Vladimir Volkoff
MONTAŻ
Przekład Adam Zalewski

Tytuł oryginału: Le Montage
Copyright © Julliard/l'Age d'Homme, 1982
Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l'Est”.
Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś
Pierwsze polskie wydanie: Polonia Book Fund, Londyn 1986
Wydanie II poprawione ISBN 83-88481-69-Х
Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o.
ul. Woźna 13, 61-777 Poznań
tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93
e-mail: klub@kkk.com.pl

Jeśli twierdziłbym, że Montaż jest tylko wytworem mej wy-
obraźni, nikt by w to nie uwierzył. Pozwalam sobie zatem wy-
razić wdzięczność wielu towarzyszom, z których fachowych
porad korzystałem.
Vladimir Volkoff

Twoim celem musi być zdobycie wszystkiego bez niszczenia
czegokolwiek.
Sun Tsu

1

ZARZUCANIE SIECI

30 kwietnia 1945 roku, po dziewięciu dniach walk o każdą
ulicę, każdy dom, wreszcie o każdą klatkę schodową i o każdy
pokój, na Reichstagu pojawiła się rosyjska flaga — tym razem
nie nazwiemy jej sowiecką.
Berlin padł 2 maja i zwycięskie rosyjskie oddziały, po raz
trzeci w historii, odbyły defiladę przed Bramą Brandenburską.
9 maja Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem,
wystąpił z odezwą do narodu: „Wielkie ofiary, jakie ponieśliśmy
dla wolności i niepodległości naszego Kraju, niezliczone straty i
cierpienia, jakim poddany był nasz naród podczas wojny, trudy i
znoje złożone na ołtarzu Ojczyzny przez armię i przez ludność
cywilną nie zostały zmarnowane: uwieńczyło je totalne zwycię-
stwo nad nieprzyjacielem. Walka o egzystencję i niezależność,
jaką od wieków toczyły ludy słowiańskie, zakończona została
triumfem nad niemieckim napastnikiem i niemiecką tyranią”.
Ci sami więc, co doszli do władzy powołując się na po-
wszechną jedność proletariatu i popiskując Międzynarodówkę,
uznali stoczoną przez siebie i wygraną wojnę za patriotyczną i
zrezygnowali z użycia słowa „sowiecka”. Na jakiś czas.
Do ludzi, których najbardziej dotknęły te wydarzenia, zali-
czyć trzeba rosyjskich emigrantów, zwanych białymi. Niektórzy
spośród nich postanowili bić się po stronie Niemiec, gdyż milszy
niż komuniści był im diabeł, inni natomiast opowiedzieli się po

7

stronie Związku Radzieckiego, jako że woleli diabła od Niemca.
Byli też — wiem o tym dobrze — ludzie bardzo inteligentni, bar-
dzo wierni, pozbawieni nadziei cynicy, i tylko oni, garstka, oparli
się entuzjazmowi, ani zdumiewającemu, ani nieczystemu, jaki u
pozostałych wywołały sukcesy rosyjskich armii. Miała tu swój
udział duma narodowa, do której dochodziło uczucie zadość-
uczynienia za połajanki znoszone przez dwadzieścia pięć lat, ale
także trzy motywy nierównej wagi, motywy, które pewnym
umysłom wydadzą się błahe; będą to błahe umysły.
Po pierwsze, zwycięstwo wiecznej Rosji nad Niemcami
przedstawiało się w oczach emigrantów jak triumf Świętej Rusi
nad bolszewickimi uzurpatorami. Zgoda, powiewająca nad Re-
ichstagiem flaga była jednolicie czerwona, a nie biało-niebiesko-
-czerwona, lecz ci żołnierze radzieccy, których spotykaliśmy,
mówili raczej o Rosji niż o „Związku”, żyli w przekonaniu, że
walczyli o ziemię, nie o ideę, a ich dobre, naiwne twarze przypo-
minały starszym pośród nas tych Iwanów, którymi dowodzili
podczas poprzedniej wojny. Krótko mówiąc, zdawało się, że or-
ganizm ojczyzny sam z siebie zwalczył wprowadzone doń anty-
ciała. To nie my wyleczyliśmy Rosję, ona sama się uleczyła; na-
pawało nas to radością bardziej pokorną i czystszą niż gdybyśmy
sami mieli sposobność posłużenia się skalpelem.
Dalej: we Francji, dla przykładu, ambasador Związku Ra-
dzieckiego zaczął przychodzić na nabożeństwa do katedry św.
Aleksandra Newskiego i było coś nadzwyczajnego w tym, że wi-
działo się diabła w chrzcielnicy i że nie wyglądał on wcale na
nazbyt okropnego diabła. Wielu emigrantów odczuwało przy-
wiązanie raczej do swobód religijnych niż do porządku politycz-
nego Dawnego Ustroju; jeśli by więc Cerkiew odzyskała swe
prawa, wystarczyłoby im to, by znów stać się lojalnymi podda-
nymi Imperium, obojętnie jaką nosiłoby nazwę, brzmiącą gorzej
czy lepiej. Odnaleźli przecież Cerkiew, złoconą, w mitrze, broda-
tą, pełną śpiewu i pachnącą tak jak dawniej. Prawda, Cerkiew

8

zaznała męczeństwa, i nigdy nie zapomni się o popach rozkrzy-
żowanych na wrotach kościołów i przebitych bagnetami; to jed-
nak dotyczyło przeszłości, nowy reżim zrozumiał wreszcie, że
wiara stanowiła niezbywalną część rosyjskiej rzeczywistości i że
trzeba to zaakceptować. Czyż były uczeń seminarium duchow-
nego, ten, który poprowadził Rosję do zwycięstwa, nie zwracał
teraz swych przemówień do „braci i sióstr”, zamiast do „towa-
rzyszy”? Czegóż chcieć więcej?
Istniał wreszcie widzialny i dotykalny dowód odrodzenia się
naszej Rosji, jej wewnętrznej restauracji, chociaż znak ten ape-
lował głównie do wojskowych. Czy jednak powołanie emigracji
nie ma w swej istocie czegoś żołnierskiego? Poza tym znak ten
opłacony został tyloma istnieniami ludzkimi, tyloma cierpie-
niami, że nawet ci, co lekceważyli na ogół zewnętrzne symbole
rangi i honoru, zaczęli temu kartonikowi, zaszytemu w tkaninę i
umocowanemu przy pomocy mosiężnego guzika na barku, przy-
znawać znaczenie równe temu, które w innych epokach przysłu-
giwało krzyżowi o takim czy innym kształcie, różnokolorowym
kokardom, beretom, fezom, tatuażom, nacięciom, to jest styg-
matom wyrażającym zwalczające się strony. Już pod rządami
Dawnego Ustroju zerwać naramienniki oficerowi znaczyło zde-
gradować go. Później czerwoni zdzierali przy pomocy noża z
epoletów swych jeńców carskie inicjały i koronę. Uwięziony
przez bolszewików car, by tylko nie przywdziać pozbawionego
naramienników munduru, nie rozstawał się z czerkieską tuniką,
która zgodnie z regulaminem i tak nie miała epoletów. I oto,
począwszy od 6 stycznia 1943 roku dla wojsk lądowych i od 15
lutego dla marynarki, nawróceni czerwoni defilowali — szere-
gami liczącymi 48 żołnierzy! -— mając u ramion tę sztywność, to
pasowanie na rycerza. Nostalgiczny tyran, któremu przedłożono
projekty umundurowania, wskazał na uniform różniący się tylko
dwoma guzikami od wzoru, jaki musiał pamiętać z czasu swej
młodości. Nie byliśmy tak małostkowi, by się unosić z powodu
dwu guzików. Epolety powstały z popiołów; wybaczmy tym

9

spośród nas, którzy wierzyli, że razem z nimi zmartwychwstała
cała cywilizacja przez nie symbolizowana. W marzeniach na-
szych zdawało się, że nastał kres koszmaru.
Nadzieja mogła się karmić jeszcze i amnestią. Rząd pozwalał
swym wczorajszym wrogom na powrót. Amnestia to słowo
wspaniałomyślne, cesarskie. Wydawało się, że nie idzie tu o ła-
skę, lecz o rzucenie zasłony na minione konflikty. Zwycięzcy i
zwyciężeni mieli odtąd solidarnie służyć swej wspólnej ojczyź-
nie. Pierwszym pośród powracających — ukuto nawet specjalny
rzeczownik: wozwraszczeńcy — był metropolita, którego nikt w
dobrej wierze nie mógł podejrzewać o wspólnictwo z Antychry-
stem; to on założył Akademię Prawosławnej Teologii w Paryżu,
to on sprawił, że katedry Św. Aleksandra Newskiego nie oddano
bolszewikom, którzy urządziliby w niej kino. Metropolita Eulo-
giusz otrzymał sowiecki paszport, opatrzony — symbolicznie —
numerem 1. Zmarł co prawda nim zdołał opuścić Zachód, i wielu
widziało w tym interwencję Opatrzności, tym niemniej fakt po-
zostawał faktem: jeden z duchowych przywódców białej emigra-
cji opowiedział się za pojednaniem.
Pierwszy transport wozwraszczeńców, pełnych radości, ale i
mających łzy w oczach, odjechał pociągiem z Gare du Nord. Nie
bez niepokoju czekaliśmy na wiadomości od nich: nawet najbar-
dziej przekonani spośród tych, którzy zostali na miejscu, nie byli
pewni, czy przypadkiem ich przyjaciół nie przywitał na granicy
pluton egzekucyjny. Po paru miesiącach zaczęły nadchodzić li-
sty. Amnestionowanych osiedlono w różnych punktach kraju.
Jeśli o coś prosili, to tylko o rękawiczki lub wełniane czapki.
Wykonywali prace fizyczne. Okrutna wojna domowa, zdawało
się, dobiegła końca, zabliźniła się. Coraz to nowi kandydaci do
powrotu pojawiali się przed zieloną bramą radzieckiej ambasady
— tak niedawno jeszcze wyklętą — pod numerem 79 rue de la
Grenelle.
Jednym z nich był Dymitr Aleksandrowicz Psar, albo też, jak
on sam lubił się przedstawiać, podporucznik marynarki Psar.

10

że zajmowanie się końmi nie przynosi nikomu ujmy. Podaż określić można było jako dziewięć milionów poległych. że służył jako oficer carski. co było aktem idiotycznej wspaniałomyślności. że język francuski znał tak jak rosyjski. otoczony takimi samymi jak on rozbitkami. Francja była dla niego uosobieniem sojusznika Rosji. Nie musieli się specjalnie wysilać. Zamiast mówić o Tan- nenbergu czy też o korpusie ekspedycyjnym. Jak? Po co? Niektórzy marzyli o Ame- ryce. jak i wielu innych. Choć nie był kawalerzystą. Można się było dogadać. że słońce wędruje ze wschodu na zachód. znał na pamięć fragmenty Nędzników oraz żywił romantycz- ny podziw dla Napoleona. popyt nazywał się „umieram z głodu”. Tymczasem Francja nie śpieszyła się z okazywaniem swej wdzięczności. jego kłopoty dopiero się zaczynały. w gruncie rzeczy jednak przysięgę składał mario- netkom rewolucji lutowej. pociągała Francja. Pojawili się pośrednicy pracy. że w dzieciństwie do snu kołysały go opowiastki hrabiny de Ség- ur. wiedział. a gdy nadeszła klę- ska. Kraj ten nie mógł przecież zapomnieć o dwóch armiach rosyjskich. która uczyła ich der die das. Monarchista przez wierność raczej niż z przekonań. Lubił sobie wyobrażać. armie te pomogły marszałkowi Joffre ocalić Paryż. znalazł się na tureckiej wysepce zwanej Antygoną. który dał się 11 . A zależało mu na tym. Ich kartonowe teczki wypcha- ne były ofertami. Podporucznik marynarki Psar przyjął posadę stajennego w Ardèche. Dymitr Aleksandrowicz był niewysokim mężczyzną w wieku lat około pięćdziesięciu. jedynym w swoim rodzaju w całej historii. Trzeba było jechać dalej. Przymie- rał tam głodem. co miało mu ułatwić konfrontację z własnym sumieniem. wycofanych na jego żądanie spod Tannen- bergu. I to nie tylko dlatego. każda ich propozycja była dla głodomorów z Antygony zaproszeniem do Eldorado. bił się pod rozkazami Wrangla. Psara. Inni ze wzruszeniem przypominali sobie Fràulein. jako że myśleli o przyszłości i o tym.

Stajennym został tylko nominalnie. Z początku Psar tak się tym przejmował. podpisany w Brze- ściu Litewskim przez Trockiego. Marynarz chwiał się i zataczał. — A poza tym — powtarzali bywalcy małego bistro w Chomérac — jak tylko wam się znudziła wojna. że pół darmo zatrudnia osiłka z egzotycznego kraju. kupony pożyczki. że żył pan jak bojar. Nie można prawdziwej Rosji oskarżać o to. Które- goś dnia doszło do dramatycznej sceny. że leżą- ce na kontuarze papiery.zmasakrować w Szampanii aby alianci wiedzieli. kiedy to pracodawca 12 . Nigdy przedtem nie zdarzało mu się dźwigać widłami snopków o cięża- rze równym połowie jego wagi. że jego pracodawca żywił go. Szczęśliwie się złożyło. to międzynarodowi rewo- lucjoniści wypowiedzieli sojusz po tym. gorzko mu wciąż wypominano nie spłaconą po- życzkę: — Ach! Pańska piękna Rosja! Pochłonęła oszczędności całe- go mojego życia. Ale nie miał też doświadczeń w pracach polowych. czemu złym okiem przyglądał się jego patron. Gdy natomiast Psar próbował dowodzić. nie. że ani on. który tak wiele dla nich uczynił. Dymitr Aleksandrowicz nie był wcale bojarem. daliście nogę! Psar tłumaczył wtedy. ani jego car nie ponosili od- powiedzialności za odrębny układ pokojowy. naprawdę zatrudniono go jako parobka. lecz nie wypłacał mu pen- sji. W ten sposób sprawa była załatwiona. odpo- wiadano mu tonem moralnego i cynicznego zarazem pouczenia: — Wszystko to dlatego. Wyjaśnienia te nie przekonywały zbiednia- łych emerytów. Gdyby Jego Wysokość uciekła się do tak tchórzowskich postępków. chłop. jak umieją gi- nąć Rosjanie. podczas gdy lud cierpiał. byłaby zapewne wciąż jesz- cze Wysokością. nie straciłyby warto- ści gdyby — jak tego domagał się Foch — alianci interweniowali na rzecz suwerena. gdyby nie była pusta. że porzuciła swych aliantów. jak ich sowicie opłacono w Reichsmarkach. że niewiele brako- wało a próbowałby wypłacać tym dzielnym ludziom odszkodo- wanie z własnej kieszeni. przekona- ny. i to żywą.

czyjego honor został znieważony czy też nie. jak wymawiali prostaczkowie. by otrzymać kartę pracy. guwernantkom i damom do towarzystwa. korepetytorom. całemu fikcyjnemu personelowi. ani karty wizytowej. ani też nie dysponując świadkami. ale i przeciwnie. udał się do Paryża. wydając ostatnie grosze na bilet trzeciej klasy i zasta- nawiając się. tracąc całą dniówkę. i wreszcie 13 . trzeba było wykazać się zatrudnieniem. który wy- stawił dziesiątki zaświadczeń o zatrudnieniu niezliczonym se- kretarkom. gdy listonosz przynosił urzędowe wezwanie.zagroził. Mrukliwy urzęd- nik zajmujący się obcokrajowcami („Co? nie rozumie pan po francusku?”) wystawiał w końcu zaświadczenie. Bez pozwolenia na pracę nie dostawało się zatrudnienia. kolejka. Re-na-ul-te. Kilka tygodni później. że podanie zo- stało złożone. na co tenże. stracona dniówka. że przemówi do tylnych części ciała pracownika. Cóż z tego jednak. wszystko zaczynało się od początku: metro. który nie miał pojęcia o nutach. ale nieraz i odwiezieniem do granicy i ekstradycją do sąsiedniego kraju. rządcom. mógł sobie zaskarbić łaski prefektury. przekazania innemu krajowi. który wciągał wszystkich jak wir rzeczny. zrzędliwy urzędnik. Wir ten miał dwa różne i sprzeczne ogniska: prefekturę poli- cji i zakłady Renault. Wtedy też Dymitr Aleksan- drowicz. wyzwania zdecydowa- nie odrzuconego przez drugą stronę. który nie nie- pokoił nigdy dworku tego hreczkosieja bez grosza. W przypadku Dymi- tra Aleksandrowicza dylemat karta pracy-zatrudnienie roz- wiązała uczynność pewnego wyrozumiałego Francuza. Aby ją przedłużyć. trzeba było godzinami stać w kolejce. który powtarzał ten sam zabieg: wywiezienia na następną grani- cę. Kończyło się to nie tylko niedojadaniem. zmuszony był wypowiedzieć ustnie formułę wyzwania na pojedynek. Dymitr Aleksandro- wicz. i tak dalej. Legitymując się jako profesor muzyki. skoro drogocenna karta pracy wystawiana była tylko na rok. nie mając przy sobie ani rękawiczek.

Skandal. zapomniał przedłużyć w terminie ważność swej karty. że do jedenastu franków grzyw- ny trzeba było dodać okrągłych sto tytułem kosztów sądowych. W końcu można wytrzymać. Frank grzywny pozbawiał go więc tylko jednego śniadania. plus frank za obsługę. co poprawiło mu humor. wrócił więc do domu spokojniejszy i pełen wdzięczności. czyli trzy lub cztery posiłki. by podał swe nazwisko i datę urodzenia. sobota była takim dniem roboczym jak wszystkie inne. to znaczy jedenaście franków zwykłych. Spodziewał się procesu jak z Braci Karamazow i przygotował mowę obronną. w której bitwa pod Tannenbergiem odgrywała pewną rolę. chociaż 48-godzinny tydzień pracy był jeszcze wtedy od- ległym mirażem. Drugi ośrodek wiru. „odsłonięte prawe ucho i oczy patrzą- ce wzwyż” (sic!). bliski był choroby na myśl o znalezieniu się przed sądem. Zarabiał dziennie 16 franków i 75 centymów. przeżył przykry moment zniechęcenia. Z tego 10 wydawał na pokój w hotelu. Jego żołądek znów zaczął normalnie funk- cjonować.nieoceniony. a rok mijał i nie było w nim przerwy na urlop. złożony w harmonijkę kartonik zaopatrzony w fo- tografię. okazał się bardziej go- ścinny. ukazującą profil. Skazano go na grzywnę w wysokości jednego franka. wielko- duszne sądownictwo francuskie! Jakieś dziesięć dni później poczta przyniosła rachunek. W dodatku zakaz siada- nia w godzinach pracy nie był zbyt korzystny dla kręgosłupa. Zresztą pośród setki chyba współoskarżonych rozpoznał kilku znajomych. Już w pierwszym roku Psar Dymitr. Gdy jednak odkrył. Winny za- niedbania stawi się przed sądem. No cóż — i tak lepiej tu niż u „towarzyszy”. fabryka Renault. który osłabił jego entuzjazm: grzywna wyniosła jeden frank w złocie. W stosunkach Psara z innymi robotnikami nie brakowało 14 . który dobrze znosił napię- cie w chwili ataku na okopy przeciwnika. apatryda. On. Tymczasem zażąda- no od niego tylko. O. W najlepszym razie pracowało się 56 godzin.

momentów zaskoczenia. by nie urazić ofiarodawcy. Potem udawał się do cerkwi przy ulicy Daru. Tego dnia wstawał nieco później niż zwykle. Na szyi nosił krzyż. Przez dwanaście godzin pod rząd kobieta ta zajęta była dolewaniem herbaty przyjaciołom męża. Chłopcy pytali go na przykład: — Czy to prawda. skupionych wokół jednego z nich. przyniósł panu Dymi- trowi świecę. przybijał skuwki do obcasów. Na koniec lą- dował w swej „rodzinie”. co działo się w tygodniu. i nawet oni umieli sobie wytłumaczyć. Można się też było przyzwyczaić do cosobotniej kolejki piwa. że jego kontakty z kolegami z pracy — świadczono sobie nawzajem różne usługi — układały się bardzo dobrze. wykrzykując. panie Dymitrze. Jego prawdziwe życie zaczynało się dopiero w niedzielę. że u was zjada się świece? Jeden z nich. a ten przyjął ją. wychodzącym na podwórko pokoju. i do- brze czyniły stając na drodze między kasą a knajpą. wzajemnego zdziwienia — ale nie było wrogości. kombatantom. nazywał tak grupę niespokrewnionych ze sobą mężczyzn. prawie wcale go nie zajmowało. Wzajemna tolerancja. że należałoby po- wywieszać bolszewików i przywrócić carski tron. a po mszy spędzał godzinę czy dwie przed katedrą. przyszywał brakujące guziki do koszuli. 15 . ale tylko najbardziej zaciekli antyklerykałowie mieli mu to za złe. Tu przynajmniej nikt nie wypominał Psarowi rosyjskiej pożyczki. sprawiła. ale w niczym nie przeszkadzało to Psarowi. przyjaźnie usposobiony. Tutaj. że pop to nie to samo co zwykły klecha. w brzydkim. w cieple ikony i czajniczka do parzenia herbaty — wciąż brakowało pieniędzy na kupno samowaru — wszyscy zebrani dzielili jedno: wiarę. który był kawalerem. mył się staran- nie. nie pozbawiona pewnego ciepła. mającego żonę. Pod ko- niec tygodnia setki kobiet oczekiwały pod bramą fabryki. Zresztą to wszystko. gdzie z uwagą natury raczej patriotycznej niż religijnej wysłuchiwał pieśni Gospodi pomiłuj śpiewanej przez chór.

Elena von Engel zaszczepiła w 16 . W pamięci Dymitra Aleksandrowicza von Englowie zapisali się jak stadko nocnych ptaków. godzili się z tym. gnieżdżąc się w któ- rymś z przeraźliwie zimnych. żyje. Za- pewne od dawna już przymierała głodem. biada temu. symbolizowała już tylko wierność. Chorągiew św. Monetka wartości pięciu kopiejek zaledwie stawała się skarbem. Właśnie podczas jednego z tych niedzielnych zgromadzeń. Szczupła. kto ją produkował — niewielki zarobek. W wieku XVIII była zamożna. blada. póki po- wiewała nad krążownikami. lecz. już dwudziesto- pięcioletni. nie żywiąc żadnych iluzji. wspólnotowych teraz mieszkań dawnego Sankt-Petersburga. poruszali długimi ramionami. jasnowłosa. Wszystko to. dziwili się ze słodką naiwnością. Nie tracąc poczu- cia humoru. Rodzina von Engel była rosyjską rodziną. widząc hu- zarów w dragońskich mundurach. relikwią. kiedy to podchorążowie marynarki i piechoty. niebieski krzyż na białym tle. domy i letnie wille. Biegali z miejsca na miejsce. wulgarnością. mogła nieść w swych fałdach wicher przemocy. rutyną. jego narzeczona. Dymitr Aleksandrowicz dowiedział się. zamieniali się w ministrów i generałów i od nowa wszczynali wojnę domową (kierując się jedną tylko zasadą: pra- gnieniem zwycięstwa). że Elena Władimirowna von Engel. poświęcenie. a także — dla tego. co w szarej codzienności mogło się było wy- dawać tylko ambicją. kobiety o krótko obciętych włosach czy też szlachtę zasiadającą w Dumie. że nale- żą do gatunku skazanego przez postęp na wymarcie: ekologia nie zajmuje się ludźmi. Andrzeja. zagubionych i bezrad- nych w godzinie świtu. którą nosiło się w butonierce. przekształcona w małą emaliowaną odznakę. mając w różnych punktach Rosji posiadłości. tutaj powracało do swej nieskalanej i świętej istoty. lecz ożywienie przemysłowe pod koniec dziewiętnastego stulecia nie wyszło jej na dobre. kto by temu przeczył. zabijaniem czasu.

że jest rycerzem bladej Eleny. ich dłonie złączyły się na moment. nie obrażając swych rycerzy widowiskiem gryzienia i żucia potraw. nieszczęśliwa. ani mózg. Postanowił sprowadzić Elenę do Francji. Było w tym coś szo- kującego: panny winny w zasadzie odżywiać się w ukryciu. Ale Dymitr Aleksandrowicz nauczył się już przyznawać pierw- szeństwo życiu przed literaturą. Teraz nie szło już o to. że jego amory stały się niemożliwe do zrealizowania i przez to tym bardziej nieuchron- ne. wyobrażać sobie. Byli uczniami tej samej klasy tańca. brakowało mu chwili wytchnienia. a niekiedy opatrznościowy przypadek łączył ich w parę w mazurze. sta- wali naprzeciwko siebie w kadrylu. 17 . ani zmysły. uboga.. lecz o to po prostu. rezultat rzadko kiedy jest nadzwyczajny. Rewolucja sprawiła. z całą jego trywialnością. Gdy spotka się to co możliwe. Ochotnikowi walczą- cemu pod rozkazami Wrangla zdarzało się. Ona tymczasem pojawiła się znowu. w zimowym ogrodzie książąt Szcz. wciąż o nim marzy. Myśl. których siedliskiem nie jest ani serce. wśród niebezpie- czeństw i rzezi.młodym Dymitrze jedno z tych nordyckich przywiązań. lecz najwidoczniej jakiś organ tajemniczy i wy- specjalizowany. by zadbać o bef- sztyk dla niej lub przynajmniej o makaron. zelektryzowała Dymitra Aleksandrowicza. Rosja. uwielbiał przysłuchiwać się. która nigdy nie miała rycerstwa. by kruszyć kopie broniąc jej imienia. realna choć nieobecna. Od czasu kiedy przez dziewięć godzin dziennie obsługiwał tokarkę i palce miał wiecznie pokryte metalowym pyłem. której nawet nie zdołał zawiadomić. zu- pełnie prozaicznie. Uwielbiał jeździć z nią na łyżwach w taurydz- kim parku. że jego narzeczona uszła cało z masakry. nieprzejednane jak zawsze. głodna. że uważa ją za narzeczoną. O kobiecie. jak o zmierzchu nieco fałszywie nuci melodie. i to co konieczne. ani też cała istota człowieka. Nie złożyli przed sobą żadnych przysiąg — takich rzeczy nie robiło się — lecz pewnego razu. które mógłby poświęcić na myślenie o swej narzeczonej. osierocona i. Od tej chwili Dymitr uznawał się za człowieka zwią- zanego honorem.

Dymitr Aleksandrowicz musiał zmienić zawód. z humorem. Wielu emigrantów decydowało się zostać. woźnicą fiakra. goryczą czy wściekłością. Sporządzono tam tabelę stawek. Trudno. Jego kruche zdrowie i niepokaźny wzrost nie pozwalały mu na podjęcie najsowiciej opłacanych prac. której trud- no nie nazwać okupem. — To dla pana — powiedział pasażer do jednego z moich ku- zynów. jeśli dobrze pamiętam. lecz miejscowi taksówkarze burzyli się: nie miało się prawa niszczyć zawodu. — A to dla pana! — odrzekł kierowca. Ktokolwiek nosił sygnet. jak mówili. Dymitr Aleksan- drowicz wbrew woli porzucił dla tej problematycznej synekury 18 . dwa sous. na przykład pracy gór- nika. trzeba było ratować Elenę. zrezygnowali ze swych zastrzeżeń. pięć- dziesiąt sous. Narzucało się inne wyjście: taksówka. biorąc godziny nad- liczbowe. Skończyło się na tym. gdy zasiadał za kie- rownicą. by sobie pozwolić na sprowadzenie własnego syna z raju narodów. Unikali dzięki temu pracy przy taśmie. trzeba było być krezusem. Jednak wciąż było to przykre. dłoń zgarniała monety jakby potajemnie. Niektórzy. Najtańsze były babcie. rzucając monetę. za które emigranci mogli całkowicie legalnie wykupywać swych krewnych lub przyjaciół. Problemem był napiwek. Naj- drożsi — chłopcy. zależnie od tem- peramentu. Dziewczęta były łatwiej osiągalne. pod warunkiem wpłacenia na konto państwa sumy. Czy oficer mógł przyjmować gratyfikacje jak lokaj? Centurio in aeternum. otwarcie odrzucali ofiarowywaną im przez francuskie- go bourgeois monetę. a zarabiali nieźle. wystarczyło przez jakiś czas oszczędniej żyć. sno- bując się. ale i tak w grę wchodziły sumy nieosiągalne dla zwykłego tokarza. można było wy- kupić jedną babcię nawet za cenę pojedynczej wypłaty w zakła- dach Renault. wręczając mu śmiesznie mały napiwek. zdejmował go. ZSRR odczuwał w tym czasie wielką potrzebę zachodnich wa- lut. że wszyscy.

to co oboje widzieli jako uroczystość zmartwychwstania. że miał szczęście: — A gdybym nie umiał prowadzić samochodu? Albo gdyby emigranci nie mogli dostawać licencji taksówkarskiej? Nadszedł wreszcie dzień. przybrało raczej postać konstatacji zgonu. ulubionym przez emi- grantów. że bezpośrednie pertraktacje między „towarzy- szami” i nim w ogóle wchodzą w rachubę. 19 . Zrobił tam gruntowne porządki. Nawiązał miłosną korespondencję ze swoją „narzeczoną”. Wręcz przeciwnie. o których los chciał się dowiedzieć. że muszą sobie nawzajem dotrzymać słowa. tych. Psar nie wy- obrażał sobie. By nie wzbudzać podejrzeń Czeki. ochrzcił żeńskimi imionami wszyst- kich mężczyzn. a co dwa tygodnie wysłać paczkę z żywnością. o których ją informował i tych. jak szybko przyzwyczaił się do poniżających napiwków. która jakoby miała otwierać zagraniczne listy. że opuściłem chorągiewkę? Przyjazd Eleny w niczym nie przypomniał świąt wielkanoc- nych. po- sługując się przy tym naiwnym kodem. gdy mógł wynająć dodatkowy pokój w swoim hoteliku przy ulicy Lecourbe. ustawił prawdziwe kwiaty. Po upływie trzech lat zdołał zebrać wymaganą sumę i zaniósł ją adwokacinie. lecz godną. i pobrali się mimo mrozu w sercach. Po upływie paru miesięcy zaczął nawet irytować się na klientów — do niedawna byli to jego ulu- bieńcy! — płacących tylko podstawową cenę kursu. uważał wręcz. Sam subtelnie podpisywał się jako Dina. z prawdziwej kwiaciarni. ubrał się jakby to była Wielkanoc i wyruszył w drogę własną taksówką. Gdyby przynajmniej wyznali to sobie nawzajem! Sądzili jednak. W końcu chodziło o to. Tym razem nie za- trzymywał się. słysząc wezwania z chodnika: — Czyż nie widzą. odczyścił jedyny swój garnitur. występującemu w jego imieniu. Dziwiło go. żeby z dnia na dzień gromadzić więcej pieniędzy.pracę męczącą. Poza tym jednak nie żywił żadnej urazy.

lecz brała to także za część szyfru. kiedy to szczęście i trage- dia zdają się równie mocno pociągać szlachetną duszę. tam wciąż tlił się płomyk wojny domowej. nie skarżył się na nic. W oczach Dymitra Elena także była kimś. rozciągniętym między dwoma gwoździami. kto zdawał się 20 . jakby sama wróciła do Sankt- Petersburga. banalna taksówka. największa w historii. podczas gdy Dymitr żył. apokalipsa. — Można się przyzwyczaić — mawiał Dymitr. podobnie jak Makary Dziewuszkin w Biednych ludziach. cóż bardziej oczywistego? Francuzi nie byli przecież tacy głupi albo niewdzięczni. gdyż regulamin zabraniał lokatorom prania. a w dodatku uważał.. który miał wprowadzić w błąd cenzorów. i dlatego. omal nie umarła z głodu. żeby pozwolić zmar- nieć oficerowi sojuszniczej armii. W listach. Myślała więc. wygody. że żyje nie najgorzej. Tam skąd przybywała. jakie jej posyłał. Ale tam dokonała się rewolucja. jego tak- sówka. Naprawdę był z całą pewnością adiutantem francuskiego generała. nie brzmiało to jed- nak przekonująco. suszyły się. wszystko to wydało się Elenie Władimirownej von Engel nieprawdopodobnie nędzne i wstręt- ne.. Żartował co prawda niekiedy ze swego zajęcia. na którą mógłby sobie pozwolić byle prostak. Odnaj- dując go w Paryżu czuła się tak. że opłacenie okupu stawia go w trudnym położeniu. drobne sztuki bielizny. któremu towarzyszył na róż- nych placówkach. Skromne ubranie Dymitra. I ten obrzydliwy zapach w korytarzu. za to wyposażony w luksusowy parawan. Dla Eleny Dymitr był postacią z przeszłości. kojarzył się z nastrojem ostatnich lat dojrzewania. tak żeby nie widział tego właściciel hotelu. Tu natomiast na sznurze. bo nie wypada. pokój hotelowy bez jednego kąta prostego (taki był tań- szy). by nie sprawiać wrażenia. wytarte i wystrzępione. oznaczał bezpie- czeństwo. serdeczność całego otoczenia. że jest człowiekiem zamożnym. odgradzający umywalkę i nieprzyzwoity bidet.

gładzili z zażenowaniem łysiny. po- chyloną nad haftem lub — niebawem — pieluszką. sowiecki styl dawał o sobie znać. ile tylko razy zapragną. iż odkąd u jego boku znajdowała się żona. podobnie jak ona z tym. którym był niegdyś? Szybko odkrył. by przyszli ogrzać się w cieple domowego ogniska. co nic nie przynieśli. której palce ściskał w tamtym zimowym ogrodzie. co to nawet nie są w stanie przynieść damie porządnego bukietu! Miała rację — podchorążowie piechoty przynieśli jej wkrótce różę. by 21 . Może nawet ma- rzyło mu się. Nastawił się na spo- tkanie z dzieckiem: blondynką. Ale Elena buntowała się. że jej dłonie są zniszczone przez lodowato zimną wodę. Nie mógł się jednak pogodzić z tym. a każesz mi cerować ich skarpetki i gacie. że nie dostaje od niego lepszej.) Cóż to za towarzystwo. (Tak jest. Ci.. On bowiem przekonany był. do którego przenieśli się z hotelowych pokoi. nie chciała spędzać swego życia na warzeniu zupy i dokarmianiu darmozjadów: — Jeszcze trochę. że obficie używała taniej szminki. a stopy — przez odmro- żenia.ucieleśniać niewinność minionych czasów. patrząc na młodą kobietę. że ma jej to za złe: — Takie delikatne stworzenie! Ileż ona musiała przejść. zawieszając na ścianie ikonę i tradycyjną lampkę oliwną. W jej spojrzeniu pojawiały się na przemian lęk i wynio- słość. zapraszać ich. karmić ich w sobotnie wieczory i przez całą nie- dzielę. podchorążowie marynarki trzy goździki. że znów zamieni się w tego eleganckiego kadeta marynarki. nie zadowalało żadnego z małżonków. wymawiała to szokujące słowo. Przy każdej okazji powtarzała wulgarne porzekadło: „Na- wet z czarnej owcy można zebrać garść wełny”. jakże poetycznym miejscu. ci twoi golcy.. Życie w dwójkę w ciasnym mieszkaniu. Dymitr Aleksan- drowicz wyrzucał sobie. Ich związek przetrwał niewiele dłużej niż trzeba było. Tą właśnie nadzieją kierował się. gacie. powinien szeroko otworzyć dom dla trzydziestoletnich podchorążych.

jego niezupełnie jeszcze uformowanej czaszki i małych rączek. Alek. Elena źle zniosła ciążę. Jesteśmy teraz sierotami. przestał też myśleć. oszczędź naszego syna”. kiedy po- wróci na tron. że wyje- chała w podróż. jego widok odpychający. Tak. co o mnie myślisz. Nie był ob- darzony wyższą inteligencją. Nie liczył już na możliwość powrotu dawnego ustroju. że wola jego i jego przyjaciół. Wzruszała go też nieśmiertel- na dusza dziecka. A poza tym. czterdziestoletnich 22 . żyć! Bądź wielkoduszny. Dla Dymitra Aleksandrowicza narodziny syna były źródłem radości. podporuczników marynarki. co rzecz jasna prowadziło do strasznych rezultatów. a car. Pielę- gnował więc małego. Elena Władimirowna zniknęła pewnego dnia. Dymitr Aleksandrowicz uczynił przeciwnie. doznawał wzruszenia na widok tego małego człowieczka. Mówił przepraszająco: moja żona jest słabego zdrowia. a opie- ka nad noworodkiem wyczerpywała ją całkowicie. ale co zajmie jego miejsce. ale ja chcę żyć. wielu emigrantów zaczęło od nowa żyć nadzieją — z pewnością narzucony Rosji system nie przetrwa zawieruchy wojennej. który ostatnio żył ze sprze- daży frywolnej damskiej bielizny i jeździł sportowym kabriole- tem. Dziecku. Kiedy wybuchła druga wojna światowa. przezierająca przez jego mętne oczka. które pewnego dnia będą mogły chwycić za broń. sam prał. mówi się często. ale ciężkie przeżycia zaszczepiły w nim fatalizm. Zostawiła krótki list: „Wiem. Opuszkami palców pogładził policzek syna i wyszeptał: — Mamusia umarła. W Elenie gust delikatnej kobiety łączył się z pospolitym niedbalstwem. będzie miał o jednego poddanego więcej. Rosja skolonizowana przez rzeźników? Dymitr Aleksandrowicz nie brał udziału w tych dyskusjach. Dziecko było zaniedbane. odkupieniem. jego nazwisko przetrwa. którego matka umarła. a razem z nią zniknęło futro z kretów i podchorąży. odebrały mu nadzieję. po wszystkich okrucieństwach wojny domowej.urodził się Aleksander Dmitrycz.

a przede wszystkim nakarmić ma- łego Aleksandra.podchorążych. innych nie. ale budziło ono wstręt w duszy podporucznika marynarki: mógł. na swoje nieszczęście. Status. żeby tam umrzeć. — Ależ ja jestem obcokrajowcem. drudzy natomiast. W czasie wojny nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu we Francji. Jeżeli nie znajdzie się pan w Tarbes. gorąca nadzieja: że prochy jego nie spoczną w obcej ziemi. Wróci do ojczyzny. Dymitr Aleksandrowicz należał. To się stanie samo z siebie. jakiemu podlegali we Francji emigranci. Dymitrowi Aleksandrowiczowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Paryża w poszukiwaniu pracy. — To nas nic nie obchodzi. Jednych zmobilizowano. Pracować dla Niemców oznaczało dla niego zdradę wobec 23 . — Praca? Dla pana? Kiedy przegraliśmy wojnę z powodu tych cholernych cudzoziemców? Nie ma mowy. nie znoszą Niemiec. Nie opuściła go tylko jedna. „Tego jednego jestem pewien” — powtarzał często. któregoś dnia. zostanie pan uznany za dezertera. Psara po- proszono. A jednak trzeba było jeść. Rosjanie dzielą się na dwie kategorie: jedni podziwiają nie- miecką technikę. żeby rzucił taksówkę i został szoferem w fabryce amu- nicji. biorąc za wzór wielu Francuzów. był mocno skomplikowany. Kiedy nadeszła klęska. do tych drugich. po- cząwszy od Aleksandra Newskiego. Kilku oficerów znów wypomniało mu rosyjską pożyczkę. Po kilku dniach starań w prefekturze Psar wyjednał dla siebie odpowiednie zezwolenie. ale poza tym było całkiem znośnie. Goethego i Kruppa. przyjąć propozycję zatrudnienia od władz oku- pacyjnych. może wywrzeć jakikolwiek wpływ na Historię. ale zaledwie dotarł do Tarbes — na własny koszt — zostało podpisane zawieszenie broni i fabryka amunicji przestała istnieć. Było pewne rozwiązanie. fabry- kę ewakuowano na południowy wschód Francji.

I od czasu do czasu: „Wracaj do siebie. należały do najbardziej niszczycielskich w jego życiu. który zgrzeszył najciężej jak tylko można. był zesłanym przez opatrzność kozłem ofiarnym narodu. już nie przez zrządzenie boskie. spośród których wielu było komunistami. Myśl o powrocie do kraju. W dodatku bohaterstwo prawdziwych party- zantów. Znał niemiecki. nigdzie nie 24 .miliona siedmiuset tysięcy zabitych podczas pierwszej wojny i setek tysięcy innych. że we Francji wybuchła wielka miłość do Związku Radzieckiego. Ale był jednym z tych ludzi. mordowanych przez całe wieki przez miecz Krzyżaków czy też popleczników Napoleona. wykrzykiwane z końca kolejki w piekarni. ty cholerny Rusku”. lecz konsekwentnie mówił „nie”. z drugiej dokuczało mu bezrobocie. kiedy prowadził nie- miecką ciężarówkę. bo zwątpił sam w siebie. którzy swego patriotyzmu dowodzili pastwiąc się nad wszystki- mi stojącymi niżej. A jednak i tym ra- zem poddał się konieczności. Administracja przeszła w ręce partyzantów ostatniej godziny. Obcokrajowiec do niedawna opłacany przez wroga godzien był ostrej krytyki. ale podporucznik marynarki pozo- stał bez skazy. ale w wyniku świadomej decyzji. Te dwa lata. sprawiło. Gdy wojna się skończyła. Nigdzie nie będzie mu gorzej. Sytuacja Dymitra Aleksandrowicza stała się nie do zniesienia. Gdyby był włożył na siebie mundur feldgrau. Z jednej strony bezustannie nękany był przez administrację. czy też w pomocniczej służbie informacyjnej. coraz częściej nawiedzała Dymitra Aleksandrowicza. jak ikona. nikt nie okazał mu wdzięczności. W jednym tylko był nieugięty: systematycznie od- rzucał propozycje lepszej i lepiej płatnej pracy na stanowisku tłumacza. dobrze go trakto- wano. Biali emigranci byli teraz ledwie tolerowani. Bzar Tmidri kompromitował się. jego pensja powiększyła się trzykrotnie. którym brak komfortu moralnego doskwiera bardziej niż niedostatek materialny. odzyskałby może swój stopień wojskowy. pisarza.

a Sowieci na obczyźnie przypominali z grubsza normalnych rodaków. spodziewał się nieledwie. nic na to nie odpowiedział. Dymitr Aleksandrowicz nie miał żadnych złudzeń. Aleksander. No właśnie. Zresztą słowo wolność nie budziło radosnego oddźwięku w sercu podporucznika marynarki. wejść w kontakt z „towarzyszami”.będzie się go bardziej atakować niż tutaj. milczący jak zawsze. I Aleksander wychowa się w rodzinnym kraju. że zdradziły go komórki jego ciała. wrzucić do pieca ten nansenowskim paszport znikąd. kiedy będzie musiał umrzeć. 25 . a jego ciało. Ale będzie słyszał dookoła własny język. że jego organizm jest wyczerpany. Kiedy położył palec na guziku dzwonka pod numerem 79. chorążym i podporucznikom marynarki. poczuł w gardle falę tęsknoty silniejszej niż wszystkie poprzednie. — Wiecie — opowiadał później swoim prawdziwym towa- rzyszom. które tak chwalebnie odepchnęło napastnika? Niepodległość jest cenniejsza niż wolność obywate- li. poczucie przynależności było o tyle ważniejsze niż własność! Cóż to będzie za ulga. Ale świat ocalał. Jak kiedyś pogładził policzek syna i powiedział: — Wracamy. spocznie w ojczystej ziemi. Wiedział. a także nauczy się służyć. A jeśli tam zniesiono własność prywatną — Psar przystanie na to z radością. może nawet w szkole kadetów imienia Suworowa — bo szkoły te znowu powstały! Jakie to było niezwykłe przeżycie dla Dymitra Aleksandrowi- cza. Toteż gdy w pewnym lazarecie lekarz wyjawił mu. tak jakby cząsteczka materii zderzyła się z cząsteczką antymaterii. którzy zbliżali się już do pięćdziesiątki — oni wcale nie mają rogów ani kopyt. czy istnieli jeszcze czerwoni? Czy można kwestio- nować egzystencję państwa. — Nawet czerwoni nie mogą mi tego odmówić. że zaraz świat rozleci się w kawałki. że nie odnajdzie błyszczącego Petersburga z czasów swego dzie- ciństwa. wolność uważał za ideał niewolników. Podobnie jak jego męscy przodkowie szukał chwały w służbie.

Wyspowiadany i. Dymitr Aleksandrowicz odpowiednio pomniejszył swoje wyczyny i oświadczył. najsławniej- szego przywódcy ludowego wszystkich czasów. aby przewrócić stronicę w dziele Lenina. nie tylko pomyłki polityczne. zwanych ankietami. Skruszony grzesznik musiał zacząć od wypełnienia płacht for- mularzy. we wszystkich dzie- dzinach. jak się wydawało. ucząc się na pamięć myśli Marksa. Iljicza i. Pewnego dnia zdarzyło mu się poślinić pa- lec. Co go natomiast zdumiało to arogancja urzędników i hojnie okazywane petentom poczucie wyższości. że krewni jego nie żyją już. oczywiście. Trzeba było nie tylko wyznać wła- sne przewiny wobec rządu radzieckiego. którzy znajdują się w ZSRR. wchłaniając wykła- dy o błędach carów. ale również podać peł- ną listę bliższych i dalszych krewnych oraz ich życiorysy. By je otrzymać. spotykali się trzy razy w tygodniu. że nie idzie o żadne pojednanie się. — Czy powinienem był wspomnieć. Engelsa. którego 26 . którzy prawie nie mieli odwagi spojrzeć na siebie. tego. słów największego geniusza. Na przykład maniery Dymitra Aleksandrowicza: były całko- wicie anachroniczne. najwybitniej- szego wodza. Zaraził się obsesją po- wracających — byle tylko nie zaszkodzić tym. z uzyskanym przebaczeniem. Zorganizowano kursy wieczorowe. Dano mu do zrozu- mienia. mierząc w ucznia garbatym nosem i złowrogo skrzącymi się szkłami okularów. syn marnotrawny miał obecnie zapoznać się z prawdziwą wiarą. tylko o udzielenie przebaczenia. czy też lepiej nie wymieniać go wcale? — dręczył się w środku nocy. — Proszę tego nigdy nie robić! U nas oznacza to brak wy- chowania — wycedził surowo przydzielony mu katecheta. Potem przyszła faza rehabilitacji. najgłębszego filozofa i ekonomisty. że kuzyn Alosza nie żyje. emigranci. trzeba było naprzód zademonstro- wać całkowitą uległość i uznać swoje błędy.

zacinając się. Wreszcie katecheta wezwał go i oświadczył: 27 . iż w zamian za ten nie- wielki wysiłek otrzyma paszport i będzie mógł oznajmić Francu- zom. Wrócić. W niedzielne poranki zaniedbywał cerkiew. milcząco podzielając jego zawstydzenie. Sposób ich wymawiania dzielił Rosjan na dwa obozy. Nie było oczywiście mowy o tym. Inni kandydaci przysłuchiwali się temu ze spuszczonym wzrokiem. Rewolucjoniści nie mają poczucia humoru. Jeśli Dymitr Aleksandrowicz liczył. wyświetlane specjalnie w porze mszy świętej. aby oklaskiwać filmy propagandowe.patronimik wypowiadany był jednocześnie ze służalczą czułością i z męskim szacunkiem: Józefa Wissarionowicza. z pozoru niewinne: autobus i biblioteka. heroiczne i sentymentalne. Nie mając żadnego wykształcenia ekonomicznego i nie uto- żsamiając się ani z interesami. Jeszcze jedno poświęcenie. Na zakończenie od- śpiewano chórem Katiuszę: to było sowieckie. swój rząd i swego amba- sadora — to się przeliczył. Z satysfakcją wyliczył marszałków Związku Radzieckiego i ich zwycięstwa. ale nie komuni- styczne. jednym słowem — rosyjskie. Teraz należało dowieść swej szczero- ści. Ale zająknął się kilkakrotnie. myślał. Dymitr Aleksandrowicz zdał część egzaminów nie „lewicując swej du- szy”. Pomagał także w organizacji balów. mówić o „białogwardyjskich hordach” i „ob- szarpanych kontrrewolucjonistach”. Próbował nawet wymawiać po sowiecku dwa słowa. wydawanych w rocznicę Rewolucji Paździer- nikowej. zanim zdołał wypowiedzieć — tuż przed nim błyszczały wymagające okulary katechety — „Mikołaj Krwawy” czy też „Leningrad”. Potem z kolei oni mu- sieli. że teraz także i on ma swój kraj. ze ściśniętym gardłem zrelacjonował przebieg bitwy pod Stalingradem. i będę mógł wsiąść do pociągu. ani z cnotami burżuazji. takie jak Gorąca głowa czy też Przysięga. by można było potraktować tę liturgię choć trochę humorystycznie. Wznosił toasty na cześć niewypowiedzianie wielkiego Iljicza i za zdrowie największego z największych ludzi.

Wpatrując się swymi przedwcześnie zmatowiałymi oczami w zieloną plamkę. jęknął: — Ale. Nowoczesna pisownia jego imienia i imienia jego ojca drażniła go jeszcze. — Na razie schowamy tę zabaweczkę tutaj. Z podniesioną głową wyjdzie na ulicę Grenelle. które wypełniał. przekonaliśmy się. że oznacza to ko- niec jego marzeń. Zna pan Francuzów. od dawna już skreślił twarde znaki i łacińskie „i” na formularzach. podpisy. U siebie w pokoju pokryłby ją pocałunkami. — Oczywiście pewnego dnia powróci pan do kraju. — Na cóż on panu? — Nie mogę żyć we Francji bez dokumentów. sprawdzić pieczątki. — Obywatelu.. podejdzie do policjanta i powie mu: — Jestem obywatelem radzieckim. Być obywatelem. że znów stał się sobą. zdjęcie. jest nieomal tyle samo warte co być poddanym cara. że jesteście prawdziwym synem naszej sowieckiej ojczyzny.. a oni do pana. dziękuję — powtarzał. — Kiedy mogę wyjechać? Katecheta delikatnie wyjął z rąk wzbraniającego się nieco Dy- mitra Aleksandrowicza paszport. przyzwyczaił się pan do nich. ale na ra- zie przyniesie pan więcej pożytku socjalistycznej ojczyźnie nie opuszczając Paryża. widoczną na dnie sejfu. chciał bowiem zabrać tę małą ksią- żeczkę powodowany czułością. Dymitr Aleksandrowicz nie od razu pojął. 28 . paszport. Czuł. leżał na biurku. proszę mi go dać. Dymitr Alek- sandrowicz mógł go wziąć do ręki. miałby materialny dowód. Podniósł się i umieścił paszport na jednej z półek sejfu wbu- dowanego w mur. Uczepił się słów „oczywiście” i „na razie”. Nie był to jedyny powód. wydawało mu się. — Dziękuję. Zielony paszport był tuż obok. że staje się pełnym człowiekiem. ale był to drobiazg.

którego nazywali posłu- gując się trudnym do przetłumaczenia rosyjskim słowem. gdzie próchniało tyle rosyj- skich trupów. pieśń. że na pewno zniszczyły ziemię. Złożyli się. teraz zaczął pić tak. Chorążowie i podporucznicy. Nieśmiertelną pamięć i Jakże chwalebnie. — To — odrzekł katecheta. Czerwiec był wyjątkowo ciepły i ksiądz obficie używał ka- dzidła. złowrogo pobłyskując grubymi szkłami okularów — nie przedstawia żadnego problemu. kiedy wiedział. pracując tylko od czasu do czasu. Dostrzegając. Dymitr Aleksandrowicz nie miał już żyć długo. jakby współbiesiadnikiem. Ty to zrobisz za mnie. tragarz.. Nocny stróż. teraz pięćdziesięcioletni. Nigdy przedtem nie pił dużo. nie wiadomo. dodał jeszcze. która mimo wszystkich pana pomyłek wyciągnęła do pana ramiona. pomywacz. aby spełnione zo- stało skromne ostatnie życzenie tego. litością czy też sprytem: — Właśnie w ten sposób odda pan największe przysługi so- cjalistycznej ojczyźnie. — Nie wrócę do kraju. Alek. miał już tylko jedno życzenie: być pochowanym na cmen- tarzu w Sainte-Geneviève-des-Bois. Dymitr zmarł w szpitalu. będzie się pan w dalszym ciągu posługiwał paszportem nansenowskim.. ale nie zdrajcę. bez żadnej opieki. że otrzymał pan radzieckie obywatel- stwo. Nie powie pan Francuzom. jakby chciał jeszcze przyspie- szyć proces zniszczenia. To były jego ostatnie słowa. którą tradycja łączy z żołnierskimi pogrzebami. że nigdy nie wróci do kraju. ale nie zdołał już dokończyć tego gestu. by pogłaskać poli- czek Alka. jako że personel szpitalny tego właśnie dnia strajkował. zamia- tacz ulic — tracił kolejno wszystkie swoje posady. Teraz. że serce biednego człowieka pęka z żalu. powodowany. Uniósł dłoń. Odśpiewano Między świętymi. suro- wo oceniali zdradę. Trumnę opuszczono do grobu przy pomocy haftowanych 29 . Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej Zaśnięcia Matki Bo- skiej. Od tej chwili rak pustoszył jego organizm ze zdwojoną siłą.

Aleksander Dmitrycz nie chciał. — Ileż on może mieć lat? — Dziewiętnaście? Nie wygląda nawet na tyle. Miał pyzatą twarz i nosił okrągłe. czekać na autobus. Szedł w oślepiającym słońcu. którego nikt z obecnych nie znał. jak wszyscy inni. noszona bez krawata (Dymitr Aleksandrowicz nienawidził tej wzorzystej ozdoby) do starego. przeciw- nie. zbyt szerokie spodnie i wielkie niezgrabne buciory. Pomyślał jednak. Czy nie był to przypadkiem mały bolszewik? Żony przyjaciół Psara. W pewnej chwili tuż obok niego zatrzymał się samochód. rozczulały się nad szczupłą chłopięcą twarzą o zaczerwienio- nych powiekach. podwiozę pana — powiedział ktoś. jasnowłosy. Cóż by zresztą z nimi począł? Grudki ziemi rozbijały się na świerkowych deskach trumny. poczciwe okularki. Ubrany był w brązową marynarkę. Gdy tylko pogrzeb się skończył. Wśród uczestników pogrzebu znajdował się też pewien młody człowiek. że to zaproszenie było może grzecznie wypowiedzianym rozkazem. ruszył sam w stronę dworca kolejowego. nad młodzieńczą szyją. Przyjaciele ojca odczuwali wobec syna raczej nieufność niż sympatię. Aleksander zawahał się.pasów. otwie- rając drzwi samochodu. On także złożył poda- nie o repatriację i przesiadywał w ambasadzie. pełen rezerwy. przyglądał się temu z ostentacyjnym spokojem. Przeżegnał się kilka razy w nieodpowiednim momencie. którą odsłaniała rozpię- ta biała koszula. To był właśnie ten młody człowiek. Aleksander Dmitrycz. biedak. 30 . Jakubie Mojsiejewiczu. Wsiadł do samochodu. — Proszę wejść. — Dziękuję. wypożyczonych przez pewną starą generałową. dlatego też nie zostawiono ich — jak każe obyczaj — grabarzowi. Trzeba je było zwrócić. niebieskiego ubrania. zapewne prezentu jakiegoś zamożniejszego kuzyna albo daru instytucji charytatywnej.

kiedy wszyscy ludzie będą się kochali. Lokomotywą szybko zbliżającej się przyszłości była partia. Czajkowskiego. że Jakub chciał stanąć w pierwszym szeregu pracu- jących. W dzieciństwie Jakuba Mojsiejewicza Pitmana kołysały do snu opisy bohaterskich wyczynów dzielnych czekistów ra- tujących Rewolucję. Naród radziecki jak jeden mąż pracuje nad wznoszeniem po- wszechnej sprawiedliwości i równie powszechnego dostatku. silna i opiekuńcza. To dzięki partii jego ojczyzna stanie się najpotężniejsza na całym świecie. Jakub Pitman pamiętał o swoim żydowskim pochodzeniu. W tym okresie „narodowość” 31 . raczej podkreślał przy- jemność. Ankieta. Poza domem jadł wieprzowinę i nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Jak bohaterowie Czechowa wzdychał do czasów. nie sądził jednak. w wydziale spraw wewnętrznych. obej- mująca dwa pokolenia wstecz. ale ich problemy wydawały mu się anachroniczne. szczęśliwi i beztroscy. Nie znaczyło to. myślał. wykazała więc pochodzenie pro- letariackie w zasadzie bez zarzutu. by przyjęto go na wydział wer- bujący kandydatów pośród młodych ludzi garnących się do tego rodzaju działalności. Piotra Wielkiego. Nic nie przeszkadzało temu. z Berdyczowa. Jakub miał dla niej tak żywe uczucia i tyle wdzięczności. Mojżesz Pitman był ubogim krawcem. Nad Czechowem miał jednak tę przewagę. że wstydził się swoich rodziców. Gdyby nie oni. jaką mu to sprawiało. by sytuacja Żyda miała być inna niż Tatara czy Gruzina. Właśnie tam. byłby najbardziej użyteczny dla partii i dla ojczyzny. Oczywiście. Matka i babcia Jakuba Pitmana też pochodziły ze skromnych rodzin. że wiedział kiedy to nastąpi: już jutro. Jakub marzył więc o pracy w komisariacie ludo- wym. białogwardziści odnieśliby zwycięstwo. traktował ich z czułością. tak samo jak niegdyś jego ojciec. że czę- sto aż łzy stawały mu w oczach. przeciwnie. że to właśnie jego kraj wyprodukował Puszkina. Uwielbiał rosyjski folklor. Potrafił zupełnie nieźle zaciągać Raz na balu czy też od- tańczyć ognistego kozaka. Dumny był.

Młodszą siostrę. Znał francuski i to sprawiło. degeneratów. chociaż Pitmana szokował prymitywizm tutejszego środowiska. Nie opuszczała go też ciekawość. dyktować będzie sposób postępowania. Pitman był jednocześnie onieśmielony i przejęty obrzydze- niem. nie narkotyzował się i z pewnością nigdy nie posługiwał się knutem. Te wspaniałe zamiary nie uchroniły jednak porucznika Pit- mana od tego. Wkrótce polecono mu zająć się wyszukiwaniem pośród 32 . Ale pragnął się uczyć. dla jej dobra. której starsza. niedo- bitków bandytów Wrangla i katów Kołczaka. aby uczynić z Francji siostrzycę Rosji. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w obliczu autentycznego księcia. przede wszystkim zaś właściwa mu była intuicyjna zdolność trafnego wyczuwania lu- dzi. Inteligencja jego była żywa i giętka. która znów podejmowała swą działalność w Paryżu. jak się tego spodziewał. że skierowano go do piątego departamentu. rzecz jasna. Jego przełożonym był oficer.żydowska była jeszcze plusem raczej niż minusem. Na początku wszystko szło doskonale. Wuj rewo- lucjonista upiększał obraz. że po roku pobytu w Paryżu znalazł się nagle o krok od utraty honoru i stanowiska. który prowadził sprawy emi- grantów „powracających” — narkomanów. że ujrzy wilkołaka albo nadczłowieka. Jego entuzjazm nie miał granic! Będzie pracował ze wszyst- kich sił. Rząd radziecki okazał niezwykłą łagodność. Tak więc po opuszczeniu uniwersy- tetu Jakub Pitman przepełniony radością i wdzięcznością przy- jęty został do szkoły „Biełyje Stołby” i studiował tu przez dwa lata. głównie zagadnienia kontrwywiadu. spodziewał się. równie szczęśliwą i wolną jak ona. Ucieleśnione zło nie zawsze było tak łatwo rozpoznawalne. Wojna właśnie się skończyła i Jakub Pitman oddelegowany został do pracy w ambasadzie. był garbaty. amnestionując tych lokajów reak- cji. składającego się głównie z karierowiczów i hula- ków. Tymczasem książę O. biedny jak Hiob. delikatny.

a co za tym idzie zdolność stawiania oporu najmniej- sza. gdy temperatura ciała jest najniższa. Chodziło o to. zdy- chali sobie w dalszym ciągu na obczyźnie. miała pozostać we Francji. tak samo jak zgarniało się ludzi w Moskwie czy w Niżnym Nowogrodzie. najlepiej nad ranem. wiekowi Cyga- nie. żeby pozwolić na powrót ta- kim ludziom. 33 . którego siostra studiowała atomi- stykę! Nie mogło być mowy o tym. przeprowadzając selekcję. na miejscu.kandydatów do powrotu osób. Pierwsza misja. polegała na porwaniu w samym środku Paryża pewnego pułkownika carskiej armii. „seksots”. teraz je- go zwierzchnik przesunął go do innej sekcji. Tym razem zresztą nie przewidywało się żadnych komplikacji. w jakiej uczestniczył. którzy i tak nie mieli czego szukać w ZSRR. opowiadanych między jednym i drugim kieliszkiem. Pitman mógł się pochwalić świetną zdobyczą. znajdującym się już. trzeba było. jak ich nazywano. Poprzednio kierowali nią Kutiepow i Miller. Pitman dobrze się spisał. co domagali się powrotu. byłym partyzantem. boha- ter licznych anegdot. Żeby jednak uśpić czujność Francu- zów. żeby Jakub Mojsiejewicz miał okazję poznania wszystkich rodzajów działalności. ludziom. których w przyszłości łatwo będzie pchnąć na odpowiedzialne stanowiska. Następnym szefem Pitmana został stary czekista z niebieskim nosem. tradycja jednak wymagała. Pozostawało tylko „zgarnąć” pułkownika z domu. Więk- szość tych. teolodzy. Stary pułkownik nie był specjalnie nie- bezpieczny. sekretnyje sotrudniki. Amnestia nie była bowiem całkowicie bezinteresowna. któ- ry natychmiast po zakończeniu wojny próbował powołać znów do życia organizację „Union interarmes”. żeby starzy kierowcy taksówek. najzupełniej legalnie. które mogłyby stać się. prowadzonych przez ich placówkę. aby przez sam fakt swej obecności odwracać uwagę od zwerbo- wanych współpracowników. jako że uprzednio uzyskana została zgoda władz francuskich. by zadać zdecydowany cios takiej organizacji.

Może prze- ciąg? Na schodach rozległ się zdenerwowany głos dozorcy: „To- warzyszu! Psze pana! Panie kapitanie! Zdarzyło się nieszczę- ście”. która przebiła mięso. zrobił wielki krok do 34 . — Jak będziesz tak sobie postukiwał — powiedział czekista — to on gotów pomyśleć. gotów w razie czego do interwencji. Gdy Jakub zobaczył to coś na chodniku. skąd pojawiło się to wrażenie. a obecnie policjant. grzecznie choć stanowczo. Jakiekolwiek komplikacje były zresztą mało prawdopodobne: dozorczyni co prawda bardzo lubiła pana Rosjanina. by nie mógł siać zamieszania w kraju. Pułkownik nigdy nie był obywatelem radzieckim i Francuzi nie bardzo mieli ochotę na otwarte wydanie go Rosjanom. który już wkrótce stanie się rajem. Nigdy nie dowiedział się. które pokrywał łuszczący się lakier. Na karku czuł przesycony wódką oddech czekisty. Za starymi drzwiami. Jeden z jego przybocz- nych został na czwartym piętrze. ale jej mąż. jeśli się go przymknie. Zaczął stukać. potem kopnia- kami. dawny komunistyczny partyzant. że przypilnuje. których zresztą nie ma. żeby nie robiła żadnych trudności. Pułkownik był tylko nędznym wichrzycielem. Przed 25 laty z pewnością nie odmawiał sobie przyjemności wie- szania czerwonych więźniów. Kiedy Jakub Pitman wsiadał do specjalnie wynajętego samo- chodu. ale prze- cież nie będą protestować. ugiętym palcem wskazującym prawej dłoni. obiecał. skąd obserwował wszystko. Czyż nie bili- śmy się razem z Niemcami? Pitman przycisnął guzik dzwonka. że chcesz pożyczyć 10 franków. i zniszczoną pidżamę. połamane nogi z kością. chociaż brama była nadal zamknięta. drugi wszedł na podest szóste- go piętra. pano- wała cisza. ten naleśnik z czło- wieka z kępką brody sterczącą z twarzy. Zaczął walić w drzwi. Nagle Jakub poczuł przed sobą jak gdy- by wielką pustkę. aż drzwi dygotały. którego trzeba było usunąć. nie dręczyły go żadne moralne rozterki. po cztery uderzenia. który zaw- sze starannie wycierał buty. najpierw otwartą dłonią. Teraz chodziło o to.

kiedy już przestał wymyślać swojemu podwładne- mu. Wydawało się. Zaczął się więc wstydzić. Pitman. A potem. że przyczyną niezdecydowania Pitmana był brak odwagi fizycznej. Nie 35 . zaczął uporczywie przyglądać się Jakubowi.tyłu i zaczął otwarcie. Była to tylko kwestia bezwładu biurokratyczne- go: wkrótce zostanie usunięty z departamentu. schowałbym się w najciemniejszym kącie. wstrząsany czkawką. Poza tym nie dostawał już żadnych poleceń. której ro- la jest wiodąca a doktryna niezawodna. strzelając okiem na swoich ludzi. teraz skazany był na klęskę. być może nawet z KGB. Z dnia na dzień przestano podawać mu rękę. że osobnik zdążył wyskoczyć przez okno. kiedy wcho- dził do pokoju. a tu masz! — zachowali się jak niezdary. jako że KGB. jakby chciał ich wziąć na świadków. bliska partii. Do- zorca trzymał się z tyłu. Czekista napisał mściwy raport — akcja nie udała się z winy porucznika Pitmana. Kiedy nieśmiało poprosił o wyjaśnienie — nie miał prawa czytać raportu — szef komórki spojrzał mu w oczy. Za- czął się także chować. — Zdechlak! Baba! — wysyczał do niego czekista. Od tej chwili jego wiara w marksizm topniała szybko. kręcił głową z mieszaniną litości dla ofiary i jednocześnie z trudem opanowując nerwowy śmiech na widok tego śmierdzącego pajaca rozciągniętego na bruku. że towarzyszom radzieckim zawsze udawały się akcje. bez skrępowania wymiotować. Niebieskie epolety nie są dla tchórzy. nie może się mylić. odwracano się. Z drugiej jednak strony odczuwał głęboki zawód — sądził. z tą jego bródką. upodlenie. któremu do tej pory wszystko sprzyjało. że Pitman. który stukał do drzwi tak długo. Po dwu latach dotknięty łaską zaczął chodzić do kościoła i głosować na partię prawicową. Późniejsze zachowanie się po- rucznika potwierdziło. ponieważ cierpiał z powodu okazywanej mu pogardy. — Na twoim miejscu wstydziłbym się.

że jest w niełasce: — Towarzysz Abdulrachmanow was prosi. ale w której dyrekcji i w jakim departamencie? I jaką miał funkcję? Zagadka. Cier- piał także z powodu swej miłości. które będą zatuszowane dla dobra organizacji. ale także dlatego. Kto mu je dał? Brano go za inspekto- ra. Jakub Mojsiejewicz Pitman był głęboko zraniony w swoich ambicjach. Abdulrachmanow. żeby jego na- rzeczona miała się rumienić ze wstydu przez niego? Myślał o zerwaniu. w swym pragnieniu służenia. Jemu stawiano tylko zarzut zwykłej słabo- ści. że tak naprawdę nie został zaakceptowany przez zwierzchników i odrzucano go jako nieprzydatnego. nie wyłączając gabinetu ambasadora. można popełnić pewną liczbę pomyłek. w samej substancji swego istnienia. Jego działal- ność zaczynała się. monumentalna postać z małą głową. Oznaczało to. składającego sprawozdania samemu towarzyszowi Berii. tylko zaszyć się w kącie i cze- kać na odwołanie. o kim wiedział. nieznany był nawet jego stopień wojskowy: reagował jednakowo ochoczo na „towarzyszu kapitanie” jak i „towarzyszu generale”. Słodka Eliczka słała mu czułe. szperał wtedy we wszystkich biurach. to znów za wysokiego dygnitarza partyjnego. Miał wszystkie klucze i wytrych. Wiedział przecież. zo- stał przez młodszych pracowników ambasady nazwany Stalag- mitem. Abdulrachmanow był prawdopodobnie w KGB. i to nie tylko z powodu jego stożkowatego kształtu. Od jakiegoś czasu personel ambasady unikał aluzji na temat Abdulrachma- nowa. odpowiadającego 36 . Potem o samobójstwie. gorące i pełne nadziei listy. który nie miał odwagi spojrzeć w oczy komuś. Nic o nim nie wiedziano. Czyż miał znosić i to. że przypominał raczej fenomen przyrodniczy niż ludzką istotę. że jeśli się już jest w KGB. jakby wymienianie jego imienia mogło spowodować nie wiadomo jaki kataklizm. gdy inni kończyli pracę.pozostawało mu więc nic innego. Przezwisko to jednak wyszło z użycia. Tymczasem pewnego dnia przyszedł do niego szeregowiec.

recytujący śpiewnie: „Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. On jednak będzie musiał zawieść swego rozmówcę.. by się tu ktoś przemęczał pra- cą. serdeńko. Przed stożkowatą głową unosił się palec wskazujący. Usłyszawszy. w którym jednocześnie wyczuwało się ogromną siłę. gdyż nie miał zielonego pojęcia. i umieści na tym krześle swoją starą panią. wróg się poddał. — Ależ proszę usiąść. posługując się najbardziej wyrafinowaną dyk- cją. Zaraz się ze sobą zapoznamy.wyłącznie przed Józefem Wissarionowiczem. pustego pokoju. Oczekiwał wojskowego wrzasku albo lodowatego szeptu. towarzyszu generale. Używał swojego głosu jak aktor. Abdulrachmanow nie wyrażał się jak oficer KGB. Jakubie Mojsiejewiczu. raczej intencje wychowawcze. Jakubie Mojsiejewiczu. kim może być Sun Tsu — zapewne jakiś lokaj Czang Kai-szeka. 37 . a jednak budził przerażenie. Pitman byłby zaszokowany tym mało radzieckim stylem zacho- wania. wszyscy trzej. gdyby nie opanowały go zupełnie inne emocje. lecz jego nienaganna wy- mowa przypominała raczej profesora uniwersytetu przedrewo- lucyjnej Rosji. tymczasem dobiegł go melodyjny głos. ja nie. Mówił śpiewnym basem. nie wy- rażał jednak groźby. Nigdy nie powie- dział nic ostrego. Czy zna pan Sun Tsu? Siejący postrach tow. — Niech pan wejdzie. Ja nie jestem w szóstym depar- tamencie. — Nie. Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. co dla skazanego na śmierć wizyta o 4 rano w jego celi. pełnego kurtuazji człowieka. I ten Sun Tsu. wróg się poddał”.. Być wezwanym przez niego — w sytuacji Pitmana! — oznaczało to samo. towarzyszu generale. Skojarzenie to musiało powstawać automatycznie na widok tego zażywnego. Pitman stanął dość niezdarnie na baczność w progu niczym nie wyróżniającego się. na granicy otyłości. że może wejść. Oto po raz pierwszy od dwu miesięcy ktoś odezwał się do niego serdecznie. mało świadczącego o tym. a nawet jak zwykły obywatel radziecki.

zarazem wielkoduszną i podstępną. A wreszcie. i tak dalej. chyba żeby wziąć pod uwagę wiszący na ścianie portret Feliksa Edmundowicza. który wydawał się tak dobrze wobec niego usposobio- ny. kto zawsze sta- rał się rozumować tak jak trzeba. — Zanim spotkamy towarzysza Sun Tsu. On jednak był wszędzie. Być może Lenin wypowiedział się gdzieś na temat. ale Pitman nie mógł sobie niczego przypo- mnieć. Co myśli pan o tym? Pytanie było bardzo trudne. — Ależ. nazywać mnie towarzyszem. Przywiązujemy zbyt wielką wagę do prawdy tkwiącej w rzeczach i ludziach. by miały dla nas znaczenie powierzchowne i zbędne stratyfikacje socjal- ne. podejmiemy kilka wstępnych decyzji. posługiwać się tytułem generała. jak ocenia pan tę myśl. Dalej. Jeszcze raz nieszczęśliwy porucznik miał zawieść swego prze- łożonego. ponieważ ja pozwo- liłem sobie nazywać pana Jakubem Mojsiejewiczem. i ja jesteśmy zbyt ukultu- ralnieni. — Tę. Nim zdążyłem zwi- lżyć. Pitman rozejrzał się wkoło. Przestanie pan więc. towarzyszu generale. Czując swą winę. — Proszę usiąść — powiedział człowiek zwany Stalagmitem. ale nigdy jeszcze nie widział tak uprzejmego generała. mój bezcenny Jakubie Mojsiejewiczu. w którym nie pojawiałoby się to inkwizy- torskie spojrzenie. nawet dla kogoś. chciałbym. nie było w KGB pomieszczenia. towarzyszu generale? Mówił „generale”. miły mój Jakubie Mojsiejewi- czu. towarzyszu generale. wyjąkał żałośnie: — Nie wiem. Po pierwsze. Więc przestanie pan. ponieważ jest to najwyższy stopień. żeby pan łaskawie mówił do mnie per Matwiej Matwiejewicz. którą przed chwilą przytoczyłem. którzy wcale tacy nie są. — Jaką myśl. żebyśmy musieli rzucać sobie w twarz co pięć minut nasze przekonania polityczne. — Proszę mi na początek powiedzieć. i pan. ale nie spostrzegł żadnej trzeciej osoby w pokoju. nikt pana tak nie nazywa! 38 . jak to nazywają ci.

że Sun Tsu nie dysponował środkami odpowiednimi do jego geniuszu. 39 . Osoby te składają się na radę. My odkryliśmy względność sztuki wojennej. któ- rego członkiem. Nie jest jeszcze pewne. Jakubie Mojsiejewiczu. Jeśli by ktoś mi powiedział: chodź tu. to poszedłbym. jeśli Bóg pozwoli. Jasiu-głuptasiu. Możemy pokrzyżować nie tylko sztabowe plany wroga. lecz także wszystkie jego projekty. uznaną obecnie za przesadnie kurtuazyjną — . co nie byłoby niczym nadzwy- czajnym. ani Matwiej Matwiejewicz im. Sun Tsu mówi: najwyższe wyrafinowanie sztuki wojennej polega na pokrzyżo- waniu planów wroga.my posiadamy odpowiednie środki.. słyszałem o Albercie Ein- steinie. Będzie pozostawała w zgodzie. No więc. od stopy urodzeń do literatury. areopag. otaczający nas towarzysze są bardzo użyteczni. mój szma- ragdowy. ale ani oni nie mają nic do powiedzenia Matwiejowi Ma- twiejewiczowi. Dlatego też nie- chaj mnie nazywają jak im pan Bóg każe. Czym Einstein jest w fizyce. wszelkiej natury.. od seksu do religii. zaraz zresztą zduszoną.. No więc. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. stanie się i pan pewnego dnia. nie chcę go aresztować — dodał z gryzącą iro- nią.. a ja na to pluję. — Abdulrachmanow posługiwał się dawną. ja i parę innych osób je- steśmy w strategii. czyjego nauka pozostaje w zgo- dzie z podstawowymi aksjomatami marksizmu-leninizmu. — Proszę się nie niepokoić. przeciągłą wymową tych słówek.. Oby Bóg pozwo- lił. Czy słyszał pan o Einsteinie? Proszę się nie niepokoić. — Mój drogocenny Jakubie Mojsiejewiczu.. abyśmy potrafili wykorzystać te fantastyczne środki. że towarzysz Sun Tsu poszedł do nieba około dwa i pół tysiąca lat temu. Pitman odważył się spytać: — Dlaczego? — Dlatego. — Tak. użyteczność ich godna jest sza- cunku. Zrobi się co trzeba. Tyle tylko. Matwieju Matwiejewiczu. gdybym miał ochotę pójść.

Gdyby po- zwolono panu działać. To ja rekrutuję ludzi. Przerastał wszystko. Czyż zna pan coś równie skutecznego i eleganckiego? Aha. Matwieju Matwiejewiczu. to była wieża. Mój wybór padł na pana. Przypominał pterodaktyla gotowego do ataku na swą ofiarę. że wśród zatrudnionych u nas ludzi znajdę posiadaczy cechy. Czyż to pana zasługa. Innych panu brak. — Na panu zrobi wrażenie broda. — Jest pan w błędzie. To bez znaczenia. bo się wzajemnie wyklu- czają. Pokażę mu.. co to koniecznie chciał zamoczyć ostrze noża w krwi. prawdopodobnie nie wystraszyłby pan tego starego osła. Czy mogę liczyć.. na kimś innym coś inne- go. Wszystkiemu jest winien ten sukinsyn. tak.. który byłby odpowiedniejszy w kościelnym chórze: — Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. Ab- dulrachmanow stał wyprostowany. Proszę się zastanowić. że ma pan brą- zowe włosy albo że jest pan krótkowidzem? Posiada pan właści- wości potrzebne mi w pewnej miksturze. Gdyby mierzyć wartość człowieka odpor- nością jego przewodu pokarmowego. oddanie sprawie i spryt. To nie był już człowiek. Nagle Abdulrachmanow podniósł się. Powtó- rzył tonem. tym lepiej. którą właśnie przygo- towuję. a raczej wzniósł się. i okrucieństwo — te cechy można znaleźć u naszych 40 . załatwmy pewien drobiazg. Wiem o panu wszystko. Było coś przerażająco drapieżnego w tym słowie: wybór. mój diamentowy Jakubie Mojsie- jewiczu. Widziałem pańskie notatki. — Czuję się zaszczycony. Ta nędzna broda. Pitman chciał się wytłumaczyć: — Z mojej strony to właściwie nie była litość. Tylko ta broda na chodniku. który ryczałby w tej chwili na Łubiance. Henryk IV nie zostałby nigdy królem Francji. która jest dla mnie nieodzowna: umie- jętności wczuwania się w innych? Odwaga. gdzie raki zimują! A jeśli pan ma trochę zbyt delikatny żołądek.. jego dziwnie małe dłonie leżały na blacie biurka. wróg się pod dał.

— Podżegaj młodych przeciwko starym. — Wstrząśnij ich wiarą. 7. głową przypominającą wycelowany w niebo moździerz. — Drwij z tradycji. lub raczej — kto mówi 41 . 6. — Poddawaj w wątpliwość dobro. rękami czerkieskiej księżniczki. 4. ale zdolność do wejścia w cudze położenie. Abdulrachmanow obszedł swoje biurko. Ze swą skórą śniadą i ma- tową. ogromnymi wśrubowanymi w posadzkę stopami. 3. — Posługuj się ludźmi złymi. 12. — Sprzyjaj rozwiązłości. 10. 11. tak jakby się wskakiwało za kierownicę jakiegoś pojazdu? Proszę zobaczyć. — Kompromituj przywódców. — Dezorganizuj działalność władz.towarzyszy. który nie krył swego zadowolenia — trzynaście przykazań. znalezionych u Sun Tsu. — Zbieraj informacje. a nawet podświadomość. — Siej niezgodę między obywatelami. — Nie żałuj pieniędzy. 9. ze swym orientalnym imieniem. 13. 5. wymową z ubiegłego stulecia. 2. — Rozpowszechniaj zmysłową muzykę. — Oto — powiedział Abdulrachmanow. wdarcia się w cudzą świadomość. 8. Zabawiłem się wpisując je w to twarde drewno oliwki i zarazem we własną pamięć. stylizowanych na Daleki Wschód liter. — Zakłócaj aprowizację. Abdulrachmanow przybrał dlań postać sym- bolicznego skrótu Związku Radzieckiego. niech gardzą. wziął Pitmana za rę- kę jak dziecko i zaprowadził przed drewnianą tablicę wiszącą na ścianie. Pitman przyjrzał się człowiekowi. wygrawerowanych scyzorykiem: 1. który zdawał się sam two- rzyć obowiązujące go ustawodawstwo. Widniał na niej następujący tekst. ułożony z fantazyj- nych.

Przeciwnie. W tym właśnie sęk. Szukam przedstawiciela na Francję. jak mawiał Szekspir. że ten żart nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. nasi zawodowcy. częściowo po to. by wystrychnąć wszystkich na dudka. Cóż za finezja! Ileż w tym wdzięku! Rzecz jasna. Proszę się nie dać zwieść. My jednak. Więc jak. nie jesteśmy tu dla przyjem- ności. Jesteśmy tu po to. Marzą. wolą bić się. Lecz Sun Tsu powtarza: podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć. Jak naj- szybciej obsypiemy pańskie epolety gwiazdkami. by zakrwawić ostrza swych noży i za to dostać gwiazdki. co wyćwiczyli się w kunszcie wojennym. — Zdobywają miasta nie oblegając ich wcale i błyskawicznie opanowują całe kraje. unicestwienie go to ostateczność. to opanować kraj nieprzyjacielski nietknięty przez zniszczenia. To Karol Marks i Dziadek Mróz w jednej osobie. oto czego nie potrafią zro- zumieć nasi wojownicy. spotkałem ostatnio człowieka zupełnie niezwykłego. ale opanuje je pan bez kłopotu.o związku. Oto właśnie metoda naszego postępowania we Francji. żeby nazbierać medali i awansów. o których nie 42 . a częściowo dla czystej przyjemności. czy to pana interesuje? Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Zajęty jestem tworzeniem w pierwszej dyrekcji departa- mentu «D». albo też. W tydzień po tej rozmowie Jakub pisał do swej narzeczonej: „Moja słodziutka Eliczko. a nie cel. mój ru- binowy Jakubie Mojsiejewiczu. żeby zrobić wrażenie na głupcach. złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. Nasze metody są dosyć ezoteryczne. biorą do nie woli armię przeciwnika bez walki — ciągnął Abdulrachmanow. powoduje niezgodę — tego. Pan jest młody i na początku i pan będzie pod wrażeniem swego awansu. Wiedz. tu jest pies pogrzebany. co jeszcze do niedawna było Cesarstwem Rosyjskim. Gwiazdki to środki do celu. — Ci. napadać i prowadzić długie operacje wojenne. Ten ktoś wprowadzi mnie w techniki. Przeciwnie. Zgarniemy ją nietkniętą. nasze zabijaki nie dostrzegają wznios- łości tego ideału. jak mówi się u nas.

zamkniętym. Napisz. mówił doskonale po rosyjsku. Ponieważ z natury był dobroduszny. jak tylko dostanę zezwolenie. był chłopcem inteligentnym. Przeniesiony do departamentu «D». Techniki te pozwalają uszczęśliwiać ludzi bez zadawania im bólu. nawiązała się między nimi przyjaźń. ile przez to. Coraz bardziej pochłaniała go wyjątkowa misja. „powracającymi”. Przejrzawszy w telegra- ficznym tempie ich teczki. mój chytrusku”. szesnastola- tek. dlacze- go zwrócił się o przyznanie mu sowieckiego obywatelstwa w tym samym czasie co jego ojciec. co w niej było trudne do wyjaśnienia. Misja ta. inte- resował się literaturą. Mam nadzieję. ale nudziły go najwidoczniej prowadzone przez nich zajęcia. Pitman znowu ściskał dłonie wszystkich kolegów. Zda mi pan dokładne sprawozda- nie. Abdulrachmanow zażądał zdjęcia. którą wzbogaca- ła jeszcze dzieląca ich różnica wieku. jakie od pierwszego dnia okazywał mu Matwiej Matwiejewicz. Zapytany. odpowiedział: chcę wrócić. skazywała go na coraz głębszą samotność. Generał-major Abdulrachmanow — wreszcie przyznał się. przyjaźń. mająca przetrwać lata. lecz nie widywał się z nimi. ja- ka w istocie przysługiwała mu ranga — interesował się. nie tyle przez swą tajemniczość. po czym wykrzyknął na- tychmiast: 43 . wybaczył im ich zachowanie. Zresztą nie zdawał sobie nawet sprawy ze swego osamotnienia. Po miesiącu Pitman złożył raport. Młody Psar. A teraz najważniej- sze: zostałem mianowany kapitanem i będziemy mogli się po- brać. zadufanym.wolno mi nic powiedzieć. pośród tysiąca innych rzeczy. że wkrótce będę je miał. i to z promocją. jaką mu powierzono. położył palec na aktach Dymitra Aleksandrowicza Psara: — Przyjrzymy się synowi. Niezale- żnie od więzi natury czysto profesjonalnej. Swym poli- tycznym wychowawcom nie okazywał wrogości. że i ty na to czekasz. nawet tobie. tak bardzo cieszyły go względy.

tylko rozmawiał z nim o Rosji. Niech ten chłopak zostanie pańskim przyjacielem. cóż to za przyjemność obcować z człowiekiem o pańskiej inteligencji! A jednak chciał- bym. — Jest piękny. tak żeby zapomniał o czujności. gdzie nie upijał go. że nie wolno głaskać kota pod włos. Na pamięć. — Jakby to ująć? On nie jest i nigdy nie będzie „czerwony”. Proszę przeczytać jeszcze raz strony poświęcone zdobywaniu nowych dusz. Co za bezczelność! — Złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. Matwieju Matwiejewiczu. co zrobił? Nauczył się na pamięć podstawowych rozdziałów Kapitału. jak pan sam powiedział. żeby pan nie rezygnował. Wie pan. — Wystarczy przestawić kurek jednym kopniakiem. będzie wspaniały! Pitman nie przywiązywał wagi do urody kobiecej. Zgodnie z zaleceniami naszego Vademecum próbowałem oto- czyć go wpływem ideologii. I niech pan pamięta. on się nie nadaje. — Kurek? — Już ja wiem. to nic z tego. Proszę. A jeśli to do wewnątrz. cóż może łączyć miłą powierz- chowność ze względnością sztuki wojennej? Ukrył jednak swoje zaskoczenie. o co chodzi. określał to jako „czyszczenie do 44 . zapra- szać go do kawiarń. na filmy niesowieckie. męska jesz- cze mniej go obchodziła. albo raczej: pan niech będzie jego przyjacielem. i wcale nie o marksizmie. i musiał w tym celu prowadzić chłopca do kina. W ukryciu. Pitman potrzebował trochę czasu. — Czemu? — Ponieważ. szuka pan ludzi „pro- mieniujących”. Zresztą. — No więc — Abdulrachmanow przesuwał się w swym fote- lu. Niech mu pan pochlebia. niech pan mówi dalej. Ten nie promieniuje. by „ująć zagadnienie na płaszczyźnie ludzkiej” (był to termin techniczny). trzeszczącym pod jego ciężarem — jakie jest pańskie zdanie? — Jeśli chce pan z niego zrobić agent d'influence.

by zostać wielkim pisarzem. Ale w końcu ma się trochę dość. mówił o nim jak o czymś świętym i wymarzonym. Ramię departamentu sięgało daleko. Zawsze pra- wie na pierwszym miejscu. — Jego proza jest doskonała. — Nie przepadasz za nim. by coś osiągnąć w przypadku tego suchego i skręconego drzewka. zdawał się jednak rozumieć lepiej niż jego ojciec. że pisana jest przez chłopca. który urodził się za granicą. Pisał wiersze i próbował swych sił w prozie.połysku syndromu brzóz”. — Ach. wyznając. zawsze na pierwszym miej- scu Psar. lecz ankietę przeprowadził. Do swego ojca Aleksander odnosił się z patetyczną miesza- niną podziwu i pogardy. zwłaszcza jeśli wziąć pod uwa- gę. Braku matki nie odczuwał specjalnie. tym razem jednak sięgnięto wysoko i dzięki temu młody Georges Puch przyjął pewnego dnia nieznanego mu pana. Przyniosło to jednak owoce w postaci zwierzeń chłopca. że wprowadzenie tej na- dziei w życie jest czymś odległym i niezupełnie pewnym. „przyjaciela ojca”. Abdulrachmanow przeczytał Pory roku i Opowieści wuja Stepana. ten Rusek jest nieznośny. Pitman dziwił się. proszę pana. jest w porządku. niech pan zrobi ankietę w jego otoczeniu. 45 . Nienawidził Francji. Jakubie Mojsiejewiczu. Nie wszędzie jest prymusem. tego „drobnomieszczańskiego narodu”. Wiersze mniej mi się podobają. Wreszcie pokazał Pitmanowi niektóre z tych tekstów. pewnego białego Rosjanina. co? — Nic się nie da powiedzieć. że jego szef uparł się. nazywa się go carem albo ojczulkiem. nie jest szpic- lem. że marzy o tym. Oczywiście. W zasadzie nie wolno było korzystać bezpośrednio z wpływów „korporacji”. i odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z jego kolegów. ale nie- wiele brakuje. Jeśli zaś idzie o sławetny „powrót”.

ale jak raz zacznie. trzeba. Pochlebiało mu. — Dlaczego? — On nie bije się często. — Których? — Wszystkich. Na podobne pytania odpowiadał też nauczyciel francuskiego. Rezultaty rozmów Pitman przedstawił Abdulrachmanowi. prawda? Jak ona się nazywa? — Elektryfikacja Baum. niech pan opowie o Eliczce naszemu chłopcu. I niech pan jak najczęściej rozmawia z nim o jego ojcu. komunista. Matwieju Matwiejewiczu. — Dajecie mu w kość. mały. Proszę. — Inteligentny? — Tak. Zaryglowany. żeby rana nie zagoiła się. co? — No. Żyje w prze- szłości. ale to mięczak. jedna jego uwaga jest niezła. noszący czarny. suchy zrzęda. — Cóż to za stary osioł! Chociaż nie. — To wszystko? — Jeszcze jest prymus. że zwrócono się właś- nie do niego. — Proszę mi opisać pańskich uczniów. I jeszcze coś. — Eliczka? To urocze. 46 . Pan ma narzeczoną. trochę trzeba uważać. ale zamknięty w sobie. — Oczywiście: „Władza dla bolszewików i elektryfikacja wsi”. Proszę o to tak. ciasno związany krawat. Wierzy w Pana Boga i tak dalej. to nie żartuje. czy nie zechciałby dla nas pracować i w jakim charakterze. Czy ktoś zapowiada się na wybitniejszą po- stać? Profesor mówił długo. Jak pan do niej mówi? Elektra? — Eliczka. ale to biały Rosjanin. Trzeba więc naprowadzić naszego pupilka na rozmowę o Bogu. Pewnego dnia niech go pan za- pyta. Tylko Coroller jest od niego silniejszy. jak się prosi o osobistą przy- sługę.

których 47 . Wkrótce jednak pisany ręcznie list pocieszył skłonnego do niepokoju Jakuba. Nie sądził. to by go zanadto ucieszyło. opiekowało się „swoimi”. reakcyjne znaki nie pojawiały się wcale. nie wiado- mo z jakiego powodu. Przypadł im w udziale kapitał ludzki wykraczający poza przeciętność. znikali raz na zawsze. — Zgłosił pan chęć powrotu. Aleksander przyjął to ironicz- nie. co było nie- uniknione. lecz charakter pisma. stało się to. Na ogół KGB. że czekiści wysokiej rangi tracili nagle stanowisko i. Ale rozumie pan. będzie miał wiele dzieci. Czy zdaje pan sobie sprawę. bez entuzjazmu: — Mniej więcej wyobrażam sobie. tak czytelnymi. Jego ortografia była nowoczesna. Nie zawsze się to udawało i zdarzało się. nie uprzedzając nikogo o wyjeździe. by ktoś poza nim był na tyle subtelny. ożeni się wkrótce. i oto co z nim zrobili. zarabiający na życie szorowaniem podłogi — powiedział sentencjonalnie Aleksander — to zjawisko czysto patologiczne. Pitman wspomniał o Dymitrze Aleksandrowiczu: — Oficer pokładowy. — Ale wierzy pan w jego istnienie? — Ach. zwane przez bardziej wykształconych swych pracowników patria nostra. na- wet wbrew woli partii. jakby to był druk. czym jest miłość. nie. mógł równie dobrze wyjść spod ręki carskiego dygnitarza: Drogi mój Jakubie Mojsiejewiczu. Pitman nie- pokoił się. żeby zro- zumieć. Pitman mówił o Bogu. Z drugiej strony. prawda. Niedługo potem w tajemniczy sposób opuścił ambasadę Ab- dulrachmanow. że nasza ojczyzna może pana potrzebować tu na miejscu. cechujący się wysokimi. na co Aleksander odpowiedział: — Poróżniliśmy się. o jaki rodzaj działalności chodziłoby? Aleksander odrzekł na to. świadczy to o indolencji Francuzów. lekko pochylonymi i starannie połączonymi literami. Pitman zaczął się wywnętrzać: jest zakochany. zająłem miejsce pośród areopagu tych.

siedmiu i skierujemy ich tam. Zatrzymamy nie więcej niż sześciu.oficjalnie nazywa się „ Teoretykami „. gdzie często nakrycie głowy ofia- rowuje bohaterowi niewidzialność. wziętą z bajek ruskich. gdzie będą najbardziej przydatni. figlarni jak zawsze. co Pana uchroni przed bie- ganiem na panienki i przed niepożądanym wpływem jakiejś grasejującej Maty Hari. Niestety. skoro „Mahomet” nie będzie mógł pofatygować się do pana. Chodzi o praktyczne zastosowanie zdobytej przez pana wiedzy. by nie niepokoić tych. żeby pan przyszedł do „Mahometa”. Jeżeli używałem innych. Od tej chwili ma pan przyjaciela w tym niewidocznym gronie. z wysokości postumentu. na którym się odtąd znajduję. Nieoficjalnie zaś nasi młodzi towarzysze. dzia- łających na różnych stanowiskach we Francji. Korzystam z okazji. Trzeba będzie. Pro- szę też o przygotowanie dla mnie listy około piętnastu kandy- datów. 48 . bieżących i przyszłych. jakbym sobie tego życzył. nadają nam inną na- zwę. Nadają nam więc przydo- mek „ czapki-niewidki „. Na zakończenie stażu dostanie pan oczywiście urlop i pro- ponuję. by odbył pan staż jako „agent d 'influence” . Teraz zajmijmy się panem. Pozwoli to panu spokojnie i bez żadnych wahań wejść na wyższe piętra pańskiej kariery. wzięty z bajki przydomek jest dosyć trafny: wiemy o tylu rzeczach minionych. co sądzą. W zasadzie należy unikać kandydatów pochodzenia rosyjskiego. Przeczuwam w nim ogromne możliwości. z wyjątkiem Psara. którego włączy pan do tej piętnastki. żeby go pan spędził tutaj. że prawdziwy mój patroni-mik brzmi Mohamed Mohamedowicz. spośród których wybierze się „agents d'influence”. że nie wolno nam już opuszczać terytorium kraju. Tak więc ten ogromny za- szczyt odbierze mi przyjemność widywania pana tak często. że dobrym bolszewikiem może być tylko zły chrześcijanin. Dzięki temu ja nacieszę się pańskim towarzystwem. a pan będzie mógł poślubić uroczą Eliczkę i sprowadzić ją do Francji. by wyznać panu. to dlatego. Nadszedł czas.

cieszę się. ciężkie powieki. przyszłego biskupa. które tajność ich działań mogła tylko uwydatnić. obfity wąs. tak aby można tu było pomieścić dyrekcję instytucji zatrudniającej kilkaset tysięcy pracowników. Naprzeciw portretu znajdowała się tablica z oliwkowego drewna. które zdawały się miażdżyć gałki oczne: spoj- rzenie wciąż jeszcze hipnotyzowało świat. Tylko ukryte przejście łączyło niebieski pałac książąt Roztopczynów z bliźniaczymi bu- dynkami placu Dzierżyńskiego: w jednym mieściło się niegdyś przedrewolucyjne towarzystwo ubezpieczeniowe — za nim ukry- wało się więzienie zwane Łubianką — drugi natomiast dokoń- czyli niemieccy jeńcy wojenni. 49 . co bardzo szczęśliwie przedłużyło urlop Pitmana. bródka zmarszczona jak ścierka kuchenna. generał-major Abdulrachmanow zdawał się być w swoim żywiole. kryjące zapewne zaciśnięte mocno zęby. Trzeba było obsadzić kilka stanowisk: przyszłego deputowanego.) Pozłacana tabliczka wyli- czała cnoty Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego: „Postrach burżuazji. pokryta przykazaniami Sun Tsu. to mój prezent ślubny. że pana widzę — powiedział Ab- dulrachmanow. w dwadzieścia pięć lat po śmierci tego mężczyzny. Pośród gzymsów i złoceń. — Przygotowałem parę drobiazgów dla Eliczki. niekomunistycznego związkowca. Analiza francuskich kandydatur zajęła prawie cały miesiąc. wierny rycerz proletariatu. Już teraz wyra- stał ponad szare masy pracowników KGB. szlachetny bojownik ko- munistycznej rewolucji”. Po dziesięciu latach miał się przekształcić w zupełnie nie- zależny oddział. reżysera filmowego. (W taki sam sposób dociera do nas światło od dawna wygasłych gwiazd. Tylko wszechobecny portret bezbożnego mnicha wiszący w gabinecie świadczył o pewnym ustępstwie na rzecz innych lokatorów tego gmachu. Przed departamentem «D» otwierała się wspaniała przy- szłość. usta w kształcie serduszka. płaskie policzki. — Moje dziecko. co przydałoby członkom areopagu znaczenia. kinkietów i fryzów zdobiących pa- łac Roztopczynów. Ogromne.

osadzone w srebrnych koszyczkach. że jestem starą wróżką albo też astrologiem w spiczastym kapeluszu. Musi to też wywołać u pana pewne lęki. że pew- nego dnia stanie się pan Czapką Niewidką i dzięki temu w pań- skich rękach będą się ważyły problemy polityki naszego kraju. gdy wszystkie decyzje perso- nalne zostały już podjęte. a on jak liceali- sta pobiegnie galopem. pełne dziwnych fioletowych cieni i refleksów. Całkowicie zgadzam się z pańskimi wnio- skami.dziennikarza i absolwenta Wyższej Szkoły Administracji. Abdulrachmanow krążył ciężko po gabinecie. ale przede wszystkim chęć służenia. Jest pan młodym oficerem. chłód będzie go szczypał w twarz. Pitman z radością myślał o chwili. sprzeniewierzać się Vademecum. Jakubie Mojsiejewiczu — zaplótł dłonie na plecach — przeczytałem pański raport po- święcony Psarowi. racja jest po pana stronie. wie pan.. Mohamed Mohamedowicz Ab- dulrachmanow kazał przynieść herbaty i wrócił do sprawy Alek- sandra Psara. Proszę wziąć pod uwagę. parowały przy- jemnie. — Wie pan. przegrza- nym mieszkaniu Baumów. że wszystkie te dywany pochodzą z mojego kraju? Ten na przykład to niebieska buchara. Jego monumentalne stopy miażdżyły ozdobione wie- lobokami dywany. Pew- nego razu. Chciałbym pana od nich uwolnić. 50 . Przepowiadam panu. jak statua Ko- mandora. którego trawi nie tylko ambicja. i mam nadzieję. późnym popołudniem. tyle tylko że jestem przeciwnego zdania. Ale. jeśli przyjąć filozofię mojego Vademecum. że pańska kariera w departamencie powiedzie się. trzeba też umieć. Szklanki z herbatą. Jakubie Mojsiejewi- czu. kiedy znajdzie się na mroźnej ulicy. proszę sobie przypomnieć moją przepowiednię. Musi pan też jedną rzecz zakarbować sobie raz na zawsze: ma pan pewną straszliwą wadę.. Tak. to znaczy przyszłość świata. by schronić się w zacisznym. Miasto przykryte było śniegiem i w świetle latarń ulicznych migotało. że nauczy się pan tego w przyszłości. Jak tylko ogarną pana wątpliwości.

Przedstawia mi pan liczący trzydzieści stron raport poświęco- ny Psarowi. i raport ten prowadzi do takich samych wniosków jak te. Koledzy pana lepiej zrobią trzyma- jąc nos w książce. my fruwamy zbyt wysoko) uroda fizyczna jest czymś nieocenionym. — Jaką wadę. Zresztą pozwala nam sieje zachować właś- nie dlatego. wszyscy popełniamy błędy. dba o swoją litość i swe poczucie humoru. Bez współczucia. Niechże pan. w której olbrzym zamyka swą własną śmierć w worku i rzucają do morza. Powtarza pan.. tyle że uwięzioną. chcielibyśmy być wszystkim. bylibyśmy niczym. my jednak potrzebujemy odrobiny dystansu. W naszej ogromnej organizacji tylko nam. Na- tomiast bez poczucia humoru. poszedłem go zobaczyć w trakcie jednego z wieczornych wykładów. zdolności wpływania na innych. które prowadzi do zrozumienia innych. by stać się niezwy- ciężonym? Wystarczy zanurkować i uwolnić biedaczkę. wielkoduszności. jako początkujący. Z Psarem jest na odwrót: to jego życie spoczywa 51 . Kościej jest zgubiony. że nie czuje pan w nim promienio- wania. że są niezbędne w naszej pracy. Jeśli się to bierze z zaślepienia. Dalej. My musimy oddychać głęboko. które prowadzi do zrozumienia samego siebie. Pamięta pan tę bajkę. Tymczasem on jest piękny. pan zaraz myśli o rublach. ponieważ. Pomaga pan sobie palcami tam. niech pan nie traci dystansu. pracownikom naszego departa- mentu. Gdy w grę wchodzą kopiej- ki. Są dla nas czymś niezbędnym. gdzie wystarczyłaby siła ciążenia. z którymi wystąpił pan na samym początku. Poczułem w nim wielką siłę. wi- działem go kiedyś. no to trudno. Jeśli jednak boi się pan zaprzeczyć samemu sobie. Jaku- bie Mojsiejewiczu. że to żaden komunista. wolno zachować litość i poczucie humoru.. nie zdołał pan jeszcze wyzbyć się współczucia oraz poczucia humoru. towarzyszu generale? — Nie rozumuje pan swobodnie. bo w niższych rejestrach naszego rzemiosła (nas to na szczęście nie dotyczy. Wybrałem pana.

na dnie morza. Z jednej strony młody Psar aż kipi od pragnienia siły. Powierzy mu pan do wykonania jakąś nie- wielką i ściśle określoną misję. W tym właśnie punkcie pański raport przynosi odpowiedź pozytywną. to jest nam właśnie. Dla roli. marzy o „powrocie”. co prawda delikatnej. nawet w sensie teatralnym. chętnie przy- znaję. Przecież my nie zajmujemy się propagandą! Propaganda jest czymś niezbędnym. Musimy więc zbadać moty- wy sprawiające. 52 . że nie jest. mocy. którą mu wyznaczam. na terenie liceum czy nawet jego klasy. Nakazuję panu wydobyć je stamtąd i uczynić z niego słońce. w żadnym zaś razie marksistowskiego. lecz tak prymitywnym. Wyłącznie pewnego rodzaju gra punktów oparcia sprawia. myślę. miano- wicie czy będzie nam wiernie służył. jaką mu proponu- jemy. gdyż na dłuższą metę jego pochodzenie będzie mu zjednywało zaufanie ludzi Zachodu. że strzała-opinia trafia w tarczę- społeczeństwo. Niech ta misja nie ma charakteru politycznego. Na początek niech go pan podda egzaminowi ze zdolności wpływania na innych. że gotów byłby przyjąć rolę. zrezy- gnuję z moich zamiarów wobec niego. że chętnie będzie służył tym. jak pan spostrzegł. i to sprawia. Wyłania się tylko jedno pytanie. Zależy mi na Psarze. do których należy jutro. Cóż. Vademecum kładzie na to nacisk: wpływ wywiera się zawsze dzięki działalności pośredników. których uważa za ludzi z przyszłością. a nie chcieć zjed- nać go całkiem dla nas. prawdziwy komunista byłby o wiele mniej przydatny. Po- winniśmy właśnie wykorzystać rezerwę Psara. że te dwie pobudki w duszy tak pełnej siły jak jego mogą się stać wy- starczająco silnymi sprężynami misji. że umysł naszego pokroju nie byłby w stanie jej się poświęcić. jaką mu wyznaczam. Po drugie. prawdzi- wym „czerwonym”. popełnił pan błąd. Jeżeli zawiedzie (ale nie chce mi się w to wierzyć). mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. I właśnie w tej domenie. Zależy mi więc na nim właśnie dlatego. Świadomie mówię o roli.

że ponoć służył nam jako agent. pokazuje się publicznie. ani śmierci. na wolnym powietrzu. będzie inaczej. szy- dzą z niego. Nie. Pan się obawia. który raczy nieco pobrudzić sobie ręce w naszym towarzystwie. że tak powiem. ponieważ dali się pokonać Niemcom. by zatrudnić kogoś. nie zrobi to na nas najmniejszego wraże- nia. Jeśli ośmieli się opowiadać. jakie w nich pokładali emigranci. Być może. upadku jego ojca. byle tylko załatwić swoje osobiste porachunki.Zresztą agent d'influence w gruncie rzeczy nie ma do spełnienia zadania przerastającego ludzkie siły. że będzie mógł wrócić kiedy tylko zechce i na powitanie rozłoży się przed Dobrze Uro- dzoną Jego Wysokością czerwony chodnik. ponieważ zawiedli nadzieje. jeśli nie spraw- cami. ponieważ jego samego źle traktują. że podejmuję zbyt wielkie ryzyko. jestem przekonany. że to zbyt piękne. jako że my jesteśmy w jego oczach wrogiem klaso- wym. kto po- chodzi z rodziny naszych dziedzicznych wrogów. Dla- czego ich nienawidzi? Ponieważ byli świadkami. podczas gdy ota- czający go bourgeois są także jego wrogami klasowymi. i to w taki sposób. Nie mówiąc już o tym. nie może nie gardzić tymi. nie ukrywa się. których nienawidzi. Gdy już wykorzystamy go całkowicie. dla naszego arystokraty. należy do ludzi bardzo pobudliwych. Myśli pan. Oczywiście. Ale bez takich przyjemności nasze zajęcie byłoby równie monotonne jak wszystkie pozostałe. bę- dziemy go utrzymywali w przekonaniu. że ba- wi mnie ten karkołomny pomysł. Przeciw komu będzie się zwracała praca młodego Psara? Przeciw Francuzom. rzucimy go jak zmiętą szmatkę na kolana Francji. że przygotowuję dla niego pewną drobną niespodziankę. Nie zagrażają mu bezpo- średnie niebezpieczeństwa. Psar. operuje. Ale przynajmniej jesteśmy Rosjanami. z którymi spotyka się na co dzień i których nie potrafi podziwiać. w do- datku Francuzami. Myśli pan zapewne. nie ryzykuje ani tortur. że nie będzie wystarczająco solidarny. Nasze techniki będą już wtedy szeroko stosowane przez na- szych specjalistów. 53 . że opinia publiczna zosta- nie bez trudu wprowadzona w błąd.

by nie porzucił nas w trakcie jazdy. Koledzy przestaną mieć mu za złe jego wyczyny. Aleksandrowi będzie się zda- wało. Proszę to sobie dobrze zakarbować. Pierwsze miejsce w klasie zastępowało mu prawie wszystko inne. A nawet gdybym się miał pomylić: załóżmy. Postanowił urządzić trzy próby. Nigdy jeszcze nie wiodło mu się tak dobrze jak teraz. tak 54 . jak trudne to będzie dla Aleksandra. niczego nie musimy się obawiać ze strony Psara. Wreszcie nasuwało się pytanie. wakacje. dziewczęta — zwykłe symbole prestiżu dorastającego chłopca. gdy udaje. iż jest zdolny do tego rodzaju pomniejszenia samego siebie (teolodzy mówią w takim wypadku o kenosis). jak zniesie pewną degradację nazwiska. że wcale go nie ma. niech pan spojrzy. snobistyczne kluby.żeby było prawdziwe? Proszę. Trzeba tylko powziąć stosowne środki ostrożności. Nie tylko to: w grę wchodziły i inne wrażliwe punkty. Pitman orientował się. Nie. jak sobie po- czyna książę tego świata. jaka będzie się szerzyła na Zachodzie przed nadejściem roku dwuty- sięcznego. Zaraz po powrocie do Francji Pitman z właściwą sobie rze- telnością przeprowadził test badający oddziaływanie Psara na innych. które było dla niego czymś cennym? Pitman odgadywał te niepokoje i umiał je zrównoważyć romantyczną aurą przedsięwzięcia. że Psar opublikuje pamiętnik i oświadczy. — Właśnie w ten sposób — mówił — zostaje się panem. że oto przez trzydzieści lat manipulowaliśmy fran- cuską opinią publiczną. Agent wywiadu musi być zdolny do takich wyrzeczeń. że zdradza swój kraj ojczysty. Na początek zażądał od Alek- sandra. Efekt będzie podwójny. Przecież to tylko wzmoże panikę. wysokie kieszonkowe. a poza tym wykaże. ale nie na samym czele”. Jakubie Mojsiejewiczu. by zrezygnował ze swej pozycji prymusa: „Niech pan bę- dzie w piątce najlepszych. którego ambasadorem w czasie i w przestrzeni czuł się jeszcze.

zwołał swe wojska i zmiażdżył Hu. Książę najpierw kazał ściąć pochlebców.poznaje się rzemiosło pana. Doradcy księcia oburzyli się. Doradcy byli oszołomieni: „Domagać się księżniczki! Błagamy cię. w tym zaś wypadku cena. który biegnie tysiąc li. będzie miała w sobie coś eleganckie- go. żeby oddał tę ziemię. który i dla niego stał się mistrzem: „Podstawą wszelkiej sztuki wojennej jest fortel”. zamaskowanym. Niektórzy radzili. potem skoczył w siodło. co brali za oznaki słabo- ści. Mo Tun znów zebrał swych ministrów. zupełnie wyjątkowy. chcieli go wybadać i wysłali do niego emisariuszy. któ- rzy nie byli wcale przygotowani do wojny. obywając się bez wody i siana. lecz Mo Tun odrzekł. gdyż pozostanie w tajemnicy. wypowiedz wojnę tym zuchwalcom”. Powołał się na to. wtajemniczony. to jest pięćset kilome- trów. i posłał księżniczkę. Można też być panem ukrytym. inni zaś chcieli mu się przypodobać i sugerowali. Emisariusze powiedzieli tak: „Chcemy kupić konia. jego ojciec. Przytoczył myśl Sun Tsu. że narzucając sobie tego rodzaju autodyscyplinę Aleksander zacznie już swą służbę. coraz bardziej ośmieleni przez to. Chcemy mieć tę ziemię”. zażądali wówczas pewnej części terytorium: „W waszym posiadaniu znajduje się tysiąc li ziemi. iż nie chciałby nikogo obrazić i sprzedał konia. Oto w jaki sposób 55 . by zacytować Niemców. panie. Hu. by był nieustępliwy. — Opowiem panu pewną historyjkę: był sobie raz pewien książę chiński. Nazywał się Mo Tun. słysząc tę propozycję. Wtedy Hu zażądali jednej z księżniczek. nawet szykan. jaką trzeba będzie zapłacić. który biegnie tysiąc li”. nie będzie mógł nic mu zarzucić. — Będą szczęśliwi. wreszcie każda inicjacja łączy się z przejś- ciem trudnej próby. przebiegał tysiąc li. Jego sąsiedzi. bo nie będę im mógł nic od- powiedzieć. Książę powiedział jednak: „Nie odmawia się ręki młodej kobiety swojemu sąsiadowi”. Hu. — Trzeba będzie znieść ich przechwałki — mówił rozmarzo- ny Aleksander. Był to ogier.

Rodzicom podobały się jego sta- roświeckie maniery. Coraz bardziej też nimi gardził. pozwalał na wszystko. jakiego przedtem odmawiał swym kolegom. zaczęły się w nim formować właściwości tajnego agenta. chodzić na prywatki. pochlebiało im. Ich siostry uważały Aleksandra za ładnego chłopca. Na zmianę pił i trzeźwiał. Pitman uśmiechnął się dobrotliwie: — Tu nie chodzi o żaden prezent. W ten sposób został oficjalnie wciągnięty na listę współpracowników. Jego kontakty z kolegami stały się łatwiejsze. Młody Psar nigdy nie lubił tańczyć. a teraz zaczął im okazywać. Dostał pseudonim „Oprycznik”. dla samego siebie. złożył swój podpis. na zniszczone buty. Zainteresowanie. Jednocześnie na boku zapisywał. tylko pośród okazjonalnych informatorów KGB. zadowolony. prawidłową wersję tłumaczenia i poprawne rozwiązanie równania. żeby zapomnieć o całym świecie. W ciągu paru miesięcy nawiązał wiele nowych 56 . Drugim testem wymyślonym przez Pitmana była zmiana try- bu życia Aleksandra. Zapraszano go jednak chętnie. — Nie jest pan moim wujkiem. Dymitr Aleksandrowicz nie mógł już niczego aprobować czy potępiać. nauczyć się tańczyć. Podpisze mi pan pokwito- wanie. chociaż nazywano go tak nie oficjalnie. Aleksander. Wbrew własnym oczekiwaniom Aleksander odnalazł pewną przyjemność wprowadzając z rozmysłem błędy do łacińskich tłumaczeń czy równań drugiego stopnia. które niegdyś należały do jego przod- ków. Aleksander zarea- gował na to upokorzony i pełen złości: — Jak mam iść na prywatkę? Tak jak jestem ubrany? Wskazał na swój stary garnitur z niebieskiego płótna. Pitman wyjął portfel. Nie umiał bawić się tak. żebym mógł przyjąć od pana pieniądze. w departamencie. Miał odtąd zrezygnować ze swej samotno- ści.Mo Tun odzyskał ziemie.

jeżeli tymcza- sem wytworzymy wokół pana aurę człowieka prawicy. — Gdybym był jednym z Rosenbergów. Był to mo- ment. To się panu później przyda. Borthmanna. Oskarżeni o prze- kazanie ZSRR amerykańskich tajemnic związanych z bombą atomową. nie będzie miała szans powodzenia u dorastających chłopców. — Doskonale. co mogło prowadzić do po- wszechnej zagłady. także uzyskały do niej dostęp. Powstawały stowa- rzyszenia walczące o ułaskawienie małżeństwa Rosenbergów. o mniej pokojowej przeszłości.znajomości i nawet nauczyciele.. Greenglassa i całą tę szajkę. oni pracują dla nas! — Nie sądzi pan chyba. zdradzając sekret tej broni. Rosenbergowie. bardziej bojowa. Tymczasem należało protestować przeciwko pro- liferacji broni atomowej. co podzieliło opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. których chrześci- jaństwo. Nie dość na tym. podobnie jak Golda. posłałbym ich na krzesło elektryczne. że petycja kilku francuskich liceali- stów będzie miała jakikolwiek wpływ na los naszych towarzyszy Ethel i Juliusza Rosenbergów? Korzystne będzie. mówili: „Psar się uczłowiecza”. brakowało jeszcze tego. Wtedy Pitman zaproponował mu trzecią próbę. Gdybym był prezydentem USA. którzy zawsze uważali go za ucznia zachowującego wielki dystans i podejrzewali w tym bez- czelność. — Ale. Założy pan w liceum stowarzyszenie. że Stany Zjednoczone dysponowały bronią. kiedy głośna była sprawa Rosenbergów. doma- gające się przykładnego ukarania małżeństwa Rosenbergów. postąpiłbym tak jak oni. Aleksander nazwał swoją organizację „Stowarzyszeniem Wal- czącym o Ograniczenie Dostępu do Broni Atomowej”. romantyzm i demokracja uczyniły niepoprawnie sen- tymentalnymi. żeby inne kraje.. skazani zostali na karę śmierci. że inna nazwa. — Co pan myśli o tej sprawie? — pytał Pitman. 57 . Obawiał się bowiem. która mogła zniszczyć świat.

Chłopcy o poglądach skrajnie prawicowych nic sobie nie robili z rozprzestrzeniania broni atomowej. tym. Stowarzy- szenie podjęło uchwałę w sprawie pobierania składek. by się rozpędzić. co chcieli. tym. Potrzebuje trochę czasu. co kochali Amerykanów. Może bardziej niż argumentacja liczyła się tu oso- bowość Aleksandra. Surowa kara mogła podziałać jak straszak. jednak liczba podpisów jest w tym wypadku najważniejsza. natomiast zale- żało im na tym. no. Trzeba było przynajmniej dbać o to. „Oprycznik” musi jeszcze przezwyciężyć 58 . Podobała mu się nowa dla niego rola przywódcy. Podpisali więc z ironicznym uśmieszkiem. którzy idą naprzód pchani wewnętrznym impulsem. Aleksan- der przyniósł tych parę franków do gabinetu swego przełożone- go. Jak bar- dzo starał się ukryć radość ze swego triumfu i jak jeszcze nie potrafił opanować emocji! Pitman zainkasował pieniądze tak jakby to było zupełnie naturalne i wystosował list do Ab- dulrachmanowa: Drogi Mohamedzie Mohamedowiczu. ale w tym wypad- ku trzeba naprawdę coś zrobić. potem jednak nic go nie potrafi zatrzymać. by podobna zdrada nie po- wtórzyła się więcej. że niełatwo mnie poruszyć. jego trzeźwy sposób mówienia: — Wiecie. w przeciwnym razie niedługo na- wet księstwo Monaco będzie miało bombę. że dzieli ich przekonania. Psar dał im do zro- zumienia. Dzwon wyda dźwięk czysty i jasny. za to nie zawsze potrafią spro- stać odpowiedzialności związanej z nieco lekkomyślnie podjętą przez nich funkcją. Argumentacja Aleksandra podobała się tym. co histerycznie bali się zagłady atomowej. tym. „Oprycznik” przypomina naszego Ilję Murom- ca. Nie jest to jeden z urodzonych przywódców. co lękali się ko- munistów. żeby załatwić Rosenbergów.ułatwili ekspansjonistycznemu ZSRR osiągnięcie równowagi atomowej. Stworzyli tym samym zagrożenie dla całej ludzkości. by Francja stała się wyłącznie mocarstwem w dziedzinie kultury. co nienawidzili Rosjan i tym. postępując zgodnie z obyczajem tajnych agentów. jak zwykle racja była po pana stronie.

zanurzając wargi w mocnej.pewną arystokratyczną nonszalancję — przypomina mi w tym Obłomowa — być może też nieśmiałość. żeby uczynić je popularny- mi. Eliczka była szczęśliwa. i przez pragnienie przypodobania się zwierzchnikowi. Generał-major uścisnął majora: — No więc? Pitman uwielbiał sposób. grzechotały wesoło nad Mo- skwą. zobaczymy się znowu. ściągając na siebie i na myślących tak jak on odium społeczeństwa. z kieliszkiem koniaku. Jakub Mojsiejewicz. uśmiechnięty. pachnącej garbnikiem herbacie. W samym akcie spełniania misji znajduje energię działającą jak zapalnik w sto- sunku do spoczywających w nim w ukryciu mocy. „Niechże pan przyjedzie. z ex-libri- sem. Powinniśmy teraz wyszukać dla mojego protegowanego odpowiednią misję” — odpisał. — Nie ma zgody. doznawał skojarzeń z bonżurką. podyktowany i przez zapał. Nawiozła paryskich prezentów dla wszystkich. gdy odczytywał. za jego po- średnictwem. Lecz dla natury takiej jak on decydujący jest fakt otrzymania misji. w jaki Abdulrachmanow wypowia- dał swoje nno więc. że powinniśmy wykorzystać talent literacki Aleksandra. list Pitmana. Mohamedzie Mohamedowiczu. że znów widzi swych rodziców i siostry. niektó- re skuwające zielone już gałązki. i to samo wystarczyłoby. Moglibyśmy wtedy. Abdulrachmanow uśmiechał się. Proszę pomyśleć. nie ma zgody — odezwał się grzecznie 59 . wielki pisarz. To znaczy on byłby im przeciwny. stylizowany. Wielkie sople lodu. wkraczał do znanego mu już maje- statycznego gabinetu. nikt nie śmie odmawiać mu znaczenia. Tym razem przywitała go wiosna. Reakcyjny i sterowany przez nas pisarz mógłby wyrządzić wiele zła reakcjonistom. propagować pewne idee. — Wydaje mi się oczywiste. i atakuje nas systematycznie.

Ja czekałem. Secundo. ale ten chłopak nie będzie nigdy pisarzem. że stawiamy na talent Psara. tylko doskonali swoje pisarstwo. mój srebrzysty Jakubie Mojsiejewiczu. i oddał mi kartki: — Jak na siedemnaście lat to jest niezwykłe. myślę. płakać się chce. Pisanie jest jego sposobem osiągnięcia tego celu. że nie ma w tym żadnej oryginalno- ści: w prozie naśladuje Gogola. biorąc wszystko pod uwagę. skoro oni nie znajdują teraz żadnego posłuchu. 60 . jak to jest w jego zwyczaju. towarzyszu Bernhardt? — Jeżeli. to bardzo nieznacznie. niech pan spojrzy na naszą literaturę. jak zatkana trąbka. — I cóż z tego? — Ten chłopak żyje w Europie Zachodniej i nie zamierza szybko jej opuścić.Abdulrachmanow. dopiero później ich doskonale- niem. w poezji Tiutczewa. Primo. i to dla trzech powodów. co zrobiłem? Zaniosłem przysłane mi przez pana prób- ki pisarskie towarzyszowi Bernhardtowi. — Dlaczego? — Po pierwsze dlatego. Tertio: wie pan. — Czy nie przesadzacie trochę. a tu okazuje się. W końcu to specjalista. że mógł mieć rację. po cóż mamy walczyć z reakcjonistami. — To tylko potwierdza moje przypuszczenia: to nie jest prawdziwy pisarz. Czytał je bardzo uważnie. Wreszcie zaburczał. którego wkręcał do cygarniczki. — Z tego stanowiska Bernhardt już nie ustąpił — kontynu- ował Abdulrachmanow — i. każdy sterowany pisarz traci talent. — Nie ma zgody. że on nie myśli na razie o publikacji. że on go wcale nie ma! — Co w takim razie z nim zrobić? Przecież nie polityka. Poza tym pi- sze po rosyjsku. Powołaniem urodzonego pi- sarza jest stać się osobą publiczną. No bo załóżmy. zezując jednocześnie w stronę papierosa. Gdzie i jak będzie publikował? — Wydaje mi się. Prawdziwy pisarz przede wszystkim interesu- je się publikacją swoich prac.

Kogo zresztą miałby urabiać swym wpływem generał? Pułkowników. czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twór- czość. jednym poma- gać w rozwoju. Nie wie pan. Agent literacki to ktoś. żeby zająć jego miejsce? — Może więc dziennikarz? — Tych mamy już dosyć. co zrobimy z naszym Psarczykiem. ale za to można nakierowywać geniuszy. żeby zaszczepić ją także we Francji. Ale już wiem. pobudzać ich. a mieć swojego generała w armii francuskiej. poprawia je trochę. wyjaśnił mi to. Nie powinniśmy dopuszczać do tego. Nie bę- dziemy wyręczać dyrekcji «S». Widzi pan. Zamawia u innych maszynopisy. Może żołnierz? Ma to we krwi. nie można być geniuszem na zamówienie. zostanie agen- tem literackim. którzy tylko czekają. że nie mamy? To są jednak agenci pene- trujący przeciwnika. Zawsze inkasuje swój procent od zysku. My zadbamy o to. zajmujących się Ameryką. Wszystko. 61 . inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. mój tombakowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Oto jak się sprawa ma w Ameryce. tłamsić rozwój innych. zanosi je wydawcom i pobiera procent od honorarium. nudzi go śmiertelnie. Nie. Inaczej mó- wiąc. począwszy od gier zespołowych aż do głosowania powszechnego. co się wiąże ze zbiorowością.. a nie kształtujący jego poczynania. co to za zwierzę? Ja też do niedaw- na nie wiedziałem. — Kto powiedział. nie to.. zwłaszcza gdy go o to prosi jakiś wydawca. kto sam nie potrafi nic napisać. za to innych namawia do pisania. przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo. aż on odejdzie na emeryturę. żeby nasi agents d'influence spotykali się zbyt często. by wykazać się swą użytecznością. jak rzymscy wieszczbiarze. Nie mogliby się wtedy po- wstrzymać od śmiechu. Zdarza mu się także być naganiaczem pisarzy. niech oni się tym zajmują. ale jeden z pańskich kolegów.

