Vladimir Volkoff
MONTAŻ
Przekład Adam Zalewski

Tytuł oryginału: Le Montage
Copyright © Julliard/l'Age d'Homme, 1982
Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l'Est”.
Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś
Pierwsze polskie wydanie: Polonia Book Fund, Londyn 1986
Wydanie II poprawione ISBN 83-88481-69-Х
Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o.
ul. Woźna 13, 61-777 Poznań
tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93
e-mail: klub@kkk.com.pl

Jeśli twierdziłbym, że Montaż jest tylko wytworem mej wy-
obraźni, nikt by w to nie uwierzył. Pozwalam sobie zatem wy-
razić wdzięczność wielu towarzyszom, z których fachowych
porad korzystałem.
Vladimir Volkoff

Twoim celem musi być zdobycie wszystkiego bez niszczenia
czegokolwiek.
Sun Tsu

1

ZARZUCANIE SIECI

30 kwietnia 1945 roku, po dziewięciu dniach walk o każdą
ulicę, każdy dom, wreszcie o każdą klatkę schodową i o każdy
pokój, na Reichstagu pojawiła się rosyjska flaga — tym razem
nie nazwiemy jej sowiecką.
Berlin padł 2 maja i zwycięskie rosyjskie oddziały, po raz
trzeci w historii, odbyły defiladę przed Bramą Brandenburską.
9 maja Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem,
wystąpił z odezwą do narodu: „Wielkie ofiary, jakie ponieśliśmy
dla wolności i niepodległości naszego Kraju, niezliczone straty i
cierpienia, jakim poddany był nasz naród podczas wojny, trudy i
znoje złożone na ołtarzu Ojczyzny przez armię i przez ludność
cywilną nie zostały zmarnowane: uwieńczyło je totalne zwycię-
stwo nad nieprzyjacielem. Walka o egzystencję i niezależność,
jaką od wieków toczyły ludy słowiańskie, zakończona została
triumfem nad niemieckim napastnikiem i niemiecką tyranią”.
Ci sami więc, co doszli do władzy powołując się na po-
wszechną jedność proletariatu i popiskując Międzynarodówkę,
uznali stoczoną przez siebie i wygraną wojnę za patriotyczną i
zrezygnowali z użycia słowa „sowiecka”. Na jakiś czas.
Do ludzi, których najbardziej dotknęły te wydarzenia, zali-
czyć trzeba rosyjskich emigrantów, zwanych białymi. Niektórzy
spośród nich postanowili bić się po stronie Niemiec, gdyż milszy
niż komuniści był im diabeł, inni natomiast opowiedzieli się po

7

stronie Związku Radzieckiego, jako że woleli diabła od Niemca.
Byli też — wiem o tym dobrze — ludzie bardzo inteligentni, bar-
dzo wierni, pozbawieni nadziei cynicy, i tylko oni, garstka, oparli
się entuzjazmowi, ani zdumiewającemu, ani nieczystemu, jaki u
pozostałych wywołały sukcesy rosyjskich armii. Miała tu swój
udział duma narodowa, do której dochodziło uczucie zadość-
uczynienia za połajanki znoszone przez dwadzieścia pięć lat, ale
także trzy motywy nierównej wagi, motywy, które pewnym
umysłom wydadzą się błahe; będą to błahe umysły.
Po pierwsze, zwycięstwo wiecznej Rosji nad Niemcami
przedstawiało się w oczach emigrantów jak triumf Świętej Rusi
nad bolszewickimi uzurpatorami. Zgoda, powiewająca nad Re-
ichstagiem flaga była jednolicie czerwona, a nie biało-niebiesko-
-czerwona, lecz ci żołnierze radzieccy, których spotykaliśmy,
mówili raczej o Rosji niż o „Związku”, żyli w przekonaniu, że
walczyli o ziemię, nie o ideę, a ich dobre, naiwne twarze przypo-
minały starszym pośród nas tych Iwanów, którymi dowodzili
podczas poprzedniej wojny. Krótko mówiąc, zdawało się, że or-
ganizm ojczyzny sam z siebie zwalczył wprowadzone doń anty-
ciała. To nie my wyleczyliśmy Rosję, ona sama się uleczyła; na-
pawało nas to radością bardziej pokorną i czystszą niż gdybyśmy
sami mieli sposobność posłużenia się skalpelem.
Dalej: we Francji, dla przykładu, ambasador Związku Ra-
dzieckiego zaczął przychodzić na nabożeństwa do katedry św.
Aleksandra Newskiego i było coś nadzwyczajnego w tym, że wi-
działo się diabła w chrzcielnicy i że nie wyglądał on wcale na
nazbyt okropnego diabła. Wielu emigrantów odczuwało przy-
wiązanie raczej do swobód religijnych niż do porządku politycz-
nego Dawnego Ustroju; jeśli by więc Cerkiew odzyskała swe
prawa, wystarczyłoby im to, by znów stać się lojalnymi podda-
nymi Imperium, obojętnie jaką nosiłoby nazwę, brzmiącą gorzej
czy lepiej. Odnaleźli przecież Cerkiew, złoconą, w mitrze, broda-
tą, pełną śpiewu i pachnącą tak jak dawniej. Prawda, Cerkiew

8

zaznała męczeństwa, i nigdy nie zapomni się o popach rozkrzy-
żowanych na wrotach kościołów i przebitych bagnetami; to jed-
nak dotyczyło przeszłości, nowy reżim zrozumiał wreszcie, że
wiara stanowiła niezbywalną część rosyjskiej rzeczywistości i że
trzeba to zaakceptować. Czyż były uczeń seminarium duchow-
nego, ten, który poprowadził Rosję do zwycięstwa, nie zwracał
teraz swych przemówień do „braci i sióstr”, zamiast do „towa-
rzyszy”? Czegóż chcieć więcej?
Istniał wreszcie widzialny i dotykalny dowód odrodzenia się
naszej Rosji, jej wewnętrznej restauracji, chociaż znak ten ape-
lował głównie do wojskowych. Czy jednak powołanie emigracji
nie ma w swej istocie czegoś żołnierskiego? Poza tym znak ten
opłacony został tyloma istnieniami ludzkimi, tyloma cierpie-
niami, że nawet ci, co lekceważyli na ogół zewnętrzne symbole
rangi i honoru, zaczęli temu kartonikowi, zaszytemu w tkaninę i
umocowanemu przy pomocy mosiężnego guzika na barku, przy-
znawać znaczenie równe temu, które w innych epokach przysłu-
giwało krzyżowi o takim czy innym kształcie, różnokolorowym
kokardom, beretom, fezom, tatuażom, nacięciom, to jest styg-
matom wyrażającym zwalczające się strony. Już pod rządami
Dawnego Ustroju zerwać naramienniki oficerowi znaczyło zde-
gradować go. Później czerwoni zdzierali przy pomocy noża z
epoletów swych jeńców carskie inicjały i koronę. Uwięziony
przez bolszewików car, by tylko nie przywdziać pozbawionego
naramienników munduru, nie rozstawał się z czerkieską tuniką,
która zgodnie z regulaminem i tak nie miała epoletów. I oto,
począwszy od 6 stycznia 1943 roku dla wojsk lądowych i od 15
lutego dla marynarki, nawróceni czerwoni defilowali — szere-
gami liczącymi 48 żołnierzy! -— mając u ramion tę sztywność, to
pasowanie na rycerza. Nostalgiczny tyran, któremu przedłożono
projekty umundurowania, wskazał na uniform różniący się tylko
dwoma guzikami od wzoru, jaki musiał pamiętać z czasu swej
młodości. Nie byliśmy tak małostkowi, by się unosić z powodu
dwu guzików. Epolety powstały z popiołów; wybaczmy tym

9

spośród nas, którzy wierzyli, że razem z nimi zmartwychwstała
cała cywilizacja przez nie symbolizowana. W marzeniach na-
szych zdawało się, że nastał kres koszmaru.
Nadzieja mogła się karmić jeszcze i amnestią. Rząd pozwalał
swym wczorajszym wrogom na powrót. Amnestia to słowo
wspaniałomyślne, cesarskie. Wydawało się, że nie idzie tu o ła-
skę, lecz o rzucenie zasłony na minione konflikty. Zwycięzcy i
zwyciężeni mieli odtąd solidarnie służyć swej wspólnej ojczyź-
nie. Pierwszym pośród powracających — ukuto nawet specjalny
rzeczownik: wozwraszczeńcy — był metropolita, którego nikt w
dobrej wierze nie mógł podejrzewać o wspólnictwo z Antychry-
stem; to on założył Akademię Prawosławnej Teologii w Paryżu,
to on sprawił, że katedry Św. Aleksandra Newskiego nie oddano
bolszewikom, którzy urządziliby w niej kino. Metropolita Eulo-
giusz otrzymał sowiecki paszport, opatrzony — symbolicznie —
numerem 1. Zmarł co prawda nim zdołał opuścić Zachód, i wielu
widziało w tym interwencję Opatrzności, tym niemniej fakt po-
zostawał faktem: jeden z duchowych przywódców białej emigra-
cji opowiedział się za pojednaniem.
Pierwszy transport wozwraszczeńców, pełnych radości, ale i
mających łzy w oczach, odjechał pociągiem z Gare du Nord. Nie
bez niepokoju czekaliśmy na wiadomości od nich: nawet najbar-
dziej przekonani spośród tych, którzy zostali na miejscu, nie byli
pewni, czy przypadkiem ich przyjaciół nie przywitał na granicy
pluton egzekucyjny. Po paru miesiącach zaczęły nadchodzić li-
sty. Amnestionowanych osiedlono w różnych punktach kraju.
Jeśli o coś prosili, to tylko o rękawiczki lub wełniane czapki.
Wykonywali prace fizyczne. Okrutna wojna domowa, zdawało
się, dobiegła końca, zabliźniła się. Coraz to nowi kandydaci do
powrotu pojawiali się przed zieloną bramą radzieckiej ambasady
— tak niedawno jeszcze wyklętą — pod numerem 79 rue de la
Grenelle.
Jednym z nich był Dymitr Aleksandrowicz Psar, albo też, jak
on sam lubił się przedstawiać, podporucznik marynarki Psar.

10

Psara. Ich kartonowe teczki wypcha- ne były ofertami. Zamiast mówić o Tan- nenbergu czy też o korpusie ekspedycyjnym. jako że myśleli o przyszłości i o tym. Podporucznik marynarki Psar przyjął posadę stajennego w Ardèche. Choć nie był kawalerzystą. Nie musieli się specjalnie wysilać. co miało mu ułatwić konfrontację z własnym sumieniem. Przymie- rał tam głodem. jak i wielu innych. Pojawili się pośrednicy pracy. a gdy nadeszła klę- ska. Lubił sobie wyobrażać. A zależało mu na tym. wycofanych na jego żądanie spod Tannen- bergu. pociągała Francja. Tymczasem Francja nie śpieszyła się z okazywaniem swej wdzięczności. w gruncie rzeczy jednak przysięgę składał mario- netkom rewolucji lutowej. wiedział. popyt nazywał się „umieram z głodu”. który dał się 11 . Można się było dogadać. że w dzieciństwie do snu kołysały go opowiastki hrabiny de Ség- ur. znalazł się na tureckiej wysepce zwanej Antygoną. I to nie tylko dlatego. że język francuski znał tak jak rosyjski. Podaż określić można było jako dziewięć milionów poległych. Jak? Po co? Niektórzy marzyli o Ame- ryce. Monarchista przez wierność raczej niż z przekonań. jedynym w swoim rodzaju w całej historii. że zajmowanie się końmi nie przynosi nikomu ujmy. znał na pamięć fragmenty Nędzników oraz żywił romantycz- ny podziw dla Napoleona. Trzeba było jechać dalej. że słońce wędruje ze wschodu na zachód. Inni ze wzruszeniem przypominali sobie Fràulein. Kraj ten nie mógł przecież zapomnieć o dwóch armiach rosyjskich. jego kłopoty dopiero się zaczynały. która uczyła ich der die das. że służył jako oficer carski. bił się pod rozkazami Wrangla. co było aktem idiotycznej wspaniałomyślności. każda ich propozycja była dla głodomorów z Antygony zaproszeniem do Eldorado. Francja była dla niego uosobieniem sojusznika Rosji. Dymitr Aleksandrowicz był niewysokim mężczyzną w wieku lat około pięćdziesięciu. otoczony takimi samymi jak on rozbitkami. armie te pomogły marszałkowi Joffre ocalić Paryż.

że ani on. i to żywą. Gdy natomiast Psar próbował dowodzić. podczas gdy lud cierpiał. Ale nie miał też doświadczeń w pracach polowych. że pół darmo zatrudnia osiłka z egzotycznego kraju. że jego pracodawca żywił go. — A poza tym — powtarzali bywalcy małego bistro w Chomérac — jak tylko wam się znudziła wojna. Stajennym został tylko nominalnie. gorzko mu wciąż wypominano nie spłaconą po- życzkę: — Ach! Pańska piękna Rosja! Pochłonęła oszczędności całe- go mojego życia. Nie można prawdziwej Rosji oskarżać o to. że żył pan jak bojar. Z początku Psar tak się tym przejmował. to międzynarodowi rewo- lucjoniści wypowiedzieli sojusz po tym. który tak wiele dla nich uczynił. lecz nie wypłacał mu pen- sji. podpisany w Brze- ściu Litewskim przez Trockiego. Dymitr Aleksandrowicz nie był wcale bojarem. że niewiele brako- wało a próbowałby wypłacać tym dzielnym ludziom odszkodo- wanie z własnej kieszeni. W ten sposób sprawa była załatwiona. Szczęśliwie się złożyło. czemu złym okiem przyglądał się jego patron. daliście nogę! Psar tłumaczył wtedy. kupony pożyczki. jak ich sowicie opłacono w Reichsmarkach. Marynarz chwiał się i zataczał. nie. że leżą- ce na kontuarze papiery. że porzuciła swych aliantów. Które- goś dnia doszło do dramatycznej sceny. kiedy to pracodawca 12 . gdyby nie była pusta. Wyjaśnienia te nie przekonywały zbiednia- łych emerytów. przekona- ny. nie straciłyby warto- ści gdyby — jak tego domagał się Foch — alianci interweniowali na rzecz suwerena. naprawdę zatrudniono go jako parobka.zmasakrować w Szampanii aby alianci wiedzieli. odpo- wiadano mu tonem moralnego i cynicznego zarazem pouczenia: — Wszystko to dlatego. Gdyby Jego Wysokość uciekła się do tak tchórzowskich postępków. ani jego car nie ponosili od- powiedzialności za odrębny układ pokojowy. Nigdy przedtem nie zdarzało mu się dźwigać widłami snopków o cięża- rze równym połowie jego wagi. chłop. jak umieją gi- nąć Rosjanie. byłaby zapewne wciąż jesz- cze Wysokością.

nie mając przy sobie ani rękawiczek. zrzędliwy urzędnik. trzeba było wykazać się zatrudnieniem. W przypadku Dymi- tra Aleksandrowicza dylemat karta pracy-zatrudnienie roz- wiązała uczynność pewnego wyrozumiałego Francuza.zagroził. Wtedy też Dymitr Aleksan- drowicz. jak wymawiali prostaczkowie. zmuszony był wypowiedzieć ustnie formułę wyzwania na pojedynek. czyjego honor został znieważony czy też nie. rządcom. ale i przeciwnie. który nie nie- pokoił nigdy dworku tego hreczkosieja bez grosza. że przemówi do tylnych części ciała pracownika. Cóż z tego jednak. który wy- stawił dziesiątki zaświadczeń o zatrudnieniu niezliczonym se- kretarkom. Kończyło się to nie tylko niedojadaniem. Re-na-ul-te. Dymitr Aleksandro- wicz. Mrukliwy urzęd- nik zajmujący się obcokrajowcami („Co? nie rozumie pan po francusku?”) wystawiał w końcu zaświadczenie. Bez pozwolenia na pracę nie dostawało się zatrudnienia. stracona dniówka. przekazania innemu krajowi. tracąc całą dniówkę. że podanie zo- stało złożone. który nie miał pojęcia o nutach. guwernantkom i damom do towarzystwa. Legitymując się jako profesor muzyki. wszystko zaczynało się od początku: metro. i tak dalej. ani też nie dysponując świadkami. by otrzymać kartę pracy. mógł sobie zaskarbić łaski prefektury. ani karty wizytowej. gdy listonosz przynosił urzędowe wezwanie. trzeba było godzinami stać w kolejce. który powtarzał ten sam zabieg: wywiezienia na następną grani- cę. Wir ten miał dwa różne i sprzeczne ogniska: prefekturę poli- cji i zakłady Renault. kolejka. wydając ostatnie grosze na bilet trzeciej klasy i zasta- nawiając się. na co tenże. udał się do Paryża. ale nieraz i odwiezieniem do granicy i ekstradycją do sąsiedniego kraju. Kilka tygodni później. wyzwania zdecydowa- nie odrzuconego przez drugą stronę. który wciągał wszystkich jak wir rzeczny. całemu fikcyjnemu personelowi. skoro drogocenna karta pracy wystawiana była tylko na rok. i wreszcie 13 . korepetytorom. Aby ją przedłużyć.

zapomniał przedłużyć w terminie ważność swej karty. złożony w harmonijkę kartonik zaopatrzony w fo- tografię. Tymczasem zażąda- no od niego tylko. sobota była takim dniem roboczym jak wszystkie inne. okazał się bardziej go- ścinny. On. co poprawiło mu humor. Jego żołądek znów zaczął normalnie funk- cjonować. a rok mijał i nie było w nim przerwy na urlop. Drugi ośrodek wiru. Skazano go na grzywnę w wysokości jednego franka. to znaczy jedenaście franków zwykłych. że do jedenastu franków grzyw- ny trzeba było dodać okrągłych sto tytułem kosztów sądowych. czyli trzy lub cztery posiłki. Z tego 10 wydawał na pokój w hotelu. wrócił więc do domu spokojniejszy i pełen wdzięczności. Skandal. W dodatku zakaz siada- nia w godzinach pracy nie był zbyt korzystny dla kręgosłupa. „odsłonięte prawe ucho i oczy patrzą- ce wzwyż” (sic!). w której bitwa pod Tannenbergiem odgrywała pewną rolę. który osłabił jego entuzjazm: grzywna wyniosła jeden frank w złocie. Już w pierwszym roku Psar Dymitr.nieoceniony. O. by podał swe nazwisko i datę urodzenia. W stosunkach Psara z innymi robotnikami nie brakowało 14 . Gdy jednak odkrył. wielko- duszne sądownictwo francuskie! Jakieś dziesięć dni później poczta przyniosła rachunek. W końcu można wytrzymać. chociaż 48-godzinny tydzień pracy był jeszcze wtedy od- ległym mirażem. Winny za- niedbania stawi się przed sądem. bliski był choroby na myśl o znalezieniu się przed sądem. ukazującą profil. Frank grzywny pozbawiał go więc tylko jednego śniadania. W najlepszym razie pracowało się 56 godzin. Zresztą pośród setki chyba współoskarżonych rozpoznał kilku znajomych. plus frank za obsługę. Zarabiał dziennie 16 franków i 75 centymów. Spodziewał się procesu jak z Braci Karamazow i przygotował mowę obronną. fabryka Renault. apatryda. który dobrze znosił napię- cie w chwili ataku na okopy przeciwnika. No cóż — i tak lepiej tu niż u „towarzyszy”. przeżył przykry moment zniechęcenia.

wychodzącym na podwórko pokoju. który był kawalerem. Zresztą to wszystko. przyszywał brakujące guziki do koszuli.momentów zaskoczenia. panie Dymitrze. w brzydkim. ale tylko najbardziej zaciekli antyklerykałowie mieli mu to za złe. wykrzykując. że pop to nie to samo co zwykły klecha. wzajemnego zdziwienia — ale nie było wrogości. Potem udawał się do cerkwi przy ulicy Daru. 15 . Na koniec lą- dował w swej „rodzinie”. w cieple ikony i czajniczka do parzenia herbaty — wciąż brakowało pieniędzy na kupno samowaru — wszyscy zebrani dzielili jedno: wiarę. prawie wcale go nie zajmowało. nazywał tak grupę niespokrewnionych ze sobą mężczyzn. przybijał skuwki do obcasów. że jego kontakty z kolegami z pracy — świadczono sobie nawzajem różne usługi — układały się bardzo dobrze. przyjaźnie usposobiony. i do- brze czyniły stając na drodze między kasą a knajpą. Chłopcy pytali go na przykład: — Czy to prawda. mającego żonę. sprawiła. że należałoby po- wywieszać bolszewików i przywrócić carski tron. co działo się w tygodniu. Przez dwanaście godzin pod rząd kobieta ta zajęta była dolewaniem herbaty przyjaciołom męża. by nie urazić ofiarodawcy. Na szyi nosił krzyż. Pod ko- niec tygodnia setki kobiet oczekiwały pod bramą fabryki. ale w niczym nie przeszkadzało to Psarowi. Tego dnia wstawał nieco później niż zwykle. a ten przyjął ją. Tu przynajmniej nikt nie wypominał Psarowi rosyjskiej pożyczki. Jego prawdziwe życie zaczynało się dopiero w niedzielę. i nawet oni umieli sobie wytłumaczyć. mył się staran- nie. nie pozbawiona pewnego ciepła. przyniósł panu Dymi- trowi świecę. gdzie z uwagą natury raczej patriotycznej niż religijnej wysłuchiwał pieśni Gospodi pomiłuj śpiewanej przez chór. Można się też było przyzwyczaić do cosobotniej kolejki piwa. Tutaj. a po mszy spędzał godzinę czy dwie przed katedrą. że u was zjada się świece? Jeden z nich. skupionych wokół jednego z nich. kombatantom. Wzajemna tolerancja.

tutaj powracało do swej nieskalanej i świętej istoty. zamieniali się w ministrów i generałów i od nowa wszczynali wojnę domową (kierując się jedną tylko zasadą: pra- gnieniem zwycięstwa). Za- pewne od dawna już przymierała głodem. że Elena Władimirowna von Engel. W pamięci Dymitra Aleksandrowicza von Englowie zapisali się jak stadko nocnych ptaków. mając w różnych punktach Rosji posiadłości. relikwią. Szczupła. Chorągiew św. a także — dla tego. domy i letnie wille. rutyną. godzili się z tym. blada. gnieżdżąc się w któ- rymś z przeraźliwie zimnych. symbolizowała już tylko wierność. Biegali z miejsca na miejsce. kto by temu przeczył. nie żywiąc żadnych iluzji. wulgarnością. Właśnie podczas jednego z tych niedzielnych zgromadzeń. Rodzina von Engel była rosyjską rodziną. kto ją produkował — niewielki zarobek. Andrzeja. co w szarej codzienności mogło się było wy- dawać tylko ambicją. Nie tracąc poczu- cia humoru. już dwudziesto- pięcioletni. zabijaniem czasu. kobiety o krótko obciętych włosach czy też szlachtę zasiadającą w Dumie. niebieski krzyż na białym tle. biada temu. Wszystko to. poruszali długimi ramionami. że nale- żą do gatunku skazanego przez postęp na wymarcie: ekologia nie zajmuje się ludźmi. zagubionych i bezrad- nych w godzinie świtu. przekształcona w małą emaliowaną odznakę. Monetka wartości pięciu kopiejek zaledwie stawała się skarbem. wspólnotowych teraz mieszkań dawnego Sankt-Petersburga. żyje. poświęcenie. widząc hu- zarów w dragońskich mundurach. jasnowłosa. dziwili się ze słodką naiwnością. lecz. póki po- wiewała nad krążownikami. mogła nieść w swych fałdach wicher przemocy. Elena von Engel zaszczepiła w 16 . kiedy to podchorążowie marynarki i piechoty. jego narzeczona. lecz ożywienie przemysłowe pod koniec dziewiętnastego stulecia nie wyszło jej na dobre. którą nosiło się w butonierce. Dymitr Aleksandrowicz dowiedział się. W wieku XVIII była zamożna.

w zimowym ogrodzie książąt Szcz. nieszczęśliwa. Byli uczniami tej samej klasy tańca. ani też cała istota człowieka. że jego narzeczona uszła cało z masakry. nie obrażając swych rycerzy widowiskiem gryzienia i żucia potraw. Od tej chwili Dymitr uznawał się za człowieka zwią- zanego honorem. że uważa ją za narzeczoną. osierocona i. zu- pełnie prozaicznie. Myśl. 17 . Ona tymczasem pojawiła się znowu. Ale Dymitr Aleksandrowicz nauczył się już przyznawać pierw- szeństwo życiu przed literaturą. które mógłby poświęcić na myślenie o swej narzeczonej. której nawet nie zdołał zawiadomić. lecz o to po prostu. rezultat rzadko kiedy jest nadzwyczajny. i to co konieczne. Rosja. realna choć nieobecna. uboga. by zadbać o bef- sztyk dla niej lub przynajmniej o makaron. Ochotnikowi walczą- cemu pod rozkazami Wrangla zdarzało się. by kruszyć kopie broniąc jej imienia. Gdy spotka się to co możliwe. Od czasu kiedy przez dziewięć godzin dziennie obsługiwał tokarkę i palce miał wiecznie pokryte metalowym pyłem. wciąż o nim marzy. Rewolucja sprawiła. ani zmysły. sta- wali naprzeciwko siebie w kadrylu. że jego amory stały się niemożliwe do zrealizowania i przez to tym bardziej nieuchron- ne. Teraz nie szło już o to. zelektryzowała Dymitra Aleksandrowicza. uwielbiał przysłuchiwać się. wśród niebezpie- czeństw i rzezi. ich dłonie złączyły się na moment.młodym Dymitrze jedno z tych nordyckich przywiązań. wyobrażać sobie. Było w tym coś szo- kującego: panny winny w zasadzie odżywiać się w ukryciu. a niekiedy opatrznościowy przypadek łączył ich w parę w mazurze. O kobiecie. Nie złożyli przed sobą żadnych przysiąg — takich rzeczy nie robiło się — lecz pewnego razu. głodna. brakowało mu chwili wytchnienia. ani mózg. jak o zmierzchu nieco fałszywie nuci melodie. z całą jego trywialnością. że jest rycerzem bladej Eleny. Uwielbiał jeździć z nią na łyżwach w taurydz- kim parku. Postanowił sprowadzić Elenę do Francji. lecz najwidoczniej jakiś organ tajemniczy i wy- specjalizowany. których siedliskiem nie jest ani serce. nieprzejednane jak zawsze.. która nigdy nie miała rycerstwa.

ZSRR odczuwał w tym czasie wielką potrzebę zachodnich wa- lut. Jego kruche zdrowie i niepokaźny wzrost nie pozwalały mu na podjęcie najsowiciej opłacanych prac. Unikali dzięki temu pracy przy taśmie. otwarcie odrzucali ofiarowywaną im przez francuskie- go bourgeois monetę. wręczając mu śmiesznie mały napiwek. Najtańsze były babcie. gdy zasiadał za kie- rownicą. biorąc godziny nad- liczbowe. Narzucało się inne wyjście: taksówka. za które emigranci mogli całkowicie legalnie wykupywać swych krewnych lub przyjaciół. pod warunkiem wpłacenia na konto państwa sumy. — To dla pana — powiedział pasażer do jednego z moich ku- zynów. Jednak wciąż było to przykre. sno- bując się. Niektórzy. woźnicą fiakra. pięć- dziesiąt sous. Dziewczęta były łatwiej osiągalne. lecz miejscowi taksówkarze burzyli się: nie miało się prawa niszczyć zawodu. ale i tak w grę wchodziły sumy nieosiągalne dla zwykłego tokarza. Czy oficer mógł przyjmować gratyfikacje jak lokaj? Centurio in aeternum. trzeba było być krezusem. na przykład pracy gór- nika. dłoń zgarniała monety jakby potajemnie. Sporządzono tam tabelę stawek. dwa sous. rzucając monetę. zależnie od tem- peramentu. a zarabiali nieźle. Skończyło się na tym. Naj- drożsi — chłopcy. Ktokolwiek nosił sygnet. Trudno. jeśli dobrze pamiętam. by sobie pozwolić na sprowadzenie własnego syna z raju narodów. Problemem był napiwek. Wielu emigrantów decydowało się zostać. której trud- no nie nazwać okupem. trzeba było ratować Elenę. można było wy- kupić jedną babcię nawet za cenę pojedynczej wypłaty w zakła- dach Renault. zrezygnowali ze swych zastrzeżeń. że wszyscy. Dymitr Aleksan- drowicz wbrew woli porzucił dla tej problematycznej synekury 18 . z humorem. zdejmował go. jak mówili. wystarczyło przez jakiś czas oszczędniej żyć. Dymitr Aleksandrowicz musiał zmienić zawód. goryczą czy wściekłością. — A to dla pana! — odrzekł kierowca.

przybrało raczej postać konstatacji zgonu. ochrzcił żeńskimi imionami wszyst- kich mężczyzn. Dziwiło go. uważał wręcz. która jakoby miała otwierać zagraniczne listy. o których los chciał się dowiedzieć. By nie wzbudzać podejrzeń Czeki. ulubionym przez emi- grantów. Sam subtelnie podpisywał się jako Dina. że opuściłem chorągiewkę? Przyjazd Eleny w niczym nie przypomniał świąt wielkanoc- nych. i pobrali się mimo mrozu w sercach. Wręcz przeciwnie. Poza tym jednak nie żywił żadnej urazy. Po upływie paru miesięcy zaczął nawet irytować się na klientów — do niedawna byli to jego ulu- bieńcy! — płacących tylko podstawową cenę kursu. to co oboje widzieli jako uroczystość zmartwychwstania. odczyścił jedyny swój garnitur. o których ją informował i tych. Zrobił tam gruntowne porządki. Nawiązał miłosną korespondencję ze swoją „narzeczoną”. Gdyby przynajmniej wyznali to sobie nawzajem! Sądzili jednak. Tym razem nie za- trzymywał się. a co dwa tygodnie wysłać paczkę z żywnością. ubrał się jakby to była Wielkanoc i wyruszył w drogę własną taksówką. że bezpośrednie pertraktacje między „towarzy- szami” i nim w ogóle wchodzą w rachubę. występującemu w jego imieniu. ustawił prawdziwe kwiaty. po- sługując się przy tym naiwnym kodem. że muszą sobie nawzajem dotrzymać słowa. Po upływie trzech lat zdołał zebrać wymaganą sumę i zaniósł ją adwokacinie. Psar nie wy- obrażał sobie. żeby z dnia na dzień gromadzić więcej pieniędzy. W końcu chodziło o to. że miał szczęście: — A gdybym nie umiał prowadzić samochodu? Albo gdyby emigranci nie mogli dostawać licencji taksówkarskiej? Nadszedł wreszcie dzień. jak szybko przyzwyczaił się do poniżających napiwków. tych. 19 . z prawdziwej kwiaciarni.pracę męczącą. lecz godną. gdy mógł wynająć dodatkowy pokój w swoim hoteliku przy ulicy Lecourbe. słysząc wezwania z chodnika: — Czyż nie widzą.

— Można się przyzwyczaić — mawiał Dymitr. nie skarżył się na nic. żeby pozwolić zmar- nieć oficerowi sojuszniczej armii. który miał wprowadzić w błąd cenzorów. a w dodatku uważał. tak żeby nie widział tego właściciel hotelu. W oczach Dymitra Elena także była kimś. Odnaj- dując go w Paryżu czuła się tak.. któremu towarzyszył na róż- nych placówkach. nie brzmiało to jed- nak przekonująco. największa w historii. Myślała więc. I ten obrzydliwy zapach w korytarzu. apokalipsa. że jest człowiekiem zamożnym. jakby sama wróciła do Sankt- Petersburga. by nie sprawiać wrażenia. suszyły się. lecz brała to także za część szyfru. rozciągniętym między dwoma gwoździami. Dla Eleny Dymitr był postacią z przeszłości. Żartował co prawda niekiedy ze swego zajęcia. odgradzający umywalkę i nieprzyzwoity bidet. Skromne ubranie Dymitra. oznaczał bezpie- czeństwo. podczas gdy Dymitr żył. Naprawdę był z całą pewnością adiutantem francuskiego generała.. banalna taksówka. Ale tam dokonała się rewolucja. tam wciąż tlił się płomyk wojny domowej. Tam skąd przybywała. za to wyposażony w luksusowy parawan. wszystko to wydało się Elenie Władimirownej von Engel nieprawdopodobnie nędzne i wstręt- ne. drobne sztuki bielizny. kto zdawał się 20 . bo nie wypada. że opłacenie okupu stawia go w trudnym położeniu. gdyż regulamin zabraniał lokatorom prania. Tu natomiast na sznurze. na którą mógłby sobie pozwolić byle prostak. podobnie jak Makary Dziewuszkin w Biednych ludziach. serdeczność całego otoczenia. jakie jej posyłał. cóż bardziej oczywistego? Francuzi nie byli przecież tacy głupi albo niewdzięczni. W listach. kiedy to szczęście i trage- dia zdają się równie mocno pociągać szlachetną duszę. kojarzył się z nastrojem ostatnich lat dojrzewania. pokój hotelowy bez jednego kąta prostego (taki był tań- szy). wygody. omal nie umarła z głodu. że żyje nie najgorzej. wytarte i wystrzępione. jego tak- sówka. i dlatego.

wymawiała to szokujące słowo. ci twoi golcy. karmić ich w sobotnie wieczory i przez całą nie- dzielę. powinien szeroko otworzyć dom dla trzydziestoletnich podchorążych. a każesz mi cerować ich skarpetki i gacie. że znów zamieni się w tego eleganckiego kadeta marynarki..) Cóż to za towarzystwo. Nie mógł się jednak pogodzić z tym. do którego przenieśli się z hotelowych pokoi. nie chciała spędzać swego życia na warzeniu zupy i dokarmianiu darmozjadów: — Jeszcze trochę. że nie dostaje od niego lepszej. by 21 . co to nawet nie są w stanie przynieść damie porządnego bukietu! Miała rację — podchorążowie piechoty przynieśli jej wkrótce różę. podobnie jak ona z tym.. patrząc na młodą kobietę. podchorążowie marynarki trzy goździki. gacie. iż odkąd u jego boku znajdowała się żona. po- chyloną nad haftem lub — niebawem — pieluszką. Życie w dwójkę w ciasnym mieszkaniu. nie zadowalało żadnego z małżonków. że obficie używała taniej szminki. że jej dłonie są zniszczone przez lodowato zimną wodę. jakże poetycznym miejscu. Ich związek przetrwał niewiele dłużej niż trzeba było. W jej spojrzeniu pojawiały się na przemian lęk i wynio- słość. Przy każdej okazji powtarzała wulgarne porzekadło: „Na- wet z czarnej owcy można zebrać garść wełny”. a stopy — przez odmro- żenia. Nastawił się na spo- tkanie z dzieckiem: blondynką. (Tak jest. sowiecki styl dawał o sobie znać. On bowiem przekonany był. Dymitr Aleksan- drowicz wyrzucał sobie. Może nawet ma- rzyło mu się. by przyszli ogrzać się w cieple domowego ogniska.ucieleśniać niewinność minionych czasów. zawieszając na ścianie ikonę i tradycyjną lampkę oliwną. co nic nie przynieśli. Ci. Ale Elena buntowała się. że ma jej to za złe: — Takie delikatne stworzenie! Ileż ona musiała przejść. ile tylko razy zapragną. zapraszać ich. którym był niegdyś? Szybko odkrył. gładzili z zażenowaniem łysiny. Tą właśnie nadzieją kierował się. której palce ściskał w tamtym zimowym ogrodzie.

który ostatnio żył ze sprze- daży frywolnej damskiej bielizny i jeździł sportowym kabriole- tem. jego nazwisko przetrwa. wielu emigrantów zaczęło od nowa żyć nadzieją — z pewnością narzucony Rosji system nie przetrwa zawieruchy wojennej. Alek. jego widok odpychający. Dymitr Aleksandrowicz uczynił przeciwnie. Zostawiła krótki list: „Wiem. ale co zajmie jego miejsce. odebrały mu nadzieję. ale ja chcę żyć. ale ciężkie przeżycia zaszczepiły w nim fatalizm. mówi się często. A poza tym. co o mnie myślisz. czterdziestoletnich 22 .urodził się Aleksander Dmitrycz. Rosja skolonizowana przez rzeźników? Dymitr Aleksandrowicz nie brał udziału w tych dyskusjach. doznawał wzruszenia na widok tego małego człowieczka. jego niezupełnie jeszcze uformowanej czaszki i małych rączek. które pewnego dnia będą mogły chwycić za broń. Wzruszała go też nieśmiertel- na dusza dziecka. Elena Władimirowna zniknęła pewnego dnia. że wola jego i jego przyjaciół. Dla Dymitra Aleksandrowicza narodziny syna były źródłem radości. będzie miał o jednego poddanego więcej. podporuczników marynarki. a razem z nią zniknęło futro z kretów i podchorąży. sam prał. co rzecz jasna prowadziło do strasznych rezultatów. Pielę- gnował więc małego. a car. po wszystkich okrucieństwach wojny domowej. przezierająca przez jego mętne oczka. oszczędź naszego syna”. Dziecko było zaniedbane. żyć! Bądź wielkoduszny. przestał też myśleć. Nie był ob- darzony wyższą inteligencją. Opuszkami palców pogładził policzek syna i wyszeptał: — Mamusia umarła. W Elenie gust delikatnej kobiety łączył się z pospolitym niedbalstwem. którego matka umarła. kiedy po- wróci na tron. Jesteśmy teraz sierotami. Kiedy wybuchła druga wojna światowa. Dziecku. odkupieniem. a opie- ka nad noworodkiem wyczerpywała ją całkowicie. że wyje- chała w podróż. Tak. Nie liczył już na możliwość powrotu dawnego ustroju. Elena źle zniosła ciążę. Mówił przepraszająco: moja żona jest słabego zdrowia.

do tych drugich. Po kilku dniach starań w prefekturze Psar wyjednał dla siebie odpowiednie zezwolenie. Dymitrowi Aleksandrowiczowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Paryża w poszukiwaniu pracy. Nie opuściła go tylko jedna. Pracować dla Niemców oznaczało dla niego zdradę wobec 23 . był mocno skomplikowany. Jednych zmobilizowano. nie znoszą Niemiec. ale budziło ono wstręt w duszy podporucznika marynarki: mógł. Goethego i Kruppa. Rosjanie dzielą się na dwie kategorie: jedni podziwiają nie- miecką technikę. biorąc za wzór wielu Francuzów. przyjąć propozycję zatrudnienia od władz oku- pacyjnych. może wywrzeć jakikolwiek wpływ na Historię. na swoje nieszczęście. fabry- kę ewakuowano na południowy wschód Francji. — Ależ ja jestem obcokrajowcem. A jednak trzeba było jeść.podchorążych. Status. a przede wszystkim nakarmić ma- łego Aleksandra. Jeżeli nie znajdzie się pan w Tarbes. innych nie. — Praca? Dla pana? Kiedy przegraliśmy wojnę z powodu tych cholernych cudzoziemców? Nie ma mowy. żeby rzucił taksówkę i został szoferem w fabryce amu- nicji. Kilku oficerów znów wypomniało mu rosyjską pożyczkę. Kiedy nadeszła klęska. jakiemu podlegali we Francji emigranci. któregoś dnia. Było pewne rozwiązanie. zostanie pan uznany za dezertera. Dymitr Aleksandrowicz należał. gorąca nadzieja: że prochy jego nie spoczną w obcej ziemi. — To nas nic nie obchodzi. ale poza tym było całkiem znośnie. drudzy natomiast. Wróci do ojczyzny. po- cząwszy od Aleksandra Newskiego. żeby tam umrzeć. ale zaledwie dotarł do Tarbes — na własny koszt — zostało podpisane zawieszenie broni i fabryka amunicji przestała istnieć. Psara po- proszono. „Tego jednego jestem pewien” — powtarzał często. W czasie wojny nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu we Francji. To się stanie samo z siebie.

że we Francji wybuchła wielka miłość do Związku Radzieckiego. jego pensja powiększyła się trzykrotnie. kiedy prowadził nie- miecką ciężarówkę. lecz konsekwentnie mówił „nie”. Biali emigranci byli teraz ledwie tolerowani. nigdzie nie 24 . należały do najbardziej niszczycielskich w jego życiu.miliona siedmiuset tysięcy zabitych podczas pierwszej wojny i setek tysięcy innych. dobrze go trakto- wano. Gdy wojna się skończyła. I od czasu do czasu: „Wracaj do siebie. który zgrzeszył najciężej jak tylko można. Sytuacja Dymitra Aleksandrowicza stała się nie do zniesienia. nikt nie okazał mu wdzięczności. mordowanych przez całe wieki przez miecz Krzyżaków czy też popleczników Napoleona. którym brak komfortu moralnego doskwiera bardziej niż niedostatek materialny. Bzar Tmidri kompromitował się. Obcokrajowiec do niedawna opłacany przez wroga godzien był ostrej krytyki. Z jednej strony bezustannie nękany był przez administrację. Ale był jednym z tych ludzi. W dodatku bohaterstwo prawdziwych party- zantów. czy też w pomocniczej służbie informacyjnej. ale w wyniku świadomej decyzji. Znał niemiecki. jak ikona. już nie przez zrządzenie boskie. odzyskałby może swój stopień wojskowy. bo zwątpił sam w siebie. którzy swego patriotyzmu dowodzili pastwiąc się nad wszystki- mi stojącymi niżej. z drugiej dokuczało mu bezrobocie. pisarza. spośród których wielu było komunistami. Nigdzie nie będzie mu gorzej. ty cholerny Rusku”. Myśl o powrocie do kraju. Gdyby był włożył na siebie mundur feldgrau. Te dwa lata. A jednak i tym ra- zem poddał się konieczności. sprawiło. W jednym tylko był nieugięty: systematycznie od- rzucał propozycje lepszej i lepiej płatnej pracy na stanowisku tłumacza. wykrzykiwane z końca kolejki w piekarni. Administracja przeszła w ręce partyzantów ostatniej godziny. coraz częściej nawiedzała Dymitra Aleksandrowicza. był zesłanym przez opatrzność kozłem ofiarnym narodu. ale podporucznik marynarki pozo- stał bez skazy.

Ale będzie słyszał dookoła własny język. wrzucić do pieca ten nansenowskim paszport znikąd. wejść w kontakt z „towarzyszami”. Wiedział. wolność uważał za ideał niewolników. Aleksander. może nawet w szkole kadetów imienia Suworowa — bo szkoły te znowu powstały! Jakie to było niezwykłe przeżycie dla Dymitra Aleksandrowi- cza. poczuł w gardle falę tęsknoty silniejszej niż wszystkie poprzednie. że zaraz świat rozleci się w kawałki. a także nauczy się służyć. tak jakby cząsteczka materii zderzyła się z cząsteczką antymaterii. I Aleksander wychowa się w rodzinnym kraju. że nie odnajdzie błyszczącego Petersburga z czasów swego dzie- ciństwa. Jak kiedyś pogładził policzek syna i powiedział: — Wracamy. — Nawet czerwoni nie mogą mi tego odmówić. Podobnie jak jego męscy przodkowie szukał chwały w służbie. Zresztą słowo wolność nie budziło radosnego oddźwięku w sercu podporucznika marynarki. spodziewał się nieledwie. które tak chwalebnie odepchnęło napastnika? Niepodległość jest cenniejsza niż wolność obywate- li. poczucie przynależności było o tyle ważniejsze niż własność! Cóż to będzie za ulga. że zdradziły go komórki jego ciała. Dymitr Aleksandrowicz nie miał żadnych złudzeń. Toteż gdy w pewnym lazarecie lekarz wyjawił mu. kiedy będzie musiał umrzeć. milczący jak zawsze. spocznie w ojczystej ziemi. — Wiecie — opowiadał później swoim prawdziwym towa- rzyszom. chorążym i podporucznikom marynarki. a jego ciało. A jeśli tam zniesiono własność prywatną — Psar przystanie na to z radością. czy istnieli jeszcze czerwoni? Czy można kwestio- nować egzystencję państwa. 25 . którzy zbliżali się już do pięćdziesiątki — oni wcale nie mają rogów ani kopyt. Kiedy położył palec na guziku dzwonka pod numerem 79. No właśnie. że jego organizm jest wyczerpany. Ale świat ocalał. nic na to nie odpowiedział.będzie się go bardziej atakować niż tutaj. a Sowieci na obczyźnie przypominali z grubsza normalnych rodaków.

tylko o udzielenie przebaczenia. którzy prawie nie mieli odwagi spojrzeć na siebie. Iljicza i. którzy znajdują się w ZSRR. że krewni jego nie żyją już. we wszystkich dzie- dzinach. że kuzyn Alosza nie żyje. Dymitr Aleksandrowicz odpowiednio pomniejszył swoje wyczyny i oświadczył. ale również podać peł- ną listę bliższych i dalszych krewnych oraz ich życiorysy. z uzyskanym przebaczeniem. By je otrzymać. aby przewrócić stronicę w dziele Lenina. nie tylko pomyłki polityczne. Dano mu do zrozu- mienia. czy też lepiej nie wymieniać go wcale? — dręczył się w środku nocy. najsławniej- szego przywódcy ludowego wszystkich czasów. — Czy powinienem był wspomnieć. Skruszony grzesznik musiał zacząć od wypełnienia płacht for- mularzy. słów największego geniusza. najgłębszego filozofa i ekonomisty. że nie idzie o żadne pojednanie się. tego. emigranci. najwybitniej- szego wodza. Wyspowiadany i. mierząc w ucznia garbatym nosem i złowrogo skrzącymi się szkłami okularów. trzeba było naprzód zademonstro- wać całkowitą uległość i uznać swoje błędy. — Proszę tego nigdy nie robić! U nas oznacza to brak wy- chowania — wycedził surowo przydzielony mu katecheta. zwanych ankietami. którego 26 . Co go natomiast zdumiało to arogancja urzędników i hojnie okazywane petentom poczucie wyższości. oczywiście. Trzeba było nie tylko wyznać wła- sne przewiny wobec rządu radzieckiego. Na przykład maniery Dymitra Aleksandrowicza: były całko- wicie anachroniczne. Zaraził się obsesją po- wracających — byle tylko nie zaszkodzić tym. ucząc się na pamięć myśli Marksa. jak się wydawało. spotykali się trzy razy w tygodniu. Zorganizowano kursy wieczorowe. Engelsa. syn marnotrawny miał obecnie zapoznać się z prawdziwą wiarą. Potem przyszła faza rehabilitacji. Pewnego dnia zdarzyło mu się poślinić pa- lec. wchłaniając wykła- dy o błędach carów.

heroiczne i sentymentalne. Ale zająknął się kilkakrotnie. Próbował nawet wymawiać po sowiecku dwa słowa. Na zakończenie od- śpiewano chórem Katiuszę: to było sowieckie. mówić o „białogwardyjskich hordach” i „ob- szarpanych kontrrewolucjonistach”. ze ściśniętym gardłem zrelacjonował przebieg bitwy pod Stalingradem. Jeśli Dymitr Aleksandrowicz liczył. swój rząd i swego amba- sadora — to się przeliczył. i będę mógł wsiąść do pociągu. zacinając się. takie jak Gorąca głowa czy też Przysięga. zanim zdołał wypowiedzieć — tuż przed nim błyszczały wymagające okulary katechety — „Mikołaj Krwawy” czy też „Leningrad”. wyświetlane specjalnie w porze mszy świętej. Potem z kolei oni mu- sieli.patronimik wypowiadany był jednocześnie ze służalczą czułością i z męskim szacunkiem: Józefa Wissarionowicza. Z satysfakcją wyliczył marszałków Związku Radzieckiego i ich zwycięstwa. Rewolucjoniści nie mają poczucia humoru. Wrócić. by można było potraktować tę liturgię choć trochę humorystycznie. Wreszcie katecheta wezwał go i oświadczył: 27 . Sposób ich wymawiania dzielił Rosjan na dwa obozy. Wznosił toasty na cześć niewypowiedzianie wielkiego Iljicza i za zdrowie największego z największych ludzi. Pomagał także w organizacji balów. Nie mając żadnego wykształcenia ekonomicznego i nie uto- żsamiając się ani z interesami. Inni kandydaci przysłuchiwali się temu ze spuszczonym wzrokiem. milcząco podzielając jego zawstydzenie. wydawanych w rocznicę Rewolucji Paździer- nikowej. z pozoru niewinne: autobus i biblioteka. Teraz należało dowieść swej szczero- ści. ani z cnotami burżuazji. W niedzielne poranki zaniedbywał cerkiew. że teraz także i on ma swój kraj. ale nie komuni- styczne. aby oklaskiwać filmy propagandowe. Nie było oczywiście mowy o tym. jednym słowem — rosyjskie. myślał. iż w zamian za ten nie- wielki wysiłek otrzyma paszport i będzie mógł oznajmić Francu- zom. Dymitr Aleksandrowicz zdał część egzaminów nie „lewicując swej du- szy”. Jeszcze jedno poświęcenie.

Być obywatelem. leżał na biurku. że staje się pełnym człowiekiem. — Na razie schowamy tę zabaweczkę tutaj. ale na ra- zie przyniesie pan więcej pożytku socjalistycznej ojczyźnie nie opuszczając Paryża. które wypełniał. U siebie w pokoju pokryłby ją pocałunkami. Dymitr Aleksandrowicz nie od razu pojął. Dymitr Alek- sandrowicz mógł go wziąć do ręki. proszę mi go dać. chciał bowiem zabrać tę małą ksią- żeczkę powodowany czułością. Nie był to jedyny powód. Czuł. 28 . podpisy. jęknął: — Ale. — Kiedy mogę wyjechać? Katecheta delikatnie wyjął z rąk wzbraniającego się nieco Dy- mitra Aleksandrowicza paszport. przyzwyczaił się pan do nich. że oznacza to ko- niec jego marzeń. paszport. dziękuję — powtarzał. a oni do pana. miałby materialny dowód. Zna pan Francuzów.. ale był to drobiazg. od dawna już skreślił twarde znaki i łacińskie „i” na formularzach. Z podniesioną głową wyjdzie na ulicę Grenelle. Wpatrując się swymi przedwcześnie zmatowiałymi oczami w zieloną plamkę. — Obywatelu. — Dziękuję. zdjęcie. że jesteście prawdziwym synem naszej sowieckiej ojczyzny. — Na cóż on panu? — Nie mogę żyć we Francji bez dokumentów. — Oczywiście pewnego dnia powróci pan do kraju. Uczepił się słów „oczywiście” i „na razie”. sprawdzić pieczątki. przekonaliśmy się. jest nieomal tyle samo warte co być poddanym cara. Zielony paszport był tuż obok. widoczną na dnie sejfu. wydawało mu się. Nowoczesna pisownia jego imienia i imienia jego ojca drażniła go jeszcze. podejdzie do policjanta i powie mu: — Jestem obywatelem radzieckim. że znów stał się sobą.. Podniósł się i umieścił paszport na jednej z półek sejfu wbu- dowanego w mur.

Nigdy przedtem nie pił dużo. ale nie zdrajcę. Teraz. nie wiadomo. kiedy wiedział. którego nazywali posłu- gując się trudnym do przetłumaczenia rosyjskim słowem. jakby chciał jeszcze przyspie- szyć proces zniszczenia. aby spełnione zo- stało skromne ostatnie życzenie tego. Dymitr Aleksandrowicz nie miał już żyć długo. złowrogo pobłyskując grubymi szkłami okularów — nie przedstawia żadnego problemu. dodał jeszcze.. pieśń. pomywacz. która mimo wszystkich pana pomyłek wyciągnęła do pana ramiona. Chorążowie i podporucznicy. którą tradycja łączy z żołnierskimi pogrzebami. jakby współbiesiadnikiem. — Nie wrócę do kraju. Nie powie pan Francuzom. jako że personel szpitalny tego właśnie dnia strajkował. że na pewno zniszczyły ziemię. Odśpiewano Między świętymi. litością czy też sprytem: — Właśnie w ten sposób odda pan największe przysługi so- cjalistycznej ojczyźnie. że nigdy nie wróci do kraju. — To — odrzekł katecheta. tragarz. Nocny stróż. gdzie próchniało tyle rosyj- skich trupów. zamia- tacz ulic — tracił kolejno wszystkie swoje posady. by pogłaskać poli- czek Alka. ale nie zdołał już dokończyć tego gestu. teraz pięćdziesięcioletni. że serce biednego człowieka pęka z żalu. Alek. Złożyli się.. Trumnę opuszczono do grobu przy pomocy haftowanych 29 . Uniósł dłoń. będzie się pan w dalszym ciągu posługiwał paszportem nansenowskim. Dymitr zmarł w szpitalu. teraz zaczął pić tak. Od tej chwili rak pustoszył jego organizm ze zdwojoną siłą. pracując tylko od czasu do czasu. Ty to zrobisz za mnie. Czerwiec był wyjątkowo ciepły i ksiądz obficie używał ka- dzidła. suro- wo oceniali zdradę. miał już tylko jedno życzenie: być pochowanym na cmen- tarzu w Sainte-Geneviève-des-Bois. powodowany. To były jego ostatnie słowa. że otrzymał pan radzieckie obywatel- stwo. Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej Zaśnięcia Matki Bo- skiej. Nieśmiertelną pamięć i Jakże chwalebnie. Dostrzegając. bez żadnej opieki.

Szedł w oślepiającym słońcu. wypożyczonych przez pewną starą generałową. zbyt szerokie spodnie i wielkie niezgrabne buciory. Wśród uczestników pogrzebu znajdował się też pewien młody człowiek. czekać na autobus. Miał pyzatą twarz i nosił okrągłe. zapewne prezentu jakiegoś zamożniejszego kuzyna albo daru instytucji charytatywnej. ruszył sam w stronę dworca kolejowego. Trzeba je było zwrócić. którego nikt z obecnych nie znał. noszona bez krawata (Dymitr Aleksandrowicz nienawidził tej wzorzystej ozdoby) do starego. Czy nie był to przypadkiem mały bolszewik? Żony przyjaciół Psara. — Ileż on może mieć lat? — Dziewiętnaście? Nie wygląda nawet na tyle. podwiozę pana — powiedział ktoś. To był właśnie ten młody człowiek. nad młodzieńczą szyją. Aleksander zawahał się. W pewnej chwili tuż obok niego zatrzymał się samochód. przyglądał się temu z ostentacyjnym spokojem. którą odsłaniała rozpię- ta biała koszula. Aleksander Dmitrycz. biedak. dlatego też nie zostawiono ich — jak każe obyczaj — grabarzowi. — Proszę wejść. Przyjaciele ojca odczuwali wobec syna raczej nieufność niż sympatię. jasnowłosy. Gdy tylko pogrzeb się skończył. jak wszyscy inni. niebieskiego ubrania. że to zaproszenie było może grzecznie wypowiedzianym rozkazem. Ubrany był w brązową marynarkę. Cóż by zresztą z nimi począł? Grudki ziemi rozbijały się na świerkowych deskach trumny. poczciwe okularki. przeciw- nie. Aleksander Dmitrycz nie chciał.pasów. — Dziękuję. pełen rezerwy. 30 . rozczulały się nad szczupłą chłopięcą twarzą o zaczerwienio- nych powiekach. Przeżegnał się kilka razy w nieodpowiednim momencie. Wsiadł do samochodu. Jakubie Mojsiejewiczu. On także złożył poda- nie o repatriację i przesiadywał w ambasadzie. otwie- rając drzwi samochodu. Pomyślał jednak.

Nad Czechowem miał jednak tę przewagę. Matka i babcia Jakuba Pitmana też pochodziły ze skromnych rodzin. W dzieciństwie Jakuba Mojsiejewicza Pitmana kołysały do snu opisy bohaterskich wyczynów dzielnych czekistów ra- tujących Rewolucję. wykazała więc pochodzenie pro- letariackie w zasadzie bez zarzutu. białogwardziści odnieśliby zwycięstwo. w wydziale spraw wewnętrznych. przeciwnie. Ankieta. że wstydził się swoich rodziców. Jakub marzył więc o pracy w komisariacie ludo- wym. tak samo jak niegdyś jego ojciec. ale ich problemy wydawały mu się anachroniczne. Gdyby nie oni. Poza domem jadł wieprzowinę i nie miał żadnych wyrzutów sumienia. obej- mująca dwa pokolenia wstecz. Dumny był. że wiedział kiedy to nastąpi: już jutro. Nie znaczyło to. Nic nie przeszkadzało temu. że Jakub chciał stanąć w pierwszym szeregu pracu- jących. Uwielbiał rosyjski folklor. jaką mu to sprawiało. Jak bohaterowie Czechowa wzdychał do czasów. To dzięki partii jego ojczyzna stanie się najpotężniejsza na całym świecie. z Berdyczowa. Naród radziecki jak jeden mąż pracuje nad wznoszeniem po- wszechnej sprawiedliwości i równie powszechnego dostatku. Mojżesz Pitman był ubogim krawcem. szczęśliwi i beztroscy. Lokomotywą szybko zbliżającej się przyszłości była partia. że czę- sto aż łzy stawały mu w oczach. silna i opiekuńcza. Jakub miał dla niej tak żywe uczucia i tyle wdzięczności. byłby najbardziej użyteczny dla partii i dla ojczyzny. traktował ich z czułością. by sytuacja Żyda miała być inna niż Tatara czy Gruzina. Jakub Pitman pamiętał o swoim żydowskim pochodzeniu. Potrafił zupełnie nieźle zaciągać Raz na balu czy też od- tańczyć ognistego kozaka. Oczywiście. Czajkowskiego. nie sądził jednak. kiedy wszyscy ludzie będą się kochali. myślał. raczej podkreślał przy- jemność. że to właśnie jego kraj wyprodukował Puszkina. Piotra Wielkiego. by przyjęto go na wydział wer- bujący kandydatów pośród młodych ludzi garnących się do tego rodzaju działalności. W tym okresie „narodowość” 31 . Właśnie tam.

jak się tego spodziewał. równie szczęśliwą i wolną jak ona. Wojna właśnie się skończyła i Jakub Pitman oddelegowany został do pracy w ambasadzie. Młodszą siostrę. spodziewał się. Wuj rewo- lucjonista upiększał obraz. Nie opuszczała go też ciekawość. że skierowano go do piątego departamentu. nie narkotyzował się i z pewnością nigdy nie posługiwał się knutem. Znał francuski i to sprawiło. dla jej dobra. składającego się głównie z karierowiczów i hula- ków. Tymczasem książę O. że ujrzy wilkołaka albo nadczłowieka. degeneratów. Na początku wszystko szło doskonale. Wkrótce polecono mu zająć się wyszukiwaniem pośród 32 . chociaż Pitmana szokował prymitywizm tutejszego środowiska. Inteligencja jego była żywa i giętka. której starsza. był garbaty. aby uczynić z Francji siostrzycę Rosji. biedny jak Hiob. Jego przełożonym był oficer. Jego entuzjazm nie miał granic! Będzie pracował ze wszyst- kich sił. który prowadził sprawy emi- grantów „powracających” — narkomanów. głównie zagadnienia kontrwywiadu. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w obliczu autentycznego księcia. która znów podejmowała swą działalność w Paryżu. Tak więc po opuszczeniu uniwersy- tetu Jakub Pitman przepełniony radością i wdzięcznością przy- jęty został do szkoły „Biełyje Stołby” i studiował tu przez dwa lata. Te wspaniałe zamiary nie uchroniły jednak porucznika Pit- mana od tego. przede wszystkim zaś właściwa mu była intuicyjna zdolność trafnego wyczuwania lu- dzi. Rząd radziecki okazał niezwykłą łagodność. Pitman był jednocześnie onieśmielony i przejęty obrzydze- niem. że po roku pobytu w Paryżu znalazł się nagle o krok od utraty honoru i stanowiska. delikatny. niedo- bitków bandytów Wrangla i katów Kołczaka.żydowska była jeszcze plusem raczej niż minusem. dyktować będzie sposób postępowania. Ucieleśnione zło nie zawsze było tak łatwo rozpoznawalne. Ale pragnął się uczyć. rzecz jasna. amnestionując tych lokajów reak- cji.

w jakiej uczestniczył. Następnym szefem Pitmana został stary czekista z niebieskim nosem. najlepiej nad ranem. Poprzednio kierowali nią Kutiepow i Miller. teolodzy. polegała na porwaniu w samym środku Paryża pewnego pułkownika carskiej armii. tradycja jednak wymagała. którego siostra studiowała atomi- stykę! Nie mogło być mowy o tym. jak ich nazywano. byłym partyzantem. tak samo jak zgarniało się ludzi w Moskwie czy w Niżnym Nowogrodzie. żeby Jakub Mojsiejewicz miał okazję poznania wszystkich rodzajów działalności. Pitman dobrze się spisał. Chodziło o to. Żeby jednak uśpić czujność Francu- zów. jako że uprzednio uzyskana została zgoda władz francuskich. gdy temperatura ciała jest najniższa. Pozostawało tylko „zgarnąć” pułkownika z domu. aby przez sam fakt swej obecności odwracać uwagę od zwerbo- wanych współpracowników. Więk- szość tych. najzupełniej legalnie. Tym razem zresztą nie przewidywało się żadnych komplikacji. „seksots”. Stary pułkownik nie był specjalnie nie- bezpieczny. 33 . które mogłyby stać się. Pierwsza misja. miała pozostać we Francji. a co za tym idzie zdolność stawiania oporu najmniej- sza. opowiadanych między jednym i drugim kieliszkiem. zdy- chali sobie w dalszym ciągu na obczyźnie. Pitman mógł się pochwalić świetną zdobyczą. na miejscu. wiekowi Cyga- nie. których w przyszłości łatwo będzie pchnąć na odpowiedzialne stanowiska. znajdującym się już. żeby starzy kierowcy taksówek. boha- ter licznych anegdot. trzeba było. ludziom. by zadać zdecydowany cios takiej organizacji. któ- ry natychmiast po zakończeniu wojny próbował powołać znów do życia organizację „Union interarmes”. teraz je- go zwierzchnik przesunął go do innej sekcji. żeby pozwolić na powrót ta- kim ludziom. którzy i tak nie mieli czego szukać w ZSRR. co domagali się powrotu.kandydatów do powrotu osób. przeprowadzając selekcję. Amnestia nie była bowiem całkowicie bezinteresowna. sekretnyje sotrudniki. prowadzonych przez ich placówkę.

Nigdy nie dowiedział się. potem kopnia- kami. że przypilnuje. która przebiła mięso. Teraz chodziło o to. jeśli się go przymknie. gotów w razie czego do interwencji. chociaż brama była nadal zamknięta. który już wkrótce stanie się rajem. nie dręczyły go żadne moralne rozterki. Nagle Jakub poczuł przed sobą jak gdy- by wielką pustkę. którego trzeba było usunąć. Pułkownik był tylko nędznym wichrzycielem. Czyż nie bili- śmy się razem z Niemcami? Pitman przycisnął guzik dzwonka. który zaw- sze starannie wycierał buty. dawny komunistyczny partyzant. Za starymi drzwiami. Zaczął stukać. grzecznie choć stanowczo. najpierw otwartą dłonią. połamane nogi z kością. Gdy Jakub zobaczył to coś na chodniku. obiecał. których zresztą nie ma. że chcesz pożyczyć 10 franków. żeby nie robiła żadnych trudności. i zniszczoną pidżamę. drugi wszedł na podest szóste- go piętra. ale prze- cież nie będą protestować. Przed 25 laty z pewnością nie odmawiał sobie przyjemności wie- szania czerwonych więźniów. by nie mógł siać zamieszania w kraju. Kiedy Jakub Pitman wsiadał do specjalnie wynajętego samo- chodu. Może prze- ciąg? Na schodach rozległ się zdenerwowany głos dozorcy: „To- warzyszu! Psze pana! Panie kapitanie! Zdarzyło się nieszczę- ście”. które pokrywał łuszczący się lakier. pano- wała cisza. ale jej mąż. po cztery uderzenia. — Jak będziesz tak sobie postukiwał — powiedział czekista — to on gotów pomyśleć. zrobił wielki krok do 34 . Na karku czuł przesycony wódką oddech czekisty. Pułkownik nigdy nie był obywatelem radzieckim i Francuzi nie bardzo mieli ochotę na otwarte wydanie go Rosjanom. ten naleśnik z czło- wieka z kępką brody sterczącą z twarzy. skąd pojawiło się to wrażenie. Jeden z jego przybocz- nych został na czwartym piętrze. ugiętym palcem wskazującym prawej dłoni. a obecnie policjant. Jakiekolwiek komplikacje były zresztą mało prawdopodobne: dozorczyni co prawda bardzo lubiła pana Rosjanina. Zaczął walić w drzwi. aż drzwi dygotały. skąd obserwował wszystko.

Z drugiej jednak strony odczuwał głęboki zawód — sądził. A potem. Do- zorca trzymał się z tyłu. Po dwu latach dotknięty łaską zaczął chodzić do kościoła i głosować na partię prawicową. że towarzyszom radzieckim zawsze udawały się akcje. bez skrępowania wymiotować. strzelając okiem na swoich ludzi. wstrząsany czkawką. że osobnik zdążył wyskoczyć przez okno. któremu do tej pory wszystko sprzyjało. kiedy wcho- dził do pokoju. Zaczął się więc wstydzić. Niebieskie epolety nie są dla tchórzy. ponieważ cierpiał z powodu okazywanej mu pogardy. kręcił głową z mieszaniną litości dla ofiary i jednocześnie z trudem opanowując nerwowy śmiech na widok tego śmierdzącego pajaca rozciągniętego na bruku. a tu masz! — zachowali się jak niezdary. — Na twoim miejscu wstydziłbym się. — Zdechlak! Baba! — wysyczał do niego czekista. Od tej chwili jego wiara w marksizm topniała szybko. upodlenie. Z dnia na dzień przestano podawać mu rękę. Późniejsze zachowanie się po- rucznika potwierdziło. Była to tylko kwestia bezwładu biurokratyczne- go: wkrótce zostanie usunięty z departamentu. kiedy już przestał wymyślać swojemu podwładne- mu. że przyczyną niezdecydowania Pitmana był brak odwagi fizycznej. teraz skazany był na klęskę. być może nawet z KGB. Za- czął się także chować. jako że KGB. Kiedy nieśmiało poprosił o wyjaśnienie — nie miał prawa czytać raportu — szef komórki spojrzał mu w oczy. Pitman. Poza tym nie dostawał już żadnych poleceń. który stukał do drzwi tak długo. że Pitman. Wydawało się. której ro- la jest wiodąca a doktryna niezawodna.tyłu i zaczął otwarcie. odwracano się. Czekista napisał mściwy raport — akcja nie udała się z winy porucznika Pitmana. Nie 35 . jakby chciał ich wziąć na świadków. schowałbym się w najciemniejszym kącie. zaczął uporczywie przyglądać się Jakubowi. z tą jego bródką. nie może się mylić. bliska partii.

szperał wtedy we wszystkich biurach. że jest w niełasce: — Towarzysz Abdulrachmanow was prosi. to znów za wysokiego dygnitarza partyjnego. żeby jego na- rzeczona miała się rumienić ze wstydu przez niego? Myślał o zerwaniu.pozostawało mu więc nic innego. jakby wymienianie jego imienia mogło spowodować nie wiadomo jaki kataklizm. Czyż miał znosić i to. Jego działal- ność zaczynała się. ale w której dyrekcji i w jakim departamencie? I jaką miał funkcję? Zagadka. gorące i pełne nadziei listy. Abdulrachmanow był prawdopodobnie w KGB. że jeśli się już jest w KGB. zo- stał przez młodszych pracowników ambasady nazwany Stalag- mitem. który nie miał odwagi spojrzeć w oczy komuś. odpowiadającego 36 . Nic o nim nie wiedziano. można popełnić pewną liczbę pomyłek. Od jakiegoś czasu personel ambasady unikał aluzji na temat Abdulrachma- nowa. monumentalna postać z małą głową. Abdulrachmanow. nieznany był nawet jego stopień wojskowy: reagował jednakowo ochoczo na „towarzyszu kapitanie” jak i „towarzyszu generale”. Wiedział przecież. które będą zatuszowane dla dobra organizacji. Potem o samobójstwie. Jakub Mojsiejewicz Pitman był głęboko zraniony w swoich ambicjach. w samej substancji swego istnienia. w swym pragnieniu służenia. że przypominał raczej fenomen przyrodniczy niż ludzką istotę. Kto mu je dał? Brano go za inspekto- ra. gdy inni kończyli pracę. tylko zaszyć się w kącie i cze- kać na odwołanie. że tak naprawdę nie został zaakceptowany przez zwierzchników i odrzucano go jako nieprzydatnego. Miał wszystkie klucze i wytrych. Tymczasem pewnego dnia przyszedł do niego szeregowiec. ale także dlatego. nie wyłączając gabinetu ambasadora. Słodka Eliczka słała mu czułe. Oznaczało to. Jemu stawiano tylko zarzut zwykłej słabo- ści. składającego sprawozdania samemu towarzyszowi Berii. o kim wiedział. i to nie tylko z powodu jego stożkowatego kształtu. Przezwisko to jednak wyszło z użycia. Cier- piał także z powodu swej miłości.

recytujący śpiewnie: „Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. Przed stożkowatą głową unosił się palec wskazujący. Mówił śpiewnym basem. Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża.. 37 . nie wy- rażał jednak groźby. Oto po raz pierwszy od dwu miesięcy ktoś odezwał się do niego serdecznie. Jakubie Mojsiejewiczu. i umieści na tym krześle swoją starą panią.. wróg się poddał. gdyby nie opanowały go zupełnie inne emocje. Pitman stanął dość niezdarnie na baczność w progu niczym nie wyróżniającego się. raczej intencje wychowawcze. On jednak będzie musiał zawieść swego rozmówcę. wszyscy trzej.wyłącznie przed Józefem Wissarionowiczem. I ten Sun Tsu. tymczasem dobiegł go melodyjny głos. w którym jednocześnie wyczuwało się ogromną siłę. — Ależ proszę usiąść. Nigdy nie powie- dział nic ostrego. Abdulrachmanow nie wyrażał się jak oficer KGB. Czy zna pan Sun Tsu? Siejący postrach tow. Pitman byłby zaszokowany tym mało radzieckim stylem zacho- wania. gdyż nie miał zielonego pojęcia. pełnego kurtuazji człowieka. — Niech pan wejdzie. Być wezwanym przez niego — w sytuacji Pitmana! — oznaczało to samo. posługując się najbardziej wyrafinowaną dyk- cją. Skojarzenie to musiało powstawać automatycznie na widok tego zażywnego. Usłyszawszy. że może wejść. Oczekiwał wojskowego wrzasku albo lodowatego szeptu. lecz jego nienaganna wy- mowa przypominała raczej profesora uniwersytetu przedrewo- lucyjnej Rosji. towarzyszu generale. mało świadczącego o tym. Używał swojego głosu jak aktor. towarzyszu generale. serdeńko. wróg się poddał”. Jakubie Mojsiejewiczu. — Nie. ja nie. kim może być Sun Tsu — zapewne jakiś lokaj Czang Kai-szeka. a jednak budził przerażenie. pustego pokoju. co dla skazanego na śmierć wizyta o 4 rano w jego celi. na granicy otyłości. Ja nie jestem w szóstym depar- tamencie. a nawet jak zwykły obywatel radziecki. Zaraz się ze sobą zapoznamy. by się tu ktoś przemęczał pra- cą.

żeby pan łaskawie mówił do mnie per Matwiej Matwiejewicz. nawet dla kogoś. nazywać mnie towarzyszem. kto zawsze sta- rał się rozumować tak jak trzeba. by miały dla nas znaczenie powierzchowne i zbędne stratyfikacje socjal- ne. i pan. Czując swą winę. Po pierwsze. nikt pana tak nie nazywa! 38 . — Tę. — Ależ. — Jaką myśl. Przywiązujemy zbyt wielką wagę do prawdy tkwiącej w rzeczach i ludziach. jak ocenia pan tę myśl. wyjąkał żałośnie: — Nie wiem. Przestanie pan więc. mój bezcenny Jakubie Mojsiejewiczu. — Proszę mi na początek powiedzieć. chyba żeby wziąć pod uwagę wiszący na ścianie portret Feliksa Edmundowicza. żebyśmy musieli rzucać sobie w twarz co pięć minut nasze przekonania polityczne. w którym nie pojawiałoby się to inkwizy- torskie spojrzenie. Więc przestanie pan. Jeszcze raz nieszczęśliwy porucznik miał zawieść swego prze- łożonego. którą przed chwilą przytoczyłem. i ja jesteśmy zbyt ukultu- ralnieni. Co myśli pan o tym? Pytanie było bardzo trudne. ponieważ jest to najwyższy stopień. Pitman rozejrzał się wkoło. towarzyszu generale. Dalej. którzy wcale tacy nie są. który wydawał się tak dobrze wobec niego usposobio- ny. jak to nazywają ci. zarazem wielkoduszną i podstępną. i tak dalej. nie było w KGB pomieszczenia. On jednak był wszędzie. Nim zdążyłem zwi- lżyć. — Proszę usiąść — powiedział człowiek zwany Stalagmitem. posługiwać się tytułem generała. Być może Lenin wypowiedział się gdzieś na temat. — Zanim spotkamy towarzysza Sun Tsu. towarzyszu generale? Mówił „generale”. A wreszcie. ale nie spostrzegł żadnej trzeciej osoby w pokoju. chciałbym. towarzyszu generale. ale Pitman nie mógł sobie niczego przypo- mnieć. miły mój Jakubie Mojsiejewi- czu. podejmiemy kilka wstępnych decyzji. ale nigdy jeszcze nie widział tak uprzejmego generała. ponieważ ja pozwo- liłem sobie nazywać pana Jakubem Mojsiejewiczem.

my posiadamy odpowiednie środki. nie chcę go aresztować — dodał z gryzącą iro- nią. przeciągłą wymową tych słówek.. od stopy urodzeń do literatury. — Proszę się nie niepokoić. czyjego nauka pozostaje w zgo- dzie z podstawowymi aksjomatami marksizmu-leninizmu. któ- rego członkiem. to poszedłbym. 39 .. Osoby te składają się na radę. mój szma- ragdowy. Czy słyszał pan o Einsteinie? Proszę się nie niepokoić. jeśli Bóg pozwoli. Będzie pozostawała w zgodzie. Jasiu-głuptasiu. No więc. Czym Einstein jest w fizyce. ani Matwiej Matwiejewicz im. Pitman odważył się spytać: — Dlaczego? — Dlatego. Możemy pokrzyżować nie tylko sztabowe plany wroga.. Nie jest jeszcze pewne. wszelkiej natury. Zrobi się co trzeba. słyszałem o Albercie Ein- steinie. Dlatego też nie- chaj mnie nazywają jak im pan Bóg każe. Matwieju Matwiejewiczu. stanie się i pan pewnego dnia. od seksu do religii. ale ani oni nie mają nic do powiedzenia Matwiejowi Ma- twiejewiczowi. zaraz zresztą zduszoną. Oby Bóg pozwo- lił. Tyle tylko. Jeśli by ktoś mi powiedział: chodź tu.. że towarzysz Sun Tsu poszedł do nieba około dwa i pół tysiąca lat temu. lecz także wszystkie jego projekty.. użyteczność ich godna jest sza- cunku. co nie byłoby niczym nadzwy- czajnym. ja i parę innych osób je- steśmy w strategii. — Tak. — Abdulrachmanow posługiwał się dawną. gdybym miał ochotę pójść. Jakubie Mojsiejewiczu. My odkryliśmy względność sztuki wojennej. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. areopag. — Mój drogocenny Jakubie Mojsiejewiczu. otaczający nas towarzysze są bardzo użyteczni. abyśmy potrafili wykorzystać te fantastyczne środki. że Sun Tsu nie dysponował środkami odpowiednimi do jego geniuszu.. a ja na to pluję. uznaną obecnie za przesadnie kurtuazyjną — . Sun Tsu mówi: najwyższe wyrafinowanie sztuki wojennej polega na pokrzyżo- waniu planów wroga. No więc.

Było coś przerażająco drapieżnego w tym słowie: wybór. To nie był już człowiek. — Jest pan w błędzie. a raczej wzniósł się. jego dziwnie małe dłonie leżały na blacie biurka. załatwmy pewien drobiazg. Gdyby mierzyć wartość człowieka odpor- nością jego przewodu pokarmowego. Pitman chciał się wytłumaczyć: — Z mojej strony to właściwie nie była litość. Widziałem pańskie notatki. gdzie raki zimują! A jeśli pan ma trochę zbyt delikatny żołądek. tak. Pokażę mu. która jest dla mnie nieodzowna: umie- jętności wczuwania się w innych? Odwaga. Wszystkiemu jest winien ten sukinsyn. Nagle Abdulrachmanow podniósł się. Czyż zna pan coś równie skutecznego i eleganckiego? Aha. to była wieża. To bez znaczenia. — Na panu zrobi wrażenie broda. że ma pan brą- zowe włosy albo że jest pan krótkowidzem? Posiada pan właści- wości potrzebne mi w pewnej miksturze. Proszę się zastanowić. Ta nędzna broda. Wiem o panu wszystko. — Czuję się zaszczycony. Ab- dulrachmanow stał wyprostowany. który byłby odpowiedniejszy w kościelnym chórze: — Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. oddanie sprawie i spryt. prawdopodobnie nie wystraszyłby pan tego starego osła. mój diamentowy Jakubie Mojsie- jewiczu. który ryczałby w tej chwili na Łubiance. bo się wzajemnie wyklu- czają. Matwieju Matwiejewiczu.. Tylko ta broda na chodniku.. tym lepiej. Czyż to pana zasługa. Powtó- rzył tonem. Przypominał pterodaktyla gotowego do ataku na swą ofiarę. że wśród zatrudnionych u nas ludzi znajdę posiadaczy cechy. na kimś innym coś inne- go. wróg się pod dał. Henryk IV nie zostałby nigdy królem Francji.. Czy mogę liczyć. Przerastał wszystko. Gdyby po- zwolono panu działać. Mój wybór padł na pana. którą właśnie przygo- towuję. i okrucieństwo — te cechy można znaleźć u naszych 40 . Innych panu brak. To ja rekrutuję ludzi.. co to koniecznie chciał zamoczyć ostrze noża w krwi.

wziął Pitmana za rę- kę jak dziecko i zaprowadził przed drewnianą tablicę wiszącą na ścianie. znalezionych u Sun Tsu. — Zbieraj informacje. Abdulrachmanow obszedł swoje biurko.towarzyszy. — Poddawaj w wątpliwość dobro. Widniał na niej następujący tekst. głową przypominającą wycelowany w niebo moździerz. — Drwij z tradycji. — Oto — powiedział Abdulrachmanow. 6. 5. rękami czerkieskiej księżniczki. wygrawerowanych scyzorykiem: 1. 4. — Nie żałuj pieniędzy. wdarcia się w cudzą świadomość. 11. — Posługuj się ludźmi złymi. 2. — Zakłócaj aprowizację. — Podżegaj młodych przeciwko starym. ze swym orientalnym imieniem. 9. niech gardzą. — Dezorganizuj działalność władz. ale zdolność do wejścia w cudze położenie. lub raczej — kto mówi 41 . 3. 7. Pitman przyjrzał się człowiekowi. stylizowanych na Daleki Wschód liter. Ze swą skórą śniadą i ma- tową. — Siej niezgodę między obywatelami. — Kompromituj przywódców. 13. Zabawiłem się wpisując je w to twarde drewno oliwki i zarazem we własną pamięć. — Wstrząśnij ich wiarą. 8. ułożony z fantazyj- nych. — Rozpowszechniaj zmysłową muzykę. ogromnymi wśrubowanymi w posadzkę stopami. który nie krył swego zadowolenia — trzynaście przykazań. tak jakby się wskakiwało za kierownicę jakiegoś pojazdu? Proszę zobaczyć. który zdawał się sam two- rzyć obowiązujące go ustawodawstwo. Abdulrachmanow przybrał dlań postać sym- bolicznego skrótu Związku Radzieckiego. 12. 10. — Sprzyjaj rozwiązłości. a nawet podświadomość. wymową z ubiegłego stulecia.

Więc jak. To Karol Marks i Dziadek Mróz w jednej osobie. żeby zrobić wrażenie na głupcach. W tydzień po tej rozmowie Jakub pisał do swej narzeczonej: „Moja słodziutka Eliczko. My jednak. powoduje niezgodę — tego. o których nie 42 . częściowo po to. złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. Szukam przedstawiciela na Francję. Przeciwnie. Nasze metody są dosyć ezoteryczne. Przeciwnie. a częściowo dla czystej przyjemności. co wyćwiczyli się w kunszcie wojennym. wolą bić się. ale opanuje je pan bez kłopotu.o związku. Marzą. Jak naj- szybciej obsypiemy pańskie epolety gwiazdkami. unicestwienie go to ostateczność. żeby nazbierać medali i awansów. nasze zabijaki nie dostrzegają wznios- łości tego ideału. Lecz Sun Tsu powtarza: podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć. biorą do nie woli armię przeciwnika bez walki — ciągnął Abdulrachmanow. Pan jest młody i na początku i pan będzie pod wrażeniem swego awansu. nie jesteśmy tu dla przyjem- ności. — Zdobywają miasta nie oblegając ich wcale i błyskawicznie opanowują całe kraje. Cóż za finezja! Ileż w tym wdzięku! Rzecz jasna. co jeszcze do niedawna było Cesarstwem Rosyjskim. oto czego nie potrafią zro- zumieć nasi wojownicy. że ten żart nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. Wiedz. Ten ktoś wprowadzi mnie w techniki. albo też. by wystrychnąć wszystkich na dudka. napadać i prowadzić długie operacje wojenne. by zakrwawić ostrza swych noży i za to dostać gwiazdki. a nie cel. tu jest pies pogrzebany. Oto właśnie metoda naszego postępowania we Francji. spotkałem ostatnio człowieka zupełnie niezwykłego. jak mawiał Szekspir. czy to pana interesuje? Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Zajęty jestem tworzeniem w pierwszej dyrekcji departa- mentu «D». Gwiazdki to środki do celu. Jesteśmy tu po to. W tym właśnie sęk. mój ru- binowy Jakubie Mojsiejewiczu. — Ci. to opanować kraj nieprzyjacielski nietknięty przez zniszczenia. jak mówi się u nas. Proszę się nie dać zwieść. Zgarniemy ją nietkniętą. nasi zawodowcy.

i to z promocją. przyjaźń. nawet tobie. Napisz. Misja ta. Pitman znowu ściskał dłonie wszystkich kolegów. po czym wykrzyknął na- tychmiast: 43 . Techniki te pozwalają uszczęśliwiać ludzi bez zadawania im bólu. nie tyle przez swą tajemniczość. Abdulrachmanow zażądał zdjęcia. mająca przetrwać lata. jakie od pierwszego dnia okazywał mu Matwiej Matwiejewicz. Mam nadzieję. A teraz najważniej- sze: zostałem mianowany kapitanem i będziemy mogli się po- brać. Przeniesiony do departamentu «D». pośród tysiąca innych rzeczy. położył palec na aktach Dymitra Aleksandrowicza Psara: — Przyjrzymy się synowi. Coraz bardziej pochłaniała go wyjątkowa misja. dlacze- go zwrócił się o przyznanie mu sowieckiego obywatelstwa w tym samym czasie co jego ojciec. nawiązała się między nimi przyjaźń. skazywała go na coraz głębszą samotność. ale nudziły go najwidoczniej prowadzone przez nich zajęcia. jak tylko dostanę zezwolenie. mówił doskonale po rosyjsku. „powracającymi”. jaką mu powierzono. co w niej było trudne do wyjaśnienia. zamkniętym. był chłopcem inteligentnym. tak bardzo cieszyły go względy. szesnastola- tek. ile przez to. ja- ka w istocie przysługiwała mu ranga — interesował się. mój chytrusku”. Generał-major Abdulrachmanow — wreszcie przyznał się. lecz nie widywał się z nimi. Przejrzawszy w telegra- ficznym tempie ich teczki. Zapytany. którą wzbogaca- ła jeszcze dzieląca ich różnica wieku. wybaczył im ich zachowanie. Zda mi pan dokładne sprawozda- nie. że wkrótce będę je miał. Niezale- żnie od więzi natury czysto profesjonalnej. inte- resował się literaturą. odpowiedział: chcę wrócić. że i ty na to czekasz. zadufanym. Po miesiącu Pitman złożył raport. Młody Psar. Swym poli- tycznym wychowawcom nie okazywał wrogości. Zresztą nie zdawał sobie nawet sprawy ze swego osamotnienia.wolno mi nic powiedzieć. Ponieważ z natury był dobroduszny.

to nic z tego. szuka pan ludzi „pro- mieniujących”. Co za bezczelność! — Złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. tylko rozmawiał z nim o Rosji. określał to jako „czyszczenie do 44 . jak pan sam powiedział. Ten nie promieniuje. tak żeby zapomniał o czujności. Niech mu pan pochlebia. zapra- szać go do kawiarń. albo raczej: pan niech będzie jego przyjacielem. W ukryciu. A jeśli to do wewnątrz. Proszę. I niech pan pamięta. że nie wolno głaskać kota pod włos. gdzie nie upijał go. o co chodzi. — Wystarczy przestawić kurek jednym kopniakiem. cóż może łączyć miłą powierz- chowność ze względnością sztuki wojennej? Ukrył jednak swoje zaskoczenie. on się nie nadaje. niech pan mówi dalej. będzie wspaniały! Pitman nie przywiązywał wagi do urody kobiecej. Matwieju Matwiejewiczu. cóż to za przyjemność obcować z człowiekiem o pańskiej inteligencji! A jednak chciał- bym. Na pamięć. by „ująć zagadnienie na płaszczyźnie ludzkiej” (był to termin techniczny). trzeszczącym pod jego ciężarem — jakie jest pańskie zdanie? — Jeśli chce pan z niego zrobić agent d'influence. — Czemu? — Ponieważ. — Jakby to ująć? On nie jest i nigdy nie będzie „czerwony”. Proszę przeczytać jeszcze raz strony poświęcone zdobywaniu nowych dusz. — Jest piękny. Wie pan. i wcale nie o marksizmie. Zgodnie z zaleceniami naszego Vademecum próbowałem oto- czyć go wpływem ideologii. na filmy niesowieckie. męska jesz- cze mniej go obchodziła. co zrobił? Nauczył się na pamięć podstawowych rozdziałów Kapitału. — No więc — Abdulrachmanow przesuwał się w swym fote- lu. — Kurek? — Już ja wiem. Pitman potrzebował trochę czasu. żeby pan nie rezygnował. Niech ten chłopak zostanie pańskim przyjacielem. i musiał w tym celu prowadzić chłopca do kina. Zresztą.

Zawsze pra- wie na pierwszym miejscu. Jakubie Mojsiejewiczu. pewnego białego Rosjanina. i odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z jego kolegów. tym razem jednak sięgnięto wysoko i dzięki temu młody Georges Puch przyjął pewnego dnia nieznanego mu pana. ten Rusek jest nieznośny. Abdulrachmanow przeczytał Pory roku i Opowieści wuja Stepana. wyznając. zdawał się jednak rozumieć lepiej niż jego ojciec. zwłaszcza jeśli wziąć pod uwa- gę. Wreszcie pokazał Pitmanowi niektóre z tych tekstów. by coś osiągnąć w przypadku tego suchego i skręconego drzewka. — Ach. „przyjaciela ojca”. że wprowadzenie tej na- dziei w życie jest czymś odległym i niezupełnie pewnym. mówił o nim jak o czymś świętym i wymarzonym. nie jest szpic- lem. W zasadzie nie wolno było korzystać bezpośrednio z wpływów „korporacji”. Pisał wiersze i próbował swych sił w prozie. że jego szef uparł się. Braku matki nie odczuwał specjalnie. Przyniosło to jednak owoce w postaci zwierzeń chłopca. — Jego proza jest doskonała.połysku syndromu brzóz”. by zostać wielkim pisarzem. ale nie- wiele brakuje. tego „drobnomieszczańskiego narodu”. nazywa się go carem albo ojczulkiem. — Nie przepadasz za nim. Jeśli zaś idzie o sławetny „powrót”. Oczywiście. Do swego ojca Aleksander odnosił się z patetyczną miesza- niną podziwu i pogardy. proszę pana. jest w porządku. który urodził się za granicą. Nie wszędzie jest prymusem. 45 . zawsze na pierwszym miej- scu Psar. że marzy o tym. że pisana jest przez chłopca. Wiersze mniej mi się podobają. Nienawidził Francji. Ramię departamentu sięgało daleko. niech pan zrobi ankietę w jego otoczeniu. Ale w końcu ma się trochę dość. lecz ankietę przeprowadził. co? — Nic się nie da powiedzieć. Pitman dziwił się.

Tylko Coroller jest od niego silniejszy. — Dlaczego? — On nie bije się często. 46 . ale to biały Rosjanin. I niech pan jak najczęściej rozmawia z nim o jego ojcu. — To wszystko? — Jeszcze jest prymus. czy nie zechciałby dla nas pracować i w jakim charakterze. noszący czarny. Żyje w prze- szłości. Na podobne pytania odpowiadał też nauczyciel francuskiego. prawda? Jak ona się nazywa? — Elektryfikacja Baum. Zaryglowany. co? — No. Matwieju Matwiejewiczu. niech pan opowie o Eliczce naszemu chłopcu. Pochlebiało mu. Proszę o to tak. Trzeba więc naprowadzić naszego pupilka na rozmowę o Bogu. ale to mięczak. ale zamknięty w sobie. ale jak raz zacznie. Rezultaty rozmów Pitman przedstawił Abdulrachmanowi. komunista. żeby rana nie zagoiła się. Pewnego dnia niech go pan za- pyta. to nie żartuje. — Cóż to za stary osioł! Chociaż nie. Proszę. że zwrócono się właś- nie do niego. suchy zrzęda. — Dajecie mu w kość. jedna jego uwaga jest niezła. Pan ma narzeczoną. trochę trzeba uważać. ciasno związany krawat. — Eliczka? To urocze. I jeszcze coś. trzeba. Wierzy w Pana Boga i tak dalej. Jak pan do niej mówi? Elektra? — Eliczka. Czy ktoś zapowiada się na wybitniejszą po- stać? Profesor mówił długo. — Proszę mi opisać pańskich uczniów. jak się prosi o osobistą przy- sługę. — Inteligentny? — Tak. — Oczywiście: „Władza dla bolszewików i elektryfikacja wsi”. — Których? — Wszystkich. mały.

nie wiado- mo z jakiego powodu. stało się to. że nasza ojczyzna może pana potrzebować tu na miejscu. zająłem miejsce pośród areopagu tych. — Ale wierzy pan w jego istnienie? — Ach. to by go zanadto ucieszyło. znikali raz na zawsze. opiekowało się „swoimi”. na- wet wbrew woli partii. by ktoś poza nim był na tyle subtelny. Czy zdaje pan sobie sprawę. ożeni się wkrótce. świadczy to o indolencji Francuzów. Pitman nie- pokoił się. o jaki rodzaj działalności chodziłoby? Aleksander odrzekł na to. Nie zawsze się to udawało i zdarzało się. że czekiści wysokiej rangi tracili nagle stanowisko i. zarabiający na życie szorowaniem podłogi — powiedział sentencjonalnie Aleksander — to zjawisko czysto patologiczne. — Zgłosił pan chęć powrotu. Niedługo potem w tajemniczy sposób opuścił ambasadę Ab- dulrachmanow. żeby zro- zumieć. Pitman wspomniał o Dymitrze Aleksandrowiczu: — Oficer pokładowy. i oto co z nim zrobili. mógł równie dobrze wyjść spod ręki carskiego dygnitarza: Drogi mój Jakubie Mojsiejewiczu. cechujący się wysokimi. zwane przez bardziej wykształconych swych pracowników patria nostra. Aleksander przyjął to ironicz- nie. Na ogół KGB. nie uprzedzając nikogo o wyjeździe. lekko pochylonymi i starannie połączonymi literami. Nie sądził. prawda. Ale rozumie pan. czym jest miłość. Pitman zaczął się wywnętrzać: jest zakochany. nie. na co Aleksander odpowiedział: — Poróżniliśmy się. Wkrótce jednak pisany ręcznie list pocieszył skłonnego do niepokoju Jakuba. jakby to był druk. Z drugiej strony. tak czytelnymi. Pitman mówił o Bogu. reakcyjne znaki nie pojawiały się wcale. bez entuzjazmu: — Mniej więcej wyobrażam sobie. co było nie- uniknione. lecz charakter pisma. Przypadł im w udziale kapitał ludzki wykraczający poza przeciętność. których 47 . Jego ortografia była nowoczesna. będzie miał wiele dzieci.

Od tej chwili ma pan przyjaciela w tym niewidocznym gronie. na którym się odtąd znajduję. Nadszedł czas. Pozwoli to panu spokojnie i bez żadnych wahań wejść na wyższe piętra pańskiej kariery. figlarni jak zawsze. wziętą z bajek ruskich. gdzie będą najbardziej przydatni. Tak więc ten ogromny za- szczyt odbierze mi przyjemność widywania pana tak często. dzia- łających na różnych stanowiskach we Francji. Dzięki temu ja nacieszę się pańskim towarzystwem. wzięty z bajki przydomek jest dosyć trafny: wiemy o tylu rzeczach minionych. Na zakończenie stażu dostanie pan oczywiście urlop i pro- ponuję. spośród których wybierze się „agents d'influence”. W zasadzie należy unikać kandydatów pochodzenia rosyjskiego. Chodzi o praktyczne zastosowanie zdobytej przez pana wiedzy. Niestety.oficjalnie nazywa się „ Teoretykami „. 48 . Trzeba będzie. by wyznać panu. żeby pan przyszedł do „Mahometa”. Pro- szę też o przygotowanie dla mnie listy około piętnastu kandy- datów. bieżących i przyszłych. nadają nam inną na- zwę. siedmiu i skierujemy ich tam. by odbył pan staż jako „agent d 'influence” . którego włączy pan do tej piętnastki. Teraz zajmijmy się panem. co Pana uchroni przed bie- ganiem na panienki i przed niepożądanym wpływem jakiejś grasejującej Maty Hari. że prawdziwy mój patroni-mik brzmi Mohamed Mohamedowicz. Przeczuwam w nim ogromne możliwości. Jeżeli używałem innych. Korzystam z okazji. skoro „Mahomet” nie będzie mógł pofatygować się do pana. jakbym sobie tego życzył. że nie wolno nam już opuszczać terytorium kraju. gdzie często nakrycie głowy ofia- rowuje bohaterowi niewidzialność. Nieoficjalnie zaś nasi młodzi towarzysze. z wysokości postumentu. żeby go pan spędził tutaj. Nadają nam więc przydo- mek „ czapki-niewidki „. a pan będzie mógł poślubić uroczą Eliczkę i sprowadzić ją do Francji. że dobrym bolszewikiem może być tylko zły chrześcijanin. by nie niepokoić tych. to dlatego. Zatrzymamy nie więcej niż sześciu. co sądzą. z wyjątkiem Psara.

kinkietów i fryzów zdobiących pa- łac Roztopczynów. że pana widzę — powiedział Ab- dulrachmanow. Trzeba było obsadzić kilka stanowisk: przyszłego deputowanego. płaskie policzki. reżysera filmowego. tak aby można tu było pomieścić dyrekcję instytucji zatrudniającej kilkaset tysięcy pracowników. szlachetny bojownik ko- munistycznej rewolucji”. obfity wąs. pokryta przykazaniami Sun Tsu. Tylko ukryte przejście łączyło niebieski pałac książąt Roztopczynów z bliźniaczymi bu- dynkami placu Dzierżyńskiego: w jednym mieściło się niegdyś przedrewolucyjne towarzystwo ubezpieczeniowe — za nim ukry- wało się więzienie zwane Łubianką — drugi natomiast dokoń- czyli niemieccy jeńcy wojenni. przyszłego biskupa. w dwadzieścia pięć lat po śmierci tego mężczyzny. bródka zmarszczona jak ścierka kuchenna. to mój prezent ślubny. Tylko wszechobecny portret bezbożnego mnicha wiszący w gabinecie świadczył o pewnym ustępstwie na rzecz innych lokatorów tego gmachu. ciężkie powieki. Ogromne. kryjące zapewne zaciśnięte mocno zęby. Już teraz wyra- stał ponad szare masy pracowników KGB. 49 . — Przygotowałem parę drobiazgów dla Eliczki. które tajność ich działań mogła tylko uwydatnić. co bardzo szczęśliwie przedłużyło urlop Pitmana. niekomunistycznego związkowca. co przydałoby członkom areopagu znaczenia. generał-major Abdulrachmanow zdawał się być w swoim żywiole. usta w kształcie serduszka. cieszę się.) Pozłacana tabliczka wyli- czała cnoty Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego: „Postrach burżuazji. — Moje dziecko. które zdawały się miażdżyć gałki oczne: spoj- rzenie wciąż jeszcze hipnotyzowało świat. Analiza francuskich kandydatur zajęła prawie cały miesiąc. Pośród gzymsów i złoceń. Po dziesięciu latach miał się przekształcić w zupełnie nie- zależny oddział. wierny rycerz proletariatu. Naprzeciw portretu znajdowała się tablica z oliwkowego drewna. Przed departamentem «D» otwierała się wspaniała przy- szłość. (W taki sam sposób dociera do nas światło od dawna wygasłych gwiazd.

Całkowicie zgadzam się z pańskimi wnio- skami. że pańska kariera w departamencie powiedzie się. jeśli przyjąć filozofię mojego Vademecum. że nauczy się pan tego w przyszłości. którego trawi nie tylko ambicja. sprzeniewierzać się Vademecum. Jak tylko ogarną pana wątpliwości. by schronić się w zacisznym. Chciałbym pana od nich uwolnić. kiedy znajdzie się na mroźnej ulicy. że pew- nego dnia stanie się pan Czapką Niewidką i dzięki temu w pań- skich rękach będą się ważyły problemy polityki naszego kraju. pełne dziwnych fioletowych cieni i refleksów. trzeba też umieć. tyle tylko że jestem przeciwnego zdania. gdy wszystkie decyzje perso- nalne zostały już podjęte. racja jest po pana stronie. Jego monumentalne stopy miażdżyły ozdobione wie- lobokami dywany. Tak.. i mam nadzieję. Jakubie Mojsiejewiczu — zaplótł dłonie na plecach — przeczytałem pański raport po- święcony Psarowi. — Wie pan. wie pan. Miasto przykryte było śniegiem i w świetle latarń ulicznych migotało. osadzone w srebrnych koszyczkach. Jest pan młodym oficerem. Ale. Abdulrachmanow krążył ciężko po gabinecie. że jestem starą wróżką albo też astrologiem w spiczastym kapeluszu. to znaczy przyszłość świata.. Mohamed Mohamedowicz Ab- dulrachmanow kazał przynieść herbaty i wrócił do sprawy Alek- sandra Psara. późnym popołudniem. Przepowiadam panu. Szklanki z herbatą.dziennikarza i absolwenta Wyższej Szkoły Administracji. Pitman z radością myślał o chwili. Proszę wziąć pod uwagę. proszę sobie przypomnieć moją przepowiednię. parowały przy- jemnie. Musi to też wywołać u pana pewne lęki. Musi pan też jedną rzecz zakarbować sobie raz na zawsze: ma pan pewną straszliwą wadę. ale przede wszystkim chęć służenia. przegrza- nym mieszkaniu Baumów. 50 . Pew- nego razu. Jakubie Mojsiejewi- czu. chłód będzie go szczypał w twarz. jak statua Ko- mandora. że wszystkie te dywany pochodzą z mojego kraju? Ten na przykład to niebieska buchara. a on jak liceali- sta pobiegnie galopem.

ponieważ. i raport ten prowadzi do takich samych wniosków jak te. niech pan nie traci dystansu. chcielibyśmy być wszystkim. Powtarza pan.. dba o swoją litość i swe poczucie humoru. Wybrałem pana. tyle że uwięzioną. Niechże pan. My musimy oddychać głęboko. Koledzy pana lepiej zrobią trzyma- jąc nos w książce. Bez współczucia. wolno zachować litość i poczucie humoru. Na- tomiast bez poczucia humoru. Pomaga pan sobie palcami tam. Pamięta pan tę bajkę. — Jaką wadę. my fruwamy zbyt wysoko) uroda fizyczna jest czymś nieocenionym. W naszej ogromnej organizacji tylko nam. że to żaden komunista. Przedstawia mi pan liczący trzydzieści stron raport poświęco- ny Psarowi. że nie czuje pan w nim promienio- wania. Są dla nas czymś niezbędnym. które prowadzi do zrozumienia innych. Dalej. które prowadzi do zrozumienia samego siebie. bo w niższych rejestrach naszego rzemiosła (nas to na szczęście nie dotyczy. wielkoduszności. no to trudno. pan zaraz myśli o rublach. poszedłem go zobaczyć w trakcie jednego z wieczornych wykładów. nie zdołał pan jeszcze wyzbyć się współczucia oraz poczucia humoru. Jeśli się to bierze z zaślepienia. towarzyszu generale? — Nie rozumuje pan swobodnie. wszyscy popełniamy błędy. pracownikom naszego departa- mentu. jako początkujący. Poczułem w nim wielką siłę. Jaku- bie Mojsiejewiczu. w której olbrzym zamyka swą własną śmierć w worku i rzucają do morza. wi- działem go kiedyś. by stać się niezwy- ciężonym? Wystarczy zanurkować i uwolnić biedaczkę. Jeśli jednak boi się pan zaprzeczyć samemu sobie. Tymczasem on jest piękny. z którymi wystąpił pan na samym początku. Gdy w grę wchodzą kopiej- ki. zdolności wpływania na innych. gdzie wystarczyłaby siła ciążenia. bylibyśmy niczym. my jednak potrzebujemy odrobiny dystansu.. Zresztą pozwala nam sieje zachować właś- nie dlatego. Kościej jest zgubiony. że są niezbędne w naszej pracy. Z Psarem jest na odwrót: to jego życie spoczywa 51 .

na terenie liceum czy nawet jego klasy. a nie chcieć zjed- nać go całkiem dla nas. lecz tak prymitywnym. że te dwie pobudki w duszy tak pełnej siły jak jego mogą się stać wy- starczająco silnymi sprężynami misji. że strzała-opinia trafia w tarczę- społeczeństwo. w żadnym zaś razie marksistowskiego. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. miano- wicie czy będzie nam wiernie służył. Musimy więc zbadać moty- wy sprawiające. Zależy mi na Psarze. Vademecum kładzie na to nacisk: wpływ wywiera się zawsze dzięki działalności pośredników. że umysł naszego pokroju nie byłby w stanie jej się poświęcić. Powierzy mu pan do wykonania jakąś nie- wielką i ściśle określoną misję. gdyż na dłuższą metę jego pochodzenie będzie mu zjednywało zaufanie ludzi Zachodu. Wyłania się tylko jedno pytanie. że chętnie będzie służył tym. Świadomie mówię o roli. 52 . Jeżeli zawiedzie (ale nie chce mi się w to wierzyć). Dla roli. co prawda delikatnej. jaką mu proponu- jemy. że gotów byłby przyjąć rolę. do których należy jutro. że nie jest. Po- winniśmy właśnie wykorzystać rezerwę Psara. myślę. Na początek niech go pan podda egzaminowi ze zdolności wpływania na innych. którą mu wyznaczam. Nakazuję panu wydobyć je stamtąd i uczynić z niego słońce. i to sprawia.na dnie morza. mocy. prawdziwy komunista byłby o wiele mniej przydatny. Po drugie. Z jednej strony młody Psar aż kipi od pragnienia siły. chętnie przy- znaję. W tym właśnie punkcie pański raport przynosi odpowiedź pozytywną. Niech ta misja nie ma charakteru politycznego. marzy o „powrocie”. prawdzi- wym „czerwonym”. których uważa za ludzi z przyszłością. zrezy- gnuję z moich zamiarów wobec niego. Zależy mi więc na nim właśnie dlatego. jaką mu wyznaczam. Przecież my nie zajmujemy się propagandą! Propaganda jest czymś niezbędnym. Cóż. Wyłącznie pewnego rodzaju gra punktów oparcia sprawia. popełnił pan błąd. to jest nam właśnie. I właśnie w tej domenie. nawet w sensie teatralnym. jak pan spostrzegł.

że opinia publiczna zosta- nie bez trudu wprowadzona w błąd. że ba- wi mnie ten karkołomny pomysł. Myśli pan zapewne. Ale przynajmniej jesteśmy Rosjanami. Nie mówiąc już o tym. że to zbyt piękne. pokazuje się publicznie. jeśli nie spraw- cami. że tak powiem. których nienawidzi. Nie. ani śmierci. Psar. szy- dzą z niego. Przeciw komu będzie się zwracała praca młodego Psara? Przeciw Francuzom. Nasze techniki będą już wtedy szeroko stosowane przez na- szych specjalistów. Nie zagrażają mu bezpo- średnie niebezpieczeństwa. dla naszego arystokraty. rzucimy go jak zmiętą szmatkę na kolana Francji. Jeśli ośmieli się opowiadać. z którymi spotyka się na co dzień i których nie potrafi podziwiać. będzie inaczej. operuje. bę- dziemy go utrzymywali w przekonaniu. upadku jego ojca. ponieważ jego samego źle traktują. w do- datku Francuzami. że będzie mógł wrócić kiedy tylko zechce i na powitanie rozłoży się przed Dobrze Uro- dzoną Jego Wysokością czerwony chodnik. że nie będzie wystarczająco solidarny. ponieważ zawiedli nadzieje. na wolnym powietrzu. że podejmuję zbyt wielkie ryzyko. nie zrobi to na nas najmniejszego wraże- nia. że ponoć służył nam jako agent. Gdy już wykorzystamy go całkowicie. nie ukrywa się. ponieważ dali się pokonać Niemcom. Dla- czego ich nienawidzi? Ponieważ byli świadkami. nie może nie gardzić tymi. jako że my jesteśmy w jego oczach wrogiem klaso- wym. że przygotowuję dla niego pewną drobną niespodziankę. Oczywiście. byle tylko załatwić swoje osobiste porachunki. który raczy nieco pobrudzić sobie ręce w naszym towarzystwie.Zresztą agent d'influence w gruncie rzeczy nie ma do spełnienia zadania przerastającego ludzkie siły. nie ryzykuje ani tortur. Być może. by zatrudnić kogoś. Ale bez takich przyjemności nasze zajęcie byłoby równie monotonne jak wszystkie pozostałe. jestem przekonany. kto po- chodzi z rodziny naszych dziedzicznych wrogów. i to w taki sposób. Myśli pan. podczas gdy ota- czający go bourgeois są także jego wrogami klasowymi. jakie w nich pokładali emigranci. 53 . Pan się obawia. należy do ludzi bardzo pobudliwych.

ale nie na samym czele”. iż jest zdolny do tego rodzaju pomniejszenia samego siebie (teolodzy mówią w takim wypadku o kenosis). Koledzy przestaną mieć mu za złe jego wyczyny. Jakubie Mojsiejewiczu. wysokie kieszonkowe. Trzeba tylko powziąć stosowne środki ostrożności. Wreszcie nasuwało się pytanie. że Psar opublikuje pamiętnik i oświadczy. tak 54 . Postanowił urządzić trzy próby. Zaraz po powrocie do Francji Pitman z właściwą sobie rze- telnością przeprowadził test badający oddziaływanie Psara na innych. Efekt będzie podwójny. Pierwsze miejsce w klasie zastępowało mu prawie wszystko inne. jak sobie po- czyna książę tego świata. a poza tym wykaże. jaka będzie się szerzyła na Zachodzie przed nadejściem roku dwuty- sięcznego. które było dla niego czymś cennym? Pitman odgadywał te niepokoje i umiał je zrównoważyć romantyczną aurą przedsięwzięcia. Aleksandrowi będzie się zda- wało. dziewczęta — zwykłe symbole prestiżu dorastającego chłopca. jak zniesie pewną degradację nazwiska. Proszę to sobie dobrze zakarbować. gdy udaje. snobistyczne kluby. Nigdy jeszcze nie wiodło mu się tak dobrze jak teraz.żeby było prawdziwe? Proszę. niczego nie musimy się obawiać ze strony Psara. którego ambasadorem w czasie i w przestrzeni czuł się jeszcze. niech pan spojrzy. Przecież to tylko wzmoże panikę. — Właśnie w ten sposób — mówił — zostaje się panem. Na początek zażądał od Alek- sandra. Nie tylko to: w grę wchodziły i inne wrażliwe punkty. A nawet gdybym się miał pomylić: załóżmy. jak trudne to będzie dla Aleksandra. Agent wywiadu musi być zdolny do takich wyrzeczeń. by nie porzucił nas w trakcie jazdy. że wcale go nie ma. Nie. Pitman orientował się. wakacje. że zdradza swój kraj ojczysty. że oto przez trzydzieści lat manipulowaliśmy fran- cuską opinią publiczną. by zrezygnował ze swej pozycji prymusa: „Niech pan bę- dzie w piątce najlepszych.

Przytoczył myśl Sun Tsu. — Opowiem panu pewną historyjkę: był sobie raz pewien książę chiński. jego ojciec. Mo Tun znów zebrał swych ministrów. zamaskowanym. Niektórzy radzili. żeby oddał tę ziemię. nawet szykan. co brali za oznaki słabo- ści. który biegnie tysiąc li”. by był nieustępliwy. który biegnie tysiąc li. chcieli go wybadać i wysłali do niego emisariuszy. Nazywał się Mo Tun. któ- rzy nie byli wcale przygotowani do wojny. Wtedy Hu zażądali jednej z księżniczek. panie. w tym zaś wypadku cena. by zacytować Niemców. obywając się bez wody i siana. wreszcie każda inicjacja łączy się z przejś- ciem trudnej próby. gdyż pozostanie w tajemnicy. bo nie będę im mógł nic od- powiedzieć. będzie miała w sobie coś eleganckie- go. jaką trzeba będzie zapłacić. lecz Mo Tun odrzekł. Doradcy byli oszołomieni: „Domagać się księżniczki! Błagamy cię. Był to ogier. iż nie chciałby nikogo obrazić i sprzedał konia. inni zaś chcieli mu się przypodobać i sugerowali. że narzucając sobie tego rodzaju autodyscyplinę Aleksander zacznie już swą służbę. zupełnie wyjątkowy. słysząc tę propozycję. Powołał się na to.poznaje się rzemiosło pana. wypowiedz wojnę tym zuchwalcom”. Hu. — Trzeba będzie znieść ich przechwałki — mówił rozmarzo- ny Aleksander. coraz bardziej ośmieleni przez to. zażądali wówczas pewnej części terytorium: „W waszym posiadaniu znajduje się tysiąc li ziemi. Chcemy mieć tę ziemię”. Książę najpierw kazał ściąć pochlebców. który i dla niego stał się mistrzem: „Podstawą wszelkiej sztuki wojennej jest fortel”. — Będą szczęśliwi. Doradcy księcia oburzyli się. nie będzie mógł nic mu zarzucić. przebiegał tysiąc li. potem skoczył w siodło. to jest pięćset kilome- trów. Hu. i posłał księżniczkę. Książę powiedział jednak: „Nie odmawia się ręki młodej kobiety swojemu sąsiadowi”. zwołał swe wojska i zmiażdżył Hu. Jego sąsiedzi. wtajemniczony. Emisariusze powiedzieli tak: „Chcemy kupić konia. Można też być panem ukrytym. Oto w jaki sposób 55 .

Rodzicom podobały się jego sta- roświeckie maniery. Zapraszano go jednak chętnie. Wbrew własnym oczekiwaniom Aleksander odnalazł pewną przyjemność wprowadzając z rozmysłem błędy do łacińskich tłumaczeń czy równań drugiego stopnia. tylko pośród okazjonalnych informatorów KGB. nauczyć się tańczyć. chodzić na prywatki. złożył swój podpis. — Nie jest pan moim wujkiem. W ten sposób został oficjalnie wciągnięty na listę współpracowników. zadowolony. Pitman uśmiechnął się dobrotliwie: — Tu nie chodzi o żaden prezent. na zniszczone buty. dla samego siebie. jakiego przedtem odmawiał swym kolegom. Coraz bardziej też nimi gardził. żeby zapomnieć o całym świecie. Miał odtąd zrezygnować ze swej samotno- ści. które niegdyś należały do jego przod- ków. Zainteresowanie. Dymitr Aleksandrowicz nie mógł już niczego aprobować czy potępiać. Aleksander zarea- gował na to upokorzony i pełen złości: — Jak mam iść na prywatkę? Tak jak jestem ubrany? Wskazał na swój stary garnitur z niebieskiego płótna. a teraz zaczął im okazywać. pochlebiało im. Aleksander. Młody Psar nigdy nie lubił tańczyć. Ich siostry uważały Aleksandra za ładnego chłopca. Nie umiał bawić się tak. zaczęły się w nim formować właściwości tajnego agenta.Mo Tun odzyskał ziemie. Drugim testem wymyślonym przez Pitmana była zmiana try- bu życia Aleksandra. W ciągu paru miesięcy nawiązał wiele nowych 56 . pozwalał na wszystko. prawidłową wersję tłumaczenia i poprawne rozwiązanie równania. chociaż nazywano go tak nie oficjalnie. Jednocześnie na boku zapisywał. Podpisze mi pan pokwito- wanie. Dostał pseudonim „Oprycznik”. Pitman wyjął portfel. żebym mógł przyjąć od pana pieniądze. Na zmianę pił i trzeźwiał. w departamencie. Jego kontakty z kolegami stały się łatwiejsze.

— Doskonale. posłałbym ich na krzesło elektryczne. skazani zostali na karę śmierci. że petycja kilku francuskich liceali- stów będzie miała jakikolwiek wpływ na los naszych towarzyszy Ethel i Juliusza Rosenbergów? Korzystne będzie. mówili: „Psar się uczłowiecza”. Obawiał się bowiem. kiedy głośna była sprawa Rosenbergów. że inna nazwa. oni pracują dla nas! — Nie sądzi pan chyba. Greenglassa i całą tę szajkę. Nie dość na tym. Tymczasem należało protestować przeciwko pro- liferacji broni atomowej. 57 . bardziej bojowa. Rosenbergowie. Oskarżeni o prze- kazanie ZSRR amerykańskich tajemnic związanych z bombą atomową... — Gdybym był jednym z Rosenbergów. zdradzając sekret tej broni. romantyzm i demokracja uczyniły niepoprawnie sen- tymentalnymi. doma- gające się przykładnego ukarania małżeństwa Rosenbergów. Wtedy Pitman zaproponował mu trzecią próbę. brakowało jeszcze tego. co mogło prowadzić do po- wszechnej zagłady. Powstawały stowa- rzyszenia walczące o ułaskawienie małżeństwa Rosenbergów. postąpiłbym tak jak oni. — Co pan myśli o tej sprawie? — pytał Pitman. których chrześci- jaństwo. także uzyskały do niej dostęp. żeby inne kraje. która mogła zniszczyć świat. Założy pan w liceum stowarzyszenie. Borthmanna. Gdybym był prezydentem USA. którzy zawsze uważali go za ucznia zachowującego wielki dystans i podejrzewali w tym bez- czelność. o mniej pokojowej przeszłości. To się panu później przyda. podobnie jak Golda. nie będzie miała szans powodzenia u dorastających chłopców. że Stany Zjednoczone dysponowały bronią.znajomości i nawet nauczyciele. Aleksander nazwał swoją organizację „Stowarzyszeniem Wal- czącym o Ograniczenie Dostępu do Broni Atomowej”. — Ale. co podzieliło opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. Był to mo- ment. jeżeli tymcza- sem wytworzymy wokół pana aurę człowieka prawicy.

ułatwili ekspansjonistycznemu ZSRR osiągnięcie równowagi atomowej. co kochali Amerykanów. „Oprycznik” musi jeszcze przezwyciężyć 58 . Nie jest to jeden z urodzonych przywódców. co lękali się ko- munistów. że niełatwo mnie poruszyć. by podobna zdrada nie po- wtórzyła się więcej. za to nie zawsze potrafią spro- stać odpowiedzialności związanej z nieco lekkomyślnie podjętą przez nich funkcją. by się rozpędzić. w przeciwnym razie niedługo na- wet księstwo Monaco będzie miało bombę. Jak bar- dzo starał się ukryć radość ze swego triumfu i jak jeszcze nie potrafił opanować emocji! Pitman zainkasował pieniądze tak jakby to było zupełnie naturalne i wystosował list do Ab- dulrachmanowa: Drogi Mohamedzie Mohamedowiczu. żeby załatwić Rosenbergów. Aleksan- der przyniósł tych parę franków do gabinetu swego przełożone- go. Chłopcy o poglądach skrajnie prawicowych nic sobie nie robili z rozprzestrzeniania broni atomowej. jednak liczba podpisów jest w tym wypadku najważniejsza. postępując zgodnie z obyczajem tajnych agentów. Podobała mu się nowa dla niego rola przywódcy. potem jednak nic go nie potrafi zatrzymać. no. Stowarzy- szenie podjęło uchwałę w sprawie pobierania składek. Podpisali więc z ironicznym uśmieszkiem. co nienawidzili Rosjan i tym. jak zwykle racja była po pana stronie. Może bardziej niż argumentacja liczyła się tu oso- bowość Aleksandra. Trzeba było przynajmniej dbać o to. Stworzyli tym samym zagrożenie dla całej ludzkości. ale w tym wypad- ku trzeba naprawdę coś zrobić. „Oprycznik” przypomina naszego Ilję Murom- ca. tym. by Francja stała się wyłącznie mocarstwem w dziedzinie kultury. tym. tym. co chcieli. Argumentacja Aleksandra podobała się tym. natomiast zale- żało im na tym. Psar dał im do zro- zumienia. Potrzebuje trochę czasu. że dzieli ich przekonania. co histerycznie bali się zagłady atomowej. jego trzeźwy sposób mówienia: — Wiecie. Dzwon wyda dźwięk czysty i jasny. Surowa kara mogła podziałać jak straszak. którzy idą naprzód pchani wewnętrznym impulsem.

żeby uczynić je popularny- mi. Jakub Mojsiejewicz. Nawiozła paryskich prezentów dla wszystkich. To znaczy on byłby im przeciwny. W samym akcie spełniania misji znajduje energię działającą jak zapalnik w sto- sunku do spoczywających w nim w ukryciu mocy. w jaki Abdulrachmanow wypowia- dał swoje nno więc. i to samo wystarczyłoby. Proszę pomyśleć. Tym razem przywitała go wiosna. pachnącej garbnikiem herbacie. Eliczka była szczęśliwa. Lecz dla natury takiej jak on decydujący jest fakt otrzymania misji. Moglibyśmy wtedy. niektó- re skuwające zielone już gałązki. za jego po- średnictwem. — Nie ma zgody. Powinniśmy teraz wyszukać dla mojego protegowanego odpowiednią misję” — odpisał. i przez pragnienie przypodobania się zwierzchnikowi. Reakcyjny i sterowany przez nas pisarz mógłby wyrządzić wiele zła reakcjonistom. zanurzając wargi w mocnej. list Pitmana. z kieliszkiem koniaku. z ex-libri- sem. zobaczymy się znowu. nie ma zgody — odezwał się grzecznie 59 . uśmiechnięty. wkraczał do znanego mu już maje- statycznego gabinetu. gdy odczytywał. Abdulrachmanow uśmiechał się. Generał-major uścisnął majora: — No więc? Pitman uwielbiał sposób. że powinniśmy wykorzystać talent literacki Aleksandra. ściągając na siebie i na myślących tak jak on odium społeczeństwa. Wielkie sople lodu. propagować pewne idee. „Niechże pan przyjedzie. wielki pisarz. że znów widzi swych rodziców i siostry. grzechotały wesoło nad Mo- skwą. podyktowany i przez zapał. doznawał skojarzeń z bonżurką. — Wydaje mi się oczywiste. Mohamedzie Mohamedowiczu. nikt nie śmie odmawiać mu znaczenia. stylizowany.pewną arystokratyczną nonszalancję — przypomina mi w tym Obłomowa — być może też nieśmiałość. i atakuje nas systematycznie.

Gdzie i jak będzie publikował? — Wydaje mi się. — Nie ma zgody. W końcu to specjalista. to bardzo nieznacznie. mój srebrzysty Jakubie Mojsiejewiczu. że mógł mieć rację. jak zatkana trąbka. biorąc wszystko pod uwagę. co zrobiłem? Zaniosłem przysłane mi przez pana prób- ki pisarskie towarzyszowi Bernhardtowi. zezując jednocześnie w stronę papierosa. i to dla trzech powodów. Tertio: wie pan. towarzyszu Bernhardt? — Jeżeli. ale ten chłopak nie będzie nigdy pisarzem. Primo. dopiero później ich doskonale- niem. płakać się chce. i oddał mi kartki: — Jak na siedemnaście lat to jest niezwykłe. że on nie myśli na razie o publikacji. że on go wcale nie ma! — Co w takim razie z nim zrobić? Przecież nie polityka. Secundo. Pisanie jest jego sposobem osiągnięcia tego celu. każdy sterowany pisarz traci talent. że stawiamy na talent Psara. — Dlaczego? — Po pierwsze dlatego. Ja czekałem. 60 . niech pan spojrzy na naszą literaturę. w poezji Tiutczewa. Powołaniem urodzonego pi- sarza jest stać się osobą publiczną. że nie ma w tym żadnej oryginalno- ści: w prozie naśladuje Gogola. No bo załóżmy. Czytał je bardzo uważnie. skoro oni nie znajdują teraz żadnego posłuchu. — I cóż z tego? — Ten chłopak żyje w Europie Zachodniej i nie zamierza szybko jej opuścić. jak to jest w jego zwyczaju. a tu okazuje się. — To tylko potwierdza moje przypuszczenia: to nie jest prawdziwy pisarz. po cóż mamy walczyć z reakcjonistami.Abdulrachmanow. którego wkręcał do cygarniczki. — Czy nie przesadzacie trochę. tylko doskonali swoje pisarstwo. Wreszcie zaburczał. myślę. Poza tym pi- sze po rosyjsku. — Z tego stanowiska Bernhardt już nie ustąpił — kontynu- ował Abdulrachmanow — i. Prawdziwy pisarz przede wszystkim interesu- je się publikacją swoich prac.

