Vladimir Volkoff
MONTAŻ
Przekład Adam Zalewski

Tytuł oryginału: Le Montage
Copyright © Julliard/l'Age d'Homme, 1982
Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l'Est”.
Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś
Pierwsze polskie wydanie: Polonia Book Fund, Londyn 1986
Wydanie II poprawione ISBN 83-88481-69-Х
Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o.
ul. Woźna 13, 61-777 Poznań
tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93
e-mail: klub@kkk.com.pl

Jeśli twierdziłbym, że Montaż jest tylko wytworem mej wy-
obraźni, nikt by w to nie uwierzył. Pozwalam sobie zatem wy-
razić wdzięczność wielu towarzyszom, z których fachowych
porad korzystałem.
Vladimir Volkoff

Twoim celem musi być zdobycie wszystkiego bez niszczenia
czegokolwiek.
Sun Tsu

1

ZARZUCANIE SIECI

30 kwietnia 1945 roku, po dziewięciu dniach walk o każdą
ulicę, każdy dom, wreszcie o każdą klatkę schodową i o każdy
pokój, na Reichstagu pojawiła się rosyjska flaga — tym razem
nie nazwiemy jej sowiecką.
Berlin padł 2 maja i zwycięskie rosyjskie oddziały, po raz
trzeci w historii, odbyły defiladę przed Bramą Brandenburską.
9 maja Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem,
wystąpił z odezwą do narodu: „Wielkie ofiary, jakie ponieśliśmy
dla wolności i niepodległości naszego Kraju, niezliczone straty i
cierpienia, jakim poddany był nasz naród podczas wojny, trudy i
znoje złożone na ołtarzu Ojczyzny przez armię i przez ludność
cywilną nie zostały zmarnowane: uwieńczyło je totalne zwycię-
stwo nad nieprzyjacielem. Walka o egzystencję i niezależność,
jaką od wieków toczyły ludy słowiańskie, zakończona została
triumfem nad niemieckim napastnikiem i niemiecką tyranią”.
Ci sami więc, co doszli do władzy powołując się na po-
wszechną jedność proletariatu i popiskując Międzynarodówkę,
uznali stoczoną przez siebie i wygraną wojnę za patriotyczną i
zrezygnowali z użycia słowa „sowiecka”. Na jakiś czas.
Do ludzi, których najbardziej dotknęły te wydarzenia, zali-
czyć trzeba rosyjskich emigrantów, zwanych białymi. Niektórzy
spośród nich postanowili bić się po stronie Niemiec, gdyż milszy
niż komuniści był im diabeł, inni natomiast opowiedzieli się po

7

stronie Związku Radzieckiego, jako że woleli diabła od Niemca.
Byli też — wiem o tym dobrze — ludzie bardzo inteligentni, bar-
dzo wierni, pozbawieni nadziei cynicy, i tylko oni, garstka, oparli
się entuzjazmowi, ani zdumiewającemu, ani nieczystemu, jaki u
pozostałych wywołały sukcesy rosyjskich armii. Miała tu swój
udział duma narodowa, do której dochodziło uczucie zadość-
uczynienia za połajanki znoszone przez dwadzieścia pięć lat, ale
także trzy motywy nierównej wagi, motywy, które pewnym
umysłom wydadzą się błahe; będą to błahe umysły.
Po pierwsze, zwycięstwo wiecznej Rosji nad Niemcami
przedstawiało się w oczach emigrantów jak triumf Świętej Rusi
nad bolszewickimi uzurpatorami. Zgoda, powiewająca nad Re-
ichstagiem flaga była jednolicie czerwona, a nie biało-niebiesko-
-czerwona, lecz ci żołnierze radzieccy, których spotykaliśmy,
mówili raczej o Rosji niż o „Związku”, żyli w przekonaniu, że
walczyli o ziemię, nie o ideę, a ich dobre, naiwne twarze przypo-
minały starszym pośród nas tych Iwanów, którymi dowodzili
podczas poprzedniej wojny. Krótko mówiąc, zdawało się, że or-
ganizm ojczyzny sam z siebie zwalczył wprowadzone doń anty-
ciała. To nie my wyleczyliśmy Rosję, ona sama się uleczyła; na-
pawało nas to radością bardziej pokorną i czystszą niż gdybyśmy
sami mieli sposobność posłużenia się skalpelem.
Dalej: we Francji, dla przykładu, ambasador Związku Ra-
dzieckiego zaczął przychodzić na nabożeństwa do katedry św.
Aleksandra Newskiego i było coś nadzwyczajnego w tym, że wi-
działo się diabła w chrzcielnicy i że nie wyglądał on wcale na
nazbyt okropnego diabła. Wielu emigrantów odczuwało przy-
wiązanie raczej do swobód religijnych niż do porządku politycz-
nego Dawnego Ustroju; jeśli by więc Cerkiew odzyskała swe
prawa, wystarczyłoby im to, by znów stać się lojalnymi podda-
nymi Imperium, obojętnie jaką nosiłoby nazwę, brzmiącą gorzej
czy lepiej. Odnaleźli przecież Cerkiew, złoconą, w mitrze, broda-
tą, pełną śpiewu i pachnącą tak jak dawniej. Prawda, Cerkiew

8

zaznała męczeństwa, i nigdy nie zapomni się o popach rozkrzy-
żowanych na wrotach kościołów i przebitych bagnetami; to jed-
nak dotyczyło przeszłości, nowy reżim zrozumiał wreszcie, że
wiara stanowiła niezbywalną część rosyjskiej rzeczywistości i że
trzeba to zaakceptować. Czyż były uczeń seminarium duchow-
nego, ten, który poprowadził Rosję do zwycięstwa, nie zwracał
teraz swych przemówień do „braci i sióstr”, zamiast do „towa-
rzyszy”? Czegóż chcieć więcej?
Istniał wreszcie widzialny i dotykalny dowód odrodzenia się
naszej Rosji, jej wewnętrznej restauracji, chociaż znak ten ape-
lował głównie do wojskowych. Czy jednak powołanie emigracji
nie ma w swej istocie czegoś żołnierskiego? Poza tym znak ten
opłacony został tyloma istnieniami ludzkimi, tyloma cierpie-
niami, że nawet ci, co lekceważyli na ogół zewnętrzne symbole
rangi i honoru, zaczęli temu kartonikowi, zaszytemu w tkaninę i
umocowanemu przy pomocy mosiężnego guzika na barku, przy-
znawać znaczenie równe temu, które w innych epokach przysłu-
giwało krzyżowi o takim czy innym kształcie, różnokolorowym
kokardom, beretom, fezom, tatuażom, nacięciom, to jest styg-
matom wyrażającym zwalczające się strony. Już pod rządami
Dawnego Ustroju zerwać naramienniki oficerowi znaczyło zde-
gradować go. Później czerwoni zdzierali przy pomocy noża z
epoletów swych jeńców carskie inicjały i koronę. Uwięziony
przez bolszewików car, by tylko nie przywdziać pozbawionego
naramienników munduru, nie rozstawał się z czerkieską tuniką,
która zgodnie z regulaminem i tak nie miała epoletów. I oto,
począwszy od 6 stycznia 1943 roku dla wojsk lądowych i od 15
lutego dla marynarki, nawróceni czerwoni defilowali — szere-
gami liczącymi 48 żołnierzy! -— mając u ramion tę sztywność, to
pasowanie na rycerza. Nostalgiczny tyran, któremu przedłożono
projekty umundurowania, wskazał na uniform różniący się tylko
dwoma guzikami od wzoru, jaki musiał pamiętać z czasu swej
młodości. Nie byliśmy tak małostkowi, by się unosić z powodu
dwu guzików. Epolety powstały z popiołów; wybaczmy tym

9

spośród nas, którzy wierzyli, że razem z nimi zmartwychwstała
cała cywilizacja przez nie symbolizowana. W marzeniach na-
szych zdawało się, że nastał kres koszmaru.
Nadzieja mogła się karmić jeszcze i amnestią. Rząd pozwalał
swym wczorajszym wrogom na powrót. Amnestia to słowo
wspaniałomyślne, cesarskie. Wydawało się, że nie idzie tu o ła-
skę, lecz o rzucenie zasłony na minione konflikty. Zwycięzcy i
zwyciężeni mieli odtąd solidarnie służyć swej wspólnej ojczyź-
nie. Pierwszym pośród powracających — ukuto nawet specjalny
rzeczownik: wozwraszczeńcy — był metropolita, którego nikt w
dobrej wierze nie mógł podejrzewać o wspólnictwo z Antychry-
stem; to on założył Akademię Prawosławnej Teologii w Paryżu,
to on sprawił, że katedry Św. Aleksandra Newskiego nie oddano
bolszewikom, którzy urządziliby w niej kino. Metropolita Eulo-
giusz otrzymał sowiecki paszport, opatrzony — symbolicznie —
numerem 1. Zmarł co prawda nim zdołał opuścić Zachód, i wielu
widziało w tym interwencję Opatrzności, tym niemniej fakt po-
zostawał faktem: jeden z duchowych przywódców białej emigra-
cji opowiedział się za pojednaniem.
Pierwszy transport wozwraszczeńców, pełnych radości, ale i
mających łzy w oczach, odjechał pociągiem z Gare du Nord. Nie
bez niepokoju czekaliśmy na wiadomości od nich: nawet najbar-
dziej przekonani spośród tych, którzy zostali na miejscu, nie byli
pewni, czy przypadkiem ich przyjaciół nie przywitał na granicy
pluton egzekucyjny. Po paru miesiącach zaczęły nadchodzić li-
sty. Amnestionowanych osiedlono w różnych punktach kraju.
Jeśli o coś prosili, to tylko o rękawiczki lub wełniane czapki.
Wykonywali prace fizyczne. Okrutna wojna domowa, zdawało
się, dobiegła końca, zabliźniła się. Coraz to nowi kandydaci do
powrotu pojawiali się przed zieloną bramą radzieckiej ambasady
— tak niedawno jeszcze wyklętą — pod numerem 79 rue de la
Grenelle.
Jednym z nich był Dymitr Aleksandrowicz Psar, albo też, jak
on sam lubił się przedstawiać, podporucznik marynarki Psar.

10

Trzeba było jechać dalej. każda ich propozycja była dla głodomorów z Antygony zaproszeniem do Eldorado. otoczony takimi samymi jak on rozbitkami. jako że myśleli o przyszłości i o tym. bił się pod rozkazami Wrangla. Można się było dogadać. w gruncie rzeczy jednak przysięgę składał mario- netkom rewolucji lutowej. co miało mu ułatwić konfrontację z własnym sumieniem. Zamiast mówić o Tan- nenbergu czy też o korpusie ekspedycyjnym. Francja była dla niego uosobieniem sojusznika Rosji. że służył jako oficer carski. Podaż określić można było jako dziewięć milionów poległych. znalazł się na tureckiej wysepce zwanej Antygoną. A zależało mu na tym. Pojawili się pośrednicy pracy. jedynym w swoim rodzaju w całej historii. Przymie- rał tam głodem. Dymitr Aleksandrowicz był niewysokim mężczyzną w wieku lat około pięćdziesięciu. Kraj ten nie mógł przecież zapomnieć o dwóch armiach rosyjskich. Choć nie był kawalerzystą. Psara. Ich kartonowe teczki wypcha- ne były ofertami. co było aktem idiotycznej wspaniałomyślności. Lubił sobie wyobrażać. Tymczasem Francja nie śpieszyła się z okazywaniem swej wdzięczności. Jak? Po co? Niektórzy marzyli o Ame- ryce. który dał się 11 . Inni ze wzruszeniem przypominali sobie Fràulein. jak i wielu innych. armie te pomogły marszałkowi Joffre ocalić Paryż. wycofanych na jego żądanie spod Tannen- bergu. popyt nazywał się „umieram z głodu”. która uczyła ich der die das. że zajmowanie się końmi nie przynosi nikomu ujmy. że słońce wędruje ze wschodu na zachód. znał na pamięć fragmenty Nędzników oraz żywił romantycz- ny podziw dla Napoleona. Podporucznik marynarki Psar przyjął posadę stajennego w Ardèche. że w dzieciństwie do snu kołysały go opowiastki hrabiny de Ség- ur. Nie musieli się specjalnie wysilać. pociągała Francja. Monarchista przez wierność raczej niż z przekonań. I to nie tylko dlatego. jego kłopoty dopiero się zaczynały. że język francuski znał tak jak rosyjski. wiedział. a gdy nadeszła klę- ska.

daliście nogę! Psar tłumaczył wtedy. czemu złym okiem przyglądał się jego patron. byłaby zapewne wciąż jesz- cze Wysokością. Wyjaśnienia te nie przekonywały zbiednia- łych emerytów. gdyby nie była pusta. chłop. że ani on. ani jego car nie ponosili od- powiedzialności za odrębny układ pokojowy. podpisany w Brze- ściu Litewskim przez Trockiego. Które- goś dnia doszło do dramatycznej sceny. że porzuciła swych aliantów. że jego pracodawca żywił go. jak umieją gi- nąć Rosjanie. Marynarz chwiał się i zataczał. Ale nie miał też doświadczeń w pracach polowych. W ten sposób sprawa była załatwiona.zmasakrować w Szampanii aby alianci wiedzieli. — A poza tym — powtarzali bywalcy małego bistro w Chomérac — jak tylko wam się znudziła wojna. Gdy natomiast Psar próbował dowodzić. i to żywą. Nie można prawdziwej Rosji oskarżać o to. Dymitr Aleksandrowicz nie był wcale bojarem. naprawdę zatrudniono go jako parobka. jak ich sowicie opłacono w Reichsmarkach. Gdyby Jego Wysokość uciekła się do tak tchórzowskich postępków. lecz nie wypłacał mu pen- sji. kiedy to pracodawca 12 . Nigdy przedtem nie zdarzało mu się dźwigać widłami snopków o cięża- rze równym połowie jego wagi. że leżą- ce na kontuarze papiery. że niewiele brako- wało a próbowałby wypłacać tym dzielnym ludziom odszkodo- wanie z własnej kieszeni. Szczęśliwie się złożyło. Z początku Psar tak się tym przejmował. podczas gdy lud cierpiał. kupony pożyczki. odpo- wiadano mu tonem moralnego i cynicznego zarazem pouczenia: — Wszystko to dlatego. że pół darmo zatrudnia osiłka z egzotycznego kraju. nie. który tak wiele dla nich uczynił. Stajennym został tylko nominalnie. przekona- ny. to międzynarodowi rewo- lucjoniści wypowiedzieli sojusz po tym. że żył pan jak bojar. gorzko mu wciąż wypominano nie spłaconą po- życzkę: — Ach! Pańska piękna Rosja! Pochłonęła oszczędności całe- go mojego życia. nie straciłyby warto- ści gdyby — jak tego domagał się Foch — alianci interweniowali na rzecz suwerena.

trzeba było wykazać się zatrudnieniem. całemu fikcyjnemu personelowi. nie mając przy sobie ani rękawiczek. który nie miał pojęcia o nutach. przekazania innemu krajowi. który nie nie- pokoił nigdy dworku tego hreczkosieja bez grosza. Aby ją przedłużyć. Bez pozwolenia na pracę nie dostawało się zatrudnienia. Kilka tygodni później.zagroził. Dymitr Aleksandro- wicz. Wir ten miał dwa różne i sprzeczne ogniska: prefekturę poli- cji i zakłady Renault. jak wymawiali prostaczkowie. że przemówi do tylnych części ciała pracownika. tracąc całą dniówkę. na co tenże. że podanie zo- stało złożone. wydając ostatnie grosze na bilet trzeciej klasy i zasta- nawiając się. Re-na-ul-te. Wtedy też Dymitr Aleksan- drowicz. zmuszony był wypowiedzieć ustnie formułę wyzwania na pojedynek. trzeba było godzinami stać w kolejce. korepetytorom. Legitymując się jako profesor muzyki. wszystko zaczynało się od początku: metro. czyjego honor został znieważony czy też nie. zrzędliwy urzędnik. i wreszcie 13 . mógł sobie zaskarbić łaski prefektury. kolejka. ani też nie dysponując świadkami. ale nieraz i odwiezieniem do granicy i ekstradycją do sąsiedniego kraju. który wy- stawił dziesiątki zaświadczeń o zatrudnieniu niezliczonym se- kretarkom. ani karty wizytowej. Mrukliwy urzęd- nik zajmujący się obcokrajowcami („Co? nie rozumie pan po francusku?”) wystawiał w końcu zaświadczenie. W przypadku Dymi- tra Aleksandrowicza dylemat karta pracy-zatrudnienie roz- wiązała uczynność pewnego wyrozumiałego Francuza. stracona dniówka. by otrzymać kartę pracy. który wciągał wszystkich jak wir rzeczny. Kończyło się to nie tylko niedojadaniem. skoro drogocenna karta pracy wystawiana była tylko na rok. gdy listonosz przynosił urzędowe wezwanie. wyzwania zdecydowa- nie odrzuconego przez drugą stronę. rządcom. który powtarzał ten sam zabieg: wywiezienia na następną grani- cę. Cóż z tego jednak. i tak dalej. ale i przeciwnie. guwernantkom i damom do towarzystwa. udał się do Paryża.

Jego żołądek znów zaczął normalnie funk- cjonować. Winny za- niedbania stawi się przed sądem. Skazano go na grzywnę w wysokości jednego franka.nieoceniony. okazał się bardziej go- ścinny. złożony w harmonijkę kartonik zaopatrzony w fo- tografię. Już w pierwszym roku Psar Dymitr. apatryda. „odsłonięte prawe ucho i oczy patrzą- ce wzwyż” (sic!). Zarabiał dziennie 16 franków i 75 centymów. zapomniał przedłużyć w terminie ważność swej karty. który osłabił jego entuzjazm: grzywna wyniosła jeden frank w złocie. wielko- duszne sądownictwo francuskie! Jakieś dziesięć dni później poczta przyniosła rachunek. że do jedenastu franków grzyw- ny trzeba było dodać okrągłych sto tytułem kosztów sądowych. W końcu można wytrzymać. chociaż 48-godzinny tydzień pracy był jeszcze wtedy od- ległym mirażem. przeżył przykry moment zniechęcenia. Gdy jednak odkrył. w której bitwa pod Tannenbergiem odgrywała pewną rolę. Z tego 10 wydawał na pokój w hotelu. Spodziewał się procesu jak z Braci Karamazow i przygotował mowę obronną. bliski był choroby na myśl o znalezieniu się przed sądem. by podał swe nazwisko i datę urodzenia. to znaczy jedenaście franków zwykłych. On. plus frank za obsługę. a rok mijał i nie było w nim przerwy na urlop. czyli trzy lub cztery posiłki. sobota była takim dniem roboczym jak wszystkie inne. ukazującą profil. W stosunkach Psara z innymi robotnikami nie brakowało 14 . No cóż — i tak lepiej tu niż u „towarzyszy”. Drugi ośrodek wiru. Skandal. Frank grzywny pozbawiał go więc tylko jednego śniadania. O. co poprawiło mu humor. wrócił więc do domu spokojniejszy i pełen wdzięczności. Zresztą pośród setki chyba współoskarżonych rozpoznał kilku znajomych. W najlepszym razie pracowało się 56 godzin. który dobrze znosił napię- cie w chwili ataku na okopy przeciwnika. W dodatku zakaz siada- nia w godzinach pracy nie był zbyt korzystny dla kręgosłupa. Tymczasem zażąda- no od niego tylko. fabryka Renault.

panie Dymitrze. i do- brze czyniły stając na drodze między kasą a knajpą. by nie urazić ofiarodawcy. wykrzykując. ale tylko najbardziej zaciekli antyklerykałowie mieli mu to za złe. mył się staran- nie. 15 . nie pozbawiona pewnego ciepła. że jego kontakty z kolegami z pracy — świadczono sobie nawzajem różne usługi — układały się bardzo dobrze. przyszywał brakujące guziki do koszuli. kombatantom. Tutaj. sprawiła. że należałoby po- wywieszać bolszewików i przywrócić carski tron. gdzie z uwagą natury raczej patriotycznej niż religijnej wysłuchiwał pieśni Gospodi pomiłuj śpiewanej przez chór. przyjaźnie usposobiony. wychodzącym na podwórko pokoju. Można się też było przyzwyczaić do cosobotniej kolejki piwa. Potem udawał się do cerkwi przy ulicy Daru. a ten przyjął ją. ale w niczym nie przeszkadzało to Psarowi. skupionych wokół jednego z nich. wzajemnego zdziwienia — ale nie było wrogości. co działo się w tygodniu. Na koniec lą- dował w swej „rodzinie”. i nawet oni umieli sobie wytłumaczyć. Chłopcy pytali go na przykład: — Czy to prawda. prawie wcale go nie zajmowało. Przez dwanaście godzin pod rząd kobieta ta zajęta była dolewaniem herbaty przyjaciołom męża. przybijał skuwki do obcasów. Jego prawdziwe życie zaczynało się dopiero w niedzielę. a po mszy spędzał godzinę czy dwie przed katedrą. Zresztą to wszystko. Tego dnia wstawał nieco później niż zwykle. przyniósł panu Dymi- trowi świecę. Tu przynajmniej nikt nie wypominał Psarowi rosyjskiej pożyczki. nazywał tak grupę niespokrewnionych ze sobą mężczyzn. że u was zjada się świece? Jeden z nich. Pod ko- niec tygodnia setki kobiet oczekiwały pod bramą fabryki. że pop to nie to samo co zwykły klecha. Na szyi nosił krzyż. który był kawalerem. mającego żonę.momentów zaskoczenia. w brzydkim. Wzajemna tolerancja. w cieple ikony i czajniczka do parzenia herbaty — wciąż brakowało pieniędzy na kupno samowaru — wszyscy zebrani dzielili jedno: wiarę.

Biegali z miejsca na miejsce. poruszali długimi ramionami. rutyną. którą nosiło się w butonierce. już dwudziesto- pięcioletni. blada. Elena von Engel zaszczepiła w 16 . godzili się z tym. domy i letnie wille. wulgarnością. Za- pewne od dawna już przymierała głodem. Szczupła. W pamięci Dymitra Aleksandrowicza von Englowie zapisali się jak stadko nocnych ptaków. Dymitr Aleksandrowicz dowiedział się. Właśnie podczas jednego z tych niedzielnych zgromadzeń. kto ją produkował — niewielki zarobek. mając w różnych punktach Rosji posiadłości. gnieżdżąc się w któ- rymś z przeraźliwie zimnych. co w szarej codzienności mogło się było wy- dawać tylko ambicją. jego narzeczona. jasnowłosa. relikwią. Nie tracąc poczu- cia humoru. że Elena Władimirowna von Engel. tutaj powracało do swej nieskalanej i świętej istoty. kiedy to podchorążowie marynarki i piechoty. nie żywiąc żadnych iluzji. żyje. zamieniali się w ministrów i generałów i od nowa wszczynali wojnę domową (kierując się jedną tylko zasadą: pra- gnieniem zwycięstwa). Chorągiew św. póki po- wiewała nad krążownikami. Rodzina von Engel była rosyjską rodziną. kto by temu przeczył. symbolizowała już tylko wierność. a także — dla tego. zabijaniem czasu. Andrzeja. lecz ożywienie przemysłowe pod koniec dziewiętnastego stulecia nie wyszło jej na dobre. przekształcona w małą emaliowaną odznakę. biada temu. niebieski krzyż na białym tle. zagubionych i bezrad- nych w godzinie świtu. wspólnotowych teraz mieszkań dawnego Sankt-Petersburga. lecz. poświęcenie. kobiety o krótko obciętych włosach czy też szlachtę zasiadającą w Dumie. że nale- żą do gatunku skazanego przez postęp na wymarcie: ekologia nie zajmuje się ludźmi. Wszystko to. widząc hu- zarów w dragońskich mundurach. Monetka wartości pięciu kopiejek zaledwie stawała się skarbem. W wieku XVIII była zamożna. dziwili się ze słodką naiwnością. mogła nieść w swych fałdach wicher przemocy.

uwielbiał przysłuchiwać się. Ale Dymitr Aleksandrowicz nauczył się już przyznawać pierw- szeństwo życiu przed literaturą. której nawet nie zdołał zawiadomić. wyobrażać sobie. głodna. realna choć nieobecna. które mógłby poświęcić na myślenie o swej narzeczonej. Rewolucja sprawiła. by zadbać o bef- sztyk dla niej lub przynajmniej o makaron. ich dłonie złączyły się na moment. brakowało mu chwili wytchnienia. że jego narzeczona uszła cało z masakry. których siedliskiem nie jest ani serce. Ona tymczasem pojawiła się znowu. Myśl. Od czasu kiedy przez dziewięć godzin dziennie obsługiwał tokarkę i palce miał wiecznie pokryte metalowym pyłem. Rosja. uboga. Byli uczniami tej samej klasy tańca. Było w tym coś szo- kującego: panny winny w zasadzie odżywiać się w ukryciu. zelektryzowała Dymitra Aleksandrowicza. zu- pełnie prozaicznie. że jest rycerzem bladej Eleny. nieszczęśliwa. nieprzejednane jak zawsze. że uważa ją za narzeczoną. Teraz nie szło już o to. O kobiecie. wśród niebezpie- czeństw i rzezi. Ochotnikowi walczą- cemu pod rozkazami Wrangla zdarzało się. z całą jego trywialnością. lecz o to po prostu. 17 . a niekiedy opatrznościowy przypadek łączył ich w parę w mazurze.młodym Dymitrze jedno z tych nordyckich przywiązań. Uwielbiał jeździć z nią na łyżwach w taurydz- kim parku. Gdy spotka się to co możliwe. jak o zmierzchu nieco fałszywie nuci melodie. osierocona i. i to co konieczne.. ani też cała istota człowieka. nie obrażając swych rycerzy widowiskiem gryzienia i żucia potraw. ani mózg. Nie złożyli przed sobą żadnych przysiąg — takich rzeczy nie robiło się — lecz pewnego razu. Postanowił sprowadzić Elenę do Francji. że jego amory stały się niemożliwe do zrealizowania i przez to tym bardziej nieuchron- ne. wciąż o nim marzy. ani zmysły. która nigdy nie miała rycerstwa. sta- wali naprzeciwko siebie w kadrylu. by kruszyć kopie broniąc jej imienia. rezultat rzadko kiedy jest nadzwyczajny. lecz najwidoczniej jakiś organ tajemniczy i wy- specjalizowany. w zimowym ogrodzie książąt Szcz. Od tej chwili Dymitr uznawał się za człowieka zwią- zanego honorem.

zdejmował go. Narzucało się inne wyjście: taksówka. wręczając mu śmiesznie mały napiwek. można było wy- kupić jedną babcię nawet za cenę pojedynczej wypłaty w zakła- dach Renault. jeśli dobrze pamiętam. a zarabiali nieźle. Jednak wciąż było to przykre. na przykład pracy gór- nika. trzeba było ratować Elenę. za które emigranci mogli całkowicie legalnie wykupywać swych krewnych lub przyjaciół. trzeba było być krezusem. ZSRR odczuwał w tym czasie wielką potrzebę zachodnich wa- lut. by sobie pozwolić na sprowadzenie własnego syna z raju narodów. biorąc godziny nad- liczbowe. Jego kruche zdrowie i niepokaźny wzrost nie pozwalały mu na podjęcie najsowiciej opłacanych prac. której trud- no nie nazwać okupem. pod warunkiem wpłacenia na konto państwa sumy. — To dla pana — powiedział pasażer do jednego z moich ku- zynów. dwa sous. Problemem był napiwek. z humorem. goryczą czy wściekłością. woźnicą fiakra. Ktokolwiek nosił sygnet. Czy oficer mógł przyjmować gratyfikacje jak lokaj? Centurio in aeternum. Skończyło się na tym. wystarczyło przez jakiś czas oszczędniej żyć. gdy zasiadał za kie- rownicą. Trudno. ale i tak w grę wchodziły sumy nieosiągalne dla zwykłego tokarza. Dymitr Aleksan- drowicz wbrew woli porzucił dla tej problematycznej synekury 18 . Wielu emigrantów decydowało się zostać. sno- bując się. lecz miejscowi taksówkarze burzyli się: nie miało się prawa niszczyć zawodu. Najtańsze były babcie. Dymitr Aleksandrowicz musiał zmienić zawód. Unikali dzięki temu pracy przy taśmie. zależnie od tem- peramentu. — A to dla pana! — odrzekł kierowca. dłoń zgarniała monety jakby potajemnie. Dziewczęta były łatwiej osiągalne. otwarcie odrzucali ofiarowywaną im przez francuskie- go bourgeois monetę. Naj- drożsi — chłopcy. pięć- dziesiąt sous. Niektórzy. Sporządzono tam tabelę stawek. że wszyscy. zrezygnowali ze swych zastrzeżeń. jak mówili. rzucając monetę.

występującemu w jego imieniu. ochrzcił żeńskimi imionami wszyst- kich mężczyzn. a co dwa tygodnie wysłać paczkę z żywnością. uważał wręcz. która jakoby miała otwierać zagraniczne listy. po- sługując się przy tym naiwnym kodem. że bezpośrednie pertraktacje między „towarzy- szami” i nim w ogóle wchodzą w rachubę. tych. Gdyby przynajmniej wyznali to sobie nawzajem! Sądzili jednak. o których ją informował i tych. Poza tym jednak nie żywił żadnej urazy. Zrobił tam gruntowne porządki. słysząc wezwania z chodnika: — Czyż nie widzą. że miał szczęście: — A gdybym nie umiał prowadzić samochodu? Albo gdyby emigranci nie mogli dostawać licencji taksówkarskiej? Nadszedł wreszcie dzień. Nawiązał miłosną korespondencję ze swoją „narzeczoną”.pracę męczącą. i pobrali się mimo mrozu w sercach. odczyścił jedyny swój garnitur. gdy mógł wynająć dodatkowy pokój w swoim hoteliku przy ulicy Lecourbe. o których los chciał się dowiedzieć. że muszą sobie nawzajem dotrzymać słowa. ustawił prawdziwe kwiaty. lecz godną. Psar nie wy- obrażał sobie. Po upływie trzech lat zdołał zebrać wymaganą sumę i zaniósł ją adwokacinie. ubrał się jakby to była Wielkanoc i wyruszył w drogę własną taksówką. Po upływie paru miesięcy zaczął nawet irytować się na klientów — do niedawna byli to jego ulu- bieńcy! — płacących tylko podstawową cenę kursu. By nie wzbudzać podejrzeń Czeki. ulubionym przez emi- grantów. Dziwiło go. Sam subtelnie podpisywał się jako Dina. jak szybko przyzwyczaił się do poniżających napiwków. Tym razem nie za- trzymywał się. że opuściłem chorągiewkę? Przyjazd Eleny w niczym nie przypomniał świąt wielkanoc- nych. żeby z dnia na dzień gromadzić więcej pieniędzy. to co oboje widzieli jako uroczystość zmartwychwstania. Wręcz przeciwnie. przybrało raczej postać konstatacji zgonu. z prawdziwej kwiaciarni. 19 . W końcu chodziło o to.

drobne sztuki bielizny. Naprawdę był z całą pewnością adiutantem francuskiego generała. apokalipsa.. cóż bardziej oczywistego? Francuzi nie byli przecież tacy głupi albo niewdzięczni. banalna taksówka. że jest człowiekiem zamożnym. serdeczność całego otoczenia. żeby pozwolić zmar- nieć oficerowi sojuszniczej armii. tak żeby nie widział tego właściciel hotelu. bo nie wypada. odgradzający umywalkę i nieprzyzwoity bidet. któremu towarzyszył na róż- nych placówkach. by nie sprawiać wrażenia. omal nie umarła z głodu. Tam skąd przybywała. nie skarżył się na nic. jakby sama wróciła do Sankt- Petersburga. tam wciąż tlił się płomyk wojny domowej. na którą mógłby sobie pozwolić byle prostak. Dla Eleny Dymitr był postacią z przeszłości. i dlatego. rozciągniętym między dwoma gwoździami. gdyż regulamin zabraniał lokatorom prania. Ale tam dokonała się rewolucja. Żartował co prawda niekiedy ze swego zajęcia. wygody. kiedy to szczęście i trage- dia zdają się równie mocno pociągać szlachetną duszę. W oczach Dymitra Elena także była kimś. podczas gdy Dymitr żył. wytarte i wystrzępione. że żyje nie najgorzej. Odnaj- dując go w Paryżu czuła się tak. lecz brała to także za część szyfru. nie brzmiało to jed- nak przekonująco. jakie jej posyłał. największa w historii. kojarzył się z nastrojem ostatnich lat dojrzewania. Tu natomiast na sznurze. W listach. jego tak- sówka. który miał wprowadzić w błąd cenzorów. — Można się przyzwyczaić — mawiał Dymitr. pokój hotelowy bez jednego kąta prostego (taki był tań- szy). I ten obrzydliwy zapach w korytarzu. Skromne ubranie Dymitra. że opłacenie okupu stawia go w trudnym położeniu. za to wyposażony w luksusowy parawan. suszyły się.. kto zdawał się 20 . a w dodatku uważał. oznaczał bezpie- czeństwo. Myślała więc. podobnie jak Makary Dziewuszkin w Biednych ludziach. wszystko to wydało się Elenie Władimirownej von Engel nieprawdopodobnie nędzne i wstręt- ne.

Może nawet ma- rzyło mu się. On bowiem przekonany był. by 21 . ile tylko razy zapragną. którym był niegdyś? Szybko odkrył. a stopy — przez odmro- żenia. Nie mógł się jednak pogodzić z tym. jakże poetycznym miejscu. co to nawet nie są w stanie przynieść damie porządnego bukietu! Miała rację — podchorążowie piechoty przynieśli jej wkrótce różę. ci twoi golcy. W jej spojrzeniu pojawiały się na przemian lęk i wynio- słość. sowiecki styl dawał o sobie znać. wymawiała to szokujące słowo. że nie dostaje od niego lepszej. karmić ich w sobotnie wieczory i przez całą nie- dzielę. do którego przenieśli się z hotelowych pokoi. że znów zamieni się w tego eleganckiego kadeta marynarki.ucieleśniać niewinność minionych czasów. że ma jej to za złe: — Takie delikatne stworzenie! Ileż ona musiała przejść. by przyszli ogrzać się w cieple domowego ogniska.. Nastawił się na spo- tkanie z dzieckiem: blondynką. Przy każdej okazji powtarzała wulgarne porzekadło: „Na- wet z czarnej owcy można zebrać garść wełny”. Ale Elena buntowała się. nie zadowalało żadnego z małżonków.) Cóż to za towarzystwo. Ci. podobnie jak ona z tym. że jej dłonie są zniszczone przez lodowato zimną wodę. Życie w dwójkę w ciasnym mieszkaniu. Dymitr Aleksan- drowicz wyrzucał sobie. nie chciała spędzać swego życia na warzeniu zupy i dokarmianiu darmozjadów: — Jeszcze trochę. patrząc na młodą kobietę. co nic nie przynieśli. gacie. że obficie używała taniej szminki. Ich związek przetrwał niewiele dłużej niż trzeba było. iż odkąd u jego boku znajdowała się żona. (Tak jest. gładzili z zażenowaniem łysiny. Tą właśnie nadzieją kierował się.. powinien szeroko otworzyć dom dla trzydziestoletnich podchorążych. a każesz mi cerować ich skarpetki i gacie. zapraszać ich. której palce ściskał w tamtym zimowym ogrodzie. zawieszając na ścianie ikonę i tradycyjną lampkę oliwną. po- chyloną nad haftem lub — niebawem — pieluszką. podchorążowie marynarki trzy goździki.

że wyje- chała w podróż. W Elenie gust delikatnej kobiety łączył się z pospolitym niedbalstwem. a opie- ka nad noworodkiem wyczerpywała ją całkowicie. Pielę- gnował więc małego. ale co zajmie jego miejsce. wielu emigrantów zaczęło od nowa żyć nadzieją — z pewnością narzucony Rosji system nie przetrwa zawieruchy wojennej. kiedy po- wróci na tron. Tak. podporuczników marynarki. Dla Dymitra Aleksandrowicza narodziny syna były źródłem radości. Wzruszała go też nieśmiertel- na dusza dziecka. Dziecko było zaniedbane. Elena źle zniosła ciążę. jego nazwisko przetrwa. Rosja skolonizowana przez rzeźników? Dymitr Aleksandrowicz nie brał udziału w tych dyskusjach. Opuszkami palców pogładził policzek syna i wyszeptał: — Mamusia umarła. ale ja chcę żyć. czterdziestoletnich 22 . Elena Władimirowna zniknęła pewnego dnia. mówi się często. co rzecz jasna prowadziło do strasznych rezultatów. jego niezupełnie jeszcze uformowanej czaszki i małych rączek. będzie miał o jednego poddanego więcej. że wola jego i jego przyjaciół. odebrały mu nadzieję. Alek. Kiedy wybuchła druga wojna światowa.urodził się Aleksander Dmitrycz. które pewnego dnia będą mogły chwycić za broń. przezierająca przez jego mętne oczka. Dziecku. którego matka umarła. Jesteśmy teraz sierotami. Mówił przepraszająco: moja żona jest słabego zdrowia. oszczędź naszego syna”. odkupieniem. a car. żyć! Bądź wielkoduszny. Nie liczył już na możliwość powrotu dawnego ustroju. Nie był ob- darzony wyższą inteligencją. a razem z nią zniknęło futro z kretów i podchorąży. Dymitr Aleksandrowicz uczynił przeciwnie. co o mnie myślisz. Zostawiła krótki list: „Wiem. jego widok odpychający. po wszystkich okrucieństwach wojny domowej. który ostatnio żył ze sprze- daży frywolnej damskiej bielizny i jeździł sportowym kabriole- tem. A poza tym. ale ciężkie przeżycia zaszczepiły w nim fatalizm. przestał też myśleć. sam prał. doznawał wzruszenia na widok tego małego człowieczka.

ale poza tym było całkiem znośnie. W czasie wojny nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu we Francji. A jednak trzeba było jeść. żeby rzucił taksówkę i został szoferem w fabryce amu- nicji. przyjąć propozycję zatrudnienia od władz oku- pacyjnych. był mocno skomplikowany. Jeżeli nie znajdzie się pan w Tarbes. To się stanie samo z siebie. Po kilku dniach starań w prefekturze Psar wyjednał dla siebie odpowiednie zezwolenie. ale budziło ono wstręt w duszy podporucznika marynarki: mógł. Kilku oficerów znów wypomniało mu rosyjską pożyczkę.podchorążych. któregoś dnia. gorąca nadzieja: że prochy jego nie spoczną w obcej ziemi. Jednych zmobilizowano. na swoje nieszczęście. Wróci do ojczyzny. Było pewne rozwiązanie. Goethego i Kruppa. Psara po- proszono. jakiemu podlegali we Francji emigranci. do tych drugich. drudzy natomiast. „Tego jednego jestem pewien” — powtarzał często. Dymitrowi Aleksandrowiczowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Paryża w poszukiwaniu pracy. Pracować dla Niemców oznaczało dla niego zdradę wobec 23 . nie znoszą Niemiec. po- cząwszy od Aleksandra Newskiego. może wywrzeć jakikolwiek wpływ na Historię. Status. zostanie pan uznany za dezertera. innych nie. Rosjanie dzielą się na dwie kategorie: jedni podziwiają nie- miecką technikę. ale zaledwie dotarł do Tarbes — na własny koszt — zostało podpisane zawieszenie broni i fabryka amunicji przestała istnieć. — Ależ ja jestem obcokrajowcem. — To nas nic nie obchodzi. Dymitr Aleksandrowicz należał. biorąc za wzór wielu Francuzów. a przede wszystkim nakarmić ma- łego Aleksandra. Nie opuściła go tylko jedna. Kiedy nadeszła klęska. żeby tam umrzeć. fabry- kę ewakuowano na południowy wschód Francji. — Praca? Dla pana? Kiedy przegraliśmy wojnę z powodu tych cholernych cudzoziemców? Nie ma mowy.

nikt nie okazał mu wdzięczności. kiedy prowadził nie- miecką ciężarówkę.miliona siedmiuset tysięcy zabitych podczas pierwszej wojny i setek tysięcy innych. Gdy wojna się skończyła. należały do najbardziej niszczycielskich w jego życiu. Ale był jednym z tych ludzi. I od czasu do czasu: „Wracaj do siebie. Z jednej strony bezustannie nękany był przez administrację. z drugiej dokuczało mu bezrobocie. Te dwa lata. ty cholerny Rusku”. Obcokrajowiec do niedawna opłacany przez wroga godzien był ostrej krytyki. Myśl o powrocie do kraju. jego pensja powiększyła się trzykrotnie. którzy swego patriotyzmu dowodzili pastwiąc się nad wszystki- mi stojącymi niżej. już nie przez zrządzenie boskie. że we Francji wybuchła wielka miłość do Związku Radzieckiego. spośród których wielu było komunistami. jak ikona. był zesłanym przez opatrzność kozłem ofiarnym narodu. coraz częściej nawiedzała Dymitra Aleksandrowicza. Biali emigranci byli teraz ledwie tolerowani. A jednak i tym ra- zem poddał się konieczności. pisarza. nigdzie nie 24 . Bzar Tmidri kompromitował się. odzyskałby może swój stopień wojskowy. którym brak komfortu moralnego doskwiera bardziej niż niedostatek materialny. wykrzykiwane z końca kolejki w piekarni. Gdyby był włożył na siebie mundur feldgrau. bo zwątpił sam w siebie. ale podporucznik marynarki pozo- stał bez skazy. czy też w pomocniczej służbie informacyjnej. Znał niemiecki. Administracja przeszła w ręce partyzantów ostatniej godziny. Nigdzie nie będzie mu gorzej. W jednym tylko był nieugięty: systematycznie od- rzucał propozycje lepszej i lepiej płatnej pracy na stanowisku tłumacza. który zgrzeszył najciężej jak tylko można. Sytuacja Dymitra Aleksandrowicza stała się nie do zniesienia. W dodatku bohaterstwo prawdziwych party- zantów. dobrze go trakto- wano. ale w wyniku świadomej decyzji. lecz konsekwentnie mówił „nie”. sprawiło. mordowanych przez całe wieki przez miecz Krzyżaków czy też popleczników Napoleona.

wolność uważał za ideał niewolników. wejść w kontakt z „towarzyszami”. którzy zbliżali się już do pięćdziesiątki — oni wcale nie mają rogów ani kopyt. a Sowieci na obczyźnie przypominali z grubsza normalnych rodaków. czy istnieli jeszcze czerwoni? Czy można kwestio- nować egzystencję państwa. — Nawet czerwoni nie mogą mi tego odmówić. tak jakby cząsteczka materii zderzyła się z cząsteczką antymaterii. Zresztą słowo wolność nie budziło radosnego oddźwięku w sercu podporucznika marynarki. że nie odnajdzie błyszczącego Petersburga z czasów swego dzie- ciństwa. poczucie przynależności było o tyle ważniejsze niż własność! Cóż to będzie za ulga. Dymitr Aleksandrowicz nie miał żadnych złudzeń. nic na to nie odpowiedział. Ale świat ocalał. poczuł w gardle falę tęsknoty silniejszej niż wszystkie poprzednie. może nawet w szkole kadetów imienia Suworowa — bo szkoły te znowu powstały! Jakie to było niezwykłe przeżycie dla Dymitra Aleksandrowi- cza. wrzucić do pieca ten nansenowskim paszport znikąd. Kiedy położył palec na guziku dzwonka pod numerem 79. A jeśli tam zniesiono własność prywatną — Psar przystanie na to z radością. No właśnie. spocznie w ojczystej ziemi.będzie się go bardziej atakować niż tutaj. a jego ciało. Wiedział. Ale będzie słyszał dookoła własny język. że jego organizm jest wyczerpany. które tak chwalebnie odepchnęło napastnika? Niepodległość jest cenniejsza niż wolność obywate- li. milczący jak zawsze. — Wiecie — opowiadał później swoim prawdziwym towa- rzyszom. kiedy będzie musiał umrzeć. Jak kiedyś pogładził policzek syna i powiedział: — Wracamy. że zdradziły go komórki jego ciała. Toteż gdy w pewnym lazarecie lekarz wyjawił mu. że zaraz świat rozleci się w kawałki. 25 . Podobnie jak jego męscy przodkowie szukał chwały w służbie. Aleksander. I Aleksander wychowa się w rodzinnym kraju. a także nauczy się służyć. chorążym i podporucznikom marynarki. spodziewał się nieledwie.

Dano mu do zrozu- mienia. Na przykład maniery Dymitra Aleksandrowicza: były całko- wicie anachroniczne. najgłębszego filozofa i ekonomisty. czy też lepiej nie wymieniać go wcale? — dręczył się w środku nocy. Zaraził się obsesją po- wracających — byle tylko nie zaszkodzić tym. emigranci. Iljicza i. tego. ale również podać peł- ną listę bliższych i dalszych krewnych oraz ich życiorysy. którzy znajdują się w ZSRR. najsławniej- szego przywódcy ludowego wszystkich czasów. — Proszę tego nigdy nie robić! U nas oznacza to brak wy- chowania — wycedził surowo przydzielony mu katecheta. z uzyskanym przebaczeniem. którego 26 . syn marnotrawny miał obecnie zapoznać się z prawdziwą wiarą. że kuzyn Alosza nie żyje. Dymitr Aleksandrowicz odpowiednio pomniejszył swoje wyczyny i oświadczył. zwanych ankietami. tylko o udzielenie przebaczenia. Pewnego dnia zdarzyło mu się poślinić pa- lec. że krewni jego nie żyją już. trzeba było naprzód zademonstro- wać całkowitą uległość i uznać swoje błędy. ucząc się na pamięć myśli Marksa. Wyspowiadany i. By je otrzymać. słów największego geniusza. aby przewrócić stronicę w dziele Lenina. Skruszony grzesznik musiał zacząć od wypełnienia płacht for- mularzy. wchłaniając wykła- dy o błędach carów. Zorganizowano kursy wieczorowe. Trzeba było nie tylko wyznać wła- sne przewiny wobec rządu radzieckiego. którzy prawie nie mieli odwagi spojrzeć na siebie. — Czy powinienem był wspomnieć. nie tylko pomyłki polityczne. oczywiście. że nie idzie o żadne pojednanie się. Potem przyszła faza rehabilitacji. jak się wydawało. we wszystkich dzie- dzinach. najwybitniej- szego wodza. Engelsa. mierząc w ucznia garbatym nosem i złowrogo skrzącymi się szkłami okularów. Co go natomiast zdumiało to arogancja urzędników i hojnie okazywane petentom poczucie wyższości. spotykali się trzy razy w tygodniu.

milcząco podzielając jego zawstydzenie. Jeśli Dymitr Aleksandrowicz liczył. wydawanych w rocznicę Rewolucji Paździer- nikowej. ze ściśniętym gardłem zrelacjonował przebieg bitwy pod Stalingradem. Nie było oczywiście mowy o tym. Na zakończenie od- śpiewano chórem Katiuszę: to było sowieckie. Pomagał także w organizacji balów. Wreszcie katecheta wezwał go i oświadczył: 27 . Inni kandydaci przysłuchiwali się temu ze spuszczonym wzrokiem. mówić o „białogwardyjskich hordach” i „ob- szarpanych kontrrewolucjonistach”. Próbował nawet wymawiać po sowiecku dwa słowa. Jeszcze jedno poświęcenie. heroiczne i sentymentalne.patronimik wypowiadany był jednocześnie ze służalczą czułością i z męskim szacunkiem: Józefa Wissarionowicza. Ale zająknął się kilkakrotnie. Rewolucjoniści nie mają poczucia humoru. aby oklaskiwać filmy propagandowe. Wznosił toasty na cześć niewypowiedzianie wielkiego Iljicza i za zdrowie największego z największych ludzi. z pozoru niewinne: autobus i biblioteka. jednym słowem — rosyjskie. swój rząd i swego amba- sadora — to się przeliczył. zanim zdołał wypowiedzieć — tuż przed nim błyszczały wymagające okulary katechety — „Mikołaj Krwawy” czy też „Leningrad”. wyświetlane specjalnie w porze mszy świętej. myślał. i będę mógł wsiąść do pociągu. Z satysfakcją wyliczył marszałków Związku Radzieckiego i ich zwycięstwa. zacinając się. ale nie komuni- styczne. Teraz należało dowieść swej szczero- ści. że teraz także i on ma swój kraj. Sposób ich wymawiania dzielił Rosjan na dwa obozy. Wrócić. Potem z kolei oni mu- sieli. by można było potraktować tę liturgię choć trochę humorystycznie. takie jak Gorąca głowa czy też Przysięga. ani z cnotami burżuazji. W niedzielne poranki zaniedbywał cerkiew. Dymitr Aleksandrowicz zdał część egzaminów nie „lewicując swej du- szy”. Nie mając żadnego wykształcenia ekonomicznego i nie uto- żsamiając się ani z interesami. iż w zamian za ten nie- wielki wysiłek otrzyma paszport i będzie mógł oznajmić Francu- zom.

chciał bowiem zabrać tę małą ksią- żeczkę powodowany czułością. że znów stał się sobą. że staje się pełnym człowiekiem. wydawało mu się. przekonaliśmy się. ale na ra- zie przyniesie pan więcej pożytku socjalistycznej ojczyźnie nie opuszczając Paryża. miałby materialny dowód.. — Oczywiście pewnego dnia powróci pan do kraju. że oznacza to ko- niec jego marzeń. jest nieomal tyle samo warte co być poddanym cara. że jesteście prawdziwym synem naszej sowieckiej ojczyzny. U siebie w pokoju pokryłby ją pocałunkami. od dawna już skreślił twarde znaki i łacińskie „i” na formularzach. które wypełniał. — Kiedy mogę wyjechać? Katecheta delikatnie wyjął z rąk wzbraniającego się nieco Dy- mitra Aleksandrowicza paszport. proszę mi go dać. leżał na biurku. przyzwyczaił się pan do nich. — Na cóż on panu? — Nie mogę żyć we Francji bez dokumentów. paszport. zdjęcie. Nowoczesna pisownia jego imienia i imienia jego ojca drażniła go jeszcze. podpisy. Czuł. Podniósł się i umieścił paszport na jednej z półek sejfu wbu- dowanego w mur. Z podniesioną głową wyjdzie na ulicę Grenelle. ale był to drobiazg. Dymitr Alek- sandrowicz mógł go wziąć do ręki. Zielony paszport był tuż obok. widoczną na dnie sejfu. 28 . podejdzie do policjanta i powie mu: — Jestem obywatelem radzieckim. dziękuję — powtarzał.. Zna pan Francuzów. Uczepił się słów „oczywiście” i „na razie”. Nie był to jedyny powód. sprawdzić pieczątki. a oni do pana. — Dziękuję. Dymitr Aleksandrowicz nie od razu pojął. — Obywatelu. — Na razie schowamy tę zabaweczkę tutaj. jęknął: — Ale. Być obywatelem. Wpatrując się swymi przedwcześnie zmatowiałymi oczami w zieloną plamkę.

Chorążowie i podporucznicy. Alek. Nie powie pan Francuzom. bez żadnej opieki. litością czy też sprytem: — Właśnie w ten sposób odda pan największe przysługi so- cjalistycznej ojczyźnie. teraz pięćdziesięcioletni. że serce biednego człowieka pęka z żalu. aby spełnione zo- stało skromne ostatnie życzenie tego. Czerwiec był wyjątkowo ciepły i ksiądz obficie używał ka- dzidła. Od tej chwili rak pustoszył jego organizm ze zdwojoną siłą. powodowany. Trumnę opuszczono do grobu przy pomocy haftowanych 29 . Uniósł dłoń. jakby współbiesiadnikiem. dodał jeszcze. Dymitr Aleksandrowicz nie miał już żyć długo. Dymitr zmarł w szpitalu. Nocny stróż. teraz zaczął pić tak. miał już tylko jedno życzenie: być pochowanym na cmen- tarzu w Sainte-Geneviève-des-Bois. Dostrzegając. zamia- tacz ulic — tracił kolejno wszystkie swoje posady. będzie się pan w dalszym ciągu posługiwał paszportem nansenowskim. Odśpiewano Między świętymi. To były jego ostatnie słowa. Ty to zrobisz za mnie. jako że personel szpitalny tego właśnie dnia strajkował. która mimo wszystkich pana pomyłek wyciągnęła do pana ramiona. — To — odrzekł katecheta. by pogłaskać poli- czek Alka. pieśń. którą tradycja łączy z żołnierskimi pogrzebami. tragarz. że nigdy nie wróci do kraju. — Nie wrócę do kraju. pomywacz. gdzie próchniało tyle rosyj- skich trupów.. jakby chciał jeszcze przyspie- szyć proces zniszczenia. ale nie zdołał już dokończyć tego gestu. że na pewno zniszczyły ziemię. suro- wo oceniali zdradę. którego nazywali posłu- gując się trudnym do przetłumaczenia rosyjskim słowem. ale nie zdrajcę. złowrogo pobłyskując grubymi szkłami okularów — nie przedstawia żadnego problemu. Złożyli się. Teraz. Nigdy przedtem nie pił dużo. Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej Zaśnięcia Matki Bo- skiej. nie wiadomo. że otrzymał pan radzieckie obywatel- stwo. Nieśmiertelną pamięć i Jakże chwalebnie.. pracując tylko od czasu do czasu. kiedy wiedział.

Jakubie Mojsiejewiczu. którego nikt z obecnych nie znał. dlatego też nie zostawiono ich — jak każe obyczaj — grabarzowi. zbyt szerokie spodnie i wielkie niezgrabne buciory. Aleksander Dmitrycz.pasów. Wśród uczestników pogrzebu znajdował się też pewien młody człowiek. wypożyczonych przez pewną starą generałową. Ubrany był w brązową marynarkę. W pewnej chwili tuż obok niego zatrzymał się samochód. Przyjaciele ojca odczuwali wobec syna raczej nieufność niż sympatię. otwie- rając drzwi samochodu. Trzeba je było zwrócić. którą odsłaniała rozpię- ta biała koszula. noszona bez krawata (Dymitr Aleksandrowicz nienawidził tej wzorzystej ozdoby) do starego. że to zaproszenie było może grzecznie wypowiedzianym rozkazem. — Ileż on może mieć lat? — Dziewiętnaście? Nie wygląda nawet na tyle. nad młodzieńczą szyją. Czy nie był to przypadkiem mały bolszewik? Żony przyjaciół Psara. Gdy tylko pogrzeb się skończył. jasnowłosy. Aleksander zawahał się. pełen rezerwy. jak wszyscy inni. To był właśnie ten młody człowiek. Aleksander Dmitrycz nie chciał. Miał pyzatą twarz i nosił okrągłe. 30 . ruszył sam w stronę dworca kolejowego. Pomyślał jednak. czekać na autobus. podwiozę pana — powiedział ktoś. Cóż by zresztą z nimi począł? Grudki ziemi rozbijały się na świerkowych deskach trumny. zapewne prezentu jakiegoś zamożniejszego kuzyna albo daru instytucji charytatywnej. Przeżegnał się kilka razy w nieodpowiednim momencie. — Proszę wejść. rozczulały się nad szczupłą chłopięcą twarzą o zaczerwienio- nych powiekach. — Dziękuję. biedak. niebieskiego ubrania. Szedł w oślepiającym słońcu. Wsiadł do samochodu. przyglądał się temu z ostentacyjnym spokojem. przeciw- nie. poczciwe okularki. On także złożył poda- nie o repatriację i przesiadywał w ambasadzie.

Uwielbiał rosyjski folklor. byłby najbardziej użyteczny dla partii i dla ojczyzny. Nie znaczyło to. silna i opiekuńcza. Dumny był. Mojżesz Pitman był ubogim krawcem. Nad Czechowem miał jednak tę przewagę. Jakub Pitman pamiętał o swoim żydowskim pochodzeniu. Jakub marzył więc o pracy w komisariacie ludo- wym. Oczywiście. raczej podkreślał przy- jemność. że czę- sto aż łzy stawały mu w oczach. przeciwnie. Lokomotywą szybko zbliżającej się przyszłości była partia. ale ich problemy wydawały mu się anachroniczne. Jak bohaterowie Czechowa wzdychał do czasów. Matka i babcia Jakuba Pitmana też pochodziły ze skromnych rodzin. że to właśnie jego kraj wyprodukował Puszkina. z Berdyczowa. Właśnie tam. białogwardziści odnieśliby zwycięstwo. Czajkowskiego. W tym okresie „narodowość” 31 . Jakub miał dla niej tak żywe uczucia i tyle wdzięczności. Poza domem jadł wieprzowinę i nie miał żadnych wyrzutów sumienia. w wydziale spraw wewnętrznych. To dzięki partii jego ojczyzna stanie się najpotężniejsza na całym świecie. Piotra Wielkiego. Gdyby nie oni. obej- mująca dwa pokolenia wstecz. jaką mu to sprawiało. Potrafił zupełnie nieźle zaciągać Raz na balu czy też od- tańczyć ognistego kozaka. by sytuacja Żyda miała być inna niż Tatara czy Gruzina. traktował ich z czułością. tak samo jak niegdyś jego ojciec. że Jakub chciał stanąć w pierwszym szeregu pracu- jących. W dzieciństwie Jakuba Mojsiejewicza Pitmana kołysały do snu opisy bohaterskich wyczynów dzielnych czekistów ra- tujących Rewolucję. że wstydził się swoich rodziców. Nic nie przeszkadzało temu. że wiedział kiedy to nastąpi: już jutro. by przyjęto go na wydział wer- bujący kandydatów pośród młodych ludzi garnących się do tego rodzaju działalności. kiedy wszyscy ludzie będą się kochali. nie sądził jednak. szczęśliwi i beztroscy. Naród radziecki jak jeden mąż pracuje nad wznoszeniem po- wszechnej sprawiedliwości i równie powszechnego dostatku. myślał. Ankieta. wykazała więc pochodzenie pro- letariackie w zasadzie bez zarzutu.

Nie opuszczała go też ciekawość. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w obliczu autentycznego księcia. Jego entuzjazm nie miał granic! Będzie pracował ze wszyst- kich sił. Wuj rewo- lucjonista upiększał obraz. która znów podejmowała swą działalność w Paryżu. której starsza. rzecz jasna. że ujrzy wilkołaka albo nadczłowieka. Na początku wszystko szło doskonale. nie narkotyzował się i z pewnością nigdy nie posługiwał się knutem. amnestionując tych lokajów reak- cji. że skierowano go do piątego departamentu. niedo- bitków bandytów Wrangla i katów Kołczaka. chociaż Pitmana szokował prymitywizm tutejszego środowiska. dyktować będzie sposób postępowania. dla jej dobra. Pitman był jednocześnie onieśmielony i przejęty obrzydze- niem. równie szczęśliwą i wolną jak ona. spodziewał się. przede wszystkim zaś właściwa mu była intuicyjna zdolność trafnego wyczuwania lu- dzi. który prowadził sprawy emi- grantów „powracających” — narkomanów.żydowska była jeszcze plusem raczej niż minusem. Tak więc po opuszczeniu uniwersy- tetu Jakub Pitman przepełniony radością i wdzięcznością przy- jęty został do szkoły „Biełyje Stołby” i studiował tu przez dwa lata. delikatny. składającego się głównie z karierowiczów i hula- ków. degeneratów. Rząd radziecki okazał niezwykłą łagodność. Ucieleśnione zło nie zawsze było tak łatwo rozpoznawalne. Znał francuski i to sprawiło. Inteligencja jego była żywa i giętka. Młodszą siostrę. głównie zagadnienia kontrwywiadu. Wkrótce polecono mu zająć się wyszukiwaniem pośród 32 . aby uczynić z Francji siostrzycę Rosji. był garbaty. Te wspaniałe zamiary nie uchroniły jednak porucznika Pit- mana od tego. biedny jak Hiob. że po roku pobytu w Paryżu znalazł się nagle o krok od utraty honoru i stanowiska. Wojna właśnie się skończyła i Jakub Pitman oddelegowany został do pracy w ambasadzie. jak się tego spodziewał. Ale pragnął się uczyć. Jego przełożonym był oficer. Tymczasem książę O.

tradycja jednak wymagała. ludziom. teraz je- go zwierzchnik przesunął go do innej sekcji. polegała na porwaniu w samym środku Paryża pewnego pułkownika carskiej armii.kandydatów do powrotu osób. Poprzednio kierowali nią Kutiepow i Miller. wiekowi Cyga- nie. miała pozostać we Francji. opowiadanych między jednym i drugim kieliszkiem. znajdującym się już. którego siostra studiowała atomi- stykę! Nie mogło być mowy o tym. Tym razem zresztą nie przewidywało się żadnych komplikacji. „seksots”. trzeba było. jak ich nazywano. aby przez sam fakt swej obecności odwracać uwagę od zwerbo- wanych współpracowników. Stary pułkownik nie był specjalnie nie- bezpieczny. Następnym szefem Pitmana został stary czekista z niebieskim nosem. na miejscu. które mogłyby stać się. a co za tym idzie zdolność stawiania oporu najmniej- sza. Chodziło o to. których w przyszłości łatwo będzie pchnąć na odpowiedzialne stanowiska. Pitman mógł się pochwalić świetną zdobyczą. najlepiej nad ranem. by zadać zdecydowany cios takiej organizacji. Żeby jednak uśpić czujność Francu- zów. Amnestia nie była bowiem całkowicie bezinteresowna. Pozostawało tylko „zgarnąć” pułkownika z domu. któ- ry natychmiast po zakończeniu wojny próbował powołać znów do życia organizację „Union interarmes”. żeby Jakub Mojsiejewicz miał okazję poznania wszystkich rodzajów działalności. żeby starzy kierowcy taksówek. jako że uprzednio uzyskana została zgoda władz francuskich. 33 . Więk- szość tych. sekretnyje sotrudniki. byłym partyzantem. teolodzy. Pitman dobrze się spisał. boha- ter licznych anegdot. gdy temperatura ciała jest najniższa. którzy i tak nie mieli czego szukać w ZSRR. przeprowadzając selekcję. tak samo jak zgarniało się ludzi w Moskwie czy w Niżnym Nowogrodzie. w jakiej uczestniczył. żeby pozwolić na powrót ta- kim ludziom. zdy- chali sobie w dalszym ciągu na obczyźnie. co domagali się powrotu. prowadzonych przez ich placówkę. najzupełniej legalnie. Pierwsza misja.

po cztery uderzenia. by nie mógł siać zamieszania w kraju. aż drzwi dygotały. Pułkownik nigdy nie był obywatelem radzieckim i Francuzi nie bardzo mieli ochotę na otwarte wydanie go Rosjanom. że przypilnuje. pano- wała cisza. ale jej mąż. jeśli się go przymknie. dawny komunistyczny partyzant. potem kopnia- kami. ugiętym palcem wskazującym prawej dłoni. drugi wszedł na podest szóste- go piętra. ale prze- cież nie będą protestować. Zaczął walić w drzwi. skąd obserwował wszystko. Nigdy nie dowiedział się. Nagle Jakub poczuł przed sobą jak gdy- by wielką pustkę. które pokrywał łuszczący się lakier. Jakiekolwiek komplikacje były zresztą mało prawdopodobne: dozorczyni co prawda bardzo lubiła pana Rosjanina. i zniszczoną pidżamę. który zaw- sze starannie wycierał buty. którego trzeba było usunąć. nie dręczyły go żadne moralne rozterki. Może prze- ciąg? Na schodach rozległ się zdenerwowany głos dozorcy: „To- warzyszu! Psze pana! Panie kapitanie! Zdarzyło się nieszczę- ście”. skąd pojawiło się to wrażenie. najpierw otwartą dłonią. obiecał. połamane nogi z kością. która przebiła mięso. Teraz chodziło o to. zrobił wielki krok do 34 . że chcesz pożyczyć 10 franków. Jeden z jego przybocz- nych został na czwartym piętrze. Kiedy Jakub Pitman wsiadał do specjalnie wynajętego samo- chodu. Przed 25 laty z pewnością nie odmawiał sobie przyjemności wie- szania czerwonych więźniów. Czyż nie bili- śmy się razem z Niemcami? Pitman przycisnął guzik dzwonka. których zresztą nie ma. Na karku czuł przesycony wódką oddech czekisty. Pułkownik był tylko nędznym wichrzycielem. gotów w razie czego do interwencji. żeby nie robiła żadnych trudności. Gdy Jakub zobaczył to coś na chodniku. Zaczął stukać. a obecnie policjant. ten naleśnik z czło- wieka z kępką brody sterczącą z twarzy. który już wkrótce stanie się rajem. Za starymi drzwiami. — Jak będziesz tak sobie postukiwał — powiedział czekista — to on gotów pomyśleć. grzecznie choć stanowczo. chociaż brama była nadal zamknięta.

Zaczął się więc wstydzić. Od tej chwili jego wiara w marksizm topniała szybko. że przyczyną niezdecydowania Pitmana był brak odwagi fizycznej. któremu do tej pory wszystko sprzyjało. Nie 35 . Czekista napisał mściwy raport — akcja nie udała się z winy porucznika Pitmana.tyłu i zaczął otwarcie. być może nawet z KGB. jako że KGB. z tą jego bródką. Późniejsze zachowanie się po- rucznika potwierdziło. Pitman. że towarzyszom radzieckim zawsze udawały się akcje. bez skrępowania wymiotować. upodlenie. Po dwu latach dotknięty łaską zaczął chodzić do kościoła i głosować na partię prawicową. strzelając okiem na swoich ludzi. Za- czął się także chować. — Na twoim miejscu wstydziłbym się. kręcił głową z mieszaniną litości dla ofiary i jednocześnie z trudem opanowując nerwowy śmiech na widok tego śmierdzącego pajaca rozciągniętego na bruku. nie może się mylić. schowałbym się w najciemniejszym kącie. odwracano się. że osobnik zdążył wyskoczyć przez okno. — Zdechlak! Baba! — wysyczał do niego czekista. Niebieskie epolety nie są dla tchórzy. a tu masz! — zachowali się jak niezdary. Z dnia na dzień przestano podawać mu rękę. który stukał do drzwi tak długo. jakby chciał ich wziąć na świadków. Z drugiej jednak strony odczuwał głęboki zawód — sądził. Do- zorca trzymał się z tyłu. kiedy już przestał wymyślać swojemu podwładne- mu. kiedy wcho- dził do pokoju. Była to tylko kwestia bezwładu biurokratyczne- go: wkrótce zostanie usunięty z departamentu. ponieważ cierpiał z powodu okazywanej mu pogardy. Kiedy nieśmiało poprosił o wyjaśnienie — nie miał prawa czytać raportu — szef komórki spojrzał mu w oczy. że Pitman. teraz skazany był na klęskę. A potem. wstrząsany czkawką. Wydawało się. zaczął uporczywie przyglądać się Jakubowi. Poza tym nie dostawał już żadnych poleceń. której ro- la jest wiodąca a doktryna niezawodna. bliska partii.

Kto mu je dał? Brano go za inspekto- ra. monumentalna postać z małą głową. Oznaczało to. że tak naprawdę nie został zaakceptowany przez zwierzchników i odrzucano go jako nieprzydatnego. Od jakiegoś czasu personel ambasady unikał aluzji na temat Abdulrachma- nowa. Abdulrachmanow był prawdopodobnie w KGB. że przypominał raczej fenomen przyrodniczy niż ludzką istotę. Przezwisko to jednak wyszło z użycia. ale w której dyrekcji i w jakim departamencie? I jaką miał funkcję? Zagadka. Miał wszystkie klucze i wytrych. który nie miał odwagi spojrzeć w oczy komuś. gorące i pełne nadziei listy. żeby jego na- rzeczona miała się rumienić ze wstydu przez niego? Myślał o zerwaniu. Wiedział przecież. Nic o nim nie wiedziano. szperał wtedy we wszystkich biurach. i to nie tylko z powodu jego stożkowatego kształtu. nieznany był nawet jego stopień wojskowy: reagował jednakowo ochoczo na „towarzyszu kapitanie” jak i „towarzyszu generale”.pozostawało mu więc nic innego. składającego sprawozdania samemu towarzyszowi Berii. Czyż miał znosić i to. Potem o samobójstwie. ale także dlatego. że jeśli się już jest w KGB. Słodka Eliczka słała mu czułe. Jakub Mojsiejewicz Pitman był głęboko zraniony w swoich ambicjach. Jemu stawiano tylko zarzut zwykłej słabo- ści. w samej substancji swego istnienia. Cier- piał także z powodu swej miłości. zo- stał przez młodszych pracowników ambasady nazwany Stalag- mitem. Jego działal- ność zaczynała się. odpowiadającego 36 . tylko zaszyć się w kącie i cze- kać na odwołanie. w swym pragnieniu służenia. gdy inni kończyli pracę. Abdulrachmanow. można popełnić pewną liczbę pomyłek. Tymczasem pewnego dnia przyszedł do niego szeregowiec. o kim wiedział. to znów za wysokiego dygnitarza partyjnego. że jest w niełasce: — Towarzysz Abdulrachmanow was prosi. które będą zatuszowane dla dobra organizacji. nie wyłączając gabinetu ambasadora. jakby wymienianie jego imienia mogło spowodować nie wiadomo jaki kataklizm.

kim może być Sun Tsu — zapewne jakiś lokaj Czang Kai-szeka. by się tu ktoś przemęczał pra- cą. posługując się najbardziej wyrafinowaną dyk- cją. Usłyszawszy. Zaraz się ze sobą zapoznamy. Oto po raz pierwszy od dwu miesięcy ktoś odezwał się do niego serdecznie.wyłącznie przed Józefem Wissarionowiczem. że może wejść. towarzyszu generale. 37 . Jakubie Mojsiejewiczu. gdyż nie miał zielonego pojęcia. wszyscy trzej. I ten Sun Tsu. — Nie. Pitman byłby zaszokowany tym mało radzieckim stylem zacho- wania. wróg się poddał. On jednak będzie musiał zawieść swego rozmówcę. recytujący śpiewnie: „Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. w którym jednocześnie wyczuwało się ogromną siłę. nie wy- rażał jednak groźby. Mówił śpiewnym basem. Przed stożkowatą głową unosił się palec wskazujący. co dla skazanego na śmierć wizyta o 4 rano w jego celi.. raczej intencje wychowawcze. Ja nie jestem w szóstym depar- tamencie. wróg się poddał”. na granicy otyłości. i umieści na tym krześle swoją starą panią.. — Niech pan wejdzie. Oczekiwał wojskowego wrzasku albo lodowatego szeptu. a nawet jak zwykły obywatel radziecki. serdeńko. Używał swojego głosu jak aktor. towarzyszu generale. gdyby nie opanowały go zupełnie inne emocje. Czy zna pan Sun Tsu? Siejący postrach tow. a jednak budził przerażenie. Skojarzenie to musiało powstawać automatycznie na widok tego zażywnego. Abdulrachmanow nie wyrażał się jak oficer KGB. tymczasem dobiegł go melodyjny głos. ja nie. Pitman stanął dość niezdarnie na baczność w progu niczym nie wyróżniającego się. Być wezwanym przez niego — w sytuacji Pitmana! — oznaczało to samo. pustego pokoju. — Ależ proszę usiąść. Nigdy nie powie- dział nic ostrego. Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. pełnego kurtuazji człowieka. lecz jego nienaganna wy- mowa przypominała raczej profesora uniwersytetu przedrewo- lucyjnej Rosji. mało świadczącego o tym. Jakubie Mojsiejewiczu.

żebyśmy musieli rzucać sobie w twarz co pięć minut nasze przekonania polityczne. Przestanie pan więc. — Proszę mi na początek powiedzieć. ponieważ jest to najwyższy stopień. nie było w KGB pomieszczenia. Pitman rozejrzał się wkoło. w którym nie pojawiałoby się to inkwizy- torskie spojrzenie. Więc przestanie pan. On jednak był wszędzie. — Proszę usiąść — powiedział człowiek zwany Stalagmitem. A wreszcie. i ja jesteśmy zbyt ukultu- ralnieni. zarazem wielkoduszną i podstępną. — Jaką myśl. Co myśli pan o tym? Pytanie było bardzo trudne. towarzyszu generale. Nim zdążyłem zwi- lżyć. podejmiemy kilka wstępnych decyzji. żeby pan łaskawie mówił do mnie per Matwiej Matwiejewicz. jak to nazywają ci. jak ocenia pan tę myśl. — Ależ. ale nigdy jeszcze nie widział tak uprzejmego generała. którą przed chwilą przytoczyłem. Dalej. wyjąkał żałośnie: — Nie wiem. by miały dla nas znaczenie powierzchowne i zbędne stratyfikacje socjal- ne. — Tę. posługiwać się tytułem generała. ale Pitman nie mógł sobie niczego przypo- mnieć. Przywiązujemy zbyt wielką wagę do prawdy tkwiącej w rzeczach i ludziach. ale nie spostrzegł żadnej trzeciej osoby w pokoju. towarzyszu generale. i pan. ponieważ ja pozwo- liłem sobie nazywać pana Jakubem Mojsiejewiczem. Jeszcze raz nieszczęśliwy porucznik miał zawieść swego prze- łożonego. którzy wcale tacy nie są. towarzyszu generale? Mówił „generale”. nazywać mnie towarzyszem. i tak dalej. kto zawsze sta- rał się rozumować tak jak trzeba. nawet dla kogoś. Być może Lenin wypowiedział się gdzieś na temat. chyba żeby wziąć pod uwagę wiszący na ścianie portret Feliksa Edmundowicza. miły mój Jakubie Mojsiejewi- czu. Po pierwsze. Czując swą winę. nikt pana tak nie nazywa! 38 . mój bezcenny Jakubie Mojsiejewiczu. chciałbym. — Zanim spotkamy towarzysza Sun Tsu. który wydawał się tak dobrze wobec niego usposobio- ny.

Czy słyszał pan o Einsteinie? Proszę się nie niepokoić. Osoby te składają się na radę. od seksu do religii. od stopy urodzeń do literatury. 39 .my posiadamy odpowiednie środki. Czym Einstein jest w fizyce. nie chcę go aresztować — dodał z gryzącą iro- nią. jeśli Bóg pozwoli. abyśmy potrafili wykorzystać te fantastyczne środki. Dlatego też nie- chaj mnie nazywają jak im pan Bóg każe. zaraz zresztą zduszoną. słyszałem o Albercie Ein- steinie. Sun Tsu mówi: najwyższe wyrafinowanie sztuki wojennej polega na pokrzyżo- waniu planów wroga. Możemy pokrzyżować nie tylko sztabowe plany wroga. No więc. No więc.. otaczający nas towarzysze są bardzo użyteczni. uznaną obecnie za przesadnie kurtuazyjną — . mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. lecz także wszystkie jego projekty.. Matwieju Matwiejewiczu. Jeśli by ktoś mi powiedział: chodź tu. któ- rego członkiem. Jakubie Mojsiejewiczu. Zrobi się co trzeba. że Sun Tsu nie dysponował środkami odpowiednimi do jego geniuszu. — Abdulrachmanow posługiwał się dawną. co nie byłoby niczym nadzwy- czajnym. to poszedłbym. — Tak. Nie jest jeszcze pewne. przeciągłą wymową tych słówek. My odkryliśmy względność sztuki wojennej.. mój szma- ragdowy. Jasiu-głuptasiu. wszelkiej natury. Tyle tylko.. że towarzysz Sun Tsu poszedł do nieba około dwa i pół tysiąca lat temu. areopag. — Proszę się nie niepokoić. Będzie pozostawała w zgodzie.. — Mój drogocenny Jakubie Mojsiejewiczu. ja i parę innych osób je- steśmy w strategii. a ja na to pluję. czyjego nauka pozostaje w zgo- dzie z podstawowymi aksjomatami marksizmu-leninizmu.. stanie się i pan pewnego dnia. gdybym miał ochotę pójść. Pitman odważył się spytać: — Dlaczego? — Dlatego. ale ani oni nie mają nic do powiedzenia Matwiejowi Ma- twiejewiczowi. użyteczność ich godna jest sza- cunku. ani Matwiej Matwiejewicz im. Oby Bóg pozwo- lił.

Pokażę mu. prawdopodobnie nie wystraszyłby pan tego starego osła. Widziałem pańskie notatki. to była wieża. która jest dla mnie nieodzowna: umie- jętności wczuwania się w innych? Odwaga. Przerastał wszystko. Gdyby po- zwolono panu działać. tak. że ma pan brą- zowe włosy albo że jest pan krótkowidzem? Posiada pan właści- wości potrzebne mi w pewnej miksturze. bo się wzajemnie wyklu- czają. Ta nędzna broda. a raczej wzniósł się. wróg się pod dał.. który ryczałby w tej chwili na Łubiance. jego dziwnie małe dłonie leżały na blacie biurka. Gdyby mierzyć wartość człowieka odpor- nością jego przewodu pokarmowego. To ja rekrutuję ludzi. Matwieju Matwiejewiczu. Czy mogę liczyć. Przypominał pterodaktyla gotowego do ataku na swą ofiarę. Czyż zna pan coś równie skutecznego i eleganckiego? Aha.. Czyż to pana zasługa. — Czuję się zaszczycony. na kimś innym coś inne- go. Tylko ta broda na chodniku. który byłby odpowiedniejszy w kościelnym chórze: — Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. Powtó- rzył tonem. To bez znaczenia. załatwmy pewien drobiazg. Pitman chciał się wytłumaczyć: — Z mojej strony to właściwie nie była litość. — Na panu zrobi wrażenie broda. i okrucieństwo — te cechy można znaleźć u naszych 40 . gdzie raki zimują! A jeśli pan ma trochę zbyt delikatny żołądek. Henryk IV nie zostałby nigdy królem Francji.. Proszę się zastanowić. Nagle Abdulrachmanow podniósł się. którą właśnie przygo- towuję. co to koniecznie chciał zamoczyć ostrze noża w krwi. Innych panu brak. — Jest pan w błędzie. mój diamentowy Jakubie Mojsie- jewiczu. oddanie sprawie i spryt. tym lepiej. że wśród zatrudnionych u nas ludzi znajdę posiadaczy cechy. To nie był już człowiek.. Było coś przerażająco drapieżnego w tym słowie: wybór. Wszystkiemu jest winien ten sukinsyn. Wiem o panu wszystko. Mój wybór padł na pana. Ab- dulrachmanow stał wyprostowany.

7. — Posługuj się ludźmi złymi. ułożony z fantazyj- nych. 12. — Zbieraj informacje. — Drwij z tradycji. który zdawał się sam two- rzyć obowiązujące go ustawodawstwo. 4. — Dezorganizuj działalność władz. wygrawerowanych scyzorykiem: 1. wdarcia się w cudzą świadomość. — Rozpowszechniaj zmysłową muzykę. głową przypominającą wycelowany w niebo moździerz. 5. — Siej niezgodę między obywatelami. — Kompromituj przywódców. 8. — Sprzyjaj rozwiązłości. — Nie żałuj pieniędzy. 3. lub raczej — kto mówi 41 . stylizowanych na Daleki Wschód liter. który nie krył swego zadowolenia — trzynaście przykazań. niech gardzą. Ze swą skórą śniadą i ma- tową. 2. 11. Pitman przyjrzał się człowiekowi. wziął Pitmana za rę- kę jak dziecko i zaprowadził przed drewnianą tablicę wiszącą na ścianie. rękami czerkieskiej księżniczki. Zabawiłem się wpisując je w to twarde drewno oliwki i zarazem we własną pamięć. wymową z ubiegłego stulecia. Widniał na niej następujący tekst. 10. 9. znalezionych u Sun Tsu. 6. a nawet podświadomość. ogromnymi wśrubowanymi w posadzkę stopami. ze swym orientalnym imieniem. — Podżegaj młodych przeciwko starym. 13. Abdulrachmanow przybrał dlań postać sym- bolicznego skrótu Związku Radzieckiego. Abdulrachmanow obszedł swoje biurko. — Poddawaj w wątpliwość dobro. tak jakby się wskakiwało za kierownicę jakiegoś pojazdu? Proszę zobaczyć. — Wstrząśnij ich wiarą.towarzyszy. — Oto — powiedział Abdulrachmanow. — Zakłócaj aprowizację. ale zdolność do wejścia w cudze położenie.

a częściowo dla czystej przyjemności. powoduje niezgodę — tego. Szukam przedstawiciela na Francję. Przeciwnie. unicestwienie go to ostateczność. Cóż za finezja! Ileż w tym wdzięku! Rzecz jasna. żeby zrobić wrażenie na głupcach. jak mówi się u nas. mój ru- binowy Jakubie Mojsiejewiczu. wolą bić się. — Ci. Ten ktoś wprowadzi mnie w techniki. Przeciwnie. czy to pana interesuje? Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Zajęty jestem tworzeniem w pierwszej dyrekcji departa- mentu «D». co jeszcze do niedawna było Cesarstwem Rosyjskim. biorą do nie woli armię przeciwnika bez walki — ciągnął Abdulrachmanow. Jak naj- szybciej obsypiemy pańskie epolety gwiazdkami. nasi zawodowcy. o których nie 42 . albo też. a nie cel. spotkałem ostatnio człowieka zupełnie niezwykłego. Nasze metody są dosyć ezoteryczne. — Zdobywają miasta nie oblegając ich wcale i błyskawicznie opanowują całe kraje. że ten żart nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. ale opanuje je pan bez kłopotu. Lecz Sun Tsu powtarza: podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć. To Karol Marks i Dziadek Mróz w jednej osobie. W tym właśnie sęk. Zgarniemy ją nietkniętą. co wyćwiczyli się w kunszcie wojennym. W tydzień po tej rozmowie Jakub pisał do swej narzeczonej: „Moja słodziutka Eliczko. jak mawiał Szekspir. Proszę się nie dać zwieść. to opanować kraj nieprzyjacielski nietknięty przez zniszczenia. żeby nazbierać medali i awansów. by zakrwawić ostrza swych noży i za to dostać gwiazdki. częściowo po to. by wystrychnąć wszystkich na dudka. nie jesteśmy tu dla przyjem- ności. Wiedz. Oto właśnie metoda naszego postępowania we Francji. My jednak. tu jest pies pogrzebany.o związku. złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. Gwiazdki to środki do celu. Pan jest młody i na początku i pan będzie pod wrażeniem swego awansu. oto czego nie potrafią zro- zumieć nasi wojownicy. Marzą. Jesteśmy tu po to. napadać i prowadzić długie operacje wojenne. nasze zabijaki nie dostrzegają wznios- łości tego ideału. Więc jak.

szesnastola- tek. skazywała go na coraz głębszą samotność. inte- resował się literaturą. odpowiedział: chcę wrócić. Młody Psar. Abdulrachmanow zażądał zdjęcia. jaką mu powierzono. Pitman znowu ściskał dłonie wszystkich kolegów. że i ty na to czekasz. którą wzbogaca- ła jeszcze dzieląca ich różnica wieku. mówił doskonale po rosyjsku. ale nudziły go najwidoczniej prowadzone przez nich zajęcia.wolno mi nic powiedzieć. mój chytrusku”. że wkrótce będę je miał. ile przez to. zamkniętym. po czym wykrzyknął na- tychmiast: 43 . pośród tysiąca innych rzeczy. tak bardzo cieszyły go względy. Przeniesiony do departamentu «D». zadufanym. nie tyle przez swą tajemniczość. wybaczył im ich zachowanie. Generał-major Abdulrachmanow — wreszcie przyznał się. Coraz bardziej pochłaniała go wyjątkowa misja. mająca przetrwać lata. Swym poli- tycznym wychowawcom nie okazywał wrogości. przyjaźń. Misja ta. „powracającymi”. co w niej było trudne do wyjaśnienia. Niezale- żnie od więzi natury czysto profesjonalnej. jak tylko dostanę zezwolenie. i to z promocją. Zapytany. Ponieważ z natury był dobroduszny. położył palec na aktach Dymitra Aleksandrowicza Psara: — Przyjrzymy się synowi. Zda mi pan dokładne sprawozda- nie. nawet tobie. Przejrzawszy w telegra- ficznym tempie ich teczki. Mam nadzieję. ja- ka w istocie przysługiwała mu ranga — interesował się. Napisz. jakie od pierwszego dnia okazywał mu Matwiej Matwiejewicz. Techniki te pozwalają uszczęśliwiać ludzi bez zadawania im bólu. Zresztą nie zdawał sobie nawet sprawy ze swego osamotnienia. nawiązała się między nimi przyjaźń. Po miesiącu Pitman złożył raport. był chłopcem inteligentnym. lecz nie widywał się z nimi. dlacze- go zwrócił się o przyznanie mu sowieckiego obywatelstwa w tym samym czasie co jego ojciec. A teraz najważniej- sze: zostałem mianowany kapitanem i będziemy mogli się po- brać.

co zrobił? Nauczył się na pamięć podstawowych rozdziałów Kapitału. Zresztą. cóż to za przyjemność obcować z człowiekiem o pańskiej inteligencji! A jednak chciał- bym. szuka pan ludzi „pro- mieniujących”. Niech ten chłopak zostanie pańskim przyjacielem. że nie wolno głaskać kota pod włos. — Jest piękny. I niech pan pamięta. — No więc — Abdulrachmanow przesuwał się w swym fote- lu. — Jakby to ująć? On nie jest i nigdy nie będzie „czerwony”. W ukryciu. zapra- szać go do kawiarń. — Wystarczy przestawić kurek jednym kopniakiem. — Kurek? — Już ja wiem. Na pamięć. Pitman potrzebował trochę czasu. tylko rozmawiał z nim o Rosji. by „ująć zagadnienie na płaszczyźnie ludzkiej” (był to termin techniczny). gdzie nie upijał go. Niech mu pan pochlebia. jak pan sam powiedział. cóż może łączyć miłą powierz- chowność ze względnością sztuki wojennej? Ukrył jednak swoje zaskoczenie. i musiał w tym celu prowadzić chłopca do kina. żeby pan nie rezygnował. albo raczej: pan niech będzie jego przyjacielem. i wcale nie o marksizmie. — Czemu? — Ponieważ. Zgodnie z zaleceniami naszego Vademecum próbowałem oto- czyć go wpływem ideologii. A jeśli to do wewnątrz. na filmy niesowieckie. Matwieju Matwiejewiczu. o co chodzi. Ten nie promieniuje. Proszę przeczytać jeszcze raz strony poświęcone zdobywaniu nowych dusz. określał to jako „czyszczenie do 44 . tak żeby zapomniał o czujności. Proszę. będzie wspaniały! Pitman nie przywiązywał wagi do urody kobiecej. męska jesz- cze mniej go obchodziła. to nic z tego. niech pan mówi dalej. trzeszczącym pod jego ciężarem — jakie jest pańskie zdanie? — Jeśli chce pan z niego zrobić agent d'influence. Wie pan. Co za bezczelność! — Złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. on się nie nadaje.

że marzy o tym. jest w porządku. W zasadzie nie wolno było korzystać bezpośrednio z wpływów „korporacji”. „przyjaciela ojca”. że pisana jest przez chłopca. Do swego ojca Aleksander odnosił się z patetyczną miesza- niną podziwu i pogardy. zawsze na pierwszym miej- scu Psar. Wiersze mniej mi się podobają. — Jego proza jest doskonała. zwłaszcza jeśli wziąć pod uwa- gę. Abdulrachmanow przeczytał Pory roku i Opowieści wuja Stepana. pewnego białego Rosjanina. Jeśli zaś idzie o sławetny „powrót”. nazywa się go carem albo ojczulkiem. 45 . zdawał się jednak rozumieć lepiej niż jego ojciec. Pitman dziwił się. mówił o nim jak o czymś świętym i wymarzonym. proszę pana. Przyniosło to jednak owoce w postaci zwierzeń chłopca. by coś osiągnąć w przypadku tego suchego i skręconego drzewka. Ale w końcu ma się trochę dość. wyznając. by zostać wielkim pisarzem. że jego szef uparł się. i odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z jego kolegów. Oczywiście. Jakubie Mojsiejewiczu.połysku syndromu brzóz”. — Nie przepadasz za nim. Pisał wiersze i próbował swych sił w prozie. tego „drobnomieszczańskiego narodu”. co? — Nic się nie da powiedzieć. nie jest szpic- lem. niech pan zrobi ankietę w jego otoczeniu. ale nie- wiele brakuje. Nienawidził Francji. Braku matki nie odczuwał specjalnie. Nie wszędzie jest prymusem. lecz ankietę przeprowadził. że wprowadzenie tej na- dziei w życie jest czymś odległym i niezupełnie pewnym. — Ach. Ramię departamentu sięgało daleko. Wreszcie pokazał Pitmanowi niektóre z tych tekstów. Zawsze pra- wie na pierwszym miejscu. tym razem jednak sięgnięto wysoko i dzięki temu młody Georges Puch przyjął pewnego dnia nieznanego mu pana. ten Rusek jest nieznośny. który urodził się za granicą.

Proszę o to tak. komunista. trochę trzeba uważać. — Eliczka? To urocze. Wierzy w Pana Boga i tak dalej. co? — No. Czy ktoś zapowiada się na wybitniejszą po- stać? Profesor mówił długo. ale jak raz zacznie. niech pan opowie o Eliczce naszemu chłopcu. ale to mięczak. — Cóż to za stary osioł! Chociaż nie. ale zamknięty w sobie. Żyje w prze- szłości. — Dlaczego? — On nie bije się często. mały. jedna jego uwaga jest niezła. Matwieju Matwiejewiczu. suchy zrzęda. Proszę. — Których? — Wszystkich. jak się prosi o osobistą przy- sługę. — Proszę mi opisać pańskich uczniów. — Inteligentny? — Tak. czy nie zechciałby dla nas pracować i w jakim charakterze. trzeba. I jeszcze coś. Jak pan do niej mówi? Elektra? — Eliczka. Rezultaty rozmów Pitman przedstawił Abdulrachmanowi. że zwrócono się właś- nie do niego. — Dajecie mu w kość. Trzeba więc naprowadzić naszego pupilka na rozmowę o Bogu. Tylko Coroller jest od niego silniejszy. I niech pan jak najczęściej rozmawia z nim o jego ojcu. żeby rana nie zagoiła się. ale to biały Rosjanin. noszący czarny. prawda? Jak ona się nazywa? — Elektryfikacja Baum. — To wszystko? — Jeszcze jest prymus. ciasno związany krawat. 46 . to nie żartuje. Na podobne pytania odpowiadał też nauczyciel francuskiego. Pan ma narzeczoną. Pewnego dnia niech go pan za- pyta. Zaryglowany. Pochlebiało mu. — Oczywiście: „Władza dla bolszewików i elektryfikacja wsi”.

— Ale wierzy pan w jego istnienie? — Ach. lekko pochylonymi i starannie połączonymi literami. lecz charakter pisma. żeby zro- zumieć. nie uprzedzając nikogo o wyjeździe. nie. by ktoś poza nim był na tyle subtelny. stało się to. Na ogół KGB. że czekiści wysokiej rangi tracili nagle stanowisko i. Wkrótce jednak pisany ręcznie list pocieszył skłonnego do niepokoju Jakuba. Czy zdaje pan sobie sprawę. Przypadł im w udziale kapitał ludzki wykraczający poza przeciętność. których 47 . będzie miał wiele dzieci. Nie zawsze się to udawało i zdarzało się. ożeni się wkrótce. i oto co z nim zrobili. prawda. Ale rozumie pan. zająłem miejsce pośród areopagu tych. o jaki rodzaj działalności chodziłoby? Aleksander odrzekł na to. Pitman mówił o Bogu. Pitman nie- pokoił się. Nie sądził. opiekowało się „swoimi”. że nasza ojczyzna może pana potrzebować tu na miejscu. co było nie- uniknione. zwane przez bardziej wykształconych swych pracowników patria nostra. Pitman wspomniał o Dymitrze Aleksandrowiczu: — Oficer pokładowy. czym jest miłość. mógł równie dobrze wyjść spod ręki carskiego dygnitarza: Drogi mój Jakubie Mojsiejewiczu. to by go zanadto ucieszyło. nie wiado- mo z jakiego powodu. Niedługo potem w tajemniczy sposób opuścił ambasadę Ab- dulrachmanow. znikali raz na zawsze. tak czytelnymi. Jego ortografia była nowoczesna. Aleksander przyjął to ironicz- nie. cechujący się wysokimi. jakby to był druk. na co Aleksander odpowiedział: — Poróżniliśmy się. na- wet wbrew woli partii. świadczy to o indolencji Francuzów. reakcyjne znaki nie pojawiały się wcale. zarabiający na życie szorowaniem podłogi — powiedział sentencjonalnie Aleksander — to zjawisko czysto patologiczne. — Zgłosił pan chęć powrotu. Pitman zaczął się wywnętrzać: jest zakochany. bez entuzjazmu: — Mniej więcej wyobrażam sobie. Z drugiej strony.

z wysokości postumentu. Jeżeli używałem innych. gdzie będą najbardziej przydatni.oficjalnie nazywa się „ Teoretykami „. W zasadzie należy unikać kandydatów pochodzenia rosyjskiego. co sądzą. Zatrzymamy nie więcej niż sześciu. żeby pan przyszedł do „Mahometa”. jakbym sobie tego życzył. 48 . nadają nam inną na- zwę. Korzystam z okazji. Tak więc ten ogromny za- szczyt odbierze mi przyjemność widywania pana tak często. co Pana uchroni przed bie- ganiem na panienki i przed niepożądanym wpływem jakiejś grasejującej Maty Hari. wzięty z bajki przydomek jest dosyć trafny: wiemy o tylu rzeczach minionych. to dlatego. Chodzi o praktyczne zastosowanie zdobytej przez pana wiedzy. Nieoficjalnie zaś nasi młodzi towarzysze. którego włączy pan do tej piętnastki. wziętą z bajek ruskich. Nadają nam więc przydo- mek „ czapki-niewidki „. że nie wolno nam już opuszczać terytorium kraju. Nadszedł czas. by odbył pan staż jako „agent d 'influence” . Trzeba będzie. Niestety. z wyjątkiem Psara. Dzięki temu ja nacieszę się pańskim towarzystwem. figlarni jak zawsze. że prawdziwy mój patroni-mik brzmi Mohamed Mohamedowicz. Przeczuwam w nim ogromne możliwości. spośród których wybierze się „agents d'influence”. na którym się odtąd znajduję. bieżących i przyszłych. żeby go pan spędził tutaj. Na zakończenie stażu dostanie pan oczywiście urlop i pro- ponuję. a pan będzie mógł poślubić uroczą Eliczkę i sprowadzić ją do Francji. Pozwoli to panu spokojnie i bez żadnych wahań wejść na wyższe piętra pańskiej kariery. Teraz zajmijmy się panem. skoro „Mahomet” nie będzie mógł pofatygować się do pana. by nie niepokoić tych. dzia- łających na różnych stanowiskach we Francji. że dobrym bolszewikiem może być tylko zły chrześcijanin. Od tej chwili ma pan przyjaciela w tym niewidocznym gronie. siedmiu i skierujemy ich tam. Pro- szę też o przygotowanie dla mnie listy około piętnastu kandy- datów. gdzie często nakrycie głowy ofia- rowuje bohaterowi niewidzialność. by wyznać panu.

kinkietów i fryzów zdobiących pa- łac Roztopczynów. przyszłego biskupa. Analiza francuskich kandydatur zajęła prawie cały miesiąc. co bardzo szczęśliwie przedłużyło urlop Pitmana. Przed departamentem «D» otwierała się wspaniała przy- szłość. reżysera filmowego. Po dziesięciu latach miał się przekształcić w zupełnie nie- zależny oddział. Tylko ukryte przejście łączyło niebieski pałac książąt Roztopczynów z bliźniaczymi bu- dynkami placu Dzierżyńskiego: w jednym mieściło się niegdyś przedrewolucyjne towarzystwo ubezpieczeniowe — za nim ukry- wało się więzienie zwane Łubianką — drugi natomiast dokoń- czyli niemieccy jeńcy wojenni. — Moje dziecko. Pośród gzymsów i złoceń. które tajność ich działań mogła tylko uwydatnić. kryjące zapewne zaciśnięte mocno zęby. (W taki sam sposób dociera do nas światło od dawna wygasłych gwiazd. — Przygotowałem parę drobiazgów dla Eliczki. Ogromne. usta w kształcie serduszka. cieszę się. wierny rycerz proletariatu. że pana widzę — powiedział Ab- dulrachmanow. co przydałoby członkom areopagu znaczenia. Naprzeciw portretu znajdowała się tablica z oliwkowego drewna.) Pozłacana tabliczka wyli- czała cnoty Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego: „Postrach burżuazji. które zdawały się miażdżyć gałki oczne: spoj- rzenie wciąż jeszcze hipnotyzowało świat. 49 . ciężkie powieki. Już teraz wyra- stał ponad szare masy pracowników KGB. obfity wąs. Trzeba było obsadzić kilka stanowisk: przyszłego deputowanego. pokryta przykazaniami Sun Tsu. generał-major Abdulrachmanow zdawał się być w swoim żywiole. tak aby można tu było pomieścić dyrekcję instytucji zatrudniającej kilkaset tysięcy pracowników. Tylko wszechobecny portret bezbożnego mnicha wiszący w gabinecie świadczył o pewnym ustępstwie na rzecz innych lokatorów tego gmachu. to mój prezent ślubny. szlachetny bojownik ko- munistycznej rewolucji”. w dwadzieścia pięć lat po śmierci tego mężczyzny. niekomunistycznego związkowca. płaskie policzki. bródka zmarszczona jak ścierka kuchenna.

sprzeniewierzać się Vademecum. Tak. to znaczy przyszłość świata. Miasto przykryte było śniegiem i w świetle latarń ulicznych migotało. wie pan. Abdulrachmanow krążył ciężko po gabinecie. chłód będzie go szczypał w twarz. Chciałbym pana od nich uwolnić. Proszę wziąć pod uwagę. i mam nadzieję. 50 . Musi pan też jedną rzecz zakarbować sobie raz na zawsze: ma pan pewną straszliwą wadę. proszę sobie przypomnieć moją przepowiednię. Ale. Szklanki z herbatą. Pew- nego razu. że jestem starą wróżką albo też astrologiem w spiczastym kapeluszu. kiedy znajdzie się na mroźnej ulicy. osadzone w srebrnych koszyczkach. późnym popołudniem. przegrza- nym mieszkaniu Baumów. Pitman z radością myślał o chwili. parowały przy- jemnie. by schronić się w zacisznym. tyle tylko że jestem przeciwnego zdania. Jakubie Mojsiejewi- czu. a on jak liceali- sta pobiegnie galopem.. Jak tylko ogarną pana wątpliwości. ale przede wszystkim chęć służenia. Przepowiadam panu. trzeba też umieć. Jest pan młodym oficerem. jeśli przyjąć filozofię mojego Vademecum. Musi to też wywołać u pana pewne lęki.. racja jest po pana stronie. że nauczy się pan tego w przyszłości. — Wie pan. Całkowicie zgadzam się z pańskimi wnio- skami.dziennikarza i absolwenta Wyższej Szkoły Administracji. że wszystkie te dywany pochodzą z mojego kraju? Ten na przykład to niebieska buchara. Jakubie Mojsiejewiczu — zaplótł dłonie na plecach — przeczytałem pański raport po- święcony Psarowi. że pew- nego dnia stanie się pan Czapką Niewidką i dzięki temu w pań- skich rękach będą się ważyły problemy polityki naszego kraju. którego trawi nie tylko ambicja. że pańska kariera w departamencie powiedzie się. pełne dziwnych fioletowych cieni i refleksów. jak statua Ko- mandora. Jego monumentalne stopy miażdżyły ozdobione wie- lobokami dywany. gdy wszystkie decyzje perso- nalne zostały już podjęte. Mohamed Mohamedowicz Ab- dulrachmanow kazał przynieść herbaty i wrócił do sprawy Alek- sandra Psara.

że to żaden komunista. wolno zachować litość i poczucie humoru. niech pan nie traci dystansu. Z Psarem jest na odwrót: to jego życie spoczywa 51 . wi- działem go kiedyś. Pomaga pan sobie palcami tam. Niechże pan. Pamięta pan tę bajkę. jako początkujący. no to trudno. Jeśli jednak boi się pan zaprzeczyć samemu sobie. Koledzy pana lepiej zrobią trzyma- jąc nos w książce. tyle że uwięzioną. My musimy oddychać głęboko. Jaku- bie Mojsiejewiczu. Dalej. zdolności wpływania na innych. Jeśli się to bierze z zaślepienia. W naszej ogromnej organizacji tylko nam. które prowadzi do zrozumienia innych. Bez współczucia. Tymczasem on jest piękny. bo w niższych rejestrach naszego rzemiosła (nas to na szczęście nie dotyczy. by stać się niezwy- ciężonym? Wystarczy zanurkować i uwolnić biedaczkę. i raport ten prowadzi do takich samych wniosków jak te. Poczułem w nim wielką siłę. towarzyszu generale? — Nie rozumuje pan swobodnie. Zresztą pozwala nam sieje zachować właś- nie dlatego. poszedłem go zobaczyć w trakcie jednego z wieczornych wykładów. chcielibyśmy być wszystkim. Wybrałem pana. pracownikom naszego departa- mentu. w której olbrzym zamyka swą własną śmierć w worku i rzucają do morza. bylibyśmy niczym. że nie czuje pan w nim promienio- wania. wszyscy popełniamy błędy.. Przedstawia mi pan liczący trzydzieści stron raport poświęco- ny Psarowi. ponieważ. z którymi wystąpił pan na samym początku. Powtarza pan. my fruwamy zbyt wysoko) uroda fizyczna jest czymś nieocenionym. które prowadzi do zrozumienia samego siebie. my jednak potrzebujemy odrobiny dystansu. Są dla nas czymś niezbędnym. że są niezbędne w naszej pracy. Na- tomiast bez poczucia humoru. — Jaką wadę.. dba o swoją litość i swe poczucie humoru. Gdy w grę wchodzą kopiej- ki. wielkoduszności. gdzie wystarczyłaby siła ciążenia. nie zdołał pan jeszcze wyzbyć się współczucia oraz poczucia humoru. Kościej jest zgubiony. pan zaraz myśli o rublach.

Cóż. Zależy mi na Psarze. prawdziwy komunista byłby o wiele mniej przydatny. zrezy- gnuję z moich zamiarów wobec niego. mocy. prawdzi- wym „czerwonym”. których uważa za ludzi z przyszłością. jaką mu wyznaczam. Po drugie. Niech ta misja nie ma charakteru politycznego. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. że strzała-opinia trafia w tarczę- społeczeństwo. myślę. a nie chcieć zjed- nać go całkiem dla nas. Po- winniśmy właśnie wykorzystać rezerwę Psara. na terenie liceum czy nawet jego klasy. chętnie przy- znaję. Na początek niech go pan podda egzaminowi ze zdolności wpływania na innych. Wyłącznie pewnego rodzaju gra punktów oparcia sprawia. miano- wicie czy będzie nam wiernie służył. że nie jest. Dla roli. którą mu wyznaczam. do których należy jutro. jak pan spostrzegł. Nakazuję panu wydobyć je stamtąd i uczynić z niego słońce. Wyłania się tylko jedno pytanie. Przecież my nie zajmujemy się propagandą! Propaganda jest czymś niezbędnym. I właśnie w tej domenie. lecz tak prymitywnym. Z jednej strony młody Psar aż kipi od pragnienia siły. że te dwie pobudki w duszy tak pełnej siły jak jego mogą się stać wy- starczająco silnymi sprężynami misji. Jeżeli zawiedzie (ale nie chce mi się w to wierzyć). Świadomie mówię o roli. że umysł naszego pokroju nie byłby w stanie jej się poświęcić. że chętnie będzie służył tym. że gotów byłby przyjąć rolę. jaką mu proponu- jemy. gdyż na dłuższą metę jego pochodzenie będzie mu zjednywało zaufanie ludzi Zachodu. w żadnym zaś razie marksistowskiego. Vademecum kładzie na to nacisk: wpływ wywiera się zawsze dzięki działalności pośredników. popełnił pan błąd. to jest nam właśnie. i to sprawia. nawet w sensie teatralnym. Powierzy mu pan do wykonania jakąś nie- wielką i ściśle określoną misję. Zależy mi więc na nim właśnie dlatego. Musimy więc zbadać moty- wy sprawiające. marzy o „powrocie”. W tym właśnie punkcie pański raport przynosi odpowiedź pozytywną. 52 .na dnie morza. co prawda delikatnej.

których nienawidzi. który raczy nieco pobrudzić sobie ręce w naszym towarzystwie. że nie będzie wystarczająco solidarny. Myśli pan zapewne. jeśli nie spraw- cami. ponieważ zawiedli nadzieje. że ponoć służył nam jako agent. i to w taki sposób. nie zrobi to na nas najmniejszego wraże- nia. ponieważ dali się pokonać Niemcom. dla naszego arystokraty. że podejmuję zbyt wielkie ryzyko. nie może nie gardzić tymi. będzie inaczej. szy- dzą z niego. że przygotowuję dla niego pewną drobną niespodziankę. Dla- czego ich nienawidzi? Ponieważ byli świadkami. bę- dziemy go utrzymywali w przekonaniu. Oczywiście. nie ryzykuje ani tortur. Nie. operuje. Nie zagrażają mu bezpo- średnie niebezpieczeństwa. Myśli pan. na wolnym powietrzu. że ba- wi mnie ten karkołomny pomysł. podczas gdy ota- czający go bourgeois są także jego wrogami klasowymi. jestem przekonany. Nie mówiąc już o tym. należy do ludzi bardzo pobudliwych.Zresztą agent d'influence w gruncie rzeczy nie ma do spełnienia zadania przerastającego ludzkie siły. rzucimy go jak zmiętą szmatkę na kolana Francji. ani śmierci. Przeciw komu będzie się zwracała praca młodego Psara? Przeciw Francuzom. z którymi spotyka się na co dzień i których nie potrafi podziwiać. byle tylko załatwić swoje osobiste porachunki. jakie w nich pokładali emigranci. by zatrudnić kogoś. Nasze techniki będą już wtedy szeroko stosowane przez na- szych specjalistów. że tak powiem. Psar. że opinia publiczna zosta- nie bez trudu wprowadzona w błąd. upadku jego ojca. jako że my jesteśmy w jego oczach wrogiem klaso- wym. w do- datku Francuzami. Pan się obawia. pokazuje się publicznie. Gdy już wykorzystamy go całkowicie. ponieważ jego samego źle traktują. Być może. Ale przynajmniej jesteśmy Rosjanami. że to zbyt piękne. Ale bez takich przyjemności nasze zajęcie byłoby równie monotonne jak wszystkie pozostałe. że będzie mógł wrócić kiedy tylko zechce i na powitanie rozłoży się przed Dobrze Uro- dzoną Jego Wysokością czerwony chodnik. kto po- chodzi z rodziny naszych dziedzicznych wrogów. Jeśli ośmieli się opowiadać. nie ukrywa się. 53 .

tak 54 . Proszę to sobie dobrze zakarbować. Zaraz po powrocie do Francji Pitman z właściwą sobie rze- telnością przeprowadził test badający oddziaływanie Psara na innych. które było dla niego czymś cennym? Pitman odgadywał te niepokoje i umiał je zrównoważyć romantyczną aurą przedsięwzięcia. że wcale go nie ma. wakacje. Pierwsze miejsce w klasie zastępowało mu prawie wszystko inne. Na początek zażądał od Alek- sandra. A nawet gdybym się miał pomylić: załóżmy. by nie porzucił nas w trakcie jazdy. — Właśnie w ten sposób — mówił — zostaje się panem. by zrezygnował ze swej pozycji prymusa: „Niech pan bę- dzie w piątce najlepszych. Pitman orientował się. jak zniesie pewną degradację nazwiska. że zdradza swój kraj ojczysty. a poza tym wykaże. Aleksandrowi będzie się zda- wało. Nie. jaka będzie się szerzyła na Zachodzie przed nadejściem roku dwuty- sięcznego. gdy udaje. że oto przez trzydzieści lat manipulowaliśmy fran- cuską opinią publiczną. Jakubie Mojsiejewiczu. jak sobie po- czyna książę tego świata. Trzeba tylko powziąć stosowne środki ostrożności. Nigdy jeszcze nie wiodło mu się tak dobrze jak teraz. którego ambasadorem w czasie i w przestrzeni czuł się jeszcze.żeby było prawdziwe? Proszę. Nie tylko to: w grę wchodziły i inne wrażliwe punkty. snobistyczne kluby. niczego nie musimy się obawiać ze strony Psara. wysokie kieszonkowe. jak trudne to będzie dla Aleksandra. Postanowił urządzić trzy próby. iż jest zdolny do tego rodzaju pomniejszenia samego siebie (teolodzy mówią w takim wypadku o kenosis). Koledzy przestaną mieć mu za złe jego wyczyny. ale nie na samym czele”. Przecież to tylko wzmoże panikę. Efekt będzie podwójny. Agent wywiadu musi być zdolny do takich wyrzeczeń. dziewczęta — zwykłe symbole prestiżu dorastającego chłopca. że Psar opublikuje pamiętnik i oświadczy. niech pan spojrzy. Wreszcie nasuwało się pytanie.

będzie miała w sobie coś eleganckie- go. Powołał się na to. — Trzeba będzie znieść ich przechwałki — mówił rozmarzo- ny Aleksander. zupełnie wyjątkowy. któ- rzy nie byli wcale przygotowani do wojny. to jest pięćset kilome- trów. nawet szykan. i posłał księżniczkę. który i dla niego stał się mistrzem: „Podstawą wszelkiej sztuki wojennej jest fortel”. przebiegał tysiąc li. by zacytować Niemców. Hu. Nazywał się Mo Tun. Mo Tun znów zebrał swych ministrów. Chcemy mieć tę ziemię”. bo nie będę im mógł nic od- powiedzieć. nie będzie mógł nic mu zarzucić. jaką trzeba będzie zapłacić. w tym zaś wypadku cena. który biegnie tysiąc li. który biegnie tysiąc li”. Książę najpierw kazał ściąć pochlebców. obywając się bez wody i siana.poznaje się rzemiosło pana. Wtedy Hu zażądali jednej z księżniczek. jego ojciec. co brali za oznaki słabo- ści. wypowiedz wojnę tym zuchwalcom”. wtajemniczony. potem skoczył w siodło. Jego sąsiedzi. panie. Przytoczył myśl Sun Tsu. żeby oddał tę ziemię. zażądali wówczas pewnej części terytorium: „W waszym posiadaniu znajduje się tysiąc li ziemi. wreszcie każda inicjacja łączy się z przejś- ciem trudnej próby. słysząc tę propozycję. Oto w jaki sposób 55 . Doradcy byli oszołomieni: „Domagać się księżniczki! Błagamy cię. Emisariusze powiedzieli tak: „Chcemy kupić konia. lecz Mo Tun odrzekł. Doradcy księcia oburzyli się. że narzucając sobie tego rodzaju autodyscyplinę Aleksander zacznie już swą służbę. Można też być panem ukrytym. gdyż pozostanie w tajemnicy. coraz bardziej ośmieleni przez to. iż nie chciałby nikogo obrazić i sprzedał konia. chcieli go wybadać i wysłali do niego emisariuszy. Niektórzy radzili. Był to ogier. zwołał swe wojska i zmiażdżył Hu. Książę powiedział jednak: „Nie odmawia się ręki młodej kobiety swojemu sąsiadowi”. by był nieustępliwy. Hu. inni zaś chcieli mu się przypodobać i sugerowali. — Opowiem panu pewną historyjkę: był sobie raz pewien książę chiński. zamaskowanym. — Będą szczęśliwi.

Podpisze mi pan pokwito- wanie. Jego kontakty z kolegami stały się łatwiejsze. zaczęły się w nim formować właściwości tajnego agenta. złożył swój podpis. pozwalał na wszystko. żebym mógł przyjąć od pana pieniądze. Dymitr Aleksandrowicz nie mógł już niczego aprobować czy potępiać. pochlebiało im.Mo Tun odzyskał ziemie. a teraz zaczął im okazywać. Coraz bardziej też nimi gardził. — Nie jest pan moim wujkiem. Na zmianę pił i trzeźwiał. Drugim testem wymyślonym przez Pitmana była zmiana try- bu życia Aleksandra. Dostał pseudonim „Oprycznik”. Aleksander. Zainteresowanie. prawidłową wersję tłumaczenia i poprawne rozwiązanie równania. chociaż nazywano go tak nie oficjalnie. Aleksander zarea- gował na to upokorzony i pełen złości: — Jak mam iść na prywatkę? Tak jak jestem ubrany? Wskazał na swój stary garnitur z niebieskiego płótna. Zapraszano go jednak chętnie. Nie umiał bawić się tak. w departamencie. jakiego przedtem odmawiał swym kolegom. W ten sposób został oficjalnie wciągnięty na listę współpracowników. chodzić na prywatki. żeby zapomnieć o całym świecie. Wbrew własnym oczekiwaniom Aleksander odnalazł pewną przyjemność wprowadzając z rozmysłem błędy do łacińskich tłumaczeń czy równań drugiego stopnia. Młody Psar nigdy nie lubił tańczyć. na zniszczone buty. dla samego siebie. Pitman uśmiechnął się dobrotliwie: — Tu nie chodzi o żaden prezent. Jednocześnie na boku zapisywał. tylko pośród okazjonalnych informatorów KGB. zadowolony. Miał odtąd zrezygnować ze swej samotno- ści. W ciągu paru miesięcy nawiązał wiele nowych 56 . Rodzicom podobały się jego sta- roświeckie maniery. Pitman wyjął portfel. nauczyć się tańczyć. Ich siostry uważały Aleksandra za ładnego chłopca. które niegdyś należały do jego przod- ków.

żeby inne kraje. Borthmanna. kiedy głośna była sprawa Rosenbergów. Rosenbergowie. że inna nazwa. także uzyskały do niej dostęp. co podzieliło opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. skazani zostali na karę śmierci. Oskarżeni o prze- kazanie ZSRR amerykańskich tajemnic związanych z bombą atomową.. To się panu później przyda. podobnie jak Golda. że petycja kilku francuskich liceali- stów będzie miała jakikolwiek wpływ na los naszych towarzyszy Ethel i Juliusza Rosenbergów? Korzystne będzie. mówili: „Psar się uczłowiecza”. — Gdybym był jednym z Rosenbergów. jeżeli tymcza- sem wytworzymy wokół pana aurę człowieka prawicy. Był to mo- ment. o mniej pokojowej przeszłości. Powstawały stowa- rzyszenia walczące o ułaskawienie małżeństwa Rosenbergów.znajomości i nawet nauczyciele. postąpiłbym tak jak oni. nie będzie miała szans powodzenia u dorastających chłopców. która mogła zniszczyć świat. Wtedy Pitman zaproponował mu trzecią próbę. bardziej bojowa. których chrześci- jaństwo. 57 .. — Co pan myśli o tej sprawie? — pytał Pitman. że Stany Zjednoczone dysponowały bronią. brakowało jeszcze tego. Gdybym był prezydentem USA. romantyzm i demokracja uczyniły niepoprawnie sen- tymentalnymi. Obawiał się bowiem. doma- gające się przykładnego ukarania małżeństwa Rosenbergów. posłałbym ich na krzesło elektryczne. — Ale. co mogło prowadzić do po- wszechnej zagłady. Tymczasem należało protestować przeciwko pro- liferacji broni atomowej. Greenglassa i całą tę szajkę. którzy zawsze uważali go za ucznia zachowującego wielki dystans i podejrzewali w tym bez- czelność. oni pracują dla nas! — Nie sądzi pan chyba. Założy pan w liceum stowarzyszenie. Nie dość na tym. zdradzając sekret tej broni. — Doskonale. Aleksander nazwał swoją organizację „Stowarzyszeniem Wal- czącym o Ograniczenie Dostępu do Broni Atomowej”.

co nienawidzili Rosjan i tym. w przeciwnym razie niedługo na- wet księstwo Monaco będzie miało bombę. którzy idą naprzód pchani wewnętrznym impulsem. tym. jego trzeźwy sposób mówienia: — Wiecie. Surowa kara mogła podziałać jak straszak. Podpisali więc z ironicznym uśmieszkiem.ułatwili ekspansjonistycznemu ZSRR osiągnięcie równowagi atomowej. ale w tym wypad- ku trzeba naprawdę coś zrobić. Potrzebuje trochę czasu. żeby załatwić Rosenbergów. jak zwykle racja była po pana stronie. Trzeba było przynajmniej dbać o to. tym. potem jednak nic go nie potrafi zatrzymać. „Oprycznik” przypomina naszego Ilję Murom- ca. że niełatwo mnie poruszyć. Podobała mu się nowa dla niego rola przywódcy. że dzieli ich przekonania. jednak liczba podpisów jest w tym wypadku najważniejsza. co chcieli. Stowarzy- szenie podjęło uchwałę w sprawie pobierania składek. natomiast zale- żało im na tym. Stworzyli tym samym zagrożenie dla całej ludzkości. Może bardziej niż argumentacja liczyła się tu oso- bowość Aleksandra. Aleksan- der przyniósł tych parę franków do gabinetu swego przełożone- go. Dzwon wyda dźwięk czysty i jasny. co lękali się ko- munistów. by podobna zdrada nie po- wtórzyła się więcej. Jak bar- dzo starał się ukryć radość ze swego triumfu i jak jeszcze nie potrafił opanować emocji! Pitman zainkasował pieniądze tak jakby to było zupełnie naturalne i wystosował list do Ab- dulrachmanowa: Drogi Mohamedzie Mohamedowiczu. Psar dał im do zro- zumienia. tym. Chłopcy o poglądach skrajnie prawicowych nic sobie nie robili z rozprzestrzeniania broni atomowej. postępując zgodnie z obyczajem tajnych agentów. za to nie zawsze potrafią spro- stać odpowiedzialności związanej z nieco lekkomyślnie podjętą przez nich funkcją. by Francja stała się wyłącznie mocarstwem w dziedzinie kultury. by się rozpędzić. Nie jest to jeden z urodzonych przywódców. no. co histerycznie bali się zagłady atomowej. „Oprycznik” musi jeszcze przezwyciężyć 58 . Argumentacja Aleksandra podobała się tym. co kochali Amerykanów.

z kieliszkiem koniaku. uśmiechnięty. Mohamedzie Mohamedowiczu. list Pitmana. nikt nie śmie odmawiać mu znaczenia. Generał-major uścisnął majora: — No więc? Pitman uwielbiał sposób. z ex-libri- sem. za jego po- średnictwem. i atakuje nas systematycznie. że powinniśmy wykorzystać talent literacki Aleksandra. wielki pisarz. ściągając na siebie i na myślących tak jak on odium społeczeństwa. Jakub Mojsiejewicz. stylizowany. pachnącej garbnikiem herbacie. niektó- re skuwające zielone już gałązki. To znaczy on byłby im przeciwny. propagować pewne idee.pewną arystokratyczną nonszalancję — przypomina mi w tym Obłomowa — być może też nieśmiałość. i to samo wystarczyłoby. że znów widzi swych rodziców i siostry. Powinniśmy teraz wyszukać dla mojego protegowanego odpowiednią misję” — odpisał. gdy odczytywał. „Niechże pan przyjedzie. doznawał skojarzeń z bonżurką. podyktowany i przez zapał. Proszę pomyśleć. Eliczka była szczęśliwa. Tym razem przywitała go wiosna. — Wydaje mi się oczywiste. Lecz dla natury takiej jak on decydujący jest fakt otrzymania misji. w jaki Abdulrachmanow wypowia- dał swoje nno więc. zanurzając wargi w mocnej. — Nie ma zgody. Abdulrachmanow uśmiechał się. Reakcyjny i sterowany przez nas pisarz mógłby wyrządzić wiele zła reakcjonistom. żeby uczynić je popularny- mi. wkraczał do znanego mu już maje- statycznego gabinetu. i przez pragnienie przypodobania się zwierzchnikowi. Nawiozła paryskich prezentów dla wszystkich. Moglibyśmy wtedy. zobaczymy się znowu. Wielkie sople lodu. grzechotały wesoło nad Mo- skwą. nie ma zgody — odezwał się grzecznie 59 . W samym akcie spełniania misji znajduje energię działającą jak zapalnik w sto- sunku do spoczywających w nim w ukryciu mocy.

— Dlaczego? — Po pierwsze dlatego. — Czy nie przesadzacie trochę. — Z tego stanowiska Bernhardt już nie ustąpił — kontynu- ował Abdulrachmanow — i. Wreszcie zaburczał. No bo załóżmy. zezując jednocześnie w stronę papierosa. 60 . którego wkręcał do cygarniczki. niech pan spojrzy na naszą literaturę. po cóż mamy walczyć z reakcjonistami. Czytał je bardzo uważnie. Primo. to bardzo nieznacznie. ale ten chłopak nie będzie nigdy pisarzem.Abdulrachmanow. w poezji Tiutczewa. i oddał mi kartki: — Jak na siedemnaście lat to jest niezwykłe. — To tylko potwierdza moje przypuszczenia: to nie jest prawdziwy pisarz. Gdzie i jak będzie publikował? — Wydaje mi się. dopiero później ich doskonale- niem. Poza tym pi- sze po rosyjsku. jak to jest w jego zwyczaju. — I cóż z tego? — Ten chłopak żyje w Europie Zachodniej i nie zamierza szybko jej opuścić. mój srebrzysty Jakubie Mojsiejewiczu. że stawiamy na talent Psara. że mógł mieć rację. że nie ma w tym żadnej oryginalno- ści: w prozie naśladuje Gogola. że on go wcale nie ma! — Co w takim razie z nim zrobić? Przecież nie polityka. Powołaniem urodzonego pi- sarza jest stać się osobą publiczną. co zrobiłem? Zaniosłem przysłane mi przez pana prób- ki pisarskie towarzyszowi Bernhardtowi. myślę. Ja czekałem. skoro oni nie znajdują teraz żadnego posłuchu. Secundo. Prawdziwy pisarz przede wszystkim interesu- je się publikacją swoich prac. Pisanie jest jego sposobem osiągnięcia tego celu. biorąc wszystko pod uwagę. tylko doskonali swoje pisarstwo. — Nie ma zgody. każdy sterowany pisarz traci talent. jak zatkana trąbka. W końcu to specjalista. towarzyszu Bernhardt? — Jeżeli. że on nie myśli na razie o publikacji. i to dla trzech powodów. Tertio: wie pan. a tu okazuje się. płakać się chce.

pobudzać ich. Nie. a nie kształtujący jego poczynania. 61 . co zrobimy z naszym Psarczykiem. poprawia je trochę. Nie powinniśmy dopuszczać do tego. niech oni się tym zajmują. Agent literacki to ktoś. Ale już wiem. począwszy od gier zespołowych aż do głosowania powszechnego. zanosi je wydawcom i pobiera procent od honorarium. nudzi go śmiertelnie. żeby zająć jego miejsce? — Może więc dziennikarz? — Tych mamy już dosyć. tłamsić rozwój innych. zostanie agen- tem literackim. — Kto powiedział. przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo. Zamawia u innych maszynopisy. ale jeden z pańskich kolegów. a mieć swojego generała w armii francuskiej. Nie wie pan. jak rzymscy wieszczbiarze. zwłaszcza gdy go o to prosi jakiś wydawca. Widzi pan. by wykazać się swą użytecznością. Kogo zresztą miałby urabiać swym wpływem generał? Pułkowników. Nie bę- dziemy wyręczać dyrekcji «S». wyjaśnił mi to. inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. żeby nasi agents d'influence spotykali się zbyt często. Nie mogliby się wtedy po- wstrzymać od śmiechu. mój tombakowy Jakubie Mojsieje- wiczu. czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twór- czość.. ale za to można nakierowywać geniuszy. Wszystko. co to za zwierzę? Ja też do niedaw- na nie wiedziałem.. jednym poma- gać w rozwoju. Inaczej mó- wiąc. że nie mamy? To są jednak agenci pene- trujący przeciwnika. Oto jak się sprawa ma w Ameryce. kto sam nie potrafi nic napisać. My zadbamy o to. co się wiąże ze zbiorowością. zajmujących się Ameryką. żeby zaszczepić ją także we Francji. Może żołnierz? Ma to we krwi. aż on odejdzie na emeryturę. którzy tylko czekają. Zdarza mu się także być naganiaczem pisarzy. nie można być geniuszem na zamówienie. Zawsze inkasuje swój procent od zysku. za to innych namawia do pisania. nie to.