Dochodzę do przekonania. jakie są. miejsca kruche. Mohamedzie Mohamedowiczu. tak jakby dotykał skrzydeł motyla. jak sądzę. że Psar nie będzie pisarzem. jak z tym walczyć? — Widzę dwa zagrożenia. z wdzięcznością. postanawiamy więc. gdzie mogłaby się zrodzić reakcja przeciwko naszym zamiarom. nie spotkał jej jeszcze. nie może całkiem gładko przełykać dzień w dzień własnego odstępstwa. by zmienił przynale- żność. nie- pewne strefy jego osobowości. przeczyta raz jeszcze rozdział o Dźwigni w Vademecum. Któryż inny oficer tej instytucji potrafiłby powstrzymać się od sarkastycznych uwag? 62 . że mamy do czy- nienia z romantykiem. czemu nie? Przekona się pan. że większość współczesnych pisarzy przypomina kolonię sztucznie hodowanych ostryg. płeć piękna? — Tak. Pereł prawdzi- wych nie potrafimy wydrukować. nasi autorzy nie będą się więc wyróżniali. Zdawał też sobie sprawę. w związku z tym. Pa- trzy wtedy na mnie z wyższością albo też. jeśli atawizmy naprawdę istnieją. — Będziemy nad nim pracować. Jeśli odbędzie ją we Francji. o którym marzy Dosto- jewski. w stylu biednego rycerza puszkinowskiego. nie będzie go z nami wiązała żadna lojalność polityczna. Po pierwsze służba wojskowa. z jego atawizmem. lecz zajmie się wylęgiem innych pisa- rzy. mój perłowy Jakubie Mojsiejewiczu. Druga rzecz to. Dobrze. wy- starczy że spotka inteligentnego oficera. bardziej ze złości niż ze wstydu. Ktoś z jego tradycjami. jeśli żartuję w sposób nieco żołnierski. i. Trudno go nakłonić do rozmowy na ten temat. Jeśli dobrze rozumiem. Pitman mówił o tych chłopięcych fantazmach z pewną deli- katnością. Czasem bąka coś na temat „bratniej duszy” czy siostrza- nej duszy. o przyjaźni łączącej go z Mohamedem Mohamedowiczem. Niechże pan. Jeśli Oprycznik poczuje się Fran- cuzem. jak mi się wydaje. czerwieni się. prawdziwym rosyjskim romantykiem. pańskim zdaniem. Proszę mi teraz powiedzieć. ale perełki kulturalne.

. Pitman uzyskał. Dlatego też sposób. Tych parę groszy. jak się zdaje. po czym wybrał miejsce. Zobaczymy. Agent d'influence. zgo- dę swego przełożonego. Jakubie Mojsiejewiczu. czas i dekora- cję ceremonii zaprzysiężenia. z jaką Ab- dulrachmanow wypowiadał się na temat młodego Psara lokując w nim równocześnie wielkie nadzieje. to nie to samo co jakiś informator. W samą porę przyszła śmierć Dymitra Aleksandrowicza. Kobiety łacińskie. — Mówiąc krótko. to jeszcze nie był prawdziwy akt przyję- cia do służby. — Nno wwięc. które mu pan dał. Proszę też przygotować jego przyjęcie do departamentu. Gdyby się coś zmie- niło. Nie rozumiał wrogości. W przeciwnym razie trzeba się strzec kobiecej dominacji. żeby się mógł przyzwoicie ubrać. w jaki podszepnie mu pan pierwszą inspirację. są w tym dość mocne. Tylko proszę mi nie skaleczyć podczas tej operacji mojego beniaminka. którego się trzyma na smyczy żąda- jąc wciąż nowych „dostaw”. Pitman wrócił do Francji. proszę o wiadomość. posługując się specjalnie szyfrowanym telefonem. ale nie przeszkodziło mu to wypełnić otrzymanych rozkazów kompetentnie i z poświęce- niem. . żeby siostrzana dusza miała w sobie coś wielkorosyjskiego. jest wciąż prawiczkiem? — Tak mi się wydaje. Aleksander powinien być zupełnie samodzielny. Przyniosła też oczekiwaną okazję dalszego działania. W dniu pogrzebu wziął samochód i udał się do Saint-Geneviève-des-Bois. póki nie będzie nowych instrukcji. Na razie trzeba go zakonserwować w tym stanie.. co się da zrobić dla naszego nie- pokalanego panicza. będzie dla niego równie znaczący jak chrzest dla chrześcijanina lub obrzezanie dla Żyda. trzeba będzie.

jakby wszyscy przed chwi- lą opuścili koszary cesarskiej gwardii. Podobnie więc jak KGB góruje nad Czeka. mój młody przy- jacielu! Po pierwsze Czeka nie istnieje już od dawna. Jeśli zaś idzie o Boga. niech go pan postawi obok tego rozpustnika Jupitera. że robię znak krzyża? To ze względu 64 . bóg chrześcijan jest wydaniem przejrzanym i poprawionym bo- ga Żydów. choć nie chce- my się wyrzec naszej babci.. czeki- sta? — Ależ pan jest nafaszerowany przesądami. Ale w dziedzinie boskiej istnieje stały postęp.. że ludzie potrzebują bogów i myślę. — Nie jestem głodny — oświadczył Aleksander. Malowidła nawiązujące do rosyjskiego folkloru pokrywały ściany i niski sufit. Zamówił wódkę i zrobił w powietrzu znak krzyża nim wychylił pierwszy kieliszek. Kelnerzy różnych naro- dowości starali się stwarzać wrażenie. Zaskakuje pana. Komitet Bezpieczeństwa Państwa to coś zupełnie innego. Aleksander spoglądał nań ironicznie: — Pan wierzy w Boga? I to w Boga chrześcijan! Pan. Pośród wszyst- kich bogów bóg mojego ludu był od dawna najbardziej boski. — Trzeba uczcić pamięć zmarłego — odparł na to Pitman. tak samo jak w sprawach ludzkich. Proszę. że sama ta potrzeba jest już Bogiem we własnej osobie. jakże to panu powiedzieć? Widzę. 2 BOSKI WĘZEŁ Naprzód — zaraz po zakończeniu uroczystości pogrzebowych — Jakub Mojsiejewicz zaprosił Aleksandra na obiad do „Złotego koguta”. taniutkiej restauracji rosyjskiej położonej na skraju Dzielnicy Łacińskiej.

kręcone schody. Gdy natomiast mam urlop i odwiedzam mojego ojca. Aleksander skinął głową. — Czy widział pan kiedyś Paryż stamtąd? — spytał Jakub Mojsiejewicz. — Nie udało mu się wrócić. Po obiedzie wyszli na zakurzoną. Jeść i pić na pamiątkę zmarłego równało się świętowaniu życia w obliczu śmierci. ochrzczony przez Ludwika XIV i Marię Teresę. zamiast nie- go. Weszli na ciasne.na myśl o pańskim ojcu. jakby jednoczył ich ten dziwny sakrament stypy. wskazując jednocześnie wieże Notre-Dame. — Pomogę panu wypełnić wolę ojca. objaśniał. Żeby uczcić muzułmanina dotknąłbym czoła i piersi. Przewodnik mówiący z ostrym. mię- dzy którymi tkwił nieruchomy. Czuli się tak. Na widok zakąsek poczuł gwałtowny głód. jakby połączyły ich nowe więzi. Mięśnie jego krótkich nóg zesztywniały szyb- ko. Pokonali dwieście pięćdziesiąt pięć stopni prowadzących do galeryjki. jego płucom urzędnika brakowało powietrza. Po kilku kieliszkach był nawet w stanie mówić o ojcu. do stopu wla- no też złoto i srebro. że dzwon waży trzynaście ton. płomieniem spalającym jednocześnie nadmiar wódki i zmartwienia. przestrzeń dziwnie teatralną. Tuż za nim lek- ko wspinał się Aleksander. właściwym wszystkim drobnym funkcjonariuszom ak- centem. Aleksander też napił się wódki. którego ciało zaczęło właśnie pod- legać rozkładowi w cieple promieni słonecznych Sainte- Geneviève. a w sobotę nie kiwnę nawet palcem. ogromny dzwon. Po krótkiej chwili odpoczynku oglądnęli dzwonnicę. dźwięk bijącego dzwonu rozchodzi się w promieniu dziesięciu kilometrów. pełną drabinek i pomostów. nie domagam się wieprzowiny. To ja mam wrócić. Prowadził Pitman. Wskazując na odstępy między składającymi się na ruszto- wanie dębowymi i kasztanowymi belkami powiedział: 65 . upalną ulicę. któremu ten wysiłek fizyczny wydał się nagłym szczęściem. dzieje się to cztery razy do roku.

Uzupełniwszy w ten sposób swe wykształcenie. — Nie wiem — przyznał się pokornie Pitman. chociaż migota- nie światła na dachach niezliczonych kamienic zdawało się jesz- cze bardziej nasilać promieniowanie słońca. jednak bardziej zajmowały ich myśli i perspektywy wewnętrzne. wysoo-kość. które zaprojektował sto lat temu Viollet-le-Duc. Eustachego i bryły Saint-Sulpice. kościołów. Pitman o tym. Nieświadomie musieli rozpoznawać tiarę Inwalidów. Ich oczy pełne były Paryża. szeroo-kość. Mogli więc pogrążyć się w namyśle. Z powrotem na galeryjce nakazał zwiedzającym podziw dla siedzących w kucki potworów. Wie pan. — Ależ nie. ponieważ architekt tworzy w trzech wymia- rach: dłuu-gość. co ona symbolizuje? — przemawiał jak nauczyciel zwracający się do leniwego ucznia. pływającą wyspę Sacré-Coeur i igłę busoli — wieżę Eiffla. umiesz- czone są u wylotu rynien. dzwonnic i kołyszącego się morza da- chów. szkielet św. Aleksander i Jakub Mojsiejewicz oparli się łokciami o parapet. który roztaczał się przed nimi. Patrzyli więc nie widząc kopuł. to jest gargulce. Na tej wyso- kości lżej się oddychało niż na poziomie asfaltu. — Jest to rodzaj filtru ucinającego wibrację. wież. Nie przeszkadzali im turyści. odprowadzających wodę z dachu. piu- skę Panteonu. jednocześnie gigantyczny w skali i wyrafinowany. 66 . Aleksander myślał o ojcu. Gdyby go za brakło. które pożerały się nawzajem po- nad Paryżem. Rzygacze. rozhuśtany dzwon doprowadziłby do zniszczenia całego kościoła. ten dorastający chłopiec i obok niego młody mężczyzna. proszę pana. — Architekta. którzy o tej porze roku byli mniej liczni. — Sławne średniowieczne rzygacze — powiedział z uzna- niem Pitman. Proszę się przyjrzeć tej figurze o trzech głowach. Tu natomiast mamy do czynienia z chimerami. co nazywał „świętą chwilą” rekrutacji. Milczeli. Ten krajobraz.

zawie- szeni ponad światem. że posiada się jakiś kwadrat zie- mi. Mógł jeszcze opóźnić jej nadejście. mając za sobą tę mogącą przyprawić o zawrót głowy konstrukcję. nie licząc tego najwięk- szego. Wreszcie Pitman przerwał milczenie: — Czytał pan Balzaca? — Ma pan na myśli Rastignaca. I nawet. Pitman czuł przyśpieszone bicie własnego serca. że czyta pan nie tylko Bal- zaca. Trwali na galeryjce balkonu. różnic i podobieństw. To zależy tylko od pana. Zbliżała się „święta chwila”. Jak na marksistę to niepoważne. nie chodzi mi o posiadanie w sensie mieszczańskim. Chodzi mi o głęb- szy związek. lecz zwle- kając mógł też wszystko popsuć. kredową bielą lub białawą si- nością. — Jakubie Mojsiejewiczu. pełen kurzu i patyny.. gdyby znalazł się na tej galeryjce i wi- dział to wszystko co my widzimy. — Nie ma już królów — rzucił zimno Aleksander. Król Francji. chociaż żaden z tych budynków. co rozpościera się przed nami. jakby dźwigany przez ogromną win- dę transportującą talerze. widzę. — Ależ są. nie należałby do niego. I będą zawsze. — . prowadząc mnie „na szczyt świątyni”? 67 . na dole. To dziecinne wyobrażać sobie. rzucającego wyzwanie Pary- żowi? — Przyjemnie byłoby mieć to wszystko. lecz i Ewangelię.i nawet— dokończył — pan mógłby być jednym z nich.zdawał się wznosić ku nim.. . Był wzruszony tak jak musiał być wzruszony młody mężczyzna epoki wiktoriańskiej na mo- ment przed oświadczynami.. Pitman mówił dalej: — Oh. Czyżby chciał mnie pan wystawić na pokusę. mógłby sobie powiedzieć: „To moje”. i świat powracał do nich błyskając swymi szarościami i szarymi zieleniami. ponieważ płaci się zań podatek gruntowy. Aleksander nie zareagował na to.

On to przeczuwał. jaki dla niego żywi — czy wie pan. Pitmana uraziło to. tym razem innym tonem: od czasu do czasu posługiwał się w rozmowie z Aleksandrem patronimikiem. Nie. tyle że w tamtej epoce nie ośmielił się tego wypowiedzieć. gwałtowna chęć „powrotu”. Okazja została zmarnowana. Aleksander nic na to nie powiedział. Ku- sząc młodego człowieka chciał korzystać z mitologicznych skoja- rzeń. że to nasz zawód jest najbardziej czcigodny. czy nie należałoby chwilowo wycofać się. który pan miał na myśli. Czy nie należałoby mimo wszystko iść dalej? — Aleksandrze Dmitryczu — zaczął znów Pitman. Natrafiwszy na niesprzyjającą rezerwę Psara. Aleksander patrzył prosto przed siebie: — Rozumiem. trzeba jeszcze znać adres. posłużyłem się ulubionym żartem oficerów wywiadu. że Aleksander posłużył się stosunkowo pruderyjnym określeniem charakterystyczne było dla dystansu. Chrystus popełnił wo- bec ludzkości nie dający się odkupić grzech. jaki jest najstarszy zawód świata? — Tak. Nieprędko jednak pojawi się rów- nie korzystny zbieg okoliczności: pogrzeb ukochanego ojca. jaki zachowy- wał zawsze wobec „tych spraw”. ale jeśli chce pan zakończyć ten żałobny dzień wy- cieczką do domu publicznego. Chętnie igramy z myślą. Pitman począł się zastanawiać. by kuszony zdawał sobie z nich sprawę. — Źle mnie pan zrozumiał. co miało podkreślić szacunek. A skąd pan wie. to niech pana diabli wezmą! To. do którego pan nawiązuje. Postanowił pan zwerbować mnie dzisiaj na dobre. ja czy tam także Dostojewskiego. nie tak jednak. A może brakowało mu ostrości spojrzenia. lecz nie zdra- dził swej reakcji: — W dniu. Żeby pójść do domu. że ja się nadaję do wywiadu? I czy w ogóle 68 . że odgadnięto jego zamiary. Widzi pan. Widzi pan.

Prawdziwie nowoczesna wojna. Pitman był szczerze wzruszony. To znaczy zawsze gdzieś. Łysen- ko dowiódł. Zależało mu na szczerości. w jakimś kącie świata. chciał. będą trwały potyczki. 69 . że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu — od- powiedział Pitman. tyle że bez realnych konsekwencji. Wtedy nie- wielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe. Jakubie Moj- siejewiczu. że żaden bolszewik nie będzie miał mi tego za złe.to mnie interesuje? Nie chciałbym pana dotknąć. żeby jego entuzjazm był zaraźliwy. a od dwudziestu po- koleń moi przodkowie zajmowali się wojaczką. w tym punkcie możemy się najlepiej porozumieć pod nosem burżuja. ani w czasach naszych bogatyrów. Przeciwnie. bohaterskie czyny i okrucieństwa. Niech mnie pan pośle na wojnę. jak mi się wydaje. ekonomiczna. Jeśli dobrze pamiętam. Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej. Jej zwycięzca bę- dzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni. że przyszłość nie należy do sztu- ki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. Nie- szczęśliwie się dla pana składa. wkrótce i my ją będziemy mieli. — Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. Aleksandrze Dmitryczu. Sądzę. to bardziej będzie od- powiadało moim skłonnościom. będą zabici. Amerykanie mają bombę atomową. pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwe- renny niż niegdyś królowie. Efekt: koniec łamania kości. musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii. Myślę. nic więcej. że dziedziczy się cechy nabyte. — Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebrannego. niestety. jak strącenie pionków na dalekim przedpolu. próba sił. Bę- dzie to wojna bardzo wydajna. ale dla mnie to zajęcie pachnie czymś trywialnie poli- cyjnym. wcale nie śmiercionośnej.

— Oczywiście. W skrócie: chce pan. wyjawię panu teraz coś ważnego — pauza. przeciwnik jest odtąd uzależniony 70 . Pitman uśmiechnął się pobłażliwie: — Wywiad i kontrwywiad to tylko dwie strony tej samej rze- czy. Obie armie będą wyposażone w broń i liczebniejszą. ale nie będą z niej robiły żadnego użytku. że się nie myli- łem. nie można zaprzeczyć. przeszko- dzić mu w poznaniu moich sekretów. to dość pasywne rozumie nie naszych zadań.. — Wiem: wywiad i kontrwywiad. lecz wciąż dość prymitywnej. Rożdże- stwienskiego decydującego o ruchach floty japońskiej pod Cu- szimą. że naprawdę można. ująć można w dwóch aspektach. Sprawy nabierają rozmachu od momentu. jako że pański ojciec był marynarzem. owszem. co pan nie dość precyzyjnie nazywa wywiadem. Jego wargi poruszyły się: — To może być zabawne. po dwudziestu czy trzydziestu latach. żebym zajął się wywiadem.. zawsze tkwiące w pochwach. — To. — I to właśnie nazywamy aspektem czynnym operacji.. zobaczy pan. — Aleksandrze Dmitryczu. — Wszystko zrozumiałem. Próbować poznać zamiary przeciwnika. — Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada. może pan nie skorzystać z otwierającej się przed panem drogi. — I myśli pan.. nie płynie panu ślinka do ust? Aleksander uniósł oczy. iż świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. Ale wtedy. jest pan człowiekiem wolnym. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę. brązowe i jakby przysłonięte mgieł- ką. które on później zechce wprowadzić w życie. któ- rym przysługuje wspólna nazwa wywiadu. istotnej. dyrygującego Wielką Armią napole- ońską. i do- skonalszą niż kiedykolwiek. Co. To będą wielkie szable. Niech pan sobie wyobrazi Kutuzowa. kiedy to my podpowiadamy przeciwnikowi jego intencje i za- miary. albo też.

lustro. Dalej. — W takim razie niech pan nic nie mówi — Aleksander znów stał się chłodny. znaczonych przez ciosy zadane.. do której trzeba trzech part- nerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary. daleki. Dalej. Gdybym je panu zdradził. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji. Cztery pozostałe w porównaniu z nim to dziecinne za- bawki. Pitman zatrzymał się. ale zaaranżuję coś ta- kiego. którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. biała propaganda.. iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami. Jesteśmy jedynym mocarstwem. pozwa- lającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. intoksykacja. byłoby to niczym przekazanie sekretu bomby atomowej pięć lat temu. — Piąty sposób jest tajny.. Pitman poprawił się: — Jedno słowo tylko: piąty sposób polega na wywieraniu wpływu. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym.” 71 . Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Można to powtarzać milio- ny razy. — A piąty sposób? Trucizna zaczynała działać. z którego odpływała rtęć. Stateczek wy- cieczkowy. Wreszcie dezinformacja. których on wcale nie żywi. — Myślę. że się waha. pojęcie. to dla niego gra się tę komedię. czym strategia wobec taktyki. na której suszyła się litania koszul i girlanda kalesonów. że mogę panu wy- jawić. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo.. pełen turystów w pstrokatych ubraniach. Pamięta pan słowa Karola Marksa: „Minęła już epoka rewolucji.od nas — Pitman udał. Powiem coś. mijał się z barką. czarna propaganda. patrzył na Sekwanę. a które nie będą się podobały temu trzeciemu. że pan mi je wykradnie. polegająca po prostu na stałym po- wtarzaniu: „Jesteśmy od was lepsi”. które wypracowało pewne techniki. Po pierwsze. co będzie pana szokowało. Aleksandrze Dmitryczu.

stojącą na czele nieświa- domych mas ludowych” — dokończył Aleksander. że bardziej go zaintere- suje system.. — Czyżby prorok się pomylił? — Miał słuszność w odniesieniu do jego czasów. który był już wcześniej zaprojektowany. że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjoekonomicznych. ponieważ dysponujemy inkubatorami? — Chcę powiedzieć. Pitman zniżył głos: — Otóż właśnie. nic nas nie drażni bardziej niż zagraniczne partie komunistyczne (nazywamy je „korporacjami”). Nie. poprzedzony przez wcześniejszą ewolucję. jakim to rajem jest Związek Radziecki. to nie jest raj. Tego Marks nie mógł przewi- dzieć. Miała też z ko- nieczności być epizodem gwałtownym. 72 . w którym „Jehowa z Trewiru” poddany został po- ważnym rewizjom. powtarzające w kółko. — Znam tę waszą tabliczkę mnożenia. łatwo to wykazać. Wszystko to przestało odpowiadać realiom dwudziestego wieku.. — Dzisiaj możemy sprowokować „historyczny moment” przy pomocy odruchu Pawłowa. ale te czasy minęły już. Naprawdę. by Aleksander nawrócił się na marksizm. że mamy inkubatory. Według Marksa rewolucja przypadła na określony mo- ment historyczny. które same znoszą jajka. — Chce pan powiedzieć. jakoby uwarunkowania te zaistniały. Łatwiej było sobie wyobrazić. to już nie obowiązuje. że nie potrzebujemy już kur do wy- siadywania jajek. ten bowiem może natychmiast stać się przedmiotem ataków. Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już. Pitman nie wierzył nigdy.przez świadomą mniejszość. ale także i od czyjegoś przekonania. — „. że w miejsce dawnego porządku nie po winno się proponować żadnego „nowego porządku”. Miała ona na miejsce dawnego porządku wprowadzić porządek nowy. choćby przeczyło to faktom. spazmem Historii. Odkryliśmy też.

zgodnie z którym zaczyna się od propagandy. owszem. Aleksandrze Dmitryczu. Co natomiast należy robić. a potem roz- pętuje się powstanie. i to za pośrednictwem metod. ma jednak służyć tylko jako detonator eksplozji i wybuch ten wcale nie musi być gwałtowny. za pośrednictwem środków masowej informacji. by większość danego społeczeństwa poświęcała znany sobie stan rzeczy dla takiego ryzyka. dźwigał i mimo to pozostawał w miejscu. żeby ten pociąg odje- chał bez pana. my jednak poszliśmy dalej. już zmodyfikowany przez fotografię prasową i kino. Wierzymy. Nie wiem. Obecnie terroryzm ma nam po prostu dostarczyć okazji wywarcia naszego wpływu. to rozmontować stary porządek nie proponując na jego miejsce żadnej konkretnej wizji. ale nie dzięki jej nadzwy- czajnym właściwościom. Sche- mat. która na nowo przywróci znaczenie jednostce. Później jednak lud pokazał się na scenie i odtąd terror indywidualny stracił przydatność. tylko na skutek wzrastającej roli maso- wej komunikacji. że cha- rakter człowieka. Marks rozumował jeszcze w kategoriach dwumianu encyklopedyści- jakobini. 73 . zmieni się raz jeszcze w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat dzięki telewizji. mass media. powiedzmy księcia. Terror. mogło zmienić historię danego kraju. Szczupła i blada twarz Aleksandra zwracała się wciąż ku Pa- ryżowi. i nie można domagać się. że raj dopiero powstanie. ku epoce. jest całkowicie przestarzały.i nasi wrogowie korzystają z okazji. Dopiero w momencie. wprowadzi się nowy porządek. W średniowieczu zabójstwo jednostki. czy zdaje pan sobie sprawę. Nie chciałbym. który unosił się. jest niezbędny. żebym się mylił: za dwa- dzieścia pięć lat wzięcie zakładników albo zabójstwo jakiegoś urzędniczyny wywoła większy rozgłos niż wojna kolonialna w wieku dziewiętnastym. wielkimi krokami. Dzisiaj znowu zmierzamy. Nie sądzę. o których Marksowi nawet się nie śniło. gdy stary system będzie się już rozsypywał. ale to jest właśnie akt wiary.

jak wieża Notre Dame. Szukał na gwałt odpowiednich zdań i zagadek. meсит!” I z przekory grozi wam palcem! Oczywiście. Być może i panu. mój kotecz- ku. Jeżeli rzeczywiście współczesna so- cjologia i psychologia pozwalają władać duszami. Matwiej Matwiejewicz trzymał cały świat we wnętrzu dłoni. — To mi się wydaje dosyć ciekawe — powiedział — to. i to w obydwu znaczeniach. a także coś w rodzaju szacunku.. i uśmiech wyrażał naiwny podziw: — Największy. Zresztą także i inne motywy i pasje kłębiły się w jego wyobraźni tym podatniejszej na bodźce. którego pragnął i który stał się wręcz jego obowiązkiem. których by to nie zainteresowało. że skrytej pod war- stewką udawanego chłodu.. A jednocześnie czyż nie był najserdeczniejszym z ludzi? — Nazwał swój podręcznik Vademecum dla «agents d»influence». Pitman uśmiechnął się.. Stawką był powrót.W miarę jak upływało popołudnie Aleksander z coraz większą jasnością pojmował. a nawet jeszcze wyższą. Młody Psar nie należał do ludzi. zawierającymi naszą doktrynę. my wszyscy vadons secum. ile można ofiarować agentom. Pitman spojrzał w niebo. wywieranie wpływu. tak jak i mnie. Zarazem jednak. dla którego żywił już pewne przywiązanie lub nawet sympatię. 74 . chciał tę samą gorączkę przekazać chłopcu. Ten pod- ręcznik napisany został przez naszych przełożonych. jakie miał stoczyć w życiu. los pozwoli spotkać się z nim kiedyś. a w szcze- gólności przez największego spośród nich. a przynajmniej tyle z niej.. że teraz powinien raczej intrygować niż po- uczać. Lubi żartować: „Quo vadis? Месит. — W naszym departamencie — zaczął znowu mówić — dys- ponujemy podręcznikami. palony namiętnym zapałem neofity. że rozpoczął się jeden z największych poje- dynków. Wiedział. Zobaczył przed sobą figurę swego dobroczyńcy wysoką jak galeria chimer. prawda.

Nasz sznur. — (Pit- man. ta chimera o trzech głowach.. nie zdawał sobie sprawy. Zaraz. z czego Aleksander. — To prawda — przyznał Pitman — skądinąd. kto próbowałby rozhuśtać ten dzwon gołymi rękami. A jednak gra ta nie była nie- przyjemna. Bez niego bylibyśmy niczym. na pół cynicznie wykorzystywał własne słabostki. tym bar- dziej. nawet jeśli jego łacina szwankowała nie- co. podobnie jak ktoś.. to w zdolności Aleksandra. był przecież oficerem wywiadu w wielkim stylu) — . — Wasza doktryna czerpie swą siłę skądinąd. to zasada. Ktoś. Ze swej strony Pitman domyślał się. Pitman odgadywał. Pitman zawsze chętnie się poddawał wielkodusznemu uczu- ciu podziwu i apotezy. Ale Pitman czuł swoją młodość. by nie przekroczyć dozwolonej 75 . Nasza doktryna jest jednolita. Oczywiście. że Pitman odgaduje jego zamiary. że jak sam powiedział. Widział pan ten dzwon: nie bije się weń pięścią.. Jeśli w coś mógł wątpić. Domyślał się też. do pewnego stopnia przynajmniej. jest długi.. niech pan zobaczy. wtajemniczyć go w rzeczy se- kretne. że Aleksander chciał się dużo dowiedzieć i mało obiecać. że Aleksander stara się go przechytrzyć. Jest jakieś podobieństwo pomiędzy nią i nami. by zmusić go do mówienia. bardzo długi. ma jednak formę tro- istą. wprawia się go w ruch przy pomocy sznura. kto zbliżał się do trzydziestki. tam. wielkie przygody miały się dopiero zacząć.jeśli odkryję przed panem.. że Pitman celowo dra- żnił i pobudzał jego ciekawość i że aby to osiągnąć musiał. Rzecz podstawowa.. Aleksandrze Dmi- tryczu. nie w siłę swej własnej wiary. na pół szczerze. Aleksander odgadywał. Był jeszcze bardzo młody. Pokaleczyłby sobie palce. podczas pierwszego sean- su wtajemniczenia będzie uważał. że nasze działania nie mogą być prowadzone bezpośred- nio. był już w poważnym wieku. — I cóż mówi to Vademecum? — Myślę. że nie popełnię wielkiego przestępstwa. rzecz jasna. co już dałem panu do zrozumienia.

. zgoda. wyraził zgodę. Co do statku. iż milczenie Aleksandra brało się nie z obojętności. lecz podyktowane było chytrością. nie zrobiłby mu z tego zarzutu. Powiedzmy więc raczej: na trzech obrazach. człowiek-góra. że właśnie w tej chwili oglądamy ten sam krajobraz. że nie mogę się od tego powstrzymać.. Pitman rozu- miał. Dzisiejszy dzień wydaje się bardzo odpowiedni. grób.granicy wyznań. przynajmniej do pewnego momentu. trzech artykulacjach. odczuwamy ten sam podziw. człowiek wielkoduszny. — Nasza doktryna. Pan wie. Obrazy te są jednocześnie tak bardzo tajemne. Znaleźliśmy się na pokładzie tego samego statku. i tak musiało się stać. łączy nas Rosja. zbudowana została na trzech archetypach. I jeszcze coś: zwyczajny fakt. dla- czegóżby miało się jej nie osiągnąć? Z całą pewnością jego mistrz. ale później trzeba będzie — pan. bo w ten sposób dałby okazję Pitmanowi do zasłonięcia się tajemnicą. że egzaltacja Pitmana jest poddana kon- troli. nasza wia- ra w Rosję. Rzeczywiście można było sobie wy- obrazić. tam gdzie znajdo- wała się Sainte-Geneviève. nie chciał zadawać więcej pytań. Aleksander poszukał wzrokiem południa. chociaż samo pojęcie archetypu nie wchodzi w skład naszego słownika. tak jakby to była arka Noego. i tak ważne. rozumie to z całą pewnością — trzeba będzie. którego ładunkiem był cały mikrokosmos. że nie powinienem ich pa- nu zdradzać. że egzaltacja dobrze mu służy. przeżywamy tę samą tęsknotę wygnańców. tak chciało przeznaczenie. trumna i ciało. że to Rosja czerwona zbawi świat. że się stoi na mostku okrętu. tak jak wyłożona została w Vademecum. pan i ja jesteśmy połączeni.. Skoro jednak wytyczona została granica. 76 . Aleksan- der natomiast wiedział. i wobec tego postanowił cierpliwie podsycać ogień. Aleksander milczał.. — Ostatecznie mogę panu w przybliżeniu nakreślić te trzy obrazy. żeby pan dał mi swoje słowo. Obaj wiemy. Pitman poddawał się egzaltacji i wiedział też.

. — Zaraz przedstawię to bardziej szczegółowo — dodał Pit- man. Ta druga partia sama się zdyskredytuje. — . za dowala się penetracją pacyfistycznej partii pod wodzą Eubuliu- sza i Ateny spadają mu w ręce jak dojrzała gruszka z drzewa. nigdy zaś jej nie zmniejszać. i także poddając się zmysłowej zawarto- ści obrazów. gdy od będzie pan u nas staż. — zaczął Pitman. Trójkąt i Drut. lecz po- wodowany szacunkiem.. by zdobyło wielką popu- larność. że przymknął oczy i na se- kundę zamilkł. i. Pod nimi krążyły w powietrzu gołębie. tym razem nawet nie z wyrachowania. dba się o to. Na dole mieszkańcy ciasnych mieszkań otwierali przed wieczorem okna. poruszony własną ewangelią.. Dam panu przykład wzięty z historii. jako że wielcy ludzie daw- nych czasów wyprzedzali czasem intuicyjnie nasze metody. Posługiwanie się pacyfistami stało się zresztą procedurą klasyczną. tak bogaty. Czy posłuży się białą propagandą: „Ateńczycy. W pustej teraz Sekwa- nie odbijały się obłoki. Im większa odległość między punktem oparcia i punktem przyłożenia. zawsze dążyć do jej powiększenia. Oto Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami. będziecie szczęśliwsi pod moimi rządami”? Nie. choć nie uczynili z nich jednolitej doktryny. i równocześnie stronnictwo dążące do wojny. przekona się pan o tym. że to odległość między tymi punktami tworzy dźwignię. Pa- cyfiści byli dźwignią Filipa. Aleksander był zaskoczony pospolitością tych obrazów. zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników. Chcąc zdobyć jakiś kraj tworzy się w nim stronnictwo pacyfistyczne. Temat wykładu wydał mu się tak piękny. gdyż niewielu tylko ludzi rozum- nych będzie przychylnych wojnie. 77 . tym większy ciężar może być uniesiony przy stałej sile nacisku. — Oto trzy archetypy. — Zacznijmy od Dźwigni.Dźwignia. Trzeba zapamiętać.. Co z tego wynika dla metody wywierania wpływu na przeciwni- ka? Nigdy nie powinno się tu działać na własną rękę. dalej.

W ZSRR. Biedne maleństwa doro- sły nie znając ołowianych żołnierzyków i karabinków marki Eu- reka. — Ten pomysł wyszedł z naszego departamentu. co jest dla nas korzystne. 78 . Właśnie dlatego ideałem dźwigni jest prasa. wystarczy zdać się na „rezonans”. mamy plakat z tym samym napisem. zauważony zostanie tylko krzyk. Propaganda pacyfistyczna we Francji była przykładem opera- cji typu „wpływ”. który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult armii. która trzyma w ramionach dziecko. Inscenizuje pan pojedynczy akt terrory- zmu. tym bardziej powiększa się rozgłos i znaczenie tego czynu. dzięki apelowi sztokholmskiemu? Pitman parsknął śmiechem: — Widział pan plakat przedstawiający matkę. wielu rodziców francuskich nie kupowało swoim dzieciom zabawek wojskowych. Ale im głośniejsze jej potępienie. nie trzeba na- wet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji. Prasa konserwatywna z oburzeniem potępia ten akt. nie podejrzewający. — To właśnie plakat działa jak dźwignia? — Ależ nie! Dźwignią jest naiwny widz. Gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania. Ale wie pan. że całkiem dobrze można głosić jedną rzecz. na jeszcze większą skalę. co jest na plakacie? Żołnierz Armii Czerwonej trzymający pistolet maszynowy. Kiedy byłem mały. że ktoś mógłby cynicznie posłużyć się tym hasłem. Rezultat: rok 1940. a wkrótce także inne mass media. Jeżeli tylko krzyczy się dość głośno i jeśli dobrze przy- gotuje się opinię publiczną. Na przykład dziennikarz. który przyjmuje przesłanie plakatu. w związku z apelem. prowadzonej przez Hitlera. wierzący w zalety pokoju. — A teraz my robimy to samo. działanie natomiast przejdzie niepostrzeżenie. Przykład: postanawia pan sterroryzować jakieś społeczeństwo. a robić coś całkiem prze- ciwnego. Wie pan przecież. pełen dobrej wiary. a nad nią napis: „Walczymy o pokój”? — Oczywiście.

żeby w grę wchodził tylko przypadek. z których był za- dowolony. że nasze ambicje znacznie przerastają tamten wyczyn. Nam nie chodzi o odszczurzenie świata. jakby wpadł we własne sidła. nie wierzę. też był z waszego departamentu. teatr wyobra- żonych tylko postaci. Lecz nagle Pitman odkrył przed nim inną dziedzinę i w tej samej chwili dziedzina ta wydała mu się nieskończenie bardziej pociągająca. Jeżeli postępuje się rozważnie i nie dopuszcza do kompromitacji gazety. W tym celu opanowuje się któryś z poważnych dzienników. Wie pan. który wyprowadził wszystkie szczury z Hameln. jakby pytał tylko od niechcenia. Nie tylko zresztą przyszłego: napisał już przecież wiele wierszy. pomnażając w nieskończo- ność nasz pierwotny wkład. że trzeba naprzód przygotować opinię publiczną. Pitman zachowywał się. a nie kapitaliści. opowiadań i dwie powieści. Aleksandrze. Jakże blednie teatr cieni. Niech pan po- myśli. — Tyle tylko. Jakubie Mojsiejewiczu? Pitman westchnął. — I na czym polega tendencyjna informacja? Aleksander mówił tak. W jaki sposób pan to robi. szukając bez powodzenia ironicznego tonu — że ten flecista. trzeba było jeszcze pozbyć się części ba- lastu. cała pra- sa zaczyna dotrzymywać jej kroku. — Przez podawanie tendencyjnych informacji. jakie to szczęście. Dotychczas Aleksander uważał się zawsze za przyszłego wiel- kiego pisarza. a Hamlet i wszyscy jego Duńczycy tańczą do wtóru? — Sądzę — powiedział Aleksander. który gra na swojej fujarce. którego poddanymi są dusze i wola ludzka? Czyż można sobie wyobrazić coś wspanialszego od Guildensterna. że to my odkryliśmy tę grę na flecie. jeżeli można inscenizować prawdziwe morderstwa i inspirować prawdziwe miłości! Czyż istnieje bar- dziej wzniosłe królestwo niż to. W gruncie rzeczy czyż pewnego ro- dzaju determinizm i pewna Opatrzność nie są jednym i tym sa- mym? — Powiedział pan. 79 .

Prawdą jest też. — Czy może mi pan podać kilka przykładów? — Spróbuję odtworzyć dla pana wykład mojego nauczyciela z okresu stażu. Byli świadkowie. deformacja prawdy. że w roz- mowie z Rosjaninem można ich uniknąć. że w małżeństwie Iwa- nowów nie brakowało problemów i przyznajecie.. dają do 80% prawdy na 20% fałszu. ponieważ z ich punktu widzenia ważne jest. zgoda. by jakąś bardzo konkretną fałszywą informację wzię- to za dobrą monetę. generalizacja. Chłop- cy z intoksykacji. że to Pietrow przyłapał żonę w łóżku z Iwa- nowem.. że istotnie w sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. Oto właśnie nieprawda nie dająca się zweryfikować. ale wydawałoby się. Oznajmia się więc po prostu. Załóżmy. Opinia publiczna nie może w żaden sposób sprawdzić. że przed tygodniem Iwanowa przyłapała swego męża na gorącym uczynku z Pietrową. To jest mieszanka prawdy i fałszu. Drugi. części równe. to by mnie interesowało. jeśli chcą uprawdopodobnić sprawę. dodajecie. My natomiast. jakim opera- cjom można poddać ten fakt. jeśli z powodów politycznych trze- ba by go było naświetlić tendencyjnie. Francuzi nie mogli się bez nich obejść. mówił. nierówne części. że już jeden jedyny fakt prawdziwy 80 . gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni. nie znosił erotycznych facecji. ilu- stracja. następujący fakt historyczny: Iwanow przyłapuje swoją żonę w łóżku z Pietrowem. zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika. — Nieprawda nie dająca się zweryfikować. Pierwszy przypadek: nie było świadków. Piszecie. — Vademecum podaje dziesięć przepisów na tendencyjną informację. mieszanka praw- dy i fałszu. Chce pan je poznać? — Tak. Okazuje się. jak było naprawdę. Pitman uśmiechał się frywolnie: — Pokażę wam. — Alek- sander zesztywniał. komentarz podtrzymywany. zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty. zmiana kontekstu. Proporcje jednego i drugiego mogą się zmieniać. że nie.

rzeczywiście. maleńkie dzieci. jaki jest Pietrow. Przyznajecie. krzyczycie głośno. Iwanow. Nie da się wykluczyć. Jest to wręcz bardzo prawdopodobne. Iwanow nakrył żonę w łóżku Pietro- wa. tyle razy leżał pod stołem. ale ironizujecie na temat łóżka. Do wielkiej ilości brązu dodali odro- binkę złota. wciągnął ją do siebie i właśnie rozpoczął proceder gwałcenia. gdy. To prawdziwe monstrum lubieżności. Najlepszy dowód. że także i obywatelka Piętrowa brała udział w spotkaniu Iwanowa-Pietrow. Cóż mają wspólnego ze sprawą ruchomości? Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle czy w fotelu. że pierwotna 81 . żeby mąż pijak pobił ją znowu? Sądziła. gdzie najprawdopodobniej towarzyszyły jej dzieci. na szczęście. Oto właśnie deformacja prawdy. A co miała robić? Czy miała pozwolić. który. że obywatelka Iwanowa znajdowała się w sobotę wieczorem u Pie- trowa. wy- ważył drzwi i ocalił swą skromną małżonkę od losu gorszego niż śmierć. jak wszyscy wie- my. że ma za sobą czternaście wyroków sądowych za gwałt. — Tak. w mieszkaniu zajmowanym przez nich wspólnie z Iwanowymi. wracający z fabryki. że nie zostawiła dzieci wydanych na pastwę tego bruta- la? Ponadto nie ma powodów by wątpić. jako że wszystko to wydarzyło się w sypialni Pietrowów. który przed chwilą oglądaliśmy. mówicie. ma w zwyczaju rzucanie oszczerstw na swą nieszczęsną żonę.służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw. ale przecież wszyscy wiedzą. że powinna się schronić u Pietrowa. rzucił się na nią. Zgadza się. pełen godności obywatel Iwanow. Teraz trzeci sposób. — To trochę tak jak twórcy tego wielkiego dzwonu. Czyż mamy podstawy do oskarżenia jej o to. gdzie po raz któryś z rzędu osiągnął rekordową liczbę trzech tysięcy nakrętek utoczonych w ciągu dwóch godzin dwudziestu pięciu minut. Tego dnia natknął się na Iwanową w korytarzu. Cztery — Pitman liczył na palcach — czyli modyfikacja kon- tekstu.

i przedstawicie idyl- liczny obraz szczęścia. by przeprowadzić. Opowiadacie na przykład. W sprawie. urodził się w Niżnym Nowgo- rodzie. Można tu rozwinąć ten sam mo- tyw: sielanka par małżeńskich w nowoczesnych osiedlach wzniesionych dzięki dobroczynnej wydajności władzy Rad. i tak dalej. W niczym nie modyfikujecie faktu. przepada za kiełbasą z czosnkiem. jakie Iwanow miałby wobec żony. małżonkowie Iwanowowie wrócili do siebie. ma kilka kochanek. lecz to w nich właśnie incydenty. prze- prowadzacie selekcję szczegółów.informacja nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat wyrzu- tów. dobrze pływa sty- lem grzbietowym. jakby był zaszokowany złymi manie- rami Iwanowa. Iwanowa aż podskoczyła. dajmy na to. jakie stanie się tam udziałem Iwanowów. w której przechodzi się od rzeczy ogólnych do szczegółowych. w czasie wojny był artylerzystą. którą macie zrelacjonować. Siódmy chwyt to pewna odmiana szóstego. świet- nie gra na organkach i w warcaby. potrafi ugotować syberyjskie pielmieni. krytykę mieszkań dzielonych przez wielu lokato- rów. w której może sobie gruchać do woli. a nie od szczegółowych do ogólnych. zdarzają się znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. lecz 82 . Następnie opisujecie nowoczesne osiedle. między innymi Iwanową. Pie- trow zachowywał się tak. będącego jednym z przeżytków carskiej Rosji. mówicie. i wymieniwszy uwagi na temat powszechnego zepsucia obyczajów. prawdziwych lecz niepełnych. Zalewacie wasz prawdziwy fakt wielką ma- są innych informacji. taka jest nerwowa. Pietrow. to stachanowiec. na sześćdziesiąte urodzi- ny ofiarował matce kanarka. że Iwanow wszedł do pokoju Pietrowa bez pukania. Szósta metoda: komentarz podtrzymywany. Istnieje też wykręt będący odwrotnością zacierania. to ilustracja. Piąte: zacieranie. w których mężowie zaskakują kochanków. mianowi- cie wybrane fakty. gdzie każda para turkawek ma swoją garso- nierę. Jest ich już coraz mniej. lecz korzystacie z niego.

W ten sposób dowo- dzicie waszej bezstronności. tu. U profesora uni- wersytetu. nikczemnego uwodziciela. dziesiąta metoda. Wyobraża pan sobie. na tej galeryjce. Drukujecie też dziesięć listów w jej obronie. tylko po to. zamawiacie tekst pisany w obronie kochanków. rozwiązłości. gdzie zdarzały się pożałowania godne epizody. mający pięćdzie- siąt linijek. Publikujecie następnie jeden list potępiający Iwanowa — nawet jeżeli dostaliście sto takich listów. Z zachowania Iwanowej wyprowa- dzacie ogólne. postępującą właśnie według tych zasad. jaki to postęp w stosunku do miesz- kań o wielu lokatorach.zakończenie będzie inne: o. żeby pana rozerwać? 83 . też na pięćdziesiąt linijek. świetnego i lubianego przez czytelników polemisty. rzecz jasna. Ale. którymi zajmie się pan podczas stażu. — Wydaje mi się — powiedział Aleksander — że znam pew- ną gazetę francuską. na przykład właśnie sytuacja Iwanowa. tak sobie. uniewinniając jednocześnie nieszczęsną przedstawicielkę bezwstydnie eksploa- towanej płci.. natrafiającego na swą żonę u sąsiada! Ósma jest generalizacja. nawet jeśli nie przyszło takich listów więcej niż dziesięć. i równocześnie u jakiegoś idioty ze wsi zamawiacie ich potępienie. Wte- dy. krótki wykład. obwiniacie Pietrowa-Casanovę. Wreszcie części równe. Zwra- cacie się do waszych czytelników i proponujecie im. Lub też. przeciwnie. pełne konfuzji wnioski na temat niewdzięczności kobiet. Technikę numer dziewięć nazywamy: nierówne części. by sami oce- nili ten incydent. Aleksandrze Dmitryczu. by mógł pan wy- robić sobie zdanie. ich temat będzie znacznie poważniejszy. czym jest tendencyjna informacja i na czym polegają ćwiczenia. natomiast pomijacie mil- czeniem współudział Pietrowa. Oto. ich niewierności. że wyjawię panu całą naszą doktrynę ot. czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? — Pan jest nienasycony..

— Czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? Tyl- ko o Trójkącie. — Tak.. — W jaki sposób zniszczyłby go pan od wewnątrz? — Przy pomocy metod. proszę. w obrębie której doszło do konfliktu. przeciwnika i. Powiedzmy. — Dobrze. wypracowaliśmy całą interpretację Historii. w innym kraju. Tymczasem myśmy opracowali setki metod. dobierać się do niego gdzie indziej. jak korzystne okaże się dla nas pojawienie się słabo rozwinię- tych zdekolonizowanych krajów: za ich pośrednictwem będzie można podjąć działania antyamerykańskie na wielką skalę. nad którym się pracuje. czyli państw utwier- dzających jego panowanie w świecie. Otóż zacząłbym mnożyć przyjacielskie gesty pod jego adresem i zara- zem prowadziłbym niszczycielskie prace wewnątrz kraju. Czy zdąży mi pan wszystko opowiedzieć. aż roz- sypałby się. Za- łóżmy teraz. że nie. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas. bardzo krótko. których można się nauczyć. materiał kontrastujący. że chcę zaatakować wielkie cesar- stwo. 84 . Oto dlaczego metody. że zainteresowałby mnie któryś z tych krajów. nim dozorca zamknie wieżę? — Oczywiście. w innej dziedzinie inte- lektualnej niż ta. Nie będę go zaczepiał bezpośrednio. za to zdyskredytuję je pośród jego sojuszników i klientów. Jako przykład podałem panu dziesięć dziecinnie łatwych przepisów. jako że cała jego struktura zostałaby unicestwiona. że tak po- wiem. Zobaczy pan już niedługo. innym kontekście społecznym. cały świa- topogląd techniki wywierania wpływu. wręcz całą kosmogonię. które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją w jakiś czas później. którymi możemy posługiwać się razem lub roz- dzielnie. Alek- sandrze Dmitryczu. zawsze po- średnictwa. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na własnym ani na jego terenie.. oświetlający. Naprzód trzeba dogłębnie poznać społe- czeństwo. Chodzi o jeszcze jedno zastosowa- nie głównej zasady: żadnych działań bezpośrednich. odzwierciedlający nasz manewr.

Wytworzę w społeczeństwie i u najsłabszych przedstawi- cieli elit przekonanie. Każdy z tych trzech elementów wspomagany będzie przez specjalne ak- cje. że postanawiam rozciągnąć mój wpływ na pe- wien kraj. iż można je bezkarnie atakować przejdę do trzeciej fazy mojej akcji (na tym zresztą polega istota inteligentnie pojmowa- nego terroryzmu). które chcemy opanować. Wychodząc z pozycji siły będą atakowali władze. że były one w przeszłości szkodliwe i wciąż szkodliwe pozostają. nie troszcząc się o żadną konsekwencję. z władz tego pań- stwa i z jego społeczeństwa. wreszcie neutralizacja samego ludu. Trzeba zrobić wielki wysiłek i poznać społeczeń- stwo. zdobędzie się na represje. to jest mój „kontrast”.jak ryby w wodzie” na obcym terenie. Wypracowaliśmy tu odpowiednie techniki. zdrowy rozsądek. są pasożytami. dyskredy- tacja mojego przeciwnika. Sta- wiam sobie trzy cele: rozbicie tradycyjnych elit. Jeżeli to społeczeństwo będzie dość au- torytarne. słuszność. Moi agenci będą posługiwali się potrójnym sloganem: dobra wiara. by potrafili zachowywać się . między dowódcą i jego żołnie- rzami. a to przysporzy mi mę- czenników i będę mógł odwoływać się do opinii międzynarodo- wej. tylko jako „kontrast”. Tradycyjne elity rozbiję przez wywołanie w nich poczucia winy. A jednocześnie. przy czym społeczeństwa nie będę ujmował w kategoriach przeciwnika. a nie rzeczywisto- ścią. których nie wy- jaśnię panu dzisiaj. Społeczeństwo liberalne ulegnie jeszcze szybciej. Grupujemy je pod hasłem „teoria wnikania”.nie przydadzą im się na nic! Kapitaliści są zbyt leniwi i zbyt pewni siebie. które mogłyby osłonić społeczeństwo przed skutkami moich działań. iluzją. przełożonymi i podwładnymi. Załóżmy więc. Dzięki temu wytworzę przepaść między rodzicami i dzieć- mi. w czym pomoże mi lud. Po drodze posłużę się też propagandą 85 . władz. gdyż do- wodząc. lepiej niż je znają jego członko- wie. że grupy te nie przyno- szą żadnego pożytku. nie licząc zła wymyślonego. Trójkąt będzie się składał ze mnie. będę się starał wykazać. czyniąc je odpowiedzialnymi za wszelkie rzeczywiste zło istniejące w tym społeczeństwie.

zrelacjonowane bez podania kon- kretnych sposobów zastosowania. Prze- wodnik spoglądał na zegarek. teoria Trójkąta. jeszcze nie stało się złote. przeciwnik realny dostaje się w nasze ręce jak obluzo- wana cegła.projekcyjną. to jest oskarżę przeciwnika o stosowanie metod. Czasem udaje się przekształcić większość społeczeństwa w gigantyczną grupę gimnastyków: podnieście lewą nogę — podnoszą. Sprawi to. prowadzone są przeciwko większości. skłonny do kapitulacji. Tym razem Pitman zawahał się. podzielić społeczeństwo na miliony indywiduów. Zdawało się. w przeciwień- stwie do rewolucji dawnych czasów. przeprowadzić parę zamachów terrory- stycznych. Większość kapituluje. że padało na wielki krążownik Notre Dame przefiltrowane przez ukryty gdzieś witraż o delikatnej barwie. gdy udaje się nam ją obezwładnić. przeciwnie. zatomizować je tak. nie składały się jeszcze na 86 . Trzy zasady Vademecum. iż będę mógł się powoływać na okoliczność obrony koniecznej. Autokary. odjeżdżały w stronę Opery. w skrócie. nie przeciw mniejszości. podnieście obie — spadają na cztery litery. Światło zmieniało kolor: nie było już białe. by je zdemobilizować. by wytworzyć fascynację podobną do tej. wizjami. Kiedy się to osiągnie. Czasem można się też posłużyć pseudo-nadzmysłową rupieciarnią: przepowiedniami. W każdym razie gdy tylko mowa o mobilizacji mas. Proszę nie zapominać. Niekiedy natomiast trzeba. czując swą bezbronność. gdy więc „kontrast” jest unieruchomiony i bezsilny. której do- znaje żaba na widok zaskrońca. aby każdy obywatel znalazł się naprzeciw maski Gorgony. Zrobił kilka kroków. że obecne rewolucje. Aleksandrze. podnieście prawą — podnoszą. Można to osiągnąć na kilka spo- sobów. zabrawszy na pokład Barbarzyńców. Tworzy się wte- dy nastrój paniki. Wystarczy rozpowszechnić przekonanie o wyższości przeciwnika. Rasputinami różnego kalibru. z których sam mam zamiar zrobić użytek. naprawdę chodzi o to. — Jeszcze wspomi- nał pan o Drucie. Oto.

która odnosiła się do wojska stojącego w obliczu przeciwnika. Przykład: sowiecki agent d”influence nie może w żadnym razie uchodzić za komu- nistę. zaledwie jej zalążek. na razie jednak trzeba było przestrzegać najdalej idącej dyskrecji. niszcząc. albo raczej pro- pagandysta absolutny: nigdy nie jest za. narażając się na unik ze strony Aleksandra. wychowany został we Francji. rozda- jąc karty. że. Żadna ustawa.kompletną inicjację. Agent d'influence to przeciwieństwo propagandysty. 87 . których ankieta nie zdołała odkryć. by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. Sun Tsu. pożyczę panu książkę myśliciela chińskiego. który żył przed dwudziestu pięciu wiekami i był kimś w rodzaju Clau- sewitza swej epoki. jak wiadomo. rozwiązując. mógł utrzymywać sekretne związki z przeciwnikiem. — Niech pan słucha — znów stanął tuż obok chłopca i oparł się łokciami o balustradę — mogę o tym mówić w sposób bardzo ogólnikowy. ale charakteryzuje też świetnie nas sa- mych: „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształ- tu. Młody Psar. Obraz Drutu wziął się stąd. Spełniając tę rolę pozostaje całkowicie bezkarny. zawsze przeciw. pochodził z rodziny reakcjonistów. albo też ukryje go. Pomiędzy innymi niezwykłymi myślami wy- powiedział i tę sentencję. uodpornicie się na spojrzenia najprzenikliwszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygoto- wać zwróconych przeciwko wam planów”. zawsze będzie nad- wyrężał istniejący system. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. kontakty. na lewicy czy na prawicy. Obojętnie. mimo że obywatel sowiecki. Do tego sprowadza się jego zadanie. Ale jednak zalążek zo- stał przekazany Aleksandrowi. zmiękczając. który mógłby zostać precyzyjnie opisany. otwie- rając wszystkie zamki. Jeśli się wam to powiedzie. rozklejając. ryzykując zdradę. Jakub Mojsiejewicz Pitman musiał teraz podjąć decyzję: albo wyjawi jeszcze i ten sekret. Jeśli nadal będzie się pan nami intereso- wał. Któregoś dnia doktryna wywierania wpływu znana będzie całemu światu.

Ale. Gdy tylko świeżo zwerbowany agent i jego przełożony rozstali się u stóp katedry. podzielonym na czerwone i niebieskie sektory. — Zamykamy— oznajmił południowym akcentem ziewający przewodnik. czy nasze postępowanie było uczciwe. Nagrodą była rybka w słoju. Ale powie- działem ojcu: „Zgoda”. nie skąpiąc energii. może nawet mniej niż jeden. Aleksander wpatrywał się w zachodzące słońce. że kryje się w tym odpowiedź? — za pytał Pitman. w parzyste i nieparzyste. Chłopiec uśmiechnął się melancholijnie: — Tak. nie zabrania demontażu własnego społeczeństwa. Wy- starczy grać w czerwone i czarne. po- zwolicie mi wrócić. ale pod jednym warunkiem. w ten sposób na pewno wygramy”. Będę wam wiernie słu- żył przez trzydzieści lat. Mimo to nie byłem pewny. Pitman milczał długo. Byłem z tego zadowolony. — Pewnego dnia — powiedział — gdy byłem dzieckiem. Miałem na nią ochotę i wtedy ojciec zapłacił za dwa rzuty i powiedział: „Ty postawisz na czerwone. — Czy mam rozumieć. To on wygrał rybkę i ofiarował mi ją. Trzeba było trafić w jeden z tych kolorów.Aleksandrze Dmitryczu. które zbliżało się do horyzontu niczym statek wracający do portu. Pitman pognał znów do swego telefonu: — Mohamedzie Mohamedowiczu. jak mi nakazał mój ojciec. Aleksander też zamilkł. nim przekroczę pięćdziesiąty rok życia. nie szczędząc wła- snego życia. Rybka kosztowała mniej niż dwa rzuty. oj- ciec zaprowadził mnie do wesołego miasteczka. — Ma pan moje słowo oficera i bolszewika — powiedział Pitman wyciągając dłoń do uścisku. to znaczy żadna ustawa prawna na Za- chodzie. tak jak sobie tego życzę. wygraliśmy! 88 . Zatrzymaliśmy się przed wielkim kołem. a ja na niebieskie.

wpatrywał się w ciemnobłękitny trapez wyświetlany przez okno na suficie. Psar był w jego praktyce zupełnie wyjątkowym niewdzięcznikiem i niewiele brakowało. gra- natowe kepi i złocone galony. zupełnie nagi. który nazywał się Nanan i miał na sobie jaspisowy mundur. Opłakiwał śmierć biednego podporucznika marynarki. podczas gdy sowiecka ojczyzna oczekuje 89 . że przecież nie miało sensu. co uczynił tam. że szkoda czasu. sam zajął miejsce tego kogoś. poświęcał chwile wolne od garnizonowych zajęć na dyskretne przeprowadzanie sztucznych poronień. Aleksander wrócił do pokoju. Powinien był wytłumaczyć mu. Nanan. W pewnej chwili powiedział pompatycz- nie. Można być pompatycznym i nie mijać się z prawdą. i rozpłakał się. jako że protekcje w tej dziedzinie nie nale- żą we Francji do rzadkości. powinien był zażądać od Aleksandra tego poświęcenia zamiast zmuszać go do zaakceptowania prawnego szwindlu. wyzywający w swej jasnowłosej nagości. Pozbawiać ludzi wolności działania ucho- dzi za rzecz diabelską. on jednak szedł jeszcze dalej. Na żądanie zwal- niał młodych ludzi od służby wojskowej jako niezdolnych i ucho- dziło mu to na sucho. Z tarapatów wyciągnął go pewien komunistyczny de- putowany i odtąd Nanan służył dwóm panom. Czytał nie- dawno Goethego i doskonale zdawał sobie sprawę. tak. przed lekarzem wojskowym. by Aleksander czyścił buty do połysku. — Nie nadaję się? Ja? Domagam się drugiej ekspertyzy! — szlochał Aleksander. Niedługo później Aleksander dostał wezwanie do komisji po- borowej i stanął. na wieży katedry. popełnił błąd. kto mówi wewnątrz nas: „Wybieram”. z grandilokwencją właściwą swemu wiekowi: — Będę złym duchem myśli francuskiej. ale może jeszcze bardziej utratę własnej niewinności. który dzielił z ojcem. Roz- ciągnięty w ciemnym pokoju na swoim łóżku o połamanych sprężynach. niezadowolony z żołdu. Pitman musiał interweniować. by przy- sporzył mu poważnych kłopotów.

wyprawę na terytorium wroga. Ponadto tylko Amerykanie mają tradycję zawodu agenta literackiego. mój złoty Aleksandrze Dmitryczu (Pitman ograniczał się tylko do metali). Później zechciano. Wreszcie będzie to świetna okazja stworzenia pretekstu dla ka- pitału. Otrzymał go więc. Był jeszcze i dodatkowy powód: po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych Aleksander będzie się czuł mniej pewnie we Francji. który później za pośrednictwem jednego ze swych „pudeł rezonanso- wych” miał puścić w obieg hasło: „Ortografia jest reakcyjną i represyjną dyskryminacją. jak zawsze flegmatyczny.. 90 . Wyjechał do Nowego Jorku nie żegnając się z nikim. Powie się. Efektu przeciwnego. i to z wynikiem bardzo dobrym. ukończył studia na Columbia University summa cum laude. z literatury francuskiej. więc musi pan odbyć u nich staż. Aleksander tymczasem.jego usług. — To będzie — powiedział Pitmanowi — moja kampania egipska. Bez tego nic pan nie osiągnie w nowoczesnym świecie. On. Po pierwsze trzeba. by zapi- sał się na Columbia University. jakiego proletariat jeszcze nie zerwał”. zbyt wiele upokorzeń i uraz wiązało się z młodością Aleksandra. wynikłego z nostalgii. posłuszny i nieuchwytny.. — Niezupełnie. znacznie się zmniejszy. żeby legitymował się dyplomem Sorbony. na stronę francuską. Pitman prawie nie brał pod uwagę. lecz przez długi czas miał żal do swych przełożonych i przebaczył im dopiero pod koniec roku 1968. Dzięki temu ryzyko przejścia do przeciwnika. ostatnim burżuazyjnym okowem. Aleksander podporządkował się. Chciano. otrzymał 16 punktów na 20 za dyktat z Mérimée'go! Swoje studia traktował jak rekone- sans. żeby się pan nauczył amerykańskiego. We wszystkim innym był całkowicie posłuszny. który będzie panu potrzebny do założenia własnej agen- cji. że przywiózł pan oszczędności z Ameryki. gdy mianowany został podporucznikiem KGB: epolety lub prawie.

w rozmarzeniu. Jej owalne czoło. Aleksander szybko poznał jej znakomite imię i nazwisko: Tamara Szcz. że będę za nią szedł” oraz: „To zbrodnia. Gdy wreszcie piękna dziewczyna zrozumiała. stracić ją z oczu. Pewnego dnia wstąpił do baru przy 43 Ulicy i zamówił pa- rówki. ta jednak podbródkiem pokazała na kasę. Znaleźli się przy kasie. Aleksander przyglądał jej się dyskretnie. Pierwsza skończyła swój skromny posiłek i chciała zapłacić kelnerce. ba- dając zawartość spojrzeniem krótkowidza. Aleksander rozdarty był pomiędzy dwa sprzeczne uczucia: „Oby tylko nie pomyślała. który jeszcze wtedy był względnie bezpieczny. Aleksander pomy- ślał. Zapewne była istotą cielesną. że zabrakło jej pieniędzy. Grzebała w niej. Niezbyt biegłą angielszczyzną zamówiła porcję lodów. Zajął miejsce na wysokim taborecie przed kontuarem. aż prosiło się o diadem. — Za mało — powtarzała złym głosem kasjerka. jeżeli to Ona”. on jednak nie brał tego pod uwagę. Roz- glądała się dokoła nieco trwożnie. w których cieniu kryły się zielone oczy. co należało zrobić. Długa szyja przydawała jej dystynkcji. i. Dziewczyna podzięko- wała mu — „Tank you” — patrząc na niego nieśmiałym wzro- kiem. myślał Aleksander. Następne trzy godziny młoda para spędziła włócząc się po ulicach i po parku. że za chwilę usiądzie na nim piękna dziewczyna. Aleksander ze ściśniętym gardłem — nigdy w życiu nie przemówił do nie- znajomej — wyjaśnił. Miała długie rzęsy. Była członkinią chóru 91 . Piękna dziewczyna zajęła miejsce obok Aleksandra. Sąsiedni taboret był pusty. krzyknęła z rozpaczą: — Boże mój! Reszta była już całkiem łatwa. przejętego bogo- bojnym respektem. Wydobyła stamtąd zaledwie kilka miedziaków. jak to jest w zwyczaju zakochanego Rosjanina. Dziewczyna otworzyła swą portmonetkę. Blade usta nie miały w so- bie nic zmysłowego.

Miał lat dwadzieścia siedem. korzystać z kochanek. by nie narażać jej na przy- krości. które podsuwało mu KGB. kto wie. Jakubie Mojsiejewiczu. Nazajutrz Aleksander wybrał się na koncert i przekonany był. zbyt jednak wielką wagę przywiązywał do konspiracji.folklorystycznego. może właśnie dlatego chciał mu służyć. kochał Ją. nie zobaczy Jej nigdy więcej: dla Rosjanina było to zupełnie zrozumiałe. Żadna z nich nie była Francuzką. Pożegnali się bez pocałunku. bez najmniejszego uczuciowego zaangażowa- nia. Później chór pole- ciał do San Francisco. Tamara? Uznał Ją. Żadna też nie była Rosjanką. gdy „wróci”. Lata biegły i pewnego razu Abdulrachmanow zwrócił się do Pitmana: — Nie można karmić słowika tylko bajkami. O czym roz- mawiali? O Rosji i o miłości. mógł. na razie jednak trzeba było starannie oddzielić to. Gdy tylko chciał. nasz chłopak jest na to zbyt delikatny!”) Tego wieczoru chór nie występował. (Pitman zaproponował tancerkę — jako że balet sowiecki częściej podróżuje — ale Abdulrachmanow zapro- testował: „Nie. nie. Zdarzało mu się nie wy- korzystywać okazji podsuwanych mu przez organizację. Służąc temu reżimowi nie miał złudzeń co do jego libera- lizmu. Podobnie jak Kop- ciuszek musiała wrócić do hotelu przed północą. przeszedł staż agent d'influence w tajnej szkole w Brooklynie 92 . Tamarze udało się zmylić czujność „tłuma- czy” i pójść obejrzeć prawdziwy Nowy Jork. żadnych fikających nóg. obyczaje Aleksandra rozluźniły się nieco. Rzeczywiście. dyplom Columbia University. przeciw któremu pracował. że rozpoznaje jej głos w świetnej Łuczinoczce. to była Ona. że i on pracuje dla Sprawy. Zresztą Aleksander nie był w tej dziedzinie bardzo wymagający. co było „prawdziwe” od naj- zwyklejszej konieczności fizjologicznej. Poślubi rodaczkę. Mógł co prawda powołać się wobec władz sowieckich. Trzeba było unikać fizycznych związ- ków z krajem. Aleksander nie pisał do Tamary.

który zwerbo- wał Aleksandra. których przestała już dzielić różnica wieku. Ton ten na- rzucił Aleksander.. Aleksandrze Dmitryczu. je- den widział w drugim jego zalety. jak zawsze. Pierwszy wstrząs mógł zepsuć wszystko. Słowa. jak wypluwać pestki z oliwek. zostawiły w niej ślad podobny do tego. — mawiał Pitman z mieszaniną złośliwości i podziwu. Jakubie Mojsiejewiczu. jakie przed ośmiu laty wypowiedział na wieży Notre Dame. powinien pan na- uczyć się. pozostawał też jego pierwszym przełożonym. który lądował na Orly.. Pitman wciąż jeszcze zajmował swoje stanowisko w Paryżu. Była w tym nawet odrobina czułości.oraz praktykę u agenta literackiego przy Madison Avenue. Zgodni byli co do tego. To on był prawdzi- wym zawodowcem. zagrać jej do tańca na fujarce. W ich sto- sunku nic nie przypominało relacji między synem i przybranym ojcem. tak więc obaj mężczyźni. co tworzyło w ich stosunkach ryzykowną kombinację przyjaźni i związku czysto zawodowego. na której wystąpić miał Aleksander. że pewne śmiesznostki nie pozwalają mu pokazywać się publicznie na sce- nie. jako arystokrata. Wracał. że postępowanie Aleksandra nie może 93 . Wbrew zwykłemu porządkowi rzeczy Pitman. Aleksander odpowiadał na to: — Rzeczywiście. znaleźli przyjemność w ponownym spotkaniu. by uregulować swoje porachunki z Francją. a Pitman. przyjęło się jednak uważać. jaki zostawia na palcu długo noszona obrączka. nie zaprotestował przeciw temu układowi. był to raczej związek Mefistofelesa i Fausta. Z ta- kim dorobkiem wrócił do Paryża. jako że Aleksandrowi nie brakowało pobłażliwości. zapisały się w jego duszy. — Pan. wyszedł krokiem przypominającym nieco krok zdobywcy. Z samolotu. Panowała między nimi atmosfera wzajemnego zaufania. zręczny i dobroduszny. a Jakubowi współczucia.

Miała to być niezwykła historia miłosna. chce pan to zmienić na zwyczajny flirt? Aleksander nie wspomniał już nigdy więcej o wycieczce do ZSRR. podróże za żelazną kurtynę. u końca których ma pan ujrzeć na nowo od krytą ojczyznę. i. Dopiero przy następnym zwierzchniku pojawiły się problemy: ten nazywał się też „Iwan”. szlachciura. wobec czego Aleksander mówił o nim „Iwan II”. gdy nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. Mimo drobnych nieporo- zumień współpraca z Iwanem układała się dość gładko. Iwan II traktował Oprycznika tak. zgodził się pan na misję mającą trwać trzydzieści lat. co za tym idzie. Oprycznik zażądał. Tymczasem agent d'influence funkcjonuje skutecznie tylko wtedy. jakby miał do czynienia z naj- zwyklejszym donosicielem. Od tej chwili Oprycznik podlegał „Iwanowi”. Lękał się. Każdy uważniejszy policjant mógłby wtedy zadać sobie pytanie. ale przestawał odtąd dyrygować bezpośrednio podległymi mu agentami. nie wchodziły w grę. że już panu powiedziałem: ten kacap. Mógł jeszcze podróżować. I teraz co. Na znak szacunku Aleksander przezwał go „Iwanyczem”. Stosował wobec niego metodę kija i marchewki. poeta-manipulator. Wkrótce później pułkownik Pitman przeniesiony został do sztabu departamentu. że jest dla Aleksandra zbyt łaskawy i dlatego 94 . pokazał swą klasę: — Aleksandrze Dmitryczu. Pitman wahał się. że najbliższy urlop spędzi w ZSRR. Naraz jednak Aleksander wbił sobie w głowę. by odwołano tego gbura. Człowiek-góra zamienił się w człowieka- wulkana: — Wydaje mi się. Wrażliwy jak zawsze Pitman powiadomił o tej prośbie Ab- dulrachmanowa. czego ten biały Rosjanin szuka w czerwonej Rosji. ma zdechnąć w gnojówce emigracji. Wówczas Pitman.ściągać żadnych podejrzeń. mój tekturowy Jakubie Mojsiejewiczu. zwrócił mu uwagę na tę właśnie stronę zagad- nienia. przed ukończeniem misji. Był upokorzony tym. że ktoś. kogo uważał za mniej sub- telnego od siebie.

Zamiast więc lę- kać się wpływu z jego strony. że przemoc nie wystarcza i trzeba odwołać się do brutalno- ści. ale zauważył. że wszystko jest w najlepszym porządku. niech pan zdaje sobie z niego spra- wę i niech pan to odejmuje od wagi. Abdulrachmanow westchnął: — Jest pan zadowolony z Oprycznika? Tak. ojczulku. Nadzoruje go pan? Tak. — Nie ma o tym mowy.. Wy- wieranie wpływu jest zawodem tego nieboraka. Musi pan teraz wziąć na siebie całą winę. Czy nie skaptował go przeciwnik? O ile nam wiadomo — nie. którego Aleksander ochrzcił „Iwa- nem III” — „Skoro nie podaje się ich prawdziwych imion. puszczając kłęby błękitnego dymu. tak jak się taruje ważony towar. ojczulku — powiedział mu Ab- dulrachmanow. że człowiek o silnej.jego pierwsza reakcja była gwałtowna: ukarać Psara lub też wy- mówić mu definitywnie służbę. — Czy nie kryje się w tym ryzyko. uderzyć w ton patriotyczny. promieniującej osobo- wości — o czym przecież my dobrze wiemy. których zadaniem jest nadać połysk temu słoneczku. będę ich nazywał zawsze tak samo. zajmowałby się w przyszłości dezinformowaniem Buriatów. wyznaczając na pilota Oprycznika podobne- go chama. niech mu pan przydziela zawsze 95 . odwołać tamtego durnia i posłać go gdzie pieprz rośnie. mój kartonowy Jakubie Mojsiejewiczu. — Zdarza się. Mohamedzie Mohamedo- wiczu? — spytał Pitman. że przyswaja sobie pewne jego opinie czy sądy. Popełnił pan grubą niezręczność. Dobrze pan zrobił nie ukrywając przede mną tej sprawy. Niech się pan więc nie zachowuje jak sklepikarz. W przeciwnym razie to pan. — Nie ma pan chyba na myśli. departamentu piątego? — Nie. bowiem właśnie dla tej cechy nasz wybór padł na niego — wywiera wpływ na niższe szarże.. Iwan III rozumiał się dobrze z Aleksandrem. Iwana II zastąpił „Igor”. Nie ma nic dziwnego w tym. tak jak w przypadku pokojówek”. Jeżeli chce pan zachować pewność.

Przypominał psiaka. co jednak nie przeszkadzało mu w wykonywaniu zawodu. Na razie zadawał mu niewinne. pokwitowań i sprawozdań w drugą. 96 . odczytywał po raz dziesiąty przyka- zania Sun Tsu. ciepły. podniósł alarm. Wreszcie. zauroczonych przezeń. Być może nie ma to żadnego znacze- nia. osobowość raczej bezbarwna.. ale człowiek dobry. Pitman nie zapalał świa- tła. Gdy tylko poczuje pan.. Iwan Iwanycz wymamrotał: — Jest jeszcze coś. Także i on stał się „Iwanyczem”. niech się pan nie krępuje. osłem. kazał wyryć w drewnie.. obojętne pytania. Odpo- wiedzi.. wręcz bliskich obsesji. Za oknami zapadał zmierzch. że nie o wszystkim opowiedział. miał rangę pod- pułkownika. przyszedł Iwan IV. siadał znowu. stworzył wrażenie. miały przyczynić się do rozluźnienia nastroju. co mu leżało na sercu. Aleksander liczył sobie lat czterdzieści trzy. Wstawał z krzesła. które Pitman.. Niech mi pan powie: jesteś imbecylem... chociaż z ochotą odpowiadał na wszystkie pytania. w chwili gdy Iwan IV. wydaje mi się. Jeżeli jestem starym idiotą. który jakoś nie może uło- żyć się do snu. towarzyszu puł- kowniku. póki poczciwiec nie wyrzuci z siebie tego. Uwielbiał Oprycznika. na wzór Abdulrachmanowa. paryski kagebista. który nie zasłu- guje na swoje sianko! Proszę tak powiedzieć. Chciał tylko jed- nej rzeczy: żeby wszyscy byli szczęśliwi. w półmroku. We- zwany do dyrekcji na okresową rozmowę z pułkownikiem Pit- manem (co nazywał pójściem do spowiedzi). który zakończył swój pobyt we Francji.. równie swobodne. proszę nie brać tego za złe.pilotów czułych na jego wdzięk. że trzeba go trochę bar- dziej surowo potraktować. A jednak. ten banalny bon vivant. zmieni pan pilota. to znaczy w stałym transmitowaniu instrukcji i pienię- dzy w jedną stronę. kontemplo- wał portret Dzierżyńskiego. naj- przeciętniejszy oficer. Pitman postanowił więc rozmawiać z nim tak długo. Na miejsce Iwana III. Pitman uśmiechał się radośnie pod swymi okularkami.

sumienie czekisty...
Pitman czekał cierpliwie.
— Towarzysz pułkownik ogląda się za małymi chłopcami.
— Chce pan powiedzieć?... — Pitman nabrał powietrza z
obrzydzeniem.
Iwan Iwanycz zaczerwienił się po czubki uszu i zatrzepotał
ramionami:
— Nie, nie o to chodzi. Pan ma dzieci, przepraszam za niedy-
skrecję?
— Sześcioro.
Eliczka spełniła swój obowiązek.
— Ja sam mam trójkę, trójkę udanych pętaków, i, rzecz ja-
sna, może pan być spokojny, bolszewików. Trójka ślicznych bol-
szewiczków, jasnowłosych, największa radość mojego życia, po
godzinach służby, ma się rozumieć. Cóż, gdybym był w jego wie-
ku i nie miał żadnej blond główki do pieszczenia... Niech pan
pomyśli o sobie, towarzyszu pułkowniku... Gdy tylko w pobliżu
przechodzi jakiś mały chłopczyk albo dziewczynka, także, lecz
przede wszystkim chłopczyk, on śledzi go wzrokiem i wydaje się,
że szepcze coś pod nosem. I także, od pewnego czasu, posługuje
się wciąż zdrobnieniami, on., który do niedawna szydził z nich.
„Pan, Iwanie Iwanyczu, z pańskim spotkankami i poleceńka-
mi...”. Wykonałem nawet małe badanie statystyczne. Wypada
mniej więcej pięć do sześciu zdrobnień na godzinę. To trwa już
od roku.
Pitman poczuł falę wzruszenia. Było to szczere wzruszenie: ta
sama szczerość była źródłem jego siły. Problem zdrobnień i ma-
łych główek do pieszczot przedstawił wkrótce generałowi, który,
w wieku lat siedemdziesięciu pięciu, gotował się do przejścia na
emeryturę. Żeby móc spokojnie porozmawiać z Abdulrachma-
nowem, trzeba było naprzód odprawić ordynansów, zajętych w
jego gabinecie o pustych ścianach rolowaniem bucharskich dy-
wanów.
Mohamed Mohamedowicz zastanowił się. Jego własne życie

97

prywatne pozostawało dla jego współpracowników całkowitą za-
gadką. Jedni obdarzali go haremem, inni twierdzili, że gustuje w
obu płciach, jeszcze inni byli zdania, że lata służby pozbawiły go
potrzeb w tym względzie. Jego wielkie oblicze nie było mimo
wieku prawie wcale porysowane zmarszczkami, ale wyglądało
nieomal jak bazaltowa skała, na której nie malowały się żadne
uczucia. Po upływie minuty zawyrokował:
— Trzeba kobiety. Żadnej tam jaskółeczki. To musi być ofi-
cer. Niech ona o tym wie. Na razie nie ma mowy o małżeństwie,
ale niech mają syna. Załatwi pan dla nich miesiąc miodowy,
gdziekolwiek, a potem korespondencję za pośrednictwem pilota.
Żadnych spotkań. Pierwsze po pięciu czy sześciu latach. On za-
czeka.
— Ale... później, Mohamedzie Mohamedowiczu? Czy po-
zwolimy mu wrócić?
— Nigdy. Ale to, co Sun Tsu określa jako „boski węzeł”, za-
wiąże się jeszcze ciaśniej wokół niego.
Pitman wciąż nie mógł zrozumieć, skąd brała się niechęć
wielkiego człowieka do Aleksandra.
— Niech ona będzie dobrze zbudowana — ciągnął wielki
człowiek, który zachował zdumiewającą pamięć. — Nie taka pla-
toniczna jak poprzednia.
Gdy Pitman zbierał się do wyjścia, generał dodał jeszcze:
— Dziewica. Lub uchodząca za dziewicę.
— Ale, towarzyszu generale...
— Jest pan czekistą. Musi pan sobie poradzić.
Powracający do gabinetu ordynans otworzył szeroko oczy ze
zdumienia.

Ałła Kuzniecowa miała dwadzieścia cztery lata, stopień kapi-
tana i piękne szare oczy. Pochodziła z wielkorosyjskiej rodziny
chłopskiej. Była dorodna, cechował ją ciężkawy nieco wdzięk jej
rasy. Była marzycielką. Kochała muzykę. Lubiła wspinać się na

98

drzewa. Osobista ambicja i dziedziczna pruderia sprawiły, że nie
poświęcała dotąd zbyt wiele uwagi mężczyznom.
Aleksander wybrał ją tak, jak książęta wybierali niegdyś swe
żony. Studiował jej fotografie, badał informacje, jakie mu do-
starczano na temat stanu jej zdrowia, jej studiów i jej charakte-
ru. Nigdy nie marzył o prowadzeniu zwykłego mieszczańskiego
żywota; spodobało mu się, że oto w taki sposób rzuca chusteczkę
pod nogi swej wybranki. Jednocześnie doceniał troskę przełożo-
nych o ułożenie jego życia.
Abdulrachmanow zażądał, by przedstawiono mu wybrankę
Aleksandra.
— Królewski kąsek — oświadczył, zbadawszy twardość jej
muskułów. — Łobuz ma niezły gust.
Pitman nie wyrzekł ani słowa. Każda pociągająca kobieta
wywoływała w nim odruch czułości i od nowa budziła jego na-
miętność dla grubej już Eliczki.
Powzięto tysiąc środków ostrożności, by spotkanie tych dwoj-
ga odbyło się potajemnie. Psar oświadczył wszystkim, nawet
swej wiernej sekretarce, że wybiera się na przejażdżkę statkiem
po fiordach Norwegii, kupił bilet lotniczy do Senegalu i pojechał
do Jugosławii, wynajmując BMW pod fałszywym nazwiskiem.
Jego firma dobrze to przygotowała. Romantycznie mały lecz
wygodny domek, po którego murach pięła się winorośl, domek o
dwóch łazienkach, wzniesiony na wzgórzu nad Adriatykiem,
otoczony kwitnącym ogrodem i oddzielony od szosy siatką pod
napięciem, czekał na pułkownika i przyszłą pułkownikową. Dy-
wany (Abdulrachmanow: dywany to bardzo ważne, usposabiają
do wylewności) wyścielały wielki salon o kamiennej posadzce.
Ściany o fantazyjnych załomach poprzecinane były czymś w ro-
dzaju otworów strzelniczych. W kącie naprzeciw kominka stał
fortepian, dalej kanapa wyłożona wyszywanymi poduszkami i
tuż obok gramofon, wyposażony w przynajmniej pięćdziesiąt
płyt, milczał tak jak milczą, w szczególny sposób, wszystkie

99

aparaty muzyczne (Pitman: to ważne, muzyka, apeluje do ser-
ca). W lodówce, prócz wielu innych rzeczy, znajdowały się cztery
gatunki kawioru i dwanaście rodzajów wódki (Abdulrachma-
now: trzeba, żeby mogli codziennie jeść ostrygi — Pitman: przy-
gotuję dla nich chałwę). Barek mieścił koniaki gruzińskie (ze
względów patriotycznych) i francuskie (dla ich smaku!). (Ab-
dulrachmanow: oby tylko nie zapomnieć o napojach! — Pitman:
trzeba pamiętać o butelce śliwowicy.)
Nie zapomniano też o dekoracjach. W sypialni Abdulrachma-
now kazał zawiesić Skradziony pocałunek Fragonarda, wypoży-
czony z Ermitażu, co było możliwe dzięki randze wielkiego czło-
wieka. Narzekali na to tylko niektórzy turyści (do dziś przy-
pominają sobie puste miejsce na ścianie). Pitman natomiast
polecił ozdobić ściany salonu rycinami rosyjskich romantyków.
Nad kominkiem umieszczono portret Feliksa Edmundowicza.
Miał on przypominać kochankom o ich misji. Lubiący tortury
asceta zdawał się wpatrywać w promienną przyszłość, oświetlo-
ną blaskiem płonących szczap. Pod obrazem wyczytać można
było sławetną dewizę: „Umysł chłodny, gorące serce, ręce zaw-
sze czyste”.
Obaj kompani cieszyli się po ojcowsku moszcząc gniazdko dla
swych agentów:
— Mam nadzieję — powiedział Pitman z przekonaniem — że
będą szczęśliwi.
— Nie mają innego wyjścia — skomentował Abdulrachma-
now, uśmiechając się złośliwie.
Zaraz po przyjeździe Aleksander nawiązał kontakt ze starą
wieśniaczką, która miała pełnić funkcję kucharki. Służyła nie-
gdyś u rosyjskich emigrantów, dzięki temu poznała dość dobrze
język i lubiła się nim posługiwać. Aleksandra wzruszyło spotka-
nie z tą rusofilską Słowianką z południa. W jej głowie car, opie-
kun prawosławia, mieszał się w przedziwny sposób z małymi,
mściwymi komisarzami jej plemienia, lecz mit „wielkiego brata”
z Północy nie stracił nic na realności. Szybko przywykł do sposobu,

100

w jaki zwracała się do niego: „Wasza Wysokość, towarzyszu puł-
kowniku”.
Aleksander nie znał do tej pory Jugosławii. To, co tu zobaczy-
ł, zaskoczyło go. Zawsze przekonany był, że Słowianie i ludy
śródziemnomorskie należą do dwóch całkiem różnych światów,
tymczasem odkrywał coś całkiem przeciwnego. Ten kraj rozcią-
gał się między Europą Środkową i Starożytnością, między
Wschodem i Zachodem. Była to jakby niewielka Rosja otwarta
na Morze Śródziemne, to znaczy synteza, w której przeglądało
się także i jego własne przeznaczenie.
Napełnił samochód naręczami kwiatów i pojechał na dwo-
rzec.
Ałła miała na sobie niebieski kostium i białą bluzkę o wielkim
kołnierzu. Szła wzdłuż peronu krokiem prawie męskim, z wyso-
ko uniesionymi barkami, świadoma swojej urody i zdecydowana
nie przywiązywać do niej żadnego znaczenia. Jej szare oczy wy-
rażały ten stan czujności, który powinien charakteryzować zaw-
sze oficera w chwili, gdy znajdzie się w obecności przełożonego.
Lecz kryły się w nich także bardziej marzycielskie, melancholij-
ne, kpiarskie ogniki. Z najwyższym trudem oboje tłumili w sobie
wielką ciekawość, którą tak bardzo chcieli zaspokoić. Przedsta-
wiła się z werwą:
— Kuzniecowa.
— Jest pani taka sama jak na fotografiach.
Spojrzała na niego:
— A pan wcale nie.
W jej szarych oczach błysnęła kokieteria.
— Nie?
— W rzeczywistości jest pan młodszy.
Chciał wziąć jej walizkę:
— Niech pan zostawi. Mogę ją sama wziąć.
— Wiem, że pani może, ale nie zgadzam się na to.
Puściła rączkę walizki. Ich dłonie zetknęły się.

101

Szli obok siebie w milczeniu, póki on nie zapytał:
— Czy nie jest pani zmęczona? Chce pani pójść od razu do
domu? Spać do jutra?
Spojrzała na niego. Jej powieki wydawały się odrobinę zmię-
te:
— Chcę robić to wszystko, na co pan ma ochotę.
Zatrzymał się:
— Ałła, ustalmy jedną rzecz. Jeśli będę chciał, żeby pani ro-
biła to co ja chcę, powiem pani o tym. Gdy jednak pytam, co by
pani chętnie zrobiła, pani powinna mi odpowiedzieć całkiem
szczerze.
— Zrozumiano.
Odebrał to „zrozumiano” jak szok. Było w tym coś pospolite-
go.
— No więc co sprawiłoby pani przyjemność?
— Nie jestem zmęczona. Chciałabym... zobaczyć miasteczko,
co? Pójść na spacer? Z panem, oczywiście.
Irytacja Aleksandra szybko się rozpłynęła. Ałła miała w sobie
coś z posłusznego, miłego pieska: „W tę uliczkę? Dobrze. Do
tego ogrodu? Doskonale”. Ale zarazem cechowała ją też godność
urzędnika. Jedno i drugie było wzruszające. Świadoma była, że
należy do elity tych, którzy wiedzą, jak trzeba się zachować w to-
warzystwie, umrzeć za ojczyznę, wytłumaczyć historię świata w
kategoriach walki klas. Czuła, że zasługuje na szacunek, wy-
magała, by okazywano jej respekt. Głupcy posługujący się chęt-
nie tym słowem uznaliby zapewne, że jest zanadto „elitarna”.
„Niewiele brakuje — myślał Aleksander z rozbawieniem — że-
bym to ja oburzył ją jakimś zanadto poufałym odezwaniem się
albo, przy stole, unosząc serwetkę jedną tylko dłonią”.
Po upływie godziny nieśmiałość Ałły, płynąca z różnicy stopni
oficerskich, rozwiała się. Dziewczyna stała się bardziej zwy-
czajna, rzuciła nawet w stronę Aleksandra kilka śmiałych spoj-
rzeń. Wcale nie próbowała go uwodzić, nie umizgała się do nie-
go, tylko oddychała tak, jak oddychają kobiety, które wiedzą, że
budzą pożądanie mężczyzn. I w dodatku gdy unosiła lekko

102

prawą brew, lewy kącik jej ust opadał troszkę w dół, co czyniło ją
szczególnie pociągającą.
Zjedli obiad na tarasie restauracji, pod gałązkami grabu.
Przed nimi rozciągało się fioletowe morze Ulissesa. Ałła śmiała
się, zadowolona:
— Jakie to romantyczne!
Aleksander przyglądał się jej uważnie, nie jako kobiecie — ten
egzamin zdała bez najmniejszego trudu, a zresztą Psar uważał,
że wszystkie kobiety są jednakowe — lecz jako przyszłej małżon-
ce i, jeszcze bardziej, matce jego mających się narodzić dzieci.
To, że energicznie służył światowemu komunizmowi nie głuszy-
ło wcale właściwej Aleksandrowi dumy należenia do linii przy-
wódców. Przeciwnie, był nawet zdania, iż właśnie społeczeństwo
komunistyczne przywiązuje większą wagę do rozpoznawania i
promowania przywódczych talentów. Liczył więc na to, że mali
Psarowie osiągną w przyszłości wysokie stanowiska w kraju,
zajmując należne im miejsce. Myśl ta nie miała w sobie nic sno-
bistycznego. To, że jego żona wyszła z rodziny chłopskiej, nie
przeszkadzało mu wcale, wymagał jednak, by była dobrze uro-
dzona w innym, głębszym sensie, by zdolna była zachowywać
pewną jakość życia, w stosunku do której szlacheckie nazwisko
pozostaje tylko symbolem, nigdy gwarancją.
Obserwował — dyskretnie, jak mu się wydawało — jej nad-
garstki, mocne i delikatne zarazem, zwracał uwagę na braki so-
wieckiej gramatyki, na smakowitą wymowę, pozbawioną drob-
nomieszczańskiej śpiewności, nie umknął mu brak biżuterii,
sposób, w jaki Ałła opuszczała głowę, patrząc jednocześnie spod
oka, co mogłoby być manierą, lecz nią nie było, czystość krótko
obciętych paznokci, troska o to, by nie mówić z pełnymi ustami,
pewność, że ma się zawsze rację w sprawach zasadniczych, i coś
w rodzaju pogodnej pokory, gdy w grę wchodziły problemy dru-
gorzędne; stopy duże, lecz nie ciężkie; umiarkowanie w jedzeniu
i zarazem rozkoszowanie się potrawami; wreszcie wspaniała

103

szyja. Zacytował żartobliwy wiersz Aleksandra Tołstoja:
Łabędzia szyja, szyja pawia,
Łodygi wdzięczny ruch.
Szyja radosna, wyniosła i godna,
Białego marmuru okruch.
Także i Ałła przyglądała mu się, zdecydowana spełnić swój
obowiązek, nie tracąc jednakże estymy, jaką miała dla samej sie-
bie. Dziwiły ją żarty, do których nie była przyzwyczajona. Jakiś
czas później powiedziała Aleksandrowi:
— Pan kpi sobie ze mnie przez cały czas.
Jemu tymczasem wydawało się, że odnosi się do niej z sza-
cunkiem i uwagą, może aż nazbyt podkreślonymi.
Po obiedzie wybrali się posłuchać piosenek. Aleksandra ude-
rzał kontrast między słowiańskim językiem i arabskimi melodia-
mi. Gdy wracali, reflektory samochodu oświetlały kaskady kwia-
tów; Ałła, w ekstazie, wyliczała ich nazwy, chociaż nie mogła
nawet dobrze rozróżnić kolorów. Aleksander, obojętny jak zaw-
sze na świat zewnętrzny, niezdolny odróżnić fiołków od mieczy-
ków, myślał o alchemicznym sekrecie, który zwiąże w jedno dwa
rody, jego własny i tej kobiety.
Ałłę zachwyciła „dacza”, o ileż obszerniejsza niż dwupokojo-
we mieszkanie, które zajmowała z matką w budynku KGB na
Stretence.
— Czy zna pan Stretenkę, Aleksandrze Dmitryczu?
Wyjaśnił, że nigdy nie był w ZSRR.
Nie chciała wierzyć własnym uszom.
— Ależ pan mówi po rosyjsku nienagannie! Czasem używa
pan nieco staroświeckich zwrotów, ale mimo to mówi pan
świetnie.
— Nie powiedziano pani, że jestem emigrantem? — po raz
pierwszy zrobił aluzję do okoliczności poprzedzających ich spo-
tkanie.
— Wydawało mi się, że wyjechał pan z kraju w dzieciństwie.

104

Odsunął się odruchowo; w stosunku do tych, których określa-
no jako „drugą emigrację” odczuwał zawsze podwójną niechęć.
Jako bolszewik widział w nich zdrajców, jako dawny emigrant,
którym pozostał, uważał ich za podrzędniejszy gatunek.
— Wyjechałem z kraju jeszcze nim się urodziłem — wyjaśnił.
Ałła przysiadła na uzbeckim dywanie i, mimo późnej godziny,
zaczęli mówić o sobie, on z oporami, ona całkiem płynnie, gład-
ko. Siedziała wyprostowana, ze skrzyżowanymi nogami, nie było
w niej ani nienaturalnej sztywności, ani ociężałości. Opowiadała
o swoich studiach i ambicjach, które, bardzo szczęśliwie, szły w
parze z jej wielkim pragnieniem okazania się osobą przydatną.
— U nas kobiety mogą się zajmować wszystkim. Być może
zostanę kiedyś generałem. Pan — dodała nie chcąc go urazić —
będzie marszałkiem. Czy chce pan herbaty? Albo kawy, jako
Francuz? Zaraz zrobię.
Objęła władzę w kuchni bez najmniejszego wahania i całkiem
kompetentnie. Przekonana była, że będzie chciał zmieszać kawę
z whisky, Aleksander zaprzeczył jednak ironicznie. Wreszcie
mogli mówić otwarcie o związku, jaki miał ich łączyć. Ałła zno-
wu usiadła na podłodze i piła herbatę —, ja piję już herbatę tak
jak się powinno pić, ale wyznam coś panu: nie udało mi się nig-
dy oduczyć mojej mamy zwyczaju trzymania cukru w zębach” —
on wyciągnięty na kanapie, odkrywający po raz pierwszy ciężkie
opary gruzińskiego koniaku. Pomyślał o zaletach francuskiej
cywilizacji.
Zbliżały ich do siebie patriotyzm oraz przekonanie, że system
komunistyczny zawładnie światem. Pewność tego zwycięstwa
budziła w niej wyłącznie radosne emocje: to tak, jakby się ocze-
kiwało szczęśliwego zakończenia bajki. Dla Aleksandra było to o
wiele bardziej złożone, tym niemniej życzył zwycięstwa partii, na
którą postawił. Pogodziło ich następujące sformułowanie:
— Służymy. Nasza działalność jest służbą.

105

Gdy trzeba będzie. którego przed- stawiono jej jako bohatera. że małżeństwa pomiędzy pracownika- mi KGB były jak najbardziej popierane i nie widziała nic niesto- sownego w tym. inteligentny i tylko trochę mniej męski niżby sobie tego mogła życzyć. Tego wieczoru spali oddzielnie. — W pierwszych latach — powiedział Aleksander — nie bę- dziemy się często widywali. ale nie miał w sobie nic z kulturysty czy mocarnego cięża- rowca. i wykąpali się nago. Jeśli zaś idzie o samą zasadę małżeństwa z rozsądku. Aleksander czuł. Ałła wiedziała dobrze. No cóż. Później Aleksander objął ją. Gdyby Ałła oceniła jego gest w sposób mało dla niego korzystny. Nie przewidywał też trudności z jej strony. Nawet jednak gdyby brać pod uwagę najgorszą możli- wość. na jakie się im po- zwoli. W tej dziedzi- nie nic się nie zmieniło od czasów księcia Igora. w skupie- niu. znajdował pewną przyjemność w wyobrażeniu. miły. 106 . gdy ten zacznie potrzebować ojcowskiego autorytetu i gdy można będzie wspólnie z nim bawić się ołowia- nymi żołnierzykami. Dla niego nie było to aż tak przerażające. że potrafi znieść rozłąkę. to nie była nią bardziej zgorszona niż miliony kobiet w ciągu mi- nionych wieków. Nie to. ukrytą u stóp wzgó- rza. O wschodzie słońca zbiegli na małą plażę. pełen kurtuazji. to znaczy całkowity zakaz spotkań ze względu na zacho- wanie sekretu. żeby wydawał jej się zniewie- ściały. nie będzie przez ten czas widywał Ałły. Ałła będzie wycho- wywała ich dziecko czekając. skorzysta z prowizorycznych namiastek. Najkrótszy choćby okres na- rzeczeństwa wydawał się delikatnemu Aleksandrowi niezbędny. gdy łamie się chleb. że miała poślubić mężczyznę. Pitman nie sprecyzował liczby spotkań. tak jak przy stole. Przeciwnie. że pozna swego syna dopiero wtedy. Myśl o niemowlę- tach w koszulkach napełniała go lękiem i niechęcią. będzie miała wkrótce sposobność przekonać się o swej pomyłce. aż skończy się misja Aleksandra i aż będzie mógł wrócić i zająć miejsce w rodzinie. Na dodatek był przystojny.

że jesteś Rosjanką. Oczekiwała czego innego. Przeświadczenie. opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciółkom. Ałłę wzruszały czułość i szacunek ze strony tego mężczyzny. że prawdziwy mężczyzna nie powinien się o to troszczyć. że mamy się pobrać? — Nie. że była Rosjanką zmieniało w sposób zasadniczy sam akt miłosny. czy jestem szczęśliwa. — Dlatego. tak to ujmowała (oczy szeroko otwarte): — Obejmował mnie tak. które słuchały jej przygód z sarkazmem i współczuciem zarazem. że mężczyzna może być isto- tą tak ufną i tak bezbronną.. nie powiedziały jej nigdy. stąd ten uroczysty nastrój. że oto spełnia się przeznaczenie i świat wraca do normy. starszego od niej o dwadzieścia lat. I wchodząc do sypialni pukał do drzwi. co na ogół łączyło się tylko z przyjemnością lub z uczuciem ulgi.. To. jaką odczu- wał dla innych kochanek: robię z ciebie użytek — zamieniała się w uwielbienie: jesteś moim pokarmem. Otwartość Aleksandra była dla niej czymś rozbrajającym. a nie z tym przeżytkiem epoki (jak mówią Rosjanie: bywszyj). Dlatego. jakbym była świętym obrazkiem. gdyby miała do czynienia z prawdziwym bolszewikiem. póź- niej już. To stąd brały się jego względy.. To niedyskretne. Coś. Pewnej nocy powiedział do niej cicho: — Czuję się tak.. że popełniam cudzołóstwo. jeszcze po- większało jego zapał. do której nie nawykł — nie mam poczucia. stawało się sakramentem. Przyłapywał się na tym. Gdy. Niekiedy małżeństwa z rozsądku mają najwięcej poetyckiego wdzięku. — Po raz pierwszy — powiedział jej ze szczerością. i zresztą po cóż mu to wiedzieć? 107 .. My ślę. I nigdy żadnego zgrzytu czy fałszu. Pogarda. Jednocześnie jednak mówiła sobie. Przyjaciółki. że wszystko toczyłoby się inaczej. jakbym już wrócił. przenoszący się nawet do łóżka. I chciał wiedzieć. od których dowiadywała się o dokonaniach ich ko- chanków. że szeptał tej nie- znajomej kobiecie słowa miłości..

Klejnot. to za mało. gdy tylko wspomniał o przyszłości: ile dzieci? jak je nazwać? gdzie będzie- my spędzali nasze wspólne urlopy? Śmiała się za każdym razem. Nie masz mi za co dziękować — mówiła naiwnie. tak że znalazła się wśród masy goździków. Śmiała się z przyjemnością. mówił sobie Aleksander. z radością. „Ach. gdy uniósł ją w ramionach i przerzucił przez okno. że się udusi od śmiechu. Odpowiedział jej poważnie. jestem twoja. zanim znalazła się w jego ramionach. Gdy trzeba się było rozstać. że jej pragnie. Śmiała się. gdy twierdził. rozpłakała się: — Sasza. Na razie jednak była w nim zakochana. zabierając się do powrotu. co zrobiłaś. Już w Paryżu ten pułkownik Komitetu Bezpiecze- ństwa Państwa kupił sygnet i zaniósł go do grawera. na ogół umiarkowany w wesołości. Przytulała się do nie- go w uniesieniu. Wybuchnęła śmiechem. żeby stary na nas patrzył. jeszcze ten drobiazg”. pomaszerowała w stronę portretu Feliksa Edmundowicza i odwróciła obraz twa- rzą do ściany: — Nie chcę. że rewolucja zabiła rosyjską kuchnię. nago. Zamówił u 108 . przez łzy. jak sądzę. Rozpłakała się jeszcze raz. że ona nie umie przyrządzić pierogów tak jak trzeba i gdy utrzymywał. Śmiała się. spośród których miała wybrać prezent dla siebie. miałaś w tym przyjemność. gdy ona. gdy wychodziły na jaw jego luki w znajomo- ści marksizmu-leninizmu. tym razem z wdzięczności: — Ja przecież tylko wykonałam mój obowiązek. myślał. W szka- tułce znajdował się najpiękniejszy klejnot. jaki kiedykolwiek wi- działa. Śmiała się. Odprowadził ją na dworzec i umieścił w przedziale. Dziękuję ci za to. obsypując ją kwiatami i czekoladkami. ale i wzruszony. Śmiała się. gdy pokazał jej z dziesięć buteleczek perfum. gdy przyłapała go na polerowaniu pilniczkiem paznokci. Ale to on. nieomal rozba- wiony: — Nie dziękuję ci za to. że. gdy czytała w jego oczach.

109 . Ge- nerał zacytował Lermontowa: — Samotny biały żagiel. Czuł się odpowiedzialny także i za to. Jeżeli ktoś napisze jego biografię. Ten człowiek. An- dropow (w jaki sposób on skończy?). w której chciał dożyć końca swych dni. Generał Abdulrachmanow. w mundurze. Jego przełożonymi byli Dzierżyński (przeniesiony na inne stano- wisko). i skrzyżowane złote rózgi. Tam właśnie odnalazł go Pitman. Na horyzoncie widać było żaglówkę. Chruszczowa i Breżniewa. urodzony na początku stulecia.niego wyrycie na owalnej tarczy sygnetu herbu rodu Psarów. Był wynalazcą nieprześci- gnionej broni współczesności. zanim przeniósł się do swej „pu- stelni”. zwrócone w lewo. bardzo mi przykro. Pitman stał przy nim. Czuł piasek w butach. bardzo niedobrze. w dziewięć miesięcy po jugosłowiańskim epizodzie.. prawie nagie. gdy tylko urodzi się ich syn. Patrzył na kołyszące się palmy. mój emaliowany Jakubie Mojsieje- wiczu. Mruczał coś pod nosem. Po raz pierwszy podwładny ujrzał ciało swego przełożonego w całej okazałości. herbu. na widok którego zadrżeliby zachodni heraldycy: psie paszcze. Jeżow (powieszony na drzewie w szpitalu psychiatrycznym). — Mohamedzie Mohamedowiczu.. na widok której myślało się o zwło- kach. rozciągniętych na anatomicznym stole. Stalina. Abdulrachmanow poprawił swoje spłowiałe czerwone kąpie- lówki i spojrzał w dal. w kolorze naturalnym. Beria (zlikwidowany). zażywał kąpieli słonecznych na plaży w Soczi. Pośle go dla Ałły. — Urodziła się córka... Semiczastny (zdjęty ze stanowiska). Zaskoczyła go ciemna barwa skó- ry — tylko czaszka zachowywała swą oliwkową bladość — wgłę- bienia kręgów i chuda szyja. — To bardzo niedobrze. Malenkowa. Szelepin (zdjęty ze stanowiska). służył pod roz- kazami Lenina. Jagoda (rozstrzelany).

Gdyby to był rozkaz. Było to coś w rodzaju obcowania świętych. Liczył się wyłącznie departament. Jego ogromna klatka piersiowa. Zamknął oczy. nie moż- na już było mówić ani o hierarchii. gdzie obaj oni operowali. Święci nawzajem okazywali sobie zaufanie w sprawach służbowych idące tak daleko. Pitman. Poza tym nie było wiadome. ile będzie trzeba. uniosła się i wydała z siebie tchnienie: — Niech to będzie syn. Tyle że tam. Każde spotkanie z Ałłą stanowiło ryzyko dla Aleksandra. nie mu- siałby brać go pod uwagę: zasadniczo Abdulrachmanow opuścił już organizację. Pitman nie miałby może dość odwagi. formalnie rzecz biorąc. Był posiada- czem wysokiego stopnia wojskowego i służył w organizacji poli- cyjnej.okaże się. Całe jego życie ubiegło na robieniu sztuczek. Abdulrachmanow nie wahał się wcale. że był kimś w rodzaju europejskiego Sun Tsu. Słowa te bardziej przypominały zaklęcie niż rozkaz. który pożegnać można tylko pożegnawszy się z życiem (i nawet to nie było cał- kiem pewne). pocięta zebrą żeber. by uciec się do roz- wiązania całkiem oczywistego. Od razu jednak zdał sobie sprawę. z powołania jednak był czarownikiem. ani o aktywie. Jednakże było oczywiste. W ta- jemniczy sposób — tak że nawet Pitman. ani o kadrach rezerwowych. że Abdulrachmanowowi nie przyszłoby do 110 . czy był w stanie spłodzić chłopca. — Cóż — powiedział — mogą przecież próbować tyle razy. nie ogarniał tego do- brze — człowiek ten rządził światem. na- rażało jego misję. że narodziny jednej córki nie zaspokoją jego potrzeby zakorzenienia się w czasie i w przestrzeni. który nie został jeszcze przyjęty do wąskiego grona „Teoretyków”. Tymczasem teraz Pitman miał przed sobą zaledwie wielkie brązowe cielsko piekące się w promieniach słońca. że jego sugestia nie będzie przyjęta.

głowy zapytać. niepotrzebnie i w dziwnie nieokreślony sposób tęskni- ła. W pewnym sensie. jakie wysyłała swemu kochankowi. Ałła bez skrupułów wykonywała instrukcje. którego jakoś tam kochała i za którym. Synek porucznika Jermakowa z drugiej dyrekcji fotografowa- ny był bardzo często. Kapitan Kuzniecowa otrzymała dokładne instrukcje co do treści listów. który wyrażał zgodę na ich wysłanie. pojawił się nowy Dymitr Aleksandrowicz. jak jej się zdawało. Małą Kasię wychowywała babcia. przysiadł obok grobu: — Teraz. pomyślał. ostatnia wola podporucznika marynarki została już spełniona: cząstka jego ciała „powróciła”. . w palącym słońcu. Z gołą głową. Ałła tymczasem zaczęła żywić pretensje do tego mężczyzny w śred- nim wieku. tatusiu. Rzecz jasna listy te przechodziły przez ręce pułkownika Pitma- na. czy przypadkiem nie zawiadomiono już ojca o narodzinach córki. Należycie wprowadzony w błąd Aleksander wybrał się na grób do Sainte-Geneviève.

Jeden tylko przedmiot wyłamywał się z ogólnej banalności 112 . Był to kompletny i nigdy nie przeglądany zbiór wydań Plejady. Sypialnia była ogromna. To samo w łazience: starannie osu- szone mydła. z którego talentu można było być dumnym. ustawione w salonie. powtarzały to samo. Ani w sypialni. Można było domyślać się tylko. pokry- wała układająca się w fałdy firana. jedną ze ścian. że dekorator co prawda proponuje. Harmonia delikatnych odcieni niebieskiego i stłu- mionych beżów świadczyła o dekoratorze. Pod stopami ścielił się jedwa- bisty dywan. 3 JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA Dokładnie w trzydzieści lat od chwili. w których nie tkwiły kłębki włosów. lecz decyzje podejmuje lokator. które przekonują gościa. kiedy na wieży Notre Dame przyjęty został do służby. że jest to ktoś dbający o porzą- dek i zamożny. Nie był jeszcze całkowicie rozbudzony. ani w przylegającym do niej salonie nie znać było żadnego z tych śladów osobowości. brzy- twa wyczyszczona po goleniu — wszystkie te przedmioty ułożone były starannie i nic nie chciały zdradzić na temat ich właściciela. szklaną płytę. Psar otworzył oczy w mieszka- niu na jedenastym piętrze eleganckiego domu w Suresnes. szczotki. lecz coś podpowiedziało mu od razu: — Od dzisiaj zacznę wracać. Także książki.

Przy goleniu myślał znowu o dziwacznej scenie. Czerwony wskaźnik migotał co jakiś czas. w odurzeniu i migota- niu tamtego upalnego czerwca. podjęta była właściwie od zawsze. będzie musiała ustą- pić miejsca uzależnieniu. Były to szachy elektroniczne. wobec których nie będzie wykonywał miłego posłannictwa oszusta. iż znalazł wreszcie rozwiązanie. Gdy wychodził z łazienki. Sieć znajomości. A przecież nie jest rzeczą łatwą dla czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny zmienić na- gle bieg życia. w regularnych odstępach. Tam nie odnajdzie za- pewne takiej wygody życiowej. choćby w jego drobiazgach. Na- tychmiast ją zaprogramował: 113 . — F6: właśnie tak jak myślałem. Będzie musiał nawiązać nowe sto- sunki i znajomości. Nie wiedział nawet. w wieloletnich czynnościach i zwyczajach. tkana przez niego cierpliwie latami całymi. na jaką mu do tej pory pozwalano. — Co. Nie dorównywał mu obecny czerwiec. Wszystkie te jednak zastrzeżenia nie mogły w naj- mniejszym nawet stopniu podważyć decyzji. z ludźmi innej kategorii. Straci kraw- ca. jak zniesie tamtej- szy klimat.dobrego tonu. luksusu nie tyle nawet material- nego — bo tego mu nie zabraknie — ile wyrażającego się w na- wykach. Decyzję swą podjął dawno temu. Pewna nieza- leżność. zdmuchnięta zostanie jak pajęczyna zmieciona przez szczotkę. komputer przestał mrugać czerwo- nym okiem — oznaczało to. która roze- grała się wtedy na szczycie Notre Dame. Podniósł się z łóżka. i na nim też spoczął wzrok budzącego się Alek- sandra. Aleksander znał ripostę już od poprzedniego wieczoru. z uwagi na kłopoty z częściami zamiennymi. powziętej przed trzydziestu laty. nie znalazłeś jeszcze? — Aleksander zwrócił się po rosyjsku do towarzysza swych nocy. Nie miał zamiaru jej zmieniać. do którego przywiązał się od lat — czy tam w ogóle są kraw- cy? — i będzie musiał wziąć inny samochód. o ogromnych figurach z rzadkiego gatunku drewna.

. 114 . Wierzył w to. a więc. którą kupił okazyjnie dwadzieścia pięć lat temu. Zjechał do betonowych wnętrzności budynku. gdy samochód uwięziony był w korkach. — My obaj dźwi- gamy jarzmo ciężkiej przeszłości. Lu- bił swoją bordową omegę. Kupił ją niedawno i miała to być symboliczna aluzja do alfy. — Ja godzę zwaśnionych — odpowiadał błyskotliwie. nie była już nawet wyskokiem. to już ostatni moment! Przecież wczasowicze w Sa int-Tropez nie będą się trudzili lekturą podobnie pracowicie udokumentowanej książki! Zobaczy pan zresztą. Prowadził dziennik. Tak samo jak i ja jest pan potomkiem klasy panów. Słysząc nalega- nia Psara westchnął. mrucząc pod dotykiem jego ubra- nych w rękawiczki dłoni. Z ko- nieczności musiał poruszać się zygzakiem. co chce pan powiedzieć — odparł.. Sprzedawczyni gazet. Zatrzymał się na moment na przejściu dla pieszych i obniżył szybę okna. Miało to znaczyć: zadał mi pan cios poniżej pasa. wkrótce zaczynają się wakacje. mówiąc o mojej linii redakcyjnej. W trakcie jazdy odnalazł prawą ręką literacką stronę dziennika. wręczyła mu «Niezależny Dziennik». do garażu. który był ojcem chrzestnym tego dzieła opublikowanego przez wydawnictwo Lux. Teraz omega. że Słownik jest napisany całkowicie w pańskim duchu. Jean-Xavier. zadał sobie trud zadzwonienia do re- daktora naczelnego pisma: — Wybory już za nami. Inne gazety znajdował rano na swo- im biurku. ta jednak należała do jego „orkiestry” i lubił ją prze- rzucać. — Wiem. Prawie w to wierzył. Aleksan- der. — Jak pan to wszystko godzi? — pytano go nieraz. Jean-Xavier de Monthignies lubił pozować na człowieka le- wicy. odpo- wiadała jego pozycji. uchodzący za pismo prawicowe. — Masz teraz cały dzień na zastanowienie się. znająca go od dawna. «Niezależny» nie ogłosił był jeszcze artykułu o Słowniku dyktatur. co mówił.

— Na wstępie autor definiuje kryteria re- żimów dyktatorskich. młody. karanie za wypowiadanie przekonań. liczba miesz- kańców: 240 milionów. Następnie autor wylicza trzydzieści trzy państwa. Słownik dyktatur omówiony zo- stał w artykule zajmującym pół kolumny. że po- święcając tyle samo czujnej uwagi ZSRR i Paragwajowi daje do- wód obiektywności. przechodząc kolejno wymienione po- wyżej kryteria polityczne. że Związkowi Radzieckiemu dostało się. Jean-Xavier de Monthignies nie czułby się dobrze. Nie musimy podzielać jego przeko- nań. poważny dziennikarz. Cień uśmiechu przemknął przez nieco końską twarz Aleksan- dra Psara. będąc poniekąd zawodowym ilu- zjonistą. 115 . gdyby za- pomniano. Dał jednak słowo i w takich wypadkach — jako redaktor na- czelny — dotrzymywał słowa. że jest potomkiem wyzyskiwaczy. cel: przetrwanie”. co mu się należy”. palących się do przyjęcia odeń magicznej pałeczki. że. W gruncie rzeczy wystarczyło pozwolić działać takim jak on Minquinom. oraz: „liczba mieszkańców: 3 miliony. nie sposób jednak nie wyrazić uznania dla obiektywizmu autora. nieukrywany cel: narzucenie własnej doktryny całemu światu”. I oczywiście Minquin wpadł w tę pułapkę. iluzjoniści niższego szczebla uważali się za ludzi rzetelnych! Autor Słownika dyktatur przekonany był. Co najdziwniejsze. którym przysługuje określenie «dyktatury». bo liczyłem). W rezultacie obok siebie znajdowały się hasła: „baza materialna i techniczna komunizmu. „Książka obfituje w nowatorskie sformułowania — pisał Hugues Minquin. Wszystkie opisywane państwa przedstawione zostały na tej samej ilości stron (wiem. różnego ro- dzaju dyskryminacje. monopartyjność. Oto ich przykłady: poddanie sądownictwa pod nadzór władzy wykonawczej. Miało to być rekom- pensatą za opóźnienie w publikacji recenzji. stosowanie presji fizycznej w trakcie prze- słuchań. ponad którą falowały bujne brązowe włosy Febusa. Uważał za godne podziwu. i omawia je. Trzeba powiedzieć. znajdował zawsze bez trudu iluzjonistów niższego szczebla.

Nie ryzykowali dekonspiracji. jest minimalna. ale w każdym razie budziła sensację. żeby móc odczytać jakiś tytuł. który go zainteresował. by żądać „powro- tu”. i nic więcej. ludzi. potem uderzał w nie dłonią. jaką w to wkładamy. do którego kierowano dysydentów. W jego sercu. przebiegłego Pitmana”. Ponieważ zaś byli Francuzami. nie mieli żadnych powodów. „Żelazna Maska” — bo tak nazy- wano nieznanego autora — stała się może nie gwoździem sezo- nu. Trzeba powiedzieć. Pewna jednak wiadomość przyciągnęła jego uwagę. Nowa stronica dzieła pod tytułem Rosyjska prawda dotarła do wy- dawnictwa Mewa w Rzymie. siła. okoliczności. że wszystkie składniki tej sprawy. nawiązujący jakby do typu wschodniej bajki. które przeszły już przez odpowiednie „pudła rezonansowe”. który nie miał ani imienia ani oblicza. sentymentalnego. Anonimowość pisarza. „Cóż — pomyślał Aleksander. odczuwając przyjemność nieco tylko zabarwioną poczuciem wyższości — zobaczę wkrótce Pit- mana. Cały czas prze- prowadzał selekcję: najbardziej zajmowało go śledzenie pracy jego współtowarzyszy. coś drgnęło. za- kładu psychiatrycznego. uwięzionego pośród 116 . Prawdopodobnie autorem pracy był jeden z więźniów Szpitala Specjalnego w Leningradzie. wszystko to ekscytowało prasę. których nie znał i zapewne nie po- zna nigdy. Przeglądał wciąż «Niezależny Dziennik» leżący na fotelu obok. stanowiące cząstki rękopisu docierały na Zachód. nic sensacyjnego. to jest na tony. jako że gra. Dzisiaj nie udało mu się odszukać śladów interwencji „pierwszego stopnia”. to jest sytuacja tego człowieka. gdy toczymy kulę po stromym stoku. natrafiał tylko na drugi i trzeci stopień ak- tywności. a także koloryt literacki dzieła. Jakub Mojsiejewicz nie omieszkałby w tym miejscu zacyto- wać Sun Tsu: „Należy wyciągać korzyści z sytuacji jak wtedy. a zyski nieobliczalne”. Miął kolumny gazety. w jakich tajemnicze kartki. jaką wspólnie prowadzili. pozwalała im tkwić w ukryciu. uśpionym od tylu lat.

Aleksander wzdrygał się na wspomnienie całej armii nieudolnych sekretarek. rozkładając przed nim niewidzialne prawie stopnie. Po- mieszczenie to. w Agencji.chorych umysłowo i niewątpliwie poddawanego zabiegom nie- wiele odbiegającym od tortur. ozdobione szarymi panneaux w stylu Trianon (z których nie wszystkie były autentyczne). Misja jego nie była narażona na szwank. «Niezależny Dziennik» nie podawał w całości tekstu ostatniej przesyłki. lubił jed- nak klatkę schodową tego budynku z końca XVII wieku. cała groza i litość tego losu. co było w najlepszym guście. Wiadomo było tylko. że poniósł klęskę. wewnętrznymi okien- nicami wykrzywionymi przez wiek i skrzypiącym pod stopami parkietem. wy- starczały do zbudowania z nich nie tylko klasycznej tragedii. Umo- wa dawała mu też prawo do parkowania samochodu w podwór- cu starej rezydencji. Małgorzata była już na miejscu. zanadto już przesyconym intelektualistami i handlem. Małgorzata miała lat czterdzieści. Zadawał sobie pytanie: „Czy to robota naszej dyrekcji? I jeśli tak. W tamtych czasach Aleksander myślał już. finansową w każdym razie. to o co chodzi w tej operacji?” Niestety. jako że inteligencja paryska rzucała się na zastawione przez niego przynęty jak piranie na 117 . Zaintere- sowanie Aleksandra „Żelazną Maską” miało charakter raczej zawodowy niż sentymentalny. która. że chodziło w niej o ukarany dzwon (sic). w Agencji. jednoczyło w sobie przepych z aurą pewnego za- niedbania. Gabinet Aleksandra mieścił się przy ulicy de Verneuil. ale i współczesnego. Połowę swego życia spę- dziła tu. Alek- sander nie przepadał wprawdzie za Paryżem lewego brzegu. w większym pokoju. niosła go na wysokość pierwszego piętra. gdy ta nosiła jeszcze nazwę „Czte- rech Prawd” i zajmowała dwie izdebki na poddaszu kamienicy przy bulwarze Beaumarchais. którą obecnie zajmowały różne firmy. które następowały po sobie. jedna po drugiej. post-romantycznego melodramatu.

Wstawała zawsze z krzesła. którym nieco niecier- pliwie posługiwał się robotnik trzysta lat temu. znać było jeszcze ślady dłuta. doszło właśnie do poprawy materialnej sytuacji przedsiębiorstwa. Pitmanowi zależało bardzo na tym. a także do przeprowadzki w bardziej literackie rejony i zmiany nazwy z „Czterech Prawd” na „Agencję Literacką Aleksandra Psara”. która dawała mu tyle zadowolenia. wiszącej nie w ką- cie pokoju. Przeszedł do własnego gabinetu. ozdobionych kwietnymi motywami. Dzwonił pan de Monthignies. że sprawne zarządzanie nie jest jednakowo po- trzebne w firmie i na pokładzie kontrtorpedowca? Sprawiło to. tak że oryginalne panneaux. mieszczącego się w pokoju węższym i dłuższym niż biuro Małgorzaty. że Aleksander zabrał się do prowadzenia finan- sów z konieczną energią. Na krawędziach gzymsów. Chciał wiedzieć. W momencie gdy pojawiła się Małgorzata. Jak zwykle rzucił okiem w kierunku ikony. lecz płasko na ścianie: miało ją to 118 . — Poczta jeszcze nie nadeszła. a na to jeszcze złożył rękawiczki. — Niech pani będzie tak dobra i połączy mnie z nim. pojawiały się w otoczeniu ciepłej różowości naturalne- go drewna. Małgorzato? — Dzień dobry panu. To ostatnie było o wiele poważniejsze. podczas gdy Aleksander dla spraw handlowych żywił pogardę typowo żołnierską. czy jest pan zadowolony z artykułu. żeby firma przynosiła zysk. — Wszystko w porządku. Aleksander rzucił swą wypchaną aktówkę na empirowy stół. a której nie dawał jednak za- panować nad własną wyobraźnią. a nawet znalazł przyjemność przepro- wadzając jakąś korzystną transakcję. Wkrótce opuści tę dekorację. Pitman zaapelował do jego ambicji w sposób zupełnie genialny: — Myśli pan. na przemian prostokątne i owalne. Kazał wyłożyć ściany boazerią. jak być powinno. gdy wchodził do biura i uśmie- chała się do niego z rewerencją.kawałek mięsa.