Nie mogliby się wtedy po- wstrzymać od śmiechu. zostanie agen- tem literackim. czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twór- czość. niech oni się tym zajmują. nudzi go śmiertelnie. przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo. Agent literacki to ktoś. Wszystko. którzy tylko czekają. Oto jak się sprawa ma w Ameryce. Nie wie pan. począwszy od gier zespołowych aż do głosowania powszechnego. żeby zaszczepić ją także we Francji. Zdarza mu się także być naganiaczem pisarzy. a nie kształtujący jego poczynania. My zadbamy o to. jak rzymscy wieszczbiarze. Widzi pan. zajmujących się Ameryką. Zamawia u innych maszynopisy. poprawia je trochę. Kogo zresztą miałby urabiać swym wpływem generał? Pułkowników. nie można być geniuszem na zamówienie.. zwłaszcza gdy go o to prosi jakiś wydawca. zanosi je wydawcom i pobiera procent od honorarium. Nie. nie to.. Inaczej mó- wiąc. co zrobimy z naszym Psarczykiem. Nie bę- dziemy wyręczać dyrekcji «S». 61 . aż on odejdzie na emeryturę. co się wiąże ze zbiorowością. co to za zwierzę? Ja też do niedaw- na nie wiedziałem. żeby zająć jego miejsce? — Może więc dziennikarz? — Tych mamy już dosyć. jednym poma- gać w rozwoju. a mieć swojego generała w armii francuskiej. że nie mamy? To są jednak agenci pene- trujący przeciwnika. Zawsze inkasuje swój procent od zysku. żeby nasi agents d'influence spotykali się zbyt często. — Kto powiedział. kto sam nie potrafi nic napisać. Nie powinniśmy dopuszczać do tego. Ale już wiem. za to innych namawia do pisania. ale za to można nakierowywać geniuszy. ale jeden z pańskich kolegów. by wykazać się swą użytecznością. Może żołnierz? Ma to we krwi. inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. tłamsić rozwój innych. pobudzać ich. wyjaśnił mi to. mój tombakowy Jakubie Mojsieje- wiczu.

nie może całkiem gładko przełykać dzień w dzień własnego odstępstwa. płeć piękna? — Tak. Jeśli dobrze rozumiem. — Będziemy nad nim pracować. o przyjaźni łączącej go z Mohamedem Mohamedowiczem. nie będzie go z nami wiązała żadna lojalność polityczna. Pitman mówił o tych chłopięcych fantazmach z pewną deli- katnością. pańskim zdaniem. Jeśli Oprycznik poczuje się Fran- cuzem. Któryż inny oficer tej instytucji potrafiłby powstrzymać się od sarkastycznych uwag? 62 . że większość współczesnych pisarzy przypomina kolonię sztucznie hodowanych ostryg. i. w stylu biednego rycerza puszkinowskiego. nie spotkał jej jeszcze. Jeśli odbędzie ją we Francji. Dochodzę do przekonania. jak sądzę. Dobrze. Pa- trzy wtedy na mnie z wyższością albo też. postanawiamy więc. Ktoś z jego tradycjami. Czasem bąka coś na temat „bratniej duszy” czy siostrza- nej duszy. bardziej ze złości niż ze wstydu. Proszę mi teraz powiedzieć. przeczyta raz jeszcze rozdział o Dźwigni w Vademecum. wy- starczy że spotka inteligentnego oficera. gdzie mogłaby się zrodzić reakcja przeciwko naszym zamiarom. Zdawał też sobie sprawę. Mohamedzie Mohamedowiczu. jakie są. że Psar nie będzie pisarzem. Po pierwsze służba wojskowa. by zmienił przynale- żność. jak mi się wydaje. z jego atawizmem. czerwieni się. ale perełki kulturalne. prawdziwym rosyjskim romantykiem. nie- pewne strefy jego osobowości. jeśli atawizmy naprawdę istnieją. miejsca kruche. nasi autorzy nie będą się więc wyróżniali. jeśli żartuję w sposób nieco żołnierski. Druga rzecz to. Niechże pan. Pereł prawdzi- wych nie potrafimy wydrukować. z wdzięcznością. tak jakby dotykał skrzydeł motyla. mój perłowy Jakubie Mojsiejewiczu. czemu nie? Przekona się pan. o którym marzy Dosto- jewski. lecz zajmie się wylęgiem innych pisa- rzy. że mamy do czy- nienia z romantykiem. w związku z tym. Trudno go nakłonić do rozmowy na ten temat. jak z tym walczyć? — Widzę dwa zagrożenia.

Kobiety łacińskie. — Nno wwięc. żeby się mógł przyzwoicie ubrać. żeby siostrzana dusza miała w sobie coś wielkorosyjskiego. Tych parę groszy. Agent d'influence. Proszę też przygotować jego przyjęcie do departamentu.. Zobaczymy. posługując się specjalnie szyfrowanym telefonem. którego się trzyma na smyczy żąda- jąc wciąż nowych „dostaw”. będzie dla niego równie znaczący jak chrzest dla chrześcijanina lub obrzezanie dla Żyda. trzeba będzie. . ale nie przeszkodziło mu to wypełnić otrzymanych rozkazów kompetentnie i z poświęce- niem. z jaką Ab- dulrachmanow wypowiadał się na temat młodego Psara lokując w nim równocześnie wielkie nadzieje.. są w tym dość mocne. które mu pan dał. Pitman uzyskał. W przeciwnym razie trzeba się strzec kobiecej dominacji. W dniu pogrzebu wziął samochód i udał się do Saint-Geneviève-des-Bois. czas i dekora- cję ceremonii zaprzysiężenia. Na razie trzeba go zakonserwować w tym stanie. w jaki podszepnie mu pan pierwszą inspirację. Jakubie Mojsiejewiczu. jest wciąż prawiczkiem? — Tak mi się wydaje. — Mówiąc krótko. Gdyby się coś zmie- niło. po czym wybrał miejsce. Nie rozumiał wrogości. póki nie będzie nowych instrukcji. co się da zrobić dla naszego nie- pokalanego panicza. W samą porę przyszła śmierć Dymitra Aleksandrowicza. Dlatego też sposób. Przyniosła też oczekiwaną okazję dalszego działania. to jeszcze nie był prawdziwy akt przyję- cia do służby. to nie to samo co jakiś informator. jak się zdaje. zgo- dę swego przełożonego. Pitman wrócił do Francji. proszę o wiadomość. Tylko proszę mi nie skaleczyć podczas tej operacji mojego beniaminka. Aleksander powinien być zupełnie samodzielny.

że robię znak krzyża? To ze względu 64 . Jeśli zaś idzie o Boga. 2 BOSKI WĘZEŁ Naprzód — zaraz po zakończeniu uroczystości pogrzebowych — Jakub Mojsiejewicz zaprosił Aleksandra na obiad do „Złotego koguta”. Ale w dziedzinie boskiej istnieje stały postęp.. Kelnerzy różnych naro- dowości starali się stwarzać wrażenie. — Trzeba uczcić pamięć zmarłego — odparł na to Pitman. Malowidła nawiązujące do rosyjskiego folkloru pokrywały ściany i niski sufit. że sama ta potrzeba jest już Bogiem we własnej osobie. mój młody przy- jacielu! Po pierwsze Czeka nie istnieje już od dawna. bóg chrześcijan jest wydaniem przejrzanym i poprawionym bo- ga Żydów. niech go pan postawi obok tego rozpustnika Jupitera. choć nie chce- my się wyrzec naszej babci. Zaskakuje pana. czeki- sta? — Ależ pan jest nafaszerowany przesądami. Aleksander spoglądał nań ironicznie: — Pan wierzy w Boga? I to w Boga chrześcijan! Pan. Proszę. — Nie jestem głodny — oświadczył Aleksander. Pośród wszyst- kich bogów bóg mojego ludu był od dawna najbardziej boski. taniutkiej restauracji rosyjskiej położonej na skraju Dzielnicy Łacińskiej. jakby wszyscy przed chwi- lą opuścili koszary cesarskiej gwardii. jakże to panu powiedzieć? Widzę. tak samo jak w sprawach ludzkich. że ludzie potrzebują bogów i myślę. Podobnie więc jak KGB góruje nad Czeka. Zamówił wódkę i zrobił w powietrzu znak krzyża nim wychylił pierwszy kieliszek.. Komitet Bezpieczeństwa Państwa to coś zupełnie innego.

płomieniem spalającym jednocześnie nadmiar wódki i zmartwienia. a w sobotę nie kiwnę nawet palcem. pełną drabinek i pomostów. — Czy widział pan kiedyś Paryż stamtąd? — spytał Jakub Mojsiejewicz. nie domagam się wieprzowiny. Aleksander skinął głową. ogromny dzwon. Żeby uczcić muzułmanina dotknąłbym czoła i piersi. Czuli się tak. Po kilku kieliszkach był nawet w stanie mówić o ojcu. właściwym wszystkim drobnym funkcjonariuszom ak- centem. zamiast nie- go. Wskazując na odstępy między składającymi się na ruszto- wanie dębowymi i kasztanowymi belkami powiedział: 65 . — Nie udało mu się wrócić. jakby połączyły ich nowe więzi. wskazując jednocześnie wieże Notre-Dame. Pokonali dwieście pięćdziesiąt pięć stopni prowadzących do galeryjki. Weszli na ciasne. któremu ten wysiłek fizyczny wydał się nagłym szczęściem. — Pomogę panu wypełnić wolę ojca. Po krótkiej chwili odpoczynku oglądnęli dzwonnicę. dzieje się to cztery razy do roku. Prowadził Pitman. jego płucom urzędnika brakowało powietrza. objaśniał. którego ciało zaczęło właśnie pod- legać rozkładowi w cieple promieni słonecznych Sainte- Geneviève. mię- dzy którymi tkwił nieruchomy. ochrzczony przez Ludwika XIV i Marię Teresę. Jeść i pić na pamiątkę zmarłego równało się świętowaniu życia w obliczu śmierci. że dzwon waży trzynaście ton.na myśl o pańskim ojcu. upalną ulicę. Przewodnik mówiący z ostrym. kręcone schody. Gdy natomiast mam urlop i odwiedzam mojego ojca. przestrzeń dziwnie teatralną. do stopu wla- no też złoto i srebro. Po obiedzie wyszli na zakurzoną. Aleksander też napił się wódki. Mięśnie jego krótkich nóg zesztywniały szyb- ko. To ja mam wrócić. jakby jednoczył ich ten dziwny sakrament stypy. dźwięk bijącego dzwonu rozchodzi się w promieniu dziesięciu kilometrów. Na widok zakąsek poczuł gwałtowny głód. Tuż za nim lek- ko wspinał się Aleksander.

wysoo-kość. — Nie wiem — przyznał się pokornie Pitman. pływającą wyspę Sacré-Coeur i igłę busoli — wieżę Eiffla. rozhuśtany dzwon doprowadziłby do zniszczenia całego kościoła. Nie przeszkadzali im turyści. Patrzyli więc nie widząc kopuł. jednak bardziej zajmowały ich myśli i perspektywy wewnętrzne. dzwonnic i kołyszącego się morza da- chów. kościołów. Eustachego i bryły Saint-Sulpice. Wie pan. jednocześnie gigantyczny w skali i wyrafinowany. Uzupełniwszy w ten sposób swe wykształcenie. umiesz- czone są u wylotu rynien. — Jest to rodzaj filtru ucinającego wibrację. Ich oczy pełne były Paryża. chociaż migota- nie światła na dachach niezliczonych kamienic zdawało się jesz- cze bardziej nasilać promieniowanie słońca. Proszę się przyjrzeć tej figurze o trzech głowach. — Architekta. — Ależ nie. — Sławne średniowieczne rzygacze — powiedział z uzna- niem Pitman. odprowadzających wodę z dachu. którzy o tej porze roku byli mniej liczni. Ten krajobraz. Gdyby go za brakło. Aleksander myślał o ojcu. Mogli więc pogrążyć się w namyśle. wież. ten dorastający chłopiec i obok niego młody mężczyzna. proszę pana. Nieświadomie musieli rozpoznawać tiarę Inwalidów. co nazywał „świętą chwilą” rekrutacji. 66 . który roztaczał się przed nimi. które pożerały się nawzajem po- nad Paryżem. które zaprojektował sto lat temu Viollet-le-Duc. Tu natomiast mamy do czynienia z chimerami. ponieważ architekt tworzy w trzech wymia- rach: dłuu-gość. Aleksander i Jakub Mojsiejewicz oparli się łokciami o parapet. Na tej wyso- kości lżej się oddychało niż na poziomie asfaltu. to jest gargulce. Rzygacze. Pitman o tym. Z powrotem na galeryjce nakazał zwiedzającym podziw dla siedzących w kucki potworów. szeroo-kość. piu- skę Panteonu. Milczeli. co ona symbolizuje? — przemawiał jak nauczyciel zwracający się do leniwego ucznia. szkielet św.

Jak na marksistę to niepoważne. rzucającego wyzwanie Pary- żowi? — Przyjemnie byłoby mieć to wszystko. — . — Jakubie Mojsiejewiczu. ponieważ płaci się zań podatek gruntowy. To zależy tylko od pana. To dziecinne wyobrażać sobie. gdyby znalazł się na tej galeryjce i wi- dział to wszystko co my widzimy. kredową bielą lub białawą si- nością.. że posiada się jakiś kwadrat zie- mi. lecz zwle- kając mógł też wszystko popsuć. — Ależ są.i nawet— dokończył — pan mógłby być jednym z nich. . prowadząc mnie „na szczyt świątyni”? 67 . Król Francji. nie licząc tego najwięk- szego. Trwali na galeryjce balkonu. Chodzi mi o głęb- szy związek. pełen kurzu i patyny. co rozpościera się przed nami. Wreszcie Pitman przerwał milczenie: — Czytał pan Balzaca? — Ma pan na myśli Rastignaca. lecz i Ewangelię. I będą zawsze. mając za sobą tę mogącą przyprawić o zawrót głowy konstrukcję.zdawał się wznosić ku nim. Aleksander nie zareagował na to. zawie- szeni ponad światem. Pitman czuł przyśpieszone bicie własnego serca.. Zbliżała się „święta chwila”. różnic i podobieństw. Mógł jeszcze opóźnić jej nadejście. mógłby sobie powiedzieć: „To moje”.. jakby dźwigany przez ogromną win- dę transportującą talerze. chociaż żaden z tych budynków. — Nie ma już królów — rzucił zimno Aleksander. nie chodzi mi o posiadanie w sensie mieszczańskim. Pitman mówił dalej: — Oh. nie należałby do niego. widzę. i świat powracał do nich błyskając swymi szarościami i szarymi zieleniami. I nawet. Był wzruszony tak jak musiał być wzruszony młody mężczyzna epoki wiktoriańskiej na mo- ment przed oświadczynami. że czyta pan nie tylko Bal- zaca. Czyżby chciał mnie pan wystawić na pokusę. na dole.

Postanowił pan zwerbować mnie dzisiaj na dobre. Widzi pan. jaki dla niego żywi — czy wie pan. trzeba jeszcze znać adres. Chrystus popełnił wo- bec ludzkości nie dający się odkupić grzech. Nieprędko jednak pojawi się rów- nie korzystny zbieg okoliczności: pogrzeb ukochanego ojca. Aleksander nic na to nie powiedział. posłużyłem się ulubionym żartem oficerów wywiadu. który pan miał na myśli. czy nie należałoby chwilowo wycofać się. On to przeczuwał. to niech pana diabli wezmą! To. tym razem innym tonem: od czasu do czasu posługiwał się w rozmowie z Aleksandrem patronimikiem. lecz nie zdra- dził swej reakcji: — W dniu. że odgadnięto jego zamiary. tyle że w tamtej epoce nie ośmielił się tego wypowiedzieć. jaki zachowy- wał zawsze wobec „tych spraw”. co miało podkreślić szacunek. Nie. nie tak jednak. ale jeśli chce pan zakończyć ten żałobny dzień wy- cieczką do domu publicznego. Ku- sząc młodego człowieka chciał korzystać z mitologicznych skoja- rzeń. że ja się nadaję do wywiadu? I czy w ogóle 68 . Natrafiwszy na niesprzyjającą rezerwę Psara. A skąd pan wie. Czy nie należałoby mimo wszystko iść dalej? — Aleksandrze Dmitryczu — zaczął znów Pitman. jaki jest najstarszy zawód świata? — Tak. by kuszony zdawał sobie z nich sprawę. do którego pan nawiązuje. Pitmana uraziło to. Chętnie igramy z myślą. A może brakowało mu ostrości spojrzenia. Widzi pan. że to nasz zawód jest najbardziej czcigodny. ja czy tam także Dostojewskiego. — Źle mnie pan zrozumiał. Aleksander patrzył prosto przed siebie: — Rozumiem. gwałtowna chęć „powrotu”. Pitman począł się zastanawiać. Żeby pójść do domu. że Aleksander posłużył się stosunkowo pruderyjnym określeniem charakterystyczne było dla dystansu. Okazja została zmarnowana.

w jakimś kącie świata. — Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni. musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii. a od dwudziestu po- koleń moi przodkowie zajmowali się wojaczką. w tym punkcie możemy się najlepiej porozumieć pod nosem burżuja. Aleksandrze Dmitryczu. tyle że bez realnych konsekwencji. że przyszłość nie należy do sztu- ki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. to bardziej będzie od- powiadało moim skłonnościom. jak mi się wydaje. wcale nie śmiercionośnej. Efekt: koniec łamania kości. że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu — od- powiedział Pitman. Niech mnie pan pośle na wojnę. Wtedy nie- wielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. Prawdziwie nowoczesna wojna. Łysen- ko dowiódł. jak strącenie pionków na dalekim przedpolu. żeby jego entuzjazm był zaraźliwy. To znaczy zawsze gdzieś. 69 . Nie- szczęśliwie się dla pana składa. niestety. ale dla mnie to zajęcie pachnie czymś trywialnie poli- cyjnym. Bę- dzie to wojna bardzo wydajna. — Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebrannego. Myślę. ani w czasach naszych bogatyrów. Przeciwnie. pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. próba sił. Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej. Sądzę. będą trwały potyczki. Zależało mu na szczerości. wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe.to mnie interesuje? Nie chciałbym pana dotknąć. nic więcej. Jej zwycięzca bę- dzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. że żaden bolszewik nie będzie miał mi tego za złe. bohaterskie czyny i okrucieństwa. wkrótce i my ją będziemy mieli. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwe- renny niż niegdyś królowie. będą zabici. chciał. ekonomiczna. Pitman był szczerze wzruszony. Amerykanie mają bombę atomową. że dziedziczy się cechy nabyte. Jakubie Moj- siejewiczu. Jeśli dobrze pamiętam.

przeciwnik jest odtąd uzależniony 70 . ująć można w dwóch aspektach. Niech pan sobie wyobrazi Kutuzowa. może pan nie skorzystać z otwierającej się przed panem drogi. iż świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. jest pan człowiekiem wolnym. wyjawię panu teraz coś ważnego — pauza.. ale nie będą z niej robiły żadnego użytku. że się nie myli- łem. kiedy to my podpowiadamy przeciwnikowi jego intencje i za- miary. zawsze tkwiące w pochwach. co pan nie dość precyzyjnie nazywa wywiadem. — I myśli pan. Próbować poznać zamiary przeciwnika. żebym zajął się wywiadem. które on później zechce wprowadzić w życie. Sprawy nabierają rozmachu od momentu. Ale wtedy. Jego wargi poruszyły się: — To może być zabawne. — Aleksandrze Dmitryczu. Obie armie będą wyposażone w broń i liczebniejszą. — Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada. W skrócie: chce pan. — Wiem: wywiad i kontrwywiad. jako że pański ojciec był marynarzem. Pitman uśmiechnął się pobłażliwie: — Wywiad i kontrwywiad to tylko dwie strony tej samej rze- czy. zobaczy pan. któ- rym przysługuje wspólna nazwa wywiadu. nie płynie panu ślinka do ust? Aleksander uniósł oczy. dyrygującego Wielką Armią napole- ońską. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę. nie można zaprzeczyć. to dość pasywne rozumie nie naszych zadań. — To.. To będą wielkie szable. przeszko- dzić mu w poznaniu moich sekretów. owszem. — I to właśnie nazywamy aspektem czynnym operacji. i do- skonalszą niż kiedykolwiek. Co.. brązowe i jakby przysłonięte mgieł- ką. po dwudziestu czy trzydziestu latach. lecz wciąż dość prymitywnej. istotnej. — Wszystko zrozumiałem. — Oczywiście. albo też. Rożdże- stwienskiego decydującego o ruchach floty japońskiej pod Cu- szimą. że naprawdę można..

Powiem coś.. Pitman zatrzymał się... iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami. Gdybym je panu zdradził. — A piąty sposób? Trucizna zaczynała działać. pełen turystów w pstrokatych ubraniach. polegająca po prostu na stałym po- wtarzaniu: „Jesteśmy od was lepsi”. daleki. — W takim razie niech pan nic nie mówi — Aleksander znów stał się chłodny. że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja. Pitman poprawił się: — Jedno słowo tylko: piąty sposób polega na wywieraniu wpływu. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. na której suszyła się litania koszul i girlanda kalesonów. Dalej. mijał się z barką. do której trzeba trzech part- nerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym. że się waha. Stateczek wy- cieczkowy. biała propaganda. co będzie pana szokowało. Jesteśmy jedynym mocarstwem.” 71 .. to dla niego gra się tę komedię. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji. byłoby to niczym przekazanie sekretu bomby atomowej pięć lat temu. Po pierwsze. — Piąty sposób jest tajny. Aleksandrze Dmitryczu. — Myślę. patrzył na Sekwanę. intoksykacja. że mogę panu wy- jawić. które wypracowało pewne techniki. a które nie będą się podobały temu trzeciemu. którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. Można to powtarzać milio- ny razy. czym strategia wobec taktyki. z którego odpływała rtęć. pojęcie. czarna propaganda. Pamięta pan słowa Karola Marksa: „Minęła już epoka rewolucji. których on wcale nie żywi.od nas — Pitman udał. Dalej. pozwa- lającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Cztery pozostałe w porównaniu z nim to dziecinne za- bawki. lustro. ale zaaranżuję coś ta- kiego. znaczonych przez ciosy zadane.

by Aleksander nawrócił się na marksizm. że mamy inkubatory. Naprawdę. stojącą na czele nieświa- domych mas ludowych” — dokończył Aleksander. ponieważ dysponujemy inkubatorami? — Chcę powiedzieć. — Dzisiaj możemy sprowokować „historyczny moment” przy pomocy odruchu Pawłowa. nic nas nie drażni bardziej niż zagraniczne partie komunistyczne (nazywamy je „korporacjami”). które same znoszą jajka. który był już wcześniej zaprojektowany.. Pitman zniżył głos: — Otóż właśnie. Nie. Pitman nie wierzył nigdy. choćby przeczyło to faktom. Tego Marks nie mógł przewi- dzieć. — Chce pan powiedzieć. Wszystko to przestało odpowiadać realiom dwudziestego wieku. ale także i od czyjegoś przekonania. — „. w którym „Jehowa z Trewiru” poddany został po- ważnym rewizjom.. że nie potrzebujemy już kur do wy- siadywania jajek. jakim to rajem jest Związek Radziecki. że bardziej go zaintere- suje system. 72 . że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjoekonomicznych. Łatwiej było sobie wyobrazić. Odkryliśmy też. jakoby uwarunkowania te zaistniały. to nie jest raj. to już nie obowiązuje. Miała też z ko- nieczności być epizodem gwałtownym. — Znam tę waszą tabliczkę mnożenia.przez świadomą mniejszość. ale te czasy minęły już. łatwo to wykazać. Miała ona na miejsce dawnego porządku wprowadzić porządek nowy. że w miejsce dawnego porządku nie po winno się proponować żadnego „nowego porządku”. spazmem Historii. Według Marksa rewolucja przypadła na określony mo- ment historyczny. — Czyżby prorok się pomylił? — Miał słuszność w odniesieniu do jego czasów. ten bowiem może natychmiast stać się przedmiotem ataków. poprzedzony przez wcześniejszą ewolucję. powtarzające w kółko. Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już.

czy zdaje pan sobie sprawę. która na nowo przywróci znaczenie jednostce. że cha- rakter człowieka. mass media. ma jednak służyć tylko jako detonator eksplozji i wybuch ten wcale nie musi być gwałtowny. powiedzmy księcia. a potem roz- pętuje się powstanie. 73 . o których Marksowi nawet się nie śniło. by większość danego społeczeństwa poświęcała znany sobie stan rzeczy dla takiego ryzyka. Szczupła i blada twarz Aleksandra zwracała się wciąż ku Pa- ryżowi. Później jednak lud pokazał się na scenie i odtąd terror indywidualny stracił przydatność.i nasi wrogowie korzystają z okazji. ku epoce. już zmodyfikowany przez fotografię prasową i kino. że raj dopiero powstanie. Sche- mat. ale nie dzięki jej nadzwy- czajnym właściwościom. dźwigał i mimo to pozostawał w miejscu. Wierzymy. to rozmontować stary porządek nie proponując na jego miejsce żadnej konkretnej wizji. i nie można domagać się. Obecnie terroryzm ma nam po prostu dostarczyć okazji wywarcia naszego wpływu. W średniowieczu zabójstwo jednostki. zgodnie z którym zaczyna się od propagandy. Marks rozumował jeszcze w kategoriach dwumianu encyklopedyści- jakobini. Co natomiast należy robić. za pośrednictwem środków masowej informacji. i to za pośrednictwem metod. Dzisiaj znowu zmierzamy. wielkimi krokami. żebym się mylił: za dwa- dzieścia pięć lat wzięcie zakładników albo zabójstwo jakiegoś urzędniczyny wywoła większy rozgłos niż wojna kolonialna w wieku dziewiętnastym. gdy stary system będzie się już rozsypywał. jest niezbędny. my jednak poszliśmy dalej. który unosił się. mogło zmienić historię danego kraju. ale to jest właśnie akt wiary. jest całkowicie przestarzały. tylko na skutek wzrastającej roli maso- wej komunikacji. Nie sądzę. Nie wiem. Dopiero w momencie. żeby ten pociąg odje- chał bez pana. Terror. wprowadzi się nowy porządek. Aleksandrze Dmitryczu. zmieni się raz jeszcze w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat dzięki telewizji. Nie chciałbym. owszem.

którego pragnął i który stał się wręcz jego obowiązkiem.. Młody Psar nie należał do ludzi. że skrytej pod war- stewką udawanego chłodu. Ten pod- ręcznik napisany został przez naszych przełożonych. wywieranie wpływu. jak wieża Notre Dame. los pozwoli spotkać się z nim kiedyś. Szukał na gwałt odpowiednich zdań i zagadek. dla którego żywił już pewne przywiązanie lub nawet sympatię. a nawet jeszcze wyższą. meсит!” I z przekory grozi wam palcem! Oczywiście. — W naszym departamencie — zaczął znowu mówić — dys- ponujemy podręcznikami.W miarę jak upływało popołudnie Aleksander z coraz większą jasnością pojmował. których by to nie zainteresowało. mój kotecz- ku. tak jak i mnie. ile można ofiarować agentom. zawierającymi naszą doktrynę. że rozpoczął się jeden z największych poje- dynków. a także coś w rodzaju szacunku. 74 . Zobaczył przed sobą figurę swego dobroczyńcy wysoką jak galeria chimer. Zarazem jednak. a w szcze- gólności przez największego spośród nich. i uśmiech wyrażał naiwny podziw: — Największy. Zresztą także i inne motywy i pasje kłębiły się w jego wyobraźni tym podatniejszej na bodźce. a przynajmniej tyle z niej. prawda. jakie miał stoczyć w życiu. palony namiętnym zapałem neofity. Matwiej Matwiejewicz trzymał cały świat we wnętrzu dłoni.. Pitman uśmiechnął się. — To mi się wydaje dosyć ciekawe — powiedział — to. my wszyscy vadons secum. że teraz powinien raczej intrygować niż po- uczać. chciał tę samą gorączkę przekazać chłopcu. A jednocześnie czyż nie był najserdeczniejszym z ludzi? — Nazwał swój podręcznik Vademecum dla «agents d»influence». Jeżeli rzeczywiście współczesna so- cjologia i psychologia pozwalają władać duszami. Pitman spojrzał w niebo.. Być może i panu. Lubi żartować: „Quo vadis? Месит. Wiedział.. Stawką był powrót. i to w obydwu znaczeniach.

Nasz sznur. wielkie przygody miały się dopiero zacząć. że jak sam powiedział.. kto zbliżał się do trzydziestki. Ze swej strony Pitman domyślał się. kto próbowałby rozhuśtać ten dzwon gołymi rękami. nie zdawał sobie sprawy. by nie przekroczyć dozwolonej 75 . że Aleksander stara się go przechytrzyć.. Aleksandrze Dmi- tryczu. wtajemniczyć go w rzeczy se- kretne. — To prawda — przyznał Pitman — skądinąd. to zasada. Widział pan ten dzwon: nie bije się weń pięścią. — Wasza doktryna czerpie swą siłę skądinąd. tam. Ktoś. by zmusić go do mówienia. że Pitman celowo dra- żnił i pobudzał jego ciekawość i że aby to osiągnąć musiał. Zaraz. podobnie jak ktoś.jeśli odkryję przed panem. niech pan zobaczy. Pokaleczyłby sobie palce. ta chimera o trzech głowach. Oczywiście. Rzecz podstawowa. Był jeszcze bardzo młody. podczas pierwszego sean- su wtajemniczenia będzie uważał. nawet jeśli jego łacina szwankowała nie- co. na pół szczerze. — (Pit- man. Nasza doktryna jest jednolita. do pewnego stopnia przynajmniej. co już dałem panu do zrozumienia. z czego Aleksander. Jeśli w coś mógł wątpić. że Aleksander chciał się dużo dowiedzieć i mało obiecać. — I cóż mówi to Vademecum? — Myślę. Ale Pitman czuł swoją młodość. że nie popełnię wielkiego przestępstwa. Pitman odgadywał. Aleksander odgadywał.. tym bar- dziej. jest długi. Pitman zawsze chętnie się poddawał wielkodusznemu uczu- ciu podziwu i apotezy. rzecz jasna. wprawia się go w ruch przy pomocy sznura. Domyślał się też. A jednak gra ta nie była nie- przyjemna. nie w siłę swej własnej wiary.. Bez niego bylibyśmy niczym. ma jednak formę tro- istą. był przecież oficerem wywiadu w wielkim stylu) — . był już w poważnym wieku. na pół cynicznie wykorzystywał własne słabostki.. Jest jakieś podobieństwo pomiędzy nią i nami.. że Pitman odgaduje jego zamiary. bardzo długi. to w zdolności Aleksandra. że nasze działania nie mogą być prowadzone bezpośred- nio.

.. Skoro jednak wytyczona została granica. lecz podyktowane było chytrością. Aleksan- der natomiast wiedział. łączy nas Rosja. Pan wie. nasza wia- ra w Rosję. Znaleźliśmy się na pokładzie tego samego statku. i wobec tego postanowił cierpliwie podsycać ogień. chociaż samo pojęcie archetypu nie wchodzi w skład naszego słownika. przynajmniej do pewnego momentu. Pitman rozu- miał. bo w ten sposób dałby okazję Pitmanowi do zasłonięcia się tajemnicą. człowiek wielkoduszny. i tak musiało się stać. Powiedzmy więc raczej: na trzech obrazach.. Dzisiejszy dzień wydaje się bardzo odpowiedni. ale później trzeba będzie — pan. że egzaltacja dobrze mu służy.granicy wyznań. dla- czegóżby miało się jej nie osiągnąć? Z całą pewnością jego mistrz. że egzaltacja Pitmana jest poddana kon- troli. nie chciał zadawać więcej pytań. że nie powinienem ich pa- nu zdradzać. zgoda. że nie mogę się od tego powstrzymać. pan i ja jesteśmy połączeni. Pitman poddawał się egzaltacji i wiedział też. tak jakby to była arka Noego. trzech artykulacjach. — Ostatecznie mogę panu w przybliżeniu nakreślić te trzy obrazy. Obaj wiemy. zbudowana została na trzech archetypach.. tam gdzie znajdo- wała się Sainte-Geneviève. że się stoi na mostku okrętu. człowiek-góra. wyraził zgodę. że właśnie w tej chwili oglądamy ten sam krajobraz. I jeszcze coś: zwyczajny fakt. Obrazy te są jednocześnie tak bardzo tajemne. i tak ważne. Aleksander poszukał wzrokiem południa. którego ładunkiem był cały mikrokosmos. tak chciało przeznaczenie. Rzeczywiście można było sobie wy- obrazić. że to Rosja czerwona zbawi świat. iż milczenie Aleksandra brało się nie z obojętności. Co do statku. tak jak wyłożona została w Vademecum. — Nasza doktryna. Aleksander milczał. odczuwamy ten sam podziw. żeby pan dał mi swoje słowo. grób. rozumie to z całą pewnością — trzeba będzie. przeżywamy tę samą tęsknotę wygnańców. trumna i ciało. nie zrobiłby mu z tego zarzutu. 76 .

— Zacznijmy od Dźwigni. i. przekona się pan o tym. gdyż niewielu tylko ludzi rozum- nych będzie przychylnych wojnie. za dowala się penetracją pacyfistycznej partii pod wodzą Eubuliu- sza i Ateny spadają mu w ręce jak dojrzała gruszka z drzewa. by zdobyło wielką popu- larność. Dam panu przykład wzięty z historii. tym razem nawet nie z wyrachowania. poruszony własną ewangelią. Pa- cyfiści byli dźwignią Filipa. dalej. Trójkąt i Drut. Ta druga partia sama się zdyskredytuje. Temat wykładu wydał mu się tak piękny. będziecie szczęśliwsi pod moimi rządami”? Nie. — Zaraz przedstawię to bardziej szczegółowo — dodał Pit- man. — zaczął Pitman. W pustej teraz Sekwa- nie odbijały się obłoki. tak bogaty. i równocześnie stronnictwo dążące do wojny.Dźwignia. i także poddając się zmysłowej zawarto- ści obrazów. Aleksander był zaskoczony pospolitością tych obrazów. Na dole mieszkańcy ciasnych mieszkań otwierali przed wieczorem okna. Posługiwanie się pacyfistami stało się zresztą procedurą klasyczną.. Czy posłuży się białą propagandą: „Ateńczycy. że przymknął oczy i na se- kundę zamilkł. gdy od będzie pan u nas staż.. — . Co z tego wynika dla metody wywierania wpływu na przeciwni- ka? Nigdy nie powinno się tu działać na własną rękę. Trzeba zapamiętać. nigdy zaś jej nie zmniejszać. choć nie uczynili z nich jednolitej doktryny. lecz po- wodowany szacunkiem. Oto Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami. Im większa odległość między punktem oparcia i punktem przyłożenia.. że to odległość między tymi punktami tworzy dźwignię. zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników. tym większy ciężar może być uniesiony przy stałej sile nacisku. jako że wielcy ludzie daw- nych czasów wyprzedzali czasem intuicyjnie nasze metody. dba się o to. — Oto trzy archetypy. 77 . Chcąc zdobyć jakiś kraj tworzy się w nim stronnictwo pacyfistyczne. zawsze dążyć do jej powiększenia. Pod nimi krążyły w powietrzu gołębie..

pełen dobrej wiary. a wkrótce także inne mass media. która trzyma w ramionach dziecko. Inscenizuje pan pojedynczy akt terrory- zmu. nie trzeba na- wet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji. który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult armii. Biedne maleństwa doro- sły nie znając ołowianych żołnierzyków i karabinków marki Eu- reka. mamy plakat z tym samym napisem. Jeżeli tylko krzyczy się dość głośno i jeśli dobrze przy- gotuje się opinię publiczną. — A teraz my robimy to samo. nie podejrzewający. wierzący w zalety pokoju. Przykład: postanawia pan sterroryzować jakieś społeczeństwo. Wie pan przecież. Gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania. Propaganda pacyfistyczna we Francji była przykładem opera- cji typu „wpływ”. Ale wie pan. Właśnie dlatego ideałem dźwigni jest prasa. dzięki apelowi sztokholmskiemu? Pitman parsknął śmiechem: — Widział pan plakat przedstawiający matkę. a nad nią napis: „Walczymy o pokój”? — Oczywiście. co jest dla nas korzystne. na jeszcze większą skalę. że całkiem dobrze można głosić jedną rzecz. 78 . działanie natomiast przejdzie niepostrzeżenie. tym bardziej powiększa się rozgłos i znaczenie tego czynu. wystarczy zdać się na „rezonans”. a robić coś całkiem prze- ciwnego. Kiedy byłem mały. zauważony zostanie tylko krzyk. w związku z apelem. — To właśnie plakat działa jak dźwignia? — Ależ nie! Dźwignią jest naiwny widz. co jest na plakacie? Żołnierz Armii Czerwonej trzymający pistolet maszynowy. Rezultat: rok 1940. Na przykład dziennikarz. prowadzonej przez Hitlera. który przyjmuje przesłanie plakatu. W ZSRR. Prasa konserwatywna z oburzeniem potępia ten akt. że ktoś mógłby cynicznie posłużyć się tym hasłem. Ale im głośniejsze jej potępienie. wielu rodziców francuskich nie kupowało swoim dzieciom zabawek wojskowych. — Ten pomysł wyszedł z naszego departamentu.

też był z waszego departamentu. W gruncie rzeczy czyż pewnego ro- dzaju determinizm i pewna Opatrzność nie są jednym i tym sa- mym? — Powiedział pan. Wie pan. W jaki sposób pan to robi. Jeżeli postępuje się rozważnie i nie dopuszcza do kompromitacji gazety. a Hamlet i wszyscy jego Duńczycy tańczą do wtóru? — Sądzę — powiedział Aleksander. że to my odkryliśmy tę grę na flecie. Aleksandrze. szukając bez powodzenia ironicznego tonu — że ten flecista. że trzeba naprzód przygotować opinię publiczną. cała pra- sa zaczyna dotrzymywać jej kroku. Dotychczas Aleksander uważał się zawsze za przyszłego wiel- kiego pisarza. który gra na swojej fujarce. — I na czym polega tendencyjna informacja? Aleksander mówił tak. a nie kapitaliści. że nasze ambicje znacznie przerastają tamten wyczyn. Jakże blednie teatr cieni. Lecz nagle Pitman odkrył przed nim inną dziedzinę i w tej samej chwili dziedzina ta wydała mu się nieskończenie bardziej pociągająca. jakby wpadł we własne sidła. Nie tylko zresztą przyszłego: napisał już przecież wiele wierszy. nie wierzę. W tym celu opanowuje się któryś z poważnych dzienników. żeby w grę wchodził tylko przypadek. Jakubie Mojsiejewiczu? Pitman westchnął. — Przez podawanie tendencyjnych informacji. Pitman zachowywał się. opowiadań i dwie powieści. jakie to szczęście. 79 . pomnażając w nieskończo- ność nasz pierwotny wkład. jakby pytał tylko od niechcenia. Nam nie chodzi o odszczurzenie świata. Niech pan po- myśli. — Tyle tylko. jeżeli można inscenizować prawdziwe morderstwa i inspirować prawdziwe miłości! Czyż istnieje bar- dziej wzniosłe królestwo niż to. teatr wyobra- żonych tylko postaci. który wyprowadził wszystkie szczury z Hameln. którego poddanymi są dusze i wola ludzka? Czyż można sobie wyobrazić coś wspanialszego od Guildensterna. z których był za- dowolony. trzeba było jeszcze pozbyć się części ba- lastu.

Okazuje się. Załóżmy. Prawdą jest też. zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty. Chce pan je poznać? — Tak. — Vademecum podaje dziesięć przepisów na tendencyjną informację. ponieważ z ich punktu widzenia ważne jest.. — Alek- sander zesztywniał. dodajecie. że nie. komentarz podtrzymywany. jeśli z powodów politycznych trze- ba by go było naświetlić tendencyjnie. że w małżeństwie Iwa- nowów nie brakowało problemów i przyznajecie. dają do 80% prawdy na 20% fałszu. następujący fakt historyczny: Iwanow przyłapuje swoją żonę w łóżku z Pietrowem. Chłop- cy z intoksykacji. — Czy może mi pan podać kilka przykładów? — Spróbuję odtworzyć dla pana wykład mojego nauczyciela z okresu stażu. że istotnie w sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. My natomiast. Proporcje jednego i drugiego mogą się zmieniać. to by mnie interesowało. Piszecie. zmiana kontekstu. by jakąś bardzo konkretną fałszywą informację wzię- to za dobrą monetę. ale wydawałoby się. że to Pietrow przyłapał żonę w łóżku z Iwa- nowem. jak było naprawdę. Pierwszy przypadek: nie było świadków. Pitman uśmiechał się frywolnie: — Pokażę wam. jeśli chcą uprawdopodobnić sprawę. części równe. zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika. że już jeden jedyny fakt prawdziwy 80 . Oznajmia się więc po prostu. deformacja prawdy.. Opinia publiczna nie może w żaden sposób sprawdzić. gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni. Oto właśnie nieprawda nie dająca się zweryfikować. Byli świadkowie. To jest mieszanka prawdy i fałszu. ilu- stracja. — Nieprawda nie dająca się zweryfikować. nie znosił erotycznych facecji. że w roz- mowie z Rosjaninem można ich uniknąć. Drugi. zgoda. nierówne części. mieszanka praw- dy i fałszu. że przed tygodniem Iwanowa przyłapała swego męża na gorącym uczynku z Pietrową. generalizacja. Francuzi nie mogli się bez nich obejść. jakim opera- cjom można poddać ten fakt. mówił.

pełen godności obywatel Iwanow. ma w zwyczaju rzucanie oszczerstw na swą nieszczęsną żonę. jako że wszystko to wydarzyło się w sypialni Pietrowów. tyle razy leżał pod stołem. gdy. wy- ważył drzwi i ocalił swą skromną małżonkę od losu gorszego niż śmierć. maleńkie dzieci. Oto właśnie deformacja prawdy. Iwanow nakrył żonę w łóżku Pietro- wa. ale ironizujecie na temat łóżka. jaki jest Pietrow. Najlepszy dowód. To prawdziwe monstrum lubieżności. w mieszkaniu zajmowanym przez nich wspólnie z Iwanowymi. wciągnął ją do siebie i właśnie rozpoczął proceder gwałcenia. Jest to wręcz bardzo prawdopodobne. że powinna się schronić u Pietrowa. Czyż mamy podstawy do oskarżenia jej o to. Iwanow. który przed chwilą oglądaliśmy. żeby mąż pijak pobił ją znowu? Sądziła. że pierwotna 81 . A co miała robić? Czy miała pozwolić.służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw. Teraz trzeci sposób. Do wielkiej ilości brązu dodali odro- binkę złota. który. — Tak. rzucił się na nią. mówicie. rzeczywiście. że nie zostawiła dzieci wydanych na pastwę tego bruta- la? Ponadto nie ma powodów by wątpić. że obywatelka Iwanowa znajdowała się w sobotę wieczorem u Pie- trowa. Nie da się wykluczyć. jak wszyscy wie- my. Cztery — Pitman liczył na palcach — czyli modyfikacja kon- tekstu. wracający z fabryki. gdzie najprawdopodobniej towarzyszyły jej dzieci. na szczęście. że także i obywatelka Piętrowa brała udział w spotkaniu Iwanowa-Pietrow. gdzie po raz któryś z rzędu osiągnął rekordową liczbę trzech tysięcy nakrętek utoczonych w ciągu dwóch godzin dwudziestu pięciu minut. ale przecież wszyscy wiedzą. Zgadza się. Cóż mają wspólnego ze sprawą ruchomości? Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle czy w fotelu. krzyczycie głośno. Tego dnia natknął się na Iwanową w korytarzu. — To trochę tak jak twórcy tego wielkiego dzwonu. Przyznajecie. że ma za sobą czternaście wyroków sądowych za gwałt.

którą macie zrelacjonować. to stachanowiec. i przedstawicie idyl- liczny obraz szczęścia. urodził się w Niżnym Nowgo- rodzie. Szósta metoda: komentarz podtrzymywany. Pietrow. a nie od szczegółowych do ogólnych. jakie Iwanow miałby wobec żony. będącego jednym z przeżytków carskiej Rosji. ma kilka kochanek. mówicie. Następnie opisujecie nowoczesne osiedle. Siódmy chwyt to pewna odmiana szóstego. i tak dalej. jakie stanie się tam udziałem Iwanowów. W sprawie. Piąte: zacieranie. Zalewacie wasz prawdziwy fakt wielką ma- są innych informacji. między innymi Iwanową. w czasie wojny był artylerzystą. małżonkowie Iwanowowie wrócili do siebie. krytykę mieszkań dzielonych przez wielu lokato- rów. na sześćdziesiąte urodzi- ny ofiarował matce kanarka. dajmy na to. lecz korzystacie z niego. Opowiadacie na przykład. W niczym nie modyfikujecie faktu. to ilustracja. Pie- trow zachowywał się tak. i wymieniwszy uwagi na temat powszechnego zepsucia obyczajów. zdarzają się znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. w której może sobie gruchać do woli. lecz 82 . Można tu rozwinąć ten sam mo- tyw: sielanka par małżeńskich w nowoczesnych osiedlach wzniesionych dzięki dobroczynnej wydajności władzy Rad. prawdziwych lecz niepełnych. potrafi ugotować syberyjskie pielmieni. dobrze pływa sty- lem grzbietowym. jakby był zaszokowany złymi manie- rami Iwanowa. lecz to w nich właśnie incydenty. Istnieje też wykręt będący odwrotnością zacierania. w których mężowie zaskakują kochanków. mianowi- cie wybrane fakty. gdzie każda para turkawek ma swoją garso- nierę. taka jest nerwowa. przepada za kiełbasą z czosnkiem. w której przechodzi się od rzeczy ogólnych do szczegółowych. Jest ich już coraz mniej. że Iwanow wszedł do pokoju Pietrowa bez pukania. by przeprowadzić. prze- prowadzacie selekcję szczegółów.informacja nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat wyrzu- tów. Iwanowa aż podskoczyła. świet- nie gra na organkach i w warcaby.

postępującą właśnie według tych zasad. Drukujecie też dziesięć listów w jej obronie. rzecz jasna. przeciwnie.zakończenie będzie inne: o. tak sobie. natrafiającego na swą żonę u sąsiada! Ósma jest generalizacja. krótki wykład. Lub też. czym jest tendencyjna informacja i na czym polegają ćwiczenia. nawet jeśli nie przyszło takich listów więcej niż dziesięć. Z zachowania Iwanowej wyprowa- dzacie ogólne.. Technikę numer dziewięć nazywamy: nierówne części. że wyjawię panu całą naszą doktrynę ot. tylko po to. Wreszcie części równe. jaki to postęp w stosunku do miesz- kań o wielu lokatorach. dziesiąta metoda. Wyobraża pan sobie. Wte- dy. Ale. Zwra- cacie się do waszych czytelników i proponujecie im. W ten sposób dowo- dzicie waszej bezstronności. też na pięćdziesiąt linijek. i równocześnie u jakiegoś idioty ze wsi zamawiacie ich potępienie. nikczemnego uwodziciela. — Wydaje mi się — powiedział Aleksander — że znam pew- ną gazetę francuską. U profesora uni- wersytetu. świetnego i lubianego przez czytelników polemisty. gdzie zdarzały się pożałowania godne epizody. tu. ich niewierności. na przykład właśnie sytuacja Iwanowa. pełne konfuzji wnioski na temat niewdzięczności kobiet. żeby pana rozerwać? 83 . by mógł pan wy- robić sobie zdanie. uniewinniając jednocześnie nieszczęsną przedstawicielkę bezwstydnie eksploa- towanej płci. którymi zajmie się pan podczas stażu. Oto.. natomiast pomijacie mil- czeniem współudział Pietrowa. Aleksandrze Dmitryczu. czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? — Pan jest nienasycony. ich temat będzie znacznie poważniejszy. by sami oce- nili ten incydent. obwiniacie Pietrowa-Casanovę. Publikujecie następnie jeden list potępiający Iwanowa — nawet jeżeli dostaliście sto takich listów. zamawiacie tekst pisany w obronie kochanków. rozwiązłości. mający pięćdzie- siąt linijek. na tej galeryjce.

cały świa- topogląd techniki wywierania wpływu. wręcz całą kosmogonię. Za- łóżmy teraz. za to zdyskredytuję je pośród jego sojuszników i klientów. w innej dziedzinie inte- lektualnej niż ta. Naprzód trzeba dogłębnie poznać społe- czeństwo. przeciwnika i. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas. — Tak. Jako przykład podałem panu dziesięć dziecinnie łatwych przepisów. odzwierciedlający nasz manewr. dobierać się do niego gdzie indziej. wypracowaliśmy całą interpretację Historii. bardzo krótko.. Zobaczy pan już niedługo. które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją w jakiś czas później. proszę. Nie będę go zaczepiał bezpośrednio. innym kontekście społecznym. w obrębie której doszło do konfliktu. którymi możemy posługiwać się razem lub roz- dzielnie. aż roz- sypałby się. Tymczasem myśmy opracowali setki metod. — Dobrze. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na własnym ani na jego terenie. jako że cała jego struktura zostałaby unicestwiona. których można się nauczyć. jak korzystne okaże się dla nas pojawienie się słabo rozwinię- tych zdekolonizowanych krajów: za ich pośrednictwem będzie można podjąć działania antyamerykańskie na wielką skalę. nim dozorca zamknie wieżę? — Oczywiście. w innym kraju. że chcę zaatakować wielkie cesar- stwo. czyli państw utwier- dzających jego panowanie w świecie. oświetlający. że tak po- wiem. Chodzi o jeszcze jedno zastosowa- nie głównej zasady: żadnych działań bezpośrednich. nad którym się pracuje. — W jaki sposób zniszczyłby go pan od wewnątrz? — Przy pomocy metod. zawsze po- średnictwa. Czy zdąży mi pan wszystko opowiedzieć. że nie. Oto dlaczego metody. Powiedzmy.. Alek- sandrze Dmitryczu. materiał kontrastujący. — Czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? Tyl- ko o Trójkącie. że zainteresowałby mnie któryś z tych krajów. 84 . Otóż zacząłbym mnożyć przyjacielskie gesty pod jego adresem i zara- zem prowadziłbym niszczycielskie prace wewnątrz kraju.

że grupy te nie przyno- szą żadnego pożytku. które chcemy opanować. wreszcie neutralizacja samego ludu. Dzięki temu wytworzę przepaść między rodzicami i dzieć- mi. a to przysporzy mi mę- czenników i będę mógł odwoływać się do opinii międzynarodo- wej. Trzeba zrobić wielki wysiłek i poznać społeczeń- stwo. przy czym społeczeństwa nie będę ujmował w kategoriach przeciwnika. Sta- wiam sobie trzy cele: rozbicie tradycyjnych elit. słuszność. iż można je bezkarnie atakować przejdę do trzeciej fazy mojej akcji (na tym zresztą polega istota inteligentnie pojmowa- nego terroryzmu). Załóżmy więc. zdobędzie się na represje. Moi agenci będą posługiwali się potrójnym sloganem: dobra wiara. gdyż do- wodząc. zdrowy rozsądek. będę się starał wykazać. przełożonymi i podwładnymi. by potrafili zachowywać się . Społeczeństwo liberalne ulegnie jeszcze szybciej. tylko jako „kontrast”. Grupujemy je pod hasłem „teoria wnikania”. że postanawiam rozciągnąć mój wpływ na pe- wien kraj. iluzją. Wytworzę w społeczeństwie i u najsłabszych przedstawi- cieli elit przekonanie. Jeżeli to społeczeństwo będzie dość au- torytarne. Wypracowaliśmy tu odpowiednie techniki. w czym pomoże mi lud. to jest mój „kontrast”. Wychodząc z pozycji siły będą atakowali władze. A jednocześnie. lepiej niż je znają jego członko- wie. są pasożytami. nie licząc zła wymyślonego. których nie wy- jaśnię panu dzisiaj.jak ryby w wodzie” na obcym terenie. Tradycyjne elity rozbiję przez wywołanie w nich poczucia winy. a nie rzeczywisto- ścią. władz. Po drodze posłużę się też propagandą 85 . dyskredy- tacja mojego przeciwnika. że były one w przeszłości szkodliwe i wciąż szkodliwe pozostają.nie przydadzą im się na nic! Kapitaliści są zbyt leniwi i zbyt pewni siebie. Trójkąt będzie się składał ze mnie. między dowódcą i jego żołnie- rzami. czyniąc je odpowiedzialnymi za wszelkie rzeczywiste zło istniejące w tym społeczeństwie. które mogłyby osłonić społeczeństwo przed skutkami moich działań. z władz tego pań- stwa i z jego społeczeństwa. Każdy z tych trzech elementów wspomagany będzie przez specjalne ak- cje. nie troszcząc się o żadną konsekwencję.

Aleksandrze. zrelacjonowane bez podania kon- kretnych sposobów zastosowania. której do- znaje żaba na widok zaskrońca. Rasputinami różnego kalibru. by wytworzyć fascynację podobną do tej. gdy więc „kontrast” jest unieruchomiony i bezsilny. przeprowadzić parę zamachów terrory- stycznych. podnieście prawą — podnoszą. gdy udaje się nam ją obezwładnić. Światło zmieniało kolor: nie było już białe. Kiedy się to osiągnie. aby każdy obywatel znalazł się naprzeciw maski Gorgony. że obecne rewolucje. zabrawszy na pokład Barbarzyńców. to jest oskarżę przeciwnika o stosowanie metod. Tworzy się wte- dy nastrój paniki. odjeżdżały w stronę Opery. Sprawi to. Prze- wodnik spoglądał na zegarek. w skrócie. Większość kapituluje. w przeciwień- stwie do rewolucji dawnych czasów. by je zdemobilizować. wizjami. Czasem można się też posłużyć pseudo-nadzmysłową rupieciarnią: przepowiedniami. podzielić społeczeństwo na miliony indywiduów. Zrobił kilka kroków. przeciwnik realny dostaje się w nasze ręce jak obluzo- wana cegła. prowadzone są przeciwko większości. — Jeszcze wspomi- nał pan o Drucie. Oto. Zdawało się. W każdym razie gdy tylko mowa o mobilizacji mas. teoria Trójkąta. Można to osiągnąć na kilka spo- sobów. jeszcze nie stało się złote. Tym razem Pitman zawahał się. Niekiedy natomiast trzeba. z których sam mam zamiar zrobić użytek. zatomizować je tak. czując swą bezbronność. przeciwnie. podnieście obie — spadają na cztery litery. Czasem udaje się przekształcić większość społeczeństwa w gigantyczną grupę gimnastyków: podnieście lewą nogę — podnoszą. Proszę nie zapominać. że padało na wielki krążownik Notre Dame przefiltrowane przez ukryty gdzieś witraż o delikatnej barwie. nie składały się jeszcze na 86 .projekcyjną. Autokary. Wystarczy rozpowszechnić przekonanie o wyższości przeciwnika. iż będę mógł się powoływać na okoliczność obrony koniecznej. nie przeciw mniejszości. skłonny do kapitulacji. Trzy zasady Vademecum. naprawdę chodzi o to.

Żadna ustawa. ryzykując zdradę. zawsze będzie nad- wyrężał istniejący system. jak wiadomo. na razie jednak trzeba było przestrzegać najdalej idącej dyskrecji. zmiękczając. których ankieta nie zdołała odkryć. Obojętnie. otwie- rając wszystkie zamki. która odnosiła się do wojska stojącego w obliczu przeciwnika. Młody Psar. na lewicy czy na prawicy. rozklejając. zaledwie jej zalążek. Sun Tsu. Agent d'influence to przeciwieństwo propagandysty. narażając się na unik ze strony Aleksandra. rozwiązując. uodpornicie się na spojrzenia najprzenikliwszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygoto- wać zwróconych przeciwko wam planów”. Któregoś dnia doktryna wywierania wpływu znana będzie całemu światu. Jeśli się wam to powiedzie. Pomiędzy innymi niezwykłymi myślami wy- powiedział i tę sentencję. który mógłby zostać precyzyjnie opisany. pochodził z rodziny reakcjonistów. który żył przed dwudziestu pięciu wiekami i był kimś w rodzaju Clau- sewitza swej epoki. Przykład: sowiecki agent d”influence nie może w żadnym razie uchodzić za komu- nistę. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. — Niech pan słucha — znów stanął tuż obok chłopca i oparł się łokciami o balustradę — mogę o tym mówić w sposób bardzo ogólnikowy. mimo że obywatel sowiecki. kontakty. by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. Ale jednak zalążek zo- stał przekazany Aleksandrowi. Obraz Drutu wziął się stąd. ale charakteryzuje też świetnie nas sa- mych: „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształ- tu. że. Spełniając tę rolę pozostaje całkowicie bezkarny. Do tego sprowadza się jego zadanie. Jeśli nadal będzie się pan nami intereso- wał. albo też ukryje go. zawsze przeciw. pożyczę panu książkę myśliciela chińskiego. Jakub Mojsiejewicz Pitman musiał teraz podjąć decyzję: albo wyjawi jeszcze i ten sekret.kompletną inicjację. wychowany został we Francji. niszcząc. rozda- jąc karty. albo raczej pro- pagandysta absolutny: nigdy nie jest za. 87 . mógł utrzymywać sekretne związki z przeciwnikiem.

Trzeba było trafić w jeden z tych kolorów. że kryje się w tym odpowiedź? — za pytał Pitman. Mimo to nie byłem pewny. Ale powie- działem ojcu: „Zgoda”. — Czy mam rozumieć. czy nasze postępowanie było uczciwe. nim przekroczę pięćdziesiąty rok życia. nie skąpiąc energii. Będę wam wiernie słu- żył przez trzydzieści lat. — Pewnego dnia — powiedział — gdy byłem dzieckiem. Miałem na nią ochotę i wtedy ojciec zapłacił za dwa rzuty i powiedział: „Ty postawisz na czerwone. Chłopiec uśmiechnął się melancholijnie: — Tak. jak mi nakazał mój ojciec. — Zamykamy— oznajmił południowym akcentem ziewający przewodnik. po- zwolicie mi wrócić. nie zabrania demontażu własnego społeczeństwa. oj- ciec zaprowadził mnie do wesołego miasteczka. ale pod jednym warunkiem. które zbliżało się do horyzontu niczym statek wracający do portu. to znaczy żadna ustawa prawna na Za- chodzie.Aleksandrze Dmitryczu. To on wygrał rybkę i ofiarował mi ją. może nawet mniej niż jeden. wygraliśmy! 88 . Pitman pognał znów do swego telefonu: — Mohamedzie Mohamedowiczu. Nagrodą była rybka w słoju. Aleksander wpatrywał się w zachodzące słońce. Zatrzymaliśmy się przed wielkim kołem. Gdy tylko świeżo zwerbowany agent i jego przełożony rozstali się u stóp katedry. nie szczędząc wła- snego życia. podzielonym na czerwone i niebieskie sektory. tak jak sobie tego życzę. a ja na niebieskie. w ten sposób na pewno wygramy”. Aleksander też zamilkł. — Ma pan moje słowo oficera i bolszewika — powiedział Pitman wyciągając dłoń do uścisku. Byłem z tego zadowolony. Ale. Pitman milczał długo. Wy- starczy grać w czerwone i czarne. Rybka kosztowała mniej niż dwa rzuty. w parzyste i nieparzyste.

gra- natowe kepi i złocone galony. wpatrywał się w ciemnobłękitny trapez wyświetlany przez okno na suficie. co uczynił tam. który nazywał się Nanan i miał na sobie jaspisowy mundur. przed lekarzem wojskowym. Na żądanie zwal- niał młodych ludzi od służby wojskowej jako niezdolnych i ucho- dziło mu to na sucho. tak. kto mówi wewnątrz nas: „Wybieram”. że szkoda czasu. Nanan. on jednak szedł jeszcze dalej. Aleksander wrócił do pokoju. jako że protekcje w tej dziedzinie nie nale- żą we Francji do rzadkości. podczas gdy sowiecka ojczyzna oczekuje 89 . by przy- sporzył mu poważnych kłopotów. Pozbawiać ludzi wolności działania ucho- dzi za rzecz diabelską. Czytał nie- dawno Goethego i doskonale zdawał sobie sprawę. powinien był zażądać od Aleksandra tego poświęcenia zamiast zmuszać go do zaakceptowania prawnego szwindlu. niezadowolony z żołdu. Niedługo później Aleksander dostał wezwanie do komisji po- borowej i stanął. z grandilokwencją właściwą swemu wiekowi: — Będę złym duchem myśli francuskiej. poświęcał chwile wolne od garnizonowych zajęć na dyskretne przeprowadzanie sztucznych poronień. Można być pompatycznym i nie mijać się z prawdą. Opłakiwał śmierć biednego podporucznika marynarki. wyzywający w swej jasnowłosej nagości. zupełnie nagi. Roz- ciągnięty w ciemnym pokoju na swoim łóżku o połamanych sprężynach. sam zajął miejsce tego kogoś. że przecież nie miało sensu. na wieży katedry. ale może jeszcze bardziej utratę własnej niewinności. popełnił błąd. W pewnej chwili powiedział pompatycz- nie. Powinien był wytłumaczyć mu. Pitman musiał interweniować. Psar był w jego praktyce zupełnie wyjątkowym niewdzięcznikiem i niewiele brakowało. który dzielił z ojcem. — Nie nadaję się? Ja? Domagam się drugiej ekspertyzy! — szlochał Aleksander. i rozpłakał się. Z tarapatów wyciągnął go pewien komunistyczny de- putowany i odtąd Nanan służył dwóm panom. by Aleksander czyścił buty do połysku.

Dzięki temu ryzyko przejścia do przeciwnika. który później za pośrednictwem jednego ze swych „pudeł rezonanso- wych” miał puścić w obieg hasło: „Ortografia jest reakcyjną i represyjną dyskryminacją. ostatnim burżuazyjnym okowem. We wszystkim innym był całkowicie posłuszny. Powie się. gdy mianowany został podporucznikiem KGB: epolety lub prawie. że przywiózł pan oszczędności z Ameryki. Aleksander podporządkował się. ukończył studia na Columbia University summa cum laude. zbyt wiele upokorzeń i uraz wiązało się z młodością Aleksandra. żeby legitymował się dyplomem Sorbony. — Niezupełnie. Aleksander tymczasem. — To będzie — powiedział Pitmanowi — moja kampania egipska. posłuszny i nieuchwytny. Pitman prawie nie brał pod uwagę. Wreszcie będzie to świetna okazja stworzenia pretekstu dla ka- pitału. jak zawsze flegmatyczny. żeby się pan nauczył amerykańskiego. na stronę francuską. jakiego proletariat jeszcze nie zerwał”. Wyjechał do Nowego Jorku nie żegnając się z nikim. Bez tego nic pan nie osiągnie w nowoczesnym świecie. 90 . znacznie się zmniejszy. z literatury francuskiej. Po pierwsze trzeba. wynikłego z nostalgii. Chciano. lecz przez długi czas miał żal do swych przełożonych i przebaczył im dopiero pod koniec roku 1968.jego usług. mój złoty Aleksandrze Dmitryczu (Pitman ograniczał się tylko do metali). i to z wynikiem bardzo dobrym. Był jeszcze i dodatkowy powód: po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych Aleksander będzie się czuł mniej pewnie we Francji. by zapi- sał się na Columbia University. Ponadto tylko Amerykanie mają tradycję zawodu agenta literackiego. który będzie panu potrzebny do założenia własnej agen- cji. Efektu przeciwnego. Później zechciano. On... otrzymał 16 punktów na 20 za dyktat z Mérimée'go! Swoje studia traktował jak rekone- sans. wyprawę na terytorium wroga. więc musi pan odbyć u nich staż. Otrzymał go więc.

który jeszcze wtedy był względnie bezpieczny. Aleksander przyglądał jej się dyskretnie. że będę za nią szedł” oraz: „To zbrodnia. Aleksander szybko poznał jej znakomite imię i nazwisko: Tamara Szcz. Roz- glądała się dokoła nieco trwożnie. on jednak nie brał tego pod uwagę. Była członkinią chóru 91 . co należało zrobić. w rozmarzeniu. ta jednak podbródkiem pokazała na kasę. Długa szyja przydawała jej dystynkcji. Dziewczyna podzięko- wała mu — „Tank you” — patrząc na niego nieśmiałym wzro- kiem. Zajął miejsce na wysokim taborecie przed kontuarem. Miała długie rzęsy. przejętego bogo- bojnym respektem. Aleksander ze ściśniętym gardłem — nigdy w życiu nie przemówił do nie- znajomej — wyjaśnił. — Za mało — powtarzała złym głosem kasjerka. Dziewczyna otworzyła swą portmonetkę. Aleksander pomy- ślał. krzyknęła z rozpaczą: — Boże mój! Reszta była już całkiem łatwa. aż prosiło się o diadem. Wydobyła stamtąd zaledwie kilka miedziaków. Gdy wreszcie piękna dziewczyna zrozumiała. Aleksander rozdarty był pomiędzy dwa sprzeczne uczucia: „Oby tylko nie pomyślała. że zabrakło jej pieniędzy. ba- dając zawartość spojrzeniem krótkowidza. stracić ją z oczu. Grzebała w niej. jeżeli to Ona”. Następne trzy godziny młoda para spędziła włócząc się po ulicach i po parku. Sąsiedni taboret był pusty. Jej owalne czoło. w których cieniu kryły się zielone oczy. i. Pewnego dnia wstąpił do baru przy 43 Ulicy i zamówił pa- rówki. Zapewne była istotą cielesną. Niezbyt biegłą angielszczyzną zamówiła porcję lodów. jak to jest w zwyczaju zakochanego Rosjanina. myślał Aleksander. Piękna dziewczyna zajęła miejsce obok Aleksandra. Blade usta nie miały w so- bie nic zmysłowego. Pierwsza skończyła swój skromny posiłek i chciała zapłacić kelnerce. że za chwilę usiądzie na nim piękna dziewczyna. Znaleźli się przy kasie.

żadnych fikających nóg. by nie narażać jej na przy- krości. Aleksander nie pisał do Tamary. może właśnie dlatego chciał mu służyć. Żadna z nich nie była Francuzką. nie. to była Ona. przeciw któremu pracował. dyplom Columbia University. mógł. kochał Ją. Mógł co prawda powołać się wobec władz sowieckich. Podobnie jak Kop- ciuszek musiała wrócić do hotelu przed północą. nie zobaczy Jej nigdy więcej: dla Rosjanina było to zupełnie zrozumiałe. Nazajutrz Aleksander wybrał się na koncert i przekonany był. Lata biegły i pewnego razu Abdulrachmanow zwrócił się do Pitmana: — Nie można karmić słowika tylko bajkami. co było „prawdziwe” od naj- zwyklejszej konieczności fizjologicznej. które podsuwało mu KGB. O czym roz- mawiali? O Rosji i o miłości. Zdarzało mu się nie wy- korzystywać okazji podsuwanych mu przez organizację. Tamara? Uznał Ją.folklorystycznego. nasz chłopak jest na to zbyt delikatny!”) Tego wieczoru chór nie występował. Pożegnali się bez pocałunku. korzystać z kochanek. Później chór pole- ciał do San Francisco. Rzeczywiście. gdy „wróci”. Jakubie Mojsiejewiczu. że rozpoznaje jej głos w świetnej Łuczinoczce. zbyt jednak wielką wagę przywiązywał do konspiracji. Służąc temu reżimowi nie miał złudzeń co do jego libera- lizmu. kto wie. Zresztą Aleksander nie był w tej dziedzinie bardzo wymagający. Tamarze udało się zmylić czujność „tłuma- czy” i pójść obejrzeć prawdziwy Nowy Jork. Trzeba było unikać fizycznych związ- ków z krajem. bez najmniejszego uczuciowego zaangażowa- nia. obyczaje Aleksandra rozluźniły się nieco. że i on pracuje dla Sprawy. (Pitman zaproponował tancerkę — jako że balet sowiecki częściej podróżuje — ale Abdulrachmanow zapro- testował: „Nie. przeszedł staż agent d'influence w tajnej szkole w Brooklynie 92 . Miał lat dwadzieścia siedem. Żadna też nie była Rosjanką. na razie jednak trzeba było starannie oddzielić to. Poślubi rodaczkę. Gdy tylko chciał.

Zgodni byli co do tego.. tak więc obaj mężczyźni. co tworzyło w ich stosunkach ryzykowną kombinację przyjaźni i związku czysto zawodowego. Z ta- kim dorobkiem wrócił do Paryża. zagrać jej do tańca na fujarce. Słowa. Panowała między nimi atmosfera wzajemnego zaufania. a Pitman. W ich sto- sunku nic nie przypominało relacji między synem i przybranym ojcem. jak wypluwać pestki z oliwek. a Jakubowi współczucia. je- den widział w drugim jego zalety. pozostawał też jego pierwszym przełożonym. Aleksandrze Dmitryczu. — mawiał Pitman z mieszaniną złośliwości i podziwu. Była w tym nawet odrobina czułości. jak zawsze. znaleźli przyjemność w ponownym spotkaniu. zręczny i dobroduszny. jako arystokrata. których przestała już dzielić różnica wieku. że pewne śmiesznostki nie pozwalają mu pokazywać się publicznie na sce- nie. który zwerbo- wał Aleksandra. powinien pan na- uczyć się. jaki zostawia na palcu długo noszona obrączka. który lądował na Orly. zostawiły w niej ślad podobny do tego. Ton ten na- rzucił Aleksander. jako że Aleksandrowi nie brakowało pobłażliwości. Wracał. był to raczej związek Mefistofelesa i Fausta. Aleksander odpowiadał na to: — Rzeczywiście. że postępowanie Aleksandra nie może 93 . by uregulować swoje porachunki z Francją.oraz praktykę u agenta literackiego przy Madison Avenue.. zapisały się w jego duszy. Pierwszy wstrząs mógł zepsuć wszystko. Z samolotu. Wbrew zwykłemu porządkowi rzeczy Pitman. nie zaprotestował przeciw temu układowi. Pitman wciąż jeszcze zajmował swoje stanowisko w Paryżu. przyjęło się jednak uważać. wyszedł krokiem przypominającym nieco krok zdobywcy. Jakubie Mojsiejewiczu. — Pan. To on był prawdzi- wym zawodowcem. na której wystąpić miał Aleksander. jakie przed ośmiu laty wypowiedział na wieży Notre Dame.

poeta-manipulator. Człowiek-góra zamienił się w człowieka- wulkana: — Wydaje mi się. ma zdechnąć w gnojówce emigracji. I teraz co. przed ukończeniem misji. chce pan to zmienić na zwyczajny flirt? Aleksander nie wspomniał już nigdy więcej o wycieczce do ZSRR. gdy nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. Miała to być niezwykła historia miłosna. Stosował wobec niego metodę kija i marchewki. Dopiero przy następnym zwierzchniku pojawiły się problemy: ten nazywał się też „Iwan”. szlachciura. Był upokorzony tym. u końca których ma pan ujrzeć na nowo od krytą ojczyznę. Iwan II traktował Oprycznika tak. podróże za żelazną kurtynę. Naraz jednak Aleksander wbił sobie w głowę. Wkrótce później pułkownik Pitman przeniesiony został do sztabu departamentu. że ktoś. Lękał się. Mógł jeszcze podróżować. że najbliższy urlop spędzi w ZSRR. Wówczas Pitman. ale przestawał odtąd dyrygować bezpośrednio podległymi mu agentami. nie wchodziły w grę. jakby miał do czynienia z naj- zwyklejszym donosicielem. zgodził się pan na misję mającą trwać trzydzieści lat. czego ten biały Rosjanin szuka w czerwonej Rosji. i. pokazał swą klasę: — Aleksandrze Dmitryczu. że jest dla Aleksandra zbyt łaskawy i dlatego 94 .ściągać żadnych podejrzeń. Od tej chwili Oprycznik podlegał „Iwanowi”. zwrócił mu uwagę na tę właśnie stronę zagad- nienia. Oprycznik zażądał. mój tekturowy Jakubie Mojsiejewiczu. Wrażliwy jak zawsze Pitman powiadomił o tej prośbie Ab- dulrachmanowa. że już panu powiedziałem: ten kacap. by odwołano tego gbura. wobec czego Aleksander mówił o nim „Iwan II”. co za tym idzie. Tymczasem agent d'influence funkcjonuje skutecznie tylko wtedy. Mimo drobnych nieporo- zumień współpraca z Iwanem układała się dość gładko. Pitman wahał się. Na znak szacunku Aleksander przezwał go „Iwanyczem”. Każdy uważniejszy policjant mógłby wtedy zadać sobie pytanie. kogo uważał za mniej sub- telnego od siebie.

odwołać tamtego durnia i posłać go gdzie pieprz rośnie. Musi pan teraz wziąć na siebie całą winę. — Zdarza się. że przyswaja sobie pewne jego opinie czy sądy. bowiem właśnie dla tej cechy nasz wybór padł na niego — wywiera wpływ na niższe szarże. ojczulku. — Nie ma pan chyba na myśli. których zadaniem jest nadać połysk temu słoneczku.jego pierwsza reakcja była gwałtowna: ukarać Psara lub też wy- mówić mu definitywnie służbę. którego Aleksander ochrzcił „Iwa- nem III” — „Skoro nie podaje się ich prawdziwych imion. Jeżeli chce pan zachować pewność. Iwan III rozumiał się dobrze z Aleksandrem. Czy nie skaptował go przeciwnik? O ile nam wiadomo — nie.. że wszystko jest w najlepszym porządku. Mohamedzie Mohamedo- wiczu? — spytał Pitman. Nie ma nic dziwnego w tym. uderzyć w ton patriotyczny. tak jak w przypadku pokojówek”. departamentu piątego? — Nie. ojczulku — powiedział mu Ab- dulrachmanow. Popełnił pan grubą niezręczność. niech mu pan przydziela zawsze 95 . Iwana II zastąpił „Igor”. — Czy nie kryje się w tym ryzyko. — Nie ma o tym mowy. ale zauważył. Nadzoruje go pan? Tak. niech pan zdaje sobie z niego spra- wę i niech pan to odejmuje od wagi. wyznaczając na pilota Oprycznika podobne- go chama. że przemoc nie wystarcza i trzeba odwołać się do brutalno- ści. Wy- wieranie wpływu jest zawodem tego nieboraka. mój kartonowy Jakubie Mojsiejewiczu. Abdulrachmanow westchnął: — Jest pan zadowolony z Oprycznika? Tak. Zamiast więc lę- kać się wpływu z jego strony. zajmowałby się w przyszłości dezinformowaniem Buriatów. promieniującej osobo- wości — o czym przecież my dobrze wiemy. Niech się pan więc nie zachowuje jak sklepikarz. W przeciwnym razie to pan. tak jak się taruje ważony towar. puszczając kłęby błękitnego dymu. że człowiek o silnej.. Dobrze pan zrobił nie ukrywając przede mną tej sprawy. będę ich nazywał zawsze tak samo.

odczytywał po raz dziesiąty przyka- zania Sun Tsu. Być może nie ma to żadnego znacze- nia. Pitman nie zapalał świa- tła. towarzyszu puł- kowniku. obojętne pytania. siadał znowu. chociaż z ochotą odpowiadał na wszystkie pytania. co mu leżało na sercu. Jeżeli jestem starym idiotą. Na miejsce Iwana III. wydaje mi się.. że trzeba go trochę bar- dziej surowo potraktować. w chwili gdy Iwan IV. pokwitowań i sprawozdań w drugą. Na razie zadawał mu niewinne.. Iwan Iwanycz wymamrotał: — Jest jeszcze coś. które Pitman. na wzór Abdulrachmanowa. ale człowiek dobry.. który zakończył swój pobyt we Francji. proszę nie brać tego za złe. Odpo- wiedzi. zmieni pan pilota. Wreszcie.. miały przyczynić się do rozluźnienia nastroju. który nie zasłu- guje na swoje sianko! Proszę tak powiedzieć. naj- przeciętniejszy oficer. osłem. kontemplo- wał portret Dzierżyńskiego. równie swobodne. w półmroku. że nie o wszystkim opowiedział. Wstawał z krzesła. Niech mi pan powie: jesteś imbecylem. stworzył wrażenie. Przypominał psiaka. Chciał tylko jed- nej rzeczy: żeby wszyscy byli szczęśliwi. 96 . We- zwany do dyrekcji na okresową rozmowę z pułkownikiem Pit- manem (co nazywał pójściem do spowiedzi). Aleksander liczył sobie lat czterdzieści trzy. miał rangę pod- pułkownika. Za oknami zapadał zmierzch. Także i on stał się „Iwanyczem”.... co jednak nie przeszkadzało mu w wykonywaniu zawodu. zauroczonych przezeń. który jakoś nie może uło- żyć się do snu. osobowość raczej bezbarwna. to znaczy w stałym transmitowaniu instrukcji i pienię- dzy w jedną stronę. Uwielbiał Oprycznika. Pitman uśmiechał się radośnie pod swymi okularkami. podniósł alarm. A jednak. ten banalny bon vivant. Gdy tylko poczuje pan. kazał wyryć w drewnie. wręcz bliskich obsesji. przyszedł Iwan IV.. póki poczciwiec nie wyrzuci z siebie tego.pilotów czułych na jego wdzięk. paryski kagebista. niech się pan nie krępuje. Pitman postanowił więc rozmawiać z nim tak długo. ciepły.

sumienie czekisty...
Pitman czekał cierpliwie.
— Towarzysz pułkownik ogląda się za małymi chłopcami.
— Chce pan powiedzieć?... — Pitman nabrał powietrza z
obrzydzeniem.
Iwan Iwanycz zaczerwienił się po czubki uszu i zatrzepotał
ramionami:
— Nie, nie o to chodzi. Pan ma dzieci, przepraszam za niedy-
skrecję?
— Sześcioro.
Eliczka spełniła swój obowiązek.
— Ja sam mam trójkę, trójkę udanych pętaków, i, rzecz ja-
sna, może pan być spokojny, bolszewików. Trójka ślicznych bol-
szewiczków, jasnowłosych, największa radość mojego życia, po
godzinach służby, ma się rozumieć. Cóż, gdybym był w jego wie-
ku i nie miał żadnej blond główki do pieszczenia... Niech pan
pomyśli o sobie, towarzyszu pułkowniku... Gdy tylko w pobliżu
przechodzi jakiś mały chłopczyk albo dziewczynka, także, lecz
przede wszystkim chłopczyk, on śledzi go wzrokiem i wydaje się,
że szepcze coś pod nosem. I także, od pewnego czasu, posługuje
się wciąż zdrobnieniami, on., który do niedawna szydził z nich.
„Pan, Iwanie Iwanyczu, z pańskim spotkankami i poleceńka-
mi...”. Wykonałem nawet małe badanie statystyczne. Wypada
mniej więcej pięć do sześciu zdrobnień na godzinę. To trwa już
od roku.
Pitman poczuł falę wzruszenia. Było to szczere wzruszenie: ta
sama szczerość była źródłem jego siły. Problem zdrobnień i ma-
łych główek do pieszczot przedstawił wkrótce generałowi, który,
w wieku lat siedemdziesięciu pięciu, gotował się do przejścia na
emeryturę. Żeby móc spokojnie porozmawiać z Abdulrachma-
nowem, trzeba było naprzód odprawić ordynansów, zajętych w
jego gabinecie o pustych ścianach rolowaniem bucharskich dy-
wanów.
Mohamed Mohamedowicz zastanowił się. Jego własne życie

97

prywatne pozostawało dla jego współpracowników całkowitą za-
gadką. Jedni obdarzali go haremem, inni twierdzili, że gustuje w
obu płciach, jeszcze inni byli zdania, że lata służby pozbawiły go
potrzeb w tym względzie. Jego wielkie oblicze nie było mimo
wieku prawie wcale porysowane zmarszczkami, ale wyglądało
nieomal jak bazaltowa skała, na której nie malowały się żadne
uczucia. Po upływie minuty zawyrokował:
— Trzeba kobiety. Żadnej tam jaskółeczki. To musi być ofi-
cer. Niech ona o tym wie. Na razie nie ma mowy o małżeństwie,
ale niech mają syna. Załatwi pan dla nich miesiąc miodowy,
gdziekolwiek, a potem korespondencję za pośrednictwem pilota.
Żadnych spotkań. Pierwsze po pięciu czy sześciu latach. On za-
czeka.
— Ale... później, Mohamedzie Mohamedowiczu? Czy po-
zwolimy mu wrócić?
— Nigdy. Ale to, co Sun Tsu określa jako „boski węzeł”, za-
wiąże się jeszcze ciaśniej wokół niego.
Pitman wciąż nie mógł zrozumieć, skąd brała się niechęć
wielkiego człowieka do Aleksandra.
— Niech ona będzie dobrze zbudowana — ciągnął wielki
człowiek, który zachował zdumiewającą pamięć. — Nie taka pla-
toniczna jak poprzednia.
Gdy Pitman zbierał się do wyjścia, generał dodał jeszcze:
— Dziewica. Lub uchodząca za dziewicę.
— Ale, towarzyszu generale...
— Jest pan czekistą. Musi pan sobie poradzić.
Powracający do gabinetu ordynans otworzył szeroko oczy ze
zdumienia.

Ałła Kuzniecowa miała dwadzieścia cztery lata, stopień kapi-
tana i piękne szare oczy. Pochodziła z wielkorosyjskiej rodziny
chłopskiej. Była dorodna, cechował ją ciężkawy nieco wdzięk jej
rasy. Była marzycielką. Kochała muzykę. Lubiła wspinać się na

98

drzewa. Osobista ambicja i dziedziczna pruderia sprawiły, że nie
poświęcała dotąd zbyt wiele uwagi mężczyznom.
Aleksander wybrał ją tak, jak książęta wybierali niegdyś swe
żony. Studiował jej fotografie, badał informacje, jakie mu do-
starczano na temat stanu jej zdrowia, jej studiów i jej charakte-
ru. Nigdy nie marzył o prowadzeniu zwykłego mieszczańskiego
żywota; spodobało mu się, że oto w taki sposób rzuca chusteczkę
pod nogi swej wybranki. Jednocześnie doceniał troskę przełożo-
nych o ułożenie jego życia.
Abdulrachmanow zażądał, by przedstawiono mu wybrankę
Aleksandra.
— Królewski kąsek — oświadczył, zbadawszy twardość jej
muskułów. — Łobuz ma niezły gust.
Pitman nie wyrzekł ani słowa. Każda pociągająca kobieta
wywoływała w nim odruch czułości i od nowa budziła jego na-
miętność dla grubej już Eliczki.
Powzięto tysiąc środków ostrożności, by spotkanie tych dwoj-
ga odbyło się potajemnie. Psar oświadczył wszystkim, nawet
swej wiernej sekretarce, że wybiera się na przejażdżkę statkiem
po fiordach Norwegii, kupił bilet lotniczy do Senegalu i pojechał
do Jugosławii, wynajmując BMW pod fałszywym nazwiskiem.
Jego firma dobrze to przygotowała. Romantycznie mały lecz
wygodny domek, po którego murach pięła się winorośl, domek o
dwóch łazienkach, wzniesiony na wzgórzu nad Adriatykiem,
otoczony kwitnącym ogrodem i oddzielony od szosy siatką pod
napięciem, czekał na pułkownika i przyszłą pułkownikową. Dy-
wany (Abdulrachmanow: dywany to bardzo ważne, usposabiają
do wylewności) wyścielały wielki salon o kamiennej posadzce.
Ściany o fantazyjnych załomach poprzecinane były czymś w ro-
dzaju otworów strzelniczych. W kącie naprzeciw kominka stał
fortepian, dalej kanapa wyłożona wyszywanymi poduszkami i
tuż obok gramofon, wyposażony w przynajmniej pięćdziesiąt
płyt, milczał tak jak milczą, w szczególny sposób, wszystkie

99

aparaty muzyczne (Pitman: to ważne, muzyka, apeluje do ser-
ca). W lodówce, prócz wielu innych rzeczy, znajdowały się cztery
gatunki kawioru i dwanaście rodzajów wódki (Abdulrachma-
now: trzeba, żeby mogli codziennie jeść ostrygi — Pitman: przy-
gotuję dla nich chałwę). Barek mieścił koniaki gruzińskie (ze
względów patriotycznych) i francuskie (dla ich smaku!). (Ab-
dulrachmanow: oby tylko nie zapomnieć o napojach! — Pitman:
trzeba pamiętać o butelce śliwowicy.)
Nie zapomniano też o dekoracjach. W sypialni Abdulrachma-
now kazał zawiesić Skradziony pocałunek Fragonarda, wypoży-
czony z Ermitażu, co było możliwe dzięki randze wielkiego czło-
wieka. Narzekali na to tylko niektórzy turyści (do dziś przy-
pominają sobie puste miejsce na ścianie). Pitman natomiast
polecił ozdobić ściany salonu rycinami rosyjskich romantyków.
Nad kominkiem umieszczono portret Feliksa Edmundowicza.
Miał on przypominać kochankom o ich misji. Lubiący tortury
asceta zdawał się wpatrywać w promienną przyszłość, oświetlo-
ną blaskiem płonących szczap. Pod obrazem wyczytać można
było sławetną dewizę: „Umysł chłodny, gorące serce, ręce zaw-
sze czyste”.
Obaj kompani cieszyli się po ojcowsku moszcząc gniazdko dla
swych agentów:
— Mam nadzieję — powiedział Pitman z przekonaniem — że
będą szczęśliwi.
— Nie mają innego wyjścia — skomentował Abdulrachma-
now, uśmiechając się złośliwie.
Zaraz po przyjeździe Aleksander nawiązał kontakt ze starą
wieśniaczką, która miała pełnić funkcję kucharki. Służyła nie-
gdyś u rosyjskich emigrantów, dzięki temu poznała dość dobrze
język i lubiła się nim posługiwać. Aleksandra wzruszyło spotka-
nie z tą rusofilską Słowianką z południa. W jej głowie car, opie-
kun prawosławia, mieszał się w przedziwny sposób z małymi,
mściwymi komisarzami jej plemienia, lecz mit „wielkiego brata”
z Północy nie stracił nic na realności. Szybko przywykł do sposobu,

100

w jaki zwracała się do niego: „Wasza Wysokość, towarzyszu puł-
kowniku”.
Aleksander nie znał do tej pory Jugosławii. To, co tu zobaczy-
ł, zaskoczyło go. Zawsze przekonany był, że Słowianie i ludy
śródziemnomorskie należą do dwóch całkiem różnych światów,
tymczasem odkrywał coś całkiem przeciwnego. Ten kraj rozcią-
gał się między Europą Środkową i Starożytnością, między
Wschodem i Zachodem. Była to jakby niewielka Rosja otwarta
na Morze Śródziemne, to znaczy synteza, w której przeglądało
się także i jego własne przeznaczenie.
Napełnił samochód naręczami kwiatów i pojechał na dwo-
rzec.
Ałła miała na sobie niebieski kostium i białą bluzkę o wielkim
kołnierzu. Szła wzdłuż peronu krokiem prawie męskim, z wyso-
ko uniesionymi barkami, świadoma swojej urody i zdecydowana
nie przywiązywać do niej żadnego znaczenia. Jej szare oczy wy-
rażały ten stan czujności, który powinien charakteryzować zaw-
sze oficera w chwili, gdy znajdzie się w obecności przełożonego.
Lecz kryły się w nich także bardziej marzycielskie, melancholij-
ne, kpiarskie ogniki. Z najwyższym trudem oboje tłumili w sobie
wielką ciekawość, którą tak bardzo chcieli zaspokoić. Przedsta-
wiła się z werwą:
— Kuzniecowa.
— Jest pani taka sama jak na fotografiach.
Spojrzała na niego:
— A pan wcale nie.
W jej szarych oczach błysnęła kokieteria.
— Nie?
— W rzeczywistości jest pan młodszy.
Chciał wziąć jej walizkę:
— Niech pan zostawi. Mogę ją sama wziąć.
— Wiem, że pani może, ale nie zgadzam się na to.
Puściła rączkę walizki. Ich dłonie zetknęły się.

101

Szli obok siebie w milczeniu, póki on nie zapytał:
— Czy nie jest pani zmęczona? Chce pani pójść od razu do
domu? Spać do jutra?
Spojrzała na niego. Jej powieki wydawały się odrobinę zmię-
te:
— Chcę robić to wszystko, na co pan ma ochotę.
Zatrzymał się:
— Ałła, ustalmy jedną rzecz. Jeśli będę chciał, żeby pani ro-
biła to co ja chcę, powiem pani o tym. Gdy jednak pytam, co by
pani chętnie zrobiła, pani powinna mi odpowiedzieć całkiem
szczerze.
— Zrozumiano.
Odebrał to „zrozumiano” jak szok. Było w tym coś pospolite-
go.
— No więc co sprawiłoby pani przyjemność?
— Nie jestem zmęczona. Chciałabym... zobaczyć miasteczko,
co? Pójść na spacer? Z panem, oczywiście.
Irytacja Aleksandra szybko się rozpłynęła. Ałła miała w sobie
coś z posłusznego, miłego pieska: „W tę uliczkę? Dobrze. Do
tego ogrodu? Doskonale”. Ale zarazem cechowała ją też godność
urzędnika. Jedno i drugie było wzruszające. Świadoma była, że
należy do elity tych, którzy wiedzą, jak trzeba się zachować w to-
warzystwie, umrzeć za ojczyznę, wytłumaczyć historię świata w
kategoriach walki klas. Czuła, że zasługuje na szacunek, wy-
magała, by okazywano jej respekt. Głupcy posługujący się chęt-
nie tym słowem uznaliby zapewne, że jest zanadto „elitarna”.
„Niewiele brakuje — myślał Aleksander z rozbawieniem — że-
bym to ja oburzył ją jakimś zanadto poufałym odezwaniem się
albo, przy stole, unosząc serwetkę jedną tylko dłonią”.
Po upływie godziny nieśmiałość Ałły, płynąca z różnicy stopni
oficerskich, rozwiała się. Dziewczyna stała się bardziej zwy-
czajna, rzuciła nawet w stronę Aleksandra kilka śmiałych spoj-
rzeń. Wcale nie próbowała go uwodzić, nie umizgała się do nie-
go, tylko oddychała tak, jak oddychają kobiety, które wiedzą, że
budzą pożądanie mężczyzn. I w dodatku gdy unosiła lekko

102

prawą brew, lewy kącik jej ust opadał troszkę w dół, co czyniło ją
szczególnie pociągającą.
Zjedli obiad na tarasie restauracji, pod gałązkami grabu.
Przed nimi rozciągało się fioletowe morze Ulissesa. Ałła śmiała
się, zadowolona:
— Jakie to romantyczne!
Aleksander przyglądał się jej uważnie, nie jako kobiecie — ten
egzamin zdała bez najmniejszego trudu, a zresztą Psar uważał,
że wszystkie kobiety są jednakowe — lecz jako przyszłej małżon-
ce i, jeszcze bardziej, matce jego mających się narodzić dzieci.
To, że energicznie służył światowemu komunizmowi nie głuszy-
ło wcale właściwej Aleksandrowi dumy należenia do linii przy-
wódców. Przeciwnie, był nawet zdania, iż właśnie społeczeństwo
komunistyczne przywiązuje większą wagę do rozpoznawania i
promowania przywódczych talentów. Liczył więc na to, że mali
Psarowie osiągną w przyszłości wysokie stanowiska w kraju,
zajmując należne im miejsce. Myśl ta nie miała w sobie nic sno-
bistycznego. To, że jego żona wyszła z rodziny chłopskiej, nie
przeszkadzało mu wcale, wymagał jednak, by była dobrze uro-
dzona w innym, głębszym sensie, by zdolna była zachowywać
pewną jakość życia, w stosunku do której szlacheckie nazwisko
pozostaje tylko symbolem, nigdy gwarancją.
Obserwował — dyskretnie, jak mu się wydawało — jej nad-
garstki, mocne i delikatne zarazem, zwracał uwagę na braki so-
wieckiej gramatyki, na smakowitą wymowę, pozbawioną drob-
nomieszczańskiej śpiewności, nie umknął mu brak biżuterii,
sposób, w jaki Ałła opuszczała głowę, patrząc jednocześnie spod
oka, co mogłoby być manierą, lecz nią nie było, czystość krótko
obciętych paznokci, troska o to, by nie mówić z pełnymi ustami,
pewność, że ma się zawsze rację w sprawach zasadniczych, i coś
w rodzaju pogodnej pokory, gdy w grę wchodziły problemy dru-
gorzędne; stopy duże, lecz nie ciężkie; umiarkowanie w jedzeniu
i zarazem rozkoszowanie się potrawami; wreszcie wspaniała

103

szyja. Zacytował żartobliwy wiersz Aleksandra Tołstoja:
Łabędzia szyja, szyja pawia,
Łodygi wdzięczny ruch.
Szyja radosna, wyniosła i godna,
Białego marmuru okruch.
Także i Ałła przyglądała mu się, zdecydowana spełnić swój
obowiązek, nie tracąc jednakże estymy, jaką miała dla samej sie-
bie. Dziwiły ją żarty, do których nie była przyzwyczajona. Jakiś
czas później powiedziała Aleksandrowi:
— Pan kpi sobie ze mnie przez cały czas.
Jemu tymczasem wydawało się, że odnosi się do niej z sza-
cunkiem i uwagą, może aż nazbyt podkreślonymi.
Po obiedzie wybrali się posłuchać piosenek. Aleksandra ude-
rzał kontrast między słowiańskim językiem i arabskimi melodia-
mi. Gdy wracali, reflektory samochodu oświetlały kaskady kwia-
tów; Ałła, w ekstazie, wyliczała ich nazwy, chociaż nie mogła
nawet dobrze rozróżnić kolorów. Aleksander, obojętny jak zaw-
sze na świat zewnętrzny, niezdolny odróżnić fiołków od mieczy-
ków, myślał o alchemicznym sekrecie, który zwiąże w jedno dwa
rody, jego własny i tej kobiety.
Ałłę zachwyciła „dacza”, o ileż obszerniejsza niż dwupokojo-
we mieszkanie, które zajmowała z matką w budynku KGB na
Stretence.
— Czy zna pan Stretenkę, Aleksandrze Dmitryczu?
Wyjaśnił, że nigdy nie był w ZSRR.
Nie chciała wierzyć własnym uszom.
— Ależ pan mówi po rosyjsku nienagannie! Czasem używa
pan nieco staroświeckich zwrotów, ale mimo to mówi pan
świetnie.
— Nie powiedziano pani, że jestem emigrantem? — po raz
pierwszy zrobił aluzję do okoliczności poprzedzających ich spo-
tkanie.
— Wydawało mi się, że wyjechał pan z kraju w dzieciństwie.

104

Odsunął się odruchowo; w stosunku do tych, których określa-
no jako „drugą emigrację” odczuwał zawsze podwójną niechęć.
Jako bolszewik widział w nich zdrajców, jako dawny emigrant,
którym pozostał, uważał ich za podrzędniejszy gatunek.
— Wyjechałem z kraju jeszcze nim się urodziłem — wyjaśnił.
Ałła przysiadła na uzbeckim dywanie i, mimo późnej godziny,
zaczęli mówić o sobie, on z oporami, ona całkiem płynnie, gład-
ko. Siedziała wyprostowana, ze skrzyżowanymi nogami, nie było
w niej ani nienaturalnej sztywności, ani ociężałości. Opowiadała
o swoich studiach i ambicjach, które, bardzo szczęśliwie, szły w
parze z jej wielkim pragnieniem okazania się osobą przydatną.
— U nas kobiety mogą się zajmować wszystkim. Być może
zostanę kiedyś generałem. Pan — dodała nie chcąc go urazić —
będzie marszałkiem. Czy chce pan herbaty? Albo kawy, jako
Francuz? Zaraz zrobię.
Objęła władzę w kuchni bez najmniejszego wahania i całkiem
kompetentnie. Przekonana była, że będzie chciał zmieszać kawę
z whisky, Aleksander zaprzeczył jednak ironicznie. Wreszcie
mogli mówić otwarcie o związku, jaki miał ich łączyć. Ałła zno-
wu usiadła na podłodze i piła herbatę —, ja piję już herbatę tak
jak się powinno pić, ale wyznam coś panu: nie udało mi się nig-
dy oduczyć mojej mamy zwyczaju trzymania cukru w zębach” —
on wyciągnięty na kanapie, odkrywający po raz pierwszy ciężkie
opary gruzińskiego koniaku. Pomyślał o zaletach francuskiej
cywilizacji.
Zbliżały ich do siebie patriotyzm oraz przekonanie, że system
komunistyczny zawładnie światem. Pewność tego zwycięstwa
budziła w niej wyłącznie radosne emocje: to tak, jakby się ocze-
kiwało szczęśliwego zakończenia bajki. Dla Aleksandra było to o
wiele bardziej złożone, tym niemniej życzył zwycięstwa partii, na
którą postawił. Pogodziło ich następujące sformułowanie:
— Służymy. Nasza działalność jest służbą.

105

żeby wydawał jej się zniewie- ściały. że miała poślubić mężczyznę. No cóż. to znaczy całkowity zakaz spotkań ze względu na zacho- wanie sekretu. aż skończy się misja Aleksandra i aż będzie mógł wrócić i zająć miejsce w rodzinie. — W pierwszych latach — powiedział Aleksander — nie bę- dziemy się często widywali. którego przed- stawiono jej jako bohatera. Dla niego nie było to aż tak przerażające. tak jak przy stole. Nie to. na jakie się im po- zwoli. znajdował pewną przyjemność w wyobrażeniu. Na dodatek był przystojny. Aleksander czuł. 106 . Myśl o niemowlę- tach w koszulkach napełniała go lękiem i niechęcią. że małżeństwa pomiędzy pracownika- mi KGB były jak najbardziej popierane i nie widziała nic niesto- sownego w tym. Nawet jednak gdyby brać pod uwagę najgorszą możli- wość. ale nie miał w sobie nic z kulturysty czy mocarnego cięża- rowca. Pitman nie sprecyzował liczby spotkań. W tej dziedzi- nie nic się nie zmieniło od czasów księcia Igora. to nie była nią bardziej zgorszona niż miliony kobiet w ciągu mi- nionych wieków. gdy łamie się chleb. Tego wieczoru spali oddzielnie. O wschodzie słońca zbiegli na małą plażę. Ałła wiedziała dobrze. że potrafi znieść rozłąkę. nie będzie przez ten czas widywał Ałły. Nie przewidywał też trudności z jej strony. inteligentny i tylko trochę mniej męski niżby sobie tego mogła życzyć. Najkrótszy choćby okres na- rzeczeństwa wydawał się delikatnemu Aleksandrowi niezbędny. Później Aleksander objął ją. Przeciwnie. miły. i wykąpali się nago. Ałła będzie wycho- wywała ich dziecko czekając. w skupie- niu. Jeśli zaś idzie o samą zasadę małżeństwa z rozsądku. gdy ten zacznie potrzebować ojcowskiego autorytetu i gdy można będzie wspólnie z nim bawić się ołowia- nymi żołnierzykami. że pozna swego syna dopiero wtedy. ukrytą u stóp wzgó- rza. pełen kurtuazji. będzie miała wkrótce sposobność przekonać się o swej pomyłce. Gdy trzeba będzie. Gdyby Ałła oceniła jego gest w sposób mało dla niego korzystny. skorzysta z prowizorycznych namiastek.

To. jakbym już wrócił. czy jestem szczęśliwa. Coś. Otwartość Aleksandra była dla niej czymś rozbrajającym. Przeświadczenie. że jesteś Rosjanką. My ślę. Przyłapywał się na tym. gdyby miała do czynienia z prawdziwym bolszewikiem. Ałłę wzruszały czułość i szacunek ze strony tego mężczyzny. że szeptał tej nie- znajomej kobiecie słowa miłości. Niekiedy małżeństwa z rozsądku mają najwięcej poetyckiego wdzięku. że popełniam cudzołóstwo. że mamy się pobrać? — Nie. że mężczyzna może być isto- tą tak ufną i tak bezbronną. Przyjaciółki. a nie z tym przeżytkiem epoki (jak mówią Rosjanie: bywszyj)... stawało się sakramentem. Pogarda. nie powiedziały jej nigdy. To niedyskretne.. I wchodząc do sypialni pukał do drzwi. tak to ujmowała (oczy szeroko otwarte): — Obejmował mnie tak. jeszcze po- większało jego zapał. że wszystko toczyłoby się inaczej. do której nie nawykł — nie mam poczucia. że oto spełnia się przeznaczenie i świat wraca do normy. I chciał wiedzieć. I nigdy żadnego zgrzytu czy fałszu. od których dowiadywała się o dokonaniach ich ko- chanków. co na ogół łączyło się tylko z przyjemnością lub z uczuciem ulgi. Pewnej nocy powiedział do niej cicho: — Czuję się tak.. Oczekiwała czego innego.. Gdy.. Dlatego. stąd ten uroczysty nastrój. starszego od niej o dwadzieścia lat. póź- niej już. Jednocześnie jednak mówiła sobie. — Dlatego. że prawdziwy mężczyzna nie powinien się o to troszczyć. przenoszący się nawet do łóżka. opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciółkom. które słuchały jej przygód z sarkazmem i współczuciem zarazem. i zresztą po cóż mu to wiedzieć? 107 . To stąd brały się jego względy. jakbym była świętym obrazkiem. że była Rosjanką zmieniało w sposób zasadniczy sam akt miłosny. jaką odczu- wał dla innych kochanek: robię z ciebie użytek — zamieniała się w uwielbienie: jesteś moim pokarmem. — Po raz pierwszy — powiedział jej ze szczerością.

obsypując ją kwiatami i czekoladkami. gdy uniósł ją w ramionach i przerzucił przez okno. Rozpłakała się jeszcze raz. na ogół umiarkowany w wesołości. tym razem z wdzięczności: — Ja przecież tylko wykonałam mój obowiązek. przez łzy. Śmiała się. Nie masz mi za co dziękować — mówiła naiwnie. gdy czytała w jego oczach. że ona nie umie przyrządzić pierogów tak jak trzeba i gdy utrzymywał. z radością. mówił sobie Aleksander. jeszcze ten drobiazg”. tak że znalazła się wśród masy goździków. jaki kiedykolwiek wi- działa. myślał. Klejnot. zabierając się do powrotu. Śmiała się. miałaś w tym przyjemność. Śmiała się z przyjemnością. nieomal rozba- wiony: — Nie dziękuję ci za to. jak sądzę. Gdy trzeba się było rozstać. rozpłakała się: — Sasza. Śmiała się. gdy pokazał jej z dziesięć buteleczek perfum. że się udusi od śmiechu. że rewolucja zabiła rosyjską kuchnię. Śmiała się. Ale to on. gdy ona. Na razie jednak była w nim zakochana. że jej pragnie. jestem twoja. nago. Zamówił u 108 . W szka- tułce znajdował się najpiękniejszy klejnot. pomaszerowała w stronę portretu Feliksa Edmundowicza i odwróciła obraz twa- rzą do ściany: — Nie chcę. to za mało. co zrobiłaś. ale i wzruszony. gdy wychodziły na jaw jego luki w znajomo- ści marksizmu-leninizmu. zanim znalazła się w jego ramionach. spośród których miała wybrać prezent dla siebie. Już w Paryżu ten pułkownik Komitetu Bezpiecze- ństwa Państwa kupił sygnet i zaniósł go do grawera. gdy przyłapała go na polerowaniu pilniczkiem paznokci. „Ach. Wybuchnęła śmiechem. Dziękuję ci za to. żeby stary na nas patrzył. gdy twierdził. że. Odpowiedział jej poważnie. gdy tylko wspomniał o przyszłości: ile dzieci? jak je nazwać? gdzie będzie- my spędzali nasze wspólne urlopy? Śmiała się za każdym razem. Przytulała się do nie- go w uniesieniu. Odprowadził ją na dworzec i umieścił w przedziale.

rozciągniętych na anatomicznym stole. prawie nagie. Po raz pierwszy podwładny ujrzał ciało swego przełożonego w całej okazałości. Pośle go dla Ałły. Czuł piasek w butach. Pitman stał przy nim. Chruszczowa i Breżniewa. — Urodziła się córka. Był wynalazcą nieprześci- gnionej broni współczesności. Beria (zlikwidowany). Mruczał coś pod nosem. na widok którego zadrżeliby zachodni heraldycy: psie paszcze. służył pod roz- kazami Lenina... — Mohamedzie Mohamedowiczu. Jagoda (rozstrzelany). Zaskoczyła go ciemna barwa skó- ry — tylko czaszka zachowywała swą oliwkową bladość — wgłę- bienia kręgów i chuda szyja. Abdulrachmanow poprawił swoje spłowiałe czerwone kąpie- lówki i spojrzał w dal. Ten człowiek. w kolorze naturalnym. w której chciał dożyć końca swych dni. Jeżeli ktoś napisze jego biografię. Stalina. Czuł się odpowiedzialny także i za to. gdy tylko urodzi się ich syn. na widok której myślało się o zwło- kach. w mundurze. Szelepin (zdjęty ze stanowiska). An- dropow (w jaki sposób on skończy?). Ge- nerał zacytował Lermontowa: — Samotny biały żagiel.. zanim przeniósł się do swej „pu- stelni”. Semiczastny (zdjęty ze stanowiska). — To bardzo niedobrze. Na horyzoncie widać było żaglówkę. i skrzyżowane złote rózgi.niego wyrycie na owalnej tarczy sygnetu herbu rodu Psarów. herbu. Jeżow (powieszony na drzewie w szpitalu psychiatrycznym). zwrócone w lewo. Patrzył na kołyszące się palmy. 109 . Generał Abdulrachmanow. Tam właśnie odnalazł go Pitman. zażywał kąpieli słonecznych na plaży w Soczi. Malenkowa. bardzo mi przykro. w dziewięć miesięcy po jugosłowiańskim epizodzie.. bardzo niedobrze. mój emaliowany Jakubie Mojsieje- wiczu. Jego przełożonymi byli Dzierżyński (przeniesiony na inne stano- wisko). urodzony na początku stulecia.

nie mu- siałby brać go pod uwagę: zasadniczo Abdulrachmanow opuścił już organizację. Całe jego życie ubiegło na robieniu sztuczek. z powołania jednak był czarownikiem. Gdyby to był rozkaz. nie ogarniał tego do- brze — człowiek ten rządził światem. Było to coś w rodzaju obcowania świętych. nie moż- na już było mówić ani o hierarchii. który pożegnać można tylko pożegnawszy się z życiem (i nawet to nie było cał- kiem pewne). Poza tym nie było wiadome. — Cóż — powiedział — mogą przecież próbować tyle razy. że był kimś w rodzaju europejskiego Sun Tsu. Był posiada- czem wysokiego stopnia wojskowego i służył w organizacji poli- cyjnej. Pitman nie miałby może dość odwagi. pocięta zebrą żeber. Tyle że tam. by uciec się do roz- wiązania całkiem oczywistego. że jego sugestia nie będzie przyjęta. ani o kadrach rezerwowych. czy był w stanie spłodzić chłopca. który nie został jeszcze przyjęty do wąskiego grona „Teoretyków”. uniosła się i wydała z siebie tchnienie: — Niech to będzie syn. że Abdulrachmanowowi nie przyszłoby do 110 . że narodziny jednej córki nie zaspokoją jego potrzeby zakorzenienia się w czasie i w przestrzeni. formalnie rzecz biorąc. na- rażało jego misję. Liczył się wyłącznie departament. Zamknął oczy. Abdulrachmanow nie wahał się wcale. W ta- jemniczy sposób — tak że nawet Pitman. Święci nawzajem okazywali sobie zaufanie w sprawach służbowych idące tak daleko. Jego ogromna klatka piersiowa. Tymczasem teraz Pitman miał przed sobą zaledwie wielkie brązowe cielsko piekące się w promieniach słońca. Pitman.okaże się. Jednakże było oczywiste. gdzie obaj oni operowali. Od razu jednak zdał sobie sprawę. ani o aktywie. Słowa te bardziej przypominały zaklęcie niż rozkaz. ile będzie trzeba. Każde spotkanie z Ałłą stanowiło ryzyko dla Aleksandra.

Małą Kasię wychowywała babcia. przysiadł obok grobu: — Teraz. którego jakoś tam kochała i za którym. Kapitan Kuzniecowa otrzymała dokładne instrukcje co do treści listów. który wyrażał zgodę na ich wysłanie. czy przypadkiem nie zawiadomiono już ojca o narodzinach córki. ostatnia wola podporucznika marynarki została już spełniona: cząstka jego ciała „powróciła”. jak jej się zdawało. Ałła tymczasem zaczęła żywić pretensje do tego mężczyzny w śred- nim wieku. W pewnym sensie. niepotrzebnie i w dziwnie nieokreślony sposób tęskni- ła. Rzecz jasna listy te przechodziły przez ręce pułkownika Pitma- na. .głowy zapytać. Synek porucznika Jermakowa z drugiej dyrekcji fotografowa- ny był bardzo często. jakie wysyłała swemu kochankowi. w palącym słońcu. Należycie wprowadzony w błąd Aleksander wybrał się na grób do Sainte-Geneviève. Z gołą głową. Ałła bez skrupułów wykonywała instrukcje. pojawił się nowy Dymitr Aleksandrowicz. pomyślał. tatusiu.

jedną ze ścian. Pod stopami ścielił się jedwa- bisty dywan. pokry- wała układająca się w fałdy firana. Psar otworzył oczy w mieszka- niu na jedenastym piętrze eleganckiego domu w Suresnes. szczotki. Sypialnia była ogromna. z którego talentu można było być dumnym. Można było domyślać się tylko. ani w przylegającym do niej salonie nie znać było żadnego z tych śladów osobowości. Także książki. 3 JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA Dokładnie w trzydzieści lat od chwili. Był to kompletny i nigdy nie przeglądany zbiór wydań Plejady. lecz coś podpowiedziało mu od razu: — Od dzisiaj zacznę wracać. że dekorator co prawda proponuje. To samo w łazience: starannie osu- szone mydła. Nie był jeszcze całkowicie rozbudzony. brzy- twa wyczyszczona po goleniu — wszystkie te przedmioty ułożone były starannie i nic nie chciały zdradzić na temat ich właściciela. szklaną płytę. ustawione w salonie. że jest to ktoś dbający o porzą- dek i zamożny. Ani w sypialni. które przekonują gościa. lecz decyzje podejmuje lokator. powtarzały to samo. Jeden tylko przedmiot wyłamywał się z ogólnej banalności 112 . kiedy na wieży Notre Dame przyjęty został do służby. w których nie tkwiły kłębki włosów. Harmonia delikatnych odcieni niebieskiego i stłu- mionych beżów świadczyła o dekoratorze.

— F6: właśnie tak jak myślałem.dobrego tonu. Tam nie odnajdzie za- pewne takiej wygody życiowej. w odurzeniu i migota- niu tamtego upalnego czerwca. która roze- grała się wtedy na szczycie Notre Dame. w wieloletnich czynnościach i zwyczajach. Aleksander znał ripostę już od poprzedniego wieczoru. wobec których nie będzie wykonywał miłego posłannictwa oszusta. Były to szachy elektroniczne. na jaką mu do tej pory pozwalano. z ludźmi innej kategorii. Gdy wychodził z łazienki. iż znalazł wreszcie rozwiązanie. Nie miał zamiaru jej zmieniać. Straci kraw- ca. choćby w jego drobiazgach. Pewna nieza- leżność. w regularnych odstępach. podjęta była właściwie od zawsze. Podniósł się z łóżka. jak zniesie tamtej- szy klimat. Przy goleniu myślał znowu o dziwacznej scenie. Na- tychmiast ją zaprogramował: 113 . Wszystkie te jednak zastrzeżenia nie mogły w naj- mniejszym nawet stopniu podważyć decyzji. A przecież nie jest rzeczą łatwą dla czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny zmienić na- gle bieg życia. do którego przywiązał się od lat — czy tam w ogóle są kraw- cy? — i będzie musiał wziąć inny samochód. Czerwony wskaźnik migotał co jakiś czas. powziętej przed trzydziestu laty. komputer przestał mrugać czerwo- nym okiem — oznaczało to. i na nim też spoczął wzrok budzącego się Alek- sandra. nie znalazłeś jeszcze? — Aleksander zwrócił się po rosyjsku do towarzysza swych nocy. Będzie musiał nawiązać nowe sto- sunki i znajomości. Sieć znajomości. Nie wiedział nawet. Nie dorównywał mu obecny czerwiec. — Co. o ogromnych figurach z rzadkiego gatunku drewna. Decyzję swą podjął dawno temu. luksusu nie tyle nawet material- nego — bo tego mu nie zabraknie — ile wyrażającego się w na- wykach. zdmuchnięta zostanie jak pajęczyna zmieciona przez szczotkę. tkana przez niego cierpliwie latami całymi. będzie musiała ustą- pić miejsca uzależnieniu. z uwagi na kłopoty z częściami zamiennymi.

odpo- wiadała jego pozycji. a więc.. mrucząc pod dotykiem jego ubra- nych w rękawiczki dłoni. Prawie w to wierzył. uchodzący za pismo prawicowe. «Niezależny» nie ogłosił był jeszcze artykułu o Słowniku dyktatur. co mówił. Lu- bił swoją bordową omegę. że Słownik jest napisany całkowicie w pańskim duchu. — Ja godzę zwaśnionych — odpowiadał błyskotliwie. Miało to znaczyć: zadał mi pan cios poniżej pasa. Zatrzymał się na moment na przejściu dla pieszych i obniżył szybę okna. Tak samo jak i ja jest pan potomkiem klasy panów. 114 . wręczyła mu «Niezależny Dziennik». Sprzedawczyni gazet. Kupił ją niedawno i miała to być symboliczna aluzja do alfy. który był ojcem chrzestnym tego dzieła opublikowanego przez wydawnictwo Lux. Aleksan- der. W trakcie jazdy odnalazł prawą ręką literacką stronę dziennika. którą kupił okazyjnie dwadzieścia pięć lat temu. Wierzył w to. do garażu. ta jednak należała do jego „orkiestry” i lubił ją prze- rzucać.. — Jak pan to wszystko godzi? — pytano go nieraz. wkrótce zaczynają się wakacje. Z ko- nieczności musiał poruszać się zygzakiem. Zjechał do betonowych wnętrzności budynku. zadał sobie trud zadzwonienia do re- daktora naczelnego pisma: — Wybory już za nami. znająca go od dawna. mówiąc o mojej linii redakcyjnej. Teraz omega. co chce pan powiedzieć — odparł. Słysząc nalega- nia Psara westchnął. Inne gazety znajdował rano na swo- im biurku. — My obaj dźwi- gamy jarzmo ciężkiej przeszłości. gdy samochód uwięziony był w korkach. Jean-Xavier. Jean-Xavier de Monthignies lubił pozować na człowieka le- wicy. nie była już nawet wyskokiem. — Masz teraz cały dzień na zastanowienie się. — Wiem. to już ostatni moment! Przecież wczasowicze w Sa int-Tropez nie będą się trudzili lekturą podobnie pracowicie udokumentowanej książki! Zobaczy pan zresztą. Prowadził dziennik.

Dał jednak słowo i w takich wypadkach — jako redaktor na- czelny — dotrzymywał słowa. monopartyjność. I oczywiście Minquin wpadł w tę pułapkę. Oto ich przykłady: poddanie sądownictwa pod nadzór władzy wykonawczej. znajdował zawsze bez trudu iluzjonistów niższego szczebla. i omawia je. Słownik dyktatur omówiony zo- stał w artykule zajmującym pół kolumny. że po- święcając tyle samo czujnej uwagi ZSRR i Paragwajowi daje do- wód obiektywności. młody. palących się do przyjęcia odeń magicznej pałeczki. oraz: „liczba mieszkańców: 3 miliony. nie sposób jednak nie wyrazić uznania dla obiektywizmu autora. że Związkowi Radzieckiemu dostało się. stosowanie presji fizycznej w trakcie prze- słuchań. nieukrywany cel: narzucenie własnej doktryny całemu światu”. Trzeba powiedzieć. Cień uśmiechu przemknął przez nieco końską twarz Aleksan- dra Psara. przechodząc kolejno wymienione po- wyżej kryteria polityczne. gdyby za- pomniano. karanie za wypowiadanie przekonań. Następnie autor wylicza trzydzieści trzy państwa. ponad którą falowały bujne brązowe włosy Febusa. Jean-Xavier de Monthignies nie czułby się dobrze. cel: przetrwanie”. iluzjoniści niższego szczebla uważali się za ludzi rzetelnych! Autor Słownika dyktatur przekonany był. Co najdziwniejsze. poważny dziennikarz. że. będąc poniekąd zawodowym ilu- zjonistą. W rezultacie obok siebie znajdowały się hasła: „baza materialna i techniczna komunizmu. którym przysługuje określenie «dyktatury». Nie musimy podzielać jego przeko- nań. różnego ro- dzaju dyskryminacje. — Na wstępie autor definiuje kryteria re- żimów dyktatorskich. Uważał za godne podziwu. W gruncie rzeczy wystarczyło pozwolić działać takim jak on Minquinom. co mu się należy”. że jest potomkiem wyzyskiwaczy. 115 . Miało to być rekom- pensatą za opóźnienie w publikacji recenzji. bo liczyłem). „Książka obfituje w nowatorskie sformułowania — pisał Hugues Minquin. Wszystkie opisywane państwa przedstawione zostały na tej samej ilości stron (wiem. liczba miesz- kańców: 240 milionów.

jest minimalna. przebiegłego Pitmana”. Miął kolumny gazety. to jest sytuacja tego człowieka. W jego sercu. i nic więcej. jaką w to wkładamy. wszystko to ekscytowało prasę. Jakub Mojsiejewicz nie omieszkałby w tym miejscu zacyto- wać Sun Tsu: „Należy wyciągać korzyści z sytuacji jak wtedy. potem uderzał w nie dłonią. które przeszły już przez odpowiednie „pudła rezonansowe”. stanowiące cząstki rękopisu docierały na Zachód. Pewna jednak wiadomość przyciągnęła jego uwagę. nawiązujący jakby do typu wschodniej bajki. pozwalała im tkwić w ukryciu. sentymentalnego. w jakich tajemnicze kartki. „Cóż — pomyślał Aleksander. to jest na tony. za- kładu psychiatrycznego. a zyski nieobliczalne”. uwięzionego pośród 116 . Prawdopodobnie autorem pracy był jeden z więźniów Szpitala Specjalnego w Leningradzie. Nie ryzykowali dekonspiracji. który go zainteresował. nic sensacyjnego. Przeglądał wciąż «Niezależny Dziennik» leżący na fotelu obok. coś drgnęło. których nie znał i zapewne nie po- zna nigdy. nie mieli żadnych powodów. natrafiał tylko na drugi i trzeci stopień ak- tywności. siła. Anonimowość pisarza. by żądać „powro- tu”. żeby móc odczytać jakiś tytuł. okoliczności. Trzeba powiedzieć. uśpionym od tylu lat. Cały czas prze- prowadzał selekcję: najbardziej zajmowało go śledzenie pracy jego współtowarzyszy. ale w każdym razie budziła sensację. który nie miał ani imienia ani oblicza. gdy toczymy kulę po stromym stoku. do którego kierowano dysydentów. „Żelazna Maska” — bo tak nazy- wano nieznanego autora — stała się może nie gwoździem sezo- nu. a także koloryt literacki dzieła. ludzi. Nowa stronica dzieła pod tytułem Rosyjska prawda dotarła do wy- dawnictwa Mewa w Rzymie. jako że gra. że wszystkie składniki tej sprawy. Dzisiaj nie udało mu się odszukać śladów interwencji „pierwszego stopnia”. Ponieważ zaś byli Francuzami. odczuwając przyjemność nieco tylko zabarwioną poczuciem wyższości — zobaczę wkrótce Pit- mana. jaką wspólnie prowadzili.

niosła go na wysokość pierwszego piętra. Misja jego nie była narażona na szwank. W tamtych czasach Aleksander myślał już. w większym pokoju. cała groza i litość tego losu. Umo- wa dawała mu też prawo do parkowania samochodu w podwór- cu starej rezydencji. jednoczyło w sobie przepych z aurą pewnego za- niedbania. w Agencji. że poniósł klęskę. rozkładając przed nim niewidzialne prawie stopnie. ozdobione szarymi panneaux w stylu Trianon (z których nie wszystkie były autentyczne). gdy ta nosiła jeszcze nazwę „Czte- rech Prawd” i zajmowała dwie izdebki na poddaszu kamienicy przy bulwarze Beaumarchais. Wiadomo było tylko. Aleksander wzdrygał się na wspomnienie całej armii nieudolnych sekretarek.chorych umysłowo i niewątpliwie poddawanego zabiegom nie- wiele odbiegającym od tortur. post-romantycznego melodramatu. «Niezależny Dziennik» nie podawał w całości tekstu ostatniej przesyłki. Gabinet Aleksandra mieścił się przy ulicy de Verneuil. wewnętrznymi okien- nicami wykrzywionymi przez wiek i skrzypiącym pod stopami parkietem. Zadawał sobie pytanie: „Czy to robota naszej dyrekcji? I jeśli tak. zanadto już przesyconym intelektualistami i handlem. Po- mieszczenie to. wy- starczały do zbudowania z nich nie tylko klasycznej tragedii. to o co chodzi w tej operacji?” Niestety. ale i współczesnego. która. w Agencji. które następowały po sobie. którą obecnie zajmowały różne firmy. Małgorzata była już na miejscu. Małgorzata miała lat czterdzieści. lubił jed- nak klatkę schodową tego budynku z końca XVII wieku. Alek- sander nie przepadał wprawdzie za Paryżem lewego brzegu. co było w najlepszym guście. Połowę swego życia spę- dziła tu. że chodziło w niej o ukarany dzwon (sic). jedna po drugiej. finansową w każdym razie. jako że inteligencja paryska rzucała się na zastawione przez niego przynęty jak piranie na 117 . Zaintere- sowanie Aleksandra „Żelazną Maską” miało charakter raczej zawodowy niż sentymentalny.