Jeśli Oprycznik poczuje się Fran- cuzem. Jeśli odbędzie ją we Francji. z wdzięcznością. czerwieni się. Niechże pan. nie może całkiem gładko przełykać dzień w dzień własnego odstępstwa. Trudno go nakłonić do rozmowy na ten temat. Dochodzę do przekonania. nasi autorzy nie będą się więc wyróżniali. gdzie mogłaby się zrodzić reakcja przeciwko naszym zamiarom. Mohamedzie Mohamedowiczu. wy- starczy że spotka inteligentnego oficera. czemu nie? Przekona się pan. Po pierwsze służba wojskowa. z jego atawizmem. ale perełki kulturalne. i. Pitman mówił o tych chłopięcych fantazmach z pewną deli- katnością. płeć piękna? — Tak. Dobrze. jak sądzę. lecz zajmie się wylęgiem innych pisa- rzy. nie- pewne strefy jego osobowości. jak mi się wydaje. jakie są. w stylu biednego rycerza puszkinowskiego. o przyjaźni łączącej go z Mohamedem Mohamedowiczem. Pereł prawdzi- wych nie potrafimy wydrukować. tak jakby dotykał skrzydeł motyla. jeśli atawizmy naprawdę istnieją. Czasem bąka coś na temat „bratniej duszy” czy siostrza- nej duszy. w związku z tym. Ktoś z jego tradycjami. jeśli żartuję w sposób nieco żołnierski. Zdawał też sobie sprawę. że Psar nie będzie pisarzem. postanawiamy więc. jak z tym walczyć? — Widzę dwa zagrożenia. o którym marzy Dosto- jewski. prawdziwym rosyjskim romantykiem. Pa- trzy wtedy na mnie z wyższością albo też. Druga rzecz to. Któryż inny oficer tej instytucji potrafiłby powstrzymać się od sarkastycznych uwag? 62 . Proszę mi teraz powiedzieć. nie spotkał jej jeszcze. miejsca kruche. przeczyta raz jeszcze rozdział o Dźwigni w Vademecum. nie będzie go z nami wiązała żadna lojalność polityczna. by zmienił przynale- żność. mój perłowy Jakubie Mojsiejewiczu. że większość współczesnych pisarzy przypomina kolonię sztucznie hodowanych ostryg. Jeśli dobrze rozumiem. że mamy do czy- nienia z romantykiem. pańskim zdaniem. bardziej ze złości niż ze wstydu. — Będziemy nad nim pracować.

w jaki podszepnie mu pan pierwszą inspirację. Agent d'influence. które mu pan dał. Aleksander powinien być zupełnie samodzielny. — Mówiąc krótko. ale nie przeszkodziło mu to wypełnić otrzymanych rozkazów kompetentnie i z poświęce- niem. póki nie będzie nowych instrukcji. to nie to samo co jakiś informator. Zobaczymy. co się da zrobić dla naszego nie- pokalanego panicza. Proszę też przygotować jego przyjęcie do departamentu. Na razie trzeba go zakonserwować w tym stanie. — Nno wwięc. . Pitman uzyskał. to jeszcze nie był prawdziwy akt przyję- cia do służby.. będzie dla niego równie znaczący jak chrzest dla chrześcijanina lub obrzezanie dla Żyda. żeby się mógł przyzwoicie ubrać. Dlatego też sposób. W samą porę przyszła śmierć Dymitra Aleksandrowicza. Kobiety łacińskie. którego się trzyma na smyczy żąda- jąc wciąż nowych „dostaw”. zgo- dę swego przełożonego.. jest wciąż prawiczkiem? — Tak mi się wydaje. Przyniosła też oczekiwaną okazję dalszego działania. Tych parę groszy. są w tym dość mocne. W przeciwnym razie trzeba się strzec kobiecej dominacji. z jaką Ab- dulrachmanow wypowiadał się na temat młodego Psara lokując w nim równocześnie wielkie nadzieje. trzeba będzie. Gdyby się coś zmie- niło. W dniu pogrzebu wziął samochód i udał się do Saint-Geneviève-des-Bois. po czym wybrał miejsce. posługując się specjalnie szyfrowanym telefonem. Nie rozumiał wrogości. Pitman wrócił do Francji. żeby siostrzana dusza miała w sobie coś wielkorosyjskiego. Jakubie Mojsiejewiczu. proszę o wiadomość. Tylko proszę mi nie skaleczyć podczas tej operacji mojego beniaminka. jak się zdaje. czas i dekora- cję ceremonii zaprzysiężenia.

czeki- sta? — Ależ pan jest nafaszerowany przesądami. że ludzie potrzebują bogów i myślę. niech go pan postawi obok tego rozpustnika Jupitera. Kelnerzy różnych naro- dowości starali się stwarzać wrażenie. — Trzeba uczcić pamięć zmarłego — odparł na to Pitman. Ale w dziedzinie boskiej istnieje stały postęp. Proszę. 2 BOSKI WĘZEŁ Naprzód — zaraz po zakończeniu uroczystości pogrzebowych — Jakub Mojsiejewicz zaprosił Aleksandra na obiad do „Złotego koguta”. mój młody przy- jacielu! Po pierwsze Czeka nie istnieje już od dawna. Aleksander spoglądał nań ironicznie: — Pan wierzy w Boga? I to w Boga chrześcijan! Pan. Komitet Bezpieczeństwa Państwa to coś zupełnie innego. Zamówił wódkę i zrobił w powietrzu znak krzyża nim wychylił pierwszy kieliszek. Pośród wszyst- kich bogów bóg mojego ludu był od dawna najbardziej boski. jakby wszyscy przed chwi- lą opuścili koszary cesarskiej gwardii. — Nie jestem głodny — oświadczył Aleksander. że robię znak krzyża? To ze względu 64 . bóg chrześcijan jest wydaniem przejrzanym i poprawionym bo- ga Żydów. choć nie chce- my się wyrzec naszej babci. Podobnie więc jak KGB góruje nad Czeka. że sama ta potrzeba jest już Bogiem we własnej osobie.. Malowidła nawiązujące do rosyjskiego folkloru pokrywały ściany i niski sufit. Jeśli zaś idzie o Boga. jakże to panu powiedzieć? Widzę. Zaskakuje pana. taniutkiej restauracji rosyjskiej położonej na skraju Dzielnicy Łacińskiej. tak samo jak w sprawach ludzkich..

zamiast nie- go. mię- dzy którymi tkwił nieruchomy. pełną drabinek i pomostów. że dzwon waży trzynaście ton. Żeby uczcić muzułmanina dotknąłbym czoła i piersi. Mięśnie jego krótkich nóg zesztywniały szyb- ko. Prowadził Pitman. Aleksander skinął głową. nie domagam się wieprzowiny. Przewodnik mówiący z ostrym. objaśniał. Jeść i pić na pamiątkę zmarłego równało się świętowaniu życia w obliczu śmierci. Po kilku kieliszkach był nawet w stanie mówić o ojcu. którego ciało zaczęło właśnie pod- legać rozkładowi w cieple promieni słonecznych Sainte- Geneviève. Pokonali dwieście pięćdziesiąt pięć stopni prowadzących do galeryjki. ogromny dzwon. Weszli na ciasne. ochrzczony przez Ludwika XIV i Marię Teresę. dźwięk bijącego dzwonu rozchodzi się w promieniu dziesięciu kilometrów. Wskazując na odstępy między składającymi się na ruszto- wanie dębowymi i kasztanowymi belkami powiedział: 65 . do stopu wla- no też złoto i srebro. przestrzeń dziwnie teatralną. — Pomogę panu wypełnić wolę ojca. Tuż za nim lek- ko wspinał się Aleksander. a w sobotę nie kiwnę nawet palcem. dzieje się to cztery razy do roku. Po obiedzie wyszli na zakurzoną. wskazując jednocześnie wieże Notre-Dame. Czuli się tak. Aleksander też napił się wódki. kręcone schody. jakby połączyły ich nowe więzi. płomieniem spalającym jednocześnie nadmiar wódki i zmartwienia. jakby jednoczył ich ten dziwny sakrament stypy. upalną ulicę. któremu ten wysiłek fizyczny wydał się nagłym szczęściem. — Czy widział pan kiedyś Paryż stamtąd? — spytał Jakub Mojsiejewicz. Po krótkiej chwili odpoczynku oglądnęli dzwonnicę. — Nie udało mu się wrócić. To ja mam wrócić. właściwym wszystkim drobnym funkcjonariuszom ak- centem. Gdy natomiast mam urlop i odwiedzam mojego ojca. jego płucom urzędnika brakowało powietrza. Na widok zakąsek poczuł gwałtowny głód.na myśl o pańskim ojcu.

którzy o tej porze roku byli mniej liczni. rozhuśtany dzwon doprowadziłby do zniszczenia całego kościoła. Patrzyli więc nie widząc kopuł. jednocześnie gigantyczny w skali i wyrafinowany. Proszę się przyjrzeć tej figurze o trzech głowach. które zaprojektował sto lat temu Viollet-le-Duc. Ich oczy pełne były Paryża. Z powrotem na galeryjce nakazał zwiedzającym podziw dla siedzących w kucki potworów. które pożerały się nawzajem po- nad Paryżem. — Sławne średniowieczne rzygacze — powiedział z uzna- niem Pitman. jednak bardziej zajmowały ich myśli i perspektywy wewnętrzne. Uzupełniwszy w ten sposób swe wykształcenie. Aleksander myślał o ojcu. piu- skę Panteonu. który roztaczał się przed nimi. co ona symbolizuje? — przemawiał jak nauczyciel zwracający się do leniwego ucznia. umiesz- czone są u wylotu rynien. ponieważ architekt tworzy w trzech wymia- rach: dłuu-gość. chociaż migota- nie światła na dachach niezliczonych kamienic zdawało się jesz- cze bardziej nasilać promieniowanie słońca. dzwonnic i kołyszącego się morza da- chów. odprowadzających wodę z dachu. szkielet św. kościołów. Nieświadomie musieli rozpoznawać tiarę Inwalidów. Gdyby go za brakło. Tu natomiast mamy do czynienia z chimerami. Milczeli. Nie przeszkadzali im turyści. wież. Eustachego i bryły Saint-Sulpice. Mogli więc pogrążyć się w namyśle. — Jest to rodzaj filtru ucinającego wibrację. 66 . Wie pan. Na tej wyso- kości lżej się oddychało niż na poziomie asfaltu. Pitman o tym. proszę pana. Rzygacze. wysoo-kość. Aleksander i Jakub Mojsiejewicz oparli się łokciami o parapet. to jest gargulce. szeroo-kość. Ten krajobraz. pływającą wyspę Sacré-Coeur i igłę busoli — wieżę Eiffla. — Nie wiem — przyznał się pokornie Pitman. co nazywał „świętą chwilą” rekrutacji. — Ależ nie. — Architekta. ten dorastający chłopiec i obok niego młody mężczyzna.

jakby dźwigany przez ogromną win- dę transportującą talerze. To zależy tylko od pana. — .. mógłby sobie powiedzieć: „To moje”. To dziecinne wyobrażać sobie. Trwali na galeryjce balkonu. nie należałby do niego. Chodzi mi o głęb- szy związek. Czyżby chciał mnie pan wystawić na pokusę. Był wzruszony tak jak musiał być wzruszony młody mężczyzna epoki wiktoriańskiej na mo- ment przed oświadczynami. Pitman czuł przyśpieszone bicie własnego serca. mając za sobą tę mogącą przyprawić o zawrót głowy konstrukcję.zdawał się wznosić ku nim.. I nawet. — Ależ są. różnic i podobieństw. lecz zwle- kając mógł też wszystko popsuć. Zbliżała się „święta chwila”. że czyta pan nie tylko Bal- zaca.i nawet— dokończył — pan mógłby być jednym z nich. że posiada się jakiś kwadrat zie- mi. — Nie ma już królów — rzucił zimno Aleksander. co rozpościera się przed nami. . widzę. lecz i Ewangelię. — Jakubie Mojsiejewiczu. rzucającego wyzwanie Pary- żowi? — Przyjemnie byłoby mieć to wszystko. Król Francji. i świat powracał do nich błyskając swymi szarościami i szarymi zieleniami. nie licząc tego najwięk- szego. prowadząc mnie „na szczyt świątyni”? 67 . I będą zawsze. zawie- szeni ponad światem. Pitman mówił dalej: — Oh. gdyby znalazł się na tej galeryjce i wi- dział to wszystko co my widzimy.. nie chodzi mi o posiadanie w sensie mieszczańskim. Mógł jeszcze opóźnić jej nadejście. kredową bielą lub białawą si- nością. Wreszcie Pitman przerwał milczenie: — Czytał pan Balzaca? — Ma pan na myśli Rastignaca. pełen kurzu i patyny. Jak na marksistę to niepoważne. chociaż żaden z tych budynków. ponieważ płaci się zań podatek gruntowy. Aleksander nie zareagował na to. na dole.

Natrafiwszy na niesprzyjającą rezerwę Psara. posłużyłem się ulubionym żartem oficerów wywiadu. Nie. co miało podkreślić szacunek. jaki dla niego żywi — czy wie pan. tym razem innym tonem: od czasu do czasu posługiwał się w rozmowie z Aleksandrem patronimikiem. czy nie należałoby chwilowo wycofać się. Czy nie należałoby mimo wszystko iść dalej? — Aleksandrze Dmitryczu — zaczął znów Pitman. by kuszony zdawał sobie z nich sprawę. Okazja została zmarnowana. Pitman począł się zastanawiać. jaki zachowy- wał zawsze wobec „tych spraw”. Chrystus popełnił wo- bec ludzkości nie dający się odkupić grzech. nie tak jednak. że ja się nadaję do wywiadu? I czy w ogóle 68 . lecz nie zdra- dził swej reakcji: — W dniu. który pan miał na myśli. Postanowił pan zwerbować mnie dzisiaj na dobre. że to nasz zawód jest najbardziej czcigodny. że odgadnięto jego zamiary. do którego pan nawiązuje. A skąd pan wie. — Źle mnie pan zrozumiał. to niech pana diabli wezmą! To. ja czy tam także Dostojewskiego. Widzi pan. trzeba jeszcze znać adres. Ku- sząc młodego człowieka chciał korzystać z mitologicznych skoja- rzeń. A może brakowało mu ostrości spojrzenia. jaki jest najstarszy zawód świata? — Tak. Nieprędko jednak pojawi się rów- nie korzystny zbieg okoliczności: pogrzeb ukochanego ojca. Chętnie igramy z myślą. Pitmana uraziło to. tyle że w tamtej epoce nie ośmielił się tego wypowiedzieć. Żeby pójść do domu. gwałtowna chęć „powrotu”. Aleksander patrzył prosto przed siebie: — Rozumiem. Aleksander nic na to nie powiedział. że Aleksander posłużył się stosunkowo pruderyjnym określeniem charakterystyczne było dla dystansu. On to przeczuwał. ale jeśli chce pan zakończyć ten żałobny dzień wy- cieczką do domu publicznego. Widzi pan.

— Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. Przeciwnie. Pitman był szczerze wzruszony. Jeśli dobrze pamiętam. Jej zwycięzca bę- dzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. ale dla mnie to zajęcie pachnie czymś trywialnie poli- cyjnym. Efekt: koniec łamania kości. że dziedziczy się cechy nabyte. To znaczy zawsze gdzieś. że żaden bolszewik nie będzie miał mi tego za złe. Bę- dzie to wojna bardzo wydajna. nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. w tym punkcie możemy się najlepiej porozumieć pod nosem burżuja. 69 . Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej. ani w czasach naszych bogatyrów. że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu — od- powiedział Pitman. będą zabici. chciał. Aleksandrze Dmitryczu. że przyszłość nie należy do sztu- ki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. — Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebrannego. w jakimś kącie świata. tyle że bez realnych konsekwencji. bohaterskie czyny i okrucieństwa. Jakubie Moj- siejewiczu. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwe- renny niż niegdyś królowie. Sądzę. Prawdziwie nowoczesna wojna. jak mi się wydaje. Nie- szczęśliwie się dla pana składa. a od dwudziestu po- koleń moi przodkowie zajmowali się wojaczką. wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe. to bardziej będzie od- powiadało moim skłonnościom. ekonomiczna.to mnie interesuje? Nie chciałbym pana dotknąć. Wtedy nie- wielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. wcale nie śmiercionośnej. jak strącenie pionków na dalekim przedpolu. musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii. Łysen- ko dowiódł. będą trwały potyczki. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni. wkrótce i my ją będziemy mieli. żeby jego entuzjazm był zaraźliwy. Zależało mu na szczerości. niestety. Myślę. nic więcej. próba sił. Amerykanie mają bombę atomową. Niech mnie pan pośle na wojnę.

wyjawię panu teraz coś ważnego — pauza. — Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada. przeszko- dzić mu w poznaniu moich sekretów. które on później zechce wprowadzić w życie.. przeciwnik jest odtąd uzależniony 70 ... ująć można w dwóch aspektach. — Wiem: wywiad i kontrwywiad. Sprawy nabierają rozmachu od momentu. istotnej. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę. może pan nie skorzystać z otwierającej się przed panem drogi. zobaczy pan. W skrócie: chce pan. iż świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. że się nie myli- łem. owszem. — I myśli pan. nie można zaprzeczyć. co pan nie dość precyzyjnie nazywa wywiadem. — I to właśnie nazywamy aspektem czynnym operacji. lecz wciąż dość prymitywnej. Co. Ale wtedy. jest pan człowiekiem wolnym. Pitman uśmiechnął się pobłażliwie: — Wywiad i kontrwywiad to tylko dwie strony tej samej rze- czy. brązowe i jakby przysłonięte mgieł- ką. że naprawdę można. Niech pan sobie wyobrazi Kutuzowa. zawsze tkwiące w pochwach. — To.. Rożdże- stwienskiego decydującego o ruchach floty japońskiej pod Cu- szimą. dyrygującego Wielką Armią napole- ońską. nie płynie panu ślinka do ust? Aleksander uniósł oczy. po dwudziestu czy trzydziestu latach. albo też. żebym zajął się wywiadem. jako że pański ojciec był marynarzem. to dość pasywne rozumie nie naszych zadań. i do- skonalszą niż kiedykolwiek. — Oczywiście. — Wszystko zrozumiałem. To będą wielkie szable. któ- rym przysługuje wspólna nazwa wywiadu. ale nie będą z niej robiły żadnego użytku. Obie armie będą wyposażone w broń i liczebniejszą. Jego wargi poruszyły się: — To może być zabawne. Próbować poznać zamiary przeciwnika. kiedy to my podpowiadamy przeciwnikowi jego intencje i za- miary. — Aleksandrze Dmitryczu.

. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym. czarna propaganda. intoksykacja. Wreszcie dezinformacja. ale zaaranżuję coś ta- kiego. czym strategia wobec taktyki. których on wcale nie żywi. Dalej. pozwa- lającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. do której trzeba trzech part- nerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary. Gdybym je panu zdradził. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Powiem coś. — W takim razie niech pan nic nie mówi — Aleksander znów stał się chłodny. Stateczek wy- cieczkowy. — Myślę. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo.. polegająca po prostu na stałym po- wtarzaniu: „Jesteśmy od was lepsi”. iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami. Cztery pozostałe w porównaniu z nim to dziecinne za- bawki. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji. Pamięta pan słowa Karola Marksa: „Minęła już epoka rewolucji.. mijał się z barką. lustro.” 71 . — A piąty sposób? Trucizna zaczynała działać. że się waha. Aleksandrze Dmitryczu. byłoby to niczym przekazanie sekretu bomby atomowej pięć lat temu. biała propaganda. Pitman zatrzymał się. a które nie będą się podobały temu trzeciemu. Dalej. — Piąty sposób jest tajny. Po pierwsze. z którego odpływała rtęć. Można to powtarzać milio- ny razy. pojęcie. że mogę panu wy- jawić. to dla niego gra się tę komedię. na której suszyła się litania koszul i girlanda kalesonów. znaczonych przez ciosy zadane. Jesteśmy jedynym mocarstwem. pełen turystów w pstrokatych ubraniach. że pan mi je wykradnie.. którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. patrzył na Sekwanę. które wypracowało pewne techniki. daleki.od nas — Pitman udał. co będzie pana szokowało. Pitman poprawił się: — Jedno słowo tylko: piąty sposób polega na wywieraniu wpływu.

przez świadomą mniejszość. jakoby uwarunkowania te zaistniały. stojącą na czele nieświa- domych mas ludowych” — dokończył Aleksander. — Czyżby prorok się pomylił? — Miał słuszność w odniesieniu do jego czasów. że mamy inkubatory. spazmem Historii. poprzedzony przez wcześniejszą ewolucję. ale te czasy minęły już. że bardziej go zaintere- suje system.. Odkryliśmy też. że w miejsce dawnego porządku nie po winno się proponować żadnego „nowego porządku”. które same znoszą jajka. Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już. Wszystko to przestało odpowiadać realiom dwudziestego wieku. w którym „Jehowa z Trewiru” poddany został po- ważnym rewizjom. to nie jest raj. jakim to rajem jest Związek Radziecki. który był już wcześniej zaprojektowany. — Dzisiaj możemy sprowokować „historyczny moment” przy pomocy odruchu Pawłowa. Miała też z ko- nieczności być epizodem gwałtownym. Nie. Łatwiej było sobie wyobrazić. to już nie obowiązuje. — Chce pan powiedzieć. — Znam tę waszą tabliczkę mnożenia. choćby przeczyło to faktom.. Miała ona na miejsce dawnego porządku wprowadzić porządek nowy. że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjoekonomicznych. łatwo to wykazać. Tego Marks nie mógł przewi- dzieć. 72 . — „. ponieważ dysponujemy inkubatorami? — Chcę powiedzieć. Pitman zniżył głos: — Otóż właśnie. nic nas nie drażni bardziej niż zagraniczne partie komunistyczne (nazywamy je „korporacjami”). że nie potrzebujemy już kur do wy- siadywania jajek. Według Marksa rewolucja przypadła na określony mo- ment historyczny. ale także i od czyjegoś przekonania. by Aleksander nawrócił się na marksizm. Naprawdę. powtarzające w kółko. Pitman nie wierzył nigdy. ten bowiem może natychmiast stać się przedmiotem ataków.

Dopiero w momencie. Dzisiaj znowu zmierzamy. ku epoce. a potem roz- pętuje się powstanie. i nie można domagać się. Marks rozumował jeszcze w kategoriach dwumianu encyklopedyści- jakobini. i to za pośrednictwem metod. mogło zmienić historię danego kraju. Wierzymy. już zmodyfikowany przez fotografię prasową i kino. żeby ten pociąg odje- chał bez pana. zgodnie z którym zaczyna się od propagandy. która na nowo przywróci znaczenie jednostce. ale to jest właśnie akt wiary. my jednak poszliśmy dalej. Nie chciałbym. wprowadzi się nowy porządek. Co natomiast należy robić. mass media. by większość danego społeczeństwa poświęcała znany sobie stan rzeczy dla takiego ryzyka. jest całkowicie przestarzały. zmieni się raz jeszcze w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat dzięki telewizji. tylko na skutek wzrastającej roli maso- wej komunikacji. ma jednak służyć tylko jako detonator eksplozji i wybuch ten wcale nie musi być gwałtowny. że raj dopiero powstanie. o których Marksowi nawet się nie śniło. który unosił się. powiedzmy księcia. dźwigał i mimo to pozostawał w miejscu. Aleksandrze Dmitryczu. żebym się mylił: za dwa- dzieścia pięć lat wzięcie zakładników albo zabójstwo jakiegoś urzędniczyny wywoła większy rozgłos niż wojna kolonialna w wieku dziewiętnastym. ale nie dzięki jej nadzwy- czajnym właściwościom. to rozmontować stary porządek nie proponując na jego miejsce żadnej konkretnej wizji. 73 . czy zdaje pan sobie sprawę. Sche- mat. gdy stary system będzie się już rozsypywał. Terror. jest niezbędny. owszem. wielkimi krokami. Później jednak lud pokazał się na scenie i odtąd terror indywidualny stracił przydatność. W średniowieczu zabójstwo jednostki. Szczupła i blada twarz Aleksandra zwracała się wciąż ku Pa- ryżowi. za pośrednictwem środków masowej informacji. Nie sądzę.i nasi wrogowie korzystają z okazji. Nie wiem. że cha- rakter człowieka. Obecnie terroryzm ma nam po prostu dostarczyć okazji wywarcia naszego wpływu.

A jednocześnie czyż nie był najserdeczniejszym z ludzi? — Nazwał swój podręcznik Vademecum dla «agents d»influence». a nawet jeszcze wyższą. Ten pod- ręcznik napisany został przez naszych przełożonych. — W naszym departamencie — zaczął znowu mówić — dys- ponujemy podręcznikami. a w szcze- gólności przez największego spośród nich. Wiedział. że rozpoczął się jeden z największych poje- dynków. że teraz powinien raczej intrygować niż po- uczać. — To mi się wydaje dosyć ciekawe — powiedział — to. Lubi żartować: „Quo vadis? Месит. wywieranie wpływu. jakie miał stoczyć w życiu. Stawką był powrót. 74 . i uśmiech wyrażał naiwny podziw: — Największy. a przynajmniej tyle z niej. chciał tę samą gorączkę przekazać chłopcu. palony namiętnym zapałem neofity. Zresztą także i inne motywy i pasje kłębiły się w jego wyobraźni tym podatniejszej na bodźce. dla którego żywił już pewne przywiązanie lub nawet sympatię. ile można ofiarować agentom. my wszyscy vadons secum. Być może i panu.. których by to nie zainteresowało. że skrytej pod war- stewką udawanego chłodu. los pozwoli spotkać się z nim kiedyś.W miarę jak upływało popołudnie Aleksander z coraz większą jasnością pojmował. Zarazem jednak. mój kotecz- ku. Pitman uśmiechnął się. jak wieża Notre Dame. Szukał na gwałt odpowiednich zdań i zagadek.. Jeżeli rzeczywiście współczesna so- cjologia i psychologia pozwalają władać duszami. Matwiej Matwiejewicz trzymał cały świat we wnętrzu dłoni.. którego pragnął i który stał się wręcz jego obowiązkiem. Pitman spojrzał w niebo. zawierającymi naszą doktrynę. i to w obydwu znaczeniach. Zobaczył przed sobą figurę swego dobroczyńcy wysoką jak galeria chimer. meсит!” I z przekory grozi wam palcem! Oczywiście. tak jak i mnie. Młody Psar nie należał do ludzi.. a także coś w rodzaju szacunku. prawda.

to w zdolności Aleksandra. Aleksander odgadywał... co już dałem panu do zrozumienia. Oczywiście. bardzo długi. Był jeszcze bardzo młody. tym bar- dziej. z czego Aleksander. Aleksandrze Dmi- tryczu. to zasada. że nie popełnię wielkiego przestępstwa.. — Wasza doktryna czerpie swą siłę skądinąd. by nie przekroczyć dozwolonej 75 . — I cóż mówi to Vademecum? — Myślę. podczas pierwszego sean- su wtajemniczenia będzie uważał. — (Pit- man. Ale Pitman czuł swoją młodość. na pół cynicznie wykorzystywał własne słabostki. na pół szczerze. nawet jeśli jego łacina szwankowała nie- co.. — To prawda — przyznał Pitman — skądinąd. że Pitman celowo dra- żnił i pobudzał jego ciekawość i że aby to osiągnąć musiał. by zmusić go do mówienia. kto próbowałby rozhuśtać ten dzwon gołymi rękami. Nasz sznur. Ze swej strony Pitman domyślał się. był przecież oficerem wywiadu w wielkim stylu) — . wprawia się go w ruch przy pomocy sznura. rzecz jasna. że Pitman odgaduje jego zamiary. Pitman odgadywał. Pitman zawsze chętnie się poddawał wielkodusznemu uczu- ciu podziwu i apotezy. Ktoś. Bez niego bylibyśmy niczym. Nasza doktryna jest jednolita. że nasze działania nie mogą być prowadzone bezpośred- nio. był już w poważnym wieku... że jak sam powiedział. wielkie przygody miały się dopiero zacząć. podobnie jak ktoś. Jest jakieś podobieństwo pomiędzy nią i nami. nie zdawał sobie sprawy. Domyślał się też. Widział pan ten dzwon: nie bije się weń pięścią. Zaraz. wtajemniczyć go w rzeczy se- kretne. tam. Jeśli w coś mógł wątpić. Rzecz podstawowa. kto zbliżał się do trzydziestki. A jednak gra ta nie była nie- przyjemna. że Aleksander stara się go przechytrzyć. nie w siłę swej własnej wiary. niech pan zobaczy. jest długi. Pokaleczyłby sobie palce. do pewnego stopnia przynajmniej. że Aleksander chciał się dużo dowiedzieć i mało obiecać.jeśli odkryję przed panem. ta chimera o trzech głowach. ma jednak formę tro- istą.

. chociaż samo pojęcie archetypu nie wchodzi w skład naszego słownika. pan i ja jesteśmy połączeni.. bo w ten sposób dałby okazję Pitmanowi do zasłonięcia się tajemnicą. tak jak wyłożona została w Vademecum. Rzeczywiście można było sobie wy- obrazić. ale później trzeba będzie — pan. Skoro jednak wytyczona została granica. trzech artykulacjach. Pitman rozu- miał. odczuwamy ten sam podziw. iż milczenie Aleksandra brało się nie z obojętności. wyraził zgodę. Obaj wiemy. człowiek wielkoduszny. zbudowana została na trzech archetypach. że nie mogę się od tego powstrzymać. I jeszcze coś: zwyczajny fakt. Aleksan- der natomiast wiedział. rozumie to z całą pewnością — trzeba będzie. Aleksander poszukał wzrokiem południa. nasza wia- ra w Rosję. łączy nas Rosja. trumna i ciało. Pitman poddawał się egzaltacji i wiedział też. tak chciało przeznaczenie. — Nasza doktryna. i tak musiało się stać. że egzaltacja dobrze mu służy. i wobec tego postanowił cierpliwie podsycać ogień. Dzisiejszy dzień wydaje się bardzo odpowiedni. że nie powinienem ich pa- nu zdradzać. że egzaltacja Pitmana jest poddana kon- troli. żeby pan dał mi swoje słowo. że właśnie w tej chwili oglądamy ten sam krajobraz. Obrazy te są jednocześnie tak bardzo tajemne. i tak ważne. nie zrobiłby mu z tego zarzutu. Aleksander milczał. że to Rosja czerwona zbawi świat. tam gdzie znajdo- wała się Sainte-Geneviève. przeżywamy tę samą tęsknotę wygnańców. że się stoi na mostku okrętu. Powiedzmy więc raczej: na trzech obrazach. Pan wie.. zgoda.granicy wyznań. Znaleźliśmy się na pokładzie tego samego statku. przynajmniej do pewnego momentu. grób. człowiek-góra. dla- czegóżby miało się jej nie osiągnąć? Z całą pewnością jego mistrz. którego ładunkiem był cały mikrokosmos. nie chciał zadawać więcej pytań.. Co do statku. tak jakby to była arka Noego. lecz podyktowane było chytrością. — Ostatecznie mogę panu w przybliżeniu nakreślić te trzy obrazy. 76 .

gdy od będzie pan u nas staż. za dowala się penetracją pacyfistycznej partii pod wodzą Eubuliu- sza i Ateny spadają mu w ręce jak dojrzała gruszka z drzewa. — Oto trzy archetypy. będziecie szczęśliwsi pod moimi rządami”? Nie. Posługiwanie się pacyfistami stało się zresztą procedurą klasyczną.. Pod nimi krążyły w powietrzu gołębie. Trójkąt i Drut. Trzeba zapamiętać. — . tym większy ciężar może być uniesiony przy stałej sile nacisku. lecz po- wodowany szacunkiem. Na dole mieszkańcy ciasnych mieszkań otwierali przed wieczorem okna. i równocześnie stronnictwo dążące do wojny.Dźwignia. poruszony własną ewangelią. Temat wykładu wydał mu się tak piękny. zawsze dążyć do jej powiększenia. jako że wielcy ludzie daw- nych czasów wyprzedzali czasem intuicyjnie nasze metody. — zaczął Pitman. tak bogaty. Chcąc zdobyć jakiś kraj tworzy się w nim stronnictwo pacyfistyczne. dba się o to. W pustej teraz Sekwa- nie odbijały się obłoki. choć nie uczynili z nich jednolitej doktryny. że to odległość między tymi punktami tworzy dźwignię.. tym razem nawet nie z wyrachowania. i także poddając się zmysłowej zawarto- ści obrazów. przekona się pan o tym. by zdobyło wielką popu- larność. Czy posłuży się białą propagandą: „Ateńczycy. Oto Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami. że przymknął oczy i na se- kundę zamilkł.. — Zaraz przedstawię to bardziej szczegółowo — dodał Pit- man. Pa- cyfiści byli dźwignią Filipa. Dam panu przykład wzięty z historii.. 77 . dalej. zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników. — Zacznijmy od Dźwigni. gdyż niewielu tylko ludzi rozum- nych będzie przychylnych wojnie. nigdy zaś jej nie zmniejszać. Im większa odległość między punktem oparcia i punktem przyłożenia. Aleksander był zaskoczony pospolitością tych obrazów. Ta druga partia sama się zdyskredytuje. i. Co z tego wynika dla metody wywierania wpływu na przeciwni- ka? Nigdy nie powinno się tu działać na własną rękę.

Wie pan przecież. Rezultat: rok 1940. — Ten pomysł wyszedł z naszego departamentu. który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult armii. Jeżeli tylko krzyczy się dość głośno i jeśli dobrze przy- gotuje się opinię publiczną. który przyjmuje przesłanie plakatu. Gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania. że całkiem dobrze można głosić jedną rzecz. że ktoś mógłby cynicznie posłużyć się tym hasłem. wystarczy zdać się na „rezonans”. — A teraz my robimy to samo. nie trzeba na- wet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji. działanie natomiast przejdzie niepostrzeżenie. na jeszcze większą skalę. dzięki apelowi sztokholmskiemu? Pitman parsknął śmiechem: — Widział pan plakat przedstawiający matkę. Kiedy byłem mały. Biedne maleństwa doro- sły nie znając ołowianych żołnierzyków i karabinków marki Eu- reka. a nad nią napis: „Walczymy o pokój”? — Oczywiście. Inscenizuje pan pojedynczy akt terrory- zmu. wierzący w zalety pokoju. Propaganda pacyfistyczna we Francji była przykładem opera- cji typu „wpływ”. Prasa konserwatywna z oburzeniem potępia ten akt. tym bardziej powiększa się rozgłos i znaczenie tego czynu. wielu rodziców francuskich nie kupowało swoim dzieciom zabawek wojskowych. Na przykład dziennikarz. Przykład: postanawia pan sterroryzować jakieś społeczeństwo. Ale im głośniejsze jej potępienie. co jest na plakacie? Żołnierz Armii Czerwonej trzymający pistolet maszynowy. a wkrótce także inne mass media. a robić coś całkiem prze- ciwnego. która trzyma w ramionach dziecko. nie podejrzewający. pełen dobrej wiary. Właśnie dlatego ideałem dźwigni jest prasa. co jest dla nas korzystne. — To właśnie plakat działa jak dźwignia? — Ależ nie! Dźwignią jest naiwny widz. prowadzonej przez Hitlera. Ale wie pan. W ZSRR. zauważony zostanie tylko krzyk. mamy plakat z tym samym napisem. 78 . w związku z apelem.

Nie tylko zresztą przyszłego: napisał już przecież wiele wierszy. że to my odkryliśmy tę grę na flecie. teatr wyobra- żonych tylko postaci. jakby wpadł we własne sidła. jeżeli można inscenizować prawdziwe morderstwa i inspirować prawdziwe miłości! Czyż istnieje bar- dziej wzniosłe królestwo niż to. W tym celu opanowuje się któryś z poważnych dzienników. a nie kapitaliści. też był z waszego departamentu. że trzeba naprzód przygotować opinię publiczną. W jaki sposób pan to robi. z których był za- dowolony. którego poddanymi są dusze i wola ludzka? Czyż można sobie wyobrazić coś wspanialszego od Guildensterna. Niech pan po- myśli. żeby w grę wchodził tylko przypadek. pomnażając w nieskończo- ność nasz pierwotny wkład. Aleksandrze. szukając bez powodzenia ironicznego tonu — że ten flecista. Wie pan. jakby pytał tylko od niechcenia. że nasze ambicje znacznie przerastają tamten wyczyn. — Tyle tylko. opowiadań i dwie powieści. Dotychczas Aleksander uważał się zawsze za przyszłego wiel- kiego pisarza. jakie to szczęście. Jakubie Mojsiejewiczu? Pitman westchnął. W gruncie rzeczy czyż pewnego ro- dzaju determinizm i pewna Opatrzność nie są jednym i tym sa- mym? — Powiedział pan. Jeżeli postępuje się rozważnie i nie dopuszcza do kompromitacji gazety. Pitman zachowywał się. Jakże blednie teatr cieni. 79 . — Przez podawanie tendencyjnych informacji. który wyprowadził wszystkie szczury z Hameln. Nam nie chodzi o odszczurzenie świata. cała pra- sa zaczyna dotrzymywać jej kroku. Lecz nagle Pitman odkrył przed nim inną dziedzinę i w tej samej chwili dziedzina ta wydała mu się nieskończenie bardziej pociągająca. nie wierzę. a Hamlet i wszyscy jego Duńczycy tańczą do wtóru? — Sądzę — powiedział Aleksander. który gra na swojej fujarce. — I na czym polega tendencyjna informacja? Aleksander mówił tak. trzeba było jeszcze pozbyć się części ba- lastu.

Piszecie. deformacja prawdy. nie znosił erotycznych facecji. Byli świadkowie. My natomiast. Drugi. Pierwszy przypadek: nie było świadków. że w roz- mowie z Rosjaninem można ich uniknąć. Prawdą jest też.. to by mnie interesowało. zmiana kontekstu. ponieważ z ich punktu widzenia ważne jest. nierówne części. To jest mieszanka prawdy i fałszu. Proporcje jednego i drugiego mogą się zmieniać. Chce pan je poznać? — Tak. że nie.. komentarz podtrzymywany. jakim opera- cjom można poddać ten fakt. Pitman uśmiechał się frywolnie: — Pokażę wam. Chłop- cy z intoksykacji. — Nieprawda nie dająca się zweryfikować. Załóżmy. generalizacja. — Alek- sander zesztywniał. że już jeden jedyny fakt prawdziwy 80 . zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty. — Czy może mi pan podać kilka przykładów? — Spróbuję odtworzyć dla pana wykład mojego nauczyciela z okresu stażu. mieszanka praw- dy i fałszu. jak było naprawdę. że to Pietrow przyłapał żonę w łóżku z Iwa- nowem. Francuzi nie mogli się bez nich obejść. jeśli chcą uprawdopodobnić sprawę. Okazuje się. mówił. Oto właśnie nieprawda nie dająca się zweryfikować. Opinia publiczna nie może w żaden sposób sprawdzić. części równe. zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika. ale wydawałoby się. zgoda. że istotnie w sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. Oznajmia się więc po prostu. że w małżeństwie Iwa- nowów nie brakowało problemów i przyznajecie. ilu- stracja. by jakąś bardzo konkretną fałszywą informację wzię- to za dobrą monetę. że przed tygodniem Iwanowa przyłapała swego męża na gorącym uczynku z Pietrową. jeśli z powodów politycznych trze- ba by go było naświetlić tendencyjnie. gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni. — Vademecum podaje dziesięć przepisów na tendencyjną informację. dają do 80% prawdy na 20% fałszu. dodajecie. następujący fakt historyczny: Iwanow przyłapuje swoją żonę w łóżku z Pietrowem.

w mieszkaniu zajmowanym przez nich wspólnie z Iwanowymi. wracający z fabryki. Do wielkiej ilości brązu dodali odro- binkę złota. Teraz trzeci sposób. jak wszyscy wie- my. żeby mąż pijak pobił ją znowu? Sądziła. — Tak. Cztery — Pitman liczył na palcach — czyli modyfikacja kon- tekstu. To prawdziwe monstrum lubieżności. ale przecież wszyscy wiedzą. wciągnął ją do siebie i właśnie rozpoczął proceder gwałcenia. Zgadza się. Oto właśnie deformacja prawdy. że nie zostawiła dzieci wydanych na pastwę tego bruta- la? Ponadto nie ma powodów by wątpić. rzucił się na nią. — To trochę tak jak twórcy tego wielkiego dzwonu. Tego dnia natknął się na Iwanową w korytarzu. że powinna się schronić u Pietrowa. Przyznajecie. który. Iwanow. Nie da się wykluczyć. Iwanow nakrył żonę w łóżku Pietro- wa. który przed chwilą oglądaliśmy. że obywatelka Iwanowa znajdowała się w sobotę wieczorem u Pie- trowa. ale ironizujecie na temat łóżka. A co miała robić? Czy miała pozwolić. jaki jest Pietrow. Jest to wręcz bardzo prawdopodobne. rzeczywiście. gdzie po raz któryś z rzędu osiągnął rekordową liczbę trzech tysięcy nakrętek utoczonych w ciągu dwóch godzin dwudziestu pięciu minut. maleńkie dzieci.służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw. Najlepszy dowód. że pierwotna 81 . gdy. na szczęście. że także i obywatelka Piętrowa brała udział w spotkaniu Iwanowa-Pietrow. że ma za sobą czternaście wyroków sądowych za gwałt. tyle razy leżał pod stołem. krzyczycie głośno. Cóż mają wspólnego ze sprawą ruchomości? Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle czy w fotelu. jako że wszystko to wydarzyło się w sypialni Pietrowów. wy- ważył drzwi i ocalił swą skromną małżonkę od losu gorszego niż śmierć. Czyż mamy podstawy do oskarżenia jej o to. gdzie najprawdopodobniej towarzyszyły jej dzieci. ma w zwyczaju rzucanie oszczerstw na swą nieszczęsną żonę. mówicie. pełen godności obywatel Iwanow.

i wymieniwszy uwagi na temat powszechnego zepsucia obyczajów. urodził się w Niżnym Nowgo- rodzie. między innymi Iwanową. w czasie wojny był artylerzystą. prze- prowadzacie selekcję szczegółów. Piąte: zacieranie. Zalewacie wasz prawdziwy fakt wielką ma- są innych informacji. Następnie opisujecie nowoczesne osiedle. świet- nie gra na organkach i w warcaby. przepada za kiełbasą z czosnkiem. jakie Iwanow miałby wobec żony. by przeprowadzić. to ilustracja. prawdziwych lecz niepełnych. Opowiadacie na przykład. że Iwanow wszedł do pokoju Pietrowa bez pukania. dobrze pływa sty- lem grzbietowym. a nie od szczegółowych do ogólnych. krytykę mieszkań dzielonych przez wielu lokato- rów. Jest ich już coraz mniej. Pietrow. mówicie. Szósta metoda: komentarz podtrzymywany. lecz korzystacie z niego. w której przechodzi się od rzeczy ogólnych do szczegółowych. to stachanowiec. lecz to w nich właśnie incydenty.informacja nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat wyrzu- tów. i tak dalej. dajmy na to. W sprawie. którą macie zrelacjonować. na sześćdziesiąte urodzi- ny ofiarował matce kanarka. jakby był zaszokowany złymi manie- rami Iwanowa. zdarzają się znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. ma kilka kochanek. w której może sobie gruchać do woli. mianowi- cie wybrane fakty. Iwanowa aż podskoczyła. małżonkowie Iwanowowie wrócili do siebie. Pie- trow zachowywał się tak. Można tu rozwinąć ten sam mo- tyw: sielanka par małżeńskich w nowoczesnych osiedlach wzniesionych dzięki dobroczynnej wydajności władzy Rad. gdzie każda para turkawek ma swoją garso- nierę. i przedstawicie idyl- liczny obraz szczęścia. potrafi ugotować syberyjskie pielmieni. taka jest nerwowa. Istnieje też wykręt będący odwrotnością zacierania. będącego jednym z przeżytków carskiej Rosji. Siódmy chwyt to pewna odmiana szóstego. W niczym nie modyfikujecie faktu. jakie stanie się tam udziałem Iwanowów. lecz 82 . w których mężowie zaskakują kochanków.

Aleksandrze Dmitryczu. tylko po to. tak sobie. ich niewierności. którymi zajmie się pan podczas stażu. na przykład właśnie sytuacja Iwanowa. Wreszcie części równe. Publikujecie następnie jeden list potępiający Iwanowa — nawet jeżeli dostaliście sto takich listów. że wyjawię panu całą naszą doktrynę ot. świetnego i lubianego przez czytelników polemisty. też na pięćdziesiąt linijek. natrafiającego na swą żonę u sąsiada! Ósma jest generalizacja. W ten sposób dowo- dzicie waszej bezstronności. jaki to postęp w stosunku do miesz- kań o wielu lokatorach.. postępującą właśnie według tych zasad. Zwra- cacie się do waszych czytelników i proponujecie im. Drukujecie też dziesięć listów w jej obronie. i równocześnie u jakiegoś idioty ze wsi zamawiacie ich potępienie.. pełne konfuzji wnioski na temat niewdzięczności kobiet. — Wydaje mi się — powiedział Aleksander — że znam pew- ną gazetę francuską. Lub też. dziesiąta metoda. żeby pana rozerwać? 83 . by mógł pan wy- robić sobie zdanie. Oto. ich temat będzie znacznie poważniejszy. mający pięćdzie- siąt linijek. rozwiązłości. nikczemnego uwodziciela. krótki wykład. U profesora uni- wersytetu. uniewinniając jednocześnie nieszczęsną przedstawicielkę bezwstydnie eksploa- towanej płci. przeciwnie. Wte- dy.zakończenie będzie inne: o. natomiast pomijacie mil- czeniem współudział Pietrowa. zamawiacie tekst pisany w obronie kochanków. Ale. czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? — Pan jest nienasycony. na tej galeryjce. Technikę numer dziewięć nazywamy: nierówne części. rzecz jasna. tu. by sami oce- nili ten incydent. Wyobraża pan sobie. obwiniacie Pietrowa-Casanovę. gdzie zdarzały się pożałowania godne epizody. nawet jeśli nie przyszło takich listów więcej niż dziesięć. Z zachowania Iwanowej wyprowa- dzacie ogólne. czym jest tendencyjna informacja i na czym polegają ćwiczenia.

cały świa- topogląd techniki wywierania wpływu. — W jaki sposób zniszczyłby go pan od wewnątrz? — Przy pomocy metod. Jako przykład podałem panu dziesięć dziecinnie łatwych przepisów. 84 . — Dobrze. za to zdyskredytuję je pośród jego sojuszników i klientów. przeciwnika i. jak korzystne okaże się dla nas pojawienie się słabo rozwinię- tych zdekolonizowanych krajów: za ich pośrednictwem będzie można podjąć działania antyamerykańskie na wielką skalę. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas. których można się nauczyć. innym kontekście społecznym. że chcę zaatakować wielkie cesar- stwo. aż roz- sypałby się. — Czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? Tyl- ko o Trójkącie. Zobaczy pan już niedługo. proszę. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na własnym ani na jego terenie. zawsze po- średnictwa. materiał kontrastujący. które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją w jakiś czas później. wręcz całą kosmogonię. nim dozorca zamknie wieżę? — Oczywiście. Czy zdąży mi pan wszystko opowiedzieć. bardzo krótko. w obrębie której doszło do konfliktu. w innym kraju. Chodzi o jeszcze jedno zastosowa- nie głównej zasady: żadnych działań bezpośrednich. Tymczasem myśmy opracowali setki metod. Oto dlaczego metody. że tak po- wiem. dobierać się do niego gdzie indziej. Nie będę go zaczepiał bezpośrednio. którymi możemy posługiwać się razem lub roz- dzielnie. — Tak. Naprzód trzeba dogłębnie poznać społe- czeństwo. Powiedzmy.. Za- łóżmy teraz. że nie. jako że cała jego struktura zostałaby unicestwiona. odzwierciedlający nasz manewr. oświetlający. Otóż zacząłbym mnożyć przyjacielskie gesty pod jego adresem i zara- zem prowadziłbym niszczycielskie prace wewnątrz kraju. w innej dziedzinie inte- lektualnej niż ta. Alek- sandrze Dmitryczu. czyli państw utwier- dzających jego panowanie w świecie. wypracowaliśmy całą interpretację Historii. nad którym się pracuje. że zainteresowałby mnie któryś z tych krajów..

Wytworzę w społeczeństwie i u najsłabszych przedstawi- cieli elit przekonanie. słuszność. wreszcie neutralizacja samego ludu. Jeżeli to społeczeństwo będzie dość au- torytarne. dyskredy- tacja mojego przeciwnika. Wypracowaliśmy tu odpowiednie techniki. to jest mój „kontrast”. przy czym społeczeństwa nie będę ujmował w kategoriach przeciwnika. iluzją. Moi agenci będą posługiwali się potrójnym sloganem: dobra wiara. Trójkąt będzie się składał ze mnie. zdobędzie się na represje. a nie rzeczywisto- ścią. Załóżmy więc. w czym pomoże mi lud. że postanawiam rozciągnąć mój wpływ na pe- wien kraj. że były one w przeszłości szkodliwe i wciąż szkodliwe pozostają. by potrafili zachowywać się .nie przydadzą im się na nic! Kapitaliści są zbyt leniwi i zbyt pewni siebie. nie troszcząc się o żadną konsekwencję. Społeczeństwo liberalne ulegnie jeszcze szybciej. między dowódcą i jego żołnie- rzami. Dzięki temu wytworzę przepaść między rodzicami i dzieć- mi. nie licząc zła wymyślonego. iż można je bezkarnie atakować przejdę do trzeciej fazy mojej akcji (na tym zresztą polega istota inteligentnie pojmowa- nego terroryzmu). Sta- wiam sobie trzy cele: rozbicie tradycyjnych elit. zdrowy rozsądek. tylko jako „kontrast”. czyniąc je odpowiedzialnymi za wszelkie rzeczywiste zło istniejące w tym społeczeństwie. Wychodząc z pozycji siły będą atakowali władze. Grupujemy je pod hasłem „teoria wnikania”. przełożonymi i podwładnymi. władz. gdyż do- wodząc. które mogłyby osłonić społeczeństwo przed skutkami moich działań. Trzeba zrobić wielki wysiłek i poznać społeczeń- stwo. są pasożytami. które chcemy opanować. których nie wy- jaśnię panu dzisiaj. że grupy te nie przyno- szą żadnego pożytku. Tradycyjne elity rozbiję przez wywołanie w nich poczucia winy. a to przysporzy mi mę- czenników i będę mógł odwoływać się do opinii międzynarodo- wej. Po drodze posłużę się też propagandą 85 . lepiej niż je znają jego członko- wie. z władz tego pań- stwa i z jego społeczeństwa. będę się starał wykazać. Każdy z tych trzech elementów wspomagany będzie przez specjalne ak- cje. A jednocześnie.jak ryby w wodzie” na obcym terenie.

przeciwnik realny dostaje się w nasze ręce jak obluzo- wana cegła. podnieście prawą — podnoszą. prowadzone są przeciwko większości. aby każdy obywatel znalazł się naprzeciw maski Gorgony. Autokary. odjeżdżały w stronę Opery. Czasem można się też posłużyć pseudo-nadzmysłową rupieciarnią: przepowiedniami. W każdym razie gdy tylko mowa o mobilizacji mas. Większość kapituluje. zrelacjonowane bez podania kon- kretnych sposobów zastosowania. Niekiedy natomiast trzeba. teoria Trójkąta. podnieście obie — spadają na cztery litery. Prze- wodnik spoglądał na zegarek.projekcyjną. Kiedy się to osiągnie. nie przeciw mniejszości. zatomizować je tak. Czasem udaje się przekształcić większość społeczeństwa w gigantyczną grupę gimnastyków: podnieście lewą nogę — podnoszą. że obecne rewolucje. naprawdę chodzi o to. iż będę mógł się powoływać na okoliczność obrony koniecznej. przeciwnie. skłonny do kapitulacji. gdy udaje się nam ją obezwładnić. w skrócie. Rasputinami różnego kalibru. Sprawi to. Zrobił kilka kroków. — Jeszcze wspomi- nał pan o Drucie. Tworzy się wte- dy nastrój paniki. w przeciwień- stwie do rewolucji dawnych czasów. wizjami. Wystarczy rozpowszechnić przekonanie o wyższości przeciwnika. Aleksandrze. to jest oskarżę przeciwnika o stosowanie metod. gdy więc „kontrast” jest unieruchomiony i bezsilny. Trzy zasady Vademecum. Można to osiągnąć na kilka spo- sobów. Oto. zabrawszy na pokład Barbarzyńców. Światło zmieniało kolor: nie było już białe. nie składały się jeszcze na 86 . że padało na wielki krążownik Notre Dame przefiltrowane przez ukryty gdzieś witraż o delikatnej barwie. by wytworzyć fascynację podobną do tej. by je zdemobilizować. podzielić społeczeństwo na miliony indywiduów. z których sam mam zamiar zrobić użytek. przeprowadzić parę zamachów terrory- stycznych. Proszę nie zapominać. której do- znaje żaba na widok zaskrońca. Tym razem Pitman zawahał się. jeszcze nie stało się złote. Zdawało się. czując swą bezbronność.

Spełniając tę rolę pozostaje całkowicie bezkarny. Pomiędzy innymi niezwykłymi myślami wy- powiedział i tę sentencję. mimo że obywatel sowiecki. pochodził z rodziny reakcjonistów. Ale jednak zalążek zo- stał przekazany Aleksandrowi. zawsze przeciw. otwie- rając wszystkie zamki. uodpornicie się na spojrzenia najprzenikliwszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygoto- wać zwróconych przeciwko wam planów”. która odnosiła się do wojska stojącego w obliczu przeciwnika. pożyczę panu książkę myśliciela chińskiego. których ankieta nie zdołała odkryć. — Niech pan słucha — znów stanął tuż obok chłopca i oparł się łokciami o balustradę — mogę o tym mówić w sposób bardzo ogólnikowy. Któregoś dnia doktryna wywierania wpływu znana będzie całemu światu. albo też ukryje go.kompletną inicjację. Agent d'influence to przeciwieństwo propagandysty. ryzykując zdradę. narażając się na unik ze strony Aleksandra. by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. zmiękczając. albo raczej pro- pagandysta absolutny: nigdy nie jest za. Jakub Mojsiejewicz Pitman musiał teraz podjąć decyzję: albo wyjawi jeszcze i ten sekret. niszcząc. który mógłby zostać precyzyjnie opisany. Obojętnie. rozda- jąc karty. który żył przed dwudziestu pięciu wiekami i był kimś w rodzaju Clau- sewitza swej epoki. Młody Psar. Obraz Drutu wziął się stąd. ale charakteryzuje też świetnie nas sa- mych: „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształ- tu. że. Żadna ustawa. Sun Tsu. Jeśli nadal będzie się pan nami intereso- wał. mógł utrzymywać sekretne związki z przeciwnikiem. Jeśli się wam to powiedzie. kontakty. na razie jednak trzeba było przestrzegać najdalej idącej dyskrecji. na lewicy czy na prawicy. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. zawsze będzie nad- wyrężał istniejący system. Do tego sprowadza się jego zadanie. 87 . rozklejając. rozwiązując. Przykład: sowiecki agent d”influence nie może w żadnym razie uchodzić za komu- nistę. wychowany został we Francji. jak wiadomo. zaledwie jej zalążek.

a ja na niebieskie. Byłem z tego zadowolony. — Pewnego dnia — powiedział — gdy byłem dzieckiem. nie skąpiąc energii. — Czy mam rozumieć. — Ma pan moje słowo oficera i bolszewika — powiedział Pitman wyciągając dłoń do uścisku. nie zabrania demontażu własnego społeczeństwa. Rybka kosztowała mniej niż dwa rzuty. Ale. Będę wam wiernie słu- żył przez trzydzieści lat. tak jak sobie tego życzę. Ale powie- działem ojcu: „Zgoda”. Nagrodą była rybka w słoju. Pitman pognał znów do swego telefonu: — Mohamedzie Mohamedowiczu. ale pod jednym warunkiem. Mimo to nie byłem pewny. Pitman milczał długo. że kryje się w tym odpowiedź? — za pytał Pitman. Zatrzymaliśmy się przed wielkim kołem. w ten sposób na pewno wygramy”. Wy- starczy grać w czerwone i czarne. Trzeba było trafić w jeden z tych kolorów.Aleksandrze Dmitryczu. Miałem na nią ochotę i wtedy ojciec zapłacił za dwa rzuty i powiedział: „Ty postawisz na czerwone. Aleksander wpatrywał się w zachodzące słońce. po- zwolicie mi wrócić. jak mi nakazał mój ojciec. nie szczędząc wła- snego życia. nim przekroczę pięćdziesiąty rok życia. czy nasze postępowanie było uczciwe. — Zamykamy— oznajmił południowym akcentem ziewający przewodnik. Chłopiec uśmiechnął się melancholijnie: — Tak. wygraliśmy! 88 . Aleksander też zamilkł. podzielonym na czerwone i niebieskie sektory. oj- ciec zaprowadził mnie do wesołego miasteczka. w parzyste i nieparzyste. które zbliżało się do horyzontu niczym statek wracający do portu. To on wygrał rybkę i ofiarował mi ją. to znaczy żadna ustawa prawna na Za- chodzie. może nawet mniej niż jeden. Gdy tylko świeżo zwerbowany agent i jego przełożony rozstali się u stóp katedry.

kto mówi wewnątrz nas: „Wybieram”. i rozpłakał się. Można być pompatycznym i nie mijać się z prawdą. by przy- sporzył mu poważnych kłopotów. Z tarapatów wyciągnął go pewien komunistyczny de- putowany i odtąd Nanan służył dwóm panom. Opłakiwał śmierć biednego podporucznika marynarki. poświęcał chwile wolne od garnizonowych zajęć na dyskretne przeprowadzanie sztucznych poronień. W pewnej chwili powiedział pompatycz- nie. on jednak szedł jeszcze dalej. przed lekarzem wojskowym. podczas gdy sowiecka ojczyzna oczekuje 89 . ale może jeszcze bardziej utratę własnej niewinności. zupełnie nagi. Na żądanie zwal- niał młodych ludzi od służby wojskowej jako niezdolnych i ucho- dziło mu to na sucho. na wieży katedry. Powinien był wytłumaczyć mu. który dzielił z ojcem. jako że protekcje w tej dziedzinie nie nale- żą we Francji do rzadkości. Psar był w jego praktyce zupełnie wyjątkowym niewdzięcznikiem i niewiele brakowało. gra- natowe kepi i złocone galony. powinien był zażądać od Aleksandra tego poświęcenia zamiast zmuszać go do zaakceptowania prawnego szwindlu. który nazywał się Nanan i miał na sobie jaspisowy mundur. Roz- ciągnięty w ciemnym pokoju na swoim łóżku o połamanych sprężynach. tak. Pitman musiał interweniować. popełnił błąd. co uczynił tam. Czytał nie- dawno Goethego i doskonale zdawał sobie sprawę. Aleksander wrócił do pokoju. — Nie nadaję się? Ja? Domagam się drugiej ekspertyzy! — szlochał Aleksander. że szkoda czasu. by Aleksander czyścił buty do połysku. niezadowolony z żołdu. sam zajął miejsce tego kogoś. Nanan. z grandilokwencją właściwą swemu wiekowi: — Będę złym duchem myśli francuskiej. Niedługo później Aleksander dostał wezwanie do komisji po- borowej i stanął. wyzywający w swej jasnowłosej nagości. Pozbawiać ludzi wolności działania ucho- dzi za rzecz diabelską. że przecież nie miało sensu. wpatrywał się w ciemnobłękitny trapez wyświetlany przez okno na suficie.

na stronę francuską. zbyt wiele upokorzeń i uraz wiązało się z młodością Aleksandra. i to z wynikiem bardzo dobrym. który będzie panu potrzebny do założenia własnej agen- cji. Pitman prawie nie brał pod uwagę. więc musi pan odbyć u nich staż. Aleksander tymczasem. wyprawę na terytorium wroga. — To będzie — powiedział Pitmanowi — moja kampania egipska. ostatnim burżuazyjnym okowem. że przywiózł pan oszczędności z Ameryki. posłuszny i nieuchwytny. 90 . Efektu przeciwnego. ukończył studia na Columbia University summa cum laude. Wreszcie będzie to świetna okazja stworzenia pretekstu dla ka- pitału. Wyjechał do Nowego Jorku nie żegnając się z nikim. lecz przez długi czas miał żal do swych przełożonych i przebaczył im dopiero pod koniec roku 1968. Później zechciano. Powie się. gdy mianowany został podporucznikiem KGB: epolety lub prawie. żeby legitymował się dyplomem Sorbony.jego usług. Chciano. We wszystkim innym był całkowicie posłuszny. jak zawsze flegmatyczny. On. Otrzymał go więc. mój złoty Aleksandrze Dmitryczu (Pitman ograniczał się tylko do metali). Był jeszcze i dodatkowy powód: po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych Aleksander będzie się czuł mniej pewnie we Francji. żeby się pan nauczył amerykańskiego. Aleksander podporządkował się. wynikłego z nostalgii. Dzięki temu ryzyko przejścia do przeciwnika. Bez tego nic pan nie osiągnie w nowoczesnym świecie. by zapi- sał się na Columbia University. z literatury francuskiej. znacznie się zmniejszy. który później za pośrednictwem jednego ze swych „pudeł rezonanso- wych” miał puścić w obieg hasło: „Ortografia jest reakcyjną i represyjną dyskryminacją. — Niezupełnie.. otrzymał 16 punktów na 20 za dyktat z Mérimée'go! Swoje studia traktował jak rekone- sans. Ponadto tylko Amerykanie mają tradycję zawodu agenta literackiego.. Po pierwsze trzeba. jakiego proletariat jeszcze nie zerwał”.

który jeszcze wtedy był względnie bezpieczny. Dziewczyna otworzyła swą portmonetkę. jeżeli to Ona”. Wydobyła stamtąd zaledwie kilka miedziaków. Zapewne była istotą cielesną. Grzebała w niej. ta jednak podbródkiem pokazała na kasę. Blade usta nie miały w so- bie nic zmysłowego. i. w których cieniu kryły się zielone oczy. myślał Aleksander. — Za mało — powtarzała złym głosem kasjerka. Zajął miejsce na wysokim taborecie przed kontuarem. Pierwsza skończyła swój skromny posiłek i chciała zapłacić kelnerce. że za chwilę usiądzie na nim piękna dziewczyna. Aleksander przyglądał jej się dyskretnie. Pewnego dnia wstąpił do baru przy 43 Ulicy i zamówił pa- rówki. Sąsiedni taboret był pusty. Była członkinią chóru 91 . Aleksander szybko poznał jej znakomite imię i nazwisko: Tamara Szcz. Długa szyja przydawała jej dystynkcji. Aleksander rozdarty był pomiędzy dwa sprzeczne uczucia: „Oby tylko nie pomyślała. że zabrakło jej pieniędzy. Roz- glądała się dokoła nieco trwożnie. co należało zrobić. przejętego bogo- bojnym respektem. Piękna dziewczyna zajęła miejsce obok Aleksandra. że będę za nią szedł” oraz: „To zbrodnia. Aleksander pomy- ślał. Znaleźli się przy kasie. aż prosiło się o diadem. Gdy wreszcie piękna dziewczyna zrozumiała. Dziewczyna podzięko- wała mu — „Tank you” — patrząc na niego nieśmiałym wzro- kiem. Miała długie rzęsy. Jej owalne czoło. Niezbyt biegłą angielszczyzną zamówiła porcję lodów. Następne trzy godziny młoda para spędziła włócząc się po ulicach i po parku. Aleksander ze ściśniętym gardłem — nigdy w życiu nie przemówił do nie- znajomej — wyjaśnił. w rozmarzeniu. krzyknęła z rozpaczą: — Boże mój! Reszta była już całkiem łatwa. on jednak nie brał tego pod uwagę. ba- dając zawartość spojrzeniem krótkowidza. stracić ją z oczu. jak to jest w zwyczaju zakochanego Rosjanina.

kto wie.folklorystycznego. obyczaje Aleksandra rozluźniły się nieco. mógł. Służąc temu reżimowi nie miał złudzeń co do jego libera- lizmu. (Pitman zaproponował tancerkę — jako że balet sowiecki częściej podróżuje — ale Abdulrachmanow zapro- testował: „Nie. Tamarze udało się zmylić czujność „tłuma- czy” i pójść obejrzeć prawdziwy Nowy Jork. Podobnie jak Kop- ciuszek musiała wrócić do hotelu przed północą. Żadna z nich nie była Francuzką. Pożegnali się bez pocałunku. kochał Ją. Lata biegły i pewnego razu Abdulrachmanow zwrócił się do Pitmana: — Nie można karmić słowika tylko bajkami. Tamara? Uznał Ją. że i on pracuje dla Sprawy. gdy „wróci”. żadnych fikających nóg. Rzeczywiście. Miał lat dwadzieścia siedem. dyplom Columbia University. przeszedł staż agent d'influence w tajnej szkole w Brooklynie 92 . przeciw któremu pracował. nie zobaczy Jej nigdy więcej: dla Rosjanina było to zupełnie zrozumiałe. Zdarzało mu się nie wy- korzystywać okazji podsuwanych mu przez organizację. Później chór pole- ciał do San Francisco. Nazajutrz Aleksander wybrał się na koncert i przekonany był. Trzeba było unikać fizycznych związ- ków z krajem. Aleksander nie pisał do Tamary. Poślubi rodaczkę. to była Ona. że rozpoznaje jej głos w świetnej Łuczinoczce. Żadna też nie była Rosjanką. O czym roz- mawiali? O Rosji i o miłości. bez najmniejszego uczuciowego zaangażowa- nia. Mógł co prawda powołać się wobec władz sowieckich. nasz chłopak jest na to zbyt delikatny!”) Tego wieczoru chór nie występował. by nie narażać jej na przy- krości. Gdy tylko chciał. może właśnie dlatego chciał mu służyć. Jakubie Mojsiejewiczu. Zresztą Aleksander nie był w tej dziedzinie bardzo wymagający. korzystać z kochanek. nie. zbyt jednak wielką wagę przywiązywał do konspiracji. które podsuwało mu KGB. na razie jednak trzeba było starannie oddzielić to. co było „prawdziwe” od naj- zwyklejszej konieczności fizjologicznej.

znaleźli przyjemność w ponownym spotkaniu. na której wystąpić miał Aleksander. Pitman wciąż jeszcze zajmował swoje stanowisko w Paryżu. jako że Aleksandrowi nie brakowało pobłażliwości.. jakie przed ośmiu laty wypowiedział na wieży Notre Dame. tak więc obaj mężczyźni. jako arystokrata. pozostawał też jego pierwszym przełożonym. których przestała już dzielić różnica wieku.. że postępowanie Aleksandra nie może 93 . a Jakubowi współczucia. który zwerbo- wał Aleksandra. jaki zostawia na palcu długo noszona obrączka. Wracał. przyjęło się jednak uważać. Jakubie Mojsiejewiczu. jak wypluwać pestki z oliwek. Pierwszy wstrząs mógł zepsuć wszystko. powinien pan na- uczyć się. by uregulować swoje porachunki z Francją. był to raczej związek Mefistofelesa i Fausta. wyszedł krokiem przypominającym nieco krok zdobywcy. a Pitman. W ich sto- sunku nic nie przypominało relacji między synem i przybranym ojcem. Panowała między nimi atmosfera wzajemnego zaufania. co tworzyło w ich stosunkach ryzykowną kombinację przyjaźni i związku czysto zawodowego. zręczny i dobroduszny. Słowa. jak zawsze. Wbrew zwykłemu porządkowi rzeczy Pitman. Ton ten na- rzucił Aleksander. To on był prawdzi- wym zawodowcem. zostawiły w niej ślad podobny do tego. zagrać jej do tańca na fujarce. — mawiał Pitman z mieszaniną złośliwości i podziwu.oraz praktykę u agenta literackiego przy Madison Avenue. zapisały się w jego duszy. Z samolotu. Była w tym nawet odrobina czułości. że pewne śmiesznostki nie pozwalają mu pokazywać się publicznie na sce- nie. Aleksander odpowiadał na to: — Rzeczywiście. — Pan. nie zaprotestował przeciw temu układowi. Aleksandrze Dmitryczu. je- den widział w drugim jego zalety. Zgodni byli co do tego. który lądował na Orly. Z ta- kim dorobkiem wrócił do Paryża.

jakby miał do czynienia z naj- zwyklejszym donosicielem. pokazał swą klasę: — Aleksandrze Dmitryczu. zwrócił mu uwagę na tę właśnie stronę zagad- nienia. że już panu powiedziałem: ten kacap.ściągać żadnych podejrzeń. kogo uważał za mniej sub- telnego od siebie. czego ten biały Rosjanin szuka w czerwonej Rosji. Lękał się. Oprycznik zażądał. Dopiero przy następnym zwierzchniku pojawiły się problemy: ten nazywał się też „Iwan”. chce pan to zmienić na zwyczajny flirt? Aleksander nie wspomniał już nigdy więcej o wycieczce do ZSRR. Mógł jeszcze podróżować. Wrażliwy jak zawsze Pitman powiadomił o tej prośbie Ab- dulrachmanowa. gdy nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. podróże za żelazną kurtynę. Wkrótce później pułkownik Pitman przeniesiony został do sztabu departamentu. Na znak szacunku Aleksander przezwał go „Iwanyczem”. nie wchodziły w grę. Naraz jednak Aleksander wbił sobie w głowę. I teraz co. szlachciura. Iwan II traktował Oprycznika tak. by odwołano tego gbura. że najbliższy urlop spędzi w ZSRR. Tymczasem agent d'influence funkcjonuje skutecznie tylko wtedy. przed ukończeniem misji. i. że jest dla Aleksandra zbyt łaskawy i dlatego 94 . że ktoś. Każdy uważniejszy policjant mógłby wtedy zadać sobie pytanie. ma zdechnąć w gnojówce emigracji. Mimo drobnych nieporo- zumień współpraca z Iwanem układała się dość gładko. Stosował wobec niego metodę kija i marchewki. wobec czego Aleksander mówił o nim „Iwan II”. Miała to być niezwykła historia miłosna. Od tej chwili Oprycznik podlegał „Iwanowi”. co za tym idzie. mój tekturowy Jakubie Mojsiejewiczu. Wówczas Pitman. u końca których ma pan ujrzeć na nowo od krytą ojczyznę. Pitman wahał się. ale przestawał odtąd dyrygować bezpośrednio podległymi mu agentami. poeta-manipulator. zgodził się pan na misję mającą trwać trzydzieści lat. Był upokorzony tym. Człowiek-góra zamienił się w człowieka- wulkana: — Wydaje mi się.

. ojczulku — powiedział mu Ab- dulrachmanow. uderzyć w ton patriotyczny. Popełnił pan grubą niezręczność. tak jak w przypadku pokojówek”. — Nie ma o tym mowy. — Nie ma pan chyba na myśli. Zamiast więc lę- kać się wpływu z jego strony. że człowiek o silnej. Iwan III rozumiał się dobrze z Aleksandrem. promieniującej osobo- wości — o czym przecież my dobrze wiemy. Abdulrachmanow westchnął: — Jest pan zadowolony z Oprycznika? Tak.. tak jak się taruje ważony towar. ale zauważył. mój kartonowy Jakubie Mojsiejewiczu. odwołać tamtego durnia i posłać go gdzie pieprz rośnie. którego Aleksander ochrzcił „Iwa- nem III” — „Skoro nie podaje się ich prawdziwych imion. puszczając kłęby błękitnego dymu. — Zdarza się. Nadzoruje go pan? Tak. Czy nie skaptował go przeciwnik? O ile nam wiadomo — nie. będę ich nazywał zawsze tak samo. że wszystko jest w najlepszym porządku. Niech się pan więc nie zachowuje jak sklepikarz. W przeciwnym razie to pan. ojczulku. Wy- wieranie wpływu jest zawodem tego nieboraka. Musi pan teraz wziąć na siebie całą winę. Nie ma nic dziwnego w tym. wyznaczając na pilota Oprycznika podobne- go chama. Jeżeli chce pan zachować pewność. których zadaniem jest nadać połysk temu słoneczku. bowiem właśnie dla tej cechy nasz wybór padł na niego — wywiera wpływ na niższe szarże. niech mu pan przydziela zawsze 95 .jego pierwsza reakcja była gwałtowna: ukarać Psara lub też wy- mówić mu definitywnie służbę. niech pan zdaje sobie z niego spra- wę i niech pan to odejmuje od wagi. że przyswaja sobie pewne jego opinie czy sądy. że przemoc nie wystarcza i trzeba odwołać się do brutalno- ści. Iwana II zastąpił „Igor”. Dobrze pan zrobił nie ukrywając przede mną tej sprawy. Mohamedzie Mohamedo- wiczu? — spytał Pitman. departamentu piątego? — Nie. — Czy nie kryje się w tym ryzyko. zajmowałby się w przyszłości dezinformowaniem Buriatów.

towarzyszu puł- kowniku. niech się pan nie krępuje. Pitman postanowił więc rozmawiać z nim tak długo. Iwan Iwanycz wymamrotał: — Jest jeszcze coś. Wreszcie. Chciał tylko jed- nej rzeczy: żeby wszyscy byli szczęśliwi. We- zwany do dyrekcji na okresową rozmowę z pułkownikiem Pit- manem (co nazywał pójściem do spowiedzi). podniósł alarm. równie swobodne. osobowość raczej bezbarwna. paryski kagebista. proszę nie brać tego za złe. Uwielbiał Oprycznika. które Pitman. zmieni pan pilota. 96 . pokwitowań i sprawozdań w drugą. Przypominał psiaka. A jednak. przyszedł Iwan IV... ten banalny bon vivant. Na razie zadawał mu niewinne. póki poczciwiec nie wyrzuci z siebie tego. kontemplo- wał portret Dzierżyńskiego. że nie o wszystkim opowiedział. Także i on stał się „Iwanyczem”. Wstawał z krzesła. miał rangę pod- pułkownika. Za oknami zapadał zmierzch. Pitman uśmiechał się radośnie pod swymi okularkami. co mu leżało na sercu. ciepły. chociaż z ochotą odpowiadał na wszystkie pytania. siadał znowu.pilotów czułych na jego wdzięk. wręcz bliskich obsesji.. w chwili gdy Iwan IV. Jeżeli jestem starym idiotą. który zakończył swój pobyt we Francji.. zauroczonych przezeń. Gdy tylko poczuje pan. na wzór Abdulrachmanowa. Być może nie ma to żadnego znacze- nia. który jakoś nie może uło- żyć się do snu. Na miejsce Iwana III.. w półmroku. co jednak nie przeszkadzało mu w wykonywaniu zawodu. naj- przeciętniejszy oficer. miały przyczynić się do rozluźnienia nastroju. odczytywał po raz dziesiąty przyka- zania Sun Tsu. wydaje mi się. że trzeba go trochę bar- dziej surowo potraktować. Odpo- wiedzi.. ale człowiek dobry. który nie zasłu- guje na swoje sianko! Proszę tak powiedzieć.. stworzył wrażenie. Pitman nie zapalał świa- tła. kazał wyryć w drewnie.. to znaczy w stałym transmitowaniu instrukcji i pienię- dzy w jedną stronę. obojętne pytania. osłem. Aleksander liczył sobie lat czterdzieści trzy. Niech mi pan powie: jesteś imbecylem.

sumienie czekisty...
Pitman czekał cierpliwie.
— Towarzysz pułkownik ogląda się za małymi chłopcami.
— Chce pan powiedzieć?... — Pitman nabrał powietrza z
obrzydzeniem.
Iwan Iwanycz zaczerwienił się po czubki uszu i zatrzepotał
ramionami:
— Nie, nie o to chodzi. Pan ma dzieci, przepraszam za niedy-
skrecję?
— Sześcioro.
Eliczka spełniła swój obowiązek.
— Ja sam mam trójkę, trójkę udanych pętaków, i, rzecz ja-
sna, może pan być spokojny, bolszewików. Trójka ślicznych bol-
szewiczków, jasnowłosych, największa radość mojego życia, po
godzinach służby, ma się rozumieć. Cóż, gdybym był w jego wie-
ku i nie miał żadnej blond główki do pieszczenia... Niech pan
pomyśli o sobie, towarzyszu pułkowniku... Gdy tylko w pobliżu
przechodzi jakiś mały chłopczyk albo dziewczynka, także, lecz
przede wszystkim chłopczyk, on śledzi go wzrokiem i wydaje się,
że szepcze coś pod nosem. I także, od pewnego czasu, posługuje
się wciąż zdrobnieniami, on., który do niedawna szydził z nich.
„Pan, Iwanie Iwanyczu, z pańskim spotkankami i poleceńka-
mi...”. Wykonałem nawet małe badanie statystyczne. Wypada
mniej więcej pięć do sześciu zdrobnień na godzinę. To trwa już
od roku.
Pitman poczuł falę wzruszenia. Było to szczere wzruszenie: ta
sama szczerość była źródłem jego siły. Problem zdrobnień i ma-
łych główek do pieszczot przedstawił wkrótce generałowi, który,
w wieku lat siedemdziesięciu pięciu, gotował się do przejścia na
emeryturę. Żeby móc spokojnie porozmawiać z Abdulrachma-
nowem, trzeba było naprzód odprawić ordynansów, zajętych w
jego gabinecie o pustych ścianach rolowaniem bucharskich dy-
wanów.
Mohamed Mohamedowicz zastanowił się. Jego własne życie

97

prywatne pozostawało dla jego współpracowników całkowitą za-
gadką. Jedni obdarzali go haremem, inni twierdzili, że gustuje w
obu płciach, jeszcze inni byli zdania, że lata służby pozbawiły go
potrzeb w tym względzie. Jego wielkie oblicze nie było mimo
wieku prawie wcale porysowane zmarszczkami, ale wyglądało
nieomal jak bazaltowa skała, na której nie malowały się żadne
uczucia. Po upływie minuty zawyrokował:
— Trzeba kobiety. Żadnej tam jaskółeczki. To musi być ofi-
cer. Niech ona o tym wie. Na razie nie ma mowy o małżeństwie,
ale niech mają syna. Załatwi pan dla nich miesiąc miodowy,
gdziekolwiek, a potem korespondencję za pośrednictwem pilota.
Żadnych spotkań. Pierwsze po pięciu czy sześciu latach. On za-
czeka.
— Ale... później, Mohamedzie Mohamedowiczu? Czy po-
zwolimy mu wrócić?
— Nigdy. Ale to, co Sun Tsu określa jako „boski węzeł”, za-
wiąże się jeszcze ciaśniej wokół niego.
Pitman wciąż nie mógł zrozumieć, skąd brała się niechęć
wielkiego człowieka do Aleksandra.
— Niech ona będzie dobrze zbudowana — ciągnął wielki
człowiek, który zachował zdumiewającą pamięć. — Nie taka pla-
toniczna jak poprzednia.
Gdy Pitman zbierał się do wyjścia, generał dodał jeszcze:
— Dziewica. Lub uchodząca za dziewicę.
— Ale, towarzyszu generale...
— Jest pan czekistą. Musi pan sobie poradzić.
Powracający do gabinetu ordynans otworzył szeroko oczy ze
zdumienia.

Ałła Kuzniecowa miała dwadzieścia cztery lata, stopień kapi-
tana i piękne szare oczy. Pochodziła z wielkorosyjskiej rodziny
chłopskiej. Była dorodna, cechował ją ciężkawy nieco wdzięk jej
rasy. Była marzycielką. Kochała muzykę. Lubiła wspinać się na

98

drzewa. Osobista ambicja i dziedziczna pruderia sprawiły, że nie
poświęcała dotąd zbyt wiele uwagi mężczyznom.
Aleksander wybrał ją tak, jak książęta wybierali niegdyś swe
żony. Studiował jej fotografie, badał informacje, jakie mu do-
starczano na temat stanu jej zdrowia, jej studiów i jej charakte-
ru. Nigdy nie marzył o prowadzeniu zwykłego mieszczańskiego
żywota; spodobało mu się, że oto w taki sposób rzuca chusteczkę
pod nogi swej wybranki. Jednocześnie doceniał troskę przełożo-
nych o ułożenie jego życia.
Abdulrachmanow zażądał, by przedstawiono mu wybrankę
Aleksandra.
— Królewski kąsek — oświadczył, zbadawszy twardość jej
muskułów. — Łobuz ma niezły gust.
Pitman nie wyrzekł ani słowa. Każda pociągająca kobieta
wywoływała w nim odruch czułości i od nowa budziła jego na-
miętność dla grubej już Eliczki.
Powzięto tysiąc środków ostrożności, by spotkanie tych dwoj-
ga odbyło się potajemnie. Psar oświadczył wszystkim, nawet
swej wiernej sekretarce, że wybiera się na przejażdżkę statkiem
po fiordach Norwegii, kupił bilet lotniczy do Senegalu i pojechał
do Jugosławii, wynajmując BMW pod fałszywym nazwiskiem.
Jego firma dobrze to przygotowała. Romantycznie mały lecz
wygodny domek, po którego murach pięła się winorośl, domek o
dwóch łazienkach, wzniesiony na wzgórzu nad Adriatykiem,
otoczony kwitnącym ogrodem i oddzielony od szosy siatką pod
napięciem, czekał na pułkownika i przyszłą pułkownikową. Dy-
wany (Abdulrachmanow: dywany to bardzo ważne, usposabiają
do wylewności) wyścielały wielki salon o kamiennej posadzce.
Ściany o fantazyjnych załomach poprzecinane były czymś w ro-
dzaju otworów strzelniczych. W kącie naprzeciw kominka stał
fortepian, dalej kanapa wyłożona wyszywanymi poduszkami i
tuż obok gramofon, wyposażony w przynajmniej pięćdziesiąt
płyt, milczał tak jak milczą, w szczególny sposób, wszystkie

99

aparaty muzyczne (Pitman: to ważne, muzyka, apeluje do ser-
ca). W lodówce, prócz wielu innych rzeczy, znajdowały się cztery
gatunki kawioru i dwanaście rodzajów wódki (Abdulrachma-
now: trzeba, żeby mogli codziennie jeść ostrygi — Pitman: przy-
gotuję dla nich chałwę). Barek mieścił koniaki gruzińskie (ze
względów patriotycznych) i francuskie (dla ich smaku!). (Ab-
dulrachmanow: oby tylko nie zapomnieć o napojach! — Pitman:
trzeba pamiętać o butelce śliwowicy.)
Nie zapomniano też o dekoracjach. W sypialni Abdulrachma-
now kazał zawiesić Skradziony pocałunek Fragonarda, wypoży-
czony z Ermitażu, co było możliwe dzięki randze wielkiego czło-
wieka. Narzekali na to tylko niektórzy turyści (do dziś przy-
pominają sobie puste miejsce na ścianie). Pitman natomiast
polecił ozdobić ściany salonu rycinami rosyjskich romantyków.
Nad kominkiem umieszczono portret Feliksa Edmundowicza.
Miał on przypominać kochankom o ich misji. Lubiący tortury
asceta zdawał się wpatrywać w promienną przyszłość, oświetlo-
ną blaskiem płonących szczap. Pod obrazem wyczytać można
było sławetną dewizę: „Umysł chłodny, gorące serce, ręce zaw-
sze czyste”.
Obaj kompani cieszyli się po ojcowsku moszcząc gniazdko dla
swych agentów:
— Mam nadzieję — powiedział Pitman z przekonaniem — że
będą szczęśliwi.
— Nie mają innego wyjścia — skomentował Abdulrachma-
now, uśmiechając się złośliwie.
Zaraz po przyjeździe Aleksander nawiązał kontakt ze starą
wieśniaczką, która miała pełnić funkcję kucharki. Służyła nie-
gdyś u rosyjskich emigrantów, dzięki temu poznała dość dobrze
język i lubiła się nim posługiwać. Aleksandra wzruszyło spotka-
nie z tą rusofilską Słowianką z południa. W jej głowie car, opie-
kun prawosławia, mieszał się w przedziwny sposób z małymi,
mściwymi komisarzami jej plemienia, lecz mit „wielkiego brata”
z Północy nie stracił nic na realności. Szybko przywykł do sposobu,

100

w jaki zwracała się do niego: „Wasza Wysokość, towarzyszu puł-
kowniku”.
Aleksander nie znał do tej pory Jugosławii. To, co tu zobaczy-
ł, zaskoczyło go. Zawsze przekonany był, że Słowianie i ludy
śródziemnomorskie należą do dwóch całkiem różnych światów,
tymczasem odkrywał coś całkiem przeciwnego. Ten kraj rozcią-
gał się między Europą Środkową i Starożytnością, między
Wschodem i Zachodem. Była to jakby niewielka Rosja otwarta
na Morze Śródziemne, to znaczy synteza, w której przeglądało
się także i jego własne przeznaczenie.
Napełnił samochód naręczami kwiatów i pojechał na dwo-
rzec.
Ałła miała na sobie niebieski kostium i białą bluzkę o wielkim
kołnierzu. Szła wzdłuż peronu krokiem prawie męskim, z wyso-
ko uniesionymi barkami, świadoma swojej urody i zdecydowana
nie przywiązywać do niej żadnego znaczenia. Jej szare oczy wy-
rażały ten stan czujności, który powinien charakteryzować zaw-
sze oficera w chwili, gdy znajdzie się w obecności przełożonego.
Lecz kryły się w nich także bardziej marzycielskie, melancholij-
ne, kpiarskie ogniki. Z najwyższym trudem oboje tłumili w sobie
wielką ciekawość, którą tak bardzo chcieli zaspokoić. Przedsta-
wiła się z werwą:
— Kuzniecowa.
— Jest pani taka sama jak na fotografiach.
Spojrzała na niego:
— A pan wcale nie.
W jej szarych oczach błysnęła kokieteria.
— Nie?
— W rzeczywistości jest pan młodszy.
Chciał wziąć jej walizkę:
— Niech pan zostawi. Mogę ją sama wziąć.
— Wiem, że pani może, ale nie zgadzam się na to.
Puściła rączkę walizki. Ich dłonie zetknęły się.

101

Szli obok siebie w milczeniu, póki on nie zapytał:
— Czy nie jest pani zmęczona? Chce pani pójść od razu do
domu? Spać do jutra?
Spojrzała na niego. Jej powieki wydawały się odrobinę zmię-
te:
— Chcę robić to wszystko, na co pan ma ochotę.
Zatrzymał się:
— Ałła, ustalmy jedną rzecz. Jeśli będę chciał, żeby pani ro-
biła to co ja chcę, powiem pani o tym. Gdy jednak pytam, co by
pani chętnie zrobiła, pani powinna mi odpowiedzieć całkiem
szczerze.
— Zrozumiano.
Odebrał to „zrozumiano” jak szok. Było w tym coś pospolite-
go.
— No więc co sprawiłoby pani przyjemność?
— Nie jestem zmęczona. Chciałabym... zobaczyć miasteczko,
co? Pójść na spacer? Z panem, oczywiście.
Irytacja Aleksandra szybko się rozpłynęła. Ałła miała w sobie
coś z posłusznego, miłego pieska: „W tę uliczkę? Dobrze. Do
tego ogrodu? Doskonale”. Ale zarazem cechowała ją też godność
urzędnika. Jedno i drugie było wzruszające. Świadoma była, że
należy do elity tych, którzy wiedzą, jak trzeba się zachować w to-
warzystwie, umrzeć za ojczyznę, wytłumaczyć historię świata w
kategoriach walki klas. Czuła, że zasługuje na szacunek, wy-
magała, by okazywano jej respekt. Głupcy posługujący się chęt-
nie tym słowem uznaliby zapewne, że jest zanadto „elitarna”.
„Niewiele brakuje — myślał Aleksander z rozbawieniem — że-
bym to ja oburzył ją jakimś zanadto poufałym odezwaniem się
albo, przy stole, unosząc serwetkę jedną tylko dłonią”.
Po upływie godziny nieśmiałość Ałły, płynąca z różnicy stopni
oficerskich, rozwiała się. Dziewczyna stała się bardziej zwy-
czajna, rzuciła nawet w stronę Aleksandra kilka śmiałych spoj-
rzeń. Wcale nie próbowała go uwodzić, nie umizgała się do nie-
go, tylko oddychała tak, jak oddychają kobiety, które wiedzą, że
budzą pożądanie mężczyzn. I w dodatku gdy unosiła lekko

102

prawą brew, lewy kącik jej ust opadał troszkę w dół, co czyniło ją
szczególnie pociągającą.
Zjedli obiad na tarasie restauracji, pod gałązkami grabu.
Przed nimi rozciągało się fioletowe morze Ulissesa. Ałła śmiała
się, zadowolona:
— Jakie to romantyczne!
Aleksander przyglądał się jej uważnie, nie jako kobiecie — ten
egzamin zdała bez najmniejszego trudu, a zresztą Psar uważał,
że wszystkie kobiety są jednakowe — lecz jako przyszłej małżon-
ce i, jeszcze bardziej, matce jego mających się narodzić dzieci.
To, że energicznie służył światowemu komunizmowi nie głuszy-
ło wcale właściwej Aleksandrowi dumy należenia do linii przy-
wódców. Przeciwnie, był nawet zdania, iż właśnie społeczeństwo
komunistyczne przywiązuje większą wagę do rozpoznawania i
promowania przywódczych talentów. Liczył więc na to, że mali
Psarowie osiągną w przyszłości wysokie stanowiska w kraju,
zajmując należne im miejsce. Myśl ta nie miała w sobie nic sno-
bistycznego. To, że jego żona wyszła z rodziny chłopskiej, nie
przeszkadzało mu wcale, wymagał jednak, by była dobrze uro-
dzona w innym, głębszym sensie, by zdolna była zachowywać
pewną jakość życia, w stosunku do której szlacheckie nazwisko
pozostaje tylko symbolem, nigdy gwarancją.
Obserwował — dyskretnie, jak mu się wydawało — jej nad-
garstki, mocne i delikatne zarazem, zwracał uwagę na braki so-
wieckiej gramatyki, na smakowitą wymowę, pozbawioną drob-
nomieszczańskiej śpiewności, nie umknął mu brak biżuterii,
sposób, w jaki Ałła opuszczała głowę, patrząc jednocześnie spod
oka, co mogłoby być manierą, lecz nią nie było, czystość krótko
obciętych paznokci, troska o to, by nie mówić z pełnymi ustami,
pewność, że ma się zawsze rację w sprawach zasadniczych, i coś
w rodzaju pogodnej pokory, gdy w grę wchodziły problemy dru-
gorzędne; stopy duże, lecz nie ciężkie; umiarkowanie w jedzeniu
i zarazem rozkoszowanie się potrawami; wreszcie wspaniała

103

szyja. Zacytował żartobliwy wiersz Aleksandra Tołstoja:
Łabędzia szyja, szyja pawia,
Łodygi wdzięczny ruch.
Szyja radosna, wyniosła i godna,
Białego marmuru okruch.
Także i Ałła przyglądała mu się, zdecydowana spełnić swój
obowiązek, nie tracąc jednakże estymy, jaką miała dla samej sie-
bie. Dziwiły ją żarty, do których nie była przyzwyczajona. Jakiś
czas później powiedziała Aleksandrowi:
— Pan kpi sobie ze mnie przez cały czas.
Jemu tymczasem wydawało się, że odnosi się do niej z sza-
cunkiem i uwagą, może aż nazbyt podkreślonymi.
Po obiedzie wybrali się posłuchać piosenek. Aleksandra ude-
rzał kontrast między słowiańskim językiem i arabskimi melodia-
mi. Gdy wracali, reflektory samochodu oświetlały kaskady kwia-
tów; Ałła, w ekstazie, wyliczała ich nazwy, chociaż nie mogła
nawet dobrze rozróżnić kolorów. Aleksander, obojętny jak zaw-
sze na świat zewnętrzny, niezdolny odróżnić fiołków od mieczy-
ków, myślał o alchemicznym sekrecie, który zwiąże w jedno dwa
rody, jego własny i tej kobiety.
Ałłę zachwyciła „dacza”, o ileż obszerniejsza niż dwupokojo-
we mieszkanie, które zajmowała z matką w budynku KGB na
Stretence.
— Czy zna pan Stretenkę, Aleksandrze Dmitryczu?
Wyjaśnił, że nigdy nie był w ZSRR.
Nie chciała wierzyć własnym uszom.
— Ależ pan mówi po rosyjsku nienagannie! Czasem używa
pan nieco staroświeckich zwrotów, ale mimo to mówi pan
świetnie.
— Nie powiedziano pani, że jestem emigrantem? — po raz
pierwszy zrobił aluzję do okoliczności poprzedzających ich spo-
tkanie.
— Wydawało mi się, że wyjechał pan z kraju w dzieciństwie.

104

Odsunął się odruchowo; w stosunku do tych, których określa-
no jako „drugą emigrację” odczuwał zawsze podwójną niechęć.
Jako bolszewik widział w nich zdrajców, jako dawny emigrant,
którym pozostał, uważał ich za podrzędniejszy gatunek.
— Wyjechałem z kraju jeszcze nim się urodziłem — wyjaśnił.
Ałła przysiadła na uzbeckim dywanie i, mimo późnej godziny,
zaczęli mówić o sobie, on z oporami, ona całkiem płynnie, gład-
ko. Siedziała wyprostowana, ze skrzyżowanymi nogami, nie było
w niej ani nienaturalnej sztywności, ani ociężałości. Opowiadała
o swoich studiach i ambicjach, które, bardzo szczęśliwie, szły w
parze z jej wielkim pragnieniem okazania się osobą przydatną.
— U nas kobiety mogą się zajmować wszystkim. Być może
zostanę kiedyś generałem. Pan — dodała nie chcąc go urazić —
będzie marszałkiem. Czy chce pan herbaty? Albo kawy, jako
Francuz? Zaraz zrobię.
Objęła władzę w kuchni bez najmniejszego wahania i całkiem
kompetentnie. Przekonana była, że będzie chciał zmieszać kawę
z whisky, Aleksander zaprzeczył jednak ironicznie. Wreszcie
mogli mówić otwarcie o związku, jaki miał ich łączyć. Ałła zno-
wu usiadła na podłodze i piła herbatę —, ja piję już herbatę tak
jak się powinno pić, ale wyznam coś panu: nie udało mi się nig-
dy oduczyć mojej mamy zwyczaju trzymania cukru w zębach” —
on wyciągnięty na kanapie, odkrywający po raz pierwszy ciężkie
opary gruzińskiego koniaku. Pomyślał o zaletach francuskiej
cywilizacji.
Zbliżały ich do siebie patriotyzm oraz przekonanie, że system
komunistyczny zawładnie światem. Pewność tego zwycięstwa
budziła w niej wyłącznie radosne emocje: to tak, jakby się ocze-
kiwało szczęśliwego zakończenia bajki. Dla Aleksandra było to o
wiele bardziej złożone, tym niemniej życzył zwycięstwa partii, na
którą postawił. Pogodziło ich następujące sformułowanie:
— Służymy. Nasza działalność jest służbą.

105

O wschodzie słońca zbiegli na małą plażę. to znaczy całkowity zakaz spotkań ze względu na zacho- wanie sekretu. na jakie się im po- zwoli. No cóż. to nie była nią bardziej zgorszona niż miliony kobiet w ciągu mi- nionych wieków. W tej dziedzi- nie nic się nie zmieniło od czasów księcia Igora. że małżeństwa pomiędzy pracownika- mi KGB były jak najbardziej popierane i nie widziała nic niesto- sownego w tym. że potrafi znieść rozłąkę. 106 . Później Aleksander objął ją. Gdyby Ałła oceniła jego gest w sposób mało dla niego korzystny. i wykąpali się nago. skorzysta z prowizorycznych namiastek. Pitman nie sprecyzował liczby spotkań. Nie to. Nawet jednak gdyby brać pod uwagę najgorszą możli- wość. Ałła będzie wycho- wywała ich dziecko czekając. gdy łamie się chleb. Tego wieczoru spali oddzielnie. w skupie- niu. Myśl o niemowlę- tach w koszulkach napełniała go lękiem i niechęcią. pełen kurtuazji. Dla niego nie było to aż tak przerażające. nie będzie przez ten czas widywał Ałły. tak jak przy stole. aż skończy się misja Aleksandra i aż będzie mógł wrócić i zająć miejsce w rodzinie. gdy ten zacznie potrzebować ojcowskiego autorytetu i gdy można będzie wspólnie z nim bawić się ołowia- nymi żołnierzykami. Najkrótszy choćby okres na- rzeczeństwa wydawał się delikatnemu Aleksandrowi niezbędny. żeby wydawał jej się zniewie- ściały. inteligentny i tylko trochę mniej męski niżby sobie tego mogła życzyć. znajdował pewną przyjemność w wyobrażeniu. Ałła wiedziała dobrze. ale nie miał w sobie nic z kulturysty czy mocarnego cięża- rowca. ukrytą u stóp wzgó- rza. Na dodatek był przystojny. Jeśli zaś idzie o samą zasadę małżeństwa z rozsądku. Przeciwnie. Aleksander czuł. — W pierwszych latach — powiedział Aleksander — nie bę- dziemy się często widywali. Gdy trzeba będzie. Nie przewidywał też trudności z jej strony. będzie miała wkrótce sposobność przekonać się o swej pomyłce. że miała poślubić mężczyznę. którego przed- stawiono jej jako bohatera. miły. że pozna swego syna dopiero wtedy.

że oto spełnia się przeznaczenie i świat wraca do normy. I wchodząc do sypialni pukał do drzwi. jakbym już wrócił. że wszystko toczyłoby się inaczej. jaką odczu- wał dla innych kochanek: robię z ciebie użytek — zamieniała się w uwielbienie: jesteś moim pokarmem. Niekiedy małżeństwa z rozsądku mają najwięcej poetyckiego wdzięku.. że prawdziwy mężczyzna nie powinien się o to troszczyć. które słuchały jej przygód z sarkazmem i współczuciem zarazem.. I nigdy żadnego zgrzytu czy fałszu. stąd ten uroczysty nastrój. I chciał wiedzieć. Jednocześnie jednak mówiła sobie. Coś. Otwartość Aleksandra była dla niej czymś rozbrajającym. Przyłapywał się na tym. Przyjaciółki. póź- niej już. Pogarda. Pewnej nocy powiedział do niej cicho: — Czuję się tak. — Dlatego. My ślę. nie powiedziały jej nigdy. a nie z tym przeżytkiem epoki (jak mówią Rosjanie: bywszyj). do której nie nawykł — nie mam poczucia. czy jestem szczęśliwa. starszego od niej o dwadzieścia lat. że mężczyzna może być isto- tą tak ufną i tak bezbronną. i zresztą po cóż mu to wiedzieć? 107 . jakbym była świętym obrazkiem. jeszcze po- większało jego zapał. Oczekiwała czego innego. To. że jesteś Rosjanką. — Po raz pierwszy — powiedział jej ze szczerością. że popełniam cudzołóstwo. tak to ujmowała (oczy szeroko otwarte): — Obejmował mnie tak... gdyby miała do czynienia z prawdziwym bolszewikiem. od których dowiadywała się o dokonaniach ich ko- chanków. stawało się sakramentem.. opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciółkom. że była Rosjanką zmieniało w sposób zasadniczy sam akt miłosny. To niedyskretne. przenoszący się nawet do łóżka. co na ogół łączyło się tylko z przyjemnością lub z uczuciem ulgi. Gdy. że mamy się pobrać? — Nie. To stąd brały się jego względy. że szeptał tej nie- znajomej kobiecie słowa miłości. Ałłę wzruszały czułość i szacunek ze strony tego mężczyzny. Dlatego.. Przeświadczenie.

że się udusi od śmiechu. Ale to on. Na razie jednak była w nim zakochana. co zrobiłaś. tak że znalazła się wśród masy goździków. pomaszerowała w stronę portretu Feliksa Edmundowicza i odwróciła obraz twa- rzą do ściany: — Nie chcę. to za mało. gdy czytała w jego oczach. rozpłakała się: — Sasza. gdy ona. że ona nie umie przyrządzić pierogów tak jak trzeba i gdy utrzymywał. jeszcze ten drobiazg”. gdy przyłapała go na polerowaniu pilniczkiem paznokci. że. Śmiała się. Przytulała się do nie- go w uniesieniu. przez łzy. że jej pragnie. Śmiała się z przyjemnością. Już w Paryżu ten pułkownik Komitetu Bezpiecze- ństwa Państwa kupił sygnet i zaniósł go do grawera. Odpowiedział jej poważnie. gdy wychodziły na jaw jego luki w znajomo- ści marksizmu-leninizmu. Rozpłakała się jeszcze raz. Gdy trzeba się było rozstać. ale i wzruszony. Zamówił u 108 . Nie masz mi za co dziękować — mówiła naiwnie. Dziękuję ci za to. na ogół umiarkowany w wesołości. zanim znalazła się w jego ramionach. tym razem z wdzięczności: — Ja przecież tylko wykonałam mój obowiązek. „Ach. mówił sobie Aleksander. Klejnot. zabierając się do powrotu. Śmiała się. gdy pokazał jej z dziesięć buteleczek perfum. spośród których miała wybrać prezent dla siebie. Śmiała się. Śmiała się. jestem twoja. gdy twierdził. Odprowadził ją na dworzec i umieścił w przedziale. jaki kiedykolwiek wi- działa. W szka- tułce znajdował się najpiękniejszy klejnot. gdy uniósł ją w ramionach i przerzucił przez okno. obsypując ją kwiatami i czekoladkami. myślał. nieomal rozba- wiony: — Nie dziękuję ci za to. jak sądzę. gdy tylko wspomniał o przyszłości: ile dzieci? jak je nazwać? gdzie będzie- my spędzali nasze wspólne urlopy? Śmiała się za każdym razem. że rewolucja zabiła rosyjską kuchnię. z radością. miałaś w tym przyjemność. żeby stary na nas patrzył. Wybuchnęła śmiechem. nago.

. prawie nagie. Malenkowa. i skrzyżowane złote rózgi. Jeżeli ktoś napisze jego biografię. Jagoda (rozstrzelany). gdy tylko urodzi się ich syn.. Abdulrachmanow poprawił swoje spłowiałe czerwone kąpie- lówki i spojrzał w dal. Czuł piasek w butach. bardzo mi przykro. Po raz pierwszy podwładny ujrzał ciało swego przełożonego w całej okazałości. Czuł się odpowiedzialny także i za to. Zaskoczyła go ciemna barwa skó- ry — tylko czaszka zachowywała swą oliwkową bladość — wgłę- bienia kręgów i chuda szyja. bardzo niedobrze. rozciągniętych na anatomicznym stole. An- dropow (w jaki sposób on skończy?). w kolorze naturalnym. zwrócone w lewo. w mundurze. w dziewięć miesięcy po jugosłowiańskim epizodzie. mój emaliowany Jakubie Mojsieje- wiczu. zanim przeniósł się do swej „pu- stelni”. Jego przełożonymi byli Dzierżyński (przeniesiony na inne stano- wisko). herbu. urodzony na początku stulecia. Pitman stał przy nim. na widok której myślało się o zwło- kach. Tam właśnie odnalazł go Pitman. Był wynalazcą nieprześci- gnionej broni współczesności. Jeżow (powieszony na drzewie w szpitalu psychiatrycznym). na widok którego zadrżeliby zachodni heraldycy: psie paszcze. Chruszczowa i Breżniewa. służył pod roz- kazami Lenina.niego wyrycie na owalnej tarczy sygnetu herbu rodu Psarów. Ge- nerał zacytował Lermontowa: — Samotny biały żagiel. — Mohamedzie Mohamedowiczu. — Urodziła się córka.. Ten człowiek.. Beria (zlikwidowany). Generał Abdulrachmanow. Patrzył na kołyszące się palmy. Na horyzoncie widać było żaglówkę. Szelepin (zdjęty ze stanowiska). zażywał kąpieli słonecznych na plaży w Soczi. — To bardzo niedobrze. Pośle go dla Ałły. w której chciał dożyć końca swych dni. 109 . Mruczał coś pod nosem. Semiczastny (zdjęty ze stanowiska). Stalina.

Gdyby to był rozkaz. Pitman. który pożegnać można tylko pożegnawszy się z życiem (i nawet to nie było cał- kiem pewne). Jego ogromna klatka piersiowa. że jego sugestia nie będzie przyjęta. formalnie rzecz biorąc. Święci nawzajem okazywali sobie zaufanie w sprawach służbowych idące tak daleko. W ta- jemniczy sposób — tak że nawet Pitman. Słowa te bardziej przypominały zaklęcie niż rozkaz. który nie został jeszcze przyjęty do wąskiego grona „Teoretyków”. że narodziny jednej córki nie zaspokoją jego potrzeby zakorzenienia się w czasie i w przestrzeni. Tymczasem teraz Pitman miał przed sobą zaledwie wielkie brązowe cielsko piekące się w promieniach słońca. Od razu jednak zdał sobie sprawę. Każde spotkanie z Ałłą stanowiło ryzyko dla Aleksandra. Był posiada- czem wysokiego stopnia wojskowego i służył w organizacji poli- cyjnej. na- rażało jego misję. Tyle że tam.okaże się. że był kimś w rodzaju europejskiego Sun Tsu. gdzie obaj oni operowali. Jednakże było oczywiste. że Abdulrachmanowowi nie przyszłoby do 110 . Liczył się wyłącznie departament. uniosła się i wydała z siebie tchnienie: — Niech to będzie syn. czy był w stanie spłodzić chłopca. Zamknął oczy. ani o kadrach rezerwowych. Było to coś w rodzaju obcowania świętych. z powołania jednak był czarownikiem. Pitman nie miałby może dość odwagi. nie mu- siałby brać go pod uwagę: zasadniczo Abdulrachmanow opuścił już organizację. pocięta zebrą żeber. — Cóż — powiedział — mogą przecież próbować tyle razy. nie ogarniał tego do- brze — człowiek ten rządził światem. Całe jego życie ubiegło na robieniu sztuczek. ani o aktywie. Poza tym nie było wiadome. Abdulrachmanow nie wahał się wcale. nie moż- na już było mówić ani o hierarchii. by uciec się do roz- wiązania całkiem oczywistego. ile będzie trzeba.

jak jej się zdawało. w palącym słońcu. którego jakoś tam kochała i za którym. ostatnia wola podporucznika marynarki została już spełniona: cząstka jego ciała „powróciła”. .głowy zapytać. Małą Kasię wychowywała babcia. W pewnym sensie. Rzecz jasna listy te przechodziły przez ręce pułkownika Pitma- na. niepotrzebnie i w dziwnie nieokreślony sposób tęskni- ła. tatusiu. Ałła bez skrupułów wykonywała instrukcje. pomyślał. przysiadł obok grobu: — Teraz. Synek porucznika Jermakowa z drugiej dyrekcji fotografowa- ny był bardzo często. jakie wysyłała swemu kochankowi. czy przypadkiem nie zawiadomiono już ojca o narodzinach córki. Należycie wprowadzony w błąd Aleksander wybrał się na grób do Sainte-Geneviève. Kapitan Kuzniecowa otrzymała dokładne instrukcje co do treści listów. Z gołą głową. który wyrażał zgodę na ich wysłanie. Ałła tymczasem zaczęła żywić pretensje do tego mężczyzny w śred- nim wieku. pojawił się nowy Dymitr Aleksandrowicz.

3 JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA Dokładnie w trzydzieści lat od chwili. brzy- twa wyczyszczona po goleniu — wszystkie te przedmioty ułożone były starannie i nic nie chciały zdradzić na temat ich właściciela. Był to kompletny i nigdy nie przeglądany zbiór wydań Plejady. To samo w łazience: starannie osu- szone mydła. że jest to ktoś dbający o porzą- dek i zamożny. Można było domyślać się tylko. że dekorator co prawda proponuje. kiedy na wieży Notre Dame przyjęty został do służby. jedną ze ścian. Psar otworzył oczy w mieszka- niu na jedenastym piętrze eleganckiego domu w Suresnes. Jeden tylko przedmiot wyłamywał się z ogólnej banalności 112 . powtarzały to samo. Także książki. Nie był jeszcze całkowicie rozbudzony. pokry- wała układająca się w fałdy firana. z którego talentu można było być dumnym. Pod stopami ścielił się jedwa- bisty dywan. szczotki. ustawione w salonie. szklaną płytę. ani w przylegającym do niej salonie nie znać było żadnego z tych śladów osobowości. Harmonia delikatnych odcieni niebieskiego i stłu- mionych beżów świadczyła o dekoratorze. lecz decyzje podejmuje lokator. które przekonują gościa. Sypialnia była ogromna. w których nie tkwiły kłębki włosów. Ani w sypialni. lecz coś podpowiedziało mu od razu: — Od dzisiaj zacznę wracać.

Wszystkie te jednak zastrzeżenia nie mogły w naj- mniejszym nawet stopniu podważyć decyzji. Czerwony wskaźnik migotał co jakiś czas. na jaką mu do tej pory pozwalano. jak zniesie tamtej- szy klimat. Nie miał zamiaru jej zmieniać. powziętej przed trzydziestu laty. z ludźmi innej kategorii. Przy goleniu myślał znowu o dziwacznej scenie. do którego przywiązał się od lat — czy tam w ogóle są kraw- cy? — i będzie musiał wziąć inny samochód. nie znalazłeś jeszcze? — Aleksander zwrócił się po rosyjsku do towarzysza swych nocy. Gdy wychodził z łazienki. — Co. podjęta była właściwie od zawsze. iż znalazł wreszcie rozwiązanie. Straci kraw- ca. komputer przestał mrugać czerwo- nym okiem — oznaczało to. Sieć znajomości. Były to szachy elektroniczne. wobec których nie będzie wykonywał miłego posłannictwa oszusta. z uwagi na kłopoty z częściami zamiennymi.dobrego tonu. choćby w jego drobiazgach. będzie musiała ustą- pić miejsca uzależnieniu. tkana przez niego cierpliwie latami całymi. luksusu nie tyle nawet material- nego — bo tego mu nie zabraknie — ile wyrażającego się w na- wykach. — F6: właśnie tak jak myślałem. zdmuchnięta zostanie jak pajęczyna zmieciona przez szczotkę. w wieloletnich czynnościach i zwyczajach. o ogromnych figurach z rzadkiego gatunku drewna. która roze- grała się wtedy na szczycie Notre Dame. Pewna nieza- leżność. Nie wiedział nawet. Aleksander znał ripostę już od poprzedniego wieczoru. Decyzję swą podjął dawno temu. Nie dorównywał mu obecny czerwiec. Tam nie odnajdzie za- pewne takiej wygody życiowej. w regularnych odstępach. i na nim też spoczął wzrok budzącego się Alek- sandra. w odurzeniu i migota- niu tamtego upalnego czerwca. A przecież nie jest rzeczą łatwą dla czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny zmienić na- gle bieg życia. Podniósł się z łóżka. Będzie musiał nawiązać nowe sto- sunki i znajomości. Na- tychmiast ją zaprogramował: 113 .

zadał sobie trud zadzwonienia do re- daktora naczelnego pisma: — Wybory już za nami. ta jednak należała do jego „orkiestry” i lubił ją prze- rzucać. mówiąc o mojej linii redakcyjnej. uchodzący za pismo prawicowe. Miało to znaczyć: zadał mi pan cios poniżej pasa. co mówił. do garażu. Wierzył w to. znająca go od dawna. Tak samo jak i ja jest pan potomkiem klasy panów. Słysząc nalega- nia Psara westchnął. — My obaj dźwi- gamy jarzmo ciężkiej przeszłości. Jean-Xavier. wręczyła mu «Niezależny Dziennik». gdy samochód uwięziony był w korkach. Prowadził dziennik. Kupił ją niedawno i miała to być symboliczna aluzja do alfy. — Jak pan to wszystko godzi? — pytano go nieraz. a więc. W trakcie jazdy odnalazł prawą ręką literacką stronę dziennika. to już ostatni moment! Przecież wczasowicze w Sa int-Tropez nie będą się trudzili lekturą podobnie pracowicie udokumentowanej książki! Zobaczy pan zresztą. Zatrzymał się na moment na przejściu dla pieszych i obniżył szybę okna.. mrucząc pod dotykiem jego ubra- nych w rękawiczki dłoni. Aleksan- der.. Zjechał do betonowych wnętrzności budynku. Teraz omega. nie była już nawet wyskokiem. wkrótce zaczynają się wakacje. Jean-Xavier de Monthignies lubił pozować na człowieka le- wicy. Lu- bił swoją bordową omegę. «Niezależny» nie ogłosił był jeszcze artykułu o Słowniku dyktatur. Z ko- nieczności musiał poruszać się zygzakiem. Sprzedawczyni gazet. odpo- wiadała jego pozycji. że Słownik jest napisany całkowicie w pańskim duchu. — Ja godzę zwaśnionych — odpowiadał błyskotliwie. — Masz teraz cały dzień na zastanowienie się. którą kupił okazyjnie dwadzieścia pięć lat temu. który był ojcem chrzestnym tego dzieła opublikowanego przez wydawnictwo Lux. Inne gazety znajdował rano na swo- im biurku. co chce pan powiedzieć — odparł. — Wiem. 114 . Prawie w to wierzył.

nieukrywany cel: narzucenie własnej doktryny całemu światu”. W gruncie rzeczy wystarczyło pozwolić działać takim jak on Minquinom. że po- święcając tyle samo czujnej uwagi ZSRR i Paragwajowi daje do- wód obiektywności. liczba miesz- kańców: 240 milionów. iluzjoniści niższego szczebla uważali się za ludzi rzetelnych! Autor Słownika dyktatur przekonany był. Wszystkie opisywane państwa przedstawione zostały na tej samej ilości stron (wiem. Co najdziwniejsze. karanie za wypowiadanie przekonań. Trzeba powiedzieć. co mu się należy”. — Na wstępie autor definiuje kryteria re- żimów dyktatorskich. poważny dziennikarz. bo liczyłem). Cień uśmiechu przemknął przez nieco końską twarz Aleksan- dra Psara. gdyby za- pomniano. że jest potomkiem wyzyskiwaczy. Uważał za godne podziwu. I oczywiście Minquin wpadł w tę pułapkę. znajdował zawsze bez trudu iluzjonistów niższego szczebla. i omawia je. „Książka obfituje w nowatorskie sformułowania — pisał Hugues Minquin. Dał jednak słowo i w takich wypadkach — jako redaktor na- czelny — dotrzymywał słowa. Oto ich przykłady: poddanie sądownictwa pod nadzór władzy wykonawczej. Słownik dyktatur omówiony zo- stał w artykule zajmującym pół kolumny. przechodząc kolejno wymienione po- wyżej kryteria polityczne. Jean-Xavier de Monthignies nie czułby się dobrze. że Związkowi Radzieckiemu dostało się. W rezultacie obok siebie znajdowały się hasła: „baza materialna i techniczna komunizmu. 115 . że. ponad którą falowały bujne brązowe włosy Febusa. nie sposób jednak nie wyrazić uznania dla obiektywizmu autora. oraz: „liczba mieszkańców: 3 miliony. Miało to być rekom- pensatą za opóźnienie w publikacji recenzji. Nie musimy podzielać jego przeko- nań. młody. palących się do przyjęcia odeń magicznej pałeczki. cel: przetrwanie”. będąc poniekąd zawodowym ilu- zjonistą. różnego ro- dzaju dyskryminacje. którym przysługuje określenie «dyktatury». monopartyjność. Następnie autor wylicza trzydzieści trzy państwa. stosowanie presji fizycznej w trakcie prze- słuchań.

pozwalała im tkwić w ukryciu. Anonimowość pisarza. i nic więcej. odczuwając przyjemność nieco tylko zabarwioną poczuciem wyższości — zobaczę wkrótce Pit- mana. by żądać „powro- tu”. jaką wspólnie prowadzili. gdy toczymy kulę po stromym stoku. stanowiące cząstki rękopisu docierały na Zachód. Nie ryzykowali dekonspiracji. Jakub Mojsiejewicz nie omieszkałby w tym miejscu zacyto- wać Sun Tsu: „Należy wyciągać korzyści z sytuacji jak wtedy. do którego kierowano dysydentów. uwięzionego pośród 116 . uśpionym od tylu lat. „Cóż — pomyślał Aleksander. a zyski nieobliczalne”. Prawdopodobnie autorem pracy był jeden z więźniów Szpitala Specjalnego w Leningradzie. Ponieważ zaś byli Francuzami. „Żelazna Maska” — bo tak nazy- wano nieznanego autora — stała się może nie gwoździem sezo- nu. natrafiał tylko na drugi i trzeci stopień ak- tywności. które przeszły już przez odpowiednie „pudła rezonansowe”. Pewna jednak wiadomość przyciągnęła jego uwagę. nawiązujący jakby do typu wschodniej bajki. których nie znał i zapewne nie po- zna nigdy. który go zainteresował. jako że gra. za- kładu psychiatrycznego. jaką w to wkładamy. jest minimalna. który nie miał ani imienia ani oblicza. ludzi. coś drgnęło. ale w każdym razie budziła sensację. sentymentalnego. że wszystkie składniki tej sprawy. Dzisiaj nie udało mu się odszukać śladów interwencji „pierwszego stopnia”. Przeglądał wciąż «Niezależny Dziennik» leżący na fotelu obok. wszystko to ekscytowało prasę. W jego sercu. żeby móc odczytać jakiś tytuł. to jest sytuacja tego człowieka. to jest na tony. Cały czas prze- prowadzał selekcję: najbardziej zajmowało go śledzenie pracy jego współtowarzyszy. Nowa stronica dzieła pod tytułem Rosyjska prawda dotarła do wy- dawnictwa Mewa w Rzymie. a także koloryt literacki dzieła. przebiegłego Pitmana”. okoliczności. potem uderzał w nie dłonią. w jakich tajemnicze kartki. Trzeba powiedzieć. siła. nie mieli żadnych powodów. Miął kolumny gazety. nic sensacyjnego.

ale i współczesnego. wy- starczały do zbudowania z nich nie tylko klasycznej tragedii. cała groza i litość tego losu. w Agencji. niosła go na wysokość pierwszego piętra. Umo- wa dawała mu też prawo do parkowania samochodu w podwór- cu starej rezydencji. Misja jego nie była narażona na szwank. Małgorzata była już na miejscu. Po- mieszczenie to. którą obecnie zajmowały różne firmy. w Agencji. gdy ta nosiła jeszcze nazwę „Czte- rech Prawd” i zajmowała dwie izdebki na poddaszu kamienicy przy bulwarze Beaumarchais. to o co chodzi w tej operacji?” Niestety. jedna po drugiej. Zaintere- sowanie Aleksandra „Żelazną Maską” miało charakter raczej zawodowy niż sentymentalny. lubił jed- nak klatkę schodową tego budynku z końca XVII wieku. jako że inteligencja paryska rzucała się na zastawione przez niego przynęty jak piranie na 117 . jednoczyło w sobie przepych z aurą pewnego za- niedbania. «Niezależny Dziennik» nie podawał w całości tekstu ostatniej przesyłki. że chodziło w niej o ukarany dzwon (sic). Zadawał sobie pytanie: „Czy to robota naszej dyrekcji? I jeśli tak. wewnętrznymi okien- nicami wykrzywionymi przez wiek i skrzypiącym pod stopami parkietem. Aleksander wzdrygał się na wspomnienie całej armii nieudolnych sekretarek. co było w najlepszym guście. Połowę swego życia spę- dziła tu. ozdobione szarymi panneaux w stylu Trianon (z których nie wszystkie były autentyczne). post-romantycznego melodramatu. Alek- sander nie przepadał wprawdzie za Paryżem lewego brzegu. zanadto już przesyconym intelektualistami i handlem. że poniósł klęskę. rozkładając przed nim niewidzialne prawie stopnie. W tamtych czasach Aleksander myślał już. Gabinet Aleksandra mieścił się przy ulicy de Verneuil.chorych umysłowo i niewątpliwie poddawanego zabiegom nie- wiele odbiegającym od tortur. finansową w każdym razie. Wiadomo było tylko. które następowały po sobie. która. Małgorzata miała lat czterdzieści. w większym pokoju.

ozdobionych kwietnymi motywami. W momencie gdy pojawiła się Małgorzata. Dzwonił pan de Monthignies. jak być powinno. Aleksander rzucił swą wypchaną aktówkę na empirowy stół. a nawet znalazł przyjemność przepro- wadzając jakąś korzystną transakcję. znać było jeszcze ślady dłuta. podczas gdy Aleksander dla spraw handlowych żywił pogardę typowo żołnierską. Pitman zaapelował do jego ambicji w sposób zupełnie genialny: — Myśli pan. którym nieco niecier- pliwie posługiwał się robotnik trzysta lat temu. Kazał wyłożyć ściany boazerią. Na krawędziach gzymsów. a której nie dawał jednak za- panować nad własną wyobraźnią. To ostatnie było o wiele poważniejsze. wiszącej nie w ką- cie pokoju. że Aleksander zabrał się do prowadzenia finan- sów z konieczną energią. czy jest pan zadowolony z artykułu. gdy wchodził do biura i uśmie- chała się do niego z rewerencją. Pitmanowi zależało bardzo na tym. tak że oryginalne panneaux. Wkrótce opuści tę dekorację. a także do przeprowadzki w bardziej literackie rejony i zmiany nazwy z „Czterech Prawd” na „Agencję Literacką Aleksandra Psara”. że sprawne zarządzanie nie jest jednakowo po- trzebne w firmie i na pokładzie kontrtorpedowca? Sprawiło to. która dawała mu tyle zadowolenia. — Wszystko w porządku.kawałek mięsa. na przemian prostokątne i owalne. doszło właśnie do poprawy materialnej sytuacji przedsiębiorstwa. pojawiały się w otoczeniu ciepłej różowości naturalne- go drewna. Chciał wiedzieć. Jak zwykle rzucił okiem w kierunku ikony. Małgorzato? — Dzień dobry panu. a na to jeszcze złożył rękawiczki. — Poczta jeszcze nie nadeszła. mieszczącego się w pokoju węższym i dłuższym niż biuro Małgorzaty. Wstawała zawsze z krzesła. żeby firma przynosiła zysk. — Niech pani będzie tak dobra i połączy mnie z nim. lecz płasko na ścianie: miało ją to 118 . Przeszedł do własnego gabinetu.

przecinek. zakrywający usterki starego parkie- tu. Data dzi- siejsza. że jego gabinet nie był utrzymany w jednolitym stylu i cieszył się z tego. Odstęp. kaukaski dywan. spoczywającą od paru dni w ko- szu z naklejką „Odpowiedzieć”.00 — obiad w „Petersburgu”. jako że seria ta na stawiona jest na problemy aktualne. dysydent.30 — Panna Józefina Petit. Obiecał pan zajrzeć do biura po filmie. Małgorzato. — Pomóż nam tylko troszeczkę — zwrócił się do niego Alek- sander. Wydaje mi się natomiast. zaprasza pan „Divo”. Zajrzał do kalendarzyka: 10. (Ma jakiś pomysł. zreda- gowana w języku rosyjskim. Do- strzegł ręcznie pisaną epistołę. 15. do której pan nawiązuje. którą mi pan przysłał wiedziony dobrą intuicją żywo mnie zainteresowała. Zainteresowała mnie. Włączył dyktafon: — Do pana Walerego — uwaga na ortografię. Nie sądzę. Otworzył teczkę z papierami do podpisa- nia i złożył podpis pod dwoma listami. (Psychoanaliza terroru. Praca „Dekabryści”. Spojrzał na zegarek. Była to jego poranna modlitwa. Był to Zbawiciel. Szanowny panie.) 13. by nadawała się do serii Białej Księgi. mahoniowa szafa bi- blioteczna. Zgromadzone tu sprzęty nasuwały na myśl pokój do pracy.30 — Pan Aleksy Lewicki. nie. proszę porównać z oryginałem — Miagkoserdecznego. aba- żury i podwójne firany ciemnozielone. nie żywo. jeden z nich wielki. Kanapa pokryta była też czerwoną skórą. gdyby nie. Nie chciał ujawniać szczegółów.. które tam znalazł. para czerkieskich kindżałów na ścianie. 119 . drugi mały. ciemnoczerwony. który jego ojciec miałby w mieszkaniu przy ulicy Gwardii Kon- nej. ukryty pod pozłacaną blachą ze srebra.10 — pokaz filmu Topaz w kinotece.zdegradować.) 11. Rozsiadł się w swym fotelu z angielskiej skóry. przecinek. Wiedział..

nie. ilość służących. Od- stęp. Odsyłam więc panu rękopis z na- dzieją. u tego samego wydawcy. które zażądały. Telefon zabrzęczał poważnie: — Pan de Monthignies na linii. że prowa- dzę. Żałuję tylko. by wolno im było towarzyszyć mężom na wygnaniu. Wzbudziło ono przecież tak wiele reakcji pozytywnych. czyż nie. Proszę przy- jąć najlepsze. przez powieszenie. i na wygnaniu zachowywali się w sposób tchórzliwy. Trzeba by też podkreślić poświęcenie kobiet. Wie pan. bez przerwy zerkał na zegarek — zadzwoni pani do madame Boïsse. Warunki ży- ciowe dekabrystów. nie. Na- leżałoby może zwrócić większą uwagę na nadużycia. a jednak byłoby może rzeczą właściwą ukazać to przedsięwzięcie w bardziej przychylny spo- sób. Odstęp. jakie ich dotknęły — pięć kar głównych. nie odbiera to przecież szlachetności ich planom. taka jest przynajmniej moja pierwsza reakcja. Wreszcie zdaje mi się. przeci- nek. że. że prześladowania. że w wypadku niektórych spośród nich ambicje osobiste odgrywały ogromną rolę. nie mają nic do rzeczy. Kropka. jak pan pisze.. które chcie- li oni naprawić i nie kłaść tak wielkiego nacisku na ich brak kompetencji.. wykrzyknik — domagają się bardziej dramatycznego rozwinię- cia. prawdą też jest. To prawda.. dekabrystów z dużej litery — w niezbyt korzystnym świetle. iż nie mieli zamiaru uwolnić własnych poddanych — nie należy to w gruncie rzeczy do te- matu. że niebawem znów ujrzę go na mym biurku. Jak skończę — Aleksander zerknął na zegarek. ich wygody. że postanowił pan ukazać bohaterów powsta- nia dekabrystów — no trudno. i tak dalej. i tak dalej. że mam wpływ. i w więzieniu. że książka mogłaby ewentualnie ukazać się w serii Geneza Rewolucji.przecinek. że. Gruby Monthignies był jak zawsze zalękniony: 120 . że. — Dziękuję. że mam czasem coś do powiedzenia jeśli idzie o dobór książek do tych dwóch serii.. Odstęp. Należałoby też przemilczeć fakt.

które były taką mordęgą. Nie będzie sobie nawet zdawał sprawy. Wszystko po- toczy się lepiej jak tylko znajdziemy się za miesiąc w R. — Jean-Xavier. — Nie przesadzajmy. Jean-Xavier. zostało wykalkulowane przez Aleksandra. pan jest kozakiem. — Jak tam. Chciałbym. Jeśli o mnie chodzi. osaczenie ludzi w Związuniu. że został zwerbowany. wszystko w porządku? Zrobiłem ile się dało. — Podzielam pańskie cierpienie. — Niech pan słucha. Aleksandrze. — Sam zresztą też zajrzałem do tej książki. Są jednak i inne na świecie i Minquin jest całkowicie obiektywny. jakim było dzwonienie do kochanki za pośred- nictwem sekretarki. hę. — Rzecz jasna. hę. reakcjonistą. że nie ma pan serca. Hugo Minquin był doskonałym kandydatem na „pudło rezo- nansowe”. Co najwyżej jest to dla pana czymś w rodzaju hamulca. z którym się nie obnoszę. — Sprawi mi pan przyjemność — powiedział Aleksander — przyprowadzając na obiad Minquina. Usłyszał głos Małgorzaty. mówiącej swobodnym tonem: — U madame Boïsse dzwoni telefon. Garota w Hiszpanii. Hugo Minquin świetnie sobie poradził z tym tematem. tego serca. 121 . przymiera głodem. Tu miał rację. Pana nie niepokoi głód na świe- cie. dziękuję panu z głębi serca. To okropne. Rozmowę zakończyła wzajemna obietnica wspólnego obiadu przed wakacjami. hę. — Może panu będzie lepiej. Grubiaństwo. Żyjemy w strasznych czasach. Najbardziej mi się podobał fragment o karnych szpitalach psychiatrycznych. pan zawsze myśli wyłącznie o tyranii so- wieckiej. pozosta- li. ale my. to mnie to przeszkadza w cieszeniu się ży- ciem. Dwóch ludzi na trzech.. Być może to nie pańska wina. żeby wszyscy byli zadowoleni..