Data dzi- siejsza. ciemnoczerwony. który jego ojciec miałby w mieszkaniu przy ulicy Gwardii Kon- nej. 15. kaukaski dywan. ukryty pod pozłacaną blachą ze srebra. gdyby nie. jeden z nich wielki. że jego gabinet nie był utrzymany w jednolitym stylu i cieszył się z tego. proszę porównać z oryginałem — Miagkoserdecznego. nie.) 13. Szanowny panie. Wiedział..00 — obiad w „Petersburgu”. zaprasza pan „Divo”. Zainteresowała mnie. Kanapa pokryta była też czerwoną skórą. Nie chciał ujawniać szczegółów. para czerkieskich kindżałów na ścianie. do której pan nawiązuje. by nadawała się do serii Białej Księgi. przecinek.) 11. — Pomóż nam tylko troszeczkę — zwrócił się do niego Alek- sander. (Ma jakiś pomysł. Spojrzał na zegarek. Była to jego poranna modlitwa. zakrywający usterki starego parkie- tu. Do- strzegł ręcznie pisaną epistołę. Praca „Dekabryści”. Włączył dyktafon: — Do pana Walerego — uwaga na ortografię. spoczywającą od paru dni w ko- szu z naklejką „Odpowiedzieć”. drugi mały.zdegradować. Małgorzato. mahoniowa szafa bi- blioteczna.10 — pokaz filmu Topaz w kinotece. Odstęp. nie żywo. które tam znalazł. przecinek. Otworzył teczkę z papierami do podpisa- nia i złożył podpis pod dwoma listami. Zgromadzone tu sprzęty nasuwały na myśl pokój do pracy.30 — Panna Józefina Petit. Obiecał pan zajrzeć do biura po filmie. Był to Zbawiciel.30 — Pan Aleksy Lewicki. Nie sądzę. aba- żury i podwójne firany ciemnozielone. (Psychoanaliza terroru. 119 . jako że seria ta na stawiona jest na problemy aktualne. zreda- gowana w języku rosyjskim. Wydaje mi się natomiast.. Zajrzał do kalendarzyka: 10. którą mi pan przysłał wiedziony dobrą intuicją żywo mnie zainteresowała. Rozsiadł się w swym fotelu z angielskiej skóry. dysydent.

przez powieszenie. Telefon zabrzęczał poważnie: — Pan de Monthignies na linii. u tego samego wydawcy. że. które zażądały.. Trzeba by też podkreślić poświęcenie kobiet. że książka mogłaby ewentualnie ukazać się w serii Geneza Rewolucji. — Dziękuję. Gruby Monthignies był jak zawsze zalękniony: 120 . czyż nie. Od- stęp. które chcie- li oni naprawić i nie kłaść tak wielkiego nacisku na ich brak kompetencji. że niebawem znów ujrzę go na mym biurku. jak pan pisze. Warunki ży- ciowe dekabrystów. Na- leżałoby może zwrócić większą uwagę na nadużycia. wykrzyknik — domagają się bardziej dramatycznego rozwinię- cia. nie mają nic do rzeczy. że. przeci- nek. Odstęp. ilość służących. że prześladowania. że mam wpływ. że postanowił pan ukazać bohaterów powsta- nia dekabrystów — no trudno. bez przerwy zerkał na zegarek — zadzwoni pani do madame Boïsse. To prawda. Odstęp. i w więzieniu. nie. że prowa- dzę. że mam czasem coś do powiedzenia jeśli idzie o dobór książek do tych dwóch serii. że w wypadku niektórych spośród nich ambicje osobiste odgrywały ogromną rolę. Kropka. i na wygnaniu zachowywali się w sposób tchórzliwy. iż nie mieli zamiaru uwolnić własnych poddanych — nie należy to w gruncie rzeczy do te- matu. Odsyłam więc panu rękopis z na- dzieją. i tak dalej. Proszę przy- jąć najlepsze.przecinek.. jakie ich dotknęły — pięć kar głównych. i tak dalej... nie. Żałuję tylko. dekabrystów z dużej litery — w niezbyt korzystnym świetle. Jak skończę — Aleksander zerknął na zegarek. że. taka jest przynajmniej moja pierwsza reakcja. by wolno im było towarzyszyć mężom na wygnaniu. Należałoby też przemilczeć fakt. Wzbudziło ono przecież tak wiele reakcji pozytywnych. Wie pan. a jednak byłoby może rzeczą właściwą ukazać to przedsięwzięcie w bardziej przychylny spo- sób. Wreszcie zdaje mi się. ich wygody. prawdą też jest. nie odbiera to przecież szlachetności ich planom.

. Co najwyżej jest to dla pana czymś w rodzaju hamulca. Hugo Minquin był doskonałym kandydatem na „pudło rezo- nansowe”. Żyjemy w strasznych czasach. że nie ma pan serca. dziękuję panu z głębi serca. Chciałbym. — Może panu będzie lepiej. tego serca. hę. — Podzielam pańskie cierpienie. To okropne. pan jest kozakiem. Jean-Xavier. — Nie przesadzajmy. Być może to nie pańska wina. Aleksandrze. reakcjonistą. Usłyszał głos Małgorzaty. przymiera głodem. hę. 121 . — Jak tam. Hugo Minquin świetnie sobie poradził z tym tematem. to mnie to przeszkadza w cieszeniu się ży- ciem. Garota w Hiszpanii. mówiącej swobodnym tonem: — U madame Boïsse dzwoni telefon. które były taką mordęgą. żeby wszyscy byli zadowoleni. Jeśli o mnie chodzi. że został zwerbowany. osaczenie ludzi w Związuniu. hę. — Rzecz jasna. pozosta- li. wszystko w porządku? Zrobiłem ile się dało. — Jean-Xavier. Najbardziej mi się podobał fragment o karnych szpitalach psychiatrycznych. Rozmowę zakończyła wzajemna obietnica wspólnego obiadu przed wakacjami. — Sprawi mi pan przyjemność — powiedział Aleksander — przyprowadzając na obiad Minquina. — Sam zresztą też zajrzałem do tej książki. z którym się nie obnoszę. Pana nie niepokoi głód na świe- cie. pan zawsze myśli wyłącznie o tyranii so- wieckiej.. Nie będzie sobie nawet zdawał sprawy. zostało wykalkulowane przez Aleksandra. Wszystko po- toczy się lepiej jak tylko znajdziemy się za miesiąc w R. Grubiaństwo. jakim było dzwonienie do kochanki za pośred- nictwem sekretarki. Tu miał rację. — Niech pan słucha. Dwóch ludzi na trzech. ale my. Są jednak i inne na świecie i Minquin jest całkowicie obiektywny.

Boli mnie głowa. — To już dziesięć dni. — Przecież nie zawsze pije pani przeze mnie. która dużo paliła. Była trochę tęga w 122 . odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. skoro nauczono go troski o stwarzanie pozorów. Oto postawił pierwszy krok w drodze powrotnej na wschód. — Zawsze. Pitman popełnił lekki błąd. Nie wątpił w dyskrecję Małgorzaty. przynajmniej Małgorzata będzie wiedziała. — Napijemy się wódeczki. palec musnął me- chanizm przekładni. Nie ma lepszego lekarstwa na pa- ni dolegliwości. starał się być wirtuozem w tej dziedzinie. Nic pozornie nieodwołalnego. to „ty”. ale w rzeczy- wistości procedura — i proces — zostały puszczone w ruch. ale. — Wszystko w porządku? — Doskonale. — Pani frustracja wkrótce się skończy. pomyślał. Aleksander odłożył słuchawkę. Pan się śmieje. Jeśli jego telefon był na podsłuchu. — Właśnie: usiłuję utopić moją frustrację w alkoholu. Po rosyjsku mówi się na to opochmielit'sia.. Jessica. które pojawiło się jakby w wyniku roztargnienia. Małgorzata przyniosła dzisiejsze gazety.. nie jesteś chyba poważnie chora? To nagłe zaniepokojenie. Będę dziś wieczór w dosko- nałej formie. że ma tego wie- czoru nieco konspiracyjną — a więc niewinną — randkę. — Jessica? — To pan? Głos osoby. która wynalazła rosyjski język i knut! — Słuchaj. brutalu? Ale to z pańskiej winy. „Za- biorę kindżały”. — Niech pan będzie spokojny. Czy mogę zajrzeć dzi- siaj wieczorem? — Życzenie mojego pana jest dla mnie rozkazem. Załatwione. tym lepiej. Jeśli nie. — Cóż za język! Jak można należeć do rasy. straciłam czucie w ustach.

Jeden związany jest z drugim. Mamy do czynienia z dwiema odmianami terroru. których określa się mianem terrorystów. a może nawet. bluzki klasyczne w kroju. Nade wszystko zaś. Aleksander przysunął do siebie grubą teczkę z niebieskiego kartonu. na której wielkimi literami wypisany był tytuł: Psycho- analiza terroru. który się narzuca. Skreślenia. jak się to dzieje w systemie totalitarnym. jakie wprowadziła do tekstu. niech Bogu będą dzięki. na przykład w dekadenckim systemie liberalnym. lecz poruszała się zgrabnie i każdy inny mężczyzna zwróciłby na to uwagę. nie nosiła nigdy spodni. Nieczytelny ma- szynopis charakteryzuje autora.. kto wie. Terror narzucony może być dziełem despo- tycznego rządu. iż ma się do czynienia z kimś. lecz może też brać się z dołu.. Józefina Petit nie popełniła żadnego z tych dwóch błę- dów. Pewna siebie. który się odczuwa i terror. Dwadzieścia siedem lat. — Przyszła panna Petit.biodrach. skrojone przez krawca (pensja. nieco przed czasem. ale może też być odczuwany przez elitę rządzącą. że nie dało się odcyfrować pod nimi po- przedniej wersji tekstu. Maszynopis nadto starannie przygotowany świadczy o tym. ciemne błękity. Dobrze się ubie- rała: suknie w kolorze jesiennych liści. Terror odczuwany mo- że paraliżować masy. lecz nie powinno się zacierać gra- nicy między nimi. uważającego się za zapoznanego geniusza. spódnice z szarej flaneli.. ciemnoczerwone sweterki w dobrym guście. kto już opublikował książkę. Jedność myśli i wykładu podobały się Aleksandrowi i zarazem 123 . jego sprawcami są wówczas ci. miała zbyt obfity biust. zawsze dobrze zestawione. — Jak wygląda? — Hmm. wystarczyłaby i na to). jaką wypłacał jej Aleksander. że jego autor chciałby sugerować. Pierwsza stronica zaczynała się w taki oto sposób: Istnieje terror. kupowane pod dobrym adresem. zaznaczone były tak grubym pisakiem..

wprawił w zakłopota- nie Aleksandra-specjalistę od techniki wywierania wpływu.żenowały go. Język tymczasem. Podobnie jak w Słowniku dyktatur. tak- że i tutaj metoda równych części święciła triumf. Aby to osiągnąć. zginie z braku powietrza. ponieważ nie zdążył zamienić się w wykonawcę. co chcemy zniszczyć: myśl. z młodzieńczą werwą. Na zakończenie posłużył się. mogła wywrzeć na publiczności czyta- jącej pożądany skutek. Autorka posługiwała się ogólnie znanymi po- jęciami i jednocześnie wykraczała poza nie. Cza- rodziejskie sztuczki. choć pisa- na językiem klarownym. Tekst wywarł wraże- nie na Aleksandrze-miłośniku literatury. gdy jeszcze uważał się za teoretyka. nie ma się gdzie ukryć. ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język. myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. Aleksander był zdania. dzięki czemu zniszczymy to. Pomimo bowiem strat. człowieka czynu: „Uczono mnie. W rezultacie garstka greckich pułkowników. że szukała swych przykładów w różnych kontekstach politycznych i geograficznych. choćby autorka nie była tego świadoma. jej oburzenie rozrzedziło się nie- co. wspólny dla całej zbiorowości. Panna Petit żywiła poglądy liberalne i terror pod każdą postacią był dla niej czymś odrażającym. jakie zadały jej mass media. zwycięstwo będzie bliskie”. które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z or- tografią. znajdowały wyraz raczej w języku niejasnym i zagmatwanym. musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy. stanowiące istotę jego zajęcia. a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. że Psychoanaliza terroru. Przez to jednak. Sam pisał na ten temat. jeśli chce się zniszczyć myśl. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywoła- nia procesów gnilnych w języku. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka. sformułowa- niem. że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl. którzy rządzili 124 .

Pod nimi kryła się mała kwadratowa twarzyczka z kwadratowym noskiem. niewiele większa od krasnolud- ka. który miał w swych rękach decyzję. Aleksander wstał z fotela. Kraj spódnicy ocierał się o wyzierające z niebieskich bucików kostki. Patrzyła poważnie na człowieka. 125 . że jej skóra nie jest dość cienka. marzyli w gruncie rzeczy o jednym tylko: chcieli być wydawani. W jednym tylko punkcie będzie musiał zażą- dać poprawki. ale i subtelnego. prawda? Pani Petit była bardzo niska. wyciągnął rękę do swego gościa. Miała brązowe włosy. Panna Petit była dość dziwnie ubrana — w każdym razie Aleksander uznał ten strój za osobliwy — miała na sobie mianowicie koronkową bluzkę i długą spódnicę ze sztyw- nego dżinsowego płótna. autorzy. liczącą miliony członków i władającą Rosją od sześciu dziesiątków lat. Od pewnego czasu Aleksander nie lekceważył tego rodzaju korzyści. że stałaby się członkinią tej zupełnie od- rębnej rasy autorów: pisarzy. by stać się człowie- kiem znanym. mimo wszystkie ich fanfaronady. co by się podobało Aleksandrowi. Cóż za dziwaczny ekshibi- cjonizm! Aleksandrem wstrząsnął dreszcz niesmaku. Miało się wrażenie. że mogła konkurować z międzynarodową partią. krótko przycięte i sztywne. gdy przy- pomniał sobie. Usta miały w sobie coś twardego. Instrukcje jego dyrekcji były niekiedy bardzo do- kładne.zaledwie przez sześć lat. Jakież to wulgarne! — Dzień dobry pani. Promieniował sympatią i nadzieją: — Zostaliśmy stworzeni do tego. Pani Petit. za którymi kryła się bezkompromi- sowa inteligencja. nabierała tak wielkiego znaczenia. Lecz pod gęstymi rzęsami o nastroszonych wło- skach patrzyły na świat oczy. że i on kiedyś myślał o tym. Nie spodziewał się jednak silniejszego oporu. których książki są publikowane. Mógł sprawić. by się porozumieć! — wy krzyknął. Poza tym „terror” w tytule korzystnie wpływał na powodzenie książki u czytelników.

Chciałam zwrócić się do redaktora Białej Księgi. wydekoltowanych. nie chodziło o tę poronioną rewolucję. noszących kra- waty. co od pierwszego razu budzą zaufanie. Rzucił spoj- rzenie na mahoniową bibliotekę: na półkach ustawione były tomy Białej Księgi w kolejności ich pojawiania się na polu bi- twy: Biała Księga o rasizmie. Biała Księga o kobiecie. gdyż wiedzą dobrze. debiutantów zaprzyjaźnionych ze sławnymi profesorami i takich. jak to wy- szczególniał towarzyszący awansowi komentarz departamentu. co się stanie z Agencją? Czy ktoś mnie zastąpi. — Tak. czy też firma zostanie zlikwidowana?” Usiadł. co nic nie jedli od trzech dni. był pew- ny swych mięśni i głowy. czemu zwróciła się pani do agenta literackiego zamiast skierować się wprost do wydawnic- twa? — Nie wiedziałem. pytania. — Czy mogę pani zadać pytanie. poufałych. Biała Księga o eksploatacji dóbr naturalnych Ameryki Łacińskiej. tych. tych. Uwielbiał te szczegóły. Czuł się młodo. co niczego by mu nie odmówili. czego mogą oczekiwać od Alek- sandra i na co on może w zamian liczyć. wariatów. Ta seria należała do największych jego sukcesów. lecz. po czym podniósł się znowu. arogantów i błagalników. — Ach! Biała Księga! Oczywiście. ale i tych. zasługa polegała na „praktycznym sparaliżowaniu na przeciąg przynajmniej jednego pokolenia francuskich uniwersytetów i 126 . — Czy to pani pierwsza książka? Iluż ich miał już w swoim gabinecie. i — chociaż i tak podjął już decyzję — nie chciał nic zmieniać w repertuarze swych metod. debiutantów różnej płci i charakteru. że jest pan agentem. rzecz jasna. co chcą rezygnować z honorarium i tych. Bia- ła Księga o edukacji narodowej we Francji (ten katechizm re- wolucjonistów z maja 68 przyniósł Aleksandrowi sukces w po- staci wcielenia w szeregi KGB i jego pierwszego stopnia oficer- skiego. co stawiają na pewność siebie lub na nieśmiałość. Przez chwilę zastanawiał się: „Ciekawe.

Biała Księga o neokolonializmie. Łączyła w sobie. Dziewczyna patrzyła na Aleksandra i wydawało się. robić z debiutu Białą Księgę. Wziął do ręki jeden z tomików: była to mała. Iluż autorów zabijało się o to. czy też. w szeregi administracji państwowej. która graficznie utrzymana była — specjalnie! — w nieco staroświeckim stylu. Można było pomyśleć. by móc odczytać własne nazwisko na okładce jednego z tomów tej serii. nie robi na niej wraże- nia. skoro to dobra książka? Rozmawiali długo. Miałby ochotę odesłać ją do diabła. w dobrej proporcji.. Biała Księga o CIA. że ma się do czy- nienia z publikacją urzędową. Ta dziewczyna. podające imię i nazwisko au- tora i tytuł publikacji. Biała Księga o wyścigu zbrojeń. — Pani rozumie. Iluż autorom już udało się wydać książkę w takich okładkach! Aleksander rzucił opasły tomik na stół i odsunął go na bok ruchem ręki. atrakcyjna przecież. kartą wizytową.liceów”). który zarobiłby na książce i. jak to niemądrze określano. Biała Księga o odrodzeniu się nazizmu. ani w złym znaczeniu tego słowa. Kto wydał książkę w tej serii. do klubu politycznego. ani w dobrym. powiedział sobie. — Cóż z tego. Na białej okładce czcionki o rzymskim charakterze. rozumie się. że jego powierzchowność. Biała Księga o policjach paralelnych. by pa- dały. ułatwiają- cą wejście do którejś z poważnych gazet. dozę pychy i dozę pokory. przede wszystkim. Lecz wtedy ona zwróciłaby się do innego wydawcy. Gromadził przeszkody i godził się. Doskonale 127 . Biała Księga o energii nuklearnej. Miała na to zbyt niezależny sąd. mógłby ją opublikować bez tej zasadniczej poprawki. Biała Księga o woj- sku francuskim. dys- ponował. zwarta i ciężka książeczka w formacie in 16°. Biała Księga o Kościele katolickim. Biała Księga o obozach koncentracyjnych na świecie. nie bę- dzie nigdy dobrym „pudłem rezonansowym”. jedna po drugiej.. Biała Księga o systemie peni- tencjarnym we Francji.

Może trochę zbyt teoretyczna dla czytel- ników Białej Księgi. Nosił garnitury z flaneli. Albo: „O tak. Czy mogę wiedzieć. prawie brutalnego — ale nie prostackiego. przeciwnie. Zastanowiła się: — Ma pan rację. — Dobrze. spokojną. 128 . budzącego naprawdę jego wątpliwości. wydawał się wyższy nawet niż był w rzeczywistości. a mięśnie pełne skrywanej siły. Uprawiał gimnastykę i czuło się. Ubierał się z elegancją klasyczną. iż nadszedł dobry moment. arystokratycznego. Koszule białe ze sztywnym kołnierzykiem. „Psychoanaliza” może wprowadzić w błąd. (Uważał. doskonale skrojone. że pani książka jest dobrze napisana i dosko- nale udokumentowana. — Ach! W takim razie nie będzie się pani zapewne upierała przy tym słowie: „psychoanaliza”. nieco kręcone włosy podkreślały to. lecz i wyrazistą. Przedstawię książkę pani naszemu komitetowi redakcyjnemu. że wzbudził w niej dość nadziei i że zarazem nadzieja ta wciąż była na tyle ulotna.. — Nie przeczę. ciemnopopielatej. jaki jest pani zawód? — Jestem nauczycielką matematyki.) Po- święca pani całe studium temu. wpadającej w ciemny brąz. gdy przypierano go do muru. co określa pani jako terror leni- nowski. zawsze w doskonałej formie. niekiedy z kamizelką. książka tylko na tym skorzysta. by przejść do jedynego punktu. na mankietach ciężkie złote spinki. Były to ubrania dwurzędowe. Gęste. co w układzie kost- nym jego długiej twarzy było energicznego. Zresztą nasze tytuły zawsze. Na jego widok powiedziałoby się spontanicznie: „O.. To byłaby Biała Księga o terrorze. on jest doskonały”. — Niech mi pan odpowie zdecydowanie: tak czy nie? Nie lubił. Jeśli zastąpić ten termin przez „terror stalinowski”. że jego kolana są lekkie i swobodne. I jego ciało. to ktoś z dobrej ro- dziny!”. lub też ciemno- brązowej wpadającej w jasny róż. którzy przyzwyczajeni są raczej do książek „faktograficznych”.) I jeszcze coś.zbudowany. (Nic takiego nie istniało.

proszę pani. wiem. Wszystko to jest w książce. Trudno mnie. Nie mógł przecież wyjawić jej. potem powiódł wzrokiem w stronę kindżałów — posądzać o wy- rozumiałość dla tych ludzi. to niewątpliwie metoda kozła ofiarnego”. uśmiechając się złośliwie i dobrodusznie zarazem: „To. — Nie rozumiem. że partia wybrała właśnie Stalina”. A Władimir Bukowski zauważył: „Stalin i wszystkie jego okrucieństwa wyni- kają w sposób całkiem bezpośredni i. — To Lenin powiedział: „Terror jest jedną z metod rządze- nia”. by tak rzec. Należy więc posłużyć się naj- bardziej odpowiednim przymiotnikiem. że dyrekcja wystosowała do wszyst- kich fellow travellers następującą instrukcję: „Na Stalinie nam nie zależy. potomka zniszczonej cywilizacji. W związku z tym Pitman ma- wiał. a Lenin tylko sie- dem. Ręce precz od Lenina! Musimy mieć jedno bóstwo absolutnie nieskalane”. To on traktował swych wrogów politycznych jak „szkodliwe insekty”. lecz wyzwolicielem. 129 . organiczny z idei Lenina. ale ma pani do czynienia nie z ludźmi przecież. — Dlaczego? — w jej czarnych oczach pojawiło się coś twar- dego. Aleksander nie mógł podać jej prawdziwej przyczyny. To on radził Gorkiemu. tylko z zasadami. poparte cy- tatami — wskazała maszynopis. — Proszę pani. wylewajcie na jego głowę najgorsze nawet pomyje. — Wiem. dla zachodniego czytelnika Lenin nie jest ty- ranem. z samej idei socjalizmu. To on napisał do ludowego komisarza sprawiedliwości: „Według mnie należy w jeszcze większym za- kresie praktykować egzekucje przez rozstrzelanie”. To nie przypadek. A jednak muszę przyznać. co moi poprzednicy wynaleźli najlepszego. — Ponieważ był u władzy trzydzieści lat. Co innego z Leninem. by nie „płakał nad losem zgni- łych intelektualistów”. że Stalin ma na swym koncie więcej ofiar niż Lenin. której jestem pogrobowcem — tu spojrzał na ikonę. dlaczego miałabym określić terror organi- zowany przez Lenina jako stalinowski.

Skrzy- żowała ręce na piersiach i przyglądała się bukinistom i antykwa- riuszom przechodzącym ulicę. ale pani nie zajmuje się porównywaniem tych dwóch terrorów. Czemu odczuwał potrzebę 130 . — Chcę powiedzieć: terror. pana Poubelle. który przyjęło się nazywać stalinowskim. ale pojemniki na śmiecie w dalszym ciągu nosiły nazwę poubelle. Wskutek tego zo- stanie sprzedanych pięćset egzemplarzy mniej. Jego następca nazywał się Papon. że im nie jest wszystko jedno. Dam pani znać. Inni autorzy. To Małgorzata powinna się tym zająć. — Woli pani w ten sposób? Jak pani sobie życzy. ale nie „terror Stalina”. że okre- ślenie „terror leninowski” źle usposobi prasę. nikt nie mówił na nie papon. Ale wydawcy powiedzą pani. Zazwyczaj Aleksander umiał bez trudu poradzić sobie z czy- imś sprzeciwem. że w języku francuskim pojemnik na śmiecie nazywa się poubelle. niech pan zmieni na „terror stalinowski”. Panna Petit wcale się z tym nie kryła. jaką toczyli z sobą. Panna Józefina Petit podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Odwróciła się: — Dobrze. Nawet jej plecy wyrażały skupie- nie i namysł. tak jakby zamierzał ją od dać autorce. a nazwa ta pochodzi od prefekta. Z tą dziewczyną jednak szło mu nie tak łatwo. Poproszę o pani adres. w podobnej sytuacji. Odpowiedział sucho: — Ma pani przed sobą człowieka nawróconego. Położył dłoń na niebieskiej teczce. próbowali ukryć walkę. nie musi mnie pani przekonywać. — Tak. jak tylko komitet redakcyjny poweźmie decyzję. rozwijając cały wachlarz banalnych powiedzo- nek i deklarując swe najlepsze chęci. który zainaugurowany został przez przywódcę bolszewików. że nie zależy mi na tym? — Oni pani powiedzą. — A jeśli im odpowiem. Pan wie. Chce pani powiedzieć tylko tyle: terror bolszewicki.

dziękuję bardzo. zirytowała Aleksandra: — Możemy przejść na rosyjski. więc ja mam pewien pomysł dotyczący tej konspiracji. ci nowocześni młodzi ludzie twierdzą. „bardzo czcigodny”. że tak jest sprawiedliwie. że są tak bardzo „na luzie”.zapisania adresu panny Petit w swoim osobistym kalendarzyku? Może w przewidywaniu rychłego wyjazdu chciał przyspieszyć wykonanie powziętych już decyzji? Gorączkowa atmosfera ostatniego aktu? Postanowił bardziej się pilnować. . młody człowiek o pełnych wargach. co mam na myśli. Pan rozumie. Piszę po francu- sku. bo pan zna wszystkie dojścia. że w Rosji nic się zmienia. noszący pozłacane okulary. jak męczą się i jacy są niezgrabni. — Ja wiem. pan zapłaci. Pan się zgadza. Pański rosyjski z epoki kamienia łupanego. te wszystkie „łaskawy panie”. którą się posługiwał. na którym to języku mówię bez trudu. ale francuszczyzna. Dobrze. jeśli to będzie łatwiejsze dla pana. Zaczął od wygło- szenia małej pogadanki na temat stanu wiedzy — lub ignorancji raczej — Zachodu o realiach rosyjsko-sowieckich. Pan jest na procencie. niedo- skonała i bezceremonialna. — O nie. Ani w 1917. musi pan zrozumieć. że Zachód stworzył sobie mit rosyjsko-sowiecki. Wyszła nie uśmiechnąwszy się nawet. Jeżeli pan chce wynająć tam kogoś. — Niestety. Jego obserwa- cje były trafne. — Niech pan ze mną nie gra w idiotę. który powinniśmy wydoić? Wie pan. — Proszę pana. to się panu opłaci. Następnym interesantem był Aleksy Lewicki. Nie można widać bez- karnie odrzucić rusztowania tradycji i savoir-vivre'u. Ludzie Zachodu wy- obrażają sobie. wcale nie rozumiem. ani w 1861. wolę mówić z panem po francusku. co pan robi. ani w 1905.. że ja nie jestem wy- dawcą. tymczasem widać. 131 . Ciekawe. Zawsze ta sama konspiracja. nie. kto wygładzi. Ale ja wyli- czyłem. to starzyzna. zgoda.

Dziennik pisarza i tak dalej. Biesy.. — Michał był zadłużony.. Inży- niera porucznika uduszono w więzieniu i jego miejsce zajął agent Ochrany. Sobowtóra. Nietocz- ki. co zrobić ze świadectwem Hercena. jąkając się. lecz wyrok został zamieniony na karę ciężkich robót. co się stało 22 grudnia 1849 roku o siódmej rano? — Nie mam zielonego pojęcia. rzecz jasna. Beaumarchais. Marlowe. — Więc cóż to za pomysł? — Ja go opatentowałem. To on przebył cztery lata w wię- zieniu. te późne dzieła różnią się bardzo od Biednych ludzi. Ale najsłabszy uczeń jest w błędzie. Białych nocy. brat Michał.. który. — I ten agent okazał się genialnym pisarzem? — Tego się nie zabrania agentom. jeśli się nie mylę. I co pan zamierza zrobić z tym wspaniałym 132 . przepraszam bardzo. Oczy- wiście pan orientuje się. nie posłużył się analfabetą. to jest od utworów skomponowanych przez prawdziwego inżyniera porucznika Dostojewskiego. tak że mogę go spokojnie opowie- dzieć. który podobny był do Fiodora Michaj- łowicza. był przy tej scenie? — Wybrano agenta. W rezultacie skazany miał przeżyć jeszcze czterdzieści dwa lata. zmuszono go do milczenia. Proszę zauważyć. Mikołaj. że car darował mu życie. generał Rostow- cew. — Ale rodzina. — Powiedzmy. żeby dało się usprawiedliwić przemianę jego poglądów politycznych. De Foe. Może pan sprawdzić w Towarzystwie Literackim. — Ale zaraz. Jemu to oznajmił. że w tym historycznym momencie inżynier porucznik Fiodor Michajłowicz Dostojewski przywiązany został do słupa i miano już wykonać egzekucję. To on napisał dzieła wysławiające Rosję carską. — I to ma być znawca literatury! U nas najsłabszy uczeń po- wie panu. Greene.. Aleksander zerknął na zegarek.

Najmniej- szy nawet cios zadany reputacji Dostojewskiego mógł być uży- teczny. które do tej pory miał na nogach. które. że obaj od- kryli jednocześnie to samo. Był gotów do wyjścia. Lewicki kłamał. że zostałyby „oddane” Lewickiemu. które skonfiskowałem w Bibliotece Lenina i w różnych klasztorach. schował do szafy brązowe zamszowe buty. a poza tym mam fotograficzną pamięć. opinia publiczna musiałaby uwierzyć. po czym. że poro- biłem wcześniej notatki. Znów spojrzał na zegarek. koniecznie trzeba o tym po- rozmawiać z Iwanem Iwanyczem. żeby mu uwierzono. który uwierzyłby w istnienie tych archiwów i napisałby rzecz lepszą niż Lewicki. zmieniwszy obu- wie. — Niech pan nie myśli zbyt długo.. Nawet jeśli nic z tego nie wyj- dzie. że przemy- śli jego propozycję.tematem? Pamflet. Wyjął z szafy bibliotecznej parę czarnych półbutów i rogową łyżkę do butów. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Ar- chiwa można było sfabrykować. Rzecz jasna. 133 . — Dysponuję wszystkimi elementami. Tak. W drzwiach gabinetu ukazała się głowa Małgorzaty. ale może lepiej byłoby pod- szepnąć ją jakiemuś Francuzowi. skierowany przeciwko wielkiemu kontrrewo- lucyjnemu autorytetowi? Powieść historyczną w stylu Hrabiego Monte Christo. Obiad z Divo nie uśmiechał mu się wcale. obiecując mu. na grani- cy skradziono mi archiwa. Gdyby ten protestował. pulchne dłonie wykonały wy- mowny gest: — Do wyboru. nie mając nawet nadziei czy nie chcąc wręcz. Odprowadził do drzwi Lewickiego. Powiedzmy jednak.. Aleksander podyktował jeszcze dwa listy. już sama hipoteza rozbawi Pitmana. nie jest pan jedynym agentem literackim w Paryżu — powiedział na to Lewicki. a „presja opinii międzynarodo- wej” sprawiłaby. To znaczy idea była niezła. — I dysponuje pan elementami. pracę naukową? Pozłacane okulary błysnęły. ale nie mógł się z tego wykręcić.

wymierzyła swój ostry podbródek w Aleksandra: — Zmieniłam zdanie. Aleksander przybył punktualnie do restauracji „Petersburg”. to znaczyło.. chociaż. — Proszę pana. — Bliny z kawiorem. ale. Jeśli już teraz włożył swoje czarne pantofelki. proszę pana. Na przykład płacił co drugi raz za obiad zjedzony z Aleksandrem. że zaraz po filmie uda się do kochanki. co? Czy może na sta- rość popsuł ci się gust? 134 . prawdę mówiąc. ale Divo. które nigdy nie były realizowane.. autorzy to wariaci. którą by Divo robił tak jak wszyscy. wybieraj. jeśli jednak ty chcesz czarny. ujęła swoją niebieską. Czysta wódka. każ- dy kto z nimi pracuje jest do tego przyzwyczajony. Stawiając długie kroki. tę małą? Co zrobić. Później Mał- gorzata spojrzała na czarne buty Aleksandra. Nie było rzeczy. — Już wychodziłem. tak jak na to pozwalała jej długa spódnica. Aleksander wymienił z Małgorzatą spojrzenie pełne konster- nacji. Zawsze też rozmawiali o projek- tach wydawniczych.. Szybko opuściła pokój. iż zaglądnie jeszcze do biura późnym popołudniem. Wiedziała już. kartonową teczkę szybkim i precyzyjnym gestem złodziejki i przycisnęła ją obiema rękami do piersi. Nieomal pod ramieniem Małgorzaty panna Petit wśliznęła się do gabinetu. że. Ci dwaj Rosjano- Francuzi nie lubili się nawzajem serdecznie od czasów. dotarła szybko do stołu. panna Petit chce się jeszcze z panem krótko zobaczyć. Uskuteczniaj. jak to się mówi na Północy. może być? Ja wolę czerwony. był już na miejscu. powinien był za każdym razem patrzeć w kąt sali. Wolałby umrzeć niż wyjść wieczorem w brązo- wych trzewikach. kiedy chodzili do tego samego liceum. Powiedziałam jej.. Co ją ugryzło. Wreszcie spokojniejsza. najmniej paryski z paryżan. jako autor. gdy przychodziło do płacenia rachunku. że jej szef kłamał mówiąc.

— Trzeba więc powiedzieć. Czasem zaś. — Cóż za zestawienie! Policja ma przygotować czystkę. Zawsze te same zbyt spiczaste klapy marynarki. ale zbliża się wielkimi krokami Wielki Strach roku 135 . te same krzy- we uśmieszki. — Masz przecież swych wydawców. ale przyszedł mi do głowy pomysł powieści. niech nam pani poda całą karafkę. tylko pomagając sobie szyb- kim ruchem dłoni. nie. Jest coraz więcej księży. uważał. Divo gwizdnął: — Demistyfikują Boga? Nie uważasz. co? A Bóg? Co on ci takiego zrobił? Niekiedy Aleksandrowi wydawało się. który mógłby cię za- interesować. Zawsze te same niepokojące powieści. Jeanne Bouillon i Patrice Duguest przeprowadzają bardzo istotną demi- styfikację. że Divo przejrzał go na wylot i wyśmiewa go całkiem otwarcie. którzy sądzą. Dlatego właśnie niepokoję twoją szanowną osobę. druga o policji. że raj można stworzyć tu na ziemi. Opróżnili kieliszki tak jak to czynią artyści. Jedna o Bogu. przeciwnie. Ja sam nie mam tego rodzaju ambicji. że jest w tym coś chamskiego? Nie. że książka będzie dobrze przyjęta przez część Kościoła. Napijmy się. Divo. że Divo jest drażniąco obiektywny. — Biała Księga poświęcona Bogu będzie prawdopodobnie najciekawsza ze wszystkich dotąd opublikowanych. że inkwizycja miała swoje dobre strony. Demistyfikować Boga to dla mnie szczyt snobizmu i chamstwa jednocześnie. Za kogo pani nas bierze? — Dlaczego chamskiego? Jestem pewien. — Jak się miewają twoi autorzy? O czym będzie następna Biała Księga? — Przygotowuję dwie. — Tak. pół-sukce- sy i nie wiadomo skąd biorące się pieniądze. z odrzuconą w tył głową i prawie nie unosząc łokcia.

że jesteś „postacią paryską” i tak dalej. Powodem nie jest moja niewierność. To. Galacja. KNK. że ist- nieje sobie pewien kraj. co nazywam rokfortem w stanie rozkładu. Wypijmy za banderę. Nie cho- dzi jednak o to. jak w czasach szkolnych. tylko ich ostrożność. Czy chcesz. — To ma być. — Rokfort? O co ci chodzi? — Nie. ty jesteś więcej wart niż rokfort. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego. Rozmawiali. nie możesz być zepsuty do szpiku kości.dwutysięcznego. My- ślę. która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. że ich popularność spada z roku na rok. Auto-cenzura zastąpi wkrótce auto-kadzidło. popychają i tak dalej. Załóżmy. faworyzuje i obsypuje komplemen- tami partię konfederatów Galacji. Po- wiedzmy wino. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót. zajmujący ważną pozycję strategiczną. Na przestrzeni pięć- dziesięciu lat KNK finansuje. szlachetna zgnilizna. rozumiesz. żebym ci przedstawił mój scena- riusz? — Bądź tak dobry. powiedzmy. i to się liczy.. ale udaje mu się znaleźć posłuch. Załóżmy teraz inny kraj.. Wszystko to. Mam wydawców. nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. Ale twój ojciec pływał jeszcze pod banderą św. Pewna grupa filozo- fów. Także i inne czynniki spra- wiają. i zmieniam ich z powieści na powieść. rozumiesz. Wiem przecież. fikcja polityczna. przepraszam. zgoda. a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun. że ty mógłbyś mnie skierować do jakiegoś zucha. chociaż lekkomyślni. bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych 136 . do niedawna konfederackich. Galaci jednak. śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. Andrzeja. tokaj. przechodzi z lewa na prawo. — Jakie czynniki? — Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu.

Powiedzmy. Gdy tylko obejmuje swój urząd. KNK ogłasza. Nie rozumieją jednak. To awanturnik średniego szczebla. Mało o nim wiadomo poza tym. Jesteśmy już przy 12%. Jak wiesz. nie według żadnej hierarchii — w sytu- acji. By mieć całkowitą pewność.w wielu punktach kuli ziemskiej. Zbliżają się wybory. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje wła- dzę. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. w psychologii myślenie w katego- riach nieokreślonych. W ten sposób. stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. — Co wtedy? — Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posu- nięcie. co szokuje głupców. że nazywa się Puszkin. 137 . że doceniasz elegancję tego posunięcia. w jakiej przychodzą mi na myśl. ten nowy prezydent. że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności. kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. gdy synkretyści dysponują większością absolutną. przy 10 i pół. przy 11. do 13%. konfuzyjnych. polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%. teraz śmieją się z nich. nazwijmy ją synkretyczną. pod pretekstem. że uciszy to konfederatów. Efekt jest podwój- ny. A głupcy zawsze są w większości. Z drugiej stro- ny gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę. że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś. którzy do niedawna drżeli ze stra- chu przed konfederatami. Z jednej strony burżuje. Myślę. jeśli będą funkcjonowały me- chanizmy demokratyczne. co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. a konfe- deraci dostali minimalną ilość głosów. ich partia zostaje zreha- bilitowana. iż popiera jego kandydaturę. że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wy- brany.

Nie. Dalej. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich. które ofiarował konfederatom. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony pa- triotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. Oto ugrupowanie polityczne. portfele ministerialne. Widzisz. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami. Puszkin dewaluuje ją. ale także nadaje im inny tytuł. Numer sześć: galetka. osiągnęła godną po- zazdroszczenia stabilność. że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji. który skła- dał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych preto- rami. to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci. że podczas kryzysu transport ma decydujące znacze- nie. Łatwo zgadnąć. tak że straciło obie te właściwości. były kluczowe. tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu. typo- wo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. sprawy wojskowe czy wew- nętrzne. to jest przeciwko społeczeństwu. Galacja posiadała wydajny system administracyjny. co już sprzyja destabilizacji kraju. lekceważąc wolę 90% Galatów. gwałcąc otwarcie wolę ludu. że stanowiska w rządzie. Niech żyje demokracja. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. 138 . a wiadomo. Nikt tego nie widzi. Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bar- dzo znamienne. które im się dostały całkiem niewin- ne. chociaż dotyczyło jedynie terminologii. Oczywiście. Od dawna istniał w Ga- lacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu. jeśli dobrze liczę. Nie myśl jednak. wbrew interesom Galatów i konwencjom. pieniądz Galatów. synkretysta Puszkin znosi ją. nie. a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie. które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne. zostało ośmieszone. gdyż Puszkin sam reprezentuje wła- dzę. Akcja numer pięć. nie. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia. zawartym z sąsiada- mi.

by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. z którym się utoż- samia. To ostatnie posunięcie. — Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest „kretem”? — Zdaje się. z której nie ma wyjścia. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i radu- je ją fakt. Odwiedza z nim groby przodków. jako że otwarte wojny stały się niemożliwe. Divo. Alek. Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl. o którego się lęka.. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego. żeby roz- broić naród. mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną. że we Francji używa się tradycyjnie określenia „łódź podwodna”. źle się sprze- dają. w krótkich spodenkach. o któ- rego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspo- mniałem. jak ci się podoba mój projekt powieści? Aleksander odpowiedział mu cichym głosem: — Powieści. Divo wybuchnął śmiechem: — Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin! Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina. po- znaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie sek- su. razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii pla- stycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii. a ja troszkę zo- stałem Iwanem. No i jak. Divo wciąż uśmiechał się trochę 139 . chociaż ty nie jesteś Alioszą. i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kie- reńszczyzny. Numer siódmy i na razie ostatni. ale po to. całego tego manewru. jak to nazywali filozofowie. w których nie pojawia się bohater. to posunięcie najbar- dziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. Ich spojrzenia spotkały się.. że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju. Ach. którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie.

krzywo. — Ładny tytuł. dzika złość. czy «Inny Dziennik» drukuje powieści w od- cinkach.. A jednocześnie kto wie.. Chociaż nie wiadomo. Być mo- że miałbyś wreszcie swój bestseller. Wie- działbym. jakby Aleksander sobie tego życzył. nie o to idzie. jak rośnie w nim złość. bez emocji: — Nie wiem. Odpowiedział wysokim głosem. ale irytujesz mnie w najwyższym stopniu”.. że „dahu” jest afrykańskim zwierzęciem. komu zgłosić odpowiedni meldunek. ironiczny kompan jego życia. cenionym przez myśli- wych. „Szkoda — pomyślał — że minął już czas «mokrej roboty». W szkole Divo był chłopcem błyskotliwym i łatwowiernym zarazem. twoja fikcja polityczna? — Myślałem o tytule Akt wojenny. to raczej wątpię. nie zaś w swojej własnej. Można mu było wmówić. Jak to się nazywa. Dlaczego Divo chciał się z nim spotkać? Aleksander pożegnał się z nim nie wyjaśniwszy tej kwestii. Wszystko jest możliwe. Naprzód ten gaduła. Być może ten półnieudacz- nik naprawdę wyobrażał sobie. 140 . a potem Divo.. Jeśli idzie o wydawców. Słowo „wojna” przypomniało Aleksandrowi. Nie jesteś nie- bezpieczny. Dzień nie układał się tak dobrze. Za to teraz miał przed sobą godzinę szczęścia. Przecież to pierwszy dzień jego „powrotu”. Aleksander czuł. Tam miałbyś szansę. w jaki sposób zwrócił się do Pitmana przed trzydziestu laty: — Ależ ja chcę prowadzić wojnę! — Niech się pan nie niepokoi. że agencja Psara może mu opu- blikować jego usypiającą bajkę. czy nie wolałby w tym momencie znaleźć się w skórze Divo. jaką przeżywają ludzie stale tłumiący swoje prawdziwe uczucia. będzie pan miał swoją wojnę! — odpowiedział wtedy Pitman. a jego twarz zniknęła za okrąg- łymi szkłami okularów.

gdy nikt następny nie wszedł na salę. nieprawdaż. Zaczął lekturę od artykułu Jeanne Buillon. stosując prze- ciwko swym pracodawcom — sądził. Kupił bilet do Wer- salu. gdy pociąg ruszył i to samo powtórzył przy na- stępnym pociągu. myślę o pani w związku z nową Białą Księgą. na wszelki wypadek jednak podjął dodatkowe środki ostrożności. lecz Hitchcocka. Usiadł blisko wyjścia. „Dyrekcja niepokoi się popularnością papieża i naciskiem. chociaż jechał do Pontoise. Wyświetla- no tu dzisiaj Topaz. że mogli czuwać nad jego ruchami — pewne elementy metod. głośników emi- tujących przed francuską publicznością posłania. Widział ten film już dwa razy. Wewnątrz. na Polach Elizejskich. Znalazł się w bocznej uliczce. i wskoczył do pociągu w ostat- nim momencie. To by pani odpowiadało. Aleksander wstał z miejsca i opuścił kino. był już prawie pewien. nie Pagnola. przygotowane przez niego czy też. Po pięciu minutach. znajdował się krótszy tekst: „Dzwon uka- rany: fragment supertajnego dzieła anonimowego więźnia”. który nie należał do jego orkiestry. w ramce. Tym razem jednak pani Bouillon działała na własną rękę. jakie mu zaszczepili. «Głos» poświęcał pół strony artykuło- wi Jeanne Bouillon pod tytułem Zdemaskować Żelazną Maską. Jego obecna wyprawa była jego prywatną spra- wą. Było to jego ulubione kino. Gdy znalazł się na dworcu Saint-Lazare. 141 . że nikt za nim nie idzie. mówiąc ściślej. a na ekranie poruszali się bo- haterowie filmu. dlatego odczuwał nieco złośliwą przyjemność. jaki on kładzie na prymat duchowości — mówił oficer-pilot. która należała do jego wypróbowanych „pudeł rezonansowych”. wy- chodząc zapasowym wyjściem. Na peronie kupił «Głos». zszedł do metra. przez jego przełożonych. Wolał go od «Le Monde». — Czy nie miałby pan jakiegoś pomysłu w tej mierze?” Wtedy Aleksan- der zapraszał Jeanne Bouillon na obiad do „Antykwariuszy” i wygłaszał następujące słowa: „Jeanne. usa- dzić nieco Pana Boga”. pięć minut spędził w ogródku kawiarni. wysko- czył z wagonu.

1975 odbiorcą tajemniczych. Arsenału. jako że przedstawia pozytywne propozycje roz- wiązania sowieckiego dylematu. może być zapisane w całości w fenomenalnej pamięci więźnia. sprawa kontroli jej wytworów. Od lat już anonimowy więzień celi numer 000 Szpitala Spe- cjalnego (ul. Dzięki Sołżenicynowi wiemy. Stąd właśnie bierze się legenda osoby. niedawno zwolnieni z ponurego Szpitala Specjalnego. pu- blikującego często materiały samizdatu. którą prasa na- zywa „Żelazną Maską”. jak niezwykle może się roz- winąć pamięć prześladowanych. Leningrad. nie ograniczając się do szkalo- wania teraźniejszości czy gloryfikacji dawnych czasów. Odnosi się wrażenie. chociaż to on właśnie jest od r. gdzie się znajduje to dzieło i jak to się stało. Co innego. siedmiu jak dotąd. noszą- cej tytuł Rosyjska prawda. Powstaje jednak inne pytanie: kim jest owa malownicza „Że- lazna Maska”? Enzo Grucci. Dwaj emigranci świeżej daty. których jakość każe przeczuwać w ich autorze kogoś na miarę Sołżenicy- na czy Zinowiewa. rzecz jasna. że psychiatrzy i policjanci reżimu — niewielka między nimi różnica — nie położyli jeszcze na nim swej łapy. że nie wie nic więcej niż opinia publiczna. notatki. ZSRR) przesyła na Zachód — jaką drogą? — doniosłe obserwacje polityczne. Być może góruje on nawet nad tymi sławny- mi dysydentami. opowiedzieli o izolatce noszącej numer 000. Jeanne Bouillon nie była zwyczajną propagandystką i jej użyteczność była wprost propor- cjonalna do swobody. z której próbują je wywabić ci bardzo specjalni psychia- trzy. osoby na pewno godnej podziwu. 142 . utrzymuje. że jego uwagi są wyrwane z większej pracy. jaką się jej zostawiało. dyrektor domu wydawniczego Mewa. Rodzi się pytanie. przesyłek. Tym bardziej godne uwagi staje się zadanie odsłonięcia jej tajemnic. Aleksander uważał to za właściwe. Czemu jednak wietrzyć tu schowki i podstępy na miarę Siuk- sów albo Old Shatterhanda? Dzieło może nie istnieć wcale na papierze.

Jakiś czas później pojawiła się wiadomość. gdyż psychiatrzy uznali. ogrom- nego wzrostu lekarz. Moskiewski sfinks dobrze strzegł tajemnicy.. jaka też straszliwa kara spadnie na nieszczęśliwca. co świadczy o poczytności Aleksandra Dumasa po obu stronach żelaznej kurtyny. znajdował się Le- onid Breżniew. jakoby izolatka numer 000 była zbytkownie urządzona. 1926.. Otóż do izolatki tej zagląda jeden tylko psychiatra. W zamachu lekko ranny został szofer pojazdu. Jeden z pielęgniarzy czyścił dywan. urodzony w Kostromie w r. otworzył ogień do samochodu. w którym. Więzień uniknął sądu i. Reputacja tego zakładu jest od dawna ustalona: to naukowa filia strasznej Łubianki. przebrany za milicjanta. Zza drzwi izolatki dobywają się nieraz dźwięki muzyki kla- sycznej. Zestawmy teraz te uwagi z innymi faktami. który zaniósł później do celi niewidzialnego loka- tora. że Kurnosowa przeniesio- no do Instytutu Serbskiego w Moskwie. i także i oni nie są znani w szpitalu. Tymczasem — i to może jest najważniejsze — przedstawione 143 . Kurnosowa ujęto i cały świat — pamiętamy — zadawał sobie ze zgrozą pyta- nie. gdzie miał być poddany badaniom psychiatrycznym. a potrawy przynoszone „Żelaznej Masce” wydają zapa- chy w niczym nie przypominające odoru potraw tutejszej kuch- ni. którego inni chorzy nigdy nie widzieli na oczy. Ma z niej wychodzić kabel anteny telewizyjnej. Co jednak stało się dalej z Kurnosowem? Dziennikarze zachodni wielokrotnie sta- wiali to pytanie. iż tylko szaleniec mógł był się targnąć na życie dobroczyńcy ludzkości. Mówi się o tym. którego poza tym nie widzi się na terenie zakładu. Lokatorem izolatki jest więzień. Tymczasem Breżniew jechał innym samocho- dem. w konsekwencji. Trzynastego lipca 1971 niejaki Michał Kurnosow. Psychuszkę obiegają jednak dziwne plotki. jak był przekonany. Kurnosowa osadzono wówczas w izolatce Czwartej Sekcji in- stytutu. Także i oni przezwali go „Żelazną Maską”. plutonu egze- kucyjnego. Tylko dwaj pielęgniarze mają wstęp do izolatki.

Oni też nie są wyznawcami tej doktryny. następującej po całkowicie już zdemontowanym komunizmie. iż jest on wynalazcą doktryny politycznej.prasie fragmenty ekspertyzy psychiatrycznej zawierały nastę- pujące stwierdzenia: „Michał Kurnosow cierpi na psychozę pa- ranoidalną z urojeniami doktrynalnymi. A więc? Dlaczego nie przyznać. o którym dowiedzieliśmy się od Sołżeni- cyna) wyjaśniałaby w sposób racjonalny. że założyli oni ultratajne biuro polityczne. by nie stracić swych przywilejów. iż ZSRR jest je- dynym krajem na świecie. Oto jeżeli pod „Żela- zną Maską” kryje się Michał Kurnosow. dlaczego władze sowieckie ota- czają swymi względami „Żelazną Maskę” zamiast zesłać więźnia do Syczewki. pechowym tyranobójcą. Hipoteza pewnego rodzaju szaraszki (więzienia- laboratorium dla filozofów. Sytuacja ta jest przykra dla członków nomenkla- tury. ale zależy im na tym. Jedno z nich polega na przekonaniu. przyczyny szczególnego postępowania władz mogą być następujące: Coraz liczniejsi świadkowie zapewniają nas. w którym nikt nie wierzy w mark- sizm-leninizm. którego zadaniem było- by wypracowanie nowej doktryny. sprzeciwia się to słusznym koncepcjom marksistowsko-leninowskim. „Wątpię — pomy- ślał Aleksander— żeby wyjaśnienie mogło być tak prościutkie. która zawiera projekt utworzenia systemu idealnego w jednym tylko kraju. przez analogię do więzienia- instytutu naukowego. Jeśli tak. bo przecież trudno założyć. Jak wiadomo. dlaczego zdecydowana zazwyczaj sowiecka sprawiedliwość nie obeszła się ostro z Mi- chałem Kurnosowem. to w tym laborato- rium politycznym oryginalny myśliciel Michał Kurnosow miałby zapewnione miejsce. jak 144 . Można więc przyjąć. gdzie zgniłby razem z innymi nieuleczalnymi. z definicji uniwersalistycznym”. że pogłoski obiegające dobrze poinformowane kręgi są prawdziwe? Dlaczegóżby więzień izo- latki 000 nie miał się nazywać Michał Kurnosow? Nie da się uniknąć pytania. że ktoś zorganizowałby próbę ucieczki — jej rezultat byłby łatwy do przewidzenia.

1593 w Ugliczu poderżnięto gardło małemu carewiczowi Dymitrowi. Następnie wybijał godziny na wieży Św. cecha. Na jego rozkaz zdjęto dzwon i wy- chłostano rózgami. W r. Złamano mu jedno ucho. W r. czyż to ma jakieś znaczenie? Wkrótce przecież „wróci”. prowadzone przez niego „pudło rezonansowe”. Jeśli niedobrze. Naprzód trzeba było udowodnić. Zażądali jego powrotu. odda- wano im cześć.się to wydaje Jeanne Bouillon. Zwłaszcza jeżeli sprawą zajął się Pitman. z której ona była tak dumna. 1849 ugliczanie doszli do wniosku. mały. przekład z języka włoskiego: «ROSYJSKA PRAWDA» O MASS MEDIACH albo DZWON UKARANY W dawnych czasach dzwony kościelne były chrzczone i na- maszczane olejami świętymi. mniej więcej dwa miliony dwieście czterdzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt. z której wolał nie zdawać sobie zbyt dokładnie sprawy: jakim prawem ta dziennikarka. bić na alarm: „Morderstwo! Morderstwo!” Borys rozgniewał się.. 145 .. Dołączała się do tego też irytacja natury profesjonalnej. przy rynku miasteczka. Wybił ich bardzo wiele. jakby sam z siebie. które nigdy do niego nie dotarły? A zresztą. Wielki dzwon ugliczowski zaczął wtedy. Jeśli dobrze się sprawowały. i zesłano go na Syberię. Naprzód umieszczono go w cerkwi Wszechmiłosiernego. tak jakby ukarano skazańca. dostaniesz klapsa. że dzwon dość już wycierpiał. do Tobol- ska. Gdy tego dokonano. Przeczytał też tekst zawarty w ramkach. ucinając mu ucho. że to rzeczywiście dzwon z Uglicza wybija godziny w Tobolsku. powtarzała pochodzące z „kół dobrze po- informowanych” pogłoski. Zabójców nasłał na niego najprawdopodobniej Bo- rys Godunow. Zofii. tym gorzej dla nich: tym gorzej dla ciebie.” Drażniło go ubóstwo języka Jeanne Bouillon. podnieś sukienkę.

po czym wziął taksówkę i kazał się wieźć na strzelnicę. Miało to dwie zalety: musiało wprowadzić w błąd ewentualnych szperaczy. Podczas transportu. a potem zgubionym. Stało się to 20 maja 1892 roku. czy nikt go nie śledzi. po trzech stuleciach bez jednego roku od chwili deportacji. Załóżmy jednak. jakby się powiedziało. «Żelazna Maska». W obecności wielkich mas ludowych dzwon. 21 maja wszystko było gotowe. Posługując się dowodem osobistym lekko podrobionym. W Pontoise Aleksander raz jeszcze sprawdził. Dlaczego? Wielki Książę moskiewski. „Bez sensu! — rozzłościł się Aleksander. dzwon pękł. w wiosce Wałdaj. którzy posuwali się 146 . czy pod nią kryje się Kurnosow czy kto inny. Dołmatowa: „Posłuchaj. — Rosyjska prawda w ogóle nic nie myśli. i gdyby wszystkie dzwo- neczki mówiły: „Morderstwo! Morderstwo!”? Oto co «Rosyjska prawda» myśli o mass-mediach. Dołmaszka. gołąbek. Mieszkań- cy wsi pozbierali okruchy dzwonu i przetopili je na dzwoneczki do trojki. Dzwon alarmowy był wów- czas.amnestiowany dzwon mógł już wrócić do domu. Bazyli III. — Ach! Pan Aleksander! Dawno nie widziany. Aleksander Psar zapisał się do towarzystwa Strzeleckiego jako Aleksander Rsar. Oto historia pomyłki sądowej. Czym byłaby dusza rosyjska bez trojki? A czym byłaby trojka bez dzwoneczków? Mówi się o nich: wałdajskie dzwoneczki. przywieź mi ich dzwon alarmowy”. jest zwyczajnym szarlatanem”. że było ina- czej. Parabolę tę można przecież interpretować na tysiące sposobów. symbolem niezależności mieszczan. obojętne. znów rozdzwonił się na swej rodzinnej wieży. zdobył Psków i posłał tam swego intendenta. A gdyby tak dzwon z Uglicza pękł w drodze do Tobolska i gdyby przetopiono go na dzwoneczki.

jedną z najnowocześniejszych w Europie. Aleksander koncentrował się. sku- pieni i dbający też o skupienie sąsiada. śrutowy po- cisk wsunięty precyzyjnie do komory. choć Aleksander niechętnie się do tego przyznawał. Dłoń zaciśnięta na kolbie. prowa- dził wesolutki i okrąglutki pułkownik w stanie spoczynku. spokojnie i stanow- czo. że gdyby nie był prosperują- cym człowiekiem interesu. 147 .w swych badaniach w porządku alfabetycznym. ułatwiającego osiągnięcie pożądanego stanu łaski. Strzelnicę. skoro nazwisko nie dawało się wymówić. sztywny palec wskazujący na kabłąku spustu. panowała cisza jak w akwarium. nie bardziej zakłócały spokój tego miejsca niż poruszenia płetw w głębinie wód. Odgłosy strzałów. Prawdopodobnie zresztą był w błędzie: w Aleksandrze odzywał się po prostu niezaspokojony temperament żołnierza. w której strzelało się z wiatrówek. ani zdobnymi odmianami broni. I nagle jest się gotowym. małe plaff. a także zmusza- ło członków towarzystwa do posługiwania się tylko imieniem. pasji. Dwaj strzelcy uprawiali tu swoje ćwiczenia. Uwa- żał on Aleksandra za wielki talent strzelecki i w związku z tym wyświadczał mu stale uprzejmości. nie brał udziału w zawodach strzeleckich. mógłby być równie dobrze doskona- łym oficerem. mięśnie rozluźnione: były to zarazem wymogi praktyczne i rodzaj rytuału. nie znał na pamięć wagi ładunków i szybko- ści lotu pocisku. żywił szacunek dla broni. nie przeprowadzał obli- czeń balistycznych. Brakowało mu zimnej pasji dla techniki strzelania. Nie posługiwał się ani rzad- kimi. Wszystko wskazywało na to. Ale strzelanie dawało mu dużo przyjemności i było to widoczne. W sali. którą odznaczają się strzelcy zarazem najpo- ważniejsi i najbardziej zwariowani. Nie był nawet strzelcem wyborowym. nie uważał się za specjalistę od uzbrojenia i nie rozmontowywał mechanizmu spustu. Przygotowanie się do strzału ma w sobie coś z techniki zen i z treningu aktorskiego w szkole Stanisławskiego. Przestrzegał skrupulatnie przepisów bezpieczeństwa.

Aleksander strzelał bez pośpiechu. w przedmiocie służącym przecież do ćwiczeń tylko. które po napiętych linkach sprowadzało do niego tarczę jakby w kolej- ce linowej. tarcza i ja. ustawiał szczerbinkę na muszce. której nie potrafił do końca wytłumaczyć. jakby ściskał gąbkę. Badał swoje wyniki surowo: „Skąd ten odstęp? Czy ruszyłem palcem?” Następnie odsyłał tarczę na jej miejsce. ani koniem. — Chodź — powiedział po rosyjsku. jeszcze raz go nabierał. Na świecie istniejemy tylko my dwoje. Dopiero gdy był zadowolony ze swych wyników wracał do swojej szafki i brał z niej ochronne nauszniki.przenosi się spojrzenie na tarczę. Strzelanie z wiatrówki było dla niego czymś w rodzaju oczyszczającego ćwiczenia przed strzelaniem z broni palnej — podobnie oczyszczają się prawosławni. którzy poprzez posługiwanie się bronią osiągali za- spokojenie podobne temu. Może jednak któregoś dnia ta asceza dobiegnie końca? Aleksander pochodził z rodziny wo- jowników. Gdy Aleksander brał go do ręki. i wreszcie zwierał mocniej dłoń. podnosił ramię. odczuwał emocję. opuszczał je. Po każdym strzale naciskał guziczek specjalnego urządzenia. Przyrównywanie broni palnej do symbolu seksualnego wydawało mu się śmiechu warte. zatopiony w purytańskim skupieniu. Strzelanie z wiatrówki ma się do prawdziwego strzelania tak jak toccata do symfonii.) Broń palna nie jest ani psem. lecz w pewnym sensie należy do tej samej rodziny. do gry. 148 . pióra. Lekkie plaff wystrzału zaskakiwało go za każdym razem. z zawieszonym na moment oddechem. wypuszczał powietrze. Od- dychał głęboko. Na dnie szafki błękitna poświata: Smith & Wesson. Nie chciał też widzieć obiektu świętości. jakiego inni dostępowali za pośred- nictwem narzędzia. które przystoi wiatrówce. wydychał powietrze do połowy i tak. poszcząc przed nadejś- ciem świąt Bożego Narodzenia. (Dokładniej zaś: chodź- my. krzyża lub banknotów.

a całość. jak ustępuje i jak usztywnia się język spustu. panie pułkowniku. przedłużającego linię ramienia. odciągać kciukiem kurek. 149 . do- rzucony. o ostrych ołowianych pociskach. Być może dla jego podświadomości pistolet automatyczny był obrazem innego już świata. Przeszedł do pomieszczenia. w której trzymał rewolwer. w którym nie było miejsca dla takich jak on. Strzelając do tarczy posługiwał się najprostszym sposobem. wydawał mu się zbyt uzależniony od sprężyny powrotnej i sprężyny magazynka. Jaka to przyjemność. Była to raczej broń polowa niż sportowa. Stojąc w ten sposób przyzwyczajał swe ciało do tego nowego organu. Były one względ- nie tanie. nawet po- dwajać. Ulokował się najdalej jak tylko mógł od niego. Jego Smith & Wesson mógł być ładowany nabojami 357 ma- gnum albo 38 „special”. Zastał tam tylko jednego strzelca. Mimo że nie był w tej dziedzinie pedan- tem. pomimo jego oczywistych zalet. jaka należała do wojskowego ekwipunku jego ojca był nagan. Poza tym jedyną bronią. a nie na pistolet auto- matyczny? Mechanika interesowała go nie bardziej niż sprawy zarządzania i administracji. potem czuć. świata. dość duża jednak: dłu- gość lufy wynosiła cztery cale. gdzie strzelało się z broni palnej. panie Aleksandrze? — Naprzód tarcza. pistolet automatyczny. Opuścił rękę. w pewnym sensie zbędny. Rewolwer to co innego. — Sylwetki. Aleksander wiedział. że zależnie od użytego naboju energia i szybkość lotu pocisku mogła się znacznie zmieniać. obciągniętych nylonem. Odbezpieczył rewolwer. Strzelając do tarcz używał 38 „specjalnych”. czuć opór kurka. ważyła więcej niż kilogram. Dlaczego zdecydował się na rewolwer. System zabezpiecza- nia pistoletu uważał za sztuczny. prostota jego budowy miała w sobie coś oczywistego. Stanął przed tarczą. po naładowaniu.

który nie odstępował go przez cały czas: — Teraz. iż towarzystwo strzeleckie nie jest dla nich tylko kursem dziurawienia bliźnich. — Gotów? — Gotów. Przesunął bębenek rewolweru i włożył ciężkie ziarna śmierci do odpowiednich gniazd. Jego ciało zamieniło się jakby w figurę geometryczną. Broń przemówiła. Strzelnica sylwetkowa była w zasadzie przeznaczona dla poli- cjantów i oficerów rezerwy. co do których można było żywić przekonanie. osiągając szybkość 500 metrów na sekundę. Strzelając do sylwetek posługiwał się amunicją 357 ma- gnum. jak skrzydło wiatraka. jaką udało mu się osiągnąć. Strzelił. leżącej na dnie jego szafki — były tam naboje o wydrążonych pociskach — lecz używał se- mi-wadcutter. panie pułkowniku. panie pułkowniku. W tym samym planie poruszała się jego ręka. Za mo- ment ogromne. Biodra i barki odwrócone w bok. jak do błogosławieństwa. 150 . by palec wskazujący był swobodny i jednocześnie uważał. Stopy pod kątem prostym. Zgodnie z zaleceniami techniki amerykańskiej starał się. z góry na dół. Strzelał dalej. płaskie jak na fresku egipskim. Wyregulowana do perfekcji muszka objęła sobą szczerbinkę. by w niczym nie zburzyć cudownej równowagi. Aleksander miał tam wstęp. Prawie nie czuł ciężaru broni w palcach. to jest dla tych. Zwrócił się do puł- kownika. Aleksander miał wielkie dłonie. Uroczyście uniósł ramię. prostopadłym do powierzchni tarczy. Jakiś wewnętrzny licznik — psychosomatycz- ny? — powiadamiał go o ilości oddanych strzałów. Jednocze- śnie przymknął lewe oko. też niczego sobie. płasko ucięte pociski opuszczą lufę. że może już wyrzucić łuski. ciągnąc ku sobie spust. Nie rozpieczętował paczuszki. Trójkąt szczerbinki zdawał się szczelnie wypełniać ciemne koło muszki. rozciągającą się wyłącznie w planie pionowym. Strzelił. Był w dobrym nastroju. Był zadowolony z wyników na tarczy. Po sześciu strzałach wiedział.

Sylwetki nie wyskakują aż tak szybko. Tym razem była to prawdziwa orgia strzelecka. Tuż przed nim ukazała się następna. Ogień. Usłyszał suchy trzask iglicy. Inna.” — No. — Wiem. Zawsze panu powtarzam. Czuł w sobie straszną wściekłość. panie Aleksandrze. grane w 151 . Strzelanie do sylwetek. Pułkownik. Powinien rozluźnić palec. że tym razem trafił tylko w ramię i poprawił się. Z pewnością równie nowoczesne. Jego eminencja kciuk zesztywniał z wysiłku. Ogień. Naładował rewol- wer: małe fasolki wracały do swych strączków. Oto po lewej stronie ukazała się wąska sylwetka.. Jedna z prawej. strzelając w pępek. Oby dosięgły swych adresatów. że pistolet automatyczny. Zatrzymał się dopiero na progu wyczerpania. jak tam wyglądają strzelni- ce.. Z lewej. nim sylwetka obróciła się na zawiasach. nie mógł już płynnie działać. że już mnie masz. Odgadł.. spełniona miłość do miłości platonicznej. wy- męczony przez dodatkową pracę systemu podwójnego. żeby nie dało się sto- sować zwykłej metody repetowania rewolweru. przyśpieszał tempo poruszania się sylwetek. Niech pan zdejmie nauszniki i napije się czegoś.. — Myślałeś. gdzie wszystko zależy od refleksu. po prawej. Wrócił do kina zapasowym wyjściem. „Ciekaw jestem. Palec wskazujący. — Ach. śmiejąc się wszystkimi zmarszczkami okrągłej twarzy.. Ogień. Ostatni byłby mnie dostał. te drzwi nie domykały się i właśnie dlatego chodził na prawie wszystkie filmy. przedziurawił pan z pięćdziesiątkę Żółtków. Znów zaczął strzelać. listy wsuwały się do kopert. wyższa. ale system po- dwójny wydawał mu się właściwszy w tym wypadku.. Ogień. Był spokojny: tych dwóch załatwił. ma się do strze- lania do tarczy tak jak prawdziwa. co? Zdychaj. Licznik psychosomatyczny pomylił się. Z nienawiścią spojrzał na kpiącą sylwetkę. a nie chciał mnie pan słuchać.

lecz to go nie niepokoiło: film wyświetlany był non stop. z pustym żołądkiem. Dla kogo wybudowano te wspaniałe domy. — Pani Boïsse zrobiła się na piękność? 152 . nosił fioletowe rękawiczki. Jessica mieszkała blisko La Muette. Opuścił kino po scenie dziejącej się w hotelu.tym kinie. Ogrody. może pod tymi samymi drzewami. karoce. obojętnie. Jego dziadek przechadzał się tędy jakieś osiemdziesiąt lat temu. w bardzo brzydkim i bar- dzo komfortowym budynku. rozgniatając piasek pode- szwami butów fabrykowanych przez najlepszego włoskiego pro- ducenta obuwia w Paryżu. Później zjawił się tu jego ojciec. ze żwirem zgrzytającym pod nogami. robiąc miej- sce każdej przechodzącej kobiecie. szlachciców. Była to era sojuszu: republikanie francuscy nie żywili żadnych uprzedzeń wobec bojarów. I oto teraz on żegnał się z tym miastem. wylewająca się znad murów pię- ciometrowej wysokości. jeśli tylko obraz mu się podobał. Czerwcowe wieczory trwają bez końca. czy też zwykła portugalska bona. próbował dzwonić do jednych czy drugich drzwi. Aleksander zdawał się odkrywać tu fantomy przeszłości. Bez pośpiechu prze- mierzał wielkie mieszczańskie trakty swej ulubionej ósmej dziel- nicy. Dzisiejsza wycieczka zajęła czas dwóch lub trzech seansów. czy była to mieszkanka dzielnicy. elegancko. przesuwające się za bra- mami. te masywne balkony z kratami z kutego żelaza (Alek- sander uwielbiał kute żelazo). Ci umieli jeszcze żyć. albo też ukrywali je przez sympatię dla rubli. Te wielkie klatki schodowe. Przepych alei ogrodowych. rycerzy. a on wyrobił sobie już markę bywalca pozostającego w ki- nie znacznie dłużej. bez powodzenia. Tuż obok znaj- dowała się sowiecka ambasada. Szedł z uniesioną głową. wzniesionym tuż przed wojną. lecz dla agentów gieł- dowych i bankierów. niewiele skrom- niejsze od pałaców? Nie dla arystokratów. Z balkonu można było zobaczyć Lasek Buloński. Zostawił swoją omegę na parkingu i udał się do Jessiki piechotą. Zielona masa bluszczu.

ściągający tę zwiewną mate- rię.. jest w tym coś wspaniałego. że narzeka pani na brak wielbicieli. nasyco- ną zapachem tytoniu. W drugim czekał przykryty szklaną taflą stół. Jessica zapaliła papierosa. — Moja droga Jessico — odpowiedział jej rozleniwionym głosem — doświadczenie uczy nas. — bawiła się paskiem szlafroka. Miał ochotę odpowie- dzieć jej niegrzecznie. Zaprowadziła gościa do salonu. zawsze ubraną na czarno. owszem. był ledwie związany. czyż nie? — Ale przyjemność. retro do drugiej potę- gi. wynurzająca się z wiadra z lodem. Zresztą. Pasek. ogromne talerze. czy też jest pan impotentem? Mówiła z lekkim akcentem amerykańskim. lecz wciąż była bardzo atrakcyjna. Dzisiaj był to czarny. coś w niej prowokowało go do tego. a na nim no- woczesne srebra. przystojną. Zwracając się do tej kobiety Aleksander stawał się zawsze tro- chę grubiański. W jednym kącie prążkowane na czarno i biało kanapy ustawione były na brzegach skóry z ze- bry. gotowa jestem w każdej chwili dotrzy- mać umowy. ale zmilczał.. zobaczymy. która zamienia się w obowiązek. że chce podać jej 153 . typowe dla nowego stylu go- towania. prawie przezroczysty szlafroczek. Niech pan się wreszcie przyzna: czy ja się panu nie podo- bam. nakrycie dla dwóch osób i wreszcie złota szyjka butelki. Jessica była szczupłą brunetką. — Nie? Nie zmie- nił pan zdania? Aleksander usiadł na jednej z kanap. — Jeśli idzie o mnie. — Może jednak? Iwan będzie tu najwcześniej za dwadzieścia minut. staje się torturą. jeżeli któregoś dnia przestanie pani pełnić funkcję pośrednika. — Gdy jednak obowiązek staje się przyjemnością. Proszę jednak nie udawać. że nie powinno się nigdy mieszać obowiązku i przyjemności. Nawet nie udawał. same koronki i falbanki. Miała ze czterdzieści lat.

żeby ta zależność była jeszcze większa”. działo się tak. chociaż naprawdę do niego nie należała. że nienawidził kobiet palą- cych. Miał ładne dłonie i pozwalał sobie na nieco staroświecki \ luksus starannego wygładzania pilniczkiem paznokci. Oglądał swoje paznokcie. Zazwyczaj zabraniał sobie myślenia o niej i o małym Dymi- trze. że Jessica posłuszna była Pitmanowi? Pieniądze? Szan- taż? Aleksander nie wiedział tego i wolał się nie dowiadywać. że taka opinia będzie dla nich korzystna. „Pitman ma mnie w ręce. ani też to. Cóż. — Istotnie. przydzielając mu tę palaczkę. Cza- sem jednak. Zachód jest naprawdę zgniły. Jessica. co? Z pewnością mówi się tak o panu w środowiskach literackich. Jej wspomnienie przeszy- ło mu serce. mój syn!”. nie trzeba. w tych środowiskach nie szkodziłoby mi to w ża- den sposób — odrzekł Aleksander nie prostując. Jessica Boïsse miała swoje znajo- mości w międzynarodowym high society. Nawet dzisiaj rano. żona najpierw pewnego włos- kiego księcia. 154 . — Znam litera- tów całkowicie normalnych. to nie propaganda. świadomie pominął te dwie drogie mu osoby. potem amerykańskiego impresaria i później in- nych jeszcze dżentelmenów. żebym się panu nie podobała. Ktoś powinien wreszcie spostrzec.ogień. tylko po prostu jest pan ciotą. Być może jednak Pitman zrobił to rozmyślnie: związek między nimi mógłby zaszkodzić sprawie. Od czasu do czasu pokazywała się z Aleksan- drem u „Maxima”. białą lancią do któregoś z wydawców: wystarczało to do zaspokojenia ciekawo- ści paryżan co do prywatnego życia Aleksandra Psara. Co spra- wiało. którzy podają się za inwertytów. Wyrzucał sobie później ten brak czujności: „Trzeba się kryć”. Po raz pierwszy tego dnia w jego pamięci pojawiła się Ałła. gdy wyobrażał sobie bliski powrót. Pitman popełnił błąd. Kanadyjka urodzona w Cannes. bo uważają. moja żona! Och. albo zabierała go swą małą. jakby zrywała się jakaś tama: „Och. gdy myślał o czymś zupełnie innym. Jessica śledziła jego spojrzenie i zadrwiła: — Ani impotent.

155 . skoro o wiele prościej jest uzależnić go. Rude. szpiegować. „Zaskroniec — mawiał Pitman — nie zajmuje się podpatrywaniem żaby”. To nieładnie wy- śmiewać się z biednego żołądkowca. Stosownie do swego dezabilu poruszała się imitując styl „na panterę” lat dwudziestych. instruować. Iwan Iwa- nycz był zawodowym oficerem. wzru- szenia. choćby to nawet był przeciwnik. — Ręka boga nie jest uchwytem pompy. — Co słychać. I wciąż jesteś piękny jak bóg. czego zresztą bardzo żałował.W jego dyrekcji do dobrych obyczajów należało nie wiedzieć zbyt wiele. Iwan Iwanycz wpatrywał się w swego agenta: — Dobrze wyglądasz. Skończ już z tym udowadnianiem mi. Jego twarz pokryta była śladami po ospie. gdybyś tylko zechciał. Jessica poszła otworzyć. Był to stały żart Aleksandra: Iwan Iwanycz nie znosił wódki. W niebieskich oczach często pojawiał się wyraz czułości. majorem. Miał na sobie koszulę w biało-niebieskie paski. że mógłbyś mi wyrwać ra- mię. Iwanie Iwanyczu. Ktoś zadzwonił do drzwi. czesane w poprzek czaszki. Aleksandrze Dmitryczu. towarzyszu pułkowniku. Iwanie Iwanyczu. Po co podpatrywać kogoś. Napij się raczej ze mną wódki. Aleksandrze Dmitryczu? Iwan IV był krępym mężczyzną około pięćdziesiątki. — No i co? Żadnych APK dzisiaj? Aleksander lubił popisywać się żargonem KGB: na pijatykę mówiło się Aktywność Polityczno-Kulturalna. Uścisnęli sobie mocno dłonie. — Dajcie spokój. „Funkcjonowanie zamków w drzwiach to nie nasza dziedzina”. rzadkie włosy. miały za zadanie za- słonięcie łysiny. — Cieszę się. brązowy garnitur i wielkie półbuty. Aleksander miał stopień pułkownika z nadania. że pana widzę.

zostawię was z waszymi sprawami. — Iwanie Iwanyczu.. co?! Ty mnie zadusisz. Wydając radosny okrzyk oczekiwania wyciągnął rękę po butelkę. W każdym razie we Francji. Znam się na moim zawodzie. że będziecie rów- nie szczęśliwi beze mnie. dziwka.. — Co skończyłeś? — Skończyłem moją pracę dla dyrekcji. Gdybyście chcieli tańczyć na golasa. Usiedli przy stole. zasłońcie okna: mam sąsiadów. i zadowolenie — że wkrótce popsuje mu apetyt. którego rożek wsunął między dwa guziki pomiętej ka- mizelki. jest szampanskoje. tak. ale to mogłoby poczekać. Iwan złożył nakrochmaloną serwetkę w trójkąt. skądże. — Panowie.. Mówiła kiepskim rosyjskim. Ale myślę. że skończyłem.. który radośnie zabierał się do odłamywania szczypców homara i łamania zę- bami kości gęsi. wracam. Czuło się w nim pogodnego człowieka. Co innego było bardzo pil- ne: chciałem ci powiedzieć. że rachuneczek będzie słony.. 156 . poprosiłem o pilne spotkanie nie tylko ze względu na homara. Jessica wtrąciła się: — Szampanskoje? Tak. Iwan Iwanycz zmrużył oko: — Chętnie by tu z nami została. — Ty. Wyszła z pokoju.. Jeśli o mnie idzie. Co prawda mam dla ciebie kilka drob- nych spraw. co? Jeżeli nasza damulka po- myślała o kropelce szampana. na przykład powieść historyczną szkalującą Dosto- jewskiego. zawołajcie. Aleksander pomyślał — była w tym i litość dla Iwana. — To twoja sprawa. serce. Aleksandrze Dmitryczu. serce. — Jeżeli serce ci to dyktuje. Jeśli będzie- cie mnie potrzebowali. — Nie. — Iwan Iwanycz podszedł do szklane- go stołu: — Kawiorek! Homarek! Gąska! Coś mi się wydaje. — Ach. Miałbyś ochotę. nie krępuj się.

Jakub Mojsiejewicz dał mi swoje słowo.. Transmituj. Ja się już przyzwyczaiłem do Paryża. na wieży Notre Dame. nim skończę pięćdziesiąt lat. powiedziałem ci. żartujesz sobie ze mnie. przyznaj się. co do ciebie należy. gdy zgo- dziłem się przyjąć uczynioną mi propozycję. Gdy więc przyjąłem propozycję. Iwan Iwanycz wyrwał serwetkę i rzucił ją na stół: — To skandal! To potworne! Nie uwierzę w to nigdy. masz słuchać. i moja żona także. w czasie jazdy! Pomyśl o organizacji. chociaż była już dziesiąta w nocy. ale musisz pamiętać. dokładnie rzecz biorąc na galeryjce chimer. — Zgodziłem się. postawiłem pewien warunek: mianowicie że wrócę. Ty nie masz się co zgadzać. Wykonaj więc. Bę- dziemy dalej pracowali jak do tej pory. Gdy Aleksander wrócił do domu. zgodziłem. ja cię lubię. Powtarzam. W pokoju majaczył błękitny półcień. nadszedł czas powrotu. Nie możesz mi tego zrobić.. Działo się to w okolicy św. że twoje zadanie sprowadza się do jednego: jesteś pasem transmi- syjnym. Saszeńka. W jasnych oczach Iwana Iwanycza pojawiła się miękka czu- łość: — Sasza. prawda? — Iwanie Iwanyczu. Iwanie Iwanyczu. Aleksander patrzył na niego uważnie: — Iwanie Iwanyczu. było wciąż jasno. niczym więcej. Gdzie? Jeśli ko- niecznie chcesz wiedzieć.. I przede wszyst- kim nie można przerwać misji tak sobie. Zgodzono się na moje warunki. — Co? kiedy? Jaką propozycję? — Trzydzieści lat temu. Prze- każ wiadomość dalej. Jana i wie- czory paryskie niewiele różniły się od białych nocy Petersburga.. ale to właśnie on mnie zwerbował. Trzydzieści lat upłynęło. tak jak my wszyscy.. gołąbku.. Elektroniczne szachy 157 . Pewnie nie wiesz o tym. o ojczyźnie! Aleksandrze Dmitryczu.. zgodziłem się wykonywać moją misję trzydzieści lat.. między dwiema wieżami. — Nie masz racji.

Gdyby w dyrekcji «A» przestrzegano ściśle regulaminu. Nie miał jednak wolnej głowy. przyznał sam sobie prawo rozplątania do 158 . Inne funkcje. Depesza znalazła się na biurku generała majora Jakuba Pitmana. i dwie małe sylwetki na mostku kapitańskim: młody mężczyzna i jego kusiciel. Alek. Chłopczyk o ja- snych włosach. jednym z tych. bo światełko zgasło. które ZSRR wmówi światu w czasie następnych dwudziestu lat. Stary człowiek umierający w szpitalu: „Ja nie wrócę już. Iwanowi Iwanyczowi. gene- rał major od dawna przestałby się zajmować bagatelami rodzaju jednego z agent d'influence. nie pozostawało nic innego jak tylko przekazanie żądania po- wrotu Oprycznika. życie jego nie pójdzie na marne. płynąca niebem. Już teraz jednak wysysał boską ambrozję najwyższej prawdy i przekonany był. Jedyne co mógł zrobić. jeszcze bardziej tajne. Ale Pitman. najmniej jeszcze odpowiedzialnym. Aleksander siadł przy szachownicy i szukał riposty. że dzięki nieprzeniknionym arkanom byłego departamentu «D».musiały znaleźć rozwiązanie. Młoda kobieta o oczach pełnych patosu i czujnych. I wreszcie wielka nawa kościoła. Mając lat pięćdziesiąt siedem Pitman był najmłodszym człon- kiem Areopagu Teoretyków. to złagodzić nieco wymowę tego apelu przez osłodzenie go przeprosinami i uspra- wiedliwieniami. opadająca dłoń. Jednym z jego zadań. który zmienił nazwę na dyrekcja «A». I dłoń. Przed jego oczami przepływały obrazy. Zaj- mowałby się dwiema rzeczami: administracją podległych mu sektorów i polityką w stosunku do „góry”. poznawał krok po kroku. choćby był nie wiadomo jak wściekły. działającego gdzieś w świecie. za każdym razem musiał uczyć się na pamięć jego zdjęć i potem niszczyć fotografię. których młode po- kolenie nazywało czapkami-niewidkami. która nie dosięgła już policzka syna. zarażony bakcylem Sun Tsu. przysłuży się ludzkości. było wymyślanie najróżniej- szych bzików i aberracji. w trakcie następujących po sobie wta- jemniczeń. ale ty wrócisz zamiast mnie”.

wzniesiony tuż po wojnie. by domagać się tego. przed szachow- nicą. Abdulrachmanow osiadł o jakieś sto kilometrów od Moskwy. obywał się bez haremu i bez rodziny. Nie aprobował populistycznego gestu niektórych przełożonych. Dacza Abdulrachmanowa zbudowana była tuż nad jeziorem. Pitman zastał starego człowieka na werandzie. ale też brakowało mu śmiałości. na której stały ogromne kolorowe figury w dawnym stylu. polować lub zbie- rać grzyby w lesie. Obszar ten był strzeżony przez uzbrojonych wartowni- ków i psy. Drewniany dom. za- wierająca zadania szachowe. Panowała tu cisza natury pozostawionej w stanie dziewiczym. którym posługiwać się mogli tylko władcy świata: — Czy mogę przyjechać? — Czekam na pana. wypuszczało strzały swych promieni w las. jakby angażując się w ostatni bój. przybrał już wygląd starej rosyjskiej chaty. Podjechał samochód służbowy. Potem się- gnął dłonią w stronę wiertuszki. Gdy czytał raport Iwana Iwa- nycza. któ- rzy zajmowali miejsce obok kierowcy. Można było łowić ryby w jeziorze. co Abdulrachmanow otrzymy- wał bez proszenia: żeby otwierano przed nim drzwi samochodu. mając do towarzystwa je- dynie niemego ordynansa. Abdulrachmanow żył tu samotnie. Pitman usiadł z tyłu. Na stole leżała prymitywnie zadrukowana kartka papieru.. który sam zasupłał w młodości. rekru- tując owych siedmiu Francuzów. Weranda zawieszona była nad taflą wody. z jej koronkowymi szczytami i pokrzywionymi stopniami ganku. 159 .końca „boskiego węzła”. Około czterystu hektarów ogrodzono i odcięto od świata. Jezioro było całkiem gładkie i bezbarwne. aparatu telefonicznego. Na gałęziach wykwitały małe eksplozje światła.. — Do Wołkowa. w starożytnej wiosce. Pomiędzy drzewami zachodziło słońce i. przeżył ponownie scenę na galeryjce chimer. w której KGB zbudował dacze dla swych pracowników.

ani na gościa. tyle że jego barki za- okrągliły się i teraz już nie tylko jego czaszka. „Bardzo stary ludojad — pomyślał Pitman. ogórki małosolone. — Oprycznik? Przypominasz sobie. Książkę Bluna przetłumaczono na wiele języ- ków. ale i cała sylwetka upodobniła się do gigantycznej głowy cukru. który przybywał zawsze w porę. bubliki. samowar! Innokienti. który ma więcej niż osiemdziesiąt lat”. by ocalić 160 . a w ZSRR przyznano jej nawet laur opatrzony imieniem jednego z najkrwawszych katów ludzkości. wnosił już w wyciągniętych ramionach brzuchaty. nie patrzył ani na swego pana. — Ludojad. głowę miał opuszczoną. Wracał jeszcze kilkakrotnie przynosząc małe chleby o różnych kształtach. lecz nie wypadły. kiełbasę. — Mohamedzie Mohamedowiczu. Gryzł ogórka. bez wątpienia uprzedzony przez wartowników. że pańskie zamiary wobec Oprycznika są bardzo konkretne. buchający parą srebrny samowar. a tymcza- sem Psarowi udało się — musiał w tym celu potrząsnąć paroma szkieletami w paru szafach — uzyskać dla niej jedną z wielkich nagród literackich. Pierwszym z nich była powieść Emanuela Bluna. ekscelencjo. który przy- sługiwałby Pitmanowi w starej Rosji. Wiek nie przygarbił Abdulrachmanowa. zawsze byłem przekona- ny. kołacze. Nie chciał jej z początku żaden wydawca. — Kenti. Zrównoważył to mówiąc mu „ty”. Wierny przyjaciel. Mimo to Blun w dal- szym ciągu uchodził za liberała: wiernym przyjacielem bohatera powieści był pewien milczący lecz sprawny członek partii komu- nistycznej. że nie chcia- łeś go kiedyś zatrudnić? Dla żartu Abdulrachmanow posłużył się tytułem. minę starego zrzędy. Jego wielkie zęby pożółkły. Pitman chętnie przyznał się do swej ówczesnej pomyłki i za- częli obaj przypominać sobie największe osiągnięcia Opryczni- ka. słoiczki z konfiturami i miodem.

skierowanych tam przez naszego przyjaciela? Abdulrachmanow posmarował masłem kromkę chleba i uło- żył na niej plasterki kiełbasy w fantazyjnie zakrzywioną linię. Nie sądzisz. Zastanawiam się. — No i jeszcze Rosyjski dla każdego. jeśli sądzić po wpływach finansowych. 161 . przygotowany w ZSRR i nafaszerowany propa- gandą wszędzie.narratora od niebezpieczeństw. Tak. na ile można obliczać liczbę oby- wateli francuskich odesłanych nadawcy dzięki staraniom Oprycznika. tak. ekscelencjo. — Także i jego Biała Księga o kobiecie nie była zła. Niech pan pamięta.” Był wtedy jeszcze jeden powód. i Psar domyślił się tego: kampanię w sprawie wojny algierskiej powierzono innemu agentowi i trzeba było unikać interferencji. Zysk polityczny był ogromny. Później Psar wpadł na pomysł Białej Księgi. a rewolucja pod hasłem „proletariat”. gdzie hasło „wyzysk” znajdowało się w artykule poświęconym kapitałowi. Francuzi do tej pory odczuwają jej skutki. — I Słownik synonimów. kurs językowy realizowany w cią- gu czterech lat.. Moha- medzie Mohamedowiczu. w każdej czytance i każdym ćwiczeniu grama- tycznym. jednak naturalne skłon- ności kierują pana ku prawicy. W szczególności trzeba było interweniować w przypadku Księgi poświęconej wojnie algierskiej. — O. Mohamedzie Mohame- dowiczu. że otchłanie pełne są „ma- łych krwawiących embrionów” francuskich. jest pan uczciwym człowiekiem. „Nie chodzi o to — usłyszał wtedy Psar — żeby znalazł się pan na lewicy. — Ale jego Biała Księga o edukacji narodowej!. Rosyjski dla każdego. który nie może przeczyć oczywistym dowodom. był mistrzowskim osiągnięciem. na jakie narażały go jego wiel- koduszność i roztargnienie.. Trzeba było go niekiedy hamować.

Nagle jednak generał-pułkownik nachmurzył się i zmienił ton rozmowy: — Nno więc. i gotowość widzenia w faktach faktów. tych kartezjańskich Francuzów... brakowało mu jesz- cze wtedy doświadczenia. kto nie jest marksistą. gdy Francu- zów. Nie robię ekscelencji wyrzutów. i będzie się to działo w roku 7488 od stworzenia świata. Otóż teraz dochodzą mnie słuchy. Obaj mężczyźni lubili przypominać sobie wydarzenia. — No i Słownik cytatów: dwadzieścia osiem cytatów z Jau- rèsa i tylko trzy z Péguy.. lecz w stronę pewnego cynizmu polityczne go. dementi są szybko zapominane. a kłamstwa pozostają. Tak się wyrażają przekonania reakcyjne. — Tu popełniono pewien błąd: o wiele zręczniej jest zjedny- wać dla nas Péguy przez odpowiednie manipulacje kontekstem.. które przypadły na młodość jednego i wiek dojrzały drugiego. ogarnęła panika w wyniku lektury Apokalipsy maga z Barenton: „Zaciężni rycerze upuszczą halabardy. jak mówi nasze Vademecum. może nie ku prawicy. — Były też te apokryficzne przepowiednie Guillaume'a Po- stela. że niektórzy przenosili swe kapitały do zagranicznych banków. pesymizmu. kiedy Czerwony Wojownik z uniesioną dłonią ukaże się w promieniach wschodzącego słońca... że marksizm stał się doktryną numer jeden. Ależ się zaśmiewano na placu Dzierżyńskiego. ale. a nie ucieleśnienia idei. nie ośmiesza się tym samym w towarzystwie.” Czy słuszne było podejrzenie. — Nie można mieć tego za złe Psarowi. Czy to prawda? Pitman złożył na obrusie pierożek. bombardierzy porzucą kule armatnie. zauważam we Francji pewne przesunięcie. ale za moich czasów doszliśmy do tego. 162 . galery popłyną bez wioślarzy i sakiewki pełne złota rozsypią się w rynsztokach w dniu. gdyż ogarnął ich Wielki Strach? W każdym razie sukces psycho- logiczny był ogromny. Trzeba je było co prawda później zdementować. że we Francji ktoś. rodzajem ab- solutu. który już niósł do ust.

W oddali z wody wyskoczyła ryba i. gdy pan był sze- fem. nie lekcewa- żyłbym paryskiej frondy. coraz rozleglejsze i coraz słabiej zaznaczo- ne. Abdulrachmanow westchnął jak stary człowiek. że nie dyrygujemy już inteli- gencją francuską tak sprawnie. Obie te operacje mogą być wykonane jednocześnie. towarzy- szu generale? Słońce zaszło już. Ten przełożony był w dodatku jego dobroczyńcą. czego obawiał się naj- bardziej. by przeprowa- dzić przeciwko nim ekspedycję karną w wielkim stylu. A nasi dysydenci zasługują na to. czy czegoś nie zaniedbałem. Powierzchnia jeziora zabarwiła się na czer- wono. Pitmanowi zdawało się. — Ja — burknął — jestem już poza tym wszystkim. którym był w istocie. Rozgniewać przełożonego było czymś. czy jest w tym moja wina. za- pewniam pana. W każdym razie w Paryżu szykuje się fronda przeciwko nam. wykonawszy skok. jak się to działo. przyjaciel- skich przysług i prezentów dla tej idiotki Eliczki. Nie wiem. Czy jed- nak było to możliwe. Francuska opinia publiczna ma jeszcze tro- chę znaczenia w świecie. paraliżujący biurokracje totalitarne. Proponowałbym. jak rozbijają się na palach. płasko uderzyła o powierzchnię. — Czy mielibyście dla nas szczegółowe polecenia. Po jeziorze rozchodziły się kręgi. żeby ująć sprawy żelazną ręką. 163 . nie udało mu się wyleczyć Pitmana z nawyku zanurzania się w nastrój samo- krytyki. jaki się mu sprawiało? — Mohamedzie Mohamedowiczu. nic nie ukryje się przed pańskim spojrzeniem. robię co tylko jest w mojej mocy. Być może osłabła nasza czujność. lecz rzeczywiście. Jakże można było znieść zawód. w dyrekcji? — Gdybym jednak był na waszym miejscu. na których wzniesiona została weranda. Mimo trzydziestu lat zażyłych stosunków. której inicjatorami są w znacznej mie- rze nasi dysydenci. że słyszy. informacje dotyczące stanu opinii publicznej świadczą o tym. by za chwilę zgasnąć.

Abdulrachmanow nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Być
może i on próbował usłyszeć ten dźwięk, a może inny, równie
nieuchwytny, który miał się narodzić dopiero w przyszłości.
Wreszcie:
— Co zamierzasz zrobić z Oprycznikiem?
— Właśnie chciałem się pana poradzić, Mohamedzie Mo-
hamedowiczu. Oprycznik jest po trosze pańskim dzieckiem.
Abdulrachmanow uniósł głowę:
— Słuchaj — powiedział — zrobisz jak zechcesz, jeśli jednak
o mnie idzie, to lubiłem zawsze jasne podziały i koszule, w któ-
rych ilość guzików zgadzała się z ilością dziurek na guziki.
Nie wiesz, co zrobić z Oprycznikiem, nie wiesz, jak przykręcić
śrubę Francuzom i dysydentom? Trzeba tylko włożyć odpowied-
nią śrubę do odpowiedniej nakrętki. Car Iwan prawie starł z po-
wierzchni ziemi Psków, żeby dać nauczkę jego mieszkańcom.
Przydałaby się nam operacja Psków... Od kiedy poznałem
młodego Psara, przekonany byłem, że mógłby odegrać rolę
w pewnym małym, dobrze przygotowanym montażu. Czy eksce-
lencja chciałby dowiedzieć się szczegółów?

4

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA
(Montaż Psków, faza numer jeden)

Na uniwersytecie leningradzkim miały się wkrótce zacząć wa-
kacje, ale Gemma nie wracała do Włoch, zajęta posłannictwem,
które sama sobie wyznaczyła: walką przeciwko prześladowa-
niom.
Wypowiedziała wojnę komunizmowi; gdyby żyła w czasach
faszystowskich, próbowałaby zabić Mussoliniego, w dziewiętna-
stym wieku rzucałaby bomby na cesarzy i ich ministrów, zaś w
epoce Rewolucji Francuskiej zasztyletowałaby Marata. By móc
zrealizować swe plany nauczyła się rosyjskiego i, jako amatorka
konspiracji, wybrała sobie jako przykrywkę swej działalności
studia filologiczne w ZSRR.
Gemma, urodzona w Toskanii, miała ładną twarz, lecz ubie-
rała się strasznie. Jej potężnych rozmiarów pierś okrywały nie-
zgrabne, nieforemne swetry, spodnie, które nosiła, groziły w
każdej chwili pęknięciem. Mimo to nie mogła narzekać na brak
zainteresowania: cały rój studentów, głoszących — by się jej
przypodobać — mniej czy bardziej dysydenckie poglądy, kręcił
się wokół niej. Nikomu zresztą nie pozwalała się zbliżyć. Intere-
sowała ją wyłącznie walka.
Na razie, w oczekiwaniu działalności bardziej krwawej, stwo-
rzyła system konspiracyjnego wywozu tekstów samizdatu, i
chwilowo się tym zadowalała.
System istniał już od ponad dwóch lat i jego początki wiążą
się z pewnym wieczorem, kiedy to, po wyjściu od przyjaciół,

165

Gemma nie mogła znaleźć taksówki, która by ją odwiozła do
domu, na ulicę Marata (ateistka, lecz pełna przesądów, poten-
cjalna tyranobójczyni widziała pomyślny znak w tym, że znalazła
dla siebie mieszkanie, w mieście, gdzie było o to tak trudno, przy
ulicy noszącej podobne imię!). Było zimno, do butów przyklejał
się śnieg. Znajomi wyjaśnili Gemmie, że prawie każdy z prywat-
nych kierowców zawiezie ją do domu za parę rubli. Zatrzymała
pierwszy pojazd, jaki nadjechał.
Była to ogromna ciężarówką na której niebieskimi literami na
białym tle wypisana była nazwa: Sowtransawto, obok widniały
dwie przecinające się litery С oraz numer telefonu, który Gem-
ma zapamiętała, jako że przygotowując się do sekretnych dzia-
łań wojennych wyćwiczyła się w zapamiętywaniu długich serii
cyfr: 2213653. Wielka masa żelaza, pędząca z łoskotem przez
noc, zazgrzytała i zatrzymała się. Gemma wspięła się do prze-
grzanej kabiny kierowcy.
— Dokąd?
— W pobliże Dworca Moskiewskiego.
— Pięć rubli.
Nie targując się wyjęła z kieszeni pięć rubli.
— Mówisz dobrze po rosyjsku, ale jesteś cudzoziemką...
— Włoszką.
— Niemożliwe! Naprawdę? Ja właśnie wracam z Włoch!
Szofer ciężarówki był wysokim chłopcem o kwadratowej twa-
rzy i małych zezujących oczkach, zawsze patrzących w jeden
punkt, jakby jakiś niewidzialny papieros stale przyciągał jego
wzrok. Wyjechał z ZSRR z ładunkiem chromu, wrócił z Europy
przywożąc alkohol:
— Prawdziwy gołąb pocztowy.
Gemma strąciła ze swego kolana dłoń kierowcy i ostro zaata-
kowała ZSRR, oskarżając go o niedotrzymywanie umowy helsiń-
skiej. Chłopak mruczał coś pod nosem, hm i tak, w sposób, który
go do niczego nie zobowiązywał. Już na ulicy Marata wymamro-
tał bez przekonania:

166

— Może byśmy się spotkali?
Gemma, w przewidywaniu najróżniejszych usług, jakie mógł-
by jej oddać, zgodziła się. Następną niedzielę spędzili razem.
Pojechali do Pietrodworca. Wiaczesław był zły, gdyż fontanna, w
której, jak słyszał, mechaniczny pies poluje na sztuczne kaczki,
była zamarznięta. Gemma znów rozpoczęła swą agitację i tym
razem osiągnęła pewne umiarkowanie pomyślne rezultaty:
— Ja jestem człowiekiem kulturalnym i dzięki temu nie cier-
pię, ale to prawda, że chłopak, który zarabia 75 rubli na miesiąc,
podczas gdy para porządnych butów kosztuje 150...
Tydzień później wybrali się do Pawłowska. Wiaczesław chciał
zobaczyć Lwie Schody, szersze u dołu, co, w zamierzeniu bu-
downiczych, miało podwyższać je optycznie.
— My, Rosjanie — skomentował — nie musieliśmy wcale
czekać na komunistów, żeby coś osiągnąć.
Gemma doszła do wniosku, że Wiaczesław nawrócił się już
dostatecznie i że można mu już zaproponować zabranie w kolej-
ną podróż jednego czy dwóch manuskryptów. Zgodził się nie żą-
dając niczego w zamian:
— Zrobię to, powiedzmy, z miłości dla wolności.
Gemma poleciała pierwszym samolotem do Rzymu. Znała
tam Enzo Grucciego, małego, ciężko pracującego wydawcę, któ-
ry publikował książki na koszt autorów. Wyjaśniła mu, na czym
polega jej projekt, i zostawiła mu coś, co nazywała swoim „bre-
wiarzem”: listę miejsc spotkań i całą serię haseł i kodów, okre-
ślających dni i godziny. Dumna ze swego profesjonalnego podej-
ścia, wróciła natychmiast do Leningradu. Z maszynopisami nie
będzie miała kłopotu: samizdat był dla rosyjskich studentów
czymś w rodzaju LSD.
Po tygodniu zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powiadomiła go, że
miała pierwszą randkę z pewnym młodym człowiekiem, Ro-
sjaninem, że czytała właśnie książkę, wydaną w roku 1825,

167

ortografia tej książki sprawia jej pewne trudności, a ponadto ma
zdawać egzamin, we wtorek lub może we środę.
Signor Grucci, wciąż jeszcze sceptyczny, zajrzał do brewiarza
i zadał sobie trud przetransportowania swego obfitego cielska
pod łuk Tytusa. Znalazł się tam w najbliższy czwartek, o godzi-
nie 18.25. Tego dnia nic nie osiągnął, powtórzył więc to samo
nazajutrz i natychmiast zwrócił uwagę na wysokiego zucha o
bardzo długich nogach i krótkim torsie. Chłopak kręcił się w
umówionym miejscu, trzymając pod prawym ramieniem pakiet
starych «Oggi». Zdawał sobie sprawę ze śmieszności tego, co
miało nastąpić, lecz wietrząc jednocześnie przyszły zysk, Grucci
podszedł do nieznajomego i zacytował, bardzo wyraźnie, we-
zwanie do mordu, zaczerpnięte z libretta Normy:
— Strage! strage! sterminio, vendetta!
Mężczyzna, zaciskając powieki, bez słowa wręczył mu paczkę
«Oggi». Wewnątrz Grucci znalazł kopertę, a w niej dosyć spro-
śne opowiadanie, które, przetłumaczone tak, by stało się nieco
bardziej sprośne, pozwoliło wydawnictwu Mewa wypłynąć na
szersze wody i przeżyć najbliższych sześć miesięcy. Sprawa to-
czyła się dalej. Nawet nie licząc sukcesów sprzedaży w księgar-
niach — dochodziło do nich! — Grucci mógł w każdym wypadku
polegać na permanentnej klienteli, na którą składali się rosyjscy
emigranci, biblioteki uniwersyteckie (głównie amerykańskie),
służby wywiadowcze i instytucje propagandowe. Jedni ciekawi
byli oryginałów, drudzy opierali się już na tłumaczeniach; jedni i
drudzy sprawili, że Mewa stała się głównym na Zachodzie im-
porterem samizdatu. Wszystko to było zasługą Gemmy, która,
nie żądając najmniejszego wynagrodzenia, przyniosła wydawcy
szczęście, zapewniła mu pomyślność. Autorzy, rzecz jasna, naj-
częściej w ogóle nie upominali się o swe honoraria, jeśli nato-
miast, wyjątkowo, trzeba było zapłacić któremuś z nich, Grucci
czynił to z ociąganiem i stosując wszelkie możliwe wybiegi —
odwlekał moment wypłaty, a pieniądz przynosił mu procent.

168

Dziwna współpraca pomiędzy kochającą wolność dziewicą i
zarabiającym na ideologicznej dywersji wydawcą rozkwitła w
najlepsze.
Każdego dnia, idąc na uniwersytet, Gemma sprawdzała
punkty, które wyznaczała „członkom swojej siatki”. Rozsiane
były w różnych miejscach: dwa znajdowały się na Newskim Pro-
spekcie, jeden na Polach Marsowych, jeden na Placu Pałaco-
wym, dalsze w ogrodach Gorkiego i na Placu Dekabrystów. Tego
poranka — był właśnie czerwiec, i słońce, jak zakochany po raz
pierwszy młodzieniec, nie ułożyło się wcale tej nocy do snu —
znalazła na jednej z ławek w ogrodzie Gorkiego narysowany
kredą romb. Wieczorem więc zaszła do pewnej knajpki na New-
skim Prospekcie, do baru, którego szyld ogłaszał lakonicznie
jedną tylko rzecz: piwo.
Dunduk był już na miejscu, wielki i rudy; spod prochowca,
który idiotycznie włożył na siebie, wyzierała biała koszula (chciał
ją ukryć zapewne). Nie przyniósł ze sobą numeru «Prawdy».
Gemma natomiast, zgodnie z umową, miała przy sobie «Praw-
dę». Powinni byli wymienić między sobą egzemplarze tej gazety.
Być może Dunduk nie przyniósł jej nowego odcinka Rosyjskiej
prawdy, ale w takim razie dlaczego domagał się spotkania?
Usiadła przy stoliku. Butelka była już prawie pusta.
— Co, nie czytasz już gazety? Nie obchodzi cię, co się dzieje
na świecie? Przemawiała surowo. Trzeba nimi wstrząsnąć, tymi
Rosjanami. Słowianie to w językach zachodnich prawie to samo
co niewolnicy.
Dunduk śmiał się bezgłośnie, ukazując szeroko otwarte usta,
do których wlał następny kieliszek wódki. Gemma wstała z krze-
sła:
— Z pijakami nie mam zaszczytu.
Dunduk śmiał się wciąż, nie wydając żadnego dźwięku jak w
niemym filmie.
— Gdybyś wiedziała, co przyniosłem — wyszeptał, posługując

169

się teatralną manierą świszczącego wymawiania spółgłosek
— nie odeszłabyś.
— Co takiego przyniosłeś?
Otworzył prochowiec, rozpiął wiatrówkę, kamizelkę, koszulę,
wyciągnął paczkę brązowego papieru.
— Tym razem mamy ich w ręku.
„Ich” oznaczało partię, rząd, mocarzy tego świata.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to za brudny papier?
Nie przestawał się śmiać.
— Ależ filut z niego! Wiesz, gdzie to chował? W pudle apa-
ratu telewizyjnego. Znalazł tam miejsce. W aparacie telewizyj-
nym, który mu dali, żeby go uspokoić. Tym razem skończył.
Kropka. Powiedział mi: „Dunduk, wiem, że ty kochasz mateńkę
Rosję. Weź to”. Na całym świecie istnieje tylko ten jeden egzem-
plarz, Gemma. Mam w rękach Rosyjską prawdę, ja, Dunduk.
Przycisnął do piersi brązową paczkę. Drugą ręką posłużył się,
by wychylić następny kieliszek.
Gemma chciała wyrwać mu ten papier, przypomniała sobie
jednak reguły postępowania, które sama opracowała.
— Jeżeli ktoś zobaczy, że mi to dajesz...
Dunduk podniósł się, zachwiał się i zgiął się w ukłonie:
— Piękna panienko, oto prezent dla ciebie: dwa zgniłe śle-
dzie i zdechła mysz. Przyjmij, proszę, wybranko mego serca,
przyjmij to, co ci ofiarowuje szlachetna dusza.
Wręczył jej paczkę, nie przestając się zataczać. Ktoś w są-
siedztwie roześmiał się, jakiś chłopak zarżał:
— Jeżeli masz dość tego chwiejnego kawalera, chętnie go
zastąpię!
Gemma przyglądała się pakunkowi, który znalazł się w jej rę-
kach. Rosyjska prawda będzie w dziejach świata znaczyła tyle
samo co Kapitał lub Mein Kampf, była tego pewna. Poczuła
wdzięczność: to przecież ona, dzięki temu staremu pijaczynie,
antykomuniście Dundukowi, przekazała na Zachód pierwsze

170

kartki dzieła. Trzeba było, żeby także i ona doprowadziła to dzie-
ło do końca.
Wyszła z knajpy bardziej jeszcze oszołomiona niż Dunduk.
Jeśli wszystko się uda, jej życie nie pójdzie na marne.
Trzeba było zacząć od skopiowania egzemplarza Prawdy.
Tak samo Bóg, ten Bóg, w którego wierzą katolicy, skopiował i
powielił Adama. Kopiarki były pod kontrolą, ale Gemma prze-
chowywała u siebie aparaturę fotograficzną. Wiedziała, jak się
nią posłużyć, odbyła kiedyś odpowiedni kurs. Materiały fotogra-
ficzne kupowała w małych ilościach, w różnych sklepach, czę-
ściowo sprowadzała je z Włoch.
Gdy znalazła się u siebie, na ulicy Marata, wśród starych
zniszczonych mebli, jak z powieści Dostojewskiego, otworzyła
drogocenną paczkę. Dunduk nigdy jej nie zawiódł. Przyszedł do
niej któregoś dnia:
— Jesteś Włoszką, prawda? Słyszałem o tobie. Jak tylko bę-
dę mógł coś zrobić przeciwko nim... Zabili moich rodziców... Czy
interesowałby cię wielki myśliciel polityczny, z którego oni chcą
zrobić wariata? Jestem jego pielęgniarzem i on mi ufa.
Od tego czasu siedem przesyłek dotarło na Zachód, z pomocą
Wiaczesława.
Kartki papieru, które znalazła w paczuszce, przypominały te,
które dostawała już wcześniej: cieniutkie jak bibułka do papie-
rosów, pokryte niebieskim pismem, pochylonym i gęstym, o lite-
rach raczej wysokich, nieomal ozdobnych, miniaturowych dla
ekonomii zapisu. Wyczuwało się, że człowiek, który rozwijał te
bibułki, wolałby pisać na pergaminie, posługując się rozległymi
marginesami, światłem, odstępami pomiędzy linijkami. Tym-
czasem musiał mu wystarczyć zwitek papieru.
Gemma czytała po rosyjsku tak samo biegle jak po włosku.
Przebiegła wzrokiem wstęp:
Co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie? Nie bez
powodu ludy germańskie mają aż dwa słowa na „robić”: tun i

171

machert, to do i to make. Nie bez powodu Hiszpanie w dwojaki
sposób nazywają byt, a Helleni używali trzech rzeczowników na
oznaczenie miłości: agape, eros i philein. My tymczasem, bar-
barzyńscy Scyci, używamy słów swoboda i wolia, i obydwa one
znaczą libertas. Mamy też prawdę i istinę, czyli veritas. Nie
sądzę, by było to dziełem przypadku, jako że, o ile wiem, jeste-
śmy jedynym w świecie narodem, który posiada wyraz ozna-
czający nie fałsz czy kłamstwo, czy też błąd, lecz bardzo precy-
zyjnie przeciwieństwo prawdy: kriwda.
Tak, panowie czy też towarzysze, my, Rosjanie, pijani jeste-
śmy veritas. (Owszem, także i libertas, ale wolność to tylko za-
stosowanie, wcielenie prawdy: prawda was wyzwoli, mówi Chry-
stus u św. Jana, a Sołżenicyn uczy nas „żyć nie kłamiąc”, gdyż to
tylko jest wolnością.) Zanim jeszcze staniemy się narodem Bo-
gonoścą, jak o tym marzył Fiodor Michajłowicz, jesteśmy ludem
prawdonoścą, ciężarni prawdą, ciężcy od prawdy. Niesiemy
prawdę tak jak niesie się krzyż, na plecach, i jak nosi się dziecko
w łonie kobiety.
Ponieważ jednak diabeł jest wielce złośliwy, tak już dzieje się
w świecie, że kto nosi jakąś rzecz, niesie też przeciwieństwo tej
rzeczy, i dlatego właśnie jesteśmy też największymi w całym uni-
wersum dostarczycielami kriwdy. Takie są wypukło-wklęsłe
prawa Apokalipsy.
Nasza oficjalna gazeta nosi nazwę «Prawdy», gdyż przynosi
przeciwieństwo prawdy. Wystarczy odczytać ją przy pomocy
zwierciadła, aby wiedzieć, czego chce od nas Prawda-Matka na-
sza.
W Rusi Kijowskiej począwszy od połowy XI wieku znany był
kodeks mądrych i umiarkowanych praw, określany Rosyjską
prawdą. I każdy z nas słyszał tę ludową bajkę, w której car przy-
wołuje do siebie Jasia Głuptasia i wysyła go w świat szeroki:
„Przynieś mi prawdę”.
Kopciuszek wyraża prawdę chrześcijańską, Faust niemiecką,

172

strzeżony przez Dunduka. on. mamrotała po włosku. że nadeszła śmierć. nic się nie bój”. tak nam dopomóż Bóg! Oto co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie. Na zewnątrz nie było ani zmroku. ona miała teraz lepsze towarzystwo. Jej noc dla jej światła. która byłaby ci wierniejsza niż ja”. aparat robił swój „klik” i Rosyjska prawda stawała się nieśmiertelna. Otóż. zamknięty w wyłożonej materacami celi. dla innych niedobry. i nie będziemy nawet wiedzieli. nie w demokratycznej operetce. że dzieło jego życia dostało się w ręce cudzoziemki. dobry. nie bój się. że tak samo będzie w śmierci: lekko się ściemni. ani nocy. Przewracała stroniczkę za stroniczką. ani na Sartre'a czy Heideggera. Gdy już wszystkie strony zostały sfotografowane. Gemma myślała. Chłopcy mogą sobie stukać do jej drzwi. — A on? — zadała sobie pytanie. szalony od swej mądrości. pocięta stożkami projektorów. zupełnie niezależna od reszty świata. chrześcijaństwo: św. Gemma była równie wrażliwa na język Bajek z tysiąca i jed- nej nocy co na styl niezależnej myśli: anonimowy więzień nie powoływał się ani na Marksa.a Don Kichot hiszpańską. zaciemniając pokój. za- ledwie trochę się ściemniło. Jan). co potwierdzało intuicję Gemmy — prawdziwa wolność może się narodzić tylko pod ciśnieniem to- talitarnego dramatu. „nie ma na całym świecie istoty. kochany mój czytelniku. Zrobi z każdej kliszy trzy 173 . „Och. przygotowując reflektor i trójnóg — on. Przyznawał się do swych korzeni duchowych (Rosja: folklor. Ale prawda rosyjska to Jaś Głuptas udający się na poszukiwanie prawdy. lecz zarazem poruszał się całkiem swobodnie w tej przestrzeni. ani świtania. Gemma przygotowała w wanience wywoływacz. jak on spędza te godziny. który wie już. Jasiem Głuptasiem jestem ja i jesteś ty. W pokoju jednak panowała stworzona przez nią noc. Zasunęła żaluzje i zaciągnęła firanki.

po uprzednim przylepieniu okładki do pierwszej strony książki. jak sądziła. Przez cały ten czas nie myślała wcale o tym.odbitki. w którym umieściła drugi egzem- plarz. Następnie sięgnęła po oprawny tom Dziel zebranych Lenina. Podobnie ukazało się Mojże- szowi Dziesięcioro Przykazań. a potem wycięła je. że w każdej chwi- li mogła się pojawić policja: w Leningradzie konspirowała nie ona jedna i policja pojawiała się tylko wtedy. Gdy skończyła wywoływanie zdjęć. świecących powierzchniach papieru fotograficznego pokazywał się pisany cyrylicą tekst. bie- gnących wokół całego pokoju. Wpierw skleiła jego stronice. topiąc metal w niebieskim. Przylutowała wieczka puszek. gdy już nie mogła 174 . gdy na pięknych. wilgotnych. niechże policjanci zobaczą od razu. przydatnych. — Zajmuję się reprodukowaniem. w konspiracji. uzyskując skrytkę. Uporawszy się z tym. wypisała je na kamieniu. opanowała ze dwadzieścia różnych i dziwacznych technik. niewidzialna dłoń. Nie chodziło jej o ukrywanie książek. war- czącym płomieniu. uzyskała w ten sposób konserwę prawdy. które związała na krzyż sznurkiem. przeciwnie. na jaką skalę mierzyć trzeba rozmiary jej akcji przeciwko reżimowi. ukryta w ska- le. żeby przemówiły przeciwko niej. tworząc w ten sposób coś w rodzaju pudełka. Czuła nieomal macierzyńską radość. tak żeby się pudełko nie otworzyło przez przypadek. Oryginał tymczasem — zawsze wysyłała na Zachód oryginały. chciała. Nim przystąpiła do swej działalności. Wyjęła już wcześniej kilkanaście cegieł. będę miała trojaczki — powiedziała sobie Gemma. by nikt nie mógł podważyć autentyczności jej towarów — wsu- nęła do koperty. Trzy z nich wypełniła egzemplarzem Rosyjskiej prawdy. w której przechowywała już liczne ma- szynopisy. zdjęła jedną z listew przyściennych. W małej szafce przechowywała mnóstwo puszek po konserwach. kopertę zaś pomiędzy numery «Ogonioka». jeżeli będzie u niej przeprowadzona rewizja. włączyła do prądu kolbę lutowniczą.

zakrytej przez brązowawą wodę. że ten egzemplarz ocaleje. rzuciła paczkę «Ogonioków» w kąt. który czekał na nią na podłodze. włożyła do niej puszki konserw i wyszła. albo. Otoczyli ją wielbiciele. drugi przyniósł napi- sany dla niej wiersz. jak każdego po- ranka. puszki pozostaną w mule dna do chwili. istniało prawdopodobień- stwo. Wrzuciła puszki do wody. Rosyjska prawda miała być narażona na wielkie ryzyko i otwierając drzwi pokoju Gemma poczuła falę lęku.się zdać na subtelniejsze metody. Wróciła do pokoju. być może. Korytarz mieszkania był pusty. Zniknęły na dnie. ale w każdym razie nie kręcili się po mieszkaniu. jedną za drugą. docze- kają Sądu Ostatecznego dzieł sztuki. Miasto było całkiem puste. Sąsiedzi. i wyszła na uniwersytet. tylko paru pijaków spało w bramach domów. Teraz jednak. Gdy znalazła się na moście Bankowym. ich obecność mógł zdradzić co najwyżej słaby odblask bla- chy. chrapali albo nie chrapali. spali snem sprawiedliwego. Światło odebrane godzinom zegara wibrowało delikatnie na załomach kamienic i pałaców ulicy Rastrelliego. wzięła tom Lenina. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z przewidywaniem. Czuła się jednocześnie wyczerpana i lekka. jeszcze inny żartował. dzielący z Gemmą wspólne mieszkanie. wskazując tom Leni- na: — Przecież nie musisz tego czytać! Po co poisz się tą brudną wodą? 175 . Nikt jej nie ob- serwował. Ukryła Lenina na wierzchu zbiornika z wodą w ubikacji. Nawet jeśli jej pokój zostanie przeszukany. Gemma wróciła do siebie. rozejrzała się dookoła. Nie zjadła śniadania mimo nieprzespanej nocy. beztroska. Gemma doszła do kanału Gribojedowa. wzięła siatkę na zakupy. którego oswojone wody kołysały się pomiędzy dwoma równoległymi nabrzeżami: oto gwałt zadany naturze przez administrację. w przeciągu paru minut. Jeden z nich ofiarował jej konwalie. kiedy kanał zostanie oczyszczony. przyjęli ją uroczyście.

i będzie stukał przez całą noc. Za tydzień ilość jej egzemplarzy zwielokrotni się. Tej nocy Mikołaj nie położył się do łóżka. Można umrzeć z nu- dów. Jeszcze jeden kod: spotkanie zostało ustalone na dzisiaj. Mikołaj Gerasimow siedział zawsze przy tym samym stoliku. żeby nie drażnić sąsiadów. że Gerasimow jej nie lubi: nie ukrywała swej wrogości wobec systemu. na szóstą wieczorem. — Może poszlibyśmy na spacer? — Jutro do Puszkina? — Nie. Od jutra Rosyjska prawda zacznie się rozchodzić po- między czytającą publicznością. Koledzy Gemmy przekonani byli na ogół. Pochyliła się nad jego stołem: — Oto Lenin. Stał z rękami opartymi o biodra i odrzuconą w tył głową: przyglądał się pomnikowi. Po wykładach Gemma weszła do kabiny telefonicznej i wy- kręciła numer: — Wiaczesław? — To ja. Zamruczał coś pod nosem. która jeszcze bardziej skracała jego tułów i źle harmoni- zowała z jego barkami tragarza. — No to trudno. Jakie szczęście! Wiaczesław był w Leningradzie. Postawi ją na złożonym po- dwójnie kocu. Był szczęśliwym po- siadaczem maszyny do pisania. podczas gdy on był członkiem Komsomołu. Zadzwonimy jeszcze do siebie. nie patrząc nawet na nią. Odpędziła ich wszystkich: — Nie chce mi się wygłupiać z wami. — Ten tu na górze to była naprawdę waga ciężka. osiągnie zawrotną liczbę. którego mi pożyczyłeś. Puszkin 176 . pod pomnikiem Piotra Wielkiego. Miał na sobie jak zwykle krótką skórzaną wiatrówkę przywiezioną z Włoch. Wiaczesław stawił się pierwszy na umówionym miejscu. W przerwie między dwoma wykładami poszła do biblioteki. Jutro jestem zajęta. W każdym razie dziękuję.

