XVI dzielnicy. To dobre dla zdrowia. wystawiali na pokaz mniej czy bardziej pomysłowy slo- gan: „Wolność dla Kurnosowa”. nie myślałem o tym. Niech pan krąży. który krąży w przeciwną stronę niż wszyscy pozostali. Większość derwiszów — bo tak ich przezwał satyryczny «In- dyk uwolniony z okowów» — zadowalała się samym krążeniem. wielu jednak sięgało ponadto po proporczyki. leczcie Breżniewa”. Zaraz. karton. „Jesteście gorsi niż carzy”. niech pan posłucha. dam panu radę. ale nie w tym kierunku. a poza tym nie lubię wyróżniać się spośród tłumu. No to ja byłem zaszokowany. Wiele spośród tych dowcipnych haseł przetłumaczonych zo- stało przez ochoczych slawistów na język rosyjski i dzięki temu niejeden zuch. nie jestem snobem. chwileczkę. jeżeli pan jest ambasadorem Związku. dyktę. rosyjskich zdań. Dziękuję. to dlaczego krąży pan razem z nami? Cóż. powiewające po- nad ich rowerami lub tkwiące za paskiem spodni. skrawki. tak że pod znudzo- nym okiem gwardii republikańskiej krążenie trwało dalej. możecie więc zobaczyć. zabierał się do kopiowania. już 316 . Niech pan przynajmniej krąży z prawa na lewo. Dobrze. jeśli spostrzeżecie gościa. powiewające później raźnie na trzonkach mioteł. surowe płótno. a nawet — dawała tu o sobie znać nostalgia do Action Française — na stare kaleso- ny. Gdy szli lub jechali. prześcieradła. który nigdy przedtem nie widział na własne oczy cyrylicy.

Zapoczątkowano prawdziwe współzawodnictwo orderowe. w asyście całej kawalkady i powiewając transparentem z napisem „Wymienię mojego na waszego”. mając na sobie trójkolorową szarfę. Atak przypuszczano przy pomocy lufek i trzcinowych laseczek. mówi: „Wiesz. posiadająca od dwóch lat wyścigowego rumaka czystej krwi. Ach. by zatoczyć rundę wokół wyniosłej budowli. z któ- rych jeden w nawiązaniu do łacińskiego słowa revolutio. by na to miejsce przychodzić z od- znaczeniami. po raz pierwszy w życiu czuję się rewolucjonistą”. pochodzące z Rio czy Nowego Orleanu. jakaż to była radość. a odnalezione na strychach. Odtąd zapanował zwyczaj. Największy sukces odniosła pewna belgijska księżniczka. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy. którego nazwała „Żelazną Maską”. Odwróconego Smoka. Jedyny w swoim rodzaju snobizm jednoczył 317 . Wzburzenie dotarło nawet do parlamentu. Cierpiący na bezsenność mieszkańcy dzielnicy zjawiali się o drugiej nad ranem. idących ramię w ramię. na welocypedzie.nie tak blisko budynku. słodki dreszcz przeszył Paryż. Św. mój Boże. na de- skorolce. Pojawili się wkrótce merowie z trójkolorowymi pasami. Przez dwa dni panie prezentowały najbardziej nie- wiarygodne kapelusze. Gdy pojawiła się na swym gniadoszu przed ambasadą. na wrotkach. przeciwstawić się ZSRR. Lewicowcy i księżniczka w służbie tej samej sprawy! Dochodziło do wypad- ków prawdziwie epickiego bratania się w tej okolicy: dwaj ana- chroniczni już nieco hippisi połączyli się entuzjastycznie z kawa- lerami maltańskimi. Pewien znany karykaturzysta naryso- wał dwu elegantów w szlafrokach. Jeden z deputowa- nych okrążył ambasadę. zwłaszcza we Francji rządzonej przez socjalistów! Królowały rekwizyty: zwol- nienia Kurnosowa domagano się w hotchkissach i studebake- rach. Juliana z Poirier. w trójkołowcu De Diona i Boutona. wykopane z kufrów. Gwiazdy Polarnej i Afrykańskiego Zbawienia. wylansował jeszcze jedną sub- modę. Pospieszyli za nimi obywatele odznaczeni różnymi orderami. śledzone przez dzienniki wyliczające potem najbar- dziej rzadkie okazy: order Alberta Niedźwiedzia.

i nie kryła się ze swym uczuciem radości na widok agencji. Małgorzato? Nie chce pani. Telefon dzwonił bez wytchnienia. Udzielał wywiadów gazetom. Nie konsultując się więcej z Piotrem. gdy całował dłoń belgij- skiej księżniczki. Psar wypowiadał się w sposób enigmatyczny. stał się kró- lem tego karnawału. udowadniał swoim przełożonym. ani nie potwier- dzał.wszystkie warstwy społeczne Paryża. „Co pan myśli o Gawierinie? Kto jest prawdziwą «Żelazną Maską»? Do czego zmierza w całej tej sprawie ZSRR? Czyż nie został przez to wszystko ośmieszo- ny?”. teraz podwajała swój autorytet. odkrywca Rosyjskiej prawdy. wygłaszając przemó- wienia. Obaj panowie odnosili się do sie- bie nawzajem bardzo przyjaźnie. Dyskutując. apelując do specjalistów od sumienia i zawodowych znawców opinii publicznej. w której uczestniczył także Ballandar. żebym wziął kogoś dodatkowego na ten gorący okres? 318 . Nikt tego ani nie negował. Szalona działal- ność miała błogosławiony skutek — mniej cierpiał. biorąc udział w debacie. która. jeśli nie więcej nawet. że ktoś mógł wziąć pod uwagę możliwość ośmieszenia się pierwszej potęgi militarnej świata wydał mu się niezgłębionym idiotyzmem. niedawno jeszcze znieważana. Aleksander Psar. — Czy nie za dużo pracy spadło na panią. także i Małgorzata pracowała tak jak on. Pojawił się w telewizji. Sfotografowano go w momencie. Kalendarzyk Psara. do którego wpisywało się terminy spotkań. Czegoś podobnego nie wi- dziano od czasów jojo. potrafił prowadzić grę w pojedynkę. Rzecz jasna. Aleksander rzucił się do walki ze wściekłym zapałem. najchętniej także sprzeczny. przyjmując oznaki skrytej sympatii i krzykliwe objawy poparcia. Przybywało maszynopisów. że choć pozbawili go wsparcia znacznej części jego głośnej niegdyś orkiestry. Fakt. egzaminowany był przez radio rządowe i wypytywany przez rozgłośnie prywat- ne. wypełniony był na tygodnie naprzód.

— Och nie. który potem. mówią dalej. fałszywego autora nieprawdziwej Rosyjskiej prawdy. pańska odwaga (przepraszam za to wielkie słowo). schowane pod ciemnymi włosami. ale pańskie talenty i. Rozumiem oczywiście. który go przyjął w salonie w stylu Ludwika XVI o trochę tylko wyblakłych tapetach. a szef gabinetu. w której my możemy odgrywać co najwyżej rolę pośredników. rolę. jak mi na to zwrócił uwagę minister. mimo to chcemy wyjaśnić sprawę. sprawiły. powie działbym nawet — i minister zapewne też — bliską duchowi na- szego powołania. nie. Pozwoliliśmy po prostu wyjechać z naszego kraju nieja- kiemu panu Kurnosowowi. składając palce obydwu dłoni na kształt późnogotyckiej katedry — mam dla pana wiadomości. Wszystko to. pełne by- ły blasku. że w sensie legalnym nie może pan reprezentować interesów pana Kurnosowa. bliską zresztą naszej tradycji. proszę pana. wypuszczając niejako pod wasze nogi — tu pan de Mal- maison uśmiechnął się chytrze — fałszywego dysydenta. zupełnie dobre wiadomości. a fioletowe mgły szły mu na spotkanie. Za dwoma wysokimi oknami przedwczesny zmierzch kładł się nad Sekwaną. iż w całej tej skomplikowanej sprawie wysunął się pan na pierwsze miejsce. Nie może- my wam podać żadnych wyjaśnień. że nie daję sobie rady z robotą. fałszy- wego zabójcę. przywitał gościa jak najserdeczniej. jed- nak list z Quai d'Orsay pełen był uprzejmości. książki opublikowanej przez waszych wydawców na ich własną 319 . jest wymyślone. że się zaniedbuję. że stworzyliśmy w intelektualnym środowisku francuskim trudną sytuację. ośmielę się tak powiedzieć. Rosjanie sygnalizują nam coś w tym rodzaju: „Twierdzicie. Aleksander nieufnie przyjmował oficjalne zaproszenia. postanowił wystąpić jako autor nieznanego nam dzie- ła. w tej skomplikowanej sprawie. Niebieskie oczy. — Drogi panie — powiedział Edme de Malmaison. Chyba że uzna pan. z nieznanych nam przyczyn.

Gdybyśmy go tylko zamknęli w jakimś odosobnionym miejscu. który w pewnym momencie oświadczył. czemu nie. zaczęlibyście po dwóch tygodniach 320 . której autorstwo przypisano Bóg wie czemu — pewnie dlatego. że nie jeste- ście w stanie zapewnić bezpieczeństwa nam. jako że otworzył ogień do pierw- szego sekretarza partii. O co więc chodzi? Rozpętała się u was kampania trochę nieprzyjemna dla nas. jesteśmy ludźmi z gruntu dobrymi. Jeżeli ją napisał. W zamian za naszą usługę pro- simy was tylko o jedno: nie przysyłajcie nam z powrotem drugie- go Kurnosowa. jak się trafnie mawia w naszym kraju. Ci histerycy domagają się naszego szaleńca? Dostaną go. Tenże «Anonimowy więzień» zo- stał przez waszą prasę błędnie utożsamiony z pewnym biednym wariatem. tego. którego wyślemy wam za opłatą pocztową. Powie się znowu. który z dziesięć lat temu dowiódł.) Cóż. waszym gościom. w jak złym stanie jest jego zdrowie psychiczne. W końcu to właśnie rządy prawdziwie demokratyczne powinny być wrażliwe na opinie społeczeństw. drogi panie. Im więcej szalonych. to ten sam człowiek. (Przemawiam cały czas w imieniu Sowietów. który uznał za wskaza- ne strzelać do Breżniewa. pomożemy wam usunąć ten kolec z nogi. Natomiast możemy was zapewnić. którzy grają swoje nu- mery pod naszymi oknami. wysłał na Zachód i opublikował. Rzecz jasna. ale w pierwszym rzędzie upokarzająca was samych. rozumiemy się przecież. że pomylono dwóch różnych ludzi. Proszę bardzo. Także i on musi być wariatem. który napisał ową książkę. że nazywa się Gawierin. że to ten sam szaleniec. że ten Kurnosow. nie potraficie nas uwolnić od klownów. tym więcej śmiechu. gdyż okazuje się. nie możemy wam gwarantować.odpowiedzialność. nie wiedzie- libyśmy. Oczywiście nie mamy najmniejszego udziału w tym. co z nim począć. Także i ten osobnik nosi nazwisko Kur- nosow. że ustępujemy pod presją światowej opinii publicznej. że Marks tego nie wie — jakiemuś «Anonimowemu więźniowi». pracy. to bez naszej zgody. i nie ma w tym nic dziwnego w kraju wielko-rosyjskich nosów.

30 w Luwrze. by w całej tej sprawie nie angażowały się nasze najwyższe sfery. przenosi się z hotelu do ho- telu o północy. co nam przekazują Rosjanie. że nasi sowieccy koledzy rzeczywiście ustąpili pod wpływem naszej oburzonej opinii. że nasz rząd odnosi się do tej sprawy z entuzjazmem.. Aleksander wrócił do biura. Krótko mówiąc. nawet gdybyście mieli umieścić ich obu w celi wyłożonej materacami”. komitet powitalny. premier nie wyraził zastrzeżeń.) Wściekła! Nic zresztą nie wyklucza tezy. miałby charakter na pół prywatny i przez to podkreśliłoby się równie prywatny charakter negocjacji z Moskwą. Co zrobić jednak? Opinia publiczna jest wzbu- rzona.. Dzwoniła pani Boïsse: będzie w barze angielskim hotelu Plaza o pół do ósmej.krzyczeć: «Nie. Przekazała mu wiadomość od Piotra.. drogi pa- nie. to właśnie on był autentycznym Kurnosowem». Poszedł na spotkanie. I jeszcze jedno. buduje dla siebie nowoczesną. „Jutro o 14. rząd sowiecki urażony jest po- stawą Kurnosowa-Gawierina. Wzburzona? (Położył akcent nad „o”. jak sugerował mój minister.. Zapewniono nas — nie w sposób czysto formalny. Jedna brew dyplomaty uniosła się na wysokość wieży Eiffla. na którego czele zechciałby pan może stanąć. Nie będę próbował przekonywać pana. jakby obawiał się zamachu na swoje życie. Oto. Jak się wydaje. niechże więc nie bawi się w chowanego.. złożony z osobistości świata artystycznego i literackiego. tak przynajmniej uważa mój minister — że nic nie będzie mu groziło ze strony sowieckiej. Jeden Kurnosow ujdzie. przed egipskim sarkofagiem. lecz najwidoczniej wystarczający. dwu — to męczące. Komitet. Byłoby dobrze. gdyby pan Kurnosow numer dwa nie po- wtarzał tych wyświechtanych chwytów. Gdyby to 321 . Tymczasem wolelibyśmy. Trzymajcie więc z łaski swojej obydwu. gdyby powołać do życia pewnego rodzaju. Było- by znacznie lepiej. elektroniczną for- tecę.. który zachowuje się tak.

którzy lubili miejsca spotkań uczęszczane przez wielką publiczność. co najchętniej wyznaczaliby spotkanie na pustyni. trzymając ręce założo- ne na plecach. ubrany w ładny garnitur. że Iwan. — Poprzednio był pan Iwanem. Miewał już pi- lotów. ale w małych dawkach. Zrobiłem sobie przerwę obiadową. — Piotr każe przypomnieć panu — powiedziała Jessica — o niezbędnych środkach ostrożności. Aleksander przesiadł się dwukrotnie na stacjach metra prze- szedł przez dom towarowy mający dwa wyjścia i zjawił się w Luwrze wchodząc od strony kwadratowego podwórza. Aleksander przypominał sobie zasady tego rodza- ju spotkań i udał się pod egipski sarkofag. Ja wyszedłem od siebie o siódmej rano i przez cały czas przesia- dałem się z jednego środka lokomocji na drugi. Usłyszał głos: — Nie mylę się: Psar? — Nie myli się pan. żmijowaty Piotr. Iwanie. biorę rzecz poważnie. byli i tacy. kręcił się tam już niespiesznie. czarno- niebieski. suchy. pół godziny wcześniej. Nowy Iwan był bardziej wyczulony na niuanse. w muzeum Opery”. 322 .było niemożliwe. i to o północy. Aleksander z trudem opanował niechęć. — Piotr. że podziwiają wazy i grobowce. — Jakie powziął pan środki ostrożności? — Wystarczające. Nie miał nic przeciwko publiczności. pojutrze. Piotr wzruszył ramionami. — Jestem Piotr. — Byłem pewien. — Gdy mówię „środki ostrożności”. giętki. Mały. — O której godzinie wyszedł pan od siebie? — Z biura? O dwunastej trzydzieści. udając. Zaczęli wspólnie przechadzać się po muzeum.

Gdy byłem jeszcze młody i dziecinny. — Najwidoczniej każda cywilizacja ma swoich biurokratów — odezwał się Aleksander. Zameldowałem już towarzyszowi Pitmanowi. Niech pan się dowie. naprzód we Francji a potem na całym świe- cie. — Istotą tej operacji — Piotr nauczył się swego tekstu na pa mięć. że trzeba pana zostawić. i komunizm. przysłano mi skrupulata w pańskim stylu. Zresztą wybór kraju bardziej potężnego. i do- dał: „Wystarczy. że zapożyczył pan od Francuzów pewną lek- kość tonu i stanowczo wypraszam to sobie. bawiąc się porównywaniem nieru- chomego spojrzenia egipskiego skryby z oczami Piotra. inkrustowanych oczach. by nie nosić przy sobie kompromitujących dokumentów — będzie stworzenie. żeby mu pan przykręcił trochę śrubę”. trzeciego rozwiązania i zwracającej się do tych. jeśli nie ma się natural- nych zdolności. na przykład Stanów Zjednoczonych. pewnego rodzaju powszechnej partii politycznej o tendencji prawicowej. ktoś. występującej z propo- zycją innego. korporacyjnej. a 323 . Odpowiedział mi. — Mam dla pana dalsze rozkazy — powiedział cierpliwie Piotr. — Iwan. niech pan zajrzy do mojej teczki. niech pan mnie nie zmusza do sięgnięcia po metody dyscyplinarne. Czy to jasne. mógłby zrazić niektóre osobistości. — Psar. — Zauważyłem. Wybrano Francję ze względu na jej uniwersalistyczną tradycję. którzy odrzucają i kapitalizm. kto swym życiem dowiódł wrogości wobec komunizmu. jako że prowadzona przeze mnie operacja jest nad- zwyczaj ważna. gdzie się obecnie znajduje ten człowiek. że istnieje pomiędzy nami pewien konflikt i zaproponowałem mu. Zatrzymali się przed posążkiem siedzącego w kucki skryby o dziwnych. Rolę katalizatora odegra tu dysydent. — Tak właśnie trzeba postępować. Psar? Aleksander wykręcił się żartem. żeby wyznaczył innego agent d'influence. autorytarnej.

przemaszerowali przez dział asyryjski. bro- niący się przed inwazją rusztowań i drabin. autora zamachu na Breżniewa i pracy pod tytułem Rosyjska prawda. Barbarzyńcy zawsze zwyciężą”. cała ta cywi- lizacja. i. jaką tylko można sobie wyobrazić. w której złoczyńca podkłada pod busolę sztabę 324 . Być szarą eminencją (złym duchem?) partii działającej na skalę globu. gdy oskarżał swych szefów. przełożonych. Przez sekundę ujrzał znowu galerię chimer i dwie sylwetki na szczycie tego wielkiego kościoła-okrętu. Barbarzyńcy zwyciężyli. Znaleźli się na wprost wielkich schodów. Ale kto po- konuje kogo? Maraton. Drażniło go płaskie światło rozlewające się wokół tych ogromnych mas ożywionej skały. Dyrekcja ofiarowywała mu najwspanialszą misję. tak. dotarli do Greków. któremu służyłem przez trzydzieści lat. Trwały tu prace remontowe i bogowie. by zaczął podejrze- wać. i nie wolno dopuścić. że jego partia będzie sterowana przez KGB. — Kurnosow — ciągnął dalej swym dydaktycznym tonem Piotr — przejął ideę utworzenia takiej właśnie partii. „Wszystkie te piękne posągi. W tej sytuacji. i przywieść ją któregoś dnia przed oblicze mistrzów. Agent d'influence Aleksander Dmitrycz Psar zatrzymał się przed posągiem Nike z Samotraki.. ponieważ nie można mu przydzielić zwyczajnego pilota. — „Nie mam już syna. po przejściu długiego korytarza wyłożonego białymi płytkami. Opuścili dział egipski.. do czego to służy?” — pytał się Aleksander. Salamina. to oczywiste. Nie miał racji. za- mierza założyć faszystowską partię polityczną. „Zwycięstwo: nie ma nic wspanialszego. Potem przypomniał sobie po- wieść Verne'a. a państwo. zostanie oddany pod nadzór agent d 'influence Aleksandra Dmitrycza Psara. urodzonego w Kostromie 12 lipca 1926. Rzecz jasna nie podejrzewa wcale. A później? Grecja czy Rzym? Co to wszystko oznacza?” Jednocześnie czuł poruszenie swej ambicji czy próżności. budzili w zwiedzają- cych dziwny niepokój.którego dzieło wyraża wrogość wobec kapitalizmu. Chodzi o Michała Leontycza Kurnosowa.

. że chciałem wrócić. Alek.żelaza i zmienia w ten sposób kurs statku nie dotykając steru. „Ja już nie wrócę. że nie uczyni sam ani jednego kroku. żeby mógł ją przedstawić w sposób dokładniejszy i bardziej zrozumiały dla Zachodu. lepiej niż w książce. i w dodatku z podniesioną głową. Wszystko wskazuje na to. by być jeszcze lepiej znanymi. Kurnosow będzie tak dalece zależny od Psara. że Kurnosow będzie chciał głosić swą doktrynę. Wolał cofnąć się niż wspinać się po 325 . Nagle jednak cała ta sprawa wydała się Aleksandrowi nie- skończenie skomplikowana i męcząca.. to dlatego. przesuwając północ. pochlebiał mu roz- miar tej operacji. Trzeba będzie także zasugerować mu wybór do komi- tetu kierującego partią następujących nazwisk. Tak. był w stanie ją przeprowadzić. Aleksander nie miał obecnie więcej sił niż ten palec. Piotr wyliczył trzydzieści siedem nazwisk mężczyzn i kobiet różnych narodowości. intelektualistów. — Jestem zmęczony — powiedział — a nasz podręcznik po- wiada. tyle że. Z trudem tylko utrzymywał się na nogach. Jeśli poprzednim razem. W pewnym sensie wszystko się dla niego skończyło. będzie to udany połów. że nie powinno się doprowadzać do ostateczności zmę- czonego. który chciał dotknąć policzka i nie mógł go dosięgnąć. które było osią i sprężyną jego egzystencji... gdy Pitman podsunął mi tamtą pułapkę. ją właśnie trzeba było skompromitować. w pewnym sensie. tak. z trudem wypo- wiadał poszczególne słowa. przestało go to interesować. dość już znanych i za- pewne marzących o tym. marzeniem. Ty wrócisz zamiast mnie”. Wie pan o tym. Wszyscy oni zaliczani byli do umiarkowanej prawicy. jednak trzeba będzie pomóc mu. Jeśli uda się ich zwerbować. że marzę o po- wrocie. — Pierwszym zadaniem Psara — mówił wciąż Piotr głosem pozbawionym wyrazu — będzie zaskarbienie sobie absolutnego zaufania Kurnosowa. I palec. Żył jednym tylko pragnieniem. zgodziłem się jeszcze. wyczerpanego agenta.

Wyobraża sobie. trzy reakcyjne zakonnice w kornetach i dwaj rozbawieni liceali- ści. Aleksander. Iwańczyk. — Bierze pan własne życzenia za rzeczywistość. — Psar. by spokoj- nie przyjąć wiadomość o śmierci kobiety. i bachora. powstrzymał wybuch gniewu: — Być może ma pan rację. sprawa jest oczywista: pan się wykoleja. nie po- winno się już płodzić dzieci. patrzył na niego ironicznie: — Mnie się wciąż wydaje. idący przy nim. którego pan nigdy nie widział. nie naszpikujemy czekolady kurarą. Psar. Najwi- doczniej nie przeszło to panu całkowicie. Ale jeżeli odmówi pan wyko- nania rozkazów. żebym miał rację. którą znał pan przez dwa tygodnie. Tak.. że jest pan jedną z gwiazd jego sławnej dyrekcji. Zaciskam. Mam dla pana instrukcje. Mam zacisnąć śrubę. — Piękna samica — powiedział Piotr. że był pan po trosze literatem. Jeżeli chce pan poprosić o urlop. albo też wyobraźnię zbyt bujną jak na naszą profesję. Piotr. to nie jest wykluczone. — Nie chodzi o to. Ale. Prócz nich rzeźbie przypatrywało się jeszcze kilku turystów. nie. niech pan zrozumie. że Pitman myli się co do pana. 326 . Przekazuję je. Albo ma pan nerwy w bardzo złym stanie. Musi pan natychmiast znienawidzić cały świat. Dzieci nie chcą mieć starych rodzi- ców.. czy żebym się mylił. Przez dłuższą chwilę stali przed posągiem Wenus z Milo. Nie. Gdy ma się czterdzieści dziewięć lat. — Załóżmy. poprę pana. nasze społeczeństwo nie potrzebuje wcale niezdyscyplinowanych fantastów.schodach. Powiedziano mi. W jaki sposób miałby pan przykręcić tę śrubę? Nie ma pan nawet pod pachą bułgarskiego parasola. że zgodzę się teraz i założę nową partię. W gruncie rzeczy nie stać pana nawet na to. Zajmie mi to dziesięć lat. mimo że złajany przez kogoś młodszego od sie- bie.

Nie chcę być pożarty przez faunę wykarmioną na francuskich drobnomieszczanach. Piotr. Trzy. Ty wrócisz zamiast mnie”. wskazując na piękną. Alek. — Zajmę się tą operacją. Aleksander zamknął oczy. . które robaki się karmi? — Proszę sobie wyobrazić. Aleksander dogonił go: — Ile czasu zajmie tym razem operacja? — Pięć lat. że to dla mnie istotne. — To zależy od pana. — Piotr. Iwan. szczupłymi i ukrytymi pod ład- nym garniturem: — Czy to ważne. klasyczną Wenus i asystującego jej Kupidyna z późniejszej epoki. jeżeli odmówię. — Dobrze. Zdecydo- wanie wolę robaki rodzime i dziedziczne. Piotr ruszył w drogę: żmija wijąca się między posągami bo- gów. zajmę się tą operacją. „Ja już nie wrócę. — Wolę Afrodytę niż Erosa — odpowiedział na to Aleksan- der. jeśli znajdziemy dla pana następcę. przyjdzie i mnie zgnić na cmentarzu w Sainte-Gene-viève? Piotr wzruszył ramionami. — Tak więc.

pewien chytry biskup bułgarski. Pozostali członkowie komitetu powitalnego. wszyscy oni rzecz jasna udawali. dyrektor naczelny wydawnictwa Lux. piramidalny nos. gdy lądował tam samolot specjalny. wci- śnięty w nowiutką kanadyjkę. patrzyli na jego krótki. Z ust przybysza buchały kłęby pary. Fourveret. dzięki temu jego zasiłek wynosił 110% pensji. Stąd jego członkowie obserwowali niewielkiego człowieczka sta- wiającego wielkie kroki. lub też „samoniszczący się biologicznie”. jaki dialog wpisać mu w rysunek? — pytał Mon- thignies. na emeryturze. mieścili się w dwu kategoriach. odzianych w zielone mundury ozdobione czerwonymi insygnia- mi. żydowsko-amerykańska hrabina. porowata skorupa pokrywała pustynię lotniska w Roissy. Gawierin. Zawo- dowcy: Baronet. to jest pewien pijany albański dramaturg. Komitet powitalny schronił się przed zimnem za szybą. które- go ten kraj domagał się tak głośno. wysłany został do Francji chyłkiem i w pośpiechu. Amato- rzy. agent „martwy”. — Kto powie. lecz Kurnosow. został odprowadzony do Pa- ryża przez przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. że są bardziej paryscy niż paryżanie. lecz z wielkimi szansami na rychły 328 . 7 TWARDY ZNAK Lodowa. Był on teraz szczęśliwym bezrobotnym: zdecydował się na naukę języka niemieckiego. któremu prze- wodniczył Aleksander. wystający nad okulary w żelaznej oprawce i na tors.

jak przedtem kratki szpitala spe- cjalnego w Leningradzie. lub też po prostu zdolne wymówić choćby dwa słowa po rosyjsku. — A więc z pierwszej fali emigracji? — Mój ojciec był oficerem białej armii. ściskając pod ramieniem paczkę rękopiśmiennych notatek. Kurnosow znieru- chomiał w środku tego kręgu. A kim pan jest? — Psar. Ze wszystkich stron padały pytania. szła mu na rękę. wciąż krytyk «Lemiesza» i doraź- ny współpracownik «Obiektywu». jakie tylko zechciał. Przez jakiś czas wymowa ta będzie chroniła go przed niedy- skretnymi natrętami tak samo. który miał w swoim czasie odegrać rolę fałszywego Kur- nosowa. — Mam trochę bagażu. majestatyczny pomimo niewiel- kiego wzrostu i za długiej kanadyjki. Aleksander posta- rał się o to. Aleksander Dmitrycz. Trzymał się całkiem prosto. która cie- kawa była. a także wymieniony już Monthignies. przewidująca jak zawsze. Proszę. pani Choustrewitz. Nie mam żadnych przesądów. Sprawiło to. — Z Psarów Iwana Groźnego? — Tak jest. — Co oni chcą wiedzieć? 329 . — Michał Leontycz? — To ja. by zdecydowanie wyrugować z komitetu osobistości zbyt wrzaskliwe lub podejrzane o przynależność do innej orkie- stry. żeby ktoś się tym zajął. Chciał przejąć wyłączną opiekę nad Kurnosowem.powrót do zawodu. wspomagany był potajemnie w jego staraniach wyucze- nia się języka francuskiego. Błyskały flesze. — Poznajmy się. Dziennikarze napierali. w czym dyrekcja. Ga- wierin. Ballandar. ale żadnych wskazówek ustnych. czy Sowieci całują w rękę równie wprawnie jak emi- granci. a angielskie church „skiursk”. Natomiast Kurnosow autentyczny otrzymał wprawdzie wszystkie książki. że francuskie słowo oiseau wymawiał „o-isse-e-a-u”.

zadał mu pytanie: — Tym razem to oryginał? — Mam nadzieję. Komunizm międzynarodowy mógł co prawda odnosić sukcesy w Angoli. w Polsce. — Całkiem nieźle — powiedział Kurnosow uprzejmie. Czyż nie udało im się wyrwać nieszczęsnego „Anonimowego więźnia” ze szponów represyjnej psychiatrii? Wśród dziennikarzy panowało wielkie podniecenie. po czym zwrócił się w stronę dziennikarzy i wypowiedział bardzo wyraźnie: — Wiw lia Frann-ss.) 330 . Przybyło na nią blisko tysiąc osób — derwisze chcieli uczcić swój sukces. Gdzie jest samochód? Tym razem konferencja prasowa odbyła się w Pałacu Kongre- sowym. broszurowe i oprawne. i nie. Było się z czego cieszyć. nie zawiedli nawet najwięksi. że margines dość skąpy. będzie pan miał konferencję prasową dziś wieczorem. Kurnosow skłonił ciężko głowę. w Salwadorze. że lepiej będzie. („Rozmawiam z Divo nieomal przyjaźnie. prawie jak ze wspólni- kiem. dodając do tego jeszcze jedno zdanie: — Homo sovieticus pozostanie zawsze homo sovieticus. ale Związek Radziecki dał dowód. — Tyle tylko. jeśli nie złoży pan teraz żadnej deklaracji. że lęka się opinii pu- blicznej. Co się dzieje? W jakiś sposób jest mi bliższy niż oni”.. — Michale Leontyczu. Myślę. który natych- miast.. — Zupełnie inny niż tamten? — I tak. W kuluarach Aleksander natknął się na Divo. Nikaragui. żeby nie psuć efektu. Psar zademonstrował mu obydwa wydania. Aleksander zadziwił samego siebie. — Ma pan może moją książkę? Oni pokazywali mi tylko ga- zety. krzywo się uśmiechając. Abisynii. Podkreślił tę formułę suchym ruchem podbródka.

Bez tego Sołżenicyn uczyłby wciąż. Nie jest tak. posługując się byle jaką metodą. by myśleli tylko. Gdy mam się zobaczyć z kimś. Typ. z żywym trupem. Ten natomiast tylko posta- wił nogę na ziemi francuskiej. gdzie stoi jego samo- chód. nierozgoryczony intelektualista. skośny uśmiech. kontynuować walkę. Wciąż ten krzywy. że chodzi tu o rodzaj doboru naturalnego. któremu nikt nie mógłby zarzucić żadnej podłości. Wiesz. już zapytał. — To nie jest wielki świat. w naj- lepszym razie. Definiujesz go całkiem do- brze. zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej. po wyjściu na wolność. Mówił dalej : — Homo sovieticus przekonany jest. jednocześnie nie przestając obserwo- wać z ironicznym wyrazem twarzy norek. Ga- wierin wciąż domagał się pieniędzy. To jest zapewne światek — mamrotał. Ten ironista. o którym mówisz. kto oca- lał z łagru. jak to jest u nas z pospolitymi przestępcami. Później zwrócił się do Aleksandra: — Myślę. W rezultacie gotów jest zdobyć dla siebie byle co. jedno mnie dziwi. Jak myślisz. to nie po to. zgaszonym. ten poeta. jak przeżyć. Aby przetrzymać łagier. ani półświatek. bardzo wymagających. Ja powiedziałbym po prostu. skąd się to bierze? Divo przysłuchiwał się. żeby im pochlebiać i co tydzień płacić im bilet do kina. kaszmirów i alpag. że nawet swego raka zwalczył siłą przebicia. specjalizujący 331 . znaleźć jeszcze w sobie energię i wyjechać z kraju. Ale trafiam na ogół na szyderców. Założę się. że wszystko mu się na leży. W końcu jeżeli tam posyła się ludzi do łagru. przygotowuję się na spotkanie z człowiekiem wygłod- niałym. które defilowały w pobliżu. to homo sovieticus militons. żeby. popielic. fizyki w Riazaniu. ani trzeci świat. zdegradowanym. lecz nic nie będzie mu ofiarowane. że to typ człowieka mający wielką siłę przebicia. trzeba być wyposażonym w pewne zalety i pewne wady.

gdyby udało się nakłonić ten reakcyjny umysł (reakcyjny w najlepszym znaczeniu tego słowa: wciąż reagujący na bodźce) do udziału w wywrotowym przedsięwzię- ciu. bardziej przekonujący. co czynią. że dyrekcja i Pitman we własnej osobie nie mają już do niego takiego zaufania jak niegdyś. Myślał o tym nie w kategoriach: „Jaki byłem wtedy szczęśliwy”. zawierający wewnątrz manuskrypt Rosyjskiej prawdy. jego dusza została zraniona. Nigdy jeszcze nie promieniował tak wielką siłą wewnętrzną. Divo byłby nadzwyczajnym półprzewodnikiem. myślał Aleksander. mógłby zakłócić przebieg całej operacji. Praca wywrotowa. przypomina gigantyczną maszynę elektroniczną: funkcjonuje dzięki półprzewodnikom. w lecie ubiegłego roku. dziewicą cierpienia. świetnym kandydatem do uniwersalnej par- tii. Obecne przejścia zbliżały go do innych ludzi i sprawiały. Jego życie toczyło się z dala od prawdzi- wych trosk. było dla niego nie- omal równie bolesne. byłby.się w pewnego rodzaju chirurgicznej jasności wyrazu. teraz musiał zaprezentować prawdziwego. Był do tej pory. Teoria przekazywania pałeczki. że w pewnym sensie stał się bardziej rzeczywisty. tylko śmierć ojca stanowiła wyjątek. Oczywiście. myślał Aleksander. jest dlatego taka trafna. Aleksander zasiadł na scenie Pałacu Kongresów z pewnym ociąganiem. sztafety. gdy pod fontanną Berniniego wziął od mężczyzny w pomarańczowej bluzie pakiet «Oggi». Byłoby doskonale. Także i przekonanie. W chwili gdy zaczął przemawiać. Śmierć żony i syna tkwiła w nim jak pocisk. przygo- towując się jednocześnie do zainicjowania wielkiego ruchu. Jeszcze niedawno przedstawiał prasie fałszywego Kurnosowa. 332 . że poszczególni uczestnicy sztafety nie wiedzą. przypomniał sobie nagle ten pogodny moment. który został zablokowany gdzieś w ciele i którego nie można usunąć bez narażenia na szwank życia rannego. by tak rzec. ludzki. Ale w okresie pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami został zraniony. jak tego wieczoru. trzeba by trzymać go z daleka od Kurnosowa i nie dopuszczać do udziału w podejmowaniu decyzji.

po- śpiesznie uwolnił fałszywego Kurnosowa. We wstępie. to przedstawia się ona następująco: Michał Leon- tycz Kurnosow. bardzo umiarkowanym. I rzeczywiście. 333 . nadziei dla krajów demokratycznych i ludów ujarzmionych. oszukując wszystkich. I oto jak Jonasz uratowany z brzucha wieloryba. którego doniosłości nie sposób przecenić (w ciągu dwu miesięcy sprzedano 200000 egzempla- rzy!). Na szczęście powszechne oburzenie francuskiej opinii zmusiło „wielkich kłamców” do uwolnienia nieboraka. jak posłaniec nadziei. będzie nosił na głowie wspa- niałe srebrne runo. odpowiedzieć na wszystkie pytania. mimo to jednak nie sposób odmówić im charakteru charyzmatycznego. wydalony z ZSRR. Aleksandra Psara. jakie wolny świat okazał Rosyjskiej prawdzie. Jeśli tyl- ko będzie żył odpowiednio długo. które będzie nosiło nazwę „Konfraternia prawdy ludów”. Sowiecka perfidia jest czymś oczywistym. którego kierownic- two objął po swym zdymisjonowanym przyjacielu i protektorze Hugues Minquin. Ostatni epizod stał się kolejnym przykładem tej perfidii. przyprawiony o paniczny lęk zainte- resowaniem. Następnego dnia «Niezależny Dziennik». Związek Radziecki. zamierza poświęcić swe życie pracy nad utworzeniem i prowadzeniem niezależnego ugrupo- wania. w ostatnich dniach jego kasztanowe włosy nabrały nowego blasku. opublikował „duże fragmenty” stenogramu konferencji prasowej. także i jego. nie trzeba mnożyć dowodów na rzecz tej tezy. który przestał już być „anonimowy”. lecz gotów jest. w pierwszym rzędzie. Jeśli zaś idzie o wstępną deklarację „Więźnia”. Mi- nquin pisał: „Niektóre przekonania pana Kurnosowa mogą się wydawać trudne do przyjęcia przez naszą społeczność. znalazł się wśród nas. by wybaczono mu tę pomyłkę. Niestety. Przez moment z radością doznał poczucia własnej dojrzałości.lecz: „Ależ byłem wtedy młody”. Mi- chał Leontycz nie włada językiem francuskim. za pośrednictwem Psara. Zaczął od przypomnienia całej sekwencji wydarzeń. Prosił. prawdziwy autor tego dzieła.

Jeśli zna pan Borysa Godu- nowa. Po za- machu uznano mnie za wariata i umieszczono w zakładzie psy- chiatrycznym. Mój szwagier był w stanie uniesienia (śmiechy). wie pan. Pytanie: — Czy można zapytać. z pewnością orientuje się pan. Pytanie: — Panie Kurnosow. że wystarczy zniszczyć zwornik sklepienia sowieckiej katedry. któremu tego rodzaju zniszczenie w niczym nie przeszkadza. Pytanie: — Jak się panu udało przemycić na Zachód najpierw fragmenty pańskiej pracy. że to właśnie pan próbował zastrzelić Breżniewa? Odpowiedź: — Potwierdzam to. Byłem przekonany. jakim motywem kierował się pan przystępując do zamachu? Odpowiedź: — Można. z jakim trudem przychodzi nam ustalić pańską tożsamość. Komunizm to rak. Pytanie: — Dlaczego zmienił pan zdanie? Odpowiedź: — Ponieważ stałem się inteligentniejszy. Pozwoliło mi to udoskonalić moją kulturę polityczną i jaśniej zobaczyć rzeczy. Tam tylko szaleńcy widzą jasno. ja- kich tylko zażądałem. gdzie pozwolono mi czytać wszystkie książki. Czy zechce pan potwierdzić. którzy zadawali pytania nonkonformistycznemu przybyszowi”. Pytanie: — Już pan tak nie myśli? Odpowiedź: — Nie. pijaka. Kosztowało mnie to dwa litry wódki. by zawaliła się całość. że stanowi to część rosyjskiej tradycji. Pytanie: — W jaki sposób przystąpił pan do dzieła? Odpowiedź: — Miałem szwagra milicjanta. Oddajmy zresztą głos ludziom dobrej woli. Czym pan to sobie tłumaczy? 334 . a potem całość? Odpowiedź: — Naiwność tego pytania jest równie wielka jak impertynencja w nim zawarta. Zabrałem jego mundur i pistolet maszynowy. Pytanie: — W zasadzie był pan dość dobrze traktowany.