— Wszystko w porządku? — Doskonale. skoro nauczono go troski o stwarzanie pozorów. Czy mogę zajrzeć dzi- siaj wieczorem? — Życzenie mojego pana jest dla mnie rozkazem. Jeśli jego telefon był na podsłuchu. odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. to „ty”. Aleksander odłożył słuchawkę. pomyślał. że ma tego wie- czoru nieco konspiracyjną — a więc niewinną — randkę. starał się być wirtuozem w tej dziedzinie. tym lepiej. — Właśnie: usiłuję utopić moją frustrację w alkoholu. która wynalazła rosyjski język i knut! — Słuchaj. — Niech pan będzie spokojny. Oto postawił pierwszy krok w drodze powrotnej na wschód. które pojawiło się jakby w wyniku roztargnienia. „Za- biorę kindżały”. Boli mnie głowa. — Przecież nie zawsze pije pani przeze mnie. nie jesteś chyba poważnie chora? To nagłe zaniepokojenie. Była trochę tęga w 122 . ale. Jeśli nie. — To już dziesięć dni. która dużo paliła. przynajmniej Małgorzata będzie wiedziała. Będę dziś wieczór w dosko- nałej formie. palec musnął me- chanizm przekładni. Załatwione. — Pani frustracja wkrótce się skończy. Nie ma lepszego lekarstwa na pa- ni dolegliwości... — Jessica? — To pan? Głos osoby. Po rosyjsku mówi się na to opochmielit'sia. Jessica. ale w rzeczy- wistości procedura — i proces — zostały puszczone w ruch. straciłam czucie w ustach. — Cóż za język! Jak można należeć do rasy. Pan się śmieje. brutalu? Ale to z pańskiej winy. — Zawsze. Małgorzata przyniosła dzisiejsze gazety. Pitman popełnił lekki błąd. Nie wątpił w dyskrecję Małgorzaty. Nic pozornie nieodwołalnego. — Napijemy się wódeczki.

Pewna siebie. jego sprawcami są wówczas ci. Aleksander przysunął do siebie grubą teczkę z niebieskiego kartonu.biodrach. Maszynopis nadto starannie przygotowany świadczy o tym. których określa się mianem terrorystów. kupowane pod dobrym adresem. uważającego się za zapoznanego geniusza.. lecz nie powinno się zacierać gra- nicy między nimi. zaznaczone były tak grubym pisakiem.. wystarczyłaby i na to). Terror odczuwany mo- że paraliżować masy. Skreślenia. Nade wszystko zaś. że nie dało się odcyfrować pod nimi po- przedniej wersji tekstu. Dwadzieścia siedem lat. zawsze dobrze zestawione. Nieczytelny ma- szynopis charakteryzuje autora. niech Bogu będą dzięki. spódnice z szarej flaneli. iż ma się do czynienia z kimś.. jaką wypłacał jej Aleksander. Dobrze się ubie- rała: suknie w kolorze jesiennych liści. Terror narzucony może być dziełem despo- tycznego rządu. na której wielkimi literami wypisany był tytuł: Psycho- analiza terroru. na przykład w dekadenckim systemie liberalnym. Jeden związany jest z drugim. Józefina Petit nie popełniła żadnego z tych dwóch błę- dów. że jego autor chciałby sugerować. lecz może też brać się z dołu. Mamy do czynienia z dwiema odmianami terroru. jakie wprowadziła do tekstu. Jedność myśli i wykładu podobały się Aleksandrowi i zarazem 123 . ciemnoczerwone sweterki w dobrym guście. bluzki klasyczne w kroju. a może nawet. nie nosiła nigdy spodni. lecz poruszała się zgrabnie i każdy inny mężczyzna zwróciłby na to uwagę. skrojone przez krawca (pensja.. Pierwsza stronica zaczynała się w taki oto sposób: Istnieje terror. jak się to dzieje w systemie totalitarnym. ale może też być odczuwany przez elitę rządzącą. miała zbyt obfity biust. nieco przed czasem. który się odczuwa i terror. — Przyszła panna Petit. kto wie. ciemne błękity. który się narzuca. — Jak wygląda? — Hmm. kto już opublikował książkę.

stanowiące istotę jego zajęcia. nie ma się gdzie ukryć. Cza- rodziejskie sztuczki. ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język. człowieka czynu: „Uczono mnie. zginie z braku powietrza. co chcemy zniszczyć: myśl. W rezultacie garstka greckich pułkowników. jej oburzenie rozrzedziło się nie- co. Panna Petit żywiła poglądy liberalne i terror pod każdą postacią był dla niej czymś odrażającym. Język tymczasem. Pomimo bowiem strat. że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka. Podobnie jak w Słowniku dyktatur. Autorka posługiwała się ogólnie znanymi po- jęciami i jednocześnie wykraczała poza nie. jeśli chce się zniszczyć myśl. musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy. a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. gdy jeszcze uważał się za teoretyka. którzy rządzili 124 . mogła wywrzeć na publiczności czyta- jącej pożądany skutek. że Psychoanaliza terroru. Na zakończenie posłużył się. dzięki czemu zniszczymy to. Tekst wywarł wraże- nie na Aleksandrze-miłośniku literatury. znajdowały wyraz raczej w języku niejasnym i zagmatwanym. ponieważ nie zdążył zamienić się w wykonawcę. Aby to osiągnąć. zwycięstwo będzie bliskie”. Sam pisał na ten temat. które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z or- tografią. z młodzieńczą werwą.żenowały go. sformułowa- niem. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywoła- nia procesów gnilnych w języku. wspólny dla całej zbiorowości. tak- że i tutaj metoda równych części święciła triumf. choć pisa- na językiem klarownym. wprawił w zakłopota- nie Aleksandra-specjalistę od techniki wywierania wpływu. Przez to jednak. myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. jakie zadały jej mass media. Aleksander był zdania. choćby autorka nie była tego świadoma. że szukała swych przykładów w różnych kontekstach politycznych i geograficznych.

mimo wszystkie ich fanfaronady. Instrukcje jego dyrekcji były niekiedy bardzo do- kładne. Pod nimi kryła się mała kwadratowa twarzyczka z kwadratowym noskiem. Panna Petit była dość dziwnie ubrana — w każdym razie Aleksander uznał ten strój za osobliwy — miała na sobie mianowicie koronkową bluzkę i długą spódnicę ze sztyw- nego dżinsowego płótna.zaledwie przez sześć lat. Lecz pod gęstymi rzęsami o nastroszonych wło- skach patrzyły na świat oczy. Miała brązowe włosy. gdy przy- pomniał sobie. Promieniował sympatią i nadzieją: — Zostaliśmy stworzeni do tego. Mógł sprawić. Miało się wrażenie. Od pewnego czasu Aleksander nie lekceważył tego rodzaju korzyści. że jej skóra nie jest dość cienka. autorzy. Patrzyła poważnie na człowieka. Poza tym „terror” w tytule korzystnie wpływał na powodzenie książki u czytelników. Kraj spódnicy ocierał się o wyzierające z niebieskich bucików kostki. niewiele większa od krasnolud- ka. prawda? Pani Petit była bardzo niska. 125 . Aleksander wstał z fotela. że i on kiedyś myślał o tym. że mogła konkurować z międzynarodową partią. Usta miały w sobie coś twardego. nabierała tak wielkiego znaczenia. krótko przycięte i sztywne. marzyli w gruncie rzeczy o jednym tylko: chcieli być wydawani. by stać się człowie- kiem znanym. których książki są publikowane. by się porozumieć! — wy krzyknął. liczącą miliony członków i władającą Rosją od sześciu dziesiątków lat. W jednym tylko punkcie będzie musiał zażą- dać poprawki. co by się podobało Aleksandrowi. za którymi kryła się bezkompromi- sowa inteligencja. Pani Petit. Nie spodziewał się jednak silniejszego oporu. Jakież to wulgarne! — Dzień dobry pani. Cóż za dziwaczny ekshibi- cjonizm! Aleksandrem wstrząsnął dreszcz niesmaku. ale i subtelnego. który miał w swych rękach decyzję. wyciągnął rękę do swego gościa. że stałaby się członkinią tej zupełnie od- rębnej rasy autorów: pisarzy.

Ta seria należała do największych jego sukcesów. był pew- ny swych mięśni i głowy. tych. co chcą rezygnować z honorarium i tych. noszących kra- waty. po czym podniósł się znowu. co od pierwszego razu budzą zaufanie. co nic nie jedli od trzech dni. co niczego by mu nie odmówili. — Ach! Biała Księga! Oczywiście. Biała Księga o eksploatacji dóbr naturalnych Ameryki Łacińskiej. Biała Księga o kobiecie. poufałych. lecz. wariatów. arogantów i błagalników. czemu zwróciła się pani do agenta literackiego zamiast skierować się wprost do wydawnic- twa? — Nie wiedziałem. Czuł się młodo. co się stanie z Agencją? Czy ktoś mnie zastąpi. — Czy mogę pani zadać pytanie. Bia- ła Księga o edukacji narodowej we Francji (ten katechizm re- wolucjonistów z maja 68 przyniósł Aleksandrowi sukces w po- staci wcielenia w szeregi KGB i jego pierwszego stopnia oficer- skiego. debiutantów zaprzyjaźnionych ze sławnymi profesorami i takich. czy też firma zostanie zlikwidowana?” Usiadł. rzecz jasna. wydekoltowanych. i — chociaż i tak podjął już decyzję — nie chciał nic zmieniać w repertuarze swych metod. debiutantów różnej płci i charakteru. Przez chwilę zastanawiał się: „Ciekawe. Rzucił spoj- rzenie na mahoniową bibliotekę: na półkach ustawione były tomy Białej Księgi w kolejności ich pojawiania się na polu bi- twy: Biała Księga o rasizmie. czego mogą oczekiwać od Alek- sandra i na co on może w zamian liczyć. pytania. gdyż wiedzą dobrze. nie chodziło o tę poronioną rewolucję. Chciałam zwrócić się do redaktora Białej Księgi. ale i tych. — Tak. że jest pan agentem. tych. — Czy to pani pierwsza książka? Iluż ich miał już w swoim gabinecie. Uwielbiał te szczegóły. jak to wy- szczególniał towarzyszący awansowi komentarz departamentu. co stawiają na pewność siebie lub na nieśmiałość. zasługa polegała na „praktycznym sparaliżowaniu na przeciąg przynajmniej jednego pokolenia francuskich uniwersytetów i 126 .

Biała Księga o neokolonializmie. Ta dziewczyna. Biała Księga o odrodzeniu się nazizmu. by móc odczytać własne nazwisko na okładce jednego z tomów tej serii. — Pani rozumie. Biała Księga o Kościele katolickim. który zarobiłby na książce i. ułatwiają- cą wejście do którejś z poważnych gazet. mógłby ją opublikować bez tej zasadniczej poprawki. atrakcyjna przecież. Miała na to zbyt niezależny sąd. Doskonale 127 . Biała Księga o wyścigu zbrojeń. w szeregi administracji państwowej. skoro to dobra książka? Rozmawiali długo. Biała Księga o obozach koncentracyjnych na świecie. ani w złym znaczeniu tego słowa. Iluż autorom już udało się wydać książkę w takich okładkach! Aleksander rzucił opasły tomik na stół i odsunął go na bok ruchem ręki. Iluż autorów zabijało się o to. nie robi na niej wraże- nia. Dziewczyna patrzyła na Aleksandra i wydawało się. Biała Księga o systemie peni- tencjarnym we Francji. czy też. Lecz wtedy ona zwróciłaby się do innego wydawcy. ani w dobrym. Można było pomyśleć. dozę pychy i dozę pokory. nie bę- dzie nigdy dobrym „pudłem rezonansowym”. Biała Księga o woj- sku francuskim. zwarta i ciężka książeczka w formacie in 16°. robić z debiutu Białą Księgę. podające imię i nazwisko au- tora i tytuł publikacji. kartą wizytową. by pa- dały. że jego powierzchowność.liceów”). Gromadził przeszkody i godził się. do klubu politycznego. Biała Księga o policjach paralelnych. Miałby ochotę odesłać ją do diabła. Kto wydał książkę w tej serii. Wziął do ręki jeden z tomików: była to mała.. Biała Księga o energii nuklearnej. — Cóż z tego. dys- ponował. Biała Księga o CIA. która graficznie utrzymana była — specjalnie! — w nieco staroświeckim stylu. jedna po drugiej. powiedział sobie. w dobrej proporcji. jak to niemądrze określano.. przede wszystkim. Na białej okładce czcionki o rzymskim charakterze. że ma się do czy- nienia z publikacją urzędową. rozumie się. Łączyła w sobie.

Były to ubrania dwurzędowe. że pani książka jest dobrze napisana i dosko- nale udokumentowana. a mięśnie pełne skrywanej siły. To byłaby Biała Księga o terrorze. że wzbudził w niej dość nadziei i że zarazem nadzieja ta wciąż była na tyle ulotna. wpadającej w ciemny brąz. jaki jest pani zawód? — Jestem nauczycielką matematyki. Czy mogę wiedzieć. Zresztą nasze tytuły zawsze. Jeśli zastąpić ten termin przez „terror stalinowski”.. „Psychoanaliza” może wprowadzić w błąd. Albo: „O tak. Ubierał się z elegancją klasyczną. Koszule białe ze sztywnym kołnierzykiem. lecz i wyrazistą. — Ach! W takim razie nie będzie się pani zapewne upierała przy tym słowie: „psychoanaliza”. że jego kolana są lekkie i swobodne. wydawał się wyższy nawet niż był w rzeczywistości. przeciwnie.zbudowany. budzącego naprawdę jego wątpliwości.. on jest doskonały”. ciemnopopielatej. co określa pani jako terror leni- nowski. Może trochę zbyt teoretyczna dla czytel- ników Białej Księgi. I jego ciało. — Dobrze. lub też ciemno- brązowej wpadającej w jasny róż. zawsze w doskonałej formie. Nosił garnitury z flaneli. co w układzie kost- nym jego długiej twarzy było energicznego. Gęste. (Nic takiego nie istniało. Zastanowiła się: — Ma pan rację. — Nie przeczę. na mankietach ciężkie złote spinki. 128 . Przedstawię książkę pani naszemu komitetowi redakcyjnemu. iż nadszedł dobry moment.) Po- święca pani całe studium temu.) I jeszcze coś. nieco kręcone włosy podkreślały to. spokojną. — Niech mi pan odpowie zdecydowanie: tak czy nie? Nie lubił. prawie brutalnego — ale nie prostackiego. książka tylko na tym skorzysta. niekiedy z kamizelką. doskonale skrojone. Uprawiał gimnastykę i czuło się. arystokratycznego. którzy przyzwyczajeni są raczej do książek „faktograficznych”. Na jego widok powiedziałoby się spontanicznie: „O. (Uważał. gdy przypierano go do muru. by przejść do jedynego punktu. to ktoś z dobrej ro- dziny!”.

że dyrekcja wystosowała do wszyst- kich fellow travellers następującą instrukcję: „Na Stalinie nam nie zależy. że partia wybrała właśnie Stalina”. — Proszę pani. że Stalin ma na swym koncie więcej ofiar niż Lenin. — Ponieważ był u władzy trzydzieści lat. Trudno mnie. — Nie rozumiem. — Wiem. W związku z tym Pitman ma- wiał. uśmiechając się złośliwie i dobrodusznie zarazem: „To. by tak rzec. — To Lenin powiedział: „Terror jest jedną z metod rządze- nia”. Nie mógł przecież wyjawić jej. Wszystko to jest w książce. A jednak muszę przyznać. której jestem pogrobowcem — tu spojrzał na ikonę. wylewajcie na jego głowę najgorsze nawet pomyje. A Władimir Bukowski zauważył: „Stalin i wszystkie jego okrucieństwa wyni- kają w sposób całkiem bezpośredni i. by nie „płakał nad losem zgni- łych intelektualistów”. 129 . Należy więc posłużyć się naj- bardziej odpowiednim przymiotnikiem. proszę pani. tylko z zasadami. to niewątpliwie metoda kozła ofiarnego”. — Dlaczego? — w jej czarnych oczach pojawiło się coś twar- dego. z samej idei socjalizmu. organiczny z idei Lenina. Co innego z Leninem. To on radził Gorkiemu. potem powiódł wzrokiem w stronę kindżałów — posądzać o wy- rozumiałość dla tych ludzi. To nie przypadek. a Lenin tylko sie- dem. poparte cy- tatami — wskazała maszynopis. To on napisał do ludowego komisarza sprawiedliwości: „Według mnie należy w jeszcze większym za- kresie praktykować egzekucje przez rozstrzelanie”. lecz wyzwolicielem. co moi poprzednicy wynaleźli najlepszego. Aleksander nie mógł podać jej prawdziwej przyczyny. dlaczego miałabym określić terror organi- zowany przez Lenina jako stalinowski. wiem. potomka zniszczonej cywilizacji. Ręce precz od Lenina! Musimy mieć jedno bóstwo absolutnie nieskalane”. To on traktował swych wrogów politycznych jak „szkodliwe insekty”. ale ma pani do czynienia nie z ludźmi przecież. dla zachodniego czytelnika Lenin nie jest ty- ranem.

Jego następca nazywał się Papon. niech pan zmieni na „terror stalinowski”. Nawet jej plecy wyrażały skupie- nie i namysł. Chce pani powiedzieć tylko tyle: terror bolszewicki. jaką toczyli z sobą. Wskutek tego zo- stanie sprzedanych pięćset egzemplarzy mniej. że okre- ślenie „terror leninowski” źle usposobi prasę. Odwróciła się: — Dobrze. — Chcę powiedzieć: terror. Ale wydawcy powiedzą pani. nikt nie mówił na nie papon. nie musi mnie pani przekonywać. Pan wie. że im nie jest wszystko jedno. w podobnej sytuacji. rozwijając cały wachlarz banalnych powiedzo- nek i deklarując swe najlepsze chęci. Inni autorzy. Poproszę o pani adres. ale pani nie zajmuje się porównywaniem tych dwóch terrorów. Zazwyczaj Aleksander umiał bez trudu poradzić sobie z czy- imś sprzeciwem. który zainaugurowany został przez przywódcę bolszewików. Z tą dziewczyną jednak szło mu nie tak łatwo. — Tak. Położył dłoń na niebieskiej teczce. Panna Józefina Petit podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Czemu odczuwał potrzebę 130 . że nie zależy mi na tym? — Oni pani powiedzą. Odpowiedział sucho: — Ma pani przed sobą człowieka nawróconego. — A jeśli im odpowiem. że w języku francuskim pojemnik na śmiecie nazywa się poubelle. Panna Petit wcale się z tym nie kryła. To Małgorzata powinna się tym zająć. jak tylko komitet redakcyjny poweźmie decyzję. Skrzy- żowała ręce na piersiach i przyglądała się bukinistom i antykwa- riuszom przechodzącym ulicę. tak jakby zamierzał ją od dać autorce. Dam pani znać. — Woli pani w ten sposób? Jak pani sobie życzy. ale nie „terror Stalina”. który przyjęło się nazywać stalinowskim. a nazwa ta pochodzi od prefekta. pana Poubelle. ale pojemniki na śmiecie w dalszym ciągu nosiły nazwę poubelle. próbowali ukryć walkę.

Ludzie Zachodu wy- obrażają sobie. Ciekawe. zgoda. . ani w 1905. co mam na myśli. — Niestety. dziękuję bardzo. Pan jest na procencie. ci nowocześni młodzi ludzie twierdzą. — O nie. Zaczął od wygło- szenia małej pogadanki na temat stanu wiedzy — lub ignorancji raczej — Zachodu o realiach rosyjsko-sowieckich. nie. na którym to języku mówię bez trudu. „bardzo czcigodny”. więc ja mam pewien pomysł dotyczący tej konspiracji. Pański rosyjski z epoki kamienia łupanego. jak męczą się i jacy są niezgrabni. którą się posługiwał. — Proszę pana. kto wygładzi. ani w 1861. Pan się zgadza. Zawsze ta sama konspiracja. że ja nie jestem wy- dawcą. Jeżeli pan chce wynająć tam kogoś. że Zachód stworzył sobie mit rosyjsko-sowiecki. to się panu opłaci. wcale nie rozumiem. jeśli to będzie łatwiejsze dla pana. młody człowiek o pełnych wargach. — Ja wiem. te wszystkie „łaskawy panie”. — Niech pan ze mną nie gra w idiotę. Następnym interesantem był Aleksy Lewicki. pan zapłaci. który powinniśmy wydoić? Wie pan. 131 .. Pan rozumie. Ale ja wyli- czyłem. niedo- skonała i bezceremonialna. że w Rosji nic się zmienia. to starzyzna. że są tak bardzo „na luzie”.zapisania adresu panny Petit w swoim osobistym kalendarzyku? Może w przewidywaniu rychłego wyjazdu chciał przyspieszyć wykonanie powziętych już decyzji? Gorączkowa atmosfera ostatniego aktu? Postanowił bardziej się pilnować. tymczasem widać. co pan robi. Ani w 1917. że tak jest sprawiedliwie. Piszę po francu- sku. zirytowała Aleksandra: — Możemy przejść na rosyjski. Nie można widać bez- karnie odrzucić rusztowania tradycji i savoir-vivre'u. wolę mówić z panem po francusku. musi pan zrozumieć. bo pan zna wszystkie dojścia. noszący pozłacane okulary. Jego obserwa- cje były trafne. Dobrze. Wyszła nie uśmiechnąwszy się nawet. ale francuszczyzna.

jąkając się. Beaumarchais. To on przebył cztery lata w wię- zieniu. To on napisał dzieła wysławiające Rosję carską. Biesy. który podobny był do Fiodora Michaj- łowicza. lecz wyrok został zamieniony na karę ciężkich robót. I co pan zamierza zrobić z tym wspaniałym 132 . — Powiedzmy. tak że mogę go spokojnie opowie- dzieć. Marlowe. Nietocz- ki. W rezultacie skazany miał przeżyć jeszcze czterdzieści dwa lata. rzecz jasna. Białych nocy. co zrobić ze świadectwem Hercena.. Mikołaj. Inży- niera porucznika uduszono w więzieniu i jego miejsce zajął agent Ochrany. jeśli się nie mylę. — I ten agent okazał się genialnym pisarzem? — Tego się nie zabrania agentom. De Foe. — I to ma być znawca literatury! U nas najsłabszy uczeń po- wie panu. — Więc cóż to za pomysł? — Ja go opatentowałem.. te późne dzieła różnią się bardzo od Biednych ludzi. był przy tej scenie? — Wybrano agenta. — Ale zaraz. przepraszam bardzo. że w tym historycznym momencie inżynier porucznik Fiodor Michajłowicz Dostojewski przywiązany został do słupa i miano już wykonać egzekucję. co się stało 22 grudnia 1849 roku o siódmej rano? — Nie mam zielonego pojęcia. zmuszono go do milczenia. nie posłużył się analfabetą. — Ale rodzina. Greene. Sobowtóra. żeby dało się usprawiedliwić przemianę jego poglądów politycznych.. Oczy- wiście pan orientuje się. Może pan sprawdzić w Towarzystwie Literackim. Jemu to oznajmił. Dziennik pisarza i tak dalej. Aleksander zerknął na zegarek. Ale najsłabszy uczeń jest w błędzie. — Michał był zadłużony. który. generał Rostow- cew. Proszę zauważyć.. to jest od utworów skomponowanych przez prawdziwego inżyniera porucznika Dostojewskiego. że car darował mu życie. brat Michał.

pulchne dłonie wykonały wy- mowny gest: — Do wyboru. Gdyby ten protestował. opinia publiczna musiałaby uwierzyć. Odprowadził do drzwi Lewickiego. nie jest pan jedynym agentem literackim w Paryżu — powiedział na to Lewicki.tematem? Pamflet. które skonfiskowałem w Bibliotece Lenina i w różnych klasztorach. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Ar- chiwa można było sfabrykować. 133 . schował do szafy brązowe zamszowe buty. Lewicki kłamał. pracę naukową? Pozłacane okulary błysnęły. że przemy- śli jego propozycję. które. Znów spojrzał na zegarek. na grani- cy skradziono mi archiwa. — Niech pan nie myśli zbyt długo. Najmniej- szy nawet cios zadany reputacji Dostojewskiego mógł być uży- teczny. które do tej pory miał na nogach. już sama hipoteza rozbawi Pitmana. który uwierzyłby w istnienie tych archiwów i napisałby rzecz lepszą niż Lewicki. Nawet jeśli nic z tego nie wyj- dzie. a „presja opinii międzynarodo- wej” sprawiłaby. Był gotów do wyjścia. że poro- biłem wcześniej notatki. — I dysponuje pan elementami. Tak. Aleksander podyktował jeszcze dwa listy. a poza tym mam fotograficzną pamięć. ale może lepiej byłoby pod- szepnąć ją jakiemuś Francuzowi. Wyjął z szafy bibliotecznej parę czarnych półbutów i rogową łyżkę do butów. obiecując mu. że zostałyby „oddane” Lewickiemu. Obiad z Divo nie uśmiechał mu się wcale. po czym. Powiedzmy jednak. ale nie mógł się z tego wykręcić. nie mając nawet nadziei czy nie chcąc wręcz. — Dysponuję wszystkimi elementami. koniecznie trzeba o tym po- rozmawiać z Iwanem Iwanyczem. zmieniwszy obu- wie. żeby mu uwierzono. To znaczy idea była niezła. że obaj od- kryli jednocześnie to samo. skierowany przeciwko wielkiemu kontrrewo- lucyjnemu autorytetowi? Powieść historyczną w stylu Hrabiego Monte Christo.. Rzecz jasna. W drzwiach gabinetu ukazała się głowa Małgorzaty..

każ- dy kto z nimi pracuje jest do tego przyzwyczajony. — Proszę pana. Stawiając długie kroki. iż zaglądnie jeszcze do biura późnym popołudniem. autorzy to wariaci. prawdę mówiąc. Wolałby umrzeć niż wyjść wieczorem w brązo- wych trzewikach. że zaraz po filmie uda się do kochanki. Jeśli już teraz włożył swoje czarne pantofelki. Szybko opuściła pokój. Aleksander wymienił z Małgorzatą spojrzenie pełne konster- nacji. Co ją ugryzło. Później Mał- gorzata spojrzała na czarne buty Aleksandra. — Bliny z kawiorem. Nie było rzeczy. tę małą? Co zrobić. Powiedziałam jej. Czysta wódka. może być? Ja wolę czerwony.. ujęła swoją niebieską. najmniej paryski z paryżan. że jej szef kłamał mówiąc. Wreszcie spokojniejsza. Ci dwaj Rosjano- Francuzi nie lubili się nawzajem serdecznie od czasów. wybieraj. panna Petit chce się jeszcze z panem krótko zobaczyć. wymierzyła swój ostry podbródek w Aleksandra: — Zmieniłam zdanie. które nigdy nie były realizowane.. tak jak na to pozwalała jej długa spódnica. kiedy chodzili do tego samego liceum. którą by Divo robił tak jak wszyscy. ale. gdy przychodziło do płacenia rachunku. Zawsze też rozmawiali o projek- tach wydawniczych. ale Divo. powinien był za każdym razem patrzeć w kąt sali. kartonową teczkę szybkim i precyzyjnym gestem złodziejki i przycisnęła ją obiema rękami do piersi. że. to znaczyło. dotarła szybko do stołu. jak to się mówi na Północy... był już na miejscu. chociaż. Uskuteczniaj. Wiedziała już. Aleksander przybył punktualnie do restauracji „Petersburg”. Na przykład płacił co drugi raz za obiad zjedzony z Aleksandrem. jeśli jednak ty chcesz czarny. — Już wychodziłem. jako autor. proszę pana. Nieomal pod ramieniem Małgorzaty panna Petit wśliznęła się do gabinetu. co? Czy może na sta- rość popsuł ci się gust? 134 .

Zawsze te same niepokojące powieści. że Divo jest drażniąco obiektywny. — Trzeba więc powiedzieć. że jest w tym coś chamskiego? Nie. Jest coraz więcej księży. Zawsze te same zbyt spiczaste klapy marynarki. — Cóż za zestawienie! Policja ma przygotować czystkę. przeciwnie. z odrzuconą w tył głową i prawie nie unosząc łokcia. Napijmy się. Ja sam nie mam tego rodzaju ambicji. co? A Bóg? Co on ci takiego zrobił? Niekiedy Aleksandrowi wydawało się. Czasem zaś. ale zbliża się wielkimi krokami Wielki Strach roku 135 . że Divo przejrzał go na wylot i wyśmiewa go całkiem otwarcie. — Biała Księga poświęcona Bogu będzie prawdopodobnie najciekawsza ze wszystkich dotąd opublikowanych. Divo. niech nam pani poda całą karafkę. Jeanne Bouillon i Patrice Duguest przeprowadzają bardzo istotną demi- styfikację. Jedna o Bogu. nie. że raj można stworzyć tu na ziemi. pół-sukce- sy i nie wiadomo skąd biorące się pieniądze. te same krzy- we uśmieszki. Opróżnili kieliszki tak jak to czynią artyści. — Masz przecież swych wydawców. Demistyfikować Boga to dla mnie szczyt snobizmu i chamstwa jednocześnie. tylko pomagając sobie szyb- kim ruchem dłoni. Dlatego właśnie niepokoję twoją szanowną osobę. druga o policji. który mógłby cię za- interesować. — Tak. uważał. że inkwizycja miała swoje dobre strony. Divo gwizdnął: — Demistyfikują Boga? Nie uważasz. — Jak się miewają twoi autorzy? O czym będzie następna Biała Księga? — Przygotowuję dwie. ale przyszedł mi do głowy pomysł powieści. którzy sądzą. Za kogo pani nas bierze? — Dlaczego chamskiego? Jestem pewien. że książka będzie dobrze przyjęta przez część Kościoła.

Ale twój ojciec pływał jeszcze pod banderą św. Rozmawiali.. śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. nie możesz być zepsuty do szpiku kości. że jesteś „postacią paryską” i tak dalej. Na przestrzeni pięć- dziesięciu lat KNK finansuje. tylko ich ostrożność. powiedzmy. fikcja polityczna. ty jesteś więcej wart niż rokfort. Galaci jednak. Czy chcesz. popychają i tak dalej. chociaż lekkomyślni. faworyzuje i obsypuje komplemen- tami partię konfederatów Galacji. że ich popularność spada z roku na rok. Mam wydawców. bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. Galacja. rozumiesz. że ist- nieje sobie pewien kraj. która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym.dwutysięcznego.. ale udaje mu się znaleźć posłuch. — Rokfort? O co ci chodzi? — Nie. Powodem nie jest moja niewierność. zgoda. nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. żebym ci przedstawił mój scena- riusz? — Bądź tak dobry. To. Andrzeja. i zmieniam ich z powieści na powieść. jak w czasach szkolnych. Wszystko to. tokaj. przechodzi z lewa na prawo. Auto-cenzura zastąpi wkrótce auto-kadzidło. Po- wiedzmy wino. Nie cho- dzi jednak o to. przepraszam. Wiem przecież. — To ma być. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót. My- ślę. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych 136 . KNK. Załóżmy teraz inny kraj. i to się liczy. rozumiesz. Wypijmy za banderę. co nazywam rokfortem w stanie rozkładu. do niedawna konfederackich. Załóżmy. Także i inne czynniki spra- wiają. a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun. zajmujący ważną pozycję strategiczną. — Jakie czynniki? — Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. Pewna grupa filozo- fów. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego. szlachetna zgnilizna. że ty mógłbyś mnie skierować do jakiegoś zucha.

Nie rozumieją jednak. pod pretekstem. Jesteśmy już przy 12%. co szokuje głupców. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę. 137 . W ten sposób. że nazywa się Puszkin.w wielu punktach kuli ziemskiej. przy 11. którzy do niedawna drżeli ze stra- chu przed konfederatami. Jak wiesz. Z drugiej stro- ny gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej. a konfe- deraci dostali minimalną ilość głosów. nazwijmy ją synkretyczną. że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. do 13%. gdy synkretyści dysponują większością absolutną. ich partia zostaje zreha- bilitowana. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności. kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. Myślę. teraz śmieją się z nich. Mało o nim wiadomo poza tym. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%. jeśli będą funkcjonowały me- chanizmy demokratyczne. stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. nie według żadnej hierarchii — w sytu- acji. — Co wtedy? — Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posu- nięcie. konfuzyjnych. ten nowy prezydent. iż popiera jego kandydaturę. Gdy tylko obejmuje swój urząd. A głupcy zawsze są w większości. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje wła- dzę. że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. To awanturnik średniego szczebla. że uciszy to konfederatów. że doceniasz elegancję tego posunięcia. Powiedzmy. w psychologii myślenie w katego- riach nieokreślonych. By mieć całkowitą pewność. KNK ogłasza. w jakiej przychodzą mi na myśl. Z jednej strony burżuje. przy 10 i pół. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś. że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wy- brany. Efekt jest podwój- ny. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. Zbliżają się wybory. że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji.

ale także nadaje im inny tytuł. które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne. które im się dostały całkiem niewin- ne. Łatwo zgadnąć. Nie. który skła- dał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych preto- rami. że stanowiska w rządzie. Galacja posiadała wydajny system administracyjny. nie. Nie myśl jednak. jeśli dobrze liczę. sprawy wojskowe czy wew- nętrzne. portfele ministerialne. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu. osiągnęła godną po- zazdroszczenia stabilność. pieniądz Galatów. typo- wo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. to jest przeciwko społeczeństwu. chociaż dotyczyło jedynie terminologii. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia. były kluczowe. Akcja numer pięć. wbrew interesom Galatów i konwencjom. Puszkin dewaluuje ją. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich. Oto ugrupowanie polityczne. a wiadomo. a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie. lekceważąc wolę 90% Galatów. Oczywiście. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami. Nikt tego nie widzi. zostało ośmieszone. Widzisz. gwałcąc otwarcie wolę ludu. w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci. 138 . Niech żyje demokracja. Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bar- dzo znamienne. Numer sześć: galetka. synkretysta Puszkin znosi ją. co już sprzyja destabilizacji kraju. tak że straciło obie te właściwości. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony pa- triotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. zawartym z sąsiada- mi. Od dawna istniał w Ga- lacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu. które ofiarował konfederatom. że podczas kryzysu transport ma decydujące znacze- nie. gdyż Puszkin sam reprezentuje wła- dzę. że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji. nie. to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. Dalej.

Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i radu- je ją fakt. Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl. źle się sprze- dają. No i jak. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego. to posunięcie najbar- dziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. Divo. ale po to. z której nie ma wyjścia. Numer siódmy i na razie ostatni. o któ- rego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspo- mniałem. z którym się utoż- samia. To ostatnie posunięcie. razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii pla- stycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii. jak to nazywali filozofowie. którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie. by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK.. w krótkich spodenkach. żeby roz- broić naród. że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju.. że we Francji używa się tradycyjnie określenia „łódź podwodna”. Divo wybuchnął śmiechem: — Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin! Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina. jak ci się podoba mój projekt powieści? Aleksander odpowiedział mu cichym głosem: — Powieści. a ja troszkę zo- stałem Iwanem. Alek. po- znaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie sek- su. i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kie- reńszczyzny. jako że otwarte wojny stały się niemożliwe. całego tego manewru. mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną. Ach. chociaż ty nie jesteś Alioszą. — Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest „kretem”? — Zdaje się. Ich spojrzenia spotkały się. Odwiedza z nim groby przodków. w których nie pojawia się bohater. o którego się lęka. Divo wciąż uśmiechał się trochę 139 .

bez emocji: — Nie wiem. że „dahu” jest afrykańskim zwierzęciem. Za to teraz miał przed sobą godzinę szczęścia.. Jeśli idzie o wydawców. a potem Divo. 140 . Słowo „wojna” przypomniało Aleksandrowi. Wie- działbym. Być może ten półnieudacz- nik naprawdę wyobrażał sobie. Być mo- że miałbyś wreszcie swój bestseller. W szkole Divo był chłopcem błyskotliwym i łatwowiernym zarazem. nie o to idzie. Jak to się nazywa. będzie pan miał swoją wojnę! — odpowiedział wtedy Pitman. „Szkoda — pomyślał — że minął już czas «mokrej roboty». Można mu było wmówić. Wszystko jest możliwe. czy nie wolałby w tym momencie znaleźć się w skórze Divo. czy «Inny Dziennik» drukuje powieści w od- cinkach. ironiczny kompan jego życia.. Odpowiedział wysokim głosem. Chociaż nie wiadomo. twoja fikcja polityczna? — Myślałem o tytule Akt wojenny. to raczej wątpię. Dzień nie układał się tak dobrze. w jaki sposób zwrócił się do Pitmana przed trzydziestu laty: — Ależ ja chcę prowadzić wojnę! — Niech się pan nie niepokoi. A jednocześnie kto wie. — Ładny tytuł. nie zaś w swojej własnej. jaką przeżywają ludzie stale tłumiący swoje prawdziwe uczucia. jak rośnie w nim złość.. komu zgłosić odpowiedni meldunek. Aleksander czuł. że agencja Psara może mu opu- blikować jego usypiającą bajkę. Dlaczego Divo chciał się z nim spotkać? Aleksander pożegnał się z nim nie wyjaśniwszy tej kwestii. dzika złość. cenionym przez myśli- wych. ale irytujesz mnie w najwyższym stopniu”. Przecież to pierwszy dzień jego „powrotu”. Naprzód ten gaduła. Tam miałbyś szansę. Nie jesteś nie- bezpieczny. jakby Aleksander sobie tego życzył. a jego twarz zniknęła za okrąg- łymi szkłami okularów..krzywo.

pięć minut spędził w ogródku kawiarni. usa- dzić nieco Pana Boga”. gdy pociąg ruszył i to samo powtórzył przy na- stępnym pociągu. wy- chodząc zapasowym wyjściem. Znalazł się w bocznej uliczce. Wewnątrz. był już prawie pewien. przygotowane przez niego czy też. zszedł do metra. Po pięciu minutach. stosując prze- ciwko swym pracodawcom — sądził. Zaczął lekturę od artykułu Jeanne Buillon. „Dyrekcja niepokoi się popularnością papieża i naciskiem. wysko- czył z wagonu. lecz Hitchcocka. mówiąc ściślej. że nikt za nim nie idzie. gdy nikt następny nie wszedł na salę. Było to jego ulubione kino. — Czy nie miałby pan jakiegoś pomysłu w tej mierze?” Wtedy Aleksan- der zapraszał Jeanne Bouillon na obiad do „Antykwariuszy” i wygłaszał następujące słowa: „Jeanne. Jego obecna wyprawa była jego prywatną spra- wą. Tym razem jednak pani Bouillon działała na własną rękę. w ramce. przez jego przełożonych. i wskoczył do pociągu w ostat- nim momencie. Widział ten film już dwa razy. znajdował się krótszy tekst: „Dzwon uka- rany: fragment supertajnego dzieła anonimowego więźnia”. jakie mu zaszczepili. który nie należał do jego orkiestry. na Polach Elizejskich. To by pani odpowiadało. a na ekranie poruszali się bo- haterowie filmu. nie Pagnola. Aleksander wstał z miejsca i opuścił kino. Na peronie kupił «Głos». Wolał go od «Le Monde». Wyświetla- no tu dzisiaj Topaz. Gdy znalazł się na dworcu Saint-Lazare. 141 . «Głos» poświęcał pół strony artykuło- wi Jeanne Bouillon pod tytułem Zdemaskować Żelazną Maską. chociaż jechał do Pontoise. Kupił bilet do Wer- salu. że mogli czuwać nad jego ruchami — pewne elementy metod. która należała do jego wypróbowanych „pudeł rezonansowych”. głośników emi- tujących przed francuską publicznością posłania. Usiadł blisko wyjścia. dlatego odczuwał nieco złośliwą przyjemność. jaki on kładzie na prymat duchowości — mówił oficer-pilot. nieprawdaż. myślę o pani w związku z nową Białą Księgą. na wszelki wypadek jednak podjął dodatkowe środki ostrożności.

Arsenału. jaką się jej zostawiało. że nie wie nic więcej niż opinia publiczna. nie ograniczając się do szkalo- wania teraźniejszości czy gloryfikacji dawnych czasów. Być może góruje on nawet nad tymi sławny- mi dysydentami. Aleksander uważał to za właściwe. Od lat już anonimowy więzień celi numer 000 Szpitala Spe- cjalnego (ul. może być zapisane w całości w fenomenalnej pamięci więźnia. 1975 odbiorcą tajemniczych. Co innego. Dzięki Sołżenicynowi wiemy. Rodzi się pytanie. jako że przedstawia pozytywne propozycje roz- wiązania sowieckiego dylematu. notatki. Powstaje jednak inne pytanie: kim jest owa malownicza „Że- lazna Maska”? Enzo Grucci. dyrektor domu wydawniczego Mewa. przesyłek. z której próbują je wywabić ci bardzo specjalni psychia- trzy. Leningrad. którą prasa na- zywa „Żelazną Maską”. których jakość każe przeczuwać w ich autorze kogoś na miarę Sołżenicy- na czy Zinowiewa. Jeanne Bouillon nie była zwyczajną propagandystką i jej użyteczność była wprost propor- cjonalna do swobody. osoby na pewno godnej podziwu. siedmiu jak dotąd. jak niezwykle może się roz- winąć pamięć prześladowanych. Tym bardziej godne uwagi staje się zadanie odsłonięcia jej tajemnic. rzecz jasna. Odnosi się wrażenie. Stąd właśnie bierze się legenda osoby. opowiedzieli o izolatce noszącej numer 000. gdzie się znajduje to dzieło i jak to się stało. ZSRR) przesyła na Zachód — jaką drogą? — doniosłe obserwacje polityczne. utrzymuje. pu- blikującego często materiały samizdatu. że psychiatrzy i policjanci reżimu — niewielka między nimi różnica — nie położyli jeszcze na nim swej łapy. noszą- cej tytuł Rosyjska prawda. Dwaj emigranci świeżej daty. Czemu jednak wietrzyć tu schowki i podstępy na miarę Siuk- sów albo Old Shatterhanda? Dzieło może nie istnieć wcale na papierze. sprawa kontroli jej wytworów. chociaż to on właśnie jest od r. że jego uwagi są wyrwane z większej pracy. niedawno zwolnieni z ponurego Szpitala Specjalnego. 142 .

którego inni chorzy nigdy nie widzieli na oczy. jak był przekonany. urodzony w Kostromie w r.. znajdował się Le- onid Breżniew. jaka też straszliwa kara spadnie na nieszczęśliwca. w którym. Kurnosowa osadzono wówczas w izolatce Czwartej Sekcji in- stytutu. gdyż psychiatrzy uznali. Otóż do izolatki tej zagląda jeden tylko psychiatra. że Kurnosowa przeniesio- no do Instytutu Serbskiego w Moskwie. Mówi się o tym. ogrom- nego wzrostu lekarz. który zaniósł później do celi niewidzialnego loka- tora. co świadczy o poczytności Aleksandra Dumasa po obu stronach żelaznej kurtyny. Tylko dwaj pielęgniarze mają wstęp do izolatki. Psychuszkę obiegają jednak dziwne plotki. Także i oni przezwali go „Żelazną Maską”. plutonu egze- kucyjnego. Co jednak stało się dalej z Kurnosowem? Dziennikarze zachodni wielokrotnie sta- wiali to pytanie. i także i oni nie są znani w szpitalu. Tymczasem Breżniew jechał innym samocho- dem. którego poza tym nie widzi się na terenie zakładu. przebrany za milicjanta. Moskiewski sfinks dobrze strzegł tajemnicy. jakoby izolatka numer 000 była zbytkownie urządzona. w konsekwencji. Lokatorem izolatki jest więzień. iż tylko szaleniec mógł był się targnąć na życie dobroczyńcy ludzkości. a potrawy przynoszone „Żelaznej Masce” wydają zapa- chy w niczym nie przypominające odoru potraw tutejszej kuch- ni. W zamachu lekko ranny został szofer pojazdu. Tymczasem — i to może jest najważniejsze — przedstawione 143 . gdzie miał być poddany badaniom psychiatrycznym. Kurnosowa ujęto i cały świat — pamiętamy — zadawał sobie ze zgrozą pyta- nie. 1926. Trzynastego lipca 1971 niejaki Michał Kurnosow. Ma z niej wychodzić kabel anteny telewizyjnej.. Więzień uniknął sądu i. otworzył ogień do samochodu. Reputacja tego zakładu jest od dawna ustalona: to naukowa filia strasznej Łubianki. Jeden z pielęgniarzy czyścił dywan. Zza drzwi izolatki dobywają się nieraz dźwięki muzyki kla- sycznej. Zestawmy teraz te uwagi z innymi faktami. Jakiś czas później pojawiła się wiadomość.

A więc? Dlaczego nie przyznać. o którym dowiedzieliśmy się od Sołżeni- cyna) wyjaśniałaby w sposób racjonalny. że założyli oni ultratajne biuro polityczne.prasie fragmenty ekspertyzy psychiatrycznej zawierały nastę- pujące stwierdzenia: „Michał Kurnosow cierpi na psychozę pa- ranoidalną z urojeniami doktrynalnymi. że pogłoski obiegające dobrze poinformowane kręgi są prawdziwe? Dlaczegóżby więzień izo- latki 000 nie miał się nazywać Michał Kurnosow? Nie da się uniknąć pytania. gdzie zgniłby razem z innymi nieuleczalnymi. dlaczego zdecydowana zazwyczaj sowiecka sprawiedliwość nie obeszła się ostro z Mi- chałem Kurnosowem. Hipoteza pewnego rodzaju szaraszki (więzienia- laboratorium dla filozofów. z definicji uniwersalistycznym”. Oto jeżeli pod „Żela- zną Maską” kryje się Michał Kurnosow. przyczyny szczególnego postępowania władz mogą być następujące: Coraz liczniejsi świadkowie zapewniają nas. jak 144 . Można więc przyjąć. którego zadaniem było- by wypracowanie nowej doktryny. dlaczego władze sowieckie ota- czają swymi względami „Żelazną Maskę” zamiast zesłać więźnia do Syczewki. w którym nikt nie wierzy w mark- sizm-leninizm. Jeśli tak. pechowym tyranobójcą. Jedno z nich polega na przekonaniu. to w tym laborato- rium politycznym oryginalny myśliciel Michał Kurnosow miałby zapewnione miejsce. bo przecież trudno założyć. przez analogię do więzienia- instytutu naukowego. następującej po całkowicie już zdemontowanym komunizmie. Jak wiadomo. by nie stracić swych przywilejów. iż jest on wynalazcą doktryny politycznej. ale zależy im na tym. że ktoś zorganizowałby próbę ucieczki — jej rezultat byłby łatwy do przewidzenia. „Wątpię — pomy- ślał Aleksander— żeby wyjaśnienie mogło być tak prościutkie. Sytuacja ta jest przykra dla członków nomenkla- tury. Oni też nie są wyznawcami tej doktryny. sprzeciwia się to słusznym koncepcjom marksistowsko-leninowskim. iż ZSRR jest je- dynym krajem na świecie. która zawiera projekt utworzenia systemu idealnego w jednym tylko kraju.

odda- wano im cześć. Następnie wybijał godziny na wieży Św. które nigdy do niego nie dotarły? A zresztą. dostaniesz klapsa. tym gorzej dla nich: tym gorzej dla ciebie. ucinając mu ucho. Zabójców nasłał na niego najprawdopodobniej Bo- rys Godunow. Zwłaszcza jeżeli sprawą zajął się Pitman.się to wydaje Jeanne Bouillon. Zażądali jego powrotu. Przeczytał też tekst zawarty w ramkach. i zesłano go na Syberię. z której ona była tak dumna... że dzwon dość już wycierpiał. z której wolał nie zdawać sobie zbyt dokładnie sprawy: jakim prawem ta dziennikarka. cecha. Złamano mu jedno ucho. Wybił ich bardzo wiele. bić na alarm: „Morderstwo! Morderstwo!” Borys rozgniewał się. czyż to ma jakieś znaczenie? Wkrótce przecież „wróci”. Gdy tego dokonano. Zofii.” Drażniło go ubóstwo języka Jeanne Bouillon. tak jakby ukarano skazańca. Naprzód umieszczono go w cerkwi Wszechmiłosiernego. W r. prowadzone przez niego „pudło rezonansowe”. powtarzała pochodzące z „kół dobrze po- informowanych” pogłoski. Jeśli niedobrze. przekład z języka włoskiego: «ROSYJSKA PRAWDA» O MASS MEDIACH albo DZWON UKARANY W dawnych czasach dzwony kościelne były chrzczone i na- maszczane olejami świętymi. Wielki dzwon ugliczowski zaczął wtedy. do Tobol- ska. Dołączała się do tego też irytacja natury profesjonalnej. Na jego rozkaz zdjęto dzwon i wy- chłostano rózgami. 145 . mniej więcej dwa miliony dwieście czterdzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt. podnieś sukienkę. przy rynku miasteczka. W r. mały. 1593 w Ugliczu poderżnięto gardło małemu carewiczowi Dymitrowi. Naprzód trzeba było udowodnić. 1849 ugliczanie doszli do wniosku. jakby sam z siebie. Jeśli dobrze się sprawowały. że to rzeczywiście dzwon z Uglicza wybija godziny w Tobolsku.

Czym byłaby dusza rosyjska bez trojki? A czym byłaby trojka bez dzwoneczków? Mówi się o nich: wałdajskie dzwoneczki. symbolem niezależności mieszczan. — Ach! Pan Aleksander! Dawno nie widziany. i gdyby wszystkie dzwo- neczki mówiły: „Morderstwo! Morderstwo!”? Oto co «Rosyjska prawda» myśli o mass-mediach. Dołmatowa: „Posłuchaj. Dlaczego? Wielki Książę moskiewski. Podczas transportu. W Pontoise Aleksander raz jeszcze sprawdził. przywieź mi ich dzwon alarmowy”. Miało to dwie zalety: musiało wprowadzić w błąd ewentualnych szperaczy. Posługując się dowodem osobistym lekko podrobionym. A gdyby tak dzwon z Uglicza pękł w drodze do Tobolska i gdyby przetopiono go na dzwoneczki. 21 maja wszystko było gotowe. że było ina- czej. czy pod nią kryje się Kurnosow czy kto inny. Aleksander Psar zapisał się do towarzystwa Strzeleckiego jako Aleksander Rsar. czy nikt go nie śledzi. Stało się to 20 maja 1892 roku. gołąbek. jakby się powiedziało. Mieszkań- cy wsi pozbierali okruchy dzwonu i przetopili je na dzwoneczki do trojki. którzy posuwali się 146 .amnestiowany dzwon mógł już wrócić do domu. znów rozdzwonił się na swej rodzinnej wieży. W obecności wielkich mas ludowych dzwon. Parabolę tę można przecież interpretować na tysiące sposobów. «Żelazna Maska». obojętne. Dzwon alarmowy był wów- czas. zdobył Psków i posłał tam swego intendenta. Dołmaszka. jest zwyczajnym szarlatanem”. Załóżmy jednak. dzwon pękł. po trzech stuleciach bez jednego roku od chwili deportacji. Oto historia pomyłki sądowej. po czym wziął taksówkę i kazał się wieźć na strzelnicę. a potem zgubionym. „Bez sensu! — rozzłościł się Aleksander. — Rosyjska prawda w ogóle nic nie myśli. w wiosce Wałdaj. Bazyli III.

ułatwiającego osiągnięcie pożądanego stanu łaski. skoro nazwisko nie dawało się wymówić. a także zmusza- ło członków towarzystwa do posługiwania się tylko imieniem. sku- pieni i dbający też o skupienie sąsiada. że gdyby nie był prosperują- cym człowiekiem interesu. w której strzelało się z wiatrówek. nie znał na pamięć wagi ładunków i szybko- ści lotu pocisku. Strzelnicę. ani zdobnymi odmianami broni. Dłoń zaciśnięta na kolbie. I nagle jest się gotowym. Dwaj strzelcy uprawiali tu swoje ćwiczenia. Uwa- żał on Aleksandra za wielki talent strzelecki i w związku z tym wyświadczał mu stale uprzejmości. choć Aleksander niechętnie się do tego przyznawał. którą odznaczają się strzelcy zarazem najpo- ważniejsi i najbardziej zwariowani. nie uważał się za specjalistę od uzbrojenia i nie rozmontowywał mechanizmu spustu. mógłby być równie dobrze doskona- łym oficerem. jedną z najnowocześniejszych w Europie. Aleksander koncentrował się. sztywny palec wskazujący na kabłąku spustu. W sali. śrutowy po- cisk wsunięty precyzyjnie do komory. Odgłosy strzałów. pasji. spokojnie i stanow- czo. Prawdopodobnie zresztą był w błędzie: w Aleksandrze odzywał się po prostu niezaspokojony temperament żołnierza. mięśnie rozluźnione: były to zarazem wymogi praktyczne i rodzaj rytuału. nie brał udziału w zawodach strzeleckich. Przestrzegał skrupulatnie przepisów bezpieczeństwa. 147 . Przygotowanie się do strzału ma w sobie coś z techniki zen i z treningu aktorskiego w szkole Stanisławskiego. Nie posługiwał się ani rzad- kimi. Brakowało mu zimnej pasji dla techniki strzelania.w swych badaniach w porządku alfabetycznym. Nie był nawet strzelcem wyborowym. Ale strzelanie dawało mu dużo przyjemności i było to widoczne. prowa- dził wesolutki i okrąglutki pułkownik w stanie spoczynku. Wszystko wskazywało na to. nie przeprowadzał obli- czeń balistycznych. nie bardziej zakłócały spokój tego miejsca niż poruszenia płetw w głębinie wód. żywił szacunek dla broni. panowała cisza jak w akwarium. małe plaff.

jakby ściskał gąbkę. 148 . wydychał powietrze do połowy i tak. Aleksander strzelał bez pośpiechu. jeszcze raz go nabierał. Badał swoje wyniki surowo: „Skąd ten odstęp? Czy ruszyłem palcem?” Następnie odsyłał tarczę na jej miejsce. w przedmiocie służącym przecież do ćwiczeń tylko. którzy poprzez posługiwanie się bronią osiągali za- spokojenie podobne temu. Strzelanie z wiatrówki było dla niego czymś w rodzaju oczyszczającego ćwiczenia przed strzelaniem z broni palnej — podobnie oczyszczają się prawosławni. Przyrównywanie broni palnej do symbolu seksualnego wydawało mu się śmiechu warte. do gry. (Dokładniej zaś: chodź- my. poszcząc przed nadejś- ciem świąt Bożego Narodzenia. zatopiony w purytańskim skupieniu. pióra. ustawiał szczerbinkę na muszce. Może jednak któregoś dnia ta asceza dobiegnie końca? Aleksander pochodził z rodziny wo- jowników.) Broń palna nie jest ani psem. Nie chciał też widzieć obiektu świętości. Lekkie plaff wystrzału zaskakiwało go za każdym razem. tarcza i ja. z zawieszonym na moment oddechem. Na dnie szafki błękitna poświata: Smith & Wesson. Dopiero gdy był zadowolony ze swych wyników wracał do swojej szafki i brał z niej ochronne nauszniki. które przystoi wiatrówce. wypuszczał powietrze. krzyża lub banknotów. Na świecie istniejemy tylko my dwoje.przenosi się spojrzenie na tarczę. i wreszcie zwierał mocniej dłoń. Po każdym strzale naciskał guziczek specjalnego urządzenia. które po napiętych linkach sprowadzało do niego tarczę jakby w kolej- ce linowej. Od- dychał głęboko. jakiego inni dostępowali za pośred- nictwem narzędzia. której nie potrafił do końca wytłumaczyć. opuszczał je. podnosił ramię. ani koniem. Gdy Aleksander brał go do ręki. lecz w pewnym sensie należy do tej samej rodziny. Strzelanie z wiatrówki ma się do prawdziwego strzelania tak jak toccata do symfonii. — Chodź — powiedział po rosyjsku. odczuwał emocję.

Jego Smith & Wesson mógł być ładowany nabojami 357 ma- gnum albo 38 „special”. dość duża jednak: dłu- gość lufy wynosiła cztery cale. Stojąc w ten sposób przyzwyczajał swe ciało do tego nowego organu. Dlaczego zdecydował się na rewolwer. Opuścił rękę. System zabezpiecza- nia pistoletu uważał za sztuczny. odciągać kciukiem kurek. pistolet automatyczny. — Sylwetki. Jaka to przyjemność. gdzie strzelało się z broni palnej. Aleksander wiedział. obciągniętych nylonem. o ostrych ołowianych pociskach. w pewnym sensie zbędny. Strzelając do tarczy posługiwał się najprostszym sposobem. Być może dla jego podświadomości pistolet automatyczny był obrazem innego już świata. Odbezpieczył rewolwer. w którym nie było miejsca dla takich jak on. Ulokował się najdalej jak tylko mógł od niego. a nie na pistolet auto- matyczny? Mechanika interesowała go nie bardziej niż sprawy zarządzania i administracji. przedłużającego linię ramienia. potem czuć. a całość. Były one względ- nie tanie. Poza tym jedyną bronią. prostota jego budowy miała w sobie coś oczywistego. w której trzymał rewolwer. panie Aleksandrze? — Naprzód tarcza. świata. ważyła więcej niż kilogram. do- rzucony. Mimo że nie był w tej dziedzinie pedan- tem. pomimo jego oczywistych zalet. panie pułkowniku. jak ustępuje i jak usztywnia się język spustu. Przeszedł do pomieszczenia. Strzelając do tarcz używał 38 „specjalnych”. Zastał tam tylko jednego strzelca. 149 . czuć opór kurka. Rewolwer to co innego. Stanął przed tarczą. po naładowaniu. nawet po- dwajać. że zależnie od użytego naboju energia i szybkość lotu pocisku mogła się znacznie zmieniać. Była to raczej broń polowa niż sportowa. jaka należała do wojskowego ekwipunku jego ojca był nagan. wydawał mu się zbyt uzależniony od sprężyny powrotnej i sprężyny magazynka.

jak skrzydło wiatraka. że może już wyrzucić łuski. Strzelnica sylwetkowa była w zasadzie przeznaczona dla poli- cjantów i oficerów rezerwy. Jego ciało zamieniło się jakby w figurę geometryczną. Aleksander miał wielkie dłonie. Biodra i barki odwrócone w bok. Wyregulowana do perfekcji muszka objęła sobą szczerbinkę. który nie odstępował go przez cały czas: — Teraz. prostopadłym do powierzchni tarczy. Stopy pod kątem prostym. Przesunął bębenek rewolweru i włożył ciężkie ziarna śmierci do odpowiednich gniazd. 150 . Był w dobrym nastroju. iż towarzystwo strzeleckie nie jest dla nich tylko kursem dziurawienia bliźnich. Strzelił. osiągając szybkość 500 metrów na sekundę. Broń przemówiła. jak do błogosławieństwa. to jest dla tych. panie pułkowniku. Zgodnie z zaleceniami techniki amerykańskiej starał się. Aleksander miał tam wstęp. by palec wskazujący był swobodny i jednocześnie uważał. by w niczym nie zburzyć cudownej równowagi. rozciągającą się wyłącznie w planie pionowym. panie pułkowniku. Strzelał dalej. płaskie jak na fresku egipskim. W tym samym planie poruszała się jego ręka. też niczego sobie. leżącej na dnie jego szafki — były tam naboje o wydrążonych pociskach — lecz używał se- mi-wadcutter. Strzelając do sylwetek posługiwał się amunicją 357 ma- gnum. Strzelił. co do których można było żywić przekonanie. jaką udało mu się osiągnąć. Uroczyście uniósł ramię. Trójkąt szczerbinki zdawał się szczelnie wypełniać ciemne koło muszki. Za mo- ment ogromne. Był zadowolony z wyników na tarczy. Jednocze- śnie przymknął lewe oko. płasko ucięte pociski opuszczą lufę. Po sześciu strzałach wiedział. — Gotów? — Gotów. Jakiś wewnętrzny licznik — psychosomatycz- ny? — powiadamiał go o ilości oddanych strzałów. z góry na dół. Zwrócił się do puł- kownika. ciągnąc ku sobie spust. Prawie nie czuł ciężaru broni w palcach. Nie rozpieczętował paczuszki.

Licznik psychosomatyczny pomylił się. listy wsuwały się do kopert. Ogień. Z lewej. śmiejąc się wszystkimi zmarszczkami okrągłej twarzy. Jedna z prawej. Usłyszał suchy trzask iglicy. nie mógł już płynnie działać. Niech pan zdejmie nauszniki i napije się czegoś. Naładował rewol- wer: małe fasolki wracały do swych strączków. po prawej. Sylwetki nie wyskakują aż tak szybko. Zatrzymał się dopiero na progu wyczerpania. że już mnie masz. Wrócił do kina zapasowym wyjściem. spełniona miłość do miłości platonicznej. Tym razem była to prawdziwa orgia strzelecka. grane w 151 . Powinien rozluźnić palec. jak tam wyglądają strzelni- ce. Ogień. „Ciekaw jestem. Znów zaczął strzelać. panie Aleksandrze.. że pistolet automatyczny. Strzelanie do sylwetek. strzelając w pępek. Ogień. Tuż przed nim ukazała się następna. gdzie wszystko zależy od refleksu. Ogień. co? Zdychaj. Inna. że tym razem trafił tylko w ramię i poprawił się.. Czuł w sobie straszną wściekłość.. Zawsze panu powtarzam.. Jego eminencja kciuk zesztywniał z wysiłku. ma się do strze- lania do tarczy tak jak prawdziwa. Pułkownik. Był spokojny: tych dwóch załatwił. wy- męczony przez dodatkową pracę systemu podwójnego. nim sylwetka obróciła się na zawiasach. Ostatni byłby mnie dostał. — Myślałeś. Oto po lewej stronie ukazała się wąska sylwetka. ale system po- dwójny wydawał mu się właściwszy w tym wypadku. przedziurawił pan z pięćdziesiątkę Żółtków. wyższa. Z nienawiścią spojrzał na kpiącą sylwetkę. Z pewnością równie nowoczesne. Odgadł. przyśpieszał tempo poruszania się sylwetek.. Palec wskazujący.” — No. a nie chciał mnie pan słuchać. te drzwi nie domykały się i właśnie dlatego chodził na prawie wszystkie filmy. — Wiem. żeby nie dało się sto- sować zwykłej metody repetowania rewolweru. Oby dosięgły swych adresatów. — Ach..

czy była to mieszkanka dzielnicy. niewiele skrom- niejsze od pałaców? Nie dla arystokratów. robiąc miej- sce każdej przechodzącej kobiecie. rycerzy. elegancko. Te wielkie klatki schodowe. Dzisiejsza wycieczka zajęła czas dwóch lub trzech seansów. ze żwirem zgrzytającym pod nogami. Bez pośpiechu prze- mierzał wielkie mieszczańskie trakty swej ulubionej ósmej dziel- nicy. Szedł z uniesioną głową. Czerwcowe wieczory trwają bez końca. nosił fioletowe rękawiczki. próbował dzwonić do jednych czy drugich drzwi.tym kinie. Zielona masa bluszczu. lecz to go nie niepokoiło: film wyświetlany był non stop. bez powodzenia. Przepych alei ogrodowych. Ci umieli jeszcze żyć. a on wyrobił sobie już markę bywalca pozostającego w ki- nie znacznie dłużej. Jessica mieszkała blisko La Muette. Zostawił swoją omegę na parkingu i udał się do Jessiki piechotą. może pod tymi samymi drzewami. Jego dziadek przechadzał się tędy jakieś osiemdziesiąt lat temu. czy też zwykła portugalska bona. Dla kogo wybudowano te wspaniałe domy. — Pani Boïsse zrobiła się na piękność? 152 . z pustym żołądkiem. Była to era sojuszu: republikanie francuscy nie żywili żadnych uprzedzeń wobec bojarów. przesuwające się za bra- mami. Tuż obok znaj- dowała się sowiecka ambasada. Z balkonu można było zobaczyć Lasek Buloński. karoce. wylewająca się znad murów pię- ciometrowej wysokości. szlachciców. Aleksander zdawał się odkrywać tu fantomy przeszłości. rozgniatając piasek pode- szwami butów fabrykowanych przez najlepszego włoskiego pro- ducenta obuwia w Paryżu. te masywne balkony z kratami z kutego żelaza (Alek- sander uwielbiał kute żelazo). w bardzo brzydkim i bar- dzo komfortowym budynku. lecz dla agentów gieł- dowych i bankierów. I oto teraz on żegnał się z tym miastem. albo też ukrywali je przez sympatię dla rubli. Ogrody. Później zjawił się tu jego ojciec. obojętnie. Opuścił kino po scenie dziejącej się w hotelu. jeśli tylko obraz mu się podobał. wzniesionym tuż przed wojną.

— Moja droga Jessico — odpowiedział jej rozleniwionym głosem — doświadczenie uczy nas. W drugim czekał przykryty szklaną taflą stół. Miał ochotę odpowie- dzieć jej niegrzecznie. gotowa jestem w każdej chwili dotrzy- mać umowy. nakrycie dla dwóch osób i wreszcie złota szyjka butelki.. wynurzająca się z wiadra z lodem. jest w tym coś wspaniałego. był ledwie związany. — bawiła się paskiem szlafroka. same koronki i falbanki. która zamienia się w obowiązek. jeżeli któregoś dnia przestanie pani pełnić funkcję pośrednika. że chce podać jej 153 . lecz wciąż była bardzo atrakcyjna. Pasek. coś w niej prowokowało go do tego. W jednym kącie prążkowane na czarno i biało kanapy ustawione były na brzegach skóry z ze- bry. ogromne talerze. Zresztą. nasyco- ną zapachem tytoniu. Zwracając się do tej kobiety Aleksander stawał się zawsze tro- chę grubiański. zawsze ubraną na czarno. owszem. Nawet nie udawał. Jessica zapaliła papierosa. Niech pan się wreszcie przyzna: czy ja się panu nie podo- bam. — Jeśli idzie o mnie. ale zmilczał. zobaczymy. retro do drugiej potę- gi. Proszę jednak nie udawać. Jessica była szczupłą brunetką. czy też jest pan impotentem? Mówiła z lekkim akcentem amerykańskim. Miała ze czterdzieści lat. — Może jednak? Iwan będzie tu najwcześniej za dwadzieścia minut. Dzisiaj był to czarny. a na nim no- woczesne srebra. staje się torturą. przystojną. prawie przezroczysty szlafroczek.. że nie powinno się nigdy mieszać obowiązku i przyjemności. czyż nie? — Ale przyjemność. ściągający tę zwiewną mate- rię. Zaprowadziła gościa do salonu. że narzeka pani na brak wielbicieli. typowe dla nowego stylu go- towania. — Gdy jednak obowiązek staje się przyjemnością. — Nie? Nie zmie- nił pan zdania? Aleksander usiadł na jednej z kanap.

Jessica. — Istotnie. którzy podają się za inwertytów. Ktoś powinien wreszcie spostrzec. mój syn!”. Zachód jest naprawdę zgniły. Pitman popełnił błąd. Zazwyczaj zabraniał sobie myślenia o niej i o małym Dymi- trze. żona najpierw pewnego włos- kiego księcia. jakby zrywała się jakaś tama: „Och. 154 . Być może jednak Pitman zrobił to rozmyślnie: związek między nimi mógłby zaszkodzić sprawie. „Pitman ma mnie w ręce. moja żona! Och. że nienawidził kobiet palą- cych. Oglądał swoje paznokcie. Od czasu do czasu pokazywała się z Aleksan- drem u „Maxima”. tylko po prostu jest pan ciotą. to nie propaganda. — Znam litera- tów całkowicie normalnych. Kanadyjka urodzona w Cannes. działo się tak. w tych środowiskach nie szkodziłoby mi to w ża- den sposób — odrzekł Aleksander nie prostując. Nawet dzisiaj rano. Jessica Boïsse miała swoje znajo- mości w międzynarodowym high society. bo uważają. żeby ta zależność była jeszcze większa”. białą lancią do któregoś z wydawców: wystarczało to do zaspokojenia ciekawo- ści paryżan co do prywatnego życia Aleksandra Psara. Po raz pierwszy tego dnia w jego pamięci pojawiła się Ałła. Co spra- wiało. że Jessica posłuszna była Pitmanowi? Pieniądze? Szan- taż? Aleksander nie wiedział tego i wolał się nie dowiadywać. Jej wspomnienie przeszy- ło mu serce. co? Z pewnością mówi się tak o panu w środowiskach literackich. Wyrzucał sobie później ten brak czujności: „Trzeba się kryć”. przydzielając mu tę palaczkę. gdy wyobrażał sobie bliski powrót. gdy myślał o czymś zupełnie innym. Cza- sem jednak.ogień. nie trzeba. Miał ładne dłonie i pozwalał sobie na nieco staroświecki \ luksus starannego wygładzania pilniczkiem paznokci. że taka opinia będzie dla nich korzystna. potem amerykańskiego impresaria i później in- nych jeszcze dżentelmenów. Jessica śledziła jego spojrzenie i zadrwiła: — Ani impotent. ani też to. świadomie pominął te dwie drogie mu osoby. Cóż. albo zabierała go swą małą. żebym się panu nie podobała. chociaż naprawdę do niego nie należała.

„Zaskroniec — mawiał Pitman — nie zajmuje się podpatrywaniem żaby”. Ktoś zadzwonił do drzwi. skoro o wiele prościej jest uzależnić go. 155 . instruować. że pana widzę. Jego twarz pokryta była śladami po ospie. I wciąż jesteś piękny jak bóg. rzadkie włosy. brązowy garnitur i wielkie półbuty. — No i co? Żadnych APK dzisiaj? Aleksander lubił popisywać się żargonem KGB: na pijatykę mówiło się Aktywność Polityczno-Kulturalna. Aleksandrze Dmitryczu? Iwan IV był krępym mężczyzną około pięćdziesiątki. Uścisnęli sobie mocno dłonie. Był to stały żart Aleksandra: Iwan Iwanycz nie znosił wódki. że mógłbyś mi wyrwać ra- mię. Aleksander miał stopień pułkownika z nadania. gdybyś tylko zechciał. Skończ już z tym udowadnianiem mi. majorem. — Dajcie spokój. „Funkcjonowanie zamków w drzwiach to nie nasza dziedzina”. Iwanie Iwanyczu. Iwan Iwa- nycz był zawodowym oficerem. Iwanie Iwanyczu. Jessica poszła otworzyć. miały za zadanie za- słonięcie łysiny. Iwan Iwanycz wpatrywał się w swego agenta: — Dobrze wyglądasz. — Ręka boga nie jest uchwytem pompy. — Cieszę się. W niebieskich oczach często pojawiał się wyraz czułości. czesane w poprzek czaszki.W jego dyrekcji do dobrych obyczajów należało nie wiedzieć zbyt wiele. choćby to nawet był przeciwnik. — Co słychać. czego zresztą bardzo żałował. Stosownie do swego dezabilu poruszała się imitując styl „na panterę” lat dwudziestych. Napij się raczej ze mną wódki. To nieładnie wy- śmiewać się z biednego żołądkowca. towarzyszu pułkowniku. wzru- szenia. Rude. szpiegować. Po co podpatrywać kogoś. Miał na sobie koszulę w biało-niebieskie paski. Aleksandrze Dmitryczu.

że rachuneczek będzie słony. — Ty.. tak. — Ach.. zawołajcie. nie krępuj się. Co prawda mam dla ciebie kilka drob- nych spraw. i zadowolenie — że wkrótce popsuje mu apetyt. — Nie. Miałbyś ochotę. Wydając radosny okrzyk oczekiwania wyciągnął rękę po butelkę.. ale to mogłoby poczekać. Usiedli przy stole. Co innego było bardzo pil- ne: chciałem ci powiedzieć. Jeśli o mnie idzie. Znam się na moim zawodzie. poprosiłem o pilne spotkanie nie tylko ze względu na homara. Jessica wtrąciła się: — Szampanskoje? Tak. Aleksandrze Dmitryczu. że będziecie rów- nie szczęśliwi beze mnie. którego rożek wsunął między dwa guziki pomiętej ka- mizelki. Ale myślę. Wyszła z pokoju. — Iwan Iwanycz podszedł do szklane- go stołu: — Kawiorek! Homarek! Gąska! Coś mi się wydaje. — Co skończyłeś? — Skończyłem moją pracę dla dyrekcji. — Iwanie Iwanyczu. wracam. dziwka. Jeśli będzie- cie mnie potrzebowali.. co? Jeżeli nasza damulka po- myślała o kropelce szampana. W każdym razie we Francji. który radośnie zabierał się do odłamywania szczypców homara i łamania zę- bami kości gęsi. jest szampanskoje. skądże. że skończyłem. — To twoja sprawa. zostawię was z waszymi sprawami.. Iwan Iwanycz zmrużył oko: — Chętnie by tu z nami została. zasłońcie okna: mam sąsiadów. — Panowie. na przykład powieść historyczną szkalującą Dosto- jewskiego. co?! Ty mnie zadusisz. Gdybyście chcieli tańczyć na golasa. — Jeżeli serce ci to dyktuje. Iwan złożył nakrochmaloną serwetkę w trójkąt. serce.. 156 . Aleksander pomyślał — była w tym i litość dla Iwana. Czuło się w nim pogodnego człowieka. serce. Mówiła kiepskim rosyjskim.

prawda? — Iwanie Iwanyczu. ja cię lubię. Jana i wie- czory paryskie niewiele różniły się od białych nocy Petersburga.. Jakub Mojsiejewicz dał mi swoje słowo. na wieży Notre Dame.. Iwan Iwanycz wyrwał serwetkę i rzucił ją na stół: — To skandal! To potworne! Nie uwierzę w to nigdy. nim skończę pięćdziesiąt lat. Prze- każ wiadomość dalej. żartujesz sobie ze mnie. Elektroniczne szachy 157 . chociaż była już dziesiąta w nocy. Iwanie Iwanyczu. Trzydzieści lat upłynęło. postawiłem pewien warunek: mianowicie że wrócę. W pokoju majaczył błękitny półcień. zgodziłem się wykonywać moją misję trzydzieści lat. nadszedł czas powrotu.. masz słuchać.. Gdy więc przyjąłem propozycję. Działo się to w okolicy św. gdy zgo- dziłem się przyjąć uczynioną mi propozycję. Wykonaj więc. Transmituj. Nie możesz mi tego zrobić. zgodziłem. w czasie jazdy! Pomyśl o organizacji. powiedziałem ci. i moja żona także. między dwiema wieżami. tak jak my wszyscy. było wciąż jasno.... dokładnie rzecz biorąc na galeryjce chimer. o ojczyźnie! Aleksandrze Dmitryczu. Saszeńka. Zgodzono się na moje warunki. Ja się już przyzwyczaiłem do Paryża. W jasnych oczach Iwana Iwanycza pojawiła się miękka czu- łość: — Sasza.. Gdzie? Jeśli ko- niecznie chcesz wiedzieć. niczym więcej. że twoje zadanie sprowadza się do jednego: jesteś pasem transmi- syjnym. ale musisz pamiętać. ale to właśnie on mnie zwerbował. Bę- dziemy dalej pracowali jak do tej pory. gołąbku. co do ciebie należy. I przede wszyst- kim nie można przerwać misji tak sobie. Aleksander patrzył na niego uważnie: — Iwanie Iwanyczu. Ty nie masz się co zgadzać. przyznaj się. — Co? kiedy? Jaką propozycję? — Trzydzieści lat temu. Powtarzam. — Zgodziłem się. Pewnie nie wiesz o tym. — Nie masz racji. Gdy Aleksander wrócił do domu.

nie pozostawało nic innego jak tylko przekazanie żądania po- wrotu Oprycznika. życie jego nie pójdzie na marne. Gdyby w dyrekcji «A» przestrzegano ściśle regulaminu. przysłuży się ludzkości. I wreszcie wielka nawa kościoła.musiały znaleźć rozwiązanie. płynąca niebem. I dłoń. Chłopczyk o ja- snych włosach. Zaj- mowałby się dwiema rzeczami: administracją podległych mu sektorów i polityką w stosunku do „góry”. gene- rał major od dawna przestałby się zajmować bagatelami rodzaju jednego z agent d'influence. Młoda kobieta o oczach pełnych patosu i czujnych. poznawał krok po kroku. Mając lat pięćdziesiąt siedem Pitman był najmłodszym człon- kiem Areopagu Teoretyków. Ale Pitman. i dwie małe sylwetki na mostku kapitańskim: młody mężczyzna i jego kusiciel. Jednym z jego zadań. przyznał sam sobie prawo rozplątania do 158 . Nie miał jednak wolnej głowy. Jedyne co mógł zrobić. za każdym razem musiał uczyć się na pamięć jego zdjęć i potem niszczyć fotografię. zarażony bakcylem Sun Tsu. Aleksander siadł przy szachownicy i szukał riposty. ale ty wrócisz zamiast mnie”. która nie dosięgła już policzka syna. który zmienił nazwę na dyrekcja «A». najmniej jeszcze odpowiedzialnym. że dzięki nieprzeniknionym arkanom byłego departamentu «D». jednym z tych. bo światełko zgasło. Już teraz jednak wysysał boską ambrozję najwyższej prawdy i przekonany był. Alek. Przed jego oczami przepływały obrazy. Inne funkcje. działającego gdzieś w świecie. Stary człowiek umierający w szpitalu: „Ja nie wrócę już. było wymyślanie najróżniej- szych bzików i aberracji. które ZSRR wmówi światu w czasie następnych dwudziestu lat. jeszcze bardziej tajne. opadająca dłoń. Iwanowi Iwanyczowi. których młode po- kolenie nazywało czapkami-niewidkami. w trakcie następujących po sobie wta- jemniczeń. to złagodzić nieco wymowę tego apelu przez osłodzenie go przeprosinami i uspra- wiedliwieniami. choćby był nie wiadomo jak wściekły. Depesza znalazła się na biurku generała majora Jakuba Pitmana.

. polować lub zbie- rać grzyby w lesie. w starożytnej wiosce. Na gałęziach wykwitały małe eksplozje światła. Potem się- gnął dłonią w stronę wiertuszki. Weranda zawieszona była nad taflą wody. Pitman usiadł z tyłu. mając do towarzystwa je- dynie niemego ordynansa. Obszar ten był strzeżony przez uzbrojonych wartowni- ków i psy. by domagać się tego. obywał się bez haremu i bez rodziny. któ- rzy zajmowali miejsce obok kierowcy. którym posługiwać się mogli tylko władcy świata: — Czy mogę przyjechać? — Czekam na pana. 159 . Około czterystu hektarów ogrodzono i odcięto od świata. jakby angażując się w ostatni bój. Podjechał samochód służbowy. wypuszczało strzały swych promieni w las. aparatu telefonicznego. ale też brakowało mu śmiałości. Nie aprobował populistycznego gestu niektórych przełożonych. w której KGB zbudował dacze dla swych pracowników. Pitman zastał starego człowieka na werandzie. przybrał już wygląd starej rosyjskiej chaty. Można było łowić ryby w jeziorze. Abdulrachmanow żył tu samotnie. Pomiędzy drzewami zachodziło słońce i. przeżył ponownie scenę na galeryjce chimer. Dacza Abdulrachmanowa zbudowana była tuż nad jeziorem. na której stały ogromne kolorowe figury w dawnym stylu. z jej koronkowymi szczytami i pokrzywionymi stopniami ganku. Drewniany dom. Jezioro było całkiem gładkie i bezbarwne. Abdulrachmanow osiadł o jakieś sto kilometrów od Moskwy. wzniesiony tuż po wojnie. Panowała tu cisza natury pozostawionej w stanie dziewiczym.końca „boskiego węzła”. Na stole leżała prymitywnie zadrukowana kartka papieru. Gdy czytał raport Iwana Iwa- nycza.. przed szachow- nicą. który sam zasupłał w młodości. co Abdulrachmanow otrzymy- wał bez proszenia: żeby otwierano przed nim drzwi samochodu. za- wierająca zadania szachowe. — Do Wołkowa. rekru- tując owych siedmiu Francuzów.

a tymcza- sem Psarowi udało się — musiał w tym celu potrząsnąć paroma szkieletami w paru szafach — uzyskać dla niej jedną z wielkich nagród literackich. — Mohamedzie Mohamedowiczu. — Kenti. który przybywał zawsze w porę. Wiek nie przygarbił Abdulrachmanowa. wnosił już w wyciągniętych ramionach brzuchaty. bubliki. a w ZSRR przyznano jej nawet laur opatrzony imieniem jednego z najkrwawszych katów ludzkości. że pańskie zamiary wobec Oprycznika są bardzo konkretne. zawsze byłem przekona- ny. słoiczki z konfiturami i miodem. — Oprycznik? Przypominasz sobie. lecz nie wypadły. kołacze. samowar! Innokienti. że nie chcia- łeś go kiedyś zatrudnić? Dla żartu Abdulrachmanow posłużył się tytułem. ogórki małosolone. by ocalić 160 . głowę miał opuszczoną. Zrównoważył to mówiąc mu „ty”. Pierwszym z nich była powieść Emanuela Bluna. nie patrzył ani na swego pana. Pitman chętnie przyznał się do swej ówczesnej pomyłki i za- częli obaj przypominać sobie największe osiągnięcia Opryczni- ka. tyle że jego barki za- okrągliły się i teraz już nie tylko jego czaszka. — Ludojad. minę starego zrzędy. ani na gościa. buchający parą srebrny samowar. Gryzł ogórka. Wracał jeszcze kilkakrotnie przynosząc małe chleby o różnych kształtach. który przy- sługiwałby Pitmanowi w starej Rosji. kiełbasę. „Bardzo stary ludojad — pomyślał Pitman. Książkę Bluna przetłumaczono na wiele języ- ków. ale i cała sylwetka upodobniła się do gigantycznej głowy cukru. Jego wielkie zęby pożółkły. Wierny przyjaciel. Mimo to Blun w dal- szym ciągu uchodził za liberała: wiernym przyjacielem bohatera powieści był pewien milczący lecz sprawny członek partii komu- nistycznej. który ma więcej niż osiemdziesiąt lat”. Nie chciał jej z początku żaden wydawca. ekscelencjo. bez wątpienia uprzedzony przez wartowników.

Zysk polityczny był ogromny. który nie może przeczyć oczywistym dowodom. Nie sądzisz. na ile można obliczać liczbę oby- wateli francuskich odesłanych nadawcy dzięki staraniom Oprycznika. że otchłanie pełne są „ma- łych krwawiących embrionów” francuskich. ekscelencjo. Rosyjski dla każdego.” Był wtedy jeszcze jeden powód. i Psar domyślił się tego: kampanię w sprawie wojny algierskiej powierzono innemu agentowi i trzeba było unikać interferencji. jeśli sądzić po wpływach finansowych. Zastanawiam się. — O. gdzie hasło „wyzysk” znajdowało się w artykule poświęconym kapitałowi. — I Słownik synonimów. a rewolucja pod hasłem „proletariat”. 161 .narratora od niebezpieczeństw. Moha- medzie Mohamedowiczu. kurs językowy realizowany w cią- gu czterech lat. jednak naturalne skłon- ności kierują pana ku prawicy. jest pan uczciwym człowiekiem.. był mistrzowskim osiągnięciem. — No i jeszcze Rosyjski dla każdego. — Także i jego Biała Księga o kobiecie nie była zła. skierowanych tam przez naszego przyjaciela? Abdulrachmanow posmarował masłem kromkę chleba i uło- żył na niej plasterki kiełbasy w fantazyjnie zakrzywioną linię. Później Psar wpadł na pomysł Białej Księgi. na jakie narażały go jego wiel- koduszność i roztargnienie. Trzeba było go niekiedy hamować.. Mohamedzie Mohame- dowiczu. w każdej czytance i każdym ćwiczeniu grama- tycznym. Francuzi do tej pory odczuwają jej skutki. W szczególności trzeba było interweniować w przypadku Księgi poświęconej wojnie algierskiej. tak. przygotowany w ZSRR i nafaszerowany propa- gandą wszędzie. „Nie chodzi o to — usłyszał wtedy Psar — żeby znalazł się pan na lewicy. Niech pan pamięta. Tak. — Ale jego Biała Księga o edukacji narodowej!.

Nie robię ekscelencji wyrzutów... Ależ się zaśmiewano na placu Dzierżyńskiego. kiedy Czerwony Wojownik z uniesioną dłonią ukaże się w promieniach wschodzącego słońca. Nagle jednak generał-pułkownik nachmurzył się i zmienił ton rozmowy: — Nno więc. pesymizmu.. Otóż teraz dochodzą mnie słuchy. ale za moich czasów doszliśmy do tego. — Były też te apokryficzne przepowiednie Guillaume'a Po- stela. zauważam we Francji pewne przesunięcie. Tak się wyrażają przekonania reakcyjne. gdyż ogarnął ich Wielki Strach? W każdym razie sukces psycho- logiczny był ogromny. i będzie się to działo w roku 7488 od stworzenia świata.. że niektórzy przenosili swe kapitały do zagranicznych banków.. że we Francji ktoś. — Nie można mieć tego za złe Psarowi. że marksizm stał się doktryną numer jeden. ale. jak mówi nasze Vademecum. — Tu popełniono pewien błąd: o wiele zręczniej jest zjedny- wać dla nas Péguy przez odpowiednie manipulacje kontekstem. dementi są szybko zapominane. kto nie jest marksistą. a nie ucieleśnienia idei. i gotowość widzenia w faktach faktów. lecz w stronę pewnego cynizmu polityczne go. który już niósł do ust. gdy Francu- zów.” Czy słuszne było podejrzenie. bombardierzy porzucą kule armatnie. Czy to prawda? Pitman złożył na obrusie pierożek. nie ośmiesza się tym samym w towarzystwie. a kłamstwa pozostają. ogarnęła panika w wyniku lektury Apokalipsy maga z Barenton: „Zaciężni rycerze upuszczą halabardy. — No i Słownik cytatów: dwadzieścia osiem cytatów z Jau- rèsa i tylko trzy z Péguy. tych kartezjańskich Francuzów. może nie ku prawicy. galery popłyną bez wioślarzy i sakiewki pełne złota rozsypią się w rynsztokach w dniu. brakowało mu jesz- cze wtedy doświadczenia. 162 . rodzajem ab- solutu. Obaj mężczyźni lubili przypominać sobie wydarzenia. które przypadły na młodość jednego i wiek dojrzały drugiego. Trzeba je było co prawda później zdementować..

towarzy- szu generale? Słońce zaszło już. — Ja — burknął — jestem już poza tym wszystkim. by przeprowa- dzić przeciwko nim ekspedycję karną w wielkim stylu. Proponowałbym. Rozgniewać przełożonego było czymś. Pitmanowi zdawało się. nie udało mu się wyleczyć Pitmana z nawyku zanurzania się w nastrój samo- krytyki. na których wzniesiona została weranda. Powierzchnia jeziora zabarwiła się na czer- wono. jak się to działo. Być może osłabła nasza czujność. Jakże można było znieść zawód. której inicjatorami są w znacznej mie- rze nasi dysydenci. płasko uderzyła o powierzchnię. w dyrekcji? — Gdybym jednak był na waszym miejscu. robię co tylko jest w mojej mocy. czy jest w tym moja wina. W oddali z wody wyskoczyła ryba i. jaki się mu sprawiało? — Mohamedzie Mohamedowiczu. przyjaciel- skich przysług i prezentów dla tej idiotki Eliczki. W każdym razie w Paryżu szykuje się fronda przeciwko nam. Czy jed- nak było to możliwe. nie lekcewa- żyłbym paryskiej frondy. Nie wiem. 163 . Abdulrachmanow westchnął jak stary człowiek. Ten przełożony był w dodatku jego dobroczyńcą. Mimo trzydziestu lat zażyłych stosunków. coraz rozleglejsze i coraz słabiej zaznaczo- ne. czy czegoś nie zaniedbałem. — Czy mielibyście dla nas szczegółowe polecenia. Obie te operacje mogą być wykonane jednocześnie. informacje dotyczące stanu opinii publicznej świadczą o tym. Po jeziorze rozchodziły się kręgi. paraliżujący biurokracje totalitarne. nic nie ukryje się przed pańskim spojrzeniem. wykonawszy skok. że nie dyrygujemy już inteli- gencją francuską tak sprawnie. by za chwilę zgasnąć. gdy pan był sze- fem. lecz rzeczywiście. którym był w istocie. A nasi dysydenci zasługują na to. za- pewniam pana. żeby ująć sprawy żelazną ręką. że słyszy. Francuska opinia publiczna ma jeszcze tro- chę znaczenia w świecie. czego obawiał się naj- bardziej. jak rozbijają się na palach.

Abdulrachmanow nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Być
może i on próbował usłyszeć ten dźwięk, a może inny, równie
nieuchwytny, który miał się narodzić dopiero w przyszłości.
Wreszcie:
— Co zamierzasz zrobić z Oprycznikiem?
— Właśnie chciałem się pana poradzić, Mohamedzie Mo-
hamedowiczu. Oprycznik jest po trosze pańskim dzieckiem.
Abdulrachmanow uniósł głowę:
— Słuchaj — powiedział — zrobisz jak zechcesz, jeśli jednak
o mnie idzie, to lubiłem zawsze jasne podziały i koszule, w któ-
rych ilość guzików zgadzała się z ilością dziurek na guziki.
Nie wiesz, co zrobić z Oprycznikiem, nie wiesz, jak przykręcić
śrubę Francuzom i dysydentom? Trzeba tylko włożyć odpowied-
nią śrubę do odpowiedniej nakrętki. Car Iwan prawie starł z po-
wierzchni ziemi Psków, żeby dać nauczkę jego mieszkańcom.
Przydałaby się nam operacja Psków... Od kiedy poznałem
młodego Psara, przekonany byłem, że mógłby odegrać rolę
w pewnym małym, dobrze przygotowanym montażu. Czy eksce-
lencja chciałby dowiedzieć się szczegółów?

4

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA
(Montaż Psków, faza numer jeden)

Na uniwersytecie leningradzkim miały się wkrótce zacząć wa-
kacje, ale Gemma nie wracała do Włoch, zajęta posłannictwem,
które sama sobie wyznaczyła: walką przeciwko prześladowa-
niom.
Wypowiedziała wojnę komunizmowi; gdyby żyła w czasach
faszystowskich, próbowałaby zabić Mussoliniego, w dziewiętna-
stym wieku rzucałaby bomby na cesarzy i ich ministrów, zaś w
epoce Rewolucji Francuskiej zasztyletowałaby Marata. By móc
zrealizować swe plany nauczyła się rosyjskiego i, jako amatorka
konspiracji, wybrała sobie jako przykrywkę swej działalności
studia filologiczne w ZSRR.
Gemma, urodzona w Toskanii, miała ładną twarz, lecz ubie-
rała się strasznie. Jej potężnych rozmiarów pierś okrywały nie-
zgrabne, nieforemne swetry, spodnie, które nosiła, groziły w
każdej chwili pęknięciem. Mimo to nie mogła narzekać na brak
zainteresowania: cały rój studentów, głoszących — by się jej
przypodobać — mniej czy bardziej dysydenckie poglądy, kręcił
się wokół niej. Nikomu zresztą nie pozwalała się zbliżyć. Intere-
sowała ją wyłącznie walka.
Na razie, w oczekiwaniu działalności bardziej krwawej, stwo-
rzyła system konspiracyjnego wywozu tekstów samizdatu, i
chwilowo się tym zadowalała.
System istniał już od ponad dwóch lat i jego początki wiążą
się z pewnym wieczorem, kiedy to, po wyjściu od przyjaciół,

165

Gemma nie mogła znaleźć taksówki, która by ją odwiozła do
domu, na ulicę Marata (ateistka, lecz pełna przesądów, poten-
cjalna tyranobójczyni widziała pomyślny znak w tym, że znalazła
dla siebie mieszkanie, w mieście, gdzie było o to tak trudno, przy
ulicy noszącej podobne imię!). Było zimno, do butów przyklejał
się śnieg. Znajomi wyjaśnili Gemmie, że prawie każdy z prywat-
nych kierowców zawiezie ją do domu za parę rubli. Zatrzymała
pierwszy pojazd, jaki nadjechał.
Była to ogromna ciężarówką na której niebieskimi literami na
białym tle wypisana była nazwa: Sowtransawto, obok widniały
dwie przecinające się litery С oraz numer telefonu, który Gem-
ma zapamiętała, jako że przygotowując się do sekretnych dzia-
łań wojennych wyćwiczyła się w zapamiętywaniu długich serii
cyfr: 2213653. Wielka masa żelaza, pędząca z łoskotem przez
noc, zazgrzytała i zatrzymała się. Gemma wspięła się do prze-
grzanej kabiny kierowcy.
— Dokąd?
— W pobliże Dworca Moskiewskiego.
— Pięć rubli.
Nie targując się wyjęła z kieszeni pięć rubli.
— Mówisz dobrze po rosyjsku, ale jesteś cudzoziemką...
— Włoszką.
— Niemożliwe! Naprawdę? Ja właśnie wracam z Włoch!
Szofer ciężarówki był wysokim chłopcem o kwadratowej twa-
rzy i małych zezujących oczkach, zawsze patrzących w jeden
punkt, jakby jakiś niewidzialny papieros stale przyciągał jego
wzrok. Wyjechał z ZSRR z ładunkiem chromu, wrócił z Europy
przywożąc alkohol:
— Prawdziwy gołąb pocztowy.
Gemma strąciła ze swego kolana dłoń kierowcy i ostro zaata-
kowała ZSRR, oskarżając go o niedotrzymywanie umowy helsiń-
skiej. Chłopak mruczał coś pod nosem, hm i tak, w sposób, który
go do niczego nie zobowiązywał. Już na ulicy Marata wymamro-
tał bez przekonania:

166

— Może byśmy się spotkali?
Gemma, w przewidywaniu najróżniejszych usług, jakie mógł-
by jej oddać, zgodziła się. Następną niedzielę spędzili razem.
Pojechali do Pietrodworca. Wiaczesław był zły, gdyż fontanna, w
której, jak słyszał, mechaniczny pies poluje na sztuczne kaczki,
była zamarznięta. Gemma znów rozpoczęła swą agitację i tym
razem osiągnęła pewne umiarkowanie pomyślne rezultaty:
— Ja jestem człowiekiem kulturalnym i dzięki temu nie cier-
pię, ale to prawda, że chłopak, który zarabia 75 rubli na miesiąc,
podczas gdy para porządnych butów kosztuje 150...
Tydzień później wybrali się do Pawłowska. Wiaczesław chciał
zobaczyć Lwie Schody, szersze u dołu, co, w zamierzeniu bu-
downiczych, miało podwyższać je optycznie.
— My, Rosjanie — skomentował — nie musieliśmy wcale
czekać na komunistów, żeby coś osiągnąć.
Gemma doszła do wniosku, że Wiaczesław nawrócił się już
dostatecznie i że można mu już zaproponować zabranie w kolej-
ną podróż jednego czy dwóch manuskryptów. Zgodził się nie żą-
dając niczego w zamian:
— Zrobię to, powiedzmy, z miłości dla wolności.
Gemma poleciała pierwszym samolotem do Rzymu. Znała
tam Enzo Grucciego, małego, ciężko pracującego wydawcę, któ-
ry publikował książki na koszt autorów. Wyjaśniła mu, na czym
polega jej projekt, i zostawiła mu coś, co nazywała swoim „bre-
wiarzem”: listę miejsc spotkań i całą serię haseł i kodów, okre-
ślających dni i godziny. Dumna ze swego profesjonalnego podej-
ścia, wróciła natychmiast do Leningradu. Z maszynopisami nie
będzie miała kłopotu: samizdat był dla rosyjskich studentów
czymś w rodzaju LSD.
Po tygodniu zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powiadomiła go, że
miała pierwszą randkę z pewnym młodym człowiekiem, Ro-
sjaninem, że czytała właśnie książkę, wydaną w roku 1825,

167

ortografia tej książki sprawia jej pewne trudności, a ponadto ma
zdawać egzamin, we wtorek lub może we środę.
Signor Grucci, wciąż jeszcze sceptyczny, zajrzał do brewiarza
i zadał sobie trud przetransportowania swego obfitego cielska
pod łuk Tytusa. Znalazł się tam w najbliższy czwartek, o godzi-
nie 18.25. Tego dnia nic nie osiągnął, powtórzył więc to samo
nazajutrz i natychmiast zwrócił uwagę na wysokiego zucha o
bardzo długich nogach i krótkim torsie. Chłopak kręcił się w
umówionym miejscu, trzymając pod prawym ramieniem pakiet
starych «Oggi». Zdawał sobie sprawę ze śmieszności tego, co
miało nastąpić, lecz wietrząc jednocześnie przyszły zysk, Grucci
podszedł do nieznajomego i zacytował, bardzo wyraźnie, we-
zwanie do mordu, zaczerpnięte z libretta Normy:
— Strage! strage! sterminio, vendetta!
Mężczyzna, zaciskając powieki, bez słowa wręczył mu paczkę
«Oggi». Wewnątrz Grucci znalazł kopertę, a w niej dosyć spro-
śne opowiadanie, które, przetłumaczone tak, by stało się nieco
bardziej sprośne, pozwoliło wydawnictwu Mewa wypłynąć na
szersze wody i przeżyć najbliższych sześć miesięcy. Sprawa to-
czyła się dalej. Nawet nie licząc sukcesów sprzedaży w księgar-
niach — dochodziło do nich! — Grucci mógł w każdym wypadku
polegać na permanentnej klienteli, na którą składali się rosyjscy
emigranci, biblioteki uniwersyteckie (głównie amerykańskie),
służby wywiadowcze i instytucje propagandowe. Jedni ciekawi
byli oryginałów, drudzy opierali się już na tłumaczeniach; jedni i
drudzy sprawili, że Mewa stała się głównym na Zachodzie im-
porterem samizdatu. Wszystko to było zasługą Gemmy, która,
nie żądając najmniejszego wynagrodzenia, przyniosła wydawcy
szczęście, zapewniła mu pomyślność. Autorzy, rzecz jasna, naj-
częściej w ogóle nie upominali się o swe honoraria, jeśli nato-
miast, wyjątkowo, trzeba było zapłacić któremuś z nich, Grucci
czynił to z ociąganiem i stosując wszelkie możliwe wybiegi —
odwlekał moment wypłaty, a pieniądz przynosił mu procent.

168

Dziwna współpraca pomiędzy kochającą wolność dziewicą i
zarabiającym na ideologicznej dywersji wydawcą rozkwitła w
najlepsze.
Każdego dnia, idąc na uniwersytet, Gemma sprawdzała
punkty, które wyznaczała „członkom swojej siatki”. Rozsiane
były w różnych miejscach: dwa znajdowały się na Newskim Pro-
spekcie, jeden na Polach Marsowych, jeden na Placu Pałaco-
wym, dalsze w ogrodach Gorkiego i na Placu Dekabrystów. Tego
poranka — był właśnie czerwiec, i słońce, jak zakochany po raz
pierwszy młodzieniec, nie ułożyło się wcale tej nocy do snu —
znalazła na jednej z ławek w ogrodzie Gorkiego narysowany
kredą romb. Wieczorem więc zaszła do pewnej knajpki na New-
skim Prospekcie, do baru, którego szyld ogłaszał lakonicznie
jedną tylko rzecz: piwo.
Dunduk był już na miejscu, wielki i rudy; spod prochowca,
który idiotycznie włożył na siebie, wyzierała biała koszula (chciał
ją ukryć zapewne). Nie przyniósł ze sobą numeru «Prawdy».
Gemma natomiast, zgodnie z umową, miała przy sobie «Praw-
dę». Powinni byli wymienić między sobą egzemplarze tej gazety.
Być może Dunduk nie przyniósł jej nowego odcinka Rosyjskiej
prawdy, ale w takim razie dlaczego domagał się spotkania?
Usiadła przy stoliku. Butelka była już prawie pusta.
— Co, nie czytasz już gazety? Nie obchodzi cię, co się dzieje
na świecie? Przemawiała surowo. Trzeba nimi wstrząsnąć, tymi
Rosjanami. Słowianie to w językach zachodnich prawie to samo
co niewolnicy.
Dunduk śmiał się bezgłośnie, ukazując szeroko otwarte usta,
do których wlał następny kieliszek wódki. Gemma wstała z krze-
sła:
— Z pijakami nie mam zaszczytu.
Dunduk śmiał się wciąż, nie wydając żadnego dźwięku jak w
niemym filmie.
— Gdybyś wiedziała, co przyniosłem — wyszeptał, posługując

169

się teatralną manierą świszczącego wymawiania spółgłosek
— nie odeszłabyś.
— Co takiego przyniosłeś?
Otworzył prochowiec, rozpiął wiatrówkę, kamizelkę, koszulę,
wyciągnął paczkę brązowego papieru.
— Tym razem mamy ich w ręku.
„Ich” oznaczało partię, rząd, mocarzy tego świata.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to za brudny papier?
Nie przestawał się śmiać.
— Ależ filut z niego! Wiesz, gdzie to chował? W pudle apa-
ratu telewizyjnego. Znalazł tam miejsce. W aparacie telewizyj-
nym, który mu dali, żeby go uspokoić. Tym razem skończył.
Kropka. Powiedział mi: „Dunduk, wiem, że ty kochasz mateńkę
Rosję. Weź to”. Na całym świecie istnieje tylko ten jeden egzem-
plarz, Gemma. Mam w rękach Rosyjską prawdę, ja, Dunduk.
Przycisnął do piersi brązową paczkę. Drugą ręką posłużył się,
by wychylić następny kieliszek.
Gemma chciała wyrwać mu ten papier, przypomniała sobie
jednak reguły postępowania, które sama opracowała.
— Jeżeli ktoś zobaczy, że mi to dajesz...
Dunduk podniósł się, zachwiał się i zgiął się w ukłonie:
— Piękna panienko, oto prezent dla ciebie: dwa zgniłe śle-
dzie i zdechła mysz. Przyjmij, proszę, wybranko mego serca,
przyjmij to, co ci ofiarowuje szlachetna dusza.
Wręczył jej paczkę, nie przestając się zataczać. Ktoś w są-
siedztwie roześmiał się, jakiś chłopak zarżał:
— Jeżeli masz dość tego chwiejnego kawalera, chętnie go
zastąpię!
Gemma przyglądała się pakunkowi, który znalazł się w jej rę-
kach. Rosyjska prawda będzie w dziejach świata znaczyła tyle
samo co Kapitał lub Mein Kampf, była tego pewna. Poczuła
wdzięczność: to przecież ona, dzięki temu staremu pijaczynie,
antykomuniście Dundukowi, przekazała na Zachód pierwsze

170

kartki dzieła. Trzeba było, żeby także i ona doprowadziła to dzie-
ło do końca.
Wyszła z knajpy bardziej jeszcze oszołomiona niż Dunduk.
Jeśli wszystko się uda, jej życie nie pójdzie na marne.
Trzeba było zacząć od skopiowania egzemplarza Prawdy.
Tak samo Bóg, ten Bóg, w którego wierzą katolicy, skopiował i
powielił Adama. Kopiarki były pod kontrolą, ale Gemma prze-
chowywała u siebie aparaturę fotograficzną. Wiedziała, jak się
nią posłużyć, odbyła kiedyś odpowiedni kurs. Materiały fotogra-
ficzne kupowała w małych ilościach, w różnych sklepach, czę-
ściowo sprowadzała je z Włoch.
Gdy znalazła się u siebie, na ulicy Marata, wśród starych
zniszczonych mebli, jak z powieści Dostojewskiego, otworzyła
drogocenną paczkę. Dunduk nigdy jej nie zawiódł. Przyszedł do
niej któregoś dnia:
— Jesteś Włoszką, prawda? Słyszałem o tobie. Jak tylko bę-
dę mógł coś zrobić przeciwko nim... Zabili moich rodziców... Czy
interesowałby cię wielki myśliciel polityczny, z którego oni chcą
zrobić wariata? Jestem jego pielęgniarzem i on mi ufa.
Od tego czasu siedem przesyłek dotarło na Zachód, z pomocą
Wiaczesława.
Kartki papieru, które znalazła w paczuszce, przypominały te,
które dostawała już wcześniej: cieniutkie jak bibułka do papie-
rosów, pokryte niebieskim pismem, pochylonym i gęstym, o lite-
rach raczej wysokich, nieomal ozdobnych, miniaturowych dla
ekonomii zapisu. Wyczuwało się, że człowiek, który rozwijał te
bibułki, wolałby pisać na pergaminie, posługując się rozległymi
marginesami, światłem, odstępami pomiędzy linijkami. Tym-
czasem musiał mu wystarczyć zwitek papieru.
Gemma czytała po rosyjsku tak samo biegle jak po włosku.
Przebiegła wzrokiem wstęp:
Co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie? Nie bez
powodu ludy germańskie mają aż dwa słowa na „robić”: tun i

171

machert, to do i to make. Nie bez powodu Hiszpanie w dwojaki
sposób nazywają byt, a Helleni używali trzech rzeczowników na
oznaczenie miłości: agape, eros i philein. My tymczasem, bar-
barzyńscy Scyci, używamy słów swoboda i wolia, i obydwa one
znaczą libertas. Mamy też prawdę i istinę, czyli veritas. Nie
sądzę, by było to dziełem przypadku, jako że, o ile wiem, jeste-
śmy jedynym w świecie narodem, który posiada wyraz ozna-
czający nie fałsz czy kłamstwo, czy też błąd, lecz bardzo precy-
zyjnie przeciwieństwo prawdy: kriwda.
Tak, panowie czy też towarzysze, my, Rosjanie, pijani jeste-
śmy veritas. (Owszem, także i libertas, ale wolność to tylko za-
stosowanie, wcielenie prawdy: prawda was wyzwoli, mówi Chry-
stus u św. Jana, a Sołżenicyn uczy nas „żyć nie kłamiąc”, gdyż to
tylko jest wolnością.) Zanim jeszcze staniemy się narodem Bo-
gonoścą, jak o tym marzył Fiodor Michajłowicz, jesteśmy ludem
prawdonoścą, ciężarni prawdą, ciężcy od prawdy. Niesiemy
prawdę tak jak niesie się krzyż, na plecach, i jak nosi się dziecko
w łonie kobiety.
Ponieważ jednak diabeł jest wielce złośliwy, tak już dzieje się
w świecie, że kto nosi jakąś rzecz, niesie też przeciwieństwo tej
rzeczy, i dlatego właśnie jesteśmy też największymi w całym uni-
wersum dostarczycielami kriwdy. Takie są wypukło-wklęsłe
prawa Apokalipsy.
Nasza oficjalna gazeta nosi nazwę «Prawdy», gdyż przynosi
przeciwieństwo prawdy. Wystarczy odczytać ją przy pomocy
zwierciadła, aby wiedzieć, czego chce od nas Prawda-Matka na-
sza.
W Rusi Kijowskiej począwszy od połowy XI wieku znany był
kodeks mądrych i umiarkowanych praw, określany Rosyjską
prawdą. I każdy z nas słyszał tę ludową bajkę, w której car przy-
wołuje do siebie Jasia Głuptasia i wysyła go w świat szeroki:
„Przynieś mi prawdę”.
Kopciuszek wyraża prawdę chrześcijańską, Faust niemiecką,

172

lecz zarazem poruszał się całkiem swobodnie w tej przestrzeni. W pokoju jednak panowała stworzona przez nią noc. nic się nie bój”. tak nam dopomóż Bóg! Oto co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie. zupełnie niezależna od reszty świata. co potwierdzało intuicję Gemmy — prawdziwa wolność może się narodzić tylko pod ciśnieniem to- talitarnego dramatu. że dzieło jego życia dostało się w ręce cudzoziemki. ona miała teraz lepsze towarzystwo. Chłopcy mogą sobie stukać do jej drzwi. jak on spędza te godziny. który wie już. Gemma myślała. Gemma przygotowała w wanience wywoływacz. dla innych niedobry. Jan). Przyznawał się do swych korzeni duchowych (Rosja: folklor. pocięta stożkami projektorów. strzeżony przez Dunduka. Gdy już wszystkie strony zostały sfotografowane. Zrobi z każdej kliszy trzy 173 . która byłaby ci wierniejsza niż ja”. i nie będziemy nawet wiedzieli. że tak samo będzie w śmierci: lekko się ściemni. ani na Sartre'a czy Heideggera. zamknięty w wyłożonej materacami celi. dobry. nie bój się. aparat robił swój „klik” i Rosyjska prawda stawała się nieśmiertelna. ani świtania. Gemma była równie wrażliwa na język Bajek z tysiąca i jed- nej nocy co na styl niezależnej myśli: anonimowy więzień nie powoływał się ani na Marksa. Jej noc dla jej światła. nie w demokratycznej operetce.a Don Kichot hiszpańską. „Och. on. chrześcijaństwo: św. „nie ma na całym świecie istoty. za- ledwie trochę się ściemniło. przygotowując reflektor i trójnóg — on. Zasunęła żaluzje i zaciągnęła firanki. zaciemniając pokój. — A on? — zadała sobie pytanie. Jasiem Głuptasiem jestem ja i jesteś ty. Na zewnątrz nie było ani zmroku. kochany mój czytelniku. szalony od swej mądrości. że nadeszła śmierć. Przewracała stroniczkę za stroniczką. ani nocy. Otóż. Ale prawda rosyjska to Jaś Głuptas udający się na poszukiwanie prawdy. mamrotała po włosku.

w konspiracji. świecących powierzchniach papieru fotograficznego pokazywał się pisany cyrylicą tekst. Uporawszy się z tym. że w każdej chwi- li mogła się pojawić policja: w Leningradzie konspirowała nie ona jedna i policja pojawiała się tylko wtedy. ukryta w ska- le. by nikt nie mógł podważyć autentyczności jej towarów — wsu- nęła do koperty. Wyjęła już wcześniej kilkanaście cegieł. niewidzialna dłoń. w której przechowywała już liczne ma- szynopisy. niechże policjanci zobaczą od razu. Wpierw skleiła jego stronice. Przylutowała wieczka puszek. które związała na krzyż sznurkiem. gdy już nie mogła 174 . na jaką skalę mierzyć trzeba rozmiary jej akcji przeciwko reżimowi. zdjęła jedną z listew przyściennych. Nim przystąpiła do swej działalności. Czuła nieomal macierzyńską radość. W małej szafce przechowywała mnóstwo puszek po konserwach. będę miała trojaczki — powiedziała sobie Gemma. opanowała ze dwadzieścia różnych i dziwacznych technik. w którym umieściła drugi egzem- plarz. żeby przemówiły przeciwko niej. przeciwnie. tak żeby się pudełko nie otworzyło przez przypadek. uzyskując skrytkę. Oryginał tymczasem — zawsze wysyłała na Zachód oryginały. Przez cały ten czas nie myślała wcale o tym. kopertę zaś pomiędzy numery «Ogonioka». jak sądziła. Nie chodziło jej o ukrywanie książek. war- czącym płomieniu. wilgotnych. chciała. — Zajmuję się reprodukowaniem. przydatnych. Gdy skończyła wywoływanie zdjęć. Podobnie ukazało się Mojże- szowi Dziesięcioro Przykazań. a potem wycięła je. jeżeli będzie u niej przeprowadzona rewizja. po uprzednim przylepieniu okładki do pierwszej strony książki. tworząc w ten sposób coś w rodzaju pudełka. topiąc metal w niebieskim. Następnie sięgnęła po oprawny tom Dziel zebranych Lenina. bie- gnących wokół całego pokoju. wypisała je na kamieniu. uzyskała w ten sposób konserwę prawdy. Trzy z nich wypełniła egzemplarzem Rosyjskiej prawdy. włączyła do prądu kolbę lutowniczą.odbitki. gdy na pięknych.

się zdać na subtelniejsze metody. wskazując tom Leni- na: — Przecież nie musisz tego czytać! Po co poisz się tą brudną wodą? 175 . Nie zjadła śniadania mimo nieprzespanej nocy. Ukryła Lenina na wierzchu zbiornika z wodą w ubikacji. jeszcze inny żartował. Czuła się jednocześnie wyczerpana i lekka. Wrzuciła puszki do wody. Korytarz mieszkania był pusty. Otoczyli ją wielbiciele. i wyszła na uniwersytet. dzielący z Gemmą wspólne mieszkanie. albo. Zniknęły na dnie. Nawet jeśli jej pokój zostanie przeszukany. rzuciła paczkę «Ogonioków» w kąt. którego oswojone wody kołysały się pomiędzy dwoma równoległymi nabrzeżami: oto gwałt zadany naturze przez administrację. ale w każdym razie nie kręcili się po mieszkaniu. spali snem sprawiedliwego. Rosyjska prawda miała być narażona na wielkie ryzyko i otwierając drzwi pokoju Gemma poczuła falę lęku. Miasto było całkiem puste. rozejrzała się dookoła. w przeciągu paru minut. Teraz jednak. zakrytej przez brązowawą wodę. włożyła do niej puszki konserw i wyszła. beztroska. Gemma doszła do kanału Gribojedowa. który czekał na nią na podłodze. istniało prawdopodobień- stwo. wzięła siatkę na zakupy. tylko paru pijaków spało w bramach domów. kiedy kanał zostanie oczyszczony. być może. Gemma wróciła do siebie. chrapali albo nie chrapali. puszki pozostaną w mule dna do chwili. Gdy znalazła się na moście Bankowym. jedną za drugą. docze- kają Sądu Ostatecznego dzieł sztuki. że ten egzemplarz ocaleje. wzięła tom Lenina. drugi przyniósł napi- sany dla niej wiersz. Wróciła do pokoju. przyjęli ją uroczyście. Sąsiedzi. Światło odebrane godzinom zegara wibrowało delikatnie na załomach kamienic i pałaców ulicy Rastrelliego. Jeden z nich ofiarował jej konwalie. Nikt jej nie ob- serwował. jak każdego po- ranka. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z przewidywaniem. ich obecność mógł zdradzić co najwyżej słaby odblask bla- chy.

Stał z rękami opartymi o biodra i odrzuconą w tył głową: przyglądał się pomnikowi. że Gerasimow jej nie lubi: nie ukrywała swej wrogości wobec systemu. osiągnie zawrotną liczbę. która jeszcze bardziej skracała jego tułów i źle harmoni- zowała z jego barkami tragarza. Za tydzień ilość jej egzemplarzy zwielokrotni się. Jutro jestem zajęta. Tej nocy Mikołaj nie położył się do łóżka. W przerwie między dwoma wykładami poszła do biblioteki. Był szczęśliwym po- siadaczem maszyny do pisania. podczas gdy on był członkiem Komsomołu. Zadzwonimy jeszcze do siebie. Wiaczesław stawił się pierwszy na umówionym miejscu. Od jutra Rosyjska prawda zacznie się rozchodzić po- między czytającą publicznością. żeby nie drażnić sąsiadów. W każdym razie dziękuję. Pochyliła się nad jego stołem: — Oto Lenin. Można umrzeć z nu- dów. Puszkin 176 . którego mi pożyczyłeś. Jakie szczęście! Wiaczesław był w Leningradzie. nie patrząc nawet na nią. Jeszcze jeden kod: spotkanie zostało ustalone na dzisiaj. Mikołaj Gerasimow siedział zawsze przy tym samym stoliku. Koledzy Gemmy przekonani byli na ogół. i będzie stukał przez całą noc. — Może poszlibyśmy na spacer? — Jutro do Puszkina? — Nie. — No to trudno. — Ten tu na górze to była naprawdę waga ciężka. Zamruczał coś pod nosem. pod pomnikiem Piotra Wielkiego. Po wykładach Gemma weszła do kabiny telefonicznej i wy- kręciła numer: — Wiaczesław? — To ja. Miał na sobie jak zwykle krótką skórzaną wiatrówkę przywiezioną z Włoch. Postawi ją na złożonym po- dwójnie kocu. Odpędziła ich wszystkich: — Nie chce mi się wygłupiać z wami. na szóstą wieczorem.

— A w kieszeni? Albo pod siedzeniem? W silniku? Wzruszył ramionami. co? W końcu znam się trochę na majsterkowaniu. Gemma poczuła. stara. ale dzieła ze- brane twojego kumpla to już przesada. Znają się na wszystkich sztuczkach. — Nadwozie? Zapieczętowują je. możesz zwariować... żeby nie spostrzegł jej łez. Kiedy wyjeżdżasz? — Jutro. Pieczęcie zrywane są do- piero w Rzymie. — Wykluczone. w nadwoziu? To taka wielka buda... Boję się o moją skórę. dziewczynko. powiedz. wolność. Niekiedy rozkręcają nawet zapasowe koła. Dzięki temu przejeżdżam przez wszystkie gra- nice bez problemu. Przy- kro mi. I Niemcy. gdyby taki aparat zaczął nagle galopować tuż za tobą. Czy rewidował cię już kiedyś jakiś Niemiec? Mogę wziąć kartkę czy dwie. co ci przychodzi do głowy? 177 .. Potem są jeszcze Polacy. Wszystko składało się świetnie. Jeżeli przetrząsną mi kabinę. Gemma.miał rację. Cześć. — Zgadza się. zobaczą to. Wiaczesław odezwał się. — Wiaczesław. — No a w samym samochodzie. — Powiedz. zrobiłeś to już dwadzieścia razy. — Cześć. nie patrząc w jej stronę: — Chyba żeby istotnie. — Wolność.. że łzy jej napływają do oczu. To w imię wolności. — Chcesz coś doczytania na podróż? Wręczyła mu paczkę «Ogonioków». jakby szukali pcheł. błagam cię. Nie tylko nasi celnicy przeczesują moje bagaże tak dokładnie. że to w imię wolności. Odwróciła się. Zrobił kwaśną minę: — Za grube. Wiesz do- brze. — Więc zrób to jeszcze tym razem.