. Boję się o moją skórę. — Powiedz. Kiedy wyjeżdżasz? — Jutro.. — Nadwozie? Zapieczętowują je. możesz zwariować. — Wiaczesław. ale dzieła ze- brane twojego kumpla to już przesada. Pieczęcie zrywane są do- piero w Rzymie. — Więc zrób to jeszcze tym razem. — Zgadza się. co ci przychodzi do głowy? 177 . Znają się na wszystkich sztuczkach.. Wszystko składało się świetnie.. zobaczą to. — Wykluczone. Jeżeli przetrząsną mi kabinę. Czy rewidował cię już kiedyś jakiś Niemiec? Mogę wziąć kartkę czy dwie. że łzy jej napływają do oczu. żeby nie spostrzegł jej łez. w nadwoziu? To taka wielka buda. wolność. I Niemcy. błagam cię.. Gemma. — Chcesz coś doczytania na podróż? Wręczyła mu paczkę «Ogonioków». zrobiłeś to już dwadzieścia razy. Potem są jeszcze Polacy. Wiaczesław odezwał się. Wiesz do- brze.miał rację. Odwróciła się. jakby szukali pcheł. Niekiedy rozkręcają nawet zapasowe koła. że to w imię wolności. gdyby taki aparat zaczął nagle galopować tuż za tobą. — A w kieszeni? Albo pod siedzeniem? W silniku? Wzruszył ramionami. powiedz. Zrobił kwaśną minę: — Za grube. — Wolność. stara.. co? W końcu znam się trochę na majsterkowaniu. dziewczynko. — No a w samym samochodzie. — Cześć. Dzięki temu przejeżdżam przez wszystkie gra- nice bez problemu. To w imię wolności. Gemma poczuła. Cześć. Przy- kro mi. Nie tylko nasi celnicy przeczesują moje bagaże tak dokładnie. nie patrząc w jej stronę: — Chyba żeby istotnie.

bardziej z lenistwa niż przez ostrożność. Trzeba powiedzieć. Gemma. Romantyczne? I cóż z tego? Gdyby system zaopa- trywania go w manuskrypty był mniej romantyczny. furore e morti. Jeśli idzie o historię. — Kiedy będziesz w Rzymie? — Nie wiem. Petrarka wydawał jej się trud- ny. że tym razem osobiście wybierze się na umó- wione miejsce.05. Także i Wiaczesław odbył rozmowę telefoniczną: — Parfion Mitrofanycz? — Tak. godzina 13. — Szczypce do pieczęci to znowu nie taka wielka sztuka. 178 . silnego akcentu. Otworzył „brewiarz” pod nume- rem 23 : spotkanie na Piazza Navona. Zadzwoniła do „wujka Enzo”. ani słychu. Ani widu. Postanowił. często wysługiwał się którymś ze swoich synów. który panował do roku „1305”. Fontanna w środku placu. Nie potrafił zgubić swego pry- mitywnego. że Wiaczesław nie ponawiał swoich zalotów z pierwszego wieczoru. Grucci notował wszystko skrupulatnie. w każdym jednak razie reflektował na nią. ssąc jednocześnie pa- pierosa. słucham. hasło znowu wzięte z li- bretta Normy. rzuciła mu się na szyję. założę znowu pieczęcie. Nie wiedział. — Hasło brzmi tym razem: Armi. czy przesyłka będzie ważna. Gemma była dumna. musiałby płacić. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Powtórz. Chyba w piątek. że wymogła na nim zachowanie pełne szacunku. ta sama godzina. Dotarła właśnie do strony „23” w książce. którą dostała od niego. zawsze tak rozważna i powściągliwa wobec chłop- ców. Będziesz trzymał «Ogonioki» pod lewym ramie- niem. Powtórzył te słowa wiele razy. Przykleję twoją paczkę między dwie sztaby. „W środę lub czwar- tek” idzie do opery. Założą mi je. pasjonowała się księciem Michałem Twerskim. — Czy znasz Piazza Navona? To ten owalny plac. Jeżeli przyjedziesz w sobotę. a ja je zdejmę.

Wiacze- sław? — Tak. pomiędzy którymi zatracą się całkowicie dzieła oryginalne. — Tu Wiatia. — Udawałeś. które mu powierzono. — Dostaniesz je wieczorem razem z twoją kopertą. Parfionie Mitrofanyczu? — Przyjedź na spotkanie dwadzieścia minut wcześniej.i trzeciorzędnych. — Zrozumiane. Wiaczesław zadenuncjował ją w organach jako szpie- ga. przynosząc do ocenzu- rowania maszynopisy. druga dyrekcja główna podjęła decyzję. że niektórzy uczestnicy jego „romantycz- nej” siatki opłacani są przez KGB. rzecz jasna. dyrekcja «A». dobrze opłacony Wiaczesław. Potem zgodnie z umową dostarczał je odbiorcom w Rzymie. triumfująca Gemma. Signor Grucci byłby mocno zdziwiony. Zaproponowano mu. że nie chcesz wziąć przesyłki? — Tak. żeby został seksotem (sekretnyj so- trudnik). Ponieważ nie dało się zatamo- wać strumienia tekstów samizdatowych docierających na Za- chód. podpowiedzianą jej przez dyrekcję «A» — i aprobowaną przez pierwszą dyrekcję główną — by strumień ten przekształcić w prawdziwy potop. — Hasło? Wyrecytował hasło. Proszę nie zapomnieć o szczypcach. Poza tym wszystko jak zawsze. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć powtórzenia się historii z Sołżenicynem i dlatego warto było popierać masowy eksport tekstów drugo. — Jakie jest miejsce spotkania? Podał je. Odtąd dorabiał sobie na boku. 179 . jeśli nie zakłopotany. Dzięki temu ukła- dowi wszyscy byli zadowoleni: publikowani na Zachodzie auto- rzy. Zaraz po pierwszym zetknięciu się z Gemmą. prospe- rujący Grucci i. gdyby się dowiedział. jako że z dnia na dzień malał prestiż dysydentów w tak zwanym wolnym świecie. Dostałem paczkę.

paluszki lizać. — Do rzeczy. jak Aleksander wyraził pragnienie powrotu. którą zamierzał ukarto- wać. — Ależ ty jesteś nerwowy! Trudno byłoby patrząc na ciebie zgadnąć. że generał Pitman wpadł na pomysł. Prawie nic. mogłaby wzbudzić podejrzenia Gemmy. Iwan Iwanycz umówił się z nim na spotkanie w barze w pobliżu Porte de Versailles. — Otóż to. otwierał i zamykał rude powieki. do rzeczy. Sasza. Gdyby bowiem Wiacze- sław chciał zdradzić. nie starałby się o zdobycie szczypiec. Trzy dni po tym. jako nie profesjonalistka. by wy- korzystać go w operacji oznaczonej kryptonimem Psków. Jeden z tych montaży. — Opróżnij twoje bagaże. Jest tylko prośba. kolporterze. dlatego dorzucił motyw szczypiec do zamykania pieczęci. ucieszysz się. że zmiana adresata przesyłek.. funk- cjonował tak dobrze. Łańcuch. Wszyscy się zgadzają na twój powrót.. W jego oczach pojawił się wyraz czułości: — To nawet nie przysługa. Iwanie Iwanyczu. — „Żelazna Maska” — czy to ci coś mówi? 180 . Dymisja została przyjęta. którym opiekował się „Parfion Mitrofanycz”. trzymała się tej właśnie linii rozumowania i siatka pracowała należycie. — A konkretnie? Iwan Iwanycz wyprostował się w krześle i. nie wyrażałby swych obaw i niepokojów przed Gemmą. Wracasz. — Aleksandrze Dmitryczu. które przy okazji pokaże dziewczynie. Złączył palce prawej dłoni i wycisnął na nich głośnego całusa. — Jaką? Iwan Iwanycz pochylił się. Oba- wiał się. aby przydać sobie uroczystego wyglądu. żebyś wyświadczył jeszcze jedną małą przysługę. Gemma. że jesteś drugim Sorge'em! A jednak pewnego dnia za- czniemy przyklejać na listy znaczki z twoją podobizną. Uwieńczenie twojej kariery.

trywialnym. żebyś udzielił mi wyjaśnienia. Mówię przecież o „Ano- nimowym więźniu”. Aleksandrze Dmitryczu. dla którego warto było ogłaszać myśli Rosyjskiej prawdy. To ten. — Na pewno nie chodzi o Dumasa. pozostającego wewnątrz kraju. 181 . że to nasi tak się zabawiają? — Wydaje się. tracą nieco ze swego prestiżu. powód ten na pewno był do- skonały. co chciał załatwić Leonida Iljicza? Iwan Iwanycz wiercił się w swoim cajgowym ubraniu: — O tym nic mi nie wiadomo. Tego ro- dzaju postawy były dobre tylko dla sprzedajnych sługusów zgni- łego kapitalizmu. że tak. — Nie żądam. że ci spośród nich. Aleksander natychmiast chwycił przynętę: — To ten. — On współpracuje z tymi Włochami. Pułkownik Psar chciał go poznać. żądam. Jeśli był jakiś powód. — Ale on jest przecież przeciwko nam! — Czyja wiem. jak go tu nazywają. publikujące- go książkę co prawda antysowiecką. — To znaczy. z kontrwy- wiadu. która zała- twia porachunki ze wszystkimi Sołżenicynami świata. „Co myśli Rosyjska prawda”. Z jednym tylko małym wyjątkiem — były nim wycieczki na strzelnicę — Aleksander zachowywał się wobec swych przełożo- nych w sposób absolutnie lojalny. belko stropowa. — Załatwi się to. ale też książkę. żebyś rozumiał. głowacze z twojej dyrekcji. Trzeba będzie wydać jego książkę. W kraju już nie daje się z nimi wytrzymywać. powin- niście połapać się w tym wszystkim. — Chodzi o dysydentów. My z wywiadu. To wy. z tymi potwarcami. Teraz wyobraź sobie praw- dziwego dysydenta. jesteśmy za malutcy do tego. W do- datku poczyniono spostrzeżenie. — Czytałem Dumasa jak każdy. którzy emi- grują. Wątpić w ich poczynania wy- dawało mu się czymś niedopuszczalnym.

Przetłumaczysz je i powiesz. nogi żyrafy”. W żadnym wypadku nie połykać. mówisz. Aleksander nie przewidywał najmniejszych nawet kłopotów 182 . — Chcesz powiedzieć. Przyniosę ci próbki. Obaj wybuchnęli śmiechem. — Chyba najpierw muszę mieć maszynopis? — Nie. Iwan Iwanycz podał szczegóły spotkania: Piazza Navona. Z tekstu oni i tak nic nie zrozumieją. Wydawnictwo Lux. Armi. wiesz o tym lepiej niż ja. „trzydziestoletni blondas.45. którą wy- tną włoskiemu wydawcy. — Pod nosem pana Grucci? — Nie po raz pierwszy wydawcy biją się o książki dysyden- tów. A gdybym zwró- cił się do innego wydawcy? — Nie ma o tym mowy. natychmiast. furore e mord. że to my jesteśmy autorami tej książ- ki? I żeby przygotować ten wystrzał inscenizuje się tajemniczą aferę „Żelaznej Maski”? Iwan Iwanycz wzruszył ramionami: — Książka jest napisana. — I szybko zniknij z tej okolicy. że masz u sie- bie całość. — Grucci też tam będzie? — Dwadzieścia minut później. ciesząc się ze sztuczki. — Rozumiem. Przez kogo? Tajemnica. Wydanie rosyjskie wraca potem do kraju. Tak czy owak pojedziesz po nią do Rzymu. paczka «Ogonio-ków». pią- tek. — A wydanie rosyjskie? — Na razie nie ma o tym mowy. godzina 12. — Taki pośpiech? — Na to wygląda. Do użytku zewnętrznego wyłącznie. — Natychmiast załatwisz wydawnictwo Lux dla francuskiego tłumaczenia książki.

rzecz jasna. Jedna opatrzona była tytułem: Co myśli „Rosyj- ska prawda” o mass-mediach. Naciskaj na zaliczkę. — Poczekaj. trzeba ją jeszcze przetłumaczyć.z Luxem czy jakimkolwiek innym wydawcą. połowę zaś wypłacano do ręki Aleksandrowi. że tekst nie wyszedł jeszcze od nas. Zyski Agencji wpływały. 183 . trzeba liczyć trzysta pięćdziesiąt stron druku. — Co z prawami światowymi? — Sprzedasz temu. — Zawsze tak robię. Aleksander podpisał kwit i wsunął kopertę do czarnej aktówki. — Książka ma wyjść przed targami we Frankfurcie. ale już znane są jego rozmiary? Na ospowatym obliczu Iwana Iwanycza ukazał się chytry i czuły zarazem uśmiech. — Chcesz powiedzieć. zapisanych maczkiem. Dy- rekcja jednak opłacała usługi Oprycznika: połowa jego żołdu zbierała się na koncie pewnego moskiewskiego banku. Jeżeli tłumaczenie nie rozpłynie się w peryfrazach. nasi chłopcy nie zasypiają gruszek w popiele. Otwórz. Prasa była zaalar- mowana sprawą „Żelaznej Maski”. — Ano tak. kto da najwięcej. nie ma sposobu. do kasy dyrekcji. Czy to jest dłu- gie? — Czterysta stron. W drugiej kopercie znajdowały się dwie fotokopie stron ręko- pisu. Podpisz mi pokwitowanie. że przechytrzyłeś Grucciego. druga zaś — Co myśli „Rosyjska prawda „ o antysemityzmie. książka sprzeda się niezale- żnie od jej zawartości. żeby kontrolować sprzedaż książki za granicą. Wyciągnął z kieszeni dwie pogniecione koperty: — Zacznijmy od tego. — To — powiedział Iwan Iwanycz — żebyś mógł Luxowi dać dowód. nie na procent. cyrylicy. — I jeszcze coś dla ciebie.

napisał: „Operacja Żelazna Maska”. Nie zapomnij wziąć od Luxa zwrotu kosztów podróży samolotem. po- I prosi się go o wyświadczenie „ostatniej małej przysługi”. albo coś w tym rodzaju. Najlepiej pierwszą klasą. Był zachwycony. lekkim. cóż to za wspaniały przykład wywierania wpływu w wiel- kim stylu! Trzeba by go dołączyć do opisu szczegółowych przy- padków. gdyż chodziło o stale z nim współpracujące „pudła rezonanso- we” — odczuwał przyjemność taką samą. że — jak trafnie zauważył Iwan Iwanycz — nie cho- dziło tu właściwie o przysługę. Chowasz się za Pietą. jakiej doznawać muszą oficerowie sztabowi. gdy ozdabiają czerwonymi i niebieskimi strzałkami swoje osłonięte celuloidem mapy. Wypisując nazwiska — zawsze te same. chociaż naturalne skłonności cią- gnęły go. Kto wie? Może nim „wróci” zostanie awansowany o stopień 184 . — Krótko mówiąc. zamieszczonego jako aneks do Vademecum. na co go stać. trzymającym się pionu. była szczególnie smakowita: zaprząc całą kapitalistyczną machinę propagandową do powozu przygotowanego na placu Dzierżyń- skiego. że nim będzie mógł „wrócić”. Tym razem przygotowywana operacja. Znalazłszy się z powrotem w biurze Aleksander sięgnął po ar- kusz kredowego papieru i swym pismem. że KGB ścigało cię wewnątrz Koloseum. że to od początku nasza robota? — Nic nie chcę powiedzieć. Aleksander spodziewał się. ostatnia już. — Chcesz powiedzieć. Pokaże dyrekcji. Do- dasz jeszcze. moglibyście dać mi całość nawet bez mo- jej podróży do Rzymu? — Tak będzie bardziej romantycznie. Będziesz mógł opo- wiedzieć niektóre szczegóły twojego spotkania w Rzymie. jaką napotkał w całej swej karierze. No i siatka Grucciego nie zostanie zerwana. Taktyczne rozpracowywanie nowej operacji wprawiało go zawsze w dobry humor. tylko o najpiękniejszą okazję. by pochylać litery w prawą stronę. zdecydowa- nym.

Otworzyła szeroko usta. Małgorzato. tylko uderzymy w paru wybranych miejscach. proszę pana? — Nie.wyżej w hierarchii rang? Jeżeli na dodatek. nic już nie stanie na drodze jego przejścia do areopagu czapek- niewidek. — Jestem zawsze gotowa. — Do. Wezwał sekretarkę: — Niech pani usiądzie. 185 . Małgorzato.. by zademonstrować swój podziw. Małgorzato. do Rzymu. żebym się tam znalazł dobrze przed dwunastą. że nie zamierza w żaden sposób nadużywać przy- znanych jej przywilejów. — Małgorzato. proszę pana. Zbliżyła się do krzesła i. — Ale. usiadła na brzeżku. I trzeba. Proszę załatwić mi spotkanie z panem Fourveret. Będzie pani tak dobra i załatwi mi rezerwację. Czytała pani artykuły o „Żelaznej Masce”? No więc niedługo do- stanę rękopis Rosyjskiej prawdy. Teraz niech pani patrzy: „Operacja Żelazna Maska”. przystępujemy do operacji na wielką skalę. wydawało mi się. jaki to będzie cyrk? Umiał zarażać współpracowników swoim entuzjazmem. czy pani so- bie wyobraża. Moskwy. żeby pokazać mu.. Dobrze. że włoskie wydawnic- two Mewa. zostanie włączony w szeregi organizacji. Nie będziemy od razu angażowali całej prasy. — I to jest autentyczny rękopis „Anonimowego więźnia”? — To są kopie oryginału. Tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. proszę pana.. jak najszybciej. który odbiorę w piątek. — To już nieaktualne. jak zwykle.. Uśmiechnęła się szeroko: szef żartował sobie z niej. — Będziemy postępowali tak jak zawsze. co byłoby już szczy- tem szczęścia i pychy. — Będę pani płacił za godziny nadliczbowe. żeby wywołać zazdrość. Pokazał jej obie fotokopie.

Proszę mi zebrać czterech lub pięciu. J. Tygodnik popularny: «Mozaika». Dziennik wieczorny: «Głos».-X. Pokazał jej przygotowaną wcześniej listę: Dziennik poranny: «Niezależny Dziennik». A poza tym oto co zrobimy: skontaktujemy się z głów- nymi dysydentami i zapytamy o ich zdanie na temat „Żelaznej Maski”. Proszę pamiętać o tłuma- czach. Albo «L'Express»? — Później. ale niech mu pani da do zrozumienia. musimy oddać maszynopis najpóźniej w sierpniu. Aby książka mogła ukazać się przed targami we Frankfurcie. nawet jeśli spowoduje to zmiany w planach Luxa. Jeanne Bouillon. ale przecież trzy miesiące nie sprawiały żadnej różnicy. Małgorzato. Ballandar. poznać Dymitra. Poważne pismo: «Krytyka». że Aleksander chciał jak najszybciej „wrócić” i znów zobaczyć Ałłę. * 186 . — A w telewizji nikogo? Na początku skracała słowo telewizja i mówiła po prostu „te- le”. mam następu- jące pomysły. To będzie wspaniałe na okładkę. Tygodnik polityczny: «Obiektyw». ale poprosił ją. żeby przestała. po skróceniu. Ja sam ich sprawdzę. de Monthi- gnies. pani Choustrewitz. którzy robili antologię liberalnych myślicieli rosyjskich XIX wieku. Johannès-Graf. Jaka radość w przygotowaniach do walki! To prawda. — Jak książka już się ukaże. jak już wprawimy mechanizm w ruch. — Czy ma pani jakieś sugestie? — A może «Le Monde»? Zawsze mieliśmy tam dobre arty- kuły. — Pójdzie pan do Luxa czy też zaprosi pan pana Fourveret na obiad? — Jak będzie chciał. Teraz trzeba będzie zgromadzić ekipę tłumaczy. że chodzi o prawdziwą bombę. Jeśli idzie o prasę.

. królujący za stołem w stylu Ludwika XIII (au- tentycznym!) położył rękę na sercu i wzniósł oczy do nieba: — Bóg mi świadkiem. żeby stawali się lichwiarzami. wzbraniający chrześcijanom upra- wiania lichwiarstwa. On wie. A jednak podpisywać umowę nie znając całego tekstu. 3.. Rosjanie. Przenosząc nienawiść z procederu na rasę czy też religię. którzy koniecznie chcą zaciągać długi. że we Włoszech nie tylko Żydzi zajmowali się lichwiarstwem: mieszkańcy Lombardii stanowili dla nich zbawienną konkurencję. że nic nie przynosi mi więk- szej satysfakcji jak służenie mu poprzez niesienie pomocy prze- śladowanym: tak aby świat mógł usłyszeć ich głos. — To powinno panu wystarczyć. odpowiedziałby: ponieważ są to lichwiarze. Przeciwnie.. pomimo że ta plaga nie osiągnęła u nas nigdy rozmiarów germańskich. a w 1959 roku już tylko 1. To samo przekonanie panowało w większości krajów europejskich. Kościół wydaje dekret.. Zobaczmy więc. — Aleksander wyjął wła- sne tłumaczenie jednego z dwóch skopiowanych tekstów. dlaczego nienawidził Żydów. jako że Żydzi stanowili 4. Gdyby zapytano Rosjanina z XIX wieku. fran- cuski pisarz Bernanos już o tym wspominał.48% społeczeństwa sowieckiego. My. Chrześcijanie. 187 . Jakkolwiek by było. zmuszają Żydów. Staty- styki pozwalają sceptyczniej spojrzeć na to oskarżenie. Pan Fourveret. Rosyjska prawda sądzi. jesteśmy uważani za antysemitów.1% ludności Cesarstwa Rosyjskiego. prze- śladowania Mussoliniego są niczym w porównaniu z terrorem hitlerowskim. Szczególnie carska Rosja często zachęcała do pogromów. Co myśli Rosyjska prawda o antysemityzmie. Włochy są jednym z najmniej antysemickich krajów europejskich. jako że Żydzi są niezależni od Kościoła. jak wygląda Mateczka Historia: 1. Dlaczego? Po prostu dlatego. że antysemityzm polega na mon- strualnym nieporozumieniu. 2.

jakie- kolwiek byłoby ich drzewo genealogiczne. „postępowanie. że nietolerancyjna lewica jest tylko nieco łatwiejsza do zniesie- nia niż dogmatyczna prawica. Drogi panie Psar. że z takim słownictwem. i ja pierwszy jestem gotów przyznać. ale w pewnym sensie im mniej się o nich mówi. Ich liście dotykały okien gabinetu.chrześcijanie zaczynają nienawidzić Żydów za postępowanie. — Ależ drogi Fourveret. liberalnego i uduchowionego wydawcy Aleksander przy- glądał się koronom rachitycznych jesionów. do którego ich zmuszono” — nie mamy się czego obawiać. rosnących na po- dwórzu. Po wyjściu od pana wybierałem się do wydawnic- twa Presses. to znaczy — „pla- ga”.. tym lepiej. jest pan niepoprawnym reakcjonistą. Fourveret czytał. geniusze czy boha- terowie. że moje serce krwawi dla Żydów. Natomiast zawsze się trochę de- nerwuję. Ale należało napiętnować dłużników w tym samym stopniu co wierzycieli. lichwiarzy. Żydzi są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. Ponad szlachetnie pochyloną głową wielkie- go. Oto co Rosyjska prawda sądzi o antysemityzmie. Mogę przecież zaproponować Rosyjską prawdę Bernardowi i nie zepsuje to w najmniejszym nawet stopniu na- szych stosunków. „monstrualny”. gdy jakiś autor zaczyna mówić o Żydach: niech tylko Żydzi nie zostaną przedstawieni jako święci. że należało zakazać uprawiania lichwiarstwa: wy- kazuję to w innym miejscu. jeśli żywi pan najmniejszą nawet wątpliwość. Ale to w końcu nic strasznego. Widzę. zaraz znajduje się jakiś recenzencina. Bóg mi świadkiem. Myślę jednak. do którego sami ich skłonili. — Interesujące. co pana tak zachwyca w tej stronie: to zdańko na temat carskiej Rosji niesłusznie oskar- żonej. 188 . To prawda. który przypnie mu łatkę antysemity. Odrobina współczucia nie wskrzesi martwej tyranii.. należałoby wytępić. chociaż nieco folklorystyczne. — Interesujące — powiedział Fourveret.

— Nie zabrałem z sobą Minquina.. Nie uwierzy mi pan. Można by go przyrównać do grubego wróbla z przyciętymi skrzydłami. nie może mi pan tego powiedzieć. że byłby to wspa- niały argument handlowy! Piękna surowa twarz Fourvereta rozświetliła się mistycznym światłem. pan i ja. być może ist- nieją zdjęcia z zamachu. Nadszedł spiesznym krokiem. Dwie trzecie ludzkości są niedożywione. czy to możliwe. będzie pan pierwszy. Ale musi pan przyznać. Niedobrze mi się robi. w sensie moralnym. niedoszły zabójca Breżniewa? Dobrze. Aleksandrze. żeby nabawić się zgagi! No. czy Jeanne Bouillon ma realne podstawy. ale żarcie jest moją grzeszną pasją. hierar- chia tych wszystkich piśmideł? Przecież nakłady nie są ograni- czone! Niech pan powie. — Ależ mój drogi. prawda? A my. chcę powiedzieć. — Ale niech pan sam powie. choć pan to proponował. chyba nie myśli pan o tym poważnie! À propos. — Każę przeglądnąć prasę z tamtego okresu. ponieważ nie mogę zapomnieć o głodzie panującym na świecie. nie potrafiłby docenić. gdyż kuchnia jest równie dobra jak wieczorem. Jean-Xavier de Monthignies zaprosił Aleksandra na obiad do „Tour d'Argent”. że „Żelazna Maska” to 189 . by sugerować. Jeżeli pan puści ju- tro tytuł.. Skandaliczne. lecz jest taniej i to trochę koi moje sumie nie. że „Żelazną Maską” jest Kurnosow. proszę mi powiedzieć. miał rozpiętą na szacownym brzuszku marynarkę. Chciał mi pan powiedzieć o jakimś nowym projekcie. ale bardzo lubię zachodzić tu na obiady. Czyż to nie idiotyczne. rozumiem. On jest za młody. Wiadomość zachwyciła go: — „Żelazna Maska”! Wspaniale! Ależ z pana gość! Czy mogę to zaanonsować? Nikomu pan tego jeszcze nie zdradził? — W każdym razie nie prasie porannej. wydajemy tyle pieniędzy.

zamówił u mistrza Aleksandra 190 . nie uważa pan? Niech nam pan podrzuci jakiś wyją- tek. przyrzekł mu sukces. myśleliśmy raczej o zdjęciach niż o obiektywności. który sta- ra się przeważyć słabszą szalę wagi. no nie? Wyobraża pan sobie. ale w końcu fotografia jest sztuką obiektywną. tro- chę sepleniący. «Obiektyw» miał opinię pisma nieco lewicującego. Zresztą już sama nazwa. To zbyt upoka- rzające! Czymże ja jestem? Zaledwie workiem piasku. W roku 1667 car Aleksy Michajłowicz Spokojny. A oto jeszcze jedna historia dzwonu. A czy pan sądzi. To prawie jakby już to zrobił. że ofiaruje jakiś łakomy kąsek klasztorowi Sawino-Sto- rojewskiemu ze Zwenigrodu. Aleksandrze Psar. Na lewo. ale właśnie prostujemy kurs. trzymający nogi na biurku (pracował w piśmie o stylu amerykańskim). — To by zwiększyło sprzedaż o co najmniej 50 tysięcy eg- zemplarzy. Znasz już historię ukaranego dzwonu i dzwonu.ten facet. Oczywiście. «Obiektyw»! Przecież to już cały program. zadecydo- wawszy. nie? — To możliwe. Jean-Xavier. kiedy wiatr przychodzi z lewa. gdyby Sołżenicyn sprzątnął Chruszczowa? Ballandar. co chciał kropnąć Breżniewa? Jeszcze trochę i byłby go załatwił. co się wie o „Żelaznej Masce”. na prawo lub prawie na prawo. w których on odżył. który pękł. w ramkach. — Będziemy z panem. że to prawda? — Co? — Że w rzeczywistości on go zranił i że od tego momentu coś z nim nie tęgo? Aleksander zaproponował drugą medytację do- tyczącą mass mediów. kiedy ją wybieraliśmy. kiedy wiatr wieje z prawej. stary młodzieniec w kaszmirowej kamizelce. ze streszczeniem tego. wsadzimy go do numeru wakacyjnego. Przecież nie staniemy się organem rządowym. i dzwoneczków.

nie zaszkodzi odcyfrować podpisu ofiarodawcy. czci się je i namaszcza świętymi olejami. niemy i bez dzwonnicy. że miasto. W 1941 roku Niemcy zagrażali Zwenigrodowi i zarządzono ewakuację dzwonu. Jeżeli jednak przemawiają czystym głosem Złego. Uda- ło się to wreszcie i był to zaledwie podpis ofiarodawcy. Nawet gdy ich dźwięk wydaje się szlachetny.Grigoriewa dzwon o wadze blisko czterdziestu ton. Czy chcesz. której nie da się stłamsić. jest jeszcze coś ciekawszego. Nie zabrakło ani Rachmaninowa. tyle że sformułowany niezwykle zwięźle: „Car Aleksy. w którym się dzwon znajdował. no- siło tę opatrznościową nazwę (Zwenigrod — Dzwonogród). jednym 191 . Nasze nowoczesne dzwony to nasze mass me- dia. Nie ma lepszego symbolu carskiej Rosji niż carski dzwon. Dzwony nie powinny uciekać przed wrogiem. Ten grubas miał niezwykły głos i w następnych stuleciach odwiedzali go niezliczeni muzycy. który długo pozostał nie odczytany. żebym ci wytłumaczył moją przenośnię? Zasta- nów się chwilę. który spadł z rusztowania i który. Jeśli kłamią. To wspaniałe. leży wbrew naturze na ziemi i milczy pomiędzy nami. sługa boży”. sumienną i odpowiedzialną. Odłamki znajdują się w mu- zeum miasta. Dzwon rozbity i przetopiony na dzwoneczki pochodzi ze strażnicy w Pskowie i pozostaje symbo- lem wolności. ukazując nam swą wielką ranę w boku. Dzwon pękł. które biją na alarm i wydzwaniają podzwonne. zasługują na obcięcie uszu. W brązie dzwonu wyryto tajemny napis. ani Sza- liapina. Dzwon ze Zwenigrodu symbolizuje wolną prasę. ważący czterdzieści ton. — Czy nie sądzi pan. Oto co Rosyjska prawda myśli na temat mass mediów. które dzwoniło i które już nie dzwoni. Ponad jasną łysiną Ballandara Aleksander obserwował bujne i zakurzone kasztany rosnące w alei. Ale to nie wszystko. — Wprost przeciwnie. że wyczuwa się tu wrogość wobec wol- ności prasy? — zapytał wielki krytyk po skończeniu lektury.

że jej przyszedł do głowy pomysł napisania tego artykułu właśnie w chwili. z oknem nie- co różnym od innych.słowem — «Obiektyw». a jednak co za zbieg okoliczności. W ka- żdym razie może pan na mnie liczyć.. trzeba odżegnać się od jakiejkolwiek zbieżności. — Można by może dorzucić przypis z tą interpretacją. że w młodości była prosty- tutką w Wiedniu. sfotografowanym przy pomocy teleobiek- tywu? Można by pomyśleć. będzie zębami i pazurami walczyć o „Że- lazną Maskę”. która (być może) zmieni bieg historii ZSRR”. przyglądał się ogromnym owa- dom — termity? modliszki? — wspinającym się po świeczniku. Lubiła dawać do zrozumienia. i przyjmowała tam w peniuarze. — Co panu o nim wiadomo? W jakim jest wieku? Czy to ładny chłopak? Czy mogę powiedzieć. Dzwon z Uglicza. że udało się panu wejść po rynnie do tego domu wariatów? Jeanne Bouillon uznała „Żelazną Maskę” za swoje dzieło. który nazy- wała buduarem. a wreszcie urządzę panu wielką pompę. Na przykład tego szpitala. w lecie zarzucę wędkę. 192 . — Zaraz dam panu adres. który musi być uka- rany. Da tytuł: „Książka. gdy jej przyjaciel Alek- sander miał dostać do ręki manuskrypt. o każdej porze dnia. Czy nie moglibyśmy dołączyć kilku zdjęć? — Zdjęć? Czego? — To bez znaczenia. wtopiony w fotel. Pani Choustrewitz przyjmowała w swoim salonie. Oczywiście. — Aleksander! Drogi! Cóż może zrobić dla pana taka stara baba jak ja? Ach! Ależ on całuje po rękach! Nie ma to jak Rosjanie! — Ależ oczywiście. Wokół huczał codzienny zgiełk godzin szczytu na placu Alma. Proszę tam wysłać fotografa. W przyszłym tygodniu za- powiem. to prasa kłamliwa. że to jego okno.. Aleksander.

Zarzucano mu to. obojętne jakie były jego doświadczenia i opinie. со to za plotki na temat Kurnosowa i „Żelaznej Maski”? Skąd je pani wzięła? Uczyniła gest. drugie. jakby chciała ukryć uśmiech: — Nie sądzi pan chyba. narysowaną wyłącz- nie pionowymi kreskami. chciałbym zadać panu dwa pytania. Kurnosow. Dlatego dobrze. Aleksander pewien był dwóch rzeczy: plotki produkowane były przez tę czy inną orkiestrę Pitmana i nie odpowiadały praw- dzie. został z pewnością rozstrze- lany. Nosił sędziowskie okulary. żeby znalazł się w nim. Pierwsze. dotyczące faktów. Johannès-Graf urzędował w małym pokoiku bez okna w sute- renie. rze- czywiście wierzy w to. ale potem przyciągnął go ten dziwny światek. Jeanne. — Panie Psar. Ale czy w celi 000 przebywał rzeczywi- ście „Anonimowy więzień”? A może pielęgniarze i gigantyczny psychiatra wchodzili do tego pomieszczenia tylko po to. jakby to powiedzieć. wyobraża- jąc sobie wspaniałe danie przygotowywane być może dla nieist- niejącego pensjonariusza. jakby to powiedzieć. Od- powiadał: „Wiem. to wszystko. niedoszły zabójca. jakby to ująć. a polityka literaturą. co mówi? 193 . gdzie lite- ratura jest polityką. to było normalne. Rozmarzył się. pierwsze pytanie. że dzieło to jest autentycznie szczere? Że jego autor. że spalę moich informatorów? O tym się mówi. Został pa- storem. — À propos. to środowisko jest skrajnie skorumpowane. żeby dostarczać wciąż pokarmu kampanii dezinformacji? W króle- stwie iluzji wszystko może się zdarzyć. Czy rękopis znajduje się w pańskich rękach? Czy pan go przeczytał? Drugie pytanie. uczciwy człowiek”. Pan Johannès-Graf miał pociągłą twarz. — Panie Psar. Z pewnością pochłaniali je pielęgnia- rze. związane z istotą sprawy. Czy może pan zaświadczyć.

jakby to powiedzieć. nie spotkałem „Anonimowego więźnia”. ta sensacyjna atmosfera. Dzięki temu cieszymy się autorytetem w klubach politycznych.45 na Piazza Navona w Rzymie. jakby to powiedzieć. kto przeczytał to dzieło od początku do ko- ńca — (dzieło nie opuściło jeszcze ZSRR) wie. które nie zawsze zga- dzały się z pańskimi najbardziej intymnymi przekonaniami. którą próbuje się stworzyć. my czytamy zanim za- czniemy krytykować. Wie pan. że w odróżnieniu od innych. że trzeba sprzedawać. ale dał pan pierwszeństwo. którzy się liczą. na uniwersytetach. — Proszę pana. — Widzi pan. Wiemy oczywiście. Przed fontanną Berniniego snuł się wielki dryblas. w kołach rządowych. Podejrzewam. wśród przedstawicieli administracji. ale jednak nie byle co. o godzinie 12. że jest ono równie autentyczne jak Wspomnienia z martwego domu. . czyli. że opublikował pan rzeczy. Alek- sander osiągnął swój szczyt życiowy w wieku czterdziestu dzie- więciu lat. Pod lewą pachą ściskał paczkę gazet. wśród tych czytelników. Ale ton tego rodzaju tekstu nie może wpro- wadzić w błąd. to nas trochę niepokoi. pewnego piątku. Ufam panu w każdym razie.. Więzienia albo (Johannès-Graf był specjalistą od Jana Jakuba Rousseau) Wyznania. co jest zrozumiałe. respektowi dla sprawiedliwości. Każde pojedyncze życie osiąga swój moment szczytowy. Aleksander zbliżył się do niego: — Nie wiem — powiedział po rosyjsku — jaki kretyn wymyśla 194 . przystro- jony brązowo-pomarańczową połyskliwą wiatrówką lalusia. Ktoś. że pismo nie ukazuje się w lecie. na okładce pierwszej można było przeczytać wypisany cyrylicą tytuł «Ogoniok». ale może pan na nas liczyć zaraz po wakacjach — (wielkie purytań- skie szczęki zwierały się i rozwierały w monotonnym rytmie) — zresztą nie znając tekstu cóż moglibyśmy powiedzieć? Przecież wie pan.

Podał Aleksandrowi paczkę gazet związanych cienkim sznur- kiem na krzyż i chciał odejść. — Nie tak szybko. Gazety i koperta również pochodziły stamtąd. nie mógł go po prostu wyrzucić. dla Aleksandra — rękojmia nowego życia. który omal nie zabił i nie zginął. z rękami wbitymi w sko- śne kieszenie wiatrówki. Dla czytelników był to skamieniały krzyk idealisty. bo powiedział do mnie «pan»„. — Może pan odejść. Aleksander odsunął gazety. ale na dzisiaj to jest: Armi. który trzymał w rękach — 399 kartek bez margine- su. Wiaczesław oddalił się pogwizdując. rozpoznał drobne pismo na prawie przezroczystych kartkach nie wyjmując ich z paczki. Czekał na kontakt pół godziny. znalazł kopertę. że spędzi ten dzień na plaży w Ostii! Co za pech! W taksówce Aleksander rozwiązał rosyjski sznureczek. chwileczkę. Trzeba będzie znowu przywlec się tutaj jutro. A on liczył. pochylonym. Nie miał dla niego żadnego prze- znaczenia. to znaczy w sobotę.te komiczne słowa hasła. Wiaczesław zmrużył oczy. Dziesięć minut później nadszedł signor Grucci. Dla wydawnictwa Lux była to mała kopalnia złota. Dla dyrekcji natomiast sposobność nowego sukcesu. pokrytych niebieskim ostrym. ale skarbem nieco dwuznacznym. Nikogo. otworzył ją pa- znokciem. „Można by go wziąć za oficera — pomyślał Wiaczesław — ale jednak nie. ale sznurek pochodził stamtąd. To kretynka. drobnym pi- smem — był skarbem. zwinął go i wsunął do kieszeni. jakby chroniąc je przed dymem z papierosów: — To nie kretyn. furore e morti. ale Bóg wie czemu nie budziły w nim podobnego sentymentu i pozo- stawił je na siedzeniu. Rękopis. Aleksander nie należał do 195 .

marzycieli i rzadko zdarzało mu się wyobrażać sobie to nowe
życie, ale od czasu do czasu nawiedzały go intuicje, tak jak w tej
chwili, w rzymskiej taksówce. Pomyślał z tkliwą dumą o swoim
synu, którego będzie wychowywał właściwie, w duchu służenia,
o którym zapomniano już na Zachodzie.
Kartkował małe stroniczki o niestandardowym formacie. Ma-
chinalnie sprawdził ortografię: był to nowoczesny rosyjski, któ-
rego uproszczona pisownia — jedna litera na siedem została
zniesiona, wprowadzono końcówki słów sprzeczne z regułami
filologii — zawsze go drażniła. Już samo to, że pomyślał o
sprawdzeniu pisowni, zdradzało pewien niepokój — staroświec-
ki charakter pisma, styl nawiązujący do starych baśni, wszystko
to nie było typowe dla autora wywodzącego się z szeregów KGB.
Rzym uciekał za oknami taksówki. W tyle zostawały pokryte
zieloną patyną ochry. Aleksander nie widział tego, myślał o
triumfie, jakim będzie publikacja Rosyjskiej prawdy. Tłuma-
czenia na wszystkie języki, poważne zyski, zdyskredytowani dy-
sydenci...
Wszedł na pokład samolotu. Obiecał sobie, że nie zacznie czy-
tać przed startem.
Wydawało mu się, że podróż trwała zaledwie chwilę.
Podczas lądowania wiedział już, dlaczego Iwan Iwanycz
chciał, aby umowa z wydawnictwem oraz poparcie „orkiestry”
załatwione zostały, zanim Aleksander zapozna się z tekstem.
Rękopis nie nadawał się do pu-bli-ka-cji.

— Małgorzato, proszę mnie połączyć z panią Boïsse.
— Pani Boïsse przy telefonie... Oblewamy dziś wieczorem. I
tego samego wieczoru kolejne spotkanie z Iwanem Iwanyczem.
— Kto jest autorem tego steku kryminalnych bzdur? Nie, nie
pytam cię o to, wiem, że tego nie wiesz. Ale kto zadecydował, że
trzeba to publikować? Na pewno nie Pitman. On zrozumiałby, że
to niemożliwe. Z umową czy bez, Lux nigdy tego nie zaakceptu-
je.

196

Zresztą któżby to zaakceptował? Nie pozwolę wymienić na-
zwy mojej agencji na stronie tytułowej. Jeżeli istnieje jakikol-
wiek szalony powód, aby te brednie ukazały się, należy stworzyć
wydawnictwo wyłącznie dla tej książki lub innych w tym samym
stylu, założywszy, że macie ich więcej na składzie. Słuchaj, Iwa-
nie Iwanyczu, czapki-niewidki być może oszalały, ale paryscy
wydawcy jeszcze nie. Dziennikarze także nie. Jeśli w wyniku nie-
zrozumiałej dla mnie aberracji jakieś skrajnie prawicowe wy-
dawnictwo odważyłoby się nawet opublikować podobny tekst...
— To byłby skandal? Ależ Aleksandrze Dmitryczu, serdeńko,
skandal jest popłatny.
— Rozśmieszasz mnie swoim prymitywnym cynizmem. Nie
byłoby żadnego skandalu. Nic by nie było. Cisza. Najmniejszego
echa. Mówiłoby się o czymś innym, tak jak wtedy, kiedy komuś
odbije się przy stole. Nic nie rozumiesz, Iwanie Iwanyczu. Żyje-
my w społeczeństwie, w którym role są rozdzielone raz na zaw-
sze. Należy przyjąć swoją rolę albo pogodzić się, że jest się ni-
czym. To właśnie ludzie Zachodu nazywają wolnością. Na przy-
kład sowiecki dysydent musi być liberalny. Może być marksistą,
jeżeli ma na to ochotę, ewentualnie nacjonalistą, ale zawsze li-
beralnym. Dysydent nie liberalny jest nie do pomyślenia. Czy
wiesz, co bym zrobił z tym tekstem, gdybym go dostał pocztą?
Iwan Iwanycz zwilżył językiem palec i przygładził kilka ru-
dych włosów, które przecinały poziomo jego czaszkę:
— Jesteś na tyle inteligentny, Aleksandrze Dmitryczu, aby
zrozumieć, że być może właśnie dlatego nie wysłano ci go pocz-
tą.
— Iwanie Iwanyczu, wiem, co to jest dezinformacja. To mój
zawód. Ale istnieją pewne granice. Nie mogę wydać na moją od-
powiedzialność zdań w rodzaju... Gdyby chodziło tylko o zdania!
To można przeredagować. Ale cała książka przesycona jest tym
duchem.
— Jakim duchem?

197

Aleksander przeczytał na głos akapit, który przekreślił dwie-
ma czerwonymi liniami:
— „Za każdym razem, kiedy jakaś zorganizowana partia ko-
munistyczna, nie popierana potajemnie przez ZSRR, zderzała
się w zamkniętym polu jakiegoś narodu z partią liberalną, bur-
żuazyjną, arystokratyczną, konserwatywną lub reakcyjną, wy-
grywała pojedynek. Za każdym razem, kiedy zderzała się z partią
faszystowską, czyli reformatorską, i również zorganizowaną,
przegrywała”. I on przytacza historyczne przykłady! Rozumiesz,
że tego typu prowokacje w wolnym społeczeństwie są nie do
przyjęcia.
— Nawet przy założeniu, że istnieje „nowa prawica”?
— Przede wszystkim przy tym założeniu. Fourveret oderwał
się trochę od lewicy w ciągu ostatnich lat, ponieważ sprzedaje
się ona gorzej, co wszystkim wiadomo. Ale podjąć ryzyko przy-
łączenia się do kierunku całkiem przeciwstawnego... Publikacja
Rosyjskiej prawdy nie wchodzi w rachubę. Dlaczegóż nie wy-
ciągnięcie Protokołów Mędrców Syjonu, Mein Kampf albo Wa-
szego pięknego dzisiaj? O, przepraszam, nie powinienem wy-
mieniać Maurrasa w tym towarzystwie. Prawdziwy monarchista
nie może być faszystą. Czekaj, coś ci powiem. To moja dyrekcja
miała ten genialny pomysł, żeby połączyć faszyzm z tendencją
prawicową, podczas gdy w rzeczywistości jest on bardziej lewi-
cowy niż my. W każdym razie odmawiam współpracy przy tym
przedsięwzięciu skazanym na klęskę. Czy jesteś pewien, że nie
chodzi tu o sabotaż? Przeniknąć kampanię wpływów przeciwni-
ka i obrócić ją na swoją korzyść, to byłoby dopiero sztuką!
Oczy Iwana Iwanycza złagodniały:
— Martwisz mnie, Saszeńka. Bardzo mnie martwisz. Nigdy
jeszcze nie widziałem, żebyś otwarcie odmówił wykonania po-
lecenia.
— Głupstwo. Napiszę ci odpowiedni raport, który wyślesz
Pitmanowi przez radio. Zobaczysz, że chodzi tu o jakąś pomyłkę.
Odpowiedź na raport nadeszła zaraz następnego dnia:

198

Niniejszym potwierdzamy instrukcje przekazane ustnie. Pro-
szę traktować tę depeszę jako rozkaz na piśmie. Rękopis musi
być opublikowany przez wydawcę wskazanego wam wcześniej.
Nie może on w żadnym wypadku ukazać się u wydawcy prawico-
wego. Ostrzegamy was również przed jakimkolwiek złagodze-
niem tekstu, którego moglibyście próbować w trakcie tłumacze-
nia. Każde odchylenie w tym kierunku byłoby traktowane jako
uchybienie dyscyplinarne. Jeśli wydawca domaga się tekstu w
miarę postępów tłumaczenia, odmówcie. Tekst musi być do-
starczony w całości. Żaden nowy fragment nie będzie udostęp-
niony prasie. Kontynuujcie, wzmagajcie wszelkie wysiłki, aby
publikacja stała się międzynarodowym ewenementem politycz-
nym. Podpisano generał-pułkownik Pitman.

W kawiarni przy Porte d'Auteuil — Iwan Iwanycz lubił ka-
wiarnie usytuowane przy wylotowych arteriach; było to jedno z
tych przyzwyczajeń, przez które drugorzędni agenci pozwalają
się w końcu zgarnąć — Aleksander czytał wciąż od nowa kartkę
zapisaną maszynowym pismem, opatrzoną wskazówkami „bar-
dzo pilne” i „ściśle tajne”, a także znakami określającymi datę i
godzinę, jak w każdym telegramie.
Iwan Iwanycz uśmiechnął się z miną pełną politowania i wy-
ciągnął rękę. Depeszę trzeba mu było oczywiście zwrócić.
Na rogu stołu Aleksander nabazgrał swoją odpowiedź. Po-
twierdzał odbiór. Wykona. Ale odmawia wzięcia na siebie odpo-
wiedzialności: „Ani Lux, ani żadne inne porządne wydawnictwo
nie opublikuje Rosyjskiej prawdy. W mało prawdopodobnym
przypadku, gdyby jednak książka ukazała się, prasa odwróci się
od niej z obrzydzeniem i nie będzie mowy o żadnym ewenemen-
cie międzynarodowym ani nawet lokalnym. Obserwacje: autor
tekstu, kimkolwiek jest, musiał znacznie wykroczyć poza in-
strukcje, jakie otrzymał. Postulat: sugeruję aby tekst został po-
nownie przeczytany na najwyższym szczeblu”.

199

Tymczasem sławni dysydenci, z którymi nawiązała kontakt
Agencja Psar, zaczęli odpowiadać. Ci spośród nich, którzy pozo-
stali marksistami, wyrażali wątpliwość co do egzystencji prawdy
specyficznie rosyjskiej, ale cieszyli się ze stylu populistycznego
„Anonimowego więźnia” i chwalili go za powoływanie się na
pskowski dzwon, symbol dawnej niezależności gminy, czyli tym
samym komunistycznego powołania kraju. Oczywiście przy-
łączali się do potępienia lichwiarstwa, które jest równoznaczne z
potępieniem kapitalizmu. Jeden z nich napisał długi artykuł, w
którym wykazywał, że „Anonimowy więzień” czerpał swą in-
spirację z jego dzieł. Gratulował sobie, że jego dzieła dotarły na-
wet do celi 000 w szpitalu specjalnym. Inny przewidywał z góry
konkluzje, jakie z całą pewnością uwieńczą obserwacje tajemni-
czego autora: komunizm w swej istocie jest dobry, jedynie spo-
sób jego realizacji jest na ogół katastrofalny w skutkach. Należy
więc znów rozpocząć eksperymentowanie, a nie odrzucać dok-
trynę komunizmu.
Pewien antymarksistowski powieściopisarz pochwalił język
„Anonimowego więźnia”: Dobry jak chleb; chrupiąca skórka,
która kryje delikatne wnętrze”. Pewien krytyk skomentował:
„Nasz chór dysydentów już prawie zaczął nudzić, gdy oto pojawił
się wspaniały baryton, który przychodzi z nowym słowem, na-
wiązującym w pewnej mierze do Kryłowa”. Pewien moralista
otwarcie wyrażał swoje zadowolenie, że mieszkaniec celi „po-
trójne zero” jeszcze nieprędko z niej wyjdzie: „Z całą pewnością
należy odróżnić dezerterów, którzy dopiero po znalezieniu się na
Zachodzie zaczynają szczekać przeciwko reżimowi, od profetów,
którzy zaczęli przemawiać jak ludzie wolni jeszcze wówczas,
kiedy nimi nie byli. Ale oto po raz pierwszy nieposkromiony
śpiew wolności podnosi się z samego dna psychuszki”.
Ta ostatnia uwaga rzucała być może trochę inne światło na
zgodność, z jaką dysydenci, zwykle podzieleni, przyklasnęli z góry
publikacji Rosyjskiej prawdy. Niektórzy spośród nich woleli

200

uniknąć zbyt jawnej demonstracji wewnętrznych podziałów,
inni rozumieli, że sytuacja więźnia była ważniejsza niż wszystkie
małostkowe spory pomiędzy koteriami. Brodaty mędrzec, podzi-
wiany aż do nienawiści, wyszedł ze swej wieży z kości słoniowej
otoczonej drutem kolczastym, aby dać następujący komentarz
na temat kryptogramu, umieszczonego na dzwonie: „«Żelazna
Maska» pokazała palcem to, co w micie monarchicznym jest w
sposób nie dający się naśladować rosyjskie. Z lękiem i nadzieją
będziemy się przyglądali, jak nasza wewnętrzna, prosta i święta
prawda, która przez wieki całe wyrażała się w dewizie «Jesteśmy
Rosjanami, Bóg jest z nami», natchnęła tego krzyżowca naszych
czasów, jedynego spośród nas, który odważył się sięgnąć po
broń w obronie naszej wiary”.
Aleksander czytał to wszystko z pogardą: „Nie cierpię kurków
na dachu, obojętnie, w którą stronę się kręcą”. Ludzie tego typu
byli dla niego zdrajcami, niezależnie od motywacji: jakaś nieza-
spokojona ambicyjka, niewystarczająca pensja, niewystarczające
sumienie.
Doszło do spotkania tłumaczy. Aleksandrowi nie chodziło już
o tłumaczenie najlepsze z możliwych, dostarczone jak najszyb-
ciej, lecz o tłumaczenie, które pozostałoby tajne tak długo, jak to
będzie potrzebne. Zamiast pięciu tłumaczy wybrał zaledwie
dwóch. W ten sposób niebezpieczeństwo przecieków było mini-
malne, a praca ukończona zostanie później, dzięki czemu Fo-
urveret będzie miał mniej czasu, żeby wycofać się z umowy.
Pewna kostyczna stara dama rosyjska, mieszkająca w domu
starców, oraz młody profesor slawista, który miał pracować
podczas wakacji w Irlandii, zostali zaangażowani nie tyle dla ich
talentów, co raczej dlatego, że nie będą mogli się komunikować
ani między sobą, ani z paryskimi intelektualistami. Pozostali
trzej tłumacze obrazili się. Aleksander zrozumiał już, że „Opera-
cja Żelazna Maska” będzie jak pożar, który niszczy wszystko na
swej drodze. A to był tylko początek. Na szczęście zestawienie

201

przypowieści w Rosyjskiej prawdzie pozwalało na całkowicie
niekoherentne podzielenie tekstu między tłumaczy. Profesor
uznał wprawdzie w pierwszej lekturze, że strona polityczna była
dość trudna do przełknięcia, a stara dama, że pełno było termi-
nów tryw., gwar., i fam., jakich zazwyczaj nie spotykała, lecz
wystarczy dać im do zrozumienia, iż część przypadająca na każ-
dego z nich zostanie właściwie oświetlona dopiero przez tekst
tłumaczony przez drugiego, aby przyjęli to za pewnik. Zresztą,
do diabła, byli opłaceni i to nawet zupełnie nieźle. Zadanie, w
które wciąż nie wierzył, zaczęło pochłaniać bez reszty Aleksan-
dra, jak Iwana Denisowicza układanie cegieł.
Przeszedł lipiec. Poczta przynosiła strony tłumaczenia. Alek-
sander poprawiał, ujednolicał, oburzał się, przyzwyczajał się do
swego własnego oburzenia. Powierzono mu zadanie z góry ska-
zane na niepowodzenie. Uprzedził o tym, a teraz będzie próbo-
wał pomimo wszystko dążyć do sukcesu, chociaż będzie się czuł
równie usprawiedliwiony w wypadku porażki, którą przewidy-
wał, co w wypadku powodzenia w wyniku czynionych przez sie-
bie wysiłków.
Aby książka ukazała się we wrześniu, Fourveret, zmieniając
swój kalendarz wydawniczy, domagał się manuskryptu pod ko-
niec lipca. Aleksander zwlekał aż do 10 sierpnia. Miał spędzić
dwa tygodnie wakacji z Jessicą na jachcie jej przyjaciół. Musiał
zrezygnować z zaproszenia. Jessica nie skarżyła się: „Obejdę się
bez takiego kochanka”. I zabrała ze sobą attache z ambasady
jednego z krajów Południowej Ameryki. W tym roku korki na
drogach były zupełnie rekordowe. W Paryżu ulubione restaura-
cje Aleksandra były zamknięte, jadał więc w bistrach, konstatu-
jąc ze zdziwieniem ich taniość. Potrzebował teraz cztery razy
mniej czasu na podróż z domu do biura. Dwóch wydawców
chciało publikować Rosyjską prawdą w języku oryginału. Od-
mowa. Jeden z nich próbował się dyskretnie poinformować, kim
są tłumacze. Klęska. W kinach dawano wznowienia starych

202

filmów. Można było parkować samochód gdzie się chciało. Mał-
gorzata, która chciała wyjechać w sierpniu, zapytała, czy nie
byłoby lepiej, żeby została, jako że miała się ukazać ważna książ-
ka. Aleksander myślał, że książka nie ukaże się wcale. Tak czy
inaczej cały ten cyrk, jeśli w ogóle ruszy, nie zacznie się przed
początkiem września.
— Nie, nie, Małgorzato, proszę wyjechać i odpocząć. A dokąd
w końcu pani jedzie?
Wyjeżdżała do swojej matki, do Lisieux. Wyjechała. Jeśli bę-
dzie jej potrzebował, wystarczy jeden telefon. Dopiero po kilku
dniach zaczął odczuwać jej brak. Jej spojrzenia były tak oddane i
pełne uwagi... Zastanawiał się z roztargnieniem, jakiego koloru
były jej oczy i stwierdził, że nie wiedział tego. „Żyję już zbyt dłu-
go pochłonięty tylko jednym. To wszystko niedługo się zmieni”.
Pogoda była niepewna, nie było zbyt ciepło. „Obecny sierpień
jest o wiele chłodniejszy niż czerwiec sprzed trzydziestu lat”.
Przyszło mu nagle do głowy, żeby zobaczyć galerię chimer, ale
kiedy tuż przed nim dziesięć autobusów wyrzuciło ładunek Teu-
tonów na wprost schodków Quasimodo, zrezygnował z tego za-
miaru. Zastanawiał się, jaka jest pogoda w Moskwie, w Lenin-
gradzie. „Jeśli dyrekcja ma jakąś filię w Leningradzie, chciał-
bym, żeby mój apartament był na Fontance...”
W końcu tłumaczenie było gotowe. Mimo ponagleń Fourve-
reta — „Drukarnia czeka! Nie zamknęli jej w sierpniu tylko ze
względu na nas!” — Aleksander ociągał się jeszcze kilka dni. Po-
prawiał niektóre fragmenty, przepisywał najbardziej pokreślone
stronice. Jednak w końcu trzeba było zanieść do wydawnictwa
Lux gruby, biały klaser, zapięły białym paskiem, przeszytym
czerwoną nitką. Aleksander oddał swój ładunek wybuchowy,
wysłuchał wylewnych podziękowań i zaczął czekać na eksplozję.

Gabinet naczelnego dyrektora wydawnictwa Lux był duży,
biały, jego umeblowanie składało się wyłącznie ze stołu, foteli i
gablotki, zawierającej hiszpańskie krucyfiksy, przedmiot kultu

203

dla jednych, kolekcja nagród dla innych. Stół ustawiony był przy
oknie w ten sposób, że każdy gość znajdował się w pełnym świe-
tle, podczas kiedy surowa lecz sprawiedliwa twarz naczelnego
dyrektora pozostawała w półcieniu. Niektórzy myśleli, że był to
tylko przypadek, lecz wystarczyło złożyć wizytę panu Fourvere-
towi wieczorem, aby móc stwierdzić, że lampy były ustawione
tak, by osiągnąć dokładnie ten sam efekt.
Uścisk dłoni. Proszę siadać. Fourveret zasiadł za stołem, zło-
żył ręce, opuścił oczy. Na jego dużej, ascetycznej twarzy widniały
okulary w kwadratowej oprawce, które potrafił majestatycznie
zdejmować i wkładać w odpowiednich momentach.
Aleksander czekał. Nie był z natury lękliwy, ale konieczność
obrony projektu, którego nie pochwalał, stawiała go w niewy-
godnej pozycji.
Po dłuższej chwili medytacji Fourveret uniósł głowę, zdjął
wymownie okulary i powiedział z drapieżnym uśmiechem:
— A więc trzeba być na prawicy, ponieważ dobry łotr został
ukrzyżowany po prawej stronie cieśli z Nazaretu!
Odczekał kilka sekund i ciągnął dalej, o ton głośniej:
— A kiedy z głęboką odrazą odepchnął sztukę złota, którą
Mu podawano i stwierdził, że należy oddać cesarzowi jego
błyskotki, to, co chciał w rzeczywistości powiedzieć, to nic inne
go jak to, iż do państwa, a nie do banków należy bicie monet!
Carska Rosja liczyła siedem razy mniej policjantów niż Wielka
Brytania i pięć razy mniej niż Francja! Komunizm, ta dziwna
choroba, zapanował w Rosji jak grypa na Hawajach, ponieważ
carska Rosja w swojej niewinności nie wyprodukowała odpo-
wiednich przeciwciał!
Fourveret założył znów okulary i jego twarz nabrała wielkiej
powagi:
— Proszę mi w końcu powiedzieć, mój drogi, co jest grane?
Kto tu sobie urządza kpiny?
Aleksander przygotował sobie plan kontrataku. Położył na

204

. mam współpracowni- ków. Bóg mi świadkiem. — Mój drogi. krwawiące serce ludzkości. to wielkie. Ale jakież to ma znaczenie.. tylko sądzę. Wykonał obleśny gest liczenia banknotów. które nas dzielą. rzecz jasna. Inni wydawcy być może mają tylko jedno zmartwienie: forsa. żeby moje wydawnictwo posłuszne było mojemu sumieniu. I nie dlatego. skoro wszyst- kich nas jednoczy poparcie dla udanych dzieł literackich i do- brych uczynków. Gdybym tylko chciał. że pomimo różnic. Fourveret spojrzał na papiery i odsunął je od siebie. którzy nimi nie są.. — To na skrzydełko okładki. pochodzących z listów od dysydentów. Są wśród nich być może — a nawet na pewno — komuniści. Ale to. dla którego krwawi moje serce. Jeśli o pana chodzi.. mój drogi. że jestem wydawcą. darzę pana szacunkiem. że sumienia wszystkich ludzi dobrej woli nastrojone są na tę samą nutę. Ja także. Jestem chrześcijaninem.) Jeśli o mnie chodzi. że przede wszystkim jestem sumieniem i że w miarę moich możliwości dążyłem zawsze do tego. — Oni nie czytali książki. forsa. że to moje sumienie. Ich opinie. zawsze sądziłem. (Wymawiał 205 . rozplatając je od czasu do czasu. Całość była olśniewająca. zostały jeszcze dodatkowo przemyślnie spreparowane i zredagowane. jakby to było nie- przyzwoite słowo. chociaż Bóg nie jest do tego potrzebny. i tak pozytywne. by wy- konać pełen wigoru i jednocześnie nobliwy gest. wiadomo też. (Wy mówił to z dreszczem obrzydzenia. bo moja reputacja jest wystarczająco znana na rynku — wiadomo. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi na plecach. panie Psar. co dla mnie się liczy. lub też niechęć do złych książek i złego postę- powania. i właśnie w tym cierpieniu jednych dla drugich i artysty dla społeczeństwa widzę prawdziwe znaczenie działalności wy- dawnictwa Lux. posiadamy pewną wspólną cechę — całkowitą integral- ność intelektualną. byłbym bogatym człowiekiem. Lux oznacza tutaj światło. dopóki jej nie przeczy- tałem.stole serię cytatów.

Odwrócił wzrok od Aleksandra. którzy myślą podobnie jak pan. albo są tro- chę na lewo od pana? Fourveret zasiadł ponownie przy stole. gubiłem się w domysłach na temat pańskiej osoby — dodał cichym głosem. bo dzięki panu spędziłem bezsenną noc. bo w końcu póki nie jest się ekstremistą. czy też. gdybym wydał tę książkę? Rosyj- ska prawda nie sprzeda się nawet w dwu tysiącach egzemplarzy. 206 . stracił rozum. i zdjął okulary.) Prowa- dzi pan dla mnie Genezą rewolucji i Białą Księgą. że pozwala się mówić tylko tym. można być człowiekiem godnym szacunku nawet na prawicy. że jego cierpli- wość nie ma granic. miał pełne usta samogłoski „a”. aby mnie skompromito- wać? Powinien pan wiedzieć. którzy publikują wyłącznie poglądy zgodne z ich poglądami? Czyżby wolność słowa polegała na tym. proszę mi wybaczyć to słowo. okazując w ten sposób. i tak wyraźne pod- kreślanie egzotyki jego nazwiska stawało się obraźliwe. — Jak pan sobie może wyobrazić. W każdym razie tak sobie to wyobrażam. — Może pan być dumny. Przez chwi- lę pokazywał mu swoje plecy. że nie pozwolę na to! Zresztą jaką bym miał mieć z tego korzyść. Zastana wiałem się. jak wryty. Zaczął przecierać chu- steczką szkła okularów. jakby wyciągał szablę z pochwy): co się stało? Aleksander patrzył na wydawcę nie ukrywając swego rozba- wienia: — Co się z panem dzieje. lecz mam tu swoje powody. żeby pana opinie polityczne były nie w porządku. czy nagle pan oślepł.„Psaaaaar”. Fourveret? Po co ten patos? Nie zgadza się pan z programem „Anonimowego więźnia”? A kto panu powiedział. Nie przypusz- czam. Pytam więc pana (zatrzymał się nagle. że ja się z nim zgadzam? Czyżbyśmy byli fana- tykami. stał się pan przekupny? W tym ostatnim przypadku. komuż by się pan sprzedał? Czyżby wszedł pan w kontakt z jakąś organizacją neo- faszystowską? Czy ktoś panu zapłacił. z którymi nie może się równać żadna seria innego wydawcy.

— Jeśli pana dobrze rozumiem. zrobiłbym coś złego i zdaję sobie z tego sprawę. dla pańskiego wydawnictwa. jak panu wiadomo. Fourveret.. że jednak to robię. nawet wbrew oczywistości. Psar — po- wiedział Fourveret. Wszystko. Jaka byłaby pańska reakcja?” Zna pan Bal- landara. który zawsze cieszył się opinią gwiazdora uczciwości intelektualnej i który zerwie umowę. oddzielony od niego stołem. To nie są żadne argumenty. Ale przypuśćmy.. Zachowałbym się tak. O co panu chodzi? O spokojne sumienie wydawcy. Psaaaaar. który jest. Co pan właściwie zarzuca Rosyjskiej prawdzie? — Takie chwyty poniżej pasa nie są pana godne. — Podłości. Mogę się panu przyznać. bzdury i brudy. co słyszę od kwadransa. które w myśl prawa nie należą do pana. to obelgi pod ad- resem człowieka zdychającego właśnie w więzieniu psychiatrycz- nym. Odpowiedział mi: „Przez szacunek dla pana. „Gdybym to opublikował.. że w moim zakłopotaniu wybrałem się do José Ballandara. zamierza pan ze rwać naszą umowę? — zapytał Aleksander powściągliwie. moim starym przyjacielem. Fourveret. pozornym i rzeczywistym. jakby się książka wcale nie ukazała”. To sumienie. Ta uwaga rozweseliła wydawcę: — Przecież nie będę pana. ponieważ nie ma pan upoważnienia autora. I to wszystko. Prosząc o dyskrecję dałem mu do przeczy- tania kilka wyjątków z tych brudów. że „Anonimowy wię- zień” nie będzie miał żadnych możliwości obrony prawnej. Ale w końcu (obrócił się nagle i oparł się plecami o stół) czy byłby pan łaskaw wytłumaczyć mi. spuściłbym na to zasłonę milczenia. Zwracam panu pańskie prawa. ponieważ dobrze wie. odsyłając 207 . uczyć. że umowa wy- dawnicza. — Albo ten tekst nadaje się do publikacji i nie robię panu krzywdy. jakim prawem pozwolił pan sobie zaproponować mi ten zbiór idiotyzmów i podłości? Aleksander miał wyjątkową zdolność stawiania czoła w trud- nych sytuacjach.. Przydało mu się to w jego obydwu zawodach.

Aleksander nie miał na to żadnych argumentów. ufając panu w dalszym ciągu. niech pan sobie wyobrazi. dzieło niniejsze broni takiej oto tezy: 1. jak zdejmuje się maskę. Powiedziałem panu. co zarzucam Rosyjskiej prawdzie? Jak pan wie. wciąż siedząc. zlustrował go spojrzeniem. zastąpić go monarchią teokratyczną. albo się nie nadaje i wówczas pan jest wobec mnie nie w porządku. Do tego dołącza się jeszcze absur- dalna demaskacja rzekomego spisku światowego lichwiarzy. drogi przyjacielu. I to wszystko. Później zdjął okulary.pana do innych wydawców. Aleksander podniósł się i przyciągnął do siebie maszynopis. ale nie będziemy mieli tego popar- cia. — Tak. której zasadniczym atrybutem będzie bicie monety. Kapitalizm jest źródłem wszelkich nieszczęść.. I pan mnie pyta. Fourveret. że nie jest ani rosyjska. dlatego też należy zniszczyć komunizm (sic!) oraz 3. mimo bezładu kompozycji. Zajrzał do swoich notatek: — Jeśli w ogóle można coś z tego zrozumieć. Niczego nie wymyśliłem. Usiadł i założył okulary tak jak angielski sędzia zakłada peru- kę. ukazał mi się pan w zupełnie nowym świetle i być może mylę się. namawiając mnie na druk. Tezę tę mają ilustrować pseudohistoryczne przykłady: Roosevelt był agentem Stalina. ale Rosyjskiej prawdzie za- rzucam.. kładł na swej lewej piersi dłoń o szeroko rozstawionych palcach i trzymał ją tam kilka sekund. że jego szaleństwo jest interesujące i że przy poparciu prasy. — Psaaaaar. ani prawdziwa. ale uważam. moje serce krwawi dla Rosji. który z kolei działał jako agent Rockefelle- ra. że nie podzielam w najmniejszym nawet stopniu poglądów tego wariata. 2. Kiedy Fourveret wypowiadał słowa „moje serce krwawi”. — To oczywiste. którego auto- rytet jest panu znany i który zawsze był dobrze usposobiony dla naszego wydawnictwa. co mi odrzekł Ballandar. Bóg mi 208 .

właściwie zga- dzał się z nim..wtedy Geneza rewolucji i Biała Księga będą się nadal ukazywały. ale. To prawda. wziąwszy jeszcze pod uwagę zawoalowane groźby i paternali- styczne porady wydawcy. gdyby nawet w tej profesji udało się panu znaleźć kogoś aż tak nędznego. W niczym nie ułatwiało to jednak sytuacji. (Kiedy mówił „Bóg mi świadkiem” wznosił oczy do nieba i opuszczając je potem zatrzymywał przez sekundę spojrzenie na kolekcji krucyfiksów.. Aleksander przewidział odmowę Fourvereta. witającego swego marnotrawnego syna. trzymając okulary.świadkiem i widzi. że stracę sporo pie- niędzy wskutek wywrócenia się mojego planu wydawniczego. Uśmiechnął się szeroko. Zamknął dłoń Aleksandra w swoich rękach i zatrzymał ją kil- ka sekund.. że wolę grzeszyć nadmiarem niż skąpstwem. Jego szlachetna twarz stała się jeszcze bardziej szlachetna: — Mam dwadzieścia lat więcej niż pan. Pozwolę sobie dać panu pewną radę. 209 . Zamknął oczy i bardzo cicho wymówił: — Proszę się modlić.. Przypominał teraz rozpieranego przez radość ojca. Jeśli natomiast zrozumie pan.. Na progu zatrzymał się i chwycił go za rękę. szeroki gest.. by wziął na siebie to ryzyko — będę musiał ze szczerym żalem wyrzec się dalszej współpracy z panem. do jakiego stopnia zaśle piła pana słowiańska wrażliwość i jeśli wyrzuci pan tę paczkę makulatury do najbliższego ścieku. Nałożywszy okulary odprowadził Aleksandra do drzwi. — . co to są pieniądze? Wykonał ręką. Zakopiemy topór wojenny i nigdy nie będziemy wra- cali do naszego małego kryzysu.) — Jeśli ta rzecz ukaże się u jakiegokolwiek wydawcy — a byłbym zdziwiony.

Zapytał tylko: — Przypuśćmy. Czy możesz znaleźć jeden lub dwa głosy... ale na początku rzucamy ją na głęboką wodę. Pierwszy skok jest niewiadomą. Więk- szość książek tonie.. kiedy dowiedział się o odmownej decyzji Fourvereta. Będziesz miliarderem. co pociągają za sobą in- nych? — Najlepszy jest Ballandar i należy do mojej orkiestry. wielkie książki. — Niczego nie przesądza. Pomyśl. żeby tylko jeden pies szczekał na wsi. Trzy czwarte dzien- nikarzy mówi wyłącznie o książkach. — Do czego zmierzasz. jeżeli książka zostanie dobrze przyjęta. — Nie służą niczemu w świecie książek. świetnie idące. że książka jednak ukaże się. jakie jest jego zdanie. zdając się na przypadek. albo na kaprys fortuny. 210 . i te właśnie umiemy doprowadzić aż na pełne morze. słuszne zresztą. które mu odpowiedzą? — Oczywiście. na temat waszego towaru. jak tylko on się wypowie. — Jednak poparcie prasy. — I nigdy nie zdarza się. Przynajmniej na po- czątku. — Ale rzadko się zdarza. żeby prasa robiła hałas wokół ja- kiejś książki i żeby nikt jej nie kupował. Ale właśnie ci powtórzyłem. żeby spotkała się z sukcesem? — Jeśli kiedykolwiek rozwiążesz tę zagadkę. co należałoby zrobić. Iwan Iwanycz w rozmowie telefonicznej nie okazał wcale zdziwienia. że są pornograficzne kryminały. tylko niektóre utrzymują się na powierzchni. których nikt nie kupuje i prawdziwe. Iwanie Iwanyczu? — Jacy są najlepsi szczekacze? Ci. a inne nie odpowiadały. — Nie chodzi o to. zmień praco- dawcę. — Rzadko. — Badania rynku.. które zacytował Ballandar. Można wpłynąć na powodzenie sprzedaży.

.Jedni. Jechać tam natych- miast? Pokusa była silna. w kawiarni tuż obok Porte d'Orléans. czy też podać panu apéritif w ogrodzie? Zazwyczaj Aleksander wolał wnętrze domu. Fourveret znajdował się zapewne w swej posiadłości w Dourdan. że zezujesz na Jessicę. to być może pogłaskałaby cię wałkiem do ciasta. Był czter- nasty sierpnia i drzwi były zamknięte. ale to dlatego. — Wszyscy sana mszy. że jeśli przydzieliliśmy do twojej orkiestry tych dwóch muzyków.. tego jednak dnia 211 . „Pojadę ju- tro”. Następnego dnia około jedenastej trzydzieści Aleksander znalazł się w Chatelet. nawiązująca zarazem do Ludwika XVI. Uprzedzałem was. umieją śpiewać. jak mówią Francuzi. Gdyby twoja żona dowiedziała się. panie Psar — powiedziała pani Emi- lienne. a z kilkoma prałatami ob- lewano powodzenie Białej Księgi o Kościele. została niedawno odnowiona. grubą teczkę. Domyślasz się. że nie należy do inteligencji idącej z duchem czasu. W ręce trzymał czarną. a nawet jeżeli tak. Naznaczył spotkanie na następny poranek. drudzy żeby mu się prze- ciwstawić. Fourveret nas nie opublikuje. żeby powiedzieć to samo co on.. to Ballandar będzie milczał. ponieważ wszystko jest dozwolo- ne. Zresztą pocze- kać chwilę z otwarciem ognia też było przyjemne. — Nie bądź naiwny. chrzęścił rozkosznie pod oponami. — Chce pan na nich poczekać w salonie. Tam właśnie świętowano sukces Białej Księgi o edukacji narodowej z profesorami z Sorbony. nieskazitelnie wygracowany. gdzie był dawniej mile widzianym go- ściem. Jesteśmy w Paryżu. ale korki na drogach. Iwanie Iwanyczu.. Z Porte d'Orléans Aleksander pojechał prosto do biura wy- dawnictwa Lux. — Poradzimy sobie. w ostatniej ćwiartce dwudziestego wieku. to dlatego. Ale powtarzam ci. Żwir podwórka. Biała fasada w stylu Napoleona III. nikt już nie ma na su- mieniu wstydliwych sekretów. że. Iwan Iwanycz nie podjął wyzwania.

potrzebował powietrza. wypadła z drzwi balkonu. których nie powinno się przyjąć. — Co będziesz robić. Wielkie drzewa unosiły ku niebu ciężkie od liści gałęzie. Potrząsał ręką Aleksandra. — Jeszcze nie wiem. Usiadł pod parasolem. jak będziesz duży? Mikołaj jeszcze seplenił. Zna pan moją córkę. i co jakiś czas dotykał jej czubkiem buta. Dzieci nosiły imiona bezpretensjonalne. Musiałem pana zobaczyć w pilnej spra- wie. Aleksander zdziwił się. w twoim wieku chciałem zostać dowódcą łodzi podwodnej. Ptaki śpiewały. i to im się spodobało. za którymi kroczyło kilkoro dorosłych. — Ja. Mikołaju. Przykro mi. Aleksander nie zapytał o ich postępy w szkole. lecz jego zaproszenie było z rzędu tych. madame Faubert? A to moje wnuki. że grzeczność ich miała w sobie coś naturalnego. ile trzeba było. Światło zała- mywało się w lekkiej mgiełce. Nagły hałas i cała chmara dzieci. Jego spojrzenie zatrzymało się być może nieco dłużej na Mikołaju. Aleksander położył swoją teczkę u stóp. — Drogi Psaaaaar! Cóż za niespodzianka! Naturalnie zje pan z nami obiad? Fourveret pokazywał w uśmiechu wszystkie zęby. ale przywitał się z nimi poważnie. pa- trząc każdemu z nich prosto w oczy. z czymś nieokreślenie prowincjonalnym w sposobie by- cia. Udawały onieśmielenie tylko tyle. chuda. — Ależ nic podobnego — powiedziała pani Fourveret... 212 . duża. tak aby osiągnąć jak największą ilość perspektyw i przedłużyć odległości. pięcioletnim blondynie o krótko obciętych włosach. Mikołaju. Kostki lodu dzwoniły w kryształowej szklaneczce. jego oczy jednak pozostały czujne. Park miał nie- wiele więcej niż hektar powierzchni i ścieżki były w nim popro- wadzone w stylu angielskim. że musiałem pana ścigać aż tutaj. — Szalenie się cieszymy pańską wizytą. Były tak dobrze uło- żone. — Chcę placować na giełdzie jak tatuś.

pierwsza bym tego żałowała.. z mszą świętą. A wyobraź sobie.. Bogu niech będą dzięki. Zresztą gdyby się ma- ma zmieniła. w dniu Matki Bo- skiej Zielnej. Fourveret ujął go za łokieć. który głęboko na- znaczył jego naturę. a jednak nie bardzo wiedział. co miał zrobić. Odczuwał żywą przyjemność na myśl o tym. wodą zabarwioną winem dla starszych dzieci. Jej córka śmiała się czule: — Mamo. że ten człowiek za chwilę będzie od niego całkowicie zależny. jak Marii Ka- rolinie byłoby ślicznie w tych wszystkich koronkach. Emilienne nakrywała do stołu na tarasie. Pani Faubert i pani Fourveret. które lato zdążyło już przyżołcić. z rozpaczliwą emfazą tych. których już nikt nie słucha. Surowa twarz Fourvereta rozświetliła się od wewnątrz: 213 . kontemplując scenę rodzinną ponad trawnikiem. którą złapie jeden z chłopców i będzie chciał przekroić nożem. nikt mamy już nie zmieni. ale o konwenans. — Przejdźmy się trochę — zaproponował Aleksander. Brzęczały pszczoły. że się pan zastanowił i chce pan zrezygnować z publikacji tego. z drobną kłótnią przy deserze na temat osy. to wszystko się przesuwa o jedno miejsce”. Nie chodziło tu. — No więc. dziadkiem. obiadem pod gołym niebem. Cóż to komu przeszkadzało. Czuł zażenowanie na myśl. że nie ma już sukni do pierwszej komu- nii. o litość. babcią. Nawet psy nie gry- zą ofiarowanej im obroży. Madame Fourveret mówiła głośno. Będzie to prawdziwe święto rodzinne. ta pilna sprawa? Proszę mi powiedzieć. Jedna z dziewczynek z przejęciem pomagała Emilienne nakry- wać do stołu. Fourveret zatrzymał się. jak zacząć. Szli pośród przystrzyżonych trawników. „Nie. jeszcze jedną ścieżką. ścieżką. mówię ci: jeśli jest ten pan. Dzieci przekomarzały się milutko o miejsca przy stole. klombem. rozprawiały z ożywieniem: — Możesz mówić co chcesz — mówiła z przekonaniem mat- ka— ale ja bardzo żałuję. każda z kieliszkiem porto w ręce.

jako że nikt ich nigdy nie widział. Prawdą jest. Rozpoznały swo- ich klientów i wszystko opowiedziały: „To ten pan. biorąc udział w czymś. która czyni je tym cenniej- szymi w oczach ich protektorów. — Jakie to piękne — powiedział cicho — chrześcijańska ro- dzina. Ich ofiary. A jednak dora- stające sieroty opuszczają ją z okrągłym kapitalikiem. Mówili nie patrząc na siebie. Jej celem jest opieka nad młodymi sierotami i kształcenie ich. Na to właśnie czekał Aleksander: — Tak. uśmiechając się i nie patrząc na Aleksandra. raz niebieskimi baletami. co mi to ro- bił. były przesłuchiwane. załamały się niektóre kariery. narobiła sobie kłopotów. tyle że nie zawsze wystarczające. — Znam tę historię — powiedział Fourveret. — Nie bardzo pana rozumiem. niech pan to nazywa jak pan chce. Doszło do paru samobójstw. są z pewnością bezkarne. Mówił głosem pełnym przejęcia. która rozgrywała się pod parasolami. niewątpliwie podłe. Dziwna sprawa. — Trochę później w Ville d'Avray założono pewną instytucję charytatywną. co mi robił tamto”.. 214 . z których wiele miało chrześci- jańskie rodziny. co nazywano raz różowymi baletami. to piękne. choć na twarzy jego utrzymywał się wciąż uśmiech no- bliwy i szlachetny: — Dlaczego mi pan opowiada tę okropną historię? Te po- twory. że te wzruszające maleństwa nie są całkowicie bezczynne i mają jeszcze jedną cechę szczególną. Instytucja ta nie apeluje do mi- łosierdzia ludzkiego i nie zabiega o wsparcie. — Jakieś trzydzieści lat temu — podjął Aleksander — pewna ilość dobrze sytuowanych osób. Fourveret. Ci panowie byli nieostrożni. a to ten. Czy słyszał pan. czy też partnerzy.. z oczami wciąż utkwionymi w idylli. o instytucji dla młodych niewidomych sierot w Ville d'Avray? Fourveret odwrócił się od Aleksandra.

Fourveret? Na jednych z nich widać nawet małą białą laseczkę w nogach łóżka. I nie tylko Bóg. jak lubi pan powtarzać. Instytucja niewidomych sierot funkcjonowała od piętnastu lat. „Tam 215 . Nikogo nie było. — I zrobi pan wszystko co trzeba. rozgrywający się za trawnikiem i klombem dalii. że ci panowie mają pseudonimy. córkę. co będzie w mojej mocy. Po południu. wnuki i ich ba- let Wniebowzięcia. a także klucze. Rozumie pan. — Zrobię wszystko. jest świadkiem w każdej sytuacji. a nawet do pewnego w niej pokoju. Aleksander zatelefonował do «Obiektywu». — No tak — powiedział lekko Aleksander — wiem dobrze. żeby to był triumf— po- wiedział Aleksander. Te coraz częst- sze wywczasy pracowników umysłowych drażniły go. Ale Bóg. wciąż w roli karzącego archanioła. Na suchej twarzy Aleksandra pojawił się uśmiech: — W takim razie z przyjemnością przyjmuję pańskie zapro- szenie na rodzinny obiad. Wymówił z trudem: — Książka ukaże się w przewidzianym terminie. — Jus są osy ! — wykrzyknął Mikołaj wymachując nożem do chleba. Otworzył z trzaskiem jeden z zamków swej teczki: — Interesują pana zdjęcia pornograficzne. nie będąc widzianym. Fourveret miał zesztywniałe jakby z zimna wargi. drogi panie Fourveret. aparaty fotograficzne ukryte w murze istnieją nie tylko na filmach. Bóg. skandując każde słowo. — W przeciwnym wypadku niczego nie obiecuję. dzięki czemu mogą wejść do willi. Departamentowi musiało bardzo zależeć na publikacji Ro- syjskiej prawdy. co pozwala im porozumiewać się z dyrekcją nie ujawniając się. skoro nie cofał się przed ryzykiem zaalarmo- wania stałych bywalców willi! Fourveret patrzył znów na swoją żonę.

Siedemnastowieczny budynek. „Panie Ballandar.. Co za świnia. Obawiał się. nawet nie dał najmniejszego słowa polecającego dla Grasset. Aby utrzymać swój autorytet Ballan- dar poddawał się bez przerwy autocenzurze. że rządzą li- teraturą. Tego się nie robi. ale nawet nie zaproponował. W rzeczywistości wycinek. Aleksander nie wszedł do windy. Iluż młodych autorów dygotało przed tymi drzwiami! Iluż z nich.. że jakiś X. prawicowych ekstremistów. żeby wywrzeć 216 . giął się w ukłonach. by grać szczerą lub szyderczą komedię uwielbienia.przynajmniej zmusza się ich do przepracowania dla partii nie- dziel w dobrowolnym czynie społecznym!” Czy Ballandar poje- chał do Ramatuelle. bo to dobre dla ćwi- czenia oddechu. ożeniony z siostrze- nicą Y.” Udało mu się osiągnąć reputację kogoś śmiałego. Zatelefonował do niego do domu. a jednak żył w ciągłym poczuciu zagrożenia. o których mówi się. publikowanych lub nie. wymierzał ciosy w miękką mate- rię. a poza tym mała kabina powodowała w nim przypływ klaustrofobii. czy do Port-Grimaud? Fourveret widział go trzy dni temu w Paryżu i w jego stylu byłoby raczej pozostanie w Paryżu w sierpniu — zarówno przez snobizm. czy przypadkiem Aleksander nie przeszedł do obozu tych niedoty- kalnych (trędowatych). ograniczał się tylko do: „Tego nie można powiedzieć. Ballandar należał do ludzi. nie był wielki. Dywany. Zdawać się mogło. proszę przyjść”. Jednak pewna niechęć w gło- sie: Ballandar przeczytał Rosyjską prawdę i obawiał się. jest pan wspaniały!” Zgodził-(a)-bym się pójść z nim do łóżka. „Tak pana podziwiam”. Zadzwonił do wysokich drzwi z rzeźbio- nego dębowego drewna. odnowiony w najbardziej agresywnie nieskazitelny sposób.. Ulica de Tournon. Kamienny mur. zresztą mylnie. a gdy tylko natrafiał na opór. że znajdował się u szczytu kariery. jak i przez zami- łowanie do urlopowych intryg. Niezła imitacja starej bramy. ale w rzeczywistości ata- kował tylko bałwany śniegowe. „Ależ oczywiście. czy też posiadający odpowiednie środki. przychodziło tu. w którym mógł sprawować swoje rządy..

nie przyznając się do tego przed sobą. pan pierwszy się o tym dowiaduje. „Proszę to przeczytać. należy się trzymać uchwytu liny jak najdłużej. ale krytyk? Zresztą Ballandar nie był ani zły. gwiazdek filmowych czy też nauczycieli. którzy nie mieli żadnego talentu. dbając o swą opinię młodego intelektu- alisty. jako że wiedział. Dlatego też. mógł był się tu pojawić. że on także. Kariera intelektualisty przypo- mina jazdę na nartach wodnych. stojącego na świeczniku inteligencji. Czy nie chciałby pan rzucić okiem przynajmniej na pierw- szy rozdział? To będzie wielki sukces. popierającego młodszych od siebie (był młody od chwili kiedy przestał być dzieckiem. Naciskając palcem wskazującym słońce miedzianego dzwon- ka. Zastanówmy się: gdyby Ballandar utracił swoją pozycję. Aleksander pomyślał. cóż mógłby robić innego? Nieudany pisarz może się stać krytykiem.. był ostrożny. — Ależ proszę wejść. stając się znowu lub debiutując w roli inspekto- rów ubezpieczeń. podziękuje mi pan. że autor spalił żywcem swoją pierwszą żonę?” Było rzeczą dość miłą pojawić się u jednego z kapłanów literatury. ani dobry. Jako debiutujący agent literacki poznał różne przedpokoje. mając w zana- drzu fujarkę. potem zaś jego faworyci. rzecz jasna. Przeżył za to inną. nie stanowiąc żadnej konkurencji dla niego. to znaczy dobre czterdzieści lat). Czyż niepokoi się ludzi wizytami piętnastego sierpnia? Chodziło 217 . co okazałoby się całkiem proste. co posiada to nazwisko. Popierał ich pierwsze książki. zaraz na niej zagra i Ballandar zatańczy. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tej gamy upokorzeń. że nie ma żadnego szczególnego talentu. ostrożności. I tak było lepiej dla wszystkich.presję na Z. w okresie kiedy brał siebie za pisarza. i jedyne. może go wysadzić z siodła. starannie dobierał swych protegowanych wśród neofitów. Czy wie pan. z odrobiną wyższości i. znikali gdzieś. pewien że przynosi wybitne dzieło i że lekkie popchnięcie pana José Ballandara uczyni go sławnym i kochanym. Uprzejmy.

z sokiem pomarańczowym. Literatura (nareszcie znalazł od- powiednie sformułowanie) jest aktem kreacji. i Ballandar by to zrobił. chciałem powiedzieć moderniści prze- ciwko klasykom. Drogi Aleksandrze Psar. w białych spodniach. chodziło o przeprowadzenie pewnej demonstracji aż do absurdu. Próbowali po prostu być lepsi. że chce pan whisky? To try- wialne.. Zgadza się? — Hugo nie był przeciwko Racine'owi ani moderniści prze- ciwko klasykom. byłbym zapomniał. To. — No. 218 . Ale chodziło o coś lepszego niż o koziołki. To wszystko jedno. Właśnie tak. mógł poprosić Ballandara. Ach. pan mnie wprawia w zakłopotanie.. uniósł jasne brwi: — Literatura? Ależ proszę wejść. Aleksander wszedł. Literatura jest w swej istocie rewolucyjna. nie chce pan śrubokręta? Naprawdę whisky? Ale przynajm- niej nie Glenfiddish? Wszyscy ją mają. Oczywiście wódka. Hugo przeciwko Racine'owi.. w koszuli z nieodzownym jedwabnym fularem. nawet w rękawiczkach.. co Amerykanie nazywają śrubokrętem. Może Old Mortality? Powiedział pan Literatura. klasycy przeciwko modernistom. Ale Fourveret miał rację. Racine przeciwko Corneille'owi. ton anglosaski. to rewolucja w pigułce. poprzez który pewna klasa czy generacja afirmuje się przeciwko swym po- przednikom.. Aleksander zapytał zwyczajnie: — Czym jest dla pana literatura? Ballandar.) Co mogę panu podać? Sok z papai? Może batidy? Nie powie mi pan chyba. Nie.z pewnością o to. Literatura. Mógł uzyskać satysfakcję natychmiast.. żeby fikał przed nim koziołki na dy- wanie. Rosyjskiej prawdy nie należało doty- kać nawet dwoma palcami. (Żadnego kontaktu fizycz- nego. żeby wpłynął na zmianę decyzji Fourvereta. — A więc dialektyka? — Nie wszystko jest złe u Marksa. których wystudiowana forma zdawała się zwężać biodra.

był przyjmowany wszędzie (lub prawie). kauka- skie dywany. I wszystko w tej świątyni pozwalało odczuć. inni dziennikarze wymieniali jego nazwisko z szacun- kiem lub oburzeniem. troszczy się pan o dobre samopoczucie mas pracujących! Jakie to do pana po- dobne! Siedzieli po obu stronach malachitowego stoliczka w pokoju o nieokreślonym przeznaczeniu. — Także i u Engelsa nie wszystko jest złe. W rzeczypospoli- tej literatury pozycja Ballandara była niemalże oficjalna. 219 . do jakiego stopnia jego eksce- lencja zadowolony był z samego siebie: chińskie parawany i ob- razy mniej znanych impresjonistów. muzeum. w jednym z niewielu schronień współczesnej literatury. jakiekolwiek miałby o nim zdanie. Gdyby jakiś historyk zajmował się kry- tyką francuską w drugiej połowie dwudziestego wieku. bibliotekami. japońskie kakemono i ukryte urządzenia klimatyzacyjne. centralnie regulowane. dys- kretne światło w gablotach. — Engels był kapitalistą. Jeśli chodzi o pogrążenie Engelsa. — Ma pan — powiedział Aleksander — bardzo piękne miesz- kanie. co wychodzi na to samo. Wszędzie były książki. osiemnastowieczne srebra. Gdyby przewidziano w budżecie posadę dworskiego krytyka — jak dworskiego poety u Anglików — byłby nim Ballandar. nie mógłby pominąć José Ballandara. — Pan potrafi z każdej szczapy wykrzesać ogień. Albo zrobić z niej strzałę. których dobry smak nie po- zwalał mu sprzedawać i dla których kazał zrobić wspaniałe he- banowe półki. palarniami. — Dialektyka pochodzi od Engelsa. Bez wątpienia znajdował się wewnątrz świątyni. Ballandar żył dostatnio ze swego złotego pióra (i niewin- nych spekulacji giełdowych). który nigdy nie przyznał najmniej- szych nawet ulg zatrudnionym u niego robotnikom. Aleksander rozejrzał się dookoła. egzemplarze okazowe. U Ballandara wszystkie pokoje były jednocześnie salonami. biurko Jacoba.

To był chytry lis.. — Proszę pana. ale wywodzimy się z różnych tradycji. Mam tę ważną książkę. Coraz bardziej jestem przekonany. Chce narobić hałasu wokół tej książki. których panu nie zazdroszczę. Lubi- my się. który polował w tym samym rejo- nie co on. żeby nie była odrażająca. jakim się przyszło na świat. Mój ojciec był bankierem. i nie mam panu za złe pańskich. W Vésinet nazywano go czerwo- nym bankierem! Więc. że jesteśmy uwarunkowani. był także wol- terianinem. antyklerykałem. — Fourveret powiedział panu. że nikt nie jest odpowiedzialny za swoich przodków. Ballandar zaniepokoił się. na maszynopis? — Tak. Obstawiał równocześnie różne okazje. na której urządził ma- łą wystawę sztuki współczesnej. co w sierpniu zostają w mieście? — Ja muszę. dla pewności. powiedział mi o tym. która wychodzi zaraz po wakacjach. musi pan spróbować mnie zrozumieć. jakie rozczarowanie! — A więc — powiedział. Pan przyszedł na świat z pewnymi upodobaniami. Być może bajeczna. Obrazy nie kosztowały go dro- go. że Fourveret. Spojrzenie Ballandara padło na ścianę. niedawno jeszcze przydarzyło mi się to. że rzuciłem okiem. To go niepokoiło. — Myślałem. ale nie można było zgadnąć. 220 . co nie zmie- nia faktu.. żeby zmienić temat rozmowy — pan także należy do tych. Wiedzieli jednak tak- że. że nie zauważyć książki „ważnej” było czymś równie fatal- nym. Jeśli nie.. — Jakąś chatę trzeba mieć.. Był zawodowym wyzyskiwaczem okazji. i nic na to nie mogę poradzić. a raczej połową oka. Znał Fourvereta. Zgadza się? Mogę w pewnych przypadkach oburzać się na zbrodnie lewicy. Jest się takim.. jaka będzie ich wartość za dwa- dzieścia lat. co prawda w małym banku. Wiedzieli obydwaj. że opublikować czy też oklaskiwać dzieło „niemożliwe” było samobójstwem. pan i ja.. Ja uro- dziłem się rewolucjonistą. Nie pożałuje na to grosza. ale. I lepiej.? — Zmienił zdanie.

stworzyłoby to równie wspaniały zbiór jak dzieła wszystkich laureatów nagrody Nobla. Po pierwsze. Jeżeli to rzeczywiście on strzelał do Breżniewa. — Jednym słowem.daruje pan. Te wszystkie przenośnie. że nie brak mu odwagi. mieć odwagę fizyczną to drugie.. proszę mi wybaczyć. że rewolucja rosyjska mogła być udaremniona i że przy Leninie Hitler jest jak chłopczyk w krótkich majtkach. Wydawcy mają swoje imperatywy.. — Rosyjska prawda wydaje się panu w końcu jaka... wywro- towa? — Wydaje mi się. wyjąć z niej kartkę.. że należałoby raczej powstrzymać się z wydaniem tej książki? — Fourveret wie co robi. Zgadza się? — Radzi więc pan. Nikt bardziej niż ja nie bronił dysydentów. trzeba przyznać.. W dodatku moralnie jest bez zarzutu.. Właśnie tak. ale to mi się wydaje. — Pan ma czerwoną płachtę na oczach.? — Jest pan moim przyjacielem. Prowadząc od trzydziestu lat wy- dawnictwo Lux potrafił nadać mu odpowiedni ton i prężność. Oklaskiwano je z zupełnie innych po- wodów. widzi pan. Oczywiście... położyć ją na malachicie i odejść.. Uczciwie 221 .... muszą sprzedać... te lejt- motywy. ale przybrał minę pełną skruchy.. kiedy jakiś autor zaczyna wykazywać. ale trzeba przyznać. to jednak. źle napisane. — Pańskie serce krwawi? — Moje. Jednakowoż dziwi mnie. Nie. pełen jestem sympatii dla tego nieszczę- śnika w azylu. to specjalność Fourvereta.? Ach nie. Aleksander mógłby otworzyć swoją czarną teczkę. Być mo- że jest to sprawa tłumaczenia. Fourveret także.. lecz być pisarzem to jeszcze coś innego. że zdarzają się pośród nich absolutne zera literackie.. Gdyby każdy męczennik chrześcijaństwa opisał w książ- ce swoje kłopoty.. myśli pan rzeczywiście. Ale w końcu być nie- szczęśliwym to jedno.. źle napisane. ja. to kwestia reakcji organizmu.

Nie każdy może być bour- geois. w rzeczywi- stości nie posiadał żadnej. chociaż paradoksalne. Aleksander podniósł się.. ale gdybym był na pańskim miejscu. zaledwie trochę się z nim drażnił przez pręty klatki. jakikolwiek by on był. Na dodatek nikt nie chciał kupić Ballandara. A ja 222 . Chyba że nos Fourvereta. do kogo należało przed panem? Przeleciał anioł. Bo był bourgeois^ To byłoby podwójnie zrozumiałe. aby nie zostać uznanymi za sprzedawczy- ków. nikt w to nie wątpił. Zawsze stawa- łem do walki z wielkim zwierzęciem”. że chce nim być. ale to dlatego. ale Ballandar nie był też prawdziwym bourgeois. I to była praw- da. że nie cierpi Ballanda- ra. Był kolaborantem w czasie okupacji i partyzantem w chwili wyzwolenia.. „Nienawidzę Ballandara. nawet jeśli daje do zrozumienia. Dlaczego? Bo był rewolucjonistą? To mogło być zrozumiałe. że poniósł pan już koszta.przekonany jestem. bardziej do- świadczeni.. ale Ballandar nie był rewolucjonistą. Wie pan może. jak mówią Rosjanie. Wśród gibelinów był gibelinem.. wśród gwelfów gwelfem. „Nikt — napi- sał on kiedyś — nie może wątpić w moją odwagę. że publikacja esejów w tym stylu. „To nie człowiek — pomyślał Aleksander — to próżnia w ciągłości. czy też. zmuszeni są do buntu przeciwko rządowi. Nawet mając przyjaciół u władzy. W innym kraju lub w innej epoce Ballandar byłby wy- znawcą panującego systemu. I rzeczywiście.. Aleksander podszedł do okna i wpatrywał się w surreali- styczną perspektywę ulicy Tournon. narodził się milicjant. Wiem.. Ale w rzeczywistości nigdy nie stanął do walki z wiel- kim zwierzęciem. Choć introspekcja nigdy go nie pociągała.. — Tak — powiedział — ma pan bardzo piękne mieszkanie. Mieszkam tu już od tak dawna. ponieważ jest niczym”. — Nie mam pojęcia. Czuł.. Następnie ustawił się w opo- zycji. że we Francji intelektualiści nie mają wybo- ru. Człowiek. poczuł nagłą potrzebę wy- tłumaczenia przed sobą tego przypływu dławiącej nienawiści. który cieszył się opinią twórcy opinii.

nie mieli żadnej wiary. gdyby potrzebne były dodat- kowe wyjaśnienia. przyjmuję terror i kontrterror. Jestem nawet w stanie podziwiać wybór triumfalnej klęski męczeństwa. chociaż gotowi byli nawet i przeciwko te- mu konspirować. chciałbym. Ale Bal- landar i jemu podobni pozbawieni byli kręgosłupa. że Aronson Leon. że marzą tylko o jednej rzeczy: by znaleźć się na miejscu ich oprawców. w rzeczywistości ukrywa się w jednym z pomieszczeń swego ogromnego mieszkania przy ulicy de Tournon 218. Pragnąc przyczynić się do oczyszczenia narodu francuskie- go. co było skonstruowane. miało swój ciężar.jestem jak natura. Paryż 20 223 . nawet jeśli chodziło o konstrukcje i ciężary wrogie mu. Wejście do tego pomieszczenia za- maskowane jest przez wielką szafą. zależało im tylko na dobrym samo- poczuciu i komforcie. pojmuję. z trzaskiem otworzył jej zamki. ulica Jaurèsa 4.. — À propos stylu. Ale co innego ostrożny oportunizm przeciętniaków. ponieważ tak nakazywała aktualna moda. kolonizatorów wyciskają- cych pot z niewolników. nie odczuwał wrogości wobec tego. żadnego celu. zawiadamiam Pana.. co pan o tym myśli. Wiem o tym. przemysłowców-wyzyskiwaczy. To prawda. nie znoszę próżni”. ewentualnie. Była to fotokopia ręcznie pisanego listu. 2 stycznia 1942 Szanowny Panie.” Aleksander wrócił do malachitowego stołu. rozumiem rewoltę uciskanych. położył na nim swą aktówkę. Powie mi pan. „Je- stem w stanie zrozumieć egoizm szlachetnie urodzonych łupież- ców. Paryż. jakoby wyjechał do Ameryki. ponieważ mój zmarły niedawno ojciec był dozorcą tej kamienicy. kreślą się z poważaniem — Józef Ballandar. który rozpuścił po- głoski. Pozostając do Pańskiej dyspozycji w razie. żeby przyjrzał się pan tej oto próbce sztuki epistolarnej.

Ballandar wyjąkał: — To falsyfikat. Lecz ortografia już nienaganna. na kanapce w stylu Dy- rektoriatu. . aż umrze pański ojciec. Aleksander przysiadł tuż obok niego. To było ele- ganckie. czekając. Ponadto wykazał się pan do- brym smakiem. — Uważam — powiedział — że styl jest nieco trywialny.

przyjemnie zaskoczony tym zaproszeniem do roz- mowy. dziwacznej rzeczywisto- ści. — Tak. wśród brzęczenia dzwo- neczków. przytulonych do niego dzieci. „Rosja-trojka 225 . Prze- jażdżki trojką po sypkim śniegu. Pomiędzy złotawymi kałużami rosły brzozy. klony płonęły czerwienią liści jak pochodnie. która była ko- niecznym etapem przejściowym pomiędzy chaosem przeszłości i błogim przepychem jutra. czerwień klonów wiązał z pojęciem dyktatury proletariatu. jak pod kojącymi krzywiznami i kopułami śniegu znikają ostre kąty różnorodnej. że sprawi mu przyjemność. był dzieckiem mia- sta. Dla Pitmana jednak lud to był lud. co. — W tym roku śnieg pewnie spadnie wcześnie. 5 STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ (Montaż Psków. faza numer dwa) Powietrze szczypało chłodem. Jakub Mojsiejewicz lubił myśleć. w tym roku śnieg będzie wcze- śnie. że lud zna prawdę. Gdy dorósł. z przy- jemnością patrzył. towarzyszu generale. zapowia- dającymi przybycie Bożego Narodzenia. postanowił. Potapicz? Kierowca. Z radością witał zawsze zimę. z dwójką czy trójką jego własnych. wychodzącym od zwierzchnika mającego opinię kogoś raczej wyniosłego. „Tym lepiej — pomyślał — w przy- szłym miesiącu będę mógł zabrać Światosława do trojki”. W gruncie rzeczy nic o tym nie wiedział. że klony są heroldami. dawały Pitmanowi doznanie szczęścia. jak każdy dobry Rosjanin wierzył.

czy jutro spadnie śnieg? Tak. będziemy mieli piękną zimę. którego treścią była pra- ca nad wywieraniem wpływu i praktyka dezinformacji. carskiej Rosji. witam. Niektóre sprzęty przykryte były pokrowcami. wiele w językach. późno urodzony. nic nie zatrzyma twego bie- gu!” Światosław. — Witam waszą ekscelencję. wyrażał się on w nieco fantazyjnym nie- porządku — dobrej próby — w jakości wszystkich sprzętów i braku pretensjonalności. Wołkowo. Umeblowanie. właściwy tylu starcom. ten „wzrost ku ziemi”. by móc swobodniej oddychać.— wykrzykiwał za Gogolem — nic. W pokoju tym panował styl dawnego ustroju. Oszklone szafy biblioteczne zawierały z pięćset tomów. Co słychać? Ubrany w szlafrok uszyty z wzorzystej tkaniny i z głową okry- tą rodzajem ośmiokątnej piuski z materiału czarnego o złotych motywach. Jego policzki zapadły się. nie ośmielił się zaatakować Abdulrachmanowa. czekała na następny ruch. żniwo długiego życia. i dlatego. lecz z dobrego drewna i z dobrych warsztatów. najmłodszy. tu wystawione były trofea i łupy. postękiwał: — Tatusiu. Jego radosne oczekiwanie zmącone było jednak nutą smutku: Mohamed Mohamedowicz nie przeżyje tej pięknej zimy. który wciąż trzymał się prosto. przyglądając się mijanym karmazy- nowym klonom. Jego książki znajdowały się gdzie indziej. Salon daczy powiększył się. Na stole partia szachów. Abdulrachmanow bardziej niż kiedykolwiek indziej podobny był do kamiennego menhira. od czasu wiosennej od- wilży. w gabinecie. niedokończona. pomyślał Pitman. pochodziło z ubiegłego stulecia. a jabłko Adama sterczało pośrodku obnażonej szyi jak w szyi kondora. nie. przeciwnie. Abdulrachmanow zli- kwidował dwa przepierzenia. niejednolite stylistycz- nie. Był jednak coraz chudszy. i to bynajmniej nie w sensie pompatycznego przeładowania mebla- mi. których gospodarz domu nie znał wcale. Zmniejszenie postury. 226 . nie brał jeszcze udziału w tych wyprawach.

że są znane. Lecz umysł starego człowieka nie zdradzał śladów osła- bienia. Najbardziej przepadał za francuskim Za Vieille Cure. więc być może spa- lony. W miejscu nazwiska autora widniał „Anonimowy więzień”. Żartował: „Dla małych staruszków małe rozkosze”. Zakład dla niewidomych dzieci został wykorzystany. choć jego plecy nie były dotknięte żadną chorobą. Pitman zdjął obwolutę. przypominała piękny. że ta ogromna maszyna przepracowała już swoje. — Kenti. chociaż nie był zakatarzony. której nie umiał się oprzeć. z najdrobniejszymi szczegółami. Oprawiona w karton książka. samowar. Przysyłano mu je ze wszystkich stron świata. Pitman otworzył pakunek. Przyjem- ność snucia opowieści była pokusą. — Opowiadaj. czerwoną i żółtą babę. — Otwórz sam. Często kaszlał. który był już prawie nie do odnalezienia. znaleziony pośród dziesięciu tysięcy innych w archiwach komendantury Paryża. które były do- skonale znane i o których on też wiedział. że Abdulrachmanow lubił opo- wiadać. został wreszcie użyty. Na początek Pitman przyznał się do kosztów operacji. że jego palce już prawie nie potrafią się zginać. Dotykał wciąż dłonią okolicy nerek. Zaczął sączyć likiery. co? Abdulrachmanow patrzył na książkę swymi zmęczonymi oczami. ciężka i zwarta. Czuło się. 227 . Biała obwoluta książki przedsta- wiała rosyjską lalkę. rzeczy. — Przynoszę panu podarek. — Zrobili dwa warianty: oprawny i broszurowany. przeniesionych do Paryża. jeśli nie liczyć tego. W tytule „r” w sło- wach Rosyjska i prawda były odwrócone. Nie chciał może pokazać. Mohamedzie Mohamedowiczu. Donos na Aronsona. Szykow- ne. I likiery. czerwony kamienny blok.

że ktoś szykuje po- nowne zniewolenie mas pracujących przez tak zwaną elitę. by moje nerwy gwałtownie zareagowały. głoszoną przez «Żelazną Maskę». że tego właśnie do- maga się «Anonimowy więzień». Być może zresztą teorie wysnuwane 228 . by uważać. Monthignies wypowiedział się szczerze. co stało się moim losem. obejmującym we władanie fabryki. mój fajansowy Jakubie Mojsiejewiczu. Dla nas te małe brudne tajemnice są środkiem do wykorzystania. Mamy tu do czynienia z korporacjonizmem być może nieco folk- lorystycznym. bez ciągotek totalitarnych”. niczym więcej. za dużo jest we mnie bole- snych wspomnień i wciąż nie odpokutowanych odpowiedzialno- ści. Pismo «Zastrzeżenie» wy- stąpiło z długim tekstem. A jednak trzeba złej wiary. „Książka ta jest nienawistna — pisał Johannès-Graf— a jednak. Autor nie okazuje wrogości spół- dzielniom robotniczym. lecz podkreślał rangę dzieła: „Wystarczy najlżejsze podejrzenie. Rosja jego marzeń nie rozdzie- la zarządzania od własności. ale ożywionym duchem humanistycznym. sprawowała się jako tako. Mów dalej. ktoś kto urodził się w rodzinie żydowskiej i stał się potem protestantem. Po prostu z amunicji trzeba robić użytek. jakim musiał być poddany w psychuszce. Trzeba zadać sobie pytanie. Gdyby tak było. Orkiestra Oprycznika. nie uszkodziły jego mózgu. Książka była już w księgarniach. odpowiednio na- strojona. Jeanne Bouillon potrzebowała więcej niż pół kolumny druku. rozwi- jane tuż pod jego nosem. Ci pa- nowie z wywiadu skłonni są traktować informacje jako sztukę dla sztuki. wrogim lecz solidnym. by „zdemistyfikować odmianę teosyndykalizmu. choćby nawet płomień ten wydawał zapach siarki”. czy obrzydliwe praktyki medyczne. — Ależ to nie są żadne poświęcenia. nie będzie z tych właśnie powodów brać udzia- łu w żadnej nagonce i będzie się buntował przeciwko każdej próbie zgaszenia płomienia myśli. reżim sowiecki po- winien by wreszcie ukrócić ekscesy patologicznych tortur. Ballandar okrzyknął ją na- tychmiast arcydziełem.

Interesowało ją tylko pytanie.w celi numer 000. dysydenci. by nie uznać go za mędrca i przewodnika duchowego. 229 . by rzucić się na bro- datego mędrca. Zawodowi impertynenci mogli sobie ulżyć do woli. że chodzi tu o bohatera i męczennika. Niektórzy spośród nich byli tak płodni. zaczęli wydawać niezliczone ilości deklaracji. — Krótko mówiąc. Pani Choustrewitz udało się nie tknąć problemów natury po- litycznej. Na czwartej okładce sławne nazwiska firmowały entuzjastyczne cytaty. Pitman roze- śmiał się: — Wsadziliśmy kij w mrowisko. czy autor książki to ten sam Kurnosow. Co piszą inne gazety? Francuska prasa. trzeba się strzec. choć szalone. Nawet przy założeniu. Brodaty mędrzec przyklasnął częściowo tezom „Anonimowe- go więźnia”. komunikatów i wyjaśnień. który strzelał do Breżniewa. pi- sano. każdy oskarżał wszystkich pozostałych o przynależność do „organów”. że dzienniki nie były w stanie zamieszczać ich oświadczeń in extenso. by nie przypisano im poglądów „Anonimowego więźnia”. nie chcąc przekreślić swych wcześniejszych wypowiedzi i zarazem lękając się. nie są zupełnie absurdalne w kraju z tradycją ziemstwa i miru”. co siłą rzeczy prowadziło do nowych konfliktów i nowych wyznań wia- ry. — Wszystko to wydaje mi się znakomite. Mohamedzie Mohamedo- wiczu! Gdy książka została opublikowana. Jak zareagowali zaprosze- ni przez Psara dysydenci? Niezręcznym ruchem przewrócił książkę. Ab- dulrachmanow był rozradowany. przyjęła wobec „Anonimowego więźnia” zdecydowanie wrogą postawę. — Bardzo dobrze — powiedział Abdulrachmanow. nasz montaż dobrze się zapowiada. Marksiści skorzystali z okazji. z wyjątkiem orkiestry Oprycznika. Pitman zabawnie opisywał cały ten bałagan.

Chodziło o co innego. Faza numer trzy. — „Korporacja” została skompromitowana. Tym ra- zem powstał wyraźny odgłos ssania. Pudła rezonansowe. jeden z siedmiu agents d'influence pracujących we Francji. Niezależne umysły. że „Anonimowy więzień” wcale nie istnieje i że idzie tu o apokryf sfabrykowany przez Pinocheta. że nikt jeszcze nie wypowiedział „obsce- nicznego słowa”? — Niech pan będzie spokojny. jak zawsze? — Tak. Istota sprawy sprowadzała się jednak do czego innego. jak zawsze. — Jesteś pewien. Patrzył przed siebie: — Nnno tak. to jest demontaż montażu. Mohamedzie Mohamedowiczu. Gdyby to zależało od niego. «Fraternité» utrzymuje. wywoływała u Pitmana skrupuły natury moralnej. że możemy bez przeszkód rozpocząć drugą fazę. — Co mnie niepokoi. — Doskonale. które już przechylały się ku prawicy. Mohamedzie Mohamedowi- czu. — Piszą o tym na ilu kolumnach? — Na bardzo wielu. Nie palił już. sprowadziłby Psara zaraz po zakoń- czeniu operacji. ale niekiedy wkładał do ust cygarniczkę i wdychał odory wszystkich papierosów. czekamy z tym do drugiej fazy. awansowałby go i dałby mu sposobność spło- dzenia następnych dzieci (mały Dymitr miał zginąć w wyimagi- nowanym wypadku). mój diamentowy Jakubie Moj- siejewiczu. dyktowały ton in- nym gazetom. Abdulrachmanow śmiał się jak człowiek nieco roztargniony. że nadarzyła się sposobność wprowadzenia 230 . A my dopiero zaczęliśmy naszą operację. przez niego sterowane. to faza numer trzy. czego starzec zdawał się nie zauważyć. mój posrebrzany Jakubie Mojsiejewiczu. Wojewoda. odpowiedzialny bezpośrednio za prasę. które się w niej wypaliły. wygląda na to. zahamują ten ruch. zgodnie z pańskimi instruk- cjami. czynił cuda. Pitman od dawna nosił się z pewnym pomysłem i teraz przekonany był. Mohamedzie Mohamedowiczu.

mój drogi człowieku». Nic nie będzie mógł zrobić. — Faza numer jeden nadwątla jego pozycję. albo na komunistę. że w naszych rękach znajdu- ją się jego żona i syn. Trzeba bę- dzie usunąć oficera pilotującego z terytorium Francji.go w życie. faza trzecia pogrąży go całkowicie. Nie widział powodów. można je skreślić jednym ruchem pióra. skąd bierze się wrogość Ab- dulrachmanowa do jego własnego „protegowanego”. choćby za publikację tej pseudo- Rosyjskiej prawdy. Nie podniesie się już z tego. mój Jakubie Mojsiejewiczu w kolorze brzóz karelskich. nie bardzo po- zwala mu na zrobienie czegokolwiek przeciwko nam. Zostanie kompletnie zdyskredytowana. faza druga znie- sławia go. sterowanego przez reakcjonistów. Jego sowieckie obywa- telstwo nigdy nie było oficjalnie obwieszczone. których ten jeszcze nie posiada? Nie. w jakiej się on znajduje... Pitman nie mógł zrozumieć. to jedyny środek ostrożności. Pamięta pan Henry- ka V? «Nie znam was wcale. Mó- wiąc oględnie. Jeżeli zwróci się do Francuzów. Nawet jeżeli to zrobi. To on. jak się zrzuca pantofel z nogi. — No właśnie. dla których miałby z tego zre- zygnować. Jego stopień? Zdegraduje się go za ma- chinacje antysowieckie. Trzecia faza to po prostu pozbycie się Psara. — Faza numer trzy — powiedział Abdulrachmanow — bę- dzie dziecinnie prosta. Pozostanie tylko Psar. Zmieni się po prostu numery telefonów i to wszystko. — Czy agencję pozostawiamy Psarowi? — Oczywiście. sytuacja. jaki się poweźmie. a więc raczej nie przejdzie na stronę wro- ga. Poza tym on wciąż wyobraża sobie. Zellman uwolni nas od Gawierina i zniknie bez śladu. Kurnosow zostanie tam gdzie jest. na kogo wyjdzie? Wyjdzie na reakcjonistę manipulowanego przez komu- nistów. zrzuci się go tak. nie ma się czym niepokoić. Już ze 231 . czyż potrafi przekazać francuskiemu kontrwywiadowi informacje.

Ale sam mnie pan uczył. który pan był tak dobry w zasadzie przyjąć i który został zaakceptowany przez Areopag.. — Wiem oczywiście. serce generała. lecz nie wrogie spoj- rzenie aligatora. Jeżeli plan się powiedzie. mógłby przeprowadzić operację. który uważał go za swoje przyszłe arcydzieło. czy mógłbym zapropono- wać coś jeszcze innego? Stary człowiek zrobił kwaśną minę. że wszystkie potrzebne elementy będą pod ręką. jeżeli tylko zaryzykuje się utworzenie takiego tande- mu.dwadzieścia razy chciał zapytać ojej powód. że oto wła- śnie nadarza się sytuacja wręcz wymarzona. — Mohamedzie Mohamedowiczu. w zestawieniu z którą na- wet Montaż Psków wydałby się tylko grą salonową. że wprowadziliśmy „Żelazną Maskę” do operacji. Zresztą przez to. chodzi o plan Twardy znak. pod warunkiem. Pitman był przekonany. że niekiedy nie trzeba się trzymać Vade- mecum. zaczęło bić szybciej. że jego serce. Mohame- dzie Mohamedowiczu.. a także pierwsza. ale nie śmiał tego zrobić. w której centralną rolę odgrywa do tej pory całkiem 232 . że Vademecum sprzeciwia się łańcu- chowemu łączeniu montaży. Najwyższy przełożony Komitetu Bezpie- czeństwa Państwa podpisał projekt. Tandem Psar- Kurnosow. druga i piąta dyrekcja główna wyraziły swą zgodę. Dyrekcja «A». gdy tylko po- jawią się korzystne warunki. gdyby nie musiał jeszcze zabiegać o akceptację innego projektu. Być może teraz postawiłby to pytanie. Sekretarz generalny partii i premier w jednej osobie rzucił nań senne. Pitman zajmie wyższą pozycję wewnątrz areopagu czapek-niewidek. Plan nabierze mocy operacyjnej. — Cóż takiego chce pan zaproponować? W sposób czuły i uniżony jednocześnie Pitman wybełkotał: — Pan pamięta. Jego zwiotczałe policzki świetnie się do tego nadawały. Plan ten był ukochanym dzieckiem Pitmana. Nagły przypływ nieśmiałości sprawił.

martwych. już naruszyliśmy reguły. Zawsze ta pańska krótko- wzroczność. onieśmielały go roz- miękczone oczy Abdulrachmanowa. lub raczej w sobie. ale później trzeba je wyrzucić. oto co zrobił Tsao. ponieważ człowiek ten nie mówił tak. Był to prawdziwy chiński generał.. czy opowiadałem ci historię (opowiadał ją cztery razy do roku i dobrze o tym wiedział) szefa sztabu Tsao. Sun Tsu wyróżnia pięć kategorii tajnych agen- tów. liczenie pionków. związaną z kontrwywiadem i technika- mi dezinformacji. Trzeba. Czwartą kategorią. Natomiast w opera- cji tak kolosalnej jak Twardy znak. określa mianem martwych agentów.czysty Oprycznik. Prowadził wojnę z Tangutami.. Nnnno więc. ułaskawił go i ubrał w mnisi habit. To nie jest materiał na operację Twardy znak. przesłanie dla ministra. Fałszywy mnich przybywa do Tangutów i natych- miast zostaje schwytany i poddany przesłuchaniom. co Sun Tsu nazywa agentem mar- twym. Wreszcie Abdulrachmanow przerwał mu niecierpli- wym ruchem ręki: — Zawsze ta pańska oszczędność. Pitman zaś należał do tych delikatnych kwiatów. Niech pan sobie owinie do- okoła wąsa: Psar jest tym. 233 . z wiszącym wąsem i warko- czykiem na plecach. przekażesz ją ministrowi króla Tangutów”. jak mówią mnisi. Dwa sklejone ze sobą mydełka do golenia mogą się przy- dać podczas kąpieli.. Tak. którzy mieli genialnego ministra. żeby pan czytał Sun Tsu (Pitman znał go już pra- wie na pamięć). że ma przy sobie. Przyznaje się. Tak. mnisi habit. srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. Psar i Kurnosow nie będą nigdy dobrym tande- mem. Przed wysłaniem go w misję kazał mu połknąć kulkę z wosku. Dlaczego? By zwrócić na niego uwagę. Pitman przemawiał długo i niedobrze. „Kiedy ta kulka wyjdzie z ciebie. które kwitną tylko w promieniach słońca i po obfitym skropie- niu wodą. Wziął pew- nego skazanego na śmierć. mój tek- turowy Jakubie Mojsiejewiczu. wyrażające pełną wyższości dezaprobatę.. Nie pamiętam już. ekscelencjo.

234 . tłumiąc jęk. po- trzebni są do niej agenci całkowicie czyści. list. I zaklinam cię: nie oszczędzajcie na kulebiakach. lecz król Tangutów nie ma nic pilniejszego do zrobienia niż ściąć głowy jednocześnie swemu ministrowi i fałszywemu mnichowi. może trochę zbyt szybko: trzeba położyć na nim krzyżyk. — Gdybyśmy byli w dawnych. W jej wnę- trzu znajduje się list adresowany do ministra Tangutów. Woskowa kuleczka zostaje odnaleziona i otwarta. Nic więcej nie mu- si pan robić. która zaświstała jak gwizdek. przedwcze- śnie martwym. tutaj. zajął królestwo Tangutów. czas Psara dobiega końca. Jak pan sądzi. Abdulrachmanow wstał. — A twój podarek postawimy o. Podniósł się i ujął szorstkie i ciężkie dłonie Abdulrachmanowa w swoje miękkie i pulchne ręce: — Z całą pewnością ma pan rację. lecz nie chciał sprzeciwiać się swemu mistrzowi. odpowie- działbym ci. Jeśli zaś idzie o operację Twardy znak. Pitman nie został przekonany. co powinniśmy zrobić z Kurnosowem? Abdulrachmanow wciągnął powietrze przez swą pustą cygar- niczkę. Na razie jednak podpali pan krótki lont i weźmie nogi za pas. Powtarzam więc panu. Zresztą nigdy nie był niczym innym niż martwym agentem. że dobiegła końca druga fa- za. Natomiast biorąc pod uwagę naszą dekadencję. uwa- żam. mój złociutki Jakubie Mojsiejewiczu. zamyka pan dossier i nie myśli o tym więcej. dobrych czasach. w którym wspomina się o tajnej umowie zawartej między nim i Tsao. W rzeczywistości nie było żadnej takiej umowy. że będziecie musieli odżywiać go luksusowo aż do końca jego dni. jak zwykle. Oto w jaki sposób. Chińczyk z wiszącym wąsem i warkoczykiem na plecach. Na skórzanym pulpicie spoczywała książka w języku hiszpań- skim. to byłoby okrutne. nasz przyjaciel Tsao. Jak tylko uzna pan. Rzecz jasna. trzeba będzie pomyśleć o kimś na miejsce Psara.

Wyobraź sobie. który nieba- wem miał się stać carem Wszechrosji. nie mieszczą mi się już te książki. że to nie byle co. dostrojony do niższej kwinty Polie- leja. Me- lodia dzwonów kołysała jego melancholię. Można sobie wyobrazić dzwon. to znaczy od świętych olejów. jaki to musiało wywrzeć efekt na rodziny. że dawniej wszystkie dzwony miały imiona. mój Jakubie Mojsiejewiczu z brązu. i nawet Kozioł. Co robić? Zamówił dodatkowy dzwon. Abdulrachmanow zdjął ją i położył na jej miejsce Rosyjską prawdę.. jako że spotkała go niełaska cara Aleksego. Rosyjska prawda! Jeśli idzie o mnie. na rze- mieślników! Dowcipnisie wynajdują nowe żarty. Gdyby oni wszyscy byli 235 . cho- ciaż nie usunął żadnego z dwóch dzwonów! Przecież to lekcja dla nas. Łabędź i Polie- lej. Widać. Twoja książka jest piękna. Nie wiem. Ich dźwięki tworzyły małą tercję i to podobało się metropoli- cie Jonaszowi. Zwrócę się do dyrekcji biblioteki. Są mądre i proste zarazem. chowam poprzedni. a gdy przychodzi nowy tom.. pewnego dnia. pod rządami dobrego metropolity Jonasza i Piotra. pary zakochanych. bardzo dobra. Ale niedługo będę musiał coś z tym zrobić. może pochodzi od elej. mój spiżowy. Ale był też Łabędź i Baran. i nagle. co znaczy to słowo. w roku 1688. — To książka z Meksyku. Ach! Chciałbym żyć w Rostowie. kochankowie nowe pieszczoty. w Rostowie. Najczęściej Polielej. Nie przez przypadek pismo tego fircyka Hercena nazywało się «Dzwon». obu- dzonych dźwiękami radosnego koncertu! Wyobraź sobie. który nazywałby się Mir- ra. dzielny metropolita wrócił do łask. wysta- wiam zawsze na widok. podobają mi się frag- menty Kurnosowa poświęcone dzwonom. a o to trudno.. Dzięki temu uzyskał teraz akord w tonacji majorowej. Wyobraź sobie mieszkańców Rostowa. W siedemnastym wieku. Gdy jednak nastał Piotr Pierwszy. ale już się jej napa- trzyłem. wychodzące z pieca jak świeże bułeczki. Nowe. i ma swój ciężar. skazanych przez lata całe na wy- słuchiwanie smutnych tonów.. znajdowały się dwa dzwony.