że Aleksander zabrał się do prowadzenia finan- sów z konieczną energią. którym nieco niecier- pliwie posługiwał się robotnik trzysta lat temu. a nawet znalazł przyjemność przepro- wadzając jakąś korzystną transakcję. Kazał wyłożyć ściany boazerią. żeby firma przynosiła zysk. mieszczącego się w pokoju węższym i dłuższym niż biuro Małgorzaty. a na to jeszcze złożył rękawiczki. czy jest pan zadowolony z artykułu. Wstawała zawsze z krzesła. jak być powinno. — Niech pani będzie tak dobra i połączy mnie z nim. W momencie gdy pojawiła się Małgorzata. Wkrótce opuści tę dekorację.kawałek mięsa. że sprawne zarządzanie nie jest jednakowo po- trzebne w firmie i na pokładzie kontrtorpedowca? Sprawiło to. która dawała mu tyle zadowolenia. gdy wchodził do biura i uśmie- chała się do niego z rewerencją. Jak zwykle rzucił okiem w kierunku ikony. Pitmanowi zależało bardzo na tym. znać było jeszcze ślady dłuta. doszło właśnie do poprawy materialnej sytuacji przedsiębiorstwa. pojawiały się w otoczeniu ciepłej różowości naturalne- go drewna. Przeszedł do własnego gabinetu. lecz płasko na ścianie: miało ją to 118 . Dzwonił pan de Monthignies. a której nie dawał jednak za- panować nad własną wyobraźnią. tak że oryginalne panneaux. Małgorzato? — Dzień dobry panu. a także do przeprowadzki w bardziej literackie rejony i zmiany nazwy z „Czterech Prawd” na „Agencję Literacką Aleksandra Psara”. wiszącej nie w ką- cie pokoju. To ostatnie było o wiele poważniejsze. ozdobionych kwietnymi motywami. na przemian prostokątne i owalne. — Poczta jeszcze nie nadeszła. Chciał wiedzieć. podczas gdy Aleksander dla spraw handlowych żywił pogardę typowo żołnierską. Pitman zaapelował do jego ambicji w sposób zupełnie genialny: — Myśli pan. Aleksander rzucił swą wypchaną aktówkę na empirowy stół. — Wszystko w porządku. Na krawędziach gzymsów.

przecinek.) 13. Spojrzał na zegarek. 119 . drugi mały. jako że seria ta na stawiona jest na problemy aktualne. Wiedział. nie. Była to jego poranna modlitwa.. Nie sądzę. że jego gabinet nie był utrzymany w jednolitym stylu i cieszył się z tego. które tam znalazł.00 — obiad w „Petersburgu”. (Psychoanaliza terroru. przecinek. Data dzi- siejsza. Był to Zbawiciel.10 — pokaz filmu Topaz w kinotece. zakrywający usterki starego parkie- tu. którą mi pan przysłał wiedziony dobrą intuicją żywo mnie zainteresowała.zdegradować. mahoniowa szafa bi- blioteczna. Wydaje mi się natomiast. Małgorzato. Odstęp. Praca „Dekabryści”. Rozsiadł się w swym fotelu z angielskiej skóry. Do- strzegł ręcznie pisaną epistołę. gdyby nie. zreda- gowana w języku rosyjskim. Kanapa pokryta była też czerwoną skórą.30 — Pan Aleksy Lewicki. Zajrzał do kalendarzyka: 10. do której pan nawiązuje.30 — Panna Józefina Petit. jeden z nich wielki. ciemnoczerwony. Obiecał pan zajrzeć do biura po filmie. spoczywającą od paru dni w ko- szu z naklejką „Odpowiedzieć”. który jego ojciec miałby w mieszkaniu przy ulicy Gwardii Kon- nej. — Pomóż nam tylko troszeczkę — zwrócił się do niego Alek- sander. Nie chciał ujawniać szczegółów.) 11. Włączył dyktafon: — Do pana Walerego — uwaga na ortografię. Zgromadzone tu sprzęty nasuwały na myśl pokój do pracy. zaprasza pan „Divo”. dysydent. Otworzył teczkę z papierami do podpisa- nia i złożył podpis pod dwoma listami.. para czerkieskich kindżałów na ścianie. Zainteresowała mnie. Szanowny panie. (Ma jakiś pomysł. kaukaski dywan. aba- żury i podwójne firany ciemnozielone. 15. nie żywo. proszę porównać z oryginałem — Miagkoserdecznego. by nadawała się do serii Białej Księgi. ukryty pod pozłacaną blachą ze srebra.

nie mają nic do rzeczy. i na wygnaniu zachowywali się w sposób tchórzliwy.. Kropka. jakie ich dotknęły — pięć kar głównych. Trzeba by też podkreślić poświęcenie kobiet. Odsyłam więc panu rękopis z na- dzieją. Na- leżałoby może zwrócić większą uwagę na nadużycia.przecinek. Od- stęp. że niebawem znów ujrzę go na mym biurku. Wreszcie zdaje mi się. nie odbiera to przecież szlachetności ich planom. dekabrystów z dużej litery — w niezbyt korzystnym świetle. które zażądały. że.. Odstęp. i tak dalej. nie. prawdą też jest. że postanowił pan ukazać bohaterów powsta- nia dekabrystów — no trudno. To prawda. a jednak byłoby może rzeczą właściwą ukazać to przedsięwzięcie w bardziej przychylny spo- sób. przeci- nek. że. Warunki ży- ciowe dekabrystów. wykrzyknik — domagają się bardziej dramatycznego rozwinię- cia. u tego samego wydawcy. Wie pan. że książka mogłaby ewentualnie ukazać się w serii Geneza Rewolucji. bez przerwy zerkał na zegarek — zadzwoni pani do madame Boïsse. że. i w więzieniu. że w wypadku niektórych spośród nich ambicje osobiste odgrywały ogromną rolę. Wzbudziło ono przecież tak wiele reakcji pozytywnych. jak pan pisze.. — Dziękuję. że mam czasem coś do powiedzenia jeśli idzie o dobór książek do tych dwóch serii. Gruby Monthignies był jak zawsze zalękniony: 120 . taka jest przynajmniej moja pierwsza reakcja. Jak skończę — Aleksander zerknął na zegarek. ilość służących. nie. czyż nie. Proszę przy- jąć najlepsze. że prowa- dzę. ich wygody. iż nie mieli zamiaru uwolnić własnych poddanych — nie należy to w gruncie rzeczy do te- matu. Żałuję tylko. by wolno im było towarzyszyć mężom na wygnaniu. przez powieszenie. Telefon zabrzęczał poważnie: — Pan de Monthignies na linii. że mam wpływ. i tak dalej. które chcie- li oni naprawić i nie kłaść tak wielkiego nacisku na ich brak kompetencji. Odstęp. że prześladowania.. Należałoby też przemilczeć fakt.

Dwóch ludzi na trzech. — Jak tam. które były taką mordęgą. Nie będzie sobie nawet zdawał sprawy. Grubiaństwo. zostało wykalkulowane przez Aleksandra. — Rzecz jasna. Co najwyżej jest to dla pana czymś w rodzaju hamulca. to mnie to przeszkadza w cieszeniu się ży- ciem. reakcjonistą. osaczenie ludzi w Związuniu. Jean-Xavier. hę. ale my. Być może to nie pańska wina. Hugo Minquin był doskonałym kandydatem na „pudło rezo- nansowe”... Rozmowę zakończyła wzajemna obietnica wspólnego obiadu przed wakacjami. — Podzielam pańskie cierpienie. pozosta- li. Usłyszał głos Małgorzaty. — Może panu będzie lepiej. przymiera głodem. 121 . Aleksandrze. że nie ma pan serca. Garota w Hiszpanii. tego serca. — Sam zresztą też zajrzałem do tej książki. — Niech pan słucha. To okropne. Wszystko po- toczy się lepiej jak tylko znajdziemy się za miesiąc w R. z którym się nie obnoszę. — Sprawi mi pan przyjemność — powiedział Aleksander — przyprowadzając na obiad Minquina. Żyjemy w strasznych czasach. wszystko w porządku? Zrobiłem ile się dało. — Jean-Xavier. Jeśli o mnie chodzi. Najbardziej mi się podobał fragment o karnych szpitalach psychiatrycznych. dziękuję panu z głębi serca. że został zwerbowany. hę. jakim było dzwonienie do kochanki za pośred- nictwem sekretarki. Są jednak i inne na świecie i Minquin jest całkowicie obiektywny. Chciałbym. Pana nie niepokoi głód na świe- cie. — Nie przesadzajmy. hę. pan jest kozakiem. pan zawsze myśli wyłącznie o tyranii so- wieckiej. żeby wszyscy byli zadowoleni. Hugo Minquin świetnie sobie poradził z tym tematem. Tu miał rację. mówiącej swobodnym tonem: — U madame Boïsse dzwoni telefon.

— Wszystko w porządku? — Doskonale. Nic pozornie nieodwołalnego. nie jesteś chyba poważnie chora? To nagłe zaniepokojenie. ale. które pojawiło się jakby w wyniku roztargnienia. Czy mogę zajrzeć dzi- siaj wieczorem? — Życzenie mojego pana jest dla mnie rozkazem. — Właśnie: usiłuję utopić moją frustrację w alkoholu. Jessica. — Zawsze. — To już dziesięć dni. która wynalazła rosyjski język i knut! — Słuchaj. tym lepiej. starał się być wirtuozem w tej dziedzinie. pomyślał. Po rosyjsku mówi się na to opochmielit'sia. straciłam czucie w ustach. która dużo paliła. Małgorzata przyniosła dzisiejsze gazety. to „ty”. — Cóż za język! Jak można należeć do rasy.. — Pani frustracja wkrótce się skończy. Jeśli jego telefon był na podsłuchu. — Przecież nie zawsze pije pani przeze mnie. Nie wątpił w dyskrecję Małgorzaty. palec musnął me- chanizm przekładni. Będę dziś wieczór w dosko- nałej formie. — Jessica? — To pan? Głos osoby. przynajmniej Małgorzata będzie wiedziała. Była trochę tęga w 122 . że ma tego wie- czoru nieco konspiracyjną — a więc niewinną — randkę. Boli mnie głowa. „Za- biorę kindżały”. Jeśli nie. brutalu? Ale to z pańskiej winy. odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Załatwione. Pan się śmieje.. ale w rzeczy- wistości procedura — i proces — zostały puszczone w ruch. Aleksander odłożył słuchawkę. Nie ma lepszego lekarstwa na pa- ni dolegliwości. Oto postawił pierwszy krok w drodze powrotnej na wschód. — Napijemy się wódeczki. — Niech pan będzie spokojny. skoro nauczono go troski o stwarzanie pozorów. Pitman popełnił lekki błąd.

których określa się mianem terrorystów.. bluzki klasyczne w kroju. miała zbyt obfity biust. Pewna siebie. że nie dało się odcyfrować pod nimi po- przedniej wersji tekstu. spódnice z szarej flaneli. zaznaczone były tak grubym pisakiem. skrojone przez krawca (pensja. który się odczuwa i terror. ciemne błękity. że jego autor chciałby sugerować. Józefina Petit nie popełniła żadnego z tych dwóch błę- dów. Nade wszystko zaś. Nieczytelny ma- szynopis charakteryzuje autora. — Przyszła panna Petit. niech Bogu będą dzięki. Pierwsza stronica zaczynała się w taki oto sposób: Istnieje terror. który się narzuca. kupowane pod dobrym adresem.. jaką wypłacał jej Aleksander. a może nawet. nie nosiła nigdy spodni. Skreślenia. na której wielkimi literami wypisany był tytuł: Psycho- analiza terroru. wystarczyłaby i na to). jakie wprowadziła do tekstu. Dobrze się ubie- rała: suknie w kolorze jesiennych liści. Dwadzieścia siedem lat. Jeden związany jest z drugim. lecz nie powinno się zacierać gra- nicy między nimi. zawsze dobrze zestawione. Jedność myśli i wykładu podobały się Aleksandrowi i zarazem 123 . kto już opublikował książkę. Terror narzucony może być dziełem despo- tycznego rządu. iż ma się do czynienia z kimś. lecz może też brać się z dołu. Terror odczuwany mo- że paraliżować masy. Mamy do czynienia z dwiema odmianami terroru. ale może też być odczuwany przez elitę rządzącą. nieco przed czasem. uważającego się za zapoznanego geniusza. Maszynopis nadto starannie przygotowany świadczy o tym. jak się to dzieje w systemie totalitarnym. kto wie. jego sprawcami są wówczas ci. ciemnoczerwone sweterki w dobrym guście.biodrach... lecz poruszała się zgrabnie i każdy inny mężczyzna zwróciłby na to uwagę. — Jak wygląda? — Hmm. Aleksander przysunął do siebie grubą teczkę z niebieskiego kartonu. na przykład w dekadenckim systemie liberalnym.

Tekst wywarł wraże- nie na Aleksandrze-miłośniku literatury. że szukała swych przykładów w różnych kontekstach politycznych i geograficznych. którzy rządzili 124 . nie ma się gdzie ukryć. z młodzieńczą werwą. jej oburzenie rozrzedziło się nie- co. Pomimo bowiem strat. że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl. zginie z braku powietrza. wspólny dla całej zbiorowości. gdy jeszcze uważał się za teoretyka. mogła wywrzeć na publiczności czyta- jącej pożądany skutek. Język tymczasem. a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. zwycięstwo będzie bliskie”. jeśli chce się zniszczyć myśl. choć pisa- na językiem klarownym. Przez to jednak. które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z or- tografią. Aby to osiągnąć. że Psychoanaliza terroru. choćby autorka nie była tego świadoma. Autorka posługiwała się ogólnie znanymi po- jęciami i jednocześnie wykraczała poza nie. Aleksander był zdania. człowieka czynu: „Uczono mnie. Panna Petit żywiła poglądy liberalne i terror pod każdą postacią był dla niej czymś odrażającym. stanowiące istotę jego zajęcia. co chcemy zniszczyć: myśl. Podobnie jak w Słowniku dyktatur. sformułowa- niem. musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy. ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język. Cza- rodziejskie sztuczki. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka. znajdowały wyraz raczej w języku niejasnym i zagmatwanym.żenowały go. tak- że i tutaj metoda równych części święciła triumf. dzięki czemu zniszczymy to. ponieważ nie zdążył zamienić się w wykonawcę. Na zakończenie posłużył się. wprawił w zakłopota- nie Aleksandra-specjalistę od techniki wywierania wpływu. Sam pisał na ten temat. myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywoła- nia procesów gnilnych w języku. jakie zadały jej mass media. W rezultacie garstka greckich pułkowników.

Aleksander wstał z fotela. marzyli w gruncie rzeczy o jednym tylko: chcieli być wydawani. Od pewnego czasu Aleksander nie lekceważył tego rodzaju korzyści. Kraj spódnicy ocierał się o wyzierające z niebieskich bucików kostki. za którymi kryła się bezkompromi- sowa inteligencja. Mógł sprawić. by się porozumieć! — wy krzyknął. Poza tym „terror” w tytule korzystnie wpływał na powodzenie książki u czytelników. W jednym tylko punkcie będzie musiał zażą- dać poprawki. autorzy. niewiele większa od krasnolud- ka. Jakież to wulgarne! — Dzień dobry pani. Nie spodziewał się jednak silniejszego oporu.zaledwie przez sześć lat. co by się podobało Aleksandrowi. Cóż za dziwaczny ekshibi- cjonizm! Aleksandrem wstrząsnął dreszcz niesmaku. by stać się człowie- kiem znanym. że mogła konkurować z międzynarodową partią. Pani Petit. prawda? Pani Petit była bardzo niska. których książki są publikowane. Panna Petit była dość dziwnie ubrana — w każdym razie Aleksander uznał ten strój za osobliwy — miała na sobie mianowicie koronkową bluzkę i długą spódnicę ze sztyw- nego dżinsowego płótna. Miało się wrażenie. 125 . Patrzyła poważnie na człowieka. że i on kiedyś myślał o tym. Miała brązowe włosy. liczącą miliony członków i władającą Rosją od sześciu dziesiątków lat. krótko przycięte i sztywne. który miał w swych rękach decyzję. że stałaby się członkinią tej zupełnie od- rębnej rasy autorów: pisarzy. że jej skóra nie jest dość cienka. mimo wszystkie ich fanfaronady. nabierała tak wielkiego znaczenia. Pod nimi kryła się mała kwadratowa twarzyczka z kwadratowym noskiem. Usta miały w sobie coś twardego. ale i subtelnego. Promieniował sympatią i nadzieją: — Zostaliśmy stworzeni do tego. Lecz pod gęstymi rzęsami o nastroszonych wło- skach patrzyły na świat oczy. Instrukcje jego dyrekcji były niekiedy bardzo do- kładne. gdy przy- pomniał sobie. wyciągnął rękę do swego gościa.

Biała Księga o kobiecie. pytania. Czuł się młodo. po czym podniósł się znowu. Ta seria należała do największych jego sukcesów. lecz. debiutantów zaprzyjaźnionych ze sławnymi profesorami i takich. co się stanie z Agencją? Czy ktoś mnie zastąpi. co chcą rezygnować z honorarium i tych. co od pierwszego razu budzą zaufanie. czego mogą oczekiwać od Alek- sandra i na co on może w zamian liczyć. — Ach! Biała Księga! Oczywiście. Przez chwilę zastanawiał się: „Ciekawe. Rzucił spoj- rzenie na mahoniową bibliotekę: na półkach ustawione były tomy Białej Księgi w kolejności ich pojawiania się na polu bi- twy: Biała Księga o rasizmie. arogantów i błagalników. tych. był pew- ny swych mięśni i głowy. — Czy mogę pani zadać pytanie. co niczego by mu nie odmówili. noszących kra- waty. poufałych. i — chociaż i tak podjął już decyzję — nie chciał nic zmieniać w repertuarze swych metod. Biała Księga o eksploatacji dóbr naturalnych Ameryki Łacińskiej. jak to wy- szczególniał towarzyszący awansowi komentarz departamentu. rzecz jasna. zasługa polegała na „praktycznym sparaliżowaniu na przeciąg przynajmniej jednego pokolenia francuskich uniwersytetów i 126 . czemu zwróciła się pani do agenta literackiego zamiast skierować się wprost do wydawnic- twa? — Nie wiedziałem. wydekoltowanych. Bia- ła Księga o edukacji narodowej we Francji (ten katechizm re- wolucjonistów z maja 68 przyniósł Aleksandrowi sukces w po- staci wcielenia w szeregi KGB i jego pierwszego stopnia oficer- skiego. ale i tych. czy też firma zostanie zlikwidowana?” Usiadł. Uwielbiał te szczegóły. debiutantów różnej płci i charakteru. co nic nie jedli od trzech dni. wariatów. gdyż wiedzą dobrze. nie chodziło o tę poronioną rewolucję. — Czy to pani pierwsza książka? Iluż ich miał już w swoim gabinecie. że jest pan agentem. co stawiają na pewność siebie lub na nieśmiałość. tych. Chciałam zwrócić się do redaktora Białej Księgi. — Tak.

że ma się do czy- nienia z publikacją urzędową. Lecz wtedy ona zwróciłaby się do innego wydawcy. by móc odczytać własne nazwisko na okładce jednego z tomów tej serii. Biała Księga o woj- sku francuskim. ani w złym znaczeniu tego słowa. że jego powierzchowność.liceów”). który zarobiłby na książce i. Biała Księga o wyścigu zbrojeń. Miałby ochotę odesłać ją do diabła. Biała Księga o systemie peni- tencjarnym we Francji. atrakcyjna przecież. do klubu politycznego. jak to niemądrze określano. ułatwiają- cą wejście do którejś z poważnych gazet. robić z debiutu Białą Księgę. w dobrej proporcji. skoro to dobra książka? Rozmawiali długo. Dziewczyna patrzyła na Aleksandra i wydawało się. jedna po drugiej. Na białej okładce czcionki o rzymskim charakterze. przede wszystkim. by pa- dały. kartą wizytową. Ta dziewczyna. rozumie się. nie bę- dzie nigdy dobrym „pudłem rezonansowym”. dozę pychy i dozę pokory. Biała Księga o Kościele katolickim. Biała Księga o CIA. która graficznie utrzymana była — specjalnie! — w nieco staroświeckim stylu. Łączyła w sobie. Gromadził przeszkody i godził się. Biała Księga o policjach paralelnych. Biała Księga o odrodzeniu się nazizmu. Doskonale 127 . powiedział sobie. Można było pomyśleć. czy też. ani w dobrym. Wziął do ręki jeden z tomików: była to mała. Miała na to zbyt niezależny sąd. podające imię i nazwisko au- tora i tytuł publikacji. — Pani rozumie.. Iluż autorom już udało się wydać książkę w takich okładkach! Aleksander rzucił opasły tomik na stół i odsunął go na bok ruchem ręki.. — Cóż z tego. zwarta i ciężka książeczka w formacie in 16°. nie robi na niej wraże- nia. dys- ponował. Kto wydał książkę w tej serii. Biała Księga o energii nuklearnej. w szeregi administracji państwowej. Biała Księga o obozach koncentracyjnych na świecie. Biała Księga o neokolonializmie. Iluż autorów zabijało się o to. mógłby ją opublikować bez tej zasadniczej poprawki.

wpadającej w ciemny brąz. na mankietach ciężkie złote spinki. Zresztą nasze tytuły zawsze. Ubierał się z elegancją klasyczną. iż nadszedł dobry moment. niekiedy z kamizelką. Czy mogę wiedzieć. książka tylko na tym skorzysta. że jego kolana są lekkie i swobodne. zawsze w doskonałej formie. 128 . Gęste. Były to ubrania dwurzędowe. jaki jest pani zawód? — Jestem nauczycielką matematyki.zbudowany. doskonale skrojone. lub też ciemno- brązowej wpadającej w jasny róż. którzy przyzwyczajeni są raczej do książek „faktograficznych”. prawie brutalnego — ale nie prostackiego. „Psychoanaliza” może wprowadzić w błąd. — Ach! W takim razie nie będzie się pani zapewne upierała przy tym słowie: „psychoanaliza”. Albo: „O tak. Zastanowiła się: — Ma pan rację. (Uważał. — Dobrze. lecz i wyrazistą. — Nie przeczę.) I jeszcze coś. co w układzie kost- nym jego długiej twarzy było energicznego. gdy przypierano go do muru. przeciwnie. by przejść do jedynego punktu. arystokratycznego. Może trochę zbyt teoretyczna dla czytel- ników Białej Księgi. a mięśnie pełne skrywanej siły. ciemnopopielatej..) Po- święca pani całe studium temu. To byłaby Biała Księga o terrorze. Na jego widok powiedziałoby się spontanicznie: „O. Koszule białe ze sztywnym kołnierzykiem. Uprawiał gimnastykę i czuło się. co określa pani jako terror leni- nowski. wydawał się wyższy nawet niż był w rzeczywistości. budzącego naprawdę jego wątpliwości. spokojną.. Przedstawię książkę pani naszemu komitetowi redakcyjnemu. — Niech mi pan odpowie zdecydowanie: tak czy nie? Nie lubił. Nosił garnitury z flaneli. że wzbudził w niej dość nadziei i że zarazem nadzieja ta wciąż była na tyle ulotna. (Nic takiego nie istniało. on jest doskonały”. że pani książka jest dobrze napisana i dosko- nale udokumentowana. Jeśli zastąpić ten termin przez „terror stalinowski”. nieco kręcone włosy podkreślały to. I jego ciało. to ktoś z dobrej ro- dziny!”.

że partia wybrała właśnie Stalina”. — To Lenin powiedział: „Terror jest jedną z metod rządze- nia”. W związku z tym Pitman ma- wiał. dlaczego miałabym określić terror organi- zowany przez Lenina jako stalinowski. uśmiechając się złośliwie i dobrodusznie zarazem: „To. proszę pani. Ręce precz od Lenina! Musimy mieć jedno bóstwo absolutnie nieskalane”. wylewajcie na jego głowę najgorsze nawet pomyje. To nie przypadek. — Proszę pani. potem powiódł wzrokiem w stronę kindżałów — posądzać o wy- rozumiałość dla tych ludzi. potomka zniszczonej cywilizacji. z samej idei socjalizmu. — Ponieważ był u władzy trzydzieści lat. że dyrekcja wystosowała do wszyst- kich fellow travellers następującą instrukcję: „Na Stalinie nam nie zależy. tylko z zasadami. a Lenin tylko sie- dem. Aleksander nie mógł podać jej prawdziwej przyczyny. wiem. Co innego z Leninem. której jestem pogrobowcem — tu spojrzał na ikonę. A jednak muszę przyznać. ale ma pani do czynienia nie z ludźmi przecież. — Nie rozumiem. organiczny z idei Lenina. A Władimir Bukowski zauważył: „Stalin i wszystkie jego okrucieństwa wyni- kają w sposób całkiem bezpośredni i. — Dlaczego? — w jej czarnych oczach pojawiło się coś twar- dego. co moi poprzednicy wynaleźli najlepszego. to niewątpliwie metoda kozła ofiarnego”. by tak rzec. dla zachodniego czytelnika Lenin nie jest ty- ranem. by nie „płakał nad losem zgni- łych intelektualistów”. — Wiem. To on radził Gorkiemu. Wszystko to jest w książce. że Stalin ma na swym koncie więcej ofiar niż Lenin. Należy więc posłużyć się naj- bardziej odpowiednim przymiotnikiem. Nie mógł przecież wyjawić jej. To on napisał do ludowego komisarza sprawiedliwości: „Według mnie należy w jeszcze większym za- kresie praktykować egzekucje przez rozstrzelanie”. To on traktował swych wrogów politycznych jak „szkodliwe insekty”. poparte cy- tatami — wskazała maszynopis. 129 . lecz wyzwolicielem. Trudno mnie.

— Tak. Inni autorzy. Panna Petit wcale się z tym nie kryła. że im nie jest wszystko jedno. nie musi mnie pani przekonywać. Wskutek tego zo- stanie sprzedanych pięćset egzemplarzy mniej. jak tylko komitet redakcyjny poweźmie decyzję. Z tą dziewczyną jednak szło mu nie tak łatwo. Położył dłoń na niebieskiej teczce. ale pani nie zajmuje się porównywaniem tych dwóch terrorów. Zazwyczaj Aleksander umiał bez trudu poradzić sobie z czy- imś sprzeciwem. — A jeśli im odpowiem. że w języku francuskim pojemnik na śmiecie nazywa się poubelle. niech pan zmieni na „terror stalinowski”. To Małgorzata powinna się tym zająć. Czemu odczuwał potrzebę 130 . że okre- ślenie „terror leninowski” źle usposobi prasę. Pan wie. ale nie „terror Stalina”. Ale wydawcy powiedzą pani. a nazwa ta pochodzi od prefekta. Odpowiedział sucho: — Ma pani przed sobą człowieka nawróconego. nikt nie mówił na nie papon. pana Poubelle. tak jakby zamierzał ją od dać autorce. który zainaugurowany został przez przywódcę bolszewików. Panna Józefina Petit podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Nawet jej plecy wyrażały skupie- nie i namysł. rozwijając cały wachlarz banalnych powiedzo- nek i deklarując swe najlepsze chęci. jaką toczyli z sobą. w podobnej sytuacji. ale pojemniki na śmiecie w dalszym ciągu nosiły nazwę poubelle. że nie zależy mi na tym? — Oni pani powiedzą. Dam pani znać. który przyjęło się nazywać stalinowskim. — Chcę powiedzieć: terror. Poproszę o pani adres. próbowali ukryć walkę. Jego następca nazywał się Papon. Odwróciła się: — Dobrze. Skrzy- żowała ręce na piersiach i przyglądała się bukinistom i antykwa- riuszom przechodzącym ulicę. Chce pani powiedzieć tylko tyle: terror bolszewicki. — Woli pani w ten sposób? Jak pani sobie życzy.

więc ja mam pewien pomysł dotyczący tej konspiracji. dziękuję bardzo. tymczasem widać. „bardzo czcigodny”. młody człowiek o pełnych wargach. Ludzie Zachodu wy- obrażają sobie. ani w 1861. że Zachód stworzył sobie mit rosyjsko-sowiecki. że w Rosji nic się zmienia. niedo- skonała i bezceremonialna. bo pan zna wszystkie dojścia. Ale ja wyli- czyłem. Ciekawe. wcale nie rozumiem. jeśli to będzie łatwiejsze dla pana. Zawsze ta sama konspiracja. zgoda. — Niech pan ze mną nie gra w idiotę. to się panu opłaci. ani w 1905. 131 . musi pan zrozumieć. kto wygładzi. wolę mówić z panem po francusku. co pan robi. Wyszła nie uśmiechnąwszy się nawet. Pański rosyjski z epoki kamienia łupanego. — Niestety. Dobrze. ci nowocześni młodzi ludzie twierdzą. którą się posługiwał. — O nie. że tak jest sprawiedliwie. że są tak bardzo „na luzie”. Zaczął od wygło- szenia małej pogadanki na temat stanu wiedzy — lub ignorancji raczej — Zachodu o realiach rosyjsko-sowieckich. który powinniśmy wydoić? Wie pan. Jeżeli pan chce wynająć tam kogoś. co mam na myśli.zapisania adresu panny Petit w swoim osobistym kalendarzyku? Może w przewidywaniu rychłego wyjazdu chciał przyspieszyć wykonanie powziętych już decyzji? Gorączkowa atmosfera ostatniego aktu? Postanowił bardziej się pilnować. Pan się zgadza. Ani w 1917. ale francuszczyzna. te wszystkie „łaskawy panie”. zirytowała Aleksandra: — Możemy przejść na rosyjski. . Nie można widać bez- karnie odrzucić rusztowania tradycji i savoir-vivre'u. — Proszę pana. nie. jak męczą się i jacy są niezgrabni. Pan jest na procencie. na którym to języku mówię bez trudu. Piszę po francu- sku. Pan rozumie. Następnym interesantem był Aleksy Lewicki. — Ja wiem. to starzyzna. noszący pozłacane okulary. że ja nie jestem wy- dawcą. pan zapłaci. Jego obserwa- cje były trafne..

generał Rostow- cew. Jemu to oznajmił. brat Michał.. De Foe. — I ten agent okazał się genialnym pisarzem? — Tego się nie zabrania agentom. — Więc cóż to za pomysł? — Ja go opatentowałem. Mikołaj. Marlowe.. — Ale zaraz. jąkając się. że w tym historycznym momencie inżynier porucznik Fiodor Michajłowicz Dostojewski przywiązany został do słupa i miano już wykonać egzekucję. Sobowtóra.. To on przebył cztery lata w wię- zieniu. był przy tej scenie? — Wybrano agenta. I co pan zamierza zrobić z tym wspaniałym 132 . Aleksander zerknął na zegarek. że car darował mu życie. Nietocz- ki. Beaumarchais. rzecz jasna. Może pan sprawdzić w Towarzystwie Literackim. Greene. — Michał był zadłużony. tak że mogę go spokojnie opowie- dzieć. przepraszam bardzo. te późne dzieła różnią się bardzo od Biednych ludzi. zmuszono go do milczenia. Białych nocy. Inży- niera porucznika uduszono w więzieniu i jego miejsce zajął agent Ochrany. co się stało 22 grudnia 1849 roku o siódmej rano? — Nie mam zielonego pojęcia. Dziennik pisarza i tak dalej. Ale najsłabszy uczeń jest w błędzie. który. co zrobić ze świadectwem Hercena. — Powiedzmy. który podobny był do Fiodora Michaj- łowicza. To on napisał dzieła wysławiające Rosję carską.. — Ale rodzina. jeśli się nie mylę. Proszę zauważyć. Biesy. — I to ma być znawca literatury! U nas najsłabszy uczeń po- wie panu. Oczy- wiście pan orientuje się. W rezultacie skazany miał przeżyć jeszcze czterdzieści dwa lata. nie posłużył się analfabetą. lecz wyrok został zamieniony na karę ciężkich robót. żeby dało się usprawiedliwić przemianę jego poglądów politycznych. to jest od utworów skomponowanych przez prawdziwego inżyniera porucznika Dostojewskiego.

żeby mu uwierzono. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Ar- chiwa można było sfabrykować. Odprowadził do drzwi Lewickiego. Lewicki kłamał. że przemy- śli jego propozycję. Nawet jeśli nic z tego nie wyj- dzie. na grani- cy skradziono mi archiwa. że poro- biłem wcześniej notatki. koniecznie trzeba o tym po- rozmawiać z Iwanem Iwanyczem. który uwierzyłby w istnienie tych archiwów i napisałby rzecz lepszą niż Lewicki. Tak. już sama hipoteza rozbawi Pitmana. że zostałyby „oddane” Lewickiemu. W drzwiach gabinetu ukazała się głowa Małgorzaty. zmieniwszy obu- wie. Znów spojrzał na zegarek. To znaczy idea była niezła. które skonfiskowałem w Bibliotece Lenina i w różnych klasztorach. ale może lepiej byłoby pod- szepnąć ją jakiemuś Francuzowi. 133 . Najmniej- szy nawet cios zadany reputacji Dostojewskiego mógł być uży- teczny.. nie jest pan jedynym agentem literackim w Paryżu — powiedział na to Lewicki. Był gotów do wyjścia. Aleksander podyktował jeszcze dwa listy. Wyjął z szafy bibliotecznej parę czarnych półbutów i rogową łyżkę do butów. obiecując mu. — Niech pan nie myśli zbyt długo. Rzecz jasna. które do tej pory miał na nogach. nie mając nawet nadziei czy nie chcąc wręcz. ale nie mógł się z tego wykręcić.. Obiad z Divo nie uśmiechał mu się wcale. a „presja opinii międzynarodo- wej” sprawiłaby. Powiedzmy jednak. — I dysponuje pan elementami.tematem? Pamflet. które. opinia publiczna musiałaby uwierzyć. że obaj od- kryli jednocześnie to samo. — Dysponuję wszystkimi elementami. skierowany przeciwko wielkiemu kontrrewo- lucyjnemu autorytetowi? Powieść historyczną w stylu Hrabiego Monte Christo. schował do szafy brązowe zamszowe buty. Gdyby ten protestował. pracę naukową? Pozłacane okulary błysnęły. po czym. pulchne dłonie wykonały wy- mowny gest: — Do wyboru. a poza tym mam fotograficzną pamięć.

— Bliny z kawiorem. Wolałby umrzeć niż wyjść wieczorem w brązo- wych trzewikach. Aleksander przybył punktualnie do restauracji „Petersburg”. że zaraz po filmie uda się do kochanki. Co ją ugryzło. Później Mał- gorzata spojrzała na czarne buty Aleksandra. to znaczyło. chociaż. co? Czy może na sta- rość popsuł ci się gust? 134 . Jeśli już teraz włożył swoje czarne pantofelki. kartonową teczkę szybkim i precyzyjnym gestem złodziejki i przycisnęła ją obiema rękami do piersi. Na przykład płacił co drugi raz za obiad zjedzony z Aleksandrem. proszę pana.. którą by Divo robił tak jak wszyscy. tę małą? Co zrobić. Ci dwaj Rosjano- Francuzi nie lubili się nawzajem serdecznie od czasów. Zawsze też rozmawiali o projek- tach wydawniczych. że. był już na miejscu. wymierzyła swój ostry podbródek w Aleksandra: — Zmieniłam zdanie. najmniej paryski z paryżan. Wreszcie spokojniejsza. ale Divo. Wiedziała już. — Proszę pana. które nigdy nie były realizowane. każ- dy kto z nimi pracuje jest do tego przyzwyczajony. Stawiając długie kroki. że jej szef kłamał mówiąc. ujęła swoją niebieską. Powiedziałam jej. może być? Ja wolę czerwony... prawdę mówiąc. Uskuteczniaj.. jeśli jednak ty chcesz czarny. ale. Szybko opuściła pokój. iż zaglądnie jeszcze do biura późnym popołudniem. gdy przychodziło do płacenia rachunku. kiedy chodzili do tego samego liceum. powinien był za każdym razem patrzeć w kąt sali. dotarła szybko do stołu. jak to się mówi na Północy. wybieraj. Aleksander wymienił z Małgorzatą spojrzenie pełne konster- nacji. Czysta wódka. tak jak na to pozwalała jej długa spódnica. autorzy to wariaci. jako autor. Nie było rzeczy. — Już wychodziłem. Nieomal pod ramieniem Małgorzaty panna Petit wśliznęła się do gabinetu. panna Petit chce się jeszcze z panem krótko zobaczyć.

— Tak. że raj można stworzyć tu na ziemi. że Divo przejrzał go na wylot i wyśmiewa go całkiem otwarcie. nie. — Jak się miewają twoi autorzy? O czym będzie następna Biała Księga? — Przygotowuję dwie. — Masz przecież swych wydawców. którzy sądzą. — Trzeba więc powiedzieć. — Cóż za zestawienie! Policja ma przygotować czystkę. że jest w tym coś chamskiego? Nie. Czasem zaś. — Biała Księga poświęcona Bogu będzie prawdopodobnie najciekawsza ze wszystkich dotąd opublikowanych. co? A Bóg? Co on ci takiego zrobił? Niekiedy Aleksandrowi wydawało się. Za kogo pani nas bierze? — Dlaczego chamskiego? Jestem pewien. Jest coraz więcej księży. Zawsze te same niepokojące powieści. Demistyfikować Boga to dla mnie szczyt snobizmu i chamstwa jednocześnie. Ja sam nie mam tego rodzaju ambicji. Dlatego właśnie niepokoję twoją szanowną osobę. Divo gwizdnął: — Demistyfikują Boga? Nie uważasz. tylko pomagając sobie szyb- kim ruchem dłoni. uważał. ale przyszedł mi do głowy pomysł powieści. że inkwizycja miała swoje dobre strony. przeciwnie. że książka będzie dobrze przyjęta przez część Kościoła. Jeanne Bouillon i Patrice Duguest przeprowadzają bardzo istotną demi- styfikację. pół-sukce- sy i nie wiadomo skąd biorące się pieniądze. druga o policji. Zawsze te same zbyt spiczaste klapy marynarki. Jedna o Bogu. Opróżnili kieliszki tak jak to czynią artyści. te same krzy- we uśmieszki. z odrzuconą w tył głową i prawie nie unosząc łokcia. że Divo jest drażniąco obiektywny. Divo. niech nam pani poda całą karafkę. który mógłby cię za- interesować. Napijmy się. ale zbliża się wielkimi krokami Wielki Strach roku 135 .

— To ma być. Czy chcesz. To. co nazywam rokfortem w stanie rozkładu. tylko ich ostrożność. i to się liczy. Wszystko to. — Rokfort? O co ci chodzi? — Nie. — Jakie czynniki? — Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. żebym ci przedstawił mój scena- riusz? — Bądź tak dobry. Galaci jednak.. że jesteś „postacią paryską” i tak dalej. Ale twój ojciec pływał jeszcze pod banderą św. Pewna grupa filozo- fów. szlachetna zgnilizna. Nie cho- dzi jednak o to. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót. Auto-cenzura zastąpi wkrótce auto-kadzidło. rozumiesz. My- ślę. i zmieniam ich z powieści na powieść. Załóżmy teraz inny kraj. chociaż lekkomyślni. Wiem przecież.dwutysięcznego. że ty mógłbyś mnie skierować do jakiegoś zucha. do niedawna konfederackich. śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych 136 . Załóżmy. Także i inne czynniki spra- wiają. Powodem nie jest moja niewierność. przepraszam. ty jesteś więcej wart niż rokfort. Galacja. jak w czasach szkolnych. Wypijmy za banderę. fikcja polityczna. ale udaje mu się znaleźć posłuch. która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. nie możesz być zepsuty do szpiku kości. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego. Andrzeja. a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun. popychają i tak dalej. zajmujący ważną pozycję strategiczną. Na przestrzeni pięć- dziesięciu lat KNK finansuje.. Rozmawiali. Mam wydawców. powiedzmy. tokaj. przechodzi z lewa na prawo. faworyzuje i obsypuje komplemen- tami partię konfederatów Galacji. że ist- nieje sobie pewien kraj. Po- wiedzmy wino. że ich popularność spada z roku na rok. rozumiesz. KNK. nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. zgoda.

Z drugiej stro- ny gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej. w jakiej przychodzą mi na myśl. że uciszy to konfederatów. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%. że doceniasz elegancję tego posunięcia. A głupcy zawsze są w większości. polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. Jak wiesz. teraz śmieją się z nich.w wielu punktach kuli ziemskiej. jeśli będą funkcjonowały me- chanizmy demokratyczne. 137 . iż popiera jego kandydaturę. a konfe- deraci dostali minimalną ilość głosów. konfuzyjnych. ich partia zostaje zreha- bilitowana. w psychologii myślenie w katego- riach nieokreślonych. że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. Mało o nim wiadomo poza tym. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś. że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wy- brany. Myślę. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. Nie rozumieją jednak. stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. KNK ogłasza. Zbliżają się wybory. nazwijmy ją synkretyczną. przy 10 i pół. kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności. Jesteśmy już przy 12%. do 13%. przy 11. — Co wtedy? — Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posu- nięcie. co szokuje głupców. Gdy tylko obejmuje swój urząd. że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. W ten sposób. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje wła- dzę. gdy synkretyści dysponują większością absolutną. którzy do niedawna drżeli ze stra- chu przed konfederatami. co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. że nazywa się Puszkin. ten nowy prezydent. nie według żadnej hierarchii — w sytu- acji. By mieć całkowitą pewność. Z jednej strony burżuje. pod pretekstem. To awanturnik średniego szczebla. Powiedzmy. Efekt jest podwój- ny. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę.

Numer sześć: galetka. nie. lekceważąc wolę 90% Galatów. chociaż dotyczyło jedynie terminologii. Nie myśl jednak. zostało ośmieszone. sprawy wojskowe czy wew- nętrzne. gdyż Puszkin sam reprezentuje wła- dzę. że stanowiska w rządzie. tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu. Oczywiście. wbrew interesom Galatów i konwencjom. Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bar- dzo znamienne. Nie. które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne. Dalej. pieniądz Galatów. a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie. nie. typo- wo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. które im się dostały całkiem niewin- ne. były kluczowe. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich. gwałcąc otwarcie wolę ludu. portfele ministerialne. że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji. który skła- dał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych preto- rami. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami. Nikt tego nie widzi. to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. Łatwo zgadnąć. w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci. osiągnęła godną po- zazdroszczenia stabilność. Od dawna istniał w Ga- lacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu. synkretysta Puszkin znosi ją. Puszkin dewaluuje ją. Niech żyje demokracja. to jest przeciwko społeczeństwu. które ofiarował konfederatom. co już sprzyja destabilizacji kraju. ale także nadaje im inny tytuł. jeśli dobrze liczę. 138 . I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia. Widzisz. Akcja numer pięć. tak że straciło obie te właściwości. że podczas kryzysu transport ma decydujące znacze- nie. Galacja posiadała wydajny system administracyjny. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. a wiadomo. Oto ugrupowanie polityczne. zawartym z sąsiada- mi. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony pa- triotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK.

mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną. w krótkich spodenkach. całego tego manewru. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i radu- je ją fakt. ale po to. w których nie pojawia się bohater. źle się sprze- dają. Divo wybuchnął śmiechem: — Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin! Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina. razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii pla- stycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii.. po- znaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie sek- su. jako że otwarte wojny stały się niemożliwe. żeby roz- broić naród. z którym się utoż- samia. chociaż ty nie jesteś Alioszą. Ich spojrzenia spotkały się. Alek. by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. z której nie ma wyjścia. Divo wciąż uśmiechał się trochę 139 .. Divo. jak ci się podoba mój projekt powieści? Aleksander odpowiedział mu cichym głosem: — Powieści. że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju. Numer siódmy i na razie ostatni. Odwiedza z nim groby przodków. Ach. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego. to posunięcie najbar- dziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kie- reńszczyzny. — Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest „kretem”? — Zdaje się. którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie. jak to nazywali filozofowie. o któ- rego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspo- mniałem. Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl. To ostatnie posunięcie. że we Francji używa się tradycyjnie określenia „łódź podwodna”. o którego się lęka. No i jak. a ja troszkę zo- stałem Iwanem.

Dlaczego Divo chciał się z nim spotkać? Aleksander pożegnał się z nim nie wyjaśniwszy tej kwestii. ironiczny kompan jego życia. Dzień nie układał się tak dobrze. w jaki sposób zwrócił się do Pitmana przed trzydziestu laty: — Ależ ja chcę prowadzić wojnę! — Niech się pan nie niepokoi. twoja fikcja polityczna? — Myślałem o tytule Akt wojenny. Wie- działbym.krzywo. A jednocześnie kto wie.. 140 . ale irytujesz mnie w najwyższym stopniu”. Być mo- że miałbyś wreszcie swój bestseller. — Ładny tytuł. Jeśli idzie o wydawców. nie o to idzie. jaką przeżywają ludzie stale tłumiący swoje prawdziwe uczucia. cenionym przez myśli- wych. dzika złość. to raczej wątpię. Tam miałbyś szansę. jak rośnie w nim złość. Chociaż nie wiadomo. Za to teraz miał przed sobą godzinę szczęścia. nie zaś w swojej własnej. bez emocji: — Nie wiem. że „dahu” jest afrykańskim zwierzęciem. Być może ten półnieudacz- nik naprawdę wyobrażał sobie. czy nie wolałby w tym momencie znaleźć się w skórze Divo. że agencja Psara może mu opu- blikować jego usypiającą bajkę. czy «Inny Dziennik» drukuje powieści w od- cinkach. W szkole Divo był chłopcem błyskotliwym i łatwowiernym zarazem. Można mu było wmówić. komu zgłosić odpowiedni meldunek. Jak to się nazywa. będzie pan miał swoją wojnę! — odpowiedział wtedy Pitman.. Wszystko jest możliwe. Aleksander czuł. jakby Aleksander sobie tego życzył. „Szkoda — pomyślał — że minął już czas «mokrej roboty». Słowo „wojna” przypomniało Aleksandrowi.. Naprzód ten gaduła. Nie jesteś nie- bezpieczny. a potem Divo. Odpowiedział wysokim głosem. a jego twarz zniknęła za okrąg- łymi szkłami okularów. Przecież to pierwszy dzień jego „powrotu”..

Jego obecna wyprawa była jego prywatną spra- wą. Na peronie kupił «Głos». na Polach Elizejskich. dlatego odczuwał nieco złośliwą przyjemność. wy- chodząc zapasowym wyjściem. zszedł do metra. jaki on kładzie na prymat duchowości — mówił oficer-pilot. był już prawie pewien. usa- dzić nieco Pana Boga”. myślę o pani w związku z nową Białą Księgą. Było to jego ulubione kino. pięć minut spędził w ogródku kawiarni. w ramce. znajdował się krótszy tekst: „Dzwon uka- rany: fragment supertajnego dzieła anonimowego więźnia”. nieprawdaż. Znalazł się w bocznej uliczce. i wskoczył do pociągu w ostat- nim momencie. głośników emi- tujących przed francuską publicznością posłania. — Czy nie miałby pan jakiegoś pomysłu w tej mierze?” Wtedy Aleksan- der zapraszał Jeanne Bouillon na obiad do „Antykwariuszy” i wygłaszał następujące słowa: „Jeanne. przez jego przełożonych. stosując prze- ciwko swym pracodawcom — sądził. która należała do jego wypróbowanych „pudeł rezonansowych”. Po pięciu minutach. Gdy znalazł się na dworcu Saint-Lazare. 141 . «Głos» poświęcał pół strony artykuło- wi Jeanne Bouillon pod tytułem Zdemaskować Żelazną Maską. że nikt za nim nie idzie. chociaż jechał do Pontoise. przygotowane przez niego czy też. „Dyrekcja niepokoi się popularnością papieża i naciskiem. nie Pagnola. gdy pociąg ruszył i to samo powtórzył przy na- stępnym pociągu. Kupił bilet do Wer- salu. lecz Hitchcocka. wysko- czył z wagonu. Zaczął lekturę od artykułu Jeanne Buillon. który nie należał do jego orkiestry. Tym razem jednak pani Bouillon działała na własną rękę. To by pani odpowiadało. Wewnątrz. jakie mu zaszczepili. mówiąc ściślej. Widział ten film już dwa razy. gdy nikt następny nie wszedł na salę. na wszelki wypadek jednak podjął dodatkowe środki ostrożności. Wolał go od «Le Monde». a na ekranie poruszali się bo- haterowie filmu. Aleksander wstał z miejsca i opuścił kino. Usiadł blisko wyjścia. że mogli czuwać nad jego ruchami — pewne elementy metod. Wyświetla- no tu dzisiaj Topaz.

Stąd właśnie bierze się legenda osoby. którą prasa na- zywa „Żelazną Maską”. Dwaj emigranci świeżej daty. Tym bardziej godne uwagi staje się zadanie odsłonięcia jej tajemnic. 1975 odbiorcą tajemniczych. nie ograniczając się do szkalo- wania teraźniejszości czy gloryfikacji dawnych czasów. ZSRR) przesyła na Zachód — jaką drogą? — doniosłe obserwacje polityczne. przesyłek. Jeanne Bouillon nie była zwyczajną propagandystką i jej użyteczność była wprost propor- cjonalna do swobody. Rodzi się pytanie. jako że przedstawia pozytywne propozycje roz- wiązania sowieckiego dylematu. Odnosi się wrażenie. osoby na pewno godnej podziwu. siedmiu jak dotąd. utrzymuje. gdzie się znajduje to dzieło i jak to się stało. Leningrad. noszą- cej tytuł Rosyjska prawda. pu- blikującego często materiały samizdatu. notatki. Powstaje jednak inne pytanie: kim jest owa malownicza „Że- lazna Maska”? Enzo Grucci. dyrektor domu wydawniczego Mewa. Być może góruje on nawet nad tymi sławny- mi dysydentami. rzecz jasna. Dzięki Sołżenicynowi wiemy. że psychiatrzy i policjanci reżimu — niewielka między nimi różnica — nie położyli jeszcze na nim swej łapy. może być zapisane w całości w fenomenalnej pamięci więźnia. sprawa kontroli jej wytworów. Arsenału. że jego uwagi są wyrwane z większej pracy. niedawno zwolnieni z ponurego Szpitala Specjalnego. opowiedzieli o izolatce noszącej numer 000. jak niezwykle może się roz- winąć pamięć prześladowanych. z której próbują je wywabić ci bardzo specjalni psychia- trzy. Aleksander uważał to za właściwe. Od lat już anonimowy więzień celi numer 000 Szpitala Spe- cjalnego (ul. Co innego. których jakość każe przeczuwać w ich autorze kogoś na miarę Sołżenicy- na czy Zinowiewa. Czemu jednak wietrzyć tu schowki i podstępy na miarę Siuk- sów albo Old Shatterhanda? Dzieło może nie istnieć wcale na papierze. chociaż to on właśnie jest od r. 142 . że nie wie nic więcej niż opinia publiczna. jaką się jej zostawiało.

. jakoby izolatka numer 000 była zbytkownie urządzona. Zestawmy teraz te uwagi z innymi faktami. Kurnosowa osadzono wówczas w izolatce Czwartej Sekcji in- stytutu. Co jednak stało się dalej z Kurnosowem? Dziennikarze zachodni wielokrotnie sta- wiali to pytanie. jaka też straszliwa kara spadnie na nieszczęśliwca. którego inni chorzy nigdy nie widzieli na oczy. Więzień uniknął sądu i. Zza drzwi izolatki dobywają się nieraz dźwięki muzyki kla- sycznej. Także i oni przezwali go „Żelazną Maską”. ogrom- nego wzrostu lekarz.. Tylko dwaj pielęgniarze mają wstęp do izolatki. że Kurnosowa przeniesio- no do Instytutu Serbskiego w Moskwie. w konsekwencji. Reputacja tego zakładu jest od dawna ustalona: to naukowa filia strasznej Łubianki. a potrawy przynoszone „Żelaznej Masce” wydają zapa- chy w niczym nie przypominające odoru potraw tutejszej kuch- ni. którego poza tym nie widzi się na terenie zakładu. Lokatorem izolatki jest więzień. iż tylko szaleniec mógł był się targnąć na życie dobroczyńcy ludzkości. Kurnosowa ujęto i cały świat — pamiętamy — zadawał sobie ze zgrozą pyta- nie. co świadczy o poczytności Aleksandra Dumasa po obu stronach żelaznej kurtyny. Moskiewski sfinks dobrze strzegł tajemnicy. Psychuszkę obiegają jednak dziwne plotki. gdzie miał być poddany badaniom psychiatrycznym. Ma z niej wychodzić kabel anteny telewizyjnej. Mówi się o tym. W zamachu lekko ranny został szofer pojazdu. Otóż do izolatki tej zagląda jeden tylko psychiatra. w którym. gdyż psychiatrzy uznali. przebrany za milicjanta. który zaniósł później do celi niewidzialnego loka- tora. otworzył ogień do samochodu. znajdował się Le- onid Breżniew. Jeden z pielęgniarzy czyścił dywan. urodzony w Kostromie w r. Jakiś czas później pojawiła się wiadomość. Tymczasem Breżniew jechał innym samocho- dem. plutonu egze- kucyjnego. i także i oni nie są znani w szpitalu. jak był przekonany. Trzynastego lipca 1971 niejaki Michał Kurnosow. 1926. Tymczasem — i to może jest najważniejsze — przedstawione 143 .

gdzie zgniłby razem z innymi nieuleczalnymi. by nie stracić swych przywilejów. następującej po całkowicie już zdemontowanym komunizmie. A więc? Dlaczego nie przyznać. Jeśli tak. o którym dowiedzieliśmy się od Sołżeni- cyna) wyjaśniałaby w sposób racjonalny. Jedno z nich polega na przekonaniu. że założyli oni ultratajne biuro polityczne. „Wątpię — pomy- ślał Aleksander— żeby wyjaśnienie mogło być tak prościutkie. Oni też nie są wyznawcami tej doktryny. sprzeciwia się to słusznym koncepcjom marksistowsko-leninowskim. Jak wiadomo. Można więc przyjąć. dlaczego władze sowieckie ota- czają swymi względami „Żelazną Maskę” zamiast zesłać więźnia do Syczewki. jak 144 . Hipoteza pewnego rodzaju szaraszki (więzienia- laboratorium dla filozofów. która zawiera projekt utworzenia systemu idealnego w jednym tylko kraju. pechowym tyranobójcą. w którym nikt nie wierzy w mark- sizm-leninizm. Sytuacja ta jest przykra dla członków nomenkla- tury. którego zadaniem było- by wypracowanie nowej doktryny.prasie fragmenty ekspertyzy psychiatrycznej zawierały nastę- pujące stwierdzenia: „Michał Kurnosow cierpi na psychozę pa- ranoidalną z urojeniami doktrynalnymi. dlaczego zdecydowana zazwyczaj sowiecka sprawiedliwość nie obeszła się ostro z Mi- chałem Kurnosowem. iż ZSRR jest je- dynym krajem na świecie. przez analogię do więzienia- instytutu naukowego. ale zależy im na tym. Oto jeżeli pod „Żela- zną Maską” kryje się Michał Kurnosow. bo przecież trudno założyć. z definicji uniwersalistycznym”. to w tym laborato- rium politycznym oryginalny myśliciel Michał Kurnosow miałby zapewnione miejsce. że pogłoski obiegające dobrze poinformowane kręgi są prawdziwe? Dlaczegóżby więzień izo- latki 000 nie miał się nazywać Michał Kurnosow? Nie da się uniknąć pytania. przyczyny szczególnego postępowania władz mogą być następujące: Coraz liczniejsi świadkowie zapewniają nas. że ktoś zorganizowałby próbę ucieczki — jej rezultat byłby łatwy do przewidzenia. iż jest on wynalazcą doktryny politycznej.

odda- wano im cześć. Przeczytał też tekst zawarty w ramkach. bić na alarm: „Morderstwo! Morderstwo!” Borys rozgniewał się.się to wydaje Jeanne Bouillon.. Zofii. mniej więcej dwa miliony dwieście czterdzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt. czyż to ma jakieś znaczenie? Wkrótce przecież „wróci”. powtarzała pochodzące z „kół dobrze po- informowanych” pogłoski.. z której ona była tak dumna. Zabójców nasłał na niego najprawdopodobniej Bo- rys Godunow. W r. Wybił ich bardzo wiele. z której wolał nie zdawać sobie zbyt dokładnie sprawy: jakim prawem ta dziennikarka. Wielki dzwon ugliczowski zaczął wtedy. przekład z języka włoskiego: «ROSYJSKA PRAWDA» O MASS MEDIACH albo DZWON UKARANY W dawnych czasach dzwony kościelne były chrzczone i na- maszczane olejami świętymi. do Tobol- ska. Jeśli niedobrze. 145 . 1593 w Ugliczu poderżnięto gardło małemu carewiczowi Dymitrowi. Jeśli dobrze się sprawowały. Następnie wybijał godziny na wieży Św. Na jego rozkaz zdjęto dzwon i wy- chłostano rózgami. dostaniesz klapsa. jakby sam z siebie. 1849 ugliczanie doszli do wniosku. przy rynku miasteczka. i zesłano go na Syberię. że to rzeczywiście dzwon z Uglicza wybija godziny w Tobolsku. W r. Zażądali jego powrotu. Gdy tego dokonano. tak jakby ukarano skazańca. Naprzód trzeba było udowodnić. które nigdy do niego nie dotarły? A zresztą. podnieś sukienkę. że dzwon dość już wycierpiał. Zwłaszcza jeżeli sprawą zajął się Pitman. tym gorzej dla nich: tym gorzej dla ciebie. cecha. Dołączała się do tego też irytacja natury profesjonalnej.” Drażniło go ubóstwo języka Jeanne Bouillon. Naprzód umieszczono go w cerkwi Wszechmiłosiernego. ucinając mu ucho. prowadzone przez niego „pudło rezonansowe”. Złamano mu jedno ucho. mały.

Aleksander Psar zapisał się do towarzystwa Strzeleckiego jako Aleksander Rsar. w wiosce Wałdaj. przywieź mi ich dzwon alarmowy”. a potem zgubionym. «Żelazna Maska». Podczas transportu. jest zwyczajnym szarlatanem”. „Bez sensu! — rozzłościł się Aleksander. A gdyby tak dzwon z Uglicza pękł w drodze do Tobolska i gdyby przetopiono go na dzwoneczki. gołąbek. Dołmatowa: „Posłuchaj. czy nikt go nie śledzi. Parabolę tę można przecież interpretować na tysiące sposobów. Załóżmy jednak. Dlaczego? Wielki Książę moskiewski. po czym wziął taksówkę i kazał się wieźć na strzelnicę. jakby się powiedziało. Bazyli III. Posługując się dowodem osobistym lekko podrobionym. obojętne. czy pod nią kryje się Kurnosow czy kto inny. 21 maja wszystko było gotowe. Dzwon alarmowy był wów- czas. Miało to dwie zalety: musiało wprowadzić w błąd ewentualnych szperaczy. — Ach! Pan Aleksander! Dawno nie widziany. znów rozdzwonił się na swej rodzinnej wieży. i gdyby wszystkie dzwo- neczki mówiły: „Morderstwo! Morderstwo!”? Oto co «Rosyjska prawda» myśli o mass-mediach. — Rosyjska prawda w ogóle nic nie myśli. Dołmaszka. W Pontoise Aleksander raz jeszcze sprawdził. W obecności wielkich mas ludowych dzwon. którzy posuwali się 146 .amnestiowany dzwon mógł już wrócić do domu. że było ina- czej. Oto historia pomyłki sądowej. Stało się to 20 maja 1892 roku. po trzech stuleciach bez jednego roku od chwili deportacji. zdobył Psków i posłał tam swego intendenta. symbolem niezależności mieszczan. dzwon pękł. Czym byłaby dusza rosyjska bez trojki? A czym byłaby trojka bez dzwoneczków? Mówi się o nich: wałdajskie dzwoneczki. Mieszkań- cy wsi pozbierali okruchy dzwonu i przetopili je na dzwoneczki do trojki.

Odgłosy strzałów. 147 . którą odznaczają się strzelcy zarazem najpo- ważniejsi i najbardziej zwariowani. nie znał na pamięć wagi ładunków i szybko- ści lotu pocisku. nie bardziej zakłócały spokój tego miejsca niż poruszenia płetw w głębinie wód. Uwa- żał on Aleksandra za wielki talent strzelecki i w związku z tym wyświadczał mu stale uprzejmości. Ale strzelanie dawało mu dużo przyjemności i było to widoczne. mógłby być równie dobrze doskona- łym oficerem. nie przeprowadzał obli- czeń balistycznych. Przestrzegał skrupulatnie przepisów bezpieczeństwa. skoro nazwisko nie dawało się wymówić. śrutowy po- cisk wsunięty precyzyjnie do komory. W sali. Wszystko wskazywało na to. choć Aleksander niechętnie się do tego przyznawał. Dłoń zaciśnięta na kolbie. jedną z najnowocześniejszych w Europie. że gdyby nie był prosperują- cym człowiekiem interesu. sztywny palec wskazujący na kabłąku spustu. Nie był nawet strzelcem wyborowym. Prawdopodobnie zresztą był w błędzie: w Aleksandrze odzywał się po prostu niezaspokojony temperament żołnierza. Aleksander koncentrował się. nie uważał się za specjalistę od uzbrojenia i nie rozmontowywał mechanizmu spustu. sku- pieni i dbający też o skupienie sąsiada. małe plaff. I nagle jest się gotowym.w swych badaniach w porządku alfabetycznym. ani zdobnymi odmianami broni. Przygotowanie się do strzału ma w sobie coś z techniki zen i z treningu aktorskiego w szkole Stanisławskiego. pasji. Brakowało mu zimnej pasji dla techniki strzelania. Dwaj strzelcy uprawiali tu swoje ćwiczenia. Nie posługiwał się ani rzad- kimi. mięśnie rozluźnione: były to zarazem wymogi praktyczne i rodzaj rytuału. spokojnie i stanow- czo. prowa- dził wesolutki i okrąglutki pułkownik w stanie spoczynku. a także zmusza- ło członków towarzystwa do posługiwania się tylko imieniem. żywił szacunek dla broni. ułatwiającego osiągnięcie pożądanego stanu łaski. nie brał udziału w zawodach strzeleckich. Strzelnicę. panowała cisza jak w akwarium. w której strzelało się z wiatrówek.

) Broń palna nie jest ani psem. Może jednak któregoś dnia ta asceza dobiegnie końca? Aleksander pochodził z rodziny wo- jowników. Strzelanie z wiatrówki było dla niego czymś w rodzaju oczyszczającego ćwiczenia przed strzelaniem z broni palnej — podobnie oczyszczają się prawosławni. jakby ściskał gąbkę. tarcza i ja. którzy poprzez posługiwanie się bronią osiągali za- spokojenie podobne temu. ani koniem. (Dokładniej zaś: chodź- my. ustawiał szczerbinkę na muszce. Nie chciał też widzieć obiektu świętości. wydychał powietrze do połowy i tak. w przedmiocie służącym przecież do ćwiczeń tylko. odczuwał emocję. Gdy Aleksander brał go do ręki. Przyrównywanie broni palnej do symbolu seksualnego wydawało mu się śmiechu warte. jeszcze raz go nabierał. lecz w pewnym sensie należy do tej samej rodziny. zatopiony w purytańskim skupieniu. Dopiero gdy był zadowolony ze swych wyników wracał do swojej szafki i brał z niej ochronne nauszniki. które po napiętych linkach sprowadzało do niego tarczę jakby w kolej- ce linowej. poszcząc przed nadejś- ciem świąt Bożego Narodzenia. Po każdym strzale naciskał guziczek specjalnego urządzenia. opuszczał je. i wreszcie zwierał mocniej dłoń. Na świecie istniejemy tylko my dwoje. krzyża lub banknotów. pióra. podnosił ramię. do gry. której nie potrafił do końca wytłumaczyć. Na dnie szafki błękitna poświata: Smith & Wesson. jakiego inni dostępowali za pośred- nictwem narzędzia. Aleksander strzelał bez pośpiechu. z zawieszonym na moment oddechem. wypuszczał powietrze. 148 .przenosi się spojrzenie na tarczę. Badał swoje wyniki surowo: „Skąd ten odstęp? Czy ruszyłem palcem?” Następnie odsyłał tarczę na jej miejsce. Lekkie plaff wystrzału zaskakiwało go za każdym razem. które przystoi wiatrówce. — Chodź — powiedział po rosyjsku. Strzelanie z wiatrówki ma się do prawdziwego strzelania tak jak toccata do symfonii. Od- dychał głęboko.

pomimo jego oczywistych zalet. ważyła więcej niż kilogram. Zastał tam tylko jednego strzelca. czuć opór kurka. Strzelając do tarcz używał 38 „specjalnych”. nawet po- dwajać. Opuścił rękę. Rewolwer to co innego. — Sylwetki. jak ustępuje i jak usztywnia się język spustu. a całość. potem czuć. Być może dla jego podświadomości pistolet automatyczny był obrazem innego już świata. Stojąc w ten sposób przyzwyczajał swe ciało do tego nowego organu. wydawał mu się zbyt uzależniony od sprężyny powrotnej i sprężyny magazynka. pistolet automatyczny. Jego Smith & Wesson mógł być ładowany nabojami 357 ma- gnum albo 38 „special”. panie Aleksandrze? — Naprzód tarcza. panie pułkowniku. że zależnie od użytego naboju energia i szybkość lotu pocisku mogła się znacznie zmieniać. Poza tym jedyną bronią. Dlaczego zdecydował się na rewolwer. w pewnym sensie zbędny. Przeszedł do pomieszczenia. przedłużającego linię ramienia. Mimo że nie był w tej dziedzinie pedan- tem. w którym nie było miejsca dla takich jak on. w której trzymał rewolwer. gdzie strzelało się z broni palnej. jaka należała do wojskowego ekwipunku jego ojca był nagan. o ostrych ołowianych pociskach. obciągniętych nylonem. do- rzucony. Ulokował się najdalej jak tylko mógł od niego. prostota jego budowy miała w sobie coś oczywistego. 149 . Była to raczej broń polowa niż sportowa. System zabezpiecza- nia pistoletu uważał za sztuczny. Stanął przed tarczą. po naładowaniu. Strzelając do tarczy posługiwał się najprostszym sposobem. odciągać kciukiem kurek. Aleksander wiedział. dość duża jednak: dłu- gość lufy wynosiła cztery cale. Jaka to przyjemność. a nie na pistolet auto- matyczny? Mechanika interesowała go nie bardziej niż sprawy zarządzania i administracji. świata. Były one względ- nie tanie. Odbezpieczył rewolwer.

Po sześciu strzałach wiedział. co do których można było żywić przekonanie. Jego ciało zamieniło się jakby w figurę geometryczną. Trójkąt szczerbinki zdawał się szczelnie wypełniać ciemne koło muszki. Aleksander miał wielkie dłonie. Strzelając do sylwetek posługiwał się amunicją 357 ma- gnum. by w niczym nie zburzyć cudownej równowagi. panie pułkowniku. Broń przemówiła. rozciągającą się wyłącznie w planie pionowym. panie pułkowniku. leżącej na dnie jego szafki — były tam naboje o wydrążonych pociskach — lecz używał se- mi-wadcutter. Prawie nie czuł ciężaru broni w palcach. Za mo- ment ogromne. Aleksander miał tam wstęp. iż towarzystwo strzeleckie nie jest dla nich tylko kursem dziurawienia bliźnich. osiągając szybkość 500 metrów na sekundę. to jest dla tych. Zgodnie z zaleceniami techniki amerykańskiej starał się. jak skrzydło wiatraka. by palec wskazujący był swobodny i jednocześnie uważał. że może już wyrzucić łuski. — Gotów? — Gotów. Był w dobrym nastroju. jak do błogosławieństwa. Wyregulowana do perfekcji muszka objęła sobą szczerbinkę. Biodra i barki odwrócone w bok. ciągnąc ku sobie spust. też niczego sobie. Był zadowolony z wyników na tarczy. Przesunął bębenek rewolweru i włożył ciężkie ziarna śmierci do odpowiednich gniazd. płaskie jak na fresku egipskim. Nie rozpieczętował paczuszki. Uroczyście uniósł ramię. Jednocze- śnie przymknął lewe oko. Strzelnica sylwetkowa była w zasadzie przeznaczona dla poli- cjantów i oficerów rezerwy. Zwrócił się do puł- kownika. Strzelał dalej. prostopadłym do powierzchni tarczy. 150 . z góry na dół. który nie odstępował go przez cały czas: — Teraz. Stopy pod kątem prostym. płasko ucięte pociski opuszczą lufę. W tym samym planie poruszała się jego ręka. jaką udało mu się osiągnąć. Jakiś wewnętrzny licznik — psychosomatycz- ny? — powiadamiał go o ilości oddanych strzałów. Strzelił. Strzelił.

gdzie wszystko zależy od refleksu. Tym razem była to prawdziwa orgia strzelecka.. Znów zaczął strzelać. Palec wskazujący. listy wsuwały się do kopert. ale system po- dwójny wydawał mu się właściwszy w tym wypadku. Pułkownik. strzelając w pępek. Ogień. że tym razem trafił tylko w ramię i poprawił się. Wrócił do kina zapasowym wyjściem. Niech pan zdejmie nauszniki i napije się czegoś. jak tam wyglądają strzelni- ce. spełniona miłość do miłości platonicznej. grane w 151 . Z lewej. Jedna z prawej. nim sylwetka obróciła się na zawiasach. ma się do strze- lania do tarczy tak jak prawdziwa. Strzelanie do sylwetek.. Odgadł.. po prawej. panie Aleksandrze. Z nienawiścią spojrzał na kpiącą sylwetkę. a nie chciał mnie pan słuchać. te drzwi nie domykały się i właśnie dlatego chodził na prawie wszystkie filmy. „Ciekaw jestem. że już mnie masz. Naładował rewol- wer: małe fasolki wracały do swych strączków. nie mógł już płynnie działać. Ogień. śmiejąc się wszystkimi zmarszczkami okrągłej twarzy. — Myślałeś. Oto po lewej stronie ukazała się wąska sylwetka... Ogień. Sylwetki nie wyskakują aż tak szybko.. Czuł w sobie straszną wściekłość. przyśpieszał tempo poruszania się sylwetek. że pistolet automatyczny. Usłyszał suchy trzask iglicy. Oby dosięgły swych adresatów. wyższa. Powinien rozluźnić palec. co? Zdychaj. — Ach. Licznik psychosomatyczny pomylił się. żeby nie dało się sto- sować zwykłej metody repetowania rewolweru. Jego eminencja kciuk zesztywniał z wysiłku. Był spokojny: tych dwóch załatwił. Ostatni byłby mnie dostał. przedziurawił pan z pięćdziesiątkę Żółtków. Z pewnością równie nowoczesne. wy- męczony przez dodatkową pracę systemu podwójnego. Inna. Zawsze panu powtarzam. Zatrzymał się dopiero na progu wyczerpania.” — No. Tuż przed nim ukazała się następna. — Wiem. Ogień.

elegancko. bez powodzenia. przesuwające się za bra- mami. może pod tymi samymi drzewami. z pustym żołądkiem. Później zjawił się tu jego ojciec. Jessica mieszkała blisko La Muette. obojętnie. — Pani Boïsse zrobiła się na piękność? 152 . Czerwcowe wieczory trwają bez końca. rozgniatając piasek pode- szwami butów fabrykowanych przez najlepszego włoskiego pro- ducenta obuwia w Paryżu. karoce. Ogrody. niewiele skrom- niejsze od pałaców? Nie dla arystokratów. rycerzy. albo też ukrywali je przez sympatię dla rubli. próbował dzwonić do jednych czy drugich drzwi. wzniesionym tuż przed wojną.tym kinie. ze żwirem zgrzytającym pod nogami. te masywne balkony z kratami z kutego żelaza (Alek- sander uwielbiał kute żelazo). Była to era sojuszu: republikanie francuscy nie żywili żadnych uprzedzeń wobec bojarów. Przepych alei ogrodowych. Jego dziadek przechadzał się tędy jakieś osiemdziesiąt lat temu. wylewająca się znad murów pię- ciometrowej wysokości. I oto teraz on żegnał się z tym miastem. Te wielkie klatki schodowe. Ci umieli jeszcze żyć. czy była to mieszkanka dzielnicy. jeśli tylko obraz mu się podobał. Bez pośpiechu prze- mierzał wielkie mieszczańskie trakty swej ulubionej ósmej dziel- nicy. Opuścił kino po scenie dziejącej się w hotelu. Tuż obok znaj- dowała się sowiecka ambasada. robiąc miej- sce każdej przechodzącej kobiecie. czy też zwykła portugalska bona. Dzisiejsza wycieczka zajęła czas dwóch lub trzech seansów. Aleksander zdawał się odkrywać tu fantomy przeszłości. Dla kogo wybudowano te wspaniałe domy. lecz dla agentów gieł- dowych i bankierów. w bardzo brzydkim i bar- dzo komfortowym budynku. lecz to go nie niepokoiło: film wyświetlany był non stop. Zostawił swoją omegę na parkingu i udał się do Jessiki piechotą. a on wyrobił sobie już markę bywalca pozostającego w ki- nie znacznie dłużej. Z balkonu można było zobaczyć Lasek Buloński. Szedł z uniesioną głową. szlachciców. Zielona masa bluszczu. nosił fioletowe rękawiczki.

zawsze ubraną na czarno. owszem. — Może jednak? Iwan będzie tu najwcześniej za dwadzieścia minut. ogromne talerze. czy też jest pan impotentem? Mówiła z lekkim akcentem amerykańskim. coś w niej prowokowało go do tego. jeżeli któregoś dnia przestanie pani pełnić funkcję pośrednika. W jednym kącie prążkowane na czarno i biało kanapy ustawione były na brzegach skóry z ze- bry. wynurzająca się z wiadra z lodem. Zwracając się do tej kobiety Aleksander stawał się zawsze tro- chę grubiański. — Nie? Nie zmie- nił pan zdania? Aleksander usiadł na jednej z kanap. zobaczymy. jest w tym coś wspaniałego. a na nim no- woczesne srebra. Miała ze czterdzieści lat. że chce podać jej 153 . Zresztą. lecz wciąż była bardzo atrakcyjna. że nie powinno się nigdy mieszać obowiązku i przyjemności. Zaprowadziła gościa do salonu. gotowa jestem w każdej chwili dotrzy- mać umowy. same koronki i falbanki. — bawiła się paskiem szlafroka. czyż nie? — Ale przyjemność. Niech pan się wreszcie przyzna: czy ja się panu nie podo- bam. Nawet nie udawał. nasyco- ną zapachem tytoniu. która zamienia się w obowiązek. retro do drugiej potę- gi. nakrycie dla dwóch osób i wreszcie złota szyjka butelki. — Gdy jednak obowiązek staje się przyjemnością.. ściągający tę zwiewną mate- rię. prawie przezroczysty szlafroczek. — Jeśli idzie o mnie. typowe dla nowego stylu go- towania. Jessica zapaliła papierosa. ale zmilczał. — Moja droga Jessico — odpowiedział jej rozleniwionym głosem — doświadczenie uczy nas. Jessica była szczupłą brunetką. staje się torturą. Miał ochotę odpowie- dzieć jej niegrzecznie. W drugim czekał przykryty szklaną taflą stół. Dzisiaj był to czarny. Pasek. że narzeka pani na brak wielbicieli.. był ledwie związany. Proszę jednak nie udawać. przystojną.

Pitman popełnił błąd. gdy myślał o czymś zupełnie innym. Ktoś powinien wreszcie spostrzec. białą lancią do któregoś z wydawców: wystarczało to do zaspokojenia ciekawo- ści paryżan co do prywatnego życia Aleksandra Psara. bo uważają. żebym się panu nie podobała. że Jessica posłuszna była Pitmanowi? Pieniądze? Szan- taż? Aleksander nie wiedział tego i wolał się nie dowiadywać. to nie propaganda. 154 . potem amerykańskiego impresaria i później in- nych jeszcze dżentelmenów. ani też to. Po raz pierwszy tego dnia w jego pamięci pojawiła się Ałła. Kanadyjka urodzona w Cannes. — Znam litera- tów całkowicie normalnych. nie trzeba. gdy wyobrażał sobie bliski powrót. żeby ta zależność była jeszcze większa”. Zachód jest naprawdę zgniły. Od czasu do czasu pokazywała się z Aleksan- drem u „Maxima”. Jessica śledziła jego spojrzenie i zadrwiła: — Ani impotent. świadomie pominął te dwie drogie mu osoby. Jej wspomnienie przeszy- ło mu serce. „Pitman ma mnie w ręce. — Istotnie. którzy podają się za inwertytów. Co spra- wiało. Cza- sem jednak. Oglądał swoje paznokcie. jakby zrywała się jakaś tama: „Och. chociaż naprawdę do niego nie należała. albo zabierała go swą małą. że taka opinia będzie dla nich korzystna. działo się tak. przydzielając mu tę palaczkę. Być może jednak Pitman zrobił to rozmyślnie: związek między nimi mógłby zaszkodzić sprawie. co? Z pewnością mówi się tak o panu w środowiskach literackich. tylko po prostu jest pan ciotą. w tych środowiskach nie szkodziłoby mi to w ża- den sposób — odrzekł Aleksander nie prostując. Cóż. Jessica.ogień. Miał ładne dłonie i pozwalał sobie na nieco staroświecki \ luksus starannego wygładzania pilniczkiem paznokci. żona najpierw pewnego włos- kiego księcia. mój syn!”. że nienawidził kobiet palą- cych. Zazwyczaj zabraniał sobie myślenia o niej i o małym Dymi- trze. Wyrzucał sobie później ten brak czujności: „Trzeba się kryć”. Nawet dzisiaj rano. moja żona! Och. Jessica Boïsse miała swoje znajo- mości w międzynarodowym high society.

„Zaskroniec — mawiał Pitman — nie zajmuje się podpatrywaniem żaby”. W niebieskich oczach często pojawiał się wyraz czułości. gdybyś tylko zechciał. Ktoś zadzwonił do drzwi. Aleksandrze Dmitryczu? Iwan IV był krępym mężczyzną około pięćdziesiątki. Jessica poszła otworzyć. Iwanie Iwanyczu. rzadkie włosy. skoro o wiele prościej jest uzależnić go. Był to stały żart Aleksandra: Iwan Iwanycz nie znosił wódki. — Ręka boga nie jest uchwytem pompy. szpiegować. Po co podpatrywać kogoś. Uścisnęli sobie mocno dłonie. To nieładnie wy- śmiewać się z biednego żołądkowca. że mógłbyś mi wyrwać ra- mię. I wciąż jesteś piękny jak bóg. Iwanie Iwanyczu. instruować. miały za zadanie za- słonięcie łysiny. Skończ już z tym udowadnianiem mi.W jego dyrekcji do dobrych obyczajów należało nie wiedzieć zbyt wiele. — Cieszę się. — Co słychać. towarzyszu pułkowniku. czego zresztą bardzo żałował. brązowy garnitur i wielkie półbuty. czesane w poprzek czaszki. — No i co? Żadnych APK dzisiaj? Aleksander lubił popisywać się żargonem KGB: na pijatykę mówiło się Aktywność Polityczno-Kulturalna. majorem. Rude. że pana widzę. Stosownie do swego dezabilu poruszała się imitując styl „na panterę” lat dwudziestych. Aleksander miał stopień pułkownika z nadania. Iwan Iwanycz wpatrywał się w swego agenta: — Dobrze wyglądasz. Napij się raczej ze mną wódki. Jego twarz pokryta była śladami po ospie. choćby to nawet był przeciwnik. „Funkcjonowanie zamków w drzwiach to nie nasza dziedzina”. Iwan Iwa- nycz był zawodowym oficerem. Aleksandrze Dmitryczu. wzru- szenia. Miał na sobie koszulę w biało-niebieskie paski. — Dajcie spokój. 155 .

jest szampanskoje. Iwan Iwanycz zmrużył oko: — Chętnie by tu z nami została. poprosiłem o pilne spotkanie nie tylko ze względu na homara. Wydając radosny okrzyk oczekiwania wyciągnął rękę po butelkę.. Co prawda mam dla ciebie kilka drob- nych spraw. że będziecie rów- nie szczęśliwi beze mnie. na przykład powieść historyczną szkalującą Dosto- jewskiego. który radośnie zabierał się do odłamywania szczypców homara i łamania zę- bami kości gęsi. wracam. — Jeżeli serce ci to dyktuje. Usiedli przy stole.. — Nie. że skończyłem. 156 . Wyszła z pokoju. dziwka. serce. Co innego było bardzo pil- ne: chciałem ci powiedzieć. Czuło się w nim pogodnego człowieka. Jeśli o mnie idzie. — Iwan Iwanycz podszedł do szklane- go stołu: — Kawiorek! Homarek! Gąska! Coś mi się wydaje. serce.. nie krępuj się. Ale myślę. — Co skończyłeś? — Skończyłem moją pracę dla dyrekcji. skądże. Gdybyście chcieli tańczyć na golasa. Iwan złożył nakrochmaloną serwetkę w trójkąt. zawołajcie.. — Ty. tak. Miałbyś ochotę. W każdym razie we Francji. Znam się na moim zawodzie. Aleksander pomyślał — była w tym i litość dla Iwana. i zadowolenie — że wkrótce popsuje mu apetyt. że rachuneczek będzie słony. zasłońcie okna: mam sąsiadów. zostawię was z waszymi sprawami. — Iwanie Iwanyczu... co?! Ty mnie zadusisz. — To twoja sprawa. Mówiła kiepskim rosyjskim. Jessica wtrąciła się: — Szampanskoje? Tak. co? Jeżeli nasza damulka po- myślała o kropelce szampana. Aleksandrze Dmitryczu. ale to mogłoby poczekać. — Panowie. Jeśli będzie- cie mnie potrzebowali. którego rożek wsunął między dwa guziki pomiętej ka- mizelki. — Ach.

ja cię lubię. — Zgodziłem się. Gdzie? Jeśli ko- niecznie chcesz wiedzieć. Nie możesz mi tego zrobić. dokładnie rzecz biorąc na galeryjce chimer. prawda? — Iwanie Iwanyczu. i moja żona także.. chociaż była już dziesiąta w nocy.. ale musisz pamiętać. przyznaj się. gołąbku. o ojczyźnie! Aleksandrze Dmitryczu. tak jak my wszyscy. Wykonaj więc. W jasnych oczach Iwana Iwanycza pojawiła się miękka czu- łość: — Sasza. Trzydzieści lat upłynęło. było wciąż jasno.. Iwan Iwanycz wyrwał serwetkę i rzucił ją na stół: — To skandal! To potworne! Nie uwierzę w to nigdy. Bę- dziemy dalej pracowali jak do tej pory. W pokoju majaczył błękitny półcień. Ty nie masz się co zgadzać. Prze- każ wiadomość dalej. Jakub Mojsiejewicz dał mi swoje słowo. — Nie masz racji. — Co? kiedy? Jaką propozycję? — Trzydzieści lat temu. żartujesz sobie ze mnie. że twoje zadanie sprowadza się do jednego: jesteś pasem transmi- syjnym. postawiłem pewien warunek: mianowicie że wrócę. ale to właśnie on mnie zwerbował. zgodziłem. Działo się to w okolicy św. między dwiema wieżami. co do ciebie należy. gdy zgo- dziłem się przyjąć uczynioną mi propozycję. Gdy Aleksander wrócił do domu. Zgodzono się na moje warunki. Pewnie nie wiesz o tym. Saszeńka. zgodziłem się wykonywać moją misję trzydzieści lat. Transmituj. I przede wszyst- kim nie można przerwać misji tak sobie. Elektroniczne szachy 157 . Jana i wie- czory paryskie niewiele różniły się od białych nocy Petersburga.. powiedziałem ci. nim skończę pięćdziesiąt lat. Ja się już przyzwyczaiłem do Paryża. Gdy więc przyjąłem propozycję.. w czasie jazdy! Pomyśl o organizacji. Iwanie Iwanyczu. niczym więcej. na wieży Notre Dame... nadszedł czas powrotu. Powtarzam.. masz słuchać. Aleksander patrzył na niego uważnie: — Iwanie Iwanyczu.

działającego gdzieś w świecie. Nie miał jednak wolnej głowy. Mając lat pięćdziesiąt siedem Pitman był najmłodszym człon- kiem Areopagu Teoretyków. najmniej jeszcze odpowiedzialnym. przyznał sam sobie prawo rozplątania do 158 . choćby był nie wiadomo jak wściekły. I wreszcie wielka nawa kościoła. to złagodzić nieco wymowę tego apelu przez osłodzenie go przeprosinami i uspra- wiedliwieniami. która nie dosięgła już policzka syna. który zmienił nazwę na dyrekcja «A». Iwanowi Iwanyczowi. nie pozostawało nic innego jak tylko przekazanie żądania po- wrotu Oprycznika. których młode po- kolenie nazywało czapkami-niewidkami. Jednym z jego zadań. za każdym razem musiał uczyć się na pamięć jego zdjęć i potem niszczyć fotografię. opadająca dłoń. i dwie małe sylwetki na mostku kapitańskim: młody mężczyzna i jego kusiciel. że dzięki nieprzeniknionym arkanom byłego departamentu «D». Inne funkcje. Młoda kobieta o oczach pełnych patosu i czujnych. Aleksander siadł przy szachownicy i szukał riposty. bo światełko zgasło. jednym z tych. Chłopczyk o ja- snych włosach. gene- rał major od dawna przestałby się zajmować bagatelami rodzaju jednego z agent d'influence. poznawał krok po kroku. I dłoń. Przed jego oczami przepływały obrazy. Ale Pitman. było wymyślanie najróżniej- szych bzików i aberracji. płynąca niebem. jeszcze bardziej tajne. Jedyne co mógł zrobić. Stary człowiek umierający w szpitalu: „Ja nie wrócę już. Zaj- mowałby się dwiema rzeczami: administracją podległych mu sektorów i polityką w stosunku do „góry”. zarażony bakcylem Sun Tsu. w trakcie następujących po sobie wta- jemniczeń. Alek. ale ty wrócisz zamiast mnie”. które ZSRR wmówi światu w czasie następnych dwudziestu lat. Depesza znalazła się na biurku generała majora Jakuba Pitmana. przysłuży się ludzkości. Gdyby w dyrekcji «A» przestrzegano ściśle regulaminu.musiały znaleźć rozwiązanie. życie jego nie pójdzie na marne. Już teraz jednak wysysał boską ambrozję najwyższej prawdy i przekonany był.

co Abdulrachmanow otrzymy- wał bez proszenia: żeby otwierano przed nim drzwi samochodu. ale też brakowało mu śmiałości. przybrał już wygląd starej rosyjskiej chaty. Podjechał samochód służbowy. w starożytnej wiosce. — Do Wołkowa. Abdulrachmanow osiadł o jakieś sto kilometrów od Moskwy. przed szachow- nicą. z jej koronkowymi szczytami i pokrzywionymi stopniami ganku. wzniesiony tuż po wojnie. Pitman usiadł z tyłu. w której KGB zbudował dacze dla swych pracowników. Potem się- gnął dłonią w stronę wiertuszki. Dacza Abdulrachmanowa zbudowana była tuż nad jeziorem. Abdulrachmanow żył tu samotnie.końca „boskiego węzła”. Jezioro było całkiem gładkie i bezbarwne. Gdy czytał raport Iwana Iwa- nycza. Pomiędzy drzewami zachodziło słońce i. któ- rzy zajmowali miejsce obok kierowcy. za- wierająca zadania szachowe. Na gałęziach wykwitały małe eksplozje światła. jakby angażując się w ostatni bój. Obszar ten był strzeżony przez uzbrojonych wartowni- ków i psy. Pitman zastał starego człowieka na werandzie. Weranda zawieszona była nad taflą wody. mając do towarzystwa je- dynie niemego ordynansa. obywał się bez haremu i bez rodziny. Można było łowić ryby w jeziorze. Około czterystu hektarów ogrodzono i odcięto od świata. Panowała tu cisza natury pozostawionej w stanie dziewiczym. by domagać się tego. Drewniany dom. rekru- tując owych siedmiu Francuzów. wypuszczało strzały swych promieni w las. Nie aprobował populistycznego gestu niektórych przełożonych. polować lub zbie- rać grzyby w lesie. który sam zasupłał w młodości. aparatu telefonicznego.. którym posługiwać się mogli tylko władcy świata: — Czy mogę przyjechać? — Czekam na pana. na której stały ogromne kolorowe figury w dawnym stylu. Na stole leżała prymitywnie zadrukowana kartka papieru. przeżył ponownie scenę na galeryjce chimer.. 159 .

że nie chcia- łeś go kiedyś zatrudnić? Dla żartu Abdulrachmanow posłużył się tytułem. który przybywał zawsze w porę. wnosił już w wyciągniętych ramionach brzuchaty. by ocalić 160 . kołacze. Wracał jeszcze kilkakrotnie przynosząc małe chleby o różnych kształtach. — Ludojad. lecz nie wypadły. a tymcza- sem Psarowi udało się — musiał w tym celu potrząsnąć paroma szkieletami w paru szafach — uzyskać dla niej jedną z wielkich nagród literackich. Pierwszym z nich była powieść Emanuela Bluna. Jego wielkie zęby pożółkły. minę starego zrzędy. bubliki. ani na gościa. samowar! Innokienti. Wiek nie przygarbił Abdulrachmanowa. tyle że jego barki za- okrągliły się i teraz już nie tylko jego czaszka. który przy- sługiwałby Pitmanowi w starej Rosji. kiełbasę. buchający parą srebrny samowar. Mimo to Blun w dal- szym ciągu uchodził za liberała: wiernym przyjacielem bohatera powieści był pewien milczący lecz sprawny członek partii komu- nistycznej. ale i cała sylwetka upodobniła się do gigantycznej głowy cukru. a w ZSRR przyznano jej nawet laur opatrzony imieniem jednego z najkrwawszych katów ludzkości. — Oprycznik? Przypominasz sobie. że pańskie zamiary wobec Oprycznika są bardzo konkretne. nie patrzył ani na swego pana. zawsze byłem przekona- ny. — Kenti. głowę miał opuszczoną. „Bardzo stary ludojad — pomyślał Pitman. ekscelencjo. który ma więcej niż osiemdziesiąt lat”. Wierny przyjaciel. Pitman chętnie przyznał się do swej ówczesnej pomyłki i za- częli obaj przypominać sobie największe osiągnięcia Opryczni- ka. słoiczki z konfiturami i miodem. Zrównoważył to mówiąc mu „ty”. Gryzł ogórka. Nie chciał jej z początku żaden wydawca. bez wątpienia uprzedzony przez wartowników. Książkę Bluna przetłumaczono na wiele języ- ków. — Mohamedzie Mohamedowiczu. ogórki małosolone.

w każdej czytance i każdym ćwiczeniu grama- tycznym. „Nie chodzi o to — usłyszał wtedy Psar — żeby znalazł się pan na lewicy. na ile można obliczać liczbę oby- wateli francuskich odesłanych nadawcy dzięki staraniom Oprycznika. Tak. Rosyjski dla każdego. przygotowany w ZSRR i nafaszerowany propa- gandą wszędzie. — I Słownik synonimów. — Ale jego Biała Księga o edukacji narodowej!. tak. a rewolucja pod hasłem „proletariat”.narratora od niebezpieczeństw. — O. na jakie narażały go jego wiel- koduszność i roztargnienie. Moha- medzie Mohamedowiczu. jeśli sądzić po wpływach finansowych. kurs językowy realizowany w cią- gu czterech lat. Nie sądzisz. że otchłanie pełne są „ma- łych krwawiących embrionów” francuskich. Niech pan pamięta. który nie może przeczyć oczywistym dowodom. był mistrzowskim osiągnięciem.. Zysk polityczny był ogromny. jest pan uczciwym człowiekiem.” Był wtedy jeszcze jeden powód. — No i jeszcze Rosyjski dla każdego. Później Psar wpadł na pomysł Białej Księgi. gdzie hasło „wyzysk” znajdowało się w artykule poświęconym kapitałowi. W szczególności trzeba było interweniować w przypadku Księgi poświęconej wojnie algierskiej. i Psar domyślił się tego: kampanię w sprawie wojny algierskiej powierzono innemu agentowi i trzeba było unikać interferencji. jednak naturalne skłon- ności kierują pana ku prawicy. Zastanawiam się. — Także i jego Biała Księga o kobiecie nie była zła. skierowanych tam przez naszego przyjaciela? Abdulrachmanow posmarował masłem kromkę chleba i uło- żył na niej plasterki kiełbasy w fantazyjnie zakrzywioną linię. Francuzi do tej pory odczuwają jej skutki. Mohamedzie Mohame- dowiczu. Trzeba było go niekiedy hamować. ekscelencjo.. 161 .

że marksizm stał się doktryną numer jeden. lecz w stronę pewnego cynizmu polityczne go. dementi są szybko zapominane. że niektórzy przenosili swe kapitały do zagranicznych banków. Trzeba je było co prawda później zdementować. — Były też te apokryficzne przepowiednie Guillaume'a Po- stela. bombardierzy porzucą kule armatnie. ale.. ale za moich czasów doszliśmy do tego. 162 . Nagle jednak generał-pułkownik nachmurzył się i zmienił ton rozmowy: — Nno więc. Obaj mężczyźni lubili przypominać sobie wydarzenia.. Czy to prawda? Pitman złożył na obrusie pierożek. — Tu popełniono pewien błąd: o wiele zręczniej jest zjedny- wać dla nas Péguy przez odpowiednie manipulacje kontekstem.” Czy słuszne było podejrzenie. rodzajem ab- solutu. Otóż teraz dochodzą mnie słuchy. Tak się wyrażają przekonania reakcyjne.. które przypadły na młodość jednego i wiek dojrzały drugiego. ogarnęła panika w wyniku lektury Apokalipsy maga z Barenton: „Zaciężni rycerze upuszczą halabardy. Nie robię ekscelencji wyrzutów. — No i Słownik cytatów: dwadzieścia osiem cytatów z Jau- rèsa i tylko trzy z Péguy. i będzie się to działo w roku 7488 od stworzenia świata. zauważam we Francji pewne przesunięcie. a kłamstwa pozostają. a nie ucieleśnienia idei. Ależ się zaśmiewano na placu Dzierżyńskiego. nie ośmiesza się tym samym w towarzystwie.. kto nie jest marksistą. — Nie można mieć tego za złe Psarowi.. jak mówi nasze Vademecum. tych kartezjańskich Francuzów. brakowało mu jesz- cze wtedy doświadczenia. gdyż ogarnął ich Wielki Strach? W każdym razie sukces psycho- logiczny był ogromny. i gotowość widzenia w faktach faktów. galery popłyną bez wioślarzy i sakiewki pełne złota rozsypią się w rynsztokach w dniu. może nie ku prawicy. gdy Francu- zów. który już niósł do ust. pesymizmu. kiedy Czerwony Wojownik z uniesioną dłonią ukaże się w promieniach wschodzącego słońca.. że we Francji ktoś.

Pitmanowi zdawało się. Nie wiem. nie lekcewa- żyłbym paryskiej frondy. którym był w istocie. w dyrekcji? — Gdybym jednak był na waszym miejscu. Rozgniewać przełożonego było czymś. czego obawiał się naj- bardziej. przyjaciel- skich przysług i prezentów dla tej idiotki Eliczki. jak się to działo. nic nie ukryje się przed pańskim spojrzeniem. że słyszy. Obie te operacje mogą być wykonane jednocześnie. by za chwilę zgasnąć. Po jeziorze rozchodziły się kręgi. — Ja — burknął — jestem już poza tym wszystkim. płasko uderzyła o powierzchnię. że nie dyrygujemy już inteli- gencją francuską tak sprawnie. paraliżujący biurokracje totalitarne. za- pewniam pana. nie udało mu się wyleczyć Pitmana z nawyku zanurzania się w nastrój samo- krytyki. Powierzchnia jeziora zabarwiła się na czer- wono. jak rozbijają się na palach. jaki się mu sprawiało? — Mohamedzie Mohamedowiczu. robię co tylko jest w mojej mocy. Jakże można było znieść zawód. na których wzniesiona została weranda. informacje dotyczące stanu opinii publicznej świadczą o tym. czy czegoś nie zaniedbałem. W oddali z wody wyskoczyła ryba i. by przeprowa- dzić przeciwko nim ekspedycję karną w wielkim stylu. Proponowałbym. gdy pan był sze- fem. wykonawszy skok. Mimo trzydziestu lat zażyłych stosunków. W każdym razie w Paryżu szykuje się fronda przeciwko nam. Czy jed- nak było to możliwe. której inicjatorami są w znacznej mie- rze nasi dysydenci. żeby ująć sprawy żelazną ręką. Francuska opinia publiczna ma jeszcze tro- chę znaczenia w świecie. Ten przełożony był w dodatku jego dobroczyńcą. A nasi dysydenci zasługują na to. towarzy- szu generale? Słońce zaszło już. czy jest w tym moja wina. Abdulrachmanow westchnął jak stary człowiek. lecz rzeczywiście. coraz rozleglejsze i coraz słabiej zaznaczo- ne. 163 . Być może osłabła nasza czujność. — Czy mielibyście dla nas szczegółowe polecenia.

Abdulrachmanow nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Być
może i on próbował usłyszeć ten dźwięk, a może inny, równie
nieuchwytny, który miał się narodzić dopiero w przyszłości.
Wreszcie:
— Co zamierzasz zrobić z Oprycznikiem?
— Właśnie chciałem się pana poradzić, Mohamedzie Mo-
hamedowiczu. Oprycznik jest po trosze pańskim dzieckiem.
Abdulrachmanow uniósł głowę:
— Słuchaj — powiedział — zrobisz jak zechcesz, jeśli jednak
o mnie idzie, to lubiłem zawsze jasne podziały i koszule, w któ-
rych ilość guzików zgadzała się z ilością dziurek na guziki.
Nie wiesz, co zrobić z Oprycznikiem, nie wiesz, jak przykręcić
śrubę Francuzom i dysydentom? Trzeba tylko włożyć odpowied-
nią śrubę do odpowiedniej nakrętki. Car Iwan prawie starł z po-
wierzchni ziemi Psków, żeby dać nauczkę jego mieszkańcom.
Przydałaby się nam operacja Psków... Od kiedy poznałem
młodego Psara, przekonany byłem, że mógłby odegrać rolę
w pewnym małym, dobrze przygotowanym montażu. Czy eksce-
lencja chciałby dowiedzieć się szczegółów?

4

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA
(Montaż Psków, faza numer jeden)

Na uniwersytecie leningradzkim miały się wkrótce zacząć wa-
kacje, ale Gemma nie wracała do Włoch, zajęta posłannictwem,
które sama sobie wyznaczyła: walką przeciwko prześladowa-
niom.
Wypowiedziała wojnę komunizmowi; gdyby żyła w czasach
faszystowskich, próbowałaby zabić Mussoliniego, w dziewiętna-
stym wieku rzucałaby bomby na cesarzy i ich ministrów, zaś w
epoce Rewolucji Francuskiej zasztyletowałaby Marata. By móc
zrealizować swe plany nauczyła się rosyjskiego i, jako amatorka
konspiracji, wybrała sobie jako przykrywkę swej działalności
studia filologiczne w ZSRR.
Gemma, urodzona w Toskanii, miała ładną twarz, lecz ubie-
rała się strasznie. Jej potężnych rozmiarów pierś okrywały nie-
zgrabne, nieforemne swetry, spodnie, które nosiła, groziły w
każdej chwili pęknięciem. Mimo to nie mogła narzekać na brak
zainteresowania: cały rój studentów, głoszących — by się jej
przypodobać — mniej czy bardziej dysydenckie poglądy, kręcił
się wokół niej. Nikomu zresztą nie pozwalała się zbliżyć. Intere-
sowała ją wyłącznie walka.
Na razie, w oczekiwaniu działalności bardziej krwawej, stwo-
rzyła system konspiracyjnego wywozu tekstów samizdatu, i
chwilowo się tym zadowalała.
System istniał już od ponad dwóch lat i jego początki wiążą
się z pewnym wieczorem, kiedy to, po wyjściu od przyjaciół,

165

Gemma nie mogła znaleźć taksówki, która by ją odwiozła do
domu, na ulicę Marata (ateistka, lecz pełna przesądów, poten-
cjalna tyranobójczyni widziała pomyślny znak w tym, że znalazła
dla siebie mieszkanie, w mieście, gdzie było o to tak trudno, przy
ulicy noszącej podobne imię!). Było zimno, do butów przyklejał
się śnieg. Znajomi wyjaśnili Gemmie, że prawie każdy z prywat-
nych kierowców zawiezie ją do domu za parę rubli. Zatrzymała
pierwszy pojazd, jaki nadjechał.
Była to ogromna ciężarówką na której niebieskimi literami na
białym tle wypisana była nazwa: Sowtransawto, obok widniały
dwie przecinające się litery С oraz numer telefonu, który Gem-
ma zapamiętała, jako że przygotowując się do sekretnych dzia-
łań wojennych wyćwiczyła się w zapamiętywaniu długich serii
cyfr: 2213653. Wielka masa żelaza, pędząca z łoskotem przez
noc, zazgrzytała i zatrzymała się. Gemma wspięła się do prze-
grzanej kabiny kierowcy.
— Dokąd?
— W pobliże Dworca Moskiewskiego.
— Pięć rubli.
Nie targując się wyjęła z kieszeni pięć rubli.
— Mówisz dobrze po rosyjsku, ale jesteś cudzoziemką...
— Włoszką.
— Niemożliwe! Naprawdę? Ja właśnie wracam z Włoch!
Szofer ciężarówki był wysokim chłopcem o kwadratowej twa-
rzy i małych zezujących oczkach, zawsze patrzących w jeden
punkt, jakby jakiś niewidzialny papieros stale przyciągał jego
wzrok. Wyjechał z ZSRR z ładunkiem chromu, wrócił z Europy
przywożąc alkohol:
— Prawdziwy gołąb pocztowy.
Gemma strąciła ze swego kolana dłoń kierowcy i ostro zaata-
kowała ZSRR, oskarżając go o niedotrzymywanie umowy helsiń-
skiej. Chłopak mruczał coś pod nosem, hm i tak, w sposób, który
go do niczego nie zobowiązywał. Już na ulicy Marata wymamro-
tał bez przekonania:

166

— Może byśmy się spotkali?
Gemma, w przewidywaniu najróżniejszych usług, jakie mógł-
by jej oddać, zgodziła się. Następną niedzielę spędzili razem.
Pojechali do Pietrodworca. Wiaczesław był zły, gdyż fontanna, w
której, jak słyszał, mechaniczny pies poluje na sztuczne kaczki,
była zamarznięta. Gemma znów rozpoczęła swą agitację i tym
razem osiągnęła pewne umiarkowanie pomyślne rezultaty:
— Ja jestem człowiekiem kulturalnym i dzięki temu nie cier-
pię, ale to prawda, że chłopak, który zarabia 75 rubli na miesiąc,
podczas gdy para porządnych butów kosztuje 150...
Tydzień później wybrali się do Pawłowska. Wiaczesław chciał
zobaczyć Lwie Schody, szersze u dołu, co, w zamierzeniu bu-
downiczych, miało podwyższać je optycznie.
— My, Rosjanie — skomentował — nie musieliśmy wcale
czekać na komunistów, żeby coś osiągnąć.
Gemma doszła do wniosku, że Wiaczesław nawrócił się już
dostatecznie i że można mu już zaproponować zabranie w kolej-
ną podróż jednego czy dwóch manuskryptów. Zgodził się nie żą-
dając niczego w zamian:
— Zrobię to, powiedzmy, z miłości dla wolności.
Gemma poleciała pierwszym samolotem do Rzymu. Znała
tam Enzo Grucciego, małego, ciężko pracującego wydawcę, któ-
ry publikował książki na koszt autorów. Wyjaśniła mu, na czym
polega jej projekt, i zostawiła mu coś, co nazywała swoim „bre-
wiarzem”: listę miejsc spotkań i całą serię haseł i kodów, okre-
ślających dni i godziny. Dumna ze swego profesjonalnego podej-
ścia, wróciła natychmiast do Leningradu. Z maszynopisami nie
będzie miała kłopotu: samizdat był dla rosyjskich studentów
czymś w rodzaju LSD.
Po tygodniu zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powiadomiła go, że
miała pierwszą randkę z pewnym młodym człowiekiem, Ro-
sjaninem, że czytała właśnie książkę, wydaną w roku 1825,

167

ortografia tej książki sprawia jej pewne trudności, a ponadto ma
zdawać egzamin, we wtorek lub może we środę.
Signor Grucci, wciąż jeszcze sceptyczny, zajrzał do brewiarza
i zadał sobie trud przetransportowania swego obfitego cielska
pod łuk Tytusa. Znalazł się tam w najbliższy czwartek, o godzi-
nie 18.25. Tego dnia nic nie osiągnął, powtórzył więc to samo
nazajutrz i natychmiast zwrócił uwagę na wysokiego zucha o
bardzo długich nogach i krótkim torsie. Chłopak kręcił się w
umówionym miejscu, trzymając pod prawym ramieniem pakiet
starych «Oggi». Zdawał sobie sprawę ze śmieszności tego, co
miało nastąpić, lecz wietrząc jednocześnie przyszły zysk, Grucci
podszedł do nieznajomego i zacytował, bardzo wyraźnie, we-
zwanie do mordu, zaczerpnięte z libretta Normy:
— Strage! strage! sterminio, vendetta!
Mężczyzna, zaciskając powieki, bez słowa wręczył mu paczkę
«Oggi». Wewnątrz Grucci znalazł kopertę, a w niej dosyć spro-
śne opowiadanie, które, przetłumaczone tak, by stało się nieco
bardziej sprośne, pozwoliło wydawnictwu Mewa wypłynąć na
szersze wody i przeżyć najbliższych sześć miesięcy. Sprawa to-
czyła się dalej. Nawet nie licząc sukcesów sprzedaży w księgar-
niach — dochodziło do nich! — Grucci mógł w każdym wypadku
polegać na permanentnej klienteli, na którą składali się rosyjscy
emigranci, biblioteki uniwersyteckie (głównie amerykańskie),
służby wywiadowcze i instytucje propagandowe. Jedni ciekawi
byli oryginałów, drudzy opierali się już na tłumaczeniach; jedni i
drudzy sprawili, że Mewa stała się głównym na Zachodzie im-
porterem samizdatu. Wszystko to było zasługą Gemmy, która,
nie żądając najmniejszego wynagrodzenia, przyniosła wydawcy
szczęście, zapewniła mu pomyślność. Autorzy, rzecz jasna, naj-
częściej w ogóle nie upominali się o swe honoraria, jeśli nato-
miast, wyjątkowo, trzeba było zapłacić któremuś z nich, Grucci
czynił to z ociąganiem i stosując wszelkie możliwe wybiegi —
odwlekał moment wypłaty, a pieniądz przynosił mu procent.

168

Dziwna współpraca pomiędzy kochającą wolność dziewicą i
zarabiającym na ideologicznej dywersji wydawcą rozkwitła w
najlepsze.
Każdego dnia, idąc na uniwersytet, Gemma sprawdzała
punkty, które wyznaczała „członkom swojej siatki”. Rozsiane
były w różnych miejscach: dwa znajdowały się na Newskim Pro-
spekcie, jeden na Polach Marsowych, jeden na Placu Pałaco-
wym, dalsze w ogrodach Gorkiego i na Placu Dekabrystów. Tego
poranka — był właśnie czerwiec, i słońce, jak zakochany po raz
pierwszy młodzieniec, nie ułożyło się wcale tej nocy do snu —
znalazła na jednej z ławek w ogrodzie Gorkiego narysowany
kredą romb. Wieczorem więc zaszła do pewnej knajpki na New-
skim Prospekcie, do baru, którego szyld ogłaszał lakonicznie
jedną tylko rzecz: piwo.
Dunduk był już na miejscu, wielki i rudy; spod prochowca,
który idiotycznie włożył na siebie, wyzierała biała koszula (chciał
ją ukryć zapewne). Nie przyniósł ze sobą numeru «Prawdy».
Gemma natomiast, zgodnie z umową, miała przy sobie «Praw-
dę». Powinni byli wymienić między sobą egzemplarze tej gazety.
Być może Dunduk nie przyniósł jej nowego odcinka Rosyjskiej
prawdy, ale w takim razie dlaczego domagał się spotkania?
Usiadła przy stoliku. Butelka była już prawie pusta.
— Co, nie czytasz już gazety? Nie obchodzi cię, co się dzieje
na świecie? Przemawiała surowo. Trzeba nimi wstrząsnąć, tymi
Rosjanami. Słowianie to w językach zachodnich prawie to samo
co niewolnicy.
Dunduk śmiał się bezgłośnie, ukazując szeroko otwarte usta,
do których wlał następny kieliszek wódki. Gemma wstała z krze-
sła:
— Z pijakami nie mam zaszczytu.
Dunduk śmiał się wciąż, nie wydając żadnego dźwięku jak w
niemym filmie.
— Gdybyś wiedziała, co przyniosłem — wyszeptał, posługując

169

się teatralną manierą świszczącego wymawiania spółgłosek
— nie odeszłabyś.
— Co takiego przyniosłeś?
Otworzył prochowiec, rozpiął wiatrówkę, kamizelkę, koszulę,
wyciągnął paczkę brązowego papieru.
— Tym razem mamy ich w ręku.
„Ich” oznaczało partię, rząd, mocarzy tego świata.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to za brudny papier?
Nie przestawał się śmiać.
— Ależ filut z niego! Wiesz, gdzie to chował? W pudle apa-
ratu telewizyjnego. Znalazł tam miejsce. W aparacie telewizyj-
nym, który mu dali, żeby go uspokoić. Tym razem skończył.
Kropka. Powiedział mi: „Dunduk, wiem, że ty kochasz mateńkę
Rosję. Weź to”. Na całym świecie istnieje tylko ten jeden egzem-
plarz, Gemma. Mam w rękach Rosyjską prawdę, ja, Dunduk.
Przycisnął do piersi brązową paczkę. Drugą ręką posłużył się,
by wychylić następny kieliszek.
Gemma chciała wyrwać mu ten papier, przypomniała sobie
jednak reguły postępowania, które sama opracowała.
— Jeżeli ktoś zobaczy, że mi to dajesz...
Dunduk podniósł się, zachwiał się i zgiął się w ukłonie:
— Piękna panienko, oto prezent dla ciebie: dwa zgniłe śle-
dzie i zdechła mysz. Przyjmij, proszę, wybranko mego serca,
przyjmij to, co ci ofiarowuje szlachetna dusza.
Wręczył jej paczkę, nie przestając się zataczać. Ktoś w są-
siedztwie roześmiał się, jakiś chłopak zarżał:
— Jeżeli masz dość tego chwiejnego kawalera, chętnie go
zastąpię!
Gemma przyglądała się pakunkowi, który znalazł się w jej rę-
kach. Rosyjska prawda będzie w dziejach świata znaczyła tyle
samo co Kapitał lub Mein Kampf, była tego pewna. Poczuła
wdzięczność: to przecież ona, dzięki temu staremu pijaczynie,
antykomuniście Dundukowi, przekazała na Zachód pierwsze

170

kartki dzieła. Trzeba było, żeby także i ona doprowadziła to dzie-
ło do końca.
Wyszła z knajpy bardziej jeszcze oszołomiona niż Dunduk.
Jeśli wszystko się uda, jej życie nie pójdzie na marne.
Trzeba było zacząć od skopiowania egzemplarza Prawdy.
Tak samo Bóg, ten Bóg, w którego wierzą katolicy, skopiował i
powielił Adama. Kopiarki były pod kontrolą, ale Gemma prze-
chowywała u siebie aparaturę fotograficzną. Wiedziała, jak się
nią posłużyć, odbyła kiedyś odpowiedni kurs. Materiały fotogra-
ficzne kupowała w małych ilościach, w różnych sklepach, czę-
ściowo sprowadzała je z Włoch.
Gdy znalazła się u siebie, na ulicy Marata, wśród starych
zniszczonych mebli, jak z powieści Dostojewskiego, otworzyła
drogocenną paczkę. Dunduk nigdy jej nie zawiódł. Przyszedł do
niej któregoś dnia:
— Jesteś Włoszką, prawda? Słyszałem o tobie. Jak tylko bę-
dę mógł coś zrobić przeciwko nim... Zabili moich rodziców... Czy
interesowałby cię wielki myśliciel polityczny, z którego oni chcą
zrobić wariata? Jestem jego pielęgniarzem i on mi ufa.
Od tego czasu siedem przesyłek dotarło na Zachód, z pomocą
Wiaczesława.
Kartki papieru, które znalazła w paczuszce, przypominały te,
które dostawała już wcześniej: cieniutkie jak bibułka do papie-
rosów, pokryte niebieskim pismem, pochylonym i gęstym, o lite-
rach raczej wysokich, nieomal ozdobnych, miniaturowych dla
ekonomii zapisu. Wyczuwało się, że człowiek, który rozwijał te
bibułki, wolałby pisać na pergaminie, posługując się rozległymi
marginesami, światłem, odstępami pomiędzy linijkami. Tym-
czasem musiał mu wystarczyć zwitek papieru.
Gemma czytała po rosyjsku tak samo biegle jak po włosku.
Przebiegła wzrokiem wstęp:
Co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie? Nie bez
powodu ludy germańskie mają aż dwa słowa na „robić”: tun i

171

machert, to do i to make. Nie bez powodu Hiszpanie w dwojaki
sposób nazywają byt, a Helleni używali trzech rzeczowników na
oznaczenie miłości: agape, eros i philein. My tymczasem, bar-
barzyńscy Scyci, używamy słów swoboda i wolia, i obydwa one
znaczą libertas. Mamy też prawdę i istinę, czyli veritas. Nie
sądzę, by było to dziełem przypadku, jako że, o ile wiem, jeste-
śmy jedynym w świecie narodem, który posiada wyraz ozna-
czający nie fałsz czy kłamstwo, czy też błąd, lecz bardzo precy-
zyjnie przeciwieństwo prawdy: kriwda.
Tak, panowie czy też towarzysze, my, Rosjanie, pijani jeste-
śmy veritas. (Owszem, także i libertas, ale wolność to tylko za-
stosowanie, wcielenie prawdy: prawda was wyzwoli, mówi Chry-
stus u św. Jana, a Sołżenicyn uczy nas „żyć nie kłamiąc”, gdyż to
tylko jest wolnością.) Zanim jeszcze staniemy się narodem Bo-
gonoścą, jak o tym marzył Fiodor Michajłowicz, jesteśmy ludem
prawdonoścą, ciężarni prawdą, ciężcy od prawdy. Niesiemy
prawdę tak jak niesie się krzyż, na plecach, i jak nosi się dziecko
w łonie kobiety.
Ponieważ jednak diabeł jest wielce złośliwy, tak już dzieje się
w świecie, że kto nosi jakąś rzecz, niesie też przeciwieństwo tej
rzeczy, i dlatego właśnie jesteśmy też największymi w całym uni-
wersum dostarczycielami kriwdy. Takie są wypukło-wklęsłe
prawa Apokalipsy.
Nasza oficjalna gazeta nosi nazwę «Prawdy», gdyż przynosi
przeciwieństwo prawdy. Wystarczy odczytać ją przy pomocy
zwierciadła, aby wiedzieć, czego chce od nas Prawda-Matka na-
sza.
W Rusi Kijowskiej począwszy od połowy XI wieku znany był
kodeks mądrych i umiarkowanych praw, określany Rosyjską
prawdą. I każdy z nas słyszał tę ludową bajkę, w której car przy-
wołuje do siebie Jasia Głuptasia i wysyła go w świat szeroki:
„Przynieś mi prawdę”.
Kopciuszek wyraża prawdę chrześcijańską, Faust niemiecką,

172

tak nam dopomóż Bóg! Oto co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie. Chłopcy mogą sobie stukać do jej drzwi. Gemma była równie wrażliwa na język Bajek z tysiąca i jed- nej nocy co na styl niezależnej myśli: anonimowy więzień nie powoływał się ani na Marksa. nie bój się. przygotowując reflektor i trójnóg — on. kochany mój czytelniku. zamknięty w wyłożonej materacami celi. Jan). że nadeszła śmierć. jak on spędza te godziny. szalony od swej mądrości. Zasunęła żaluzje i zaciągnęła firanki. Przewracała stroniczkę za stroniczką. on. mamrotała po włosku. lecz zarazem poruszał się całkiem swobodnie w tej przestrzeni. Przyznawał się do swych korzeni duchowych (Rosja: folklor. zaciemniając pokój. Ale prawda rosyjska to Jaś Głuptas udający się na poszukiwanie prawdy. W pokoju jednak panowała stworzona przez nią noc. ani na Sartre'a czy Heideggera. nie w demokratycznej operetce. który wie już. Jej noc dla jej światła. — A on? — zadała sobie pytanie. zupełnie niezależna od reszty świata. ani nocy. za- ledwie trochę się ściemniło. co potwierdzało intuicję Gemmy — prawdziwa wolność może się narodzić tylko pod ciśnieniem to- talitarnego dramatu. chrześcijaństwo: św. Gemma przygotowała w wanience wywoływacz. Jasiem Głuptasiem jestem ja i jesteś ty. Gdy już wszystkie strony zostały sfotografowane. strzeżony przez Dunduka. Otóż. ani świtania. dla innych niedobry. Gemma myślała. Na zewnątrz nie było ani zmroku. aparat robił swój „klik” i Rosyjska prawda stawała się nieśmiertelna. która byłaby ci wierniejsza niż ja”.a Don Kichot hiszpańską. że tak samo będzie w śmierci: lekko się ściemni. Zrobi z każdej kliszy trzy 173 . nic się nie bój”. i nie będziemy nawet wiedzieli. dobry. że dzieło jego życia dostało się w ręce cudzoziemki. ona miała teraz lepsze towarzystwo. „nie ma na całym świecie istoty. pocięta stożkami projektorów. „Och.

zdjęła jedną z listew przyściennych. ukryta w ska- le. niechże policjanci zobaczą od razu. gdy na pięknych. gdy już nie mogła 174 . niewidzialna dłoń. świecących powierzchniach papieru fotograficznego pokazywał się pisany cyrylicą tekst. by nikt nie mógł podważyć autentyczności jej towarów — wsu- nęła do koperty. Trzy z nich wypełniła egzemplarzem Rosyjskiej prawdy. na jaką skalę mierzyć trzeba rozmiary jej akcji przeciwko reżimowi. jeżeli będzie u niej przeprowadzona rewizja. wilgotnych. przeciwnie. będę miała trojaczki — powiedziała sobie Gemma. w którym umieściła drugi egzem- plarz.odbitki. Przez cały ten czas nie myślała wcale o tym. Gdy skończyła wywoływanie zdjęć. jak sądziła. uzyskała w ten sposób konserwę prawdy. war- czącym płomieniu. żeby przemówiły przeciwko niej. tworząc w ten sposób coś w rodzaju pudełka. chciała. a potem wycięła je. topiąc metal w niebieskim. Czuła nieomal macierzyńską radość. Uporawszy się z tym. Wpierw skleiła jego stronice. — Zajmuję się reprodukowaniem. które związała na krzyż sznurkiem. uzyskując skrytkę. w której przechowywała już liczne ma- szynopisy. Następnie sięgnęła po oprawny tom Dziel zebranych Lenina. Przylutowała wieczka puszek. po uprzednim przylepieniu okładki do pierwszej strony książki. w konspiracji. Wyjęła już wcześniej kilkanaście cegieł. Nim przystąpiła do swej działalności. wypisała je na kamieniu. W małej szafce przechowywała mnóstwo puszek po konserwach. Podobnie ukazało się Mojże- szowi Dziesięcioro Przykazań. Nie chodziło jej o ukrywanie książek. opanowała ze dwadzieścia różnych i dziwacznych technik. przydatnych. że w każdej chwi- li mogła się pojawić policja: w Leningradzie konspirowała nie ona jedna i policja pojawiała się tylko wtedy. Oryginał tymczasem — zawsze wysyłała na Zachód oryginały. bie- gnących wokół całego pokoju. włączyła do prądu kolbę lutowniczą. kopertę zaś pomiędzy numery «Ogonioka». tak żeby się pudełko nie otworzyło przez przypadek.

Korytarz mieszkania był pusty. docze- kają Sądu Ostatecznego dzieł sztuki. ich obecność mógł zdradzić co najwyżej słaby odblask bla- chy. jak każdego po- ranka. dzielący z Gemmą wspólne mieszkanie. jeszcze inny żartował. Sąsiedzi. Gemma doszła do kanału Gribojedowa. i wyszła na uniwersytet.się zdać na subtelniejsze metody. który czekał na nią na podłodze. Rosyjska prawda miała być narażona na wielkie ryzyko i otwierając drzwi pokoju Gemma poczuła falę lęku. Ukryła Lenina na wierzchu zbiornika z wodą w ubikacji. beztroska. spali snem sprawiedliwego. Nawet jeśli jej pokój zostanie przeszukany. być może. Zniknęły na dnie. Światło odebrane godzinom zegara wibrowało delikatnie na załomach kamienic i pałaców ulicy Rastrelliego. Czuła się jednocześnie wyczerpana i lekka. rozejrzała się dookoła. Jeden z nich ofiarował jej konwalie. puszki pozostaną w mule dna do chwili. że ten egzemplarz ocaleje. Otoczyli ją wielbiciele. Gdy znalazła się na moście Bankowym. kiedy kanał zostanie oczyszczony. Wróciła do pokoju. Nikt jej nie ob- serwował. Gemma wróciła do siebie. Wrzuciła puszki do wody. drugi przyniósł napi- sany dla niej wiersz. Nie zjadła śniadania mimo nieprzespanej nocy. istniało prawdopodobień- stwo. tylko paru pijaków spało w bramach domów. ale w każdym razie nie kręcili się po mieszkaniu. chrapali albo nie chrapali. wskazując tom Leni- na: — Przecież nie musisz tego czytać! Po co poisz się tą brudną wodą? 175 . w przeciągu paru minut. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z przewidywaniem. rzuciła paczkę «Ogonioków» w kąt. zakrytej przez brązowawą wodę. jedną za drugą. wzięła siatkę na zakupy. albo. przyjęli ją uroczyście. którego oswojone wody kołysały się pomiędzy dwoma równoległymi nabrzeżami: oto gwałt zadany naturze przez administrację. Teraz jednak. włożyła do niej puszki konserw i wyszła. wzięła tom Lenina. Miasto było całkiem puste.

Tej nocy Mikołaj nie położył się do łóżka. Stał z rękami opartymi o biodra i odrzuconą w tył głową: przyglądał się pomnikowi. Postawi ją na złożonym po- dwójnie kocu. Jakie szczęście! Wiaczesław był w Leningradzie. Zamruczał coś pod nosem. Wiaczesław stawił się pierwszy na umówionym miejscu. Był szczęśliwym po- siadaczem maszyny do pisania. — No to trudno. Można umrzeć z nu- dów. Miał na sobie jak zwykle krótką skórzaną wiatrówkę przywiezioną z Włoch. Po wykładach Gemma weszła do kabiny telefonicznej i wy- kręciła numer: — Wiaczesław? — To ja. — Ten tu na górze to była naprawdę waga ciężka. W przerwie między dwoma wykładami poszła do biblioteki. na szóstą wieczorem. — Może poszlibyśmy na spacer? — Jutro do Puszkina? — Nie. która jeszcze bardziej skracała jego tułów i źle harmoni- zowała z jego barkami tragarza. żeby nie drażnić sąsiadów. osiągnie zawrotną liczbę. Jutro jestem zajęta. Od jutra Rosyjska prawda zacznie się rozchodzić po- między czytającą publicznością. Koledzy Gemmy przekonani byli na ogół. podczas gdy on był członkiem Komsomołu. Jeszcze jeden kod: spotkanie zostało ustalone na dzisiaj. nie patrząc nawet na nią. Mikołaj Gerasimow siedział zawsze przy tym samym stoliku. Odpędziła ich wszystkich: — Nie chce mi się wygłupiać z wami. że Gerasimow jej nie lubi: nie ukrywała swej wrogości wobec systemu. i będzie stukał przez całą noc. Za tydzień ilość jej egzemplarzy zwielokrotni się. Puszkin 176 . Pochyliła się nad jego stołem: — Oto Lenin. którego mi pożyczyłeś. Zadzwonimy jeszcze do siebie. pod pomnikiem Piotra Wielkiego. W każdym razie dziękuję.

Wiesz do- brze. I Niemcy. — Zgadza się. Jeżeli przetrząsną mi kabinę. że to w imię wolności. powiedz. — Chcesz coś doczytania na podróż? Wręczyła mu paczkę «Ogonioków». — Wolność. To w imię wolności.. Zrobił kwaśną minę: — Za grube. — Nadwozie? Zapieczętowują je. gdyby taki aparat zaczął nagle galopować tuż za tobą.. Gemma poczuła. Kiedy wyjeżdżasz? — Jutro. — Powiedz. nie patrząc w jej stronę: — Chyba żeby istotnie. zobaczą to. stara. Wiaczesław odezwał się. Przy- kro mi. Czy rewidował cię już kiedyś jakiś Niemiec? Mogę wziąć kartkę czy dwie.. Potem są jeszcze Polacy. Gemma. Wszystko składało się świetnie. Znają się na wszystkich sztuczkach. zrobiłeś to już dwadzieścia razy.miał rację. — Wykluczone. możesz zwariować. co? W końcu znam się trochę na majsterkowaniu. żeby nie spostrzegł jej łez. co ci przychodzi do głowy? 177 . — Wiaczesław. jakby szukali pcheł. — A w kieszeni? Albo pod siedzeniem? W silniku? Wzruszył ramionami. — Cześć. Cześć. — Więc zrób to jeszcze tym razem. Dzięki temu przejeżdżam przez wszystkie gra- nice bez problemu. dziewczynko.. Odwróciła się. wolność.. — No a w samym samochodzie. Nie tylko nasi celnicy przeczesują moje bagaże tak dokładnie. błagam cię.. że łzy jej napływają do oczu. ale dzieła ze- brane twojego kumpla to już przesada. w nadwoziu? To taka wielka buda. Niekiedy rozkręcają nawet zapasowe koła. Boję się o moją skórę. Pieczęcie zrywane są do- piero w Rzymie.

furore e morti. Założą mi je. zawsze tak rozważna i powściągliwa wobec chłop- ców. — Kiedy będziesz w Rzymie? — Nie wiem. Fontanna w środku placu. słucham. Romantyczne? I cóż z tego? Gdyby system zaopa- trywania go w manuskrypty był mniej romantyczny. ani słychu. Powtórzył te słowa wiele razy. w każdym jednak razie reflektował na nią. Ani widu. Dotarła właśnie do strony „23” w książce. Petrarka wydawał jej się trud- ny. często wysługiwał się którymś ze swoich synów. założę znowu pieczęcie. Gemma. silnego akcentu. Będziesz trzymał «Ogonioki» pod lewym ramie- niem. Zadzwoniła do „wujka Enzo”. hasło znowu wzięte z li- bretta Normy. że Wiaczesław nie ponawiał swoich zalotów z pierwszego wieczoru. — Hasło brzmi tym razem: Armi. Nie potrafił zgubić swego pry- mitywnego. którą dostała od niego. Powtórz. pasjonowała się księciem Michałem Twerskim. — Czy znasz Piazza Navona? To ten owalny plac. rzuciła mu się na szyję. Gemma była dumna. czy przesyłka będzie ważna. Postanowił. ssąc jednocześnie pa- pierosa. Trzeba powiedzieć. Grucci notował wszystko skrupulatnie. ta sama godzina.05. musiałby płacić. Otworzył „brewiarz” pod nume- rem 23 : spotkanie na Piazza Navona. Także i Wiaczesław odbył rozmowę telefoniczną: — Parfion Mitrofanycz? — Tak. — Szczypce do pieczęci to znowu nie taka wielka sztuka. a ja je zdejmę. który panował do roku „1305”. że wymogła na nim zachowanie pełne szacunku. „W środę lub czwar- tek” idzie do opery. Przykleję twoją paczkę między dwie sztaby. że tym razem osobiście wybierze się na umó- wione miejsce. Jeżeli przyjedziesz w sobotę. Jeśli idzie o historię. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Nie wiedział. Chyba w piątek. bardziej z lenistwa niż przez ostrożność. 178 . godzina 13.

podpowiedzianą jej przez dyrekcję «A» — i aprobowaną przez pierwszą dyrekcję główną — by strumień ten przekształcić w prawdziwy potop. — Zrozumiane. rzecz jasna. — Hasło? Wyrecytował hasło. Proszę nie zapomnieć o szczypcach. Signor Grucci byłby mocno zdziwiony. Dzięki temu ukła- dowi wszyscy byli zadowoleni: publikowani na Zachodzie auto- rzy. dobrze opłacony Wiaczesław. Wiaczesław zadenuncjował ją w organach jako szpie- ga. Zaraz po pierwszym zetknięciu się z Gemmą. druga dyrekcja główna podjęła decyzję.i trzeciorzędnych. — Jakie jest miejsce spotkania? Podał je. prospe- rujący Grucci i. jeśli nie zakłopotany. pomiędzy którymi zatracą się całkowicie dzieła oryginalne. jako że z dnia na dzień malał prestiż dysydentów w tak zwanym wolnym świecie. triumfująca Gemma. że niektórzy uczestnicy jego „romantycz- nej” siatki opłacani są przez KGB. które mu powierzono. gdyby się dowiedział. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć powtórzenia się historii z Sołżenicynem i dlatego warto było popierać masowy eksport tekstów drugo. — Tu Wiatia. Wiacze- sław? — Tak. Parfionie Mitrofanyczu? — Przyjedź na spotkanie dwadzieścia minut wcześniej. dyrekcja «A». — Dostaniesz je wieczorem razem z twoją kopertą. Potem zgodnie z umową dostarczał je odbiorcom w Rzymie. Dostałem paczkę. Ponieważ nie dało się zatamo- wać strumienia tekstów samizdatowych docierających na Za- chód. żeby został seksotem (sekretnyj so- trudnik). — Udawałeś. 179 . Zaproponowano mu. przynosząc do ocenzu- rowania maszynopisy. że nie chcesz wziąć przesyłki? — Tak. Poza tym wszystko jak zawsze. Odtąd dorabiał sobie na boku.

otwierał i zamykał rude powieki. którą zamierzał ukarto- wać. Jeden z tych montaży. Iwanie Iwanyczu. mogłaby wzbudzić podejrzenia Gemmy. że generał Pitman wpadł na pomysł. Prawie nic. aby przydać sobie uroczystego wyglądu. — A konkretnie? Iwan Iwanycz wyprostował się w krześle i. kolporterze. Trzy dni po tym.. — Jaką? Iwan Iwanycz pochylił się. Złączył palce prawej dłoni i wycisnął na nich głośnego całusa. Łańcuch. Wszyscy się zgadzają na twój powrót. które przy okazji pokaże dziewczynie. Uwieńczenie twojej kariery. — „Żelazna Maska” — czy to ci coś mówi? 180 . że jesteś drugim Sorge'em! A jednak pewnego dnia za- czniemy przyklejać na listy znaczki z twoją podobizną. — Aleksandrze Dmitryczu. — Do rzeczy. Oba- wiał się. że zmiana adresata przesyłek. — Ależ ty jesteś nerwowy! Trudno byłoby patrząc na ciebie zgadnąć. by wy- korzystać go w operacji oznaczonej kryptonimem Psków. paluszki lizać. dlatego dorzucił motyw szczypiec do zamykania pieczęci.. Iwan Iwanycz umówił się z nim na spotkanie w barze w pobliżu Porte de Versailles. jako nie profesjonalistka. Wracasz. Sasza. trzymała się tej właśnie linii rozumowania i siatka pracowała należycie. nie starałby się o zdobycie szczypiec. Dymisja została przyjęta. nie wyrażałby swych obaw i niepokojów przed Gemmą. W jego oczach pojawił się wyraz czułości: — To nawet nie przysługa. — Opróżnij twoje bagaże. Gdyby bowiem Wiacze- sław chciał zdradzić. do rzeczy. funk- cjonował tak dobrze. żebyś wyświadczył jeszcze jedną małą przysługę. którym opiekował się „Parfion Mitrofanycz”. Gemma. jak Aleksander wyraził pragnienie powrotu. ucieszysz się. Jest tylko prośba. — Otóż to.

która zała- twia porachunki ze wszystkimi Sołżenicynami świata. Tego ro- dzaju postawy były dobre tylko dla sprzedajnych sługusów zgni- łego kapitalizmu. Jeśli był jakiś powód. My z wywiadu. 181 . jesteśmy za malutcy do tego. To ten. Aleksandrze Dmitryczu. z kontrwy- wiadu. — Nie żądam. — Czytałem Dumasa jak każdy. tracą nieco ze swego prestiżu. — Załatwi się to. Trzeba będzie wydać jego książkę. z tymi potwarcami. Mówię przecież o „Ano- nimowym więźniu”. publikujące- go książkę co prawda antysowiecką. pozostającego wewnątrz kraju. dla którego warto było ogłaszać myśli Rosyjskiej prawdy. W do- datku poczyniono spostrzeżenie. — On współpracuje z tymi Włochami. trywialnym. — Ale on jest przecież przeciwko nam! — Czyja wiem. W kraju już nie daje się z nimi wytrzymywać. żądam. jak go tu nazywają. co chciał załatwić Leonida Iljicza? Iwan Iwanycz wiercił się w swoim cajgowym ubraniu: — O tym nic mi nie wiadomo. którzy emi- grują. żebyś udzielił mi wyjaśnienia. — To znaczy. że ci spośród nich. powód ten na pewno był do- skonały. Teraz wyobraź sobie praw- dziwego dysydenta. żebyś rozumiał. Wątpić w ich poczynania wy- dawało mu się czymś niedopuszczalnym. — Chodzi o dysydentów. „Co myśli Rosyjska prawda”. Aleksander natychmiast chwycił przynętę: — To ten. głowacze z twojej dyrekcji. że to nasi tak się zabawiają? — Wydaje się. że tak. — Na pewno nie chodzi o Dumasa. powin- niście połapać się w tym wszystkim. belko stropowa. To wy. Z jednym tylko małym wyjątkiem — były nim wycieczki na strzelnicę — Aleksander zachowywał się wobec swych przełożo- nych w sposób absolutnie lojalny. Pułkownik Psar chciał go poznać. ale też książkę.

A gdybym zwró- cił się do innego wydawcy? — Nie ma o tym mowy. Przyniosę ci próbki. mówisz. którą wy- tną włoskiemu wydawcy. Z tekstu oni i tak nic nie zrozumieją. wiesz o tym lepiej niż ja. godzina 12. Obaj wybuchnęli śmiechem. że to my jesteśmy autorami tej książ- ki? I żeby przygotować ten wystrzał inscenizuje się tajemniczą aferę „Żelaznej Maski”? Iwan Iwanycz wzruszył ramionami: — Książka jest napisana. Armi. ciesząc się ze sztuczki. paczka «Ogonio-ków». pią- tek.45. Aleksander nie przewidywał najmniejszych nawet kłopotów 182 . Iwan Iwanycz podał szczegóły spotkania: Piazza Navona. nogi żyrafy”. Przez kogo? Tajemnica. W żadnym wypadku nie połykać. — Chyba najpierw muszę mieć maszynopis? — Nie. — Pod nosem pana Grucci? — Nie po raz pierwszy wydawcy biją się o książki dysyden- tów. „trzydziestoletni blondas. że masz u sie- bie całość. — Rozumiem. Przetłumaczysz je i powiesz. Wydanie rosyjskie wraca potem do kraju. — Natychmiast załatwisz wydawnictwo Lux dla francuskiego tłumaczenia książki. Tak czy owak pojedziesz po nią do Rzymu. Wydawnictwo Lux. natychmiast. — I szybko zniknij z tej okolicy. — Chcesz powiedzieć. Do użytku zewnętrznego wyłącznie. furore e mord. — Taki pośpiech? — Na to wygląda. — Grucci też tam będzie? — Dwadzieścia minut później. — A wydanie rosyjskie? — Na razie nie ma o tym mowy.

ale już znane są jego rozmiary? Na ospowatym obliczu Iwana Iwanycza ukazał się chytry i czuły zarazem uśmiech. cyrylicy. połowę zaś wypłacano do ręki Aleksandrowi. nie na procent. że przechytrzyłeś Grucciego. Naciskaj na zaliczkę. druga zaś — Co myśli „Rosyjska prawda „ o antysemityzmie. — To — powiedział Iwan Iwanycz — żebyś mógł Luxowi dać dowód. Wyciągnął z kieszeni dwie pogniecione koperty: — Zacznijmy od tego. Dy- rekcja jednak opłacała usługi Oprycznika: połowa jego żołdu zbierała się na koncie pewnego moskiewskiego banku. — Co z prawami światowymi? — Sprzedasz temu. Otwórz. Jedna opatrzona była tytułem: Co myśli „Rosyj- ska prawda” o mass-mediach.z Luxem czy jakimkolwiek innym wydawcą. — Zawsze tak robię. Podpisz mi pokwitowanie. — Książka ma wyjść przed targami we Frankfurcie. W drugiej kopercie znajdowały się dwie fotokopie stron ręko- pisu. trzeba liczyć trzysta pięćdziesiąt stron druku. — I jeszcze coś dla ciebie. Aleksander podpisał kwit i wsunął kopertę do czarnej aktówki. — Ano tak. żeby kontrolować sprzedaż książki za granicą. — Poczekaj. Prasa była zaalar- mowana sprawą „Żelaznej Maski”. Czy to jest dłu- gie? — Czterysta stron. rzecz jasna. Zyski Agencji wpływały. zapisanych maczkiem. do kasy dyrekcji. książka sprzeda się niezale- żnie od jej zawartości. 183 . — Chcesz powiedzieć. nasi chłopcy nie zasypiają gruszek w popiele. nie ma sposobu. kto da najwięcej. Jeżeli tłumaczenie nie rozpłynie się w peryfrazach. że tekst nie wyszedł jeszcze od nas. trzeba ją jeszcze przetłumaczyć.

chociaż naturalne skłonności cią- gnęły go. zamieszczonego jako aneks do Vademecum. Chowasz się za Pietą. Do- dasz jeszcze. No i siatka Grucciego nie zostanie zerwana. Będziesz mógł opo- wiedzieć niektóre szczegóły twojego spotkania w Rzymie. moglibyście dać mi całość nawet bez mo- jej podróży do Rzymu? — Tak będzie bardziej romantycznie. po- I prosi się go o wyświadczenie „ostatniej małej przysługi”. — Krótko mówiąc. że nim będzie mógł „wrócić”. albo coś w tym rodzaju. jaką napotkał w całej swej karierze. tylko o najpiękniejszą okazję. Tym razem przygotowywana operacja. gdy ozdabiają czerwonymi i niebieskimi strzałkami swoje osłonięte celuloidem mapy. Pokaże dyrekcji. Taktyczne rozpracowywanie nowej operacji wprawiało go zawsze w dobry humor. Był zachwycony. Wypisując nazwiska — zawsze te same. zdecydowa- nym. trzymającym się pionu. na co go stać. napisał: „Operacja Żelazna Maska”. gdyż chodziło o stale z nim współpracujące „pudła rezonanso- we” — odczuwał przyjemność taką samą. była szczególnie smakowita: zaprząc całą kapitalistyczną machinę propagandową do powozu przygotowanego na placu Dzierżyń- skiego. jakiej doznawać muszą oficerowie sztabowi. cóż to za wspaniały przykład wywierania wpływu w wiel- kim stylu! Trzeba by go dołączyć do opisu szczegółowych przy- padków. Najlepiej pierwszą klasą. lekkim. Znalazłszy się z powrotem w biurze Aleksander sięgnął po ar- kusz kredowego papieru i swym pismem. Kto wie? Może nim „wróci” zostanie awansowany o stopień 184 . Aleksander spodziewał się. że to od początku nasza robota? — Nic nie chcę powiedzieć. by pochylać litery w prawą stronę. że — jak trafnie zauważył Iwan Iwanycz — nie cho- dziło tu właściwie o przysługę. że KGB ścigało cię wewnątrz Koloseum. — Chcesz powiedzieć. ostatnia już. Nie zapomnij wziąć od Luxa zwrotu kosztów podróży samolotem.

Nie będziemy od razu angażowali całej prasy. — Ale.. Tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. Pokazał jej obie fotokopie. — Jestem zawsze gotowa. żeby pokazać mu. I trzeba. proszę pana? — Nie. Teraz niech pani patrzy: „Operacja Żelazna Maska”. — I to jest autentyczny rękopis „Anonimowego więźnia”? — To są kopie oryginału. usiadła na brzeżku. że nie zamierza w żaden sposób nadużywać przy- znanych jej przywilejów. — Do. zostanie włączony w szeregi organizacji. proszę pana. żeby wywołać zazdrość. nic już nie stanie na drodze jego przejścia do areopagu czapek- niewidek. — To już nieaktualne. czy pani so- bie wyobraża. do Rzymu. Moskwy. jaki to będzie cyrk? Umiał zarażać współpracowników swoim entuzjazmem. — Będę pani płacił za godziny nadliczbowe. że włoskie wydawnic- two Mewa.. by zademonstrować swój podziw. Małgorzato. Dobrze. — Będziemy postępowali tak jak zawsze. Wezwał sekretarkę: — Niech pani usiądzie. co byłoby już szczy- tem szczęścia i pychy. Uśmiechnęła się szeroko: szef żartował sobie z niej. Zbliżyła się do krzesła i.wyżej w hierarchii rang? Jeżeli na dodatek. jak najszybciej. Czytała pani artykuły o „Żelaznej Masce”? No więc niedługo do- stanę rękopis Rosyjskiej prawdy. który odbiorę w piątek. Proszę załatwić mi spotkanie z panem Fourveret.. tylko uderzymy w paru wybranych miejscach. Małgorzato. Będzie pani tak dobra i załatwi mi rezerwację. — Małgorzato. żebym się tam znalazł dobrze przed dwunastą. Małgorzato. 185 . wydawało mi się.. Otworzyła szeroko usta. jak zwykle. przystępujemy do operacji na wielką skalę. proszę pana.

Proszę mi zebrać czterech lub pięciu. Tygodnik popularny: «Mozaika». ale poprosił ją. Albo «L'Express»? — Później. którzy robili antologię liberalnych myślicieli rosyjskich XIX wieku. Proszę pamiętać o tłuma- czach. żeby przestała. musimy oddać maszynopis najpóźniej w sierpniu. — Jak książka już się ukaże. A poza tym oto co zrobimy: skontaktujemy się z głów- nymi dysydentami i zapytamy o ich zdanie na temat „Żelaznej Maski”. Jeanne Bouillon. Ballandar. Jeśli idzie o prasę. Johannès-Graf. że chodzi o prawdziwą bombę. To będzie wspaniałe na okładkę. — A w telewizji nikogo? Na początku skracała słowo telewizja i mówiła po prostu „te- le”. Jaka radość w przygotowaniach do walki! To prawda. de Monthi- gnies. po skróceniu. pani Choustrewitz. ale niech mu pani da do zrozumienia. Aby książka mogła ukazać się przed targami we Frankfurcie. mam następu- jące pomysły. nawet jeśli spowoduje to zmiany w planach Luxa. poznać Dymitra. ale przecież trzy miesiące nie sprawiały żadnej różnicy. Dziennik wieczorny: «Głos». Teraz trzeba będzie zgromadzić ekipę tłumaczy. Pokazał jej przygotowaną wcześniej listę: Dziennik poranny: «Niezależny Dziennik».-X. Poważne pismo: «Krytyka». * 186 . — Pójdzie pan do Luxa czy też zaprosi pan pana Fourveret na obiad? — Jak będzie chciał. że Aleksander chciał jak najszybciej „wrócić” i znów zobaczyć Ałłę. J. — Czy ma pani jakieś sugestie? — A może «Le Monde»? Zawsze mieliśmy tam dobre arty- kuły. Tygodnik polityczny: «Obiektyw». jak już wprawimy mechanizm w ruch. Małgorzato. Ja sam ich sprawdzę.

żeby stawali się lichwiarzami. a w 1959 roku już tylko 1.. królujący za stołem w stylu Ludwika XIII (au- tentycznym!) położył rękę na sercu i wzniósł oczy do nieba: — Bóg mi świadkiem. że antysemityzm polega na mon- strualnym nieporozumieniu.. — To powinno panu wystarczyć. jak wygląda Mateczka Historia: 1. To samo przekonanie panowało w większości krajów europejskich. 3. — Aleksander wyjął wła- sne tłumaczenie jednego z dwóch skopiowanych tekstów. jesteśmy uważani za antysemitów. Co myśli Rosyjska prawda o antysemityzmie. On wie. Szczególnie carska Rosja często zachęcała do pogromów.. Włochy są jednym z najmniej antysemickich krajów europejskich. Przeciwnie. Dlaczego? Po prostu dlatego. dlaczego nienawidził Żydów. Jakkolwiek by było. jako że Żydzi stanowili 4. jako że Żydzi są niezależni od Kościoła. Kościół wydaje dekret. prze- śladowania Mussoliniego są niczym w porównaniu z terrorem hitlerowskim. Rosyjska prawda sądzi. że we Włoszech nie tylko Żydzi zajmowali się lichwiarstwem: mieszkańcy Lombardii stanowili dla nich zbawienną konkurencję. którzy koniecznie chcą zaciągać długi. że nic nie przynosi mi więk- szej satysfakcji jak służenie mu poprzez niesienie pomocy prze- śladowanym: tak aby świat mógł usłyszeć ich głos. fran- cuski pisarz Bernanos już o tym wspominał. 2. Staty- styki pozwalają sceptyczniej spojrzeć na to oskarżenie. Pan Fourveret. odpowiedziałby: ponieważ są to lichwiarze. Rosjanie. Gdyby zapytano Rosjanina z XIX wieku. wzbraniający chrześcijanom upra- wiania lichwiarstwa. Przenosząc nienawiść z procederu na rasę czy też religię. Chrześcijanie. pomimo że ta plaga nie osiągnęła u nas nigdy rozmiarów germańskich. zmuszają Żydów. 187 .48% społeczeństwa sowieckiego. My. Zobaczmy więc. A jednak podpisywać umowę nie znając całego tekstu..1% ludności Cesarstwa Rosyjskiego.

że nietolerancyjna lewica jest tylko nieco łatwiejsza do zniesie- nia niż dogmatyczna prawica. geniusze czy boha- terowie. Bóg mi świadkiem. liberalnego i uduchowionego wydawcy Aleksander przy- glądał się koronom rachitycznych jesionów. Oto co Rosyjska prawda sądzi o antysemityzmie. Po wyjściu od pana wybierałem się do wydawnic- twa Presses. lichwiarzy. — Interesujące — powiedział Fourveret. i ja pierwszy jestem gotów przyznać. jest pan niepoprawnym reakcjonistą. Ale to w końcu nic strasznego. Drogi panie Psar. jakie- kolwiek byłoby ich drzewo genealogiczne. Widzę.chrześcijanie zaczynają nienawidzić Żydów za postępowanie. Ale należało napiętnować dłużników w tym samym stopniu co wierzycieli. chociaż nieco folklorystyczne. zaraz znajduje się jakiś recenzencina. Myślę jednak. jeśli żywi pan najmniejszą nawet wątpliwość. ale w pewnym sensie im mniej się o nich mówi. To prawda. rosnących na po- dwórzu. „monstrualny”. Fourveret czytał. gdy jakiś autor zaczyna mówić o Żydach: niech tylko Żydzi nie zostaną przedstawieni jako święci. który przypnie mu łatkę antysemity. Natomiast zawsze się trochę de- nerwuję. że z takim słownictwem.. Żydzi są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. Ich liście dotykały okien gabinetu. że należało zakazać uprawiania lichwiarstwa: wy- kazuję to w innym miejscu. — Ależ drogi Fourveret. 188 . do którego sami ich skłonili. że moje serce krwawi dla Żydów. należałoby wytępić. — Interesujące. do którego ich zmuszono” — nie mamy się czego obawiać. Mogę przecież zaproponować Rosyjską prawdę Bernardowi i nie zepsuje to w najmniejszym nawet stopniu na- szych stosunków. „postępowanie.. tym lepiej. to znaczy — „pla- ga”. co pana tak zachwyca w tej stronie: to zdańko na temat carskiej Rosji niesłusznie oskar- żonej. Odrobina współczucia nie wskrzesi martwej tyranii. Ponad szlachetnie pochyloną głową wielkie- go.

Aleksandrze. nie może mi pan tego powiedzieć. proszę mi powiedzieć. Chciał mi pan powiedzieć o jakimś nowym projekcie. Można by go przyrównać do grubego wróbla z przyciętymi skrzydłami. czy Jeanne Bouillon ma realne podstawy. Dwie trzecie ludzkości są niedożywione. choć pan to proponował. Jeżeli pan puści ju- tro tytuł. — Każę przeglądnąć prasę z tamtego okresu. Jean-Xavier de Monthignies zaprosił Aleksandra na obiad do „Tour d'Argent”. lecz jest taniej i to trochę koi moje sumie nie. że „Żelazną Maską” jest Kurnosow. ale bardzo lubię zachodzić tu na obiady. Niedobrze mi się robi. — Ależ mój drogi. miał rozpiętą na szacownym brzuszku marynarkę. niedoszły zabójca Breżniewa? Dobrze.. być może ist- nieją zdjęcia z zamachu. czy to możliwe. Nie uwierzy mi pan. by sugerować. On jest za młody. ponieważ nie mogę zapomnieć o głodzie panującym na świecie. będzie pan pierwszy. nie potrafiłby docenić. — Nie zabrałem z sobą Minquina. wydajemy tyle pieniędzy. hierar- chia tych wszystkich piśmideł? Przecież nakłady nie są ograni- czone! Niech pan powie. chyba nie myśli pan o tym poważnie! À propos. prawda? A my. rozumiem. ale żarcie jest moją grzeszną pasją. żeby nabawić się zgagi! No. że byłby to wspa- niały argument handlowy! Piękna surowa twarz Fourvereta rozświetliła się mistycznym światłem. Ale musi pan przyznać. Czyż to nie idiotyczne. Nadszedł spiesznym krokiem. Wiadomość zachwyciła go: — „Żelazna Maska”! Wspaniale! Ależ z pana gość! Czy mogę to zaanonsować? Nikomu pan tego jeszcze nie zdradził? — W każdym razie nie prasie porannej. w sensie moralnym. gdyż kuchnia jest równie dobra jak wieczorem. że „Żelazna Maska” to 189 . — Ale niech pan sam powie. chcę powiedzieć. pan i ja.. Skandaliczne.

ten facet. kiedy wiatr wieje z prawej. Przecież nie staniemy się organem rządowym. który sta- ra się przeważyć słabszą szalę wagi. co chciał kropnąć Breżniewa? Jeszcze trochę i byłby go załatwił. nie uważa pan? Niech nam pan podrzuci jakiś wyją- tek. Aleksandrze Psar. ze streszczeniem tego. «Obiektyw»! Przecież to już cały program. ale w końcu fotografia jest sztuką obiektywną. To prawie jakby już to zrobił. tro- chę sepleniący. A czy pan sądzi. kiedy ją wybieraliśmy. nie? — To możliwe. — To by zwiększyło sprzedaż o co najmniej 50 tysięcy eg- zemplarzy. przyrzekł mu sukces. że to prawda? — Co? — Że w rzeczywistości on go zranił i że od tego momentu coś z nim nie tęgo? Aleksander zaproponował drugą medytację do- tyczącą mass mediów. i dzwoneczków. A oto jeszcze jedna historia dzwonu. co się wie o „Żelaznej Masce”. zamówił u mistrza Aleksandra 190 . że ofiaruje jakiś łakomy kąsek klasztorowi Sawino-Sto- rojewskiemu ze Zwenigrodu. ale właśnie prostujemy kurs. kiedy wiatr przychodzi z lewa. Na lewo. który pękł. na prawo lub prawie na prawo. W roku 1667 car Aleksy Michajłowicz Spokojny. w których on odżył. Jean-Xavier. wsadzimy go do numeru wakacyjnego. zadecydo- wawszy. «Obiektyw» miał opinię pisma nieco lewicującego. stary młodzieniec w kaszmirowej kamizelce. trzymający nogi na biurku (pracował w piśmie o stylu amerykańskim). To zbyt upoka- rzające! Czymże ja jestem? Zaledwie workiem piasku. — Będziemy z panem. w ramkach. gdyby Sołżenicyn sprzątnął Chruszczowa? Ballandar. Zresztą już sama nazwa. Oczywiście. Znasz już historię ukaranego dzwonu i dzwonu. myśleliśmy raczej o zdjęciach niż o obiektywności. no nie? Wyobraża pan sobie.

który długo pozostał nie odczytany. który spadł z rusztowania i który. Uda- ło się to wreszcie i był to zaledwie podpis ofiarodawcy. zasługują na obcięcie uszu. że miasto. czci się je i namaszcza świętymi olejami. ani Sza- liapina. Jeżeli jednak przemawiają czystym głosem Złego. To wspaniałe. — Czy nie sądzi pan. jednym 191 . Nasze nowoczesne dzwony to nasze mass me- dia.Grigoriewa dzwon o wadze blisko czterdziestu ton. nie zaszkodzi odcyfrować podpisu ofiarodawcy. ukazując nam swą wielką ranę w boku. Dzwony nie powinny uciekać przed wrogiem. że wyczuwa się tu wrogość wobec wol- ności prasy? — zapytał wielki krytyk po skończeniu lektury. sumienną i odpowiedzialną. Nawet gdy ich dźwięk wydaje się szlachetny. Dzwon pękł. w którym się dzwon znajdował. Nie zabrakło ani Rachmaninowa. Ten grubas miał niezwykły głos i w następnych stuleciach odwiedzali go niezliczeni muzycy. Nie ma lepszego symbolu carskiej Rosji niż carski dzwon. tyle że sformułowany niezwykle zwięźle: „Car Aleksy. — Wprost przeciwnie. które biją na alarm i wydzwaniają podzwonne. żebym ci wytłumaczył moją przenośnię? Zasta- nów się chwilę. Jeśli kłamią. niemy i bez dzwonnicy. Dzwon rozbity i przetopiony na dzwoneczki pochodzi ze strażnicy w Pskowie i pozostaje symbo- lem wolności. Czy chcesz. Dzwon ze Zwenigrodu symbolizuje wolną prasę. której nie da się stłamsić. W brązie dzwonu wyryto tajemny napis. W 1941 roku Niemcy zagrażali Zwenigrodowi i zarządzono ewakuację dzwonu. Ale to nie wszystko. ważący czterdzieści ton. Oto co Rosyjska prawda myśli na temat mass mediów. Odłamki znajdują się w mu- zeum miasta. leży wbrew naturze na ziemi i milczy pomiędzy nami. sługa boży”. Ponad jasną łysiną Ballandara Aleksander obserwował bujne i zakurzone kasztany rosnące w alei. no- siło tę opatrznościową nazwę (Zwenigrod — Dzwonogród). które dzwoniło i które już nie dzwoni. jest jeszcze coś ciekawszego.

to prasa kłamliwa.słowem — «Obiektyw». Czy nie moglibyśmy dołączyć kilku zdjęć? — Zdjęć? Czego? — To bez znaczenia. będzie zębami i pazurami walczyć o „Że- lazną Maskę”. gdy jej przyjaciel Alek- sander miał dostać do ręki manuskrypt. W przyszłym tygodniu za- powiem.. która (być może) zmieni bieg historii ZSRR”. przyglądał się ogromnym owa- dom — termity? modliszki? — wspinającym się po świeczniku. i przyjmowała tam w peniuarze. Na przykład tego szpitala. 192 . a wreszcie urządzę panu wielką pompę. Lubiła dawać do zrozumienia. trzeba odżegnać się od jakiejkolwiek zbieżności. Da tytuł: „Książka. z oknem nie- co różnym od innych. — Aleksander! Drogi! Cóż może zrobić dla pana taka stara baba jak ja? Ach! Ależ on całuje po rękach! Nie ma to jak Rosjanie! — Ależ oczywiście. Dzwon z Uglicza. że jej przyszedł do głowy pomysł napisania tego artykułu właśnie w chwili. że udało się panu wejść po rynnie do tego domu wariatów? Jeanne Bouillon uznała „Żelazną Maskę” za swoje dzieło. — Można by może dorzucić przypis z tą interpretacją. — Co panu o nim wiadomo? W jakim jest wieku? Czy to ładny chłopak? Czy mogę powiedzieć. w lecie zarzucę wędkę.. o każdej porze dnia. Aleksander. sfotografowanym przy pomocy teleobiek- tywu? Można by pomyśleć. Proszę tam wysłać fotografa. Wokół huczał codzienny zgiełk godzin szczytu na placu Alma. że w młodości była prosty- tutką w Wiedniu. a jednak co za zbieg okoliczności. Oczywiście. wtopiony w fotel. Pani Choustrewitz przyjmowała w swoim salonie. który musi być uka- rany. — Zaraz dam panu adres. który nazy- wała buduarem. że to jego okno. W ka- żdym razie może pan na mnie liczyć.

jakby chciała ukryć uśmiech: — Nie sądzi pan chyba. dotyczące faktów. Czy rękopis znajduje się w pańskich rękach? Czy pan go przeczytał? Drugie pytanie. narysowaną wyłącz- nie pionowymi kreskami. gdzie lite- ratura jest polityką. Od- powiadał: „Wiem. to środowisko jest skrajnie skorumpowane. żeby dostarczać wciąż pokarmu kampanii dezinformacji? W króle- stwie iluzji wszystko może się zdarzyć. obojętne jakie były jego doświadczenia i opinie. chciałbym zadać panu dwa pytania. Pierwsze. Pan Johannès-Graf miał pociągłą twarz. rze- czywiście wierzy w to. żeby znalazł się w nim. że dzieło to jest autentycznie szczere? Że jego autor. Czy może pan zaświadczyć. że spalę moich informatorów? O tym się mówi. ale potem przyciągnął go ten dziwny światek. został z pewnością rozstrze- lany. pierwsze pytanie. Nosił sędziowskie okulary. — Panie Psar. co mówi? 193 . jakby to powiedzieć. niedoszły zabójca. — Panie Psar. związane z istotą sprawy. со to za plotki na temat Kurnosowa i „Żelaznej Maski”? Skąd je pani wzięła? Uczyniła gest. drugie. Rozmarzył się. Jeanne. Kurnosow. — À propos. uczciwy człowiek”. jakby to powiedzieć. Ale czy w celi 000 przebywał rzeczywi- ście „Anonimowy więzień”? A może pielęgniarze i gigantyczny psychiatra wchodzili do tego pomieszczenia tylko po to. a polityka literaturą. Dlatego dobrze. Aleksander pewien był dwóch rzeczy: plotki produkowane były przez tę czy inną orkiestrę Pitmana i nie odpowiadały praw- dzie. Z pewnością pochłaniali je pielęgnia- rze. wyobraża- jąc sobie wspaniałe danie przygotowywane być może dla nieist- niejącego pensjonariusza. Zarzucano mu to. Został pa- storem. jakby to ująć. to było normalne. Johannès-Graf urzędował w małym pokoiku bez okna w sute- renie. to wszystko.

kto przeczytał to dzieło od początku do ko- ńca — (dzieło nie opuściło jeszcze ZSRR) wie. ale może pan na nas liczyć zaraz po wakacjach — (wielkie purytań- skie szczęki zwierały się i rozwierały w monotonnym rytmie) — zresztą nie znając tekstu cóż moglibyśmy powiedzieć? Przecież wie pan. Ktoś. ta sensacyjna atmosfera. że w odróżnieniu od innych. wśród tych czytelników.45 na Piazza Navona w Rzymie. Pod lewą pachą ściskał paczkę gazet. Podejrzewam. Przed fontanną Berniniego snuł się wielki dryblas. Aleksander zbliżył się do niego: — Nie wiem — powiedział po rosyjsku — jaki kretyn wymyśla 194 . Ale ton tego rodzaju tekstu nie może wpro- wadzić w błąd. Ufam panu w każdym razie. pewnego piątku. co jest zrozumiałe. to nas trochę niepokoi. Alek- sander osiągnął swój szczyt życiowy w wieku czterdziestu dzie- więciu lat. którzy się liczą. — Widzi pan. Wiemy oczywiście. Dzięki temu cieszymy się autorytetem w klubach politycznych. że jest ono równie autentyczne jak Wspomnienia z martwego domu. my czytamy zanim za- czniemy krytykować. . respektowi dla sprawiedliwości. czyli. Każde pojedyncze życie osiąga swój moment szczytowy. którą próbuje się stworzyć. które nie zawsze zga- dzały się z pańskimi najbardziej intymnymi przekonaniami. w kołach rządowych. Więzienia albo (Johannès-Graf był specjalistą od Jana Jakuba Rousseau) Wyznania.. o godzinie 12. że opublikował pan rzeczy. na uniwersytetach. że trzeba sprzedawać. przystro- jony brązowo-pomarańczową połyskliwą wiatrówką lalusia. nie spotkałem „Anonimowego więźnia”. Wie pan. wśród przedstawicieli administracji. ale dał pan pierwszeństwo. że pismo nie ukazuje się w lecie. ale jednak nie byle co. jakby to powiedzieć. — Proszę pana. jakby to powiedzieć. na okładce pierwszej można było przeczytać wypisany cyrylicą tytuł «Ogoniok».

znalazł kopertę. Wiaczesław oddalił się pogwizdując. chwileczkę. rozpoznał drobne pismo na prawie przezroczystych kartkach nie wyjmując ich z paczki. Dla czytelników był to skamieniały krzyk idealisty. jakby chroniąc je przed dymem z papierosów: — To nie kretyn. Dziesięć minut później nadszedł signor Grucci. Gazety i koperta również pochodziły stamtąd. furore e morti. że spędzi ten dzień na plaży w Ostii! Co za pech! W taksówce Aleksander rozwiązał rosyjski sznureczek. z rękami wbitymi w sko- śne kieszenie wiatrówki. To kretynka. Rękopis. A on liczył. pochylonym. ale Bóg wie czemu nie budziły w nim podobnego sentymentu i pozo- stawił je na siedzeniu. Dla dyrekcji natomiast sposobność nowego sukcesu.te komiczne słowa hasła. „Można by go wziąć za oficera — pomyślał Wiaczesław — ale jednak nie. zwinął go i wsunął do kieszeni. ale sznurek pochodził stamtąd. ale na dzisiaj to jest: Armi. Aleksander nie należał do 195 . ale skarbem nieco dwuznacznym. otworzył ją pa- znokciem. pokrytych niebieskim ostrym. Nikogo. Trzeba będzie znowu przywlec się tutaj jutro. — Nie tak szybko. który omal nie zabił i nie zginął. Wiaczesław zmrużył oczy. Czekał na kontakt pół godziny. Aleksander odsunął gazety. drobnym pi- smem — był skarbem. bo powiedział do mnie «pan»„. który trzymał w rękach — 399 kartek bez margine- su. Dla wydawnictwa Lux była to mała kopalnia złota. nie mógł go po prostu wyrzucić. dla Aleksandra — rękojmia nowego życia. to znaczy w sobotę. Nie miał dla niego żadnego prze- znaczenia. — Może pan odejść. Podał Aleksandrowi paczkę gazet związanych cienkim sznur- kiem na krzyż i chciał odejść.

marzycieli i rzadko zdarzało mu się wyobrażać sobie to nowe
życie, ale od czasu do czasu nawiedzały go intuicje, tak jak w tej
chwili, w rzymskiej taksówce. Pomyślał z tkliwą dumą o swoim
synu, którego będzie wychowywał właściwie, w duchu służenia,
o którym zapomniano już na Zachodzie.
Kartkował małe stroniczki o niestandardowym formacie. Ma-
chinalnie sprawdził ortografię: był to nowoczesny rosyjski, któ-
rego uproszczona pisownia — jedna litera na siedem została
zniesiona, wprowadzono końcówki słów sprzeczne z regułami
filologii — zawsze go drażniła. Już samo to, że pomyślał o
sprawdzeniu pisowni, zdradzało pewien niepokój — staroświec-
ki charakter pisma, styl nawiązujący do starych baśni, wszystko
to nie było typowe dla autora wywodzącego się z szeregów KGB.
Rzym uciekał za oknami taksówki. W tyle zostawały pokryte
zieloną patyną ochry. Aleksander nie widział tego, myślał o
triumfie, jakim będzie publikacja Rosyjskiej prawdy. Tłuma-
czenia na wszystkie języki, poważne zyski, zdyskredytowani dy-
sydenci...
Wszedł na pokład samolotu. Obiecał sobie, że nie zacznie czy-
tać przed startem.
Wydawało mu się, że podróż trwała zaledwie chwilę.
Podczas lądowania wiedział już, dlaczego Iwan Iwanycz
chciał, aby umowa z wydawnictwem oraz poparcie „orkiestry”
załatwione zostały, zanim Aleksander zapozna się z tekstem.
Rękopis nie nadawał się do pu-bli-ka-cji.

— Małgorzato, proszę mnie połączyć z panią Boïsse.
— Pani Boïsse przy telefonie... Oblewamy dziś wieczorem. I
tego samego wieczoru kolejne spotkanie z Iwanem Iwanyczem.
— Kto jest autorem tego steku kryminalnych bzdur? Nie, nie
pytam cię o to, wiem, że tego nie wiesz. Ale kto zadecydował, że
trzeba to publikować? Na pewno nie Pitman. On zrozumiałby, że
to niemożliwe. Z umową czy bez, Lux nigdy tego nie zaakceptu-
je.

196

Zresztą któżby to zaakceptował? Nie pozwolę wymienić na-
zwy mojej agencji na stronie tytułowej. Jeżeli istnieje jakikol-
wiek szalony powód, aby te brednie ukazały się, należy stworzyć
wydawnictwo wyłącznie dla tej książki lub innych w tym samym
stylu, założywszy, że macie ich więcej na składzie. Słuchaj, Iwa-
nie Iwanyczu, czapki-niewidki być może oszalały, ale paryscy
wydawcy jeszcze nie. Dziennikarze także nie. Jeśli w wyniku nie-
zrozumiałej dla mnie aberracji jakieś skrajnie prawicowe wy-
dawnictwo odważyłoby się nawet opublikować podobny tekst...
— To byłby skandal? Ależ Aleksandrze Dmitryczu, serdeńko,
skandal jest popłatny.
— Rozśmieszasz mnie swoim prymitywnym cynizmem. Nie
byłoby żadnego skandalu. Nic by nie było. Cisza. Najmniejszego
echa. Mówiłoby się o czymś innym, tak jak wtedy, kiedy komuś
odbije się przy stole. Nic nie rozumiesz, Iwanie Iwanyczu. Żyje-
my w społeczeństwie, w którym role są rozdzielone raz na zaw-
sze. Należy przyjąć swoją rolę albo pogodzić się, że jest się ni-
czym. To właśnie ludzie Zachodu nazywają wolnością. Na przy-
kład sowiecki dysydent musi być liberalny. Może być marksistą,
jeżeli ma na to ochotę, ewentualnie nacjonalistą, ale zawsze li-
beralnym. Dysydent nie liberalny jest nie do pomyślenia. Czy
wiesz, co bym zrobił z tym tekstem, gdybym go dostał pocztą?
Iwan Iwanycz zwilżył językiem palec i przygładził kilka ru-
dych włosów, które przecinały poziomo jego czaszkę:
— Jesteś na tyle inteligentny, Aleksandrze Dmitryczu, aby
zrozumieć, że być może właśnie dlatego nie wysłano ci go pocz-
tą.
— Iwanie Iwanyczu, wiem, co to jest dezinformacja. To mój
zawód. Ale istnieją pewne granice. Nie mogę wydać na moją od-
powiedzialność zdań w rodzaju... Gdyby chodziło tylko o zdania!
To można przeredagować. Ale cała książka przesycona jest tym
duchem.
— Jakim duchem?

197

Aleksander przeczytał na głos akapit, który przekreślił dwie-
ma czerwonymi liniami:
— „Za każdym razem, kiedy jakaś zorganizowana partia ko-
munistyczna, nie popierana potajemnie przez ZSRR, zderzała
się w zamkniętym polu jakiegoś narodu z partią liberalną, bur-
żuazyjną, arystokratyczną, konserwatywną lub reakcyjną, wy-
grywała pojedynek. Za każdym razem, kiedy zderzała się z partią
faszystowską, czyli reformatorską, i również zorganizowaną,
przegrywała”. I on przytacza historyczne przykłady! Rozumiesz,
że tego typu prowokacje w wolnym społeczeństwie są nie do
przyjęcia.
— Nawet przy założeniu, że istnieje „nowa prawica”?
— Przede wszystkim przy tym założeniu. Fourveret oderwał
się trochę od lewicy w ciągu ostatnich lat, ponieważ sprzedaje
się ona gorzej, co wszystkim wiadomo. Ale podjąć ryzyko przy-
łączenia się do kierunku całkiem przeciwstawnego... Publikacja
Rosyjskiej prawdy nie wchodzi w rachubę. Dlaczegóż nie wy-
ciągnięcie Protokołów Mędrców Syjonu, Mein Kampf albo Wa-
szego pięknego dzisiaj? O, przepraszam, nie powinienem wy-
mieniać Maurrasa w tym towarzystwie. Prawdziwy monarchista
nie może być faszystą. Czekaj, coś ci powiem. To moja dyrekcja
miała ten genialny pomysł, żeby połączyć faszyzm z tendencją
prawicową, podczas gdy w rzeczywistości jest on bardziej lewi-
cowy niż my. W każdym razie odmawiam współpracy przy tym
przedsięwzięciu skazanym na klęskę. Czy jesteś pewien, że nie
chodzi tu o sabotaż? Przeniknąć kampanię wpływów przeciwni-
ka i obrócić ją na swoją korzyść, to byłoby dopiero sztuką!
Oczy Iwana Iwanycza złagodniały:
— Martwisz mnie, Saszeńka. Bardzo mnie martwisz. Nigdy
jeszcze nie widziałem, żebyś otwarcie odmówił wykonania po-
lecenia.
— Głupstwo. Napiszę ci odpowiedni raport, który wyślesz
Pitmanowi przez radio. Zobaczysz, że chodzi tu o jakąś pomyłkę.
Odpowiedź na raport nadeszła zaraz następnego dnia:

198

Niniejszym potwierdzamy instrukcje przekazane ustnie. Pro-
szę traktować tę depeszę jako rozkaz na piśmie. Rękopis musi
być opublikowany przez wydawcę wskazanego wam wcześniej.
Nie może on w żadnym wypadku ukazać się u wydawcy prawico-
wego. Ostrzegamy was również przed jakimkolwiek złagodze-
niem tekstu, którego moglibyście próbować w trakcie tłumacze-
nia. Każde odchylenie w tym kierunku byłoby traktowane jako
uchybienie dyscyplinarne. Jeśli wydawca domaga się tekstu w
miarę postępów tłumaczenia, odmówcie. Tekst musi być do-
starczony w całości. Żaden nowy fragment nie będzie udostęp-
niony prasie. Kontynuujcie, wzmagajcie wszelkie wysiłki, aby
publikacja stała się międzynarodowym ewenementem politycz-
nym. Podpisano generał-pułkownik Pitman.

W kawiarni przy Porte d'Auteuil — Iwan Iwanycz lubił ka-
wiarnie usytuowane przy wylotowych arteriach; było to jedno z
tych przyzwyczajeń, przez które drugorzędni agenci pozwalają
się w końcu zgarnąć — Aleksander czytał wciąż od nowa kartkę
zapisaną maszynowym pismem, opatrzoną wskazówkami „bar-
dzo pilne” i „ściśle tajne”, a także znakami określającymi datę i
godzinę, jak w każdym telegramie.
Iwan Iwanycz uśmiechnął się z miną pełną politowania i wy-
ciągnął rękę. Depeszę trzeba mu było oczywiście zwrócić.
Na rogu stołu Aleksander nabazgrał swoją odpowiedź. Po-
twierdzał odbiór. Wykona. Ale odmawia wzięcia na siebie odpo-
wiedzialności: „Ani Lux, ani żadne inne porządne wydawnictwo
nie opublikuje Rosyjskiej prawdy. W mało prawdopodobnym
przypadku, gdyby jednak książka ukazała się, prasa odwróci się
od niej z obrzydzeniem i nie będzie mowy o żadnym ewenemen-
cie międzynarodowym ani nawet lokalnym. Obserwacje: autor
tekstu, kimkolwiek jest, musiał znacznie wykroczyć poza in-
strukcje, jakie otrzymał. Postulat: sugeruję aby tekst został po-
nownie przeczytany na najwyższym szczeblu”.

199

Tymczasem sławni dysydenci, z którymi nawiązała kontakt
Agencja Psar, zaczęli odpowiadać. Ci spośród nich, którzy pozo-
stali marksistami, wyrażali wątpliwość co do egzystencji prawdy
specyficznie rosyjskiej, ale cieszyli się ze stylu populistycznego
„Anonimowego więźnia” i chwalili go za powoływanie się na
pskowski dzwon, symbol dawnej niezależności gminy, czyli tym
samym komunistycznego powołania kraju. Oczywiście przy-
łączali się do potępienia lichwiarstwa, które jest równoznaczne z
potępieniem kapitalizmu. Jeden z nich napisał długi artykuł, w
którym wykazywał, że „Anonimowy więzień” czerpał swą in-
spirację z jego dzieł. Gratulował sobie, że jego dzieła dotarły na-
wet do celi 000 w szpitalu specjalnym. Inny przewidywał z góry
konkluzje, jakie z całą pewnością uwieńczą obserwacje tajemni-
czego autora: komunizm w swej istocie jest dobry, jedynie spo-
sób jego realizacji jest na ogół katastrofalny w skutkach. Należy
więc znów rozpocząć eksperymentowanie, a nie odrzucać dok-
trynę komunizmu.
Pewien antymarksistowski powieściopisarz pochwalił język
„Anonimowego więźnia”: Dobry jak chleb; chrupiąca skórka,
która kryje delikatne wnętrze”. Pewien krytyk skomentował:
„Nasz chór dysydentów już prawie zaczął nudzić, gdy oto pojawił
się wspaniały baryton, który przychodzi z nowym słowem, na-
wiązującym w pewnej mierze do Kryłowa”. Pewien moralista
otwarcie wyrażał swoje zadowolenie, że mieszkaniec celi „po-
trójne zero” jeszcze nieprędko z niej wyjdzie: „Z całą pewnością
należy odróżnić dezerterów, którzy dopiero po znalezieniu się na
Zachodzie zaczynają szczekać przeciwko reżimowi, od profetów,
którzy zaczęli przemawiać jak ludzie wolni jeszcze wówczas,
kiedy nimi nie byli. Ale oto po raz pierwszy nieposkromiony
śpiew wolności podnosi się z samego dna psychuszki”.
Ta ostatnia uwaga rzucała być może trochę inne światło na
zgodność, z jaką dysydenci, zwykle podzieleni, przyklasnęli z góry
publikacji Rosyjskiej prawdy. Niektórzy spośród nich woleli

200

uniknąć zbyt jawnej demonstracji wewnętrznych podziałów,
inni rozumieli, że sytuacja więźnia była ważniejsza niż wszystkie
małostkowe spory pomiędzy koteriami. Brodaty mędrzec, podzi-
wiany aż do nienawiści, wyszedł ze swej wieży z kości słoniowej
otoczonej drutem kolczastym, aby dać następujący komentarz
na temat kryptogramu, umieszczonego na dzwonie: „«Żelazna
Maska» pokazała palcem to, co w micie monarchicznym jest w
sposób nie dający się naśladować rosyjskie. Z lękiem i nadzieją
będziemy się przyglądali, jak nasza wewnętrzna, prosta i święta
prawda, która przez wieki całe wyrażała się w dewizie «Jesteśmy
Rosjanami, Bóg jest z nami», natchnęła tego krzyżowca naszych
czasów, jedynego spośród nas, który odważył się sięgnąć po
broń w obronie naszej wiary”.
Aleksander czytał to wszystko z pogardą: „Nie cierpię kurków
na dachu, obojętnie, w którą stronę się kręcą”. Ludzie tego typu
byli dla niego zdrajcami, niezależnie od motywacji: jakaś nieza-
spokojona ambicyjka, niewystarczająca pensja, niewystarczające
sumienie.
Doszło do spotkania tłumaczy. Aleksandrowi nie chodziło już
o tłumaczenie najlepsze z możliwych, dostarczone jak najszyb-
ciej, lecz o tłumaczenie, które pozostałoby tajne tak długo, jak to
będzie potrzebne. Zamiast pięciu tłumaczy wybrał zaledwie
dwóch. W ten sposób niebezpieczeństwo przecieków było mini-
malne, a praca ukończona zostanie później, dzięki czemu Fo-
urveret będzie miał mniej czasu, żeby wycofać się z umowy.
Pewna kostyczna stara dama rosyjska, mieszkająca w domu
starców, oraz młody profesor slawista, który miał pracować
podczas wakacji w Irlandii, zostali zaangażowani nie tyle dla ich
talentów, co raczej dlatego, że nie będą mogli się komunikować
ani między sobą, ani z paryskimi intelektualistami. Pozostali
trzej tłumacze obrazili się. Aleksander zrozumiał już, że „Opera-
cja Żelazna Maska” będzie jak pożar, który niszczy wszystko na
swej drodze. A to był tylko początek. Na szczęście zestawienie

201

przypowieści w Rosyjskiej prawdzie pozwalało na całkowicie
niekoherentne podzielenie tekstu między tłumaczy. Profesor
uznał wprawdzie w pierwszej lekturze, że strona polityczna była
dość trudna do przełknięcia, a stara dama, że pełno było termi-
nów tryw., gwar., i fam., jakich zazwyczaj nie spotykała, lecz
wystarczy dać im do zrozumienia, iż część przypadająca na każ-
dego z nich zostanie właściwie oświetlona dopiero przez tekst
tłumaczony przez drugiego, aby przyjęli to za pewnik. Zresztą,
do diabła, byli opłaceni i to nawet zupełnie nieźle. Zadanie, w
które wciąż nie wierzył, zaczęło pochłaniać bez reszty Aleksan-
dra, jak Iwana Denisowicza układanie cegieł.
Przeszedł lipiec. Poczta przynosiła strony tłumaczenia. Alek-
sander poprawiał, ujednolicał, oburzał się, przyzwyczajał się do
swego własnego oburzenia. Powierzono mu zadanie z góry ska-
zane na niepowodzenie. Uprzedził o tym, a teraz będzie próbo-
wał pomimo wszystko dążyć do sukcesu, chociaż będzie się czuł
równie usprawiedliwiony w wypadku porażki, którą przewidy-
wał, co w wypadku powodzenia w wyniku czynionych przez sie-
bie wysiłków.
Aby książka ukazała się we wrześniu, Fourveret, zmieniając
swój kalendarz wydawniczy, domagał się manuskryptu pod ko-
niec lipca. Aleksander zwlekał aż do 10 sierpnia. Miał spędzić
dwa tygodnie wakacji z Jessicą na jachcie jej przyjaciół. Musiał
zrezygnować z zaproszenia. Jessica nie skarżyła się: „Obejdę się
bez takiego kochanka”. I zabrała ze sobą attache z ambasady
jednego z krajów Południowej Ameryki. W tym roku korki na
drogach były zupełnie rekordowe. W Paryżu ulubione restaura-
cje Aleksandra były zamknięte, jadał więc w bistrach, konstatu-
jąc ze zdziwieniem ich taniość. Potrzebował teraz cztery razy
mniej czasu na podróż z domu do biura. Dwóch wydawców
chciało publikować Rosyjską prawdą w języku oryginału. Od-
mowa. Jeden z nich próbował się dyskretnie poinformować, kim
są tłumacze. Klęska. W kinach dawano wznowienia starych

202

filmów. Można było parkować samochód gdzie się chciało. Mał-
gorzata, która chciała wyjechać w sierpniu, zapytała, czy nie
byłoby lepiej, żeby została, jako że miała się ukazać ważna książ-
ka. Aleksander myślał, że książka nie ukaże się wcale. Tak czy
inaczej cały ten cyrk, jeśli w ogóle ruszy, nie zacznie się przed
początkiem września.
— Nie, nie, Małgorzato, proszę wyjechać i odpocząć. A dokąd
w końcu pani jedzie?
Wyjeżdżała do swojej matki, do Lisieux. Wyjechała. Jeśli bę-
dzie jej potrzebował, wystarczy jeden telefon. Dopiero po kilku
dniach zaczął odczuwać jej brak. Jej spojrzenia były tak oddane i
pełne uwagi... Zastanawiał się z roztargnieniem, jakiego koloru
były jej oczy i stwierdził, że nie wiedział tego. „Żyję już zbyt dłu-
go pochłonięty tylko jednym. To wszystko niedługo się zmieni”.
Pogoda była niepewna, nie było zbyt ciepło. „Obecny sierpień
jest o wiele chłodniejszy niż czerwiec sprzed trzydziestu lat”.
Przyszło mu nagle do głowy, żeby zobaczyć galerię chimer, ale
kiedy tuż przed nim dziesięć autobusów wyrzuciło ładunek Teu-
tonów na wprost schodków Quasimodo, zrezygnował z tego za-
miaru. Zastanawiał się, jaka jest pogoda w Moskwie, w Lenin-
gradzie. „Jeśli dyrekcja ma jakąś filię w Leningradzie, chciał-
bym, żeby mój apartament był na Fontance...”
W końcu tłumaczenie było gotowe. Mimo ponagleń Fourve-
reta — „Drukarnia czeka! Nie zamknęli jej w sierpniu tylko ze
względu na nas!” — Aleksander ociągał się jeszcze kilka dni. Po-
prawiał niektóre fragmenty, przepisywał najbardziej pokreślone
stronice. Jednak w końcu trzeba było zanieść do wydawnictwa
Lux gruby, biały klaser, zapięły białym paskiem, przeszytym
czerwoną nitką. Aleksander oddał swój ładunek wybuchowy,
wysłuchał wylewnych podziękowań i zaczął czekać na eksplozję.

Gabinet naczelnego dyrektora wydawnictwa Lux był duży,
biały, jego umeblowanie składało się wyłącznie ze stołu, foteli i
gablotki, zawierającej hiszpańskie krucyfiksy, przedmiot kultu

203

dla jednych, kolekcja nagród dla innych. Stół ustawiony był przy
oknie w ten sposób, że każdy gość znajdował się w pełnym świe-
tle, podczas kiedy surowa lecz sprawiedliwa twarz naczelnego
dyrektora pozostawała w półcieniu. Niektórzy myśleli, że był to
tylko przypadek, lecz wystarczyło złożyć wizytę panu Fourvere-
towi wieczorem, aby móc stwierdzić, że lampy były ustawione
tak, by osiągnąć dokładnie ten sam efekt.
Uścisk dłoni. Proszę siadać. Fourveret zasiadł za stołem, zło-
żył ręce, opuścił oczy. Na jego dużej, ascetycznej twarzy widniały
okulary w kwadratowej oprawce, które potrafił majestatycznie
zdejmować i wkładać w odpowiednich momentach.
Aleksander czekał. Nie był z natury lękliwy, ale konieczność
obrony projektu, którego nie pochwalał, stawiała go w niewy-
godnej pozycji.
Po dłuższej chwili medytacji Fourveret uniósł głowę, zdjął
wymownie okulary i powiedział z drapieżnym uśmiechem:
— A więc trzeba być na prawicy, ponieważ dobry łotr został
ukrzyżowany po prawej stronie cieśli z Nazaretu!
Odczekał kilka sekund i ciągnął dalej, o ton głośniej:
— A kiedy z głęboką odrazą odepchnął sztukę złota, którą
Mu podawano i stwierdził, że należy oddać cesarzowi jego
błyskotki, to, co chciał w rzeczywistości powiedzieć, to nic inne
go jak to, iż do państwa, a nie do banków należy bicie monet!
Carska Rosja liczyła siedem razy mniej policjantów niż Wielka
Brytania i pięć razy mniej niż Francja! Komunizm, ta dziwna
choroba, zapanował w Rosji jak grypa na Hawajach, ponieważ
carska Rosja w swojej niewinności nie wyprodukowała odpo-
wiednich przeciwciał!
Fourveret założył znów okulary i jego twarz nabrała wielkiej
powagi:
— Proszę mi w końcu powiedzieć, mój drogi, co jest grane?
Kto tu sobie urządza kpiny?
Aleksander przygotował sobie plan kontrataku. Położył na

204

Wykonał obleśny gest liczenia banknotów. zostały jeszcze dodatkowo przemyślnie spreparowane i zredagowane. które nas dzielą. mam współpracowni- ków. byłbym bogatym człowiekiem. którzy nimi nie są. posiadamy pewną wspólną cechę — całkowitą integral- ność intelektualną.. Bóg mi świadkiem. i tak pozytywne. Inni wydawcy być może mają tylko jedno zmartwienie: forsa. to wielkie. że pomimo różnic. Ja także. bo moja reputacja jest wystarczająco znana na rynku — wiadomo. (Wymawiał 205 .stole serię cytatów.) Jeśli o mnie chodzi. dopóki jej nie przeczy- tałem. I nie dlatego. Fourveret spojrzał na papiery i odsunął je od siebie. Jeśli o pana chodzi. jakby to było nie- przyzwoite słowo. by wy- konać pełen wigoru i jednocześnie nobliwy gest. Są wśród nich być może — a nawet na pewno — komuniści. chociaż Bóg nie jest do tego potrzebny. pochodzących z listów od dysydentów. dla którego krwawi moje serce.. mój drogi. rzecz jasna. tylko sądzę. co dla mnie się liczy.. Ale to. — To na skrzydełko okładki. że przede wszystkim jestem sumieniem i że w miarę moich możliwości dążyłem zawsze do tego. skoro wszyst- kich nas jednoczy poparcie dla udanych dzieł literackich i do- brych uczynków. forsa. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi na plecach. lub też niechęć do złych książek i złego postę- powania. rozplatając je od czasu do czasu. darzę pana szacunkiem. — Mój drogi.. Gdybym tylko chciał. że to moje sumienie. Ich opinie. Ale jakież to ma znaczenie. zawsze sądziłem. — Oni nie czytali książki. panie Psar. żeby moje wydawnictwo posłuszne było mojemu sumieniu. że sumienia wszystkich ludzi dobrej woli nastrojone są na tę samą nutę. i właśnie w tym cierpieniu jednych dla drugich i artysty dla społeczeństwa widzę prawdziwe znaczenie działalności wy- dawnictwa Lux. krwawiące serce ludzkości. że jestem wydawcą. Jestem chrześcijaninem. (Wy mówił to z dreszczem obrzydzenia. wiadomo też. Lux oznacza tutaj światło. Całość była olśniewająca.

że pozwala się mówić tylko tym. gubiłem się w domysłach na temat pańskiej osoby — dodał cichym głosem. miał pełne usta samogłoski „a”. jakby wyciągał szablę z pochwy): co się stało? Aleksander patrzył na wydawcę nie ukrywając swego rozba- wienia: — Co się z panem dzieje. którzy myślą podobnie jak pan. że nie pozwolę na to! Zresztą jaką bym miał mieć z tego korzyść.„Psaaaaar”.) Prowa- dzi pan dla mnie Genezą rewolucji i Białą Księgą. Zastana wiałem się. Nie przypusz- czam. gdybym wydał tę książkę? Rosyj- ska prawda nie sprzeda się nawet w dwu tysiącach egzemplarzy. stał się pan przekupny? W tym ostatnim przypadku. aby mnie skompromito- wać? Powinien pan wiedzieć. Odwrócił wzrok od Aleksandra. W każdym razie tak sobie to wyobrażam. z którymi nie może się równać żadna seria innego wydawcy. żeby pana opinie polityczne były nie w porządku. stracił rozum. czy nagle pan oślepł. — Może pan być dumny. proszę mi wybaczyć to słowo. bo w końcu póki nie jest się ekstremistą. Przez chwi- lę pokazywał mu swoje plecy. i tak wyraźne pod- kreślanie egzotyki jego nazwiska stawało się obraźliwe. że ja się z nim zgadzam? Czyżbyśmy byli fana- tykami. Fourveret? Po co ten patos? Nie zgadza się pan z programem „Anonimowego więźnia”? A kto panu powiedział. jak wryty. komuż by się pan sprzedał? Czyżby wszedł pan w kontakt z jakąś organizacją neo- faszystowską? Czy ktoś panu zapłacił. i zdjął okulary. — Jak pan sobie może wyobrazić. 206 . że jego cierpli- wość nie ma granic. okazując w ten sposób. bo dzięki panu spędziłem bezsenną noc. którzy publikują wyłącznie poglądy zgodne z ich poglądami? Czyżby wolność słowa polegała na tym. czy też. Pytam więc pana (zatrzymał się nagle. można być człowiekiem godnym szacunku nawet na prawicy. lecz mam tu swoje powody. Zaczął przecierać chu- steczką szkła okularów. albo są tro- chę na lewo od pana? Fourveret zasiadł ponownie przy stole.

że w moim zakłopotaniu wybrałem się do José Ballandara. jakby się książka wcale nie ukazała”. który jest. To sumienie. ponieważ dobrze wie. Mogę się panu przyznać. odsyłając 207 . bzdury i brudy. Psaaaaar. dla pańskiego wydawnictwa. moim starym przyjacielem. że umowa wy- dawnicza. Zachowałbym się tak. Co pan właściwie zarzuca Rosyjskiej prawdzie? — Takie chwyty poniżej pasa nie są pana godne. To nie są żadne argumenty. jakim prawem pozwolił pan sobie zaproponować mi ten zbiór idiotyzmów i podłości? Aleksander miał wyjątkową zdolność stawiania czoła w trud- nych sytuacjach. zrobiłbym coś złego i zdaję sobie z tego sprawę. jak panu wiadomo. Odpowiedział mi: „Przez szacunek dla pana. Ale przypuśćmy. Ale w końcu (obrócił się nagle i oparł się plecami o stół) czy byłby pan łaskaw wytłumaczyć mi. spuściłbym na to zasłonę milczenia. zamierza pan ze rwać naszą umowę? — zapytał Aleksander powściągliwie. że „Anonimowy wię- zień” nie będzie miał żadnych możliwości obrony prawnej. Zwracam panu pańskie prawa. Jaka byłaby pańska reakcja?” Zna pan Bal- landara. co słyszę od kwadransa. pozornym i rzeczywistym. że jednak to robię. to obelgi pod ad- resem człowieka zdychającego właśnie w więzieniu psychiatrycz- nym. nawet wbrew oczywistości. Ta uwaga rozweseliła wydawcę: — Przecież nie będę pana. O co panu chodzi? O spokojne sumienie wydawcy. „Gdybym to opublikował. Fourveret.. Przydało mu się to w jego obydwu zawodach. Fourveret.. oddzielony od niego stołem. Psar — po- wiedział Fourveret. Wszystko. Prosząc o dyskrecję dałem mu do przeczy- tania kilka wyjątków z tych brudów. ponieważ nie ma pan upoważnienia autora. uczyć. które w myśl prawa nie należą do pana. — Albo ten tekst nadaje się do publikacji i nie robię panu krzywdy. — Podłości. — Jeśli pana dobrze rozumiem.. I to wszystko. który zawsze cieszył się opinią gwiazdora uczciwości intelektualnej i który zerwie umowę..

moje serce krwawi dla Rosji. co zarzucam Rosyjskiej prawdzie? Jak pan wie. kładł na swej lewej piersi dłoń o szeroko rozstawionych palcach i trzymał ją tam kilka sekund. niech pan sobie wyobrazi. dlatego też należy zniszczyć komunizm (sic!) oraz 3. co mi odrzekł Ballandar. Kapitalizm jest źródłem wszelkich nieszczęść. Do tego dołącza się jeszcze absur- dalna demaskacja rzekomego spisku światowego lichwiarzy. Usiadł i założył okulary tak jak angielski sędzia zakłada peru- kę. mimo bezładu kompozycji. Zajrzał do swoich notatek: — Jeśli w ogóle można coś z tego zrozumieć. ale nie będziemy mieli tego popar- cia.. I pan mnie pyta. 2. I to wszystko. — Tak. którego auto- rytet jest panu znany i który zawsze był dobrze usposobiony dla naszego wydawnictwa. dzieło niniejsze broni takiej oto tezy: 1. zlustrował go spojrzeniem. Kiedy Fourveret wypowiadał słowa „moje serce krwawi”. Niczego nie wymyśliłem. Tezę tę mają ilustrować pseudohistoryczne przykłady: Roosevelt był agentem Stalina. że jego szaleństwo jest interesujące i że przy poparciu prasy. namawiając mnie na druk. Później zdjął okulary. zastąpić go monarchią teokratyczną. ufając panu w dalszym ciągu. że nie podzielam w najmniejszym nawet stopniu poglądów tego wariata. której zasadniczym atrybutem będzie bicie monety. ukazał mi się pan w zupełnie nowym świetle i być może mylę się. Powiedziałem panu. — To oczywiste. albo się nie nadaje i wówczas pan jest wobec mnie nie w porządku. ale Rosyjskiej prawdzie za- rzucam. Fourveret. wciąż siedząc. Bóg mi 208 . ani prawdziwa. jak zdejmuje się maskę. Aleksander nie miał na to żadnych argumentów. że nie jest ani rosyjska. ale uważam.pana do innych wydawców. drogi przyjacielu. — Psaaaaar. Aleksander podniósł się i przyciągnął do siebie maszynopis. który z kolei działał jako agent Rockefelle- ra..

Zamknął dłoń Aleksandra w swoich rękach i zatrzymał ją kil- ka sekund. Zakopiemy topór wojenny i nigdy nie będziemy wra- cali do naszego małego kryzysu. Zamknął oczy i bardzo cicho wymówił: — Proszę się modlić. gdyby nawet w tej profesji udało się panu znaleźć kogoś aż tak nędznego. To prawda. Aleksander przewidział odmowę Fourvereta. szeroki gest. trzymając okulary. Jego szlachetna twarz stała się jeszcze bardziej szlachetna: — Mam dwadzieścia lat więcej niż pan. by wziął na siebie to ryzyko — będę musiał ze szczerym żalem wyrzec się dalszej współpracy z panem. ale. wziąwszy jeszcze pod uwagę zawoalowane groźby i paternali- styczne porady wydawcy.wtedy Geneza rewolucji i Biała Księga będą się nadal ukazywały.. właściwie zga- dzał się z nim.. Przypominał teraz rozpieranego przez radość ojca. 209 .. W niczym nie ułatwiało to jednak sytuacji. do jakiego stopnia zaśle piła pana słowiańska wrażliwość i jeśli wyrzuci pan tę paczkę makulatury do najbliższego ścieku. Jeśli natomiast zrozumie pan. Nałożywszy okulary odprowadził Aleksandra do drzwi. co to są pieniądze? Wykonał ręką. (Kiedy mówił „Bóg mi świadkiem” wznosił oczy do nieba i opuszczając je potem zatrzymywał przez sekundę spojrzenie na kolekcji krucyfiksów.. Pozwolę sobie dać panu pewną radę. że wolę grzeszyć nadmiarem niż skąpstwem.świadkiem i widzi. Na progu zatrzymał się i chwycił go za rękę..) — Jeśli ta rzecz ukaże się u jakiegokolwiek wydawcy — a byłbym zdziwiony. — . że stracę sporo pie- niędzy wskutek wywrócenia się mojego planu wydawniczego. Uśmiechnął się szeroko.. witającego swego marnotrawnego syna.

zmień praco- dawcę. 210 .. na temat waszego towaru. — Jednak poparcie prasy. świetnie idące. słuszne zresztą. — I nigdy nie zdarza się. jak tylko on się wypowie. Więk- szość książek tonie.. żeby spotkała się z sukcesem? — Jeśli kiedykolwiek rozwiążesz tę zagadkę. które zacytował Ballandar. Czy możesz znaleźć jeden lub dwa głosy. zdając się na przypadek. Można wpłynąć na powodzenie sprzedaży.. Ale właśnie ci powtórzyłem. Iwanie Iwanyczu? — Jacy są najlepsi szczekacze? Ci. jakie jest jego zdanie.. Zapytał tylko: — Przypuśćmy. kiedy dowiedział się o odmownej decyzji Fourvereta. jeżeli książka zostanie dobrze przyjęta. ale na początku rzucamy ją na głęboką wodę. Będziesz miliarderem. których nikt nie kupuje i prawdziwe. że są pornograficzne kryminały. co należałoby zrobić. — Nie chodzi o to. Pomyśl. — Niczego nie przesądza. żeby tylko jeden pies szczekał na wsi. Trzy czwarte dzien- nikarzy mówi wyłącznie o książkach. albo na kaprys fortuny. Iwan Iwanycz w rozmowie telefonicznej nie okazał wcale zdziwienia. co pociągają za sobą in- nych? — Najlepszy jest Ballandar i należy do mojej orkiestry. — Do czego zmierzasz. — Badania rynku. — Nie służą niczemu w świecie książek. — Rzadko. Przynajmniej na po- czątku. które mu odpowiedzą? — Oczywiście. a inne nie odpowiadały. żeby prasa robiła hałas wokół ja- kiejś książki i żeby nikt jej nie kupował. wielkie książki. Pierwszy skok jest niewiadomą. i te właśnie umiemy doprowadzić aż na pełne morze. — Ale rzadko się zdarza. że książka jednak ukaże się. tylko niektóre utrzymują się na powierzchni.

w kawiarni tuż obok Porte d'Orléans. jak mówią Francuzi. Był czter- nasty sierpnia i drzwi były zamknięte. Fourveret nas nie opublikuje. Iwanie Iwanyczu. Zresztą pocze- kać chwilę z otwarciem ognia też było przyjemne. Jesteśmy w Paryżu. — Chce pan na nich poczekać w salonie. że jeśli przydzieliliśmy do twojej orkiestry tych dwóch muzyków. Jechać tam natych- miast? Pokusa była silna. Domyślasz się. ale to dlatego.. panie Psar — powiedziała pani Emi- lienne. Fourveret znajdował się zapewne w swej posiadłości w Dourdan. w ostatniej ćwiartce dwudziestego wieku. tego jednak dnia 211 . to dlatego. to być może pogłaskałaby cię wałkiem do ciasta. Naznaczył spotkanie na następny poranek. Biała fasada w stylu Napoleona III. ale korki na drogach.. Z Porte d'Orléans Aleksander pojechał prosto do biura wy- dawnictwa Lux. Następnego dnia około jedenastej trzydzieści Aleksander znalazł się w Chatelet. „Pojadę ju- tro”. to Ballandar będzie milczał.Jedni. czy też podać panu apéritif w ogrodzie? Zazwyczaj Aleksander wolał wnętrze domu. Iwan Iwanycz nie podjął wyzwania. — Wszyscy sana mszy. Żwir podwórka. ponieważ wszystko jest dozwolo- ne. Gdyby twoja żona dowiedziała się. a nawet jeżeli tak. umieją śpiewać. nieskazitelnie wygracowany. — Poradzimy sobie. a z kilkoma prałatami ob- lewano powodzenie Białej Księgi o Kościele.. grubą teczkę. została niedawno odnowiona. gdzie był dawniej mile widzianym go- ściem. — Nie bądź naiwny. żeby powiedzieć to samo co on. że nie należy do inteligencji idącej z duchem czasu. nikt już nie ma na su- mieniu wstydliwych sekretów. nawiązująca zarazem do Ludwika XVI. że. drudzy żeby mu się prze- ciwstawić.. W ręce trzymał czarną. Ale powtarzam ci. Tam właśnie świętowano sukces Białej Księgi o edukacji narodowej z profesorami z Sorbony. chrzęścił rozkosznie pod oponami. Uprzedzałem was. że zezujesz na Jessicę.

— Drogi Psaaaaar! Cóż za niespodzianka! Naturalnie zje pan z nami obiad? Fourveret pokazywał w uśmiechu wszystkie zęby. za którymi kroczyło kilkoro dorosłych. madame Faubert? A to moje wnuki. — Jeszcze nie wiem. Zna pan moją córkę. Aleksander położył swoją teczkę u stóp. 212 . — Co będziesz robić. pa- trząc każdemu z nich prosto w oczy. Jego spojrzenie zatrzymało się być może nieco dłużej na Mikołaju. wypadła z drzwi balkonu. Były tak dobrze uło- żone. Mikołaju. których nie powinno się przyjąć. Usiadł pod parasolem. Udawały onieśmielenie tylko tyle. Potrząsał ręką Aleksandra. i co jakiś czas dotykał jej czubkiem buta. że grzeczność ich miała w sobie coś naturalnego. Ptaki śpiewały. Wielkie drzewa unosiły ku niebu ciężkie od liści gałęzie. — Szalenie się cieszymy pańską wizytą. — Ależ nic podobnego — powiedziała pani Fourveret. w twoim wieku chciałem zostać dowódcą łodzi podwodnej. Nagły hałas i cała chmara dzieci.. że musiałem pana ścigać aż tutaj. Przykro mi.. Aleksander nie zapytał o ich postępy w szkole. duża. chuda. ile trzeba było.potrzebował powietrza. Aleksander zdziwił się. Park miał nie- wiele więcej niż hektar powierzchni i ścieżki były w nim popro- wadzone w stylu angielskim. z czymś nieokreślenie prowincjonalnym w sposobie by- cia. tak aby osiągnąć jak największą ilość perspektyw i przedłużyć odległości. Światło zała- mywało się w lekkiej mgiełce. — Chcę placować na giełdzie jak tatuś. jego oczy jednak pozostały czujne. lecz jego zaproszenie było z rzędu tych. jak będziesz duży? Mikołaj jeszcze seplenił. Dzieci nosiły imiona bezpretensjonalne. pięcioletnim blondynie o krótko obciętych włosach. i to im się spodobało. Musiałem pana zobaczyć w pilnej spra- wie. — Ja. Kostki lodu dzwoniły w kryształowej szklaneczce. ale przywitał się z nimi poważnie. Mikołaju.

Emilienne nakrywała do stołu na tarasie. każda z kieliszkiem porto w ręce. Jej córka śmiała się czule: — Mamo. których już nikt nie słucha. mówię ci: jeśli jest ten pan. A wyobraź sobie. że nie ma już sukni do pierwszej komu- nii. to wszystko się przesuwa o jedno miejsce”. obiadem pod gołym niebem. Cóż to komu przeszkadzało. Jedna z dziewczynek z przejęciem pomagała Emilienne nakry- wać do stołu. jeszcze jedną ścieżką. Pani Faubert i pani Fourveret. z rozpaczliwą emfazą tych. Bogu niech będą dzięki. jak Marii Ka- rolinie byłoby ślicznie w tych wszystkich koronkach. z mszą świętą. którą złapie jeden z chłopców i będzie chciał przekroić nożem. jak zacząć. Surowa twarz Fourvereta rozświetliła się od wewnątrz: 213 . Brzęczały pszczoły.. Zresztą gdyby się ma- ma zmieniła. ale o konwenans. o litość. ścieżką. wodą zabarwioną winem dla starszych dzieci. pierwsza bym tego żałowała. który głęboko na- znaczył jego naturę.. „Nie. — No więc. rozprawiały z ożywieniem: — Możesz mówić co chcesz — mówiła z przekonaniem mat- ka— ale ja bardzo żałuję. Czuł zażenowanie na myśl. nikt mamy już nie zmieni. Odczuwał żywą przyjemność na myśl o tym. ta pilna sprawa? Proszę mi powiedzieć. w dniu Matki Bo- skiej Zielnej. Nawet psy nie gry- zą ofiarowanej im obroży. Nie chodziło tu. które lato zdążyło już przyżołcić. Madame Fourveret mówiła głośno. że się pan zastanowił i chce pan zrezygnować z publikacji tego. że ten człowiek za chwilę będzie od niego całkowicie zależny. Fourveret zatrzymał się. — Przejdźmy się trochę — zaproponował Aleksander. Szli pośród przystrzyżonych trawników. klombem. babcią. kontemplując scenę rodzinną ponad trawnikiem. Będzie to prawdziwe święto rodzinne. a jednak nie bardzo wiedział. dziadkiem. co miał zrobić. z drobną kłótnią przy deserze na temat osy. Fourveret ujął go za łokieć. Dzieci przekomarzały się milutko o miejsca przy stole.

choć na twarzy jego utrzymywał się wciąż uśmiech no- bliwy i szlachetny: — Dlaczego mi pan opowiada tę okropną historię? Te po- twory. były przesłuchiwane. — Nie bardzo pana rozumiem. Prawdą jest. Instytucja ta nie apeluje do mi- łosierdzia ludzkiego i nie zabiega o wsparcie. Jej celem jest opieka nad młodymi sierotami i kształcenie ich.. o instytucji dla młodych niewidomych sierot w Ville d'Avray? Fourveret odwrócił się od Aleksandra. Doszło do paru samobójstw. są z pewnością bezkarne. z których wiele miało chrześci- jańskie rodziny. z oczami wciąż utkwionymi w idylli. Dziwna sprawa. załamały się niektóre kariery. Rozpoznały swo- ich klientów i wszystko opowiedziały: „To ten pan. że te wzruszające maleństwa nie są całkowicie bezczynne i mają jeszcze jedną cechę szczególną. narobiła sobie kłopotów. czy też partnerzy. Ich ofiary. to piękne. — Trochę później w Ville d'Avray założono pewną instytucję charytatywną. — Znam tę historię — powiedział Fourveret. — Jakieś trzydzieści lat temu — podjął Aleksander — pewna ilość dobrze sytuowanych osób. a to ten. która rozgrywała się pod parasolami. Fourveret. która czyni je tym cenniej- szymi w oczach ich protektorów. Ci panowie byli nieostrożni. tyle że nie zawsze wystarczające. Mówili nie patrząc na siebie. — Jakie to piękne — powiedział cicho — chrześcijańska ro- dzina. co mi robił tamto”. uśmiechając się i nie patrząc na Aleksandra. co nazywano raz różowymi baletami. Mówił głosem pełnym przejęcia. 214 . jako że nikt ich nigdy nie widział. niech pan to nazywa jak pan chce. Czy słyszał pan. raz niebieskimi baletami.. Na to właśnie czekał Aleksander: — Tak. co mi to ro- bił. A jednak dora- stające sieroty opuszczają ją z okrągłym kapitalikiem. biorąc udział w czymś. niewątpliwie podłe.

Instytucja niewidomych sierot funkcjonowała od piętnastu lat. jest świadkiem w każdej sytuacji. żeby to był triumf— po- wiedział Aleksander. — No tak — powiedział lekko Aleksander — wiem dobrze. Wymówił z trudem: — Książka ukaże się w przewidzianym terminie. córkę. a nawet do pewnego w niej pokoju. — I zrobi pan wszystko co trzeba. — W przeciwnym wypadku niczego nie obiecuję. aparaty fotograficzne ukryte w murze istnieją nie tylko na filmach. wnuki i ich ba- let Wniebowzięcia. nie będąc widzianym. a także klucze. rozgrywający się za trawnikiem i klombem dalii. skandując każde słowo. co będzie w mojej mocy. skoro nie cofał się przed ryzykiem zaalarmo- wania stałych bywalców willi! Fourveret patrzył znów na swoją żonę. drogi panie Fourveret. Ale Bóg. — Zrobię wszystko. Na suchej twarzy Aleksandra pojawił się uśmiech: — W takim razie z przyjemnością przyjmuję pańskie zapro- szenie na rodzinny obiad. Te coraz częst- sze wywczasy pracowników umysłowych drażniły go. Aleksander zatelefonował do «Obiektywu». — Jus są osy ! — wykrzyknął Mikołaj wymachując nożem do chleba. Fourveret? Na jednych z nich widać nawet małą białą laseczkę w nogach łóżka. Nikogo nie było. dzięki czemu mogą wejść do willi. „Tam 215 . Fourveret miał zesztywniałe jakby z zimna wargi. co pozwala im porozumiewać się z dyrekcją nie ujawniając się. Rozumie pan. Po południu. Departamentowi musiało bardzo zależeć na publikacji Ro- syjskiej prawdy. Otworzył z trzaskiem jeden z zamków swej teczki: — Interesują pana zdjęcia pornograficzne. Bóg. wciąż w roli karzącego archanioła. I nie tylko Bóg. że ci panowie mają pseudonimy. jak lubi pan powtarzać.

czy przypadkiem Aleksander nie przeszedł do obozu tych niedoty- kalnych (trędowatych). wymierzał ciosy w miękką mate- rię. publikowanych lub nie. jak i przez zami- łowanie do urlopowych intryg. W rzeczywistości wycinek. przychodziło tu. ograniczał się tylko do: „Tego nie można powiedzieć. nawet nie dał najmniejszego słowa polecającego dla Grasset. giął się w ukłonach. prawicowych ekstremistów. Kamienny mur.. Ulica de Tournon. a gdy tylko natrafiał na opór. Aleksander nie wszedł do windy. „Tak pana podziwiam”.przynajmniej zmusza się ich do przepracowania dla partii nie- dziel w dobrowolnym czynie społecznym!” Czy Ballandar poje- chał do Ramatuelle. Zadzwonił do wysokich drzwi z rzeźbio- nego dębowego drewna. bo to dobre dla ćwi- czenia oddechu... Siedemnastowieczny budynek. żeby wywrzeć 216 . a poza tym mała kabina powodowała w nim przypływ klaustrofobii. ale nawet nie zaproponował.” Udało mu się osiągnąć reputację kogoś śmiałego. czy do Port-Grimaud? Fourveret widział go trzy dni temu w Paryżu i w jego stylu byłoby raczej pozostanie w Paryżu w sierpniu — zarówno przez snobizm. Ballandar należał do ludzi. Jednak pewna niechęć w gło- sie: Ballandar przeczytał Rosyjską prawdę i obawiał się. proszę przyjść”. a jednak żył w ciągłym poczuciu zagrożenia. Zdawać się mogło. jest pan wspaniały!” Zgodził-(a)-bym się pójść z nim do łóżka. czy też posiadający odpowiednie środki. nie był wielki. Co za świnia. odnowiony w najbardziej agresywnie nieskazitelny sposób. Tego się nie robi. że rządzą li- teraturą. „Panie Ballandar. by grać szczerą lub szyderczą komedię uwielbienia. że znajdował się u szczytu kariery. Zatelefonował do niego do domu. o których mówi się. Dywany. ale w rzeczywistości ata- kował tylko bałwany śniegowe. „Ależ oczywiście. ożeniony z siostrze- nicą Y.. że jakiś X. w którym mógł sprawować swoje rządy. Obawiał się. Niezła imitacja starej bramy. zresztą mylnie. Iluż młodych autorów dygotało przed tymi drzwiami! Iluż z nich. Aby utrzymać swój autorytet Ballan- dar poddawał się bez przerwy autocenzurze.

Jako debiutujący agent literacki poznał różne przedpokoje. znikali gdzieś. popierającego młodszych od siebie (był młody od chwili kiedy przestał być dzieckiem. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tej gamy upokorzeń. stając się znowu lub debiutując w roli inspekto- rów ubezpieczeń. ani dobry. to znaczy dobre czterdzieści lat). — Ależ proszę wejść. cóż mógłby robić innego? Nieudany pisarz może się stać krytykiem. był ostrożny. którzy nie mieli żadnego talentu. pewien że przynosi wybitne dzieło i że lekkie popchnięcie pana José Ballandara uczyni go sławnym i kochanym. nie stanowiąc żadnej konkurencji dla niego. w okresie kiedy brał siebie za pisarza. jako że wiedział. należy się trzymać uchwytu liny jak najdłużej. I tak było lepiej dla wszystkich. Popierał ich pierwsze książki. ostrożności. zaraz na niej zagra i Ballandar zatańczy. mając w zana- drzu fujarkę. ale krytyk? Zresztą Ballandar nie był ani zły. Dlatego też. Aleksander pomyślał. mógł był się tu pojawić. że nie ma żadnego szczególnego talentu. gwiazdek filmowych czy też nauczycieli. co okazałoby się całkiem proste. „Proszę to przeczytać. rzecz jasna. że on także. stojącego na świeczniku inteligencji. Czy nie chciałby pan rzucić okiem przynajmniej na pierw- szy rozdział? To będzie wielki sukces. dbając o swą opinię młodego intelektu- alisty. może go wysadzić z siodła. co posiada to nazwisko. Naciskając palcem wskazującym słońce miedzianego dzwon- ka. nie przyznając się do tego przed sobą. podziękuje mi pan. Przeżył za to inną. i jedyne. starannie dobierał swych protegowanych wśród neofitów. Kariera intelektualisty przypo- mina jazdę na nartach wodnych. Czyż niepokoi się ludzi wizytami piętnastego sierpnia? Chodziło 217 . z odrobiną wyższości i.presję na Z. pan pierwszy się o tym dowiaduje. Uprzejmy. potem zaś jego faworyci.. że autor spalił żywcem swoją pierwszą żonę?” Było rzeczą dość miłą pojawić się u jednego z kapłanów literatury. Czy wie pan. Zastanówmy się: gdyby Ballandar utracił swoją pozycję.

w białych spodniach.. Literatura (nareszcie znalazł od- powiednie sformułowanie) jest aktem kreacji. żeby fikał przed nim koziołki na dy- wanie. ton anglosaski.. To wszystko jedno. Właśnie tak. Próbowali po prostu być lepsi.. z sokiem pomarańczowym. Ach. (Żadnego kontaktu fizycz- nego. to rewolucja w pigułce. Hugo przeciwko Racine'owi. nie chce pan śrubokręta? Naprawdę whisky? Ale przynajm- niej nie Glenfiddish? Wszyscy ją mają. 218 . chciałem powiedzieć moderniści prze- ciwko klasykom. w koszuli z nieodzownym jedwabnym fularem. To.z pewnością o to. byłbym zapomniał. poprzez który pewna klasa czy generacja afirmuje się przeciwko swym po- przednikom. Rosyjskiej prawdy nie należało doty- kać nawet dwoma palcami. Ale chodziło o coś lepszego niż o koziołki.. mógł poprosić Ballandara. żeby wpłynął na zmianę decyzji Fourvereta. — A więc dialektyka? — Nie wszystko jest złe u Marksa. uniósł jasne brwi: — Literatura? Ależ proszę wejść. Racine przeciwko Corneille'owi. Ale Fourveret miał rację. Aleksander wszedł. nawet w rękawiczkach. Drogi Aleksandrze Psar. chodziło o przeprowadzenie pewnej demonstracji aż do absurdu. których wystudiowana forma zdawała się zwężać biodra.. pan mnie wprawia w zakłopotanie. Aleksander zapytał zwyczajnie: — Czym jest dla pana literatura? Ballandar. klasycy przeciwko modernistom. Nie. i Ballandar by to zrobił. Mógł uzyskać satysfakcję natychmiast. Literatura. Literatura jest w swej istocie rewolucyjna. — No. Oczywiście wódka. Może Old Mortality? Powiedział pan Literatura. że chce pan whisky? To try- wialne..) Co mogę panu podać? Sok z papai? Może batidy? Nie powie mi pan chyba. co Amerykanie nazywają śrubokrętem. Zgadza się? — Hugo nie był przeciwko Racine'owi ani moderniści prze- ciwko klasykom.

— Dialektyka pochodzi od Engelsa. palarniami. 219 . I wszystko w tej świątyni pozwalało odczuć. kauka- skie dywany. Ballandar żył dostatnio ze swego złotego pióra (i niewin- nych spekulacji giełdowych). Gdyby przewidziano w budżecie posadę dworskiego krytyka — jak dworskiego poety u Anglików — byłby nim Ballandar. dys- kretne światło w gablotach. Aleksander rozejrzał się dookoła. troszczy się pan o dobre samopoczucie mas pracujących! Jakie to do pana po- dobne! Siedzieli po obu stronach malachitowego stoliczka w pokoju o nieokreślonym przeznaczeniu. Jeśli chodzi o pogrążenie Engelsa. — Pan potrafi z każdej szczapy wykrzesać ogień. muzeum. japońskie kakemono i ukryte urządzenia klimatyzacyjne. jakiekolwiek miałby o nim zdanie. U Ballandara wszystkie pokoje były jednocześnie salonami. — Ma pan — powiedział Aleksander — bardzo piękne miesz- kanie. — Także i u Engelsa nie wszystko jest złe. inni dziennikarze wymieniali jego nazwisko z szacun- kiem lub oburzeniem. Wszędzie były książki. który nigdy nie przyznał najmniej- szych nawet ulg zatrudnionym u niego robotnikom. Albo zrobić z niej strzałę. których dobry smak nie po- zwalał mu sprzedawać i dla których kazał zrobić wspaniałe he- banowe półki. egzemplarze okazowe. osiemnastowieczne srebra. był przyjmowany wszędzie (lub prawie). Bez wątpienia znajdował się wewnątrz świątyni. W rzeczypospoli- tej literatury pozycja Ballandara była niemalże oficjalna. Gdyby jakiś historyk zajmował się kry- tyką francuską w drugiej połowie dwudziestego wieku. biurko Jacoba. co wychodzi na to samo. nie mógłby pominąć José Ballandara. centralnie regulowane. bibliotekami. do jakiego stopnia jego eksce- lencja zadowolony był z samego siebie: chińskie parawany i ob- razy mniej znanych impresjonistów. w jednym z niewielu schronień współczesnej literatury. — Engels był kapitalistą.

że opublikować czy też oklaskiwać dzieło „niemożliwe” było samobójstwem. Znał Fourvereta. — Fourveret powiedział panu. Nie pożałuje na to grosza. 220 . że jesteśmy uwarunkowani. był także wol- terianinem. Był zawodowym wyzyskiwaczem okazji. co prawda w małym banku. jakim się przyszło na świat. ale. co w sierpniu zostają w mieście? — Ja muszę. ale nie można było zgadnąć. Obrazy nie kosztowały go dro- go. Lubi- my się. Mam tę ważną książkę. — Proszę pana. Chce narobić hałasu wokół tej książki. żeby zmienić temat rozmowy — pan także należy do tych. jaka będzie ich wartość za dwa- dzieścia lat. dla pewności. W Vésinet nazywano go czerwo- nym bankierem! Więc.. Mój ojciec był bankierem. i nie mam panu za złe pańskich. Pan przyszedł na świat z pewnymi upodobaniami. antyklerykałem. Jest się takim. pan i ja. musi pan spróbować mnie zrozumieć.. Ballandar zaniepokoił się. Być może bajeczna. Coraz bardziej jestem przekonany. że rzuciłem okiem. i nic na to nie mogę poradzić. jakie rozczarowanie! — A więc — powiedział. powiedział mi o tym. Wiedzieli jednak tak- że. Zgadza się? Mogę w pewnych przypadkach oburzać się na zbrodnie lewicy. na maszynopis? — Tak. których panu nie zazdroszczę. Wiedzieli obydwaj. na której urządził ma- łą wystawę sztuki współczesnej.. która wychodzi zaraz po wakacjach. Jeśli nie. ale wywodzimy się z różnych tradycji.? — Zmienił zdanie. niedawno jeszcze przydarzyło mi się to. który polował w tym samym rejo- nie co on. że Fourveret. Spojrzenie Ballandara padło na ścianę. żeby nie była odrażająca. a raczej połową oka. że nie zauważyć książki „ważnej” było czymś równie fatal- nym. — Myślałem. I lepiej. — Jakąś chatę trzeba mieć. Ja uro- dziłem się rewolucjonistą. że nikt nie jest odpowiedzialny za swoich przodków... To go niepokoiło.. Obstawiał równocześnie różne okazje. To był chytry lis. co nie zmie- nia faktu.

te lejt- motywy. Oklaskiwano je z zupełnie innych po- wodów. proszę mi wybaczyć. myśli pan rzeczywiście.. Być mo- że jest to sprawa tłumaczenia. W dodatku moralnie jest bez zarzutu. widzi pan. — Rosyjska prawda wydaje się panu w końcu jaka. Zgadza się? — Radzi więc pan. że należałoby raczej powstrzymać się z wydaniem tej książki? — Fourveret wie co robi. źle napisane.? — Jest pan moim przyjacielem. Właśnie tak. ja. że zdarzają się pośród nich absolutne zera literackie. Nie. Prowadząc od trzydziestu lat wy- dawnictwo Lux potrafił nadać mu odpowiedni ton i prężność. ale trzeba przyznać. Jeżeli to rzeczywiście on strzelał do Breżniewa. mieć odwagę fizyczną to drugie. Uczciwie 221 . wyjąć z niej kartkę. Gdyby każdy męczennik chrześcijaństwa opisał w książ- ce swoje kłopoty.. Ale w końcu być nie- szczęśliwym to jedno. Fourveret także. Te wszystkie przenośnie. to specjalność Fourvereta. to jednak.... Wydawcy mają swoje imperatywy.. Nikt bardziej niż ja nie bronił dysydentów. Aleksander mógłby otworzyć swoją czarną teczkę. muszą sprzedać... — Jednym słowem.daruje pan. stworzyłoby to równie wspaniały zbiór jak dzieła wszystkich laureatów nagrody Nobla. Po pierwsze.. — Pan ma czerwoną płachtę na oczach. kiedy jakiś autor zaczyna wykazywać. ale przybrał minę pełną skruchy.. Jednakowoż dziwi mnie...? Ach nie.. wywro- towa? — Wydaje mi się... źle napisane. położyć ją na malachicie i odejść. — Pańskie serce krwawi? — Moje. pełen jestem sympatii dla tego nieszczę- śnika w azylu.... trzeba przyznać... że nie brak mu odwagi. lecz być pisarzem to jeszcze coś innego. to kwestia reakcji organizmu. ale to mi się wydaje. że rewolucja rosyjska mogła być udaremniona i że przy Leninie Hitler jest jak chłopczyk w krótkich majtkach. Oczywiście.

Mieszkam tu już od tak dawna. Był kolaborantem w czasie okupacji i partyzantem w chwili wyzwolenia. jakikolwiek by on był. Choć introspekcja nigdy go nie pociągała. że poniósł pan już koszta. „Nikt — napi- sał on kiedyś — nie może wątpić w moją odwagę. w rzeczywi- stości nie posiadał żadnej. chociaż paradoksalne. Wie pan może. Na dodatek nikt nie chciał kupić Ballandara.. czy też. że we Francji intelektualiści nie mają wybo- ru. ale to dlatego. Następnie ustawił się w opo- zycji. że nie cierpi Ballanda- ra. ponieważ jest niczym”. Zawsze stawa- łem do walki z wielkim zwierzęciem”.... Wiem. Wśród gibelinów był gibelinem. Czuł. — Tak — powiedział — ma pan bardzo piękne mieszkanie. bardziej do- świadczeni. „Nienawidzę Ballandara. I to była praw- da. ale Ballandar nie był też prawdziwym bourgeois.. — Nie mam pojęcia.. ale gdybym był na pańskim miejscu. jak mówią Rosjanie. Człowiek. że publikacja esejów w tym stylu. Chyba że nos Fourvereta. nikt w to nie wątpił. Nie każdy może być bour- geois. Aleksander podniósł się. aby nie zostać uznanymi za sprzedawczy- ków. nawet jeśli daje do zrozumienia.przekonany jestem. że chce nim być. Ale w rzeczywistości nigdy nie stanął do walki z wiel- kim zwierzęciem. A ja 222 . do kogo należało przed panem? Przeleciał anioł. zmuszeni są do buntu przeciwko rządowi. wśród gwelfów gwelfem. „To nie człowiek — pomyślał Aleksander — to próżnia w ciągłości. Nawet mając przyjaciół u władzy. poczuł nagłą potrzebę wy- tłumaczenia przed sobą tego przypływu dławiącej nienawiści.. zaledwie trochę się z nim drażnił przez pręty klatki. W innym kraju lub w innej epoce Ballandar byłby wy- znawcą panującego systemu. Dlaczego? Bo był rewolucjonistą? To mogło być zrozumiałe.. I rzeczywiście. ale Ballandar nie był rewolucjonistą. narodził się milicjant. Bo był bourgeois^ To byłoby podwójnie zrozumiałe. który cieszył się opinią twórcy opinii. Aleksander podszedł do okna i wpatrywał się w surreali- styczną perspektywę ulicy Tournon.

kreślą się z poważaniem — Józef Ballandar. — À propos stylu. zależało im tylko na dobrym samo- poczuciu i komforcie. ponieważ mój zmarły niedawno ojciec był dozorcą tej kamienicy. kolonizatorów wyciskają- cych pot z niewolników. Powie mi pan.. że Aronson Leon. ewentualnie. chociaż gotowi byli nawet i przeciwko te- mu konspirować. „Je- stem w stanie zrozumieć egoizm szlachetnie urodzonych łupież- ców. przemysłowców-wyzyskiwaczy. co było skonstruowane.” Aleksander wrócił do malachitowego stołu. gdyby potrzebne były dodat- kowe wyjaśnienia. chciałbym. nie znoszę próżni”. żeby przyjrzał się pan tej oto próbce sztuki epistolarnej.jestem jak natura. pojmuję. położył na nim swą aktówkę. Ale co innego ostrożny oportunizm przeciętniaków. Pozostając do Pańskiej dyspozycji w razie. co pan o tym myśli. że marzą tylko o jednej rzeczy: by znaleźć się na miejscu ich oprawców. Pragnąc przyczynić się do oczyszczenia narodu francuskie- go. Była to fotokopia ręcznie pisanego listu. zawiadamiam Pana. Ale Bal- landar i jemu podobni pozbawieni byli kręgosłupa. ponieważ tak nakazywała aktualna moda. Wiem o tym. przyjmuję terror i kontrterror. nie odczuwał wrogości wobec tego. w rzeczywistości ukrywa się w jednym z pomieszczeń swego ogromnego mieszkania przy ulicy de Tournon 218. jakoby wyjechał do Ameryki. miało swój ciężar. To prawda. z trzaskiem otworzył jej zamki. który rozpuścił po- głoski. Paryż. nawet jeśli chodziło o konstrukcje i ciężary wrogie mu. żadnego celu. rozumiem rewoltę uciskanych. 2 stycznia 1942 Szanowny Panie. Wejście do tego pomieszczenia za- maskowane jest przez wielką szafą. ulica Jaurèsa 4. Paryż 20 223 . Jestem nawet w stanie podziwiać wybór triumfalnej klęski męczeństwa.. nie mieli żadnej wiary.

. Ballandar wyjąkał: — To falsyfikat. Aleksander przysiadł tuż obok niego. To było ele- ganckie. Ponadto wykazał się pan do- brym smakiem. czekając. — Uważam — powiedział — że styl jest nieco trywialny. aż umrze pański ojciec. na kanapce w stylu Dy- rektoriatu. Lecz ortografia już nienaganna.

„Rosja-trojka 225 . przytulonych do niego dzieci. że lud zna prawdę. Z radością witał zawsze zimę. czerwień klonów wiązał z pojęciem dyktatury proletariatu. „Tym lepiej — pomyślał — w przy- szłym miesiącu będę mógł zabrać Światosława do trojki”. jak pod kojącymi krzywiznami i kopułami śniegu znikają ostre kąty różnorodnej. z dwójką czy trójką jego własnych. Gdy dorósł. Dla Pitmana jednak lud to był lud. był dzieckiem mia- sta. zapowia- dającymi przybycie Bożego Narodzenia. Pomiędzy złotawymi kałużami rosły brzozy. — W tym roku śnieg pewnie spadnie wcześnie. klony płonęły czerwienią liści jak pochodnie. Potapicz? Kierowca. z przy- jemnością patrzył. że klony są heroldami. towarzyszu generale. jak każdy dobry Rosjanin wierzył. że sprawi mu przyjemność. dziwacznej rzeczywisto- ści. co. Jakub Mojsiejewicz lubił myśleć. wychodzącym od zwierzchnika mającego opinię kogoś raczej wyniosłego. — Tak. Prze- jażdżki trojką po sypkim śniegu. w tym roku śnieg będzie wcze- śnie. która była ko- niecznym etapem przejściowym pomiędzy chaosem przeszłości i błogim przepychem jutra. dawały Pitmanowi doznanie szczęścia. postanowił. przyjemnie zaskoczony tym zaproszeniem do roz- mowy. 5 STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ (Montaż Psków. faza numer dwa) Powietrze szczypało chłodem. wśród brzęczenia dzwo- neczków. W gruncie rzeczy nic o tym nie wiedział.

późno urodzony. czy jutro spadnie śnieg? Tak. tu wystawione były trofea i łupy. W pokoju tym panował styl dawnego ustroju. Zmniejszenie postury. nie. który wciąż trzymał się prosto. będziemy mieli piękną zimę. Co słychać? Ubrany w szlafrok uszyty z wzorzystej tkaniny i z głową okry- tą rodzajem ośmiokątnej piuski z materiału czarnego o złotych motywach. 226 . — Witam waszą ekscelencję. pomyślał Pitman. którego treścią była pra- ca nad wywieraniem wpływu i praktyka dezinformacji. niejednolite stylistycz- nie. nie brał jeszcze udziału w tych wyprawach. postękiwał: — Tatusiu. pochodziło z ubiegłego stulecia. lecz z dobrego drewna i z dobrych warsztatów. Był jednak coraz chudszy. Abdulrachmanow bardziej niż kiedykolwiek indziej podobny był do kamiennego menhira. Umeblowanie.— wykrzykiwał za Gogolem — nic. a jabłko Adama sterczało pośrodku obnażonej szyi jak w szyi kondora. niedokończona. przyglądając się mijanym karmazy- nowym klonom. Jego książki znajdowały się gdzie indziej. ten „wzrost ku ziemi”. Jego policzki zapadły się. Niektóre sprzęty przykryte były pokrowcami. witam. nic nie zatrzyma twego bie- gu!” Światosław. by móc swobodniej oddychać. czekała na następny ruch. Jego radosne oczekiwanie zmącone było jednak nutą smutku: Mohamed Mohamedowicz nie przeżyje tej pięknej zimy. których gospodarz domu nie znał wcale. wyrażał się on w nieco fantazyjnym nie- porządku — dobrej próby — w jakości wszystkich sprzętów i braku pretensjonalności. Wołkowo. właściwy tylu starcom. wiele w językach. Oszklone szafy biblioteczne zawierały z pięćset tomów. od czasu wiosennej od- wilży. żniwo długiego życia. przeciwnie. i dlatego. najmłodszy. i to bynajmniej nie w sensie pompatycznego przeładowania mebla- mi. carskiej Rosji. Na stole partia szachów. Abdulrachmanow zli- kwidował dwa przepierzenia. Salon daczy powiększył się. w gabinecie. nie ośmielił się zaatakować Abdulrachmanowa.

co? Abdulrachmanow patrzył na książkę swymi zmęczonymi oczami. że jego palce już prawie nie potrafią się zginać. Nie chciał może pokazać. więc być może spa- lony. — Otwórz sam. Zaczął sączyć likiery. które były do- skonale znane i o których on też wiedział. że są znane. W tytule „r” w sło- wach Rosyjska i prawda były odwrócone. przypominała piękny. Często kaszlał. ciężka i zwarta. — Zrobili dwa warianty: oprawny i broszurowany. czerwoną i żółtą babę. której nie umiał się oprzeć. choć jego plecy nie były dotknięte żadną chorobą. I likiery. — Kenti. Czuło się. który był już prawie nie do odnalezienia. — Przynoszę panu podarek. Zakład dla niewidomych dzieci został wykorzystany. chociaż nie był zakatarzony. Oprawiona w karton książka. czerwony kamienny blok. rzeczy. Najbardziej przepadał za francuskim Za Vieille Cure. Donos na Aronsona. Biała obwoluta książki przedsta- wiała rosyjską lalkę. Pitman zdjął obwolutę. Dotykał wciąż dłonią okolicy nerek. z najdrobniejszymi szczegółami. został wreszcie użyty. — Opowiadaj. że ta ogromna maszyna przepracowała już swoje. Pitman otworzył pakunek. W miejscu nazwiska autora widniał „Anonimowy więzień”. 227 . znaleziony pośród dziesięciu tysięcy innych w archiwach komendantury Paryża. Lecz umysł starego człowieka nie zdradzał śladów osła- bienia. jeśli nie liczyć tego. przeniesionych do Paryża. Przyjem- ność snucia opowieści była pokusą. samowar. Żartował: „Dla małych staruszków małe rozkosze”. Szykow- ne. Mohamedzie Mohamedowiczu. Na początek Pitman przyznał się do kosztów operacji. Przysyłano mu je ze wszystkich stron świata. że Abdulrachmanow lubił opo- wiadać.

Mów dalej. Po prostu z amunicji trzeba robić użytek. rozwi- jane tuż pod jego nosem. że tego właśnie do- maga się «Anonimowy więzień». choćby nawet płomień ten wydawał zapach siarki”. ale ożywionym duchem humanistycznym. Trzeba zadać sobie pytanie. — Ależ to nie są żadne poświęcenia. Książka była już w księgarniach. Być może zresztą teorie wysnuwane 228 . obejmującym we władanie fabryki. by uważać. czy obrzydliwe praktyki medyczne. niczym więcej. nie będzie z tych właśnie powodów brać udzia- łu w żadnej nagonce i będzie się buntował przeciwko każdej próbie zgaszenia płomienia myśli. Mamy tu do czynienia z korporacjonizmem być może nieco folk- lorystycznym. by moje nerwy gwałtownie zareagowały. bez ciągotek totalitarnych”. Gdyby tak było. A jednak trzeba złej wiary. „Książka ta jest nienawistna — pisał Johannès-Graf— a jednak. mój fajansowy Jakubie Mojsiejewiczu. za dużo jest we mnie bole- snych wspomnień i wciąż nie odpokutowanych odpowiedzialno- ści. sprawowała się jako tako. jakim musiał być poddany w psychuszce. co stało się moim losem. lecz podkreślał rangę dzieła: „Wystarczy najlżejsze podejrzenie. Orkiestra Oprycznika. Jeanne Bouillon potrzebowała więcej niż pół kolumny druku. Rosja jego marzeń nie rozdzie- la zarządzania od własności. wrogim lecz solidnym. ktoś kto urodził się w rodzinie żydowskiej i stał się potem protestantem. Monthignies wypowiedział się szczerze. nie uszkodziły jego mózgu. że ktoś szykuje po- nowne zniewolenie mas pracujących przez tak zwaną elitę. Autor nie okazuje wrogości spół- dzielniom robotniczym. Ci pa- nowie z wywiadu skłonni są traktować informacje jako sztukę dla sztuki. Dla nas te małe brudne tajemnice są środkiem do wykorzystania. reżim sowiecki po- winien by wreszcie ukrócić ekscesy patologicznych tortur. Pismo «Zastrzeżenie» wy- stąpiło z długim tekstem. głoszoną przez «Żelazną Maskę». by „zdemistyfikować odmianę teosyndykalizmu. Ballandar okrzyknął ją na- tychmiast arcydziełem. odpowiednio na- strojona.

Brodaty mędrzec przyklasnął częściowo tezom „Anonimowe- go więźnia”. że chodzi tu o bohatera i męczennika. co siłą rzeczy prowadziło do nowych konfliktów i nowych wyznań wia- ry. przyjęła wobec „Anonimowego więźnia” zdecydowanie wrogą postawę. Zawodowi impertynenci mogli sobie ulżyć do woli. Nawet przy założeniu. choć szalone. by rzucić się na bro- datego mędrca. Pitman zabawnie opisywał cały ten bałagan. Interesowało ją tylko pytanie. nie są zupełnie absurdalne w kraju z tradycją ziemstwa i miru”. — Wszystko to wydaje mi się znakomite. pi- sano. że dzienniki nie były w stanie zamieszczać ich oświadczeń in extenso. nasz montaż dobrze się zapowiada. Co piszą inne gazety? Francuska prasa. Ab- dulrachmanow był rozradowany. Mohamedzie Mohamedo- wiczu! Gdy książka została opublikowana. Marksiści skorzystali z okazji. każdy oskarżał wszystkich pozostałych o przynależność do „organów”. nie chcąc przekreślić swych wcześniejszych wypowiedzi i zarazem lękając się. komunikatów i wyjaśnień. by nie uznać go za mędrca i przewodnika duchowego. zaczęli wydawać niezliczone ilości deklaracji. — Bardzo dobrze — powiedział Abdulrachmanow. — Krótko mówiąc. który strzelał do Breżniewa. Pitman roze- śmiał się: — Wsadziliśmy kij w mrowisko. z wyjątkiem orkiestry Oprycznika. trzeba się strzec. Na czwartej okładce sławne nazwiska firmowały entuzjastyczne cytaty. Niektórzy spośród nich byli tak płodni.w celi numer 000. Pani Choustrewitz udało się nie tknąć problemów natury po- litycznej. 229 . czy autor książki to ten sam Kurnosow. dysydenci. Jak zareagowali zaprosze- ni przez Psara dysydenci? Niezręcznym ruchem przewrócił książkę. by nie przypisano im poglądów „Anonimowego więźnia”.

jak zawsze? — Tak. Tym ra- zem powstał wyraźny odgłos ssania. ale niekiedy wkładał do ust cygarniczkę i wdychał odory wszystkich papierosów. przez niego sterowane. — Jesteś pewien. że „Anonimowy więzień” wcale nie istnieje i że idzie tu o apokryf sfabrykowany przez Pinocheta. Pudła rezonansowe. Istota sprawy sprowadzała się jednak do czego innego. Niezależne umysły. które się w niej wypaliły. Mohamedzie Mohamedowiczu. — Co mnie niepokoi. jak zawsze. mój diamentowy Jakubie Moj- siejewiczu. czego starzec zdawał się nie zauważyć. Nie palił już. że nikt jeszcze nie wypowiedział „obsce- nicznego słowa”? — Niech pan będzie spokojny. że nadarzyła się sposobność wprowadzenia 230 . A my dopiero zaczęliśmy naszą operację. — Piszą o tym na ilu kolumnach? — Na bardzo wielu. to jest demontaż montażu. Chodziło o co innego. dyktowały ton in- nym gazetom. zahamują ten ruch. awansowałby go i dałby mu sposobność spło- dzenia następnych dzieci (mały Dymitr miał zginąć w wyimagi- nowanym wypadku). — „Korporacja” została skompromitowana. Mohamedzie Mohamedowiczu. Gdyby to zależało od niego. wywoływała u Pitmana skrupuły natury moralnej. «Fraternité» utrzymuje. Faza numer trzy. czynił cuda. mój posrebrzany Jakubie Mojsiejewiczu. jeden z siedmiu agents d'influence pracujących we Francji. że możemy bez przeszkód rozpocząć drugą fazę. Pitman od dawna nosił się z pewnym pomysłem i teraz przekonany był. wygląda na to. które już przechylały się ku prawicy. odpowiedzialny bezpośrednio za prasę. zgodnie z pańskimi instruk- cjami. Patrzył przed siebie: — Nnno tak. Mohamedzie Mohamedowi- czu. Wojewoda. czekamy z tym do drugiej fazy. sprowadziłby Psara zaraz po zakoń- czeniu operacji. Abdulrachmanow śmiał się jak człowiek nieco roztargniony. — Doskonale. to faza numer trzy.

. nie ma się czym niepokoić. Zmieni się po prostu numery telefonów i to wszystko. to jedyny środek ostrożności. Pozostanie tylko Psar. mój drogi człowieku». Jego sowieckie obywa- telstwo nigdy nie było oficjalnie obwieszczone. nie bardzo po- zwala mu na zrobienie czegokolwiek przeciwko nam.. jak się zrzuca pantofel z nogi. faza trzecia pogrąży go całkowicie. Trzecia faza to po prostu pozbycie się Psara. Pitman nie mógł zrozumieć. dla których miałby z tego zre- zygnować. a więc raczej nie przejdzie na stronę wro- ga. Nie podniesie się już z tego. których ten jeszcze nie posiada? Nie. To on. sytuacja. Jeżeli zwróci się do Francuzów. Kurnosow zostanie tam gdzie jest. Jego stopień? Zdegraduje się go za ma- chinacje antysowieckie. — Czy agencję pozostawiamy Psarowi? — Oczywiście. albo na komunistę. faza druga znie- sławia go. sterowanego przez reakcjonistów.go w życie. — Faza numer jeden nadwątla jego pozycję. Już ze 231 . — No właśnie. skąd bierze się wrogość Ab- dulrachmanowa do jego własnego „protegowanego”. Nawet jeżeli to zrobi. Mó- wiąc oględnie. można je skreślić jednym ruchem pióra. Nie widział powodów. zrzuci się go tak. na kogo wyjdzie? Wyjdzie na reakcjonistę manipulowanego przez komu- nistów. Zellman uwolni nas od Gawierina i zniknie bez śladu. — Faza numer trzy — powiedział Abdulrachmanow — bę- dzie dziecinnie prosta. jaki się poweźmie. Poza tym on wciąż wyobraża sobie. w jakiej się on znajduje. Zostanie kompletnie zdyskredytowana. że w naszych rękach znajdu- ją się jego żona i syn. mój Jakubie Mojsiejewiczu w kolorze brzóz karelskich. Trzeba bę- dzie usunąć oficera pilotującego z terytorium Francji. choćby za publikację tej pseudo- Rosyjskiej prawdy. czyż potrafi przekazać francuskiemu kontrwywiadowi informacje. Pamięta pan Henry- ka V? «Nie znam was wcale. Nic nie będzie mógł zrobić.

mógłby przeprowadzić operację. który uważał go za swoje przyszłe arcydzieło. czy mógłbym zapropono- wać coś jeszcze innego? Stary człowiek zrobił kwaśną minę. że jego serce. lecz nie wrogie spoj- rzenie aligatora. Być może teraz postawiłby to pytanie. — Wiem oczywiście. chodzi o plan Twardy znak. Pitman był przekonany. Dyrekcja «A».. Nagły przypływ nieśmiałości sprawił. że niekiedy nie trzeba się trzymać Vade- mecum. serce generała. Plan ten był ukochanym dzieckiem Pitmana. a także pierwsza.dwadzieścia razy chciał zapytać ojej powód. Jego zwiotczałe policzki świetnie się do tego nadawały. w której centralną rolę odgrywa do tej pory całkiem 232 . Pitman zajmie wyższą pozycję wewnątrz areopagu czapek-niewidek. gdyby nie musiał jeszcze zabiegać o akceptację innego projektu. druga i piąta dyrekcja główna wyraziły swą zgodę. Plan nabierze mocy operacyjnej. ale nie śmiał tego zrobić. Ale sam mnie pan uczył. który pan był tak dobry w zasadzie przyjąć i który został zaakceptowany przez Areopag. gdy tylko po- jawią się korzystne warunki. Najwyższy przełożony Komitetu Bezpie- czeństwa Państwa podpisał projekt. Zresztą przez to. że wprowadziliśmy „Żelazną Maskę” do operacji. że oto wła- śnie nadarza się sytuacja wręcz wymarzona. w zestawieniu z którą na- wet Montaż Psków wydałby się tylko grą salonową. Sekretarz generalny partii i premier w jednej osobie rzucił nań senne. że wszystkie potrzebne elementy będą pod ręką. że Vademecum sprzeciwia się łańcu- chowemu łączeniu montaży. — Cóż takiego chce pan zaproponować? W sposób czuły i uniżony jednocześnie Pitman wybełkotał: — Pan pamięta. Jeżeli plan się powiedzie.. Tandem Psar- Kurnosow. Mohame- dzie Mohamedowiczu. zaczęło bić szybciej. — Mohamedzie Mohamedowiczu. pod warunkiem. jeżeli tylko zaryzykuje się utworzenie takiego tande- mu.

liczenie pionków. Psar i Kurnosow nie będą nigdy dobrym tande- mem. żeby pan czytał Sun Tsu (Pitman znał go już pra- wie na pamięć). martwych. Wreszcie Abdulrachmanow przerwał mu niecierpli- wym ruchem ręki: — Zawsze ta pańska oszczędność. Sun Tsu wyróżnia pięć kategorii tajnych agen- tów. co Sun Tsu nazywa agentem mar- twym. przekażesz ją ministrowi króla Tangutów”. Był to prawdziwy chiński generał. Nnnno więc. określa mianem martwych agentów. z wiszącym wąsem i warko- czykiem na plecach. onieśmielały go roz- miękczone oczy Abdulrachmanowa.. Trzeba. związaną z kontrwywiadem i technika- mi dezinformacji. mój tek- turowy Jakubie Mojsiejewiczu. jak mówią mnisi. To nie jest materiał na operację Twardy znak. Czwartą kategorią. przesłanie dla ministra. Niech pan sobie owinie do- okoła wąsa: Psar jest tym. ale później trzeba je wyrzucić. Prowadził wojnę z Tangutami. lub raczej w sobie. Wziął pew- nego skazanego na śmierć. 233 . że ma przy sobie. już naruszyliśmy reguły.. Dwa sklejone ze sobą mydełka do golenia mogą się przy- dać podczas kąpieli. Fałszywy mnich przybywa do Tangutów i natych- miast zostaje schwytany i poddany przesłuchaniom. Przed wysłaniem go w misję kazał mu połknąć kulkę z wosku. Natomiast w opera- cji tak kolosalnej jak Twardy znak. czy opowiadałem ci historię (opowiadał ją cztery razy do roku i dobrze o tym wiedział) szefa sztabu Tsao. którzy mieli genialnego ministra. Tak. „Kiedy ta kulka wyjdzie z ciebie.. Tak. mnisi habit. Pitman przemawiał długo i niedobrze. oto co zrobił Tsao. które kwitną tylko w promieniach słońca i po obfitym skropie- niu wodą.czysty Oprycznik. Zawsze ta pańska krótko- wzroczność. ułaskawił go i ubrał w mnisi habit. ekscelencjo. srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. Dlaczego? By zwrócić na niego uwagę. ponieważ człowiek ten nie mówił tak. wyrażające pełną wyższości dezaprobatę.. Nie pamiętam już. Pitman zaś należał do tych delikatnych kwiatów. Przyznaje się.

to byłoby okrutne. że będziecie musieli odżywiać go luksusowo aż do końca jego dni. 234 . Podniósł się i ujął szorstkie i ciężkie dłonie Abdulrachmanowa w swoje miękkie i pulchne ręce: — Z całą pewnością ma pan rację. — A twój podarek postawimy o. Na razie jednak podpali pan krótki lont i weźmie nogi za pas. lecz nie chciał sprzeciwiać się swemu mistrzowi. W rzeczywistości nie było żadnej takiej umowy. Oto w jaki sposób. tutaj. tłumiąc jęk. co powinniśmy zrobić z Kurnosowem? Abdulrachmanow wciągnął powietrze przez swą pustą cygar- niczkę. przedwcze- śnie martwym. Chińczyk z wiszącym wąsem i warkoczykiem na plecach. I zaklinam cię: nie oszczędzajcie na kulebiakach. Zresztą nigdy nie był niczym innym niż martwym agentem. która zaświstała jak gwizdek. Jak tylko uzna pan. Abdulrachmanow wstał. jak zwykle. trzeba będzie pomyśleć o kimś na miejsce Psara. zamyka pan dossier i nie myśli o tym więcej. Jak pan sądzi. Natomiast biorąc pod uwagę naszą dekadencję. uwa- żam. odpowie- działbym ci. Jeśli zaś idzie o operację Twardy znak. dobrych czasach. mój złociutki Jakubie Mojsiejewiczu. Nic więcej nie mu- si pan robić. że dobiegła końca druga fa- za. Powtarzam więc panu. w którym wspomina się o tajnej umowie zawartej między nim i Tsao. Rzecz jasna. Woskowa kuleczka zostaje odnaleziona i otwarta. lecz król Tangutów nie ma nic pilniejszego do zrobienia niż ściąć głowy jednocześnie swemu ministrowi i fałszywemu mnichowi. czas Psara dobiega końca. zajął królestwo Tangutów. — Gdybyśmy byli w dawnych. po- trzebni są do niej agenci całkowicie czyści. nasz przyjaciel Tsao. list. może trochę zbyt szybko: trzeba położyć na nim krzyżyk. Pitman nie został przekonany. Na skórzanym pulpicie spoczywała książka w języku hiszpań- skim. W jej wnę- trzu znajduje się list adresowany do ministra Tangutów.

Ach! Chciałbym żyć w Rostowie. ale już się jej napa- trzyłem. że dawniej wszystkie dzwony miały imiona. jaki to musiało wywrzeć efekt na rodziny. bardzo dobra. Ale niedługo będę musiał coś z tym zrobić. w Rostowie. co znaczy to słowo.. — To książka z Meksyku. który nazywałby się Mir- ra. który nieba- wem miał się stać carem Wszechrosji. pod rządami dobrego metropolity Jonasza i Piotra. podobają mi się frag- menty Kurnosowa poświęcone dzwonom. Ich dźwięki tworzyły małą tercję i to podobało się metropoli- cie Jonaszowi. a gdy przychodzi nowy tom. znajdowały się dwa dzwony. Twoja książka jest piękna. dostrojony do niższej kwinty Polie- leja. i ma swój ciężar. Można sobie wyobrazić dzwon. pary zakochanych. w roku 1688. skazanych przez lata całe na wy- słuchiwanie smutnych tonów. Abdulrachmanow zdjął ją i położył na jej miejsce Rosyjską prawdę. mój Jakubie Mojsiejewiczu z brązu. Nie przez przypadek pismo tego fircyka Hercena nazywało się «Dzwon». może pochodzi od elej. Są mądre i proste zarazem. kochankowie nowe pieszczoty. W siedemnastym wieku. cho- ciaż nie usunął żadnego z dwóch dzwonów! Przecież to lekcja dla nas.. pewnego dnia. Gdyby oni wszyscy byli 235 . wychodzące z pieca jak świeże bułeczki. mój spiżowy. Zwrócę się do dyrekcji biblioteki. obu- dzonych dźwiękami radosnego koncertu! Wyobraź sobie. wysta- wiam zawsze na widok. to znaczy od świętych olejów. Nie wiem. chowam poprzedni. jako że spotkała go niełaska cara Aleksego. Rosyjska prawda! Jeśli idzie o mnie. nie mieszczą mi się już te książki. a o to trudno. Najczęściej Polielej. Gdy jednak nastał Piotr Pierwszy. Widać. Łabędź i Polie- lej. na rze- mieślników! Dowcipnisie wynajdują nowe żarty. że to nie byle co. dzielny metropolita wrócił do łask.. Nowe. Wyobraź sobie mieszkańców Rostowa. Wyobraź sobie. Ale był też Łabędź i Baran. Me- lodia dzwonów kołysała jego melancholię.. i nawet Kozioł. Dzięki temu uzyskał teraz akord w tonacji majorowej. i nagle. Co robić? Zamówił dodatkowy dzwon.

że do nich należy. było nie tylko oznaką kapitulacji. Czuł. Szkoda. To straszne. Na razie jednak nie trzeba było jeszcze o tym myśleć. gdy o nim myślał. ale i aktem sabotażu. wskazując przy tym w kierunku drzwi. być kiedyś takim tytanem. Dopóki jego mistrz pozostawał przy życiu. żeby go ktoś oglądał w takim stanie. ale i jego pragnienia służenia. unosząc niezbyt miłe poczucie. nie biorąc pod uwagę własnych zastrzeżeń. nazywał go najczęściej swoim dobroczyńcą) zasługiwał na wierność bez skazy. Jeżeli umrze. zrezygnować z operacji. Na szczeblu. i stać się później tak słabym. W przyszłym wyzwoleniu kryła się więc słaba kompensacja straty. Obecnie zmienił się wektor przynależno- ści. Atak kaszlu nie pozwolił mu dokończyć tej tyrady. Pogrążony w marzeniach wrócił do Moskwy. „W gruncie rzeczy — myślał — on po prostu nie chciał. i nie brakuje im uzasadnień: książę służący swemu królestwu służy też samemu sobie.. W początkach swej kariery Jakub myślał: „To moja ojczyzna.tego samego pokroju co Piotr. moja partia”. że ja sam nie jestem postacią tej samej skali. nie dającej się niczym zastą- pić straty mistrza. co zdarza się często ludziom na najwyż- szych stanowiskach: są już tak blisko swego bóstwa.. że nieomal stapiają się z nim w jedno. na którym się znajdował. Kaszel był tak gwałtowny. był mu posłuszny. Doprowadzi operację Psków do końca. Cóż. To zapewne wcale nie jest przyjemne”. wcale nie musielibyśmy robić Re. korzystnej i nawet zasad- niczej dla przyszłości Partii. * 236 . że został wyproszony. Śmierć roz- wiązuje nawet śluby małżeńskie. Przydarzyło mu się to. Pitman wreszcie zrozumiał ten znak i wyszedł. Abdulrachmanow (Pitman. a ramiona zaczęły poruszać się jak wiosła. z latami przybierające na sile i coraz mocniej zabarwiające jego ambicję. Nie tylko jego kariera była przy tym narażona na szwank. Jak to dobrze. to co innego. że ogromny nos starca zwilżony został łzami. to one były prawie jego własnością.

by zabijać bolszewików. oferując im usługi szpicla. Lekarze. który skończył życie w więzieniach nowego reżimu. podjął próbę ucieczki. Okazana przezeń dobra wola przyczyniła się do pewnego zelżenia jego doli. w wieku lat dwudziestu dowodził kompanią. A Pitman nienawidził nieszczęścia. Wcielony do Armii Czerwonej skorzystał z pierwszej sposobności i przeszedł na stronę Niem- ców. przy- rzekł im azyl polityczny. i nie było mowy o nie- posłuszeństwie wobec komputera. za co dostał jeszcze piętnaście lat kary. nie wpłynęła jed- nak na redukcję kary. A jednak Pitman lękał się spotkania z tym skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. a ponieważ nie opuściła go odwaga. gdy rozpoczęto operację Psków. byle tylko choć trochę poprawić swoje położenie. Liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i cztery miał jeszcze odsie- dzieć. Wyróżnił się szybko. Oczekiwał roz- strzelania i przyznawał. W momencie. Gdy nadeszła klęska. że w ten sposób sprawiedliwości stałoby się zadość. Arsenij Jegorycz Gawierin urodził się tuż po zakończeniu wojny domowej. jąkający się z akcentem oksfordzkim. lecz Gawierin powiedział im: „To przyrzeczenie królewskie. Leczony z histerii. Komputer. czemu to miało służyć — orzekli. Gdy Arsenij miał dziesięć lat. Gawierina z syberyjskiego obozu przeniesiono do więzienia Lefortowo. a królowie zawsze dotrzymują słowa”. jako że pewien pułkownik. którzy go badali — on sam nie wiedział. Wąsaci kozacy wahali się. zaczął się włóczyć po ko- mendantach obozu. Także jego zdrowie ucierpiało w obozie. Został jednak skazany tylko na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. 237 . że najpewniej nie dożyje zakończenia zasłużonej kary. jego matka umarła z głodu. Wkrótce potem został rozbrojony i razem ze swymi ludźmi przekazany wujaszkowi Stalinowi. zapytany kilkakrotnie o zdanie. jako syn-pogrobowiec oficera. podawał zawsze w odpowiedzi nazwisko Gawierina. I naraz dzielny zuch załamał się. Gawierin razem ze swymi żołnierzami oddał się w ręce Anglików.

Sądził. że i tym razem przysłuży się jako donosiciel. któremu odebrano jego człowieczeństwo. to on miał pewne problemy z mówieniem po francusku — ponieważ być może moglibyśmy sobie nawza- jem wyświadczyć przysługę. Jeśli pan zgodzi się pomóc nam 238 . że pan mówi po francusku — zwrócił się do nie- go w tym właśnie języku Pitman. „przyda ci się. Dziecko odrywane od matki nie okazuje większego przerażenia niż Gawierin. jak znów będzie tak jak przedtem”. który by go uwolnił. Matka nauczyła go tego języka w dzieciństwie. że spełniają się tylko złe przeczucia. W obozie anonimowi ofiaro- dawcy dostarczyli mu książek. że i tak wyobraźnia KGB w dziedzinie grozy górowała nad jego wyobraźnią. żeby między tym człowiekiem. a także rodzinę jednego z komendantów obozu. Pozostają panu już tylko cztery lata kary. żeby pan mnie odwiedził. Wyma- wiał po staroświecku twarde „r”. rewolucję w Rosji. okazał pan skruchę i już je pan prawie odpokutował. Od wielu lat oczekiwał cudu. podczas gdy Pitman grasejo- wał. wiedział. pomyślał. Uczył francuskiego wielu wię- źniów. Lustra i złocenia pałacu Roztopczynów nie dodały mu pewności siebie. ale jego wymowa była prawie idealna. Czekał na nową wojnę światową. mówię po francusku. że chcą mu wmówić nową próbę uciecz- ki. z pewnością po to. Trzeba było zaciągnąć go siłą do furgonetki z zasłoniętymi oknami. chroniącą ich wstydliwość. Popełnił pan poważne wykroczenia. opuszczający ponure więzienie. Teraz jego nadzieje wyczerpały się całko- wicie. panie Gawierin — podjął wolno Pitman. obojętnie co. Nie wyjdę stąd. — Prosiłem. ustawić barierę. tak bardzo ludzkim. lądowanie Marsjan. Przywarł do swej pryczy: — Mnie tu dobrze. lecz nie zażądano tego. Pomyślał. — Zdaje się. Gdy wywo- łano go z celi. i nim samym. w któ- rym pomiędzy piętrami rozpięte były siatki. — Oczywiście.

że z jednej strony pana znajomość francuskie- go. to było czterdzieści lat temu. żeby czytać. które spędził pan w ar- mii hitlerowskiej.w kłopotliwej sytuacji.. jaki panu jeszcze pozostał. Zamiast cudu. to myślę. — Już zapłaciłem! Trzydzieści sześć lat życia! Litości! Pitman przeszedł nagle na rosyjski. napuszonym francuskim pod kandelabrami pałacu Roztop- czynów. Jeśli zgodzi się pan na moją propozycję. wejść w kontakt. Zdenerwowanie więźnia udzieliło mu się. Ja się popra- wiłem. Każdy to panu powie. — Ależ proszę się uspokoić! Proszę się uspokoić. proszę się uspokoić. A jednak musi się pan z tym zgodzić. — Już za to zapłaciłem! — wykrzyknął więzień. to będzie wymagało całej pańskiej inteligencji i oddania dla so- wieckiej ojczyzny.. które można było u pana zaobserwować. Zazwyczaj zgarbiony. 239 . — Towarzyszu. już pan nawet nie wróci do Lefortowa. że w czasie tych wszystkich lat. — Proszę pana. Zapomnijmy o przeszłości.. w który nie wierzył. Jestem teraz marksistą-leninistą z przekonania. Głos Pitmana stał się jeszcze słodszy: — Wiem. Proszę pana tylko o to. Arsenij Jegorycz. Gawierin zwietrzył tu ra- czej podstęp. z drugiej pewne zainteresowanie reakcyjnymi ideami poli- tycznymi. miał pan wiele okazji. prostując się. żeby pomógł mi pan skrócić czas cierpień. wiem. Jeśli ma pan na myśli ostatnią głodówkę. miał teraz sylwetkę Don Kichota. to ja byłem przeciwny.. oczywiście. Było to niezwykłe: dwaj Rosjanie rozmawiający książkowym. — Jestem na służbie ojczyzny i na nic się nie skarżę. że moglibyśmy uregulować tę sprawę z Ministerstwem Sprawiedliwości. czyż ja panu cokolwiek zarzucałem? Po pro- stu tak się składa. Uprzedzam pana.

— Proszę mi nie wymawiać tego. Sami książę- ta. jest pan wolny. i to nawet z tak zwanej pierwszej emigracji.. Są pełni radości życia. tak mało sowieckie: wybaczać. Wyobraziłem sobie dla pana Riwierę fran- cuską. Je- śli o mnie chodzi.. prawda? A Francuzi. To słowo tak rosyjskie.. Cztery lata szybko przelecą. Byłem głupi. Szczególnie w Nicei. co nazywa się teraz Gułagiem. to wie pan.. że mogę dotrzy- mać moich obietnic. „Krytykowałem system karny. Proszę mnie odesłać do obo- zu. Znam ich. wiem. To się panu wyda niemożliwe. — Nie byłem tam nieszczęśliwy — zachlipał Gawierin. czyli prościej w obozie ciężkich robót. wie pan.. Zresztą jest tam dużo emigrantów. Pitman rozmyślnie nie wspominał o pieniądzach. Poczuje się pan wśród swoich.? Patrzył na Gawierina oczyma pełnymi zrozumienia. Cóż mogły oznaczać pieniądze dla człowieka.. jeśli woli pan ryzyko tego typu wygnania.. mały człowieczek z lekko zazna- czoną zajęczą wargą. — Oczywiście.. który prawdopodobnie nie wydał w życiu więcej niż sto rubli? Lew Aronowicz Zellman. za propa- gandę antysowiecką. Arsenij Jegorycz. Trzeba umieć wybaczać głupotę. co pana czeka po odbyciu kary — osiedlenie w jakimś tam Kirgistanie. To tylko ta piekielna sprawiedliwość. słońce. hrabiowie. więc dano 240 . to naród bardzo serdeczny... W obo- zie także nie byłem nieszczęśliwy. Mała willa w Nicei. Żadnej opieki lekarskiej. Chciałem powiedzieć.. spędził piętnaście lat w tym. co brałem pod uwagę dla pana.. że pracował pan dla nas. czekając aż uświadomi on sobie grozę tej perspektywy. czego nie powiedziałem. — Ależ już dawno panu przebaczyliśmy. a pan przecież jest człowiekiem chorym! Jak pan będzie zarabiać na życie. podpisałem podanie o ułaskawienie. Jeśli nie będziemy mogli powiedzieć. ma pan wolny wybór. morze. Pan nie ma już żadnej rodziny w ZSRR. Tak. to to. ale przysięgam panu.

Jedna trzecia z tej jednej piątej musi być odliczona z godzin nocnych. Piętnaście lat. Nie odczuwał wcale go- ryczy. zabiegał o wyjazd łagodnie lecz z uporem. Piętnaście lat. To wystarczy”. że kie- dy pojawiła się możliwość emigracji. „Nie chodzi o to. Kocham ją i nie bardzo sobie wyobrażam. który został mi przeznaczony przez najwyższe Prezydium. czy pewnego pięknego po- ranka znów nie wyślą mnie do Workuty? Uprzejmie dziękuję. Cze- kał już trzy lata. mówił sobie ten skromny i uparty człowieczek. Zanadto przyzwyczaiłem się do klimatu Workuty. W rzeczywistości był wdzięczny reżimowi za tak łagodną karę. Zawsze brakowało jakiegoś papierka. tylko to drugie. przekonany. lecz nie złamany. Z mojego czasu czuwania straciłem więc około trzech i pół godzin dzien- nie. Lew Aronowicz nie ustępował. „Mysz jak chce to i kabel przegryzie”. Co nie zmienia faktu. Cóż to jest jedna piąta? Mniej niż pięć godzin dziennie. zdecydował się z niej sko- rzystać. W dodatku w obo- zie spałem osiem godzin. Poprosił o paszporty dla siebie i dla swojej żony. byłoby więc niesprawiedliwe odliczać te pięć godzin wyłącznie z godzin dziennych. Rozumował w następujący sposób: „W końcu życie ludzkie stało się dłuższe. jak mógłbym pracować w jakimś ki- bucu. że nie kocham Rosji. Paszporty jakoś nie nadchodziły. jeśli będę miał szczęście. Właśnie ta pokora i poczucie humoru uratowały go. jeśli istnieje. Zła wola władz była ewidentna. bo zapłaciłem dług z góry! Naprawdę nie mogę narzekać”. 241 . że pewnego dnia pokona opór czynników oficjalnych. to pouczające. która czeka- ła na niego piętnaście lat. Wyszedł z piekła zraniony. A pozostające mi do życia dwadzieścia lat nie są już obcią- żone hipoteką.mi możliwość zweryfikowania moich tez. a może nawet weselsze. Nie mam na myśli ziemskiego prezydium. Lecz jeśli tu zostanę. co można zrozumieć” — mówił z uśmiechem pełnym zadumy. skąd mam wiedzieć. to tylko jedna piąta czasu.

Dywan. Mylił się. mających najmniejszy choćby związek z jego sprawą. Zaczął coś bełkotać. mały kartofelek. które widywał tylko w kinie. Zellman chciał wyrazić swoją wdzięczność nie zdradzając za bardzo swej radości. w którym jeszcze swojego nie odstał. kiedy dyrekcja «A» wyda rozkaz usunięcia go! Wówczas zniknie jak zaczarowany. przerywając w pół słowa: — Nie chciałem przedłużać pańskiego oczekiwania. Ten właśnie kabel nie był rozciągnięty przez przy- padek czy też przez nieuwagę i będzie tkwił aż do dnia. ocenił go po wyglądzie gabinetu. kinkiety. Uważaj. że otrzymał pan zgodę na wyjazd. Dygnitarz przyszedł mu z pomocą. Lew Aronowicz. towarzyszu generale. nadawał tej pickwickowskiej twarzy wyraz jeszcze bardziej niewinny. Na- zywam się po prostu Jakub Mojsiejewicz i mam przyjemny obo- wiązek poinformowania pana. żeby nie popełnić błędu!” Człowiek w wieku Zellmana. — Lew Aronowicz Zellman? — Obecny. około pięćdziesięciopięcioletni. w małych okularkach. Zellman przybrał postawę pośrednią między wojskowym „baczność” i przyklęknięciem. jaki był stopień wojskowy tego dygnitarza. stiuki. Lwie Aronowiczu. uśmiechał się spo- za ministerialnego stołu. Lwie 242 . a jednak egzekucja wciąż się nie udaje!” I dodał jeszcze: „Jestem więc w urzędzie podległym KGB. Dziwne: był przeko- nany. w filmach histo- rycznych. Nie miał pojęcia. że stał w kolejkach we wszystkich urzędach. prawie infantylny. Dyżurny zaprowadził go do gabinetu w rodzaju tych. Jego nos. Pewnego jesiennego dnia Lew Aronowicz został wezwany do biura. Zellman zażartował w duchu: „Od tak dawna wiesza się go wszędzie. Oczywiście nieodzowny por- tret zdobił ścianę. okrągły i dobroduszny. Jeszcze dziwniejsze: tym razem nie było kolejki. Twarz dygnitarza rozświetliła się jeszcze bardziej: — Nie bądźmy tak bardzo oficjalni.

W rzeczy samej. Klimat z pewnością by panu nie odpowiadał. Lizawiety Grigoriewny? To nie będzie takie proste. Nie. nie ma sensu powtarzać dawnych nieporozumień. Zellman próbował teraz ukryć ogarniające go przerażenie. Nie przyznano jej paszportu. 243 . to bardzo trudne. Teraz pró- bował zataić także i swą rozpacz.. nie. Mógłby pan wrócić na złą drogę i narazić się znów na po- dobne przykrości. Kraj. żeby miał pan zamiar jechać właśnie tam. uroczym gniazdku pod dachami Paryża. nieprawdaż. — Daję panu moje słowo — dygnitarz uśmiechał się wciąż — za rok. Jeżeli Lizawieta nie będzie mo- gła wyjechać. albo w ciągu trzech miesięcy będzie pan mieszkał ra- zem z Lizawieta Grigoriewną w małym. to Izrael. że był generałem. z którym łączą pana złe wspom- nienia. także i on zostanie. że przy odrobinie dobrej woli z obu stron wszystko da się załatwić. — Tymczasem — ciągnął dalej dobry generał (założywszy. i dlatego od razu na początku powiedziałem panu najważniejsze. — I chciałby pan. Musimy jednak jeszcze porozmawiać. Proszę usiąść w tym fotelu. Lwie Aronowiczu. Ale mówi pan po francusku. Zellman milczał przez roztropność. który wpisał pan w rubryce „kraj osiedlenia”.Aronowiczu.. Zellmanowi udało się przed chwilą ukryć radość. i do tego dobrym) — jestem pewien. wyjechać w towarzystwie żony. Jest pan. właśnie we Francji chciał się osiedlić. Groźba nie była niczym osłonięta. a w naszym wieku nowy ję- zyk. wolnym człowiekiem i byłoby absurdal- ne zatrzymywać pana w kraju. Mówiąc między nami nie sądzę. (Zell- mana opanowała panika: „Kto mógł powtórzyć mój żarcik?”) Zresztą nie zna pan hebrajskiego. Francja byłaby dla pana wspaniałym schronieniem.

Rosyjska prawda ukazała się przed dwoma tygodniami. którą prawdziwie kochał. Dziennikarze domagali się szczegółów. wyrządzi przysługę i Rosji. Miał wyjawić prawdę dotyczącą pewnego szczególnego zagadnienia. Pomogła mu spakować małą walizkę i już na- zajutrz. dzięki jakim kontaktom udało się Psarowi wywieść w pole ZSRR. Zagraniczni wydawcy podawali cyfry nakładów. znalazł się w Paryżu. — Czy to żarty? — Nie wiem. Pół godziny później Lew Aronowicz ściskał dłoń Jakuba Moj- siejewicza. odczuwając ogromną ulgę. Małgorzata miała zwyczaj udzielania odpowiedzi na retorycz- ne pytania. Od tego czasu urywał się telefon w biurze agenta literackiego. oskarżając Psara o oczy- wistą kradzież. była zupełnie błaha. W gruncie rzeczy przy- sługa. moja staruszko? Wiesz do- brze. Niektóre osoby we władzach niepokoiły się i sta- wiały sobie pytanie. jaki jej mąż za- warł z KGB. o którą go poproszono. proszę pana. że na całym świecie tylko ja cię kocham. 244 . Nikogo nie narazi w ten sposób na prześladowania. Specjaliści zadawali pytanie. Objął ją czule. farbowane na rudo: — Któżby cię mógł potrzebować. które- mu udała się taka mistrzowska sztuczka: wydobycie ze Szpitala Specjalnego w Leningradzie pełnego rękopisu „Żelaznej Maski”. Z Rzymu zadzwonił wściekły Grucci. która miała się stać jego drugim domem. — Proszę pana — oznajmił poważny głos Małgorzaty — dzwoni pan o nazwisku Kurnosow. jakby za skinieniem magicznej różdżki. i Francji. czy także i w przyszłości będzie można korzystać z usług tej siatki. która prze- rzuciła na Zachód cenny rękopis. że na początek miał on wy- jechać sam: — A jeżeli oni mnie potem nie wypuszczą? Pogłaskał jej szpakowate włosy. Lizawieta Grigoriewna zaakceptowała układ. niepokoiła się tylko tym.

choćby dlatego. — Przyjeżdżam. jestem na lotnisku. Ten właśnie. Oczywiście całkowita dyskre- cja. że Kurnosow był „Żelazną Maską” podobnie jak łan Fleming — Jamesem Bondem. Dawni emigranci definiowali swoje stanowisko. Ten sam. — Przy telefonie. że wierzył w to motłoch. Wariaci szantażowali Psara. Dysydenci protestowali przeciwko posłużeniu się ich nazwiskami na okładce książki. że autor nieudanego zamachu i autor książki nie mogą być jedną osobą. lecz nazwisko wypowiedział po rosyjsku. który otrzymał na wypa- dek sytuacji wyjątkowej: — Poproszę Iwana. — ktoś musiał mu podpowiedzieć — Policji Granicznej. proszę się przyznać. — Ależ proszę pana! Z kawiarni zatelefonował na numer. Scep- tycy przekonani byli. — Jaki Kurnosow? Jakie lotnisko? — Michał Leontycz. o którym pan myśli. — Proszę mnie połączyć. która wcale nie jest żelazna. Adwokaci śpieszyli ze swymi usługami.dotyczących strony anegdotycznej operacji. Inteligencja orzekła. obiegło rzecz jasna cały Paryż. — Czy mogę mówić z Aleksandrem Dmitryczem Psarem? Kurnosow mówił po francusku. — Czyli Roissy.. — Ja jestem Kurnosow. Nazwisko nie- doszłego zabójcy. że to pan jest w istocie autorem Rosyjskiej prawdy”. W którym miejscu na Roissy pan jest? — W biurze. Czy w Paryżu jest więcej lotnisk? — Skąd pan przybywa? — Z naszej matki Moskwy. co to za historia. Kurnosowa.. 245 . Psar. zrzuci maskę. że odkryli sekret: „Niech pan. Motłoch tymczasem przekonany był. zmiękczając końcowe „r”. Wychodząc powiedział do Małgorzaty: — Nie wiem.

— A ja otóż właśnie jestem Kurnosow. Omega pomknęła w kierunku Roissy. Miałby ochotę natychmiast zapytać: „To pan jest autorem?”. które wisiało na nim jak na wieszaku. którego nie znał. Był to kryptonim Aleksandra. 246 . że chcę się z nim spotkać dziś wie- czorem tam gdzie zawsze. że jest autorem Rosyjskiej prawdy. — Iwan zostawił dla pana wiadomość: „Wszystko jest w po- rządku”. oczami bez wyrazu. „Wydaje mi się — pomyślał Psar — że jeszcze nigdy nie wi- działem człowieka tak chudego”. — Nie ma go — powiedział ostrożny głos. którą pan opublikował. Przedstawił się: — Psar. opony pogwizdywały. różniący się od jego pseudoni- mu. w zbyt niebieskim ubraniu. że mu zadam kilka pytań? — Tak. gryzł ziemię od dziesięciu lat. tylko zastygłe i utrwalone razem z kosmykami sterczącymi we wszystkich kierunkach. — Kto go prosi? — Kobei. Czy pozwoli pan. ale zechce pan po francusku. Prawdziwy Kurnosow. — Pan Psar? Proszę tutaj. nieomal odsła- niającą kości. Czy pan to potwierdza? Według Iwana Iwanycza „wszystko było w porządku”. Dwóch mężczyzn w małym pokoju. wielki suchotniczy kruk. nieogolony. Siąpił deszcz. nasycone brylantyną włosy. i przybysz z Moskwy. — Proszę mu powtórzyć. Policjant w garniturze z kamizelką. wcale nie wygładzone. z wąsami przypominającymi szczoteczkę do zębów. był o tym przekona- ny. — Pan Kurnosow — powiedział policjant — twierdzi. Patrzył z natężoną uwagą na ziemistą twarz. — Nigdy nie spotkałem pana Kurnosowa. szosa by- ła wilgotna.

06. 4. do jakiego stopnia jego nazwisko nie ma nic wspólnego z jego postacią” — pomyślał Aleksander. — Ale pan jest także. Można było przeczytać po rosyjsku: „Paszport wydany jako dokument stwierdzający to- żsamość. wklęsłych skroniach i dziko patrzących oczach.. kto ma zadarty nos. czarne. Pokazali mi je. co to jest śmiech. — Ten paszport został wystawiony wczoraj. to ja. pełne dziur. obywatel sowiecki narodowości rosyjskiej. urodzony w Kostromie (RFSRR). kto zapomniał. spróchniałe. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało tego człowieka o zapadłych policz- kach. Po- zwoli pan. „Dziwne. Dla Aleksandra autor Rosyjskiej prawdy mógł być tylko ofi- cerem KGB.. Widziałem gazety. — „Anonimowym więźniem” z celi 000. Na jednej ze stron widniała pieczątka. — Wydalili pana? Dlaczego? 247 . — A więc pan nazywa się Kurnosow? — Tak. żeby mu ją pokazano.. wszystko to razem. ja. „Żelazną Maską”. jak ktoś. — A książka? To pan ją napisał? Kurnosow uśmiechnął się nieśmiało. Policjant wyciągnął małą brązowoczerwoną książeczkę. Tyle że już nie mogę wrócić. Ważny na wyjazd z ZSRR. Ten pan ma mój paszport. — Tak. Alek- sander miał dokładnie taką samą w sejfie ambasady.1926. gdy mnie — tu zrobił przerwę — gdy mnie wydalili z ZSRR. — Odebrano panu obywatelstwo? — Jeszcze nie. Kurnosy to ktoś.. Jego usta były wąskie jak u szczupaka. połyskują- ce żelazem. — Tak — powiedział Kurnosow — dali mi go wczoraj. Michał Leontycz Kurnosow. nie upoważnia do powrotu na terytorium ZSRR”. a zęby w strasznym stanie. Poprosił.

że mogę pana poznać. kiedy jego sytu- acja prawna zostanie uregulowana? — Oczywiście. Czy zamierza pan poprosić o azyl polityczny? — Pan Kurnosow już wystąpił o azyl — wtrącił się policjant. — Francja i Rosja to jedyne kraje na świecie uznające pisa- rzy za ludzi wybitnych — powiedział Psar. Na razie skłonni bylibyśmy przyznać mu wizę turystyczną. Chcieliśmy tylko upewnić się co do tożsamości pana Kurnosowa. Michale Leontyczu. jakby się człowiek znalazł na wierzchołku drapacza chmur i nie chroniła go żadna bariera. jak się żyje na Zachodzie. cieszę się. że nie jestem godzien oddychania sowiec- kim powietrzem. Cóż. które paliło mu wargi: 248 . że uchodził za człowieka pra- wicy i uśmiechnął się ironicznie: — Wciąż te wielkie słowa. To tak. Zdaje się. że zaopiekuje się pan Kurnosowem do chwili. nic więcej. To grzech jakobinów. — Powiedzieli mi. który stracił orien- tację w świecie. że ludzie są tu wolni. Aleksander przypomniał sobie. Zaledwie opuścili biuro policji. czy przyja- ciel? Jakby odpowiadając na to pytanie. gdy Aleksander zadał pytanie. Czy był to jego wróg. ale może to zabrać trochę czasu. Kurnosow zaczął mó- wić: — Przede wszystkim jestem człowiekiem. Nie przewiduję żadnych trudności. Poza tym nie mam pojęcia. — Proszę pana — zwrócił się do niego policjant — jest pan kimś znanym. — Przyzwyczai się pan szybko. że stał się pan człowiekiem bogatym. Czy możemy uznać. czy nie zrobiono ze mnie wariata. czy ma pan walizki? — Tylko ten stary worek. Spędziłem dziesięć lat w azylu psychiatrycznym i nie jestem pewien. jak pana odnaleźć. w każdym razie zamożnym? Uścisnął dłoń suchotnika. jak słyszę. odziedziczony przez bolszewików. Wie pan chyba. wiadomo. Pisarz jego klasy — skłonił się — może liczyć na serdeczne przyjęcie w naszym kraju. — Dzwoniłem w tej sprawie.

— Jak się tu żyje? Normalnie. jak się tu żyje. czy jeszcze kimś innym. W Aleksandrze rozbudziło się zainteresowanie dla spraw związanych z bronią palną: — Z czego pan strzelał? — AK-47. Przyznał. agentem KGB. Zasięg: 400 metrów. — Jaki ładownik? — Na trzydzieści naboi. czy był wszystkim tym naraz. jak gdyby cho- dziło o wyznanie prawdziwe.62. Aleksander gwizdnął z podziwem. Jaki kaliber? — 7. 249 . by tak rzec. — Az Breżniewem to prawda? Strzelał pan do niego? Kurnosow odpowiedział po chwili wahania. że ludzie zamożni na Zachodzie nie są. Aleksander nie mógł w żaden sposób sprawdzić. proszę. Nastąpiły teraz dziwne bardzo godziny. którzy zjawili się w jego celi. że powinien po przybyciu do Francji zwrócić się do Psara. o wiele bardziej interesowało go życie w wolnym kraju. Rozsądnie odpowiadał na pytania. żeby mi pan wyjaśnił. Słyszał pan o kałasznikowie? — Jasne. Mówił jednak o tym wstrzemięźliwie. dowie- dział się. — Ale przecież pan z pewnością ma służącego? — Nie. „Żelazną Maską”. Miał zupełnie fantastyczne wyobrażenia na temat funkcjono- wania kapitalizmu i podziału władzy. że to od oficerów. oto- czeni służbą. lecz niełatwe: — Strzelałem. autorem Rosyjskiej prawdy. ze zrozumie- niem mówił o „swojej” książce i o wyrażonych w niej poglądach. Oddaje 600 strzałów na minutę. czy ten człowiek rzeczywiście był Kurnosowem tyranobójcą. — Co to jest? — Kałasznikow. Z rozczarowaniem dowie- dział się. — Nie. Dozorczyni sprząta u mnie raz na tydzień.

dokąd poszli na obiad. że wcale tak nie jest. całkiem nieźle. Zdziwił się widząc dzieci na ulicy: — Powinny być w szkole. nie? Tak naprawdę to nic tu nie można kupić? Aby przekonać go. oglądając się na wszystkie strony: — Nieźle. Gdy tylko dowiedział się. i że strajkują nawet pracownicy państwowi. Jeszcze gorzej było w restauracji „Plaza-Ath- énée”. taką lichotę można dostać też u nas. Przypomina trochę nasze metro. i to wcale nie przywódców! To by ich uspokoiło. że we Francji często dochodzi do strajków. Kurnosow komentował. Aleksander zapro- wadził go do Galeries Lafayette. ile dusza zapra- gnie. Kurnosow nie miał pojęcia. jakim ge- nerał Durakin strofował swoich poddanych. Jeśli zaś idzie o wy- gląd sali restauracyjnej. — Ależ to oryginalny lis. że przyjechał pan z Moskwy. Na Kurnosowie nie wywarło to wcale wrażenia: — Cóż. Aleksander kupił mu w prezencie ładną czapkę z lisa: — Jeśli nie będzie pan miał futrzanej czapki. ale i tu Kurnosow nie zmienił zdania. Policzki suchotnika pokryły się rumieńcami: — Wszystko to mistyfikacja. Francuzi nie uwierzą. wcale nie lipa! — Nie mam piętnastu lat. nie byłoby go w wolnej sprzedaży. był obu- rzony: — Trzeba by tych ludzi zdziesiątkować! Rozstrzelać co dzie- siątego. jak się zachować przy stole i odzywał się do kelnerów tonem. Wciąż jednak powracał do swego pytania: jak wygląda tu ży- cie? Czy wszyscy mieszkają we własnych domkach? Czy pracują dla prywatnych właścicieli fabryk? Ile godzin dziennie? Ile zara- bia właściciel? Ile robotnik? Ile kosztuje kawał słoniny? Ile weł- niane kalesony? 250 . Aleksander zaprowadził go do Hermesa. Gdyby futro było oryginalne. I dlaczego nie noszą mundurków? Chciał zobaczyć wielki dom towarowy.

pochłaniając jednocześnie trójkątny kęs sera: — A u nas rozstrzeliwuje się przestępców gospodarczych! Za dużo zarobiłeś? Dwanaście kulek w łeb! Aleksander podzielał co prawda przekonania Kurnosowa o konieczności pozbycia się wszystkich przestępców. Teraz. sądzę. Opublikuje pan wtedy następną książkę pod tytułem Rosyjska krzywda. A kiedy poznał wysokość sumy: — Ile to jest w przeliczeniu na ruble? Co można z taką sumą zrobić? Gdzie została zdeponowana na moje nazwisko? Jaka jest obecnie stopa procentowa banku? Jaki dostanę zadatek? Dla- czego taki mały? Wieczorem Aleksander zawiózł go do Suresnes. Nasz przyjaciel Psaaaaar dzielnie bronił pana interesów. zdaje się. — Sądzi pan. Kurnosow wybuchnął śmiechem. poklepał jej autora po ramieniu: — Drogi panie. Konferencja 251 . myśleliśmy o panu. że wszystko jest w porządku w ZSRR. bez którego nie byłoby tego suk- cesu. i który uważał Rosyjską prawdą za nieco mniej szokującą od chwili kiedy za- częła dobrze się sprzedawać. Wykonaliśmy kawał ładnej roboty. kiedy pan wreszcie jest wolny. jestem szczęśliwy mogąc pana powitać u nas. i nasze serce krwawiło dla pana. Fourveret. artykuł czy entuzjastyczną deklarację od jakiejś znanej osobistości. radość nasza jest całkowita. Za każdym razem gdy otrzymywaliśmy szczególnie radosną wia- domość. który robił dobrą minę do złej gry. To niech pan poprosi o przebaczenie. — Jaki zysk przyniesie mi ta książka? — zapytał Kurnosow. Zdumiał się rozmiarami przestępczości: — I wszystkich tych nicponi nie posyła się na gilotynę? — Niedawno zniesiono karę śmierci. być może zgodzą się na pana powrót. że będzie pan zadowo- lony. zamkniętym w więzieniu psychiatrycznym. lecz zaro- zumiałość nowoprzybyłego drażniła go.

a teraz podtrzymywała swoją opaleniznę chodząc na kwarcówki. Przed wakacjami na jachcie zażywała specjalne pigułki przyśpieszające opalanie. Aleksander zostawił go przy tej grze z butelką Single Malt i piękną kryształową szklanką. kto był tak dobrze odżywiany. — Czy dostawał pan alkohol w szpitalu? Jeśli nie.prasowa miała się odbyć nazajutrz i nie trzeba było. A poza tym wiesz sam. to proszę uważać. Dla osłabionego organizmu whisky może być zdradliwa. — Człowiek. Usiedli obok siebie na kanapie w czarnobiałe pasy. żeby jakiś dziennikarz spotkał Kurnosowa wcześniej. że apartament jest wygodny. Nie wygląda pan na ko- goś. Kurnosow zdziwił się: — Jedna butelka? Aleksandrze Dmitryczu. — I to naprawdę on napisał Rosyjską prawdę”} — Któżby inny? — Dlaczego nie zostałem uprzedzony o jego przybyciu? — Żeby twoje zdziwienie wypadło naturalnie. żeby sobie pan nie zaszkodził. który strzelał do Breżniewa? — Dokładnie ten sam. — A teraz: kto to jest? — Kurnosow. „Żelazna Maska” uznał. że od jakiegoś czasu zacząłeś krytykować rozkazy. jak się o tym mówiło. tam pijemy czy- sty spirytus i świetnie nam to służy. to nie wracam. jakie 252 . Zahipnotyzowały go elektro- niczne szachy. Jessica była czarna jak czarna Indianka. — Piękna pani — powiedział do niej Aleksander — pewnego dnia dostanie pani raka skóry. Iwan Iwanycz już był na miejscu: — Więc odebrałeś paczkę? Jak ci się podoba ten sukinsyn? — Jeżeli wy wszyscy Sowieci jesteście do niego podobni. choć su- fit wydał mu się nieco zbyt niski.

Jak mówią Francuzi. co zechce Kurnosow. Więc pojawił się towarzysz Stalagmit z twojej dyrekcji i powiedział: „Nie chcecie go? To mi go dajcie. będzie mógł ukryć dru- gą. tyle że wyznaje reakcyjne poglądy i niemark- sistowską formację polityczną. Przekazano go psychiatrom. Stalagmit wywąchał w tym typie 253 . Więc przypuszczam. — W jakim celu? — Żeby poczęstować dysydentów miotaczem płomieni. Wyobrażał sobie. Wkładał je do pudła telewizora.. że nie jest do końca zbzikowany. zaczęły się przesłuchania. żebym uwierzył. że cela była naszpikowana kamerami. że Rosyjska prawda nie została przez nas sfabrykowana? — Oczywiście. Więc co zrobić? Rozstrzelać go na Placu Czerwonym? To by wywołało łzy u zachodniaków o miękkich serduszkach. Zrobisz wszystko. Nie zrobię mu krzywdy. zawierającą mało istotne uwagi. Ale domyślasz się.otrzymujesz. — I rzeczywiście wyrzuciliśmy tego Kurnosowa z ZSRR? — Tak by się wydawało.. Wydał się trochę stuk- nięty. Kurnosow nie wyglądał groźnie. Saszeńka! — Utrzymujesz więc. I zaczął pisać z zapałem. że nie! Chcesz. że to nie jest jeden z na- szych? Iwan Iwanycz zaczął się śmiać: — On. żebym ci opowiedział całą tę historię? Kiedy Kurnosow próbował zastrzelić Breżniewa i kiedy go zamknięto. jeden z naszych? U nas nie ma takich chudzielców. że towarzysz Pitman chciał cię postawić przed faktem dokonanym. którzy uznali. zachowy- wał się spokojnie. — Czy masz dla mnie nowe instrukcje? — Tak. — I chciałbyś. Pewnego dnia przyda się do czegoś. Przechowam go w jakimś kącie. Posłać go do obozu? To wydawało się niewspółmierne do jego zbrodni. poprosił tylko o pióro. na czarną godzinę”. że oddając co drugą kartkę. atrament i papier.

żeby robić postępy. Absolutnie nie chce być podejrzany o współpracę z nami. Myślał cały czas. co właśnie teraz robimy. Powiedziano mu to. pokazując mu gazety. — Czy nie byłoby prościej wysłać jednego z naszych ofice- rów? Kurnosow.. drugi fotografował za- wartość telewizora. Do tej chwili nie wiedział. naśladując pismo więźnia. kiedy uprze- dzono mnie. Niedoszły morderca z reakcyjnymi poglądami! To ktoś na wagę złota! Zdobywcza doktryna. potrzebuje opozycji. — W jakim celu? — Żeby przygotować to. Stąd też strzeżono Kurnosowa jak źrenicy oka. dla niego jesteś człowiekiem Zachodu jak wszyscy inni. — Poczekaj.geniusza i miał zamiar go wyeksploatować do końca. że to KGB wynosiło strony jego książki. Ale mówienie o tym nie leży w jego interesie. Mamy zamiar skręcić kark dysy- dentom wszelkiej maści. Pa- miętaj o jednym. — A co właśnie teraz robimy? — Już ci to powiedziałem. że będzie zwolniony. żeby się nią żywić. teraz Kurnosow wie. oczywiście naszych kole- gów. w rodzaju naszej. Wie. Później specjalista kopiował nowe strony. nawet wbrew woli. nie będzie już przez nas sterowany. jak tylko otrzyma azyl polityczny. A jak wiesz. że jego książka ukazała się. Zastanów się. że istniał tylko jeden egzemplarz.. Iwan Iwanycz westchnął: 254 . jeśli chodzi o opozycję. Z niczego nie będzie ci się zwierzał. — Od jak dawna wiesz to wszystko? — Jego chwalebny życiorys dostałem wczoraj. że nie udało mu się nikogo oszukać. ukryty w telewizorze. W nocy jeden z nich zabierał go na spacer po podwórku i podczas gdy razem podziwiali gwiazdy. to Iljicz i Wissarionowicz załatwili ją raz na zawsze. Przydzielono mu dwóch pielęgniarzy. u nas. — Oczywiście. a jeden z oficerów z twojej dyrekcji podając się za pielęgniarza wynosił wybrane kawałki.

Znamy jego po- glądy lepiej niż on sam. — Nie przeszkadzaj mu. Nie mogę mu w tym przeszkodzić. nie strzelałem do Breżniewa. Wiemy z góry. swoją prawdę. którego historię dałeś mi do przeczytania. Wyobraź sobie. być może dyrekcja zdecydo- wała. o czym nie powinienem być może mówić. — Ależ osioł z ciebie! I to ty należysz do dyrekcji subtelnych spryciarzy? Wcale nie musimy nim sterować. A jakbyśmy po- tem mogli odzyskać naszego oficera? Podczas kiedy ten jest au- tentyczny. Kurnosow nie może się zwrócić przeciwko nam. a nawet skonsultować się z nim w tej sprawie. Przede wszystkim. Znane są już przypadki na szych oficerów przechodzących na drugą stronę. że Kurnosow dostanie swoje honoraria. Aleksander wyszedł z mieszkania po złożeniu oficjalnej reklamacji: należało uprzedzić go o przyjeździe Kurnosowa. — Uprzedzam cię. żeby wywołać zamieszanie w szeregach dysydentów? Ale już nic więcej nie mógł wyciągnąć od swojego pilota. Jeśli nadal z uporem będzie się go traktować jak 255 . Jakie jest ryzyko? Chodzi tylko o to. że jest jakaś luka w rozumowaniu Iwana Iwanycza. I właśnie dlatego jest taki pożyteczny. żeby powiedział prawdę. Wydawało mu się. ponieważ już jest przeciw- ko nam. prawdziwy. Potem porzucimy go. Dziwne. nie napisałem Rosyjskiej prawdy. Ładnie byśmy wyglądali. Zdarzało się. Na ogół KGB stawiało sobie za punkt honoru położe- nie łapy na pieniądzach wypłacanych własnym agentom. wzbudza zaufanie. że system zachowywał pozory legalności. że należy mu się zapłata za jego talent. że nasz towarzysz składa deklarację: „Jestem major Iksiński. co powie. Aleksandrze Dymitryczu. ale napiszę wam wspomnienia oficera KGB”. Ale jednak Kurnosow nie był agentem. Aleksander nie był do końca przekonany. chociażby z po- wodów religijnych. I jeszcze jedno. jak prototyp tego Popowa. czy opłaciło się posłużenie się człowiekiem „na wagę złota” i przeprowadzanie tak skomplikowanej akcji tylko po to.

Las mikrofonów jeżył się wokół małego stolika. w swym nowiutkim sowieckim ubraniu. Telewizyjny operator przesuwał się z trudem. których już samo wspomnienie wywołuje dreszcz na plecach. za którym miał zasiąść „Anonimowy więzień”. w pierwszych godzinach po zamachu (jeśli rzeczywiście to jest Kurnosow). i na końcu ten.podwładnego niskiego stopnia. Rozbrzmiały oklaski. którzy deptali im po stopach. jakie zastrzyki z siarki musiał znosić? Czy był jeszcze w pełni władz umysłowych? A wcześniej. z wyciągniętymi nogami. u Hermesa. Reflektory zapalały się i gasły. napięty. Ten człowiek spędził dziesięć lat w jednym z tych więzień psychiatrycznych. Niektórzy dziennikarze stali oparci o ścianę. zmieniając kolory i perspektywy. Jakie tor- tury. dźwigając na ramieniu kamerę jak pancerzownicę. po chwili 256 . ale potrafimy jesz- cze oddać cześć cierpieniu. w których miał uczestniczyć. zaczepiając szelkami o pasy aparatów. dla którego wszyscy się tu zjawili. Następnego dnia około stu dziennikarzy paryskich i prowin- cjonalnych zgromadziło się wśród sztukaterii o startych złoce- niach wydawnictwa Lux. czyż dziesięć lat izolacji nie jest dość przerażające? Nie umiemy już darzyć szacunkiem bohaterstwa. surowy i uśmiechnięty jednocze- śnie. może nie bez ironii. to on odmawia brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji. Spo- ceni fotografowie przenosili swoje instrumenty. «Żelazna Maska»?” — Czy to naprawdę on strzelał do Breżniewa? Weszli. pełen skoncentrowanej siły. zbyt niebie- skim. w krawacie. później Psar. jakie chwile musiał przeżyć w lochach Łubianki? A nawet jeśli go nie tortu- rowano. W nagłym porywie wszyscy podnieśli się z miejsca. ale i powodowani szacunkiem. Brakowało krzeseł. który Aleksander wybrał dla niego. Żeby le- piej widzieć. Najpierw Fourveret. „Jak myślisz. inni siadali na podłodze po turecku lub po ame- rykańsku. jak on wygląda. „Więzień bez na- zwiska”. i pomstowali na fotografów. Rzucali przekleństwa pozbawione oryginalności.

powtarzam: zaszczyt... że był on znany. proszę mi przypomnieć pani nazwisko? Ach tak. potem wciągał powietrze w płuca. Przy nazwisku hałas zamienił się w ryk.. panowie. Patronimik spra- wił. kiedy wybuchnie pierwsze zdanie... Jest nas tu tak dużo. przedstawić państwu autora Rosyjskiej prawdy. To taka ra- dość. Chciałem powiedzieć. Drogi panie Psaaaaar. (jąkał się umiejętnie). czy uda się panu tutaj dotrzeć? Proszę nie deptać rąk. który był autorem książki 257 . Ten człowiek. To taka radość. Mam zaszczyt. Leontycz... ani należących do tej uroczej panienki. Obowiązek i przyjemność zdradzenia wam jego nazwiska pozostawiam temu wielkiemu odkrywcy geniuszy. KURNOSOW!!! Przy imieniu Michaił szmer poszedł po sali. siostry i bracia. entuzjastyczne pochwały. Denise Esclaffier z «Pa- triotycznego Alzatczyka».wzmogły się jeszcze bardziej. jako je- dynie godną podobnego momentu. że jesteśmy dzisiaj tym wszystkim. stopniowo. obracał głową wolno jak wieżyczką czołgu. aby rytm oddechu po- zwalał przeczuć moment. i że wybiera w końcu prostotę.. epitety. na- bierał rozpędu. bez końca. po czym nagle skierowywał wzrok na salę. że odrzuca. superlatywy. przyjaciele. Panie i panowie: Aleksander Psaaaaar! Aleksander umiał mówić do publiczności. Zaczął cichym szeptem: — Przedstawiam państwu.. ani własnych. był to efekt napięcia wywołanego przez głos Psara). jed- nocześnie na wiele twarzy. Tu udał. widzieć zebrane w jednym miejscu tyle dobrej woli i błyskotliwej inteligencji przeciwko hipokryzji i prześladowaniu. czuję. Wyciągając ramię krzyknął: — Michaił.... Wreszcie Fourveret po- prosił o ciszę. „Anonimowego więźnia”. Potrafił pozostać bez ruchu przez parę chwil. tak. że mamy za mało miejsca. że hałas się wzmógł (nie znaczy to. jeden po drugim. którego przy jaźń przynosi mi zaszczyt. unosząc ramię nieomal jak generał de Gaulle: — Panie. który już za chwilę odzyska imię. towarzysze. nie patrząc na tłum.

z tak wychudzonymi policzkami. żeby uciszyć salę. Od jakiegoś czasu dyrekcja nie oka- zywała mu względów i za każdym razem odczuwał to jak ukłucie banderillas. Sołżenicyn był bogiem. sztywnego kołnierzyka i bindy do usztywniania wąsów. So- wieci przyzwyczajeni są do publicznych zebrań. z piersią tak zapadłą. że będą mu zadawać pytania. wam. Kurnosow trwał w lawinie oklasków. Zaczął od piętnowania ZSRR. Wszyscy byli przekonani. że nie był onieśmielony. które ukończyły szkołę Des Oiseaux. Nie wiedział. francuszczyznę guwernantek. W końcu prze- sunął się bokiem w stronę stołu i to wystarczyło. a nieodżałowany Amalrik prorokiem. starannie wymawiając „r” — podzielić się z państwem kilkoma uwagami. rzeczywiście otworzył ogień do najpotężniejszego w świecie człowieka.tak bardzo dyskutowanej. zielonkawą cerą. wysoki lecz zgarbiony. lekko pochyloną głową. ale chciał się takim wydać przez uprzejmość. Taki reżim był skazany na klęskę w najbliższej przyszłości. ze zwisającymi luźno rękami. — Pragnąłbym — wypowiedział. które zmuszało się do mówienia tym obcym językiem jak niegdyś do noszenia gorsetu. To dopiero reportaż! To dopiero artykuł! Na ten wybuch Aleksander uśmiechnął się i wykonał bezrad- ny gest. więzień. obozów. pochylonym. „Mogliby mnie przynajmniej uprzedzić. jak tego się po nim spodziewano. pokrytych drobnym. cienkich kartek. a tymczasem Kurnosow wyjął z wewnętrz- nej kieszeni plik notatek. poziomu ży- cia. starannie śpiewającego niemodną francuszczyznę Dymitra Aleksandrowicza i jego ró- wieśników. rzeczywiście trzymał w rękach pistolet maszynowy. którzy wiecie najważniejsze — i skromnie się wycofał. To zaskoczyło wszystkich. Aleksander słuchał głosu Kurnosowa. ostrym pismem. Można było wyczuć. francuszczyznę zmodyfikowaną przez społeczeń- stwo. że pozwolą mu zabrać notatki”. pełen uroku: — Cóż mógłbym powiedzieć. że szpada toreadora była już przygo- towana do śmiertelnego uderzenia (chodziło przynajmniej o cios 258 .

zdenerwowany spoglądał co chwila na zegarek. Zachód jest u kresu sił. czego nie zrozumieli za pierwszym razem. ZSRR rozpadnie się. To wszystko było już znane. sto- jąc. Wszyscy obecni w tej sali słyszeli rozmaite plotki na temat niektórych dysydentów. Nie należy powtarzać paryżanom po raz drugi czegoś. mimo że nie nastąpiła żadna zmiana w tonie głosu Kur- nosowa. Żadne znane 259 . i to w tym samym stopniu. co „a nie miałem racji?” Jeden z dziennikarzy wstał z miejsca: — Przepraszam. co im pochlebiają i ci. są słuszne. to zupełnie co innego.administracyjny). Kiedy Kurnosow zakończył krytykę reżimu sowieckiego. że jakkolwiek idee głoszone przez dysydentów. ci. oni sami są skorumpowani. Raz jeszcze zacytował Sołżenicyna i Bukowskiego. rywale. co nimi gardzą. zepsucie. Nic mu się nie podobało. Kurnosow czytał dalej. ale mam wrażenie. I ciągnął dalej. Mają słabość do banałów. która równie dobrze mogła znaczyć „cierpię męki”. pozornie nieświadomy rozczarowania słuchaczy. No więc? Kurnosow uniósł niecierpliwie dłoń: — Nie przerywa się mówcy. nie okazując zakłopotania. Dni Zachodu były policzone. Fourveret opuścił swą piękną głowę na prawe ramię z miną. jeśli nawet nie bardziej. egoizm. że panu przerywam. jest za minutę dwu- nasta”. i w tym właśnie kryła się jakaś siła. jak ta. długopisy dziennikarzy znów zabrały się do pracy. że pan sam sobie przeczy. Aleksander. która teraz nastąpiła. któ- rych zacytowałem. Publiczność zaczęła odczuwać znużenie. Jeśli natomiast zrozu- mieli. — Jednak — czytał dalej Kurnosow — zmuszony jestem stwierdzić. za- brał się za Zachód: zaślepienie. „Panie i panowie. niż ich akolici. ale nigdy nikt nie był jeszcze świadkiem tak planowej egzekucji. Ale trzy minuty później.

że systema- tyczne donosy i tak nie zdołały zapewnić mu profesorskiej kate- dry. podaje się za wierzącego prawosławnego. Ktoś inny jeszcze przesiedział ileś lat w obozie za to. Ale takie ich nagromadzenie wywołało zażenowanie. patronimiki. Pan X. czy główny zainte- resowany nie podpisuje przypadkiem listy płac. żeby wszyscy zdążyli zanotować. żaden wiolonczelista. Pan Z. wszyscy zaczną krzy- czeć. ta lesbijką. tamten zboczeńcem. Droga innego usiana jest samobójstwami. z którego bardzo przyjemnie żyją jego najbliżsi współpracownicy. recytował Kurnosow. Ten jest rozpustni- kiem. działaczy związkowych. że jest on agentem KGB. nie wspominając nawet poetów. wzięte z osobna. że stali się pierwowzorami postaci książkowych. sfałszował swoje nazwisko i pa- tronimik. Rozgłos pewnego Y. żaden tancerz. tamten szpiegiem. że można sobie zadać pytanie. I tak trwało to trzy kwadranse. Zatwar- działym marksistom także się dostało. ktoś inny podejrzanymi rękopisami. żadna śpiewaczka.. Ten jest donosicielem. że zarzucał Stalinowi nadmierną łagodność. Aleksander zaczynał rozumieć: oczywiście. szczegóły. lo- gików. którzy tłoczą się wokół niego i są wskutek tego natychmiast identyfikowani przez organy. tamta handluje ikonami. nie wywołałoby większego wrażenia na tej zblazowanej publiczno- ści. a wygnanie wybrał tylko dlatego. wilkiem w owczarni! 260 . Ta zabawa trwa od tak dawna. ani tych. o którą zabiegał. Żadne z tych oskarżeń. żaden szachista. tymczasem ożenił się ze swoją chrześniaczką. pisarzy. Dostało się też dysyden- tom pozostającym wciąż w kraju oraz przedstawicielom starej emigracji. Inny z kolei zrobił karierę dzięki donosom. Podawał nazwiska. imiona. żaden rzeźbiarz. Kurnosow czytał powoli. inny alkoholikiem. jak skrupulatny profesor. jest przy- nętą dla dysydentów. odpowiednie daty.nazwisko nie zostało oszczędzone. Aktualnie ma na swoim koncie trzy samobójstwa przez powieszenie. których jedynym wyczynem było to. stworzył fundusz pomocy dla ofiar reżimu.

że zrobiło im się niedobrze.) Wolność myśli jest pojęciem relatywnym. — Nie należy się bać słowa aparat. czekając na dal- szy ciąg. Zanim zacznie się mówić o prawach człowieka. w którym pokładał zaufanie. zgromadzić się dla dobra ogółu. tak. że nie ma wśród nich ani jednego demokraty. aparat i aparatczycy są potrzebni. jako że i tak większość obywateli pozwala. publiczność ma zawsze dobrą pamięć do brudów. Wolność prasy jest burżuazyjnym. uwzględniającego w szerokim zakresie elity spo- łeczne. należy wyliczyć jego obowiązki. że mają w tym absolutnie rację! Wykrztuszał wszystkie te okrzyki z całkowitym brakiem tro- ski o elokwencję. Oddany dyktator. Sami marksi- ści i reakcjoniści. Jednostka — sprecyzował swą definicję. Kilku dziennikarzy wyszło. podczas gdy Partia jest oddana ideologii. Kurnosow odradzał wybory powszechne. (Długopisy pisały długo. Zawarty był już w Rosyjskiej prawdzie. przez co stawały się one jeszcze bardziej elo- kwentne. Wolność zgromadzeń powinna być ogra- niczona. którą tylko niektórzy dziennikarze zanotowali — może być traktowana jako mniej lub bardziej uda- ny owoc mniej lub bardziej przypadkowego stosunku płciowego — i w takim razie dlaczego miałaby mieć jakiekolwiek prawa? — 261 . jed- nak większość zgromadzonych pozostała w sali. sieć funkcjonariuszy. Przedstawił system. owszem. ale dla dobra jakiejś grupy partykularnej — nie. zalecał natomiast system doboru. Proszę zauwa- żyć. być może chcieli zatelefonować. ale zawodów. Kurnosow mówił dalej: — Ci ludzie są na ogół zgodni co do jednego: prawdziwa i zwyczajna demokracja nie jest możliwa w ZSRR. ale muszą oni być oddani narodowi. przedawnionym poję- ciem. by tele- wizja myślała za nich. system repre- zentatywny nie regionów geograficznych. Ale zło zostanie dokonane. A najbardziej interesujące jest to. a może dlatego.

składając swoje papiery: — Na żadne pytania nie odpowiadam. mówiąc „my” i „oni”? Fourveret położył mu rękę na ramieniu: 262 . A jed- nak! Poświęcić „Żelazną Maskę” tylko po to. Prosi państwa o wybaczenie. — Niechże pan odpowiada. przepychając się w stronę wyjścia w bły- skach fleszów. Na jego twarzy malował się wyraz niesmaku. Kurnosow przecząco kręcił głową. Po prostu Kurnosow przewrócił ostatnią kartkę i powiedział: — Skończyłem. W małym salonie. do diabła! Kurnosow podniósł się. żeby rozsiać trochę plotek? — Dla kogo pan pracuje? — zapytał. Trzeba odpowiadać. co sprawia. Ciężkie przeżycia. — Dla nas czy dla nich? Ale kogo miał na myśli. I dodał po rosyjsku. które gwarantuje jej życie. Po- tykał się o wyciągnięte nogi dziennikareczek w dżinsach i mru- czał pod nosem: „Dekadencja!”. Aleksander złapał Kurnosowa za łokieć: — Skąd pan ma te wszystkie plotki? Dostarczano je panu do domu wariatów? Kurnosow popatrzył na niego zdumiony: — Czy wyobrażał pan sobie. Emo- cje. wykształcenie. Aleksander pochylił się ku niemu: — Tutaj się tak nie robi. że społeczeństwu winna jest jednostka pewne zobowiązania. Jednak nie będę odpowiadał — powiedział Kurnosow. — Nie jestem wyczerpany. bezpieczeństwo. Żaden efekt oratorski nie przygotował finału przemówienia. że wyszedłem bez powodu? Aleksander coraz lepiej pojmował sens całej operacji. gdzie kilka szklanek i kieliszków czekało na organizatorów.lub też jako produkt społeczeństwa. Co robić? Aleksander zwrócił się ku zgromadzonym dziennikarzom: — Pan Kurnosow jest wyczerpany.

kto dyryguje tą drugą orkiestrą. że znalazł się w polu obstrzału. który w oczach inteligencji uchodził za autora hu- manitarnego i umiarkowanego: Konferencja prasowa Kurnosowa wywołała zaskoczenie. zoriento- wał się zaraz. Wiedział także. „Nie wiem. do diabła. w którym Aleksander przeczu- wał jeśli nie agent d'influence. Był. wskazałbym raczej na pewien brak demokratycznej czujności. które dzieliłem z inny- mi. zatytułował swój tekst znany dziennikarz. Nikt oczywiście nie może mnie oskarżyć o pobłażliwość dla reżimów stalinowskich i poststalinowskich. że zna się na rzeczy”. trzeba ją rozchwiać. Mamy to. Teraz padła komenda: ogień. to przynajmniej metodycznie używane „pudło rezonansowe”. Kiedy Aleksander otworzył gazety następnego dnia. całkowicie zdolnym w sytuacji bez wyjś- cia do heroicznego okrzyku: „Strzelajcie do mnie!”. Podniósł dłoń do piersi. że dyrekcja jednak doskonale wiedziała co robi. było tylko precyzyjnym ustawianiem tarczy. że nasze przywiązanie do wartości demokra- tycznych podlega silnej erozji. na co zasłużyliśmy. co działo się do tej pory. Tym łatwiej przyj- dzie mi zauważyć. Jeśli o mnie chodzi. Wszystko. że do jego orkiestry dołączyła się nowa kapela. Reakcyjna grupka ośmiela się przybrać nazwę „nowej prawicy” i mimo to nie powstaje spontanicznie żaden trybunał 263 . To. Pseudonauczanie pseudonowych pseudofilozofów opanowało szpalty naszych gazet i witryny księgarń. Można było sądzić. — Proszę nie robić krzywdy mojemu przyjacielowi Kurnoso- wowi. i z ulgą stwierdził. hipokryzji typowej dla społeczeństw burżuazyjnych. iż akcja prowadzona jest z wielką wirtuozerią. nie wywodzi się z naiwności właściwej krajom liberalnym. że aby zatopić łódkę. charakterystyczny był dla całej symfonii.. co musiał znieść. wcale Aleksandrowi nie przeszkadzało. Kiedy myślę o wszystkim. Artykuł Etienne Depensiera. czy to zdziwienie. ale widać. żołnierzem.. ale trzeba się zastanowić.

choć wciąż mają w herbie. jeśli się od nich oddali. Woleliśmy połyskliwość zmienności niż czysty blask pewności. gotowi skierować ją na demokra- tyczne tory. I my przyj- mujemy z otwartymi ramionami ludzi. którzy wyrośli jak pa- sożyty na gnuśnym organizmie naszej inteligencji. żeby sądzić i skazać opryszków. który tęskniąc do mi- nionych przywilejów wydaje się wiązać nie wiadomo jakie okrutne nadzieje z ciemnymi siłami przyczajonego faszyzmu. którzy zamiast brać czynny udział w największej rewolucji. przychodzą szlochać w nasze kamizelki. należało unikać) faszystami. o 264 . to znaczy największej nadziei czasów nowożytnych. którego związki ze skrajną prawicą są dobrze znane.ludowy. Myślimy również o pewnym pretendującym do bezstronności głosie. Mamy tu na myśli szczególnie pewnego agenta literackiego. ale nawet wysłuchali do końca przemówienia. zniża się do ciągnięcia zysków z reakcyjnych poglądów. Myślimy też o pewnym krytyku. dysydenci. nie można usmażyć omletu nie rozbijając jaj. a także pewne wydawnictwo. jakich doznali. Pan Kurnosow powiedział co następuje: my. Panowie. jeste- śmy wszyscy (i to tu właśnie Wojewoda pozwolił wreszcie użyć „nieprzyzwoitego słowa”. które musieliśmy recytować gdy byliśmy sztubakami. Zmusza nas to do poważnej refleksji. wypłakując cierpienia. niegdyś niezależnym. nie straciło nic ze swojej aktualności. którego do tej pory. Otóż oburzenie spowodowane tą deklaracją było bardzo umiarkowane. z gruntu republikańskie sumienie. Quousque tandem Catilina. w którym dokonuje się jego dege- neracja i które nie troszczy się już tak bardzo o własną obiek- tywność. nieco zmieszczaniałe. które. Niektó- rzy spośród moich kolegów dziennikarzy — dla ich integralności i talentu odczuwałem szacunek — nie tylko chwalili tę książkę. zdobywszy opinię obrońcy liberali- zmu. godnym szacunku i o pewnym piśmie. choćby miało od tego ucierpieć nasze. Myślmy jasno i precyzyjnie. zdaniem Ab- dulrachmanowa.

do której z dumą przynależymy. której ofiarą padł de Monthignies. Przeprowadźmy. a nikt jeszcze nie utrzymywał. a przede wszystkim przyj- rzyjmy się uważnie naszej inteligencji. których zadaniem było dogodzić wymaganiom Etienne Dépensier. chcemy wolności. 265 . Pan Kurnosow przyznaje. czystkę w naszym społeczeństwie. o której decydują wymowni sędziowie w czerwonych togach. do legendarnego Bal- landara. zasługują na to. tak. Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego artykułu i tuzina tekstów jemu podobnych. że jest zabójcą. żeby się nam udzieliła? Zwracam się do opinii publicznej. sami będziemy temu winni.czym uroczyście przypominam wszystkim tym biesiadnikom. pozwolimy. Przyznaje. nie. może niezręcznym. Jeżeli pan Kurno- sow zarażony jest wścieklizną. Naczelny redaktor «Obiek- tywu» zwrócił się do José Ballandara. lecz nie dla wrogów wolności. Prawie wszystkie dzienniki paryskie publikowały artykuły wstępne. by znów rozpanoszył się najbardziej bezwstydny faszyzm. by zechciał sprzedawać swą prozę na innych łamach. lecz nie dla przeciwników tolerancji. że w sowieckich szpitalach znaj- dują się wyłącznie ludzie zdrowi na umyśle. warstwie. Ale przeciwnicy. by przy- wrócić ten wymiar kary. Jeśli tego nie uczynimy. Zarząd wydawnictwa Lux pośpiesznie zwołał zebranie i jed- nogłośnie zadecydował przedwczesne przejście na — wysoką zresztą — emeryturę pana Fourveret. czyż mamy pozwolić. którzy zresztą protestowali przeciwko temu. jak się zdaje. którzy. przyjacie- le. wrogowie ludu. Domagamy się tolerancji. Jeśli tak się stanie. Zniesiono karę śmierci dla synów ludu. że opuścił szpital psychiatryczny. cierpią na demokratyczną niestrawność. mam na myśli karę wymierzoną na poczekaniu przez obywateli w ko- szulach z zakasanymi rękawami. Nie mam na myśli śmierci. Podobne środki zastosowane zostały gdzie indziej. Redakcja «Niezależnego» zmuszona była przeprowadzić reduk- cję etatów. ale jednak zabójcą.

że nikt od tego nie umierał. za parę tygodni. otoczony siatką. Oskarżano się tym chętniej. Fourveretów i de Monthigniesów. Aleksander z pewnym zakłopotaniem przyglądał się demon- tażowi własnej orkiestry. „wróci”. — Chcę — rzekł — kupić sobie dom. Donosy weszły w modę. Ale w końcu jakież to miało znaczenie? Wkrótce. Potem ci. „Przecież dyrekcja była zadowolona z moich pudeł rezonansowych. — Czy nie ma pan dość życia za kratami? — Chcę krat. Aleksander zaczynał rozumieć. które będą mnie broniły. a nie krat. Aleksander. któremu polecono dogadzać Kurnosowi. co być winnym. pionki zajmowały miejsce damy. Sprawa Kurnosowa ujawniła cały ocean zazdrości i zawiści. Prawdopodobnie ma w zanadrzu następnych Ballandarów. Każdy bił się ze skruchą w pierś są- siada. Kurnosow nie przejmował się wcale rozwojem wydarzeń. towarzyszył mu w po- szukiwaniach. że operacja powiodła się. Miejsca opróż- nione przez skazanych Wojewoda obsadzał rzecz jasna własnymi „pudłami rezonansowymi”. Pojął też. Obaj przeszukiwali prowincjonalne agencje nie- ruchomości. co jej nie zaatakowali. Głowy oszczędzone przez gilotynę chowają się w ramionach”. Być podejrzanym w epoce jakobińskiej to tyle samo. pomyślał z goryczą. dlaczego nie został wtajemniczony w tajniki tej strategii: oba- wiano się. 266 . Tak czy inaczej trzeba przyznać. Na początku podejrzani byli ci tylko. które by mnie zamykały. którzy pochwalili Rosyjską prawdę. że operacja miała zatoczyć o wiele szersze kręgi niż mu się pierwotnie wydawało. jako że Kurnosow nie chciał osiąść w Paryżu: — Chcę solidny dom. Większość dysydentów chce sobie kupić dom. że mógłby zawahać się przed zniszczeniem własnego dorobku i własnej reputacji: „Nie doceniają mnie”.

267 . nie wyrzuca panu. dobro! Czy zauważył pan. I zaczynał od nowa obliczać sumy pożyczek. Nic się nie dało wyciągnąć od niego na temat próby zamachu. która jesz- cze dodatkowo zabarwiała na czarno jego pesymizm. Zresztą także i dysy- denci mogą mieć do mnie pretensje. „A przecież w Rosyjskiej prawdzie zawarty jest pewien program. Kurnosow odpowiadał: „Jestem człowie- kiem jednej książki”. które uczyniły z niego buntownika. — Pan ich nie zna. — Czy pańskie sumienie. jego młodości. które zarobi od zainwestowanych pie- niędzy. — Czego się pan boi? Przecież zwolnili pana. Michale Leontyczu. Aleksander próbował dowiedzieć się czegoś o jego życiu: „Teraz powinien pan napisać swoją autobiografię”. to jest nie podniósł zbrojnego ramienia na panujący system! Odbywając wędrówki z Kurnosowem. że stan jego zdrowia nie jest dobry. Albo: „W moim życiu nie było nic intere- sującego”. a także zastanawiał się. to pokarm”. dochody po odliczeniu podatków. orzekli. I ża- den z nich nie uczynił tego. by spłacić dom. na co ja się zdobyłem. Wypuścili mnie. Nie wierzył im. „Jestem starym chorym wilkiem”. „Prawda to książka. którzy go badali po przyjeździe do Paryża. jak zapobiec skutkom inflacji. że wszyscy dysydenci wywodzą się z uprzywilejowanej klasy społeczeństwa komuni- stycznego? W większości są to nienasyceni prześladowcy. Mówmy raczej o pieniądzach. Przyznano pa- nu azyl. by dać satysfakcję złu? — Dobro. Czy też: „Moje ostatnie dni chcę spędzić z dala od pu- blicznego życia”. a ja jestem czło- wiekiem. Lekarze. lecz nie wy- kluczyli możliwości poprawy. ale gdy przestanę być im użyteczny mogą mnie zli- kwidować. Nie chcę ułatwiać im zadania. to coś kojącego. jakie zaciągnie. Dysponował pewną kulturą polityczną. że oczernił pan dobro. żebym wylał pomyje na dysydentów. procenty. dobrze? Pieniądze. powodów. to znaczy jest w niej jakaś nadzieja”.

Périgrod i Limousin. oświetlone przez niewidoczne słońce —siedemnasty wiek. Z okien mojego domu nie chcę oglądać domu sąsiadów. drogi i szosy opasywały lasy i doliny. związane były z konkret- nymi epokami. przerzucone nad szczytem kamiennego muru i. pokryty winoroślą dach. a może 268 . Natomiast jesienne listo- wie. żywopłot okalający małe pole. za dużo ludzi. nieruchome bia- łe krowy. nad nimi pokryte obłoczkami niebo. Sprawy te mało zajmowały Aleksandra. rano. Bruzdy dzielące poletka. może dlatego. które spotykał. Z okresem romantyzmu czuł się najsilniej związa- ny. strumyk. u kresu zarośniętej trawą alei. Zwiedzili we dwójkę Quercy. Aleksander słabo znał Francję. pod zimnym. błę- kitnym niebem wznosiły się tyczki podtrzymujące fasolę. może też różowa twa- rzyczka dziecka ponad drewnianą bramą — wiek osiemnasty. „Nie. sadami i opadającymi winnicami. który z upodobaniem przyglądał się za to krajobrazom. o lśniących krawędziach i otworach strzelniczych. otoczony ogrodami. „Sprawię sobie strzelbę my- śliwską”. Kiedy indziej był to odrestaurowany zamek. Uderzyła go nieprze- mijająca tajemniczość Francji: na pogańskiej ziemi wzniesiono niezliczone kościoły. Przypomniało mu się zdanie Machado: dobry Bóg był młody. Zauważył też — on. iż był to złoty wiek w dziejach Rosji. Kiedy indziej. zielonkawa waza stojąca na poszczerbionej balustradzie — mówiły do niego językiem ro- mantycznym. starszy. młyn. że Aleksan- der czuł żywą obecność Średniowiecza. omszały mur. późnym popołudniem. Na początku sądził. gdy malował Hiszpanię. a jed- nak dusza krajobrazu i tak pozostawała nieuchwytna. umyty przez deszcz. marmurowa. Niekiedy. lekka mgiełka. gdy wyrzeźbił Francję. Stopniowo jednak stawał się wrażliwy na delikatne odcienie różnych pejzaży. natrafiał na pa- stwisko ocienione przez majestatyczne drzewa. że chory wilk będzie chciał się osiedlić na wybrzeżu. a także pionowe tyczki sprawiały. który częściej zaglądał do muzeów niż na wieś — że krajobrazy.” „To nie będzie bezpieczne dla pana”.

zrywało ogórki z grządek i przywiązywało kuzynki do pala męczarni. z którym nie wiedziałby co począć..decydowały o tym względy czysto osobiste. ogień na kominku. „Muszę wracać. całkowicie zmodernizowane. wyposażone w loggie i lodówki. w jakim znajdowały się od- wiedzane przez nich domostwa. i stan. Powstała z tego dość dziwna kombinacja pasztetu sztras- burskiego z Clos-de-Vougeot i homarem. Niewątpliwie odtworzyłby posiadłość swego dziadka. Pomyślał. Uświado- mił sobie zresztą. Jeżeli nie wrócę zaraz. „Zabezpie- czę mur odłamkami szkła”. Są w nas ślady wszystkich minionych epok. że domy mają dusze. bawiło się w Indian. wiejskich rezydencji i. utraciły za to duszę. skusi i mnie kupno domu”. kurnik. inne. żeby zamówić najdroższe dania i wina. iż mógł w ten sposób dogodzić swemu przewodnikowi.. „Wyrywało się kogutowi pióra i przyozdabiało nimi głowę. Był rozczarowany. Zasięgnął informacji co do możliwo- ści opancerzenia bramy i okiennic. że nauczył się czegoś ważnego do- wiadując się. Ale „Anonimowemu więźniowi” sprawił wielką satysfakcję fakt. jak mało znał prawdziwych domów: nieco ma- łych zamków. 269 . przede wszystkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Jak najszybciej złożył swój podpis pod umową. że dom nie może stać się natychmiast jego własno- ścią.” Kurnosow znalazł jedno tylko domostwo dostatecznie strze- żone przez metalowy płot. konia. Zdumiewały go i piękno. Tymczasem śpieszył się. ale tylko niektóre spośród nich są nam prawdziwie bliskie. Budynek był jednak zbyt wielki i w dodatku znajdował się wewnątrz zdziczałego parku. Wyobraził sobie ganek. o której nieraz opowiadał mu ojciec. Tego same- go wieczoru zaprosił Aleksandra na kolację w najlepszej restau- racji w Limoges. zwy- kłych mieszkań. wyłożone dy- wanami. gołębnik. Niektóre z nich zachowały tylko ściany i komin. gdy do- wiedział się. Zadowolił się więc solidnym domem otoczonym przez ogród i mur. że w pełni dwudziestego wieku nie wszyscy Fran- cuzi zamieszkują mrowiskowce. Upierał się. psy śpiące pod stołem.

Zresztą czy ktokolwiek odważyłby się utrzymywać. jeszcze inni na Marszałka. Aleksander umiał przekonywać: 270 . Kurnosow nikomu nie narzucał żadnego reżi- mu. w dalszym ciągu znakomicie się sprzedawa- ła. — Wywiadów nie udzielam. by przywieźć panu jakiś prezent. Na przykład starą ikonę. Ale. co wspominali czasy quattrocento i tacy. Nie było to zbyt trudne. niech pan naciska. Aleksander zaalarmował Iwana Iwanycza: — Proszę. Tymczasem w Paryżu sprawy zaczęły przybierać inny obrót. przeciwnych jakobińskiemu faryzeizmowi większości. nie wystawiana co prawda w witrynach księgarń. tym liczniejsze. że ilość kapliczek jest u nich niemal równa ilości osób? I to nawet było zrozumiałe i oczywiste: odkrywali wolność myśle- nia i robili z niej użytek. co ono oznacza? Słownik mówi: „zwolennik systemu autorytarnego”. że Rosyjska prawda. co marzyli o „czterdziestu królach. Dołączyło się do nich kilka osób stojących pomiędzy partiami. Jedyne poważne oskarżenie dotyczyło „nieprzyzwoitego słowa” — „faszysta”. Część opinii publicznej okazująca przychylność Kurnosowowi przygotowywała się do kontrnatarcia. Byli tacy. — Żałuję — powiedział — że nie pomyślałem o tym. Tak naprawdę. Otóż właśnie. inni na Generała. którzy w ciągu tysiąca lat stworzyli Francję”. Gdybym o to poprosił. co można było zarzucić Kurnosowowi? Że jest antysowiecki? Czegóż innego można oczekiwać od dysydenta? Że nie darzy uczuciem miłości swych kolegów dysydentów? Czyż nie jest rzeczą powszechnie wia- domą. przede wszystkim. z pewnością pozwoliliby mi ją wywieźć. Rezultat: liczne prośby o wywiady. jako że chodziło tu o nonkonformistów z tak zwanej skrajnej prawicy. że Rosja dojrzała do demokracji? A w końcu czyż każdy reżim auto- rytarny musi być z gruntu zły? I tu każdy wsiadał na swego koni- ka: jedni powoływali się na Tygrysa. znających się między sobą.

przecież wie pan o tym. Wobec skrajnej prawicy Aleksander odczuwał ten sam niesmak co w obecności zwierzęcia. że znajdzie tam samych szlagonów albo może clochardów czy też spadochroniarzy. Spotkam się z nimi. śmiały i pewien swej publiczności. Tymcza- sem jeden z księgarzy. który tam brzęczał. że stał się 271 . tym bardziej będzie pan podejrzany. Ci ludzie nie są najważniejsi. Księgarnia znajdowała się przy uliczce dla pieszych. Czyż nie rozu- mie pan. by zgodził się na podpisywanie książki w jego księgarni. Lecz rój pszczeli. — Chce pan spłacić swój dom. tuż obok Centre Pompidou. To prawda. wyobrażając sobie. bardzo chorego: „Zdechnijże już wreszcie”. a jej właści- ciel. przystał na to. a Kurnosow wolał mó- wić o eurazjatyckim powołaniu rosyjskiego imperium. potężny wesołek z tołstojowską brodą i delikatnym głosem. wszyscy zaczną się zastanawiać. — Zgoda. czy nawet człowie- ka. inaczej nie wystąpiłby pan z tym małym wykładem o dysydentach. ale są panu przychylni. że jest pan manipulowany przez KGB i w jakimś sensie tak rzeczy- wiście jest. Ka- żdy wywiad zwiększa sprzedaż. Wywiady nie były specjalnie zajmujące. Niektórzy myślą. Aleksander słyszał o niej tylko — można w niej było znaleźć wszystkich autorów z czarnej listy. Dziennikarze chcieli przede wszystkim szczegółów zamachu. czy nie jest pan kimś podstawionym. że jeśli będzie się pan upierał przy odrzucaniu każdej propozycji. Zresztą Kurnosow wywołał już był taki skandal. że potrafi pan wyrecytować z pamięci niektóre fragmenty Prawdy. Nie bez pewnego zażenowania przekroczył próg księgarni. Naciskany przez Aleksandra. ale czyż to o czymś świad- czy? Były już pewne insynuacje w prasie. niech pan tego nie odrzuca. przedstawiając się dorzucał zawsze: „Najbardziej prawicowy księgarz Paryża”. Im dłużej będzie się pan uchylać od spotkań z dziennikarzami. uwolnić się od długu? Będzie pan potrzebował pieniędzy na życie. niewiele się różnił od tłumu zapełniającego księgarnię mniej ezoteryczną. popro- sił „Żelazną Maskę”.

Kurnosow odnowił swoją garderobę. a jego oczy stały się czułe i łagod- ne. którzy otaczali Kurnosowa jakby aplikując mu rozgrzewkę przed występem. Aleksander rozpoznał pewnego byłego ministra. Nosił gruby garnitur z czarnej prążkowanej flaneli. Bez wątpienia czynił nie- uczciwe propozycje autorowi ze stajni Luxa. nie widział najmniejszego powodu. żeby dotknąć książeczki czekowej. że gdyby się szykowała jakaś mokra robota. a także drobnego wydawcę. by móc spodziewać się kariery. naczelnego redaktora okrzyczanego i krzykli- wego czasopisma. prowincjuszy. wygłodzonych kudłaczy. Być może wachlarz spo- łeczny reprezentowany tutaj był nieco szerszy niż w księgarni na Saint-Germain-des-Prés. gdzie indziej nie spotykanych mia- zmatów. Za cza- sów trzynastego. jakby po to. A jako że szczerość jest niebezpieczną równią pochyłą. który czuł się już bardzo od- legły od tego. i niektórzy śmiałkowie z paryskiej elity dołączyli się do stałych klientów. Jego upierścienio- na dłoń bez ustanku sięgała do wewnętrznej kieszeni. Ale szczerze mówiąc. Było więcej dam w futrach z nurków. Wśród mężczyzn. ale była to normal- na wojna wydawców i Aleksander. archiwistów i anarchistów. Nie można było nigdy przewidzieć. wyglądem nie od- biegających od zwyczajnych obywateli.„osobistością”. żeby interweniować. do- rzucił: „Pamiętaj jednak. kupców. „Czy rzeczywiście ma się czego obawiać?”. Kurnosow już tam był. że nie chcemy mu zro- bić krzywdy”. co Divo określał jako światek paryski. przedstawicieli wolnych zawodów. ale w atmosferze nie wyczuwało się żadnych nadzwyczajnych. to co innego”. bardzo ciepły i okazały. „Przysięgam ci. Usiadł przy 272 . wojskowych w cywilu. wśród których spotykało się studentów. odrzekł tamten. bar- dzo by mnie to zdziwiło: piąty departament to cherlaki. Codziennie przenosił się z hotelu do hotelu. o której godzinie się pojawi. zapytał Alek- sander Iwana Iwanycza. który wywołał już dość skandali. nie powiedziano by mi o tym.

faszyzm został zmieciony z po- wierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej! — Faszyzm jest nieśmiertelny. o ile Sołżenicyn i Bukowski są fa- szystami. — Jestem faszystą o tyle. Cezar był faszystą i Napoleon też. o tłustych włosach. Wewnątrz fotoreporterzy potrącali wszystkich swoimi opasłymi torbami. — Następny pro- szę. — Powiedziałem w mojej książce wszystko. że nastąpi renesans faszyzmu? — zapytał młody dandys. będą bardziej liberalni lub mniej purytańscy niż inni. nie chciałbym pomylić się w pisowni. co zastanie w tej księgarni: „Dopóki ci ludzie nie postanowili pana rozszarpać. panie Kurnosow? Może się pan uśmiechnie? Niechże pan nie robi takiej obrażonej miny! Co pan taki nadęty? Błyskały flesze. trzymała ołówek nad kartką notesu. Kurnosow rozglądnął się z niepokojem. czy można powiedzieć o panu. Można im wszystko powiedzieć”. — Pozwoli pan. Księgarz i jego pracownicy wciąż i wciąż znosili egzemplarze Rosyjskiej prawdy. że jest pan faszystą? — drobna dziewczyna w przydymionych okula- rach. zechce pani napisać swe nazwisko na tej kartce papieru. O tyle. — Panie Kurnosow. Podpisywał w dalszym ciągu. co miałem już do powiedzenia — odrzekł ostrożnie Kurnosow. Proszę pani. 273 . Przed księgarnią zebrał się tłumek. trzymający w ręku złote pióro. — Trzeba będzie pójść po książki do Luxa — powiedział właściciel księgarni. Pewna dama z pieskiem pod pachą — wydawało jej się. byłoby to bardzo niegrzeczne. — Ma pan więc nadzieję. Przecież Aleksander uprzedził go. Przynajmniej raz sprzedaż książek z podpisem autora zwabiła wielu chętnych. że jest w Pen Clubie — powiedziała z oburzeniem: — Ależ panie Kurnosow. o ile tylko faszyzm może zwyciężyć komunizm.małym stoliku i składał na lewo i prawo podpisy.

nieśmiałej twarzy. ponieważ wdrapywałem się do góry. Miał lekko zajęczą wargę. i spaliśmy na tej sa- mej pryczy w Workucie. Jesteś Arsenij Jegorycz Ga- wierin. I wtedy. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej. Być może coś przeszkadzało mu mówić. A ja jestem Lew Aronowicz Zellman.. — Wiedziałem — powiedział Kurnosow po rosyjsku. Tkwił tam. Obiezianka. Nazywałeś mnie „małpka”. Zechce pan napisać swoje nazwisko. ukazał swoją brodę mię- dzy futrem z astrachanów i dżinsami. Zellman nie odpowiedział. kościstej czaszce Kurnosowa. Jakiś student. zapytał bardzo grzecznie: 274 . ciemnymi i ponurymi. — Nie jesteś żaden Kurnosow. nic nie kupując. — Następny proszę. który zadaje ostatnie ciosy rogami po śmiertelnym pchnięciu szpadą. ale słabo. jak byk. blondyn. z oczami utkwionymi w podłużnej. może nie miał pieniędzy na kupno książki. — Ty jesteś Gawierin — powiedział ten drugi po francusku. mimo obecności tłumu. Z jednej strony gruźlicze węgle. z rękami wciśniętymi w kieszenie. Kurnosow uniósł głowę. wszystko rozegrało się w cztery oczy. Patrzył na Gawierina z głębokim współczuciem. Mały człowieczek w wytartym i zbyt długim płaszczu przeci- snął się do pierwszego rzędu. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach i z podwójnymi szkłami. już w to nie wierząc. wracając do ro- syjskiego. Rzeczywiście między czterema oczami. — To oni cię wysłali? — zapytał Gawierin. jeszcze po- chylony nad ostatnim stosem książek. Ty na dole ja na górze. a z drugiej łagodne i przerażone ślepka. Głosik Zellmana uciszył wszystkich.. także po francusku. Być może chciał coś powiedzieć i nie miał odwagi. Jeden z dziennikarzy już wyciągał rękę w stronę telefonu. trzymający w ręku kwadratowy blo- czek. — Jestem Kurnosow — odpowiedział Kurnosow. Księgarz.

nowe pióro wysunęło mu się z palców: — Potwierdzam. Aleksander rzucił się do sąsiedniej kawiarni. czy potwierdza pan twierdzenia tego pana? — Ja mam dowody. W słuchawce słodki głos recytował: — Nie ma żadnego abonenta pod numerem. grube. Proszę sprawdzić w książce telefonicznej. żeby zatelefono- wać. Mam zdjęcia — powiedział Zellman. Natychmiast zaczął mówić: — Tu Kobei. Wykręcił numer zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje. .. który pan wy- kręcił. — Proszę pana. Chcę. Gawierin opuścił swoje trupie powieki. jakby chcąc powstrzymać go przed kłamstwem.. a jednocześnie błagać o przebaczenie. wciąż patrząc łagodnie na Gawierina.

południe przeżywa się o drugiej godzinie. czekało nań wiele przygód. zamyślił się nad tym długim okre- sem. 276 . Zamyślił się nad nieprecyzyjnością określenia „szczytu”. O. absolutnie nie. tylko później. wtedy. było jeszcze przed nim wiele dossiers do otwarcia. kiedy można uznać. A jednak jego aktualne życie było tak pełne in- tensywnych barw właśnie dlatego. Zanim podał teczkę sekretarzowi. Środek nocy wypada nie o północy. który zaznaczył się tyloma sukcesami. majorowi Biełoszwejskiemu. Te same dłonie. że schyłek. nieco już zresztą wypłowiałą. i do syta rozkoszo- wać się jego pełnią. co wówczas roz- począł. to jedno słowo: „Oprycznik”. on zbliżał się małymi kroczkami do starości. na której trzydzieści lat temu napisał swoim prostym. Wydawałoby się. ta sama teczka. że dokonanie już jest za nami. że przyjemniejszy jest moment następujący potem. że to wczoraj stał na galeryjce łączącej wieże Notre Dame. „Jak ja się zmieniłem! Czy rzeczywiście tak się zmieniłem? W sumie zmieniłem się bardzo mało”. choć jeszcze nie- dostrzegalny. 6 OBRÓT ŚRUBY Tego dnia Pitman zamknął po raz ostami bladoróżową tecz- kę. kończąc to. i oto Ziemia trzydzieści razy zatoczyła krąg wokół Słońca. który po latach na- brał odcienia fioletowego. czarnym atramentem złego gatunku. to jeszcze nie był koniec. opalizując w niektórych miejscach. okrągłym pismem o rozstawionych lite- rach. już się zaczął. w pewien sposób ta chwila poprzedzająca dokonanie jest najwspanialsza. można jednak także uznać.

w akcji dezinformacji bardziej zgodnej z du- chem kontrwywiadu. podczas gdy on przewidywał dla Oprycznika po- wodzenie o wiele bardziej umiarkowane. Przeciwnie. Pozbawiony wpływu? Psar skompensował swój chłód. zmuszał go do opłacenia mu za jego nieocenione usługi niewdzięcznością i porzuceniem go. naturalny czy nabyty. Z drugiej strony Pitman żałował. Zadenuncjowanie Gawierina przez Zellmana pozwa- lało Wojewodzie rozpocząć kampanię. upierać się przy trzeciej fazie Pskowa. Wielu już o 277 . której temat został mu dostarczony w zaklejonej kopercie w ubiegłym tygodniu: „Dysy- denci są systematycznie manipulowani przez KGB”. Prowadzenie Oprycznika przyniosło Pitmanowi najwięcej zy- sków w całej jego karierze. szczególnie kucharzom. ale on sam miałby ochotę to zrobić w sposób naj- bardziej klasyczny. że Abdulrachmanow tracił wyczucie. niestety należało pogodzić się z tym. wówczas gdy mógł jeszcze oddawać przysługi! Co za nędza. sławnej akcji Twardy znak. taką zdolność rzuca- nia uroku na ludzi — że im wykręcało oczy. chociaż można by było łagodnie wejść w pierwszą fazę Twardego znaku! To nie oznacza. Jego diagnoza była: nie czerwony. a jednak pozostawał na zewnątrz pewnego rodzaju etyki. iż upór Abdulrachmanowa nie pozwalał mu na wynagradzanie Psara według jego zasług. z którą wiązał tyle nadziei i do której Aleksander cudownie się nadawał. jak mówią Rosjanie — iż jego chłodny blask zaowocował obficiej niż ciepłe powiewy agentów pozornie bardziej obiecujących. być może pewnej estetyki. Z innej jeszcze strony żałował. przez taką intensywność w realizacji swych zamiarów. że taki odniósł sukces. Czerwony? Psar złożył wszelkie dowody wierności. że trzecia faza Pskowa nie miała przynieść satysfakcji. jak to się zdarza wielu starym artystom. że nie może użyć Oprycznika po raz ostatni. Ale zamykał to dossier bez żalu. nie mający wpływu na innych. Jaka szkoda pozbywać się Oprycznika. Tak. Być może gdzieś w środku miał za złe Aleksandrowi Psarowi.

zabawek dziecięcych. że tylko pozostali są na usługach KGB. jaką na skalę światową pod- nosili dysydenci w obronie tego lub innego chuligana czy roz- pustnika. To zamknie im usta. Odtąd. Wydawnictwo Lux było zagrożone przez napływające z różnych stron wielkie fale. Myśl. Trzecia faza funkcjonowała sama z siebie. w jakim stopniu podejrzenia te były uzasadnione) o mniej czy wię- cej świadome wysługiwanie się reżimowi sowieckiemu.tym szeptało. obojętnie jakim. oczywiście. Sądy francuskie nie będą w stanie nic udowodnić Gawierinowi (jedyny dowód tożsa- mości. że większość innych dysydentów. w pobliżu której przepłynął wielki statek. była za każdym razem w najwyższym stopniu irytują- ca. Dysydenci byli jednak bezradni. że wrzawa. całkiem automatyczne. Teraz rzecz została udowodniona: ten. Także i jej zakoń- czenie będzie proste. Dawał o sobie też znać uśpiony szowinizm francuski: niektórzy światli dziennikarze przypomną emigrantom. za drugiego Soł- żenicyna. jeśli nie mieli oparcia w za- chodniej opinii publicznej. przy czym każdy z nich żył w przekonaniu. usłyszą: „Faszyzm nie przejdzie” albo też „Komuniści mor- dercy”. a przynajmniej niektórzy spo- śród nich. Już teraz dysydenci stracili wiele ze swej popularności. faza trzecia ukaże tych faszystów w roli współpracowników komunistów. Druga faza Pskowa pokazała ich jako faszystów. a szczególnie sami dysydenci. w rzeczywisto- ści był pachołkiem (zdemaskowanym) rządu sowieckiego. Wtedy będą już naprawdę za- łatwieni i będzie się z nimi miało spokój przez parę lat. którego cały świat wziął za autora Rosyjskiej prawdy. nieomal za nowego Boga dysydentów. aferę 278 . jakim dysponował. była także pachołkami (jeszcze nie zdemaskowanymi) tego samego rządu. jak łódka. nasuwała się sama. Nie da się bowiem zaprzeczyć. by kołysały się w nieskończoność. którym wystarczyło dać lekkiego prztyczka. podobna do tych ptaków. jeśli będą się zwracali o po- moc. Psar był podejrzany (chociaż nikt nie wiedział. wystawiony był na nazwisko Kurno- sowa).

(W odróżnie- niu od innych dyrekcji. towarzyszu generale? — Tak. był jak najgorzej usposobiony. jako że w ostatnich latach przesunął się nieco na prawo. wielkiego myśliciela politycznego. czy chce. które niszczyły ślady własnych aktywno- ści. „rozpruła się” niejako sama z siebie („Największa finezja polega na tym — mawiał Ab- dulrachmanow — by wasze montaże podlegały degradacji czysto biologicznej i nie zostawiały śladu”). Abdulrachmanow.) Ściągnijcie pi- lota tak. które uzbierały się na jego koncie banko- wym? Pitman zawahał się. którego kochał. złóżcie je w archiwum. A jednak. Gorgułowa. 279 ..Stawiskiego. by usunąć bez śladu Alek- sandra Psara. po to tylko. Jego żonie można zawsze po- wiedzieć. a także pożyczkę rosyjską. pokryjecie wszystkie koszty. Bilans był więc nadzwyczajny. rozproszyć komary dysydencji i zasiać strach (co nie jest wcale trudne) w szeregach zachodniej inteligencji? Pitman westchnął. Biełoszwejski. Jego rodzina powróci parę dni później. Czy takie ujęcie było wystarczające? Czy opłacało się oszczędzić życie prawdziwego Michała Kurnosowa.. Dacie pilotowi dwa tygodnie nadzwy- czajnego urlopu w Soczi. — Czy zamykamy dossier. dyrekcja «A» dbała o aspekt doktrynalny.. Któryś z młodych krytyków napisze powieść z kluczem. — A pułkownik dokooptowany Psar? Czy skreślić go z listy pracowników? Awansować? Czy ma prawo do emerytury? I co robić z pieniędzmi. żeby nawet nie miał czasu się pożegnać. podczas gdy praca prowa- dzona była w dalszym ciągu przez orkiestrę Wojewody. żeby rodzina dołączyła tam do niego. czy też woli się z nią spotkać dopiero później. że powierzono mu nowe zadanie. W dodatku ope- racja. o gromadzenie przykładów właściwie prowadzonej działalności. ale i od nowa rozkwitł we Francji terror intelektualny. gdzie Ballandar zostanie przedstawiony jako agent komunistyczny. która trwała dwadzieścia pięć lat. Zapytacie go.. nie tylko rozbity został klan dysydentów.

Chorąży to agent uśpiony. Jeżeli tylko potrafi wyciągnąć coś jeszcze z agencji po ostatnim skandalu. będzie mu się słusznie należał cały dochód. Od czasu kiedy go nosił. Koszt jej zało- żenia zamortyzował się sześciokrotnie.. nie będą już wy- płacane? Mam na myśli zarówno wynagrodzenie we frankach jak i żołd w rublach? — Zatrzymajcie to wszystko. a wtedy. niech to będzie nasz prezent na pożegnanie. Biełoszwejski ruszył w stronę drzwi. co z nimi zrobić. Nie musimy za wszelką cenę uruchamiać natych- miast Chorążego. Nie budźmy go jeszcze.. Był to sympatyczny mło- dy człowiek. Później zobaczymy. Nie przeszkadzało to jednak Pitmanowi. kto wie czy nie bę- dziemy go jeszcze potrzebowali. Już przy drzwiach Biełoszwej- ski obrócił się zgrabnie na piętach: 280 . towarzyszu generale. przypadnie Cho- rążemu. — Dobrze. i on nie był nigdy zbyt biegły w półobrotach. — Ze wszystkimi tymi decyzjami poczekamy jeszcze trochę. Jeśli zaś idzie o agencję. Co towarzysz generał poleca w jego przypadku? Czy już teraz zacznie dyrygować swoją orkiestrą? Czy posłuży się tymi samymi rekwizytami co Psar? I kto będzie jego pilotem? — Tu też poczekajmy jeszcze chwilę. nieco anemiczny. już teraz jest zastępcą re- daktora naczelnego francuskiego odpowiednika naszego «Ogo- nioka». z lokiem jasnych włosów nad czo- łem. Ma czas. Zostawmy ją Psarowi. towarzyszu generale. którego plany leżały w jego gabinecie. Zacznie funkcjonować w spo- sób możliwie niezauważalny. — Ale jego honoraria. Zresztą.. Pitman nie porzucił myśli o Twardym znaku. Nie. Dysponujemy we Francji w tej chwili sześcioma innymi orkiestrami. towarzyszu generale. zajmowane do tej pory przez Oprycznika. dumny bardzo ze swego angielskiego garnituru.. — Rozkaz. zaczął unikać półobrotów przepisanych przez regulamin. niech się zbierają. Stanowisko agent d'influ- ence. ale nie ruszajcie jego funduszy.

że w sprawy związane z wywiadem człowiek angażuje się całkowicie. Przedstawicie ją do awansu. Zrobiła staż w manipulacji. Swietoczka. Utrzymuje. — Ach tak. poniżej jej kompetencji. sekcja druga. mój samochód.. Co zrobić z Ałłą Kuzniecową? Już od trzech lat składa odwołania. intelektualistami. lecz było go za mało. towarzyszu generale. pracując z turystami francu- skimi. Dlaczego mu ją odbierać? Jakim prawem narzucano mu syna. Siódmy departament. Psar miał córkę. I przygotujecie też. Spadł już śnieg. — Skąd ona przyszła? — Z drugiej dyrekcji głównej. tym bar- dziej. W styczniu naj- starsza córka Pitmana. — Jeszcze jedna rzecz. by myśleć o sannie. Pitman pomoże mu w tym. iż sam żywił tak wielkie uczucia rodzinne. tego wielkiego człowieka. który marzył o przejściu do KGB. — Kapitan Kuzniecową wróci do dyrekcji. żeście mi przypomnieli ten aspekt zagadnienia — Pitman bawił się ołówkiem automatycznym. Zatrudniamy ją przy pracach biurowych. ale nie zaangażuje całego swego autorytetu w tej sprawie. Cała ta historia z kobietą i dzieckiem nigdy nie podobała się Pitmanowi. który uważał. z której wyszła. Światosław będzie musiał poczekać do stycznia.. — Dziękuję. a jednak Pitman nie mógł uwolnić się od myśli. że w ten sposób niszczymy jej karierę. kosmicznym i duchowym”. pojadę do Wołkowa. na ile było to możliwe — szkaradnej inscenizacji wymyślonej przez Abdulrachmanowa. „razem ze swym ciałem fizycznym. wyjdzie za mąż za tego po- rucznika z ministerstwa spraw wewnętrznych. że żerowanie na więziach rodzinnych było czymś złym. który wcale nie był jego dzieckiem? Z uczuciem ulgi podjął Pit- man decyzję o zaniechaniu — na tyle. Dział kadr wyraźnie wo- lał chłopców. którzy mieli wszystko do zawdzięczenia tylko 281 . Biełoszwejski. Abdulrachmanow powtarzał mu ze dwadzieścia ra- zy. iż stoi ponad dobrem i złem.

szelest wszystkich jej stronic. bierz. Wzdychał teraz często. przez pi- stolety arabskie i mieszki na proch. czułości. otoczony przez swe książki i dywany.. pięknie żyłkowanej. na skó- rzanej kanapie. Zresztą. cichutko przed dziesięciu laty. Walery myślał tylko o porę- czach i pierścieniach. a na koniec rozlegnie się ostatni. ten porucznik. w domu ro- dzinnym miała ich zawsze dość. nie mógł sobie odmówić przyjemności zrobienia stójki na poręczy fotela. przybranego ojca. giganta. jakiego dokonała jego córka. księga o gru- bych kartach. Nie potrafił on jednak wzbudzić w synu wielkiego uczucia i dlatego Jakub Mojsiejewicz gdzie indziej ulokował swoje senty- menty. zwiewaj”. jak w dawnych czasach. drobny krawiec. Wielki człowiek spoczywał. ostatni stuk. nie zachwycił wcale Pitmana.. Gdy tylko znajdował się w salonie. nie miałby nic przeciwko tego rodzaju ety- ce. Czy będzie dość czułym mężem? Swie- toczka tak bardzo potrzebowała ciepła. Dacza spoczywała pod ośnieżonym wzgórzem jak na wido- kówce. księga zamknie się i wyda ostatnie westchnienie. że stłumi w swych dzieciach wszelką tkliwość i że zaszczepi w nich pierwotny arywizm. Ale czy gimnastyka akrobatyczna jest niezbędnym skład- nikiem szczęścia małżeńskiego? Jakim ojcem będzie Walery? Można się było obawiać. dla którego bolszewizm będzie zaledwie przykrywką: „Dają. Pitman westchnął. Kończyła się jakaś epoka. tchnące chłodem i wilgocią. bogato zdobionych i pozłacanych. jak księga we wspaniałej oprawie. od kandydatów popieranych przez ich teściów. biją. swój podziw i potrzebę naśladownictwa. Wybór. Mały krawiec umarł skromniutko. Przed chwilą zamknął tamto dossier. a wkrótce zamknie się tamto niezwykłe życie. Być może jego oj- ciec. które migotały miedzią i 282 . Cienka jak płat plastiku warstwa lodu pokrywała jezioro. kolosa. Wyczuwał w Walerym niepokojącą słowiańską brutalność. a teraz zbli- żała się coraz bardziej śmierć tego drugiego. definitywny dźwięk.własnym rękom.

lecz jakby pęknięty. i sęków i pęknięć. a lampka — wiecznym światełkiem. które z tru- dem tylko dało się odróżnić w mroku. Pit- man nigdy przedtem nie widział tych przedmiotów u Ab- dulrachmanowa. Z tego mauzoleum doby- wał się tubalny głos. ale w kącie naprzeciw drzwi paliła się mała czerwona lampka. a żarzących się jeszcze i zachowujących do końca wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły swego unerwie- nia. wymowa była wciąż staranna. Małżeńska sypialnia nie bardziej jest typowo rosyjskim pokojem niż jadal- nia typowym pomieszczeniem francuskim. lecz tak mocno już naznaczony przez nadchodzącą katastrofę. Na kanapie piętrzyły się koce. carskiej Rosji. jeszcze potężny. zała- mujący się czasem i przechodzący w szept. muzykalna. Mohamedzie Mohamedowiczu? Umierający nie wyrzekł ani słowa. Przez długi czas milczeli obaj. i potem nagle — wystar- czy dotknąć je pogrzebaczem — rozsypujących się bezszelestnie i przemieniających się w szary popiół. swych włókien. okiennice były zamknię- te.srebrem na ścianach. To w takich pomieszczeniach żyli i umie- rali zamożni ludzie dawnego reżimu. 283 . Ale czy jest jakiś sens w tych rozróżnieniach. futra i poduszki. — Jak się pan czuje. czując po raz ostatni pożywne ciepło łączącej ich przyjaźni. jakby ciesząc się swą bliskością. Pomiędzy tymi dwoma mężczyznami nie mogło być mowy o kłamstwie. Pitman myślał o polanach wypa- lonych już od środka. Kryjówka pogrążona była w mroku. zasłony zaciągnięte. wytworna: — Otóż jesteś. dotyczących ruchomości i nieruchomo- ści? Pitman ze swej strony nie chciałby nigdy spać bez swej cie- płej Eliczki. ekscelencjo! Słysząc ten głos tak wyraźny. czyjego przybrany oj- ciec przypadkiem nie zwariował. To srebro było ikoną. Lecz dykcja nie zmieniła się wcale. Zaczął się zastanawiać. odbijająca się w srebrnym zwierciadle.

Być może była to oznaka zbliżającej się śmierci. przeniosło się przez całe jego ogromne ciało. Eliczka nie była zadowolona. które zostają po przejściu ślimaka. A on ma przed sobą już tylko parę godzin. W kącie pokoju rozłożył już łóżko polowe: liczył na to. tak jakby poruszały się z własnej woli... pod szczotką włosów. Zapadł w sen. gdyby nie on. W końcu służył nam przykładnie. siedział bez ru- chu ponad godzinę. To nie odpowiadało Jakubowi. jakby zawieszony między świadomością i nieświa- domością. tak że stawała się po- dobna do głowy cukru. od dawna chciałem pana poprosić. pokrytej zmarszczkami twarzy. w których nie można było go odnaleźć. że Pitman zanocuje w da- czy. — Nnno więc — zaczął wreszcie Abdulrachmanow. Zadzwonił do domu. jak te.. Na jego pustej.. Pitman. trzymając ręce pomiędzy kolanami. Niemy zwrócił ku niemu głowę. 284 . Wyciągniemy wszystkie nitki. Na pół siedząc. Pitman dostrzegł dwa świecące wilgotne ślady. w otchłaniach. — Zostanę — powiedział. — Eliczka. Ale to przecież pan właśnie. Nie miałem śmiałości. Później przeszedł do jadalni. nie doszlibyśmy do niczego. Innokientij na- krywał do stołu: położył tylko jedno nakrycie. Rozróżniał teraz wielką głowę wciśniętą pomiędzy okrągłości poduszek. z której wyrastał ogryzek nosa. — zaczął. — Słuchaj. — Mohamedzie Mohamedowiczu. wolałby spędzić wieczór w gronie rodzinnym i wrócić tu nazajutrz. właściwiej.. Dzi- waczny czepek wydłużał jeszcze czaszkę. Wciąż nie chce pan.. Abdulrachmanow położył dłonie na prześcieradle i jego ręce od czasu do czasu gładziły tkaninę. nie rezy- gnując ze swego senatorskiego „nnno” — jak się ma mój pod- opieczny? Oczy Pitmana przywykły już do ciemności. W trzewiach Abdulrachmanowa powstało jakieś drżenie.. zgasło na wargach. żeby on wrócił? Tak byłoby lepiej..

Zdaje mi się. usiane kryształami gwiazd. a nad nią ciemnogranatowe niebo. wieńczącą ramię olbrzyma. który przynosi przebaczenie. synku. Innokien- tij z pewnością ugotował dla ciebie zupę kalafiorową. — Likierku!— zażądał. i wódka. Wymruczał dwa zdania. Pitman pochylił się nad nim i pocałował dłoń. że nie wie. Wziął Pitmana za Innoktientija. nie ma co być miłosierny. bo mój nos strajku- je od dawna. Pitman podszedł do okna i rozchylił ciężkie. że umrę jesienią. Jego szczęki poruszały się. nie ma co być miłosierny. Za podwójną szybą ukazała się ziemia usiana kryształkami śniegu. którą wybrać wersję. Urodziłem się w czerwcu. jakby chcąc po raz ostatni nakarmić oczy takim obrazem. których Pitman nie zrozumiał: — Niewolnik tego. uśmiechnął się: — A. wzorzyste zasło- ny. to ty. Mała przesądna lampka wciąż paliła się przed srebrnym zwierciadłem. które też się zaróżowiło. Syn tego. — Zauważyłeś? — powiedział Abdulrachmanow. tę małą dłoń. że czuję jej zapach. — Umiera się prawie zawsze w innej porze roku. Abdulrachmanow chłonął ten widok. Wrócił do pokoju Abdulrachmanowa. Pitman zjadł ten chłopski posiłek powstrzymując 285 . Ale pewnie się mylę. Połóż to tutaj. Zdawało się. Rzeczywiście była na kolację zupa kalafiorowa. W ciemności świeciły oczy starca. dłonie leżące na prześcieradle drgnęły: — Odsłoń okno. — Idź— powiedział Abdulrachmanow — idź jeść. gdy jednak Jakub zbliżył się do niego niosąc na tacy zieloną butelkę i mały kieliszek. Zawsze wiedziałem. i nawet śledź wę- dzony. który przynosi przebaczenie.

który nie pozwalał mu połykać jedzenia. W przeciwnym razie wojna z tym hitlerow- cem Lucyferem byłaby przegrana. — Kto? — spytał Pitman. A ludzie. bojąc się zrozumieć zdanie Ab- dulrachmanowa. Wielki Monter. który liczy sobie osiemdziesiąt jeden lat”. synu. które spoczywały na jego oczach jak ogromne muszelki. Powiedział so- bie: „Jestem zbyt wrażliwy. Abdulrach- manow drzemał.. Twój generał dziękuje ci. — Nnno więc — powiedział naraz umierający silnym głosem. aż zamarznie. najlepszy sposób. wąż to przebrane słowo. Ludzkość powstała w ramach operacji dezinformacyjnej przeciwko Szatanowi. To ty. nie podnosząc powiek. ale dobrze zaopiekowałeś się twoim gene- rałem. Słyszysz? Twój generał składa ci podziękowanie. Wąż. Czekać i za nic w świecie nie in- terweniować. synu? I tak właśnie powinno być. mój plastikowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Wytarł usta i wrócił znowu do swego przyjaciela. Ponieważ trzeba było zmusić ludzi. Jak w skomplikowanych montażach. żeby ich nakłonić do zrobienia czegoś. Pamiętasz. Nie możemy się uważać za źródło promieniowania. Zakaz to element dezinfor- macji. co mówi się w Księ- dze. aż mróz weźmie. pudłami rezonansowymi. Kenti? Ty jesteś chłopem z chłopów. za dyrygentów orkiestry. Któregoś dnia. Czyż nie w ten właśnie sposób myślisz o stworzeniu. powi- nieneś wziąć się do czytania Sun Tsu. Ty i ja jesteśmy tylko pałeczką przechodnią. żeby zainteresowali się dobrem i złem. Od czasu do czasu w półcieniu pokoju coś się zmieniało w oświetleniu: to Innokientij pojawiał się w obramo- waniu drzwi. Doszło do wojny. Nic in- nego nie robi ten na górze. Anioły zbuntowały się.szloch. — Ten od największego ze wszystkich montaży. To jak u Sun Tsu.. Jesteśmy zaledwie. Poczekać. — Teraz pozostaje tylko oczekiwanie. pamiętasz. On opowiada o Prefekcie 286 . A przecież nie ma nic niezwykłego w śmierci człowieka. Czeka.

jego duch był jeszcze obecny. czyjego mistrz zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. Wtedy jego żołnierze nie chcieli wrócić do walki. Udało mi się chyba odrobinę nagiąć Historię we właściwy spo- sób. co uczynił Hsiang? Posłał ich na polowanie i podpalił ich obóz. Podobnie postępuje Wielki Monter. Jeżeli nie. Jeżeli Abdulrachmanow odpowie: w sposób wy- znaczony przez Marksa i innych ojców Rewolucji. Pitman wiedział.Hsiang. to co straciliście jest ni- czym w porównaniu z tym. Dlaczego do łóżka. Abdulrachmanow znów pogrążył się w mroku. wolał jednak wyjaśnić sprawę. często czy- niłem go wykonawcą moich zamierzeń. który walczył z dwoma buntownikami. raz czy dwa razy podstawiłem nogę Szatanowi. to wielkie ciało nie kryło już żadnej 287 . Pitman przypatrywał się małej lampce. by nakarmić konie i by każdy żołnierz dostał swój posiłek do łóżka. że jego mistrz kompromituje się. Pitman obawiał się. zarządził. Czy wiesz. Żołnierze wracają. Co miała oznaczać? Po jakimś czasie Abdulrachmanow znów się rozbudził: — Wiesz— powiedział zwykłym głosem. co do tej pory złupili. który sposób był właściwy. po- wiada Sun Tsu. Hsiang. tak jakby był zdro- wym człowiekiem — jestem dość zadowolony z mojego życia. że się rozpłakali. co wciąż jeszcze znajduje się w posia- daniu buntowników”. Zapytał go: — Co pan chce powiedzieć. nie wiem. Mohamedzie Moha- medowiczu? Drżał cały. Zadał im straty i obłowił się przy tym. nie był jednak pewien. Sun Tsu mówi wyraźnie. obawiając się że stracą to. których imion nie pamiętam. Rozpłakali się. Łupów nie ma. Mohamedzie Mohamedowiczu? Czyżby wierzył pan w Boga? Nie otrzymał odpowiedzi. — Co to znaczy „we właściwy sposób”. Żołnierze sami zażądali bitwy. Wtedy prefekt zwrócił się do nich: „Panowie. W ka- żdym razie następnego dnia rano buntownicy zostali unice- stwieni.

Było wiele wielbłądów i derwiszy. żeby nam przytrzymać strzemię. to dlatego widział pan wielbłądy. Mohamedzie Mohamedowiczu. żeby zechcieli nimi rządzić. Jesteśmy Rosjanami. Pitmanowi przynajmniej wydało się. — Naszkicował mój portret. wszędzie dookoła znajdowały się wielbłądy. jedynymi prawdziwymi Rosjanami.duszy. przywita go strzałami z pistoletu. Rosja nigdy nie 288 . potrzebni byli tylko do tego. Naprzód ubłagali Wikingów. Abdulrachmanow nie odpowiedział na to. który zrodzony zostałeś z Sema i ja. Gdy byłem mały. Powieści Dostojewskiego nie były lekturą zalecaną w ich śro- dowisku. kto jest tym Szatanem. o którym pan mówi? — Szatan. I dywany piękniejsze niż ciało kobiety. wiesz o tym równie dobrze jak ja. z naszymi ciemnymi kędziorami. zrodzony nie wiadomo jak. to dezinformacja. Tak bardzo chciał. żeby mo- żna mnie było wyleczyć. Być może lekarze umieliby to osiągnąć. Posadzono mnie na grzbiecie wielbłąda. Potem Polacy. Przyjrzałeś mi się kiedyś? Pozostali. to Wielki Démonter. — Pan jest Uzbekiem. że jeśli sprowadzi mu się leka- rza. Później zgnietliśmy ich.. mój zło- ciutki Jakubie Mojsiejewiczu. że zmienił temat rozmowy: — Czy czytałeś Dostojewskiego? — Trochę. a on nie zechce umrzeć za mnie. więc o co chodzi?” — Mohamedzie Mohamedowiczu. — Nie. Jesteśmy prawdziwymi Rosja- nami. nie bardziej jestem Uzbekiem niż ty Żydem. żeby jego dobroczyńca umarł w pełni przytomności umysłu. synu. jak przy- stało bolszewikowi. Zobacz. ty. „Jestem za stary. jaka była ich historia. ale Abdulrachmanow zapowiedział. Potem szukają sobie opiekunów w Niemczech. mój tombakowy Jakubie Mojsiejewiczu. Cała reszta.. Wielkorusy. Odczuwał ból. wiesz o tym? Pitman zamknął oczy.

ty masz rodzinę. Borys. był moim ku- zynem. Tak właśnie mu- si być. 289 . ilu bastardów? Napłodziłem ich. Abdulrachmanow znowu zapadł w niebyt. będziemy my. mój diamentowy Jakubie Mojsiejewiczu.. Ale także i Żyd.rządziła się sama. Piją tak dużo.. póki jej mieszanka nie bę- dzie doskonała. ale także dlatego. jesteś Rosjaninem przyszłości. Ich żony buntują się. Anglicy nie mylą się: wystarczy poskrobać Rosjanina. ty i ja. będę go kochał”. że Rosjanie zawsze prakty- kowali integrację. białoruskich i czerkieskich. dlaczego? Tak. nie było tu żadnych mórz do sforso- wania. „Kochałem nie tylko jego inteligencję. Uzbeków.. Widzia- łeś wskaźniki demograficzne? Ty co innego. ale całego człowieka. mój synu. A ja. dzielny Oprycznik. Nasz największy car. nie chcę ich znać. w łonach kobiet wielkorosyjskich i małorosyj- skich. hopla.. gdzie były same statystyki? Dowo- dzono. któremu się powiodło.. Dopóki więc choć jedna jego cząstka pozostanie przy życiu. to było w porządku. Dzięki temu Za- chód był spokojniejszy. ale pracowałem dla sprawy. Nie znam ich. A cesarzami przyszłej Rosji. że stają się impotentami. To jedyne nowoczesne imperium kolonialne. Jej jedyny sprawny przywódca od cza- sów Rewolucji był Gruzinem. żydowskich i lapońskich. nigdy nie potrafiła nawet utrzymać stolicy w jednym miejscu. Imperium rosyjskie! Nic więcej nie trzeba dodawać. Prawdziwi Rosjanie są na wymarciu. a narobimy wam maleńkich Rosjan. że imperium rozsypie się na kawałki. rozległość.. Pamiętasz tę książkę. Zapomniano tylko o jednej rzeczy: że Uzbecy są bardziej rosyj- scy niż sami Rosjanie. Inni to amatorzy. Czy wiesz. August i Cezar. Ale wtedy. I Bałt. którą kazał opu- blikować Oprycznik? Tam. I Rosja będzie się tak długo skrobać. jako że tylko pierwsi rzymscy cesarze byli Rzymianami. a Pitman odnalazł w sobie moralną siłę — czy może raczej słabość — by pogodzić się z degradacją intelektualną wielkiego człowieka. wyjdzie spod niego Tatar. Słysza- łeś o micie Trzeciego Rzymu? Nie jest fałszywy. I Polaczek. Dajcie nam wasze kobiety.

Oddech był na zmianę szybki i po- wolny. — Pochodzę. najbardziej absurdalną i poniżającą nawet: — Po co to panu? — Aha. Mohamedzie Mohamedowiczu. więc po pierwsze dzisiaj jest jego święto. Dobrze... — Dezinformacja. że. Myślałem. — Czyje święto? — Matwieja. mój cukierkowy Jakubie Mojsiejewiczu. Może pochodzę z rodziny muzułmańskiej. Przysiadł przy łóżku. 290 . I być może mój ojciec również. to nasz Matwiej. że zniesie każdą odpowiedź. „Nie dożyje następnego dnia”. — Zauważ. Zastanawiałem się nad tym. pochodzę. śmieszy mnie to pochodzenie. pan przecież pocho- dzi z rodziny muzułmańskiej. knot. o cerze tak ciemnej. i była stara służąca.. rozglądnął się wokół ze zdumieniem.. de-zin-for-ma-cja. Muzułmanie nie znają ikon. że sprawi mu to przyjemność. — Ale przecież mówił pan. że jest pan chrześcijaninem? — Mój synu — powiedział Abdulrachmanow — istnieje tylko jedna religia. Pitman nareszcie zdobył się na odwagę postawie- nia mu tego pytania w najłagodniejszej formie. to cię dręczyło. że na tle poduszek wy- dawała się całkiem czarna. Gdy Abdulrachmanow otworzył oczy. tak żeby widzieć jak najdokładniej twarz Abdulrachmanowa. która miała szczypczyki i. to nie jest Mateusz Ewangelista. niekiedy zanikał i znowu się pojawiał. Nazywam się Matwiej Matwieje- wicz. pomyślał Pitman. ty wiesz. Gdy byłem mały. rozchylił wargi w lek- kim uśmiechu. — Ależ. ale zostałem ochrzczony. Westchnął i całe jego ciało poruszyło się przy tym. — Chce pan powiedzieć.. czując.. podobny w tym do źle pracującego silnika. ujrzawszy ikonę. W tamtym momencie nie warto było być chrześcijaninem. po czym. jego obraz był u nas w domu. Mateusza.

Pamiętasz. ani Matwiej.. nie powinni byli tworzyć naszej dyrekcji. — Myślę.. Jego oczy szukały czegoś niepewnie. że odnalazły dzięki temu spokój. Teraz dysponujemy planami na dwadzieścia. właśnie. było już za późno. Niczego nie podejrzewał. Abdulrachmanow zamilkł znowu. Oni zorientują się dopiero za kilka dobrych lat. towarzyszu generale? Pitman nie odważał się mówić ani Mohamed. że źle nas poinformowano. żebyś zaczął rozumieć. Mój organizm nie chce już nic przyjąć. Ale czasem zatrzymywał się w tym upadku.. — Już nie wiem — odpowiedział Abdulrachmanow. — Wypadałoby. Zsuwał się po pochyłości. że już nie będę więcej pił na tej ziemi. Leonid Iljicz nie zgadzał się na to. zatrzymały się na niej i zdawało się. Tak. O.. tym razem nie zamykając oczu. ale był pewien. Gdy przekonał się. Właśnie w trakcie jednego z tych momentów bliskich upojenia Abdulrachmanow wyjawił Jakubowi tajemnicę czapek- niewidek. A na- jadłem się jej sporo. jeżeli chcieli w dalszym ciągu jechać na swojej ideologii. żeby wymienić go na kogoś tam z Chile. że Bukowski to wariat. — Czy chcecie likieru. mój mały.Pieczerski. Jego oczy odnalazły ikonę. Rosjanin. na czym polega na- sza praca. nie próbując nawet uchwycić się wystających gałęzi. wydaje mi się. że odgaduję.. Dopóki jeszcze byliśmy małym departamentem. Nie można zatrudnić za- wodowych kłamców.. Wmówiliśmy mu. wyko- nującym określone polecenia. 291 . aby pokazać światu. nie przyznając im monopolu na prawdę. mój synu. do którego wdmuchnięto porcję ciepłego powietrza.. Wrzesz- czał.. jak balon. jakże kochałem Rosję. trzydzieści lat naprzód. że tak nie jest. czy cierpi. że wcale nie jesteśmy bardziej brzyd- cy i niebezpieczni niż Chile. co się stało z Bukow- skim? Wpadliśmy na pomysł. Później Pitman zapytał go. — No właśnie. Czy oni pozwalają ci zorientować się w tym? — Tak.

Pitman wybrał dywan. W porządku. że nie wydawało się. jesteśmy fabryką prawdy. być może jednak umierającemu nie chodziło o ciepło w znaczeniu czysto fizycznym. Jakubie Mojsiejewiczu. Do użytku ze- wnętrznego. jakie jest ostatnie kłamstwo. Przykrył nim ciało swego nauczyciela jak sztandarem. Wszystko się zazębia. Gdy- by nawet nas zabrakło. muszą mieć też dostęp do informacji. Jego oczy stały się szkliste. Tkanina dywa- nu była tak sucha i twarda. Pod przykryciem tak sztywnym i tak hieratycznym przypominał raczej postać wyrzeź- bioną na wieku sarkofagu niż człowieka z krwi i kości. — Zimno mi — powiedział nagle Abdulrachmanow.. W tym czasie. my w areopagu. — Dywan. Rosjanie. do użytku wewnętrznego. lazurowo-ciemnopurpurowy. On sam przeczuwał już wcześniej ten se- kret: ci. mój. Ale w ogó- le. który wydał mu się najpiękniejszy. 292 . czy też mówi prawdę. Wziąwszy pod uwagę rozwój techniki. ale nie poradzą sobie z obrazami.. mój. (zawiodła go wyna- lazczość językowa) w tym czasie my poprowadzimy ludzkość do szczęścia. mój synu. by mogła za- trzymać ciepło. co zdarza się czasem ludziom umierającym. będą trzymali strzemię. bo nigdy nie będą wiedzieli. to my wytwarzamy wszystkie obrazy. — Kenti! Jeszcze jeden koc. — Czy tak lepiej? Abdulrachmanow nic nie odpowiedział.. — Nie — powiedział Abdulrachmanow. ozdobiony deseniem w kształcie rombów. czyjego mistrz pada ofiarą niewiarygod- nej megalomanii. jeśli idzie o Rosjan. My zaplanowaliśmy już dwudziesty pierwszy wiek. to jest do Dobra. Nigdy nie wyjdą z naszego labiryntu.. musieliby i tak podążać zgodnie z na- szymi drogowskazami. Chodzi o jeden i ten sam cel.. wszystko się zgadza. kwadratowy... co mają klucze do dezinformacji. i tylko głowę zostawił na zewnątrz. które już wy- produkowaliśmy.My. Pitman nie wiedział... a to oznacza panowanie nad światem.. nie są potrzebni. Mogą nas rozstrzelać.

przed nimi dwo- ma. A jeśli chodzi o lojalność. Innokientij zawył z bólu. że tyle jego nad- ludzkich misji uwieńczonych zostało sukcesem. bo nie wiedzieli. mówił przez pół godziny o absolutnej lojalności nie- boszczyka. odznaczony orderem Czerwonego Sztandaru. wracając do przyzwyczajeń z dzieciństwa. w którym wielu rozpoznało ukochanego ucznia i w pewnym sensie duchowego dziedzica zmarłego. Czuł. Tak. kim była ta osobistość. jakby tym samym mógł jednocześnie wyrazić swoją miłość i po- bożność. Nagle wydało mu się. z któ- rej wielu wyszło tak słaniając się na nogach ze smutku. Pitman padł na kolana przy łóżku i przycisnął policzek do starego bucharskiego dywa- nu. Członkowie korpusu dyplomatycznego wzięli w nim udział wyłącznie z chęci przypodobania się gospodarzom. ramion i piersi. że mu- sieli być odwożeni przez swoich szoferów. dwukrotny kawaler Orderu Lenina. a Pitman nie wiedział. miał uroczysty państwowy pogrzeb. Płakał. insygniami honoro- wego czekisty. Pitman nie bardzo wiedział. robił szeroki znak krzyża. że ta śmierć ma w sobie coś niesto- sownego. dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego. inną. której nazwiska nigdy nie słyszeli. Żadnych dodat- kowych informacji na temat tych nadludzko trudnych misji. że jego dobroczyńca zasłużył na śmierć bardziej doniosłą. Było wiele prze- mówień i generał-porucznik Pitman. Abdulrachmanow służył ojczyźnie i Partii lepiej niż ktokolwiek inny. też na klęczkach. Ale czyż na łożu śmierci nie dał do zrozumienia. Czyż Partia nie jest najwyższym sędzią dobra i szczęścia? Po zakończeniu pogrzebu odbyła się oczywiście stypa. Chwila niepewności nie trwała długo. a tuż obok niego Innokientij. Generał-pułkownik Abdulrachmanow Mohamed Mohame- dowicz. jaki wykonać gest. To właśnie ta lojalność sprawiła. Przyciskał przy tym z wielką siłą palce do czoła. co należało o tym myśleć. że ojczyzna i Partia były dla niego tylko środkami? Środkami do osiągnięcia jakiego celu? Dobra i szczęścia. orderem Wojny Patriotycznej. chociaż dzień pracy 293 . a nie w takich okolicznościach.

Kazał się odwieźć do Pałacu Roztop- czynów i zamknął się w swoim pokoju. któ- rej nikt nie mógł wymówić bez dodatkowych wyjaśnień. Pitman zatrzymał się przed sejfem i otworzył go. Wyciągnął stamtąd kartonowe pu- dełko. Nie inaczej miało się stać i tym razem. nie mogło niczego zmienić. Z tru- dem tylko można było znaleźć coś jeszcze bardziej nieuchwytne- go. myślenie o niej. Wewnątrz znajdowała się seledynowa teczka. pił mało i ostrożnie. to znów uśmiechał się. usiadł i rozwiązał błękitne sznurki. z jednym. Z rękami założonymi na plecach Pitman najpierw przespace- rował się po swoich własnych dywanach. niezwykle rzadko uży- wany. do diabła. Śmierć Abdulrachmanowa spowodo- wała wielką wyrwę w szeregach areopagu. roztrząsanie jej. Poniósł stratę nie do naprawienia. kiedy to raz miał łzę w oczach. Ogólnie rzecz biorąc mimo cierpienia był raczej radośnie podniecony.jeszcze wcale nie miał się ku końcowi. wy- pisanym ciemnozielonym atramentem znakiem zamiast tytułu. nie dający się wymówić sam w sobie i służący wyłącznie do waloryzacji poprzedzającej go spółgłoski. Pitman miał zamiar również z tego skorzy- stać. Postawił pudełko na stole. Był to twardy znak alfabetu rosyjskiego. Czyż nie tego właśnie życzyłby sobie Abdulrachmanow? Po piętnastu minutach nieskoordynowanego marszu. Dyrekcji. Pitman nie należał do nich. Pitmanowi spodo- bało się. Należało się liczyć z poważnymi przeszeregowaniami per- sonelu i. Chodząc kołysał się i wykonywał piruety. w całym KGB. żeby nadać swojemu ukochanemu planowi nazwę. które przy- trzymywały pokrywkę. Kiedy wielki człowiek umiera. jako że Eliczka nie pochwalała przesadnych wy- datków. najpilniejszą sprawą dla jego wyznawców jest obalenie jego testamentu. lecz właśnie rzeczy nieuchwytne składają się na codzienność 294 . na którym prócz firmowego nagłówka dyrekcji «A» moż- na było przeczytać słowa „Absolutnie tajne”. które były tylko imita- cjami starych.

jak Grecy koniem trojańskim. Nie powinien nas jednak usypiać przesadny optymizm. którą uznać można za ostateczną. Założywszy. I wówczas stanęlibyśmy w obliczu konieczności wywołania otwartego kon- fliktu. kiedy to. Oceńmy trzeźwo sytuację. mogłoby ono w końcu spowodować uformowa- nie się trzeciego prądu ideowego. a co lepiej byłoby nazwać narodo- wym socjalizmem (Nationalsozialismus).służb wywiadowczych. apatyczna. nieprecyzyjnym. albo też posłuży się. agresywna. konserwatywna. to kapitalizm. Jeśli posłużymy się jako przykładem jednym z krajów zachodnich. to marksizm-leninizm. możemy zauważyć. Pojawiając się w jakimś konkretnym kraju. co określamy mianem. będąca w użyciu w carskiej Rosji. oży- wiona wielką wiarą w samą siebie. można już w tej chwili przewidzieć zwycięstwo marksizmu-leninizmu. pozbawiona ideałów i natchnienia. dzięki nowoczesnym środkom komunikacji. a raczej nierównowagi sił. mogła również sugerować twardość i nieustępliwość reżimu sowieckiego. Nikomu nie przyszłoby do głowy. zamiast zadowalać się oczekiwaniem na zgnicie przeciw- nika i powiększanie się przyszłej zdobyczy. konstruktywna. Pitman otworzył teczkę i oblizując wargi. Dru- ga. Litera ta. poniosło klęskę. Za- triumfuje on jako taki. lecz wygodnym. faszyzmu. ruch tego typu mógłby gwałtownie się rozszerzyć na cały Zachód. że doszło tam do pewnego wrzenia intelektualnego. lecz jest prawie niemożliwe. pokojowa. Francją. w świecie zmagają się z sobą dwie siły. Istnieje w języku rosyjskim miękki znak. którego dalsze losy trudne są obecnie do przewidzenia. żeby nazwać jakąś operację „miękkim znakiem”. energiczna. Jedna z nich. biorąc pod uwagę 295 . Tego typu prąd jest nie tylko prawdopodobny. że żadna zmiana nie naruszy tej równowagi. jak każdy autor czy- tający swą własną prozę. socjalizmem nienarodowym. wycelował okularki w pierwszą stronę tekstu: Od chwili. A poza tym Twardy znak świetnie paso- wał do stylu dyrekcji.

bo tylko on będzie dla niej zagrożeniem. religij- nych czy humanitarnych. zrodzi się w masie ludowej czy też bę- dzie elitarny. możemy uznać jego pojawienie się za coś niezbicie pewne- go. Gwałtowne unicestwienie takiej uformowanej grupy przyspo- rzyłoby nam problemów i nie byłoby całkowicie zgodne z du- chem. Natomiast zawiązanie się takiego ugrupowania nie może być w żadnym wypadku groźne dla naszego kraju. która jak się wydaje. któ- re korzystają już z systemu komunistycznego. możemy uznać prawdopodobieństwo utwo- rzenia się Trzeciej Partii Światowej. można przewidzieć. co wobec pro- letariackiego komunizmu. Nie na- leży bowiem zapominać. czy będzie miał poważne szanse. że Francuzi posiadają tę cechę szcze- gólną. Założywszy. która teoretycznie będzie równie wroga wobec burżuazyjnego kapitalizmu. zwyciężyła teraz we Francji. opóźnić nasz pochód ku promien- nej przyszłości. czy rozprzestrzeni się również w krajach. Ta trzecia siła. aby jakieś wzburzenie tego typu nie zagroziło realizacji naszych projektów. wbrew pozorom. neutralizowana przez tę ten- dencję. przy- najmniej przez pewien czas. czy ruch ten odwoła się do wartości wstecznych czy postępowych. że będzie ona szczególnie uczulona na ko- munizm. w którym organy bezpieczeństwa państwa sowieckiego zwykły działać. iż nie głosują na frakcję. może. do której mają więcej sympatii — pozostawiając ją w ten sposób w opozycji — ponieważ wszelka władza wzbudza ich wstręt. Szwecji. Jakkolwiek bę- dzie. że prosty i czysty kapitalizm nie nabierze nagle drugiego oddechu. a mogłoby nawet przekształcić wymierzoną w nas broń w skuteczne 296 . Niemiec Federalnych.reguły dialektyki. W takiej perspektywie aktualna konserwatywna tendencja Anglii. Nie możemy przewidzieć. Australii. żeby nas postawić w trudnej sytuacji. obdarzona większą witalnością niż kapitalizm. Ponieważ jednak partia ta będzie mo- gła się rozwijać swobodnie tylko w krajach kapitalistycznych. a przede wszyst- kim USA nie jest.

byśmy my z kolei mogli go przeniknąć. lecz w dodatku subwencjonować pewną ilość naszych własnych ope- racji przez Stany Zjednoczone. 297 .narzędzie. które mo- gły być przyciągnięte przez faszyzm. Jeśli tego zechcemy. Ale sytuacja międzynarodowa mocno się zmieniła. które działały w przekonaniu. Można więc wyciągnąć wniosek. partia Młodych Rosjan. byłoby do- brym posunięciem strategicznym dostarczenie potrzebnych ka- talizatorów po to. mogłaby się skrystalizować wokół tych dysydentów. prowadzona przez jednego z naszych agentów przeni- kających. Przypomnijmy. w naszym interesie leży rzucenie na Zachód magnesu. choć na mniejszą skalę. że w przypadku. że operacje tego typu. to posłużenie się tym wniknięciem naszych dysydentów w świat zachodni tak. Dalej. deklaracje ich są publikowane w prasie. że aktualna dyrekcja lepiej niż ktokolwiek inny nadaje się do prowadzenia tej akcji. pozwoliła skłócić z sobą różne pokolenia emigracji. co pla- nujemy w ramach montażu Twardy znak. pojawiają się w telewizji. odgrywa obecnie pewną rolę w świecie. Jest całkowicie oczywiste. jakakolwiek byłaby ich jakość. jak również wchłonąć i wysterylizować wszystkie talenty. Jej przedstawiciele. że finansują ugrupowanie kontrrewolucyjne. której utworzenie wydaje nam się nieuniknione. całkowicie izolowana w latach dwudzie- stych i trzydziestych. prowadzone były już z powodzeniem: siatka Trust pozwoliła nam nie tylko wydrenować poważną część białej emigracji. to Trzecia Partia. który będzie do nas należał i który przy- ciągnie do siebie opiłki żelaza nowych idei i ich wyznawców. Szczegól- nie rosyjska emigracja. To. Mówiąc inaczej. kształtują opinię publiczną. ponieważ a priori sympatyzują oni z ideami liberalnymi. gdyby formowanie się tego typu partii opóźniało się. aby zgromadzić wokół kontrolowanej przez nas bazy wszystkie elementy potencjalnie zainteresowane taką działalnością. są przyjmowani przez szefów państw.

sukces planu takiego jak Twardy znak pole- ga na odpowiedniej manipulacji „katalizatora” przez agent d'in- fluence. i jego legenda. Mówiąc inaczej. Soł- żenicyna. zaleciła po prostu ekspulsję. najmniejsza luka będzie za- uważona i operacja stanie się niemożliwa. Rzeczy- wiście. zostanie ka- wałek po kawałku zdemontowana. jeśli w ogóle istnieje. by w jego pobliżu znalazł się zatrud- niony przez nas manipulator. których nie- winność i oddalenie od źródła uwierzytelniają dostarczone im fałszywe informacje. tylko poprzez system pośredników. jak w operacji Młodzi Rosjanie wspomnianej wyżej. jak wiadomo. skonsultowana w sprawie decyzji dotyczącej A. Tym niemniej w przypadku branym pod uwagę takie uproszczone rozwiązanie nie wydaje się godne polecenia z następujących powodów: — „katalizator” nie omieszka wzbudzić podejrzeń organów przeciwnika. i osobnik ten skazany został na swoje własne nieprzejednanie. ponieważ osobnik ten natychmiast wywołał niezadowolenie lu- dzi Zachodu. Jak wiadomo. wykonawstwo powierzone jest bezpośrednio agent d'in- fluence. nawet dobrze wobec niego nastawionych. która pozwala na następny karambol). utworzenia się wokół niego zbiorowiska zwolenni- ków skrajnej prawicy. jak sobie przy- pominamy. w sensie i psychologicznym i materialnym (zobacz Vademecum agent d'influence: każde uderzenie musi przesunąć czerwoną i białą kulę przeciwnika na pozycję. nie dopilnowano. 298 . każda koncentracja prze- ciwnika w określonej przestrzeni poprawia warunki obstrzału. składającego się nie tyle z emigrantów co raczej ludzi Zachodu. — dezinformacja i wywieranie wpływu mogą być stosowane. kiedy tacy osobnicy pozostają w naszych rękach. poprowadzonemu przez oficera-pilota. tego rodzaju operacje prowadzone są z powo- dzeniem dzięki współpracy z drugą Dyrekcją Główną (patrz refe- rencje w aneksie). Operacja ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. w nadziei. chyba że. Dyrekcja. Za to na terytorium ZSRR.

. Wszystko szło dobrze do tej pory. aby raporty napisane były starannie: — Nie jest pan policjantem. Nakreślić a) karierę Oprycznika i wykazać.. b) że właśnie dyrekcja dysponuje w tej chwili dwoma indy- widuami. żadnym tam Dzierżymordą! Jest pan myślicie- lem politycznym i niech pan nie zapomina. której nie ma powodu nie dotrzymywać. być może nawet cały rozdział. aby wybrany „katalizator” nie zdawał sobie sprawy z powierzonej mu roli i żeby stał za nim wypróbowany agent d'influence. lecz nie wydaje się. lecz teraz trzeba było do- rzucić paragraf. wykazać. że nie ma żadnego powodu. Świętej pa- mięci Abdulrachmanow wymagał zawsze. Proponuje się tylko opóźnienie jej spełnienia. Agent po prostu powołuje się na obietnicę sprzed trzydziestu lat. dlaczego byłby idealnym manipulatorem. 3. żeby wjego przypadku chodziło o zmęczenie lub ryzyko demaskacji. b) kwalifikacje autora zamachu przeciwko Breżniewowi. dlaczego byłby naj- lepszym możliwym katalizatorem. którego plan ukształtował się natychmiast w czujnym umyśle Pitmana: 1. bez wąt- pienia prawowite. by zrezygnować z usług doświadczonego i pełnospraw- nego agenta. Zrobić bilans a) wydatków poniesionych na utrzymanie Diaka i usług od- danych przez niego — nie ma między nimi właściwej proporcji. Powołuje się on również na swe pragnienie. 299 . że styl jest formą myśli. są bardzo trudni do znalezienia. b) działalności Oprycznika. precyzując. Podkreślić a) że osobnik i jego manipulator. którego zadaniem jest regulacja ruchu ulicznego. Dotarłszy do tego miejsca Pitman zatrzymał się. Dorzucić być może notę: „Oprycznik poprosił o za- kończenie swej misji. odpowiadający naszym oczekiwaniom. Nie jest to jednak nic pilnego”. które mogą utworzyć pożądaną konstelację. któ- remu nadano pseudonim Diak. poznania matki ojczyzny. 2. Wydaje się nam więc istotne.

Przez trzydzieści lat Aleksander był prowadzony, podtrzymy-
wany, nadzorowany, chroniony. Nagle znalazł się sam, jak siero-
ta, w wielkim świecie. Nie umiał pływać i wyrzucono go za burtę.
Pierwsza myśl, którą podsunęła mu intuicja, była dobra:
„Opuścili mnie”. Ale natychmiast opanował się, to znaczy na-
uczył się pływać i kłamać sobie. Nie, oni nie opuścili go. Wyda-
rzyło się zapewne coś, co łatwo sobie wyobrazić: policja francu-
ska wpadła na ich trop i dla ogólnego bezpieczeństwa podczas
kilku godzin lub kilku dni musi unikać wszelkiego kontaktu z
nimi. Taka sytuacja, przypominał sobie teraz, była uwzględnio-
na w instrukcjach, których nauczył się na pamięć podczas kursu
w Brooklynie: jeśli kontakty drogą zwyczajną są zablokowane,
posłużyć się sygnałem alarmowym. Jeśli i to nie działa, pocze-
kać. To centrala ma nawiązać zerwane połączenie. Zaczął wyrzu-
cać sobie swoją chwilową panikę. Był oficerem, powinien się
trzymać w garści. Nie było w tym nic dziwnego, że podstawienie
Gawierina rzuciło na niego podejrzenie, na niego, Psara, który
był przecież gwarantem fałszywego Kurnosowa. Dyrekcja mu-
siała z pewnością oczekiwać wielkiej akcji kontrwywiadu: pod-
słuch, śledzenie, prowokacje, i w interesie Aleksandra poczynio-
no kroki, żeby to niczego nie dało.
Uspokojony, Aleksander zadał sobie oczywiste pytanie: czy
Zellman był wysłany przez dyrekcję? KGB musiało dobrze wie-
dzieć, że Gawierin nie był Kurnosowem. Czy należało wyobrażać
sobie, że popełniona została jakaś nieostrożność i że Zellman
zwolniony został przez pomyłkę? Czy też, przeciwnie, chodzi tu o
montaż i Gawierin został przedstawiony jako Kurnosow po to,
żeby mieć okazję do zdemaskowania go? Dwa argumenty prze-
mawiały na korzyść tej drugiej hipotezy: zwyczajowa sprawność
dyrekcji, a poza tym fakt, że telefon alarmowy został wyłączony
przed, a nie po publicznej demaskacji.

300

Jeszcze raz zirytowało wtedy Aleksandra, że nie został uprze-
dzony. Do niego należało teraz stawić czoła burzy i można było
mu dać instrukcje, zakładając, że burzę tę wywołano specjalnie.
Próbował się pocieszać. Być może traktowano go już jak członka
hierarchii, a nie jak agenta. To dlatego pozostawiono mu swobo-
dę podejmowania inicjatyw dla dobra służby.
Został wezwany przez DST, francuski kontrwywiad, złożył mu
też wizytę inspektor wywiadu. Nikt nie podejrzewał w panu Psa-
rze agenta, ale zadawano sobie pytanie, czy przypadkiem on sam
nie był manipulowany. Chciano mieć informacje na temat kana-
łu przerzutowego do Rzymu. Uprzejmie, kategorycznie odmówił
odpowiedzi. „Jestem agentem literackim, wykonuję swój zawód,
zostałem wprowadzony w błąd przez pokazane mi dokumenty
osobiste, nie jestem zaangażowany politycznie...”
Gawierin próbował zniknąć, potem jednak pojawił się w
agencji: „Chcę mówić”. Rosyjska prawda widniała teraz na li-
stach bestsellerów i coraz więcej chętnych domagało się wywia-
dów. Gawierin przyjmował wszystkie propozycje i za każdym
razem opowiadał inną historię. Raz był prawdziwym Kurnoso-
wem, którego zdrowie psychiczne nadwyrężone było przez pobyt
w szpitalu specjalnym. Kiedy indziej był wysłannikiem, którego
zadaniem było zaszkodzenie książce. Kiedy indziej jeszcze
przedstawiał się jako osoba dyrygująca siatką antykomunistycz-
ną, mającą swych ludzi nawet w Radzie Najwyższej. Czasem
okazywał się pułkownikiem, zbiegiem z CIA. Niepokoiły go dwie
rzeczy: „Czy zostanę wydalony z Francji? Czy odbierze mi się
moje pieniądze?” Załatwił sobie bowiem, poza honorariami i
pokaźną zaliczką, także pożyczkę na zakup domu.
Psar przypomniał sobie ostatnie przekazane mu instrukcje,
przez nikogo nie odwołane: „Zrobisz wszystko, co tylko Kurno-
sow zechce”.
— Co pan powiedział policji? Z pewnością pytano pana o
pańską tożsamość, po tym jak przyznał się pan, że nie jest Kur-
nosowem.

301

— Powiedziałem, że nic nie wiem. Zastrzyki siarki uszko-
dziły moją pamięć.
— A jak jest naprawdę?
Cierpiące oczy Gawierina zaświeciły szalonym spojrzeniem:
— Tak naprawdę to jestem osaczony.
Aleksander wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, jaką grę
prowadził ten człowiek i nie przejmował się tym wcale. Był na
tyle biegły w swej profesji, że nie interesował się tym, co wykra-
czało poza jego kompetencje.
— Wszystko będzie zależało od Zellmana.
Zellman powiedział prawdę przed całym światem, i nikt mu
nie uwierzył. „Historia powtórzona tak wiele razy, na pierwsze
zamówienie, i zawsze tak samo, najwidoczniej wyuczona na pa-
mięć w najdrobniejszym szczególe, może być tylko baśnią —
pisała Jeanne Bouillon w «Głosie». — Trzeba będzie zdemasko-
wać Zellmana”. „Ależ nie ma tu nic do zdemaskowania, obieca-
no mi paszport dla mnie i dla mojej żony, pod warunkiem, że
zadenuncjuję oszusta”. Dzielny człowiek był zakłopotany: „Nie
jestem wtyczką. Byłem przekonany, że w powiedzeniu prawdy
nie kryje się nic złego. Zresztą, pan nie może o tym wiedzieć, ale
ona czekała na mnie przez cały czas, kiedy byłem w obozie. Każ-
da inna wyszłaby dawno za mąż”. Ten żałosny ton powinien był
budzić litość, wzruszać, tymczasem nie podobał się słuchaczom.
Nie chciano wierzyć w niewinność aż tak kryształową. Opubli-
kowano dwa zdjęcia z czasów obozowych — jedno z nich przed-
stawiało grupę ze dwudziestu więźniów, drugie zrobione pod
pryczą, w baraku — na których Zellman znajdował się obok Ga-
wierina. Dawano do zrozumienia, że są to montaże, przygoto-
wane w laboratorium.
Sytuacja nie była do końca wyjaśniona. Gawierin napisał dla
«Obiektywu» artykuł pod tytułem Nie trafiłem w Breżniewa,
popełniając cztery rzeczowe błędy. Psar spędził trzy dni we
Frankfurcie, gdzie sprzedał Rosyjską prawdę dziewięciu wy-
dawcom zagranicznym, pobierając obfite zadatki. Gawierin

302

zażądał przypadającej na niego części nowych honorariów. W
końcu legitymował się paszportem, potwierdzającym jego toż-
samość. Aleksander grał jednak na zwłokę, spodziewając się
nowych poleceń.
W tym samym okresie Aleksander zbliżył się do Małgorzaty.
Nie mogła znać jego najgłębszych obaw, czytała jednak artykuły,
które przedstawiały go jako złowrogiego faszystę, jako ofiarę
manipulacji KGB, albo też jako przedpotopowego białogwardzi-
stę czy ograniczonego, pełnego dobrej woli liberała. Te ataki
sprawiły, że jej oddanie dla szefa podwoiło się.
To ona odpowiadała na listy adwokatów, którzy grozili panu
Gourvierinowi-Kanossoviwi procesem o zniesławienie i szukali
go za pośrednictwem Aleksandra. To ona stawiała czoła dzienni-
karzom najróżniejszego autoramentu, którzy zgłaszali się do jej
patrona po wywiady, nie kryjąc wrogości mającej wyprowadzić
go z równowagi. Rozumiała, że w oczach dysydentów Psar od-
powiedzialny był za Gawierina, ponieważ należał do francu-
skiego establishmentu literackiego. Podobnie obciążali go Fran-
cuzi, jako że pochodził z rosyjskiej rodziny. Przede wszystkim
jednak zdawała sobie sprawę, że mały światek, w którym królo-
wał Aleksander, uległ rozbiciu. Już nie wiadomo było, do kogo
zadzwonić w redakcji «Niezależnego» czy «Obiektywu». Nowy
dyrektor wydawnictwa Lux, Baronet, zrywał konsekwentnie
więzy łączące tę instytucję z agencją. Publikacja tomów z serii
Białej Księgi — nawet pracy demaskującej Boga — została
wstrzymana i przyczyna była zupełnie oczywista: Baronet roz-
glądał się za mniej kompromitującym redaktorem serii.
Wszystkie te ciężkie próby w niczym nie zmieniły postawy
Małgorzaty; była czujna, uprzejma, uśmiechała się tylko po to,
by odpowiedzieć na uśmiech, pozostawała w biurze po godzi-
nach pracy i nie liczyła sobie tego jako godzin nadliczbowych.
Aleksander zauważył wreszcie, że miała bardzo niebieskie oczy i
bardzo ciemne włosy, co dawało bardzo interesujący kontrast.
On jednak zwracał uwagę głównie na siwe włosy.

303

Gdy był dzieckiem, słyszał często: „Wrócimy do kraju na Boże
Narodzenie. Nie, nie przesadzajmy z optymizmem — wrócimy
na Wielkanoc, albo jeszcze później”. Dlatego też skłonny był
sądzić, że pieśń Malbrough przetłumaczona została z języka
rosyjskiego. Może nie na Wielkanoc, może na święto Trójcy. Te-
raz jednak nadchodziło Boże Narodzenie. Co działo się z Ałłą?
Co z Dymitrem? Bez pośrednictwa Iwana Iwanycza wszelki kon-
takt z nimi był niemożliwy.
— Pani Boïsse chce z panem mówić.
— Jessica?
— Jak się panu powodzi, złowrogi faszystowski liberale, wy-
strychnięty na dudka przez KGB? Może byśmy się zobaczyli dzi-
siaj wieczorem?
— Chętnie.
— Będzie wódka.
Pomyślał, że należałoby zmienić hasło. Nie wątpił, że jego
rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane. Jakże jednak był szczę-
śliwy, o, jaki szczęśliwy, że ojciec marnotrawny znowu miał go
przytulić do swego łona.
Jessica otworzyła mu drzwi:
— Wszystko wskazuje, że zdobył pan sobie szczególny
rozgłos. Moi przyjaciele radzą mi, żebym uwolniła się od pana.
Powiedziałam im jednak, że nigdy nie był pan moją własnością.
Na kanapie w pasy siedział mężczyzna około czterdziestki,
ogorzały, o trójkątnej twarzy, ubrany w czarny garnitur. Spod
białych mankietów koszuli wyłaniała się opalona skóra. Sklepio-
na kamizelka, widoczna pod rozpiętą marynarką, świadczyła o
jego szczupłości.
— Kto to? — zapytał Aleksander.
— Nowy.
— Aha! Iwan Piąty. A co się stało z poprzednim? Czy został
wypchany?

304

— Nazywam się Piotr — powiedział gość po rosyjsku. Rzecz
jasna, także i on unikał patrzenia prosto w oczy, wprawił się jed-
nak w utrzymywaniu gałek ocznych bez ruchu, tak jakby to były
perłowe guziki przyszyte do koszuli.
Aleksander uznał, że człowiek ten przypomina małego węża i
natychmiast go znienawidził. Czy było tak dlatego, że przyszedł
na miejsce doskonałego Iwana Iwanycza? Czy dlatego, że nie
podniósł się z kanapy, by powitać Aleksandra? Czy też dlatego,
że przemawiał typowo sowieckim, sentencjonalnym tonem, któ-
rego nie mogli znieść przedstawiciele pierwszej emigracji, i to
zupełnie niezależnie od ich przekonań politycznych?
— Dla mnie będzie pan Iwanem. Ale niech pan nie liczy, że
Groźnym. Spóźnił się pan o jeden numer.
Obaj mężczyźni odwrócili się od siebie, nie ukrywając wza-
jemnej antypatii. Jessica przypatrywała im się rozbawiona. Piotr
skrzyżował nogi i wskazał na fotel:
— Niechże pan siądzie — powiedział w sposób, w jaki zwraca
się dorosły do dziecka, którego wybryki toleruje i wobec którego
najwłaściwszą postawą jest cierpliwość.
KGB jest rodziną. Wspinając się po schodach Aleksander
wierzył, że odnajdzie kogoś bliskiego i że dzięki temu odzyska
spokój wewnętrzny; należała mu się taka rekompensata po kilku
tygodniach trudnej do zniesienia wrogości. Tymczasem natknął
się tu na wrogość jeszcze bardziej skoncentrowaną i całkowicie
niezasłużoną.
— Jaki jest pański stopień?
— Jestem pułkownikiem-porucznikiem, i to nie dokoopto-
wanym. Jestem pańskim nowym pilotem.
Przez sekundę Jessica przekonana była, że Aleksander chwy-
ci Piotra za krawat, obrzuci go obelgami, w które tak obfitował
język rosyjski, i wyrzuci przez okno. Aleksander uśmiechnął się
ironicznie. Podszedł do stolika znajdującego się w przeciw-
ległym kącie pokoju, nalał sobie szybkim ruchem kieliszek wód-
ki — karafka była oszroniona, tak jak tego wymagał — wychylił

305

kieliszek do dna i zjadł małosolnego ogórka, który zazgrzytał
pod jego zębami.
Piotr patrzył na niego z politowaniem, wzrokiem kogoś, kto
trzyma w ręku dobre karty. Poczekał, aż Psar odzyskał wigor, i
wreszcie, widząc, że ten znowu sięga po wódkę, powiedział:
— Mam dla pana złe wiadomości, Psar.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Aleksan-
der, by ją odebrać, musiał ponownie przejść na drugą stronę po-
koju. Jessica, której pozwolono zostać, przypatrywała się tej sce-
nie, opierając się plecami o ścianę i paląc papierosa. Byłby czas,
pomyślała, żeby ktoś nauczył Aleksandra moresu.
Aleksander tymczasem oddalił się o parę kroków, by przeczy-
tać list pod świecznikiem:
Mój drogi Aleksandrze Dmitryczu, nie wiem, jak mam panu
przekazać nieszczęsną wiadomość, i to w chwili, gdy już po-
wracał pan do bezpiecznego portu. Proszę, niech pan zachowa
się jak mężczyzna i zniesie tę próbę jak przystało mężczyźnie,
bolszewikowi, oficerowi. Wie pan z pewnością, jak niebez-
pieczne są nasze drogi. Pijany kierowca ciężarówki, i oto ginie
dwoje niewinnych istot. Pańska żona i pana syn nie cierpieli
wcale. Niech to pana pocieszy.
Jest pan jeszcze miody, nic nie jest na zawsze stracone dla
człowieka tak tryskającego zdrowiem, energicznego i pełnego
wiary jak pan. Gdy tylko wróci pan do naszej ukochanej ojczy-
zny, założy pan, jestem tego pewien, prawdziwą rosyjską ro-
dzinę, prawdziwą sowiecką rodzinę.
W obecnej sytuacji pański powrót nie jest już zapewne aż
tak pilny dla pana. Działanie dla ludzi pańskiego pokroju jest z
pewnością najlepszym środkiem zaradczym, dlatego przeko-
nany jestem, że spełnię pańskie życzenia, proponując panu
podjęcie dla nas operacji na wielką skalę, operacji, na której
bardzo zależy naszej ojczyźnie i Partii.
Najlepsze pozdrowienia

306

Szczerze oddany Jakub Pitman
— Oddajcie! — zażądał Piotr i wyciągnął rękę.
Aleksander przestał słyszeć i widzieć. „Dymitr! Syn!” A po-
tem: „Ałła! Ałłoczka!”. Nabrał powietrza, oddychał głęboko. Miał
płuca pełne powietrza. Coś w nim groziło wybuchem. Ale nie
doszło do tego. Ujrzał szare oczy Ałły i przypomniał sobie, z jaką
wesołością wskakiwała do ich wspólnego łóżka. Próbował poru-
szać szczęką, nie wiedział dlaczego. Źle się czuł. Nie zdawał so-
bie sprawy, jak długo to trwało. „Mój chłopiec”. Z najwyższym
trudem wykrztusił pytanie:
— A kierowca ciężarówki?
Pitman przewidział to pytanie. Piotr odpowiedział więc:
— Także zginął w wypadku. Ciężarówka spłonęła. Proszę
oddać mi list.
W sercu Aleksandra zrodziło się nagle podejrzenie. „A jeżeli
to bolszewicy ich zabili?” Ale przecież nie było żadnej racji, dla
której miano by zabić tę kobietę i to dziecko, osoby, które otrzy-
mał w darze.
Nie panując jeszcze nad sobą, Aleksander przeszedł kilka
kroków, podał siedzącemu wciąż na kanapie Piotrowi list, krążył
po salonie. Poruszał ramionami. Próbował odnaleźć zwykły rytm
oddechu. Jego przełyk kurczył się, chociaż nie miał nic w gardle.
Jessica patrzyła nań, ciekawa, przerażona, wcale nie smutna.
Nie wiedziała, co kryło się w liście, ale domyśliła się, o co chodzi.
„Także zginął”. To jej wystarczyło. Był więc na świecie ktoś, kogo
ten lodowaty Psar kochał?
Na twarzy Piotra pojawiło się znudzenie. Aleksander dotknął
czołem szyby, patrzył na ulicę, nic nie umiał zobaczyć, spojrzał
na zegarek — nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
— Wystarczy już, niech się pan uspokoi — powiedział Piotr.
Aleksander spojrzał na niego, w dalszym ciągu nic nie pojmując.
— Mam panu przekazać kilka instrukcji. Nasze sposoby

307

kontaktowania się pozostają bez zmian, z tym że nie będzie już
mowy o wódce. Wystarczy, jeżeli powie pan Jessice, że chce ją
zobaczyć albo jeśli ona panu zaproponuje to samo. Numer tele-
fonu alarmowego został zmieniony. To będzie...
Podał ten numer. Aleksander sięgnął w pierwszej chwili po
notes, lecz w czas przypomniał sobie, że tego rodzaju numer
trzeba umieć na pamięć.
— Proszę, niech pan powtórzy.
Piotr ponownie wyliczył te same cyfry, nie ukrywając znie-
cierpliwienia:
— Jeśli będzie mnie pan potrzebował, niech pan prosi Pio-
tra. Proszę unikać wszelkich zbędnych spotkań ze mną.
— Jestem w tym fachu od trzydziestu lat — powiedział głu-
cho Aleksander.
Był bliski płaczu z powodu brutalności tego mężczyzny, nie
dlatego, że stracił żonę i syna. Tamta rozpacz tkwiła gdzieś głę-
biej niż łzy.
— Obecnie pańska misja polega na domaganiu się, także za
pośrednictwem pana orkiestry...
— Moja orkiestra już nie istnieje. Zniszczyliście ją.
— ...na domaganiu się zwolnienia Michała Kurnosowa,
prawdziwego autora Rosyjskiej prawdy.
— Nie mam już mojej orkiestry.
— Niech pan pozbiera resztki. Inne orkiestry będą żądały te-
go samego. Chodzi tu o operację zgraną. Trzeba jednak, żeby to
pan wystąpił jako pierwszy. W ten sposób oczyści się pan przed
opinią publiczną we Francji. Gdy pan zacznie, inni pana poprą.
Przy następnym spotkaniu podam panu dalsze instrukcje.
Piotr podniósł się z miejsca. Był nieduży, zwinny, energiczny.
„Żmija!” — pomyślał Aleksander.
Tamten podał mu dłoń. Sparaliżowany przez ból Aleksander
przyjął uścisk.
— Niech pan coś zrobi i weźmie się w garść — powiedział

308

jako że był spragnio- ny. Uczyniłby tak. która jaśniała jak świetlista bryła w ciemnościach wieczoru. — powiedział po rosyjsku. używając francuskich słów i rosyjskiej gramatyki: „Jeżeli bym nie miał syna. Po- przestał na wypiciu dwu kieliszków wódki. Miał czterdzieści dziewięć lat. Zazwyczaj myślał w sposób całkiem abstrakcyjny.. gdybym go był znał. Było chłodno.. — Niech pan zastosuje odpo- wiednie środki polityczno-kulturalne — ruchem podbródka wskazał stolik. które nigdy więcej nie powtórzy się. atakowała kości. Spojrzał zimno na Jessicę: — Ty. wilgoć przylepiała się do skóry. dorzucając jedną z mniej- szych obelg — będę cię miał na oku. dla- czego zabrano mu to życie.Piotr z lekkim odcieniem litości. dlaczego żyłem?”. gdyby nie wrażenie. mógł jeszcze spłodzić synów. Wciąż powtarzał słówko „dlaczego?”. nie posługując się żadnym języ- kiem. 309 . uszyty został z pewnością po tej stronie żelaznej kurtyny. Ruszył miękkim krokiem w stronę drzwi.. którego nawet nie poznał? „Ach. W otwartej jeszcze ciastkarni.. która nie znalazła dla siebie żadnego przedmiotu. to byłoby łatwiejsze do zniesienia”. arterie. Najgłębsze cierpienie kryło się w myśli o przerwanej linii czułości. Jego ciemny garni- tur. Mylił się oczywiście. jakie na nim wywarł ten człowiek: była to nienawiść od pierwszego wejrzenia. ale to nie będzie już nigdy Dymitr. jakby alkohol mógł zaspokoić pragnienie. Po- tem wyszedł nie spoglądając nawet w stronę Jessiki. istnienie. Tego wieczoru jednak w jego myślach panował taki niepo- rządek. W pierwszym momencie Aleksander chciał skorzystać z rady Piotra. Poczuł nienawiść do ich rodziców. Włóczył się ulicami. co trzeba. — Tam jest wszystko. Spotkała go straszna niesprawie- dliwość. do- strzegł grupę dzieci. Powiedział sobie więc. przygotowany przez gospodynię. że odczuwał potrzebę ujęcia ich w słowa. rozcięty na obu bokach. Zrobił to tak.

Otworzył mu mło- dy. tam. niezależnie od hierarchii przyczyn i motywów. I mały też nigdy się już nie uśmiechnie. Te dwa cierpienia stanowiły jak gdyby basso continue dla bó- lu jeszcze ostrzejszego. Nieco mniej dotkliwie odczuwał śmierć Ałły. Na samej górze. chociaż w gruncie rzeczy obmowa i dezin- formacja były jego rzemiosłem. Ile razy uśmiechała się do niego? Już nigdy tego nie zrobi. gdy przestawała kon- trolować swe reakcje. a jednak w niczym nie odbierały dotkliwości żałobie. jakie zgro- madzono pod jego adresem. drę- czyły go zmartwienia ostatnich dni. cho- ciaż miałby ochotę (i mógłby to zrobić) wyrzucić go przez okno. choć tak bardzo rozdzierające były wspomnienia tej czy innej bardzo intymnej chwili. niewysoki chłopak o czarnych włosach. Czuł. bezczelność tego czy innego dziennikarzyny. którego odprowadził grzecznie do wyjścia. i nagle zorientował się. że te wyzwiska raniły go. Przeszedł przez cały prawie Paryż. że znajduje się przed ozdobnymi drzwiami mieszkania Ballandara. który się tworzył w jej pra- wym policzku — a może w lewym? — gdy się śmiała. gdzie wynurza się każdy ból. od La Muette do Ogrodu Luksemburskiego. Myślał o dołku. jak ciemniały jej szare oczy. — To zależy dla kogo — odparł Aleksander. wreszcie poniżenie na myśl. 310 . Wszystko to było nie do odzyskania. wkraczając do przedpokoju. wzajemnego zaufania. Te udręki dokuczały mu jak pę- cherze u stóp czy jak wypryski na wargach. poczucie bezsilności w obliczu wszystkich wyzwisk. odsłaniającym chorobliwie delikatną pierś. przypo- minał sobie. Zmierzył Aleksandra wzrokiem: — José nie ma w domu. w koszuli o szeroko otwartym kołnierzyku. gdyż do tej pory uważał złośliwość za prze- jaw słabości. że pojawia się w nim coś złego i było to coś nowego. wspólnie zapoczątkowanej kreacji nowego człowieka. Mogłoby do tego doprowadzić tylko fizyczne cierpienie.

mina mu zrzedła. nie sądzi pan? — Drogi panie Ballandar. zamierzam więc zrobić niezły prezent «Lemieszo- wi». w koszuli z podwiniętymi rękawami. Ballandar. ze swą kasztanową. Pisuje pan teraz. w niczym nie przypominał Turka. nieprawdaż. Efeb jed- nak uciekł przed nim. jakiś Turek chce z tobą mówić. Jeżeli tylko potraficie z tego wyciągnąć korzyści. który napisałem z przyjaźni dla pana. Gdy zobaczył Aleksandra. bardzo mi zależy na pańskiej przy- jaźni. najbar- dziej wartościowy. To się nazywa «Buldożer»? — To rewolucyjne. Uniesione ręce. Być może wdrapie się pan z powrotem na 311 . będzie to dla was wielka okazja. gdyby młody człowiek próbował mu sta- nąć na drodze. trzymające ramę obrazu. przejęty zgrozą. Jeszcze upuści pan ten bohomaz. José. i to mogło usprawiedliwiać turecki epitet. godne szacunku pismo nazywa się «Le- miesz». Byłby zachwycony. swą cerą „krew z mlekiem”. zrujnował moją karierę. otworzył szeroko usta. falującą czupryną i brązowy- mi oczami. że jeszcze raz chcę się do niej odwołać. — Dobrze. To chyba wystarczy. Zrzuciłby go natychmiast ze schodów. Aleksander uśmiechnął się: — Nie widzę zachwytu w pańskiej twarzy. Alek- sander mało co nie obrzucił i jego oszczerstwami. Alek- sander przyglądał się temu z satysfakcją: — Niech się pan tak nie denerwuje. Aleksander. w małej szmacie dla po- zbawionych wielkiego wpływu lewicowych intelektualistów. Młody człowiek. Lecz biła od niego w tej chwili brutalna siła. trochę zamglonymi. zaczęły drżeć. Ballandar odpowiedział mu wolno. poruszając ramionami niczym motyl skrzydłami: — José. do tego stopnia. zdejmował właśnie ze ściany jeden z obrazów z serii nowoczesnej. dobierając słów i celowo unikając spojrzenia młodego człowieka: — Artykuł.

stała się czymś więcej niż tylko wydarze- niem czysto literackim. że jeżeli ja jestem w rynsztoku.. — Może pan wybierać. drogi panie. A zaczniemy od pańskiego młodego przyjaciela — wsunął dłoń do kieszeni marynarki. że poprzednio szantażowanie Fourvereta i Ballandara nie przyszło mu tak łatwo. obiecuję to pa- nu. Albo rozpocznie pan tę kampanię i zbierze pan laury. co do wartości której nie mogą się po- godzić wybitne umysły.. później wyznał. i jaka jest gra. który naprzód przedstawił się jako autor tej książki. żeby się pana pozbyć. Dzisiaj był w nastroju „jeńców-rozstrzeliwać-na- poczekaniu”. której tytuł odważmy się wymienić — Ro- syjskiej prawdy — pracy. Jedyny sposób.) ZSRR przysłał do nas pirata. Od jutra zaczniecie kampanię na rzecz uwolnie- nia prawdziwego Kurnosowa.. Gra wojenna? Nie chce nam się w to wierzyć. jedyną metodą uzy- skania prawdy. nie rosyjskiej tym razem. że jest oszustem. Aleksander przypomniał sobie. jak bardzo jest wzruszony. — Pewnego dnia — powiedział Ballandar ze znużeniem— znajdę jakiś sposób. . i obrócił się na piętach. — . w co wierzyć. publicznie. Dwa dni później «Lemiesz» zamieścił w ramkach następujący tekst: I z czego się śmiejemy? Publikacja książki. co nie było całkiem udane. lecz autor chciał pokazać.. później jeszcze odwołał swe wyznanie. to pan tkwi po prostu w kloace. Prasa was poprze. Dzisiaj było inaczej. (Powyższe zdanie nie jest zbyt udane. Nie wiadomo już.swój piedestał. Teraz z kolei Ballandar uśmiechnął się: — Pan mi to obiecuje? Pan sobie chyba nie zdaje sprawy..albo też urządzimy rozbiór pewnego tekstu. lecz całkiem zwykłej i 312 . by oczyścić tę sytuację. Aleksander zaśmiał się obraźliwie.

okażcie wreszcie dobrą wolę! Ośmieliwszy się napisać te linijki. autora za- machu na Breżniewa. Chcemy. że rząd bada możliwości zażądania od przywódców pewnego kraju wyjaśnień. domagając się tego. Sam Etienne Dépensier we własnej oso- bie. zaśpiewał swym wy- kształconym i liberalnym sopranem: „Nasz przyjaciel Ballandar. Michała Kurnosowa. które mogłyby w danym wypadku doprowadzić do uwolnienia pewnej osoby o nazwisku wymienianym przez wszystkich. szansa. Półoficjalne głosy dawały do zrozumienia. cóż to za wyłom! 313 . Tego już za wiele! Niechże Kreml nie bawi się z fran- cuską opinią publiczną jak kot z myszą. które tak przejęło tych wszystkich. nie wierzmy jednak. a także. o co wszyscy winniśmy się trwożyć. Ballandar schował głowę w piasek. jak wolicie. Nie minęły jednak dwadzieścia cztery godziny. będzie uwolnienie autentycznego autora tego kontrower- syjnego dzieła. Paryż gotów jest pasjonować się byle czym. z głębi swego wygnania. że straci swe miejsce w «Lemieszu». Te wyjaśnienia mogące prowa- dzić do zwolnienia z więzienia. czy też towarzysze. dołączą do nich z pewnością całkiem szcze- re skrzypki i kobzy. jak mogłoby się wydawać. o co wszyscy powinniśmy zabiegać w sposób jak najja- śniejszy. Oto wyzwanie. zmieniając o 180 stopni pozycję. by te namiętności były aż tak sponta- niczne. jakie rzucam. To gorączkowe przekazywanie sobie pałecz- ki z rąk do rąk sprawiło. Panowie. prasa mogła szybko wykazać się sukcesami. Jeśli siedem orkiestr na raz gra tę samą melodię. jeśli nie jest to ta sama osoba. od jojo do giloty- ny. by prawdziwy Kurnosow został uwolniony i byśmy mogli go zobaczyć”. trwożąc się o to. Oczekiwał teraz. gdy spełniło się proroctwo Aleksandra. co podziwiają jego wyjątkowy talent (niechże jego nowa trybuna nie weźmie mi za złe tego sformułowania!) daje nam przykład. że po ośmiu dniach cały Paryż wołał zgodnym chórem: „Uwolnijcie Kurnosowa!” Ponieważ jedna z orkiestr umieszczona była w administracji. jaką ofiarowuję przy- wódcom Związku Radzieckiego.nagiej.

kto żywi humanitarne przekonania nie cofnie się przed ryzykiem przeziębienia i kataru. Byle co wystarczy. Na ulicy Grenelle nie działo się nic skandalicznego. Z komunistami natomiast nigdy nie wiadomo. Była to jedna z najweselszych mód Paryża. a także wy- znawców zachodniej odmiany jogi. a to przecież jeszcze zabawniejsze. tak jakby społeczeństwo było już tak ogłupiałe. młodzi śmiałkowie wykrzykiwali pod bramą wjazdową budynku. Ale przecież ktoś. Dzielni Paryżanie biegli manifestować pod ambasadą sowiecką i przed siedzibą ambasa- dora. co określa się jako opinię. Wreszcie. lecz to raczej psy niż ich opiekunowie dawały wy- raz swym przekonaniom. by krwawo załatwili swoje porachunki. Ko- muniści zasiadali w rządzie. Prze- chodnie prowadzący psy zatrzymywali się ostentacyjnie przed numerem 79. gdy pojawiali się w tych okolicach szczególnie wymagający profesorowie pra- wa czy literatury. czyż Ballandar nie dał dobrego przykładu? Rzecz więc nie mogła być nadto niebezpieczna. gdyż nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek re- wanżu. oświetleni przez uliczne lampy: „Oddajcie 314 . W godzinach natomiast. Zwłaszcza dotyczyło to mieszkańców XVI czy VII dzielnicy. Zresztą można połączyć przyjemne z pożytecznym. posiadaczy psa czy roweru. Tylko późnojesienna pogoda sprzyjała interesom ZSRR. by mieć zaledwie jedną opinię na pięćdziesiąt milionów osobników) rzuciła się z za- jadłością na ten kąsek. Każda organizacja wydała własne instrukcje i w ten sposób rozpoczął się karnawał. a więc naturalnym odruchem sza- nujących się Francuzów była rezerwa wobec skrajnej lewicy. Na ogół działo się tak. że można było pociągnąć za ogon tygrysa. Tym razem jednak miało się wrażenie. że zażarci i za- chrypnięci zwolennicy domagania się cudzej wolności woleli atakować raczej greckich pułkowników czy chilijskich generałów niż komunistów. to jest joggingu: nic im nie przeszkadzało w jednoczesnym zabieganiu o wolność i troszcze- niu się o zdrowie własne lub Medora. Opinia publiczna (lub to. a nie kotka.

„Idziemy dookoła bu- dynku. Widać było zaciekłych rowerzystów i leniwych właści- cieli motorowerów. gdybym nie miał swojej budy 315 . posługując się czerwonym sztandarem jako punktem od- niesienia. Była to okazja do wyznaczania sobie spotkań: „Będzie pan krążył dziś wieczorem?”. nie jesteśmy przecież w Peru. jestem amba- sadorem. jestem incognito. jaki kraj pan reprezentuje? No. Było to jednak niezmiernie skromne w po- równaniu z cyrkiem. oznaczał przez dziesięć dni „okrążać z lewej na prawo ambasadę ZSRR”. on mi na to. Krążono. z cygarem. jaki dział się na drugim końcu Paryża w XVI dzielnicy. który eksterytorialne przywileje przekształciły w działkę proletariackiego raju. Związek. a damy w brajtszwancach — z afganami. Licealiści pokonywali całe kilome- try. mówię. obliczały dane statystyczne. Pensję ambasadora. on mi na to. Wie pan. on mi na to. krążyć. Ten cza- sownik. Nie- które panie — tak przynajmniej opowiadano — wysyłały pod ambasadę swoje portugalskie służące z poleceniem. w kierunku wskazówek zegara” — zadekretowali rzecz- nicy wolności. brzuchaty. A jeśli mogę być niedyskretny. Panowie w kapeluszach opowiadali sobie przeżycia wojenne lub przygody innego rodzaju. przed pałacem-bunkrem. byłbym niespokojny. mówię dalej. styl kapitalistyczny. podawały własne oceny. a pan? A ja. Gazety publikowały zdjęcia. Tak więc obchodzono dookoła budynek ambasa- dy. Ja pod wraże- niem. bo już się trochę nudziłem. ale to nic między nami nie zmienia. Członkowie Racing Club pojawiali się ubrani w kolorowe krótkie spodenki i krążyli wokół pałacu. Tutaj trwał nieustający niemal pochód. No więc żeby zacząć rozmowę.nam Kurnosowa!”. i dużo pan za to dostaje? Aż trudno uwierzyć. bo pan jest? Tak. Pieśniarze udzielali wywiadów: „Wczoraj właśnie krążyłem i był koło mnie taki facet. Panienki w granatowych mundurkach przychodziły ze swo- imi pinczerami. i on też krążył. mówię: jestem pieśniarzem. by odbyły trzy rundy (płacone były wedle najniższych stawek). sprawdzając czas biegu na chronometrach. Ach tak.

możecie więc zobaczyć. surowe płótno. „Pokażcie go albo zdema- skujcie się sami”. „Uwolnijcie Kurnosowa. Zaraz. Policja nakazywała demonstrantom oddalenie się od budyn- ku ambasady. leczcie Breżniewa”. Dobrze. możecie się do niego zwracać per Wasza Ekscelencjo”. dyktę. bo może się pan narazić swoim szefom. No to ja byłem zaszokowany. Gdy szli lub jechali. Niech pan krąży. to dlaczego krąży pan razem z nami? Cóż. Niech pan przynajmniej krąży z prawa na lewo. nie jestem snobem. zabierał się do kopiowania. prześcieradła. powiewające po- nad ich rowerami lub tkwiące za paskiem spodni. jeśli spostrzeżecie gościa.pod ręką. dam panu radę. jeżeli pan jest ambasadorem Związku. tak że pod znudzo- nym okiem gwardii republikańskiej krążenie trwało dalej. a nawet — dawała tu o sobie znać nostalgia do Action Française — na stare kaleso- ny. od lewa do prawa. a nawet zagadkowe „Skróć- cie”. Dziękuję. nie mogła jednak zabronić wszystkim zwolenni- kom Kurnosowa wstępu do XVI dzielnicy. który nigdy przedtem nie widział na własne oczy cyrylicy. To dobre dla zdrowia. z mniejszym czy większym powodzeniem. „Uwolnijcie Anonimowego więźnia”. „Wymieńmy Marchais na Kurnosowa”. „Precz z psychusz- kami”. chwileczkę. powiewające później raźnie na trzonkach mioteł. Wiele spośród tych dowcipnych haseł przetłumaczonych zo- stało przez ochoczych slawistów na język rosyjski i dzięki temu niejeden zuch. wystawiali na pokaz mniej czy bardziej pomysłowy slo- gan: „Wolność dla Kurnosowa”. nie myślałem o tym. przenosząc je na papier. „Jesteście gorsi niż carzy”. rosyjskich zdań. Większość derwiszów — bo tak ich przezwał satyryczny «In- dyk uwolniony z okowów» — zadowalała się samym krążeniem. a poza tym nie lubię wyróżniać się spośród tłumu. „NIE dla sowieckich oszustów”. Mówię mu da- lej. już 316 . powiada. niech pan posłucha. karton. ale nie w tym kierunku. skrawki. który krąży w przeciwną stronę niż wszyscy pozostali. wielu jednak sięgało ponadto po proporczyki.

posiadająca od dwóch lat wyścigowego rumaka czystej krwi. mając na sobie trójkolorową szarfę. pochodzące z Rio czy Nowego Orleanu. wylansował jeszcze jedną sub- modę. Atak przypuszczano przy pomocy lufek i trzcinowych laseczek. Zapoczątkowano prawdziwe współzawodnictwo orderowe. mówi: „Wiesz. Przez dwa dni panie prezentowały najbardziej nie- wiarygodne kapelusze. w trójkołowcu De Diona i Boutona. śledzone przez dzienniki wyliczające potem najbar- dziej rzadkie okazy: order Alberta Niedźwiedzia. mój Boże. jakaż to była radość. słodki dreszcz przeszył Paryż. na wrotkach. Odwróconego Smoka. Odtąd zapanował zwyczaj. w asyście całej kawalkady i powiewając transparentem z napisem „Wymienię mojego na waszego”. a odnalezione na strychach. by zatoczyć rundę wokół wyniosłej budowli. Jeden z deputowa- nych okrążył ambasadę. którego nazwała „Żelazną Maską”. na de- skorolce. zwłaszcza we Francji rządzonej przez socjalistów! Królowały rekwizyty: zwol- nienia Kurnosowa domagano się w hotchkissach i studebake- rach. Ach. Pewien znany karykaturzysta naryso- wał dwu elegantów w szlafrokach. by na to miejsce przychodzić z od- znaczeniami. Jedyny w swoim rodzaju snobizm jednoczył 317 . przeciwstawić się ZSRR. Cierpiący na bezsenność mieszkańcy dzielnicy zjawiali się o drugiej nad ranem. Największy sukces odniosła pewna belgijska księżniczka. Pospieszyli za nimi obywatele odznaczeni różnymi orderami. Pojawili się wkrótce merowie z trójkolorowymi pasami. Gwiazdy Polarnej i Afrykańskiego Zbawienia. Wzburzenie dotarło nawet do parlamentu. Juliana z Poirier. idących ramię w ramię. Św. z któ- rych jeden w nawiązaniu do łacińskiego słowa revolutio. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy. po raz pierwszy w życiu czuję się rewolucjonistą”.nie tak blisko budynku. Gdy pojawiła się na swym gniadoszu przed ambasadą. Lewicowcy i księżniczka w służbie tej samej sprawy! Dochodziło do wypad- ków prawdziwie epickiego bratania się w tej okolicy: dwaj ana- chroniczni już nieco hippisi połączyli się entuzjastycznie z kawa- lerami maltańskimi. na welocypedzie. wykopane z kufrów.

że ktoś mógł wziąć pod uwagę możliwość ośmieszenia się pierwszej potęgi militarnej świata wydał mu się niezgłębionym idiotyzmem. Obaj panowie odnosili się do sie- bie nawzajem bardzo przyjaźnie. Małgorzato? Nie chce pani. udowadniał swoim przełożonym. Udzielał wywiadów gazetom. gdy całował dłoń belgij- skiej księżniczki. Czegoś podobnego nie wi- dziano od czasów jojo. egzaminowany był przez radio rządowe i wypytywany przez rozgłośnie prywat- ne. odkrywca Rosyjskiej prawdy. biorąc udział w debacie. Nikt tego ani nie negował. stał się kró- lem tego karnawału. wygłaszając przemó- wienia. Nie konsultując się więcej z Piotrem. żebym wziął kogoś dodatkowego na ten gorący okres? 318 . Fakt. Kalendarzyk Psara. Aleksander Psar. Sfotografowano go w momencie. najchętniej także sprzeczny. Psar wypowiadał się w sposób enigmatyczny.wszystkie warstwy społeczne Paryża. potrafił prowadzić grę w pojedynkę. że choć pozbawili go wsparcia znacznej części jego głośnej niegdyś orkiestry. przyjmując oznaki skrytej sympatii i krzykliwe objawy poparcia. w której uczestniczył także Ballandar. ani nie potwier- dzał. i nie kryła się ze swym uczuciem radości na widok agencji. jeśli nie więcej nawet. Przybywało maszynopisów. Rzecz jasna. która. Telefon dzwonił bez wytchnienia. — Czy nie za dużo pracy spadło na panią. do którego wpisywało się terminy spotkań. wypełniony był na tygodnie naprzód. Dyskutując. apelując do specjalistów od sumienia i zawodowych znawców opinii publicznej. Szalona działal- ność miała błogosławiony skutek — mniej cierpiał. teraz podwajała swój autorytet. Pojawił się w telewizji. niedawno jeszcze znieważana. także i Małgorzata pracowała tak jak on. Aleksander rzucił się do walki ze wściekłym zapałem. „Co pan myśli o Gawierinie? Kto jest prawdziwą «Żelazną Maską»? Do czego zmierza w całej tej sprawie ZSRR? Czyż nie został przez to wszystko ośmieszo- ny?”.

Rozumiem oczywiście. — Drogi panie — powiedział Edme de Malmaison. bliską zresztą naszej tradycji. który go przyjął w salonie w stylu Ludwika XVI o trochę tylko wyblakłych tapetach. Rosjanie sygnalizują nam coś w tym rodzaju: „Twierdzicie. że nie daję sobie rady z robotą. schowane pod ciemnymi włosami. postanowił wystąpić jako autor nieznanego nam dzie- ła. proszę pana. powie działbym nawet — i minister zapewne też — bliską duchowi na- szego powołania. wypuszczając niejako pod wasze nogi — tu pan de Mal- maison uśmiechnął się chytrze — fałszywego dysydenta. fałszywego autora nieprawdziwej Rosyjskiej prawdy. Za dwoma wysokimi oknami przedwczesny zmierzch kładł się nad Sekwaną. jest wymyślone. pańska odwaga (przepraszam za to wielkie słowo). składając palce obydwu dłoni na kształt późnogotyckiej katedry — mam dla pana wiadomości. z nieznanych nam przyczyn. fałszy- wego zabójcę. w której my możemy odgrywać co najwyżej rolę pośredników. nie. pełne by- ły blasku. jak mi na to zwrócił uwagę minister. ale pańskie talenty i. że stworzyliśmy w intelektualnym środowisku francuskim trudną sytuację. a szef gabinetu. że w sensie legalnym nie może pan reprezentować interesów pana Kurnosowa. jed- nak list z Quai d'Orsay pełen był uprzejmości. rolę. sprawiły. zupełnie dobre wiadomości. Pozwoliliśmy po prostu wyjechać z naszego kraju nieja- kiemu panu Kurnosowowi. książki opublikowanej przez waszych wydawców na ich własną 319 . przywitał gościa jak najserdeczniej. — Och nie. iż w całej tej skomplikowanej sprawie wysunął się pan na pierwsze miejsce. a fioletowe mgły szły mu na spotkanie. Nie może- my wam podać żadnych wyjaśnień. Aleksander nieufnie przyjmował oficjalne zaproszenia. mówią dalej. Wszystko to. Niebieskie oczy. że się zaniedbuję. w tej skomplikowanej sprawie. ośmielę się tak powiedzieć. Chyba że uzna pan. który potem. mimo to chcemy wyjaśnić sprawę.

to bez naszej zgody. W zamian za naszą usługę pro- simy was tylko o jedno: nie przysyłajcie nam z powrotem drugie- go Kurnosowa. Gdybyśmy go tylko zamknęli w jakimś odosobnionym miejscu. że Marks tego nie wie — jakiemuś «Anonimowemu więźniowi». W końcu to właśnie rządy prawdziwie demokratyczne powinny być wrażliwe na opinie społeczeństw. który uznał za wskaza- ne strzelać do Breżniewa. że ustępujemy pod presją światowej opinii publicznej. to ten sam człowiek. że nazywa się Gawierin. tym więcej śmiechu. że nie jeste- ście w stanie zapewnić bezpieczeństwa nam. Proszę bardzo. nie możemy wam gwarantować. Oczywiście nie mamy najmniejszego udziału w tym. Także i on musi być wariatem. O co więc chodzi? Rozpętała się u was kampania trochę nieprzyjemna dla nas. co z nim począć. jesteśmy ludźmi z gruntu dobrymi. i nie ma w tym nic dziwnego w kraju wielko-rosyjskich nosów. rozumiemy się przecież. wysłał na Zachód i opublikował. pomożemy wam usunąć ten kolec z nogi.) Cóż. Powie się znowu. nie wiedzie- libyśmy. że pomylono dwóch różnych ludzi. jako że otworzył ogień do pierw- szego sekretarza partii. który napisał ową książkę. waszym gościom. pracy. którego wyślemy wam za opłatą pocztową. Tenże «Anonimowy więzień» zo- stał przez waszą prasę błędnie utożsamiony z pewnym biednym wariatem. tego. w jak złym stanie jest jego zdrowie psychiczne. że ten Kurnosow. który w pewnym momencie oświadczył. której autorstwo przypisano Bóg wie czemu — pewnie dlatego. którzy grają swoje nu- mery pod naszymi oknami. jak się trafnie mawia w naszym kraju. zaczęlibyście po dwóch tygodniach 320 . Ci histerycy domagają się naszego szaleńca? Dostaną go. Jeżeli ją napisał. Im więcej szalonych. gdyż okazuje się. drogi panie. Natomiast możemy was zapewnić. że to ten sam szaleniec. nie potraficie nas uwolnić od klownów. czemu nie. (Przemawiam cały czas w imieniu Sowietów. Rzecz jasna.odpowiedzialność. który z dziesięć lat temu dowiódł. Także i ten osobnik nosi nazwisko Kur- nosow. ale w pierwszym rzędzie upokarzająca was samych.

Dzwoniła pani Boïsse: będzie w barze angielskim hotelu Plaza o pół do ósmej.30 w Luwrze. komitet powitalny. przed egipskim sarkofagiem. elektroniczną for- tecę. Jedna brew dyplomaty uniosła się na wysokość wieży Eiffla. I jeszcze jedno. Byłoby dobrze. miałby charakter na pół prywatny i przez to podkreśliłoby się równie prywatny charakter negocjacji z Moskwą. premier nie wyraził zastrzeżeń. niechże więc nie bawi się w chowanego. „Jutro o 14. dwu — to męczące. Zapewniono nas — nie w sposób czysto formalny. Wzburzona? (Położył akcent nad „o”. by w całej tej sprawie nie angażowały się nasze najwyższe sfery. złożony z osobistości świata artystycznego i literackiego. Jak się wydaje. Nie będę próbował przekonywać pana.. na którego czele zechciałby pan może stanąć. Gdyby to 321 . Było- by znacznie lepiej. że nasz rząd odnosi się do tej sprawy z entuzjazmem. to właśnie on był autentycznym Kurnosowem».) Wściekła! Nic zresztą nie wyklucza tezy. buduje dla siebie nowoczesną. gdyby powołać do życia pewnego rodzaju. Aleksander wrócił do biura. że nasi sowieccy koledzy rzeczywiście ustąpili pod wpływem naszej oburzonej opinii. Przekazała mu wiadomość od Piotra. Co zrobić jednak? Opinia publiczna jest wzbu- rzona.. Trzymajcie więc z łaski swojej obydwu.. Oto. co nam przekazują Rosjanie.. Poszedł na spotkanie. lecz najwidoczniej wystarczający. Jeden Kurnosow ujdzie. tak przynajmniej uważa mój minister — że nic nie będzie mu groziło ze strony sowieckiej. jak sugerował mój minister. Komitet. Tymczasem wolelibyśmy. rząd sowiecki urażony jest po- stawą Kurnosowa-Gawierina. przenosi się z hotelu do ho- telu o północy.. który zachowuje się tak.. Krótko mówiąc.krzyczeć: «Nie. drogi pa- nie. nawet gdybyście mieli umieścić ich obu w celi wyłożonej materacami”. jakby obawiał się zamachu na swoje życie. gdyby pan Kurnosow numer dwa nie po- wtarzał tych wyświechtanych chwytów.

ubrany w ładny garnitur. kręcił się tam już niespiesznie. — Piotr. Nie miał nic przeciwko publiczności. że podziwiają wazy i grobowce. Miewał już pi- lotów. udając. Aleksander przesiadł się dwukrotnie na stacjach metra prze- szedł przez dom towarowy mający dwa wyjścia i zjawił się w Luwrze wchodząc od strony kwadratowego podwórza. i to o północy. — Gdy mówię „środki ostrożności”. — Jestem Piotr. Ja wyszedłem od siebie o siódmej rano i przez cały czas przesia- dałem się z jednego środka lokomocji na drugi. Iwanie. — O której godzinie wyszedł pan od siebie? — Z biura? O dwunastej trzydzieści. Zaczęli wspólnie przechadzać się po muzeum. Piotr wzruszył ramionami. czarno- niebieski. Zrobiłem sobie przerwę obiadową. — Piotr każe przypomnieć panu — powiedziała Jessica — o niezbędnych środkach ostrożności. biorę rzecz poważnie. Aleksander z trudem opanował niechęć. ale w małych dawkach. żmijowaty Piotr. byli i tacy. — Jakie powziął pan środki ostrożności? — Wystarczające. giętki. co najchętniej wyznaczaliby spotkanie na pustyni. w muzeum Opery”. suchy. — Poprzednio był pan Iwanem. 322 . — Byłem pewien. którzy lubili miejsca spotkań uczęszczane przez wielką publiczność. pół godziny wcześniej. trzymając ręce założo- ne na plecach.było niemożliwe. Aleksander przypominał sobie zasady tego rodza- ju spotkań i udał się pod egipski sarkofag. Usłyszał głos: — Nie mylę się: Psar? — Nie myli się pan. Nowy Iwan był bardziej wyczulony na niuanse. pojutrze. Mały. że Iwan.

pewnego rodzaju powszechnej partii politycznej o tendencji prawicowej. a 323 . — Zauważyłem. jako że prowadzona przeze mnie operacja jest nad- zwyczaj ważna. trzeciego rozwiązania i zwracającej się do tych. Rolę katalizatora odegra tu dysydent. Odpowiedział mi. niech pan zajrzy do mojej teczki. naprzód we Francji a potem na całym świe- cie. — Istotą tej operacji — Piotr nauczył się swego tekstu na pa mięć. gdzie się obecnie znajduje ten człowiek. że zapożyczył pan od Francuzów pewną lek- kość tonu i stanowczo wypraszam to sobie. Zatrzymali się przed posążkiem siedzącego w kucki skryby o dziwnych. Wybrano Francję ze względu na jej uniwersalistyczną tradycję. jeśli nie ma się natural- nych zdolności. przysłano mi skrupulata w pańskim stylu. by nie nosić przy sobie kompromitujących dokumentów — będzie stworzenie. i do- dał: „Wystarczy. którzy odrzucają i kapitalizm. — Iwan. — Najwidoczniej każda cywilizacja ma swoich biurokratów — odezwał się Aleksander. że istnieje pomiędzy nami pewien konflikt i zaproponowałem mu. Psar? Aleksander wykręcił się żartem. Niech pan się dowie. Czy to jasne. autorytarnej. — Psar. Zameldowałem już towarzyszowi Pitmanowi. występującej z propo- zycją innego. inkrustowanych oczach. korporacyjnej. Gdy byłem jeszcze młody i dziecinny. niech pan mnie nie zmusza do sięgnięcia po metody dyscyplinarne. żeby wyznaczył innego agent d'influence. — Mam dla pana dalsze rozkazy — powiedział cierpliwie Piotr. bawiąc się porównywaniem nieru- chomego spojrzenia egipskiego skryby z oczami Piotra. — Tak właśnie trzeba postępować. że trzeba pana zostawić. kto swym życiem dowiódł wrogości wobec komunizmu. na przykład Stanów Zjednoczonych. mógłby zrazić niektóre osobistości. żeby mu pan przykręcił trochę śrubę”. Zresztą wybór kraju bardziej potężnego. i komunizm. ktoś.

A później? Grecja czy Rzym? Co to wszystko oznacza?” Jednocześnie czuł poruszenie swej ambicji czy próżności. jaką tylko można sobie wyobrazić. Chodzi o Michała Leontycza Kurnosowa. budzili w zwiedzają- cych dziwny niepokój. W tej sytuacji. zostanie oddany pod nadzór agent d 'influence Aleksandra Dmitrycza Psara. i. gdy oskarżał swych szefów. że jego partia będzie sterowana przez KGB. któremu służyłem przez trzydzieści lat. za- mierza założyć faszystowską partię polityczną. „Zwycięstwo: nie ma nic wspanialszego. Dyrekcja ofiarowywała mu najwspanialszą misję. „Wszystkie te piękne posągi. Rzecz jasna nie podejrzewa wcale. — „Nie mam już syna. Przez sekundę ujrzał znowu galerię chimer i dwie sylwetki na szczycie tego wielkiego kościoła-okrętu. przełożonych. cała ta cywi- lizacja. Trwały tu prace remontowe i bogowie.. a państwo. Potem przypomniał sobie po- wieść Verne'a. ponieważ nie można mu przydzielić zwyczajnego pilota. Barbarzyńcy zawsze zwyciężą”. przemaszerowali przez dział asyryjski. Drażniło go płaskie światło rozlewające się wokół tych ogromnych mas ożywionej skały. Ale kto po- konuje kogo? Maraton.. i przywieść ją któregoś dnia przed oblicze mistrzów. to oczywiste. — Kurnosow — ciągnął dalej swym dydaktycznym tonem Piotr — przejął ideę utworzenia takiej właśnie partii. Znaleźli się na wprost wielkich schodów. Opuścili dział egipski. Barbarzyńcy zwyciężyli. i nie wolno dopuścić. bro- niący się przed inwazją rusztowań i drabin. dotarli do Greków. by zaczął podejrze- wać. tak. urodzonego w Kostromie 12 lipca 1926. autora zamachu na Breżniewa i pracy pod tytułem Rosyjska prawda. do czego to służy?” — pytał się Aleksander. w której złoczyńca podkłada pod busolę sztabę 324 . Nie miał racji. Agent d'influence Aleksander Dmitrycz Psar zatrzymał się przed posągiem Nike z Samotraki. po przejściu długiego korytarza wyłożonego białymi płytkami.którego dzieło wyraża wrogość wobec kapitalizmu. Salamina. Być szarą eminencją (złym duchem?) partii działającej na skalę globu.

. gdy Pitman podsunął mi tamtą pułapkę. zgodziłem się jeszcze. to dlatego. intelektualistów. Ty wrócisz zamiast mnie”. Żył jednym tylko pragnieniem. Nagle jednak cała ta sprawa wydała się Aleksandrowi nie- skończenie skomplikowana i męcząca. Jeśli poprzednim razem. będzie to udany połów. Z trudem tylko utrzymywał się na nogach. Trzeba będzie także zasugerować mu wybór do komi- tetu kierującego partią następujących nazwisk. lepiej niż w książce. Aleksander nie miał obecnie więcej sił niż ten palec. że nie uczyni sam ani jednego kroku. Piotr wyliczył trzydzieści siedem nazwisk mężczyzn i kobiet różnych narodowości. który chciał dotknąć policzka i nie mógł go dosięgnąć. tyle że. Jeśli uda się ich zwerbować. przesuwając północ. jednak trzeba będzie pomóc mu.. tak.żelaza i zmienia w ten sposób kurs statku nie dotykając steru. pochlebiał mu roz- miar tej operacji. — Pierwszym zadaniem Psara — mówił wciąż Piotr głosem pozbawionym wyrazu — będzie zaskarbienie sobie absolutnego zaufania Kurnosowa. był w stanie ją przeprowadzić.. i w dodatku z podniesioną głową. ją właśnie trzeba było skompromitować. — Jestem zmęczony — powiedział — a nasz podręcznik po- wiada. marzeniem. że marzę o po- wrocie. z trudem wypo- wiadał poszczególne słowa. że nie powinno się doprowadzać do ostateczności zmę- czonego. W pewnym sensie wszystko się dla niego skończyło. Tak. Wie pan o tym. które było osią i sprężyną jego egzystencji. dość już znanych i za- pewne marzących o tym. Wszystko wskazuje na to. przestało go to interesować. żeby mógł ją przedstawić w sposób dokładniejszy i bardziej zrozumiały dla Zachodu. by być jeszcze lepiej znanymi. że Kurnosow będzie chciał głosić swą doktrynę. I palec. że chciałem wrócić. wyczerpanego agenta.. Wolał cofnąć się niż wspinać się po 325 . Alek. „Ja już nie wrócę. Kurnosow będzie tak dalece zależny od Psara. Wszyscy oni zaliczani byli do umiarkowanej prawicy. w pewnym sensie.

Mam dla pana instrukcje. czy żebym się mylił. Zaciskam. żebym miał rację. — Piękna samica — powiedział Piotr. Przekazuję je. — Załóżmy. Mam zacisnąć śrubę. Jeżeli chce pan poprosić o urlop. nie po- winno się już płodzić dzieci. Zajmie mi to dziesięć lat. poprę pana. nie naszpikujemy czekolady kurarą. Dzieci nie chcą mieć starych rodzi- ców. W jaki sposób miałby pan przykręcić tę śrubę? Nie ma pan nawet pod pachą bułgarskiego parasola. Wyobraża sobie. że Pitman myli się co do pana.. którego pan nigdy nie widział. Przez dłuższą chwilę stali przed posągiem Wenus z Milo. Nie. albo też wyobraźnię zbyt bujną jak na naszą profesję. Prócz nich rzeźbie przypatrywało się jeszcze kilku turystów. Piotr. Ale jeżeli odmówi pan wyko- nania rozkazów. którą znał pan przez dwa tygodnie. niech pan zrozumie. Iwańczyk. że jest pan jedną z gwiazd jego sławnej dyrekcji. że zgodzę się teraz i założę nową partię.schodach. Psar. sprawa jest oczywista: pan się wykoleja.. W gruncie rzeczy nie stać pana nawet na to. Tak. idący przy nim. trzy reakcyjne zakonnice w kornetach i dwaj rozbawieni liceali- ści. by spokoj- nie przyjąć wiadomość o śmierci kobiety. — Nie chodzi o to. powstrzymał wybuch gniewu: — Być może ma pan rację. i bachora. mimo że złajany przez kogoś młodszego od sie- bie. nie. 326 . Gdy ma się czterdzieści dziewięć lat. — Psar. Ale. że był pan po trosze literatem. to nie jest wykluczone. Musi pan natychmiast znienawidzić cały świat. nasze społeczeństwo nie potrzebuje wcale niezdyscyplinowanych fantastów. Powiedziano mi. Najwi- doczniej nie przeszło to panu całkowicie. Albo ma pan nerwy w bardzo złym stanie. Aleksander. patrzył na niego ironicznie: — Mnie się wciąż wydaje. — Bierze pan własne życzenia za rzeczywistość.

Trzy. Nie chcę być pożarty przez faunę wykarmioną na francuskich drobnomieszczanach. — Wolę Afrodytę niż Erosa — odpowiedział na to Aleksan- der. Iwan. klasyczną Wenus i asystującego jej Kupidyna z późniejszej epoki. zajmę się tą operacją. Piotr. jeżeli odmówię. Ty wrócisz zamiast mnie”. — To zależy od pana. Piotr ruszył w drogę: żmija wijąca się między posągami bo- gów. — Zajmę się tą operacją. wskazując na piękną. — Dobrze. jeśli znajdziemy dla pana następcę. szczupłymi i ukrytymi pod ład- nym garniturem: — Czy to ważne. że to dla mnie istotne. przyjdzie i mnie zgnić na cmentarzu w Sainte-Gene-viève? Piotr wzruszył ramionami. Zdecydo- wanie wolę robaki rodzime i dziedziczne. Aleksander dogonił go: — Ile czasu zajmie tym razem operacja? — Pięć lat. Alek. — Piotr. które robaki się karmi? — Proszę sobie wyobrazić. „Ja już nie wrócę. Aleksander zamknął oczy. . — Tak więc.

dzięki temu jego zasiłek wynosił 110% pensji. Pozostali członkowie komitetu powitalnego. patrzyli na jego krótki. lecz z wielkimi szansami na rychły 328 . na emeryturze. Był on teraz szczęśliwym bezrobotnym: zdecydował się na naukę języka niemieckiego. dyrektor naczelny wydawnictwa Lux. Fourveret. gdy lądował tam samolot specjalny. Gawierin. jaki dialog wpisać mu w rysunek? — pytał Mon- thignies. wszyscy oni rzecz jasna udawali. lecz Kurnosow. agent „martwy”. któremu prze- wodniczył Aleksander. wystający nad okulary w żelaznej oprawce i na tors. które- go ten kraj domagał się tak głośno. lub też „samoniszczący się biologicznie”. Amato- rzy. Stąd jego członkowie obserwowali niewielkiego człowieczka sta- wiającego wielkie kroki. pewien chytry biskup bułgarski. wci- śnięty w nowiutką kanadyjkę. wysłany został do Francji chyłkiem i w pośpiechu. piramidalny nos. że są bardziej paryscy niż paryżanie. Zawo- dowcy: Baronet. Komitet powitalny schronił się przed zimnem za szybą. to jest pewien pijany albański dramaturg. mieścili się w dwu kategoriach. Z ust przybysza buchały kłęby pary. żydowsko-amerykańska hrabina. 7 TWARDY ZNAK Lodowa. — Kto powie. odzianych w zielone mundury ozdobione czerwonymi insygnia- mi. został odprowadzony do Pa- ryża przez przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. porowata skorupa pokrywała pustynię lotniska w Roissy.

Dziennikarze napierali. Sprawiło to. Chciał przejąć wyłączną opiekę nad Kurnosowem. jakie tylko zechciał. — Michał Leontycz? — To ja. żeby ktoś się tym zajął. Natomiast Kurnosow autentyczny otrzymał wprawdzie wszystkie książki.powrót do zawodu. Ballandar. jak przedtem kratki szpitala spe- cjalnego w Leningradzie. Błyskały flesze. — Z Psarów Iwana Groźnego? — Tak jest. — Co oni chcą wiedzieć? 329 . Trzymał się całkiem prosto. Aleksander posta- rał się o to. Przez jakiś czas wymowa ta będzie chroniła go przed niedy- skretnymi natrętami tak samo. a także wymieniony już Monthignies. szła mu na rękę. A kim pan jest? — Psar. ściskając pod ramieniem paczkę rękopiśmiennych notatek. przewidująca jak zawsze. czy Sowieci całują w rękę równie wprawnie jak emi- granci. pani Choustrewitz. Kurnosow znieru- chomiał w środku tego kręgu. że francuskie słowo oiseau wymawiał „o-isse-e-a-u”. — Mam trochę bagażu. a angielskie church „skiursk”. w czym dyrekcja. Ga- wierin. ale żadnych wskazówek ustnych. Proszę. by zdecydowanie wyrugować z komitetu osobistości zbyt wrzaskliwe lub podejrzane o przynależność do innej orkie- stry. wciąż krytyk «Lemiesza» i doraź- ny współpracownik «Obiektywu». który miał w swoim czasie odegrać rolę fałszywego Kur- nosowa. która cie- kawa była. Ze wszystkich stron padały pytania. Aleksander Dmitrycz. — A więc z pierwszej fali emigracji? — Mój ojciec był oficerem białej armii. lub też po prostu zdolne wymówić choćby dwa słowa po rosyjsku. — Poznajmy się. majestatyczny pomimo niewiel- kiego wzrostu i za długiej kanadyjki. wspomagany był potajemnie w jego staraniach wyucze- nia się języka francuskiego. Nie mam żadnych przesądów.

Myślę. Nikaragui.. będzie pan miał konferencję prasową dziś wieczorem. Komunizm międzynarodowy mógł co prawda odnosić sukcesy w Angoli. ale Związek Radziecki dał dowód. jeśli nie złoży pan teraz żadnej deklaracji. że lepiej będzie. prawie jak ze wspólni- kiem. — Całkiem nieźle — powiedział Kurnosow uprzejmie. po czym zwrócił się w stronę dziennikarzy i wypowiedział bardzo wyraźnie: — Wiw lia Frann-ss. że margines dość skąpy. Gdzie jest samochód? Tym razem konferencja prasowa odbyła się w Pałacu Kongre- sowym. i nie. Abisynii. Co się dzieje? W jakiś sposób jest mi bliższy niż oni”. Aleksander zadziwił samego siebie.) 330 . W kuluarach Aleksander natknął się na Divo. Podkreślił tę formułę suchym ruchem podbródka. który natych- miast. („Rozmawiam z Divo nieomal przyjaźnie. — Ma pan może moją książkę? Oni pokazywali mi tylko ga- zety. Czyż nie udało im się wyrwać nieszczęsnego „Anonimowego więźnia” ze szponów represyjnej psychiatrii? Wśród dziennikarzy panowało wielkie podniecenie. — Zupełnie inny niż tamten? — I tak. że lęka się opinii pu- blicznej. w Salwadorze. Było się z czego cieszyć. krzywo się uśmiechając. — Michale Leontyczu.. żeby nie psuć efektu. dodając do tego jeszcze jedno zdanie: — Homo sovieticus pozostanie zawsze homo sovieticus. nie zawiedli nawet najwięksi. Kurnosow skłonił ciężko głowę. Psar zademonstrował mu obydwa wydania. zadał mu pytanie: — Tym razem to oryginał? — Mam nadzieję. Przybyło na nią blisko tysiąc osób — derwisze chcieli uczcić swój sukces. broszurowe i oprawne. — Tyle tylko. w Polsce.

Definiujesz go całkiem do- brze. o którym mówisz. Ten ironista. Założę się. Nie jest tak. fizyki w Riazaniu. posługując się byle jaką metodą. że wszystko mu się na leży. trzeba być wyposażonym w pewne zalety i pewne wady. które defilowały w pobliżu. skąd się to bierze? Divo przysłuchiwał się. Wiesz. zgaszonym. po wyjściu na wolność. Ale trafiam na ogół na szyderców. żeby. Ga- wierin wciąż domagał się pieniędzy. Ten natomiast tylko posta- wił nogę na ziemi francuskiej. żeby im pochlebiać i co tydzień płacić im bilet do kina. kaszmirów i alpag. któremu nikt nie mógłby zarzucić żadnej podłości. Typ. jak to jest u nas z pospolitymi przestępcami. Bez tego Sołżenicyn uczyłby wciąż. Mówił dalej : — Homo sovieticus przekonany jest. znaleźć jeszcze w sobie energię i wyjechać z kraju. by myśleli tylko. jednocześnie nie przestając obserwo- wać z ironicznym wyrazem twarzy norek. że chodzi tu o rodzaj doboru naturalnego. W końcu jeżeli tam posyła się ludzi do łagru. zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej. w naj- lepszym razie. lecz nic nie będzie mu ofiarowane. popielic. już zapytał. Aby przetrzymać łagier. Gdy mam się zobaczyć z kimś. specjalizujący 331 . nierozgoryczony intelektualista. jak przeżyć. Później zwrócił się do Aleksandra: — Myślę. Jak myślisz. Wciąż ten krzywy. ani trzeci świat. że to typ człowieka mający wielką siłę przebicia. W rezultacie gotów jest zdobyć dla siebie byle co. bardzo wymagających. to homo sovieticus militons. zdegradowanym. że nawet swego raka zwalczył siłą przebicia. przygotowuję się na spotkanie z człowiekiem wygłod- niałym. Ja powiedziałbym po prostu. ten poeta. — To nie jest wielki świat. To jest zapewne światek — mamrotał. jedno mnie dziwi. gdzie stoi jego samo- chód. skośny uśmiech. kontynuować walkę. z żywym trupem. ani półświatek. to nie po to. kto oca- lał z łagru.

jest dlatego taka trafna. że w pewnym sensie stał się bardziej rzeczywisty. myślał Aleksander. Oczywiście. Byłoby doskonale. Divo byłby nadzwyczajnym półprzewodnikiem. Teoria przekazywania pałeczki. w lecie ubiegłego roku. trzeba by trzymać go z daleka od Kurnosowa i nie dopuszczać do udziału w podejmowaniu decyzji. ludzki. Śmierć żony i syna tkwiła w nim jak pocisk. dziewicą cierpienia. co czynią. który został zablokowany gdzieś w ciele i którego nie można usunąć bez narażenia na szwank życia rannego. zawierający wewnątrz manuskrypt Rosyjskiej prawdy. by tak rzec. gdy pod fontanną Berniniego wziął od mężczyzny w pomarańczowej bluzie pakiet «Oggi». świetnym kandydatem do uniwersalnej par- tii.się w pewnego rodzaju chirurgicznej jasności wyrazu. mógłby zakłócić przebieg całej operacji. bardziej przekonujący. sztafety. jak tego wieczoru. Ale w okresie pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami został zraniony. Myślał o tym nie w kategoriach: „Jaki byłem wtedy szczęśliwy”. Praca wywrotowa. Jeszcze niedawno przedstawiał prasie fałszywego Kurnosowa. Aleksander zasiadł na scenie Pałacu Kongresów z pewnym ociąganiem. przypomina gigantyczną maszynę elektroniczną: funkcjonuje dzięki półprzewodnikom. przygo- towując się jednocześnie do zainicjowania wielkiego ruchu. gdyby udało się nakłonić ten reakcyjny umysł (reakcyjny w najlepszym znaczeniu tego słowa: wciąż reagujący na bodźce) do udziału w wywrotowym przedsięwzię- ciu. Jego życie toczyło się z dala od prawdzi- wych trosk. Nigdy jeszcze nie promieniował tak wielką siłą wewnętrzną. że dyrekcja i Pitman we własnej osobie nie mają już do niego takiego zaufania jak niegdyś. teraz musiał zaprezentować prawdziwego. Także i przekonanie. Był do tej pory. W chwili gdy zaczął przemawiać. myślał Aleksander. byłby. przypomniał sobie nagle ten pogodny moment. tylko śmierć ojca stanowiła wyjątek. było dla niego nie- omal równie bolesne. jego dusza została zraniona. Obecne przejścia zbliżały go do innych ludzi i sprawiały. 332 . że poszczególni uczestnicy sztafety nie wiedzą.

po- śpiesznie uwolnił fałszywego Kurnosowa. Sowiecka perfidia jest czymś oczywistym. zamierza poświęcić swe życie pracy nad utworzeniem i prowadzeniem niezależnego ugrupo- wania. 333 . Jeśli zaś idzie o wstępną deklarację „Więźnia”. który przestał już być „anonimowy”. lecz gotów jest.lecz: „Ależ byłem wtedy młody”. to przedstawia się ona następująco: Michał Leon- tycz Kurnosow. opublikował „duże fragmenty” stenogramu konferencji prasowej. I oto jak Jonasz uratowany z brzucha wieloryba. Jeśli tyl- ko będzie żył odpowiednio długo. w ostatnich dniach jego kasztanowe włosy nabrały nowego blasku. przyprawiony o paniczny lęk zainte- resowaniem. prawdziwy autor tego dzieła. I rzeczywiście. Mi- chał Leontycz nie włada językiem francuskim. za pośrednictwem Psara. bardzo umiarkowanym. Mi- nquin pisał: „Niektóre przekonania pana Kurnosowa mogą się wydawać trudne do przyjęcia przez naszą społeczność. które będzie nosiło nazwę „Konfraternia prawdy ludów”. nie trzeba mnożyć dowodów na rzecz tej tezy. We wstępie. Niestety. którego doniosłości nie sposób przecenić (w ciągu dwu miesięcy sprzedano 200000 egzempla- rzy!). będzie nosił na głowie wspa- niałe srebrne runo. nadziei dla krajów demokratycznych i ludów ujarzmionych. także i jego. jak posłaniec nadziei. Na szczęście powszechne oburzenie francuskiej opinii zmusiło „wielkich kłamców” do uwolnienia nieboraka. mimo to jednak nie sposób odmówić im charakteru charyzmatycznego. Związek Radziecki. Ostatni epizod stał się kolejnym przykładem tej perfidii. oszukując wszystkich. odpowiedzieć na wszystkie pytania. znalazł się wśród nas. którego kierownic- two objął po swym zdymisjonowanym przyjacielu i protektorze Hugues Minquin. Przez moment z radością doznał poczucia własnej dojrzałości. Prosił. by wybaczono mu tę pomyłkę. Następnego dnia «Niezależny Dziennik». Aleksandra Psara. jakie wolny świat okazał Rosyjskiej prawdzie. w pierwszym rzędzie. wydalony z ZSRR. Zaczął od przypomnienia całej sekwencji wydarzeń.

wie pan. którzy zadawali pytania nonkonformistycznemu przybyszowi”. Czy zechce pan potwierdzić. Jeśli zna pan Borysa Godu- nowa. Oddajmy zresztą głos ludziom dobrej woli. Czym pan to sobie tłumaczy? 334 . Pytanie: — W jaki sposób przystąpił pan do dzieła? Odpowiedź: — Miałem szwagra milicjanta. jakim motywem kierował się pan przystępując do zamachu? Odpowiedź: — Można. Komunizm to rak. Po za- machu uznano mnie za wariata i umieszczono w zakładzie psy- chiatrycznym. Pytanie: — Jak się panu udało przemycić na Zachód najpierw fragmenty pańskiej pracy. Pytanie: — Panie Kurnosow. z jakim trudem przychodzi nam ustalić pańską tożsamość. z pewnością orientuje się pan. Kosztowało mnie to dwa litry wódki. że wystarczy zniszczyć zwornik sklepienia sowieckiej katedry. Pytanie: — W zasadzie był pan dość dobrze traktowany. pijaka. Byłem przekonany. Pytanie: — Czy można zapytać. gdzie pozwolono mi czytać wszystkie książki. ja- kich tylko zażądałem. Pozwoliło mi to udoskonalić moją kulturę polityczną i jaśniej zobaczyć rzeczy. któremu tego rodzaju zniszczenie w niczym nie przeszkadza. Pytanie: — Już pan tak nie myśli? Odpowiedź: — Nie. Tam tylko szaleńcy widzą jasno. że stanowi to część rosyjskiej tradycji. Mój szwagier był w stanie uniesienia (śmiechy). by zawaliła się całość. że to właśnie pan próbował zastrzelić Breżniewa? Odpowiedź: — Potwierdzam to. Zabrałem jego mundur i pistolet maszynowy. Pytanie: — Dlaczego zmienił pan zdanie? Odpowiedź: — Ponieważ stałem się inteligentniejszy. a potem całość? Odpowiedź: — Naiwność tego pytania jest równie wielka jak impertynencja w nim zawarta.

bo tylko wariat mógł się targnąć nażycie państwowego dobroczyńcy numer jeden. rzecz jasna. o którym nie chcę publicznie mówić. Wyczuwam w pana głosie sympatię prokomunistyczną i radzę panu przeczytać ponownie przemówienie Stalina z 9 maja 1945. prowadzi to do określonych następstw. Myślę. Odpowiedź: — Nieścisłość. komunizm silniejszy niż demokracja. Mogli odtąd studiować in vivo funkcjonowanie umysłu kontrrewolu- cyjnego. Pytanie: — Pańscy strażnicy wiedzieli. przesłuchiwali moich pielęgniarzy. Założyli kraty na moich oknach. że trzeba wyjść z tego koła. że posiadam pewne wykształcenie poli- tyczne i pomogli mi jeszcze w jego poszerzeniu. To Rosjanie zwyciężyli Niemców. Pytanie: — Czy ta nieudolność nie wydaje się panu podejrza- na? Odpowiedź: — Nieudolność w ZSRR nigdy nie wydaje się czymś dziwnym i podejrzanym. gdy spełnione zo- stają pewne warunki. Pytanie: — Mogłoby się wydawać. iż to komuniści pokonali faszystów. że stał się pan wojującym antyko- munistą? Odpowiedź: — Komunizm. Pytanie: — Co sprawiło. że niektóre partie pań- skiej książki przedostały się na Zachód. Podobnie leka- rze hodują bakterie. To koło to de- mokracja silniejsza niż faszyzm. Marksizm uważa się za teorię naukową. że się dostałem w ich ręce. To. faszyzm silniejszy niż komu- nizm. było dla nich niezłą gratką. Marksiści są przekonani. Pytanie: — Co pan myśli o Zachodzie? Odpowiedź: — Zachód stanowi zaledwie część świata. a świat kręci się wkoło jak wiewiórka w swoim bębnie. Odpowiedź: — Na początku było rzeczą korzystną dla reżimu przedstawić mnie jako szaleńca. że za każdym razem. że nie wie pan o tym. innych chorych. 335 . Później ludzie z KGB zorientowali się. Nigdy nic nie znaleźli. Czy nie zaostrzyli wtedy kontroli? Odpowiedź: — Oczywiście. Ale i pewien epizod z mojego życia. przeszuki- wali moją celę.

«Gdybym była carycą». socja- listki. marzą. Zna pan naszego Puszkina? Na- pisał on bajkę. Pytanie:— Nie jestem pewien. «Gdybym to ja była carycą». Pytanie: — Kogo ma pan na myśli. które nie zasłu- gują nawet na to. który stał się ich szwagrem. I marzą o dobrach materialnych. da- łabym carowi syna bohatera. mówiąc „my”? Czyżby nie uważał się pan za dysydenta? Odpowiedź: — Nie. Wasz Diderot powiedział: „Dysydenci 336 . Widzi pan. Ta Kordelia chce osiągnąć coś realnego. Pytanie: — Panie Kurnosow. czy dobrze pana zrozumiałem. która zaczyna się mniej więcej tak: „Trzy młode dziewczyny przędły przy oknie późnym wieczorem. A pan? Co pan o nich myśli? Odpowiedź: — Oni są różni od nas. «utkałabym płótna dla całego świata». na czym polega różnica. Ale są wśród nich przyzwoici ludzie. Oto co Rosyjska prawda i ja sądzimy na temat socjalizmu. Frag- ment ten porównać można do kuszenia na pustyni w interpreta- cji Dostojewskiego. Coś na miarę jej możliwości. powiedziała jej siostra. naturalnego i poży- tecznego. Obie one okazały się następnie najgorszymi łotrzycami: nie za- wahały się przed zdradą cara. Pochodzą z sowieckiej eli- ty i dlatego też nie są reprezentatywni dla narodu rosyjskiego. wstąpcie w szeregi partii socjalistycznej”. żeby o nich marzyć. «wydałabym ucztę dla wszystkich chrześcijan świata». Co chciała zrobić trzecia siostra? Odpowiedź: — Trzecia siostra mówi: gdybym była carycą. oszust. który podszył się pod pana nazwisko. Ale wolę zacytować Puszkina. Pytanie: — Co myśli pan o socjalizmie? Odpowiedź: — Mógłbym panu odpowiedzieć słowami Wła- dimira Bukowskiego: „Jeśli chcecie zamienić wasz kraj w gi- gantyczny cmentarz. przed morderstwem ich siostry carycy i siostrzeńca carewicza. wypowiedział bardzo negatywne sądy na temat dysydentów. w legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Dwie pozostałe. powiedziała jedna z nich.

kiedy uzyskają prze- wagę”. „Nacjonalista”. Pytanie: — Czy uważa się pan za rosyjskiego nacjonalistę? Odpowiedź: — Jestem świadom tego. Czy jest pan monarchistą? Odpowiedź: — To nie ja jestem monarchistą. że jedynym sposobem powstrzymania sowieckiego eks- pansjonizmu ideologicznego jest uznanie imperialistycznej na- tury Rosji. Oto dwa powody. „Żyd”. Ja nie myślę inaczej. jeśli pan pozwoli. Pytanie: — Mówi się. ściśle związanej z określonym i ograniczonym teryto- rium. Jesteście w tym mocni. Pytanie: — Powróćmy na ziemię. Mamy tu do czynienia ze smutnym faktem dewaluacji lingwistycznej. Być Rosjaninem. lecz dobra przeciwko istnieniu. faszyzm jest abstrakcją. który próbuje konsekwentnie i organicznie traktować swoją rosyjskość. jestem Rosjaninem. Ja myślę jak wszyscy ludzie zdrowego rozsądku. to konkretny fakt. na przykład Ogurcowa. Czy mógłby pan to sprecyzować? 337 . Pytanie: — Co pan przez to rozumie? Odpowiedź: — Rewolta Lucyfera nie jest rewoltą zła prze- ciwko dobru. „Murzyn”.. dla których nie jestem faszystą. Końcówka -ista w słowie „nacjonalista” z trudem oddaje tak konkretną rzeczywistość jak naród. Myślę. prawicowa czy też lewicowa. Dysydent po rosyjsku oznacza „który-myśli-inaczej”. Nie jestem dysy- dentem.. Pytanie: — W pana książce robi pan aluzję do pewnego typu teokracji. że istnieją w Rosji ruchy monarchi- styczne. zawsze była i prawdopodobnie jeszcze długo będzie monarchią. jest diaboliczna w swojej istocie. Każda ideologia. która pociąga za sobą gwałt na rzeczywistości. Nie jestem potencjalnym prześladowcą. których sens nie jest wcale negatywny. to Rosja jest. być Francuzem — to nie ideologia. że słowo „nacjonalista” ma na Zachodzie pejoratywny wydźwięk. żeby nadawać pejoratywne znaczenie słowom.prześladowani staną się prześladowcami. Czy jest pan faszystą? Odpowiedź: — Faszyzm jest formą socjalizmu.

drugą wymogi życia praktycznego. Jego apostołowie wierzyli. ich ewolucja od- bywa się stopniowo. Prawomocność republikańska bazuje na braku koherencji. który myślał. Tymczasem doprowadzi ona do tego przez męczeństwo. zasada dziedziczności. I dlatego właśnie. Czy teokracja nie została nieco nadwerężona w waszym kraju? Odpowiedź: — Rosja ma powołanie Chrystusowe. Natomiast prawomoc- ność może być ujmowana tylko globalnie — tak albo nie. Odpowiedź: — Rządy społeczeństw opierają się na dwóch za- sadach. ukrzyżowali kró- la. i to wszystko nie ma znaczenia. ponieważ inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. Nie oznacza to. że należy je odrzucić. Potrzeby życia praktycznego dyskutuje się punkt za punktem. tak jak prawomocność monarchiczna na absurdzie. Wiadomo też. Potrzeby praktyczne wciąż dają o sobie znać. którego faryzeusze nie umieli sobie wy- obrazić. że więcej jest imbecyli niż ludzi inteligentnych. co się stało z Chrystusem. że został ukrzyżowany. Na ulicznym skrzyżowaniu niezbędny jest poli- cjant — oto wymóg życia praktycznego. 338 . poprzez adaptację. Podobnie Dostojewski. Będąc chrześcijaninem myślę. Sformułowanie „chrześcijański książę” zawiera w sobie sprzeczność. Jedną z nich jest prawomocność. tylko felix error. Prawomocność jest zawsze irra- cjonalna: prawo boskie. co wcale nie oznacza. mógł stworzyć swo- je prawdziwe królestwo. Pytanie: — Dostojewski także opowiadał się za teokracją. że to dobrze. Dobrze wia- domo. że syn geniusza może być kretynem. że nie będzie w nim dla nich miejsca. że Rosja ocali świat przez teokrację. losowanie nie wypływają z przesłanek racjonalnych i właśnie dlatego stają się źródłem prawomocności. i bojąc się. Faryzeusze również w to wierzyli. że wyzwoli królestwo Izraela. że chrześcijanie muszą organizować państwo ziemskie na wzór niebiańskiej Jerozolimy. Ale ten policjant nosi mundur — oto prawomocność. To już nie jest felix culpa. żeby irracjonalność pra- womocności była irracjonalnością chrześcijańską. wybory po- wszechne. Proszę pa- miętać.

Pytanie: — A myśliwi to kto? Odpowiedź: — Widzę. czy możemy być dumni z tych osiągnięć. jest w 80% bez pokrycia. który otrzymuje pan jako pożyczkę. co tak jasno tłumaczą ludzie w rodzaju Knupfera i Chestertona! Pytanie: — Co oni tłumaczą? Odpowiedź: — Że to lichwiarze są faryzeuszami naszych cza- sów. Początkiem wszystkiego jest kredyt. których wcale nie posiadały. Że kapitalizm zachodni i sowiecki komunizm są jak nagon- ka. Instytucja kredytu wiąże się z powstaniem banków. uzależniając od siebie całe narody. ten wiatr. Pytanie: — Kto jest zwierzyną? Odpowiedź: — Wy. banki nie biły monet i nie drukowały banknotów. która pcha zwierzynę na polanę. ale też pożyczają te nie- istniejące pieniądze. emitując pieniądze. To one umożliwiły powstanie nowoczesnego społeczeństwa. Ban- ki jednak nie poprzestają na tym. to sztuczka prestidigitatora. Proszę nie mieć złudzeń: czek bankowy. Nawet banki funkcjonowały jeszcze jako tako. Nie wiem jednak. gdzie czekają już strzelcy. że do niedawna An- glia spłacała bankowi Rotszyldów pożyczki zaciągnięte w okresie wojen napoleońskich? 339 . To już nie jest sprawa z bankiem. Czy wiadomo panu. lecz udzielały pożyczek na sumy. Nie bez po- wodu średniowieczny Kościół potępiał oprocentowane pożyczki. instytucji państwa. czyli lichwa. Pytanie: — Kto to są według pana faryzeusze? Odpowiedź: — Więc to jednak prawda. Przypomnę więc jej zasadnicze punkty. że przeczytał pan moją książkę dość nieuważnie. Zachód nie uświado- mił sobie jeszcze tego. Niestety. Nie tylko uzurpują dla siebie przywilej państwa. póki spełniały funkcję agencji wymiany i kredytu. wkrótce przyznano im pra- wo wypuszczenia własnego pieniądza. a wcześniej przeprowadzenie rewolucji przemysłowej.

a czarnym górnikiem. Sprze- ciwiam się tylko temu. który nadwyrężą własny kręgosłup. Czy to jednak moralne. aż tak dalece zrzec się wła- snej odpowiedzialności? I jaki związek zachodzi między agen- tem giełdowym. Jeśli osiągają zysk. że dążyli do de- kolonizacji. Wiecie państwo. jako że młode i mało doświadczone narody. jest ona dopuszczalna. kupującym czy też sprzedającym jedną milio- nową cząstkę wartości kopalni miedzi równie obojętnie. Wróćmy jeszcze do banków. jako że ktoś zakłada takie przedsiębiorstwo.. kto płaci? Wierzyciele. Akcjona- riuszy nikt nie konsultuje w sprawie ryzykownych poczynań zarządu. posia- dające bogate i słabo wykorzystane zasoby surowcowe. zagarniając dla siebie sporą część dochodu. jak się to nazywa? (Psar podpowiada: „Monopolu Loteryjnym”). wszystko do- brze. których nazywam Lichwiarzami. stają się dla nich łatwiejszym łupem. że cały system bankowy jest nie- moralny. słusznie zwane też anonimowymi. że władają oni w sposób prawie absolutny Europą i Ameryką Północną. Wiecie. nie mają powodów do niepokoju. że jestem pryncypialnie przeciwny prywatnej własności kopalń. wynika z jakiegoś fa- talizmu. Wiecie państwo lepiej ode mnie. kryje w sobie pewną hybris. jakby nakładał czy zdejmował pantofle. Fakt. Niewątpliwie dla państwa będzie to szokiem. ktoś musi nim zarządzać. gdy ich terytoria zarządzane były przez narody lepiej rozwinięte. Znajdują się one w rękach ludzi. czołgając się w tej samej kopalni. co stało się w Rosji. oferują im zyski większe niż to było możliwe. szokiem dla wa- szego cynizmu. Proszę wziąć pod uwagę wasze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.i dwudziestokrotnie przewyższającymi ich kapitał. jeśli powiem. Zaczęli przybierać na wadze. Ja jed- nak chcę państwu pokazać przede wszystkim to. że nagromadzili oni tak wielkie zyski. Póki otrzymują oni dywidendy. z kilofem w ręce? Proszę jednak nie sądzić. 340 . podobnie jak w waszym. że operują one sumami dziesięciu. by praca ludzka była przedmiotem gry. jeżeli jednak bankrutują. nie potrafią się zatrzymać..

podczas gdy w obiegu znajdowało tylko 1494 milionów rubli papiero- wych. W roku 1912 wskaźnik opodatkowania wynosił w Rosji 3.11.5%. Jednocześnie wzrost gospodarczy Rosji osiągał wówczas takie rozmiary. że w roku 1912 prezy- dent USA Taft stwierdził. że Lichwiarzom nie brakowało powodów do niepokoju. przed którymi kapi- tulowali Lichwiarze. przyznał Leninowi poważne subsydia finansowe. posługując się jako pośrednikami amery- kańskimi bankierami Ruhnem. podczas gdy we Francji 12. że Warburg miał brata. Dodajmy do tego. W roku 1913 rezer- wa rosyjskiego złota opiewała na 1550 milionów rubli. jak byście wy powiedzieli. a w Rosji tylko 58. lecz. że państwo rządzone w sposób nie demokratyczny.75% i 1% w Wielkiej Bry- tanii. To. Wia- domo powszechnie. była też od nich o wiele mniej zależna niż pozostałe kraje Europy. Lichwiarzy. W 1914 roku 83% tego zadłużenia zostało spła- conych dzięki dochodom państwowych kolei żelaznych. że niemiecki bankier. iż ustawodawstwo socjalne Rosji było „bliższe doskonałości” niż w jakimkolwiek kraju demokra- tycznym. założyciela systemu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i że ten brat także subwencjonował rosyj- skich rewolucjonistów. ich. O wiele mniej znany jest fakt. W tym samym czasie frank francuski miał tylko około 50% pokrycia w złocie. umiało rozwiązać problemy. ekonomicznie i finan- sowo”. Warburg. Loebem i Shiffem. nietrudno było przewidzieć. Produkcja przemysłowa rosła w Rosji w skali 3. Widzicie więc państwo. że jeden z francuskich ekono- mistów skomentował to w następujący sposób: „W połowie stu- lecia Rosja zdominuje Europę politycznie. Wskaźnik zadłużenia publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca w roku 1908 wynosił we Francji 288 punktów. pod- czas gdy w Stanach Zjednoczonych o 2. teokratyczny.35 i 26. co się dalej wydarzyło.7. Jeżeli więc praktyka pokazywała. Jednocześnie 341 . Carska Rosja nie poddawała się operacjom Lichwiarzy. władza nad światem go- spodarczym była zagrożona.75 w Wielkiej Brytanii.

To rosyjski żoł- nierz. pijcie Coca-Colę!”. jak bardzo zmniejszyłaby się wtedy władza Lichwiarzy nad światem zachodnim. Sądzicie państwo. co dzieje się w chwili obecnej. łączącego kapitalistycznych Lichwiarzy z ich sowieckimi dogami. Węgry. Lecz to należy do mniej obrzydliwych aspektów wspólnictwa. pokonał żołnierza niemieckiego. Albania i ta Polska. że nie widzi takiej potrzeby. Gdy Mołotow zaproponował w zamian za te dostawy pewną liberalizację systemu. Nie mówiąc już o tym. by uratować rozsypujący się reżim komunistyczny. aż ZSRR upadnie i potem rzucić się na osła- bione Niemcy. to złośliwy wilk. W rezultacie Rosja carska wyeliminowana została z walki i ZSRR został klientem Zachodu. 342 . że otrzymał znaczną pożyczkę od finansisty. będące całkowicie we władaniu Lichwiarzy. że ZSRR staje się państwem takim samym jak inne: zobaczmy. Doradcą Stali- na w okresie kolektywizacji był Campbell. Amerykanie włączyli się do walki w sam czas. Załóżmy. Czechosłowacja. by wyżywić lud. lecz system marksistowski ocalony został przez amerykańskie dostawy ma- teriału wojennego. W rezultacie Rumunia. powtarzam. traktowały swego głównego wroga podczas ostatniej wojny i po jej zakończeniu. a państwo wydaje rezerwy swego złota. Wy boicie się tak bardzo ZSRR. krzycząc „babciu!” Ale to nie jest wasza babcia. Bułgaria. Zamiast czekać. Churchill domagał się. Rosjanie śpiewają: „Dzieci. by inwazja Aliantów dokonała się w Grecji. rzuć- cie szkołę.Trocki przyznawał się chętnie. że wszystko to jest wymysłem? Proszę przyjrzeć się. lecz Amerykanie byli zwolennikami desantu we Wło- szech. Roosevelt odrzekł. który ostrzy sobie zęby. moje dzieci. członka brytyjskiej partii liberalnej. żeby was lepiej zjeść. że szukacie opieki w ramionach Lichwiarzy. Pierwszą sowiecką fabrykę sa- mochodów zbudował Ford (chociaż w Rosji przedrewolucyjnej produkowano już własne modele samochodów). nad którą teraz Zachód wylewa krokodyle łzy. w jaki sposób USA.

wydane zostały Sowietom. że lotnicza osłona operacji została odwołana na osobisty rozkaz prezydenta Kennedy'ego. po- między dwóch wspólników? Jedno udko dla ciebie. I obok nich Niemcy! Czyż nie jest symboliczny podział Niemiec. który zabiegał o niepodległość dla swego kraju. Moskwa i Waszyngton — dwa groźne głosy z dwu koń- ców świata — nie pozwoliły wam zaprowadzić porządku w świe- cie arabskim! Lecz najbardziej wstydliwy przypadek to Kuba. próbują naprawdę nabić kubański pistolet. że tysiące Rosjan. Wiecie też państwo o tym. Amerykanie nie pomogli Chinom w ich desperackiej walce z komunizmem. żeby jakikolwiek kraj tolerował pistolet wymierzony we wła- sne podbrzusze? Lecz Castro zdobył władzę korzystając z po- mocy Amerykanów. tej kury znoszącej złote jajka. mój Boże — na Krym. by 343 . i w taki sposób pistolet został nabity ślepym nabojem. że muszą z podkurczonym ogonem wrócić do domu. pragnących uciec przed komunizmem. Wystarczyło jednak. w wyniku czego siły wol- nościowe tego kraju zgniecione zostały przez Armię Czerwoną. I proszę też sobie przypomnieć. Oczywiście Amerykanie udawali później. że stoją po stronie emigrantów kubańskich i rozmyślnie doprowadzili do fiaska inwazji w Zatoce Świń. którzy od czasu do czasu próbują zrzucić jarzmo nałożone na nich przez Lichwiarzy. ten sam Kennedy sprawia. wydali je w ręce komunistów. ze wszystkimi swymi wadami. Chruszczow. był prawdziwym Rosjaninem. Jak to możli- we. A gdy Sowieci. by Rockefel- ler wybrał się na wakacje — wakacje. w jakiej zgodzie. Tak. jak harmonijnie. CIA popchnęła Węgrów do rewolty. Widzicie państwo. rozmyślnie: proszę sobie przypomnieć. jedno dla mnie. Przez kogo? Przez Anglików i Amerykanów. Ale nie ma nigdy tragedii bez elementów komicznych: na procesie norymberskim kaci sowieccy zasiadali obok sędziów wyznaczonych przez kraje Zachodu. zostało przemocą załadowanych do wagonów i ciężarówek i oddanych Sowietom.

iż Indochiny po wojnie nie powinny pozostać we francuskich rękach? I czym są Indochiny w chwili obecnej? Amerykanie prowadzili tam co prawda wojnę. Czy wiecie państwo. róbcie tak dalej”. wykrzyknął z humorem: 344 . „Przedstawiciele różnych obozów politycznych — kontynu- ował Hugues Minquin — rozmaicie reagowali na te zdumie- wające deklaracje. gdyż układ helsiński miał takie oto znaczenie: „Wszystko w porządku. Ten pies rozumie się z tym kotem jak dwaj złodziejaszkowie w dzień targowy. których zechciano nawet później posadzić w krześle elektrycznym. drugi nie pozwala swym spor- towcom wziąć udziału w olimpiadzie. lecz bardzo uważali. żeby nie musieć dokonywać in- wazji Polski. za pośrednictwem szpiegów.. że Roosevelt oświadczył. Nie przekonuje mnie sposób. ZSRR szuka pretekstu. nie całkiem jawnie. gdy mowa o Polsce. Widząc mianowicie. kto grałby rolę wilkołaka na użytek Lichwiarzy? A kto. a USA próbują odzyskać swój nadwyrężony prestiż. całkiem niedawno.. w jaki Reagan szczerzy zęby. Posunę się jeszcze dalej.Chruszczow dostał wymówienie. wasza rola jest jasno określona. Jakie są w tej chwili dwa wielkie mocarstwa nuklearne? Któ- re z nich ofiarowało bombę drugiemu? Tak. Musimy jednak przyznać. tym nie mniej fakt pozostaje faktem: gdyby tylko Amerykanie mieli bombę. podzielił między siebie świat w Helsinkach? I co stąd wynikło dla ludów ZSRR? Jeszcze okrut- niejsze represje. W tym celu wynaleźli nawet specjalną metodę: eskalację. A co dzieje się w Afganistanie? Jeden ze wspólników po- sługuje się gazem i napalmem. by jej przypadkiem nie wy- grać. a Breżniew pokazuje pazury. że część publiczności dość nieufnie odnosi się do jego oświadczeń. że główną niespo- dziankę zatrzymał Kurnosow na sam koniec swej konferencji.

za- brał Fourvereta. A ponieważ jestem troszeczkę kieszonkow- cem. że Stany Zjednoczone współdziałają z Sowietami. — Dużo czytałem — wyjaśnił z prostotą — i między innymi także podręczniki savoir-vivre. — Zmęczony? Przecież ja tylko gadałem.” Po zakończeniu konferencji prasowej Baronet. to po to. Zażądałem. dobre choć nie bardzo drogie. — Nie jest pan zmęczony? Nie wolałby pan odpocząć? — spytał Aleksander Kurnosowa. ci kuzyni Lichwiarzy. — Ale jeszcze dzisiaj rano był pan. że jeśli darowali mi życie.S. a wszystko po to. by prę- dzej czy później wydalić mnie z kraju. Jestem przekonany. udało mi się zachować kajdanki jako pamiątkę. — Nie chcecie mi wierzyć? Ależ zaraz wam udowodnię. Póki samolot leciał nad terytorium ZSRR. powiększyli swe zyski. Zwrócił się w stronę pani Choustrewitz z pisma «Wybór» i podał jej przedmiot. — Od dziesięciu lat przygotowywałem się do tej podróży. by mi je zdjęto. który trzymał w ręku: — Czy może pani z łaski swojej odczytać wytłoczony na tym napis? Pani Choustrewitz uniosła przedmiot wysoko: były to kajdan- ki. Wyjął jakiś przedmiot z kieszeni: — Dziś rano — powiedział — opuściłem ZSRR.A. — Wiedział pan. Psara i Kurnosowa na kolację do „Tyburcjusza”. miałem ręce skute kajdankami. który lubił małe. by handlarze bronią.. dyskretne restauracyjki. że wiedza 345 . gdy już nie znajdowaliśmy się nad terytorium ojczyzny. Kurnosow zachowywał się przy stole znacznie bardziej ele- gancko niż Gawierin. Made in U. by utrzymać na- ród rosyjski w niewoli.. że do niej dojdzie? — Wiedziałem. Wyraźnie i głośno odczytała wytłoczoną markę: — Smith and Wesson.

który Kurnosow zamierzał zainicjować. który nagle oszalał. nie można nie podziwiać ich męczeństwa. tak jak to napisałem w mojej książce. nie przyznali się do wszystkich możliwych zbrodni. Nawet katolicy wiedzą. pozłacane okularki. Jego małe. gęstych jak słomianka raczej niż jak szczotka. ze sterczącym nosem. osobne przeznaczenie. lecz na wszystkie stawiane im pytania odpowiadali śpiewając chórem Boże chroń cara. porośniętej jeżykiem włosów tak prostych i twardych. — Lud rosyjski jest nosicielem prawdy. Można nie podzielać ich przekonań. o różowej cerze i jasnych włosach. której członkowie zostali uwięzieni i skazani w epoce terroru postleni- nowskiego. twarde oczka zdawały się wwiercać w niewzru- szoną twarz Aleksandra. że w tym drob- nym ciele wciśniętym w czerwony sweter z golfem. że zdawały się naelektryzowane. których wszystkie palce były prawie równej długości. Rewolucja zwana rosyjską jest nierosyjskim zamachem. miał nosić nazwę „Konfraterni prawdy ludów”. A jednak czuł. Do pewnego stopnia przynajmniej. kryła się ogromna pasja i że w innych okolicznościach mógłby ją podzielać. od czasu objawienia w Fatimie. noszący intrygujące. przypominał głównego księgowego. to pełne logiki szaleństwo wy- woływały wściekłość Aleksandra. komunistyczne szma- ty. — Proszę im to przetłumaczyć. w tej kwa- dratowej czaszce. o dłoniach. Kurnosow. że mamy własne. dlaczego ruch. o siwych włosach. nie padli na kolana. w statecznych okularach. Ta pewność siebie samouka. — „Konfraternia prawdy ludów” — odparł — nawiązuje do pełnej honoru pamięci „Konfraterni prawdy rosyjskiej”. mającym pokrzyżować 346 . Baronet.powinna dotyczyć wszystkiego i że dobry chrześcijanin powinien też umieć posługiwać się widelcem. Nie tylko nie poniżyli się. jak to uczynili przed tym samym trybunałem komuniści. Ufam panu. pełen godności i pucułowaty. cie- kaw był. młody.

Fekete. podobnie jak nie ma rosyjskiej aka- demii nauk. który nosił pseudonim Zagorski. w tej piwnicy. wśród Uzbeków czy Kirgizów. Czyż to nie symboliczne? Czy znacie panowie nazwiska zabójców. Nie chodzi wcale o to. Istnieje wszechsowiecka partia komunistyczna. na cześć mało zna- nego rewolucjonisty. Nagy. Horvat. w Jekaterinoburgu. mistyczne serce. jak to czynią Lichwiarze za każdym razem. Edelstein. — No tak. carewnę i cztery wierne im osoby. Każda z republik jest teoretycznie suwerenna. carewicza. ale oto jak nazywało się siedmiu pozostałych: Jurowski. podczas gdy wszystkie pozostałe republiki mają swoją partię i swoją akademię. gdy się po- wie. a na- prawdę nazywał się Krachman. 17 lipca 1918 roku o godzinie pierwszej piętnaście? Trzech spośród nich to Rosjanie. Sta- lin Gruzinem. że pojawia się tu wiele nazwisk żydowskich: Dzierżyński był Polakiem. Czter- naście republik Związku żyje lepiej niż piętnasta — rosyjska — każdy wam to potwierdzi. — Jak to? — zdziwił się Aleksander. by protestować przeciw antysemity- zmowi. Rosyjski uczony musi zaczynać od pracy na wygna- niu. Miejscowość tę nazwano Zagorsk. zanim będzie mógł wykazać 347 . co sprawia. carycę. Trocki nazy- wał się naprawdę Bronstein. — Ale czy nie wynika to z tego. Fi- scher. że republika rosyjska (140 milionów mieszkańców) ma tyle samo znaczenia co Estonia (milion mieszkańców). co niektórzy określają jako wielkorosyjski kolonializm? — Nie. Grünfeld. że rosyjska rewolucja ma w gruncie rzeczy charakter anty- rosyjski. Lenin trochę Szwedem i mocno Tata- rem. Rosja ma serce. nasze przeznaczenie. Trzeba zresztą oceniać drzewo po jego owocach. którzy zmasakrowali cara. Nie ma więc powodu. Beria także. Tymczasem rosyjska republika — jedyna — nie posiada własnej partii komunistycznej.nasze zamiary. Sergiusza. a jego prawdziwym imieniem jest monastyr Trójcy — Św. Vergazy. ale nie ma rosyjskiej partii.

jego potężne buty gniotły śnieg i błoto. jeśli jest szczery. Jeszcze kilkadziesiąt lat i państwo komunistycz- ne zniszczy całkiem dosłownie lud rosyjski. re- flektory aut otoczone były mglistą aurą. wyższym mocom. Rosyjski mesjanizm będzie drożdżami „Konfraterni”. którego uwadze nie uszło rosnące podniecenie Kurnosowa. Kurnosow stanie się nieświadomym elementem sztafety propagującej to. Aleksander. by służyła innym. że jeśli idzie o zwięzłość nie dorównuje on tureckiemu. od których odpadną świecące plamy. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne. Propagowany przez państwo alkoholizm przekształca Rosjan w eunuchów. w którym zaciekawienie mieszało się z obawą i rozbawie- niem. kątem oka obrzucał go spojrze- niem. że będzie 348 . w wyniku naturalnego fenomenu złotonośnego łuszcze- nia się skóry. Tak samo rosyjski komunista. rosyjski — powiedział Fourveret. nie może służyć swojemu lu- dowi i swojemu krajowi. Spod opon samochodów pryskało zamarznięte błoto. Kolacja stanowiła post-scriptum do konferencji prasowej. wznosząc oczy ku niebu. Kurnosow chciał się przejść i Aleksander odprowadził go do hotelu. wyższy od niego prawie o głowę. Kurnosow stawiał wiel- kie kroki. Psar zawahał się. Za- leżało mu na tym. W tym człowieku tkwiła potęga. czego naj- bardziej nienawidził. żebym to zrozumiał. lecz siłę tę wykorzysta się tak. Dopiero wtedy re- wolucja zwana rosyjską osiągnie cel. a Lichwiarze-faryzeusze będą zacierali z radości dłonie. lecz nadmiar drożdży psuje ciasto. oddany sprawie. — Jakiż to piękny język. — Co się dzieje? Co on mówi? — zapytał Baronet.się w Moskwie czy Leningradzie. I właśnie ta nienawiść sprawi. Doszło do tego jeszcze post-scriptum do kolacji. — Pan Kurnosow — powiedział — jest wielkim patriotą. tylko zostaje podłączony do federacji. Są i gorsze rzeczy. Lecz Molier powiedziałby zapewne.

W tej samej chwili obaj mężczyźni poprawili szaliki: Kurnosow swój sznurek z sza- rej wełny. bez której operacja Zbawienia świata nie byłaby możliwa? A słowa „Przebaczcie im. tylko wskazując na niego. ale wszystkie te śmiecie spływały po nich. jak to się stało. podpisywali petycje i protesty. i do tego byli niezdolni. Zada- wał sobie pytanie. Dzięki nim uzyskałem inte- gralność intelektualną. Wierzyli w Boga i w Rosję. Przypomniały mu się słowa psalmu. czynić przedmiot wiary. nie pozwalały im wierzyć w jakąkolwiek ideę abstrakcyjną. prostotę języka. który umiał na pamięć w dzieciństwie: „To przeciwko Tobie grze- szyłem i przed Tobą popełniałem nieprawości. Jaka dyskrecja! Nie przeka- zali mi żadnych idei. gdy nie mogli tego uniknąć. gdy będziesz sądzony”. lecz zdrowy rozsądek czy może wrodzona czystość. ponieważ nie znali ich wiele. paraliżował usta.skutecznie wykonywał powierzone mu zadanie. zbudowanym na kłamstwie. czy i Judasz nie brał udziału w sztafecie. którzy nie prze- kazali mi żadnych fałszywych idei. Z idei. Neron i Dioklecjan służyli w pośredni sposób chrześcijaństwu”. która jest za- zwyczaj przedmiotem rozumowania. Byli to ludzie prawdomówni i w społeczeństwie takim jak nasze. czyż nie odnosiły się także do uczestników sztafety? Zimny paryski wiatr mroził. co 349 . że to. ociężałość ofiar systemu. biały szal. gdyż nie wiedzą co czynią”. tak jak wyznacza się kogoś do brudnej roboty). czy i tu nie chodziło o operację sztafety? I czy Judasz. któremu Jezus podał kawałek chleba. — Michale Leontyczu. ratowali się przez skromność swej pracy. gdy nie mogli odmówić. bierność. Aleksander wytworny. aby spełniły się twoje słowa i abyś zatriumfował. a nade wszystko przekonanie. to zapewne właśnie ten osławiony grzech przeciwko Duchowi Świętemu. wskazując go jako zdrajcę (nie denuncjując go. że jest pan jaki jest? — Przede wszystkim dzięki moim rodzicom. „Technika wy- wierania wpływu — mówi Vademecum — czyni użytek z zasady Archimedesa. Szli na manifestację. nie zostawiając żadnego śladu.

— Proszę. że nie powinno się mówić monne-si-eour. ale i z czułością pa- trzył Kurnosow na kelnera.. tylko zbiór przypowieści. tam. wolałbym się jeszcze trochę przejść. nic. — Zapach wolności! — wykrzyknął Kurnosow. co zabił własną żonę? Jedna ze sławnych spraw sądowych dziewiętnastego wie ku. i doszło do tego spotkania. niech mi pan opowie. co pachniałoby 350 . który przyniósł piwo i frytki. żeby życie było poważniejsze. To. jak trafił pan do szpitala psychiatrycznego. Chce pan może na pić się czegoś w barze? Kurnosow przeczytał szyld hotelu: — Ach. Dlatego w Piśmie świętym tyle paraboli. że jako zbiorowość nie są nieszczęśliwi. Wie pan. matematyki) jest zdradziec- kie i nieprawe. a później byłem na wojnie. i nawet troski są tylko po to. z KGB. Weszli do kawiarni. którego nazwiska nie znam. Zamówił porcję frytek i dwa piwa. — Nie trzeba poprzestawać na zapachu — powiedział na to Aleksander. że oni mnie fascynują? Czuje się tak wy- raźnie. włosy ostrzyżone. mają tylko tro- ski. Wyglądał przyzwoicie.. umieścił mnie pan w S-koj-seul. — Jesteśmy już przed pańskim hotelem. Prawdę trzeba chwycić w sidła. ogromnemu jak góra. To dlatego nie napisałem traktatu. — Chce pan powiedzieć — do separatki? Dzięki człowiekowi. co istotne w prawdzie.. w której czuło się zapach frytury. oczywi- ście. rzecz jasna. Nie. To był nabywca Lo- taryngii i Korsyki? Czy może ktoś inny? Ten.. No. Po chwili dodał: — Wiem. dostałem się do niewoli. Bystro. — Dziękuję monne-si-eour! — powiedział poważnie. To sło- wo uczy respektu nawet dla ostatniego nicponia. Albo usiąść w prawdziwym bistro.abstrakcyjne (nie licząc. nie daje się wypowie- dzieć. Trzeba wymawiać moussiou. gdzie spotyka się prawdziwych Francuzów. Ale ja wolę mówić monne-si-eour.

Ci ludzie wyobrażają sobie. zajmiemy się tym. nagiego. Powiedział do mnie: „Niech pan się zgodzi.. coś zupełnie wy- jątkowego w kraju zamieszkałym przez 250 milionów osób. zadał mu pytanie: — W tej transakcji.. Zna pan rosyjskie bajki. Na pewno wyrządził więcej zła niż źli ludzie. obojętnym tonem. jaką przeprowadził pan z KGB. który się sam nakrywa? Wystarczy rozłożyć na stole obrus. który wystarczy wyjąć z worka? I stolik. Aleksandrze Dmitry- czu? Pamięta pan bajkę o kiju-samobiju. jak się dawniej mówiło — jaka jest pańska decyzja?” Dobry człowiek. Jeżeli nie wyrazi pan zgody. Tylko prawda jest jednocześnie istotą i funkcją. a będzie pan miał przed sobą prawdziwie pantagru- eliczny posiłek. Jeśli pan od czasu do czasu będzie potrzebował kobiety. myślę. — I to pańska inteligencja sprawiła. która przynosi wyzwolenie. Nnn-no tak — wymawiał to przeciągając.gilotyną. Podobnie z prawdą: prawda-która-się-sama- usprawiedliwia. Mo- ja inteligencja nie była uszkodzona przez mikroba dialektyki. gdy mnie sprowadzono. że KGB zdecydowała uczynić z pana kulturę bakterii kontrrewolucyjnej? — Nie tylko. Dzięki temu spotkaniu w Niemczech posia- dałem kulturę polityczną nie-marksistowską. a nie będzie pan miał żadnych problemów. A szkoda byłoby tak inteligentnego człowieka jak pan. Ale prawda to rumak. Aleksander. W zamknięciu będzie pan żył wygodniej niż na wolności. będzie pan sobie czytał i pisał. prawda. że jest pan wariatem. 351 . którego nie można okiełznać. po gruntownej rewizji: jestem silniejszy od was. co było pańskim towarem? Kurnosow odpowiedział mu natychmiast: — Prawda. i bardzo niebezpieczny. Temu człowiekowi- górze powiedziałem wtedy. będę musiał przekazać pana tym sza- raczkom z ministerstwa sprawiedliwości i skończy pan w kopal- ni soli. Wyrażał się jak profesor uniwersytetu w Sankt- Petersburgu. Będzie pan karmiony. że mogą zaprząc prawdę do własnego wozu.

Wybierał fragmenty. Aleksandrze Dmitryczu! Za jej mózg uważał się człowiek-góra. Zapisywałem moje myśli. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat. jakby nie zjadł przed chwilą wspaniałej kolacji. Przewieziono nas do Niemiec w bydlęcych wagonach i rozdzielono pomiędzy chłopskie zagro- dy. nie znałem kobiet. że dostałem się do niewoli.Przyzwyczaiłem się do myślenia.. Wie pan. Niektórzy chwalili to sobie: chłop w wojsku. dziennika- rzom opowiedziałem inną historię. Kurnosow wytarł chusteczką pianę z piwa. byłem zdobyczą o wartości nieocenio- nej. że partia zjednoczyła się ze spo- łeczeństwem? Wojna. Dla KGB. która osiadła mu na ustach. nie uważaliśmy ich za naszych. Ci z dziecięcą niewinnością transportowali je dalej. które najbardziej mu odpowiadały. pracującego dla mnie! Oczywiście. cała dywizja. Rozstrzelali naszych komisarzy politycznych. u której służyłem. Wydawało nam się. Cóż za organizacja. ale to nas nic nie obchodziło. Przekazywałem je dobrowolnie człowiekowi-górze. Powiedziałem już. że zostaliśmy sprzedani razem z butami. żeby być uznanym za prawdomównego. 352 . a ZSRR sprzedał krótko przedtem setki tysięcy takich butów Niemcom. Ten udawał.. była dla mnie raczej matką. Bo trzeba jednak uznać. lecz był w gruncie rzeczy tylko ele- mentem układu. prawda? Poddaliśmy się na samym początku. że jest moim pielęgniarzem i oddawał je ludziom z siat- ki przerzutowej. i oddawał je jednemu ze swych podwładnych. co w końcu sprawiło. Aleksander zamówił dla niego jeszcze jedno piwo: — Nie chce mi pan opowiedzieć o tamtym spotkaniu? — Chętnie. i dla- czego? Przez buty z cholewami. Wojna dopiero się zaczynała i Niemcy traktowali nas dość przyzwoicie. Ponieważ nie mieliśmy butów. Trzeba umieć kłamać. zresztą prymitywnej metody. baba sama w domu. że to partia po- prowadziła naród do zwycięstwa. Kobieta. Ze mną było inaczej. Aleksandrze Dmitryczu. które nie musiało uciekać się do pomocy jednej tylko. Pożerał tłuste frytki.

Ale wszystkie te zagrody należały do jednej wsi. mówi do mnie: „Ty jesteś stamtąd”. Jeśli się nie plewi. że są to hrabiowie. nie robi nic na złość. Mój ojciec był introligato- rem. Je- żeli sadzi się rośliny. będą zduszone przez chwasty. wilgotna. ukrywała nieraz w po- jemnikach na śmieci. Nie wolno nam było rozmawiać. gdy Niemcy mieli tylu jeńców.. drugą zbierała wszystko to. regenerowałem się mając kontakt z rzeczami prawdziwymi. trze- ba tylko pogodzić się z jej surowością. jakie robiła dla mnie. Nasza zagroda — mówię o niej: nasza! — umieszczona była na skraju lasu. niezbyt dobrze pilnowali. Mimo to była dobra dla mnie. Jeśli zbiera się zboże. żeby przetransportować dziesięć worków nawozów che- micznych — Niemcy są mocni w nawozach chemicznych — i po drodze spotkałem Francuzów. które opróżniali inni jeńcy. dobrze zbudowany. rosną. Pracowałem motyką i kosą. jak zobaczyć ducha dawnej Rosji. nawet obca ziemia. Słyszałem oczywiście o białych emigrantach. nie wiem jak panu wyjaśnić. proszę sobie wyobrazić! Ale ziemia jest wielkoduszna. że nie mieli ich jak wy- żywić. Nie trzeba tu żadnego marksizmu-leninizmu. 353 . co nie weszło w chleb. wynagradza tych co ją uprawiają. pod dębem o dwóch pniach. Jeden z nich patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi do mnie po rosyjsku: „Więc ty rzeczywi- ście jesteś stamtąd?” Nie wierzyłem własnym uszom. To było już później. Zacząłem pracować na ziemi. I oto chłopak niewiele starszy ode mnie. książęta i wykolejeńcy. to praw- da: jedną stroną noża nakładała masło. Umówiliśmy się więc na niedzielę. w lesie. Smarowała mi chleb masłem. będzie zwiezione. Podob- ne kromki chleba. Dla mnie było to. i dawało mi to radość. pracowali na nich jeńcy francuscy. To było tak. z wielkimi dłońmi i ma- łymi uszami.. o trzeciej. który obaj pamiętaliśmy. Matka-ziemia. Po drugiej stronie lasu znajdowały się inne gospo- darstwa. zgnije. Ale pilnowali nas inwalidzi. Pewnego dnia poszedłem na wieś. ale zawsze nam opowiadano. jeżeli się spóźnić. Nie tak jak Rosjanka.

a ja niewykształcony. jaka się w nich znajdowała. A kto ci zaręczy. Przez cały tydzień harowaliśmy jak niewolnicy. w co wierzył. chce nam z powrotem cara na grzbiecie posadzić. Rosjanina z Francji. zmarznięte nosy i tylko jeden ołówek na nas dwu. egzaminował mnie. głupi. wy- sysałem z nich całą prawdę. Ja rosłem dzięki niemu. jak się wygrzebuje kąski ho- mara. Uczyłem się. Kiedy zacząłem brać to pod uwagę. Wszystko to wśród zapachu grzybów i mchu. zapachu. przemawiał do mnie. damy. kiedy nie znałem odpowiedzi. podpowiadał. Mieliśmy zlodowa- ciałe stopy. Szeptał. słono byśmy zapłacili. tak jak się wysysa szpik z kości kuropatwy. Czułem się osaczony. Gdyby nas na- kryto... Mikołaj Wła- dimirowicz był z ruchu Młodych Rosjan. zadawałem pytania. Pod dębem w każdym razie nie zadawałem sobie jeszcze tego rodzaju pytań. Słuchałem. którym niełatwo manipulować. Może wybuchnąć pod nosem tych. Ale wkrótce mieli dosyć: „To białogwardzista. Za pierwszym razem moi koledzy poszli razem ze mną. a on — zrozumiałem dopiero później — rósł dzięki mnie. że ta partia manipulowana była przez KGB. woleli zostać ze swoimi chłopkami. które mi przekazywał. 354 . że caro- wie nie zatrzymają komisarzy? A my wtedy będziemy się pocić pod podwójnym jarzmem?” Krótko mówiąc. jak ten emigrant opowiada o Rosji i syciłem się jego słowami. recytowałem. ja natomiast co niedzielę przychodziłem pod dąb o dwu pniach. że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Przekazywał mi to. Później do- szedłem do wniosku. który odtąd kojarzy mi się z prawdą. syna pani. bo prawda to materiał wybuchowy. Mikołaj Władimirowicz kazał mi nauczyć się na pamięć całe- go programu. żeby zobaczyć tego rzadkiego ptaka. ogarnęła mnie rozpacz. on stawiał stopnie. zaczynałem myśleć. ale nie dbaliśmy o to. harowałem ciężko. Dzięki mnie. Teraz widzę to wszystko w innej perspektywie. dzięki ideom. którzy chcieli jej użyć jako balastu ich własnych kłamstw. i sądzę. on wracał do kraju.

Trzeba sze- fów. książęta tworzą trony. Później osiąga się taki punkt. Dyskutowaliśmy. wykrzywił usta Aleksandra: — Dla kogo chciał pan zrobić miejsce? Dla obecnego następ- cy? Kurnosow jeszcze raz wytarł usta chusteczką: — Do pewnego momentu Historii. 355 . Była w nich duma. które się hartuje. przysięgi wierności. Trzeba było zająć się trzema zasadniczymi punktami: programem. budżetem i rekrutacją. Rozumie pan to? „Wracał”. Jego idee nie były jasne. Politgrammota. był to rodzaj papki. że wystarczy car. że to trony tworzą panujących. Wstał z miejsca: — Przejdziemy się jeszcze trochę? Były więzień celi numer 000 miał niespożyte siły. Coś w rodzaju doktryny monarchiczno-socjal-fa- szystowskiej. w którym było i szyderstwo i zawiść. dlaczego strzelałem do Breżniewa. Zaczęto przygotowywać rozruch „Konfraterni”. Metaliczne oczy Kurnosowa nie zwilgotniały. Mnie się wydawało. żeby zrobić miejsce. i złożyłem przysięgę. tak jak żelazo. nawet do łona matki. Wreszcie przyszła wiosna i zdałem ostatnie eg- zaminy. Wtedy dopuścił mnie do złożenia przysięgi. Uśmiech. ale nie za wielu. — Przysięgi? — Tak. jak to nazywał. Złożonej carowi. Aleksandrze Dmitryczu. i przywódcy. Jego wargi poruszały się. tak. Nie tylko do swego kraju: do swe- go dzieciństwa. żeby panował. żeby rządził”. Złościł się na mnie. Raczej stały się twardsze.. — Tak — powiedział Kurnosow — miałem wtedy dwadzie- ścia lat. której nigdy nie odwołałem. Dla tego.. Ci lu- dzie chcieli wiedzieć. wypowiadając cicho świętą formułę. przesyconym zapa- chem frytek. zwierzchników. Aleksandrze Dmitryczu. Nie mógł jej powiedzieć głośno w tym bistro. „Trzeba nam cara.

Wolność może być ugruntowana tylko na odpowiedzialności. choćby nawet wyzysk ten był osłonięty. zamaskowany. — Wasz program jest za mało budujący — krytykował go pi- lot. których adresatami są nasi bliźni. Lecz kon- kretne obowiązki. Odpowiedzialność wiąże człowieka w jego konkretnych relacjach z innymi ludźmi — wytwórcę z konsu- mentem. gdyż jej funda- mentem jest absolutny liberalizm. został później dys- kretnie przekazany Piotrowi podczas spotkania w muzeum Clu- ny czy Carnavalet. Trzeba sprawić.. rzemieślnika z klientem. są zawsze ważniejsze niż obowiązki abstrakcyjne. jawnie fałszywy. przypominać będzie orkę pługiem zaprzęgniętym przed wołami. Tekst. Ta metoda pracy prowadziła do konfliktów. zwierzchnika z podwładnym — i także z naturalnymi społecznościami. znajdując schronie- nie w sztucznych ramach terroru. lecz likwiduje niezbędną różnicę potencjału. która za punkt wyjścia obierze pra- wa jednostki. grupą zawodową. poprawiony przez Psara i przedłożony na nowo Kurnosowowi. całą ludzkością. przygotowany przez Kurnosowa. jako że marksizm jest teorią prawdziwą. Bowiem albo ponosi klęskę w walce z przyrodą i ucina równość. żeby 356 . Tymczasem od- powiedzialność stanowi wystarczająco solidną bazę sprawiedli- wego społeczeństwa. gdyż Aleksander zwykł działać samodzielnie. I rzeczywiście każdy sys- tem równościowy prowadzi do śmierci. a nie jej powinności względem innych jednostek. — Powinniście wypracować antymarksizm. który musi doprowadzić do wyzysku słabego przez silniejszego. a czysto dydak- tyczna postawa Piotra drażniła go w najwyższym stopniu. Podstawą programu była powszechna deklaracja obowiązków człowieka. Słowianofile odrzucili demokrację mieszczańską. wytwarzającą wi- talny prąd działań społecznych (oto socjalizm). Kurnosow pisał: Każda filozofia społeczna. albo też odnosi zwycięstwo. z rodziną. ludem.. Natomiast równość istnieje pod jednym tylko względem: stosunku do śmierci. do których przynależy.

zamiast żeby zatriumfowała antyteza. z której pan wyszedł dyrekcji — odpo- wiadał na to agent — ale najwidoczniej nic pan nie zrozumiał z t operacji. gdzie zamiesz- kał w pokoju bez łazienki. które one bezskutecznie usiłują zapłodnić ginąc przy tym. z kajdankami na przegubach. jak pro- wadzi się kukiełkę w teatrze lalek. Rzecz jasna Aleksander musiał przedstawić te propozycje jako swoje własne. którą ma pan dyrygować. zawierająca go w sobie. jaką zamierzamy podsunąć za- chodniej inteligencji. Kurnosow z oszczędności opuścił po dwóch dniach hotel „Choiseul” i prze- niósł się do maleńkiego hoteliku w XV dzielnicy. że marksizm to tylko jeden z momentów dialektycznego ruchu i że zarysowała się sytuacja. Oto o co tu chodzi: uświado- miliśmy sobie wreszcie. który zwracał się do niego z pewną wyrozumiałością — jeszcze nie spotkałem człowieka tak bardzo zmiennego w przekona- niach jak pan. w której za- częła się szykować synteza historyczna. Aleksander wywalczył pewne ustępstwa u Piotra i znów zoba- czył się z Kurnosowem. czyli właśnie marksizm. — Nie mam pojęcia. chociaż zupełnie się z nimi nie zgadzał. tak samo jak oszukuje się niektóre owady podstawiając im sztuczne jaja. i. I nic wię- cej. że gdy powiedzie się ta pseudo-synteza. na ukos. by spróbować wymóc na nim zmiany w tych punktach. Inne problemy związane były z budżetem. amery- kańskimi oczywiście. Wie pan. udawałem się razem z eskortą do łaźni 357 . lecz wroga mu. co było jednym z moich leningradzkich przywile- jów? Tajemnica była dobrze strzeżona. Oto właśnie sztuczka. „Do łaźni będę chodził w każdą sobo- tę. w których Piotr nie dał za wygraną.nasi przeciwnicy nauczyli się myśleć wspak. Mamy przy tym nadzieję. ale w każdą sobotę opuszczałem moją celę. Dlatego postanowiliśmy oszukać Historię. będziemy mogli powrócić do przerwanej pracy nad tezą znów dla nas korzystną. którą będziemy prowadzili tak. — Aleksandrze Dmitryczu — słyszał wtedy od Kurnosowa.

Niekiedy oddawa- łem im pięknym za nadobne. żeby trochę popościć”. Nieźle bawiliśmy się przy tym”. Kurnosow chciał pójść na ilość: — Trzeba osiągnąć masę krytyczną. aby mogły wyklarować się elity.przeznaczonej dla KGB. że w Paryżu nie ma rosyjskiej łaźni. Jeszcze inne kłopoty wiązały się z naborem członków stowa- rzyszenia. Agencja Aleksandra poświęciła część swych zysków przekazując je wspólnemu przedsięwzięciu. Gdy zaś Alek- sander rzucał mu w twarz: — Pan jest skończonym biurokratą! Piotr odpowiadał na to. przy- szedł czas. „Dość się napchałem w więzieniu. Jednocześnie jego stosunki z Kurnosowem pogarszały się. Gdy Kurnosow dowiedział się. wy. Moi strażnicy lali mi na plecy wrzącą wodę i chłostali mnie brzozowymi witkami. po rosyjsku. gdy był proszony na przyjęcia. emigranci. jakie otrzymywał z wydawnictwa Lux. nawet w najskromniejszym wymiarze. dzięki czemu Psar mógł sprawo- wać kontrolę nad „Konfraternią”. Wiercił się po parkietach pałacu Biron (jego buty skrzypiały nieprzyjemnie). Sumy te jednak nie mogły wystarczyć jako baza finansowa ruchu na skalę światową. przez sześćdziesiąt lat?” Zadowolił się jednak łaźnią turecką. wędrowały prawie w całości do kasy „Konfraterni”. Ponieważ wszystkie zyski musiały być zatwierdzane przez Piotra. na ogół zaś nie wystawiał nosa ze swego podejrzanego hoteliku. 358 . Wydawnictwo tymczasem za- mierzało wytoczyć proces Gawierinowi i odebrać mu przywłasz- czone honoraria. Dzięki temu miesięczne wy- płaty. przyznawał on sobie prawo ogo- łacania kont „Konfraterni”. kłaniając mu się głęboko. był wstrząśnięty tą wiadomością: „Jak mogliście o tym nie pomyśleć. Jadł prawie wyłącznie wtedy. zatrzymywał się przed makietą Bramy piekieł i domagał się podkładek usprawie- dliwiających zakup znaczków czy biletów metra. uśmiechając się z zadowoleniem: — Jestem zawodowcem. Przyjmujemy każdego.

że we Francji istnieją cztery ugrupowania monarchistyczne. że całe fran- cuskie getto faszystowskie postanowi zapisać się do nas. — Niemożliwe. że dzięki temu nie poddaje się najbardziej haniebnemu uczuciu: litości nad samym sobą. że jest ona manipulowana przez nas. przejęty był obsesją. Niech teraz jakiś francuski gagatek wciśnie się do „Konfraterni” i odkryje. Kurno- sow zapraszany był wciąż na prowincję i nawet za granicę. że- byśmy dopomogli w rehabilitacji lewicowym intelektualistom. żebyśmy zostali opanowani przez trockistów. założyć kartotekę. Przeciwnie Piotr: ten uważał. Żądał. Wyobraża pan sobie to krótkie spięcie? Trzymany krótko przez Piotra Aleksander odczuwał coraz większe zmęczenie. że przyciągniemy antykomunistów. żrące się między sobą? Nie chce pan chyba. iż należy sprawdzić ich pochodzenie. Biegły w kontr- wywiadzie. Ale wyczuwało się. tłumaczył sobie jednak. tym nowobogackim władzy? Tworzymy całkowicie nowy orga- nizm polityczny i musimy dbać o to. Aleksander przyglądał mu 359 . Załóżmy. albo przez bonapartystów? Ani przez światowców czy anarchistów? Nie chce pan chyba również. że przyjęcie kogoś do „Konfra- terni” będzie przywilejem. Nikt inny nie zechce wtedy pracować z nami. Wielkiej Brytanii. Michale Leontyczu. Aleksander irytował się: — Jaka druga strona ma nas opanować? Przecież wiemy z góry. że mięśnie twarzy wciąż są napięte. Aleksander był nieodmiennie jego tłu- maczem i mentorem. że „Konfraternia” zostanie opa- nowana przez drugą stronę. by kandydaci wypełniali sześciostronicowe formularze. — O to chodzi. do Belgii. wyróżnieniem. Któregoś poranka wracali z Monte Carlo. by nie został on zdomino- wany przez żadne z już istniejących ugrupowań. prawda. jego usta były otwarte. Czy pan wie. Odrzucił w tył głowę. Dochodziły do tego także wysiłki i występy publiczne. Kurnosow drzemał. był zdania.

który nigdy nie kła- mał. Zawiadomił żandarmerię. Oto szaleniec. że jego stosunek emocjonalny do Kurno- sowa jest bardzo złożony. dławiący Gawierina od chwili. 360 . «Niezależny Dziennik». że skrzynka na listy od wielu dni nie została opróżniona. odziany w niebieski garnitur pochodzący z zagranicy. to już naprawdę przekraczało wszelkie granice! — To nasza robota? Piotr studiował z zimną krwią pomiętą gazetę. którą Aleksan- der cisnął na kanapę. stwierdził. ile raczej umożliwiono mu rozwój jego szaleństwa”. ale nie analizował tego. Jego górną wargę pokrywał rzadki wąsik. okazał się uzasadniony? Aleksander natychmiast zażądał spotkania z pilotem. który przywiózł kolejną porcję rachunków. „Oto «Żelazna Maska»„. kupionym w Hermesie. Przeczytał wiadomość o śmierci Gawierina. Ten nowy szczegół jeszcze wzmógł nienawiść Aleksandra.się uważnie. — Pokazałem ten artykuł Kurnosowowi. który spędził dziesięć lat w zakładzie psy- chiatrycznym. Żmija z wąsikiem. myślał. Żandarmi znaleźli wy- gnańca w kuchni. Trup. Listonosz. we- zwań i zawiadomień do ufortyfikowanego domu w pobliżu Li- moges. który na próżno zaatakował Breżniewa. gdzie nie tyle go leczono. zawieszo- ny był na jedwabnym krawacie. Piotr siedział już w rożku kanapy w pasy w salonie Jessiki. kiedy przybył do Francji. Wisiał na jednej z tych odsłoniętych belek stropowych. Otworzył gazetę. prawdopodobnie wciąż jeszcze nie znający kobiet. Wiedział. Ładne słowa w ustach chrześcijanina! Wszyscy jesteście tacy sami. „Oto Harmodius. Czyżby więc lęk. Powiedział na to: „To ułatwi prawdopodobnie procedurę odzyskania pieniędzy”. — Nie. Oto uczeń Mikołaja Władimiro- wicza. Oto sześćdziesięciolatek. Oto synek introligatora. które tak zachwalają agenci nieruchomości.

— Właśnie w tej sprawie. zajmujące się najczęściej tematem „wiernego przyjaciela”. odwiedzanych przez dziennikarzy. W na- szej robocie niekompetencję od sabotażu dzieli tylko jeden krok. Jego wąsik dopiero kiełkował. uważał za punkt honoru ująć swego byłego agenta za ramię i wykrzyknąć głośno: — Oto najlepszy agent Paryża. i wszystko z powodu śmierci agenta. Piotr westchnął lekko. Następnego dnia Aleksander umówiony był na obiad z Ema- nuelem Blunem. i gdy tylko spotykali się w którymś z modnych miejsc. trzeba go było sprzątnąć. Myślałem o nieszczęsnym losie tego człowie- ka. Czego mógł chcieć od niego ten człowiek. który zrobił majątek na obronie biedaków? 361 . pułkownik dokooptowany. Piotr uprzejmie przyjął do wiadomości słowa Aleksandra. Ich kontakty stały się rzadsze od chwili. jak wielki błąd popełnił. Jego telefon — „Niech mnie pan zaprosi na obiad. Dorzucił nie bez pychy: — Mam sobie to za złe. żąda pilnego spotkania. ryzykuje demaskacją i mnie naraża na to samo. — Chce pan powiedzieć. zamiast skupić się na sprawie. bardzo przeciętne i chętnie czytane. Jeżeli Gawierin stał się niewygodny. — Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć? Aleksander uświadomił sobie. od dawna już wyłączonego z gry? Niech pan się ma na baczności. To on wyciągnął mnie z błota. zaczęły się sprzedawać tak dobrze. kiedy powieści Bluna. — Jacy my? Aleksander opanował się: — Ma pan rację. Tu także wchodziła w grę pycha. Spotkamy się w «Pont-Royal»?” — zaskoczył całkowicie Aleksandra. że pan. Blun jednak nie przestał okazywać swej wdzięczności. że ich autor nie musiał już dzielić się z agencją częścią swego honorarium. Psar. Nie chciał się go jednak wypierać.

Cenił luksus. Nie było w tym nic dziwnego. że nasz stół jest już gotów — powiedział Blun. oznakę powodzenia. ale tak naprawdę nie lubił go. — Myślę. z zegarkiem zawieszonym na łańcuszku. Agent literacki ciągnął dalej rozmowę o literaturze.jego świa- ta”. Przy pierwszej chwili milczenia Blun rzucił: — Wracam z Rosji. — Lubię ten lokal. ozdobiony aksamitnym kołnierzem. a ideologie rozpędzone zostały na cztery wiatry przez bank Credit Lyonnais. Blun miał na sobie płaszcz z czarnego kaszmiru. dyskretną obsługę tego baru. któremu przyznano tam nagrodę. aby stał się jednym z uczest- ników sztafety? Teraz jego paznokcie były regularnie sprawdza- ne i korygowane przez manikiurzystkę. którego wyciągnął z anonimowości. Tu spotyka się sama góra — powiedział Blun. przyglądając się jednocze- śnie gładkiej. 362 . wybrawszy bardzo starannie je- den z wielu identycznych wieszaków. że pisarze nie należeli do . że tamten wyciąga do niego przyjaźnie dłoń. by Blun zaprowadził go do jednego z foteli. która osłaniała młodzieńczą jeszcze sylwetkę i brzuszek. Uważał. wzdychając z ukontentowaniem. Gdzie podział się Emanuel Blun z brudnymi paznokciami i głową pełną ideologii. Aleksander nie zorientował się. Obaj zjawili się w tym samym momencie w restauracji i jed- nocześnie weszli do szatni. ukazał się oczom Psara w eleganckim garniturze. Pozwolił. gdyby go nie miał. a w głębi duszy był przekonany. Gdy zawiesił go już. że bardziej godne szacunku byłoby. obrzmiałej i bladej twarzy tego drobnomieszcza- nina. że spotykało się tam zbyt wielu pisarzy. z kamizelką. przy- ćmione światła. żeby zostawić swe okrycia. ale tak trywialnego. trzy- mając go za łokieć. — Wypijemy po jednym w barze? Stół mamy zarezerwowa- ny. że powracał z ZSRR. nie pozbawionego talentu. literat. Aleksander skinął głową na znak zgody. Plotkowali przy kieliszku.

który był powodem tego spotkania. który wszędzie węszył inicjatywę francuskiego wywiadu. Jest pan oficjalnym laureatem ZSRR! — Liczę. które prowadziły w głąb hotelu. żeby dostać się do waszego klubu? Czy to partia. Aleksander przytoczył kilka bardzo znanych nazwisk. że to właśnie pomoże mi się tam dostać. W końcu u ortodoksów jest to wino mszalne. Dopiero po szczegółowo przemyślanym wyborze menu i kon- ferencji na temat win z maître d'hôtel. Czy mógłby mnie pan zaprote- gować? — Blun. Emanuela Bluna? Przecież większość członków to zdecydowani antykomuniści. — W zeszłym roku to było proste.. Byli dla siebie uprzedzająco grzeczni przed na pół ukrytymi drzwiami. który zapra- sza. Aleksander nie mógł nie pomyśleć o obsesji Piotra. że to by mnie interesowało. В lun poruszył temat. 363 . A propos. Ale to zaczyna już wyglądać archaicznie. Mamy. Właśnie intronizowaliśmy wiel- kiego amerykańskiego reżysera. — Nie ukrywam przed panem. wystarczyło po prostu za- mówić Bouzy. nie rozumiem pana.. Pomimo to uznał jeszcze za stosowne zacząć od wstępu. — Pana. W końcu powinno to zrobić przyjemność wszystkim tym pana reakcjoni- stom. Blun bawił się kawałkiem chleba: — Jak to się robi. czy też Kościół. Mam na- dzieję. tego. kiedy zobaczą mnie w worku pokutniczym i z głową posy- paną popiołem. po którym dopiero nastąpił gwał- towny przeskok. co się dzieje z „Konfraternią”? — Wszystko w porządku. to świetnie. gdzie wymaga się inicjacji? — Wszystko po trosze. który nakręcił Łowcą łosi. Blun mrugał powiekami przy każdym nazwisku: — To świetnie. że będzie panu smakował Cahors. do której się wstępuje? Rodzaj Rotary Club.

Przyszedł do niej. — Kelner— zwrócił się Aleksander do maître d'hôtel— pro- szę nam przynieść jeszcze jedną butelkę. Następnego dnia no- wa wizyta u sowieckiego wydawcy: „«Genadij. Zastanawiał się dlaczego. Trzeciego wieczoru. Od jakiegoś czasu w Związku Sowieckim przestały pojawiać się nowe wydania jego książek. ale jeśli chodzi o ponowne przemyślenie jakichś szczegó- łów. ale wystarczy mi dać adres. żeby mnie nie nakryła etażna”. ale mogło mu pomóc w stwierdzeniu na miejscu. i przy- jął zaproszenie.. jeśli mam na to ochotę. nie był zapraszany na przyjęcia. nawet w apartamencie z fortepianem. dlaczego przestaliście mnie drukować? Czy coś jest nie w porządku w mojej linii politycznej? Mam tylko jedno sumienie.» «Musi się pan zobaczyć z Sieriożą» — powiedział Gena- dij. — Na bakier z lewicą? Jak to? — To długa historia. „służbowymi schodami. jednak chciał być o to proszony: ogniste wino okaże się w tym pomocne. Ten 364 . w barze. kawior szuflami. W końcu stać mnie jeszcze na zapłacenie sobie pobytu w ich „Ukrainie”. Mieszkała w tym samym hotelu. Spędził dwa samotne wieczory w hotelu. — Ale dlaczego miałby się pan pojawiać w worku i z po- piołem? — Nie mam nic do stracenia. Samo w sobie było ono niezbyt interesujące. Psar. Chciałem wreszcie wiedzieć. co to nie tylko to. do jej pokoju. Tym razem oszczędzali. poznał panienkę. co się u diabła dzieje. ale w dodatku jeszcze inteligentna. co się dzieje.. wszelkie koszta były opłacone. Zapominano go w przedpokojach. Absolutnie nie. że jest źle przyjmowa- ny. No. że to jakaś gwiazda edytorska. o co chodzi. Od samego początku Blun stwierdził. jedną z tych laleczek. — Kilka lat temu rozwijali przede mną czerwony dywan. Co prawda Blun miał wielką ochotę opowiadać. Sie-rioża? Nie znałem Sierioży. Jestem na bakier z lewicą i potrzebuję publiczności. Sądziłem.

wspólny ideał. a poza tym może pan dotrzeć do ludzi. dziękuję bardzo. «Ja znam wyłącznie pisarzy». Po pierwsze jestem Francuzem. gdybyśmy dostar- czyli pani Blun taki oto komplet?» To mówiąc otwiera szufladę. Były to zdjęcia. otwierają — jak te ro- syjskie lalki — i rozkłada przede mną tuzin zdjęć. «Proszę mnie posłuchać». pisarze nie są aż tak bardzo nieprzydatni. 365 . żeby znaleźć się w kanale Saint- Martin czy też w fosie Vincennes. Sierioża. ale stawał się coraz mniej uprzejmy i na- dymał się jak żaba..Sierioża. pan może nam dostar- czyć informacji na temat ogólnej atmosfery.. a poza tym szpiego- stwo to prosta droga do tego. Nie należy jednak sądzić. przyjmuje mnie w ponurym pokoju z portretem szalonego ascety na murze. szanowny panie. i to nawet dobrym Francuzem. że nie mamy innego typu uzasadnień do zaproponowania. otwiera tę teczkę. Ten Sierioża z począt- ku był bardzo uprzejmy. wszystkie te bzdury. «próbowaliśmy panu ułatwić zadanie. którzy nie zgodziliby się z nami rozma- wiać». «szpiegostwo to nie mój dział». mógłby ich pan użyć jako ilustracji». znajduje tam kopertę. bierze stamtąd klaser. wyciąga stamtąd teczkę. ale naprawdę nie widzę. który miał minę równie radosną jak strajkujący przed- siębiorca pogrzebowy. jak pan już zapewne odgadł. Zawsze jest przyjemnie. jak się na ogół sądzi. otwiera go. A ponadto zna pan ludzi polityki. «Bardzo mi przykro. nawet nadskakujący. ja mu na to. laluni z hotelu i pańskiego sługi w pewnej akcji”. co mógłbym dla was zrobić». «Ależ tak. ja bym z wielką przyjemnością. i przedstawia mi wybór: albo będzie pan pracował dla nas i płacimy panu dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy rocznie. będących obecnie w rządzie. Czy byłby pan zadowolony. kiedy motywem jest idealizm. «Po pierwsze. tak. jeśli o mnie chodzi to nie. która chce być wielka jak bawół.» «Przykro mi». jeśli staje się nim interes. «Jeśli ma pan ochotę opublikować nowe wydanie Aretina. No więc tutaj. niezależnie od sprzedaży. styl Greco. albo spławiamy pana. Wicemini- ster Polipier jest pana bliskim przyjacielem. powiedział mi w końcu. ale nie jest także źle.

Trzeba dodać. że jednak popełniają błędy — że pani Blun i ja uznaliśmy. zdjęcia przekazałem znajomemu sekretarzowi ambasady. W przeciwnym razie. od stóp do głów. pchany przez zwy- kłą. Mogę się panu przyznać. zasłużyłem się. W pańskim interesie będzie teraz wykorzystać mnie. Sierioża mógł sobie marszczyć brwi. lub może odgadując koleje prze- znaczenia: — Ma pan przy sobie te zdjęcia? 366 . sam jej przyniosę wasze dydaktyczne foto- grafie”. zwró- cił się jednak do swego rozmówcy. który dał je do walizy dyplomatycznej: ani widu. Sierioża za stygł jak sopel lodu. żeby wyjaśnić. iż żarty trwały już wystarczająco długo. I muszę panu po- wiedzieć. Jak niemowlę. który na ogół nie interesował się wcale tego rodzaju opowieściami. ani słychu. niedbale. i tuż przed moim wyjazdem wystąpiliśmy o rozwód. że Blun jest żmiją pozbawioną nie tylko talentu. Nauka przez obraz. zawodową ciekawość. że ten Sierioża nie wiedział — i tutaj właśnie Rosjanie mnie zawiedli. za dwa tygodnie ukaże się w «Literaturce» artykuł oznajmiający. — Tyle tylko. że między Sowie- tami i mną skończyło się. że na lotnisku poddano mnie dwugodzinnej rewizji. że się wahałem. Tyle że. W dodatku. Może to za- inspiruje panią Blun. in the pocket. Sięgam po zdjęcia. Więc śmiałem się w duchu. to ona nieźle prowadzi. i odchodzę. Wszystko to opowiadam panu. do czego dążyłem przez dwadzieścia lat. Sierioża dał mi do zrozumienia. że jeśli się zgodzę. moim pilotem zostanie ta sama lala z hotelu. żeby wam oszczędzić wydatku na znaczki pocztowe. a ja mu powiedziałem: „To fajny pomysł. kto dezerteruje. I jaką ma słodką skórę. że jak na pilota. Niech pan spojrzy. ale i świadomości klasowej. i tak dalej. Blun był już przy drugim koniaku. na mojej skórze zależy mi jeszcze bardziej niż na czyjejś. ale ja nie jestem taki głupi. miłość bez łez. póki jeszcze mogę uchodzić za kogoś. gdy Aleksander. zobaczy pan. widzi pan. wydaje się. sapać ile chciał. Za jednym zamachem osiągniecie to.

Blun. Aleksander patrzył na zdjęcie przez piętnaście sekund. wyłożył dwanaście fotografii na żół- ty obrus: — Może pan otworzyć. a po- tem podniósł się i skierował się w stronę wyjścia. sapiąc bez przerwy. bardzo dawna musiał sam uregulować rachunek. . Blun opadł na krzesło. Blun gdaknął: — Właśnie dlatego zarezerwowałem stolik w rogu sali! Nie bez trudu odnalazł wewnętrzną kieszeń marynarki. Psar wyszedł z restauracji. Kelnerzy cofali się. póź- niej jednak wydobył z niej zręcznie plik zdjęć. żeby pozwolić mu przejść. Aleksander zamknął oczy. które wciąż trzy- mał w zamkniętej dłoni: — Niech pan zamknie oczy. Blun na pół wstał z krzesła: — Psar.. Po raz pierwszy od bardzo..

nie przypominał dawnego Aleksandra: zostawił swój płaszcz z wielbłądziej wełny i rękawiczki w szatni „Pont-Royal”. 368 . Aleksander oparł czoło o szybę. — Na kiedy. że przedstawi komu innemu swoje tezy na temat Dostojewskiego.. czekająca na niego: — Pan Lewicki telefonował już. Mówił z trudem i najwidoczniej nie usłyszał wcale jej słów: — Czy zająć się rezerwacją biletów? Wszystko się rozpadło: otoczka. te same medaliony i wole oka. Lecz Aleksander Psar nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. No- wego Jorku. — Muszę wyjechać na kilka dni. On. Gdy się ma czterdzieści dzie- więć lat. całe jego życie. tak wytarte. że umie panować nad sobą. te same lamperie Trianon. 8 PERŁA To wciąż był ten sam wytworny budynek. te same kamienne schody. jak oddychać. życie mężczyzny. Samolot do. — Nie. żadnych rezerwacji. że zdawały się miękkie i elastyczne. ta sama Mał- gorzata. przypłaca się to lękiem. która chroniła go przez ostatnich trzydzieści lat. Chociaż tak. tak zawsze pewien. Musiał od nowa nauczyć się.. Małgorzata zaczęła dzwonić. jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie od pana odpowiedzi. proszę pana? — Jak najwcześniej. Grozi.

żeby zbliżyć się do biura. KGB przyjęło to ryzyko kierując się przesadną troską o oszczędność. który zawsze tak bardzo uważnie przeżywał bieżącą chwilę! Ałła była po prostu dodatkowym oficerem-pilotem. uwodziciel- skich i zdolnych zarazem do manipulowania ludźmi. — Proszę mi też zarezerwować sypialny. ruszając na zielonych. zajęła się innymi. ale kobiet-oficerów. którego mu przydzielono. Panienek nie brakowało. staż manipulacji intelektualistami francuskimi o orientacji literac- kiej. który już wcześniej deptał mu po piętach. zre- konstruował z dokładnością do paru pomyłek zaledwie wyda- rzenia ostatnich lat. — Na kiedy? — Jak najwcześniej. I to on. W jego wyobraźni pojawił się znowu obraz Gawierina wi- szącego na belce stropowej. Dlatego trzeba było zatrudniać je co jakiś czas. aby uwierzył. przejeżdżając samochodem przez Sekwanę. Błądząc po ulicach Paryża. proszę pana? — Rzym. że miała do czynienia z dwoma zna- jącymi się wzajemnie. włączając się w ruch okrężny na rondach. Gdy tylko wypełniła swoją misję. aby uciec od lewego brzegu. że będzie mógł „wrócić”. podobnymi do niego. w drugiej dyrekcji głównej. ryzyko wynosiło ileś tam procent. Ałła robiła najprawdopodobniej. stając na czerwonych światłach. gdyż związany był 369 . Pomyślał. patrząc na zegarek. i zraniło wskutek tego Aleksandra tak bardzo. Nie dało się wykluczyć. i rozmawiać ponad kontuarem z jedną z tych ufryzowa- nych idiotek nie znających się na rozkładzie jazdy. że powinien sam zająć się którąś z tych rezerwacji. W pierwszej chwili nie widział nic na ulicy. Nie był jednak w stanie wyczekiwać teraz w kolejce. że kręci się tam chłopak z szalikiem zarzuconym na szyję. w biurze po- dróży. nie było za- pewne wiele. — Dokąd. potem znowu wracając tam. którego prawie nie potrafił odczytać. potem zauważył.

Mój syn osiągnie. „Nigdy nie miałem dziecka. Nie pocieszało go natomiast to — co byłoby pewnie dobrą wiadomością dla bardziej banalnego kochanka — że Ałła wcale nie zginęła. Nie była też dla niego rozczarowaniem myśl. czego nie ma? Czyż nie uprawiał odrażającego onanizmu emocjonalnego? Wszystkie te we- wnętrzne poruszenia duszy. że musiał niekiedy aż przymykać oczy. czy mogę mieć dzieci”. To przynajmniej zostało mu oszczędzone. tak napięta. Czyż nie jest rzeczą potworną kochać coś.. Nie przyszło mu też na myśl.. Nawet przez moment nie chciał obecnie przyjąć możli- wości. wypełnieniem rozkazu. nigdy ktoś taki się nie urodził.ze swą służbą i nienawidził wszelkiego oszustwa. że ich relacja zbudowana została nie na kaprysie przy- ciągania się dwu naskórków czy dwu wrażliwości.”. poczucie. cała jego miłość. który go teraz opa- nował. że jego uczestnicy tworzą coś. że ma córeczkę. że nigdy go nie miał. wyciągnięta w przyszłość: „Mój syn zostanie. że się ich. że kobieta-oficer. musiała przerwać ciążę. Podobnie też — jako że myśl o dawnej miłości łagodzi zwykle ból z powodu jej urwania się — wolał odczucie swej pierwszej żałoby od ohydnego stanu pustki. co pewnie byłoby dla niego jakąś pociechą. Nie czuł się więc oszukany w miłości. jakby tracił równowagę. Był całkowi- cie pewny.. że jego syn być może był jednak na świecie. że nie zasłużył na oficera-pilota zajmującego się nim i tylko nim. gdy do- szedł do wniosku. by Ałła go kochała. Był poza tym obrażony. Stratę syna odczuł tym boleśniej w chwili. że ich związek był. co przerasta ich oboje. Nawet nie wiem. Zraniona miłość własna powoduje wielki ból. że nie jest już sam na świecie. Ten ukryty prąd miłości. kooocha. Nie sądził nigdy.. tak jak post-romantyczni drobnomieszczanie łudzą się. był czymś całkowicie wyobrażonym. obecny w nim przez ostatnich pięć lat. spełniająca swą misję. Fundamen- tem ich związku była dla niego raczej świadomość. ach. jego ręka. urojonym. że pękła 370 . O tym wiedział zawsze i nawet zadowo- lony był. dla Ałły.

że targ. 371 . dającego znakomite rezultaty z agentami niższego szczebla. kto okazuje się człowiekiem bez honoru. nielojalności wobec ojca. ojcze”. przez niego samego aprobowanej. ale wciąż jeszcze wojna. był tylko jeszcze jednym wabikiem w tej rozgrywce. od same- go początku nie był uczciwy. Doznawał uczucia. który ubił przed trzydziestu latu. jakiego się doznaje. że jego mistrzowie nigdy nie mieli zamiaru pozwolić mu na „powrót”. Nic więc dziwnego. że w tej sytuacji Piotr traktował go jak zwyczaj- nego agenta. jakie oddał? Podejrzewał. którym zgodził się służyć za cenę nielojalności. Był pionkiem w grze.muszla ontologicznej samotności. zgodnie z tradycją! „Wybacz. który okazał się zbyt niezależny. Dlaczego? Czy zawiódł w czymś? Czy zażądał mo- że zapłaty nieodpowiedniej w stosunku do usług. Nawet jego stopień służbo- wy. gdy zaufanym przy- jaciołom przedstawia się kogoś. żeby nazy- wać syna imieniem swego ojca. typo- wym dla wielu żołnierzy. lecz po prostu o za- stosowanie wobec niego podwójnego systemu kija i marchewki. Być manipulowanym przez wła- snych podwładnych — to jeszcze ujdzie. To zła wojna. na którą skazuje nas fakt uro- dzin i z której wyzwoleniem jest dopiero spłodzenie własnego dziecka—wszystko to było więc tylko halucynacją? A fotografie? Ileż razy pochylał się czule nad zdjęciami! Jak bardzo szukał — i znajdował! — oszukańczego podobieństwa rysów! Jak bardzo był dumny. która była przecież fabryką iluzji. które było stokroć silniejszym po- większeniem wrażenia. Kto prowadził tę grę? Ci. Podczas gdy z biegiem lat awansował na drabince urojonych stopni i rang. do którego przywiązywał wagę z chłopięcym zapałem. jego przełożeni musieli się nieźle śmiać z niego w swojej dyrekcji. co Synowi wysłanemu w misję każe wykrzyknąć: „Lama sabachtani?!”'. Grano nim. rozpoznając w tym nie wiadomo czyim dziecku po- tomka własnego rodu! Jak bardzo przepadał za tym. Ale przez przełożonych? To już podłość nad pod- łościami. coś. Nie chodziło wcale o „dokręcenie śruby” jakiemuś oficerowi.

niezdolnym do poddania się autodyscyplinie?” Powróciła mu potrzebna jasność umysłu. będę musiał wyjechać na parę dni. Stała z bloczkiem i 372 . pozostawił drzwi otwarte. Zasługiwał na ten wyjazd. gdybyś umiał drwić. jak na zepsutej płycie. ale tego dnia nie spytała o nic. propozycji odpowiedzi na listy. proszę pana. Podszedł do biurka. To samo zdanie. Zaczął czy- tać i stwierdził. że potrzeba mu kilka dni odprężenia i że w tym czasie po- winien uniknąć nadzoru dyrekcji. które ota- czały go różowym cieniem surowego drewna. ale nie powinna wiedzieć. Leżała tam poczta dla niego. Jego spojrzenie padło na orientalne sztylety. że wyjeżdżał jeszcze gdzie indziej. Wyda dyspozycje na czas swej nieobecności. — Małgorzato. Wiedział tylko. Żadna decyzja jeszcze się w nim nie skrystalizowała. żeby mnie spotkało to samo”. żeby nie wzbu- dzić podejrzeń Małgorzaty. Pozostawi je tutaj. Czy wróci obłaskawiony? Bę- dzie próbował zniknąć? Postawi jakieś warunki przed powrotem do służby? Tego nie wiedział. — Proszę pana — powiedziała Małgorzata bez ironii — wy- jeżdża pan do Rzymu dziś wieczorem lub do Nowego Jorku jutro w południe. Oczywiście. Myśl o Gawierinie nie opuszczała go: „Nie chcę. Ale już wiedział. — Tak. czy będzie go można osiągnąć te- lefonicznie. że nie był pewny. Ale w każdym wypadku potrzebne mu było odzyskanie dystansu. Później zauważył ikonę: — Ty także drwiłbyś ze mnie. czy wróci. przez otwarte drzwi. Lubił boazerie. że nic nie rozumie. czyżby mieli rację? Czyżbym był tylko sze- regowcem.. Zrobił kilka nota- tek. Nigdy jej nie wzywał w ten sposób. Normalnie zapytałaby go. inaczej niż to było w jego zwyczaju.. że nie może uciec. Przeszedł do swojego gabinetu i. — Małgorzato. musiała się domyślać. „Więc jak to jest.

Jeśli madame Boïsse będzie mnie szukała.ołówkiem w ręce. Trzeba mu to dać odczuć. Dla Małgorzaty było to żenujące. Ach. — Mówiła mi pani. Spojrzał na zegarek. Pneumatykiem. obramowane ciemnymi włosami.. lekko przechyliwszy głowę. — Proszę to wysłać pocztą. — Powie pani. Oczywiście nie miał prawa wyjeżdżać nie zostawiając Piotro- wi wskazówki. Miała na sobie granatową sukienkę z wielkim białym kołnierzem i białymi mankietami. że będę mu wdzięczny. że znów jest komendantem swojego statku. — Już to z pewnością zrobił. ale że zrozumiem także. Nie powinniśmy się opuszczać. Mówiąc nie przestawał się zastanawiać. Czuł. Proszę mu powiedzieć. Wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. jak ma się z nim skontaktować. który prosi mnie o ponowne objęcie kierownictwa serii Białej Księgi. mimo nawału pracy. jeśli poczeka jeszcze piętnaście dni. Nigdy nam tego nie zabrano. — W każdym razie proszę go przeprosić. Mówiąc bazgrał jednocześnie karteczkę z przeprosinami po rosyjsku dla Kurnosowa. Jej ciemnoniebieskie oczy. tak! Pan Lewicki. To prawda. że niezwłocznie do niej zadzwonię. Po raz pierwszy pozwolił sobie na wypowiedzenie opinii o kimś równym mu w obecności podwładnego. proszę pana — powiedziała Małgorzata sztywnymi wargami. temu prostakowi. szczególnie na samochodzie o 373 . proszę powiedzieć. że musiałem wyskoczyć do Nowego Jorku na negocjacje w sprawie kontraktu. wyrażały skoncentrowaną uwagę. źle- śmy go potraktowali przez tych wszystkich Kurnosowów. czy weźmie swój sa- mochód — numer rejestracyjny. jeśli zechce spróbować gdzie indziej. Ma pani tutaj także brulion listu do Baroneta..

— Nikogo mi nie trzeba. jakie okazywała. w dodatku moje własne pomniejszy się dzięki te- mu”. podjąć opty- malną decyzję. pomogłaby mu przeżyć tych kilka dni. Na razie nie chciał wywoływać wrażenia. Z jaką łatwością znaleźli sposób. Oczywiście.dość rzadkiej marce. pomoże mu. tak mało ciążąca. Ale od kogo? Zdał sobie sprawę. „Czy zabierając ją. żeby we wszystkim mu się wiodło. A jednak właśnie to spróbuje osiągnąć. ochraniająca. Proszę o wybaczenie. A później jakaś tama w nim pękła. ale wydaje mi się. Wprost przeciwnie. do ja- kiego stopnia KGB było dobrze poinformowane i przygotowane do działania. Podczas trzydziestu lat niedostrzegalnie spoczywała na nim ręka Pitmana. ale nie do poczucia. nie zwierzyłby się jej ze swojego dy- lematu. Jednocześnie wielokrotnie miał okazję stwierdzić. by przywołać do porządku Ballandara i Fourvereta! Uniknąć nadzoru KGB wyda- wało mu się przedsięwzięciem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. Niewiele przypominał sobie ze swego stażu w Brooklynie. — Nie słuchałem pani. o jego wybałuszonych oczach i wywalonym języku). nieznajomego samochodu. Za chwilę znajdzie się sam za kierownicą omegi czy też innego. pragnienie. Najlepiej byłoby pożyczyć od kogoś jakiś samochód. nie wystawiam jej na niebez- pieczeństwo? (wciąż myślał o Gawierinie. przyjacielska. — Proszę o wybaczenie (nauczył ją posługi- wać się tym zwrotem zamiast zwykłego „przepraszam”). mógłby go zdradzić — czy też wynajmie jakiś pojazd. kto wie. jeśli jestem niedyskretna. przynajmniej na przeciąg kilku dni. Był przyzwyczajony do sa- motnego życia. Małgorzata powtórzyła: — Czy nie mogłabym pojechać z panem? — zaczerwieniła się pod warstwą pudru. wynajętego. ale ciepło jej uwagi. nie narażam jej na ryzyko. Być może obecność tak pełna zrozumienia. że jest całkiem samotny. że ni- kogo nie zna wystarczająco dobrze. 374 . Ta perspektywa przeraziła go. że zaciera ślady. że mógłby mnie pan potrzebować.

po powrocie. Proszę poczekać. aż odezwie się sygnał i potem proszę mówić”. podjęła ostatnią pró- bę: — Nie ma nic takiego. — Co mam nagrać na magnetofon. Bardzo proszę o nagranie wiadomości dla mnie na taśmę. zajmą się sprawdzaniem Rzymu. co nie mogłoby poczekać jeden czy dwa dni. Dostałam ją od pana na uro- dziny. 375 . — Dobrze. Na drogę proszę sobie kupić szczoteczkę do zę- bów. pani Thérien.. Z przyjemnością zadzwonię do pana. I mamy magnetofon. spraw- dzą naprzód. Musiałem niestety wyjść na parę godzin. Trzeba było postarać się o rozproszenie wszelkich wątpliwo- ści: „Tu Aleksander Psar. pani. rejestrujący telefony. Pomógł Małgorzacie nało- żyć popielaty płaszcz z lisim kołnierzem. Poczuł przyjemny za- pach: — Jaka to perfuma. Aleksander wciąż jeszcze się wahał. że nie było go w samolocie.ale nagle powróciło jedno zdanie: „Mokra robota przeciwko dwu osobom nie jest dwukrotnie. lecz dziesięciokrotnie bardziej nie- bezpieczna niż przeciwko jednemu. Małgorzata odgadła z pewnością. odizolowanemu osobniko- wi”. Dałaby się raczej poćwiartować niż powiedziałaby to komuś. Małgorzata. umierając z onieśmielenia. Jeśli po odczekaniu „paru godzin” zaczną go szukać. że nie wybierał się do Rzymu ani do Nowego Jorku. — Miałem dobry pomysł. proszę pana. byłoby dobrze wziąć na nazwisko mada- me Thérien. gdyby go wynajmował.. proszę pana? — Sam to zrobię. A samochód. Gdy stwierdzą. Małgorzato? — Jolie Madame. Je- śli jednak rzeczywiście będzie torturowana? Nawet bez użycia metod fizycznych można wymusić bardzo wiele. czarną teczkę.. Dziękuję za telefon. Zresztą pojutrze jest Gwiazdka. Chwycił swą grubą. a moja sekretarka. jest cho- ra.. czy poleciał do Nowego Jorku.

Spotkamy się w tym samym miejscu za pół godziny. w tej dzielnicy pełno jest biur podróży. „Ja postą- pię całkiem przeciwnie”. powiedział sobie. Trzeba zacząć. Pojechał do swego banku. by osoby. — Jeśli nie jest pan pewny omegi. Po raz pierwszy pozwalał sobie przy Małgorzacie na aluzje czysto osobiste. Pro- szę z łaski swojej wynająć samochód na pani nazwisko. Uśmiechnął się lekko. przepraszając za swoje roztargnienie. Wychodząc z banku zoba- czył. — Nie. „zlały się z oto- czeniem”. Na kiedy wziąć samochód? — Od razu. ale ponownie zajęła miejsce pasażera. od tego co jest nerwem każdej wojny. — Czy poprosić. Przypomniał coś sobie: wykładowca z Brooklynu doradzał. 376 . niech pani użyje swych wdzięków. na bulwarze Saint-Germain. — Zostawię samochód w drugim szeregu. jakby miało to jakieś zna- czenie. — Zawadzaliśmy — wyjaśniła. — Małgorzato. W podwórku wsiadł do swojej omegi i otworzył prawe drzwi Małgorzacie. Wahała się. Gdyby policjant protestował. żeby nam dostarczyli samochód? Trzeba było uniknąć zwracania na siebie uwagi. Weźmiemy samochód z garażu. Oczywiś- cie oddam pani pieniądze. Czy ma pani kartę kredytową? — Tak. Ale jak to osiągnąć? W jednej z powieści Paula Bour- get pewien nauczyciel kupuje nowe ubranie w sklepie „Old En- gland” i dopiero potem ośmiela się pójść do krawca. że Małgorzata przestawiła samochód. Podjął w gotówce cały swój wkład. Aleksander raz jeszcze opuścił lewy brzeg. może weźmiemy mojego renault? Jest niebieski — dorzuciła. Udało mu się zna- leźć miejsce do parkowania pod Operą. proszę pana. które nie chcą zwracać na siebie uwagi.

dziękuję pani. — Proszę. Na postoju nie było żadnych pojaz- dów. nie zauważył nikogo innego podejrzanego. wykonał kilka elementarnych manewrów w Galeries Lafayette. Aleksander szedł za nią w pewnej odległości. Nie nosił nigdy ani kapelusza. Małgorzata czekała na niego tuż obok omegi. że nic jeszcze nie zrobił. dwustron- ny płaszcz nieprzemakalny. Pomyślał jednak. Nie miał pojęcia. Zanim więc zrobił zakupy. dokąd jechać. Proszę mnie zabrać spod dworca Saint-Lazare. No więc? — Musimy odebrać peugeota z Avenue de la Grande-Armée. Bez płaszcza marzł. Na ulicy pali- ły się girlandy lamp. Aleksander opuścił dom towarowy. Małgorzata ruszyła w stronę postoju taksówek. Samochód Małgorzaty mógł być im znany. Można było całkiem spokojnie przyjąć. Otworzyła niebieski parasol. ani parasola. Nie odwróciła ani razu głowy. Proszę wziąć jakiś wygodniejszy sa- mochód. tak żeby nie musiała pani szukać miejsca do parko- wania. Uznała. tweedowy kaszkiet. żeby ktoś ją śledził ani żeby rzucił się w stronę kawiarni. — Sherlock Holmes. że nie powinna całkiem zataić swego zdziwienia: — Ubrał się pan w stylu angielskim. bardzo mi miło. nadający się na większą podróż. Weszła do samochodu i nie wyglądało to na to. Zapadał zmierzch. Ładnie się po- ruszała. Będę czekał od strony Cour du Havre. niech pani tam pójdzie i weźmie wóz. parasol i ręka- wiczki. Zaczy- nał padać śnieg. — Nie. czuł się głu- pio wyposażony w ten sposób. Brakuje mi tylko fajki. kilka płatków osiadło na jej czarnych włosach. Jej popielaty płaszcz prawie nie dotykał bioder. ale udało jej się złapać przejeżdżającą ulicą taksówkę. do telefonu. Chłopak z szalikiem na szyi nie pojawił się. Niech żyje Boże Naro- dzenie kupców! W sklepie „Old England” Aleksander kupił ciepły. 377 . by zmylić ewentualny ogon. że także i ona nie miała ogona.

Chłód szczypał go w nos. zabezpiecza- jąca wszystko przed wyjazdem. rozbawiony. popychając go w stronę Francuzów. czekając na Małgorzatę. Trzeba będzie podać fałszywe nazwiska. odłożył słuchawkę. Fałszywe nazwiska. Aleksander. jak dobiera się do pal- ców u nóg. przekręcając dwukrotnie klucz. że nazywał się pan inaczej: Aleksander Psar. „Nazywam się Jean Dupont. Ale po co? Operacja Konfraternia rozwijała się w najlepsze i KGB nic by nie zyskało odtrącając Psara. drogi przyjacielu. pewna. Czy oni o tym wie- dzą? Wszystko razem nie trzymało się kupy. policzki i uszy. Przyklejony do białej. że on naprawdę od- mówił współpracy?” A może w grę wchodził wariant rozgrywki jeszcze bardziej wyrafinowanej? Może nie była to wcale pomyłka dyrekcji. Jak jej to wytłumaczyć?” Mógł złożyć wszystko na karb KGB. Z dworca Aleksander zadzwonił do Bluna: — Bardzo mi przykro. Spacerował chodnikiem. — Tak? Za- łożyłbym się. Blun nie odważył się zażądać zwrotu rachunku za obiad. końcowa faza montażu? W ten sposób dano by mu do zrozumienia. To 378 . mówił do siebie: „Nie powinienem był opuszczać tak nagle Bluna. przeciwnie. lecz. nie zdradzi nigdy. ale wolę panu powiedzieć prawdę: chwy- ciła mnie nagle straszna kolka. z oczami utkwionymi gdzieś w pustce. że powróci tam. Śmierć Gawierina była dobrym argumentem. śliskiej bariery. To zaskoczy Małgorzatę. Ale recepcjo- niści to donosiciele. więc ja ukrywam się w pani towarzystwie”? Przypomniał sobie. że był oszukiwany. Mógłbym coś wy- myślić na poczekaniu. Oczywiście. A zatem: „Oni powiesili Gawierina. Czuł. Skąd mam mieć pewność. „Nie wypełnia się już kwestionariuszy w hotelu. Aleksander wsiadł do metra. Mogło mu to dać do myślenia. ma- łostkowa oszczędność. Dobra gospodyni. jak starannie Małgorzata zamknęła wszystkie trzy zamki w drzwiach biura.

Naprawdę jednak panowała tu tylko szarzyzna i melan- cholia... Widziałem program w telewizji. Okulary? Ale nie zdobyłem się na to. Peru- ka? I Małgorzata miałaby mnie zobaczyć w peruce albo z przy- klejonym wąsem? A jeżeli jednak dam się złapać i oni zerwą ze mnie tego wąsa. Dotykał dłonią przy- rządów i dźwigni. w ostatni piątek. którą mógłbym zgolić! To brak przenikliwości. Od- stąpiła mu od razu kierownicę. tę perukę. „Jeszcze za mało «zlałem się z otoczeniem». Czerwona szminka dokład- nie zakrywała jej duże. Puegeot włączył się do żelaznego potoku samochodów. posępny Paryż. to byłoby podejrzane. pełni zawziętości przechodnie biegali ulicami. 379 . Wokół nich mrowił się grudniowy. żeby wejść do optyka i kupić okulary ze zwykłymi szkłami. I nawet nie mam brody. Obejmował w posiadanie mostek kapitański. że mam wystąpić w przedstawieniu teatralnym? Nie. samochód łaciński w miejsce anglosaskiego. jak bardzo jest pan do niego podobny. która nie miała żadnego znaczenia. Peugeot miał całkiem inne wła- ściwości niż omega. z «Żelazną Maską»„. Chyba żeby powiedzieć. motor zdawał się obiecywać zarówno przyśpieszenie jak i wytrwały wysiłek. że nigdy nie prowadził ro- syjskiego samochodu. nie wia- domo za czym. prowadząc czarnego peugeota. Małgorzata przyglądała mu się.” Czy jednak rzeczywiście uda mu się wrócić? Zaczynał w to wątpić. bawiąc się czynnością. Czuło się inne rozłożenie mocy silnika. Jedynie sprzedawca kasztanów mógł być uznany za nostalgiczną aluzję do poczciwego dickensowskiego świata. tak by to określił jego ojciec. „Gdy wrócę. okulary?” Kupił lekko przydymione okulary słoneczne.niesłychane. „Mój krążownik!” Pomyślał. jej twarz nie wyrażała nic. Aleksander zapuścił silnik i ucieszył się jego mocą. pewne siebie usta. lecz przeszkadzały mu i nie nosił ich. Małgorzata nadjechała. potrącając się wzajemnie. ogarniał wszystko spojrzeniem. W kioskach marzli sprzedawcy gazet. Pod- bródek schowała w lisim kołnierzu. Alek- sander zmieniał biegi. coś agresywnego.

żeby nakarmić jakiegoś kole- gę. poleganie na samym sobie. że może aż tak poddać się swojej podświadomości. Biedny Dymitr Aleksandrowicz przez całe życie marzył o posiadaniu choćby karabinu. ofiarować róże swojej żonie albo synowi używany słownik łaciński. który zawsze bardzo precyzyjnie kalkulował swoje postępowanie. wieczo- rem. żeby go kupić. Nie dlatego. Czy Gawierin kupił strzelbę myśliwską? Czy powiesił się z rozpaczy? Myśliwska strzelba nie chroni przed rozpaczą. Broń to coś więcej niż broń: to decyzja. by miał być użyteczny. co dla poczucia godności człowieka. A jednak tak. ni czym samolot prowadzony przez automatycznego pilota. Ileż razy próbował zaoszczędzić kilka franków. dokąd jedzie. zużyty. szansa ofiarowana odwadze. Używany. spławić — ileż znaczeń kryje się w tych słowach! Spławić — upłynnić. wydało się bardzo dziwne. ale niezbędny. co stało się z Gawierinem. ale — w pewnym sensie — niezbędny! A później roztrwonił te drobne oszczędności. samotnym w jego fortecy. duma. Myślał o tym człowieku. Aleksander pochodził z rodziny. uto- pić w kloace. — Tak — powiedział Aleksander po kwadransie milczenia. W jaki sposób został „zlikwidowany” Gawierin? 380 . Być może usunięty. To będzie oczywiście tylko etap. w pewnych przypadkach. skierować do ścieku. jak usuwa się niepo- trzebną fastrygę czy też rusztowanie. Małgorzata patrzyła wprost przed siebie: — To straszne — powiedziała — co przydarzyło się biedne mu Gawierinowi. które do niczego już nie służy. Skąd jej to przyszło do głowy? Dopiero na prowadzącej na północny zachód drodze wyjaz- dowej Aleksander uświadomił sobie. — To straszne. patrzenie loso- wi prosto w oczy. w któ- rej posiadanie broni uznane było przez stulecia za coś oczywiste go. że w końcu sam siebie usunie. Zlikwidować. Być może opuszczony. ponieważ wiedziano. Jemu. nie tyle ze względu na bezpieczeństwo.

których jeszcze parę godzin wcześniej określał jako „my”. Jeżeli 381 . zacisnął mu przełyk i tchawicę. ozdobiony strzemionami i munsztukami. śliski jak powierzchnia płynu. Myślała. Został zaklasyfikowany jako niezdatny do służby. który odepchnął? Sam. Czyż można odrzucić człowieka jak rzuca się niepotrzebne narzędzie? — To ja — powiedział Aleksander — ofiarowałem mu ten krawat. używając właśnie tego krawatu? Małgorzata wyciągnęła dłoń w rękawiczce i złożyła ją na okrytej rękawiczką dłoni Aleksandra: — To nie pana wina. Chyba że zainstalowali mi- krofony w moim biurze? (Jakże szybko ludzie. czy też sam tak się określił. komórki czy ciałka krwi. ale jednak sam z fizycznym bólem. Ale nie wiedzą. że samochodem. Czy całko- wicie się myliła? — Czy sądzi pan. Jutro. oni? Aleksander skoncentrował się na prowadzeniu samochodu. nie mogą wiedzieć. i krawat Hermesa. mogliby coś w niej zmajstrować.. czy też sam miał w sobie coś w rodzaju ekipy likwidacyjnej. gdzie znajduje się Małgo- rzata. sam. i umarł. że Aleksandra gnębią wyrzuty sumienia. że wynajętym.. to wiedzą. że to. pojutrze pomyślą o sprawdzeniu. znaleźli się w przedziałce „oni”!) Jeśli tak. Jak długo cierpiał? W takich okolicznościach. Jeśli idzie o peugeota. piękny. że wyjechałem z Małgorzatą. Bóg wie co. jedwabisty krawat. ago- nią. Czy przysłano mu ekipę z V departamentu. Albo nie sam. spławić? W jakimś sensie to nie miało znaczenia. „Gdybym zatrzymał omegę. Ale na razie nic nam nie grozi. znalazłby coś innego. a przede wszystkim. Czy to był znak? Czy to był sygnał? Czy próbowano mu dać coś do zrozumienia. czy czas płynie tak jak zazwyczaj? Czy próbował znaleźć stopą tabo- ret. które jak małe gnomy pewnego pięknego dnia dotarły aż do mózgu i postanowiły go usunąć. że to ja go prowadzę. jeśli specjaliści z piątki mu dopomogli.

— Co też pan mówi! Pułkownik uznał. — Może wiatrówka. Mały. że zapyta po prostu: „A jakie jest pana oficjalne nazwisko? Na przykład to. To pana widzia- łem kiedyś w telewizji.” Próbował otrząsnąć się z tego koszmaru: „Czy zamieniam się w Gawierina?” Gawierin kołysał się na końcu krawata. Wszystko to przychodziło im bez najmniejszego wysiłku. — Kopa lat! Niech mi waćpan coś wyjaśni. które sobie tu skonstruował. jak zawsze? — zapytał tylko. W Pontoise powiedział: — Coś mam do załatwienia. jestem z pochodzenia Ro- sjaninem i w naszym alfabecie literę „p” wymawia się jak „r”. A Bal- landara doścignęła jego przeszłość sprzed czterdziestu lat. Czy może pani po czekać na mnie w tej kawiarni? Wziął ze sobą teczkę. a mają z całą pewnością.. że byłoby niegrzecznie naciskać. które ma pan w prawie jaz- dy?” Jeszcze do tego nie doszedł. ale pusz- czona w ruch maszyna jego mózgu nie zatrzymywała się. Aleksander miał nagle przypływ inspiracji: — To byłem ja. okrągły pułkownik był uradowany jego widokiem. Nie- długo dojdzie do tego. Tylko. Rozpadało się bezpieczne alibi. czyż nie. Fo- urveret został napiętnowany własnym wstydem i dalej musiał się uśmiechać. 382 . — Tym razem tylko wiatrówka.. a oni mówili P-sar. Być może jego mania prześladowcza nie była tak absurdalna. Małgorzato. le- piej unikać odrzutu. albo ma pan sobowtóra? Tylko ja zawsze myślałem. że pan nazywa się R-sar. Dokucza mi reumatyzm. widzi pan. albo strzelnica kulowa.jednak mają swoje anteny w biurach wynajmu. jak się uważało.

z kulami o ściętych czubkach. Nie był już od nikogo zależny i gdy tylko minął pierwszy mo- ment niepokoju. niósł w teczce swojego Smitha & Wessona i pudełko naboi 357 magnum. Sam nie wiedział. na pół otwarte pyski posieją więcej spustoszenia niż normalne. prawej dłoni.. mojego ojca nie było jeszcze w 383 . kilka dni. celowania i spustu. że zdjęła rękawiczkę tylko z jednej. poproszę filiżankę czekolady. przejechawszy peugeotem w bardziej ustronne miejsce. złośliwych naboi 357. Małgorzata czekała na niego cierpliwie. po to. aby zastąpić zwykłe naboje 38. „Popełniam wykroczenie”. że ich wielkie.. Zauważył. że jak na solidnie zbudowaną kobietę miała zadziwiająco drobne ręce. pijąc ciepłą czekola- dę. będę żył jak samotny wilk. tylko uśmiechnęła się do niego. Nie miał pozwolenia na posiadanie broni. „ Naprzód jed- nak. Ale kiedy wychodził. która to może być godzina. ciężkich. Spojrzał na zegarek: „Biedna Małgorzata. Nie chciała wprawiać go w zakłopotanie. Potem się zobaczy”. — Czekolada? Pani to lubi? Od czterdziestu lat nie piłem ka- kao. czuł przypływ energii. która pozwala zminimalizo- wać rozrzut trafień. przez sześć wielkich. że policja zatrzyma go i podda rewizji? Podwójny teraz ciężar teczki dodawał mu otuchy. Nie udawało mu się osiągnąć tej syn- tezy oddechu. gdyż zapomniał całkowicie. Jakież było prawdopodobieństwo. Stwierdził także. powiedział sobie z ponurą satysfak- cją. Z prawdziwą przyjemnością rozmyślał nad tym. ostre pociski. „Przez kilka godzin. czeka na mnie. dlaczego nie chciał strzelać kulami. Kwaśny. Wtedy wydawało mi się dobre. tkwiące w bębenku rewol- weru. otworzył (wojskowi mówią na to: rozdziewiczył) święte pudełko. Spojrzał na zegarek. wstrętny smak natychmiast odnowił w jego pamięci dawne przeżycia: — Gdy wracałem ze szkoły. Czuł się teraz młodo. Po raz pierwszy w życiu nie wstała na powitanie swego prze- łożonego. Czemu by nie spróbować? Kelner. Pudłował bez przerwy. poczuł się radośnie podniecony.

a za świętych nie trzeba się modlić. Przyszło mu na myśl rosyjskie określenie używane wtedy. Gdziekolwiek się obrócił.. Poczuł się w obowiązku zadać jej podobne pytanie: — A czy pani rodzice żyją. nasta- wiałem kakao i. a potem ośmieliła się spytać.. Mat- ka mieszka w Lisieux. że moja mat- ka była świętą. krewnych. dlatego spędzam tam wakacje. 384 . trafiał na pustkę. gdy miałem dwa lata. Wmawiam to sobie z pewnością. pisałem jeden czy dwa poematy epickie. — Ojciec nauczył mnie kilku modlitw: Ojcze nasz. Tak właśnie było z nim. i jeszcze modlitwy za tych. Małgorzato? — Matka. że ma jeszcze rewolwer. — Nie miał pan matki? — Moja matka umarła. czekając aż się zagotuje. Zdrowaś Mario..? Małgorzata uśmiechnęła się smutno. Nie słuchał jej. na dnie którego była czarna plama po odpryśniętej emalii. — To znaczy nie pamięta jej pan? — Nie.. Ojciec zginął w Indochinach. jak błękit nieba. Czasem wyobrażam ją sobie. Małgorzata odczekała dłuższą chwilę. Zapalałem gaz. Tak samo clochard myśli o swoim psie. Raczej do niej mógłbym się modlić. Ale czemu mój ojciec.. ale zostawiał na kuchence garnuszek. co umarli. To ciekawe.. co żyją i za tych. wstając z krzesła. gdy ktoś stracił i ojca i matkę: „całkowity sierota”. za moich dziadków.. Nigdy za matkę.. Był zmieszany. Jak różę. — Czy ojciec opowiadał panu o niej? — Nigdy. Wtedy dziwiło mnie to. w czasie wojny. Modliłem się za niego. — Chodźmy — powiedział. Myślał o próżni. cichym głosem: — Co jest ciekawe? Jego przysłonięte rzęsami oczy wpatrywały się w coś.domu. Przypomniał sobie. I właśnie coś mi przychodzi na myśl. w jakiej się znalazł. Byłem przekonany. czego ona nie mogła zobaczyć.

— Dokąd? Nie wiedział. tak jakby nikomu nie chciał odstąpić tego przywileju. Aleksander nie mógł uwolnić się od myśli. gdy zo- stawił peugeota pomiędzy jaguarem i porsche. — Czy ma pan zarezerwowany stolik? — A trzeba rezerwować? — Dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia. a lekarze — asystentki. znalazło się rozwiązanie. na podwórku otoczonym nowoczesnymi budynkami. tak kompetentnie. Nagle nabrał wielkiej ochoty. Pracowała z tak nie- zwykłą wydajnością. Dlatego też niezmiernie rzadko się zdarzało. zdjąć jej płaszcz. Znał niedaleko stąd. Gdy do tego jednak dochodziło. że w gruncie rze- czy w każdej restauracji świata czeka na niego zarezerwowany stół. do którego prze- mysłowcy sprowadzają swoje sekretarki. ci klienci! Jak przyjemnie żyłoby się bez nich!” — Tędy. by upadła. Ale nie. Aleksander wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę oświetlonego ganku. nad Sekwaną. Była już noc. proszę pana. by musiał od- chodzić z niczym. — Na pewno znajdzie pani coś dla nas. Błotnisty śnieg lo- dowaciał. Fourveret zaprosił go tu kiedyś na obiad. rzekł więc: — Zjemy kolację. niewiele brakowało. odczuwał za- razem upokorzenie i wściekłość. pozwalając mu zabrać swój wła- sny prochowiec. Było zimno. — Szatnia. Małgorzata pośliznęła się.. a potem obrócił się plecami do kelnera. wzrok wbity w niebo: „Ach. co jej odpowiedzieć. lokal. proszę pana. proszę pana? Zależało mu na tym. Westchnienie. zasługiwała na coś wię- cej niż pensja. oddawa- nej w restauracjach: odbiera się od klientów płaszcze i podsuwa 385 . wo- bec Małgorzaty. by pomóc Małgorzacie. by „dogodzić” Małgorzacie. Gdyby tak miało być teraz. w których zastosowano starą technikę pruskiego muru.. Drażniła go wulgarność tej pół-usługi.

Aleksander wziął whisky z małą ilością lodu.. Spis potraw oprawiony był w skórę. czy też i tam dosięgliby go przyjaciele? Małgorzata zamówiła porto i dostała butelkę pięćdziesięcio- letnią. czy dobrze zro- zumiałam. Symfonia bieli i czerni. ale gdy już uiszczą rachunek. Wezmę ją ze sobą. — Teraz już pan nie pisze? Szkoda. Na szczęście teczka sama w sobie by- ła obszerna i ciężka. Pan pisał kiedyś wiersze? — Dziesiątki! Uważałem się za poetę. Czyżby wyobrażała sobie.. a nie czasu. na którą składały się ubrania kelnerów i nakroch- malone serwetki. jej dodatkowy ładunek nie zwracał na siebie uwagi. skórzana.. czy we francuskim więzieniu byłby bez- pieczny. — Czy zostawi pan teczkę? — Tak. jak to powiedzieć. kontrastowała przyjemnie z mrozem zimowej nocy. Oparł ją o nogę krzesła. czyste. Sądzę że je- stem dość dobrym agentem — potknął się na słowie „literackim” — ale pisarzem? Nie.im się krzesło. dziękuję bardzo. Nie wiem.. Małgorzato. — Naprawdę. a także ogień trzaskający w stylizowanym na średniowiecze kominku. niech sobie sami dają radę. Wyobraźnia Aleksandra nie mogła się uspokoić: ciekawe. łobuzy.. 386 . Z pewnością ma pan za mało czasu.. Tak czy inaczej trzeba było mieć się na baczności. Nie.. w nadziei. Do tego potrzebne są specjalne właściwo- ści — brak wstydu i respektu dla samego siebie — na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. na której wytłoczone były fantastyczne. to nie jest zajęcie zupełnie. że ma się dość czasu? — Brakuje mi talentu. Pluć w chusteczkę i podsuwać ją innym pod nos. baśniowe herby. że pisze się dlatego. że znajdą tam krew? Nie. Zwłaszcza od czasu ro- mantyzmu.. — Powiedział pan przed chwilą. pełna zamków.

I dodała uśmiechając się: 387 . To nic. walczył przeciwko Francji. nie miał syna. a Francja ofiarowywała mu co miała najlepszego. że sam coś dla pani wybiorę. Była jedynym dzieckiem.. w której się znajdowali. Sam także jadł bardzo dużo. — Pozwoli pani. speszona brakiem cen w karcie: — Może zupę. chociaż nie miała już apetytu. — Od czego pani zacznie. I nie grała kogoś. Cios de la Pucelle do krabów i Grands-- Echezeaux do bażanta. Małgorzato? Kochała pewnego mężczyznę. Nim została zatrudniona przez agencję Psara. Przerwał jej w pół zdania: — I nigdy nie myślała pani o zamążpójściu. Odgadł. a ja nic o pani nie wiem. To śmieszne. Aleksander przyglądał się jej raczej niż słuchał. Restauracja. by go nie rujnować. Zmusił Małgorzatę. że coś komuś ukradłam”. Małgorzato. Wybrał królewskie menu: pasztet z gęsich wątróbek i do nie- go wino Dom Perignon. „Nie chciałam żyć w poczuciu. miał dzieci. w jaki jej palce o starannie zaokrąglonych. że wyszła ze środowiska drobnomieszczań- skiego. Stawał się agresywny. nie olśniła jej. Ubierała się bardzo dobrze. Tak. Musiała pra- cować. mówiła prawie bez zarzutu. że chce wziąć coś najtańszego. Dawno temu. Owszem. pracowała w dwóch miejscach. miała ład- ną postawę. I tak miała klasę. Był żonaty. by wzięła jeszcze sery. i przyjęła to z radością. Tak. Skończyła skromne lecz niezłe studia. zgi- nął na wojnie. pokrytych czerwonym lakierem paznokciach przylegały do kieliszka z bia- łym winem. Małgorzato? Wahała się. Czy ma pani rodzeństwo? Opowiedziała mu o swoim życiu. i na koniec uraczył ją jeszcze sorbetem z fruits de la passion. został zdradzony przez własnych ludzi. Ojciec był podoficerem. Podobał mu się sposób. kto jest zachwy- cony. Matka uczyła pisania na maszynie. — Niech mi pani opowie o sobie. pracujemy razem od dwudziestu lat..

ciemnej komórce. Raz czy dwa było bardzo źle. że przyciąga mnie trupi odór Gawierina. 388 . — Nawet pani nie pyta. niejeden raz. na pewno. „Dlaczego na południe?”. by nie zo- stawiać żadnych śladów w tej podróży. Niebo było czarne. — Jestem szczęśliwa mimo tego. że mapa obejmuje właśnie ten obszar. gotówką. że przywykłem jeździć w tę stronę z Gawierinem. — Nie wiem (wiedział to całkiem dobrze). — Ależ nie. Długo jechali w milczeniu. tak jak zabójcę miejsce zbrodni?” Ciepło panujące w tej małej. całkiem nieświado- mie. 1 wy szedłby pan z tego beze mnie albo z kimś podobnym do mnie. przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile. Wypili jeszcze kawę. Co miało znaczyć to majestatyczne „my”. pędzącej przez mróz jak rakieta w kosmosie. a potem on zapłacił. Na zewnątrz także trwała symfonia bieli i czerni. — To wszystko jedno — odpowiedziała. ile agencja pani zawdzięcza. z którego Małgo- rzata najwidoczniej została wykluczona? Podjęła to określenie. Małgorzato. zapytywał samego siebie Aleksan- der. a może dla- tego. Małgorzata patrzyła przed siebie. to ciepło dzielone przez Aleksan- dra i Małgorzatę. czy kiedykolwiek pani powiedziałem. ziemia biała. Aleksander. „Dlatego. I jeszcze później. ruszył na południe. Bez pani nigdy by nam się nie powiodło. Poszlibyśmy na dno bez pani. włączając się w pluralis: — O tak. że dzielące ich bariery zaczęły stopniowo tracić na znaczeniu i znikać. — Och. pruski mur mieszał z sobą elementy. dokąd jedziemy — powiedział Alek- sander. powodowało. ciszej: — Jestem szczęśliwa mogąc pracować u pana. ale udało nam się z tego wykaraskać. albo dlate- go. Jej podbródek krył się w fu- trzanym kołnierzu.

Myślał o tym z wielkim niesmakiem do samego siebie. i wszyscy Kurnoso- wowie pochodzili rzeczywiście z tego królestwa za górami. „nic”. Rosja? Rosja opuszczona przez jego ojca. że Piotr i wszyscy Iwanowie. ale ironiczny Jakub Pitman: nigdy nie być pierwszym. odkrycie majestatycznego rytmu rosyjskiego heksametru. To słowo. pikant- ny smak sekretu. ale dla owej wcielonej Historii. były tylko upokorzeniami znoszonymi bez potrzeby. chrobotanie klucza w drzwiach. gdyby taki istniał. że pewna mała dziewczynka o ciemnych włosach. które tłumaczyły się przez ascezę rycerskiej inicjacji. Gdy- by wiedział. gdy jego syn podnosił się. Wszystko to w pamięci Aleksandra tworzyło epicką konstelację. I sfermentowany zapach wińska wydobywający się z ust Dymitra Aleksandrowicza. ponieważ tam właśnie by wzrastał. za la- sami? Piotr nie nazywał się Piotr ani Iwan Iwan. który był dla niego niczym. żeby go pocałować. Ponieważ jednak sądził. przeziębienia. Później.. albo Rosja jego syna. uderzyło go. oczywiście nie z powodu Włodzimierza Iljicza. byłby w dalszym ciągu wierzył w Rosję. Kto mógłby mu udowodnić. w co wierzył. Emaliowany rondelek. cała Rosja wydawała mu się tylko krwawym mitem. Aleksander myślał o wypitej niedawno filiżance czekolady i o wywołanych przez to wspomnieniach. Od trzydziestu lat żył po coś. ani niektórzy 389 . który towarzyszył już jego okresowym spotka- niom z Jakubem Mojsiejewiczem. właśnie w tych dniach nauczyła się pierwszych linijek rymowanki ku chwale Lenina: Gdy małemu Leninowi rosły mleczne zęby Do walonek swoich musiał kłaść otręby. dostrzeżony na tle okna po drugiej strony ulicy. ale uplasować się jak najbliżej pierw- szego. tak. po nic. Przypomniał sobie nagle pró- bę. że jest bezdzietny. gdzie mieszały się ze sobą dziurawe podeszwy. której poddał go serdeczny. wieczorem. Te ćwiczenia. W ostatnim okresie przed szpitalem klucz długo szukał wejścia do zamka. owoc jego lędźwi.. lecz czego istnienie wydało mu się nagle wątpliwe. profil sąsiadki.

razem z białymi brzozami. Ale reszta? Ta początkowa komórka. i który odkrywa. ale wszystkie molekuły tworzące jego ciało po- chodziły z tutejszego humusu. a on wymyślił sobie inną Rosję. kilkoma pudełkami kawioru. no i w końcu wierność. lśniącą gdzieś poza światem. że istniała jeszcze w jakikolwiek sposób. nieśmiertelną. przypływ morza zatopił ją. Ale wierność dla wierności? W jednym błysku zrozumiał nagle paradoksalny hieroglif swoje- go losu. który zawsze wierzył w Boga. z jakiejś innej planety. czy kiedykolwiek spożył coś pochodzącego z ziemi jego przodków? Nigdy nie czuł się Francuzem. Rosja. dla których praco- wał. komunię świętą. pochodzili skądinąd. Ale cóż on o niej wiedział? A jeśli nawet istniała. nie wszystkie. ponieważ widział kościoły. nieskończonymi stepami. A tymczasem. w wiel- kim ciele Aleksandra. i agenci KGB byli na usługach światowej konspiracji lichwiarzy. ciele żywionym frankońskim zbożem. co go z nią łączyło? W jaki sposób byli ze sobą związani? Nagle inna myśl przejęła go zgrozą: czym jesteśmy? Tym. 390 . Mówiono mu o pewnej Rosji. pewne formy myślenia. święte obrazy. Na początku były dwie gamety. A w końcu mo- że nawet ten wariat Kurnosow miał rację. że to niczego nie dowodzi i może być tylko gigantyczną inscenizacją. cywilizacja. a ludzie. zakładając. co jemy. poza kilkoma litrami wódki. krzyże. szarymi wilkami. która miała jakoby istnieć gdzieś w świecie. frankońskim mięsem.z Kurnosowów Kurnosow. KGB jest może tylko przykrywką czegoś innego? Aleksandrowi przydarzało się to. Oczywiście był też język. które złączyły się w jedno i które pochodziły skądinąd. Nie. siódma część stałego lądu kuli ziemskiej. żeby stać się Chrystusem. To dlatego chrześcijanie jedzą ciało Chrystusa. złoconymi ko- pułami. być może nie była nim wcale. jeśli o niego chodzi. dziedzictwo. była na obczyźnie. co dzieje się z nastolatkiem. idealną.

Ta zdrada. Wierność więc zupełnie bezinteresowna. który je rozsławił). skąd pochodził. dobrowolne wygnanie. A w końcu wierność wobec przyszłości. Właśnie w taki sposób stał się w pewnym sensie negatywem sa- mego siebie. a przed nim jego ojciec. takim. od- czuwana wobec innego kraju. absolutnym zdrajcą. nie łagodził tej zdrady. rodząc się we Fran- cji. ta cywilizacja już się przeżyły. była tylko formalna. pogrzebanej cywilizacji. nie popełnia zdrady małże- ńskiej. której Aleksander już nie znał. Urodził się zdrajcą. że Aleksander we własnym przekonaniu dotrzymywał wierności swej ojczyźnie. wierność zmuszająca do tysiąca po- święceń. co znaczy żyć jak ryba w wodzie”. Aleksander w głębi duszy odrzucał zawsze to słowo tak charakterystyczne dla brodatego pedanta. 391 . Nie usprawiedliwiała jej nawet pokusa. Zdradził Rosję. pewnej nadziei: „powrócić” do tego raju. Także i fakt. powtórzył zdradę jedząc Francję. którą sobie wymarzył. Ale ta kasta. Był czystym. dająca tylko wewnętrzną satysfak- cję. że chciałem dać Bogu lekcję wierności”. marząc o Rosji. ale której wyrzeczenie się splamiłoby jego honor. który nie ma ani motywu. więc mniej bezinteresowna. Aleksander. przede wszystkim. Wierność. chwalebna. jeśli nawet była. ale związana z tymi samymi wyrzeczeniami: osamotnienie. który się ponownie żeni. Druga zdrada — urodzić się gdzie indziej — nie po- chodziła z wyboru. Poza tym wierność wyobrażonemu wspomnieniu: tej mar- twej. I wszystko to po co? „Przypuszczam. Wdowiec. która ją stworzyła (nie klasy. lecz sterylna ofiara żyją- cego człowieka dla pięknej zmarłej. ani wytłumaczenia. nie. „Nie wiem. Zdradzał Francję. bole- sne zahamowanie twórczych impulsów. Oddając się w służbę bolszewikom. zdradzili ducha całej tej cywilizacji i kasty. bez kon- sekwencji. którą jadł. tysiąca upokorzeń.

kto pomagał mu tyle razy. kiedy prosił o pomoc. 392 . przekształcając go na wieczorny — były jak noc przeciwstawiona nocy panującej na zewnątrz. I bez niej dość miał zmartwień. uśmiechając się: „Zobaczy pan. skuteczna. Nagle przypomniał sobie o kobiecie. A tymczasem. które doskonale mogły pomóc żołnierzom Chrystusa? Stara hi- storia: nawet samemu Chrystusowi nikt nie udzielił pomocy. od momentu kiedy Aleksander włożył swoją dłoń w dłonie wrogów Boga. zwyczajem książąt. Armie białych ruszały do ataku modląc się. poczuł się podtrzymywany. Gdzie były legiony aniołów i archaniołów. pojechał szosą. Aleksander był senny. Za- czął się zastanawiać. Jej powieki. a niekiedy piorunująca. kiedy zdecydował. Ale naprawdę po prostu nie wiedział. że stanowi część tego organizmu? Czy też może również diabłowi zdarza się opuszczać swoich? Aleksander jechał powoli i wmawiał w siebie. aseku- rowany. obrze- żone niebieską kreską — w restauracji zmieniła swój makijaż. który zna łacinę — KGB patria no- stra”. Kiedy musiał wywrzeć nacisk na Fourvereta i Ballandara. że postępuje tak z ostrożności. dokąd jechać. Później wytłumaczył sobie. Dziesiątki razy. że. co dalej robić. To samo. pomoc nadchodziła. Zegar samochodowy lśnił w ciemności i pokazy- wał. opuszcza swoich wy- znawców. Małgorzata od- rzuciła głowę do tyłu. o kogoś. Bóg słynie z tego. z rozpo- startymi sztandarami. co także miało opóźnić jazdę i pozwolić. że przecież chodzi o Małgorzatę. by dojrzała w nim decyzja co do punktu docelo- wego podróży. że minęła już trzecia nad ranem. Aleksandrze Dmitryczu. Cóż więc się teraz stało? Czy tylko udawano. Pitman powiedział mu. Za- miast wybrać autostradę. jako że szosa była śliska i nietrudno było o wy- padek. siedzącej tuż obok niego. że wylansuje Bluna. Miała zamknięte oczy. i pozwalały się ścinać przez karabiny ma- szynowe bluźnierstw. dano mu do dyspozycji odpowiednie środki. Oddychała spokojnie i cicho. pan. W pierwszej chwili rozdrażniło go to.

o wszystkich jej inteligentnych staraniach ofiaro- wanych agencji Psara. kosmiczne ryzyko. Zastanawiał się. ta przygoda. Zamknął oczy i zapadł w sen. Spać obok kogoś. zasilając ogrzewanie. „Będzie pan miał swoją wojnę”. Pomyślał z wdzięcznością o dwudziestu latach jej wytężonej uwagi. Małgorzata otworzyła oczy. Nie trzyma się za rękę własnej sekre- tarki. Silnik pracował w dalszym ciągu. o wysiłku nie bezinteresownym. żebyśmy się trochę przespali — powiedział cicho Aleksander. jakie przesunęły się w jego gło- wie. jak doszło do tego niestosownego gestu. Później położył także swój własny fotel trzymając teczkę na kolanach. Usunęła się trochę. czy komputer wykonał ruch wieżą czy gońcem. lecz wydajnym — to ważniejsze — o nieustannym zmaganiu się z rze- czywistością. W gruncie rzeczy Małgorzata była jednym więcej uczestnikiem sztafety. tak żeby mógł zmienić układ fotela. Położył dłoń na drewnianej kolbie rewolweru. ubrana w ręka- wiczkę ze skóry antylopy. Ostatnie obrazy. Obudził go chłód. czyli KGB. Opuszczę pani fotel. mimo że ogrzewanie mruczało w dalszym ciągu. Popełnił jeszcze większe wykroczenie. Stwierdził ze zdziwieniem. że jego dłoń. — Byłoby niemądrze jechać dalej. choćby nawet tak niewinnie jak on obok Małgorzaty. związane były z elektronicznymi szachami. W zasadzie każdy 393 . po czym znalazła się w wygodnej pozycji poziomej. Bawiła go ta gra. Ale nie miał tej wojny. powiedział mu już dawno temu Pitman. „Biedna mała”. — Trzeba. Aleksander zgasił reflek- tory. sięgnął po swoją teczkę i otworzył ją. ukrytą pod kozią skórą. przedsta- wiało niewyobrażalne. trzyma niedużą dłoń Małgorzaty. o której marzył. pomyślał wzruszony Aleksander. Ten odruch czułości zaskoczył go. które włączył dziś rano. Nie przypomniał sobie. Ostrożnie zjechał na pobocze szosy.

umykał do salonu. zatroskanego. płaszczyzny. Zamknął teczkę i postawił pionowo swój fotel. zmęczonego. pilnujący własnego więzienia. nie całkiem zda- jąc sobie sprawę z przyczyn swego postępowania. przykryte śniegiem. Szyba samochodu oblepiona była śniegiem. lecz odmawiały pracy. by ktoś obcy widział mnie w stanie. Najczęściej starał się za wszelką cenę wrócić na noc do siebie. a my nie możemy go widzieć? Spać obok kogoś to naprawdę wydać się na jego łaskę. jako że patrzy na nas. Śnieg się- gał mu do kostek. na kanapę. To. ten nagły skok w intymność nie krępował go. W zasadzie powinien teraz mieć jej za złe. że dzieliła z nim także godziny snu. Oczarował go krajobraz. Gdy — czego na ogół unikał — przyjmował kobiety u siebie w mieszkaniu. potem otworzył je. Aleksander odblokował drzwiczki. powinno by go upokorzyć lub zezłościć. Czarne. że podobne ryzyko podjął przy Małgorzacie. Ponieważ znał tylko Paryż. Postawił nogę na ziemi. bezlistne drzewa. Widywała go w różnych sytuacjach. czy ten drugi nie przygląda nam się w sposób najbardziej niedyskretny. wybrzuszenia i wklęsłości. „Jak mógłbym dopu- ścić do tego. Skąd jednak mamy wiedzieć. gdy tylko mógł. Kim była dlań Małgorzata? Nikim. Wycieraczki drgały nerwowo. Aleksander unikał. spędzania nocy ze swymi przygodnymi kochankami. Śnieżne fale. zmieszanego. nigdy nic podobnego nie widział. delikatne łona ziemi. roztaczający się dokoła. tak aby jego „gość” nie mógł rozko- szować się widokiem jego uśpionej twarzy. triumfującego. jakie tajemne wpływy wywierają na sie- bie nawzajem śpiący? Do jakich uniesień duchowych dochodzi w nocy? I przede wszystkim skąd mamy wiedzieć. zupełnie jak 394 . Dlatego też.chowa się w swych snach i pozostaje w nich do chwili przebu- dzenia jak więzień w fortecy. a drzwi od sypialni zamykał na klucz. Ale nie. w którym ja sam siebie nigdy nie zobaczę?” Tylko u boku Ałły zrezygnował ze zwykłych ostrożności.

Aleksander nabrał powietrza do płuc. niech pani wytrze twarz śniegiem. dwie na konary. Małgorzato. „Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. — Wyglądam jak potwór — powiedziała. — Dzień dobry. że krew znów zaczyna pulsować w rękach i nogach. Wytarł twarz śniegiem. a pod nim mniejsze głoski domków mieszkalnych. przejrzała się w lusterku samochodu. napił się go. Nie ma nic wspanialszego. W oddali spostrzegł wielkie A wieży kościelnej. tak jak to zwykli byli niegdyś robić woźnice fia- krów: lewa ręka. Czuł. gdyby oni to wiedzieli”. — Nie zauważyłem. schowana tam jak pod namiotem. ślad ucieczki zająca. Zjadł trochę śniegu. Jeżeli chce się pani odświeżyć. Aleksander zrobił parę kroków. Przeciągnęła się. Ojciec nauczył go tej nieskompli- kowanej gimnastyki. Zaryzykowała opuszczenie samochodu. Małgorzata wciąż znajdowała się w samochodzie. narysowane przez dziecko: jedna kreska na pień. Małgorzata przetarła oczy. nawiązując nieświadomie do gestów swych przodków. Grudka śniegu oderwała się od gałązki i spadła mu na nos. Przez ogromne pole ciągnęło się klinowe pismo. Byłoby prawdziwym diabel- stwem. „Zdarza mi się to po raz pierwszy”. Wzdłuż drogi krzaki. Aleksander przyśpieszał coraz bardziej rytm swych ruchów. których liście kołysały się pod ciężarem kiści śniegu. Nigdy nie czuł się wolny. — Gdzie jesteśmy? Roześmiał się: — Nie mam najmniejszego pojęcia. Otworzył drzwi samochodu. Zaczął ude- rzać się w plecy. prawa ręka. Właśnie to zrobiłem.ludziki. Zdumiewająca cisza. chwiejnym nieco 395 . Było mu zimno. Roześmiał się.

wyważona. Zrobiła poranną toaletę przy pomocy śniegu. że jato bawi. a później budzimy się z tego koszmaru.. trochę wstydliwie. Na co ona. Gdy wróciła. proszę pana! Czy po raz pierwszy w życiu posłużyła się tym słowem? W każdym razie śmiała się z całego serca. Śni nam się czasem. tymczasem praw- da jest.. pszę pani? — Ma pani może czekoladę? — spytała Małgorzata. jeśli pani tylko chce. nieprawdaż. że przydarzyło nam się wielkie nieszczęście. zamieniała się te- raz w miłą wyprawę. tak żeby samo- chód też dostał śniadanie. Włączył znowu wy- cieraczki. nie mogę pani powiedzieć prawdy. Przygoda. — Małgorzato — zaczął mówić. która sporządzała też kawę: — Kawy. nie bez kokieterii. jej policzki świeciły się.krokiem. Teraz. Na pół mityczny i na pół realny świat KGB rozpływał się w mgle. 396 . — Dobrze. żebym naraził się na to samo ryzyko co Gawierin. nacisnął guzik płynu odmrażającego. mogę panią odwieźć na dworzec kolejowy. Znaleźli wioskę. W takim właśnie nastroju znajdował się obecnie Aleksander. To dlatego właśnie zachowujemy się tak romantycz- nie. Specjalnie zdjął rękawiczkę. gdy już znowu usiedli obok siebie w samochodzie — wszystko to może się pani wydać całko- wicie absurdalne. a w niej małą stację benzynową. że znajdziemy stację benzynową. Pani jest taka. Mam nadzieję... zdziwiona sytuacją dosyć niebanalną. pszę pana. Jego zły sen trwał trzydzieści lat... Zjedzmy śniadanie. Kończy nam się benzyna. aby poczuć igiełki chłodu. Śmiała się. Ale pani nie chciałaby. z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącym no- sem: — Kiedy to wydaje mi się zabawne. tak tragiczna wczoraj wieczorem. Aleksander usunął dłonią śnieg z przedniej szyby. i jeszcze bardziej zaskoczona tym. Za dzień czy dwa rzeczy będą już jaśniejsze. obsługiwaną przez czarownicę.

W jakimś sensie byłem męczennikiem. Nie wierzy mi pani? Jed- nak to prawda. jak ryba w powietrzu. Aleksander zaczął mówić o swoim dzieciństwie. tak jakby wracał do przerwanej w jakimś punkcie medytacji. Uważałem się za męczennika. co pisze podręcznik”. Szczególnie dotyczyło to lekcji geografii.. ale jednak zależało mi na tym. Powiedział mi na to: „Jeśli wyrecytujesz to. Ten chłopczyk. rosnąć tak jak ptak w wodzie. Gotów byłem uznać. że moja rodzina składała się z barbarzyńców. bogaty w zboże. Małgorzato — wszystkie lekcje w podręcz- nikach kończyły się podsumowaniem. I ten wspaniały 397 . mojemu ojcu. Powie- działem nauczycielce: „To nieprawda. o wiele surowiej niż zwykłe nieuki. Zależało mi na dobrych stopniach. zamieszkały przez barbarzyński lud”. ale jednocze- śnie byłem dumny z siebie. że nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania. Nie rozumiała.. że kryje się w tym pewna przesada. W tym mie- siącu nie byłem pierwszym w klasie. którego trzeba było na- uczyć się na pamięć. Ta kara zabolała mnie. ale w każdym razie odmó- wiłem przyznania. Prze- czytałem ten tekst. Ile mogłem mieć lat wtedy? Siedem? To za mało. całkiem cicho. A później tortura Larousse'a! W domu dowiedziałem się.” Nie pamiętam dalej. Także i Aleksander. by przynajmniej częściowo było to prawdą. — Jakie to dziwne.. Gdy byłem mały — pani już tego nie zna. że Rosja wydała więcej wielkich ludzi niż inne kraje. cały świat stał na głowie. zaciskałem zęby.. Gdy wrócili do samochodu i podjęli jazdę na południe. a jednak czu- łem. nie wiadomo czemu. „Anglia jest wyspą. żeby móc stracić honor. zawsze taki grzeczny i pilny. Ale pamiętam dobrze streszczenie dotyczące Rosji. nagle zaczyna się buntować? Zostałem ukarany. do niewiadomego wciąż miejsca przeznaczenia. I gdyby to poczucie obcości wiązało się tylko z moimi kolegami. wolał czekoladę. na której wydobywa się dużo węgla. co się stało. stracisz honor”. nie. bo nauczyłem się go na pamięć i odmówiłem wyrecytowa- nia go: „Rosja to kraj o ogromnej powierzchni.

Nie był tego jeszcze 398 . którego słowa witała tak ciepła i pełna oddania sympatia. by wreszcie przedstawić mu znaną nazwę: święty Yrieix. generał rosyjski. pojawiały się wiernie w jego pa- mięci. skąd przy- szedłeś!” Małgorzata przysłuchiwała się bez słowa komentarza. Astera — czy wie pani. A Suworow? Laro- usse nazywał go Suwarowem! Ze wszystkich jego osiągnięć zo- stało tylko jedno. które nic nie mówiły Aleksandrowi. Dla nas był on półbogiem. Tymczasem drogi i szosy kryją w sobie własne przeznaczenia. musiał doznać tak niegodziwego traktowania? Humor Aleksandra. że załatwił Napoleona. Szosa. Tuż obok znajdował się ten otoczony parkanem pałac. Larousse porachował się z nim w sposób bardzo zwięzły: „Kutuzow (Michał). To wszystko. którą jechał peugeot. Damo- klesa. Czuło się. które go tak raniły przed czterdziestu laty. na oślep. Bonchampsa. za co Yrieix został świętym. — Na przykład Kutuzow. Pan Aleksander. Jak mógł to znieść mały chłopiec. który go pobił pod Auster- litz”. pobity pod Moskwą”. i jednocześnie strzępy zdań. że na zmianę przeżywa litość i oburzenie. że ze dwa miesiące temu był w tych okolicach z Gawierinem i pewnym agentem nieruchomości. którego mało co nie kupił Gawierin i na który nawet Aleksander miał chętkę. jej pan. pamiętał jed- nak. Aleksan- der nie miał pojęcia.Larousse. Cóż. syn emigranta. któremu dano nieprawdopodobne imię „Petro- wicz”! A Aleksander I! Wie pani. co miał do powie- dzenia o Rosji? Aleksander nie przestawał prowadzić samochodu. A Musorgski. migała naprzód drogowskazami i nazwami miejscowości. w końcu trzeba uznać. czego dokonał Aleksander I? „Walczył przeciwko Napoleonowi. nie znając kierunku. na które- go koledzy wołali: „Ty brudny Rusku! Wracaj tam. został „pobity przez Massenę pod Zurychem”. poprawiał się coraz bardziej. który w innych sprawach zaopatrywał mnie w tak świetne informacje — na przykład biografie Archiasza.

Na razie miał po prostu ochotę zobaczyć ponownie pałac. Wszystko było zamarznięte. Małgorzato. Zardzewiała krata bramy trzymała się na dwu murowanych postumentach. ośnieżo- ne. a piesi zniknęli z ulic. Aleksander przypomniał sobie. Nie miał dobrej orientacji w terenie. Wjechał w aleję. a desenie i cieniowania. lecz nie pozbawionych godności. kościoła romańskiego.świadom. albo z lewej strony. dzwonniczki. wytworzone przez zimę. Pałac. Odkąd pojawiła się telewizja. Zgubiono klucz od bramy albo mo- że zamek źle funkcjonował. mało wdzięcznych. której szukał. Poza tym śnieg przykrył wszystkie te miejsca. Pałac powinien być albo z prawej. — Nie ma pani nic przeciwko temu. że agent nieruchomości z trudem tylko otworzył tę kłód- kę. Wszystko przykryte było warstwą śniegu i cał- kowicie pustynne. po których mógłby roz- poznać okolicę. gotyckie naszczytniki. obrośniętego trawami i na- wet niewielkimi krzewami. zdobny w wie- życzki. ale coś w rodzaju wstępnego zarysu projektu zaczęło się w nim formować. zwłaszcza na wsi. którą przecinało kilka zaledwie czarnych śla- dów po kołach samochodów. brzydko przerobionego w XIX wieku. żebyśmy trochę nadłożyli drogi? Jak gdyby można było nadłożyć drogi. Ale udało mu się jednak znaleźć wieś. Aleksander wysiadł z samochodu. gdy podróżuje się nie wiadomo dokąd. ale w każdym razie już niedaleko. Aleksander przejechał jeszcze dwa kilometry. prowadziły 399 . wznosił się po prze- ciwnej stronie owalnego trawnika. Wieś składała się z jednej ulicy. — Czy tu mieszkają pańscy przyjaciele? Potrząsnął głową. domy wiejskie zwrócone są ku swemu wnętrzu. Parkan otaczający po- siadłość miał trzy metry wysokości i najeżony był żelaznymi prę- tami. Po prawej stro- nie otwierała się majestatyczna ale ja. Zapomniał o kłódce. w każdym razie przez pręty kraty przerzucony był łańcuch spięły kłódką. i kabiny telefonicznej na małym placyku. Śnieg przykrywający drze- wa był nienaruszony.

że lewy zawias bramy był złamany. uporczywy wiatr. Na koniec uderzył się w palec i mu- siał stłumić okrzyk bólu. Gdy udało im się wydrążyć wystarczające wgłębienie. Rdza kłódki poplamiła mu rękawiczki. Przecież nie da się pokonać starej. Spróbował więc wybić ją z tej strony. które były spięte w pęku. któ- re przychodziły mu na usta. Aleksander podniósł lekko bramę i.. Klucze od mieszkania najwidoczniej nie pasowały do kłódki. Zaczął od wypróbowania na kłódce wszystkich kluczy. Nie wiem czemu. gdy jego właściciele będą w domu — podpowiedziała Małgorzata. ale przecież wcale nie jest powiedziane. Znalazła ostry i ciężki kamień. Zdusił przekleństwa. Małgorzata podała mu własne klucze. Za- czął go więc odgarniać obydwiema rękami. Zamoczy pani sobie stopy. lecz bez skutku. który tyle razy przysłużył mu się w interesach. Zaczął szukać kamieni pod śniegiem. w ciszy spadała na zie- mię. pomagała mu.. Od czasu do czasu ciężka kiść śniegu odrywała się od gałęzi drzewa i wolno. Jeszcze dziesięć minut temu Aleksander mógłby się całkiem dobrze obejść bez zwie- dzania pałacu. popychając ją. Wiedział. To pani chciałem go pokazać. tak że Małgorzata mogła wsunąć się na czworakach 400 . w czym pomagała mu Małgorzata. zardzewiałej bramie! Dał o sobie znać wściekły upór. Teraz zależało mu na tym. — Niech pani nie stoi w śniegu. — Może mógłby pan odwiedzić pałac kiedy indziej. Małgorzato. Stwierdził. że zachowuje się niepoważnie.ku skojarzeniu z białym rysunkiem na czarnym papierze. odciągnął ją od murowanego po- stumentu. że ta cho- lerna krata. Pró- bował rozbić łańcuch. Zwarty śnieg nie pozwalał na to. Wiał zimny. — Ja znam już ten pałac. jak w zwolnionym i niemym filmie. odgadując jego zamiary. która przykucnęła tuż przy nim. Wolał jednak zacho- wywać się niepoważnie niż ustępować przed przeszkodą. Małgorzata. Nic to nie dało.

że został pan podpieczony na roż- nie. Ale pan! O mój Boże! Przejmowała ją zgroza na widok wzoru wytłoczonego na no- wym płaszczu jej szefa. nie rozstający się ze swą cenną teczką. Wiatr był tu gwałtownym ogrodnikiem. o arcydzieło bowaryzmu. — Proszę. żeby przyjrzeć się zamarzniętemu stawowi. pewnej skruchy. Odwrócił się plecami do pałacu. mógł pójść jej śladem. Aleksander obszedł pałac dookoła. Czuło się. Mojemu płaszczowi dobrze zrobi czyszczenie chemiczne.do parku. Chodziło tu. pokrytemu zamiecionym przez wiatr śniegiem. gdy zoba- czył wewnętrzne żaluzje. po kolana w śniegu. rzecz jasna. Nowa nadzieja zaświtała mu. 401 . żeby i Aleksander. w wieczne trwanie instytucji i godności. obrzeżone balustradami o kwadratowych słupkach. że zbije szybę i nawet złamie drewniane listwy okna. niech pan zostawi. Brama była najwidoczniej zamknięta na klucz. Z kolei ona podtrzymała kratę. musiała wierzyć we własne powołanie. Wyposażony w fałszywe machikuły i równie fał- szywe otwory strzelnicze. Wiatr usy- pał górę śniegu w lewym kącie bramy. gdy znalazł się na tarasie przylegającym do tylnej ściany pałacu. — Proszę na mnie poczekać. że warstwa społeczna. Jest w nim urok pewnej no- stalgii. Czuł się jak zdobywca. Do rzeźbionej bramy pałacu prowadziły ciężkie schody. nie był całkiem pozbawiony czaru. Pałac był w rzeczywistości brzydkim gmaszyskiem z dziewięt- nastego wieku. która zdolna była znieść to kanciaste jajo. lecz zarazem śmieszność tego obrazka była tak rozbrajająca. ale i bowaryzm ma swe dobre strony. miał jednak w sobie coś majestatycz- nego. Małgorzata puściła bramę i roześmiała się wesoło. że odważyła się dać jej wyraz: — Można by powiedzieć. Spró- bował wedrzeć się do jednego z okien. Prawa natomiast była zupełnie odsłonięta. sforsować tylne wejście do budynku — bez rezultatu. Chciał otrzepać jej płaszcz ze śniegu i rdzy. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. Po- myślał.

kamienne tym razem. Gawierin był przekonany. Znalazł przełącznik elek- tryczny. Wyobraził sobie wykształconych nowobogackich — bo tacy z 402 . by obniżono cenę transakcji. mimo swych niezgrabności i stylizacji. lecz światło nie zapaliło się. Przypomniał sobie to miej- sce. że chciano mu sprzedać te próżne butelki jako pełne i w rezultacie zażądał. że znalazł się w piwniczce z winami. w kamiennych kątach sali. Oranżeria wydawała się całkiem jasna w porównaniu z nieoświetloną piwnicą. w formie odwróconych talerzy. którą sta- nowiła zwykła listwa. mimo to trzymał prawą rękę w teczce. wyrwał rewolwer z teczki i po- wiódł nim dookoła. Była to zapewne dawna oranżeria. Posuwając się przed siebie w kurzu i półmroku. W drugim jej końcu znalazł jeszcze inne schody. W końcu zapomniał o ostrożności. W pewnym miejscu Aleksander znalazł drzwi prowadzące do sutereny. Wszędzie widniały pajęczyny: na oknach. przekręcił go. prostokątnym pomiesz- czeniu. tak że jego tylna ściana miała o jedno piętro więcej niż fronton. Podniósł kilka butelek. Zielone błyski na półkach i belkach świadczyły o tym. które. Aleksander znalazł schody. wokół abażurów. Wrócił na balkonik. poddane było pewnemu porządkowi. jak pierwotna dżungla. Do- tarł na parter. wyłożonym kaflami i skąpo oświetlonym przez trzy pół- koliste okienka. bio- rące początek pod kopułą sklepienia. wszedł na nie pomagając sobie dłonią opartą o poręcz. Przyjemnie byłoby móc przyjmować tu gości. Zszedł na dół. Wchodził powoli. Znalazł się na małym balkoniku nad oranżerią. jak mały chłopiec bawiący się w wojnę. który składał się z obszernych korytarzy. przed- sionków i salonów. krok po kroku. położona na trzech żerdziach. zagraża- jąca temu miejscu. zbadał gruntownie całą oranżerię. że nie ma się czego obawiać. Były puste. którą chował pod prawym ramieniem. Wystarczyło je pchnąć.Krzewy i drzewa wyrosły bujnie. Pałac zbudowany został na zboczu. by znaleźć się w rozległym. a więc refleksji. Wiedział.

i już tyl- ko burżuazja miała zrozumienie dla wielkości. Aleksander przekręcił kurek. Nie popłynęła z niego woda. w których znajdowali zniszczone fotografie i guziki od liberii. Niech ginie ten. Potrzebował dwu czy trzech dni skupienia. Ona też chciała obejrzeć pałac. popijając maderę gospoda- rza.pewnością wznieśli pałac — jak zapraszają do siebie okoliczną szlachtę. schował rewolwer do teczki i poszedł po Małgorzatę. by mieć więcej gości. że przedsta- wiciel agencji nieruchomości przyjedzie tu w pełni zimy? A na- wet gdyby pojawił się jakiś ewentualny nabywca domu. a potem. Obie te warstwy teraz znajdowały się w rozkładzie. przypadającą na czasy. Dziwiły ich metalowe wanny. co ładne. rozszedł się tylko zapach rdzy. wędrowali przez piwnice i kotłow- nie. Dlaczego by ich nie spędzić tutaj. ale także. otwierali żaluzje wpuszczając promyki światła do ciemnych pokoi. kilka słów przeprosin i niewielkie odszkodowanie załatwią sprawę. zaglądając do szaf. Szlachcice. drwią jednocześnie z niego lub też wymieniają poufne infor- macje na temat mieszczańskich posagów. Potem weszli na piętro. kto nie wierzy w samego siebie. po- jękują zawiasy drzwi. niepewnych siebie i zamożnych mieszczan. Dobrze im tak. — Nigdy nie widziałam takiego domu — powiedziała Mał- gorzata. Wziął ją za rękę. Skrzypią parkiety. gdzie zdzierali z siebie pajęczyny i kichali na każdym kroku. Jaką wspaniałą przygodą będzie zainstalowanie się tutaj! Zupeł- nie jakby się naśladowało Robinsona na jego wyspie! 403 . Nim wdrapał się na pierwsze piętro. gdzie nikt nie będzie ich poszukiwał? Jakaż była szansa. Wreszcie znaleźli się na strychu. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. przechodzili od sypialni do sypialni. kiedy szlachta zajmowała się tylko tym. Aleksander lubił burżuazyjną gigantomanię. by prowadzić przez ten labirynt. stojące na lwich łapach. sztukaterie i lamperie wypełniają dom. ale zatrzymała się przed bramą oranżerii. na parterze.

A jednak. proponując jej tę dziwną wilegiaturę? Nie. trzeba mieć do nich wspólników. Czy umie pani gotować na ognisku? Zjedli szybki obiad w Limoges. to właśnie dlatego. że nareszcie znalazł towarzysza zabaw. Czy Małgorzata mogła stać się takim kumplem do zabawy? Czy też zażąda wkrótce centralnego ogrzewania i pończoch na zmianę? I czy on nie wykraczał poza swą rolę szefa. zapałek i. a potem rzucili się do sklepu.. Klasnęła w ręce. Woda? Był śnieg. z którym się można tylko urodzić. Zakupy? O dwadzieścia kilometrów stąd znajdowało się Limoges. iż potrafił zachować odpowiedni dystans wobec wszystkiego i nigdy nie opuszczał go ów naturalny wdzięk. Ogień? W parku pełno było suchego drew- na. przeżywał rozczarowanie: to niebezpieczne. fantazja nie była mu zabroniona. Aleksander był uradowany. począwszy od pewnej skali przedsięwzięcia. — Niczego nie zatrzymamy — odpowiedział. gdy w dzieciństwie realizował jakiś szalony projekt nie sam. — Małgorzato. — Zostawimy 404 . nie wychodził ze swej roli. jak zwykle bez ostentacji. mieszczuchem. Ustalała listę potrzebnych rze- czy. — Ach! Ale w takim razie potrzebujemy zapasów. lecz z ko- legą. Małgo- rzata szybko przejęła inicjatywę. Oszczędzała jak mogła pieniądze Aleksandra i wahała się z kupnem ekspresu do kawy: — Wiem oczywiście. — Naprawdę zgadza się pani? Był szczęśliwy w swoim nieszczęściu. spędzimy tutaj weekend. to się nie uda. na łowy. Jedna rzecz tylko go niepokoiła. Pochlebiał sobie nawet.. że mógłby pan go zatrzymać. samotne zabawy nie udają się. to nie jest zabawne. Za każdym razem. oczywiście z tysiącem zastrzeżeń. a co na to powie tatuś. że jeśli Małgorzata była mu w pracy tak oddana. Tak jak śpiwory. do dia- bła. Nie był przecież. jak gdyby przygotowywali się do oblężenia. uspo- koił siebie.

który Małgorzata wolała od wielkiej sali z kamienną posadzką. pociągającej Aleksandra. Podczas kiedy ona roztasowywała rzeczy. dwa grube swetry. Nagie pnie drzew odcinały się na tle nieba. patelnia. Wszystko to gromadziło się w peugeocie. ano właśnie. jaśnia- ło w miarę jak ziemia stawała się coraz ciemniejsza. rąbiąc. z wrażeniem. pułapki na szczury (Małgorzata mogłaby bać się szczurów). że sprawiało mu przyjemność wyskuby- wanie banknotów z grubego pliku w wewnętrznej kieszeni ma- rynarki. Wrócili do zamku i znieśli paczki do małego saloniku wyło- żonego drewnianymi boazeriami. pocąc się w zimnie. raniąc sobie ręce. musimy do- kupić” — Aleksander stwierdził. miednica plastikowa („nie. kieliszki z kryształowego szkła. piła. Chmury 405 . szczotki do zębów. Zapadł wieczór. które. wydawało się. narzekając. szampan („włożymy go do śniegu”). w wor- kach znalazły się siekiera. bochen chleba. maszynka do golenia. papierowe ręczniki. wysi- lając się. świeczniki (Alek- sander uparł się przy ich kupnie). to dobry pomysł”). sól. od których po- życzamy dom. wołowa konserwa. które utrzymywał cierpliwie w formie dzięki gimnastyce. befsztyki („za dużo konserw to niezdrowo”). koce. świece. Małgorzato. Małgorzato. że ten plik wcale nie maleje. na ziemi pojawiły się błękitne cienie. Gdy tylko po przerwie obiadowej otworzono sklepy. marynowana gęś. piłując. znajdując prostacką i głęboką przyjemność w wywijaniu ciężkim kawałem drewna na końcu siekiery. ale także dlatego. whisky. najlepszy agent literacki Paryża wy- prawił się do parku i zaczął ścinać drewno. koniak („ale przecież pani lubi porto. wino. ale mie- szek tak. nie kupimy denaturatu. żeby nie pozostawiać śladów po so- bie. napinając wszystkie mu- skuły. pościel. że może myśleć o kimś innym). lniane irlandzkie ręczniki. latarka. żeby potem rozszczepić go na spiłowanym pniu. jęcząc... upuszczając sobie polana na palce.wszystko na miejscu dla nieznanych właścicieli. mniejsze pomieszczenie będzie łatwiej ogrzać. Aleksander płacił gotówką.