— Szczypce do pieczęci to znowu nie taka wielka sztuka. Przykleję twoją paczkę między dwie sztaby. Dotarła właśnie do strony „23” w książce. furore e morti. założę znowu pieczęcie. Ani widu. ssąc jednocześnie pa- pierosa. — Kiedy będziesz w Rzymie? — Nie wiem. „W środę lub czwar- tek” idzie do opery. pasjonowała się księciem Michałem Twerskim. ani słychu. słucham. ta sama godzina. — Hasło brzmi tym razem: Armi. że Wiaczesław nie ponawiał swoich zalotów z pierwszego wieczoru. silnego akcentu. hasło znowu wzięte z li- bretta Normy. Założą mi je. musiałby płacić. który panował do roku „1305”. Otworzył „brewiarz” pod nume- rem 23 : spotkanie na Piazza Navona. czy przesyłka będzie ważna. Trzeba powiedzieć. często wysługiwał się którymś ze swoich synów. którą dostała od niego. Gemma. Postanowił. Petrarka wydawał jej się trud- ny. bardziej z lenistwa niż przez ostrożność. Także i Wiaczesław odbył rozmowę telefoniczną: — Parfion Mitrofanycz? — Tak. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. że wymogła na nim zachowanie pełne szacunku. że tym razem osobiście wybierze się na umó- wione miejsce. Jeśli idzie o historię. Powtórz. Jeżeli przyjedziesz w sobotę. Powtórzył te słowa wiele razy.05. godzina 13. Gemma była dumna. — Czy znasz Piazza Navona? To ten owalny plac. Chyba w piątek. Będziesz trzymał «Ogonioki» pod lewym ramie- niem. Nie potrafił zgubić swego pry- mitywnego. Zadzwoniła do „wujka Enzo”. 178 . Grucci notował wszystko skrupulatnie. rzuciła mu się na szyję. w każdym jednak razie reflektował na nią. a ja je zdejmę. Nie wiedział. zawsze tak rozważna i powściągliwa wobec chłop- ców. Fontanna w środku placu. Romantyczne? I cóż z tego? Gdyby system zaopa- trywania go w manuskrypty był mniej romantyczny.

Poza tym wszystko jak zawsze. prospe- rujący Grucci i.i trzeciorzędnych. — Hasło? Wyrecytował hasło. Odtąd dorabiał sobie na boku. Wiacze- sław? — Tak. dobrze opłacony Wiaczesław. — Jakie jest miejsce spotkania? Podał je. że nie chcesz wziąć przesyłki? — Tak. Parfionie Mitrofanyczu? — Przyjedź na spotkanie dwadzieścia minut wcześniej. Dzięki temu ukła- dowi wszyscy byli zadowoleni: publikowani na Zachodzie auto- rzy. Potem zgodnie z umową dostarczał je odbiorcom w Rzymie. 179 . Signor Grucci byłby mocno zdziwiony. Dostałem paczkę. przynosząc do ocenzu- rowania maszynopisy. Wiaczesław zadenuncjował ją w organach jako szpie- ga. rzecz jasna. druga dyrekcja główna podjęła decyzję. że niektórzy uczestnicy jego „romantycz- nej” siatki opłacani są przez KGB. które mu powierzono. jeśli nie zakłopotany. — Tu Wiatia. podpowiedzianą jej przez dyrekcję «A» — i aprobowaną przez pierwszą dyrekcję główną — by strumień ten przekształcić w prawdziwy potop. — Dostaniesz je wieczorem razem z twoją kopertą. Proszę nie zapomnieć o szczypcach. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć powtórzenia się historii z Sołżenicynem i dlatego warto było popierać masowy eksport tekstów drugo. Zaproponowano mu. jako że z dnia na dzień malał prestiż dysydentów w tak zwanym wolnym świecie. — Udawałeś. — Zrozumiane. żeby został seksotem (sekretnyj so- trudnik). gdyby się dowiedział. triumfująca Gemma. Zaraz po pierwszym zetknięciu się z Gemmą. Ponieważ nie dało się zatamo- wać strumienia tekstów samizdatowych docierających na Za- chód. dyrekcja «A». pomiędzy którymi zatracą się całkowicie dzieła oryginalne.

— Ależ ty jesteś nerwowy! Trudno byłoby patrząc na ciebie zgadnąć. Iwanie Iwanyczu. — A konkretnie? Iwan Iwanycz wyprostował się w krześle i. — Opróżnij twoje bagaże. funk- cjonował tak dobrze. żebyś wyświadczył jeszcze jedną małą przysługę. paluszki lizać. Uwieńczenie twojej kariery. do rzeczy. Gdyby bowiem Wiacze- sław chciał zdradzić. którą zamierzał ukarto- wać. Oba- wiał się. W jego oczach pojawił się wyraz czułości: — To nawet nie przysługa. jak Aleksander wyraził pragnienie powrotu. trzymała się tej właśnie linii rozumowania i siatka pracowała należycie. Sasza. którym opiekował się „Parfion Mitrofanycz”. Łańcuch. Trzy dni po tym. jako nie profesjonalistka. kolporterze. otwierał i zamykał rude powieki. że generał Pitman wpadł na pomysł. mogłaby wzbudzić podejrzenia Gemmy. które przy okazji pokaże dziewczynie. że jesteś drugim Sorge'em! A jednak pewnego dnia za- czniemy przyklejać na listy znaczki z twoją podobizną. Prawie nic. dlatego dorzucił motyw szczypiec do zamykania pieczęci. że zmiana adresata przesyłek. — Do rzeczy.. Jest tylko prośba. Wracasz. — Aleksandrze Dmitryczu. Iwan Iwanycz umówił się z nim na spotkanie w barze w pobliżu Porte de Versailles. Wszyscy się zgadzają na twój powrót. by wy- korzystać go w operacji oznaczonej kryptonimem Psków. — „Żelazna Maska” — czy to ci coś mówi? 180 . — Jaką? Iwan Iwanycz pochylił się.. — Otóż to. Gemma. ucieszysz się. Złączył palce prawej dłoni i wycisnął na nich głośnego całusa. Dymisja została przyjęta. aby przydać sobie uroczystego wyglądu. nie wyrażałby swych obaw i niepokojów przed Gemmą. nie starałby się o zdobycie szczypiec. Jeden z tych montaży.

Tego ro- dzaju postawy były dobre tylko dla sprzedajnych sługusów zgni- łego kapitalizmu. Mówię przecież o „Ano- nimowym więźniu”. — Czytałem Dumasa jak każdy. — Nie żądam. że ci spośród nich. że to nasi tak się zabawiają? — Wydaje się. żebyś rozumiał. z tymi potwarcami. — On współpracuje z tymi Włochami. 181 . Trzeba będzie wydać jego książkę. publikujące- go książkę co prawda antysowiecką. Jeśli był jakiś powód. belko stropowa. Pułkownik Psar chciał go poznać. tracą nieco ze swego prestiżu. Aleksandrze Dmitryczu. ale też książkę. że tak. powód ten na pewno był do- skonały. trywialnym. która zała- twia porachunki ze wszystkimi Sołżenicynami świata. żebyś udzielił mi wyjaśnienia. dla którego warto było ogłaszać myśli Rosyjskiej prawdy. — Na pewno nie chodzi o Dumasa. Aleksander natychmiast chwycił przynętę: — To ten. To ten. W do- datku poczyniono spostrzeżenie. głowacze z twojej dyrekcji. co chciał załatwić Leonida Iljicza? Iwan Iwanycz wiercił się w swoim cajgowym ubraniu: — O tym nic mi nie wiadomo. pozostającego wewnątrz kraju. Teraz wyobraź sobie praw- dziwego dysydenta. — Ale on jest przecież przeciwko nam! — Czyja wiem. jesteśmy za malutcy do tego. — To znaczy. To wy. My z wywiadu. którzy emi- grują. W kraju już nie daje się z nimi wytrzymywać. — Chodzi o dysydentów. „Co myśli Rosyjska prawda”. Z jednym tylko małym wyjątkiem — były nim wycieczki na strzelnicę — Aleksander zachowywał się wobec swych przełożo- nych w sposób absolutnie lojalny. powin- niście połapać się w tym wszystkim. żądam. Wątpić w ich poczynania wy- dawało mu się czymś niedopuszczalnym. — Załatwi się to. z kontrwy- wiadu. jak go tu nazywają.

Armi. że masz u sie- bie całość. A gdybym zwró- cił się do innego wydawcy? — Nie ma o tym mowy. Przetłumaczysz je i powiesz. furore e mord. nogi żyrafy”.45. — Natychmiast załatwisz wydawnictwo Lux dla francuskiego tłumaczenia książki. godzina 12. którą wy- tną włoskiemu wydawcy. natychmiast. — Chyba najpierw muszę mieć maszynopis? — Nie. — I szybko zniknij z tej okolicy. ciesząc się ze sztuczki. — Rozumiem. Z tekstu oni i tak nic nie zrozumieją. — Pod nosem pana Grucci? — Nie po raz pierwszy wydawcy biją się o książki dysyden- tów. Iwan Iwanycz podał szczegóły spotkania: Piazza Navona. Tak czy owak pojedziesz po nią do Rzymu. — Taki pośpiech? — Na to wygląda. „trzydziestoletni blondas. W żadnym wypadku nie połykać. Przez kogo? Tajemnica. — A wydanie rosyjskie? — Na razie nie ma o tym mowy. paczka «Ogonio-ków». — Grucci też tam będzie? — Dwadzieścia minut później. Obaj wybuchnęli śmiechem. Wydanie rosyjskie wraca potem do kraju. Wydawnictwo Lux. — Chcesz powiedzieć. Do użytku zewnętrznego wyłącznie. pią- tek. wiesz o tym lepiej niż ja. Przyniosę ci próbki. mówisz. że to my jesteśmy autorami tej książ- ki? I żeby przygotować ten wystrzał inscenizuje się tajemniczą aferę „Żelaznej Maski”? Iwan Iwanycz wzruszył ramionami: — Książka jest napisana. Aleksander nie przewidywał najmniejszych nawet kłopotów 182 .

ale już znane są jego rozmiary? Na ospowatym obliczu Iwana Iwanycza ukazał się chytry i czuły zarazem uśmiech. Aleksander podpisał kwit i wsunął kopertę do czarnej aktówki. Dy- rekcja jednak opłacała usługi Oprycznika: połowa jego żołdu zbierała się na koncie pewnego moskiewskiego banku. — Ano tak. nie ma sposobu. żeby kontrolować sprzedaż książki za granicą. — Książka ma wyjść przed targami we Frankfurcie. druga zaś — Co myśli „Rosyjska prawda „ o antysemityzmie. — Chcesz powiedzieć. zapisanych maczkiem. cyrylicy. że przechytrzyłeś Grucciego. Jedna opatrzona była tytułem: Co myśli „Rosyj- ska prawda” o mass-mediach. — I jeszcze coś dla ciebie. książka sprzeda się niezale- żnie od jej zawartości. Prasa była zaalar- mowana sprawą „Żelaznej Maski”. 183 . trzeba ją jeszcze przetłumaczyć. W drugiej kopercie znajdowały się dwie fotokopie stron ręko- pisu. kto da najwięcej. trzeba liczyć trzysta pięćdziesiąt stron druku. że tekst nie wyszedł jeszcze od nas.z Luxem czy jakimkolwiek innym wydawcą. nasi chłopcy nie zasypiają gruszek w popiele. Jeżeli tłumaczenie nie rozpłynie się w peryfrazach. Naciskaj na zaliczkę. rzecz jasna. — To — powiedział Iwan Iwanycz — żebyś mógł Luxowi dać dowód. nie na procent. do kasy dyrekcji. Czy to jest dłu- gie? — Czterysta stron. połowę zaś wypłacano do ręki Aleksandrowi. Zyski Agencji wpływały. — Zawsze tak robię. — Co z prawami światowymi? — Sprzedasz temu. Wyciągnął z kieszeni dwie pogniecione koperty: — Zacznijmy od tego. Podpisz mi pokwitowanie. — Poczekaj. Otwórz.

moglibyście dać mi całość nawet bez mo- jej podróży do Rzymu? — Tak będzie bardziej romantycznie. Aleksander spodziewał się. ostatnia już. chociaż naturalne skłonności cią- gnęły go. zamieszczonego jako aneks do Vademecum. Tym razem przygotowywana operacja. zdecydowa- nym. że KGB ścigało cię wewnątrz Koloseum. gdyż chodziło o stale z nim współpracujące „pudła rezonanso- we” — odczuwał przyjemność taką samą. Do- dasz jeszcze. Pokaże dyrekcji. była szczególnie smakowita: zaprząc całą kapitalistyczną machinę propagandową do powozu przygotowanego na placu Dzierżyń- skiego. No i siatka Grucciego nie zostanie zerwana. Najlepiej pierwszą klasą. Kto wie? Może nim „wróci” zostanie awansowany o stopień 184 . Był zachwycony. — Krótko mówiąc. Wypisując nazwiska — zawsze te same. po- I prosi się go o wyświadczenie „ostatniej małej przysługi”. jaką napotkał w całej swej karierze. — Chcesz powiedzieć. trzymającym się pionu. tylko o najpiękniejszą okazję. lekkim. Znalazłszy się z powrotem w biurze Aleksander sięgnął po ar- kusz kredowego papieru i swym pismem. jakiej doznawać muszą oficerowie sztabowi. Taktyczne rozpracowywanie nowej operacji wprawiało go zawsze w dobry humor. Chowasz się za Pietą. na co go stać. cóż to za wspaniały przykład wywierania wpływu w wiel- kim stylu! Trzeba by go dołączyć do opisu szczegółowych przy- padków. napisał: „Operacja Żelazna Maska”. że nim będzie mógł „wrócić”. by pochylać litery w prawą stronę. Będziesz mógł opo- wiedzieć niektóre szczegóły twojego spotkania w Rzymie. gdy ozdabiają czerwonymi i niebieskimi strzałkami swoje osłonięte celuloidem mapy. albo coś w tym rodzaju. że to od początku nasza robota? — Nic nie chcę powiedzieć. Nie zapomnij wziąć od Luxa zwrotu kosztów podróży samolotem. że — jak trafnie zauważył Iwan Iwanycz — nie cho- dziło tu właściwie o przysługę.

przystępujemy do operacji na wielką skalę. Będzie pani tak dobra i załatwi mi rezerwację. — Ale. nic już nie stanie na drodze jego przejścia do areopagu czapek- niewidek. który odbiorę w piątek. jak zwykle. Uśmiechnęła się szeroko: szef żartował sobie z niej.. Małgorzato. co byłoby już szczy- tem szczęścia i pychy. Dobrze. Małgorzato. Teraz niech pani patrzy: „Operacja Żelazna Maska”. usiadła na brzeżku.wyżej w hierarchii rang? Jeżeli na dodatek. — To już nieaktualne. I trzeba. żeby wywołać zazdrość. wydawało mi się. Proszę załatwić mi spotkanie z panem Fourveret. Nie będziemy od razu angażowali całej prasy. — I to jest autentyczny rękopis „Anonimowego więźnia”? — To są kopie oryginału. Tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. że włoskie wydawnic- two Mewa. Wezwał sekretarkę: — Niech pani usiądzie. Czytała pani artykuły o „Żelaznej Masce”? No więc niedługo do- stanę rękopis Rosyjskiej prawdy. Otworzyła szeroko usta. — Małgorzato. by zademonstrować swój podziw. proszę pana? — Nie. Moskwy. do Rzymu. jaki to będzie cyrk? Umiał zarażać współpracowników swoim entuzjazmem. 185 . czy pani so- bie wyobraża. — Będziemy postępowali tak jak zawsze. że nie zamierza w żaden sposób nadużywać przy- znanych jej przywilejów. Zbliżyła się do krzesła i. żeby pokazać mu. — Będę pani płacił za godziny nadliczbowe. tylko uderzymy w paru wybranych miejscach. — Do. Pokazał jej obie fotokopie. Małgorzato. żebym się tam znalazł dobrze przed dwunastą.. jak najszybciej. proszę pana. zostanie włączony w szeregi organizacji. proszę pana... — Jestem zawsze gotowa.

Ballandar. de Monthi- gnies. ale poprosił ją. Jaka radość w przygotowaniach do walki! To prawda. Jeanne Bouillon. Ja sam ich sprawdzę. jak już wprawimy mechanizm w ruch. ale niech mu pani da do zrozumienia. poznać Dymitra.-X. Tygodnik polityczny: «Obiektyw». Małgorzato. Poważne pismo: «Krytyka». Proszę pamiętać o tłuma- czach. pani Choustrewitz. Dziennik wieczorny: «Głos». żeby przestała. Johannès-Graf. Teraz trzeba będzie zgromadzić ekipę tłumaczy. Proszę mi zebrać czterech lub pięciu. Tygodnik popularny: «Mozaika». — Pójdzie pan do Luxa czy też zaprosi pan pana Fourveret na obiad? — Jak będzie chciał. * 186 . Pokazał jej przygotowaną wcześniej listę: Dziennik poranny: «Niezależny Dziennik». — A w telewizji nikogo? Na początku skracała słowo telewizja i mówiła po prostu „te- le”. To będzie wspaniałe na okładkę. że chodzi o prawdziwą bombę. — Czy ma pani jakieś sugestie? — A może «Le Monde»? Zawsze mieliśmy tam dobre arty- kuły. Aby książka mogła ukazać się przed targami we Frankfurcie. J. którzy robili antologię liberalnych myślicieli rosyjskich XIX wieku. po skróceniu. A poza tym oto co zrobimy: skontaktujemy się z głów- nymi dysydentami i zapytamy o ich zdanie na temat „Żelaznej Maski”. — Jak książka już się ukaże. musimy oddać maszynopis najpóźniej w sierpniu. że Aleksander chciał jak najszybciej „wrócić” i znów zobaczyć Ałłę. mam następu- jące pomysły. ale przecież trzy miesiące nie sprawiały żadnej różnicy. Albo «L'Express»? — Później. nawet jeśli spowoduje to zmiany w planach Luxa. Jeśli idzie o prasę.

odpowiedziałby: ponieważ są to lichwiarze. Gdyby zapytano Rosjanina z XIX wieku.48% społeczeństwa sowieckiego. żeby stawali się lichwiarzami. dlaczego nienawidził Żydów. 2. Przenosząc nienawiść z procederu na rasę czy też religię. Chrześcijanie. My.. Pan Fourveret. 3. Zobaczmy więc.1% ludności Cesarstwa Rosyjskiego. jako że Żydzi są niezależni od Kościoła. że antysemityzm polega na mon- strualnym nieporozumieniu. Jakkolwiek by było. Staty- styki pozwalają sceptyczniej spojrzeć na to oskarżenie. prze- śladowania Mussoliniego są niczym w porównaniu z terrorem hitlerowskim. a w 1959 roku już tylko 1. że nic nie przynosi mi więk- szej satysfakcji jak służenie mu poprzez niesienie pomocy prze- śladowanym: tak aby świat mógł usłyszeć ich głos. Dlaczego? Po prostu dlatego. którzy koniecznie chcą zaciągać długi.. jesteśmy uważani za antysemitów. To samo przekonanie panowało w większości krajów europejskich.. Włochy są jednym z najmniej antysemickich krajów europejskich. jako że Żydzi stanowili 4. On wie. A jednak podpisywać umowę nie znając całego tekstu. — To powinno panu wystarczyć. wzbraniający chrześcijanom upra- wiania lichwiarstwa. zmuszają Żydów. królujący za stołem w stylu Ludwika XIII (au- tentycznym!) położył rękę na sercu i wzniósł oczy do nieba: — Bóg mi świadkiem. Przeciwnie. 187 . Rosjanie. Kościół wydaje dekret. Co myśli Rosyjska prawda o antysemityzmie. Rosyjska prawda sądzi. Szczególnie carska Rosja często zachęcała do pogromów. że we Włoszech nie tylko Żydzi zajmowali się lichwiarstwem: mieszkańcy Lombardii stanowili dla nich zbawienną konkurencję.. pomimo że ta plaga nie osiągnęła u nas nigdy rozmiarów germańskich. fran- cuski pisarz Bernanos już o tym wspominał. — Aleksander wyjął wła- sne tłumaczenie jednego z dwóch skopiowanych tekstów. jak wygląda Mateczka Historia: 1.

który przypnie mu łatkę antysemity. Ich liście dotykały okien gabinetu. geniusze czy boha- terowie. rosnących na po- dwórzu. 188 . „postępowanie. Ale należało napiętnować dłużników w tym samym stopniu co wierzycieli.. Bóg mi świadkiem. Ale to w końcu nic strasznego. jeśli żywi pan najmniejszą nawet wątpliwość. Odrobina współczucia nie wskrzesi martwej tyranii. Żydzi są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. Fourveret czytał. — Ależ drogi Fourveret. Oto co Rosyjska prawda sądzi o antysemityzmie. że z takim słownictwem. że nietolerancyjna lewica jest tylko nieco łatwiejsza do zniesie- nia niż dogmatyczna prawica. tym lepiej. — Interesujące — powiedział Fourveret. Ponad szlachetnie pochyloną głową wielkie- go. To prawda. że moje serce krwawi dla Żydów. do którego ich zmuszono” — nie mamy się czego obawiać.. że należało zakazać uprawiania lichwiarstwa: wy- kazuję to w innym miejscu. Myślę jednak. ale w pewnym sensie im mniej się o nich mówi. Po wyjściu od pana wybierałem się do wydawnic- twa Presses. jest pan niepoprawnym reakcjonistą. Widzę. Mogę przecież zaproponować Rosyjską prawdę Bernardowi i nie zepsuje to w najmniejszym nawet stopniu na- szych stosunków. zaraz znajduje się jakiś recenzencina. liberalnego i uduchowionego wydawcy Aleksander przy- glądał się koronom rachitycznych jesionów. — Interesujące. do którego sami ich skłonili. gdy jakiś autor zaczyna mówić o Żydach: niech tylko Żydzi nie zostaną przedstawieni jako święci. chociaż nieco folklorystyczne. Drogi panie Psar. lichwiarzy. jakie- kolwiek byłoby ich drzewo genealogiczne. „monstrualny”. to znaczy — „pla- ga”. należałoby wytępić. Natomiast zawsze się trochę de- nerwuję. co pana tak zachwyca w tej stronie: to zdańko na temat carskiej Rosji niesłusznie oskar- żonej.chrześcijanie zaczynają nienawidzić Żydów za postępowanie. i ja pierwszy jestem gotów przyznać.

miał rozpiętą na szacownym brzuszku marynarkę. lecz jest taniej i to trochę koi moje sumie nie. wydajemy tyle pieniędzy. czy to możliwe. Niedobrze mi się robi. że „Żelazna Maska” to 189 . czy Jeanne Bouillon ma realne podstawy. Jeżeli pan puści ju- tro tytuł. — Nie zabrałem z sobą Minquina. ponieważ nie mogę zapomnieć o głodzie panującym na świecie. będzie pan pierwszy.. prawda? A my. Czyż to nie idiotyczne. w sensie moralnym. chcę powiedzieć. Nadszedł spiesznym krokiem. nie potrafiłby docenić. Chciał mi pan powiedzieć o jakimś nowym projekcie. Skandaliczne. że „Żelazną Maską” jest Kurnosow. hierar- chia tych wszystkich piśmideł? Przecież nakłady nie są ograni- czone! Niech pan powie. żeby nabawić się zgagi! No. — Każę przeglądnąć prasę z tamtego okresu. gdyż kuchnia jest równie dobra jak wieczorem. ale żarcie jest moją grzeszną pasją. pan i ja. Aleksandrze. rozumiem. Wiadomość zachwyciła go: — „Żelazna Maska”! Wspaniale! Ależ z pana gość! Czy mogę to zaanonsować? Nikomu pan tego jeszcze nie zdradził? — W każdym razie nie prasie porannej. Nie uwierzy mi pan. Jean-Xavier de Monthignies zaprosił Aleksandra na obiad do „Tour d'Argent”. proszę mi powiedzieć. być może ist- nieją zdjęcia z zamachu. — Ależ mój drogi. On jest za młody.. — Ale niech pan sam powie. nie może mi pan tego powiedzieć. by sugerować. że byłby to wspa- niały argument handlowy! Piękna surowa twarz Fourvereta rozświetliła się mistycznym światłem. Dwie trzecie ludzkości są niedożywione. niedoszły zabójca Breżniewa? Dobrze. chyba nie myśli pan o tym poważnie! À propos. Ale musi pan przyznać. ale bardzo lubię zachodzić tu na obiady. Można by go przyrównać do grubego wróbla z przyciętymi skrzydłami. choć pan to proponował.

co chciał kropnąć Breżniewa? Jeszcze trochę i byłby go załatwił. Oczywiście. — To by zwiększyło sprzedaż o co najmniej 50 tysięcy eg- zemplarzy. nie uważa pan? Niech nam pan podrzuci jakiś wyją- tek. gdyby Sołżenicyn sprzątnął Chruszczowa? Ballandar.ten facet. kiedy ją wybieraliśmy. Znasz już historię ukaranego dzwonu i dzwonu. A oto jeszcze jedna historia dzwonu. «Obiektyw» miał opinię pisma nieco lewicującego. i dzwoneczków. nie? — To możliwe. który pękł. Zresztą już sama nazwa. w ramkach. myśleliśmy raczej o zdjęciach niż o obiektywności. stary młodzieniec w kaszmirowej kamizelce. no nie? Wyobraża pan sobie. To prawie jakby już to zrobił. Na lewo. ale właśnie prostujemy kurs. w których on odżył. — Będziemy z panem. że ofiaruje jakiś łakomy kąsek klasztorowi Sawino-Sto- rojewskiemu ze Zwenigrodu. W roku 1667 car Aleksy Michajłowicz Spokojny. który sta- ra się przeważyć słabszą szalę wagi. To zbyt upoka- rzające! Czymże ja jestem? Zaledwie workiem piasku. Aleksandrze Psar. wsadzimy go do numeru wakacyjnego. że to prawda? — Co? — Że w rzeczywistości on go zranił i że od tego momentu coś z nim nie tęgo? Aleksander zaproponował drugą medytację do- tyczącą mass mediów. Jean-Xavier. zadecydo- wawszy. co się wie o „Żelaznej Masce”. ze streszczeniem tego. na prawo lub prawie na prawo. zamówił u mistrza Aleksandra 190 . «Obiektyw»! Przecież to już cały program. kiedy wiatr przychodzi z lewa. trzymający nogi na biurku (pracował w piśmie o stylu amerykańskim). kiedy wiatr wieje z prawej. przyrzekł mu sukces. ale w końcu fotografia jest sztuką obiektywną. A czy pan sądzi. Przecież nie staniemy się organem rządowym. tro- chę sepleniący.

zasługują na obcięcie uszu.Grigoriewa dzwon o wadze blisko czterdziestu ton. To wspaniałe. Uda- ło się to wreszcie i był to zaledwie podpis ofiarodawcy. — Czy nie sądzi pan. Ponad jasną łysiną Ballandara Aleksander obserwował bujne i zakurzone kasztany rosnące w alei. który długo pozostał nie odczytany. sługa boży”. Dzwon ze Zwenigrodu symbolizuje wolną prasę. — Wprost przeciwnie. W 1941 roku Niemcy zagrażali Zwenigrodowi i zarządzono ewakuację dzwonu. Czy chcesz. Nawet gdy ich dźwięk wydaje się szlachetny. Odłamki znajdują się w mu- zeum miasta. Nasze nowoczesne dzwony to nasze mass me- dia. że miasto. Ten grubas miał niezwykły głos i w następnych stuleciach odwiedzali go niezliczeni muzycy. czci się je i namaszcza świętymi olejami. Ale to nie wszystko. której nie da się stłamsić. W brązie dzwonu wyryto tajemny napis. Jeśli kłamią. leży wbrew naturze na ziemi i milczy pomiędzy nami. które dzwoniło i które już nie dzwoni. ważący czterdzieści ton. Nie zabrakło ani Rachmaninowa. Oto co Rosyjska prawda myśli na temat mass mediów. nie zaszkodzi odcyfrować podpisu ofiarodawcy. ukazując nam swą wielką ranę w boku. Jeżeli jednak przemawiają czystym głosem Złego. Dzwon rozbity i przetopiony na dzwoneczki pochodzi ze strażnicy w Pskowie i pozostaje symbo- lem wolności. jednym 191 . jest jeszcze coś ciekawszego. że wyczuwa się tu wrogość wobec wol- ności prasy? — zapytał wielki krytyk po skończeniu lektury. Dzwony nie powinny uciekać przed wrogiem. sumienną i odpowiedzialną. Nie ma lepszego symbolu carskiej Rosji niż carski dzwon. żebym ci wytłumaczył moją przenośnię? Zasta- nów się chwilę. tyle że sformułowany niezwykle zwięźle: „Car Aleksy. Dzwon pękł. niemy i bez dzwonnicy. który spadł z rusztowania i który. w którym się dzwon znajdował. ani Sza- liapina. które biją na alarm i wydzwaniają podzwonne. no- siło tę opatrznościową nazwę (Zwenigrod — Dzwonogród).

o każdej porze dnia. że to jego okno. że jej przyszedł do głowy pomysł napisania tego artykułu właśnie w chwili.. Dzwon z Uglicza. która (być może) zmieni bieg historii ZSRR”. Aleksander. który musi być uka- rany. Proszę tam wysłać fotografa. sfotografowanym przy pomocy teleobiek- tywu? Można by pomyśleć. W przyszłym tygodniu za- powiem. i przyjmowała tam w peniuarze.słowem — «Obiektyw». że w młodości była prosty- tutką w Wiedniu. — Co panu o nim wiadomo? W jakim jest wieku? Czy to ładny chłopak? Czy mogę powiedzieć. — Zaraz dam panu adres. Oczywiście. z oknem nie- co różnym od innych. przyglądał się ogromnym owa- dom — termity? modliszki? — wspinającym się po świeczniku. że udało się panu wejść po rynnie do tego domu wariatów? Jeanne Bouillon uznała „Żelazną Maskę” za swoje dzieło. — Aleksander! Drogi! Cóż może zrobić dla pana taka stara baba jak ja? Ach! Ależ on całuje po rękach! Nie ma to jak Rosjanie! — Ależ oczywiście. Na przykład tego szpitala. a wreszcie urządzę panu wielką pompę. gdy jej przyjaciel Alek- sander miał dostać do ręki manuskrypt. to prasa kłamliwa. Czy nie moglibyśmy dołączyć kilku zdjęć? — Zdjęć? Czego? — To bez znaczenia. w lecie zarzucę wędkę. Da tytuł: „Książka. Pani Choustrewitz przyjmowała w swoim salonie.. trzeba odżegnać się od jakiejkolwiek zbieżności. będzie zębami i pazurami walczyć o „Że- lazną Maskę”. W ka- żdym razie może pan na mnie liczyć. wtopiony w fotel. 192 . a jednak co za zbieg okoliczności. — Można by może dorzucić przypis z tą interpretacją. Lubiła dawać do zrozumienia. Wokół huczał codzienny zgiełk godzin szczytu na placu Alma. który nazy- wała buduarem.

— À propos. drugie. Od- powiadał: „Wiem. Zarzucano mu to. dotyczące faktów. Czy może pan zaświadczyć. to środowisko jest skrajnie skorumpowane. gdzie lite- ratura jest polityką. Jeanne. co mówi? 193 . żeby znalazł się w nim. narysowaną wyłącz- nie pionowymi kreskami. że spalę moich informatorów? O tym się mówi. pierwsze pytanie. jakby chciała ukryć uśmiech: — Nie sądzi pan chyba. Został pa- storem. со to za plotki na temat Kurnosowa i „Żelaznej Maski”? Skąd je pani wzięła? Uczyniła gest. że dzieło to jest autentycznie szczere? Że jego autor. uczciwy człowiek”. Pierwsze. a polityka literaturą. obojętne jakie były jego doświadczenia i opinie. Z pewnością pochłaniali je pielęgnia- rze. niedoszły zabójca. Rozmarzył się. ale potem przyciągnął go ten dziwny światek. Dlatego dobrze. wyobraża- jąc sobie wspaniałe danie przygotowywane być może dla nieist- niejącego pensjonariusza. Kurnosow. to było normalne. Aleksander pewien był dwóch rzeczy: plotki produkowane były przez tę czy inną orkiestrę Pitmana i nie odpowiadały praw- dzie. jakby to powiedzieć. to wszystko. Johannès-Graf urzędował w małym pokoiku bez okna w sute- renie. chciałbym zadać panu dwa pytania. — Panie Psar. Ale czy w celi 000 przebywał rzeczywi- ście „Anonimowy więzień”? A może pielęgniarze i gigantyczny psychiatra wchodzili do tego pomieszczenia tylko po to. rze- czywiście wierzy w to. jakby to powiedzieć. jakby to ująć. Pan Johannès-Graf miał pociągłą twarz. został z pewnością rozstrze- lany. — Panie Psar. Czy rękopis znajduje się w pańskich rękach? Czy pan go przeczytał? Drugie pytanie. żeby dostarczać wciąż pokarmu kampanii dezinformacji? W króle- stwie iluzji wszystko może się zdarzyć. związane z istotą sprawy. Nosił sędziowskie okulary.

że pismo nie ukazuje się w lecie. którzy się liczą. że w odróżnieniu od innych. — Proszę pana. Ale ton tego rodzaju tekstu nie może wpro- wadzić w błąd. że jest ono równie autentyczne jak Wspomnienia z martwego domu. to nas trochę niepokoi. które nie zawsze zga- dzały się z pańskimi najbardziej intymnymi przekonaniami. którą próbuje się stworzyć. my czytamy zanim za- czniemy krytykować. Każde pojedyncze życie osiąga swój moment szczytowy. wśród tych czytelników. Aleksander zbliżył się do niego: — Nie wiem — powiedział po rosyjsku — jaki kretyn wymyśla 194 . Podejrzewam. o godzinie 12. Alek- sander osiągnął swój szczyt życiowy w wieku czterdziestu dzie- więciu lat. nie spotkałem „Anonimowego więźnia”. . Przed fontanną Berniniego snuł się wielki dryblas. czyli. na uniwersytetach. ale dał pan pierwszeństwo. Wie pan. ale jednak nie byle co. przystro- jony brązowo-pomarańczową połyskliwą wiatrówką lalusia. jakby to powiedzieć. Pod lewą pachą ściskał paczkę gazet. co jest zrozumiałe. kto przeczytał to dzieło od początku do ko- ńca — (dzieło nie opuściło jeszcze ZSRR) wie. w kołach rządowych. — Widzi pan. ta sensacyjna atmosfera. jakby to powiedzieć. że opublikował pan rzeczy. Ktoś.45 na Piazza Navona w Rzymie.. ale może pan na nas liczyć zaraz po wakacjach — (wielkie purytań- skie szczęki zwierały się i rozwierały w monotonnym rytmie) — zresztą nie znając tekstu cóż moglibyśmy powiedzieć? Przecież wie pan. na okładce pierwszej można było przeczytać wypisany cyrylicą tytuł «Ogoniok». wśród przedstawicieli administracji. Ufam panu w każdym razie. respektowi dla sprawiedliwości. że trzeba sprzedawać. Więzienia albo (Johannès-Graf był specjalistą od Jana Jakuba Rousseau) Wyznania. Dzięki temu cieszymy się autorytetem w klubach politycznych. pewnego piątku. Wiemy oczywiście.

dla Aleksandra — rękojmia nowego życia.te komiczne słowa hasła. Czekał na kontakt pół godziny. pokrytych niebieskim ostrym. Aleksander nie należał do 195 . rozpoznał drobne pismo na prawie przezroczystych kartkach nie wyjmując ich z paczki. że spędzi ten dzień na plaży w Ostii! Co za pech! W taksówce Aleksander rozwiązał rosyjski sznureczek. A on liczył. — Nie tak szybko. Dla czytelników był to skamieniały krzyk idealisty. Wiaczesław oddalił się pogwizdując. który omal nie zabił i nie zginął. ale skarbem nieco dwuznacznym. pochylonym. nie mógł go po prostu wyrzucić. Podał Aleksandrowi paczkę gazet związanych cienkim sznur- kiem na krzyż i chciał odejść. jakby chroniąc je przed dymem z papierosów: — To nie kretyn. znalazł kopertę. to znaczy w sobotę. otworzył ją pa- znokciem. Wiaczesław zmrużył oczy. — Może pan odejść. ale sznurek pochodził stamtąd. Nikogo. ale na dzisiaj to jest: Armi. Trzeba będzie znowu przywlec się tutaj jutro. Nie miał dla niego żadnego prze- znaczenia. furore e morti. bo powiedział do mnie «pan»„. „Można by go wziąć za oficera — pomyślał Wiaczesław — ale jednak nie. który trzymał w rękach — 399 kartek bez margine- su. Dziesięć minut później nadszedł signor Grucci. zwinął go i wsunął do kieszeni. chwileczkę. ale Bóg wie czemu nie budziły w nim podobnego sentymentu i pozo- stawił je na siedzeniu. Gazety i koperta również pochodziły stamtąd. drobnym pi- smem — był skarbem. Dla dyrekcji natomiast sposobność nowego sukcesu. To kretynka. z rękami wbitymi w sko- śne kieszenie wiatrówki. Aleksander odsunął gazety. Rękopis. Dla wydawnictwa Lux była to mała kopalnia złota.

marzycieli i rzadko zdarzało mu się wyobrażać sobie to nowe
życie, ale od czasu do czasu nawiedzały go intuicje, tak jak w tej
chwili, w rzymskiej taksówce. Pomyślał z tkliwą dumą o swoim
synu, którego będzie wychowywał właściwie, w duchu służenia,
o którym zapomniano już na Zachodzie.
Kartkował małe stroniczki o niestandardowym formacie. Ma-
chinalnie sprawdził ortografię: był to nowoczesny rosyjski, któ-
rego uproszczona pisownia — jedna litera na siedem została
zniesiona, wprowadzono końcówki słów sprzeczne z regułami
filologii — zawsze go drażniła. Już samo to, że pomyślał o
sprawdzeniu pisowni, zdradzało pewien niepokój — staroświec-
ki charakter pisma, styl nawiązujący do starych baśni, wszystko
to nie było typowe dla autora wywodzącego się z szeregów KGB.
Rzym uciekał za oknami taksówki. W tyle zostawały pokryte
zieloną patyną ochry. Aleksander nie widział tego, myślał o
triumfie, jakim będzie publikacja Rosyjskiej prawdy. Tłuma-
czenia na wszystkie języki, poważne zyski, zdyskredytowani dy-
sydenci...
Wszedł na pokład samolotu. Obiecał sobie, że nie zacznie czy-
tać przed startem.
Wydawało mu się, że podróż trwała zaledwie chwilę.
Podczas lądowania wiedział już, dlaczego Iwan Iwanycz
chciał, aby umowa z wydawnictwem oraz poparcie „orkiestry”
załatwione zostały, zanim Aleksander zapozna się z tekstem.
Rękopis nie nadawał się do pu-bli-ka-cji.

— Małgorzato, proszę mnie połączyć z panią Boïsse.
— Pani Boïsse przy telefonie... Oblewamy dziś wieczorem. I
tego samego wieczoru kolejne spotkanie z Iwanem Iwanyczem.
— Kto jest autorem tego steku kryminalnych bzdur? Nie, nie
pytam cię o to, wiem, że tego nie wiesz. Ale kto zadecydował, że
trzeba to publikować? Na pewno nie Pitman. On zrozumiałby, że
to niemożliwe. Z umową czy bez, Lux nigdy tego nie zaakceptu-
je.

196

Zresztą któżby to zaakceptował? Nie pozwolę wymienić na-
zwy mojej agencji na stronie tytułowej. Jeżeli istnieje jakikol-
wiek szalony powód, aby te brednie ukazały się, należy stworzyć
wydawnictwo wyłącznie dla tej książki lub innych w tym samym
stylu, założywszy, że macie ich więcej na składzie. Słuchaj, Iwa-
nie Iwanyczu, czapki-niewidki być może oszalały, ale paryscy
wydawcy jeszcze nie. Dziennikarze także nie. Jeśli w wyniku nie-
zrozumiałej dla mnie aberracji jakieś skrajnie prawicowe wy-
dawnictwo odważyłoby się nawet opublikować podobny tekst...
— To byłby skandal? Ależ Aleksandrze Dmitryczu, serdeńko,
skandal jest popłatny.
— Rozśmieszasz mnie swoim prymitywnym cynizmem. Nie
byłoby żadnego skandalu. Nic by nie było. Cisza. Najmniejszego
echa. Mówiłoby się o czymś innym, tak jak wtedy, kiedy komuś
odbije się przy stole. Nic nie rozumiesz, Iwanie Iwanyczu. Żyje-
my w społeczeństwie, w którym role są rozdzielone raz na zaw-
sze. Należy przyjąć swoją rolę albo pogodzić się, że jest się ni-
czym. To właśnie ludzie Zachodu nazywają wolnością. Na przy-
kład sowiecki dysydent musi być liberalny. Może być marksistą,
jeżeli ma na to ochotę, ewentualnie nacjonalistą, ale zawsze li-
beralnym. Dysydent nie liberalny jest nie do pomyślenia. Czy
wiesz, co bym zrobił z tym tekstem, gdybym go dostał pocztą?
Iwan Iwanycz zwilżył językiem palec i przygładził kilka ru-
dych włosów, które przecinały poziomo jego czaszkę:
— Jesteś na tyle inteligentny, Aleksandrze Dmitryczu, aby
zrozumieć, że być może właśnie dlatego nie wysłano ci go pocz-
tą.
— Iwanie Iwanyczu, wiem, co to jest dezinformacja. To mój
zawód. Ale istnieją pewne granice. Nie mogę wydać na moją od-
powiedzialność zdań w rodzaju... Gdyby chodziło tylko o zdania!
To można przeredagować. Ale cała książka przesycona jest tym
duchem.
— Jakim duchem?

197

Aleksander przeczytał na głos akapit, który przekreślił dwie-
ma czerwonymi liniami:
— „Za każdym razem, kiedy jakaś zorganizowana partia ko-
munistyczna, nie popierana potajemnie przez ZSRR, zderzała
się w zamkniętym polu jakiegoś narodu z partią liberalną, bur-
żuazyjną, arystokratyczną, konserwatywną lub reakcyjną, wy-
grywała pojedynek. Za każdym razem, kiedy zderzała się z partią
faszystowską, czyli reformatorską, i również zorganizowaną,
przegrywała”. I on przytacza historyczne przykłady! Rozumiesz,
że tego typu prowokacje w wolnym społeczeństwie są nie do
przyjęcia.
— Nawet przy założeniu, że istnieje „nowa prawica”?
— Przede wszystkim przy tym założeniu. Fourveret oderwał
się trochę od lewicy w ciągu ostatnich lat, ponieważ sprzedaje
się ona gorzej, co wszystkim wiadomo. Ale podjąć ryzyko przy-
łączenia się do kierunku całkiem przeciwstawnego... Publikacja
Rosyjskiej prawdy nie wchodzi w rachubę. Dlaczegóż nie wy-
ciągnięcie Protokołów Mędrców Syjonu, Mein Kampf albo Wa-
szego pięknego dzisiaj? O, przepraszam, nie powinienem wy-
mieniać Maurrasa w tym towarzystwie. Prawdziwy monarchista
nie może być faszystą. Czekaj, coś ci powiem. To moja dyrekcja
miała ten genialny pomysł, żeby połączyć faszyzm z tendencją
prawicową, podczas gdy w rzeczywistości jest on bardziej lewi-
cowy niż my. W każdym razie odmawiam współpracy przy tym
przedsięwzięciu skazanym na klęskę. Czy jesteś pewien, że nie
chodzi tu o sabotaż? Przeniknąć kampanię wpływów przeciwni-
ka i obrócić ją na swoją korzyść, to byłoby dopiero sztuką!
Oczy Iwana Iwanycza złagodniały:
— Martwisz mnie, Saszeńka. Bardzo mnie martwisz. Nigdy
jeszcze nie widziałem, żebyś otwarcie odmówił wykonania po-
lecenia.
— Głupstwo. Napiszę ci odpowiedni raport, który wyślesz
Pitmanowi przez radio. Zobaczysz, że chodzi tu o jakąś pomyłkę.
Odpowiedź na raport nadeszła zaraz następnego dnia:

198

Niniejszym potwierdzamy instrukcje przekazane ustnie. Pro-
szę traktować tę depeszę jako rozkaz na piśmie. Rękopis musi
być opublikowany przez wydawcę wskazanego wam wcześniej.
Nie może on w żadnym wypadku ukazać się u wydawcy prawico-
wego. Ostrzegamy was również przed jakimkolwiek złagodze-
niem tekstu, którego moglibyście próbować w trakcie tłumacze-
nia. Każde odchylenie w tym kierunku byłoby traktowane jako
uchybienie dyscyplinarne. Jeśli wydawca domaga się tekstu w
miarę postępów tłumaczenia, odmówcie. Tekst musi być do-
starczony w całości. Żaden nowy fragment nie będzie udostęp-
niony prasie. Kontynuujcie, wzmagajcie wszelkie wysiłki, aby
publikacja stała się międzynarodowym ewenementem politycz-
nym. Podpisano generał-pułkownik Pitman.

W kawiarni przy Porte d'Auteuil — Iwan Iwanycz lubił ka-
wiarnie usytuowane przy wylotowych arteriach; było to jedno z
tych przyzwyczajeń, przez które drugorzędni agenci pozwalają
się w końcu zgarnąć — Aleksander czytał wciąż od nowa kartkę
zapisaną maszynowym pismem, opatrzoną wskazówkami „bar-
dzo pilne” i „ściśle tajne”, a także znakami określającymi datę i
godzinę, jak w każdym telegramie.
Iwan Iwanycz uśmiechnął się z miną pełną politowania i wy-
ciągnął rękę. Depeszę trzeba mu było oczywiście zwrócić.
Na rogu stołu Aleksander nabazgrał swoją odpowiedź. Po-
twierdzał odbiór. Wykona. Ale odmawia wzięcia na siebie odpo-
wiedzialności: „Ani Lux, ani żadne inne porządne wydawnictwo
nie opublikuje Rosyjskiej prawdy. W mało prawdopodobnym
przypadku, gdyby jednak książka ukazała się, prasa odwróci się
od niej z obrzydzeniem i nie będzie mowy o żadnym ewenemen-
cie międzynarodowym ani nawet lokalnym. Obserwacje: autor
tekstu, kimkolwiek jest, musiał znacznie wykroczyć poza in-
strukcje, jakie otrzymał. Postulat: sugeruję aby tekst został po-
nownie przeczytany na najwyższym szczeblu”.

199

Tymczasem sławni dysydenci, z którymi nawiązała kontakt
Agencja Psar, zaczęli odpowiadać. Ci spośród nich, którzy pozo-
stali marksistami, wyrażali wątpliwość co do egzystencji prawdy
specyficznie rosyjskiej, ale cieszyli się ze stylu populistycznego
„Anonimowego więźnia” i chwalili go za powoływanie się na
pskowski dzwon, symbol dawnej niezależności gminy, czyli tym
samym komunistycznego powołania kraju. Oczywiście przy-
łączali się do potępienia lichwiarstwa, które jest równoznaczne z
potępieniem kapitalizmu. Jeden z nich napisał długi artykuł, w
którym wykazywał, że „Anonimowy więzień” czerpał swą in-
spirację z jego dzieł. Gratulował sobie, że jego dzieła dotarły na-
wet do celi 000 w szpitalu specjalnym. Inny przewidywał z góry
konkluzje, jakie z całą pewnością uwieńczą obserwacje tajemni-
czego autora: komunizm w swej istocie jest dobry, jedynie spo-
sób jego realizacji jest na ogół katastrofalny w skutkach. Należy
więc znów rozpocząć eksperymentowanie, a nie odrzucać dok-
trynę komunizmu.
Pewien antymarksistowski powieściopisarz pochwalił język
„Anonimowego więźnia”: Dobry jak chleb; chrupiąca skórka,
która kryje delikatne wnętrze”. Pewien krytyk skomentował:
„Nasz chór dysydentów już prawie zaczął nudzić, gdy oto pojawił
się wspaniały baryton, który przychodzi z nowym słowem, na-
wiązującym w pewnej mierze do Kryłowa”. Pewien moralista
otwarcie wyrażał swoje zadowolenie, że mieszkaniec celi „po-
trójne zero” jeszcze nieprędko z niej wyjdzie: „Z całą pewnością
należy odróżnić dezerterów, którzy dopiero po znalezieniu się na
Zachodzie zaczynają szczekać przeciwko reżimowi, od profetów,
którzy zaczęli przemawiać jak ludzie wolni jeszcze wówczas,
kiedy nimi nie byli. Ale oto po raz pierwszy nieposkromiony
śpiew wolności podnosi się z samego dna psychuszki”.
Ta ostatnia uwaga rzucała być może trochę inne światło na
zgodność, z jaką dysydenci, zwykle podzieleni, przyklasnęli z góry
publikacji Rosyjskiej prawdy. Niektórzy spośród nich woleli

200

uniknąć zbyt jawnej demonstracji wewnętrznych podziałów,
inni rozumieli, że sytuacja więźnia była ważniejsza niż wszystkie
małostkowe spory pomiędzy koteriami. Brodaty mędrzec, podzi-
wiany aż do nienawiści, wyszedł ze swej wieży z kości słoniowej
otoczonej drutem kolczastym, aby dać następujący komentarz
na temat kryptogramu, umieszczonego na dzwonie: „«Żelazna
Maska» pokazała palcem to, co w micie monarchicznym jest w
sposób nie dający się naśladować rosyjskie. Z lękiem i nadzieją
będziemy się przyglądali, jak nasza wewnętrzna, prosta i święta
prawda, która przez wieki całe wyrażała się w dewizie «Jesteśmy
Rosjanami, Bóg jest z nami», natchnęła tego krzyżowca naszych
czasów, jedynego spośród nas, który odważył się sięgnąć po
broń w obronie naszej wiary”.
Aleksander czytał to wszystko z pogardą: „Nie cierpię kurków
na dachu, obojętnie, w którą stronę się kręcą”. Ludzie tego typu
byli dla niego zdrajcami, niezależnie od motywacji: jakaś nieza-
spokojona ambicyjka, niewystarczająca pensja, niewystarczające
sumienie.
Doszło do spotkania tłumaczy. Aleksandrowi nie chodziło już
o tłumaczenie najlepsze z możliwych, dostarczone jak najszyb-
ciej, lecz o tłumaczenie, które pozostałoby tajne tak długo, jak to
będzie potrzebne. Zamiast pięciu tłumaczy wybrał zaledwie
dwóch. W ten sposób niebezpieczeństwo przecieków było mini-
malne, a praca ukończona zostanie później, dzięki czemu Fo-
urveret będzie miał mniej czasu, żeby wycofać się z umowy.
Pewna kostyczna stara dama rosyjska, mieszkająca w domu
starców, oraz młody profesor slawista, który miał pracować
podczas wakacji w Irlandii, zostali zaangażowani nie tyle dla ich
talentów, co raczej dlatego, że nie będą mogli się komunikować
ani między sobą, ani z paryskimi intelektualistami. Pozostali
trzej tłumacze obrazili się. Aleksander zrozumiał już, że „Opera-
cja Żelazna Maska” będzie jak pożar, który niszczy wszystko na
swej drodze. A to był tylko początek. Na szczęście zestawienie

201

przypowieści w Rosyjskiej prawdzie pozwalało na całkowicie
niekoherentne podzielenie tekstu między tłumaczy. Profesor
uznał wprawdzie w pierwszej lekturze, że strona polityczna była
dość trudna do przełknięcia, a stara dama, że pełno było termi-
nów tryw., gwar., i fam., jakich zazwyczaj nie spotykała, lecz
wystarczy dać im do zrozumienia, iż część przypadająca na każ-
dego z nich zostanie właściwie oświetlona dopiero przez tekst
tłumaczony przez drugiego, aby przyjęli to za pewnik. Zresztą,
do diabła, byli opłaceni i to nawet zupełnie nieźle. Zadanie, w
które wciąż nie wierzył, zaczęło pochłaniać bez reszty Aleksan-
dra, jak Iwana Denisowicza układanie cegieł.
Przeszedł lipiec. Poczta przynosiła strony tłumaczenia. Alek-
sander poprawiał, ujednolicał, oburzał się, przyzwyczajał się do
swego własnego oburzenia. Powierzono mu zadanie z góry ska-
zane na niepowodzenie. Uprzedził o tym, a teraz będzie próbo-
wał pomimo wszystko dążyć do sukcesu, chociaż będzie się czuł
równie usprawiedliwiony w wypadku porażki, którą przewidy-
wał, co w wypadku powodzenia w wyniku czynionych przez sie-
bie wysiłków.
Aby książka ukazała się we wrześniu, Fourveret, zmieniając
swój kalendarz wydawniczy, domagał się manuskryptu pod ko-
niec lipca. Aleksander zwlekał aż do 10 sierpnia. Miał spędzić
dwa tygodnie wakacji z Jessicą na jachcie jej przyjaciół. Musiał
zrezygnować z zaproszenia. Jessica nie skarżyła się: „Obejdę się
bez takiego kochanka”. I zabrała ze sobą attache z ambasady
jednego z krajów Południowej Ameryki. W tym roku korki na
drogach były zupełnie rekordowe. W Paryżu ulubione restaura-
cje Aleksandra były zamknięte, jadał więc w bistrach, konstatu-
jąc ze zdziwieniem ich taniość. Potrzebował teraz cztery razy
mniej czasu na podróż z domu do biura. Dwóch wydawców
chciało publikować Rosyjską prawdą w języku oryginału. Od-
mowa. Jeden z nich próbował się dyskretnie poinformować, kim
są tłumacze. Klęska. W kinach dawano wznowienia starych

202

filmów. Można było parkować samochód gdzie się chciało. Mał-
gorzata, która chciała wyjechać w sierpniu, zapytała, czy nie
byłoby lepiej, żeby została, jako że miała się ukazać ważna książ-
ka. Aleksander myślał, że książka nie ukaże się wcale. Tak czy
inaczej cały ten cyrk, jeśli w ogóle ruszy, nie zacznie się przed
początkiem września.
— Nie, nie, Małgorzato, proszę wyjechać i odpocząć. A dokąd
w końcu pani jedzie?
Wyjeżdżała do swojej matki, do Lisieux. Wyjechała. Jeśli bę-
dzie jej potrzebował, wystarczy jeden telefon. Dopiero po kilku
dniach zaczął odczuwać jej brak. Jej spojrzenia były tak oddane i
pełne uwagi... Zastanawiał się z roztargnieniem, jakiego koloru
były jej oczy i stwierdził, że nie wiedział tego. „Żyję już zbyt dłu-
go pochłonięty tylko jednym. To wszystko niedługo się zmieni”.
Pogoda była niepewna, nie było zbyt ciepło. „Obecny sierpień
jest o wiele chłodniejszy niż czerwiec sprzed trzydziestu lat”.
Przyszło mu nagle do głowy, żeby zobaczyć galerię chimer, ale
kiedy tuż przed nim dziesięć autobusów wyrzuciło ładunek Teu-
tonów na wprost schodków Quasimodo, zrezygnował z tego za-
miaru. Zastanawiał się, jaka jest pogoda w Moskwie, w Lenin-
gradzie. „Jeśli dyrekcja ma jakąś filię w Leningradzie, chciał-
bym, żeby mój apartament był na Fontance...”
W końcu tłumaczenie było gotowe. Mimo ponagleń Fourve-
reta — „Drukarnia czeka! Nie zamknęli jej w sierpniu tylko ze
względu na nas!” — Aleksander ociągał się jeszcze kilka dni. Po-
prawiał niektóre fragmenty, przepisywał najbardziej pokreślone
stronice. Jednak w końcu trzeba było zanieść do wydawnictwa
Lux gruby, biały klaser, zapięły białym paskiem, przeszytym
czerwoną nitką. Aleksander oddał swój ładunek wybuchowy,
wysłuchał wylewnych podziękowań i zaczął czekać na eksplozję.

Gabinet naczelnego dyrektora wydawnictwa Lux był duży,
biały, jego umeblowanie składało się wyłącznie ze stołu, foteli i
gablotki, zawierającej hiszpańskie krucyfiksy, przedmiot kultu

203

dla jednych, kolekcja nagród dla innych. Stół ustawiony był przy
oknie w ten sposób, że każdy gość znajdował się w pełnym świe-
tle, podczas kiedy surowa lecz sprawiedliwa twarz naczelnego
dyrektora pozostawała w półcieniu. Niektórzy myśleli, że był to
tylko przypadek, lecz wystarczyło złożyć wizytę panu Fourvere-
towi wieczorem, aby móc stwierdzić, że lampy były ustawione
tak, by osiągnąć dokładnie ten sam efekt.
Uścisk dłoni. Proszę siadać. Fourveret zasiadł za stołem, zło-
żył ręce, opuścił oczy. Na jego dużej, ascetycznej twarzy widniały
okulary w kwadratowej oprawce, które potrafił majestatycznie
zdejmować i wkładać w odpowiednich momentach.
Aleksander czekał. Nie był z natury lękliwy, ale konieczność
obrony projektu, którego nie pochwalał, stawiała go w niewy-
godnej pozycji.
Po dłuższej chwili medytacji Fourveret uniósł głowę, zdjął
wymownie okulary i powiedział z drapieżnym uśmiechem:
— A więc trzeba być na prawicy, ponieważ dobry łotr został
ukrzyżowany po prawej stronie cieśli z Nazaretu!
Odczekał kilka sekund i ciągnął dalej, o ton głośniej:
— A kiedy z głęboką odrazą odepchnął sztukę złota, którą
Mu podawano i stwierdził, że należy oddać cesarzowi jego
błyskotki, to, co chciał w rzeczywistości powiedzieć, to nic inne
go jak to, iż do państwa, a nie do banków należy bicie monet!
Carska Rosja liczyła siedem razy mniej policjantów niż Wielka
Brytania i pięć razy mniej niż Francja! Komunizm, ta dziwna
choroba, zapanował w Rosji jak grypa na Hawajach, ponieważ
carska Rosja w swojej niewinności nie wyprodukowała odpo-
wiednich przeciwciał!
Fourveret założył znów okulary i jego twarz nabrała wielkiej
powagi:
— Proszę mi w końcu powiedzieć, mój drogi, co jest grane?
Kto tu sobie urządza kpiny?
Aleksander przygotował sobie plan kontrataku. Położył na

204

(Wymawiał 205 . że to moje sumienie. które nas dzielą. — Oni nie czytali książki. pochodzących z listów od dysydentów. i właśnie w tym cierpieniu jednych dla drugich i artysty dla społeczeństwa widzę prawdziwe znaczenie działalności wy- dawnictwa Lux. (Wy mówił to z dreszczem obrzydzenia. Bóg mi świadkiem. Gdybym tylko chciał. Ich opinie. co dla mnie się liczy. chociaż Bóg nie jest do tego potrzebny. Ale jakież to ma znaczenie. że sumienia wszystkich ludzi dobrej woli nastrojone są na tę samą nutę. to wielkie.) Jeśli o mnie chodzi. dla którego krwawi moje serce.. dopóki jej nie przeczy- tałem. żeby moje wydawnictwo posłuszne było mojemu sumieniu. tylko sądzę. by wy- konać pełen wigoru i jednocześnie nobliwy gest. panie Psar. że jestem wydawcą. zostały jeszcze dodatkowo przemyślnie spreparowane i zredagowane.. Ja także. że przede wszystkim jestem sumieniem i że w miarę moich możliwości dążyłem zawsze do tego. posiadamy pewną wspólną cechę — całkowitą integral- ność intelektualną. krwawiące serce ludzkości. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi na plecach. Lux oznacza tutaj światło. jakby to było nie- przyzwoite słowo. Inni wydawcy być może mają tylko jedno zmartwienie: forsa.. rzecz jasna. Wykonał obleśny gest liczenia banknotów. i tak pozytywne. darzę pana szacunkiem. Ale to. Całość była olśniewająca.. — To na skrzydełko okładki.stole serię cytatów. mój drogi. lub też niechęć do złych książek i złego postę- powania. że pomimo różnic. mam współpracowni- ków. bo moja reputacja jest wystarczająco znana na rynku — wiadomo. forsa. Są wśród nich być może — a nawet na pewno — komuniści. — Mój drogi. wiadomo też. Jestem chrześcijaninem. I nie dlatego. którzy nimi nie są. Jeśli o pana chodzi. rozplatając je od czasu do czasu. zawsze sądziłem. Fourveret spojrzał na papiery i odsunął je od siebie. skoro wszyst- kich nas jednoczy poparcie dla udanych dzieł literackich i do- brych uczynków. byłbym bogatym człowiekiem.

bo w końcu póki nie jest się ekstremistą. jak wryty. — Może pan być dumny. czy też. miał pełne usta samogłoski „a”. Zastana wiałem się. stracił rozum. gdybym wydał tę książkę? Rosyj- ska prawda nie sprzeda się nawet w dwu tysiącach egzemplarzy. W każdym razie tak sobie to wyobrażam. gubiłem się w domysłach na temat pańskiej osoby — dodał cichym głosem. Odwrócił wzrok od Aleksandra. czy nagle pan oślepł. i tak wyraźne pod- kreślanie egzotyki jego nazwiska stawało się obraźliwe. stał się pan przekupny? W tym ostatnim przypadku. proszę mi wybaczyć to słowo. żeby pana opinie polityczne były nie w porządku. albo są tro- chę na lewo od pana? Fourveret zasiadł ponownie przy stole. Nie przypusz- czam. bo dzięki panu spędziłem bezsenną noc. komuż by się pan sprzedał? Czyżby wszedł pan w kontakt z jakąś organizacją neo- faszystowską? Czy ktoś panu zapłacił. że jego cierpli- wość nie ma granic.) Prowa- dzi pan dla mnie Genezą rewolucji i Białą Księgą. i zdjął okulary. lecz mam tu swoje powody. Zaczął przecierać chu- steczką szkła okularów. że ja się z nim zgadzam? Czyżbyśmy byli fana- tykami. którzy myślą podobnie jak pan. jakby wyciągał szablę z pochwy): co się stało? Aleksander patrzył na wydawcę nie ukrywając swego rozba- wienia: — Co się z panem dzieje. z którymi nie może się równać żadna seria innego wydawcy. że pozwala się mówić tylko tym. którzy publikują wyłącznie poglądy zgodne z ich poglądami? Czyżby wolność słowa polegała na tym.„Psaaaaar”. — Jak pan sobie może wyobrazić. Przez chwi- lę pokazywał mu swoje plecy. można być człowiekiem godnym szacunku nawet na prawicy. 206 . aby mnie skompromito- wać? Powinien pan wiedzieć. Fourveret? Po co ten patos? Nie zgadza się pan z programem „Anonimowego więźnia”? A kto panu powiedział. że nie pozwolę na to! Zresztą jaką bym miał mieć z tego korzyść. okazując w ten sposób. Pytam więc pana (zatrzymał się nagle.

To nie są żadne argumenty. co słyszę od kwadransa. jakby się książka wcale nie ukazała”. Przydało mu się to w jego obydwu zawodach. to obelgi pod ad- resem człowieka zdychającego właśnie w więzieniu psychiatrycz- nym. spuściłbym na to zasłonę milczenia. oddzielony od niego stołem.. — Jeśli pana dobrze rozumiem. zrobiłbym coś złego i zdaję sobie z tego sprawę.. Psaaaaar.. Mogę się panu przyznać. O co panu chodzi? O spokojne sumienie wydawcy. że „Anonimowy wię- zień” nie będzie miał żadnych możliwości obrony prawnej. Prosząc o dyskrecję dałem mu do przeczy- tania kilka wyjątków z tych brudów. nawet wbrew oczywistości. że w moim zakłopotaniu wybrałem się do José Ballandara. I to wszystko. Ale w końcu (obrócił się nagle i oparł się plecami o stół) czy byłby pan łaskaw wytłumaczyć mi. Zwracam panu pańskie prawa. jakim prawem pozwolił pan sobie zaproponować mi ten zbiór idiotyzmów i podłości? Aleksander miał wyjątkową zdolność stawiania czoła w trud- nych sytuacjach. Ale przypuśćmy. Fourveret. odsyłając 207 . uczyć. Fourveret. To sumienie. że umowa wy- dawnicza. które w myśl prawa nie należą do pana. „Gdybym to opublikował. jak panu wiadomo.. Ta uwaga rozweseliła wydawcę: — Przecież nie będę pana. ponieważ dobrze wie. — Podłości. moim starym przyjacielem. zamierza pan ze rwać naszą umowę? — zapytał Aleksander powściągliwie. — Albo ten tekst nadaje się do publikacji i nie robię panu krzywdy. Jaka byłaby pańska reakcja?” Zna pan Bal- landara. Zachowałbym się tak. Psar — po- wiedział Fourveret. który zawsze cieszył się opinią gwiazdora uczciwości intelektualnej i który zerwie umowę. Odpowiedział mi: „Przez szacunek dla pana. pozornym i rzeczywistym. dla pańskiego wydawnictwa. ponieważ nie ma pan upoważnienia autora. który jest. że jednak to robię. bzdury i brudy. Wszystko. Co pan właściwie zarzuca Rosyjskiej prawdzie? — Takie chwyty poniżej pasa nie są pana godne.

— Tak. Niczego nie wymyśliłem. wciąż siedząc. I pan mnie pyta. I to wszystko. zlustrował go spojrzeniem. ale uważam. Tezę tę mają ilustrować pseudohistoryczne przykłady: Roosevelt był agentem Stalina.. dzieło niniejsze broni takiej oto tezy: 1. 2. niech pan sobie wyobrazi. Kiedy Fourveret wypowiadał słowa „moje serce krwawi”. namawiając mnie na druk. zastąpić go monarchią teokratyczną. co zarzucam Rosyjskiej prawdzie? Jak pan wie. który z kolei działał jako agent Rockefelle- ra. Powiedziałem panu. Usiadł i założył okulary tak jak angielski sędzia zakłada peru- kę. albo się nie nadaje i wówczas pan jest wobec mnie nie w porządku. moje serce krwawi dla Rosji. Zajrzał do swoich notatek: — Jeśli w ogóle można coś z tego zrozumieć. — To oczywiste.. której zasadniczym atrybutem będzie bicie monety. dlatego też należy zniszczyć komunizm (sic!) oraz 3. że nie jest ani rosyjska. że nie podzielam w najmniejszym nawet stopniu poglądów tego wariata. ukazał mi się pan w zupełnie nowym świetle i być może mylę się. którego auto- rytet jest panu znany i który zawsze był dobrze usposobiony dla naszego wydawnictwa. Później zdjął okulary. Kapitalizm jest źródłem wszelkich nieszczęść. Fourveret. ani prawdziwa. Aleksander podniósł się i przyciągnął do siebie maszynopis. jak zdejmuje się maskę. ale Rosyjskiej prawdzie za- rzucam. drogi przyjacielu. Do tego dołącza się jeszcze absur- dalna demaskacja rzekomego spisku światowego lichwiarzy. ale nie będziemy mieli tego popar- cia. kładł na swej lewej piersi dłoń o szeroko rozstawionych palcach i trzymał ją tam kilka sekund. co mi odrzekł Ballandar. Bóg mi 208 . — Psaaaaar. ufając panu w dalszym ciągu. Aleksander nie miał na to żadnych argumentów. że jego szaleństwo jest interesujące i że przy poparciu prasy.pana do innych wydawców. mimo bezładu kompozycji.

że wolę grzeszyć nadmiarem niż skąpstwem. Jeśli natomiast zrozumie pan. Na progu zatrzymał się i chwycił go za rękę.świadkiem i widzi. szeroki gest. właściwie zga- dzał się z nim.. Zakopiemy topór wojenny i nigdy nie będziemy wra- cali do naszego małego kryzysu. gdyby nawet w tej profesji udało się panu znaleźć kogoś aż tak nędznego.. Uśmiechnął się szeroko. Przypominał teraz rozpieranego przez radość ojca.. trzymając okulary..) — Jeśli ta rzecz ukaże się u jakiegokolwiek wydawcy — a byłbym zdziwiony.. W niczym nie ułatwiało to jednak sytuacji. 209 . co to są pieniądze? Wykonał ręką. Aleksander przewidział odmowę Fourvereta.. witającego swego marnotrawnego syna. Zamknął oczy i bardzo cicho wymówił: — Proszę się modlić. wziąwszy jeszcze pod uwagę zawoalowane groźby i paternali- styczne porady wydawcy. — . do jakiego stopnia zaśle piła pana słowiańska wrażliwość i jeśli wyrzuci pan tę paczkę makulatury do najbliższego ścieku. że stracę sporo pie- niędzy wskutek wywrócenia się mojego planu wydawniczego. ale. Zamknął dłoń Aleksandra w swoich rękach i zatrzymał ją kil- ka sekund. by wziął na siebie to ryzyko — będę musiał ze szczerym żalem wyrzec się dalszej współpracy z panem. Jego szlachetna twarz stała się jeszcze bardziej szlachetna: — Mam dwadzieścia lat więcej niż pan.wtedy Geneza rewolucji i Biała Księga będą się nadal ukazywały. Nałożywszy okulary odprowadził Aleksandra do drzwi. Pozwolę sobie dać panu pewną radę. (Kiedy mówił „Bóg mi świadkiem” wznosił oczy do nieba i opuszczając je potem zatrzymywał przez sekundę spojrzenie na kolekcji krucyfiksów. To prawda.

Więk- szość książek tonie. a inne nie odpowiadały. Przynajmniej na po- czątku. że są pornograficzne kryminały. jak tylko on się wypowie. kiedy dowiedział się o odmownej decyzji Fourvereta. że książka jednak ukaże się. słuszne zresztą. świetnie idące. Pierwszy skok jest niewiadomą. wielkie książki. żeby spotkała się z sukcesem? — Jeśli kiedykolwiek rozwiążesz tę zagadkę. zmień praco- dawcę. — Jednak poparcie prasy. — Badania rynku. Czy możesz znaleźć jeden lub dwa głosy. co pociągają za sobą in- nych? — Najlepszy jest Ballandar i należy do mojej orkiestry. na temat waszego towaru. ale na początku rzucamy ją na głęboką wodę. Można wpłynąć na powodzenie sprzedaży. Będziesz miliarderem. zdając się na przypadek. 210 . jeżeli książka zostanie dobrze przyjęta. Pomyśl. które zacytował Ballandar. — Rzadko. które mu odpowiedzą? — Oczywiście. Iwanie Iwanyczu? — Jacy są najlepsi szczekacze? Ci. — Niczego nie przesądza. tylko niektóre utrzymują się na powierzchni.. Trzy czwarte dzien- nikarzy mówi wyłącznie o książkach. Iwan Iwanycz w rozmowie telefonicznej nie okazał wcale zdziwienia... albo na kaprys fortuny. Zapytał tylko: — Przypuśćmy. — Do czego zmierzasz. — Ale rzadko się zdarza. żeby tylko jeden pies szczekał na wsi. — Nie służą niczemu w świecie książek. co należałoby zrobić. i te właśnie umiemy doprowadzić aż na pełne morze. Ale właśnie ci powtórzyłem. — Nie chodzi o to. których nikt nie kupuje i prawdziwe. jakie jest jego zdanie.. — I nigdy nie zdarza się. żeby prasa robiła hałas wokół ja- kiejś książki i żeby nikt jej nie kupował.

że nie należy do inteligencji idącej z duchem czasu. ale to dlatego. nawiązująca zarazem do Ludwika XVI. Z Porte d'Orléans Aleksander pojechał prosto do biura wy- dawnictwa Lux. umieją śpiewać. Domyślasz się. Gdyby twoja żona dowiedziała się.Jedni. grubą teczkę. panie Psar — powiedziała pani Emi- lienne. to dlatego. Ale powtarzam ci. to być może pogłaskałaby cię wałkiem do ciasta. żeby powiedzieć to samo co on. czy też podać panu apéritif w ogrodzie? Zazwyczaj Aleksander wolał wnętrze domu. ale korki na drogach. Naznaczył spotkanie na następny poranek. że. tego jednak dnia 211 .. Był czter- nasty sierpnia i drzwi były zamknięte. Biała fasada w stylu Napoleona III. — Poradzimy sobie. a nawet jeżeli tak. jak mówią Francuzi. a z kilkoma prałatami ob- lewano powodzenie Białej Księgi o Kościele. — Wszyscy sana mszy. Żwir podwórka. W ręce trzymał czarną. — Nie bądź naiwny. „Pojadę ju- tro”. w ostatniej ćwiartce dwudziestego wieku. ponieważ wszystko jest dozwolo- ne. Zresztą pocze- kać chwilę z otwarciem ognia też było przyjemne. to Ballandar będzie milczał. została niedawno odnowiona.. — Chce pan na nich poczekać w salonie. chrzęścił rozkosznie pod oponami. że zezujesz na Jessicę. gdzie był dawniej mile widzianym go- ściem. Iwan Iwanycz nie podjął wyzwania. Tam właśnie świętowano sukces Białej Księgi o edukacji narodowej z profesorami z Sorbony.. nieskazitelnie wygracowany. drudzy żeby mu się prze- ciwstawić. Następnego dnia około jedenastej trzydzieści Aleksander znalazł się w Chatelet. że jeśli przydzieliliśmy do twojej orkiestry tych dwóch muzyków. Jesteśmy w Paryżu. Fourveret znajdował się zapewne w swej posiadłości w Dourdan. Uprzedzałem was. w kawiarni tuż obok Porte d'Orléans. Iwanie Iwanyczu. Fourveret nas nie opublikuje. Jechać tam natych- miast? Pokusa była silna.. nikt już nie ma na su- mieniu wstydliwych sekretów.

że grzeczność ich miała w sobie coś naturalnego. Aleksander nie zapytał o ich postępy w szkole. pięcioletnim blondynie o krótko obciętych włosach. duża. z czymś nieokreślenie prowincjonalnym w sposobie by- cia. Udawały onieśmielenie tylko tyle. — Szalenie się cieszymy pańską wizytą. tak aby osiągnąć jak największą ilość perspektyw i przedłużyć odległości. ale przywitał się z nimi poważnie. Musiałem pana zobaczyć w pilnej spra- wie. Były tak dobrze uło- żone. za którymi kroczyło kilkoro dorosłych. Nagły hałas i cała chmara dzieci. Aleksander zdziwił się. jak będziesz duży? Mikołaj jeszcze seplenił. — Drogi Psaaaaar! Cóż za niespodzianka! Naturalnie zje pan z nami obiad? Fourveret pokazywał w uśmiechu wszystkie zęby. — Co będziesz robić. pa- trząc każdemu z nich prosto w oczy. Dzieci nosiły imiona bezpretensjonalne. — Ja. Przykro mi. wypadła z drzwi balkonu. Potrząsał ręką Aleksandra. jego oczy jednak pozostały czujne. — Chcę placować na giełdzie jak tatuś. i co jakiś czas dotykał jej czubkiem buta. i to im się spodobało. Kostki lodu dzwoniły w kryształowej szklaneczce. których nie powinno się przyjąć. lecz jego zaproszenie było z rzędu tych. madame Faubert? A to moje wnuki.potrzebował powietrza. że musiałem pana ścigać aż tutaj. ile trzeba było. Światło zała- mywało się w lekkiej mgiełce. Zna pan moją córkę.. Park miał nie- wiele więcej niż hektar powierzchni i ścieżki były w nim popro- wadzone w stylu angielskim. Jego spojrzenie zatrzymało się być może nieco dłużej na Mikołaju. Aleksander położył swoją teczkę u stóp. w twoim wieku chciałem zostać dowódcą łodzi podwodnej. 212 . chuda. Mikołaju.. — Ależ nic podobnego — powiedziała pani Fourveret. Wielkie drzewa unosiły ku niebu ciężkie od liści gałęzie. — Jeszcze nie wiem. Ptaki śpiewały. Usiadł pod parasolem. Mikołaju.

ale o konwenans. pierwsza bym tego żałowała. jak Marii Ka- rolinie byłoby ślicznie w tych wszystkich koronkach. Bogu niech będą dzięki. ścieżką. że nie ma już sukni do pierwszej komu- nii.. w dniu Matki Bo- skiej Zielnej. z drobną kłótnią przy deserze na temat osy. jeszcze jedną ścieżką. to wszystko się przesuwa o jedno miejsce”.. że ten człowiek za chwilę będzie od niego całkowicie zależny. Madame Fourveret mówiła głośno. nikt mamy już nie zmieni. które lato zdążyło już przyżołcić. „Nie. każda z kieliszkiem porto w ręce. że się pan zastanowił i chce pan zrezygnować z publikacji tego. którą złapie jeden z chłopców i będzie chciał przekroić nożem. Jej córka śmiała się czule: — Mamo. a jednak nie bardzo wiedział. A wyobraź sobie. Fourveret ujął go za łokieć. Zresztą gdyby się ma- ma zmieniła. Dzieci przekomarzały się milutko o miejsca przy stole. z mszą świętą. który głęboko na- znaczył jego naturę. rozprawiały z ożywieniem: — Możesz mówić co chcesz — mówiła z przekonaniem mat- ka— ale ja bardzo żałuję. Cóż to komu przeszkadzało. Nie chodziło tu. Nawet psy nie gry- zą ofiarowanej im obroży. z rozpaczliwą emfazą tych. dziadkiem. ta pilna sprawa? Proszę mi powiedzieć. mówię ci: jeśli jest ten pan. Emilienne nakrywała do stołu na tarasie. Surowa twarz Fourvereta rozświetliła się od wewnątrz: 213 . Brzęczały pszczoły. wodą zabarwioną winem dla starszych dzieci. jak zacząć. których już nikt nie słucha. obiadem pod gołym niebem. babcią. o litość. kontemplując scenę rodzinną ponad trawnikiem. Jedna z dziewczynek z przejęciem pomagała Emilienne nakry- wać do stołu. Pani Faubert i pani Fourveret. — Przejdźmy się trochę — zaproponował Aleksander. klombem. Szli pośród przystrzyżonych trawników. Czuł zażenowanie na myśl. co miał zrobić. — No więc. Będzie to prawdziwe święto rodzinne. Fourveret zatrzymał się. Odczuwał żywą przyjemność na myśl o tym.

— Jakie to piękne — powiedział cicho — chrześcijańska ro- dzina. biorąc udział w czymś. raz niebieskimi baletami. to piękne. niewątpliwie podłe. niech pan to nazywa jak pan chce. Na to właśnie czekał Aleksander: — Tak. — Jakieś trzydzieści lat temu — podjął Aleksander — pewna ilość dobrze sytuowanych osób. 214 . były przesłuchiwane. co mi to ro- bił. czy też partnerzy. są z pewnością bezkarne. o instytucji dla młodych niewidomych sierot w Ville d'Avray? Fourveret odwrócił się od Aleksandra. choć na twarzy jego utrzymywał się wciąż uśmiech no- bliwy i szlachetny: — Dlaczego mi pan opowiada tę okropną historię? Te po- twory. tyle że nie zawsze wystarczające. z oczami wciąż utkwionymi w idylli. — Znam tę historię — powiedział Fourveret. że te wzruszające maleństwa nie są całkowicie bezczynne i mają jeszcze jedną cechę szczególną. Dziwna sprawa.. jako że nikt ich nigdy nie widział. narobiła sobie kłopotów. Instytucja ta nie apeluje do mi- łosierdzia ludzkiego i nie zabiega o wsparcie. Ich ofiary. A jednak dora- stające sieroty opuszczają ją z okrągłym kapitalikiem. załamały się niektóre kariery. Prawdą jest. Mówił głosem pełnym przejęcia. co mi robił tamto”. uśmiechając się i nie patrząc na Aleksandra. Jej celem jest opieka nad młodymi sierotami i kształcenie ich. a to ten. co nazywano raz różowymi baletami. Fourveret. z których wiele miało chrześci- jańskie rodziny. która rozgrywała się pod parasolami. Ci panowie byli nieostrożni. Mówili nie patrząc na siebie. Doszło do paru samobójstw. — Nie bardzo pana rozumiem.. Czy słyszał pan. Rozpoznały swo- ich klientów i wszystko opowiedziały: „To ten pan. która czyni je tym cenniej- szymi w oczach ich protektorów. — Trochę później w Ville d'Avray założono pewną instytucję charytatywną.

Departamentowi musiało bardzo zależeć na publikacji Ro- syjskiej prawdy. Rozumie pan. Te coraz częst- sze wywczasy pracowników umysłowych drażniły go. co będzie w mojej mocy. że ci panowie mają pseudonimy. nie będąc widzianym. — I zrobi pan wszystko co trzeba. wciąż w roli karzącego archanioła. żeby to był triumf— po- wiedział Aleksander. — Zrobię wszystko. Fourveret? Na jednych z nich widać nawet małą białą laseczkę w nogach łóżka. a także klucze. I nie tylko Bóg. Aleksander zatelefonował do «Obiektywu». Instytucja niewidomych sierot funkcjonowała od piętnastu lat. — W przeciwnym wypadku niczego nie obiecuję. Po południu. Otworzył z trzaskiem jeden z zamków swej teczki: — Interesują pana zdjęcia pornograficzne. — No tak — powiedział lekko Aleksander — wiem dobrze. skandując każde słowo. Wymówił z trudem: — Książka ukaże się w przewidzianym terminie. Ale Bóg. dzięki czemu mogą wejść do willi. Bóg. Na suchej twarzy Aleksandra pojawił się uśmiech: — W takim razie z przyjemnością przyjmuję pańskie zapro- szenie na rodzinny obiad. co pozwala im porozumiewać się z dyrekcją nie ujawniając się. rozgrywający się za trawnikiem i klombem dalii. drogi panie Fourveret. jest świadkiem w każdej sytuacji. skoro nie cofał się przed ryzykiem zaalarmo- wania stałych bywalców willi! Fourveret patrzył znów na swoją żonę. a nawet do pewnego w niej pokoju. Fourveret miał zesztywniałe jakby z zimna wargi. córkę. — Jus są osy ! — wykrzyknął Mikołaj wymachując nożem do chleba. „Tam 215 . Nikogo nie było. jak lubi pan powtarzać. wnuki i ich ba- let Wniebowzięcia. aparaty fotograficzne ukryte w murze istnieją nie tylko na filmach.

jak i przez zami- łowanie do urlopowych intryg. Iluż młodych autorów dygotało przed tymi drzwiami! Iluż z nich. że jakiś X. Dywany. ograniczał się tylko do: „Tego nie można powiedzieć. prawicowych ekstremistów. żeby wywrzeć 216 . a gdy tylko natrafiał na opór. że rządzą li- teraturą. zresztą mylnie.” Udało mu się osiągnąć reputację kogoś śmiałego. nawet nie dał najmniejszego słowa polecającego dla Grasset. a poza tym mała kabina powodowała w nim przypływ klaustrofobii. wymierzał ciosy w miękką mate- rię. giął się w ukłonach.. nie był wielki. o których mówi się. Siedemnastowieczny budynek. Aby utrzymać swój autorytet Ballan- dar poddawał się bez przerwy autocenzurze. by grać szczerą lub szyderczą komedię uwielbienia. Ulica de Tournon. „Panie Ballandar. ale nawet nie zaproponował. przychodziło tu. ożeniony z siostrze- nicą Y... Tego się nie robi. Zadzwonił do wysokich drzwi z rzeźbio- nego dębowego drewna. Obawiał się. Jednak pewna niechęć w gło- sie: Ballandar przeczytał Rosyjską prawdę i obawiał się. Co za świnia. Niezła imitacja starej bramy. Ballandar należał do ludzi. odnowiony w najbardziej agresywnie nieskazitelny sposób. w którym mógł sprawować swoje rządy. że znajdował się u szczytu kariery. czy do Port-Grimaud? Fourveret widział go trzy dni temu w Paryżu i w jego stylu byłoby raczej pozostanie w Paryżu w sierpniu — zarówno przez snobizm. Aleksander nie wszedł do windy. czy przypadkiem Aleksander nie przeszedł do obozu tych niedoty- kalnych (trędowatych). ale w rzeczywistości ata- kował tylko bałwany śniegowe. „Tak pana podziwiam”. Kamienny mur. bo to dobre dla ćwi- czenia oddechu. a jednak żył w ciągłym poczuciu zagrożenia. W rzeczywistości wycinek. jest pan wspaniały!” Zgodził-(a)-bym się pójść z nim do łóżka. Zdawać się mogło. Zatelefonował do niego do domu. „Ależ oczywiście.. publikowanych lub nie.przynajmniej zmusza się ich do przepracowania dla partii nie- dziel w dobrowolnym czynie społecznym!” Czy Ballandar poje- chał do Ramatuelle. proszę przyjść”. czy też posiadający odpowiednie środki.

starannie dobierał swych protegowanych wśród neofitów. nie stanowiąc żadnej konkurencji dla niego. Popierał ich pierwsze książki. zaraz na niej zagra i Ballandar zatańczy. że on także. ale krytyk? Zresztą Ballandar nie był ani zły. — Ależ proszę wejść. Czyż niepokoi się ludzi wizytami piętnastego sierpnia? Chodziło 217 . i jedyne. ani dobry. Czy wie pan. cóż mógłby robić innego? Nieudany pisarz może się stać krytykiem. pewien że przynosi wybitne dzieło i że lekkie popchnięcie pana José Ballandara uczyni go sławnym i kochanym. Jako debiutujący agent literacki poznał różne przedpokoje. był ostrożny. stając się znowu lub debiutując w roli inspekto- rów ubezpieczeń. pan pierwszy się o tym dowiaduje. co okazałoby się całkiem proste. Naciskając palcem wskazującym słońce miedzianego dzwon- ka. rzecz jasna. że nie ma żadnego szczególnego talentu. z odrobiną wyższości i. gwiazdek filmowych czy też nauczycieli. „Proszę to przeczytać. Dlatego też. Zastanówmy się: gdyby Ballandar utracił swoją pozycję. potem zaś jego faworyci. znikali gdzieś.presję na Z.. którzy nie mieli żadnego talentu. popierającego młodszych od siebie (był młody od chwili kiedy przestał być dzieckiem. stojącego na świeczniku inteligencji. ostrożności. mógł był się tu pojawić. może go wysadzić z siodła. co posiada to nazwisko. że autor spalił żywcem swoją pierwszą żonę?” Było rzeczą dość miłą pojawić się u jednego z kapłanów literatury. mając w zana- drzu fujarkę. I tak było lepiej dla wszystkich. Przeżył za to inną. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tej gamy upokorzeń. Czy nie chciałby pan rzucić okiem przynajmniej na pierw- szy rozdział? To będzie wielki sukces. Aleksander pomyślał. Uprzejmy. w okresie kiedy brał siebie za pisarza. dbając o swą opinię młodego intelektu- alisty. jako że wiedział. to znaczy dobre czterdzieści lat). Kariera intelektualisty przypo- mina jazdę na nartach wodnych. podziękuje mi pan. nie przyznając się do tego przed sobą. należy się trzymać uchwytu liny jak najdłużej.

(Żadnego kontaktu fizycz- nego.. żeby fikał przed nim koziołki na dy- wanie.) Co mogę panu podać? Sok z papai? Może batidy? Nie powie mi pan chyba. nie chce pan śrubokręta? Naprawdę whisky? Ale przynajm- niej nie Glenfiddish? Wszyscy ją mają. w białych spodniach. Może Old Mortality? Powiedział pan Literatura. Ach.. Oczywiście wódka. Hugo przeciwko Racine'owi. to rewolucja w pigułce. Mógł uzyskać satysfakcję natychmiast. — No. Nie. w koszuli z nieodzownym jedwabnym fularem.. nawet w rękawiczkach. Aleksander wszedł. chodziło o przeprowadzenie pewnej demonstracji aż do absurdu. Właśnie tak. co Amerykanie nazywają śrubokrętem. Literatura. chciałem powiedzieć moderniści prze- ciwko klasykom. 218 . Próbowali po prostu być lepsi. To wszystko jedno. To.z pewnością o to. poprzez który pewna klasa czy generacja afirmuje się przeciwko swym po- przednikom. Aleksander zapytał zwyczajnie: — Czym jest dla pana literatura? Ballandar. Zgadza się? — Hugo nie był przeciwko Racine'owi ani moderniści prze- ciwko klasykom. Literatura jest w swej istocie rewolucyjna. żeby wpłynął na zmianę decyzji Fourvereta. i Ballandar by to zrobił. Rosyjskiej prawdy nie należało doty- kać nawet dwoma palcami. Drogi Aleksandrze Psar. Racine przeciwko Corneille'owi.. z sokiem pomarańczowym. Ale Fourveret miał rację. Literatura (nareszcie znalazł od- powiednie sformułowanie) jest aktem kreacji. mógł poprosić Ballandara.. pan mnie wprawia w zakłopotanie.. — A więc dialektyka? — Nie wszystko jest złe u Marksa. byłbym zapomniał. że chce pan whisky? To try- wialne. klasycy przeciwko modernistom. Ale chodziło o coś lepszego niż o koziołki. których wystudiowana forma zdawała się zwężać biodra. ton anglosaski. uniósł jasne brwi: — Literatura? Ależ proszę wejść.

— Także i u Engelsa nie wszystko jest złe. bibliotekami. Gdyby przewidziano w budżecie posadę dworskiego krytyka — jak dworskiego poety u Anglików — byłby nim Ballandar. biurko Jacoba. który nigdy nie przyznał najmniej- szych nawet ulg zatrudnionym u niego robotnikom. palarniami. Ballandar żył dostatnio ze swego złotego pióra (i niewin- nych spekulacji giełdowych). w jednym z niewielu schronień współczesnej literatury. centralnie regulowane. Aleksander rozejrzał się dookoła. kauka- skie dywany. inni dziennikarze wymieniali jego nazwisko z szacun- kiem lub oburzeniem. — Pan potrafi z każdej szczapy wykrzesać ogień. których dobry smak nie po- zwalał mu sprzedawać i dla których kazał zrobić wspaniałe he- banowe półki. egzemplarze okazowe. co wychodzi na to samo. nie mógłby pominąć José Ballandara. — Dialektyka pochodzi od Engelsa. do jakiego stopnia jego eksce- lencja zadowolony był z samego siebie: chińskie parawany i ob- razy mniej znanych impresjonistów. Wszędzie były książki. jakiekolwiek miałby o nim zdanie. I wszystko w tej świątyni pozwalało odczuć. Gdyby jakiś historyk zajmował się kry- tyką francuską w drugiej połowie dwudziestego wieku. — Ma pan — powiedział Aleksander — bardzo piękne miesz- kanie. Jeśli chodzi o pogrążenie Engelsa. U Ballandara wszystkie pokoje były jednocześnie salonami. W rzeczypospoli- tej literatury pozycja Ballandara była niemalże oficjalna. muzeum. 219 . japońskie kakemono i ukryte urządzenia klimatyzacyjne. dys- kretne światło w gablotach. Albo zrobić z niej strzałę. Bez wątpienia znajdował się wewnątrz świątyni. osiemnastowieczne srebra. był przyjmowany wszędzie (lub prawie). — Engels był kapitalistą. troszczy się pan o dobre samopoczucie mas pracujących! Jakie to do pana po- dobne! Siedzieli po obu stronach malachitowego stoliczka w pokoju o nieokreślonym przeznaczeniu.

Był zawodowym wyzyskiwaczem okazji. jakie rozczarowanie! — A więc — powiedział. a raczej połową oka. co w sierpniu zostają w mieście? — Ja muszę. Wiedzieli jednak tak- że. Być może bajeczna. na której urządził ma- łą wystawę sztuki współczesnej.. Pan przyszedł na świat z pewnymi upodobaniami. W Vésinet nazywano go czerwo- nym bankierem! Więc. Mój ojciec był bankierem. musi pan spróbować mnie zrozumieć. co nie zmie- nia faktu. że Fourveret. Obstawiał równocześnie różne okazje. niedawno jeszcze przydarzyło mi się to. Lubi- my się. Jeśli nie. Spojrzenie Ballandara padło na ścianę. — Proszę pana. których panu nie zazdroszczę. I lepiej. żeby zmienić temat rozmowy — pan także należy do tych.. i nie mam panu za złe pańskich. na maszynopis? — Tak. że nie zauważyć książki „ważnej” było czymś równie fatal- nym. ale wywodzimy się z różnych tradycji. antyklerykałem. żeby nie była odrażająca. że nikt nie jest odpowiedzialny za swoich przodków. Zgadza się? Mogę w pewnych przypadkach oburzać się na zbrodnie lewicy. Jest się takim.. ale. który polował w tym samym rejo- nie co on. pan i ja. — Jakąś chatę trzeba mieć.? — Zmienił zdanie. dla pewności. że jesteśmy uwarunkowani. Nie pożałuje na to grosza. Obrazy nie kosztowały go dro- go. która wychodzi zaraz po wakacjach. jaka będzie ich wartość za dwa- dzieścia lat. — Fourveret powiedział panu. Ja uro- dziłem się rewolucjonistą. To był chytry lis. co prawda w małym banku. Ballandar zaniepokoił się. że rzuciłem okiem. — Myślałem.. że opublikować czy też oklaskiwać dzieło „niemożliwe” było samobójstwem. był także wol- terianinem. powiedział mi o tym. Wiedzieli obydwaj.. Mam tę ważną książkę. ale nie można było zgadnąć. i nic na to nie mogę poradzić. Chce narobić hałasu wokół tej książki. Znał Fourvereta. Coraz bardziej jestem przekonany. jakim się przyszło na świat. 220 . To go niepokoiło..

. ale to mi się wydaje. W dodatku moralnie jest bez zarzutu.. to kwestia reakcji organizmu. źle napisane. Oklaskiwano je z zupełnie innych po- wodów. proszę mi wybaczyć. — Pan ma czerwoną płachtę na oczach.? — Jest pan moim przyjacielem. że zdarzają się pośród nich absolutne zera literackie. wyjąć z niej kartkę. Zgadza się? — Radzi więc pan. pełen jestem sympatii dla tego nieszczę- śnika w azylu. ja. Te wszystkie przenośnie. kiedy jakiś autor zaczyna wykazywać. że rewolucja rosyjska mogła być udaremniona i że przy Leninie Hitler jest jak chłopczyk w krótkich majtkach.. Właśnie tak.. ale trzeba przyznać. mieć odwagę fizyczną to drugie. — Jednym słowem.. myśli pan rzeczywiście. to specjalność Fourvereta. Fourveret także. Nikt bardziej niż ja nie bronił dysydentów. Uczciwie 221 .. Aleksander mógłby otworzyć swoją czarną teczkę.. wywro- towa? — Wydaje mi się. Jeżeli to rzeczywiście on strzelał do Breżniewa. — Rosyjska prawda wydaje się panu w końcu jaka.. Wydawcy mają swoje imperatywy... Nie... trzeba przyznać. Gdyby każdy męczennik chrześcijaństwa opisał w książ- ce swoje kłopoty.daruje pan. źle napisane.. te lejt- motywy... widzi pan. położyć ją na malachicie i odejść. Prowadząc od trzydziestu lat wy- dawnictwo Lux potrafił nadać mu odpowiedni ton i prężność. to jednak.. lecz być pisarzem to jeszcze coś innego. stworzyłoby to równie wspaniały zbiór jak dzieła wszystkich laureatów nagrody Nobla. Oczywiście. że należałoby raczej powstrzymać się z wydaniem tej książki? — Fourveret wie co robi.. ale przybrał minę pełną skruchy.? Ach nie.. Jednakowoż dziwi mnie. — Pańskie serce krwawi? — Moje. Być mo- że jest to sprawa tłumaczenia.. że nie brak mu odwagi. muszą sprzedać. Po pierwsze. Ale w końcu być nie- szczęśliwym to jedno..

Dlaczego? Bo był rewolucjonistą? To mogło być zrozumiałe. Był kolaborantem w czasie okupacji i partyzantem w chwili wyzwolenia. I rzeczywiście. że chce nim być. Wie pan może. jakikolwiek by on był. Aleksander podniósł się. że publikacja esejów w tym stylu.. „To nie człowiek — pomyślał Aleksander — to próżnia w ciągłości. że we Francji intelektualiści nie mają wybo- ru.. w rzeczywi- stości nie posiadał żadnej. ale Ballandar nie był rewolucjonistą. że nie cierpi Ballanda- ra. Nawet mając przyjaciół u władzy. Choć introspekcja nigdy go nie pociągała. jak mówią Rosjanie. ale gdybym był na pańskim miejscu.. który cieszył się opinią twórcy opinii. Ale w rzeczywistości nigdy nie stanął do walki z wiel- kim zwierzęciem.. do kogo należało przed panem? Przeleciał anioł.. ale Ballandar nie był też prawdziwym bourgeois. zmuszeni są do buntu przeciwko rządowi. Następnie ustawił się w opo- zycji. I to była praw- da. Chyba że nos Fourvereta. — Nie mam pojęcia. chociaż paradoksalne. W innym kraju lub w innej epoce Ballandar byłby wy- znawcą panującego systemu. czy też. aby nie zostać uznanymi za sprzedawczy- ków. zaledwie trochę się z nim drażnił przez pręty klatki. bardziej do- świadczeni. Mieszkam tu już od tak dawna. Bo był bourgeois^ To byłoby podwójnie zrozumiałe. A ja 222 . „Nienawidzę Ballandara. nikt w to nie wątpił. Wśród gibelinów był gibelinem. poczuł nagłą potrzebę wy- tłumaczenia przed sobą tego przypływu dławiącej nienawiści. Zawsze stawa- łem do walki z wielkim zwierzęciem”. Wiem. że poniósł pan już koszta.. Aleksander podszedł do okna i wpatrywał się w surreali- styczną perspektywę ulicy Tournon.. — Tak — powiedział — ma pan bardzo piękne mieszkanie. „Nikt — napi- sał on kiedyś — nie może wątpić w moją odwagę. Nie każdy może być bour- geois. ponieważ jest niczym”.przekonany jestem. narodził się milicjant. Człowiek. nawet jeśli daje do zrozumienia. wśród gwelfów gwelfem. ale to dlatego. Czuł.. Na dodatek nikt nie chciał kupić Ballandara.

który rozpuścił po- głoski. nie znoszę próżni”. ponieważ tak nakazywała aktualna moda. chociaż gotowi byli nawet i przeciwko te- mu konspirować.. w rzeczywistości ukrywa się w jednym z pomieszczeń swego ogromnego mieszkania przy ulicy de Tournon 218. co pan o tym myśli. Wejście do tego pomieszczenia za- maskowane jest przez wielką szafą. nie odczuwał wrogości wobec tego.jestem jak natura. „Je- stem w stanie zrozumieć egoizm szlachetnie urodzonych łupież- ców. nawet jeśli chodziło o konstrukcje i ciężary wrogie mu. chciałbym. gdyby potrzebne były dodat- kowe wyjaśnienia. ponieważ mój zmarły niedawno ojciec był dozorcą tej kamienicy. że marzą tylko o jednej rzeczy: by znaleźć się na miejscu ich oprawców. Była to fotokopia ręcznie pisanego listu. położył na nim swą aktówkę. kreślą się z poważaniem — Józef Ballandar. co było skonstruowane. nie mieli żadnej wiary. kolonizatorów wyciskają- cych pot z niewolników. ewentualnie. żeby przyjrzał się pan tej oto próbce sztuki epistolarnej. jakoby wyjechał do Ameryki. 2 stycznia 1942 Szanowny Panie. z trzaskiem otworzył jej zamki.” Aleksander wrócił do malachitowego stołu. Ale co innego ostrożny oportunizm przeciętniaków. Pozostając do Pańskiej dyspozycji w razie. Ale Bal- landar i jemu podobni pozbawieni byli kręgosłupa. zależało im tylko na dobrym samo- poczuciu i komforcie. To prawda. przyjmuję terror i kontrterror. — À propos stylu. Pragnąc przyczynić się do oczyszczenia narodu francuskie- go. zawiadamiam Pana. przemysłowców-wyzyskiwaczy. Paryż.. Paryż 20 223 . Wiem o tym. rozumiem rewoltę uciskanych. Jestem nawet w stanie podziwiać wybór triumfalnej klęski męczeństwa. pojmuję. żadnego celu. że Aronson Leon. miało swój ciężar. ulica Jaurèsa 4. Powie mi pan.

na kanapce w stylu Dy- rektoriatu. Lecz ortografia już nienaganna. Ballandar wyjąkał: — To falsyfikat. czekając. Aleksander przysiadł tuż obok niego. To było ele- ganckie. — Uważam — powiedział — że styl jest nieco trywialny. . Ponadto wykazał się pan do- brym smakiem. aż umrze pański ojciec.

był dzieckiem mia- sta. Gdy dorósł. jak każdy dobry Rosjanin wierzył. wśród brzęczenia dzwo- neczków. że lud zna prawdę. „Rosja-trojka 225 . Dla Pitmana jednak lud to był lud. — Tak. 5 STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ (Montaż Psków. wychodzącym od zwierzchnika mającego opinię kogoś raczej wyniosłego. Pomiędzy złotawymi kałużami rosły brzozy. z przy- jemnością patrzył. W gruncie rzeczy nic o tym nie wiedział. towarzyszu generale. Prze- jażdżki trojką po sypkim śniegu. w tym roku śnieg będzie wcze- śnie. dziwacznej rzeczywisto- ści. Potapicz? Kierowca. zapowia- dającymi przybycie Bożego Narodzenia. dawały Pitmanowi doznanie szczęścia. klony płonęły czerwienią liści jak pochodnie. że klony są heroldami. przytulonych do niego dzieci. — W tym roku śnieg pewnie spadnie wcześnie. z dwójką czy trójką jego własnych. faza numer dwa) Powietrze szczypało chłodem. Z radością witał zawsze zimę. która była ko- niecznym etapem przejściowym pomiędzy chaosem przeszłości i błogim przepychem jutra. „Tym lepiej — pomyślał — w przy- szłym miesiącu będę mógł zabrać Światosława do trojki”. co. czerwień klonów wiązał z pojęciem dyktatury proletariatu. postanowił. że sprawi mu przyjemność. przyjemnie zaskoczony tym zaproszeniem do roz- mowy. Jakub Mojsiejewicz lubił myśleć. jak pod kojącymi krzywiznami i kopułami śniegu znikają ostre kąty różnorodnej.

niejednolite stylistycz- nie. żniwo długiego życia. przyglądając się mijanym karmazy- nowym klonom. tu wystawione były trofea i łupy. Jego policzki zapadły się. nic nie zatrzyma twego bie- gu!” Światosław. Jego radosne oczekiwanie zmącone było jednak nutą smutku: Mohamed Mohamedowicz nie przeżyje tej pięknej zimy. 226 .— wykrzykiwał za Gogolem — nic. ten „wzrost ku ziemi”. — Witam waszą ekscelencję. którego treścią była pra- ca nad wywieraniem wpływu i praktyka dezinformacji. przeciwnie. czy jutro spadnie śnieg? Tak. czekała na następny ruch. wyrażał się on w nieco fantazyjnym nie- porządku — dobrej próby — w jakości wszystkich sprzętów i braku pretensjonalności. od czasu wiosennej od- wilży. a jabłko Adama sterczało pośrodku obnażonej szyi jak w szyi kondora. by móc swobodniej oddychać. Abdulrachmanow bardziej niż kiedykolwiek indziej podobny był do kamiennego menhira. lecz z dobrego drewna i z dobrych warsztatów. w gabinecie. będziemy mieli piękną zimę. Salon daczy powiększył się. Niektóre sprzęty przykryte były pokrowcami. pomyślał Pitman. Zmniejszenie postury. Co słychać? Ubrany w szlafrok uszyty z wzorzystej tkaniny i z głową okry- tą rodzajem ośmiokątnej piuski z materiału czarnego o złotych motywach. witam. późno urodzony. Oszklone szafy biblioteczne zawierały z pięćset tomów. Wołkowo. i to bynajmniej nie w sensie pompatycznego przeładowania mebla- mi. który wciąż trzymał się prosto. postękiwał: — Tatusiu. Jego książki znajdowały się gdzie indziej. Na stole partia szachów. Umeblowanie. których gospodarz domu nie znał wcale. carskiej Rosji. niedokończona. nie. Był jednak coraz chudszy. W pokoju tym panował styl dawnego ustroju. pochodziło z ubiegłego stulecia. właściwy tylu starcom. wiele w językach. najmłodszy. Abdulrachmanow zli- kwidował dwa przepierzenia. nie ośmielił się zaatakować Abdulrachmanowa. i dlatego. nie brał jeszcze udziału w tych wyprawach.

Szykow- ne. której nie umiał się oprzeć. który był już prawie nie do odnalezienia. czerwoną i żółtą babę. I likiery. — Przynoszę panu podarek. Często kaszlał. więc być może spa- lony. Pitman zdjął obwolutę. przypominała piękny. z najdrobniejszymi szczegółami. Zaczął sączyć likiery. znaleziony pośród dziesięciu tysięcy innych w archiwach komendantury Paryża. przeniesionych do Paryża. Przysyłano mu je ze wszystkich stron świata. samowar. Czuło się. że ta ogromna maszyna przepracowała już swoje. że są znane. Przyjem- ność snucia opowieści była pokusą. Oprawiona w karton książka. które były do- skonale znane i o których on też wiedział. że Abdulrachmanow lubił opo- wiadać. Mohamedzie Mohamedowiczu. Żartował: „Dla małych staruszków małe rozkosze”. Lecz umysł starego człowieka nie zdradzał śladów osła- bienia. że jego palce już prawie nie potrafią się zginać. — Opowiadaj. został wreszcie użyty. Pitman otworzył pakunek. Biała obwoluta książki przedsta- wiała rosyjską lalkę. Dotykał wciąż dłonią okolicy nerek. Na początek Pitman przyznał się do kosztów operacji. rzeczy. W tytule „r” w sło- wach Rosyjska i prawda były odwrócone. Nie chciał może pokazać. W miejscu nazwiska autora widniał „Anonimowy więzień”. Donos na Aronsona. — Zrobili dwa warianty: oprawny i broszurowany. — Otwórz sam. co? Abdulrachmanow patrzył na książkę swymi zmęczonymi oczami. 227 . Zakład dla niewidomych dzieci został wykorzystany. jeśli nie liczyć tego. ciężka i zwarta. czerwony kamienny blok. — Kenti. chociaż nie był zakatarzony. Najbardziej przepadał za francuskim Za Vieille Cure. choć jego plecy nie były dotknięte żadną chorobą.

odpowiednio na- strojona. — Ależ to nie są żadne poświęcenia. sprawowała się jako tako. czy obrzydliwe praktyki medyczne. za dużo jest we mnie bole- snych wspomnień i wciąż nie odpokutowanych odpowiedzialno- ści. Mamy tu do czynienia z korporacjonizmem być może nieco folk- lorystycznym. obejmującym we władanie fabryki. by uważać. choćby nawet płomień ten wydawał zapach siarki”. Mów dalej. ktoś kto urodził się w rodzinie żydowskiej i stał się potem protestantem. Trzeba zadać sobie pytanie. rozwi- jane tuż pod jego nosem. że ktoś szykuje po- nowne zniewolenie mas pracujących przez tak zwaną elitę. by „zdemistyfikować odmianę teosyndykalizmu. bez ciągotek totalitarnych”. by moje nerwy gwałtownie zareagowały. Książka była już w księgarniach. A jednak trzeba złej wiary. Dla nas te małe brudne tajemnice są środkiem do wykorzystania. ale ożywionym duchem humanistycznym. Jeanne Bouillon potrzebowała więcej niż pół kolumny druku. nie będzie z tych właśnie powodów brać udzia- łu w żadnej nagonce i będzie się buntował przeciwko każdej próbie zgaszenia płomienia myśli. że tego właśnie do- maga się «Anonimowy więzień». niczym więcej. Ballandar okrzyknął ją na- tychmiast arcydziełem. Autor nie okazuje wrogości spół- dzielniom robotniczym. Monthignies wypowiedział się szczerze. Pismo «Zastrzeżenie» wy- stąpiło z długim tekstem. wrogim lecz solidnym. lecz podkreślał rangę dzieła: „Wystarczy najlżejsze podejrzenie. „Książka ta jest nienawistna — pisał Johannès-Graf— a jednak. Ci pa- nowie z wywiadu skłonni są traktować informacje jako sztukę dla sztuki. Orkiestra Oprycznika. Po prostu z amunicji trzeba robić użytek. głoszoną przez «Żelazną Maskę». Gdyby tak było. co stało się moim losem. nie uszkodziły jego mózgu. mój fajansowy Jakubie Mojsiejewiczu. jakim musiał być poddany w psychuszce. reżim sowiecki po- winien by wreszcie ukrócić ekscesy patologicznych tortur. Rosja jego marzeń nie rozdzie- la zarządzania od własności. Być może zresztą teorie wysnuwane 228 .

Nawet przy założeniu. z wyjątkiem orkiestry Oprycznika. Niektórzy spośród nich byli tak płodni. zaczęli wydawać niezliczone ilości deklaracji. Pani Choustrewitz udało się nie tknąć problemów natury po- litycznej. każdy oskarżał wszystkich pozostałych o przynależność do „organów”. nasz montaż dobrze się zapowiada. Jak zareagowali zaprosze- ni przez Psara dysydenci? Niezręcznym ruchem przewrócił książkę. Brodaty mędrzec przyklasnął częściowo tezom „Anonimowe- go więźnia”. Pitman zabawnie opisywał cały ten bałagan. by nie uznać go za mędrca i przewodnika duchowego. co siłą rzeczy prowadziło do nowych konfliktów i nowych wyznań wia- ry. Marksiści skorzystali z okazji. Mohamedzie Mohamedo- wiczu! Gdy książka została opublikowana. komunikatów i wyjaśnień. Ab- dulrachmanow był rozradowany. pi- sano. trzeba się strzec. dysydenci. — Bardzo dobrze — powiedział Abdulrachmanow. nie są zupełnie absurdalne w kraju z tradycją ziemstwa i miru”.w celi numer 000. — Krótko mówiąc. by nie przypisano im poglądów „Anonimowego więźnia”. Co piszą inne gazety? Francuska prasa. choć szalone. przyjęła wobec „Anonimowego więźnia” zdecydowanie wrogą postawę. Zawodowi impertynenci mogli sobie ulżyć do woli. Interesowało ją tylko pytanie. który strzelał do Breżniewa. by rzucić się na bro- datego mędrca. że dzienniki nie były w stanie zamieszczać ich oświadczeń in extenso. Na czwartej okładce sławne nazwiska firmowały entuzjastyczne cytaty. czy autor książki to ten sam Kurnosow. Pitman roze- śmiał się: — Wsadziliśmy kij w mrowisko. nie chcąc przekreślić swych wcześniejszych wypowiedzi i zarazem lękając się. — Wszystko to wydaje mi się znakomite. 229 . że chodzi tu o bohatera i męczennika.

A my dopiero zaczęliśmy naszą operację. mój posrebrzany Jakubie Mojsiejewiczu. awansowałby go i dałby mu sposobność spło- dzenia następnych dzieci (mały Dymitr miał zginąć w wyimagi- nowanym wypadku). odpowiedzialny bezpośrednio za prasę. Wojewoda. zgodnie z pańskimi instruk- cjami. że „Anonimowy więzień” wcale nie istnieje i że idzie tu o apokryf sfabrykowany przez Pinocheta. czynił cuda. czego starzec zdawał się nie zauważyć. że nadarzyła się sposobność wprowadzenia 230 . Chodziło o co innego. Mohamedzie Mohamedowi- czu. ale niekiedy wkładał do ust cygarniczkę i wdychał odory wszystkich papierosów. jak zawsze. Istota sprawy sprowadzała się jednak do czego innego. to faza numer trzy. które już przechylały się ku prawicy. Gdyby to zależało od niego. Niezależne umysły. — Doskonale. że możemy bez przeszkód rozpocząć drugą fazę. czekamy z tym do drugiej fazy. Patrzył przed siebie: — Nnno tak. Pudła rezonansowe. Mohamedzie Mohamedowiczu. sprowadziłby Psara zaraz po zakoń- czeniu operacji. które się w niej wypaliły. mój diamentowy Jakubie Moj- siejewiczu. wywoływała u Pitmana skrupuły natury moralnej. jeden z siedmiu agents d'influence pracujących we Francji. zahamują ten ruch. Pitman od dawna nosił się z pewnym pomysłem i teraz przekonany był. Abdulrachmanow śmiał się jak człowiek nieco roztargniony. — Co mnie niepokoi. że nikt jeszcze nie wypowiedział „obsce- nicznego słowa”? — Niech pan będzie spokojny. — Piszą o tym na ilu kolumnach? — Na bardzo wielu. jak zawsze? — Tak. Mohamedzie Mohamedowiczu. przez niego sterowane. — „Korporacja” została skompromitowana. Faza numer trzy. Nie palił już. dyktowały ton in- nym gazetom. wygląda na to. Tym ra- zem powstał wyraźny odgłos ssania. «Fraternité» utrzymuje. to jest demontaż montażu. — Jesteś pewien.

a więc raczej nie przejdzie na stronę wro- ga. Trzecia faza to po prostu pozbycie się Psara. faza trzecia pogrąży go całkowicie. których ten jeszcze nie posiada? Nie. Zmieni się po prostu numery telefonów i to wszystko.. Pitman nie mógł zrozumieć. mój drogi człowieku». faza druga znie- sławia go. — Faza numer trzy — powiedział Abdulrachmanow — bę- dzie dziecinnie prosta. dla których miałby z tego zre- zygnować. jak się zrzuca pantofel z nogi. Poza tym on wciąż wyobraża sobie. sytuacja. — No właśnie. Mó- wiąc oględnie.. zrzuci się go tak. Trzeba bę- dzie usunąć oficera pilotującego z terytorium Francji. czyż potrafi przekazać francuskiemu kontrwywiadowi informacje. mój Jakubie Mojsiejewiczu w kolorze brzóz karelskich. Zellman uwolni nas od Gawierina i zniknie bez śladu. Jego sowieckie obywa- telstwo nigdy nie było oficjalnie obwieszczone. — Faza numer jeden nadwątla jego pozycję. albo na komunistę. Nie podniesie się już z tego. Nawet jeżeli to zrobi. Kurnosow zostanie tam gdzie jest. to jedyny środek ostrożności.go w życie. To on. Zostanie kompletnie zdyskredytowana. nie bardzo po- zwala mu na zrobienie czegokolwiek przeciwko nam. w jakiej się on znajduje. choćby za publikację tej pseudo- Rosyjskiej prawdy. Jeżeli zwróci się do Francuzów. Jego stopień? Zdegraduje się go za ma- chinacje antysowieckie. skąd bierze się wrogość Ab- dulrachmanowa do jego własnego „protegowanego”. na kogo wyjdzie? Wyjdzie na reakcjonistę manipulowanego przez komu- nistów. że w naszych rękach znajdu- ją się jego żona i syn. Pamięta pan Henry- ka V? «Nie znam was wcale. sterowanego przez reakcjonistów. nie ma się czym niepokoić. jaki się poweźmie. Nic nie będzie mógł zrobić. Nie widział powodów. Pozostanie tylko Psar. można je skreślić jednym ruchem pióra. — Czy agencję pozostawiamy Psarowi? — Oczywiście. Już ze 231 .

gdy tylko po- jawią się korzystne warunki. druga i piąta dyrekcja główna wyraziły swą zgodę. ale nie śmiał tego zrobić. Ale sam mnie pan uczył. który uważał go za swoje przyszłe arcydzieło. serce generała. jeżeli tylko zaryzykuje się utworzenie takiego tande- mu. czy mógłbym zapropono- wać coś jeszcze innego? Stary człowiek zrobił kwaśną minę. chodzi o plan Twardy znak. — Wiem oczywiście. Tandem Psar- Kurnosow. Jego zwiotczałe policzki świetnie się do tego nadawały. lecz nie wrogie spoj- rzenie aligatora. Najwyższy przełożony Komitetu Bezpie- czeństwa Państwa podpisał projekt. pod warunkiem. który pan był tak dobry w zasadzie przyjąć i który został zaakceptowany przez Areopag. Sekretarz generalny partii i premier w jednej osobie rzucił nań senne. zaczęło bić szybciej. a także pierwsza. Pitman zajmie wyższą pozycję wewnątrz areopagu czapek-niewidek. Plan ten był ukochanym dzieckiem Pitmana. mógłby przeprowadzić operację. Jeżeli plan się powiedzie. że niekiedy nie trzeba się trzymać Vade- mecum.. gdyby nie musiał jeszcze zabiegać o akceptację innego projektu. że wprowadziliśmy „Żelazną Maskę” do operacji. Nagły przypływ nieśmiałości sprawił. w zestawieniu z którą na- wet Montaż Psków wydałby się tylko grą salonową. Pitman był przekonany. Dyrekcja «A». Mohame- dzie Mohamedowiczu. że Vademecum sprzeciwia się łańcu- chowemu łączeniu montaży.dwadzieścia razy chciał zapytać ojej powód.. Być może teraz postawiłby to pytanie. Plan nabierze mocy operacyjnej. — Cóż takiego chce pan zaproponować? W sposób czuły i uniżony jednocześnie Pitman wybełkotał: — Pan pamięta. w której centralną rolę odgrywa do tej pory całkiem 232 . że jego serce. że oto wła- śnie nadarza się sytuacja wręcz wymarzona. że wszystkie potrzebne elementy będą pod ręką. — Mohamedzie Mohamedowiczu. Zresztą przez to.

. jak mówią mnisi. 233 . Tak. Pitman przemawiał długo i niedobrze. Prowadził wojnę z Tangutami. żeby pan czytał Sun Tsu (Pitman znał go już pra- wie na pamięć). lub raczej w sobie. czy opowiadałem ci historię (opowiadał ją cztery razy do roku i dobrze o tym wiedział) szefa sztabu Tsao. Czwartą kategorią. ponieważ człowiek ten nie mówił tak. Pitman zaś należał do tych delikatnych kwiatów. którzy mieli genialnego ministra. Wziął pew- nego skazanego na śmierć. przekażesz ją ministrowi króla Tangutów”. liczenie pionków. Psar i Kurnosow nie będą nigdy dobrym tande- mem. srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. Przed wysłaniem go w misję kazał mu połknąć kulkę z wosku. onieśmielały go roz- miękczone oczy Abdulrachmanowa. ekscelencjo. przesłanie dla ministra. Wreszcie Abdulrachmanow przerwał mu niecierpli- wym ruchem ręki: — Zawsze ta pańska oszczędność. oto co zrobił Tsao. ułaskawił go i ubrał w mnisi habit. z wiszącym wąsem i warko- czykiem na plecach. Zawsze ta pańska krótko- wzroczność. Był to prawdziwy chiński generał.. mnisi habit. Przyznaje się. martwych. Dlaczego? By zwrócić na niego uwagę. To nie jest materiał na operację Twardy znak. co Sun Tsu nazywa agentem mar- twym.. Nie pamiętam już. Dwa sklejone ze sobą mydełka do golenia mogą się przy- dać podczas kąpieli. „Kiedy ta kulka wyjdzie z ciebie.. Niech pan sobie owinie do- okoła wąsa: Psar jest tym. Tak. Nnnno więc. już naruszyliśmy reguły. Trzeba. że ma przy sobie. które kwitną tylko w promieniach słońca i po obfitym skropie- niu wodą. ale później trzeba je wyrzucić. wyrażające pełną wyższości dezaprobatę. Fałszywy mnich przybywa do Tangutów i natych- miast zostaje schwytany i poddany przesłuchaniom. Natomiast w opera- cji tak kolosalnej jak Twardy znak. mój tek- turowy Jakubie Mojsiejewiczu. określa mianem martwych agentów.czysty Oprycznik. związaną z kontrwywiadem i technika- mi dezinformacji. Sun Tsu wyróżnia pięć kategorii tajnych agen- tów.

Zresztą nigdy nie był niczym innym niż martwym agentem. może trochę zbyt szybko: trzeba położyć na nim krzyżyk. mój złociutki Jakubie Mojsiejewiczu. list. trzeba będzie pomyśleć o kimś na miejsce Psara. po- trzebni są do niej agenci całkowicie czyści. że dobiegła końca druga fa- za. że będziecie musieli odżywiać go luksusowo aż do końca jego dni. Jak pan sądzi. Woskowa kuleczka zostaje odnaleziona i otwarta. co powinniśmy zrobić z Kurnosowem? Abdulrachmanow wciągnął powietrze przez swą pustą cygar- niczkę. 234 . — Gdybyśmy byli w dawnych. w którym wspomina się o tajnej umowie zawartej między nim i Tsao. Pitman nie został przekonany. Chińczyk z wiszącym wąsem i warkoczykiem na plecach. lecz nie chciał sprzeciwiać się swemu mistrzowi. Oto w jaki sposób. tłumiąc jęk. przedwcze- śnie martwym. zamyka pan dossier i nie myśli o tym więcej. zajął królestwo Tangutów. Na skórzanym pulpicie spoczywała książka w języku hiszpań- skim. Podniósł się i ujął szorstkie i ciężkie dłonie Abdulrachmanowa w swoje miękkie i pulchne ręce: — Z całą pewnością ma pan rację. to byłoby okrutne. Abdulrachmanow wstał. nasz przyjaciel Tsao. I zaklinam cię: nie oszczędzajcie na kulebiakach. która zaświstała jak gwizdek. odpowie- działbym ci. Powtarzam więc panu. Na razie jednak podpali pan krótki lont i weźmie nogi za pas. Jak tylko uzna pan. — A twój podarek postawimy o. czas Psara dobiega końca. tutaj. Rzecz jasna. W rzeczywistości nie było żadnej takiej umowy. W jej wnę- trzu znajduje się list adresowany do ministra Tangutów. dobrych czasach. uwa- żam. Jeśli zaś idzie o operację Twardy znak. jak zwykle. lecz król Tangutów nie ma nic pilniejszego do zrobienia niż ściąć głowy jednocześnie swemu ministrowi i fałszywemu mnichowi. Natomiast biorąc pod uwagę naszą dekadencję. Nic więcej nie mu- si pan robić.

Abdulrachmanow zdjął ją i położył na jej miejsce Rosyjską prawdę. Ale niedługo będę musiał coś z tym zrobić. Najczęściej Polielej. i ma swój ciężar. wychodzące z pieca jak świeże bułeczki. a gdy przychodzi nowy tom. Zwrócę się do dyrekcji biblioteki. bardzo dobra. chowam poprzedni.. jaki to musiało wywrzeć efekt na rodziny.. dostrojony do niższej kwinty Polie- leja. Me- lodia dzwonów kołysała jego melancholię. jako że spotkała go niełaska cara Aleksego. ale już się jej napa- trzyłem. Gdyby oni wszyscy byli 235 .. pewnego dnia. Ich dźwięki tworzyły małą tercję i to podobało się metropoli- cie Jonaszowi. Wyobraź sobie. który nazywałby się Mir- ra. na rze- mieślników! Dowcipnisie wynajdują nowe żarty. obu- dzonych dźwiękami radosnego koncertu! Wyobraź sobie. że dawniej wszystkie dzwony miały imiona. że to nie byle co. Ale był też Łabędź i Baran. Są mądre i proste zarazem. znajdowały się dwa dzwony. Dzięki temu uzyskał teraz akord w tonacji majorowej. Co robić? Zamówił dodatkowy dzwon. który nieba- wem miał się stać carem Wszechrosji. to znaczy od świętych olejów. podobają mi się frag- menty Kurnosowa poświęcone dzwonom. i nawet Kozioł. W siedemnastym wieku. pod rządami dobrego metropolity Jonasza i Piotra. co znaczy to słowo. Nie przez przypadek pismo tego fircyka Hercena nazywało się «Dzwon». mój Jakubie Mojsiejewiczu z brązu. skazanych przez lata całe na wy- słuchiwanie smutnych tonów. Ach! Chciałbym żyć w Rostowie. a o to trudno. w Rostowie. może pochodzi od elej. w roku 1688. wysta- wiam zawsze na widok. i nagle. Widać. pary zakochanych. — To książka z Meksyku. Nowe. Łabędź i Polie- lej. Gdy jednak nastał Piotr Pierwszy. Wyobraź sobie mieszkańców Rostowa. Rosyjska prawda! Jeśli idzie o mnie.. dzielny metropolita wrócił do łask. cho- ciaż nie usunął żadnego z dwóch dzwonów! Przecież to lekcja dla nas. nie mieszczą mi się już te książki. Twoja książka jest piękna. Można sobie wyobrazić dzwon. mój spiżowy. kochankowie nowe pieszczoty. Nie wiem.

gdy o nim myślał. Atak kaszlu nie pozwolił mu dokończyć tej tyrady. Pogrążony w marzeniach wrócił do Moskwy. i stać się później tak słabym. Nie tylko jego kariera była przy tym narażona na szwank. nie biorąc pod uwagę własnych zastrzeżeń. „W gruncie rzeczy — myślał — on po prostu nie chciał. W przyszłym wyzwoleniu kryła się więc słaba kompensacja straty. zrezygnować z operacji. Przydarzyło mu się to. unosząc niezbyt miłe poczucie. To straszne. że nieomal stapiają się z nim w jedno. Kaszel był tak gwałtowny. to one były prawie jego własnością. Jak to dobrze. wcale nie musielibyśmy robić Re. Na szczeblu. Na razie jednak nie trzeba było jeszcze o tym myśleć. że ja sam nie jestem postacią tej samej skali. że ogromny nos starca zwilżony został łzami. że do nich należy. * 236 . i nie brakuje im uzasadnień: książę służący swemu królestwu służy też samemu sobie. być kiedyś takim tytanem. żeby go ktoś oglądał w takim stanie. wskazując przy tym w kierunku drzwi. Pitman wreszcie zrozumiał ten znak i wyszedł. To zapewne wcale nie jest przyjemne”. było nie tylko oznaką kapitulacji. nazywał go najczęściej swoim dobroczyńcą) zasługiwał na wierność bez skazy. że został wyproszony. Cóż. Czuł. Dopóki jego mistrz pozostawał przy życiu. Abdulrachmanow (Pitman. na którym się znajdował. moja partia”. korzystnej i nawet zasad- niczej dla przyszłości Partii. Śmierć roz- wiązuje nawet śluby małżeńskie. Szkoda. ale i aktem sabotażu. nie dającej się niczym zastą- pić straty mistrza. z latami przybierające na sile i coraz mocniej zabarwiające jego ambicję. co zdarza się często ludziom na najwyż- szych stanowiskach: są już tak blisko swego bóstwa.. Jeżeli umrze.. W początkach swej kariery Jakub myślał: „To moja ojczyzna. był mu posłuszny. ale i jego pragnienia służenia. a ramiona zaczęły poruszać się jak wiosła. Obecnie zmienił się wektor przynależno- ści. to co innego. Doprowadzi operację Psków do końca.tego samego pokroju co Piotr.

zapytany kilkakrotnie o zdanie. gdy rozpoczęto operację Psków. a ponieważ nie opuściła go odwaga. jako że pewien pułkownik. a królowie zawsze dotrzymują słowa”. Lekarze. Arsenij Jegorycz Gawierin urodził się tuż po zakończeniu wojny domowej. Wkrótce potem został rozbrojony i razem ze swymi ludźmi przekazany wujaszkowi Stalinowi. czemu to miało służyć — orzekli. A jednak Pitman lękał się spotkania z tym skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. że najpewniej nie dożyje zakończenia zasłużonej kary. zaczął się włóczyć po ko- mendantach obozu. że w ten sposób sprawiedliwości stałoby się zadość. Gawierin razem ze swymi żołnierzami oddał się w ręce Anglików. by zabijać bolszewików. Wyróżnił się szybko. 237 . byle tylko choć trochę poprawić swoje położenie. W momencie. przy- rzekł im azyl polityczny. Komputer. którzy go badali — on sam nie wiedział. za co dostał jeszcze piętnaście lat kary. I naraz dzielny zuch załamał się. jego matka umarła z głodu. Liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i cztery miał jeszcze odsie- dzieć. podjął próbę ucieczki. jąkający się z akcentem oksfordzkim. Oczekiwał roz- strzelania i przyznawał. Okazana przezeń dobra wola przyczyniła się do pewnego zelżenia jego doli. Gdy nadeszła klęska. jako syn-pogrobowiec oficera. nie wpłynęła jed- nak na redukcję kary. Gawierina z syberyjskiego obozu przeniesiono do więzienia Lefortowo. w wieku lat dwudziestu dowodził kompanią. Leczony z histerii. lecz Gawierin powiedział im: „To przyrzeczenie królewskie. Wcielony do Armii Czerwonej skorzystał z pierwszej sposobności i przeszedł na stronę Niem- ców. Także jego zdrowie ucierpiało w obozie. Został jednak skazany tylko na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. podawał zawsze w odpowiedzi nazwisko Gawierina. który skończył życie w więzieniach nowego reżimu. i nie było mowy o nie- posłuszeństwie wobec komputera. A Pitman nienawidził nieszczęścia. Wąsaci kozacy wahali się. Gdy Arsenij miał dziesięć lat. oferując im usługi szpicla.

wiedział. ale jego wymowa była prawie idealna. rewolucję w Rosji. opuszczający ponure więzienie. — Oczywiście. chroniącą ich wstydliwość. jak znów będzie tak jak przedtem”. żeby pan mnie odwiedził. Uczył francuskiego wielu wię- źniów. ustawić barierę. któremu odebrano jego człowieczeństwo. Teraz jego nadzieje wyczerpały się całko- wicie. w któ- rym pomiędzy piętrami rozpięte były siatki. to on miał pewne problemy z mówieniem po francusku — ponieważ być może moglibyśmy sobie nawza- jem wyświadczyć przysługę. żeby między tym człowiekiem. Trzeba było zaciągnąć go siłą do furgonetki z zasłoniętymi oknami. Popełnił pan poważne wykroczenia. Nie wyjdę stąd. Wyma- wiał po staroświecku twarde „r”. Jeśli pan zgodzi się pomóc nam 238 . że i tak wyobraźnia KGB w dziedzinie grozy górowała nad jego wyobraźnią. lecz nie zażądano tego. „przyda ci się. tak bardzo ludzkim. Od wielu lat oczekiwał cudu. — Zdaje się. który by go uwolnił. Dziecko odrywane od matki nie okazuje większego przerażenia niż Gawierin. że i tym razem przysłuży się jako donosiciel. — Prosiłem. panie Gawierin — podjął wolno Pitman. Sądził. z pewnością po to. Lustra i złocenia pałacu Roztopczynów nie dodały mu pewności siebie. i nim samym. podczas gdy Pitman grasejo- wał. że spełniają się tylko złe przeczucia. Pozostają panu już tylko cztery lata kary. obojętnie co. Matka nauczyła go tego języka w dzieciństwie. Czekał na nową wojnę światową. Przywarł do swej pryczy: — Mnie tu dobrze. W obozie anonimowi ofiaro- dawcy dostarczyli mu książek. że pan mówi po francusku — zwrócił się do nie- go w tym właśnie języku Pitman. Gdy wywo- łano go z celi. lądowanie Marsjan. okazał pan skruchę i już je pan prawie odpokutował. pomyślał. że chcą mu wmówić nową próbę uciecz- ki. a także rodzinę jednego z komendantów obozu. mówię po francusku. Pomyślał.

już pan nawet nie wróci do Lefortowa. Arsenij Jegorycz. że z jednej strony pana znajomość francuskie- go. A jednak musi się pan z tym zgodzić. napuszonym francuskim pod kandelabrami pałacu Roztop- czynów. — Jestem na służbie ojczyzny i na nic się nie skarżę. to myślę. oczywiście. miał pan wiele okazji. Zapomnijmy o przeszłości. Proszę pana tylko o to. Ja się popra- wiłem. 239 . żeby czytać. — Już za to zapłaciłem! — wykrzyknął więzień. Jeśli zgodzi się pan na moją propozycję.w kłopotliwej sytuacji. Zazwyczaj zgarbiony.. prostując się. czyż ja panu cokolwiek zarzucałem? Po pro- stu tak się składa. jaki panu jeszcze pozostał. Było to niezwykłe: dwaj Rosjanie rozmawiający książkowym. wejść w kontakt. wiem. które można było u pana zaobserwować.. Zdenerwowanie więźnia udzieliło mu się. Głos Pitmana stał się jeszcze słodszy: — Wiem. że moglibyśmy uregulować tę sprawę z Ministerstwem Sprawiedliwości. — Już zapłaciłem! Trzydzieści sześć lat życia! Litości! Pitman przeszedł nagle na rosyjski. miał teraz sylwetkę Don Kichota. Gawierin zwietrzył tu ra- czej podstęp.. w który nie wierzył. proszę się uspokoić. to ja byłem przeciwny. Jeśli ma pan na myśli ostatnią głodówkę. które spędził pan w ar- mii hitlerowskiej. Zamiast cudu. to było czterdzieści lat temu. że w czasie tych wszystkich lat. żeby pomógł mi pan skrócić czas cierpień. z drugiej pewne zainteresowanie reakcyjnymi ideami poli- tycznymi.. — Proszę pana. — Towarzyszu. to będzie wymagało całej pańskiej inteligencji i oddania dla so- wieckiej ojczyzny. Jestem teraz marksistą-leninistą z przekonania. Każdy to panu powie. — Ależ proszę się uspokoić! Proszę się uspokoić. Uprzedzam pana.

— Ależ już dawno panu przebaczyliśmy.. W obo- zie także nie byłem nieszczęśliwy. Chciałem powiedzieć. Arsenij Jegorycz. To się panu wyda niemożliwe. Znam ich. a pan przecież jest człowiekiem chorym! Jak pan będzie zarabiać na życie. co nazywa się teraz Gułagiem. morze. jeśli woli pan ryzyko tego typu wygnania. słońce. mały człowieczek z lekko zazna- czoną zajęczą wargą. — Proszę mi nie wymawiać tego. — Nie byłem tam nieszczęśliwy — zachlipał Gawierin. Tak. To tylko ta piekielna sprawiedliwość. wiem. to wie pan. Byłem głupi. prawda? A Francuzi..? Patrzył na Gawierina oczyma pełnymi zrozumienia. ma pan wolny wybór.. hrabiowie.. Proszę mnie odesłać do obo- zu. więc dano 240 . co pana czeka po odbyciu kary — osiedlenie w jakimś tam Kirgistanie. Cztery lata szybko przelecą. Jeśli nie będziemy mogli powiedzieć.. Poczuje się pan wśród swoich. który prawdopodobnie nie wydał w życiu więcej niż sto rubli? Lew Aronowicz Zellman. że pracował pan dla nas. Szczególnie w Nicei. za propa- gandę antysowiecką. Wyobraziłem sobie dla pana Riwierę fran- cuską. ale przysięgam panu. Są pełni radości życia. jest pan wolny. i to nawet z tak zwanej pierwszej emigracji. że mogę dotrzy- mać moich obietnic. Żadnej opieki lekarskiej. Je- śli o mnie chodzi.. czego nie powiedziałem. wie pan.. Pitman rozmyślnie nie wspominał o pieniądzach. — Oczywiście. Sami książę- ta. Zresztą jest tam dużo emigrantów.. to to. To słowo tak rosyjskie. spędził piętnaście lat w tym. Mała willa w Nicei.. tak mało sowieckie: wybaczać.. to naród bardzo serdeczny.. co brałem pod uwagę dla pana. Trzeba umieć wybaczać głupotę. czekając aż uświadomi on sobie grozę tej perspektywy. czyli prościej w obozie ciężkich robót.. Pan nie ma już żadnej rodziny w ZSRR. podpisałem podanie o ułaskawienie. „Krytykowałem system karny. Cóż mogły oznaczać pieniądze dla człowieka.

W rzeczywistości był wdzięczny reżimowi za tak łagodną karę. to pouczające. lecz nie złamany. 241 . która czeka- ła na niego piętnaście lat. Piętnaście lat. W dodatku w obo- zie spałem osiem godzin. co można zrozumieć” — mówił z uśmiechem pełnym zadumy. mówił sobie ten skromny i uparty człowieczek. jeśli będę miał szczęście. Cóż to jest jedna piąta? Mniej niż pięć godzin dziennie. byłoby więc niesprawiedliwe odliczać te pięć godzin wyłącznie z godzin dziennych. czy pewnego pięknego po- ranka znów nie wyślą mnie do Workuty? Uprzejmie dziękuję. Wyszedł z piekła zraniony. „Nie chodzi o to. że kie- dy pojawiła się możliwość emigracji. tylko to drugie. Zła wola władz była ewidentna. Jedna trzecia z tej jednej piątej musi być odliczona z godzin nocnych. Właśnie ta pokora i poczucie humoru uratowały go. Piętnaście lat. bo zapłaciłem dług z góry! Naprawdę nie mogę narzekać”. że pewnego dnia pokona opór czynników oficjalnych. Zawsze brakowało jakiegoś papierka. Kocham ją i nie bardzo sobie wyobrażam. Lecz jeśli tu zostanę. To wystarczy”. Nie mam na myśli ziemskiego prezydium. Co nie zmienia faktu. Paszporty jakoś nie nadchodziły. skąd mam wiedzieć. to tylko jedna piąta czasu.mi możliwość zweryfikowania moich tez. że nie kocham Rosji. zabiegał o wyjazd łagodnie lecz z uporem. Cze- kał już trzy lata. Rozumował w następujący sposób: „W końcu życie ludzkie stało się dłuższe. Lew Aronowicz nie ustępował. jak mógłbym pracować w jakimś ki- bucu. A pozostające mi do życia dwadzieścia lat nie są już obcią- żone hipoteką. jeśli istnieje. Poprosił o paszporty dla siebie i dla swojej żony. przekonany. Zanadto przyzwyczaiłem się do klimatu Workuty. który został mi przeznaczony przez najwyższe Prezydium. a może nawet weselsze. „Mysz jak chce to i kabel przegryzie”. zdecydował się z niej sko- rzystać. Nie odczuwał wcale go- ryczy. Z mojego czasu czuwania straciłem więc około trzech i pół godzin dzien- nie.

że otrzymał pan zgodę na wyjazd. Ten właśnie kabel nie był rozciągnięty przez przy- padek czy też przez nieuwagę i będzie tkwił aż do dnia. Jeszcze dziwniejsze: tym razem nie było kolejki. jaki był stopień wojskowy tego dygnitarza. uśmiechał się spo- za ministerialnego stołu. ocenił go po wyglądzie gabinetu. w którym jeszcze swojego nie odstał. że stał w kolejkach we wszystkich urzędach. Mylił się. — Lew Aronowicz Zellman? — Obecny. nadawał tej pickwickowskiej twarzy wyraz jeszcze bardziej niewinny. Na- zywam się po prostu Jakub Mojsiejewicz i mam przyjemny obo- wiązek poinformowania pana. mających najmniejszy choćby związek z jego sprawą. Lwie Aronowiczu. przerywając w pół słowa: — Nie chciałem przedłużać pańskiego oczekiwania. kinkiety. które widywał tylko w kinie. w filmach histo- rycznych. Dziwne: był przeko- nany. Nie miał pojęcia. Dyżurny zaprowadził go do gabinetu w rodzaju tych. Dygnitarz przyszedł mu z pomocą. prawie infantylny. Zellman chciał wyrazić swoją wdzięczność nie zdradzając za bardzo swej radości. Lew Aronowicz. Twarz dygnitarza rozświetliła się jeszcze bardziej: — Nie bądźmy tak bardzo oficjalni. okrągły i dobroduszny. stiuki. mały kartofelek. a jednak egzekucja wciąż się nie udaje!” I dodał jeszcze: „Jestem więc w urzędzie podległym KGB. Zellman zażartował w duchu: „Od tak dawna wiesza się go wszędzie. Uważaj. w małych okularkach. Oczywiście nieodzowny por- tret zdobił ścianę. około pięćdziesięciopięcioletni. Zaczął coś bełkotać. Lwie 242 . Pewnego jesiennego dnia Lew Aronowicz został wezwany do biura. Jego nos. Dywan. kiedy dyrekcja «A» wyda rozkaz usunięcia go! Wówczas zniknie jak zaczarowany. Zellman przybrał postawę pośrednią między wojskowym „baczność” i przyklęknięciem. towarzyszu generale. żeby nie popełnić błędu!” Człowiek w wieku Zellmana.

Lwie Aronowiczu. Nie przyznano jej paszportu. Zellman milczał przez roztropność. albo w ciągu trzech miesięcy będzie pan mieszkał ra- zem z Lizawieta Grigoriewną w małym. uroczym gniazdku pod dachami Paryża. który wpisał pan w rubryce „kraj osiedlenia”. właśnie we Francji chciał się osiedlić. Jest pan. Zellman próbował teraz ukryć ogarniające go przerażenie. że był generałem. a w naszym wieku nowy ję- zyk. W rzeczy samej. Groźba nie była niczym osłonięta. wyjechać w towarzystwie żony. z którym łączą pana złe wspom- nienia. Musimy jednak jeszcze porozmawiać. Nie. Lizawiety Grigoriewny? To nie będzie takie proste.Aronowiczu. Klimat z pewnością by panu nie odpowiadał. nie. Francja byłaby dla pana wspaniałym schronieniem. nieprawdaż.. Ale mówi pan po francusku.. Mógłby pan wrócić na złą drogę i narazić się znów na po- dobne przykrości. i do tego dobrym) — jestem pewien. także i on zostanie. to bardzo trudne. żeby miał pan zamiar jechać właśnie tam. (Zell- mana opanowała panika: „Kto mógł powtórzyć mój żarcik?”) Zresztą nie zna pan hebrajskiego. 243 . Mówiąc między nami nie sądzę. nie ma sensu powtarzać dawnych nieporozumień. — I chciałby pan. — Tymczasem — ciągnął dalej dobry generał (założywszy. Kraj. wolnym człowiekiem i byłoby absurdal- ne zatrzymywać pana w kraju. to Izrael. — Daję panu moje słowo — dygnitarz uśmiechał się wciąż — za rok. Teraz pró- bował zataić także i swą rozpacz. Jeżeli Lizawieta nie będzie mo- gła wyjechać. i dlatego od razu na początku powiedziałem panu najważniejsze. Zellmanowi udało się przed chwilą ukryć radość. że przy odrobinie dobrej woli z obu stron wszystko da się załatwić. Proszę usiąść w tym fotelu.

niepokoiła się tylko tym. Z Rzymu zadzwonił wściekły Grucci. Niektóre osoby we władzach niepokoiły się i sta- wiały sobie pytanie. dzięki jakim kontaktom udało się Psarowi wywieść w pole ZSRR. Zagraniczni wydawcy podawali cyfry nakładów. że na całym świecie tylko ja cię kocham. które- mu udała się taka mistrzowska sztuczka: wydobycie ze Szpitala Specjalnego w Leningradzie pełnego rękopisu „Żelaznej Maski”. że na początek miał on wy- jechać sam: — A jeżeli oni mnie potem nie wypuszczą? Pogłaskał jej szpakowate włosy. proszę pana. która miała się stać jego drugim domem. oskarżając Psara o oczy- wistą kradzież. którą prawdziwie kochał. Od tego czasu urywał się telefon w biurze agenta literackiego. która prze- rzuciła na Zachód cenny rękopis. Lizawieta Grigoriewna zaakceptowała układ. znalazł się w Paryżu. Rosyjska prawda ukazała się przed dwoma tygodniami. Specjaliści zadawali pytanie. 244 . W gruncie rzeczy przy- sługa. Małgorzata miała zwyczaj udzielania odpowiedzi na retorycz- ne pytania. była zupełnie błaha. jakby za skinieniem magicznej różdżki. — Proszę pana — oznajmił poważny głos Małgorzaty — dzwoni pan o nazwisku Kurnosow. Pół godziny później Lew Aronowicz ściskał dłoń Jakuba Moj- siejewicza. Pomogła mu spakować małą walizkę i już na- zajutrz. i Francji. farbowane na rudo: — Któżby cię mógł potrzebować. — Czy to żarty? — Nie wiem. odczuwając ogromną ulgę. jaki jej mąż za- warł z KGB. czy także i w przyszłości będzie można korzystać z usług tej siatki. Dziennikarze domagali się szczegółów. Nikogo nie narazi w ten sposób na prześladowania. moja staruszko? Wiesz do- brze. o którą go poproszono. wyrządzi przysługę i Rosji. Miał wyjawić prawdę dotyczącą pewnego szczególnego zagadnienia. Objął ją czule.

proszę się przyznać. Dysydenci protestowali przeciwko posłużeniu się ich nazwiskami na okładce książki. — Jaki Kurnosow? Jakie lotnisko? — Michał Leontycz. choćby dlatego. że to pan jest w istocie autorem Rosyjskiej prawdy”. lecz nazwisko wypowiedział po rosyjsku. Wychodząc powiedział do Małgorzaty: — Nie wiem.. Motłoch tymczasem przekonany był. Adwokaci śpieszyli ze swymi usługami. co to za historia. Czy w Paryżu jest więcej lotnisk? — Skąd pan przybywa? — Z naszej matki Moskwy. że odkryli sekret: „Niech pan.. Psar. że wierzył w to motłoch. zmiękczając końcowe „r”. — Czyli Roissy. że Kurnosow był „Żelazną Maską” podobnie jak łan Fleming — Jamesem Bondem. — Ja jestem Kurnosow. W którym miejscu na Roissy pan jest? — W biurze. Oczywiście całkowita dyskre- cja. 245 . o którym pan myśli. Dawni emigranci definiowali swoje stanowisko. Ten sam. — ktoś musiał mu podpowiedzieć — Policji Granicznej. zrzuci maskę. — Ależ proszę pana! Z kawiarni zatelefonował na numer.dotyczących strony anegdotycznej operacji. Scep- tycy przekonani byli. — Przy telefonie. — Proszę mnie połączyć. — Przyjeżdżam. Kurnosowa. Nazwisko nie- doszłego zabójcy. Wariaci szantażowali Psara. która wcale nie jest żelazna. który otrzymał na wypa- dek sytuacji wyjątkowej: — Poproszę Iwana. że autor nieudanego zamachu i autor książki nie mogą być jedną osobą. Ten właśnie. Inteligencja orzekła. — Czy mogę mówić z Aleksandrem Dmitryczem Psarem? Kurnosow mówił po francusku. obiegło rzecz jasna cały Paryż. jestem na lotnisku.

Policjant w garniturze z kamizelką. że chcę się z nim spotkać dziś wie- czorem tam gdzie zawsze. nieomal odsła- niającą kości. — Proszę mu powtórzyć. nasycone brylantyną włosy. którą pan opublikował. opony pogwizdywały. Miałby ochotę natychmiast zapytać: „To pan jest autorem?”. — Kto go prosi? — Kobei. wielki suchotniczy kruk. nieogolony. że jest autorem Rosyjskiej prawdy. był o tym przekona- ny. wcale nie wygładzone. różniący się od jego pseudoni- mu. Był to kryptonim Aleksandra. Czy pan to potwierdza? Według Iwana Iwanycza „wszystko było w porządku”. — Pan Psar? Proszę tutaj. Dwóch mężczyzn w małym pokoju. Patrzył z natężoną uwagą na ziemistą twarz. „Wydaje mi się — pomyślał Psar — że jeszcze nigdy nie wi- działem człowieka tak chudego”. 246 . którego nie znał. które wisiało na nim jak na wieszaku. Przedstawił się: — Psar. Czy pozwoli pan. — Iwan zostawił dla pana wiadomość: „Wszystko jest w po- rządku”. Omega pomknęła w kierunku Roissy. szosa by- ła wilgotna. oczami bez wyrazu. Prawdziwy Kurnosow. — Nie ma go — powiedział ostrożny głos. tylko zastygłe i utrwalone razem z kosmykami sterczącymi we wszystkich kierunkach. z wąsami przypominającymi szczoteczkę do zębów. ale zechce pan po francusku. — Pan Kurnosow — powiedział policjant — twierdzi. Siąpił deszcz. gryzł ziemię od dziesięciu lat. — Nigdy nie spotkałem pana Kurnosowa. i przybysz z Moskwy. — A ja otóż właśnie jestem Kurnosow. że mu zadam kilka pytań? — Tak. w zbyt niebieskim ubraniu.

Pokazali mi je. pełne dziur. Policjant wyciągnął małą brązowoczerwoną książeczkę. połyskują- ce żelazem.. żeby mu ją pokazano. to ja. — Odebrano panu obywatelstwo? — Jeszcze nie. Alek- sander miał dokładnie taką samą w sejfie ambasady. Ważny na wyjazd z ZSRR. Na jednej ze stron widniała pieczątka. — Tak — powiedział Kurnosow — dali mi go wczoraj... — Wydalili pana? Dlaczego? 247 . wklęsłych skroniach i dziko patrzących oczach. — Ten paszport został wystawiony wczoraj. — A książka? To pan ją napisał? Kurnosow uśmiechnął się nieśmiało. obywatel sowiecki narodowości rosyjskiej. kto ma zadarty nos. czarne.06. urodzony w Kostromie (RFSRR). jak ktoś. — „Anonimowym więźniem” z celi 000. kto zapomniał. „Dziwne. — A więc pan nazywa się Kurnosow? — Tak. 4. do jakiego stopnia jego nazwisko nie ma nic wspólnego z jego postacią” — pomyślał Aleksander. Jego usta były wąskie jak u szczupaka. Można było przeczytać po rosyjsku: „Paszport wydany jako dokument stwierdzający to- żsamość. — Ale pan jest także. a zęby w strasznym stanie. Tyle że już nie mogę wrócić. gdy mnie — tu zrobił przerwę — gdy mnie wydalili z ZSRR.. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało tego człowieka o zapadłych policz- kach. Ten pan ma mój paszport. Kurnosy to ktoś. co to jest śmiech.1926. Po- zwoli pan. ja. spróchniałe. Dla Aleksandra autor Rosyjskiej prawdy mógł być tylko ofi- cerem KGB. Widziałem gazety. wszystko to razem. nie upoważnia do powrotu na terytorium ZSRR”. „Żelazną Maską”. Michał Leontycz Kurnosow. — Tak. Poprosił.

Zaledwie opuścili biuro policji. że stał się pan człowiekiem bogatym. że ludzie są tu wolni. ale może to zabrać trochę czasu. Wie pan chyba. cieszę się. Kurnosow zaczął mó- wić: — Przede wszystkim jestem człowiekiem. że mogę pana poznać. To tak. Spędziłem dziesięć lat w azylu psychiatrycznym i nie jestem pewien. że zaopiekuje się pan Kurnosowem do chwili. To grzech jakobinów. czy nie zrobiono ze mnie wariata. Michale Leontyczu. — Proszę pana — zwrócił się do niego policjant — jest pan kimś znanym. — Francja i Rosja to jedyne kraje na świecie uznające pisa- rzy za ludzi wybitnych — powiedział Psar. jak pana odnaleźć. Nie przewiduję żadnych trudności. nic więcej. Czy zamierza pan poprosić o azyl polityczny? — Pan Kurnosow już wystąpił o azyl — wtrącił się policjant. Chcieliśmy tylko upewnić się co do tożsamości pana Kurnosowa. Cóż. wiadomo. Na razie skłonni bylibyśmy przyznać mu wizę turystyczną. — Powiedzieli mi. gdy Aleksander zadał pytanie. które paliło mu wargi: 248 . że nie jestem godzien oddychania sowiec- kim powietrzem. Czy możemy uznać. jakby się człowiek znalazł na wierzchołku drapacza chmur i nie chroniła go żadna bariera. który stracił orien- tację w świecie. odziedziczony przez bolszewików. Pisarz jego klasy — skłonił się — może liczyć na serdeczne przyjęcie w naszym kraju. Zdaje się. Aleksander przypomniał sobie. Poza tym nie mam pojęcia. w każdym razie zamożnym? Uścisnął dłoń suchotnika. czy przyja- ciel? Jakby odpowiadając na to pytanie. Czy był to jego wróg. czy ma pan walizki? — Tylko ten stary worek. jak słyszę. kiedy jego sytu- acja prawna zostanie uregulowana? — Oczywiście. — Dzwoniłem w tej sprawie. że uchodził za człowieka pra- wicy i uśmiechnął się ironicznie: — Wciąż te wielkie słowa. jak się żyje na Zachodzie. — Przyzwyczai się pan szybko.

Przyznał. Z rozczarowaniem dowie- dział się. 249 . Dozorczyni sprząta u mnie raz na tydzień.62. — Co to jest? — Kałasznikow. „Żelazną Maską”. — Jaki ładownik? — Na trzydzieści naboi. — Ale przecież pan z pewnością ma służącego? — Nie. Aleksander gwizdnął z podziwem. proszę. Oddaje 600 strzałów na minutę. jak gdyby cho- dziło o wyznanie prawdziwe. Nastąpiły teraz dziwne bardzo godziny. że to od oficerów. że ludzie zamożni na Zachodzie nie są. którzy zjawili się w jego celi. żeby mi pan wyjaśnił. czy ten człowiek rzeczywiście był Kurnosowem tyranobójcą. czy jeszcze kimś innym. autorem Rosyjskiej prawdy. Aleksander nie mógł w żaden sposób sprawdzić. oto- czeni służbą. agentem KGB. Rozsądnie odpowiadał na pytania. Jaki kaliber? — 7. że powinien po przybyciu do Francji zwrócić się do Psara. Miał zupełnie fantastyczne wyobrażenia na temat funkcjono- wania kapitalizmu i podziału władzy. Zasięg: 400 metrów. by tak rzec. ze zrozumie- niem mówił o „swojej” książce i o wyrażonych w niej poglądach. Mówił jednak o tym wstrzemięźliwie. lecz niełatwe: — Strzelałem. Słyszał pan o kałasznikowie? — Jasne. — Jak się tu żyje? Normalnie. o wiele bardziej interesowało go życie w wolnym kraju. jak się tu żyje. — Az Breżniewem to prawda? Strzelał pan do niego? Kurnosow odpowiedział po chwili wahania. czy był wszystkim tym naraz. — Nie. W Aleksandrze rozbudziło się zainteresowanie dla spraw związanych z bronią palną: — Z czego pan strzelał? — AK-47. dowie- dział się.

Gdy tylko dowiedział się. jakim ge- nerał Durakin strofował swoich poddanych. że we Francji często dochodzi do strajków. dokąd poszli na obiad. Jeśli zaś idzie o wy- gląd sali restauracyjnej. I dlaczego nie noszą mundurków? Chciał zobaczyć wielki dom towarowy. Francuzi nie uwierzą. Kurnosow komentował. Zdziwił się widząc dzieci na ulicy: — Powinny być w szkole. Jeszcze gorzej było w restauracji „Plaza-Ath- énée”. Kurnosow nie miał pojęcia. i to wcale nie przywódców! To by ich uspokoiło. — Ależ to oryginalny lis. nie? Tak naprawdę to nic tu nie można kupić? Aby przekonać go. Aleksander kupił mu w prezencie ładną czapkę z lisa: — Jeśli nie będzie pan miał futrzanej czapki. że wcale tak nie jest. ale i tu Kurnosow nie zmienił zdania. jak się zachować przy stole i odzywał się do kelnerów tonem. Policzki suchotnika pokryły się rumieńcami: — Wszystko to mistyfikacja. Wciąż jednak powracał do swego pytania: jak wygląda tu ży- cie? Czy wszyscy mieszkają we własnych domkach? Czy pracują dla prywatnych właścicieli fabryk? Ile godzin dziennie? Ile zara- bia właściciel? Ile robotnik? Ile kosztuje kawał słoniny? Ile weł- niane kalesony? 250 . taką lichotę można dostać też u nas. i że strajkują nawet pracownicy państwowi. Aleksander zapro- wadził go do Galeries Lafayette. że przyjechał pan z Moskwy. nie byłoby go w wolnej sprzedaży. był obu- rzony: — Trzeba by tych ludzi zdziesiątkować! Rozstrzelać co dzie- siątego. oglądając się na wszystkie strony: — Nieźle. całkiem nieźle. Przypomina trochę nasze metro. wcale nie lipa! — Nie mam piętnastu lat. Gdyby futro było oryginalne. ile dusza zapra- gnie. Na Kurnosowie nie wywarło to wcale wrażenia: — Cóż. Aleksander zaprowadził go do Hermesa.

że będzie pan zadowo- lony. który robił dobrą minę do złej gry. i który uważał Rosyjską prawdą za nieco mniej szokującą od chwili kiedy za- częła dobrze się sprzedawać. Wykonaliśmy kawał ładnej roboty. Nasz przyjaciel Psaaaaar dzielnie bronił pana interesów. poklepał jej autora po ramieniu: — Drogi panie. myśleliśmy o panu. zdaje się. bez którego nie byłoby tego suk- cesu. Konferencja 251 . Teraz. Fourveret. A kiedy poznał wysokość sumy: — Ile to jest w przeliczeniu na ruble? Co można z taką sumą zrobić? Gdzie została zdeponowana na moje nazwisko? Jaka jest obecnie stopa procentowa banku? Jaki dostanę zadatek? Dla- czego taki mały? Wieczorem Aleksander zawiózł go do Suresnes. jestem szczęśliwy mogąc pana powitać u nas. i nasze serce krwawiło dla pana. zamkniętym w więzieniu psychiatrycznym. Za każdym razem gdy otrzymywaliśmy szczególnie radosną wia- domość. artykuł czy entuzjastyczną deklarację od jakiejś znanej osobistości. Kurnosow wybuchnął śmiechem. — Jaki zysk przyniesie mi ta książka? — zapytał Kurnosow. — Sądzi pan. pochłaniając jednocześnie trójkątny kęs sera: — A u nas rozstrzeliwuje się przestępców gospodarczych! Za dużo zarobiłeś? Dwanaście kulek w łeb! Aleksander podzielał co prawda przekonania Kurnosowa o konieczności pozbycia się wszystkich przestępców. To niech pan poprosi o przebaczenie. radość nasza jest całkowita. sądzę. Zdumiał się rozmiarami przestępczości: — I wszystkich tych nicponi nie posyła się na gilotynę? — Niedawno zniesiono karę śmierci. kiedy pan wreszcie jest wolny. że wszystko jest w porządku w ZSRR. Opublikuje pan wtedy następną książkę pod tytułem Rosyjska krzywda. lecz zaro- zumiałość nowoprzybyłego drażniła go. być może zgodzą się na pana powrót.

żeby sobie pan nie zaszkodził. to nie wracam. to proszę uważać. który strzelał do Breżniewa? — Dokładnie ten sam. A poza tym wiesz sam. Kurnosow zdziwił się: — Jedna butelka? Aleksandrze Dmitryczu. Nie wygląda pan na ko- goś. — I to naprawdę on napisał Rosyjską prawdę”} — Któżby inny? — Dlaczego nie zostałem uprzedzony o jego przybyciu? — Żeby twoje zdziwienie wypadło naturalnie. Aleksander zostawił go przy tej grze z butelką Single Malt i piękną kryształową szklanką. Dla osłabionego organizmu whisky może być zdradliwa. — Człowiek. Usiedli obok siebie na kanapie w czarnobiałe pasy. żeby jakiś dziennikarz spotkał Kurnosowa wcześniej. że apartament jest wygodny. — Piękna pani — powiedział do niej Aleksander — pewnego dnia dostanie pani raka skóry. jakie 252 . kto był tak dobrze odżywiany. jak się o tym mówiło. — Czy dostawał pan alkohol w szpitalu? Jeśli nie. choć su- fit wydał mu się nieco zbyt niski. „Żelazna Maska” uznał.prasowa miała się odbyć nazajutrz i nie trzeba było. Iwan Iwanycz już był na miejscu: — Więc odebrałeś paczkę? Jak ci się podoba ten sukinsyn? — Jeżeli wy wszyscy Sowieci jesteście do niego podobni. Przed wakacjami na jachcie zażywała specjalne pigułki przyśpieszające opalanie. — A teraz: kto to jest? — Kurnosow. tam pijemy czy- sty spirytus i świetnie nam to służy. że od jakiegoś czasu zacząłeś krytykować rozkazy. a teraz podtrzymywała swoją opaleniznę chodząc na kwarcówki. Zahipnotyzowały go elektro- niczne szachy. Jessica była czarna jak czarna Indianka.

będzie mógł ukryć dru- gą. Więc co zrobić? Rozstrzelać go na Placu Czerwonym? To by wywołało łzy u zachodniaków o miękkich serduszkach. że to nie jest jeden z na- szych? Iwan Iwanycz zaczął się śmiać: — On. — W jakim celu? — Żeby poczęstować dysydentów miotaczem płomieni. że nie jest do końca zbzikowany. — Czy masz dla mnie nowe instrukcje? — Tak. Ale domyślasz się. Więc przypuszczam. Kurnosow nie wyglądał groźnie. że Rosyjska prawda nie została przez nas sfabrykowana? — Oczywiście. Przekazano go psychiatrom. tyle że wyznaje reakcyjne poglądy i niemark- sistowską formację polityczną. Zrobisz wszystko. atrament i papier. którzy uznali. Więc pojawił się towarzysz Stalagmit z twojej dyrekcji i powiedział: „Nie chcecie go? To mi go dajcie. żebym ci opowiedział całą tę historię? Kiedy Kurnosow próbował zastrzelić Breżniewa i kiedy go zamknięto. Przechowam go w jakimś kącie. poprosił tylko o pióro. na czarną godzinę”. Nie zrobię mu krzywdy. — I chciałbyś. Stalagmit wywąchał w tym typie 253 . że oddając co drugą kartkę. jeden z naszych? U nas nie ma takich chudzielców. Wydał się trochę stuk- nięty. żebym uwierzył. że cela była naszpikowana kamerami.otrzymujesz. Jak mówią Francuzi. co zechce Kurnosow. Wkładał je do pudła telewizora. Posłać go do obozu? To wydawało się niewspółmierne do jego zbrodni. zachowy- wał się spokojnie. zaczęły się przesłuchania.. że nie! Chcesz. — I rzeczywiście wyrzuciliśmy tego Kurnosowa z ZSRR? — Tak by się wydawało. Saszeńka! — Utrzymujesz więc. Pewnego dnia przyda się do czegoś. że towarzysz Pitman chciał cię postawić przed faktem dokonanym. zawierającą mało istotne uwagi. I zaczął pisać z zapałem.. Wyobrażał sobie.

— W jakim celu? — Żeby przygotować to. — Oczywiście. teraz Kurnosow wie. jeśli chodzi o opozycję. nie będzie już przez nas sterowany. Przydzielono mu dwóch pielęgniarzy. Zastanów się. Mamy zamiar skręcić kark dysy- dentom wszelkiej maści. a jeden z oficerów z twojej dyrekcji podając się za pielęgniarza wynosił wybrane kawałki.. oczywiście naszych kole- gów..geniusza i miał zamiar go wyeksploatować do końca. Później specjalista kopiował nowe strony. żeby robić postępy. A jak wiesz. drugi fotografował za- wartość telewizora. — Od jak dawna wiesz to wszystko? — Jego chwalebny życiorys dostałem wczoraj. że to KGB wynosiło strony jego książki. Absolutnie nie chce być podejrzany o współpracę z nami. to Iljicz i Wissarionowicz załatwili ją raz na zawsze. Stąd też strzeżono Kurnosowa jak źrenicy oka. co właśnie teraz robimy. pokazując mu gazety. Z niczego nie będzie ci się zwierzał. naśladując pismo więźnia. że jego książka ukazała się. — A co właśnie teraz robimy? — Już ci to powiedziałem. Powiedziano mu to. potrzebuje opozycji. że będzie zwolniony. Myślał cały czas. W nocy jeden z nich zabierał go na spacer po podwórku i podczas gdy razem podziwiali gwiazdy. Wie. — Czy nie byłoby prościej wysłać jednego z naszych ofice- rów? Kurnosow. Ale mówienie o tym nie leży w jego interesie. ukryty w telewizorze. Iwan Iwanycz westchnął: 254 . u nas. kiedy uprze- dzono mnie. dla niego jesteś człowiekiem Zachodu jak wszyscy inni. że istniał tylko jeden egzemplarz. Pa- miętaj o jednym. żeby się nią żywić. — Poczekaj. w rodzaju naszej. że nie udało mu się nikogo oszukać. Do tej chwili nie wiedział. nawet wbrew woli. Niedoszły morderca z reakcyjnymi poglądami! To ktoś na wagę złota! Zdobywcza doktryna. jak tylko otrzyma azyl polityczny.

Aleksandrze Dymitryczu. chociażby z po- wodów religijnych. Wyobraź sobie. Zdarzało się. Aleksander wyszedł z mieszkania po złożeniu oficjalnej reklamacji: należało uprzedzić go o przyjeździe Kurnosowa. swoją prawdę. — Uprzedzam cię. o czym nie powinienem być może mówić. być może dyrekcja zdecydo- wała. ale napiszę wam wspomnienia oficera KGB”. Na ogół KGB stawiało sobie za punkt honoru położe- nie łapy na pieniądzach wypłacanych własnym agentom. Znamy jego po- glądy lepiej niż on sam. że Kurnosow dostanie swoje honoraria. że system zachowywał pozory legalności. żeby wywołać zamieszanie w szeregach dysydentów? Ale już nic więcej nie mógł wyciągnąć od swojego pilota. ponieważ już jest przeciw- ko nam. — Ależ osioł z ciebie! I to ty należysz do dyrekcji subtelnych spryciarzy? Wcale nie musimy nim sterować. czy opłaciło się posłużenie się człowiekiem „na wagę złota” i przeprowadzanie tak skomplikowanej akcji tylko po to. nie strzelałem do Breżniewa. Jakie jest ryzyko? Chodzi tylko o to. Przede wszystkim. prawdziwy. Aleksander nie był do końca przekonany. że jest jakaś luka w rozumowaniu Iwana Iwanycza. co powie. a nawet skonsultować się z nim w tej sprawie. jak prototyp tego Popowa. Dziwne. nie napisałem Rosyjskiej prawdy. I jeszcze jedno. — Nie przeszkadzaj mu. Wiemy z góry. że należy mu się zapłata za jego talent. A jakbyśmy po- tem mogli odzyskać naszego oficera? Podczas kiedy ten jest au- tentyczny. że nasz towarzysz składa deklarację: „Jestem major Iksiński. Jeśli nadal z uporem będzie się go traktować jak 255 . którego historię dałeś mi do przeczytania. I właśnie dlatego jest taki pożyteczny. Ładnie byśmy wyglądali. Znane są już przypadki na szych oficerów przechodzących na drugą stronę. wzbudza zaufanie. Nie mogę mu w tym przeszkodzić. Kurnosow nie może się zwrócić przeciwko nam. Potem porzucimy go. żeby powiedział prawdę. Wydawało mu się. Ale jednak Kurnosow nie był agentem.

Ten człowiek spędził dziesięć lat w jednym z tych więzień psychiatrycznych. napięty. Reflektory zapalały się i gasły. W nagłym porywie wszyscy podnieśli się z miejsca. „Więzień bez na- zwiska”. Las mikrofonów jeżył się wokół małego stolika. Rozbrzmiały oklaski. Spo- ceni fotografowie przenosili swoje instrumenty. Jakie tor- tury. jakie zastrzyki z siarki musiał znosić? Czy był jeszcze w pełni władz umysłowych? A wcześniej. który Aleksander wybrał dla niego. Żeby le- piej widzieć. w pierwszych godzinach po zamachu (jeśli rzeczywiście to jest Kurnosow). Następnego dnia około stu dziennikarzy paryskich i prowin- cjonalnych zgromadziło się wśród sztukaterii o startych złoce- niach wydawnictwa Lux. po chwili 256 . i na końcu ten. w krawacie. w których miał uczestniczyć.podwładnego niskiego stopnia. później Psar. surowy i uśmiechnięty jednocze- śnie. czyż dziesięć lat izolacji nie jest dość przerażające? Nie umiemy już darzyć szacunkiem bohaterstwa. może nie bez ironii. Brakowało krzeseł. inni siadali na podłodze po turecku lub po ame- rykańsku. ale potrafimy jesz- cze oddać cześć cierpieniu. Telewizyjny operator przesuwał się z trudem. którzy deptali im po stopach. jakie chwile musiał przeżyć w lochach Łubianki? A nawet jeśli go nie tortu- rowano. „Jak myślisz. zmieniając kolory i perspektywy. pełen skoncentrowanej siły. zaczepiając szelkami o pasy aparatów. i pomstowali na fotografów. u Hermesa. ale i powodowani szacunkiem. których już samo wspomnienie wywołuje dreszcz na plecach. «Żelazna Maska»?” — Czy to naprawdę on strzelał do Breżniewa? Weszli. dźwigając na ramieniu kamerę jak pancerzownicę. Niektórzy dziennikarze stali oparci o ścianę. dla którego wszyscy się tu zjawili. Najpierw Fourveret. Rzucali przekleństwa pozbawione oryginalności. z wyciągniętymi nogami. za którym miał zasiąść „Anonimowy więzień”. zbyt niebie- skim. jak on wygląda. to on odmawia brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji. w swym nowiutkim sowieckim ubraniu.

Drogi panie Psaaaaar. na- bierał rozpędu. po czym nagle skierowywał wzrok na salę. Mam zaszczyt. czy uda się panu tutaj dotrzeć? Proszę nie deptać rąk. Patronimik spra- wił.. Wyciągając ramię krzyknął: — Michaił. ani należących do tej uroczej panienki. panowie. stopniowo.. powtarzam: zaszczyt. Denise Esclaffier z «Pa- triotycznego Alzatczyka». potem wciągał powietrze w płuca.. widzieć zebrane w jednym miejscu tyle dobrej woli i błyskotliwej inteligencji przeciwko hipokryzji i prześladowaniu... jed- nocześnie na wiele twarzy.. jako je- dynie godną podobnego momentu. ani własnych. nie patrząc na tłum. Obowiązek i przyjemność zdradzenia wam jego nazwiska pozostawiam temu wielkiemu odkrywcy geniuszy. aby rytm oddechu po- zwalał przeczuć moment.. że odrzuca. To taka radość. unosząc ramię nieomal jak generał de Gaulle: — Panie.. czuję. To taka ra- dość.. że był on znany. był to efekt napięcia wywołanego przez głos Psara). Zaczął cichym szeptem: — Przedstawiam państwu.. superlatywy. obracał głową wolno jak wieżyczką czołgu. Potrafił pozostać bez ruchu przez parę chwil.wzmogły się jeszcze bardziej. (jąkał się umiejętnie). który był autorem książki 257 . KURNOSOW!!! Przy imieniu Michaił szmer poszedł po sali. przedstawić państwu autora Rosyjskiej prawdy. tak. Tu udał. że hałas się wzmógł (nie znaczy to. epitety. Panie i panowie: Aleksander Psaaaaar! Aleksander umiał mówić do publiczności. „Anonimowego więźnia”. towarzysze. że jesteśmy dzisiaj tym wszystkim. Wreszcie Fourveret po- prosił o ciszę.. entuzjastyczne pochwały. który już za chwilę odzyska imię. przyjaciele. Ten człowiek. którego przy jaźń przynosi mi zaszczyt. i że wybiera w końcu prostotę. że mamy za mało miejsca. Leontycz. bez końca. jeden po drugim. Chciałem powiedzieć. siostry i bracia. Przy nazwisku hałas zamienił się w ryk. proszę mi przypomnieć pani nazwisko? Ach tak.. Jest nas tu tak dużo. kiedy wybuchnie pierwsze zdanie.

które zmuszało się do mówienia tym obcym językiem jak niegdyś do noszenia gorsetu. ale chciał się takim wydać przez uprzejmość. zielonkawą cerą. ze zwisającymi luźno rękami. pochylonym. rzeczywiście trzymał w rękach pistolet maszynowy. francuszczyznę zmodyfikowaną przez społeczeń- stwo. Kurnosow trwał w lawinie oklasków. że szpada toreadora była już przygo- towana do śmiertelnego uderzenia (chodziło przynajmniej o cios 258 . lekko pochyloną głową. Od jakiegoś czasu dyrekcja nie oka- zywała mu względów i za każdym razem odczuwał to jak ukłucie banderillas. a nieodżałowany Amalrik prorokiem. więzień. To dopiero reportaż! To dopiero artykuł! Na ten wybuch Aleksander uśmiechnął się i wykonał bezrad- ny gest. Można było wyczuć. — Pragnąłbym — wypowiedział. starannie wymawiając „r” — podzielić się z państwem kilkoma uwagami. rzeczywiście otworzył ogień do najpotężniejszego w świecie człowieka.tak bardzo dyskutowanej. Zaczął od piętnowania ZSRR. którzy wiecie najważniejsze — i skromnie się wycofał. starannie śpiewającego niemodną francuszczyznę Dymitra Aleksandrowicza i jego ró- wieśników. ostrym pismem. francuszczyznę guwernantek. Wszyscy byli przekonani. poziomu ży- cia. z piersią tak zapadłą. W końcu prze- sunął się bokiem w stronę stołu i to wystarczyło. pokrytych drobnym. z tak wychudzonymi policzkami. wam. pełen uroku: — Cóż mógłbym powiedzieć. Sołżenicyn był bogiem. że będą mu zadawać pytania. wysoki lecz zgarbiony. cienkich kartek. obozów. że nie był onieśmielony. To zaskoczyło wszystkich. Aleksander słuchał głosu Kurnosowa. a tymczasem Kurnosow wyjął z wewnętrz- nej kieszeni plik notatek. sztywnego kołnierzyka i bindy do usztywniania wąsów. jak tego się po nim spodziewano. Nie wiedział. że pozwolą mu zabrać notatki”. żeby uciszyć salę. So- wieci przyzwyczajeni są do publicznych zebrań. „Mogliby mnie przynajmniej uprzedzić. Taki reżim był skazany na klęskę w najbliższej przyszłości. które ukończyły szkołę Des Oiseaux.

która teraz nastąpiła. Publiczność zaczęła odczuwać znużenie. co nimi gardzą. jak ta. Mają słabość do banałów. Fourveret opuścił swą piękną głowę na prawe ramię z miną. czego nie zrozumieli za pierwszym razem. mimo że nie nastąpiła żadna zmiana w tonie głosu Kur- nosowa. co im pochlebiają i ci. — Jednak — czytał dalej Kurnosow — zmuszony jestem stwierdzić. że jakkolwiek idee głoszone przez dysydentów. No więc? Kurnosow uniósł niecierpliwie dłoń: — Nie przerywa się mówcy. Ale trzy minuty później. są słuszne. i to w tym samym stopniu. Żadne znane 259 . ale nigdy nikt nie był jeszcze świadkiem tak planowej egzekucji. zdenerwowany spoglądał co chwila na zegarek. za- brał się za Zachód: zaślepienie. Jeśli natomiast zrozu- mieli. pozornie nieświadomy rozczarowania słuchaczy. jeśli nawet nie bardziej. niż ich akolici. Kurnosow czytał dalej. że panu przerywam. oni sami są skorumpowani. Wszyscy obecni w tej sali słyszeli rozmaite plotki na temat niektórych dysydentów. ci.administracyjny). „Panie i panowie. Kiedy Kurnosow zakończył krytykę reżimu sowieckiego. któ- rych zacytowałem. egoizm. Nic mu się nie podobało. ale mam wrażenie. długopisy dziennikarzy znów zabrały się do pracy. Dni Zachodu były policzone. jest za minutę dwu- nasta”. Raz jeszcze zacytował Sołżenicyna i Bukowskiego. Nie należy powtarzać paryżanom po raz drugi czegoś. Aleksander. że pan sam sobie przeczy. Zachód jest u kresu sił. co „a nie miałem racji?” Jeden z dziennikarzy wstał z miejsca: — Przepraszam. która równie dobrze mogła znaczyć „cierpię męki”. zepsucie. i w tym właśnie kryła się jakaś siła. To wszystko było już znane. rywale. to zupełnie co innego. I ciągnął dalej. nie okazując zakłopotania. ZSRR rozpadnie się. sto- jąc.

Inny z kolei zrobił karierę dzięki donosom. Rozgłos pewnego Y. wszyscy zaczną krzy- czeć. inny alkoholikiem. jest przy- nętą dla dysydentów. żaden tancerz. czy główny zainte- resowany nie podpisuje przypadkiem listy płac. Ale takie ich nagromadzenie wywołało zażenowanie. Pan Z. Żadne z tych oskarżeń.. wilkiem w owczarni! 260 . których jedynym wyczynem było to. wzięte z osobna. Aleksander zaczynał rozumieć: oczywiście. żaden wiolonczelista. Zatwar- działym marksistom także się dostało. a wygnanie wybrał tylko dlatego. Dostało się też dysyden- tom pozostającym wciąż w kraju oraz przedstawicielom starej emigracji. Ktoś inny jeszcze przesiedział ileś lat w obozie za to. że stali się pierwowzorami postaci książkowych. jak skrupulatny profesor. ani tych. działaczy związkowych. Kurnosow czytał powoli. podaje się za wierzącego prawosławnego. nie wspominając nawet poetów.nazwisko nie zostało oszczędzone. Pan X. żaden rzeźbiarz. żaden szachista. że jest on agentem KGB. szczegóły. z którego bardzo przyjemnie żyją jego najbliżsi współpracownicy. o którą zabiegał. recytował Kurnosow. że można sobie zadać pytanie. Droga innego usiana jest samobójstwami. nie wywołałoby większego wrażenia na tej zblazowanej publiczno- ści. imiona. Aktualnie ma na swoim koncie trzy samobójstwa przez powieszenie. Podawał nazwiska. sfałszował swoje nazwisko i pa- tronimik. odpowiednie daty. tamten szpiegiem. ta lesbijką. którzy tłoczą się wokół niego i są wskutek tego natychmiast identyfikowani przez organy. żeby wszyscy zdążyli zanotować. Ten jest donosicielem. tymczasem ożenił się ze swoją chrześniaczką. lo- gików. żadna śpiewaczka. tamten zboczeńcem. że systema- tyczne donosy i tak nie zdołały zapewnić mu profesorskiej kate- dry. pisarzy. stworzył fundusz pomocy dla ofiar reżimu. ktoś inny podejrzanymi rękopisami. Ta zabawa trwa od tak dawna. I tak trwało to trzy kwadranse. Ten jest rozpustni- kiem. patronimiki. że zarzucał Stalinowi nadmierną łagodność. tamta handluje ikonami.

) Wolność myśli jest pojęciem relatywnym. jed- nak większość zgromadzonych pozostała w sali. czekając na dal- szy ciąg. Kurnosow odradzał wybory powszechne. być może chcieli zatelefonować. ale muszą oni być oddani narodowi. podczas gdy Partia jest oddana ideologii. zalecał natomiast system doboru. że nie ma wśród nich ani jednego demokraty. Kurnosow mówił dalej: — Ci ludzie są na ogół zgodni co do jednego: prawdziwa i zwyczajna demokracja nie jest możliwa w ZSRR. przez co stawały się one jeszcze bardziej elo- kwentne. Zanim zacznie się mówić o prawach człowieka. ale zawodów. przedawnionym poję- ciem. zgromadzić się dla dobra ogółu. którą tylko niektórzy dziennikarze zanotowali — może być traktowana jako mniej lub bardziej uda- ny owoc mniej lub bardziej przypadkowego stosunku płciowego — i w takim razie dlaczego miałaby mieć jakiekolwiek prawa? — 261 . Sami marksi- ści i reakcjoniści. Przedstawił system. publiczność ma zawsze dobrą pamięć do brudów. Wolność zgromadzeń powinna być ogra- niczona. owszem. ale dla dobra jakiejś grupy partykularnej — nie. należy wyliczyć jego obowiązki. aparat i aparatczycy są potrzebni. a może dlatego. by tele- wizja myślała za nich. Oddany dyktator. Kilku dziennikarzy wyszło. że mają w tym absolutnie rację! Wykrztuszał wszystkie te okrzyki z całkowitym brakiem tro- ski o elokwencję. Jednostka — sprecyzował swą definicję. jako że i tak większość obywateli pozwala. Zawarty był już w Rosyjskiej prawdzie. Ale zło zostanie dokonane. (Długopisy pisały długo. w którym pokładał zaufanie. że zrobiło im się niedobrze. Proszę zauwa- żyć. tak. system repre- zentatywny nie regionów geograficznych. sieć funkcjonariuszy. uwzględniającego w szerokim zakresie elity spo- łeczne. Wolność prasy jest burżuazyjnym. — Nie należy się bać słowa aparat. A najbardziej interesujące jest to.

— Dla nas czy dla nich? Ale kogo miał na myśli. do diabła! Kurnosow podniósł się. przepychając się w stronę wyjścia w bły- skach fleszów. Kurnosow przecząco kręcił głową. mówiąc „my” i „oni”? Fourveret położył mu rękę na ramieniu: 262 . żeby rozsiać trochę plotek? — Dla kogo pan pracuje? — zapytał. Ciężkie przeżycia. wykształcenie. Jednak nie będę odpowiadał — powiedział Kurnosow. — Nie jestem wyczerpany. że społeczeństwu winna jest jednostka pewne zobowiązania. gdzie kilka szklanek i kieliszków czekało na organizatorów. A jed- nak! Poświęcić „Żelazną Maskę” tylko po to. co sprawia. Po prostu Kurnosow przewrócił ostatnią kartkę i powiedział: — Skończyłem. że wyszedłem bez powodu? Aleksander coraz lepiej pojmował sens całej operacji.lub też jako produkt społeczeństwa. W małym salonie. składając swoje papiery: — Na żadne pytania nie odpowiadam. Co robić? Aleksander zwrócił się ku zgromadzonym dziennikarzom: — Pan Kurnosow jest wyczerpany. Trzeba odpowiadać. Na jego twarzy malował się wyraz niesmaku. Żaden efekt oratorski nie przygotował finału przemówienia. Aleksander pochylił się ku niemu: — Tutaj się tak nie robi. które gwarantuje jej życie. Po- tykał się o wyciągnięte nogi dziennikareczek w dżinsach i mru- czał pod nosem: „Dekadencja!”. — Niechże pan odpowiada. I dodał po rosyjsku. bezpieczeństwo. Prosi państwa o wybaczenie. Aleksander złapał Kurnosowa za łokieć: — Skąd pan ma te wszystkie plotki? Dostarczano je panu do domu wariatów? Kurnosow popatrzył na niego zdumiony: — Czy wyobrażał pan sobie. Emo- cje.

czy to zdziwienie. do diabła. ale trzeba się zastanowić. nie wywodzi się z naiwności właściwej krajom liberalnym.. Jeśli o mnie chodzi. wcale Aleksandrowi nie przeszkadzało. że do jego orkiestry dołączyła się nowa kapela. hipokryzji typowej dla społeczeństw burżuazyjnych. Pseudonauczanie pseudonowych pseudofilozofów opanowało szpalty naszych gazet i witryny księgarń. że zna się na rzeczy”. Reakcyjna grupka ośmiela się przybrać nazwę „nowej prawicy” i mimo to nie powstaje spontanicznie żaden trybunał 263 . To. Kiedy Aleksander otworzył gazety następnego dnia. i z ulgą stwierdził. na co zasłużyliśmy. w którym Aleksander przeczu- wał jeśli nie agent d'influence. charakterystyczny był dla całej symfonii. Artykuł Etienne Depensiera. Kiedy myślę o wszystkim. kto dyryguje tą drugą orkiestrą. — Proszę nie robić krzywdy mojemu przyjacielowi Kurnoso- wowi. wskazałbym raczej na pewien brak demokratycznej czujności. było tylko precyzyjnym ustawianiem tarczy. Mamy to. to przynajmniej metodycznie używane „pudło rezonansowe”. Nikt oczywiście nie może mnie oskarżyć o pobłażliwość dla reżimów stalinowskich i poststalinowskich. zoriento- wał się zaraz. Podniósł dłoń do piersi. Wiedział także. które dzieliłem z inny- mi. że znalazł się w polu obstrzału. że dyrekcja jednak doskonale wiedziała co robi. ale widać. trzeba ją rozchwiać.. Teraz padła komenda: ogień. że nasze przywiązanie do wartości demokra- tycznych podlega silnej erozji. „Nie wiem. co działo się do tej pory. który w oczach inteligencji uchodził za autora hu- manitarnego i umiarkowanego: Konferencja prasowa Kurnosowa wywołała zaskoczenie. całkowicie zdolnym w sytuacji bez wyjś- cia do heroicznego okrzyku: „Strzelajcie do mnie!”. Był. że aby zatopić łódkę. Tym łatwiej przyj- dzie mi zauważyć. Wszystko. iż akcja prowadzona jest z wielką wirtuozerią. żołnierzem. Można było sądzić. co musiał znieść. zatytułował swój tekst znany dziennikarz.

Zmusza nas to do poważnej refleksji.ludowy. którzy zamiast brać czynny udział w największej rewolucji. które musieliśmy recytować gdy byliśmy sztubakami. choć wciąż mają w herbie. należało unikać) faszystami. to znaczy największej nadziei czasów nowożytnych. Pan Kurnosow powiedział co następuje: my. którego do tej pory. Otóż oburzenie spowodowane tą deklaracją było bardzo umiarkowane. Panowie. którzy wyrośli jak pa- sożyty na gnuśnym organizmie naszej inteligencji. jakich doznali. zniża się do ciągnięcia zysków z reakcyjnych poglądów. jeste- śmy wszyscy (i to tu właśnie Wojewoda pozwolił wreszcie użyć „nieprzyzwoitego słowa”. Quousque tandem Catilina. o 264 . w którym dokonuje się jego dege- neracja i które nie troszczy się już tak bardzo o własną obiek- tywność. I my przyj- mujemy z otwartymi ramionami ludzi. który tęskniąc do mi- nionych przywilejów wydaje się wiązać nie wiadomo jakie okrutne nadzieje z ciemnymi siłami przyczajonego faszyzmu. Myślmy jasno i precyzyjnie. ale nawet wysłuchali do końca przemówienia. Woleliśmy połyskliwość zmienności niż czysty blask pewności. które. którego związki ze skrajną prawicą są dobrze znane. wypłakując cierpienia. choćby miało od tego ucierpieć nasze. godnym szacunku i o pewnym piśmie. z gruntu republikańskie sumienie. przychodzą szlochać w nasze kamizelki. a także pewne wydawnictwo. dysydenci. jeśli się od nich oddali. niegdyś niezależnym. zdobywszy opinię obrońcy liberali- zmu. Myślimy też o pewnym krytyku. zdaniem Ab- dulrachmanowa. nie straciło nic ze swojej aktualności. żeby sądzić i skazać opryszków. nie można usmażyć omletu nie rozbijając jaj. Niektó- rzy spośród moich kolegów dziennikarzy — dla ich integralności i talentu odczuwałem szacunek — nie tylko chwalili tę książkę. nieco zmieszczaniałe. Myślimy również o pewnym pretendującym do bezstronności głosie. Mamy tu na myśli szczególnie pewnego agenta literackiego. gotowi skierować ją na demokra- tyczne tory.

by przy- wrócić ten wymiar kary. Naczelny redaktor «Obiek- tywu» zwrócił się do José Ballandara. Pan Kurnosow przyznaje. Nie mam na myśli śmierci. chcemy wolności. którzy zresztą protestowali przeciwko temu. lecz nie dla wrogów wolności. do legendarnego Bal- landara. by zechciał sprzedawać swą prozę na innych łamach.czym uroczyście przypominam wszystkim tym biesiadnikom. do której z dumą przynależymy. których zadaniem było dogodzić wymaganiom Etienne Dépensier. Domagamy się tolerancji. Redakcja «Niezależnego» zmuszona była przeprowadzić reduk- cję etatów. ale jednak zabójcą. Jeśli tego nie uczynimy. Przyznaje. o której decydują wymowni sędziowie w czerwonych togach. czystkę w naszym społeczeństwie. 265 . może niezręcznym. warstwie. a nikt jeszcze nie utrzymywał. Przeprowadźmy. Ale przeciwnicy. tak. mam na myśli karę wymierzoną na poczekaniu przez obywateli w ko- szulach z zakasanymi rękawami. by znów rozpanoszył się najbardziej bezwstydny faszyzm. lecz nie dla przeciwników tolerancji. Podobne środki zastosowane zostały gdzie indziej. że opuścił szpital psychiatryczny. sami będziemy temu winni. pozwolimy. a przede wszystkim przyj- rzyjmy się uważnie naszej inteligencji. wrogowie ludu. której ofiarą padł de Monthignies. że jest zabójcą. Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego artykułu i tuzina tekstów jemu podobnych. że w sowieckich szpitalach znaj- dują się wyłącznie ludzie zdrowi na umyśle. cierpią na demokratyczną niestrawność. Prawie wszystkie dzienniki paryskie publikowały artykuły wstępne. Zarząd wydawnictwa Lux pośpiesznie zwołał zebranie i jed- nogłośnie zadecydował przedwczesne przejście na — wysoką zresztą — emeryturę pana Fourveret. Zniesiono karę śmierci dla synów ludu. Jeśli tak się stanie. Jeżeli pan Kurno- sow zarażony jest wścieklizną. przyjacie- le. nie. czyż mamy pozwolić. żeby się nam udzieliła? Zwracam się do opinii publicznej. zasługują na to. którzy. jak się zdaje.

że nikt od tego nie umierał. Aleksander zaczynał rozumieć. Oskarżano się tym chętniej. a nie krat. Miejsca opróż- nione przez skazanych Wojewoda obsadzał rzecz jasna własnymi „pudłami rezonansowymi”. Być podejrzanym w epoce jakobińskiej to tyle samo. co jej nie zaatakowali. Aleksander z pewnym zakłopotaniem przyglądał się demon- tażowi własnej orkiestry. pionki zajmowały miejsce damy. Donosy weszły w modę. co być winnym. „wróci”. które będą mnie broniły. któremu polecono dogadzać Kurnosowi. „Przecież dyrekcja była zadowolona z moich pudeł rezonansowych. — Chcę — rzekł — kupić sobie dom. którzy pochwalili Rosyjską prawdę. które by mnie zamykały. Sprawa Kurnosowa ujawniła cały ocean zazdrości i zawiści. Fourveretów i de Monthigniesów. towarzyszył mu w po- szukiwaniach. dlaczego nie został wtajemniczony w tajniki tej strategii: oba- wiano się. że mógłby zawahać się przed zniszczeniem własnego dorobku i własnej reputacji: „Nie doceniają mnie”. Ale w końcu jakież to miało znaczenie? Wkrótce. 266 . Kurnosow nie przejmował się wcale rozwojem wydarzeń. Na początku podejrzani byli ci tylko. pomyślał z goryczą. — Czy nie ma pan dość życia za kratami? — Chcę krat. otoczony siatką. Prawdopodobnie ma w zanadrzu następnych Ballandarów. Potem ci. Tak czy inaczej trzeba przyznać. za parę tygodni. Głowy oszczędzone przez gilotynę chowają się w ramionach”. jako że Kurnosow nie chciał osiąść w Paryżu: — Chcę solidny dom. Obaj przeszukiwali prowincjonalne agencje nie- ruchomości. Każdy bił się ze skruchą w pierś są- siada. że operacja powiodła się. Pojął też. Aleksander. Większość dysydentów chce sobie kupić dom. że operacja miała zatoczyć o wiele szersze kręgi niż mu się pierwotnie wydawało.

to pokarm”. Czy też: „Moje ostatnie dni chcę spędzić z dala od pu- blicznego życia”. powodów. ale gdy przestanę być im użyteczny mogą mnie zli- kwidować. Nic się nie dało wyciągnąć od niego na temat próby zamachu. Przyznano pa- nu azyl. by spłacić dom. by dać satysfakcję złu? — Dobro. a także zastanawiał się. Kurnosow odpowiadał: „Jestem człowie- kiem jednej książki”. dobro! Czy zauważył pan. które uczyniły z niego buntownika. Mówmy raczej o pieniądzach. „Jestem starym chorym wilkiem”. Nie chcę ułatwiać im zadania. żebym wylał pomyje na dysydentów. „A przecież w Rosyjskiej prawdzie zawarty jest pewien program. lecz nie wy- kluczyli możliwości poprawy. że wszyscy dysydenci wywodzą się z uprzywilejowanej klasy społeczeństwa komuni- stycznego? W większości są to nienasyceni prześladowcy. procenty. że oczernił pan dobro. orzekli. I zaczynał od nowa obliczać sumy pożyczek. „Prawda to książka. jak zapobiec skutkom inflacji. którzy go badali po przyjeździe do Paryża. I ża- den z nich nie uczynił tego. Dysponował pewną kulturą polityczną. które zarobi od zainwestowanych pie- niędzy. a ja jestem czło- wiekiem. — Czy pańskie sumienie. że stan jego zdrowia nie jest dobry. nie wyrzuca panu. Albo: „W moim życiu nie było nic intere- sującego”. Lekarze. to znaczy jest w niej jakaś nadzieja”. Nie wierzył im. 267 . to coś kojącego. to jest nie podniósł zbrojnego ramienia na panujący system! Odbywając wędrówki z Kurnosowem. — Czego się pan boi? Przecież zwolnili pana. — Pan ich nie zna. Michale Leontyczu. która jesz- cze dodatkowo zabarwiała na czarno jego pesymizm. Zresztą także i dysy- denci mogą mieć do mnie pretensje. Wypuścili mnie. jego młodości. na co ja się zdobyłem. jakie zaciągnie. dobrze? Pieniądze. dochody po odliczeniu podatków. Aleksander próbował dowiedzieć się czegoś o jego życiu: „Teraz powinien pan napisać swoją autobiografię”.

omszały mur. Natomiast jesienne listo- wie. żywopłot okalający małe pole. Kiedy indziej. nieruchome bia- łe krowy. błę- kitnym niebem wznosiły się tyczki podtrzymujące fasolę. a jed- nak dusza krajobrazu i tak pozostawała nieuchwytna. Kiedy indziej był to odrestaurowany zamek. które spotykał. a może 268 . że Aleksan- der czuł żywą obecność Średniowiecza. Aleksander słabo znał Francję. przerzucone nad szczytem kamiennego muru i. może też różowa twa- rzyczka dziecka ponad drewnianą bramą — wiek osiemnasty. pokryty winoroślą dach. pod zimnym. gdy malował Hiszpanię. za dużo ludzi. natrafiał na pa- stwisko ocienione przez majestatyczne drzewa. „Nie. Zauważył też — on. że chory wilk będzie chciał się osiedlić na wybrzeżu. iż był to złoty wiek w dziejach Rosji. „Sprawię sobie strzelbę my- śliwską”. sadami i opadającymi winnicami. a także pionowe tyczki sprawiały. gdy wyrzeźbił Francję. który częściej zaglądał do muzeów niż na wieś — że krajobrazy. związane były z konkret- nymi epokami.” „To nie będzie bezpieczne dla pana”. Z okien mojego domu nie chcę oglądać domu sąsiadów. Z okresem romantyzmu czuł się najsilniej związa- ny. Na początku sądził. drogi i szosy opasywały lasy i doliny. Niekiedy. zielonkawa waza stojąca na poszczerbionej balustradzie — mówiły do niego językiem ro- mantycznym. umyty przez deszcz. rano. Zwiedzili we dwójkę Quercy. który z upodobaniem przyglądał się za to krajobrazom. może dlatego. u kresu zarośniętej trawą alei. oświetlone przez niewidoczne słońce —siedemnasty wiek. nad nimi pokryte obłoczkami niebo. otoczony ogrodami. marmurowa. lekka mgiełka. starszy. Przypomniało mu się zdanie Machado: dobry Bóg był młody. strumyk. późnym popołudniem. Sprawy te mało zajmowały Aleksandra. Bruzdy dzielące poletka. o lśniących krawędziach i otworach strzelniczych. młyn. Périgrod i Limousin. Stopniowo jednak stawał się wrażliwy na delikatne odcienie różnych pejzaży. Uderzyła go nieprze- mijająca tajemniczość Francji: na pogańskiej ziemi wzniesiono niezliczone kościoły.

Uświado- mił sobie zresztą. przede wszystkim. „Wyrywało się kogutowi pióra i przyozdabiało nimi głowę. gdy do- wiedział się. Są w nas ślady wszystkich minionych epok. inne. że nauczył się czegoś ważnego do- wiadując się. Niewątpliwie odtworzyłby posiadłość swego dziadka. Upierał się. że dom nie może stać się natychmiast jego własno- ścią. 269 . wyposażone w loggie i lodówki. ogień na kominku. Niektóre z nich zachowały tylko ściany i komin. konia. Zasięgnął informacji co do możliwo- ści opancerzenia bramy i okiennic. o której nieraz opowiadał mu ojciec. Ale „Anonimowemu więźniowi” sprawił wielką satysfakcję fakt. utraciły za to duszę. Tego same- go wieczoru zaprosił Aleksandra na kolację w najlepszej restau- racji w Limoges.. Zdumiewały go i piękno. i stan. Zadowolił się więc solidnym domem otoczonym przez ogród i mur. że domy mają dusze. zrywało ogórki z grządek i przywiązywało kuzynki do pala męczarni. bawiło się w Indian. jak mało znał prawdziwych domów: nieco ma- łych zamków. Tymczasem śpieszył się. Jeżeli nie wrócę zaraz. z którym nie wiedziałby co począć. Powstała z tego dość dziwna kombinacja pasztetu sztras- burskiego z Clos-de-Vougeot i homarem. ale tylko niektóre spośród nich są nam prawdziwie bliskie. że w pełni dwudziestego wieku nie wszyscy Fran- cuzi zamieszkują mrowiskowce.” Kurnosow znalazł jedno tylko domostwo dostatecznie strze- żone przez metalowy płot. gołębnik. Był rozczarowany. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy. zwy- kłych mieszkań. w jakim znajdowały się od- wiedzane przez nich domostwa. Jak najszybciej złożył swój podpis pod umową. iż mógł w ten sposób dogodzić swemu przewodnikowi. żeby zamówić najdroższe dania i wina. całkowicie zmodernizowane. skusi i mnie kupno domu”. Budynek był jednak zbyt wielki i w dodatku znajdował się wewnątrz zdziczałego parku. Wyobraził sobie ganek. kurnik. wyłożone dy- wanami. psy śpiące pod stołem. „Muszę wracać. Pomyślał. wiejskich rezydencji i. „Zabezpie- czę mur odłamkami szkła”.decydowały o tym względy czysto osobiste..

Rezultat: liczne prośby o wywiady. Gdybym o to poprosił. — Żałuję — powiedział — że nie pomyślałem o tym. inni na Generała. jeszcze inni na Marszałka. co ono oznacza? Słownik mówi: „zwolennik systemu autorytarnego”. jako że chodziło tu o nonkonformistów z tak zwanej skrajnej prawicy. Tymczasem w Paryżu sprawy zaczęły przybierać inny obrót. Nie było to zbyt trudne. że ilość kapliczek jest u nich niemal równa ilości osób? I to nawet było zrozumiałe i oczywiste: odkrywali wolność myśle- nia i robili z niej użytek. przede wszystkim. Byli tacy. Otóż właśnie. Dołączyło się do nich kilka osób stojących pomiędzy partiami. Jedyne poważne oskarżenie dotyczyło „nieprzyzwoitego słowa” — „faszysta”. nie wystawiana co prawda w witrynach księgarń. Kurnosow nikomu nie narzucał żadnego reżi- mu. niech pan naciska. z pewnością pozwoliliby mi ją wywieźć. znających się między sobą. co marzyli o „czterdziestu królach. Aleksander zaalarmował Iwana Iwanycza: — Proszę. Tak naprawdę. że Rosja dojrzała do demokracji? A w końcu czyż każdy reżim auto- rytarny musi być z gruntu zły? I tu każdy wsiadał na swego koni- ka: jedni powoływali się na Tygrysa. Część opinii publicznej okazująca przychylność Kurnosowowi przygotowywała się do kontrnatarcia. Na przykład starą ikonę. Ale. w dalszym ciągu znakomicie się sprzedawa- ła. tym liczniejsze. przeciwnych jakobińskiemu faryzeizmowi większości. którzy w ciągu tysiąca lat stworzyli Francję”. Aleksander umiał przekonywać: 270 . — Wywiadów nie udzielam. że Rosyjska prawda. co wspominali czasy quattrocento i tacy. Zresztą czy ktokolwiek odważyłby się utrzymywać. co można było zarzucić Kurnosowowi? Że jest antysowiecki? Czegóż innego można oczekiwać od dysydenta? Że nie darzy uczuciem miłości swych kolegów dysydentów? Czyż nie jest rzeczą powszechnie wia- domą. by przywieźć panu jakiś prezent.

Ka- żdy wywiad zwiększa sprzedaż. Naciskany przez Aleksandra. Dziennikarze chcieli przede wszystkim szczegółów zamachu. wszyscy zaczną się zastanawiać. Ci ludzie nie są najważniejsi. że znajdzie tam samych szlagonów albo może clochardów czy też spadochroniarzy. potężny wesołek z tołstojowską brodą i delikatnym głosem. by zgodził się na podpisywanie książki w jego księgarni. Wobec skrajnej prawicy Aleksander odczuwał ten sam niesmak co w obecności zwierzęcia. Księgarnia znajdowała się przy uliczce dla pieszych. że jeśli będzie się pan upierał przy odrzucaniu każdej propozycji. ale czyż to o czymś świad- czy? Były już pewne insynuacje w prasie. który tam brzęczał. czy nie jest pan kimś podstawionym. bardzo chorego: „Zdechnijże już wreszcie”. — Zgoda. niewiele się różnił od tłumu zapełniającego księgarnię mniej ezoteryczną. Zresztą Kurnosow wywołał już był taki skandal. Wywiady nie były specjalnie zajmujące. przecież wie pan o tym. czy nawet człowie- ka. że jest pan manipulowany przez KGB i w jakimś sensie tak rzeczy- wiście jest. że stał się 271 . Im dłużej będzie się pan uchylać od spotkań z dziennikarzami. niech pan tego nie odrzuca. Tymcza- sem jeden z księgarzy. a jej właści- ciel. tym bardziej będzie pan podejrzany. tuż obok Centre Pompidou. Nie bez pewnego zażenowania przekroczył próg księgarni. a Kurnosow wolał mó- wić o eurazjatyckim powołaniu rosyjskiego imperium. — Chce pan spłacić swój dom. wyobrażając sobie. że potrafi pan wyrecytować z pamięci niektóre fragmenty Prawdy. Lecz rój pszczeli. popro- sił „Żelazną Maskę”. inaczej nie wystąpiłby pan z tym małym wykładem o dysydentach. ale są panu przychylni. To prawda. Aleksander słyszał o niej tylko — można w niej było znaleźć wszystkich autorów z czarnej listy. śmiały i pewien swej publiczności. Niektórzy myślą. przystał na to. uwolnić się od długu? Będzie pan potrzebował pieniędzy na życie. Czyż nie rozu- mie pan. przedstawiając się dorzucał zawsze: „Najbardziej prawicowy księgarz Paryża”. Spotkam się z nimi.

Być może wachlarz spo- łeczny reprezentowany tutaj był nieco szerszy niż w księgarni na Saint-Germain-des-Prés. który wywołał już dość skandali. który czuł się już bardzo od- legły od tego. nie powiedziano by mi o tym. że gdyby się szykowała jakaś mokra robota. naczelnego redaktora okrzyczanego i krzykli- wego czasopisma. by móc spodziewać się kariery. Kurnosow odnowił swoją garderobę. wśród których spotykało się studentów. wojskowych w cywilu. a jego oczy stały się czułe i łagod- ne. Kurnosow już tam był. wyglądem nie od- biegających od zwyczajnych obywateli. ale w atmosferze nie wyczuwało się żadnych nadzwyczajnych. żeby dotknąć książeczki czekowej. gdzie indziej nie spotykanych mia- zmatów. archiwistów i anarchistów. Jego upierścienio- na dłoń bez ustanku sięgała do wewnętrznej kieszeni. A jako że szczerość jest niebezpieczną równią pochyłą. prowincjuszy. a także drobnego wydawcę. Ale szczerze mówiąc. „Czy rzeczywiście ma się czego obawiać?”. do- rzucił: „Pamiętaj jednak. o której godzinie się pojawi.„osobistością”. Wśród mężczyzn. Usiadł przy 272 . Za cza- sów trzynastego. nie widział najmniejszego powodu. żeby interweniować. jakby po to. ale była to normal- na wojna wydawców i Aleksander. Bez wątpienia czynił nie- uczciwe propozycje autorowi ze stajni Luxa. Codziennie przenosił się z hotelu do hotelu. Nosił gruby garnitur z czarnej prążkowanej flaneli. co Divo określał jako światek paryski. wygłodzonych kudłaczy. to co innego”. i niektórzy śmiałkowie z paryskiej elity dołączyli się do stałych klientów. Było więcej dam w futrach z nurków. kupców. zapytał Alek- sander Iwana Iwanycza. odrzekł tamten. że nie chcemy mu zro- bić krzywdy”. bardzo ciepły i okazały. którzy otaczali Kurnosowa jakby aplikując mu rozgrzewkę przed występem. przedstawicieli wolnych zawodów. bar- dzo by mnie to zdziwiło: piąty departament to cherlaki. „Przysięgam ci. Nie można było nigdy przewidzieć. Aleksander rozpoznał pewnego byłego ministra.

— Ma pan więc nadzieję. — Pozwoli pan. zechce pani napisać swe nazwisko na tej kartce papieru. o ile Sołżenicyn i Bukowski są fa- szystami. Przynajmniej raz sprzedaż książek z podpisem autora zwabiła wielu chętnych. panie Kurnosow? Może się pan uśmiechnie? Niechże pan nie robi takiej obrażonej miny! Co pan taki nadęty? Błyskały flesze. — Powiedziałem w mojej książce wszystko. Księgarz i jego pracownicy wciąż i wciąż znosili egzemplarze Rosyjskiej prawdy. co miałem już do powiedzenia — odrzekł ostrożnie Kurnosow. nie chciałbym pomylić się w pisowni. Przed księgarnią zebrał się tłumek. że nastąpi renesans faszyzmu? — zapytał młody dandys. byłoby to bardzo niegrzeczne. 273 .małym stoliku i składał na lewo i prawo podpisy. co zastanie w tej księgarni: „Dopóki ci ludzie nie postanowili pana rozszarpać. Podpisywał w dalszym ciągu. trzymający w ręku złote pióro. będą bardziej liberalni lub mniej purytańscy niż inni. — Panie Kurnosow. Pewna dama z pieskiem pod pachą — wydawało jej się. że jest pan faszystą? — drobna dziewczyna w przydymionych okula- rach. że jest w Pen Clubie — powiedziała z oburzeniem: — Ależ panie Kurnosow. o ile tylko faszyzm może zwyciężyć komunizm. o tłustych włosach. — Trzeba będzie pójść po książki do Luxa — powiedział właściciel księgarni. czy można powiedzieć o panu. Cezar był faszystą i Napoleon też. trzymała ołówek nad kartką notesu. Przecież Aleksander uprzedził go. Kurnosow rozglądnął się z niepokojem. Wewnątrz fotoreporterzy potrącali wszystkich swoimi opasłymi torbami. faszyzm został zmieciony z po- wierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej! — Faszyzm jest nieśmiertelny. — Następny pro- szę. — Jestem faszystą o tyle. Można im wszystko powiedzieć”. Proszę pani. O tyle.

— Ty jesteś Gawierin — powiedział ten drugi po francusku. A ja jestem Lew Aronowicz Zellman. mimo obecności tłumu. Tkwił tam. zapytał bardzo grzecznie: 274 . — Nie jesteś żaden Kurnosow. z rękami wciśniętymi w kieszenie. Zechce pan napisać swoje nazwisko. Jeden z dziennikarzy już wyciągał rękę w stronę telefonu. już w to nie wierząc. Być może coś przeszkadzało mu mówić. jeszcze po- chylony nad ostatnim stosem książek. wracając do ro- syjskiego. — Następny proszę. — Wiedziałem — powiedział Kurnosow po rosyjsku. ukazał swoją brodę mię- dzy futrem z astrachanów i dżinsami. Obiezianka. który zadaje ostatnie ciosy rogami po śmiertelnym pchnięciu szpadą.. ale słabo. Być może chciał coś powiedzieć i nie miał odwagi. Patrzył na Gawierina z głębokim współczuciem. blondyn. Ty na dole ja na górze. kościstej czaszce Kurnosowa. z oczami utkwionymi w podłużnej. a z drugiej łagodne i przerażone ślepka. Głosik Zellmana uciszył wszystkich. jak byk. Zellman nie odpowiedział. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach i z podwójnymi szkłami. może nie miał pieniędzy na kupno książki. Rzeczywiście między czterema oczami. nic nie kupując. wszystko rozegrało się w cztery oczy. Miał lekko zajęczą wargę. Jesteś Arsenij Jegorycz Ga- wierin. — To oni cię wysłali? — zapytał Gawierin. nieśmiałej twarzy. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej. i spaliśmy na tej sa- mej pryczy w Workucie.. trzymający w ręku kwadratowy blo- czek. ciemnymi i ponurymi. Mały człowieczek w wytartym i zbyt długim płaszczu przeci- snął się do pierwszego rzędu. I wtedy. Kurnosow uniósł głowę. Jakiś student. Z jednej strony gruźlicze węgle. — Jestem Kurnosow — odpowiedział Kurnosow. także po francusku. ponieważ wdrapywałem się do góry. Księgarz. Nazywałeś mnie „małpka”.

. Mam zdjęcia — powiedział Zellman.. — Proszę pana. który pan wy- kręcił. W słuchawce słodki głos recytował: — Nie ma żadnego abonenta pod numerem. a jednocześnie błagać o przebaczenie. Natychmiast zaczął mówić: — Tu Kobei. żeby zatelefono- wać. wciąż patrząc łagodnie na Gawierina. Chcę. . nowe pióro wysunęło mu się z palców: — Potwierdzam. jakby chcąc powstrzymać go przed kłamstwem. grube. czy potwierdza pan twierdzenia tego pana? — Ja mam dowody. Gawierin opuścił swoje trupie powieki. Proszę sprawdzić w książce telefonicznej. Wykręcił numer zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje. Aleksander rzucił się do sąsiedniej kawiarni.

co wówczas roz- począł. 276 . że schyłek. O. Wydawałoby się. Te same dłonie. okrągłym pismem o rozstawionych lite- rach. nieco już zresztą wypłowiałą. Środek nocy wypada nie o północy. na której trzydzieści lat temu napisał swoim prostym. który po latach na- brał odcienia fioletowego. Zanim podał teczkę sekretarzowi. ta sama teczka. i do syta rozkoszo- wać się jego pełnią. czarnym atramentem złego gatunku. było jeszcze przed nim wiele dossiers do otwarcia. opalizując w niektórych miejscach. i oto Ziemia trzydzieści razy zatoczyła krąg wokół Słońca. który zaznaczył się tyloma sukcesami. on zbliżał się małymi kroczkami do starości. absolutnie nie. 6 OBRÓT ŚRUBY Tego dnia Pitman zamknął po raz ostami bladoróżową tecz- kę. kiedy można uznać. wtedy. już się zaczął. że to wczoraj stał na galeryjce łączącej wieże Notre Dame. Zamyślił się nad nieprecyzyjnością określenia „szczytu”. tylko później. można jednak także uznać. południe przeżywa się o drugiej godzinie. choć jeszcze nie- dostrzegalny. czekało nań wiele przygód. A jednak jego aktualne życie było tak pełne in- tensywnych barw właśnie dlatego. to jeszcze nie był koniec. zamyślił się nad tym długim okre- sem. że dokonanie już jest za nami. kończąc to. że przyjemniejszy jest moment następujący potem. majorowi Biełoszwejskiemu. to jedno słowo: „Oprycznik”. „Jak ja się zmieniłem! Czy rzeczywiście tak się zmieniłem? W sumie zmieniłem się bardzo mało”. w pewien sposób ta chwila poprzedzająca dokonanie jest najwspanialsza.

Pozbawiony wpływu? Psar skompensował swój chłód. niestety należało pogodzić się z tym. ale on sam miałby ochotę to zrobić w sposób naj- bardziej klasyczny. z którą wiązał tyle nadziei i do której Aleksander cudownie się nadawał. której temat został mu dostarczony w zaklejonej kopercie w ubiegłym tygodniu: „Dysy- denci są systematycznie manipulowani przez KGB”. że Abdulrachmanow tracił wyczucie. chociaż można by było łagodnie wejść w pierwszą fazę Twardego znaku! To nie oznacza. podczas gdy on przewidywał dla Oprycznika po- wodzenie o wiele bardziej umiarkowane. Jaka szkoda pozbywać się Oprycznika. zmuszał go do opłacenia mu za jego nieocenione usługi niewdzięcznością i porzuceniem go. taką zdolność rzuca- nia uroku na ludzi — że im wykręcało oczy. że nie może użyć Oprycznika po raz ostatni. jak to się zdarza wielu starym artystom. nie mający wpływu na innych. Wielu już o 277 . być może pewnej estetyki. Zadenuncjowanie Gawierina przez Zellmana pozwa- lało Wojewodzie rozpocząć kampanię. wówczas gdy mógł jeszcze oddawać przysługi! Co za nędza. przez taką intensywność w realizacji swych zamiarów. iż upór Abdulrachmanowa nie pozwalał mu na wynagradzanie Psara według jego zasług. w akcji dezinformacji bardziej zgodnej z du- chem kontrwywiadu. jak mówią Rosjanie — iż jego chłodny blask zaowocował obficiej niż ciepłe powiewy agentów pozornie bardziej obiecujących. naturalny czy nabyty. upierać się przy trzeciej fazie Pskowa. sławnej akcji Twardy znak. Czerwony? Psar złożył wszelkie dowody wierności. że trzecia faza Pskowa nie miała przynieść satysfakcji. Tak. że taki odniósł sukces. Jego diagnoza była: nie czerwony. Ale zamykał to dossier bez żalu. a jednak pozostawał na zewnątrz pewnego rodzaju etyki. Przeciwnie. Z innej jeszcze strony żałował. Z drugiej strony Pitman żałował. Być może gdzieś w środku miał za złe Aleksandrowi Psarowi. Prowadzenie Oprycznika przyniosło Pitmanowi najwięcej zy- sków w całej jego karierze. szczególnie kucharzom.

którym wystarczyło dać lekkiego prztyczka. jaką na skalę światową pod- nosili dysydenci w obronie tego lub innego chuligana czy roz- pustnika. Wtedy będą już naprawdę za- łatwieni i będzie się z nimi miało spokój przez parę lat. że tylko pozostali są na usługach KGB. była także pachołkami (jeszcze nie zdemaskowanymi) tego samego rządu. wystawiony był na nazwisko Kurno- sowa). podobna do tych ptaków. Dysydenci byli jednak bezradni. To zamknie im usta. a przynajmniej niektórzy spo- śród nich. Odtąd. w pobliżu której przepłynął wielki statek. a szczególnie sami dysydenci.tym szeptało. nieomal za nowego Boga dysydentów. którego cały świat wziął za autora Rosyjskiej prawdy. by kołysały się w nieskończoność. faza trzecia ukaże tych faszystów w roli współpracowników komunistów. w jakim stopniu podejrzenia te były uzasadnione) o mniej czy wię- cej świadome wysługiwanie się reżimowi sowieckiemu. jakim dysponował. Już teraz dysydenci stracili wiele ze swej popularności. obojętnie jakim. Wydawnictwo Lux było zagrożone przez napływające z różnych stron wielkie fale. że wrzawa. usłyszą: „Faszyzm nie przejdzie” albo też „Komuniści mor- dercy”. Także i jej zakoń- czenie będzie proste. nasuwała się sama. oczywiście. jeśli nie mieli oparcia w za- chodniej opinii publicznej. jak łódka. przy czym każdy z nich żył w przekonaniu. Myśl. Dawał o sobie też znać uśpiony szowinizm francuski: niektórzy światli dziennikarze przypomną emigrantom. Sądy francuskie nie będą w stanie nic udowodnić Gawierinowi (jedyny dowód tożsa- mości. Psar był podejrzany (chociaż nikt nie wiedział. Trzecia faza funkcjonowała sama z siebie. Teraz rzecz została udowodniona: ten. że większość innych dysydentów. aferę 278 . jeśli będą się zwracali o po- moc. całkiem automatyczne. zabawek dziecięcych. za drugiego Soł- żenicyna. była za każdym razem w najwyższym stopniu irytują- ca. Nie da się bowiem zaprzeczyć. Druga faza Pskowa pokazała ich jako faszystów. w rzeczywisto- ści był pachołkiem (zdemaskowanym) rządu sowieckiego.

. pokryjecie wszystkie koszty. W dodatku ope- racja. które niszczyły ślady własnych aktywno- ści. nie tylko rozbity został klan dysydentów. że powierzono mu nowe zadanie. żeby rodzina dołączyła tam do niego. Biełoszwejski. wielkiego myśliciela politycznego. podczas gdy praca prowa- dzona była w dalszym ciągu przez orkiestrę Wojewody. Dacie pilotowi dwa tygodnie nadzwy- czajnego urlopu w Soczi. Gorgułowa. by usunąć bez śladu Alek- sandra Psara. — A pułkownik dokooptowany Psar? Czy skreślić go z listy pracowników? Awansować? Czy ma prawo do emerytury? I co robić z pieniędzmi. którego kochał. Któryś z młodych krytyków napisze powieść z kluczem. dyrekcja «A» dbała o aspekt doktrynalny.. Jego żonie można zawsze po- wiedzieć. Czy takie ujęcie było wystarczające? Czy opłacało się oszczędzić życie prawdziwego Michała Kurnosowa. po to tylko. żeby nawet nie miał czasu się pożegnać. „rozpruła się” niejako sama z siebie („Największa finezja polega na tym — mawiał Ab- dulrachmanow — by wasze montaże podlegały degradacji czysto biologicznej i nie zostawiały śladu”). która trwała dwadzieścia pięć lat. Bilans był więc nadzwyczajny.. Zapytacie go. (W odróżnie- niu od innych dyrekcji.) Ściągnijcie pi- lota tak. gdzie Ballandar zostanie przedstawiony jako agent komunistyczny. które uzbierały się na jego koncie banko- wym? Pitman zawahał się. 279 . o gromadzenie przykładów właściwie prowadzonej działalności. czy też woli się z nią spotkać dopiero później. — Czy zamykamy dossier. rozproszyć komary dysydencji i zasiać strach (co nie jest wcale trudne) w szeregach zachodniej inteligencji? Pitman westchnął. jako że w ostatnich latach przesunął się nieco na prawo. Jego rodzina powróci parę dni później. czy chce. Abdulrachmanow. złóżcie je w archiwum. towarzyszu generale? — Tak..Stawiskiego. ale i od nowa rozkwitł we Francji terror intelektualny. był jak najgorzej usposobiony. a także pożyczkę rosyjską. A jednak.

już teraz jest zastępcą re- daktora naczelnego francuskiego odpowiednika naszego «Ogo- nioka». którego plany leżały w jego gabinecie. towarzyszu generale. niech się zbierają. towarzyszu generale. Jeżeli tylko potrafi wyciągnąć coś jeszcze z agencji po ostatnim skandalu.. Później zobaczymy. będzie mu się słusznie należał cały dochód. Chorąży to agent uśpiony. i on nie był nigdy zbyt biegły w półobrotach. towarzyszu generale. Zostawmy ją Psarowi. niech to będzie nasz prezent na pożegnanie. zaczął unikać półobrotów przepisanych przez regulamin. przypadnie Cho- rążemu. nieco anemiczny. — Dobrze. Co towarzysz generał poleca w jego przypadku? Czy już teraz zacznie dyrygować swoją orkiestrą? Czy posłuży się tymi samymi rekwizytami co Psar? I kto będzie jego pilotem? — Tu też poczekajmy jeszcze chwilę. nie będą już wy- płacane? Mam na myśli zarówno wynagrodzenie we frankach jak i żołd w rublach? — Zatrzymajcie to wszystko.. Od czasu kiedy go nosił. Nie musimy za wszelką cenę uruchamiać natych- miast Chorążego. Zacznie funkcjonować w spo- sób możliwie niezauważalny. Zresztą. Dysponujemy we Francji w tej chwili sześcioma innymi orkiestrami. zajmowane do tej pory przez Oprycznika. Nie przeszkadzało to jednak Pitmanowi. a wtedy. Nie. — Rozkaz. ale nie ruszajcie jego funduszy. co z nimi zrobić. Biełoszwejski ruszył w stronę drzwi. Był to sympatyczny mło- dy człowiek.. Już przy drzwiach Biełoszwej- ski obrócił się zgrabnie na piętach: 280 . — Ale jego honoraria. Nie budźmy go jeszcze. Ma czas. Koszt jej zało- żenia zamortyzował się sześciokrotnie. — Ze wszystkimi tymi decyzjami poczekamy jeszcze trochę. Pitman nie porzucił myśli o Twardym znaku. Jeśli zaś idzie o agencję.. kto wie czy nie bę- dziemy go jeszcze potrzebowali. dumny bardzo ze swego angielskiego garnituru. Stanowisko agent d'influ- ence. z lokiem jasnych włosów nad czo- łem.

Zatrudniamy ją przy pracach biurowych. Co zrobić z Ałłą Kuzniecową? Już od trzech lat składa odwołania. Psar miał córkę. — Jeszcze jedna rzecz. — Dziękuję. Spadł już śnieg. z której wyszła. W styczniu naj- starsza córka Pitmana. że w sprawy związane z wywiadem człowiek angażuje się całkowicie. wyjdzie za mąż za tego po- rucznika z ministerstwa spraw wewnętrznych. Biełoszwejski. Abdulrachmanow powtarzał mu ze dwadzieścia ra- zy. I przygotujecie też. że w ten sposób niszczymy jej karierę. Przedstawicie ją do awansu. Siódmy departament. Pitman pomoże mu w tym. Utrzymuje. Dział kadr wyraźnie wo- lał chłopców. poniżej jej kompetencji. pojadę do Wołkowa. — Skąd ona przyszła? — Z drugiej dyrekcji głównej. by myśleć o sannie. tym bar- dziej. pracując z turystami francu- skimi. na ile było to możliwe — szkaradnej inscenizacji wymyślonej przez Abdulrachmanowa. Zrobiła staż w manipulacji. lecz było go za mało. a jednak Pitman nie mógł uwolnić się od myśli. ale nie zaangażuje całego swego autorytetu w tej sprawie. Dlaczego mu ją odbierać? Jakim prawem narzucano mu syna. którzy mieli wszystko do zawdzięczenia tylko 281 . który uważał. — Kapitan Kuzniecową wróci do dyrekcji. „razem ze swym ciałem fizycznym. Swietoczka. żeście mi przypomnieli ten aspekt zagadnienia — Pitman bawił się ołówkiem automatycznym. który wcale nie był jego dzieckiem? Z uczuciem ulgi podjął Pit- man decyzję o zaniechaniu — na tyle. sekcja druga. Cała ta historia z kobietą i dzieckiem nigdy nie podobała się Pitmanowi.. który marzył o przejściu do KGB. że żerowanie na więziach rodzinnych było czymś złym. mój samochód. Światosław będzie musiał poczekać do stycznia. tego wielkiego człowieka.. — Ach tak. towarzyszu generale. intelektualistami. iż sam żywił tak wielkie uczucia rodzinne. kosmicznym i duchowym”. iż stoi ponad dobrem i złem.

dla którego bolszewizm będzie zaledwie przykrywką: „Dają. jakiego dokonała jego córka. tchnące chłodem i wilgocią. zwiewaj”. nie zachwycił wcale Pitmana.. przez pi- stolety arabskie i mieszki na proch. Gdy tylko znajdował się w salonie. definitywny dźwięk. od kandydatów popieranych przez ich teściów. giganta.własnym rękom. Wzdychał teraz często. a teraz zbli- żała się coraz bardziej śmierć tego drugiego. Pitman westchnął. księga zamknie się i wyda ostatnie westchnienie. Być może jego oj- ciec. kolosa. jak księga we wspaniałej oprawie. Wybór. Dacza spoczywała pod ośnieżonym wzgórzem jak na wido- kówce. otoczony przez swe książki i dywany. Mały krawiec umarł skromniutko. Cienka jak płat plastiku warstwa lodu pokrywała jezioro. Nie potrafił on jednak wzbudzić w synu wielkiego uczucia i dlatego Jakub Mojsiejewicz gdzie indziej ulokował swoje senty- menty. cichutko przed dziesięciu laty. pięknie żyłkowanej. biją. Ale czy gimnastyka akrobatyczna jest niezbędnym skład- nikiem szczęścia małżeńskiego? Jakim ojcem będzie Walery? Można się było obawiać. Przed chwilą zamknął tamto dossier. które migotały miedzią i 282 . szelest wszystkich jej stronic. czułości. swój podziw i potrzebę naśladownictwa. Wyczuwał w Walerym niepokojącą słowiańską brutalność. księga o gru- bych kartach. na skó- rzanej kanapie. Kończyła się jakaś epoka. drobny krawiec.. ten porucznik. przybranego ojca. nie mógł sobie odmówić przyjemności zrobienia stójki na poręczy fotela. a na koniec rozlegnie się ostatni. jak w dawnych czasach. nie miałby nic przeciwko tego rodzaju ety- ce. bierz. ostatni stuk. a wkrótce zamknie się tamto niezwykłe życie. Zresztą. Walery myślał tylko o porę- czach i pierścieniach. Czy będzie dość czułym mężem? Swie- toczka tak bardzo potrzebowała ciepła. Wielki człowiek spoczywał. w domu ro- dzinnym miała ich zawsze dość. bogato zdobionych i pozłacanych. że stłumi w swych dzieciach wszelką tkliwość i że zaszczepi w nich pierwotny arywizm.

Pit- man nigdy przedtem nie widział tych przedmiotów u Ab- dulrachmanowa. To w takich pomieszczeniach żyli i umie- rali zamożni ludzie dawnego reżimu. czyjego przybrany oj- ciec przypadkiem nie zwariował. a lampka — wiecznym światełkiem. Pitman myślał o polanach wypa- lonych już od środka. odbijająca się w srebrnym zwierciadle. ekscelencjo! Słysząc ten głos tak wyraźny. zasłony zaciągnięte. jeszcze potężny. i potem nagle — wystar- czy dotknąć je pogrzebaczem — rozsypujących się bezszelestnie i przemieniających się w szary popiół. Na kanapie piętrzyły się koce. okiennice były zamknię- te. i sęków i pęknięć. Kryjówka pogrążona była w mroku. carskiej Rosji. wytworna: — Otóż jesteś. które z tru- dem tylko dało się odróżnić w mroku. Pomiędzy tymi dwoma mężczyznami nie mogło być mowy o kłamstwie. Zaczął się zastanawiać. — Jak się pan czuje. muzykalna. wymowa była wciąż staranna. a żarzących się jeszcze i zachowujących do końca wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły swego unerwie- nia. ale w kącie naprzeciw drzwi paliła się mała czerwona lampka. lecz jakby pęknięty. swych włókien. Przez długi czas milczeli obaj.srebrem na ścianach. dotyczących ruchomości i nieruchomo- ści? Pitman ze swej strony nie chciałby nigdy spać bez swej cie- płej Eliczki. Z tego mauzoleum doby- wał się tubalny głos. Lecz dykcja nie zmieniła się wcale. 283 . futra i poduszki. Mohamedzie Mohamedowiczu? Umierający nie wyrzekł ani słowa. jakby ciesząc się swą bliskością. lecz tak mocno już naznaczony przez nadchodzącą katastrofę. zała- mujący się czasem i przechodzący w szept. czując po raz ostatni pożywne ciepło łączącej ich przyjaźni. To srebro było ikoną. Małżeńska sypialnia nie bardziej jest typowo rosyjskim pokojem niż jadal- nia typowym pomieszczeniem francuskim. Ale czy jest jakiś sens w tych rozróżnieniach.

z której wyrastał ogryzek nosa. nie rezy- gnując ze swego senatorskiego „nnno” — jak się ma mój pod- opieczny? Oczy Pitmana przywykły już do ciemności. — Słuchaj. Później przeszedł do jadalni. w otchłaniach. od dawna chciałem pana poprosić. Być może była to oznaka zbliżającej się śmierci. Eliczka nie była zadowolona. trzymając ręce pomiędzy kolanami. Na pół siedząc. pod szczotką włosów. Rozróżniał teraz wielką głowę wciśniętą pomiędzy okrągłości poduszek. tak jakby poruszały się z własnej woli. jak te.. Dzi- waczny czepek wydłużał jeszcze czaszkę. W trzewiach Abdulrachmanowa powstało jakieś drżenie. Abdulrachmanow położył dłonie na prześcieradle i jego ręce od czasu do czasu gładziły tkaninę. w których nie można było go odnaleźć. Niemy zwrócił ku niemu głowę. Ale to przecież pan właśnie. — Nnno więc — zaczął wreszcie Abdulrachmanow.. — Eliczka. przeniosło się przez całe jego ogromne ciało. W końcu służył nam przykładnie. A on ma przed sobą już tylko parę godzin. siedział bez ru- chu ponad godzinę.. Pitman. pokrytej zmarszczkami twarzy. Zapadł w sen. 284 . — zaczął.. Wciąż nie chce pan. To nie odpowiadało Jakubowi. Pitman dostrzegł dwa świecące wilgotne ślady. Na jego pustej.. Innokientij na- krywał do stołu: położył tylko jedno nakrycie.. które zostają po przejściu ślimaka. gdyby nie on. — Zostanę — powiedział.. Wyciągniemy wszystkie nitki. żeby on wrócił? Tak byłoby lepiej. właściwiej. Nie miałem śmiałości. jakby zawieszony między świadomością i nieświa- domością. że Pitman zanocuje w da- czy. tak że stawała się po- dobna do głowy cukru.. — Mohamedzie Mohamedowiczu. wolałby spędzić wieczór w gronie rodzinnym i wrócić tu nazajutrz. nie doszlibyśmy do niczego. Zadzwonił do domu. zgasło na wargach. W kącie pokoju rozłożył już łóżko polowe: liczył na to.

Rzeczywiście była na kolację zupa kalafiorowa. Wrócił do pokoju Abdulrachmanowa. Mała przesądna lampka wciąż paliła się przed srebrnym zwierciadłem. nie ma co być miłosierny. Wziął Pitmana za Innoktientija. Ale pewnie się mylę. Syn tego. — Zauważyłeś? — powiedział Abdulrachmanow. który przynosi przebaczenie. że czuję jej zapach. — Idź— powiedział Abdulrachmanow — idź jeść. Wymruczał dwa zdania. że umrę jesienią. nie ma co być miłosierny. Pitman podszedł do okna i rozchylił ciężkie. Abdulrachmanow chłonął ten widok. to ty. których Pitman nie zrozumiał: — Niewolnik tego. — Umiera się prawie zawsze w innej porze roku. — Likierku!— zażądał. i wódka. Zawsze wiedziałem. Innokien- tij z pewnością ugotował dla ciebie zupę kalafiorową. Pitman zjadł ten chłopski posiłek powstrzymując 285 . którą wybrać wersję. Jego szczęki poruszały się. Zdawało się. który przynosi przebaczenie. jakby chcąc po raz ostatni nakarmić oczy takim obrazem. Połóż to tutaj. synku. gdy jednak Jakub zbliżył się do niego niosąc na tacy zieloną butelkę i mały kieliszek. a nad nią ciemnogranatowe niebo. Zdaje mi się. Pitman pochylił się nad nim i pocałował dłoń. Za podwójną szybą ukazała się ziemia usiana kryształkami śniegu. które też się zaróżowiło. tę małą dłoń. bo mój nos strajku- je od dawna. W ciemności świeciły oczy starca. wieńczącą ramię olbrzyma. dłonie leżące na prześcieradle drgnęły: — Odsłoń okno. Urodziłem się w czerwcu. i nawet śledź wę- dzony. że nie wie. usiane kryształami gwiazd. uśmiechnął się: — A. wzorzyste zasło- ny.

aż mróz weźmie. najlepszy sposób. To ty. — Teraz pozostaje tylko oczekiwanie. nie podnosząc powiek. On opowiada o Prefekcie 286 . Anioły zbuntowały się. A ludzie. Pamiętasz. Od czasu do czasu w półcieniu pokoju coś się zmieniało w oświetleniu: to Innokientij pojawiał się w obramo- waniu drzwi. który liczy sobie osiemdziesiąt jeden lat”. synu? I tak właśnie powinno być. Czeka. bojąc się zrozumieć zdanie Ab- dulrachmanowa. A przecież nie ma nic niezwykłego w śmierci człowieka. Abdulrach- manow drzemał. Jak w skomplikowanych montażach. Któregoś dnia. Jesteśmy zaledwie. — Kto? — spytał Pitman. Ludzkość powstała w ramach operacji dezinformacyjnej przeciwko Szatanowi. — Nnno więc — powiedział naraz umierający silnym głosem. aż zamarznie. Doszło do wojny. który nie pozwalał mu połykać jedzenia. Wytarł usta i wrócił znowu do swego przyjaciela. W przeciwnym razie wojna z tym hitlerow- cem Lucyferem byłaby przegrana. wąż to przebrane słowo.szloch. żeby zainteresowali się dobrem i złem. Poczekać. Kenti? Ty jesteś chłopem z chłopów. Nie możemy się uważać za źródło promieniowania. pamiętasz. Czekać i za nic w świecie nie in- terweniować. ale dobrze zaopiekowałeś się twoim gene- rałem. Wąż. Zakaz to element dezinfor- macji. Czyż nie w ten właśnie sposób myślisz o stworzeniu.. Ty i ja jesteśmy tylko pałeczką przechodnią. co mówi się w Księ- dze. Wielki Monter. Twój generał dziękuje ci. żeby ich nakłonić do zrobienia czegoś. Powiedział so- bie: „Jestem zbyt wrażliwy. — Ten od największego ze wszystkich montaży. które spoczywały na jego oczach jak ogromne muszelki. synu. mój plastikowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Ponieważ trzeba było zmusić ludzi. za dyrygentów orkiestry. Nic in- nego nie robi ten na górze. To jak u Sun Tsu. powi- nieneś wziąć się do czytania Sun Tsu. pudłami rezonansowymi. Słyszysz? Twój generał składa ci podziękowanie..

czyjego mistrz zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. Hsiang. co uczynił Hsiang? Posłał ich na polowanie i podpalił ich obóz. który walczył z dwoma buntownikami.Hsiang. Żołnierze sami zażądali bitwy. często czy- niłem go wykonawcą moich zamierzeń. Udało mi się chyba odrobinę nagiąć Historię we właściwy spo- sób. że jego mistrz kompromituje się. Jeżeli Abdulrachmanow odpowie: w sposób wy- znaczony przez Marksa i innych ojców Rewolucji. Jeżeli nie. to wielkie ciało nie kryło już żadnej 287 . Rozpłakali się. nie był jednak pewien. co do tej pory złupili. obawiając się że stracą to. wolał jednak wyjaśnić sprawę. Żołnierze wracają. że się rozpłakali. to co straciliście jest ni- czym w porównaniu z tym. Mohamedzie Moha- medowiczu? Drżał cały. jego duch był jeszcze obecny. tak jakby był zdro- wym człowiekiem — jestem dość zadowolony z mojego życia. Wtedy jego żołnierze nie chcieli wrócić do walki. których imion nie pamiętam. by nakarmić konie i by każdy żołnierz dostał swój posiłek do łóżka. Łupów nie ma. Mohamedzie Mohamedowiczu? Czyżby wierzył pan w Boga? Nie otrzymał odpowiedzi. po- wiada Sun Tsu. Podobnie postępuje Wielki Monter. Dlaczego do łóżka. który sposób był właściwy. zarządził. W ka- żdym razie następnego dnia rano buntownicy zostali unice- stwieni. Co miała oznaczać? Po jakimś czasie Abdulrachmanow znów się rozbudził: — Wiesz— powiedział zwykłym głosem. — Co to znaczy „we właściwy sposób”. Pitman przypatrywał się małej lampce. co wciąż jeszcze znajduje się w posia- daniu buntowników”. Pitman wiedział. Zadał im straty i obłowił się przy tym. Abdulrachmanow znów pogrążył się w mroku. raz czy dwa razy podstawiłem nogę Szatanowi. Zapytał go: — Co pan chce powiedzieć. Pitman obawiał się. Wtedy prefekt zwrócił się do nich: „Panowie. nie wiem. Czy wiesz. Sun Tsu mówi wyraźnie.

— Pan jest Uzbekiem. Potem szukają sobie opiekunów w Niemczech. ale Abdulrachmanow zapowiedział. Jesteśmy Rosjanami. ty. Pitmanowi przynajmniej wydało się. zrodzony nie wiadomo jak. który zrodzony zostałeś z Sema i ja. Rosja nigdy nie 288 . żeby mo- żna mnie było wyleczyć. „Jestem za stary. mój tombakowy Jakubie Mojsiejewiczu. Potem Polacy. Tak bardzo chciał. Cała reszta. Być może lekarze umieliby to osiągnąć. Przyjrzałeś mi się kiedyś? Pozostali. żeby nam przytrzymać strzemię. o którym pan mówi? — Szatan.. wiesz o tym równie dobrze jak ja. a on nie zechce umrzeć za mnie.duszy. jaka była ich historia. Naprzód ubłagali Wikingów. Powieści Dostojewskiego nie były lekturą zalecaną w ich śro- dowisku. Później zgnietliśmy ich. Posadzono mnie na grzbiecie wielbłąda. że zmienił temat rozmowy: — Czy czytałeś Dostojewskiego? — Trochę.. jak przy- stało bolszewikowi. jedynymi prawdziwymi Rosjanami. mój zło- ciutki Jakubie Mojsiejewiczu. że jeśli sprowadzi mu się leka- rza. Mohamedzie Mohamedowiczu. Zobacz. przywita go strzałami z pistoletu. wiesz o tym? Pitman zamknął oczy. nie bardziej jestem Uzbekiem niż ty Żydem. Wielkorusy. Było wiele wielbłądów i derwiszy. z naszymi ciemnymi kędziorami. więc o co chodzi?” — Mohamedzie Mohamedowiczu. żeby jego dobroczyńca umarł w pełni przytomności umysłu. wszędzie dookoła znajdowały się wielbłądy. — Nie. — Naszkicował mój portret. synu. kto jest tym Szatanem. Odczuwał ból. potrzebni byli tylko do tego. to dezinformacja. Jesteśmy prawdziwymi Rosja- nami. to Wielki Démonter. żeby zechcieli nimi rządzić. Gdy byłem mały. to dlatego widział pan wielbłądy. I dywany piękniejsze niż ciało kobiety. Abdulrachmanow nie odpowiedział na to.

Ich żony buntują się. August i Cezar. 289 .. mój diamentowy Jakubie Mojsiejewiczu. Dajcie nam wasze kobiety. nie chcę ich znać. że Rosjanie zawsze prakty- kowali integrację. mój synu. I Bałt. Słysza- łeś o micie Trzeciego Rzymu? Nie jest fałszywy. póki jej mieszanka nie bę- dzie doskonała. był moim ku- zynem. ilu bastardów? Napłodziłem ich. ale także dlatego. Ale wtedy. będziemy my. Prawdziwi Rosjanie są na wymarciu. Ale także i Żyd. Uzbeków. w łonach kobiet wielkorosyjskich i małorosyj- skich. Pamiętasz tę książkę. Nasz największy car. że stają się impotentami. jesteś Rosjaninem przyszłości. rozległość. ty masz rodzinę. hopla. To jedyne nowoczesne imperium kolonialne. I Polaczek. będę go kochał”. Widzia- łeś wskaźniki demograficzne? Ty co innego.. Dzięki temu Za- chód był spokojniejszy. to było w porządku. dlaczego? Tak. I Rosja będzie się tak długo skrobać. ale pracowałem dla sprawy.. Czy wiesz.. Nie znam ich. któremu się powiodło. nigdy nie potrafiła nawet utrzymać stolicy w jednym miejscu. A ja. Zapomniano tylko o jednej rzeczy: że Uzbecy są bardziej rosyj- scy niż sami Rosjanie. białoruskich i czerkieskich. że imperium rozsypie się na kawałki. a Pitman odnalazł w sobie moralną siłę — czy może raczej słabość — by pogodzić się z degradacją intelektualną wielkiego człowieka. Abdulrachmanow znowu zapadł w niebyt. wyjdzie spod niego Tatar.rządziła się sama. Piją tak dużo. Jej jedyny sprawny przywódca od cza- sów Rewolucji był Gruzinem. Anglicy nie mylą się: wystarczy poskrobać Rosjanina. „Kochałem nie tylko jego inteligencję. nie było tu żadnych mórz do sforso- wania. Borys. Dopóki więc choć jedna jego cząstka pozostanie przy życiu. jako że tylko pierwsi rzymscy cesarze byli Rzymianami. Inni to amatorzy.. Imperium rosyjskie! Nic więcej nie trzeba dodawać. a narobimy wam maleńkich Rosjan. dzielny Oprycznik. Tak właśnie mu- si być.. ty i ja. gdzie były same statystyki? Dowo- dzono. którą kazał opu- blikować Oprycznik? Tam. żydowskich i lapońskich. ale całego człowieka. A cesarzami przyszłej Rosji.

— Ależ. że jest pan chrześcijaninem? — Mój synu — powiedział Abdulrachmanow — istnieje tylko jedna religia. I być może mój ojciec również. o cerze tak ciemnej. pan przecież pocho- dzi z rodziny muzułmańskiej. Muzułmanie nie znają ikon. „Nie dożyje następnego dnia”. pochodzę. ty wiesz. która miała szczypczyki i. i była stara służąca. że zniesie każdą odpowiedź. — Chce pan powiedzieć. Nazywam się Matwiej Matwieje- wicz. Dobrze. Gdy byłem mały. czując. podobny w tym do źle pracującego silnika. to nasz Matwiej. najbardziej absurdalną i poniżającą nawet: — Po co to panu? — Aha. — Pochodzę. więc po pierwsze dzisiaj jest jego święto. Oddech był na zmianę szybki i po- wolny. knot. mój cukierkowy Jakubie Mojsiejewiczu. ale zostałem ochrzczony. że.. Przysiadł przy łóżku. tak żeby widzieć jak najdokładniej twarz Abdulrachmanowa. — Dezinformacja. niekiedy zanikał i znowu się pojawiał. Mohamedzie Mohamedowiczu. Może pochodzę z rodziny muzułmańskiej. że sprawi mu to przyjemność. Mateusza. Gdy Abdulrachmanow otworzył oczy. to cię dręczyło. że na tle poduszek wy- dawała się całkiem czarna.. rozglądnął się wokół ze zdumieniem. Pitman nareszcie zdobył się na odwagę postawie- nia mu tego pytania w najłagodniejszej formie.. to nie jest Mateusz Ewangelista.. pomyślał Pitman. 290 . W tamtym momencie nie warto było być chrześcijaninem. po czym. jego obraz był u nas w domu.. Zastanawiałem się nad tym. ujrzawszy ikonę. śmieszy mnie to pochodzenie. — Zauważ. Myślałem. rozchylił wargi w lek- kim uśmiechu. — Czyje święto? — Matwieja.. Westchnął i całe jego ciało poruszyło się przy tym. de-zin-for-ma-cja. — Ale przecież mówił pan.

Rosjanin. — Już nie wiem — odpowiedział Abdulrachmanow.. nie przyznając im monopolu na prawdę. do którego wdmuchnięto porcję ciepłego powietrza. że wcale nie jesteśmy bardziej brzyd- cy i niebezpieczni niż Chile. Wmówiliśmy mu. jak balon. Czy oni pozwalają ci zorientować się w tym? — Tak. właśnie.. Leonid Iljicz nie zgadzał się na to. Wrzesz- czał. mój mały. nie próbując nawet uchwycić się wystających gałęzi. żebyś zaczął rozumieć. wydaje mi się. ani Matwiej. Jego oczy odnalazły ikonę.. Jego oczy szukały czegoś niepewnie. Pamiętasz. mój synu. 291 . że źle nas poinformowano. że odnalazły dzięki temu spokój. Później Pitman zapytał go.. Właśnie w trakcie jednego z tych momentów bliskich upojenia Abdulrachmanow wyjawił Jakubowi tajemnicę czapek- niewidek. co się stało z Bukow- skim? Wpadliśmy na pomysł. Niczego nie podejrzewał. Dopóki jeszcze byliśmy małym departamentem. O. — No właśnie. — Czy chcecie likieru. Teraz dysponujemy planami na dwadzieścia. nie powinni byli tworzyć naszej dyrekcji. tym razem nie zamykając oczu. było już za późno. Tak.Pieczerski. zatrzymały się na niej i zdawało się. że tak nie jest. że odgaduję. wyko- nującym określone polecenia. trzydzieści lat naprzód. aby pokazać światu. Ale czasem zatrzymywał się w tym upadku. Oni zorientują się dopiero za kilka dobrych lat. Nie można zatrudnić za- wodowych kłamców. ale był pewien. towarzyszu generale? Pitman nie odważał się mówić ani Mohamed. — Wypadałoby.. Zsuwał się po pochyłości.. — Myślę. że Bukowski to wariat. jeżeli chcieli w dalszym ciągu jechać na swojej ideologii. żeby wymienić go na kogoś tam z Chile. Mój organizm nie chce już nic przyjąć. Abdulrachmanow zamilkł znowu.. Gdy przekonał się. czy cierpi. A na- jadłem się jej sporo. jakże kochałem Rosję.. że już nie będę więcej pił na tej ziemi. na czym polega na- sza praca.

do użytku wewnętrznego. Ale w ogó- le. czy też mówi prawdę.. i tylko głowę zostawił na zewnątrz. Pod przykryciem tak sztywnym i tak hieratycznym przypominał raczej postać wyrzeź- bioną na wieku sarkofagu niż człowieka z krwi i kości. to jest do Dobra. musieliby i tak podążać zgodnie z na- szymi drogowskazami. a to oznacza panowanie nad światem. ale nie poradzą sobie z obrazami. Wszystko się zazębia.My.. Przykrył nim ciało swego nauczyciela jak sztandarem.. kwadratowy. Jakubie Mojsiejewiczu. — Dywan. muszą mieć też dostęp do informacji. co zdarza się czasem ludziom umierającym... my w areopagu.. W tym czasie. jakie jest ostatnie kłamstwo. — Kenti! Jeszcze jeden koc. mój. Wziąwszy pod uwagę rozwój techniki. Tkanina dywa- nu była tak sucha i twarda. — Nie — powiedział Abdulrachmanow. które już wy- produkowaliśmy. nie są potrzebni. — Czy tak lepiej? Abdulrachmanow nic nie odpowiedział.. Nigdy nie wyjdą z naszego labiryntu. Gdy- by nawet nas zabrakło. W porządku. czyjego mistrz pada ofiarą niewiarygod- nej megalomanii. jeśli idzie o Rosjan. On sam przeczuwał już wcześniej ten se- kret: ci. My zaplanowaliśmy już dwudziesty pierwszy wiek. być może jednak umierającemu nie chodziło o ciepło w znaczeniu czysto fizycznym. Mogą nas rozstrzelać. co mają klucze do dezinformacji. wszystko się zgadza. Chodzi o jeden i ten sam cel. Jego oczy stały się szkliste. ozdobiony deseniem w kształcie rombów. bo nigdy nie będą wiedzieli. Pitman nie wiedział. by mogła za- trzymać ciepło. lazurowo-ciemnopurpurowy. Rosjanie. będą trzymali strzemię. (zawiodła go wyna- lazczość językowa) w tym czasie my poprowadzimy ludzkość do szczęścia. Pitman wybrał dywan. że nie wydawało się.. to my wytwarzamy wszystkie obrazy. mój. — Zimno mi — powiedział nagle Abdulrachmanow. mój synu. 292 . Do użytku ze- wnętrznego. jesteśmy fabryką prawdy.. który wydał mu się najpiękniejszy..