że trzeba wyjść z tego koła. Myślę. że nie wie pan o tym. Podobnie leka- rze hodują bakterie. Założyli kraty na moich oknach. innych chorych. Nigdy nic nie znaleźli. że stał się pan wojującym antyko- munistą? Odpowiedź: — Komunizm. To Rosjanie zwyciężyli Niemców. Marksizm uważa się za teorię naukową. a świat kręci się wkoło jak wiewiórka w swoim bębnie. Marksiści są przekonani. iż to komuniści pokonali faszystów. gdy spełnione zo- stają pewne warunki. To. przeszuki- wali moją celę. Wyczuwam w pana głosie sympatię prokomunistyczną i radzę panu przeczytać ponownie przemówienie Stalina z 9 maja 1945. Ale i pewien epizod z mojego życia. Pytanie: — Pańscy strażnicy wiedzieli. że za każdym razem. komunizm silniejszy niż demokracja. prowadzi to do określonych następstw. przesłuchiwali moich pielęgniarzy. że się dostałem w ich ręce. rzecz jasna. że niektóre partie pań- skiej książki przedostały się na Zachód. o którym nie chcę publicznie mówić. było dla nich niezłą gratką. Pytanie: — Czy ta nieudolność nie wydaje się panu podejrza- na? Odpowiedź: — Nieudolność w ZSRR nigdy nie wydaje się czymś dziwnym i podejrzanym. Pytanie: — Co sprawiło. 335 . Odpowiedź: — Nieścisłość. Mogli odtąd studiować in vivo funkcjonowanie umysłu kontrrewolu- cyjnego. że posiadam pewne wykształcenie poli- tyczne i pomogli mi jeszcze w jego poszerzeniu. faszyzm silniejszy niż komu- nizm. Pytanie: — Mogłoby się wydawać. bo tylko wariat mógł się targnąć nażycie państwowego dobroczyńcy numer jeden. To koło to de- mokracja silniejsza niż faszyzm. Czy nie zaostrzyli wtedy kontroli? Odpowiedź: — Oczywiście. Odpowiedź: — Na początku było rzeczą korzystną dla reżimu przedstawić mnie jako szaleńca. Później ludzie z KGB zorientowali się. Pytanie: — Co pan myśli o Zachodzie? Odpowiedź: — Zachód stanowi zaledwie część świata.

Ale wolę zacytować Puszkina. powiedziała jedna z nich. Zna pan naszego Puszkina? Na- pisał on bajkę. A pan? Co pan o nich myśli? Odpowiedź: — Oni są różni od nas. wypowiedział bardzo negatywne sądy na temat dysydentów. Wasz Diderot powiedział: „Dysydenci 336 . Ta Kordelia chce osiągnąć coś realnego. Dwie pozostałe. Pytanie: — Panie Kurnosow. socja- listki. «wydałabym ucztę dla wszystkich chrześcijan świata». czy dobrze pana zrozumiałem. Pytanie: — Kogo ma pan na myśli. przed morderstwem ich siostry carycy i siostrzeńca carewicza. na czym polega różnica. da- łabym carowi syna bohatera. Pytanie: — Co myśli pan o socjalizmie? Odpowiedź: — Mógłbym panu odpowiedzieć słowami Wła- dimira Bukowskiego: „Jeśli chcecie zamienić wasz kraj w gi- gantyczny cmentarz. które nie zasłu- gują nawet na to. marzą. Oto co Rosyjska prawda i ja sądzimy na temat socjalizmu. oszust. który stał się ich szwagrem. Pochodzą z sowieckiej eli- ty i dlatego też nie są reprezentatywni dla narodu rosyjskiego. wstąpcie w szeregi partii socjalistycznej”. w legendzie o Wielkim Inkwizytorze. naturalnego i poży- tecznego. żeby o nich marzyć. Co chciała zrobić trzecia siostra? Odpowiedź: — Trzecia siostra mówi: gdybym była carycą. Ale są wśród nich przyzwoici ludzie. «Gdybym była carycą». «utkałabym płótna dla całego świata». powiedziała jej siostra. Frag- ment ten porównać można do kuszenia na pustyni w interpreta- cji Dostojewskiego. mówiąc „my”? Czyżby nie uważał się pan za dysydenta? Odpowiedź: — Nie. Widzi pan. który podszył się pod pana nazwisko. Coś na miarę jej możliwości. Obie one okazały się następnie najgorszymi łotrzycami: nie za- wahały się przed zdradą cara. Pytanie:— Nie jestem pewien. «Gdybym to ja była carycą». która zaczyna się mniej więcej tak: „Trzy młode dziewczyny przędły przy oknie późnym wieczorem. I marzą o dobrach materialnych.

to Rosja jest. „Murzyn”. prawicowa czy też lewicowa. Czy jest pan monarchistą? Odpowiedź: — To nie ja jestem monarchistą. lecz dobra przeciwko istnieniu. Być Rosjaninem. która pociąga za sobą gwałt na rzeczywistości. Każda ideologia. Nie jestem potencjalnym prześladowcą. jestem Rosjaninem. że słowo „nacjonalista” ma na Zachodzie pejoratywny wydźwięk. żeby nadawać pejoratywne znaczenie słowom.prześladowani staną się prześladowcami. że jedynym sposobem powstrzymania sowieckiego eks- pansjonizmu ideologicznego jest uznanie imperialistycznej na- tury Rosji. na przykład Ogurcowa. który próbuje konsekwentnie i organicznie traktować swoją rosyjskość. faszyzm jest abstrakcją. Czy jest pan faszystą? Odpowiedź: — Faszyzm jest formą socjalizmu. ściśle związanej z określonym i ograniczonym teryto- rium. Ja myślę jak wszyscy ludzie zdrowego rozsądku. Końcówka -ista w słowie „nacjonalista” z trudem oddaje tak konkretną rzeczywistość jak naród. Pytanie: — Powróćmy na ziemię.. to konkretny fakt. Czy mógłby pan to sprecyzować? 337 . Nie jestem dysy- dentem. jest diaboliczna w swojej istocie. których sens nie jest wcale negatywny. „Nacjonalista”. że istnieją w Rosji ruchy monarchi- styczne. Jesteście w tym mocni. Dysydent po rosyjsku oznacza „który-myśli-inaczej”.. Myślę. Pytanie: — W pana książce robi pan aluzję do pewnego typu teokracji. być Francuzem — to nie ideologia. Pytanie: — Czy uważa się pan za rosyjskiego nacjonalistę? Odpowiedź: — Jestem świadom tego. Ja nie myślę inaczej. Oto dwa powody. „Żyd”. Mamy tu do czynienia ze smutnym faktem dewaluacji lingwistycznej. Pytanie: — Mówi się. jeśli pan pozwoli. Pytanie: — Co pan przez to rozumie? Odpowiedź: — Rewolta Lucyfera nie jest rewoltą zła prze- ciwko dobru. kiedy uzyskają prze- wagę”. zawsze była i prawdopodobnie jeszcze długo będzie monarchią. dla których nie jestem faszystą.

ukrzyżowali kró- la. Proszę pa- miętać. Czy teokracja nie została nieco nadwerężona w waszym kraju? Odpowiedź: — Rosja ma powołanie Chrystusowe. To już nie jest felix culpa. Ale ten policjant nosi mundur — oto prawomocność. którego faryzeusze nie umieli sobie wy- obrazić. i to wszystko nie ma znaczenia. Pytanie: — Dostojewski także opowiadał się za teokracją. że to dobrze. Wiadomo też. Sformułowanie „chrześcijański książę” zawiera w sobie sprzeczność. że chrześcijanie muszą organizować państwo ziemskie na wzór niebiańskiej Jerozolimy. Prawomocność jest zawsze irra- cjonalna: prawo boskie. że nie będzie w nim dla nich miejsca. żeby irracjonalność pra- womocności była irracjonalnością chrześcijańską. że wyzwoli królestwo Izraela. Dobrze wia- domo. i bojąc się. Faryzeusze również w to wierzyli. I dlatego właśnie. Jego apostołowie wierzyli. Tymczasem doprowadzi ona do tego przez męczeństwo. że syn geniusza może być kretynem. tak jak prawomocność monarchiczna na absurdzie. co się stało z Chrystusem. Będąc chrześcijaninem myślę. Jedną z nich jest prawomocność. ponieważ inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. Prawomocność republikańska bazuje na braku koherencji. losowanie nie wypływają z przesłanek racjonalnych i właśnie dlatego stają się źródłem prawomocności. Potrzeby praktyczne wciąż dają o sobie znać. poprzez adaptację. Natomiast prawomoc- ność może być ujmowana tylko globalnie — tak albo nie. tylko felix error. 338 . ich ewolucja od- bywa się stopniowo. co wcale nie oznacza. że został ukrzyżowany. wybory po- wszechne. Na ulicznym skrzyżowaniu niezbędny jest poli- cjant — oto wymóg życia praktycznego. mógł stworzyć swo- je prawdziwe królestwo. który myślał. że Rosja ocali świat przez teokrację. Nie oznacza to. że więcej jest imbecyli niż ludzi inteligentnych. zasada dziedziczności. drugą wymogi życia praktycznego. Odpowiedź: — Rządy społeczeństw opierają się na dwóch za- sadach. że należy je odrzucić. Podobnie Dostojewski. Potrzeby życia praktycznego dyskutuje się punkt za punktem.

Niestety. co tak jasno tłumaczą ludzie w rodzaju Knupfera i Chestertona! Pytanie: — Co oni tłumaczą? Odpowiedź: — Że to lichwiarze są faryzeuszami naszych cza- sów. Zachód nie uświado- mił sobie jeszcze tego. Że kapitalizm zachodni i sowiecki komunizm są jak nagon- ka. Pytanie: — Kto to są według pana faryzeusze? Odpowiedź: — Więc to jednak prawda. emitując pieniądze. który otrzymuje pan jako pożyczkę. to sztuczka prestidigitatora. Pytanie: — A myśliwi to kto? Odpowiedź: — Widzę. Pytanie: — Kto jest zwierzyną? Odpowiedź: — Wy. Instytucja kredytu wiąże się z powstaniem banków. gdzie czekają już strzelcy. czyli lichwa. Czy wiadomo panu. ten wiatr. To już nie jest sprawa z bankiem. póki spełniały funkcję agencji wymiany i kredytu. Nie bez po- wodu średniowieczny Kościół potępiał oprocentowane pożyczki. że do niedawna An- glia spłacała bankowi Rotszyldów pożyczki zaciągnięte w okresie wojen napoleońskich? 339 . uzależniając od siebie całe narody. Nie wiem jednak. Proszę nie mieć złudzeń: czek bankowy. wkrótce przyznano im pra- wo wypuszczenia własnego pieniądza. która pcha zwierzynę na polanę. To one umożliwiły powstanie nowoczesnego społeczeństwa. Nawet banki funkcjonowały jeszcze jako tako. banki nie biły monet i nie drukowały banknotów. czy możemy być dumni z tych osiągnięć. jest w 80% bez pokrycia. Początkiem wszystkiego jest kredyt. a wcześniej przeprowadzenie rewolucji przemysłowej. których wcale nie posiadały. instytucji państwa. Ban- ki jednak nie poprzestają na tym. Przypomnę więc jej zasadnicze punkty. lecz udzielały pożyczek na sumy. że przeczytał pan moją książkę dość nieuważnie. Nie tylko uzurpują dla siebie przywilej państwa. ale też pożyczają te nie- istniejące pieniądze.

ktoś musi nim zarządzać. czołgając się w tej samej kopalni. podobnie jak w waszym. że operują one sumami dziesięciu. stają się dla nich łatwiejszym łupem. nie mają powodów do niepokoju. Zaczęli przybierać na wadze. jeśli powiem. których nazywam Lichwiarzami. jeżeli jednak bankrutują. że cały system bankowy jest nie- moralny. Znajdują się one w rękach ludzi. jako że ktoś zakłada takie przedsiębiorstwo. wszystko do- brze. jako że młode i mało doświadczone narody. Ja jed- nak chcę państwu pokazać przede wszystkim to. Wiecie.. Fakt. słusznie zwane też anonimowymi. Wiecie państwo lepiej ode mnie. aż tak dalece zrzec się wła- snej odpowiedzialności? I jaki związek zachodzi między agen- tem giełdowym. oferują im zyski większe niż to było możliwe. Wróćmy jeszcze do banków. 340 . kto płaci? Wierzyciele. że władają oni w sposób prawie absolutny Europą i Ameryką Północną. z kilofem w ręce? Proszę jednak nie sądzić. że jestem pryncypialnie przeciwny prywatnej własności kopalń. szokiem dla wa- szego cynizmu. Wiecie państwo. Sprze- ciwiam się tylko temu. jak się to nazywa? (Psar podpowiada: „Monopolu Loteryjnym”). kryje w sobie pewną hybris. Czy to jednak moralne. wynika z jakiegoś fa- talizmu. jest ona dopuszczalna. a czarnym górnikiem. że nagromadzili oni tak wielkie zyski.i dwudziestokrotnie przewyższającymi ich kapitał. Jeśli osiągają zysk. gdy ich terytoria zarządzane były przez narody lepiej rozwinięte. Póki otrzymują oni dywidendy. że dążyli do de- kolonizacji. Niewątpliwie dla państwa będzie to szokiem. Proszę wziąć pod uwagę wasze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. który nadwyrężą własny kręgosłup. kupującym czy też sprzedającym jedną milio- nową cząstkę wartości kopalni miedzi równie obojętnie. jakby nakładał czy zdejmował pantofle.. posia- dające bogate i słabo wykorzystane zasoby surowcowe. Akcjona- riuszy nikt nie konsultuje w sprawie ryzykownych poczynań zarządu. co stało się w Rosji. zagarniając dla siebie sporą część dochodu. nie potrafią się zatrzymać. by praca ludzka była przedmiotem gry.

że w roku 1912 prezy- dent USA Taft stwierdził. że państwo rządzone w sposób nie demokratyczny. podczas gdy w obiegu znajdowało tylko 1494 milionów rubli papiero- wych. Loebem i Shiffem. Jednocześnie 341 . lecz. O wiele mniej znany jest fakt.35 i 26. posługując się jako pośrednikami amery- kańskimi bankierami Ruhnem. była też od nich o wiele mniej zależna niż pozostałe kraje Europy. Lichwiarzy. W tym samym czasie frank francuski miał tylko około 50% pokrycia w złocie. Wia- domo powszechnie. władza nad światem go- spodarczym była zagrożona. umiało rozwiązać problemy. przyznał Leninowi poważne subsydia finansowe. Wskaźnik zadłużenia publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca w roku 1908 wynosił we Francji 288 punktów. iż ustawodawstwo socjalne Rosji było „bliższe doskonałości” niż w jakimkolwiek kraju demokra- tycznym. ekonomicznie i finan- sowo”. Warburg. teokratyczny. Dodajmy do tego. Jednocześnie wzrost gospodarczy Rosji osiągał wówczas takie rozmiary.75 w Wielkiej Brytanii. Carska Rosja nie poddawała się operacjom Lichwiarzy. nietrudno było przewidzieć. W roku 1912 wskaźnik opodatkowania wynosił w Rosji 3. że jeden z francuskich ekono- mistów skomentował to w następujący sposób: „W połowie stu- lecia Rosja zdominuje Europę politycznie. Widzicie więc państwo. że Warburg miał brata. ich.11. założyciela systemu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i że ten brat także subwencjonował rosyj- skich rewolucjonistów. pod- czas gdy w Stanach Zjednoczonych o 2. że Lichwiarzom nie brakowało powodów do niepokoju. co się dalej wydarzyło.5%. a w Rosji tylko 58.7. Produkcja przemysłowa rosła w Rosji w skali 3. To.75% i 1% w Wielkiej Bry- tanii. przed którymi kapi- tulowali Lichwiarze. że niemiecki bankier. W roku 1913 rezer- wa rosyjskiego złota opiewała na 1550 milionów rubli. jak byście wy powiedzieli. W 1914 roku 83% tego zadłużenia zostało spła- conych dzięki dochodom państwowych kolei żelaznych. Jeżeli więc praktyka pokazywała. podczas gdy we Francji 12.

aż ZSRR upadnie i potem rzucić się na osła- bione Niemcy. Czechosłowacja. traktowały swego głównego wroga podczas ostatniej wojny i po jej zakończeniu. lecz system marksistowski ocalony został przez amerykańskie dostawy ma- teriału wojennego. że szukacie opieki w ramionach Lichwiarzy. Bułgaria. moje dzieci. Wy boicie się tak bardzo ZSRR. że otrzymał znaczną pożyczkę od finansisty. Nie mówiąc już o tym. Doradcą Stali- na w okresie kolektywizacji był Campbell. powtarzam. który ostrzy sobie zęby. żeby was lepiej zjeść. pokonał żołnierza niemieckiego. członka brytyjskiej partii liberalnej. Załóżmy. Zamiast czekać. że ZSRR staje się państwem takim samym jak inne: zobaczmy. Węgry. Sądzicie państwo. łączącego kapitalistycznych Lichwiarzy z ich sowieckimi dogami. Lecz to należy do mniej obrzydliwych aspektów wspólnictwa. pijcie Coca-Colę!”. że wszystko to jest wymysłem? Proszę przyjrzeć się. że nie widzi takiej potrzeby. by uratować rozsypujący się reżim komunistyczny. W rezultacie Rumunia. Amerykanie włączyli się do walki w sam czas. by inwazja Aliantów dokonała się w Grecji. Rosjanie śpiewają: „Dzieci. To rosyjski żoł- nierz. będące całkowicie we władaniu Lichwiarzy. lecz Amerykanie byli zwolennikami desantu we Wło- szech. jak bardzo zmniejszyłaby się wtedy władza Lichwiarzy nad światem zachodnim. nad którą teraz Zachód wylewa krokodyle łzy. krzycząc „babciu!” Ale to nie jest wasza babcia. Roosevelt odrzekł. by wyżywić lud. Gdy Mołotow zaproponował w zamian za te dostawy pewną liberalizację systemu. w jaki sposób USA. a państwo wydaje rezerwy swego złota. to złośliwy wilk. Pierwszą sowiecką fabrykę sa- mochodów zbudował Ford (chociaż w Rosji przedrewolucyjnej produkowano już własne modele samochodów). Albania i ta Polska. W rezultacie Rosja carska wyeliminowana została z walki i ZSRR został klientem Zachodu. Churchill domagał się. rzuć- cie szkołę. 342 .Trocki przyznawał się chętnie. co dzieje się w chwili obecnej.

ten sam Kennedy sprawia. tej kury znoszącej złote jajka. Jak to możli- we. Wiecie też państwo o tym. w jakiej zgodzie. Moskwa i Waszyngton — dwa groźne głosy z dwu koń- ców świata — nie pozwoliły wam zaprowadzić porządku w świe- cie arabskim! Lecz najbardziej wstydliwy przypadek to Kuba. ze wszystkimi swymi wadami. który zabiegał o niepodległość dla swego kraju. by 343 . żeby jakikolwiek kraj tolerował pistolet wymierzony we wła- sne podbrzusze? Lecz Castro zdobył władzę korzystając z po- mocy Amerykanów. że lotnicza osłona operacji została odwołana na osobisty rozkaz prezydenta Kennedy'ego. Chruszczow. był prawdziwym Rosjaninem. że tysiące Rosjan. Tak. I proszę też sobie przypomnieć. próbują naprawdę nabić kubański pistolet. mój Boże — na Krym. A gdy Sowieci. i w taki sposób pistolet został nabity ślepym nabojem. wydali je w ręce komunistów. w wyniku czego siły wol- nościowe tego kraju zgniecione zostały przez Armię Czerwoną. Oczywiście Amerykanie udawali później. Przez kogo? Przez Anglików i Amerykanów. którzy od czasu do czasu próbują zrzucić jarzmo nałożone na nich przez Lichwiarzy. że muszą z podkurczonym ogonem wrócić do domu. pragnących uciec przed komunizmem. że stoją po stronie emigrantów kubańskich i rozmyślnie doprowadzili do fiaska inwazji w Zatoce Świń. I obok nich Niemcy! Czyż nie jest symboliczny podział Niemiec. Amerykanie nie pomogli Chinom w ich desperackiej walce z komunizmem. po- między dwóch wspólników? Jedno udko dla ciebie. CIA popchnęła Węgrów do rewolty.wydane zostały Sowietom. Ale nie ma nigdy tragedii bez elementów komicznych: na procesie norymberskim kaci sowieccy zasiadali obok sędziów wyznaczonych przez kraje Zachodu. jak harmonijnie. Wystarczyło jednak. jedno dla mnie. zostało przemocą załadowanych do wagonów i ciężarówek i oddanych Sowietom. by Rockefel- ler wybrał się na wakacje — wakacje. Widzicie państwo. rozmyślnie: proszę sobie przypomnieć.

Ten pies rozumie się z tym kotem jak dwaj złodziejaszkowie w dzień targowy. A co dzieje się w Afganistanie? Jeden ze wspólników po- sługuje się gazem i napalmem. Jakie są w tej chwili dwa wielkie mocarstwa nuklearne? Któ- re z nich ofiarowało bombę drugiemu? Tak. Posunę się jeszcze dalej. wasza rola jest jasno określona. nie całkiem jawnie.Chruszczow dostał wymówienie. których zechciano nawet później posadzić w krześle elektrycznym. róbcie tak dalej”. że Roosevelt oświadczył. kto grałby rolę wilkołaka na użytek Lichwiarzy? A kto. wykrzyknął z humorem: 344 . iż Indochiny po wojnie nie powinny pozostać we francuskich rękach? I czym są Indochiny w chwili obecnej? Amerykanie prowadzili tam co prawda wojnę. by jej przypadkiem nie wy- grać. drugi nie pozwala swym spor- towcom wziąć udziału w olimpiadzie. gdy mowa o Polsce. ZSRR szuka pretekstu. Musimy jednak przyznać. za pośrednictwem szpiegów. lecz bardzo uważali. podzielił między siebie świat w Helsinkach? I co stąd wynikło dla ludów ZSRR? Jeszcze okrut- niejsze represje. że część publiczności dość nieufnie odnosi się do jego oświadczeń. w jaki Reagan szczerzy zęby. żeby nie musieć dokonywać in- wazji Polski. Czy wiecie państwo. W tym celu wynaleźli nawet specjalną metodę: eskalację. Nie przekonuje mnie sposób. że główną niespo- dziankę zatrzymał Kurnosow na sam koniec swej konferencji.. tym nie mniej fakt pozostaje faktem: gdyby tylko Amerykanie mieli bombę. a Breżniew pokazuje pazury. gdyż układ helsiński miał takie oto znaczenie: „Wszystko w porządku. a USA próbują odzyskać swój nadwyrężony prestiż. całkiem niedawno. „Przedstawiciele różnych obozów politycznych — kontynu- ował Hugues Minquin — rozmaicie reagowali na te zdumie- wające deklaracje. Widząc mianowicie..

Wyjął jakiś przedmiot z kieszeni: — Dziś rano — powiedział — opuściłem ZSRR. dyskretne restauracyjki. by mi je zdjęto. że wiedza 345 . by handlarze bronią.A. gdy już nie znajdowaliśmy się nad terytorium ojczyzny.. dobre choć nie bardzo drogie. Made in U. że do niej dojdzie? — Wiedziałem. to po to. Póki samolot leciał nad terytorium ZSRR. — Ale jeszcze dzisiaj rano był pan.S..” Po zakończeniu konferencji prasowej Baronet. miałem ręce skute kajdankami. a wszystko po to. by prę- dzej czy później wydalić mnie z kraju. — Wiedział pan. by utrzymać na- ród rosyjski w niewoli. powiększyli swe zyski. — Zmęczony? Przecież ja tylko gadałem. — Nie jest pan zmęczony? Nie wolałby pan odpocząć? — spytał Aleksander Kurnosowa. Psara i Kurnosowa na kolację do „Tyburcjusza”. — Od dziesięciu lat przygotowywałem się do tej podróży. Zażądałem. że jeśli darowali mi życie. który trzymał w ręku: — Czy może pani z łaski swojej odczytać wytłoczony na tym napis? Pani Choustrewitz uniosła przedmiot wysoko: były to kajdan- ki. Wyraźnie i głośno odczytała wytłoczoną markę: — Smith and Wesson. — Dużo czytałem — wyjaśnił z prostotą — i między innymi także podręczniki savoir-vivre. że Stany Zjednoczone współdziałają z Sowietami. Jestem przekonany. za- brał Fourvereta. Zwrócił się w stronę pani Choustrewitz z pisma «Wybór» i podał jej przedmiot. udało mi się zachować kajdanki jako pamiątkę. A ponieważ jestem troszeczkę kieszonkow- cem. Kurnosow zachowywał się przy stole znacznie bardziej ele- gancko niż Gawierin. ci kuzyni Lichwiarzy. — Nie chcecie mi wierzyć? Ależ zaraz wam udowodnię. który lubił małe.

Baronet. Nawet katolicy wiedzą. młody. o dłoniach. jak to uczynili przed tym samym trybunałem komuniści. że mamy własne. Można nie podzielać ich przekonań. w tej kwa- dratowej czaszce. — „Konfraternia prawdy ludów” — odparł — nawiązuje do pełnej honoru pamięci „Konfraterni prawdy rosyjskiej”. nie przyznali się do wszystkich możliwych zbrodni. komunistyczne szma- ty. Ta pewność siebie samouka. to pełne logiki szaleństwo wy- woływały wściekłość Aleksandra. mającym pokrzyżować 346 . której członkowie zostali uwięzieni i skazani w epoce terroru postleni- nowskiego. — Proszę im to przetłumaczyć. który Kurnosow zamierzał zainicjować. że w tym drob- nym ciele wciśniętym w czerwony sweter z golfem. o różowej cerze i jasnych włosach. pozłacane okularki. o siwych włosach. dlaczego ruch.powinna dotyczyć wszystkiego i że dobry chrześcijanin powinien też umieć posługiwać się widelcem. przypominał głównego księgowego. twarde oczka zdawały się wwiercać w niewzru- szoną twarz Aleksandra. Do pewnego stopnia przynajmniej. — Lud rosyjski jest nosicielem prawdy. ze sterczącym nosem. pełen godności i pucułowaty. osobne przeznaczenie. nie można nie podziwiać ich męczeństwa. nie padli na kolana. Kurnosow. że zdawały się naelektryzowane. których wszystkie palce były prawie równej długości. od czasu objawienia w Fatimie. lecz na wszystkie stawiane im pytania odpowiadali śpiewając chórem Boże chroń cara. A jednak czuł. kryła się ogromna pasja i że w innych okolicznościach mógłby ją podzielać. porośniętej jeżykiem włosów tak prostych i twardych. tak jak to napisałem w mojej książce. Ufam panu. w statecznych okularach. noszący intrygujące. cie- kaw był. gęstych jak słomianka raczej niż jak szczotka. miał nosić nazwę „Konfraterni prawdy ludów”. Nie tylko nie poniżyli się. który nagle oszalał. Jego małe. Rewolucja zwana rosyjską jest nierosyjskim zamachem.

ale nie ma rosyjskiej partii. mistyczne serce. podczas gdy wszystkie pozostałe republiki mają swoją partię i swoją akademię. nasze przeznaczenie. że pojawia się tu wiele nazwisk żydowskich: Dzierżyński był Polakiem. co niektórzy określają jako wielkorosyjski kolonializm? — Nie. Trocki nazy- wał się naprawdę Bronstein. Edelstein. 17 lipca 1918 roku o godzinie pierwszej piętnaście? Trzech spośród nich to Rosjanie. Istnieje wszechsowiecka partia komunistyczna. Czter- naście republik Związku żyje lepiej niż piętnasta — rosyjska — każdy wam to potwierdzi. Tymczasem rosyjska republika — jedyna — nie posiada własnej partii komunistycznej. w tej piwnicy. Sta- lin Gruzinem. Nagy. że rosyjska rewolucja ma w gruncie rzeczy charakter anty- rosyjski. gdy się po- wie. którzy zmasakrowali cara. że republika rosyjska (140 milionów mieszkańców) ma tyle samo znaczenia co Estonia (milion mieszkańców). Horvat. Grünfeld. a na- prawdę nazywał się Krachman. carycę. Czyż to nie symboliczne? Czy znacie panowie nazwiska zabójców. Sergiusza. Nie chodzi wcale o to. Beria także. — No tak. by protestować przeciw antysemity- zmowi. Vergazy. Miejscowość tę nazwano Zagorsk. co sprawia. a jego prawdziwym imieniem jest monastyr Trójcy — Św. podobnie jak nie ma rosyjskiej aka- demii nauk. zanim będzie mógł wykazać 347 . który nosił pseudonim Zagorski. Fekete. Rosyjski uczony musi zaczynać od pracy na wygna- niu. Trzeba zresztą oceniać drzewo po jego owocach. carewicza. Rosja ma serce. wśród Uzbeków czy Kirgizów. na cześć mało zna- nego rewolucjonisty. — Ale czy nie wynika to z tego. Lenin trochę Szwedem i mocno Tata- rem. — Jak to? — zdziwił się Aleksander. jak to czynią Lichwiarze za każdym razem. Nie ma więc powodu.nasze zamiary. carewnę i cztery wierne im osoby. ale oto jak nazywało się siedmiu pozostałych: Jurowski. Każda z republik jest teoretycznie suwerenna. w Jekaterinoburgu. Fi- scher.

by służyła innym. lecz nadmiar drożdży psuje ciasto. że będzie 348 . w którym zaciekawienie mieszało się z obawą i rozbawie- niem. od których odpadną świecące plamy. lecz siłę tę wykorzysta się tak. kątem oka obrzucał go spojrze- niem. czego naj- bardziej nienawidził. — Co się dzieje? Co on mówi? — zapytał Baronet.się w Moskwie czy Leningradzie. Spod opon samochodów pryskało zamarznięte błoto. w wyniku naturalnego fenomenu złotonośnego łuszcze- nia się skóry. Kolacja stanowiła post-scriptum do konferencji prasowej. a Lichwiarze-faryzeusze będą zacierali z radości dłonie. Aleksander. Dopiero wtedy re- wolucja zwana rosyjską osiągnie cel. I właśnie ta nienawiść sprawi. Lecz Molier powiedziałby zapewne. Kurnosow stanie się nieświadomym elementem sztafety propagującej to. rosyjski — powiedział Fourveret. oddany sprawie. Jeszcze kilkadziesiąt lat i państwo komunistycz- ne zniszczy całkiem dosłownie lud rosyjski. Kurnosow stawiał wiel- kie kroki. Rosyjski mesjanizm będzie drożdżami „Konfraterni”. Psar zawahał się. re- flektory aut otoczone były mglistą aurą. żebym to zrozumiał. wyższym mocom. — Jakiż to piękny język. którego uwadze nie uszło rosnące podniecenie Kurnosowa. jeśli jest szczery. Za- leżało mu na tym. wyższy od niego prawie o głowę. jego potężne buty gniotły śnieg i błoto. tylko zostaje podłączony do federacji. — Pan Kurnosow — powiedział — jest wielkim patriotą. Tak samo rosyjski komunista. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne. nie może służyć swojemu lu- dowi i swojemu krajowi. wznosząc oczy ku niebu. W tym człowieku tkwiła potęga. że jeśli idzie o zwięzłość nie dorównuje on tureckiemu. Są i gorsze rzeczy. Doszło do tego jeszcze post-scriptum do kolacji. Propagowany przez państwo alkoholizm przekształca Rosjan w eunuchów. Kurnosow chciał się przejść i Aleksander odprowadził go do hotelu.

bierność. któremu Jezus podał kawałek chleba. lecz zdrowy rozsądek czy może wrodzona czystość. wskazując go jako zdrajcę (nie denuncjując go. jak to się stało. czy i tu nie chodziło o operację sztafety? I czy Judasz. nie pozwalały im wierzyć w jakąkolwiek ideę abstrakcyjną. ponieważ nie znali ich wiele. aby spełniły się twoje słowa i abyś zatriumfował. podpisywali petycje i protesty. który umiał na pamięć w dzieciństwie: „To przeciwko Tobie grze- szyłem i przed Tobą popełniałem nieprawości. tak jak wyznacza się kogoś do brudnej roboty). „Technika wy- wierania wpływu — mówi Vademecum — czyni użytek z zasady Archimedesa. gdyż nie wiedzą co czynią”. paraliżował usta.skutecznie wykonywał powierzone mu zadanie. Byli to ludzie prawdomówni i w społeczeństwie takim jak nasze. i do tego byli niezdolni. tylko wskazując na niego. Neron i Dioklecjan służyli w pośredni sposób chrześcijaństwu”. ociężałość ofiar systemu. to zapewne właśnie ten osławiony grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Z idei. gdy będziesz sądzony”. zbudowanym na kłamstwie. Dzięki nim uzyskałem inte- gralność intelektualną. Wierzyli w Boga i w Rosję. biały szal. gdy nie mogli tego uniknąć. prostotę języka. W tej samej chwili obaj mężczyźni poprawili szaliki: Kurnosow swój sznurek z sza- rej wełny. Szli na manifestację. Zada- wał sobie pytanie. czy i Judasz nie brał udziału w sztafecie. że to. ratowali się przez skromność swej pracy. gdy nie mogli odmówić. — Michale Leontyczu. czyż nie odnosiły się także do uczestników sztafety? Zimny paryski wiatr mroził. nie zostawiając żadnego śladu. a nade wszystko przekonanie. co 349 . Jaka dyskrecja! Nie przeka- zali mi żadnych idei. ale wszystkie te śmiecie spływały po nich. którzy nie prze- kazali mi żadnych fałszywych idei. bez której operacja Zbawienia świata nie byłaby możliwa? A słowa „Przebaczcie im. że jest pan jaki jest? — Przede wszystkim dzięki moim rodzicom. Przypomniały mu się słowa psalmu. która jest za- zwyczaj przedmiotem rozumowania. Aleksander wytworny. czynić przedmiot wiary.

żeby życie było poważniejsze. To. Bystro. To był nabywca Lo- taryngii i Korsyki? Czy może ktoś inny? Ten. To dlatego nie napisałem traktatu. włosy ostrzyżone. To sło- wo uczy respektu nawet dla ostatniego nicponia. Po chwili dodał: — Wiem. jak trafił pan do szpitala psychiatrycznego. niech mi pan opowie. co zabił własną żonę? Jedna ze sławnych spraw sądowych dziewiętnastego wie ku. Prawdę trzeba chwycić w sidła. — Zapach wolności! — wykrzyknął Kurnosow. że oni mnie fascynują? Czuje się tak wy- raźnie. ale i z czułością pa- trzył Kurnosow na kelnera. że jako zbiorowość nie są nieszczęśliwi. mają tylko tro- ski. — Nie trzeba poprzestawać na zapachu — powiedział na to Aleksander. tam. umieścił mnie pan w S-koj-seul.. dostałem się do niewoli. Chce pan może na pić się czegoś w barze? Kurnosow przeczytał szyld hotelu: — Ach. Nie. Ale ja wolę mówić monne-si-eour.. co pachniałoby 350 . wolałbym się jeszcze trochę przejść. którego nazwiska nie znam. w której czuło się zapach frytury.. — Jesteśmy już przed pańskim hotelem. matematyki) jest zdradziec- kie i nieprawe. nie daje się wypowie- dzieć. Dlatego w Piśmie świętym tyle paraboli. No. Zamówił porcję frytek i dwa piwa. Albo usiąść w prawdziwym bistro.. z KGB. — Proszę. — Dziękuję monne-si-eour! — powiedział poważnie. Trzeba wymawiać moussiou. tylko zbiór przypowieści.abstrakcyjne (nie licząc. i doszło do tego spotkania. który przyniósł piwo i frytki. nic. — Chce pan powiedzieć — do separatki? Dzięki człowiekowi. ogromnemu jak góra. Weszli do kawiarni. oczywi- ście. Wie pan. gdzie spotyka się prawdziwych Francuzów. a później byłem na wojnie. że nie powinno się mówić monne-si-eour. Wyglądał przyzwoicie. i nawet troski są tylko po to. rzecz jasna. co istotne w prawdzie.

zajmiemy się tym. jaką przeprowadził pan z KGB. którego nie można okiełznać. coś zupełnie wy- jątkowego w kraju zamieszkałym przez 250 milionów osób. a będzie pan miał przed sobą prawdziwie pantagru- eliczny posiłek. że jest pan wariatem. Wyrażał się jak profesor uniwersytetu w Sankt- Petersburgu.gilotyną. a nie będzie pan miał żadnych problemów. Nnn-no tak — wymawiał to przeciągając. że KGB zdecydowała uczynić z pana kulturę bakterii kontrrewolucyjnej? — Nie tylko. który się sam nakrywa? Wystarczy rozłożyć na stole obrus. będzie pan sobie czytał i pisał. obojętnym tonem. Temu człowiekowi- górze powiedziałem wtedy. Ale prawda to rumak. A szkoda byłoby tak inteligentnego człowieka jak pan.. — I to pańska inteligencja sprawiła. Jeżeli nie wyrazi pan zgody. i bardzo niebezpieczny. co było pańskim towarem? Kurnosow odpowiedział mu natychmiast: — Prawda. zadał mu pytanie: — W tej transakcji. W zamknięciu będzie pan żył wygodniej niż na wolności. Aleksander. który wystarczy wyjąć z worka? I stolik. Powiedział do mnie: „Niech pan się zgodzi. która przynosi wyzwolenie. Tylko prawda jest jednocześnie istotą i funkcją. Aleksandrze Dmitry- czu? Pamięta pan bajkę o kiju-samobiju. Dzięki temu spotkaniu w Niemczech posia- dałem kulturę polityczną nie-marksistowską. Ci ludzie wyobrażają sobie. Jeśli pan od czasu do czasu będzie potrzebował kobiety. jak się dawniej mówiło — jaka jest pańska decyzja?” Dobry człowiek. że mogą zaprząc prawdę do własnego wozu. myślę. będę musiał przekazać pana tym sza- raczkom z ministerstwa sprawiedliwości i skończy pan w kopal- ni soli. Na pewno wyrządził więcej zła niż źli ludzie. gdy mnie sprowadzono. nagiego. Będzie pan karmiony. Podobnie z prawdą: prawda-która-się-sama- usprawiedliwia. Zna pan rosyjskie bajki. po gruntownej rewizji: jestem silniejszy od was. prawda. 351 .. Mo- ja inteligencja nie była uszkodzona przez mikroba dialektyki.

u której służyłem. a ZSRR sprzedał krótko przedtem setki tysięcy takich butów Niemcom. Dla KGB. była dla mnie raczej matką. Wie pan. że partia zjednoczyła się ze spo- łeczeństwem? Wojna. Przekazywałem je dobrowolnie człowiekowi-górze. cała dywizja. Wybierał fragmenty. że dostałem się do niewoli. które najbardziej mu odpowiadały. Wojna dopiero się zaczynała i Niemcy traktowali nas dość przyzwoicie. byłem zdobyczą o wartości nieocenio- nej. że jest moim pielęgniarzem i oddawał je ludziom z siat- ki przerzutowej. Przewieziono nas do Niemiec w bydlęcych wagonach i rozdzielono pomiędzy chłopskie zagro- dy. 352 .. że zostaliśmy sprzedani razem z butami. Ten udawał. Aleksandrze Dmitryczu! Za jej mózg uważał się człowiek-góra. które nie musiało uciekać się do pomocy jednej tylko. Kobieta. która osiadła mu na ustach. Trzeba umieć kłamać. Aleksander zamówił dla niego jeszcze jedno piwo: — Nie chce mi pan opowiedzieć o tamtym spotkaniu? — Chętnie. Powiedziałem już. zresztą prymitywnej metody. i dla- czego? Przez buty z cholewami. jakby nie zjadł przed chwilą wspaniałej kolacji. Ci z dziecięcą niewinnością transportowali je dalej. Zapisywałem moje myśli. co w końcu sprawiło. i oddawał je jednemu ze swych podwładnych. prawda? Poddaliśmy się na samym początku. Ponieważ nie mieliśmy butów. Pożerał tłuste frytki. Wydawało nam się. Ze mną było inaczej.. żeby być uznanym za prawdomównego. Rozstrzelali naszych komisarzy politycznych. lecz był w gruncie rzeczy tylko ele- mentem układu. nie znałem kobiet. baba sama w domu. Aleksandrze Dmitryczu. Niektórzy chwalili to sobie: chłop w wojsku. nie uważaliśmy ich za naszych. Bo trzeba jednak uznać. Cóż za organizacja.Przyzwyczaiłem się do myślenia. że to partia po- prowadziła naród do zwycięstwa. ale to nas nic nie obchodziło. dziennika- rzom opowiedziałem inną historię. pracującego dla mnie! Oczywiście. Kurnosow wytarł chusteczką pianę z piwa. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat.