Wojownik-drwal. który tarasował zapewne komin. że za dużo dźwiga. zwęglone drewno zamieniało się w peruwiańskie ruiny. Aleksander przesuwał się przez wielkie puste komnaty — był zaledwie cieniem. — Ależ skąd. Cieszył się hałasem. odbywając pięć tur. płomień buchnął dziarsko. Ogień dyszał. któ- ry stawał się coraz bardziej matowy w miarę jak zmrok gęstniał i białe płachty śniegu znów zaczęły osuwać się na ziemię. bez której nie może się obyć prawdziwy ogień w kominku. by nie przygotować wcześniej kunsz- townej budowli gałązek. Aleksander uderzył jeszcze parokrotnie siekierą. który musnął zmatowiałe lustro — czując chłód. by podsycany jego oddechem płomień wdrapał się na szczyt katedry z drewna. powinien pan uważać. przedostający się do wnętrza pałacu przez szczeliny okien. budowli. Z początku ciąg był sła- by. a później matowiało i stawało się podobne do katakumb. Odrzucił tors do tyłu.. Małgorzata protestowała. 406 . zrzucając na parkiet sterty polan. staruszek jeszcze nie skapcaniał do końca — mizdrzył się. gdy jednak stopił się śnieg. Po przyniesieniu ostatniego ładunku zamknął drzwi oranżerii — „chcemy mieć spokój” — a nawet je zabarykadował przy po- mocy koślawego stołu. Zabrał się więc do tego. Następnie pozamykał wszystkie okienni- ce. Nad wodą stały ciężkie ozdobne wazony. a jego to właśnie radowało. Trochę się gubił w amfiladzie po- koi. a przedramiona służyły mu jak taca na coraz większe ciężary. — Ależ to za ciężkie. Przyniósł zapasy drewna. które wydzielały woń trocin. konarów i polan.ciężkie od śniegu opadały coraz niżej jak gigantyczne zeppeliny i rozdzierały się na koronach drzew. W sadzawce odbijały się ostatnie promienie dnia. prowadzących do saloniku. Była na tyle taktowna. a na ścianach po- jawiły się żółte i czarne cienie jak na teatralnym parawanie. ale — jako że w kominku dawno nie palono — potrze- bował dobrej godziny. w którym oczekiwała go Małgo- rzata. drewno trzaskało..

— A przecież Foch powiedział: „Jeżeli Francja nie została wymazana z mapy Europy.Wystarczyło dmuchnąć. Słuchała monologu Aleksandra. I Paléologue: „Nie mieliśmy nigdy lepszego i bardziej nam oddanego przyjaciela niż Mikołaj II”. — Pańska whisky. krążyły wokół jednego. żeby znowu nabrało rumieńców. a ponad szklankami uśmiechnęły się do siebie dwie twarze. które opowiadał. Wszystkie te urywki cytatów. reagując tylko niearty- kułowanymi dźwiękami. głównego tematu. mającymi wyrażać współczucie. by wyrazić podziw dla armii rosyjskich i dać upust mojej najgłębszej wdzięczności wobec nich.. pojawiały się znowu w jego pamięci. która się w nim nagromadziła. po to by wróg obrócił się przeciwko niej”. żeby znów zaczęło szeptać. Ich dłonie zetknęły się. to zawdzięczamy to przede wszyst- kim Rosji”. oj- ciec i syn. proszę pana. ale Joffre musiał wiedzieć co mówi. Aleksander wrzucał korki z butelek do ognia i przyglądał się procesowi ich zmiany w żar. Małgorzata nałożyła jeden wielki biały sandał i usiadła na piętach. prawda? A oni wszyscy mówili mojemu ojcu tylko o rosyjskiej pożyczce! Płomienie odbijały się w jego kieliszku napełnionym burgun- dem. na jakie natknęli się we Francji obaj Psarowie. A Joffre. 407 . wygłaszał je więc hu- czącym głosem. oświetlone z jednej strony i ciemne z dru- giej. heroicznych i całkiem świadomie ściągniętych na siebie. to znaczy w piętnaście lat po fakcie: „Korzystam z każdej okazji. — Kto jak kto. I Mangin: „Aliantom nie wolno nigdy zapomnieć usługi oddanej im przez Rosję”. to jest nie- zrozumienia. w roku 1929. Kolacja była tyleż fantazyjna co obfita. wylewając żółć. I Naylor: „Bitwa nad Marną wygrana została przez koza- ków”. Wszystkie historie. Wrócił do swego dzieciństwa. Nigdy nie zapomnę o straszliwych poświęceniach rosyj- skiej armii. które jego ojciec znał na pa- mięć..

Aleksander pił wino. który na zmianę przygasał lub rozjarzał się. służącego. brak mi zgody psara”. Przemie- rzał Rosję na koniu. 408 . co umieścić w her- bie. Miało to znaczyć: car mnie lubi. której przyznał część terytorium kraju. Małgorzata słuchała z policzkami zarumienionymi od ognia. miotła była symbolem nienawiści do zdrady. mając przymocowane do siodła psią głowę i miotłę. — Wtedy nie byłoby pana na świecie — wymamrotała Mał- gorzata. w pewnym sensie. moja sytuacja nie jest najlepsza. Stare rody kpiły z nas: „Nie wiedzą.. ale jeżeli Psar jest mi niechętny. Coraz to nowe obrazy odżywały w jego pamięci: — Psar! Nazywano mnie Car. Był jednym z opryczników najbardziej wiernych. Słyszała pani o Iwanie Groźnym? Stworzył on rodzaj gwardii. Komu by się bardziej udało w Rosji? Moja rodzina nie jest bardzo sta- ra. gdyby zginął w wal- ce z czerwonymi. To właśnie szep- tali sobie do ucha starzy bojarowie w ich pelisach. nic tam nie poprawiając. W chaotycznych wspomnieniach pojawiała się często postać Dymitra Aleksandrowicza. Jak bolszewicy. Byliśmy ludźmi z awansu. jeśli się wszystko weźmie pod uwagę?. Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. Psia głowa oznaczała czujność. Opowiedział jej nieszczęsną historię chłopa wyzwanego na pojedynek. z dłońmi za- plecionymi na brzuszyskach. Ale było też przy- słowie związane z nami: „Wkradłem się w łaski cara. zajmującego się psami. tak. I miał takiego forysia. Zachwycały go iskry buchające z ogniska. Wszyscy nazywali go Psar. — Jak on cierpiał! Za nic! Byłoby lepiej. oddzieloną od pozosta- łych prowincji: oprycznina. bo psar to psarczyk.. szyderczo! Ale w końcu carowie. I właśnie jedno i drugie mamy w naszym herbie. Aleksander rzucał od czasu do czasu polano do kominka. dlatego dali tam insygnia swego korpusu”. najzacieklejszych. naturalnie Car.

że Francuzki są senty- mentalne. przedostała się do oranżerii. że wziął Małgorzatę w ramiona. odsunęła wzniesioną przez Alek- sandra barykadę i wyszła na dwór. Obawiała się jednak. że Aleksander jest już całkowicie rozluźniony. że odgłosy silnika mogłyby go obudzić. Dorzuciła drewna do ognia. okazanego mu przez tę kobietę. Wiedział. Za daleko się posunąłem. jak to się zda- rza tylko w najgłębszym śnie. Rozpłynął się w śnie i towarzyszyło mu błogie przeświadczenie. tak by nie trzeszczał par- kiet. ale czułe? Te zawsze pokryte makijażem kobiety. wzięła latarkę i. Przeszła przez bramę i zało- żyła ją kamieniem. Małgorzata walczyła ze snem. Nie wiedział jak to się stało. Ponad ich głowami wciąż jeszcze pojawiały się na suficie róż- owe odblaski. pan nawet nie miał matki. Ona jednak. że nie docenił Francuzek. Za nic w świecie nie chciałby nadużyć współczucia. — A pan. zaczęła się powoli ubierać. żeby dało się później wrócić. policzkujące swe dzieci? Był dotąd przekonany. że po raz pierwszy miał w swych ramionach Fran- cuzkę i dziwiąc się jej czułości. nawet gdy szlachetnie suche ciepło ognia w ko- minku już nie drażniło ich nagich skór. wyszła na korytarz. w której kieszeni Alek- sander go nosił. Idąc za żółtym krążkiem światła latarki. To wrażenie sprawiło. Wiedziała. Gdy przekonała się. że czu- łość jest cechą Słowian. Natychmiast zmoczyła nogi. że otrzeźwiał. Aleksander zasnął. roz- ważając fakt. zmysłowe. odpowiedziała: — Ależ ja pana kocham. na zmianę szczypiąc się i wbi- jając sobie paznokcie prawej ręki w lewą dłoń. Mogła była wziąć kluczyk od samochodu. przydymionych ogniskiem i palą- cych jak ogień. kolce krzewów podrapały jej łydki. Przyciskał usta do jej warg. Na szczęście nie 409 . starając się iść lekko. Wybrała się więc do wsi piechotą. wisząc prawie w jego ramionach. Cofnął się: — Proszę mi wybaczyć. nie spuszczając Aleksandra z oczu.

— Przykro mi. że pozwolił się zabić. Rozmowa przerwała się. lecz nie odezwał się. Ale postępuję zgodnie z instrukcjami. Przed dwudziestu dwoma laty była po drugim roku prawa. Wiedziała już. Wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. — Spokojnie — usłyszała męski głos — już nagrywam. — W porządku. Za- częła mówić: — Tu Łajka. należała do zrzeszenia studen- tów. nazwę wioski. żeby go podre- perować. proszę kontynuować — odrzekł na to głos mężczyzny. Na przejście dwu kilometrów potrzebowała czterdziestu minut. Chciała zapisać się do partii. Gdzie? W jakimś gabinecie? W czyjejś sypialni? Nie miała pojęcia. Nie mam dużo drobnych. Nie mo- gła wybaczyć swemu ojcu. Podała numer rejestracyjny samochodu. Gdzieś rozległ się dzwonek telefo- nu. Małgorzata wróciła do zamku. wrzuciła do automatu pięcio- franówkę i wykręciła numer. starając się iść po swoich wła- snych śladach. wyjaśniła. jak można dostać się do środka. Trzeba było tak zrobić. „Nie wypuszcza jej z rąk. Pewnego dnia nowy kolega. On jest w stanie nerwowego wyczerpania. była aktywna w kole naukowym. I tak jej miejskie buciki nie były stworzone do marszu w śniegu. Czyż to jednak miało znaczenie? Czekała na ten moment dwadzieścia dwa lata. Wioska spała. Wspomniała o teczce. starszy niż pozostali. a dzwonię z kabiny. opisała położenie pałacu. że musiałam się uciec do metod nadzwyczaj- nych. Odnalazła kabinę telefoniczną. Opowiedziała wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu go- dzin. W tej chwi- li śpi na niej”. kokietowała wszystkich napotkanych komunistów. wziął ją na stronę: „Chcesz robić naprawdę coś poważnego? Nie 410 . że będzie miała silny katar. jak w bajce dla dzieci.nosiła szpilek.

będziesz albo katem. że nie pomyliliście się? Nie chcę tracić mojego czasu. Od czasu do czasu ogarniał ją niepokój: „Nie wygląda wcale na takiego prawicowca. Co tydzień spo- rządzała raport o działalności agencji. Zerwała wszystkie kontakty ze skrajną lewicą. Zaufała temu niewysokiemu kędzierzawemu mężczyźnie o zielo- nych oczach. Kiedy indziej zapewniano ją: „Ten osobnik tylko się maskuje. Podziwiała niegdyś swego ojca. Zobaczy to pani pewnego dnia”. Zasługujesz na coś lepszego”. krajowi. Psar spał dalej w tej sa- mej pozycji. bardzo szcze- gółowo. karząc go za to. zwykła sekretarka. co do pani należy”. który odwiedziła dwukrotnie i który ją tak gościnnie przyjął. który dla niej pozwolił sobie podziurawić skórę na drugim końcu świata. Leżał na boku. policzek rozpłaszczony na powierzchni teczki. Wcale nie uważała. miał rozchylone usta. Jesteście pewni. że Psar istotnie był antykomunistą i chce zaszkodzić ZSRR. Francja na- tomiast nic nie uczyniła dla starszego sierżanta Thériena. chcę zrobić użytek z tego. zasługuje na takie powitanie. Widziany w ten sposób. Po jakimś czasie przydzielono jej pilota i misję: pilnować Psara. W każdym razie niczego nie ukry- wa. Był to po prostu nie pierwszej 411 . opu- ściła uniwersytet. czego się u was nauczyłam”. że zginął. skórę twarzy zarumienioną od ognia. ale najwidoczniej ZSRR potrafił docenić wysiłki swych zwolenników. Miał w ustach niedopałek i patrzył na nią z dołu. Przypatrywała mu się przez kilka sekund. nie towarzy- szył mu też blask jego inteligencji. że ona. zapisała się na kurs dla sekretarek. tego poplecznika reakcji. omawiała rozmowy telefoniczne. z góry. albo głuptaskiem. Niekiedy kończyło się ofuknięciem: „Proszę się zajmować tym. dołączała listę spotkań. a teraz nienawidziła go.tylko blabla? W organizacji będziesz miała tylko jedną alter- natywę. nabyła tro- chę doświadczenia. tracił arogancję swej urody. Wkradła się z powrotem do pałacu. gwarantuję wam. kopie listów. Do- piero publikacja Rosyjskiej prawdy i założenie „Konfraterni” przekonały Małgorzatę.

Ale liczyła się tylko czysta przyjemność. Nie tyle jemu. A przecież w rewolucyjnej ar- mii byłby co najmniej pułkownikiem. to wszystko. zwinięty w kłębek. Był białogwardzistą. Wsunęła się więc pod koce i przywarła do Aleksandra. nie człowiek. Tego ją nauczono: to był wróg klasowy. Był wrogiem klasowym. Pra- cowała dla niego całymi latami. ale Małgorzata nie miała dla niego litości. Mógłby w kimś wzbudzić litość. . Ojciec Małgorzaty był zaledwie podoficerem — podró- żował drugą klasą. Nie. nie odpychał jej ani jej pociągał. służyła mu przykładnie. który dał jej tę przyjemność. śpiący jak dziecko. czy nienawidzi swego szefa. co agencji. pracowała dla niego z przyjemnością. To jej się spodoba- ło: zabrać wrogowi klasowemu ciepło. Podobała jej się praca. kontrrewolu- cjonistą. Mężczyzna.młodości jegomość. Nacierając sobie alkoho- lem stopy zastanawiała się. nie miał prawa wstępu do mesy oficerskiej — ale i on był kontrrewolucjonistą. lubiła oddawać mu usługi. lecz robiła to przeciwko niemu. Trzęsła się z zimna. Tak samo przed paroma godzinami dobrze się czuła w jego ra- mionach. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą litować się nad wrogiem klasowym.

Opowiedz. Podczas trzydziestu lat służby Oprycznik mógł robić notatki — prawdopodobnie prze- chowywał je w sejfie banku w Pontoise — i gdyby przekazał je Francuzom. Siadaj. rzecz jasna. Nawet gdyby to nie były dokumenty.. że „twój” wypuścił się na dalszy spacer. usiadł. On sam był całkiem pewny. pilot Małgo- rzaty. ale coś mi się wydaje. że nigdy nie zostawił Oprycznikowi żadnych do- kumentów. Może jednak jego poprzednicy byli mniej ostrożni. Raczej przeciwnie. jasnowłosy i spokojny. Nikitin.. Nie dosłownie. czego się dowiedział. Pietucha. Nikitin. byłoby gorąco. Wyczuwał od jakiegoś czasu chwiejność Oprycznika. Zapłaciłby za to on. bardzo spokojny. Piotr na swą pidżamę w paski brązowe i srebrzyste narzucił czarny. Podkreślał węzłowe momenty opowieści wypuszczając błękitne kłęby dymu. — Wejdź. Piotr niepokoił się szczegółem dotyczącym teczki. Bywa i tak. To dlatego właśnie — i także na skutek instrukcji Pitmana — postanowił przykręcić mu śrubę. młody. Piotr. w złociste wzory japoński szlafrok. Najwi- doczniej nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. zapalił papierosa: — „Moja” zadzwoniła do mnie. skrzyżował nogi. Ale szkoda byłaby tak czy 413 . Jego gło- wa poleci. 9 „WRÓCIĆ” — Przepraszam że cię budzę. Wyłożył wszystko. Piotr nie był wcale zaskoczony. za- dzwonił o trzeciej nad ranem do drzwi Piotra.

Zadzwoń do Moskwy i daj mi się wyspać. wskakuje do swego volvo. bezpo- średniego zwierzchnika Piotra. czy mógłbym was zaraz zoba- czyć? — Dałeś się opanować przez tych spryciarzy.. — Towarzyszu pułkowniku. W końcu został zdemaskowany. Nikitin odszedł. tym razem „le- galną”.inaczej. pożegnał go: — Gdyby było coś nowego. trzeba zadzwonić do Możuchina. Gdy ceruje skarpetkę. wiecie o tym dobrze. Nie jest to ktoś. Automat przełącza go z pałacu Roztopczynów na mieszkanie prywatne Pitmana: 414 . „rezydenta”. wchodzi do gmaszyska w pobliżu La Muette. Podziękował Nikitinowi. Nie poznaję cię. uchodził za Francuza. zdążył na czas uciec. — Tak jak widzę twojego faceta — powiedział Nikitin — na- wet jeżeli go odzyskasz. nakłada ją na bułkę. kto by się cackał ze swoim personelem. na tyle na ile to w ogóle możliwe w wywiadzie. by potem — rzecz niesłychana w kronikach KGB — rozpocząć od nowa następną karierę. Piotr wolałby polować oszczepem na dzika albo iść z nożem na niedź- wiedzia niż budzić Możuchina o trzeciej nad ranem. to jest żył pod fałszywym na- zwiskiem. daj mi zaraz znać. co trzeba będzie zrobić. osiąga swój gabinet i ze swego telefonu.. Piotr ubiera się pośpiesznie. — Pluję na to. Możuchin cieszy się pewną sła- wą. Wolałbym nadal służyć pod wami. oddano mnie do ich dyspozycji wbrew mojej woli. a potem zjada tę bułkę. Przez dwa- dzieścia lat był „nielegalnikiem”. Trudno. Jest kawalerem. wypija półtora litra dziennie. prze- jeżdża przez Paryż. — Towarzyszu pułkowniku. trzeba będzie mu znaleźć inną sekretar- kę. Piotr zażył tabletkę przeciwko nadkwasocie. — Zobaczymy. którego nie da się pod- słuchiwać. dzwoni do Moskwy. I natychmiast zaczęło się dobrze mu znane pieczenie w żołądku.

Przede wszystkim antysemici będą zachwyceni. nie przychodzi mu w ogóle do głowy. Ucieczka. Jeżeli Twardy znak zostanie zdra- dzony Francuzom.. by jej losy uzależniać od inicjatywy pojedynczego agent d'influence. który biegnie z Paryża. Jakub Mojsiejewicz. po- mylił się nakazując przykręcić śrubę Oprycznikowi? Zawsze go- tów jest przyznać się do pomyłki. że ma pan dla niego dobre wia- domości. Myśl. że mo- gła z tym mieć coś wspólnego Ałła Kuźniecowa. Inny plus: jeśli Psar schował się w tym pałacu. towarzyszu generale”. że nie zasnę już. Czyżby pilot zachował się niezręcznie? A może on. Pitman nie słucha jej. Co robić? Być może alarm jest fałszywy. Wiesz. że operacja Twardy znak ma zbyt wielkie znaczenie. cały areopag będzie z niego drwił. wiąże się z tym. jaki można przeciwko nie- mu wysunąć. Sprowadzi go pan do Paryża i będzie mnie pan z go- dziny na godzinę informował o rozwoju sytuacji psychologicznej. 415 . Natychmiast wybierze się pan do te- go pałacu i powie Oprycznikowi.. że można go jeszcze tam znaleźć. że nie zawiadomił Piotra o wyjeź- dzie. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje zdrowie — gderze tłu- stawa Eliczka. Pitman mógłby jaśniej rozumo- wać. Generał Pitman ma może zbyt wąskie pole widzenia. przekazana z powrotem do dyspozycji jej dyrekcji. Jeden plus w ka- żdym razie: sekretarka. Może Oprycznik miał umówione sekretne spotkanie z jakimś członkiem „Konfraterni” albo też zechciał spędzić oryginalne wakacje z własną se- kretarką. tak jak rozbraja się bombę. Gdyby tylko Eliczka przestała mruczeć w swoich poduszkach. lecz w tym wypadku przeko- nany jest. to jedyny zarzut. Przysłuchuje się pełnemu niepokoju głosowi. „To nie moja wina. która z wiekiem zamienia się w zrzędę. — Oto co trzeba zrobić. jeśli jego montaż się rozleci. nagle się przydaje. Jeśli tak. Pitman ma wrogów pośród czapek-niewidek. Teczka. to znaczy. W każdym razie sprawę tę należy potraktować bardzo deli- katnie. jakkolwiek wybitne byłyby jego zalety. tyle że do niczego nie przy- datne. — Jeszcze nawet słońce nie wzeszło!. opłacana przez dwadzieścia lat i do tej pory przysyłająca świetne raporty.

wziąć broń? Piotr wypowiedział te słowa z pewnym zażenowaniem. Spry- ciarze z dyrekcji «A» lekceważą na ogół broń. czy ma wziąć ze sobą coś.. i w rezultacie. ale tym ra- zem postanawia okazać wielkoduszność). Ale jedyny sposób. Są jednocześnie mało konkretne i dramatyczne. Znajdziemy później jakieś wytłumaczenie. lepiej oszczę- dzić sekretarkę. tak że w razie jakiegoś incydentu mogą się nimi zasłonić. co pozwoliłoby zapłacić na- prawdę słoną cenę. I najważniejsze: trzeba położyć rękę na Opryczniku. Na razie niech pan gra na naszej reputacji wszechwiedzących. (Pitman wolałby. żeby zwraca- no się doń per Jakubie Mojsiejewiczu.... chociaż podjął już decyzję) krótko mówiąc czeka go przyjemna niespodzianka. i na kosztach. kto prowadzi działania na taką skalę. tyle że od pewnego czasu „Mojsiejewicz” nie jest najlepiej widzianym patronimikiem. powi- nien być przynajmniej generałem. nie. Za wszelką cenę. 416 ..) Tylko. — Towarzyszu generale? — Co takiego? — Czy mam. (Pitman za- wahał się: oszczędza i na promocjach. żeby przeszedł do Francuzów... skąd wiem o miejscu. krótko mó- wiąc. Przełożeni lubią posługiwać się wyrażeniami w rodzaju „za wszelką cenę”. jesteśmy starymi znajomymi — proszę mi zaraz dać znać.Jeśli dojdzie pan do wniosku. że pamiętał pan o tym. że spotkanie ze mną może mieć dobroczynny wpływ — w końcu to ja zwerbowałem Oprycznika. to zapytać. że bardzo jesteśmy zadowoleni ze sposobu.. — Tak. by sprawdzić. towarzyszu generale. Żad- nych szczegółów. co znaczy owo „za wszelką cenę”. Proszę mu powiedzieć. A gdy- by zapowiedź awansu miała się okazać pożyteczna. w jaki się rozwija operacja i że ktoś. nie dopuścić. towarzyszu generale. (jednak żal mu wymówić to słowo. nie ufają jej. w którym się ukrył? Czy mam spalić sekretar- kę? — Dziękuję. jeśli istotnie ma taki zamiar. Nie. jak wytłumaczę Oprycznikowi.

matusz- ki-Moskwy. swymi wielkimi wojskowy- mi buciskami i prawie że żałuje swej przynależności do czapek- niewidek. ale Pitman zatrzy- mał swój stary gabinet. Niech pan działa łagodnie. Podnosi się z łóżka. Twardy znak. wygniata dywany. którego znałem. Także ordynansi przejęli ten sam styl i zawsze mieli na podorędziu dymiący samowar. ubiera się i każe się zawieźć do biura. czasem trzeba okazać wielkoduszność. myślę. „Gdybym go spotkał. niech pan się stara nie robić z niej użytku. intymniejszy i bardziej nobliwy niż nowe biura — pokój z podwójnymi zasłonami zdobnymi w falbanki i pompony. szybko przemówiłbym mu do rozumu”. Takie są marzenia Pitmana.. Pitman westchnął: — Tak. znalazłoby się kobietę dla niego. „To by mu dopiero pochlebiło! Samolot specjalny! Mohamed Mohamedowicz byłby przeciwny. z jej tysiącem złoconych kopuł. Eliczka będzie mogła się wyspać. że tak. niemodne meble. lecz Piotr nie odzywa się z Pary- ża. Zaczął igrać z myślą sprowadzenia Aleksandra na krótko do Moskwy. inteli- gentnie. Ale Jakub Mojsiejewicz nie mógł zapaść w sen. gdyż wskutek tego nie wolno mu wyskoczyć do Pary- ża. Eliczka chrapała od nowa. największy montaż jego życia. Jakub Mojsiejewicz przechadza się po gabinecie. imitacje starych dywanów. Tak. Dzięki temu ewentualne telefony osiągną go w pracy. nałożyłoby mu się na grzbiet jego mundur. z powodów raczej mistycznych niż profesjonalnych... Część pracowników dyrekcji przeniosła się do nowych bu- dynków wzniesionych na obrzeżach miasta. tego Aleksandra Dmitrycza. Przyjęłoby się go triumfalnie. 417 . na miłość boską.. Gęsty śnieg sypie się na plac Dzierżyńskiego. Tym razem mo- żna będzie popróbować trojki ze Światosławem. przygotowany do podjęcia koniecznych de- cyzji. zna- lazł się w niebezpieczeństwie. a on bę- dzie na posterunku. Ale.. by poprawić morale żołnierzy”. gdy był chłopcem i którego uwiodłem na wieży Notre- Dame..

Od ilu wieków biły te dzwony? „Przyzywa mnie głos Francji”. W dali rozległo się bicie dzwonów. że czuł się teraz swobod- niejszy. Długo nie podno- sił się z posłania. gdyż był to ich dym. jeśli zdecyduje się prowadzić dalej tę grę i zachować agencję. Dźwięk ten przypominał nieco głos pękniętego gongu. wspaniałej. jak już dawno mu się to nie przydarzyło. Dałby Małgorzacie najlepsze rekomendacje. Przyniósł jeszcze śniegu dla Mał- gorzaty i wybrał się po drewno. — Jeżeli jesteśmy kasztelanami — powiedział — powinniśmy teraz pójść do kościoła. Na razie znowu wziął Małgorzatę w ramiona. „Jestem chamem. Małgorzacie udało się rozpalić ogień przy pomocy kartonowych opakowań. wykorzystałem sytuację. Na razie. W razie potrzeby popro- siłby Fourvereta. co się wydarzyło. nie bez prozaicznego wyrachowania: „Jeśli już popełniłem głupstwo. Od jak dawna go kochała? A on nic nie zauważył! Sytuacja będzie bardzo trud- na. ponieważ czuć ją było dymem. wędrował długo w śnieżystym po- wietrzu i uderzał o szyby pałacu. pomyślał Aleksander. Później wybrał się z plastikową miednicą po śnieg i zrobił coś w rodzaju porannej toalety. Dzięki gorączce nie czuł mrozu. Jego dłonie drżały z gorączki. niechże z niego skorzystam”. że jest to świetne zajęcie. Zaparzyła też kawy.. tak szczę- śliwy. że znowu zajmie się przygotowywaniem drewna. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o Małgorzacie i o wszystkim. 418 . dla kogo ja pracuję!” Musiałby poszukać innej sekretarki. „Ja pana kocham”. Gdyby ona wiedziała. żeby znalazł dla niej odpowiednie miejsce. Aleksander obudził się z gorączką. Patrzył w białe okno i mówił sobie. Nie można dyktować służbowych listów własnej kochance. Gdy wrócił do pokoju. Małgorzata przeciągnęła się: — Jesteśmy jak prawdziwi kasztelanowie. Wczorajsze zwierzenia sprawiły.. lecz szczęśliwy. Przy goleniu zaciął się kilkakrotnie. okropnej.

Jej buty. Miał szarą twarz. Za krzyżem posuwały się dzieci. Kościół był ogromny. Weszła procesja. które opierało się i nie chciało iść naprzód. matowości włosów. ksiądz w białozielonym ornacie. trzyma- jący pałki w rękach. lecz jednocześnie prawie suche. że były to postacie szopki: dziew- czynka z głową przybraną skrawkiem czerwonego sukna. dziś jednak był w nim spokój. Nieszczęśnik wyglądał na wyczerpanego. ubrani w owcze skóry. Ale właściwie czemu nie? W końcu było Boże Narodzenie i wszystko było już całkowicie fantastyczne. szep- ty. zimny i pusty. jakby ulotne włosy. by słuchać głosu instynktu czy przeznaczenia. i na końcu chłopczyk i dziewczynka. Wszyscy śpiewali harcerską. Dzwon zamilkł. Światło czerwonej lampy było jedynym akcen- tem kolorystycznym w szarości kamienia. Pomysł pójścia do kościoła rozśmieszył Małgorzatę. szare. kiwając się. były twarde. Ze trzydzieści osób. Choć nie. zgrzyt krzesła na kamiennej posadzce. trzy- mająca porcelanową kukiełkę w ręku. inny z przyprawioną brodą. 419 . Dopiero po chwili Aleksander zrozumiał. zostawione na noc przy kominku. cienkie. w jakiej brała udział od czasu śmierci ojca. jeszcze inny z pudełkiem pełnym biżuterii. inny z kadzielnicą. Ciszę podkreślały jeszcze bardziej odgłosy kaszlu. i małe ciekawskie oczy. nie całkiem pusty. które zdawały się przeliczać wiernych. a „droga” z „do Boga”. siedziało w pierw- szych ławkach. Wtedy chłopczyk kopnął zwierzę w brzuch. monotonii brązowych ławek. Musiał obsługiwać dziesięć parafii i odprawiał właśnie piątą mszę świętą tego Boże- go Narodzenia. kobiet i mężczyzn. karków i ciepłych kołnierzy. obok niej chłopczyk z bu- zią wysmarowaną pastą do butów i w złoconej koronie. Ci prowadzili jagnię. wewnętrzna cisza. pełną werwy pieśń. Za dziećmi postępował. Kaszląc i ki- chając pozwoliła się zaprowadzić na pierwszą mszę. gdzie „dłonie” rymowały się z „błonie”. wyglądały kiep- sko. Nigdy nie pozwalał sobie na to.

Quos vult perdere Directoratus dementat. A przecież przypominam sobie z całą pewnością. żeby Kościół sam z sie- bie zrezygnował z piękna mszy świętej. który nie go- dził się na kompromis i próbował ocalić w swoim kościele choć- by tylko jeden atom sacrum. proszę was: nie róbcie teraz zdjęć. wewnątrz. A mimo to coś się wydarzyło.. a dziewczynka prowadząca orszak złożyła lalkę na łożu ze słomy. z ponumerowanymi przyśpiewkami i lekturą Ewangelii w języku prostym. gdy wyjdziecie z kościoła. a trywialna mu- zyczka podkreślała tylko słabe strony pieśni.. Albo dla mnie. Zróbcie to jednak dla Pana Boga. Być może Duch Święty był mniej wymagający niż Aleksan- der. jeśli nawet nie prostackim. że to trudne. nie mógł nic zrozumieć z tej parodii mszy protestanc- kiej. ale. że ich Mistrz dał pierwszeństwo Marii. a nie Marcie”.. Nie trzeba im podsuwać pokus próżności. ja wiem. ksiądz wygłosił małe przemówienie utrzymane w tonie skargi. Wykluczone. który miał w pamięci surową wspaniałość rytu gregoriańskiego i za- glądał czasem do cerkwi prawosławnej. Gdy dzieci dotarły do groty zrobionej z papier-mâché. Może wyda wam się to śmieszne. Zaczęła się msza. wiem. Tak więc proszę was. jeśli wam tak wygodniej. Aleksander. chciałbym was o jedno prosić. i ja także je kocham. Było w niej coś biednego. „To niemożliwe — powiedział sobie — żeby nie maczała w tym palców moja dyrekcja. Ale tutaj. Dzieci rozumieją powagę tego. nawet ci. Wrócą do was. Na przemian złączał i rozłączał dłonie: — Moi drodzy. choć nie potrafiłby powiedzieć co. co robią. dającej ludziom na ziemi wyobrażenie o Królestwie Niebieskim. Kilka przygotowanych już aparatów fotograficznych zniknęło i Aleksander pomyślał z szacunkiem o tym księdzu. którzy wydali pieniądze i kupili lampy błyskowe. gdzie Pan króluje w ma- jestacie. Wiem.. może postanowił wytrwać w upokorzeniach i blasfemii 420 . że kochacie wasze dzieci.

która domaga się wła- śnie swego przeciwieństwa. 421 . Być może zbyt wielu jest kardynałów. ta domowa inscenizacja z jej naczyniami. Aleksander doznał najpierw wzruszenia. To. błędna droga. Po to był tu ksiądz. że Bóg porzucił samego siebie i jednak od- najdował siebie. dochodziło do metamorfozy podobnej do tej. opuszczenia. Wolałby biskupów w mitrach. w cudowny sposób. co materię przemienia w Boga? Mękę w Boga? Czy znaczyło to. zbyt wiele wzniosłej lecz nie uduchowionej muzyki opla- tającej Kościół.. że skromny. poniżona. przybie- rającym postać męczeństwa. To się tak mało zmieniło przez dwa tysiące lat. W Aleksandrze zaczynał się wielki przełom. dzieckiem podającym wodę czerwonymi chłopskimi ręka- mi. chlebem.. ale jednak nie-rozszczepialna. Czyżby krył się w tym sens głębszy niż Aleksander umiał to kiedykolwiek zobaczyć? Czyżby wtedy. miało decydujące znaczenie.” A jednak nie podobało mu się to. tym bardziej niezwykły. Kościół to może ża- glowiec. bez honoru. zagubienie. i nie miał nic przeciwko temu. przed którymi proboszcz co tydzień wygłaszał kazanie w złym guście? „Być może — myślał — takie oczyszczenie jest niezbędne. niedostatku i nawet głupoty? Czy właśnie tego miał się nauczyć w tym wiejskim ko- ściele. dłonie na pastorałach. a może słowa i gesty kryły w sobie tajemnicę o nieod- partej mocy. który cierpi. że porzucił swych wyznawców. że Chrystus był z definicji tym. pogodzenie się z lo- sem.. Po wygłoszeniu skromnego kazania ksiądz zaczął przed ołtarzem gromadzić swe małe gospodarstwo. zbyt wielu dostojników w fio- letach. tutaj jednak zdawało się.brzydoty. gdy boskie maszyny druzgocą wiernych.. co prawda zdegradowana. co się tam działo. Zarzucał zawsze Bogu. kompensaty. To po to właśnie ludzie przyszli do kościoła. że przemianie tej patrono- wała rzeczywistość nadprzyrodzona. wi- nem. i to niezależnie od marności otoczenia. i przyłączyć się do niego można tylko w cierpieniu. a potem wstrząsu. pośród wiejskich głuptasów. który musi płynąć zakosami.

Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż śladów pozostawionych na śniegu. Aleksander właśnie powiedział. żeby ona wiedziała. dlaczego nie rozstaje się z nią nawet na moment. wrócili do pałacu.przypominających wiernym. czyli siąść na podłodze nad dwoma befsztykami pachnącymi dymem. Nieduży mężczyzna w ciemnogra- natowym płaszczu. Małgorzata powie- działa. Może lękał się śmieszności. Na końcu alei prześwitywał samochód. odsuwał bramę. Zaczynała nim komenderować. że gdzie indziej jest ich królestwo. że idzie do kuchni: — Proszę przynieść mi śniegu. otrzepując co jakiś czas w komiczny sposób śnieg z butów. usłyszał zgrzytanie me- talu o metal. żeby wejść do parku. Wyprostował się. ale jeszcze nie nazy- wała go Aleksandrem. Mały mężczyzna prześliznął się przez bramę. Nie śmiała go zapytać. Nie mówiła już do niego „proszę pana”. obchodząc pałac. Skoczył do okna. On sam nie miał pojęcia. że jest uzbrojony. by wiedziała. jak bardzo łamie przepisy prawa. Aleksander z Małgorzatą. dlaczego nie chciał. Właśnie zamierzali usiąść do stołu. zaczął iść wzdłuż tych śla- dów. że lubi pieprz i ona zajęta by- ła posypywaniem jego befsztyka pieprzem. dokąd miałoby się wrócić? Gdy msza się skończyła. 422 . by w pałacu nie usłyszano motoru. „A ja? — pytał samego siebie — czy wciąż jeszcze zależy mi na «powrocie»?” Jeśli jednak przyszło się znikąd. jak to nazywali. — Proszę tu czekać. i gdy tylko zdecydują się „wrócić”. przyjrzał się uważnie okolicy. otrzepał dłonie z rdzy. ciasno ściągniętym paskiem. Wziął mi- skę. że nie są z tego świata. przyjmie ich niebiańska ojczyzna. nie ruszając się z miejsca. — Co to? — spytała Małgorzata. Po chwili. pozostawiony daleko. ale nie zapomniał o swojej teczce. który miał wyczulony słuch. gdy Aleksander. śledzeni wzrokiem przez tubylców. a może nie chciał.

prowadzące do piwnicy z winem. położył ją u swych stóp. — Gdzie jesteś? Jego trójkątna twarz oświetlona była skośnym promieniem światła dziennego. Mężczyzna znajdował się w połowie oranżerii. Wdrapał się szybko na drewniane schody. Jego wzrok usiłował przeniknąć ciemność. Brakowało mu niewiele już tylko metrów do schodów. odsunął barykadę. Wargi Aleksandra poruszyły się. Aleksander chwycił teczkę i rzucił się na korytarz. wyjął z niej rewolwer i czekał. Gdyby obrócił się w prawo. Nabrał powietrza do płuc. dokąd iść. Aleksander mógł obserwować jego poruszenia. lecz ręce mu nie drżały. Wiedział. znaleźć miej- sce. 423 . chroniony przez mrok i układ oranżerii. gdy rąbał drzewo. musiałby zobaczyć drewniane scho- dy. gardło miał ściśnięte. Aleksander wyrzekł jedno słowo: — Piotr. Zbiegł błyskawicznie po kamiennych schodach. Mężczyzna wszedł do środka. Znajdował się w odległości dziesięciu metrów od Aleksandra i o trzy metry niżej niż on. chociaż nie mógł ich widzieć. W chwilę później odwrócił się wolno. Zatrzymał się na balkoniku wieńczącym schody. przesączonym poprzez brudne i osnute paję- czynami okienka. Gdy przebiegał przez oranżerię. ale nie spojrzał w tę stronę. Mężczyzna otworzył zewnętrzne drzwi. Skierował się do kamiennych schodów. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. zobaczył cień przesuwający się w jednym z pół- okrągłych okienek. Stąd panował nad całą przestrzenią oranżerii. że opracował już plan obrony. Aleksander otworzył cicho teczkę. przyszło mu to prawdopodobnie do głowy wczoraj. W biegu uświadomił sobie. Mężczyzna zamarł w bezruchu. Serce biło mu mocno i szybko. Widać było nawet pojedyncze kiełki wąsów. w cieniu bramy. z którego dobywał się głos.

przez szacunek dla śmierci. On. nie pozwoli się wziąć jak jakiś Gawierin. że na polach bitewnych czuje się zapach krwi. Pochwalił samego siebie. Czwarta kula rozłupała czaszkę Piotra. Aleksander nie wiedział. Aleksander pomyślał z odrazą: „Wąsata żmija”. wąsata żmija. czy jest to zwyczajne zjawisko. Aleksander strzelał dobrze. „A więc Piotr był tchó- rzem — osądził niesprawiedliwie. — Gdzie jesteś? — spytała znowu. Odwiódł bezpiecznik. dotąd sądził. przesunął go więc w przeciwną stro- nę kulą wysłaną w prawe ramię. Miałby ochotę zwymyślać w ordynarny sposób. Naprowadził muszkę na szczerbinkę. 424 . Aleksander pomyślał. tak jakby nie mógł się zdecydować. w jaki spo- sób go odnalazł. Opadł kurz. czy przewrócić się w tył czy też do przodu. mimo gorączki. wściekłości i paniki. Nie upadł od razu. — To mnie wcale nie dziwi”. ale jego nogi nie mogły go już utrzymać i zwalił się na ziemię. Jednocześnie krążyła mu po głowie myśl. Jelita nie wytrzymały. Echa wystrzałów przetaczały się przez oranżerię. Piotr przechylił się teraz w lewo. nerwowym głosem. zabarwiona prawdziwą rozkoszą: „Zastrzeliłem bezbronnego człowieka”. Piotr trafiony został w okolicach lewej klapy marynarki. Ten efekt wydał się Aleksandrowi komiczny. Rozległy się dwa dźwięki: obrót bęben- ka i kurek. tego pajaca. nie uczynił tego jed- nak. Został odrzucony w tył i w lewo. który wydawał obrzydliwy zapach. umieścił trzecią kulę po lewej stronie klatki piersiowej. Huk wystrzału był ogłu- szający. przyjmujący tylną pozycję. Ale cóż tam! Udało im się przecież znaleźć Ga- wierina. Posługując się podwójną akcją rewolweru. po rosyjsku. że powinien zapytać Piotra. który wyginał się przed nim. wzniesiony przez eksplozje. Aleksander zszedł po schodach i stanął nad trupem. Psar.

spostrzegł. zadawał sobie tylko pytanie. natomiast. Jeden z dwu nabojów. Nienawidził tego człowieka od pierwszego wejrzenia. Ciało osunęło się w ten sposób. mógłby ją dogonić. Małgorzata. Aleksander wdrapał się z powrotem na drewniane schody. Z rany tryskała rytmicznie krew. skoro wiedział. które pozo- stały w bębenku. taktowna jak zawsze. którym pokryta była podłoga. Tak jakby sam nie był bolszewikiem. — Bolszewik! — syknął. Zresztą opróżniając 425 . wszedł na górę po kamiennych schodach. Rana. Powinien był ją ścigać. zobaczył. Gdy jednak usuwał z bębenka zuży- te łuski i zastępował je nowymi nabojami. że ktoś kto znajdzie ten nabój będzie mógł zidenty- fikować broń. potoczył się w ciemny kąt. gruby pocisk wyrwał wielki kawał ciała. lecz coraz wolniej. Dziwaczny obrazek: kupiec z bronią za pasem. ale jednak archetypy nie pozwa- lały na to: nie czuł się na siłach strzelać do kobiety. zadana przez kulę o spiłowanym zakończeniu. gdzie wsiąkała w pył. by wziąć teczkę. Jego kolana drżały. tak jakby obawiał się. ale nie stracił panowania nad sobą. a poza tym walczył o siebie. że jej nie zabije? Żmija to co innego. Powinno by się ją zabić. nie chciał kołysać się na krawacie jak Gawierin. jak z nią po- stąpić. płaszcza. po co jednak. zro- biwszy obchód parteru. postanowiła oszczędzić mu mąk wyboru. Tam. że jedno z okien wielkiej sali było otwarte. przez które wyszła kula. Płaski. była straszliwa. Zmieszały się z sobą włókna ciała i strzępy ubrań. by go znaleźć. było mu niedobrze. Na śniegu widniały świeże ślady. Przeszedł przez oranżerię obchodząc z daleka trupa. marynarki. Potrzebował trzech minut. Wydało mu się to bardzo istotne. tworzyła się gęsta skorupa. Nie znalazł jej w małym saloniku. Zadowolony z wyniku poszukiwań założył rewolwer za pasek spodni i ujął teczkę w rękę. Był przekonany o zdradzie Małgorzaty. koszuli. że jego dłonie znowu zaczęły drżeć. że widoczne było miejsce.

a która jednak potra- fi strzelać z szybkością 700 pocisków na minutę. ma wygląd zwyczajnego pistoletu. Na razie jednak posiłki nie pojawiały się. do którego nikt nie zaglądnie przed wiosną. powiedziałby sobie. nie zmieni w niczym jego sytuacji. Nie wystarczyłoby zresztą zakopać zwłoki. jeśli poszukuje go KGB. że uwielbiał broń palną. niech strzelają! Odpowie strzałami. trzeba by usunąć krew rozlaną na posadzce. Rzeczywiście. Nie miał ani szpadla.) W innej kieszeni znalazł to. Nie wpadł jednak na to i postanowił zostawić broń na miejscu. w kieszeni jego płaszcza nie było kluczyka do samochodu. W kominku dogasał ogień. że być może Piotr nie przybył tu w pojedyn- kę. Zniknął peugeot. fakt. To wydało mu się skomplikowane. był znużony. Wrócił do saloniku. zapew- ne wypożyczony przez Małgorzatę. Może ktoś zaczaił się w parku? Trzeba sprawdzić. proszę. VZ-62. a głównie dlatego.bębenek rewolweru miał wrażenie. których mógł dotknąć. iż w pałacu. że spłaca jakiś bardzo stary dług.. starając się wstrzymać oddech.. czego wcale nie szukał: czeski pistolet automatyczny. Jeśli nawet zaczajono się na niego. że pistolet o takiej charakterystyce nie może mieć żadnych nadzwyczajnych właściwości technicz- nych. raczej dlatego. Potem wrócił do oran- żerii i. która. czego szukał: klucze od samochodu. Spojrzał w stronę okna. Cechowały go wszystkie ograniczenia. pomyślał jednak. Ale nie 426 . Zresztą. (Gdyby był bardziej doświad- czony. złożona. czy powinien pogrzebać zwłoki. Systematycznie przetarł chustką do nosa wszystkie przed- mioty. że widział to w ki- nie niż z czysto praktycznych względów. Znalazł tam przede wszystkim coś. przeszukał kieszenie zabi- tego bolszewika. ani oskar- da. Opuścił pałac nie kryjąc się wcale. jeśli posłuży się bronią. że będzie czuł odrazę. Nagle pomyślał. wracała gorączka. na której się nie znał. pozostaną zwłoki. Zadał sobie teraz pytanie. broń. typowe dla do- brego strzelca — nie zabrał ze sobą Skorpiona. Miał ochotę wziąć ten pistolet jako trofeum.

przejście przez bramę. Zaczyna iść powoli. Zadaje so- bie pytanie. 427 . prze- wraca się. — Nie wiem. Przechodząc przez trawnik zaczepiła znowu płaszczem o kolcza- ste gałęzie krzewów. Nagle czuje wstyd: „Ja. w śniegu. czy i jej ojciec tak wyglądał po śmierci. Słyszała strzały. podnosi. żeby uspokoić własne nerwy. Małgorzata wróciła do pałacu. Wymiotuje. bramę. Zaczęła ciągnąć poły płaszcza. Przestraszyła się. nie wiem!. że nie uda jej się tym razem podnieść bramy. Drzwi prowadzące do oranżerii są otwarte. — Czego? — wypuścił kilka obłoczków dymu. Mogę sprawić. sa- mochód. zdzierając skórę dłoni. Osłabiona. trudno. A później zostawią panią w betonowej piwnicy. — Idiotka.. — Bardziej powinna się pani mnie bać. Policja równoległa. Biegnie w stronę bramy. To trudno. zostawiając strzępy materii na kolcach. że zatrzymają panią Francuzi. spokojny jak zawsze. łamiąc paznokcie. Ci zabiorą się do pani w taki sposób. Uciekła peugeotem. co się zdarzyło. komunistka? Ja. grzęźnie w trawie. co znajduje się przed jej oczami: drzewa. ani w samochodzie Piotra. które stało na samym początku alei. Za chwilę wychodzi. — Co się stało? — spytał Nikitin.. — Boję się. Zrobiła to wreszcie. — A teraz: dokąd? O drugiej w południe Małgorzata zadzwoniła do swego pilota. Już ja panią przestraszę. cofając się. zobaczyć. Małgorzata myślała. Volvo. I to nie DST. zniknęło. starając się widzieć to tylko. cór- ka sierżanta francuskiej armii?” Bierze się w garść. ani w alei. Proszę się uspokoić i wrócić na miejsce.było nikogo w parku. roz- rywając rękawiczki. Wsiadł więc do volvo i zapuścił silnik. Małgorzata wcho- dzi tam. że wszystko pani wygada.

Proszę wracać do Paryża. Spróbujemy naprawić pani błędy. Pietucha odwalił kitę. Składa sprawozdanie. oczywiście. znajduje otwartą stację benzynową. Przed kabiną telefoniczną uświadamia sobie. przepowiada mu się wielką karierę — kiedy przejeżdżaliście przez Pontoise. Co za głupota. — Polecał mi pan używać tego numeru tylko w sytuacji alar- mowej. — Powinna była pani wiedzieć. Ordynansi i sekretarze. Dostaje tam drobne. Z aparatu. — Dlaczego nie zadzwoniła pani stamtąd? Zawsze przypisywać pomyłki podwładnym i na piedestale tych pomyłek stać się wielkim człowiekiem. Dzwoni do Moskwy. że brakuje jej drobnych. W Moskwie zapada już zmierzch. Pro- szę zadzwonić do mnie po powrocie. wymieniają znaczące spojrzenia. — Proszę mi powiedzieć — Nikitin mówi spokojnym głosem. na 428 . po co dała tyle drobniaków na tacę w kościele? Jedzie do sąsiedniej wsi. — To był zręczny chło- pak. Najbliższy tele- fon znajduje dziesięć kilometrów dalej. gdzie. po- sługując się jednym z jego tajnych numerów: — Towarzyszu pułkowniku (próbuje znaleźć formułę. tak? — Tak. została pani sama w kawiarni. mimo że dzielą ich różnice stopni. że właśnie o taką chodzi. Generał Pitman wciąż cho- dzi po swym gabinecie. Czekała pani pół godziny. — Szkoda — mówi na to Możuchin. Z kabiny. Ich szef. Wszystko to przez tych spryciarzy z nowej dyrekcji. pilot Małgorzaty dzwoni do rezydenta. Dzwoni. która osłodziłaby przykrą wiadomość). mimo świąt Bożego Narodzenia. Wszystkie admini- stracje są do siebie podobne. Jest zła. który — Nikitin wie o tym — nie jest podsłuchiwa- ny przez Francuzów. ale nie ma telefonu do dyspozycji.

Nowe humanitarne normy KGB nie stosują się do tak skrajnych przypadków.ogół łagodny i pełen zrozumienia. który pchnie się dalej. ale w każdym razie musimy się dowiedzieć.. Zdarza się czasem. Dręczyła go gorączka..” Teraz jednak nie ma czasu na rozważanie losów Twardego znaku. jest dzisiaj w nastroju „zdecy- dowanie ludożerczym”. Jakub Mojsiejewicz za- mknął oczy. ja byłem tu. „On stał tam. 429 .. Z wyrazem niesmaku malującym się na twarzy zdejmuje słu- chawkę swego aparatu na korbkę i dzwoni do Dyrekcji Piątej: — Trzeba go sprowadzić żywego. spisujący się świetnie przez dziesiątki lat. być może. krzyk- nąłem. gdy tylko to będzie możliwe.. szybowania. na Jakubie Mojsiejewiczu ciąży teraz obowiązek wprawienia w ruch odpowiedniej procedury. odwrócił się.. jechał skradzionym autem. nagle wpadają w amok. że- byście go załatwili.. które dmuchało gorącym i su- chym strumieniem powietrza. które kółeczko w maszynie zacięło się. może tysią- ce razy tę samą operację myślową. Tymczasem czynił to drugie właśnie. W trakcie tych godzin jego umysł powtarzał setki. nie bardzo sobie z tego nawet zdając sprawę. Aleksander spędził całą resztę tego dnia w samochodzie. Nie wiem jeszcze. „A przecież to był dobry pomysł: Twardy znak. a nie prowadzenia samochodu. Na razie montaż umyka monterowi. czy też poprosimy was.. przymykając jedno oko. Przez cały czas odczuwał sensację unoszenia się w powietrzu. Aleksander przeżywał wciąż od nowa moment zabójstwa. podpułkownik Piotr miał rodzinę. i otwierał szyby.. Z ciekawości próbował wzbudzić w sobie odruch współczucia. czy od- damy go pod sąd po przesłuchaniu.. że. Gdy dotarła doń wiadomość z Paryża. że agenci. i to całkiem pewnie. jak to określił podporucznik Wołodia Wozniesienski. per- swadując sobie. Na przemian włączał ogrzewanie.” Nie odczuwał wcale litości dla Piotra. wyziębiając wnę- trze samochodu..

potem drugi. Ale nawet to nie było potrzebne. Kurz. Błysk. Za- leżny był od mojej łaski. Przez chwilę bałem się. i otwarta czaszka. stale obracająca się. Kurz. Mogłem też nie. gdzie ty teraz jesteś. wzbijający się w powietrze po wystrzale. mój druh. Dziel- ny rewolwer. raz w tamtą. Nie na próżno wziąłem cię ze sobą. przemierzał przestrzeń. cztery razy opadła. ja na górze. która w tej chwili musiała zacząć się już niepo- strzeżenie rozkładać. że do końca życia będę głuchy. wypuszczający niczym Zeus odmie- rzone pioruny. 430 . Jaki wyraz twarzy? Prze- straszony? Nerwowy? Znużony?” Aleksander miałby ochotę ze- lżyć tę twarz. „Ile razy strzelałem? Cztery razy podniosła się iglica. i padająca. jeden. mówił do mnie per ty). tworzący skorupę na strumykach krwi. i po chwili znowu «Gdzie jesteś?». Mówiłem sobie. «Gdzie jesteś?» A ty. którą czeka zaraz proces rozkładu. wycinający część tej twarzy. to wystarczy jako uzasadnienie. «Gdzie jesteś?» (patrząc. Żmija uzbrojona jest w swój jad. On stał w cieniu. proch eksplodował i pocisk. lecz odpychał je od siebie. „On na dole. i sylwetka ludzka. Twarz Piotra. Zostałyby rozwiane. raz w tę stronę. A może wcale tego sobie nie mówiłem? Może wymyśliłem to już teraz. że powinienem był nałożyć nauszniki. której przetrąci- my grzbiet? Nie robił sobie też żadnych wyrzutów.. Przychodziły mu na myśl najostrzejsze rosyjskie obelgi. Nie można lżyć śmiecia. ma- ły komiczny wąsik. i trzy koliste okienka.. i jeszcze raz muszka. uderzyła spłonkę. Huk wystrzałów i ból bębenków w uszach. nakręcany przez gwint lufy jak dziecinny bąk przez rzemień. Czy powinienem był zabrać Skorpiona? Ale cóż bym z nim zrobił?” I znowu wszystko zaczynało się od początku: trójkątna twarz. i znowu w lewo. trójkąt przeciwko trój- kątowi. Obraz wydarzeń sprzed kilku godzin pojawiał się w nim z wielką regularnością. bolszewiku? Chciał mi przykręcić śruby. I znowu żmija na muszce.Czy jednak niepokoimy się o los rodziny żmii. gdyby to było potrzebne. przez fakt znalezienia przy zabitym broni.

pochlebiało mu to. Trzeba było zacząć. nacisnął tweedowy kaszkiet na uszy i na chybił trafił poszedł ulicą Alésia. była już za nim. Samo- chód mógł być wyposażony w tajny nadajnik. który otoczył mu szyję jak wilgotna tkanina. gdzie on się teraz znajdował. fakt. Co więcej. zniknąć bez śladu. mógł bez trudu rozpłynąć się w nocy. jaki go spotka. Nie robił też sobie złudzeń co do losu. gdzie znalazł wolne miejsce do parkowania. że uznano za stosowne przydzielić mu szpie- ga pracującego w pełnym wymiarze godzin. jeśli dostanie się w łapy KGB. to błąd. by. Zostawił za sobą wszystkie te ciężarówki. Nic łatwiejszego. rzecz jasna. To tylko kwestia uwagi. Oczywiście. reflektory. co wydało mu się prawie niemożliwe. po przesłuchaniu. że zo- stała zdemaskowana wyzwalał go od przesądnej trwogi związa- nej z jego sytuacją. w której spotykał się wielokrotnie z Iwanem Iwanyczem. później w nocy. 431 . nie nadwerę- żać głosu. Nadawał się tylko do tego. od pozbycia się volvo. Dziwił się tylko. Nie zabił jej. która przy- klejona była do niego jak żaróweczka kontrolna. ale. Zabijając Piotra. Wrócił do Paryża. zważywszy na fale gorączki szalejącej w mózgu. a oficerów KGB — zabić. przekroczył nie- pisane prawa. trzeba jednak rozeznać dobrze własne możliwości. nie pokaże się tam. Odkąd pozbył się Małgorzaty. Cały ten Babilon autostra- dowy był już za nim. wycieczko- wiczów z okazji Bożego Narodzenia. Zdrada Małgorzaty nie zabolała go zanadto. Porzucił samochód w pierwszej uliczce. władować mu kulę w kark. Okazuje się więc. Nie wie- dział jednak. pozwalający odna- leźć go w każdej chwili. Długa jazda w mroku. że wcześniej się tego nie domyślił. Ale KGB nie mogło wiedzieć. przeciwnie. bez wypadku. Jeśli idzie o KGB. Zatrzymał się na Porte d'Orléans. Postawił kołnierz płaszcza. Poznał kawiarnię. że donosicieli KGB można wykryć. gdzie się podziać. nie tylko nie był urażony brakiem zaufania z tej strony. Musiał teraz podjąć ważne decyzje.

gdzie mógłby się skupić. Wszedł do kawiarni i zamówił grog. i obydwa te adresy zamieniły się w pułapki na myszy. spędziłby całą noc maszerując. miejsca. lecz Aleksander nie wie- rzył. tak. Nie chciał się pozbywać swego paszportu. Aleksander mógł się oddać natych- miast w ręce policji. Małgorzata z całą pewnością dała znać o zabójstwie. bardzo ciepło. Hotel. Jak mógłby zasnąć wiedząc. swe doświadczenie i wiedzę przeciwko tym. że Francuzi nie zgodzą się. hotel nie wchodzi w grę. będzie musiał zwrócić swą inte- ligencję. że zarządca hotelu ma klucz od jego pokoju? Istnieją wewnętrzne zasuwki. bez przełożonych. że musi gdzieś usiąść i odpocząć. ale nie był jeszcze do końca zdecydowany na zmianę obozu. Już jednak po przejściu stu metrów poczuł. Myśl o Gawierinie nie opusz- czała go. nie bardzo mógł je teraz zmienić. a jeszcze lepiej położyć się w jakimś łóżku czy na podłodze. iż nie potrafi długo walczyć w pojedynkę. Komisariat policji? Tak. dziękuję bardzo. lecz. w którym zameldowałby się pod fałszywym na- zwiskiem? To byłoby najrozsądniejsze. Musiał albo zawrzeć rozejm z KGB — co tylko w rzadkich wypadkach nie jest możliwe — albo przejść do Francuzów. Wiedział też. byleby tam było ciepło. rozważyć sytuację. a czy szczury hotelowe nie są przy okazji złodziejaszkami? A iluż recepcjonistów odmó- wiłoby prośbie fałszywego detektywa. Na razie jednak potrzebował schronienia. Dokąd mógł się udać? Ani do siebie. skrywając nieco twarz. a ciągła zmiana położenia— własnemu bezpieczeństwu. wszystko jedno gdzie. ani do biura.. by nie zapisać się w pamięci kelne- ra. i to mimo trawiącej go gorączki. Gdyby nie był chory. Chodzenie sprzyja trzeźwej myśli. Nie. którzy 432 .. by stał się odtąd kimś neutralnym. Za- razem jednak wiedział. że byłby naprawdę bezpieczny w hotelu. albo też znaleźć sobie jeszcze innego pro- tektora. określić przyszłe postę- powanie. gdyby ten pokazał im zdjęcie uciekiniera? Małgorzata mogła przy tym szczegółowo opisać jego ubrania. Nawet mu się to podobało. Zbyt wiele samobójstw zdarzało się w hotelach. że był sam.

dyskrecji. Monthignies przechowałby go u siebie i na- wet broniłby go. że jest mordercą. „Dla jednych jestem zdrajcą. Znajomości towarzyskie. Nie mógł liczyć na ni- kogo spośród tych ludzi. brał pod uwagę wszystkie znane mu nazwiska. Na jego twarzy także nie było wypisane. a także. w której znaj- dował się Smith & Wesson. że sprzeniewierzył się pewnemu kodowi etycznemu. Nie będzie się na pewno ukrywał u Fourvereta! Johannès-Graf ukryłby go może. których poznał przez kontakty zawodowe. znowu obracasz marynarkę na drugą stronę. owszem (mój przyjaciel. na któ- rym ukazywały się znane mu oblicza. Dla innych mordercą”.. dodatkowo. Jeżeli natomiast wyjawi mu prawdę. a przecież nie będzie szukał schronienia w paszczy lwa.jeszcze przed trzema dniami byli jego przyjaciółmi. A nawet jeśli tak zrobili. kochanemu Mefi- stolesowi. z wy- jątkiem jednej tylko Jessiki Boïsse. z których większość nigdy nikogo nie zabiła. Divo uśmiechnie się ironicznie i powie coś w tym rodzaju: — Jeśli dobrze rozumiem. Kobiety? Stracił z nimi kontakt. Gdyby jednak przemilczał przed nim okoliczności ucieczki. Nie miał osobistych przyjaciół. Przyjaciel? Przyjaciółka? Zamówił następny grog i przeglądnął w pamięci film. Pomyślał o Divo. Poza tym ludzie. markiz.. Przyglądał się ludziom siedzącym dookoła i mówił sam do siebie: „Oto poczciwcy. linię żywota podpułkownika „Piotra”. ponad który nic cenniejszego nie znał. Czyż nie? Muskał czule stopą. u Divo znalazłby dość odwagi. przeciwko nadzwyczajnemu Jakubowi Mojsiejewiczowi. Rewolwer ten przerwał karierę. o co chodzi. ale chciałby wie- dzieć. a nawet sprytu. teczkę. jakby dotykał psa.). weekend na wsi. lub dla wygody — jacht. tyle że po trzech godzi- nach cały Paryż wiedziałby o wszystkim. 433 . narażając własne życie. Tak. to nie widać tego po nich”. pod- trzymywane przez snobizm. miałby uczucie.

265. które nie zainteresowało go poprzed- nio. C. sympatycznego.. MAI. dzielnego redaktora «Seconde». który lgnął do Psara. ponieważ brał go za prawicowca. WAG. Oto on. Nazwiska. Aleksander przejrzał od nowa kalendarzyk. Uderzyła go paradoksalność sytuacji. w jakiej się znajdował. nie wie. B. kiedy układał listę do wysyłki swoich książek czy też gości zapraszanych na cocktaile.. — „«Piotr»! Gdyby pozwolił się nazywać Iwanem. ale nie składa się wizyt zapachowi perfum mając końską gorączkę. że darzyli się wzajemną sympatią i poda- łaby to nazwisko jako jedno z pierwszych. ale Małgorzata wiedziała. podejrzany reżyser. Otworzył swój kalendarzyk. To eliminowało Perquigny. (Te kobiety przyjęłyby go może. Przed niektórymi numerami nie figurowało żadne nazwisko. Tak. prawdo- podobnie nie zabiłbym go”. 434 . ODE. który posiadał mieszkania i wille prawie wszędzie. tak. numery telefonów przesuwały się przed jego oczami. który nigdy nie przyszedłby do głowy Małgo- rzacie. On nie odczuwał niczego podobnego. licząc na sensację. tak jak robił za każ- dym razem. małego wydawcę.. i nie przypominał już sobie.. A! Był jeszcze Sasza de Fragance. Eliminowało. adresy.329. trzeba było znaleźć taki adres. Eliminowało to także wszystkich autorów jego wydawnictwa. Niektóre z nazwisk nie wywoływały w jego pamięci żadnej twa- rzy. jeśli byłyby same dziś wie- czorem. D. do kogo należały. niezależne- go. ale personel hoteliku był już z pewnością obstawiony.) Zawahał się przed nazwiskiem Kurnosowa. Podobno istnieją mężczyźni. Jedno czy dwa skojarzyły mu się wyłącznie z zapachem per- fum. BAB. i tym razem jego oko spoczęło na nazwisku. I to wykluczało także Bernou. playboy o przyprószonych siwizną skro- niach. dusza paryskiego towarzystwa. Dla nowych 525.254. u których zabójstwo wzmaga apetyt seksualny. JAS. u kogo spędzić noc w Paryżu. Mógł poprosić o taką przysługę swojego towarzysza walki. który z całą pewnością dysponował siecią tajnych garsonier i byłby z pewnością gotów bawić się w konspirację. A. Dla daw- nych numerów INW.

Na zmianę przesłuchiwali ją i robili rewizję. Uznał jednak. konferowali popijając herbatę. Małgorzata. uporządkowanych przez nią z tak wielką troską i przyjemnością. wycierając co chwilę nos w papierowe chusteczki. „Tymi ich łapskami!” W rzeczywistości jednak starali się nie narobić bałaganu. Jego przyboczny grał światowca: „Naturalnie. Pułkownik Możuchin. Tego popołudnia w ambasadzie odbyła się narada wojenna. nie może się powstrzymać. Nikitin ze swym przybocznym zabrali ją do biura agencji. Niki- tin przybrał ton autorytatywny: „Dziecinko. przeziębiona. rezydent wywiadu. pułkownik Wiazew z Piątego Departamentu i major Nikitin. była pełna najlepszych chęci.. A jednak irytuje ją widok tych mężczyzn. którzy zupełnie nie znają się na literaturze i grzebią w jej archiwach. Gdy tylko Małgorzata zgłosiła się telefonicznie po swoim po- wrocie do Paryża. osoba o pani talentach. dro- ga pani. ten człowiek? I dlaczego on mu to zrobił? Dobrze wiem. służy pani ludowi. że lepiej będzie postawić na absolutny absurd. tak się zazwy- czaj postępuje. że Psar był pachołkiem skrajnej prawicy. manie swego szefa. z pełnym zrozumieniem. opowiedziawszy szczegółowo po raz szósty zwy- czaje. tak czy nie?”. ale teraz to morderca! Obaj oficerowie zbywali te pytania i wracali do przesłucha- nia: — Poza panią Boïsse. Dwóch ludzi wysłano w stronę Limoges z zadaniem pozbycia się zwłok i zatarcia śladów.. Wiazew zastawił pułapkę w mieszkaniu delikwenta. stosunki. zachowywali się ostrożnie. wyczerpana. Nikitin nakazał jednemu ze swych przybocznych przesłuchanie Małgorzaty.” Małgorzata. oficer-pilot Małgorzaty Thérien. żeby nie zapytać od czasu do czasu: — Ale w końcu kto to był. Zatelefonować? To należało do dobrego tonu. jakie inne kobiety były w życiu Psara? 435 .

jeszcze gdzie indziej postawiona zostaje czujka. ale nie jawił się jej już jako przeciwnik. powtarzała bez końca histerycznym tonem: — On nie miał przyjaciół.. że płaszcz z wielbłądziej wełny wciąż znajduje się w szatni. by odkryto miejsce pobytu Psara. którzy spędzają w ten sposób bezsenną noc. Co prawda tej nocy. A później dodała. czyniła wszyst- ko. Ona pozwala sobie na luksus pamiętania 436 . są Francuzami. Tu ktoś zakłada dzwonek. najzupełniej zresztą dyskretny. gdy ich idealizm osłabnie. Nikitin komunikował je sztabowi. tam poja- wiają się hydraulicy. inni dla idei. konspira- cyjny. płacząca ze zmęczenia. nie zawierają żad- nej nowej rezerwacji na nazwisko Psara. gdzie po- dejmowano odpowiednie dyspozycje. ale i oni są opłacani. W pewien sposób. niech go znajdą. znowu czuła się lojalna wobec Aleksandra — od chwili. kiedy brała udział w nagonce na niego. które przydadzą się w chwili. Tyle tylko. że jego obecność dowodzi. ale nie daje to żad- nych nowych informacji. chociaż co chwilę pojono ją koniakiem. Wydaje się. tam gdzie Psar pozostawił ją przed trzema dniami.. W miarę jak Małgorzata podawała adresy. Nie miał przyjaciół. Jedni pracują dla pie- niędzy. że żadna agencja wynajmu samochodów nie miała z nim do czynienia. Podobnie rezerwacje kolejowe. Owszem. Volvo zostaje odnalezione i przeszukane. wielu z nich nie można sprawdzić. podpisują pokwitowania. Małgorzata. rzecz jasna. skonsultowane przez płatnych informatorów. pod którymi mógł się schronić Psar. Wszyscy ci okazyjni współpracownicy. z 25 na 26 grudnia. Wrogiem klasowym niech się zajmą ci dwaj Rosja- nie. patetycznie: — Miał tylko mnie. Nie miał żad- nych przyjaciół. Wiazew rzucił do akcji wszystkich swoich ludzi. Komputery linii lotniczych. iż delikwent znalazł się w Paryżu. Telefon do restauracji „Pont-Royal” pozwala ustalić. Omega wciąż znaj- duje się w pobliżu Opery.

Nie rozpoznała w pierwszej chwili swego gościa. Otworzyła jednak drzwi: 437 . na której można było polegać. w Paryżu. Aleksander Dmitrycz Psar. gładka. Żaden podsłuch telefoniczny nie przyniósł pożądanych efektów. jak to będzie potrzebne. Musiała wspiąć się na palce. Mał- gorzatę odwieziono do domu i dano jej do towarzystwa pielę- gniarkę. Psują nam robotę tymi swoimi metodami zdobywania świata bez użycia dobrych znajomych. Widziała go raz tyl- ko. gdy poderwał ją na równe nogi dzwonek do drzwi. Podobnie szyja. Poszukiwania trwają przez cały następny dzień i noc. wywiadu i kontrwywiadu. Zostanie przy chorej tak długo. Pułkownik Możuchin. przypominała sobie też Aleksandra- kochanka. Właśnie miała położyć się do łóżka. Za- sadzki. Żaden z posterunków obserwacyjnych nie zameldował sukcesu. członek areopagu zarządzającego dyrekcją «A». żeby spojrzeć przez judasza. który miał przed sobą przyszłość i po- pełnił jeden tylko błąd: zaciągnął się do tych spryciarzy. Generał Pitman. który zawsze wiedział. Oczywiście. w czerwcu. czapkom-niewidkom. a jego twarz. Policzki nosiły ślady żyletki. pułkownik dokooptowany Komi- tetu Bezpieczeństwa Państwowego. zaczyna się w Moskwie niecierpliwić. Oczy były oczami człowieka chorego. chwilowo w ukryciu. wtedy tak wypielęgnowana. zorganizowane w mieszkaniu i w biurze Aleksandra. mruczy: — Dobrze im tak. nie ujęły żadnej zdobyczy. znik- nął. chłopca. była teraz nieomal twarzą szaleńca. tak by mogła odzyskać dobre sa- mopoczucie i by nie popełniła żadnej niedyskrecji. Nad ranem Nikitin postanowił zamknąć przesłuchanie.wielkodusznego przełożonego. czego chciał. nawet gdyby zaczęła majaczyć w gorączce. Tym niemniej Możuchin z zapałem i metodycznie poszukuje zabójcy Piotra.

sta- rannie uporządkowanym książkom. który nie mógł ustać na nogach. Przygryzł wargi i zmrużył jeszcze bardziej powieki. Nic groźnego.. czy jest pani sama w domu. zaraz się wyniosę. o jaki nie podejrzewałoby się tej twardej twarzy. Przerwał. Dłonie trzymały wielką czarną teczkę... Jest pani tym. 438 . żeby się zastano- wić. Józefina Petit cofnęła się o krok. — Pan Psar? — Panna. prawda? Pani interesuje się terroryzmem. Miał na sobie podarty an- gielski prochowiec.. że zawracam pani głowę.. To bardzo rzadkie. Jakże to było komiczne. Nie wiedziała. wersalce. co jest zupełnie proste. Z uwagą przyglądała się pięknej końskiej twarzy. ani przekupić. niech pani powie tylko jedno słowo. — Najtrudniej wypowiedzieć coś. Nawet nie wiem. Aleksander stanął na środku jedynego pokoju i przyglądał się meblom z białego drewna. — zaczął. Uśmiechnął się i w uśmiechu tym krył się urok. — Przyszedłem. Ale potrzebuję kilku godzin spokoju. przeziębi- łem się. ja mam gorączkę.. — Panna Petit. I wypocząć. Stąd mój szacu- nek dla pani. w której odczytywała zaledwie trochę okiełzna- ną brutalność. I to o tak późnej porze. tak jakby wskutek gorączki coraz gorzej widział: — Bardzo mi przykro. ten słownik dobrze wychowanego człowieka w ustach źle ogolonego mężczyzny. Jakiś czas temu nie udało mi się pani ani zastraszyć.. Rozpoznał wśród nich kilka tomów Białej Księgi. żeby przepuścić tego zarozu- mialca. — Tak. co go sprowadza. Ja. Jego powieki były boleśnie skurczone. a podbródek drżał. którą Józefina właśnie przygotowała do snu. kim pani jest. moje zaufanie. reprodukcjom Braque'a na ścianie. Pro- szę.. potrafiłaby jednak w ra- zie czego obronić się przed nim.

muszę się ukrywać. z zainteresowaniem — nie może pan wrócić do siebie? Przyglądał jej się intensywnie. Mój Boże. dwu- dziestosiedmioletniej dziewczyny w spodniach. interesowała się terroryzmem: bardziej teo- retycznymi aspektami tej choroby społeczeństw niż jej konkret- nymi przejawami. jakby szukając innego.. że. w jaki uwikłany był Aleksander Psar. — Dlaczego — spytała poważnie. — Ach. dziwne rzeczy noszące barbarzyńskie nazwy — t-shirt. kto cofnąłby się przed czysto praktyczną aktywnością. Ale nie była też kimś. Żyła sama. grubą skórę. gdyby zaszła taka potrzeba. To prawda. dlaczego nie może być we własnym mieszkaniu. Skłoniła głowę. powtórzył: — Ukrywać. Aleksander Psar. że dzieje się z nim coś niezwykłego. jeans. widzi pani. Gdyby więc ten człowiek miał do czynienia z akcjami tego rodzaju. dlaczego? Dlatego. Pojęła. prosił o azyl u niziutkiej. lecz namysł. ależ ta dziewczy- na była młoda! Miała na sobie białą koszulkę i niebieskie spodnie. I była bardzo ciekawa. Nie znalazłszy nic lepszego. Przed trzema tygodniami zerwała ze swym przyjacielem. Oto on. ponie- waż ten próbował narzucić jej swe przekonania polityczne i swą pasję do gry w automatach pieniężnych. stanęłaby przed trudnym dylematem: czy mogła 439 . Miała gęste. oczy czarne i bystre. Wykonał gest dłonią. Rozłożyła ramiona. Była zdecydowanie prze- ciwna wszelkim nadużyciom i pogwałceniom wolności indywi- dualnych. Miała dla niego odrobinę współczucia. Patrzył na jej małą kwadratową twarz. przed nikim nie musiała zdawać sprawy ze swego życia. Później zaczęła się zastanawiać nad rodzajem terroryzmu. w czym wyrażała się nie odmowa. ostre rzę- sy.. tak jakby zapomniał. mniej harcer- skiego określenia. tak.

— Powinien pan wziąć gorący prysznic i napić się grogu — powiedziała patrząc na Psara. Ludwik zostawił u mnie swoją. ale. — No dobrze. niech pan idzie do łazienki — powiedziała Aleksandrowi. trzeba było rozwiązać kilka równań z wieloma niewiadomymi. Józefina stanęła na ta- borecie i znalazła pidżamę. schowaną w wysoko umieszczonej szafce. przekręciła termostat. — Zajmę się grogiem dla pana. założyła łańcuch. i to bez żadnych zastrzeżeń w rodzaju „mam tylko jeden pokój”. Ale chwileczkę. niech pan trzyma. Teraz niespodziewanie los ofiarował jej okazję działania. 440 . Moje pidżamy będą dla pana za małe. Żeby umeblować jej małą garsonierę. Ludwik uwielbiał różowe rzeczy. wie- działa.ukrywać u siebie kryminalnego przestępcę. Ale lepsze to niż nic.. który w płaszczu wciąż jeszcze stał na środku po- koju.. Aleksander oderwał dłoń od uchwytu czarnej teczki i sięgnął po różową pidżamę. że nie dane jej było żyć pod okupacją niemiecką czy też odgry- wać aktywnej roli w wojnie algierskiej. Chory potrzebuje ciepła. to różowe. żałowała. Czyżby miała nie skorzystać z tej okazji? Poza tym ten człowiek był chory. że nie stawia się gościom pytań. który starał się powstrzymać drże- nie całego ciała. Gdy miała kilkanaście lat. póki się ich nie podej- mie. Trzeba było zdecydować się natychmiast. Zamknęła za Aleksandrem drzwi. — Jak różowe. Józefina Petit nie była osobą czułostkową. kto jej potrzebował. Gdy przechodziła obok kaloryfera. czy należało wydać policji uciekiniera? Pochodziła jednak z dobrej rodziny. — Tutaj jest łazienka. albo „nie będzie się pan u mnie dobrze czuł”. zasłoniła judasza. — Dam panu ręcznik kąpielowy — wspięła się do innej szafki. — Oczywiście — skonstatowała z kwaśną miną — różowa. nie mogła odmówić pomocy komuś. skromnego lecz realnego. Chciałam mu ją odesłać. rzecz jasna.

Przygotowywała grog. Zgromadziła rzeczy.. Dała mu grog. trzymając filiżankę. pamiętaj. Z łazienki dobiegał od- głos wody lejącej się z prysznica (jakby śpiewała zachrypnięta syrena). Trzeba więc było zacząć od położenia go do łóżka..” Aleksander wyszedł z łazienki. a sama przygotuje sobie po- słanie z koców i poduszek. Rzuciła okiem na telefon. jej telefon byłby tylko znakiem. Zaciskał wargi. że zabrał do łazienki teczkę. że Aleksander może się krę- pować tym. Lecz w pokoju wciąż było widno. Trząsł się. Sytuacja zaczęła ją bawić. wysunie je dalej już po zgaszeniu lampy. trzymając nadal czarną teczkę. Osunął się na poduszkę. jeśli w nocy Psar bar- dzo by się pocił. Obok jest pasta. Mam nadzieję. Było coś niestosownego w tym. Józefina krzyknęła: — W apteczce. Nie bez trudu ściągnął z siebie płaszcz. że ją przewróci. leży nowa szczotka do zę- bów. 441 . Miała trzy zmiany. że się boi. iż skazuje ją na spanie na podłodze.” Nie. Posłała go do łóżka. zatrzy- mując szczękanie zębów. Podała mu też dużą dawkę aspiryny i nakazała: — A teraz proszę spać.. Po namyśle zmieniła pościel w łóżku. Pidżama sięgała mu do połowy ramion i połowy łydek. i zostawiła je na razie w rogu pokoju. Zgasiła światło. że nauczycielka matematyki za- mieszana była w sprawę z terroryzmem. ale pomyślała. żeby nie bał się. Chciała już to zrobić i dopiero potem przyrządzić grog. że lubi pan miętę. „Gdyby mnie zobaczyli moi uczniowie. Zostawi swoje łóżko choremu. a drzwi do niej prowadzące szklane. na drugiej półce. Józefina zwróciła uwagę. Gdy tylko zapadła cisza. że tego wieczoru Psar. które będą jej potrzebne do snu.. Ale Józefina nie bała się. Bę- dzie więc mogła dać jutro czystą bieliznę. że nie ma prawa wymieniać tego nazwiska. Gdyby jednak nie wymieniła nazwiska. Czuła. jako że łazienka była oświetlona. Czy zadzwonić do przyjaciółki? Po- wiedzieć: „Gdyby mi się coś stało.

— Proszę się tym nie przejmować. 442 . Józefina zrobiła sobie kawę. czy jestem odważna czy nie. Zawsze chciałam się o tym przekonać”. Nazajutrz gość nie ruszył się z domu. zostawiła in- strukcję dla Aleksandra („W lodówce są jajka i pomidor”). niemożliwe. ale miała za złe Józefinie. Zja- dła tylko dwa jogurty. — Być może udzie- liłam schronienia mordercy.. które leżały na czole jak muszelki. Przyjaciółka była w porządku. zebrała notatki. Nareszcie dowiem się. że miała u siebie gościa. politycznie wyzwolona (to znaczy wyzwolona z marksizmu). Fakt. gdzie pani będzie spała? — spytał Aleksander. przechowującą zabójcę we własnym łóżku”! W drodze powrotnej autorka Psychoanalizy terroru zrobiła niewielkie lecz wybredne zakupy — mrożona kaczka i krab w puszce — i powtarzała sobie bez przerwy. Następnego dnia wciąż jeszcze spał z otwarty- mi ustami. Tego dnia irytacja przyjaciółki wydała jej się szczególnie infantylna. tyle że oddychał. Dłoń otworzyła teczkę. „Ładna historia — pomyślała Józefina. I przy okazji myślała z pewnym smutkiem o Ludwiku. Aleksander był jak martwy. Józefina zrobiła zakupy. czytała. że się nie wpisuje do związku zawodowego. wy- szła na palcach. pisała. że jego ana- tomia różni się nieco od jej własnej!.. Ale nie. wysuwając do przodu podbródek: „Na pewno już pognał gdzieś dalej”. sięgające po coś: po czarną teczkę. wyjęła coś z niej i włożyła pod po- duszkę. Przez cały dzień zajmowała się prawem wielkich liczb. jeśli dojdzie do strzelaniny. Co pan jeszcze wyrabia? Z łóżka wysunęło się ramię. krzątała się. wróciła. Miała teraz ferie i korzystając z tego pracowała nad swoim doktoratem razem z przyjaciółką. „Chciałabym ją widzieć. ktoś żąda od niej cerowania skarpetek tylko dlatego. Pot zlepił kosmyki jego włosów. — A pani. nie mógł w niczym zakłócić harmonogramu jej prac.

— Czy mogę się na pana powołać? Rozśmieszyło go to pytanie: — Tak. że zaczęli poruszać coraz bardziej ogólne 443 . Z ulgą powitała Aleksandra. ciemniejsze niż wło- sy. a jego myśli zazębiały się logicznie. Dowodem szczególnych względów dla niego była żubrówka. — Mam nadzieję. ku- chenka też była odczyszczona. ale już nie drżał. A może nawet zdjął ją. którego stan najwidoczniej po- prawił się. — Smakuje? Nie jest pan już głodny? Był blady. Zapisała sobie numer telefonu wydawcy. ponieważ leży to w jej natu- rze. zakrywając w ten sposób ró- żową pidżamę. a na białym biureczku pojawił się bukiet herbacianych róż. Łazienka błyszczała. Aleksander nie był kimś stworzonym do siedzenia na podłodze. — Byłam z nim wszędzie. Kolacja była udana. „Zresztą stół jest taki nieduży. Z zdumieniem przyglądała się temu człowiekowi. Perquigny ufa mi w dalszym ciągu. Józefina patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami: najbardziej podstawowe było uczu- ciem kobiety. — A Perquigny? Niech pani spróbuje. Wygodniej siedzi się na dywanie”. Zrobił jednak dobrą minę do złej gry. Zawinął się w koc. Pozwoliłem sobie tylko zrobić użytek z pani telefonu. Powinna pani znaleźć z nim wspólny język. — Co się dzieje — zapytał — z pani maszynopisem? Józefina westchnęła. że nie wychodził pan z domu? — Nie. którą podała dość letnią i bez zakąsek. Nikt go nie chce. Żubrówka sprawiła. o wiele chudszy niż w czerwcu. Na jego policzkach pojawiła się siwo-blond szczecina. że udzieliła mu gościny. Józefina lubiła siedzieć na podłodze. Ze świeżym zarostem na twarzy zaczynał upodabniać się do postaci z ikony: miał ciemnobrązowe. Pościelił łóżko. lekko zamglone oczy. Na szczęście nie zamęczał jej podziękowaniami za to. Ma głowę na karku i dobrze mu się powodzi. który zaj- mował jednocześnie tak wiele i tak niewiele miejsca. która żywi mężczyznę.

Tej nocy nakłonił ją. A pan? — Tak.tematy. czy z jakiegoś innego powodu. poprosiła. którą należałoby a priori odrzu- cić. patrząc na jego młodą brodę. na której był niedawno: — Czy pani wierzy? — Proszę mówić do mnie Józia. więc do niej należał. że z trudem tylko potrafiła pociągnąć za język spustu. Powiedzmy tak: istnienie Boga nie jest dla mnie hipotezą. Broń najwidoczniej fascynowała ją. nabrawszy śmiałości. żeby poka- zał jej broń. nie zmieniła pościeli. Żywiła go. Wyjął więc rewolwer i wyjaśnił zasadę jego dzia- łania. nieładną skórę. prawie przytuleni do sie- bie. Aleksander opowiedział jej o mszy świętej. wyjaśnił jej różnicę między zwyczajną i po- dwójną akcją. — Myśli pan. On pierwszy odsunął się. żeby to ona spała w łóżku. Józefina. Wtedy i ona odsunęła się. Pamiętała o tym lepiej niż pierwszego wie- czoru. Po raz któryś z kolei zwrócił uwagę na jej szorstką. Z tego powodu właśnie zaczynam mieć trochę kło- potów. 444 . zadając następne pytanie doty- czące funkcjonowania maszynki zbudowanej z błękitnej stali i jasnego drzewa. Siedzieli na podłodze. jak wszystkich tych. Ona natomiast. a strzelała tylko na jarmarcznej strzelnicy. Ona tymczasem. że z tego rewolweru zabito już kogoś? — To możliwe — odrzekł chłodno Aleksander. rewolwer znała tylko z okna wystawowego. Usunął naboje. blisko siebie. Józefina miała tak krótkie palce. prawie niezauwa- żalnie. Następnego poranka obudziła się ze świadomością ciążących na niej obowiązków. Przyglądała się temu wielkiemu przedmiotowi. Mimo że ekspert w sprawach terroryzmu. któ- rzy nie mieli nigdy do czynienia z rewolwerem czy karabinem. mówiła so- bie: „To by kłuło”. czy to zaniedbując się trochę.

Związał się z nimi umo- wą i to oni złamali umowę. dobrze? Podziękował jej. — Dzisiaj — powiedziała Józefina — wrócę trochę wcześniej (wciąż pracowała nad prawem wielkich liczb). tak że jedna osoba siedziała w kuchni. ojcze. a druga w po- koju. Wobec fałszywych mistrzów. mówiąc z roztargnieniem: — Nie. Ale widzisz. — Dzisiaj nie otworzy pan nikomu drzwi. których nie widział nigdy na oczy. które wprawia się w ruch roz- kołysując ich serca i których dźwięki. płyną po- nad nieskończonymi równinami. nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia. oczywiście. wmawiając 445 . Aleksander patrzył ze zgrozą. obowiązek «powrotu». tak jak niegdyś rycerze nakładali zbroję. bez pośpie- chu. Ale była jeszcze Rosja: „Nie przestanę jej kochać. Nie zobaczy ponownie tych gęstych brzeźniaków. Alek. — Zaniepokoił mnie pan tymi kwiatami — powiedziała. Podjął już decyzję. nie. którym służył do tej pory. Nigdy nie usłyszy rosyjskich dzwonów . który jednak można było wysuwać do pokoju. zazwyczaj mieszczącym się w kuchence. I nie będę jej niewierny. Co pan zamawia na kolację? — Co pani chce. nim zdołała dosięgnąć policzka syna. wrócisz zamiast mnie”. siedząc przy stoliku. Nie „wróci”. jak gospodyni macza posma- rowaną masłem kromkę chleba w kawie. Zjedli razem śniadanie. głuche i czyste. który lekko się kołysał. „Przekazałeś mi. Gdy tylko Józefina wyszła. Przepraszam cię”. Ty. Przyglądał się wiszącemu mostowi. Ale ojcowska ręka opadła. Aleksander ubrał się. wychodzącego na park Buttes-Chaumont. „Ja już nie wrócę. Od czasu do czasu podchodził do okna. i jed- nocześnie zapinał złotą spinkę w mankiecie nieświeżej już ko- szuli. że to niemożliwe. — Steki mogą być? — Oczywiście.

Nie miał już gorączki. Musiał przeko- nać samego siebie do wyboru. na który można za- dzwonić do pana? Zirytował go ten dziecinny podstęp. Spojrzał na swoje dłonie: „Gdy umrę. Bardzo mi przykro. że zabił. Chcę przekazać infor- macje o sowieckiej siatce w Paryżu. marzył tylko o tym. Domyślał się. wykar- mione przez Francję. człowiek znajdu- je pocieszenie w myśli o całej ludzkości. To wciąż ten sam język i ten sam czar- ny chleb”. W pierwszej chwili fakt. dorzucił tę banalną myśl: „Nie jestem ani pierwszym. jak zwykle w trudnej sytuacji. Ponieważ zaś. ale nie miał sił. nie będę nawet pochowany w Sainte-Geneviève. nie wywarł na nim wielkiego wrażenia. ani ostatnim emigrantem”. Mam do przekazania informacje o sowieckiej siatce we Francji. tak? — Chcę mówić z kimś kompetentnym. ale nie mogę pana połączyć. tam gdzie prochy Rosjan zniszczyły ziemię. książka telefoniczna wydała mu się bardzo ciężka: — Halo. tak? — Chciałbym rozmawiać z kimś kompetentnym. chciałbym mówić z kimś kompetentnym. że się zmieniła. Jeszcze inny głos: — Halo. nakarmi Francję”. „Zawsze mogłem wybierać tylko między dwiema zdradami”. ale nie miał wyjścia. by go zabrano. Inny głos: — Halo. lecz był osłabiony. ale na 446 . który w gruncie rzeczy był już faktem. — Proszę czekać. połączono by go natychmiast dalej. Mam do przekazania informacje dotyczące sowieckiej siatki we Francji. — Tak. Gdyby mógł walczyć w pojedynkę — zawsze myślał w tych ka- tegoriach — zostałby sam. Czy może mi pan podać numer. że gdyby był nieustępliwy. Moje ciało. proszę pana.w siebie.

Jestem agent d'influence. w rubryce „zawód ojca” pisały: funkcjonariusz. W przeciwnym razie nie otworzę drzwi. Podał nazwisko i adres. — Mogę być śledzony. które uderzyły go w Kwartecie aleksandryjskim Lawrence'a Durrella: — „Widzieć to egzorcyzmować”. — Niech pan zaproponuje. Niech pan do nas zaglądnie. Jego żona beształa go nieustannie: — A Paulus. siedząc w wagonie drugiej klasy. Mam do przekazania ważne informacje o sowiec- kiej siatce pracującej we Francji. by imponować swym koleżankom. Fabrycy miał więcej płyt niż byłby w stanie ku- pić lub otrzymać w prezencie. Podał numer tele- fonu Józefiny i odłożył słuchawkę. 447 . nie? Dzieci inspektora Vaudrette ukrywały przed swymi rówieśni- kami. Inspektor Vaudrette nie był zadowolony z życia. po to najprawdo- podobniej. Wydawało mu się. Pan jest w Paryżu. Inny głos. Czy pan jest osobą kompetent- ną? — Moglibyśmy się spotkać. które musiały wypełniać. żebyście wy się pofatygowali do mnie. Wolałbym. W podróży służbowej do Sète. W najrozmaitszych formula- rzach. co nie jest mało jak na kogoś.dłuższą metę zachodził w nim niedobry proces. jak- by namaszczony: — Czy to pan dzwonił do ministerstwa? — Tak. że ich ojciec jest policjantem. — Ustalmy hasło. Śmierć jest zaraźliwa. że coś w nim gnije. kto zajmuje sta- nowisko inspektora. Sabina wrzucała do swej szkolnej torby pudełeczko pigułek antykoncepcyjnych. Inspektor Vaudrette z poddyrekcji «A4» liczył sobie czter- dzieści osiem lat. Aleksander przypomniał sobie słowa. ja. W chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. dlaczego ten może być już komisarzem? Prze- cież byliście razem w szkole policyjnej.

Vaudrette był marzycielem. lecz elitarną i supernowoczesną. a jednak historia. oparty o biurko w stylu Regencji: „Vaudrette. która przegrała wprawdzie wybory. lub nawet do Pałacu Elizejskiego. kogoś. w wydaniu kieszonkowym. gdzie ktoś bardzo wysoko postawiony. Doszliśmy do wniosku. że i on chciałby mieć wiernego przyjaciela tego samego pokroju. Tylko komunista miał dość silne przekonania. nie wymagało żadnych przygo- towań. by zdobyć rozgłos. Oto weszli oni do rządu wbrew woli społeczeństwa i dzięki woli społeczeństwa. gdyby został wezwany na ulicę Matignon. zmieniła bieg życia Vaudrette'a. pozostałby uczciwym człowiekiem. bardzo niewielką. Blun pisząc swą książkę myślał zapewne wyłącznie o tym. który miał 448 . że właśnie pan nadaje się doskonale na szefa nowej formacji”. Odbyło się to całkiem gładko. Był to Wierny przyjaciel Emanuela Bluna. tak by się do niego zwrócił. że w systemie demokratycznym te dwa słowa. którą opowiedział. Kto jednak odegrałby rolę wiernego przyjaciela? Książka Bluna nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. lecz weszła w skład rządu. dość energii i konsekwencji w dzia- łaniu i myśleniu. nie miały żadnego znaczenia. Gdyby w dworcowym kiosku kupił inną książkę. Rozmyślał. w porównaniu z którym DST będzie się wydawał czymś anachronicznym. która zrobiła na nim wielkie wrażenie. zamierzamy utwo- rzyć nową służbę wywiadowczą. kto służyłby mu radą i pomógłby mu znaleźć sposób na to. na co go było stać. „wola społeczeństwa”. Vaudrette zajmował się właśnie nadzorowaniem komuni- stów. wywiad. Spróbujcie coś z tego zrozumieć. Madonnę sleepingu albo Życie Van Gogha. za podszeptem wiernego przyjaciela. że nadszedł stosowny moment. Od tego momentu zaczął sobie mówić. by pokazać świa- tu. co by było. Na pewnym dyplomatycznym cocktailu.przeczytał książkę. by znaleźć wier- nego przyjaciela w partii. Wynikało- by z tego. W każdym razie wydawało się.

gdyby mu odmówił. nieznani. tobie i mnie. dyplomatów. zjadł pieczeń wie- przową z kiszoną kapustą.dyskretnie obserwować (może nie był dość dyskretny). Vaudrette wyszedł z domu. tak naprawdę zależy nam. gdy tylko zakładał się. że w obecnym momencie historycznym Związek Radziecki jako taki bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości. by podprowadzić kawałek swego gościa. to kosztuje grosze”). do której też wybrali się razem. Claude. syn Leona”). (Niektóre zresztą znajdowały się w książce telefonicznej — więc nie było żadnej sprawy!) Jesz- cze kiedyś dyplomata dostał od swoich przełożonych zadanie spisania biografii kilku osobistości francuskiego życia politycz- nego. Kiedy in- dziej.. na całej ludzkości. mali. że dobrze się rozumiemy.. Nim się rozsta- li. którą mi 449 . a do tego przy- nosiła korzyści. Widzisz. ale o ileż łatwiejsze dla Vaudrett- e'a. mów do mnie Woło- dia... Rosjanin odwiedził go w domu. że wygra i stawiał pięćset franków. Pracujemy dla tej samej sprawy: dla szczęścia ludzkości. Odwdzięczył się ofiarowując mu ma- gnetowid („U nas. to tak samo jak w tej książce. mimo że Rosjanin grał doskonale. postanowił zajrzeć na moment do baru i napić się piwa. Tyle tylko. Któregoś wieczoru. wesołego Rosjanina. Zresztą przejdźmy na ty. Wiesz. po wyśmienitej kolacji. Żona Vaudrette'a nie widziała nic niestosownego w tej przyjaźni. przegrywał partię. Zobacz więc. która nie była podlewana alkoholem. który podawał mu kieliszki cy- tując Rostanda: „My. w saunie. Ro- syjski książę wygłosił tam następujące przemówienie: — Wie pan. to są tylko byty pośrednie. bez rangi”. Claude. poznał młodego. Kławdi Lwowicz (co miało znaczyć „Claude. wielkoduszny Rosjanin poprosił go o listę adresów i byłoby grubiaństwem z jego strony. Fran- cja. Młody Rosjanin wydawał jej się prawdziwym rosyjskim księciem. mó- wię do ciebie jak idealista do idealisty i mam dla ciebie pewną propozycję. Grali też w szachy i. mam wrażenie. Było to trudne dla niego. Związek Radziecki. Umówili się na partię kręgli.

mie- sięczne prace. że to jeszcze nie to... W dwie go- dziny później jesteś już w Moskwie. i podpiszesz listę płac!” Wołodia lubił posługiwać się zwrotami z codziennego ję- zyka francuskiego. Odebrawszy telefon od Aleksandra Psara — nazwisko nie by- ło mu obce. Żył jak w marzeniu. dla ostrożności.pożyczyłeś. gdzie dwaj przyjaciele stają ramię przy ramieniu. ty jesteś młody duchem. ten. mógłbym ci oddać przysługę. Wielokrotnie pewien był. rozumiesz. co mi zaproponowano”) i mniej go bolały wybryki dzieci („Nie mogę być nawet pewny. rozumiesz co mam na myśli. Gdybyś kiedykolwiek miał coś ważnego. żeby zawrzeć tego rodzaju umowę. „Claude. Teresa widziała tego typa w telewizji i także uznała za wcielenie rosyjskiego księcia — inspektor Vaudrette usiadł 450 . że już natrafił na coś wielkiego. jeszcze mały wysiłek. Żadne tam okazyjne robótki — regularne. Mógłbyś otworzyć kręgielnię. I nic dla urzędu skarbowego. czy rzeczywiście jestem ich ojcem”). ale naprawdę bardzo ważnego. gdy tylko pojawia się jakieś zagrożenie. trzeba zacząć od czegoś bardzo znacznego. rzecz jasna. Tyle tylko. choć chętnie słu- chał inspektora. Moskwa to wielkie miasto. ale gdy relacjonował swe odkrycie Wołodii. Ale dla ko- biety takiej jak Teresa. W razie czego zawodowcy natychmiast uruchomią przerzut. jak sobie zażyczysz. potrząsał głową i dawał do zrozumienia. przestał no- sić czerwone krawaty. prawda? Ty co innego. piękne miasto. z jej wiekiem i charakterem. Claude! Od tej chwili inspektor Vaudrette patrzył nieco z góry na swoją małżonkę („Gdyby ona wiedziała. Oczywiście. Znalazł wiernego przyjaciela. że. — Czy w razie czego — spytał Claude syn Leona — przerzu- cilibyście też moją żonę? Wołodia uśmiechnął się spoglądając w sufit: — Będzie tak. przystoso- wanie się do życia sowieckiego może nie być łatwe.

której jego przełożeni nie potrafili do tej pory dostrzec. i wyszedł na korytarz zmierzając do gabi- netu swego szefa. patrzył na niego. brzydki i sympatyczny. w postawie pełnej uszanowania. kłaniając się do samej ziemi. co sprawiało. — Dzień dooooooooobry — odrzekł z szacunkiem „kapitan”. ozdobionego pryszczami nosa. Vaudrette nie wątpił w to. właściwą mu subtelnością. miał talię osy i piękny. odrzucił w tył głowę i przesunął okulary na sam koniuszek swego pokaźnego. znajdują się na podsłuchu. miał wielką gębę pełną brodawek. subtelnością. Duverriera. wysunie koniec języka i powie: „Dziękuję. lecz musiał rozegrać całą tę sprawę z niezwykłą. zastępcy wicekomisarza. Vaudrette. Trzymał w ręku życiową szansę. w której zawarł otrzymane informacje. która położona była dokładnie 451 . Raminagrobis przeczytał notatkę. że jego telefon. Od- sunął notatkę na brzeg stołu. pochylony do przodu. Zastępca wicekomisarza Duverrier. nadzorujący wejście do bu- dynku. Przekażę dalej. przełożonego «A4». wysunął język i powiedział: — Dziękuję. Nigdy nie korzystał z tej. spojrzał na Vaudrette'a po- nad soczewkami okularów. narośli i śladów po ospie.wygodnie w swoim fotelu i zaczął masować czoło: „Rozegram to — powiedział do siebie — jak partię szachów”. jak wszystkie aparaty w tym budynku. zwany powszechnie Raminagrobisem. że Duverrier. Vau- drette wsiadł do windy. Zamiast skierować się z powrotem do swego pokoju. Założyłby się o jednego franka (kieszeń prawa zakładała się z lewą). Vaudrette przeszedł z pięćdziesiąt metrów i wszedł do ka- wiarni. że nazy- wano go „kapitanem kawalerii”. Vaudrette wyszedł z gabinetu i przemieścił jednofrankową monetę z prawej kieszeni do lewej. Przekażę dalej”. biały wąs. — Uszanowanie panu kapitanowi — powiedział grzecznie in- spektor. Po dziesięciu minutach zredagował notatkę. Strażnik.

bo ja. Z sympatią. nikogo już nie znajdzie. Wołodia? Tym razem mam coś wielkiego. potem dwadzieścia i trzydzieści. Zastępca wicekomisarza poprosił o audiencję. zanim Vaudrette dostanie polecenie udania się na miejsce. Miał poważną minę... — Vaudrette? — Ten sam. Nic dziwnego. ale tym razem nie będzie mógł kręcić głową. Inspektor wyjął z szuflady swój pistolet i dmuchnął w lufę. Ale trze- ba się pośpieszyć. panie dyrektorze. Pra- wa kieszeń straciła dwa franki. że telefon znajdujący się w najbliższej ka- wiarni był na podsłuchu. I gdy się tam uda. Raminagrobis był wciąż za- mknięty w gabinecie z dyrektorem. Minęło dziesięć minut.. który znał na pamięć: — Halo. Claude. Raminagrobis patrzył na dyrektora chłodno i z sympatią za- razem. Wykręcił numer. że zawsze przegrywamy z innymi”. Vaudrette wrócił do swego gabinetu.. Vaudrette był chytrusem i podejrzewał swych przełożonych. „I właśnie w ten sposób — powiedział sobie Vaudrette. że nie jest pod wrażeniem. oto co mi przyniósł Vaudrette... Raminagrobis omawia teraz z pew- nością sytuację z dyrektorem. Zobaczę. co się dzieje. której natych- miast mu udzielono: — Panie dyrektorze. Chłopcy zabiorą już Psara. gdyż szanował starego. który wyszedł spo- śród pracowników resortu i stanął na czele dzięki sile swych 452 . który nagle zmienił się w patriotę — uciekają nam najlepsze okazje. Wołodia nie był do końca przekona- ny: — Nie wiem. Agent d'influence. co na to moi szefowie. który zamierza zdezerte- rować. Wyjaśnił. Inspektor nie wytrzymał i po- szedł dowiedzieć się. o co chodziło. Wołodia mógł sobie udawać. Upłynie z dziesięć minut.naprzeciw numeru 13.

Tak musi być. grał w bilard i nie będzie się bardziej niepokoił ludzkimi szaleństwami niż zda- rzało mu się to do tej pory. Drapać się jeszcze wyżej? To nie wchodziło w rachubę. które osiągnął do tej pory. udało mu się kilka świetnych połowów w środowisku dywersyjnym. uchodził wśród kolegów. co wzruszało go za każdym razem. na swych prze- łożonych i podwładnych. Ach. a to w administra- cji jest balastem. Duverrier. przeciwnie. nie popełniając niepotrzebnych świństw. a druga rozpoczynała wielką karierę gwiazdy. niknął w czelu- ściach fotela — z pełnym szacunkiem pobłażaniem i zrozumie- niem bez granic. zastęp- ca dyrektora musi wywołać szacunek”. Był szczery. jedna była na politechnice. Miał poczucie humoru. mały i suchy jak świerszcz. lecz wciąż żartował. przy tym wszystkim patrzył na swój zawód. pójdzie na rentę. Jeden był w Wyższej Szkole Administracji. za papieża kontringerencji. Jeśli straci posadę. nie nudziłam się przez całe życie nawet przez jedną sekundę”. gdy tylko o tym myślał. na życie. Jego córki dostarczały mu satysfakcji. Jego dwaj synowie radzili sobie nieźle. przy- gniatając swym ciężarem krzesło petenta. 453 . zwłaszcza gdy u władzy jest lewica. mój grubasie. za kogoś. tak! Duverrier z powodzeniem rozegrał większość swych spraw. jako że on sam uważał się za człowieka szczę- śliwego. bo wszystko wydaje mi się komiczne. a także i w pierwszym rzędzie na siebie samego pogodnie i ironicznie. drugi interesował się marynarką handlową. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą dorzucać do tych warto- ści jeszcze nazbyt błyskotliwie uwieńczoną karierę. Jego żona miała dla niego dużo czułości i wdzięczność. będzie moczył haczyk.mięśni i swemu urokowi. patrzył na szefa — który. a nawet w krajach sąsiednich. Wystarczało mu to powodzenie. to znaczy wiele razy dziennie: „Dzięki tobie. Z renty będzie mógł żyć. Udany montaż miał dla niego smak zupy z bazylii: „Jakie to smaczne! Ależ można się przy tym ubawić!” I dodawał trzeźwo: „Nigdy nie zostanę zastępcą dyrek- tora. kto osiągnął odpowiednią rangę i ta ranga zupełnie mu wystarczała. Chłodno.

Umiał wywalczyć dla siebie pewną niezależność sposobu bycia. szefem sekcji. To mały człowieczek. żeby nie przegapić dwudziestej pią- tej. uniknął ka- wiarni najbliższej i drugiej w kolejności. ile w oczach. by rzucić nieco senne spojrzenie na realny Paryż: 454 . niech inni mają. wątpliwe zaszczyty. przyniesiona mi przez Cavaillèsa. Notatka z pod słuchu. Jeśli kąciki jego płazich ust drgały. — Vaudrette nie obawiał się podsłuchu? — Vaudrette. Przeszedł wolno przed olbrzymią fotografią. że nie został jeszcze komisarzem. panie dyrektorze. przedstawiającą Paryż i rozpiętą na dwu ścianach gabinetu. prawie się przeciągnął. potem podszedł do potrójnego okna. Duverrier? Raminagrobis podniósł się. To do niego podobne. panie dyrektorze. lecz nig- dy wystarczająco. obawia się zawsze. które na pół przymykał. Zacho- wywał się swobodnie w obecności przełożonych. pewne ryzyka. nic nie mógł i nie chciał na to poradzić: „Jestem zastępcą wicekomisarza. I dziwi się. Być może dzięki temu właśnie osiągnął stanowisko dyrektora. swoje medale. by zasłużyć na przydomek sprawiający mu przyjemność. i nie tylko dla- tego. — Co pan sugeruje. żeby zadzwonić do swoich kumpli. by nie zostać wyśmianym w tym czy innym roku przestępnym”. co wyrażało się nie tyle w jego grubych i obrzeżonych minimalnym wąsem ustach. który nie potrafi zoba- czyć przeszkody ukrytej w cieniu przeszkody. to wystarczy. tym razem bardzo uważnie. Dyrektor umiał odczytywać całą stronicę jednym rzutem oka. że upoważniał go do tego wiek. Raminagrobis siedział wciąż na zbyt małym dla niego krześle i leciutko się uśmiechał. napięcie przez dwadzieścia sześć godzin dziennie i lęk. Wybrał się do trze- ciej kawiarni. Dyrektor raz jeszcze przeczytał notatkę. dyżur przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni w roku z obawy. posługiwał się tonem jedno- cześnie pełnym respektu i protekcjonalnym. panie dyrektorze. — I jeszcze jeden drobiazg.

przyj- mijmy. (Raminagrobis także miał na sobie różową koszulę. rozmowy tele- foniczne na liniach specjalnych urywają się. że jest agent d'in- fluence. żebyśmy zagarnęli Psara. różowe koszule. Co byłoby oddaniem punktu w belotce. — Panie dyrektorze. Wie pan. że na miejscu znajdziemy tylko purée z Psara albo w ogóle pustkę. Zgarniamy Vaudrette'a albo jeszcze mu pozwalamy pobie- gać. 455 .) Od jakiegoś czasu zwracał na siebie uwagę. Jeśli chce pan. tę partię belotki rozegrać można na róż- ne sposoby. Krótko mówiąc. kim jest Psar. Twierdzi. gdy przestał nosić czerwone krawaty. Ale w takim razie trzeba by zacząć działać. Niektóre tylko. zbadaliśmy co trzeba i od tej pory nie ma wglądu do żadnych dokumentów supertajnych. Widzę ten problem jak tabelę z czterema przegródkami i dwoma wejściami. gdybym pana nie wyżyłował przed pańską emeryturą. Wie pan także. Zagarniamy Psara albo nie interesujemy się nim. Duverrier? Pan jest starym lisem i byłbym zły na siebie. żeby nie zaczął niczego podejrzewać. Wyznaję. obserwacja. U jego kumpli zauważyliśmy w ostatnich dniach spore poru- szenie. by móc tamtej stronie ofiarować to w posagu i przejść do nich. nam wystarczy jeden telefon do najbliższego komisariatu i mamy Psara w siatce. bo ryzykujemy. — Ja. specjalnie zdeklasowane. kim jest Vaudrette. że tak jest. Dla mnie moment przełomowy nastąpił wtedy. mieliśmy go na oku. zawsze myślę w najprostszych kate- goriach. nic prostszego. że nie domyślałem się tego. Te jego garniturki. jak oceniam sytuację: Vaudrette czeka na coś większego. panie dyrektorze. Mówiłem już panu. puszczam w obieg. Tamci muszą się przemieścić. Być może ma to ja- kiś związek z tą sprawą. ale dobrze. Komunikacja radiowa bardzo intensywna. — Co by pan postanowił będąc na moim miejscu. Wszystko to potwierdza — podsłuch.

Widzi ich pan już. W najlepszym razie osiągniemy to. Psar nigdy więcej na swobodzie. i jeszcze bardziej Anglików i Niem- ców. że ten dureń nie wyrządza większych szkód. — Jeśli ma się cztery przegródki. ale to w każdym razie męczące. a złapiemy tylko zająca? Raminagrobis uśmiechnął się. To słuszne i normalne.. promo- cje. że Vaudrette zostanie skazany z jednego z artykułów numer 70. Vaudrette zamknięty. by nie znaleźć jeszcze i piątej. — Według pana więc należy pozostawić przeciwnikowi czas. dyrektorzy do tego właśnie byli potrzebni. że jesteśmy penetro- wani. — Psara oddajemy przyjaciołom. Wiem dobrze. Czekałem na czwarty wa- riant. wariant bardziej wyrafinowany. ale mamy Psara w więcierzu. Dyrektor lubił eleganckie for- muły. Trochę płaskie rozwiązanie. Vaudrette zostaje na swo- bodzie. i Amerykanów. Vaudrette na wolności. że umknie nam nie- dźwiedź. Psar też. pilnować go od rana do nocy. żeby mógł zgarnąć Psara. specjalnie pojawiamy się na miejscu już po naszych przyjaciołach. Listy gratulacyjne. trochę dziwacznej. osaczeni. Czwarta przegródka. a następnie zwrócić się przeciwko Vaudrette'owi.. oskarżając go o przekazywanie informacji obce- mu mocarstwu? Czy nie będzie to znaczyło. Trzecia przegródka: próbujemy załatwić obie sprawy za jed- nym zamachem. Druga przegródka: zapominamy o wszystkim albo. zrobionej z na rożników pozostałych. pańskich przyja- ciół z SDK. Pierwsza przegródka: uderzamy. infiltrowani. I co to znaczy? Że wszyscy będą wrzeszczeć. Duverrier. Dwa wróble w garści. agent d'influence zeznaje. Wielka sprawa. — Znam pana dobrze. przetargi. a Vaudrette'a rzucamy na pożarcie. robi się wrzawa. to trzeba wielkiego pecha. męczące i drogo kosztuje. którzy już nie będą mieli monopolu na podstawionych 456 . jeśli chce pan znać moją opinię.

tym lepiej dla jego finansów. panie dyrektorze. i po upływie dwu lat ułaska- wiony. Ten będzie może mówił. — Uniewinni go? — Tak. gdyż prokurator nie potrafi dowieść szkodliwości je- go działań. I sąd przysięgłych uniewinni go. kilka metod. przewiduje karę więzienia od dziesięciu do dwudziestu lat dla każdego. Przez cały rok śledziliśmy tego chłopaka. ja także tak to widziałem. których domyślaliśmy się. który pozwala nam podjąć jakąkolwiek akcję przeciwko agents d 'i- nfluence. Po czym posłany zostanie przed sąd przysięgłych.agentów. rzeczy. — Może mi pan to wyjaśnić? — Chętnie. fałszy- wą lub prawdziwą. to zależy wyłącznie od pana. wydaliśmy mnóstwo grosza. ale co my będziemy z tego mieli? Kilka na- zwisk. nie widzę tu nic korzystnego dla nas. kto „przekazywał przedstawicielom obcego mo- carstwa informacje mogące przynieść szkodę sytuacji wojskowej 457 . Ale czy nie moglibyśmy odesłać Vaudrette'a i jednak wykorzystać Psara? — Panie dyrektorze. Naprawdę. mimo że ten człowiek zatruwa narodowe sumienie od dwu- dziestu pięciu lat. nie wyjawiwszy nic praktycznie z tego. Raminagrobis pieścił końcami palców swe sympatyczne bro- dawki porośnięte czarnymi włoskami. co z nim zrobimy . Duverrier. Wysunął lekko język: — Paragraf 3 artykułu 80 Kodeksu Karnego. — Zgoda. równie po harcersku skazany przez trybunał bezpieczeństwa państwa. jedyny. Pytanie tylko. jako że nie ma specjal- nego trybunału dla takich spraw. i co to dało? Był przesłuchiwany po harcersku przez sędziego śledczego. Jeżeli Vaudrette wykorzysta okazję i przeskoczy na drugą stronę. co wiedział. zgodnie z naszymi potrzebami. Proszę sobie przypomnieć poprzednią sprawę. My natomiast będziemy mogli z tego skorzystać i przesłać przez niego tę czy inną wiadomość.

której nam nie wolno podjąć. niszczyć Kościół. gdyż to oskarżenie zwracać się może przeciwko nam. której ofiarami w pierwszym rzędzie by- libyśmy my. lub też jej żywotnym interesom gospodarczym”. Wyślijmy Vaudrette'a do tamtego mieszkania. że nie mamy interesu w oskarżeniu agent d'influence.. nie są w ogóle uwzględnione przez nasze prawodawstwo. że naprawdę poniosły one szkody. intelektualne. W dodatku trzeba jeszcze udowodnić. * 458 . nie zostanie uznane za jedną z najcięższych zbrodni. «Indyk uwolniony z okowów» wystąpiłby znowu z tezą. że zamykamy ludzi za wypowiadanie przekonań politycz- nych i czułe francuskie sumienia zaprotestowałyby przeciwko naszym represywnym metodom.. cięższych na pewno niż klasyczne szpiegostwo. „influence”. zasmradzać naszą literaturę. Duverrier. — Krótko mówiąc. Nie będę analizował. że interesy kulturalne. rozmontować system edukacji narodo- wej. podkopywać rodzinę. z wysokości pańskiej mądrości i pańskiego doświadczenia. panie dyrektorze. duchowe. doszłoby do tego tylko w wyniku strasz- liwej pomyłki sądowej. wynajęty przez naszych przyjaciół. pokłócił się ze swoimi. Można śmiało zatruć naszą młodzież. — Z wysokości sterty moich profesjonalnych śmieci. ludzkie. Ale widzi pan. Wszystko to jest legalne. jakie otrzyma w darze od wdzięcznego ZSRR. wielo- znaczności terminów „informacje” lub „żywotne”. jak długo prawodawstwo nie zostanie zmienione i przestępstwo czynnego ingerowania w życie społe- czeństw. Po- zwólmy przyjaciołom wykonać brudną robotę. A później skorzystajmy z przywilejów. Gdyby pan Psar został skazany. panie dyrek- torze. będę tak długo utrzymywał.lub dyplomatycznej Francji. Dlatego właśnie. Otóż pan Psar nie uczynił im żadnej krzywdy. dyplomatyczne i ekonomiczne. zauważę co następuje: pewien agent d'influence. panie dyrektorze. Pod ochroną znajdują się tylko nasze interesy wojskowe. ale dopiero za godzinę.

przednie drzwi otwarte. — Niech pan wsiada. Zadzwonię do pani”. Rumiany mężczyzna wydziela trudny do nazwania odór: alkohol? Płyn po goleniu? Skórzana marynarka? Na dole czeka czarny citroen pallas. Zobaczył człowieka o rumianej twarzy. Pali papierosa. — Aleksander Psar? — To ja. Aleksander wchodzi do samochodu. Rozległ się dzwonek do drzwi. Samochód jedzie wzdłuż Buttes-Chaumont. — Kto tam? — „Widzieć to egzorcyzmować” — lekki akcent prowincjo- nalny. Jego twarz przysłonięta jest obłokiem dymu pa- pierosowego.. Wsiedli do windy. Jeszcze inny mężczyzna siedzi w tyle samochodu. że sło- wo „panowie” brzmi tu dość niestosownie. Aleksander przykleił oko do judasza. Jestem pułkownik Wiazew. ubranego w skórzaną marynarkę. że określenie „panowie” nie jest właściwe w tej sytuacji. 459 . — Proszę za mną. z czołem pory- tym zmarszczkami. Ma na sobie ciemny garnitur i białą koszulę. Rumiany pochyla się. towarzyszu. I nagle czuje. Nie może jej otworzyć. Aleksander mówi: — Panowie. Już wcześniej naskrobał wia- domość dla Józefiny: „Dziękuję. z Piątego Departamentu. Jest w atmosferze coś tak ciężkiego i napiętego. Silnik jest zapuszczony.. Mężczyzna siedzący z tyłu odzywa się: — Zostawcie to. Szofer jest wielki i ponury. Aleksander ujmuje uchwyt teczki. Aleksander zabrał swoją teczkę. Rumiany siada przy Aleksandrze. Aleksander otworzył drzwi.

jako że nikt nie będzie zaglądał do środka nim ciężarówka nie przekroczy granicy su- werennej i sfederowanej Republiki Białoruskiej. Mandarine Napoléon. któremu na przeguby i kostki u nóg założono kajdanki marki Smith & Wesson. „Dół”. na której wielkimi. pogrąża się w ciemności. Wewnątrz znajduje się gigantyczna ciężarówka. W kark Aleksandra zagłębia się igła. Na stopniu kabiny siedzi wysoki chłopak o długich nogach i krótkim torsie. Pallas wjeżdża na obwodnicę. Sowtransawto. uwieńczonej szklanym da- chem hali. Metalowa brama opuszcza się znowu. niebieskimi literami rosyjskiego alfabetu wypi- sane jest jedno słowo. ma na sobie włoską. na której nalepiono ety- kietki znanych firm: Rémy Martin. który w momencie gdy metal styka się z betonem podłogi zamienia się w prawdziwy grzmot i długo przetacza się echem po całym garażu. „Góra”. Mężczyzna. W środku ciężarówki znajduje się ładunek win i alkoholi. Drambuie. którego otacza chmura dymu papierosowego. towarzyszy temu taki sam zgrzyt. Samochód wjeżdża do rozległej. jej segmenty ze zgrzytem chowają się w żelaznych prowadni- cach. Metalowa brama unosi się automatycznie. Rumiany na spółkę z szoferem pallas wynoszą bezwładnego Psara. Z oddychaniem nie będzie kłopotu. jej tylne drzwiczki zaplombowa- ne. skórzaną wiatrówkę. opuszczają i w końcu zatrzy- muje się przed zamkniętymi wrotami garażu położonego w prze- mysłowej dzielnicy. Ciężarówka jest zamknięta. a także nalepki w rodzaju „Uwaga — szkło”. Chartreuse. Jego wsunięta do wnę- trza teczki dłoń rozluźnia się. ściany skrzyni 460 . Cherry Rocher. Vieille Cure. otwiera plomby. Ta maskarada jest wła- ściwie zbytecznym środkiem ostrożności. Po- między kartonami postawiono skrzynię. całe jego ciało staje się bezwładne. Umieszczają go w skrzyni i zamykają jej wieko.

Mogłoby się wydawać. Aleksander „wróci”. Plomby zostają ponownie założone.zaopatrzono w tyle otworów. . ruszamy? Palacz papierosów patrzy po raz ostatni na ciężarówkę: — Gotowi. rusza z miejsca. Pułkownik spogląda nań z aprobatą. ile nakazuje regulamin wewnętrz- ny Piątego Departamentu. powoli. Ciężarówka zaczyna drgać. lekko. Wysoki chło- pak wyjmuje z wiatrówki szczypce do plombowania. Nim rok się skończy. centymetr po centymetrze. tarasując ją cał- kowicie. że to cały garaż szykuje się do drogi. wibrować. Wysoki chłopak wchodzi do kabiny kierowcy. gdyż jego nogi są tak bar- dzo długie. wytacza się na ulicę. Wiaczesław? — Zawsze gotowy. towarzyszu pułkowniku. bez trudu. Jest 28 grudnia. Meta- lowa brama unosi się jeszcze raz i ogromny samochód. Z hukiem zatrzaskują się drzwiczki ciężarówki. — No to jedź i niech ci pan Bóg sprzyja. Towarzyszący mu kierowca dopytuje się nerwowo: — To co.

PERŁA 368 9. „WRÓCIĆ” 413 . ZARZUCANIE SIECI 7 2.SPIS TREŚCI 1. TWARDY ZNAK 328 8. OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA 165 5. BOSKI WĘZEŁ 64 3. JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA 112 4. OBRÓT ŚRUBY 276 7. STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ 225 6.