że tyle jego nad- ludzkich misji uwieńczonych zostało sukcesem. Czuł. że mu- sieli być odwożeni przez swoich szoferów. Żadnych dodat- kowych informacji na temat tych nadludzko trudnych misji. wracając do przyzwyczajeń z dzieciństwa. a nie w takich okolicznościach. odznaczony orderem Czerwonego Sztandaru. Tak. Przyciskał przy tym z wielką siłą palce do czoła. mówił przez pół godziny o absolutnej lojalności nie- boszczyka. To właśnie ta lojalność sprawiła. Płakał. inną. jakby tym samym mógł jednocześnie wyrazić swoją miłość i po- bożność. też na klęczkach. miał uroczysty państwowy pogrzeb. insygniami honoro- wego czekisty. Pitman padł na kolana przy łóżku i przycisnął policzek do starego bucharskiego dywa- nu. że ta śmierć ma w sobie coś niesto- sownego. Generał-pułkownik Abdulrachmanow Mohamed Mohame- dowicz. kim była ta osobistość. Abdulrachmanow służył ojczyźnie i Partii lepiej niż ktokolwiek inny. co należało o tym myśleć. jaki wykonać gest. ramion i piersi. Było wiele prze- mówień i generał-porucznik Pitman. że ojczyzna i Partia były dla niego tylko środkami? Środkami do osiągnięcia jakiego celu? Dobra i szczęścia. Czyż Partia nie jest najwyższym sędzią dobra i szczęścia? Po zakończeniu pogrzebu odbyła się oczywiście stypa. Innokientij zawył z bólu. dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego. Pitman nie bardzo wiedział. A jeśli chodzi o lojalność. Nagle wydało mu się. orderem Wojny Patriotycznej. przed nimi dwo- ma. dwukrotny kawaler Orderu Lenina. chociaż dzień pracy 293 . bo nie wiedzieli. a Pitman nie wiedział. której nazwiska nigdy nie słyszeli. Ale czyż na łożu śmierci nie dał do zrozumienia. że jego dobroczyńca zasłużył na śmierć bardziej doniosłą. z któ- rej wielu wyszło tak słaniając się na nogach ze smutku. Członkowie korpusu dyplomatycznego wzięli w nim udział wyłącznie z chęci przypodobania się gospodarzom. w którym wielu rozpoznało ukochanego ucznia i w pewnym sensie duchowego dziedzica zmarłego. a tuż obok niego Innokientij. robił szeroki znak krzyża. Chwila niepewności nie trwała długo.

nie dający się wymówić sam w sobie i służący wyłącznie do waloryzacji poprzedzającej go spółgłoski. Z tru- dem tylko można było znaleźć coś jeszcze bardziej nieuchwytne- go. wy- pisanym ciemnozielonym atramentem znakiem zamiast tytułu. Czyż nie tego właśnie życzyłby sobie Abdulrachmanow? Po piętnastu minutach nieskoordynowanego marszu. nie mogło niczego zmienić. Nie inaczej miało się stać i tym razem. Pitman miał zamiar również z tego skorzy- stać. niezwykle rzadko uży- wany. Kiedy wielki człowiek umiera. Chodząc kołysał się i wykonywał piruety. Postawił pudełko na stole.jeszcze wcale nie miał się ku końcowi. Śmierć Abdulrachmanowa spowodo- wała wielką wyrwę w szeregach areopagu. Był to twardy znak alfabetu rosyjskiego. Kazał się odwieźć do Pałacu Roztop- czynów i zamknął się w swoim pokoju. na którym prócz firmowego nagłówka dyrekcji «A» moż- na było przeczytać słowa „Absolutnie tajne”. to znów uśmiechał się. Wewnątrz znajdowała się seledynowa teczka. najpilniejszą sprawą dla jego wyznawców jest obalenie jego testamentu. Należało się liczyć z poważnymi przeszeregowaniami per- sonelu i. Z rękami założonymi na plecach Pitman najpierw przespace- rował się po swoich własnych dywanach. do diabła. Wyciągnął stamtąd kartonowe pu- dełko. usiadł i rozwiązał błękitne sznurki. Pitman zatrzymał się przed sejfem i otworzył go. Pitman nie należał do nich. pił mało i ostrożnie. które przy- trzymywały pokrywkę. roztrząsanie jej. myślenie o niej. żeby nadać swojemu ukochanemu planowi nazwę. jako że Eliczka nie pochwalała przesadnych wy- datków. Poniósł stratę nie do naprawienia. z jednym. lecz właśnie rzeczy nieuchwytne składają się na codzienność 294 . Ogólnie rzecz biorąc mimo cierpienia był raczej radośnie podniecony. kiedy to raz miał łzę w oczach. Dyrekcji. w całym KGB. Pitmanowi spodo- bało się. któ- rej nikt nie mógł wymówić bez dodatkowych wyjaśnień. które były tylko imita- cjami starych.

konstruktywna. że doszło tam do pewnego wrzenia intelektualnego. Litera ta. Istnieje w języku rosyjskim miękki znak. którą uznać można za ostateczną. Oceńmy trzeźwo sytuację. biorąc pod uwagę 295 . mogła również sugerować twardość i nieustępliwość reżimu sowieckiego. A poza tym Twardy znak świetnie paso- wał do stylu dyrekcji. Jeśli posłużymy się jako przykładem jednym z krajów zachodnich. to kapitalizm. pokojowa. Pojawiając się w jakimś konkretnym kraju. że żadna zmiana nie naruszy tej równowagi. Jedna z nich. wycelował okularki w pierwszą stronę tekstu: Od chwili. oży- wiona wielką wiarą w samą siebie. konserwatywna. jak Grecy koniem trojańskim. apatyczna. lecz jest prawie niemożliwe. albo też posłuży się. Pitman otworzył teczkę i oblizując wargi. Nie powinien nas jednak usypiać przesadny optymizm. faszyzmu. Tego typu prąd jest nie tylko prawdopodobny. w świecie zmagają się z sobą dwie siły. kiedy to. energiczna. będąca w użyciu w carskiej Rosji. mogłoby ono w końcu spowodować uformowa- nie się trzeciego prądu ideowego. I wówczas stanęlibyśmy w obliczu konieczności wywołania otwartego kon- fliktu. a co lepiej byłoby nazwać narodo- wym socjalizmem (Nationalsozialismus). zamiast zadowalać się oczekiwaniem na zgnicie przeciw- nika i powiększanie się przyszłej zdobyczy. pozbawiona ideałów i natchnienia. Nikomu nie przyszłoby do głowy. dzięki nowoczesnym środkom komunikacji. ruch tego typu mógłby gwałtownie się rozszerzyć na cały Zachód. żeby nazwać jakąś operację „miękkim znakiem”. lecz wygodnym. nieprecyzyjnym. poniosło klęskę. możemy zauważyć. socjalizmem nienarodowym. to marksizm-leninizm. można już w tej chwili przewidzieć zwycięstwo marksizmu-leninizmu. agresywna. którego dalsze losy trudne są obecnie do przewidzenia. a raczej nierównowagi sił. Założywszy. jak każdy autor czy- tający swą własną prozę. Dru- ga. co określamy mianem. Francją. Za- triumfuje on jako taki.służb wywiadowczych.

która teoretycznie będzie równie wroga wobec burżuazyjnego kapitalizmu. zwyciężyła teraz we Francji. może. Ponieważ jednak partia ta będzie mo- gła się rozwijać swobodnie tylko w krajach kapitalistycznych. Niemiec Federalnych. Nie możemy przewidzieć. możemy uznać prawdopodobieństwo utwo- rzenia się Trzeciej Partii Światowej. że Francuzi posiadają tę cechę szcze- gólną. w którym organy bezpieczeństwa państwa sowieckiego zwykły działać. Australii. aby jakieś wzburzenie tego typu nie zagroziło realizacji naszych projektów. W takiej perspektywie aktualna konserwatywna tendencja Anglii. obdarzona większą witalnością niż kapitalizm. że prosty i czysty kapitalizm nie nabierze nagle drugiego oddechu. religij- nych czy humanitarnych. czy ruch ten odwoła się do wartości wstecznych czy postępowych. neutralizowana przez tę ten- dencję. co wobec pro- letariackiego komunizmu. wbrew pozorom. do której mają więcej sympatii — pozostawiając ją w ten sposób w opozycji — ponieważ wszelka władza wzbudza ich wstręt. przy- najmniej przez pewien czas. opóźnić nasz pochód ku promien- nej przyszłości. możemy uznać jego pojawienie się za coś niezbicie pewne- go. bo tylko on będzie dla niej zagrożeniem. można przewidzieć. że będzie ona szczególnie uczulona na ko- munizm. czy będzie miał poważne szanse. żeby nas postawić w trudnej sytuacji. Natomiast zawiązanie się takiego ugrupowania nie może być w żadnym wypadku groźne dla naszego kraju. iż nie głosują na frakcję. Założywszy. któ- re korzystają już z systemu komunistycznego. Jakkolwiek bę- dzie. Szwecji. Nie na- leży bowiem zapominać. a przede wszyst- kim USA nie jest. a mogłoby nawet przekształcić wymierzoną w nas broń w skuteczne 296 . Gwałtowne unicestwienie takiej uformowanej grupy przyspo- rzyłoby nam problemów i nie byłoby całkowicie zgodne z du- chem. Ta trzecia siła. która jak się wydaje. zrodzi się w masie ludowej czy też bę- dzie elitarny. czy rozprzestrzeni się również w krajach.reguły dialektyki.

to Trzecia Partia. są przyjmowani przez szefów państw. Można więc wyciągnąć wniosek. że operacje tego typu. który będzie do nas należał i który przy- ciągnie do siebie opiłki żelaza nowych idei i ich wyznawców. Przypomnijmy. jak również wchłonąć i wysterylizować wszystkie talenty. To. kształtują opinię publiczną. mogłaby się skrystalizować wokół tych dysydentów. partia Młodych Rosjan. Ale sytuacja międzynarodowa mocno się zmieniła. pojawiają się w telewizji. jakakolwiek byłaby ich jakość. które mo- gły być przyciągnięte przez faszyzm.narzędzie. Szczegól- nie rosyjska emigracja. Jest całkowicie oczywiste. gdyby formowanie się tego typu partii opóźniało się. odgrywa obecnie pewną rolę w świecie. deklaracje ich są publikowane w prasie. że aktualna dyrekcja lepiej niż ktokolwiek inny nadaje się do prowadzenia tej akcji. aby zgromadzić wokół kontrolowanej przez nas bazy wszystkie elementy potencjalnie zainteresowane taką działalnością. byśmy my z kolei mogli go przeniknąć. że finansują ugrupowanie kontrrewolucyjne. Dalej. które działały w przekonaniu. Mówiąc inaczej. pozwoliła skłócić z sobą różne pokolenia emigracji. której utworzenie wydaje nam się nieuniknione. lecz w dodatku subwencjonować pewną ilość naszych własnych ope- racji przez Stany Zjednoczone. ponieważ a priori sympatyzują oni z ideami liberalnymi. Jej przedstawiciele. 297 . co pla- nujemy w ramach montażu Twardy znak. że w przypadku. w naszym interesie leży rzucenie na Zachód magnesu. prowadzona przez jednego z naszych agentów przeni- kających. byłoby do- brym posunięciem strategicznym dostarczenie potrzebnych ka- talizatorów po to. Jeśli tego zechcemy. całkowicie izolowana w latach dwudzie- stych i trzydziestych. choć na mniejszą skalę. prowadzone były już z powodzeniem: siatka Trust pozwoliła nam nie tylko wydrenować poważną część białej emigracji. to posłużenie się tym wniknięciem naszych dysydentów w świat zachodni tak.

Za to na terytorium ZSRR. jak sobie przy- pominamy. chyba że. 298 . Tym niemniej w przypadku branym pod uwagę takie uproszczone rozwiązanie nie wydaje się godne polecenia z następujących powodów: — „katalizator” nie omieszka wzbudzić podejrzeń organów przeciwnika. w sensie i psychologicznym i materialnym (zobacz Vademecum agent d'influence: każde uderzenie musi przesunąć czerwoną i białą kulę przeciwnika na pozycję. — dezinformacja i wywieranie wpływu mogą być stosowane. Mówiąc inaczej. Operacja ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. zostanie ka- wałek po kawałku zdemontowana. tego rodzaju operacje prowadzone są z powo- dzeniem dzięki współpracy z drugą Dyrekcją Główną (patrz refe- rencje w aneksie). sukces planu takiego jak Twardy znak pole- ga na odpowiedniej manipulacji „katalizatora” przez agent d'in- fluence. i osobnik ten skazany został na swoje własne nieprzejednanie. jak w operacji Młodzi Rosjanie wspomnianej wyżej. których nie- winność i oddalenie od źródła uwierzytelniają dostarczone im fałszywe informacje. skonsultowana w sprawie decyzji dotyczącej A. Dyrekcja. tylko poprzez system pośredników. poprowadzonemu przez oficera-pilota. która pozwala na następny karambol). zaleciła po prostu ekspulsję. kiedy tacy osobnicy pozostają w naszych rękach. ponieważ osobnik ten natychmiast wywołał niezadowolenie lu- dzi Zachodu. Rzeczy- wiście. jak wiadomo. wykonawstwo powierzone jest bezpośrednio agent d'in- fluence. by w jego pobliżu znalazł się zatrud- niony przez nas manipulator. nawet dobrze wobec niego nastawionych. składającego się nie tyle z emigrantów co raczej ludzi Zachodu. i jego legenda. nie dopilnowano. utworzenia się wokół niego zbiorowiska zwolenni- ków skrajnej prawicy. Jak wiadomo. jeśli w ogóle istnieje. Soł- żenicyna. każda koncentracja prze- ciwnika w określonej przestrzeni poprawia warunki obstrzału. najmniejsza luka będzie za- uważona i operacja stanie się niemożliwa. w nadziei.

. której nie ma powodu nie dotrzymywać. Nie jest to jednak nic pilnego”. lecz nie wydaje się.. aby raporty napisane były starannie: — Nie jest pan policjantem. 299 . aby wybrany „katalizator” nie zdawał sobie sprawy z powierzonej mu roli i żeby stał za nim wypróbowany agent d'influence. precyzując. Agent po prostu powołuje się na obietnicę sprzed trzydziestu lat. są bardzo trudni do znalezienia. Nakreślić a) karierę Oprycznika i wykazać. któ- remu nadano pseudonim Diak. b) działalności Oprycznika. Powołuje się on również na swe pragnienie. poznania matki ojczyzny. Świętej pa- mięci Abdulrachmanow wymagał zawsze. Dotarłszy do tego miejsca Pitman zatrzymał się. Wydaje się nam więc istotne. że nie ma żadnego powodu. być może nawet cały rozdział. Dorzucić być może notę: „Oprycznik poprosił o za- kończenie swej misji. żadnym tam Dzierżymordą! Jest pan myślicie- lem politycznym i niech pan nie zapomina. bez wąt- pienia prawowite. którego zadaniem jest regulacja ruchu ulicznego. lecz teraz trzeba było do- rzucić paragraf. że styl jest formą myśli. odpowiadający naszym oczekiwaniom. które mogą utworzyć pożądaną konstelację. Wszystko szło dobrze do tej pory. b) kwalifikacje autora zamachu przeciwko Breżniewowi. żeby wjego przypadku chodziło o zmęczenie lub ryzyko demaskacji. Proponuje się tylko opóźnienie jej spełnienia. wykazać. Zrobić bilans a) wydatków poniesionych na utrzymanie Diaka i usług od- danych przez niego — nie ma między nimi właściwej proporcji. którego plan ukształtował się natychmiast w czujnym umyśle Pitmana: 1. 3. dlaczego byłby naj- lepszym możliwym katalizatorem. b) że właśnie dyrekcja dysponuje w tej chwili dwoma indy- widuami. Podkreślić a) że osobnik i jego manipulator. 2. dlaczego byłby idealnym manipulatorem. by zrezygnować z usług doświadczonego i pełnospraw- nego agenta.

Przez trzydzieści lat Aleksander był prowadzony, podtrzymy-
wany, nadzorowany, chroniony. Nagle znalazł się sam, jak siero-
ta, w wielkim świecie. Nie umiał pływać i wyrzucono go za burtę.
Pierwsza myśl, którą podsunęła mu intuicja, była dobra:
„Opuścili mnie”. Ale natychmiast opanował się, to znaczy na-
uczył się pływać i kłamać sobie. Nie, oni nie opuścili go. Wyda-
rzyło się zapewne coś, co łatwo sobie wyobrazić: policja francu-
ska wpadła na ich trop i dla ogólnego bezpieczeństwa podczas
kilku godzin lub kilku dni musi unikać wszelkiego kontaktu z
nimi. Taka sytuacja, przypominał sobie teraz, była uwzględnio-
na w instrukcjach, których nauczył się na pamięć podczas kursu
w Brooklynie: jeśli kontakty drogą zwyczajną są zablokowane,
posłużyć się sygnałem alarmowym. Jeśli i to nie działa, pocze-
kać. To centrala ma nawiązać zerwane połączenie. Zaczął wyrzu-
cać sobie swoją chwilową panikę. Był oficerem, powinien się
trzymać w garści. Nie było w tym nic dziwnego, że podstawienie
Gawierina rzuciło na niego podejrzenie, na niego, Psara, który
był przecież gwarantem fałszywego Kurnosowa. Dyrekcja mu-
siała z pewnością oczekiwać wielkiej akcji kontrwywiadu: pod-
słuch, śledzenie, prowokacje, i w interesie Aleksandra poczynio-
no kroki, żeby to niczego nie dało.
Uspokojony, Aleksander zadał sobie oczywiste pytanie: czy
Zellman był wysłany przez dyrekcję? KGB musiało dobrze wie-
dzieć, że Gawierin nie był Kurnosowem. Czy należało wyobrażać
sobie, że popełniona została jakaś nieostrożność i że Zellman
zwolniony został przez pomyłkę? Czy też, przeciwnie, chodzi tu o
montaż i Gawierin został przedstawiony jako Kurnosow po to,
żeby mieć okazję do zdemaskowania go? Dwa argumenty prze-
mawiały na korzyść tej drugiej hipotezy: zwyczajowa sprawność
dyrekcji, a poza tym fakt, że telefon alarmowy został wyłączony
przed, a nie po publicznej demaskacji.

300

Jeszcze raz zirytowało wtedy Aleksandra, że nie został uprze-
dzony. Do niego należało teraz stawić czoła burzy i można było
mu dać instrukcje, zakładając, że burzę tę wywołano specjalnie.
Próbował się pocieszać. Być może traktowano go już jak członka
hierarchii, a nie jak agenta. To dlatego pozostawiono mu swobo-
dę podejmowania inicjatyw dla dobra służby.
Został wezwany przez DST, francuski kontrwywiad, złożył mu
też wizytę inspektor wywiadu. Nikt nie podejrzewał w panu Psa-
rze agenta, ale zadawano sobie pytanie, czy przypadkiem on sam
nie był manipulowany. Chciano mieć informacje na temat kana-
łu przerzutowego do Rzymu. Uprzejmie, kategorycznie odmówił
odpowiedzi. „Jestem agentem literackim, wykonuję swój zawód,
zostałem wprowadzony w błąd przez pokazane mi dokumenty
osobiste, nie jestem zaangażowany politycznie...”
Gawierin próbował zniknąć, potem jednak pojawił się w
agencji: „Chcę mówić”. Rosyjska prawda widniała teraz na li-
stach bestsellerów i coraz więcej chętnych domagało się wywia-
dów. Gawierin przyjmował wszystkie propozycje i za każdym
razem opowiadał inną historię. Raz był prawdziwym Kurnoso-
wem, którego zdrowie psychiczne nadwyrężone było przez pobyt
w szpitalu specjalnym. Kiedy indziej był wysłannikiem, którego
zadaniem było zaszkodzenie książce. Kiedy indziej jeszcze
przedstawiał się jako osoba dyrygująca siatką antykomunistycz-
ną, mającą swych ludzi nawet w Radzie Najwyższej. Czasem
okazywał się pułkownikiem, zbiegiem z CIA. Niepokoiły go dwie
rzeczy: „Czy zostanę wydalony z Francji? Czy odbierze mi się
moje pieniądze?” Załatwił sobie bowiem, poza honorariami i
pokaźną zaliczką, także pożyczkę na zakup domu.
Psar przypomniał sobie ostatnie przekazane mu instrukcje,
przez nikogo nie odwołane: „Zrobisz wszystko, co tylko Kurno-
sow zechce”.
— Co pan powiedział policji? Z pewnością pytano pana o
pańską tożsamość, po tym jak przyznał się pan, że nie jest Kur-
nosowem.

301

— Powiedziałem, że nic nie wiem. Zastrzyki siarki uszko-
dziły moją pamięć.
— A jak jest naprawdę?
Cierpiące oczy Gawierina zaświeciły szalonym spojrzeniem:
— Tak naprawdę to jestem osaczony.
Aleksander wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, jaką grę
prowadził ten człowiek i nie przejmował się tym wcale. Był na
tyle biegły w swej profesji, że nie interesował się tym, co wykra-
czało poza jego kompetencje.
— Wszystko będzie zależało od Zellmana.
Zellman powiedział prawdę przed całym światem, i nikt mu
nie uwierzył. „Historia powtórzona tak wiele razy, na pierwsze
zamówienie, i zawsze tak samo, najwidoczniej wyuczona na pa-
mięć w najdrobniejszym szczególe, może być tylko baśnią —
pisała Jeanne Bouillon w «Głosie». — Trzeba będzie zdemasko-
wać Zellmana”. „Ależ nie ma tu nic do zdemaskowania, obieca-
no mi paszport dla mnie i dla mojej żony, pod warunkiem, że
zadenuncjuję oszusta”. Dzielny człowiek był zakłopotany: „Nie
jestem wtyczką. Byłem przekonany, że w powiedzeniu prawdy
nie kryje się nic złego. Zresztą, pan nie może o tym wiedzieć, ale
ona czekała na mnie przez cały czas, kiedy byłem w obozie. Każ-
da inna wyszłaby dawno za mąż”. Ten żałosny ton powinien był
budzić litość, wzruszać, tymczasem nie podobał się słuchaczom.
Nie chciano wierzyć w niewinność aż tak kryształową. Opubli-
kowano dwa zdjęcia z czasów obozowych — jedno z nich przed-
stawiało grupę ze dwudziestu więźniów, drugie zrobione pod
pryczą, w baraku — na których Zellman znajdował się obok Ga-
wierina. Dawano do zrozumienia, że są to montaże, przygoto-
wane w laboratorium.
Sytuacja nie była do końca wyjaśniona. Gawierin napisał dla
«Obiektywu» artykuł pod tytułem Nie trafiłem w Breżniewa,
popełniając cztery rzeczowe błędy. Psar spędził trzy dni we
Frankfurcie, gdzie sprzedał Rosyjską prawdę dziewięciu wy-
dawcom zagranicznym, pobierając obfite zadatki. Gawierin

302

zażądał przypadającej na niego części nowych honorariów. W
końcu legitymował się paszportem, potwierdzającym jego toż-
samość. Aleksander grał jednak na zwłokę, spodziewając się
nowych poleceń.
W tym samym okresie Aleksander zbliżył się do Małgorzaty.
Nie mogła znać jego najgłębszych obaw, czytała jednak artykuły,
które przedstawiały go jako złowrogiego faszystę, jako ofiarę
manipulacji KGB, albo też jako przedpotopowego białogwardzi-
stę czy ograniczonego, pełnego dobrej woli liberała. Te ataki
sprawiły, że jej oddanie dla szefa podwoiło się.
To ona odpowiadała na listy adwokatów, którzy grozili panu
Gourvierinowi-Kanossoviwi procesem o zniesławienie i szukali
go za pośrednictwem Aleksandra. To ona stawiała czoła dzienni-
karzom najróżniejszego autoramentu, którzy zgłaszali się do jej
patrona po wywiady, nie kryjąc wrogości mającej wyprowadzić
go z równowagi. Rozumiała, że w oczach dysydentów Psar od-
powiedzialny był za Gawierina, ponieważ należał do francu-
skiego establishmentu literackiego. Podobnie obciążali go Fran-
cuzi, jako że pochodził z rosyjskiej rodziny. Przede wszystkim
jednak zdawała sobie sprawę, że mały światek, w którym królo-
wał Aleksander, uległ rozbiciu. Już nie wiadomo było, do kogo
zadzwonić w redakcji «Niezależnego» czy «Obiektywu». Nowy
dyrektor wydawnictwa Lux, Baronet, zrywał konsekwentnie
więzy łączące tę instytucję z agencją. Publikacja tomów z serii
Białej Księgi — nawet pracy demaskującej Boga — została
wstrzymana i przyczyna była zupełnie oczywista: Baronet roz-
glądał się za mniej kompromitującym redaktorem serii.
Wszystkie te ciężkie próby w niczym nie zmieniły postawy
Małgorzaty; była czujna, uprzejma, uśmiechała się tylko po to,
by odpowiedzieć na uśmiech, pozostawała w biurze po godzi-
nach pracy i nie liczyła sobie tego jako godzin nadliczbowych.
Aleksander zauważył wreszcie, że miała bardzo niebieskie oczy i
bardzo ciemne włosy, co dawało bardzo interesujący kontrast.
On jednak zwracał uwagę głównie na siwe włosy.

303

Gdy był dzieckiem, słyszał często: „Wrócimy do kraju na Boże
Narodzenie. Nie, nie przesadzajmy z optymizmem — wrócimy
na Wielkanoc, albo jeszcze później”. Dlatego też skłonny był
sądzić, że pieśń Malbrough przetłumaczona została z języka
rosyjskiego. Może nie na Wielkanoc, może na święto Trójcy. Te-
raz jednak nadchodziło Boże Narodzenie. Co działo się z Ałłą?
Co z Dymitrem? Bez pośrednictwa Iwana Iwanycza wszelki kon-
takt z nimi był niemożliwy.
— Pani Boïsse chce z panem mówić.
— Jessica?
— Jak się panu powodzi, złowrogi faszystowski liberale, wy-
strychnięty na dudka przez KGB? Może byśmy się zobaczyli dzi-
siaj wieczorem?
— Chętnie.
— Będzie wódka.
Pomyślał, że należałoby zmienić hasło. Nie wątpił, że jego
rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane. Jakże jednak był szczę-
śliwy, o, jaki szczęśliwy, że ojciec marnotrawny znowu miał go
przytulić do swego łona.
Jessica otworzyła mu drzwi:
— Wszystko wskazuje, że zdobył pan sobie szczególny
rozgłos. Moi przyjaciele radzą mi, żebym uwolniła się od pana.
Powiedziałam im jednak, że nigdy nie był pan moją własnością.
Na kanapie w pasy siedział mężczyzna około czterdziestki,
ogorzały, o trójkątnej twarzy, ubrany w czarny garnitur. Spod
białych mankietów koszuli wyłaniała się opalona skóra. Sklepio-
na kamizelka, widoczna pod rozpiętą marynarką, świadczyła o
jego szczupłości.
— Kto to? — zapytał Aleksander.
— Nowy.
— Aha! Iwan Piąty. A co się stało z poprzednim? Czy został
wypchany?

304

— Nazywam się Piotr — powiedział gość po rosyjsku. Rzecz
jasna, także i on unikał patrzenia prosto w oczy, wprawił się jed-
nak w utrzymywaniu gałek ocznych bez ruchu, tak jakby to były
perłowe guziki przyszyte do koszuli.
Aleksander uznał, że człowiek ten przypomina małego węża i
natychmiast go znienawidził. Czy było tak dlatego, że przyszedł
na miejsce doskonałego Iwana Iwanycza? Czy dlatego, że nie
podniósł się z kanapy, by powitać Aleksandra? Czy też dlatego,
że przemawiał typowo sowieckim, sentencjonalnym tonem, któ-
rego nie mogli znieść przedstawiciele pierwszej emigracji, i to
zupełnie niezależnie od ich przekonań politycznych?
— Dla mnie będzie pan Iwanem. Ale niech pan nie liczy, że
Groźnym. Spóźnił się pan o jeden numer.
Obaj mężczyźni odwrócili się od siebie, nie ukrywając wza-
jemnej antypatii. Jessica przypatrywała im się rozbawiona. Piotr
skrzyżował nogi i wskazał na fotel:
— Niechże pan siądzie — powiedział w sposób, w jaki zwraca
się dorosły do dziecka, którego wybryki toleruje i wobec którego
najwłaściwszą postawą jest cierpliwość.
KGB jest rodziną. Wspinając się po schodach Aleksander
wierzył, że odnajdzie kogoś bliskiego i że dzięki temu odzyska
spokój wewnętrzny; należała mu się taka rekompensata po kilku
tygodniach trudnej do zniesienia wrogości. Tymczasem natknął
się tu na wrogość jeszcze bardziej skoncentrowaną i całkowicie
niezasłużoną.
— Jaki jest pański stopień?
— Jestem pułkownikiem-porucznikiem, i to nie dokoopto-
wanym. Jestem pańskim nowym pilotem.
Przez sekundę Jessica przekonana była, że Aleksander chwy-
ci Piotra za krawat, obrzuci go obelgami, w które tak obfitował
język rosyjski, i wyrzuci przez okno. Aleksander uśmiechnął się
ironicznie. Podszedł do stolika znajdującego się w przeciw-
ległym kącie pokoju, nalał sobie szybkim ruchem kieliszek wód-
ki — karafka była oszroniona, tak jak tego wymagał — wychylił

305

kieliszek do dna i zjadł małosolnego ogórka, który zazgrzytał
pod jego zębami.
Piotr patrzył na niego z politowaniem, wzrokiem kogoś, kto
trzyma w ręku dobre karty. Poczekał, aż Psar odzyskał wigor, i
wreszcie, widząc, że ten znowu sięga po wódkę, powiedział:
— Mam dla pana złe wiadomości, Psar.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Aleksan-
der, by ją odebrać, musiał ponownie przejść na drugą stronę po-
koju. Jessica, której pozwolono zostać, przypatrywała się tej sce-
nie, opierając się plecami o ścianę i paląc papierosa. Byłby czas,
pomyślała, żeby ktoś nauczył Aleksandra moresu.
Aleksander tymczasem oddalił się o parę kroków, by przeczy-
tać list pod świecznikiem:
Mój drogi Aleksandrze Dmitryczu, nie wiem, jak mam panu
przekazać nieszczęsną wiadomość, i to w chwili, gdy już po-
wracał pan do bezpiecznego portu. Proszę, niech pan zachowa
się jak mężczyzna i zniesie tę próbę jak przystało mężczyźnie,
bolszewikowi, oficerowi. Wie pan z pewnością, jak niebez-
pieczne są nasze drogi. Pijany kierowca ciężarówki, i oto ginie
dwoje niewinnych istot. Pańska żona i pana syn nie cierpieli
wcale. Niech to pana pocieszy.
Jest pan jeszcze miody, nic nie jest na zawsze stracone dla
człowieka tak tryskającego zdrowiem, energicznego i pełnego
wiary jak pan. Gdy tylko wróci pan do naszej ukochanej ojczy-
zny, założy pan, jestem tego pewien, prawdziwą rosyjską ro-
dzinę, prawdziwą sowiecką rodzinę.
W obecnej sytuacji pański powrót nie jest już zapewne aż
tak pilny dla pana. Działanie dla ludzi pańskiego pokroju jest z
pewnością najlepszym środkiem zaradczym, dlatego przeko-
nany jestem, że spełnię pańskie życzenia, proponując panu
podjęcie dla nas operacji na wielką skalę, operacji, na której
bardzo zależy naszej ojczyźnie i Partii.
Najlepsze pozdrowienia

306

Szczerze oddany Jakub Pitman
— Oddajcie! — zażądał Piotr i wyciągnął rękę.
Aleksander przestał słyszeć i widzieć. „Dymitr! Syn!” A po-
tem: „Ałła! Ałłoczka!”. Nabrał powietrza, oddychał głęboko. Miał
płuca pełne powietrza. Coś w nim groziło wybuchem. Ale nie
doszło do tego. Ujrzał szare oczy Ałły i przypomniał sobie, z jaką
wesołością wskakiwała do ich wspólnego łóżka. Próbował poru-
szać szczęką, nie wiedział dlaczego. Źle się czuł. Nie zdawał so-
bie sprawy, jak długo to trwało. „Mój chłopiec”. Z najwyższym
trudem wykrztusił pytanie:
— A kierowca ciężarówki?
Pitman przewidział to pytanie. Piotr odpowiedział więc:
— Także zginął w wypadku. Ciężarówka spłonęła. Proszę
oddać mi list.
W sercu Aleksandra zrodziło się nagle podejrzenie. „A jeżeli
to bolszewicy ich zabili?” Ale przecież nie było żadnej racji, dla
której miano by zabić tę kobietę i to dziecko, osoby, które otrzy-
mał w darze.
Nie panując jeszcze nad sobą, Aleksander przeszedł kilka
kroków, podał siedzącemu wciąż na kanapie Piotrowi list, krążył
po salonie. Poruszał ramionami. Próbował odnaleźć zwykły rytm
oddechu. Jego przełyk kurczył się, chociaż nie miał nic w gardle.
Jessica patrzyła nań, ciekawa, przerażona, wcale nie smutna.
Nie wiedziała, co kryło się w liście, ale domyśliła się, o co chodzi.
„Także zginął”. To jej wystarczyło. Był więc na świecie ktoś, kogo
ten lodowaty Psar kochał?
Na twarzy Piotra pojawiło się znudzenie. Aleksander dotknął
czołem szyby, patrzył na ulicę, nic nie umiał zobaczyć, spojrzał
na zegarek — nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
— Wystarczy już, niech się pan uspokoi — powiedział Piotr.
Aleksander spojrzał na niego, w dalszym ciągu nic nie pojmując.
— Mam panu przekazać kilka instrukcji. Nasze sposoby

307

kontaktowania się pozostają bez zmian, z tym że nie będzie już
mowy o wódce. Wystarczy, jeżeli powie pan Jessice, że chce ją
zobaczyć albo jeśli ona panu zaproponuje to samo. Numer tele-
fonu alarmowego został zmieniony. To będzie...
Podał ten numer. Aleksander sięgnął w pierwszej chwili po
notes, lecz w czas przypomniał sobie, że tego rodzaju numer
trzeba umieć na pamięć.
— Proszę, niech pan powtórzy.
Piotr ponownie wyliczył te same cyfry, nie ukrywając znie-
cierpliwienia:
— Jeśli będzie mnie pan potrzebował, niech pan prosi Pio-
tra. Proszę unikać wszelkich zbędnych spotkań ze mną.
— Jestem w tym fachu od trzydziestu lat — powiedział głu-
cho Aleksander.
Był bliski płaczu z powodu brutalności tego mężczyzny, nie
dlatego, że stracił żonę i syna. Tamta rozpacz tkwiła gdzieś głę-
biej niż łzy.
— Obecnie pańska misja polega na domaganiu się, także za
pośrednictwem pana orkiestry...
— Moja orkiestra już nie istnieje. Zniszczyliście ją.
— ...na domaganiu się zwolnienia Michała Kurnosowa,
prawdziwego autora Rosyjskiej prawdy.
— Nie mam już mojej orkiestry.
— Niech pan pozbiera resztki. Inne orkiestry będą żądały te-
go samego. Chodzi tu o operację zgraną. Trzeba jednak, żeby to
pan wystąpił jako pierwszy. W ten sposób oczyści się pan przed
opinią publiczną we Francji. Gdy pan zacznie, inni pana poprą.
Przy następnym spotkaniu podam panu dalsze instrukcje.
Piotr podniósł się z miejsca. Był nieduży, zwinny, energiczny.
„Żmija!” — pomyślał Aleksander.
Tamten podał mu dłoń. Sparaliżowany przez ból Aleksander
przyjął uścisk.
— Niech pan coś zrobi i weźmie się w garść — powiedział

308

istnienie. W otwartej jeszcze ciastkarni. Ruszył miękkim krokiem w stronę drzwi. Tego wieczoru jednak w jego myślach panował taki niepo- rządek.. Powiedział sobie więc. gdybym go był znał. dorzucając jedną z mniej- szych obelg — będę cię miał na oku. Poczuł nienawiść do ich rodziców. Zrobił to tak. Najgłębsze cierpienie kryło się w myśli o przerwanej linii czułości. Po- przestał na wypiciu dwu kieliszków wódki. to byłoby łatwiejsze do zniesienia”. ale to nie będzie już nigdy Dymitr. dlaczego żyłem?”. Wciąż powtarzał słówko „dlaczego?”. Włóczył się ulicami. Zazwyczaj myślał w sposób całkiem abstrakcyjny. rozcięty na obu bokach. które nigdy więcej nie powtórzy się. uszyty został z pewnością po tej stronie żelaznej kurtyny. przygotowany przez gospodynię. gdyby nie wrażenie. że odczuwał potrzebę ujęcia ich w słowa. co trzeba. mógł jeszcze spłodzić synów. arterie. nie posługując się żadnym języ- kiem. — powiedział po rosyjsku. Po- tem wyszedł nie spoglądając nawet w stronę Jessiki.. jakie na nim wywarł ten człowiek: była to nienawiść od pierwszego wejrzenia. Uczyniłby tak. którego nawet nie poznał? „Ach. jakby alkohol mógł zaspokoić pragnienie. dla- czego zabrano mu to życie. — Niech pan zastosuje odpo- wiednie środki polityczno-kulturalne — ruchem podbródka wskazał stolik.Piotr z lekkim odcieniem litości. 309 . Jego ciemny garni- tur.. jako że był spragnio- ny. wilgoć przylepiała się do skóry.. Było chłodno. do- strzegł grupę dzieci. — Tam jest wszystko. Mylił się oczywiście. używając francuskich słów i rosyjskiej gramatyki: „Jeżeli bym nie miał syna. która jaśniała jak świetlista bryła w ciemnościach wieczoru. Miał czterdzieści dziewięć lat. atakowała kości. Spojrzał zimno na Jessicę: — Ty. Spotkała go straszna niesprawie- dliwość. W pierwszym momencie Aleksander chciał skorzystać z rady Piotra. która nie znalazła dla siebie żadnego przedmiotu.

niewysoki chłopak o czarnych włosach. gdzie wynurza się każdy ból. że znajduje się przed ozdobnymi drzwiami mieszkania Ballandara. — To zależy dla kogo — odparł Aleksander. Nieco mniej dotkliwie odczuwał śmierć Ałły. Wszystko to było nie do odzyskania. I mały też nigdy się już nie uśmiechnie. Czuł. który się tworzył w jej pra- wym policzku — a może w lewym? — gdy się śmiała. poczucie bezsilności w obliczu wszystkich wyzwisk. jakie zgro- madzono pod jego adresem. którego odprowadził grzecznie do wyjścia. wzajemnego zaufania. tam. odsłaniającym chorobliwie delikatną pierś. Zmierzył Aleksandra wzrokiem: — José nie ma w domu. 310 . Otworzył mu mło- dy. Te udręki dokuczały mu jak pę- cherze u stóp czy jak wypryski na wargach. Na samej górze. wspólnie zapoczątkowanej kreacji nowego człowieka. Ile razy uśmiechała się do niego? Już nigdy tego nie zrobi. Mogłoby do tego doprowadzić tylko fizyczne cierpienie. a jednak w niczym nie odbierały dotkliwości żałobie. bezczelność tego czy innego dziennikarzyny. jak ciemniały jej szare oczy. Myślał o dołku. Te dwa cierpienia stanowiły jak gdyby basso continue dla bó- lu jeszcze ostrzejszego. i nagle zorientował się. niezależnie od hierarchii przyczyn i motywów. gdy przestawała kon- trolować swe reakcje. gdyż do tej pory uważał złośliwość za prze- jaw słabości. od La Muette do Ogrodu Luksemburskiego. że te wyzwiska raniły go. Przeszedł przez cały prawie Paryż. w koszuli o szeroko otwartym kołnierzyku. cho- ciaż miałby ochotę (i mógłby to zrobić) wyrzucić go przez okno. wreszcie poniżenie na myśl. drę- czyły go zmartwienia ostatnich dni. przypo- minał sobie. chociaż w gruncie rzeczy obmowa i dezin- formacja były jego rzemiosłem. choć tak bardzo rozdzierające były wspomnienia tej czy innej bardzo intymnej chwili. wkraczając do przedpokoju. że pojawia się w nim coś złego i było to coś nowego.

Gdy zobaczył Aleksandra. że jeszcze raz chcę się do niej odwołać. Jeszcze upuści pan ten bohomaz. Byłby zachwycony. zaczęły drżeć. Pisuje pan teraz. Aleksander uśmiechnął się: — Nie widzę zachwytu w pańskiej twarzy. trzymające ramę obrazu. Ballandar. w małej szmacie dla po- zbawionych wielkiego wpływu lewicowych intelektualistów. zrujnował moją karierę. bardzo mi zależy na pańskiej przy- jaźni. poruszając ramionami niczym motyl skrzydłami: — José. mina mu zrzedła. Alek- sander przyglądał się temu z satysfakcją: — Niech się pan tak nie denerwuje. trochę zamglonymi. Być może wdrapie się pan z powrotem na 311 . Efeb jed- nak uciekł przed nim. dobierając słów i celowo unikając spojrzenia młodego człowieka: — Artykuł. To chyba wystarczy. ze swą kasztanową. jakiś Turek chce z tobą mówić. przejęty zgrozą. Uniesione ręce. i to mogło usprawiedliwiać turecki epitet. José. Ballandar odpowiedział mu wolno. Alek- sander mało co nie obrzucił i jego oszczerstwami. w niczym nie przypominał Turka. gdyby młody człowiek próbował mu sta- nąć na drodze. falującą czupryną i brązowy- mi oczami. w koszuli z podwiniętymi rękawami. Zrzuciłby go natychmiast ze schodów. Aleksander. — Dobrze. zamierzam więc zrobić niezły prezent «Lemieszo- wi». otworzył szeroko usta. To się nazywa «Buldożer»? — To rewolucyjne. Jeżeli tylko potraficie z tego wyciągnąć korzyści. który napisałem z przyjaźni dla pana. nie sądzi pan? — Drogi panie Ballandar. nieprawdaż. do tego stopnia. zdejmował właśnie ze ściany jeden z obrazów z serii nowoczesnej. będzie to dla was wielka okazja. swą cerą „krew z mlekiem”. Lecz biła od niego w tej chwili brutalna siła. najbar- dziej wartościowy. Młody człowiek. godne szacunku pismo nazywa się «Le- miesz».

by oczyścić tę sytuację. Dzisiaj był w nastroju „jeńców-rozstrzeliwać-na- poczekaniu”. Od jutra zaczniecie kampanię na rzecz uwolnie- nia prawdziwego Kurnosowa.. co nie było całkiem udane. lecz autor chciał pokazać. Teraz z kolei Ballandar uśmiechnął się: — Pan mi to obiecuje? Pan sobie chyba nie zdaje sprawy. Dwa dni później «Lemiesz» zamieścił w ramkach następujący tekst: I z czego się śmiejemy? Publikacja książki. Nie wiadomo już. to pan tkwi po prostu w kloace.. Albo rozpocznie pan tę kampanię i zbierze pan laury. — Pewnego dnia — powiedział Ballandar ze znużeniem— znajdę jakiś sposób. lecz całkiem zwykłej i 312 . Gra wojenna? Nie chce nam się w to wierzyć.) ZSRR przysłał do nas pirata. co do wartości której nie mogą się po- godzić wybitne umysły. . nie rosyjskiej tym razem. Aleksander zaśmiał się obraźliwie.. i obrócił się na piętach. Aleksander przypomniał sobie. żeby się pana pozbyć.albo też urządzimy rozbiór pewnego tekstu. stała się czymś więcej niż tylko wydarze- niem czysto literackim. — . który naprzód przedstawił się jako autor tej książki. że poprzednio szantażowanie Fourvereta i Ballandara nie przyszło mu tak łatwo. — Może pan wybierać. obiecuję to pa- nu. później wyznał. jak bardzo jest wzruszony. (Powyższe zdanie nie jest zbyt udane. później jeszcze odwołał swe wyznanie. publicznie. że jest oszustem. w co wierzyć. jedyną metodą uzy- skania prawdy.swój piedestał. Jedyny sposób.. i jaka jest gra. Prasa was poprze. A zaczniemy od pańskiego młodego przyjaciela — wsunął dłoń do kieszeni marynarki.. której tytuł odważmy się wymienić — Ro- syjskiej prawdy — pracy. drogi panie. że jeżeli ja jestem w rynsztoku. Dzisiaj było inaczej.

jak wolicie. Półoficjalne głosy dawały do zrozumienia. Sam Etienne Dépensier we własnej oso- bie. szansa. Oczekiwał teraz. Paryż gotów jest pasjonować się byle czym. jeśli nie jest to ta sama osoba. jakie rzucam. o co wszyscy powinniśmy zabiegać w sposób jak najja- śniejszy. Chcemy. by te namiętności były aż tak sponta- niczne. To gorączkowe przekazywanie sobie pałecz- ki z rąk do rąk sprawiło. Oto wyzwanie. jaką ofiarowuję przy- wódcom Związku Radzieckiego. trwożąc się o to. gdy spełniło się proroctwo Aleksandra. czy też towarzysze. o co wszyscy winniśmy się trwożyć. okażcie wreszcie dobrą wolę! Ośmieliwszy się napisać te linijki. dołączą do nich z pewnością całkiem szcze- re skrzypki i kobzy. będzie uwolnienie autentycznego autora tego kontrower- syjnego dzieła. które mogłyby w danym wypadku doprowadzić do uwolnienia pewnej osoby o nazwisku wymienianym przez wszystkich. Ballandar schował głowę w piasek. Te wyjaśnienia mogące prowa- dzić do zwolnienia z więzienia. zmieniając o 180 stopni pozycję. Michała Kurnosowa. a także. autora za- machu na Breżniewa. prasa mogła szybko wykazać się sukcesami. że rząd bada możliwości zażądania od przywódców pewnego kraju wyjaśnień. Jeśli siedem orkiestr na raz gra tę samą melodię. Tego już za wiele! Niechże Kreml nie bawi się z fran- cuską opinią publiczną jak kot z myszą. które tak przejęło tych wszystkich. cóż to za wyłom! 313 . Nie minęły jednak dwadzieścia cztery godziny. że straci swe miejsce w «Lemieszu». od jojo do giloty- ny. by prawdziwy Kurnosow został uwolniony i byśmy mogli go zobaczyć”. z głębi swego wygnania. jak mogłoby się wydawać. Panowie. domagając się tego. zaśpiewał swym wy- kształconym i liberalnym sopranem: „Nasz przyjaciel Ballandar.nagiej. co podziwiają jego wyjątkowy talent (niechże jego nowa trybuna nie weźmie mi za złe tego sformułowania!) daje nam przykład. nie wierzmy jednak. że po ośmiu dniach cały Paryż wołał zgodnym chórem: „Uwolnijcie Kurnosowa!” Ponieważ jedna z orkiestr umieszczona była w administracji.

Zwłaszcza dotyczyło to mieszkańców XVI czy VII dzielnicy. by mieć zaledwie jedną opinię na pięćdziesiąt milionów osobników) rzuciła się z za- jadłością na ten kąsek. W godzinach natomiast. że zażarci i za- chrypnięci zwolennicy domagania się cudzej wolności woleli atakować raczej greckich pułkowników czy chilijskich generałów niż komunistów. by krwawo załatwili swoje porachunki. oświetleni przez uliczne lampy: „Oddajcie 314 . a więc naturalnym odruchem sza- nujących się Francuzów była rezerwa wobec skrajnej lewicy. czyż Ballandar nie dał dobrego przykładu? Rzecz więc nie mogła być nadto niebezpieczna. a to przecież jeszcze zabawniejsze. gdy pojawiali się w tych okolicach szczególnie wymagający profesorowie pra- wa czy literatury. Opinia publiczna (lub to. Tym razem jednak miało się wrażenie. Dzielni Paryżanie biegli manifestować pod ambasadą sowiecką i przed siedzibą ambasa- dora. tak jakby społeczeństwo było już tak ogłupiałe. co określa się jako opinię. Ko- muniści zasiadali w rządzie. Ale przecież ktoś. Była to jedna z najweselszych mód Paryża. Prze- chodnie prowadzący psy zatrzymywali się ostentacyjnie przed numerem 79. Wreszcie. a także wy- znawców zachodniej odmiany jogi. Na ogół działo się tak. kto żywi humanitarne przekonania nie cofnie się przed ryzykiem przeziębienia i kataru. Każda organizacja wydała własne instrukcje i w ten sposób rozpoczął się karnawał. młodzi śmiałkowie wykrzykiwali pod bramą wjazdową budynku. Z komunistami natomiast nigdy nie wiadomo. Na ulicy Grenelle nie działo się nic skandalicznego. gdyż nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek re- wanżu. lecz to raczej psy niż ich opiekunowie dawały wy- raz swym przekonaniom. Tylko późnojesienna pogoda sprzyjała interesom ZSRR. Zresztą można połączyć przyjemne z pożytecznym. a nie kotka. Byle co wystarczy. że można było pociągnąć za ogon tygrysa. posiadaczy psa czy roweru. to jest joggingu: nic im nie przeszkadzało w jednoczesnym zabieganiu o wolność i troszcze- niu się o zdrowie własne lub Medora.

mówię: jestem pieśniarzem. mówię dalej. ale to nic między nami nie zmienia. który eksterytorialne przywileje przekształciły w działkę proletariackiego raju. Pensję ambasadora. Ten cza- sownik. bo pan jest? Tak. A jeśli mogę być niedyskretny. by odbyły trzy rundy (płacone były wedle najniższych stawek). No więc żeby zacząć rozmowę. Panienki w granatowych mundurkach przychodziły ze swo- imi pinczerami. przed pałacem-bunkrem. jestem incognito. sprawdzając czas biegu na chronometrach. bo już się trochę nudziłem. mówię. Krążono. jaki kraj pan reprezentuje? No. Tak więc obchodzono dookoła budynek ambasa- dy. on mi na to. w kierunku wskazówek zegara” — zadekretowali rzecz- nicy wolności. a pan? A ja. jaki dział się na drugim końcu Paryża w XVI dzielnicy. obliczały dane statystyczne. i on też krążył. Ach tak. byłbym niespokojny. gdybym nie miał swojej budy 315 . Była to okazja do wyznaczania sobie spotkań: „Będzie pan krążył dziś wieczorem?”.nam Kurnosowa!”. Wie pan. Panowie w kapeluszach opowiadali sobie przeżycia wojenne lub przygody innego rodzaju. krążyć. Nie- które panie — tak przynajmniej opowiadano — wysyłały pod ambasadę swoje portugalskie służące z poleceniem. Gazety publikowały zdjęcia. styl kapitalistyczny. Było to jednak niezmiernie skromne w po- równaniu z cyrkiem. on mi na to. podawały własne oceny. brzuchaty. Pieśniarze udzielali wywiadów: „Wczoraj właśnie krążyłem i był koło mnie taki facet. i dużo pan za to dostaje? Aż trudno uwierzyć. Licealiści pokonywali całe kilome- try. Tutaj trwał nieustający niemal pochód. Widać było zaciekłych rowerzystów i leniwych właści- cieli motorowerów. „Idziemy dookoła bu- dynku. Ja pod wraże- niem. on mi na to. z cygarem. Związek. nie jesteśmy przecież w Peru. oznaczał przez dziesięć dni „okrążać z lewej na prawo ambasadę ZSRR”. a damy w brajtszwancach — z afganami. posługując się czerwonym sztandarem jako punktem od- niesienia. jestem amba- sadorem. Członkowie Racing Club pojawiali się ubrani w kolorowe krótkie spodenki i krążyli wokół pałacu.

Dziękuję. już 316 . surowe płótno. leczcie Breżniewa”. Zaraz. powiewające później raźnie na trzonkach mioteł. Dobrze. Niech pan krąży.pod ręką. nie jestem snobem. a nawet zagadkowe „Skróć- cie”. Policja nakazywała demonstrantom oddalenie się od budyn- ku ambasady. „Uwolnijcie Anonimowego więźnia”. prześcieradła. powiada. No to ja byłem zaszokowany. „Precz z psychusz- kami”. „Jesteście gorsi niż carzy”. chwileczkę. który krąży w przeciwną stronę niż wszyscy pozostali. możecie więc zobaczyć. To dobre dla zdrowia. Wiele spośród tych dowcipnych haseł przetłumaczonych zo- stało przez ochoczych slawistów na język rosyjski i dzięki temu niejeden zuch. Mówię mu da- lej. dam panu radę. wystawiali na pokaz mniej czy bardziej pomysłowy slo- gan: „Wolność dla Kurnosowa”. skrawki. nie mogła jednak zabronić wszystkim zwolenni- kom Kurnosowa wstępu do XVI dzielnicy. który nigdy przedtem nie widział na własne oczy cyrylicy. „Wymieńmy Marchais na Kurnosowa”. przenosząc je na papier. jeśli spostrzeżecie gościa. „Uwolnijcie Kurnosowa. wielu jednak sięgało ponadto po proporczyki. dyktę. możecie się do niego zwracać per Wasza Ekscelencjo”. „Pokażcie go albo zdema- skujcie się sami”. a nawet — dawała tu o sobie znać nostalgia do Action Française — na stare kaleso- ny. bo może się pan narazić swoim szefom. Większość derwiszów — bo tak ich przezwał satyryczny «In- dyk uwolniony z okowów» — zadowalała się samym krążeniem. tak że pod znudzo- nym okiem gwardii republikańskiej krążenie trwało dalej. „NIE dla sowieckich oszustów”. rosyjskich zdań. zabierał się do kopiowania. to dlaczego krąży pan razem z nami? Cóż. jeżeli pan jest ambasadorem Związku. ale nie w tym kierunku. od lewa do prawa. niech pan posłucha. karton. Niech pan przynajmniej krąży z prawa na lewo. powiewające po- nad ich rowerami lub tkwiące za paskiem spodni. a poza tym nie lubię wyróżniać się spośród tłumu. z mniejszym czy większym powodzeniem. Gdy szli lub jechali. nie myślałem o tym.

by na to miejsce przychodzić z od- znaczeniami. Zapoczątkowano prawdziwe współzawodnictwo orderowe. z któ- rych jeden w nawiązaniu do łacińskiego słowa revolutio. Pospieszyli za nimi obywatele odznaczeni różnymi orderami. na welocypedzie. Pewien znany karykaturzysta naryso- wał dwu elegantów w szlafrokach. jakaż to była radość. posiadająca od dwóch lat wyścigowego rumaka czystej krwi. Gwiazdy Polarnej i Afrykańskiego Zbawienia. na de- skorolce. a odnalezione na strychach. Gdy pojawiła się na swym gniadoszu przed ambasadą. zwłaszcza we Francji rządzonej przez socjalistów! Królowały rekwizyty: zwol- nienia Kurnosowa domagano się w hotchkissach i studebake- rach. wykopane z kufrów.nie tak blisko budynku. słodki dreszcz przeszył Paryż. na wrotkach. Przez dwa dni panie prezentowały najbardziej nie- wiarygodne kapelusze. Odtąd zapanował zwyczaj. mając na sobie trójkolorową szarfę. Atak przypuszczano przy pomocy lufek i trzcinowych laseczek. Lewicowcy i księżniczka w służbie tej samej sprawy! Dochodziło do wypad- ków prawdziwie epickiego bratania się w tej okolicy: dwaj ana- chroniczni już nieco hippisi połączyli się entuzjastycznie z kawa- lerami maltańskimi. wylansował jeszcze jedną sub- modę. Jeden z deputowa- nych okrążył ambasadę. śledzone przez dzienniki wyliczające potem najbar- dziej rzadkie okazy: order Alberta Niedźwiedzia. Św. pochodzące z Rio czy Nowego Orleanu. Największy sukces odniosła pewna belgijska księżniczka. przeciwstawić się ZSRR. po raz pierwszy w życiu czuję się rewolucjonistą”. w trójkołowcu De Diona i Boutona. Pojawili się wkrótce merowie z trójkolorowymi pasami. Juliana z Poirier. mówi: „Wiesz. Jedyny w swoim rodzaju snobizm jednoczył 317 . mój Boże. idących ramię w ramię. Odwróconego Smoka. Ach. by zatoczyć rundę wokół wyniosłej budowli. Wzburzenie dotarło nawet do parlamentu. w asyście całej kawalkady i powiewając transparentem z napisem „Wymienię mojego na waszego”. którego nazwała „Żelazną Maską”. Cierpiący na bezsenność mieszkańcy dzielnicy zjawiali się o drugiej nad ranem. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

„Co pan myśli o Gawierinie? Kto jest prawdziwą «Żelazną Maską»? Do czego zmierza w całej tej sprawie ZSRR? Czyż nie został przez to wszystko ośmieszo- ny?”. Telefon dzwonił bez wytchnienia. Psar wypowiadał się w sposób enigmatyczny. — Czy nie za dużo pracy spadło na panią. także i Małgorzata pracowała tak jak on. Fakt.wszystkie warstwy społeczne Paryża. przyjmując oznaki skrytej sympatii i krzykliwe objawy poparcia. ani nie potwier- dzał. że ktoś mógł wziąć pod uwagę możliwość ośmieszenia się pierwszej potęgi militarnej świata wydał mu się niezgłębionym idiotyzmem. jeśli nie więcej nawet. Kalendarzyk Psara. i nie kryła się ze swym uczuciem radości na widok agencji. odkrywca Rosyjskiej prawdy. niedawno jeszcze znieważana. Przybywało maszynopisów. wygłaszając przemó- wienia. biorąc udział w debacie. Małgorzato? Nie chce pani. wypełniony był na tygodnie naprzód. żebym wziął kogoś dodatkowego na ten gorący okres? 318 . która. apelując do specjalistów od sumienia i zawodowych znawców opinii publicznej. do którego wpisywało się terminy spotkań. Dyskutując. potrafił prowadzić grę w pojedynkę. Szalona działal- ność miała błogosławiony skutek — mniej cierpiał. udowadniał swoim przełożonym. Rzecz jasna. egzaminowany był przez radio rządowe i wypytywany przez rozgłośnie prywat- ne. gdy całował dłoń belgij- skiej księżniczki. Nikt tego ani nie negował. Aleksander Psar. Sfotografowano go w momencie. stał się kró- lem tego karnawału. Obaj panowie odnosili się do sie- bie nawzajem bardzo przyjaźnie. najchętniej także sprzeczny. że choć pozbawili go wsparcia znacznej części jego głośnej niegdyś orkiestry. w której uczestniczył także Ballandar. Udzielał wywiadów gazetom. Czegoś podobnego nie wi- dziano od czasów jojo. Nie konsultując się więcej z Piotrem. Aleksander rzucił się do walki ze wściekłym zapałem. teraz podwajała swój autorytet. Pojawił się w telewizji.

który potem. rolę. Chyba że uzna pan. Nie może- my wam podać żadnych wyjaśnień. Rosjanie sygnalizują nam coś w tym rodzaju: „Twierdzicie. Aleksander nieufnie przyjmował oficjalne zaproszenia. że nie daję sobie rady z robotą. ale pańskie talenty i. pełne by- ły blasku. pańska odwaga (przepraszam za to wielkie słowo). wypuszczając niejako pod wasze nogi — tu pan de Mal- maison uśmiechnął się chytrze — fałszywego dysydenta. który go przyjął w salonie w stylu Ludwika XVI o trochę tylko wyblakłych tapetach. jed- nak list z Quai d'Orsay pełen był uprzejmości. Wszystko to. składając palce obydwu dłoni na kształt późnogotyckiej katedry — mam dla pana wiadomości. mimo to chcemy wyjaśnić sprawę. Rozumiem oczywiście. zupełnie dobre wiadomości. sprawiły. w tej skomplikowanej sprawie. — Och nie. bliską zresztą naszej tradycji. mówią dalej. ośmielę się tak powiedzieć. proszę pana. że w sensie legalnym nie może pan reprezentować interesów pana Kurnosowa. że się zaniedbuję. w której my możemy odgrywać co najwyżej rolę pośredników. powie działbym nawet — i minister zapewne też — bliską duchowi na- szego powołania. jest wymyślone. Za dwoma wysokimi oknami przedwczesny zmierzch kładł się nad Sekwaną. a fioletowe mgły szły mu na spotkanie. fałszywego autora nieprawdziwej Rosyjskiej prawdy. a szef gabinetu. postanowił wystąpić jako autor nieznanego nam dzie- ła. przywitał gościa jak najserdeczniej. książki opublikowanej przez waszych wydawców na ich własną 319 . Pozwoliliśmy po prostu wyjechać z naszego kraju nieja- kiemu panu Kurnosowowi. z nieznanych nam przyczyn. fałszy- wego zabójcę. — Drogi panie — powiedział Edme de Malmaison. iż w całej tej skomplikowanej sprawie wysunął się pan na pierwsze miejsce. Niebieskie oczy. schowane pod ciemnymi włosami. że stworzyliśmy w intelektualnym środowisku francuskim trudną sytuację. jak mi na to zwrócił uwagę minister. nie.

tym więcej śmiechu. który z dziesięć lat temu dowiódł. że nie jeste- ście w stanie zapewnić bezpieczeństwa nam. drogi panie. którego wyślemy wam za opłatą pocztową. Proszę bardzo. W końcu to właśnie rządy prawdziwie demokratyczne powinny być wrażliwe na opinie społeczeństw. Także i ten osobnik nosi nazwisko Kur- nosow. i nie ma w tym nic dziwnego w kraju wielko-rosyjskich nosów. zaczęlibyście po dwóch tygodniach 320 . ale w pierwszym rzędzie upokarzająca was samych.) Cóż. O co więc chodzi? Rozpętała się u was kampania trochę nieprzyjemna dla nas. pracy. wysłał na Zachód i opublikował. tego. to bez naszej zgody. Powie się znowu. Tenże «Anonimowy więzień» zo- stał przez waszą prasę błędnie utożsamiony z pewnym biednym wariatem. czemu nie. którzy grają swoje nu- mery pod naszymi oknami. że to ten sam szaleniec. że nazywa się Gawierin. to ten sam człowiek. Jeżeli ją napisał. że ustępujemy pod presją światowej opinii publicznej.odpowiedzialność. (Przemawiam cały czas w imieniu Sowietów. Rzecz jasna. że pomylono dwóch różnych ludzi. waszym gościom. Gdybyśmy go tylko zamknęli w jakimś odosobnionym miejscu. w jak złym stanie jest jego zdrowie psychiczne. Im więcej szalonych. której autorstwo przypisano Bóg wie czemu — pewnie dlatego. co z nim począć. gdyż okazuje się. rozumiemy się przecież. nie możemy wam gwarantować. nie wiedzie- libyśmy. że Marks tego nie wie — jakiemuś «Anonimowemu więźniowi». Ci histerycy domagają się naszego szaleńca? Dostaną go. jak się trafnie mawia w naszym kraju. który uznał za wskaza- ne strzelać do Breżniewa. jako że otworzył ogień do pierw- szego sekretarza partii. który w pewnym momencie oświadczył. pomożemy wam usunąć ten kolec z nogi. Natomiast możemy was zapewnić. Oczywiście nie mamy najmniejszego udziału w tym. który napisał ową książkę. W zamian za naszą usługę pro- simy was tylko o jedno: nie przysyłajcie nam z powrotem drugie- go Kurnosowa. nie potraficie nas uwolnić od klownów. jesteśmy ludźmi z gruntu dobrymi. Także i on musi być wariatem. że ten Kurnosow.

30 w Luwrze. miałby charakter na pół prywatny i przez to podkreśliłoby się równie prywatny charakter negocjacji z Moskwą. przed egipskim sarkofagiem. Nie będę próbował przekonywać pana. elektroniczną for- tecę. komitet powitalny. Jedna brew dyplomaty uniosła się na wysokość wieży Eiffla. Zapewniono nas — nie w sposób czysto formalny. co nam przekazują Rosjanie. Gdyby to 321 . gdyby pan Kurnosow numer dwa nie po- wtarzał tych wyświechtanych chwytów. Aleksander wrócił do biura. Tymczasem wolelibyśmy. Jeden Kurnosow ujdzie. Jak się wydaje. że nasz rząd odnosi się do tej sprawy z entuzjazmem. Było- by znacznie lepiej.. premier nie wyraził zastrzeżeń. jakby obawiał się zamachu na swoje życie. to właśnie on był autentycznym Kurnosowem». przenosi się z hotelu do ho- telu o północy. tak przynajmniej uważa mój minister — że nic nie będzie mu groziło ze strony sowieckiej. który zachowuje się tak. na którego czele zechciałby pan może stanąć. Byłoby dobrze. Co zrobić jednak? Opinia publiczna jest wzbu- rzona. Wzburzona? (Położył akcent nad „o”. rząd sowiecki urażony jest po- stawą Kurnosowa-Gawierina. że nasi sowieccy koledzy rzeczywiście ustąpili pod wpływem naszej oburzonej opinii.. dwu — to męczące. gdyby powołać do życia pewnego rodzaju. jak sugerował mój minister. złożony z osobistości świata artystycznego i literackiego. Oto.) Wściekła! Nic zresztą nie wyklucza tezy.. drogi pa- nie. niechże więc nie bawi się w chowanego. buduje dla siebie nowoczesną. I jeszcze jedno. „Jutro o 14. Przekazała mu wiadomość od Piotra. Krótko mówiąc. Dzwoniła pani Boïsse: będzie w barze angielskim hotelu Plaza o pół do ósmej.. lecz najwidoczniej wystarczający.krzyczeć: «Nie.. Poszedł na spotkanie. by w całej tej sprawie nie angażowały się nasze najwyższe sfery. Trzymajcie więc z łaski swojej obydwu. Komitet.. nawet gdybyście mieli umieścić ich obu w celi wyłożonej materacami”.

w muzeum Opery”. ale w małych dawkach. 322 . biorę rzecz poważnie. ubrany w ładny garnitur. kręcił się tam już niespiesznie.było niemożliwe. — Jestem Piotr. Ja wyszedłem od siebie o siódmej rano i przez cały czas przesia- dałem się z jednego środka lokomocji na drugi. Nowy Iwan był bardziej wyczulony na niuanse. i to o północy. Nie miał nic przeciwko publiczności. Mały. Usłyszał głos: — Nie mylę się: Psar? — Nie myli się pan. Miewał już pi- lotów. giętki. Piotr wzruszył ramionami. Aleksander z trudem opanował niechęć. Aleksander przesiadł się dwukrotnie na stacjach metra prze- szedł przez dom towarowy mający dwa wyjścia i zjawił się w Luwrze wchodząc od strony kwadratowego podwórza. że Iwan. — Gdy mówię „środki ostrożności”. pojutrze. — Poprzednio był pan Iwanem. Iwanie. — Byłem pewien. udając. byli i tacy. czarno- niebieski. Zrobiłem sobie przerwę obiadową. — O której godzinie wyszedł pan od siebie? — Z biura? O dwunastej trzydzieści. że podziwiają wazy i grobowce. Zaczęli wspólnie przechadzać się po muzeum. co najchętniej wyznaczaliby spotkanie na pustyni. — Jakie powziął pan środki ostrożności? — Wystarczające. — Piotr. pół godziny wcześniej. suchy. którzy lubili miejsca spotkań uczęszczane przez wielką publiczność. — Piotr każe przypomnieć panu — powiedziała Jessica — o niezbędnych środkach ostrożności. żmijowaty Piotr. trzymając ręce założo- ne na plecach. Aleksander przypominał sobie zasady tego rodza- ju spotkań i udał się pod egipski sarkofag.

że trzeba pana zostawić. Zatrzymali się przed posążkiem siedzącego w kucki skryby o dziwnych. — Najwidoczniej każda cywilizacja ma swoich biurokratów — odezwał się Aleksander. że zapożyczył pan od Francuzów pewną lek- kość tonu i stanowczo wypraszam to sobie. mógłby zrazić niektóre osobistości. jako że prowadzona przeze mnie operacja jest nad- zwyczaj ważna. — Tak właśnie trzeba postępować. żeby mu pan przykręcił trochę śrubę”. Wybrano Francję ze względu na jej uniwersalistyczną tradycję. i komunizm. że istnieje pomiędzy nami pewien konflikt i zaproponowałem mu. którzy odrzucają i kapitalizm. trzeciego rozwiązania i zwracającej się do tych. występującej z propo- zycją innego. Gdy byłem jeszcze młody i dziecinny. korporacyjnej. pewnego rodzaju powszechnej partii politycznej o tendencji prawicowej. Rolę katalizatora odegra tu dysydent. ktoś. bawiąc się porównywaniem nieru- chomego spojrzenia egipskiego skryby z oczami Piotra. niech pan mnie nie zmusza do sięgnięcia po metody dyscyplinarne. gdzie się obecnie znajduje ten człowiek. przysłano mi skrupulata w pańskim stylu. Niech pan się dowie. na przykład Stanów Zjednoczonych. — Mam dla pana dalsze rozkazy — powiedział cierpliwie Piotr. i do- dał: „Wystarczy. inkrustowanych oczach. — Psar. jeśli nie ma się natural- nych zdolności. — Iwan. Zameldowałem już towarzyszowi Pitmanowi. a 323 . Zresztą wybór kraju bardziej potężnego. żeby wyznaczył innego agent d'influence. Psar? Aleksander wykręcił się żartem. by nie nosić przy sobie kompromitujących dokumentów — będzie stworzenie. niech pan zajrzy do mojej teczki. Odpowiedział mi. naprzód we Francji a potem na całym świe- cie. Czy to jasne. — Istotą tej operacji — Piotr nauczył się swego tekstu na pa mięć. kto swym życiem dowiódł wrogości wobec komunizmu. autorytarnej. — Zauważyłem.

Być szarą eminencją (złym duchem?) partii działającej na skalę globu.którego dzieło wyraża wrogość wobec kapitalizmu. Drażniło go płaskie światło rozlewające się wokół tych ogromnych mas ożywionej skały. i nie wolno dopuścić. Nie miał racji. by zaczął podejrze- wać. gdy oskarżał swych szefów. ponieważ nie można mu przydzielić zwyczajnego pilota. Znaleźli się na wprost wielkich schodów. do czego to służy?” — pytał się Aleksander.. Dyrekcja ofiarowywała mu najwspanialszą misję. Trwały tu prace remontowe i bogowie. A później? Grecja czy Rzym? Co to wszystko oznacza?” Jednocześnie czuł poruszenie swej ambicji czy próżności. przełożonych. dotarli do Greków. za- mierza założyć faszystowską partię polityczną. — „Nie mam już syna. „Wszystkie te piękne posągi. bro- niący się przed inwazją rusztowań i drabin. W tej sytuacji. — Kurnosow — ciągnął dalej swym dydaktycznym tonem Piotr — przejął ideę utworzenia takiej właśnie partii. i przywieść ją któregoś dnia przed oblicze mistrzów. autora zamachu na Breżniewa i pracy pod tytułem Rosyjska prawda. Barbarzyńcy zwyciężyli. cała ta cywi- lizacja. a państwo. „Zwycięstwo: nie ma nic wspanialszego. Przez sekundę ujrzał znowu galerię chimer i dwie sylwetki na szczycie tego wielkiego kościoła-okrętu. Ale kto po- konuje kogo? Maraton. Agent d'influence Aleksander Dmitrycz Psar zatrzymał się przed posągiem Nike z Samotraki. Barbarzyńcy zawsze zwyciężą”. Chodzi o Michała Leontycza Kurnosowa. któremu służyłem przez trzydzieści lat. urodzonego w Kostromie 12 lipca 1926. jaką tylko można sobie wyobrazić. w której złoczyńca podkłada pod busolę sztabę 324 . tak. zostanie oddany pod nadzór agent d 'influence Aleksandra Dmitrycza Psara. budzili w zwiedzają- cych dziwny niepokój. to oczywiste. że jego partia będzie sterowana przez KGB. przemaszerowali przez dział asyryjski. Opuścili dział egipski. i. Rzecz jasna nie podejrzewa wcale. Potem przypomniał sobie po- wieść Verne'a. po przejściu długiego korytarza wyłożonego białymi płytkami.. Salamina.

by być jeszcze lepiej znanymi. Wie pan o tym. wyczerpanego agenta.. Wszyscy oni zaliczani byli do umiarkowanej prawicy. Wolał cofnąć się niż wspinać się po 325 . Z trudem tylko utrzymywał się na nogach. Alek. który chciał dotknąć policzka i nie mógł go dosięgnąć. że Kurnosow będzie chciał głosić swą doktrynę. jednak trzeba będzie pomóc mu. że nie powinno się doprowadzać do ostateczności zmę- czonego.. marzeniem. że nie uczyni sam ani jednego kroku. lepiej niż w książce. Jeśli uda się ich zwerbować. z trudem wypo- wiadał poszczególne słowa. Nagle jednak cała ta sprawa wydała się Aleksandrowi nie- skończenie skomplikowana i męcząca. zgodziłem się jeszcze. gdy Pitman podsunął mi tamtą pułapkę. Żył jednym tylko pragnieniem. intelektualistów. pochlebiał mu roz- miar tej operacji. Tak. „Ja już nie wrócę. Ty wrócisz zamiast mnie”. że chciałem wrócić. dość już znanych i za- pewne marzących o tym.. — Jestem zmęczony — powiedział — a nasz podręcznik po- wiada. w pewnym sensie. że marzę o po- wrocie. Wszystko wskazuje na to. przesuwając północ. Piotr wyliczył trzydzieści siedem nazwisk mężczyzn i kobiet różnych narodowości. — Pierwszym zadaniem Psara — mówił wciąż Piotr głosem pozbawionym wyrazu — będzie zaskarbienie sobie absolutnego zaufania Kurnosowa. będzie to udany połów. I palec. był w stanie ją przeprowadzić. i w dodatku z podniesioną głową. tyle że.żelaza i zmienia w ten sposób kurs statku nie dotykając steru. Aleksander nie miał obecnie więcej sił niż ten palec. które było osią i sprężyną jego egzystencji. W pewnym sensie wszystko się dla niego skończyło. to dlatego. przestało go to interesować. Jeśli poprzednim razem. żeby mógł ją przedstawić w sposób dokładniejszy i bardziej zrozumiały dla Zachodu. Kurnosow będzie tak dalece zależny od Psara. ją właśnie trzeba było skompromitować. Trzeba będzie także zasugerować mu wybór do komi- tetu kierującego partią następujących nazwisk.. tak.

Przekazuję je. Przez dłuższą chwilę stali przed posągiem Wenus z Milo. Tak. — Psar. Prócz nich rzeźbie przypatrywało się jeszcze kilku turystów. że Pitman myli się co do pana. Nie. Najwi- doczniej nie przeszło to panu całkowicie. Gdy ma się czterdzieści dziewięć lat. Jeżeli chce pan poprosić o urlop. którego pan nigdy nie widział. — Piękna samica — powiedział Piotr. to nie jest wykluczone. Piotr. patrzył na niego ironicznie: — Mnie się wciąż wydaje. Dzieci nie chcą mieć starych rodzi- ców. poprę pana. Aleksander. Iwańczyk. nie po- winno się już płodzić dzieci. Zaciskam. by spokoj- nie przyjąć wiadomość o śmierci kobiety. Mam zacisnąć śrubę. Wyobraża sobie. nie. Psar. Powiedziano mi. mimo że złajany przez kogoś młodszego od sie- bie. Ale jeżeli odmówi pan wyko- nania rozkazów. — Nie chodzi o to.. że był pan po trosze literatem. 326 . W jaki sposób miałby pan przykręcić tę śrubę? Nie ma pan nawet pod pachą bułgarskiego parasola. Ale.schodach. nie naszpikujemy czekolady kurarą. sprawa jest oczywista: pan się wykoleja. żebym miał rację. Albo ma pan nerwy w bardzo złym stanie. i bachora. powstrzymał wybuch gniewu: — Być może ma pan rację. niech pan zrozumie. W gruncie rzeczy nie stać pana nawet na to. idący przy nim. czy żebym się mylił. trzy reakcyjne zakonnice w kornetach i dwaj rozbawieni liceali- ści. Musi pan natychmiast znienawidzić cały świat. że zgodzę się teraz i założę nową partię. Zajmie mi to dziesięć lat. Mam dla pana instrukcje. nasze społeczeństwo nie potrzebuje wcale niezdyscyplinowanych fantastów. którą znał pan przez dwa tygodnie.. albo też wyobraźnię zbyt bujną jak na naszą profesję. — Bierze pan własne życzenia za rzeczywistość. że jest pan jedną z gwiazd jego sławnej dyrekcji. — Załóżmy.

przyjdzie i mnie zgnić na cmentarzu w Sainte-Gene-viève? Piotr wzruszył ramionami. Iwan. — To zależy od pana. zajmę się tą operacją. Ty wrócisz zamiast mnie”. — Wolę Afrodytę niż Erosa — odpowiedział na to Aleksan- der. — Dobrze. — Piotr. Zdecydo- wanie wolę robaki rodzime i dziedziczne. szczupłymi i ukrytymi pod ład- nym garniturem: — Czy to ważne. jeśli znajdziemy dla pana następcę. klasyczną Wenus i asystującego jej Kupidyna z późniejszej epoki. wskazując na piękną. Alek. Trzy. Piotr. które robaki się karmi? — Proszę sobie wyobrazić. Nie chcę być pożarty przez faunę wykarmioną na francuskich drobnomieszczanach. Aleksander dogonił go: — Ile czasu zajmie tym razem operacja? — Pięć lat. Aleksander zamknął oczy. że to dla mnie istotne. . — Tak więc. „Ja już nie wrócę. Piotr ruszył w drogę: żmija wijąca się między posągami bo- gów. jeżeli odmówię. — Zajmę się tą operacją.

patrzyli na jego krótki. odzianych w zielone mundury ozdobione czerwonymi insygnia- mi. wystający nad okulary w żelaznej oprawce i na tors. dyrektor naczelny wydawnictwa Lux. któremu prze- wodniczył Aleksander. lecz z wielkimi szansami na rychły 328 . piramidalny nos. wysłany został do Francji chyłkiem i w pośpiechu. wszyscy oni rzecz jasna udawali. gdy lądował tam samolot specjalny. dzięki temu jego zasiłek wynosił 110% pensji. Stąd jego członkowie obserwowali niewielkiego człowieczka sta- wiającego wielkie kroki. jaki dialog wpisać mu w rysunek? — pytał Mon- thignies. pewien chytry biskup bułgarski. lecz Kurnosow. Pozostali członkowie komitetu powitalnego. wci- śnięty w nowiutką kanadyjkę. na emeryturze. Zawo- dowcy: Baronet. Z ust przybysza buchały kłęby pary. to jest pewien pijany albański dramaturg. agent „martwy”. Fourveret. Był on teraz szczęśliwym bezrobotnym: zdecydował się na naukę języka niemieckiego. które- go ten kraj domagał się tak głośno. mieścili się w dwu kategoriach. Amato- rzy. został odprowadzony do Pa- ryża przez przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. — Kto powie. 7 TWARDY ZNAK Lodowa. żydowsko-amerykańska hrabina. Komitet powitalny schronił się przed zimnem za szybą. porowata skorupa pokrywała pustynię lotniska w Roissy. Gawierin. że są bardziej paryscy niż paryżanie. lub też „samoniszczący się biologicznie”.

Trzymał się całkiem prosto. Błyskały flesze. który miał w swoim czasie odegrać rolę fałszywego Kur- nosowa. w czym dyrekcja. która cie- kawa była. Kurnosow znieru- chomiał w środku tego kręgu. a także wymieniony już Monthignies. że francuskie słowo oiseau wymawiał „o-isse-e-a-u”. ściskając pod ramieniem paczkę rękopiśmiennych notatek. Przez jakiś czas wymowa ta będzie chroniła go przed niedy- skretnymi natrętami tak samo. Chciał przejąć wyłączną opiekę nad Kurnosowem. jakie tylko zechciał. Ballandar. a angielskie church „skiursk”. Natomiast Kurnosow autentyczny otrzymał wprawdzie wszystkie książki. — Co oni chcą wiedzieć? 329 . — A więc z pierwszej fali emigracji? — Mój ojciec był oficerem białej armii.powrót do zawodu. Ga- wierin. A kim pan jest? — Psar. by zdecydowanie wyrugować z komitetu osobistości zbyt wrzaskliwe lub podejrzane o przynależność do innej orkie- stry. — Poznajmy się. czy Sowieci całują w rękę równie wprawnie jak emi- granci. Nie mam żadnych przesądów. Ze wszystkich stron padały pytania. przewidująca jak zawsze. majestatyczny pomimo niewiel- kiego wzrostu i za długiej kanadyjki. szła mu na rękę. wciąż krytyk «Lemiesza» i doraź- ny współpracownik «Obiektywu». jak przedtem kratki szpitala spe- cjalnego w Leningradzie. pani Choustrewitz. Proszę. Sprawiło to. Dziennikarze napierali. lub też po prostu zdolne wymówić choćby dwa słowa po rosyjsku. Aleksander Dmitrycz. — Z Psarów Iwana Groźnego? — Tak jest. Aleksander posta- rał się o to. wspomagany był potajemnie w jego staraniach wyucze- nia się języka francuskiego. — Michał Leontycz? — To ja. żeby ktoś się tym zajął. — Mam trochę bagażu. ale żadnych wskazówek ustnych.

dodając do tego jeszcze jedno zdanie: — Homo sovieticus pozostanie zawsze homo sovieticus. Co się dzieje? W jakiś sposób jest mi bliższy niż oni”. Przybyło na nią blisko tysiąc osób — derwisze chcieli uczcić swój sukces. który natych- miast. Kurnosow skłonił ciężko głowę. Myślę.. w Salwadorze. prawie jak ze wspólni- kiem. Gdzie jest samochód? Tym razem konferencja prasowa odbyła się w Pałacu Kongre- sowym. Komunizm międzynarodowy mógł co prawda odnosić sukcesy w Angoli. że margines dość skąpy.) 330 . krzywo się uśmiechając. — Zupełnie inny niż tamten? — I tak. („Rozmawiam z Divo nieomal przyjaźnie. i nie. Abisynii. ale Związek Radziecki dał dowód. — Tyle tylko. — Ma pan może moją książkę? Oni pokazywali mi tylko ga- zety. — Całkiem nieźle — powiedział Kurnosow uprzejmie. zadał mu pytanie: — Tym razem to oryginał? — Mam nadzieję.. nie zawiedli nawet najwięksi. Czyż nie udało im się wyrwać nieszczęsnego „Anonimowego więźnia” ze szponów represyjnej psychiatrii? Wśród dziennikarzy panowało wielkie podniecenie. Podkreślił tę formułę suchym ruchem podbródka. broszurowe i oprawne. W kuluarach Aleksander natknął się na Divo. po czym zwrócił się w stronę dziennikarzy i wypowiedział bardzo wyraźnie: — Wiw lia Frann-ss. w Polsce. będzie pan miał konferencję prasową dziś wieczorem. jeśli nie złoży pan teraz żadnej deklaracji. Było się z czego cieszyć. że lęka się opinii pu- blicznej. — Michale Leontyczu. że lepiej będzie. Psar zademonstrował mu obydwa wydania. Aleksander zadziwił samego siebie. Nikaragui. żeby nie psuć efektu.

ani półświatek. przygotowuję się na spotkanie z człowiekiem wygłod- niałym. zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej. zgaszonym. Typ. Ga- wierin wciąż domagał się pieniędzy. popielic. jedno mnie dziwi. Bez tego Sołżenicyn uczyłby wciąż. po wyjściu na wolność. z żywym trupem. Gdy mam się zobaczyć z kimś. Wiesz. Jak myślisz. żeby im pochlebiać i co tydzień płacić im bilet do kina. kaszmirów i alpag. To jest zapewne światek — mamrotał. to nie po to. skąd się to bierze? Divo przysłuchiwał się. znaleźć jeszcze w sobie energię i wyjechać z kraju. skośny uśmiech. kontynuować walkę. posługując się byle jaką metodą. jak to jest u nas z pospolitymi przestępcami. jednocześnie nie przestając obserwo- wać z ironicznym wyrazem twarzy norek. nierozgoryczony intelektualista. w naj- lepszym razie. gdzie stoi jego samo- chód. któremu nikt nie mógłby zarzucić żadnej podłości. kto oca- lał z łagru. to homo sovieticus militons. Mówił dalej : — Homo sovieticus przekonany jest. Aby przetrzymać łagier. fizyki w Riazaniu. ten poeta. już zapytał. Ale trafiam na ogół na szyderców. Później zwrócił się do Aleksandra: — Myślę. Nie jest tak. W rezultacie gotów jest zdobyć dla siebie byle co. Ten ironista. o którym mówisz. że wszystko mu się na leży. lecz nic nie będzie mu ofiarowane. Wciąż ten krzywy. specjalizujący 331 . trzeba być wyposażonym w pewne zalety i pewne wady. W końcu jeżeli tam posyła się ludzi do łagru. bardzo wymagających. Definiujesz go całkiem do- brze. że to typ człowieka mający wielką siłę przebicia. żeby. — To nie jest wielki świat. że chodzi tu o rodzaj doboru naturalnego. Założę się. które defilowały w pobliżu. Ja powiedziałbym po prostu. Ten natomiast tylko posta- wił nogę na ziemi francuskiej. zdegradowanym. by myśleli tylko. że nawet swego raka zwalczył siłą przebicia. jak przeżyć. ani trzeci świat.

Jego życie toczyło się z dala od prawdzi- wych trosk. bardziej przekonujący. Śmierć żony i syna tkwiła w nim jak pocisk. jest dlatego taka trafna.się w pewnego rodzaju chirurgicznej jasności wyrazu. Oczywiście. Byłoby doskonale. Divo byłby nadzwyczajnym półprzewodnikiem. byłby. było dla niego nie- omal równie bolesne. mógłby zakłócić przebieg całej operacji. teraz musiał zaprezentować prawdziwego. gdyby udało się nakłonić ten reakcyjny umysł (reakcyjny w najlepszym znaczeniu tego słowa: wciąż reagujący na bodźce) do udziału w wywrotowym przedsięwzię- ciu. Teoria przekazywania pałeczki. myślał Aleksander. myślał Aleksander. że poszczególni uczestnicy sztafety nie wiedzą. że w pewnym sensie stał się bardziej rzeczywisty. trzeba by trzymać go z daleka od Kurnosowa i nie dopuszczać do udziału w podejmowaniu decyzji. W chwili gdy zaczął przemawiać. 332 . Praca wywrotowa. Nigdy jeszcze nie promieniował tak wielką siłą wewnętrzną. Ale w okresie pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami został zraniony. tylko śmierć ojca stanowiła wyjątek. przygo- towując się jednocześnie do zainicjowania wielkiego ruchu. zawierający wewnątrz manuskrypt Rosyjskiej prawdy. Myślał o tym nie w kategoriach: „Jaki byłem wtedy szczęśliwy”. w lecie ubiegłego roku. co czynią. gdy pod fontanną Berniniego wziął od mężczyzny w pomarańczowej bluzie pakiet «Oggi». by tak rzec. ludzki. który został zablokowany gdzieś w ciele i którego nie można usunąć bez narażenia na szwank życia rannego. Był do tej pory. że dyrekcja i Pitman we własnej osobie nie mają już do niego takiego zaufania jak niegdyś. świetnym kandydatem do uniwersalnej par- tii. Obecne przejścia zbliżały go do innych ludzi i sprawiały. Także i przekonanie. sztafety. przypomina gigantyczną maszynę elektroniczną: funkcjonuje dzięki półprzewodnikom. przypomniał sobie nagle ten pogodny moment. dziewicą cierpienia. jego dusza została zraniona. jak tego wieczoru. Jeszcze niedawno przedstawiał prasie fałszywego Kurnosowa. Aleksander zasiadł na scenie Pałacu Kongresów z pewnym ociąganiem.

Niestety. to przedstawia się ona następująco: Michał Leon- tycz Kurnosow. którego doniosłości nie sposób przecenić (w ciągu dwu miesięcy sprzedano 200000 egzempla- rzy!). także i jego.lecz: „Ależ byłem wtedy młody”. I rzeczywiście. Mi- chał Leontycz nie włada językiem francuskim. znalazł się wśród nas. który przestał już być „anonimowy”. Sowiecka perfidia jest czymś oczywistym. lecz gotów jest. którego kierownic- two objął po swym zdymisjonowanym przyjacielu i protektorze Hugues Minquin. Ostatni epizod stał się kolejnym przykładem tej perfidii. odpowiedzieć na wszystkie pytania. prawdziwy autor tego dzieła. w pierwszym rzędzie. oszukując wszystkich. jak posłaniec nadziei. Jeśli tyl- ko będzie żył odpowiednio długo. które będzie nosiło nazwę „Konfraternia prawdy ludów”. 333 . Prosił. zamierza poświęcić swe życie pracy nad utworzeniem i prowadzeniem niezależnego ugrupo- wania. Jeśli zaś idzie o wstępną deklarację „Więźnia”. by wybaczono mu tę pomyłkę. mimo to jednak nie sposób odmówić im charakteru charyzmatycznego. Na szczęście powszechne oburzenie francuskiej opinii zmusiło „wielkich kłamców” do uwolnienia nieboraka. Zaczął od przypomnienia całej sekwencji wydarzeń. po- śpiesznie uwolnił fałszywego Kurnosowa. opublikował „duże fragmenty” stenogramu konferencji prasowej. Związek Radziecki. bardzo umiarkowanym. Aleksandra Psara. nie trzeba mnożyć dowodów na rzecz tej tezy. I oto jak Jonasz uratowany z brzucha wieloryba. będzie nosił na głowie wspa- niałe srebrne runo. nadziei dla krajów demokratycznych i ludów ujarzmionych. Mi- nquin pisał: „Niektóre przekonania pana Kurnosowa mogą się wydawać trudne do przyjęcia przez naszą społeczność. jakie wolny świat okazał Rosyjskiej prawdzie. wydalony z ZSRR. Następnego dnia «Niezależny Dziennik». We wstępie. Przez moment z radością doznał poczucia własnej dojrzałości. przyprawiony o paniczny lęk zainte- resowaniem. w ostatnich dniach jego kasztanowe włosy nabrały nowego blasku. za pośrednictwem Psara.

Zabrałem jego mundur i pistolet maszynowy. wie pan. Jeśli zna pan Borysa Godu- nowa. którzy zadawali pytania nonkonformistycznemu przybyszowi”. Kosztowało mnie to dwa litry wódki. Czym pan to sobie tłumaczy? 334 . Komunizm to rak. że wystarczy zniszczyć zwornik sklepienia sowieckiej katedry. Byłem przekonany. Oddajmy zresztą głos ludziom dobrej woli. Pytanie: — Jak się panu udało przemycić na Zachód najpierw fragmenty pańskiej pracy. z pewnością orientuje się pan. Pytanie: — Panie Kurnosow. Pytanie: — Czy można zapytać. jakim motywem kierował się pan przystępując do zamachu? Odpowiedź: — Można. gdzie pozwolono mi czytać wszystkie książki. Pytanie: — Dlaczego zmienił pan zdanie? Odpowiedź: — Ponieważ stałem się inteligentniejszy. Mój szwagier był w stanie uniesienia (śmiechy). Czy zechce pan potwierdzić. któremu tego rodzaju zniszczenie w niczym nie przeszkadza. że stanowi to część rosyjskiej tradycji. z jakim trudem przychodzi nam ustalić pańską tożsamość. pijaka. Pytanie: — W jaki sposób przystąpił pan do dzieła? Odpowiedź: — Miałem szwagra milicjanta. Pytanie: — Już pan tak nie myśli? Odpowiedź: — Nie. Po za- machu uznano mnie za wariata i umieszczono w zakładzie psy- chiatrycznym. Tam tylko szaleńcy widzą jasno. Pozwoliło mi to udoskonalić moją kulturę polityczną i jaśniej zobaczyć rzeczy. a potem całość? Odpowiedź: — Naiwność tego pytania jest równie wielka jak impertynencja w nim zawarta. że to właśnie pan próbował zastrzelić Breżniewa? Odpowiedź: — Potwierdzam to. by zawaliła się całość. ja- kich tylko zażądałem. Pytanie: — W zasadzie był pan dość dobrze traktowany.

przesłuchiwali moich pielęgniarzy. że posiadam pewne wykształcenie poli- tyczne i pomogli mi jeszcze w jego poszerzeniu. To koło to de- mokracja silniejsza niż faszyzm. a świat kręci się wkoło jak wiewiórka w swoim bębnie. Pytanie: — Co pan myśli o Zachodzie? Odpowiedź: — Zachód stanowi zaledwie część świata. Pytanie: — Czy ta nieudolność nie wydaje się panu podejrza- na? Odpowiedź: — Nieudolność w ZSRR nigdy nie wydaje się czymś dziwnym i podejrzanym. To Rosjanie zwyciężyli Niemców. komunizm silniejszy niż demokracja. Marksiści są przekonani. Pytanie: — Mogłoby się wydawać. Pytanie: — Co sprawiło. że się dostałem w ich ręce. o którym nie chcę publicznie mówić. Czy nie zaostrzyli wtedy kontroli? Odpowiedź: — Oczywiście. że za każdym razem. że niektóre partie pań- skiej książki przedostały się na Zachód. prowadzi to do określonych następstw. Mogli odtąd studiować in vivo funkcjonowanie umysłu kontrrewolu- cyjnego. Myślę. gdy spełnione zo- stają pewne warunki. Wyczuwam w pana głosie sympatię prokomunistyczną i radzę panu przeczytać ponownie przemówienie Stalina z 9 maja 1945. Później ludzie z KGB zorientowali się. Pytanie: — Pańscy strażnicy wiedzieli. Ale i pewien epizod z mojego życia. Marksizm uważa się za teorię naukową. że trzeba wyjść z tego koła. Założyli kraty na moich oknach. Podobnie leka- rze hodują bakterie. iż to komuniści pokonali faszystów. innych chorych. 335 . bo tylko wariat mógł się targnąć nażycie państwowego dobroczyńcy numer jeden. że nie wie pan o tym. że stał się pan wojującym antyko- munistą? Odpowiedź: — Komunizm. Odpowiedź: — Nieścisłość. rzecz jasna. Odpowiedź: — Na początku było rzeczą korzystną dla reżimu przedstawić mnie jako szaleńca. To. Nigdy nic nie znaleźli. było dla nich niezłą gratką. przeszuki- wali moją celę. faszyzm silniejszy niż komu- nizm.

Ale są wśród nich przyzwoici ludzie. która zaczyna się mniej więcej tak: „Trzy młode dziewczyny przędły przy oknie późnym wieczorem. Co chciała zrobić trzecia siostra? Odpowiedź: — Trzecia siostra mówi: gdybym była carycą. które nie zasłu- gują nawet na to. «utkałabym płótna dla całego świata». «Gdybym była carycą». Frag- ment ten porównać można do kuszenia na pustyni w interpreta- cji Dostojewskiego. Pochodzą z sowieckiej eli- ty i dlatego też nie są reprezentatywni dla narodu rosyjskiego. Oto co Rosyjska prawda i ja sądzimy na temat socjalizmu. Obie one okazały się następnie najgorszymi łotrzycami: nie za- wahały się przed zdradą cara. Coś na miarę jej możliwości. Wasz Diderot powiedział: „Dysydenci 336 . na czym polega różnica. wypowiedział bardzo negatywne sądy na temat dysydentów. A pan? Co pan o nich myśli? Odpowiedź: — Oni są różni od nas. żeby o nich marzyć. Ta Kordelia chce osiągnąć coś realnego. Pytanie: — Co myśli pan o socjalizmie? Odpowiedź: — Mógłbym panu odpowiedzieć słowami Wła- dimira Bukowskiego: „Jeśli chcecie zamienić wasz kraj w gi- gantyczny cmentarz. czy dobrze pana zrozumiałem. mówiąc „my”? Czyżby nie uważał się pan za dysydenta? Odpowiedź: — Nie. Pytanie:— Nie jestem pewien. Ale wolę zacytować Puszkina. Zna pan naszego Puszkina? Na- pisał on bajkę. oszust. Pytanie: — Panie Kurnosow. «wydałabym ucztę dla wszystkich chrześcijan świata». wstąpcie w szeregi partii socjalistycznej”. przed morderstwem ich siostry carycy i siostrzeńca carewicza. marzą. powiedziała jedna z nich. Pytanie: — Kogo ma pan na myśli. I marzą o dobrach materialnych. który stał się ich szwagrem. «Gdybym to ja była carycą». naturalnego i poży- tecznego. Dwie pozostałe. który podszył się pod pana nazwisko. da- łabym carowi syna bohatera. powiedziała jej siostra. socja- listki. w legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Widzi pan.

kiedy uzyskają prze- wagę”. Pytanie: — Co pan przez to rozumie? Odpowiedź: — Rewolta Lucyfera nie jest rewoltą zła prze- ciwko dobru. „Murzyn”. Końcówka -ista w słowie „nacjonalista” z trudem oddaje tak konkretną rzeczywistość jak naród. że słowo „nacjonalista” ma na Zachodzie pejoratywny wydźwięk. która pociąga za sobą gwałt na rzeczywistości. Ja myślę jak wszyscy ludzie zdrowego rozsądku. który próbuje konsekwentnie i organicznie traktować swoją rosyjskość. że jedynym sposobem powstrzymania sowieckiego eks- pansjonizmu ideologicznego jest uznanie imperialistycznej na- tury Rosji. Być Rosjaninem. Każda ideologia. lecz dobra przeciwko istnieniu. Mamy tu do czynienia ze smutnym faktem dewaluacji lingwistycznej. Pytanie: — Powróćmy na ziemię. prawicowa czy też lewicowa. „Żyd”. na przykład Ogurcowa. Pytanie: — W pana książce robi pan aluzję do pewnego typu teokracji. Nie jestem dysy- dentem. Jesteście w tym mocni.. żeby nadawać pejoratywne znaczenie słowom. Pytanie: — Mówi się. Pytanie: — Czy uważa się pan za rosyjskiego nacjonalistę? Odpowiedź: — Jestem świadom tego. zawsze była i prawdopodobnie jeszcze długo będzie monarchią. Oto dwa powody. których sens nie jest wcale negatywny. ściśle związanej z określonym i ograniczonym teryto- rium.prześladowani staną się prześladowcami. Czy jest pan faszystą? Odpowiedź: — Faszyzm jest formą socjalizmu.. dla których nie jestem faszystą. jestem Rosjaninem. to konkretny fakt. Czy jest pan monarchistą? Odpowiedź: — To nie ja jestem monarchistą. Dysydent po rosyjsku oznacza „który-myśli-inaczej”. Czy mógłby pan to sprecyzować? 337 . Ja nie myślę inaczej. że istnieją w Rosji ruchy monarchi- styczne. to Rosja jest. Myślę. jest diaboliczna w swojej istocie. jeśli pan pozwoli. „Nacjonalista”. być Francuzem — to nie ideologia. Nie jestem potencjalnym prześladowcą. faszyzm jest abstrakcją.

I dlatego właśnie. Na ulicznym skrzyżowaniu niezbędny jest poli- cjant — oto wymóg życia praktycznego. Będąc chrześcijaninem myślę. Pytanie: — Dostojewski także opowiadał się za teokracją. poprzez adaptację. że chrześcijanie muszą organizować państwo ziemskie na wzór niebiańskiej Jerozolimy. i to wszystko nie ma znaczenia. i bojąc się. drugą wymogi życia praktycznego. mógł stworzyć swo- je prawdziwe królestwo. że więcej jest imbecyli niż ludzi inteligentnych. Czy teokracja nie została nieco nadwerężona w waszym kraju? Odpowiedź: — Rosja ma powołanie Chrystusowe. który myślał. tylko felix error. Proszę pa- miętać. Potrzeby życia praktycznego dyskutuje się punkt za punktem. którego faryzeusze nie umieli sobie wy- obrazić. losowanie nie wypływają z przesłanek racjonalnych i właśnie dlatego stają się źródłem prawomocności. ukrzyżowali kró- la. ponieważ inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. Jedną z nich jest prawomocność. Jego apostołowie wierzyli. że Rosja ocali świat przez teokrację. Dobrze wia- domo. Tymczasem doprowadzi ona do tego przez męczeństwo. Nie oznacza to. Faryzeusze również w to wierzyli. Prawomocność jest zawsze irra- cjonalna: prawo boskie. tak jak prawomocność monarchiczna na absurdzie. 338 . że został ukrzyżowany. Wiadomo też. Natomiast prawomoc- ność może być ujmowana tylko globalnie — tak albo nie. wybory po- wszechne. że należy je odrzucić. żeby irracjonalność pra- womocności była irracjonalnością chrześcijańską. Odpowiedź: — Rządy społeczeństw opierają się na dwóch za- sadach. co wcale nie oznacza. że to dobrze. Potrzeby praktyczne wciąż dają o sobie znać. Podobnie Dostojewski. że wyzwoli królestwo Izraela. Prawomocność republikańska bazuje na braku koherencji. Ale ten policjant nosi mundur — oto prawomocność. To już nie jest felix culpa. zasada dziedziczności. Sformułowanie „chrześcijański książę” zawiera w sobie sprzeczność. że nie będzie w nim dla nich miejsca. ich ewolucja od- bywa się stopniowo. co się stało z Chrystusem. że syn geniusza może być kretynem.

To już nie jest sprawa z bankiem. Pytanie: — Kto to są według pana faryzeusze? Odpowiedź: — Więc to jednak prawda. Nawet banki funkcjonowały jeszcze jako tako. Zachód nie uświado- mił sobie jeszcze tego. gdzie czekają już strzelcy. lecz udzielały pożyczek na sumy. Niestety. Czy wiadomo panu. Instytucja kredytu wiąże się z powstaniem banków. wkrótce przyznano im pra- wo wypuszczenia własnego pieniądza. czy możemy być dumni z tych osiągnięć. czyli lichwa. Pytanie: — A myśliwi to kto? Odpowiedź: — Widzę. Przypomnę więc jej zasadnicze punkty. uzależniając od siebie całe narody. których wcale nie posiadały. że do niedawna An- glia spłacała bankowi Rotszyldów pożyczki zaciągnięte w okresie wojen napoleońskich? 339 . to sztuczka prestidigitatora. Nie wiem jednak. instytucji państwa. ten wiatr. Że kapitalizm zachodni i sowiecki komunizm są jak nagon- ka. Początkiem wszystkiego jest kredyt. Nie tylko uzurpują dla siebie przywilej państwa. jest w 80% bez pokrycia. banki nie biły monet i nie drukowały banknotów. która pcha zwierzynę na polanę. Ban- ki jednak nie poprzestają na tym. Pytanie: — Kto jest zwierzyną? Odpowiedź: — Wy. póki spełniały funkcję agencji wymiany i kredytu. emitując pieniądze. To one umożliwiły powstanie nowoczesnego społeczeństwa. co tak jasno tłumaczą ludzie w rodzaju Knupfera i Chestertona! Pytanie: — Co oni tłumaczą? Odpowiedź: — Że to lichwiarze są faryzeuszami naszych cza- sów. Proszę nie mieć złudzeń: czek bankowy. a wcześniej przeprowadzenie rewolucji przemysłowej. który otrzymuje pan jako pożyczkę. Nie bez po- wodu średniowieczny Kościół potępiał oprocentowane pożyczki. że przeczytał pan moją książkę dość nieuważnie. ale też pożyczają te nie- istniejące pieniądze.

nie potrafią się zatrzymać.. by praca ludzka była przedmiotem gry. posia- dające bogate i słabo wykorzystane zasoby surowcowe. Czy to jednak moralne. których nazywam Lichwiarzami. czołgając się w tej samej kopalni. wszystko do- brze.. jeżeli jednak bankrutują. a czarnym górnikiem. Zaczęli przybierać na wadze. jeśli powiem. 340 . że cały system bankowy jest nie- moralny. jest ona dopuszczalna. Wiecie. Fakt. jak się to nazywa? (Psar podpowiada: „Monopolu Loteryjnym”). jakby nakładał czy zdejmował pantofle.i dwudziestokrotnie przewyższającymi ich kapitał. Niewątpliwie dla państwa będzie to szokiem. że jestem pryncypialnie przeciwny prywatnej własności kopalń. gdy ich terytoria zarządzane były przez narody lepiej rozwinięte. Ja jed- nak chcę państwu pokazać przede wszystkim to. że nagromadzili oni tak wielkie zyski. Póki otrzymują oni dywidendy. Wiecie państwo. nie mają powodów do niepokoju. szokiem dla wa- szego cynizmu. kryje w sobie pewną hybris. oferują im zyski większe niż to było możliwe. że dążyli do de- kolonizacji. Akcjona- riuszy nikt nie konsultuje w sprawie ryzykownych poczynań zarządu. że władają oni w sposób prawie absolutny Europą i Ameryką Północną. że operują one sumami dziesięciu. Jeśli osiągają zysk. Znajdują się one w rękach ludzi. jako że ktoś zakłada takie przedsiębiorstwo. jako że młode i mało doświadczone narody. aż tak dalece zrzec się wła- snej odpowiedzialności? I jaki związek zachodzi między agen- tem giełdowym. podobnie jak w waszym. co stało się w Rosji. Proszę wziąć pod uwagę wasze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. z kilofem w ręce? Proszę jednak nie sądzić. Sprze- ciwiam się tylko temu. kupującym czy też sprzedającym jedną milio- nową cząstkę wartości kopalni miedzi równie obojętnie. stają się dla nich łatwiejszym łupem. wynika z jakiegoś fa- talizmu. słusznie zwane też anonimowymi. zagarniając dla siebie sporą część dochodu. ktoś musi nim zarządzać. który nadwyrężą własny kręgosłup. Wiecie państwo lepiej ode mnie. kto płaci? Wierzyciele. Wróćmy jeszcze do banków.

5%. W roku 1913 rezer- wa rosyjskiego złota opiewała na 1550 milionów rubli. Loebem i Shiffem. że państwo rządzone w sposób nie demokratyczny.75 w Wielkiej Brytanii.35 i 26. Jednocześnie 341 . co się dalej wydarzyło. była też od nich o wiele mniej zależna niż pozostałe kraje Europy. Wskaźnik zadłużenia publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca w roku 1908 wynosił we Francji 288 punktów. Wia- domo powszechnie. ich. Dodajmy do tego. Produkcja przemysłowa rosła w Rosji w skali 3. W roku 1912 wskaźnik opodatkowania wynosił w Rosji 3. Widzicie więc państwo. Lichwiarzy. Jednocześnie wzrost gospodarczy Rosji osiągał wówczas takie rozmiary. iż ustawodawstwo socjalne Rosji było „bliższe doskonałości” niż w jakimkolwiek kraju demokra- tycznym. że Lichwiarzom nie brakowało powodów do niepokoju.75% i 1% w Wielkiej Bry- tanii. Jeżeli więc praktyka pokazywała. przyznał Leninowi poważne subsydia finansowe. pod- czas gdy w Stanach Zjednoczonych o 2. posługując się jako pośrednikami amery- kańskimi bankierami Ruhnem. To. lecz. że jeden z francuskich ekono- mistów skomentował to w następujący sposób: „W połowie stu- lecia Rosja zdominuje Europę politycznie.7. władza nad światem go- spodarczym była zagrożona.11. W tym samym czasie frank francuski miał tylko około 50% pokrycia w złocie. założyciela systemu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i że ten brat także subwencjonował rosyj- skich rewolucjonistów. podczas gdy we Francji 12. umiało rozwiązać problemy. teokratyczny. Warburg. nietrudno było przewidzieć. jak byście wy powiedzieli. O wiele mniej znany jest fakt. że Warburg miał brata. Carska Rosja nie poddawała się operacjom Lichwiarzy. W 1914 roku 83% tego zadłużenia zostało spła- conych dzięki dochodom państwowych kolei żelaznych. podczas gdy w obiegu znajdowało tylko 1494 milionów rubli papiero- wych. a w Rosji tylko 58. ekonomicznie i finan- sowo”. że niemiecki bankier. przed którymi kapi- tulowali Lichwiarze. że w roku 1912 prezy- dent USA Taft stwierdził.

lecz system marksistowski ocalony został przez amerykańskie dostawy ma- teriału wojennego. by inwazja Aliantów dokonała się w Grecji. Lecz to należy do mniej obrzydliwych aspektów wspólnictwa. To rosyjski żoł- nierz. Wy boicie się tak bardzo ZSRR. członka brytyjskiej partii liberalnej. W rezultacie Rosja carska wyeliminowana została z walki i ZSRR został klientem Zachodu. co dzieje się w chwili obecnej. Rosjanie śpiewają: „Dzieci. W rezultacie Rumunia. nad którą teraz Zachód wylewa krokodyle łzy. Bułgaria. że ZSRR staje się państwem takim samym jak inne: zobaczmy. że otrzymał znaczną pożyczkę od finansisty. Pierwszą sowiecką fabrykę sa- mochodów zbudował Ford (chociaż w Rosji przedrewolucyjnej produkowano już własne modele samochodów). że wszystko to jest wymysłem? Proszę przyjrzeć się. aż ZSRR upadnie i potem rzucić się na osła- bione Niemcy. Gdy Mołotow zaproponował w zamian za te dostawy pewną liberalizację systemu. Churchill domagał się. który ostrzy sobie zęby. Zamiast czekać. żeby was lepiej zjeść. pokonał żołnierza niemieckiego. Czechosłowacja. że nie widzi takiej potrzeby. że szukacie opieki w ramionach Lichwiarzy. rzuć- cie szkołę. 342 . Węgry. traktowały swego głównego wroga podczas ostatniej wojny i po jej zakończeniu. w jaki sposób USA. by uratować rozsypujący się reżim komunistyczny. łączącego kapitalistycznych Lichwiarzy z ich sowieckimi dogami. lecz Amerykanie byli zwolennikami desantu we Wło- szech. pijcie Coca-Colę!”. Amerykanie włączyli się do walki w sam czas. to złośliwy wilk. Załóżmy. a państwo wydaje rezerwy swego złota.Trocki przyznawał się chętnie. Albania i ta Polska. Nie mówiąc już o tym. będące całkowicie we władaniu Lichwiarzy. jak bardzo zmniejszyłaby się wtedy władza Lichwiarzy nad światem zachodnim. by wyżywić lud. Roosevelt odrzekł. moje dzieci. Doradcą Stali- na w okresie kolektywizacji był Campbell. Sądzicie państwo. krzycząc „babciu!” Ale to nie jest wasza babcia. powtarzam.

był prawdziwym Rosjaninem. by 343 .wydane zostały Sowietom. że muszą z podkurczonym ogonem wrócić do domu. I obok nich Niemcy! Czyż nie jest symboliczny podział Niemiec. Przez kogo? Przez Anglików i Amerykanów. Oczywiście Amerykanie udawali później. żeby jakikolwiek kraj tolerował pistolet wymierzony we wła- sne podbrzusze? Lecz Castro zdobył władzę korzystając z po- mocy Amerykanów. że lotnicza osłona operacji została odwołana na osobisty rozkaz prezydenta Kennedy'ego. Chruszczow. Jak to możli- we. Widzicie państwo. rozmyślnie: proszę sobie przypomnieć. Wystarczyło jednak. mój Boże — na Krym. jak harmonijnie. zostało przemocą załadowanych do wagonów i ciężarówek i oddanych Sowietom. próbują naprawdę nabić kubański pistolet. Wiecie też państwo o tym. ten sam Kennedy sprawia. CIA popchnęła Węgrów do rewolty. który zabiegał o niepodległość dla swego kraju. którzy od czasu do czasu próbują zrzucić jarzmo nałożone na nich przez Lichwiarzy. A gdy Sowieci. w jakiej zgodzie. Amerykanie nie pomogli Chinom w ich desperackiej walce z komunizmem. po- między dwóch wspólników? Jedno udko dla ciebie. Ale nie ma nigdy tragedii bez elementów komicznych: na procesie norymberskim kaci sowieccy zasiadali obok sędziów wyznaczonych przez kraje Zachodu. I proszę też sobie przypomnieć. że tysiące Rosjan. i w taki sposób pistolet został nabity ślepym nabojem. Tak. Moskwa i Waszyngton — dwa groźne głosy z dwu koń- ców świata — nie pozwoliły wam zaprowadzić porządku w świe- cie arabskim! Lecz najbardziej wstydliwy przypadek to Kuba. że stoją po stronie emigrantów kubańskich i rozmyślnie doprowadzili do fiaska inwazji w Zatoce Świń. wydali je w ręce komunistów. jedno dla mnie. by Rockefel- ler wybrał się na wakacje — wakacje. pragnących uciec przed komunizmem. w wyniku czego siły wol- nościowe tego kraju zgniecione zostały przez Armię Czerwoną. tej kury znoszącej złote jajka. ze wszystkimi swymi wadami.

Chruszczow dostał wymówienie. A co dzieje się w Afganistanie? Jeden ze wspólników po- sługuje się gazem i napalmem. za pośrednictwem szpiegów. że część publiczności dość nieufnie odnosi się do jego oświadczeń. żeby nie musieć dokonywać in- wazji Polski. a USA próbują odzyskać swój nadwyrężony prestiż. lecz bardzo uważali. „Przedstawiciele różnych obozów politycznych — kontynu- ował Hugues Minquin — rozmaicie reagowali na te zdumie- wające deklaracje. tym nie mniej fakt pozostaje faktem: gdyby tylko Amerykanie mieli bombę. a Breżniew pokazuje pazury. wykrzyknął z humorem: 344 . W tym celu wynaleźli nawet specjalną metodę: eskalację. całkiem niedawno. że Roosevelt oświadczył.. gdyż układ helsiński miał takie oto znaczenie: „Wszystko w porządku. drugi nie pozwala swym spor- towcom wziąć udziału w olimpiadzie. których zechciano nawet później posadzić w krześle elektrycznym. Musimy jednak przyznać. że główną niespo- dziankę zatrzymał Kurnosow na sam koniec swej konferencji.. nie całkiem jawnie. ZSRR szuka pretekstu. Jakie są w tej chwili dwa wielkie mocarstwa nuklearne? Któ- re z nich ofiarowało bombę drugiemu? Tak. by jej przypadkiem nie wy- grać. gdy mowa o Polsce. w jaki Reagan szczerzy zęby. róbcie tak dalej”. Ten pies rozumie się z tym kotem jak dwaj złodziejaszkowie w dzień targowy. wasza rola jest jasno określona. iż Indochiny po wojnie nie powinny pozostać we francuskich rękach? I czym są Indochiny w chwili obecnej? Amerykanie prowadzili tam co prawda wojnę. Posunę się jeszcze dalej. podzielił między siebie świat w Helsinkach? I co stąd wynikło dla ludów ZSRR? Jeszcze okrut- niejsze represje. Nie przekonuje mnie sposób. Widząc mianowicie. kto grałby rolę wilkołaka na użytek Lichwiarzy? A kto. Czy wiecie państwo.

— Wiedział pan. Jestem przekonany. — Dużo czytałem — wyjaśnił z prostotą — i między innymi także podręczniki savoir-vivre. by mi je zdjęto. który trzymał w ręku: — Czy może pani z łaski swojej odczytać wytłoczony na tym napis? Pani Choustrewitz uniosła przedmiot wysoko: były to kajdan- ki. — Zmęczony? Przecież ja tylko gadałem. powiększyli swe zyski. a wszystko po to. — Nie chcecie mi wierzyć? Ależ zaraz wam udowodnię. dobre choć nie bardzo drogie.S. Made in U. który lubił małe. A ponieważ jestem troszeczkę kieszonkow- cem. Wyraźnie i głośno odczytała wytłoczoną markę: — Smith and Wesson. Póki samolot leciał nad terytorium ZSRR. za- brał Fourvereta. że do niej dojdzie? — Wiedziałem. dyskretne restauracyjki. ci kuzyni Lichwiarzy.A. Zwrócił się w stronę pani Choustrewitz z pisma «Wybór» i podał jej przedmiot.. udało mi się zachować kajdanki jako pamiątkę. by utrzymać na- ród rosyjski w niewoli. że jeśli darowali mi życie. Zażądałem. że Stany Zjednoczone współdziałają z Sowietami. to po to. by handlarze bronią. — Nie jest pan zmęczony? Nie wolałby pan odpocząć? — spytał Aleksander Kurnosowa. — Ale jeszcze dzisiaj rano był pan.” Po zakończeniu konferencji prasowej Baronet.. Kurnosow zachowywał się przy stole znacznie bardziej ele- gancko niż Gawierin. gdy już nie znajdowaliśmy się nad terytorium ojczyzny. Psara i Kurnosowa na kolację do „Tyburcjusza”. — Od dziesięciu lat przygotowywałem się do tej podróży. by prę- dzej czy później wydalić mnie z kraju. że wiedza 345 . Wyjął jakiś przedmiot z kieszeni: — Dziś rano — powiedział — opuściłem ZSRR. miałem ręce skute kajdankami.

że mamy własne. noszący intrygujące. nie przyznali się do wszystkich możliwych zbrodni. Kurnosow. pełen godności i pucułowaty. że w tym drob- nym ciele wciśniętym w czerwony sweter z golfem. których wszystkie palce były prawie równej długości. komunistyczne szma- ty. młody. o siwych włosach. Do pewnego stopnia przynajmniej. nie padli na kolana. — Lud rosyjski jest nosicielem prawdy. jak to uczynili przed tym samym trybunałem komuniści. Jego małe. miał nosić nazwę „Konfraterni prawdy ludów”. cie- kaw był. A jednak czuł. o różowej cerze i jasnych włosach. dlaczego ruch. który nagle oszalał. porośniętej jeżykiem włosów tak prostych i twardych. o dłoniach. Nie tylko nie poniżyli się. że zdawały się naelektryzowane. — Proszę im to przetłumaczyć. osobne przeznaczenie. Ta pewność siebie samouka. ze sterczącym nosem.powinna dotyczyć wszystkiego i że dobry chrześcijanin powinien też umieć posługiwać się widelcem. w statecznych okularach. Można nie podzielać ich przekonań. lecz na wszystkie stawiane im pytania odpowiadali śpiewając chórem Boże chroń cara. której członkowie zostali uwięzieni i skazani w epoce terroru postleni- nowskiego. w tej kwa- dratowej czaszce. mającym pokrzyżować 346 . Rewolucja zwana rosyjską jest nierosyjskim zamachem. kryła się ogromna pasja i że w innych okolicznościach mógłby ją podzielać. pozłacane okularki. tak jak to napisałem w mojej książce. — „Konfraternia prawdy ludów” — odparł — nawiązuje do pełnej honoru pamięci „Konfraterni prawdy rosyjskiej”. twarde oczka zdawały się wwiercać w niewzru- szoną twarz Aleksandra. Baronet. przypominał głównego księgowego. od czasu objawienia w Fatimie. nie można nie podziwiać ich męczeństwa. który Kurnosow zamierzał zainicjować. Nawet katolicy wiedzą. to pełne logiki szaleństwo wy- woływały wściekłość Aleksandra. gęstych jak słomianka raczej niż jak szczotka. Ufam panu.

podobnie jak nie ma rosyjskiej aka- demii nauk. Fi- scher. gdy się po- wie. Edelstein. że rosyjska rewolucja ma w gruncie rzeczy charakter anty- rosyjski. który nosił pseudonim Zagorski. w tej piwnicy. Każda z republik jest teoretycznie suwerenna. wśród Uzbeków czy Kirgizów. Nie ma więc powodu. Miejscowość tę nazwano Zagorsk. Rosja ma serce. Beria także.nasze zamiary. Istnieje wszechsowiecka partia komunistyczna. mistyczne serce. — No tak. że pojawia się tu wiele nazwisk żydowskich: Dzierżyński był Polakiem. carycę. Lenin trochę Szwedem i mocno Tata- rem. Nie chodzi wcale o to. carewnę i cztery wierne im osoby. Vergazy. Trocki nazy- wał się naprawdę Bronstein. Sergiusza. Sta- lin Gruzinem. że republika rosyjska (140 milionów mieszkańców) ma tyle samo znaczenia co Estonia (milion mieszkańców). a jego prawdziwym imieniem jest monastyr Trójcy — Św. carewicza. Tymczasem rosyjska republika — jedyna — nie posiada własnej partii komunistycznej. a na- prawdę nazywał się Krachman. nasze przeznaczenie. na cześć mało zna- nego rewolucjonisty. ale oto jak nazywało się siedmiu pozostałych: Jurowski. — Jak to? — zdziwił się Aleksander. którzy zmasakrowali cara. Fekete. Czyż to nie symboliczne? Czy znacie panowie nazwiska zabójców. Trzeba zresztą oceniać drzewo po jego owocach. co sprawia. jak to czynią Lichwiarze za każdym razem. co niektórzy określają jako wielkorosyjski kolonializm? — Nie. w Jekaterinoburgu. Rosyjski uczony musi zaczynać od pracy na wygna- niu. Nagy. Grünfeld. ale nie ma rosyjskiej partii. — Ale czy nie wynika to z tego. podczas gdy wszystkie pozostałe republiki mają swoją partię i swoją akademię. by protestować przeciw antysemity- zmowi. Czter- naście republik Związku żyje lepiej niż piętnasta — rosyjska — każdy wam to potwierdzi. Horvat. zanim będzie mógł wykazać 347 . 17 lipca 1918 roku o godzinie pierwszej piętnaście? Trzech spośród nich to Rosjanie.

nie może służyć swojemu lu- dowi i swojemu krajowi. jego potężne buty gniotły śnieg i błoto. I właśnie ta nienawiść sprawi. — Pan Kurnosow — powiedział — jest wielkim patriotą. w wyniku naturalnego fenomenu złotonośnego łuszcze- nia się skóry. Propagowany przez państwo alkoholizm przekształca Rosjan w eunuchów. a Lichwiarze-faryzeusze będą zacierali z radości dłonie. W tym człowieku tkwiła potęga. Dopiero wtedy re- wolucja zwana rosyjską osiągnie cel. re- flektory aut otoczone były mglistą aurą. — Co się dzieje? Co on mówi? — zapytał Baronet. Kurnosow chciał się przejść i Aleksander odprowadził go do hotelu. kątem oka obrzucał go spojrze- niem. Rosyjski mesjanizm będzie drożdżami „Konfraterni”. wyższym mocom. Tak samo rosyjski komunista. od których odpadną świecące plamy. lecz nadmiar drożdży psuje ciasto. Aleksander. Za- leżało mu na tym. żebym to zrozumiał. że będzie 348 . Spod opon samochodów pryskało zamarznięte błoto. Kurnosow stanie się nieświadomym elementem sztafety propagującej to. by służyła innym. czego naj- bardziej nienawidził. którego uwadze nie uszło rosnące podniecenie Kurnosowa. Psar zawahał się. wznosząc oczy ku niebu. rosyjski — powiedział Fourveret. lecz siłę tę wykorzysta się tak. Są i gorsze rzeczy. tylko zostaje podłączony do federacji. oddany sprawie. — Jakiż to piękny język. wyższy od niego prawie o głowę. Lecz Molier powiedziałby zapewne. jeśli jest szczery.się w Moskwie czy Leningradzie. Kurnosow stawiał wiel- kie kroki. Doszło do tego jeszcze post-scriptum do kolacji. Kolacja stanowiła post-scriptum do konferencji prasowej. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne. że jeśli idzie o zwięzłość nie dorównuje on tureckiemu. w którym zaciekawienie mieszało się z obawą i rozbawie- niem. Jeszcze kilkadziesiąt lat i państwo komunistycz- ne zniszczy całkiem dosłownie lud rosyjski.