Jeśli zbiera się zboże. Nasza zagroda — mówię o niej: nasza! — umieszczona była na skraju lasu. i dawało mi to radość. To było już później. z wielkimi dłońmi i ma- łymi uszami. Nie wolno nam było rozmawiać. Umówiliśmy się więc na niedzielę. trze- ba tylko pogodzić się z jej surowością. Mimo to była dobra dla mnie. proszę sobie wyobrazić! Ale ziemia jest wielkoduszna. Po drugiej stronie lasu znajdowały się inne gospo- darstwa. wynagradza tych co ją uprawiają. nawet obca ziemia. Pewnego dnia poszedłem na wieś. Ale wszystkie te zagrody należały do jednej wsi. żeby przetransportować dziesięć worków nawozów che- micznych — Niemcy są mocni w nawozach chemicznych — i po drodze spotkałem Francuzów. Smarowała mi chleb masłem. jeżeli się spóźnić. będzie zwiezione. że nie mieli ich jak wy- żywić.. Mój ojciec był introligato- rem. jak zobaczyć ducha dawnej Rosji. Jeden z nich patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi do mnie po rosyjsku: „Więc ty rzeczywi- ście jesteś stamtąd?” Nie wierzyłem własnym uszom. wilgotna. jakie robiła dla mnie. gdy Niemcy mieli tylu jeńców. Pracowałem motyką i kosą. Je- żeli sadzi się rośliny. ale zawsze nam opowiadano. o trzeciej. nie wiem jak panu wyjaśnić. Nie trzeba tu żadnego marksizmu-leninizmu. książęta i wykolejeńcy. drugą zbierała wszystko to. rosną. niezbyt dobrze pilnowali. I oto chłopak niewiele starszy ode mnie. to praw- da: jedną stroną noża nakładała masło. w lesie. zgnije. Podob- ne kromki chleba. Ale pilnowali nas inwalidzi. To było tak. które opróżniali inni jeńcy. że są to hrabiowie. który obaj pamiętaliśmy. Dla mnie było to. Zacząłem pracować na ziemi. dobrze zbudowany. nie robi nic na złość. Słyszałem oczywiście o białych emigrantach. Nie tak jak Rosjanka. pracowali na nich jeńcy francuscy. mówi do mnie: „Ty jesteś stamtąd”. będą zduszone przez chwasty. ukrywała nieraz w po- jemnikach na śmieci. 353 . regenerowałem się mając kontakt z rzeczami prawdziwymi. pod dębem o dwóch pniach. co nie weszło w chleb. Jeśli się nie plewi. Matka-ziemia..

woleli zostać ze swoimi chłopkami. kiedy nie znałem odpowiedzi. ogarnęła mnie rozpacz. słono byśmy zapłacili. A kto ci zaręczy. chce nam z powrotem cara na grzbiecie posadzić. Ale wkrótce mieli dosyć: „To białogwardzista. w co wierzył. on stawiał stopnie. Może wybuchnąć pod nosem tych. Mikołaj Wła- dimirowicz był z ruchu Młodych Rosjan. Gdyby nas na- kryto. 354 . którym niełatwo manipulować. wy- sysałem z nich całą prawdę. Przekazywał mi to. egzaminował mnie. Później do- szedłem do wniosku. ja natomiast co niedzielę przychodziłem pod dąb o dwu pniach. a on — zrozumiałem dopiero później — rósł dzięki mnie. zaczynałem myśleć. podpowiadał. jak się wygrzebuje kąski ho- mara. Wszystko to wśród zapachu grzybów i mchu. tak jak się wysysa szpik z kości kuropatwy. Szeptał. głupi. bo prawda to materiał wybuchowy. a ja niewykształcony. że caro- wie nie zatrzymają komisarzy? A my wtedy będziemy się pocić pod podwójnym jarzmem?” Krótko mówiąc.. Mieliśmy zlodowa- ciałe stopy. on wracał do kraju. Mikołaj Władimirowicz kazał mi nauczyć się na pamięć całe- go programu. i sądzę. zmarznięte nosy i tylko jeden ołówek na nas dwu. jaka się w nich znajdowała. Uczyłem się. Kiedy zacząłem brać to pod uwagę. Słuchałem. Czułem się osaczony.. że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. syna pani. że ta partia manipulowana była przez KGB. Dzięki mnie. przemawiał do mnie. Za pierwszym razem moi koledzy poszli razem ze mną. który odtąd kojarzy mi się z prawdą. żeby zobaczyć tego rzadkiego ptaka. zapachu. którzy chcieli jej użyć jako balastu ich własnych kłamstw. Rosjanina z Francji. jak ten emigrant opowiada o Rosji i syciłem się jego słowami. harowałem ciężko. dzięki ideom. Ja rosłem dzięki niemu. damy. zadawałem pytania. Pod dębem w każdym razie nie zadawałem sobie jeszcze tego rodzaju pytań. Przez cały tydzień harowaliśmy jak niewolnicy. Teraz widzę to wszystko w innej perspektywie. które mi przekazywał. ale nie dbaliśmy o to. recytowałem.

Trzeba sze- fów. i złożyłem przysięgę. Uśmiech. że to trony tworzą panujących. Wreszcie przyszła wiosna i zdałem ostatnie eg- zaminy. której nigdy nie odwołałem. dlaczego strzelałem do Breżniewa.. Raczej stały się twardsze. — Tak — powiedział Kurnosow — miałem wtedy dwadzie- ścia lat. jak to nazywał. książęta tworzą trony. żeby panował. przesyconym zapa- chem frytek. był to rodzaj papki. przysięgi wierności. Coś w rodzaju doktryny monarchiczno-socjal-fa- szystowskiej. 355 .. nawet do łona matki. Złościł się na mnie. Ci lu- dzie chcieli wiedzieć. w którym było i szyderstwo i zawiść. budżetem i rekrutacją. Wstał z miejsca: — Przejdziemy się jeszcze trochę? Były więzień celi numer 000 miał niespożyte siły. Mnie się wydawało. Aleksandrze Dmitryczu. Dla tego. Dyskutowaliśmy. zwierzchników. żeby zrobić miejsce. Złożonej carowi. wykrzywił usta Aleksandra: — Dla kogo chciał pan zrobić miejsce? Dla obecnego następ- cy? Kurnosow jeszcze raz wytarł usta chusteczką: — Do pewnego momentu Historii. Jego wargi poruszały się. Jego idee nie były jasne. Później osiąga się taki punkt. Zaczęto przygotowywać rozruch „Konfraterni”. że wystarczy car. Trzeba było zająć się trzema zasadniczymi punktami: programem. Wtedy dopuścił mnie do złożenia przysięgi. Rozumie pan to? „Wracał”. i przywódcy. Nie mógł jej powiedzieć głośno w tym bistro. wypowiadając cicho świętą formułę. ale nie za wielu. Nie tylko do swego kraju: do swe- go dzieciństwa. Metaliczne oczy Kurnosowa nie zwilgotniały. „Trzeba nam cara. które się hartuje. Aleksandrze Dmitryczu. — Przysięgi? — Tak. żeby rządził”. Politgrammota. Była w nich duma. tak jak żelazo. tak.

z rodziną. są zawsze ważniejsze niż obowiązki abstrakcyjne.. jako że marksizm jest teorią prawdziwą. I rzeczywiście każdy sys- tem równościowy prowadzi do śmierci. do których przynależy. gdyż Aleksander zwykł działać samodzielnie. rzemieślnika z klientem. wytwarzającą wi- talny prąd działań społecznych (oto socjalizm). Natomiast równość istnieje pod jednym tylko względem: stosunku do śmierci. zamaskowany. Lecz kon- kretne obowiązki. zwierzchnika z podwładnym — i także z naturalnymi społecznościami. Trzeba sprawić. przygotowany przez Kurnosowa. lecz likwiduje niezbędną różnicę potencjału. która za punkt wyjścia obierze pra- wa jednostki. poprawiony przez Psara i przedłożony na nowo Kurnosowowi. a nie jej powinności względem innych jednostek. Słowianofile odrzucili demokrację mieszczańską. grupą zawodową. ludem. przypominać będzie orkę pługiem zaprzęgniętym przed wołami. który musi doprowadzić do wyzysku słabego przez silniejszego.. — Wasz program jest za mało budujący — krytykował go pi- lot. Podstawą programu była powszechna deklaracja obowiązków człowieka. Bowiem albo ponosi klęskę w walce z przyrodą i ucina równość. choćby nawet wyzysk ten był osłonięty. Kurnosow pisał: Każda filozofia społeczna. Tekst. a czysto dydak- tyczna postawa Piotra drażniła go w najwyższym stopniu. całą ludzkością. których adresatami są nasi bliźni. Ta metoda pracy prowadziła do konfliktów. Wolność może być ugruntowana tylko na odpowiedzialności. został później dys- kretnie przekazany Piotrowi podczas spotkania w muzeum Clu- ny czy Carnavalet. Odpowiedzialność wiąże człowieka w jego konkretnych relacjach z innymi ludźmi — wytwórcę z konsu- mentem. jawnie fałszywy. Tymczasem od- powiedzialność stanowi wystarczająco solidną bazę sprawiedli- wego społeczeństwa. znajdując schronie- nie w sztucznych ramach terroru. gdyż jej funda- mentem jest absolutny liberalizm. żeby 356 . albo też odnosi zwycięstwo. — Powinniście wypracować antymarksizm.

tak samo jak oszukuje się niektóre owady podstawiając im sztuczne jaja. w której za- częła się szykować synteza historyczna. zawierająca go w sobie. i. czyli właśnie marksizm. gdzie zamiesz- kał w pokoju bez łazienki. I nic wię- cej. którą ma pan dyrygować. którą będziemy prowadzili tak.nasi przeciwnicy nauczyli się myśleć wspak. Oto właśnie sztuczka. będziemy mogli powrócić do przerwanej pracy nad tezą znów dla nas korzystną. by spróbować wymóc na nim zmiany w tych punktach. jaką zamierzamy podsunąć za- chodniej inteligencji. z kajdankami na przegubach. „Do łaźni będę chodził w każdą sobo- tę. Wie pan. że marksizm to tylko jeden z momentów dialektycznego ruchu i że zarysowała się sytuacja. lecz wroga mu. Mamy przy tym nadzieję. — Aleksandrze Dmitryczu — słyszał wtedy od Kurnosowa. Oto o co tu chodzi: uświado- miliśmy sobie wreszcie. — Nie mam pojęcia. Inne problemy związane były z budżetem. z której pan wyszedł dyrekcji — odpo- wiadał na to agent — ale najwidoczniej nic pan nie zrozumiał z t operacji. które one bezskutecznie usiłują zapłodnić ginąc przy tym. udawałem się razem z eskortą do łaźni 357 . Rzecz jasna Aleksander musiał przedstawić te propozycje jako swoje własne. ale w każdą sobotę opuszczałem moją celę. na ukos. który zwracał się do niego z pewną wyrozumiałością — jeszcze nie spotkałem człowieka tak bardzo zmiennego w przekona- niach jak pan. że gdy powiedzie się ta pseudo-synteza. co było jednym z moich leningradzkich przywile- jów? Tajemnica była dobrze strzeżona. w których Piotr nie dał za wygraną. jak pro- wadzi się kukiełkę w teatrze lalek. zamiast żeby zatriumfowała antyteza. Kurnosow z oszczędności opuścił po dwóch dniach hotel „Choiseul” i prze- niósł się do maleńkiego hoteliku w XV dzielnicy. Aleksander wywalczył pewne ustępstwa u Piotra i znów zoba- czył się z Kurnosowem. Dlatego postanowiliśmy oszukać Historię. amery- kańskimi oczywiście. chociaż zupełnie się z nimi nie zgadzał.

dzięki czemu Psar mógł sprawo- wać kontrolę nad „Konfraternią”. Gdy Kurnosow dowiedział się. Jednocześnie jego stosunki z Kurnosowem pogarszały się. Niekiedy oddawa- łem im pięknym za nadobne. Przyjmujemy każdego. Wiercił się po parkietach pałacu Biron (jego buty skrzypiały nieprzyjemnie). Nieźle bawiliśmy się przy tym”. po rosyjsku. aby mogły wyklarować się elity. był wstrząśnięty tą wiadomością: „Jak mogliście o tym nie pomyśleć. Jeszcze inne kłopoty wiązały się z naborem członków stowa- rzyszenia. przyznawał on sobie prawo ogo- łacania kont „Konfraterni”. kłaniając mu się głęboko. Moi strażnicy lali mi na plecy wrzącą wodę i chłostali mnie brzozowymi witkami. uśmiechając się z zadowoleniem: — Jestem zawodowcem. emigranci. Gdy zaś Alek- sander rzucał mu w twarz: — Pan jest skończonym biurokratą! Piotr odpowiadał na to. Dzięki temu miesięczne wy- płaty. Ponieważ wszystkie zyski musiały być zatwierdzane przez Piotra. nawet w najskromniejszym wymiarze. Jadł prawie wyłącznie wtedy. przez sześćdziesiąt lat?” Zadowolił się jednak łaźnią turecką. Wydawnictwo tymczasem za- mierzało wytoczyć proces Gawierinowi i odebrać mu przywłasz- czone honoraria. jakie otrzymywał z wydawnictwa Lux. Kurnosow chciał pójść na ilość: — Trzeba osiągnąć masę krytyczną. „Dość się napchałem w więzieniu. 358 . wy.przeznaczonej dla KGB. gdy był proszony na przyjęcia. że w Paryżu nie ma rosyjskiej łaźni. przy- szedł czas. zatrzymywał się przed makietą Bramy piekieł i domagał się podkładek usprawie- dliwiających zakup znaczków czy biletów metra. żeby trochę popościć”. Sumy te jednak nie mogły wystarczyć jako baza finansowa ruchu na skalę światową. na ogół zaś nie wystawiał nosa ze swego podejrzanego hoteliku. wędrowały prawie w całości do kasy „Konfraterni”. Agencja Aleksandra poświęciła część swych zysków przekazując je wspólnemu przedsięwzięciu.

przejęty był obsesją. Kurnosow drzemał. Aleksander irytował się: — Jaka druga strona ma nas opanować? Przecież wiemy z góry. iż należy sprawdzić ich pochodzenie. że we Francji istnieją cztery ugrupowania monarchistyczne. do Belgii. Michale Leontyczu. że- byśmy dopomogli w rehabilitacji lewicowym intelektualistom. Czy pan wie. żrące się między sobą? Nie chce pan chyba. Przeciwnie Piotr: ten uważał. że mięśnie twarzy wciąż są napięte. był zdania. Wielkiej Brytanii. Któregoś poranka wracali z Monte Carlo. by nie został on zdomino- wany przez żadne z już istniejących ugrupowań. założyć kartotekę. że przyciągniemy antykomunistów. że jest ona manipulowana przez nas. Aleksander przyglądał mu 359 . Wyobraża pan sobie to krótkie spięcie? Trzymany krótko przez Piotra Aleksander odczuwał coraz większe zmęczenie. Nikt inny nie zechce wtedy pracować z nami. że „Konfraternia” zostanie opa- nowana przez drugą stronę. albo przez bonapartystów? Ani przez światowców czy anarchistów? Nie chce pan chyba również. Dochodziły do tego także wysiłki i występy publiczne. że całe fran- cuskie getto faszystowskie postanowi zapisać się do nas. prawda. Niech teraz jakiś francuski gagatek wciśnie się do „Konfraterni” i odkryje. Ale wyczuwało się. Kurno- sow zapraszany był wciąż na prowincję i nawet za granicę. tym nowobogackim władzy? Tworzymy całkowicie nowy orga- nizm polityczny i musimy dbać o to. — Niemożliwe. Załóżmy. tłumaczył sobie jednak. wyróżnieniem. jego usta były otwarte. Aleksander był nieodmiennie jego tłu- maczem i mentorem. — O to chodzi. żebyśmy zostali opanowani przez trockistów. że przyjęcie kogoś do „Konfra- terni” będzie przywilejem. Biegły w kontr- wywiadzie. Żądał. by kandydaci wypełniali sześciostronicowe formularze. Odrzucił w tył głowę. że dzięki temu nie poddaje się najbardziej haniebnemu uczuciu: litości nad samym sobą.

„Oto Harmodius. — Nie. 360 . Zawiadomił żandarmerię. który na próżno zaatakował Breżniewa. Otworzył gazetę. Wiedział. myślał. odziany w niebieski garnitur pochodzący z zagranicy. Powiedział na to: „To ułatwi prawdopodobnie procedurę odzyskania pieniędzy”. prawdopodobnie wciąż jeszcze nie znający kobiet. stwierdził. „Oto «Żelazna Maska»„. gdzie nie tyle go leczono. Oto sześćdziesięciolatek. Piotr siedział już w rożku kanapy w pasy w salonie Jessiki. Jego górną wargę pokrywał rzadki wąsik. Trup. Żandarmi znaleźli wy- gnańca w kuchni. Przeczytał wiadomość o śmierci Gawierina. «Niezależny Dziennik». zawieszo- ny był na jedwabnym krawacie. że skrzynka na listy od wielu dni nie została opróżniona. Wisiał na jednej z tych odsłoniętych belek stropowych. okazał się uzasadniony? Aleksander natychmiast zażądał spotkania z pilotem. we- zwań i zawiadomień do ufortyfikowanego domu w pobliżu Li- moges.się uważnie. — Pokazałem ten artykuł Kurnosowowi. że jego stosunek emocjonalny do Kurno- sowa jest bardzo złożony. Oto szaleniec. którą Aleksan- der cisnął na kanapę. które tak zachwalają agenci nieruchomości. Oto uczeń Mikołaja Władimiro- wicza. który przywiózł kolejną porcję rachunków. kiedy przybył do Francji. ile raczej umożliwiono mu rozwój jego szaleństwa”. Żmija z wąsikiem. Oto synek introligatora. dławiący Gawierina od chwili. to już naprawdę przekraczało wszelkie granice! — To nasza robota? Piotr studiował z zimną krwią pomiętą gazetę. który nigdy nie kła- mał. Listonosz. ale nie analizował tego. Czyżby więc lęk. który spędził dziesięć lat w zakładzie psy- chiatrycznym. Ładne słowa w ustach chrześcijanina! Wszyscy jesteście tacy sami. Ten nowy szczegół jeszcze wzmógł nienawiść Aleksandra. kupionym w Hermesie.

zajmujące się najczęściej tematem „wiernego przyjaciela”. pułkownik dokooptowany. — Jacy my? Aleksander opanował się: — Ma pan rację. To on wyciągnął mnie z błota. i gdy tylko spotykali się w którymś z modnych miejsc. zamiast skupić się na sprawie. zaczęły się sprzedawać tak dobrze. Jego telefon — „Niech mnie pan zaprosi na obiad. Piotr westchnął lekko. — Chce pan powiedzieć. Ich kontakty stały się rzadsze od chwili. Dorzucił nie bez pychy: — Mam sobie to za złe. uważał za punkt honoru ująć swego byłego agenta za ramię i wykrzyknąć głośno: — Oto najlepszy agent Paryża. Spotkamy się w «Pont-Royal»?” — zaskoczył całkowicie Aleksandra. Jego wąsik dopiero kiełkował. — Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć? Aleksander uświadomił sobie. i wszystko z powodu śmierci agenta. bardzo przeciętne i chętnie czytane. że ich autor nie musiał już dzielić się z agencją częścią swego honorarium. kiedy powieści Bluna. Następnego dnia Aleksander umówiony był na obiad z Ema- nuelem Blunem. Blun jednak nie przestał okazywać swej wdzięczności. że pan. od dawna już wyłączonego z gry? Niech pan się ma na baczności. Piotr uprzejmie przyjął do wiadomości słowa Aleksandra. Nie chciał się go jednak wypierać. Jeżeli Gawierin stał się niewygodny. który zrobił majątek na obronie biedaków? 361 . żąda pilnego spotkania. trzeba go było sprzątnąć. — Właśnie w tej sprawie. Tu także wchodziła w grę pycha. odwiedzanych przez dziennikarzy. Psar. ryzykuje demaskacją i mnie naraża na to samo. jak wielki błąd popełnił. W na- szej robocie niekompetencję od sabotażu dzieli tylko jeden krok. Myślałem o nieszczęsnym losie tego człowie- ka. Czego mógł chcieć od niego ten człowiek.

Nie było w tym nic dziwnego. a w głębi duszy był przekonany. — Lubię ten lokal. nie pozbawionego talentu. Pozwolił. Gdzie podział się Emanuel Blun z brudnymi paznokciami i głową pełną ideologii. wzdychając z ukontentowaniem. oznakę powodzenia. któremu przyznano tam nagrodę. że spotykało się tam zbyt wielu pisarzy. Plotkowali przy kieliszku. Uważał.jego świa- ta”. ukazał się oczom Psara w eleganckim garniturze. że tamten wyciąga do niego przyjaźnie dłoń. gdyby go nie miał. że nasz stół jest już gotów — powiedział Blun. — Myślę. ozdobiony aksamitnym kołnierzem. która osłaniała młodzieńczą jeszcze sylwetkę i brzuszek. Obaj zjawili się w tym samym momencie w restauracji i jed- nocześnie weszli do szatni. obrzmiałej i bladej twarzy tego drobnomieszcza- nina. Aleksander skinął głową na znak zgody. że powracał z ZSRR. którego wyciągnął z anonimowości. przy- ćmione światła. Blun miał na sobie płaszcz z czarnego kaszmiru. Aleksander nie zorientował się. że bardziej godne szacunku byłoby. z zegarkiem zawieszonym na łańcuszku. trzy- mając go za łokieć. Cenił luksus. wybrawszy bardzo starannie je- den z wielu identycznych wieszaków. a ideologie rozpędzone zostały na cztery wiatry przez bank Credit Lyonnais. żeby zostawić swe okrycia. — Wypijemy po jednym w barze? Stół mamy zarezerwowa- ny. literat. 362 . z kamizelką. ale tak trywialnego. aby stał się jednym z uczest- ników sztafety? Teraz jego paznokcie były regularnie sprawdza- ne i korygowane przez manikiurzystkę. ale tak naprawdę nie lubił go. Agent literacki ciągnął dalej rozmowę o literaturze. że pisarze nie należeli do . Przy pierwszej chwili milczenia Blun rzucił: — Wracam z Rosji. Gdy zawiesił go już. Tu spotyka się sama góra — powiedział Blun. przyglądając się jednocze- śnie gładkiej. dyskretną obsługę tego baru. by Blun zaprowadził go do jednego z foteli.

który nakręcił Łowcą łosi. В lun poruszył temat. Emanuela Bluna? Przecież większość członków to zdecydowani antykomuniści. kiedy zobaczą mnie w worku pokutniczym i z głową posy- paną popiołem. W końcu powinno to zrobić przyjemność wszystkim tym pana reakcjoni- stom. Blun bawił się kawałkiem chleba: — Jak to się robi. że to właśnie pomoże mi się tam dostać. co się dzieje z „Konfraternią”? — Wszystko w porządku. Aleksander nie mógł nie pomyśleć o obsesji Piotra. Dopiero po szczegółowo przemyślanym wyborze menu i kon- ferencji na temat win z maître d'hôtel. — Nie ukrywam przed panem. W końcu u ortodoksów jest to wino mszalne. który wszędzie węszył inicjatywę francuskiego wywiadu. Mam na- dzieję. Aleksander przytoczył kilka bardzo znanych nazwisk. Mamy. Pomimo to uznał jeszcze za stosowne zacząć od wstępu. do której się wstępuje? Rodzaj Rotary Club. Czy mógłby mnie pan zaprote- gować? — Blun. — Pana. Blun mrugał powiekami przy każdym nazwisku: — To świetnie. po którym dopiero nastąpił gwał- towny przeskok.. nie rozumiem pana. gdzie wymaga się inicjacji? — Wszystko po trosze. czy też Kościół.. Właśnie intronizowaliśmy wiel- kiego amerykańskiego reżysera. wystarczyło po prostu za- mówić Bouzy. który był powodem tego spotkania. że to by mnie interesowało. Ale to zaczyna już wyglądać archaicznie. — W zeszłym roku to było proste. który zapra- sza. które prowadziły w głąb hotelu. tego. Byli dla siebie uprzedzająco grzeczni przed na pół ukrytymi drzwiami. 363 . A propos. to świetnie. że będzie panu smakował Cahors. żeby dostać się do waszego klubu? Czy to partia. Jest pan oficjalnym laureatem ZSRR! — Liczę.

» «Musi się pan zobaczyć z Sieriożą» — powiedział Gena- dij. Sądziłem. i przy- jął zaproszenie. Trzeciego wieczoru. W końcu stać mnie jeszcze na zapłacenie sobie pobytu w ich „Ukrainie”. że jest źle przyjmowa- ny. Co prawda Blun miał wielką ochotę opowiadać. co się u diabła dzieje. Samo w sobie było ono niezbyt interesujące. ale jeśli chodzi o ponowne przemyślenie jakichś szczegó- łów. co to nie tylko to. Zapominano go w przedpokojach. nie był zapraszany na przyjęcia. „służbowymi schodami. dlaczego przestaliście mnie drukować? Czy coś jest nie w porządku w mojej linii politycznej? Mam tylko jedno sumienie. Od samego początku Blun stwierdził. wszelkie koszta były opłacone. jednak chciał być o to proszony: ogniste wino okaże się w tym pomocne. poznał panienkę. Od jakiegoś czasu w Związku Sowieckim przestały pojawiać się nowe wydania jego książek. nawet w apartamencie z fortepianem. Ten 364 . No.. kawior szuflami. — Kelner— zwrócił się Aleksander do maître d'hôtel— pro- szę nam przynieść jeszcze jedną butelkę. — Kilka lat temu rozwijali przede mną czerwony dywan. Tym razem oszczędzali. Zastanawiał się dlaczego.. — Na bakier z lewicą? Jak to? — To długa historia. Przyszedł do niej. żeby mnie nie nakryła etażna”. Sie-rioża? Nie znałem Sierioży. Chciałem wreszcie wiedzieć. że to jakaś gwiazda edytorska. co się dzieje. Spędził dwa samotne wieczory w hotelu. ale mogło mu pomóc w stwierdzeniu na miejscu. Psar. jedną z tych laleczek. do jej pokoju. o co chodzi. Następnego dnia no- wa wizyta u sowieckiego wydawcy: „«Genadij. w barze. ale wystarczy mi dać adres. ale w dodatku jeszcze inteligentna. — Ale dlaczego miałby się pan pojawiać w worku i z po- piołem? — Nie mam nic do stracenia. Absolutnie nie. Mieszkała w tym samym hotelu. jeśli mam na to ochotę. Jestem na bakier z lewicą i potrzebuję publiczności.

Sierioża. jeśli staje się nim interes. będących obecnie w rządzie.. otwiera go. otwiera tę teczkę. jeśli o mnie chodzi to nie. żeby znaleźć się w kanale Saint- Martin czy też w fosie Vincennes. bierze stamtąd klaser. mógłby ich pan użyć jako ilustracji». «Jeśli ma pan ochotę opublikować nowe wydanie Aretina. Wicemini- ster Polipier jest pana bliskim przyjacielem. ja mu na to. Po pierwsze jestem Francuzem. tak. który miał minę równie radosną jak strajkujący przed- siębiorca pogrzebowy. albo spławiamy pana. otwierają — jak te ro- syjskie lalki — i rozkłada przede mną tuzin zdjęć. wyciąga stamtąd teczkę. nawet nadskakujący. No więc tutaj. ja bym z wielką przyjemnością. że nie mamy innego typu uzasadnień do zaproponowania. wspólny ideał. A ponadto zna pan ludzi polityki. przyjmuje mnie w ponurym pokoju z portretem szalonego ascety na murze.. ale naprawdę nie widzę. «szpiegostwo to nie mój dział». którzy nie zgodziliby się z nami rozma- wiać». powiedział mi w końcu. jak pan już zapewne odgadł. Sierioża. niezależnie od sprzedaży. pan może nam dostar- czyć informacji na temat ogólnej atmosfery. szanowny panie.» «Przykro mi». gdybyśmy dostar- czyli pani Blun taki oto komplet?» To mówiąc otwiera szufladę. styl Greco. a poza tym może pan dotrzeć do ludzi. jak się na ogół sądzi. «Proszę mnie posłuchać». co mógłbym dla was zrobić». laluni z hotelu i pańskiego sługi w pewnej akcji”. «Ależ tak. «Po pierwsze. 365 . pisarze nie są aż tak bardzo nieprzydatni. która chce być wielka jak bawół. Nie należy jednak sądzić. a poza tym szpiego- stwo to prosta droga do tego. ale stawał się coraz mniej uprzejmy i na- dymał się jak żaba. ale nie jest także źle. «Ja znam wyłącznie pisarzy». kiedy motywem jest idealizm. «Bardzo mi przykro. «próbowaliśmy panu ułatwić zadanie. i przedstawia mi wybór: albo będzie pan pracował dla nas i płacimy panu dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy rocznie. Były to zdjęcia. znajduje tam kopertę. Czy byłby pan zadowolony. wszystkie te bzdury. i to nawet dobrym Francuzem. Zawsze jest przyjemnie. dziękuję bardzo. Ten Sierioża z począt- ku był bardzo uprzejmy.

Tyle że. Niech pan spojrzy. W pańskim interesie będzie teraz wykorzystać mnie. zwró- cił się jednak do swego rozmówcy. Za jednym zamachem osiągniecie to. Może to za- inspiruje panią Blun. Wszystko to opowiadam panu. Sięgam po zdjęcia. ale i świadomości klasowej. że ten Sierioża nie wiedział — i tutaj właśnie Rosjanie mnie zawiedli. zasłużyłem się. i odchodzę. W przeciwnym razie. widzi pan. niedbale. że na lotnisku poddano mnie dwugodzinnej rewizji. który na ogół nie interesował się wcale tego rodzaju opowieściami. że jeśli się zgodzę. zobaczy pan. gdy Aleksander. że między Sowie- tami i mną skończyło się. Blun był już przy drugim koniaku. a ja mu powiedziałem: „To fajny pomysł. póki jeszcze mogę uchodzić za kogoś. żeby wam oszczędzić wydatku na znaczki pocztowe. że się wahałem. że jednak popełniają błędy — że pani Blun i ja uznaliśmy. żeby wyjaśnić. do czego dążyłem przez dwadzieścia lat. I muszę panu po- wiedzieć. zawodową ciekawość. moim pilotem zostanie ta sama lala z hotelu. za dwa tygodnie ukaże się w «Literaturce» artykuł oznajmiający. miłość bez łez. Sierioża za stygł jak sopel lodu. że jak na pilota. Nauka przez obraz. iż żarty trwały już wystarczająco długo. Jak niemowlę. ani słychu. pchany przez zwy- kłą. na mojej skórze zależy mi jeszcze bardziej niż na czyjejś. W dodatku. kto dezerteruje. Mogę się panu przyznać. I jaką ma słodką skórę. sam jej przyniosę wasze dydaktyczne foto- grafie”. wydaje się. zdjęcia przekazałem znajomemu sekretarzowi ambasady. Trzeba dodać. Sierioża dał mi do zrozumienia. i tuż przed moim wyjazdem wystąpiliśmy o rozwód. Sierioża mógł sobie marszczyć brwi. który dał je do walizy dyplomatycznej: ani widu. to ona nieźle prowadzi. od stóp do głów. lub może odgadując koleje prze- znaczenia: — Ma pan przy sobie te zdjęcia? 366 . ale ja nie jestem taki głupi. że Blun jest żmiją pozbawioną nie tylko talentu. i tak dalej. Więc śmiałem się w duchu. — Tyle tylko. sapać ile chciał. in the pocket.

Blun opadł na krzesło. Blun gdaknął: — Właśnie dlatego zarezerwowałem stolik w rogu sali! Nie bez trudu odnalazł wewnętrzną kieszeń marynarki. sapiąc bez przerwy.. Aleksander patrzył na zdjęcie przez piętnaście sekund.. bardzo dawna musiał sam uregulować rachunek. Psar wyszedł z restauracji. póź- niej jednak wydobył z niej zręcznie plik zdjęć. wyłożył dwanaście fotografii na żół- ty obrus: — Może pan otworzyć. . żeby pozwolić mu przejść. Blun na pół wstał z krzesła: — Psar. a po- tem podniósł się i skierował się w stronę wyjścia. Po raz pierwszy od bardzo. Kelnerzy cofali się. które wciąż trzy- mał w zamkniętej dłoni: — Niech pan zamknie oczy. Blun. Aleksander zamknął oczy.

Mówił z trudem i najwidoczniej nie usłyszał wcale jej słów: — Czy zająć się rezerwacją biletów? Wszystko się rozpadło: otoczka. tak zawsze pewien. te same medaliony i wole oka. że przedstawi komu innemu swoje tezy na temat Dostojewskiego. nie przypominał dawnego Aleksandra: zostawił swój płaszcz z wielbłądziej wełny i rękawiczki w szatni „Pont-Royal”. Aleksander oparł czoło o szybę. 368 . Małgorzata zaczęła dzwonić. Lecz Aleksander Psar nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. ta sama Mał- gorzata. całe jego życie. że umie panować nad sobą. żadnych rezerwacji. jak oddychać. Chociaż tak.. te same lamperie Trianon. która chroniła go przez ostatnich trzydzieści lat. On. proszę pana? — Jak najwcześniej. Musiał od nowa nauczyć się. Gdy się ma czterdzieści dzie- więć lat. Grozi. tak wytarte. życie mężczyzny. przypłaca się to lękiem. Samolot do. 8 PERŁA To wciąż był ten sam wytworny budynek. jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie od pana odpowiedzi. — Na kiedy. — Muszę wyjechać na kilka dni.. że zdawały się miękkie i elastyczne. te same kamienne schody. czekająca na niego: — Pan Lewicki telefonował już. — Nie. No- wego Jorku.

że kręci się tam chłopak z szalikiem zarzuconym na szyję. Nie był jednak w stanie wyczekiwać teraz w kolejce. proszę pana? — Rzym. W pierwszej chwili nie widział nic na ulicy. Gdy tylko wypełniła swoją misję. którego prawie nie potrafił odczytać. żeby zbliżyć się do biura. że będzie mógł „wrócić”. Dlatego trzeba było zatrudniać je co jakiś czas. że powinien sam zająć się którąś z tych rezerwacji. który już wcześniej deptał mu po piętach. potem znowu wracając tam. włączając się w ruch okrężny na rondach. potem zauważył. zre- konstruował z dokładnością do paru pomyłek zaledwie wyda- rzenia ostatnich lat. staż manipulacji intelektualistami francuskimi o orientacji literac- kiej. Pomyślał. uwodziciel- skich i zdolnych zarazem do manipulowania ludźmi. przejeżdżając samochodem przez Sekwanę. i zraniło wskutek tego Aleksandra tak bardzo. patrząc na zegarek. Błądząc po ulicach Paryża. podobnymi do niego. którego mu przydzielono. gdyż związany był 369 . Panienek nie brakowało. i rozmawiać ponad kontuarem z jedną z tych ufryzowa- nych idiotek nie znających się na rozkładzie jazdy. aby uwierzył. I to on. ale kobiet-oficerów. — Proszę mi też zarezerwować sypialny. — Dokąd. stając na czerwonych światłach. Nie dało się wykluczyć. ruszając na zielonych. nie było za- pewne wiele. — Na kiedy? — Jak najwcześniej. W jego wyobraźni pojawił się znowu obraz Gawierina wi- szącego na belce stropowej. który zawsze tak bardzo uważnie przeżywał bieżącą chwilę! Ałła była po prostu dodatkowym oficerem-pilotem. aby uciec od lewego brzegu. KGB przyjęło to ryzyko kierując się przesadną troską o oszczędność. w drugiej dyrekcji głównej. zajęła się innymi. w biurze po- dróży. ryzyko wynosiło ileś tam procent. że miała do czynienia z dwoma zna- jącymi się wzajemnie. Ałła robiła najprawdopodobniej.

ze swą służbą i nienawidził wszelkiego oszustwa. tak jak post-romantyczni drobnomieszczanie łudzą się. że pękła 370 . Nie pocieszało go natomiast to — co byłoby pewnie dobrą wiadomością dla bardziej banalnego kochanka — że Ałła wcale nie zginęła. To przynajmniej zostało mu oszczędzone. gdy do- szedł do wniosku. nigdy ktoś taki się nie urodził. Był całkowi- cie pewny. Nie przyszło mu też na myśl. Ten ukryty prąd miłości. ach. że jego uczestnicy tworzą coś. Mój syn osiągnie. Nie sądził nigdy. Nie czuł się więc oszukany w miłości.. czego nie ma? Czyż nie uprawiał odrażającego onanizmu emocjonalnego? Wszystkie te we- wnętrzne poruszenia duszy. urojonym. wyciągnięta w przyszłość: „Mój syn zostanie. spełniająca swą misję. był czymś całkowicie wyobrażonym. że jego syn być może był jednak na świecie. czy mogę mieć dzieci”. jego ręka. tak napięta. Był poza tym obrażony. kooocha. jakby tracił równowagę. dla Ałły. że ma córeczkę.. że ich związek był. obecny w nim przez ostatnich pięć lat. że nie zasłużył na oficera-pilota zajmującego się nim i tylko nim. że nigdy go nie miał. musiała przerwać ciążę. poczucie. Stratę syna odczuł tym boleśniej w chwili. że musiał niekiedy aż przymykać oczy. Fundamen- tem ich związku była dla niego raczej świadomość. co przerasta ich oboje. O tym wiedział zawsze i nawet zadowo- lony był. cała jego miłość. „Nigdy nie miałem dziecka.. Nawet nie wiem. Nawet przez moment nie chciał obecnie przyjąć możli- wości. że ich relacja zbudowana została nie na kaprysie przy- ciągania się dwu naskórków czy dwu wrażliwości. Podobnie też — jako że myśl o dawnej miłości łagodzi zwykle ból z powodu jej urwania się — wolał odczucie swej pierwszej żałoby od ohydnego stanu pustki. Nie była też dla niego rozczarowaniem myśl. że kobieta-oficer. że się ich. że nie jest już sam na świecie. co pewnie byłoby dla niego jakąś pociechą. Zraniona miłość własna powoduje wielki ból. który go teraz opa- nował. Czyż nie jest rzeczą potworną kochać coś.”. wypełnieniem rozkazu.. by Ałła go kochała.

muszla ontologicznej samotności. To zła wojna. Nie chodziło wcale o „dokręcenie śruby” jakiemuś oficerowi. 371 . który ubił przed trzydziestu latu. jakie oddał? Podejrzewał. ojcze”. od same- go początku nie był uczciwy. Nawet jego stopień służbo- wy. który okazał się zbyt niezależny. która była przecież fabryką iluzji. które było stokroć silniejszym po- większeniem wrażenia. Grano nim. że targ. Nic więc dziwnego. jakiego się doznaje. kto okazuje się człowiekiem bez honoru. żeby nazy- wać syna imieniem swego ojca. Kto prowadził tę grę? Ci. co Synowi wysłanemu w misję każe wykrzyknąć: „Lama sabachtani?!”'. Był pionkiem w grze. na którą skazuje nas fakt uro- dzin i z której wyzwoleniem jest dopiero spłodzenie własnego dziecka—wszystko to było więc tylko halucynacją? A fotografie? Ileż razy pochylał się czule nad zdjęciami! Jak bardzo szukał — i znajdował! — oszukańczego podobieństwa rysów! Jak bardzo był dumny. gdy zaufanym przy- jaciołom przedstawia się kogoś. Doznawał uczucia. był tylko jeszcze jednym wabikiem w tej rozgrywce. lecz po prostu o za- stosowanie wobec niego podwójnego systemu kija i marchewki. Być manipulowanym przez wła- snych podwładnych — to jeszcze ujdzie. że w tej sytuacji Piotr traktował go jak zwyczaj- nego agenta. zgodnie z tradycją! „Wybacz. typo- wym dla wielu żołnierzy. Dlaczego? Czy zawiódł w czymś? Czy zażądał mo- że zapłaty nieodpowiedniej w stosunku do usług. Ale przez przełożonych? To już podłość nad pod- łościami. jego przełożeni musieli się nieźle śmiać z niego w swojej dyrekcji. do którego przywiązywał wagę z chłopięcym zapałem. że jego mistrzowie nigdy nie mieli zamiaru pozwolić mu na „powrót”. nielojalności wobec ojca. coś. Podczas gdy z biegiem lat awansował na drabince urojonych stopni i rang. którym zgodził się służyć za cenę nielojalności. ale wciąż jeszcze wojna. rozpoznając w tym nie wiadomo czyim dziecku po- tomka własnego rodu! Jak bardzo przepadał za tym. przez niego samego aprobowanej. dającego znakomite rezultaty z agentami niższego szczebla.