To straszne. być kiedyś takim tytanem. Doprowadzi operację Psków do końca. że nieomal stapiają się z nim w jedno. Nie tylko jego kariera była przy tym narażona na szwank.. Przydarzyło mu się to. Pogrążony w marzeniach wrócił do Moskwy. * 236 . Obecnie zmienił się wektor przynależno- ści. Na szczeblu. korzystnej i nawet zasad- niczej dla przyszłości Partii. Szkoda. na którym się znajdował. że do nich należy. a ramiona zaczęły poruszać się jak wiosła. nie dającej się niczym zastą- pić straty mistrza. zrezygnować z operacji. wcale nie musielibyśmy robić Re. Kaszel był tak gwałtowny. Jeżeli umrze. Śmierć roz- wiązuje nawet śluby małżeńskie. To zapewne wcale nie jest przyjemne”. nazywał go najczęściej swoim dobroczyńcą) zasługiwał na wierność bez skazy. że ogromny nos starca zwilżony został łzami. Dopóki jego mistrz pozostawał przy życiu. ale i jego pragnienia służenia. nie biorąc pod uwagę własnych zastrzeżeń. było nie tylko oznaką kapitulacji. „W gruncie rzeczy — myślał — on po prostu nie chciał. to co innego. Na razie jednak nie trzeba było jeszcze o tym myśleć. z latami przybierające na sile i coraz mocniej zabarwiające jego ambicję. unosząc niezbyt miłe poczucie. i stać się później tak słabym. co zdarza się często ludziom na najwyż- szych stanowiskach: są już tak blisko swego bóstwa. i nie brakuje im uzasadnień: książę służący swemu królestwu służy też samemu sobie. że został wyproszony. ale i aktem sabotażu. Czuł. to one były prawie jego własnością.. Abdulrachmanow (Pitman. wskazując przy tym w kierunku drzwi. był mu posłuszny. W przyszłym wyzwoleniu kryła się więc słaba kompensacja straty.tego samego pokroju co Piotr. Jak to dobrze. żeby go ktoś oglądał w takim stanie. Pitman wreszcie zrozumiał ten znak i wyszedł. że ja sam nie jestem postacią tej samej skali. Cóż. gdy o nim myślał. W początkach swej kariery Jakub myślał: „To moja ojczyzna. Atak kaszlu nie pozwolił mu dokończyć tej tyrady. moja partia”.

I naraz dzielny zuch załamał się. za co dostał jeszcze piętnaście lat kary. jąkający się z akcentem oksfordzkim. w wieku lat dwudziestu dowodził kompanią. Wąsaci kozacy wahali się. Wkrótce potem został rozbrojony i razem ze swymi ludźmi przekazany wujaszkowi Stalinowi. Gawierin razem ze swymi żołnierzami oddał się w ręce Anglików. byle tylko choć trochę poprawić swoje położenie. Gdy Arsenij miał dziesięć lat. że najpewniej nie dożyje zakończenia zasłużonej kary. gdy rozpoczęto operację Psków. nie wpłynęła jed- nak na redukcję kary. podawał zawsze w odpowiedzi nazwisko Gawierina. którzy go badali — on sam nie wiedział. Gawierina z syberyjskiego obozu przeniesiono do więzienia Lefortowo. Wyróżnił się szybko. A Pitman nienawidził nieszczęścia. Liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i cztery miał jeszcze odsie- dzieć. lecz Gawierin powiedział im: „To przyrzeczenie królewskie. przy- rzekł im azyl polityczny. Okazana przezeń dobra wola przyczyniła się do pewnego zelżenia jego doli. i nie było mowy o nie- posłuszeństwie wobec komputera. że w ten sposób sprawiedliwości stałoby się zadość. podjął próbę ucieczki. zaczął się włóczyć po ko- mendantach obozu. jego matka umarła z głodu. Leczony z histerii. czemu to miało służyć — orzekli. Arsenij Jegorycz Gawierin urodził się tuż po zakończeniu wojny domowej. Komputer. A jednak Pitman lękał się spotkania z tym skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. oferując im usługi szpicla. a ponieważ nie opuściła go odwaga. zapytany kilkakrotnie o zdanie. Gdy nadeszła klęska. a królowie zawsze dotrzymują słowa”. 237 . W momencie. Wcielony do Armii Czerwonej skorzystał z pierwszej sposobności i przeszedł na stronę Niem- ców. jako syn-pogrobowiec oficera. Został jednak skazany tylko na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Także jego zdrowie ucierpiało w obozie. jako że pewien pułkownik. który skończył życie w więzieniach nowego reżimu. Oczekiwał roz- strzelania i przyznawał. by zabijać bolszewików. Lekarze.

obojętnie co. Przywarł do swej pryczy: — Mnie tu dobrze. Dziecko odrywane od matki nie okazuje większego przerażenia niż Gawierin. że spełniają się tylko złe przeczucia. Trzeba było zaciągnąć go siłą do furgonetki z zasłoniętymi oknami. panie Gawierin — podjął wolno Pitman. to on miał pewne problemy z mówieniem po francusku — ponieważ być może moglibyśmy sobie nawza- jem wyświadczyć przysługę. że i tym razem przysłuży się jako donosiciel. chroniącą ich wstydliwość. „przyda ci się. żeby między tym człowiekiem. pomyślał. tak bardzo ludzkim. z pewnością po to. W obozie anonimowi ofiaro- dawcy dostarczyli mu książek. wiedział. opuszczający ponure więzienie. że pan mówi po francusku — zwrócił się do nie- go w tym właśnie języku Pitman. któremu odebrano jego człowieczeństwo. Pozostają panu już tylko cztery lata kary. mówię po francusku. Czekał na nową wojnę światową. i nim samym. rewolucję w Rosji. Gdy wywo- łano go z celi. — Zdaje się. okazał pan skruchę i już je pan prawie odpokutował. — Oczywiście. w któ- rym pomiędzy piętrami rozpięte były siatki. Lustra i złocenia pałacu Roztopczynów nie dodały mu pewności siebie. Pomyślał. który by go uwolnił. lądowanie Marsjan. — Prosiłem. Sądził. a także rodzinę jednego z komendantów obozu. Popełnił pan poważne wykroczenia. Od wielu lat oczekiwał cudu. Jeśli pan zgodzi się pomóc nam 238 . że i tak wyobraźnia KGB w dziedzinie grozy górowała nad jego wyobraźnią. Matka nauczyła go tego języka w dzieciństwie. że chcą mu wmówić nową próbę uciecz- ki. podczas gdy Pitman grasejo- wał. Nie wyjdę stąd. ale jego wymowa była prawie idealna. żeby pan mnie odwiedził. ustawić barierę. jak znów będzie tak jak przedtem”. Wyma- wiał po staroświecku twarde „r”. Teraz jego nadzieje wyczerpały się całko- wicie. Uczył francuskiego wielu wię- źniów. lecz nie zażądano tego.

. Arsenij Jegorycz. to myślę. że z jednej strony pana znajomość francuskie- go. proszę się uspokoić. Jeśli zgodzi się pan na moją propozycję. Jeśli ma pan na myśli ostatnią głodówkę. oczywiście. czyż ja panu cokolwiek zarzucałem? Po pro- stu tak się składa. Zazwyczaj zgarbiony. 239 . Zapomnijmy o przeszłości. — Ależ proszę się uspokoić! Proszę się uspokoić. — Jestem na służbie ojczyzny i na nic się nie skarżę. że moglibyśmy uregulować tę sprawę z Ministerstwem Sprawiedliwości. wejść w kontakt. wiem. żeby pomógł mi pan skrócić czas cierpień. jaki panu jeszcze pozostał.. Gawierin zwietrzył tu ra- czej podstęp. Ja się popra- wiłem. żeby czytać. które spędził pan w ar- mii hitlerowskiej.. napuszonym francuskim pod kandelabrami pałacu Roztop- czynów. to będzie wymagało całej pańskiej inteligencji i oddania dla so- wieckiej ojczyzny.w kłopotliwej sytuacji. Proszę pana tylko o to. Każdy to panu powie. Uprzedzam pana. prostując się. to było czterdzieści lat temu. Głos Pitmana stał się jeszcze słodszy: — Wiem. — Towarzyszu. że w czasie tych wszystkich lat. Było to niezwykłe: dwaj Rosjanie rozmawiający książkowym. w który nie wierzył. — Proszę pana. miał pan wiele okazji. Jestem teraz marksistą-leninistą z przekonania. to ja byłem przeciwny. z drugiej pewne zainteresowanie reakcyjnymi ideami poli- tycznymi. Zamiast cudu. miał teraz sylwetkę Don Kichota. już pan nawet nie wróci do Lefortowa. — Już za to zapłaciłem! — wykrzyknął więzień.. A jednak musi się pan z tym zgodzić. — Już zapłaciłem! Trzydzieści sześć lat życia! Litości! Pitman przeszedł nagle na rosyjski. które można było u pana zaobserwować. Zdenerwowanie więźnia udzieliło mu się.

to to. wie pan.. to naród bardzo serdeczny.. Arsenij Jegorycz. że pracował pan dla nas. i to nawet z tak zwanej pierwszej emigracji... To się panu wyda niemożliwe. jest pan wolny. podpisałem podanie o ułaskawienie. ma pan wolny wybór. Cztery lata szybko przelecą. wiem. — Oczywiście. Poczuje się pan wśród swoich. Cóż mogły oznaczać pieniądze dla człowieka. więc dano 240 . czyli prościej w obozie ciężkich robót. Sami książę- ta. Tak. — Ależ już dawno panu przebaczyliśmy. co brałem pod uwagę dla pana. czekając aż uświadomi on sobie grozę tej perspektywy.. Mała willa w Nicei. Wyobraziłem sobie dla pana Riwierę fran- cuską. Zresztą jest tam dużo emigrantów. Jeśli nie będziemy mogli powiedzieć. a pan przecież jest człowiekiem chorym! Jak pan będzie zarabiać na życie. co pana czeka po odbyciu kary — osiedlenie w jakimś tam Kirgistanie.. „Krytykowałem system karny. Byłem głupi... To słowo tak rosyjskie. który prawdopodobnie nie wydał w życiu więcej niż sto rubli? Lew Aronowicz Zellman. czego nie powiedziałem. Są pełni radości życia.. że mogę dotrzy- mać moich obietnic. Żadnej opieki lekarskiej. spędził piętnaście lat w tym. tak mało sowieckie: wybaczać.? Patrzył na Gawierina oczyma pełnymi zrozumienia. Je- śli o mnie chodzi.. to wie pan.. Pan nie ma już żadnej rodziny w ZSRR. hrabiowie. To tylko ta piekielna sprawiedliwość. morze. za propa- gandę antysowiecką. Pitman rozmyślnie nie wspominał o pieniądzach. — Nie byłem tam nieszczęśliwy — zachlipał Gawierin. W obo- zie także nie byłem nieszczęśliwy. — Proszę mi nie wymawiać tego. Proszę mnie odesłać do obo- zu. co nazywa się teraz Gułagiem. ale przysięgam panu. jeśli woli pan ryzyko tego typu wygnania.. Chciałem powiedzieć. Trzeba umieć wybaczać głupotę. Znam ich. mały człowieczek z lekko zazna- czoną zajęczą wargą. Szczególnie w Nicei. słońce. prawda? A Francuzi.

czy pewnego pięknego po- ranka znów nie wyślą mnie do Workuty? Uprzejmie dziękuję. Z mojego czasu czuwania straciłem więc około trzech i pół godzin dzien- nie. byłoby więc niesprawiedliwe odliczać te pięć godzin wyłącznie z godzin dziennych.mi możliwość zweryfikowania moich tez. Paszporty jakoś nie nadchodziły. A pozostające mi do życia dwadzieścia lat nie są już obcią- żone hipoteką. bo zapłaciłem dług z góry! Naprawdę nie mogę narzekać”. „Mysz jak chce to i kabel przegryzie”. W dodatku w obo- zie spałem osiem godzin. przekonany. jeśli będę miał szczęście. że pewnego dnia pokona opór czynników oficjalnych. to tylko jedna piąta czasu. 241 . Cóż to jest jedna piąta? Mniej niż pięć godzin dziennie. Zawsze brakowało jakiegoś papierka. a może nawet weselsze. zdecydował się z niej sko- rzystać. Zła wola władz była ewidentna. Właśnie ta pokora i poczucie humoru uratowały go. Jedna trzecia z tej jednej piątej musi być odliczona z godzin nocnych. Wyszedł z piekła zraniony. że nie kocham Rosji. jak mógłbym pracować w jakimś ki- bucu. Piętnaście lat. co można zrozumieć” — mówił z uśmiechem pełnym zadumy. Lecz jeśli tu zostanę. zabiegał o wyjazd łagodnie lecz z uporem. Zanadto przyzwyczaiłem się do klimatu Workuty. Poprosił o paszporty dla siebie i dla swojej żony. która czeka- ła na niego piętnaście lat. jeśli istnieje. skąd mam wiedzieć. „Nie chodzi o to. to pouczające. Nie mam na myśli ziemskiego prezydium. To wystarczy”. który został mi przeznaczony przez najwyższe Prezydium. Kocham ją i nie bardzo sobie wyobrażam. tylko to drugie. W rzeczywistości był wdzięczny reżimowi za tak łagodną karę. Co nie zmienia faktu. mówił sobie ten skromny i uparty człowieczek. Nie odczuwał wcale go- ryczy. Lew Aronowicz nie ustępował. Piętnaście lat. Rozumował w następujący sposób: „W końcu życie ludzkie stało się dłuższe. że kie- dy pojawiła się możliwość emigracji. lecz nie złamany. Cze- kał już trzy lata.

Jeszcze dziwniejsze: tym razem nie było kolejki. Dywan. Pewnego jesiennego dnia Lew Aronowicz został wezwany do biura. Twarz dygnitarza rozświetliła się jeszcze bardziej: — Nie bądźmy tak bardzo oficjalni. Dziwne: był przeko- nany. Uważaj. Dyżurny zaprowadził go do gabinetu w rodzaju tych. nadawał tej pickwickowskiej twarzy wyraz jeszcze bardziej niewinny. Jego nos. Lew Aronowicz. Mylił się. Zellman zażartował w duchu: „Od tak dawna wiesza się go wszędzie. w filmach histo- rycznych. stiuki. Zaczął coś bełkotać. Zellman chciał wyrazić swoją wdzięczność nie zdradzając za bardzo swej radości. Na- zywam się po prostu Jakub Mojsiejewicz i mam przyjemny obo- wiązek poinformowania pana. a jednak egzekucja wciąż się nie udaje!” I dodał jeszcze: „Jestem więc w urzędzie podległym KGB. kinkiety. okrągły i dobroduszny. ocenił go po wyglądzie gabinetu. jaki był stopień wojskowy tego dygnitarza. Zellman przybrał postawę pośrednią między wojskowym „baczność” i przyklęknięciem. około pięćdziesięciopięcioletni. żeby nie popełnić błędu!” Człowiek w wieku Zellmana. w małych okularkach. prawie infantylny. Dygnitarz przyszedł mu z pomocą. które widywał tylko w kinie. towarzyszu generale. Lwie Aronowiczu. przerywając w pół słowa: — Nie chciałem przedłużać pańskiego oczekiwania. uśmiechał się spo- za ministerialnego stołu. mających najmniejszy choćby związek z jego sprawą. — Lew Aronowicz Zellman? — Obecny. Ten właśnie kabel nie był rozciągnięty przez przy- padek czy też przez nieuwagę i będzie tkwił aż do dnia. Lwie 242 . że stał w kolejkach we wszystkich urzędach. mały kartofelek. Oczywiście nieodzowny por- tret zdobił ścianę. że otrzymał pan zgodę na wyjazd. w którym jeszcze swojego nie odstał. kiedy dyrekcja «A» wyda rozkaz usunięcia go! Wówczas zniknie jak zaczarowany. Nie miał pojęcia.

nie ma sensu powtarzać dawnych nieporozumień. także i on zostanie. i do tego dobrym) — jestem pewien.. Nie. albo w ciągu trzech miesięcy będzie pan mieszkał ra- zem z Lizawieta Grigoriewną w małym. Mógłby pan wrócić na złą drogę i narazić się znów na po- dobne przykrości. a w naszym wieku nowy ję- zyk. Musimy jednak jeszcze porozmawiać. uroczym gniazdku pod dachami Paryża. Zellman milczał przez roztropność. właśnie we Francji chciał się osiedlić. Mówiąc między nami nie sądzę. wyjechać w towarzystwie żony. Ale mówi pan po francusku. — I chciałby pan. który wpisał pan w rubryce „kraj osiedlenia”. 243 .. żeby miał pan zamiar jechać właśnie tam. Kraj. że przy odrobinie dobrej woli z obu stron wszystko da się załatwić. to Izrael. Lwie Aronowiczu. z którym łączą pana złe wspom- nienia. Nie przyznano jej paszportu. Zellman próbował teraz ukryć ogarniające go przerażenie. Jest pan. Proszę usiąść w tym fotelu. W rzeczy samej. Teraz pró- bował zataić także i swą rozpacz. nieprawdaż. (Zell- mana opanowała panika: „Kto mógł powtórzyć mój żarcik?”) Zresztą nie zna pan hebrajskiego. wolnym człowiekiem i byłoby absurdal- ne zatrzymywać pana w kraju. to bardzo trudne. nie. i dlatego od razu na początku powiedziałem panu najważniejsze.Aronowiczu. że był generałem. Groźba nie była niczym osłonięta. — Tymczasem — ciągnął dalej dobry generał (założywszy. — Daję panu moje słowo — dygnitarz uśmiechał się wciąż — za rok. Francja byłaby dla pana wspaniałym schronieniem. Lizawiety Grigoriewny? To nie będzie takie proste. Zellmanowi udało się przed chwilą ukryć radość. Klimat z pewnością by panu nie odpowiadał. Jeżeli Lizawieta nie będzie mo- gła wyjechać.

którą prawdziwie kochał. Specjaliści zadawali pytanie. odczuwając ogromną ulgę. która prze- rzuciła na Zachód cenny rękopis. — Proszę pana — oznajmił poważny głos Małgorzaty — dzwoni pan o nazwisku Kurnosow. i Francji. Miał wyjawić prawdę dotyczącą pewnego szczególnego zagadnienia. które- mu udała się taka mistrzowska sztuczka: wydobycie ze Szpitala Specjalnego w Leningradzie pełnego rękopisu „Żelaznej Maski”. jakby za skinieniem magicznej różdżki. Rosyjska prawda ukazała się przed dwoma tygodniami. W gruncie rzeczy przy- sługa. Z Rzymu zadzwonił wściekły Grucci. moja staruszko? Wiesz do- brze. farbowane na rudo: — Któżby cię mógł potrzebować. Dziennikarze domagali się szczegółów. Małgorzata miała zwyczaj udzielania odpowiedzi na retorycz- ne pytania. proszę pana. — Czy to żarty? — Nie wiem. Zagraniczni wydawcy podawali cyfry nakładów. znalazł się w Paryżu. Pół godziny później Lew Aronowicz ściskał dłoń Jakuba Moj- siejewicza. Od tego czasu urywał się telefon w biurze agenta literackiego. dzięki jakim kontaktom udało się Psarowi wywieść w pole ZSRR. wyrządzi przysługę i Rosji. była zupełnie błaha. oskarżając Psara o oczy- wistą kradzież. że na początek miał on wy- jechać sam: — A jeżeli oni mnie potem nie wypuszczą? Pogłaskał jej szpakowate włosy. Nikogo nie narazi w ten sposób na prześladowania. która miała się stać jego drugim domem. Lizawieta Grigoriewna zaakceptowała układ. że na całym świecie tylko ja cię kocham. Niektóre osoby we władzach niepokoiły się i sta- wiały sobie pytanie. niepokoiła się tylko tym. o którą go poproszono. 244 . czy także i w przyszłości będzie można korzystać z usług tej siatki. Pomogła mu spakować małą walizkę i już na- zajutrz. Objął ją czule. jaki jej mąż za- warł z KGB.

— Czyli Roissy. Kurnosowa. — Czy mogę mówić z Aleksandrem Dmitryczem Psarem? Kurnosow mówił po francusku. Motłoch tymczasem przekonany był. 245 . choćby dlatego.. który otrzymał na wypa- dek sytuacji wyjątkowej: — Poproszę Iwana. Adwokaci śpieszyli ze swymi usługami. Ten właśnie. — Przyjeżdżam. obiegło rzecz jasna cały Paryż. która wcale nie jest żelazna. Scep- tycy przekonani byli. — Jaki Kurnosow? Jakie lotnisko? — Michał Leontycz.dotyczących strony anegdotycznej operacji. że odkryli sekret: „Niech pan. Psar. — Proszę mnie połączyć. — Ja jestem Kurnosow. że to pan jest w istocie autorem Rosyjskiej prawdy”. Ten sam. zrzuci maskę. że wierzył w to motłoch. lecz nazwisko wypowiedział po rosyjsku. co to za historia. — Przy telefonie. Nazwisko nie- doszłego zabójcy. Inteligencja orzekła. Czy w Paryżu jest więcej lotnisk? — Skąd pan przybywa? — Z naszej matki Moskwy. Dawni emigranci definiowali swoje stanowisko. że autor nieudanego zamachu i autor książki nie mogą być jedną osobą. że Kurnosow był „Żelazną Maską” podobnie jak łan Fleming — Jamesem Bondem. Oczywiście całkowita dyskre- cja. Dysydenci protestowali przeciwko posłużeniu się ich nazwiskami na okładce książki. W którym miejscu na Roissy pan jest? — W biurze. o którym pan myśli. zmiękczając końcowe „r”. — Ależ proszę pana! Z kawiarni zatelefonował na numer. — ktoś musiał mu podpowiedzieć — Policji Granicznej. jestem na lotnisku. Wariaci szantażowali Psara. Wychodząc powiedział do Małgorzaty: — Nie wiem.. proszę się przyznać.

Czy pan to potwierdza? Według Iwana Iwanycza „wszystko było w porządku”. którego nie znał. którą pan opublikował. i przybysz z Moskwy. — Pan Kurnosow — powiedział policjant — twierdzi. że jest autorem Rosyjskiej prawdy. ale zechce pan po francusku. Omega pomknęła w kierunku Roissy. Patrzył z natężoną uwagą na ziemistą twarz. szosa by- ła wilgotna. opony pogwizdywały. w zbyt niebieskim ubraniu. — Pan Psar? Proszę tutaj. nieomal odsła- niającą kości. tylko zastygłe i utrwalone razem z kosmykami sterczącymi we wszystkich kierunkach. nieogolony. Czy pozwoli pan. — Kto go prosi? — Kobei. — Iwan zostawił dla pana wiadomość: „Wszystko jest w po- rządku”. z wąsami przypominającymi szczoteczkę do zębów. Miałby ochotę natychmiast zapytać: „To pan jest autorem?”. różniący się od jego pseudoni- mu. Siąpił deszcz. Dwóch mężczyzn w małym pokoju. — Nigdy nie spotkałem pana Kurnosowa. Policjant w garniturze z kamizelką. wcale nie wygładzone. gryzł ziemię od dziesięciu lat. — Nie ma go — powiedział ostrożny głos. że chcę się z nim spotkać dziś wie- czorem tam gdzie zawsze. — A ja otóż właśnie jestem Kurnosow. oczami bez wyrazu. nasycone brylantyną włosy. które wisiało na nim jak na wieszaku. wielki suchotniczy kruk. Przedstawił się: — Psar. — Proszę mu powtórzyć. Był to kryptonim Aleksandra. że mu zadam kilka pytań? — Tak. był o tym przekona- ny. „Wydaje mi się — pomyślał Psar — że jeszcze nigdy nie wi- działem człowieka tak chudego”. Prawdziwy Kurnosow. 246 .

— Wydalili pana? Dlaczego? 247 . „Dziwne.. Jego usta były wąskie jak u szczupaka. nie upoważnia do powrotu na terytorium ZSRR”. — A książka? To pan ją napisał? Kurnosow uśmiechnął się nieśmiało. — Tak — powiedział Kurnosow — dali mi go wczoraj. — „Anonimowym więźniem” z celi 000. Po- zwoli pan. wklęsłych skroniach i dziko patrzących oczach. Można było przeczytać po rosyjsku: „Paszport wydany jako dokument stwierdzający to- żsamość. wszystko to razem. a zęby w strasznym stanie. żeby mu ją pokazano. czarne. spróchniałe. — Odebrano panu obywatelstwo? — Jeszcze nie. do jakiego stopnia jego nazwisko nie ma nic wspólnego z jego postacią” — pomyślał Aleksander.1926.06. 4. Widziałem gazety. ja... obywatel sowiecki narodowości rosyjskiej. kto ma zadarty nos. kto zapomniał. — Ten paszport został wystawiony wczoraj. Na jednej ze stron widniała pieczątka. — Tak. urodzony w Kostromie (RFSRR). pełne dziur. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało tego człowieka o zapadłych policz- kach. Tyle że już nie mogę wrócić. „Żelazną Maską”. Michał Leontycz Kurnosow. — Ale pan jest także. połyskują- ce żelazem. Pokazali mi je. Ten pan ma mój paszport. Kurnosy to ktoś. Ważny na wyjazd z ZSRR. Alek- sander miał dokładnie taką samą w sejfie ambasady. jak ktoś. Dla Aleksandra autor Rosyjskiej prawdy mógł być tylko ofi- cerem KGB. Poprosił. Policjant wyciągnął małą brązowoczerwoną książeczkę. — A więc pan nazywa się Kurnosow? — Tak. to ja. co to jest śmiech.. gdy mnie — tu zrobił przerwę — gdy mnie wydalili z ZSRR.

w każdym razie zamożnym? Uścisnął dłoń suchotnika. jakby się człowiek znalazł na wierzchołku drapacza chmur i nie chroniła go żadna bariera. Michale Leontyczu. że nie jestem godzien oddychania sowiec- kim powietrzem. Chcieliśmy tylko upewnić się co do tożsamości pana Kurnosowa. wiadomo. czy ma pan walizki? — Tylko ten stary worek. Czy zamierza pan poprosić o azyl polityczny? — Pan Kurnosow już wystąpił o azyl — wtrącił się policjant. czy przyja- ciel? Jakby odpowiadając na to pytanie. — Proszę pana — zwrócił się do niego policjant — jest pan kimś znanym. Poza tym nie mam pojęcia. gdy Aleksander zadał pytanie. Na razie skłonni bylibyśmy przyznać mu wizę turystyczną. Kurnosow zaczął mó- wić: — Przede wszystkim jestem człowiekiem. Cóż. czy nie zrobiono ze mnie wariata. — Francja i Rosja to jedyne kraje na świecie uznające pisa- rzy za ludzi wybitnych — powiedział Psar. To tak. Spędziłem dziesięć lat w azylu psychiatrycznym i nie jestem pewien. Zaledwie opuścili biuro policji. Pisarz jego klasy — skłonił się — może liczyć na serdeczne przyjęcie w naszym kraju. że zaopiekuje się pan Kurnosowem do chwili. kiedy jego sytu- acja prawna zostanie uregulowana? — Oczywiście. który stracił orien- tację w świecie. Czy był to jego wróg. — Powiedzieli mi. jak się żyje na Zachodzie. Wie pan chyba. Zdaje się. że ludzie są tu wolni. Aleksander przypomniał sobie. — Dzwoniłem w tej sprawie. — Przyzwyczai się pan szybko. nic więcej. że stał się pan człowiekiem bogatym. że mogę pana poznać. które paliło mu wargi: 248 . Nie przewiduję żadnych trudności. Czy możemy uznać. że uchodził za człowieka pra- wicy i uśmiechnął się ironicznie: — Wciąż te wielkie słowa. odziedziczony przez bolszewików. jak pana odnaleźć. jak słyszę. cieszę się. ale może to zabrać trochę czasu. To grzech jakobinów.

autorem Rosyjskiej prawdy. Aleksander gwizdnął z podziwem. żeby mi pan wyjaśnił. Słyszał pan o kałasznikowie? — Jasne. że ludzie zamożni na Zachodzie nie są. jak gdyby cho- dziło o wyznanie prawdziwe. Z rozczarowaniem dowie- dział się. oto- czeni służbą. W Aleksandrze rozbudziło się zainteresowanie dla spraw związanych z bronią palną: — Z czego pan strzelał? — AK-47. by tak rzec. jak się tu żyje. Jaki kaliber? — 7. agentem KGB. Nastąpiły teraz dziwne bardzo godziny. Miał zupełnie fantastyczne wyobrażenia na temat funkcjono- wania kapitalizmu i podziału władzy. czy był wszystkim tym naraz. którzy zjawili się w jego celi. Przyznał. „Żelazną Maską”. Rozsądnie odpowiadał na pytania. proszę. — Jaki ładownik? — Na trzydzieści naboi. Oddaje 600 strzałów na minutę. że powinien po przybyciu do Francji zwrócić się do Psara. czy jeszcze kimś innym. — Co to jest? — Kałasznikow. Dozorczyni sprząta u mnie raz na tydzień. Zasięg: 400 metrów. dowie- dział się. — Nie. ze zrozumie- niem mówił o „swojej” książce i o wyrażonych w niej poglądach. że to od oficerów. 249 . o wiele bardziej interesowało go życie w wolnym kraju. — Az Breżniewem to prawda? Strzelał pan do niego? Kurnosow odpowiedział po chwili wahania. czy ten człowiek rzeczywiście był Kurnosowem tyranobójcą. Mówił jednak o tym wstrzemięźliwie.62. lecz niełatwe: — Strzelałem. Aleksander nie mógł w żaden sposób sprawdzić. — Ale przecież pan z pewnością ma służącego? — Nie. — Jak się tu żyje? Normalnie.

i to wcale nie przywódców! To by ich uspokoiło. wcale nie lipa! — Nie mam piętnastu lat. taką lichotę można dostać też u nas. jak się zachować przy stole i odzywał się do kelnerów tonem. że wcale tak nie jest. że we Francji często dochodzi do strajków. Kurnosow nie miał pojęcia. nie byłoby go w wolnej sprzedaży. Aleksander zapro- wadził go do Galeries Lafayette. Jeśli zaś idzie o wy- gląd sali restauracyjnej. I dlaczego nie noszą mundurków? Chciał zobaczyć wielki dom towarowy. Policzki suchotnika pokryły się rumieńcami: — Wszystko to mistyfikacja. był obu- rzony: — Trzeba by tych ludzi zdziesiątkować! Rozstrzelać co dzie- siątego. Aleksander kupił mu w prezencie ładną czapkę z lisa: — Jeśli nie będzie pan miał futrzanej czapki. Jeszcze gorzej było w restauracji „Plaza-Ath- énée”. — Ależ to oryginalny lis. Zdziwił się widząc dzieci na ulicy: — Powinny być w szkole. Przypomina trochę nasze metro. Gdy tylko dowiedział się. całkiem nieźle. że przyjechał pan z Moskwy. Aleksander zaprowadził go do Hermesa. nie? Tak naprawdę to nic tu nie można kupić? Aby przekonać go. oglądając się na wszystkie strony: — Nieźle. ile dusza zapra- gnie. Wciąż jednak powracał do swego pytania: jak wygląda tu ży- cie? Czy wszyscy mieszkają we własnych domkach? Czy pracują dla prywatnych właścicieli fabryk? Ile godzin dziennie? Ile zara- bia właściciel? Ile robotnik? Ile kosztuje kawał słoniny? Ile weł- niane kalesony? 250 . i że strajkują nawet pracownicy państwowi. Kurnosow komentował. jakim ge- nerał Durakin strofował swoich poddanych. ale i tu Kurnosow nie zmienił zdania. Francuzi nie uwierzą. Gdyby futro było oryginalne. dokąd poszli na obiad. Na Kurnosowie nie wywarło to wcale wrażenia: — Cóż.

który robił dobrą minę do złej gry. pochłaniając jednocześnie trójkątny kęs sera: — A u nas rozstrzeliwuje się przestępców gospodarczych! Za dużo zarobiłeś? Dwanaście kulek w łeb! Aleksander podzielał co prawda przekonania Kurnosowa o konieczności pozbycia się wszystkich przestępców. Fourveret. i który uważał Rosyjską prawdą za nieco mniej szokującą od chwili kiedy za- częła dobrze się sprzedawać. radość nasza jest całkowita. Konferencja 251 . bez którego nie byłoby tego suk- cesu. zamkniętym w więzieniu psychiatrycznym. Kurnosow wybuchnął śmiechem. A kiedy poznał wysokość sumy: — Ile to jest w przeliczeniu na ruble? Co można z taką sumą zrobić? Gdzie została zdeponowana na moje nazwisko? Jaka jest obecnie stopa procentowa banku? Jaki dostanę zadatek? Dla- czego taki mały? Wieczorem Aleksander zawiózł go do Suresnes. Wykonaliśmy kawał ładnej roboty. Opublikuje pan wtedy następną książkę pod tytułem Rosyjska krzywda. myśleliśmy o panu. że wszystko jest w porządku w ZSRR. być może zgodzą się na pana powrót. Zdumiał się rozmiarami przestępczości: — I wszystkich tych nicponi nie posyła się na gilotynę? — Niedawno zniesiono karę śmierci. Nasz przyjaciel Psaaaaar dzielnie bronił pana interesów. artykuł czy entuzjastyczną deklarację od jakiejś znanej osobistości. — Sądzi pan. kiedy pan wreszcie jest wolny. i nasze serce krwawiło dla pana. jestem szczęśliwy mogąc pana powitać u nas. Teraz. — Jaki zysk przyniesie mi ta książka? — zapytał Kurnosow. lecz zaro- zumiałość nowoprzybyłego drażniła go. To niech pan poprosi o przebaczenie. poklepał jej autora po ramieniu: — Drogi panie. sądzę. zdaje się. że będzie pan zadowo- lony. Za każdym razem gdy otrzymywaliśmy szczególnie radosną wia- domość.

Jessica była czarna jak czarna Indianka. Usiedli obok siebie na kanapie w czarnobiałe pasy. Iwan Iwanycz już był na miejscu: — Więc odebrałeś paczkę? Jak ci się podoba ten sukinsyn? — Jeżeli wy wszyscy Sowieci jesteście do niego podobni. Zahipnotyzowały go elektro- niczne szachy. — I to naprawdę on napisał Rosyjską prawdę”} — Któżby inny? — Dlaczego nie zostałem uprzedzony o jego przybyciu? — Żeby twoje zdziwienie wypadło naturalnie. że od jakiegoś czasu zacząłeś krytykować rozkazy. choć su- fit wydał mu się nieco zbyt niski. żeby sobie pan nie zaszkodził.prasowa miała się odbyć nazajutrz i nie trzeba było. jakie 252 . — Czy dostawał pan alkohol w szpitalu? Jeśli nie. to proszę uważać. żeby jakiś dziennikarz spotkał Kurnosowa wcześniej. A poza tym wiesz sam. „Żelazna Maska” uznał. — Piękna pani — powiedział do niej Aleksander — pewnego dnia dostanie pani raka skóry. tam pijemy czy- sty spirytus i świetnie nam to służy. Kurnosow zdziwił się: — Jedna butelka? Aleksandrze Dmitryczu. Aleksander zostawił go przy tej grze z butelką Single Malt i piękną kryształową szklanką. że apartament jest wygodny. Nie wygląda pan na ko- goś. jak się o tym mówiło. Przed wakacjami na jachcie zażywała specjalne pigułki przyśpieszające opalanie. to nie wracam. — Człowiek. Dla osłabionego organizmu whisky może być zdradliwa. kto był tak dobrze odżywiany. który strzelał do Breżniewa? — Dokładnie ten sam. a teraz podtrzymywała swoją opaleniznę chodząc na kwarcówki. — A teraz: kto to jest? — Kurnosow.

że cela była naszpikowana kamerami. co zechce Kurnosow.. — I chciałbyś. którzy uznali. jeden z naszych? U nas nie ma takich chudzielców. Ale domyślasz się. I zaczął pisać z zapałem. — W jakim celu? — Żeby poczęstować dysydentów miotaczem płomieni. Wydał się trochę stuk- nięty. Stalagmit wywąchał w tym typie 253 . że nie! Chcesz. zachowy- wał się spokojnie. Więc pojawił się towarzysz Stalagmit z twojej dyrekcji i powiedział: „Nie chcecie go? To mi go dajcie. Wkładał je do pudła telewizora. na czarną godzinę”. zawierającą mało istotne uwagi. Zrobisz wszystko. że to nie jest jeden z na- szych? Iwan Iwanycz zaczął się śmiać: — On. tyle że wyznaje reakcyjne poglądy i niemark- sistowską formację polityczną. Kurnosow nie wyglądał groźnie. Saszeńka! — Utrzymujesz więc. Przekazano go psychiatrom. żebym ci opowiedział całą tę historię? Kiedy Kurnosow próbował zastrzelić Breżniewa i kiedy go zamknięto. żebym uwierzył.otrzymujesz. Pewnego dnia przyda się do czegoś. Wyobrażał sobie. zaczęły się przesłuchania. będzie mógł ukryć dru- gą. atrament i papier. że oddając co drugą kartkę. — Czy masz dla mnie nowe instrukcje? — Tak. poprosił tylko o pióro. Przechowam go w jakimś kącie. że nie jest do końca zbzikowany.. Nie zrobię mu krzywdy. Posłać go do obozu? To wydawało się niewspółmierne do jego zbrodni. że Rosyjska prawda nie została przez nas sfabrykowana? — Oczywiście. — I rzeczywiście wyrzuciliśmy tego Kurnosowa z ZSRR? — Tak by się wydawało. Więc przypuszczam. Więc co zrobić? Rozstrzelać go na Placu Czerwonym? To by wywołało łzy u zachodniaków o miękkich serduszkach. że towarzysz Pitman chciał cię postawić przed faktem dokonanym. Jak mówią Francuzi.

dla niego jesteś człowiekiem Zachodu jak wszyscy inni. — Poczekaj. Przydzielono mu dwóch pielęgniarzy. — W jakim celu? — Żeby przygotować to. — Od jak dawna wiesz to wszystko? — Jego chwalebny życiorys dostałem wczoraj. naśladując pismo więźnia. W nocy jeden z nich zabierał go na spacer po podwórku i podczas gdy razem podziwiali gwiazdy. jeśli chodzi o opozycję.. — Oczywiście. u nas. Do tej chwili nie wiedział. Później specjalista kopiował nowe strony. jak tylko otrzyma azyl polityczny.geniusza i miał zamiar go wyeksploatować do końca. — Czy nie byłoby prościej wysłać jednego z naszych ofice- rów? Kurnosow. Myślał cały czas. A jak wiesz. żeby się nią żywić. drugi fotografował za- wartość telewizora. a jeden z oficerów z twojej dyrekcji podając się za pielęgniarza wynosił wybrane kawałki. że nie udało mu się nikogo oszukać. potrzebuje opozycji. co właśnie teraz robimy. Zastanów się. pokazując mu gazety. w rodzaju naszej. ukryty w telewizorze. nawet wbrew woli. żeby robić postępy. nie będzie już przez nas sterowany. Stąd też strzeżono Kurnosowa jak źrenicy oka. że to KGB wynosiło strony jego książki. teraz Kurnosow wie. Pa- miętaj o jednym. — A co właśnie teraz robimy? — Już ci to powiedziałem. że będzie zwolniony. Mamy zamiar skręcić kark dysy- dentom wszelkiej maści.. Wie. Ale mówienie o tym nie leży w jego interesie. Iwan Iwanycz westchnął: 254 . Niedoszły morderca z reakcyjnymi poglądami! To ktoś na wagę złota! Zdobywcza doktryna. Absolutnie nie chce być podejrzany o współpracę z nami. oczywiście naszych kole- gów. kiedy uprze- dzono mnie. że istniał tylko jeden egzemplarz. że jego książka ukazała się. Powiedziano mu to. to Iljicz i Wissarionowicz załatwili ją raz na zawsze. Z niczego nie będzie ci się zwierzał.

że system zachowywał pozory legalności. prawdziwy. chociażby z po- wodów religijnych. Wydawało mu się. Na ogół KGB stawiało sobie za punkt honoru położe- nie łapy na pieniądzach wypłacanych własnym agentom. jak prototyp tego Popowa. Wiemy z góry. swoją prawdę. Ładnie byśmy wyglądali. co powie. że jest jakaś luka w rozumowaniu Iwana Iwanycza. ale napiszę wam wspomnienia oficera KGB”. którego historię dałeś mi do przeczytania. Kurnosow nie może się zwrócić przeciwko nam. Aleksander nie był do końca przekonany. nie strzelałem do Breżniewa. Jakie jest ryzyko? Chodzi tylko o to. że Kurnosow dostanie swoje honoraria. żeby wywołać zamieszanie w szeregach dysydentów? Ale już nic więcej nie mógł wyciągnąć od swojego pilota. że nasz towarzysz składa deklarację: „Jestem major Iksiński. nie napisałem Rosyjskiej prawdy. być może dyrekcja zdecydo- wała. — Uprzedzam cię. ponieważ już jest przeciw- ko nam. a nawet skonsultować się z nim w tej sprawie. I właśnie dlatego jest taki pożyteczny. Potem porzucimy go. że należy mu się zapłata za jego talent. — Ależ osioł z ciebie! I to ty należysz do dyrekcji subtelnych spryciarzy? Wcale nie musimy nim sterować. Jeśli nadal z uporem będzie się go traktować jak 255 . Nie mogę mu w tym przeszkodzić. Aleksander wyszedł z mieszkania po złożeniu oficjalnej reklamacji: należało uprzedzić go o przyjeździe Kurnosowa. I jeszcze jedno. — Nie przeszkadzaj mu. Ale jednak Kurnosow nie był agentem. wzbudza zaufanie. o czym nie powinienem być może mówić. Zdarzało się. Znane są już przypadki na szych oficerów przechodzących na drugą stronę. A jakbyśmy po- tem mogli odzyskać naszego oficera? Podczas kiedy ten jest au- tentyczny. żeby powiedział prawdę. czy opłaciło się posłużenie się człowiekiem „na wagę złota” i przeprowadzanie tak skomplikowanej akcji tylko po to. Dziwne. Wyobraź sobie. Aleksandrze Dymitryczu. Przede wszystkim. Znamy jego po- glądy lepiej niż on sam.

zbyt niebie- skim. czyż dziesięć lat izolacji nie jest dość przerażające? Nie umiemy już darzyć szacunkiem bohaterstwa. u Hermesa. W nagłym porywie wszyscy podnieśli się z miejsca. jak on wygląda. «Żelazna Maska»?” — Czy to naprawdę on strzelał do Breżniewa? Weszli. zaczepiając szelkami o pasy aparatów. po chwili 256 . w których miał uczestniczyć. zmieniając kolory i perspektywy. których już samo wspomnienie wywołuje dreszcz na plecach. Las mikrofonów jeżył się wokół małego stolika. dla którego wszyscy się tu zjawili. Reflektory zapalały się i gasły. Najpierw Fourveret. „Więzień bez na- zwiska”. ale potrafimy jesz- cze oddać cześć cierpieniu. i pomstowali na fotografów. w krawacie. Rzucali przekleństwa pozbawione oryginalności. surowy i uśmiechnięty jednocze- śnie. Brakowało krzeseł. ale i powodowani szacunkiem. pełen skoncentrowanej siły. Niektórzy dziennikarze stali oparci o ścianę. Ten człowiek spędził dziesięć lat w jednym z tych więzień psychiatrycznych. Jakie tor- tury. inni siadali na podłodze po turecku lub po ame- rykańsku. Następnego dnia około stu dziennikarzy paryskich i prowin- cjonalnych zgromadziło się wśród sztukaterii o startych złoce- niach wydawnictwa Lux. w swym nowiutkim sowieckim ubraniu. i na końcu ten. Rozbrzmiały oklaski. w pierwszych godzinach po zamachu (jeśli rzeczywiście to jest Kurnosow). później Psar. jakie zastrzyki z siarki musiał znosić? Czy był jeszcze w pełni władz umysłowych? A wcześniej. który Aleksander wybrał dla niego.podwładnego niskiego stopnia. Żeby le- piej widzieć. z wyciągniętymi nogami. „Jak myślisz. może nie bez ironii. jakie chwile musiał przeżyć w lochach Łubianki? A nawet jeśli go nie tortu- rowano. napięty. Spo- ceni fotografowie przenosili swoje instrumenty. którzy deptali im po stopach. to on odmawia brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji. dźwigając na ramieniu kamerę jak pancerzownicę. za którym miał zasiąść „Anonimowy więzień”. Telewizyjny operator przesuwał się z trudem.

po czym nagle skierowywał wzrok na salę. Wyciągając ramię krzyknął: — Michaił. ani własnych. Panie i panowie: Aleksander Psaaaaar! Aleksander umiał mówić do publiczności. widzieć zebrane w jednym miejscu tyle dobrej woli i błyskotliwej inteligencji przeciwko hipokryzji i prześladowaniu. obracał głową wolno jak wieżyczką czołgu.. bez końca. Tu udał. jeden po drugim. którego przy jaźń przynosi mi zaszczyt. że hałas się wzmógł (nie znaczy to.. panowie. entuzjastyczne pochwały.. towarzysze. superlatywy. na- bierał rozpędu.. potem wciągał powietrze w płuca. Jest nas tu tak dużo. że mamy za mało miejsca. nie patrząc na tłum. Mam zaszczyt. Wreszcie Fourveret po- prosił o ciszę. i że wybiera w końcu prostotę. stopniowo. (jąkał się umiejętnie). kiedy wybuchnie pierwsze zdanie. który już za chwilę odzyska imię. który był autorem książki 257 . Potrafił pozostać bez ruchu przez parę chwil.. Ten człowiek. Drogi panie Psaaaaar. Patronimik spra- wił. czy uda się panu tutaj dotrzeć? Proszę nie deptać rąk.. aby rytm oddechu po- zwalał przeczuć moment..wzmogły się jeszcze bardziej.. Przy nazwisku hałas zamienił się w ryk. siostry i bracia. Leontycz. tak. To taka ra- dość. unosząc ramię nieomal jak generał de Gaulle: — Panie. że był on znany. Chciałem powiedzieć. Zaczął cichym szeptem: — Przedstawiam państwu. ani należących do tej uroczej panienki.. Obowiązek i przyjemność zdradzenia wam jego nazwiska pozostawiam temu wielkiemu odkrywcy geniuszy. KURNOSOW!!! Przy imieniu Michaił szmer poszedł po sali.. jako je- dynie godną podobnego momentu. epitety. Denise Esclaffier z «Pa- triotycznego Alzatczyka». proszę mi przypomnieć pani nazwisko? Ach tak.. przyjaciele. czuję. jed- nocześnie na wiele twarzy. że odrzuca. że jesteśmy dzisiaj tym wszystkim. przedstawić państwu autora Rosyjskiej prawdy. powtarzam: zaszczyt.. „Anonimowego więźnia”. był to efekt napięcia wywołanego przez głos Psara). To taka radość.

zielonkawą cerą. — Pragnąłbym — wypowiedział. a nieodżałowany Amalrik prorokiem. którzy wiecie najważniejsze — i skromnie się wycofał. żeby uciszyć salę. pełen uroku: — Cóż mógłbym powiedzieć. ostrym pismem. sztywnego kołnierzyka i bindy do usztywniania wąsów. jak tego się po nim spodziewano. z piersią tak zapadłą. To dopiero reportaż! To dopiero artykuł! Na ten wybuch Aleksander uśmiechnął się i wykonał bezrad- ny gest. że nie był onieśmielony. starannie śpiewającego niemodną francuszczyznę Dymitra Aleksandrowicza i jego ró- wieśników. pochylonym. Sołżenicyn był bogiem. Można było wyczuć. wysoki lecz zgarbiony. lekko pochyloną głową. starannie wymawiając „r” — podzielić się z państwem kilkoma uwagami. rzeczywiście otworzył ogień do najpotężniejszego w świecie człowieka. które ukończyły szkołę Des Oiseaux. ale chciał się takim wydać przez uprzejmość. że pozwolą mu zabrać notatki”. „Mogliby mnie przynajmniej uprzedzić. poziomu ży- cia. Kurnosow trwał w lawinie oklasków. francuszczyznę zmodyfikowaną przez społeczeń- stwo. obozów. więzień. z tak wychudzonymi policzkami. a tymczasem Kurnosow wyjął z wewnętrz- nej kieszeni plik notatek. pokrytych drobnym. rzeczywiście trzymał w rękach pistolet maszynowy. Nie wiedział. Wszyscy byli przekonani. So- wieci przyzwyczajeni są do publicznych zebrań. Od jakiegoś czasu dyrekcja nie oka- zywała mu względów i za każdym razem odczuwał to jak ukłucie banderillas. cienkich kartek. ze zwisającymi luźno rękami.tak bardzo dyskutowanej. że będą mu zadawać pytania. francuszczyznę guwernantek. Zaczął od piętnowania ZSRR. że szpada toreadora była już przygo- towana do śmiertelnego uderzenia (chodziło przynajmniej o cios 258 . To zaskoczyło wszystkich. wam. które zmuszało się do mówienia tym obcym językiem jak niegdyś do noszenia gorsetu. Aleksander słuchał głosu Kurnosowa. W końcu prze- sunął się bokiem w stronę stołu i to wystarczyło. Taki reżim był skazany na klęskę w najbliższej przyszłości.

Nic mu się nie podobało. ci. zdenerwowany spoglądał co chwila na zegarek.administracyjny). Ale trzy minuty później. I ciągnął dalej. czego nie zrozumieli za pierwszym razem. ale nigdy nikt nie był jeszcze świadkiem tak planowej egzekucji. Publiczność zaczęła odczuwać znużenie. Zachód jest u kresu sił. To wszystko było już znane. pozornie nieświadomy rozczarowania słuchaczy. jak ta. i w tym właśnie kryła się jakaś siła. za- brał się za Zachód: zaślepienie. Fourveret opuścił swą piękną głowę na prawe ramię z miną. jeśli nawet nie bardziej. ZSRR rozpadnie się. No więc? Kurnosow uniósł niecierpliwie dłoń: — Nie przerywa się mówcy. niż ich akolici. „Panie i panowie. — Jednak — czytał dalej Kurnosow — zmuszony jestem stwierdzić. Wszyscy obecni w tej sali słyszeli rozmaite plotki na temat niektórych dysydentów. i to w tym samym stopniu. Mają słabość do banałów. która teraz nastąpiła. która równie dobrze mogła znaczyć „cierpię męki”. co nimi gardzą. rywale. któ- rych zacytowałem. mimo że nie nastąpiła żadna zmiana w tonie głosu Kur- nosowa. Żadne znane 259 . ale mam wrażenie. Aleksander. Kiedy Kurnosow zakończył krytykę reżimu sowieckiego. długopisy dziennikarzy znów zabrały się do pracy. Nie należy powtarzać paryżanom po raz drugi czegoś. Jeśli natomiast zrozu- mieli. co „a nie miałem racji?” Jeden z dziennikarzy wstał z miejsca: — Przepraszam. co im pochlebiają i ci. to zupełnie co innego. Dni Zachodu były policzone. że jakkolwiek idee głoszone przez dysydentów. że panu przerywam. Raz jeszcze zacytował Sołżenicyna i Bukowskiego. oni sami są skorumpowani. zepsucie. nie okazując zakłopotania. jest za minutę dwu- nasta”. egoizm. są słuszne. sto- jąc. że pan sam sobie przeczy. Kurnosow czytał dalej.

Aleksander zaczynał rozumieć: oczywiście. imiona. wszyscy zaczną krzy- czeć. jest przy- nętą dla dysydentów. żaden tancerz. nie wywołałoby większego wrażenia na tej zblazowanej publiczno- ści. żaden szachista. Pan Z. z którego bardzo przyjemnie żyją jego najbliżsi współpracownicy. Żadne z tych oskarżeń. szczegóły. wzięte z osobna. Zatwar- działym marksistom także się dostało. ktoś inny podejrzanymi rękopisami. tamten szpiegiem. żeby wszyscy zdążyli zanotować. żadna śpiewaczka. którzy tłoczą się wokół niego i są wskutek tego natychmiast identyfikowani przez organy. Ale takie ich nagromadzenie wywołało zażenowanie. Ta zabawa trwa od tak dawna. jak skrupulatny profesor. wilkiem w owczarni! 260 . Rozgłos pewnego Y. Inny z kolei zrobił karierę dzięki donosom. działaczy związkowych. ta lesbijką. że jest on agentem KGB. lo- gików. że systema- tyczne donosy i tak nie zdołały zapewnić mu profesorskiej kate- dry. że zarzucał Stalinowi nadmierną łagodność. że stali się pierwowzorami postaci książkowych. recytował Kurnosow. patronimiki. sfałszował swoje nazwisko i pa- tronimik. Podawał nazwiska. pisarzy. Pan X. a wygnanie wybrał tylko dlatego. Aktualnie ma na swoim koncie trzy samobójstwa przez powieszenie. których jedynym wyczynem było to. podaje się za wierzącego prawosławnego. I tak trwało to trzy kwadranse. tamten zboczeńcem. nie wspominając nawet poetów. Kurnosow czytał powoli. Ten jest donosicielem. inny alkoholikiem. żaden rzeźbiarz.. o którą zabiegał. stworzył fundusz pomocy dla ofiar reżimu. Ten jest rozpustni- kiem.nazwisko nie zostało oszczędzone. że można sobie zadać pytanie. Dostało się też dysyden- tom pozostającym wciąż w kraju oraz przedstawicielom starej emigracji. ani tych. odpowiednie daty. Ktoś inny jeszcze przesiedział ileś lat w obozie za to. czy główny zainte- resowany nie podpisuje przypadkiem listy płac. tamta handluje ikonami. żaden wiolonczelista. Droga innego usiana jest samobójstwami. tymczasem ożenił się ze swoją chrześniaczką.

by tele- wizja myślała za nich. przedawnionym poję- ciem. ale dla dobra jakiejś grupy partykularnej — nie. należy wyliczyć jego obowiązki. Wolność prasy jest burżuazyjnym. jako że i tak większość obywateli pozwala. Kurnosow mówił dalej: — Ci ludzie są na ogół zgodni co do jednego: prawdziwa i zwyczajna demokracja nie jest możliwa w ZSRR. Oddany dyktator. zalecał natomiast system doboru. Przedstawił system. — Nie należy się bać słowa aparat. ale muszą oni być oddani narodowi. Zanim zacznie się mówić o prawach człowieka. że mają w tym absolutnie rację! Wykrztuszał wszystkie te okrzyki z całkowitym brakiem tro- ski o elokwencję. a może dlatego. system repre- zentatywny nie regionów geograficznych. w którym pokładał zaufanie. (Długopisy pisały długo. że zrobiło im się niedobrze. przez co stawały się one jeszcze bardziej elo- kwentne. Jednostka — sprecyzował swą definicję. Zawarty był już w Rosyjskiej prawdzie. którą tylko niektórzy dziennikarze zanotowali — może być traktowana jako mniej lub bardziej uda- ny owoc mniej lub bardziej przypadkowego stosunku płciowego — i w takim razie dlaczego miałaby mieć jakiekolwiek prawa? — 261 . Wolność zgromadzeń powinna być ogra- niczona. publiczność ma zawsze dobrą pamięć do brudów.) Wolność myśli jest pojęciem relatywnym. być może chcieli zatelefonować. Kilku dziennikarzy wyszło. jed- nak większość zgromadzonych pozostała w sali. A najbardziej interesujące jest to. Kurnosow odradzał wybory powszechne. podczas gdy Partia jest oddana ideologii. Sami marksi- ści i reakcjoniści. że nie ma wśród nich ani jednego demokraty. Ale zło zostanie dokonane. sieć funkcjonariuszy. ale zawodów. zgromadzić się dla dobra ogółu. tak. Proszę zauwa- żyć. uwzględniającego w szerokim zakresie elity spo- łeczne. aparat i aparatczycy są potrzebni. czekając na dal- szy ciąg. owszem.

gdzie kilka szklanek i kieliszków czekało na organizatorów. Kurnosow przecząco kręcił głową. że wyszedłem bez powodu? Aleksander coraz lepiej pojmował sens całej operacji. Żaden efekt oratorski nie przygotował finału przemówienia. wykształcenie. A jed- nak! Poświęcić „Żelazną Maskę” tylko po to. — Niechże pan odpowiada. Ciężkie przeżycia. Trzeba odpowiadać. Po- tykał się o wyciągnięte nogi dziennikareczek w dżinsach i mru- czał pod nosem: „Dekadencja!”. W małym salonie. składając swoje papiery: — Na żadne pytania nie odpowiadam. żeby rozsiać trochę plotek? — Dla kogo pan pracuje? — zapytał. bezpieczeństwo. — Dla nas czy dla nich? Ale kogo miał na myśli. przepychając się w stronę wyjścia w bły- skach fleszów. Jednak nie będę odpowiadał — powiedział Kurnosow. Na jego twarzy malował się wyraz niesmaku. że społeczeństwu winna jest jednostka pewne zobowiązania. Aleksander pochylił się ku niemu: — Tutaj się tak nie robi. Co robić? Aleksander zwrócił się ku zgromadzonym dziennikarzom: — Pan Kurnosow jest wyczerpany.lub też jako produkt społeczeństwa. mówiąc „my” i „oni”? Fourveret położył mu rękę na ramieniu: 262 . Prosi państwa o wybaczenie. — Nie jestem wyczerpany. Po prostu Kurnosow przewrócił ostatnią kartkę i powiedział: — Skończyłem. Aleksander złapał Kurnosowa za łokieć: — Skąd pan ma te wszystkie plotki? Dostarczano je panu do domu wariatów? Kurnosow popatrzył na niego zdumiony: — Czy wyobrażał pan sobie. I dodał po rosyjsku. do diabła! Kurnosow podniósł się. które gwarantuje jej życie. Emo- cje. co sprawia.

całkowicie zdolnym w sytuacji bez wyjś- cia do heroicznego okrzyku: „Strzelajcie do mnie!”. Reakcyjna grupka ośmiela się przybrać nazwę „nowej prawicy” i mimo to nie powstaje spontanicznie żaden trybunał 263 .. hipokryzji typowej dla społeczeństw burżuazyjnych. Tym łatwiej przyj- dzie mi zauważyć. wcale Aleksandrowi nie przeszkadzało. Nikt oczywiście nie może mnie oskarżyć o pobłażliwość dla reżimów stalinowskich i poststalinowskich. że dyrekcja jednak doskonale wiedziała co robi. zatytułował swój tekst znany dziennikarz. co musiał znieść. w którym Aleksander przeczu- wał jeśli nie agent d'influence. charakterystyczny był dla całej symfonii. że zna się na rzeczy”. trzeba ją rozchwiać. na co zasłużyliśmy. do diabła. Kiedy Aleksander otworzył gazety następnego dnia. co działo się do tej pory. ale trzeba się zastanowić. Pseudonauczanie pseudonowych pseudofilozofów opanowało szpalty naszych gazet i witryny księgarń. żołnierzem. który w oczach inteligencji uchodził za autora hu- manitarnego i umiarkowanego: Konferencja prasowa Kurnosowa wywołała zaskoczenie. że nasze przywiązanie do wartości demokra- tycznych podlega silnej erozji. że znalazł się w polu obstrzału. kto dyryguje tą drugą orkiestrą. że aby zatopić łódkę. Wszystko. — Proszę nie robić krzywdy mojemu przyjacielowi Kurnoso- wowi. Mamy to. „Nie wiem. Teraz padła komenda: ogień. ale widać. wskazałbym raczej na pewien brak demokratycznej czujności. Jeśli o mnie chodzi. które dzieliłem z inny- mi. nie wywodzi się z naiwności właściwej krajom liberalnym. To. iż akcja prowadzona jest z wielką wirtuozerią. Kiedy myślę o wszystkim. Można było sądzić. czy to zdziwienie. zoriento- wał się zaraz. to przynajmniej metodycznie używane „pudło rezonansowe”. Wiedział także. było tylko precyzyjnym ustawianiem tarczy. Podniósł dłoń do piersi. Artykuł Etienne Depensiera. że do jego orkiestry dołączyła się nowa kapela. i z ulgą stwierdził.. Był.

którego związki ze skrajną prawicą są dobrze znane. dysydenci. Panowie. którzy wyrośli jak pa- sożyty na gnuśnym organizmie naszej inteligencji. z gruntu republikańskie sumienie. w którym dokonuje się jego dege- neracja i które nie troszczy się już tak bardzo o własną obiek- tywność. żeby sądzić i skazać opryszków. które. jeste- śmy wszyscy (i to tu właśnie Wojewoda pozwolił wreszcie użyć „nieprzyzwoitego słowa”. Pan Kurnosow powiedział co następuje: my. ale nawet wysłuchali do końca przemówienia. które musieliśmy recytować gdy byliśmy sztubakami. jakich doznali. Otóż oburzenie spowodowane tą deklaracją było bardzo umiarkowane. nie straciło nic ze swojej aktualności. który tęskniąc do mi- nionych przywilejów wydaje się wiązać nie wiadomo jakie okrutne nadzieje z ciemnymi siłami przyczajonego faszyzmu. to znaczy największej nadziei czasów nowożytnych. przychodzą szlochać w nasze kamizelki. którzy zamiast brać czynny udział w największej rewolucji. Myślimy też o pewnym krytyku. choćby miało od tego ucierpieć nasze. gotowi skierować ją na demokra- tyczne tory. niegdyś niezależnym. Niektó- rzy spośród moich kolegów dziennikarzy — dla ich integralności i talentu odczuwałem szacunek — nie tylko chwalili tę książkę. Myślimy również o pewnym pretendującym do bezstronności głosie. jeśli się od nich oddali. zdobywszy opinię obrońcy liberali- zmu. nie można usmażyć omletu nie rozbijając jaj. o 264 . wypłakując cierpienia. Quousque tandem Catilina. choć wciąż mają w herbie. zdaniem Ab- dulrachmanowa. zniża się do ciągnięcia zysków z reakcyjnych poglądów. należało unikać) faszystami. nieco zmieszczaniałe. Myślmy jasno i precyzyjnie. Mamy tu na myśli szczególnie pewnego agenta literackiego. a także pewne wydawnictwo. I my przyj- mujemy z otwartymi ramionami ludzi. Zmusza nas to do poważnej refleksji. Woleliśmy połyskliwość zmienności niż czysty blask pewności. którego do tej pory. godnym szacunku i o pewnym piśmie.ludowy.

Redakcja «Niezależnego» zmuszona była przeprowadzić reduk- cję etatów. lecz nie dla przeciwników tolerancji. przyjacie- le. Nie mam na myśli śmierci. Pan Kurnosow przyznaje. Zniesiono karę śmierci dla synów ludu. do legendarnego Bal- landara. Jeśli tak się stanie. a przede wszystkim przyj- rzyjmy się uważnie naszej inteligencji. Ale przeciwnicy. ale jednak zabójcą. Podobne środki zastosowane zostały gdzie indziej.czym uroczyście przypominam wszystkim tym biesiadnikom. sami będziemy temu winni. których zadaniem było dogodzić wymaganiom Etienne Dépensier. może niezręcznym. mam na myśli karę wymierzoną na poczekaniu przez obywateli w ko- szulach z zakasanymi rękawami. by znów rozpanoszył się najbardziej bezwstydny faszyzm. by przy- wrócić ten wymiar kary. warstwie. wrogowie ludu. lecz nie dla wrogów wolności. którzy zresztą protestowali przeciwko temu. czyż mamy pozwolić. Prawie wszystkie dzienniki paryskie publikowały artykuły wstępne. Jeśli tego nie uczynimy. Naczelny redaktor «Obiek- tywu» zwrócił się do José Ballandara. którzy. której ofiarą padł de Monthignies. do której z dumą przynależymy. chcemy wolności. Zarząd wydawnictwa Lux pośpiesznie zwołał zebranie i jed- nogłośnie zadecydował przedwczesne przejście na — wysoką zresztą — emeryturę pana Fourveret. a nikt jeszcze nie utrzymywał. tak. Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego artykułu i tuzina tekstów jemu podobnych. 265 . o której decydują wymowni sędziowie w czerwonych togach. czystkę w naszym społeczeństwie. zasługują na to. żeby się nam udzieliła? Zwracam się do opinii publicznej. że jest zabójcą. cierpią na demokratyczną niestrawność. jak się zdaje. że opuścił szpital psychiatryczny. Jeżeli pan Kurno- sow zarażony jest wścieklizną. Przyznaje. pozwolimy. Domagamy się tolerancji. by zechciał sprzedawać swą prozę na innych łamach. nie. że w sowieckich szpitalach znaj- dują się wyłącznie ludzie zdrowi na umyśle. Przeprowadźmy.

Potem ci. Być podejrzanym w epoce jakobińskiej to tyle samo. Większość dysydentów chce sobie kupić dom. a nie krat. Donosy weszły w modę. Aleksander. Prawdopodobnie ma w zanadrzu następnych Ballandarów. otoczony siatką. dlaczego nie został wtajemniczony w tajniki tej strategii: oba- wiano się. Ale w końcu jakież to miało znaczenie? Wkrótce. które będą mnie broniły. — Czy nie ma pan dość życia za kratami? — Chcę krat. że mógłby zawahać się przed zniszczeniem własnego dorobku i własnej reputacji: „Nie doceniają mnie”. Aleksander z pewnym zakłopotaniem przyglądał się demon- tażowi własnej orkiestry. Miejsca opróż- nione przez skazanych Wojewoda obsadzał rzecz jasna własnymi „pudłami rezonansowymi”. że operacja miała zatoczyć o wiele szersze kręgi niż mu się pierwotnie wydawało. „wróci”. że operacja powiodła się. Na początku podejrzani byli ci tylko. pionki zajmowały miejsce damy. co jej nie zaatakowali. którzy pochwalili Rosyjską prawdę. Obaj przeszukiwali prowincjonalne agencje nie- ruchomości. Głowy oszczędzone przez gilotynę chowają się w ramionach”. za parę tygodni. — Chcę — rzekł — kupić sobie dom. jako że Kurnosow nie chciał osiąść w Paryżu: — Chcę solidny dom. co być winnym. Fourveretów i de Monthigniesów. pomyślał z goryczą. Sprawa Kurnosowa ujawniła cały ocean zazdrości i zawiści. Pojął też. towarzyszył mu w po- szukiwaniach. 266 . Tak czy inaczej trzeba przyznać. że nikt od tego nie umierał. Oskarżano się tym chętniej. któremu polecono dogadzać Kurnosowi. Każdy bił się ze skruchą w pierś są- siada. Aleksander zaczynał rozumieć. „Przecież dyrekcja była zadowolona z moich pudeł rezonansowych. Kurnosow nie przejmował się wcale rozwojem wydarzeń. które by mnie zamykały.

to jest nie podniósł zbrojnego ramienia na panujący system! Odbywając wędrówki z Kurnosowem. że oczernił pan dobro. które uczyniły z niego buntownika. lecz nie wy- kluczyli możliwości poprawy. na co ja się zdobyłem. Przyznano pa- nu azyl. — Pan ich nie zna. jego młodości. jak zapobiec skutkom inflacji. Wypuścili mnie. — Czego się pan boi? Przecież zwolnili pana. a także zastanawiał się. że wszyscy dysydenci wywodzą się z uprzywilejowanej klasy społeczeństwa komuni- stycznego? W większości są to nienasyceni prześladowcy. Michale Leontyczu. to znaczy jest w niej jakaś nadzieja”. Lekarze. Nie chcę ułatwiać im zadania. I zaczynał od nowa obliczać sumy pożyczek. jakie zaciągnie. Nie wierzył im. dochody po odliczeniu podatków. dobrze? Pieniądze. które zarobi od zainwestowanych pie- niędzy. Kurnosow odpowiadał: „Jestem człowie- kiem jednej książki”. — Czy pańskie sumienie. „Jestem starym chorym wilkiem”. „Prawda to książka. że stan jego zdrowia nie jest dobry. I ża- den z nich nie uczynił tego. Albo: „W moim życiu nie było nic intere- sującego”. by dać satysfakcję złu? — Dobro. Nic się nie dało wyciągnąć od niego na temat próby zamachu. 267 . Dysponował pewną kulturą polityczną. Zresztą także i dysy- denci mogą mieć do mnie pretensje. by spłacić dom. ale gdy przestanę być im użyteczny mogą mnie zli- kwidować. to coś kojącego. którzy go badali po przyjeździe do Paryża. procenty. Czy też: „Moje ostatnie dni chcę spędzić z dala od pu- blicznego życia”. dobro! Czy zauważył pan. powodów. nie wyrzuca panu. orzekli. „A przecież w Rosyjskiej prawdzie zawarty jest pewien program. żebym wylał pomyje na dysydentów. Aleksander próbował dowiedzieć się czegoś o jego życiu: „Teraz powinien pan napisać swoją autobiografię”. która jesz- cze dodatkowo zabarwiała na czarno jego pesymizm. Mówmy raczej o pieniądzach. to pokarm”. a ja jestem czło- wiekiem.

iż był to złoty wiek w dziejach Rosji. który częściej zaglądał do muzeów niż na wieś — że krajobrazy. za dużo ludzi. zielonkawa waza stojąca na poszczerbionej balustradzie — mówiły do niego językiem ro- mantycznym. Na początku sądził. sadami i opadającymi winnicami. że Aleksan- der czuł żywą obecność Średniowiecza. Kiedy indziej był to odrestaurowany zamek. Kiedy indziej. „Sprawię sobie strzelbę my- śliwską”. Natomiast jesienne listo- wie. przerzucone nad szczytem kamiennego muru i. Sprawy te mało zajmowały Aleksandra. drogi i szosy opasywały lasy i doliny. pokryty winoroślą dach. Zauważył też — on. Przypomniało mu się zdanie Machado: dobry Bóg był młody. a jed- nak dusza krajobrazu i tak pozostawała nieuchwytna. otoczony ogrodami. o lśniących krawędziach i otworach strzelniczych. może dlatego. a także pionowe tyczki sprawiały. strumyk. które spotykał. nad nimi pokryte obłoczkami niebo. może też różowa twa- rzyczka dziecka ponad drewnianą bramą — wiek osiemnasty. związane były z konkret- nymi epokami. rano. Bruzdy dzielące poletka. umyty przez deszcz. Zwiedzili we dwójkę Quercy. Aleksander słabo znał Francję. omszały mur. gdy malował Hiszpanię. Périgrod i Limousin. późnym popołudniem. lekka mgiełka. gdy wyrzeźbił Francję. błę- kitnym niebem wznosiły się tyczki podtrzymujące fasolę. młyn. starszy. Z okien mojego domu nie chcę oglądać domu sąsiadów. nieruchome bia- łe krowy. żywopłot okalający małe pole. Uderzyła go nieprze- mijająca tajemniczość Francji: na pogańskiej ziemi wzniesiono niezliczone kościoły. natrafiał na pa- stwisko ocienione przez majestatyczne drzewa. oświetlone przez niewidoczne słońce —siedemnasty wiek. że chory wilk będzie chciał się osiedlić na wybrzeżu. Niekiedy. który z upodobaniem przyglądał się za to krajobrazom. Z okresem romantyzmu czuł się najsilniej związa- ny. pod zimnym. a może 268 . u kresu zarośniętej trawą alei.” „To nie będzie bezpieczne dla pana”. marmurowa. „Nie. Stopniowo jednak stawał się wrażliwy na delikatne odcienie różnych pejzaży.

Powstała z tego dość dziwna kombinacja pasztetu sztras- burskiego z Clos-de-Vougeot i homarem. Uświado- mił sobie zresztą. Są w nas ślady wszystkich minionych epok. „Muszę wracać. kurnik. Budynek był jednak zbyt wielki i w dodatku znajdował się wewnątrz zdziczałego parku. konia. żeby zamówić najdroższe dania i wina. ogień na kominku. że domy mają dusze. psy śpiące pod stołem. gołębnik. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy. wiejskich rezydencji i. Niewątpliwie odtworzyłby posiadłość swego dziadka. zwy- kłych mieszkań. wyposażone w loggie i lodówki. 269 . o której nieraz opowiadał mu ojciec.” Kurnosow znalazł jedno tylko domostwo dostatecznie strze- żone przez metalowy płot. Wyobraził sobie ganek. Zdumiewały go i piękno. Ale „Anonimowemu więźniowi” sprawił wielką satysfakcję fakt. Pomyślał. „Zabezpie- czę mur odłamkami szkła”. całkowicie zmodernizowane. Był rozczarowany. skusi i mnie kupno domu”. gdy do- wiedział się. przede wszystkim.. wyłożone dy- wanami. „Wyrywało się kogutowi pióra i przyozdabiało nimi głowę. Zadowolił się więc solidnym domem otoczonym przez ogród i mur. Upierał się. że dom nie może stać się natychmiast jego własno- ścią. że nauczył się czegoś ważnego do- wiadując się. Zasięgnął informacji co do możliwo- ści opancerzenia bramy i okiennic.decydowały o tym względy czysto osobiste. z którym nie wiedziałby co począć. ale tylko niektóre spośród nich są nam prawdziwie bliskie. bawiło się w Indian.. utraciły za to duszę. jak mało znał prawdziwych domów: nieco ma- łych zamków. Jeżeli nie wrócę zaraz. w jakim znajdowały się od- wiedzane przez nich domostwa. i stan. iż mógł w ten sposób dogodzić swemu przewodnikowi. Tymczasem śpieszył się. że w pełni dwudziestego wieku nie wszyscy Fran- cuzi zamieszkują mrowiskowce. inne. Jak najszybciej złożył swój podpis pod umową. Niektóre z nich zachowały tylko ściany i komin. Tego same- go wieczoru zaprosił Aleksandra na kolację w najlepszej restau- racji w Limoges. zrywało ogórki z grządek i przywiązywało kuzynki do pala męczarni.

co można było zarzucić Kurnosowowi? Że jest antysowiecki? Czegóż innego można oczekiwać od dysydenta? Że nie darzy uczuciem miłości swych kolegów dysydentów? Czyż nie jest rzeczą powszechnie wia- domą. Dołączyło się do nich kilka osób stojących pomiędzy partiami. jako że chodziło tu o nonkonformistów z tak zwanej skrajnej prawicy. co marzyli o „czterdziestu królach. jeszcze inni na Marszałka. Kurnosow nikomu nie narzucał żadnego reżi- mu. Otóż właśnie. tym liczniejsze. w dalszym ciągu znakomicie się sprzedawa- ła. że ilość kapliczek jest u nich niemal równa ilości osób? I to nawet było zrozumiałe i oczywiste: odkrywali wolność myśle- nia i robili z niej użytek. inni na Generała. którzy w ciągu tysiąca lat stworzyli Francję”. Jedyne poważne oskarżenie dotyczyło „nieprzyzwoitego słowa” — „faszysta”. niech pan naciska. — Żałuję — powiedział — że nie pomyślałem o tym. znających się między sobą. Aleksander umiał przekonywać: 270 . przede wszystkim. Ale. — Wywiadów nie udzielam. przeciwnych jakobińskiemu faryzeizmowi większości. Byli tacy. że Rosja dojrzała do demokracji? A w końcu czyż każdy reżim auto- rytarny musi być z gruntu zły? I tu każdy wsiadał na swego koni- ka: jedni powoływali się na Tygrysa. by przywieźć panu jakiś prezent. nie wystawiana co prawda w witrynach księgarń. Tak naprawdę. z pewnością pozwoliliby mi ją wywieźć. Nie było to zbyt trudne. Tymczasem w Paryżu sprawy zaczęły przybierać inny obrót. że Rosyjska prawda. Na przykład starą ikonę. Aleksander zaalarmował Iwana Iwanycza: — Proszę. Rezultat: liczne prośby o wywiady. Część opinii publicznej okazująca przychylność Kurnosowowi przygotowywała się do kontrnatarcia. Zresztą czy ktokolwiek odważyłby się utrzymywać. co ono oznacza? Słownik mówi: „zwolennik systemu autorytarnego”. Gdybym o to poprosił. co wspominali czasy quattrocento i tacy.

niewiele się różnił od tłumu zapełniającego księgarnię mniej ezoteryczną. Dziennikarze chcieli przede wszystkim szczegółów zamachu. czy nawet człowie- ka. tuż obok Centre Pompidou. a Kurnosow wolał mó- wić o eurazjatyckim powołaniu rosyjskiego imperium. wszyscy zaczną się zastanawiać. Wywiady nie były specjalnie zajmujące. przecież wie pan o tym. Księgarnia znajdowała się przy uliczce dla pieszych. że znajdzie tam samych szlagonów albo może clochardów czy też spadochroniarzy. Ci ludzie nie są najważniejsi. przystał na to. Spotkam się z nimi. bardzo chorego: „Zdechnijże już wreszcie”. niech pan tego nie odrzuca. popro- sił „Żelazną Maskę”. śmiały i pewien swej publiczności. że potrafi pan wyrecytować z pamięci niektóre fragmenty Prawdy. Wobec skrajnej prawicy Aleksander odczuwał ten sam niesmak co w obecności zwierzęcia. Zresztą Kurnosow wywołał już był taki skandal. Aleksander słyszał o niej tylko — można w niej było znaleźć wszystkich autorów z czarnej listy. że stał się 271 . Niektórzy myślą. ale są panu przychylni. To prawda. czy nie jest pan kimś podstawionym. inaczej nie wystąpiłby pan z tym małym wykładem o dysydentach. Ka- żdy wywiad zwiększa sprzedaż. — Zgoda. by zgodził się na podpisywanie książki w jego księgarni. Lecz rój pszczeli. Czyż nie rozu- mie pan. przedstawiając się dorzucał zawsze: „Najbardziej prawicowy księgarz Paryża”. uwolnić się od długu? Będzie pan potrzebował pieniędzy na życie. Naciskany przez Aleksandra. tym bardziej będzie pan podejrzany. — Chce pan spłacić swój dom. a jej właści- ciel. Nie bez pewnego zażenowania przekroczył próg księgarni. który tam brzęczał. Tymcza- sem jeden z księgarzy. że jeśli będzie się pan upierał przy odrzucaniu każdej propozycji. Im dłużej będzie się pan uchylać od spotkań z dziennikarzami. ale czyż to o czymś świad- czy? Były już pewne insynuacje w prasie. wyobrażając sobie. potężny wesołek z tołstojowską brodą i delikatnym głosem. że jest pan manipulowany przez KGB i w jakimś sensie tak rzeczy- wiście jest.

Codziennie przenosił się z hotelu do hotelu. którzy otaczali Kurnosowa jakby aplikując mu rozgrzewkę przed występem. by móc spodziewać się kariery. odrzekł tamten.„osobistością”. nie widział najmniejszego powodu. wojskowych w cywilu. że gdyby się szykowała jakaś mokra robota. który wywołał już dość skandali. prowincjuszy. o której godzinie się pojawi. ale w atmosferze nie wyczuwało się żadnych nadzwyczajnych. i niektórzy śmiałkowie z paryskiej elity dołączyli się do stałych klientów. wyglądem nie od- biegających od zwyczajnych obywateli. a jego oczy stały się czułe i łagod- ne. przedstawicieli wolnych zawodów. „Czy rzeczywiście ma się czego obawiać?”. A jako że szczerość jest niebezpieczną równią pochyłą. Nie można było nigdy przewidzieć. „Przysięgam ci. ale była to normal- na wojna wydawców i Aleksander. Jego upierścienio- na dłoń bez ustanku sięgała do wewnętrznej kieszeni. Wśród mężczyzn. naczelnego redaktora okrzyczanego i krzykli- wego czasopisma. bar- dzo by mnie to zdziwiło: piąty departament to cherlaki. nie powiedziano by mi o tym. Być może wachlarz spo- łeczny reprezentowany tutaj był nieco szerszy niż w księgarni na Saint-Germain-des-Prés. Usiadł przy 272 . Bez wątpienia czynił nie- uczciwe propozycje autorowi ze stajni Luxa. żeby interweniować. co Divo określał jako światek paryski. zapytał Alek- sander Iwana Iwanycza. bardzo ciepły i okazały. wśród których spotykało się studentów. Ale szczerze mówiąc. Kurnosow już tam był. kupców. Było więcej dam w futrach z nurków. Za cza- sów trzynastego. to co innego”. jakby po to. archiwistów i anarchistów. a także drobnego wydawcę. Aleksander rozpoznał pewnego byłego ministra. gdzie indziej nie spotykanych mia- zmatów. do- rzucił: „Pamiętaj jednak. Kurnosow odnowił swoją garderobę. który czuł się już bardzo od- legły od tego. że nie chcemy mu zro- bić krzywdy”. żeby dotknąć książeczki czekowej. Nosił gruby garnitur z czarnej prążkowanej flaneli. wygłodzonych kudłaczy.

O tyle. — Panie Kurnosow. czy można powiedzieć o panu. — Następny pro- szę. zechce pani napisać swe nazwisko na tej kartce papieru. Proszę pani.małym stoliku i składał na lewo i prawo podpisy. będą bardziej liberalni lub mniej purytańscy niż inni. co miałem już do powiedzenia — odrzekł ostrożnie Kurnosow. że nastąpi renesans faszyzmu? — zapytał młody dandys. Wewnątrz fotoreporterzy potrącali wszystkich swoimi opasłymi torbami. trzymający w ręku złote pióro. — Trzeba będzie pójść po książki do Luxa — powiedział właściciel księgarni. Podpisywał w dalszym ciągu. Przed księgarnią zebrał się tłumek. panie Kurnosow? Może się pan uśmiechnie? Niechże pan nie robi takiej obrażonej miny! Co pan taki nadęty? Błyskały flesze. Przecież Aleksander uprzedził go. trzymała ołówek nad kartką notesu. nie chciałbym pomylić się w pisowni. o tłustych włosach. Można im wszystko powiedzieć”. — Pozwoli pan. co zastanie w tej księgarni: „Dopóki ci ludzie nie postanowili pana rozszarpać. — Jestem faszystą o tyle. Kurnosow rozglądnął się z niepokojem. — Ma pan więc nadzieję. faszyzm został zmieciony z po- wierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej! — Faszyzm jest nieśmiertelny. że jest pan faszystą? — drobna dziewczyna w przydymionych okula- rach. Pewna dama z pieskiem pod pachą — wydawało jej się. Księgarz i jego pracownicy wciąż i wciąż znosili egzemplarze Rosyjskiej prawdy. Cezar był faszystą i Napoleon też. — Powiedziałem w mojej książce wszystko. że jest w Pen Clubie — powiedziała z oburzeniem: — Ależ panie Kurnosow. 273 . byłoby to bardzo niegrzeczne. Przynajmniej raz sprzedaż książek z podpisem autora zwabiła wielu chętnych. o ile tylko faszyzm może zwyciężyć komunizm. o ile Sołżenicyn i Bukowski są fa- szystami.

— Wiedziałem — powiedział Kurnosow po rosyjsku. z rękami wciśniętymi w kieszenie. — Ty jesteś Gawierin — powiedział ten drugi po francusku. — Następny proszę. Być może chciał coś powiedzieć i nie miał odwagi. Być może coś przeszkadzało mu mówić. ukazał swoją brodę mię- dzy futrem z astrachanów i dżinsami. ponieważ wdrapywałem się do góry. Obiezianka. Jakiś student. może nie miał pieniędzy na kupno książki. nic nie kupując. Ty na dole ja na górze. I wtedy. zapytał bardzo grzecznie: 274 . Jeden z dziennikarzy już wyciągał rękę w stronę telefonu. A ja jestem Lew Aronowicz Zellman. blondyn. i spaliśmy na tej sa- mej pryczy w Workucie. Rzeczywiście między czterema oczami. a z drugiej łagodne i przerażone ślepka. wracając do ro- syjskiego.. wszystko rozegrało się w cztery oczy. ciemnymi i ponurymi. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach i z podwójnymi szkłami. mimo obecności tłumu. także po francusku. Z jednej strony gruźlicze węgle. Zechce pan napisać swoje nazwisko. trzymający w ręku kwadratowy blo- czek. jak byk. Mały człowieczek w wytartym i zbyt długim płaszczu przeci- snął się do pierwszego rzędu. Miał lekko zajęczą wargę. już w to nie wierząc. ale słabo. — Jestem Kurnosow — odpowiedział Kurnosow. Jesteś Arsenij Jegorycz Ga- wierin. — Nie jesteś żaden Kurnosow. Zellman nie odpowiedział. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej. Tkwił tam. kościstej czaszce Kurnosowa. jeszcze po- chylony nad ostatnim stosem książek. Kurnosow uniósł głowę. — To oni cię wysłali? — zapytał Gawierin. który zadaje ostatnie ciosy rogami po śmiertelnym pchnięciu szpadą.. Nazywałeś mnie „małpka”. z oczami utkwionymi w podłużnej. Księgarz. Głosik Zellmana uciszył wszystkich. nieśmiałej twarzy. Patrzył na Gawierina z głębokim współczuciem.

Mam zdjęcia — powiedział Zellman. Gawierin opuścił swoje trupie powieki.. żeby zatelefono- wać. Wykręcił numer zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje. a jednocześnie błagać o przebaczenie. Aleksander rzucił się do sąsiedniej kawiarni. czy potwierdza pan twierdzenia tego pana? — Ja mam dowody. W słuchawce słodki głos recytował: — Nie ma żadnego abonenta pod numerem. grube. Proszę sprawdzić w książce telefonicznej. — Proszę pana. który pan wy- kręcił. nowe pióro wysunęło mu się z palców: — Potwierdzam.. wciąż patrząc łagodnie na Gawierina. jakby chcąc powstrzymać go przed kłamstwem. Chcę. . Natychmiast zaczął mówić: — Tu Kobei.

wtedy. choć jeszcze nie- dostrzegalny. w pewien sposób ta chwila poprzedzająca dokonanie jest najwspanialsza. zamyślił się nad tym długim okre- sem. czekało nań wiele przygód. że dokonanie już jest za nami. opalizując w niektórych miejscach. że to wczoraj stał na galeryjce łączącej wieże Notre Dame. który zaznaczył się tyloma sukcesami. „Jak ja się zmieniłem! Czy rzeczywiście tak się zmieniłem? W sumie zmieniłem się bardzo mało”. A jednak jego aktualne życie było tak pełne in- tensywnych barw właśnie dlatego. można jednak także uznać. nieco już zresztą wypłowiałą. absolutnie nie. O. już się zaczął. 276 . Wydawałoby się. to jeszcze nie był koniec. majorowi Biełoszwejskiemu. Zanim podał teczkę sekretarzowi. kiedy można uznać. co wówczas roz- począł. południe przeżywa się o drugiej godzinie. Zamyślił się nad nieprecyzyjnością określenia „szczytu”. Te same dłonie. tylko później. że schyłek. i oto Ziemia trzydzieści razy zatoczyła krąg wokół Słońca. czarnym atramentem złego gatunku. kończąc to. Środek nocy wypada nie o północy. że przyjemniejszy jest moment następujący potem. i do syta rozkoszo- wać się jego pełnią. który po latach na- brał odcienia fioletowego. było jeszcze przed nim wiele dossiers do otwarcia. okrągłym pismem o rozstawionych lite- rach. 6 OBRÓT ŚRUBY Tego dnia Pitman zamknął po raz ostami bladoróżową tecz- kę. ta sama teczka. on zbliżał się małymi kroczkami do starości. to jedno słowo: „Oprycznik”. na której trzydzieści lat temu napisał swoim prostym.

Tak. podczas gdy on przewidywał dla Oprycznika po- wodzenie o wiele bardziej umiarkowane. że trzecia faza Pskowa nie miała przynieść satysfakcji. że Abdulrachmanow tracił wyczucie. z którą wiązał tyle nadziei i do której Aleksander cudownie się nadawał. sławnej akcji Twardy znak. taką zdolność rzuca- nia uroku na ludzi — że im wykręcało oczy. jak mówią Rosjanie — iż jego chłodny blask zaowocował obficiej niż ciepłe powiewy agentów pozornie bardziej obiecujących. być może pewnej estetyki. upierać się przy trzeciej fazie Pskowa. Z innej jeszcze strony żałował. Przeciwnie. Pozbawiony wpływu? Psar skompensował swój chłód. Prowadzenie Oprycznika przyniosło Pitmanowi najwięcej zy- sków w całej jego karierze. szczególnie kucharzom. Ale zamykał to dossier bez żalu. Z drugiej strony Pitman żałował. Być może gdzieś w środku miał za złe Aleksandrowi Psarowi. chociaż można by było łagodnie wejść w pierwszą fazę Twardego znaku! To nie oznacza. Wielu już o 277 . przez taką intensywność w realizacji swych zamiarów. Zadenuncjowanie Gawierina przez Zellmana pozwa- lało Wojewodzie rozpocząć kampanię. Jego diagnoza była: nie czerwony. Czerwony? Psar złożył wszelkie dowody wierności. jak to się zdarza wielu starym artystom. że taki odniósł sukces. ale on sam miałby ochotę to zrobić w sposób naj- bardziej klasyczny. iż upór Abdulrachmanowa nie pozwalał mu na wynagradzanie Psara według jego zasług. że nie może użyć Oprycznika po raz ostatni. wówczas gdy mógł jeszcze oddawać przysługi! Co za nędza. niestety należało pogodzić się z tym. w akcji dezinformacji bardziej zgodnej z du- chem kontrwywiadu. naturalny czy nabyty. której temat został mu dostarczony w zaklejonej kopercie w ubiegłym tygodniu: „Dysy- denci są systematycznie manipulowani przez KGB”. Jaka szkoda pozbywać się Oprycznika. a jednak pozostawał na zewnątrz pewnego rodzaju etyki. zmuszał go do opłacenia mu za jego nieocenione usługi niewdzięcznością i porzuceniem go. nie mający wpływu na innych.

że tylko pozostali są na usługach KGB. usłyszą: „Faszyzm nie przejdzie” albo też „Komuniści mor- dercy”. Nie da się bowiem zaprzeczyć. którym wystarczyło dać lekkiego prztyczka. w pobliżu której przepłynął wielki statek. oczywiście. Teraz rzecz została udowodniona: ten. faza trzecia ukaże tych faszystów w roli współpracowników komunistów. To zamknie im usta. nieomal za nowego Boga dysydentów. Druga faza Pskowa pokazała ich jako faszystów. a szczególnie sami dysydenci. Trzecia faza funkcjonowała sama z siebie. Psar był podejrzany (chociaż nikt nie wiedział. jeśli będą się zwracali o po- moc. wystawiony był na nazwisko Kurno- sowa). podobna do tych ptaków. całkiem automatyczne. w jakim stopniu podejrzenia te były uzasadnione) o mniej czy wię- cej świadome wysługiwanie się reżimowi sowieckiemu. jaką na skalę światową pod- nosili dysydenci w obronie tego lub innego chuligana czy roz- pustnika. Także i jej zakoń- czenie będzie proste.tym szeptało. nasuwała się sama. Już teraz dysydenci stracili wiele ze swej popularności. obojętnie jakim. przy czym każdy z nich żył w przekonaniu. jak łódka. którego cały świat wziął za autora Rosyjskiej prawdy. w rzeczywisto- ści był pachołkiem (zdemaskowanym) rządu sowieckiego. Wtedy będą już naprawdę za- łatwieni i będzie się z nimi miało spokój przez parę lat. Dawał o sobie też znać uśpiony szowinizm francuski: niektórzy światli dziennikarze przypomną emigrantom. a przynajmniej niektórzy spo- śród nich. Odtąd. była także pachołkami (jeszcze nie zdemaskowanymi) tego samego rządu. jakim dysponował. zabawek dziecięcych. Myśl. by kołysały się w nieskończoność. za drugiego Soł- żenicyna. Dysydenci byli jednak bezradni. Wydawnictwo Lux było zagrożone przez napływające z różnych stron wielkie fale. była za każdym razem w najwyższym stopniu irytują- ca. jeśli nie mieli oparcia w za- chodniej opinii publicznej. aferę 278 . że większość innych dysydentów. Sądy francuskie nie będą w stanie nic udowodnić Gawierinowi (jedyny dowód tożsa- mości. że wrzawa.

wielkiego myśliciela politycznego. żeby nawet nie miał czasu się pożegnać. Dacie pilotowi dwa tygodnie nadzwy- czajnego urlopu w Soczi. dyrekcja «A» dbała o aspekt doktrynalny. towarzyszu generale? — Tak. Jego rodzina powróci parę dni później. rozproszyć komary dysydencji i zasiać strach (co nie jest wcale trudne) w szeregach zachodniej inteligencji? Pitman westchnął. (W odróżnie- niu od innych dyrekcji. a także pożyczkę rosyjską. był jak najgorzej usposobiony. którego kochał. „rozpruła się” niejako sama z siebie („Największa finezja polega na tym — mawiał Ab- dulrachmanow — by wasze montaże podlegały degradacji czysto biologicznej i nie zostawiały śladu”). — Czy zamykamy dossier. 279 . gdzie Ballandar zostanie przedstawiony jako agent komunistyczny. A jednak. że powierzono mu nowe zadanie.. czy chce..) Ściągnijcie pi- lota tak. żeby rodzina dołączyła tam do niego. podczas gdy praca prowa- dzona była w dalszym ciągu przez orkiestrę Wojewody. Abdulrachmanow. jako że w ostatnich latach przesunął się nieco na prawo. złóżcie je w archiwum. ale i od nowa rozkwitł we Francji terror intelektualny. Zapytacie go. Czy takie ujęcie było wystarczające? Czy opłacało się oszczędzić życie prawdziwego Michała Kurnosowa. Biełoszwejski. Któryś z młodych krytyków napisze powieść z kluczem. pokryjecie wszystkie koszty. nie tylko rozbity został klan dysydentów. które uzbierały się na jego koncie banko- wym? Pitman zawahał się. Gorgułowa. Jego żonie można zawsze po- wiedzieć.. która trwała dwadzieścia pięć lat. Bilans był więc nadzwyczajny. czy też woli się z nią spotkać dopiero później. by usunąć bez śladu Alek- sandra Psara. po to tylko. które niszczyły ślady własnych aktywno- ści. — A pułkownik dokooptowany Psar? Czy skreślić go z listy pracowników? Awansować? Czy ma prawo do emerytury? I co robić z pieniędzmi. o gromadzenie przykładów właściwie prowadzonej działalności.. W dodatku ope- racja.Stawiskiego.

. Zresztą. niech się zbierają. Był to sympatyczny mło- dy człowiek. Pitman nie porzucił myśli o Twardym znaku. którego plany leżały w jego gabinecie. już teraz jest zastępcą re- daktora naczelnego francuskiego odpowiednika naszego «Ogo- nioka». nieco anemiczny. Zostawmy ją Psarowi. — Rozkaz. a wtedy. Jeśli zaś idzie o agencję. Ma czas. Jeżeli tylko potrafi wyciągnąć coś jeszcze z agencji po ostatnim skandalu. Chorąży to agent uśpiony. Nie budźmy go jeszcze. Stanowisko agent d'influ- ence. towarzyszu generale. Dysponujemy we Francji w tej chwili sześcioma innymi orkiestrami. zaczął unikać półobrotów przepisanych przez regulamin. Później zobaczymy. zajmowane do tej pory przez Oprycznika. dumny bardzo ze swego angielskiego garnituru. Od czasu kiedy go nosił. Nie. z lokiem jasnych włosów nad czo- łem.. i on nie był nigdy zbyt biegły w półobrotach. towarzyszu generale. Zacznie funkcjonować w spo- sób możliwie niezauważalny. Co towarzysz generał poleca w jego przypadku? Czy już teraz zacznie dyrygować swoją orkiestrą? Czy posłuży się tymi samymi rekwizytami co Psar? I kto będzie jego pilotem? — Tu też poczekajmy jeszcze chwilę. — Dobrze. Koszt jej zało- żenia zamortyzował się sześciokrotnie. — Ale jego honoraria. towarzyszu generale. kto wie czy nie bę- dziemy go jeszcze potrzebowali. nie będą już wy- płacane? Mam na myśli zarówno wynagrodzenie we frankach jak i żołd w rublach? — Zatrzymajcie to wszystko. co z nimi zrobić. — Ze wszystkimi tymi decyzjami poczekamy jeszcze trochę. będzie mu się słusznie należał cały dochód. Nie przeszkadzało to jednak Pitmanowi. niech to będzie nasz prezent na pożegnanie. Już przy drzwiach Biełoszwej- ski obrócił się zgrabnie na piętach: 280 .. Nie musimy za wszelką cenę uruchamiać natych- miast Chorążego. przypadnie Cho- rążemu. Biełoszwejski ruszył w stronę drzwi.. ale nie ruszajcie jego funduszy.

wyjdzie za mąż za tego po- rucznika z ministerstwa spraw wewnętrznych.. pracując z turystami francu- skimi. lecz było go za mało. tym bar- dziej. W styczniu naj- starsza córka Pitmana. z której wyszła. Dział kadr wyraźnie wo- lał chłopców. Zatrudniamy ją przy pracach biurowych. Abdulrachmanow powtarzał mu ze dwadzieścia ra- zy. — Skąd ona przyszła? — Z drugiej dyrekcji głównej. tego wielkiego człowieka. mój samochód. — Kapitan Kuzniecową wróci do dyrekcji. Spadł już śnieg. towarzyszu generale. sekcja druga. pojadę do Wołkowa. — Ach tak. a jednak Pitman nie mógł uwolnić się od myśli. Psar miał córkę. Biełoszwejski. poniżej jej kompetencji. że żerowanie na więziach rodzinnych było czymś złym. Pitman pomoże mu w tym. Przedstawicie ją do awansu. by myśleć o sannie. który marzył o przejściu do KGB. którzy mieli wszystko do zawdzięczenia tylko 281 . Utrzymuje. Światosław będzie musiał poczekać do stycznia. intelektualistami. że w ten sposób niszczymy jej karierę. „razem ze swym ciałem fizycznym. iż stoi ponad dobrem i złem.. I przygotujecie też. który uważał. iż sam żywił tak wielkie uczucia rodzinne. — Dziękuję. Siódmy departament. że w sprawy związane z wywiadem człowiek angażuje się całkowicie. Cała ta historia z kobietą i dzieckiem nigdy nie podobała się Pitmanowi. Zrobiła staż w manipulacji. żeście mi przypomnieli ten aspekt zagadnienia — Pitman bawił się ołówkiem automatycznym. na ile było to możliwe — szkaradnej inscenizacji wymyślonej przez Abdulrachmanowa. ale nie zaangażuje całego swego autorytetu w tej sprawie. który wcale nie był jego dzieckiem? Z uczuciem ulgi podjął Pit- man decyzję o zaniechaniu — na tyle. Swietoczka. Dlaczego mu ją odbierać? Jakim prawem narzucano mu syna. Co zrobić z Ałłą Kuzniecową? Już od trzech lat składa odwołania. — Jeszcze jedna rzecz. kosmicznym i duchowym”.

cichutko przed dziesięciu laty. od kandydatów popieranych przez ich teściów. jakiego dokonała jego córka. bogato zdobionych i pozłacanych. Przed chwilą zamknął tamto dossier. Pitman westchnął. Nie potrafił on jednak wzbudzić w synu wielkiego uczucia i dlatego Jakub Mojsiejewicz gdzie indziej ulokował swoje senty- menty. kolosa. Wzdychał teraz często. w domu ro- dzinnym miała ich zawsze dość. Być może jego oj- ciec. Wyczuwał w Walerym niepokojącą słowiańską brutalność. nie mógł sobie odmówić przyjemności zrobienia stójki na poręczy fotela. księga o gru- bych kartach. przez pi- stolety arabskie i mieszki na proch. pięknie żyłkowanej. a teraz zbli- żała się coraz bardziej śmierć tego drugiego. na skó- rzanej kanapie. nie miałby nic przeciwko tego rodzaju ety- ce. które migotały miedzią i 282 . Mały krawiec umarł skromniutko. szelest wszystkich jej stronic. ten porucznik. Wybór. Gdy tylko znajdował się w salonie. że stłumi w swych dzieciach wszelką tkliwość i że zaszczepi w nich pierwotny arywizm. tchnące chłodem i wilgocią. czułości. bierz. Ale czy gimnastyka akrobatyczna jest niezbędnym skład- nikiem szczęścia małżeńskiego? Jakim ojcem będzie Walery? Można się było obawiać. biją. giganta. jak księga we wspaniałej oprawie. a wkrótce zamknie się tamto niezwykłe życie. otoczony przez swe książki i dywany. Czy będzie dość czułym mężem? Swie- toczka tak bardzo potrzebowała ciepła. dla którego bolszewizm będzie zaledwie przykrywką: „Dają. ostatni stuk.. Walery myślał tylko o porę- czach i pierścieniach. Wielki człowiek spoczywał. a na koniec rozlegnie się ostatni. zwiewaj”. swój podziw i potrzebę naśladownictwa. jak w dawnych czasach. księga zamknie się i wyda ostatnie westchnienie.. drobny krawiec. Kończyła się jakaś epoka. przybranego ojca. definitywny dźwięk. Dacza spoczywała pod ośnieżonym wzgórzem jak na wido- kówce. Zresztą. nie zachwycił wcale Pitmana. Cienka jak płat plastiku warstwa lodu pokrywała jezioro.własnym rękom.

które z tru- dem tylko dało się odróżnić w mroku. czyjego przybrany oj- ciec przypadkiem nie zwariował. lecz tak mocno już naznaczony przez nadchodzącą katastrofę. muzykalna. Pit- man nigdy przedtem nie widział tych przedmiotów u Ab- dulrachmanowa. To w takich pomieszczeniach żyli i umie- rali zamożni ludzie dawnego reżimu. i potem nagle — wystar- czy dotknąć je pogrzebaczem — rozsypujących się bezszelestnie i przemieniających się w szary popiół. Zaczął się zastanawiać. ekscelencjo! Słysząc ten głos tak wyraźny. okiennice były zamknię- te. a żarzących się jeszcze i zachowujących do końca wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły swego unerwie- nia. 283 . jakby ciesząc się swą bliskością. Mohamedzie Mohamedowiczu? Umierający nie wyrzekł ani słowa. Na kanapie piętrzyły się koce. zała- mujący się czasem i przechodzący w szept.srebrem na ścianach. — Jak się pan czuje. To srebro było ikoną. dotyczących ruchomości i nieruchomo- ści? Pitman ze swej strony nie chciałby nigdy spać bez swej cie- płej Eliczki. Małżeńska sypialnia nie bardziej jest typowo rosyjskim pokojem niż jadal- nia typowym pomieszczeniem francuskim. zasłony zaciągnięte. Z tego mauzoleum doby- wał się tubalny głos. swych włókien. Kryjówka pogrążona była w mroku. wytworna: — Otóż jesteś. Ale czy jest jakiś sens w tych rozróżnieniach. a lampka — wiecznym światełkiem. odbijająca się w srebrnym zwierciadle. Lecz dykcja nie zmieniła się wcale. ale w kącie naprzeciw drzwi paliła się mała czerwona lampka. Pitman myślał o polanach wypa- lonych już od środka. carskiej Rosji. futra i poduszki. Pomiędzy tymi dwoma mężczyznami nie mogło być mowy o kłamstwie. czując po raz ostatni pożywne ciepło łączącej ich przyjaźni. lecz jakby pęknięty. wymowa była wciąż staranna. Przez długi czas milczeli obaj. jeszcze potężny. i sęków i pęknięć.

Zapadł w sen. w których nie można było go odnaleźć. Rozróżniał teraz wielką głowę wciśniętą pomiędzy okrągłości poduszek. właściwiej. od dawna chciałem pana poprosić. wolałby spędzić wieczór w gronie rodzinnym i wrócić tu nazajutrz. Wyciągniemy wszystkie nitki. Później przeszedł do jadalni. nie doszlibyśmy do niczego.. Innokientij na- krywał do stołu: położył tylko jedno nakrycie. żeby on wrócił? Tak byłoby lepiej. Niemy zwrócił ku niemu głowę.. Wciąż nie chce pan. Pitman dostrzegł dwa świecące wilgotne ślady. zgasło na wargach. tak jakby poruszały się z własnej woli. Dzi- waczny czepek wydłużał jeszcze czaszkę. W końcu służył nam przykładnie. Pitman. — Słuchaj. Na pół siedząc. Na jego pustej. W trzewiach Abdulrachmanowa powstało jakieś drżenie. Zadzwonił do domu. Eliczka nie była zadowolona. jakby zawieszony między świadomością i nieświa- domością. W kącie pokoju rozłożył już łóżko polowe: liczył na to. Być może była to oznaka zbliżającej się śmierci. Ale to przecież pan właśnie. siedział bez ru- chu ponad godzinę. pod szczotką włosów.. — zaczął. w otchłaniach. przeniosło się przez całe jego ogromne ciało. nie rezy- gnując ze swego senatorskiego „nnno” — jak się ma mój pod- opieczny? Oczy Pitmana przywykły już do ciemności. — Eliczka. 284 . — Zostanę — powiedział. pokrytej zmarszczkami twarzy. tak że stawała się po- dobna do głowy cukru. trzymając ręce pomiędzy kolanami. że Pitman zanocuje w da- czy.. jak te. A on ma przed sobą już tylko parę godzin. — Nnno więc — zaczął wreszcie Abdulrachmanow. — Mohamedzie Mohamedowiczu... gdyby nie on.. które zostają po przejściu ślimaka. Abdulrachmanow położył dłonie na prześcieradle i jego ręce od czasu do czasu gładziły tkaninę.. To nie odpowiadało Jakubowi. z której wyrastał ogryzek nosa. Nie miałem śmiałości.

Zawsze wiedziałem. Pitman zjadł ten chłopski posiłek powstrzymując 285 . Rzeczywiście była na kolację zupa kalafiorowa. Ale pewnie się mylę. który przynosi przebaczenie. że czuję jej zapach. nie ma co być miłosierny. Pitman podszedł do okna i rozchylił ciężkie. to ty. dłonie leżące na prześcieradle drgnęły: — Odsłoń okno. i wódka. których Pitman nie zrozumiał: — Niewolnik tego. że nie wie. Za podwójną szybą ukazała się ziemia usiana kryształkami śniegu. — Umiera się prawie zawsze w innej porze roku. synku. Innokien- tij z pewnością ugotował dla ciebie zupę kalafiorową. Pitman pochylił się nad nim i pocałował dłoń. W ciemności świeciły oczy starca. Mała przesądna lampka wciąż paliła się przed srebrnym zwierciadłem. tę małą dłoń. jakby chcąc po raz ostatni nakarmić oczy takim obrazem. Syn tego. — Zauważyłeś? — powiedział Abdulrachmanow. — Idź— powiedział Abdulrachmanow — idź jeść. Połóż to tutaj. usiane kryształami gwiazd. że umrę jesienią. gdy jednak Jakub zbliżył się do niego niosąc na tacy zieloną butelkę i mały kieliszek. Urodziłem się w czerwcu. Wrócił do pokoju Abdulrachmanowa. i nawet śledź wę- dzony. którą wybrać wersję. wzorzyste zasło- ny. Wziął Pitmana za Innoktientija. uśmiechnął się: — A. które też się zaróżowiło. Zdawało się. Zdaje mi się. a nad nią ciemnogranatowe niebo. Jego szczęki poruszały się. — Likierku!— zażądał. który przynosi przebaczenie. Wymruczał dwa zdania. Abdulrachmanow chłonął ten widok. nie ma co być miłosierny. bo mój nos strajku- je od dawna. wieńczącą ramię olbrzyma.

— Teraz pozostaje tylko oczekiwanie. mój plastikowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Ponieważ trzeba było zmusić ludzi. Wytarł usta i wrócił znowu do swego przyjaciela. Twój generał dziękuje ci. Wielki Monter. synu.szloch. To ty. A ludzie. Jesteśmy zaledwie. Zakaz to element dezinfor- macji. synu? I tak właśnie powinno być. ale dobrze zaopiekowałeś się twoim gene- rałem. Jak w skomplikowanych montażach. Nic in- nego nie robi ten na górze. co mówi się w Księ- dze. Kenti? Ty jesteś chłopem z chłopów. A przecież nie ma nic niezwykłego w śmierci człowieka. Abdulrach- manow drzemał. aż mróz weźmie. powi- nieneś wziąć się do czytania Sun Tsu. Nie możemy się uważać za źródło promieniowania. — Nnno więc — powiedział naraz umierający silnym głosem. Ty i ja jesteśmy tylko pałeczką przechodnią. Doszło do wojny. Anioły zbuntowały się. bojąc się zrozumieć zdanie Ab- dulrachmanowa. Wąż. który nie pozwalał mu połykać jedzenia. nie podnosząc powiek. pamiętasz. Ludzkość powstała w ramach operacji dezinformacyjnej przeciwko Szatanowi. które spoczywały na jego oczach jak ogromne muszelki. On opowiada o Prefekcie 286 . aż zamarznie. Czekać i za nic w świecie nie in- terweniować. Słyszysz? Twój generał składa ci podziękowanie. Czeka. najlepszy sposób. — Kto? — spytał Pitman. Któregoś dnia. Pamiętasz. pudłami rezonansowymi. który liczy sobie osiemdziesiąt jeden lat”. Poczekać. W przeciwnym razie wojna z tym hitlerow- cem Lucyferem byłaby przegrana. Od czasu do czasu w półcieniu pokoju coś się zmieniało w oświetleniu: to Innokientij pojawiał się w obramo- waniu drzwi. Powiedział so- bie: „Jestem zbyt wrażliwy. wąż to przebrane słowo. To jak u Sun Tsu. — Ten od największego ze wszystkich montaży. żeby ich nakłonić do zrobienia czegoś.. Czyż nie w ten właśnie sposób myślisz o stworzeniu. żeby zainteresowali się dobrem i złem. za dyrygentów orkiestry..

Udało mi się chyba odrobinę nagiąć Historię we właściwy spo- sób. Co miała oznaczać? Po jakimś czasie Abdulrachmanow znów się rozbudził: — Wiesz— powiedział zwykłym głosem. to co straciliście jest ni- czym w porównaniu z tym. że jego mistrz kompromituje się. Abdulrachmanow znów pogrążył się w mroku. że się rozpłakali. często czy- niłem go wykonawcą moich zamierzeń. nie wiem. który walczył z dwoma buntownikami. zarządził. Jeżeli nie. to wielkie ciało nie kryło już żadnej 287 . czyjego mistrz zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. Zapytał go: — Co pan chce powiedzieć. Rozpłakali się. Żołnierze sami zażądali bitwy. Jeżeli Abdulrachmanow odpowie: w sposób wy- znaczony przez Marksa i innych ojców Rewolucji. po- wiada Sun Tsu. wolał jednak wyjaśnić sprawę. Dlaczego do łóżka. Zadał im straty i obłowił się przy tym. których imion nie pamiętam. W ka- żdym razie następnego dnia rano buntownicy zostali unice- stwieni. Wtedy jego żołnierze nie chcieli wrócić do walki. Mohamedzie Mohamedowiczu? Czyżby wierzył pan w Boga? Nie otrzymał odpowiedzi. Podobnie postępuje Wielki Monter. co do tej pory złupili. Wtedy prefekt zwrócił się do nich: „Panowie. Pitman wiedział. obawiając się że stracą to. co wciąż jeszcze znajduje się w posia- daniu buntowników”. Pitman przypatrywał się małej lampce. Żołnierze wracają. co uczynił Hsiang? Posłał ich na polowanie i podpalił ich obóz. Hsiang. tak jakby był zdro- wym człowiekiem — jestem dość zadowolony z mojego życia. jego duch był jeszcze obecny. — Co to znaczy „we właściwy sposób”. Mohamedzie Moha- medowiczu? Drżał cały. Pitman obawiał się.Hsiang. Czy wiesz. nie był jednak pewien. Łupów nie ma. który sposób był właściwy. raz czy dwa razy podstawiłem nogę Szatanowi. by nakarmić konie i by każdy żołnierz dostał swój posiłek do łóżka. Sun Tsu mówi wyraźnie.

wiesz o tym równie dobrze jak ja. Cała reszta. Tak bardzo chciał. Naprzód ubłagali Wikingów. — Pan jest Uzbekiem. jaka była ich historia. mój tombakowy Jakubie Mojsiejewiczu. Powieści Dostojewskiego nie były lekturą zalecaną w ich śro- dowisku. mój zło- ciutki Jakubie Mojsiejewiczu. Odczuwał ból. że jeśli sprowadzi mu się leka- rza.. Pitmanowi przynajmniej wydało się. Rosja nigdy nie 288 . I dywany piękniejsze niż ciało kobiety. żeby zechcieli nimi rządzić. przywita go strzałami z pistoletu. Mohamedzie Mohamedowiczu. jak przy- stało bolszewikowi. — Nie. żeby mo- żna mnie było wyleczyć. a on nie zechce umrzeć za mnie. „Jestem za stary.. więc o co chodzi?” — Mohamedzie Mohamedowiczu. że zmienił temat rozmowy: — Czy czytałeś Dostojewskiego? — Trochę. Jesteśmy Rosjanami.duszy. to Wielki Démonter. kto jest tym Szatanem. Przyjrzałeś mi się kiedyś? Pozostali. nie bardziej jestem Uzbekiem niż ty Żydem. Potem Polacy. to dezinformacja. ty. to dlatego widział pan wielbłądy. — Naszkicował mój portret. Było wiele wielbłądów i derwiszy. z naszymi ciemnymi kędziorami. Wielkorusy. Posadzono mnie na grzbiecie wielbłąda. Abdulrachmanow nie odpowiedział na to. wiesz o tym? Pitman zamknął oczy. Być może lekarze umieliby to osiągnąć. Później zgnietliśmy ich. ale Abdulrachmanow zapowiedział. o którym pan mówi? — Szatan. zrodzony nie wiadomo jak. który zrodzony zostałeś z Sema i ja. Potem szukają sobie opiekunów w Niemczech. żeby nam przytrzymać strzemię. żeby jego dobroczyńca umarł w pełni przytomności umysłu. potrzebni byli tylko do tego. synu. Jesteśmy prawdziwymi Rosja- nami. jedynymi prawdziwymi Rosjanami. Zobacz. wszędzie dookoła znajdowały się wielbłądy. Gdy byłem mały.

jesteś Rosjaninem przyszłości. 289 . rozległość. nigdy nie potrafiła nawet utrzymać stolicy w jednym miejscu. Czy wiesz. będę go kochał”. był moim ku- zynem. ale także dlatego. Imperium rosyjskie! Nic więcej nie trzeba dodawać. Prawdziwi Rosjanie są na wymarciu. Dajcie nam wasze kobiety. I Bałt. mój diamentowy Jakubie Mojsiejewiczu.. A ja. Uzbeków. którą kazał opu- blikować Oprycznik? Tam. Zapomniano tylko o jednej rzeczy: że Uzbecy są bardziej rosyj- scy niż sami Rosjanie. I Rosja będzie się tak długo skrobać. że Rosjanie zawsze prakty- kowali integrację. Dopóki więc choć jedna jego cząstka pozostanie przy życiu. że stają się impotentami. póki jej mieszanka nie bę- dzie doskonała. dlaczego? Tak. Ale wtedy. „Kochałem nie tylko jego inteligencję. Inni to amatorzy.. August i Cezar. Anglicy nie mylą się: wystarczy poskrobać Rosjanina. a Pitman odnalazł w sobie moralną siłę — czy może raczej słabość — by pogodzić się z degradacją intelektualną wielkiego człowieka. jako że tylko pierwsi rzymscy cesarze byli Rzymianami. To jedyne nowoczesne imperium kolonialne. że imperium rozsypie się na kawałki. Tak właśnie mu- si być.. Borys. mój synu. to było w porządku. któremu się powiodło. nie było tu żadnych mórz do sforso- wania. ilu bastardów? Napłodziłem ich. ale pracowałem dla sprawy. Nie znam ich. hopla. Widzia- łeś wskaźniki demograficzne? Ty co innego. ty i ja.. nie chcę ich znać. białoruskich i czerkieskich. Nasz największy car.. w łonach kobiet wielkorosyjskich i małorosyj- skich. ty masz rodzinę. A cesarzami przyszłej Rosji. Słysza- łeś o micie Trzeciego Rzymu? Nie jest fałszywy. Jej jedyny sprawny przywódca od cza- sów Rewolucji był Gruzinem. gdzie były same statystyki? Dowo- dzono.rządziła się sama.. żydowskich i lapońskich. Ich żony buntują się. Dzięki temu Za- chód był spokojniejszy. ale całego człowieka. Ale także i Żyd. dzielny Oprycznik. wyjdzie spod niego Tatar. będziemy my. Abdulrachmanow znowu zapadł w niebyt. Piją tak dużo. a narobimy wam maleńkich Rosjan. Pamiętasz tę książkę. I Polaczek.

Myślałem. I być może mój ojciec również. 290 .. pomyślał Pitman. najbardziej absurdalną i poniżającą nawet: — Po co to panu? — Aha. W tamtym momencie nie warto było być chrześcijaninem.. Zastanawiałem się nad tym. że zniesie każdą odpowiedź. czując. że. Przysiadł przy łóżku. po czym. Może pochodzę z rodziny muzułmańskiej. pan przecież pocho- dzi z rodziny muzułmańskiej. Mohamedzie Mohamedowiczu. śmieszy mnie to pochodzenie. niekiedy zanikał i znowu się pojawiał. rozglądnął się wokół ze zdumieniem. Pitman nareszcie zdobył się na odwagę postawie- nia mu tego pytania w najłagodniejszej formie. to cię dręczyło. — Pochodzę. Gdy Abdulrachmanow otworzył oczy. o cerze tak ciemnej. jego obraz był u nas w domu. Mateusza. Muzułmanie nie znają ikon. „Nie dożyje następnego dnia”. która miała szczypczyki i. ujrzawszy ikonę. ty wiesz. — Czyje święto? — Matwieja. to nie jest Mateusz Ewangelista. — Ależ. to nasz Matwiej. Westchnął i całe jego ciało poruszyło się przy tym. więc po pierwsze dzisiaj jest jego święto. Dobrze. pochodzę.. że sprawi mu to przyjemność. tak żeby widzieć jak najdokładniej twarz Abdulrachmanowa. Oddech był na zmianę szybki i po- wolny.. knot. — Dezinformacja. Nazywam się Matwiej Matwieje- wicz.. — Zauważ. że na tle poduszek wy- dawała się całkiem czarna. rozchylił wargi w lek- kim uśmiechu. podobny w tym do źle pracującego silnika. że jest pan chrześcijaninem? — Mój synu — powiedział Abdulrachmanow — istnieje tylko jedna religia. Gdy byłem mały. i była stara służąca. — Chce pan powiedzieć.. de-zin-for-ma-cja. ale zostałem ochrzczony. — Ale przecież mówił pan. mój cukierkowy Jakubie Mojsiejewiczu.

. nie przyznając im monopolu na prawdę. mój mały. Abdulrachmanow zamilkł znowu. Gdy przekonał się. mój synu. ale był pewien. że wcale nie jesteśmy bardziej brzyd- cy i niebezpieczni niż Chile. 291 . żebyś zaczął rozumieć. Niczego nie podejrzewał. nie próbując nawet uchwycić się wystających gałęzi. — Już nie wiem — odpowiedział Abdulrachmanow. Zsuwał się po pochyłości..Pieczerski. Ale czasem zatrzymywał się w tym upadku. nie powinni byli tworzyć naszej dyrekcji... Teraz dysponujemy planami na dwadzieścia. Wmówiliśmy mu. tym razem nie zamykając oczu. jakże kochałem Rosję. Dopóki jeszcze byliśmy małym departamentem. jak balon. aby pokazać światu. Mój organizm nie chce już nic przyjąć. że Bukowski to wariat. wydaje mi się. ani Matwiej. Właśnie w trakcie jednego z tych momentów bliskich upojenia Abdulrachmanow wyjawił Jakubowi tajemnicę czapek- niewidek.. trzydzieści lat naprzód. co się stało z Bukow- skim? Wpadliśmy na pomysł. że odgaduję. że już nie będę więcej pił na tej ziemi. — No właśnie. zatrzymały się na niej i zdawało się. A na- jadłem się jej sporo. Czy oni pozwalają ci zorientować się w tym? — Tak. towarzyszu generale? Pitman nie odważał się mówić ani Mohamed. Wrzesz- czał. do którego wdmuchnięto porcję ciepłego powietrza. właśnie. że źle nas poinformowano. — Wypadałoby. O.. — Czy chcecie likieru. wyko- nującym określone polecenia. Nie można zatrudnić za- wodowych kłamców. na czym polega na- sza praca. Rosjanin. Oni zorientują się dopiero za kilka dobrych lat. Jego oczy odnalazły ikonę. Później Pitman zapytał go. że tak nie jest. czy cierpi. było już za późno... — Myślę. jeżeli chcieli w dalszym ciągu jechać na swojej ideologii. Tak. Pamiętasz. Jego oczy szukały czegoś niepewnie. że odnalazły dzięki temu spokój. żeby wymienić go na kogoś tam z Chile. Leonid Iljicz nie zgadzał się na to.