Z idei. że to. wskazując go jako zdrajcę (nie denuncjując go. biały szal. — Michale Leontyczu. prostotę języka. tylko wskazując na niego. że jest pan jaki jest? — Przede wszystkim dzięki moim rodzicom. która jest za- zwyczaj przedmiotem rozumowania. ale wszystkie te śmiecie spływały po nich. to zapewne właśnie ten osławiony grzech przeciwko Duchowi Świętemu. gdy będziesz sądzony”. Aleksander wytworny. czyż nie odnosiły się także do uczestników sztafety? Zimny paryski wiatr mroził. Przypomniały mu się słowa psalmu. czy i tu nie chodziło o operację sztafety? I czy Judasz. czy i Judasz nie brał udziału w sztafecie. ociężałość ofiar systemu. lecz zdrowy rozsądek czy może wrodzona czystość. nie pozwalały im wierzyć w jakąkolwiek ideę abstrakcyjną. Dzięki nim uzyskałem inte- gralność intelektualną. Jaka dyskrecja! Nie przeka- zali mi żadnych idei. gdy nie mogli tego uniknąć. W tej samej chwili obaj mężczyźni poprawili szaliki: Kurnosow swój sznurek z sza- rej wełny. jak to się stało. i do tego byli niezdolni. gdy nie mogli odmówić. którzy nie prze- kazali mi żadnych fałszywych idei. Byli to ludzie prawdomówni i w społeczeństwie takim jak nasze.skutecznie wykonywał powierzone mu zadanie. a nade wszystko przekonanie. ratowali się przez skromność swej pracy. Neron i Dioklecjan służyli w pośredni sposób chrześcijaństwu”. ponieważ nie znali ich wiele. „Technika wy- wierania wpływu — mówi Vademecum — czyni użytek z zasady Archimedesa. bez której operacja Zbawienia świata nie byłaby możliwa? A słowa „Przebaczcie im. czynić przedmiot wiary. gdyż nie wiedzą co czynią”. zbudowanym na kłamstwie. Zada- wał sobie pytanie. tak jak wyznacza się kogoś do brudnej roboty). aby spełniły się twoje słowa i abyś zatriumfował. bierność. co 349 . Wierzyli w Boga i w Rosję. który umiał na pamięć w dzieciństwie: „To przeciwko Tobie grze- szyłem i przed Tobą popełniałem nieprawości. paraliżował usta. nie zostawiając żadnego śladu. Szli na manifestację. któremu Jezus podał kawałek chleba. podpisywali petycje i protesty.

którego nazwiska nie znam. Po chwili dodał: — Wiem. rzecz jasna. — Chce pan powiedzieć — do separatki? Dzięki człowiekowi. co istotne w prawdzie. i doszło do tego spotkania.. No. To był nabywca Lo- taryngii i Korsyki? Czy może ktoś inny? Ten. ogromnemu jak góra. dostałem się do niewoli. Weszli do kawiarni. żeby życie było poważniejsze.abstrakcyjne (nie licząc. Bystro. w której czuło się zapach frytury. nic. wolałbym się jeszcze trochę przejść. i nawet troski są tylko po to. który przyniósł piwo i frytki. z KGB. Prawdę trzeba chwycić w sidła. Zamówił porcję frytek i dwa piwa.. włosy ostrzyżone. tam. Chce pan może na pić się czegoś w barze? Kurnosow przeczytał szyld hotelu: — Ach. — Dziękuję monne-si-eour! — powiedział poważnie. ale i z czułością pa- trzył Kurnosow na kelnera. że jako zbiorowość nie są nieszczęśliwi. Nie. Trzeba wymawiać moussiou. Wie pan. niech mi pan opowie. — Jesteśmy już przed pańskim hotelem. To dlatego nie napisałem traktatu. a później byłem na wojnie. Dlatego w Piśmie świętym tyle paraboli. nie daje się wypowie- dzieć. co zabił własną żonę? Jedna ze sławnych spraw sądowych dziewiętnastego wie ku. — Proszę. — Nie trzeba poprzestawać na zapachu — powiedział na to Aleksander. To. że nie powinno się mówić monne-si-eour. oczywi- ście. matematyki) jest zdradziec- kie i nieprawe. jak trafił pan do szpitala psychiatrycznego. co pachniałoby 350 . umieścił mnie pan w S-koj-seul.. tylko zbiór przypowieści.. Ale ja wolę mówić monne-si-eour. gdzie spotyka się prawdziwych Francuzów. że oni mnie fascynują? Czuje się tak wy- raźnie. To sło- wo uczy respektu nawet dla ostatniego nicponia. Albo usiąść w prawdziwym bistro. mają tylko tro- ski. — Zapach wolności! — wykrzyknął Kurnosow. Wyglądał przyzwoicie.

coś zupełnie wy- jątkowego w kraju zamieszkałym przez 250 milionów osób. zajmiemy się tym. — I to pańska inteligencja sprawiła. nagiego. myślę. obojętnym tonem. A szkoda byłoby tak inteligentnego człowieka jak pan. będzie pan sobie czytał i pisał. który wystarczy wyjąć z worka? I stolik. a nie będzie pan miał żadnych problemów. Na pewno wyrządził więcej zła niż źli ludzie. Ci ludzie wyobrażają sobie. po gruntownej rewizji: jestem silniejszy od was. będę musiał przekazać pana tym sza- raczkom z ministerstwa sprawiedliwości i skończy pan w kopal- ni soli. i bardzo niebezpieczny. a będzie pan miał przed sobą prawdziwie pantagru- eliczny posiłek. Powiedział do mnie: „Niech pan się zgodzi. zadał mu pytanie: — W tej transakcji. Zna pan rosyjskie bajki. Dzięki temu spotkaniu w Niemczech posia- dałem kulturę polityczną nie-marksistowską.. Mo- ja inteligencja nie była uszkodzona przez mikroba dialektyki. Ale prawda to rumak. Jeśli pan od czasu do czasu będzie potrzebował kobiety.gilotyną. Podobnie z prawdą: prawda-która-się-sama- usprawiedliwia. że mogą zaprząc prawdę do własnego wozu. którego nie można okiełznać. Jeżeli nie wyrazi pan zgody. Aleksandrze Dmitry- czu? Pamięta pan bajkę o kiju-samobiju. jak się dawniej mówiło — jaka jest pańska decyzja?” Dobry człowiek. jaką przeprowadził pan z KGB. Temu człowiekowi- górze powiedziałem wtedy. która przynosi wyzwolenie. że jest pan wariatem. Tylko prawda jest jednocześnie istotą i funkcją. Wyrażał się jak profesor uniwersytetu w Sankt- Petersburgu. Aleksander. co było pańskim towarem? Kurnosow odpowiedział mu natychmiast: — Prawda. 351 . W zamknięciu będzie pan żył wygodniej niż na wolności. Nnn-no tak — wymawiał to przeciągając. Będzie pan karmiony. gdy mnie sprowadzono. że KGB zdecydowała uczynić z pana kulturę bakterii kontrrewolucyjnej? — Nie tylko.. który się sam nakrywa? Wystarczy rozłożyć na stole obrus. prawda.

. Ci z dziecięcą niewinnością transportowali je dalej. Trzeba umieć kłamać. Wydawało nam się. Kurnosow wytarł chusteczką pianę z piwa. była dla mnie raczej matką. Cóż za organizacja. że to partia po- prowadziła naród do zwycięstwa. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat. lecz był w gruncie rzeczy tylko ele- mentem układu. Aleksander zamówił dla niego jeszcze jedno piwo: — Nie chce mi pan opowiedzieć o tamtym spotkaniu? — Chętnie. Niektórzy chwalili to sobie: chłop w wojsku. że zostaliśmy sprzedani razem z butami. pracującego dla mnie! Oczywiście. które nie musiało uciekać się do pomocy jednej tylko. Dla KGB. Wojna dopiero się zaczynała i Niemcy traktowali nas dość przyzwoicie. byłem zdobyczą o wartości nieocenio- nej. Aleksandrze Dmitryczu! Za jej mózg uważał się człowiek-góra. Zapisywałem moje myśli. jakby nie zjadł przed chwilą wspaniałej kolacji. Kobieta. i dla- czego? Przez buty z cholewami. nie znałem kobiet. nie uważaliśmy ich za naszych. Rozstrzelali naszych komisarzy politycznych. dziennika- rzom opowiedziałem inną historię. Wybierał fragmenty. u której służyłem. prawda? Poddaliśmy się na samym początku. Bo trzeba jednak uznać. Przekazywałem je dobrowolnie człowiekowi-górze. baba sama w domu. Aleksandrze Dmitryczu. która osiadła mu na ustach.Przyzwyczaiłem się do myślenia. i oddawał je jednemu ze swych podwładnych. które najbardziej mu odpowiadały. ale to nas nic nie obchodziło. zresztą prymitywnej metody. Powiedziałem już. że jest moim pielęgniarzem i oddawał je ludziom z siat- ki przerzutowej. Ze mną było inaczej. Pożerał tłuste frytki. Przewieziono nas do Niemiec w bydlęcych wagonach i rozdzielono pomiędzy chłopskie zagro- dy. żeby być uznanym za prawdomównego. a ZSRR sprzedał krótko przedtem setki tysięcy takich butów Niemcom. cała dywizja. Ten udawał. Ponieważ nie mieliśmy butów. że partia zjednoczyła się ze spo- łeczeństwem? Wojna.. że dostałem się do niewoli. co w końcu sprawiło. Wie pan. 352 .

pod dębem o dwóch pniach. Nie tak jak Rosjanka. Smarowała mi chleb masłem. regenerowałem się mając kontakt z rzeczami prawdziwymi. Je- żeli sadzi się rośliny.. Dla mnie było to. ukrywała nieraz w po- jemnikach na śmieci. rosną. żeby przetransportować dziesięć worków nawozów che- micznych — Niemcy są mocni w nawozach chemicznych — i po drodze spotkałem Francuzów. Matka-ziemia. nie wiem jak panu wyjaśnić. To było już później. niezbyt dobrze pilnowali. Słyszałem oczywiście o białych emigrantach. co nie weszło w chleb. Nie wolno nam było rozmawiać. Umówiliśmy się więc na niedzielę. Nasza zagroda — mówię o niej: nasza! — umieszczona była na skraju lasu. z wielkimi dłońmi i ma- łymi uszami. Mimo to była dobra dla mnie. Pewnego dnia poszedłem na wieś. Jeśli zbiera się zboże. Po drugiej stronie lasu znajdowały się inne gospo- darstwa. Nie trzeba tu żadnego marksizmu-leninizmu. Jeden z nich patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi do mnie po rosyjsku: „Więc ty rzeczywi- ście jesteś stamtąd?” Nie wierzyłem własnym uszom. jak zobaczyć ducha dawnej Rosji. że są to hrabiowie. nie robi nic na złość. o trzeciej. mówi do mnie: „Ty jesteś stamtąd”. wynagradza tych co ją uprawiają. książęta i wykolejeńcy. gdy Niemcy mieli tylu jeńców. Ale pilnowali nas inwalidzi. To było tak. Podob- ne kromki chleba.. jeżeli się spóźnić. jakie robiła dla mnie. 353 . Ale wszystkie te zagrody należały do jednej wsi. ale zawsze nam opowiadano. trze- ba tylko pogodzić się z jej surowością. będzie zwiezione. I oto chłopak niewiele starszy ode mnie. Pracowałem motyką i kosą. wilgotna. drugą zbierała wszystko to. zgnije. który obaj pamiętaliśmy. to praw- da: jedną stroną noża nakładała masło. nawet obca ziemia. będą zduszone przez chwasty. Zacząłem pracować na ziemi. i dawało mi to radość. Jeśli się nie plewi. które opróżniali inni jeńcy. Mój ojciec był introligato- rem. pracowali na nich jeńcy francuscy. proszę sobie wyobrazić! Ale ziemia jest wielkoduszna. dobrze zbudowany. w lesie. że nie mieli ich jak wy- żywić.

ale nie dbaliśmy o to. damy. A kto ci zaręczy. jaka się w nich znajdowała. słono byśmy zapłacili. którym niełatwo manipulować.. kiedy nie znałem odpowiedzi. Kiedy zacząłem brać to pod uwagę. ja natomiast co niedzielę przychodziłem pod dąb o dwu pniach. zapachu. przemawiał do mnie. chce nam z powrotem cara na grzbiecie posadzić. zmarznięte nosy i tylko jeden ołówek na nas dwu. jak ten emigrant opowiada o Rosji i syciłem się jego słowami. który odtąd kojarzy mi się z prawdą. Gdyby nas na- kryto. on stawiał stopnie. Przekazywał mi to. 354 . bo prawda to materiał wybuchowy. a on — zrozumiałem dopiero później — rósł dzięki mnie.. Później do- szedłem do wniosku. ogarnęła mnie rozpacz. syna pani. tak jak się wysysa szpik z kości kuropatwy. Teraz widzę to wszystko w innej perspektywie. którzy chcieli jej użyć jako balastu ich własnych kłamstw. dzięki ideom. i sądzę. Wszystko to wśród zapachu grzybów i mchu. egzaminował mnie. że ta partia manipulowana była przez KGB. Ja rosłem dzięki niemu. Przez cały tydzień harowaliśmy jak niewolnicy. a ja niewykształcony. Mieliśmy zlodowa- ciałe stopy. Rosjanina z Francji. harowałem ciężko. wy- sysałem z nich całą prawdę. Pod dębem w każdym razie nie zadawałem sobie jeszcze tego rodzaju pytań. że caro- wie nie zatrzymają komisarzy? A my wtedy będziemy się pocić pod podwójnym jarzmem?” Krótko mówiąc. Szeptał. on wracał do kraju. Słuchałem. Mikołaj Władimirowicz kazał mi nauczyć się na pamięć całe- go programu. Dzięki mnie. Ale wkrótce mieli dosyć: „To białogwardzista. jak się wygrzebuje kąski ho- mara. zaczynałem myśleć. Czułem się osaczony. które mi przekazywał. w co wierzył. woleli zostać ze swoimi chłopkami. Za pierwszym razem moi koledzy poszli razem ze mną. recytowałem. podpowiadał. żeby zobaczyć tego rzadkiego ptaka. że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Może wybuchnąć pod nosem tych. Mikołaj Wła- dimirowicz był z ruchu Młodych Rosjan. głupi. Uczyłem się. zadawałem pytania.

Nie tylko do swego kraju: do swe- go dzieciństwa. której nigdy nie odwołałem. Metaliczne oczy Kurnosowa nie zwilgotniały. że wystarczy car. i złożyłem przysięgę. które się hartuje. 355 . Mnie się wydawało. był to rodzaj papki. żeby panował. Jego idee nie były jasne. i przywódcy. — Przysięgi? — Tak.. Później osiąga się taki punkt. Jego wargi poruszały się. — Tak — powiedział Kurnosow — miałem wtedy dwadzie- ścia lat. Raczej stały się twardsze. żeby zrobić miejsce. Wstał z miejsca: — Przejdziemy się jeszcze trochę? Były więzień celi numer 000 miał niespożyte siły. tak. Nie mógł jej powiedzieć głośno w tym bistro. Trzeba było zająć się trzema zasadniczymi punktami: programem. Uśmiech. Ci lu- dzie chcieli wiedzieć. wypowiadając cicho świętą formułę. przesyconym zapa- chem frytek. dlaczego strzelałem do Breżniewa. Rozumie pan to? „Wracał”. Politgrammota. Złościł się na mnie. ale nie za wielu. książęta tworzą trony. Zaczęto przygotowywać rozruch „Konfraterni”. Dyskutowaliśmy. Złożonej carowi. Była w nich duma. Trzeba sze- fów. jak to nazywał. „Trzeba nam cara. przysięgi wierności. tak jak żelazo. nawet do łona matki. budżetem i rekrutacją. Wreszcie przyszła wiosna i zdałem ostatnie eg- zaminy. Dla tego. Wtedy dopuścił mnie do złożenia przysięgi.. Coś w rodzaju doktryny monarchiczno-socjal-fa- szystowskiej. zwierzchników. w którym było i szyderstwo i zawiść. żeby rządził”. wykrzywił usta Aleksandra: — Dla kogo chciał pan zrobić miejsce? Dla obecnego następ- cy? Kurnosow jeszcze raz wytarł usta chusteczką: — Do pewnego momentu Historii. Aleksandrze Dmitryczu. że to trony tworzą panujących. Aleksandrze Dmitryczu.

choćby nawet wyzysk ten był osłonięty. Podstawą programu była powszechna deklaracja obowiązków człowieka. zwierzchnika z podwładnym — i także z naturalnymi społecznościami. Lecz kon- kretne obowiązki. całą ludzkością. a nie jej powinności względem innych jednostek. — Powinniście wypracować antymarksizm. został później dys- kretnie przekazany Piotrowi podczas spotkania w muzeum Clu- ny czy Carnavalet. Trzeba sprawić. Ta metoda pracy prowadziła do konfliktów. Słowianofile odrzucili demokrację mieszczańską. a czysto dydak- tyczna postawa Piotra drażniła go w najwyższym stopniu. wytwarzającą wi- talny prąd działań społecznych (oto socjalizm). Tekst. — Wasz program jest za mało budujący — krytykował go pi- lot. gdyż jej funda- mentem jest absolutny liberalizm. lecz likwiduje niezbędną różnicę potencjału. Natomiast równość istnieje pod jednym tylko względem: stosunku do śmierci. Tymczasem od- powiedzialność stanowi wystarczająco solidną bazę sprawiedli- wego społeczeństwa. gdyż Aleksander zwykł działać samodzielnie.. rzemieślnika z klientem. przygotowany przez Kurnosowa. żeby 356 . Wolność może być ugruntowana tylko na odpowiedzialności. jawnie fałszywy. znajdując schronie- nie w sztucznych ramach terroru. który musi doprowadzić do wyzysku słabego przez silniejszego. ludem.. przypominać będzie orkę pługiem zaprzęgniętym przed wołami. Kurnosow pisał: Każda filozofia społeczna. są zawsze ważniejsze niż obowiązki abstrakcyjne. która za punkt wyjścia obierze pra- wa jednostki. jako że marksizm jest teorią prawdziwą. Bowiem albo ponosi klęskę w walce z przyrodą i ucina równość. z rodziną. poprawiony przez Psara i przedłożony na nowo Kurnosowowi. których adresatami są nasi bliźni. Odpowiedzialność wiąże człowieka w jego konkretnych relacjach z innymi ludźmi — wytwórcę z konsu- mentem. zamaskowany. albo też odnosi zwycięstwo. grupą zawodową. I rzeczywiście każdy sys- tem równościowy prowadzi do śmierci. do których przynależy.

którą będziemy prowadzili tak. by spróbować wymóc na nim zmiany w tych punktach. — Aleksandrze Dmitryczu — słyszał wtedy od Kurnosowa.nasi przeciwnicy nauczyli się myśleć wspak. że gdy powiedzie się ta pseudo-synteza. Kurnosow z oszczędności opuścił po dwóch dniach hotel „Choiseul” i prze- niósł się do maleńkiego hoteliku w XV dzielnicy. Inne problemy związane były z budżetem. I nic wię- cej. co było jednym z moich leningradzkich przywile- jów? Tajemnica była dobrze strzeżona. z której pan wyszedł dyrekcji — odpo- wiadał na to agent — ale najwidoczniej nic pan nie zrozumiał z t operacji. zamiast żeby zatriumfowała antyteza. ale w każdą sobotę opuszczałem moją celę. Oto o co tu chodzi: uświado- miliśmy sobie wreszcie. Dlatego postanowiliśmy oszukać Historię. chociaż zupełnie się z nimi nie zgadzał. gdzie zamiesz- kał w pokoju bez łazienki. udawałem się razem z eskortą do łaźni 357 . amery- kańskimi oczywiście. na ukos. Wie pan. że marksizm to tylko jeden z momentów dialektycznego ruchu i że zarysowała się sytuacja. tak samo jak oszukuje się niektóre owady podstawiając im sztuczne jaja. zawierająca go w sobie. Aleksander wywalczył pewne ustępstwa u Piotra i znów zoba- czył się z Kurnosowem. Rzecz jasna Aleksander musiał przedstawić te propozycje jako swoje własne. jak pro- wadzi się kukiełkę w teatrze lalek. czyli właśnie marksizm. Oto właśnie sztuczka. — Nie mam pojęcia. Mamy przy tym nadzieję. „Do łaźni będę chodził w każdą sobo- tę. które one bezskutecznie usiłują zapłodnić ginąc przy tym. z kajdankami na przegubach. w której za- częła się szykować synteza historyczna. i. będziemy mogli powrócić do przerwanej pracy nad tezą znów dla nas korzystną. w których Piotr nie dał za wygraną. który zwracał się do niego z pewną wyrozumiałością — jeszcze nie spotkałem człowieka tak bardzo zmiennego w przekona- niach jak pan. jaką zamierzamy podsunąć za- chodniej inteligencji. lecz wroga mu. którą ma pan dyrygować.

że w Paryżu nie ma rosyjskiej łaźni. Moi strażnicy lali mi na plecy wrzącą wodę i chłostali mnie brzozowymi witkami. Agencja Aleksandra poświęciła część swych zysków przekazując je wspólnemu przedsięwzięciu. 358 . Jadł prawie wyłącznie wtedy. „Dość się napchałem w więzieniu. Jeszcze inne kłopoty wiązały się z naborem członków stowa- rzyszenia. Niekiedy oddawa- łem im pięknym za nadobne. Wiercił się po parkietach pałacu Biron (jego buty skrzypiały nieprzyjemnie). emigranci. Dzięki temu miesięczne wy- płaty. Sumy te jednak nie mogły wystarczyć jako baza finansowa ruchu na skalę światową. był wstrząśnięty tą wiadomością: „Jak mogliście o tym nie pomyśleć. Ponieważ wszystkie zyski musiały być zatwierdzane przez Piotra. nawet w najskromniejszym wymiarze. wędrowały prawie w całości do kasy „Konfraterni”. Gdy Kurnosow dowiedział się. po rosyjsku. zatrzymywał się przed makietą Bramy piekieł i domagał się podkładek usprawie- dliwiających zakup znaczków czy biletów metra. na ogół zaś nie wystawiał nosa ze swego podejrzanego hoteliku. uśmiechając się z zadowoleniem: — Jestem zawodowcem. Kurnosow chciał pójść na ilość: — Trzeba osiągnąć masę krytyczną. przy- szedł czas. Wydawnictwo tymczasem za- mierzało wytoczyć proces Gawierinowi i odebrać mu przywłasz- czone honoraria. Przyjmujemy każdego. żeby trochę popościć”. dzięki czemu Psar mógł sprawo- wać kontrolę nad „Konfraternią”. Nieźle bawiliśmy się przy tym”. jakie otrzymywał z wydawnictwa Lux. Gdy zaś Alek- sander rzucał mu w twarz: — Pan jest skończonym biurokratą! Piotr odpowiadał na to.przeznaczonej dla KGB. gdy był proszony na przyjęcia. wy. aby mogły wyklarować się elity. kłaniając mu się głęboko. przez sześćdziesiąt lat?” Zadowolił się jednak łaźnią turecką. Jednocześnie jego stosunki z Kurnosowem pogarszały się. przyznawał on sobie prawo ogo- łacania kont „Konfraterni”.

Aleksander irytował się: — Jaka druga strona ma nas opanować? Przecież wiemy z góry. tłumaczył sobie jednak. że dzięki temu nie poddaje się najbardziej haniebnemu uczuciu: litości nad samym sobą. przejęty był obsesją. Dochodziły do tego także wysiłki i występy publiczne. że mięśnie twarzy wciąż są napięte. że jest ona manipulowana przez nas. że- byśmy dopomogli w rehabilitacji lewicowym intelektualistom. założyć kartotekę. Któregoś poranka wracali z Monte Carlo. Czy pan wie. Odrzucił w tył głowę. by nie został on zdomino- wany przez żadne z już istniejących ugrupowań. Nikt inny nie zechce wtedy pracować z nami. że „Konfraternia” zostanie opa- nowana przez drugą stronę. — Niemożliwe. Ale wyczuwało się. że przyciągniemy antykomunistów. Aleksander przyglądał mu 359 . był zdania. tym nowobogackim władzy? Tworzymy całkowicie nowy orga- nizm polityczny i musimy dbać o to. że przyjęcie kogoś do „Konfra- terni” będzie przywilejem. — O to chodzi. że we Francji istnieją cztery ugrupowania monarchistyczne. Michale Leontyczu. żebyśmy zostali opanowani przez trockistów. Biegły w kontr- wywiadzie. Niech teraz jakiś francuski gagatek wciśnie się do „Konfraterni” i odkryje. Wyobraża pan sobie to krótkie spięcie? Trzymany krótko przez Piotra Aleksander odczuwał coraz większe zmęczenie. Żądał. wyróżnieniem. prawda. żrące się między sobą? Nie chce pan chyba. by kandydaci wypełniali sześciostronicowe formularze. Aleksander był nieodmiennie jego tłu- maczem i mentorem. Przeciwnie Piotr: ten uważał. jego usta były otwarte. iż należy sprawdzić ich pochodzenie. Załóżmy. albo przez bonapartystów? Ani przez światowców czy anarchistów? Nie chce pan chyba również. że całe fran- cuskie getto faszystowskie postanowi zapisać się do nas. Wielkiej Brytanii. do Belgii. Kurno- sow zapraszany był wciąż na prowincję i nawet za granicę. Kurnosow drzemał.

Wisiał na jednej z tych odsłoniętych belek stropowych. Ładne słowa w ustach chrześcijanina! Wszyscy jesteście tacy sami. — Nie. we- zwań i zawiadomień do ufortyfikowanego domu w pobliżu Li- moges. stwierdził. ile raczej umożliwiono mu rozwój jego szaleństwa”. że skrzynka na listy od wielu dni nie została opróżniona. który przywiózł kolejną porcję rachunków. Ten nowy szczegół jeszcze wzmógł nienawiść Aleksandra. który nigdy nie kła- mał. Czyżby więc lęk. — Pokazałem ten artykuł Kurnosowowi. Jego górną wargę pokrywał rzadki wąsik. Trup. Powiedział na to: „To ułatwi prawdopodobnie procedurę odzyskania pieniędzy”. Otworzył gazetę. prawdopodobnie wciąż jeszcze nie znający kobiet.się uważnie. Oto sześćdziesięciolatek. kiedy przybył do Francji. ale nie analizował tego. Żmija z wąsikiem. Oto uczeń Mikołaja Władimiro- wicza. Oto synek introligatora. gdzie nie tyle go leczono. kupionym w Hermesie. Piotr siedział już w rożku kanapy w pasy w salonie Jessiki. zawieszo- ny był na jedwabnym krawacie. okazał się uzasadniony? Aleksander natychmiast zażądał spotkania z pilotem. Oto szaleniec. które tak zachwalają agenci nieruchomości. «Niezależny Dziennik». odziany w niebieski garnitur pochodzący z zagranicy. Zawiadomił żandarmerię. który spędził dziesięć lat w zakładzie psy- chiatrycznym. Wiedział. którą Aleksan- der cisnął na kanapę. myślał. Listonosz. 360 . który na próżno zaatakował Breżniewa. Żandarmi znaleźli wy- gnańca w kuchni. „Oto «Żelazna Maska»„. dławiący Gawierina od chwili. „Oto Harmodius. że jego stosunek emocjonalny do Kurno- sowa jest bardzo złożony. Przeczytał wiadomość o śmierci Gawierina. to już naprawdę przekraczało wszelkie granice! — To nasza robota? Piotr studiował z zimną krwią pomiętą gazetę.

zaczęły się sprzedawać tak dobrze. który zrobił majątek na obronie biedaków? 361 . Tu także wchodziła w grę pycha. Spotkamy się w «Pont-Royal»?” — zaskoczył całkowicie Aleksandra. zamiast skupić się na sprawie. i gdy tylko spotykali się w którymś z modnych miejsc. trzeba go było sprzątnąć. Jeżeli Gawierin stał się niewygodny. kiedy powieści Bluna. jak wielki błąd popełnił. i wszystko z powodu śmierci agenta. że pan. Myślałem o nieszczęsnym losie tego człowie- ka. Psar. — Chce pan powiedzieć. — Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć? Aleksander uświadomił sobie. Blun jednak nie przestał okazywać swej wdzięczności. żąda pilnego spotkania. od dawna już wyłączonego z gry? Niech pan się ma na baczności. — Właśnie w tej sprawie. że ich autor nie musiał już dzielić się z agencją częścią swego honorarium. zajmujące się najczęściej tematem „wiernego przyjaciela”. bardzo przeciętne i chętnie czytane. W na- szej robocie niekompetencję od sabotażu dzieli tylko jeden krok. Jego telefon — „Niech mnie pan zaprosi na obiad. Następnego dnia Aleksander umówiony był na obiad z Ema- nuelem Blunem. Piotr uprzejmie przyjął do wiadomości słowa Aleksandra. ryzykuje demaskacją i mnie naraża na to samo. Jego wąsik dopiero kiełkował. — Jacy my? Aleksander opanował się: — Ma pan rację. Czego mógł chcieć od niego ten człowiek. uważał za punkt honoru ująć swego byłego agenta za ramię i wykrzyknąć głośno: — Oto najlepszy agent Paryża. odwiedzanych przez dziennikarzy. Ich kontakty stały się rzadsze od chwili. Piotr westchnął lekko. Dorzucił nie bez pychy: — Mam sobie to za złe. To on wyciągnął mnie z błota. pułkownik dokooptowany. Nie chciał się go jednak wypierać.

którego wyciągnął z anonimowości. gdyby go nie miał. że pisarze nie należeli do . że spotykało się tam zbyt wielu pisarzy. że nasz stół jest już gotów — powiedział Blun. Uważał. żeby zostawić swe okrycia. Tu spotyka się sama góra — powiedział Blun. że tamten wyciąga do niego przyjaźnie dłoń. Nie było w tym nic dziwnego. a w głębi duszy był przekonany. a ideologie rozpędzone zostały na cztery wiatry przez bank Credit Lyonnais. z zegarkiem zawieszonym na łańcuszku. Przy pierwszej chwili milczenia Blun rzucił: — Wracam z Rosji. literat. wzdychając z ukontentowaniem. Plotkowali przy kieliszku. Agent literacki ciągnął dalej rozmowę o literaturze. Obaj zjawili się w tym samym momencie w restauracji i jed- nocześnie weszli do szatni. by Blun zaprowadził go do jednego z foteli. że bardziej godne szacunku byłoby. ozdobiony aksamitnym kołnierzem. przyglądając się jednocze- śnie gładkiej. dyskretną obsługę tego baru. obrzmiałej i bladej twarzy tego drobnomieszcza- nina. — Wypijemy po jednym w barze? Stół mamy zarezerwowa- ny. przy- ćmione światła. — Lubię ten lokal. ale tak trywialnego. Gdy zawiesił go już. trzy- mając go za łokieć. Blun miał na sobie płaszcz z czarnego kaszmiru. Cenił luksus. — Myślę. 362 . że powracał z ZSRR. z kamizelką. Gdzie podział się Emanuel Blun z brudnymi paznokciami i głową pełną ideologii. wybrawszy bardzo starannie je- den z wielu identycznych wieszaków. ale tak naprawdę nie lubił go. oznakę powodzenia. ukazał się oczom Psara w eleganckim garniturze. Aleksander skinął głową na znak zgody. nie pozbawionego talentu. aby stał się jednym z uczest- ników sztafety? Teraz jego paznokcie były regularnie sprawdza- ne i korygowane przez manikiurzystkę.jego świa- ta”. która osłaniała młodzieńczą jeszcze sylwetkę i brzuszek. Pozwolił. któremu przyznano tam nagrodę. Aleksander nie zorientował się.

— Pana. 363 . co się dzieje z „Konfraternią”? — Wszystko w porządku.. Czy mógłby mnie pan zaprote- gować? — Blun. żeby dostać się do waszego klubu? Czy to partia. A propos. który był powodem tego spotkania. W końcu powinno to zrobić przyjemność wszystkim tym pana reakcjoni- stom. że będzie panu smakował Cahors. Jest pan oficjalnym laureatem ZSRR! — Liczę. W końcu u ortodoksów jest to wino mszalne. Aleksander przytoczył kilka bardzo znanych nazwisk. do której się wstępuje? Rodzaj Rotary Club. Blun mrugał powiekami przy każdym nazwisku: — To świetnie. Właśnie intronizowaliśmy wiel- kiego amerykańskiego reżysera.. że to by mnie interesowało. Blun bawił się kawałkiem chleba: — Jak to się robi. Pomimo to uznał jeszcze za stosowne zacząć od wstępu. Mamy. czy też Kościół. Ale to zaczyna już wyglądać archaicznie. które prowadziły w głąb hotelu. Mam na- dzieję. Byli dla siebie uprzedzająco grzeczni przed na pół ukrytymi drzwiami. — Nie ukrywam przed panem. wystarczyło po prostu za- mówić Bouzy. tego. gdzie wymaga się inicjacji? — Wszystko po trosze. Emanuela Bluna? Przecież większość członków to zdecydowani antykomuniści. który zapra- sza. to świetnie. kiedy zobaczą mnie w worku pokutniczym i z głową posy- paną popiołem. Dopiero po szczegółowo przemyślanym wyborze menu i kon- ferencji na temat win z maître d'hôtel. który nakręcił Łowcą łosi. Aleksander nie mógł nie pomyśleć o obsesji Piotra. — W zeszłym roku to było proste. po którym dopiero nastąpił gwał- towny przeskok. nie rozumiem pana. który wszędzie węszył inicjatywę francuskiego wywiadu. że to właśnie pomoże mi się tam dostać. В lun poruszył temat.

Mieszkała w tym samym hotelu. ale wystarczy mi dać adres. — Na bakier z lewicą? Jak to? — To długa historia. Trzeciego wieczoru. o co chodzi. ale jeśli chodzi o ponowne przemyślenie jakichś szczegó- łów. nawet w apartamencie z fortepianem. Chciałem wreszcie wiedzieć. do jej pokoju. No. że to jakaś gwiazda edytorska. ale mogło mu pomóc w stwierdzeniu na miejscu. Tym razem oszczędzali. Następnego dnia no- wa wizyta u sowieckiego wydawcy: „«Genadij. co się u diabła dzieje.. — Ale dlaczego miałby się pan pojawiać w worku i z po- piołem? — Nie mam nic do stracenia. — Kelner— zwrócił się Aleksander do maître d'hôtel— pro- szę nam przynieść jeszcze jedną butelkę. żeby mnie nie nakryła etażna”. Psar. Przyszedł do niej. dlaczego przestaliście mnie drukować? Czy coś jest nie w porządku w mojej linii politycznej? Mam tylko jedno sumienie. Od jakiegoś czasu w Związku Sowieckim przestały pojawiać się nowe wydania jego książek. Zapominano go w przedpokojach. jeśli mam na to ochotę. Absolutnie nie. co się dzieje. Od samego początku Blun stwierdził. W końcu stać mnie jeszcze na zapłacenie sobie pobytu w ich „Ukrainie”. „służbowymi schodami. ale w dodatku jeszcze inteligentna. nie był zapraszany na przyjęcia. — Kilka lat temu rozwijali przede mną czerwony dywan. Zastanawiał się dlaczego.» «Musi się pan zobaczyć z Sieriożą» — powiedział Gena- dij. w barze. kawior szuflami.. Ten 364 . co to nie tylko to. Sądziłem. Spędził dwa samotne wieczory w hotelu. Sie-rioża? Nie znałem Sierioży. i przy- jął zaproszenie. Samo w sobie było ono niezbyt interesujące. jedną z tych laleczek. Co prawda Blun miał wielką ochotę opowiadać. jednak chciał być o to proszony: ogniste wino okaże się w tym pomocne. wszelkie koszta były opłacone. poznał panienkę. że jest źle przyjmowa- ny. Jestem na bakier z lewicą i potrzebuję publiczności.

nawet nadskakujący..» «Przykro mi». dziękuję bardzo. «Proszę mnie posłuchać».Sierioża. albo spławiamy pana. która chce być wielka jak bawół. A ponadto zna pan ludzi polityki. co mógłbym dla was zrobić». Wicemini- ster Polipier jest pana bliskim przyjacielem. pan może nam dostar- czyć informacji na temat ogólnej atmosfery. mógłby ich pan użyć jako ilustracji». tak. «Ależ tak. styl Greco. wyciąga stamtąd teczkę. «Ja znam wyłącznie pisarzy». szanowny panie. bierze stamtąd klaser. «Jeśli ma pan ochotę opublikować nowe wydanie Aretina. pisarze nie są aż tak bardzo nieprzydatni. i to nawet dobrym Francuzem. gdybyśmy dostar- czyli pani Blun taki oto komplet?» To mówiąc otwiera szufladę. niezależnie od sprzedaży.. że nie mamy innego typu uzasadnień do zaproponowania. Czy byłby pan zadowolony. laluni z hotelu i pańskiego sługi w pewnej akcji”. jak pan już zapewne odgadł. 365 . jeśli staje się nim interes. i przedstawia mi wybór: albo będzie pan pracował dla nas i płacimy panu dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy rocznie. powiedział mi w końcu. jeśli o mnie chodzi to nie. Po pierwsze jestem Francuzem. ale nie jest także źle. otwiera go. «Bardzo mi przykro. a poza tym może pan dotrzeć do ludzi. jak się na ogół sądzi. który miał minę równie radosną jak strajkujący przed- siębiorca pogrzebowy. Były to zdjęcia. ale naprawdę nie widzę. Ten Sierioża z począt- ku był bardzo uprzejmy. którzy nie zgodziliby się z nami rozma- wiać». będących obecnie w rządzie. kiedy motywem jest idealizm. ale stawał się coraz mniej uprzejmy i na- dymał się jak żaba. «Po pierwsze. a poza tym szpiego- stwo to prosta droga do tego. wszystkie te bzdury. Sierioża. No więc tutaj. otwiera tę teczkę. żeby znaleźć się w kanale Saint- Martin czy też w fosie Vincennes. ja mu na to. «szpiegostwo to nie mój dział». Nie należy jednak sądzić. wspólny ideał. Zawsze jest przyjemnie. znajduje tam kopertę. przyjmuje mnie w ponurym pokoju z portretem szalonego ascety na murze. otwierają — jak te ro- syjskie lalki — i rozkłada przede mną tuzin zdjęć. «próbowaliśmy panu ułatwić zadanie. ja bym z wielką przyjemnością.

Mogę się panu przyznać. zobaczy pan. zawodową ciekawość. Jak niemowlę. widzi pan. że jednak popełniają błędy — że pani Blun i ja uznaliśmy. od stóp do głów. żeby wyjaśnić. na mojej skórze zależy mi jeszcze bardziej niż na czyjejś. W dodatku. Wszystko to opowiadam panu. Niech pan spojrzy. to ona nieźle prowadzi. pchany przez zwy- kłą. Nauka przez obraz. który na ogół nie interesował się wcale tego rodzaju opowieściami. W pańskim interesie będzie teraz wykorzystać mnie. Sierioża za stygł jak sopel lodu. Blun był już przy drugim koniaku. wydaje się. Sierioża dał mi do zrozumienia. że się wahałem. który dał je do walizy dyplomatycznej: ani widu. iż żarty trwały już wystarczająco długo. póki jeszcze mogę uchodzić za kogoś. i tak dalej. gdy Aleksander. niedbale. a ja mu powiedziałem: „To fajny pomysł. Tyle że. Za jednym zamachem osiągniecie to. zdjęcia przekazałem znajomemu sekretarzowi ambasady. że jeśli się zgodzę. I muszę panu po- wiedzieć. ale i świadomości klasowej. Sięgam po zdjęcia. Więc śmiałem się w duchu. in the pocket. kto dezerteruje. żeby wam oszczędzić wydatku na znaczki pocztowe. moim pilotem zostanie ta sama lala z hotelu. zasłużyłem się. sam jej przyniosę wasze dydaktyczne foto- grafie”. że ten Sierioża nie wiedział — i tutaj właśnie Rosjanie mnie zawiedli. I jaką ma słodką skórę. Trzeba dodać. — Tyle tylko. lub może odgadując koleje prze- znaczenia: — Ma pan przy sobie te zdjęcia? 366 . że Blun jest żmiją pozbawioną nie tylko talentu. zwró- cił się jednak do swego rozmówcy. i tuż przed moim wyjazdem wystąpiliśmy o rozwód. za dwa tygodnie ukaże się w «Literaturce» artykuł oznajmiający. ani słychu. że między Sowie- tami i mną skończyło się. sapać ile chciał. Sierioża mógł sobie marszczyć brwi. W przeciwnym razie. Może to za- inspiruje panią Blun. że jak na pilota. ale ja nie jestem taki głupi. i odchodzę. miłość bez łez. do czego dążyłem przez dwadzieścia lat. że na lotnisku poddano mnie dwugodzinnej rewizji.

. wyłożył dwanaście fotografii na żół- ty obrus: — Może pan otworzyć. Aleksander patrzył na zdjęcie przez piętnaście sekund. Aleksander zamknął oczy. . Blun gdaknął: — Właśnie dlatego zarezerwowałem stolik w rogu sali! Nie bez trudu odnalazł wewnętrzną kieszeń marynarki. Po raz pierwszy od bardzo. a po- tem podniósł się i skierował się w stronę wyjścia. Kelnerzy cofali się. Psar wyszedł z restauracji. żeby pozwolić mu przejść. Blun na pół wstał z krzesła: — Psar. bardzo dawna musiał sam uregulować rachunek. Blun. które wciąż trzy- mał w zamkniętej dłoni: — Niech pan zamknie oczy.. sapiąc bez przerwy. Blun opadł na krzesło. póź- niej jednak wydobył z niej zręcznie plik zdjęć.

jak oddychać. — Na kiedy.. życie mężczyzny. — Nie. ta sama Mał- gorzata. że umie panować nad sobą. że przedstawi komu innemu swoje tezy na temat Dostojewskiego. proszę pana? — Jak najwcześniej. Musiał od nowa nauczyć się. Chociaż tak. te same medaliony i wole oka. nie przypominał dawnego Aleksandra: zostawił swój płaszcz z wielbłądziej wełny i rękawiczki w szatni „Pont-Royal”. — Muszę wyjechać na kilka dni. całe jego życie. Samolot do. że zdawały się miękkie i elastyczne. 368 . On. te same kamienne schody. Małgorzata zaczęła dzwonić. tak zawsze pewien. która chroniła go przez ostatnich trzydzieści lat. przypłaca się to lękiem. jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie od pana odpowiedzi. No- wego Jorku. tak wytarte. Gdy się ma czterdzieści dzie- więć lat. 8 PERŁA To wciąż był ten sam wytworny budynek.. czekająca na niego: — Pan Lewicki telefonował już. Grozi. Lecz Aleksander Psar nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. Mówił z trudem i najwidoczniej nie usłyszał wcale jej słów: — Czy zająć się rezerwacją biletów? Wszystko się rozpadło: otoczka. te same lamperie Trianon. Aleksander oparł czoło o szybę. żadnych rezerwacji.

w drugiej dyrekcji głównej. ruszając na zielonych. zre- konstruował z dokładnością do paru pomyłek zaledwie wyda- rzenia ostatnich lat. — Proszę mi też zarezerwować sypialny. że miała do czynienia z dwoma zna- jącymi się wzajemnie. Gdy tylko wypełniła swoją misję. proszę pana? — Rzym. który już wcześniej deptał mu po piętach. w biurze po- dróży. ryzyko wynosiło ileś tam procent. Ałła robiła najprawdopodobniej. i rozmawiać ponad kontuarem z jedną z tych ufryzowa- nych idiotek nie znających się na rozkładzie jazdy. KGB przyjęło to ryzyko kierując się przesadną troską o oszczędność. że powinien sam zająć się którąś z tych rezerwacji. I to on. uwodziciel- skich i zdolnych zarazem do manipulowania ludźmi. który zawsze tak bardzo uważnie przeżywał bieżącą chwilę! Ałła była po prostu dodatkowym oficerem-pilotem. W jego wyobraźni pojawił się znowu obraz Gawierina wi- szącego na belce stropowej. aby uwierzył. W pierwszej chwili nie widział nic na ulicy. ale kobiet-oficerów. nie było za- pewne wiele. którego prawie nie potrafił odczytać. Dlatego trzeba było zatrudniać je co jakiś czas. podobnymi do niego. gdyż związany był 369 . że kręci się tam chłopak z szalikiem zarzuconym na szyję. aby uciec od lewego brzegu. żeby zbliżyć się do biura. Nie dało się wykluczyć. włączając się w ruch okrężny na rondach. zajęła się innymi. potem zauważył. Pomyślał. potem znowu wracając tam. którego mu przydzielono. — Dokąd. stając na czerwonych światłach. Nie był jednak w stanie wyczekiwać teraz w kolejce. że będzie mógł „wrócić”. staż manipulacji intelektualistami francuskimi o orientacji literac- kiej. — Na kiedy? — Jak najwcześniej. Błądząc po ulicach Paryża. patrząc na zegarek. i zraniło wskutek tego Aleksandra tak bardzo. Panienek nie brakowało. przejeżdżając samochodem przez Sekwanę.

. Mój syn osiągnie. co pewnie byłoby dla niego jakąś pociechą. poczucie. Nawet przez moment nie chciał obecnie przyjąć możli- wości. że nigdy go nie miał. Nie pocieszało go natomiast to — co byłoby pewnie dobrą wiadomością dla bardziej banalnego kochanka — że Ałła wcale nie zginęła.. by Ałła go kochała.. że pękła 370 . wyciągnięta w przyszłość: „Mój syn zostanie. ach. że nie jest już sam na świecie. Podobnie też — jako że myśl o dawnej miłości łagodzi zwykle ból z powodu jej urwania się — wolał odczucie swej pierwszej żałoby od ohydnego stanu pustki. Stratę syna odczuł tym boleśniej w chwili. że nie zasłużył na oficera-pilota zajmującego się nim i tylko nim. czego nie ma? Czyż nie uprawiał odrażającego onanizmu emocjonalnego? Wszystkie te we- wnętrzne poruszenia duszy. że kobieta-oficer. że jego uczestnicy tworzą coś. jego ręka.”. Nie przyszło mu też na myśl. cała jego miłość. był czymś całkowicie wyobrażonym.. Nie czuł się więc oszukany w miłości. że ich relacja zbudowana została nie na kaprysie przy- ciągania się dwu naskórków czy dwu wrażliwości. że musiał niekiedy aż przymykać oczy. Był poza tym obrażony. który go teraz opa- nował. obecny w nim przez ostatnich pięć lat. Był całkowi- cie pewny. Czyż nie jest rzeczą potworną kochać coś. czy mogę mieć dzieci”. Nawet nie wiem. Ten ukryty prąd miłości. że się ich. „Nigdy nie miałem dziecka. gdy do- szedł do wniosku. wypełnieniem rozkazu. nigdy ktoś taki się nie urodził. To przynajmniej zostało mu oszczędzone. dla Ałły. spełniająca swą misję. że jego syn być może był jednak na świecie. musiała przerwać ciążę. Nie była też dla niego rozczarowaniem myśl. O tym wiedział zawsze i nawet zadowo- lony był. kooocha. tak napięta.ze swą służbą i nienawidził wszelkiego oszustwa. Nie sądził nigdy. tak jak post-romantyczni drobnomieszczanie łudzą się. Zraniona miłość własna powoduje wielki ból. Fundamen- tem ich związku była dla niego raczej świadomość. że ma córeczkę. urojonym. co przerasta ich oboje. jakby tracił równowagę. że ich związek był.

od same- go początku nie był uczciwy. coś. Nawet jego stopień służbo- wy. że targ. Dlaczego? Czy zawiódł w czymś? Czy zażądał mo- że zapłaty nieodpowiedniej w stosunku do usług. Doznawał uczucia. zgodnie z tradycją! „Wybacz. Ale przez przełożonych? To już podłość nad pod- łościami. Grano nim. Nic więc dziwnego. że w tej sytuacji Piotr traktował go jak zwyczaj- nego agenta. że jego mistrzowie nigdy nie mieli zamiaru pozwolić mu na „powrót”. rozpoznając w tym nie wiadomo czyim dziecku po- tomka własnego rodu! Jak bardzo przepadał za tym. ojcze”. gdy zaufanym przy- jaciołom przedstawia się kogoś. przez niego samego aprobowanej. Nie chodziło wcale o „dokręcenie śruby” jakiemuś oficerowi. które było stokroć silniejszym po- większeniem wrażenia. kto okazuje się człowiekiem bez honoru. jego przełożeni musieli się nieźle śmiać z niego w swojej dyrekcji. co Synowi wysłanemu w misję każe wykrzyknąć: „Lama sabachtani?!”'. dającego znakomite rezultaty z agentami niższego szczebla. To zła wojna. jakiego się doznaje. Być manipulowanym przez wła- snych podwładnych — to jeszcze ujdzie. nielojalności wobec ojca. Kto prowadził tę grę? Ci. żeby nazy- wać syna imieniem swego ojca. do którego przywiązywał wagę z chłopięcym zapałem. był tylko jeszcze jednym wabikiem w tej rozgrywce. który ubił przed trzydziestu latu. lecz po prostu o za- stosowanie wobec niego podwójnego systemu kija i marchewki. typo- wym dla wielu żołnierzy. Podczas gdy z biegiem lat awansował na drabince urojonych stopni i rang. jakie oddał? Podejrzewał. 371 . którym zgodził się służyć za cenę nielojalności. na którą skazuje nas fakt uro- dzin i z której wyzwoleniem jest dopiero spłodzenie własnego dziecka—wszystko to było więc tylko halucynacją? A fotografie? Ileż razy pochylał się czule nad zdjęciami! Jak bardzo szukał — i znajdował! — oszukańczego podobieństwa rysów! Jak bardzo był dumny. ale wciąż jeszcze wojna. która była przecież fabryką iluzji. który okazał się zbyt niezależny. Był pionkiem w grze.muszla ontologicznej samotności.

„Więc jak to jest. Nigdy jej nie wzywał w ten sposób. Zrobił kilka nota- tek. żeby nie wzbu- dzić podejrzeń Małgorzaty. Zaczął czy- tać i stwierdził. będę musiał wyjechać na parę dni. jak na zepsutej płycie. czy będzie go można osiągnąć te- lefonicznie. Czy wróci obłaskawiony? Bę- dzie próbował zniknąć? Postawi jakieś warunki przed powrotem do służby? Tego nie wiedział. Ale w każdym wypadku potrzebne mu było odzyskanie dystansu. że nie był pewny. Lubił boazerie. ale nie powinna wiedzieć. że nie może uciec. pozostawił drzwi otwarte. że wyjeżdżał jeszcze gdzie indziej. Jego spojrzenie padło na orientalne sztylety. — Małgorzato. proszę pana. Wyda dyspozycje na czas swej nieobecności. ale tego dnia nie spytała o nic. Leżała tam poczta dla niego.. — Małgorzato. — Tak. Stała z bloczkiem i 372 . Normalnie zapytałaby go. Myśl o Gawierinie nie opuszczała go: „Nie chcę. które ota- czały go różowym cieniem surowego drewna. propozycji odpowiedzi na listy. Podszedł do biurka. że nic nie rozumie. Przeszedł do swojego gabinetu i. Ale już wiedział. — Proszę pana — powiedziała Małgorzata bez ironii — wy- jeżdża pan do Rzymu dziś wieczorem lub do Nowego Jorku jutro w południe. Oczywiście. Żadna decyzja jeszcze się w nim nie skrystalizowała. Później zauważył ikonę: — Ty także drwiłbyś ze mnie. Wiedział tylko. gdybyś umiał drwić. że potrzeba mu kilka dni odprężenia i że w tym czasie po- winien uniknąć nadzoru dyrekcji. To samo zdanie. żeby mnie spotkało to samo”. czy wróci. czyżby mieli rację? Czyżbym był tylko sze- regowcem. inaczej niż to było w jego zwyczaju. niezdolnym do poddania się autodyscyplinie?” Powróciła mu potrzebna jasność umysłu. Pozostawi je tutaj. przez otwarte drzwi. Zasługiwał na ten wyjazd. musiała się domyślać..

źle- śmy go potraktowali przez tych wszystkich Kurnosowów. — Mówiła mi pani. Nie powinniśmy się opuszczać. Pneumatykiem.. — Już to z pewnością zrobił. Nigdy nam tego nie zabrano. — Powie pani. Proszę mu powiedzieć. szczególnie na samochodzie o 373 . wyrażały skoncentrowaną uwagę. — Proszę to wysłać pocztą. Wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. mimo nawału pracy. Dla Małgorzaty było to żenujące. który prosi mnie o ponowne objęcie kierownictwa serii Białej Księgi. To prawda. Trzeba mu to dać odczuć. Ach. jak ma się z nim skontaktować. Oczywiście nie miał prawa wyjeżdżać nie zostawiając Piotro- wi wskazówki. obramowane ciemnymi włosami. jeśli zechce spróbować gdzie indziej. że znów jest komendantem swojego statku. Jeśli madame Boïsse będzie mnie szukała. tak! Pan Lewicki. Ma pani tutaj także brulion listu do Baroneta. Czuł.. Mówiąc bazgrał jednocześnie karteczkę z przeprosinami po rosyjsku dla Kurnosowa. jeśli poczeka jeszcze piętnaście dni. proszę powiedzieć. ale że zrozumiem także. że będę mu wdzięczny. Jej ciemnoniebieskie oczy. Mówiąc nie przestawał się zastanawiać. że musiałem wyskoczyć do Nowego Jorku na negocjacje w sprawie kontraktu. Po raz pierwszy pozwolił sobie na wypowiedzenie opinii o kimś równym mu w obecności podwładnego. temu prostakowi. — W każdym razie proszę go przeprosić. proszę pana — powiedziała Małgorzata sztywnymi wargami. Miała na sobie granatową sukienkę z wielkim białym kołnierzem i białymi mankietami. Spojrzał na zegarek. że niezwłocznie do niej zadzwonię.ołówkiem w ręce. czy weźmie swój sa- mochód — numer rejestracyjny. lekko przechyliwszy głowę.

tak mało ciążąca. — Nie słuchałem pani. — Proszę o wybaczenie (nauczył ją posługi- wać się tym zwrotem zamiast zwykłego „przepraszam”). Był przyzwyczajony do sa- motnego życia. Z jaką łatwością znaleźli sposób. ale ciepło jej uwagi. Najlepiej byłoby pożyczyć od kogoś jakiś samochód. pomoże mu. kto wie. jeśli jestem niedyskretna. A później jakaś tama w nim pękła. Za chwilę znajdzie się sam za kierownicą omegi czy też innego. Podczas trzydziestu lat niedostrzegalnie spoczywała na nim ręka Pitmana. nie narażam jej na ryzyko. przyjacielska. Jednocześnie wielokrotnie miał okazję stwierdzić. mógłby go zdradzić — czy też wynajmie jakiś pojazd. Oczywiście. ochraniająca. Na razie nie chciał wywoływać wrażenia. Proszę o wybaczenie. że mógłby mnie pan potrzebować. A jednak właśnie to spróbuje osiągnąć. podjąć opty- malną decyzję. wynajętego. Wprost przeciwnie. 374 . jakie okazywała. „Czy zabierając ją. Małgorzata powtórzyła: — Czy nie mogłabym pojechać z panem? — zaczerwieniła się pod warstwą pudru. nie wystawiam jej na niebez- pieczeństwo? (wciąż myślał o Gawierinie. pragnienie. przynajmniej na przeciąg kilku dni. — Nikogo mi nie trzeba. nie zwierzyłby się jej ze swojego dy- lematu. by przywołać do porządku Ballandara i Fourvereta! Uniknąć nadzoru KGB wyda- wało mu się przedsięwzięciem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. Ta perspektywa przeraziła go. że ni- kogo nie zna wystarczająco dobrze. ale wydaje mi się. Niewiele przypominał sobie ze swego stażu w Brooklynie. pomogłaby mu przeżyć tych kilka dni.dość rzadkiej marce. żeby we wszystkim mu się wiodło. Być może obecność tak pełna zrozumienia. ale nie do poczucia. że zaciera ślady. do ja- kiego stopnia KGB było dobrze poinformowane i przygotowane do działania. Ale od kogo? Zdał sobie sprawę. nieznajomego samochodu. w dodatku moje własne pomniejszy się dzięki te- mu”. że jest całkiem samotny. o jego wybałuszonych oczach i wywalonym języku).

Pomógł Małgorzacie nało- żyć popielaty płaszcz z lisim kołnierzem. 375 .. A samochód. zajmą się sprawdzaniem Rzymu. jest cho- ra. rejestrujący telefony. Małgorzata odgadła z pewnością. pani Thérien. czy poleciał do Nowego Jorku. że nie wybierał się do Rzymu ani do Nowego Jorku. proszę pana. odizolowanemu osobniko- wi”. Chwycił swą grubą. umierając z onieśmielenia. Zresztą pojutrze jest Gwiazdka. Z przyjemnością zadzwonię do pana. Małgorzato? — Jolie Madame. I mamy magnetofon. Dostałam ją od pana na uro- dziny. Na drogę proszę sobie kupić szczoteczkę do zę- bów. Musiałem niestety wyjść na parę godzin. pani. a moja sekretarka. spraw- dzą naprzód.ale nagle powróciło jedno zdanie: „Mokra robota przeciwko dwu osobom nie jest dwukrotnie.. Aleksander wciąż jeszcze się wahał. Dziękuję za telefon. co nie mogłoby poczekać jeden czy dwa dni. proszę pana? — Sam to zrobię. Gdy stwierdzą. czarną teczkę. Małgorzata. Dałaby się raczej poćwiartować niż powiedziałaby to komuś. — Dobrze. Je- śli jednak rzeczywiście będzie torturowana? Nawet bez użycia metod fizycznych można wymusić bardzo wiele. — Miałem dobry pomysł. Trzeba było postarać się o rozproszenie wszelkich wątpliwo- ści: „Tu Aleksander Psar. aż odezwie się sygnał i potem proszę mówić”.. po powrocie. Proszę poczekać. — Co mam nagrać na magnetofon. podjęła ostatnią pró- bę: — Nie ma nic takiego. Poczuł przyjemny za- pach: — Jaka to perfuma. byłoby dobrze wziąć na nazwisko mada- me Thérien. lecz dziesięciokrotnie bardziej nie- bezpieczna niż przeciwko jednemu. że nie było go w samolocie.. Bardzo proszę o nagranie wiadomości dla mnie na taśmę. Jeśli po odczekaniu „paru godzin” zaczną go szukać. gdyby go wynajmował.

Spotkamy się w tym samym miejscu za pół godziny. Weźmiemy samochód z garażu. Uśmiechnął się lekko. Wahała się. Gdyby policjant protestował. Oczywiś- cie oddam pani pieniądze. W podwórku wsiadł do swojej omegi i otworzył prawe drzwi Małgorzacie. w tej dzielnicy pełno jest biur podróży. powiedział sobie. — Małgorzato. — Zostawię samochód w drugim szeregu. — Czy poprosić. Czy ma pani kartę kredytową? — Tak. przepraszając za swoje roztargnienie. Trzeba zacząć. od tego co jest nerwem każdej wojny. „zlały się z oto- czeniem”. Na kiedy wziąć samochód? — Od razu. na bulwarze Saint-Germain. Aleksander raz jeszcze opuścił lewy brzeg. Pro- szę z łaski swojej wynająć samochód na pani nazwisko. Ale jak to osiągnąć? W jednej z powieści Paula Bour- get pewien nauczyciel kupuje nowe ubranie w sklepie „Old En- gland” i dopiero potem ośmiela się pójść do krawca. — Jeśli nie jest pan pewny omegi. Pojechał do swego banku. jakby miało to jakieś zna- czenie. niech pani użyje swych wdzięków. Po raz pierwszy pozwalał sobie przy Małgorzacie na aluzje czysto osobiste. może weźmiemy mojego renault? Jest niebieski — dorzuciła. Wychodząc z banku zoba- czył. „Ja postą- pię całkiem przeciwnie”. 376 . Przypomniał coś sobie: wykładowca z Brooklynu doradzał. proszę pana. że Małgorzata przestawiła samochód. żeby nam dostarczyli samochód? Trzeba było uniknąć zwracania na siebie uwagi. ale ponownie zajęła miejsce pasażera. które nie chcą zwracać na siebie uwagi. — Nie. Udało mu się zna- leźć miejsce do parkowania pod Operą. Podjął w gotówce cały swój wkład. — Zawadzaliśmy — wyjaśniła. by osoby.

Aleksander opuścił dom towarowy. Weszła do samochodu i nie wyglądało to na to. Na postoju nie było żadnych pojaz- dów. Aleksander szedł za nią w pewnej odległości. że także i ona nie miała ogona. by zmylić ewentualny ogon. ani parasola. Pomyślał jednak. 377 . Samochód Małgorzaty mógł być im znany. — Proszę. żeby ktoś ją śledził ani żeby rzucił się w stronę kawiarni. Zanim więc zrobił zakupy. Brakuje mi tylko fajki. Małgorzata czekała na niego tuż obok omegi. Proszę mnie zabrać spod dworca Saint-Lazare. parasol i ręka- wiczki. dwustron- ny płaszcz nieprzemakalny. tweedowy kaszkiet. Będę czekał od strony Cour du Havre. niech pani tam pójdzie i weźmie wóz. Zaczy- nał padać śnieg. do telefonu. bardzo mi miło. Proszę wziąć jakiś wygodniejszy sa- mochód. czuł się głu- pio wyposażony w ten sposób. że nie powinna całkiem zataić swego zdziwienia: — Ubrał się pan w stylu angielskim. No więc? — Musimy odebrać peugeota z Avenue de la Grande-Armée. Nie nosił nigdy ani kapelusza. Na ulicy pali- ły się girlandy lamp. Bez płaszcza marzł. Nie odwróciła ani razu głowy. Zapadał zmierzch. — Nie. Nie miał pojęcia. dziękuję pani. tak żeby nie musiała pani szukać miejsca do parko- wania. Można było całkiem spokojnie przyjąć. Niech żyje Boże Naro- dzenie kupców! W sklepie „Old England” Aleksander kupił ciepły. Jej popielaty płaszcz prawie nie dotykał bioder. dokąd jechać. Otworzyła niebieski parasol. kilka płatków osiadło na jej czarnych włosach. Ładnie się po- ruszała. wykonał kilka elementarnych manewrów w Galeries Lafayette. nie zauważył nikogo innego podejrzanego. nadający się na większą podróż. Uznała. Chłopak z szalikiem na szyi nie pojawił się. — Sherlock Holmes. ale udało jej się złapać przejeżdżającą ulicą taksówkę. że nic jeszcze nie zrobił. Małgorzata ruszyła w stronę postoju taksówek.

przeciwnie. Oczywiście. mówił do siebie: „Nie powinienem był opuszczać tak nagle Bluna. pewna. ma- łostkowa oszczędność. Mogło mu to dać do myślenia. drogi przyjacielu. Mógłbym coś wy- myślić na poczekaniu. końcowa faza montażu? W ten sposób dano by mu do zrozumienia. lecz. Czy oni o tym wie- dzą? Wszystko razem nie trzymało się kupy. śliskiej bariery. Spacerował chodnikiem. To zaskoczy Małgorzatę. „Nazywam się Jean Dupont. Czuł. Aleksander wsiadł do metra. że nazywał się pan inaczej: Aleksander Psar. Ale recepcjo- niści to donosiciele. To 378 . Jak jej to wytłumaczyć?” Mógł złożyć wszystko na karb KGB. Fałszywe nazwiska. odłożył słuchawkę. rozbawiony. że powróci tam. — Tak? Za- łożyłbym się. Aleksander. zabezpiecza- jąca wszystko przed wyjazdem. jak dobiera się do pal- ców u nóg. że był oszukiwany. z oczami utkwionymi gdzieś w pustce. więc ja ukrywam się w pani towarzystwie”? Przypomniał sobie. ale wolę panu powiedzieć prawdę: chwy- ciła mnie nagle straszna kolka. Blun nie odważył się zażądać zwrotu rachunku za obiad. Chłód szczypał go w nos. przekręcając dwukrotnie klucz. nie zdradzi nigdy. czekając na Małgorzatę. Trzeba będzie podać fałszywe nazwiska. popychając go w stronę Francuzów. A zatem: „Oni powiesili Gawierina. Przyklejony do białej. policzki i uszy. Śmierć Gawierina była dobrym argumentem. „Nie wypełnia się już kwestionariuszy w hotelu. że on naprawdę od- mówił współpracy?” A może w grę wchodził wariant rozgrywki jeszcze bardziej wyrafinowanej? Może nie była to wcale pomyłka dyrekcji. Dobra gospodyni. Ale po co? Operacja Konfraternia rozwijała się w najlepsze i KGB nic by nie zyskało odtrącając Psara. jak starannie Małgorzata zamknęła wszystkie trzy zamki w drzwiach biura. Skąd mam mieć pewność. Z dworca Aleksander zadzwonił do Bluna: — Bardzo mi przykro.

„Mój krążownik!” Pomyślał. nie wia- domo za czym. okulary?” Kupił lekko przydymione okulary słoneczne. „Gdy wrócę. Widziałem program w telewizji. Od- stąpiła mu od razu kierownicę. W kioskach marzli sprzedawcy gazet. jej twarz nie wyrażała nic.. ogarniał wszystko spojrzeniem. 379 . że mam wystąpić w przedstawieniu teatralnym? Nie. Wokół nich mrowił się grudniowy. to byłoby podejrzane. która nie miała żadnego znaczenia. którą mógłbym zgolić! To brak przenikliwości. coś agresywnego. Małgorzata nadjechała. posępny Paryż. Czuło się inne rozłożenie mocy silnika. Pod- bródek schowała w lisim kołnierzu. „Jeszcze za mało «zlałem się z otoczeniem». Aleksander zapuścił silnik i ucieszył się jego mocą. Puegeot włączył się do żelaznego potoku samochodów. motor zdawał się obiecywać zarówno przyśpieszenie jak i wytrwały wysiłek. tę perukę. prowadząc czarnego peugeota. pewne siebie usta. Małgorzata przyglądała mu się. pełni zawziętości przechodnie biegali ulicami. w ostatni piątek. Czerwona szminka dokład- nie zakrywała jej duże.niesłychane.. z «Żelazną Maską»„. Chyba żeby powiedzieć. potrącając się wzajemnie.” Czy jednak rzeczywiście uda mu się wrócić? Zaczynał w to wątpić. Peugeot miał całkiem inne wła- ściwości niż omega. jak bardzo jest pan do niego podobny. bawiąc się czynnością. I nawet nie mam brody. Dotykał dłonią przy- rządów i dźwigni. tak by to określił jego ojciec. że nigdy nie prowadził ro- syjskiego samochodu. Alek- sander zmieniał biegi. lecz przeszkadzały mu i nie nosił ich. Naprawdę jednak panowała tu tylko szarzyzna i melan- cholia. żeby wejść do optyka i kupić okulary ze zwykłymi szkłami. Peru- ka? I Małgorzata miałaby mnie zobaczyć w peruce albo z przy- klejonym wąsem? A jeżeli jednak dam się złapać i oni zerwą ze mnie tego wąsa. Jedynie sprzedawca kasztanów mógł być uznany za nostalgiczną aluzję do poczciwego dickensowskiego świata. Obejmował w posiadanie mostek kapitański. samochód łaciński w miejsce anglosaskiego. Okulary? Ale nie zdobyłem się na to.

w pewnych przypadkach. poleganie na samym sobie. Być może opuszczony. To będzie oczywiście tylko etap. Skąd jej to przyszło do głowy? Dopiero na prowadzącej na północny zachód drodze wyjaz- dowej Aleksander uświadomił sobie. — Tak — powiedział Aleksander po kwadransie milczenia. Być może usunięty. żeby go kupić. spławić — ileż znaczeń kryje się w tych słowach! Spławić — upłynnić. wieczo- rem. Zlikwidować. ale niezbędny. Małgorzata patrzyła wprost przed siebie: — To straszne — powiedziała — co przydarzyło się biedne mu Gawierinowi. Broń to coś więcej niż broń: to decyzja. że może aż tak poddać się swojej podświadomości. Czy Gawierin kupił strzelbę myśliwską? Czy powiesił się z rozpaczy? Myśliwska strzelba nie chroni przed rozpaczą. co dla poczucia godności człowieka. Aleksander pochodził z rodziny. ni czym samolot prowadzony przez automatycznego pilota. nie tyle ze względu na bezpieczeństwo. w któ- rej posiadanie broni uznane było przez stulecia za coś oczywiste go. wydało się bardzo dziwne. co stało się z Gawierinem. jak usuwa się niepo- trzebną fastrygę czy też rusztowanie. by miał być użyteczny. ofiarować róże swojej żonie albo synowi używany słownik łaciński. że w końcu sam siebie usunie. duma. Myślał o tym człowieku. żeby nakarmić jakiegoś kole- gę. Jemu. które do niczego już nie służy. A jednak tak. który zawsze bardzo precyzyjnie kalkulował swoje postępowanie. zużyty. szansa ofiarowana odwadze. W jaki sposób został „zlikwidowany” Gawierin? 380 . Nie dlatego. ponieważ wiedziano. Ileż razy próbował zaoszczędzić kilka franków. Biedny Dymitr Aleksandrowicz przez całe życie marzył o posiadaniu choćby karabinu. skierować do ścieku. samotnym w jego fortecy. uto- pić w kloace. — To straszne. patrzenie loso- wi prosto w oczy. ale — w pewnym sensie — niezbędny! A później roztrwonił te drobne oszczędności. dokąd jedzie. Używany.

których jeszcze parę godzin wcześniej określał jako „my”. piękny. to wiedzą. pojutrze pomyślą o sprawdzeniu. Jutro. i umarł. Jeśli idzie o peugeota. które jak małe gnomy pewnego pięknego dnia dotarły aż do mózgu i postanowiły go usunąć.. ozdobiony strzemionami i munsztukami. Bóg wie co. Ale na razie nic nam nie grozi. jeśli specjaliści z piątki mu dopomogli. znaleźli się w przedziałce „oni”!) Jeśli tak. Czy całko- wicie się myliła? — Czy sądzi pan. że wynajętym. Ale nie wiedzą. śliski jak powierzchnia płynu. że to. gdzie znajduje się Małgo- rzata. Jeżeli 381 . komórki czy ciałka krwi. nie mogą wiedzieć.. Myślała. że Aleksandra gnębią wyrzuty sumienia. czy też sam tak się określił. że samochodem. i krawat Hermesa. Chyba że zainstalowali mi- krofony w moim biurze? (Jakże szybko ludzie. Czy przysłano mu ekipę z V departamentu. Został zaklasyfikowany jako niezdatny do służby. spławić? W jakimś sensie to nie miało znaczenia. że to ja go prowadzę. ale jednak sam z fizycznym bólem. jedwabisty krawat. znalazłby coś innego. mogliby coś w niej zmajstrować. Czyż można odrzucić człowieka jak rzuca się niepotrzebne narzędzie? — To ja — powiedział Aleksander — ofiarowałem mu ten krawat. który odepchnął? Sam. sam. „Gdybym zatrzymał omegę. ago- nią. czy czas płynie tak jak zazwyczaj? Czy próbował znaleźć stopą tabo- ret. używając właśnie tego krawatu? Małgorzata wyciągnęła dłoń w rękawiczce i złożyła ją na okrytej rękawiczką dłoni Aleksandra: — To nie pana wina. Czy to był znak? Czy to był sygnał? Czy próbowano mu dać coś do zrozumienia. zacisnął mu przełyk i tchawicę. czy też sam miał w sobie coś w rodzaju ekipy likwidacyjnej. Jak długo cierpiał? W takich okolicznościach. że wyjechałem z Małgorzatą. Albo nie sam. a przede wszystkim. oni? Aleksander skoncentrował się na prowadzeniu samochodu.

Nie- długo dojdzie do tego. Dokucza mi reumatyzm. albo strzelnica kulowa. To pana widzia- łem kiedyś w telewizji. jestem z pochodzenia Ro- sjaninem i w naszym alfabecie literę „p” wymawia się jak „r”. Małgorzato. le- piej unikać odrzutu. czyż nie. a mają z całą pewnością. widzi pan. ale pusz- czona w ruch maszyna jego mózgu nie zatrzymywała się.” Próbował otrząsnąć się z tego koszmaru: „Czy zamieniam się w Gawierina?” Gawierin kołysał się na końcu krawata. że byłoby niegrzecznie naciskać.. A Bal- landara doścignęła jego przeszłość sprzed czterdziestu lat. 382 . że zapyta po prostu: „A jakie jest pana oficjalne nazwisko? Na przykład to. Czy może pani po czekać na mnie w tej kawiarni? Wziął ze sobą teczkę. albo ma pan sobowtóra? Tylko ja zawsze myślałem. Rozpadało się bezpieczne alibi. Tylko. a oni mówili P-sar. Mały.jednak mają swoje anteny w biurach wynajmu. Wszystko to przychodziło im bez najmniejszego wysiłku. Fo- urveret został napiętnowany własnym wstydem i dalej musiał się uśmiechać. które sobie tu skonstruował. — Może wiatrówka. W Pontoise powiedział: — Coś mam do załatwienia. jak zawsze? — zapytał tylko. — Tym razem tylko wiatrówka. — Co też pan mówi! Pułkownik uznał. że pan nazywa się R-sar. które ma pan w prawie jaz- dy?” Jeszcze do tego nie doszedł. — Kopa lat! Niech mi waćpan coś wyjaśni. jak się uważało. okrągły pułkownik był uradowany jego widokiem.. Być może jego mania prześladowcza nie była tak absurdalna. Aleksander miał nagle przypływ inspiracji: — To byłem ja.

prawej dłoni. „ Naprzód jed- nak. Czemu by nie spróbować? Kelner. że jak na solidnie zbudowaną kobietę miała zadziwiająco drobne ręce. Nie był już od nikogo zależny i gdy tylko minął pierwszy mo- ment niepokoju. Potem się zobaczy”. Po raz pierwszy w życiu nie wstała na powitanie swego prze- łożonego. że policja zatrzyma go i podda rewizji? Podwójny teraz ciężar teczki dodawał mu otuchy. tkwiące w bębenku rewol- weru. dlaczego nie chciał strzelać kulami. Czuł się teraz młodo. kilka dni. będę żył jak samotny wilk. Wtedy wydawało mi się dobre. przejechawszy peugeotem w bardziej ustronne miejsce. Stwierdził także. Jakież było prawdopodobieństwo. która to może być godzina. powiedział sobie z ponurą satysfak- cją. mojego ojca nie było jeszcze w 383 . Zauważył. wstrętny smak natychmiast odnowił w jego pamięci dawne przeżycia: — Gdy wracałem ze szkoły. na pół otwarte pyski posieją więcej spustoszenia niż normalne. Nie chciała wprawiać go w zakłopotanie. poczuł się radośnie podniecony. z kulami o ściętych czubkach. ostre pociski. „Popełniam wykroczenie”. przez sześć wielkich. Ale kiedy wychodził. która pozwala zminimalizo- wać rozrzut trafień. — Czekolada? Pani to lubi? Od czterdziestu lat nie piłem ka- kao. „Przez kilka godzin. czuł przypływ energii. Nie udawało mu się osiągnąć tej syn- tezy oddechu. czeka na mnie. aby zastąpić zwykłe naboje 38. Spojrzał na zegarek. tylko uśmiechnęła się do niego.. ciężkich. złośliwych naboi 357. Kwaśny.. Z prawdziwą przyjemnością rozmyślał nad tym. po to. otworzył (wojskowi mówią na to: rozdziewiczył) święte pudełko. Spojrzał na zegarek: „Biedna Małgorzata. że zdjęła rękawiczkę tylko z jednej. gdyż zapomniał całkowicie. celowania i spustu. Sam nie wiedział. poproszę filiżankę czekolady. Małgorzata czekała na niego cierpliwie. że ich wielkie. pijąc ciepłą czekola- dę. niósł w teczce swojego Smitha & Wessona i pudełko naboi 357 magnum. Nie miał pozwolenia na posiadanie broni. Pudłował bez przerwy.

a za świętych nie trzeba się modlić. Tak samo clochard myśli o swoim psie. Modliłem się za niego. Ale czemu mój ojciec. — Czy ojciec opowiadał panu o niej? — Nigdy.. gdy miałem dwa lata.. Byłem przekonany. za moich dziadków. Zapalałem gaz. dlatego spędzam tam wakacje.. że moja mat- ka była świętą. trafiał na pustkę.. — Chodźmy — powiedział. wstając z krzesła. Jak różę. Wmawiam to sobie z pewnością. Myślał o próżni. To ciekawe. Zdrowaś Mario. nasta- wiałem kakao i. Małgorzato? — Matka. krewnych. czego ona nie mogła zobaczyć. Poczuł się w obowiązku zadać jej podobne pytanie: — A czy pani rodzice żyją.. i jeszcze modlitwy za tych. gdy ktoś stracił i ojca i matkę: „całkowity sierota”. Ojciec zginął w Indochinach.. Raczej do niej mógłbym się modlić. co umarli. że ma jeszcze rewolwer. co żyją i za tych. w czasie wojny. Gdziekolwiek się obrócił. jak błękit nieba. Przyszło mu na myśl rosyjskie określenie używane wtedy. Tak właśnie było z nim. I właśnie coś mi przychodzi na myśl.. a potem ośmieliła się spytać. — To znaczy nie pamięta jej pan? — Nie. Nie słuchał jej. ale zostawiał na kuchence garnuszek. — Ojciec nauczył mnie kilku modlitw: Ojcze nasz. — Nie miał pan matki? — Moja matka umarła.. Był zmieszany. Małgorzata odczekała dłuższą chwilę. w jakiej się znalazł. pisałem jeden czy dwa poematy epickie. Przypomniał sobie. Wtedy dziwiło mnie to. Mat- ka mieszka w Lisieux.? Małgorzata uśmiechnęła się smutno.domu. czekając aż się zagotuje. 384 . Nigdy za matkę. Czasem wyobrażam ją sobie. na dnie którego była czarna plama po odpryśniętej emalii. cichym głosem: — Co jest ciekawe? Jego przysłonięte rzęsami oczy wpatrywały się w coś.

na podwórku otoczonym nowoczesnymi budynkami. rzekł więc: — Zjemy kolację. Była już noc. co jej odpowiedzieć. odczuwał za- razem upokorzenie i wściekłość. proszę pana? Zależało mu na tym. Małgorzata pośliznęła się. nad Sekwaną. w których zastosowano starą technikę pruskiego muru. że w gruncie rze- czy w każdej restauracji świata czeka na niego zarezerwowany stół. Nagle nabrał wielkiej ochoty. by musiał od- chodzić z niczym. gdy zo- stawił peugeota pomiędzy jaguarem i porsche. Gdy do tego jednak dochodziło. znalazło się rozwiązanie. by pomóc Małgorzacie. Drażniła go wulgarność tej pół-usługi. Dlatego też niezmiernie rzadko się zdarzało. zdjąć jej płaszcz. Znał niedaleko stąd. — Na pewno znajdzie pani coś dla nas. wzrok wbity w niebo: „Ach. by „dogodzić” Małgorzacie.. Aleksander nie mógł uwolnić się od myśli. tak kompetentnie. a potem obrócił się plecami do kelnera. zasługiwała na coś wię- cej niż pensja.. a lekarze — asystentki. proszę pana. Fourveret zaprosił go tu kiedyś na obiad. Było zimno. Aleksander wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę oświetlonego ganku. Westchnienie. tak jakby nikomu nie chciał odstąpić tego przywileju. Pracowała z tak nie- zwykłą wydajnością. — Szatnia. wo- bec Małgorzaty. pozwalając mu zabrać swój wła- sny prochowiec. ci klienci! Jak przyjemnie żyłoby się bez nich!” — Tędy. by upadła. oddawa- nej w restauracjach: odbiera się od klientów płaszcze i podsuwa 385 . Błotnisty śnieg lo- dowaciał. niewiele brakowało. proszę pana. do którego prze- mysłowcy sprowadzają swoje sekretarki. lokal. Gdyby tak miało być teraz. Ale nie. — Czy ma pan zarezerwowany stolik? — A trzeba rezerwować? — Dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia. — Dokąd? Nie wiedział.

Nie. łobuzy. Czyżby wyobrażała sobie. — Teraz już pan nie pisze? Szkoda. Tak czy inaczej trzeba było mieć się na baczności. pełna zamków.. — Czy zostawi pan teczkę? — Tak. na której wytłoczone były fantastyczne. Sądzę że je- stem dość dobrym agentem — potknął się na słowie „literackim” — ale pisarzem? Nie... czy też i tam dosięgliby go przyjaciele? Małgorzata zamówiła porto i dostała butelkę pięćdziesięcio- letnią. niech sobie sami dają radę. kontrastowała przyjemnie z mrozem zimowej nocy. czy we francuskim więzieniu byłby bez- pieczny. a także ogień trzaskający w stylizowanym na średniowiecze kominku. baśniowe herby. Symfonia bieli i czerni. Oparł ją o nogę krzesła.im się krzesło. na którą składały się ubrania kelnerów i nakroch- malone serwetki.. a nie czasu.. — Powiedział pan przed chwilą. jej dodatkowy ładunek nie zwracał na siebie uwagi. że pisze się dlatego.. czy dobrze zro- zumiałam. Pan pisał kiedyś wiersze? — Dziesiątki! Uważałem się za poetę.. w nadziei. że znajdą tam krew? Nie. jak to powiedzieć. Na szczęście teczka sama w sobie by- ła obszerna i ciężka. że ma się dość czasu? — Brakuje mi talentu. dziękuję bardzo. Zwłaszcza od czasu ro- mantyzmu. — Naprawdę. Wyobraźnia Aleksandra nie mogła się uspokoić: ciekawe. skórzana. Pluć w chusteczkę i podsuwać ją innym pod nos. Spis potraw oprawiony był w skórę. czyste. Aleksander wziął whisky z małą ilością lodu. Małgorzato. Wezmę ją ze sobą. Do tego potrzebne są specjalne właściwo- ści — brak wstydu i respektu dla samego siebie — na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. 386 . Nie wiem. to nie jest zajęcie zupełnie.. ale gdy już uiszczą rachunek. Z pewnością ma pan za mało czasu.

a Francja ofiarowywała mu co miała najlepszego. Małgorzato? Kochała pewnego mężczyznę. Ojciec był podoficerem. Zmusił Małgorzatę.. Skończyła skromne lecz niezłe studia. że wyszła ze środowiska drobnomieszczań- skiego. w której się znajdowali. — Niech mi pani opowie o sobie. To śmieszne.. Ubierała się bardzo dobrze. „Nie chciałam żyć w poczuciu. pokrytych czerwonym lakierem paznokciach przylegały do kieliszka z bia- łym winem. że sam coś dla pani wybiorę. Był żonaty. że chce wziąć coś najtańszego. I tak miała klasę. Dawno temu. Małgorzato? Wahała się. miała ład- ną postawę. Podobał mu się sposób. Czy ma pani rodzeństwo? Opowiedziała mu o swoim życiu. Matka uczyła pisania na maszynie. I dodała uśmiechając się: 387 . nie olśniła jej. Odgadł. — Pozwoli pani. a ja nic o pani nie wiem. Sam także jadł bardzo dużo. speszona brakiem cen w karcie: — Może zupę. chociaż nie miała już apetytu. walczył przeciwko Francji. pracujemy razem od dwudziestu lat. w jaki jej palce o starannie zaokrąglonych. został zdradzony przez własnych ludzi. Cios de la Pucelle do krabów i Grands-- Echezeaux do bażanta. Aleksander przyglądał się jej raczej niż słuchał. i przyjęła to z radością. mówiła prawie bez zarzutu. kto jest zachwy- cony. Owszem. Była jedynym dzieckiem. że coś komuś ukradłam”. nie miał syna. I nie grała kogoś. Stawał się agresywny. Tak. by wzięła jeszcze sery. Musiała pra- cować. Nim została zatrudniona przez agencję Psara. — Od czego pani zacznie. To nic. Restauracja. Małgorzato. Tak. by go nie rujnować. pracowała w dwóch miejscach. Przerwał jej w pół zdania: — I nigdy nie myślała pani o zamążpójściu. miał dzieci. zgi- nął na wojnie. i na koniec uraczył ją jeszcze sorbetem z fruits de la passion. Wybrał królewskie menu: pasztet z gęsich wątróbek i do nie- go wino Dom Perignon.

ciszej: — Jestem szczęśliwa mogąc pracować u pana. 388 . tak jak zabójcę miejsce zbrodni?” Ciepło panujące w tej małej. a potem on zapłacił. ziemia biała. — Jestem szczęśliwa mimo tego. „Dlatego. to ciepło dzielone przez Aleksan- dra i Małgorzatę. ciemnej komórce. niejeden raz. Co miało znaczyć to majestatyczne „my”. czy kiedykolwiek pani powiedziałem. — Och. — Ależ nie. Małgorzato. dokąd jedziemy — powiedział Alek- sander. Wypili jeszcze kawę. z którego Małgo- rzata najwidoczniej została wykluczona? Podjęła to określenie. Poszlibyśmy na dno bez pani. włączając się w pluralis: — O tak. Długo jechali w milczeniu. Niebo było czarne. całkiem nieświado- mie. że dzielące ich bariery zaczęły stopniowo tracić na znaczeniu i znikać. przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile. a może dla- tego. I jeszcze później. gotówką. pruski mur mieszał z sobą elementy. Bez pani nigdy by nam się nie powiodło. Aleksander. by nie zo- stawiać żadnych śladów w tej podróży. ile agencja pani zawdzięcza. — Nie wiem (wiedział to całkiem dobrze). że przyciąga mnie trupi odór Gawierina. Raz czy dwa było bardzo źle. zapytywał samego siebie Aleksan- der. — To wszystko jedno — odpowiedziała. — Nawet pani nie pyta. 1 wy szedłby pan z tego beze mnie albo z kimś podobnym do mnie. „Dlaczego na południe?”. Jej podbródek krył się w fu- trzanym kołnierzu. na pewno. powodowało. albo dlate- go. że mapa obejmuje właśnie ten obszar. ruszył na południe. Małgorzata patrzyła przed siebie. ale udało nam się z tego wykaraskać. pędzącej przez mróz jak rakieta w kosmosie. że przywykłem jeździć w tę stronę z Gawierinem. Na zewnątrz także trwała symfonia bieli i czerni.

uderzyło go. której poddał go serdeczny.. ale dla owej wcielonej Historii. pikant- ny smak sekretu. Aleksander myślał o wypitej niedawno filiżance czekolady i o wywołanych przez to wspomnieniach. ponieważ tam właśnie by wzrastał. za la- sami? Piotr nie nazywał się Piotr ani Iwan Iwan. W ostatnim okresie przed szpitalem klucz długo szukał wejścia do zamka. lecz czego istnienie wydało mu się nagle wątpliwe. i wszyscy Kurnoso- wowie pochodzili rzeczywiście z tego królestwa za górami. Myślał o tym z wielkim niesmakiem do samego siebie. profil sąsiadki. owoc jego lędźwi. oczywiście nie z powodu Włodzimierza Iljicza. Ponieważ jednak sądził. ani niektórzy 389 . albo Rosja jego syna. że Piotr i wszyscy Iwanowie. wieczorem.. Kto mógłby mu udowodnić. byłby w dalszym ciągu wierzył w Rosję. właśnie w tych dniach nauczyła się pierwszych linijek rymowanki ku chwale Lenina: Gdy małemu Leninowi rosły mleczne zęby Do walonek swoich musiał kłaść otręby. cała Rosja wydawała mu się tylko krwawym mitem. że pewna mała dziewczynka o ciemnych włosach. gdyby taki istniał. Przypomniał sobie nagle pró- bę. który towarzyszył już jego okresowym spotka- niom z Jakubem Mojsiejewiczem. tak. Wszystko to w pamięci Aleksandra tworzyło epicką konstelację. który był dla niego niczym. gdzie mieszały się ze sobą dziurawe podeszwy. gdy jego syn podnosił się. Później. w co wierzył. odkrycie majestatycznego rytmu rosyjskiego heksametru. Rosja? Rosja opuszczona przez jego ojca. I sfermentowany zapach wińska wydobywający się z ust Dymitra Aleksandrowicza. To słowo. Od trzydziestu lat żył po coś. ale uplasować się jak najbliżej pierw- szego. przeziębienia. które tłumaczyły się przez ascezę rycerskiej inicjacji. dostrzeżony na tle okna po drugiej strony ulicy. Gdy- by wiedział. po nic. że jest bezdzietny. były tylko upokorzeniami znoszonymi bez potrzeby. „nic”. ale ironiczny Jakub Pitman: nigdy nie być pierwszym. Emaliowany rondelek. Te ćwiczenia. chrobotanie klucza w drzwiach. żeby go pocałować.

krzyże. nieskończonymi stepami. Ale wierność dla wierności? W jednym błysku zrozumiał nagle paradoksalny hieroglif swoje- go losu. szarymi wilkami. A tymczasem. Ale cóż on o niej wiedział? A jeśli nawet istniała. frankońskim mięsem.z Kurnosowów Kurnosow. i agenci KGB byli na usługach światowej konspiracji lichwiarzy. jeśli o niego chodzi. przypływ morza zatopił ją. Mówiono mu o pewnej Rosji. i który odkrywa. która miała jakoby istnieć gdzieś w świecie. cywilizacja. co go z nią łączyło? W jaki sposób byli ze sobą związani? Nagle inna myśl przejęła go zgrozą: czym jesteśmy? Tym. Nie. Ale reszta? Ta początkowa komórka. dla których praco- wał. razem z białymi brzozami. była na obczyźnie. że istniała jeszcze w jakikolwiek sposób. kilkoma pudełkami kawioru. a ludzie. idealną. dziedzictwo. nie wszystkie. Oczywiście był też język. komunię świętą. poza kilkoma litrami wódki. żeby stać się Chrystusem. lśniącą gdzieś poza światem. pewne formy myślenia. że to niczego nie dowodzi i może być tylko gigantyczną inscenizacją. a on wymyślił sobie inną Rosję. co dzieje się z nastolatkiem. w wiel- kim ciele Aleksandra. 390 . złoconymi ko- pułami. czy kiedykolwiek spożył coś pochodzącego z ziemi jego przodków? Nigdy nie czuł się Francuzem. nieśmiertelną. Rosja. Na początku były dwie gamety. które złączyły się w jedno i które pochodziły skądinąd. święte obrazy. ciele żywionym frankońskim zbożem. no i w końcu wierność. To dlatego chrześcijanie jedzą ciało Chrystusa. ale wszystkie molekuły tworzące jego ciało po- chodziły z tutejszego humusu. KGB jest może tylko przykrywką czegoś innego? Aleksandrowi przydarzało się to. zakładając. co jemy. pochodzili skądinąd. A w końcu mo- że nawet ten wariat Kurnosow miał rację. siódma część stałego lądu kuli ziemskiej. który zawsze wierzył w Boga. z jakiejś innej planety. być może nie była nim wcale. ponieważ widział kościoły.

Aleksander. powtórzył zdradę jedząc Francję. dająca tylko wewnętrzną satysfak- cję. która ją stworzyła (nie klasy. Wierność. pogrzebanej cywilizacji. Wierność więc zupełnie bezinteresowna. którą jadł. wierność zmuszająca do tysiąca po- święceń. przede wszystkim. Ta zdrada. nie popełnia zdrady małże- ńskiej. Urodził się zdrajcą. była tylko formalna. rodząc się we Fran- cji. dobrowolne wygnanie. Ale ta kasta. jeśli nawet była. tysiąca upokorzeń. który je rozsławił). marząc o Rosji. ani wytłumaczenia. Druga zdrada — urodzić się gdzie indziej — nie po- chodziła z wyboru. I wszystko to po co? „Przypuszczam. nie. Właśnie w taki sposób stał się w pewnym sensie negatywem sa- mego siebie. ale której wyrzeczenie się splamiłoby jego honor. że Aleksander we własnym przekonaniu dotrzymywał wierności swej ojczyźnie. Zdradził Rosję. lecz sterylna ofiara żyją- cego człowieka dla pięknej zmarłej. Nie usprawiedliwiała jej nawet pokusa. Oddając się w służbę bolszewikom. Aleksander w głębi duszy odrzucał zawsze to słowo tak charakterystyczne dla brodatego pedanta. Zdradzał Francję. Także i fakt. że chciałem dać Bogu lekcję wierności”. Poza tym wierność wyobrażonemu wspomnieniu: tej mar- twej. absolutnym zdrajcą. który nie ma ani motywu. ale związana z tymi samymi wyrzeczeniami: osamotnienie. „Nie wiem. który się ponownie żeni. Wdowiec. pewnej nadziei: „powrócić” do tego raju. zdradzili ducha całej tej cywilizacji i kasty. więc mniej bezinteresowna. a przed nim jego ojciec. od- czuwana wobec innego kraju. którą sobie wymarzył. nie łagodził tej zdrady. ta cywilizacja już się przeżyły. której Aleksander już nie znał. bez kon- sekwencji. chwalebna. takim. A w końcu wierność wobec przyszłości. 391 . co znaczy żyć jak ryba w wodzie”. Był czystym. skąd pochodził. bole- sne zahamowanie twórczych impulsów.

392 . Pitman powiedział mu. Dziesiątki razy. dano mu do dyspozycji odpowiednie środki. Aleksandrze Dmitryczu. Gdzie były legiony aniołów i archaniołów. że stanowi część tego organizmu? Czy też może również diabłowi zdarza się opuszczać swoich? Aleksander jechał powoli i wmawiał w siebie. poczuł się podtrzymywany. skuteczna. że postępuje tak z ostrożności. A tymczasem. Miała zamknięte oczy. obrze- żone niebieską kreską — w restauracji zmieniła swój makijaż. Oddychała spokojnie i cicho. Ale naprawdę po prostu nie wiedział. pojechał szosą. Jej powieki. Cóż więc się teraz stało? Czy tylko udawano. co dalej robić. Armie białych ruszały do ataku modląc się. Małgorzata od- rzuciła głowę do tyłu. i pozwalały się ścinać przez karabiny ma- szynowe bluźnierstw. To samo. kiedy zdecydował. Aleksander był senny. pan. że minęła już trzecia nad ranem. W pierwszej chwili rozdrażniło go to. dokąd jechać. Za- czął się zastanawiać. od momentu kiedy Aleksander włożył swoją dłoń w dłonie wrogów Boga. siedzącej tuż obok niego. który zna łacinę — KGB patria no- stra”. że. Później wytłumaczył sobie. kiedy prosił o pomoc. a niekiedy piorunująca. kto pomagał mu tyle razy. że przecież chodzi o Małgorzatę. Za- miast wybrać autostradę. aseku- rowany. uśmiechając się: „Zobaczy pan. przekształcając go na wieczorny — były jak noc przeciwstawiona nocy panującej na zewnątrz. które doskonale mogły pomóc żołnierzom Chrystusa? Stara hi- storia: nawet samemu Chrystusowi nikt nie udzielił pomocy. opuszcza swoich wy- znawców. by dojrzała w nim decyzja co do punktu docelo- wego podróży. z rozpo- startymi sztandarami. pomoc nadchodziła. o kogoś. Zegar samochodowy lśnił w ciemności i pokazy- wał. jako że szosa była śliska i nietrudno było o wy- padek. Nagle przypomniał sobie o kobiecie. że wylansuje Bluna. Kiedy musiał wywrzeć nacisk na Fourvereta i Ballandara. Bóg słynie z tego. zwyczajem książąt. co także miało opóźnić jazdę i pozwolić. I bez niej dość miał zmartwień.

Aleksander zgasił reflek- tory. Nie przypomniał sobie. że jego dłoń. — Trzeba. ukrytą pod kozią skórą. choćby nawet tak niewinnie jak on obok Małgorzaty. Później położył także swój własny fotel trzymając teczkę na kolanach. Spać obok kogoś. o wysiłku nie bezinteresownym. tak żeby mógł zmienić układ fotela. — Byłoby niemądrze jechać dalej. „Będzie pan miał swoją wojnę”. Popełnił jeszcze większe wykroczenie. Usunęła się trochę. jakie przesunęły się w jego gło- wie. Ale nie miał tej wojny. czy komputer wykonał ruch wieżą czy gońcem. o wszystkich jej inteligentnych staraniach ofiaro- wanych agencji Psara. żebyśmy się trochę przespali — powiedział cicho Aleksander. Ostrożnie zjechał na pobocze szosy. Obudził go chłód. przedsta- wiało niewyobrażalne. Bawiła go ta gra. Małgorzata otworzyła oczy. Ten odruch czułości zaskoczył go. W zasadzie każdy 393 . Silnik pracował w dalszym ciągu. zasilając ogrzewanie. kosmiczne ryzyko. lecz wydajnym — to ważniejsze — o nieustannym zmaganiu się z rze- czywistością. związane były z elektronicznymi szachami. „Biedna mała”. ta przygoda. Zastanawiał się. które włączył dziś rano. powiedział mu już dawno temu Pitman. pomyślał wzruszony Aleksander. Pomyślał z wdzięcznością o dwudziestu latach jej wytężonej uwagi. Położył dłoń na drewnianej kolbie rewolweru. Opuszczę pani fotel. Zamknął oczy i zapadł w sen. jak doszło do tego niestosownego gestu. Ostatnie obrazy. W gruncie rzeczy Małgorzata była jednym więcej uczestnikiem sztafety. Nie trzyma się za rękę własnej sekre- tarki. czyli KGB. ubrana w ręka- wiczkę ze skóry antylopy. po czym znalazła się w wygodnej pozycji poziomej. o której marzył. trzyma niedużą dłoń Małgorzaty. Stwierdził ze zdziwieniem. sięgnął po swoją teczkę i otworzył ją. mimo że ogrzewanie mruczało w dalszym ciągu.

w którym ja sam siebie nigdy nie zobaczę?” Tylko u boku Ałły zrezygnował ze zwykłych ostrożności. triumfującego. nie całkiem zda- jąc sobie sprawę z przyczyn swego postępowania. płaszczyzny. Zamknął teczkę i postawił pionowo swój fotel. gdy tylko mógł. Śnieg się- gał mu do kostek. na kanapę. a my nie możemy go widzieć? Spać obok kogoś to naprawdę wydać się na jego łaskę. Dlatego też. zmęczonego. zmieszanego. Aleksander unikał. nigdy nic podobnego nie widział. Widywała go w różnych sytuacjach. Kim była dlań Małgorzata? Nikim. Gdy — czego na ogół unikał — przyjmował kobiety u siebie w mieszkaniu. by ktoś obcy widział mnie w stanie. zatroskanego. lecz odmawiały pracy. Wycieraczki drgały nerwowo. Najczęściej starał się za wszelką cenę wrócić na noc do siebie. powinno by go upokorzyć lub zezłościć. „Jak mógłbym dopu- ścić do tego. wybrzuszenia i wklęsłości. Ponieważ znał tylko Paryż. przykryte śniegiem. spędzania nocy ze swymi przygodnymi kochankami. jakie tajemne wpływy wywierają na sie- bie nawzajem śpiący? Do jakich uniesień duchowych dochodzi w nocy? I przede wszystkim skąd mamy wiedzieć. czy ten drugi nie przygląda nam się w sposób najbardziej niedyskretny. delikatne łona ziemi. Postawił nogę na ziemi. Śnieżne fale. Czarne. bezlistne drzewa. W zasadzie powinien teraz mieć jej za złe. umykał do salonu. że dzieliła z nim także godziny snu. Oczarował go krajobraz. pilnujący własnego więzienia. jako że patrzy na nas. że podobne ryzyko podjął przy Małgorzacie. potem otworzył je. Ale nie. Aleksander odblokował drzwiczki. zupełnie jak 394 . Skąd jednak mamy wiedzieć.chowa się w swych snach i pozostaje w nich do chwili przebu- dzenia jak więzień w fortecy. a drzwi od sypialni zamykał na klucz. tak aby jego „gość” nie mógł rozko- szować się widokiem jego uśpionej twarzy. roztaczający się dokoła. To. ten nagły skok w intymność nie krępował go. Szyba samochodu oblepiona była śniegiem.

Właśnie to zrobiłem. Grudka śniegu oderwała się od gałązki i spadła mu na nos. Aleksander nabrał powietrza do płuc. napił się go. W oddali spostrzegł wielkie A wieży kościelnej. tak jak to zwykli byli niegdyś robić woźnice fia- krów: lewa ręka. narysowane przez dziecko: jedna kreska na pień. Zdumiewająca cisza. „Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. Nie ma nic wspanialszego. — Nie zauważyłem. Małgorzato. Aleksander zrobił parę kroków. Małgorzata przetarła oczy. Byłoby prawdziwym diabel- stwem. — Dzień dobry. Zaryzykowała opuszczenie samochodu. Zjadł trochę śniegu. dwie na konary. Czuł. — Wyglądam jak potwór — powiedziała. Przeciągnęła się.ludziki. chwiejnym nieco 395 . których liście kołysały się pod ciężarem kiści śniegu. Aleksander przyśpieszał coraz bardziej rytm swych ruchów. gdyby oni to wiedzieli”. niech pani wytrze twarz śniegiem. nawiązując nieświadomie do gestów swych przodków. prawa ręka. schowana tam jak pod namiotem. ślad ucieczki zająca. — Gdzie jesteśmy? Roześmiał się: — Nie mam najmniejszego pojęcia. Wzdłuż drogi krzaki. Jeżeli chce się pani odświeżyć. Nigdy nie czuł się wolny. przejrzała się w lusterku samochodu. „Zdarza mi się to po raz pierwszy”. Małgorzata wciąż znajdowała się w samochodzie. Roześmiał się. Przez ogromne pole ciągnęło się klinowe pismo. Było mu zimno. że krew znów zaczyna pulsować w rękach i nogach. Zaczął ude- rzać się w plecy. a pod nim mniejsze głoski domków mieszkalnych. Wytarł twarz śniegiem. Ojciec nauczył go tej nieskompli- kowanej gimnastyki. Otworzył drzwi samochodu.

Specjalnie zdjął rękawiczkę. Zjedzmy śniadanie. a w niej małą stację benzynową. — Dobrze. proszę pana! Czy po raz pierwszy w życiu posłużyła się tym słowem? W każdym razie śmiała się z całego serca. Ale pani nie chciałaby. mogę panią odwieźć na dworzec kolejowy. która sporządzała też kawę: — Kawy. To dlatego właśnie zachowujemy się tak romantycz- nie. nieprawdaż. trochę wstydliwie. Śni nam się czasem. jej policzki świeciły się. i jeszcze bardziej zaskoczona tym. że znajdziemy stację benzynową. pszę pani? — Ma pani może czekoladę? — spytała Małgorzata. 396 . nie mogę pani powiedzieć prawdy. Mam nadzieję.krokiem. W takim właśnie nastroju znajdował się obecnie Aleksander. Znaleźli wioskę. z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącym no- sem: — Kiedy to wydaje mi się zabawne.. Pani jest taka.. Teraz. pszę pana. Śmiała się. Na pół mityczny i na pół realny świat KGB rozpływał się w mgle.. żebym naraził się na to samo ryzyko co Gawierin.. wyważona. jeśli pani tylko chce.. Zrobiła poranną toaletę przy pomocy śniegu. Na co ona. Włączył znowu wy- cieraczki. zamieniała się te- raz w miłą wyprawę. tymczasem praw- da jest. a później budzimy się z tego koszmaru. tak tragiczna wczoraj wieczorem. że przydarzyło nam się wielkie nieszczęście. zdziwiona sytuacją dosyć niebanalną. aby poczuć igiełki chłodu. nie bez kokieterii. Kończy nam się benzyna. że jato bawi. Gdy wróciła. nacisnął guzik płynu odmrażającego. gdy już znowu usiedli obok siebie w samochodzie — wszystko to może się pani wydać całko- wicie absurdalne. tak żeby samo- chód też dostał śniadanie.. — Małgorzato — zaczął mówić. Przygoda. Jego zły sen trwał trzydzieści lat. Za dzień czy dwa rzeczy będą już jaśniejsze. obsługiwaną przez czarownicę. Aleksander usunął dłonią śnieg z przedniej szyby.

W jakimś sensie byłem męczennikiem. ale jednocze- śnie byłem dumny z siebie. mojemu ojcu. że nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania. Ten chłopczyk. Nie rozumiała. Także i Aleksander. — Jakie to dziwne. Małgorzato — wszystkie lekcje w podręcz- nikach kończyły się podsumowaniem. Gotów byłem uznać. Uważałem się za męczennika. Ile mogłem mieć lat wtedy? Siedem? To za mało. cały świat stał na głowie. o wiele surowiej niż zwykłe nieuki. I gdyby to poczucie obcości wiązało się tylko z moimi kolegami. że moja rodzina składała się z barbarzyńców. do niewiadomego wciąż miejsca przeznaczenia. zamieszkały przez barbarzyński lud”. żeby móc stracić honor. Aleksander zaczął mówić o swoim dzieciństwie. że Rosja wydała więcej wielkich ludzi niż inne kraje. ale jednak zależało mi na tym. Nie wierzy mi pani? Jed- nak to prawda. co pisze podręcznik”. nie. A później tortura Larousse'a! W domu dowiedziałem się. Ta kara zabolała mnie. Powie- działem nauczycielce: „To nieprawda. by przynajmniej częściowo było to prawdą. nie wiadomo czemu. Zależało mi na dobrych stopniach.. nagle zaczyna się buntować? Zostałem ukarany. ale w każdym razie odmó- wiłem przyznania. wolał czekoladę. że kryje się w tym pewna przesada. co się stało. W tym mie- siącu nie byłem pierwszym w klasie. rosnąć tak jak ptak w wodzie. Powiedział mi na to: „Jeśli wyrecytujesz to.. I ten wspaniały 397 . a jednak czu- łem. Szczególnie dotyczyło to lekcji geografii. bogaty w zboże. całkiem cicho. Gdy wrócili do samochodu i podjęli jazdę na południe. zaciskałem zęby. bo nauczyłem się go na pamięć i odmówiłem wyrecytowa- nia go: „Rosja to kraj o ogromnej powierzchni.. na której wydobywa się dużo węgla. jak ryba w powietrzu. Prze- czytałem ten tekst. Ale pamiętam dobrze streszczenie dotyczące Rosji. zawsze taki grzeczny i pilny. stracisz honor”. „Anglia jest wyspą.. Gdy byłem mały — pani już tego nie zna.” Nie pamiętam dalej. tak jakby wracał do przerwanej w jakimś punkcie medytacji. którego trzeba było na- uczyć się na pamięć.

To wszystko. który go pobił pod Auster- litz”. Czuło się. że na zmianę przeżywa litość i oburzenie. Cóż. w końcu trzeba uznać. pobity pod Moskwą”. Szosa. musiał doznać tak niegodziwego traktowania? Humor Aleksandra. pojawiały się wiernie w jego pa- mięci. Tuż obok znajdował się ten otoczony parkanem pałac. na oślep. które nic nie mówiły Aleksandrowi. A Suworow? Laro- usse nazywał go Suwarowem! Ze wszystkich jego osiągnięć zo- stało tylko jedno. że ze dwa miesiące temu był w tych okolicach z Gawierinem i pewnym agentem nieruchomości. co miał do powie- dzenia o Rosji? Aleksander nie przestawał prowadzić samochodu. którą jechał peugeot. został „pobity przez Massenę pod Zurychem”. które go tak raniły przed czterdziestu laty. którego mało co nie kupił Gawierin i na który nawet Aleksander miał chętkę. na które- go koledzy wołali: „Ty brudny Rusku! Wracaj tam. jej pan. czego dokonał Aleksander I? „Walczył przeciwko Napoleonowi. któremu dano nieprawdopodobne imię „Petro- wicz”! A Aleksander I! Wie pani. Aleksan- der nie miał pojęcia. generał rosyjski.Larousse. by wreszcie przedstawić mu znaną nazwę: święty Yrieix. poprawiał się coraz bardziej. skąd przy- szedłeś!” Małgorzata przysłuchiwała się bez słowa komentarza. i jednocześnie strzępy zdań. Dla nas był on półbogiem. nie znając kierunku. pamiętał jed- nak. za co Yrieix został świętym. którego słowa witała tak ciepła i pełna oddania sympatia. który w innych sprawach zaopatrywał mnie w tak świetne informacje — na przykład biografie Archiasza. Astera — czy wie pani. Bonchampsa. Tymczasem drogi i szosy kryją w sobie własne przeznaczenia. Nie był tego jeszcze 398 . Pan Aleksander. syn emigranta. A Musorgski. Larousse porachował się z nim w sposób bardzo zwięzły: „Kutuzow (Michał). — Na przykład Kutuzow. Jak mógł to znieść mały chłopiec. migała naprzód drogowskazami i nazwami miejscowości. Damo- klesa. że załatwił Napoleona.

Odkąd pojawiła się telewizja. Aleksander przejechał jeszcze dwa kilometry. Zardzewiała krata bramy trzymała się na dwu murowanych postumentach. Nie miał dobrej orientacji w terenie. prowadziły 399 . a desenie i cieniowania. brzydko przerobionego w XIX wieku. żebyśmy trochę nadłożyli drogi? Jak gdyby można było nadłożyć drogi. — Czy tu mieszkają pańscy przyjaciele? Potrząsnął głową. Parkan otaczający po- siadłość miał trzy metry wysokości i najeżony był żelaznymi prę- tami. Aleksander wysiadł z samochodu. — Nie ma pani nic przeciwko temu. Zgubiono klucz od bramy albo mo- że zamek źle funkcjonował. w każdym razie przez pręty kraty przerzucony był łańcuch spięły kłódką. Poza tym śnieg przykrył wszystkie te miejsca. ośnieżo- ne. Ale udało mu się jednak znaleźć wieś. domy wiejskie zwrócone są ku swemu wnętrzu. zwłaszcza na wsi. lecz nie pozbawionych godności. Aleksander przypomniał sobie. gdy podróżuje się nie wiadomo dokąd. Wieś składała się z jednej ulicy. ale coś w rodzaju wstępnego zarysu projektu zaczęło się w nim formować. Wszystko było zamarznięte. Zapomniał o kłódce. ale w każdym razie już niedaleko. a piesi zniknęli z ulic. Pałac. Na razie miał po prostu ochotę zobaczyć ponownie pałac. albo z lewej strony. którą przecinało kilka zaledwie czarnych śla- dów po kołach samochodów. Śnieg przykrywający drze- wa był nienaruszony.świadom. Wszystko przykryte było warstwą śniegu i cał- kowicie pustynne. której szukał. mało wdzięcznych. że agent nieruchomości z trudem tylko otworzył tę kłód- kę. kościoła romańskiego. Po prawej stro- nie otwierała się majestatyczna ale ja. po których mógłby roz- poznać okolicę. dzwonniczki. Małgorzato. Wjechał w aleję. wytworzone przez zimę. wznosił się po prze- ciwnej stronie owalnego trawnika. obrośniętego trawami i na- wet niewielkimi krzewami. Pałac powinien być albo z prawej. i kabiny telefonicznej na małym placyku. zdobny w wie- życzki. gotyckie naszczytniki.

Małgorzato. Wiał zimny. Zdusił przekleństwa. który tyle razy przysłużył mu się w interesach.. gdy jego właściciele będą w domu — podpowiedziała Małgorzata. Gdy udało im się wydrążyć wystarczające wgłębienie. — Niech pani nie stoi w śniegu. ale przecież wcale nie jest powiedziane. Zaczął od wypróbowania na kłódce wszystkich kluczy. Nic to nie dało. Stwierdził. pomagała mu. Teraz zależało mu na tym. jak w zwolnionym i niemym filmie. Zamoczy pani sobie stopy. w czym pomagała mu Małgorzata. Nie wiem czemu. Klucze od mieszkania najwidoczniej nie pasowały do kłódki. Wolał jednak zacho- wywać się niepoważnie niż ustępować przed przeszkodą. odciągnął ją od murowanego po- stumentu. uporczywy wiatr. To pani chciałem go pokazać. Jeszcze dziesięć minut temu Aleksander mógłby się całkiem dobrze obejść bez zwie- dzania pałacu. Za- czął go więc odgarniać obydwiema rękami. Zaczął szukać kamieni pod śniegiem. popychając ją. w ciszy spadała na zie- mię. Od czasu do czasu ciężka kiść śniegu odrywała się od gałęzi drzewa i wolno. Spróbował więc wybić ją z tej strony. że lewy zawias bramy był złamany. która przykucnęła tuż przy nim. Na koniec uderzył się w palec i mu- siał stłumić okrzyk bólu. Małgorzata. Rdza kłódki poplamiła mu rękawiczki. że zachowuje się niepoważnie.. które były spięte w pęku. Aleksander podniósł lekko bramę i. lecz bez skutku. zardzewiałej bramie! Dał o sobie znać wściekły upór. — Może mógłby pan odwiedzić pałac kiedy indziej. Przecież nie da się pokonać starej. Znalazła ostry i ciężki kamień. — Ja znam już ten pałac. Małgorzata podała mu własne klucze. że ta cho- lerna krata. odgadując jego zamiary.ku skojarzeniu z białym rysunkiem na czarnym papierze. Pró- bował rozbić łańcuch. Zwarty śnieg nie pozwalał na to. któ- re przychodziły mu na usta. Wiedział. tak że Małgorzata mogła wsunąć się na czworakach 400 .

Nowa nadzieja zaświtała mu. musiała wierzyć we własne powołanie. że odważyła się dać jej wyraz: — Można by powiedzieć. Mojemu płaszczowi dobrze zrobi czyszczenie chemiczne. — Proszę na mnie poczekać. która zdolna była znieść to kanciaste jajo. nie rozstający się ze swą cenną teczką. w wieczne trwanie instytucji i godności. pewnej skruchy. rzecz jasna. lecz zarazem śmieszność tego obrazka była tak rozbrajająca. gdy zoba- czył wewnętrzne żaluzje. Czuło się. Do rzeźbionej bramy pałacu prowadziły ciężkie schody. pokrytemu zamiecionym przez wiatr śniegiem. Prawa natomiast była zupełnie odsłonięta. o arcydzieło bowaryzmu. Pałac był w rzeczywistości brzydkim gmaszyskiem z dziewięt- nastego wieku. Chciał otrzepać jej płaszcz ze śniegu i rdzy. Odwrócił się plecami do pałacu. Po- myślał. Czuł się jak zdobywca. — Proszę. Brama była najwidoczniej zamknięta na klucz. sforsować tylne wejście do budynku — bez rezultatu. Chodziło tu. żeby i Aleksander. Z kolei ona podtrzymała kratę. że warstwa społeczna. obrzeżone balustradami o kwadratowych słupkach. po kolana w śniegu. Wiatr był tu gwałtownym ogrodnikiem. Małgorzata puściła bramę i roześmiała się wesoło. że został pan podpieczony na roż- nie. mógł pójść jej śladem. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. Ale pan! O mój Boże! Przejmowała ją zgroza na widok wzoru wytłoczonego na no- wym płaszczu jej szefa.do parku. Spró- bował wedrzeć się do jednego z okien. że zbije szybę i nawet złamie drewniane listwy okna. gdy znalazł się na tarasie przylegającym do tylnej ściany pałacu. żeby przyjrzeć się zamarzniętemu stawowi. Wiatr usy- pał górę śniegu w lewym kącie bramy. miał jednak w sobie coś majestatycz- nego. Aleksander obszedł pałac dookoła. ale i bowaryzm ma swe dobre strony. nie był całkiem pozbawiony czaru. niech pan zostawi. Wyposażony w fałszywe machikuły i równie fał- szywe otwory strzelnicze. Jest w nim urok pewnej no- stalgii. 401 .

prostokątnym pomiesz- czeniu. by znaleźć się w rozległym. Przyjemnie byłoby móc przyjmować tu gości. Gawierin był przekonany. bio- rące początek pod kopułą sklepienia. przed- sionków i salonów. że chciano mu sprzedać te próżne butelki jako pełne i w rezultacie zażądał. Znalazł przełącznik elek- tryczny. Wrócił na balkonik. Były puste. wszedł na nie pomagając sobie dłonią opartą o poręcz. krok po kroku. Wyobraził sobie wykształconych nowobogackich — bo tacy z 402 . kamienne tym razem. Wchodził powoli. wyrwał rewolwer z teczki i po- wiódł nim dookoła. położona na trzech żerdziach. wyłożonym kaflami i skąpo oświetlonym przez trzy pół- koliste okienka. lecz światło nie zapaliło się. w formie odwróconych talerzy. Przypomniał sobie to miej- sce. tak że jego tylna ściana miała o jedno piętro więcej niż fronton. mimo to trzymał prawą rękę w teczce. Znalazł się na małym balkoniku nad oranżerią. Wystarczyło je pchnąć. Była to zapewne dawna oranżeria. które. Posuwając się przed siebie w kurzu i półmroku. jak mały chłopiec bawiący się w wojnę. mimo swych niezgrabności i stylizacji. Zszedł na dół. Wiedział. Aleksander znalazł schody. jak pierwotna dżungla. Oranżeria wydawała się całkiem jasna w porównaniu z nieoświetloną piwnicą. Do- tarł na parter. Wszędzie widniały pajęczyny: na oknach. wokół abażurów. a więc refleksji. poddane było pewnemu porządkowi. Podniósł kilka butelek. Zielone błyski na półkach i belkach świadczyły o tym. którą sta- nowiła zwykła listwa. że znalazł się w piwniczce z winami. w kamiennych kątach sali. którą chował pod prawym ramieniem. W pewnym miejscu Aleksander znalazł drzwi prowadzące do sutereny. zagraża- jąca temu miejscu. by obniżono cenę transakcji. przekręcił go. W końcu zapomniał o ostrożności.Krzewy i drzewa wyrosły bujnie. W drugim jej końcu znalazł jeszcze inne schody. że nie ma się czego obawiać. Pałac zbudowany został na zboczu. zbadał gruntownie całą oranżerię. który składał się z obszernych korytarzy.

Nim wdrapał się na pierwsze piętro. Niech ginie ten. Szlachcice. przypadającą na czasy. na parterze. przechodzili od sypialni do sypialni. Jaką wspaniałą przygodą będzie zainstalowanie się tutaj! Zupeł- nie jakby się naśladowało Robinsona na jego wyspie! 403 . Wziął ją za rękę. w których znajdowali zniszczone fotografie i guziki od liberii. gdzie zdzierali z siebie pajęczyny i kichali na każdym kroku. niepewnych siebie i zamożnych mieszczan. rozszedł się tylko zapach rdzy. Wreszcie znaleźli się na strychu. — Nigdy nie widziałam takiego domu — powiedziała Mał- gorzata. Nie popłynęła z niego woda. i już tyl- ko burżuazja miała zrozumienie dla wielkości. po- jękują zawiasy drzwi. ale także. kiedy szlachta zajmowała się tylko tym. Aleksander lubił burżuazyjną gigantomanię. Obie te warstwy teraz znajdowały się w rozkładzie. Potem weszli na piętro. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Skrzypią parkiety. ale zatrzymała się przed bramą oranżerii. zaglądając do szaf. Potrzebował dwu czy trzech dni skupienia.pewnością wznieśli pałac — jak zapraszają do siebie okoliczną szlachtę. Dziwiły ich metalowe wanny. Aleksander przekręcił kurek. Dobrze im tak. że przedsta- wiciel agencji nieruchomości przyjedzie tu w pełni zimy? A na- wet gdyby pojawił się jakiś ewentualny nabywca domu. gdzie nikt nie będzie ich poszukiwał? Jakaż była szansa. co ładne. otwierali żaluzje wpuszczając promyki światła do ciemnych pokoi. popijając maderę gospoda- rza. kto nie wierzy w samego siebie. sztukaterie i lamperie wypełniają dom. stojące na lwich łapach. by mieć więcej gości. kilka słów przeprosin i niewielkie odszkodowanie załatwią sprawę. Dlaczego by ich nie spędzić tutaj. drwią jednocześnie z niego lub też wymieniają poufne infor- macje na temat mieszczańskich posagów. Ona też chciała obejrzeć pałac. wędrowali przez piwnice i kotłow- nie. a potem. by prowadzić przez ten labirynt. schował rewolwer do teczki i poszedł po Małgorzatę.

że mógłby pan go zatrzymać. — Zostawimy 404 . spędzimy tutaj weekend. Ustalała listę potrzebnych rze- czy. jak gdyby przygotowywali się do oblężenia.. Tak jak śpiwory.. proponując jej tę dziwną wilegiaturę? Nie. jak zwykle bez ostentacji. Jedna rzecz tylko go niepokoiła. Zakupy? O dwadzieścia kilometrów stąd znajdowało się Limoges. Małgo- rzata szybko przejęła inicjatywę. fantazja nie była mu zabroniona. Nie był przecież. Pochlebiał sobie nawet. gdy w dzieciństwie realizował jakiś szalony projekt nie sam. Klasnęła w ręce. — Ach! Ale w takim razie potrzebujemy zapasów. samotne zabawy nie udają się. Woda? Był śnieg. na łowy. począwszy od pewnej skali przedsięwzięcia. to właśnie dlatego. Czy Małgorzata mogła stać się takim kumplem do zabawy? Czy też zażąda wkrótce centralnego ogrzewania i pończoch na zmianę? I czy on nie wykraczał poza swą rolę szefa. że jeśli Małgorzata była mu w pracy tak oddana. lecz z ko- legą. — Małgorzato. oczywiście z tysiącem zastrzeżeń. Za każdym razem. uspo- koił siebie. że nareszcie znalazł towarzysza zabaw. Oszczędzała jak mogła pieniądze Aleksandra i wahała się z kupnem ekspresu do kawy: — Wiem oczywiście. a co na to powie tatuś. — Niczego nie zatrzymamy — odpowiedział. A jednak. z którym się można tylko urodzić. Czy umie pani gotować na ognisku? Zjedli szybki obiad w Limoges. Aleksander był uradowany. — Naprawdę zgadza się pani? Był szczęśliwy w swoim nieszczęściu. mieszczuchem. to nie jest zabawne. zapałek i. a potem rzucili się do sklepu. do dia- bła. nie wychodził ze swej roli. Ogień? W parku pełno było suchego drew- na. trzeba mieć do nich wspólników. przeżywał rozczarowanie: to niebezpieczne. to się nie uda. iż potrafił zachować odpowiedni dystans wobec wszystkiego i nigdy nie opuszczał go ów naturalny wdzięk.

żeby potem rozszczepić go na spiłowanym pniu. koniak („ale przecież pani lubi porto. wino. z wrażeniem. świece. rąbiąc. na ziemi pojawiły się błękitne cienie. który Małgorzata wolała od wielkiej sali z kamienną posadzką. musimy do- kupić” — Aleksander stwierdził. świeczniki (Alek- sander uparł się przy ich kupnie). pociągającej Aleksandra. napinając wszystkie mu- skuły. upuszczając sobie polana na palce. nie kupimy denaturatu. mniejsze pomieszczenie będzie łatwiej ogrzać. jaśnia- ło w miarę jak ziemia stawała się coraz ciemniejsza. wydawało się.wszystko na miejscu dla nieznanych właścicieli. najlepszy agent literacki Paryża wy- prawił się do parku i zaczął ścinać drewno. ale mie- szek tak. w wor- kach znalazły się siekiera. papierowe ręczniki. wysi- lając się. piła. pocąc się w zimnie. marynowana gęś. żeby nie pozostawiać śladów po so- bie. latarka. befsztyki („za dużo konserw to niezdrowo”). Zapadł wieczór. Wrócili do zamku i znieśli paczki do małego saloniku wyło- żonego drewnianymi boazeriami. Małgorzato. szampan („włożymy go do śniegu”). piłując. ale także dlatego. Wszystko to gromadziło się w peugeocie. które utrzymywał cierpliwie w formie dzięki gimnastyce.. narzekając. kieliszki z kryształowego szkła. że może myśleć o kimś innym). koce. Aleksander płacił gotówką. Chmury 405 . Małgorzato. które. whisky. Nagie pnie drzew odcinały się na tle nieba. wołowa konserwa. sól. jęcząc. Gdy tylko po przerwie obiadowej otworzono sklepy. ano właśnie.. maszynka do golenia. patelnia. lniane irlandzkie ręczniki. bochen chleba. dwa grube swetry. raniąc sobie ręce. Podczas kiedy ona roztasowywała rzeczy. od których po- życzamy dom. miednica plastikowa („nie. pościel. to dobry pomysł”). znajdując prostacką i głęboką przyjemność w wywijaniu ciężkim kawałem drewna na końcu siekiery. że ten plik wcale nie maleje. szczotki do zębów. że sprawiało mu przyjemność wyskuby- wanie banknotów z grubego pliku w wewnętrznej kieszeni ma- rynarki. pułapki na szczury (Małgorzata mogłaby bać się szczurów).

Z początku ciąg był sła- by. gdy jednak stopił się śnieg. drewno trzaskało. by podsycany jego oddechem płomień wdrapał się na szczyt katedry z drewna. a na ścianach po- jawiły się żółte i czarne cienie jak na teatralnym parawanie. ale — jako że w kominku dawno nie palono — potrze- bował dobrej godziny. odbywając pięć tur. że za dużo dźwiga. które wydzielały woń trocin. Ogień dyszał. zrzucając na parkiet sterty polan. Po przyniesieniu ostatniego ładunku zamknął drzwi oranżerii — „chcemy mieć spokój” — a nawet je zabarykadował przy po- mocy koślawego stołu. a jego to właśnie radowało. w którym oczekiwała go Małgo- rzata. Aleksander uderzył jeszcze parokrotnie siekierą. Trochę się gubił w amfiladzie po- koi. — Ależ to za ciężkie. Nad wodą stały ciężkie ozdobne wazony. budowli. staruszek jeszcze nie skapcaniał do końca — mizdrzył się.. Wojownik-drwal. Była na tyle taktowna. powinien pan uważać.. by nie przygotować wcześniej kunsz- townej budowli gałązek. który tarasował zapewne komin. W sadzawce odbijały się ostatnie promienie dnia. Zabrał się więc do tego. Cieszył się hałasem.ciężkie od śniegu opadały coraz niżej jak gigantyczne zeppeliny i rozdzierały się na koronach drzew. konarów i polan. prowadzących do saloniku. a przedramiona służyły mu jak taca na coraz większe ciężary. Aleksander przesuwał się przez wielkie puste komnaty — był zaledwie cieniem. bez której nie może się obyć prawdziwy ogień w kominku. Następnie pozamykał wszystkie okienni- ce. 406 . który musnął zmatowiałe lustro — czując chłód. Odrzucił tors do tyłu. przedostający się do wnętrza pałacu przez szczeliny okien. płomień buchnął dziarsko. Małgorzata protestowała. któ- ry stawał się coraz bardziej matowy w miarę jak zmrok gęstniał i białe płachty śniegu znów zaczęły osuwać się na ziemię. a później matowiało i stawało się podobne do katakumb. zwęglone drewno zamieniało się w peruwiańskie ruiny. — Ależ skąd. Przyniósł zapasy drewna.

by wyrazić podziw dla armii rosyjskich i dać upust mojej najgłębszej wdzięczności wobec nich. pojawiały się znowu w jego pamięci. Wszystkie te urywki cytatów. Ich dłonie zetknęły się. po to by wróg obrócił się przeciwko niej”. krążyły wokół jednego. głównego tematu. mającymi wyrażać współczucie. to znaczy w piętnaście lat po fakcie: „Korzystam z każdej okazji. oj- ciec i syn. reagując tylko niearty- kułowanymi dźwiękami. heroicznych i całkiem świadomie ściągniętych na siebie. I Paléologue: „Nie mieliśmy nigdy lepszego i bardziej nam oddanego przyjaciela niż Mikołaj II”. prawda? A oni wszyscy mówili mojemu ojcu tylko o rosyjskiej pożyczce! Płomienie odbijały się w jego kieliszku napełnionym burgun- dem. to jest nie- zrozumienia. które jego ojciec znał na pa- mięć. w roku 1929. wylewając żółć. ale Joffre musiał wiedzieć co mówi. 407 . Aleksander wrzucał korki z butelek do ognia i przyglądał się procesowi ich zmiany w żar. na jakie natknęli się we Francji obaj Psarowie. żeby znowu nabrało rumieńców. I Naylor: „Bitwa nad Marną wygrana została przez koza- ków”. — A przecież Foch powiedział: „Jeżeli Francja nie została wymazana z mapy Europy. proszę pana. Małgorzata nałożyła jeden wielki biały sandał i usiadła na piętach. żeby znów zaczęło szeptać. a ponad szklankami uśmiechnęły się do siebie dwie twarze. która się w nim nagromadziła. Nigdy nie zapomnę o straszliwych poświęceniach rosyj- skiej armii. które opowiadał. A Joffre.. oświetlone z jednej strony i ciemne z dru- giej.Wystarczyło dmuchnąć. I Mangin: „Aliantom nie wolno nigdy zapomnieć usługi oddanej im przez Rosję”.. wygłaszał je więc hu- czącym głosem. Kolacja była tyleż fantazyjna co obfita. to zawdzięczamy to przede wszyst- kim Rosji”. Słuchała monologu Aleksandra. Wszystkie historie. — Kto jak kto. Wrócił do swego dzieciństwa. — Pańska whisky.

Zachwycały go iskry buchające z ogniska. zajmującego się psami. I miał takiego forysia. naturalnie Car. W chaotycznych wspomnieniach pojawiała się często postać Dymitra Aleksandrowicza. nic tam nie poprawiając. jeśli się wszystko weźmie pod uwagę?. Jak bolszewicy. Stare rody kpiły z nas: „Nie wiedzą. który na zmianę przygasał lub rozjarzał się. I właśnie jedno i drugie mamy w naszym herbie. Aleksander pił wino. Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. — Wtedy nie byłoby pana na świecie — wymamrotała Mał- gorzata. brak mi zgody psara”. Opowiedział jej nieszczęsną historię chłopa wyzwanego na pojedynek. najzacieklejszych. gdyby zginął w wal- ce z czerwonymi. tak. Coraz to nowe obrazy odżywały w jego pamięci: — Psar! Nazywano mnie Car. Wszyscy nazywali go Psar. której przyznał część terytorium kraju. moja sytuacja nie jest najlepsza. szyderczo! Ale w końcu carowie. dlatego dali tam insygnia swego korpusu”. Ale było też przy- słowie związane z nami: „Wkradłem się w łaski cara.. Miało to znaczyć: car mnie lubi. To właśnie szep- tali sobie do ucha starzy bojarowie w ich pelisach. bo psar to psarczyk. miotła była symbolem nienawiści do zdrady. Psia głowa oznaczała czujność. Był jednym z opryczników najbardziej wiernych. Słyszała pani o Iwanie Groźnym? Stworzył on rodzaj gwardii. w pewnym sensie. ale jeżeli Psar jest mi niechętny.. Byliśmy ludźmi z awansu. z dłońmi za- plecionymi na brzuszyskach. Przemie- rzał Rosję na koniu. — Jak on cierpiał! Za nic! Byłoby lepiej. Aleksander rzucał od czasu do czasu polano do kominka. 408 . Komu by się bardziej udało w Rosji? Moja rodzina nie jest bardzo sta- ra. mając przymocowane do siodła psią głowę i miotłę. co umieścić w her- bie. Małgorzata słuchała z policzkami zarumienionymi od ognia. oddzieloną od pozosta- łych prowincji: oprycznina. służącego.

że po raz pierwszy miał w swych ramionach Fran- cuzkę i dziwiąc się jej czułości. wisząc prawie w jego ramionach. że odgłosy silnika mogłyby go obudzić. Za nic w świecie nie chciałby nadużyć współczucia. wzięła latarkę i. Wiedziała. Na szczęście nie 409 . pan nawet nie miał matki. kolce krzewów podrapały jej łydki. policzkujące swe dzieci? Był dotąd przekonany. Małgorzata walczyła ze snem. żeby dało się później wrócić. — A pan. przydymionych ogniskiem i palą- cych jak ogień. wyszła na korytarz. że wziął Małgorzatę w ramiona. tak by nie trzeszczał par- kiet. że Francuzki są senty- mentalne. To wrażenie sprawiło. Obawiała się jednak. Mogła była wziąć kluczyk od samochodu. nie spuszczając Aleksandra z oczu. odpowiedziała: — Ależ ja pana kocham. okazanego mu przez tę kobietę. że nie docenił Francuzek. Rozpłynął się w śnie i towarzyszyło mu błogie przeświadczenie. odsunęła wzniesioną przez Alek- sandra barykadę i wyszła na dwór. Wybrała się więc do wsi piechotą. Wiedział. ale czułe? Te zawsze pokryte makijażem kobiety. Przeszła przez bramę i zało- żyła ją kamieniem. Nie wiedział jak to się stało. Dorzuciła drewna do ognia. Idąc za żółtym krążkiem światła latarki. jak to się zda- rza tylko w najgłębszym śnie. zaczęła się powoli ubierać. Cofnął się: — Proszę mi wybaczyć. przedostała się do oranżerii. że otrzeźwiał. Ponad ich głowami wciąż jeszcze pojawiały się na suficie róż- owe odblaski. nawet gdy szlachetnie suche ciepło ognia w ko- minku już nie drażniło ich nagich skór. starając się iść lekko. Za daleko się posunąłem. Natychmiast zmoczyła nogi. że Aleksander jest już całkowicie rozluźniony. zmysłowe. Aleksander zasnął. Przyciskał usta do jej warg. Ona jednak. że czu- łość jest cechą Słowian. roz- ważając fakt. Gdy przekonała się. w której kieszeni Alek- sander go nosił. na zmianę szczypiąc się i wbi- jając sobie paznokcie prawej ręki w lewą dłoń.

starając się iść po swoich wła- snych śladach. że musiałam się uciec do metod nadzwyczaj- nych. Wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. Podała numer rejestracyjny samochodu. starszy niż pozostali. wyjaśniła. Wioska spała. — W porządku. Rozmowa przerwała się. I tak jej miejskie buciki nie były stworzone do marszu w śniegu. lecz nie odezwał się. Wspomniała o teczce. Nie mam dużo drobnych. Za- częła mówić: — Tu Łajka. wziął ją na stronę: „Chcesz robić naprawdę coś poważnego? Nie 410 . Gdzie? W jakimś gabinecie? W czyjejś sypialni? Nie miała pojęcia. Na przejście dwu kilometrów potrzebowała czterdziestu minut. On jest w stanie nerwowego wyczerpania. Opowiedziała wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu go- dzin. Przed dwudziestu dwoma laty była po drugim roku prawa. wrzuciła do automatu pięcio- franówkę i wykręciła numer. Nie mo- gła wybaczyć swemu ojcu. Ale postępuję zgodnie z instrukcjami. proszę kontynuować — odrzekł na to głos mężczyzny. nazwę wioski. jak można dostać się do środka. żeby go podre- perować. Małgorzata wróciła do zamku. Czyż to jednak miało znaczenie? Czekała na ten moment dwadzieścia dwa lata. Odnalazła kabinę telefoniczną. Chciała zapisać się do partii. jak w bajce dla dzieci. że pozwolił się zabić. — Przykro mi. a dzwonię z kabiny. że będzie miała silny katar.nosiła szpilek. Wiedziała już. „Nie wypuszcza jej z rąk. opisała położenie pałacu. — Spokojnie — usłyszała męski głos — już nagrywam. była aktywna w kole naukowym. kokietowała wszystkich napotkanych komunistów. Trzeba było tak zrobić. Gdzieś rozległ się dzwonek telefo- nu. W tej chwi- li śpi na niej”. Pewnego dnia nowy kolega. należała do zrzeszenia studen- tów.

Zobaczy to pani pewnego dnia”. Przypatrywała mu się przez kilka sekund. z góry. Do- piero publikacja Rosyjskiej prawdy i założenie „Konfraterni” przekonały Małgorzatę. który dla niej pozwolił sobie podziurawić skórę na drugim końcu świata. że nie pomyliliście się? Nie chcę tracić mojego czasu.tylko blabla? W organizacji będziesz miała tylko jedną alter- natywę. Zaufała temu niewysokiemu kędzierzawemu mężczyźnie o zielo- nych oczach. nabyła tro- chę doświadczenia. Psar spał dalej w tej sa- mej pozycji. zasługuje na takie powitanie. skórę twarzy zarumienioną od ognia. Francja na- tomiast nic nie uczyniła dla starszego sierżanta Thériena. Zasługujesz na coś lepszego”. że ona. który odwiedziła dwukrotnie i który ją tak gościnnie przyjął. tego poplecznika reakcji. że zginął. że Psar istotnie był antykomunistą i chce zaszkodzić ZSRR. krajowi. tracił arogancję swej urody. zapisała się na kurs dla sekretarek. omawiała rozmowy telefoniczne. co do pani należy”. Wcale nie uważała. Jesteście pewni. W każdym razie niczego nie ukry- wa. ale najwidoczniej ZSRR potrafił docenić wysiłki swych zwolenników. Od czasu do czasu ogarniał ją niepokój: „Nie wygląda wcale na takiego prawicowca. opu- ściła uniwersytet. albo głuptaskiem. kopie listów. Leżał na boku. Podziwiała niegdyś swego ojca. chcę zrobić użytek z tego. Widziany w ten sposób. dołączała listę spotkań. gwarantuję wam. Po jakimś czasie przydzielono jej pilota i misję: pilnować Psara. karząc go za to. będziesz albo katem. Niekiedy kończyło się ofuknięciem: „Proszę się zajmować tym. czego się u was nauczyłam”. a teraz nienawidziła go. Wkradła się z powrotem do pałacu. zwykła sekretarka. Miał w ustach niedopałek i patrzył na nią z dołu. policzek rozpłaszczony na powierzchni teczki. bardzo szcze- gółowo. Zerwała wszystkie kontakty ze skrajną lewicą. Co tydzień spo- rządzała raport o działalności agencji. nie towarzy- szył mu też blask jego inteligencji. Kiedy indziej zapewniano ją: „Ten osobnik tylko się maskuje. Był to po prostu nie pierwszej 411 . miał rozchylone usta.

Podobała jej się praca. Wsunęła się więc pod koce i przywarła do Aleksandra. Tak samo przed paroma godzinami dobrze się czuła w jego ra- mionach. Był wrogiem klasowym. Mężczyzna. to wszystko. który dał jej tę przyjemność. Pra- cowała dla niego całymi latami. A przecież w rewolucyjnej ar- mii byłby co najmniej pułkownikiem. śpiący jak dziecko. lubiła oddawać mu usługi. Nacierając sobie alkoho- lem stopy zastanawiała się. Trzęsła się z zimna. ale Małgorzata nie miała dla niego litości. pracowała dla niego z przyjemnością. czy nienawidzi swego szefa.młodości jegomość. co agencji. lecz robiła to przeciwko niemu. . służyła mu przykładnie. Był białogwardzistą. kontrrewolu- cjonistą. Mógłby w kimś wzbudzić litość. To jej się spodoba- ło: zabrać wrogowi klasowemu ciepło. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą litować się nad wrogiem klasowym. nie odpychał jej ani jej pociągał. Tego ją nauczono: to był wróg klasowy. Nie tyle jemu. zwinięty w kłębek. Ale liczyła się tylko czysta przyjemność. Ojciec Małgorzaty był zaledwie podoficerem — podró- żował drugą klasą. Nie. nie człowiek. nie miał prawa wstępu do mesy oficerskiej — ale i on był kontrrewolucjonistą.

On sam był całkiem pewny. Opowiedz. Jego gło- wa poleci. Wyczuwał od jakiegoś czasu chwiejność Oprycznika. że nigdy nie zostawił Oprycznikowi żadnych do- kumentów. rzecz jasna. Siadaj. Nawet gdyby to nie były dokumenty. jasnowłosy i spokojny. Podczas trzydziestu lat służby Oprycznik mógł robić notatki — prawdopodobnie prze- chowywał je w sejfie banku w Pontoise — i gdyby przekazał je Francuzom.. Zapłaciłby za to on.. Może jednak jego poprzednicy byli mniej ostrożni. Raczej przeciwnie. Nikitin. Podkreślał węzłowe momenty opowieści wypuszczając błękitne kłęby dymu. bardzo spokojny. że „twój” wypuścił się na dalszy spacer. Piotr na swą pidżamę w paski brązowe i srebrzyste narzucił czarny. skrzyżował nogi. usiadł. Piotr nie był wcale zaskoczony. w złociste wzory japoński szlafrok. Piotr. Pietucha. za- dzwonił o trzeciej nad ranem do drzwi Piotra. czego się dowiedział. Nikitin. Najwi- doczniej nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. Piotr niepokoił się szczegółem dotyczącym teczki. Ale szkoda byłaby tak czy 413 . zapalił papierosa: — „Moja” zadzwoniła do mnie. To dlatego właśnie — i także na skutek instrukcji Pitmana — postanowił przykręcić mu śrubę. pilot Małgo- rzaty. byłoby gorąco. Wyłożył wszystko. 9 „WRÓCIĆ” — Przepraszam że cię budzę. młody. ale coś mi się wydaje. Nie dosłownie. — Wejdź. Bywa i tak.

tym razem „le- galną”. Trudno.. prze- jeżdża przez Paryż. wiecie o tym dobrze. Nie jest to ktoś. Nikitin odszedł. a potem zjada tę bułkę. osiąga swój gabinet i ze swego telefonu. Zadzwoń do Moskwy i daj mi się wyspać. wypija półtora litra dziennie. by potem — rzecz niesłychana w kronikach KGB — rozpocząć od nowa następną karierę. Jest kawalerem. Podziękował Nikitinowi. Automat przełącza go z pałacu Roztopczynów na mieszkanie prywatne Pitmana: 414 . — Towarzyszu pułkowniku. czy mógłbym was zaraz zoba- czyć? — Dałeś się opanować przez tych spryciarzy. dzwoni do Moskwy. W końcu został zdemaskowany. to jest żył pod fałszywym na- zwiskiem. zdążył na czas uciec.. „rezydenta”. kto by się cackał ze swoim personelem. trzeba zadzwonić do Możuchina. — Pluję na to. bezpo- średniego zwierzchnika Piotra. — Tak jak widzę twojego faceta — powiedział Nikitin — na- wet jeżeli go odzyskasz. Nie poznaję cię. wchodzi do gmaszyska w pobliżu La Muette. którego nie da się pod- słuchiwać. Piotr ubiera się pośpiesznie.inaczej. Przez dwa- dzieścia lat był „nielegalnikiem”. — Zobaczymy. Gdy ceruje skarpetkę. nakłada ją na bułkę. — Towarzyszu pułkowniku. pożegnał go: — Gdyby było coś nowego. Piotr zażył tabletkę przeciwko nadkwasocie. na tyle na ile to w ogóle możliwe w wywiadzie. daj mi zaraz znać. wskakuje do swego volvo. uchodził za Francuza. trzeba będzie mu znaleźć inną sekretar- kę. I natychmiast zaczęło się dobrze mu znane pieczenie w żołądku. co trzeba będzie zrobić. Piotr wolałby polować oszczepem na dzika albo iść z nożem na niedź- wiedzia niż budzić Możuchina o trzeciej nad ranem. oddano mnie do ich dyspozycji wbrew mojej woli. Wolałbym nadal służyć pod wami. Możuchin cieszy się pewną sła- wą.

Generał Pitman ma może zbyt wąskie pole widzenia. Wiesz. że można go jeszcze tam znaleźć.. to jedyny zarzut. po- mylił się nakazując przykręcić śrubę Oprycznikowi? Zawsze go- tów jest przyznać się do pomyłki. Jeśli tak. że mo- gła z tym mieć coś wspólnego Ałła Kuźniecowa. który biegnie z Paryża. przekazana z powrotem do dyspozycji jej dyrekcji. Pitman nie słucha jej. — Jeszcze nawet słońce nie wzeszło!. która z wiekiem zamienia się w zrzędę. Jeden plus w ka- żdym razie: sekretarka. że nie zasnę już. Inny plus: jeśli Psar schował się w tym pałacu. wiąże się z tym. Jeżeli Twardy znak zostanie zdra- dzony Francuzom. Co robić? Być może alarm jest fałszywy. jakkolwiek wybitne byłyby jego zalety.. że ma pan dla niego dobre wia- domości. Pitman mógłby jaśniej rozumo- wać. W każdym razie sprawę tę należy potraktować bardzo deli- katnie. jeśli jego montaż się rozleci. Przysłuchuje się pełnemu niepokoju głosowi. by jej losy uzależniać od inicjatywy pojedynczego agent d'influence. — Oto co trzeba zrobić. Teczka. tak jak rozbraja się bombę. tyle że do niczego nie przy- datne. Pitman ma wrogów pośród czapek-niewidek. opłacana przez dwadzieścia lat i do tej pory przysyłająca świetne raporty. to znaczy. nagle się przydaje. lecz w tym wypadku przeko- nany jest. Przede wszystkim antysemici będą zachwyceni. Sprowadzi go pan do Paryża i będzie mnie pan z go- dziny na godzinę informował o rozwoju sytuacji psychologicznej. towarzyszu generale”. „To nie moja wina. że nie zawiadomił Piotra o wyjeź- dzie. Natychmiast wybierze się pan do te- go pałacu i powie Oprycznikowi. cały areopag będzie z niego drwił. nie przychodzi mu w ogóle do głowy. że operacja Twardy znak ma zbyt wielkie znaczenie. Gdyby tylko Eliczka przestała mruczeć w swoich poduszkach. Jakub Mojsiejewicz. Może Oprycznik miał umówione sekretne spotkanie z jakimś członkiem „Konfraterni” albo też zechciał spędzić oryginalne wakacje z własną se- kretarką. jaki można przeciwko nie- mu wysunąć. Czyżby pilot zachował się niezręcznie? A może on. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje zdrowie — gderze tłu- stawa Eliczka. 415 . Myśl. Ucieczka.

. że bardzo jesteśmy zadowoleni ze sposobu. towarzyszu generale. Są jednocześnie mało konkretne i dramatyczne. krótko mó- wiąc. w jaki się rozwija operacja i że ktoś. kto prowadzi działania na taką skalę. Proszę mu powiedzieć. nie dopuścić. Znajdziemy później jakieś wytłumaczenie. Spry- ciarze z dyrekcji «A» lekceważą na ogół broń. Nie. w którym się ukrył? Czy mam spalić sekretar- kę? — Dziękuję. towarzyszu generale. Przełożeni lubią posługiwać się wyrażeniami w rodzaju „za wszelką cenę”. żeby zwraca- no się doń per Jakubie Mojsiejewiczu. wziąć broń? Piotr wypowiedział te słowa z pewnym zażenowaniem.. — Tak.. nie. tyle że od pewnego czasu „Mojsiejewicz” nie jest najlepiej widzianym patronimikiem. to zapytać.. Żad- nych szczegółów. że pamiętał pan o tym. czy ma wziąć ze sobą coś. 416 . ale tym ra- zem postanawia okazać wielkoduszność). Za wszelką cenę. że spotkanie ze mną może mieć dobroczynny wpływ — w końcu to ja zwerbowałem Oprycznika. tak że w razie jakiegoś incydentu mogą się nimi zasłonić. (jednak żal mu wymówić to słowo.. I najważniejsze: trzeba położyć rękę na Opryczniku.. lepiej oszczę- dzić sekretarkę. Ale jedyny sposób. powi- nien być przynajmniej generałem. skąd wiem o miejscu.) Tylko.. jeśli istotnie ma taki zamiar. by sprawdzić.. jak wytłumaczę Oprycznikowi. nie ufają jej. co znaczy owo „za wszelką cenę”. i na kosztach. jesteśmy starymi znajomymi — proszę mi zaraz dać znać.Jeśli dojdzie pan do wniosku. chociaż podjął już decyzję) krótko mówiąc czeka go przyjemna niespodzianka. co pozwoliłoby zapłacić na- prawdę słoną cenę. żeby przeszedł do Francuzów. (Pitman wolałby. (Pitman za- wahał się: oszczędza i na promocjach. Na razie niech pan gra na naszej reputacji wszechwiedzących. — Towarzyszu generale? — Co takiego? — Czy mam. A gdy- by zapowiedź awansu miała się okazać pożyteczna. i w rezultacie.

niech pan się stara nie robić z niej użytku.. czasem trzeba okazać wielkoduszność. szybko przemówiłbym mu do rozumu”. którego znałem. Przyjęłoby się go triumfalnie. gdy był chłopcem i którego uwiodłem na wieży Notre- Dame. swymi wielkimi wojskowy- mi buciskami i prawie że żałuje swej przynależności do czapek- niewidek. Tak. na miłość boską. Ale. ale Pitman zatrzy- mał swój stary gabinet. tego Aleksandra Dmitrycza. niemodne meble. „To by mu dopiero pochlebiło! Samolot specjalny! Mohamed Mohamedowicz byłby przeciwny. największy montaż jego życia. Twardy znak. Gęsty śnieg sypie się na plac Dzierżyńskiego. a on bę- dzie na posterunku. Także ordynansi przejęli ten sam styl i zawsze mieli na podorędziu dymiący samowar. nałożyłoby mu się na grzbiet jego mundur. ubiera się i każe się zawieźć do biura... by poprawić morale żołnierzy”. przygotowany do podjęcia koniecznych de- cyzji. Jakub Mojsiejewicz przechadza się po gabinecie.. wygniata dywany. Niech pan działa łagodnie. matusz- ki-Moskwy.. lecz Piotr nie odzywa się z Pary- ża. z jej tysiącem złoconych kopuł. Tym razem mo- żna będzie popróbować trojki ze Światosławem. Takie są marzenia Pitmana. Eliczka chrapała od nowa. z powodów raczej mistycznych niż profesjonalnych. znalazłoby się kobietę dla niego. inteli- gentnie. że tak. gdyż wskutek tego nie wolno mu wyskoczyć do Pary- ża. zna- lazł się w niebezpieczeństwie. Ale Jakub Mojsiejewicz nie mógł zapaść w sen. Podnosi się z łóżka. myślę. Zaczął igrać z myślą sprowadzenia Aleksandra na krótko do Moskwy. Pitman westchnął: — Tak. „Gdybym go spotkał. 417 . imitacje starych dywanów. Część pracowników dyrekcji przeniosła się do nowych bu- dynków wzniesionych na obrzeżach miasta. Eliczka będzie mogła się wyspać. Dzięki temu ewentualne telefony osiągną go w pracy. intymniejszy i bardziej nobliwy niż nowe biura — pokój z podwójnymi zasłonami zdobnymi w falbanki i pompony..

418 . niechże z niego skorzystam”. Małgorzata przeciągnęła się: — Jesteśmy jak prawdziwi kasztelanowie. że jest to świetne zajęcie. Dałby Małgorzacie najlepsze rekomendacje. co się wydarzyło. „Ja pana kocham”. ponieważ czuć ją było dymem. Dźwięk ten przypominał nieco głos pękniętego gongu. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o Małgorzacie i o wszystkim. Od ilu wieków biły te dzwony? „Przyzywa mnie głos Francji”. Od jak dawna go kochała? A on nic nie zauważył! Sytuacja będzie bardzo trud- na. tak szczę- śliwy. że znowu zajmie się przygotowywaniem drewna. żeby znalazł dla niej odpowiednie miejsce. Przy goleniu zaciął się kilkakrotnie. Na razie. okropnej. W razie potrzeby popro- siłby Fourvereta. jeśli zdecyduje się prowadzić dalej tę grę i zachować agencję. Przyniósł jeszcze śniegu dla Mał- gorzaty i wybrał się po drewno. gdyż był to ich dym.. „Jestem chamem. Patrzył w białe okno i mówił sobie. że czuł się teraz swobod- niejszy. lecz szczęśliwy. Gdyby ona wiedziała. wspaniałej. Gdy wrócił do pokoju. dla kogo ja pracuję!” Musiałby poszukać innej sekretarki. Wczorajsze zwierzenia sprawiły. pomyślał Aleksander. Później wybrał się z plastikową miednicą po śnieg i zrobił coś w rodzaju porannej toalety. — Jeżeli jesteśmy kasztelanami — powiedział — powinniśmy teraz pójść do kościoła. W dali rozległo się bicie dzwonów. wędrował długo w śnieżystym po- wietrzu i uderzał o szyby pałacu. Nie można dyktować służbowych listów własnej kochance. jak już dawno mu się to nie przydarzyło. Jego dłonie drżały z gorączki. Zaparzyła też kawy. Aleksander obudził się z gorączką. nie bez prozaicznego wyrachowania: „Jeśli już popełniłem głupstwo. Dzięki gorączce nie czuł mrozu. Długo nie podno- sił się z posłania.. wykorzystałem sytuację. Małgorzacie udało się rozpalić ogień przy pomocy kartonowych opakowań. Na razie znowu wziął Małgorzatę w ramiona.

Weszła procesja. Pomysł pójścia do kościoła rozśmieszył Małgorzatę. i małe ciekawskie oczy. które opierało się i nie chciało iść naprzód. Nigdy nie pozwalał sobie na to. nie całkiem pusty. Za dziećmi postępował. Ale właściwie czemu nie? W końcu było Boże Narodzenie i wszystko było już całkowicie fantastyczne. zimny i pusty. inny z przyprawioną brodą. Kościół był ogromny. które zdawały się przeliczać wiernych. siedziało w pierw- szych ławkach. by słuchać głosu instynktu czy przeznaczenia. jakby ulotne włosy. obok niej chłopczyk z bu- zią wysmarowaną pastą do butów i w złoconej koronie. Światło czerwonej lampy było jedynym akcen- tem kolorystycznym w szarości kamienia. w jakiej brała udział od czasu śmierci ojca. ksiądz w białozielonym ornacie. zgrzyt krzesła na kamiennej posadzce. a „droga” z „do Boga”. kiwając się. cienkie. Jej buty. dziś jednak był w nim spokój. pełną werwy pieśń. inny z kadzielnicą. Ze trzydzieści osób. że były to postacie szopki: dziew- czynka z głową przybraną skrawkiem czerwonego sukna. Nieszczęśnik wyglądał na wyczerpanego. Wszyscy śpiewali harcerską. trzy- mająca porcelanową kukiełkę w ręku. wyglądały kiep- sko. lecz jednocześnie prawie suche. zostawione na noc przy kominku. 419 . i na końcu chłopczyk i dziewczynka. monotonii brązowych ławek. karków i ciepłych kołnierzy. szep- ty. Wtedy chłopczyk kopnął zwierzę w brzuch. szare. matowości włosów. Miał szarą twarz. Ci prowadzili jagnię. były twarde. Kaszląc i ki- chając pozwoliła się zaprowadzić na pierwszą mszę. Dopiero po chwili Aleksander zrozumiał. Ciszę podkreślały jeszcze bardziej odgłosy kaszlu. ubrani w owcze skóry. kobiet i mężczyzn. Choć nie. jeszcze inny z pudełkiem pełnym biżuterii. Za krzyżem posuwały się dzieci. gdzie „dłonie” rymowały się z „błonie”. wewnętrzna cisza. trzyma- jący pałki w rękach. Musiał obsługiwać dziesięć parafii i odprawiał właśnie piątą mszę świętą tego Boże- go Narodzenia. Dzwon zamilkł.

Było w niej coś biednego. a nie Marcie”. Dzieci rozumieją powagę tego. jeśli wam tak wygodniej. Albo dla mnie. Quos vult perdere Directoratus dementat. wewnątrz. Ale tutaj. nie mógł nic zrozumieć z tej parodii mszy protestanc- kiej. a trywialna mu- zyczka podkreślała tylko słabe strony pieśni. Aleksander. z ponumerowanymi przyśpiewkami i lekturą Ewangelii w języku prostym. co robią. ja wiem. który nie go- dził się na kompromis i próbował ocalić w swoim kościele choć- by tylko jeden atom sacrum.. Kilka przygotowanych już aparatów fotograficznych zniknęło i Aleksander pomyślał z szacunkiem o tym księdzu. dającej ludziom na ziemi wyobrażenie o Królestwie Niebieskim. ale. Wrócą do was. Być może Duch Święty był mniej wymagający niż Aleksan- der. A przecież przypominam sobie z całą pewnością.. Wiem. że ich Mistrz dał pierwszeństwo Marii. Nie trzeba im podsuwać pokus próżności. Wykluczone. i ja także je kocham. Tak więc proszę was.. Na przemian złączał i rozłączał dłonie: — Moi drodzy. który miał w pamięci surową wspaniałość rytu gregoriańskiego i za- glądał czasem do cerkwi prawosławnej.. A mimo to coś się wydarzyło. gdy wyjdziecie z kościoła. Zróbcie to jednak dla Pana Boga. wiem. „To niemożliwe — powiedział sobie — żeby nie maczała w tym palców moja dyrekcja. że to trudne. że kochacie wasze dzieci. którzy wydali pieniądze i kupili lampy błyskowe. jeśli nawet nie prostackim. chciałbym was o jedno prosić. nawet ci. a dziewczynka prowadząca orszak złożyła lalkę na łożu ze słomy. może postanowił wytrwać w upokorzeniach i blasfemii 420 . choć nie potrafiłby powiedzieć co. proszę was: nie róbcie teraz zdjęć. żeby Kościół sam z sie- bie zrezygnował z piękna mszy świętej. Gdy dzieci dotarły do groty zrobionej z papier-mâché. Zaczęła się msza. Może wyda wam się to śmieszne. ksiądz wygłosił małe przemówienie utrzymane w tonie skargi. gdzie Pan króluje w ma- jestacie.

chlebem. ta domowa inscenizacja z jej naczyniami. co się tam działo. opuszczenia. i to niezależnie od marności otoczenia. dzieckiem podającym wodę czerwonymi chłopskimi ręka- mi. że Bóg porzucił samego siebie i jednak od- najdował siebie. że skromny. zbyt wiele wzniosłej lecz nie uduchowionej muzyki opla- tającej Kościół. a potem wstrząsu. i nie miał nic przeciwko temu. To po to właśnie ludzie przyszli do kościoła. że porzucił swych wyznawców. przybie- rającym postać męczeństwa. W Aleksandrze zaczynał się wielki przełom. Aleksander doznał najpierw wzruszenia. a może słowa i gesty kryły w sobie tajemnicę o nieod- partej mocy. Po wygłoszeniu skromnego kazania ksiądz zaczął przed ołtarzem gromadzić swe małe gospodarstwo. dochodziło do metamorfozy podobnej do tej. miało decydujące znaczenie. co prawda zdegradowana. Czyżby krył się w tym sens głębszy niż Aleksander umiał to kiedykolwiek zobaczyć? Czyżby wtedy. tutaj jednak zdawało się. To. 421 . pogodzenie się z lo- sem. że przemianie tej patrono- wała rzeczywistość nadprzyrodzona. zbyt wielu dostojników w fio- letach. zagubienie. bez honoru. i przyłączyć się do niego można tylko w cierpieniu. przed którymi proboszcz co tydzień wygłaszał kazanie w złym guście? „Być może — myślał — takie oczyszczenie jest niezbędne. który musi płynąć zakosami. niedostatku i nawet głupoty? Czy właśnie tego miał się nauczyć w tym wiejskim ko- ściele. Być może zbyt wielu jest kardynałów. gdy boskie maszyny druzgocą wiernych. który cierpi. tym bardziej niezwykły. dłonie na pastorałach.... ale jednak nie-rozszczepialna. pośród wiejskich głuptasów. kompensaty. że Chrystus był z definicji tym. wi- nem. poniżona. Po to był tu ksiądz.” A jednak nie podobało mu się to. To się tak mało zmieniło przez dwa tysiące lat. Wolałby biskupów w mitrach. w cudowny sposób. błędna droga.. Zarzucał zawsze Bogu. co materię przemienia w Boga? Mękę w Boga? Czy znaczyło to. która domaga się wła- śnie swego przeciwieństwa. Kościół to może ża- glowiec.brzydoty.

Wyprostował się. ale nie zapomniał o swojej teczce. przyjmie ich niebiańska ojczyzna. Po chwili. gdy Aleksander. Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż śladów pozostawionych na śniegu. a może nie chciał. przyjrzał się uważnie okolicy. Może lękał się śmieszności. żeby ona wiedziała. obchodząc pałac. nie ruszając się z miejsca. Małgorzata powie- działa. Aleksander właśnie powiedział. otrzepując co jakiś czas w komiczny sposób śnieg z butów. usłyszał zgrzytanie me- talu o metal. On sam nie miał pojęcia. Mały mężczyzna prześliznął się przez bramę. i gdy tylko zdecydują się „wrócić”. wrócili do pałacu. pozostawiony daleko. odsuwał bramę. jak to nazywali. Nie mówiła już do niego „proszę pana”. śledzeni wzrokiem przez tubylców. 422 . Skoczył do okna. by wiedziała. dlaczego nie rozstaje się z nią nawet na moment. Wziął mi- skę. czyli siąść na podłodze nad dwoma befsztykami pachnącymi dymem. ciasno ściągniętym paskiem. ale jeszcze nie nazy- wała go Aleksandrem. Zaczynała nim komenderować. — Proszę tu czekać. który miał wyczulony słuch. że nie są z tego świata. „A ja? — pytał samego siebie — czy wciąż jeszcze zależy mi na «powrocie»?” Jeśli jednak przyszło się znikąd. że idzie do kuchni: — Proszę przynieść mi śniegu. że gdzie indziej jest ich królestwo. że lubi pieprz i ona zajęta by- ła posypywaniem jego befsztyka pieprzem. Nieduży mężczyzna w ciemnogra- natowym płaszczu. dokąd miałoby się wrócić? Gdy msza się skończyła. Na końcu alei prześwitywał samochód. Nie śmiała go zapytać. żeby wejść do parku. jak bardzo łamie przepisy prawa. Właśnie zamierzali usiąść do stołu.przypominających wiernym. zaczął iść wzdłuż tych śla- dów. by w pałacu nie usłyszano motoru. — Co to? — spytała Małgorzata. Aleksander z Małgorzatą. dlaczego nie chciał. że jest uzbrojony. otrzepał dłonie z rdzy.

dokąd iść. chroniony przez mrok i układ oranżerii. w cieniu bramy. Wargi Aleksandra poruszyły się. Nabrał powietrza do płuc. lecz ręce mu nie drżały. przesączonym poprzez brudne i osnute paję- czynami okienka. Stąd panował nad całą przestrzenią oranżerii. zobaczył cień przesuwający się w jednym z pół- okrągłych okienek. Skierował się do kamiennych schodów. gardło miał ściśnięte. Widać było nawet pojedyncze kiełki wąsów. Aleksander chwycił teczkę i rzucił się na korytarz. Wdrapał się szybko na drewniane schody. Mężczyzna wszedł do środka. musiałby zobaczyć drewniane scho- dy. Gdy przebiegał przez oranżerię. Jego wzrok usiłował przeniknąć ciemność. ale nie spojrzał w tę stronę. z którego dobywał się głos. prowadzące do piwnicy z winem. wyjął z niej rewolwer i czekał. Aleksander mógł obserwować jego poruszenia. Zbiegł błyskawicznie po kamiennych schodach. gdy rąbał drzewo. znaleźć miej- sce. Gdyby obrócił się w prawo. Serce biło mu mocno i szybko. 423 . W chwilę później odwrócił się wolno. Brakowało mu niewiele już tylko metrów do schodów. że opracował już plan obrony. położył ją u swych stóp. Wiedział. Mężczyzna zamarł w bezruchu. W biegu uświadomił sobie. odsunął barykadę. przyszło mu to prawdopodobnie do głowy wczoraj. Mężczyzna otworzył zewnętrzne drzwi. Znajdował się w odległości dziesięciu metrów od Aleksandra i o trzy metry niżej niż on. Zatrzymał się na balkoniku wieńczącym schody. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Aleksander wyrzekł jedno słowo: — Piotr. — Gdzie jesteś? Jego trójkątna twarz oświetlona była skośnym promieniem światła dziennego. Aleksander otworzył cicho teczkę. chociaż nie mógł ich widzieć. Mężczyzna znajdował się w połowie oranżerii.

Nie upadł od razu. przez szacunek dla śmierci. Czwarta kula rozłupała czaszkę Piotra. Aleksander nie wiedział. tego pajaca. Ale cóż tam! Udało im się przecież znaleźć Ga- wierina. czy przewrócić się w tył czy też do przodu. Piotr trafiony został w okolicach lewej klapy marynarki. zabarwiona prawdziwą rozkoszą: „Zastrzeliłem bezbronnego człowieka”. Opadł kurz. w jaki spo- sób go odnalazł. Rozległy się dwa dźwięki: obrót bęben- ka i kurek. ale jego nogi nie mogły go już utrzymać i zwalił się na ziemię. — Gdzie jesteś? — spytała znowu. „A więc Piotr był tchó- rzem — osądził niesprawiedliwie. Aleksander pomyślał. Ten efekt wydał się Aleksandrowi komiczny. który wyginał się przed nim. Psar. Aleksander strzelał dobrze. Echa wystrzałów przetaczały się przez oranżerię. Piotr przechylił się teraz w lewo. po rosyjsku. Huk wystrzału był ogłu- szający. Miałby ochotę zwymyślać w ordynarny sposób. nerwowym głosem. wąsata żmija. Posługując się podwójną akcją rewolweru. Naprowadził muszkę na szczerbinkę. który wydawał obrzydliwy zapach. Jelita nie wytrzymały. czy jest to zwyczajne zjawisko. Pochwalił samego siebie. dotąd sądził. wzniesiony przez eksplozje. umieścił trzecią kulę po lewej stronie klatki piersiowej. przesunął go więc w przeciwną stro- nę kulą wysłaną w prawe ramię. wściekłości i paniki. nie pozwoli się wziąć jak jakiś Gawierin. Aleksander zszedł po schodach i stanął nad trupem. On. Odwiódł bezpiecznik. przyjmujący tylną pozycję. — To mnie wcale nie dziwi”. że na polach bitewnych czuje się zapach krwi. tak jakby nie mógł się zdecydować. Został odrzucony w tył i w lewo. mimo gorączki. Aleksander pomyślał z odrazą: „Wąsata żmija”. 424 . nie uczynił tego jed- nak. że powinien zapytać Piotra. Jednocześnie krążyła mu po głowie myśl.

Jeden z dwu nabojów. Płaski. by go znaleźć. Nie znalazł jej w małym saloniku. Z rany tryskała rytmicznie krew. Powinien był ją ścigać. była straszliwa. które pozo- stały w bębenku. Zresztą opróżniając 425 . lecz coraz wolniej. było mu niedobrze. — Bolszewik! — syknął. Potrzebował trzech minut. jak z nią po- stąpić. Jego kolana drżały. natomiast. mógłby ją dogonić. potoczył się w ciemny kąt. że jedno z okien wielkiej sali było otwarte. Gdy jednak usuwał z bębenka zuży- te łuski i zastępował je nowymi nabojami. ale jednak archetypy nie pozwa- lały na to: nie czuł się na siłach strzelać do kobiety. Przeszedł przez oranżerię obchodząc z daleka trupa. Powinno by się ją zabić. zobaczył. Tam. by wziąć teczkę. przez które wyszła kula. Wydało mu się to bardzo istotne. zro- biwszy obchód parteru. płaszcza. Małgorzata. że ktoś kto znajdzie ten nabój będzie mógł zidenty- fikować broń. że jego dłonie znowu zaczęły drżeć. nie chciał kołysać się na krawacie jak Gawierin. Tak jakby sam nie był bolszewikiem. tak jakby obawiał się. zadawał sobie tylko pytanie. ale nie stracił panowania nad sobą. tworzyła się gęsta skorupa. a poza tym walczył o siebie. Ciało osunęło się w ten sposób. skoro wiedział. gruby pocisk wyrwał wielki kawał ciała. Zmieszały się z sobą włókna ciała i strzępy ubrań. spostrzegł. zadana przez kulę o spiłowanym zakończeniu. że jej nie zabije? Żmija to co innego. po co jednak. gdzie wsiąkała w pył. że widoczne było miejsce. Rana. Nienawidził tego człowieka od pierwszego wejrzenia. Zadowolony z wyniku poszukiwań założył rewolwer za pasek spodni i ujął teczkę w rękę. wszedł na górę po kamiennych schodach. taktowna jak zawsze. którym pokryta była podłoga. Na śniegu widniały świeże ślady. Aleksander wdrapał się z powrotem na drewniane schody. marynarki. postanowiła oszczędzić mu mąk wyboru. Dziwaczny obrazek: kupiec z bronią za pasem. koszuli. Był przekonany o zdradzie Małgorzaty.

Systematycznie przetarł chustką do nosa wszystkie przed- mioty.) W innej kieszeni znalazł to. (Gdyby był bardziej doświad- czony. starając się wstrzymać oddech. złożona. Zresztą. czego szukał: klucze od samochodu. przeszukał kieszenie zabi- tego bolszewika. zapew- ne wypożyczony przez Małgorzatę. nie zmieni w niczym jego sytuacji. Na razie jednak posiłki nie pojawiały się. Nie wpadł jednak na to i postanowił zostawić broń na miejscu. VZ-62. wracała gorączka. Jeśli nawet zaczajono się na niego. a głównie dlatego. że widział to w ki- nie niż z czysto praktycznych względów.. czy powinien pogrzebać zwłoki. proszę. iż w pałacu. Nagle pomyślał. że spłaca jakiś bardzo stary dług. broń. których mógł dotknąć. że będzie czuł odrazę. a która jednak potra- fi strzelać z szybkością 700 pocisków na minutę. w kieszeni jego płaszcza nie było kluczyka do samochodu. fakt. Znalazł tam przede wszystkim coś. że pistolet o takiej charakterystyce nie może mieć żadnych nadzwyczajnych właściwości technicz- nych. Spojrzał w stronę okna.. jeśli poszukuje go KGB. Ale nie 426 . ma wygląd zwyczajnego pistoletu. Zniknął peugeot. Potem wrócił do oran- żerii i. Miał ochotę wziąć ten pistolet jako trofeum. która.bębenek rewolweru miał wrażenie. powiedziałby sobie. W kominku dogasał ogień. Nie wystarczyłoby zresztą zakopać zwłoki. raczej dlatego. Wrócił do saloniku. Może ktoś zaczaił się w parku? Trzeba sprawdzić. Zadał sobie teraz pytanie. na której się nie znał. Rzeczywiście. Opuścił pałac nie kryjąc się wcale. niech strzelają! Odpowie strzałami. pomyślał jednak. czego wcale nie szukał: czeski pistolet automatyczny. To wydało mu się skomplikowane. ani oskar- da. trzeba by usunąć krew rozlaną na posadzce. że uwielbiał broń palną. był znużony. Nie miał ani szpadla. Cechowały go wszystkie ograniczenia. jeśli posłuży się bronią. do którego nikt nie zaglądnie przed wiosną. typowe dla do- brego strzelca — nie zabrał ze sobą Skorpiona. pozostaną zwłoki. że być może Piotr nie przybył tu w pojedyn- kę.

Wymiotuje. ani w alei. które stało na samym początku alei. Nagle czuje wstyd: „Ja. Zaczyna iść powoli. — Co się stało? — spytał Nikitin. że wszystko pani wygada. — Nie wiem. Mogę sprawić. nie wiem!. prze- wraca się. zniknęło. Za chwilę wychodzi.. ani w samochodzie Piotra. zobaczyć. łamiąc paznokcie. cofając się. Zaczęła ciągnąć poły płaszcza. Uciekła peugeotem. komunistka? Ja. co znajduje się przed jej oczami: drzewa. że zatrzymają panią Francuzi. podnosi. Drzwi prowadzące do oranżerii są otwarte. cór- ka sierżanta francuskiej armii?” Bierze się w garść. żeby uspokoić własne nerwy. sa- mochód. Zrobiła to wreszcie. Biegnie w stronę bramy. 427 . bramę. Przechodząc przez trawnik zaczepiła znowu płaszczem o kolcza- ste gałęzie krzewów. trudno. — Czego? — wypuścił kilka obłoczków dymu. czy i jej ojciec tak wyglądał po śmierci. zdzierając skórę dłoni. grzęźnie w trawie. roz- rywając rękawiczki. To trudno. że nie uda jej się tym razem podnieść bramy. Przestraszyła się. przejście przez bramę. co się zdarzyło. zostawiając strzępy materii na kolcach. — Bardziej powinna się pani mnie bać. starając się widzieć to tylko. Proszę się uspokoić i wrócić na miejsce.było nikogo w parku. Małgorzata wcho- dzi tam. spokojny jak zawsze. Zadaje so- bie pytanie. Słyszała strzały. Osłabiona. Volvo. Już ja panią przestraszę.. — Idiotka. Małgorzata myślała. — A teraz: dokąd? O drugiej w południe Małgorzata zadzwoniła do swego pilota. A później zostawią panią w betonowej piwnicy. Policja równoległa. Małgorzata wróciła do pałacu. Ci zabiorą się do pani w taki sposób. I to nie DST. — Boję się. w śniegu. Wsiadł więc do volvo i zapuścił silnik.

pilot Małgorzaty dzwoni do rezydenta. Z aparatu. Czekała pani pół godziny. Generał Pitman wciąż cho- dzi po swym gabinecie. Spróbujemy naprawić pani błędy. mimo świąt Bożego Narodzenia. została pani sama w kawiarni. — Dlaczego nie zadzwoniła pani stamtąd? Zawsze przypisywać pomyłki podwładnym i na piedestale tych pomyłek stać się wielkim człowiekiem. Z kabiny. Proszę wracać do Paryża. Ordynansi i sekretarze. która osłodziłaby przykrą wiadomość). — Proszę mi powiedzieć — Nikitin mówi spokojnym głosem. mimo że dzielą ich różnice stopni. przepowiada mu się wielką karierę — kiedy przejeżdżaliście przez Pontoise. że brakuje jej drobnych. Wszystkie admini- stracje są do siebie podobne. Dzwoni do Moskwy. oczywiście. — Szkoda — mówi na to Możuchin. ale nie ma telefonu do dyspozycji. gdzie. Co za głupota. Przed kabiną telefoniczną uświadamia sobie. tak? — Tak. znajduje otwartą stację benzynową. wymieniają znaczące spojrzenia. Pro- szę zadzwonić do mnie po powrocie. po co dała tyle drobniaków na tacę w kościele? Jedzie do sąsiedniej wsi. Najbliższy tele- fon znajduje dziesięć kilometrów dalej. Wszystko to przez tych spryciarzy z nowej dyrekcji. który — Nikitin wie o tym — nie jest podsłuchiwa- ny przez Francuzów. Dostaje tam drobne. W Moskwie zapada już zmierzch. — Polecał mi pan używać tego numeru tylko w sytuacji alar- mowej. że właśnie o taką chodzi. na 428 . Pietucha odwalił kitę. Ich szef. Składa sprawozdanie. Dzwoni. — Powinna była pani wiedzieć. Jest zła. — To był zręczny chło- pak. po- sługując się jednym z jego tajnych numerów: — Towarzyszu pułkowniku (próbuje znaleźć formułę.

szybowania. ja byłem tu. że agenci. i to całkiem pewnie.. Gdy dotarła doń wiadomość z Paryża. gdy tylko to będzie możliwe. Aleksander przeżywał wciąż od nowa moment zabójstwa. per- swadując sobie. być może. wyziębiając wnę- trze samochodu. Z ciekawości próbował wzbudzić w sobie odruch współczucia.. Z wyrazem niesmaku malującym się na twarzy zdejmuje słu- chawkę swego aparatu na korbkę i dzwoni do Dyrekcji Piątej: — Trzeba go sprowadzić żywego. że.. Tymczasem czynił to drugie właśnie.” Teraz jednak nie ma czasu na rozważanie losów Twardego znaku.. który pchnie się dalej. Na przemian włączał ogrzewanie. Na razie montaż umyka monterowi.ogół łagodny i pełen zrozumienia.... spisujący się świetnie przez dziesiątki lat.. 429 . W trakcie tych godzin jego umysł powtarzał setki. Jakub Mojsiejewicz za- mknął oczy. Przez cały czas odczuwał sensację unoszenia się w powietrzu.. Zdarza się czasem. na Jakubie Mojsiejewiczu ciąży teraz obowiązek wprawienia w ruch odpowiedniej procedury. że- byście go załatwili. i otwierał szyby..” Nie odczuwał wcale litości dla Piotra. czy od- damy go pod sąd po przesłuchaniu. Aleksander spędził całą resztę tego dnia w samochodzie. nie bardzo sobie z tego nawet zdając sprawę. czy też poprosimy was. przymykając jedno oko. jak to określił podporucznik Wołodia Wozniesienski. Nie wiem jeszcze. „On stał tam. ale w każdym razie musimy się dowiedzieć. może tysią- ce razy tę samą operację myślową. Nowe humanitarne normy KGB nie stosują się do tak skrajnych przypadków. „A przecież to był dobry pomysł: Twardy znak. Dręczyła go gorączka. krzyk- nąłem. podpułkownik Piotr miał rodzinę. jest dzisiaj w nastroju „zdecy- dowanie ludożerczym”. a nie prowadzenia samochodu. jechał skradzionym autem. odwrócił się. które kółeczko w maszynie zacięło się. nagle wpadają w amok. które dmuchało gorącym i su- chym strumieniem powietrza.

Żmija uzbrojona jest w swój jad. Obraz wydarzeń sprzed kilku godzin pojawiał się w nim z wielką regularnością. którą czeka zaraz proces rozkładu. mój druh. gdyby to było potrzebne. i otwarta czaszka. Czy powinienem był zabrać Skorpiona? Ale cóż bym z nim zrobił?” I znowu wszystko zaczynało się od początku: trójkątna twarz. i trzy koliste okienka. wycinający część tej twarzy. proch eksplodował i pocisk. cztery razy opadła. i sylwetka ludzka. Za- leżny był od mojej łaski. ja na górze. że do końca życia będę głuchy. «Gdzie jesteś?» A ty. wzbijający się w powietrze po wystrzale. i padająca. Twarz Piotra. bolszewiku? Chciał mi przykręcić śruby. Dziel- ny rewolwer. jeden. gdzie ty teraz jesteś. to wystarczy jako uzasadnienie. lecz odpychał je od siebie. Kurz. Jaki wyraz twarzy? Prze- straszony? Nerwowy? Znużony?” Aleksander miałby ochotę ze- lżyć tę twarz. raz w tę stronę. On stał w cieniu. Nie można lżyć śmiecia. Kurz. uderzyła spłonkę. i jeszcze raz muszka. Mogłem też nie.Czy jednak niepokoimy się o los rodziny żmii. Mówiłem sobie.. Ale nawet to nie było potrzebne. A może wcale tego sobie nie mówiłem? Może wymyśliłem to już teraz. 430 . trójkąt przeciwko trój- kątowi. Nie na próżno wziąłem cię ze sobą. i po chwili znowu «Gdzie jesteś?». Huk wystrzałów i ból bębenków w uszach. Przychodziły mu na myśl najostrzejsze rosyjskie obelgi. Błysk. która w tej chwili musiała zacząć się już niepo- strzeżenie rozkładać. Przez chwilę bałem się.. mówił do mnie per ty). «Gdzie jesteś?» (patrząc. Zostałyby rozwiane. przez fakt znalezienia przy zabitym broni. wypuszczający niczym Zeus odmie- rzone pioruny. stale obracająca się. I znowu żmija na muszce. że powinienem był nałożyć nauszniki. raz w tamtą. „Ile razy strzelałem? Cztery razy podniosła się iglica. ma- ły komiczny wąsik. potem drugi. tworzący skorupę na strumykach krwi. i znowu w lewo. „On na dole. przemierzał przestrzeń. której przetrąci- my grzbiet? Nie robił sobie też żadnych wyrzutów. nakręcany przez gwint lufy jak dziecinny bąk przez rzemień.

Dziwił się tylko. władować mu kulę w kark. że zo- stała zdemaskowana wyzwalał go od przesądnej trwogi związa- nej z jego sytuacją. Nie robił też sobie złudzeń co do losu. nie nadwerę- żać głosu. rzecz jasna. Cały ten Babilon autostra- dowy był już za nim. Nie wie- dział jednak. który otoczył mu szyję jak wilgotna tkanina. Zdrada Małgorzaty nie zabolała go zanadto. przeciwnie. to błąd. że donosicieli KGB można wykryć. jeśli dostanie się w łapy KGB. Oczywiście. od pozbycia się volvo. ale. bez wypadku. gdzie znalazł wolne miejsce do parkowania. w której spotykał się wielokrotnie z Iwanem Iwanyczem. gdzie się podziać. Musiał teraz podjąć ważne decyzje. Okazuje się więc. nacisnął tweedowy kaszkiet na uszy i na chybił trafił poszedł ulicą Alésia. To tylko kwestia uwagi. wycieczko- wiczów z okazji Bożego Narodzenia. nie tylko nie był urażony brakiem zaufania z tej strony. zniknąć bez śladu. reflektory. nie pokaże się tam. Zatrzymał się na Porte d'Orléans. Trzeba było zacząć. mógł bez trudu rozpłynąć się w nocy. by. była już za nim. jaki go spotka. że uznano za stosowne przydzielić mu szpie- ga pracującego w pełnym wymiarze godzin. Długa jazda w mroku. Wrócił do Paryża. Nie zabił jej. 431 . Nic łatwiejszego. Porzucił samochód w pierwszej uliczce. Nadawał się tylko do tego. Poznał kawiarnię. później w nocy. Ale KGB nie mogło wiedzieć. a oficerów KGB — zabić. Postawił kołnierz płaszcza. Jeśli idzie o KGB. która przy- klejona była do niego jak żaróweczka kontrolna. pochlebiało mu to. pozwalający odna- leźć go w każdej chwili. przekroczył nie- pisane prawa. Samo- chód mógł być wyposażony w tajny nadajnik. trzeba jednak rozeznać dobrze własne możliwości. fakt. Zabijając Piotra. że wcześniej się tego nie domyślił. Co więcej. Zostawił za sobą wszystkie te ciężarówki. Odkąd pozbył się Małgorzaty. co wydało mu się prawie niemożliwe. po przesłuchaniu. zważywszy na fale gorączki szalejącej w mózgu. gdzie on się teraz znajdował.

będzie musiał zwrócić swą inte- ligencję.. Nawet mu się to podobało. Wszedł do kawiarni i zamówił grog. Za- razem jednak wiedział. Chodzenie sprzyja trzeźwej myśli. Małgorzata z całą pewnością dała znać o zabójstwie. że byłby naprawdę bezpieczny w hotelu. Myśl o Gawierinie nie opusz- czała go. Aleksander mógł się oddać natych- miast w ręce policji. i to mimo trawiącej go gorączki. a czy szczury hotelowe nie są przy okazji złodziejaszkami? A iluż recepcjonistów odmó- wiłoby prośbie fałszywego detektywa. albo też znaleźć sobie jeszcze innego pro- tektora. a ciągła zmiana położenia— własnemu bezpieczeństwu. Już jednak po przejściu stu metrów poczuł. gdyby ten pokazał im zdjęcie uciekiniera? Małgorzata mogła przy tym szczegółowo opisać jego ubrania. iż nie potrafi długo walczyć w pojedynkę. Hotel.. a jeszcze lepiej położyć się w jakimś łóżku czy na podłodze. rozważyć sytuację. że zarządca hotelu ma klucz od jego pokoju? Istnieją wewnętrzne zasuwki. Musiał albo zawrzeć rozejm z KGB — co tylko w rzadkich wypadkach nie jest możliwe — albo przejść do Francuzów. by stał się odtąd kimś neutralnym. dziękuję bardzo. że był sam. określić przyszłe postę- powanie. Na razie jednak potrzebował schronienia. bardzo ciepło. że Francuzi nie zgodzą się. Gdyby nie był chory. bez przełożonych. lecz. i obydwa te adresy zamieniły się w pułapki na myszy. Wiedział też. w którym zameldowałby się pod fałszywym na- zwiskiem? To byłoby najrozsądniejsze. Zbyt wiele samobójstw zdarzało się w hotelach. Nie chciał się pozbywać swego paszportu. ani do biura. tak. spędziłby całą noc maszerując. gdzie mógłby się skupić. lecz Aleksander nie wie- rzył. Komisariat policji? Tak. miejsca. skrywając nieco twarz. Jak mógłby zasnąć wiedząc. którzy 432 . nie bardzo mógł je teraz zmienić. hotel nie wchodzi w grę. byleby tam było ciepło. Nie. że musi gdzieś usiąść i odpocząć. Dokąd mógł się udać? Ani do siebie. wszystko jedno gdzie. swe doświadczenie i wiedzę przeciwko tym. ale nie był jeszcze do końca zdecydowany na zmianę obozu. by nie zapisać się w pamięci kelne- ra.

jakby dotykał psa. Przyglądał się ludziom siedzącym dookoła i mówił sam do siebie: „Oto poczciwcy. miałby uczucie.. że jest mordercą. teczkę. Rewolwer ten przerwał karierę. kochanemu Mefi- stolesowi. markiz. Czyż nie? Muskał czule stopą. Monthignies przechowałby go u siebie i na- wet broniłby go. ponad który nic cenniejszego nie znał. „Dla jednych jestem zdrajcą. z których większość nigdy nikogo nie zabiła. z wy- jątkiem jednej tylko Jessiki Boïsse. 433 . weekend na wsi. a nawet sprytu. narażając własne życie. przeciwko nadzwyczajnemu Jakubowi Mojsiejewiczowi. że sprzeniewierzył się pewnemu kodowi etycznemu. których poznał przez kontakty zawodowe. a przecież nie będzie szukał schronienia w paszczy lwa. linię żywota podpułkownika „Piotra”.jeszcze przed trzema dniami byli jego przyjaciółmi. u Divo znalazłby dość odwagi. Poza tym ludzie. Kobiety? Stracił z nimi kontakt. a także. Dla innych mordercą”. znowu obracasz marynarkę na drugą stronę. Divo uśmiechnie się ironicznie i powie coś w tym rodzaju: — Jeśli dobrze rozumiem. Znajomości towarzyskie. Jeżeli natomiast wyjawi mu prawdę. ale chciałby wie- dzieć. pod- trzymywane przez snobizm. A nawet jeśli tak zrobili. Nie mógł liczyć na ni- kogo spośród tych ludzi. dodatkowo. Tak. to nie widać tego po nich”. Na jego twarzy także nie było wypisane. na któ- rym ukazywały się znane mu oblicza. w której znaj- dował się Smith & Wesson. o co chodzi. tyle że po trzech godzi- nach cały Paryż wiedziałby o wszystkim. Przyjaciel? Przyjaciółka? Zamówił następny grog i przeglądnął w pamięci film. brał pod uwagę wszystkie znane mu nazwiska. Pomyślał o Divo. Gdyby jednak przemilczał przed nim okoliczności ucieczki.. dyskrecji. lub dla wygody — jacht. Nie będzie się na pewno ukrywał u Fourvereta! Johannès-Graf ukryłby go może. owszem (mój przyjaciel.). Nie miał osobistych przyjaciół.

adresy. tak. Eliminowało to także wszystkich autorów jego wydawnictwa. który lgnął do Psara.. który z całą pewnością dysponował siecią tajnych garsonier i byłby z pewnością gotów bawić się w konspirację. małego wydawcę. Podobno istnieją mężczyźni. Dla nowych 525. BAB. trzeba było znaleźć taki adres. To eliminowało Perquigny. jeśli byłyby same dziś wie- czorem. 434 . który nigdy nie przyszedłby do głowy Małgo- rzacie. tak jak robił za każ- dym razem. WAG. ale personel hoteliku był już z pewnością obstawiony. Eliminowało. Uderzyła go paradoksalność sytuacji. I to wykluczało także Bernou. Dla daw- nych numerów INW. niezależne- go.) Zawahał się przed nazwiskiem Kurnosowa.254. A! Był jeszcze Sasza de Fragance. ale nie składa się wizyt zapachowi perfum mając końską gorączkę. Aleksander przejrzał od nowa kalendarzyk.. do kogo należały. Przed niektórymi numerami nie figurowało żadne nazwisko. numery telefonów przesuwały się przed jego oczami. nie wie. sympatycznego.. które nie zainteresowało go poprzed- nio.265. Niektóre z nazwisk nie wywoływały w jego pamięci żadnej twa- rzy. JAS. i tym razem jego oko spoczęło na nazwisku. podejrzany reżyser. u kogo spędzić noc w Paryżu. ponieważ brał go za prawicowca. który posiadał mieszkania i wille prawie wszędzie. — „«Piotr»! Gdyby pozwolił się nazywać Iwanem. Otworzył swój kalendarzyk. A. Oto on. MAI. playboy o przyprószonych siwizną skro- niach. w jakiej się znajdował. B. dzielnego redaktora «Seconde».329. prawdo- podobnie nie zabiłbym go”.. licząc na sensację. ale Małgorzata wiedziała. On nie odczuwał niczego podobnego. że darzyli się wzajemną sympatią i poda- łaby to nazwisko jako jedno z pierwszych. C. Tak. kiedy układał listę do wysyłki swoich książek czy też gości zapraszanych na cocktaile. ODE. D. Jedno czy dwa skojarzyły mu się wyłącznie z zapachem per- fum. i nie przypominał już sobie. Mógł poprosić o taką przysługę swojego towarzysza walki. u których zabójstwo wzmaga apetyt seksualny. Nazwiska. (Te kobiety przyjęłyby go może. dusza paryskiego towarzystwa.

Zatelefonować? To należało do dobrego tonu. ten człowiek? I dlaczego on mu to zrobił? Dobrze wiem. oficer-pilot Małgorzaty Thérien. opowiedziawszy szczegółowo po raz szósty zwy- czaje. Małgorzata. uporządkowanych przez nią z tak wielką troską i przyjemnością. Pułkownik Możuchin. wycierając co chwilę nos w papierowe chusteczki. „Tymi ich łapskami!” W rzeczywistości jednak starali się nie narobić bałaganu. Dwóch ludzi wysłano w stronę Limoges z zadaniem pozbycia się zwłok i zatarcia śladów. przeziębiona. zachowywali się ostrożnie. Uznał jednak.” Małgorzata. nie może się powstrzymać.. stosunki.. że lepiej będzie postawić na absolutny absurd. ale teraz to morderca! Obaj oficerowie zbywali te pytania i wracali do przesłucha- nia: — Poza panią Boïsse. Tego popołudnia w ambasadzie odbyła się narada wojenna. A jednak irytuje ją widok tych mężczyzn. dro- ga pani. pułkownik Wiazew z Piątego Departamentu i major Nikitin. rezydent wywiadu. jakie inne kobiety były w życiu Psara? 435 . Nikitin nakazał jednemu ze swych przybocznych przesłuchanie Małgorzaty. manie swego szefa. osoba o pani talentach. służy pani ludowi. konferowali popijając herbatę. Jego przyboczny grał światowca: „Naturalnie. Gdy tylko Małgorzata zgłosiła się telefonicznie po swoim po- wrocie do Paryża. Na zmianę przesłuchiwali ją i robili rewizję. którzy zupełnie nie znają się na literaturze i grzebią w jej archiwach. żeby nie zapytać od czasu do czasu: — Ale w końcu kto to był. wyczerpana. Niki- tin przybrał ton autorytatywny: „Dziecinko. tak czy nie?”. z pełnym zrozumieniem. była pełna najlepszych chęci. tak się zazwy- czaj postępuje. że Psar był pachołkiem skrajnej prawicy. Nikitin ze swym przybocznym zabrali ją do biura agencji. Wiazew zastawił pułapkę w mieszkaniu delikwenta.

Podobnie rezerwacje kolejowe. Tyle tylko. Komputery linii lotniczych. patetycznie: — Miał tylko mnie. którzy spędzają w ten sposób bezsenną noc. ale nie daje to żad- nych nowych informacji. konspira- cyjny.. inni dla idei. że jego obecność dowodzi. Wiazew rzucił do akcji wszystkich swoich ludzi. W miarę jak Małgorzata podawała adresy. Omega wciąż znaj- duje się w pobliżu Opery. znowu czuła się lojalna wobec Aleksandra — od chwili. podpisują pokwitowania. wielu z nich nie można sprawdzić. Owszem. są Francuzami. najzupełniej zresztą dyskretny. Nie miał przyjaciół.. W pewien sposób. Nikitin komunikował je sztabowi. gdy ich idealizm osłabnie. Wrogiem klasowym niech się zajmą ci dwaj Rosja- nie. gdzie po- dejmowano odpowiednie dyspozycje. Telefon do restauracji „Pont-Royal” pozwala ustalić. ale i oni są opłacani. z 25 na 26 grudnia. rzecz jasna. A później dodała. jeszcze gdzie indziej postawiona zostaje czujka. które przydadzą się w chwili. pod którymi mógł się schronić Psar. kiedy brała udział w nagonce na niego. iż delikwent znalazł się w Paryżu. Tu ktoś zakłada dzwonek. płacząca ze zmęczenia. Nie miał żad- nych przyjaciół. skonsultowane przez płatnych informatorów. nie zawierają żad- nej nowej rezerwacji na nazwisko Psara. tam poja- wiają się hydraulicy. Ona pozwala sobie na luksus pamiętania 436 . czyniła wszyst- ko. ale nie jawił się jej już jako przeciwnik. niech go znajdą. chociaż co chwilę pojono ją koniakiem. tam gdzie Psar pozostawił ją przed trzema dniami. powtarzała bez końca histerycznym tonem: — On nie miał przyjaciół. Wszyscy ci okazyjni współpracownicy. by odkryto miejsce pobytu Psara. że płaszcz z wielbłądziej wełny wciąż znajduje się w szatni. Co prawda tej nocy. Volvo zostaje odnalezione i przeszukane. że żadna agencja wynajmu samochodów nie miała z nim do czynienia. Jedni pracują dla pie- niędzy. Wydaje się. Małgorzata.

Za- sadzki. jak to będzie potrzebne. Tym niemniej Możuchin z zapałem i metodycznie poszukuje zabójcy Piotra. członek areopagu zarządzającego dyrekcją «A». mruczy: — Dobrze im tak. gładka. w czerwcu. a jego twarz. żeby spojrzeć przez judasza. Musiała wspiąć się na palce. Generał Pitman. który miał przed sobą przyszłość i po- pełnił jeden tylko błąd: zaciągnął się do tych spryciarzy. Poszukiwania trwają przez cały następny dzień i noc. znik- nął. chłopca. Pułkownik Możuchin.wielkodusznego przełożonego. pułkownik dokooptowany Komi- tetu Bezpieczeństwa Państwowego. Zostanie przy chorej tak długo. Właśnie miała położyć się do łóżka. Żaden podsłuch telefoniczny nie przyniósł pożądanych efektów. Aleksander Dmitrycz Psar. Oczywiście. zorganizowane w mieszkaniu i w biurze Aleksandra. Mał- gorzatę odwieziono do domu i dano jej do towarzystwa pielę- gniarkę. zaczyna się w Moskwie niecierpliwić. Otworzyła jednak drzwi: 437 . wywiadu i kontrwywiadu. Nie rozpoznała w pierwszej chwili swego gościa. Nad ranem Nikitin postanowił zamknąć przesłuchanie. Policzki nosiły ślady żyletki. była teraz nieomal twarzą szaleńca. chwilowo w ukryciu. na której można było polegać. przypominała sobie też Aleksandra- kochanka. Widziała go raz tyl- ko. Oczy były oczami człowieka chorego. tak by mogła odzyskać dobre sa- mopoczucie i by nie popełniła żadnej niedyskrecji. Żaden z posterunków obserwacyjnych nie zameldował sukcesu. wtedy tak wypielęgnowana. w Paryżu. nawet gdyby zaczęła majaczyć w gorączce. gdy poderwał ją na równe nogi dzwonek do drzwi. czego chciał. czapkom-niewidkom. nie ujęły żadnej zdobyczy. Psują nam robotę tymi swoimi metodami zdobywania świata bez użycia dobrych znajomych. Podobnie szyja. który zawsze wiedział.

Ale potrzebuję kilku godzin spokoju. 438 . Pro- szę. Uśmiechnął się i w uśmiechu tym krył się urok. w której odczytywała zaledwie trochę okiełzna- ną brutalność.. Jakiś czas temu nie udało mi się pani ani zastraszyć. że zawracam pani głowę. To bardzo rzadkie. Jakże to było komiczne. Nawet nie wiem. Jest pani tym. czy jest pani sama w domu. — Tak. co jest zupełnie proste. — Najtrudniej wypowiedzieć coś. zaraz się wyniosę. żeby przepuścić tego zarozu- mialca. sta- rannie uporządkowanym książkom. Z uwagą przyglądała się pięknej końskiej twarzy.. reprodukcjom Braque'a na ścianie.. ja mam gorączkę. Miał na sobie podarty an- gielski prochowiec. — Panna Petit.. Nie wiedziała. którą Józefina właśnie przygotowała do snu.. Dłonie trzymały wielką czarną teczkę. potrafiłaby jednak w ra- zie czego obronić się przed nim. Ja. — Pan Psar? — Panna. tak jakby wskutek gorączki coraz gorzej widział: — Bardzo mi przykro. prawda? Pani interesuje się terroryzmem.. I wypocząć. Rozpoznał wśród nich kilka tomów Białej Księgi. moje zaufanie.. — Przyszedłem. niech pani powie tylko jedno słowo. Nic groźnego. Przerwał. Jego powieki były boleśnie skurczone. a podbródek drżał. I to o tak późnej porze. Józefina Petit cofnęła się o krok. który nie mógł ustać na nogach. ten słownik dobrze wychowanego człowieka w ustach źle ogolonego mężczyzny. Przygryzł wargi i zmrużył jeszcze bardziej powieki. wersalce. Aleksander stanął na środku jedynego pokoju i przyglądał się meblom z białego drewna.. — zaczął. o jaki nie podejrzewałoby się tej twardej twarzy. przeziębi- łem się. kim pani jest. żeby się zastano- wić. Stąd mój szacu- nek dla pani. ani przekupić. co go sprowadza.

dziwne rzeczy noszące barbarzyńskie nazwy — t-shirt. To prawda. Nie znalazłszy nic lepszego.. w czym wyrażała się nie odmowa. — Ach. Żyła sama. Gdyby więc ten człowiek miał do czynienia z akcjami tego rodzaju. mniej harcer- skiego określenia. Później zaczęła się zastanawiać nad rodzajem terroryzmu. Rozłożyła ramiona. ponie- waż ten próbował narzucić jej swe przekonania polityczne i swą pasję do gry w automatach pieniężnych. muszę się ukrywać. że dzieje się z nim coś niezwykłego. grubą skórę. dlaczego nie może być we własnym mieszkaniu. przed nikim nie musiała zdawać sprawy ze swego życia. Przed trzema tygodniami zerwała ze swym przyjacielem. w jaki uwikłany był Aleksander Psar. Wykonał gest dłonią. Była zdecydowanie prze- ciwna wszelkim nadużyciom i pogwałceniom wolności indywi- dualnych.. kto cofnąłby się przed czysto praktyczną aktywnością. dlaczego? Dlatego. lecz namysł. Oto on. oczy czarne i bystre. dwu- dziestosiedmioletniej dziewczyny w spodniach. stanęłaby przed trudnym dylematem: czy mogła 439 . interesowała się terroryzmem: bardziej teo- retycznymi aspektami tej choroby społeczeństw niż jej konkret- nymi przejawami. tak jakby zapomniał. ależ ta dziewczy- na była młoda! Miała na sobie białą koszulkę i niebieskie spodnie. jeans. że. Ale nie była też kimś. Miała dla niego odrobinę współczucia. I była bardzo ciekawa. z zainteresowaniem — nie może pan wrócić do siebie? Przyglądał jej się intensywnie. Pojęła. jakby szukając innego. prosił o azyl u niziutkiej. Patrzył na jej małą kwadratową twarz. Mój Boże. powtórzył: — Ukrywać. — Dlaczego — spytała poważnie. widzi pani. ostre rzę- sy. tak. Skłoniła głowę. gdyby zaszła taka potrzeba. Miała gęste. Aleksander Psar.

Teraz niespodziewanie los ofiarował jej okazję działania. niech pan idzie do łazienki — powiedziała Aleksandrowi.. Żeby umeblować jej małą garsonierę. kto jej potrzebował. — Oczywiście — skonstatowała z kwaśną miną — różowa. że nie dane jej było żyć pod okupacją niemiecką czy też odgry- wać aktywnej roli w wojnie algierskiej. wie- działa. niech pan trzyma. że nie stawia się gościom pytań. Chciałam mu ją odesłać. — No dobrze. trzeba było rozwiązać kilka równań z wieloma niewiadomymi. Ale lepsze to niż nic. założyła łańcuch. Ludwik uwielbiał różowe rzeczy. Józefina Petit nie była osobą czułostkową. przekręciła termostat. — Dam panu ręcznik kąpielowy — wspięła się do innej szafki. czy należało wydać policji uciekiniera? Pochodziła jednak z dobrej rodziny. zasłoniła judasza. — Jak różowe. Józefina stanęła na ta- borecie i znalazła pidżamę. Ale chwileczkę. skromnego lecz realnego. schowaną w wysoko umieszczonej szafce. Gdy przechodziła obok kaloryfera.. ale. Chory potrzebuje ciepła. Trzeba było zdecydować się natychmiast. Gdy miała kilkanaście lat. 440 . i to bez żadnych zastrzeżeń w rodzaju „mam tylko jeden pokój”. który starał się powstrzymać drże- nie całego ciała. Zamknęła za Aleksandrem drzwi. — Zajmę się grogiem dla pana. póki się ich nie podej- mie.ukrywać u siebie kryminalnego przestępcę. Czyżby miała nie skorzystać z tej okazji? Poza tym ten człowiek był chory. albo „nie będzie się pan u mnie dobrze czuł”. Aleksander oderwał dłoń od uchwytu czarnej teczki i sięgnął po różową pidżamę. Ludwik zostawił u mnie swoją. — Tutaj jest łazienka. Moje pidżamy będą dla pana za małe. który w płaszczu wciąż jeszcze stał na środku po- koju. to różowe. — Powinien pan wziąć gorący prysznic i napić się grogu — powiedziała patrząc na Psara. rzecz jasna. nie mogła odmówić pomocy komuś. żałowała.

że ją przewróci. Zaciskał wargi. i zostawiła je na razie w rogu pokoju. Bę- dzie więc mogła dać jutro czystą bieliznę. leży nowa szczotka do zę- bów.. a drzwi do niej prowadzące szklane. Podała mu też dużą dawkę aspiryny i nakazała: — A teraz proszę spać. trzymając nadal czarną teczkę.” Aleksander wyszedł z łazienki. Trzeba więc było zacząć od położenia go do łóżka. Po namyśle zmieniła pościel w łóżku. Było coś niestosownego w tym. że nauczycielka matematyki za- mieszana była w sprawę z terroryzmem. Pidżama sięgała mu do połowy ramion i połowy łydek. że lubi pan miętę. Posłała go do łóżka. Lecz w pokoju wciąż było widno. na drugiej półce. jej telefon byłby tylko znakiem. Zostawi swoje łóżko choremu. Czy zadzwonić do przyjaciółki? Po- wiedzieć: „Gdyby mi się coś stało. Czuła. a sama przygotuje sobie po- słanie z koców i poduszek. że się boi. Rzuciła okiem na telefon. Nie bez trudu ściągnął z siebie płaszcz.” Nie. Zgasiła światło. Mam nadzieję. jako że łazienka była oświetlona. Miała trzy zmiany.. Dała mu grog. iż skazuje ją na spanie na podłodze. Chciała już to zrobić i dopiero potem przyrządzić grog. Osunął się na poduszkę. Gdyby jednak nie wymieniła nazwiska. Obok jest pasta. które będą jej potrzebne do snu. zatrzy- mując szczękanie zębów. żeby nie bał się. Trząsł się. Ale Józefina nie bała się. ale pomyślała. pamiętaj. trzymając filiżankę. wysunie je dalej już po zgaszeniu lampy. Gdy tylko zapadła cisza. Z łazienki dobiegał od- głos wody lejącej się z prysznica (jakby śpiewała zachrypnięta syrena). Józefina krzyknęła: — W apteczce. że tego wieczoru Psar.. jeśli w nocy Psar bar- dzo by się pocił. że Aleksander może się krę- pować tym. że zabrał do łazienki teczkę.. 441 . że nie ma prawa wymieniać tego nazwiska. Józefina zwróciła uwagę. Sytuacja zaczęła ją bawić. Zgromadziła rzeczy. „Gdyby mnie zobaczyli moi uczniowie. Przygotowywała grog.

Tego dnia irytacja przyjaciółki wydała jej się szczególnie infantylna. wy- szła na palcach. Przez cały dzień zajmowała się prawem wielkich liczb. Józefina zrobiła sobie kawę. czy jestem odważna czy nie. jeśli dojdzie do strzelaniny. Miała teraz ferie i korzystając z tego pracowała nad swoim doktoratem razem z przyjaciółką. Nazajutrz gość nie ruszył się z domu. wróciła. nie mógł w niczym zakłócić harmonogramu jej prac. Józefina zrobiła zakupy. Pot zlepił kosmyki jego włosów. pisała. ale miała za złe Józefinie. Nareszcie dowiem się. wysuwając do przodu podbródek: „Na pewno już pognał gdzieś dalej”. sięgające po coś: po czarną teczkę. gdzie pani będzie spała? — spytał Aleksander. Dłoń otworzyła teczkę. — Proszę się tym nie przejmować. czytała. zostawiła in- strukcję dla Aleksandra („W lodówce są jajka i pomidor”). Fakt. „Chciałabym ją widzieć. zebrała notatki. niemożliwe. — A pani. Ale nie. krzątała się. wyjęła coś z niej i włożyła pod po- duszkę. Aleksander był jak martwy. 442 . że się nie wpisuje do związku zawodowego. które leżały na czole jak muszelki. politycznie wyzwolona (to znaczy wyzwolona z marksizmu).. Zja- dła tylko dwa jogurty. przechowującą zabójcę we własnym łóżku”! W drodze powrotnej autorka Psychoanalizy terroru zrobiła niewielkie lecz wybredne zakupy — mrożona kaczka i krab w puszce — i powtarzała sobie bez przerwy. Przyjaciółka była w porządku. I przy okazji myślała z pewnym smutkiem o Ludwiku. że miała u siebie gościa. „Ładna historia — pomyślała Józefina. Następnego dnia wciąż jeszcze spał z otwarty- mi ustami. Zawsze chciałam się o tym przekonać”. tyle że oddychał. — Być może udzie- liłam schronienia mordercy. Co pan jeszcze wyrabia? Z łóżka wysunęło się ramię. ktoś żąda od niej cerowania skarpetek tylko dlatego. że jego ana- tomia różni się nieco od jej własnej!..

lekko zamglone oczy. Nikt go nie chce. o wiele chudszy niż w czerwcu. Na jego policzkach pojawiła się siwo-blond szczecina. — Mam nadzieję. „Zresztą stół jest taki nieduży. ale już nie drżał. że udzieliła mu gościny. ku- chenka też była odczyszczona. Żubrówka sprawiła. Z ulgą powitała Aleksandra. — A Perquigny? Niech pani spróbuje. Zrobił jednak dobrą minę do złej gry. — Byłam z nim wszędzie. — Smakuje? Nie jest pan już głodny? Był blady. Wygodniej siedzi się na dywanie”. Józefina patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami: najbardziej podstawowe było uczu- ciem kobiety. A może nawet zdjął ją. Dowodem szczególnych względów dla niego była żubrówka. a jego myśli zazębiały się logicznie. Ma głowę na karku i dobrze mu się powodzi. Józefina lubiła siedzieć na podłodze. że nie wychodził pan z domu? — Nie. Zawinął się w koc. — Czy mogę się na pana powołać? Rozśmieszyło go to pytanie: — Tak. Zapisała sobie numer telefonu wydawcy. że zaczęli poruszać coraz bardziej ogólne 443 . która żywi mężczyznę. którego stan najwidoczniej po- prawił się. Aleksander nie był kimś stworzonym do siedzenia na podłodze. — Co się dzieje — zapytał — z pani maszynopisem? Józefina westchnęła. którą podała dość letnią i bez zakąsek. ponieważ leży to w jej natu- rze. Ze świeżym zarostem na twarzy zaczynał upodabniać się do postaci z ikony: miał ciemnobrązowe. a na białym biureczku pojawił się bukiet herbacianych róż. Pościelił łóżko. zakrywając w ten sposób ró- żową pidżamę. Kolacja była udana. Na szczęście nie zamęczał jej podziękowaniami za to. Pozwoliłem sobie tylko zrobić użytek z pani telefonu. Powinna pani znaleźć z nim wspólny język. ciemniejsze niż wło- sy. Łazienka błyszczała. który zaj- mował jednocześnie tak wiele i tak niewiele miejsca. Z zdumieniem przyglądała się temu człowiekowi. Perquigny ufa mi w dalszym ciągu.

Wyjął więc rewolwer i wyjaśnił zasadę jego dzia- łania. patrząc na jego młodą brodę. czy to zaniedbując się trochę. Z tego powodu właśnie zaczynam mieć trochę kło- potów. Przyglądała się temu wielkiemu przedmiotowi. na której był niedawno: — Czy pani wierzy? — Proszę mówić do mnie Józia. A pan? — Tak. Broń najwidoczniej fascynowała ją. a strzelała tylko na jarmarcznej strzelnicy. Pamiętała o tym lepiej niż pierwszego wie- czoru. prawie niezauwa- żalnie. Powiedzmy tak: istnienie Boga nie jest dla mnie hipotezą. Ona natomiast. którą należałoby a priori odrzu- cić. On pierwszy odsunął się. prawie przytuleni do sie- bie. 444 . nie zmieniła pościeli. Po raz któryś z kolei zwrócił uwagę na jej szorstką. któ- rzy nie mieli nigdy do czynienia z rewolwerem czy karabinem. nieładną skórę. Mimo że ekspert w sprawach terroryzmu. wyjaśnił jej różnicę między zwyczajną i po- dwójną akcją. Żywiła go. Usunął naboje. mówiła so- bie: „To by kłuło”. Następnego poranka obudziła się ze świadomością ciążących na niej obowiązków.tematy. Ona tymczasem. rewolwer znała tylko z okna wystawowego. poprosiła. jak wszystkich tych. — Myśli pan. żeby to ona spała w łóżku. więc do niej należał. Józefina. nabrawszy śmiałości. żeby poka- zał jej broń. że z trudem tylko potrafiła pociągnąć za język spustu. Józefina miała tak krótkie palce. Wtedy i ona odsunęła się. Tej nocy nakłonił ją. zadając następne pytanie doty- czące funkcjonowania maszynki zbudowanej z błękitnej stali i jasnego drzewa. Aleksander opowiedział jej o mszy świętej. Siedzieli na podłodze. czy z jakiegoś innego powodu. że z tego rewolweru zabito już kogoś? — To możliwe — odrzekł chłodno Aleksander. blisko siebie.

Przyglądał się wiszącemu mostowi. których nie widział nigdy na oczy. — Zaniepokoił mnie pan tymi kwiatami — powiedziała. Związał się z nimi umo- wą i to oni złamali umowę. „Ja już nie wrócę. „Przekazałeś mi. oczywiście. którym służył do tej pory. Wobec fałszywych mistrzów. — Steki mogą być? — Oczywiście. Nie zobaczy ponownie tych gęstych brzeźniaków. nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia. nim zdołała dosięgnąć policzka syna. Zjedli razem śniadanie. — Dzisiaj nie otworzy pan nikomu drzwi. nie. Gdy tylko Józefina wyszła. który lekko się kołysał. Aleksander patrzył ze zgrozą. wychodzącego na park Buttes-Chaumont. Co pan zamawia na kolację? — Co pani chce. tak jak niegdyś rycerze nakładali zbroję. Ty. Nie „wróci”. zazwyczaj mieszczącym się w kuchence. i jed- nocześnie zapinał złotą spinkę w mankiecie nieświeżej już ko- szuli. Ale widzisz. ojcze. Alek. że to niemożliwe. dobrze? Podziękował jej. Ale ojcowska ręka opadła. jak gospodyni macza posma- rowaną masłem kromkę chleba w kawie. Podjął już decyzję. które wprawia się w ruch roz- kołysując ich serca i których dźwięki. Ale była jeszcze Rosja: „Nie przestanę jej kochać. bez pośpie- chu. głuche i czyste. wmawiając 445 . obowiązek «powrotu». Przepraszam cię”. siedząc przy stoliku. który jednak można było wysuwać do pokoju. I nie będę jej niewierny. mówiąc z roztargnieniem: — Nie. a druga w po- koju. Od czasu do czasu podchodził do okna. wrócisz zamiast mnie”. tak że jedna osoba siedziała w kuchni. płyną po- nad nieskończonymi równinami. Aleksander ubrał się. — Dzisiaj — powiedziała Józefina — wrócę trochę wcześniej (wciąż pracowała nad prawem wielkich liczb). Nigdy nie usłyszy rosyjskich dzwonów .

człowiek znajdu- je pocieszenie w myśli o całej ludzkości. chciałbym mówić z kimś kompetentnym. ale nie miał wyjścia. że zabił. Spojrzał na swoje dłonie: „Gdy umrę. na który można za- dzwonić do pana? Zirytował go ten dziecinny podstęp. Gdyby mógł walczyć w pojedynkę — zawsze myślał w tych ka- tegoriach — zostałby sam. książka telefoniczna wydała mu się bardzo ciężka: — Halo. Czy może mi pan podać numer. Mam do przekazania informacje dotyczące sowieckiej siatki we Francji. nie wywarł na nim wielkiego wrażenia. Jeszcze inny głos: — Halo. by go zabrano. ale nie mogę pana połączyć. Chcę przekazać infor- macje o sowieckiej siatce w Paryżu. tam gdzie prochy Rosjan zniszczyły ziemię. ale nie miał sił. lecz był osłabiony. W pierwszej chwili fakt. marzył tylko o tym. Musiał przeko- nać samego siebie do wyboru. Bardzo mi przykro. jak zwykle w trudnej sytuacji. Moje ciało. „Zawsze mogłem wybierać tylko między dwiema zdradami”. proszę pana. tak? — Chciałbym rozmawiać z kimś kompetentnym. ale na 446 . połączono by go natychmiast dalej. Domyślał się. wykar- mione przez Francję. Nie miał już gorączki. To wciąż ten sam język i ten sam czar- ny chleb”. ani ostatnim emigrantem”. że się zmieniła. Mam do przekazania informacje o sowieckiej siatce we Francji. Ponieważ zaś. nie będę nawet pochowany w Sainte-Geneviève. — Tak.w siebie. nakarmi Francję”. — Proszę czekać. Inny głos: — Halo. dorzucił tę banalną myśl: „Nie jestem ani pierwszym. że gdyby był nieustępliwy. który w gruncie rzeczy był już faktem. tak? — Chcę mówić z kimś kompetentnym.

że coś w nim gnije. Wolałbym. W podróży służbowej do Sète. by imponować swym koleżankom. W najrozmaitszych formula- rzach. siedząc w wagonie drugiej klasy. Sabina wrzucała do swej szkolnej torby pudełeczko pigułek antykoncepcyjnych. Jestem agent d'influence. Śmierć jest zaraźliwa. po to najprawdo- podobniej. W chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. które musiały wypełniać.dłuższą metę zachodził w nim niedobry proces. kto zajmuje sta- nowisko inspektora. Aleksander przypomniał sobie słowa. Niech pan do nas zaglądnie. Czy pan jest osobą kompetent- ną? — Moglibyśmy się spotkać. — Mogę być śledzony. nie? Dzieci inspektora Vaudrette ukrywały przed swymi rówieśni- kami. Wydawało mu się. — Ustalmy hasło. dlaczego ten może być już komisarzem? Prze- cież byliście razem w szkole policyjnej. Fabrycy miał więcej płyt niż byłby w stanie ku- pić lub otrzymać w prezencie. ja. Podał nazwisko i adres. Jego żona beształa go nieustannie: — A Paulus. — Niech pan zaproponuje. żebyście wy się pofatygowali do mnie. co nie jest mało jak na kogoś. Podał numer tele- fonu Józefiny i odłożył słuchawkę. Mam do przekazania ważne informacje o sowiec- kiej siatce pracującej we Francji. jak- by namaszczony: — Czy to pan dzwonił do ministerstwa? — Tak. Inny głos. W przeciwnym razie nie otworzę drzwi. Pan jest w Paryżu. w rubryce „zawód ojca” pisały: funkcjonariusz. że ich ojciec jest policjantem. Inspektor Vaudrette z poddyrekcji «A4» liczył sobie czter- dzieści osiem lat. Inspektor Vaudrette nie był zadowolony z życia. 447 . które uderzyły go w Kwartecie aleksandryjskim Lawrence'a Durrella: — „Widzieć to egzorcyzmować”.

w wydaniu kieszonkowym. W każdym razie wydawało się. którą opowiedział. Gdyby w dworcowym kiosku kupił inną książkę. która zrobiła na nim wielkie wrażenie. gdyby został wezwany na ulicę Matignon. Madonnę sleepingu albo Życie Van Gogha. że w systemie demokratycznym te dwa słowa. by znaleźć wier- nego przyjaciela w partii. Rozmyślał. lecz elitarną i supernowoczesną. że właśnie pan nadaje się doskonale na szefa nowej formacji”. w porównaniu z którym DST będzie się wydawał czymś anachronicznym. tak by się do niego zwrócił. co by było. Vaudrette zajmował się właśnie nadzorowaniem komuni- stów. Oto weszli oni do rządu wbrew woli społeczeństwa i dzięki woli społeczeństwa. zmieniła bieg życia Vaudrette'a. kto służyłby mu radą i pomógłby mu znaleźć sposób na to. bardzo niewielką. Doszliśmy do wniosku. który miał 448 . Na pewnym dyplomatycznym cocktailu. Od tego momentu zaczął sobie mówić. że i on chciałby mieć wiernego przyjaciela tego samego pokroju. Wynikało- by z tego. a jednak historia. gdzie ktoś bardzo wysoko postawiony. Kto jednak odegrałby rolę wiernego przyjaciela? Książka Bluna nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. nie miały żadnego znaczenia. Vaudrette był marzycielem. Był to Wierny przyjaciel Emanuela Bluna. na co go było stać. nie wymagało żadnych przygo- towań. za podszeptem wiernego przyjaciela. zamierzamy utwo- rzyć nową służbę wywiadowczą. lub nawet do Pałacu Elizejskiego. kogoś. która przegrała wprawdzie wybory. wywiad. że nadszedł stosowny moment. Blun pisząc swą książkę myślał zapewne wyłącznie o tym.przeczytał książkę. by pokazać świa- tu. Spróbujcie coś z tego zrozumieć. dość energii i konsekwencji w dzia- łaniu i myśleniu. lecz weszła w skład rządu. „wola społeczeństwa”. by zdobyć rozgłos. Tylko komunista miał dość silne przekonania. pozostałby uczciwym człowiekiem. oparty o biurko w stylu Regencji: „Vaudrette. Odbyło się to całkiem gładko.

by podprowadzić kawałek swego gościa. na całej ludzkości. Zresztą przejdźmy na ty. Związek Radziecki. Claude. Było to trudne dla niego. Rosjanin odwiedził go w domu. wesołego Rosjanina.. to tak samo jak w tej książce. zjadł pieczeń wie- przową z kiszoną kapustą. Ro- syjski książę wygłosił tam następujące przemówienie: — Wie pan. który podawał mu kieliszki cy- tując Rostanda: „My. Zobacz więc.. gdyby mu odmówił. mam wrażenie.dyskretnie obserwować (może nie był dość dyskretny). bez rangi”. Tyle tylko. Fran- cja. Wiesz. mów do mnie Woło- dia. postanowił zajrzeć na moment do baru i napić się piwa. Claude. mali. syn Leona”). Kiedy in- dziej. Odwdzięczył się ofiarowując mu ma- gnetowid („U nas. poznał młodego. Grali też w szachy i. gdy tylko zakładał się. że wygra i stawiał pięćset franków. to są tylko byty pośrednie. Kławdi Lwowicz (co miało znaczyć „Claude. Któregoś wieczoru. mó- wię do ciebie jak idealista do idealisty i mam dla ciebie pewną propozycję.. Vaudrette wyszedł z domu. nieznani. która nie była podlewana alkoholem. wielkoduszny Rosjanin poprosił go o listę adresów i byłoby grubiaństwem z jego strony. mimo że Rosjanin grał doskonale. a do tego przy- nosiła korzyści. tak naprawdę zależy nam. Pracujemy dla tej samej sprawy: dla szczęścia ludzkości. po wyśmienitej kolacji. dyplomatów. Widzisz. Młody Rosjanin wydawał jej się prawdziwym rosyjskim księciem. Nim się rozsta- li. to kosztuje grosze”). przegrywał partię. Umówili się na partię kręgli. ale o ileż łatwiejsze dla Vaudrett- e'a. że dobrze się rozumiemy. Żona Vaudrette'a nie widziała nic niestosownego w tej przyjaźni. którą mi 449 . (Niektóre zresztą znajdowały się w książce telefonicznej — więc nie było żadnej sprawy!) Jesz- cze kiedyś dyplomata dostał od swoich przełożonych zadanie spisania biografii kilku osobistości francuskiego życia politycz- nego. że w obecnym momencie historycznym Związek Radziecki jako taki bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości. do której też wybrali się razem.. w saunie. tobie i mnie.

jak sobie zażyczysz. dla ostrożności.. że już natrafił na coś wielkiego. mógłbym ci oddać przysługę. W razie czego zawodowcy natychmiast uruchomią przerzut. przestał no- sić czerwone krawaty. ten. z jej wiekiem i charakterem. Claude! Od tej chwili inspektor Vaudrette patrzył nieco z góry na swoją małżonkę („Gdyby ona wiedziała. gdy tylko pojawia się jakieś zagrożenie. rozumiesz co mam na myśli. rzecz jasna. Znalazł wiernego przyjaciela.pożyczyłeś. Żadne tam okazyjne robótki — regularne. czy rzeczywiście jestem ich ojcem”). jeszcze mały wysiłek. ale gdy relacjonował swe odkrycie Wołodii. mie- sięczne prace. że. potrząsał głową i dawał do zrozumienia. żeby zawrzeć tego rodzaju umowę.. Żył jak w marzeniu. prawda? Ty co innego. Moskwa to wielkie miasto. W dwie go- dziny później jesteś już w Moskwie. Wielokrotnie pewien był. Teresa widziała tego typa w telewizji i także uznała za wcielenie rosyjskiego księcia — inspektor Vaudrette usiadł 450 . że to jeszcze nie to. I nic dla urzędu skarbowego. przystoso- wanie się do życia sowieckiego może nie być łatwe. piękne miasto. Gdybyś kiedykolwiek miał coś ważnego. trzeba zacząć od czegoś bardzo znacznego. Ale dla ko- biety takiej jak Teresa. gdzie dwaj przyjaciele stają ramię przy ramieniu. Tyle tylko. ty jesteś młody duchem. choć chętnie słu- chał inspektora. ale naprawdę bardzo ważnego. „Claude. co mi zaproponowano”) i mniej go bolały wybryki dzieci („Nie mogę być nawet pewny. Mógłbyś otworzyć kręgielnię. — Czy w razie czego — spytał Claude syn Leona — przerzu- cilibyście też moją żonę? Wołodia uśmiechnął się spoglądając w sufit: — Będzie tak. i podpiszesz listę płac!” Wołodia lubił posługiwać się zwrotami z codziennego ję- zyka francuskiego. Oczywiście. Odebrawszy telefon od Aleksandra Psara — nazwisko nie by- ło mu obce. rozumiesz.

Vaudrette wyszedł z gabinetu i przemieścił jednofrankową monetę z prawej kieszeni do lewej. Założyłby się o jednego franka (kieszeń prawa zakładała się z lewą). Przekażę dalej. odrzucił w tył głowę i przesunął okulary na sam koniuszek swego pokaźnego. narośli i śladów po ospie. brzydki i sympatyczny. wysunie koniec języka i powie: „Dziękuję. Vaudrette. Trzymał w ręku życiową szansę. i wyszedł na korytarz zmierzając do gabi- netu swego szefa. subtelnością. biały wąs. nadzorujący wejście do bu- dynku. przełożonego «A4». — Dzień dooooooooobry — odrzekł z szacunkiem „kapitan”. Od- sunął notatkę na brzeg stołu. — Uszanowanie panu kapitanowi — powiedział grzecznie in- spektor. miał talię osy i piękny. Nigdy nie korzystał z tej. wysunął język i powiedział: — Dziękuję. patrzył na niego. która położona była dokładnie 451 . co sprawiało. w której zawarł otrzymane informacje. Zamiast skierować się z powrotem do swego pokoju. której jego przełożeni nie potrafili do tej pory dostrzec. pochylony do przodu. że nazy- wano go „kapitanem kawalerii”. Raminagrobis przeczytał notatkę. zwany powszechnie Raminagrobisem. lecz musiał rozegrać całą tę sprawę z niezwykłą. kłaniając się do samej ziemi. miał wielką gębę pełną brodawek. spojrzał na Vaudrette'a po- nad soczewkami okularów. Vaudrette przeszedł z pięćdziesiąt metrów i wszedł do ka- wiarni. Po dziesięciu minutach zredagował notatkę. w postawie pełnej uszanowania. znajdują się na podsłuchu. Przekażę dalej”. Zastępca wicekomisarza Duverrier. Vau- drette wsiadł do windy. Vaudrette nie wątpił w to. że jego telefon. właściwą mu subtelnością. Strażnik. jak wszystkie aparaty w tym budynku. Duverriera. zastępcy wicekomisarza.wygodnie w swoim fotelu i zaczął masować czoło: „Rozegram to — powiedział do siebie — jak partię szachów”. ozdobionego pryszczami nosa. że Duverrier.

bo ja. Nic dziwnego. ale tym razem nie będzie mógł kręcić głową. — Vaudrette? — Ten sam. Wyjaśnił. Zastępca wicekomisarza poprosił o audiencję. który wyszedł spo- śród pracowników resortu i stanął na czele dzięki sile swych 452 . Zobaczę. Wołodia? Tym razem mam coś wielkiego.. który nagle zmienił się w patriotę — uciekają nam najlepsze okazje. który znał na pamięć: — Halo. co na to moi szefowie. co się dzieje. Upłynie z dziesięć minut. Raminagrobis omawia teraz z pew- nością sytuację z dyrektorem. Miał poważną minę.. której natych- miast mu udzielono: — Panie dyrektorze. potem dwadzieścia i trzydzieści. Raminagrobis był wciąż za- mknięty w gabinecie z dyrektorem. Pra- wa kieszeń straciła dwa franki.. zanim Vaudrette dostanie polecenie udania się na miejsce. Agent d'influence. który zamierza zdezerte- rować. Wołodia mógł sobie udawać.naprzeciw numeru 13.. Chłopcy zabiorą już Psara. Raminagrobis patrzył na dyrektora chłodno i z sympatią za- razem. Claude. że nie jest pod wrażeniem. gdyż szanował starego. „I właśnie w ten sposób — powiedział sobie Vaudrette. że zawsze przegrywamy z innymi”. Inspektor nie wytrzymał i po- szedł dowiedzieć się. że telefon znajdujący się w najbliższej ka- wiarni był na podsłuchu. Wołodia nie był do końca przekona- ny: — Nie wiem. Inspektor wyjął z szuflady swój pistolet i dmuchnął w lufę. Z sympatią. Vaudrette wrócił do swego gabinetu. oto co mi przyniósł Vaudrette. Minęło dziesięć minut. nikogo już nie znajdzie. panie dyrektorze. Ale trze- ba się pośpieszyć.. Wykręcił numer. Vaudrette był chytrusem i podejrzewał swych przełożonych.. I gdy się tam uda. o co chodziło.

za papieża kontringerencji. a także i w pierwszym rzędzie na siebie samego pogodnie i ironicznie. a to w administra- cji jest balastem. Miał poczucie humoru.mięśni i swemu urokowi. na swych prze- łożonych i podwładnych. nie nudziłam się przez całe życie nawet przez jedną sekundę”. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą dorzucać do tych warto- ści jeszcze nazbyt błyskotliwie uwieńczoną karierę. Udany montaż miał dla niego smak zupy z bazylii: „Jakie to smaczne! Ależ można się przy tym ubawić!” I dodawał trzeźwo: „Nigdy nie zostanę zastępcą dyrek- tora. Wystarczało mu to powodzenie. to znaczy wiele razy dziennie: „Dzięki tobie. za kogoś. Duverrier. Z renty będzie mógł żyć. tak! Duverrier z powodzeniem rozegrał większość swych spraw. 453 . a nawet w krajach sąsiednich. co wzruszało go za każdym razem. Jeśli straci posadę. Ach. Chłodno. a druga rozpoczynała wielką karierę gwiazdy. na życie. Drapać się jeszcze wyżej? To nie wchodziło w rachubę. gdy tylko o tym myślał. przeciwnie. mały i suchy jak świerszcz. lecz wciąż żartował. przy- gniatając swym ciężarem krzesło petenta. uchodził wśród kolegów. jedna była na politechnice. zastęp- ca dyrektora musi wywołać szacunek”. zwłaszcza gdy u władzy jest lewica. mój grubasie. grał w bilard i nie będzie się bardziej niepokoił ludzkimi szaleństwami niż zda- rzało mu się to do tej pory. Był szczery. pójdzie na rentę. jako że on sam uważał się za człowieka szczę- śliwego. które osiągnął do tej pory. będzie moczył haczyk. Jego córki dostarczały mu satysfakcji. bo wszystko wydaje mi się komiczne. drugi interesował się marynarką handlową. Jeden był w Wyższej Szkole Administracji. nie popełniając niepotrzebnych świństw. niknął w czelu- ściach fotela — z pełnym szacunkiem pobłażaniem i zrozumie- niem bez granic. Tak musi być. kto osiągnął odpowiednią rangę i ta ranga zupełnie mu wystarczała. Jego żona miała dla niego dużo czułości i wdzięczność. udało mu się kilka świetnych połowów w środowisku dywersyjnym. przy tym wszystkim patrzył na swój zawód. Jego dwaj synowie radzili sobie nieźle. patrzył na szefa — który.

swoje medale. pewne ryzyka. żeby zadzwonić do swoich kumpli. tym razem bardzo uważnie. Dyrektor umiał odczytywać całą stronicę jednym rzutem oka. co wyrażało się nie tyle w jego grubych i obrzeżonych minimalnym wąsem ustach. To mały człowieczek. Przeszedł wolno przed olbrzymią fotografią. by zasłużyć na przydomek sprawiający mu przyjemność. i nie tylko dla- tego. prawie się przeciągnął. Dyrektor raz jeszcze przeczytał notatkę. To do niego podobne. dyżur przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni w roku z obawy. by nie zostać wyśmianym w tym czy innym roku przestępnym”. Umiał wywalczyć dla siebie pewną niezależność sposobu bycia. Być może dzięki temu właśnie osiągnął stanowisko dyrektora. Notatka z pod słuchu. to wystarczy. — I jeszcze jeden drobiazg. Raminagrobis siedział wciąż na zbyt małym dla niego krześle i leciutko się uśmiechał. szefem sekcji. potem podszedł do potrójnego okna. ile w oczach. że upoważniał go do tego wiek. Jeśli kąciki jego płazich ust drgały. Zacho- wywał się swobodnie w obecności przełożonych. przedstawiającą Paryż i rozpiętą na dwu ścianach gabinetu. napięcie przez dwadzieścia sześć godzin dziennie i lęk. żeby nie przegapić dwudziestej pią- tej. przyniesiona mi przez Cavaillèsa. nic nie mógł i nie chciał na to poradzić: „Jestem zastępcą wicekomisarza. uniknął ka- wiarni najbliższej i drugiej w kolejności. że nie został jeszcze komisarzem. Duverrier? Raminagrobis podniósł się. — Vaudrette nie obawiał się podsłuchu? — Vaudrette. Wybrał się do trze- ciej kawiarni. panie dyrektorze. niech inni mają. panie dyrektorze. — Co pan sugeruje. który nie potrafi zoba- czyć przeszkody ukrytej w cieniu przeszkody. posługiwał się tonem jedno- cześnie pełnym respektu i protekcjonalnym. wątpliwe zaszczyty. by rzucić nieco senne spojrzenie na realny Paryż: 454 . panie dyrektorze. obawia się zawsze. lecz nig- dy wystarczająco. które na pół przymykał. I dziwi się.

Wyznaję. Krótko mówiąc. Widzę ten problem jak tabelę z czterema przegródkami i dwoma wejściami. obserwacja. kim jest Psar. rozmowy tele- foniczne na liniach specjalnych urywają się. Dla mnie moment przełomowy nastąpił wtedy. nic prostszego. — Ja. że na miejscu znajdziemy tylko purée z Psara albo w ogóle pustkę. bo ryzykujemy. kim jest Vaudrette. żebyśmy zagarnęli Psara. mieliśmy go na oku. Mówiłem już panu. Wie pan. Komunikacja radiowa bardzo intensywna. tę partię belotki rozegrać można na róż- ne sposoby. że tak jest. jak oceniam sytuację: Vaudrette czeka na coś większego. (Raminagrobis także miał na sobie różową koszulę. panie dyrektorze. Duverrier? Pan jest starym lisem i byłbym zły na siebie. U jego kumpli zauważyliśmy w ostatnich dniach spore poru- szenie. gdy przestał nosić czerwone krawaty. — Panie dyrektorze. Ale w takim razie trzeba by zacząć działać. zbadaliśmy co trzeba i od tej pory nie ma wglądu do żadnych dokumentów supertajnych. Być może ma to ja- kiś związek z tą sprawą. różowe koszule. by móc tamtej stronie ofiarować to w posagu i przejść do nich. Zagarniamy Psara albo nie interesujemy się nim. specjalnie zdeklasowane. żeby nie zaczął niczego podejrzewać.) Od jakiegoś czasu zwracał na siebie uwagę. Wie pan także. Te jego garniturki. Wszystko to potwierdza — podsłuch. Jeśli chce pan. że nie domyślałem się tego. gdybym pana nie wyżyłował przed pańską emeryturą. Co byłoby oddaniem punktu w belotce. że jest agent d'in- fluence. nam wystarczy jeden telefon do najbliższego komisariatu i mamy Psara w siatce. Zgarniamy Vaudrette'a albo jeszcze mu pozwalamy pobie- gać. ale dobrze. Niektóre tylko. przyj- mijmy. Twierdzi. zawsze myślę w najprostszych kate- goriach. — Co by pan postanowił będąc na moim miejscu. Tamci muszą się przemieścić. 455 . puszczam w obieg.

— Psara oddajemy przyjaciołom. pańskich przyja- ciół z SDK. Pierwsza przegródka: uderzamy. jeśli chce pan znać moją opinię. że jesteśmy penetro- wani. że ten dureń nie wyrządza większych szkód. Dwa wróble w garści. — Według pana więc należy pozostawić przeciwnikowi czas. by nie znaleźć jeszcze i piątej. Dyrektor lubił eleganckie for- muły. że Vaudrette zostanie skazany z jednego z artykułów numer 70.. Trzecia przegródka: próbujemy załatwić obie sprawy za jed- nym zamachem. zrobionej z na rożników pozostałych. Druga przegródka: zapominamy o wszystkim albo. infiltrowani. a następnie zwrócić się przeciwko Vaudrette'owi. ale mamy Psara w więcierzu. promo- cje. Psar nigdy więcej na swobodzie. Trochę płaskie rozwiązanie. specjalnie pojawiamy się na miejscu już po naszych przyjaciołach. To słuszne i normalne. Wielka sprawa. — Znam pana dobrze. dyrektorzy do tego właśnie byli potrzebni. Wiem dobrze. to trzeba wielkiego pecha. ale to w każdym razie męczące. osaczeni. a Vaudrette'a rzucamy na pożarcie. którzy już nie będą mieli monopolu na podstawionych 456 . a złapiemy tylko zająca? Raminagrobis uśmiechnął się. Widzi ich pan już. przetargi. i Amerykanów. oskarżając go o przekazywanie informacji obce- mu mocarstwu? Czy nie będzie to znaczyło. trochę dziwacznej. Czwarta przegródka. I co to znaczy? Że wszyscy będą wrzeszczeć.. wariant bardziej wyrafinowany. żeby mógł zgarnąć Psara. W najlepszym razie osiągniemy to. Duverrier. — Jeśli ma się cztery przegródki. pilnować go od rana do nocy. że umknie nam nie- dźwiedź. i jeszcze bardziej Anglików i Niem- ców. Vaudrette zamknięty. Vaudrette zostaje na swo- bodzie. Czekałem na czwarty wa- riant. Psar też. Vaudrette na wolności. Listy gratulacyjne. agent d'influence zeznaje. męczące i drogo kosztuje. robi się wrzawa.

tym lepiej dla jego finansów. I sąd przysięgłych uniewinni go. wydaliśmy mnóstwo grosza. My natomiast będziemy mogli z tego skorzystać i przesłać przez niego tę czy inną wiadomość. nie widzę tu nic korzystnego dla nas. to zależy wyłącznie od pana. Pytanie tylko. jedyny.agentów. Naprawdę. Ten będzie może mówił. rzeczy. ja także tak to widziałem. — Zgoda. i co to dało? Był przesłuchiwany po harcersku przez sędziego śledczego. Wysunął lekko język: — Paragraf 3 artykułu 80 Kodeksu Karnego. co z nim zrobimy . jako że nie ma specjal- nego trybunału dla takich spraw. panie dyrektorze. — Uniewinni go? — Tak. Jeżeli Vaudrette wykorzysta okazję i przeskoczy na drugą stronę. kto „przekazywał przedstawicielom obcego mo- carstwa informacje mogące przynieść szkodę sytuacji wojskowej 457 . co wiedział. gdyż prokurator nie potrafi dowieść szkodliwości je- go działań. Duverrier. — Może mi pan to wyjaśnić? — Chętnie. kilka metod. który pozwala nam podjąć jakąkolwiek akcję przeciwko agents d 'i- nfluence. Raminagrobis pieścił końcami palców swe sympatyczne bro- dawki porośnięte czarnymi włoskami. Przez cały rok śledziliśmy tego chłopaka. Proszę sobie przypomnieć poprzednią sprawę. nie wyjawiwszy nic praktycznie z tego. Po czym posłany zostanie przed sąd przysięgłych. przewiduje karę więzienia od dziesięciu do dwudziestu lat dla każdego. i po upływie dwu lat ułaska- wiony. zgodnie z naszymi potrzebami. fałszy- wą lub prawdziwą. których domyślaliśmy się. równie po harcersku skazany przez trybunał bezpieczeństwa państwa. ale co my będziemy z tego mieli? Kilka na- zwisk. mimo że ten człowiek zatruwa narodowe sumienie od dwu- dziestu pięciu lat. Ale czy nie moglibyśmy odesłać Vaudrette'a i jednak wykorzystać Psara? — Panie dyrektorze.

. że naprawdę poniosły one szkody. jak długo prawodawstwo nie zostanie zmienione i przestępstwo czynnego ingerowania w życie społe- czeństw. nie zostanie uznane za jedną z najcięższych zbrodni. ale dopiero za godzinę. Nie będę analizował. której ofiarami w pierwszym rzędzie by- libyśmy my. jakie otrzyma w darze od wdzięcznego ZSRR. że zamykamy ludzi za wypowiadanie przekonań politycz- nych i czułe francuskie sumienia zaprotestowałyby przeciwko naszym represywnym metodom. podkopywać rodzinę. panie dyrektorze. dyplomatyczne i ekonomiczne. że interesy kulturalne. Pod ochroną znajdują się tylko nasze interesy wojskowe. wielo- znaczności terminów „informacje” lub „żywotne”. duchowe. wynajęty przez naszych przyjaciół. Ale widzi pan. cięższych na pewno niż klasyczne szpiegostwo. Dlatego właśnie. Po- zwólmy przyjaciołom wykonać brudną robotę. że nie mamy interesu w oskarżeniu agent d'influence. Wyślijmy Vaudrette'a do tamtego mieszkania. * 458 . zasmradzać naszą literaturę. której nam nie wolno podjąć. intelektualne. panie dyrektorze. będę tak długo utrzymywał. ludzkie. A później skorzystajmy z przywilejów. Można śmiało zatruć naszą młodzież. gdyż to oskarżenie zwracać się może przeciwko nam.. pokłócił się ze swoimi. «Indyk uwolniony z okowów» wystąpiłby znowu z tezą. Otóż pan Psar nie uczynił im żadnej krzywdy. zauważę co następuje: pewien agent d'influence. W dodatku trzeba jeszcze udowodnić. z wysokości pańskiej mądrości i pańskiego doświadczenia. — Krótko mówiąc. Duverrier. lub też jej żywotnym interesom gospodarczym”. doszłoby do tego tylko w wyniku strasz- liwej pomyłki sądowej.lub dyplomatycznej Francji. Wszystko to jest legalne. nie są w ogóle uwzględnione przez nasze prawodawstwo. „influence”. Gdyby pan Psar został skazany. rozmontować system edukacji narodo- wej. niszczyć Kościół. — Z wysokości sterty moich profesjonalnych śmieci. panie dyrek- torze.

I nagle czuje. 459 . ubranego w skórzaną marynarkę.. Już wcześniej naskrobał wia- domość dla Józefiny: „Dziękuję. — Proszę za mną. — Aleksander Psar? — To ja. Jest w atmosferze coś tak ciężkiego i napiętego. Silnik jest zapuszczony. że określenie „panowie” nie jest właściwe w tej sytuacji. — Niech pan wsiada. Jego twarz przysłonięta jest obłokiem dymu pa- pierosowego. Aleksander zabrał swoją teczkę. — Kto tam? — „Widzieć to egzorcyzmować” — lekki akcent prowincjo- nalny. towarzyszu. Aleksander mówi: — Panowie. Szofer jest wielki i ponury. że sło- wo „panowie” brzmi tu dość niestosownie. przednie drzwi otwarte. z czołem pory- tym zmarszczkami. Mężczyzna siedzący z tyłu odzywa się: — Zostawcie to. Samochód jedzie wzdłuż Buttes-Chaumont. Ma na sobie ciemny garnitur i białą koszulę. Rozległ się dzwonek do drzwi. Rumiany siada przy Aleksandrze. Zadzwonię do pani”. Jeszcze inny mężczyzna siedzi w tyle samochodu. Jestem pułkownik Wiazew. Aleksander otworzył drzwi. Wsiedli do windy. Nie może jej otworzyć. z Piątego Departamentu. Rumiany mężczyzna wydziela trudny do nazwania odór: alkohol? Płyn po goleniu? Skórzana marynarka? Na dole czeka czarny citroen pallas. Aleksander przykleił oko do judasza.. Aleksander ujmuje uchwyt teczki. Rumiany pochyla się. Zobaczył człowieka o rumianej twarzy. Pali papierosa. Aleksander wchodzi do samochodu.

niebieskimi literami rosyjskiego alfabetu wypi- sane jest jedno słowo. W środku ciężarówki znajduje się ładunek win i alkoholi. Ciężarówka jest zamknięta. Mandarine Napoléon. Drambuie. Jego wsunięta do wnę- trza teczki dłoń rozluźnia się. ma na sobie włoską. Umieszczają go w skrzyni i zamykają jej wieko. a także nalepki w rodzaju „Uwaga — szkło”. jej segmenty ze zgrzytem chowają się w żelaznych prowadni- cach. opuszczają i w końcu zatrzy- muje się przed zamkniętymi wrotami garażu położonego w prze- mysłowej dzielnicy. otwiera plomby. pogrąża się w ciemności. któremu na przeguby i kostki u nóg założono kajdanki marki Smith & Wesson. Cherry Rocher. który w momencie gdy metal styka się z betonem podłogi zamienia się w prawdziwy grzmot i długo przetacza się echem po całym garażu. jej tylne drzwiczki zaplombowa- ne. Chartreuse. na której wielkimi. Rumiany na spółkę z szoferem pallas wynoszą bezwładnego Psara. Ta maskarada jest wła- ściwie zbytecznym środkiem ostrożności. Wewnątrz znajduje się gigantyczna ciężarówka. skórzaną wiatrówkę. Samochód wjeżdża do rozległej. Metalowa brama unosi się automatycznie. ściany skrzyni 460 . Vieille Cure. Pallas wjeżdża na obwodnicę. Sowtransawto. którego otacza chmura dymu papierosowego. towarzyszy temu taki sam zgrzyt. Mężczyzna. Metalowa brama opuszcza się znowu. Na stopniu kabiny siedzi wysoki chłopak o długich nogach i krótkim torsie. na której nalepiono ety- kietki znanych firm: Rémy Martin. „Góra”. Po- między kartonami postawiono skrzynię. całe jego ciało staje się bezwładne. „Dół”. Z oddychaniem nie będzie kłopotu. uwieńczonej szklanym da- chem hali. W kark Aleksandra zagłębia się igła. jako że nikt nie będzie zaglądał do środka nim ciężarówka nie przekroczy granicy su- werennej i sfederowanej Republiki Białoruskiej.

Wiaczesław? — Zawsze gotowy. . Ciężarówka zaczyna drgać. gdyż jego nogi są tak bar- dzo długie. Towarzyszący mu kierowca dopytuje się nerwowo: — To co. — No to jedź i niech ci pan Bóg sprzyja. towarzyszu pułkowniku. Z hukiem zatrzaskują się drzwiczki ciężarówki. rusza z miejsca. Nim rok się skończy. Mogłoby się wydawać. tarasując ją cał- kowicie. centymetr po centymetrze. powoli. Jest 28 grudnia. bez trudu. ile nakazuje regulamin wewnętrz- ny Piątego Departamentu. że to cały garaż szykuje się do drogi. Wysoki chło- pak wyjmuje z wiatrówki szczypce do plombowania. Pułkownik spogląda nań z aprobatą. ruszamy? Palacz papierosów patrzy po raz ostatni na ciężarówkę: — Gotowi. Meta- lowa brama unosi się jeszcze raz i ogromny samochód. Aleksander „wróci”. Plomby zostają ponownie założone. wytacza się na ulicę. Wysoki chłopak wchodzi do kabiny kierowcy.zaopatrzono w tyle otworów. lekko. wibrować.

STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ 225 6. OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA 165 5. JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA 112 4. BOSKI WĘZEŁ 64 3. PERŁA 368 9. OBRÓT ŚRUBY 276 7. „WRÓCIĆ” 413 . TWARDY ZNAK 328 8. ZARZUCANIE SIECI 7 2.SPIS TREŚCI 1.