Zasługiwał na ten wyjazd. żeby nie wzbu- dzić podejrzeń Małgorzaty. ale tego dnia nie spytała o nic. żeby mnie spotkało to samo”. przez otwarte drzwi. — Tak. że potrzeba mu kilka dni odprężenia i że w tym czasie po- winien uniknąć nadzoru dyrekcji. ale nie powinna wiedzieć. propozycji odpowiedzi na listy. Leżała tam poczta dla niego. Wyda dyspozycje na czas swej nieobecności. że nie może uciec. czy wróci. — Małgorzato. będę musiał wyjechać na parę dni. Ale już wiedział. Oczywiście. Myśl o Gawierinie nie opuszczała go: „Nie chcę. Normalnie zapytałaby go. Wiedział tylko. To samo zdanie. Przeszedł do swojego gabinetu i. — Małgorzato. Lubił boazerie. czy będzie go można osiągnąć te- lefonicznie. inaczej niż to było w jego zwyczaju. Nigdy jej nie wzywał w ten sposób. Zrobił kilka nota- tek. że nic nie rozumie. Zaczął czy- tać i stwierdził.. czyżby mieli rację? Czyżbym był tylko sze- regowcem. Ale w każdym wypadku potrzebne mu było odzyskanie dystansu.. Podszedł do biurka. że wyjeżdżał jeszcze gdzie indziej. Żadna decyzja jeszcze się w nim nie skrystalizowała. Pozostawi je tutaj. musiała się domyślać. Czy wróci obłaskawiony? Bę- dzie próbował zniknąć? Postawi jakieś warunki przed powrotem do służby? Tego nie wiedział. które ota- czały go różowym cieniem surowego drewna. Później zauważył ikonę: — Ty także drwiłbyś ze mnie. Stała z bloczkiem i 372 . — Proszę pana — powiedziała Małgorzata bez ironii — wy- jeżdża pan do Rzymu dziś wieczorem lub do Nowego Jorku jutro w południe. „Więc jak to jest. jak na zepsutej płycie. proszę pana. pozostawił drzwi otwarte. niezdolnym do poddania się autodyscyplinie?” Powróciła mu potrzebna jasność umysłu. gdybyś umiał drwić. że nie był pewny. Jego spojrzenie padło na orientalne sztylety.

proszę pana — powiedziała Małgorzata sztywnymi wargami. wyrażały skoncentrowaną uwagę. Nie powinniśmy się opuszczać. Nigdy nam tego nie zabrano. temu prostakowi. proszę powiedzieć. jak ma się z nim skontaktować.. obramowane ciemnymi włosami. Proszę mu powiedzieć. że znów jest komendantem swojego statku. Jej ciemnoniebieskie oczy. Dla Małgorzaty było to żenujące. — Już to z pewnością zrobił. Oczywiście nie miał prawa wyjeżdżać nie zostawiając Piotro- wi wskazówki. szczególnie na samochodzie o 373 .. Czuł. Po raz pierwszy pozwolił sobie na wypowiedzenie opinii o kimś równym mu w obecności podwładnego. Wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. mimo nawału pracy. Mówiąc nie przestawał się zastanawiać. Mówiąc bazgrał jednocześnie karteczkę z przeprosinami po rosyjsku dla Kurnosowa. czy weźmie swój sa- mochód — numer rejestracyjny. jeśli zechce spróbować gdzie indziej.ołówkiem w ręce. który prosi mnie o ponowne objęcie kierownictwa serii Białej Księgi. — Powie pani. lekko przechyliwszy głowę. jeśli poczeka jeszcze piętnaście dni. — Mówiła mi pani. Spojrzał na zegarek. — Proszę to wysłać pocztą. — W każdym razie proszę go przeprosić. że niezwłocznie do niej zadzwonię. Ma pani tutaj także brulion listu do Baroneta. Jeśli madame Boïsse będzie mnie szukała. Pneumatykiem. Ach. ale że zrozumiem także. tak! Pan Lewicki. że musiałem wyskoczyć do Nowego Jorku na negocjacje w sprawie kontraktu. źle- śmy go potraktowali przez tych wszystkich Kurnosowów. Trzeba mu to dać odczuć. że będę mu wdzięczny. Miała na sobie granatową sukienkę z wielkim białym kołnierzem i białymi mankietami. To prawda.

Małgorzata powtórzyła: — Czy nie mogłabym pojechać z panem? — zaczerwieniła się pod warstwą pudru. do ja- kiego stopnia KGB było dobrze poinformowane i przygotowane do działania. nie zwierzyłby się jej ze swojego dy- lematu.dość rzadkiej marce. A jednak właśnie to spróbuje osiągnąć. przynajmniej na przeciąg kilku dni. tak mało ciążąca. podjąć opty- malną decyzję. A później jakaś tama w nim pękła. Jednocześnie wielokrotnie miał okazję stwierdzić. żeby we wszystkim mu się wiodło. — Proszę o wybaczenie (nauczył ją posługi- wać się tym zwrotem zamiast zwykłego „przepraszam”). pomogłaby mu przeżyć tych kilka dni. Niewiele przypominał sobie ze swego stażu w Brooklynie. ochraniająca. pomoże mu. że jest całkiem samotny. Ta perspektywa przeraziła go. o jego wybałuszonych oczach i wywalonym języku). przyjacielska. Wprost przeciwnie. że mógłby mnie pan potrzebować. Był przyzwyczajony do sa- motnego życia. jeśli jestem niedyskretna. kto wie. 374 . ale nie do poczucia. ale ciepło jej uwagi. jakie okazywała. by przywołać do porządku Ballandara i Fourvereta! Uniknąć nadzoru KGB wyda- wało mu się przedsięwzięciem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. Za chwilę znajdzie się sam za kierownicą omegi czy też innego. Na razie nie chciał wywoływać wrażenia. wynajętego. pragnienie. że zaciera ślady. nieznajomego samochodu. nie wystawiam jej na niebez- pieczeństwo? (wciąż myślał o Gawierinie. Oczywiście. Podczas trzydziestu lat niedostrzegalnie spoczywała na nim ręka Pitmana. Najlepiej byłoby pożyczyć od kogoś jakiś samochód. nie narażam jej na ryzyko. — Nie słuchałem pani. mógłby go zdradzić — czy też wynajmie jakiś pojazd. „Czy zabierając ją. Proszę o wybaczenie. w dodatku moje własne pomniejszy się dzięki te- mu”. Być może obecność tak pełna zrozumienia. ale wydaje mi się. Z jaką łatwością znaleźli sposób. że ni- kogo nie zna wystarczająco dobrze. Ale od kogo? Zdał sobie sprawę. — Nikogo mi nie trzeba.

Dałaby się raczej poćwiartować niż powiedziałaby to komuś. czy poleciał do Nowego Jorku. czarną teczkę. — Dobrze. 375 . jest cho- ra.. Chwycił swą grubą. podjęła ostatnią pró- bę: — Nie ma nic takiego. Małgorzata. a moja sekretarka. Zresztą pojutrze jest Gwiazdka. Z przyjemnością zadzwonię do pana. Małgorzata odgadła z pewnością. co nie mogłoby poczekać jeden czy dwa dni. Proszę poczekać. Małgorzato? — Jolie Madame. Dostałam ją od pana na uro- dziny. spraw- dzą naprzód.. pani. A samochód. proszę pana. — Co mam nagrać na magnetofon. pani Thérien.. byłoby dobrze wziąć na nazwisko mada- me Thérien. Dziękuję za telefon. Jeśli po odczekaniu „paru godzin” zaczną go szukać. odizolowanemu osobniko- wi”. Trzeba było postarać się o rozproszenie wszelkich wątpliwo- ści: „Tu Aleksander Psar. I mamy magnetofon. że nie było go w samolocie. rejestrujący telefony. Gdy stwierdzą. Je- śli jednak rzeczywiście będzie torturowana? Nawet bez użycia metod fizycznych można wymusić bardzo wiele. proszę pana? — Sam to zrobię. po powrocie. — Miałem dobry pomysł. Pomógł Małgorzacie nało- żyć popielaty płaszcz z lisim kołnierzem. Bardzo proszę o nagranie wiadomości dla mnie na taśmę. Aleksander wciąż jeszcze się wahał. że nie wybierał się do Rzymu ani do Nowego Jorku. zajmą się sprawdzaniem Rzymu. Poczuł przyjemny za- pach: — Jaka to perfuma. gdyby go wynajmował.. Musiałem niestety wyjść na parę godzin.ale nagle powróciło jedno zdanie: „Mokra robota przeciwko dwu osobom nie jest dwukrotnie. umierając z onieśmielenia. Na drogę proszę sobie kupić szczoteczkę do zę- bów. lecz dziesięciokrotnie bardziej nie- bezpieczna niż przeciwko jednemu. aż odezwie się sygnał i potem proszę mówić”.

„zlały się z oto- czeniem”. — Nie. — Małgorzato. Wahała się. — Zawadzaliśmy — wyjaśniła. Po raz pierwszy pozwalał sobie przy Małgorzacie na aluzje czysto osobiste. Udało mu się zna- leźć miejsce do parkowania pod Operą. „Ja postą- pię całkiem przeciwnie”. Pro- szę z łaski swojej wynająć samochód na pani nazwisko. — Czy poprosić. w tej dzielnicy pełno jest biur podróży. że Małgorzata przestawiła samochód. Na kiedy wziąć samochód? — Od razu. Weźmiemy samochód z garażu. żeby nam dostarczyli samochód? Trzeba było uniknąć zwracania na siebie uwagi. W podwórku wsiadł do swojej omegi i otworzył prawe drzwi Małgorzacie. od tego co jest nerwem każdej wojny. Oczywiś- cie oddam pani pieniądze. — Jeśli nie jest pan pewny omegi. jakby miało to jakieś zna- czenie. by osoby. proszę pana. które nie chcą zwracać na siebie uwagi. Ale jak to osiągnąć? W jednej z powieści Paula Bour- get pewien nauczyciel kupuje nowe ubranie w sklepie „Old En- gland” i dopiero potem ośmiela się pójść do krawca. Podjął w gotówce cały swój wkład. ale ponownie zajęła miejsce pasażera. Aleksander raz jeszcze opuścił lewy brzeg. niech pani użyje swych wdzięków. Pojechał do swego banku. Uśmiechnął się lekko. przepraszając za swoje roztargnienie. powiedział sobie. Wychodząc z banku zoba- czył. Gdyby policjant protestował. na bulwarze Saint-Germain. Spotkamy się w tym samym miejscu za pół godziny. może weźmiemy mojego renault? Jest niebieski — dorzuciła. Czy ma pani kartę kredytową? — Tak. — Zostawię samochód w drugim szeregu. Trzeba zacząć. Przypomniał coś sobie: wykładowca z Brooklynu doradzał. 376 .

Uznała. tweedowy kaszkiet. kilka płatków osiadło na jej czarnych włosach. Proszę wziąć jakiś wygodniejszy sa- mochód. bardzo mi miło. Nie miał pojęcia. nadający się na większą podróż. że także i ona nie miała ogona. czuł się głu- pio wyposażony w ten sposób. ale udało jej się złapać przejeżdżającą ulicą taksówkę. Zaczy- nał padać śnieg. Samochód Małgorzaty mógł być im znany. nie zauważył nikogo innego podejrzanego. — Sherlock Holmes. Jej popielaty płaszcz prawie nie dotykał bioder. Ładnie się po- ruszała. Niech żyje Boże Naro- dzenie kupców! W sklepie „Old England” Aleksander kupił ciepły. Bez płaszcza marzł. ani parasola. No więc? — Musimy odebrać peugeota z Avenue de la Grande-Armée. dokąd jechać. Zapadał zmierzch. Otworzyła niebieski parasol. Można było całkiem spokojnie przyjąć. Nie nosił nigdy ani kapelusza. Weszła do samochodu i nie wyglądało to na to. Małgorzata czekała na niego tuż obok omegi. żeby ktoś ją śledził ani żeby rzucił się w stronę kawiarni. Małgorzata ruszyła w stronę postoju taksówek. do telefonu. że nic jeszcze nie zrobił. Na ulicy pali- ły się girlandy lamp. Zanim więc zrobił zakupy. 377 . Pomyślał jednak. Nie odwróciła ani razu głowy. — Nie. tak żeby nie musiała pani szukać miejsca do parko- wania. Aleksander szedł za nią w pewnej odległości. dziękuję pani. wykonał kilka elementarnych manewrów w Galeries Lafayette. Chłopak z szalikiem na szyi nie pojawił się. — Proszę. dwustron- ny płaszcz nieprzemakalny. Brakuje mi tylko fajki. Będę czekał od strony Cour du Havre. Na postoju nie było żadnych pojaz- dów. Aleksander opuścił dom towarowy. że nie powinna całkiem zataić swego zdziwienia: — Ubrał się pan w stylu angielskim. by zmylić ewentualny ogon. Proszę mnie zabrać spod dworca Saint-Lazare. niech pani tam pójdzie i weźmie wóz. parasol i ręka- wiczki.

Śmierć Gawierina była dobrym argumentem. Mogło mu to dać do myślenia. z oczami utkwionymi gdzieś w pustce. że powróci tam. Przyklejony do białej. Oczywiście. rozbawiony. Blun nie odważył się zażądać zwrotu rachunku za obiad. Aleksander. Skąd mam mieć pewność. Czy oni o tym wie- dzą? Wszystko razem nie trzymało się kupy. Mógłbym coś wy- myślić na poczekaniu. ma- łostkowa oszczędność. śliskiej bariery. że nazywał się pan inaczej: Aleksander Psar. Chłód szczypał go w nos. „Nazywam się Jean Dupont. „Nie wypełnia się już kwestionariuszy w hotelu. Fałszywe nazwiska. Ale po co? Operacja Konfraternia rozwijała się w najlepsze i KGB nic by nie zyskało odtrącając Psara. końcowa faza montażu? W ten sposób dano by mu do zrozumienia. Spacerował chodnikiem. lecz. mówił do siebie: „Nie powinienem był opuszczać tak nagle Bluna. policzki i uszy. jak dobiera się do pal- ców u nóg. zabezpiecza- jąca wszystko przed wyjazdem. To zaskoczy Małgorzatę. popychając go w stronę Francuzów. Jak jej to wytłumaczyć?” Mógł złożyć wszystko na karb KGB. Ale recepcjo- niści to donosiciele. jak starannie Małgorzata zamknęła wszystkie trzy zamki w drzwiach biura. — Tak? Za- łożyłbym się. że był oszukiwany. czekając na Małgorzatę. przekręcając dwukrotnie klucz. nie zdradzi nigdy. ale wolę panu powiedzieć prawdę: chwy- ciła mnie nagle straszna kolka. przeciwnie. odłożył słuchawkę. więc ja ukrywam się w pani towarzystwie”? Przypomniał sobie. Czuł. To 378 . drogi przyjacielu. Z dworca Aleksander zadzwonił do Bluna: — Bardzo mi przykro. Trzeba będzie podać fałszywe nazwiska. A zatem: „Oni powiesili Gawierina. Dobra gospodyni. pewna. że on naprawdę od- mówił współpracy?” A może w grę wchodził wariant rozgrywki jeszcze bardziej wyrafinowanej? Może nie była to wcale pomyłka dyrekcji. Aleksander wsiadł do metra.

„Mój krążownik!” Pomyślał. Od- stąpiła mu od razu kierownicę. „Jeszcze za mało «zlałem się z otoczeniem». Małgorzata nadjechała. Jedynie sprzedawca kasztanów mógł być uznany za nostalgiczną aluzję do poczciwego dickensowskiego świata. prowadząc czarnego peugeota. coś agresywnego.. pełni zawziętości przechodnie biegali ulicami. I nawet nie mam brody. Peru- ka? I Małgorzata miałaby mnie zobaczyć w peruce albo z przy- klejonym wąsem? A jeżeli jednak dam się złapać i oni zerwą ze mnie tego wąsa. tę perukę. z «Żelazną Maską»„. żeby wejść do optyka i kupić okulary ze zwykłymi szkłami. Czerwona szminka dokład- nie zakrywała jej duże. którą mógłbym zgolić! To brak przenikliwości. Wokół nich mrowił się grudniowy. Chyba żeby powiedzieć. tak by to określił jego ojciec.. Małgorzata przyglądała mu się. Pod- bródek schowała w lisim kołnierzu. Peugeot miał całkiem inne wła- ściwości niż omega.niesłychane. pewne siebie usta. motor zdawał się obiecywać zarówno przyśpieszenie jak i wytrwały wysiłek. Naprawdę jednak panowała tu tylko szarzyzna i melan- cholia. lecz przeszkadzały mu i nie nosił ich. w ostatni piątek. ogarniał wszystko spojrzeniem. 379 . Puegeot włączył się do żelaznego potoku samochodów. Czuło się inne rozłożenie mocy silnika.” Czy jednak rzeczywiście uda mu się wrócić? Zaczynał w to wątpić. Aleksander zapuścił silnik i ucieszył się jego mocą. Widziałem program w telewizji. okulary?” Kupił lekko przydymione okulary słoneczne. że nigdy nie prowadził ro- syjskiego samochodu. jak bardzo jest pan do niego podobny. bawiąc się czynnością. jej twarz nie wyrażała nic. posępny Paryż. Obejmował w posiadanie mostek kapitański. nie wia- domo za czym. Dotykał dłonią przy- rządów i dźwigni. to byłoby podejrzane. W kioskach marzli sprzedawcy gazet. która nie miała żadnego znaczenia. „Gdy wrócę. że mam wystąpić w przedstawieniu teatralnym? Nie. Okulary? Ale nie zdobyłem się na to. Alek- sander zmieniał biegi. samochód łaciński w miejsce anglosaskiego. potrącając się wzajemnie.

Nie dlatego. Ileż razy próbował zaoszczędzić kilka franków. poleganie na samym sobie. To będzie oczywiście tylko etap. ale — w pewnym sensie — niezbędny! A później roztrwonił te drobne oszczędności. dokąd jedzie. Czy Gawierin kupił strzelbę myśliwską? Czy powiesił się z rozpaczy? Myśliwska strzelba nie chroni przed rozpaczą. który zawsze bardzo precyzyjnie kalkulował swoje postępowanie. — Tak — powiedział Aleksander po kwadransie milczenia. Być może opuszczony. że może aż tak poddać się swojej podświadomości. Myślał o tym człowieku. nie tyle ze względu na bezpieczeństwo. Skąd jej to przyszło do głowy? Dopiero na prowadzącej na północny zachód drodze wyjaz- dowej Aleksander uświadomił sobie. skierować do ścieku. W jaki sposób został „zlikwidowany” Gawierin? 380 . Być może usunięty. Aleksander pochodził z rodziny. Biedny Dymitr Aleksandrowicz przez całe życie marzył o posiadaniu choćby karabinu. że w końcu sam siebie usunie. uto- pić w kloace. które do niczego już nie służy. Małgorzata patrzyła wprost przed siebie: — To straszne — powiedziała — co przydarzyło się biedne mu Gawierinowi. zużyty. Jemu. Broń to coś więcej niż broń: to decyzja. Zlikwidować. ni czym samolot prowadzony przez automatycznego pilota. żeby go kupić. w któ- rej posiadanie broni uznane było przez stulecia za coś oczywiste go. szansa ofiarowana odwadze. co stało się z Gawierinem. jak usuwa się niepo- trzebną fastrygę czy też rusztowanie. wieczo- rem. w pewnych przypadkach. — To straszne. ofiarować róże swojej żonie albo synowi używany słownik łaciński. spławić — ileż znaczeń kryje się w tych słowach! Spławić — upłynnić. co dla poczucia godności człowieka. wydało się bardzo dziwne. A jednak tak. by miał być użyteczny. ponieważ wiedziano. żeby nakarmić jakiegoś kole- gę. ale niezbędny. duma. Używany. samotnym w jego fortecy. patrzenie loso- wi prosto w oczy.

„Gdybym zatrzymał omegę. Jutro. Myślała. Jeżeli 381 . jeśli specjaliści z piątki mu dopomogli. jedwabisty krawat. pojutrze pomyślą o sprawdzeniu. gdzie znajduje się Małgo- rzata. że samochodem. mogliby coś w niej zmajstrować.. że to ja go prowadzę. sam. i umarł. czy też sam miał w sobie coś w rodzaju ekipy likwidacyjnej. Albo nie sam. czy czas płynie tak jak zazwyczaj? Czy próbował znaleźć stopą tabo- ret. komórki czy ciałka krwi. Czy całko- wicie się myliła? — Czy sądzi pan. spławić? W jakimś sensie to nie miało znaczenia. że wynajętym. ale jednak sam z fizycznym bólem. że wyjechałem z Małgorzatą. Jak długo cierpiał? W takich okolicznościach. ozdobiony strzemionami i munsztukami. Czy to był znak? Czy to był sygnał? Czy próbowano mu dać coś do zrozumienia. ago- nią. Czy przysłano mu ekipę z V departamentu. używając właśnie tego krawatu? Małgorzata wyciągnęła dłoń w rękawiczce i złożyła ją na okrytej rękawiczką dłoni Aleksandra: — To nie pana wina. znaleźli się w przedziałce „oni”!) Jeśli tak. Bóg wie co. że Aleksandra gnębią wyrzuty sumienia. Został zaklasyfikowany jako niezdatny do służby. czy też sam tak się określił. Ale nie wiedzą. to wiedzą. znalazłby coś innego. śliski jak powierzchnia płynu. zacisnął mu przełyk i tchawicę. piękny. których jeszcze parę godzin wcześniej określał jako „my”. Jeśli idzie o peugeota. Chyba że zainstalowali mi- krofony w moim biurze? (Jakże szybko ludzie. i krawat Hermesa. Ale na razie nic nam nie grozi. Czyż można odrzucić człowieka jak rzuca się niepotrzebne narzędzie? — To ja — powiedział Aleksander — ofiarowałem mu ten krawat. a przede wszystkim. nie mogą wiedzieć. które jak małe gnomy pewnego pięknego dnia dotarły aż do mózgu i postanowiły go usunąć.. oni? Aleksander skoncentrował się na prowadzeniu samochodu. który odepchnął? Sam. że to.

okrągły pułkownik był uradowany jego widokiem. le- piej unikać odrzutu. W Pontoise powiedział: — Coś mam do załatwienia. że pan nazywa się R-sar. — Może wiatrówka. — Co też pan mówi! Pułkownik uznał. Tylko. 382 .” Próbował otrząsnąć się z tego koszmaru: „Czy zamieniam się w Gawierina?” Gawierin kołysał się na końcu krawata. Mały. które ma pan w prawie jaz- dy?” Jeszcze do tego nie doszedł. które sobie tu skonstruował. że byłoby niegrzecznie naciskać.jednak mają swoje anteny w biurach wynajmu. Rozpadało się bezpieczne alibi. Aleksander miał nagle przypływ inspiracji: — To byłem ja. widzi pan. a oni mówili P-sar.. jak zawsze? — zapytał tylko. albo ma pan sobowtóra? Tylko ja zawsze myślałem. że zapyta po prostu: „A jakie jest pana oficjalne nazwisko? Na przykład to. To pana widzia- łem kiedyś w telewizji. Być może jego mania prześladowcza nie była tak absurdalna. Czy może pani po czekać na mnie w tej kawiarni? Wziął ze sobą teczkę. a mają z całą pewnością. albo strzelnica kulowa. Wszystko to przychodziło im bez najmniejszego wysiłku. Nie- długo dojdzie do tego.. ale pusz- czona w ruch maszyna jego mózgu nie zatrzymywała się. jestem z pochodzenia Ro- sjaninem i w naszym alfabecie literę „p” wymawia się jak „r”. A Bal- landara doścignęła jego przeszłość sprzed czterdziestu lat. — Tym razem tylko wiatrówka. Fo- urveret został napiętnowany własnym wstydem i dalej musiał się uśmiechać. Dokucza mi reumatyzm. Małgorzato. jak się uważało. czyż nie. — Kopa lat! Niech mi waćpan coś wyjaśni.

czeka na mnie. wstrętny smak natychmiast odnowił w jego pamięci dawne przeżycia: — Gdy wracałem ze szkoły. Nie chciała wprawiać go w zakłopotanie. przez sześć wielkich. na pół otwarte pyski posieją więcej spustoszenia niż normalne. „ Naprzód jed- nak. która to może być godzina. prawej dłoni. kilka dni. Z prawdziwą przyjemnością rozmyślał nad tym. Sam nie wiedział.. która pozwala zminimalizo- wać rozrzut trafień. Nie był już od nikogo zależny i gdy tylko minął pierwszy mo- ment niepokoju. Potem się zobaczy”. Spojrzał na zegarek: „Biedna Małgorzata. powiedział sobie z ponurą satysfak- cją. złośliwych naboi 357. czuł przypływ energii. gdyż zapomniał całkowicie. aby zastąpić zwykłe naboje 38. dlaczego nie chciał strzelać kulami. że jak na solidnie zbudowaną kobietę miała zadziwiająco drobne ręce. Stwierdził także. Pudłował bez przerwy. Nie miał pozwolenia na posiadanie broni.. Jakież było prawdopodobieństwo. Czemu by nie spróbować? Kelner. ciężkich. poproszę filiżankę czekolady. że policja zatrzyma go i podda rewizji? Podwójny teraz ciężar teczki dodawał mu otuchy. że zdjęła rękawiczkę tylko z jednej. Ale kiedy wychodził. mojego ojca nie było jeszcze w 383 . po to. „Przez kilka godzin. otworzył (wojskowi mówią na to: rozdziewiczył) święte pudełko. Zauważył. Spojrzał na zegarek. Czuł się teraz młodo. tkwiące w bębenku rewol- weru. Wtedy wydawało mi się dobre. Po raz pierwszy w życiu nie wstała na powitanie swego prze- łożonego. że ich wielkie. przejechawszy peugeotem w bardziej ustronne miejsce. będę żył jak samotny wilk. Małgorzata czekała na niego cierpliwie. ostre pociski. poczuł się radośnie podniecony. — Czekolada? Pani to lubi? Od czterdziestu lat nie piłem ka- kao. z kulami o ściętych czubkach. tylko uśmiechnęła się do niego. „Popełniam wykroczenie”. niósł w teczce swojego Smitha & Wessona i pudełko naboi 357 magnum. Kwaśny. pijąc ciepłą czekola- dę. celowania i spustu. Nie udawało mu się osiągnąć tej syn- tezy oddechu.

.. nasta- wiałem kakao i. Nigdy za matkę. — Czy ojciec opowiadał panu o niej? — Nigdy. Wmawiam to sobie z pewnością. — Chodźmy — powiedział. Myślał o próżni. w jakiej się znalazł. Przyszło mu na myśl rosyjskie określenie używane wtedy.. Modliłem się za niego. na dnie którego była czarna plama po odpryśniętej emalii. czekając aż się zagotuje. Małgorzata odczekała dłuższą chwilę. a potem ośmieliła się spytać. gdy ktoś stracił i ojca i matkę: „całkowity sierota”.. Gdziekolwiek się obrócił. To ciekawe. Zdrowaś Mario. że ma jeszcze rewolwer. pisałem jeden czy dwa poematy epickie. Zapalałem gaz. w czasie wojny. Wtedy dziwiło mnie to. Raczej do niej mógłbym się modlić. Mat- ka mieszka w Lisieux. I właśnie coś mi przychodzi na myśl. Ojciec zginął w Indochinach. — To znaczy nie pamięta jej pan? — Nie. Nie słuchał jej. — Nie miał pan matki? — Moja matka umarła. i jeszcze modlitwy za tych.. Czasem wyobrażam ją sobie. Jak różę.? Małgorzata uśmiechnęła się smutno.. ale zostawiał na kuchence garnuszek. Byłem przekonany. — Ojciec nauczył mnie kilku modlitw: Ojcze nasz. cichym głosem: — Co jest ciekawe? Jego przysłonięte rzęsami oczy wpatrywały się w coś. co umarli. Tak właśnie było z nim. wstając z krzesła.. gdy miałem dwa lata. jak błękit nieba. Małgorzato? — Matka. Przypomniał sobie. za moich dziadków.. a za świętych nie trzeba się modlić. Był zmieszany. dlatego spędzam tam wakacje. trafiał na pustkę. czego ona nie mogła zobaczyć. krewnych. 384 . Tak samo clochard myśli o swoim psie. co żyją i za tych.domu. Poczuł się w obowiązku zadać jej podobne pytanie: — A czy pani rodzice żyją. Ale czemu mój ojciec. że moja mat- ka była świętą.

Błotnisty śnieg lo- dowaciał. Znał niedaleko stąd. tak jakby nikomu nie chciał odstąpić tego przywileju. by „dogodzić” Małgorzacie. proszę pana. na podwórku otoczonym nowoczesnymi budynkami. a lekarze — asystentki. rzekł więc: — Zjemy kolację. zdjąć jej płaszcz. co jej odpowiedzieć. gdy zo- stawił peugeota pomiędzy jaguarem i porsche. nad Sekwaną. proszę pana. proszę pana? Zależało mu na tym. a potem obrócił się plecami do kelnera. Pracowała z tak nie- zwykłą wydajnością. — Dokąd? Nie wiedział. Ale nie. do którego prze- mysłowcy sprowadzają swoje sekretarki. Westchnienie. by pomóc Małgorzacie. Małgorzata pośliznęła się. by upadła. pozwalając mu zabrać swój wła- sny prochowiec. — Szatnia. ci klienci! Jak przyjemnie żyłoby się bez nich!” — Tędy. zasługiwała na coś wię- cej niż pensja. Drażniła go wulgarność tej pół-usługi.. Nagle nabrał wielkiej ochoty. lokal. znalazło się rozwiązanie. niewiele brakowało. oddawa- nej w restauracjach: odbiera się od klientów płaszcze i podsuwa 385 . wo- bec Małgorzaty. w których zastosowano starą technikę pruskiego muru. Aleksander nie mógł uwolnić się od myśli. Gdyby tak miało być teraz. odczuwał za- razem upokorzenie i wściekłość. tak kompetentnie. Fourveret zaprosił go tu kiedyś na obiad. Aleksander wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę oświetlonego ganku. — Na pewno znajdzie pani coś dla nas. Było zimno. Gdy do tego jednak dochodziło. Dlatego też niezmiernie rzadko się zdarzało.. wzrok wbity w niebo: „Ach. by musiał od- chodzić z niczym. Była już noc. że w gruncie rze- czy w każdej restauracji świata czeka na niego zarezerwowany stół. — Czy ma pan zarezerwowany stolik? — A trzeba rezerwować? — Dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia.

im się krzesło.. — Czy zostawi pan teczkę? — Tak. a nie czasu. baśniowe herby. a także ogień trzaskający w stylizowanym na średniowiecze kominku. Aleksander wziął whisky z małą ilością lodu. Małgorzato. na której wytłoczone były fantastyczne. Nie wiem. czy też i tam dosięgliby go przyjaciele? Małgorzata zamówiła porto i dostała butelkę pięćdziesięcio- letnią. — Naprawdę.. że pisze się dlatego. jak to powiedzieć. Pan pisał kiedyś wiersze? — Dziesiątki! Uważałem się za poetę. Czyżby wyobrażała sobie. Oparł ją o nogę krzesła. niech sobie sami dają radę. Spis potraw oprawiony był w skórę. to nie jest zajęcie zupełnie. — Teraz już pan nie pisze? Szkoda. ale gdy już uiszczą rachunek. Pluć w chusteczkę i podsuwać ją innym pod nos.. czyste. — Powiedział pan przed chwilą.. dziękuję bardzo. kontrastowała przyjemnie z mrozem zimowej nocy. czy dobrze zro- zumiałam. czy we francuskim więzieniu byłby bez- pieczny. Z pewnością ma pan za mało czasu.. że ma się dość czasu? — Brakuje mi talentu.. Do tego potrzebne są specjalne właściwo- ści — brak wstydu i respektu dla samego siebie — na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. Zwłaszcza od czasu ro- mantyzmu. Sądzę że je- stem dość dobrym agentem — potknął się na słowie „literackim” — ale pisarzem? Nie. Wezmę ją ze sobą. Nie. 386 . że znajdą tam krew? Nie. Symfonia bieli i czerni. pełna zamków. Wyobraźnia Aleksandra nie mogła się uspokoić: ciekawe.. jej dodatkowy ładunek nie zwracał na siebie uwagi. Na szczęście teczka sama w sobie by- ła obszerna i ciężka. łobuzy.. na którą składały się ubrania kelnerów i nakroch- malone serwetki. skórzana. w nadziei. Tak czy inaczej trzeba było mieć się na baczności.

Stawał się agresywny. Przerwał jej w pół zdania: — I nigdy nie myślała pani o zamążpójściu. Zmusił Małgorzatę. że sam coś dla pani wybiorę. Matka uczyła pisania na maszynie. a ja nic o pani nie wiem. Wybrał królewskie menu: pasztet z gęsich wątróbek i do nie- go wino Dom Perignon. — Od czego pani zacznie. w której się znajdowali. pracujemy razem od dwudziestu lat. Podobał mu się sposób. — Pozwoli pani. chociaż nie miała już apetytu. „Nie chciałam żyć w poczuciu. Małgorzato? Wahała się. walczył przeciwko Francji. Restauracja. I nie grała kogoś. Dawno temu. miał dzieci. Tak. pracowała w dwóch miejscach. by wzięła jeszcze sery. To śmieszne. I tak miała klasę. Skończyła skromne lecz niezłe studia. że coś komuś ukradłam”. Czy ma pani rodzeństwo? Opowiedziała mu o swoim życiu. Aleksander przyglądał się jej raczej niż słuchał. kto jest zachwy- cony. nie olśniła jej. Małgorzato. — Niech mi pani opowie o sobie. w jaki jej palce o starannie zaokrąglonych. Odgadł. Był żonaty. mówiła prawie bez zarzutu. Ojciec był podoficerem. pokrytych czerwonym lakierem paznokciach przylegały do kieliszka z bia- łym winem.. Musiała pra- cować. Sam także jadł bardzo dużo. To nic. Nim została zatrudniona przez agencję Psara. i przyjęła to z radością. speszona brakiem cen w karcie: — Może zupę. i na koniec uraczył ją jeszcze sorbetem z fruits de la passion. Cios de la Pucelle do krabów i Grands-- Echezeaux do bażanta. Była jedynym dzieckiem. by go nie rujnować.. nie miał syna. Tak. że chce wziąć coś najtańszego. został zdradzony przez własnych ludzi. Owszem. I dodała uśmiechając się: 387 . Ubierała się bardzo dobrze. miała ład- ną postawę. że wyszła ze środowiska drobnomieszczań- skiego. a Francja ofiarowywała mu co miała najlepszego. Małgorzato? Kochała pewnego mężczyznę. zgi- nął na wojnie.

ciemnej komórce. albo dlate- go. to ciepło dzielone przez Aleksan- dra i Małgorzatę. 388 . Jej podbródek krył się w fu- trzanym kołnierzu. ziemia biała. pruski mur mieszał z sobą elementy. 1 wy szedłby pan z tego beze mnie albo z kimś podobnym do mnie. powodowało. Na zewnątrz także trwała symfonia bieli i czerni. Poszlibyśmy na dno bez pani. Małgorzato. Co miało znaczyć to majestatyczne „my”. ile agencja pani zawdzięcza. ciszej: — Jestem szczęśliwa mogąc pracować u pana. Wypili jeszcze kawę. a może dla- tego. Długo jechali w milczeniu. „Dlatego. ruszył na południe. że dzielące ich bariery zaczęły stopniowo tracić na znaczeniu i znikać. czy kiedykolwiek pani powiedziałem. przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile. ale udało nam się z tego wykaraskać. dokąd jedziemy — powiedział Alek- sander. pędzącej przez mróz jak rakieta w kosmosie. włączając się w pluralis: — O tak. by nie zo- stawiać żadnych śladów w tej podróży. Małgorzata patrzyła przed siebie. a potem on zapłacił. — To wszystko jedno — odpowiedziała. z którego Małgo- rzata najwidoczniej została wykluczona? Podjęła to określenie. na pewno. tak jak zabójcę miejsce zbrodni?” Ciepło panujące w tej małej. że przywykłem jeździć w tę stronę z Gawierinem. całkiem nieświado- mie. zapytywał samego siebie Aleksan- der. że mapa obejmuje właśnie ten obszar. „Dlaczego na południe?”. Bez pani nigdy by nam się nie powiodło. — Nie wiem (wiedział to całkiem dobrze). — Jestem szczęśliwa mimo tego. Aleksander. — Ależ nie. Raz czy dwa było bardzo źle. — Och. że przyciąga mnie trupi odór Gawierina. I jeszcze później. gotówką. — Nawet pani nie pyta. niejeden raz. Niebo było czarne.

lecz czego istnienie wydało mu się nagle wątpliwe. Gdy- by wiedział. Myślał o tym z wielkim niesmakiem do samego siebie. Ponieważ jednak sądził. który był dla niego niczym. „nic”. uderzyło go. tak. albo Rosja jego syna. przeziębienia. To słowo. Później.. gdyby taki istniał. Kto mógłby mu udowodnić. Przypomniał sobie nagle pró- bę. właśnie w tych dniach nauczyła się pierwszych linijek rymowanki ku chwale Lenina: Gdy małemu Leninowi rosły mleczne zęby Do walonek swoich musiał kłaść otręby. ponieważ tam właśnie by wzrastał.. Emaliowany rondelek. że jest bezdzietny. profil sąsiadki. Rosja? Rosja opuszczona przez jego ojca. gdy jego syn podnosił się. cała Rosja wydawała mu się tylko krwawym mitem. za la- sami? Piotr nie nazywał się Piotr ani Iwan Iwan. wieczorem. byłby w dalszym ciągu wierzył w Rosję. po nic. Te ćwiczenia. które tłumaczyły się przez ascezę rycerskiej inicjacji. dostrzeżony na tle okna po drugiej strony ulicy. Aleksander myślał o wypitej niedawno filiżance czekolady i o wywołanych przez to wspomnieniach. Wszystko to w pamięci Aleksandra tworzyło epicką konstelację. ale ironiczny Jakub Pitman: nigdy nie być pierwszym. W ostatnim okresie przed szpitalem klucz długo szukał wejścia do zamka. żeby go pocałować. były tylko upokorzeniami znoszonymi bez potrzeby. i wszyscy Kurnoso- wowie pochodzili rzeczywiście z tego królestwa za górami. ale uplasować się jak najbliżej pierw- szego. pikant- ny smak sekretu. ale dla owej wcielonej Historii. owoc jego lędźwi. Od trzydziestu lat żył po coś. ani niektórzy 389 . że pewna mała dziewczynka o ciemnych włosach. I sfermentowany zapach wińska wydobywający się z ust Dymitra Aleksandrowicza. odkrycie majestatycznego rytmu rosyjskiego heksametru. której poddał go serdeczny. który towarzyszył już jego okresowym spotka- niom z Jakubem Mojsiejewiczem. gdzie mieszały się ze sobą dziurawe podeszwy. oczywiście nie z powodu Włodzimierza Iljicza. chrobotanie klucza w drzwiach. że Piotr i wszyscy Iwanowie. w co wierzył.