Jakubie Mojsiejewiczu. być może jednak umierającemu nie chodziło o ciepło w znaczeniu czysto fizycznym. do użytku wewnętrznego. — Nie — powiedział Abdulrachmanow. muszą mieć też dostęp do informacji. W porządku. mój synu. — Dywan. 292 . ale nie poradzą sobie z obrazami. to jest do Dobra. który wydał mu się najpiękniejszy.. Tkanina dywa- nu była tak sucha i twarda. Chodzi o jeden i ten sam cel.. czyjego mistrz pada ofiarą niewiarygod- nej megalomanii. Pod przykryciem tak sztywnym i tak hieratycznym przypominał raczej postać wyrzeź- bioną na wieku sarkofagu niż człowieka z krwi i kości. Przykrył nim ciało swego nauczyciela jak sztandarem. mój. i tylko głowę zostawił na zewnątrz. Mogą nas rozstrzelać... jesteśmy fabryką prawdy. czy też mówi prawdę. ozdobiony deseniem w kształcie rombów. W tym czasie. Pitman nie wiedział. mój. kwadratowy.My. musieliby i tak podążać zgodnie z na- szymi drogowskazami. co mają klucze do dezinformacji. — Czy tak lepiej? Abdulrachmanow nic nie odpowiedział. My zaplanowaliśmy już dwudziesty pierwszy wiek.. Do użytku ze- wnętrznego. co zdarza się czasem ludziom umierającym. (zawiodła go wyna- lazczość językowa) w tym czasie my poprowadzimy ludzkość do szczęścia. — Kenti! Jeszcze jeden koc. jakie jest ostatnie kłamstwo. bo nigdy nie będą wiedzieli. które już wy- produkowaliśmy.. będą trzymali strzemię. to my wytwarzamy wszystkie obrazy.. Rosjanie.. by mogła za- trzymać ciepło. On sam przeczuwał już wcześniej ten se- kret: ci.. Gdy- by nawet nas zabrakło. Ale w ogó- le. Wszystko się zazębia. jeśli idzie o Rosjan. my w areopagu. że nie wydawało się. Wziąwszy pod uwagę rozwój techniki.. a to oznacza panowanie nad światem. — Zimno mi — powiedział nagle Abdulrachmanow. Jego oczy stały się szkliste. nie są potrzebni. Nigdy nie wyjdą z naszego labiryntu. Pitman wybrał dywan. lazurowo-ciemnopurpurowy. wszystko się zgadza.

której nazwiska nigdy nie słyszeli. że tyle jego nad- ludzkich misji uwieńczonych zostało sukcesem. kim była ta osobistość. Ale czyż na łożu śmierci nie dał do zrozumienia. Pitman padł na kolana przy łóżku i przycisnął policzek do starego bucharskiego dywa- nu. jakby tym samym mógł jednocześnie wyrazić swoją miłość i po- bożność. przed nimi dwo- ma. robił szeroki znak krzyża. Płakał. Członkowie korpusu dyplomatycznego wzięli w nim udział wyłącznie z chęci przypodobania się gospodarzom. Abdulrachmanow służył ojczyźnie i Partii lepiej niż ktokolwiek inny. Innokientij zawył z bólu. wracając do przyzwyczajeń z dzieciństwa. a Pitman nie wiedział. insygniami honoro- wego czekisty. A jeśli chodzi o lojalność. dwukrotny kawaler Orderu Lenina. Nagle wydało mu się. co należało o tym myśleć. To właśnie ta lojalność sprawiła. chociaż dzień pracy 293 . Generał-pułkownik Abdulrachmanow Mohamed Mohame- dowicz. jaki wykonać gest. w którym wielu rozpoznało ukochanego ucznia i w pewnym sensie duchowego dziedzica zmarłego. Żadnych dodat- kowych informacji na temat tych nadludzko trudnych misji. Czyż Partia nie jest najwyższym sędzią dobra i szczęścia? Po zakończeniu pogrzebu odbyła się oczywiście stypa. Czuł. inną. orderem Wojny Patriotycznej. dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego. Przyciskał przy tym z wielką siłą palce do czoła. Chwila niepewności nie trwała długo. Było wiele prze- mówień i generał-porucznik Pitman. że jego dobroczyńca zasłużył na śmierć bardziej doniosłą. a tuż obok niego Innokientij. z któ- rej wielu wyszło tak słaniając się na nogach ze smutku. ramion i piersi. Pitman nie bardzo wiedział. że mu- sieli być odwożeni przez swoich szoferów. a nie w takich okolicznościach. odznaczony orderem Czerwonego Sztandaru. miał uroczysty państwowy pogrzeb. że ta śmierć ma w sobie coś niesto- sownego. że ojczyzna i Partia były dla niego tylko środkami? Środkami do osiągnięcia jakiego celu? Dobra i szczęścia. mówił przez pół godziny o absolutnej lojalności nie- boszczyka. bo nie wiedzieli. Tak. też na klęczkach.

Wyciągnął stamtąd kartonowe pu- dełko. Czyż nie tego właśnie życzyłby sobie Abdulrachmanow? Po piętnastu minutach nieskoordynowanego marszu.jeszcze wcale nie miał się ku końcowi. najpilniejszą sprawą dla jego wyznawców jest obalenie jego testamentu. któ- rej nikt nie mógł wymówić bez dodatkowych wyjaśnień. lecz właśnie rzeczy nieuchwytne składają się na codzienność 294 . kiedy to raz miał łzę w oczach. Ogólnie rzecz biorąc mimo cierpienia był raczej radośnie podniecony. Śmierć Abdulrachmanowa spowodo- wała wielką wyrwę w szeregach areopagu. Poniósł stratę nie do naprawienia. Chodząc kołysał się i wykonywał piruety. Pitman zatrzymał się przed sejfem i otworzył go. Pitman nie należał do nich. do diabła. na którym prócz firmowego nagłówka dyrekcji «A» moż- na było przeczytać słowa „Absolutnie tajne”. Pitman miał zamiar również z tego skorzy- stać. Postawił pudełko na stole. Z tru- dem tylko można było znaleźć coś jeszcze bardziej nieuchwytne- go. wy- pisanym ciemnozielonym atramentem znakiem zamiast tytułu. które przy- trzymywały pokrywkę. myślenie o niej. to znów uśmiechał się. Dyrekcji. roztrząsanie jej. które były tylko imita- cjami starych. Kiedy wielki człowiek umiera. Kazał się odwieźć do Pałacu Roztop- czynów i zamknął się w swoim pokoju. Wewnątrz znajdowała się seledynowa teczka. żeby nadać swojemu ukochanemu planowi nazwę. niezwykle rzadko uży- wany. Należało się liczyć z poważnymi przeszeregowaniami per- sonelu i. nie dający się wymówić sam w sobie i służący wyłącznie do waloryzacji poprzedzającej go spółgłoski. Z rękami założonymi na plecach Pitman najpierw przespace- rował się po swoich własnych dywanach. Pitmanowi spodo- bało się. jako że Eliczka nie pochwalała przesadnych wy- datków. pił mało i ostrożnie. Był to twardy znak alfabetu rosyjskiego. w całym KGB. usiadł i rozwiązał błękitne sznurki. nie mogło niczego zmienić. z jednym. Nie inaczej miało się stać i tym razem.

jak Grecy koniem trojańskim. agresywna. to kapitalizm. będąca w użyciu w carskiej Rosji. biorąc pod uwagę 295 . Francją. Oceńmy trzeźwo sytuację. kiedy to. konserwatywna. Istnieje w języku rosyjskim miękki znak. można już w tej chwili przewidzieć zwycięstwo marksizmu-leninizmu. że żadna zmiana nie naruszy tej równowagi. nieprecyzyjnym. I wówczas stanęlibyśmy w obliczu konieczności wywołania otwartego kon- fliktu. Pitman otworzył teczkę i oblizując wargi. Litera ta. ruch tego typu mógłby gwałtownie się rozszerzyć na cały Zachód. pokojowa. Nie powinien nas jednak usypiać przesadny optymizm. lecz wygodnym. konstruktywna. co określamy mianem. żeby nazwać jakąś operację „miękkim znakiem”. poniosło klęskę. w świecie zmagają się z sobą dwie siły. Tego typu prąd jest nie tylko prawdopodobny. apatyczna. Za- triumfuje on jako taki. albo też posłuży się. którego dalsze losy trudne są obecnie do przewidzenia. oży- wiona wielką wiarą w samą siebie. Dru- ga. energiczna. A poza tym Twardy znak świetnie paso- wał do stylu dyrekcji. wycelował okularki w pierwszą stronę tekstu: Od chwili. którą uznać można za ostateczną. jak każdy autor czy- tający swą własną prozę. Pojawiając się w jakimś konkretnym kraju. Jeśli posłużymy się jako przykładem jednym z krajów zachodnich. mogłoby ono w końcu spowodować uformowa- nie się trzeciego prądu ideowego. pozbawiona ideałów i natchnienia. a raczej nierównowagi sił. że doszło tam do pewnego wrzenia intelektualnego. zamiast zadowalać się oczekiwaniem na zgnicie przeciw- nika i powiększanie się przyszłej zdobyczy. lecz jest prawie niemożliwe. Nikomu nie przyszłoby do głowy. Założywszy. faszyzmu. możemy zauważyć. to marksizm-leninizm. a co lepiej byłoby nazwać narodo- wym socjalizmem (Nationalsozialismus). mogła również sugerować twardość i nieustępliwość reżimu sowieckiego. socjalizmem nienarodowym.służb wywiadowczych. dzięki nowoczesnym środkom komunikacji. Jedna z nich.

czy ruch ten odwoła się do wartości wstecznych czy postępowych. Natomiast zawiązanie się takiego ugrupowania nie może być w żadnym wypadku groźne dla naszego kraju. Nie na- leży bowiem zapominać. możemy uznać jego pojawienie się za coś niezbicie pewne- go. a mogłoby nawet przekształcić wymierzoną w nas broń w skuteczne 296 . przy- najmniej przez pewien czas. W takiej perspektywie aktualna konserwatywna tendencja Anglii. do której mają więcej sympatii — pozostawiając ją w ten sposób w opozycji — ponieważ wszelka władza wzbudza ich wstręt. neutralizowana przez tę ten- dencję. któ- re korzystają już z systemu komunistycznego. która teoretycznie będzie równie wroga wobec burżuazyjnego kapitalizmu. Ponieważ jednak partia ta będzie mo- gła się rozwijać swobodnie tylko w krajach kapitalistycznych. możemy uznać prawdopodobieństwo utwo- rzenia się Trzeciej Partii Światowej. Szwecji. opóźnić nasz pochód ku promien- nej przyszłości. co wobec pro- letariackiego komunizmu. zwyciężyła teraz we Francji. może. iż nie głosują na frakcję. że Francuzi posiadają tę cechę szcze- gólną. Jakkolwiek bę- dzie. obdarzona większą witalnością niż kapitalizm. że będzie ona szczególnie uczulona na ko- munizm. żeby nas postawić w trudnej sytuacji. religij- nych czy humanitarnych. która jak się wydaje. Założywszy. że prosty i czysty kapitalizm nie nabierze nagle drugiego oddechu. a przede wszyst- kim USA nie jest. można przewidzieć. Niemiec Federalnych. bo tylko on będzie dla niej zagrożeniem. Australii. Nie możemy przewidzieć.reguły dialektyki. zrodzi się w masie ludowej czy też bę- dzie elitarny. w którym organy bezpieczeństwa państwa sowieckiego zwykły działać. czy rozprzestrzeni się również w krajach. czy będzie miał poważne szanse. Ta trzecia siła. aby jakieś wzburzenie tego typu nie zagroziło realizacji naszych projektów. wbrew pozorom. Gwałtowne unicestwienie takiej uformowanej grupy przyspo- rzyłoby nam problemów i nie byłoby całkowicie zgodne z du- chem.

które działały w przekonaniu. 297 . który będzie do nas należał i który przy- ciągnie do siebie opiłki żelaza nowych idei i ich wyznawców. Jest całkowicie oczywiste. pojawiają się w telewizji. prowadzona przez jednego z naszych agentów przeni- kających. deklaracje ich są publikowane w prasie. byłoby do- brym posunięciem strategicznym dostarczenie potrzebnych ka- talizatorów po to. Ale sytuacja międzynarodowa mocno się zmieniła. choć na mniejszą skalę. pozwoliła skłócić z sobą różne pokolenia emigracji. Szczegól- nie rosyjska emigracja. Jej przedstawiciele. to posłużenie się tym wniknięciem naszych dysydentów w świat zachodni tak. jakakolwiek byłaby ich jakość. partia Młodych Rosjan. ponieważ a priori sympatyzują oni z ideami liberalnymi. prowadzone były już z powodzeniem: siatka Trust pozwoliła nam nie tylko wydrenować poważną część białej emigracji. Jeśli tego zechcemy. byśmy my z kolei mogli go przeniknąć. Przypomnijmy.narzędzie. całkowicie izolowana w latach dwudzie- stych i trzydziestych. odgrywa obecnie pewną rolę w świecie. Można więc wyciągnąć wniosek. są przyjmowani przez szefów państw. że aktualna dyrekcja lepiej niż ktokolwiek inny nadaje się do prowadzenia tej akcji. Dalej. gdyby formowanie się tego typu partii opóźniało się. kształtują opinię publiczną. Mówiąc inaczej. w naszym interesie leży rzucenie na Zachód magnesu. że operacje tego typu. że finansują ugrupowanie kontrrewolucyjne. to Trzecia Partia. co pla- nujemy w ramach montażu Twardy znak. które mo- gły być przyciągnięte przez faszyzm. jak również wchłonąć i wysterylizować wszystkie talenty. mogłaby się skrystalizować wokół tych dysydentów. że w przypadku. To. której utworzenie wydaje nam się nieuniknione. aby zgromadzić wokół kontrolowanej przez nas bazy wszystkie elementy potencjalnie zainteresowane taką działalnością. lecz w dodatku subwencjonować pewną ilość naszych własnych ope- racji przez Stany Zjednoczone.

Dyrekcja. nie dopilnowano. Mówiąc inaczej. 298 . jeśli w ogóle istnieje. Rzeczy- wiście. w sensie i psychologicznym i materialnym (zobacz Vademecum agent d'influence: każde uderzenie musi przesunąć czerwoną i białą kulę przeciwnika na pozycję. najmniejsza luka będzie za- uważona i operacja stanie się niemożliwa. składającego się nie tyle z emigrantów co raczej ludzi Zachodu. skonsultowana w sprawie decyzji dotyczącej A. by w jego pobliżu znalazł się zatrud- niony przez nas manipulator. tylko poprzez system pośredników. kiedy tacy osobnicy pozostają w naszych rękach. sukces planu takiego jak Twardy znak pole- ga na odpowiedniej manipulacji „katalizatora” przez agent d'in- fluence. Za to na terytorium ZSRR. w nadziei. i jego legenda. która pozwala na następny karambol). jak sobie przy- pominamy. poprowadzonemu przez oficera-pilota. jak wiadomo. ponieważ osobnik ten natychmiast wywołał niezadowolenie lu- dzi Zachodu. których nie- winność i oddalenie od źródła uwierzytelniają dostarczone im fałszywe informacje. Jak wiadomo. tego rodzaju operacje prowadzone są z powo- dzeniem dzięki współpracy z drugą Dyrekcją Główną (patrz refe- rencje w aneksie). utworzenia się wokół niego zbiorowiska zwolenni- ków skrajnej prawicy. — dezinformacja i wywieranie wpływu mogą być stosowane. Soł- żenicyna. chyba że. zostanie ka- wałek po kawałku zdemontowana. każda koncentracja prze- ciwnika w określonej przestrzeni poprawia warunki obstrzału. i osobnik ten skazany został na swoje własne nieprzejednanie. Tym niemniej w przypadku branym pod uwagę takie uproszczone rozwiązanie nie wydaje się godne polecenia z następujących powodów: — „katalizator” nie omieszka wzbudzić podejrzeń organów przeciwnika. wykonawstwo powierzone jest bezpośrednio agent d'in- fluence. jak w operacji Młodzi Rosjanie wspomnianej wyżej. zaleciła po prostu ekspulsję. Operacja ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. nawet dobrze wobec niego nastawionych.

Dorzucić być może notę: „Oprycznik poprosił o za- kończenie swej misji. dlaczego byłby idealnym manipulatorem. lecz teraz trzeba było do- rzucić paragraf. Świętej pa- mięci Abdulrachmanow wymagał zawsze. które mogą utworzyć pożądaną konstelację. są bardzo trudni do znalezienia. 299 . Agent po prostu powołuje się na obietnicę sprzed trzydziestu lat.. odpowiadający naszym oczekiwaniom.. Nakreślić a) karierę Oprycznika i wykazać. by zrezygnować z usług doświadczonego i pełnospraw- nego agenta. poznania matki ojczyzny. żadnym tam Dzierżymordą! Jest pan myślicie- lem politycznym i niech pan nie zapomina. dlaczego byłby naj- lepszym możliwym katalizatorem. Zrobić bilans a) wydatków poniesionych na utrzymanie Diaka i usług od- danych przez niego — nie ma między nimi właściwej proporcji. żeby wjego przypadku chodziło o zmęczenie lub ryzyko demaskacji. której nie ma powodu nie dotrzymywać. Wszystko szło dobrze do tej pory. b) że właśnie dyrekcja dysponuje w tej chwili dwoma indy- widuami. b) kwalifikacje autora zamachu przeciwko Breżniewowi. aby raporty napisane były starannie: — Nie jest pan policjantem. którego plan ukształtował się natychmiast w czujnym umyśle Pitmana: 1. Proponuje się tylko opóźnienie jej spełnienia. b) działalności Oprycznika. być może nawet cały rozdział. precyzując. Dotarłszy do tego miejsca Pitman zatrzymał się. że styl jest formą myśli. którego zadaniem jest regulacja ruchu ulicznego. wykazać. 2. lecz nie wydaje się. Nie jest to jednak nic pilnego”. aby wybrany „katalizator” nie zdawał sobie sprawy z powierzonej mu roli i żeby stał za nim wypróbowany agent d'influence. któ- remu nadano pseudonim Diak. że nie ma żadnego powodu. Powołuje się on również na swe pragnienie. 3. Podkreślić a) że osobnik i jego manipulator. bez wąt- pienia prawowite. Wydaje się nam więc istotne.

Przez trzydzieści lat Aleksander był prowadzony, podtrzymy-
wany, nadzorowany, chroniony. Nagle znalazł się sam, jak siero-
ta, w wielkim świecie. Nie umiał pływać i wyrzucono go za burtę.
Pierwsza myśl, którą podsunęła mu intuicja, była dobra:
„Opuścili mnie”. Ale natychmiast opanował się, to znaczy na-
uczył się pływać i kłamać sobie. Nie, oni nie opuścili go. Wyda-
rzyło się zapewne coś, co łatwo sobie wyobrazić: policja francu-
ska wpadła na ich trop i dla ogólnego bezpieczeństwa podczas
kilku godzin lub kilku dni musi unikać wszelkiego kontaktu z
nimi. Taka sytuacja, przypominał sobie teraz, była uwzględnio-
na w instrukcjach, których nauczył się na pamięć podczas kursu
w Brooklynie: jeśli kontakty drogą zwyczajną są zablokowane,
posłużyć się sygnałem alarmowym. Jeśli i to nie działa, pocze-
kać. To centrala ma nawiązać zerwane połączenie. Zaczął wyrzu-
cać sobie swoją chwilową panikę. Był oficerem, powinien się
trzymać w garści. Nie było w tym nic dziwnego, że podstawienie
Gawierina rzuciło na niego podejrzenie, na niego, Psara, który
był przecież gwarantem fałszywego Kurnosowa. Dyrekcja mu-
siała z pewnością oczekiwać wielkiej akcji kontrwywiadu: pod-
słuch, śledzenie, prowokacje, i w interesie Aleksandra poczynio-
no kroki, żeby to niczego nie dało.
Uspokojony, Aleksander zadał sobie oczywiste pytanie: czy
Zellman był wysłany przez dyrekcję? KGB musiało dobrze wie-
dzieć, że Gawierin nie był Kurnosowem. Czy należało wyobrażać
sobie, że popełniona została jakaś nieostrożność i że Zellman
zwolniony został przez pomyłkę? Czy też, przeciwnie, chodzi tu o
montaż i Gawierin został przedstawiony jako Kurnosow po to,
żeby mieć okazję do zdemaskowania go? Dwa argumenty prze-
mawiały na korzyść tej drugiej hipotezy: zwyczajowa sprawność
dyrekcji, a poza tym fakt, że telefon alarmowy został wyłączony
przed, a nie po publicznej demaskacji.

300

Jeszcze raz zirytowało wtedy Aleksandra, że nie został uprze-
dzony. Do niego należało teraz stawić czoła burzy i można było
mu dać instrukcje, zakładając, że burzę tę wywołano specjalnie.
Próbował się pocieszać. Być może traktowano go już jak członka
hierarchii, a nie jak agenta. To dlatego pozostawiono mu swobo-
dę podejmowania inicjatyw dla dobra służby.
Został wezwany przez DST, francuski kontrwywiad, złożył mu
też wizytę inspektor wywiadu. Nikt nie podejrzewał w panu Psa-
rze agenta, ale zadawano sobie pytanie, czy przypadkiem on sam
nie był manipulowany. Chciano mieć informacje na temat kana-
łu przerzutowego do Rzymu. Uprzejmie, kategorycznie odmówił
odpowiedzi. „Jestem agentem literackim, wykonuję swój zawód,
zostałem wprowadzony w błąd przez pokazane mi dokumenty
osobiste, nie jestem zaangażowany politycznie...”
Gawierin próbował zniknąć, potem jednak pojawił się w
agencji: „Chcę mówić”. Rosyjska prawda widniała teraz na li-
stach bestsellerów i coraz więcej chętnych domagało się wywia-
dów. Gawierin przyjmował wszystkie propozycje i za każdym
razem opowiadał inną historię. Raz był prawdziwym Kurnoso-
wem, którego zdrowie psychiczne nadwyrężone było przez pobyt
w szpitalu specjalnym. Kiedy indziej był wysłannikiem, którego
zadaniem było zaszkodzenie książce. Kiedy indziej jeszcze
przedstawiał się jako osoba dyrygująca siatką antykomunistycz-
ną, mającą swych ludzi nawet w Radzie Najwyższej. Czasem
okazywał się pułkownikiem, zbiegiem z CIA. Niepokoiły go dwie
rzeczy: „Czy zostanę wydalony z Francji? Czy odbierze mi się
moje pieniądze?” Załatwił sobie bowiem, poza honorariami i
pokaźną zaliczką, także pożyczkę na zakup domu.
Psar przypomniał sobie ostatnie przekazane mu instrukcje,
przez nikogo nie odwołane: „Zrobisz wszystko, co tylko Kurno-
sow zechce”.
— Co pan powiedział policji? Z pewnością pytano pana o
pańską tożsamość, po tym jak przyznał się pan, że nie jest Kur-
nosowem.

301

— Powiedziałem, że nic nie wiem. Zastrzyki siarki uszko-
dziły moją pamięć.
— A jak jest naprawdę?
Cierpiące oczy Gawierina zaświeciły szalonym spojrzeniem:
— Tak naprawdę to jestem osaczony.
Aleksander wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, jaką grę
prowadził ten człowiek i nie przejmował się tym wcale. Był na
tyle biegły w swej profesji, że nie interesował się tym, co wykra-
czało poza jego kompetencje.
— Wszystko będzie zależało od Zellmana.
Zellman powiedział prawdę przed całym światem, i nikt mu
nie uwierzył. „Historia powtórzona tak wiele razy, na pierwsze
zamówienie, i zawsze tak samo, najwidoczniej wyuczona na pa-
mięć w najdrobniejszym szczególe, może być tylko baśnią —
pisała Jeanne Bouillon w «Głosie». — Trzeba będzie zdemasko-
wać Zellmana”. „Ależ nie ma tu nic do zdemaskowania, obieca-
no mi paszport dla mnie i dla mojej żony, pod warunkiem, że
zadenuncjuję oszusta”. Dzielny człowiek był zakłopotany: „Nie
jestem wtyczką. Byłem przekonany, że w powiedzeniu prawdy
nie kryje się nic złego. Zresztą, pan nie może o tym wiedzieć, ale
ona czekała na mnie przez cały czas, kiedy byłem w obozie. Każ-
da inna wyszłaby dawno za mąż”. Ten żałosny ton powinien był
budzić litość, wzruszać, tymczasem nie podobał się słuchaczom.
Nie chciano wierzyć w niewinność aż tak kryształową. Opubli-
kowano dwa zdjęcia z czasów obozowych — jedno z nich przed-
stawiało grupę ze dwudziestu więźniów, drugie zrobione pod
pryczą, w baraku — na których Zellman znajdował się obok Ga-
wierina. Dawano do zrozumienia, że są to montaże, przygoto-
wane w laboratorium.
Sytuacja nie była do końca wyjaśniona. Gawierin napisał dla
«Obiektywu» artykuł pod tytułem Nie trafiłem w Breżniewa,
popełniając cztery rzeczowe błędy. Psar spędził trzy dni we
Frankfurcie, gdzie sprzedał Rosyjską prawdę dziewięciu wy-
dawcom zagranicznym, pobierając obfite zadatki. Gawierin

302

zażądał przypadającej na niego części nowych honorariów. W
końcu legitymował się paszportem, potwierdzającym jego toż-
samość. Aleksander grał jednak na zwłokę, spodziewając się
nowych poleceń.
W tym samym okresie Aleksander zbliżył się do Małgorzaty.
Nie mogła znać jego najgłębszych obaw, czytała jednak artykuły,
które przedstawiały go jako złowrogiego faszystę, jako ofiarę
manipulacji KGB, albo też jako przedpotopowego białogwardzi-
stę czy ograniczonego, pełnego dobrej woli liberała. Te ataki
sprawiły, że jej oddanie dla szefa podwoiło się.
To ona odpowiadała na listy adwokatów, którzy grozili panu
Gourvierinowi-Kanossoviwi procesem o zniesławienie i szukali
go za pośrednictwem Aleksandra. To ona stawiała czoła dzienni-
karzom najróżniejszego autoramentu, którzy zgłaszali się do jej
patrona po wywiady, nie kryjąc wrogości mającej wyprowadzić
go z równowagi. Rozumiała, że w oczach dysydentów Psar od-
powiedzialny był za Gawierina, ponieważ należał do francu-
skiego establishmentu literackiego. Podobnie obciążali go Fran-
cuzi, jako że pochodził z rosyjskiej rodziny. Przede wszystkim
jednak zdawała sobie sprawę, że mały światek, w którym królo-
wał Aleksander, uległ rozbiciu. Już nie wiadomo było, do kogo
zadzwonić w redakcji «Niezależnego» czy «Obiektywu». Nowy
dyrektor wydawnictwa Lux, Baronet, zrywał konsekwentnie
więzy łączące tę instytucję z agencją. Publikacja tomów z serii
Białej Księgi — nawet pracy demaskującej Boga — została
wstrzymana i przyczyna była zupełnie oczywista: Baronet roz-
glądał się za mniej kompromitującym redaktorem serii.
Wszystkie te ciężkie próby w niczym nie zmieniły postawy
Małgorzaty; była czujna, uprzejma, uśmiechała się tylko po to,
by odpowiedzieć na uśmiech, pozostawała w biurze po godzi-
nach pracy i nie liczyła sobie tego jako godzin nadliczbowych.
Aleksander zauważył wreszcie, że miała bardzo niebieskie oczy i
bardzo ciemne włosy, co dawało bardzo interesujący kontrast.
On jednak zwracał uwagę głównie na siwe włosy.

303

Gdy był dzieckiem, słyszał często: „Wrócimy do kraju na Boże
Narodzenie. Nie, nie przesadzajmy z optymizmem — wrócimy
na Wielkanoc, albo jeszcze później”. Dlatego też skłonny był
sądzić, że pieśń Malbrough przetłumaczona została z języka
rosyjskiego. Może nie na Wielkanoc, może na święto Trójcy. Te-
raz jednak nadchodziło Boże Narodzenie. Co działo się z Ałłą?
Co z Dymitrem? Bez pośrednictwa Iwana Iwanycza wszelki kon-
takt z nimi był niemożliwy.
— Pani Boïsse chce z panem mówić.
— Jessica?
— Jak się panu powodzi, złowrogi faszystowski liberale, wy-
strychnięty na dudka przez KGB? Może byśmy się zobaczyli dzi-
siaj wieczorem?
— Chętnie.
— Będzie wódka.
Pomyślał, że należałoby zmienić hasło. Nie wątpił, że jego
rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane. Jakże jednak był szczę-
śliwy, o, jaki szczęśliwy, że ojciec marnotrawny znowu miał go
przytulić do swego łona.
Jessica otworzyła mu drzwi:
— Wszystko wskazuje, że zdobył pan sobie szczególny
rozgłos. Moi przyjaciele radzą mi, żebym uwolniła się od pana.
Powiedziałam im jednak, że nigdy nie był pan moją własnością.
Na kanapie w pasy siedział mężczyzna około czterdziestki,
ogorzały, o trójkątnej twarzy, ubrany w czarny garnitur. Spod
białych mankietów koszuli wyłaniała się opalona skóra. Sklepio-
na kamizelka, widoczna pod rozpiętą marynarką, świadczyła o
jego szczupłości.
— Kto to? — zapytał Aleksander.
— Nowy.
— Aha! Iwan Piąty. A co się stało z poprzednim? Czy został
wypchany?

304

— Nazywam się Piotr — powiedział gość po rosyjsku. Rzecz
jasna, także i on unikał patrzenia prosto w oczy, wprawił się jed-
nak w utrzymywaniu gałek ocznych bez ruchu, tak jakby to były
perłowe guziki przyszyte do koszuli.
Aleksander uznał, że człowiek ten przypomina małego węża i
natychmiast go znienawidził. Czy było tak dlatego, że przyszedł
na miejsce doskonałego Iwana Iwanycza? Czy dlatego, że nie
podniósł się z kanapy, by powitać Aleksandra? Czy też dlatego,
że przemawiał typowo sowieckim, sentencjonalnym tonem, któ-
rego nie mogli znieść przedstawiciele pierwszej emigracji, i to
zupełnie niezależnie od ich przekonań politycznych?
— Dla mnie będzie pan Iwanem. Ale niech pan nie liczy, że
Groźnym. Spóźnił się pan o jeden numer.
Obaj mężczyźni odwrócili się od siebie, nie ukrywając wza-
jemnej antypatii. Jessica przypatrywała im się rozbawiona. Piotr
skrzyżował nogi i wskazał na fotel:
— Niechże pan siądzie — powiedział w sposób, w jaki zwraca
się dorosły do dziecka, którego wybryki toleruje i wobec którego
najwłaściwszą postawą jest cierpliwość.
KGB jest rodziną. Wspinając się po schodach Aleksander
wierzył, że odnajdzie kogoś bliskiego i że dzięki temu odzyska
spokój wewnętrzny; należała mu się taka rekompensata po kilku
tygodniach trudnej do zniesienia wrogości. Tymczasem natknął
się tu na wrogość jeszcze bardziej skoncentrowaną i całkowicie
niezasłużoną.
— Jaki jest pański stopień?
— Jestem pułkownikiem-porucznikiem, i to nie dokoopto-
wanym. Jestem pańskim nowym pilotem.
Przez sekundę Jessica przekonana była, że Aleksander chwy-
ci Piotra za krawat, obrzuci go obelgami, w które tak obfitował
język rosyjski, i wyrzuci przez okno. Aleksander uśmiechnął się
ironicznie. Podszedł do stolika znajdującego się w przeciw-
ległym kącie pokoju, nalał sobie szybkim ruchem kieliszek wód-
ki — karafka była oszroniona, tak jak tego wymagał — wychylił

305

kieliszek do dna i zjadł małosolnego ogórka, który zazgrzytał
pod jego zębami.
Piotr patrzył na niego z politowaniem, wzrokiem kogoś, kto
trzyma w ręku dobre karty. Poczekał, aż Psar odzyskał wigor, i
wreszcie, widząc, że ten znowu sięga po wódkę, powiedział:
— Mam dla pana złe wiadomości, Psar.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Aleksan-
der, by ją odebrać, musiał ponownie przejść na drugą stronę po-
koju. Jessica, której pozwolono zostać, przypatrywała się tej sce-
nie, opierając się plecami o ścianę i paląc papierosa. Byłby czas,
pomyślała, żeby ktoś nauczył Aleksandra moresu.
Aleksander tymczasem oddalił się o parę kroków, by przeczy-
tać list pod świecznikiem:
Mój drogi Aleksandrze Dmitryczu, nie wiem, jak mam panu
przekazać nieszczęsną wiadomość, i to w chwili, gdy już po-
wracał pan do bezpiecznego portu. Proszę, niech pan zachowa
się jak mężczyzna i zniesie tę próbę jak przystało mężczyźnie,
bolszewikowi, oficerowi. Wie pan z pewnością, jak niebez-
pieczne są nasze drogi. Pijany kierowca ciężarówki, i oto ginie
dwoje niewinnych istot. Pańska żona i pana syn nie cierpieli
wcale. Niech to pana pocieszy.
Jest pan jeszcze miody, nic nie jest na zawsze stracone dla
człowieka tak tryskającego zdrowiem, energicznego i pełnego
wiary jak pan. Gdy tylko wróci pan do naszej ukochanej ojczy-
zny, założy pan, jestem tego pewien, prawdziwą rosyjską ro-
dzinę, prawdziwą sowiecką rodzinę.
W obecnej sytuacji pański powrót nie jest już zapewne aż
tak pilny dla pana. Działanie dla ludzi pańskiego pokroju jest z
pewnością najlepszym środkiem zaradczym, dlatego przeko-
nany jestem, że spełnię pańskie życzenia, proponując panu
podjęcie dla nas operacji na wielką skalę, operacji, na której
bardzo zależy naszej ojczyźnie i Partii.
Najlepsze pozdrowienia

306

Szczerze oddany Jakub Pitman
— Oddajcie! — zażądał Piotr i wyciągnął rękę.
Aleksander przestał słyszeć i widzieć. „Dymitr! Syn!” A po-
tem: „Ałła! Ałłoczka!”. Nabrał powietrza, oddychał głęboko. Miał
płuca pełne powietrza. Coś w nim groziło wybuchem. Ale nie
doszło do tego. Ujrzał szare oczy Ałły i przypomniał sobie, z jaką
wesołością wskakiwała do ich wspólnego łóżka. Próbował poru-
szać szczęką, nie wiedział dlaczego. Źle się czuł. Nie zdawał so-
bie sprawy, jak długo to trwało. „Mój chłopiec”. Z najwyższym
trudem wykrztusił pytanie:
— A kierowca ciężarówki?
Pitman przewidział to pytanie. Piotr odpowiedział więc:
— Także zginął w wypadku. Ciężarówka spłonęła. Proszę
oddać mi list.
W sercu Aleksandra zrodziło się nagle podejrzenie. „A jeżeli
to bolszewicy ich zabili?” Ale przecież nie było żadnej racji, dla
której miano by zabić tę kobietę i to dziecko, osoby, które otrzy-
mał w darze.
Nie panując jeszcze nad sobą, Aleksander przeszedł kilka
kroków, podał siedzącemu wciąż na kanapie Piotrowi list, krążył
po salonie. Poruszał ramionami. Próbował odnaleźć zwykły rytm
oddechu. Jego przełyk kurczył się, chociaż nie miał nic w gardle.
Jessica patrzyła nań, ciekawa, przerażona, wcale nie smutna.
Nie wiedziała, co kryło się w liście, ale domyśliła się, o co chodzi.
„Także zginął”. To jej wystarczyło. Był więc na świecie ktoś, kogo
ten lodowaty Psar kochał?
Na twarzy Piotra pojawiło się znudzenie. Aleksander dotknął
czołem szyby, patrzył na ulicę, nic nie umiał zobaczyć, spojrzał
na zegarek — nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
— Wystarczy już, niech się pan uspokoi — powiedział Piotr.
Aleksander spojrzał na niego, w dalszym ciągu nic nie pojmując.
— Mam panu przekazać kilka instrukcji. Nasze sposoby

307

kontaktowania się pozostają bez zmian, z tym że nie będzie już
mowy o wódce. Wystarczy, jeżeli powie pan Jessice, że chce ją
zobaczyć albo jeśli ona panu zaproponuje to samo. Numer tele-
fonu alarmowego został zmieniony. To będzie...
Podał ten numer. Aleksander sięgnął w pierwszej chwili po
notes, lecz w czas przypomniał sobie, że tego rodzaju numer
trzeba umieć na pamięć.
— Proszę, niech pan powtórzy.
Piotr ponownie wyliczył te same cyfry, nie ukrywając znie-
cierpliwienia:
— Jeśli będzie mnie pan potrzebował, niech pan prosi Pio-
tra. Proszę unikać wszelkich zbędnych spotkań ze mną.
— Jestem w tym fachu od trzydziestu lat — powiedział głu-
cho Aleksander.
Był bliski płaczu z powodu brutalności tego mężczyzny, nie
dlatego, że stracił żonę i syna. Tamta rozpacz tkwiła gdzieś głę-
biej niż łzy.
— Obecnie pańska misja polega na domaganiu się, także za
pośrednictwem pana orkiestry...
— Moja orkiestra już nie istnieje. Zniszczyliście ją.
— ...na domaganiu się zwolnienia Michała Kurnosowa,
prawdziwego autora Rosyjskiej prawdy.
— Nie mam już mojej orkiestry.
— Niech pan pozbiera resztki. Inne orkiestry będą żądały te-
go samego. Chodzi tu o operację zgraną. Trzeba jednak, żeby to
pan wystąpił jako pierwszy. W ten sposób oczyści się pan przed
opinią publiczną we Francji. Gdy pan zacznie, inni pana poprą.
Przy następnym spotkaniu podam panu dalsze instrukcje.
Piotr podniósł się z miejsca. Był nieduży, zwinny, energiczny.
„Żmija!” — pomyślał Aleksander.
Tamten podał mu dłoń. Sparaliżowany przez ból Aleksander
przyjął uścisk.
— Niech pan coś zrobi i weźmie się w garść — powiedział

308

nie posługując się żadnym języ- kiem. Powiedział sobie więc. Wciąż powtarzał słówko „dlaczego?”. przygotowany przez gospodynię. że odczuwał potrzebę ujęcia ich w słowa. W pierwszym momencie Aleksander chciał skorzystać z rady Piotra. uszyty został z pewnością po tej stronie żelaznej kurtyny. arterie. którego nawet nie poznał? „Ach. które nigdy więcej nie powtórzy się. Włóczył się ulicami. która jaśniała jak świetlista bryła w ciemnościach wieczoru. to byłoby łatwiejsze do zniesienia”. jako że był spragnio- ny. gdyby nie wrażenie. Spotkała go straszna niesprawie- dliwość. Najgłębsze cierpienie kryło się w myśli o przerwanej linii czułości.. Tego wieczoru jednak w jego myślach panował taki niepo- rządek. Jego ciemny garni- tur. — Niech pan zastosuje odpo- wiednie środki polityczno-kulturalne — ruchem podbródka wskazał stolik. wilgoć przylepiała się do skóry. 309 . która nie znalazła dla siebie żadnego przedmiotu. ale to nie będzie już nigdy Dymitr. do- strzegł grupę dzieci. Po- przestał na wypiciu dwu kieliszków wódki. atakowała kości. — Tam jest wszystko. istnienie. Ruszył miękkim krokiem w stronę drzwi.. — powiedział po rosyjsku. gdybym go był znał. Zazwyczaj myślał w sposób całkiem abstrakcyjny. Uczyniłby tak. Poczuł nienawiść do ich rodziców. jakby alkohol mógł zaspokoić pragnienie. W otwartej jeszcze ciastkarni. jakie na nim wywarł ten człowiek: była to nienawiść od pierwszego wejrzenia... Było chłodno. Spojrzał zimno na Jessicę: — Ty.Piotr z lekkim odcieniem litości. dla- czego zabrano mu to życie. dorzucając jedną z mniej- szych obelg — będę cię miał na oku. Miał czterdzieści dziewięć lat. używając francuskich słów i rosyjskiej gramatyki: „Jeżeli bym nie miał syna. Po- tem wyszedł nie spoglądając nawet w stronę Jessiki. Zrobił to tak. co trzeba. dlaczego żyłem?”. mógł jeszcze spłodzić synów. Mylił się oczywiście. rozcięty na obu bokach.

jak ciemniały jej szare oczy. gdy przestawała kon- trolować swe reakcje. wreszcie poniżenie na myśl. Te udręki dokuczały mu jak pę- cherze u stóp czy jak wypryski na wargach. odsłaniającym chorobliwie delikatną pierś. od La Muette do Ogrodu Luksemburskiego. chociaż w gruncie rzeczy obmowa i dezin- formacja były jego rzemiosłem. przypo- minał sobie. tam. Ile razy uśmiechała się do niego? Już nigdy tego nie zrobi. Czuł. Zmierzył Aleksandra wzrokiem: — José nie ma w domu. Te dwa cierpienia stanowiły jak gdyby basso continue dla bó- lu jeszcze ostrzejszego. który się tworzył w jej pra- wym policzku — a może w lewym? — gdy się śmiała. którego odprowadził grzecznie do wyjścia. gdyż do tej pory uważał złośliwość za prze- jaw słabości. jakie zgro- madzono pod jego adresem. drę- czyły go zmartwienia ostatnich dni. Otworzył mu mło- dy. wspólnie zapoczątkowanej kreacji nowego człowieka. Mogłoby do tego doprowadzić tylko fizyczne cierpienie. cho- ciaż miałby ochotę (i mógłby to zrobić) wyrzucić go przez okno. poczucie bezsilności w obliczu wszystkich wyzwisk. bezczelność tego czy innego dziennikarzyny. wzajemnego zaufania. że pojawia się w nim coś złego i było to coś nowego. wkraczając do przedpokoju. Myślał o dołku. Wszystko to było nie do odzyskania. w koszuli o szeroko otwartym kołnierzyku. niewysoki chłopak o czarnych włosach. i nagle zorientował się. Przeszedł przez cały prawie Paryż. choć tak bardzo rozdzierające były wspomnienia tej czy innej bardzo intymnej chwili. I mały też nigdy się już nie uśmiechnie. że znajduje się przed ozdobnymi drzwiami mieszkania Ballandara. że te wyzwiska raniły go. Nieco mniej dotkliwie odczuwał śmierć Ałły. gdzie wynurza się każdy ból. 310 . niezależnie od hierarchii przyczyn i motywów. — To zależy dla kogo — odparł Aleksander. Na samej górze. a jednak w niczym nie odbierały dotkliwości żałobie.

Jeżeli tylko potraficie z tego wyciągnąć korzyści. José. Pisuje pan teraz. w małej szmacie dla po- zbawionych wielkiego wpływu lewicowych intelektualistów. i to mogło usprawiedliwiać turecki epitet. nieprawdaż. falującą czupryną i brązowy- mi oczami. w koszuli z podwiniętymi rękawami. mina mu zrzedła. To się nazywa «Buldożer»? — To rewolucyjne. Efeb jed- nak uciekł przed nim. poruszając ramionami niczym motyl skrzydłami: — José. Uniesione ręce. Ballandar odpowiedział mu wolno. Byłby zachwycony. zrujnował moją karierę. nie sądzi pan? — Drogi panie Ballandar. w niczym nie przypominał Turka. otworzył szeroko usta. Aleksander uśmiechnął się: — Nie widzę zachwytu w pańskiej twarzy. godne szacunku pismo nazywa się «Le- miesz». Alek- sander przyglądał się temu z satysfakcją: — Niech się pan tak nie denerwuje. zamierzam więc zrobić niezły prezent «Lemieszo- wi». bardzo mi zależy na pańskiej przy- jaźni. trochę zamglonymi. Lecz biła od niego w tej chwili brutalna siła. że jeszcze raz chcę się do niej odwołać. Gdy zobaczył Aleksandra. Aleksander. ze swą kasztanową. Ballandar. swą cerą „krew z mlekiem”. do tego stopnia. To chyba wystarczy. Jeszcze upuści pan ten bohomaz. Alek- sander mało co nie obrzucił i jego oszczerstwami. Zrzuciłby go natychmiast ze schodów. — Dobrze. Młody człowiek. zdejmował właśnie ze ściany jeden z obrazów z serii nowoczesnej. jakiś Turek chce z tobą mówić. dobierając słów i celowo unikając spojrzenia młodego człowieka: — Artykuł. Być może wdrapie się pan z powrotem na 311 . zaczęły drżeć. będzie to dla was wielka okazja. gdyby młody człowiek próbował mu sta- nąć na drodze. który napisałem z przyjaźni dla pana. trzymające ramę obrazu. najbar- dziej wartościowy. przejęty zgrozą.

nie rosyjskiej tym razem. której tytuł odważmy się wymienić — Ro- syjskiej prawdy — pracy. jedyną metodą uzy- skania prawdy. (Powyższe zdanie nie jest zbyt udane. Aleksander przypomniał sobie. który naprzód przedstawił się jako autor tej książki. to pan tkwi po prostu w kloace.. Dzisiaj był w nastroju „jeńców-rozstrzeliwać-na- poczekaniu”. lecz autor chciał pokazać. Prasa was poprze. obiecuję to pa- nu.. — Pewnego dnia — powiedział Ballandar ze znużeniem— znajdę jakiś sposób. i obrócił się na piętach. Jedyny sposób. Nie wiadomo już. .swój piedestał. — . Dwa dni później «Lemiesz» zamieścił w ramkach następujący tekst: I z czego się śmiejemy? Publikacja książki.. stała się czymś więcej niż tylko wydarze- niem czysto literackim. Gra wojenna? Nie chce nam się w to wierzyć. Dzisiaj było inaczej. że jeżeli ja jestem w rynsztoku. — Może pan wybierać. Aleksander zaśmiał się obraźliwie.albo też urządzimy rozbiór pewnego tekstu.) ZSRR przysłał do nas pirata. żeby się pana pozbyć. Od jutra zaczniecie kampanię na rzecz uwolnie- nia prawdziwego Kurnosowa. by oczyścić tę sytuację. Teraz z kolei Ballandar uśmiechnął się: — Pan mi to obiecuje? Pan sobie chyba nie zdaje sprawy. że jest oszustem. lecz całkiem zwykłej i 312 . drogi panie. co do wartości której nie mogą się po- godzić wybitne umysły.. publicznie. że poprzednio szantażowanie Fourvereta i Ballandara nie przyszło mu tak łatwo. co nie było całkiem udane. w co wierzyć. później wyznał. A zaczniemy od pańskiego młodego przyjaciela — wsunął dłoń do kieszeni marynarki. jak bardzo jest wzruszony. i jaka jest gra. Albo rozpocznie pan tę kampanię i zbierze pan laury. później jeszcze odwołał swe wyznanie..

cóż to za wyłom! 313 . Te wyjaśnienia mogące prowa- dzić do zwolnienia z więzienia. nie wierzmy jednak. czy też towarzysze. Jeśli siedem orkiestr na raz gra tę samą melodię. będzie uwolnienie autentycznego autora tego kontrower- syjnego dzieła. co podziwiają jego wyjątkowy talent (niechże jego nowa trybuna nie weźmie mi za złe tego sformułowania!) daje nam przykład. by te namiętności były aż tak sponta- niczne. okażcie wreszcie dobrą wolę! Ośmieliwszy się napisać te linijki. że straci swe miejsce w «Lemieszu». zmieniając o 180 stopni pozycję. by prawdziwy Kurnosow został uwolniony i byśmy mogli go zobaczyć”. Tego już za wiele! Niechże Kreml nie bawi się z fran- cuską opinią publiczną jak kot z myszą. jaką ofiarowuję przy- wódcom Związku Radzieckiego. o co wszyscy winniśmy się trwożyć. Chcemy. jeśli nie jest to ta sama osoba. Półoficjalne głosy dawały do zrozumienia. że po ośmiu dniach cały Paryż wołał zgodnym chórem: „Uwolnijcie Kurnosowa!” Ponieważ jedna z orkiestr umieszczona była w administracji. jak mogłoby się wydawać. które mogłyby w danym wypadku doprowadzić do uwolnienia pewnej osoby o nazwisku wymienianym przez wszystkich. Nie minęły jednak dwadzieścia cztery godziny. prasa mogła szybko wykazać się sukcesami. trwożąc się o to. od jojo do giloty- ny. gdy spełniło się proroctwo Aleksandra. zaśpiewał swym wy- kształconym i liberalnym sopranem: „Nasz przyjaciel Ballandar. Panowie. z głębi swego wygnania. domagając się tego. Oczekiwał teraz. autora za- machu na Breżniewa. o co wszyscy powinniśmy zabiegać w sposób jak najja- śniejszy. jakie rzucam. Oto wyzwanie. Michała Kurnosowa. Paryż gotów jest pasjonować się byle czym.nagiej. Ballandar schował głowę w piasek. To gorączkowe przekazywanie sobie pałecz- ki z rąk do rąk sprawiło. a także. dołączą do nich z pewnością całkiem szcze- re skrzypki i kobzy. jak wolicie. że rząd bada możliwości zażądania od przywódców pewnego kraju wyjaśnień. Sam Etienne Dépensier we własnej oso- bie. szansa. które tak przejęło tych wszystkich.

Zwłaszcza dotyczyło to mieszkańców XVI czy VII dzielnicy. gdyż nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek re- wanżu. by mieć zaledwie jedną opinię na pięćdziesiąt milionów osobników) rzuciła się z za- jadłością na ten kąsek. a więc naturalnym odruchem sza- nujących się Francuzów była rezerwa wobec skrajnej lewicy. Tylko późnojesienna pogoda sprzyjała interesom ZSRR. Na ogół działo się tak. Prze- chodnie prowadzący psy zatrzymywali się ostentacyjnie przed numerem 79. że można było pociągnąć za ogon tygrysa. Tym razem jednak miało się wrażenie. Opinia publiczna (lub to. a to przecież jeszcze zabawniejsze. że zażarci i za- chrypnięci zwolennicy domagania się cudzej wolności woleli atakować raczej greckich pułkowników czy chilijskich generałów niż komunistów. Zresztą można połączyć przyjemne z pożytecznym. Z komunistami natomiast nigdy nie wiadomo. a nie kotka. gdy pojawiali się w tych okolicach szczególnie wymagający profesorowie pra- wa czy literatury. Na ulicy Grenelle nie działo się nic skandalicznego. Wreszcie. oświetleni przez uliczne lampy: „Oddajcie 314 . by krwawo załatwili swoje porachunki. Każda organizacja wydała własne instrukcje i w ten sposób rozpoczął się karnawał. to jest joggingu: nic im nie przeszkadzało w jednoczesnym zabieganiu o wolność i troszcze- niu się o zdrowie własne lub Medora. co określa się jako opinię. a także wy- znawców zachodniej odmiany jogi. tak jakby społeczeństwo było już tak ogłupiałe. lecz to raczej psy niż ich opiekunowie dawały wy- raz swym przekonaniom. Była to jedna z najweselszych mód Paryża. Byle co wystarczy. Ale przecież ktoś. czyż Ballandar nie dał dobrego przykładu? Rzecz więc nie mogła być nadto niebezpieczna. W godzinach natomiast. Ko- muniści zasiadali w rządzie. młodzi śmiałkowie wykrzykiwali pod bramą wjazdową budynku. posiadaczy psa czy roweru. kto żywi humanitarne przekonania nie cofnie się przed ryzykiem przeziębienia i kataru. Dzielni Paryżanie biegli manifestować pod ambasadą sowiecką i przed siedzibą ambasa- dora.

krążyć. Widać było zaciekłych rowerzystów i leniwych właści- cieli motorowerów. on mi na to. on mi na to. gdybym nie miał swojej budy 315 . Panienki w granatowych mundurkach przychodziły ze swo- imi pinczerami. „Idziemy dookoła bu- dynku. Ten cza- sownik. mówię. Tutaj trwał nieustający niemal pochód. styl kapitalistyczny. mówię dalej. ale to nic między nami nie zmienia. by odbyły trzy rundy (płacone były wedle najniższych stawek). Pensję ambasadora. byłbym niespokojny. a pan? A ja. Wie pan. a damy w brajtszwancach — z afganami. A jeśli mogę być niedyskretny. jestem incognito. i on też krążył. Tak więc obchodzono dookoła budynek ambasa- dy. Licealiści pokonywali całe kilome- try. Było to jednak niezmiernie skromne w po- równaniu z cyrkiem. No więc żeby zacząć rozmowę. Pieśniarze udzielali wywiadów: „Wczoraj właśnie krążyłem i był koło mnie taki facet. bo już się trochę nudziłem. Ja pod wraże- niem. Panowie w kapeluszach opowiadali sobie przeżycia wojenne lub przygody innego rodzaju. Związek. Nie- które panie — tak przynajmniej opowiadano — wysyłały pod ambasadę swoje portugalskie służące z poleceniem. który eksterytorialne przywileje przekształciły w działkę proletariackiego raju. Gazety publikowały zdjęcia.nam Kurnosowa!”. przed pałacem-bunkrem. mówię: jestem pieśniarzem. Krążono. sprawdzając czas biegu na chronometrach. podawały własne oceny. oznaczał przez dziesięć dni „okrążać z lewej na prawo ambasadę ZSRR”. bo pan jest? Tak. posługując się czerwonym sztandarem jako punktem od- niesienia. i dużo pan za to dostaje? Aż trudno uwierzyć. jaki kraj pan reprezentuje? No. obliczały dane statystyczne. brzuchaty. z cygarem. Była to okazja do wyznaczania sobie spotkań: „Będzie pan krążył dziś wieczorem?”. Ach tak. jestem amba- sadorem. nie jesteśmy przecież w Peru. jaki dział się na drugim końcu Paryża w XVI dzielnicy. w kierunku wskazówek zegara” — zadekretowali rzecz- nicy wolności. Członkowie Racing Club pojawiali się ubrani w kolorowe krótkie spodenki i krążyli wokół pałacu. on mi na to.

Gdy szli lub jechali. powiewające po- nad ich rowerami lub tkwiące za paskiem spodni. „Jesteście gorsi niż carzy”. powiada. „NIE dla sowieckich oszustów”. No to ja byłem zaszokowany. ale nie w tym kierunku. dyktę. tak że pod znudzo- nym okiem gwardii republikańskiej krążenie trwało dalej. od lewa do prawa. Dziękuję. prześcieradła. „Uwolnijcie Anonimowego więźnia”. powiewające później raźnie na trzonkach mioteł. nie mogła jednak zabronić wszystkim zwolenni- kom Kurnosowa wstępu do XVI dzielnicy. możecie się do niego zwracać per Wasza Ekscelencjo”. skrawki. a nawet — dawała tu o sobie znać nostalgia do Action Française — na stare kaleso- ny. dam panu radę. przenosząc je na papier. nie myślałem o tym. który nigdy przedtem nie widział na własne oczy cyrylicy. Dobrze. możecie więc zobaczyć. „Pokażcie go albo zdema- skujcie się sami”. jeśli spostrzeżecie gościa. już 316 . karton. bo może się pan narazić swoim szefom. Mówię mu da- lej. a poza tym nie lubię wyróżniać się spośród tłumu. wystawiali na pokaz mniej czy bardziej pomysłowy slo- gan: „Wolność dla Kurnosowa”. To dobre dla zdrowia. „Precz z psychusz- kami”. który krąży w przeciwną stronę niż wszyscy pozostali. a nawet zagadkowe „Skróć- cie”. jeżeli pan jest ambasadorem Związku. „Uwolnijcie Kurnosowa. Niech pan przynajmniej krąży z prawa na lewo. to dlaczego krąży pan razem z nami? Cóż. Większość derwiszów — bo tak ich przezwał satyryczny «In- dyk uwolniony z okowów» — zadowalała się samym krążeniem. leczcie Breżniewa”. wielu jednak sięgało ponadto po proporczyki.pod ręką. zabierał się do kopiowania. surowe płótno. chwileczkę. Zaraz. Niech pan krąży. z mniejszym czy większym powodzeniem. „Wymieńmy Marchais na Kurnosowa”. Wiele spośród tych dowcipnych haseł przetłumaczonych zo- stało przez ochoczych slawistów na język rosyjski i dzięki temu niejeden zuch. niech pan posłucha. Policja nakazywała demonstrantom oddalenie się od budyn- ku ambasady. rosyjskich zdań. nie jestem snobem.

Ach. mój Boże. by na to miejsce przychodzić z od- znaczeniami. na de- skorolce. jakaż to była radość. Jeden z deputowa- nych okrążył ambasadę. słodki dreszcz przeszył Paryż. mając na sobie trójkolorową szarfę. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy. przeciwstawić się ZSRR. zwłaszcza we Francji rządzonej przez socjalistów! Królowały rekwizyty: zwol- nienia Kurnosowa domagano się w hotchkissach i studebake- rach. Gwiazdy Polarnej i Afrykańskiego Zbawienia. Św. śledzone przez dzienniki wyliczające potem najbar- dziej rzadkie okazy: order Alberta Niedźwiedzia. na welocypedzie. Pospieszyli za nimi obywatele odznaczeni różnymi orderami. Lewicowcy i księżniczka w służbie tej samej sprawy! Dochodziło do wypad- ków prawdziwie epickiego bratania się w tej okolicy: dwaj ana- chroniczni już nieco hippisi połączyli się entuzjastycznie z kawa- lerami maltańskimi. posiadająca od dwóch lat wyścigowego rumaka czystej krwi. którego nazwała „Żelazną Maską”. idących ramię w ramię. wykopane z kufrów. pochodzące z Rio czy Nowego Orleanu. z któ- rych jeden w nawiązaniu do łacińskiego słowa revolutio.nie tak blisko budynku. wylansował jeszcze jedną sub- modę. Cierpiący na bezsenność mieszkańcy dzielnicy zjawiali się o drugiej nad ranem. w asyście całej kawalkady i powiewając transparentem z napisem „Wymienię mojego na waszego”. na wrotkach. Zapoczątkowano prawdziwe współzawodnictwo orderowe. Przez dwa dni panie prezentowały najbardziej nie- wiarygodne kapelusze. Pewien znany karykaturzysta naryso- wał dwu elegantów w szlafrokach. Odwróconego Smoka. Największy sukces odniosła pewna belgijska księżniczka. Juliana z Poirier. a odnalezione na strychach. by zatoczyć rundę wokół wyniosłej budowli. mówi: „Wiesz. w trójkołowcu De Diona i Boutona. po raz pierwszy w życiu czuję się rewolucjonistą”. Atak przypuszczano przy pomocy lufek i trzcinowych laseczek. Jedyny w swoim rodzaju snobizm jednoczył 317 . Wzburzenie dotarło nawet do parlamentu. Odtąd zapanował zwyczaj. Pojawili się wkrótce merowie z trójkolorowymi pasami. Gdy pojawiła się na swym gniadoszu przed ambasadą.

biorąc udział w debacie. apelując do specjalistów od sumienia i zawodowych znawców opinii publicznej. Czegoś podobnego nie wi- dziano od czasów jojo.wszystkie warstwy społeczne Paryża. Nikt tego ani nie negował. że ktoś mógł wziąć pod uwagę możliwość ośmieszenia się pierwszej potęgi militarnej świata wydał mu się niezgłębionym idiotyzmem. Przybywało maszynopisów. także i Małgorzata pracowała tak jak on. która. Aleksander Psar. Dyskutując. do którego wpisywało się terminy spotkań. że choć pozbawili go wsparcia znacznej części jego głośnej niegdyś orkiestry. Pojawił się w telewizji. Udzielał wywiadów gazetom. Psar wypowiadał się w sposób enigmatyczny. Fakt. przyjmując oznaki skrytej sympatii i krzykliwe objawy poparcia. Rzecz jasna. teraz podwajała swój autorytet. najchętniej także sprzeczny. Kalendarzyk Psara. w której uczestniczył także Ballandar. jeśli nie więcej nawet. Sfotografowano go w momencie. Telefon dzwonił bez wytchnienia. i nie kryła się ze swym uczuciem radości na widok agencji. wypełniony był na tygodnie naprzód. żebym wziął kogoś dodatkowego na ten gorący okres? 318 . egzaminowany był przez radio rządowe i wypytywany przez rozgłośnie prywat- ne. gdy całował dłoń belgij- skiej księżniczki. Szalona działal- ność miała błogosławiony skutek — mniej cierpiał. ani nie potwier- dzał. — Czy nie za dużo pracy spadło na panią. wygłaszając przemó- wienia. udowadniał swoim przełożonym. stał się kró- lem tego karnawału. „Co pan myśli o Gawierinie? Kto jest prawdziwą «Żelazną Maską»? Do czego zmierza w całej tej sprawie ZSRR? Czyż nie został przez to wszystko ośmieszo- ny?”. Aleksander rzucił się do walki ze wściekłym zapałem. Nie konsultując się więcej z Piotrem. Małgorzato? Nie chce pani. odkrywca Rosyjskiej prawdy. Obaj panowie odnosili się do sie- bie nawzajem bardzo przyjaźnie. niedawno jeszcze znieważana. potrafił prowadzić grę w pojedynkę.

fałszy- wego zabójcę. który go przyjął w salonie w stylu Ludwika XVI o trochę tylko wyblakłych tapetach. ale pańskie talenty i. nie. — Och nie. z nieznanych nam przyczyn. schowane pod ciemnymi włosami. bliską zresztą naszej tradycji. pełne by- ły blasku. a fioletowe mgły szły mu na spotkanie. postanowił wystąpić jako autor nieznanego nam dzie- ła. — Drogi panie — powiedział Edme de Malmaison. powie działbym nawet — i minister zapewne też — bliską duchowi na- szego powołania. jed- nak list z Quai d'Orsay pełen był uprzejmości. pańska odwaga (przepraszam za to wielkie słowo). iż w całej tej skomplikowanej sprawie wysunął się pan na pierwsze miejsce. mimo to chcemy wyjaśnić sprawę. mówią dalej. książki opublikowanej przez waszych wydawców na ich własną 319 . który potem. Niebieskie oczy. że stworzyliśmy w intelektualnym środowisku francuskim trudną sytuację. w której my możemy odgrywać co najwyżej rolę pośredników. wypuszczając niejako pod wasze nogi — tu pan de Mal- maison uśmiechnął się chytrze — fałszywego dysydenta. że w sensie legalnym nie może pan reprezentować interesów pana Kurnosowa. Pozwoliliśmy po prostu wyjechać z naszego kraju nieja- kiemu panu Kurnosowowi. proszę pana. że nie daję sobie rady z robotą. Aleksander nieufnie przyjmował oficjalne zaproszenia. Nie może- my wam podać żadnych wyjaśnień. fałszywego autora nieprawdziwej Rosyjskiej prawdy. przywitał gościa jak najserdeczniej. zupełnie dobre wiadomości. składając palce obydwu dłoni na kształt późnogotyckiej katedry — mam dla pana wiadomości. ośmielę się tak powiedzieć. Za dwoma wysokimi oknami przedwczesny zmierzch kładł się nad Sekwaną. sprawiły. Rozumiem oczywiście. Rosjanie sygnalizują nam coś w tym rodzaju: „Twierdzicie. rolę. Wszystko to. że się zaniedbuję. jest wymyślone. w tej skomplikowanej sprawie. a szef gabinetu. Chyba że uzna pan. jak mi na to zwrócił uwagę minister.

wysłał na Zachód i opublikował. tym więcej śmiechu. czemu nie. że ten Kurnosow. to bez naszej zgody. że to ten sam szaleniec. drogi panie. zaczęlibyście po dwóch tygodniach 320 . i nie ma w tym nic dziwnego w kraju wielko-rosyjskich nosów. co z nim począć. W końcu to właśnie rządy prawdziwie demokratyczne powinny być wrażliwe na opinie społeczeństw. że ustępujemy pod presją światowej opinii publicznej. W zamian za naszą usługę pro- simy was tylko o jedno: nie przysyłajcie nam z powrotem drugie- go Kurnosowa. jako że otworzył ogień do pierw- szego sekretarza partii. Ci histerycy domagają się naszego szaleńca? Dostaną go. Tenże «Anonimowy więzień» zo- stał przez waszą prasę błędnie utożsamiony z pewnym biednym wariatem. Gdybyśmy go tylko zamknęli w jakimś odosobnionym miejscu. który uznał za wskaza- ne strzelać do Breżniewa. ale w pierwszym rzędzie upokarzająca was samych. O co więc chodzi? Rozpętała się u was kampania trochę nieprzyjemna dla nas. jesteśmy ludźmi z gruntu dobrymi. Jeżeli ją napisał. (Przemawiam cały czas w imieniu Sowietów. Natomiast możemy was zapewnić. Powie się znowu. że nazywa się Gawierin. że Marks tego nie wie — jakiemuś «Anonimowemu więźniowi».odpowiedzialność. której autorstwo przypisano Bóg wie czemu — pewnie dlatego. że pomylono dwóch różnych ludzi. Oczywiście nie mamy najmniejszego udziału w tym. nie wiedzie- libyśmy. to ten sam człowiek. który w pewnym momencie oświadczył. pomożemy wam usunąć ten kolec z nogi. jak się trafnie mawia w naszym kraju. tego. który z dziesięć lat temu dowiódł. rozumiemy się przecież. waszym gościom. Także i on musi być wariatem. nie potraficie nas uwolnić od klownów. Także i ten osobnik nosi nazwisko Kur- nosow. którego wyślemy wam za opłatą pocztową. Proszę bardzo. który napisał ową książkę. nie możemy wam gwarantować.) Cóż. gdyż okazuje się. w jak złym stanie jest jego zdrowie psychiczne. którzy grają swoje nu- mery pod naszymi oknami. Rzecz jasna. Im więcej szalonych. pracy. że nie jeste- ście w stanie zapewnić bezpieczeństwa nam.

gdyby pan Kurnosow numer dwa nie po- wtarzał tych wyświechtanych chwytów. Gdyby to 321 . miałby charakter na pół prywatny i przez to podkreśliłoby się równie prywatny charakter negocjacji z Moskwą. Komitet.) Wściekła! Nic zresztą nie wyklucza tezy. buduje dla siebie nowoczesną.. Krótko mówiąc. Jak się wydaje.. że nasi sowieccy koledzy rzeczywiście ustąpili pod wpływem naszej oburzonej opinii. jak sugerował mój minister. Zapewniono nas — nie w sposób czysto formalny. niechże więc nie bawi się w chowanego. na którego czele zechciałby pan może stanąć. rząd sowiecki urażony jest po- stawą Kurnosowa-Gawierina..30 w Luwrze. Aleksander wrócił do biura.. I jeszcze jedno. Dzwoniła pani Boïsse: będzie w barze angielskim hotelu Plaza o pół do ósmej. nawet gdybyście mieli umieścić ich obu w celi wyłożonej materacami”. Jedna brew dyplomaty uniosła się na wysokość wieży Eiffla. przed egipskim sarkofagiem. gdyby powołać do życia pewnego rodzaju.. jakby obawiał się zamachu na swoje życie. elektroniczną for- tecę. Poszedł na spotkanie. to właśnie on był autentycznym Kurnosowem». Było- by znacznie lepiej. Wzburzona? (Położył akcent nad „o”. Nie będę próbował przekonywać pana. Oto. lecz najwidoczniej wystarczający. by w całej tej sprawie nie angażowały się nasze najwyższe sfery. dwu — to męczące. który zachowuje się tak. Jeden Kurnosow ujdzie. Tymczasem wolelibyśmy. Byłoby dobrze. drogi pa- nie. Trzymajcie więc z łaski swojej obydwu. przenosi się z hotelu do ho- telu o północy. złożony z osobistości świata artystycznego i literackiego. że nasz rząd odnosi się do tej sprawy z entuzjazmem. tak przynajmniej uważa mój minister — że nic nie będzie mu groziło ze strony sowieckiej. co nam przekazują Rosjanie.krzyczeć: «Nie. komitet powitalny. Co zrobić jednak? Opinia publiczna jest wzbu- rzona. Przekazała mu wiadomość od Piotra.. premier nie wyraził zastrzeżeń. „Jutro o 14.

Zrobiłem sobie przerwę obiadową. i to o północy. czarno- niebieski. Zaczęli wspólnie przechadzać się po muzeum. Mały. biorę rzecz poważnie. — Piotr. Ja wyszedłem od siebie o siódmej rano i przez cały czas przesia- dałem się z jednego środka lokomocji na drugi. Nowy Iwan był bardziej wyczulony na niuanse. Usłyszał głos: — Nie mylę się: Psar? — Nie myli się pan. — O której godzinie wyszedł pan od siebie? — Z biura? O dwunastej trzydzieści. Aleksander przesiadł się dwukrotnie na stacjach metra prze- szedł przez dom towarowy mający dwa wyjścia i zjawił się w Luwrze wchodząc od strony kwadratowego podwórza. — Jakie powziął pan środki ostrożności? — Wystarczające. ale w małych dawkach. Miewał już pi- lotów. udając. suchy. — Poprzednio był pan Iwanem. ubrany w ładny garnitur. pół godziny wcześniej. Aleksander przypominał sobie zasady tego rodza- ju spotkań i udał się pod egipski sarkofag. Nie miał nic przeciwko publiczności. Piotr wzruszył ramionami. — Byłem pewien. — Jestem Piotr. że podziwiają wazy i grobowce. trzymając ręce założo- ne na plecach. 322 . — Gdy mówię „środki ostrożności”. — Piotr każe przypomnieć panu — powiedziała Jessica — o niezbędnych środkach ostrożności. kręcił się tam już niespiesznie. żmijowaty Piotr. Aleksander z trudem opanował niechęć. że Iwan. którzy lubili miejsca spotkań uczęszczane przez wielką publiczność. co najchętniej wyznaczaliby spotkanie na pustyni.było niemożliwe. byli i tacy. giętki. w muzeum Opery”. Iwanie. pojutrze.

— Zauważyłem. Niech pan się dowie. trzeciego rozwiązania i zwracającej się do tych. Zatrzymali się przed posążkiem siedzącego w kucki skryby o dziwnych. — Mam dla pana dalsze rozkazy — powiedział cierpliwie Piotr. Zresztą wybór kraju bardziej potężnego. pewnego rodzaju powszechnej partii politycznej o tendencji prawicowej. że trzeba pana zostawić. Rolę katalizatora odegra tu dysydent. Wybrano Francję ze względu na jej uniwersalistyczną tradycję. Odpowiedział mi. że istnieje pomiędzy nami pewien konflikt i zaproponowałem mu. Czy to jasne. żeby wyznaczył innego agent d'influence. a 323 . że zapożyczył pan od Francuzów pewną lek- kość tonu i stanowczo wypraszam to sobie. Gdy byłem jeszcze młody i dziecinny. — Tak właśnie trzeba postępować. Psar? Aleksander wykręcił się żartem. niech pan zajrzy do mojej teczki. inkrustowanych oczach. — Istotą tej operacji — Piotr nauczył się swego tekstu na pa mięć. mógłby zrazić niektóre osobistości. występującej z propo- zycją innego. — Najwidoczniej każda cywilizacja ma swoich biurokratów — odezwał się Aleksander. gdzie się obecnie znajduje ten człowiek. na przykład Stanów Zjednoczonych. jeśli nie ma się natural- nych zdolności. ktoś. — Psar. by nie nosić przy sobie kompromitujących dokumentów — będzie stworzenie. niech pan mnie nie zmusza do sięgnięcia po metody dyscyplinarne. którzy odrzucają i kapitalizm. Zameldowałem już towarzyszowi Pitmanowi. kto swym życiem dowiódł wrogości wobec komunizmu. jako że prowadzona przeze mnie operacja jest nad- zwyczaj ważna. naprzód we Francji a potem na całym świe- cie. żeby mu pan przykręcił trochę śrubę”. i do- dał: „Wystarczy. autorytarnej. przysłano mi skrupulata w pańskim stylu. i komunizm. — Iwan. bawiąc się porównywaniem nieru- chomego spojrzenia egipskiego skryby z oczami Piotra. korporacyjnej.

Rzecz jasna nie podejrzewa wcale. Opuścili dział egipski. i. urodzonego w Kostromie 12 lipca 1926. tak. Nie miał racji. a państwo. Barbarzyńcy zawsze zwyciężą”. i przywieść ją któregoś dnia przed oblicze mistrzów. Agent d'influence Aleksander Dmitrycz Psar zatrzymał się przed posągiem Nike z Samotraki. bro- niący się przed inwazją rusztowań i drabin. za- mierza założyć faszystowską partię polityczną. Ale kto po- konuje kogo? Maraton. Być szarą eminencją (złym duchem?) partii działającej na skalę globu. Drażniło go płaskie światło rozlewające się wokół tych ogromnych mas ożywionej skały. — „Nie mam już syna. W tej sytuacji. Przez sekundę ujrzał znowu galerię chimer i dwie sylwetki na szczycie tego wielkiego kościoła-okrętu. przemaszerowali przez dział asyryjski. przełożonych. Trwały tu prace remontowe i bogowie. ponieważ nie można mu przydzielić zwyczajnego pilota. — Kurnosow — ciągnął dalej swym dydaktycznym tonem Piotr — przejął ideę utworzenia takiej właśnie partii.. dotarli do Greków. budzili w zwiedzają- cych dziwny niepokój. autora zamachu na Breżniewa i pracy pod tytułem Rosyjska prawda. po przejściu długiego korytarza wyłożonego białymi płytkami.którego dzieło wyraża wrogość wobec kapitalizmu. Znaleźli się na wprost wielkich schodów. któremu służyłem przez trzydzieści lat. A później? Grecja czy Rzym? Co to wszystko oznacza?” Jednocześnie czuł poruszenie swej ambicji czy próżności. by zaczął podejrze- wać. „Zwycięstwo: nie ma nic wspanialszego. gdy oskarżał swych szefów.. Salamina. i nie wolno dopuścić. do czego to służy?” — pytał się Aleksander. jaką tylko można sobie wyobrazić. cała ta cywi- lizacja. w której złoczyńca podkłada pod busolę sztabę 324 . Dyrekcja ofiarowywała mu najwspanialszą misję. Barbarzyńcy zwyciężyli. Chodzi o Michała Leontycza Kurnosowa. to oczywiste. „Wszystkie te piękne posągi. Potem przypomniał sobie po- wieść Verne'a. że jego partia będzie sterowana przez KGB. zostanie oddany pod nadzór agent d 'influence Aleksandra Dmitrycza Psara.

Nagle jednak cała ta sprawa wydała się Aleksandrowi nie- skończenie skomplikowana i męcząca. Wolał cofnąć się niż wspinać się po 325 . które było osią i sprężyną jego egzystencji.. lepiej niż w książce. „Ja już nie wrócę. Jeśli uda się ich zwerbować. będzie to udany połów.. Ty wrócisz zamiast mnie”. Wie pan o tym. Z trudem tylko utrzymywał się na nogach. — Pierwszym zadaniem Psara — mówił wciąż Piotr głosem pozbawionym wyrazu — będzie zaskarbienie sobie absolutnego zaufania Kurnosowa. przestało go to interesować.. Piotr wyliczył trzydzieści siedem nazwisk mężczyzn i kobiet różnych narodowości.. Jeśli poprzednim razem. przesuwając północ. Tak.żelaza i zmienia w ten sposób kurs statku nie dotykając steru. Żył jednym tylko pragnieniem. zgodziłem się jeszcze. że Kurnosow będzie chciał głosić swą doktrynę. W pewnym sensie wszystko się dla niego skończyło. że nie powinno się doprowadzać do ostateczności zmę- czonego. Alek. tak. ją właśnie trzeba było skompromitować. gdy Pitman podsunął mi tamtą pułapkę. Kurnosow będzie tak dalece zależny od Psara. wyczerpanego agenta. żeby mógł ją przedstawić w sposób dokładniejszy i bardziej zrozumiały dla Zachodu. I palec. Wszystko wskazuje na to. Aleksander nie miał obecnie więcej sił niż ten palec. dość już znanych i za- pewne marzących o tym. to dlatego. — Jestem zmęczony — powiedział — a nasz podręcznik po- wiada. był w stanie ją przeprowadzić. marzeniem. że marzę o po- wrocie. że chciałem wrócić. w pewnym sensie. i w dodatku z podniesioną głową. Wszyscy oni zaliczani byli do umiarkowanej prawicy. z trudem wypo- wiadał poszczególne słowa. by być jeszcze lepiej znanymi. pochlebiał mu roz- miar tej operacji. tyle że. jednak trzeba będzie pomóc mu. że nie uczyni sam ani jednego kroku. Trzeba będzie także zasugerować mu wybór do komi- tetu kierującego partią następujących nazwisk. który chciał dotknąć policzka i nie mógł go dosięgnąć. intelektualistów.

— Załóżmy. Albo ma pan nerwy w bardzo złym stanie. nie po- winno się już płodzić dzieci. Przekazuję je. Piotr. Najwi- doczniej nie przeszło to panu całkowicie. poprę pana. Gdy ma się czterdzieści dziewięć lat. Tak. czy żebym się mylił. mimo że złajany przez kogoś młodszego od sie- bie. że zgodzę się teraz i założę nową partię. niech pan zrozumie. powstrzymał wybuch gniewu: — Być może ma pan rację. Iwańczyk. nie. W jaki sposób miałby pan przykręcić tę śrubę? Nie ma pan nawet pod pachą bułgarskiego parasola. którego pan nigdy nie widział. Zajmie mi to dziesięć lat. Psar. i bachora. trzy reakcyjne zakonnice w kornetach i dwaj rozbawieni liceali- ści. — Psar. żebym miał rację. Nie. 326 . albo też wyobraźnię zbyt bujną jak na naszą profesję. Mam dla pana instrukcje. by spokoj- nie przyjąć wiadomość o śmierci kobiety. idący przy nim. Zaciskam. — Piękna samica — powiedział Piotr. patrzył na niego ironicznie: — Mnie się wciąż wydaje. nie naszpikujemy czekolady kurarą. Mam zacisnąć śrubę.. Dzieci nie chcą mieć starych rodzi- ców. Ale jeżeli odmówi pan wyko- nania rozkazów. Jeżeli chce pan poprosić o urlop. że Pitman myli się co do pana. to nie jest wykluczone. Ale.schodach. — Bierze pan własne życzenia za rzeczywistość. Prócz nich rzeźbie przypatrywało się jeszcze kilku turystów. W gruncie rzeczy nie stać pana nawet na to. Musi pan natychmiast znienawidzić cały świat. Przez dłuższą chwilę stali przed posągiem Wenus z Milo. — Nie chodzi o to.. sprawa jest oczywista: pan się wykoleja. że jest pan jedną z gwiazd jego sławnej dyrekcji. którą znał pan przez dwa tygodnie. Powiedziano mi. Wyobraża sobie. Aleksander. że był pan po trosze literatem. nasze społeczeństwo nie potrzebuje wcale niezdyscyplinowanych fantastów.

szczupłymi i ukrytymi pod ład- nym garniturem: — Czy to ważne. Nie chcę być pożarty przez faunę wykarmioną na francuskich drobnomieszczanach. Piotr ruszył w drogę: żmija wijąca się między posągami bo- gów. Aleksander zamknął oczy. Trzy. zajmę się tą operacją. Aleksander dogonił go: — Ile czasu zajmie tym razem operacja? — Pięć lat. Piotr. że to dla mnie istotne. — Wolę Afrodytę niż Erosa — odpowiedział na to Aleksan- der. wskazując na piękną. jeśli znajdziemy dla pana następcę. — Tak więc. — To zależy od pana. — Dobrze. Iwan. Alek. jeżeli odmówię. . przyjdzie i mnie zgnić na cmentarzu w Sainte-Gene-viève? Piotr wzruszył ramionami. „Ja już nie wrócę. klasyczną Wenus i asystującego jej Kupidyna z późniejszej epoki. — Zajmę się tą operacją. Ty wrócisz zamiast mnie”. które robaki się karmi? — Proszę sobie wyobrazić. — Piotr. Zdecydo- wanie wolę robaki rodzime i dziedziczne.

Amato- rzy. lecz z wielkimi szansami na rychły 328 . Pozostali członkowie komitetu powitalnego. na emeryturze. piramidalny nos. wystający nad okulary w żelaznej oprawce i na tors. Komitet powitalny schronił się przed zimnem za szybą. Fourveret. agent „martwy”. że są bardziej paryscy niż paryżanie. lecz Kurnosow. dyrektor naczelny wydawnictwa Lux. odzianych w zielone mundury ozdobione czerwonymi insygnia- mi. Stąd jego członkowie obserwowali niewielkiego człowieczka sta- wiającego wielkie kroki. został odprowadzony do Pa- ryża przez przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. pewien chytry biskup bułgarski. żydowsko-amerykańska hrabina. lub też „samoniszczący się biologicznie”. wszyscy oni rzecz jasna udawali. Zawo- dowcy: Baronet. dzięki temu jego zasiłek wynosił 110% pensji. patrzyli na jego krótki. Gawierin. to jest pewien pijany albański dramaturg. Z ust przybysza buchały kłęby pary. — Kto powie. mieścili się w dwu kategoriach. gdy lądował tam samolot specjalny. któremu prze- wodniczył Aleksander. porowata skorupa pokrywała pustynię lotniska w Roissy. które- go ten kraj domagał się tak głośno. wysłany został do Francji chyłkiem i w pośpiechu. Był on teraz szczęśliwym bezrobotnym: zdecydował się na naukę języka niemieckiego. jaki dialog wpisać mu w rysunek? — pytał Mon- thignies. 7 TWARDY ZNAK Lodowa. wci- śnięty w nowiutką kanadyjkę.

Sprawiło to. która cie- kawa była. majestatyczny pomimo niewiel- kiego wzrostu i za długiej kanadyjki. Kurnosow znieru- chomiał w środku tego kręgu. w czym dyrekcja. Aleksander Dmitrycz. pani Choustrewitz. jakie tylko zechciał. czy Sowieci całują w rękę równie wprawnie jak emi- granci. ściskając pod ramieniem paczkę rękopiśmiennych notatek. Ga- wierin. — A więc z pierwszej fali emigracji? — Mój ojciec był oficerem białej armii. a także wymieniony już Monthignies. Trzymał się całkiem prosto. przewidująca jak zawsze. Aleksander posta- rał się o to.powrót do zawodu. Nie mam żadnych przesądów. że francuskie słowo oiseau wymawiał „o-isse-e-a-u”. ale żadnych wskazówek ustnych. Chciał przejąć wyłączną opiekę nad Kurnosowem. który miał w swoim czasie odegrać rolę fałszywego Kur- nosowa. Błyskały flesze. szła mu na rękę. a angielskie church „skiursk”. — Z Psarów Iwana Groźnego? — Tak jest. Dziennikarze napierali. Ze wszystkich stron padały pytania. wciąż krytyk «Lemiesza» i doraź- ny współpracownik «Obiektywu». lub też po prostu zdolne wymówić choćby dwa słowa po rosyjsku. — Co oni chcą wiedzieć? 329 . Ballandar. Proszę. — Mam trochę bagażu. by zdecydowanie wyrugować z komitetu osobistości zbyt wrzaskliwe lub podejrzane o przynależność do innej orkie- stry. — Michał Leontycz? — To ja. — Poznajmy się. żeby ktoś się tym zajął. Przez jakiś czas wymowa ta będzie chroniła go przed niedy- skretnymi natrętami tak samo. jak przedtem kratki szpitala spe- cjalnego w Leningradzie. wspomagany był potajemnie w jego staraniach wyucze- nia się języka francuskiego. Natomiast Kurnosow autentyczny otrzymał wprawdzie wszystkie książki. A kim pan jest? — Psar.

zadał mu pytanie: — Tym razem to oryginał? — Mam nadzieję. W kuluarach Aleksander natknął się na Divo. który natych- miast. Myślę. Czyż nie udało im się wyrwać nieszczęsnego „Anonimowego więźnia” ze szponów represyjnej psychiatrii? Wśród dziennikarzy panowało wielkie podniecenie. broszurowe i oprawne. — Ma pan może moją książkę? Oni pokazywali mi tylko ga- zety.. — Zupełnie inny niż tamten? — I tak. Gdzie jest samochód? Tym razem konferencja prasowa odbyła się w Pałacu Kongre- sowym. po czym zwrócił się w stronę dziennikarzy i wypowiedział bardzo wyraźnie: — Wiw lia Frann-ss. nie zawiedli nawet najwięksi. w Salwadorze. jeśli nie złoży pan teraz żadnej deklaracji. Aleksander zadziwił samego siebie. ale Związek Radziecki dał dowód. Podkreślił tę formułę suchym ruchem podbródka. — Tyle tylko. krzywo się uśmiechając. Psar zademonstrował mu obydwa wydania. Abisynii. że lepiej będzie. w Polsce. Kurnosow skłonił ciężko głowę. prawie jak ze wspólni- kiem.. Przybyło na nią blisko tysiąc osób — derwisze chcieli uczcić swój sukces. i nie. Było się z czego cieszyć. Komunizm międzynarodowy mógł co prawda odnosić sukcesy w Angoli. żeby nie psuć efektu. Co się dzieje? W jakiś sposób jest mi bliższy niż oni”. będzie pan miał konferencję prasową dziś wieczorem. że lęka się opinii pu- blicznej. („Rozmawiam z Divo nieomal przyjaźnie. Nikaragui. — Michale Leontyczu. dodając do tego jeszcze jedno zdanie: — Homo sovieticus pozostanie zawsze homo sovieticus. — Całkiem nieźle — powiedział Kurnosow uprzejmie. że margines dość skąpy.) 330 .

jednocześnie nie przestając obserwo- wać z ironicznym wyrazem twarzy norek. Ja powiedziałbym po prostu. Jak myślisz. specjalizujący 331 . Ale trafiam na ogół na szyderców. Ga- wierin wciąż domagał się pieniędzy. trzeba być wyposażonym w pewne zalety i pewne wady. gdzie stoi jego samo- chód. żeby. Wiesz. ani trzeci świat. Wciąż ten krzywy. kontynuować walkę. zdegradowanym. W rezultacie gotów jest zdobyć dla siebie byle co. to homo sovieticus militons. Typ. jak przeżyć. skąd się to bierze? Divo przysłuchiwał się. z żywym trupem. po wyjściu na wolność. ten poeta. zgaszonym. kto oca- lał z łagru. skośny uśmiech. któremu nikt nie mógłby zarzucić żadnej podłości. Nie jest tak. które defilowały w pobliżu. Założę się. już zapytał. popielic. żeby im pochlebiać i co tydzień płacić im bilet do kina. że chodzi tu o rodzaj doboru naturalnego. Mówił dalej : — Homo sovieticus przekonany jest. posługując się byle jaką metodą. przygotowuję się na spotkanie z człowiekiem wygłod- niałym. nierozgoryczony intelektualista. Ten ironista. znaleźć jeszcze w sobie energię i wyjechać z kraju. że nawet swego raka zwalczył siłą przebicia. W końcu jeżeli tam posyła się ludzi do łagru. jedno mnie dziwi. w naj- lepszym razie. Aby przetrzymać łagier. by myśleli tylko. że wszystko mu się na leży. jak to jest u nas z pospolitymi przestępcami. lecz nic nie będzie mu ofiarowane. bardzo wymagających. Gdy mam się zobaczyć z kimś. Ten natomiast tylko posta- wił nogę na ziemi francuskiej. fizyki w Riazaniu. zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej. Bez tego Sołżenicyn uczyłby wciąż. To jest zapewne światek — mamrotał. że to typ człowieka mający wielką siłę przebicia. to nie po to. ani półświatek. o którym mówisz. Później zwrócił się do Aleksandra: — Myślę. Definiujesz go całkiem do- brze. kaszmirów i alpag. — To nie jest wielki świat.

Obecne przejścia zbliżały go do innych ludzi i sprawiały. przypomina gigantyczną maszynę elektroniczną: funkcjonuje dzięki półprzewodnikom. Śmierć żony i syna tkwiła w nim jak pocisk. tylko śmierć ojca stanowiła wyjątek. Jego życie toczyło się z dala od prawdzi- wych trosk. Jeszcze niedawno przedstawiał prasie fałszywego Kurnosowa. w lecie ubiegłego roku. Oczywiście. bardziej przekonujący. myślał Aleksander. Byłoby doskonale. jego dusza została zraniona. jak tego wieczoru. byłby. teraz musiał zaprezentować prawdziwego. Ale w okresie pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami został zraniony. Teoria przekazywania pałeczki. zawierający wewnątrz manuskrypt Rosyjskiej prawdy. że poszczególni uczestnicy sztafety nie wiedzą. który został zablokowany gdzieś w ciele i którego nie można usunąć bez narażenia na szwank życia rannego. Nigdy jeszcze nie promieniował tak wielką siłą wewnętrzną. że w pewnym sensie stał się bardziej rzeczywisty. myślał Aleksander. że dyrekcja i Pitman we własnej osobie nie mają już do niego takiego zaufania jak niegdyś. przygo- towując się jednocześnie do zainicjowania wielkiego ruchu. Aleksander zasiadł na scenie Pałacu Kongresów z pewnym ociąganiem. W chwili gdy zaczął przemawiać. co czynią. Był do tej pory. było dla niego nie- omal równie bolesne. ludzki. Praca wywrotowa. gdy pod fontanną Berniniego wziął od mężczyzny w pomarańczowej bluzie pakiet «Oggi». 332 . jest dlatego taka trafna. sztafety.się w pewnego rodzaju chirurgicznej jasności wyrazu. gdyby udało się nakłonić ten reakcyjny umysł (reakcyjny w najlepszym znaczeniu tego słowa: wciąż reagujący na bodźce) do udziału w wywrotowym przedsięwzię- ciu. świetnym kandydatem do uniwersalnej par- tii. trzeba by trzymać go z daleka od Kurnosowa i nie dopuszczać do udziału w podejmowaniu decyzji. przypomniał sobie nagle ten pogodny moment. Także i przekonanie. by tak rzec. Divo byłby nadzwyczajnym półprzewodnikiem. Myślał o tym nie w kategoriach: „Jaki byłem wtedy szczęśliwy”. mógłby zakłócić przebieg całej operacji. dziewicą cierpienia.

Mi- chał Leontycz nie włada językiem francuskim. którego doniosłości nie sposób przecenić (w ciągu dwu miesięcy sprzedano 200000 egzempla- rzy!). to przedstawia się ona następująco: Michał Leon- tycz Kurnosow. w pierwszym rzędzie. zamierza poświęcić swe życie pracy nad utworzeniem i prowadzeniem niezależnego ugrupo- wania. Następnego dnia «Niezależny Dziennik». Przez moment z radością doznał poczucia własnej dojrzałości. odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zaczął od przypomnienia całej sekwencji wydarzeń. który przestał już być „anonimowy”. opublikował „duże fragmenty” stenogramu konferencji prasowej. lecz gotów jest. by wybaczono mu tę pomyłkę. bardzo umiarkowanym. którego kierownic- two objął po swym zdymisjonowanym przyjacielu i protektorze Hugues Minquin. Sowiecka perfidia jest czymś oczywistym. nie trzeba mnożyć dowodów na rzecz tej tezy. także i jego. Związek Radziecki. Niestety. które będzie nosiło nazwę „Konfraternia prawdy ludów”.lecz: „Ależ byłem wtedy młody”. wydalony z ZSRR. jakie wolny świat okazał Rosyjskiej prawdzie. Jeśli zaś idzie o wstępną deklarację „Więźnia”. nadziei dla krajów demokratycznych i ludów ujarzmionych. jak posłaniec nadziei. 333 . Prosił. będzie nosił na głowie wspa- niałe srebrne runo. w ostatnich dniach jego kasztanowe włosy nabrały nowego blasku. We wstępie. przyprawiony o paniczny lęk zainte- resowaniem. prawdziwy autor tego dzieła. mimo to jednak nie sposób odmówić im charakteru charyzmatycznego. I oto jak Jonasz uratowany z brzucha wieloryba. Ostatni epizod stał się kolejnym przykładem tej perfidii. Mi- nquin pisał: „Niektóre przekonania pana Kurnosowa mogą się wydawać trudne do przyjęcia przez naszą społeczność. oszukując wszystkich. Na szczęście powszechne oburzenie francuskiej opinii zmusiło „wielkich kłamców” do uwolnienia nieboraka. Aleksandra Psara. znalazł się wśród nas. Jeśli tyl- ko będzie żył odpowiednio długo. po- śpiesznie uwolnił fałszywego Kurnosowa. I rzeczywiście. za pośrednictwem Psara.

Kosztowało mnie to dwa litry wódki. Pozwoliło mi to udoskonalić moją kulturę polityczną i jaśniej zobaczyć rzeczy. Pytanie: — W zasadzie był pan dość dobrze traktowany. Czy zechce pan potwierdzić. że wystarczy zniszczyć zwornik sklepienia sowieckiej katedry. Oddajmy zresztą głos ludziom dobrej woli. wie pan. gdzie pozwolono mi czytać wszystkie książki. pijaka. że to właśnie pan próbował zastrzelić Breżniewa? Odpowiedź: — Potwierdzam to. że stanowi to część rosyjskiej tradycji. Mój szwagier był w stanie uniesienia (śmiechy). ja- kich tylko zażądałem. Zabrałem jego mundur i pistolet maszynowy. jakim motywem kierował się pan przystępując do zamachu? Odpowiedź: — Można. Jeśli zna pan Borysa Godu- nowa. Pytanie: — Panie Kurnosow. z jakim trudem przychodzi nam ustalić pańską tożsamość. Tam tylko szaleńcy widzą jasno. Pytanie: — Czy można zapytać. Po za- machu uznano mnie za wariata i umieszczono w zakładzie psy- chiatrycznym. Pytanie: — Dlaczego zmienił pan zdanie? Odpowiedź: — Ponieważ stałem się inteligentniejszy. Byłem przekonany. Pytanie: — Jak się panu udało przemycić na Zachód najpierw fragmenty pańskiej pracy. z pewnością orientuje się pan. Pytanie: — Już pan tak nie myśli? Odpowiedź: — Nie. Komunizm to rak. którzy zadawali pytania nonkonformistycznemu przybyszowi”. by zawaliła się całość. Czym pan to sobie tłumaczy? 334 . Pytanie: — W jaki sposób przystąpił pan do dzieła? Odpowiedź: — Miałem szwagra milicjanta. któremu tego rodzaju zniszczenie w niczym nie przeszkadza. a potem całość? Odpowiedź: — Naiwność tego pytania jest równie wielka jak impertynencja w nim zawarta.

bo tylko wariat mógł się targnąć nażycie państwowego dobroczyńcy numer jeden. iż to komuniści pokonali faszystów. że posiadam pewne wykształcenie poli- tyczne i pomogli mi jeszcze w jego poszerzeniu. Czy nie zaostrzyli wtedy kontroli? Odpowiedź: — Oczywiście. Pytanie: — Mogłoby się wydawać. Odpowiedź: — Na początku było rzeczą korzystną dla reżimu przedstawić mnie jako szaleńca. prowadzi to do określonych następstw. że się dostałem w ich ręce. że niektóre partie pań- skiej książki przedostały się na Zachód. rzecz jasna. To Rosjanie zwyciężyli Niemców. Podobnie leka- rze hodują bakterie. że nie wie pan o tym. faszyzm silniejszy niż komu- nizm. Później ludzie z KGB zorientowali się. Odpowiedź: — Nieścisłość. To. innych chorych. Marksizm uważa się za teorię naukową. że stał się pan wojującym antyko- munistą? Odpowiedź: — Komunizm. przesłuchiwali moich pielęgniarzy. Nigdy nic nie znaleźli. gdy spełnione zo- stają pewne warunki. Marksiści są przekonani. Pytanie: — Pańscy strażnicy wiedzieli. że trzeba wyjść z tego koła. o którym nie chcę publicznie mówić. Ale i pewien epizod z mojego życia. Pytanie: — Co sprawiło. Założyli kraty na moich oknach. Pytanie: — Czy ta nieudolność nie wydaje się panu podejrza- na? Odpowiedź: — Nieudolność w ZSRR nigdy nie wydaje się czymś dziwnym i podejrzanym. Pytanie: — Co pan myśli o Zachodzie? Odpowiedź: — Zachód stanowi zaledwie część świata. a świat kręci się wkoło jak wiewiórka w swoim bębnie. komunizm silniejszy niż demokracja. Mogli odtąd studiować in vivo funkcjonowanie umysłu kontrrewolu- cyjnego. było dla nich niezłą gratką. To koło to de- mokracja silniejsza niż faszyzm. Myślę. przeszuki- wali moją celę. 335 . Wyczuwam w pana głosie sympatię prokomunistyczną i radzę panu przeczytać ponownie przemówienie Stalina z 9 maja 1945. że za każdym razem.

«Gdybym była carycą». Widzi pan. powiedziała jej siostra. który podszył się pod pana nazwisko. które nie zasłu- gują nawet na to. wypowiedział bardzo negatywne sądy na temat dysydentów. Co chciała zrobić trzecia siostra? Odpowiedź: — Trzecia siostra mówi: gdybym była carycą. Pytanie: — Co myśli pan o socjalizmie? Odpowiedź: — Mógłbym panu odpowiedzieć słowami Wła- dimira Bukowskiego: „Jeśli chcecie zamienić wasz kraj w gi- gantyczny cmentarz. Wasz Diderot powiedział: „Dysydenci 336 . Pytanie: — Kogo ma pan na myśli. Ale wolę zacytować Puszkina. da- łabym carowi syna bohatera. Oto co Rosyjska prawda i ja sądzimy na temat socjalizmu. który stał się ich szwagrem. A pan? Co pan o nich myśli? Odpowiedź: — Oni są różni od nas. Obie one okazały się następnie najgorszymi łotrzycami: nie za- wahały się przed zdradą cara. Pochodzą z sowieckiej eli- ty i dlatego też nie są reprezentatywni dla narodu rosyjskiego. w legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Ta Kordelia chce osiągnąć coś realnego. Pytanie: — Panie Kurnosow. Dwie pozostałe. przed morderstwem ich siostry carycy i siostrzeńca carewicza. czy dobrze pana zrozumiałem. wstąpcie w szeregi partii socjalistycznej”. marzą. oszust. na czym polega różnica. «Gdybym to ja była carycą». «utkałabym płótna dla całego świata». Ale są wśród nich przyzwoici ludzie. Frag- ment ten porównać można do kuszenia na pustyni w interpreta- cji Dostojewskiego. Pytanie:— Nie jestem pewien. socja- listki. naturalnego i poży- tecznego. która zaczyna się mniej więcej tak: „Trzy młode dziewczyny przędły przy oknie późnym wieczorem. Coś na miarę jej możliwości. Zna pan naszego Puszkina? Na- pisał on bajkę. mówiąc „my”? Czyżby nie uważał się pan za dysydenta? Odpowiedź: — Nie. powiedziała jedna z nich. żeby o nich marzyć. I marzą o dobrach materialnych. «wydałabym ucztę dla wszystkich chrześcijan świata».

Ja nie myślę inaczej. Pytanie: — Co pan przez to rozumie? Odpowiedź: — Rewolta Lucyfera nie jest rewoltą zła prze- ciwko dobru. że istnieją w Rosji ruchy monarchi- styczne. kiedy uzyskają prze- wagę”. Końcówka -ista w słowie „nacjonalista” z trudem oddaje tak konkretną rzeczywistość jak naród. których sens nie jest wcale negatywny. lecz dobra przeciwko istnieniu. Oto dwa powody. być Francuzem — to nie ideologia. Czy jest pan monarchistą? Odpowiedź: — To nie ja jestem monarchistą. Każda ideologia. Ja myślę jak wszyscy ludzie zdrowego rozsądku. dla których nie jestem faszystą. Pytanie: — W pana książce robi pan aluzję do pewnego typu teokracji. Pytanie: — Powróćmy na ziemię. jestem Rosjaninem. Myślę.prześladowani staną się prześladowcami. Czy jest pan faszystą? Odpowiedź: — Faszyzm jest formą socjalizmu. która pociąga za sobą gwałt na rzeczywistości. zawsze była i prawdopodobnie jeszcze długo będzie monarchią.. Jesteście w tym mocni. Nie jestem potencjalnym prześladowcą. prawicowa czy też lewicowa. Mamy tu do czynienia ze smutnym faktem dewaluacji lingwistycznej. który próbuje konsekwentnie i organicznie traktować swoją rosyjskość.. na przykład Ogurcowa. Pytanie: — Mówi się. faszyzm jest abstrakcją. Pytanie: — Czy uważa się pan za rosyjskiego nacjonalistę? Odpowiedź: — Jestem świadom tego. Czy mógłby pan to sprecyzować? 337 . „Żyd”. że jedynym sposobem powstrzymania sowieckiego eks- pansjonizmu ideologicznego jest uznanie imperialistycznej na- tury Rosji. żeby nadawać pejoratywne znaczenie słowom. Dysydent po rosyjsku oznacza „który-myśli-inaczej”. to Rosja jest. „Murzyn”. jeśli pan pozwoli. Być Rosjaninem. ściśle związanej z określonym i ograniczonym teryto- rium. że słowo „nacjonalista” ma na Zachodzie pejoratywny wydźwięk. Nie jestem dysy- dentem. to konkretny fakt. jest diaboliczna w swojej istocie. „Nacjonalista”.

i bojąc się. Nie oznacza to. który myślał. Odpowiedź: — Rządy społeczeństw opierają się na dwóch za- sadach. Prawomocność jest zawsze irra- cjonalna: prawo boskie. Pytanie: — Dostojewski także opowiadał się za teokracją. 338 . Potrzeby życia praktycznego dyskutuje się punkt za punktem. że wyzwoli królestwo Izraela. Tymczasem doprowadzi ona do tego przez męczeństwo. Dobrze wia- domo. ukrzyżowali kró- la. Podobnie Dostojewski. Faryzeusze również w to wierzyli. ponieważ inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. Jego apostołowie wierzyli. tak jak prawomocność monarchiczna na absurdzie. że nie będzie w nim dla nich miejsca. Ale ten policjant nosi mundur — oto prawomocność. Natomiast prawomoc- ność może być ujmowana tylko globalnie — tak albo nie. Czy teokracja nie została nieco nadwerężona w waszym kraju? Odpowiedź: — Rosja ma powołanie Chrystusowe. I dlatego właśnie. Będąc chrześcijaninem myślę. że Rosja ocali świat przez teokrację. Wiadomo też. co wcale nie oznacza. ich ewolucja od- bywa się stopniowo. Prawomocność republikańska bazuje na braku koherencji. że należy je odrzucić. żeby irracjonalność pra- womocności była irracjonalnością chrześcijańską. To już nie jest felix culpa. mógł stworzyć swo- je prawdziwe królestwo. że chrześcijanie muszą organizować państwo ziemskie na wzór niebiańskiej Jerozolimy. i to wszystko nie ma znaczenia. tylko felix error. którego faryzeusze nie umieli sobie wy- obrazić. losowanie nie wypływają z przesłanek racjonalnych i właśnie dlatego stają się źródłem prawomocności. że to dobrze. co się stało z Chrystusem. Sformułowanie „chrześcijański książę” zawiera w sobie sprzeczność. Jedną z nich jest prawomocność. drugą wymogi życia praktycznego. że więcej jest imbecyli niż ludzi inteligentnych. poprzez adaptację. wybory po- wszechne. Potrzeby praktyczne wciąż dają o sobie znać. Na ulicznym skrzyżowaniu niezbędny jest poli- cjant — oto wymóg życia praktycznego. zasada dziedziczności. że syn geniusza może być kretynem. Proszę pa- miętać. że został ukrzyżowany.

Nie wiem jednak. Nie bez po- wodu średniowieczny Kościół potępiał oprocentowane pożyczki. Że kapitalizm zachodni i sowiecki komunizm są jak nagon- ka. Początkiem wszystkiego jest kredyt. banki nie biły monet i nie drukowały banknotów. Zachód nie uświado- mił sobie jeszcze tego. gdzie czekają już strzelcy. a wcześniej przeprowadzenie rewolucji przemysłowej. To one umożliwiły powstanie nowoczesnego społeczeństwa. Ban- ki jednak nie poprzestają na tym. emitując pieniądze. wkrótce przyznano im pra- wo wypuszczenia własnego pieniądza. to sztuczka prestidigitatora. która pcha zwierzynę na polanę. że do niedawna An- glia spłacała bankowi Rotszyldów pożyczki zaciągnięte w okresie wojen napoleońskich? 339 . Nawet banki funkcjonowały jeszcze jako tako. lecz udzielały pożyczek na sumy. Proszę nie mieć złudzeń: czek bankowy. uzależniając od siebie całe narody. Niestety. który otrzymuje pan jako pożyczkę. czyli lichwa. Pytanie: — Kto jest zwierzyną? Odpowiedź: — Wy. których wcale nie posiadały. co tak jasno tłumaczą ludzie w rodzaju Knupfera i Chestertona! Pytanie: — Co oni tłumaczą? Odpowiedź: — Że to lichwiarze są faryzeuszami naszych cza- sów. Pytanie: — A myśliwi to kto? Odpowiedź: — Widzę. Przypomnę więc jej zasadnicze punkty. ale też pożyczają te nie- istniejące pieniądze. czy możemy być dumni z tych osiągnięć. póki spełniały funkcję agencji wymiany i kredytu. instytucji państwa. Czy wiadomo panu. ten wiatr. że przeczytał pan moją książkę dość nieuważnie. Nie tylko uzurpują dla siebie przywilej państwa. To już nie jest sprawa z bankiem. Instytucja kredytu wiąże się z powstaniem banków. jest w 80% bez pokrycia. Pytanie: — Kto to są według pana faryzeusze? Odpowiedź: — Więc to jednak prawda.

czołgając się w tej samej kopalni. zagarniając dla siebie sporą część dochodu. 340 . Sprze- ciwiam się tylko temu. że władają oni w sposób prawie absolutny Europą i Ameryką Północną. a czarnym górnikiem. jeżeli jednak bankrutują. Jeśli osiągają zysk. stają się dla nich łatwiejszym łupem. Wiecie. że nagromadzili oni tak wielkie zyski. Znajdują się one w rękach ludzi. Czy to jednak moralne. Wiecie państwo. kto płaci? Wierzyciele. aż tak dalece zrzec się wła- snej odpowiedzialności? I jaki związek zachodzi między agen- tem giełdowym. nie potrafią się zatrzymać. nie mają powodów do niepokoju. że operują one sumami dziesięciu. Póki otrzymują oni dywidendy. jest ona dopuszczalna. jakby nakładał czy zdejmował pantofle. z kilofem w ręce? Proszę jednak nie sądzić.. szokiem dla wa- szego cynizmu. Zaczęli przybierać na wadze. Akcjona- riuszy nikt nie konsultuje w sprawie ryzykownych poczynań zarządu. wszystko do- brze. wynika z jakiegoś fa- talizmu. gdy ich terytoria zarządzane były przez narody lepiej rozwinięte. jeśli powiem. jako że ktoś zakłada takie przedsiębiorstwo. Wiecie państwo lepiej ode mnie. kryje w sobie pewną hybris.i dwudziestokrotnie przewyższającymi ich kapitał.. Wróćmy jeszcze do banków. kupującym czy też sprzedającym jedną milio- nową cząstkę wartości kopalni miedzi równie obojętnie. jak się to nazywa? (Psar podpowiada: „Monopolu Loteryjnym”). by praca ludzka była przedmiotem gry. jako że młode i mało doświadczone narody. co stało się w Rosji. których nazywam Lichwiarzami. ktoś musi nim zarządzać. który nadwyrężą własny kręgosłup. że cały system bankowy jest nie- moralny. Ja jed- nak chcę państwu pokazać przede wszystkim to. że dążyli do de- kolonizacji. że jestem pryncypialnie przeciwny prywatnej własności kopalń. słusznie zwane też anonimowymi. podobnie jak w waszym. Fakt. posia- dające bogate i słabo wykorzystane zasoby surowcowe. Niewątpliwie dla państwa będzie to szokiem. Proszę wziąć pod uwagę wasze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. oferują im zyski większe niż to było możliwe.

założyciela systemu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i że ten brat także subwencjonował rosyj- skich rewolucjonistów. że Lichwiarzom nie brakowało powodów do niepokoju. O wiele mniej znany jest fakt. W tym samym czasie frank francuski miał tylko około 50% pokrycia w złocie. Lichwiarzy. przed którymi kapi- tulowali Lichwiarze. władza nad światem go- spodarczym była zagrożona. Jednocześnie wzrost gospodarczy Rosji osiągał wówczas takie rozmiary. Widzicie więc państwo. podczas gdy w obiegu znajdowało tylko 1494 milionów rubli papiero- wych. lecz. Produkcja przemysłowa rosła w Rosji w skali 3.7. Wia- domo powszechnie. że państwo rządzone w sposób nie demokratyczny. ich. że Warburg miał brata. Wskaźnik zadłużenia publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca w roku 1908 wynosił we Francji 288 punktów. ekonomicznie i finan- sowo”. umiało rozwiązać problemy. iż ustawodawstwo socjalne Rosji było „bliższe doskonałości” niż w jakimkolwiek kraju demokra- tycznym. że jeden z francuskich ekono- mistów skomentował to w następujący sposób: „W połowie stu- lecia Rosja zdominuje Europę politycznie.75 w Wielkiej Brytanii. podczas gdy we Francji 12. To. jak byście wy powiedzieli. W roku 1912 wskaźnik opodatkowania wynosił w Rosji 3. teokratyczny. była też od nich o wiele mniej zależna niż pozostałe kraje Europy. że niemiecki bankier.35 i 26.75% i 1% w Wielkiej Bry- tanii. Jeżeli więc praktyka pokazywała. W 1914 roku 83% tego zadłużenia zostało spła- conych dzięki dochodom państwowych kolei żelaznych. W roku 1913 rezer- wa rosyjskiego złota opiewała na 1550 milionów rubli. Warburg.11. pod- czas gdy w Stanach Zjednoczonych o 2. co się dalej wydarzyło. że w roku 1912 prezy- dent USA Taft stwierdził. a w Rosji tylko 58. Dodajmy do tego. przyznał Leninowi poważne subsydia finansowe. nietrudno było przewidzieć. posługując się jako pośrednikami amery- kańskimi bankierami Ruhnem. Carska Rosja nie poddawała się operacjom Lichwiarzy.5%. Jednocześnie 341 . Loebem i Shiffem.

krzycząc „babciu!” Ale to nie jest wasza babcia. rzuć- cie szkołę. Węgry. nad którą teraz Zachód wylewa krokodyle łzy. będące całkowicie we władaniu Lichwiarzy. Sądzicie państwo. Churchill domagał się. Rosjanie śpiewają: „Dzieci. jak bardzo zmniejszyłaby się wtedy władza Lichwiarzy nad światem zachodnim. lecz Amerykanie byli zwolennikami desantu we Wło- szech. 342 . by uratować rozsypujący się reżim komunistyczny. to złośliwy wilk. a państwo wydaje rezerwy swego złota. że wszystko to jest wymysłem? Proszę przyjrzeć się. Gdy Mołotow zaproponował w zamian za te dostawy pewną liberalizację systemu. Doradcą Stali- na w okresie kolektywizacji był Campbell. że otrzymał znaczną pożyczkę od finansisty. Amerykanie włączyli się do walki w sam czas. by inwazja Aliantów dokonała się w Grecji. aż ZSRR upadnie i potem rzucić się na osła- bione Niemcy. W rezultacie Rumunia. traktowały swego głównego wroga podczas ostatniej wojny i po jej zakończeniu. Roosevelt odrzekł. Lecz to należy do mniej obrzydliwych aspektów wspólnictwa. że ZSRR staje się państwem takim samym jak inne: zobaczmy. że nie widzi takiej potrzeby. Bułgaria. moje dzieci. Czechosłowacja. pijcie Coca-Colę!”. w jaki sposób USA. Nie mówiąc już o tym. że szukacie opieki w ramionach Lichwiarzy. powtarzam. Albania i ta Polska. Wy boicie się tak bardzo ZSRR. lecz system marksistowski ocalony został przez amerykańskie dostawy ma- teriału wojennego. co dzieje się w chwili obecnej. żeby was lepiej zjeść. członka brytyjskiej partii liberalnej. Pierwszą sowiecką fabrykę sa- mochodów zbudował Ford (chociaż w Rosji przedrewolucyjnej produkowano już własne modele samochodów). Zamiast czekać. by wyżywić lud.Trocki przyznawał się chętnie. Załóżmy. To rosyjski żoł- nierz. pokonał żołnierza niemieckiego. łączącego kapitalistycznych Lichwiarzy z ich sowieckimi dogami. W rezultacie Rosja carska wyeliminowana została z walki i ZSRR został klientem Zachodu. który ostrzy sobie zęby.

Przez kogo? Przez Anglików i Amerykanów. Amerykanie nie pomogli Chinom w ich desperackiej walce z komunizmem. którzy od czasu do czasu próbują zrzucić jarzmo nałożone na nich przez Lichwiarzy. który zabiegał o niepodległość dla swego kraju. że lotnicza osłona operacji została odwołana na osobisty rozkaz prezydenta Kennedy'ego. Ale nie ma nigdy tragedii bez elementów komicznych: na procesie norymberskim kaci sowieccy zasiadali obok sędziów wyznaczonych przez kraje Zachodu. CIA popchnęła Węgrów do rewolty. Moskwa i Waszyngton — dwa groźne głosy z dwu koń- ców świata — nie pozwoliły wam zaprowadzić porządku w świe- cie arabskim! Lecz najbardziej wstydliwy przypadek to Kuba. był prawdziwym Rosjaninem. że tysiące Rosjan. Tak. Wystarczyło jednak. w jakiej zgodzie. ten sam Kennedy sprawia. i w taki sposób pistolet został nabity ślepym nabojem.wydane zostały Sowietom. próbują naprawdę nabić kubański pistolet. zostało przemocą załadowanych do wagonów i ciężarówek i oddanych Sowietom. I proszę też sobie przypomnieć. pragnących uciec przed komunizmem. wydali je w ręce komunistów. Chruszczow. że muszą z podkurczonym ogonem wrócić do domu. A gdy Sowieci. jak harmonijnie. ze wszystkimi swymi wadami. by 343 . tej kury znoszącej złote jajka. jedno dla mnie. w wyniku czego siły wol- nościowe tego kraju zgniecione zostały przez Armię Czerwoną. żeby jakikolwiek kraj tolerował pistolet wymierzony we wła- sne podbrzusze? Lecz Castro zdobył władzę korzystając z po- mocy Amerykanów. I obok nich Niemcy! Czyż nie jest symboliczny podział Niemiec. rozmyślnie: proszę sobie przypomnieć. Wiecie też państwo o tym. Oczywiście Amerykanie udawali później. Widzicie państwo. po- między dwóch wspólników? Jedno udko dla ciebie. mój Boże — na Krym. by Rockefel- ler wybrał się na wakacje — wakacje. Jak to możli- we. że stoją po stronie emigrantów kubańskich i rozmyślnie doprowadzili do fiaska inwazji w Zatoce Świń.

gdy mowa o Polsce. by jej przypadkiem nie wy- grać. których zechciano nawet później posadzić w krześle elektrycznym. Jakie są w tej chwili dwa wielkie mocarstwa nuklearne? Któ- re z nich ofiarowało bombę drugiemu? Tak. Ten pies rozumie się z tym kotem jak dwaj złodziejaszkowie w dzień targowy. iż Indochiny po wojnie nie powinny pozostać we francuskich rękach? I czym są Indochiny w chwili obecnej? Amerykanie prowadzili tam co prawda wojnę. a USA próbują odzyskać swój nadwyrężony prestiż. podzielił między siebie świat w Helsinkach? I co stąd wynikło dla ludów ZSRR? Jeszcze okrut- niejsze represje. Posunę się jeszcze dalej. w jaki Reagan szczerzy zęby. róbcie tak dalej”. W tym celu wynaleźli nawet specjalną metodę: eskalację. Czy wiecie państwo. całkiem niedawno.. że Roosevelt oświadczył. wykrzyknął z humorem: 344 . Musimy jednak przyznać. żeby nie musieć dokonywać in- wazji Polski.Chruszczow dostał wymówienie. A co dzieje się w Afganistanie? Jeden ze wspólników po- sługuje się gazem i napalmem. ZSRR szuka pretekstu. a Breżniew pokazuje pazury.. że część publiczności dość nieufnie odnosi się do jego oświadczeń. za pośrednictwem szpiegów. tym nie mniej fakt pozostaje faktem: gdyby tylko Amerykanie mieli bombę. drugi nie pozwala swym spor- towcom wziąć udziału w olimpiadzie. Widząc mianowicie. gdyż układ helsiński miał takie oto znaczenie: „Wszystko w porządku. „Przedstawiciele różnych obozów politycznych — kontynu- ował Hugues Minquin — rozmaicie reagowali na te zdumie- wające deklaracje. nie całkiem jawnie. lecz bardzo uważali. Nie przekonuje mnie sposób. że główną niespo- dziankę zatrzymał Kurnosow na sam koniec swej konferencji. kto grałby rolę wilkołaka na użytek Lichwiarzy? A kto. wasza rola jest jasno określona.

Zażądałem. to po to. miałem ręce skute kajdankami. gdy już nie znajdowaliśmy się nad terytorium ojczyzny. dyskretne restauracyjki.. by handlarze bronią. by utrzymać na- ród rosyjski w niewoli.S. powiększyli swe zyski. który lubił małe. Wyraźnie i głośno odczytała wytłoczoną markę: — Smith and Wesson.. Psara i Kurnosowa na kolację do „Tyburcjusza”. Made in U. że jeśli darowali mi życie. Wyjął jakiś przedmiot z kieszeni: — Dziś rano — powiedział — opuściłem ZSRR. — Ale jeszcze dzisiaj rano był pan. — Wiedział pan. Kurnosow zachowywał się przy stole znacznie bardziej ele- gancko niż Gawierin. — Nie chcecie mi wierzyć? Ależ zaraz wam udowodnię.” Po zakończeniu konferencji prasowej Baronet. A ponieważ jestem troszeczkę kieszonkow- cem. — Dużo czytałem — wyjaśnił z prostotą — i między innymi także podręczniki savoir-vivre. ci kuzyni Lichwiarzy. by mi je zdjęto. że do niej dojdzie? — Wiedziałem. by prę- dzej czy później wydalić mnie z kraju. za- brał Fourvereta. Zwrócił się w stronę pani Choustrewitz z pisma «Wybór» i podał jej przedmiot. — Nie jest pan zmęczony? Nie wolałby pan odpocząć? — spytał Aleksander Kurnosowa. — Od dziesięciu lat przygotowywałem się do tej podróży. dobre choć nie bardzo drogie. że Stany Zjednoczone współdziałają z Sowietami. Jestem przekonany. — Zmęczony? Przecież ja tylko gadałem. który trzymał w ręku: — Czy może pani z łaski swojej odczytać wytłoczony na tym napis? Pani Choustrewitz uniosła przedmiot wysoko: były to kajdan- ki. udało mi się zachować kajdanki jako pamiątkę. Póki samolot leciał nad terytorium ZSRR.A. a wszystko po to. że wiedza 345 .