Ale reszta? Ta początkowa komórka. Ale wierność dla wierności? W jednym błysku zrozumiał nagle paradoksalny hieroglif swoje- go losu. Nie. lśniącą gdzieś poza światem. pewne formy myślenia. przypływ morza zatopił ją. To dlatego chrześcijanie jedzą ciało Chrystusa. frankońskim mięsem. A tymczasem. komunię świętą. kilkoma pudełkami kawioru. Ale cóż on o niej wiedział? A jeśli nawet istniała. krzyże. w wiel- kim ciele Aleksandra. co jemy. Na początku były dwie gamety. a on wymyślił sobie inną Rosję. siódma część stałego lądu kuli ziemskiej. dla których praco- wał. szarymi wilkami. i agenci KGB byli na usługach światowej konspiracji lichwiarzy. pochodzili skądinąd. nieśmiertelną. z jakiejś innej planety. dziedzictwo. która miała jakoby istnieć gdzieś w świecie. być może nie była nim wcale. była na obczyźnie. żeby stać się Chrystusem. ale wszystkie molekuły tworzące jego ciało po- chodziły z tutejszego humusu.z Kurnosowów Kurnosow. zakładając. co go z nią łączyło? W jaki sposób byli ze sobą związani? Nagle inna myśl przejęła go zgrozą: czym jesteśmy? Tym. Mówiono mu o pewnej Rosji. a ludzie. złoconymi ko- pułami. ponieważ widział kościoły. co dzieje się z nastolatkiem. czy kiedykolwiek spożył coś pochodzącego z ziemi jego przodków? Nigdy nie czuł się Francuzem. ciele żywionym frankońskim zbożem. cywilizacja. Oczywiście był też język. święte obrazy. 390 . i który odkrywa. który zawsze wierzył w Boga. jeśli o niego chodzi. poza kilkoma litrami wódki. które złączyły się w jedno i które pochodziły skądinąd. KGB jest może tylko przykrywką czegoś innego? Aleksandrowi przydarzało się to. no i w końcu wierność. nie wszystkie. że istniała jeszcze w jakikolwiek sposób. idealną. A w końcu mo- że nawet ten wariat Kurnosow miał rację. Rosja. nieskończonymi stepami. razem z białymi brzozami. że to niczego nie dowodzi i może być tylko gigantyczną inscenizacją.

dobrowolne wygnanie. że chciałem dać Bogu lekcję wierności”. Urodził się zdrajcą. który nie ma ani motywu. A w końcu wierność wobec przyszłości. lecz sterylna ofiara żyją- cego człowieka dla pięknej zmarłej. którą sobie wymarzył. Ale ta kasta. Aleksander w głębi duszy odrzucał zawsze to słowo tak charakterystyczne dla brodatego pedanta. Wdowiec. który je rozsławił). pogrzebanej cywilizacji. Był czystym. powtórzył zdradę jedząc Francję. a przed nim jego ojciec. Poza tym wierność wyobrażonemu wspomnieniu: tej mar- twej. że Aleksander we własnym przekonaniu dotrzymywał wierności swej ojczyźnie. którą jadł. chwalebna. dająca tylko wewnętrzną satysfak- cję. który się ponownie żeni. zdradzili ducha całej tej cywilizacji i kasty. pewnej nadziei: „powrócić” do tego raju. więc mniej bezinteresowna. wierność zmuszająca do tysiąca po- święceń. Nie usprawiedliwiała jej nawet pokusa. Wierność. co znaczy żyć jak ryba w wodzie”. przede wszystkim. Właśnie w taki sposób stał się w pewnym sensie negatywem sa- mego siebie. „Nie wiem. Zdradzał Francję. tysiąca upokorzeń. rodząc się we Fran- cji. Także i fakt. absolutnym zdrajcą. ale związana z tymi samymi wyrzeczeniami: osamotnienie. ale której wyrzeczenie się splamiłoby jego honor. Zdradził Rosję. ta cywilizacja już się przeżyły. bez kon- sekwencji. której Aleksander już nie znał. ani wytłumaczenia. nie popełnia zdrady małże- ńskiej. marząc o Rosji. I wszystko to po co? „Przypuszczam. Aleksander. 391 . skąd pochodził. była tylko formalna. takim. Wierność więc zupełnie bezinteresowna. jeśli nawet była. bole- sne zahamowanie twórczych impulsów. która ją stworzyła (nie klasy. Oddając się w służbę bolszewikom. Druga zdrada — urodzić się gdzie indziej — nie po- chodziła z wyboru. Ta zdrada. nie. od- czuwana wobec innego kraju. nie łagodził tej zdrady.

W pierwszej chwili rozdrażniło go to. zwyczajem książąt. co dalej robić. o kogoś. aseku- rowany. Gdzie były legiony aniołów i archaniołów. kiedy prosił o pomoc. Armie białych ruszały do ataku modląc się. który zna łacinę — KGB patria no- stra”. uśmiechając się: „Zobaczy pan. by dojrzała w nim decyzja co do punktu docelo- wego podróży. Pitman powiedział mu. że wylansuje Bluna. co także miało opóźnić jazdę i pozwolić. od momentu kiedy Aleksander włożył swoją dłoń w dłonie wrogów Boga. siedzącej tuż obok niego. I bez niej dość miał zmartwień. Ale naprawdę po prostu nie wiedział. A tymczasem. Aleksandrze Dmitryczu. kto pomagał mu tyle razy. z rozpo- startymi sztandarami. Jej powieki. Później wytłumaczył sobie. że minęła już trzecia nad ranem. pan. 392 . Dziesiątki razy. obrze- żone niebieską kreską — w restauracji zmieniła swój makijaż. przekształcając go na wieczorny — były jak noc przeciwstawiona nocy panującej na zewnątrz. Miała zamknięte oczy. Cóż więc się teraz stało? Czy tylko udawano. dokąd jechać. które doskonale mogły pomóc żołnierzom Chrystusa? Stara hi- storia: nawet samemu Chrystusowi nikt nie udzielił pomocy. pojechał szosą. że postępuje tak z ostrożności. kiedy zdecydował. a niekiedy piorunująca. skuteczna. że stanowi część tego organizmu? Czy też może również diabłowi zdarza się opuszczać swoich? Aleksander jechał powoli i wmawiał w siebie. i pozwalały się ścinać przez karabiny ma- szynowe bluźnierstw. Bóg słynie z tego. pomoc nadchodziła. Kiedy musiał wywrzeć nacisk na Fourvereta i Ballandara. poczuł się podtrzymywany. Za- miast wybrać autostradę. Za- czął się zastanawiać. jako że szosa była śliska i nietrudno było o wy- padek. Małgorzata od- rzuciła głowę do tyłu. Zegar samochodowy lśnił w ciemności i pokazy- wał. Oddychała spokojnie i cicho. Nagle przypomniał sobie o kobiecie. To samo. opuszcza swoich wy- znawców. Aleksander był senny. dano mu do dyspozycji odpowiednie środki. że przecież chodzi o Małgorzatę. że.

przedsta- wiało niewyobrażalne. Opuszczę pani fotel. Zamknął oczy i zapadł w sen. związane były z elektronicznymi szachami. jakie przesunęły się w jego gło- wie. jak doszło do tego niestosownego gestu. Położył dłoń na drewnianej kolbie rewolweru. czyli KGB. W zasadzie każdy 393 . Popełnił jeszcze większe wykroczenie. Pomyślał z wdzięcznością o dwudziestu latach jej wytężonej uwagi. Nie trzyma się za rękę własnej sekre- tarki. Małgorzata otworzyła oczy. żebyśmy się trochę przespali — powiedział cicho Aleksander. „Będzie pan miał swoją wojnę”. Spać obok kogoś. tak żeby mógł zmienić układ fotela. Bawiła go ta gra. zasilając ogrzewanie. mimo że ogrzewanie mruczało w dalszym ciągu. Aleksander zgasił reflek- tory. „Biedna mała”. o wszystkich jej inteligentnych staraniach ofiaro- wanych agencji Psara. Później położył także swój własny fotel trzymając teczkę na kolanach. Zastanawiał się. Ale nie miał tej wojny. trzyma niedużą dłoń Małgorzaty. Usunęła się trochę. ubrana w ręka- wiczkę ze skóry antylopy. Silnik pracował w dalszym ciągu. Ostrożnie zjechał na pobocze szosy. ukrytą pod kozią skórą. czy komputer wykonał ruch wieżą czy gońcem. pomyślał wzruszony Aleksander. powiedział mu już dawno temu Pitman. choćby nawet tak niewinnie jak on obok Małgorzaty. po czym znalazła się w wygodnej pozycji poziomej. Nie przypomniał sobie. Ostatnie obrazy. — Trzeba. — Byłoby niemądrze jechać dalej. które włączył dziś rano. Obudził go chłód. lecz wydajnym — to ważniejsze — o nieustannym zmaganiu się z rze- czywistością. Ten odruch czułości zaskoczył go. ta przygoda. Stwierdził ze zdziwieniem. sięgnął po swoją teczkę i otworzył ją. o wysiłku nie bezinteresownym. o której marzył. W gruncie rzeczy Małgorzata była jednym więcej uczestnikiem sztafety. kosmiczne ryzyko. że jego dłoń.

a my nie możemy go widzieć? Spać obok kogoś to naprawdę wydać się na jego łaskę. powinno by go upokorzyć lub zezłościć. a drzwi od sypialni zamykał na klucz. Czarne. Najczęściej starał się za wszelką cenę wrócić na noc do siebie. zupełnie jak 394 . Wycieraczki drgały nerwowo. Oczarował go krajobraz. Szyba samochodu oblepiona była śniegiem. wybrzuszenia i wklęsłości. Śnieg się- gał mu do kostek. bezlistne drzewa. że podobne ryzyko podjął przy Małgorzacie. że dzieliła z nim także godziny snu. Ale nie. umykał do salonu. spędzania nocy ze swymi przygodnymi kochankami. Zamknął teczkę i postawił pionowo swój fotel. nigdy nic podobnego nie widział. Dlatego też. przykryte śniegiem. na kanapę. delikatne łona ziemi. zmęczonego. nie całkiem zda- jąc sobie sprawę z przyczyn swego postępowania. W zasadzie powinien teraz mieć jej za złe. To. by ktoś obcy widział mnie w stanie. Śnieżne fale. pilnujący własnego więzienia. w którym ja sam siebie nigdy nie zobaczę?” Tylko u boku Ałły zrezygnował ze zwykłych ostrożności. gdy tylko mógł. Aleksander odblokował drzwiczki. jakie tajemne wpływy wywierają na sie- bie nawzajem śpiący? Do jakich uniesień duchowych dochodzi w nocy? I przede wszystkim skąd mamy wiedzieć. Skąd jednak mamy wiedzieć. Postawił nogę na ziemi. jako że patrzy na nas. Ponieważ znał tylko Paryż. Aleksander unikał. tak aby jego „gość” nie mógł rozko- szować się widokiem jego uśpionej twarzy. ten nagły skok w intymność nie krępował go. Gdy — czego na ogół unikał — przyjmował kobiety u siebie w mieszkaniu. roztaczający się dokoła. Widywała go w różnych sytuacjach. triumfującego. „Jak mógłbym dopu- ścić do tego. płaszczyzny. zatroskanego. Kim była dlań Małgorzata? Nikim. zmieszanego.chowa się w swych snach i pozostaje w nich do chwili przebu- dzenia jak więzień w fortecy. lecz odmawiały pracy. potem otworzył je. czy ten drugi nie przygląda nam się w sposób najbardziej niedyskretny.

Było mu zimno. Właśnie to zrobiłem. Aleksander nabrał powietrza do płuc. „Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. Grudka śniegu oderwała się od gałązki i spadła mu na nos. Zaryzykowała opuszczenie samochodu. Aleksander przyśpieszał coraz bardziej rytm swych ruchów. prawa ręka. Otworzył drzwi samochodu. Małgorzato. Wzdłuż drogi krzaki. „Zdarza mi się to po raz pierwszy”. Zjadł trochę śniegu. Przez ogromne pole ciągnęło się klinowe pismo. Małgorzata wciąż znajdowała się w samochodzie. tak jak to zwykli byli niegdyś robić woźnice fia- krów: lewa ręka. Wytarł twarz śniegiem. napił się go. narysowane przez dziecko: jedna kreska na pień.ludziki. W oddali spostrzegł wielkie A wieży kościelnej. — Nie zauważyłem. Roześmiał się. Aleksander zrobił parę kroków. — Wyglądam jak potwór — powiedziała. Małgorzata przetarła oczy. Nie ma nic wspanialszego. Ojciec nauczył go tej nieskompli- kowanej gimnastyki. Jeżeli chce się pani odświeżyć. Zdumiewająca cisza. schowana tam jak pod namiotem. niech pani wytrze twarz śniegiem. dwie na konary. Przeciągnęła się. przejrzała się w lusterku samochodu. a pod nim mniejsze głoski domków mieszkalnych. Nigdy nie czuł się wolny. Zaczął ude- rzać się w plecy. chwiejnym nieco 395 . ślad ucieczki zająca. których liście kołysały się pod ciężarem kiści śniegu. — Dzień dobry. gdyby oni to wiedzieli”. nawiązując nieświadomie do gestów swych przodków. — Gdzie jesteśmy? Roześmiał się: — Nie mam najmniejszego pojęcia. że krew znów zaczyna pulsować w rękach i nogach. Czuł. Byłoby prawdziwym diabel- stwem.

pszę pani? — Ma pani może czekoladę? — spytała Małgorzata. nacisnął guzik płynu odmrażającego. obsługiwaną przez czarownicę. mogę panią odwieźć na dworzec kolejowy. Gdy wróciła. aby poczuć igiełki chłodu. Jego zły sen trwał trzydzieści lat. pszę pana.. nieprawdaż. wyważona. tak żeby samo- chód też dostał śniadanie. która sporządzała też kawę: — Kawy. — Dobrze. Włączył znowu wy- cieraczki. proszę pana! Czy po raz pierwszy w życiu posłużyła się tym słowem? W każdym razie śmiała się z całego serca. tak tragiczna wczoraj wieczorem. Kończy nam się benzyna. nie mogę pani powiedzieć prawdy. Zjedzmy śniadanie. Znaleźli wioskę. Śni nam się czasem. jeśli pani tylko chce. że jato bawi. a później budzimy się z tego koszmaru. tymczasem praw- da jest.. W takim właśnie nastroju znajdował się obecnie Aleksander. a w niej małą stację benzynową. Na pół mityczny i na pół realny świat KGB rozpływał się w mgle. Przygoda.. Pani jest taka. Śmiała się. Aleksander usunął dłonią śnieg z przedniej szyby. Mam nadzieję. że znajdziemy stację benzynową. gdy już znowu usiedli obok siebie w samochodzie — wszystko to może się pani wydać całko- wicie absurdalne. 396 .. Specjalnie zdjął rękawiczkę. Teraz.krokiem. nie bez kokieterii. i jeszcze bardziej zaskoczona tym. zamieniała się te- raz w miłą wyprawę. Za dzień czy dwa rzeczy będą już jaśniejsze. jej policzki świeciły się. zdziwiona sytuacją dosyć niebanalną.. Ale pani nie chciałaby. że przydarzyło nam się wielkie nieszczęście. Na co ona. — Małgorzato — zaczął mówić. To dlatego właśnie zachowujemy się tak romantycz- nie. trochę wstydliwie. żebym naraził się na to samo ryzyko co Gawierin. Zrobiła poranną toaletę przy pomocy śniegu. z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącym no- sem: — Kiedy to wydaje mi się zabawne..

. że moja rodzina składała się z barbarzyńców. o wiele surowiej niż zwykłe nieuki. Zależało mi na dobrych stopniach. I gdyby to poczucie obcości wiązało się tylko z moimi kolegami. żeby móc stracić honor. Uważałem się za męczennika. tak jakby wracał do przerwanej w jakimś punkcie medytacji. Ile mogłem mieć lat wtedy? Siedem? To za mało. Gdy wrócili do samochodu i podjęli jazdę na południe. Ta kara zabolała mnie. mojemu ojcu. W tym mie- siącu nie byłem pierwszym w klasie. zamieszkały przez barbarzyński lud”. — Jakie to dziwne. ale jednak zależało mi na tym. całkiem cicho.. by przynajmniej częściowo było to prawdą. Powie- działem nauczycielce: „To nieprawda. Nie rozumiała.. Małgorzato — wszystkie lekcje w podręcz- nikach kończyły się podsumowaniem. Gdy byłem mały — pani już tego nie zna. zaciskałem zęby. że Rosja wydała więcej wielkich ludzi niż inne kraje. stracisz honor”. nie.” Nie pamiętam dalej. co się stało. rosnąć tak jak ptak w wodzie. wolał czekoladę. że kryje się w tym pewna przesada. a jednak czu- łem. Ale pamiętam dobrze streszczenie dotyczące Rosji. bogaty w zboże. A później tortura Larousse'a! W domu dowiedziałem się. „Anglia jest wyspą. Gotów byłem uznać. ale jednocze- śnie byłem dumny z siebie. Powiedział mi na to: „Jeśli wyrecytujesz to. Szczególnie dotyczyło to lekcji geografii. na której wydobywa się dużo węgla. W jakimś sensie byłem męczennikiem. nie wiadomo czemu. Nie wierzy mi pani? Jed- nak to prawda. co pisze podręcznik”. cały świat stał na głowie. Także i Aleksander. zawsze taki grzeczny i pilny. jak ryba w powietrzu. do niewiadomego wciąż miejsca przeznaczenia. Ten chłopczyk. Prze- czytałem ten tekst. że nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania. ale w każdym razie odmó- wiłem przyznania.. którego trzeba było na- uczyć się na pamięć. I ten wspaniały 397 . Aleksander zaczął mówić o swoim dzieciństwie. nagle zaczyna się buntować? Zostałem ukarany. bo nauczyłem się go na pamięć i odmówiłem wyrecytowa- nia go: „Rosja to kraj o ogromnej powierzchni.

Aleksan- der nie miał pojęcia. któremu dano nieprawdopodobne imię „Petro- wicz”! A Aleksander I! Wie pani. jej pan. na oślep. w końcu trzeba uznać. skąd przy- szedłeś!” Małgorzata przysłuchiwała się bez słowa komentarza. syn emigranta. i jednocześnie strzępy zdań. — Na przykład Kutuzow. pobity pod Moskwą”. Bonchampsa.Larousse. którego mało co nie kupił Gawierin i na który nawet Aleksander miał chętkę. który go pobił pod Auster- litz”. A Musorgski. czego dokonał Aleksander I? „Walczył przeciwko Napoleonowi. za co Yrieix został świętym. nie znając kierunku. które nic nie mówiły Aleksandrowi. na które- go koledzy wołali: „Ty brudny Rusku! Wracaj tam. Jak mógł to znieść mały chłopiec. został „pobity przez Massenę pod Zurychem”. musiał doznać tak niegodziwego traktowania? Humor Aleksandra. Nie był tego jeszcze 398 . że załatwił Napoleona. który w innych sprawach zaopatrywał mnie w tak świetne informacje — na przykład biografie Archiasza. Tymczasem drogi i szosy kryją w sobie własne przeznaczenia. pamiętał jed- nak. poprawiał się coraz bardziej. generał rosyjski. To wszystko. Larousse porachował się z nim w sposób bardzo zwięzły: „Kutuzow (Michał). co miał do powie- dzenia o Rosji? Aleksander nie przestawał prowadzić samochodu. pojawiały się wiernie w jego pa- mięci. migała naprzód drogowskazami i nazwami miejscowości. Dla nas był on półbogiem. Cóż. Damo- klesa. Astera — czy wie pani. A Suworow? Laro- usse nazywał go Suwarowem! Ze wszystkich jego osiągnięć zo- stało tylko jedno. by wreszcie przedstawić mu znaną nazwę: święty Yrieix. którego słowa witała tak ciepła i pełna oddania sympatia. Pan Aleksander. Szosa. Czuło się. którą jechał peugeot. że na zmianę przeżywa litość i oburzenie. które go tak raniły przed czterdziestu laty. Tuż obok znajdował się ten otoczony parkanem pałac. że ze dwa miesiące temu był w tych okolicach z Gawierinem i pewnym agentem nieruchomości.

Na razie miał po prostu ochotę zobaczyć ponownie pałac. Nie miał dobrej orientacji w terenie. Wszystko było zamarznięte.świadom. domy wiejskie zwrócone są ku swemu wnętrzu. Śnieg przykrywający drze- wa był nienaruszony. Aleksander przypomniał sobie. zwłaszcza na wsi. obrośniętego trawami i na- wet niewielkimi krzewami. po których mógłby roz- poznać okolicę. Zapomniał o kłódce. ale coś w rodzaju wstępnego zarysu projektu zaczęło się w nim formować. Odkąd pojawiła się telewizja. prowadziły 399 . gotyckie naszczytniki. Poza tym śnieg przykrył wszystkie te miejsca. ośnieżo- ne. — Nie ma pani nic przeciwko temu. w każdym razie przez pręty kraty przerzucony był łańcuch spięły kłódką. lecz nie pozbawionych godności. wznosił się po prze- ciwnej stronie owalnego trawnika. Małgorzato. Ale udało mu się jednak znaleźć wieś. Pałac powinien być albo z prawej. ale w każdym razie już niedaleko. Aleksander wysiadł z samochodu. że agent nieruchomości z trudem tylko otworzył tę kłód- kę. Wieś składała się z jednej ulicy. wytworzone przez zimę. Zgubiono klucz od bramy albo mo- że zamek źle funkcjonował. Pałac. gdy podróżuje się nie wiadomo dokąd. mało wdzięcznych. Parkan otaczający po- siadłość miał trzy metry wysokości i najeżony był żelaznymi prę- tami. dzwonniczki. której szukał. albo z lewej strony. Wjechał w aleję. Zardzewiała krata bramy trzymała się na dwu murowanych postumentach. zdobny w wie- życzki. a desenie i cieniowania. Aleksander przejechał jeszcze dwa kilometry. brzydko przerobionego w XIX wieku. kościoła romańskiego. a piesi zniknęli z ulic. Wszystko przykryte było warstwą śniegu i cał- kowicie pustynne. i kabiny telefonicznej na małym placyku. — Czy tu mieszkają pańscy przyjaciele? Potrząsnął głową. żebyśmy trochę nadłożyli drogi? Jak gdyby można było nadłożyć drogi. Po prawej stro- nie otwierała się majestatyczna ale ja. którą przecinało kilka zaledwie czarnych śla- dów po kołach samochodów.

— Niech pani nie stoi w śniegu. Za- czął go więc odgarniać obydwiema rękami. Zaczął szukać kamieni pod śniegiem. jak w zwolnionym i niemym filmie. który tyle razy przysłużył mu się w interesach. uporczywy wiatr. Aleksander podniósł lekko bramę i. Małgorzata. Jeszcze dziesięć minut temu Aleksander mógłby się całkiem dobrze obejść bez zwie- dzania pałacu. Przecież nie da się pokonać starej. zardzewiałej bramie! Dał o sobie znać wściekły upór.. w ciszy spadała na zie- mię. ale przecież wcale nie jest powiedziane. To pani chciałem go pokazać. — Ja znam już ten pałac. Stwierdził. Pró- bował rozbić łańcuch. odciągnął ją od murowanego po- stumentu. Wiał zimny. Zwarty śnieg nie pozwalał na to. Zamoczy pani sobie stopy. Gdy udało im się wydrążyć wystarczające wgłębienie. Spróbował więc wybić ją z tej strony. że zachowuje się niepoważnie. Na koniec uderzył się w palec i mu- siał stłumić okrzyk bólu. Nic to nie dało. popychając ją. Teraz zależało mu na tym. tak że Małgorzata mogła wsunąć się na czworakach 400 . Rdza kłódki poplamiła mu rękawiczki. odgadując jego zamiary.ku skojarzeniu z białym rysunkiem na czarnym papierze. że ta cho- lerna krata. która przykucnęła tuż przy nim. któ- re przychodziły mu na usta. — Może mógłby pan odwiedzić pałac kiedy indziej. Małgorzato. lecz bez skutku.. że lewy zawias bramy był złamany. gdy jego właściciele będą w domu — podpowiedziała Małgorzata. Klucze od mieszkania najwidoczniej nie pasowały do kłódki. pomagała mu. Znalazła ostry i ciężki kamień. Małgorzata podała mu własne klucze. Od czasu do czasu ciężka kiść śniegu odrywała się od gałęzi drzewa i wolno. Wiedział. Wolał jednak zacho- wywać się niepoważnie niż ustępować przed przeszkodą. Zaczął od wypróbowania na kłódce wszystkich kluczy. które były spięte w pęku. Nie wiem czemu. w czym pomagała mu Małgorzata. Zdusił przekleństwa.

gdy znalazł się na tarasie przylegającym do tylnej ściany pałacu. Spró- bował wedrzeć się do jednego z okien. — Proszę. Aleksander obszedł pałac dookoła. Wyposażony w fałszywe machikuły i równie fał- szywe otwory strzelnicze. musiała wierzyć we własne powołanie. Chciał otrzepać jej płaszcz ze śniegu i rdzy. Nowa nadzieja zaświtała mu. lecz zarazem śmieszność tego obrazka była tak rozbrajająca. Odwrócił się plecami do pałacu. ale i bowaryzm ma swe dobre strony. obrzeżone balustradami o kwadratowych słupkach. nie był całkiem pozbawiony czaru. Po- myślał. Mojemu płaszczowi dobrze zrobi czyszczenie chemiczne. Wiatr usy- pał górę śniegu w lewym kącie bramy. żeby przyjrzeć się zamarzniętemu stawowi. Prawa natomiast była zupełnie odsłonięta. Z kolei ona podtrzymała kratę. Wiatr był tu gwałtownym ogrodnikiem. Pałac był w rzeczywistości brzydkim gmaszyskiem z dziewięt- nastego wieku. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. że warstwa społeczna.do parku. miał jednak w sobie coś majestatycz- nego. Czuł się jak zdobywca. która zdolna była znieść to kanciaste jajo. Czuło się. Brama była najwidoczniej zamknięta na klucz. Chodziło tu. Jest w nim urok pewnej no- stalgii. po kolana w śniegu. niech pan zostawi. o arcydzieło bowaryzmu. żeby i Aleksander. sforsować tylne wejście do budynku — bez rezultatu. pokrytemu zamiecionym przez wiatr śniegiem. że zbije szybę i nawet złamie drewniane listwy okna. 401 . Do rzeźbionej bramy pałacu prowadziły ciężkie schody. pewnej skruchy. mógł pójść jej śladem. gdy zoba- czył wewnętrzne żaluzje. Małgorzata puściła bramę i roześmiała się wesoło. że odważyła się dać jej wyraz: — Można by powiedzieć. — Proszę na mnie poczekać. nie rozstający się ze swą cenną teczką. rzecz jasna. Ale pan! O mój Boże! Przejmowała ją zgroza na widok wzoru wytłoczonego na no- wym płaszczu jej szefa. że został pan podpieczony na roż- nie. w wieczne trwanie instytucji i godności.

Przyjemnie byłoby móc przyjmować tu gości. wyłożonym kaflami i skąpo oświetlonym przez trzy pół- koliste okienka. Aleksander znalazł schody. w kamiennych kątach sali. Do- tarł na parter. Wyobraził sobie wykształconych nowobogackich — bo tacy z 402 . tak że jego tylna ściana miała o jedno piętro więcej niż fronton. Była to zapewne dawna oranżeria. Zszedł na dół. Pałac zbudowany został na zboczu. lecz światło nie zapaliło się. mimo to trzymał prawą rękę w teczce. W drugim jej końcu znalazł jeszcze inne schody. by obniżono cenę transakcji. którą chował pod prawym ramieniem. zagraża- jąca temu miejscu. by znaleźć się w rozległym. że znalazł się w piwniczce z winami. W pewnym miejscu Aleksander znalazł drzwi prowadzące do sutereny. Gawierin był przekonany. że nie ma się czego obawiać. Znalazł przełącznik elek- tryczny. którą sta- nowiła zwykła listwa. Podniósł kilka butelek. Były puste. jak pierwotna dżungla. zbadał gruntownie całą oranżerię.Krzewy i drzewa wyrosły bujnie. Wiedział. mimo swych niezgrabności i stylizacji. położona na trzech żerdziach. jak mały chłopiec bawiący się w wojnę. które. Zielone błyski na półkach i belkach świadczyły o tym. krok po kroku. przed- sionków i salonów. wyrwał rewolwer z teczki i po- wiódł nim dookoła. prostokątnym pomiesz- czeniu. kamienne tym razem. a więc refleksji. wokół abażurów. Wystarczyło je pchnąć. bio- rące początek pod kopułą sklepienia. Wszędzie widniały pajęczyny: na oknach. Wrócił na balkonik. Przypomniał sobie to miej- sce. W końcu zapomniał o ostrożności. poddane było pewnemu porządkowi. Znalazł się na małym balkoniku nad oranżerią. Wchodził powoli. Oranżeria wydawała się całkiem jasna w porównaniu z nieoświetloną piwnicą. że chciano mu sprzedać te próżne butelki jako pełne i w rezultacie zażądał. przekręcił go. Posuwając się przed siebie w kurzu i półmroku. wszedł na nie pomagając sobie dłonią opartą o poręcz. który składał się z obszernych korytarzy. w formie odwróconych talerzy.

Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. i już tyl- ko burżuazja miała zrozumienie dla wielkości. Dziwiły ich metalowe wanny. schował rewolwer do teczki i poszedł po Małgorzatę. by prowadzić przez ten labirynt. Potrzebował dwu czy trzech dni skupienia. Wreszcie znaleźli się na strychu. kilka słów przeprosin i niewielkie odszkodowanie załatwią sprawę. kiedy szlachta zajmowała się tylko tym.pewnością wznieśli pałac — jak zapraszają do siebie okoliczną szlachtę. Aleksander przekręcił kurek. po- jękują zawiasy drzwi. Dobrze im tak. Nim wdrapał się na pierwsze piętro. gdzie nikt nie będzie ich poszukiwał? Jakaż była szansa. popijając maderę gospoda- rza. Jaką wspaniałą przygodą będzie zainstalowanie się tutaj! Zupeł- nie jakby się naśladowało Robinsona na jego wyspie! 403 . Skrzypią parkiety. niepewnych siebie i zamożnych mieszczan. co ładne. zaglądając do szaf. sztukaterie i lamperie wypełniają dom. otwierali żaluzje wpuszczając promyki światła do ciemnych pokoi. Ona też chciała obejrzeć pałac. Obie te warstwy teraz znajdowały się w rozkładzie. Niech ginie ten. przypadającą na czasy. Szlachcice. Wziął ją za rękę. a potem. ale także. przechodzili od sypialni do sypialni. gdzie zdzierali z siebie pajęczyny i kichali na każdym kroku. Aleksander lubił burżuazyjną gigantomanię. drwią jednocześnie z niego lub też wymieniają poufne infor- macje na temat mieszczańskich posagów. kto nie wierzy w samego siebie. w których znajdowali zniszczone fotografie i guziki od liberii. że przedsta- wiciel agencji nieruchomości przyjedzie tu w pełni zimy? A na- wet gdyby pojawił się jakiś ewentualny nabywca domu. by mieć więcej gości. — Nigdy nie widziałam takiego domu — powiedziała Mał- gorzata. na parterze. Potem weszli na piętro. wędrowali przez piwnice i kotłow- nie. rozszedł się tylko zapach rdzy. Nie popłynęła z niego woda. stojące na lwich łapach. ale zatrzymała się przed bramą oranżerii. Dlaczego by ich nie spędzić tutaj.

Woda? Był śnieg. Klasnęła w ręce. trzeba mieć do nich wspólników. fantazja nie była mu zabroniona. iż potrafił zachować odpowiedni dystans wobec wszystkiego i nigdy nie opuszczał go ów naturalny wdzięk. że nareszcie znalazł towarzysza zabaw. z którym się można tylko urodzić. a co na to powie tatuś. to się nie uda. uspo- koił siebie. gdy w dzieciństwie realizował jakiś szalony projekt nie sam. że jeśli Małgorzata była mu w pracy tak oddana. że mógłby pan go zatrzymać. to nie jest zabawne. oczywiście z tysiącem zastrzeżeń. Ustalała listę potrzebnych rze- czy.. — Małgorzato. Nie był przecież. — Zostawimy 404 . samotne zabawy nie udają się. — Naprawdę zgadza się pani? Był szczęśliwy w swoim nieszczęściu. a potem rzucili się do sklepu. Małgo- rzata szybko przejęła inicjatywę. Ogień? W parku pełno było suchego drew- na. spędzimy tutaj weekend. Czy umie pani gotować na ognisku? Zjedli szybki obiad w Limoges. Aleksander był uradowany. Czy Małgorzata mogła stać się takim kumplem do zabawy? Czy też zażąda wkrótce centralnego ogrzewania i pończoch na zmianę? I czy on nie wykraczał poza swą rolę szefa. począwszy od pewnej skali przedsięwzięcia. — Ach! Ale w takim razie potrzebujemy zapasów.. Tak jak śpiwory. A jednak. lecz z ko- legą. Zakupy? O dwadzieścia kilometrów stąd znajdowało się Limoges. Pochlebiał sobie nawet. Oszczędzała jak mogła pieniądze Aleksandra i wahała się z kupnem ekspresu do kawy: — Wiem oczywiście. mieszczuchem. do dia- bła. na łowy. Jedna rzecz tylko go niepokoiła. nie wychodził ze swej roli. proponując jej tę dziwną wilegiaturę? Nie. jak gdyby przygotowywali się do oblężenia. przeżywał rozczarowanie: to niebezpieczne. jak zwykle bez ostentacji. — Niczego nie zatrzymamy — odpowiedział. Za każdym razem. to właśnie dlatego. zapałek i.

Podczas kiedy ona roztasowywała rzeczy. papierowe ręczniki. znajdując prostacką i głęboką przyjemność w wywijaniu ciężkim kawałem drewna na końcu siekiery. że ten plik wcale nie maleje. wydawało się. Aleksander płacił gotówką. nie kupimy denaturatu. whisky. sól. to dobry pomysł”). latarka. świece. napinając wszystkie mu- skuły. z wrażeniem. koniak („ale przecież pani lubi porto. szampan („włożymy go do śniegu”). pościel. żeby nie pozostawiać śladów po so- bie. Zapadł wieczór. wysi- lając się. miednica plastikowa („nie. że sprawiało mu przyjemność wyskuby- wanie banknotów z grubego pliku w wewnętrznej kieszeni ma- rynarki. ale także dlatego. jęcząc. pocąc się w zimnie. mniejsze pomieszczenie będzie łatwiej ogrzać. który Małgorzata wolała od wielkiej sali z kamienną posadzką. Nagie pnie drzew odcinały się na tle nieba. piła. Chmury 405 . od których po- życzamy dom. pułapki na szczury (Małgorzata mogłaby bać się szczurów). rąbiąc. wołowa konserwa. które utrzymywał cierpliwie w formie dzięki gimnastyce.wszystko na miejscu dla nieznanych właścicieli. najlepszy agent literacki Paryża wy- prawił się do parku i zaczął ścinać drewno. ano właśnie. kieliszki z kryształowego szkła. maszynka do golenia. raniąc sobie ręce. upuszczając sobie polana na palce. koce.. pociągającej Aleksandra. lniane irlandzkie ręczniki. szczotki do zębów. Gdy tylko po przerwie obiadowej otworzono sklepy. że może myśleć o kimś innym). na ziemi pojawiły się błękitne cienie. w wor- kach znalazły się siekiera. befsztyki („za dużo konserw to niezdrowo”). Małgorzato. wino. żeby potem rozszczepić go na spiłowanym pniu. które. piłując. świeczniki (Alek- sander uparł się przy ich kupnie). Wszystko to gromadziło się w peugeocie.. Małgorzato. dwa grube swetry. ale mie- szek tak. marynowana gęś. jaśnia- ło w miarę jak ziemia stawała się coraz ciemniejsza. narzekając. patelnia. musimy do- kupić” — Aleksander stwierdził. Wrócili do zamku i znieśli paczki do małego saloniku wyło- żonego drewnianymi boazeriami. bochen chleba.

zrzucając na parkiet sterty polan. Małgorzata protestowała.ciężkie od śniegu opadały coraz niżej jak gigantyczne zeppeliny i rozdzierały się na koronach drzew. Wojownik-drwal. Była na tyle taktowna. Aleksander przesuwał się przez wielkie puste komnaty — był zaledwie cieniem. Zabrał się więc do tego. Trochę się gubił w amfiladzie po- koi. bez której nie może się obyć prawdziwy ogień w kominku. Przyniósł zapasy drewna. płomień buchnął dziarsko. które wydzielały woń trocin. — Ależ skąd. staruszek jeszcze nie skapcaniał do końca — mizdrzył się. przedostający się do wnętrza pałacu przez szczeliny okien. W sadzawce odbijały się ostatnie promienie dnia. a na ścianach po- jawiły się żółte i czarne cienie jak na teatralnym parawanie. konarów i polan.. Aleksander uderzył jeszcze parokrotnie siekierą. który tarasował zapewne komin. Z początku ciąg był sła- by. Cieszył się hałasem. Ogień dyszał. ale — jako że w kominku dawno nie palono — potrze- bował dobrej godziny. że za dużo dźwiga. prowadzących do saloniku. Odrzucił tors do tyłu. Po przyniesieniu ostatniego ładunku zamknął drzwi oranżerii — „chcemy mieć spokój” — a nawet je zabarykadował przy po- mocy koślawego stołu. w którym oczekiwała go Małgo- rzata. odbywając pięć tur. by nie przygotować wcześniej kunsz- townej budowli gałązek. 406 . który musnął zmatowiałe lustro — czując chłód. któ- ry stawał się coraz bardziej matowy w miarę jak zmrok gęstniał i białe płachty śniegu znów zaczęły osuwać się na ziemię. budowli. — Ależ to za ciężkie. powinien pan uważać. Następnie pozamykał wszystkie okienni- ce.. zwęglone drewno zamieniało się w peruwiańskie ruiny. gdy jednak stopił się śnieg. by podsycany jego oddechem płomień wdrapał się na szczyt katedry z drewna. a później matowiało i stawało się podobne do katakumb. Nad wodą stały ciężkie ozdobne wazony. drewno trzaskało. a jego to właśnie radowało. a przedramiona służyły mu jak taca na coraz większe ciężary.

głównego tematu. to zawdzięczamy to przede wszyst- kim Rosji”. w roku 1929. oświetlone z jednej strony i ciemne z dru- giej. Aleksander wrzucał korki z butelek do ognia i przyglądał się procesowi ich zmiany w żar. proszę pana. pojawiały się znowu w jego pamięci. Ich dłonie zetknęły się. — Kto jak kto. — Pańska whisky. prawda? A oni wszyscy mówili mojemu ojcu tylko o rosyjskiej pożyczce! Płomienie odbijały się w jego kieliszku napełnionym burgun- dem. to znaczy w piętnaście lat po fakcie: „Korzystam z każdej okazji. I Paléologue: „Nie mieliśmy nigdy lepszego i bardziej nam oddanego przyjaciela niż Mikołaj II”.. by wyrazić podziw dla armii rosyjskich i dać upust mojej najgłębszej wdzięczności wobec nich. I Mangin: „Aliantom nie wolno nigdy zapomnieć usługi oddanej im przez Rosję”. na jakie natknęli się we Francji obaj Psarowie. — A przecież Foch powiedział: „Jeżeli Francja nie została wymazana z mapy Europy.. oj- ciec i syn. Wszystkie historie. wygłaszał je więc hu- czącym głosem. Małgorzata nałożyła jeden wielki biały sandał i usiadła na piętach. Wszystkie te urywki cytatów. mającymi wyrażać współczucie. to jest nie- zrozumienia. Kolacja była tyleż fantazyjna co obfita. które opowiadał. krążyły wokół jednego. Słuchała monologu Aleksandra. które jego ojciec znał na pa- mięć. reagując tylko niearty- kułowanymi dźwiękami. a ponad szklankami uśmiechnęły się do siebie dwie twarze.Wystarczyło dmuchnąć. po to by wróg obrócił się przeciwko niej”. I Naylor: „Bitwa nad Marną wygrana została przez koza- ków”. żeby znowu nabrało rumieńców. ale Joffre musiał wiedzieć co mówi. Nigdy nie zapomnę o straszliwych poświęceniach rosyj- skiej armii. A Joffre. żeby znów zaczęło szeptać. wylewając żółć. która się w nim nagromadziła. Wrócił do swego dzieciństwa. 407 . heroicznych i całkiem świadomie ściągniętych na siebie.

— Jak on cierpiał! Za nic! Byłoby lepiej. zajmującego się psami. oddzieloną od pozosta- łych prowincji: oprycznina. bo psar to psarczyk. co umieścić w her- bie. W chaotycznych wspomnieniach pojawiała się często postać Dymitra Aleksandrowicza. który na zmianę przygasał lub rozjarzał się. w pewnym sensie. To właśnie szep- tali sobie do ucha starzy bojarowie w ich pelisach. Psia głowa oznaczała czujność. której przyznał część terytorium kraju. najzacieklejszych. miotła była symbolem nienawiści do zdrady. Przemie- rzał Rosję na koniu. naturalnie Car. Komu by się bardziej udało w Rosji? Moja rodzina nie jest bardzo sta- ra. moja sytuacja nie jest najlepsza. brak mi zgody psara”. Ale było też przy- słowie związane z nami: „Wkradłem się w łaski cara. Małgorzata słuchała z policzkami zarumienionymi od ognia. Zachwycały go iskry buchające z ogniska. szyderczo! Ale w końcu carowie. Miało to znaczyć: car mnie lubi. nic tam nie poprawiając. 408 . Słyszała pani o Iwanie Groźnym? Stworzył on rodzaj gwardii. gdyby zginął w wal- ce z czerwonymi. Aleksander pił wino. Aleksander rzucał od czasu do czasu polano do kominka. mając przymocowane do siodła psią głowę i miotłę. z dłońmi za- plecionymi na brzuszyskach. jeśli się wszystko weźmie pod uwagę?. Wszyscy nazywali go Psar. Opowiedział jej nieszczęsną historię chłopa wyzwanego na pojedynek.. dlatego dali tam insygnia swego korpusu”. Byliśmy ludźmi z awansu. I miał takiego forysia. tak. Coraz to nowe obrazy odżywały w jego pamięci: — Psar! Nazywano mnie Car.. Stare rody kpiły z nas: „Nie wiedzą. służącego. I właśnie jedno i drugie mamy w naszym herbie. Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. ale jeżeli Psar jest mi niechętny. Jak bolszewicy. Był jednym z opryczników najbardziej wiernych. — Wtedy nie byłoby pana na świecie — wymamrotała Mał- gorzata.

przydymionych ogniskiem i palą- cych jak ogień. Za nic w świecie nie chciałby nadużyć współczucia. — A pan. że nie docenił Francuzek. nawet gdy szlachetnie suche ciepło ognia w ko- minku już nie drażniło ich nagich skór. Aleksander zasnął. zaczęła się powoli ubierać. nie spuszczając Aleksandra z oczu. Obawiała się jednak. wzięła latarkę i. Ponad ich głowami wciąż jeszcze pojawiały się na suficie róż- owe odblaski. Wiedziała. Przyciskał usta do jej warg. odsunęła wzniesioną przez Alek- sandra barykadę i wyszła na dwór. okazanego mu przez tę kobietę. na zmianę szczypiąc się i wbi- jając sobie paznokcie prawej ręki w lewą dłoń. wisząc prawie w jego ramionach. Natychmiast zmoczyła nogi. Mogła była wziąć kluczyk od samochodu. starając się iść lekko. że odgłosy silnika mogłyby go obudzić. Na szczęście nie 409 . Idąc za żółtym krążkiem światła latarki. odpowiedziała: — Ależ ja pana kocham. To wrażenie sprawiło. Nie wiedział jak to się stało. Małgorzata walczyła ze snem. roz- ważając fakt. przedostała się do oranżerii. że wziął Małgorzatę w ramiona. ale czułe? Te zawsze pokryte makijażem kobiety. żeby dało się później wrócić. Za daleko się posunąłem. Wybrała się więc do wsi piechotą. jak to się zda- rza tylko w najgłębszym śnie. Przeszła przez bramę i zało- żyła ją kamieniem. że otrzeźwiał. Rozpłynął się w śnie i towarzyszyło mu błogie przeświadczenie. Wiedział. tak by nie trzeszczał par- kiet. że Francuzki są senty- mentalne. w której kieszeni Alek- sander go nosił. Ona jednak. Gdy przekonała się. policzkujące swe dzieci? Był dotąd przekonany. że po raz pierwszy miał w swych ramionach Fran- cuzkę i dziwiąc się jej czułości. kolce krzewów podrapały jej łydki. że Aleksander jest już całkowicie rozluźniony. wyszła na korytarz. pan nawet nie miał matki. Cofnął się: — Proszę mi wybaczyć. zmysłowe. Dorzuciła drewna do ognia. że czu- łość jest cechą Słowian.

Odnalazła kabinę telefoniczną. kokietowała wszystkich napotkanych komunistów. Chciała zapisać się do partii. starając się iść po swoich wła- snych śladach. Czyż to jednak miało znaczenie? Czekała na ten moment dwadzieścia dwa lata. że będzie miała silny katar. nazwę wioski. wyjaśniła. Gdzieś rozległ się dzwonek telefo- nu. Gdzie? W jakimś gabinecie? W czyjejś sypialni? Nie miała pojęcia. że musiałam się uciec do metod nadzwyczaj- nych. Trzeba było tak zrobić. Nie mam dużo drobnych. — Przykro mi. Podała numer rejestracyjny samochodu. I tak jej miejskie buciki nie były stworzone do marszu w śniegu. należała do zrzeszenia studen- tów. Małgorzata wróciła do zamku. była aktywna w kole naukowym. Opowiedziała wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu go- dzin. Wiedziała już.nosiła szpilek. że pozwolił się zabić. jak można dostać się do środka. — Spokojnie — usłyszała męski głos — już nagrywam. Na przejście dwu kilometrów potrzebowała czterdziestu minut. W tej chwi- li śpi na niej”. Pewnego dnia nowy kolega. a dzwonię z kabiny. starszy niż pozostali. żeby go podre- perować. Za- częła mówić: — Tu Łajka. „Nie wypuszcza jej z rąk. wrzuciła do automatu pięcio- franówkę i wykręciła numer. Nie mo- gła wybaczyć swemu ojcu. proszę kontynuować — odrzekł na to głos mężczyzny. Wspomniała o teczce. Przed dwudziestu dwoma laty była po drugim roku prawa. Rozmowa przerwała się. Ale postępuję zgodnie z instrukcjami. wziął ją na stronę: „Chcesz robić naprawdę coś poważnego? Nie 410 . Wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. jak w bajce dla dzieci. On jest w stanie nerwowego wyczerpania. lecz nie odezwał się. — W porządku. Wioska spała. opisała położenie pałacu.

zwykła sekretarka. nabyła tro- chę doświadczenia. krajowi. a teraz nienawidziła go. ale najwidoczniej ZSRR potrafił docenić wysiłki swych zwolenników. skórę twarzy zarumienioną od ognia. co do pani należy”. który odwiedziła dwukrotnie i który ją tak gościnnie przyjął. chcę zrobić użytek z tego. Jesteście pewni. miał rozchylone usta. czego się u was nauczyłam”. Miał w ustach niedopałek i patrzył na nią z dołu. Zasługujesz na coś lepszego”. policzek rozpłaszczony na powierzchni teczki. z góry. W każdym razie niczego nie ukry- wa. Wcale nie uważała. Do- piero publikacja Rosyjskiej prawdy i założenie „Konfraterni” przekonały Małgorzatę. Zerwała wszystkie kontakty ze skrajną lewicą. nie towarzy- szył mu też blask jego inteligencji. Przypatrywała mu się przez kilka sekund. dołączała listę spotkań. Widziany w ten sposób. Zobaczy to pani pewnego dnia”. Leżał na boku. kopie listów. Od czasu do czasu ogarniał ją niepokój: „Nie wygląda wcale na takiego prawicowca. zasługuje na takie powitanie. Francja na- tomiast nic nie uczyniła dla starszego sierżanta Thériena. który dla niej pozwolił sobie podziurawić skórę na drugim końcu świata. Podziwiała niegdyś swego ojca. Kiedy indziej zapewniano ją: „Ten osobnik tylko się maskuje. karząc go za to. Wkradła się z powrotem do pałacu. że Psar istotnie był antykomunistą i chce zaszkodzić ZSRR. omawiała rozmowy telefoniczne. opu- ściła uniwersytet. tego poplecznika reakcji. Po jakimś czasie przydzielono jej pilota i misję: pilnować Psara. Zaufała temu niewysokiemu kędzierzawemu mężczyźnie o zielo- nych oczach. zapisała się na kurs dla sekretarek. będziesz albo katem. Co tydzień spo- rządzała raport o działalności agencji. gwarantuję wam. albo głuptaskiem. że ona. Był to po prostu nie pierwszej 411 . Niekiedy kończyło się ofuknięciem: „Proszę się zajmować tym. że zginął. tracił arogancję swej urody. Psar spał dalej w tej sa- mej pozycji. bardzo szcze- gółowo.tylko blabla? W organizacji będziesz miała tylko jedną alter- natywę. że nie pomyliliście się? Nie chcę tracić mojego czasu.

nie odpychał jej ani jej pociągał. Ojciec Małgorzaty był zaledwie podoficerem — podró- żował drugą klasą. to wszystko. Mógłby w kimś wzbudzić litość. A przecież w rewolucyjnej ar- mii byłby co najmniej pułkownikiem. Tak samo przed paroma godzinami dobrze się czuła w jego ra- mionach. kontrrewolu- cjonistą. Był wrogiem klasowym. czy nienawidzi swego szefa. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą litować się nad wrogiem klasowym. Tego ją nauczono: to był wróg klasowy. śpiący jak dziecko. nie miał prawa wstępu do mesy oficerskiej — ale i on był kontrrewolucjonistą. ale Małgorzata nie miała dla niego litości. Pra- cowała dla niego całymi latami. który dał jej tę przyjemność. co agencji. . lecz robiła to przeciwko niemu. Był białogwardzistą. służyła mu przykładnie. Wsunęła się więc pod koce i przywarła do Aleksandra. nie człowiek. pracowała dla niego z przyjemnością. lubiła oddawać mu usługi. Nie.młodości jegomość. Podobała jej się praca. Nacierając sobie alkoho- lem stopy zastanawiała się. Nie tyle jemu. To jej się spodoba- ło: zabrać wrogowi klasowemu ciepło. Ale liczyła się tylko czysta przyjemność. Mężczyzna. zwinięty w kłębek. Trzęsła się z zimna.

usiadł. Wyczuwał od jakiegoś czasu chwiejność Oprycznika. Raczej przeciwnie. zapalił papierosa: — „Moja” zadzwoniła do mnie. młody. czego się dowiedział. Pietucha. To dlatego właśnie — i także na skutek instrukcji Pitmana — postanowił przykręcić mu śrubę. Najwi- doczniej nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. rzecz jasna. Opowiedz. bardzo spokojny. Nikitin. za- dzwonił o trzeciej nad ranem do drzwi Piotra. Nikitin. że nigdy nie zostawił Oprycznikowi żadnych do- kumentów. Piotr nie był wcale zaskoczony. Piotr na swą pidżamę w paski brązowe i srebrzyste narzucił czarny. — Wejdź.. Nawet gdyby to nie były dokumenty. jasnowłosy i spokojny. skrzyżował nogi. Wyłożył wszystko. byłoby gorąco. Ale szkoda byłaby tak czy 413 . 9 „WRÓCIĆ” — Przepraszam że cię budzę. Podkreślał węzłowe momenty opowieści wypuszczając błękitne kłęby dymu. że „twój” wypuścił się na dalszy spacer. Podczas trzydziestu lat służby Oprycznik mógł robić notatki — prawdopodobnie prze- chowywał je w sejfie banku w Pontoise — i gdyby przekazał je Francuzom. Piotr. w złociste wzory japoński szlafrok. Siadaj. Zapłaciłby za to on. Jego gło- wa poleci. On sam był całkiem pewny. Nie dosłownie. pilot Małgo- rzaty. Może jednak jego poprzednicy byli mniej ostrożni.. ale coś mi się wydaje. Bywa i tak. Piotr niepokoił się szczegółem dotyczącym teczki.

— Towarzyszu pułkowniku. — Zobaczymy. Jest kawalerem. którego nie da się pod- słuchiwać. Wolałbym nadal służyć pod wami. trzeba będzie mu znaleźć inną sekretar- kę.. a potem zjada tę bułkę. prze- jeżdża przez Paryż. Piotr wolałby polować oszczepem na dzika albo iść z nożem na niedź- wiedzia niż budzić Możuchina o trzeciej nad ranem. czy mógłbym was zaraz zoba- czyć? — Dałeś się opanować przez tych spryciarzy. dzwoni do Moskwy. Nie poznaję cię. Podziękował Nikitinowi. wiecie o tym dobrze. Przez dwa- dzieścia lat był „nielegalnikiem”. na tyle na ile to w ogóle możliwe w wywiadzie.. daj mi zaraz znać. kto by się cackał ze swoim personelem. — Tak jak widzę twojego faceta — powiedział Nikitin — na- wet jeżeli go odzyskasz. Gdy ceruje skarpetkę. zdążył na czas uciec. trzeba zadzwonić do Możuchina. Nie jest to ktoś. W końcu został zdemaskowany. co trzeba będzie zrobić.inaczej. Możuchin cieszy się pewną sła- wą. Piotr zażył tabletkę przeciwko nadkwasocie. oddano mnie do ich dyspozycji wbrew mojej woli. Zadzwoń do Moskwy i daj mi się wyspać. nakłada ją na bułkę. to jest żył pod fałszywym na- zwiskiem. Piotr ubiera się pośpiesznie. wypija półtora litra dziennie. wchodzi do gmaszyska w pobliżu La Muette. by potem — rzecz niesłychana w kronikach KGB — rozpocząć od nowa następną karierę. tym razem „le- galną”. wskakuje do swego volvo. uchodził za Francuza. „rezydenta”. bezpo- średniego zwierzchnika Piotra. — Towarzyszu pułkowniku. Nikitin odszedł. Trudno. I natychmiast zaczęło się dobrze mu znane pieczenie w żołądku. osiąga swój gabinet i ze swego telefonu. pożegnał go: — Gdyby było coś nowego. Automat przełącza go z pałacu Roztopczynów na mieszkanie prywatne Pitmana: 414 . — Pluję na to.

Generał Pitman ma może zbyt wąskie pole widzenia.. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje zdrowie — gderze tłu- stawa Eliczka. Jeżeli Twardy znak zostanie zdra- dzony Francuzom. Jakub Mojsiejewicz. jeśli jego montaż się rozleci. Gdyby tylko Eliczka przestała mruczeć w swoich poduszkach. po- mylił się nakazując przykręcić śrubę Oprycznikowi? Zawsze go- tów jest przyznać się do pomyłki. opłacana przez dwadzieścia lat i do tej pory przysyłająca świetne raporty. który biegnie z Paryża. — Oto co trzeba zrobić. nagle się przydaje. Ucieczka. Myśl. by jej losy uzależniać od inicjatywy pojedynczego agent d'influence. przekazana z powrotem do dyspozycji jej dyrekcji. że mo- gła z tym mieć coś wspólnego Ałła Kuźniecowa. że ma pan dla niego dobre wia- domości. Co robić? Być może alarm jest fałszywy. tyle że do niczego nie przy- datne. Pitman ma wrogów pośród czapek-niewidek. Teczka. Może Oprycznik miał umówione sekretne spotkanie z jakimś członkiem „Konfraterni” albo też zechciał spędzić oryginalne wakacje z własną se- kretarką. to jedyny zarzut. Jeśli tak. lecz w tym wypadku przeko- nany jest. jakkolwiek wybitne byłyby jego zalety. Inny plus: jeśli Psar schował się w tym pałacu. Sprowadzi go pan do Paryża i będzie mnie pan z go- dziny na godzinę informował o rozwoju sytuacji psychologicznej. Jeden plus w ka- żdym razie: sekretarka. W każdym razie sprawę tę należy potraktować bardzo deli- katnie. nie przychodzi mu w ogóle do głowy. „To nie moja wina. Natychmiast wybierze się pan do te- go pałacu i powie Oprycznikowi. tak jak rozbraja się bombę. Pitman mógłby jaśniej rozumo- wać. — Jeszcze nawet słońce nie wzeszło!. Pitman nie słucha jej. wiąże się z tym. to znaczy. że nie zawiadomił Piotra o wyjeź- dzie. Przede wszystkim antysemici będą zachwyceni. Wiesz. że operacja Twardy znak ma zbyt wielkie znaczenie. Przysłuchuje się pełnemu niepokoju głosowi.. 415 . która z wiekiem zamienia się w zrzędę. towarzyszu generale”. że nie zasnę już. cały areopag będzie z niego drwił. że można go jeszcze tam znaleźć. Czyżby pilot zachował się niezręcznie? A może on. jaki można przeciwko nie- mu wysunąć.

(Pitman za- wahał się: oszczędza i na promocjach. i na kosztach. ale tym ra- zem postanawia okazać wielkoduszność). nie ufają jej. A gdy- by zapowiedź awansu miała się okazać pożyteczna... by sprawdzić. czy ma wziąć ze sobą coś. chociaż podjął już decyzję) krótko mówiąc czeka go przyjemna niespodzianka. powi- nien być przynajmniej generałem.. 416 . Przełożeni lubią posługiwać się wyrażeniami w rodzaju „za wszelką cenę”. Na razie niech pan gra na naszej reputacji wszechwiedzących.. żeby przeszedł do Francuzów. Za wszelką cenę. wziąć broń? Piotr wypowiedział te słowa z pewnym zażenowaniem. jesteśmy starymi znajomymi — proszę mi zaraz dać znać. Proszę mu powiedzieć.. że spotkanie ze mną może mieć dobroczynny wpływ — w końcu to ja zwerbowałem Oprycznika. w którym się ukrył? Czy mam spalić sekretar- kę? — Dziękuję. nie dopuścić. i w rezultacie. co znaczy owo „za wszelką cenę”. Żad- nych szczegółów. Znajdziemy później jakieś wytłumaczenie. w jaki się rozwija operacja i że ktoś. że pamiętał pan o tym. krótko mó- wiąc. — Tak. skąd wiem o miejscu. Są jednocześnie mało konkretne i dramatyczne.Jeśli dojdzie pan do wniosku. lepiej oszczę- dzić sekretarkę. jak wytłumaczę Oprycznikowi. (jednak żal mu wymówić to słowo. to zapytać. Ale jedyny sposób. I najważniejsze: trzeba położyć rękę na Opryczniku.. jeśli istotnie ma taki zamiar. że bardzo jesteśmy zadowoleni ze sposobu. — Towarzyszu generale? — Co takiego? — Czy mam. tyle że od pewnego czasu „Mojsiejewicz” nie jest najlepiej widzianym patronimikiem. nie. kto prowadzi działania na taką skalę. żeby zwraca- no się doń per Jakubie Mojsiejewiczu. tak że w razie jakiegoś incydentu mogą się nimi zasłonić. Nie.. towarzyszu generale. towarzyszu generale. Spry- ciarze z dyrekcji «A» lekceważą na ogół broń. (Pitman wolałby.) Tylko. co pozwoliłoby zapłacić na- prawdę słoną cenę..

niemodne meble.. ale Pitman zatrzy- mał swój stary gabinet. największy montaż jego życia. przygotowany do podjęcia koniecznych de- cyzji. myślę. intymniejszy i bardziej nobliwy niż nowe biura — pokój z podwójnymi zasłonami zdobnymi w falbanki i pompony. wygniata dywany. czasem trzeba okazać wielkoduszność. niech pan się stara nie robić z niej użytku. „Gdybym go spotkał. znalazłoby się kobietę dla niego. że tak. zna- lazł się w niebezpieczeństwie. Tym razem mo- żna będzie popróbować trojki ze Światosławem. Zaczął igrać z myślą sprowadzenia Aleksandra na krótko do Moskwy. szybko przemówiłbym mu do rozumu”. Gęsty śnieg sypie się na plac Dzierżyńskiego. Także ordynansi przejęli ten sam styl i zawsze mieli na podorędziu dymiący samowar. z jej tysiącem złoconych kopuł. na miłość boską. z powodów raczej mistycznych niż profesjonalnych. Jakub Mojsiejewicz przechadza się po gabinecie. by poprawić morale żołnierzy”. 417 . a on bę- dzie na posterunku. Podnosi się z łóżka. którego znałem. imitacje starych dywanów. ubiera się i każe się zawieźć do biura. tego Aleksandra Dmitrycza. gdyż wskutek tego nie wolno mu wyskoczyć do Pary- ża. „To by mu dopiero pochlebiło! Samolot specjalny! Mohamed Mohamedowicz byłby przeciwny. Eliczka będzie mogła się wyspać. matusz- ki-Moskwy. nałożyłoby mu się na grzbiet jego mundur. Przyjęłoby się go triumfalnie. Część pracowników dyrekcji przeniosła się do nowych bu- dynków wzniesionych na obrzeżach miasta. gdy był chłopcem i którego uwiodłem na wieży Notre- Dame.. Niech pan działa łagodnie. Eliczka chrapała od nowa.. Dzięki temu ewentualne telefony osiągną go w pracy. Tak. swymi wielkimi wojskowy- mi buciskami i prawie że żałuje swej przynależności do czapek- niewidek. inteli- gentnie. Pitman westchnął: — Tak. Twardy znak. lecz Piotr nie odzywa się z Pary- ża.. Takie są marzenia Pitmana. Ale Jakub Mojsiejewicz nie mógł zapaść w sen... Ale.

Później wybrał się z plastikową miednicą po śnieg i zrobił coś w rodzaju porannej toalety. że znowu zajmie się przygotowywaniem drewna. co się wydarzyło. Dzięki gorączce nie czuł mrozu. Dałby Małgorzacie najlepsze rekomendacje. żeby znalazł dla niej odpowiednie miejsce.. Przy goleniu zaciął się kilkakrotnie. ponieważ czuć ją było dymem. Długo nie podno- sił się z posłania. Na razie znowu wziął Małgorzatę w ramiona. wykorzystałem sytuację. Gdy wrócił do pokoju. Od jak dawna go kochała? A on nic nie zauważył! Sytuacja będzie bardzo trud- na. W razie potrzeby popro- siłby Fourvereta. Jego dłonie drżały z gorączki. Małgorzata przeciągnęła się: — Jesteśmy jak prawdziwi kasztelanowie. wspaniałej. Wczorajsze zwierzenia sprawiły. że czuł się teraz swobod- niejszy. Zaparzyła też kawy. jak już dawno mu się to nie przydarzyło. niechże z niego skorzystam”. Na razie. lecz szczęśliwy. że jest to świetne zajęcie. Przyniósł jeszcze śniegu dla Mał- gorzaty i wybrał się po drewno. „Ja pana kocham”. Małgorzacie udało się rozpalić ogień przy pomocy kartonowych opakowań. Od ilu wieków biły te dzwony? „Przyzywa mnie głos Francji”. tak szczę- śliwy. Nie można dyktować służbowych listów własnej kochance.. „Jestem chamem. Gdyby ona wiedziała. pomyślał Aleksander. 418 . Dźwięk ten przypominał nieco głos pękniętego gongu. jeśli zdecyduje się prowadzić dalej tę grę i zachować agencję. — Jeżeli jesteśmy kasztelanami — powiedział — powinniśmy teraz pójść do kościoła. gdyż był to ich dym. wędrował długo w śnieżystym po- wietrzu i uderzał o szyby pałacu. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o Małgorzacie i o wszystkim. Aleksander obudził się z gorączką. okropnej. nie bez prozaicznego wyrachowania: „Jeśli już popełniłem głupstwo. Patrzył w białe okno i mówił sobie. W dali rozległo się bicie dzwonów. dla kogo ja pracuję!” Musiałby poszukać innej sekretarki.

matowości włosów. Wtedy chłopczyk kopnął zwierzę w brzuch. zimny i pusty. były twarde. obok niej chłopczyk z bu- zią wysmarowaną pastą do butów i w złoconej koronie. Ale właściwie czemu nie? W końcu było Boże Narodzenie i wszystko było już całkowicie fantastyczne. Kościół był ogromny. kiwając się. zostawione na noc przy kominku. cienkie. a „droga” z „do Boga”. siedziało w pierw- szych ławkach. 419 . jeszcze inny z pudełkiem pełnym biżuterii. że były to postacie szopki: dziew- czynka z głową przybraną skrawkiem czerwonego sukna. szep- ty. by słuchać głosu instynktu czy przeznaczenia. gdzie „dłonie” rymowały się z „błonie”. pełną werwy pieśń. Nigdy nie pozwalał sobie na to. wewnętrzna cisza. Ze trzydzieści osób. trzy- mająca porcelanową kukiełkę w ręku. Miał szarą twarz. ksiądz w białozielonym ornacie. lecz jednocześnie prawie suche. jakby ulotne włosy. Dzwon zamilkł. i małe ciekawskie oczy. dziś jednak był w nim spokój. trzyma- jący pałki w rękach. Dopiero po chwili Aleksander zrozumiał. zgrzyt krzesła na kamiennej posadzce. Wszyscy śpiewali harcerską. karków i ciepłych kołnierzy. Ci prowadzili jagnię. inny z kadzielnicą. szare. inny z przyprawioną brodą. kobiet i mężczyzn. monotonii brązowych ławek. w jakiej brała udział od czasu śmierci ojca. i na końcu chłopczyk i dziewczynka. które opierało się i nie chciało iść naprzód. Za krzyżem posuwały się dzieci. które zdawały się przeliczać wiernych. Weszła procesja. Ciszę podkreślały jeszcze bardziej odgłosy kaszlu. Kaszląc i ki- chając pozwoliła się zaprowadzić na pierwszą mszę. ubrani w owcze skóry. Światło czerwonej lampy było jedynym akcen- tem kolorystycznym w szarości kamienia. Za dziećmi postępował. Choć nie. Pomysł pójścia do kościoła rozśmieszył Małgorzatę. Nieszczęśnik wyglądał na wyczerpanego. nie całkiem pusty. Musiał obsługiwać dziesięć parafii i odprawiał właśnie piątą mszę świętą tego Boże- go Narodzenia. wyglądały kiep- sko. Jej buty.

„To niemożliwe — powiedział sobie — żeby nie maczała w tym palców moja dyrekcja. a nie Marcie”. gdzie Pan króluje w ma- jestacie. który miał w pamięci surową wspaniałość rytu gregoriańskiego i za- glądał czasem do cerkwi prawosławnej. z ponumerowanymi przyśpiewkami i lekturą Ewangelii w języku prostym. który nie go- dził się na kompromis i próbował ocalić w swoim kościele choć- by tylko jeden atom sacrum. wewnątrz. może postanowił wytrwać w upokorzeniach i blasfemii 420 . jeśli nawet nie prostackim. A przecież przypominam sobie z całą pewnością. Wiem. ale. i ja także je kocham. ksiądz wygłosił małe przemówienie utrzymane w tonie skargi. Tak więc proszę was. Gdy dzieci dotarły do groty zrobionej z papier-mâché. że to trudne.. ja wiem. Quos vult perdere Directoratus dementat. Dzieci rozumieją powagę tego. Być może Duch Święty był mniej wymagający niż Aleksan- der. Zaczęła się msza. proszę was: nie róbcie teraz zdjęć.. Wrócą do was. a dziewczynka prowadząca orszak złożyła lalkę na łożu ze słomy. dającej ludziom na ziemi wyobrażenie o Królestwie Niebieskim. gdy wyjdziecie z kościoła. Wykluczone.. nie mógł nic zrozumieć z tej parodii mszy protestanc- kiej. jeśli wam tak wygodniej.. którzy wydali pieniądze i kupili lampy błyskowe. Albo dla mnie. Ale tutaj. chciałbym was o jedno prosić. Aleksander. Na przemian złączał i rozłączał dłonie: — Moi drodzy. żeby Kościół sam z sie- bie zrezygnował z piękna mszy świętej. nawet ci. Było w niej coś biednego. Kilka przygotowanych już aparatów fotograficznych zniknęło i Aleksander pomyślał z szacunkiem o tym księdzu. A mimo to coś się wydarzyło. Nie trzeba im podsuwać pokus próżności. wiem. choć nie potrafiłby powiedzieć co. a trywialna mu- zyczka podkreślała tylko słabe strony pieśni. co robią. że ich Mistrz dał pierwszeństwo Marii. Zróbcie to jednak dla Pana Boga. że kochacie wasze dzieci. Może wyda wam się to śmieszne.

opuszczenia. i to niezależnie od marności otoczenia. że przemianie tej patrono- wała rzeczywistość nadprzyrodzona. zbyt wiele wzniosłej lecz nie uduchowionej muzyki opla- tającej Kościół. Czyżby krył się w tym sens głębszy niż Aleksander umiał to kiedykolwiek zobaczyć? Czyżby wtedy. Po to był tu ksiądz. w cudowny sposób. że Bóg porzucił samego siebie i jednak od- najdował siebie. zagubienie. To. dłonie na pastorałach. Kościół to może ża- glowiec. W Aleksandrze zaczynał się wielki przełom. która domaga się wła- śnie swego przeciwieństwa. Być może zbyt wielu jest kardynałów. a może słowa i gesty kryły w sobie tajemnicę o nieod- partej mocy. który musi płynąć zakosami. a potem wstrząsu. pogodzenie się z lo- sem. i przyłączyć się do niego można tylko w cierpieniu.. poniżona. że Chrystus był z definicji tym. co materię przemienia w Boga? Mękę w Boga? Czy znaczyło to. który cierpi. miało decydujące znaczenie.. kompensaty. bez honoru. Wolałby biskupów w mitrach. tutaj jednak zdawało się. Aleksander doznał najpierw wzruszenia. zbyt wielu dostojników w fio- letach. To się tak mało zmieniło przez dwa tysiące lat. co prawda zdegradowana. tym bardziej niezwykły. Zarzucał zawsze Bogu.brzydoty. ta domowa inscenizacja z jej naczyniami. przybie- rającym postać męczeństwa. dochodziło do metamorfozy podobnej do tej. przed którymi proboszcz co tydzień wygłaszał kazanie w złym guście? „Być może — myślał — takie oczyszczenie jest niezbędne. dzieckiem podającym wodę czerwonymi chłopskimi ręka- mi. i nie miał nic przeciwko temu. że skromny.” A jednak nie podobało mu się to. chlebem. że porzucił swych wyznawców. pośród wiejskich głuptasów. 421 . Po wygłoszeniu skromnego kazania ksiądz zaczął przed ołtarzem gromadzić swe małe gospodarstwo. ale jednak nie-rozszczepialna. wi- nem. co się tam działo. błędna droga. gdy boskie maszyny druzgocą wiernych. niedostatku i nawet głupoty? Czy właśnie tego miał się nauczyć w tym wiejskim ko- ściele. To po to właśnie ludzie przyszli do kościoła...

Wyprostował się. Aleksander z Małgorzatą. by wiedziała. Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż śladów pozostawionych na śniegu. pozostawiony daleko. Na końcu alei prześwitywał samochód. obchodząc pałac. Nie mówiła już do niego „proszę pana”. usłyszał zgrzytanie me- talu o metal. Właśnie zamierzali usiąść do stołu. czyli siąść na podłodze nad dwoma befsztykami pachnącymi dymem. że idzie do kuchni: — Proszę przynieść mi śniegu. przyjrzał się uważnie okolicy. odsuwał bramę. Nieduży mężczyzna w ciemnogra- natowym płaszczu. Zaczynała nim komenderować. Małgorzata powie- działa. dlaczego nie chciał. — Proszę tu czekać. a może nie chciał. jak to nazywali. Wziął mi- skę. Skoczył do okna. przyjmie ich niebiańska ojczyzna. dlaczego nie rozstaje się z nią nawet na moment. by w pałacu nie usłyszano motoru. dokąd miałoby się wrócić? Gdy msza się skończyła. że jest uzbrojony. On sam nie miał pojęcia. gdy Aleksander. otrzepując co jakiś czas w komiczny sposób śnieg z butów. że nie są z tego świata.przypominających wiernym. otrzepał dłonie z rdzy. 422 . śledzeni wzrokiem przez tubylców. jak bardzo łamie przepisy prawa. i gdy tylko zdecydują się „wrócić”. żeby wejść do parku. zaczął iść wzdłuż tych śla- dów. Mały mężczyzna prześliznął się przez bramę. że gdzie indziej jest ich królestwo. Nie śmiała go zapytać. nie ruszając się z miejsca. ale nie zapomniał o swojej teczce. „A ja? — pytał samego siebie — czy wciąż jeszcze zależy mi na «powrocie»?” Jeśli jednak przyszło się znikąd. że lubi pieprz i ona zajęta by- ła posypywaniem jego befsztyka pieprzem. Może lękał się śmieszności. wrócili do pałacu. który miał wyczulony słuch. żeby ona wiedziała. — Co to? — spytała Małgorzata. ciasno ściągniętym paskiem. Aleksander właśnie powiedział. Po chwili. ale jeszcze nie nazy- wała go Aleksandrem.

Zatrzymał się na balkoniku wieńczącym schody. 423 . Aleksander mógł obserwować jego poruszenia. Wdrapał się szybko na drewniane schody. Gdyby obrócił się w prawo. dokąd iść. Jego wzrok usiłował przeniknąć ciemność. prowadzące do piwnicy z winem. odsunął barykadę. W chwilę później odwrócił się wolno. musiałby zobaczyć drewniane scho- dy. Widać było nawet pojedyncze kiełki wąsów. gdy rąbał drzewo. Gdy przebiegał przez oranżerię. Aleksander wyrzekł jedno słowo: — Piotr. Wargi Aleksandra poruszyły się. chroniony przez mrok i układ oranżerii. Mężczyzna otworzył zewnętrzne drzwi. Zbiegł błyskawicznie po kamiennych schodach. gardło miał ściśnięte. Aleksander otworzył cicho teczkę. Nabrał powietrza do płuc. Mężczyzna znajdował się w połowie oranżerii. znaleźć miej- sce. Znajdował się w odległości dziesięciu metrów od Aleksandra i o trzy metry niżej niż on. wyjął z niej rewolwer i czekał. Serce biło mu mocno i szybko. z którego dobywał się głos. lecz ręce mu nie drżały. Stąd panował nad całą przestrzenią oranżerii. Mężczyzna wszedł do środka. przyszło mu to prawdopodobnie do głowy wczoraj. że opracował już plan obrony. Brakowało mu niewiele już tylko metrów do schodów. Skierował się do kamiennych schodów. Aleksander chwycił teczkę i rzucił się na korytarz. Mężczyzna zamarł w bezruchu. zobaczył cień przesuwający się w jednym z pół- okrągłych okienek. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. ale nie spojrzał w tę stronę. — Gdzie jesteś? Jego trójkątna twarz oświetlona była skośnym promieniem światła dziennego. położył ją u swych stóp. w cieniu bramy. chociaż nie mógł ich widzieć. Wiedział. W biegu uświadomił sobie. przesączonym poprzez brudne i osnute paję- czynami okienka.

nie pozwoli się wziąć jak jakiś Gawierin. Został odrzucony w tył i w lewo. który wyginał się przed nim. Posługując się podwójną akcją rewolweru. mimo gorączki. Huk wystrzału był ogłu- szający. Ten efekt wydał się Aleksandrowi komiczny. Ale cóż tam! Udało im się przecież znaleźć Ga- wierina. Psar. wzniesiony przez eksplozje. tak jakby nie mógł się zdecydować. — Gdzie jesteś? — spytała znowu. dotąd sądził. Aleksander strzelał dobrze. Echa wystrzałów przetaczały się przez oranżerię. umieścił trzecią kulę po lewej stronie klatki piersiowej. Piotr przechylił się teraz w lewo. Aleksander pomyślał z odrazą: „Wąsata żmija”. po rosyjsku. czy przewrócić się w tył czy też do przodu. — To mnie wcale nie dziwi”. Opadł kurz. Aleksander pomyślał. Rozległy się dwa dźwięki: obrót bęben- ka i kurek. tego pajaca. 424 . Jednocześnie krążyła mu po głowie myśl. Miałby ochotę zwymyślać w ordynarny sposób. że na polach bitewnych czuje się zapach krwi. Aleksander zszedł po schodach i stanął nad trupem. przez szacunek dla śmierci. przyjmujący tylną pozycję. Jelita nie wytrzymały. Czwarta kula rozłupała czaszkę Piotra. Nie upadł od razu. przesunął go więc w przeciwną stro- nę kulą wysłaną w prawe ramię. który wydawał obrzydliwy zapach. zabarwiona prawdziwą rozkoszą: „Zastrzeliłem bezbronnego człowieka”. nerwowym głosem. czy jest to zwyczajne zjawisko. Piotr trafiony został w okolicach lewej klapy marynarki. Aleksander nie wiedział. wściekłości i paniki. On. ale jego nogi nie mogły go już utrzymać i zwalił się na ziemię. Odwiódł bezpiecznik. nie uczynił tego jed- nak. że powinien zapytać Piotra. wąsata żmija. Naprowadził muszkę na szczerbinkę. w jaki spo- sób go odnalazł. „A więc Piotr był tchó- rzem — osądził niesprawiedliwie. Pochwalił samego siebie.

natomiast. płaszcza. a poza tym walczył o siebie. zadawał sobie tylko pytanie. Potrzebował trzech minut. Nie znalazł jej w małym saloniku. tak jakby obawiał się. tworzyła się gęsta skorupa. ale nie stracił panowania nad sobą. Dziwaczny obrazek: kupiec z bronią za pasem. by wziąć teczkę. Tak jakby sam nie był bolszewikiem. Aleksander wdrapał się z powrotem na drewniane schody. Z rany tryskała rytmicznie krew. spostrzegł. wszedł na górę po kamiennych schodach. Zresztą opróżniając 425 . Ciało osunęło się w ten sposób. Gdy jednak usuwał z bębenka zuży- te łuski i zastępował je nowymi nabojami. była straszliwa. Tam. Na śniegu widniały świeże ślady. przez które wyszła kula. Był przekonany o zdradzie Małgorzaty. zadana przez kulę o spiłowanym zakończeniu. Powinno by się ją zabić. Jeden z dwu nabojów. po co jednak. że widoczne było miejsce. postanowiła oszczędzić mu mąk wyboru. potoczył się w ciemny kąt. taktowna jak zawsze. Zmieszały się z sobą włókna ciała i strzępy ubrań. gruby pocisk wyrwał wielki kawał ciała. Małgorzata. ale jednak archetypy nie pozwa- lały na to: nie czuł się na siłach strzelać do kobiety. nie chciał kołysać się na krawacie jak Gawierin. którym pokryta była podłoga. było mu niedobrze. Powinien był ją ścigać. mógłby ją dogonić. zro- biwszy obchód parteru. zobaczył. Płaski. Jego kolana drżały. jak z nią po- stąpić. marynarki. gdzie wsiąkała w pył. skoro wiedział. że jego dłonie znowu zaczęły drżeć. koszuli. Zadowolony z wyniku poszukiwań założył rewolwer za pasek spodni i ujął teczkę w rękę. Nienawidził tego człowieka od pierwszego wejrzenia. Przeszedł przez oranżerię obchodząc z daleka trupa. że ktoś kto znajdzie ten nabój będzie mógł zidenty- fikować broń. — Bolszewik! — syknął. by go znaleźć. Wydało mu się to bardzo istotne. że jej nie zabije? Żmija to co innego. które pozo- stały w bębenku. lecz coraz wolniej. Rana. że jedno z okien wielkiej sali było otwarte.

że spłaca jakiś bardzo stary dług. pozostaną zwłoki.. Potem wrócił do oran- żerii i. jeśli posłuży się bronią. czego szukał: klucze od samochodu. Zadał sobie teraz pytanie. że uwielbiał broń palną. typowe dla do- brego strzelca — nie zabrał ze sobą Skorpiona.) W innej kieszeni znalazł to. zapew- ne wypożyczony przez Małgorzatę. Ale nie 426 . przeszukał kieszenie zabi- tego bolszewika. wracała gorączka. Wrócił do saloniku. na której się nie znał. Może ktoś zaczaił się w parku? Trzeba sprawdzić. nie zmieni w niczym jego sytuacji. w kieszeni jego płaszcza nie było kluczyka do samochodu. proszę. Zresztą. że widział to w ki- nie niż z czysto praktycznych względów. Jeśli nawet zaczajono się na niego. powiedziałby sobie. pomyślał jednak. Miał ochotę wziąć ten pistolet jako trofeum. Znalazł tam przede wszystkim coś. że być może Piotr nie przybył tu w pojedyn- kę. Spojrzał w stronę okna. czy powinien pogrzebać zwłoki. ani oskar- da.bębenek rewolweru miał wrażenie. czego wcale nie szukał: czeski pistolet automatyczny. a głównie dlatego. że pistolet o takiej charakterystyce nie może mieć żadnych nadzwyczajnych właściwości technicz- nych.. jeśli poszukuje go KGB. Rzeczywiście. Opuścił pałac nie kryjąc się wcale. złożona. Cechowały go wszystkie ograniczenia. raczej dlatego. starając się wstrzymać oddech. trzeba by usunąć krew rozlaną na posadzce. których mógł dotknąć. Nie wpadł jednak na to i postanowił zostawić broń na miejscu. Nagle pomyślał. VZ-62. a która jednak potra- fi strzelać z szybkością 700 pocisków na minutę. Nie miał ani szpadla. iż w pałacu. ma wygląd zwyczajnego pistoletu. Zniknął peugeot. To wydało mu się skomplikowane. Systematycznie przetarł chustką do nosa wszystkie przed- mioty. która. był znużony. broń. Nie wystarczyłoby zresztą zakopać zwłoki. do którego nikt nie zaglądnie przed wiosną. W kominku dogasał ogień. (Gdyby był bardziej doświad- czony. że będzie czuł odrazę. Na razie jednak posiłki nie pojawiały się. niech strzelają! Odpowie strzałami. fakt.

ani w samochodzie Piotra. podnosi. Przechodząc przez trawnik zaczepiła znowu płaszczem o kolcza- ste gałęzie krzewów. — Nie wiem. cór- ka sierżanta francuskiej armii?” Bierze się w garść. ani w alei. To trudno. Biegnie w stronę bramy. Małgorzata wcho- dzi tam. przejście przez bramę. spokojny jak zawsze.. czy i jej ojciec tak wyglądał po śmierci. które stało na samym początku alei. cofając się. zdzierając skórę dłoni. co się zdarzyło. — A teraz: dokąd? O drugiej w południe Małgorzata zadzwoniła do swego pilota. zostawiając strzępy materii na kolcach. Uciekła peugeotem. Zrobiła to wreszcie. zobaczyć. nie wiem!. Nagle czuje wstyd: „Ja. — Czego? — wypuścił kilka obłoczków dymu. żeby uspokoić własne nerwy. sa- mochód. że zatrzymają panią Francuzi. Wymiotuje. w śniegu. roz- rywając rękawiczki. że wszystko pani wygada. Zaczyna iść powoli. Zaczęła ciągnąć poły płaszcza. 427 . bramę. Osłabiona. — Boję się. trudno. — Idiotka. Słyszała strzały. Policja równoległa. Proszę się uspokoić i wrócić na miejsce. Za chwilę wychodzi. że nie uda jej się tym razem podnieść bramy. A później zostawią panią w betonowej piwnicy. prze- wraca się. Mogę sprawić. Zadaje so- bie pytanie. — Bardziej powinna się pani mnie bać. I to nie DST. Małgorzata wróciła do pałacu.było nikogo w parku. Przestraszyła się. Ci zabiorą się do pani w taki sposób. komunistka? Ja. grzęźnie w trawie. Wsiadł więc do volvo i zapuścił silnik. Drzwi prowadzące do oranżerii są otwarte. co znajduje się przed jej oczami: drzewa. łamiąc paznokcie. zniknęło. Volvo. — Co się stało? — spytał Nikitin.. Małgorzata myślała. Już ja panią przestraszę. starając się widzieć to tylko.

po- sługując się jednym z jego tajnych numerów: — Towarzyszu pułkowniku (próbuje znaleźć formułę. Dostaje tam drobne. Składa sprawozdanie. została pani sama w kawiarni. W Moskwie zapada już zmierzch. znajduje otwartą stację benzynową. — Dlaczego nie zadzwoniła pani stamtąd? Zawsze przypisywać pomyłki podwładnym i na piedestale tych pomyłek stać się wielkim człowiekiem. na 428 . Pro- szę zadzwonić do mnie po powrocie. po co dała tyle drobniaków na tacę w kościele? Jedzie do sąsiedniej wsi. Pietucha odwalił kitę. Najbliższy tele- fon znajduje dziesięć kilometrów dalej. gdzie. Spróbujemy naprawić pani błędy. — Powinna była pani wiedzieć. Wszystkie admini- stracje są do siebie podobne. wymieniają znaczące spojrzenia. Jest zła. że właśnie o taką chodzi. Przed kabiną telefoniczną uświadamia sobie. Czekała pani pół godziny. — To był zręczny chło- pak. Ordynansi i sekretarze. — Szkoda — mówi na to Możuchin. Co za głupota. który — Nikitin wie o tym — nie jest podsłuchiwa- ny przez Francuzów. Ich szef. Generał Pitman wciąż cho- dzi po swym gabinecie. że brakuje jej drobnych. Z kabiny. oczywiście. — Proszę mi powiedzieć — Nikitin mówi spokojnym głosem. pilot Małgorzaty dzwoni do rezydenta. ale nie ma telefonu do dyspozycji. Wszystko to przez tych spryciarzy z nowej dyrekcji. tak? — Tak. — Polecał mi pan używać tego numeru tylko w sytuacji alar- mowej. Dzwoni. Z aparatu. mimo że dzielą ich różnice stopni. Dzwoni do Moskwy. mimo świąt Bożego Narodzenia. przepowiada mu się wielką karierę — kiedy przejeżdżaliście przez Pontoise. Proszę wracać do Paryża. która osłodziłaby przykrą wiadomość).

czy od- damy go pod sąd po przesłuchaniu. Aleksander przeżywał wciąż od nowa moment zabójstwa. „On stał tam. a nie prowadzenia samochodu. 429 .. jest dzisiaj w nastroju „zdecy- dowanie ludożerczym”. i to całkiem pewnie. że agenci. Nowe humanitarne normy KGB nie stosują się do tak skrajnych przypadków. nie bardzo sobie z tego nawet zdając sprawę. Z wyrazem niesmaku malującym się na twarzy zdejmuje słu- chawkę swego aparatu na korbkę i dzwoni do Dyrekcji Piątej: — Trzeba go sprowadzić żywego. Przez cały czas odczuwał sensację unoszenia się w powietrzu. jechał skradzionym autem..ogół łagodny i pełen zrozumienia. może tysią- ce razy tę samą operację myślową. Tymczasem czynił to drugie właśnie. nagle wpadają w amok. Dręczyła go gorączka. że- byście go załatwili.. które dmuchało gorącym i su- chym strumieniem powietrza. Na razie montaż umyka monterowi. szybowania. spisujący się świetnie przez dziesiątki lat... które kółeczko w maszynie zacięło się. W trakcie tych godzin jego umysł powtarzał setki. i otwierał szyby. Z ciekawości próbował wzbudzić w sobie odruch współczucia. „A przecież to był dobry pomysł: Twardy znak. czy też poprosimy was. ja byłem tu. podpułkownik Piotr miał rodzinę.. ale w każdym razie musimy się dowiedzieć.” Teraz jednak nie ma czasu na rozważanie losów Twardego znaku. Gdy dotarła doń wiadomość z Paryża. Zdarza się czasem. odwrócił się. być może. Na przemian włączał ogrzewanie. jak to określił podporucznik Wołodia Wozniesienski. że. na Jakubie Mojsiejewiczu ciąży teraz obowiązek wprawienia w ruch odpowiedniej procedury. wyziębiając wnę- trze samochodu.” Nie odczuwał wcale litości dla Piotra. gdy tylko to będzie możliwe. Jakub Mojsiejewicz za- mknął oczy. Aleksander spędził całą resztę tego dnia w samochodzie.. per- swadując sobie.. krzyk- nąłem. przymykając jedno oko. który pchnie się dalej.. Nie wiem jeszcze..

Mogłem też nie. i trzy koliste okienka. mój druh. Huk wystrzałów i ból bębenków w uszach. i otwarta czaszka. Jaki wyraz twarzy? Prze- straszony? Nerwowy? Znużony?” Aleksander miałby ochotę ze- lżyć tę twarz. wzbijający się w powietrze po wystrzale. to wystarczy jako uzasadnienie. mówił do mnie per ty). cztery razy opadła. Kurz. „Ile razy strzelałem? Cztery razy podniosła się iglica. gdzie ty teraz jesteś. «Gdzie jesteś?» (patrząc. lecz odpychał je od siebie. raz w tamtą. uderzyła spłonkę. wypuszczający niczym Zeus odmie- rzone pioruny. „On na dole. Ale nawet to nie było potrzebne. Dziel- ny rewolwer. jeden. której przetrąci- my grzbiet? Nie robił sobie też żadnych wyrzutów.Czy jednak niepokoimy się o los rodziny żmii. proch eksplodował i pocisk. ma- ły komiczny wąsik. przez fakt znalezienia przy zabitym broni. tworzący skorupę na strumykach krwi. Czy powinienem był zabrać Skorpiona? Ale cóż bym z nim zrobił?” I znowu wszystko zaczynało się od początku: trójkątna twarz. którą czeka zaraz proces rozkładu. że do końca życia będę głuchy. Przez chwilę bałem się. On stał w cieniu. Mówiłem sobie. Nie można lżyć śmiecia. i sylwetka ludzka. która w tej chwili musiała zacząć się już niepo- strzeżenie rozkładać. bolszewiku? Chciał mi przykręcić śruby. wycinający część tej twarzy. 430 . Przychodziły mu na myśl najostrzejsze rosyjskie obelgi. i padająca. i jeszcze raz muszka. Za- leżny był od mojej łaski. I znowu żmija na muszce. ja na górze. potem drugi. Obraz wydarzeń sprzed kilku godzin pojawiał się w nim z wielką regularnością. przemierzał przestrzeń. Kurz. i po chwili znowu «Gdzie jesteś?». gdyby to było potrzebne. Twarz Piotra. stale obracająca się.. A może wcale tego sobie nie mówiłem? Może wymyśliłem to już teraz. raz w tę stronę. Błysk. i znowu w lewo. «Gdzie jesteś?» A ty. Żmija uzbrojona jest w swój jad. trójkąt przeciwko trój- kątowi.. że powinienem był nałożyć nauszniki. nakręcany przez gwint lufy jak dziecinny bąk przez rzemień. Zostałyby rozwiane. Nie na próżno wziąłem cię ze sobą.

Zostawił za sobą wszystkie te ciężarówki. Nadawał się tylko do tego. Zdrada Małgorzaty nie zabolała go zanadto. bez wypadku. ale. Zabijając Piotra. Dziwił się tylko. nie tylko nie był urażony brakiem zaufania z tej strony. reflektory. zniknąć bez śladu. To tylko kwestia uwagi. nacisnął tweedowy kaszkiet na uszy i na chybił trafił poszedł ulicą Alésia. Oczywiście. co wydało mu się prawie niemożliwe. pozwalający odna- leźć go w każdej chwili. Musiał teraz podjąć ważne decyzje. była już za nim. później w nocy. Postawił kołnierz płaszcza. jeśli dostanie się w łapy KGB. po przesłuchaniu. fakt. przekroczył nie- pisane prawa. Poznał kawiarnię. Długa jazda w mroku. Nie zabił jej. że uznano za stosowne przydzielić mu szpie- ga pracującego w pełnym wymiarze godzin. pochlebiało mu to. rzecz jasna. Ale KGB nie mogło wiedzieć. Nie robił też sobie złudzeń co do losu. Nie wie- dział jednak. Co więcej. gdzie znalazł wolne miejsce do parkowania. że donosicieli KGB można wykryć. przeciwnie. gdzie się podziać. że zo- stała zdemaskowana wyzwalał go od przesądnej trwogi związa- nej z jego sytuacją. Odkąd pozbył się Małgorzaty. który otoczył mu szyję jak wilgotna tkanina. Wrócił do Paryża. Jeśli idzie o KGB. Okazuje się więc. Porzucił samochód w pierwszej uliczce. zważywszy na fale gorączki szalejącej w mózgu. a oficerów KGB — zabić. trzeba jednak rozeznać dobrze własne możliwości. jaki go spotka. Trzeba było zacząć. to błąd. Samo- chód mógł być wyposażony w tajny nadajnik. 431 . nie nadwerę- żać głosu. gdzie on się teraz znajdował. Zatrzymał się na Porte d'Orléans. mógł bez trudu rozpłynąć się w nocy. by. w której spotykał się wielokrotnie z Iwanem Iwanyczem. Cały ten Babilon autostra- dowy był już za nim. od pozbycia się volvo. wycieczko- wiczów z okazji Bożego Narodzenia. Nic łatwiejszego. że wcześniej się tego nie domyślił. która przy- klejona była do niego jak żaróweczka kontrolna. nie pokaże się tam. władować mu kulę w kark.

Małgorzata z całą pewnością dała znać o zabójstwie. hotel nie wchodzi w grę. byleby tam było ciepło. Zbyt wiele samobójstw zdarzało się w hotelach. Jak mógłby zasnąć wiedząc. że był sam. swe doświadczenie i wiedzę przeciwko tym. Nie chciał się pozbywać swego paszportu. iż nie potrafi długo walczyć w pojedynkę. że musi gdzieś usiąść i odpocząć.. którzy 432 . gdzie mógłby się skupić. Komisariat policji? Tak. rozważyć sytuację. Nawet mu się to podobało. lecz Aleksander nie wie- rzył. gdyby ten pokazał im zdjęcie uciekiniera? Małgorzata mogła przy tym szczegółowo opisać jego ubrania. Dokąd mógł się udać? Ani do siebie. ani do biura. ale nie był jeszcze do końca zdecydowany na zmianę obozu. Gdyby nie był chory. Myśl o Gawierinie nie opusz- czała go. Już jednak po przejściu stu metrów poczuł. dziękuję bardzo. Za- razem jednak wiedział. że Francuzi nie zgodzą się. i to mimo trawiącej go gorączki. określić przyszłe postę- powanie. by nie zapisać się w pamięci kelne- ra. albo też znaleźć sobie jeszcze innego pro- tektora. a jeszcze lepiej położyć się w jakimś łóżku czy na podłodze. Na razie jednak potrzebował schronienia. i obydwa te adresy zamieniły się w pułapki na myszy. wszystko jedno gdzie. Nie. a czy szczury hotelowe nie są przy okazji złodziejaszkami? A iluż recepcjonistów odmó- wiłoby prośbie fałszywego detektywa. że byłby naprawdę bezpieczny w hotelu. bez przełożonych. lecz. bardzo ciepło. nie bardzo mógł je teraz zmienić. Musiał albo zawrzeć rozejm z KGB — co tylko w rzadkich wypadkach nie jest możliwe — albo przejść do Francuzów. a ciągła zmiana położenia— własnemu bezpieczeństwu. Wszedł do kawiarni i zamówił grog. skrywając nieco twarz. Hotel. tak. by stał się odtąd kimś neutralnym. że zarządca hotelu ma klucz od jego pokoju? Istnieją wewnętrzne zasuwki. spędziłby całą noc maszerując. Chodzenie sprzyja trzeźwej myśli.. Wiedział też. Aleksander mógł się oddać natych- miast w ręce policji. będzie musiał zwrócić swą inte- ligencję. miejsca. w którym zameldowałby się pod fałszywym na- zwiskiem? To byłoby najrozsądniejsze.

. „Dla jednych jestem zdrajcą. u Divo znalazłby dość odwagi. z których większość nigdy nikogo nie zabiła.jeszcze przed trzema dniami byli jego przyjaciółmi. Nie miał osobistych przyjaciół. że sprzeniewierzył się pewnemu kodowi etycznemu. w której znaj- dował się Smith & Wesson. a także. Kobiety? Stracił z nimi kontakt. to nie widać tego po nich”. miałby uczucie. Jeżeli natomiast wyjawi mu prawdę. Gdyby jednak przemilczał przed nim okoliczności ucieczki. Poza tym ludzie. markiz. 433 . Tak. a przecież nie będzie szukał schronienia w paszczy lwa. Dla innych mordercą”. znowu obracasz marynarkę na drugą stronę. których poznał przez kontakty zawodowe. ponad który nic cenniejszego nie znał. Czyż nie? Muskał czule stopą. narażając własne życie. Rewolwer ten przerwał karierę. brał pod uwagę wszystkie znane mu nazwiska. Nie mógł liczyć na ni- kogo spośród tych ludzi. ale chciałby wie- dzieć. dyskrecji. Nie będzie się na pewno ukrywał u Fourvereta! Johannès-Graf ukryłby go może. pod- trzymywane przez snobizm.. A nawet jeśli tak zrobili. Divo uśmiechnie się ironicznie i powie coś w tym rodzaju: — Jeśli dobrze rozumiem. dodatkowo. Przyglądał się ludziom siedzącym dookoła i mówił sam do siebie: „Oto poczciwcy. przeciwko nadzwyczajnemu Jakubowi Mojsiejewiczowi. kochanemu Mefi- stolesowi. a nawet sprytu. jakby dotykał psa. Znajomości towarzyskie. tyle że po trzech godzi- nach cały Paryż wiedziałby o wszystkim. z wy- jątkiem jednej tylko Jessiki Boïsse. linię żywota podpułkownika „Piotra”.). Pomyślał o Divo. że jest mordercą. owszem (mój przyjaciel. teczkę. Na jego twarzy także nie było wypisane. weekend na wsi. na któ- rym ukazywały się znane mu oblicza. o co chodzi. Przyjaciel? Przyjaciółka? Zamówił następny grog i przeglądnął w pamięci film. lub dla wygody — jacht. Monthignies przechowałby go u siebie i na- wet broniłby go.

dusza paryskiego towarzystwa. który posiadał mieszkania i wille prawie wszędzie. dzielnego redaktora «Seconde». A. do kogo należały.. małego wydawcę. On nie odczuwał niczego podobnego. w jakiej się znajdował. Dla nowych 525. — „«Piotr»! Gdyby pozwolił się nazywać Iwanem. D. B. Otworzył swój kalendarzyk. Dla daw- nych numerów INW. Tak. podejrzany reżyser. trzeba było znaleźć taki adres. ponieważ brał go za prawicowca.) Zawahał się przed nazwiskiem Kurnosowa. A! Był jeszcze Sasza de Fragance. Eliminowało to także wszystkich autorów jego wydawnictwa. i tym razem jego oko spoczęło na nazwisku. tak. adresy.. ODE. ale nie składa się wizyt zapachowi perfum mając końską gorączkę. który nigdy nie przyszedłby do głowy Małgo- rzacie. WAG. Uderzyła go paradoksalność sytuacji. u których zabójstwo wzmaga apetyt seksualny. Nazwiska. kiedy układał listę do wysyłki swoich książek czy też gości zapraszanych na cocktaile. Aleksander przejrzał od nowa kalendarzyk. który z całą pewnością dysponował siecią tajnych garsonier i byłby z pewnością gotów bawić się w konspirację. i nie przypominał już sobie. Jedno czy dwa skojarzyły mu się wyłącznie z zapachem per- fum. prawdo- podobnie nie zabiłbym go”. I to wykluczało także Bernou. Przed niektórymi numerami nie figurowało żadne nazwisko. licząc na sensację.329.. że darzyli się wzajemną sympatią i poda- łaby to nazwisko jako jedno z pierwszych. ale Małgorzata wiedziała. playboy o przyprószonych siwizną skro- niach. Oto on. jeśli byłyby same dziś wie- czorem. u kogo spędzić noc w Paryżu. numery telefonów przesuwały się przed jego oczami. tak jak robił za każ- dym razem. który lgnął do Psara. (Te kobiety przyjęłyby go może. 434 . MAI.265. Niektóre z nazwisk nie wywoływały w jego pamięci żadnej twa- rzy. Mógł poprosić o taką przysługę swojego towarzysza walki..254. To eliminowało Perquigny. sympatycznego. które nie zainteresowało go poprzed- nio. JAS. C. ale personel hoteliku był już z pewnością obstawiony. Podobno istnieją mężczyźni. Eliminowało. niezależne- go. BAB. nie wie.

Pułkownik Możuchin. Uznał jednak. Jego przyboczny grał światowca: „Naturalnie. konferowali popijając herbatę. którzy zupełnie nie znają się na literaturze i grzebią w jej archiwach. że Psar był pachołkiem skrajnej prawicy. nie może się powstrzymać. oficer-pilot Małgorzaty Thérien. uporządkowanych przez nią z tak wielką troską i przyjemnością. rezydent wywiadu. stosunki. Małgorzata. wycierając co chwilę nos w papierowe chusteczki. Dwóch ludzi wysłano w stronę Limoges z zadaniem pozbycia się zwłok i zatarcia śladów. Tego popołudnia w ambasadzie odbyła się narada wojenna. Niki- tin przybrał ton autorytatywny: „Dziecinko. Nikitin nakazał jednemu ze swych przybocznych przesłuchanie Małgorzaty. z pełnym zrozumieniem. ale teraz to morderca! Obaj oficerowie zbywali te pytania i wracali do przesłucha- nia: — Poza panią Boïsse. opowiedziawszy szczegółowo po raz szósty zwy- czaje. jakie inne kobiety były w życiu Psara? 435 . Nikitin ze swym przybocznym zabrali ją do biura agencji. wyczerpana. A jednak irytuje ją widok tych mężczyzn. zachowywali się ostrożnie. przeziębiona. tak się zazwy- czaj postępuje. że lepiej będzie postawić na absolutny absurd. dro- ga pani. Gdy tylko Małgorzata zgłosiła się telefonicznie po swoim po- wrocie do Paryża. pułkownik Wiazew z Piątego Departamentu i major Nikitin. była pełna najlepszych chęci. tak czy nie?”. osoba o pani talentach. Wiazew zastawił pułapkę w mieszkaniu delikwenta..” Małgorzata. ten człowiek? I dlaczego on mu to zrobił? Dobrze wiem. manie swego szefa.. Na zmianę przesłuchiwali ją i robili rewizję. Zatelefonować? To należało do dobrego tonu. służy pani ludowi. „Tymi ich łapskami!” W rzeczywistości jednak starali się nie narobić bałaganu. żeby nie zapytać od czasu do czasu: — Ale w końcu kto to był.

rzecz jasna. ale nie jawił się jej już jako przeciwnik. tam gdzie Psar pozostawił ją przed trzema dniami. ale nie daje to żad- nych nowych informacji. patetycznie: — Miał tylko mnie. czyniła wszyst- ko. Wrogiem klasowym niech się zajmą ci dwaj Rosja- nie. konspira- cyjny.. iż delikwent znalazł się w Paryżu. niech go znajdą. Nie miał żad- nych przyjaciół. Wiazew rzucił do akcji wszystkich swoich ludzi. Wydaje się. że płaszcz z wielbłądziej wełny wciąż znajduje się w szatni.. że jego obecność dowodzi. Nikitin komunikował je sztabowi. którzy spędzają w ten sposób bezsenną noc. W miarę jak Małgorzata podawała adresy. Jedni pracują dla pie- niędzy. gdzie po- dejmowano odpowiednie dyspozycje. Tyle tylko. Podobnie rezerwacje kolejowe. Owszem. Wszyscy ci okazyjni współpracownicy. chociaż co chwilę pojono ją koniakiem. najzupełniej zresztą dyskretny. tam poja- wiają się hydraulicy. które przydadzą się w chwili. skonsultowane przez płatnych informatorów. płacząca ze zmęczenia. A później dodała. Nie miał przyjaciół. Tu ktoś zakłada dzwonek. nie zawierają żad- nej nowej rezerwacji na nazwisko Psara. z 25 na 26 grudnia. wielu z nich nie można sprawdzić. pod którymi mógł się schronić Psar. Omega wciąż znaj- duje się w pobliżu Opery. Telefon do restauracji „Pont-Royal” pozwala ustalić. Małgorzata. Ona pozwala sobie na luksus pamiętania 436 . kiedy brała udział w nagonce na niego. powtarzała bez końca histerycznym tonem: — On nie miał przyjaciół. jeszcze gdzie indziej postawiona zostaje czujka. są Francuzami. inni dla idei. gdy ich idealizm osłabnie. Co prawda tej nocy. że żadna agencja wynajmu samochodów nie miała z nim do czynienia. by odkryto miejsce pobytu Psara. ale i oni są opłacani. znowu czuła się lojalna wobec Aleksandra — od chwili. Komputery linii lotniczych. Volvo zostaje odnalezione i przeszukane. W pewien sposób. podpisują pokwitowania.

zaczyna się w Moskwie niecierpliwić. przypominała sobie też Aleksandra- kochanka. chwilowo w ukryciu. tak by mogła odzyskać dobre sa- mopoczucie i by nie popełniła żadnej niedyskrecji. nie ujęły żadnej zdobyczy. wywiadu i kontrwywiadu. Nad ranem Nikitin postanowił zamknąć przesłuchanie. chłopca. Aleksander Dmitrycz Psar. jak to będzie potrzebne.wielkodusznego przełożonego. w Paryżu. Właśnie miała położyć się do łóżka. Pułkownik Możuchin. Otworzyła jednak drzwi: 437 . Żaden z posterunków obserwacyjnych nie zameldował sukcesu. Podobnie szyja. czapkom-niewidkom. który zawsze wiedział. zorganizowane w mieszkaniu i w biurze Aleksandra. Tym niemniej Możuchin z zapałem i metodycznie poszukuje zabójcy Piotra. Widziała go raz tyl- ko. a jego twarz. była teraz nieomal twarzą szaleńca. Mał- gorzatę odwieziono do domu i dano jej do towarzystwa pielę- gniarkę. na której można było polegać. Psują nam robotę tymi swoimi metodami zdobywania świata bez użycia dobrych znajomych. Oczywiście. mruczy: — Dobrze im tak. Generał Pitman. gdy poderwał ją na równe nogi dzwonek do drzwi. nawet gdyby zaczęła majaczyć w gorączce. Nie rozpoznała w pierwszej chwili swego gościa. czego chciał. członek areopagu zarządzającego dyrekcją «A». znik- nął. Policzki nosiły ślady żyletki. Oczy były oczami człowieka chorego. w czerwcu. który miał przed sobą przyszłość i po- pełnił jeden tylko błąd: zaciągnął się do tych spryciarzy. gładka. Za- sadzki. Zostanie przy chorej tak długo. wtedy tak wypielęgnowana. Musiała wspiąć się na palce. pułkownik dokooptowany Komi- tetu Bezpieczeństwa Państwowego. Poszukiwania trwają przez cały następny dzień i noc. Żaden podsłuch telefoniczny nie przyniósł pożądanych efektów. żeby spojrzeć przez judasza.

co jest zupełnie proste. Dłonie trzymały wielką czarną teczkę. sta- rannie uporządkowanym książkom. który nie mógł ustać na nogach. — Panna Petit. Ja.. Jakże to było komiczne. Uśmiechnął się i w uśmiechu tym krył się urok. Nic groźnego.. a podbródek drżał. — Tak. moje zaufanie. Pro- szę. tak jakby wskutek gorączki coraz gorzej widział: — Bardzo mi przykro. Nie wiedziała. Miał na sobie podarty an- gielski prochowiec. To bardzo rzadkie... przeziębi- łem się. ten słownik dobrze wychowanego człowieka w ustach źle ogolonego mężczyzny. niech pani powie tylko jedno słowo. Z uwagą przyglądała się pięknej końskiej twarzy. Aleksander stanął na środku jedynego pokoju i przyglądał się meblom z białego drewna.. reprodukcjom Braque'a na ścianie. Przerwał. żeby przepuścić tego zarozu- mialca. wersalce. Józefina Petit cofnęła się o krok. kim pani jest. czy jest pani sama w domu. co go sprowadza. Stąd mój szacu- nek dla pani. zaraz się wyniosę. Nawet nie wiem. ani przekupić. I to o tak późnej porze. w której odczytywała zaledwie trochę okiełzna- ną brutalność. o jaki nie podejrzewałoby się tej twardej twarzy... Jego powieki były boleśnie skurczone. prawda? Pani interesuje się terroryzmem. 438 . — Najtrudniej wypowiedzieć coś. że zawracam pani głowę.. — zaczął. którą Józefina właśnie przygotowała do snu. potrafiłaby jednak w ra- zie czego obronić się przed nim. ja mam gorączkę. Jakiś czas temu nie udało mi się pani ani zastraszyć. I wypocząć. — Pan Psar? — Panna. Przygryzł wargi i zmrużył jeszcze bardziej powieki. Rozpoznał wśród nich kilka tomów Białej Księgi. Jest pani tym. żeby się zastano- wić. — Przyszedłem. Ale potrzebuję kilku godzin spokoju.

ależ ta dziewczy- na była młoda! Miała na sobie białą koszulkę i niebieskie spodnie. prosił o azyl u niziutkiej. lecz namysł. dlaczego? Dlatego. Później zaczęła się zastanawiać nad rodzajem terroryzmu. Żyła sama. Miała dla niego odrobinę współczucia. że dzieje się z nim coś niezwykłego. dlaczego nie może być we własnym mieszkaniu. powtórzył: — Ukrywać. — Dlaczego — spytała poważnie. że. ostre rzę- sy. mniej harcer- skiego określenia. jeans. Przed trzema tygodniami zerwała ze swym przyjacielem. w czym wyrażała się nie odmowa. z zainteresowaniem — nie może pan wrócić do siebie? Przyglądał jej się intensywnie. kto cofnąłby się przed czysto praktyczną aktywnością. jakby szukając innego. Gdyby więc ten człowiek miał do czynienia z akcjami tego rodzaju. Pojęła. Ale nie była też kimś. Skłoniła głowę. przed nikim nie musiała zdawać sprawy ze swego życia. tak jakby zapomniał. Miała gęste. grubą skórę. Oto on. dwu- dziestosiedmioletniej dziewczyny w spodniach. ponie- waż ten próbował narzucić jej swe przekonania polityczne i swą pasję do gry w automatach pieniężnych. dziwne rzeczy noszące barbarzyńskie nazwy — t-shirt. — Ach.. oczy czarne i bystre. w jaki uwikłany był Aleksander Psar. muszę się ukrywać. I była bardzo ciekawa. Aleksander Psar. tak. Wykonał gest dłonią. gdyby zaszła taka potrzeba. interesowała się terroryzmem: bardziej teo- retycznymi aspektami tej choroby społeczeństw niż jej konkret- nymi przejawami. Patrzył na jej małą kwadratową twarz. stanęłaby przed trudnym dylematem: czy mogła 439 . Nie znalazłszy nic lepszego. widzi pani.. Była zdecydowanie prze- ciwna wszelkim nadużyciom i pogwałceniom wolności indywi- dualnych. To prawda. Mój Boże. Rozłożyła ramiona.

Józefina stanęła na ta- borecie i znalazła pidżamę.ukrywać u siebie kryminalnego przestępcę. rzecz jasna. Teraz niespodziewanie los ofiarował jej okazję działania. i to bez żadnych zastrzeżeń w rodzaju „mam tylko jeden pokój”. Ale lepsze to niż nic. zasłoniła judasza. — No dobrze. — Dam panu ręcznik kąpielowy — wspięła się do innej szafki. Trzeba było zdecydować się natychmiast. Żeby umeblować jej małą garsonierę. Gdy przechodziła obok kaloryfera. Aleksander oderwał dłoń od uchwytu czarnej teczki i sięgnął po różową pidżamę. Chory potrzebuje ciepła. Chciałam mu ją odesłać.. żałowała.. niech pan idzie do łazienki — powiedziała Aleksandrowi. Ludwik zostawił u mnie swoją. trzeba było rozwiązać kilka równań z wieloma niewiadomymi. Ludwik uwielbiał różowe rzeczy. który starał się powstrzymać drże- nie całego ciała. wie- działa. albo „nie będzie się pan u mnie dobrze czuł”. — Tutaj jest łazienka. schowaną w wysoko umieszczonej szafce. który w płaszczu wciąż jeszcze stał na środku po- koju. że nie stawia się gościom pytań. — Oczywiście — skonstatowała z kwaśną miną — różowa. 440 . — Powinien pan wziąć gorący prysznic i napić się grogu — powiedziała patrząc na Psara. że nie dane jej było żyć pod okupacją niemiecką czy też odgry- wać aktywnej roli w wojnie algierskiej. kto jej potrzebował. skromnego lecz realnego. niech pan trzyma. Ale chwileczkę. to różowe. — Zajmę się grogiem dla pana. Józefina Petit nie była osobą czułostkową. Gdy miała kilkanaście lat. czy należało wydać policji uciekiniera? Pochodziła jednak z dobrej rodziny. póki się ich nie podej- mie. Czyżby miała nie skorzystać z tej okazji? Poza tym ten człowiek był chory. Zamknęła za Aleksandrem drzwi. ale. przekręciła termostat. — Jak różowe. Moje pidżamy będą dla pana za małe. nie mogła odmówić pomocy komuś. założyła łańcuch.

jeśli w nocy Psar bar- dzo by się pocił.. jej telefon byłby tylko znakiem. Lecz w pokoju wciąż było widno. leży nowa szczotka do zę- bów.. Chciała już to zrobić i dopiero potem przyrządzić grog. iż skazuje ją na spanie na podłodze. ale pomyślała. że ją przewróci. Bę- dzie więc mogła dać jutro czystą bieliznę. że Aleksander może się krę- pować tym. Pidżama sięgała mu do połowy ramion i połowy łydek. Było coś niestosownego w tym. Obok jest pasta. Nie bez trudu ściągnął z siebie płaszcz. pamiętaj. że się boi. Trzeba więc było zacząć od położenia go do łóżka. Osunął się na poduszkę. Po namyśle zmieniła pościel w łóżku. Trząsł się. że nauczycielka matematyki za- mieszana była w sprawę z terroryzmem. a drzwi do niej prowadzące szklane. Z łazienki dobiegał od- głos wody lejącej się z prysznica (jakby śpiewała zachrypnięta syrena). Przygotowywała grog. a sama przygotuje sobie po- słanie z koców i poduszek. Miała trzy zmiany. Rzuciła okiem na telefon. Mam nadzieję. na drugiej półce.” Nie. Dała mu grog. Gdyby jednak nie wymieniła nazwiska. zatrzy- mując szczękanie zębów. „Gdyby mnie zobaczyli moi uczniowie. wysunie je dalej już po zgaszeniu lampy. Zgasiła światło.. trzymając filiżankę. które będą jej potrzebne do snu. Posłała go do łóżka. Czuła. że tego wieczoru Psar. Ale Józefina nie bała się. Gdy tylko zapadła cisza. Podała mu też dużą dawkę aspiryny i nakazała: — A teraz proszę spać. jako że łazienka była oświetlona. że lubi pan miętę. Zostawi swoje łóżko choremu. Józefina zwróciła uwagę. że nie ma prawa wymieniać tego nazwiska. żeby nie bał się.. Czy zadzwonić do przyjaciółki? Po- wiedzieć: „Gdyby mi się coś stało. Zaciskał wargi. i zostawiła je na razie w rogu pokoju. Zgromadziła rzeczy. Józefina krzyknęła: — W apteczce. że zabrał do łazienki teczkę. 441 . trzymając nadal czarną teczkę. Sytuacja zaczęła ją bawić.” Aleksander wyszedł z łazienki.

Fakt. zebrała notatki. wróciła. pisała. „Ładna historia — pomyślała Józefina. Józefina zrobiła sobie kawę. wysuwając do przodu podbródek: „Na pewno już pognał gdzieś dalej”. jeśli dojdzie do strzelaniny. Aleksander był jak martwy. nie mógł w niczym zakłócić harmonogramu jej prac. Tego dnia irytacja przyjaciółki wydała jej się szczególnie infantylna. Ale nie. tyle że oddychał. I przy okazji myślała z pewnym smutkiem o Ludwiku. że się nie wpisuje do związku zawodowego. Józefina zrobiła zakupy. Przez cały dzień zajmowała się prawem wielkich liczb. Pot zlepił kosmyki jego włosów. zostawiła in- strukcję dla Aleksandra („W lodówce są jajka i pomidor”). czy jestem odważna czy nie. — A pani. ktoś żąda od niej cerowania skarpetek tylko dlatego. że jego ana- tomia różni się nieco od jej własnej!. Zawsze chciałam się o tym przekonać”. Przyjaciółka była w porządku. Nazajutrz gość nie ruszył się z domu. sięgające po coś: po czarną teczkę. Nareszcie dowiem się. wyjęła coś z niej i włożyła pod po- duszkę. politycznie wyzwolona (to znaczy wyzwolona z marksizmu). — Być może udzie- liłam schronienia mordercy. Miała teraz ferie i korzystając z tego pracowała nad swoim doktoratem razem z przyjaciółką. Co pan jeszcze wyrabia? Z łóżka wysunęło się ramię.. krzątała się. — Proszę się tym nie przejmować. ale miała za złe Józefinie. które leżały na czole jak muszelki. Zja- dła tylko dwa jogurty. gdzie pani będzie spała? — spytał Aleksander. Dłoń otworzyła teczkę. 442 . wy- szła na palcach. „Chciałabym ją widzieć. czytała. że miała u siebie gościa. niemożliwe.. Następnego dnia wciąż jeszcze spał z otwarty- mi ustami. przechowującą zabójcę we własnym łóżku”! W drodze powrotnej autorka Psychoanalizy terroru zrobiła niewielkie lecz wybredne zakupy — mrożona kaczka i krab w puszce — i powtarzała sobie bez przerwy.

Perquigny ufa mi w dalszym ciągu. — Mam nadzieję. ciemniejsze niż wło- sy. Łazienka błyszczała. a na białym biureczku pojawił się bukiet herbacianych róż. Ma głowę na karku i dobrze mu się powodzi. A może nawet zdjął ją. która żywi mężczyznę. że udzieliła mu gościny. który zaj- mował jednocześnie tak wiele i tak niewiele miejsca. Zapisała sobie numer telefonu wydawcy. Z ulgą powitała Aleksandra. zakrywając w ten sposób ró- żową pidżamę. — Byłam z nim wszędzie. Nikt go nie chce. którego stan najwidoczniej po- prawił się. — Czy mogę się na pana powołać? Rozśmieszyło go to pytanie: — Tak. — Smakuje? Nie jest pan już głodny? Był blady. o wiele chudszy niż w czerwcu. Zawinął się w koc. ale już nie drżał. ku- chenka też była odczyszczona. — Co się dzieje — zapytał — z pani maszynopisem? Józefina westchnęła. Pościelił łóżko. Na szczęście nie zamęczał jej podziękowaniami za to. Józefina lubiła siedzieć na podłodze. którą podała dość letnią i bez zakąsek. Kolacja była udana. — A Perquigny? Niech pani spróbuje. „Zresztą stół jest taki nieduży. Żubrówka sprawiła. Z zdumieniem przyglądała się temu człowiekowi. lekko zamglone oczy. że zaczęli poruszać coraz bardziej ogólne 443 . Wygodniej siedzi się na dywanie”. Ze świeżym zarostem na twarzy zaczynał upodabniać się do postaci z ikony: miał ciemnobrązowe. Dowodem szczególnych względów dla niego była żubrówka. że nie wychodził pan z domu? — Nie. Aleksander nie był kimś stworzonym do siedzenia na podłodze. Józefina patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami: najbardziej podstawowe było uczu- ciem kobiety. Pozwoliłem sobie tylko zrobić użytek z pani telefonu. Powinna pani znaleźć z nim wspólny język. Zrobił jednak dobrą minę do złej gry. a jego myśli zazębiały się logicznie. ponieważ leży to w jej natu- rze. Na jego policzkach pojawiła się siwo-blond szczecina.

nie zmieniła pościeli. Wtedy i ona odsunęła się. prawie przytuleni do sie- bie. Ona tymczasem. że z trudem tylko potrafiła pociągnąć za język spustu. patrząc na jego młodą brodę. poprosiła. Mimo że ekspert w sprawach terroryzmu. nabrawszy śmiałości. mówiła so- bie: „To by kłuło”. któ- rzy nie mieli nigdy do czynienia z rewolwerem czy karabinem. jak wszystkich tych. On pierwszy odsunął się. nieładną skórę. a strzelała tylko na jarmarcznej strzelnicy. Przyglądała się temu wielkiemu przedmiotowi. Józefina. zadając następne pytanie doty- czące funkcjonowania maszynki zbudowanej z błękitnej stali i jasnego drzewa. Siedzieli na podłodze. żeby to ona spała w łóżku. Następnego poranka obudziła się ze świadomością ciążących na niej obowiązków. — Myśli pan. rewolwer znała tylko z okna wystawowego. więc do niej należał. Ona natomiast. którą należałoby a priori odrzu- cić. wyjaśnił jej różnicę między zwyczajną i po- dwójną akcją. Broń najwidoczniej fascynowała ją. 444 . blisko siebie. czy to zaniedbując się trochę. Powiedzmy tak: istnienie Boga nie jest dla mnie hipotezą. Józefina miała tak krótkie palce. żeby poka- zał jej broń. Z tego powodu właśnie zaczynam mieć trochę kło- potów. czy z jakiegoś innego powodu. A pan? — Tak.tematy. Usunął naboje. Po raz któryś z kolei zwrócił uwagę na jej szorstką. Tej nocy nakłonił ją. Żywiła go. Pamiętała o tym lepiej niż pierwszego wie- czoru. Aleksander opowiedział jej o mszy świętej. że z tego rewolweru zabito już kogoś? — To możliwe — odrzekł chłodno Aleksander. Wyjął więc rewolwer i wyjaśnił zasadę jego dzia- łania. prawie niezauwa- żalnie. na której był niedawno: — Czy pani wierzy? — Proszę mówić do mnie Józia.

ojcze. nie. „Ja już nie wrócę. siedząc przy stoliku. Podjął już decyzję. „Przekazałeś mi. który jednak można było wysuwać do pokoju. nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia. wychodzącego na park Buttes-Chaumont. dobrze? Podziękował jej. których nie widział nigdy na oczy. Przyglądał się wiszącemu mostowi. oczywiście. zazwyczaj mieszczącym się w kuchence. Ale ojcowska ręka opadła. wmawiając 445 . że to niemożliwe. Aleksander patrzył ze zgrozą. Przepraszam cię”. Zjedli razem śniadanie. — Steki mogą być? — Oczywiście. bez pośpie- chu. Nie „wróci”. który lekko się kołysał. I nie będę jej niewierny. jak gospodyni macza posma- rowaną masłem kromkę chleba w kawie. — Zaniepokoił mnie pan tymi kwiatami — powiedziała. Gdy tylko Józefina wyszła. które wprawia się w ruch roz- kołysując ich serca i których dźwięki. nim zdołała dosięgnąć policzka syna. Nie zobaczy ponownie tych gęstych brzeźniaków. Ale widzisz. Od czasu do czasu podchodził do okna. Ale była jeszcze Rosja: „Nie przestanę jej kochać. tak że jedna osoba siedziała w kuchni. a druga w po- koju. którym służył do tej pory. głuche i czyste. i jed- nocześnie zapinał złotą spinkę w mankiecie nieświeżej już ko- szuli. mówiąc z roztargnieniem: — Nie. Aleksander ubrał się. Nigdy nie usłyszy rosyjskich dzwonów . Związał się z nimi umo- wą i to oni złamali umowę. — Dzisiaj nie otworzy pan nikomu drzwi. Wobec fałszywych mistrzów. Co pan zamawia na kolację? — Co pani chce. Ty. płyną po- nad nieskończonymi równinami. obowiązek «powrotu». wrócisz zamiast mnie”. — Dzisiaj — powiedziała Józefina — wrócę trochę wcześniej (wciąż pracowała nad prawem wielkich liczb). Alek. tak jak niegdyś rycerze nakładali zbroję.

Mam do przekazania informacje o sowieckiej siatce we Francji. To wciąż ten sam język i ten sam czar- ny chleb”. by go zabrano. nakarmi Francję”. — Proszę czekać. W pierwszej chwili fakt. proszę pana. Musiał przeko- nać samego siebie do wyboru. Domyślał się. Ponieważ zaś. jak zwykle w trudnej sytuacji. nie wywarł na nim wielkiego wrażenia. tak? — Chciałbym rozmawiać z kimś kompetentnym. chciałbym mówić z kimś kompetentnym. ale nie miał sił. Inny głos: — Halo. ale nie miał wyjścia. na który można za- dzwonić do pana? Zirytował go ten dziecinny podstęp. że zabił. Spojrzał na swoje dłonie: „Gdy umrę. dorzucił tę banalną myśl: „Nie jestem ani pierwszym. ani ostatnim emigrantem”. Jeszcze inny głos: — Halo. ale nie mogę pana połączyć. Mam do przekazania informacje dotyczące sowieckiej siatki we Francji. lecz był osłabiony. wykar- mione przez Francję. ale na 446 . Czy może mi pan podać numer. Moje ciało. że gdyby był nieustępliwy. — Tak. że się zmieniła. Bardzo mi przykro. tam gdzie prochy Rosjan zniszczyły ziemię. Chcę przekazać infor- macje o sowieckiej siatce w Paryżu. marzył tylko o tym. Nie miał już gorączki. Gdyby mógł walczyć w pojedynkę — zawsze myślał w tych ka- tegoriach — zostałby sam.w siebie. człowiek znajdu- je pocieszenie w myśli o całej ludzkości. tak? — Chcę mówić z kimś kompetentnym. połączono by go natychmiast dalej. „Zawsze mogłem wybierać tylko między dwiema zdradami”. nie będę nawet pochowany w Sainte-Geneviève. książka telefoniczna wydała mu się bardzo ciężka: — Halo. który w gruncie rzeczy był już faktem.

po to najprawdo- podobniej. siedząc w wagonie drugiej klasy.dłuższą metę zachodził w nim niedobry proces. Wydawało mu się. Pan jest w Paryżu. — Ustalmy hasło. Śmierć jest zaraźliwa. by imponować swym koleżankom. Czy pan jest osobą kompetent- ną? — Moglibyśmy się spotkać. że coś w nim gnije. żebyście wy się pofatygowali do mnie. — Niech pan zaproponuje. W najrozmaitszych formula- rzach. Podał numer tele- fonu Józefiny i odłożył słuchawkę. W przeciwnym razie nie otworzę drzwi. Inspektor Vaudrette nie był zadowolony z życia. W podróży służbowej do Sète. dlaczego ten może być już komisarzem? Prze- cież byliście razem w szkole policyjnej. że ich ojciec jest policjantem. Wolałbym. Aleksander przypomniał sobie słowa. nie? Dzieci inspektora Vaudrette ukrywały przed swymi rówieśni- kami. które uderzyły go w Kwartecie aleksandryjskim Lawrence'a Durrella: — „Widzieć to egzorcyzmować”. Niech pan do nas zaglądnie. 447 . ja. w rubryce „zawód ojca” pisały: funkcjonariusz. kto zajmuje sta- nowisko inspektora. Jego żona beształa go nieustannie: — A Paulus. Fabrycy miał więcej płyt niż byłby w stanie ku- pić lub otrzymać w prezencie. Jestem agent d'influence. jak- by namaszczony: — Czy to pan dzwonił do ministerstwa? — Tak. Sabina wrzucała do swej szkolnej torby pudełeczko pigułek antykoncepcyjnych. Mam do przekazania ważne informacje o sowiec- kiej siatce pracującej we Francji. które musiały wypełniać. co nie jest mało jak na kogoś. Podał nazwisko i adres. W chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. Inspektor Vaudrette z poddyrekcji «A4» liczył sobie czter- dzieści osiem lat. Inny głos. — Mogę być śledzony.

że w systemie demokratycznym te dwa słowa. lecz elitarną i supernowoczesną. Był to Wierny przyjaciel Emanuela Bluna. zmieniła bieg życia Vaudrette'a. Oto weszli oni do rządu wbrew woli społeczeństwa i dzięki woli społeczeństwa. Wynikało- by z tego. nie miały żadnego znaczenia. która zrobiła na nim wielkie wrażenie. w wydaniu kieszonkowym. Madonnę sleepingu albo Życie Van Gogha. Spróbujcie coś z tego zrozumieć. kogoś. kto służyłby mu radą i pomógłby mu znaleźć sposób na to. gdzie ktoś bardzo wysoko postawiony. który miał 448 . by zdobyć rozgłos. która przegrała wprawdzie wybory. wywiad. Rozmyślał. zamierzamy utwo- rzyć nową służbę wywiadowczą. za podszeptem wiernego przyjaciela. lub nawet do Pałacu Elizejskiego. nie wymagało żadnych przygo- towań. co by było. W każdym razie wydawało się. w porównaniu z którym DST będzie się wydawał czymś anachronicznym. Vaudrette zajmował się właśnie nadzorowaniem komuni- stów. Odbyło się to całkiem gładko. a jednak historia. Kto jednak odegrałby rolę wiernego przyjaciela? Książka Bluna nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. by znaleźć wier- nego przyjaciela w partii. pozostałby uczciwym człowiekiem. oparty o biurko w stylu Regencji: „Vaudrette. że właśnie pan nadaje się doskonale na szefa nowej formacji”. lecz weszła w skład rządu. tak by się do niego zwrócił. Doszliśmy do wniosku.przeczytał książkę. że nadszedł stosowny moment. Blun pisząc swą książkę myślał zapewne wyłącznie o tym. że i on chciałby mieć wiernego przyjaciela tego samego pokroju. Na pewnym dyplomatycznym cocktailu. gdyby został wezwany na ulicę Matignon. Tylko komunista miał dość silne przekonania. Od tego momentu zaczął sobie mówić. na co go było stać. Gdyby w dworcowym kiosku kupił inną książkę. bardzo niewielką. którą opowiedział. „wola społeczeństwa”. dość energii i konsekwencji w dzia- łaniu i myśleniu. Vaudrette był marzycielem. by pokazać świa- tu.

by podprowadzić kawałek swego gościa. dyplomatów. Rosjanin odwiedził go w domu. tobie i mnie. to są tylko byty pośrednie. że wygra i stawiał pięćset franków. Vaudrette wyszedł z domu. gdyby mu odmówił. mimo że Rosjanin grał doskonale.. to kosztuje grosze”). Młody Rosjanin wydawał jej się prawdziwym rosyjskim księciem. Było to trudne dla niego.. Nim się rozsta- li. Tyle tylko. a do tego przy- nosiła korzyści. Zobacz więc. mam wrażenie. nieznani. na całej ludzkości. który podawał mu kieliszki cy- tując Rostanda: „My. Fran- cja. gdy tylko zakładał się. po wyśmienitej kolacji. wesołego Rosjanina. mali. Pracujemy dla tej samej sprawy: dla szczęścia ludzkości. mó- wię do ciebie jak idealista do idealisty i mam dla ciebie pewną propozycję. to tak samo jak w tej książce. (Niektóre zresztą znajdowały się w książce telefonicznej — więc nie było żadnej sprawy!) Jesz- cze kiedyś dyplomata dostał od swoich przełożonych zadanie spisania biografii kilku osobistości francuskiego życia politycz- nego. w saunie. poznał młodego. syn Leona”). Któregoś wieczoru. Kławdi Lwowicz (co miało znaczyć „Claude.. Umówili się na partię kręgli. wielkoduszny Rosjanin poprosił go o listę adresów i byłoby grubiaństwem z jego strony. bez rangi”. która nie była podlewana alkoholem. Claude. którą mi 449 . tak naprawdę zależy nam. Grali też w szachy i. że dobrze się rozumiemy. Zresztą przejdźmy na ty. mów do mnie Woło- dia. do której też wybrali się razem.. Widzisz. ale o ileż łatwiejsze dla Vaudrett- e'a. postanowił zajrzeć na moment do baru i napić się piwa. Żona Vaudrette'a nie widziała nic niestosownego w tej przyjaźni. że w obecnym momencie historycznym Związek Radziecki jako taki bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości. Ro- syjski książę wygłosił tam następujące przemówienie: — Wie pan. Związek Radziecki. Claude.dyskretnie obserwować (może nie był dość dyskretny). zjadł pieczeń wie- przową z kiszoną kapustą. Odwdzięczył się ofiarowując mu ma- gnetowid („U nas. Wiesz. Kiedy in- dziej. przegrywał partię.

rzecz jasna. „Claude. Ale dla ko- biety takiej jak Teresa.. ty jesteś młody duchem. co mi zaproponowano”) i mniej go bolały wybryki dzieci („Nie mogę być nawet pewny. gdzie dwaj przyjaciele stają ramię przy ramieniu. rozumiesz. Znalazł wiernego przyjaciela. Moskwa to wielkie miasto. i podpiszesz listę płac!” Wołodia lubił posługiwać się zwrotami z codziennego ję- zyka francuskiego. choć chętnie słu- chał inspektora. jeszcze mały wysiłek. I nic dla urzędu skarbowego. Żył jak w marzeniu. W razie czego zawodowcy natychmiast uruchomią przerzut. Oczywiście. mie- sięczne prace. ten. jak sobie zażyczysz. potrząsał głową i dawał do zrozumienia. dla ostrożności. ale gdy relacjonował swe odkrycie Wołodii. rozumiesz co mam na myśli. przestał no- sić czerwone krawaty. Claude! Od tej chwili inspektor Vaudrette patrzył nieco z góry na swoją małżonkę („Gdyby ona wiedziała.pożyczyłeś. Teresa widziała tego typa w telewizji i także uznała za wcielenie rosyjskiego księcia — inspektor Vaudrette usiadł 450 . Tyle tylko. Wielokrotnie pewien był.. Gdybyś kiedykolwiek miał coś ważnego. — Czy w razie czego — spytał Claude syn Leona — przerzu- cilibyście też moją żonę? Wołodia uśmiechnął się spoglądając w sufit: — Będzie tak. Mógłbyś otworzyć kręgielnię. piękne miasto. że już natrafił na coś wielkiego. Żadne tam okazyjne robótki — regularne. żeby zawrzeć tego rodzaju umowę. trzeba zacząć od czegoś bardzo znacznego. ale naprawdę bardzo ważnego. gdy tylko pojawia się jakieś zagrożenie. że to jeszcze nie to. prawda? Ty co innego. W dwie go- dziny później jesteś już w Moskwie. że. mógłbym ci oddać przysługę. przystoso- wanie się do życia sowieckiego może nie być łatwe. Odebrawszy telefon od Aleksandra Psara — nazwisko nie by- ło mu obce. czy rzeczywiście jestem ich ojcem”). z jej wiekiem i charakterem.

i wyszedł na korytarz zmierzając do gabi- netu swego szefa. znajdują się na podsłuchu. Zastępca wicekomisarza Duverrier. że nazy- wano go „kapitanem kawalerii”. Duverriera. — Uszanowanie panu kapitanowi — powiedział grzecznie in- spektor. Od- sunął notatkę na brzeg stołu. Strażnik. Po dziesięciu minutach zredagował notatkę. miał wielką gębę pełną brodawek. pochylony do przodu. ozdobionego pryszczami nosa. wysunie koniec języka i powie: „Dziękuję. w której zawarł otrzymane informacje. której jego przełożeni nie potrafili do tej pory dostrzec. przełożonego «A4». subtelnością. Vau- drette wsiadł do windy. — Dzień dooooooooobry — odrzekł z szacunkiem „kapitan”. narośli i śladów po ospie. Przekażę dalej”. Raminagrobis przeczytał notatkę. lecz musiał rozegrać całą tę sprawę z niezwykłą. odrzucił w tył głowę i przesunął okulary na sam koniuszek swego pokaźnego. Nigdy nie korzystał z tej. kłaniając się do samej ziemi. biały wąs. właściwą mu subtelnością. zastępcy wicekomisarza. Vaudrette wyszedł z gabinetu i przemieścił jednofrankową monetę z prawej kieszeni do lewej. która położona była dokładnie 451 . jak wszystkie aparaty w tym budynku. Vaudrette nie wątpił w to. w postawie pełnej uszanowania. Trzymał w ręku życiową szansę. że jego telefon. nadzorujący wejście do bu- dynku. miał talię osy i piękny. patrzył na niego. Vaudrette. Zamiast skierować się z powrotem do swego pokoju. co sprawiało.wygodnie w swoim fotelu i zaczął masować czoło: „Rozegram to — powiedział do siebie — jak partię szachów”. zwany powszechnie Raminagrobisem. Założyłby się o jednego franka (kieszeń prawa zakładała się z lewą). że Duverrier. brzydki i sympatyczny. Vaudrette przeszedł z pięćdziesiąt metrów i wszedł do ka- wiarni. wysunął język i powiedział: — Dziękuję. spojrzał na Vaudrette'a po- nad soczewkami okularów. Przekażę dalej.

Wyjaśnił. Ale trze- ba się pośpieszyć. Raminagrobis patrzył na dyrektora chłodno i z sympatią za- razem. Upłynie z dziesięć minut. Vaudrette wrócił do swego gabinetu. Agent d'influence. nikogo już nie znajdzie. — Vaudrette? — Ten sam. Miał poważną minę. panie dyrektorze. że nie jest pod wrażeniem. co się dzieje... której natych- miast mu udzielono: — Panie dyrektorze. Nic dziwnego. zanim Vaudrette dostanie polecenie udania się na miejsce. co na to moi szefowie. Wykręcił numer. Vaudrette był chytrusem i podejrzewał swych przełożonych.. Raminagrobis był wciąż za- mknięty w gabinecie z dyrektorem. który zamierza zdezerte- rować. który nagle zmienił się w patriotę — uciekają nam najlepsze okazje. Minęło dziesięć minut. Wołodia nie był do końca przekona- ny: — Nie wiem. Chłopcy zabiorą już Psara. Claude. Zobaczę. że telefon znajdujący się w najbliższej ka- wiarni był na podsłuchu. potem dwadzieścia i trzydzieści. ale tym razem nie będzie mógł kręcić głową. Z sympatią. że zawsze przegrywamy z innymi”. Inspektor nie wytrzymał i po- szedł dowiedzieć się. który znał na pamięć: — Halo. Wołodia? Tym razem mam coś wielkiego. który wyszedł spo- śród pracowników resortu i stanął na czele dzięki sile swych 452 .naprzeciw numeru 13. bo ja.. Inspektor wyjął z szuflady swój pistolet i dmuchnął w lufę... oto co mi przyniósł Vaudrette. o co chodziło. Raminagrobis omawia teraz z pew- nością sytuację z dyrektorem. „I właśnie w ten sposób — powiedział sobie Vaudrette. Wołodia mógł sobie udawać. Zastępca wicekomisarza poprosił o audiencję. Pra- wa kieszeń straciła dwa franki. I gdy się tam uda. gdyż szanował starego.

453 . niknął w czelu- ściach fotela — z pełnym szacunkiem pobłażaniem i zrozumie- niem bez granic. Chłodno. Jego dwaj synowie radzili sobie nieźle. jako że on sam uważał się za człowieka szczę- śliwego. Udany montaż miał dla niego smak zupy z bazylii: „Jakie to smaczne! Ależ można się przy tym ubawić!” I dodawał trzeźwo: „Nigdy nie zostanę zastępcą dyrek- tora. Był szczery.mięśni i swemu urokowi. Tak musi być. a także i w pierwszym rzędzie na siebie samego pogodnie i ironicznie. na swych prze- łożonych i podwładnych. nie nudziłam się przez całe życie nawet przez jedną sekundę”. Jeden był w Wyższej Szkole Administracji. za kogoś. przy- gniatając swym ciężarem krzesło petenta. a to w administra- cji jest balastem. patrzył na szefa — który. pójdzie na rentę. na życie. gdy tylko o tym myślał. grał w bilard i nie będzie się bardziej niepokoił ludzkimi szaleństwami niż zda- rzało mu się to do tej pory. uchodził wśród kolegów. Miał poczucie humoru. Drapać się jeszcze wyżej? To nie wchodziło w rachubę. Z renty będzie mógł żyć. udało mu się kilka świetnych połowów w środowisku dywersyjnym. Jego córki dostarczały mu satysfakcji. mój grubasie. Ach. Jeśli straci posadę. kto osiągnął odpowiednią rangę i ta ranga zupełnie mu wystarczała. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą dorzucać do tych warto- ści jeszcze nazbyt błyskotliwie uwieńczoną karierę. zastęp- ca dyrektora musi wywołać szacunek”. Jego żona miała dla niego dużo czułości i wdzięczność. zwłaszcza gdy u władzy jest lewica. co wzruszało go za każdym razem. tak! Duverrier z powodzeniem rozegrał większość swych spraw. Wystarczało mu to powodzenie. lecz wciąż żartował. będzie moczył haczyk. jedna była na politechnice. za papieża kontringerencji. mały i suchy jak świerszcz. które osiągnął do tej pory. przeciwnie. nie popełniając niepotrzebnych świństw. a nawet w krajach sąsiednich. to znaczy wiele razy dziennie: „Dzięki tobie. przy tym wszystkim patrzył na swój zawód. Duverrier. bo wszystko wydaje mi się komiczne. a druga rozpoczynała wielką karierę gwiazdy. drugi interesował się marynarką handlową.

panie dyrektorze. tym razem bardzo uważnie. że nie został jeszcze komisarzem. panie dyrektorze. obawia się zawsze. panie dyrektorze. To mały człowieczek. który nie potrafi zoba- czyć przeszkody ukrytej w cieniu przeszkody. ile w oczach. wątpliwe zaszczyty. pewne ryzyka. nic nie mógł i nie chciał na to poradzić: „Jestem zastępcą wicekomisarza. swoje medale. — Co pan sugeruje. Raminagrobis siedział wciąż na zbyt małym dla niego krześle i leciutko się uśmiechał. dyżur przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni w roku z obawy. żeby nie przegapić dwudziestej pią- tej. Być może dzięki temu właśnie osiągnął stanowisko dyrektora. lecz nig- dy wystarczająco. — I jeszcze jeden drobiazg. Dyrektor raz jeszcze przeczytał notatkę. by zasłużyć na przydomek sprawiający mu przyjemność. To do niego podobne. co wyrażało się nie tyle w jego grubych i obrzeżonych minimalnym wąsem ustach. Duverrier? Raminagrobis podniósł się. potem podszedł do potrójnego okna. które na pół przymykał. uniknął ka- wiarni najbliższej i drugiej w kolejności. to wystarczy. szefem sekcji. Zacho- wywał się swobodnie w obecności przełożonych. żeby zadzwonić do swoich kumpli. przedstawiającą Paryż i rozpiętą na dwu ścianach gabinetu. by nie zostać wyśmianym w tym czy innym roku przestępnym”. przyniesiona mi przez Cavaillèsa. napięcie przez dwadzieścia sześć godzin dziennie i lęk. Jeśli kąciki jego płazich ust drgały. niech inni mają. Dyrektor umiał odczytywać całą stronicę jednym rzutem oka. że upoważniał go do tego wiek. Wybrał się do trze- ciej kawiarni. Notatka z pod słuchu. i nie tylko dla- tego. posługiwał się tonem jedno- cześnie pełnym respektu i protekcjonalnym. prawie się przeciągnął. by rzucić nieco senne spojrzenie na realny Paryż: 454 . — Vaudrette nie obawiał się podsłuchu? — Vaudrette. Umiał wywalczyć dla siebie pewną niezależność sposobu bycia. Przeszedł wolno przed olbrzymią fotografią. I dziwi się.

Wszystko to potwierdza — podsłuch. Wie pan. — Ja. specjalnie zdeklasowane. żebyśmy zagarnęli Psara. puszczam w obieg. zawsze myślę w najprostszych kate- goriach. jak oceniam sytuację: Vaudrette czeka na coś większego. — Co by pan postanowił będąc na moim miejscu. Być może ma to ja- kiś związek z tą sprawą. Mówiłem już panu. Tamci muszą się przemieścić. Wyznaję. bo ryzykujemy. Widzę ten problem jak tabelę z czterema przegródkami i dwoma wejściami. że na miejscu znajdziemy tylko purée z Psara albo w ogóle pustkę. rozmowy tele- foniczne na liniach specjalnych urywają się. różowe koszule. Te jego garniturki. że jest agent d'in- fluence. nic prostszego. że nie domyślałem się tego. Komunikacja radiowa bardzo intensywna. że tak jest. Twierdzi. Zgarniamy Vaudrette'a albo jeszcze mu pozwalamy pobie- gać. przyj- mijmy. gdy przestał nosić czerwone krawaty. Ale w takim razie trzeba by zacząć działać. Duverrier? Pan jest starym lisem i byłbym zły na siebie. ale dobrze. tę partię belotki rozegrać można na róż- ne sposoby. Co byłoby oddaniem punktu w belotce. Niektóre tylko. nam wystarczy jeden telefon do najbliższego komisariatu i mamy Psara w siatce. kim jest Vaudrette. Zagarniamy Psara albo nie interesujemy się nim. Krótko mówiąc. żeby nie zaczął niczego podejrzewać. mieliśmy go na oku. zbadaliśmy co trzeba i od tej pory nie ma wglądu do żadnych dokumentów supertajnych. by móc tamtej stronie ofiarować to w posagu i przejść do nich. kim jest Psar. — Panie dyrektorze. Wie pan także. 455 . gdybym pana nie wyżyłował przed pańską emeryturą. obserwacja. Jeśli chce pan. panie dyrektorze. U jego kumpli zauważyliśmy w ostatnich dniach spore poru- szenie.) Od jakiegoś czasu zwracał na siebie uwagę. Dla mnie moment przełomowy nastąpił wtedy. (Raminagrobis także miał na sobie różową koszulę.

. Vaudrette na wolności. to trzeba wielkiego pecha. Wielka sprawa. Widzi ich pan już. — Jeśli ma się cztery przegródki. Czwarta przegródka. ale mamy Psara w więcierzu. i jeszcze bardziej Anglików i Niem- ców. Psar nigdy więcej na swobodzie. Dwa wróble w garści. żeby mógł zgarnąć Psara. osaczeni. przetargi. że umknie nam nie- dźwiedź. Wiem dobrze. pańskich przyja- ciół z SDK.. jeśli chce pan znać moją opinię. — Według pana więc należy pozostawić przeciwnikowi czas. by nie znaleźć jeszcze i piątej. a złapiemy tylko zająca? Raminagrobis uśmiechnął się. a następnie zwrócić się przeciwko Vaudrette'owi. trochę dziwacznej. pilnować go od rana do nocy. że ten dureń nie wyrządza większych szkód. I co to znaczy? Że wszyscy będą wrzeszczeć. oskarżając go o przekazywanie informacji obce- mu mocarstwu? Czy nie będzie to znaczyło. Vaudrette zamknięty. dyrektorzy do tego właśnie byli potrzebni. Duverrier. — Znam pana dobrze. zrobionej z na rożników pozostałych. Trzecia przegródka: próbujemy załatwić obie sprawy za jed- nym zamachem. którzy już nie będą mieli monopolu na podstawionych 456 . Vaudrette zostaje na swo- bodzie. — Psara oddajemy przyjaciołom. promo- cje. W najlepszym razie osiągniemy to. Czekałem na czwarty wa- riant. że Vaudrette zostanie skazany z jednego z artykułów numer 70. ale to w każdym razie męczące. infiltrowani. a Vaudrette'a rzucamy na pożarcie. robi się wrzawa. Trochę płaskie rozwiązanie. Pierwsza przegródka: uderzamy. Dyrektor lubił eleganckie for- muły. specjalnie pojawiamy się na miejscu już po naszych przyjaciołach. i Amerykanów. Listy gratulacyjne. wariant bardziej wyrafinowany. męczące i drogo kosztuje. Psar też. Druga przegródka: zapominamy o wszystkim albo. To słuszne i normalne. agent d'influence zeznaje. że jesteśmy penetro- wani.

równie po harcersku skazany przez trybunał bezpieczeństwa państwa. co z nim zrobimy . Po czym posłany zostanie przed sąd przysięgłych. Duverrier. Ale czy nie moglibyśmy odesłać Vaudrette'a i jednak wykorzystać Psara? — Panie dyrektorze. I sąd przysięgłych uniewinni go. mimo że ten człowiek zatruwa narodowe sumienie od dwu- dziestu pięciu lat. — Może mi pan to wyjaśnić? — Chętnie. — Uniewinni go? — Tak. to zależy wyłącznie od pana. ja także tak to widziałem. który pozwala nam podjąć jakąkolwiek akcję przeciwko agents d 'i- nfluence. których domyślaliśmy się. Jeżeli Vaudrette wykorzysta okazję i przeskoczy na drugą stronę. Wysunął lekko język: — Paragraf 3 artykułu 80 Kodeksu Karnego. Proszę sobie przypomnieć poprzednią sprawę. Raminagrobis pieścił końcami palców swe sympatyczne bro- dawki porośnięte czarnymi włoskami. nie widzę tu nic korzystnego dla nas. gdyż prokurator nie potrafi dowieść szkodliwości je- go działań. i po upływie dwu lat ułaska- wiony. fałszy- wą lub prawdziwą. zgodnie z naszymi potrzebami. wydaliśmy mnóstwo grosza. kilka metod. Ten będzie może mówił. rzeczy. My natomiast będziemy mogli z tego skorzystać i przesłać przez niego tę czy inną wiadomość. ale co my będziemy z tego mieli? Kilka na- zwisk. Przez cały rok śledziliśmy tego chłopaka. kto „przekazywał przedstawicielom obcego mo- carstwa informacje mogące przynieść szkodę sytuacji wojskowej 457 . Pytanie tylko. i co to dało? Był przesłuchiwany po harcersku przez sędziego śledczego. jako że nie ma specjal- nego trybunału dla takich spraw. nie wyjawiwszy nic praktycznie z tego. Naprawdę. panie dyrektorze. jedyny. co wiedział. przewiduje karę więzienia od dziesięciu do dwudziestu lat dla każdego. — Zgoda. tym lepiej dla jego finansów.agentów.

«Indyk uwolniony z okowów» wystąpiłby znowu z tezą. panie dyrektorze. doszłoby do tego tylko w wyniku strasz- liwej pomyłki sądowej. lub też jej żywotnym interesom gospodarczym”. Pod ochroną znajdują się tylko nasze interesy wojskowe. Otóż pan Psar nie uczynił im żadnej krzywdy. zasmradzać naszą literaturę. — Z wysokości sterty moich profesjonalnych śmieci. gdyż to oskarżenie zwracać się może przeciwko nam. Gdyby pan Psar został skazany. rozmontować system edukacji narodo- wej. że zamykamy ludzi za wypowiadanie przekonań politycz- nych i czułe francuskie sumienia zaprotestowałyby przeciwko naszym represywnym metodom. podkopywać rodzinę. której nam nie wolno podjąć. niszczyć Kościół.lub dyplomatycznej Francji. pokłócił się ze swoimi. której ofiarami w pierwszym rzędzie by- libyśmy my. zauważę co następuje: pewien agent d'influence. ale dopiero za godzinę. Po- zwólmy przyjaciołom wykonać brudną robotę. Wyślijmy Vaudrette'a do tamtego mieszkania. Nie będę analizował. jak długo prawodawstwo nie zostanie zmienione i przestępstwo czynnego ingerowania w życie społe- czeństw. Duverrier. panie dyrek- torze. Ale widzi pan. że interesy kulturalne. duchowe. cięższych na pewno niż klasyczne szpiegostwo. ludzkie. nie są w ogóle uwzględnione przez nasze prawodawstwo.. Można śmiało zatruć naszą młodzież. z wysokości pańskiej mądrości i pańskiego doświadczenia. Wszystko to jest legalne. wynajęty przez naszych przyjaciół. wielo- znaczności terminów „informacje” lub „żywotne”. dyplomatyczne i ekonomiczne.. * 458 . panie dyrektorze. jakie otrzyma w darze od wdzięcznego ZSRR. intelektualne. „influence”. — Krótko mówiąc. Dlatego właśnie. że naprawdę poniosły one szkody. będę tak długo utrzymywał. A później skorzystajmy z przywilejów. W dodatku trzeba jeszcze udowodnić. nie zostanie uznane za jedną z najcięższych zbrodni. że nie mamy interesu w oskarżeniu agent d'influence.

Jest w atmosferze coś tak ciężkiego i napiętego... — Kto tam? — „Widzieć to egzorcyzmować” — lekki akcent prowincjo- nalny. że sło- wo „panowie” brzmi tu dość niestosownie. Zobaczył człowieka o rumianej twarzy. Szofer jest wielki i ponury. Mężczyzna siedzący z tyłu odzywa się: — Zostawcie to. Zadzwonię do pani”. Aleksander ujmuje uchwyt teczki. Jestem pułkownik Wiazew. Rozległ się dzwonek do drzwi. że określenie „panowie” nie jest właściwe w tej sytuacji. — Proszę za mną. Aleksander otworzył drzwi. Rumiany pochyla się. Nie może jej otworzyć. Samochód jedzie wzdłuż Buttes-Chaumont. Aleksander mówi: — Panowie. Silnik jest zapuszczony. Już wcześniej naskrobał wia- domość dla Józefiny: „Dziękuję. ubranego w skórzaną marynarkę. Rumiany siada przy Aleksandrze. Aleksander zabrał swoją teczkę. towarzyszu. Jego twarz przysłonięta jest obłokiem dymu pa- pierosowego. — Aleksander Psar? — To ja. Wsiedli do windy. z Piątego Departamentu. Ma na sobie ciemny garnitur i białą koszulę. — Niech pan wsiada. z czołem pory- tym zmarszczkami. przednie drzwi otwarte. 459 . Rumiany mężczyzna wydziela trudny do nazwania odór: alkohol? Płyn po goleniu? Skórzana marynarka? Na dole czeka czarny citroen pallas. Jeszcze inny mężczyzna siedzi w tyle samochodu. Aleksander wchodzi do samochodu. I nagle czuje. Pali papierosa. Aleksander przykleił oko do judasza.

Metalowa brama unosi się automatycznie. Metalowa brama opuszcza się znowu. Sowtransawto. który w momencie gdy metal styka się z betonem podłogi zamienia się w prawdziwy grzmot i długo przetacza się echem po całym garażu. Drambuie. W kark Aleksandra zagłębia się igła. towarzyszy temu taki sam zgrzyt. na której wielkimi. Po- między kartonami postawiono skrzynię. Ta maskarada jest wła- ściwie zbytecznym środkiem ostrożności. Samochód wjeżdża do rozległej. Umieszczają go w skrzyni i zamykają jej wieko. Cherry Rocher. Rumiany na spółkę z szoferem pallas wynoszą bezwładnego Psara. którego otacza chmura dymu papierosowego. Chartreuse. ściany skrzyni 460 . Na stopniu kabiny siedzi wysoki chłopak o długich nogach i krótkim torsie. Mężczyzna. na której nalepiono ety- kietki znanych firm: Rémy Martin. „Góra”. uwieńczonej szklanym da- chem hali. W środku ciężarówki znajduje się ładunek win i alkoholi. Wewnątrz znajduje się gigantyczna ciężarówka. Vieille Cure. skórzaną wiatrówkę. całe jego ciało staje się bezwładne. niebieskimi literami rosyjskiego alfabetu wypi- sane jest jedno słowo. Mandarine Napoléon. otwiera plomby. „Dół”. a także nalepki w rodzaju „Uwaga — szkło”. Ciężarówka jest zamknięta. któremu na przeguby i kostki u nóg założono kajdanki marki Smith & Wesson. opuszczają i w końcu zatrzy- muje się przed zamkniętymi wrotami garażu położonego w prze- mysłowej dzielnicy. jej tylne drzwiczki zaplombowa- ne. Pallas wjeżdża na obwodnicę. pogrąża się w ciemności. jako że nikt nie będzie zaglądał do środka nim ciężarówka nie przekroczy granicy su- werennej i sfederowanej Republiki Białoruskiej. jej segmenty ze zgrzytem chowają się w żelaznych prowadni- cach. ma na sobie włoską. Jego wsunięta do wnę- trza teczki dłoń rozluźnia się. Z oddychaniem nie będzie kłopotu.

ruszamy? Palacz papierosów patrzy po raz ostatni na ciężarówkę: — Gotowi. Aleksander „wróci”. centymetr po centymetrze. wibrować. gdyż jego nogi są tak bar- dzo długie. ile nakazuje regulamin wewnętrz- ny Piątego Departamentu. lekko.zaopatrzono w tyle otworów. że to cały garaż szykuje się do drogi. — No to jedź i niech ci pan Bóg sprzyja. Pułkownik spogląda nań z aprobatą. Mogłoby się wydawać. towarzyszu pułkowniku. Towarzyszący mu kierowca dopytuje się nerwowo: — To co. powoli. Jest 28 grudnia. Plomby zostają ponownie założone. bez trudu. rusza z miejsca. Wysoki chło- pak wyjmuje z wiatrówki szczypce do plombowania. wytacza się na ulicę. . tarasując ją cał- kowicie. Wiaczesław? — Zawsze gotowy. Meta- lowa brama unosi się jeszcze raz i ogromny samochód. Nim rok się skończy. Ciężarówka zaczyna drgać. Wysoki chłopak wchodzi do kabiny kierowcy. Z hukiem zatrzaskują się drzwiczki ciężarówki.

SPIS TREŚCI 1. JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA 112 4. OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA 165 5. OBRÓT ŚRUBY 276 7. BOSKI WĘZEŁ 64 3. ZARZUCANIE SIECI 7 2. STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ 225 6. TWARDY ZNAK 328 8. PERŁA 368 9. „WRÓCIĆ” 413 .