— Proszę im to przetłumaczyć. Można nie podzielać ich przekonań. nie można nie podziwiać ich męczeństwa. Nie tylko nie poniżyli się. dlaczego ruch. Baronet. Do pewnego stopnia przynajmniej. mającym pokrzyżować 346 . porośniętej jeżykiem włosów tak prostych i twardych. Jego małe. noszący intrygujące. młody. Ufam panu. że zdawały się naelektryzowane. że mamy własne. której członkowie zostali uwięzieni i skazani w epoce terroru postleni- nowskiego. o dłoniach. których wszystkie palce były prawie równej długości. kryła się ogromna pasja i że w innych okolicznościach mógłby ją podzielać. że w tym drob- nym ciele wciśniętym w czerwony sweter z golfem. to pełne logiki szaleństwo wy- woływały wściekłość Aleksandra. Nawet katolicy wiedzą. pełen godności i pucułowaty. Ta pewność siebie samouka. twarde oczka zdawały się wwiercać w niewzru- szoną twarz Aleksandra. w statecznych okularach. o siwych włosach. A jednak czuł. miał nosić nazwę „Konfraterni prawdy ludów”. w tej kwa- dratowej czaszce. od czasu objawienia w Fatimie. komunistyczne szma- ty. który Kurnosow zamierzał zainicjować. ze sterczącym nosem. tak jak to napisałem w mojej książce. nie przyznali się do wszystkich możliwych zbrodni. Kurnosow.powinna dotyczyć wszystkiego i że dobry chrześcijanin powinien też umieć posługiwać się widelcem. nie padli na kolana. gęstych jak słomianka raczej niż jak szczotka. — „Konfraternia prawdy ludów” — odparł — nawiązuje do pełnej honoru pamięci „Konfraterni prawdy rosyjskiej”. przypominał głównego księgowego. pozłacane okularki. Rewolucja zwana rosyjską jest nierosyjskim zamachem. lecz na wszystkie stawiane im pytania odpowiadali śpiewając chórem Boże chroń cara. który nagle oszalał. osobne przeznaczenie. jak to uczynili przed tym samym trybunałem komuniści. cie- kaw był. o różowej cerze i jasnych włosach. — Lud rosyjski jest nosicielem prawdy.

na cześć mało zna- nego rewolucjonisty. — No tak. Istnieje wszechsowiecka partia komunistyczna. Rosja ma serce. Tymczasem rosyjska republika — jedyna — nie posiada własnej partii komunistycznej. Czter- naście republik Związku żyje lepiej niż piętnasta — rosyjska — każdy wam to potwierdzi. zanim będzie mógł wykazać 347 . w tej piwnicy. Sergiusza. Nie chodzi wcale o to. Vergazy. co niektórzy określają jako wielkorosyjski kolonializm? — Nie. którzy zmasakrowali cara. co sprawia. jak to czynią Lichwiarze za każdym razem. carewnę i cztery wierne im osoby. carycę. gdy się po- wie. Sta- lin Gruzinem. a jego prawdziwym imieniem jest monastyr Trójcy — Św. w Jekaterinoburgu. Lenin trochę Szwedem i mocno Tata- rem. Rosyjski uczony musi zaczynać od pracy na wygna- niu. Beria także. Nagy. Nie ma więc powodu. a na- prawdę nazywał się Krachman. Miejscowość tę nazwano Zagorsk. który nosił pseudonim Zagorski. — Ale czy nie wynika to z tego. Trocki nazy- wał się naprawdę Bronstein. Każda z republik jest teoretycznie suwerenna. że pojawia się tu wiele nazwisk żydowskich: Dzierżyński był Polakiem. ale nie ma rosyjskiej partii. by protestować przeciw antysemity- zmowi. Edelstein. ale oto jak nazywało się siedmiu pozostałych: Jurowski. wśród Uzbeków czy Kirgizów. że republika rosyjska (140 milionów mieszkańców) ma tyle samo znaczenia co Estonia (milion mieszkańców).nasze zamiary. że rosyjska rewolucja ma w gruncie rzeczy charakter anty- rosyjski. Horvat. Grünfeld. — Jak to? — zdziwił się Aleksander. podczas gdy wszystkie pozostałe republiki mają swoją partię i swoją akademię. Czyż to nie symboliczne? Czy znacie panowie nazwiska zabójców. 17 lipca 1918 roku o godzinie pierwszej piętnaście? Trzech spośród nich to Rosjanie. Fi- scher. mistyczne serce. Fekete. carewicza. nasze przeznaczenie. Trzeba zresztą oceniać drzewo po jego owocach. podobnie jak nie ma rosyjskiej aka- demii nauk.

czego naj- bardziej nienawidził. że jeśli idzie o zwięzłość nie dorównuje on tureckiemu. wyższym mocom. rosyjski — powiedział Fourveret. lecz nadmiar drożdży psuje ciasto. Dopiero wtedy re- wolucja zwana rosyjską osiągnie cel. Psar zawahał się. Spod opon samochodów pryskało zamarznięte błoto. Są i gorsze rzeczy. tylko zostaje podłączony do federacji. I właśnie ta nienawiść sprawi. Za- leżało mu na tym. — Co się dzieje? Co on mówi? — zapytał Baronet. Jeszcze kilkadziesiąt lat i państwo komunistycz- ne zniszczy całkiem dosłownie lud rosyjski. że będzie 348 . — Jakiż to piękny język. Kurnosow stawiał wiel- kie kroki. od których odpadną świecące plamy. jeśli jest szczery. w wyniku naturalnego fenomenu złotonośnego łuszcze- nia się skóry. by służyła innym. Kurnosow chciał się przejść i Aleksander odprowadził go do hotelu. nie może służyć swojemu lu- dowi i swojemu krajowi. re- flektory aut otoczone były mglistą aurą. wznosząc oczy ku niebu. którego uwadze nie uszło rosnące podniecenie Kurnosowa. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne. Rosyjski mesjanizm będzie drożdżami „Konfraterni”. wyższy od niego prawie o głowę. — Pan Kurnosow — powiedział — jest wielkim patriotą. oddany sprawie. a Lichwiarze-faryzeusze będą zacierali z radości dłonie. w którym zaciekawienie mieszało się z obawą i rozbawie- niem. Propagowany przez państwo alkoholizm przekształca Rosjan w eunuchów. W tym człowieku tkwiła potęga. Lecz Molier powiedziałby zapewne.się w Moskwie czy Leningradzie. kątem oka obrzucał go spojrze- niem. lecz siłę tę wykorzysta się tak. jego potężne buty gniotły śnieg i błoto. Aleksander. Kurnosow stanie się nieświadomym elementem sztafety propagującej to. żebym to zrozumiał. Kolacja stanowiła post-scriptum do konferencji prasowej. Tak samo rosyjski komunista. Doszło do tego jeszcze post-scriptum do kolacji.

zbudowanym na kłamstwie. bez której operacja Zbawienia świata nie byłaby możliwa? A słowa „Przebaczcie im. tak jak wyznacza się kogoś do brudnej roboty). i do tego byli niezdolni. bierność. Byli to ludzie prawdomówni i w społeczeństwie takim jak nasze. ociężałość ofiar systemu. nie pozwalały im wierzyć w jakąkolwiek ideę abstrakcyjną. czyż nie odnosiły się także do uczestników sztafety? Zimny paryski wiatr mroził. który umiał na pamięć w dzieciństwie: „To przeciwko Tobie grze- szyłem i przed Tobą popełniałem nieprawości. co 349 . Zada- wał sobie pytanie. W tej samej chwili obaj mężczyźni poprawili szaliki: Kurnosow swój sznurek z sza- rej wełny. Neron i Dioklecjan służyli w pośredni sposób chrześcijaństwu”. czynić przedmiot wiary. paraliżował usta. Przypomniały mu się słowa psalmu. nie zostawiając żadnego śladu. a nade wszystko przekonanie. Wierzyli w Boga i w Rosję. która jest za- zwyczaj przedmiotem rozumowania. że jest pan jaki jest? — Przede wszystkim dzięki moim rodzicom. ale wszystkie te śmiecie spływały po nich. gdyż nie wiedzą co czynią”. Jaka dyskrecja! Nie przeka- zali mi żadnych idei. Szli na manifestację. aby spełniły się twoje słowa i abyś zatriumfował. „Technika wy- wierania wpływu — mówi Vademecum — czyni użytek z zasady Archimedesa. którzy nie prze- kazali mi żadnych fałszywych idei. jak to się stało. Dzięki nim uzyskałem inte- gralność intelektualną. ponieważ nie znali ich wiele. — Michale Leontyczu. gdy nie mogli odmówić. gdy nie mogli tego uniknąć. lecz zdrowy rozsądek czy może wrodzona czystość. prostotę języka. czy i tu nie chodziło o operację sztafety? I czy Judasz. czy i Judasz nie brał udziału w sztafecie. podpisywali petycje i protesty. któremu Jezus podał kawałek chleba. że to. tylko wskazując na niego. Z idei. to zapewne właśnie ten osławiony grzech przeciwko Duchowi Świętemu. wskazując go jako zdrajcę (nie denuncjując go. ratowali się przez skromność swej pracy. gdy będziesz sądzony”. biały szal. Aleksander wytworny.skutecznie wykonywał powierzone mu zadanie.

włosy ostrzyżone.. ale i z czułością pa- trzył Kurnosow na kelnera. którego nazwiska nie znam. mają tylko tro- ski. gdzie spotyka się prawdziwych Francuzów. oczywi- ście. umieścił mnie pan w S-koj-seul. dostałem się do niewoli. — Nie trzeba poprzestawać na zapachu — powiedział na to Aleksander. rzecz jasna. Albo usiąść w prawdziwym bistro. To dlatego nie napisałem traktatu. że jako zbiorowość nie są nieszczęśliwi. No. Wyglądał przyzwoicie. co istotne w prawdzie. i doszło do tego spotkania. tylko zbiór przypowieści. z KGB. niech mi pan opowie.. ogromnemu jak góra. nic. że nie powinno się mówić monne-si-eour. To sło- wo uczy respektu nawet dla ostatniego nicponia. Prawdę trzeba chwycić w sidła. który przyniósł piwo i frytki. w której czuło się zapach frytury. Wie pan. co pachniałoby 350 . To był nabywca Lo- taryngii i Korsyki? Czy może ktoś inny? Ten. żeby życie było poważniejsze. — Dziękuję monne-si-eour! — powiedział poważnie. matematyki) jest zdradziec- kie i nieprawe. — Jesteśmy już przed pańskim hotelem. Po chwili dodał: — Wiem. Dlatego w Piśmie świętym tyle paraboli. Chce pan może na pić się czegoś w barze? Kurnosow przeczytał szyld hotelu: — Ach. — Zapach wolności! — wykrzyknął Kurnosow.. — Proszę. że oni mnie fascynują? Czuje się tak wy- raźnie. Ale ja wolę mówić monne-si-eour. To. wolałbym się jeszcze trochę przejść. tam. — Chce pan powiedzieć — do separatki? Dzięki człowiekowi.. i nawet troski są tylko po to. a później byłem na wojnie. co zabił własną żonę? Jedna ze sławnych spraw sądowych dziewiętnastego wie ku. Bystro. jak trafił pan do szpitala psychiatrycznego. Nie.abstrakcyjne (nie licząc. nie daje się wypowie- dzieć. Trzeba wymawiać moussiou. Weszli do kawiarni. Zamówił porcję frytek i dwa piwa.

który się sam nakrywa? Wystarczy rozłożyć na stole obrus. jaką przeprowadził pan z KGB. Nnn-no tak — wymawiał to przeciągając. zajmiemy się tym. gdy mnie sprowadzono. Aleksandrze Dmitry- czu? Pamięta pan bajkę o kiju-samobiju. Temu człowiekowi- górze powiedziałem wtedy. Aleksander. będzie pan sobie czytał i pisał. która przynosi wyzwolenie. Wyrażał się jak profesor uniwersytetu w Sankt- Petersburgu. W zamknięciu będzie pan żył wygodniej niż na wolności.. co było pańskim towarem? Kurnosow odpowiedział mu natychmiast: — Prawda. którego nie można okiełznać. obojętnym tonem. — I to pańska inteligencja sprawiła. jak się dawniej mówiło — jaka jest pańska decyzja?” Dobry człowiek. Podobnie z prawdą: prawda-która-się-sama- usprawiedliwia.gilotyną. zadał mu pytanie: — W tej transakcji. Tylko prawda jest jednocześnie istotą i funkcją. 351 . Jeżeli nie wyrazi pan zgody. że mogą zaprząc prawdę do własnego wozu. a będzie pan miał przed sobą prawdziwie pantagru- eliczny posiłek. że KGB zdecydowała uczynić z pana kulturę bakterii kontrrewolucyjnej? — Nie tylko. Mo- ja inteligencja nie była uszkodzona przez mikroba dialektyki. Zna pan rosyjskie bajki. Będzie pan karmiony. prawda. Dzięki temu spotkaniu w Niemczech posia- dałem kulturę polityczną nie-marksistowską. Ci ludzie wyobrażają sobie. będę musiał przekazać pana tym sza- raczkom z ministerstwa sprawiedliwości i skończy pan w kopal- ni soli. Na pewno wyrządził więcej zła niż źli ludzie. który wystarczy wyjąć z worka? I stolik. Ale prawda to rumak. i bardzo niebezpieczny. A szkoda byłoby tak inteligentnego człowieka jak pan. że jest pan wariatem. Powiedział do mnie: „Niech pan się zgodzi. Jeśli pan od czasu do czasu będzie potrzebował kobiety. po gruntownej rewizji: jestem silniejszy od was. coś zupełnie wy- jątkowego w kraju zamieszkałym przez 250 milionów osób.. nagiego. a nie będzie pan miał żadnych problemów. myślę.

nie uważaliśmy ich za naszych. Wybierał fragmenty. Wie pan.. co w końcu sprawiło. Kurnosow wytarł chusteczką pianę z piwa. Wojna dopiero się zaczynała i Niemcy traktowali nas dość przyzwoicie. baba sama w domu. prawda? Poddaliśmy się na samym początku. byłem zdobyczą o wartości nieocenio- nej. u której służyłem. Dla KGB. Rozstrzelali naszych komisarzy politycznych. Wydawało nam się. była dla mnie raczej matką. dziennika- rzom opowiedziałem inną historię. Ten udawał.. Ze mną było inaczej. Aleksandrze Dmitryczu. Bo trzeba jednak uznać. a ZSRR sprzedał krótko przedtem setki tysięcy takich butów Niemcom. żeby być uznanym za prawdomównego. Trzeba umieć kłamać. Aleksander zamówił dla niego jeszcze jedno piwo: — Nie chce mi pan opowiedzieć o tamtym spotkaniu? — Chętnie. 352 .Przyzwyczaiłem się do myślenia. Kobieta. zresztą prymitywnej metody. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat. które najbardziej mu odpowiadały. że to partia po- prowadziła naród do zwycięstwa. że jest moim pielęgniarzem i oddawał je ludziom z siat- ki przerzutowej. Przewieziono nas do Niemiec w bydlęcych wagonach i rozdzielono pomiędzy chłopskie zagro- dy. i oddawał je jednemu ze swych podwładnych. Pożerał tłuste frytki. jakby nie zjadł przed chwilą wspaniałej kolacji. Aleksandrze Dmitryczu! Za jej mózg uważał się człowiek-góra. cała dywizja. Niektórzy chwalili to sobie: chłop w wojsku. nie znałem kobiet. i dla- czego? Przez buty z cholewami. że zostaliśmy sprzedani razem z butami. Ci z dziecięcą niewinnością transportowali je dalej. pracującego dla mnie! Oczywiście. lecz był w gruncie rzeczy tylko ele- mentem układu. że partia zjednoczyła się ze spo- łeczeństwem? Wojna. która osiadła mu na ustach. które nie musiało uciekać się do pomocy jednej tylko. Powiedziałem już. Zapisywałem moje myśli. ale to nas nic nie obchodziło. Cóż za organizacja. Przekazywałem je dobrowolnie człowiekowi-górze. Ponieważ nie mieliśmy butów. że dostałem się do niewoli.

Jeśli się nie plewi. książęta i wykolejeńcy. Ale wszystkie te zagrody należały do jednej wsi. rosną. niezbyt dobrze pilnowali. Matka-ziemia. Nie trzeba tu żadnego marksizmu-leninizmu. że nie mieli ich jak wy- żywić. że są to hrabiowie. wilgotna. nie robi nic na złość. zgnije. ukrywała nieraz w po- jemnikach na śmieci. ale zawsze nam opowiadano.. jak zobaczyć ducha dawnej Rosji. regenerowałem się mając kontakt z rzeczami prawdziwymi. Po drugiej stronie lasu znajdowały się inne gospo- darstwa. Słyszałem oczywiście o białych emigrantach. To było już później. mówi do mnie: „Ty jesteś stamtąd”. w lesie. nie wiem jak panu wyjaśnić. 353 . gdy Niemcy mieli tylu jeńców.. Ale pilnowali nas inwalidzi. który obaj pamiętaliśmy. i dawało mi to radość. Podob- ne kromki chleba. I oto chłopak niewiele starszy ode mnie. Nasza zagroda — mówię o niej: nasza! — umieszczona była na skraju lasu. Smarowała mi chleb masłem. Zacząłem pracować na ziemi. Nie wolno nam było rozmawiać. To było tak. drugą zbierała wszystko to. jakie robiła dla mnie. jeżeli się spóźnić. nawet obca ziemia. Nie tak jak Rosjanka. Mimo to była dobra dla mnie. będą zduszone przez chwasty. wynagradza tych co ją uprawiają. o trzeciej. żeby przetransportować dziesięć worków nawozów che- micznych — Niemcy są mocni w nawozach chemicznych — i po drodze spotkałem Francuzów. które opróżniali inni jeńcy. Dla mnie było to. trze- ba tylko pogodzić się z jej surowością. Pracowałem motyką i kosą. Jeśli zbiera się zboże. będzie zwiezione. Umówiliśmy się więc na niedzielę. dobrze zbudowany. proszę sobie wyobrazić! Ale ziemia jest wielkoduszna. Pewnego dnia poszedłem na wieś. to praw- da: jedną stroną noża nakładała masło. Jeden z nich patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi do mnie po rosyjsku: „Więc ty rzeczywi- ście jesteś stamtąd?” Nie wierzyłem własnym uszom. pod dębem o dwóch pniach. pracowali na nich jeńcy francuscy. co nie weszło w chleb. Mój ojciec był introligato- rem. Je- żeli sadzi się rośliny. z wielkimi dłońmi i ma- łymi uszami.

Mikołaj Wła- dimirowicz był z ruchu Młodych Rosjan. zapachu. zaczynałem myśleć. woleli zostać ze swoimi chłopkami. syna pani. 354 .. którym niełatwo manipulować. Czułem się osaczony. egzaminował mnie. A kto ci zaręczy. wy- sysałem z nich całą prawdę. jak się wygrzebuje kąski ho- mara. Za pierwszym razem moi koledzy poszli razem ze mną. harowałem ciężko. żeby zobaczyć tego rzadkiego ptaka. że ta partia manipulowana była przez KGB. które mi przekazywał. Wszystko to wśród zapachu grzybów i mchu. podpowiadał. Ja rosłem dzięki niemu. że caro- wie nie zatrzymają komisarzy? A my wtedy będziemy się pocić pod podwójnym jarzmem?” Krótko mówiąc. a ja niewykształcony. Ale wkrótce mieli dosyć: „To białogwardzista. recytowałem. Słuchałem. a on — zrozumiałem dopiero później — rósł dzięki mnie. damy. chce nam z powrotem cara na grzbiecie posadzić. ja natomiast co niedzielę przychodziłem pod dąb o dwu pniach. Dzięki mnie.. jak ten emigrant opowiada o Rosji i syciłem się jego słowami. Kiedy zacząłem brać to pod uwagę. i sądzę. Przez cały tydzień harowaliśmy jak niewolnicy. słono byśmy zapłacili. kiedy nie znałem odpowiedzi. Mieliśmy zlodowa- ciałe stopy. tak jak się wysysa szpik z kości kuropatwy. Rosjanina z Francji. którzy chcieli jej użyć jako balastu ich własnych kłamstw. on stawiał stopnie. ale nie dbaliśmy o to. ogarnęła mnie rozpacz. przemawiał do mnie. on wracał do kraju. dzięki ideom. że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Szeptał. Mikołaj Władimirowicz kazał mi nauczyć się na pamięć całe- go programu. który odtąd kojarzy mi się z prawdą. Przekazywał mi to. Teraz widzę to wszystko w innej perspektywie. bo prawda to materiał wybuchowy. głupi. zmarznięte nosy i tylko jeden ołówek na nas dwu. zadawałem pytania. Pod dębem w każdym razie nie zadawałem sobie jeszcze tego rodzaju pytań. Uczyłem się. Może wybuchnąć pod nosem tych. Gdyby nas na- kryto. w co wierzył. jaka się w nich znajdowała. Później do- szedłem do wniosku.

w którym było i szyderstwo i zawiść. Trzeba sze- fów.. żeby panował. Jego wargi poruszały się. dlaczego strzelałem do Breżniewa. wykrzywił usta Aleksandra: — Dla kogo chciał pan zrobić miejsce? Dla obecnego następ- cy? Kurnosow jeszcze raz wytarł usta chusteczką: — Do pewnego momentu Historii. Ci lu- dzie chcieli wiedzieć. ale nie za wielu. przesyconym zapa- chem frytek. Była w nich duma. tak jak żelazo. Złożonej carowi. 355 . Wstał z miejsca: — Przejdziemy się jeszcze trochę? Były więzień celi numer 000 miał niespożyte siły. i przywódcy. Dla tego. Złościł się na mnie. budżetem i rekrutacją. Nie mógł jej powiedzieć głośno w tym bistro. żeby rządził”. i złożyłem przysięgę. Rozumie pan to? „Wracał”. Dyskutowaliśmy. Aleksandrze Dmitryczu. Coś w rodzaju doktryny monarchiczno-socjal-fa- szystowskiej. Uśmiech. — Tak — powiedział Kurnosow — miałem wtedy dwadzie- ścia lat. Później osiąga się taki punkt. — Przysięgi? — Tak. Metaliczne oczy Kurnosowa nie zwilgotniały. jak to nazywał. której nigdy nie odwołałem. Aleksandrze Dmitryczu. Nie tylko do swego kraju: do swe- go dzieciństwa. był to rodzaj papki. Wreszcie przyszła wiosna i zdałem ostatnie eg- zaminy. które się hartuje. że wystarczy car. że to trony tworzą panujących. żeby zrobić miejsce. „Trzeba nam cara. Politgrammota. Mnie się wydawało. Jego idee nie były jasne. Raczej stały się twardsze.. Wtedy dopuścił mnie do złożenia przysięgi. przysięgi wierności. tak. wypowiadając cicho świętą formułę. książęta tworzą trony. nawet do łona matki. zwierzchników. Zaczęto przygotowywać rozruch „Konfraterni”. Trzeba było zająć się trzema zasadniczymi punktami: programem.

znajdując schronie- nie w sztucznych ramach terroru. Słowianofile odrzucili demokrację mieszczańską. rzemieślnika z klientem. a czysto dydak- tyczna postawa Piotra drażniła go w najwyższym stopniu. — Wasz program jest za mało budujący — krytykował go pi- lot. całą ludzkością. a nie jej powinności względem innych jednostek. poprawiony przez Psara i przedłożony na nowo Kurnosowowi. gdyż jej funda- mentem jest absolutny liberalizm. ludem. który musi doprowadzić do wyzysku słabego przez silniejszego. Wolność może być ugruntowana tylko na odpowiedzialności. I rzeczywiście każdy sys- tem równościowy prowadzi do śmierci.. Trzeba sprawić. żeby 356 . jawnie fałszywy. lecz likwiduje niezbędną różnicę potencjału. Odpowiedzialność wiąże człowieka w jego konkretnych relacjach z innymi ludźmi — wytwórcę z konsu- mentem. która za punkt wyjścia obierze pra- wa jednostki. Kurnosow pisał: Każda filozofia społeczna. zwierzchnika z podwładnym — i także z naturalnymi społecznościami. są zawsze ważniejsze niż obowiązki abstrakcyjne. Tymczasem od- powiedzialność stanowi wystarczająco solidną bazę sprawiedli- wego społeczeństwa. do których przynależy. wytwarzającą wi- talny prąd działań społecznych (oto socjalizm).. jako że marksizm jest teorią prawdziwą. Ta metoda pracy prowadziła do konfliktów. Natomiast równość istnieje pod jednym tylko względem: stosunku do śmierci. został później dys- kretnie przekazany Piotrowi podczas spotkania w muzeum Clu- ny czy Carnavalet. Tekst. Podstawą programu była powszechna deklaracja obowiązków człowieka. gdyż Aleksander zwykł działać samodzielnie. Bowiem albo ponosi klęskę w walce z przyrodą i ucina równość. choćby nawet wyzysk ten był osłonięty. albo też odnosi zwycięstwo. przygotowany przez Kurnosowa. zamaskowany. — Powinniście wypracować antymarksizm. przypominać będzie orkę pługiem zaprzęgniętym przed wołami. z rodziną. których adresatami są nasi bliźni. grupą zawodową. Lecz kon- kretne obowiązki.

w której za- częła się szykować synteza historyczna. zawierająca go w sobie. jak pro- wadzi się kukiełkę w teatrze lalek. gdzie zamiesz- kał w pokoju bez łazienki. Wie pan. jaką zamierzamy podsunąć za- chodniej inteligencji. czyli właśnie marksizm. udawałem się razem z eskortą do łaźni 357 . — Aleksandrze Dmitryczu — słyszał wtedy od Kurnosowa. na ukos. I nic wię- cej. Rzecz jasna Aleksander musiał przedstawić te propozycje jako swoje własne. z kajdankami na przegubach. Oto właśnie sztuczka. Kurnosow z oszczędności opuścił po dwóch dniach hotel „Choiseul” i prze- niósł się do maleńkiego hoteliku w XV dzielnicy. które one bezskutecznie usiłują zapłodnić ginąc przy tym. z której pan wyszedł dyrekcji — odpo- wiadał na to agent — ale najwidoczniej nic pan nie zrozumiał z t operacji. zamiast żeby zatriumfowała antyteza. by spróbować wymóc na nim zmiany w tych punktach. Aleksander wywalczył pewne ustępstwa u Piotra i znów zoba- czył się z Kurnosowem. amery- kańskimi oczywiście. Inne problemy związane były z budżetem.nasi przeciwnicy nauczyli się myśleć wspak. którą będziemy prowadzili tak. którą ma pan dyrygować. co było jednym z moich leningradzkich przywile- jów? Tajemnica była dobrze strzeżona. Dlatego postanowiliśmy oszukać Historię. Oto o co tu chodzi: uświado- miliśmy sobie wreszcie. w których Piotr nie dał za wygraną. lecz wroga mu. tak samo jak oszukuje się niektóre owady podstawiając im sztuczne jaja. który zwracał się do niego z pewną wyrozumiałością — jeszcze nie spotkałem człowieka tak bardzo zmiennego w przekona- niach jak pan. Mamy przy tym nadzieję. — Nie mam pojęcia. że gdy powiedzie się ta pseudo-synteza. „Do łaźni będę chodził w każdą sobo- tę. ale w każdą sobotę opuszczałem moją celę. chociaż zupełnie się z nimi nie zgadzał. będziemy mogli powrócić do przerwanej pracy nad tezą znów dla nas korzystną. że marksizm to tylko jeden z momentów dialektycznego ruchu i że zarysowała się sytuacja. i.

Wydawnictwo tymczasem za- mierzało wytoczyć proces Gawierinowi i odebrać mu przywłasz- czone honoraria. przez sześćdziesiąt lat?” Zadowolił się jednak łaźnią turecką. był wstrząśnięty tą wiadomością: „Jak mogliście o tym nie pomyśleć. Przyjmujemy każdego. Jadł prawie wyłącznie wtedy. jakie otrzymywał z wydawnictwa Lux. Ponieważ wszystkie zyski musiały być zatwierdzane przez Piotra. Nieźle bawiliśmy się przy tym”. Kurnosow chciał pójść na ilość: — Trzeba osiągnąć masę krytyczną. Gdy Kurnosow dowiedział się. Wiercił się po parkietach pałacu Biron (jego buty skrzypiały nieprzyjemnie). przyznawał on sobie prawo ogo- łacania kont „Konfraterni”. „Dość się napchałem w więzieniu. Gdy zaś Alek- sander rzucał mu w twarz: — Pan jest skończonym biurokratą! Piotr odpowiadał na to. kłaniając mu się głęboko. 358 . emigranci. żeby trochę popościć”. Jeszcze inne kłopoty wiązały się z naborem członków stowa- rzyszenia. Moi strażnicy lali mi na plecy wrzącą wodę i chłostali mnie brzozowymi witkami. Jednocześnie jego stosunki z Kurnosowem pogarszały się. zatrzymywał się przed makietą Bramy piekieł i domagał się podkładek usprawie- dliwiających zakup znaczków czy biletów metra. po rosyjsku.przeznaczonej dla KGB. Sumy te jednak nie mogły wystarczyć jako baza finansowa ruchu na skalę światową. Dzięki temu miesięczne wy- płaty. Agencja Aleksandra poświęciła część swych zysków przekazując je wspólnemu przedsięwzięciu. na ogół zaś nie wystawiał nosa ze swego podejrzanego hoteliku. aby mogły wyklarować się elity. dzięki czemu Psar mógł sprawo- wać kontrolę nad „Konfraternią”. gdy był proszony na przyjęcia. wy. Niekiedy oddawa- łem im pięknym za nadobne. że w Paryżu nie ma rosyjskiej łaźni. przy- szedł czas. nawet w najskromniejszym wymiarze. wędrowały prawie w całości do kasy „Konfraterni”. uśmiechając się z zadowoleniem: — Jestem zawodowcem.

by kandydaci wypełniali sześciostronicowe formularze. żrące się między sobą? Nie chce pan chyba. przejęty był obsesją. — O to chodzi. że całe fran- cuskie getto faszystowskie postanowi zapisać się do nas. by nie został on zdomino- wany przez żadne z już istniejących ugrupowań. Odrzucił w tył głowę. Czy pan wie. że przyciągniemy antykomunistów. tym nowobogackim władzy? Tworzymy całkowicie nowy orga- nizm polityczny i musimy dbać o to. Aleksander przyglądał mu 359 . Ale wyczuwało się. tłumaczył sobie jednak. Któregoś poranka wracali z Monte Carlo. Przeciwnie Piotr: ten uważał. Nikt inny nie zechce wtedy pracować z nami. Niech teraz jakiś francuski gagatek wciśnie się do „Konfraterni” i odkryje. założyć kartotekę. wyróżnieniem. prawda. Biegły w kontr- wywiadzie. Aleksander był nieodmiennie jego tłu- maczem i mentorem. Michale Leontyczu. że mięśnie twarzy wciąż są napięte. żebyśmy zostali opanowani przez trockistów. że- byśmy dopomogli w rehabilitacji lewicowym intelektualistom. Kurno- sow zapraszany był wciąż na prowincję i nawet za granicę. jego usta były otwarte. że „Konfraternia” zostanie opa- nowana przez drugą stronę. że we Francji istnieją cztery ugrupowania monarchistyczne. do Belgii. że przyjęcie kogoś do „Konfra- terni” będzie przywilejem. Wyobraża pan sobie to krótkie spięcie? Trzymany krótko przez Piotra Aleksander odczuwał coraz większe zmęczenie. Żądał. Dochodziły do tego także wysiłki i występy publiczne. Załóżmy. że dzięki temu nie poddaje się najbardziej haniebnemu uczuciu: litości nad samym sobą. — Niemożliwe. był zdania. że jest ona manipulowana przez nas. albo przez bonapartystów? Ani przez światowców czy anarchistów? Nie chce pan chyba również. Wielkiej Brytanii. Aleksander irytował się: — Jaka druga strona ma nas opanować? Przecież wiemy z góry. Kurnosow drzemał. iż należy sprawdzić ich pochodzenie.

który spędził dziesięć lat w zakładzie psy- chiatrycznym. prawdopodobnie wciąż jeszcze nie znający kobiet. myślał. zawieszo- ny był na jedwabnym krawacie. Ten nowy szczegół jeszcze wzmógł nienawiść Aleksandra. okazał się uzasadniony? Aleksander natychmiast zażądał spotkania z pilotem. Zawiadomił żandarmerię. Wiedział. — Nie. że jego stosunek emocjonalny do Kurno- sowa jest bardzo złożony. który na próżno zaatakował Breżniewa. dławiący Gawierina od chwili. kiedy przybył do Francji. «Niezależny Dziennik». Przeczytał wiadomość o śmierci Gawierina. Czyżby więc lęk. Powiedział na to: „To ułatwi prawdopodobnie procedurę odzyskania pieniędzy”. we- zwań i zawiadomień do ufortyfikowanego domu w pobliżu Li- moges. ile raczej umożliwiono mu rozwój jego szaleństwa”. Piotr siedział już w rożku kanapy w pasy w salonie Jessiki. Jego górną wargę pokrywał rzadki wąsik. Wisiał na jednej z tych odsłoniętych belek stropowych. odziany w niebieski garnitur pochodzący z zagranicy. „Oto Harmodius. gdzie nie tyle go leczono.się uważnie. że skrzynka na listy od wielu dni nie została opróżniona. „Oto «Żelazna Maska»„. Listonosz. Ładne słowa w ustach chrześcijanina! Wszyscy jesteście tacy sami. Oto szaleniec. to już naprawdę przekraczało wszelkie granice! — To nasza robota? Piotr studiował z zimną krwią pomiętą gazetę. którą Aleksan- der cisnął na kanapę. Żmija z wąsikiem. który przywiózł kolejną porcję rachunków. stwierdził. Oto uczeń Mikołaja Władimiro- wicza. ale nie analizował tego. — Pokazałem ten artykuł Kurnosowowi. Otworzył gazetę. kupionym w Hermesie. Żandarmi znaleźli wy- gnańca w kuchni. 360 . Oto synek introligatora. Trup. które tak zachwalają agenci nieruchomości. który nigdy nie kła- mał. Oto sześćdziesięciolatek.

— Chce pan powiedzieć. — Właśnie w tej sprawie. że ich autor nie musiał już dzielić się z agencją częścią swego honorarium. i gdy tylko spotykali się w którymś z modnych miejsc. W na- szej robocie niekompetencję od sabotażu dzieli tylko jeden krok. Psar. i wszystko z powodu śmierci agenta. Blun jednak nie przestał okazywać swej wdzięczności. kiedy powieści Bluna. Jeżeli Gawierin stał się niewygodny. Piotr westchnął lekko. trzeba go było sprzątnąć. ryzykuje demaskacją i mnie naraża na to samo. żąda pilnego spotkania. Dorzucił nie bez pychy: — Mam sobie to za złe. odwiedzanych przez dziennikarzy. zaczęły się sprzedawać tak dobrze. zamiast skupić się na sprawie. od dawna już wyłączonego z gry? Niech pan się ma na baczności. — Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć? Aleksander uświadomił sobie. Ich kontakty stały się rzadsze od chwili. pułkownik dokooptowany. To on wyciągnął mnie z błota. Tu także wchodziła w grę pycha. który zrobił majątek na obronie biedaków? 361 . Jego wąsik dopiero kiełkował. że pan. jak wielki błąd popełnił. Piotr uprzejmie przyjął do wiadomości słowa Aleksandra. Czego mógł chcieć od niego ten człowiek. Następnego dnia Aleksander umówiony był na obiad z Ema- nuelem Blunem. uważał za punkt honoru ująć swego byłego agenta za ramię i wykrzyknąć głośno: — Oto najlepszy agent Paryża. Nie chciał się go jednak wypierać. Jego telefon — „Niech mnie pan zaprosi na obiad. zajmujące się najczęściej tematem „wiernego przyjaciela”. — Jacy my? Aleksander opanował się: — Ma pan rację. Spotkamy się w «Pont-Royal»?” — zaskoczył całkowicie Aleksandra. bardzo przeciętne i chętnie czytane. Myślałem o nieszczęsnym losie tego człowie- ka.

Przy pierwszej chwili milczenia Blun rzucił: — Wracam z Rosji. 362 . Cenił luksus. ale tak trywialnego. która osłaniała młodzieńczą jeszcze sylwetkę i brzuszek. że nasz stół jest już gotów — powiedział Blun. że tamten wyciąga do niego przyjaźnie dłoń. z zegarkiem zawieszonym na łańcuszku. że spotykało się tam zbyt wielu pisarzy. literat. Obaj zjawili się w tym samym momencie w restauracji i jed- nocześnie weszli do szatni. Nie było w tym nic dziwnego. z kamizelką. gdyby go nie miał. że powracał z ZSRR. — Wypijemy po jednym w barze? Stół mamy zarezerwowa- ny. Aleksander nie zorientował się. Pozwolił. którego wyciągnął z anonimowości. Gdy zawiesił go już. że bardziej godne szacunku byłoby. — Lubię ten lokal. Gdzie podział się Emanuel Blun z brudnymi paznokciami i głową pełną ideologii. że pisarze nie należeli do . nie pozbawionego talentu. Agent literacki ciągnął dalej rozmowę o literaturze. któremu przyznano tam nagrodę. wzdychając z ukontentowaniem. ozdobiony aksamitnym kołnierzem. Aleksander skinął głową na znak zgody. ale tak naprawdę nie lubił go. aby stał się jednym z uczest- ników sztafety? Teraz jego paznokcie były regularnie sprawdza- ne i korygowane przez manikiurzystkę. Blun miał na sobie płaszcz z czarnego kaszmiru. by Blun zaprowadził go do jednego z foteli. obrzmiałej i bladej twarzy tego drobnomieszcza- nina. Uważał. wybrawszy bardzo starannie je- den z wielu identycznych wieszaków. przyglądając się jednocze- śnie gładkiej. trzy- mając go za łokieć. oznakę powodzenia. przy- ćmione światła.jego świa- ta”. a w głębi duszy był przekonany. — Myślę. Tu spotyka się sama góra — powiedział Blun. dyskretną obsługę tego baru. a ideologie rozpędzone zostały na cztery wiatry przez bank Credit Lyonnais. Plotkowali przy kieliszku. żeby zostawić swe okrycia. ukazał się oczom Psara w eleganckim garniturze.

który był powodem tego spotkania. tego. co się dzieje z „Konfraternią”? — Wszystko w porządku. Właśnie intronizowaliśmy wiel- kiego amerykańskiego reżysera. В lun poruszył temat. Czy mógłby mnie pan zaprote- gować? — Blun. żeby dostać się do waszego klubu? Czy to partia. Emanuela Bluna? Przecież większość członków to zdecydowani antykomuniści. Mam na- dzieję. Mamy. W końcu u ortodoksów jest to wino mszalne. że będzie panu smakował Cahors. Blun bawił się kawałkiem chleba: — Jak to się robi. że to by mnie interesowało. który wszędzie węszył inicjatywę francuskiego wywiadu. — W zeszłym roku to było proste. Aleksander nie mógł nie pomyśleć o obsesji Piotra. — Nie ukrywam przed panem. Dopiero po szczegółowo przemyślanym wyborze menu i kon- ferencji na temat win z maître d'hôtel. to świetnie. Byli dla siebie uprzedzająco grzeczni przed na pół ukrytymi drzwiami. czy też Kościół. Pomimo to uznał jeszcze za stosowne zacząć od wstępu. po którym dopiero nastąpił gwał- towny przeskok. wystarczyło po prostu za- mówić Bouzy. W końcu powinno to zrobić przyjemność wszystkim tym pana reakcjoni- stom. nie rozumiem pana. które prowadziły w głąb hotelu. Ale to zaczyna już wyglądać archaicznie. który zapra- sza. 363 . A propos. kiedy zobaczą mnie w worku pokutniczym i z głową posy- paną popiołem.. Jest pan oficjalnym laureatem ZSRR! — Liczę. Blun mrugał powiekami przy każdym nazwisku: — To świetnie. który nakręcił Łowcą łosi. że to właśnie pomoże mi się tam dostać. do której się wstępuje? Rodzaj Rotary Club. Aleksander przytoczył kilka bardzo znanych nazwisk.. gdzie wymaga się inicjacji? — Wszystko po trosze. — Pana.

ale w dodatku jeszcze inteligentna. poznał panienkę. Mieszkała w tym samym hotelu.. co się u diabła dzieje. że to jakaś gwiazda edytorska. nawet w apartamencie z fortepianem. Samo w sobie było ono niezbyt interesujące. — Kelner— zwrócił się Aleksander do maître d'hôtel— pro- szę nam przynieść jeszcze jedną butelkę. Ten 364 . że jest źle przyjmowa- ny. Sie-rioża? Nie znałem Sierioży.» «Musi się pan zobaczyć z Sieriożą» — powiedział Gena- dij. jedną z tych laleczek. — Ale dlaczego miałby się pan pojawiać w worku i z po- piołem? — Nie mam nic do stracenia. do jej pokoju. Co prawda Blun miał wielką ochotę opowiadać. Trzeciego wieczoru. Zapominano go w przedpokojach. kawior szuflami. Następnego dnia no- wa wizyta u sowieckiego wydawcy: „«Genadij. w barze. co się dzieje. — Na bakier z lewicą? Jak to? — To długa historia. i przy- jął zaproszenie. o co chodzi. co to nie tylko to. Sądziłem. ale wystarczy mi dać adres. No. nie był zapraszany na przyjęcia. Absolutnie nie. Psar. Jestem na bakier z lewicą i potrzebuję publiczności. — Kilka lat temu rozwijali przede mną czerwony dywan. ale mogło mu pomóc w stwierdzeniu na miejscu. Tym razem oszczędzali. Przyszedł do niej. Zastanawiał się dlaczego. Chciałem wreszcie wiedzieć. Od jakiegoś czasu w Związku Sowieckim przestały pojawiać się nowe wydania jego książek. dlaczego przestaliście mnie drukować? Czy coś jest nie w porządku w mojej linii politycznej? Mam tylko jedno sumienie. jeśli mam na to ochotę. żeby mnie nie nakryła etażna”. Od samego początku Blun stwierdził. ale jeśli chodzi o ponowne przemyślenie jakichś szczegó- łów.. W końcu stać mnie jeszcze na zapłacenie sobie pobytu w ich „Ukrainie”. „służbowymi schodami. jednak chciał być o to proszony: ogniste wino okaże się w tym pomocne. Spędził dwa samotne wieczory w hotelu. wszelkie koszta były opłacone.

a poza tym może pan dotrzeć do ludzi. jeśli o mnie chodzi to nie. otwierają — jak te ro- syjskie lalki — i rozkłada przede mną tuzin zdjęć. jak się na ogół sądzi. dziękuję bardzo.» «Przykro mi». Były to zdjęcia. pisarze nie są aż tak bardzo nieprzydatni. która chce być wielka jak bawół. a poza tym szpiego- stwo to prosta droga do tego.. «Po pierwsze. i to nawet dobrym Francuzem. że nie mamy innego typu uzasadnień do zaproponowania. «Jeśli ma pan ochotę opublikować nowe wydanie Aretina. niezależnie od sprzedaży. ale nie jest także źle. przyjmuje mnie w ponurym pokoju z portretem szalonego ascety na murze. No więc tutaj. mógłby ich pan użyć jako ilustracji». styl Greco. szanowny panie. znajduje tam kopertę. który miał minę równie radosną jak strajkujący przed- siębiorca pogrzebowy. «Bardzo mi przykro. ja bym z wielką przyjemnością. Wicemini- ster Polipier jest pana bliskim przyjacielem. otwiera tę teczkę. co mógłbym dla was zrobić». A ponadto zna pan ludzi polityki. Czy byłby pan zadowolony. nawet nadskakujący. kiedy motywem jest idealizm. Zawsze jest przyjemnie. Nie należy jednak sądzić.. wyciąga stamtąd teczkę. którzy nie zgodziliby się z nami rozma- wiać». laluni z hotelu i pańskiego sługi w pewnej akcji”. powiedział mi w końcu. i przedstawia mi wybór: albo będzie pan pracował dla nas i płacimy panu dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy rocznie. wszystkie te bzdury. «próbowaliśmy panu ułatwić zadanie. «szpiegostwo to nie mój dział». Po pierwsze jestem Francuzem. otwiera go. jeśli staje się nim interes. Sierioża. będących obecnie w rządzie.Sierioża. jak pan już zapewne odgadł. gdybyśmy dostar- czyli pani Blun taki oto komplet?» To mówiąc otwiera szufladę. żeby znaleźć się w kanale Saint- Martin czy też w fosie Vincennes. Ten Sierioża z począt- ku był bardzo uprzejmy. ale stawał się coraz mniej uprzejmy i na- dymał się jak żaba. bierze stamtąd klaser. «Ja znam wyłącznie pisarzy». albo spławiamy pana. «Ależ tak. «Proszę mnie posłuchać». pan może nam dostar- czyć informacji na temat ogólnej atmosfery. 365 . ja mu na to. tak. wspólny ideał. ale naprawdę nie widzę.

że na lotnisku poddano mnie dwugodzinnej rewizji. W przeciwnym razie. I muszę panu po- wiedzieć. sam jej przyniosę wasze dydaktyczne foto- grafie”. W pańskim interesie będzie teraz wykorzystać mnie. ale ja nie jestem taki głupi. gdy Aleksander. Sierioża mógł sobie marszczyć brwi. W dodatku. zawodową ciekawość. Jak niemowlę. moim pilotem zostanie ta sama lala z hotelu. Niech pan spojrzy. że jednak popełniają błędy — że pani Blun i ja uznaliśmy. że Blun jest żmiją pozbawioną nie tylko talentu. od stóp do głów. że jeśli się zgodzę. póki jeszcze mogę uchodzić za kogoś. lub może odgadując koleje prze- znaczenia: — Ma pan przy sobie te zdjęcia? 366 . iż żarty trwały już wystarczająco długo. Mogę się panu przyznać. i tak dalej. Sierioża za stygł jak sopel lodu. sapać ile chciał. I jaką ma słodką skórę. in the pocket. — Tyle tylko. żeby wyjaśnić. niedbale. zobaczy pan. pchany przez zwy- kłą. Wszystko to opowiadam panu. na mojej skórze zależy mi jeszcze bardziej niż na czyjejś. ani słychu. Nauka przez obraz. wydaje się. który dał je do walizy dyplomatycznej: ani widu. że ten Sierioża nie wiedział — i tutaj właśnie Rosjanie mnie zawiedli. Więc śmiałem się w duchu. a ja mu powiedziałem: „To fajny pomysł. widzi pan. Trzeba dodać. żeby wam oszczędzić wydatku na znaczki pocztowe. Tyle że. to ona nieźle prowadzi. Może to za- inspiruje panią Blun. i tuż przed moim wyjazdem wystąpiliśmy o rozwód. kto dezerteruje. Za jednym zamachem osiągniecie to. Blun był już przy drugim koniaku. Sięgam po zdjęcia. za dwa tygodnie ukaże się w «Literaturce» artykuł oznajmiający. że jak na pilota. który na ogół nie interesował się wcale tego rodzaju opowieściami. i odchodzę. zasłużyłem się. zdjęcia przekazałem znajomemu sekretarzowi ambasady. zwró- cił się jednak do swego rozmówcy. miłość bez łez. że między Sowie- tami i mną skończyło się. Sierioża dał mi do zrozumienia. do czego dążyłem przez dwadzieścia lat. ale i świadomości klasowej. że się wahałem.

Blun. Aleksander patrzył na zdjęcie przez piętnaście sekund. Psar wyszedł z restauracji. żeby pozwolić mu przejść. Blun gdaknął: — Właśnie dlatego zarezerwowałem stolik w rogu sali! Nie bez trudu odnalazł wewnętrzną kieszeń marynarki. Kelnerzy cofali się.. sapiąc bez przerwy. Po raz pierwszy od bardzo. bardzo dawna musiał sam uregulować rachunek. wyłożył dwanaście fotografii na żół- ty obrus: — Może pan otworzyć. Aleksander zamknął oczy. . które wciąż trzy- mał w zamkniętej dłoni: — Niech pan zamknie oczy.. Blun opadł na krzesło. a po- tem podniósł się i skierował się w stronę wyjścia. Blun na pół wstał z krzesła: — Psar. póź- niej jednak wydobył z niej zręcznie plik zdjęć.

On. Grozi. że przedstawi komu innemu swoje tezy na temat Dostojewskiego. żadnych rezerwacji. — Na kiedy.. życie mężczyzny. całe jego życie. że umie panować nad sobą. — Muszę wyjechać na kilka dni. No- wego Jorku. Samolot do. Chociaż tak. ta sama Mał- gorzata. tak zawsze pewien. te same lamperie Trianon. 368 . Mówił z trudem i najwidoczniej nie usłyszał wcale jej słów: — Czy zająć się rezerwacją biletów? Wszystko się rozpadło: otoczka. Małgorzata zaczęła dzwonić.. Gdy się ma czterdzieści dzie- więć lat. czekająca na niego: — Pan Lewicki telefonował już. te same kamienne schody. te same medaliony i wole oka. proszę pana? — Jak najwcześniej. Musiał od nowa nauczyć się. tak wytarte. jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie od pana odpowiedzi. Lecz Aleksander Psar nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. nie przypominał dawnego Aleksandra: zostawił swój płaszcz z wielbłądziej wełny i rękawiczki w szatni „Pont-Royal”. jak oddychać. która chroniła go przez ostatnich trzydzieści lat. — Nie. że zdawały się miękkie i elastyczne. przypłaca się to lękiem. Aleksander oparł czoło o szybę. 8 PERŁA To wciąż był ten sam wytworny budynek.

Błądząc po ulicach Paryża. ryzyko wynosiło ileś tam procent. — Na kiedy? — Jak najwcześniej. Nie był jednak w stanie wyczekiwać teraz w kolejce. zre- konstruował z dokładnością do paru pomyłek zaledwie wyda- rzenia ostatnich lat. i rozmawiać ponad kontuarem z jedną z tych ufryzowa- nych idiotek nie znających się na rozkładzie jazdy. podobnymi do niego. nie było za- pewne wiele. że miała do czynienia z dwoma zna- jącymi się wzajemnie. proszę pana? — Rzym. którego prawie nie potrafił odczytać. aby uwierzył. staż manipulacji intelektualistami francuskimi o orientacji literac- kiej. włączając się w ruch okrężny na rondach. żeby zbliżyć się do biura. ruszając na zielonych. patrząc na zegarek. W jego wyobraźni pojawił się znowu obraz Gawierina wi- szącego na belce stropowej. którego mu przydzielono. gdyż związany był 369 . stając na czerwonych światłach. — Proszę mi też zarezerwować sypialny. zajęła się innymi. który zawsze tak bardzo uważnie przeżywał bieżącą chwilę! Ałła była po prostu dodatkowym oficerem-pilotem. że kręci się tam chłopak z szalikiem zarzuconym na szyję. Panienek nie brakowało. KGB przyjęło to ryzyko kierując się przesadną troską o oszczędność. w biurze po- dróży. że powinien sam zająć się którąś z tych rezerwacji. Gdy tylko wypełniła swoją misję. I to on. potem zauważył. Pomyślał. który już wcześniej deptał mu po piętach. w drugiej dyrekcji głównej. aby uciec od lewego brzegu. — Dokąd. Nie dało się wykluczyć. przejeżdżając samochodem przez Sekwanę. ale kobiet-oficerów. potem znowu wracając tam. uwodziciel- skich i zdolnych zarazem do manipulowania ludźmi. i zraniło wskutek tego Aleksandra tak bardzo. Dlatego trzeba było zatrudniać je co jakiś czas. że będzie mógł „wrócić”. Ałła robiła najprawdopodobniej. W pierwszej chwili nie widział nic na ulicy.

jakby tracił równowagę. Podobnie też — jako że myśl o dawnej miłości łagodzi zwykle ból z powodu jej urwania się — wolał odczucie swej pierwszej żałoby od ohydnego stanu pustki. nigdy ktoś taki się nie urodził. że nie jest już sam na świecie. spełniająca swą misję. Mój syn osiągnie. dla Ałły. czy mogę mieć dzieci”. Nie sądził nigdy. wyciągnięta w przyszłość: „Mój syn zostanie. gdy do- szedł do wniosku. poczucie.. Ten ukryty prąd miłości. który go teraz opa- nował. że nie zasłużył na oficera-pilota zajmującego się nim i tylko nim.. Czyż nie jest rzeczą potworną kochać coś. Nie przyszło mu też na myśl. że jego syn być może był jednak na świecie. kooocha.ze swą służbą i nienawidził wszelkiego oszustwa. Stratę syna odczuł tym boleśniej w chwili. że nigdy go nie miał. Był całkowi- cie pewny. był czymś całkowicie wyobrażonym. wypełnieniem rozkazu. musiała przerwać ciążę. cała jego miłość. by Ałła go kochała. że się ich. że musiał niekiedy aż przymykać oczy. że kobieta-oficer. co przerasta ich oboje.”. czego nie ma? Czyż nie uprawiał odrażającego onanizmu emocjonalnego? Wszystkie te we- wnętrzne poruszenia duszy. O tym wiedział zawsze i nawet zadowo- lony był. że ich relacja zbudowana została nie na kaprysie przy- ciągania się dwu naskórków czy dwu wrażliwości. To przynajmniej zostało mu oszczędzone. Był poza tym obrażony. tak napięta. Nawet przez moment nie chciał obecnie przyjąć możli- wości. Nie była też dla niego rozczarowaniem myśl. „Nigdy nie miałem dziecka. tak jak post-romantyczni drobnomieszczanie łudzą się. że ich związek był. Zraniona miłość własna powoduje wielki ból. obecny w nim przez ostatnich pięć lat.. co pewnie byłoby dla niego jakąś pociechą. jego ręka. urojonym. Nie czuł się więc oszukany w miłości. Nie pocieszało go natomiast to — co byłoby pewnie dobrą wiadomością dla bardziej banalnego kochanka — że Ałła wcale nie zginęła. Fundamen- tem ich związku była dla niego raczej świadomość. Nawet nie wiem. że pękła 370 . że jego uczestnicy tworzą coś. ach.. że ma córeczkę.

żeby nazy- wać syna imieniem swego ojca. który okazał się zbyt niezależny. Dlaczego? Czy zawiódł w czymś? Czy zażądał mo- że zapłaty nieodpowiedniej w stosunku do usług. Doznawał uczucia. którym zgodził się służyć za cenę nielojalności. że jego mistrzowie nigdy nie mieli zamiaru pozwolić mu na „powrót”. na którą skazuje nas fakt uro- dzin i z której wyzwoleniem jest dopiero spłodzenie własnego dziecka—wszystko to było więc tylko halucynacją? A fotografie? Ileż razy pochylał się czule nad zdjęciami! Jak bardzo szukał — i znajdował! — oszukańczego podobieństwa rysów! Jak bardzo był dumny. ojcze”. jakie oddał? Podejrzewał. gdy zaufanym przy- jaciołom przedstawia się kogoś. Ale przez przełożonych? To już podłość nad pod- łościami. że targ. coś. Nic więc dziwnego. jakiego się doznaje. które było stokroć silniejszym po- większeniem wrażenia. Był pionkiem w grze. typo- wym dla wielu żołnierzy. Być manipulowanym przez wła- snych podwładnych — to jeszcze ujdzie. kto okazuje się człowiekiem bez honoru. rozpoznając w tym nie wiadomo czyim dziecku po- tomka własnego rodu! Jak bardzo przepadał za tym. dającego znakomite rezultaty z agentami niższego szczebla. To zła wojna. przez niego samego aprobowanej. Podczas gdy z biegiem lat awansował na drabince urojonych stopni i rang. Nie chodziło wcale o „dokręcenie śruby” jakiemuś oficerowi. nielojalności wobec ojca. zgodnie z tradycją! „Wybacz. Kto prowadził tę grę? Ci. Nawet jego stopień służbo- wy. lecz po prostu o za- stosowanie wobec niego podwójnego systemu kija i marchewki. był tylko jeszcze jednym wabikiem w tej rozgrywce. Grano nim. który ubił przed trzydziestu latu.muszla ontologicznej samotności. co Synowi wysłanemu w misję każe wykrzyknąć: „Lama sabachtani?!”'. ale wciąż jeszcze wojna. jego przełożeni musieli się nieźle śmiać z niego w swojej dyrekcji. do którego przywiązywał wagę z chłopięcym zapałem. od same- go początku nie był uczciwy. że w tej sytuacji Piotr traktował go jak zwyczaj- nego agenta. która była przecież fabryką iluzji. 371 .

Nigdy jej nie wzywał w ten sposób. ale nie powinna wiedzieć. żeby mnie spotkało to samo”. To samo zdanie. że nie był pewny. Pozostawi je tutaj. Jego spojrzenie padło na orientalne sztylety. Żadna decyzja jeszcze się w nim nie skrystalizowała. Wiedział tylko. inaczej niż to było w jego zwyczaju. Później zauważył ikonę: — Ty także drwiłbyś ze mnie. Myśl o Gawierinie nie opuszczała go: „Nie chcę. że nie może uciec. pozostawił drzwi otwarte. niezdolnym do poddania się autodyscyplinie?” Powróciła mu potrzebna jasność umysłu. propozycji odpowiedzi na listy. — Małgorzato. Leżała tam poczta dla niego. Zaczął czy- tać i stwierdził. które ota- czały go różowym cieniem surowego drewna. żeby nie wzbu- dzić podejrzeń Małgorzaty. Lubił boazerie. ale tego dnia nie spytała o nic. przez otwarte drzwi. — Tak.. Przeszedł do swojego gabinetu i. proszę pana. jak na zepsutej płycie.. Normalnie zapytałaby go. Ale w każdym wypadku potrzebne mu było odzyskanie dystansu. czy wróci. Czy wróci obłaskawiony? Bę- dzie próbował zniknąć? Postawi jakieś warunki przed powrotem do służby? Tego nie wiedział. gdybyś umiał drwić. „Więc jak to jest. Stała z bloczkiem i 372 . Oczywiście. Zrobił kilka nota- tek. Podszedł do biurka. że wyjeżdżał jeszcze gdzie indziej. Zasługiwał na ten wyjazd. musiała się domyślać. że nic nie rozumie. — Małgorzato. Wyda dyspozycje na czas swej nieobecności. będę musiał wyjechać na parę dni. czy będzie go można osiągnąć te- lefonicznie. czyżby mieli rację? Czyżbym był tylko sze- regowcem. — Proszę pana — powiedziała Małgorzata bez ironii — wy- jeżdża pan do Rzymu dziś wieczorem lub do Nowego Jorku jutro w południe. że potrzeba mu kilka dni odprężenia i że w tym czasie po- winien uniknąć nadzoru dyrekcji. Ale już wiedział.

— Już to z pewnością zrobił. jeśli poczeka jeszcze piętnaście dni. Oczywiście nie miał prawa wyjeżdżać nie zostawiając Piotro- wi wskazówki. lekko przechyliwszy głowę. Proszę mu powiedzieć. — Powie pani. Dla Małgorzaty było to żenujące. Czuł. Ach. Trzeba mu to dać odczuć. tak! Pan Lewicki. Jeśli madame Boïsse będzie mnie szukała. — W każdym razie proszę go przeprosić. Po raz pierwszy pozwolił sobie na wypowiedzenie opinii o kimś równym mu w obecności podwładnego. że będę mu wdzięczny.. że niezwłocznie do niej zadzwonię. że musiałem wyskoczyć do Nowego Jorku na negocjacje w sprawie kontraktu. proszę pana — powiedziała Małgorzata sztywnymi wargami. Pneumatykiem. źle- śmy go potraktowali przez tych wszystkich Kurnosowów. który prosi mnie o ponowne objęcie kierownictwa serii Białej Księgi. Ma pani tutaj także brulion listu do Baroneta. — Proszę to wysłać pocztą. czy weźmie swój sa- mochód — numer rejestracyjny. To prawda. ale że zrozumiem także.ołówkiem w ręce. mimo nawału pracy. szczególnie na samochodzie o 373 . — Mówiła mi pani. Miała na sobie granatową sukienkę z wielkim białym kołnierzem i białymi mankietami. jeśli zechce spróbować gdzie indziej. proszę powiedzieć. Spojrzał na zegarek. jak ma się z nim skontaktować. Nigdy nam tego nie zabrano. Mówiąc nie przestawał się zastanawiać. Jej ciemnoniebieskie oczy. wyrażały skoncentrowaną uwagę. Wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. temu prostakowi.. Mówiąc bazgrał jednocześnie karteczkę z przeprosinami po rosyjsku dla Kurnosowa. że znów jest komendantem swojego statku. Nie powinniśmy się opuszczać. obramowane ciemnymi włosami.

Proszę o wybaczenie. pomogłaby mu przeżyć tych kilka dni. że zaciera ślady. — Nikogo mi nie trzeba. nie wystawiam jej na niebez- pieczeństwo? (wciąż myślał o Gawierinie. by przywołać do porządku Ballandara i Fourvereta! Uniknąć nadzoru KGB wyda- wało mu się przedsięwzięciem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. w dodatku moje własne pomniejszy się dzięki te- mu”. Być może obecność tak pełna zrozumienia. Niewiele przypominał sobie ze swego stażu w Brooklynie. Ta perspektywa przeraziła go. A jednak właśnie to spróbuje osiągnąć. przyjacielska. 374 . Małgorzata powtórzyła: — Czy nie mogłabym pojechać z panem? — zaczerwieniła się pod warstwą pudru. żeby we wszystkim mu się wiodło. Był przyzwyczajony do sa- motnego życia. tak mało ciążąca. Na razie nie chciał wywoływać wrażenia. Najlepiej byłoby pożyczyć od kogoś jakiś samochód. A później jakaś tama w nim pękła. przynajmniej na przeciąg kilku dni. nie narażam jej na ryzyko. mógłby go zdradzić — czy też wynajmie jakiś pojazd. kto wie.dość rzadkiej marce. — Proszę o wybaczenie (nauczył ją posługi- wać się tym zwrotem zamiast zwykłego „przepraszam”). pomoże mu. Oczywiście. ale ciepło jej uwagi. nieznajomego samochodu. Podczas trzydziestu lat niedostrzegalnie spoczywała na nim ręka Pitmana. Z jaką łatwością znaleźli sposób. jakie okazywała. jeśli jestem niedyskretna. ochraniająca. podjąć opty- malną decyzję. o jego wybałuszonych oczach i wywalonym języku). ale wydaje mi się. że mógłby mnie pan potrzebować. pragnienie. do ja- kiego stopnia KGB było dobrze poinformowane i przygotowane do działania. że ni- kogo nie zna wystarczająco dobrze. Ale od kogo? Zdał sobie sprawę. „Czy zabierając ją. nie zwierzyłby się jej ze swojego dy- lematu. Jednocześnie wielokrotnie miał okazję stwierdzić. ale nie do poczucia. że jest całkiem samotny. Wprost przeciwnie. Za chwilę znajdzie się sam za kierownicą omegi czy też innego. wynajętego. — Nie słuchałem pani.

. Z przyjemnością zadzwonię do pana. — Co mam nagrać na magnetofon. Poczuł przyjemny za- pach: — Jaka to perfuma. 375 . Musiałem niestety wyjść na parę godzin. Małgorzata. — Dobrze. Proszę poczekać. Zresztą pojutrze jest Gwiazdka..ale nagle powróciło jedno zdanie: „Mokra robota przeciwko dwu osobom nie jest dwukrotnie. zajmą się sprawdzaniem Rzymu. Aleksander wciąż jeszcze się wahał. Na drogę proszę sobie kupić szczoteczkę do zę- bów. Dałaby się raczej poćwiartować niż powiedziałaby to komuś. Pomógł Małgorzacie nało- żyć popielaty płaszcz z lisim kołnierzem. proszę pana? — Sam to zrobię. pani. Dziękuję za telefon. po powrocie. czy poleciał do Nowego Jorku. co nie mogłoby poczekać jeden czy dwa dni. I mamy magnetofon. lecz dziesięciokrotnie bardziej nie- bezpieczna niż przeciwko jednemu. Gdy stwierdzą.. Dostałam ją od pana na uro- dziny. aż odezwie się sygnał i potem proszę mówić”. podjęła ostatnią pró- bę: — Nie ma nic takiego.. Chwycił swą grubą. rejestrujący telefony. Je- śli jednak rzeczywiście będzie torturowana? Nawet bez użycia metod fizycznych można wymusić bardzo wiele. czarną teczkę. umierając z onieśmielenia. A samochód. Trzeba było postarać się o rozproszenie wszelkich wątpliwo- ści: „Tu Aleksander Psar. że nie wybierał się do Rzymu ani do Nowego Jorku. a moja sekretarka. Jeśli po odczekaniu „paru godzin” zaczną go szukać. że nie było go w samolocie. Bardzo proszę o nagranie wiadomości dla mnie na taśmę. spraw- dzą naprzód. Małgorzato? — Jolie Madame. proszę pana. jest cho- ra. gdyby go wynajmował. Małgorzata odgadła z pewnością. pani Thérien. byłoby dobrze wziąć na nazwisko mada- me Thérien. odizolowanemu osobniko- wi”. — Miałem dobry pomysł.

Oczywiś- cie oddam pani pieniądze. Trzeba zacząć. które nie chcą zwracać na siebie uwagi. Na kiedy wziąć samochód? — Od razu. na bulwarze Saint-Germain. Udało mu się zna- leźć miejsce do parkowania pod Operą. powiedział sobie. Czy ma pani kartę kredytową? — Tak. Wahała się. od tego co jest nerwem każdej wojny. — Zawadzaliśmy — wyjaśniła. ale ponownie zajęła miejsce pasażera. Wychodząc z banku zoba- czył. by osoby. żeby nam dostarczyli samochód? Trzeba było uniknąć zwracania na siebie uwagi. W podwórku wsiadł do swojej omegi i otworzył prawe drzwi Małgorzacie. Podjął w gotówce cały swój wkład. jakby miało to jakieś zna- czenie. Gdyby policjant protestował. Pojechał do swego banku. w tej dzielnicy pełno jest biur podróży. — Czy poprosić. — Zostawię samochód w drugim szeregu. Po raz pierwszy pozwalał sobie przy Małgorzacie na aluzje czysto osobiste. — Małgorzato. Weźmiemy samochód z garażu. — Nie. proszę pana. Pro- szę z łaski swojej wynająć samochód na pani nazwisko. Ale jak to osiągnąć? W jednej z powieści Paula Bour- get pewien nauczyciel kupuje nowe ubranie w sklepie „Old En- gland” i dopiero potem ośmiela się pójść do krawca. Uśmiechnął się lekko. „zlały się z oto- czeniem”. może weźmiemy mojego renault? Jest niebieski — dorzuciła. Przypomniał coś sobie: wykładowca z Brooklynu doradzał. 376 . niech pani użyje swych wdzięków. — Jeśli nie jest pan pewny omegi. Spotkamy się w tym samym miejscu za pół godziny. Aleksander raz jeszcze opuścił lewy brzeg. że Małgorzata przestawiła samochód. przepraszając za swoje roztargnienie. „Ja postą- pię całkiem przeciwnie”.

czuł się głu- pio wyposażony w ten sposób. Małgorzata czekała na niego tuż obok omegi. kilka płatków osiadło na jej czarnych włosach. — Sherlock Holmes. żeby ktoś ją śledził ani żeby rzucił się w stronę kawiarni. Nie nosił nigdy ani kapelusza. parasol i ręka- wiczki. dwustron- ny płaszcz nieprzemakalny. nadający się na większą podróż. Bez płaszcza marzł. Małgorzata ruszyła w stronę postoju taksówek. Aleksander opuścił dom towarowy. Zaczy- nał padać śnieg. Weszła do samochodu i nie wyglądało to na to. tweedowy kaszkiet. ale udało jej się złapać przejeżdżającą ulicą taksówkę. dziękuję pani. Będę czekał od strony Cour du Havre. Zapadał zmierzch. że także i ona nie miała ogona. nie zauważył nikogo innego podejrzanego. Można było całkiem spokojnie przyjąć. Uznała. wykonał kilka elementarnych manewrów w Galeries Lafayette. Samochód Małgorzaty mógł być im znany. by zmylić ewentualny ogon. Jej popielaty płaszcz prawie nie dotykał bioder. Nie miał pojęcia. — Proszę. Chłopak z szalikiem na szyi nie pojawił się. do telefonu. bardzo mi miło. Proszę wziąć jakiś wygodniejszy sa- mochód. Nie odwróciła ani razu głowy. tak żeby nie musiała pani szukać miejsca do parko- wania. Zanim więc zrobił zakupy. Otworzyła niebieski parasol. Na postoju nie było żadnych pojaz- dów. Niech żyje Boże Naro- dzenie kupców! W sklepie „Old England” Aleksander kupił ciepły. dokąd jechać. niech pani tam pójdzie i weźmie wóz. Pomyślał jednak. No więc? — Musimy odebrać peugeota z Avenue de la Grande-Armée. 377 . Brakuje mi tylko fajki. Aleksander szedł za nią w pewnej odległości. ani parasola. Proszę mnie zabrać spod dworca Saint-Lazare. że nie powinna całkiem zataić swego zdziwienia: — Ubrał się pan w stylu angielskim. że nic jeszcze nie zrobił. Na ulicy pali- ły się girlandy lamp. Ładnie się po- ruszała. — Nie.

Przyklejony do białej. zabezpiecza- jąca wszystko przed wyjazdem. Mogło mu to dać do myślenia. Oczywiście. Ale recepcjo- niści to donosiciele. To zaskoczy Małgorzatę. „Nazywam się Jean Dupont. Czuł. odłożył słuchawkę. Aleksander wsiadł do metra. popychając go w stronę Francuzów. rozbawiony. To 378 . Fałszywe nazwiska. nie zdradzi nigdy. że nazywał się pan inaczej: Aleksander Psar. że on naprawdę od- mówił współpracy?” A może w grę wchodził wariant rozgrywki jeszcze bardziej wyrafinowanej? Może nie była to wcale pomyłka dyrekcji. Chłód szczypał go w nos. ale wolę panu powiedzieć prawdę: chwy- ciła mnie nagle straszna kolka. Mógłbym coś wy- myślić na poczekaniu. Trzeba będzie podać fałszywe nazwiska. Śmierć Gawierina była dobrym argumentem. „Nie wypełnia się już kwestionariuszy w hotelu. policzki i uszy. że powróci tam. Aleksander. Blun nie odważył się zażądać zwrotu rachunku za obiad. Spacerował chodnikiem. ma- łostkowa oszczędność. Czy oni o tym wie- dzą? Wszystko razem nie trzymało się kupy. A zatem: „Oni powiesili Gawierina. mówił do siebie: „Nie powinienem był opuszczać tak nagle Bluna. więc ja ukrywam się w pani towarzystwie”? Przypomniał sobie. przeciwnie. — Tak? Za- łożyłbym się. Jak jej to wytłumaczyć?” Mógł złożyć wszystko na karb KGB. śliskiej bariery. pewna. czekając na Małgorzatę. Z dworca Aleksander zadzwonił do Bluna: — Bardzo mi przykro. końcowa faza montażu? W ten sposób dano by mu do zrozumienia. jak starannie Małgorzata zamknęła wszystkie trzy zamki w drzwiach biura. Ale po co? Operacja Konfraternia rozwijała się w najlepsze i KGB nic by nie zyskało odtrącając Psara. jak dobiera się do pal- ców u nóg. Dobra gospodyni. że był oszukiwany. z oczami utkwionymi gdzieś w pustce. Skąd mam mieć pewność. przekręcając dwukrotnie klucz. drogi przyjacielu. lecz.

Peru- ka? I Małgorzata miałaby mnie zobaczyć w peruce albo z przy- klejonym wąsem? A jeżeli jednak dam się złapać i oni zerwą ze mnie tego wąsa. Małgorzata nadjechała. Aleksander zapuścił silnik i ucieszył się jego mocą. samochód łaciński w miejsce anglosaskiego. pełni zawziętości przechodnie biegali ulicami. Peugeot miał całkiem inne wła- ściwości niż omega. że nigdy nie prowadził ro- syjskiego samochodu. Czerwona szminka dokład- nie zakrywała jej duże. żeby wejść do optyka i kupić okulary ze zwykłymi szkłami. lecz przeszkadzały mu i nie nosił ich. Puegeot włączył się do żelaznego potoku samochodów. potrącając się wzajemnie.. Wokół nich mrowił się grudniowy. Pod- bródek schowała w lisim kołnierzu. „Gdy wrócę. Widziałem program w telewizji. w ostatni piątek. to byłoby podejrzane. Jedynie sprzedawca kasztanów mógł być uznany za nostalgiczną aluzję do poczciwego dickensowskiego świata. I nawet nie mam brody. coś agresywnego. okulary?” Kupił lekko przydymione okulary słoneczne. tę perukę. Od- stąpiła mu od razu kierownicę. „Mój krążownik!” Pomyślał. 379 . jak bardzo jest pan do niego podobny. prowadząc czarnego peugeota. tak by to określił jego ojciec. która nie miała żadnego znaczenia. W kioskach marzli sprzedawcy gazet. „Jeszcze za mało «zlałem się z otoczeniem». pewne siebie usta. Czuło się inne rozłożenie mocy silnika. Naprawdę jednak panowała tu tylko szarzyzna i melan- cholia. Alek- sander zmieniał biegi. z «Żelazną Maską»„. Okulary? Ale nie zdobyłem się na to. że mam wystąpić w przedstawieniu teatralnym? Nie.niesłychane. motor zdawał się obiecywać zarówno przyśpieszenie jak i wytrwały wysiłek. Chyba żeby powiedzieć. Małgorzata przyglądała mu się.. ogarniał wszystko spojrzeniem. bawiąc się czynnością. Dotykał dłonią przy- rządów i dźwigni.” Czy jednak rzeczywiście uda mu się wrócić? Zaczynał w to wątpić. nie wia- domo za czym. którą mógłbym zgolić! To brak przenikliwości. jej twarz nie wyrażała nic. posępny Paryż. Obejmował w posiadanie mostek kapitański.

Zlikwidować. Jemu. jak usuwa się niepo- trzebną fastrygę czy też rusztowanie. ofiarować róże swojej żonie albo synowi używany słownik łaciński. To będzie oczywiście tylko etap. Czy Gawierin kupił strzelbę myśliwską? Czy powiesił się z rozpaczy? Myśliwska strzelba nie chroni przed rozpaczą. Ileż razy próbował zaoszczędzić kilka franków. wydało się bardzo dziwne. Myślał o tym człowieku. — Tak — powiedział Aleksander po kwadransie milczenia. Małgorzata patrzyła wprost przed siebie: — To straszne — powiedziała — co przydarzyło się biedne mu Gawierinowi. patrzenie loso- wi prosto w oczy. co dla poczucia godności człowieka. ni czym samolot prowadzony przez automatycznego pilota. ale — w pewnym sensie — niezbędny! A później roztrwonił te drobne oszczędności. ponieważ wiedziano. Być może opuszczony. skierować do ścieku. samotnym w jego fortecy. Biedny Dymitr Aleksandrowicz przez całe życie marzył o posiadaniu choćby karabinu. poleganie na samym sobie. uto- pić w kloace. który zawsze bardzo precyzyjnie kalkulował swoje postępowanie. w pewnych przypadkach. W jaki sposób został „zlikwidowany” Gawierin? 380 . dokąd jedzie. żeby nakarmić jakiegoś kole- gę. Nie dlatego. że może aż tak poddać się swojej podświadomości. spławić — ileż znaczeń kryje się w tych słowach! Spławić — upłynnić. co stało się z Gawierinem. że w końcu sam siebie usunie. — To straszne. w któ- rej posiadanie broni uznane było przez stulecia za coś oczywiste go. które do niczego już nie służy. zużyty. by miał być użyteczny. żeby go kupić. wieczo- rem. Skąd jej to przyszło do głowy? Dopiero na prowadzącej na północny zachód drodze wyjaz- dowej Aleksander uświadomił sobie. A jednak tak. Być może usunięty. Aleksander pochodził z rodziny. szansa ofiarowana odwadze. nie tyle ze względu na bezpieczeństwo. ale niezbędny. Broń to coś więcej niż broń: to decyzja. Używany. duma.

i umarł. używając właśnie tego krawatu? Małgorzata wyciągnęła dłoń w rękawiczce i złożyła ją na okrytej rękawiczką dłoni Aleksandra: — To nie pana wina. znaleźli się w przedziałce „oni”!) Jeśli tak. że wyjechałem z Małgorzatą. sam. że to. Czy to był znak? Czy to był sygnał? Czy próbowano mu dać coś do zrozumienia. które jak małe gnomy pewnego pięknego dnia dotarły aż do mózgu i postanowiły go usunąć. Został zaklasyfikowany jako niezdatny do służby. że Aleksandra gnębią wyrzuty sumienia. ozdobiony strzemionami i munsztukami. spławić? W jakimś sensie to nie miało znaczenia. czy czas płynie tak jak zazwyczaj? Czy próbował znaleźć stopą tabo- ret. nie mogą wiedzieć. to wiedzą. których jeszcze parę godzin wcześniej określał jako „my”. czy też sam miał w sobie coś w rodzaju ekipy likwidacyjnej. śliski jak powierzchnia płynu. „Gdybym zatrzymał omegę. Czyż można odrzucić człowieka jak rzuca się niepotrzebne narzędzie? — To ja — powiedział Aleksander — ofiarowałem mu ten krawat. komórki czy ciałka krwi. że to ja go prowadzę. znalazłby coś innego. Myślała. Ale nie wiedzą. a przede wszystkim. Bóg wie co. Jeżeli 381 . gdzie znajduje się Małgo- rzata. Ale na razie nic nam nie grozi. zacisnął mu przełyk i tchawicę. ale jednak sam z fizycznym bólem.. który odepchnął? Sam. Chyba że zainstalowali mi- krofony w moim biurze? (Jakże szybko ludzie. że wynajętym.. jedwabisty krawat. że samochodem. Jeśli idzie o peugeota. oni? Aleksander skoncentrował się na prowadzeniu samochodu. jeśli specjaliści z piątki mu dopomogli. Czy przysłano mu ekipę z V departamentu. Jak długo cierpiał? W takich okolicznościach. i krawat Hermesa. mogliby coś w niej zmajstrować. czy też sam tak się określił. Czy całko- wicie się myliła? — Czy sądzi pan. Albo nie sam. ago- nią. Jutro. piękny. pojutrze pomyślą o sprawdzeniu.

jestem z pochodzenia Ro- sjaninem i w naszym alfabecie literę „p” wymawia się jak „r”. albo ma pan sobowtóra? Tylko ja zawsze myślałem.jednak mają swoje anteny w biurach wynajmu. okrągły pułkownik był uradowany jego widokiem. jak się uważało. albo strzelnica kulowa. le- piej unikać odrzutu. Nie- długo dojdzie do tego. — Co też pan mówi! Pułkownik uznał.. ale pusz- czona w ruch maszyna jego mózgu nie zatrzymywała się. — Kopa lat! Niech mi waćpan coś wyjaśni. Mały. a mają z całą pewnością. które ma pan w prawie jaz- dy?” Jeszcze do tego nie doszedł. — Może wiatrówka. że pan nazywa się R-sar. Dokucza mi reumatyzm. Małgorzato. To pana widzia- łem kiedyś w telewizji. 382 . — Tym razem tylko wiatrówka. A Bal- landara doścignęła jego przeszłość sprzed czterdziestu lat. czyż nie. że byłoby niegrzecznie naciskać. Fo- urveret został napiętnowany własnym wstydem i dalej musiał się uśmiechać. a oni mówili P-sar.. Aleksander miał nagle przypływ inspiracji: — To byłem ja. że zapyta po prostu: „A jakie jest pana oficjalne nazwisko? Na przykład to. Wszystko to przychodziło im bez najmniejszego wysiłku. widzi pan. Czy może pani po czekać na mnie w tej kawiarni? Wziął ze sobą teczkę.” Próbował otrząsnąć się z tego koszmaru: „Czy zamieniam się w Gawierina?” Gawierin kołysał się na końcu krawata. Tylko. które sobie tu skonstruował. Rozpadało się bezpieczne alibi. Być może jego mania prześladowcza nie była tak absurdalna. jak zawsze? — zapytał tylko. W Pontoise powiedział: — Coś mam do załatwienia.

będę żył jak samotny wilk. która pozwala zminimalizo- wać rozrzut trafień. Po raz pierwszy w życiu nie wstała na powitanie swego prze- łożonego. aby zastąpić zwykłe naboje 38. otworzył (wojskowi mówią na to: rozdziewiczył) święte pudełko. która to może być godzina. „Popełniam wykroczenie”. wstrętny smak natychmiast odnowił w jego pamięci dawne przeżycia: — Gdy wracałem ze szkoły. że zdjęła rękawiczkę tylko z jednej. po to. Stwierdził także. celowania i spustu. Zauważył. „ Naprzód jed- nak. Sam nie wiedział. Nie udawało mu się osiągnąć tej syn- tezy oddechu. pijąc ciepłą czekola- dę. że policja zatrzyma go i podda rewizji? Podwójny teraz ciężar teczki dodawał mu otuchy. Z prawdziwą przyjemnością rozmyślał nad tym. mojego ojca nie było jeszcze w 383 .. dlaczego nie chciał strzelać kulami. złośliwych naboi 357. z kulami o ściętych czubkach. że ich wielkie. tkwiące w bębenku rewol- weru. ostre pociski. czuł przypływ energii. Wtedy wydawało mi się dobre. Nie chciała wprawiać go w zakłopotanie. Czemu by nie spróbować? Kelner. tylko uśmiechnęła się do niego. Kwaśny. Nie miał pozwolenia na posiadanie broni. przez sześć wielkich. „Przez kilka godzin. kilka dni. gdyż zapomniał całkowicie. ciężkich.. przejechawszy peugeotem w bardziej ustronne miejsce. prawej dłoni. Nie był już od nikogo zależny i gdy tylko minął pierwszy mo- ment niepokoju. Jakież było prawdopodobieństwo. Małgorzata czekała na niego cierpliwie. na pół otwarte pyski posieją więcej spustoszenia niż normalne. — Czekolada? Pani to lubi? Od czterdziestu lat nie piłem ka- kao. niósł w teczce swojego Smitha & Wessona i pudełko naboi 357 magnum. poproszę filiżankę czekolady. czeka na mnie. powiedział sobie z ponurą satysfak- cją. Spojrzał na zegarek. że jak na solidnie zbudowaną kobietę miała zadziwiająco drobne ręce. poczuł się radośnie podniecony. Pudłował bez przerwy. Czuł się teraz młodo. Potem się zobaczy”. Spojrzał na zegarek: „Biedna Małgorzata. Ale kiedy wychodził.

? Małgorzata uśmiechnęła się smutno.. 384 . że ma jeszcze rewolwer. na dnie którego była czarna plama po odpryśniętej emalii.. krewnych.. Przyszło mu na myśl rosyjskie określenie używane wtedy. Małgorzata odczekała dłuższą chwilę. Czasem wyobrażam ją sobie. Byłem przekonany. Myślał o próżni. co żyją i za tych. za moich dziadków. jak błękit nieba.. Tak właśnie było z nim. Tak samo clochard myśli o swoim psie.. pisałem jeden czy dwa poematy epickie. i jeszcze modlitwy za tych. — Czy ojciec opowiadał panu o niej? — Nigdy. — To znaczy nie pamięta jej pan? — Nie. Zdrowaś Mario. co umarli. a potem ośmieliła się spytać. — Ojciec nauczył mnie kilku modlitw: Ojcze nasz. Ojciec zginął w Indochinach. a za świętych nie trzeba się modlić. Zapalałem gaz. w czasie wojny. czekając aż się zagotuje. Przypomniał sobie. I właśnie coś mi przychodzi na myśl.. Raczej do niej mógłbym się modlić. Jak różę. Ale czemu mój ojciec. — Chodźmy — powiedział. Poczuł się w obowiązku zadać jej podobne pytanie: — A czy pani rodzice żyją. — Nie miał pan matki? — Moja matka umarła..domu. Nigdy za matkę. Był zmieszany. Mat- ka mieszka w Lisieux. Gdziekolwiek się obrócił. czego ona nie mogła zobaczyć. wstając z krzesła. Nie słuchał jej. To ciekawe. gdy miałem dwa lata. Wtedy dziwiło mnie to. w jakiej się znalazł. Małgorzato? — Matka. gdy ktoś stracił i ojca i matkę: „całkowity sierota”. dlatego spędzam tam wakacje. że moja mat- ka była świętą. nasta- wiałem kakao i.. ale zostawiał na kuchence garnuszek. Wmawiam to sobie z pewnością. Modliłem się za niego. cichym głosem: — Co jest ciekawe? Jego przysłonięte rzęsami oczy wpatrywały się w coś. trafiał na pustkę.

Małgorzata pośliznęła się. proszę pana. a potem obrócił się plecami do kelnera. Drażniła go wulgarność tej pół-usługi. zdjąć jej płaszcz. wo- bec Małgorzaty. by pomóc Małgorzacie. Dlatego też niezmiernie rzadko się zdarzało. Było zimno. Aleksander nie mógł uwolnić się od myśli. Ale nie. tak kompetentnie. znalazło się rozwiązanie. Była już noc. niewiele brakowało. Gdy do tego jednak dochodziło. pozwalając mu zabrać swój wła- sny prochowiec. że w gruncie rze- czy w każdej restauracji świata czeka na niego zarezerwowany stół. by „dogodzić” Małgorzacie. rzekł więc: — Zjemy kolację. Gdyby tak miało być teraz. na podwórku otoczonym nowoczesnymi budynkami. — Na pewno znajdzie pani coś dla nas. Westchnienie. wzrok wbity w niebo: „Ach. — Dokąd? Nie wiedział. w których zastosowano starą technikę pruskiego muru. oddawa- nej w restauracjach: odbiera się od klientów płaszcze i podsuwa 385 . co jej odpowiedzieć. ci klienci! Jak przyjemnie żyłoby się bez nich!” — Tędy. proszę pana? Zależało mu na tym. odczuwał za- razem upokorzenie i wściekłość.. a lekarze — asystentki. by upadła. — Czy ma pan zarezerwowany stolik? — A trzeba rezerwować? — Dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia. Pracowała z tak nie- zwykłą wydajnością. tak jakby nikomu nie chciał odstąpić tego przywileju. Znał niedaleko stąd. by musiał od- chodzić z niczym. gdy zo- stawił peugeota pomiędzy jaguarem i porsche. lokal. do którego prze- mysłowcy sprowadzają swoje sekretarki. proszę pana.. Fourveret zaprosił go tu kiedyś na obiad. zasługiwała na coś wię- cej niż pensja. — Szatnia. nad Sekwaną. Nagle nabrał wielkiej ochoty. Błotnisty śnieg lo- dowaciał. Aleksander wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę oświetlonego ganku.

. na której wytłoczone były fantastyczne. Wyobraźnia Aleksandra nie mogła się uspokoić: ciekawe. a także ogień trzaskający w stylizowanym na średniowiecze kominku. niech sobie sami dają radę. pełna zamków. 386 . kontrastowała przyjemnie z mrozem zimowej nocy. Oparł ją o nogę krzesła. Na szczęście teczka sama w sobie by- ła obszerna i ciężka. Symfonia bieli i czerni. skórzana. czy we francuskim więzieniu byłby bez- pieczny. czy też i tam dosięgliby go przyjaciele? Małgorzata zamówiła porto i dostała butelkę pięćdziesięcio- letnią. czyste. Aleksander wziął whisky z małą ilością lodu. Sądzę że je- stem dość dobrym agentem — potknął się na słowie „literackim” — ale pisarzem? Nie. Zwłaszcza od czasu ro- mantyzmu.. Czyżby wyobrażała sobie. Do tego potrzebne są specjalne właściwo- ści — brak wstydu i respektu dla samego siebie — na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. — Czy zostawi pan teczkę? — Tak. Wezmę ją ze sobą. czy dobrze zro- zumiałam. Spis potraw oprawiony był w skórę.. że znajdą tam krew? Nie. Nie.. Tak czy inaczej trzeba było mieć się na baczności. — Teraz już pan nie pisze? Szkoda.im się krzesło... na którą składały się ubrania kelnerów i nakroch- malone serwetki.. to nie jest zajęcie zupełnie. że ma się dość czasu? — Brakuje mi talentu. Z pewnością ma pan za mało czasu. Pluć w chusteczkę i podsuwać ją innym pod nos. Małgorzato. jak to powiedzieć. Nie wiem. w nadziei. Pan pisał kiedyś wiersze? — Dziesiątki! Uważałem się za poetę. — Powiedział pan przed chwilą. łobuzy. dziękuję bardzo. ale gdy już uiszczą rachunek. baśniowe herby. a nie czasu. — Naprawdę. że pisze się dlatego. jej dodatkowy ładunek nie zwracał na siebie uwagi..

Tak. że chce wziąć coś najtańszego. Dawno temu. Małgorzato? Wahała się. w której się znajdowali.. nie olśniła jej. i na koniec uraczył ją jeszcze sorbetem z fruits de la passion. Czy ma pani rodzeństwo? Opowiedziała mu o swoim życiu. Cios de la Pucelle do krabów i Grands-- Echezeaux do bażanta. To śmieszne. pokrytych czerwonym lakierem paznokciach przylegały do kieliszka z bia- łym winem. Przerwał jej w pół zdania: — I nigdy nie myślała pani o zamążpójściu. Skończyła skromne lecz niezłe studia. Wybrał królewskie menu: pasztet z gęsich wątróbek i do nie- go wino Dom Perignon. walczył przeciwko Francji. I nie grała kogoś. Aleksander przyglądał się jej raczej niż słuchał. miał dzieci. Ojciec był podoficerem. by go nie rujnować. Owszem. w jaki jej palce o starannie zaokrąglonych. Był żonaty. Była jedynym dzieckiem. Matka uczyła pisania na maszynie. — Niech mi pani opowie o sobie. Stawał się agresywny. że coś komuś ukradłam”. pracujemy razem od dwudziestu lat. — Od czego pani zacznie. Odgadł. I dodała uśmiechając się: 387 . by wzięła jeszcze sery. chociaż nie miała już apetytu. Małgorzato. pracowała w dwóch miejscach. a Francja ofiarowywała mu co miała najlepszego. To nic. Musiała pra- cować. a ja nic o pani nie wiem. że wyszła ze środowiska drobnomieszczań- skiego. miała ład- ną postawę. Małgorzato? Kochała pewnego mężczyznę. Ubierała się bardzo dobrze. kto jest zachwy- cony. mówiła prawie bez zarzutu. został zdradzony przez własnych ludzi. speszona brakiem cen w karcie: — Może zupę. zgi- nął na wojnie. Tak. Restauracja. Sam także jadł bardzo dużo. że sam coś dla pani wybiorę. nie miał syna. Nim została zatrudniona przez agencję Psara. — Pozwoli pani. „Nie chciałam żyć w poczuciu. Podobał mu się sposób. Zmusił Małgorzatę.. I tak miała klasę. i przyjęła to z radością.

1 wy szedłby pan z tego beze mnie albo z kimś podobnym do mnie. na pewno. Jej podbródek krył się w fu- trzanym kołnierzu. Małgorzato. ale udało nam się z tego wykaraskać. włączając się w pluralis: — O tak. 388 . zapytywał samego siebie Aleksan- der. Bez pani nigdy by nam się nie powiodło. — Nie wiem (wiedział to całkiem dobrze). z którego Małgo- rzata najwidoczniej została wykluczona? Podjęła to określenie. by nie zo- stawiać żadnych śladów w tej podróży. niejeden raz. Poszlibyśmy na dno bez pani. powodowało. gotówką. ile agencja pani zawdzięcza. ciszej: — Jestem szczęśliwa mogąc pracować u pana. Co miało znaczyć to majestatyczne „my”. albo dlate- go. że przywykłem jeździć w tę stronę z Gawierinem. całkiem nieświado- mie. pędzącej przez mróz jak rakieta w kosmosie. — To wszystko jedno — odpowiedziała. czy kiedykolwiek pani powiedziałem. dokąd jedziemy — powiedział Alek- sander. tak jak zabójcę miejsce zbrodni?” Ciepło panujące w tej małej. to ciepło dzielone przez Aleksan- dra i Małgorzatę. że mapa obejmuje właśnie ten obszar. „Dlaczego na południe?”. — Och. ziemia biała. ruszył na południe. Długo jechali w milczeniu. a potem on zapłacił. „Dlatego. przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile. pruski mur mieszał z sobą elementy. — Nawet pani nie pyta. że dzielące ich bariery zaczęły stopniowo tracić na znaczeniu i znikać. Raz czy dwa było bardzo źle. a może dla- tego. — Jestem szczęśliwa mimo tego. Na zewnątrz także trwała symfonia bieli i czerni. — Ależ nie. Małgorzata patrzyła przed siebie. I jeszcze później. Wypili jeszcze kawę. ciemnej komórce. Aleksander. że przyciąga mnie trupi odór Gawierina. Niebo było czarne.

które tłumaczyły się przez ascezę rycerskiej inicjacji. Aleksander myślał o wypitej niedawno filiżance czekolady i o wywołanych przez to wspomnieniach. Te ćwiczenia. albo Rosja jego syna. właśnie w tych dniach nauczyła się pierwszych linijek rymowanki ku chwale Lenina: Gdy małemu Leninowi rosły mleczne zęby Do walonek swoich musiał kłaść otręby. ponieważ tam właśnie by wzrastał. owoc jego lędźwi. Rosja? Rosja opuszczona przez jego ojca. po nic. To słowo. że Piotr i wszyscy Iwanowie. Gdy- by wiedział. profil sąsiadki. chrobotanie klucza w drzwiach. Później. żeby go pocałować. który był dla niego niczym. że jest bezdzietny. Przypomniał sobie nagle pró- bę. Wszystko to w pamięci Aleksandra tworzyło epicką konstelację. przeziębienia. której poddał go serdeczny.. gdzie mieszały się ze sobą dziurawe podeszwy. tak. Emaliowany rondelek. wieczorem. Kto mógłby mu udowodnić. za la- sami? Piotr nie nazywał się Piotr ani Iwan Iwan. W ostatnim okresie przed szpitalem klucz długo szukał wejścia do zamka. ale dla owej wcielonej Historii. I sfermentowany zapach wińska wydobywający się z ust Dymitra Aleksandrowicza. cała Rosja wydawała mu się tylko krwawym mitem. były tylko upokorzeniami znoszonymi bez potrzeby. Od trzydziestu lat żył po coś. lecz czego istnienie wydało mu się nagle wątpliwe. w co wierzył. gdy jego syn podnosił się. „nic”. uderzyło go. Ponieważ jednak sądził. oczywiście nie z powodu Włodzimierza Iljicza. ale ironiczny Jakub Pitman: nigdy nie być pierwszym. gdyby taki istniał. ani niektórzy 389 . ale uplasować się jak najbliżej pierw- szego. że pewna mała dziewczynka o ciemnych włosach. który towarzyszył już jego okresowym spotka- niom z Jakubem Mojsiejewiczem. odkrycie majestatycznego rytmu rosyjskiego heksametru.. pikant- ny smak sekretu. dostrzeżony na tle okna po drugiej strony ulicy. Myślał o tym z wielkim niesmakiem do samego siebie. byłby w dalszym ciągu wierzył w Rosję. i wszyscy Kurnoso- wowie pochodzili rzeczywiście z tego królestwa za górami.

A w końcu mo- że nawet ten wariat Kurnosow miał rację. lśniącą gdzieś poza światem. ponieważ widział kościoły. Oczywiście był też język. i agenci KGB byli na usługach światowej konspiracji lichwiarzy. nieśmiertelną. Ale cóż on o niej wiedział? A jeśli nawet istniała. szarymi wilkami. Nie. dla których praco- wał. ciele żywionym frankońskim zbożem. czy kiedykolwiek spożył coś pochodzącego z ziemi jego przodków? Nigdy nie czuł się Francuzem. jeśli o niego chodzi. To dlatego chrześcijanie jedzą ciało Chrystusa. które złączyły się w jedno i które pochodziły skądinąd. złoconymi ko- pułami. która miała jakoby istnieć gdzieś w świecie. cywilizacja. była na obczyźnie. idealną. 390 . pewne formy myślenia. co dzieje się z nastolatkiem. kilkoma pudełkami kawioru. Na początku były dwie gamety. ale wszystkie molekuły tworzące jego ciało po- chodziły z tutejszego humusu. dziedzictwo. siódma część stałego lądu kuli ziemskiej. i który odkrywa. komunię świętą. co jemy. Rosja. z jakiejś innej planety. razem z białymi brzozami. Mówiono mu o pewnej Rosji. że to niczego nie dowodzi i może być tylko gigantyczną inscenizacją. A tymczasem. frankońskim mięsem. KGB jest może tylko przykrywką czegoś innego? Aleksandrowi przydarzało się to. być może nie była nim wcale. że istniała jeszcze w jakikolwiek sposób. krzyże. co go z nią łączyło? W jaki sposób byli ze sobą związani? Nagle inna myśl przejęła go zgrozą: czym jesteśmy? Tym. który zawsze wierzył w Boga.z Kurnosowów Kurnosow. a on wymyślił sobie inną Rosję. no i w końcu wierność. przypływ morza zatopił ją. święte obrazy. nie wszystkie. a ludzie. pochodzili skądinąd. w wiel- kim ciele Aleksandra. Ale wierność dla wierności? W jednym błysku zrozumiał nagle paradoksalny hieroglif swoje- go losu. Ale reszta? Ta początkowa komórka. nieskończonymi stepami. zakładając. żeby stać się Chrystusem. poza kilkoma litrami wódki.

Ale ta kasta. Właśnie w taki sposób stał się w pewnym sensie negatywem sa- mego siebie. I wszystko to po co? „Przypuszczam. Aleksander w głębi duszy odrzucał zawsze to słowo tak charakterystyczne dla brodatego pedanta. bole- sne zahamowanie twórczych impulsów. tysiąca upokorzeń. Ta zdrada. Był czystym. skąd pochodził. jeśli nawet była. który się ponownie żeni. co znaczy żyć jak ryba w wodzie”. nie popełnia zdrady małże- ńskiej. absolutnym zdrajcą. Wdowiec. nie łagodził tej zdrady. od- czuwana wobec innego kraju. Nie usprawiedliwiała jej nawet pokusa. Wierność. rodząc się we Fran- cji. który je rozsławił). że Aleksander we własnym przekonaniu dotrzymywał wierności swej ojczyźnie. pogrzebanej cywilizacji. Także i fakt. Wierność więc zupełnie bezinteresowna. ta cywilizacja już się przeżyły. przede wszystkim. nie. Zdradził Rosję. była tylko formalna. chwalebna. pewnej nadziei: „powrócić” do tego raju. którą sobie wymarzył. lecz sterylna ofiara żyją- cego człowieka dla pięknej zmarłej. „Nie wiem. która ją stworzyła (nie klasy. dająca tylko wewnętrzną satysfak- cję. a przed nim jego ojciec. który nie ma ani motywu. Aleksander. ale związana z tymi samymi wyrzeczeniami: osamotnienie. że chciałem dać Bogu lekcję wierności”. Zdradzał Francję. zdradzili ducha całej tej cywilizacji i kasty. wierność zmuszająca do tysiąca po- święceń. bez kon- sekwencji. A w końcu wierność wobec przyszłości. marząc o Rosji. powtórzył zdradę jedząc Francję. więc mniej bezinteresowna. takim. którą jadł. Druga zdrada — urodzić się gdzie indziej — nie po- chodziła z wyboru. Oddając się w służbę bolszewikom. ale której wyrzeczenie się splamiłoby jego honor. ani wytłumaczenia. której Aleksander już nie znał. 391 . Poza tym wierność wyobrażonemu wspomnieniu: tej mar- twej. dobrowolne wygnanie. Urodził się zdrajcą.

Pitman powiedział mu. kto pomagał mu tyle razy. od momentu kiedy Aleksander włożył swoją dłoń w dłonie wrogów Boga. Za- czął się zastanawiać. że postępuje tak z ostrożności. Małgorzata od- rzuciła głowę do tyłu. dano mu do dyspozycji odpowiednie środki. pan. Cóż więc się teraz stało? Czy tylko udawano. To samo. który zna łacinę — KGB patria no- stra”. i pozwalały się ścinać przez karabiny ma- szynowe bluźnierstw. kiedy prosił o pomoc. pojechał szosą. Aleksandrze Dmitryczu. by dojrzała w nim decyzja co do punktu docelo- wego podróży. że wylansuje Bluna. siedzącej tuż obok niego. co także miało opóźnić jazdę i pozwolić. A tymczasem. aseku- rowany. Później wytłumaczył sobie. uśmiechając się: „Zobaczy pan. Armie białych ruszały do ataku modląc się. obrze- żone niebieską kreską — w restauracji zmieniła swój makijaż. Ale naprawdę po prostu nie wiedział. Dziesiątki razy. co dalej robić. pomoc nadchodziła. jako że szosa była śliska i nietrudno było o wy- padek. Miała zamknięte oczy. Zegar samochodowy lśnił w ciemności i pokazy- wał. W pierwszej chwili rozdrażniło go to. przekształcając go na wieczorny — były jak noc przeciwstawiona nocy panującej na zewnątrz. Kiedy musiał wywrzeć nacisk na Fourvereta i Ballandara. dokąd jechać. że stanowi część tego organizmu? Czy też może również diabłowi zdarza się opuszczać swoich? Aleksander jechał powoli i wmawiał w siebie. I bez niej dość miał zmartwień. Nagle przypomniał sobie o kobiecie. że. że przecież chodzi o Małgorzatę. zwyczajem książąt. że minęła już trzecia nad ranem. Oddychała spokojnie i cicho. skuteczna. Aleksander był senny. które doskonale mogły pomóc żołnierzom Chrystusa? Stara hi- storia: nawet samemu Chrystusowi nikt nie udzielił pomocy. poczuł się podtrzymywany. Za- miast wybrać autostradę. opuszcza swoich wy- znawców. z rozpo- startymi sztandarami. Jej powieki. a niekiedy piorunująca. Bóg słynie z tego. 392 . Gdzie były legiony aniołów i archaniołów. o kogoś. kiedy zdecydował.

Zastanawiał się. choćby nawet tak niewinnie jak on obok Małgorzaty. jakie przesunęły się w jego gło- wie. związane były z elektronicznymi szachami. czyli KGB. ubrana w ręka- wiczkę ze skóry antylopy. powiedział mu już dawno temu Pitman. Silnik pracował w dalszym ciągu. żebyśmy się trochę przespali — powiedział cicho Aleksander. Opuszczę pani fotel. Nie przypomniał sobie. ta przygoda. W zasadzie każdy 393 . Spać obok kogoś. — Byłoby niemądrze jechać dalej. Ten odruch czułości zaskoczył go. „Będzie pan miał swoją wojnę”. lecz wydajnym — to ważniejsze — o nieustannym zmaganiu się z rze- czywistością. Bawiła go ta gra. mimo że ogrzewanie mruczało w dalszym ciągu. jak doszło do tego niestosownego gestu. Zamknął oczy i zapadł w sen. W gruncie rzeczy Małgorzata była jednym więcej uczestnikiem sztafety. Położył dłoń na drewnianej kolbie rewolweru. sięgnął po swoją teczkę i otworzył ją. pomyślał wzruszony Aleksander. Stwierdził ze zdziwieniem. że jego dłoń. przedsta- wiało niewyobrażalne. Popełnił jeszcze większe wykroczenie. czy komputer wykonał ruch wieżą czy gońcem. trzyma niedużą dłoń Małgorzaty. o wysiłku nie bezinteresownym. Aleksander zgasił reflek- tory. Ostrożnie zjechał na pobocze szosy. Usunęła się trochę. po czym znalazła się w wygodnej pozycji poziomej. zasilając ogrzewanie. ukrytą pod kozią skórą. tak żeby mógł zmienić układ fotela. o wszystkich jej inteligentnych staraniach ofiaro- wanych agencji Psara. które włączył dziś rano. Później położył także swój własny fotel trzymając teczkę na kolanach. Obudził go chłód. o której marzył. kosmiczne ryzyko. „Biedna mała”. Pomyślał z wdzięcznością o dwudziestu latach jej wytężonej uwagi. — Trzeba. Małgorzata otworzyła oczy. Ale nie miał tej wojny. Ostatnie obrazy. Nie trzyma się za rękę własnej sekre- tarki.

Gdy — czego na ogół unikał — przyjmował kobiety u siebie w mieszkaniu.chowa się w swych snach i pozostaje w nich do chwili przebu- dzenia jak więzień w fortecy. Aleksander odblokował drzwiczki. bezlistne drzewa. zmęczonego. a my nie możemy go widzieć? Spać obok kogoś to naprawdę wydać się na jego łaskę. umykał do salonu. jakie tajemne wpływy wywierają na sie- bie nawzajem śpiący? Do jakich uniesień duchowych dochodzi w nocy? I przede wszystkim skąd mamy wiedzieć. Kim była dlań Małgorzata? Nikim. Wycieraczki drgały nerwowo. jako że patrzy na nas. Ponieważ znał tylko Paryż. Oczarował go krajobraz. Postawił nogę na ziemi. płaszczyzny. czy ten drugi nie przygląda nam się w sposób najbardziej niedyskretny. nigdy nic podobnego nie widział. To. Najczęściej starał się za wszelką cenę wrócić na noc do siebie. zatroskanego. Szyba samochodu oblepiona była śniegiem. Śnieg się- gał mu do kostek. triumfującego. potem otworzył je. Czarne. W zasadzie powinien teraz mieć jej za złe. roztaczający się dokoła. powinno by go upokorzyć lub zezłościć. Widywała go w różnych sytuacjach. wybrzuszenia i wklęsłości. na kanapę. Zamknął teczkę i postawił pionowo swój fotel. że podobne ryzyko podjął przy Małgorzacie. że dzieliła z nim także godziny snu. w którym ja sam siebie nigdy nie zobaczę?” Tylko u boku Ałły zrezygnował ze zwykłych ostrożności. „Jak mógłbym dopu- ścić do tego. spędzania nocy ze swymi przygodnymi kochankami. Ale nie. a drzwi od sypialni zamykał na klucz. Aleksander unikał. pilnujący własnego więzienia. gdy tylko mógł. by ktoś obcy widział mnie w stanie. zmieszanego. lecz odmawiały pracy. Śnieżne fale. Skąd jednak mamy wiedzieć. ten nagły skok w intymność nie krępował go. nie całkiem zda- jąc sobie sprawę z przyczyn swego postępowania. zupełnie jak 394 . delikatne łona ziemi. Dlatego też. przykryte śniegiem. tak aby jego „gość” nie mógł rozko- szować się widokiem jego uśpionej twarzy.

— Wyglądam jak potwór — powiedziała. Przeciągnęła się. Czuł. tak jak to zwykli byli niegdyś robić woźnice fia- krów: lewa ręka. Aleksander przyśpieszał coraz bardziej rytm swych ruchów. Grudka śniegu oderwała się od gałązki i spadła mu na nos. Zaczął ude- rzać się w plecy. Właśnie to zrobiłem. Zdumiewająca cisza. Otworzył drzwi samochodu.ludziki. Przez ogromne pole ciągnęło się klinowe pismo. Roześmiał się. — Gdzie jesteśmy? Roześmiał się: — Nie mam najmniejszego pojęcia. Aleksander nabrał powietrza do płuc. Zaryzykowała opuszczenie samochodu. Ojciec nauczył go tej nieskompli- kowanej gimnastyki. gdyby oni to wiedzieli”. Małgorzato. Aleksander zrobił parę kroków. — Nie zauważyłem. W oddali spostrzegł wielkie A wieży kościelnej. Małgorzata wciąż znajdowała się w samochodzie. Nie ma nic wspanialszego. — Dzień dobry. „Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. Jeżeli chce się pani odświeżyć. schowana tam jak pod namiotem. napił się go. ślad ucieczki zająca. Było mu zimno. Wzdłuż drogi krzaki. a pod nim mniejsze głoski domków mieszkalnych. Nigdy nie czuł się wolny. których liście kołysały się pod ciężarem kiści śniegu. nawiązując nieświadomie do gestów swych przodków. prawa ręka. „Zdarza mi się to po raz pierwszy”. narysowane przez dziecko: jedna kreska na pień. Wytarł twarz śniegiem. Małgorzata przetarła oczy. że krew znów zaczyna pulsować w rękach i nogach. Zjadł trochę śniegu. przejrzała się w lusterku samochodu. dwie na konary. Byłoby prawdziwym diabel- stwem. niech pani wytrze twarz śniegiem. chwiejnym nieco 395 .

która sporządzała też kawę: — Kawy. i jeszcze bardziej zaskoczona tym. tak tragiczna wczoraj wieczorem. proszę pana! Czy po raz pierwszy w życiu posłużyła się tym słowem? W każdym razie śmiała się z całego serca. Zjedzmy śniadanie.. 396 . Na pół mityczny i na pół realny świat KGB rozpływał się w mgle. Włączył znowu wy- cieraczki. Śni nam się czasem. Jego zły sen trwał trzydzieści lat. nie bez kokieterii.. — Małgorzato — zaczął mówić. Zrobiła poranną toaletę przy pomocy śniegu. tymczasem praw- da jest. jej policzki świeciły się. Mam nadzieję. trochę wstydliwie. W takim właśnie nastroju znajdował się obecnie Aleksander. a w niej małą stację benzynową. Aleksander usunął dłonią śnieg z przedniej szyby.. tak żeby samo- chód też dostał śniadanie. a później budzimy się z tego koszmaru. — Dobrze. obsługiwaną przez czarownicę. wyważona. że znajdziemy stację benzynową. Na co ona. Teraz. z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącym no- sem: — Kiedy to wydaje mi się zabawne. żebym naraził się na to samo ryzyko co Gawierin. Śmiała się.. nacisnął guzik płynu odmrażającego. pszę pani? — Ma pani może czekoladę? — spytała Małgorzata. aby poczuć igiełki chłodu. Za dzień czy dwa rzeczy będą już jaśniejsze. Kończy nam się benzyna. zdziwiona sytuacją dosyć niebanalną. jeśli pani tylko chce. nie mogę pani powiedzieć prawdy. że jato bawi.krokiem. Pani jest taka. pszę pana.. gdy już znowu usiedli obok siebie w samochodzie — wszystko to może się pani wydać całko- wicie absurdalne. Znaleźli wioskę. Gdy wróciła. zamieniała się te- raz w miłą wyprawę. Specjalnie zdjął rękawiczkę.. Przygoda. mogę panią odwieźć na dworzec kolejowy. To dlatego właśnie zachowujemy się tak romantycz- nie. że przydarzyło nam się wielkie nieszczęście. nieprawdaż. Ale pani nie chciałaby.

Ale pamiętam dobrze streszczenie dotyczące Rosji. W tym mie- siącu nie byłem pierwszym w klasie. żeby móc stracić honor. rosnąć tak jak ptak w wodzie.” Nie pamiętam dalej. Powie- działem nauczycielce: „To nieprawda. — Jakie to dziwne. W jakimś sensie byłem męczennikiem. Nie rozumiała. Nie wierzy mi pani? Jed- nak to prawda. że kryje się w tym pewna przesada. nie wiadomo czemu.. tak jakby wracał do przerwanej w jakimś punkcie medytacji. wolał czekoladę. nagle zaczyna się buntować? Zostałem ukarany. Gdy wrócili do samochodu i podjęli jazdę na południe. Ile mogłem mieć lat wtedy? Siedem? To za mało. Uważałem się za męczennika. stracisz honor”. ale w każdym razie odmó- wiłem przyznania. Prze- czytałem ten tekst. Zależało mi na dobrych stopniach. że moja rodzina składała się z barbarzyńców. zawsze taki grzeczny i pilny. bogaty w zboże. I gdyby to poczucie obcości wiązało się tylko z moimi kolegami. że nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania. Szczególnie dotyczyło to lekcji geografii. jak ryba w powietrzu. Małgorzato — wszystkie lekcje w podręcz- nikach kończyły się podsumowaniem. Powiedział mi na to: „Jeśli wyrecytujesz to. że Rosja wydała więcej wielkich ludzi niż inne kraje. którego trzeba było na- uczyć się na pamięć.. Także i Aleksander. zamieszkały przez barbarzyński lud”.. a jednak czu- łem. „Anglia jest wyspą. Aleksander zaczął mówić o swoim dzieciństwie. by przynajmniej częściowo było to prawdą. zaciskałem zęby. A później tortura Larousse'a! W domu dowiedziałem się. całkiem cicho. Ta kara zabolała mnie. I ten wspaniały 397 . cały świat stał na głowie. Ten chłopczyk. mojemu ojcu. Gdy byłem mały — pani już tego nie zna. do niewiadomego wciąż miejsca przeznaczenia.. Gotów byłem uznać. co pisze podręcznik”. o wiele surowiej niż zwykłe nieuki. na której wydobywa się dużo węgla. bo nauczyłem się go na pamięć i odmówiłem wyrecytowa- nia go: „Rosja to kraj o ogromnej powierzchni. ale jednak zależało mi na tym. nie. co się stało. ale jednocze- śnie byłem dumny z siebie.

który w innych sprawach zaopatrywał mnie w tak świetne informacje — na przykład biografie Archiasza. którego słowa witała tak ciepła i pełna oddania sympatia. — Na przykład Kutuzow. Dla nas był on półbogiem.Larousse. Jak mógł to znieść mały chłopiec. Damo- klesa. któremu dano nieprawdopodobne imię „Petro- wicz”! A Aleksander I! Wie pani. syn emigranta. pamiętał jed- nak. że na zmianę przeżywa litość i oburzenie. Tuż obok znajdował się ten otoczony parkanem pałac. nie znając kierunku. A Suworow? Laro- usse nazywał go Suwarowem! Ze wszystkich jego osiągnięć zo- stało tylko jedno. pobity pod Moskwą”. Bonchampsa. który go pobił pod Auster- litz”. Nie był tego jeszcze 398 . musiał doznać tak niegodziwego traktowania? Humor Aleksandra. które go tak raniły przed czterdziestu laty. Pan Aleksander. na oślep. To wszystko. w końcu trzeba uznać. poprawiał się coraz bardziej. że załatwił Napoleona. na które- go koledzy wołali: „Ty brudny Rusku! Wracaj tam. Aleksan- der nie miał pojęcia. generał rosyjski. pojawiały się wiernie w jego pa- mięci. został „pobity przez Massenę pod Zurychem”. co miał do powie- dzenia o Rosji? Aleksander nie przestawał prowadzić samochodu. Tymczasem drogi i szosy kryją w sobie własne przeznaczenia. i jednocześnie strzępy zdań. Larousse porachował się z nim w sposób bardzo zwięzły: „Kutuzow (Michał). Czuło się. skąd przy- szedłeś!” Małgorzata przysłuchiwała się bez słowa komentarza. za co Yrieix został świętym. migała naprzód drogowskazami i nazwami miejscowości. by wreszcie przedstawić mu znaną nazwę: święty Yrieix. Astera — czy wie pani. którą jechał peugeot. jej pan. że ze dwa miesiące temu był w tych okolicach z Gawierinem i pewnym agentem nieruchomości. A Musorgski. czego dokonał Aleksander I? „Walczył przeciwko Napoleonowi. które nic nie mówiły Aleksandrowi. Cóż. którego mało co nie kupił Gawierin i na który nawet Aleksander miał chętkę. Szosa.

i kabiny telefonicznej na małym placyku. dzwonniczki. gotyckie naszczytniki. Parkan otaczający po- siadłość miał trzy metry wysokości i najeżony był żelaznymi prę- tami. Aleksander wysiadł z samochodu. brzydko przerobionego w XIX wieku. wznosił się po prze- ciwnej stronie owalnego trawnika. Zardzewiała krata bramy trzymała się na dwu murowanych postumentach. że agent nieruchomości z trudem tylko otworzył tę kłód- kę. Zgubiono klucz od bramy albo mo- że zamek źle funkcjonował. — Nie ma pani nic przeciwko temu. Wjechał w aleję. zdobny w wie- życzki. Pałac. a desenie i cieniowania. Aleksander przejechał jeszcze dwa kilometry. której szukał. ale w każdym razie już niedaleko. albo z lewej strony. a piesi zniknęli z ulic. Nie miał dobrej orientacji w terenie. Na razie miał po prostu ochotę zobaczyć ponownie pałac. w każdym razie przez pręty kraty przerzucony był łańcuch spięły kłódką. Poza tym śnieg przykrył wszystkie te miejsca. Śnieg przykrywający drze- wa był nienaruszony. Ale udało mu się jednak znaleźć wieś. prowadziły 399 . ośnieżo- ne. Wszystko przykryte było warstwą śniegu i cał- kowicie pustynne. — Czy tu mieszkają pańscy przyjaciele? Potrząsnął głową. zwłaszcza na wsi. gdy podróżuje się nie wiadomo dokąd. Po prawej stro- nie otwierała się majestatyczna ale ja. kościoła romańskiego. lecz nie pozbawionych godności. obrośniętego trawami i na- wet niewielkimi krzewami. mało wdzięcznych. wytworzone przez zimę. ale coś w rodzaju wstępnego zarysu projektu zaczęło się w nim formować. Wszystko było zamarznięte. Wieś składała się z jednej ulicy. którą przecinało kilka zaledwie czarnych śla- dów po kołach samochodów.świadom. Odkąd pojawiła się telewizja. domy wiejskie zwrócone są ku swemu wnętrzu. Aleksander przypomniał sobie. Pałac powinien być albo z prawej. żebyśmy trochę nadłożyli drogi? Jak gdyby można było nadłożyć drogi. po których mógłby roz- poznać okolicę. Małgorzato. Zapomniał o kłódce.

Stwierdził. Znalazła ostry i ciężki kamień. pomagała mu. Wiedział. lecz bez skutku. w czym pomagała mu Małgorzata. zardzewiałej bramie! Dał o sobie znać wściekły upór. — Ja znam już ten pałac. Zamoczy pani sobie stopy. Wiał zimny. Nic to nie dało. Zaczął od wypróbowania na kłódce wszystkich kluczy. Gdy udało im się wydrążyć wystarczające wgłębienie. gdy jego właściciele będą w domu — podpowiedziała Małgorzata. Klucze od mieszkania najwidoczniej nie pasowały do kłódki. odgadując jego zamiary.. w ciszy spadała na zie- mię. Zwarty śnieg nie pozwalał na to. Małgorzato. Od czasu do czasu ciężka kiść śniegu odrywała się od gałęzi drzewa i wolno.. — Może mógłby pan odwiedzić pałac kiedy indziej. To pani chciałem go pokazać. ale przecież wcale nie jest powiedziane. że ta cho- lerna krata. — Niech pani nie stoi w śniegu. który tyle razy przysłużył mu się w interesach. że lewy zawias bramy był złamany. Zdusił przekleństwa. Aleksander podniósł lekko bramę i.ku skojarzeniu z białym rysunkiem na czarnym papierze. Jeszcze dziesięć minut temu Aleksander mógłby się całkiem dobrze obejść bez zwie- dzania pałacu. Małgorzata podała mu własne klucze. która przykucnęła tuż przy nim. Wolał jednak zacho- wywać się niepoważnie niż ustępować przed przeszkodą. Zaczął szukać kamieni pod śniegiem. uporczywy wiatr. że zachowuje się niepoważnie. Nie wiem czemu. Spróbował więc wybić ją z tej strony. Za- czął go więc odgarniać obydwiema rękami. jak w zwolnionym i niemym filmie. Na koniec uderzył się w palec i mu- siał stłumić okrzyk bólu. tak że Małgorzata mogła wsunąć się na czworakach 400 . któ- re przychodziły mu na usta. odciągnął ją od murowanego po- stumentu. Przecież nie da się pokonać starej. Małgorzata. popychając ją. które były spięte w pęku. Rdza kłódki poplamiła mu rękawiczki. Pró- bował rozbić łańcuch. Teraz zależało mu na tym.

Czuł się jak zdobywca. Nowa nadzieja zaświtała mu. Odwrócił się plecami do pałacu. żeby przyjrzeć się zamarzniętemu stawowi. żeby i Aleksander. sforsować tylne wejście do budynku — bez rezultatu. która zdolna była znieść to kanciaste jajo. ale i bowaryzm ma swe dobre strony. Brama była najwidoczniej zamknięta na klucz. Ale pan! O mój Boże! Przejmowała ją zgroza na widok wzoru wytłoczonego na no- wym płaszczu jej szefa. niech pan zostawi. po kolana w śniegu. że zbije szybę i nawet złamie drewniane listwy okna. o arcydzieło bowaryzmu. że odważyła się dać jej wyraz: — Można by powiedzieć. Po- myślał. obrzeżone balustradami o kwadratowych słupkach. Prawa natomiast była zupełnie odsłonięta. gdy zoba- czył wewnętrzne żaluzje. musiała wierzyć we własne powołanie. mógł pójść jej śladem. nie rozstający się ze swą cenną teczką. Pałac był w rzeczywistości brzydkim gmaszyskiem z dziewięt- nastego wieku. — Proszę. Wyposażony w fałszywe machikuły i równie fał- szywe otwory strzelnicze. lecz zarazem śmieszność tego obrazka była tak rozbrajająca. że warstwa społeczna. 401 . Chodziło tu. Chciał otrzepać jej płaszcz ze śniegu i rdzy. że został pan podpieczony na roż- nie. nie był całkiem pozbawiony czaru. Do rzeźbionej bramy pałacu prowadziły ciężkie schody. Z kolei ona podtrzymała kratę. gdy znalazł się na tarasie przylegającym do tylnej ściany pałacu. Małgorzata puściła bramę i roześmiała się wesoło. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. Jest w nim urok pewnej no- stalgii. pewnej skruchy. w wieczne trwanie instytucji i godności. Mojemu płaszczowi dobrze zrobi czyszczenie chemiczne. Spró- bował wedrzeć się do jednego z okien.do parku. rzecz jasna. Aleksander obszedł pałac dookoła. Wiatr był tu gwałtownym ogrodnikiem. Wiatr usy- pał górę śniegu w lewym kącie bramy. pokrytemu zamiecionym przez wiatr śniegiem. miał jednak w sobie coś majestatycz- nego. Czuło się. — Proszę na mnie poczekać.

w formie odwróconych talerzy. Przyjemnie byłoby móc przyjmować tu gości. w kamiennych kątach sali. Podniósł kilka butelek. Wystarczyło je pchnąć. by znaleźć się w rozległym. przed- sionków i salonów. lecz światło nie zapaliło się. Wrócił na balkonik. Wiedział. mimo to trzymał prawą rękę w teczce. W drugim jej końcu znalazł jeszcze inne schody. Przypomniał sobie to miej- sce. poddane było pewnemu porządkowi. Wchodził powoli. Oranżeria wydawała się całkiem jasna w porównaniu z nieoświetloną piwnicą. Do- tarł na parter. Była to zapewne dawna oranżeria. zbadał gruntownie całą oranżerię. bio- rące początek pod kopułą sklepienia. W końcu zapomniał o ostrożności. jak mały chłopiec bawiący się w wojnę. zagraża- jąca temu miejscu. krok po kroku. przekręcił go. wszedł na nie pomagając sobie dłonią opartą o poręcz. który składał się z obszernych korytarzy. by obniżono cenę transakcji. którą chował pod prawym ramieniem. Zszedł na dół. Wyobraził sobie wykształconych nowobogackich — bo tacy z 402 . że chciano mu sprzedać te próżne butelki jako pełne i w rezultacie zażądał. Znalazł przełącznik elek- tryczny. wyrwał rewolwer z teczki i po- wiódł nim dookoła. prostokątnym pomiesz- czeniu.Krzewy i drzewa wyrosły bujnie. wyłożonym kaflami i skąpo oświetlonym przez trzy pół- koliste okienka. Posuwając się przed siebie w kurzu i półmroku. mimo swych niezgrabności i stylizacji. kamienne tym razem. Pałac zbudowany został na zboczu. jak pierwotna dżungla. Aleksander znalazł schody. że nie ma się czego obawiać. Zielone błyski na półkach i belkach świadczyły o tym. tak że jego tylna ściana miała o jedno piętro więcej niż fronton. że znalazł się w piwniczce z winami. wokół abażurów. położona na trzech żerdziach. którą sta- nowiła zwykła listwa. które. Gawierin był przekonany. a więc refleksji. Wszędzie widniały pajęczyny: na oknach. Były puste. W pewnym miejscu Aleksander znalazł drzwi prowadzące do sutereny. Znalazł się na małym balkoniku nad oranżerią.

rozszedł się tylko zapach rdzy. drwią jednocześnie z niego lub też wymieniają poufne infor- macje na temat mieszczańskich posagów. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. — Nigdy nie widziałam takiego domu — powiedziała Mał- gorzata. sztukaterie i lamperie wypełniają dom. po- jękują zawiasy drzwi. Ona też chciała obejrzeć pałac. Dziwiły ich metalowe wanny. Aleksander przekręcił kurek. że przedsta- wiciel agencji nieruchomości przyjedzie tu w pełni zimy? A na- wet gdyby pojawił się jakiś ewentualny nabywca domu. Aleksander lubił burżuazyjną gigantomanię. kilka słów przeprosin i niewielkie odszkodowanie załatwią sprawę. Potrzebował dwu czy trzech dni skupienia. wędrowali przez piwnice i kotłow- nie. Dobrze im tak. Wreszcie znaleźli się na strychu. Obie te warstwy teraz znajdowały się w rozkładzie. i już tyl- ko burżuazja miała zrozumienie dla wielkości. Nim wdrapał się na pierwsze piętro. ale także. a potem. co ładne. gdzie nikt nie będzie ich poszukiwał? Jakaż była szansa. kiedy szlachta zajmowała się tylko tym. Skrzypią parkiety. zaglądając do szaf.pewnością wznieśli pałac — jak zapraszają do siebie okoliczną szlachtę. by prowadzić przez ten labirynt. przypadającą na czasy. Niech ginie ten. otwierali żaluzje wpuszczając promyki światła do ciemnych pokoi. popijając maderę gospoda- rza. ale zatrzymała się przed bramą oranżerii. Wziął ją za rękę. na parterze. Dlaczego by ich nie spędzić tutaj. gdzie zdzierali z siebie pajęczyny i kichali na każdym kroku. Nie popłynęła z niego woda. kto nie wierzy w samego siebie. stojące na lwich łapach. schował rewolwer do teczki i poszedł po Małgorzatę. w których znajdowali zniszczone fotografie i guziki od liberii. Jaką wspaniałą przygodą będzie zainstalowanie się tutaj! Zupeł- nie jakby się naśladowało Robinsona na jego wyspie! 403 . przechodzili od sypialni do sypialni. by mieć więcej gości. Potem weszli na piętro. niepewnych siebie i zamożnych mieszczan. Szlachcice.

fantazja nie była mu zabroniona. że mógłby pan go zatrzymać. nie wychodził ze swej roli. to nie jest zabawne. Za każdym razem. z którym się można tylko urodzić. począwszy od pewnej skali przedsięwzięcia. że nareszcie znalazł towarzysza zabaw. na łowy. Czy umie pani gotować na ognisku? Zjedli szybki obiad w Limoges. — Ach! Ale w takim razie potrzebujemy zapasów. — Małgorzato. jak gdyby przygotowywali się do oblężenia. to właśnie dlatego. samotne zabawy nie udają się. do dia- bła. jak zwykle bez ostentacji. Oszczędzała jak mogła pieniądze Aleksandra i wahała się z kupnem ekspresu do kawy: — Wiem oczywiście. Pochlebiał sobie nawet. Zakupy? O dwadzieścia kilometrów stąd znajdowało się Limoges. spędzimy tutaj weekend. Ogień? W parku pełno było suchego drew- na. iż potrafił zachować odpowiedni dystans wobec wszystkiego i nigdy nie opuszczał go ów naturalny wdzięk. — Zostawimy 404 . a co na to powie tatuś. Nie był przecież.. proponując jej tę dziwną wilegiaturę? Nie. Woda? Był śnieg. a potem rzucili się do sklepu. to się nie uda. — Naprawdę zgadza się pani? Był szczęśliwy w swoim nieszczęściu. Tak jak śpiwory. Małgo- rzata szybko przejęła inicjatywę. trzeba mieć do nich wspólników. zapałek i. Ustalała listę potrzebnych rze- czy. A jednak. lecz z ko- legą. oczywiście z tysiącem zastrzeżeń. — Niczego nie zatrzymamy — odpowiedział. że jeśli Małgorzata była mu w pracy tak oddana. mieszczuchem. Czy Małgorzata mogła stać się takim kumplem do zabawy? Czy też zażąda wkrótce centralnego ogrzewania i pończoch na zmianę? I czy on nie wykraczał poza swą rolę szefa. gdy w dzieciństwie realizował jakiś szalony projekt nie sam. Jedna rzecz tylko go niepokoiła.. przeżywał rozczarowanie: to niebezpieczne. Klasnęła w ręce. Aleksander był uradowany. uspo- koił siebie.

świece. miednica plastikowa („nie. pułapki na szczury (Małgorzata mogłaby bać się szczurów). ale mie- szek tak. ano właśnie. świeczniki (Alek- sander uparł się przy ich kupnie). mniejsze pomieszczenie będzie łatwiej ogrzać. piła. że może myśleć o kimś innym). kieliszki z kryształowego szkła.. raniąc sobie ręce. Małgorzato. befsztyki („za dużo konserw to niezdrowo”). rąbiąc. żeby potem rozszczepić go na spiłowanym pniu. wino. pociągającej Aleksandra. znajdując prostacką i głęboką przyjemność w wywijaniu ciężkim kawałem drewna na końcu siekiery. Wszystko to gromadziło się w peugeocie.. w wor- kach znalazły się siekiera. Chmury 405 . piłując. Małgorzato. marynowana gęś. który Małgorzata wolała od wielkiej sali z kamienną posadzką. whisky. patelnia. bochen chleba. Wrócili do zamku i znieśli paczki do małego saloniku wyło- żonego drewnianymi boazeriami. sól. wysi- lając się. szczotki do zębów. nie kupimy denaturatu. żeby nie pozostawiać śladów po so- bie. pościel. ale także dlatego. jaśnia- ło w miarę jak ziemia stawała się coraz ciemniejsza. że sprawiało mu przyjemność wyskuby- wanie banknotów z grubego pliku w wewnętrznej kieszeni ma- rynarki. upuszczając sobie polana na palce. to dobry pomysł”). wydawało się. z wrażeniem. Podczas kiedy ona roztasowywała rzeczy. Nagie pnie drzew odcinały się na tle nieba. najlepszy agent literacki Paryża wy- prawił się do parku i zaczął ścinać drewno. narzekając. które. od których po- życzamy dom. koce. musimy do- kupić” — Aleksander stwierdził. że ten plik wcale nie maleje. dwa grube swetry. Gdy tylko po przerwie obiadowej otworzono sklepy. koniak („ale przecież pani lubi porto. lniane irlandzkie ręczniki.wszystko na miejscu dla nieznanych właścicieli. maszynka do golenia. pocąc się w zimnie. papierowe ręczniki. napinając wszystkie mu- skuły. Aleksander płacił gotówką. jęcząc. wołowa konserwa. na ziemi pojawiły się błękitne cienie. które utrzymywał cierpliwie w formie dzięki gimnastyce. latarka. szampan („włożymy go do śniegu”). Zapadł wieczór.

Wojownik-drwal. — Ależ skąd. budowli. któ- ry stawał się coraz bardziej matowy w miarę jak zmrok gęstniał i białe płachty śniegu znów zaczęły osuwać się na ziemię. który musnął zmatowiałe lustro — czując chłód. Była na tyle taktowna. Następnie pozamykał wszystkie okienni- ce. Z początku ciąg był sła- by. gdy jednak stopił się śnieg. Nad wodą stały ciężkie ozdobne wazony. Ogień dyszał. a przedramiona służyły mu jak taca na coraz większe ciężary. a jego to właśnie radowało. zwęglone drewno zamieniało się w peruwiańskie ruiny. drewno trzaskało. przedostający się do wnętrza pałacu przez szczeliny okien. konarów i polan. by nie przygotować wcześniej kunsz- townej budowli gałązek.. płomień buchnął dziarsko. Aleksander przesuwał się przez wielkie puste komnaty — był zaledwie cieniem. odbywając pięć tur. Odrzucił tors do tyłu. by podsycany jego oddechem płomień wdrapał się na szczyt katedry z drewna. w którym oczekiwała go Małgo- rzata.ciężkie od śniegu opadały coraz niżej jak gigantyczne zeppeliny i rozdzierały się na koronach drzew. staruszek jeszcze nie skapcaniał do końca — mizdrzył się. które wydzielały woń trocin. 406 . Cieszył się hałasem. Aleksander uderzył jeszcze parokrotnie siekierą.. który tarasował zapewne komin. że za dużo dźwiga. prowadzących do saloniku. powinien pan uważać. bez której nie może się obyć prawdziwy ogień w kominku. a na ścianach po- jawiły się żółte i czarne cienie jak na teatralnym parawanie. Po przyniesieniu ostatniego ładunku zamknął drzwi oranżerii — „chcemy mieć spokój” — a nawet je zabarykadował przy po- mocy koślawego stołu. Przyniósł zapasy drewna. Zabrał się więc do tego. W sadzawce odbijały się ostatnie promienie dnia. a później matowiało i stawało się podobne do katakumb. ale — jako że w kominku dawno nie palono — potrze- bował dobrej godziny. Małgorzata protestowała. — Ależ to za ciężkie. Trochę się gubił w amfiladzie po- koi. zrzucając na parkiet sterty polan.

Nigdy nie zapomnę o straszliwych poświęceniach rosyj- skiej armii. które opowiadał.Wystarczyło dmuchnąć. reagując tylko niearty- kułowanymi dźwiękami. po to by wróg obrócił się przeciwko niej”. Aleksander wrzucał korki z butelek do ognia i przyglądał się procesowi ich zmiany w żar. heroicznych i całkiem świadomie ściągniętych na siebie. I Paléologue: „Nie mieliśmy nigdy lepszego i bardziej nam oddanego przyjaciela niż Mikołaj II”. krążyły wokół jednego. która się w nim nagromadziła. na jakie natknęli się we Francji obaj Psarowie. żeby znowu nabrało rumieńców. mającymi wyrażać współczucie. Słuchała monologu Aleksandra. prawda? A oni wszyscy mówili mojemu ojcu tylko o rosyjskiej pożyczce! Płomienie odbijały się w jego kieliszku napełnionym burgun- dem. to zawdzięczamy to przede wszyst- kim Rosji”. które jego ojciec znał na pa- mięć. Małgorzata nałożyła jeden wielki biały sandał i usiadła na piętach. Kolacja była tyleż fantazyjna co obfita. pojawiały się znowu w jego pamięci. Wrócił do swego dzieciństwa. — Pańska whisky.. wygłaszał je więc hu- czącym głosem. I Mangin: „Aliantom nie wolno nigdy zapomnieć usługi oddanej im przez Rosję”. a ponad szklankami uśmiechnęły się do siebie dwie twarze. — A przecież Foch powiedział: „Jeżeli Francja nie została wymazana z mapy Europy. oj- ciec i syn. A Joffre. ale Joffre musiał wiedzieć co mówi. Wszystkie historie. to jest nie- zrozumienia. by wyrazić podziw dla armii rosyjskich i dać upust mojej najgłębszej wdzięczności wobec nich. Wszystkie te urywki cytatów. 407 . to znaczy w piętnaście lat po fakcie: „Korzystam z każdej okazji. proszę pana. żeby znów zaczęło szeptać. głównego tematu. wylewając żółć. I Naylor: „Bitwa nad Marną wygrana została przez koza- ków”.. oświetlone z jednej strony i ciemne z dru- giej. — Kto jak kto. Ich dłonie zetknęły się. w roku 1929.

gdyby zginął w wal- ce z czerwonymi. naturalnie Car. Komu by się bardziej udało w Rosji? Moja rodzina nie jest bardzo sta- ra.. — Wtedy nie byłoby pana na świecie — wymamrotała Mał- gorzata. — Jak on cierpiał! Za nic! Byłoby lepiej. To właśnie szep- tali sobie do ucha starzy bojarowie w ich pelisach. co umieścić w her- bie. Ale było też przy- słowie związane z nami: „Wkradłem się w łaski cara. 408 . Przemie- rzał Rosję na koniu. miotła była symbolem nienawiści do zdrady. Jak bolszewicy. Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. dlatego dali tam insygnia swego korpusu”. I właśnie jedno i drugie mamy w naszym herbie. nic tam nie poprawiając. Zachwycały go iskry buchające z ogniska. I miał takiego forysia.. z dłońmi za- plecionymi na brzuszyskach. szyderczo! Ale w końcu carowie. moja sytuacja nie jest najlepsza. zajmującego się psami. Małgorzata słuchała z policzkami zarumienionymi od ognia. brak mi zgody psara”. Wszyscy nazywali go Psar. Coraz to nowe obrazy odżywały w jego pamięci: — Psar! Nazywano mnie Car. W chaotycznych wspomnieniach pojawiała się często postać Dymitra Aleksandrowicza. Stare rody kpiły z nas: „Nie wiedzą. w pewnym sensie. Aleksander rzucał od czasu do czasu polano do kominka. mając przymocowane do siodła psią głowę i miotłę. Był jednym z opryczników najbardziej wiernych. służącego. tak. Opowiedział jej nieszczęsną historię chłopa wyzwanego na pojedynek. jeśli się wszystko weźmie pod uwagę?. który na zmianę przygasał lub rozjarzał się. Byliśmy ludźmi z awansu. Aleksander pił wino. której przyznał część terytorium kraju. Psia głowa oznaczała czujność. najzacieklejszych. ale jeżeli Psar jest mi niechętny. Słyszała pani o Iwanie Groźnym? Stworzył on rodzaj gwardii. Miało to znaczyć: car mnie lubi. bo psar to psarczyk. oddzieloną od pozosta- łych prowincji: oprycznina.

odsunęła wzniesioną przez Alek- sandra barykadę i wyszła na dwór. na zmianę szczypiąc się i wbi- jając sobie paznokcie prawej ręki w lewą dłoń. że nie docenił Francuzek. Obawiała się jednak. że po raz pierwszy miał w swych ramionach Fran- cuzkę i dziwiąc się jej czułości. że Aleksander jest już całkowicie rozluźniony. Idąc za żółtym krążkiem światła latarki. wyszła na korytarz. przydymionych ogniskiem i palą- cych jak ogień. Rozpłynął się w śnie i towarzyszyło mu błogie przeświadczenie. odpowiedziała: — Ależ ja pana kocham. jak to się zda- rza tylko w najgłębszym śnie. Małgorzata walczyła ze snem. policzkujące swe dzieci? Był dotąd przekonany. ale czułe? Te zawsze pokryte makijażem kobiety. Przyciskał usta do jej warg. że otrzeźwiał. w której kieszeni Alek- sander go nosił. Wiedział. Dorzuciła drewna do ognia. że odgłosy silnika mogłyby go obudzić. wisząc prawie w jego ramionach. zaczęła się powoli ubierać. Aleksander zasnął. Cofnął się: — Proszę mi wybaczyć. Za daleko się posunąłem. przedostała się do oranżerii. Mogła była wziąć kluczyk od samochodu. nie spuszczając Aleksandra z oczu. nawet gdy szlachetnie suche ciepło ognia w ko- minku już nie drażniło ich nagich skór. że czu- łość jest cechą Słowian. To wrażenie sprawiło. zmysłowe. Wiedziała. kolce krzewów podrapały jej łydki. Przeszła przez bramę i zało- żyła ją kamieniem. Nie wiedział jak to się stało. Gdy przekonała się. roz- ważając fakt. Wybrała się więc do wsi piechotą. okazanego mu przez tę kobietę. pan nawet nie miał matki. — A pan. wzięła latarkę i. Na szczęście nie 409 . Ponad ich głowami wciąż jeszcze pojawiały się na suficie róż- owe odblaski. żeby dało się później wrócić. Za nic w świecie nie chciałby nadużyć współczucia. Natychmiast zmoczyła nogi. tak by nie trzeszczał par- kiet. Ona jednak. że Francuzki są senty- mentalne. że wziął Małgorzatę w ramiona. starając się iść lekko.

starszy niż pozostali. jak można dostać się do środka. I tak jej miejskie buciki nie były stworzone do marszu w śniegu. wrzuciła do automatu pięcio- franówkę i wykręciła numer. W tej chwi- li śpi na niej”. żeby go podre- perować. kokietowała wszystkich napotkanych komunistów. Na przejście dwu kilometrów potrzebowała czterdziestu minut. jak w bajce dla dzieci. proszę kontynuować — odrzekł na to głos mężczyzny. Wiedziała już. — Przykro mi. wziął ją na stronę: „Chcesz robić naprawdę coś poważnego? Nie 410 . Za- częła mówić: — Tu Łajka. starając się iść po swoich wła- snych śladach. wyjaśniła. że musiałam się uciec do metod nadzwyczaj- nych. a dzwonię z kabiny. Opowiedziała wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu go- dzin. należała do zrzeszenia studen- tów. Nie mo- gła wybaczyć swemu ojcu. Podała numer rejestracyjny samochodu. Wioska spała. Wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. Przed dwudziestu dwoma laty była po drugim roku prawa. Wspomniała o teczce. „Nie wypuszcza jej z rąk. — Spokojnie — usłyszała męski głos — już nagrywam.nosiła szpilek. opisała położenie pałacu. Gdzieś rozległ się dzwonek telefo- nu. — W porządku. Trzeba było tak zrobić. Chciała zapisać się do partii. Rozmowa przerwała się. nazwę wioski. On jest w stanie nerwowego wyczerpania. Nie mam dużo drobnych. Odnalazła kabinę telefoniczną. lecz nie odezwał się. była aktywna w kole naukowym. Gdzie? W jakimś gabinecie? W czyjejś sypialni? Nie miała pojęcia. Czyż to jednak miało znaczenie? Czekała na ten moment dwadzieścia dwa lata. że będzie miała silny katar. że pozwolił się zabić. Małgorzata wróciła do zamku. Pewnego dnia nowy kolega. Ale postępuję zgodnie z instrukcjami.

że nie pomyliliście się? Nie chcę tracić mojego czasu. Przypatrywała mu się przez kilka sekund. Po jakimś czasie przydzielono jej pilota i misję: pilnować Psara. karząc go za to. Podziwiała niegdyś swego ojca. tracił arogancję swej urody. że zginął. Francja na- tomiast nic nie uczyniła dla starszego sierżanta Thériena. gwarantuję wam. Zobaczy to pani pewnego dnia”. że ona. Widziany w ten sposób. co do pani należy”. chcę zrobić użytek z tego. tego poplecznika reakcji. Niekiedy kończyło się ofuknięciem: „Proszę się zajmować tym. albo głuptaskiem. Zerwała wszystkie kontakty ze skrajną lewicą. Miał w ustach niedopałek i patrzył na nią z dołu. a teraz nienawidziła go.tylko blabla? W organizacji będziesz miała tylko jedną alter- natywę. czego się u was nauczyłam”. Wkradła się z powrotem do pałacu. Wcale nie uważała. krajowi. nie towarzy- szył mu też blask jego inteligencji. Do- piero publikacja Rosyjskiej prawdy i założenie „Konfraterni” przekonały Małgorzatę. Kiedy indziej zapewniano ją: „Ten osobnik tylko się maskuje. zwykła sekretarka. Był to po prostu nie pierwszej 411 . będziesz albo katem. zapisała się na kurs dla sekretarek. ale najwidoczniej ZSRR potrafił docenić wysiłki swych zwolenników. z góry. Zasługujesz na coś lepszego”. bardzo szcze- gółowo. dołączała listę spotkań. który odwiedziła dwukrotnie i który ją tak gościnnie przyjął. W każdym razie niczego nie ukry- wa. omawiała rozmowy telefoniczne. kopie listów. zasługuje na takie powitanie. Psar spał dalej w tej sa- mej pozycji. że Psar istotnie był antykomunistą i chce zaszkodzić ZSRR. Jesteście pewni. Zaufała temu niewysokiemu kędzierzawemu mężczyźnie o zielo- nych oczach. skórę twarzy zarumienioną od ognia. nabyła tro- chę doświadczenia. policzek rozpłaszczony na powierzchni teczki. opu- ściła uniwersytet. Od czasu do czasu ogarniał ją niepokój: „Nie wygląda wcale na takiego prawicowca. który dla niej pozwolił sobie podziurawić skórę na drugim końcu świata. Co tydzień spo- rządzała raport o działalności agencji. Leżał na boku. miał rozchylone usta.

nie odpychał jej ani jej pociągał. Nie. Pra- cowała dla niego całymi latami. ale Małgorzata nie miała dla niego litości. lubiła oddawać mu usługi. To jej się spodoba- ło: zabrać wrogowi klasowemu ciepło. Podobała jej się praca. co agencji.młodości jegomość. Ojciec Małgorzaty był zaledwie podoficerem — podró- żował drugą klasą. Tego ją nauczono: to był wróg klasowy. lecz robiła to przeciwko niemu. . Był wrogiem klasowym. który dał jej tę przyjemność. to wszystko. służyła mu przykładnie. A przecież w rewolucyjnej ar- mii byłby co najmniej pułkownikiem. nie człowiek. kontrrewolu- cjonistą. Wsunęła się więc pod koce i przywarła do Aleksandra. Trzęsła się z zimna. Ale liczyła się tylko czysta przyjemność. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą litować się nad wrogiem klasowym. Tak samo przed paroma godzinami dobrze się czuła w jego ra- mionach. Nie tyle jemu. Mógłby w kimś wzbudzić litość. Nacierając sobie alkoho- lem stopy zastanawiała się. zwinięty w kłębek. nie miał prawa wstępu do mesy oficerskiej — ale i on był kontrrewolucjonistą. Był białogwardzistą. śpiący jak dziecko. czy nienawidzi swego szefa. Mężczyzna. pracowała dla niego z przyjemnością.

że nigdy nie zostawił Oprycznikowi żadnych do- kumentów. — Wejdź. bardzo spokojny. pilot Małgo- rzaty. skrzyżował nogi. czego się dowiedział. ale coś mi się wydaje. Siadaj. Bywa i tak. Nikitin. byłoby gorąco. Zapłaciłby za to on. Piotr. Nikitin. Może jednak jego poprzednicy byli mniej ostrożni. Podczas trzydziestu lat służby Oprycznik mógł robić notatki — prawdopodobnie prze- chowywał je w sejfie banku w Pontoise — i gdyby przekazał je Francuzom. Podkreślał węzłowe momenty opowieści wypuszczając błękitne kłęby dymu. Piotr niepokoił się szczegółem dotyczącym teczki. Opowiedz. Wyczuwał od jakiegoś czasu chwiejność Oprycznika. Ale szkoda byłaby tak czy 413 . Piotr na swą pidżamę w paski brązowe i srebrzyste narzucił czarny. Wyłożył wszystko.. zapalił papierosa: — „Moja” zadzwoniła do mnie. młody. w złociste wzory japoński szlafrok. 9 „WRÓCIĆ” — Przepraszam że cię budzę. rzecz jasna. Nie dosłownie. To dlatego właśnie — i także na skutek instrukcji Pitmana — postanowił przykręcić mu śrubę. Piotr nie był wcale zaskoczony. Jego gło- wa poleci. Raczej przeciwnie. Nawet gdyby to nie były dokumenty. Najwi- doczniej nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. za- dzwonił o trzeciej nad ranem do drzwi Piotra.. Pietucha. że „twój” wypuścił się na dalszy spacer. usiadł. On sam był całkiem pewny. jasnowłosy i spokojny.

uchodził za Francuza. — Zobaczymy. Jest kawalerem. — Pluję na to. Piotr zażył tabletkę przeciwko nadkwasocie.. Nikitin odszedł. — Towarzyszu pułkowniku. czy mógłbym was zaraz zoba- czyć? — Dałeś się opanować przez tych spryciarzy. Piotr ubiera się pośpiesznie. Przez dwa- dzieścia lat był „nielegalnikiem”. Nie jest to ktoś.. Piotr wolałby polować oszczepem na dzika albo iść z nożem na niedź- wiedzia niż budzić Możuchina o trzeciej nad ranem. W końcu został zdemaskowany. wypija półtora litra dziennie. trzeba zadzwonić do Możuchina. kto by się cackał ze swoim personelem. a potem zjada tę bułkę. I natychmiast zaczęło się dobrze mu znane pieczenie w żołądku. Podziękował Nikitinowi. Nie poznaję cię. nakłada ją na bułkę. wskakuje do swego volvo. prze- jeżdża przez Paryż. „rezydenta”. Zadzwoń do Moskwy i daj mi się wyspać. na tyle na ile to w ogóle możliwe w wywiadzie. bezpo- średniego zwierzchnika Piotra. — Tak jak widzę twojego faceta — powiedział Nikitin — na- wet jeżeli go odzyskasz. wchodzi do gmaszyska w pobliżu La Muette. to jest żył pod fałszywym na- zwiskiem. co trzeba będzie zrobić. którego nie da się pod- słuchiwać. — Towarzyszu pułkowniku.inaczej. Automat przełącza go z pałacu Roztopczynów na mieszkanie prywatne Pitmana: 414 . pożegnał go: — Gdyby było coś nowego. zdążył na czas uciec. oddano mnie do ich dyspozycji wbrew mojej woli. tym razem „le- galną”. Wolałbym nadal służyć pod wami. Możuchin cieszy się pewną sła- wą. dzwoni do Moskwy. by potem — rzecz niesłychana w kronikach KGB — rozpocząć od nowa następną karierę. daj mi zaraz znać. Trudno. osiąga swój gabinet i ze swego telefonu. trzeba będzie mu znaleźć inną sekretar- kę. wiecie o tym dobrze. Gdy ceruje skarpetkę.

415 . Pitman ma wrogów pośród czapek-niewidek. Gdyby tylko Eliczka przestała mruczeć w swoich poduszkach. który biegnie z Paryża. jakkolwiek wybitne byłyby jego zalety. przekazana z powrotem do dyspozycji jej dyrekcji. że operacja Twardy znak ma zbyt wielkie znaczenie. która z wiekiem zamienia się w zrzędę. Jakub Mojsiejewicz. to jedyny zarzut. Generał Pitman ma może zbyt wąskie pole widzenia. „To nie moja wina. W każdym razie sprawę tę należy potraktować bardzo deli- katnie. że nie zasnę już. że ma pan dla niego dobre wia- domości. Natychmiast wybierze się pan do te- go pałacu i powie Oprycznikowi. — Jeszcze nawet słońce nie wzeszło!. Przysłuchuje się pełnemu niepokoju głosowi. wiąże się z tym.. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje zdrowie — gderze tłu- stawa Eliczka. Czyżby pilot zachował się niezręcznie? A może on. Myśl. cały areopag będzie z niego drwił. Jeden plus w ka- żdym razie: sekretarka. towarzyszu generale”. Jeśli tak. Jeżeli Twardy znak zostanie zdra- dzony Francuzom. Inny plus: jeśli Psar schował się w tym pałacu. Może Oprycznik miał umówione sekretne spotkanie z jakimś członkiem „Konfraterni” albo też zechciał spędzić oryginalne wakacje z własną se- kretarką. lecz w tym wypadku przeko- nany jest. że mo- gła z tym mieć coś wspólnego Ałła Kuźniecowa. nie przychodzi mu w ogóle do głowy. że można go jeszcze tam znaleźć.. Sprowadzi go pan do Paryża i będzie mnie pan z go- dziny na godzinę informował o rozwoju sytuacji psychologicznej. Ucieczka. Pitman mógłby jaśniej rozumo- wać. jaki można przeciwko nie- mu wysunąć. to znaczy. Teczka. Wiesz. tyle że do niczego nie przy- datne. tak jak rozbraja się bombę. by jej losy uzależniać od inicjatywy pojedynczego agent d'influence. opłacana przez dwadzieścia lat i do tej pory przysyłająca świetne raporty. nagle się przydaje. po- mylił się nakazując przykręcić śrubę Oprycznikowi? Zawsze go- tów jest przyznać się do pomyłki. Przede wszystkim antysemici będą zachwyceni. — Oto co trzeba zrobić. Co robić? Być może alarm jest fałszywy. jeśli jego montaż się rozleci. Pitman nie słucha jej. że nie zawiadomił Piotra o wyjeź- dzie.

Za wszelką cenę. to zapytać. kto prowadzi działania na taką skalę. — Tak. Żad- nych szczegółów. Nie. Proszę mu powiedzieć.. tyle że od pewnego czasu „Mojsiejewicz” nie jest najlepiej widzianym patronimikiem. że pamiętał pan o tym.Jeśli dojdzie pan do wniosku.. ale tym ra- zem postanawia okazać wielkoduszność).. żeby przeszedł do Francuzów. A gdy- by zapowiedź awansu miała się okazać pożyteczna. (Pitman za- wahał się: oszczędza i na promocjach. Na razie niech pan gra na naszej reputacji wszechwiedzących. jesteśmy starymi znajomymi — proszę mi zaraz dać znać. chociaż podjął już decyzję) krótko mówiąc czeka go przyjemna niespodzianka. co pozwoliłoby zapłacić na- prawdę słoną cenę. powi- nien być przynajmniej generałem. krótko mó- wiąc. nie ufają jej. nie. towarzyszu generale. wziąć broń? Piotr wypowiedział te słowa z pewnym zażenowaniem. Są jednocześnie mało konkretne i dramatyczne. skąd wiem o miejscu.. 416 . czy ma wziąć ze sobą coś. tak że w razie jakiegoś incydentu mogą się nimi zasłonić. nie dopuścić. lepiej oszczę- dzić sekretarkę. jeśli istotnie ma taki zamiar. Przełożeni lubią posługiwać się wyrażeniami w rodzaju „za wszelką cenę”. (Pitman wolałby. I najważniejsze: trzeba położyć rękę na Opryczniku. Ale jedyny sposób. że bardzo jesteśmy zadowoleni ze sposobu. Spry- ciarze z dyrekcji «A» lekceważą na ogół broń. że spotkanie ze mną może mieć dobroczynny wpływ — w końcu to ja zwerbowałem Oprycznika. towarzyszu generale.. by sprawdzić. Znajdziemy później jakieś wytłumaczenie.. jak wytłumaczę Oprycznikowi. w którym się ukrył? Czy mam spalić sekretar- kę? — Dziękuję. co znaczy owo „za wszelką cenę”.. żeby zwraca- no się doń per Jakubie Mojsiejewiczu. — Towarzyszu generale? — Co takiego? — Czy mam.. i na kosztach.) Tylko. (jednak żal mu wymówić to słowo. w jaki się rozwija operacja i że ktoś. i w rezultacie.

a on bę- dzie na posterunku. „Gdybym go spotkał. inteli- gentnie.. Także ordynansi przejęli ten sam styl i zawsze mieli na podorędziu dymiący samowar.. Tym razem mo- żna będzie popróbować trojki ze Światosławem. 417 .. znalazłoby się kobietę dla niego. „To by mu dopiero pochlebiło! Samolot specjalny! Mohamed Mohamedowicz byłby przeciwny. czasem trzeba okazać wielkoduszność. Jakub Mojsiejewicz przechadza się po gabinecie. z jej tysiącem złoconych kopuł. lecz Piotr nie odzywa się z Pary- ża. gdyż wskutek tego nie wolno mu wyskoczyć do Pary- ża. na miłość boską. by poprawić morale żołnierzy”. Gęsty śnieg sypie się na plac Dzierżyńskiego. Podnosi się z łóżka. Tak. swymi wielkimi wojskowy- mi buciskami i prawie że żałuje swej przynależności do czapek- niewidek. tego Aleksandra Dmitrycza. Twardy znak. że tak. niemodne meble. największy montaż jego życia. Ale. przygotowany do podjęcia koniecznych de- cyzji. Przyjęłoby się go triumfalnie. niech pan się stara nie robić z niej użytku.. Pitman westchnął: — Tak. z powodów raczej mistycznych niż profesjonalnych.. Niech pan działa łagodnie. szybko przemówiłbym mu do rozumu”. imitacje starych dywanów. ubiera się i każe się zawieźć do biura. Takie są marzenia Pitmana. Eliczka chrapała od nowa. matusz- ki-Moskwy. Eliczka będzie mogła się wyspać. Zaczął igrać z myślą sprowadzenia Aleksandra na krótko do Moskwy. Część pracowników dyrekcji przeniosła się do nowych bu- dynków wzniesionych na obrzeżach miasta. intymniejszy i bardziej nobliwy niż nowe biura — pokój z podwójnymi zasłonami zdobnymi w falbanki i pompony.. Dzięki temu ewentualne telefony osiągną go w pracy. nałożyłoby mu się na grzbiet jego mundur. Ale Jakub Mojsiejewicz nie mógł zapaść w sen. ale Pitman zatrzy- mał swój stary gabinet. myślę. gdy był chłopcem i którego uwiodłem na wieży Notre- Dame. wygniata dywany. którego znałem. zna- lazł się w niebezpieczeństwie.

Gdyby ona wiedziała. okropnej. Wczorajsze zwierzenia sprawiły. Małgorzacie udało się rozpalić ogień przy pomocy kartonowych opakowań. Dzięki gorączce nie czuł mrozu. jak już dawno mu się to nie przydarzyło. nie bez prozaicznego wyrachowania: „Jeśli już popełniłem głupstwo. ponieważ czuć ją było dymem. „Ja pana kocham”. tak szczę- śliwy. co się wydarzyło. Zaparzyła też kawy. Przy goleniu zaciął się kilkakrotnie. „Jestem chamem. Dźwięk ten przypominał nieco głos pękniętego gongu. Na razie.. gdyż był to ich dym. dla kogo ja pracuję!” Musiałby poszukać innej sekretarki. Przyniósł jeszcze śniegu dla Mał- gorzaty i wybrał się po drewno. Małgorzata przeciągnęła się: — Jesteśmy jak prawdziwi kasztelanowie. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o Małgorzacie i o wszystkim. Jego dłonie drżały z gorączki. lecz szczęśliwy.. Od jak dawna go kochała? A on nic nie zauważył! Sytuacja będzie bardzo trud- na. żeby znalazł dla niej odpowiednie miejsce. że znowu zajmie się przygotowywaniem drewna. Patrzył w białe okno i mówił sobie. Długo nie podno- sił się z posłania. Gdy wrócił do pokoju. 418 . wykorzystałem sytuację. Na razie znowu wziął Małgorzatę w ramiona. Nie można dyktować służbowych listów własnej kochance. Później wybrał się z plastikową miednicą po śnieg i zrobił coś w rodzaju porannej toalety. W dali rozległo się bicie dzwonów. że jest to świetne zajęcie. że czuł się teraz swobod- niejszy. pomyślał Aleksander. niechże z niego skorzystam”. jeśli zdecyduje się prowadzić dalej tę grę i zachować agencję. W razie potrzeby popro- siłby Fourvereta. Aleksander obudził się z gorączką. wspaniałej. Od ilu wieków biły te dzwony? „Przyzywa mnie głos Francji”. Dałby Małgorzacie najlepsze rekomendacje. wędrował długo w śnieżystym po- wietrzu i uderzał o szyby pałacu. — Jeżeli jesteśmy kasztelanami — powiedział — powinniśmy teraz pójść do kościoła.

Za dziećmi postępował. Ciszę podkreślały jeszcze bardziej odgłosy kaszlu. wyglądały kiep- sko. szare. Światło czerwonej lampy było jedynym akcen- tem kolorystycznym w szarości kamienia. inny z kadzielnicą. gdzie „dłonie” rymowały się z „błonie”. Wszyscy śpiewali harcerską. Choć nie. w jakiej brała udział od czasu śmierci ojca. inny z przyprawioną brodą. były twarde. jakby ulotne włosy. szep- ty. które zdawały się przeliczać wiernych. zgrzyt krzesła na kamiennej posadzce. Nigdy nie pozwalał sobie na to. karków i ciepłych kołnierzy. pełną werwy pieśń. Kaszląc i ki- chając pozwoliła się zaprowadzić na pierwszą mszę. ubrani w owcze skóry. dziś jednak był w nim spokój. a „droga” z „do Boga”. i na końcu chłopczyk i dziewczynka. Ci prowadzili jagnię. by słuchać głosu instynktu czy przeznaczenia. Dopiero po chwili Aleksander zrozumiał. Musiał obsługiwać dziesięć parafii i odprawiał właśnie piątą mszę świętą tego Boże- go Narodzenia. trzy- mająca porcelanową kukiełkę w ręku. Dzwon zamilkł. ksiądz w białozielonym ornacie. że były to postacie szopki: dziew- czynka z głową przybraną skrawkiem czerwonego sukna. kobiet i mężczyzn. Ale właściwie czemu nie? W końcu było Boże Narodzenie i wszystko było już całkowicie fantastyczne. monotonii brązowych ławek. Ze trzydzieści osób. Wtedy chłopczyk kopnął zwierzę w brzuch. zostawione na noc przy kominku. Miał szarą twarz. cienkie. trzyma- jący pałki w rękach. Jej buty. które opierało się i nie chciało iść naprzód. zimny i pusty. Za krzyżem posuwały się dzieci. Kościół był ogromny. kiwając się. lecz jednocześnie prawie suche. i małe ciekawskie oczy. obok niej chłopczyk z bu- zią wysmarowaną pastą do butów i w złoconej koronie. 419 . Weszła procesja. jeszcze inny z pudełkiem pełnym biżuterii. matowości włosów. nie całkiem pusty. wewnętrzna cisza. siedziało w pierw- szych ławkach. Pomysł pójścia do kościoła rozśmieszył Małgorzatę. Nieszczęśnik wyglądał na wyczerpanego.

Quos vult perdere Directoratus dementat. Wiem. żeby Kościół sam z sie- bie zrezygnował z piękna mszy świętej. Aleksander. Albo dla mnie. co robią.. z ponumerowanymi przyśpiewkami i lekturą Ewangelii w języku prostym.. że to trudne. Gdy dzieci dotarły do groty zrobionej z papier-mâché. jeśli wam tak wygodniej. i ja także je kocham. Tak więc proszę was. Zróbcie to jednak dla Pana Boga. chciałbym was o jedno prosić. ale. wewnątrz. że kochacie wasze dzieci. jeśli nawet nie prostackim. którzy wydali pieniądze i kupili lampy błyskowe. wiem. gdy wyjdziecie z kościoła. nie mógł nic zrozumieć z tej parodii mszy protestanc- kiej. Było w niej coś biednego.. A mimo to coś się wydarzyło. ksiądz wygłosił małe przemówienie utrzymane w tonie skargi. może postanowił wytrwać w upokorzeniach i blasfemii 420 . proszę was: nie róbcie teraz zdjęć. a nie Marcie”. a dziewczynka prowadząca orszak złożyła lalkę na łożu ze słomy.. choć nie potrafiłby powiedzieć co. Nie trzeba im podsuwać pokus próżności. nawet ci. Zaczęła się msza. a trywialna mu- zyczka podkreślała tylko słabe strony pieśni. że ich Mistrz dał pierwszeństwo Marii. Wrócą do was. Ale tutaj. który miał w pamięci surową wspaniałość rytu gregoriańskiego i za- glądał czasem do cerkwi prawosławnej. Dzieci rozumieją powagę tego. Być może Duch Święty był mniej wymagający niż Aleksan- der. ja wiem. Kilka przygotowanych już aparatów fotograficznych zniknęło i Aleksander pomyślał z szacunkiem o tym księdzu. dającej ludziom na ziemi wyobrażenie o Królestwie Niebieskim. Na przemian złączał i rozłączał dłonie: — Moi drodzy. „To niemożliwe — powiedział sobie — żeby nie maczała w tym palców moja dyrekcja. który nie go- dził się na kompromis i próbował ocalić w swoim kościele choć- by tylko jeden atom sacrum. A przecież przypominam sobie z całą pewnością. gdzie Pan króluje w ma- jestacie. Może wyda wam się to śmieszne. Wykluczone.

że skromny. To się tak mało zmieniło przez dwa tysiące lat. co się tam działo.brzydoty. W Aleksandrze zaczynał się wielki przełom. kompensaty. tutaj jednak zdawało się. Po to był tu ksiądz. pośród wiejskich głuptasów. dzieckiem podającym wodę czerwonymi chłopskimi ręka- mi. poniżona. pogodzenie się z lo- sem. zbyt wielu dostojników w fio- letach. Zarzucał zawsze Bogu. opuszczenia. co materię przemienia w Boga? Mękę w Boga? Czy znaczyło to. niedostatku i nawet głupoty? Czy właśnie tego miał się nauczyć w tym wiejskim ko- ściele. przed którymi proboszcz co tydzień wygłaszał kazanie w złym guście? „Być może — myślał — takie oczyszczenie jest niezbędne. To po to właśnie ludzie przyszli do kościoła. bez honoru. dłonie na pastorałach. ale jednak nie-rozszczepialna. i nie miał nic przeciwko temu. dochodziło do metamorfozy podobnej do tej. Być może zbyt wielu jest kardynałów.. Aleksander doznał najpierw wzruszenia.. że porzucił swych wyznawców. tym bardziej niezwykły. i to niezależnie od marności otoczenia.. a potem wstrząsu. Kościół to może ża- glowiec. że Bóg porzucił samego siebie i jednak od- najdował siebie. To. która domaga się wła- śnie swego przeciwieństwa. 421 . zagubienie. błędna droga. Po wygłoszeniu skromnego kazania ksiądz zaczął przed ołtarzem gromadzić swe małe gospodarstwo. Czyżby krył się w tym sens głębszy niż Aleksander umiał to kiedykolwiek zobaczyć? Czyżby wtedy. wi- nem. który cierpi. a może słowa i gesty kryły w sobie tajemnicę o nieod- partej mocy. że przemianie tej patrono- wała rzeczywistość nadprzyrodzona. gdy boskie maszyny druzgocą wiernych. i przyłączyć się do niego można tylko w cierpieniu. że Chrystus był z definicji tym. chlebem.. w cudowny sposób. zbyt wiele wzniosłej lecz nie uduchowionej muzyki opla- tającej Kościół. co prawda zdegradowana. miało decydujące znaczenie. Wolałby biskupów w mitrach. ta domowa inscenizacja z jej naczyniami.” A jednak nie podobało mu się to. który musi płynąć zakosami. przybie- rającym postać męczeństwa.

Wziął mi- skę. Nie mówiła już do niego „proszę pana”. dlaczego nie rozstaje się z nią nawet na moment. Aleksander z Małgorzatą. że gdzie indziej jest ich królestwo. czyli siąść na podłodze nad dwoma befsztykami pachnącymi dymem. nie ruszając się z miejsca. ale jeszcze nie nazy- wała go Aleksandrem. dlaczego nie chciał. a może nie chciał. gdy Aleksander. Nieduży mężczyzna w ciemnogra- natowym płaszczu. jak to nazywali. pozostawiony daleko. Nie śmiała go zapytać. Skoczył do okna. Aleksander właśnie powiedział. Mały mężczyzna prześliznął się przez bramę. przyjrzał się uważnie okolicy. Zaczynała nim komenderować. żeby wejść do parku. żeby ona wiedziała. Wyprostował się. Po chwili. że idzie do kuchni: — Proszę przynieść mi śniegu. że lubi pieprz i ona zajęta by- ła posypywaniem jego befsztyka pieprzem. Właśnie zamierzali usiąść do stołu. Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż śladów pozostawionych na śniegu. że nie są z tego świata. śledzeni wzrokiem przez tubylców. Małgorzata powie- działa. Może lękał się śmieszności. by w pałacu nie usłyszano motoru. usłyszał zgrzytanie me- talu o metal. że jest uzbrojony. zaczął iść wzdłuż tych śla- dów. i gdy tylko zdecydują się „wrócić”. jak bardzo łamie przepisy prawa. by wiedziała. On sam nie miał pojęcia. — Co to? — spytała Małgorzata.przypominających wiernym. obchodząc pałac. — Proszę tu czekać. otrzepując co jakiś czas w komiczny sposób śnieg z butów. który miał wyczulony słuch. Na końcu alei prześwitywał samochód. wrócili do pałacu. przyjmie ich niebiańska ojczyzna. otrzepał dłonie z rdzy. „A ja? — pytał samego siebie — czy wciąż jeszcze zależy mi na «powrocie»?” Jeśli jednak przyszło się znikąd. ciasno ściągniętym paskiem. 422 . odsuwał bramę. dokąd miałoby się wrócić? Gdy msza się skończyła. ale nie zapomniał o swojej teczce.

dokąd iść. z którego dobywał się głos. Nabrał powietrza do płuc. położył ją u swych stóp. W biegu uświadomił sobie. Aleksander chwycił teczkę i rzucił się na korytarz. odsunął barykadę. Mężczyzna wszedł do środka. gardło miał ściśnięte. w cieniu bramy. że opracował już plan obrony. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Aleksander mógł obserwować jego poruszenia. Skierował się do kamiennych schodów. zobaczył cień przesuwający się w jednym z pół- okrągłych okienek. chociaż nie mógł ich widzieć. Serce biło mu mocno i szybko. Zbiegł błyskawicznie po kamiennych schodach. Jego wzrok usiłował przeniknąć ciemność. Wargi Aleksandra poruszyły się. Aleksander otworzył cicho teczkę. wyjął z niej rewolwer i czekał. ale nie spojrzał w tę stronę. Gdy przebiegał przez oranżerię. 423 . przesączonym poprzez brudne i osnute paję- czynami okienka. Gdyby obrócił się w prawo. — Gdzie jesteś? Jego trójkątna twarz oświetlona była skośnym promieniem światła dziennego. chroniony przez mrok i układ oranżerii. Znajdował się w odległości dziesięciu metrów od Aleksandra i o trzy metry niżej niż on. Mężczyzna zamarł w bezruchu. Wiedział. znaleźć miej- sce. W chwilę później odwrócił się wolno. prowadzące do piwnicy z winem. Aleksander wyrzekł jedno słowo: — Piotr. Zatrzymał się na balkoniku wieńczącym schody. Mężczyzna otworzył zewnętrzne drzwi. przyszło mu to prawdopodobnie do głowy wczoraj. Brakowało mu niewiele już tylko metrów do schodów. gdy rąbał drzewo. musiałby zobaczyć drewniane scho- dy. Widać było nawet pojedyncze kiełki wąsów. Stąd panował nad całą przestrzenią oranżerii. lecz ręce mu nie drżały. Wdrapał się szybko na drewniane schody. Mężczyzna znajdował się w połowie oranżerii.

Ale cóż tam! Udało im się przecież znaleźć Ga- wierina. tak jakby nie mógł się zdecydować. Aleksander strzelał dobrze. — To mnie wcale nie dziwi”. który wyginał się przed nim. Miałby ochotę zwymyślać w ordynarny sposób. przyjmujący tylną pozycję. ale jego nogi nie mogły go już utrzymać i zwalił się na ziemię. Pochwalił samego siebie. wzniesiony przez eksplozje. przez szacunek dla śmierci. Aleksander pomyślał z odrazą: „Wąsata żmija”. że na polach bitewnych czuje się zapach krwi. nie uczynił tego jed- nak. „A więc Piotr był tchó- rzem — osądził niesprawiedliwie. Psar. Jednocześnie krążyła mu po głowie myśl. Aleksander nie wiedział. — Gdzie jesteś? — spytała znowu. po rosyjsku. mimo gorączki. Odwiódł bezpiecznik. Aleksander zszedł po schodach i stanął nad trupem. nerwowym głosem. nie pozwoli się wziąć jak jakiś Gawierin. przesunął go więc w przeciwną stro- nę kulą wysłaną w prawe ramię. w jaki spo- sób go odnalazł. Ten efekt wydał się Aleksandrowi komiczny. Huk wystrzału był ogłu- szający. On. umieścił trzecią kulę po lewej stronie klatki piersiowej. zabarwiona prawdziwą rozkoszą: „Zastrzeliłem bezbronnego człowieka”. 424 . czy jest to zwyczajne zjawisko. Jelita nie wytrzymały. Aleksander pomyślał. Piotr trafiony został w okolicach lewej klapy marynarki. czy przewrócić się w tył czy też do przodu. Czwarta kula rozłupała czaszkę Piotra. który wydawał obrzydliwy zapach. Został odrzucony w tył i w lewo. wściekłości i paniki. Piotr przechylił się teraz w lewo. wąsata żmija. Nie upadł od razu. Echa wystrzałów przetaczały się przez oranżerię. Naprowadził muszkę na szczerbinkę. Rozległy się dwa dźwięki: obrót bęben- ka i kurek. Posługując się podwójną akcją rewolweru. dotąd sądził. Opadł kurz. że powinien zapytać Piotra. tego pajaca.

Ciało osunęło się w ten sposób. zro- biwszy obchód parteru. ale jednak archetypy nie pozwa- lały na to: nie czuł się na siłach strzelać do kobiety. taktowna jak zawsze. Powinno by się ją zabić. Płaski. Z rany tryskała rytmicznie krew. Nie znalazł jej w małym saloniku. Zmieszały się z sobą włókna ciała i strzępy ubrań. Zresztą opróżniając 425 . Jeden z dwu nabojów. by wziąć teczkę. tak jakby obawiał się. po co jednak. Małgorzata. które pozo- stały w bębenku. Zadowolony z wyniku poszukiwań założył rewolwer za pasek spodni i ujął teczkę w rękę. Wydało mu się to bardzo istotne. było mu niedobrze. marynarki. przez które wyszła kula. by go znaleźć. że ktoś kto znajdzie ten nabój będzie mógł zidenty- fikować broń. zobaczył. Przeszedł przez oranżerię obchodząc z daleka trupa. jak z nią po- stąpić. Na śniegu widniały świeże ślady. mógłby ją dogonić. koszuli. tworzyła się gęsta skorupa. że jego dłonie znowu zaczęły drżeć. postanowiła oszczędzić mu mąk wyboru. Nienawidził tego człowieka od pierwszego wejrzenia. wszedł na górę po kamiennych schodach. Tam. że jej nie zabije? Żmija to co innego. że widoczne było miejsce. Tak jakby sam nie był bolszewikiem. Był przekonany o zdradzie Małgorzaty. Gdy jednak usuwał z bębenka zuży- te łuski i zastępował je nowymi nabojami. lecz coraz wolniej. zadawał sobie tylko pytanie. Aleksander wdrapał się z powrotem na drewniane schody. Rana. Potrzebował trzech minut. gruby pocisk wyrwał wielki kawał ciała. zadana przez kulę o spiłowanym zakończeniu. natomiast. potoczył się w ciemny kąt. nie chciał kołysać się na krawacie jak Gawierin. była straszliwa. skoro wiedział. ale nie stracił panowania nad sobą. gdzie wsiąkała w pył. Jego kolana drżały. — Bolszewik! — syknął. Powinien był ją ścigać. że jedno z okien wielkiej sali było otwarte. płaszcza. spostrzegł. Dziwaczny obrazek: kupiec z bronią za pasem. a poza tym walczył o siebie. którym pokryta była podłoga.

proszę. Rzeczywiście. Znalazł tam przede wszystkim coś. Może ktoś zaczaił się w parku? Trzeba sprawdzić. Nie wystarczyłoby zresztą zakopać zwłoki. że będzie czuł odrazę. czego szukał: klucze od samochodu. typowe dla do- brego strzelca — nie zabrał ze sobą Skorpiona.. powiedziałby sobie. VZ-62. Zresztą. przeszukał kieszenie zabi- tego bolszewika. w kieszeni jego płaszcza nie było kluczyka do samochodu. (Gdyby był bardziej doświad- czony. Nagle pomyślał.) W innej kieszeni znalazł to. niech strzelają! Odpowie strzałami. która. Wrócił do saloniku. Ale nie 426 . że widział to w ki- nie niż z czysto praktycznych względów. do którego nikt nie zaglądnie przed wiosną. W kominku dogasał ogień. Nie wpadł jednak na to i postanowił zostawić broń na miejscu. a która jednak potra- fi strzelać z szybkością 700 pocisków na minutę. jeśli poszukuje go KGB. raczej dlatego. pozostaną zwłoki. zapew- ne wypożyczony przez Małgorzatę. nie zmieni w niczym jego sytuacji. że spłaca jakiś bardzo stary dług. Systematycznie przetarł chustką do nosa wszystkie przed- mioty. których mógł dotknąć. czy powinien pogrzebać zwłoki. Spojrzał w stronę okna. iż w pałacu. Jeśli nawet zaczajono się na niego. starając się wstrzymać oddech. Opuścił pałac nie kryjąc się wcale. Cechowały go wszystkie ograniczenia. Miał ochotę wziąć ten pistolet jako trofeum. że uwielbiał broń palną. pomyślał jednak. broń. fakt. Potem wrócił do oran- żerii i.bębenek rewolweru miał wrażenie. Zniknął peugeot. trzeba by usunąć krew rozlaną na posadzce. że być może Piotr nie przybył tu w pojedyn- kę. Nie miał ani szpadla. To wydało mu się skomplikowane. jeśli posłuży się bronią. a głównie dlatego. że pistolet o takiej charakterystyce nie może mieć żadnych nadzwyczajnych właściwości technicz- nych. ani oskar- da. czego wcale nie szukał: czeski pistolet automatyczny. Zadał sobie teraz pytanie.. Na razie jednak posiłki nie pojawiały się. ma wygląd zwyczajnego pistoletu. złożona. na której się nie znał. wracała gorączka. był znużony.

komunistka? Ja. zobaczyć. A później zostawią panią w betonowej piwnicy. że zatrzymają panią Francuzi. Za chwilę wychodzi.. Osłabiona. zniknęło. zostawiając strzępy materii na kolcach. Zrobiła to wreszcie. ani w alei. Małgorzata wróciła do pałacu. Proszę się uspokoić i wrócić na miejsce. — Idiotka. spokojny jak zawsze. sa- mochód. Biegnie w stronę bramy. cór- ka sierżanta francuskiej armii?” Bierze się w garść. trudno.. co się zdarzyło. że wszystko pani wygada. — A teraz: dokąd? O drugiej w południe Małgorzata zadzwoniła do swego pilota. co znajduje się przed jej oczami: drzewa. roz- rywając rękawiczki. podnosi. nie wiem!. zdzierając skórę dłoni. Drzwi prowadzące do oranżerii są otwarte. — Boję się. cofając się. — Nie wiem. Małgorzata wcho- dzi tam. Volvo. Ci zabiorą się do pani w taki sposób. Przestraszyła się. Małgorzata myślała. — Czego? — wypuścił kilka obłoczków dymu. grzęźnie w trawie. bramę. Zadaje so- bie pytanie. Już ja panią przestraszę. w śniegu. Policja równoległa. prze- wraca się. które stało na samym początku alei. — Co się stało? — spytał Nikitin. Wymiotuje. przejście przez bramę. To trudno. że nie uda jej się tym razem podnieść bramy. starając się widzieć to tylko.było nikogo w parku. Przechodząc przez trawnik zaczepiła znowu płaszczem o kolcza- ste gałęzie krzewów. Wsiadł więc do volvo i zapuścił silnik. Nagle czuje wstyd: „Ja. żeby uspokoić własne nerwy. Zaczyna iść powoli. Zaczęła ciągnąć poły płaszcza. ani w samochodzie Piotra. Słyszała strzały. Mogę sprawić. 427 . Uciekła peugeotem. — Bardziej powinna się pani mnie bać. I to nie DST. łamiąc paznokcie. czy i jej ojciec tak wyglądał po śmierci.

Czekała pani pół godziny. przepowiada mu się wielką karierę — kiedy przejeżdżaliście przez Pontoise. mimo że dzielą ich różnice stopni. który — Nikitin wie o tym — nie jest podsłuchiwa- ny przez Francuzów. — Powinna była pani wiedzieć. mimo świąt Bożego Narodzenia. Wszystko to przez tych spryciarzy z nowej dyrekcji. Dzwoni. Pietucha odwalił kitę. Spróbujemy naprawić pani błędy. została pani sama w kawiarni. Ordynansi i sekretarze. Z kabiny. Przed kabiną telefoniczną uświadamia sobie. Wszystkie admini- stracje są do siebie podobne. po co dała tyle drobniaków na tacę w kościele? Jedzie do sąsiedniej wsi. ale nie ma telefonu do dyspozycji. tak? — Tak. Najbliższy tele- fon znajduje dziesięć kilometrów dalej. pilot Małgorzaty dzwoni do rezydenta. Proszę wracać do Paryża. znajduje otwartą stację benzynową. Dzwoni do Moskwy. W Moskwie zapada już zmierzch. Generał Pitman wciąż cho- dzi po swym gabinecie. — Szkoda — mówi na to Możuchin. gdzie. oczywiście. po- sługując się jednym z jego tajnych numerów: — Towarzyszu pułkowniku (próbuje znaleźć formułę. Pro- szę zadzwonić do mnie po powrocie. — Dlaczego nie zadzwoniła pani stamtąd? Zawsze przypisywać pomyłki podwładnym i na piedestale tych pomyłek stać się wielkim człowiekiem. Ich szef. która osłodziłaby przykrą wiadomość). Z aparatu. że brakuje jej drobnych. Dostaje tam drobne. że właśnie o taką chodzi. — Polecał mi pan używać tego numeru tylko w sytuacji alar- mowej. wymieniają znaczące spojrzenia. Jest zła. Co za głupota. na 428 . Składa sprawozdanie. — To był zręczny chło- pak. — Proszę mi powiedzieć — Nikitin mówi spokojnym głosem.

Jakub Mojsiejewicz za- mknął oczy. ale w każdym razie musimy się dowiedzieć. Nie wiem jeszcze.. że. być może. jak to określił podporucznik Wołodia Wozniesienski.. nie bardzo sobie z tego nawet zdając sprawę.. który pchnie się dalej. że- byście go załatwili. jest dzisiaj w nastroju „zdecy- dowanie ludożerczym”.ogół łagodny i pełen zrozumienia. wyziębiając wnę- trze samochodu.. czy też poprosimy was. Dręczyła go gorączka.” Teraz jednak nie ma czasu na rozważanie losów Twardego znaku.. czy od- damy go pod sąd po przesłuchaniu. i otwierał szyby. może tysią- ce razy tę samą operację myślową. Z ciekawości próbował wzbudzić w sobie odruch współczucia.. które kółeczko w maszynie zacięło się. Tymczasem czynił to drugie właśnie. a nie prowadzenia samochodu. spisujący się świetnie przez dziesiątki lat.. Gdy dotarła doń wiadomość z Paryża.. że agenci. nagle wpadają w amok. szybowania. odwrócił się. Zdarza się czasem. Nowe humanitarne normy KGB nie stosują się do tak skrajnych przypadków. i to całkiem pewnie. „On stał tam. Przez cały czas odczuwał sensację unoszenia się w powietrzu. które dmuchało gorącym i su- chym strumieniem powietrza. Na przemian włączał ogrzewanie..” Nie odczuwał wcale litości dla Piotra. Aleksander spędził całą resztę tego dnia w samochodzie. Aleksander przeżywał wciąż od nowa moment zabójstwa. per- swadując sobie.. przymykając jedno oko. na Jakubie Mojsiejewiczu ciąży teraz obowiązek wprawienia w ruch odpowiedniej procedury. „A przecież to był dobry pomysł: Twardy znak. Z wyrazem niesmaku malującym się na twarzy zdejmuje słu- chawkę swego aparatu na korbkę i dzwoni do Dyrekcji Piątej: — Trzeba go sprowadzić żywego. Na razie montaż umyka monterowi. ja byłem tu. jechał skradzionym autem. gdy tylko to będzie możliwe. W trakcie tych godzin jego umysł powtarzał setki. podpułkownik Piotr miał rodzinę. 429 . krzyk- nąłem.

Twarz Piotra. Kurz. Żmija uzbrojona jest w swój jad. Mówiłem sobie.. «Gdzie jesteś?» A ty. i padająca. że powinienem był nałożyć nauszniki. i jeszcze raz muszka.Czy jednak niepokoimy się o los rodziny żmii. ja na górze. mój druh. bolszewiku? Chciał mi przykręcić śruby. i otwarta czaszka. przemierzał przestrzeń. „Ile razy strzelałem? Cztery razy podniosła się iglica. „On na dole. i po chwili znowu «Gdzie jesteś?».. 430 . i znowu w lewo. wypuszczający niczym Zeus odmie- rzone pioruny. Za- leżny był od mojej łaski. Nie można lżyć śmiecia. mówił do mnie per ty). raz w tę stronę. która w tej chwili musiała zacząć się już niepo- strzeżenie rozkładać. i sylwetka ludzka. wycinający część tej twarzy. Obraz wydarzeń sprzed kilku godzin pojawiał się w nim z wielką regularnością. On stał w cieniu. Jaki wyraz twarzy? Prze- straszony? Nerwowy? Znużony?” Aleksander miałby ochotę ze- lżyć tę twarz. którą czeka zaraz proces rozkładu. jeden. to wystarczy jako uzasadnienie. Czy powinienem był zabrać Skorpiona? Ale cóż bym z nim zrobił?” I znowu wszystko zaczynało się od początku: trójkątna twarz. potem drugi. że do końca życia będę głuchy. A może wcale tego sobie nie mówiłem? Może wymyśliłem to już teraz. Błysk. Huk wystrzałów i ból bębenków w uszach. I znowu żmija na muszce. której przetrąci- my grzbiet? Nie robił sobie też żadnych wyrzutów. «Gdzie jesteś?» (patrząc. Przychodziły mu na myśl najostrzejsze rosyjskie obelgi. proch eksplodował i pocisk. Zostałyby rozwiane. uderzyła spłonkę. Przez chwilę bałem się. cztery razy opadła. nakręcany przez gwint lufy jak dziecinny bąk przez rzemień. Ale nawet to nie było potrzebne. tworzący skorupę na strumykach krwi. lecz odpychał je od siebie. Mogłem też nie. i trzy koliste okienka. ma- ły komiczny wąsik. stale obracająca się. wzbijający się w powietrze po wystrzale. gdzie ty teraz jesteś. gdyby to było potrzebne. przez fakt znalezienia przy zabitym broni. raz w tamtą. trójkąt przeciwko trój- kątowi. Kurz. Nie na próżno wziąłem cię ze sobą. Dziel- ny rewolwer.

bez wypadku. Długa jazda w mroku. Zatrzymał się na Porte d'Orléans. przekroczył nie- pisane prawa. Poznał kawiarnię. że donosicieli KGB można wykryć. gdzie on się teraz znajdował. po przesłuchaniu. Zostawił za sobą wszystkie te ciężarówki. nie nadwerę- żać głosu. Musiał teraz podjąć ważne decyzje. 431 . pozwalający odna- leźć go w każdej chwili. Ale KGB nie mogło wiedzieć. Cały ten Babilon autostra- dowy był już za nim. który otoczył mu szyję jak wilgotna tkanina. ale. Trzeba było zacząć. była już za nim. nie tylko nie był urażony brakiem zaufania z tej strony. Okazuje się więc. że uznano za stosowne przydzielić mu szpie- ga pracującego w pełnym wymiarze godzin. że zo- stała zdemaskowana wyzwalał go od przesądnej trwogi związa- nej z jego sytuacją. nacisnął tweedowy kaszkiet na uszy i na chybił trafił poszedł ulicą Alésia. gdzie znalazł wolne miejsce do parkowania. zniknąć bez śladu. Nadawał się tylko do tego. reflektory. Oczywiście. zważywszy na fale gorączki szalejącej w mózgu. Porzucił samochód w pierwszej uliczce. że wcześniej się tego nie domyślił. Dziwił się tylko. Postawił kołnierz płaszcza. mógł bez trudu rozpłynąć się w nocy. Wrócił do Paryża. pochlebiało mu to. jaki go spotka. Zabijając Piotra. przeciwnie. później w nocy. Zdrada Małgorzaty nie zabolała go zanadto. wycieczko- wiczów z okazji Bożego Narodzenia. która przy- klejona była do niego jak żaróweczka kontrolna. by. to błąd. Co więcej. co wydało mu się prawie niemożliwe. fakt. trzeba jednak rozeznać dobrze własne możliwości. gdzie się podziać. władować mu kulę w kark. Odkąd pozbył się Małgorzaty. To tylko kwestia uwagi. a oficerów KGB — zabić. w której spotykał się wielokrotnie z Iwanem Iwanyczem. jeśli dostanie się w łapy KGB. Nic łatwiejszego. od pozbycia się volvo. Nie robił też sobie złudzeń co do losu. Nie wie- dział jednak. rzecz jasna. Jeśli idzie o KGB. nie pokaże się tam. Samo- chód mógł być wyposażony w tajny nadajnik. Nie zabił jej.

że zarządca hotelu ma klucz od jego pokoju? Istnieją wewnętrzne zasuwki. Komisariat policji? Tak. że byłby naprawdę bezpieczny w hotelu. byleby tam było ciepło. określić przyszłe postę- powanie. będzie musiał zwrócić swą inte- ligencję. bez przełożonych. Nawet mu się to podobało. lecz Aleksander nie wie- rzył. którzy 432 . miejsca. swe doświadczenie i wiedzę przeciwko tym. Na razie jednak potrzebował schronienia. rozważyć sytuację. i to mimo trawiącej go gorączki. Zbyt wiele samobójstw zdarzało się w hotelach. Nie. ani do biura. ale nie był jeszcze do końca zdecydowany na zmianę obozu. lecz. gdyby ten pokazał im zdjęcie uciekiniera? Małgorzata mogła przy tym szczegółowo opisać jego ubrania. skrywając nieco twarz. Hotel. gdzie mógłby się skupić. a ciągła zmiana położenia— własnemu bezpieczeństwu. spędziłby całą noc maszerując. Gdyby nie był chory. i obydwa te adresy zamieniły się w pułapki na myszy. Wiedział też. Chodzenie sprzyja trzeźwej myśli. by nie zapisać się w pamięci kelne- ra. bardzo ciepło. by stał się odtąd kimś neutralnym. albo też znaleźć sobie jeszcze innego pro- tektora.. hotel nie wchodzi w grę. w którym zameldowałby się pod fałszywym na- zwiskiem? To byłoby najrozsądniejsze. że musi gdzieś usiąść i odpocząć. Nie chciał się pozbywać swego paszportu. iż nie potrafi długo walczyć w pojedynkę. Małgorzata z całą pewnością dała znać o zabójstwie.. Musiał albo zawrzeć rozejm z KGB — co tylko w rzadkich wypadkach nie jest możliwe — albo przejść do Francuzów. Myśl o Gawierinie nie opusz- czała go. a czy szczury hotelowe nie są przy okazji złodziejaszkami? A iluż recepcjonistów odmó- wiłoby prośbie fałszywego detektywa. Wszedł do kawiarni i zamówił grog. Już jednak po przejściu stu metrów poczuł. dziękuję bardzo. Za- razem jednak wiedział. nie bardzo mógł je teraz zmienić. Aleksander mógł się oddać natych- miast w ręce policji. że Francuzi nie zgodzą się. a jeszcze lepiej położyć się w jakimś łóżku czy na podłodze. tak. Jak mógłby zasnąć wiedząc. Dokąd mógł się udać? Ani do siebie. wszystko jedno gdzie. że był sam.

lub dla wygody — jacht. że sprzeniewierzył się pewnemu kodowi etycznemu. dodatkowo. że jest mordercą. dyskrecji. Pomyślał o Divo. markiz. Dla innych mordercą”. w której znaj- dował się Smith & Wesson. tyle że po trzech godzi- nach cały Paryż wiedziałby o wszystkim. Nie będzie się na pewno ukrywał u Fourvereta! Johannès-Graf ukryłby go może. Nie mógł liczyć na ni- kogo spośród tych ludzi. o co chodzi. teczkę. których poznał przez kontakty zawodowe. ale chciałby wie- dzieć. pod- trzymywane przez snobizm. Znajomości towarzyskie. z których większość nigdy nikogo nie zabiła. Przyjaciel? Przyjaciółka? Zamówił następny grog i przeglądnął w pamięci film. to nie widać tego po nich”. z wy- jątkiem jednej tylko Jessiki Boïsse.. Rewolwer ten przerwał karierę.). znowu obracasz marynarkę na drugą stronę. Divo uśmiechnie się ironicznie i powie coś w tym rodzaju: — Jeśli dobrze rozumiem. 433 . Tak. A nawet jeśli tak zrobili. Monthignies przechowałby go u siebie i na- wet broniłby go. weekend na wsi. Nie miał osobistych przyjaciół. jakby dotykał psa. ponad który nic cenniejszego nie znał. przeciwko nadzwyczajnemu Jakubowi Mojsiejewiczowi. brał pod uwagę wszystkie znane mu nazwiska. a także. Poza tym ludzie. Gdyby jednak przemilczał przed nim okoliczności ucieczki. kochanemu Mefi- stolesowi.jeszcze przed trzema dniami byli jego przyjaciółmi. Przyglądał się ludziom siedzącym dookoła i mówił sam do siebie: „Oto poczciwcy. Jeżeli natomiast wyjawi mu prawdę. u Divo znalazłby dość odwagi. Czyż nie? Muskał czule stopą. „Dla jednych jestem zdrajcą.. owszem (mój przyjaciel. miałby uczucie. Na jego twarzy także nie było wypisane. Kobiety? Stracił z nimi kontakt. narażając własne życie. a przecież nie będzie szukał schronienia w paszczy lwa. a nawet sprytu. linię żywota podpułkownika „Piotra”. na któ- rym ukazywały się znane mu oblicza.

niezależne- go. i nie przypominał już sobie. który lgnął do Psara. Aleksander przejrzał od nowa kalendarzyk. kiedy układał listę do wysyłki swoich książek czy też gości zapraszanych na cocktaile. podejrzany reżyser. On nie odczuwał niczego podobnego. dusza paryskiego towarzystwa. do kogo należały. sympatycznego. które nie zainteresowało go poprzed- nio. który posiadał mieszkania i wille prawie wszędzie. BAB. 434 . Podobno istnieją mężczyźni. Eliminowało.. i tym razem jego oko spoczęło na nazwisku. Jedno czy dwa skojarzyły mu się wyłącznie z zapachem per- fum. Niektóre z nazwisk nie wywoływały w jego pamięci żadnej twa- rzy.. trzeba było znaleźć taki adres. ale nie składa się wizyt zapachowi perfum mając końską gorączkę. jeśli byłyby same dziś wie- czorem. Otworzył swój kalendarzyk. WAG. który nigdy nie przyszedłby do głowy Małgo- rzacie. — „«Piotr»! Gdyby pozwolił się nazywać Iwanem. licząc na sensację. ODE. prawdo- podobnie nie zabiłbym go”. playboy o przyprószonych siwizną skro- niach. Mógł poprosić o taką przysługę swojego towarzysza walki.265.. I to wykluczało także Bernou. Oto on. MAI.329. Nazwiska. C. który z całą pewnością dysponował siecią tajnych garsonier i byłby z pewnością gotów bawić się w konspirację. Przed niektórymi numerami nie figurowało żadne nazwisko..) Zawahał się przed nazwiskiem Kurnosowa.254. numery telefonów przesuwały się przed jego oczami. adresy. u kogo spędzić noc w Paryżu. To eliminowało Perquigny. ale personel hoteliku był już z pewnością obstawiony. D. Dla daw- nych numerów INW. ale Małgorzata wiedziała. Tak. A. Dla nowych 525. tak jak robił za każ- dym razem. ponieważ brał go za prawicowca. że darzyli się wzajemną sympatią i poda- łaby to nazwisko jako jedno z pierwszych. JAS. A! Był jeszcze Sasza de Fragance. Eliminowało to także wszystkich autorów jego wydawnictwa. (Te kobiety przyjęłyby go może. w jakiej się znajdował. u których zabójstwo wzmaga apetyt seksualny. nie wie. tak. Uderzyła go paradoksalność sytuacji. B. małego wydawcę. dzielnego redaktora «Seconde».

dro- ga pani. stosunki. Małgorzata. którzy zupełnie nie znają się na literaturze i grzebią w jej archiwach. wycierając co chwilę nos w papierowe chusteczki. wyczerpana. Pułkownik Możuchin.” Małgorzata. służy pani ludowi. Niki- tin przybrał ton autorytatywny: „Dziecinko. ale teraz to morderca! Obaj oficerowie zbywali te pytania i wracali do przesłucha- nia: — Poza panią Boïsse. przeziębiona. tak czy nie?”. Zatelefonować? To należało do dobrego tonu. Jego przyboczny grał światowca: „Naturalnie. żeby nie zapytać od czasu do czasu: — Ale w końcu kto to był. manie swego szefa. że lepiej będzie postawić na absolutny absurd.. oficer-pilot Małgorzaty Thérien. nie może się powstrzymać. „Tymi ich łapskami!” W rzeczywistości jednak starali się nie narobić bałaganu. Tego popołudnia w ambasadzie odbyła się narada wojenna. z pełnym zrozumieniem. Uznał jednak. pułkownik Wiazew z Piątego Departamentu i major Nikitin. uporządkowanych przez nią z tak wielką troską i przyjemnością. ten człowiek? I dlaczego on mu to zrobił? Dobrze wiem. opowiedziawszy szczegółowo po raz szósty zwy- czaje. Gdy tylko Małgorzata zgłosiła się telefonicznie po swoim po- wrocie do Paryża. tak się zazwy- czaj postępuje. Dwóch ludzi wysłano w stronę Limoges z zadaniem pozbycia się zwłok i zatarcia śladów. Na zmianę przesłuchiwali ją i robili rewizję.. że Psar był pachołkiem skrajnej prawicy. Nikitin nakazał jednemu ze swych przybocznych przesłuchanie Małgorzaty. A jednak irytuje ją widok tych mężczyzn. była pełna najlepszych chęci. zachowywali się ostrożnie. Wiazew zastawił pułapkę w mieszkaniu delikwenta. Nikitin ze swym przybocznym zabrali ją do biura agencji. konferowali popijając herbatę. jakie inne kobiety były w życiu Psara? 435 . osoba o pani talentach. rezydent wywiadu.

które przydadzą się w chwili. że płaszcz z wielbłądziej wełny wciąż znajduje się w szatni. czyniła wszyst- ko. Co prawda tej nocy. Wiazew rzucił do akcji wszystkich swoich ludzi. Nie miał przyjaciół. powtarzała bez końca histerycznym tonem: — On nie miał przyjaciół. iż delikwent znalazł się w Paryżu. gdzie po- dejmowano odpowiednie dyspozycje. Wydaje się. Tyle tylko. Omega wciąż znaj- duje się w pobliżu Opery. znowu czuła się lojalna wobec Aleksandra — od chwili. chociaż co chwilę pojono ją koniakiem. ale i oni są opłacani. że żadna agencja wynajmu samochodów nie miała z nim do czynienia.. tam poja- wiają się hydraulicy. Wrogiem klasowym niech się zajmą ci dwaj Rosja- nie. Wszyscy ci okazyjni współpracownicy. rzecz jasna. Owszem. Volvo zostaje odnalezione i przeszukane. ale nie daje to żad- nych nowych informacji. którzy spędzają w ten sposób bezsenną noc. Jedni pracują dla pie- niędzy. najzupełniej zresztą dyskretny. Tu ktoś zakłada dzwonek. podpisują pokwitowania. niech go znajdą.. tam gdzie Psar pozostawił ją przed trzema dniami. Małgorzata. konspira- cyjny. wielu z nich nie można sprawdzić. by odkryto miejsce pobytu Psara. Nikitin komunikował je sztabowi. W miarę jak Małgorzata podawała adresy. nie zawierają żad- nej nowej rezerwacji na nazwisko Psara. inni dla idei. Nie miał żad- nych przyjaciół. W pewien sposób. są Francuzami. pod którymi mógł się schronić Psar. A później dodała. że jego obecność dowodzi. płacząca ze zmęczenia. jeszcze gdzie indziej postawiona zostaje czujka. Ona pozwala sobie na luksus pamiętania 436 . gdy ich idealizm osłabnie. ale nie jawił się jej już jako przeciwnik. kiedy brała udział w nagonce na niego. Komputery linii lotniczych. z 25 na 26 grudnia. Podobnie rezerwacje kolejowe. patetycznie: — Miał tylko mnie. Telefon do restauracji „Pont-Royal” pozwala ustalić. skonsultowane przez płatnych informatorów.

zaczyna się w Moskwie niecierpliwić. znik- nął. Mał- gorzatę odwieziono do domu i dano jej do towarzystwa pielę- gniarkę. Tym niemniej Możuchin z zapałem i metodycznie poszukuje zabójcy Piotra. nawet gdyby zaczęła majaczyć w gorączce. Oczy były oczami człowieka chorego. Zostanie przy chorej tak długo. Psują nam robotę tymi swoimi metodami zdobywania świata bez użycia dobrych znajomych. czego chciał. członek areopagu zarządzającego dyrekcją «A». który zawsze wiedział. gdy poderwał ją na równe nogi dzwonek do drzwi. Widziała go raz tyl- ko. Generał Pitman. Nad ranem Nikitin postanowił zamknąć przesłuchanie. w czerwcu. Nie rozpoznała w pierwszej chwili swego gościa. chwilowo w ukryciu. Za- sadzki.wielkodusznego przełożonego. na której można było polegać. jak to będzie potrzebne. Żaden z posterunków obserwacyjnych nie zameldował sukcesu. tak by mogła odzyskać dobre sa- mopoczucie i by nie popełniła żadnej niedyskrecji. mruczy: — Dobrze im tak. Musiała wspiąć się na palce. Podobnie szyja. przypominała sobie też Aleksandra- kochanka. wtedy tak wypielęgnowana. Właśnie miała położyć się do łóżka. w Paryżu. chłopca. zorganizowane w mieszkaniu i w biurze Aleksandra. gładka. Pułkownik Możuchin. który miał przed sobą przyszłość i po- pełnił jeden tylko błąd: zaciągnął się do tych spryciarzy. Żaden podsłuch telefoniczny nie przyniósł pożądanych efektów. Aleksander Dmitrycz Psar. nie ujęły żadnej zdobyczy. czapkom-niewidkom. żeby spojrzeć przez judasza. Oczywiście. Otworzyła jednak drzwi: 437 . Poszukiwania trwają przez cały następny dzień i noc. wywiadu i kontrwywiadu. a jego twarz. Policzki nosiły ślady żyletki. pułkownik dokooptowany Komi- tetu Bezpieczeństwa Państwowego. była teraz nieomal twarzą szaleńca.

w której odczytywała zaledwie trochę okiełzna- ną brutalność. Jest pani tym.. ani przekupić. niech pani powie tylko jedno słowo. czy jest pani sama w domu. Rozpoznał wśród nich kilka tomów Białej Księgi. Przygryzł wargi i zmrużył jeszcze bardziej powieki. To bardzo rzadkie. ja mam gorączkę. że zawracam pani głowę. — Tak.. co go sprowadza. Jego powieki były boleśnie skurczone. co jest zupełnie proste. Józefina Petit cofnęła się o krok. Miał na sobie podarty an- gielski prochowiec. reprodukcjom Braque'a na ścianie. sta- rannie uporządkowanym książkom. zaraz się wyniosę. Przerwał. — zaczął... I to o tak późnej porze.. 438 . Uśmiechnął się i w uśmiechu tym krył się urok. kim pani jest. Nawet nie wiem. Nic groźnego. Aleksander stanął na środku jedynego pokoju i przyglądał się meblom z białego drewna. żeby się zastano- wić.. żeby przepuścić tego zarozu- mialca. — Pan Psar? — Panna. — Najtrudniej wypowiedzieć coś. Z uwagą przyglądała się pięknej końskiej twarzy. Jakiś czas temu nie udało mi się pani ani zastraszyć. I wypocząć. Dłonie trzymały wielką czarną teczkę. potrafiłaby jednak w ra- zie czego obronić się przed nim. Nie wiedziała. Pro- szę. tak jakby wskutek gorączki coraz gorzej widział: — Bardzo mi przykro. Stąd mój szacu- nek dla pani. a podbródek drżał. o jaki nie podejrzewałoby się tej twardej twarzy. wersalce. który nie mógł ustać na nogach. przeziębi- łem się. prawda? Pani interesuje się terroryzmem. moje zaufanie. — Panna Petit. Ale potrzebuję kilku godzin spokoju. ten słownik dobrze wychowanego człowieka w ustach źle ogolonego mężczyzny. którą Józefina właśnie przygotowała do snu. Jakże to było komiczne.. Ja.. — Przyszedłem.

To prawda. kto cofnąłby się przed czysto praktyczną aktywnością. Aleksander Psar. interesowała się terroryzmem: bardziej teo- retycznymi aspektami tej choroby społeczeństw niż jej konkret- nymi przejawami. — Ach. Żyła sama. Przed trzema tygodniami zerwała ze swym przyjacielem. Była zdecydowanie prze- ciwna wszelkim nadużyciom i pogwałceniom wolności indywi- dualnych. z zainteresowaniem — nie może pan wrócić do siebie? Przyglądał jej się intensywnie. przed nikim nie musiała zdawać sprawy ze swego życia. Rozłożyła ramiona. — Dlaczego — spytała poważnie. I była bardzo ciekawa. Później zaczęła się zastanawiać nad rodzajem terroryzmu. grubą skórę. tak jakby zapomniał. prosił o azyl u niziutkiej. Gdyby więc ten człowiek miał do czynienia z akcjami tego rodzaju. gdyby zaszła taka potrzeba. w czym wyrażała się nie odmowa. dlaczego? Dlatego. Miała gęste. dziwne rzeczy noszące barbarzyńskie nazwy — t-shirt. jakby szukając innego. Ale nie była też kimś. lecz namysł. stanęłaby przed trudnym dylematem: czy mogła 439 . ależ ta dziewczy- na była młoda! Miała na sobie białą koszulkę i niebieskie spodnie. Skłoniła głowę. dwu- dziestosiedmioletniej dziewczyny w spodniach.. muszę się ukrywać. Oto on. że dzieje się z nim coś niezwykłego. Patrzył na jej małą kwadratową twarz. powtórzył: — Ukrywać.. że. Pojęła. w jaki uwikłany był Aleksander Psar. Wykonał gest dłonią. ponie- waż ten próbował narzucić jej swe przekonania polityczne i swą pasję do gry w automatach pieniężnych. tak. mniej harcer- skiego określenia. oczy czarne i bystre. widzi pani. ostre rzę- sy. Nie znalazłszy nic lepszego. jeans. Miała dla niego odrobinę współczucia. dlaczego nie może być we własnym mieszkaniu. Mój Boże.

i to bez żadnych zastrzeżeń w rodzaju „mam tylko jeden pokój”. Trzeba było zdecydować się natychmiast. Żeby umeblować jej małą garsonierę. że nie stawia się gościom pytań. to różowe. Chory potrzebuje ciepła. Ale chwileczkę. Moje pidżamy będą dla pana za małe. ale. założyła łańcuch. schowaną w wysoko umieszczonej szafce. czy należało wydać policji uciekiniera? Pochodziła jednak z dobrej rodziny. kto jej potrzebował. 440 . póki się ich nie podej- mie. nie mogła odmówić pomocy komuś. Ale lepsze to niż nic. — No dobrze.ukrywać u siebie kryminalnego przestępcę. że nie dane jej było żyć pod okupacją niemiecką czy też odgry- wać aktywnej roli w wojnie algierskiej. trzeba było rozwiązać kilka równań z wieloma niewiadomymi. Aleksander oderwał dłoń od uchwytu czarnej teczki i sięgnął po różową pidżamę. — Powinien pan wziąć gorący prysznic i napić się grogu — powiedziała patrząc na Psara. — Oczywiście — skonstatowała z kwaśną miną — różowa. który starał się powstrzymać drże- nie całego ciała. żałowała. Zamknęła za Aleksandrem drzwi. Czyżby miała nie skorzystać z tej okazji? Poza tym ten człowiek był chory. — Jak różowe. Ludwik uwielbiał różowe rzeczy. wie- działa.. albo „nie będzie się pan u mnie dobrze czuł”. skromnego lecz realnego. — Zajmę się grogiem dla pana. — Dam panu ręcznik kąpielowy — wspięła się do innej szafki. Gdy miała kilkanaście lat. który w płaszczu wciąż jeszcze stał na środku po- koju. — Tutaj jest łazienka. niech pan idzie do łazienki — powiedziała Aleksandrowi. przekręciła termostat. Ludwik zostawił u mnie swoją. rzecz jasna. niech pan trzyma. Józefina stanęła na ta- borecie i znalazła pidżamę.. Teraz niespodziewanie los ofiarował jej okazję działania. Gdy przechodziła obok kaloryfera. zasłoniła judasza. Chciałam mu ją odesłać. Józefina Petit nie była osobą czułostkową.

że tego wieczoru Psar. że nauczycielka matematyki za- mieszana była w sprawę z terroryzmem. Z łazienki dobiegał od- głos wody lejącej się z prysznica (jakby śpiewała zachrypnięta syrena). trzymając nadal czarną teczkę. Dała mu grog. Trząsł się. Miała trzy zmiany. Nie bez trudu ściągnął z siebie płaszcz. Sytuacja zaczęła ją bawić. Obok jest pasta. trzymając filiżankę. a sama przygotuje sobie po- słanie z koców i poduszek. Przygotowywała grog... zatrzy- mując szczękanie zębów. że ją przewróci. Zaciskał wargi. jeśli w nocy Psar bar- dzo by się pocił. i zostawiła je na razie w rogu pokoju. żeby nie bał się. jako że łazienka była oświetlona. Osunął się na poduszkę. 441 . ale pomyślała. Czuła. Bę- dzie więc mogła dać jutro czystą bieliznę. a drzwi do niej prowadzące szklane. Mam nadzieję. Lecz w pokoju wciąż było widno.” Nie.. że nie ma prawa wymieniać tego nazwiska. Pidżama sięgała mu do połowy ramion i połowy łydek. Zgasiła światło. jej telefon byłby tylko znakiem. Gdyby jednak nie wymieniła nazwiska. Zostawi swoje łóżko choremu. Ale Józefina nie bała się. Po namyśle zmieniła pościel w łóżku. Trzeba więc było zacząć od położenia go do łóżka. wysunie je dalej już po zgaszeniu lampy.. Chciała już to zrobić i dopiero potem przyrządzić grog. że lubi pan miętę. na drugiej półce. które będą jej potrzebne do snu. Zgromadziła rzeczy. leży nowa szczotka do zę- bów. Było coś niestosownego w tym. Posłała go do łóżka. Rzuciła okiem na telefon. Podała mu też dużą dawkę aspiryny i nakazała: — A teraz proszę spać. że zabrał do łazienki teczkę. że się boi. Józefina zwróciła uwagę. że Aleksander może się krę- pować tym. Czy zadzwonić do przyjaciółki? Po- wiedzieć: „Gdyby mi się coś stało.” Aleksander wyszedł z łazienki. pamiętaj. Gdy tylko zapadła cisza. iż skazuje ją na spanie na podłodze. „Gdyby mnie zobaczyli moi uczniowie. Józefina krzyknęła: — W apteczce.

niemożliwe.. sięgające po coś: po czarną teczkę. pisała. zostawiła in- strukcję dla Aleksandra („W lodówce są jajka i pomidor”). I przy okazji myślała z pewnym smutkiem o Ludwiku. Przyjaciółka była w porządku. Aleksander był jak martwy. Fakt. Co pan jeszcze wyrabia? Z łóżka wysunęło się ramię. Przez cały dzień zajmowała się prawem wielkich liczb. gdzie pani będzie spała? — spytał Aleksander. wy- szła na palcach. wróciła. że miała u siebie gościa. 442 . Nareszcie dowiem się. „Ładna historia — pomyślała Józefina. Pot zlepił kosmyki jego włosów. ale miała za złe Józefinie. tyle że oddychał. „Chciałabym ją widzieć. Dłoń otworzyła teczkę. Miała teraz ferie i korzystając z tego pracowała nad swoim doktoratem razem z przyjaciółką. że się nie wpisuje do związku zawodowego. Józefina zrobiła sobie kawę. czytała. jeśli dojdzie do strzelaniny. przechowującą zabójcę we własnym łóżku”! W drodze powrotnej autorka Psychoanalizy terroru zrobiła niewielkie lecz wybredne zakupy — mrożona kaczka i krab w puszce — i powtarzała sobie bez przerwy. które leżały na czole jak muszelki. politycznie wyzwolona (to znaczy wyzwolona z marksizmu). — Być może udzie- liłam schronienia mordercy. Zawsze chciałam się o tym przekonać”. wysuwając do przodu podbródek: „Na pewno już pognał gdzieś dalej”. Józefina zrobiła zakupy. ktoś żąda od niej cerowania skarpetek tylko dlatego. Ale nie. czy jestem odważna czy nie. — Proszę się tym nie przejmować. — A pani. wyjęła coś z niej i włożyła pod po- duszkę. krzątała się. Nazajutrz gość nie ruszył się z domu. Następnego dnia wciąż jeszcze spał z otwarty- mi ustami. Zja- dła tylko dwa jogurty. zebrała notatki. nie mógł w niczym zakłócić harmonogramu jej prac. Tego dnia irytacja przyjaciółki wydała jej się szczególnie infantylna. że jego ana- tomia różni się nieco od jej własnej!..

Ze świeżym zarostem na twarzy zaczynał upodabniać się do postaci z ikony: miał ciemnobrązowe. Pozwoliłem sobie tylko zrobić użytek z pani telefonu. Z ulgą powitała Aleksandra. Powinna pani znaleźć z nim wspólny język. Z zdumieniem przyglądała się temu człowiekowi. o wiele chudszy niż w czerwcu. ciemniejsze niż wło- sy. Na szczęście nie zamęczał jej podziękowaniami za to. ku- chenka też była odczyszczona. Wygodniej siedzi się na dywanie”. A może nawet zdjął ją. — Byłam z nim wszędzie. — A Perquigny? Niech pani spróbuje. ponieważ leży to w jej natu- rze. Zawinął się w koc. — Co się dzieje — zapytał — z pani maszynopisem? Józefina westchnęła. a jego myśli zazębiały się logicznie. Dowodem szczególnych względów dla niego była żubrówka. że nie wychodził pan z domu? — Nie. Józefina lubiła siedzieć na podłodze. który zaj- mował jednocześnie tak wiele i tak niewiele miejsca. Zrobił jednak dobrą minę do złej gry. — Smakuje? Nie jest pan już głodny? Był blady. a na białym biureczku pojawił się bukiet herbacianych róż. która żywi mężczyznę. Łazienka błyszczała. Perquigny ufa mi w dalszym ciągu. Józefina patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami: najbardziej podstawowe było uczu- ciem kobiety. lekko zamglone oczy. Ma głowę na karku i dobrze mu się powodzi. Nikt go nie chce. którą podała dość letnią i bez zakąsek. Zapisała sobie numer telefonu wydawcy. że zaczęli poruszać coraz bardziej ogólne 443 . Aleksander nie był kimś stworzonym do siedzenia na podłodze. — Mam nadzieję. zakrywając w ten sposób ró- żową pidżamę. którego stan najwidoczniej po- prawił się. Na jego policzkach pojawiła się siwo-blond szczecina. — Czy mogę się na pana powołać? Rozśmieszyło go to pytanie: — Tak. „Zresztą stół jest taki nieduży. że udzieliła mu gościny. Żubrówka sprawiła. ale już nie drżał. Kolacja była udana. Pościelił łóżko.

Ona natomiast. wyjaśnił jej różnicę między zwyczajną i po- dwójną akcją. rewolwer znała tylko z okna wystawowego. żeby to ona spała w łóżku. zadając następne pytanie doty- czące funkcjonowania maszynki zbudowanej z błękitnej stali i jasnego drzewa. mówiła so- bie: „To by kłuło”.tematy. że z tego rewolweru zabito już kogoś? — To możliwe — odrzekł chłodno Aleksander. poprosiła. 444 . więc do niej należał. na której był niedawno: — Czy pani wierzy? — Proszę mówić do mnie Józia. Po raz któryś z kolei zwrócił uwagę na jej szorstką. że z trudem tylko potrafiła pociągnąć za język spustu. blisko siebie. Następnego poranka obudziła się ze świadomością ciążących na niej obowiązków. Ona tymczasem. jak wszystkich tych. a strzelała tylko na jarmarcznej strzelnicy. A pan? — Tak. Broń najwidoczniej fascynowała ją. Przyglądała się temu wielkiemu przedmiotowi. Wyjął więc rewolwer i wyjaśnił zasadę jego dzia- łania. Pamiętała o tym lepiej niż pierwszego wie- czoru. Józefina. żeby poka- zał jej broń. prawie przytuleni do sie- bie. patrząc na jego młodą brodę. prawie niezauwa- żalnie. nieładną skórę. Wtedy i ona odsunęła się. któ- rzy nie mieli nigdy do czynienia z rewolwerem czy karabinem. którą należałoby a priori odrzu- cić. Siedzieli na podłodze. Józefina miała tak krótkie palce. Żywiła go. czy to zaniedbując się trochę. Aleksander opowiedział jej o mszy świętej. On pierwszy odsunął się. Z tego powodu właśnie zaczynam mieć trochę kło- potów. Mimo że ekspert w sprawach terroryzmu. nabrawszy śmiałości. — Myśli pan. nie zmieniła pościeli. czy z jakiegoś innego powodu. Usunął naboje. Powiedzmy tak: istnienie Boga nie jest dla mnie hipotezą. Tej nocy nakłonił ją.

Ale ojcowska ręka opadła. tak jak niegdyś rycerze nakładali zbroję. Gdy tylko Józefina wyszła. Od czasu do czasu podchodził do okna. — Steki mogą być? — Oczywiście. Wobec fałszywych mistrzów. płyną po- nad nieskończonymi równinami. który jednak można było wysuwać do pokoju. Ty. — Dzisiaj nie otworzy pan nikomu drzwi. którym służył do tej pory. że to niemożliwe. oczywiście. tak że jedna osoba siedziała w kuchni. Związał się z nimi umo- wą i to oni złamali umowę. „Ja już nie wrócę. Alek. nim zdołała dosięgnąć policzka syna. Zjedli razem śniadanie. — Zaniepokoił mnie pan tymi kwiatami — powiedziała. które wprawia się w ruch roz- kołysując ich serca i których dźwięki. jak gospodyni macza posma- rowaną masłem kromkę chleba w kawie. a druga w po- koju. siedząc przy stoliku. obowiązek «powrotu». Nie „wróci”. Nigdy nie usłyszy rosyjskich dzwonów . I nie będę jej niewierny. Nie zobaczy ponownie tych gęstych brzeźniaków. nie. wmawiając 445 . wrócisz zamiast mnie”. nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia. — Dzisiaj — powiedziała Józefina — wrócę trochę wcześniej (wciąż pracowała nad prawem wielkich liczb). „Przekazałeś mi. Aleksander patrzył ze zgrozą. Podjął już decyzję. ojcze. głuche i czyste. i jed- nocześnie zapinał złotą spinkę w mankiecie nieświeżej już ko- szuli. mówiąc z roztargnieniem: — Nie. Przepraszam cię”. zazwyczaj mieszczącym się w kuchence. Aleksander ubrał się. dobrze? Podziękował jej. Ale była jeszcze Rosja: „Nie przestanę jej kochać. który lekko się kołysał. Przyglądał się wiszącemu mostowi. Ale widzisz. których nie widział nigdy na oczy. bez pośpie- chu. Co pan zamawia na kolację? — Co pani chce. wychodzącego na park Buttes-Chaumont.

nie będę nawet pochowany w Sainte-Geneviève. książka telefoniczna wydała mu się bardzo ciężka: — Halo. Bardzo mi przykro. Musiał przeko- nać samego siebie do wyboru. dorzucił tę banalną myśl: „Nie jestem ani pierwszym. tam gdzie prochy Rosjan zniszczyły ziemię. na który można za- dzwonić do pana? Zirytował go ten dziecinny podstęp. człowiek znajdu- je pocieszenie w myśli o całej ludzkości. ale na 446 . Czy może mi pan podać numer. Mam do przekazania informacje dotyczące sowieckiej siatki we Francji. lecz był osłabiony. tak? — Chcę mówić z kimś kompetentnym. że zabił. chciałbym mówić z kimś kompetentnym. ale nie miał sił. ani ostatnim emigrantem”. by go zabrano. ale nie mogę pana połączyć. Inny głos: — Halo. Ponieważ zaś. marzył tylko o tym. połączono by go natychmiast dalej. Nie miał już gorączki. który w gruncie rzeczy był już faktem. Domyślał się. że gdyby był nieustępliwy. jak zwykle w trudnej sytuacji. Mam do przekazania informacje o sowieckiej siatce we Francji. nie wywarł na nim wielkiego wrażenia. proszę pana. Jeszcze inny głos: — Halo. „Zawsze mogłem wybierać tylko między dwiema zdradami”. Chcę przekazać infor- macje o sowieckiej siatce w Paryżu. Spojrzał na swoje dłonie: „Gdy umrę. W pierwszej chwili fakt. nakarmi Francję”. tak? — Chciałbym rozmawiać z kimś kompetentnym. wykar- mione przez Francję. To wciąż ten sam język i ten sam czar- ny chleb”.w siebie. Moje ciało. Gdyby mógł walczyć w pojedynkę — zawsze myślał w tych ka- tegoriach — zostałby sam. że się zmieniła. — Tak. — Proszę czekać. ale nie miał wyjścia.

447 . Jego żona beształa go nieustannie: — A Paulus. kto zajmuje sta- nowisko inspektora. W przeciwnym razie nie otworzę drzwi. Pan jest w Paryżu. nie? Dzieci inspektora Vaudrette ukrywały przed swymi rówieśni- kami. które uderzyły go w Kwartecie aleksandryjskim Lawrence'a Durrella: — „Widzieć to egzorcyzmować”. Niech pan do nas zaglądnie. W najrozmaitszych formula- rzach. W podróży służbowej do Sète. — Mogę być śledzony. żebyście wy się pofatygowali do mnie. Czy pan jest osobą kompetent- ną? — Moglibyśmy się spotkać. co nie jest mało jak na kogoś. Śmierć jest zaraźliwa. siedząc w wagonie drugiej klasy. Mam do przekazania ważne informacje o sowiec- kiej siatce pracującej we Francji. Podał nazwisko i adres. Inny głos. W chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. Inspektor Vaudrette z poddyrekcji «A4» liczył sobie czter- dzieści osiem lat. po to najprawdo- podobniej. w rubryce „zawód ojca” pisały: funkcjonariusz. Sabina wrzucała do swej szkolnej torby pudełeczko pigułek antykoncepcyjnych. — Ustalmy hasło. że coś w nim gnije. by imponować swym koleżankom. ja. dlaczego ten może być już komisarzem? Prze- cież byliście razem w szkole policyjnej. Wolałbym.dłuższą metę zachodził w nim niedobry proces. Fabrycy miał więcej płyt niż byłby w stanie ku- pić lub otrzymać w prezencie. Jestem agent d'influence. Wydawało mu się. które musiały wypełniać. Aleksander przypomniał sobie słowa. — Niech pan zaproponuje. Podał numer tele- fonu Józefiny i odłożył słuchawkę. jak- by namaszczony: — Czy to pan dzwonił do ministerstwa? — Tak. Inspektor Vaudrette nie był zadowolony z życia. że ich ojciec jest policjantem.

Od tego momentu zaczął sobie mówić. by pokazać świa- tu. Odbyło się to całkiem gładko. lecz weszła w skład rządu. kto służyłby mu radą i pomógłby mu znaleźć sposób na to. Doszliśmy do wniosku. Gdyby w dworcowym kiosku kupił inną książkę. nie miały żadnego znaczenia. Madonnę sleepingu albo Życie Van Gogha. Był to Wierny przyjaciel Emanuela Bluna. by zdobyć rozgłos. którą opowiedział. nie wymagało żadnych przygo- towań. że w systemie demokratycznym te dwa słowa. w porównaniu z którym DST będzie się wydawał czymś anachronicznym. która zrobiła na nim wielkie wrażenie. wywiad. na co go było stać. Vaudrette był marzycielem. oparty o biurko w stylu Regencji: „Vaudrette. Spróbujcie coś z tego zrozumieć. w wydaniu kieszonkowym. pozostałby uczciwym człowiekiem. Blun pisząc swą książkę myślał zapewne wyłącznie o tym. W każdym razie wydawało się. Kto jednak odegrałby rolę wiernego przyjaciela? Książka Bluna nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. że i on chciałby mieć wiernego przyjaciela tego samego pokroju. Tylko komunista miał dość silne przekonania. gdzie ktoś bardzo wysoko postawiony. lecz elitarną i supernowoczesną. że właśnie pan nadaje się doskonale na szefa nowej formacji”. za podszeptem wiernego przyjaciela. gdyby został wezwany na ulicę Matignon. kogoś. bardzo niewielką. Wynikało- by z tego. która przegrała wprawdzie wybory. Rozmyślał. Oto weszli oni do rządu wbrew woli społeczeństwa i dzięki woli społeczeństwa. a jednak historia. Na pewnym dyplomatycznym cocktailu. by znaleźć wier- nego przyjaciela w partii. dość energii i konsekwencji w dzia- łaniu i myśleniu. tak by się do niego zwrócił.przeczytał książkę. że nadszedł stosowny moment. „wola społeczeństwa”. który miał 448 . Vaudrette zajmował się właśnie nadzorowaniem komuni- stów. zamierzamy utwo- rzyć nową służbę wywiadowczą. zmieniła bieg życia Vaudrette'a. co by było. lub nawet do Pałacu Elizejskiego.

w saunie. Zobacz więc. mów do mnie Woło- dia. która nie była podlewana alkoholem. przegrywał partię. wielkoduszny Rosjanin poprosił go o listę adresów i byłoby grubiaństwem z jego strony. Fran- cja. gdy tylko zakładał się. Widzisz.. Żona Vaudrette'a nie widziała nic niestosownego w tej przyjaźni. Claude. gdyby mu odmówił. Młody Rosjanin wydawał jej się prawdziwym rosyjskim księciem. że w obecnym momencie historycznym Związek Radziecki jako taki bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości. Umówili się na partię kręgli. po wyśmienitej kolacji. do której też wybrali się razem. mam wrażenie. Ro- syjski książę wygłosił tam następujące przemówienie: — Wie pan. Było to trudne dla niego. Związek Radziecki. tobie i mnie. postanowił zajrzeć na moment do baru i napić się piwa. Kiedy in- dziej. mó- wię do ciebie jak idealista do idealisty i mam dla ciebie pewną propozycję. Wiesz. to kosztuje grosze”). Któregoś wieczoru. że dobrze się rozumiemy. bez rangi”..dyskretnie obserwować (może nie był dość dyskretny). (Niektóre zresztą znajdowały się w książce telefonicznej — więc nie było żadnej sprawy!) Jesz- cze kiedyś dyplomata dostał od swoich przełożonych zadanie spisania biografii kilku osobistości francuskiego życia politycz- nego. mali. syn Leona”). mimo że Rosjanin grał doskonale. poznał młodego. to są tylko byty pośrednie. tak naprawdę zależy nam. Pracujemy dla tej samej sprawy: dla szczęścia ludzkości. Vaudrette wyszedł z domu.. Claude. a do tego przy- nosiła korzyści. by podprowadzić kawałek swego gościa. Rosjanin odwiedził go w domu. Grali też w szachy i. na całej ludzkości. ale o ileż łatwiejsze dla Vaudrett- e'a. wesołego Rosjanina. zjadł pieczeń wie- przową z kiszoną kapustą.. Tyle tylko. dyplomatów. Kławdi Lwowicz (co miało znaczyć „Claude. Nim się rozsta- li. nieznani. Zresztą przejdźmy na ty. który podawał mu kieliszki cy- tując Rostanda: „My. Odwdzięczył się ofiarowując mu ma- gnetowid („U nas. którą mi 449 . że wygra i stawiał pięćset franków. to tak samo jak w tej książce.

z jej wiekiem i charakterem. piękne miasto. W razie czego zawodowcy natychmiast uruchomią przerzut. ten. „Claude.pożyczyłeś. ty jesteś młody duchem.. prawda? Ty co innego.. przestał no- sić czerwone krawaty. choć chętnie słu- chał inspektora. Żadne tam okazyjne robótki — regularne. Moskwa to wielkie miasto. że już natrafił na coś wielkiego. jak sobie zażyczysz. gdy tylko pojawia się jakieś zagrożenie. Oczywiście. co mi zaproponowano”) i mniej go bolały wybryki dzieci („Nie mogę być nawet pewny. Odebrawszy telefon od Aleksandra Psara — nazwisko nie by- ło mu obce. ale gdy relacjonował swe odkrycie Wołodii. czy rzeczywiście jestem ich ojcem”). jeszcze mały wysiłek. W dwie go- dziny później jesteś już w Moskwie. Znalazł wiernego przyjaciela. rozumiesz co mam na myśli. Teresa widziała tego typa w telewizji i także uznała za wcielenie rosyjskiego księcia — inspektor Vaudrette usiadł 450 . I nic dla urzędu skarbowego. Ale dla ko- biety takiej jak Teresa. Claude! Od tej chwili inspektor Vaudrette patrzył nieco z góry na swoją małżonkę („Gdyby ona wiedziała. mie- sięczne prace. przystoso- wanie się do życia sowieckiego może nie być łatwe. Żył jak w marzeniu. rozumiesz. i podpiszesz listę płac!” Wołodia lubił posługiwać się zwrotami z codziennego ję- zyka francuskiego. Tyle tylko. że to jeszcze nie to. Gdybyś kiedykolwiek miał coś ważnego. — Czy w razie czego — spytał Claude syn Leona — przerzu- cilibyście też moją żonę? Wołodia uśmiechnął się spoglądając w sufit: — Będzie tak. potrząsał głową i dawał do zrozumienia. trzeba zacząć od czegoś bardzo znacznego. Wielokrotnie pewien był. żeby zawrzeć tego rodzaju umowę. Mógłbyś otworzyć kręgielnię. gdzie dwaj przyjaciele stają ramię przy ramieniu. rzecz jasna. mógłbym ci oddać przysługę. dla ostrożności. że. ale naprawdę bardzo ważnego.

— Uszanowanie panu kapitanowi — powiedział grzecznie in- spektor. Vaudrette. Duverriera. zastępcy wicekomisarza. — Dzień dooooooooobry — odrzekł z szacunkiem „kapitan”. kłaniając się do samej ziemi. Założyłby się o jednego franka (kieszeń prawa zakładała się z lewą). patrzył na niego. zwany powszechnie Raminagrobisem. pochylony do przodu. właściwą mu subtelnością. narośli i śladów po ospie. Po dziesięciu minutach zredagował notatkę. przełożonego «A4». w której zawarł otrzymane informacje. Od- sunął notatkę na brzeg stołu. wysunął język i powiedział: — Dziękuję. że jego telefon. Vaudrette nie wątpił w to.wygodnie w swoim fotelu i zaczął masować czoło: „Rozegram to — powiedział do siebie — jak partię szachów”. spojrzał na Vaudrette'a po- nad soczewkami okularów. Zamiast skierować się z powrotem do swego pokoju. odrzucił w tył głowę i przesunął okulary na sam koniuszek swego pokaźnego. Zastępca wicekomisarza Duverrier. Vaudrette przeszedł z pięćdziesiąt metrów i wszedł do ka- wiarni. Przekażę dalej”. biały wąs. brzydki i sympatyczny. lecz musiał rozegrać całą tę sprawę z niezwykłą. subtelnością. miał wielką gębę pełną brodawek. miał talię osy i piękny. wysunie koniec języka i powie: „Dziękuję. w postawie pełnej uszanowania. która położona była dokładnie 451 . że Duverrier. nadzorujący wejście do bu- dynku. Vaudrette wyszedł z gabinetu i przemieścił jednofrankową monetę z prawej kieszeni do lewej. której jego przełożeni nie potrafili do tej pory dostrzec. że nazy- wano go „kapitanem kawalerii”. znajdują się na podsłuchu. ozdobionego pryszczami nosa. i wyszedł na korytarz zmierzając do gabi- netu swego szefa. Nigdy nie korzystał z tej. co sprawiało. Raminagrobis przeczytał notatkę. Przekażę dalej. Vau- drette wsiadł do windy. Trzymał w ręku życiową szansę. Strażnik. jak wszystkie aparaty w tym budynku.

— Vaudrette? — Ten sam. Raminagrobis omawia teraz z pew- nością sytuację z dyrektorem. Wykręcił numer. której natych- miast mu udzielono: — Panie dyrektorze. zanim Vaudrette dostanie polecenie udania się na miejsce. potem dwadzieścia i trzydzieści. I gdy się tam uda.naprzeciw numeru 13.. który zamierza zdezerte- rować.. Wołodia? Tym razem mam coś wielkiego. nikogo już nie znajdzie. Nic dziwnego.. Minęło dziesięć minut. który znał na pamięć: — Halo. oto co mi przyniósł Vaudrette. Wyjaśnił. że telefon znajdujący się w najbliższej ka- wiarni był na podsłuchu. Inspektor nie wytrzymał i po- szedł dowiedzieć się. że nie jest pod wrażeniem. gdyż szanował starego. Agent d'influence. który nagle zmienił się w patriotę — uciekają nam najlepsze okazje. ale tym razem nie będzie mógł kręcić głową. Upłynie z dziesięć minut. „I właśnie w ten sposób — powiedział sobie Vaudrette. Raminagrobis był wciąż za- mknięty w gabinecie z dyrektorem. co się dzieje. Claude.. bo ja. Zastępca wicekomisarza poprosił o audiencję. Z sympatią.. Wołodia nie był do końca przekona- ny: — Nie wiem. Pra- wa kieszeń straciła dwa franki. Vaudrette wrócił do swego gabinetu. Wołodia mógł sobie udawać. Ale trze- ba się pośpieszyć. Vaudrette był chytrusem i podejrzewał swych przełożonych.. Miał poważną minę. który wyszedł spo- śród pracowników resortu i stanął na czele dzięki sile swych 452 . Zobaczę. Raminagrobis patrzył na dyrektora chłodno i z sympatią za- razem. że zawsze przegrywamy z innymi”. o co chodziło. Chłopcy zabiorą już Psara. co na to moi szefowie. panie dyrektorze. Inspektor wyjął z szuflady swój pistolet i dmuchnął w lufę.

nie popełniając niepotrzebnych świństw. przeciwnie. przy- gniatając swym ciężarem krzesło petenta. udało mu się kilka świetnych połowów w środowisku dywersyjnym. grał w bilard i nie będzie się bardziej niepokoił ludzkimi szaleństwami niż zda- rzało mu się to do tej pory. uchodził wśród kolegów. za kogoś. niknął w czelu- ściach fotela — z pełnym szacunkiem pobłażaniem i zrozumie- niem bez granic. Jego żona miała dla niego dużo czułości i wdzięczność. Drapać się jeszcze wyżej? To nie wchodziło w rachubę. pójdzie na rentę. za papieża kontringerencji. bo wszystko wydaje mi się komiczne. zwłaszcza gdy u władzy jest lewica. lecz wciąż żartował. na życie.mięśni i swemu urokowi. kto osiągnął odpowiednią rangę i ta ranga zupełnie mu wystarczała. Udany montaż miał dla niego smak zupy z bazylii: „Jakie to smaczne! Ależ można się przy tym ubawić!” I dodawał trzeźwo: „Nigdy nie zostanę zastępcą dyrek- tora. na swych prze- łożonych i podwładnych. a to w administra- cji jest balastem. to znaczy wiele razy dziennie: „Dzięki tobie. zastęp- ca dyrektora musi wywołać szacunek”. co wzruszało go za każdym razem. patrzył na szefa — który. Z renty będzie mógł żyć. a także i w pierwszym rzędzie na siebie samego pogodnie i ironicznie. Chłodno. Miał poczucie humoru. mały i suchy jak świerszcz. Tak musi być. które osiągnął do tej pory. 453 . tak! Duverrier z powodzeniem rozegrał większość swych spraw. przy tym wszystkim patrzył na swój zawód. a druga rozpoczynała wielką karierę gwiazdy. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą dorzucać do tych warto- ści jeszcze nazbyt błyskotliwie uwieńczoną karierę. drugi interesował się marynarką handlową. Jego córki dostarczały mu satysfakcji. a nawet w krajach sąsiednich. Ach. będzie moczył haczyk. mój grubasie. jako że on sam uważał się za człowieka szczę- śliwego. Był szczery. Jego dwaj synowie radzili sobie nieźle. nie nudziłam się przez całe życie nawet przez jedną sekundę”. Wystarczało mu to powodzenie. Jeden był w Wyższej Szkole Administracji. Duverrier. gdy tylko o tym myślał. jedna była na politechnice. Jeśli straci posadę.

że upoważniał go do tego wiek. I dziwi się. że nie został jeszcze komisarzem. by nie zostać wyśmianym w tym czy innym roku przestępnym”. Przeszedł wolno przed olbrzymią fotografią. ile w oczach. nic nie mógł i nie chciał na to poradzić: „Jestem zastępcą wicekomisarza. — Vaudrette nie obawiał się podsłuchu? — Vaudrette. i nie tylko dla- tego. które na pół przymykał. — I jeszcze jeden drobiazg. uniknął ka- wiarni najbliższej i drugiej w kolejności. To do niego podobne. niech inni mają. — Co pan sugeruje. pewne ryzyka. prawie się przeciągnął. żeby nie przegapić dwudziestej pią- tej. co wyrażało się nie tyle w jego grubych i obrzeżonych minimalnym wąsem ustach. przyniesiona mi przez Cavaillèsa. obawia się zawsze. To mały człowieczek. Jeśli kąciki jego płazich ust drgały. Wybrał się do trze- ciej kawiarni. który nie potrafi zoba- czyć przeszkody ukrytej w cieniu przeszkody. by zasłużyć na przydomek sprawiający mu przyjemność. szefem sekcji. Dyrektor umiał odczytywać całą stronicę jednym rzutem oka. tym razem bardzo uważnie. dyżur przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni w roku z obawy. przedstawiającą Paryż i rozpiętą na dwu ścianach gabinetu. potem podszedł do potrójnego okna. posługiwał się tonem jedno- cześnie pełnym respektu i protekcjonalnym. wątpliwe zaszczyty. Umiał wywalczyć dla siebie pewną niezależność sposobu bycia. Być może dzięki temu właśnie osiągnął stanowisko dyrektora. Notatka z pod słuchu. napięcie przez dwadzieścia sześć godzin dziennie i lęk. to wystarczy. Dyrektor raz jeszcze przeczytał notatkę. Raminagrobis siedział wciąż na zbyt małym dla niego krześle i leciutko się uśmiechał. lecz nig- dy wystarczająco. swoje medale. panie dyrektorze. Duverrier? Raminagrobis podniósł się. Zacho- wywał się swobodnie w obecności przełożonych. by rzucić nieco senne spojrzenie na realny Paryż: 454 . żeby zadzwonić do swoich kumpli. panie dyrektorze. panie dyrektorze.

tę partię belotki rozegrać można na róż- ne sposoby. panie dyrektorze. Ale w takim razie trzeba by zacząć działać. Wszystko to potwierdza — podsłuch. ale dobrze. (Raminagrobis także miał na sobie różową koszulę. Krótko mówiąc.) Od jakiegoś czasu zwracał na siebie uwagę. Te jego garniturki. zawsze myślę w najprostszych kate- goriach. U jego kumpli zauważyliśmy w ostatnich dniach spore poru- szenie. Zagarniamy Psara albo nie interesujemy się nim. Widzę ten problem jak tabelę z czterema przegródkami i dwoma wejściami. że nie domyślałem się tego. Jeśli chce pan. Komunikacja radiowa bardzo intensywna. Dla mnie moment przełomowy nastąpił wtedy. Duverrier? Pan jest starym lisem i byłbym zły na siebie. różowe koszule. że jest agent d'in- fluence. by móc tamtej stronie ofiarować to w posagu i przejść do nich. Wie pan także. Mówiłem już panu. nam wystarczy jeden telefon do najbliższego komisariatu i mamy Psara w siatce. przyj- mijmy. — Panie dyrektorze. rozmowy tele- foniczne na liniach specjalnych urywają się. Zgarniamy Vaudrette'a albo jeszcze mu pozwalamy pobie- gać. bo ryzykujemy. — Co by pan postanowił będąc na moim miejscu. Tamci muszą się przemieścić. Niektóre tylko. Wie pan. 455 . kim jest Vaudrette. mieliśmy go na oku. gdybym pana nie wyżyłował przed pańską emeryturą. że na miejscu znajdziemy tylko purée z Psara albo w ogóle pustkę. obserwacja. specjalnie zdeklasowane. Wyznaję. Twierdzi. Być może ma to ja- kiś związek z tą sprawą. żeby nie zaczął niczego podejrzewać. kim jest Psar. jak oceniam sytuację: Vaudrette czeka na coś większego. nic prostszego. — Ja. gdy przestał nosić czerwone krawaty. żebyśmy zagarnęli Psara. zbadaliśmy co trzeba i od tej pory nie ma wglądu do żadnych dokumentów supertajnych. że tak jest. puszczam w obieg. Co byłoby oddaniem punktu w belotce.

Wielka sprawa. infiltrowani. promo- cje. Duverrier. że jesteśmy penetro- wani. żeby mógł zgarnąć Psara. Czwarta przegródka. trochę dziwacznej. Dyrektor lubił eleganckie for- muły. specjalnie pojawiamy się na miejscu już po naszych przyjaciołach. a złapiemy tylko zająca? Raminagrobis uśmiechnął się. I co to znaczy? Że wszyscy będą wrzeszczeć.. a Vaudrette'a rzucamy na pożarcie. dyrektorzy do tego właśnie byli potrzebni.. Pierwsza przegródka: uderzamy. a następnie zwrócić się przeciwko Vaudrette'owi. Psar nigdy więcej na swobodzie. W najlepszym razie osiągniemy to. Czekałem na czwarty wa- riant. Widzi ich pan już. zrobionej z na rożników pozostałych. osaczeni. pańskich przyja- ciół z SDK. Psar też. Trzecia przegródka: próbujemy załatwić obie sprawy za jed- nym zamachem. i Amerykanów. Listy gratulacyjne. męczące i drogo kosztuje. ale mamy Psara w więcierzu. To słuszne i normalne. — Znam pana dobrze. Vaudrette na wolności. jeśli chce pan znać moją opinię. robi się wrzawa. Druga przegródka: zapominamy o wszystkim albo. — Psara oddajemy przyjaciołom. Vaudrette zamknięty. że Vaudrette zostanie skazany z jednego z artykułów numer 70. Trochę płaskie rozwiązanie. pilnować go od rana do nocy. to trzeba wielkiego pecha. wariant bardziej wyrafinowany. Wiem dobrze. by nie znaleźć jeszcze i piątej. ale to w każdym razie męczące. przetargi. że umknie nam nie- dźwiedź. Vaudrette zostaje na swo- bodzie. którzy już nie będą mieli monopolu na podstawionych 456 . — Według pana więc należy pozostawić przeciwnikowi czas. — Jeśli ma się cztery przegródki. że ten dureń nie wyrządza większych szkód. agent d'influence zeznaje. oskarżając go o przekazywanie informacji obce- mu mocarstwu? Czy nie będzie to znaczyło. i jeszcze bardziej Anglików i Niem- ców. Dwa wróble w garści.

ja także tak to widziałem. kilka metod. Pytanie tylko. mimo że ten człowiek zatruwa narodowe sumienie od dwu- dziestu pięciu lat. Ale czy nie moglibyśmy odesłać Vaudrette'a i jednak wykorzystać Psara? — Panie dyrektorze. I sąd przysięgłych uniewinni go. Jeżeli Vaudrette wykorzysta okazję i przeskoczy na drugą stronę. co z nim zrobimy . Po czym posłany zostanie przed sąd przysięgłych. Wysunął lekko język: — Paragraf 3 artykułu 80 Kodeksu Karnego. przewiduje karę więzienia od dziesięciu do dwudziestu lat dla każdego. wydaliśmy mnóstwo grosza. Duverrier. Raminagrobis pieścił końcami palców swe sympatyczne bro- dawki porośnięte czarnymi włoskami. gdyż prokurator nie potrafi dowieść szkodliwości je- go działań. jedyny. który pozwala nam podjąć jakąkolwiek akcję przeciwko agents d 'i- nfluence. fałszy- wą lub prawdziwą. i co to dało? Był przesłuchiwany po harcersku przez sędziego śledczego. Ten będzie może mówił. panie dyrektorze. zgodnie z naszymi potrzebami. Przez cały rok śledziliśmy tego chłopaka. tym lepiej dla jego finansów. rzeczy. Proszę sobie przypomnieć poprzednią sprawę.agentów. jako że nie ma specjal- nego trybunału dla takich spraw. to zależy wyłącznie od pana. nie wyjawiwszy nic praktycznie z tego. — Zgoda. — Może mi pan to wyjaśnić? — Chętnie. i po upływie dwu lat ułaska- wiony. Naprawdę. — Uniewinni go? — Tak. równie po harcersku skazany przez trybunał bezpieczeństwa państwa. kto „przekazywał przedstawicielom obcego mo- carstwa informacje mogące przynieść szkodę sytuacji wojskowej 457 . ale co my będziemy z tego mieli? Kilka na- zwisk. co wiedział. których domyślaliśmy się. nie widzę tu nic korzystnego dla nas. My natomiast będziemy mogli z tego skorzystać i przesłać przez niego tę czy inną wiadomość.

wielo- znaczności terminów „informacje” lub „żywotne”. Dlatego właśnie.. będę tak długo utrzymywał. „influence”. duchowe. lub też jej żywotnym interesom gospodarczym”. Nie będę analizował. gdyż to oskarżenie zwracać się może przeciwko nam. jakie otrzyma w darze od wdzięcznego ZSRR. nie zostanie uznane za jedną z najcięższych zbrodni. której ofiarami w pierwszym rzędzie by- libyśmy my. intelektualne. że nie mamy interesu w oskarżeniu agent d'influence. * 458 . Po- zwólmy przyjaciołom wykonać brudną robotę. zasmradzać naszą literaturę. Wszystko to jest legalne. Wyślijmy Vaudrette'a do tamtego mieszkania. W dodatku trzeba jeszcze udowodnić.lub dyplomatycznej Francji. Otóż pan Psar nie uczynił im żadnej krzywdy. że interesy kulturalne. — Krótko mówiąc. której nam nie wolno podjąć. z wysokości pańskiej mądrości i pańskiego doświadczenia. nie są w ogóle uwzględnione przez nasze prawodawstwo. — Z wysokości sterty moich profesjonalnych śmieci. wynajęty przez naszych przyjaciół. zauważę co następuje: pewien agent d'influence. doszłoby do tego tylko w wyniku strasz- liwej pomyłki sądowej. niszczyć Kościół. ale dopiero za godzinę. «Indyk uwolniony z okowów» wystąpiłby znowu z tezą. rozmontować system edukacji narodo- wej. dyplomatyczne i ekonomiczne.. panie dyrek- torze. podkopywać rodzinę. Ale widzi pan. Duverrier. jak długo prawodawstwo nie zostanie zmienione i przestępstwo czynnego ingerowania w życie społe- czeństw. Można śmiało zatruć naszą młodzież. cięższych na pewno niż klasyczne szpiegostwo. że naprawdę poniosły one szkody. pokłócił się ze swoimi. panie dyrektorze. Pod ochroną znajdują się tylko nasze interesy wojskowe. że zamykamy ludzi za wypowiadanie przekonań politycz- nych i czułe francuskie sumienia zaprotestowałyby przeciwko naszym represywnym metodom. A później skorzystajmy z przywilejów. panie dyrektorze. ludzkie. Gdyby pan Psar został skazany.

— Kto tam? — „Widzieć to egzorcyzmować” — lekki akcent prowincjo- nalny. Rumiany siada przy Aleksandrze. Rumiany pochyla się. przednie drzwi otwarte. Jeszcze inny mężczyzna siedzi w tyle samochodu. Jego twarz przysłonięta jest obłokiem dymu pa- pierosowego. Aleksander wchodzi do samochodu. Ma na sobie ciemny garnitur i białą koszulę. — Aleksander Psar? — To ja. że sło- wo „panowie” brzmi tu dość niestosownie. z czołem pory- tym zmarszczkami. I nagle czuje. — Proszę za mną. Pali papierosa. Zadzwonię do pani”. Aleksander otworzył drzwi. Szofer jest wielki i ponury. Jestem pułkownik Wiazew. Aleksander mówi: — Panowie. Aleksander przykleił oko do judasza. Mężczyzna siedzący z tyłu odzywa się: — Zostawcie to. Rozległ się dzwonek do drzwi. ubranego w skórzaną marynarkę. Samochód jedzie wzdłuż Buttes-Chaumont. Już wcześniej naskrobał wia- domość dla Józefiny: „Dziękuję. Aleksander ujmuje uchwyt teczki. z Piątego Departamentu. towarzyszu. Wsiedli do windy.. — Niech pan wsiada. Nie może jej otworzyć. że określenie „panowie” nie jest właściwe w tej sytuacji.. Aleksander zabrał swoją teczkę. Silnik jest zapuszczony. Jest w atmosferze coś tak ciężkiego i napiętego. Rumiany mężczyzna wydziela trudny do nazwania odór: alkohol? Płyn po goleniu? Skórzana marynarka? Na dole czeka czarny citroen pallas. 459 . Zobaczył człowieka o rumianej twarzy.

Metalowa brama unosi się automatycznie. ma na sobie włoską. pogrąża się w ciemności. Jego wsunięta do wnę- trza teczki dłoń rozluźnia się. Ciężarówka jest zamknięta. który w momencie gdy metal styka się z betonem podłogi zamienia się w prawdziwy grzmot i długo przetacza się echem po całym garażu. opuszczają i w końcu zatrzy- muje się przed zamkniętymi wrotami garażu położonego w prze- mysłowej dzielnicy. Umieszczają go w skrzyni i zamykają jej wieko. a także nalepki w rodzaju „Uwaga — szkło”. Metalowa brama opuszcza się znowu. na której nalepiono ety- kietki znanych firm: Rémy Martin. na której wielkimi. którego otacza chmura dymu papierosowego. skórzaną wiatrówkę. któremu na przeguby i kostki u nóg założono kajdanki marki Smith & Wesson. jej segmenty ze zgrzytem chowają się w żelaznych prowadni- cach. Drambuie. Mężczyzna. Wewnątrz znajduje się gigantyczna ciężarówka. W środku ciężarówki znajduje się ładunek win i alkoholi. towarzyszy temu taki sam zgrzyt. Rumiany na spółkę z szoferem pallas wynoszą bezwładnego Psara. Samochód wjeżdża do rozległej. jej tylne drzwiczki zaplombowa- ne. Sowtransawto. jako że nikt nie będzie zaglądał do środka nim ciężarówka nie przekroczy granicy su- werennej i sfederowanej Republiki Białoruskiej. Po- między kartonami postawiono skrzynię. ściany skrzyni 460 . Na stopniu kabiny siedzi wysoki chłopak o długich nogach i krótkim torsie. Z oddychaniem nie będzie kłopotu. Ta maskarada jest wła- ściwie zbytecznym środkiem ostrożności. Vieille Cure. Pallas wjeżdża na obwodnicę. Cherry Rocher. niebieskimi literami rosyjskiego alfabetu wypi- sane jest jedno słowo. Chartreuse. „Dół”. całe jego ciało staje się bezwładne. Mandarine Napoléon. uwieńczonej szklanym da- chem hali. „Góra”. otwiera plomby. W kark Aleksandra zagłębia się igła.

Mogłoby się wydawać. — No to jedź i niech ci pan Bóg sprzyja. wytacza się na ulicę.zaopatrzono w tyle otworów. Pułkownik spogląda nań z aprobatą. Wysoki chłopak wchodzi do kabiny kierowcy. ruszamy? Palacz papierosów patrzy po raz ostatni na ciężarówkę: — Gotowi. powoli. tarasując ją cał- kowicie. Nim rok się skończy. Jest 28 grudnia. Towarzyszący mu kierowca dopytuje się nerwowo: — To co. Aleksander „wróci”. lekko. ile nakazuje regulamin wewnętrz- ny Piątego Departamentu. Wiaczesław? — Zawsze gotowy. Z hukiem zatrzaskują się drzwiczki ciężarówki. Wysoki chło- pak wyjmuje z wiatrówki szczypce do plombowania. bez trudu. wibrować. Ciężarówka zaczyna drgać. Meta- lowa brama unosi się jeszcze raz i ogromny samochód. rusza z miejsca. . że to cały garaż szykuje się do drogi. gdyż jego nogi są tak bar- dzo długie. Plomby zostają ponownie założone. centymetr po centymetrze. towarzyszu pułkowniku.

ZARZUCANIE SIECI 7 2. „WRÓCIĆ” 413 . OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA 165 5. BOSKI WĘZEŁ 64 3. JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA 112 4. TWARDY ZNAK 328 8. STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ 225 6. OBRÓT ŚRUBY 276 7. PERŁA 368 9.SPIS TREŚCI 1.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful