Vladimir Volkoff
MONTAŻ
Przekład Adam Zalewski

Tytuł oryginału: Le Montage
Copyright © Julliard/l'Age d'Homme, 1982
Copyright © for the Polish translation by Klub Książki Katolickiej, 2005
Published by arrangement with Literary Agency „Agence de l'Est”.
Projekt okładki: Piotr Łysakowski Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś
Pierwsze polskie wydanie: Polonia Book Fund, Londyn 1986
Wydanie II poprawione ISBN 83-88481-69-Х
Klub Książki Katolickiej Sp. z o.o.
ul. Woźna 13, 61-777 Poznań
tel. 061 851 55 82 fax 061 851 55 93
e-mail: klub@kkk.com.pl

Jeśli twierdziłbym, że Montaż jest tylko wytworem mej wy-
obraźni, nikt by w to nie uwierzył. Pozwalam sobie zatem wy-
razić wdzięczność wielu towarzyszom, z których fachowych
porad korzystałem.
Vladimir Volkoff

Twoim celem musi być zdobycie wszystkiego bez niszczenia
czegokolwiek.
Sun Tsu

1

ZARZUCANIE SIECI

30 kwietnia 1945 roku, po dziewięciu dniach walk o każdą
ulicę, każdy dom, wreszcie o każdą klatkę schodową i o każdy
pokój, na Reichstagu pojawiła się rosyjska flaga — tym razem
nie nazwiemy jej sowiecką.
Berlin padł 2 maja i zwycięskie rosyjskie oddziały, po raz
trzeci w historii, odbyły defiladę przed Bramą Brandenburską.
9 maja Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, zwany Stalinem,
wystąpił z odezwą do narodu: „Wielkie ofiary, jakie ponieśliśmy
dla wolności i niepodległości naszego Kraju, niezliczone straty i
cierpienia, jakim poddany był nasz naród podczas wojny, trudy i
znoje złożone na ołtarzu Ojczyzny przez armię i przez ludność
cywilną nie zostały zmarnowane: uwieńczyło je totalne zwycię-
stwo nad nieprzyjacielem. Walka o egzystencję i niezależność,
jaką od wieków toczyły ludy słowiańskie, zakończona została
triumfem nad niemieckim napastnikiem i niemiecką tyranią”.
Ci sami więc, co doszli do władzy powołując się na po-
wszechną jedność proletariatu i popiskując Międzynarodówkę,
uznali stoczoną przez siebie i wygraną wojnę za patriotyczną i
zrezygnowali z użycia słowa „sowiecka”. Na jakiś czas.
Do ludzi, których najbardziej dotknęły te wydarzenia, zali-
czyć trzeba rosyjskich emigrantów, zwanych białymi. Niektórzy
spośród nich postanowili bić się po stronie Niemiec, gdyż milszy
niż komuniści był im diabeł, inni natomiast opowiedzieli się po

7

stronie Związku Radzieckiego, jako że woleli diabła od Niemca.
Byli też — wiem o tym dobrze — ludzie bardzo inteligentni, bar-
dzo wierni, pozbawieni nadziei cynicy, i tylko oni, garstka, oparli
się entuzjazmowi, ani zdumiewającemu, ani nieczystemu, jaki u
pozostałych wywołały sukcesy rosyjskich armii. Miała tu swój
udział duma narodowa, do której dochodziło uczucie zadość-
uczynienia za połajanki znoszone przez dwadzieścia pięć lat, ale
także trzy motywy nierównej wagi, motywy, które pewnym
umysłom wydadzą się błahe; będą to błahe umysły.
Po pierwsze, zwycięstwo wiecznej Rosji nad Niemcami
przedstawiało się w oczach emigrantów jak triumf Świętej Rusi
nad bolszewickimi uzurpatorami. Zgoda, powiewająca nad Re-
ichstagiem flaga była jednolicie czerwona, a nie biało-niebiesko-
-czerwona, lecz ci żołnierze radzieccy, których spotykaliśmy,
mówili raczej o Rosji niż o „Związku”, żyli w przekonaniu, że
walczyli o ziemię, nie o ideę, a ich dobre, naiwne twarze przypo-
minały starszym pośród nas tych Iwanów, którymi dowodzili
podczas poprzedniej wojny. Krótko mówiąc, zdawało się, że or-
ganizm ojczyzny sam z siebie zwalczył wprowadzone doń anty-
ciała. To nie my wyleczyliśmy Rosję, ona sama się uleczyła; na-
pawało nas to radością bardziej pokorną i czystszą niż gdybyśmy
sami mieli sposobność posłużenia się skalpelem.
Dalej: we Francji, dla przykładu, ambasador Związku Ra-
dzieckiego zaczął przychodzić na nabożeństwa do katedry św.
Aleksandra Newskiego i było coś nadzwyczajnego w tym, że wi-
działo się diabła w chrzcielnicy i że nie wyglądał on wcale na
nazbyt okropnego diabła. Wielu emigrantów odczuwało przy-
wiązanie raczej do swobód religijnych niż do porządku politycz-
nego Dawnego Ustroju; jeśli by więc Cerkiew odzyskała swe
prawa, wystarczyłoby im to, by znów stać się lojalnymi podda-
nymi Imperium, obojętnie jaką nosiłoby nazwę, brzmiącą gorzej
czy lepiej. Odnaleźli przecież Cerkiew, złoconą, w mitrze, broda-
tą, pełną śpiewu i pachnącą tak jak dawniej. Prawda, Cerkiew

8

zaznała męczeństwa, i nigdy nie zapomni się o popach rozkrzy-
żowanych na wrotach kościołów i przebitych bagnetami; to jed-
nak dotyczyło przeszłości, nowy reżim zrozumiał wreszcie, że
wiara stanowiła niezbywalną część rosyjskiej rzeczywistości i że
trzeba to zaakceptować. Czyż były uczeń seminarium duchow-
nego, ten, który poprowadził Rosję do zwycięstwa, nie zwracał
teraz swych przemówień do „braci i sióstr”, zamiast do „towa-
rzyszy”? Czegóż chcieć więcej?
Istniał wreszcie widzialny i dotykalny dowód odrodzenia się
naszej Rosji, jej wewnętrznej restauracji, chociaż znak ten ape-
lował głównie do wojskowych. Czy jednak powołanie emigracji
nie ma w swej istocie czegoś żołnierskiego? Poza tym znak ten
opłacony został tyloma istnieniami ludzkimi, tyloma cierpie-
niami, że nawet ci, co lekceważyli na ogół zewnętrzne symbole
rangi i honoru, zaczęli temu kartonikowi, zaszytemu w tkaninę i
umocowanemu przy pomocy mosiężnego guzika na barku, przy-
znawać znaczenie równe temu, które w innych epokach przysłu-
giwało krzyżowi o takim czy innym kształcie, różnokolorowym
kokardom, beretom, fezom, tatuażom, nacięciom, to jest styg-
matom wyrażającym zwalczające się strony. Już pod rządami
Dawnego Ustroju zerwać naramienniki oficerowi znaczyło zde-
gradować go. Później czerwoni zdzierali przy pomocy noża z
epoletów swych jeńców carskie inicjały i koronę. Uwięziony
przez bolszewików car, by tylko nie przywdziać pozbawionego
naramienników munduru, nie rozstawał się z czerkieską tuniką,
która zgodnie z regulaminem i tak nie miała epoletów. I oto,
począwszy od 6 stycznia 1943 roku dla wojsk lądowych i od 15
lutego dla marynarki, nawróceni czerwoni defilowali — szere-
gami liczącymi 48 żołnierzy! -— mając u ramion tę sztywność, to
pasowanie na rycerza. Nostalgiczny tyran, któremu przedłożono
projekty umundurowania, wskazał na uniform różniący się tylko
dwoma guzikami od wzoru, jaki musiał pamiętać z czasu swej
młodości. Nie byliśmy tak małostkowi, by się unosić z powodu
dwu guzików. Epolety powstały z popiołów; wybaczmy tym

9

spośród nas, którzy wierzyli, że razem z nimi zmartwychwstała
cała cywilizacja przez nie symbolizowana. W marzeniach na-
szych zdawało się, że nastał kres koszmaru.
Nadzieja mogła się karmić jeszcze i amnestią. Rząd pozwalał
swym wczorajszym wrogom na powrót. Amnestia to słowo
wspaniałomyślne, cesarskie. Wydawało się, że nie idzie tu o ła-
skę, lecz o rzucenie zasłony na minione konflikty. Zwycięzcy i
zwyciężeni mieli odtąd solidarnie służyć swej wspólnej ojczyź-
nie. Pierwszym pośród powracających — ukuto nawet specjalny
rzeczownik: wozwraszczeńcy — był metropolita, którego nikt w
dobrej wierze nie mógł podejrzewać o wspólnictwo z Antychry-
stem; to on założył Akademię Prawosławnej Teologii w Paryżu,
to on sprawił, że katedry Św. Aleksandra Newskiego nie oddano
bolszewikom, którzy urządziliby w niej kino. Metropolita Eulo-
giusz otrzymał sowiecki paszport, opatrzony — symbolicznie —
numerem 1. Zmarł co prawda nim zdołał opuścić Zachód, i wielu
widziało w tym interwencję Opatrzności, tym niemniej fakt po-
zostawał faktem: jeden z duchowych przywódców białej emigra-
cji opowiedział się za pojednaniem.
Pierwszy transport wozwraszczeńców, pełnych radości, ale i
mających łzy w oczach, odjechał pociągiem z Gare du Nord. Nie
bez niepokoju czekaliśmy na wiadomości od nich: nawet najbar-
dziej przekonani spośród tych, którzy zostali na miejscu, nie byli
pewni, czy przypadkiem ich przyjaciół nie przywitał na granicy
pluton egzekucyjny. Po paru miesiącach zaczęły nadchodzić li-
sty. Amnestionowanych osiedlono w różnych punktach kraju.
Jeśli o coś prosili, to tylko o rękawiczki lub wełniane czapki.
Wykonywali prace fizyczne. Okrutna wojna domowa, zdawało
się, dobiegła końca, zabliźniła się. Coraz to nowi kandydaci do
powrotu pojawiali się przed zieloną bramą radzieckiej ambasady
— tak niedawno jeszcze wyklętą — pod numerem 79 rue de la
Grenelle.
Jednym z nich był Dymitr Aleksandrowicz Psar, albo też, jak
on sam lubił się przedstawiać, podporucznik marynarki Psar.

10

każda ich propozycja była dla głodomorów z Antygony zaproszeniem do Eldorado. popyt nazywał się „umieram z głodu”. armie te pomogły marszałkowi Joffre ocalić Paryż. jedynym w swoim rodzaju w całej historii. znał na pamięć fragmenty Nędzników oraz żywił romantycz- ny podziw dla Napoleona. bił się pod rozkazami Wrangla. pociągała Francja. jego kłopoty dopiero się zaczynały. Zamiast mówić o Tan- nenbergu czy też o korpusie ekspedycyjnym. Choć nie był kawalerzystą. Trzeba było jechać dalej. że służył jako oficer carski. Można się było dogadać. Francja była dla niego uosobieniem sojusznika Rosji. wycofanych na jego żądanie spod Tannen- bergu. Nie musieli się specjalnie wysilać. Podaż określić można było jako dziewięć milionów poległych. co było aktem idiotycznej wspaniałomyślności. Lubił sobie wyobrażać. Pojawili się pośrednicy pracy. że zajmowanie się końmi nie przynosi nikomu ujmy. jako że myśleli o przyszłości i o tym. znalazł się na tureckiej wysepce zwanej Antygoną. a gdy nadeszła klę- ska. A zależało mu na tym. który dał się 11 . Monarchista przez wierność raczej niż z przekonań. Psara. jak i wielu innych. w gruncie rzeczy jednak przysięgę składał mario- netkom rewolucji lutowej. Dymitr Aleksandrowicz był niewysokim mężczyzną w wieku lat około pięćdziesięciu. Przymie- rał tam głodem. I to nie tylko dlatego. Kraj ten nie mógł przecież zapomnieć o dwóch armiach rosyjskich. że język francuski znał tak jak rosyjski. że w dzieciństwie do snu kołysały go opowiastki hrabiny de Ség- ur. otoczony takimi samymi jak on rozbitkami. Jak? Po co? Niektórzy marzyli o Ame- ryce. Inni ze wzruszeniem przypominali sobie Fràulein. wiedział. że słońce wędruje ze wschodu na zachód. która uczyła ich der die das. Podporucznik marynarki Psar przyjął posadę stajennego w Ardèche. Ich kartonowe teczki wypcha- ne były ofertami. co miało mu ułatwić konfrontację z własnym sumieniem. Tymczasem Francja nie śpieszyła się z okazywaniem swej wdzięczności.

że pół darmo zatrudnia osiłka z egzotycznego kraju. Gdyby Jego Wysokość uciekła się do tak tchórzowskich postępków. przekona- ny. — A poza tym — powtarzali bywalcy małego bistro w Chomérac — jak tylko wam się znudziła wojna. Z początku Psar tak się tym przejmował. gorzko mu wciąż wypominano nie spłaconą po- życzkę: — Ach! Pańska piękna Rosja! Pochłonęła oszczędności całe- go mojego życia. Które- goś dnia doszło do dramatycznej sceny.zmasakrować w Szampanii aby alianci wiedzieli. lecz nie wypłacał mu pen- sji. że porzuciła swych aliantów. to międzynarodowi rewo- lucjoniści wypowiedzieli sojusz po tym. Nigdy przedtem nie zdarzało mu się dźwigać widłami snopków o cięża- rze równym połowie jego wagi. podczas gdy lud cierpiał. gdyby nie była pusta. jak ich sowicie opłacono w Reichsmarkach. kupony pożyczki. że leżą- ce na kontuarze papiery. nie. Marynarz chwiał się i zataczał. czemu złym okiem przyglądał się jego patron. chłop. byłaby zapewne wciąż jesz- cze Wysokością. Ale nie miał też doświadczeń w pracach polowych. naprawdę zatrudniono go jako parobka. Stajennym został tylko nominalnie. podpisany w Brze- ściu Litewskim przez Trockiego. że ani on. który tak wiele dla nich uczynił. Dymitr Aleksandrowicz nie był wcale bojarem. Wyjaśnienia te nie przekonywały zbiednia- łych emerytów. Nie można prawdziwej Rosji oskarżać o to. że żył pan jak bojar. ani jego car nie ponosili od- powiedzialności za odrębny układ pokojowy. jak umieją gi- nąć Rosjanie. nie straciłyby warto- ści gdyby — jak tego domagał się Foch — alianci interweniowali na rzecz suwerena. Szczęśliwie się złożyło. że jego pracodawca żywił go. odpo- wiadano mu tonem moralnego i cynicznego zarazem pouczenia: — Wszystko to dlatego. kiedy to pracodawca 12 . że niewiele brako- wało a próbowałby wypłacać tym dzielnym ludziom odszkodo- wanie z własnej kieszeni. i to żywą. W ten sposób sprawa była załatwiona. Gdy natomiast Psar próbował dowodzić. daliście nogę! Psar tłumaczył wtedy.

zrzędliwy urzędnik. W przypadku Dymi- tra Aleksandrowicza dylemat karta pracy-zatrudnienie roz- wiązała uczynność pewnego wyrozumiałego Francuza. Legitymując się jako profesor muzyki. wydając ostatnie grosze na bilet trzeciej klasy i zasta- nawiając się. że podanie zo- stało złożone. na co tenże.zagroził. Dymitr Aleksandro- wicz. który wciągał wszystkich jak wir rzeczny. udał się do Paryża. całemu fikcyjnemu personelowi. który nie miał pojęcia o nutach. skoro drogocenna karta pracy wystawiana była tylko na rok. trzeba było godzinami stać w kolejce. i wreszcie 13 . stracona dniówka. że przemówi do tylnych części ciała pracownika. Wtedy też Dymitr Aleksan- drowicz. Re-na-ul-te. kolejka. Kilka tygodni później. korepetytorom. Bez pozwolenia na pracę nie dostawało się zatrudnienia. guwernantkom i damom do towarzystwa. ani karty wizytowej. ale i przeciwnie. tracąc całą dniówkę. wyzwania zdecydowa- nie odrzuconego przez drugą stronę. jak wymawiali prostaczkowie. gdy listonosz przynosił urzędowe wezwanie. wszystko zaczynało się od początku: metro. Mrukliwy urzęd- nik zajmujący się obcokrajowcami („Co? nie rozumie pan po francusku?”) wystawiał w końcu zaświadczenie. nie mając przy sobie ani rękawiczek. ani też nie dysponując świadkami. Wir ten miał dwa różne i sprzeczne ogniska: prefekturę poli- cji i zakłady Renault. by otrzymać kartę pracy. czyjego honor został znieważony czy też nie. mógł sobie zaskarbić łaski prefektury. rządcom. przekazania innemu krajowi. trzeba było wykazać się zatrudnieniem. ale nieraz i odwiezieniem do granicy i ekstradycją do sąsiedniego kraju. który nie nie- pokoił nigdy dworku tego hreczkosieja bez grosza. Cóż z tego jednak. Aby ją przedłużyć. zmuszony był wypowiedzieć ustnie formułę wyzwania na pojedynek. który powtarzał ten sam zabieg: wywiezienia na następną grani- cę. który wy- stawił dziesiątki zaświadczeń o zatrudnieniu niezliczonym se- kretarkom. i tak dalej. Kończyło się to nie tylko niedojadaniem.

fabryka Renault. czyli trzy lub cztery posiłki. Spodziewał się procesu jak z Braci Karamazow i przygotował mowę obronną. „odsłonięte prawe ucho i oczy patrzą- ce wzwyż” (sic!). który dobrze znosił napię- cie w chwili ataku na okopy przeciwnika. co poprawiło mu humor. O. Frank grzywny pozbawiał go więc tylko jednego śniadania. a rok mijał i nie było w nim przerwy na urlop. Zresztą pośród setki chyba współoskarżonych rozpoznał kilku znajomych. W najlepszym razie pracowało się 56 godzin. okazał się bardziej go- ścinny. ukazującą profil. W końcu można wytrzymać. Skandal. No cóż — i tak lepiej tu niż u „towarzyszy”. Drugi ośrodek wiru. Tymczasem zażąda- no od niego tylko. wielko- duszne sądownictwo francuskie! Jakieś dziesięć dni później poczta przyniosła rachunek.nieoceniony. że do jedenastu franków grzyw- ny trzeba było dodać okrągłych sto tytułem kosztów sądowych. który osłabił jego entuzjazm: grzywna wyniosła jeden frank w złocie. sobota była takim dniem roboczym jak wszystkie inne. złożony w harmonijkę kartonik zaopatrzony w fo- tografię. apatryda. to znaczy jedenaście franków zwykłych. W dodatku zakaz siada- nia w godzinach pracy nie był zbyt korzystny dla kręgosłupa. Jego żołądek znów zaczął normalnie funk- cjonować. bliski był choroby na myśl o znalezieniu się przed sądem. plus frank za obsługę. Zarabiał dziennie 16 franków i 75 centymów. Już w pierwszym roku Psar Dymitr. w której bitwa pod Tannenbergiem odgrywała pewną rolę. W stosunkach Psara z innymi robotnikami nie brakowało 14 . wrócił więc do domu spokojniejszy i pełen wdzięczności. przeżył przykry moment zniechęcenia. zapomniał przedłużyć w terminie ważność swej karty. Gdy jednak odkrył. On. by podał swe nazwisko i datę urodzenia. Skazano go na grzywnę w wysokości jednego franka. Z tego 10 wydawał na pokój w hotelu. Winny za- niedbania stawi się przed sądem. chociaż 48-godzinny tydzień pracy był jeszcze wtedy od- ległym mirażem.

Jego prawdziwe życie zaczynało się dopiero w niedzielę. w cieple ikony i czajniczka do parzenia herbaty — wciąż brakowało pieniędzy na kupno samowaru — wszyscy zebrani dzielili jedno: wiarę. prawie wcale go nie zajmowało. że jego kontakty z kolegami z pracy — świadczono sobie nawzajem różne usługi — układały się bardzo dobrze. a po mszy spędzał godzinę czy dwie przed katedrą. ale w niczym nie przeszkadzało to Psarowi. Przez dwanaście godzin pod rząd kobieta ta zajęta była dolewaniem herbaty przyjaciołom męża. nazywał tak grupę niespokrewnionych ze sobą mężczyzn. że pop to nie to samo co zwykły klecha. i do- brze czyniły stając na drodze między kasą a knajpą. gdzie z uwagą natury raczej patriotycznej niż religijnej wysłuchiwał pieśni Gospodi pomiłuj śpiewanej przez chór. ale tylko najbardziej zaciekli antyklerykałowie mieli mu to za złe. 15 . co działo się w tygodniu. Na szyi nosił krzyż. Tutaj. Na koniec lą- dował w swej „rodzinie”. by nie urazić ofiarodawcy. sprawiła. że u was zjada się świece? Jeden z nich. Tu przynajmniej nikt nie wypominał Psarowi rosyjskiej pożyczki. nie pozbawiona pewnego ciepła.momentów zaskoczenia. przyjaźnie usposobiony. wzajemnego zdziwienia — ale nie było wrogości. wykrzykując. przybijał skuwki do obcasów. mył się staran- nie. który był kawalerem. Można się też było przyzwyczaić do cosobotniej kolejki piwa. wychodzącym na podwórko pokoju. Wzajemna tolerancja. mającego żonę. że należałoby po- wywieszać bolszewików i przywrócić carski tron. Pod ko- niec tygodnia setki kobiet oczekiwały pod bramą fabryki. skupionych wokół jednego z nich. przyniósł panu Dymi- trowi świecę. Potem udawał się do cerkwi przy ulicy Daru. panie Dymitrze. i nawet oni umieli sobie wytłumaczyć. przyszywał brakujące guziki do koszuli. Zresztą to wszystko. Chłopcy pytali go na przykład: — Czy to prawda. kombatantom. a ten przyjął ją. Tego dnia wstawał nieco później niż zwykle. w brzydkim.

Monetka wartości pięciu kopiejek zaledwie stawała się skarbem. lecz ożywienie przemysłowe pod koniec dziewiętnastego stulecia nie wyszło jej na dobre. widząc hu- zarów w dragońskich mundurach. poświęcenie. Wszystko to. dziwili się ze słodką naiwnością. Andrzeja. godzili się z tym. zamieniali się w ministrów i generałów i od nowa wszczynali wojnę domową (kierując się jedną tylko zasadą: pra- gnieniem zwycięstwa). W pamięci Dymitra Aleksandrowicza von Englowie zapisali się jak stadko nocnych ptaków. Biegali z miejsca na miejsce. lecz. że Elena Władimirowna von Engel. Rodzina von Engel była rosyjską rodziną. gnieżdżąc się w któ- rymś z przeraźliwie zimnych. symbolizowała już tylko wierność. domy i letnie wille. co w szarej codzienności mogło się było wy- dawać tylko ambicją. kto ją produkował — niewielki zarobek. nie żywiąc żadnych iluzji. poruszali długimi ramionami. Elena von Engel zaszczepiła w 16 . Za- pewne od dawna już przymierała głodem. Właśnie podczas jednego z tych niedzielnych zgromadzeń. zabijaniem czasu. Dymitr Aleksandrowicz dowiedział się. zagubionych i bezrad- nych w godzinie świtu. blada. biada temu. a także — dla tego. że nale- żą do gatunku skazanego przez postęp na wymarcie: ekologia nie zajmuje się ludźmi. wulgarnością. żyje. kto by temu przeczył. jego narzeczona. którą nosiło się w butonierce. relikwią. niebieski krzyż na białym tle. przekształcona w małą emaliowaną odznakę. wspólnotowych teraz mieszkań dawnego Sankt-Petersburga. tutaj powracało do swej nieskalanej i świętej istoty. rutyną. Szczupła. kobiety o krótko obciętych włosach czy też szlachtę zasiadającą w Dumie. jasnowłosa. mogła nieść w swych fałdach wicher przemocy. już dwudziesto- pięcioletni. póki po- wiewała nad krążownikami. mając w różnych punktach Rosji posiadłości. kiedy to podchorążowie marynarki i piechoty. Nie tracąc poczu- cia humoru. W wieku XVIII była zamożna. Chorągiew św.

Uwielbiał jeździć z nią na łyżwach w taurydz- kim parku. wśród niebezpie- czeństw i rzezi. i to co konieczne. że jest rycerzem bladej Eleny. Teraz nie szło już o to. osierocona i. zu- pełnie prozaicznie.młodym Dymitrze jedno z tych nordyckich przywiązań. ani też cała istota człowieka. ich dłonie złączyły się na moment. uboga. lecz najwidoczniej jakiś organ tajemniczy i wy- specjalizowany. rezultat rzadko kiedy jest nadzwyczajny. by kruszyć kopie broniąc jej imienia. nieszczęśliwa. Rewolucja sprawiła. których siedliskiem nie jest ani serce. Gdy spotka się to co możliwe. Rosja. nie obrażając swych rycerzy widowiskiem gryzienia i żucia potraw. ani zmysły. która nigdy nie miała rycerstwa. Byli uczniami tej samej klasy tańca. w zimowym ogrodzie książąt Szcz. które mógłby poświęcić na myślenie o swej narzeczonej. nieprzejednane jak zawsze. realna choć nieobecna. Ochotnikowi walczą- cemu pod rozkazami Wrangla zdarzało się. Myśl. z całą jego trywialnością. ani mózg. wciąż o nim marzy. Było w tym coś szo- kującego: panny winny w zasadzie odżywiać się w ukryciu. Postanowił sprowadzić Elenę do Francji.. lecz o to po prostu. Od tej chwili Dymitr uznawał się za człowieka zwią- zanego honorem. że jego narzeczona uszła cało z masakry. jak o zmierzchu nieco fałszywie nuci melodie. by zadbać o bef- sztyk dla niej lub przynajmniej o makaron. uwielbiał przysłuchiwać się. a niekiedy opatrznościowy przypadek łączył ich w parę w mazurze. sta- wali naprzeciwko siebie w kadrylu. O kobiecie. której nawet nie zdołał zawiadomić. głodna. Ale Dymitr Aleksandrowicz nauczył się już przyznawać pierw- szeństwo życiu przed literaturą. że uważa ją za narzeczoną. wyobrażać sobie. zelektryzowała Dymitra Aleksandrowicza. że jego amory stały się niemożliwe do zrealizowania i przez to tym bardziej nieuchron- ne. brakowało mu chwili wytchnienia. Nie złożyli przed sobą żadnych przysiąg — takich rzeczy nie robiło się — lecz pewnego razu. 17 . Ona tymczasem pojawiła się znowu. Od czasu kiedy przez dziewięć godzin dziennie obsługiwał tokarkę i palce miał wiecznie pokryte metalowym pyłem.

na przykład pracy gór- nika. za które emigranci mogli całkowicie legalnie wykupywać swych krewnych lub przyjaciół. lecz miejscowi taksówkarze burzyli się: nie miało się prawa niszczyć zawodu. jak mówili. Jednak wciąż było to przykre. Skończyło się na tym. wręczając mu śmiesznie mały napiwek. Problemem był napiwek. trzeba było być krezusem. pod warunkiem wpłacenia na konto państwa sumy. biorąc godziny nad- liczbowe. a zarabiali nieźle. Naj- drożsi — chłopcy. Sporządzono tam tabelę stawek. Dziewczęta były łatwiej osiągalne. jeśli dobrze pamiętam. goryczą czy wściekłością. Wielu emigrantów decydowało się zostać. Dymitr Aleksandrowicz musiał zmienić zawód. rzucając monetę. Najtańsze były babcie. dłoń zgarniała monety jakby potajemnie. by sobie pozwolić na sprowadzenie własnego syna z raju narodów. sno- bując się. ZSRR odczuwał w tym czasie wielką potrzebę zachodnich wa- lut. ale i tak w grę wchodziły sumy nieosiągalne dla zwykłego tokarza. Trudno. trzeba było ratować Elenę. z humorem. Unikali dzięki temu pracy przy taśmie. woźnicą fiakra. gdy zasiadał za kie- rownicą. Jego kruche zdrowie i niepokaźny wzrost nie pozwalały mu na podjęcie najsowiciej opłacanych prac. Dymitr Aleksan- drowicz wbrew woli porzucił dla tej problematycznej synekury 18 . Niektórzy. — To dla pana — powiedział pasażer do jednego z moich ku- zynów. zależnie od tem- peramentu. — A to dla pana! — odrzekł kierowca. można było wy- kupić jedną babcię nawet za cenę pojedynczej wypłaty w zakła- dach Renault. zdejmował go. dwa sous. otwarcie odrzucali ofiarowywaną im przez francuskie- go bourgeois monetę. pięć- dziesiąt sous. której trud- no nie nazwać okupem. zrezygnowali ze swych zastrzeżeń. Czy oficer mógł przyjmować gratyfikacje jak lokaj? Centurio in aeternum. Narzucało się inne wyjście: taksówka. wystarczyło przez jakiś czas oszczędniej żyć. że wszyscy. Ktokolwiek nosił sygnet.

z prawdziwej kwiaciarni. że muszą sobie nawzajem dotrzymać słowa. że bezpośrednie pertraktacje między „towarzy- szami” i nim w ogóle wchodzą w rachubę. Tym razem nie za- trzymywał się. występującemu w jego imieniu. tych. ulubionym przez emi- grantów. uważał wręcz. żeby z dnia na dzień gromadzić więcej pieniędzy. która jakoby miała otwierać zagraniczne listy. Dziwiło go. jak szybko przyzwyczaił się do poniżających napiwków. o których ją informował i tych. 19 .pracę męczącą. odczyścił jedyny swój garnitur. By nie wzbudzać podejrzeń Czeki. Psar nie wy- obrażał sobie. po- sługując się przy tym naiwnym kodem. Sam subtelnie podpisywał się jako Dina. a co dwa tygodnie wysłać paczkę z żywnością. że opuściłem chorągiewkę? Przyjazd Eleny w niczym nie przypomniał świąt wielkanoc- nych. W końcu chodziło o to. Wręcz przeciwnie. o których los chciał się dowiedzieć. przybrało raczej postać konstatacji zgonu. gdy mógł wynająć dodatkowy pokój w swoim hoteliku przy ulicy Lecourbe. Po upływie trzech lat zdołał zebrać wymaganą sumę i zaniósł ją adwokacinie. słysząc wezwania z chodnika: — Czyż nie widzą. to co oboje widzieli jako uroczystość zmartwychwstania. ustawił prawdziwe kwiaty. lecz godną. Gdyby przynajmniej wyznali to sobie nawzajem! Sądzili jednak. ubrał się jakby to była Wielkanoc i wyruszył w drogę własną taksówką. Poza tym jednak nie żywił żadnej urazy. że miał szczęście: — A gdybym nie umiał prowadzić samochodu? Albo gdyby emigranci nie mogli dostawać licencji taksówkarskiej? Nadszedł wreszcie dzień. Nawiązał miłosną korespondencję ze swoją „narzeczoną”. i pobrali się mimo mrozu w sercach. Po upływie paru miesięcy zaczął nawet irytować się na klientów — do niedawna byli to jego ulu- bieńcy! — płacących tylko podstawową cenę kursu. Zrobił tam gruntowne porządki. ochrzcił żeńskimi imionami wszyst- kich mężczyzn.

Skromne ubranie Dymitra. gdyż regulamin zabraniał lokatorom prania. rozciągniętym między dwoma gwoździami. któremu towarzyszył na róż- nych placówkach. lecz brała to także za część szyfru. na którą mógłby sobie pozwolić byle prostak. który miał wprowadzić w błąd cenzorów. by nie sprawiać wrażenia. kiedy to szczęście i trage- dia zdają się równie mocno pociągać szlachetną duszę. wytarte i wystrzępione. bo nie wypada. apokalipsa. kojarzył się z nastrojem ostatnich lat dojrzewania. a w dodatku uważał. za to wyposażony w luksusowy parawan. pokój hotelowy bez jednego kąta prostego (taki był tań- szy). banalna taksówka. podobnie jak Makary Dziewuszkin w Biednych ludziach. serdeczność całego otoczenia. Dla Eleny Dymitr był postacią z przeszłości. wygody. odgradzający umywalkę i nieprzyzwoity bidet. jakby sama wróciła do Sankt- Petersburga. jego tak- sówka. i dlatego. nie skarżył się na nic. wszystko to wydało się Elenie Władimirownej von Engel nieprawdopodobnie nędzne i wstręt- ne. żeby pozwolić zmar- nieć oficerowi sojuszniczej armii. jakie jej posyłał. że jest człowiekiem zamożnym. drobne sztuki bielizny. kto zdawał się 20 . że opłacenie okupu stawia go w trudnym położeniu. W listach... Żartował co prawda niekiedy ze swego zajęcia. największa w historii. I ten obrzydliwy zapach w korytarzu. nie brzmiało to jed- nak przekonująco. tam wciąż tlił się płomyk wojny domowej. Tu natomiast na sznurze. Odnaj- dując go w Paryżu czuła się tak. W oczach Dymitra Elena także była kimś. Naprawdę był z całą pewnością adiutantem francuskiego generała. podczas gdy Dymitr żył. — Można się przyzwyczaić — mawiał Dymitr. tak żeby nie widział tego właściciel hotelu. oznaczał bezpie- czeństwo. że żyje nie najgorzej. suszyły się. omal nie umarła z głodu. Ale tam dokonała się rewolucja. Tam skąd przybywała. Myślała więc. cóż bardziej oczywistego? Francuzi nie byli przecież tacy głupi albo niewdzięczni.

wymawiała to szokujące słowo. a każesz mi cerować ich skarpetki i gacie. podchorążowie marynarki trzy goździki.. nie zadowalało żadnego z małżonków. W jej spojrzeniu pojawiały się na przemian lęk i wynio- słość. powinien szeroko otworzyć dom dla trzydziestoletnich podchorążych. co nic nie przynieśli. (Tak jest. zapraszać ich. Życie w dwójkę w ciasnym mieszkaniu. Nastawił się na spo- tkanie z dzieckiem: blondynką. której palce ściskał w tamtym zimowym ogrodzie. że ma jej to za złe: — Takie delikatne stworzenie! Ileż ona musiała przejść. ile tylko razy zapragną. by przyszli ogrzać się w cieple domowego ogniska. którym był niegdyś? Szybko odkrył. ci twoi golcy. a stopy — przez odmro- żenia. by 21 . gładzili z zażenowaniem łysiny. jakże poetycznym miejscu. że obficie używała taniej szminki. patrząc na młodą kobietę. po- chyloną nad haftem lub — niebawem — pieluszką. co to nawet nie są w stanie przynieść damie porządnego bukietu! Miała rację — podchorążowie piechoty przynieśli jej wkrótce różę. do którego przenieśli się z hotelowych pokoi. Przy każdej okazji powtarzała wulgarne porzekadło: „Na- wet z czarnej owcy można zebrać garść wełny”. zawieszając na ścianie ikonę i tradycyjną lampkę oliwną. że jej dłonie są zniszczone przez lodowato zimną wodę.ucieleśniać niewinność minionych czasów. Ich związek przetrwał niewiele dłużej niż trzeba było. Nie mógł się jednak pogodzić z tym. Dymitr Aleksan- drowicz wyrzucał sobie. nie chciała spędzać swego życia na warzeniu zupy i dokarmianiu darmozjadów: — Jeszcze trochę. Może nawet ma- rzyło mu się. iż odkąd u jego boku znajdowała się żona. Tą właśnie nadzieją kierował się. gacie. Ale Elena buntowała się. On bowiem przekonany był. że nie dostaje od niego lepszej. że znów zamieni się w tego eleganckiego kadeta marynarki.) Cóż to za towarzystwo. sowiecki styl dawał o sobie znać. Ci.. podobnie jak ona z tym. karmić ich w sobotnie wieczory i przez całą nie- dzielę.

Dziecko było zaniedbane. Dymitr Aleksandrowicz uczynił przeciwnie. jego widok odpychający. odkupieniem. że wola jego i jego przyjaciół. którego matka umarła. Nie był ob- darzony wyższą inteligencją. sam prał. W Elenie gust delikatnej kobiety łączył się z pospolitym niedbalstwem. Elena źle zniosła ciążę. a opie- ka nad noworodkiem wyczerpywała ją całkowicie. ale ciężkie przeżycia zaszczepiły w nim fatalizm. Mówił przepraszająco: moja żona jest słabego zdrowia. Wzruszała go też nieśmiertel- na dusza dziecka. a razem z nią zniknęło futro z kretów i podchorąży. odebrały mu nadzieję. wielu emigrantów zaczęło od nowa żyć nadzieją — z pewnością narzucony Rosji system nie przetrwa zawieruchy wojennej. a car. ale ja chcę żyć. które pewnego dnia będą mogły chwycić za broń. jego nazwisko przetrwa. doznawał wzruszenia na widok tego małego człowieczka. Pielę- gnował więc małego. czterdziestoletnich 22 . Nie liczył już na możliwość powrotu dawnego ustroju. Tak. żyć! Bądź wielkoduszny.urodził się Aleksander Dmitrycz. że wyje- chała w podróż. będzie miał o jednego poddanego więcej. co o mnie myślisz. Zostawiła krótki list: „Wiem. Dla Dymitra Aleksandrowicza narodziny syna były źródłem radości. jego niezupełnie jeszcze uformowanej czaszki i małych rączek. przezierająca przez jego mętne oczka. Opuszkami palców pogładził policzek syna i wyszeptał: — Mamusia umarła. A poza tym. który ostatnio żył ze sprze- daży frywolnej damskiej bielizny i jeździł sportowym kabriole- tem. oszczędź naszego syna”. Jesteśmy teraz sierotami. po wszystkich okrucieństwach wojny domowej. co rzecz jasna prowadziło do strasznych rezultatów. Rosja skolonizowana przez rzeźników? Dymitr Aleksandrowicz nie brał udziału w tych dyskusjach. mówi się często. Alek. Dziecku. Elena Władimirowna zniknęła pewnego dnia. Kiedy wybuchła druga wojna światowa. kiedy po- wróci na tron. przestał też myśleć. ale co zajmie jego miejsce. podporuczników marynarki.

Dymitrowi Aleksandrowiczowi nie pozostało nic innego jak wrócić do Paryża w poszukiwaniu pracy. — Ależ ja jestem obcokrajowcem. Goethego i Kruppa. ale zaledwie dotarł do Tarbes — na własny koszt — zostało podpisane zawieszenie broni i fabryka amunicji przestała istnieć. jakiemu podlegali we Francji emigranci. biorąc za wzór wielu Francuzów. fabry- kę ewakuowano na południowy wschód Francji. ale budziło ono wstręt w duszy podporucznika marynarki: mógł. do tych drugich. W czasie wojny nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu we Francji. Jednych zmobilizowano. może wywrzeć jakikolwiek wpływ na Historię. Nie opuściła go tylko jedna. Było pewne rozwiązanie. był mocno skomplikowany. Rosjanie dzielą się na dwie kategorie: jedni podziwiają nie- miecką technikę. „Tego jednego jestem pewien” — powtarzał często. innych nie.podchorążych. Wróci do ojczyzny. Po kilku dniach starań w prefekturze Psar wyjednał dla siebie odpowiednie zezwolenie. Kilku oficerów znów wypomniało mu rosyjską pożyczkę. To się stanie samo z siebie. nie znoszą Niemiec. na swoje nieszczęście. — Praca? Dla pana? Kiedy przegraliśmy wojnę z powodu tych cholernych cudzoziemców? Nie ma mowy. Kiedy nadeszła klęska. po- cząwszy od Aleksandra Newskiego. żeby rzucił taksówkę i został szoferem w fabryce amu- nicji. zostanie pan uznany za dezertera. drudzy natomiast. Status. gorąca nadzieja: że prochy jego nie spoczną w obcej ziemi. żeby tam umrzeć. Psara po- proszono. przyjąć propozycję zatrudnienia od władz oku- pacyjnych. ale poza tym było całkiem znośnie. A jednak trzeba było jeść. Dymitr Aleksandrowicz należał. a przede wszystkim nakarmić ma- łego Aleksandra. któregoś dnia. Jeżeli nie znajdzie się pan w Tarbes. — To nas nic nie obchodzi. Pracować dla Niemców oznaczało dla niego zdradę wobec 23 .

dobrze go trakto- wano. kiedy prowadził nie- miecką ciężarówkę. Nigdzie nie będzie mu gorzej. już nie przez zrządzenie boskie. spośród których wielu było komunistami. należały do najbardziej niszczycielskich w jego życiu. Ale był jednym z tych ludzi. Biali emigranci byli teraz ledwie tolerowani. jego pensja powiększyła się trzykrotnie. który zgrzeszył najciężej jak tylko można. wykrzykiwane z końca kolejki w piekarni. pisarza. mordowanych przez całe wieki przez miecz Krzyżaków czy też popleczników Napoleona. Znał niemiecki. nigdzie nie 24 . sprawiło. którzy swego patriotyzmu dowodzili pastwiąc się nad wszystki- mi stojącymi niżej. czy też w pomocniczej służbie informacyjnej. Myśl o powrocie do kraju. ty cholerny Rusku”. Administracja przeszła w ręce partyzantów ostatniej godziny. nikt nie okazał mu wdzięczności. odzyskałby może swój stopień wojskowy. W dodatku bohaterstwo prawdziwych party- zantów. Te dwa lata. że we Francji wybuchła wielka miłość do Związku Radzieckiego. coraz częściej nawiedzała Dymitra Aleksandrowicza. był zesłanym przez opatrzność kozłem ofiarnym narodu. ale w wyniku świadomej decyzji. jak ikona. bo zwątpił sam w siebie. Sytuacja Dymitra Aleksandrowicza stała się nie do zniesienia. Gdyby był włożył na siebie mundur feldgrau. Gdy wojna się skończyła. Bzar Tmidri kompromitował się. ale podporucznik marynarki pozo- stał bez skazy. Z jednej strony bezustannie nękany był przez administrację. którym brak komfortu moralnego doskwiera bardziej niż niedostatek materialny. z drugiej dokuczało mu bezrobocie. I od czasu do czasu: „Wracaj do siebie. A jednak i tym ra- zem poddał się konieczności. W jednym tylko był nieugięty: systematycznie od- rzucał propozycje lepszej i lepiej płatnej pracy na stanowisku tłumacza. Obcokrajowiec do niedawna opłacany przez wroga godzien był ostrej krytyki. lecz konsekwentnie mówił „nie”.miliona siedmiuset tysięcy zabitych podczas pierwszej wojny i setek tysięcy innych.

tak jakby cząsteczka materii zderzyła się z cząsteczką antymaterii. — Wiecie — opowiadał później swoim prawdziwym towa- rzyszom. może nawet w szkole kadetów imienia Suworowa — bo szkoły te znowu powstały! Jakie to było niezwykłe przeżycie dla Dymitra Aleksandrowi- cza. 25 . chorążym i podporucznikom marynarki. Ale świat ocalał. Dymitr Aleksandrowicz nie miał żadnych złudzeń. że nie odnajdzie błyszczącego Petersburga z czasów swego dzie- ciństwa. Toteż gdy w pewnym lazarecie lekarz wyjawił mu. poczucie przynależności było o tyle ważniejsze niż własność! Cóż to będzie za ulga. wejść w kontakt z „towarzyszami”. spodziewał się nieledwie. nic na to nie odpowiedział. wrzucić do pieca ten nansenowskim paszport znikąd. No właśnie. czy istnieli jeszcze czerwoni? Czy można kwestio- nować egzystencję państwa. wolność uważał za ideał niewolników. Wiedział. Kiedy położył palec na guziku dzwonka pod numerem 79. którzy zbliżali się już do pięćdziesiątki — oni wcale nie mają rogów ani kopyt. poczuł w gardle falę tęsknoty silniejszej niż wszystkie poprzednie.będzie się go bardziej atakować niż tutaj. Zresztą słowo wolność nie budziło radosnego oddźwięku w sercu podporucznika marynarki. Aleksander. A jeśli tam zniesiono własność prywatną — Psar przystanie na to z radością. Podobnie jak jego męscy przodkowie szukał chwały w służbie. a jego ciało. — Nawet czerwoni nie mogą mi tego odmówić. a także nauczy się służyć. a Sowieci na obczyźnie przypominali z grubsza normalnych rodaków. że zdradziły go komórki jego ciała. że jego organizm jest wyczerpany. że zaraz świat rozleci się w kawałki. Ale będzie słyszał dookoła własny język. milczący jak zawsze. spocznie w ojczystej ziemi. które tak chwalebnie odepchnęło napastnika? Niepodległość jest cenniejsza niż wolność obywate- li. kiedy będzie musiał umrzeć. I Aleksander wychowa się w rodzinnym kraju. Jak kiedyś pogładził policzek syna i powiedział: — Wracamy.

we wszystkich dzie- dzinach. najwybitniej- szego wodza. trzeba było naprzód zademonstro- wać całkowitą uległość i uznać swoje błędy. — Czy powinienem był wspomnieć. Potem przyszła faza rehabilitacji. ale również podać peł- ną listę bliższych i dalszych krewnych oraz ich życiorysy. wchłaniając wykła- dy o błędach carów. którzy znajdują się w ZSRR. Wyspowiadany i. że krewni jego nie żyją już. By je otrzymać. oczywiście. emigranci. Zaraził się obsesją po- wracających — byle tylko nie zaszkodzić tym. Skruszony grzesznik musiał zacząć od wypełnienia płacht for- mularzy. Dano mu do zrozu- mienia. mierząc w ucznia garbatym nosem i złowrogo skrzącymi się szkłami okularów. ucząc się na pamięć myśli Marksa. Dymitr Aleksandrowicz odpowiednio pomniejszył swoje wyczyny i oświadczył. Na przykład maniery Dymitra Aleksandrowicza: były całko- wicie anachroniczne. najgłębszego filozofa i ekonomisty. tylko o udzielenie przebaczenia. Pewnego dnia zdarzyło mu się poślinić pa- lec. że nie idzie o żadne pojednanie się. którzy prawie nie mieli odwagi spojrzeć na siebie. Engelsa. że kuzyn Alosza nie żyje. tego. jak się wydawało. słów największego geniusza. Trzeba było nie tylko wyznać wła- sne przewiny wobec rządu radzieckiego. Iljicza i. spotykali się trzy razy w tygodniu. najsławniej- szego przywódcy ludowego wszystkich czasów. — Proszę tego nigdy nie robić! U nas oznacza to brak wy- chowania — wycedził surowo przydzielony mu katecheta. Zorganizowano kursy wieczorowe. czy też lepiej nie wymieniać go wcale? — dręczył się w środku nocy. z uzyskanym przebaczeniem. syn marnotrawny miał obecnie zapoznać się z prawdziwą wiarą. którego 26 . zwanych ankietami. nie tylko pomyłki polityczne. aby przewrócić stronicę w dziele Lenina. Co go natomiast zdumiało to arogancja urzędników i hojnie okazywane petentom poczucie wyższości.

mówić o „białogwardyjskich hordach” i „ob- szarpanych kontrrewolucjonistach”. ze ściśniętym gardłem zrelacjonował przebieg bitwy pod Stalingradem. milcząco podzielając jego zawstydzenie. zanim zdołał wypowiedzieć — tuż przed nim błyszczały wymagające okulary katechety — „Mikołaj Krwawy” czy też „Leningrad”. Wreszcie katecheta wezwał go i oświadczył: 27 . Nie mając żadnego wykształcenia ekonomicznego i nie uto- żsamiając się ani z interesami. Dymitr Aleksandrowicz zdał część egzaminów nie „lewicując swej du- szy”. Na zakończenie od- śpiewano chórem Katiuszę: to było sowieckie. iż w zamian za ten nie- wielki wysiłek otrzyma paszport i będzie mógł oznajmić Francu- zom. W niedzielne poranki zaniedbywał cerkiew. myślał. Teraz należało dowieść swej szczero- ści. Jeszcze jedno poświęcenie. takie jak Gorąca głowa czy też Przysięga. Pomagał także w organizacji balów. Z satysfakcją wyliczył marszałków Związku Radzieckiego i ich zwycięstwa. zacinając się. aby oklaskiwać filmy propagandowe. i będę mógł wsiąść do pociągu. z pozoru niewinne: autobus i biblioteka. swój rząd i swego amba- sadora — to się przeliczył. Rewolucjoniści nie mają poczucia humoru. by można było potraktować tę liturgię choć trochę humorystycznie. Sposób ich wymawiania dzielił Rosjan na dwa obozy. ale nie komuni- styczne. Próbował nawet wymawiać po sowiecku dwa słowa. Jeśli Dymitr Aleksandrowicz liczył. Potem z kolei oni mu- sieli. Nie było oczywiście mowy o tym. wyświetlane specjalnie w porze mszy świętej. Inni kandydaci przysłuchiwali się temu ze spuszczonym wzrokiem. heroiczne i sentymentalne. że teraz także i on ma swój kraj. Wznosił toasty na cześć niewypowiedzianie wielkiego Iljicza i za zdrowie największego z największych ludzi. Wrócić. wydawanych w rocznicę Rewolucji Paździer- nikowej. Ale zająknął się kilkakrotnie. ani z cnotami burżuazji.patronimik wypowiadany był jednocześnie ze służalczą czułością i z męskim szacunkiem: Józefa Wissarionowicza. jednym słowem — rosyjskie.

Czuł. sprawdzić pieczątki. — Dziękuję. widoczną na dnie sejfu.. jest nieomal tyle samo warte co być poddanym cara. proszę mi go dać. dziękuję — powtarzał. przekonaliśmy się.. — Obywatelu. Zna pan Francuzów. leżał na biurku. zdjęcie. które wypełniał. Z podniesioną głową wyjdzie na ulicę Grenelle. że jesteście prawdziwym synem naszej sowieckiej ojczyzny. — Na cóż on panu? — Nie mogę żyć we Francji bez dokumentów. ale był to drobiazg. Dymitr Alek- sandrowicz mógł go wziąć do ręki. — Kiedy mogę wyjechać? Katecheta delikatnie wyjął z rąk wzbraniającego się nieco Dy- mitra Aleksandrowicza paszport. a oni do pana. Wpatrując się swymi przedwcześnie zmatowiałymi oczami w zieloną plamkę. jęknął: — Ale. Dymitr Aleksandrowicz nie od razu pojął. chciał bowiem zabrać tę małą ksią- żeczkę powodowany czułością. Być obywatelem. od dawna już skreślił twarde znaki i łacińskie „i” na formularzach. podejdzie do policjanta i powie mu: — Jestem obywatelem radzieckim. — Na razie schowamy tę zabaweczkę tutaj. podpisy. przyzwyczaił się pan do nich. Nowoczesna pisownia jego imienia i imienia jego ojca drażniła go jeszcze. że znów stał się sobą. że staje się pełnym człowiekiem. ale na ra- zie przyniesie pan więcej pożytku socjalistycznej ojczyźnie nie opuszczając Paryża. wydawało mu się. Zielony paszport był tuż obok. Uczepił się słów „oczywiście” i „na razie”. miałby materialny dowód. — Oczywiście pewnego dnia powróci pan do kraju. paszport. Nie był to jedyny powód. U siebie w pokoju pokryłby ją pocałunkami. Podniósł się i umieścił paszport na jednej z półek sejfu wbu- dowanego w mur. 28 . że oznacza to ko- niec jego marzeń.

jakby chciał jeszcze przyspie- szyć proces zniszczenia. Odśpiewano Między świętymi. ale nie zdrajcę. jako że personel szpitalny tego właśnie dnia strajkował. która mimo wszystkich pana pomyłek wyciągnęła do pana ramiona. To były jego ostatnie słowa. bez żadnej opieki. Trumnę opuszczono do grobu przy pomocy haftowanych 29 . teraz pięćdziesięcioletni. Czerwiec był wyjątkowo ciepły i ksiądz obficie używał ka- dzidła. że otrzymał pan radzieckie obywatel- stwo. kiedy wiedział. — To — odrzekł katecheta. by pogłaskać poli- czek Alka. że na pewno zniszczyły ziemię. złowrogo pobłyskując grubymi szkłami okularów — nie przedstawia żadnego problemu. aby spełnione zo- stało skromne ostatnie życzenie tego. Od tej chwili rak pustoszył jego organizm ze zdwojoną siłą. że serce biednego człowieka pęka z żalu. Nie powie pan Francuzom. zamia- tacz ulic — tracił kolejno wszystkie swoje posady. Dymitr Aleksandrowicz nie miał już żyć długo. dodał jeszcze. litością czy też sprytem: — Właśnie w ten sposób odda pan największe przysługi so- cjalistycznej ojczyźnie. pracując tylko od czasu do czasu. pomywacz. — Nie wrócę do kraju. pieśń. Dymitr zmarł w szpitalu. Ty to zrobisz za mnie. teraz zaczął pić tak. Alek. Pogrzeb odbył się w kaplicy cmentarnej Zaśnięcia Matki Bo- skiej. Chorążowie i podporucznicy. suro- wo oceniali zdradę. którego nazywali posłu- gując się trudnym do przetłumaczenia rosyjskim słowem.. Nocny stróż. nie wiadomo. miał już tylko jedno życzenie: być pochowanym na cmen- tarzu w Sainte-Geneviève-des-Bois. Nigdy przedtem nie pił dużo. Teraz. że nigdy nie wróci do kraju.. ale nie zdołał już dokończyć tego gestu. Złożyli się. Nieśmiertelną pamięć i Jakże chwalebnie. jakby współbiesiadnikiem. będzie się pan w dalszym ciągu posługiwał paszportem nansenowskim. powodowany. gdzie próchniało tyle rosyj- skich trupów. którą tradycja łączy z żołnierskimi pogrzebami. tragarz. Uniósł dłoń. Dostrzegając.

W pewnej chwili tuż obok niego zatrzymał się samochód. Ubrany był w brązową marynarkę. podwiozę pana — powiedział ktoś. wypożyczonych przez pewną starą generałową. zapewne prezentu jakiegoś zamożniejszego kuzyna albo daru instytucji charytatywnej. — Dziękuję. nad młodzieńczą szyją. Gdy tylko pogrzeb się skończył. Wsiadł do samochodu.pasów. zbyt szerokie spodnie i wielkie niezgrabne buciory. Szedł w oślepiającym słońcu. Trzeba je było zwrócić. jak wszyscy inni. Aleksander Dmitrycz. otwie- rając drzwi samochodu. — Ileż on może mieć lat? — Dziewiętnaście? Nie wygląda nawet na tyle. biedak. którą odsłaniała rozpię- ta biała koszula. Przyjaciele ojca odczuwali wobec syna raczej nieufność niż sympatię. którego nikt z obecnych nie znał. niebieskiego ubrania. dlatego też nie zostawiono ich — jak każe obyczaj — grabarzowi. Miał pyzatą twarz i nosił okrągłe. Jakubie Mojsiejewiczu. 30 . przyglądał się temu z ostentacyjnym spokojem. czekać na autobus. przeciw- nie. jasnowłosy. pełen rezerwy. Cóż by zresztą z nimi począł? Grudki ziemi rozbijały się na świerkowych deskach trumny. Aleksander zawahał się. On także złożył poda- nie o repatriację i przesiadywał w ambasadzie. ruszył sam w stronę dworca kolejowego. Wśród uczestników pogrzebu znajdował się też pewien młody człowiek. To był właśnie ten młody człowiek. Pomyślał jednak. że to zaproszenie było może grzecznie wypowiedzianym rozkazem. rozczulały się nad szczupłą chłopięcą twarzą o zaczerwienio- nych powiekach. Aleksander Dmitrycz nie chciał. Czy nie był to przypadkiem mały bolszewik? Żony przyjaciół Psara. poczciwe okularki. — Proszę wejść. noszona bez krawata (Dymitr Aleksandrowicz nienawidził tej wzorzystej ozdoby) do starego. Przeżegnał się kilka razy w nieodpowiednim momencie.

Jak bohaterowie Czechowa wzdychał do czasów. Dumny był. Gdyby nie oni. w wydziale spraw wewnętrznych. myślał. Oczywiście. że czę- sto aż łzy stawały mu w oczach. że wiedział kiedy to nastąpi: już jutro. Nic nie przeszkadzało temu. ale ich problemy wydawały mu się anachroniczne. białogwardziści odnieśliby zwycięstwo. by sytuacja Żyda miała być inna niż Tatara czy Gruzina. Matka i babcia Jakuba Pitmana też pochodziły ze skromnych rodzin. wykazała więc pochodzenie pro- letariackie w zasadzie bez zarzutu. tak samo jak niegdyś jego ojciec. Nie znaczyło to. traktował ich z czułością. kiedy wszyscy ludzie będą się kochali. jaką mu to sprawiało. Czajkowskiego. że Jakub chciał stanąć w pierwszym szeregu pracu- jących. że wstydził się swoich rodziców. To dzięki partii jego ojczyzna stanie się najpotężniejsza na całym świecie. Lokomotywą szybko zbliżającej się przyszłości była partia. że to właśnie jego kraj wyprodukował Puszkina. przeciwnie. Jakub Pitman pamiętał o swoim żydowskim pochodzeniu. z Berdyczowa. raczej podkreślał przy- jemność. Mojżesz Pitman był ubogim krawcem. Naród radziecki jak jeden mąż pracuje nad wznoszeniem po- wszechnej sprawiedliwości i równie powszechnego dostatku. W dzieciństwie Jakuba Mojsiejewicza Pitmana kołysały do snu opisy bohaterskich wyczynów dzielnych czekistów ra- tujących Rewolucję. Jakub miał dla niej tak żywe uczucia i tyle wdzięczności. obej- mująca dwa pokolenia wstecz. Nad Czechowem miał jednak tę przewagę. Piotra Wielkiego. szczęśliwi i beztroscy. byłby najbardziej użyteczny dla partii i dla ojczyzny. Potrafił zupełnie nieźle zaciągać Raz na balu czy też od- tańczyć ognistego kozaka. Jakub marzył więc o pracy w komisariacie ludo- wym. Poza domem jadł wieprzowinę i nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Właśnie tam. Uwielbiał rosyjski folklor. nie sądził jednak. Ankieta. by przyjęto go na wydział wer- bujący kandydatów pośród młodych ludzi garnących się do tego rodzaju działalności. W tym okresie „narodowość” 31 . silna i opiekuńcza.

Ucieleśnione zło nie zawsze było tak łatwo rozpoznawalne. przede wszystkim zaś właściwa mu była intuicyjna zdolność trafnego wyczuwania lu- dzi. degeneratów. który prowadził sprawy emi- grantów „powracających” — narkomanów. Jego przełożonym był oficer. której starsza. Kiedy po raz pierwszy znalazł się w obliczu autentycznego księcia. Inteligencja jego była żywa i giętka. Ale pragnął się uczyć. niedo- bitków bandytów Wrangla i katów Kołczaka. Wojna właśnie się skończyła i Jakub Pitman oddelegowany został do pracy w ambasadzie. że skierowano go do piątego departamentu. Nie opuszczała go też ciekawość. dla jej dobra. Jego entuzjazm nie miał granic! Będzie pracował ze wszyst- kich sił. Tak więc po opuszczeniu uniwersy- tetu Jakub Pitman przepełniony radością i wdzięcznością przy- jęty został do szkoły „Biełyje Stołby” i studiował tu przez dwa lata. amnestionując tych lokajów reak- cji.żydowska była jeszcze plusem raczej niż minusem. nie narkotyzował się i z pewnością nigdy nie posługiwał się knutem. delikatny. która znów podejmowała swą działalność w Paryżu. rzecz jasna. dyktować będzie sposób postępowania. Młodszą siostrę. Tymczasem książę O. aby uczynić z Francji siostrzycę Rosji. jak się tego spodziewał. że ujrzy wilkołaka albo nadczłowieka. równie szczęśliwą i wolną jak ona. głównie zagadnienia kontrwywiadu. Na początku wszystko szło doskonale. Wuj rewo- lucjonista upiększał obraz. Znał francuski i to sprawiło. spodziewał się. był garbaty. chociaż Pitmana szokował prymitywizm tutejszego środowiska. Rząd radziecki okazał niezwykłą łagodność. składającego się głównie z karierowiczów i hula- ków. Pitman był jednocześnie onieśmielony i przejęty obrzydze- niem. Te wspaniałe zamiary nie uchroniły jednak porucznika Pit- mana od tego. że po roku pobytu w Paryżu znalazł się nagle o krok od utraty honoru i stanowiska. biedny jak Hiob. Wkrótce polecono mu zająć się wyszukiwaniem pośród 32 .

którzy i tak nie mieli czego szukać w ZSRR. Poprzednio kierowali nią Kutiepow i Miller. a co za tym idzie zdolność stawiania oporu najmniej- sza. których w przyszłości łatwo będzie pchnąć na odpowiedzialne stanowiska. 33 . polegała na porwaniu w samym środku Paryża pewnego pułkownika carskiej armii. tradycja jednak wymagała. tak samo jak zgarniało się ludzi w Moskwie czy w Niżnym Nowogrodzie. Amnestia nie była bowiem całkowicie bezinteresowna. teraz je- go zwierzchnik przesunął go do innej sekcji. boha- ter licznych anegdot. Chodziło o to. najzupełniej legalnie. przeprowadzając selekcję. Pozostawało tylko „zgarnąć” pułkownika z domu. Żeby jednak uśpić czujność Francu- zów. by zadać zdecydowany cios takiej organizacji. miała pozostać we Francji. sekretnyje sotrudniki. zdy- chali sobie w dalszym ciągu na obczyźnie. żeby Jakub Mojsiejewicz miał okazję poznania wszystkich rodzajów działalności. Pierwsza misja. teolodzy. na miejscu. co domagali się powrotu. w jakiej uczestniczył. żeby pozwolić na powrót ta- kim ludziom. które mogłyby stać się. Więk- szość tych. jak ich nazywano. znajdującym się już. byłym partyzantem. opowiadanych między jednym i drugim kieliszkiem. Pitman dobrze się spisał. Pitman mógł się pochwalić świetną zdobyczą. któ- ry natychmiast po zakończeniu wojny próbował powołać znów do życia organizację „Union interarmes”. aby przez sam fakt swej obecności odwracać uwagę od zwerbo- wanych współpracowników.kandydatów do powrotu osób. żeby starzy kierowcy taksówek. którego siostra studiowała atomi- stykę! Nie mogło być mowy o tym. trzeba było. najlepiej nad ranem. Stary pułkownik nie był specjalnie nie- bezpieczny. jako że uprzednio uzyskana została zgoda władz francuskich. Tym razem zresztą nie przewidywało się żadnych komplikacji. prowadzonych przez ich placówkę. ludziom. gdy temperatura ciała jest najniższa. wiekowi Cyga- nie. „seksots”. Następnym szefem Pitmana został stary czekista z niebieskim nosem.

ale prze- cież nie będą protestować. Przed 25 laty z pewnością nie odmawiał sobie przyjemności wie- szania czerwonych więźniów. Za starymi drzwiami. chociaż brama była nadal zamknięta. Zaczął stukać. którego trzeba było usunąć. skąd obserwował wszystko. który już wkrótce stanie się rajem. Jakiekolwiek komplikacje były zresztą mało prawdopodobne: dozorczyni co prawda bardzo lubiła pana Rosjanina. gotów w razie czego do interwencji. obiecał. że chcesz pożyczyć 10 franków. który zaw- sze starannie wycierał buty. grzecznie choć stanowczo. i zniszczoną pidżamę. potem kopnia- kami. Pułkownik nigdy nie był obywatelem radzieckim i Francuzi nie bardzo mieli ochotę na otwarte wydanie go Rosjanom. które pokrywał łuszczący się lakier. jeśli się go przymknie. Kiedy Jakub Pitman wsiadał do specjalnie wynajętego samo- chodu. pano- wała cisza. ten naleśnik z czło- wieka z kępką brody sterczącą z twarzy. — Jak będziesz tak sobie postukiwał — powiedział czekista — to on gotów pomyśleć. żeby nie robiła żadnych trudności. nie dręczyły go żadne moralne rozterki. by nie mógł siać zamieszania w kraju. Czyż nie bili- śmy się razem z Niemcami? Pitman przycisnął guzik dzwonka. Zaczął walić w drzwi. po cztery uderzenia. zrobił wielki krok do 34 . Na karku czuł przesycony wódką oddech czekisty. że przypilnuje. dawny komunistyczny partyzant. Nigdy nie dowiedział się. ale jej mąż. Teraz chodziło o to. a obecnie policjant. skąd pojawiło się to wrażenie. których zresztą nie ma. ugiętym palcem wskazującym prawej dłoni. Pułkownik był tylko nędznym wichrzycielem. Nagle Jakub poczuł przed sobą jak gdy- by wielką pustkę. drugi wszedł na podest szóste- go piętra. która przebiła mięso. najpierw otwartą dłonią. Gdy Jakub zobaczył to coś na chodniku. Jeden z jego przybocz- nych został na czwartym piętrze. połamane nogi z kością. aż drzwi dygotały. Może prze- ciąg? Na schodach rozległ się zdenerwowany głos dozorcy: „To- warzyszu! Psze pana! Panie kapitanie! Zdarzyło się nieszczę- ście”.

nie może się mylić. zaczął uporczywie przyglądać się Jakubowi. strzelając okiem na swoich ludzi. schowałbym się w najciemniejszym kącie. wstrząsany czkawką.tyłu i zaczął otwarcie. Z drugiej jednak strony odczuwał głęboki zawód — sądził. jako że KGB. której ro- la jest wiodąca a doktryna niezawodna. Kiedy nieśmiało poprosił o wyjaśnienie — nie miał prawa czytać raportu — szef komórki spojrzał mu w oczy. Za- czął się także chować. Była to tylko kwestia bezwładu biurokratyczne- go: wkrótce zostanie usunięty z departamentu. — Zdechlak! Baba! — wysyczał do niego czekista. Po dwu latach dotknięty łaską zaczął chodzić do kościoła i głosować na partię prawicową. A potem. Wydawało się. a tu masz! — zachowali się jak niezdary. bez skrępowania wymiotować. być może nawet z KGB. Od tej chwili jego wiara w marksizm topniała szybko. Późniejsze zachowanie się po- rucznika potwierdziło. z tą jego bródką. który stukał do drzwi tak długo. — Na twoim miejscu wstydziłbym się. że Pitman. Nie 35 . bliska partii. Pitman. upodlenie. Niebieskie epolety nie są dla tchórzy. ponieważ cierpiał z powodu okazywanej mu pogardy. Poza tym nie dostawał już żadnych poleceń. Czekista napisał mściwy raport — akcja nie udała się z winy porucznika Pitmana. teraz skazany był na klęskę. kręcił głową z mieszaniną litości dla ofiary i jednocześnie z trudem opanowując nerwowy śmiech na widok tego śmierdzącego pajaca rozciągniętego na bruku. Do- zorca trzymał się z tyłu. że towarzyszom radzieckim zawsze udawały się akcje. któremu do tej pory wszystko sprzyjało. że osobnik zdążył wyskoczyć przez okno. że przyczyną niezdecydowania Pitmana był brak odwagi fizycznej. kiedy wcho- dził do pokoju. Zaczął się więc wstydzić. Z dnia na dzień przestano podawać mu rękę. jakby chciał ich wziąć na świadków. odwracano się. kiedy już przestał wymyślać swojemu podwładne- mu.

zo- stał przez młodszych pracowników ambasady nazwany Stalag- mitem. ale w której dyrekcji i w jakim departamencie? I jaką miał funkcję? Zagadka. Jemu stawiano tylko zarzut zwykłej słabo- ści. tylko zaszyć się w kącie i cze- kać na odwołanie. Oznaczało to. Od jakiegoś czasu personel ambasady unikał aluzji na temat Abdulrachma- nowa. o kim wiedział. Wiedział przecież. jakby wymienianie jego imienia mogło spowodować nie wiadomo jaki kataklizm. Abdulrachmanow. szperał wtedy we wszystkich biurach. że jeśli się już jest w KGB. który nie miał odwagi spojrzeć w oczy komuś. gdy inni kończyli pracę. Tymczasem pewnego dnia przyszedł do niego szeregowiec. że jest w niełasce: — Towarzysz Abdulrachmanow was prosi. Miał wszystkie klucze i wytrych. i to nie tylko z powodu jego stożkowatego kształtu. Abdulrachmanow był prawdopodobnie w KGB. Nic o nim nie wiedziano. monumentalna postać z małą głową. ale także dlatego. żeby jego na- rzeczona miała się rumienić ze wstydu przez niego? Myślał o zerwaniu. to znów za wysokiego dygnitarza partyjnego. Jego działal- ność zaczynała się. można popełnić pewną liczbę pomyłek.pozostawało mu więc nic innego. w samej substancji swego istnienia. że przypominał raczej fenomen przyrodniczy niż ludzką istotę. gorące i pełne nadziei listy. Cier- piał także z powodu swej miłości. że tak naprawdę nie został zaakceptowany przez zwierzchników i odrzucano go jako nieprzydatnego. które będą zatuszowane dla dobra organizacji. Przezwisko to jednak wyszło z użycia. Słodka Eliczka słała mu czułe. Jakub Mojsiejewicz Pitman był głęboko zraniony w swoich ambicjach. Potem o samobójstwie. odpowiadającego 36 . składającego sprawozdania samemu towarzyszowi Berii. nie wyłączając gabinetu ambasadora. Czyż miał znosić i to. Kto mu je dał? Brano go za inspekto- ra. nieznany był nawet jego stopień wojskowy: reagował jednakowo ochoczo na „towarzyszu kapitanie” jak i „towarzyszu generale”. w swym pragnieniu służenia.

— Ależ proszę usiąść. Czy zna pan Sun Tsu? Siejący postrach tow. co dla skazanego na śmierć wizyta o 4 rano w jego celi. recytujący śpiewnie: „Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. wróg się poddał”.. tymczasem dobiegł go melodyjny głos. Jakubie Mojsiejewiczu. I ten Sun Tsu. Abdulrachmanow nie wyrażał się jak oficer KGB. Nigdy nie powie- dział nic ostrego. Pitman byłby zaszokowany tym mało radzieckim stylem zacho- wania. a nawet jak zwykły obywatel radziecki. pełnego kurtuazji człowieka. pustego pokoju. towarzyszu generale. Usłyszawszy. Ja nie jestem w szóstym depar- tamencie. w którym jednocześnie wyczuwało się ogromną siłę.. — Nie. lecz jego nienaganna wy- mowa przypominała raczej profesora uniwersytetu przedrewo- lucyjnej Rosji. 37 . On jednak będzie musiał zawieść swego rozmówcę. Pitman stanął dość niezdarnie na baczność w progu niczym nie wyróżniającego się. kim może być Sun Tsu — zapewne jakiś lokaj Czang Kai-szeka. Zaraz się ze sobą zapoznamy. Jakubie Mojsiejewiczu. serdeńko. mało świadczącego o tym. raczej intencje wychowawcze. i umieści na tym krześle swoją starą panią. ja nie. Skojarzenie to musiało powstawać automatycznie na widok tego zażywnego. wróg się poddał. że może wejść. — Niech pan wejdzie. a jednak budził przerażenie. by się tu ktoś przemęczał pra- cą. Używał swojego głosu jak aktor. Przed stożkowatą głową unosił się palec wskazujący. gdyby nie opanowały go zupełnie inne emocje.wyłącznie przed Józefem Wissarionowiczem. Oczekiwał wojskowego wrzasku albo lodowatego szeptu. nie wy- rażał jednak groźby. wszyscy trzej. na granicy otyłości. posługując się najbardziej wyrafinowaną dyk- cją. Oto po raz pierwszy od dwu miesięcy ktoś odezwał się do niego serdecznie. Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. Być wezwanym przez niego — w sytuacji Pitmana! — oznaczało to samo. gdyż nie miał zielonego pojęcia. Mówił śpiewnym basem. towarzyszu generale.

Przestanie pan więc. A wreszcie. ponieważ jest to najwyższy stopień. Czując swą winę. — Proszę mi na początek powiedzieć. jak to nazywają ci. posługiwać się tytułem generała. Nim zdążyłem zwi- lżyć. — Jaką myśl. Pitman rozejrzał się wkoło. którzy wcale tacy nie są. ale Pitman nie mógł sobie niczego przypo- mnieć. — Ależ. żeby pan łaskawie mówił do mnie per Matwiej Matwiejewicz. ponieważ ja pozwo- liłem sobie nazywać pana Jakubem Mojsiejewiczem. miły mój Jakubie Mojsiejewi- czu. chyba żeby wziąć pod uwagę wiszący na ścianie portret Feliksa Edmundowicza. którą przed chwilą przytoczyłem. Po pierwsze. On jednak był wszędzie. nawet dla kogoś. nazywać mnie towarzyszem. i pan. i tak dalej. który wydawał się tak dobrze wobec niego usposobio- ny. by miały dla nas znaczenie powierzchowne i zbędne stratyfikacje socjal- ne. mój bezcenny Jakubie Mojsiejewiczu. towarzyszu generale? Mówił „generale”. nie było w KGB pomieszczenia. w którym nie pojawiałoby się to inkwizy- torskie spojrzenie. — Zanim spotkamy towarzysza Sun Tsu. jak ocenia pan tę myśl. Przywiązujemy zbyt wielką wagę do prawdy tkwiącej w rzeczach i ludziach. Co myśli pan o tym? Pytanie było bardzo trudne. Być może Lenin wypowiedział się gdzieś na temat. ale nie spostrzegł żadnej trzeciej osoby w pokoju. kto zawsze sta- rał się rozumować tak jak trzeba. Dalej. Jeszcze raz nieszczęśliwy porucznik miał zawieść swego prze- łożonego. nikt pana tak nie nazywa! 38 . — Proszę usiąść — powiedział człowiek zwany Stalagmitem. Więc przestanie pan. wyjąkał żałośnie: — Nie wiem. towarzyszu generale. — Tę. podejmiemy kilka wstępnych decyzji. ale nigdy jeszcze nie widział tak uprzejmego generała. i ja jesteśmy zbyt ukultu- ralnieni. towarzyszu generale. zarazem wielkoduszną i podstępną. chciałbym. żebyśmy musieli rzucać sobie w twarz co pięć minut nasze przekonania polityczne.

mój szma- ragdowy. to poszedłbym. że towarzysz Sun Tsu poszedł do nieba około dwa i pół tysiąca lat temu. użyteczność ich godna jest sza- cunku. Pitman odważył się spytać: — Dlaczego? — Dlatego. abyśmy potrafili wykorzystać te fantastyczne środki. Czy słyszał pan o Einsteinie? Proszę się nie niepokoić. gdybym miał ochotę pójść. My odkryliśmy względność sztuki wojennej.. co nie byłoby niczym nadzwy- czajnym. Jasiu-głuptasiu.. czyjego nauka pozostaje w zgo- dzie z podstawowymi aksjomatami marksizmu-leninizmu. lecz także wszystkie jego projekty. a ja na to pluję. ale ani oni nie mają nic do powiedzenia Matwiejowi Ma- twiejewiczowi. przeciągłą wymową tych słówek. jeśli Bóg pozwoli. któ- rego członkiem. od seksu do religii. Możemy pokrzyżować nie tylko sztabowe plany wroga. Będzie pozostawała w zgodzie. ani Matwiej Matwiejewicz im. Sun Tsu mówi: najwyższe wyrafinowanie sztuki wojennej polega na pokrzyżo- waniu planów wroga. Tyle tylko.. — Mój drogocenny Jakubie Mojsiejewiczu. No więc. uznaną obecnie za przesadnie kurtuazyjną — . 39 . Jakubie Mojsiejewiczu. otaczający nas towarzysze są bardzo użyteczni.. Jeśli by ktoś mi powiedział: chodź tu. — Abdulrachmanow posługiwał się dawną. ja i parę innych osób je- steśmy w strategii. nie chcę go aresztować — dodał z gryzącą iro- nią. Nie jest jeszcze pewne. Osoby te składają się na radę. Oby Bóg pozwo- lił. — Tak. że Sun Tsu nie dysponował środkami odpowiednimi do jego geniuszu.. Dlatego też nie- chaj mnie nazywają jak im pan Bóg każe. — Proszę się nie niepokoić. zaraz zresztą zduszoną. No więc.. Matwieju Matwiejewiczu. Zrobi się co trzeba. od stopy urodzeń do literatury. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. stanie się i pan pewnego dnia. wszelkiej natury. słyszałem o Albercie Ein- steinie.my posiadamy odpowiednie środki. areopag. Czym Einstein jest w fizyce.

Pokażę mu. Wszystkiemu jest winien ten sukinsyn.. Proszę się zastanowić. tym lepiej. i okrucieństwo — te cechy można znaleźć u naszych 40 . Mój wybór padł na pana. To ja rekrutuję ludzi. mój diamentowy Jakubie Mojsie- jewiczu. Ab- dulrachmanow stał wyprostowany. Pitman chciał się wytłumaczyć: — Z mojej strony to właściwie nie była litość. Powtó- rzył tonem. gdzie raki zimują! A jeśli pan ma trochę zbyt delikatny żołądek. jego dziwnie małe dłonie leżały na blacie biurka. Nagle Abdulrachmanow podniósł się. tak. co to koniecznie chciał zamoczyć ostrze noża w krwi.. Innych panu brak. że ma pan brą- zowe włosy albo że jest pan krótkowidzem? Posiada pan właści- wości potrzebne mi w pewnej miksturze. Matwieju Matwiejewiczu. Czyż zna pan coś równie skutecznego i eleganckiego? Aha. prawdopodobnie nie wystraszyłby pan tego starego osła. która jest dla mnie nieodzowna: umie- jętności wczuwania się w innych? Odwaga. oddanie sprawie i spryt. Czy mogę liczyć. Czyż to pana zasługa.. który ryczałby w tej chwili na Łubiance. Henryk IV nie zostałby nigdy królem Francji. że wśród zatrudnionych u nas ludzi znajdę posiadaczy cechy. Wiem o panu wszystko. Gdyby mierzyć wartość człowieka odpor- nością jego przewodu pokarmowego. wróg się pod dał. który byłby odpowiedniejszy w kościelnym chórze: — Nim zdążyłem zwilżyć krwią ostrze noża. — Czuję się zaszczycony. Było coś przerażająco drapieżnego w tym słowie: wybór. Przypominał pterodaktyla gotowego do ataku na swą ofiarę.. To bez znaczenia. Tylko ta broda na chodniku. — Na panu zrobi wrażenie broda. to była wieża. którą właśnie przygo- towuję. Gdyby po- zwolono panu działać. Ta nędzna broda. załatwmy pewien drobiazg. a raczej wzniósł się. bo się wzajemnie wyklu- czają. To nie był już człowiek. Przerastał wszystko. na kimś innym coś inne- go. Widziałem pańskie notatki. — Jest pan w błędzie.

7. 8. Widniał na niej następujący tekst. — Poddawaj w wątpliwość dobro. Ze swą skórą śniadą i ma- tową. — Nie żałuj pieniędzy. znalezionych u Sun Tsu. wygrawerowanych scyzorykiem: 1. który zdawał się sam two- rzyć obowiązujące go ustawodawstwo. Zabawiłem się wpisując je w to twarde drewno oliwki i zarazem we własną pamięć. — Siej niezgodę między obywatelami. 3. rękami czerkieskiej księżniczki. 4. — Rozpowszechniaj zmysłową muzykę. Pitman przyjrzał się człowiekowi. 13.towarzyszy. tak jakby się wskakiwało za kierownicę jakiegoś pojazdu? Proszę zobaczyć. — Posługuj się ludźmi złymi. ułożony z fantazyj- nych. — Zakłócaj aprowizację. a nawet podświadomość. głową przypominającą wycelowany w niebo moździerz. — Kompromituj przywódców. wdarcia się w cudzą świadomość. 6. ale zdolność do wejścia w cudze położenie. 12. wymową z ubiegłego stulecia. — Oto — powiedział Abdulrachmanow. Abdulrachmanow obszedł swoje biurko. 11. 10. Abdulrachmanow przybrał dlań postać sym- bolicznego skrótu Związku Radzieckiego. wziął Pitmana za rę- kę jak dziecko i zaprowadził przed drewnianą tablicę wiszącą na ścianie. — Dezorganizuj działalność władz. który nie krył swego zadowolenia — trzynaście przykazań. niech gardzą. — Drwij z tradycji. stylizowanych na Daleki Wschód liter. ogromnymi wśrubowanymi w posadzkę stopami. ze swym orientalnym imieniem. — Zbieraj informacje. — Podżegaj młodych przeciwko starym. — Sprzyjaj rozwiązłości. lub raczej — kto mówi 41 . 5. 2. — Wstrząśnij ich wiarą. 9.

nasze zabijaki nie dostrzegają wznios- łości tego ideału. Szukam przedstawiciela na Francję. by wystrychnąć wszystkich na dudka. jak mawiał Szekspir. albo też. Ten ktoś wprowadzi mnie w techniki. W tydzień po tej rozmowie Jakub pisał do swej narzeczonej: „Moja słodziutka Eliczko. żeby nazbierać medali i awansów. Więc jak. Cóż za finezja! Ileż w tym wdzięku! Rzecz jasna. nie jesteśmy tu dla przyjem- ności. ale opanuje je pan bez kłopotu. co jeszcze do niedawna było Cesarstwem Rosyjskim. oto czego nie potrafią zro- zumieć nasi wojownicy. a nie cel. Przeciwnie. W tym właśnie sęk. Marzą. Pan jest młody i na początku i pan będzie pod wrażeniem swego awansu. co wyćwiczyli się w kunszcie wojennym. Przeciwnie. To Karol Marks i Dziadek Mróz w jednej osobie. Jak naj- szybciej obsypiemy pańskie epolety gwiazdkami. żeby zrobić wrażenie na głupcach. wolą bić się. jak mówi się u nas. My jednak. to opanować kraj nieprzyjacielski nietknięty przez zniszczenia. a częściowo dla czystej przyjemności. mój ru- binowy Jakubie Mojsiejewiczu. — Ci. Oto właśnie metoda naszego postępowania we Francji. złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu. nasi zawodowcy. Lecz Sun Tsu powtarza: podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć. czy to pana interesuje? Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: — Zajęty jestem tworzeniem w pierwszej dyrekcji departa- mentu «D». częściowo po to. spotkałem ostatnio człowieka zupełnie niezwykłego. Nasze metody są dosyć ezoteryczne. — Zdobywają miasta nie oblegając ich wcale i błyskawicznie opanowują całe kraje. Zgarniemy ją nietkniętą. Gwiazdki to środki do celu. że ten żart nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. Proszę się nie dać zwieść. by zakrwawić ostrza swych noży i za to dostać gwiazdki.o związku. Wiedz. Jesteśmy tu po to. napadać i prowadzić długie operacje wojenne. o których nie 42 . biorą do nie woli armię przeciwnika bez walki — ciągnął Abdulrachmanow. unicestwienie go to ostateczność. tu jest pies pogrzebany. powoduje niezgodę — tego.

A teraz najważniej- sze: zostałem mianowany kapitanem i będziemy mogli się po- brać. szesnastola- tek. i to z promocją. Napisz. że i ty na to czekasz. jaką mu powierzono. którą wzbogaca- ła jeszcze dzieląca ich różnica wieku. Abdulrachmanow zażądał zdjęcia.wolno mi nic powiedzieć. Po miesiącu Pitman złożył raport. nawet tobie. Przeniesiony do departamentu «D». położył palec na aktach Dymitra Aleksandrowicza Psara: — Przyjrzymy się synowi. Coraz bardziej pochłaniała go wyjątkowa misja. Zda mi pan dokładne sprawozda- nie. Swym poli- tycznym wychowawcom nie okazywał wrogości. jakie od pierwszego dnia okazywał mu Matwiej Matwiejewicz. skazywała go na coraz głębszą samotność. jak tylko dostanę zezwolenie. mająca przetrwać lata. nie tyle przez swą tajemniczość. inte- resował się literaturą. ja- ka w istocie przysługiwała mu ranga — interesował się. Generał-major Abdulrachmanow — wreszcie przyznał się. Pitman znowu ściskał dłonie wszystkich kolegów. pośród tysiąca innych rzeczy. Misja ta. że wkrótce będę je miał. Niezale- żnie od więzi natury czysto profesjonalnej. odpowiedział: chcę wrócić. po czym wykrzyknął na- tychmiast: 43 . ile przez to. Zresztą nie zdawał sobie nawet sprawy ze swego osamotnienia. „powracającymi”. Przejrzawszy w telegra- ficznym tempie ich teczki. dlacze- go zwrócił się o przyznanie mu sowieckiego obywatelstwa w tym samym czasie co jego ojciec. wybaczył im ich zachowanie. Ponieważ z natury był dobroduszny. ale nudziły go najwidoczniej prowadzone przez nich zajęcia. przyjaźń. Mam nadzieję. co w niej było trudne do wyjaśnienia. zamkniętym. nawiązała się między nimi przyjaźń. tak bardzo cieszyły go względy. Młody Psar. Techniki te pozwalają uszczęśliwiać ludzi bez zadawania im bólu. był chłopcem inteligentnym. zadufanym. Zapytany. lecz nie widywał się z nimi. mój chytrusku”. mówił doskonale po rosyjsku.

— Czemu? — Ponieważ. że nie wolno głaskać kota pod włos. o co chodzi. Zresztą. określał to jako „czyszczenie do 44 . Na pamięć. niech pan mówi dalej. Pitman potrzebował trochę czasu. i wcale nie o marksizmie. by „ująć zagadnienie na płaszczyźnie ludzkiej” (był to termin techniczny). na filmy niesowieckie. Niech mu pan pochlebia. — Wystarczy przestawić kurek jednym kopniakiem. Zgodnie z zaleceniami naszego Vademecum próbowałem oto- czyć go wpływem ideologii. — Jakby to ująć? On nie jest i nigdy nie będzie „czerwony”. — Kurek? — Już ja wiem. tylko rozmawiał z nim o Rosji. W ukryciu. — Jest piękny. A jeśli to do wewnątrz. będzie wspaniały! Pitman nie przywiązywał wagi do urody kobiecej. zapra- szać go do kawiarń. on się nie nadaje. cóż może łączyć miłą powierz- chowność ze względnością sztuki wojennej? Ukrył jednak swoje zaskoczenie. gdzie nie upijał go. cóż to za przyjemność obcować z człowiekiem o pańskiej inteligencji! A jednak chciał- bym. Proszę przeczytać jeszcze raz strony poświęcone zdobywaniu nowych dusz. i musiał w tym celu prowadzić chłopca do kina. żeby pan nie rezygnował. męska jesz- cze mniej go obchodziła. Matwieju Matwiejewiczu. Niech ten chłopak zostanie pańskim przyjacielem. to nic z tego. albo raczej: pan niech będzie jego przyjacielem. Ten nie promieniuje. co zrobił? Nauczył się na pamięć podstawowych rozdziałów Kapitału. I niech pan pamięta. tak żeby zapomniał o czujności. jak pan sam powiedział. Wie pan. trzeszczącym pod jego ciężarem — jakie jest pańskie zdanie? — Jeśli chce pan z niego zrobić agent d'influence. — No więc — Abdulrachmanow przesuwał się w swym fote- lu. Proszę. szuka pan ludzi „pro- mieniujących”. Co za bezczelność! — Złoty mój Jakubie Mojsiejewiczu.

i odpowiedział na pytanie dotyczące jednego z jego kolegów. mówił o nim jak o czymś świętym i wymarzonym.połysku syndromu brzóz”. Do swego ojca Aleksander odnosił się z patetyczną miesza- niną podziwu i pogardy. Wiersze mniej mi się podobają. tego „drobnomieszczańskiego narodu”. — Nie przepadasz za nim. co? — Nic się nie da powiedzieć. jest w porządku. lecz ankietę przeprowadził. Abdulrachmanow przeczytał Pory roku i Opowieści wuja Stepana. Zawsze pra- wie na pierwszym miejscu. Ramię departamentu sięgało daleko. że wprowadzenie tej na- dziei w życie jest czymś odległym i niezupełnie pewnym. proszę pana. ale nie- wiele brakuje. Braku matki nie odczuwał specjalnie. że jego szef uparł się. Jakubie Mojsiejewiczu. — Ach. nie jest szpic- lem. Przyniosło to jednak owoce w postaci zwierzeń chłopca. nazywa się go carem albo ojczulkiem. 45 . niech pan zrobi ankietę w jego otoczeniu. który urodził się za granicą. pewnego białego Rosjanina. „przyjaciela ojca”. by coś osiągnąć w przypadku tego suchego i skręconego drzewka. by zostać wielkim pisarzem. Jeśli zaś idzie o sławetny „powrót”. — Jego proza jest doskonała. Ale w końcu ma się trochę dość. zwłaszcza jeśli wziąć pod uwa- gę. Nienawidził Francji. ten Rusek jest nieznośny. Wreszcie pokazał Pitmanowi niektóre z tych tekstów. wyznając. zdawał się jednak rozumieć lepiej niż jego ojciec. tym razem jednak sięgnięto wysoko i dzięki temu młody Georges Puch przyjął pewnego dnia nieznanego mu pana. Oczywiście. Pisał wiersze i próbował swych sił w prozie. że pisana jest przez chłopca. Pitman dziwił się. że marzy o tym. zawsze na pierwszym miej- scu Psar. Nie wszędzie jest prymusem. W zasadzie nie wolno było korzystać bezpośrednio z wpływów „korporacji”.

ciasno związany krawat. Pochlebiało mu. — Cóż to za stary osioł! Chociaż nie. ale to biały Rosjanin. trzeba. suchy zrzęda. jak się prosi o osobistą przy- sługę. mały. noszący czarny. Tylko Coroller jest od niego silniejszy. — Eliczka? To urocze. — Proszę mi opisać pańskich uczniów. I jeszcze coś. ale to mięczak. że zwrócono się właś- nie do niego. I niech pan jak najczęściej rozmawia z nim o jego ojcu. Wierzy w Pana Boga i tak dalej. jedna jego uwaga jest niezła. — Dlaczego? — On nie bije się często. Proszę. Żyje w prze- szłości. żeby rana nie zagoiła się. trochę trzeba uważać. Proszę o to tak. — Których? — Wszystkich. Matwieju Matwiejewiczu. Czy ktoś zapowiada się na wybitniejszą po- stać? Profesor mówił długo. Rezultaty rozmów Pitman przedstawił Abdulrachmanowi. ale zamknięty w sobie. Pewnego dnia niech go pan za- pyta. komunista. niech pan opowie o Eliczce naszemu chłopcu. — Inteligentny? — Tak. — Oczywiście: „Władza dla bolszewików i elektryfikacja wsi”. Trzeba więc naprowadzić naszego pupilka na rozmowę o Bogu. Zaryglowany. Jak pan do niej mówi? Elektra? — Eliczka. prawda? Jak ona się nazywa? — Elektryfikacja Baum. czy nie zechciałby dla nas pracować i w jakim charakterze. ale jak raz zacznie. — Dajecie mu w kość. to nie żartuje. — To wszystko? — Jeszcze jest prymus. co? — No. Pan ma narzeczoną. 46 . Na podobne pytania odpowiadał też nauczyciel francuskiego.

co było nie- uniknione. Niedługo potem w tajemniczy sposób opuścił ambasadę Ab- dulrachmanow. że nasza ojczyzna może pana potrzebować tu na miejscu. — Zgłosił pan chęć powrotu. — Ale wierzy pan w jego istnienie? — Ach. nie wiado- mo z jakiego powodu. zarabiający na życie szorowaniem podłogi — powiedział sentencjonalnie Aleksander — to zjawisko czysto patologiczne. tak czytelnymi. Nie sądził. Pitman nie- pokoił się. świadczy to o indolencji Francuzów. to by go zanadto ucieszyło. których 47 . prawda. Wkrótce jednak pisany ręcznie list pocieszył skłonnego do niepokoju Jakuba. zwane przez bardziej wykształconych swych pracowników patria nostra. Aleksander przyjął to ironicz- nie. czym jest miłość. Czy zdaje pan sobie sprawę. Jego ortografia była nowoczesna. o jaki rodzaj działalności chodziłoby? Aleksander odrzekł na to. cechujący się wysokimi. nie uprzedzając nikogo o wyjeździe. i oto co z nim zrobili. bez entuzjazmu: — Mniej więcej wyobrażam sobie. by ktoś poza nim był na tyle subtelny. opiekowało się „swoimi”. na co Aleksander odpowiedział: — Poróżniliśmy się. Ale rozumie pan. że czekiści wysokiej rangi tracili nagle stanowisko i. żeby zro- zumieć. ożeni się wkrótce. Pitman mówił o Bogu. Na ogół KGB. reakcyjne znaki nie pojawiały się wcale. na- wet wbrew woli partii. nie. Pitman zaczął się wywnętrzać: jest zakochany. Przypadł im w udziale kapitał ludzki wykraczający poza przeciętność. jakby to był druk. znikali raz na zawsze. lecz charakter pisma. będzie miał wiele dzieci. Pitman wspomniał o Dymitrze Aleksandrowiczu: — Oficer pokładowy. Nie zawsze się to udawało i zdarzało się. mógł równie dobrze wyjść spod ręki carskiego dygnitarza: Drogi mój Jakubie Mojsiejewiczu. lekko pochylonymi i starannie połączonymi literami. zająłem miejsce pośród areopagu tych. stało się to. Z drugiej strony.

nadają nam inną na- zwę. dzia- łających na różnych stanowiskach we Francji. Pozwoli to panu spokojnie i bez żadnych wahań wejść na wyższe piętra pańskiej kariery. z wysokości postumentu. Dzięki temu ja nacieszę się pańskim towarzystwem. Zatrzymamy nie więcej niż sześciu. by wyznać panu. Chodzi o praktyczne zastosowanie zdobytej przez pana wiedzy. jakbym sobie tego życzył. na którym się odtąd znajduję. Trzeba będzie. żeby go pan spędził tutaj. Nadszedł czas. wzięty z bajki przydomek jest dosyć trafny: wiemy o tylu rzeczach minionych. żeby pan przyszedł do „Mahometa”. Od tej chwili ma pan przyjaciela w tym niewidocznym gronie. by nie niepokoić tych. Nieoficjalnie zaś nasi młodzi towarzysze. skoro „Mahomet” nie będzie mógł pofatygować się do pana. że nie wolno nam już opuszczać terytorium kraju. figlarni jak zawsze. wziętą z bajek ruskich. Korzystam z okazji. Tak więc ten ogromny za- szczyt odbierze mi przyjemność widywania pana tak często. gdzie będą najbardziej przydatni. spośród których wybierze się „agents d'influence”. gdzie często nakrycie głowy ofia- rowuje bohaterowi niewidzialność. bieżących i przyszłych. którego włączy pan do tej piętnastki. z wyjątkiem Psara. że dobrym bolszewikiem może być tylko zły chrześcijanin. Przeczuwam w nim ogromne możliwości. Teraz zajmijmy się panem. a pan będzie mógł poślubić uroczą Eliczkę i sprowadzić ją do Francji. Pro- szę też o przygotowanie dla mnie listy około piętnastu kandy- datów. 48 . Jeżeli używałem innych. Nadają nam więc przydo- mek „ czapki-niewidki „. W zasadzie należy unikać kandydatów pochodzenia rosyjskiego. to dlatego. by odbył pan staż jako „agent d 'influence” . co Pana uchroni przed bie- ganiem na panienki i przed niepożądanym wpływem jakiejś grasejującej Maty Hari. że prawdziwy mój patroni-mik brzmi Mohamed Mohamedowicz. Niestety.oficjalnie nazywa się „ Teoretykami „. Na zakończenie stażu dostanie pan oczywiście urlop i pro- ponuję. siedmiu i skierujemy ich tam. co sądzą.

płaskie policzki. bródka zmarszczona jak ścierka kuchenna. Tylko ukryte przejście łączyło niebieski pałac książąt Roztopczynów z bliźniaczymi bu- dynkami placu Dzierżyńskiego: w jednym mieściło się niegdyś przedrewolucyjne towarzystwo ubezpieczeniowe — za nim ukry- wało się więzienie zwane Łubianką — drugi natomiast dokoń- czyli niemieccy jeńcy wojenni. — Moje dziecko. Już teraz wyra- stał ponad szare masy pracowników KGB. — Przygotowałem parę drobiazgów dla Eliczki. tak aby można tu było pomieścić dyrekcję instytucji zatrudniającej kilkaset tysięcy pracowników. Pośród gzymsów i złoceń. które tajność ich działań mogła tylko uwydatnić.) Pozłacana tabliczka wyli- czała cnoty Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego: „Postrach burżuazji. pokryta przykazaniami Sun Tsu. usta w kształcie serduszka. co bardzo szczęśliwie przedłużyło urlop Pitmana. generał-major Abdulrachmanow zdawał się być w swoim żywiole. (W taki sam sposób dociera do nas światło od dawna wygasłych gwiazd. kryjące zapewne zaciśnięte mocno zęby. co przydałoby członkom areopagu znaczenia. 49 . że pana widzę — powiedział Ab- dulrachmanow. wierny rycerz proletariatu. Trzeba było obsadzić kilka stanowisk: przyszłego deputowanego. Po dziesięciu latach miał się przekształcić w zupełnie nie- zależny oddział. obfity wąs. szlachetny bojownik ko- munistycznej rewolucji”. Przed departamentem «D» otwierała się wspaniała przy- szłość. cieszę się. to mój prezent ślubny. przyszłego biskupa. Ogromne. reżysera filmowego. w dwadzieścia pięć lat po śmierci tego mężczyzny. Naprzeciw portretu znajdowała się tablica z oliwkowego drewna. ciężkie powieki. niekomunistycznego związkowca. kinkietów i fryzów zdobiących pa- łac Roztopczynów. które zdawały się miażdżyć gałki oczne: spoj- rzenie wciąż jeszcze hipnotyzowało świat. Tylko wszechobecny portret bezbożnego mnicha wiszący w gabinecie świadczył o pewnym ustępstwie na rzecz innych lokatorów tego gmachu. Analiza francuskich kandydatur zajęła prawie cały miesiąc.

wie pan. 50 . że wszystkie te dywany pochodzą z mojego kraju? Ten na przykład to niebieska buchara. Mohamed Mohamedowicz Ab- dulrachmanow kazał przynieść herbaty i wrócił do sprawy Alek- sandra Psara. chłód będzie go szczypał w twarz. a on jak liceali- sta pobiegnie galopem.. przegrza- nym mieszkaniu Baumów. Musi pan też jedną rzecz zakarbować sobie raz na zawsze: ma pan pewną straszliwą wadę. Jakubie Mojsiejewi- czu. którego trawi nie tylko ambicja. Tak. by schronić się w zacisznym. i mam nadzieję. Przepowiadam panu. Jego monumentalne stopy miażdżyły ozdobione wie- lobokami dywany. Chciałbym pana od nich uwolnić. Miasto przykryte było śniegiem i w świetle latarń ulicznych migotało. jak statua Ko- mandora. Abdulrachmanow krążył ciężko po gabinecie. gdy wszystkie decyzje perso- nalne zostały już podjęte.. Pitman z radością myślał o chwili. trzeba też umieć. Musi to też wywołać u pana pewne lęki. Jakubie Mojsiejewiczu — zaplótł dłonie na plecach — przeczytałem pański raport po- święcony Psarowi. tyle tylko że jestem przeciwnego zdania. Proszę wziąć pod uwagę. że nauczy się pan tego w przyszłości. późnym popołudniem. Jak tylko ogarną pana wątpliwości. Ale. — Wie pan. Całkowicie zgadzam się z pańskimi wnio- skami. że jestem starą wróżką albo też astrologiem w spiczastym kapeluszu. parowały przy- jemnie. racja jest po pana stronie. że pew- nego dnia stanie się pan Czapką Niewidką i dzięki temu w pań- skich rękach będą się ważyły problemy polityki naszego kraju. Pew- nego razu. osadzone w srebrnych koszyczkach. ale przede wszystkim chęć służenia. pełne dziwnych fioletowych cieni i refleksów. kiedy znajdzie się na mroźnej ulicy. to znaczy przyszłość świata.dziennikarza i absolwenta Wyższej Szkoły Administracji. Szklanki z herbatą. Jest pan młodym oficerem. proszę sobie przypomnieć moją przepowiednię. sprzeniewierzać się Vademecum. jeśli przyjąć filozofię mojego Vademecum. że pańska kariera w departamencie powiedzie się.

my fruwamy zbyt wysoko) uroda fizyczna jest czymś nieocenionym. że są niezbędne w naszej pracy. że nie czuje pan w nim promienio- wania. jako początkujący. Niechże pan.. wielkoduszności. bo w niższych rejestrach naszego rzemiosła (nas to na szczęście nie dotyczy. Wybrałem pana. Jeśli jednak boi się pan zaprzeczyć samemu sobie. by stać się niezwy- ciężonym? Wystarczy zanurkować i uwolnić biedaczkę. wi- działem go kiedyś. Na- tomiast bez poczucia humoru. Pomaga pan sobie palcami tam. My musimy oddychać głęboko.. my jednak potrzebujemy odrobiny dystansu. wszyscy popełniamy błędy. Przedstawia mi pan liczący trzydzieści stron raport poświęco- ny Psarowi. gdzie wystarczyłaby siła ciążenia. — Jaką wadę. Są dla nas czymś niezbędnym. W naszej ogromnej organizacji tylko nam. chcielibyśmy być wszystkim. Koledzy pana lepiej zrobią trzyma- jąc nos w książce. pracownikom naszego departa- mentu. które prowadzi do zrozumienia innych. dba o swoją litość i swe poczucie humoru. no to trudno. niech pan nie traci dystansu. ponieważ. Tymczasem on jest piękny. bylibyśmy niczym. Jeśli się to bierze z zaślepienia. poszedłem go zobaczyć w trakcie jednego z wieczornych wykładów. Pamięta pan tę bajkę. Gdy w grę wchodzą kopiej- ki. Dalej. Zresztą pozwala nam sieje zachować właś- nie dlatego. i raport ten prowadzi do takich samych wniosków jak te. tyle że uwięzioną. Poczułem w nim wielką siłę. które prowadzi do zrozumienia samego siebie. Kościej jest zgubiony. towarzyszu generale? — Nie rozumuje pan swobodnie. Bez współczucia. że to żaden komunista. w której olbrzym zamyka swą własną śmierć w worku i rzucają do morza. nie zdołał pan jeszcze wyzbyć się współczucia oraz poczucia humoru. zdolności wpływania na innych. Powtarza pan. Jaku- bie Mojsiejewiczu. pan zaraz myśli o rublach. z którymi wystąpił pan na samym początku. wolno zachować litość i poczucie humoru. Z Psarem jest na odwrót: to jego życie spoczywa 51 .

gdyż na dłuższą metę jego pochodzenie będzie mu zjednywało zaufanie ludzi Zachodu. prawdzi- wym „czerwonym”. popełnił pan błąd. że gotów byłby przyjąć rolę. miano- wicie czy będzie nam wiernie służył. marzy o „powrocie”. a nie chcieć zjed- nać go całkiem dla nas. chętnie przy- znaję. Z jednej strony młody Psar aż kipi od pragnienia siły. Wyłania się tylko jedno pytanie. Dla roli. Powierzy mu pan do wykonania jakąś nie- wielką i ściśle określoną misję. I właśnie w tej domenie. że te dwie pobudki w duszy tak pełnej siły jak jego mogą się stać wy- starczająco silnymi sprężynami misji. jaką mu proponu- jemy. którą mu wyznaczam. że umysł naszego pokroju nie byłby w stanie jej się poświęcić. których uważa za ludzi z przyszłością. do których należy jutro. Świadomie mówię o roli. prawdziwy komunista byłby o wiele mniej przydatny. Zależy mi na Psarze. mocy. Po- winniśmy właśnie wykorzystać rezerwę Psara. Vademecum kładzie na to nacisk: wpływ wywiera się zawsze dzięki działalności pośredników. W tym właśnie punkcie pański raport przynosi odpowiedź pozytywną. Przecież my nie zajmujemy się propagandą! Propaganda jest czymś niezbędnym. Jeżeli zawiedzie (ale nie chce mi się w to wierzyć). w żadnym zaś razie marksistowskiego. Po drugie. myślę. mój srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. jaką mu wyznaczam. 52 . i to sprawia. Cóż. że nie jest. Zależy mi więc na nim właśnie dlatego. Musimy więc zbadać moty- wy sprawiające. nawet w sensie teatralnym. co prawda delikatnej. Na początek niech go pan podda egzaminowi ze zdolności wpływania na innych. lecz tak prymitywnym. to jest nam właśnie. zrezy- gnuję z moich zamiarów wobec niego. Wyłącznie pewnego rodzaju gra punktów oparcia sprawia. Nakazuję panu wydobyć je stamtąd i uczynić z niego słońce. Niech ta misja nie ma charakteru politycznego. że strzała-opinia trafia w tarczę- społeczeństwo. na terenie liceum czy nawet jego klasy.na dnie morza. że chętnie będzie służył tym. jak pan spostrzegł.

że tak powiem. że opinia publiczna zosta- nie bez trudu wprowadzona w błąd. pokazuje się publicznie. których nienawidzi. nie zrobi to na nas najmniejszego wraże- nia. Ale przynajmniej jesteśmy Rosjanami. Myśli pan. Przeciw komu będzie się zwracała praca młodego Psara? Przeciw Francuzom. nie ukrywa się. Psar. Być może. Oczywiście. bę- dziemy go utrzymywali w przekonaniu. szy- dzą z niego. ponieważ zawiedli nadzieje. że nie będzie wystarczająco solidarny. jako że my jesteśmy w jego oczach wrogiem klaso- wym. jeśli nie spraw- cami. ani śmierci. że ponoć służył nam jako agent. nie może nie gardzić tymi. Nie mówiąc już o tym. w do- datku Francuzami. Myśli pan zapewne. nie ryzykuje ani tortur. operuje. że ba- wi mnie ten karkołomny pomysł. ponieważ jego samego źle traktują. będzie inaczej. Gdy już wykorzystamy go całkowicie. Pan się obawia. Dla- czego ich nienawidzi? Ponieważ byli świadkami. że podejmuję zbyt wielkie ryzyko. jakie w nich pokładali emigranci. upadku jego ojca. Jeśli ośmieli się opowiadać. by zatrudnić kogoś.Zresztą agent d'influence w gruncie rzeczy nie ma do spełnienia zadania przerastającego ludzkie siły. jestem przekonany. ponieważ dali się pokonać Niemcom. dla naszego arystokraty. należy do ludzi bardzo pobudliwych. Nasze techniki będą już wtedy szeroko stosowane przez na- szych specjalistów. 53 . który raczy nieco pobrudzić sobie ręce w naszym towarzystwie. kto po- chodzi z rodziny naszych dziedzicznych wrogów. że to zbyt piękne. że przygotowuję dla niego pewną drobną niespodziankę. z którymi spotyka się na co dzień i których nie potrafi podziwiać. Ale bez takich przyjemności nasze zajęcie byłoby równie monotonne jak wszystkie pozostałe. podczas gdy ota- czający go bourgeois są także jego wrogami klasowymi. na wolnym powietrzu. byle tylko załatwić swoje osobiste porachunki. Nie. że będzie mógł wrócić kiedy tylko zechce i na powitanie rozłoży się przed Dobrze Uro- dzoną Jego Wysokością czerwony chodnik. rzucimy go jak zmiętą szmatkę na kolana Francji. Nie zagrażają mu bezpo- średnie niebezpieczeństwa. i to w taki sposób.

tak 54 . Pierwsze miejsce w klasie zastępowało mu prawie wszystko inne. snobistyczne kluby.żeby było prawdziwe? Proszę. jak sobie po- czyna książę tego świata. Na początek zażądał od Alek- sandra. dziewczęta — zwykłe symbole prestiżu dorastającego chłopca. jak trudne to będzie dla Aleksandra. Agent wywiadu musi być zdolny do takich wyrzeczeń. ale nie na samym czele”. jaka będzie się szerzyła na Zachodzie przed nadejściem roku dwuty- sięcznego. że oto przez trzydzieści lat manipulowaliśmy fran- cuską opinią publiczną. — Właśnie w ten sposób — mówił — zostaje się panem. Aleksandrowi będzie się zda- wało. Nie tylko to: w grę wchodziły i inne wrażliwe punkty. wakacje. niech pan spojrzy. Przecież to tylko wzmoże panikę. Proszę to sobie dobrze zakarbować. Zaraz po powrocie do Francji Pitman z właściwą sobie rze- telnością przeprowadził test badający oddziaływanie Psara na innych. jak zniesie pewną degradację nazwiska. Jakubie Mojsiejewiczu. a poza tym wykaże. że Psar opublikuje pamiętnik i oświadczy. niczego nie musimy się obawiać ze strony Psara. Pitman orientował się. A nawet gdybym się miał pomylić: załóżmy. iż jest zdolny do tego rodzaju pomniejszenia samego siebie (teolodzy mówią w takim wypadku o kenosis). Wreszcie nasuwało się pytanie. że zdradza swój kraj ojczysty. którego ambasadorem w czasie i w przestrzeni czuł się jeszcze. Nigdy jeszcze nie wiodło mu się tak dobrze jak teraz. że wcale go nie ma. by nie porzucił nas w trakcie jazdy. by zrezygnował ze swej pozycji prymusa: „Niech pan bę- dzie w piątce najlepszych. Trzeba tylko powziąć stosowne środki ostrożności. Efekt będzie podwójny. Postanowił urządzić trzy próby. które było dla niego czymś cennym? Pitman odgadywał te niepokoje i umiał je zrównoważyć romantyczną aurą przedsięwzięcia. gdy udaje. Nie. Koledzy przestaną mieć mu za złe jego wyczyny. wysokie kieszonkowe.

który i dla niego stał się mistrzem: „Podstawą wszelkiej sztuki wojennej jest fortel”. któ- rzy nie byli wcale przygotowani do wojny. — Trzeba będzie znieść ich przechwałki — mówił rozmarzo- ny Aleksander. Chcemy mieć tę ziemię”. nawet szykan. Nazywał się Mo Tun. Doradcy byli oszołomieni: „Domagać się księżniczki! Błagamy cię. inni zaś chcieli mu się przypodobać i sugerowali. Powołał się na to. lecz Mo Tun odrzekł. zamaskowanym. Był to ogier. w tym zaś wypadku cena. Książę powiedział jednak: „Nie odmawia się ręki młodej kobiety swojemu sąsiadowi”. iż nie chciałby nikogo obrazić i sprzedał konia. Wtedy Hu zażądali jednej z księżniczek. Hu. nie będzie mógł nic mu zarzucić. wreszcie każda inicjacja łączy się z przejś- ciem trudnej próby. Przytoczył myśl Sun Tsu. Jego sąsiedzi. zażądali wówczas pewnej części terytorium: „W waszym posiadaniu znajduje się tysiąc li ziemi. słysząc tę propozycję. Hu.poznaje się rzemiosło pana. bo nie będę im mógł nic od- powiedzieć. Mo Tun znów zebrał swych ministrów. zupełnie wyjątkowy. zwołał swe wojska i zmiażdżył Hu. wtajemniczony. będzie miała w sobie coś eleganckie- go. by był nieustępliwy. by zacytować Niemców. Emisariusze powiedzieli tak: „Chcemy kupić konia. że narzucając sobie tego rodzaju autodyscyplinę Aleksander zacznie już swą służbę. co brali za oznaki słabo- ści. coraz bardziej ośmieleni przez to. gdyż pozostanie w tajemnicy. wypowiedz wojnę tym zuchwalcom”. Można też być panem ukrytym. jaką trzeba będzie zapłacić. Niektórzy radzili. który biegnie tysiąc li”. panie. Doradcy księcia oburzyli się. — Opowiem panu pewną historyjkę: był sobie raz pewien książę chiński. jego ojciec. który biegnie tysiąc li. chcieli go wybadać i wysłali do niego emisariuszy. potem skoczył w siodło. obywając się bez wody i siana. żeby oddał tę ziemię. i posłał księżniczkę. Książę najpierw kazał ściąć pochlebców. Oto w jaki sposób 55 . to jest pięćset kilome- trów. — Będą szczęśliwi. przebiegał tysiąc li.

w departamencie. Jego kontakty z kolegami stały się łatwiejsze. chodzić na prywatki. złożył swój podpis. a teraz zaczął im okazywać. Miał odtąd zrezygnować ze swej samotno- ści. Ich siostry uważały Aleksandra za ładnego chłopca. nauczyć się tańczyć. Podpisze mi pan pokwito- wanie. zadowolony. W ten sposób został oficjalnie wciągnięty na listę współpracowników. — Nie jest pan moim wujkiem. Pitman uśmiechnął się dobrotliwie: — Tu nie chodzi o żaden prezent. żebym mógł przyjąć od pana pieniądze. na zniszczone buty. Aleksander zarea- gował na to upokorzony i pełen złości: — Jak mam iść na prywatkę? Tak jak jestem ubrany? Wskazał na swój stary garnitur z niebieskiego płótna. żeby zapomnieć o całym świecie. dla samego siebie. Drugim testem wymyślonym przez Pitmana była zmiana try- bu życia Aleksandra. Dymitr Aleksandrowicz nie mógł już niczego aprobować czy potępiać. pozwalał na wszystko. Zainteresowanie. Rodzicom podobały się jego sta- roświeckie maniery. Aleksander. W ciągu paru miesięcy nawiązał wiele nowych 56 . Dostał pseudonim „Oprycznik”.Mo Tun odzyskał ziemie. Pitman wyjął portfel. Młody Psar nigdy nie lubił tańczyć. jakiego przedtem odmawiał swym kolegom. prawidłową wersję tłumaczenia i poprawne rozwiązanie równania. Na zmianę pił i trzeźwiał. pochlebiało im. które niegdyś należały do jego przod- ków. Nie umiał bawić się tak. Jednocześnie na boku zapisywał. tylko pośród okazjonalnych informatorów KGB. zaczęły się w nim formować właściwości tajnego agenta. chociaż nazywano go tak nie oficjalnie. Zapraszano go jednak chętnie. Wbrew własnym oczekiwaniom Aleksander odnalazł pewną przyjemność wprowadzając z rozmysłem błędy do łacińskich tłumaczeń czy równań drugiego stopnia. Coraz bardziej też nimi gardził.

romantyzm i demokracja uczyniły niepoprawnie sen- tymentalnymi. Greenglassa i całą tę szajkę. To się panu później przyda. Rosenbergowie. skazani zostali na karę śmierci. mówili: „Psar się uczłowiecza”. oni pracują dla nas! — Nie sądzi pan chyba. bardziej bojowa. których chrześci- jaństwo. Wtedy Pitman zaproponował mu trzecią próbę. Borthmanna. 57 . — Co pan myśli o tej sprawie? — pytał Pitman. — Doskonale.. co podzieliło opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. Był to mo- ment. Gdybym był prezydentem USA. Nie dość na tym. — Gdybym był jednym z Rosenbergów. postąpiłbym tak jak oni. którzy zawsze uważali go za ucznia zachowującego wielki dystans i podejrzewali w tym bez- czelność. Aleksander nazwał swoją organizację „Stowarzyszeniem Wal- czącym o Ograniczenie Dostępu do Broni Atomowej”. że Stany Zjednoczone dysponowały bronią. Obawiał się bowiem. co mogło prowadzić do po- wszechnej zagłady. — Ale. kiedy głośna była sprawa Rosenbergów. nie będzie miała szans powodzenia u dorastających chłopców. o mniej pokojowej przeszłości. Oskarżeni o prze- kazanie ZSRR amerykańskich tajemnic związanych z bombą atomową. doma- gające się przykładnego ukarania małżeństwa Rosenbergów. że petycja kilku francuskich liceali- stów będzie miała jakikolwiek wpływ na los naszych towarzyszy Ethel i Juliusza Rosenbergów? Korzystne będzie.znajomości i nawet nauczyciele. Tymczasem należało protestować przeciwko pro- liferacji broni atomowej. jeżeli tymcza- sem wytworzymy wokół pana aurę człowieka prawicy. podobnie jak Golda. żeby inne kraje. także uzyskały do niej dostęp. posłałbym ich na krzesło elektryczne. która mogła zniszczyć świat. zdradzając sekret tej broni. Założy pan w liceum stowarzyszenie. brakowało jeszcze tego. że inna nazwa. Powstawały stowa- rzyszenia walczące o ułaskawienie małżeństwa Rosenbergów..

Podobała mu się nowa dla niego rola przywódcy. co nienawidzili Rosjan i tym. postępując zgodnie z obyczajem tajnych agentów. jego trzeźwy sposób mówienia: — Wiecie. Stowarzy- szenie podjęło uchwałę w sprawie pobierania składek. za to nie zawsze potrafią spro- stać odpowiedzialności związanej z nieco lekkomyślnie podjętą przez nich funkcją. co chcieli. żeby załatwić Rosenbergów. Nie jest to jeden z urodzonych przywódców. Stworzyli tym samym zagrożenie dla całej ludzkości. Surowa kara mogła podziałać jak straszak. no. Potrzebuje trochę czasu. w przeciwnym razie niedługo na- wet księstwo Monaco będzie miało bombę. tym. co histerycznie bali się zagłady atomowej. Psar dał im do zro- zumienia. Jak bar- dzo starał się ukryć radość ze swego triumfu i jak jeszcze nie potrafił opanować emocji! Pitman zainkasował pieniądze tak jakby to było zupełnie naturalne i wystosował list do Ab- dulrachmanowa: Drogi Mohamedzie Mohamedowiczu. ale w tym wypad- ku trzeba naprawdę coś zrobić. co kochali Amerykanów. jak zwykle racja była po pana stronie. by Francja stała się wyłącznie mocarstwem w dziedzinie kultury. tym. jednak liczba podpisów jest w tym wypadku najważniejsza. „Oprycznik” przypomina naszego Ilję Murom- ca. natomiast zale- żało im na tym. którzy idą naprzód pchani wewnętrznym impulsem. że dzieli ich przekonania. Podpisali więc z ironicznym uśmieszkiem. Aleksan- der przyniósł tych parę franków do gabinetu swego przełożone- go. tym. co lękali się ko- munistów. Może bardziej niż argumentacja liczyła się tu oso- bowość Aleksandra. „Oprycznik” musi jeszcze przezwyciężyć 58 . Dzwon wyda dźwięk czysty i jasny. potem jednak nic go nie potrafi zatrzymać. Argumentacja Aleksandra podobała się tym. że niełatwo mnie poruszyć. Trzeba było przynajmniej dbać o to. Chłopcy o poglądach skrajnie prawicowych nic sobie nie robili z rozprzestrzeniania broni atomowej. by się rozpędzić. by podobna zdrada nie po- wtórzyła się więcej.ułatwili ekspansjonistycznemu ZSRR osiągnięcie równowagi atomowej.

pachnącej garbnikiem herbacie.pewną arystokratyczną nonszalancję — przypomina mi w tym Obłomowa — być może też nieśmiałość. gdy odczytywał. że znów widzi swych rodziców i siostry. że powinniśmy wykorzystać talent literacki Aleksandra. stylizowany. uśmiechnięty. Lecz dla natury takiej jak on decydujący jest fakt otrzymania misji. „Niechże pan przyjedzie. w jaki Abdulrachmanow wypowia- dał swoje nno więc. — Nie ma zgody. Generał-major uścisnął majora: — No więc? Pitman uwielbiał sposób. — Wydaje mi się oczywiste. z kieliszkiem koniaku. ściągając na siebie i na myślących tak jak on odium społeczeństwa. W samym akcie spełniania misji znajduje energię działającą jak zapalnik w sto- sunku do spoczywających w nim w ukryciu mocy. i to samo wystarczyłoby. i atakuje nas systematycznie. podyktowany i przez zapał. i przez pragnienie przypodobania się zwierzchnikowi. żeby uczynić je popularny- mi. Proszę pomyśleć. doznawał skojarzeń z bonżurką. Tym razem przywitała go wiosna. nie ma zgody — odezwał się grzecznie 59 . zanurzając wargi w mocnej. Powinniśmy teraz wyszukać dla mojego protegowanego odpowiednią misję” — odpisał. nikt nie śmie odmawiać mu znaczenia. zobaczymy się znowu. grzechotały wesoło nad Mo- skwą. Reakcyjny i sterowany przez nas pisarz mógłby wyrządzić wiele zła reakcjonistom. Eliczka była szczęśliwa. propagować pewne idee. za jego po- średnictwem. list Pitmana. Mohamedzie Mohamedowiczu. To znaczy on byłby im przeciwny. niektó- re skuwające zielone już gałązki. Jakub Mojsiejewicz. Moglibyśmy wtedy. wkraczał do znanego mu już maje- statycznego gabinetu. wielki pisarz. Nawiozła paryskich prezentów dla wszystkich. z ex-libri- sem. Abdulrachmanow uśmiechał się. Wielkie sople lodu.

Ja czekałem. zezując jednocześnie w stronę papierosa. — To tylko potwierdza moje przypuszczenia: to nie jest prawdziwy pisarz. myślę. każdy sterowany pisarz traci talent. i oddał mi kartki: — Jak na siedemnaście lat to jest niezwykłe. towarzyszu Bernhardt? — Jeżeli. Gdzie i jak będzie publikował? — Wydaje mi się. Tertio: wie pan. w poezji Tiutczewa. — Dlaczego? — Po pierwsze dlatego. a tu okazuje się. to bardzo nieznacznie. skoro oni nie znajdują teraz żadnego posłuchu. Poza tym pi- sze po rosyjsku. 60 . po cóż mamy walczyć z reakcjonistami. że mógł mieć rację. którego wkręcał do cygarniczki. że nie ma w tym żadnej oryginalno- ści: w prozie naśladuje Gogola. i to dla trzech powodów. Czytał je bardzo uważnie. płakać się chce.Abdulrachmanow. Primo. — I cóż z tego? — Ten chłopak żyje w Europie Zachodniej i nie zamierza szybko jej opuścić. co zrobiłem? Zaniosłem przysłane mi przez pana prób- ki pisarskie towarzyszowi Bernhardtowi. dopiero później ich doskonale- niem. że on nie myśli na razie o publikacji. Pisanie jest jego sposobem osiągnięcia tego celu. Wreszcie zaburczał. Powołaniem urodzonego pi- sarza jest stać się osobą publiczną. że stawiamy na talent Psara. mój srebrzysty Jakubie Mojsiejewiczu. biorąc wszystko pod uwagę. jak to jest w jego zwyczaju. niech pan spojrzy na naszą literaturę. — Z tego stanowiska Bernhardt już nie ustąpił — kontynu- ował Abdulrachmanow — i. — Czy nie przesadzacie trochę. — Nie ma zgody. że on go wcale nie ma! — Co w takim razie z nim zrobić? Przecież nie polityka. Prawdziwy pisarz przede wszystkim interesu- je się publikacją swoich prac. jak zatkana trąbka. tylko doskonali swoje pisarstwo. Secundo. ale ten chłopak nie będzie nigdy pisarzem. No bo załóżmy. W końcu to specjalista.

Wszystko. jednym poma- gać w rozwoju. którzy tylko czekają. Nie bę- dziemy wyręczać dyrekcji «S». żeby zaszczepić ją także we Francji. — Kto powiedział. 61 . co zrobimy z naszym Psarczykiem. co się wiąże ze zbiorowością. tłamsić rozwój innych.. Widzi pan. Ale już wiem. poprawia je trochę. Nie. aż on odejdzie na emeryturę. nie to. żeby zająć jego miejsce? — Może więc dziennikarz? — Tych mamy już dosyć. zanosi je wydawcom i pobiera procent od honorarium. począwszy od gier zespołowych aż do głosowania powszechnego. za to innych namawia do pisania. zajmujących się Ameryką. Zdarza mu się także być naganiaczem pisarzy. Kogo zresztą miałby urabiać swym wpływem generał? Pułkowników. nie można być geniuszem na zamówienie. mój tombakowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Może żołnierz? Ma to we krwi. Inaczej mó- wiąc. Oto jak się sprawa ma w Ameryce. żeby nasi agents d'influence spotykali się zbyt często. czego nie jest się w stanie osiągnąć przez własną twór- czość. niech oni się tym zajmują. Nie powinniśmy dopuszczać do tego. wyjaśnił mi to. że nie mamy? To są jednak agenci pene- trujący przeciwnika. Zawsze inkasuje swój procent od zysku. zostanie agen- tem literackim. zwłaszcza gdy go o to prosi jakiś wydawca. pobudzać ich. jak rzymscy wieszczbiarze. Zamawia u innych maszynopisy. ale jeden z pańskich kolegów. inscenizować pogromy krytyczne lub przynajmniej milczenie recenzentów. a nie kształtujący jego poczynania. ale za to można nakierowywać geniuszy.. My zadbamy o to. Agent literacki to ktoś. by wykazać się swą użytecznością. co to za zwierzę? Ja też do niedaw- na nie wiedziałem. Nie wie pan. Nie mogliby się wtedy po- wstrzymać od śmiechu. kto sam nie potrafi nic napisać. nudzi go śmiertelnie. a mieć swojego generała w armii francuskiej. przy pomocy sfory psów myśliwskich osiągnąć można to samo.

przeczyta raz jeszcze rozdział o Dźwigni w Vademecum. w związku z tym. nie spotkał jej jeszcze. Po pierwsze służba wojskowa. i. czerwieni się. by zmienił przynale- żność. mój perłowy Jakubie Mojsiejewiczu. nie będzie go z nami wiązała żadna lojalność polityczna. że Psar nie będzie pisarzem. w stylu biednego rycerza puszkinowskiego. ale perełki kulturalne. Któryż inny oficer tej instytucji potrafiłby powstrzymać się od sarkastycznych uwag? 62 . pańskim zdaniem. jakie są. nasi autorzy nie będą się więc wyróżniali. Jeśli odbędzie ją we Francji. jak mi się wydaje. o którym marzy Dosto- jewski. Proszę mi teraz powiedzieć. Czasem bąka coś na temat „bratniej duszy” czy siostrza- nej duszy. o przyjaźni łączącej go z Mohamedem Mohamedowiczem. Trudno go nakłonić do rozmowy na ten temat. gdzie mogłaby się zrodzić reakcja przeciwko naszym zamiarom. bardziej ze złości niż ze wstydu. prawdziwym rosyjskim romantykiem. z wdzięcznością. — Będziemy nad nim pracować. Pitman mówił o tych chłopięcych fantazmach z pewną deli- katnością. że większość współczesnych pisarzy przypomina kolonię sztucznie hodowanych ostryg. Ktoś z jego tradycjami. jeśli żartuję w sposób nieco żołnierski. miejsca kruche. lecz zajmie się wylęgiem innych pisa- rzy. Jeśli Oprycznik poczuje się Fran- cuzem. płeć piękna? — Tak. Niechże pan. że mamy do czy- nienia z romantykiem. jeśli atawizmy naprawdę istnieją. Jeśli dobrze rozumiem. postanawiamy więc. Druga rzecz to. Pereł prawdzi- wych nie potrafimy wydrukować. jak z tym walczyć? — Widzę dwa zagrożenia. Zdawał też sobie sprawę. Mohamedzie Mohamedowiczu. jak sądzę. z jego atawizmem. czemu nie? Przekona się pan. wy- starczy że spotka inteligentnego oficera. Dobrze. nie- pewne strefy jego osobowości. Dochodzę do przekonania. Pa- trzy wtedy na mnie z wyższością albo też. nie może całkiem gładko przełykać dzień w dzień własnego odstępstwa. tak jakby dotykał skrzydeł motyla.

czas i dekora- cję ceremonii zaprzysiężenia.. co się da zrobić dla naszego nie- pokalanego panicza. Proszę też przygotować jego przyjęcie do departamentu. Kobiety łacińskie.. Pitman wrócił do Francji. jest wciąż prawiczkiem? — Tak mi się wydaje. . proszę o wiadomość. Na razie trzeba go zakonserwować w tym stanie. to nie to samo co jakiś informator. żeby się mógł przyzwoicie ubrać. Agent d'influence. Tych parę groszy. Pitman uzyskał. po czym wybrał miejsce. Tylko proszę mi nie skaleczyć podczas tej operacji mojego beniaminka. — Mówiąc krótko. z jaką Ab- dulrachmanow wypowiadał się na temat młodego Psara lokując w nim równocześnie wielkie nadzieje. to jeszcze nie był prawdziwy akt przyję- cia do służby. Jakubie Mojsiejewiczu. w jaki podszepnie mu pan pierwszą inspirację. trzeba będzie. Aleksander powinien być zupełnie samodzielny. Gdyby się coś zmie- niło. W dniu pogrzebu wziął samochód i udał się do Saint-Geneviève-des-Bois. ale nie przeszkodziło mu to wypełnić otrzymanych rozkazów kompetentnie i z poświęce- niem. Dlatego też sposób. które mu pan dał. Przyniosła też oczekiwaną okazję dalszego działania. Zobaczymy. W samą porę przyszła śmierć Dymitra Aleksandrowicza. — Nno wwięc. którego się trzyma na smyczy żąda- jąc wciąż nowych „dostaw”. posługując się specjalnie szyfrowanym telefonem. jak się zdaje. póki nie będzie nowych instrukcji. Nie rozumiał wrogości. są w tym dość mocne. zgo- dę swego przełożonego. żeby siostrzana dusza miała w sobie coś wielkorosyjskiego. będzie dla niego równie znaczący jak chrzest dla chrześcijanina lub obrzezanie dla Żyda. W przeciwnym razie trzeba się strzec kobiecej dominacji.

czeki- sta? — Ależ pan jest nafaszerowany przesądami. Komitet Bezpieczeństwa Państwa to coś zupełnie innego. choć nie chce- my się wyrzec naszej babci. Ale w dziedzinie boskiej istnieje stały postęp. bóg chrześcijan jest wydaniem przejrzanym i poprawionym bo- ga Żydów. Proszę. Kelnerzy różnych naro- dowości starali się stwarzać wrażenie. Zaskakuje pana. Podobnie więc jak KGB góruje nad Czeka.. Pośród wszyst- kich bogów bóg mojego ludu był od dawna najbardziej boski. — Trzeba uczcić pamięć zmarłego — odparł na to Pitman.. tak samo jak w sprawach ludzkich. Jeśli zaś idzie o Boga. że ludzie potrzebują bogów i myślę. Aleksander spoglądał nań ironicznie: — Pan wierzy w Boga? I to w Boga chrześcijan! Pan. Zamówił wódkę i zrobił w powietrzu znak krzyża nim wychylił pierwszy kieliszek. jakby wszyscy przed chwi- lą opuścili koszary cesarskiej gwardii. mój młody przy- jacielu! Po pierwsze Czeka nie istnieje już od dawna. że sama ta potrzeba jest już Bogiem we własnej osobie. — Nie jestem głodny — oświadczył Aleksander. jakże to panu powiedzieć? Widzę. taniutkiej restauracji rosyjskiej położonej na skraju Dzielnicy Łacińskiej. że robię znak krzyża? To ze względu 64 . 2 BOSKI WĘZEŁ Naprzód — zaraz po zakończeniu uroczystości pogrzebowych — Jakub Mojsiejewicz zaprosił Aleksandra na obiad do „Złotego koguta”. Malowidła nawiązujące do rosyjskiego folkloru pokrywały ściany i niski sufit. niech go pan postawi obok tego rozpustnika Jupitera.

Pokonali dwieście pięćdziesiąt pięć stopni prowadzących do galeryjki. Po krótkiej chwili odpoczynku oglądnęli dzwonnicę. wskazując jednocześnie wieże Notre-Dame. objaśniał. Prowadził Pitman. Żeby uczcić muzułmanina dotknąłbym czoła i piersi. Aleksander też napił się wódki. kręcone schody. nie domagam się wieprzowiny. — Nie udało mu się wrócić. przestrzeń dziwnie teatralną. Wskazując na odstępy między składającymi się na ruszto- wanie dębowymi i kasztanowymi belkami powiedział: 65 . Przewodnik mówiący z ostrym. Weszli na ciasne. jakby połączyły ich nowe więzi. że dzwon waży trzynaście ton. Jeść i pić na pamiątkę zmarłego równało się świętowaniu życia w obliczu śmierci. jego płucom urzędnika brakowało powietrza. Na widok zakąsek poczuł gwałtowny głód. dzieje się to cztery razy do roku. jakby jednoczył ich ten dziwny sakrament stypy.na myśl o pańskim ojcu. Po kilku kieliszkach był nawet w stanie mówić o ojcu. — Pomogę panu wypełnić wolę ojca. Po obiedzie wyszli na zakurzoną. pełną drabinek i pomostów. Aleksander skinął głową. ochrzczony przez Ludwika XIV i Marię Teresę. do stopu wla- no też złoto i srebro. a w sobotę nie kiwnę nawet palcem. zamiast nie- go. — Czy widział pan kiedyś Paryż stamtąd? — spytał Jakub Mojsiejewicz. któremu ten wysiłek fizyczny wydał się nagłym szczęściem. To ja mam wrócić. płomieniem spalającym jednocześnie nadmiar wódki i zmartwienia. którego ciało zaczęło właśnie pod- legać rozkładowi w cieple promieni słonecznych Sainte- Geneviève. właściwym wszystkim drobnym funkcjonariuszom ak- centem. Tuż za nim lek- ko wspinał się Aleksander. mię- dzy którymi tkwił nieruchomy. dźwięk bijącego dzwonu rozchodzi się w promieniu dziesięciu kilometrów. Gdy natomiast mam urlop i odwiedzam mojego ojca. Mięśnie jego krótkich nóg zesztywniały szyb- ko. upalną ulicę. Czuli się tak. ogromny dzwon.

wież. Nieświadomie musieli rozpoznawać tiarę Inwalidów. Ten krajobraz. umiesz- czone są u wylotu rynien. dzwonnic i kołyszącego się morza da- chów. Aleksander myślał o ojcu. 66 . Gdyby go za brakło. szkielet św. — Sławne średniowieczne rzygacze — powiedział z uzna- niem Pitman. co ona symbolizuje? — przemawiał jak nauczyciel zwracający się do leniwego ucznia. Na tej wyso- kości lżej się oddychało niż na poziomie asfaltu. — Ależ nie. Tu natomiast mamy do czynienia z chimerami. kościołów. Uzupełniwszy w ten sposób swe wykształcenie. to jest gargulce. którzy o tej porze roku byli mniej liczni. które pożerały się nawzajem po- nad Paryżem. które zaprojektował sto lat temu Viollet-le-Duc. odprowadzających wodę z dachu. jednak bardziej zajmowały ich myśli i perspektywy wewnętrzne. proszę pana. jednocześnie gigantyczny w skali i wyrafinowany. Ich oczy pełne były Paryża. ten dorastający chłopiec i obok niego młody mężczyzna. co nazywał „świętą chwilą” rekrutacji. piu- skę Panteonu. który roztaczał się przed nimi. ponieważ architekt tworzy w trzech wymia- rach: dłuu-gość. Nie przeszkadzali im turyści. Aleksander i Jakub Mojsiejewicz oparli się łokciami o parapet. — Architekta. Eustachego i bryły Saint-Sulpice. Milczeli. Proszę się przyjrzeć tej figurze o trzech głowach. Pitman o tym. Wie pan. — Nie wiem — przyznał się pokornie Pitman. rozhuśtany dzwon doprowadziłby do zniszczenia całego kościoła. wysoo-kość. — Jest to rodzaj filtru ucinającego wibrację. chociaż migota- nie światła na dachach niezliczonych kamienic zdawało się jesz- cze bardziej nasilać promieniowanie słońca. Rzygacze. pływającą wyspę Sacré-Coeur i igłę busoli — wieżę Eiffla. Patrzyli więc nie widząc kopuł. Z powrotem na galeryjce nakazał zwiedzającym podziw dla siedzących w kucki potworów. szeroo-kość. Mogli więc pogrążyć się w namyśle.

. mógłby sobie powiedzieć: „To moje”. I nawet.. że czyta pan nie tylko Bal- zaca. jakby dźwigany przez ogromną win- dę transportującą talerze. nie chodzi mi o posiadanie w sensie mieszczańskim. Pitman mówił dalej: — Oh. na dole. — . Mógł jeszcze opóźnić jej nadejście. różnic i podobieństw. Zbliżała się „święta chwila”. — Nie ma już królów — rzucił zimno Aleksander. rzucającego wyzwanie Pary- żowi? — Przyjemnie byłoby mieć to wszystko. i świat powracał do nich błyskając swymi szarościami i szarymi zieleniami. pełen kurzu i patyny. Jak na marksistę to niepoważne. co rozpościera się przed nami. lecz zwle- kając mógł też wszystko popsuć. I będą zawsze. Aleksander nie zareagował na to.zdawał się wznosić ku nim. nie licząc tego najwięk- szego. ponieważ płaci się zań podatek gruntowy. To zależy tylko od pana.. zawie- szeni ponad światem. kredową bielą lub białawą si- nością. mając za sobą tę mogącą przyprawić o zawrót głowy konstrukcję. To dziecinne wyobrażać sobie. Był wzruszony tak jak musiał być wzruszony młody mężczyzna epoki wiktoriańskiej na mo- ment przed oświadczynami. chociaż żaden z tych budynków. Czyżby chciał mnie pan wystawić na pokusę. — Jakubie Mojsiejewiczu. Chodzi mi o głęb- szy związek. widzę. — Ależ są. Król Francji. nie należałby do niego. gdyby znalazł się na tej galeryjce i wi- dział to wszystko co my widzimy.i nawet— dokończył — pan mógłby być jednym z nich. że posiada się jakiś kwadrat zie- mi. lecz i Ewangelię. Wreszcie Pitman przerwał milczenie: — Czytał pan Balzaca? — Ma pan na myśli Rastignaca.. prowadząc mnie „na szczyt świątyni”? 67 . Trwali na galeryjce balkonu. Pitman czuł przyśpieszone bicie własnego serca.

A skąd pan wie. Chętnie igramy z myślą. to niech pana diabli wezmą! To. Okazja została zmarnowana. że to nasz zawód jest najbardziej czcigodny. tym razem innym tonem: od czasu do czasu posługiwał się w rozmowie z Aleksandrem patronimikiem. czy nie należałoby chwilowo wycofać się. Widzi pan. gwałtowna chęć „powrotu”. Ku- sząc młodego człowieka chciał korzystać z mitologicznych skoja- rzeń. że Aleksander posłużył się stosunkowo pruderyjnym określeniem charakterystyczne było dla dystansu. że odgadnięto jego zamiary. jaki dla niego żywi — czy wie pan. Pitmana uraziło to. że ja się nadaję do wywiadu? I czy w ogóle 68 . Chrystus popełnił wo- bec ludzkości nie dający się odkupić grzech. Natrafiwszy na niesprzyjającą rezerwę Psara. Aleksander nic na to nie powiedział. Aleksander patrzył prosto przed siebie: — Rozumiem. jaki jest najstarszy zawód świata? — Tak. by kuszony zdawał sobie z nich sprawę. Nie. tyle że w tamtej epoce nie ośmielił się tego wypowiedzieć. lecz nie zdra- dził swej reakcji: — W dniu. nie tak jednak. do którego pan nawiązuje. Postanowił pan zwerbować mnie dzisiaj na dobre. Czy nie należałoby mimo wszystko iść dalej? — Aleksandrze Dmitryczu — zaczął znów Pitman. — Źle mnie pan zrozumiał. Nieprędko jednak pojawi się rów- nie korzystny zbieg okoliczności: pogrzeb ukochanego ojca. Żeby pójść do domu. Pitman począł się zastanawiać. ja czy tam także Dostojewskiego. który pan miał na myśli. On to przeczuwał. trzeba jeszcze znać adres. Widzi pan. posłużyłem się ulubionym żartem oficerów wywiadu. A może brakowało mu ostrości spojrzenia. jaki zachowy- wał zawsze wobec „tych spraw”. ale jeśli chce pan zakończyć ten żałobny dzień wy- cieczką do domu publicznego. co miało podkreślić szacunek.

Będzie nimi władał w sposób bardziej suwe- renny niż niegdyś królowie. nic więcej. Wtedy nie- wielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. ale dla mnie to zajęcie pachnie czymś trywialnie poli- cyjnym. w jakimś kącie świata. chciał. Pitman był szczerze wzruszony. niestety.to mnie interesuje? Nie chciałbym pana dotknąć. Łysen- ko dowiódł. że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu — od- powiedział Pitman. żeby jego entuzjazm był zaraźliwy. musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii. Przeciwnie. To znaczy zawsze gdzieś. nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. — Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. Bę- dzie to wojna bardzo wydajna. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni. Efekt: koniec łamania kości. — Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebrannego. Zależało mu na szczerości. 69 . że przyszłość nie należy do sztu- ki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. Amerykanie mają bombę atomową. próba sił. będą zabici. będą trwały potyczki. Myślę. Nie- szczęśliwie się dla pana składa. w tym punkcie możemy się najlepiej porozumieć pod nosem burżuja. Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej. ekonomiczna. pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. Jej zwycięzca bę- dzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. że żaden bolszewik nie będzie miał mi tego za złe. bohaterskie czyny i okrucieństwa. Aleksandrze Dmitryczu. wcale nie śmiercionośnej. tyle że bez realnych konsekwencji. wkrótce i my ją będziemy mieli. to bardziej będzie od- powiadało moim skłonnościom. Jakubie Moj- siejewiczu. Niech mnie pan pośle na wojnę. że dziedziczy się cechy nabyte. a od dwudziestu po- koleń moi przodkowie zajmowali się wojaczką. Prawdziwie nowoczesna wojna. wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe. jak mi się wydaje. jak strącenie pionków na dalekim przedpolu. ani w czasach naszych bogatyrów. Sądzę. Jeśli dobrze pamiętam.

co pan nie dość precyzyjnie nazywa wywiadem.. wyjawię panu teraz coś ważnego — pauza. że naprawdę można. Jego wargi poruszyły się: — To może być zabawne.. i do- skonalszą niż kiedykolwiek. — Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada. — Oczywiście. jest pan człowiekiem wolnym.. To będą wielkie szable. Rożdże- stwienskiego decydującego o ruchach floty japońskiej pod Cu- szimą. — I to właśnie nazywamy aspektem czynnym operacji. które on później zechce wprowadzić w życie. Ale wtedy. przeciwnik jest odtąd uzależniony 70 . przeszko- dzić mu w poznaniu moich sekretów. dyrygującego Wielką Armią napole- ońską. któ- rym przysługuje wspólna nazwa wywiadu. zobaczy pan. że się nie myli- łem. jako że pański ojciec był marynarzem. — To. istotnej. W skrócie: chce pan. — I myśli pan. ale nie będą z niej robiły żadnego użytku.. brązowe i jakby przysłonięte mgieł- ką. po dwudziestu czy trzydziestu latach. kiedy to my podpowiadamy przeciwnikowi jego intencje i za- miary. Próbować poznać zamiary przeciwnika. Co. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę. żebym zajął się wywiadem. iż świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. może pan nie skorzystać z otwierającej się przed panem drogi. zawsze tkwiące w pochwach. — Aleksandrze Dmitryczu. Sprawy nabierają rozmachu od momentu. — Wszystko zrozumiałem. lecz wciąż dość prymitywnej. ująć można w dwóch aspektach. owszem. to dość pasywne rozumie nie naszych zadań. albo też. Obie armie będą wyposażone w broń i liczebniejszą. — Wiem: wywiad i kontrwywiad. nie płynie panu ślinka do ust? Aleksander uniósł oczy. Niech pan sobie wyobrazi Kutuzowa. nie można zaprzeczyć. Pitman uśmiechnął się pobłażliwie: — Wywiad i kontrwywiad to tylko dwie strony tej samej rze- czy.

Jesteśmy jedynym mocarstwem. do której trzeba trzech part- nerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary. pełen turystów w pstrokatych ubraniach. mijał się z barką. Pitman poprawił się: — Jedno słowo tylko: piąty sposób polega na wywieraniu wpływu. na której suszyła się litania koszul i girlanda kalesonów. których on wcale nie żywi. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji. Dalej. — Piąty sposób jest tajny. — W takim razie niech pan nic nie mówi — Aleksander znów stał się chłodny. a które nie będą się podobały temu trzeciemu. Dalej. że mogę panu wy- jawić. że się waha.” 71 . czym strategia wobec taktyki. lustro. pojęcie. byłoby to niczym przekazanie sekretu bomby atomowej pięć lat temu. którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. — A piąty sposób? Trucizna zaczynała działać.. — Myślę. Po pierwsze. Aleksandrze Dmitryczu. biała propaganda. znaczonych przez ciosy zadane. iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami.. Pitman zatrzymał się. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym..od nas — Pitman udał. Powiem coś. patrzył na Sekwanę. że pan mi je wykradnie. które wypracowało pewne techniki. daleki. Pamięta pan słowa Karola Marksa: „Minęła już epoka rewolucji.. Stateczek wy- cieczkowy. pozwa- lającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. intoksykacja. Można to powtarzać milio- ny razy. co będzie pana szokowało. czarna propaganda. ale zaaranżuję coś ta- kiego. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. polegająca po prostu na stałym po- wtarzaniu: „Jesteśmy od was lepsi”. z którego odpływała rtęć. Cztery pozostałe w porównaniu z nim to dziecinne za- bawki. Wreszcie dezinformacja. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. to dla niego gra się tę komedię. Gdybym je panu zdradził.

ten bowiem może natychmiast stać się przedmiotem ataków. że mamy inkubatory. 72 ..przez świadomą mniejszość. poprzedzony przez wcześniejszą ewolucję. Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już. stojącą na czele nieświa- domych mas ludowych” — dokończył Aleksander. choćby przeczyło to faktom. ale te czasy minęły już. Miała też z ko- nieczności być epizodem gwałtownym. Pitman nie wierzył nigdy. to nie jest raj. że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjoekonomicznych. by Aleksander nawrócił się na marksizm. nic nas nie drażni bardziej niż zagraniczne partie komunistyczne (nazywamy je „korporacjami”). — Czyżby prorok się pomylił? — Miał słuszność w odniesieniu do jego czasów. jakoby uwarunkowania te zaistniały. Wszystko to przestało odpowiadać realiom dwudziestego wieku. który był już wcześniej zaprojektowany. że bardziej go zaintere- suje system. ponieważ dysponujemy inkubatorami? — Chcę powiedzieć. — „. Odkryliśmy też. że nie potrzebujemy już kur do wy- siadywania jajek.. ale także i od czyjegoś przekonania. że w miejsce dawnego porządku nie po winno się proponować żadnego „nowego porządku”. to już nie obowiązuje. które same znoszą jajka. Miała ona na miejsce dawnego porządku wprowadzić porządek nowy. spazmem Historii. Naprawdę. powtarzające w kółko. Według Marksa rewolucja przypadła na określony mo- ment historyczny. Tego Marks nie mógł przewi- dzieć. Pitman zniżył głos: — Otóż właśnie. — Chce pan powiedzieć. jakim to rajem jest Związek Radziecki. — Znam tę waszą tabliczkę mnożenia. Łatwiej było sobie wyobrazić. — Dzisiaj możemy sprowokować „historyczny moment” przy pomocy odruchu Pawłowa. Nie. łatwo to wykazać. w którym „Jehowa z Trewiru” poddany został po- ważnym rewizjom.

już zmodyfikowany przez fotografię prasową i kino. że cha- rakter człowieka. Później jednak lud pokazał się na scenie i odtąd terror indywidualny stracił przydatność. i to za pośrednictwem metod. Sche- mat. by większość danego społeczeństwa poświęcała znany sobie stan rzeczy dla takiego ryzyka. owszem. ale nie dzięki jej nadzwy- czajnym właściwościom. Nie chciałbym. Aleksandrze Dmitryczu. Obecnie terroryzm ma nam po prostu dostarczyć okazji wywarcia naszego wpływu.i nasi wrogowie korzystają z okazji. mogło zmienić historię danego kraju. i nie można domagać się. jest niezbędny. mass media. zmieni się raz jeszcze w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat dzięki telewizji. o których Marksowi nawet się nie śniło. Szczupła i blada twarz Aleksandra zwracała się wciąż ku Pa- ryżowi. to rozmontować stary porządek nie proponując na jego miejsce żadnej konkretnej wizji. Terror. ale to jest właśnie akt wiary. Nie sądzę. który unosił się. powiedzmy księcia. gdy stary system będzie się już rozsypywał. my jednak poszliśmy dalej. Co natomiast należy robić. żebym się mylił: za dwa- dzieścia pięć lat wzięcie zakładników albo zabójstwo jakiegoś urzędniczyny wywoła większy rozgłos niż wojna kolonialna w wieku dziewiętnastym. Marks rozumował jeszcze w kategoriach dwumianu encyklopedyści- jakobini. W średniowieczu zabójstwo jednostki. Nie wiem. jest całkowicie przestarzały. dźwigał i mimo to pozostawał w miejscu. ma jednak służyć tylko jako detonator eksplozji i wybuch ten wcale nie musi być gwałtowny. za pośrednictwem środków masowej informacji. wielkimi krokami. a potem roz- pętuje się powstanie. Dzisiaj znowu zmierzamy. ku epoce. tylko na skutek wzrastającej roli maso- wej komunikacji. czy zdaje pan sobie sprawę. która na nowo przywróci znaczenie jednostce. zgodnie z którym zaczyna się od propagandy. że raj dopiero powstanie. Wierzymy. Dopiero w momencie. wprowadzi się nowy porządek. 73 . żeby ten pociąg odje- chał bez pana.

dla którego żywił już pewne przywiązanie lub nawet sympatię. A jednocześnie czyż nie był najserdeczniejszym z ludzi? — Nazwał swój podręcznik Vademecum dla «agents d»influence». Zobaczył przed sobą figurę swego dobroczyńcy wysoką jak galeria chimer. Lubi żartować: „Quo vadis? Месит. — To mi się wydaje dosyć ciekawe — powiedział — to.W miarę jak upływało popołudnie Aleksander z coraz większą jasnością pojmował. jak wieża Notre Dame. Zarazem jednak. mój kotecz- ku. zawierającymi naszą doktrynę. że rozpoczął się jeden z największych poje- dynków. Ten pod- ręcznik napisany został przez naszych przełożonych. Wiedział. chciał tę samą gorączkę przekazać chłopcu. prawda. Stawką był powrót. — W naszym departamencie — zaczął znowu mówić — dys- ponujemy podręcznikami. którego pragnął i który stał się wręcz jego obowiązkiem. a w szcze- gólności przez największego spośród nich. Być może i panu. ile można ofiarować agentom. my wszyscy vadons secum. Pitman uśmiechnął się. 74 . jakie miał stoczyć w życiu. wywieranie wpływu.. których by to nie zainteresowało. meсит!” I z przekory grozi wam palcem! Oczywiście. a przynajmniej tyle z niej. że skrytej pod war- stewką udawanego chłodu. palony namiętnym zapałem neofity. i uśmiech wyrażał naiwny podziw: — Największy. że teraz powinien raczej intrygować niż po- uczać. tak jak i mnie. a nawet jeszcze wyższą.. Szukał na gwałt odpowiednich zdań i zagadek.. Młody Psar nie należał do ludzi. Pitman spojrzał w niebo. Matwiej Matwiejewicz trzymał cały świat we wnętrzu dłoni. los pozwoli spotkać się z nim kiedyś.. a także coś w rodzaju szacunku. i to w obydwu znaczeniach. Zresztą także i inne motywy i pasje kłębiły się w jego wyobraźni tym podatniejszej na bodźce. Jeżeli rzeczywiście współczesna so- cjologia i psychologia pozwalają władać duszami.

tym bar- dziej. bardzo długi. był przecież oficerem wywiadu w wielkim stylu) — . Pokaleczyłby sobie palce. co już dałem panu do zrozumienia. jest długi. Bez niego bylibyśmy niczym. nawet jeśli jego łacina szwankowała nie- co. niech pan zobaczy. że nasze działania nie mogą być prowadzone bezpośred- nio. Był jeszcze bardzo młody.. — To prawda — przyznał Pitman — skądinąd. że Aleksander stara się go przechytrzyć. że Aleksander chciał się dużo dowiedzieć i mało obiecać. Widział pan ten dzwon: nie bije się weń pięścią. — (Pit- man. Oczywiście. by zmusić go do mówienia. był już w poważnym wieku. to w zdolności Aleksandra. nie w siłę swej własnej wiary. — Wasza doktryna czerpie swą siłę skądinąd.jeśli odkryję przed panem. nie zdawał sobie sprawy. Pitman odgadywał. Jeśli w coś mógł wątpić. ta chimera o trzech głowach. do pewnego stopnia przynajmniej. wielkie przygody miały się dopiero zacząć. to zasada. z czego Aleksander. Zaraz.. podczas pierwszego sean- su wtajemniczenia będzie uważał.. Nasz sznur. A jednak gra ta nie była nie- przyjemna. wtajemniczyć go w rzeczy se- kretne. na pół cynicznie wykorzystywał własne słabostki. Aleksander odgadywał. Nasza doktryna jest jednolita. Pitman zawsze chętnie się poddawał wielkodusznemu uczu- ciu podziwu i apotezy. — I cóż mówi to Vademecum? — Myślę. że Pitman celowo dra- żnił i pobudzał jego ciekawość i że aby to osiągnąć musiał. by nie przekroczyć dozwolonej 75 . kto zbliżał się do trzydziestki. Aleksandrze Dmi- tryczu. Jest jakieś podobieństwo pomiędzy nią i nami.. wprawia się go w ruch przy pomocy sznura. na pół szczerze. że Pitman odgaduje jego zamiary. że jak sam powiedział. Ale Pitman czuł swoją młodość.. kto próbowałby rozhuśtać ten dzwon gołymi rękami. tam. ma jednak formę tro- istą. rzecz jasna. podobnie jak ktoś. Rzecz podstawowa. Ze swej strony Pitman domyślał się. że nie popełnię wielkiego przestępstwa. Ktoś.. Domyślał się też.

przynajmniej do pewnego momentu. tam gdzie znajdo- wała się Sainte-Geneviève. że egzaltacja Pitmana jest poddana kon- troli. że się stoi na mostku okrętu. rozumie to z całą pewnością — trzeba będzie. nie chciał zadawać więcej pytań. 76 . że to Rosja czerwona zbawi świat. Pitman rozu- miał. ale później trzeba będzie — pan. że egzaltacja dobrze mu służy. którego ładunkiem był cały mikrokosmos.. bo w ten sposób dałby okazję Pitmanowi do zasłonięcia się tajemnicą. Znaleźliśmy się na pokładzie tego samego statku. żeby pan dał mi swoje słowo. Aleksander milczał. Pan wie. trzech artykulacjach. człowiek wielkoduszny. i wobec tego postanowił cierpliwie podsycać ogień.granicy wyznań. pan i ja jesteśmy połączeni. Powiedzmy więc raczej: na trzech obrazach.. — Ostatecznie mogę panu w przybliżeniu nakreślić te trzy obrazy. iż milczenie Aleksandra brało się nie z obojętności. Obrazy te są jednocześnie tak bardzo tajemne. odczuwamy ten sam podziw.. Co do statku. Rzeczywiście można było sobie wy- obrazić. nie zrobiłby mu z tego zarzutu. trumna i ciało. tak jak wyłożona została w Vademecum. dla- czegóżby miało się jej nie osiągnąć? Z całą pewnością jego mistrz. wyraził zgodę. lecz podyktowane było chytrością. chociaż samo pojęcie archetypu nie wchodzi w skład naszego słownika. tak jakby to była arka Noego. Aleksan- der natomiast wiedział. Aleksander poszukał wzrokiem południa.. — Nasza doktryna. tak chciało przeznaczenie. I jeszcze coś: zwyczajny fakt. że nie mogę się od tego powstrzymać. przeżywamy tę samą tęsknotę wygnańców. że właśnie w tej chwili oglądamy ten sam krajobraz. łączy nas Rosja. człowiek-góra. że nie powinienem ich pa- nu zdradzać. zbudowana została na trzech archetypach. i tak musiało się stać. nasza wia- ra w Rosję. Obaj wiemy. zgoda. Dzisiejszy dzień wydaje się bardzo odpowiedni. Skoro jednak wytyczona została granica. i tak ważne. grób. Pitman poddawał się egzaltacji i wiedział też.

dba się o to. dalej. choć nie uczynili z nich jednolitej doktryny. Ta druga partia sama się zdyskredytuje. W pustej teraz Sekwa- nie odbijały się obłoki. i także poddając się zmysłowej zawarto- ści obrazów. Trzeba zapamiętać. by zdobyło wielką popu- larność. tym razem nawet nie z wyrachowania. zawsze dążyć do jej powiększenia. przekona się pan o tym. Posługiwanie się pacyfistami stało się zresztą procedurą klasyczną. i.. za dowala się penetracją pacyfistycznej partii pod wodzą Eubuliu- sza i Ateny spadają mu w ręce jak dojrzała gruszka z drzewa. Oto Filip Macedoński chce zawładnąć Atenami. Pa- cyfiści byli dźwignią Filipa. — Zacznijmy od Dźwigni.. Pod nimi krążyły w powietrzu gołębie. — zaczął Pitman. Temat wykładu wydał mu się tak piękny. Co z tego wynika dla metody wywierania wpływu na przeciwni- ka? Nigdy nie powinno się tu działać na własną rękę. i równocześnie stronnictwo dążące do wojny. poruszony własną ewangelią. że przymknął oczy i na se- kundę zamilkł. lecz po- wodowany szacunkiem. gdy od będzie pan u nas staż. Aleksander był zaskoczony pospolitością tych obrazów. Czy posłuży się białą propagandą: „Ateńczycy. Chcąc zdobyć jakiś kraj tworzy się w nim stronnictwo pacyfistyczne. gdyż niewielu tylko ludzi rozum- nych będzie przychylnych wojnie. nigdy zaś jej nie zmniejszać. zawsze przez pośrednika lub raczej przez cały łańcuch pośredników. Trójkąt i Drut. — Oto trzy archetypy. 77 . Im większa odległość między punktem oparcia i punktem przyłożenia. Dam panu przykład wzięty z historii.. — Zaraz przedstawię to bardziej szczegółowo — dodał Pit- man. jako że wielcy ludzie daw- nych czasów wyprzedzali czasem intuicyjnie nasze metody.. Na dole mieszkańcy ciasnych mieszkań otwierali przed wieczorem okna. będziecie szczęśliwsi pod moimi rządami”? Nie. że to odległość między tymi punktami tworzy dźwignię. tak bogaty.Dźwignia. — . tym większy ciężar może być uniesiony przy stałej sile nacisku.

dzięki apelowi sztokholmskiemu? Pitman parsknął śmiechem: — Widział pan plakat przedstawiający matkę. 78 . który przyjmuje przesłanie plakatu. wierzący w zalety pokoju. który jednocześnie w Niemczech uprawiał kult armii. działanie natomiast przejdzie niepostrzeżenie. w związku z apelem. wystarczy zdać się na „rezonans”. Prasa konserwatywna z oburzeniem potępia ten akt. W ZSRR. nie podejrzewający. mamy plakat z tym samym napisem. Kiedy byłem mały. — Ten pomysł wyszedł z naszego departamentu. — To właśnie plakat działa jak dźwignia? — Ależ nie! Dźwignią jest naiwny widz. — A teraz my robimy to samo. Inscenizuje pan pojedynczy akt terrory- zmu. Ale wie pan. że całkiem dobrze można głosić jedną rzecz. Wie pan przecież. co jest na plakacie? Żołnierz Armii Czerwonej trzymający pistolet maszynowy. Rezultat: rok 1940. pełen dobrej wiary. że ktoś mógłby cynicznie posłużyć się tym hasłem. Ale im głośniejsze jej potępienie. Propaganda pacyfistyczna we Francji była przykładem opera- cji typu „wpływ”. a nad nią napis: „Walczymy o pokój”? — Oczywiście. Przykład: postanawia pan sterroryzować jakieś społeczeństwo. Gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania. a wkrótce także inne mass media. Biedne maleństwa doro- sły nie znając ołowianych żołnierzyków i karabinków marki Eu- reka. Właśnie dlatego ideałem dźwigni jest prasa. zauważony zostanie tylko krzyk. a robić coś całkiem prze- ciwnego. na jeszcze większą skalę. która trzyma w ramionach dziecko. tym bardziej powiększa się rozgłos i znaczenie tego czynu. nie trzeba na- wet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji. Jeżeli tylko krzyczy się dość głośno i jeśli dobrze przy- gotuje się opinię publiczną. Na przykład dziennikarz. prowadzonej przez Hitlera. wielu rodziców francuskich nie kupowało swoim dzieciom zabawek wojskowych. co jest dla nas korzystne.

pomnażając w nieskończo- ność nasz pierwotny wkład. Nam nie chodzi o odszczurzenie świata. że to my odkryliśmy tę grę na flecie. jakie to szczęście. Jakże blednie teatr cieni. którego poddanymi są dusze i wola ludzka? Czyż można sobie wyobrazić coś wspanialszego od Guildensterna. opowiadań i dwie powieści. — Przez podawanie tendencyjnych informacji. 79 . W gruncie rzeczy czyż pewnego ro- dzaju determinizm i pewna Opatrzność nie są jednym i tym sa- mym? — Powiedział pan. jakby wpadł we własne sidła. W jaki sposób pan to robi. też był z waszego departamentu. nie wierzę. trzeba było jeszcze pozbyć się części ba- lastu. który gra na swojej fujarce. a Hamlet i wszyscy jego Duńczycy tańczą do wtóru? — Sądzę — powiedział Aleksander. a nie kapitaliści. jakby pytał tylko od niechcenia. z których był za- dowolony. cała pra- sa zaczyna dotrzymywać jej kroku. szukając bez powodzenia ironicznego tonu — że ten flecista. Aleksandrze. Nie tylko zresztą przyszłego: napisał już przecież wiele wierszy. teatr wyobra- żonych tylko postaci. który wyprowadził wszystkie szczury z Hameln. że nasze ambicje znacznie przerastają tamten wyczyn. — Tyle tylko. Niech pan po- myśli. Lecz nagle Pitman odkrył przed nim inną dziedzinę i w tej samej chwili dziedzina ta wydała mu się nieskończenie bardziej pociągająca. że trzeba naprzód przygotować opinię publiczną. Pitman zachowywał się. Wie pan. Dotychczas Aleksander uważał się zawsze za przyszłego wiel- kiego pisarza. — I na czym polega tendencyjna informacja? Aleksander mówił tak. W tym celu opanowuje się któryś z poważnych dzienników. żeby w grę wchodził tylko przypadek. Jeżeli postępuje się rozważnie i nie dopuszcza do kompromitacji gazety. jeżeli można inscenizować prawdziwe morderstwa i inspirować prawdziwe miłości! Czyż istnieje bar- dziej wzniosłe królestwo niż to. Jakubie Mojsiejewiczu? Pitman westchnął.

że to Pietrow przyłapał żonę w łóżku z Iwa- nowem. zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika.. ale wydawałoby się. Oznajmia się więc po prostu. Francuzi nie mogli się bez nich obejść. generalizacja. Opinia publiczna nie może w żaden sposób sprawdzić. części równe. mówił.. że w małżeństwie Iwa- nowów nie brakowało problemów i przyznajecie. zacieranie i jego odmiany: wybrane fakty. Proporcje jednego i drugiego mogą się zmieniać. że w roz- mowie z Rosjaninem można ich uniknąć. Chłop- cy z intoksykacji. mieszanka praw- dy i fałszu. jeśli z powodów politycznych trze- ba by go było naświetlić tendencyjnie. gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni. Oto właśnie nieprawda nie dająca się zweryfikować. zgoda. — Nieprawda nie dająca się zweryfikować. ponieważ z ich punktu widzenia ważne jest. Chce pan je poznać? — Tak. — Vademecum podaje dziesięć przepisów na tendencyjną informację. To jest mieszanka prawdy i fałszu. Załóżmy. — Alek- sander zesztywniał. Drugi. następujący fakt historyczny: Iwanow przyłapuje swoją żonę w łóżku z Pietrowem. że istotnie w sobotę Iwanow zaskoczył swą żonę z Pietrowem. to by mnie interesowało. że już jeden jedyny fakt prawdziwy 80 . My natomiast. dają do 80% prawdy na 20% fałszu. Prawdą jest też. jakim opera- cjom można poddać ten fakt. ilu- stracja. nierówne części. jeśli chcą uprawdopodobnić sprawę. zmiana kontekstu. nie znosił erotycznych facecji. że nie. — Czy może mi pan podać kilka przykładów? — Spróbuję odtworzyć dla pana wykład mojego nauczyciela z okresu stażu. dodajecie. deformacja prawdy. że przed tygodniem Iwanowa przyłapała swego męża na gorącym uczynku z Pietrową. komentarz podtrzymywany. by jakąś bardzo konkretną fałszywą informację wzię- to za dobrą monetę. Piszecie. jak było naprawdę. Pierwszy przypadek: nie było świadków. Pitman uśmiechał się frywolnie: — Pokażę wam. Byli świadkowie. Okazuje się.

Przyznajecie. Nie da się wykluczyć. mówicie. gdy. Najlepszy dowód. — Tak. maleńkie dzieci. Czyż mamy podstawy do oskarżenia jej o to. w mieszkaniu zajmowanym przez nich wspólnie z Iwanowymi. Cóż mają wspólnego ze sprawą ruchomości? Najprawdopodobniej Iwanowa siedziała po prostu na krześle czy w fotelu. że obywatelka Iwanowa znajdowała się w sobotę wieczorem u Pie- trowa. na szczęście. gdzie po raz któryś z rzędu osiągnął rekordową liczbę trzech tysięcy nakrętek utoczonych w ciągu dwóch godzin dwudziestu pięciu minut. Jest to wręcz bardzo prawdopodobne. krzyczycie głośno. To prawdziwe monstrum lubieżności. rzeczywiście. że powinna się schronić u Pietrowa. ma w zwyczaju rzucanie oszczerstw na swą nieszczęsną żonę. wciągnął ją do siebie i właśnie rozpoczął proceder gwałcenia. gdzie najprawdopodobniej towarzyszyły jej dzieci.służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw. rzucił się na nią. jaki jest Pietrow. wy- ważył drzwi i ocalił swą skromną małżonkę od losu gorszego niż śmierć. że ma za sobą czternaście wyroków sądowych za gwałt. jako że wszystko to wydarzyło się w sypialni Pietrowów. żeby mąż pijak pobił ją znowu? Sądziła. ale ironizujecie na temat łóżka. wracający z fabryki. pełen godności obywatel Iwanow. Do wielkiej ilości brązu dodali odro- binkę złota. Cztery — Pitman liczył na palcach — czyli modyfikacja kon- tekstu. Zgadza się. że także i obywatelka Piętrowa brała udział w spotkaniu Iwanowa-Pietrow. Oto właśnie deformacja prawdy. tyle razy leżał pod stołem. jak wszyscy wie- my. że nie zostawiła dzieci wydanych na pastwę tego bruta- la? Ponadto nie ma powodów by wątpić. Teraz trzeci sposób. że pierwotna 81 . który przed chwilą oglądaliśmy. — To trochę tak jak twórcy tego wielkiego dzwonu. A co miała robić? Czy miała pozwolić. Iwanow. ale przecież wszyscy wiedzą. który. Iwanow nakrył żonę w łóżku Pietro- wa. Tego dnia natknął się na Iwanową w korytarzu.

przepada za kiełbasą z czosnkiem. Następnie opisujecie nowoczesne osiedle. i tak dalej. mianowi- cie wybrane fakty. lecz korzystacie z niego. Jest ich już coraz mniej. dobrze pływa sty- lem grzbietowym. i przedstawicie idyl- liczny obraz szczęścia. prawdziwych lecz niepełnych. Można tu rozwinąć ten sam mo- tyw: sielanka par małżeńskich w nowoczesnych osiedlach wzniesionych dzięki dobroczynnej wydajności władzy Rad. Piąte: zacieranie. w której przechodzi się od rzeczy ogólnych do szczegółowych. to stachanowiec. lecz 82 . Pie- trow zachowywał się tak. W sprawie. w której może sobie gruchać do woli. gdzie każda para turkawek ma swoją garso- nierę. potrafi ugotować syberyjskie pielmieni. małżonkowie Iwanowowie wrócili do siebie. będącego jednym z przeżytków carskiej Rosji. prze- prowadzacie selekcję szczegółów.informacja nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat wyrzu- tów. że Iwanow wszedł do pokoju Pietrowa bez pukania. na sześćdziesiąte urodzi- ny ofiarował matce kanarka. dajmy na to. Istnieje też wykręt będący odwrotnością zacierania. ma kilka kochanek. Siódmy chwyt to pewna odmiana szóstego. by przeprowadzić. jakby był zaszokowany złymi manie- rami Iwanowa. w których mężowie zaskakują kochanków. i wymieniwszy uwagi na temat powszechnego zepsucia obyczajów. to ilustracja. którą macie zrelacjonować. a nie od szczegółowych do ogólnych. jakie Iwanow miałby wobec żony. w czasie wojny był artylerzystą. Opowiadacie na przykład. świet- nie gra na organkach i w warcaby. W niczym nie modyfikujecie faktu. mówicie. urodził się w Niżnym Nowgo- rodzie. Szósta metoda: komentarz podtrzymywany. taka jest nerwowa. jakie stanie się tam udziałem Iwanowów. między innymi Iwanową. Pietrow. krytykę mieszkań dzielonych przez wielu lokato- rów. Iwanowa aż podskoczyła. Zalewacie wasz prawdziwy fakt wielką ma- są innych informacji. zdarzają się znacznie częściej niż to przewiduje plan pięcioletni. lecz to w nich właśnie incydenty.

Wyobraża pan sobie. i równocześnie u jakiegoś idioty ze wsi zamawiacie ich potępienie. Lub też. Wreszcie części równe. pełne konfuzji wnioski na temat niewdzięczności kobiet. rzecz jasna. że wyjawię panu całą naszą doktrynę ot. mający pięćdzie- siąt linijek. tylko po to. U profesora uni- wersytetu. też na pięćdziesiąt linijek. Ale. którymi zajmie się pan podczas stażu. gdzie zdarzały się pożałowania godne epizody. W ten sposób dowo- dzicie waszej bezstronności. Wte- dy. przeciwnie. krótki wykład. Aleksandrze Dmitryczu. dziesiąta metoda. by mógł pan wy- robić sobie zdanie. Drukujecie też dziesięć listów w jej obronie. żeby pana rozerwać? 83 . nikczemnego uwodziciela. postępującą właśnie według tych zasad.zakończenie będzie inne: o. Publikujecie następnie jeden list potępiający Iwanowa — nawet jeżeli dostaliście sto takich listów. czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? — Pan jest nienasycony. natrafiającego na swą żonę u sąsiada! Ósma jest generalizacja. Technikę numer dziewięć nazywamy: nierówne części. by sami oce- nili ten incydent. natomiast pomijacie mil- czeniem współudział Pietrowa. tu. tak sobie. rozwiązłości.. ich niewierności. na tej galeryjce. obwiniacie Pietrowa-Casanovę. Zwra- cacie się do waszych czytelników i proponujecie im. na przykład właśnie sytuacja Iwanowa. Oto.. uniewinniając jednocześnie nieszczęsną przedstawicielkę bezwstydnie eksploa- towanej płci. jaki to postęp w stosunku do miesz- kań o wielu lokatorach. nawet jeśli nie przyszło takich listów więcej niż dziesięć. zamawiacie tekst pisany w obronie kochanków. czym jest tendencyjna informacja i na czym polegają ćwiczenia. świetnego i lubianego przez czytelników polemisty. — Wydaje mi się — powiedział Aleksander — że znam pew- ną gazetę francuską. Z zachowania Iwanowej wyprowa- dzacie ogólne. ich temat będzie znacznie poważniejszy.

że chcę zaatakować wielkie cesar- stwo. przeciwnika i. jako że cała jego struktura zostałaby unicestwiona. wręcz całą kosmogonię. oświetlający. — Dobrze. Jako przykład podałem panu dziesięć dziecinnie łatwych przepisów.. innym kontekście społecznym. dobierać się do niego gdzie indziej. czyli państw utwier- dzających jego panowanie w świecie. Powiedzmy. w obrębie której doszło do konfliktu. że nie. Oto dlaczego metody. Czy zdąży mi pan wszystko opowiedzieć. cały świa- topogląd techniki wywierania wpływu. Nigdy nie walczyć z przeciwnikiem na własnym ani na jego terenie. — Tak. aż roz- sypałby się. że zainteresowałby mnie któryś z tych krajów. w innej dziedzinie inte- lektualnej niż ta. których można się nauczyć. — Czy mógłby mi pan jeszcze opowiedzieć o Trójkącie? Tyl- ko o Trójkącie. Zobaczy pan już niedługo. jak korzystne okaże się dla nas pojawienie się słabo rozwinię- tych zdekolonizowanych krajów: za ich pośrednictwem będzie można podjąć działania antyamerykańskie na wielką skalę. wypracowaliśmy całą interpretację Historii. za to zdyskredytuję je pośród jego sojuszników i klientów. że tak po- wiem. bardzo krótko. odzwierciedlający nasz manewr. które odkryliśmy i które nasi wrogowie odkryją w jakiś czas później. Doktryna ta zakłada trzech uczestników gry: nas. nad którym się pracuje. Chodzi o jeszcze jedno zastosowa- nie głównej zasady: żadnych działań bezpośrednich. Alek- sandrze Dmitryczu. Naprzód trzeba dogłębnie poznać społe- czeństwo. Tymczasem myśmy opracowali setki metod. proszę.. materiał kontrastujący. Otóż zacząłbym mnożyć przyjacielskie gesty pod jego adresem i zara- zem prowadziłbym niszczycielskie prace wewnątrz kraju. w innym kraju. — W jaki sposób zniszczyłby go pan od wewnątrz? — Przy pomocy metod. którymi możemy posługiwać się razem lub roz- dzielnie. zawsze po- średnictwa. Nie będę go zaczepiał bezpośrednio. 84 . nim dozorca zamknie wieżę? — Oczywiście. Za- łóżmy teraz.

dyskredy- tacja mojego przeciwnika. Dzięki temu wytworzę przepaść między rodzicami i dzieć- mi. lepiej niż je znają jego członko- wie. Każdy z tych trzech elementów wspomagany będzie przez specjalne ak- cje. wreszcie neutralizacja samego ludu. przełożonymi i podwładnymi. Wychodząc z pozycji siły będą atakowali władze. nie licząc zła wymyślonego. nie troszcząc się o żadną konsekwencję. między dowódcą i jego żołnie- rzami. Wytworzę w społeczeństwie i u najsłabszych przedstawi- cieli elit przekonanie. tylko jako „kontrast”. które mogłyby osłonić społeczeństwo przed skutkami moich działań. a nie rzeczywisto- ścią. gdyż do- wodząc. z władz tego pań- stwa i z jego społeczeństwa. Grupujemy je pod hasłem „teoria wnikania”. w czym pomoże mi lud. które chcemy opanować. Społeczeństwo liberalne ulegnie jeszcze szybciej. że grupy te nie przyno- szą żadnego pożytku. Trzeba zrobić wielki wysiłek i poznać społeczeń- stwo. Po drodze posłużę się też propagandą 85 . czyniąc je odpowiedzialnymi za wszelkie rzeczywiste zło istniejące w tym społeczeństwie. Załóżmy więc. że postanawiam rozciągnąć mój wpływ na pe- wien kraj. by potrafili zachowywać się . Trójkąt będzie się składał ze mnie. iż można je bezkarnie atakować przejdę do trzeciej fazy mojej akcji (na tym zresztą polega istota inteligentnie pojmowa- nego terroryzmu).jak ryby w wodzie” na obcym terenie. to jest mój „kontrast”. że były one w przeszłości szkodliwe i wciąż szkodliwe pozostają. zdobędzie się na represje.nie przydadzą im się na nic! Kapitaliści są zbyt leniwi i zbyt pewni siebie. których nie wy- jaśnię panu dzisiaj. Tradycyjne elity rozbiję przez wywołanie w nich poczucia winy. będę się starał wykazać. słuszność. Wypracowaliśmy tu odpowiednie techniki. są pasożytami. Jeżeli to społeczeństwo będzie dość au- torytarne. a to przysporzy mi mę- czenników i będę mógł odwoływać się do opinii międzynarodo- wej. przy czym społeczeństwa nie będę ujmował w kategoriach przeciwnika. Sta- wiam sobie trzy cele: rozbicie tradycyjnych elit. Moi agenci będą posługiwali się potrójnym sloganem: dobra wiara. A jednocześnie. zdrowy rozsądek. iluzją. władz.

Tym razem Pitman zawahał się. Zrobił kilka kroków. by wytworzyć fascynację podobną do tej. Czasem można się też posłużyć pseudo-nadzmysłową rupieciarnią: przepowiedniami. aby każdy obywatel znalazł się naprzeciw maski Gorgony. Światło zmieniało kolor: nie było już białe. by je zdemobilizować. jeszcze nie stało się złote.projekcyjną. nie składały się jeszcze na 86 . naprawdę chodzi o to. Czasem udaje się przekształcić większość społeczeństwa w gigantyczną grupę gimnastyków: podnieście lewą nogę — podnoszą. wizjami. przeprowadzić parę zamachów terrory- stycznych. Prze- wodnik spoglądał na zegarek. podzielić społeczeństwo na miliony indywiduów. w przeciwień- stwie do rewolucji dawnych czasów. Autokary. prowadzone są przeciwko większości. zatomizować je tak. gdy więc „kontrast” jest unieruchomiony i bezsilny. Rasputinami różnego kalibru. zabrawszy na pokład Barbarzyńców. Proszę nie zapominać. z których sam mam zamiar zrobić użytek. Sprawi to. Wystarczy rozpowszechnić przekonanie o wyższości przeciwnika. której do- znaje żaba na widok zaskrońca. to jest oskarżę przeciwnika o stosowanie metod. Oto. podnieście prawą — podnoszą. nie przeciw mniejszości. Zdawało się. Aleksandrze. przeciwnie. odjeżdżały w stronę Opery. — Jeszcze wspomi- nał pan o Drucie. przeciwnik realny dostaje się w nasze ręce jak obluzo- wana cegła. teoria Trójkąta. że obecne rewolucje. iż będę mógł się powoływać na okoliczność obrony koniecznej. zrelacjonowane bez podania kon- kretnych sposobów zastosowania. skłonny do kapitulacji. Większość kapituluje. Niekiedy natomiast trzeba. Trzy zasady Vademecum. gdy udaje się nam ją obezwładnić. że padało na wielki krążownik Notre Dame przefiltrowane przez ukryty gdzieś witraż o delikatnej barwie. czując swą bezbronność. Można to osiągnąć na kilka spo- sobów. W każdym razie gdy tylko mowa o mobilizacji mas. w skrócie. podnieście obie — spadają na cztery litery. Kiedy się to osiągnie. Tworzy się wte- dy nastrój paniki.

Żadna ustawa. zmiękczając. Jeśli się wam to powiedzie. kontakty. Któregoś dnia doktryna wywierania wpływu znana będzie całemu światu. ryzykując zdradę. Obraz Drutu wziął się stąd. albo też ukryje go. na razie jednak trzeba było przestrzegać najdalej idącej dyskrecji. zawsze będzie nad- wyrężał istniejący system. pochodził z rodziny reakcjonistów. uodpornicie się na spojrzenia najprzenikliwszych szpiegów i nawet najlepsze umysły nie będą w stanie przygoto- wać zwróconych przeciwko wam planów”. Jakub Mojsiejewicz Pitman musiał teraz podjąć decyzję: albo wyjawi jeszcze i ten sekret. Do tego sprowadza się jego zadanie. otwie- rając wszystkie zamki. — Niech pan słucha — znów stanął tuż obok chłopca i oparł się łokciami o balustradę — mogę o tym mówić w sposób bardzo ogólnikowy. który żył przed dwudziestu pięciu wiekami i był kimś w rodzaju Clau- sewitza swej epoki. który mógłby zostać precyzyjnie opisany. 87 . Sun Tsu. pożyczę panu książkę myśliciela chińskiego. Spełniając tę rolę pozostaje całkowicie bezkarny. albo raczej pro- pagandysta absolutny: nigdy nie jest za. Przykład: sowiecki agent d”influence nie może w żadnym razie uchodzić za komu- nistę. by złamać drut trzeba go wyginać w obie strony. mógł utrzymywać sekretne związki z przeciwnikiem. ale charakteryzuje też świetnie nas sa- mych: „Przede wszystkim powinno się unikać przybrania kształ- tu. Młody Psar. która odnosiła się do wojska stojącego w obliczu przeciwnika. Pomiędzy innymi niezwykłymi myślami wy- powiedział i tę sentencję. rozwiązując. zaledwie jej zalążek. rozda- jąc karty. na lewicy czy na prawicy. Agent d'influence to przeciwieństwo propagandysty. rozklejając. wychowany został we Francji. Jeśli nadal będzie się pan nami intereso- wał. że. jak wiadomo. Obojętnie. W tym miejscu mamy do czynienia z samą istotą naszej sztuki wojennej. mimo że obywatel sowiecki.kompletną inicjację. niszcząc. Ale jednak zalążek zo- stał przekazany Aleksandrowi. zawsze przeciw. narażając się na unik ze strony Aleksandra. których ankieta nie zdołała odkryć.

czy nasze postępowanie było uczciwe. po- zwolicie mi wrócić. w parzyste i nieparzyste. To on wygrał rybkę i ofiarował mi ją. Wy- starczy grać w czerwone i czarne. wygraliśmy! 88 . Pitman pognał znów do swego telefonu: — Mohamedzie Mohamedowiczu. nie zabrania demontażu własnego społeczeństwa. ale pod jednym warunkiem. może nawet mniej niż jeden. a ja na niebieskie. — Zamykamy— oznajmił południowym akcentem ziewający przewodnik. Chłopiec uśmiechnął się melancholijnie: — Tak. które zbliżało się do horyzontu niczym statek wracający do portu. Aleksander wpatrywał się w zachodzące słońce. tak jak sobie tego życzę. Gdy tylko świeżo zwerbowany agent i jego przełożony rozstali się u stóp katedry. Pitman milczał długo. w ten sposób na pewno wygramy”. Zatrzymaliśmy się przed wielkim kołem. — Czy mam rozumieć. Ale. Aleksander też zamilkł. nim przekroczę pięćdziesiąty rok życia. to znaczy żadna ustawa prawna na Za- chodzie. Miałem na nią ochotę i wtedy ojciec zapłacił za dwa rzuty i powiedział: „Ty postawisz na czerwone.Aleksandrze Dmitryczu. jak mi nakazał mój ojciec. Będę wam wiernie słu- żył przez trzydzieści lat. Trzeba było trafić w jeden z tych kolorów. — Ma pan moje słowo oficera i bolszewika — powiedział Pitman wyciągając dłoń do uścisku. Mimo to nie byłem pewny. że kryje się w tym odpowiedź? — za pytał Pitman. Byłem z tego zadowolony. oj- ciec zaprowadził mnie do wesołego miasteczka. Rybka kosztowała mniej niż dwa rzuty. — Pewnego dnia — powiedział — gdy byłem dzieckiem. Ale powie- działem ojcu: „Zgoda”. podzielonym na czerwone i niebieskie sektory. Nagrodą była rybka w słoju. nie skąpiąc energii. nie szczędząc wła- snego życia.

— Nie nadaję się? Ja? Domagam się drugiej ekspertyzy! — szlochał Aleksander. niezadowolony z żołdu. podczas gdy sowiecka ojczyzna oczekuje 89 . Roz- ciągnięty w ciemnym pokoju na swoim łóżku o połamanych sprężynach. Czytał nie- dawno Goethego i doskonale zdawał sobie sprawę. gra- natowe kepi i złocone galony. Niedługo później Aleksander dostał wezwanie do komisji po- borowej i stanął. Pozbawiać ludzi wolności działania ucho- dzi za rzecz diabelską. kto mówi wewnątrz nas: „Wybieram”. jako że protekcje w tej dziedzinie nie nale- żą we Francji do rzadkości. który dzielił z ojcem. że szkoda czasu. Z tarapatów wyciągnął go pewien komunistyczny de- putowany i odtąd Nanan służył dwóm panom. Pitman musiał interweniować. tak. z grandilokwencją właściwą swemu wiekowi: — Będę złym duchem myśli francuskiej. który nazywał się Nanan i miał na sobie jaspisowy mundur. Aleksander wrócił do pokoju. by przy- sporzył mu poważnych kłopotów. na wieży katedry. wyzywający w swej jasnowłosej nagości. zupełnie nagi. ale może jeszcze bardziej utratę własnej niewinności. on jednak szedł jeszcze dalej. Można być pompatycznym i nie mijać się z prawdą. W pewnej chwili powiedział pompatycz- nie. co uczynił tam. popełnił błąd. poświęcał chwile wolne od garnizonowych zajęć na dyskretne przeprowadzanie sztucznych poronień. że przecież nie miało sensu. Psar był w jego praktyce zupełnie wyjątkowym niewdzięcznikiem i niewiele brakowało. wpatrywał się w ciemnobłękitny trapez wyświetlany przez okno na suficie. przed lekarzem wojskowym. sam zajął miejsce tego kogoś. Nanan. Opłakiwał śmierć biednego podporucznika marynarki. Powinien był wytłumaczyć mu. Na żądanie zwal- niał młodych ludzi od służby wojskowej jako niezdolnych i ucho- dziło mu to na sucho. i rozpłakał się. by Aleksander czyścił buty do połysku. powinien był zażądać od Aleksandra tego poświęcenia zamiast zmuszać go do zaakceptowania prawnego szwindlu.

z literatury francuskiej. mój złoty Aleksandrze Dmitryczu (Pitman ograniczał się tylko do metali). wyprawę na terytorium wroga. Bez tego nic pan nie osiągnie w nowoczesnym świecie. On. — Niezupełnie. otrzymał 16 punktów na 20 za dyktat z Mérimée'go! Swoje studia traktował jak rekone- sans. który będzie panu potrzebny do założenia własnej agen- cji. jak zawsze flegmatyczny.jego usług.. i to z wynikiem bardzo dobrym. gdy mianowany został podporucznikiem KGB: epolety lub prawie. Chciano. Ponadto tylko Amerykanie mają tradycję zawodu agenta literackiego. Później zechciano.. więc musi pan odbyć u nich staż. We wszystkim innym był całkowicie posłuszny. żeby legitymował się dyplomem Sorbony. zbyt wiele upokorzeń i uraz wiązało się z młodością Aleksandra. by zapi- sał się na Columbia University. wynikłego z nostalgii. jakiego proletariat jeszcze nie zerwał”. Był jeszcze i dodatkowy powód: po kilkuletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych Aleksander będzie się czuł mniej pewnie we Francji. który później za pośrednictwem jednego ze swych „pudeł rezonanso- wych” miał puścić w obieg hasło: „Ortografia jest reakcyjną i represyjną dyskryminacją. Wreszcie będzie to świetna okazja stworzenia pretekstu dla ka- pitału. Efektu przeciwnego. ukończył studia na Columbia University summa cum laude. ostatnim burżuazyjnym okowem. Pitman prawie nie brał pod uwagę. Aleksander podporządkował się. znacznie się zmniejszy. Otrzymał go więc. 90 . posłuszny i nieuchwytny. żeby się pan nauczył amerykańskiego. na stronę francuską. Powie się. — To będzie — powiedział Pitmanowi — moja kampania egipska. Po pierwsze trzeba. Aleksander tymczasem. lecz przez długi czas miał żal do swych przełożonych i przebaczył im dopiero pod koniec roku 1968. że przywiózł pan oszczędności z Ameryki. Dzięki temu ryzyko przejścia do przeciwnika. Wyjechał do Nowego Jorku nie żegnając się z nikim.

Aleksander szybko poznał jej znakomite imię i nazwisko: Tamara Szcz. Miała długie rzęsy. Wydobyła stamtąd zaledwie kilka miedziaków. Sąsiedni taboret był pusty. Dziewczyna otworzyła swą portmonetkę. że będę za nią szedł” oraz: „To zbrodnia. który jeszcze wtedy był względnie bezpieczny. Niezbyt biegłą angielszczyzną zamówiła porcję lodów. myślał Aleksander. Gdy wreszcie piękna dziewczyna zrozumiała. Aleksander ze ściśniętym gardłem — nigdy w życiu nie przemówił do nie- znajomej — wyjaśnił. że zabrakło jej pieniędzy. Zajął miejsce na wysokim taborecie przed kontuarem. Pierwsza skończyła swój skromny posiłek i chciała zapłacić kelnerce. Aleksander pomy- ślał. w których cieniu kryły się zielone oczy. stracić ją z oczu. Aleksander przyglądał jej się dyskretnie. ba- dając zawartość spojrzeniem krótkowidza. Znaleźli się przy kasie. Długa szyja przydawała jej dystynkcji. — Za mało — powtarzała złym głosem kasjerka. Piękna dziewczyna zajęła miejsce obok Aleksandra. on jednak nie brał tego pod uwagę. Blade usta nie miały w so- bie nic zmysłowego. Dziewczyna podzięko- wała mu — „Tank you” — patrząc na niego nieśmiałym wzro- kiem. i. aż prosiło się o diadem. Jej owalne czoło. co należało zrobić. Grzebała w niej. przejętego bogo- bojnym respektem. jak to jest w zwyczaju zakochanego Rosjanina. Była członkinią chóru 91 . że za chwilę usiądzie na nim piękna dziewczyna. ta jednak podbródkiem pokazała na kasę. Pewnego dnia wstąpił do baru przy 43 Ulicy i zamówił pa- rówki. w rozmarzeniu. Roz- glądała się dokoła nieco trwożnie. Aleksander rozdarty był pomiędzy dwa sprzeczne uczucia: „Oby tylko nie pomyślała. krzyknęła z rozpaczą: — Boże mój! Reszta była już całkiem łatwa. Zapewne była istotą cielesną. jeżeli to Ona”. Następne trzy godziny młoda para spędziła włócząc się po ulicach i po parku.

Zresztą Aleksander nie był w tej dziedzinie bardzo wymagający. przeciw któremu pracował. co było „prawdziwe” od naj- zwyklejszej konieczności fizjologicznej. które podsuwało mu KGB.folklorystycznego. Nazajutrz Aleksander wybrał się na koncert i przekonany był. Mógł co prawda powołać się wobec władz sowieckich. Zdarzało mu się nie wy- korzystywać okazji podsuwanych mu przez organizację. O czym roz- mawiali? O Rosji i o miłości. obyczaje Aleksandra rozluźniły się nieco. zbyt jednak wielką wagę przywiązywał do konspiracji. Tamarze udało się zmylić czujność „tłuma- czy” i pójść obejrzeć prawdziwy Nowy Jork. by nie narażać jej na przy- krości. że i on pracuje dla Sprawy. na razie jednak trzeba było starannie oddzielić to. kto wie. Trzeba było unikać fizycznych związ- ków z krajem. nasz chłopak jest na to zbyt delikatny!”) Tego wieczoru chór nie występował. Poślubi rodaczkę. Miał lat dwadzieścia siedem. mógł. (Pitman zaproponował tancerkę — jako że balet sowiecki częściej podróżuje — ale Abdulrachmanow zapro- testował: „Nie. Lata biegły i pewnego razu Abdulrachmanow zwrócił się do Pitmana: — Nie można karmić słowika tylko bajkami. to była Ona. kochał Ją. korzystać z kochanek. może właśnie dlatego chciał mu służyć. nie. żadnych fikających nóg. Rzeczywiście. że rozpoznaje jej głos w świetnej Łuczinoczce. Żadna też nie była Rosjanką. Służąc temu reżimowi nie miał złudzeń co do jego libera- lizmu. bez najmniejszego uczuciowego zaangażowa- nia. Później chór pole- ciał do San Francisco. Tamara? Uznał Ją. Gdy tylko chciał. Żadna z nich nie była Francuzką. Pożegnali się bez pocałunku. gdy „wróci”. dyplom Columbia University. przeszedł staż agent d'influence w tajnej szkole w Brooklynie 92 . Aleksander nie pisał do Tamary. nie zobaczy Jej nigdy więcej: dla Rosjanina było to zupełnie zrozumiałe. Podobnie jak Kop- ciuszek musiała wrócić do hotelu przed północą. Jakubie Mojsiejewiczu.

. których przestała już dzielić różnica wieku. na której wystąpić miał Aleksander. Jakubie Mojsiejewiczu. Z samolotu. jak zawsze. tak więc obaj mężczyźni. Ton ten na- rzucił Aleksander. zapisały się w jego duszy. zagrać jej do tańca na fujarce. Była w tym nawet odrobina czułości. przyjęło się jednak uważać. wyszedł krokiem przypominającym nieco krok zdobywcy. Aleksandrze Dmitryczu. że postępowanie Aleksandra nie może 93 . a Pitman. który lądował na Orly. zostawiły w niej ślad podobny do tego.oraz praktykę u agenta literackiego przy Madison Avenue. pozostawał też jego pierwszym przełożonym. je- den widział w drugim jego zalety. Pitman wciąż jeszcze zajmował swoje stanowisko w Paryżu. a Jakubowi współczucia. — mawiał Pitman z mieszaniną złośliwości i podziwu. jako że Aleksandrowi nie brakowało pobłażliwości. jako arystokrata. znaleźli przyjemność w ponownym spotkaniu. Wracał. zręczny i dobroduszny. jak wypluwać pestki z oliwek. był to raczej związek Mefistofelesa i Fausta. Z ta- kim dorobkiem wrócił do Paryża. nie zaprotestował przeciw temu układowi. Słowa. W ich sto- sunku nic nie przypominało relacji między synem i przybranym ojcem. powinien pan na- uczyć się.. co tworzyło w ich stosunkach ryzykowną kombinację przyjaźni i związku czysto zawodowego. by uregulować swoje porachunki z Francją. Pierwszy wstrząs mógł zepsuć wszystko. To on był prawdzi- wym zawodowcem. jakie przed ośmiu laty wypowiedział na wieży Notre Dame. Wbrew zwykłemu porządkowi rzeczy Pitman. Aleksander odpowiadał na to: — Rzeczywiście. Zgodni byli co do tego. że pewne śmiesznostki nie pozwalają mu pokazywać się publicznie na sce- nie. — Pan. jaki zostawia na palcu długo noszona obrączka. Panowała między nimi atmosfera wzajemnego zaufania. który zwerbo- wał Aleksandra.

Naraz jednak Aleksander wbił sobie w głowę. Mógł jeszcze podróżować. ma zdechnąć w gnojówce emigracji. ale przestawał odtąd dyrygować bezpośrednio podległymi mu agentami. Wrażliwy jak zawsze Pitman powiadomił o tej prośbie Ab- dulrachmanowa. Człowiek-góra zamienił się w człowieka- wulkana: — Wydaje mi się. co za tym idzie. Wówczas Pitman. że jest dla Aleksandra zbyt łaskawy i dlatego 94 . czego ten biały Rosjanin szuka w czerwonej Rosji. wobec czego Aleksander mówił o nim „Iwan II”. że ktoś. mój tekturowy Jakubie Mojsiejewiczu. przed ukończeniem misji. Wkrótce później pułkownik Pitman przeniesiony został do sztabu departamentu. Tymczasem agent d'influence funkcjonuje skutecznie tylko wtedy. Od tej chwili Oprycznik podlegał „Iwanowi”. zwrócił mu uwagę na tę właśnie stronę zagad- nienia. Stosował wobec niego metodę kija i marchewki. u końca których ma pan ujrzeć na nowo od krytą ojczyznę. Mimo drobnych nieporo- zumień współpraca z Iwanem układała się dość gładko. Był upokorzony tym. że najbliższy urlop spędzi w ZSRR. Dopiero przy następnym zwierzchniku pojawiły się problemy: ten nazywał się też „Iwan”. nie wchodziły w grę. zgodził się pan na misję mającą trwać trzydzieści lat. I teraz co. podróże za żelazną kurtynę. Na znak szacunku Aleksander przezwał go „Iwanyczem”. Każdy uważniejszy policjant mógłby wtedy zadać sobie pytanie. że już panu powiedziałem: ten kacap. Lękał się. szlachciura. Iwan II traktował Oprycznika tak. i. kogo uważał za mniej sub- telnego od siebie. Miała to być niezwykła historia miłosna. chce pan to zmienić na zwyczajny flirt? Aleksander nie wspomniał już nigdy więcej o wycieczce do ZSRR. Pitman wahał się. by odwołano tego gbura. Oprycznik zażądał. poeta-manipulator. pokazał swą klasę: — Aleksandrze Dmitryczu.ściągać żadnych podejrzeń. jakby miał do czynienia z naj- zwyklejszym donosicielem. gdy nie wzbudza najmniejszych podejrzeń.

ojczulku — powiedział mu Ab- dulrachmanow. promieniującej osobo- wości — o czym przecież my dobrze wiemy. W przeciwnym razie to pan.jego pierwsza reakcja była gwałtowna: ukarać Psara lub też wy- mówić mu definitywnie służbę. niech pan zdaje sobie z niego spra- wę i niech pan to odejmuje od wagi. zajmowałby się w przyszłości dezinformowaniem Buriatów. Nie ma nic dziwnego w tym. departamentu piątego? — Nie. uderzyć w ton patriotyczny. puszczając kłęby błękitnego dymu. wyznaczając na pilota Oprycznika podobne- go chama. odwołać tamtego durnia i posłać go gdzie pieprz rośnie. Mohamedzie Mohamedo- wiczu? — spytał Pitman. że przyswaja sobie pewne jego opinie czy sądy. bowiem właśnie dla tej cechy nasz wybór padł na niego — wywiera wpływ na niższe szarże. Iwana II zastąpił „Igor”.. — Zdarza się. mój kartonowy Jakubie Mojsiejewiczu. Musi pan teraz wziąć na siebie całą winę. że wszystko jest w najlepszym porządku. — Nie ma pan chyba na myśli. Jeżeli chce pan zachować pewność. niech mu pan przydziela zawsze 95 . Dobrze pan zrobił nie ukrywając przede mną tej sprawy. Popełnił pan grubą niezręczność. Zamiast więc lę- kać się wpływu z jego strony. Czy nie skaptował go przeciwnik? O ile nam wiadomo — nie. — Nie ma o tym mowy. ale zauważył. ojczulku. Niech się pan więc nie zachowuje jak sklepikarz. tak jak się taruje ważony towar. że człowiek o silnej. których zadaniem jest nadać połysk temu słoneczku.. Nadzoruje go pan? Tak. Iwan III rozumiał się dobrze z Aleksandrem. będę ich nazywał zawsze tak samo. — Czy nie kryje się w tym ryzyko. Abdulrachmanow westchnął: — Jest pan zadowolony z Oprycznika? Tak. Wy- wieranie wpływu jest zawodem tego nieboraka. którego Aleksander ochrzcił „Iwa- nem III” — „Skoro nie podaje się ich prawdziwych imion. że przemoc nie wystarcza i trzeba odwołać się do brutalno- ści. tak jak w przypadku pokojówek”.

proszę nie brać tego za złe.. naj- przeciętniejszy oficer. obojętne pytania.. paryski kagebista. odczytywał po raz dziesiąty przyka- zania Sun Tsu. stworzył wrażenie. które Pitman. ten banalny bon vivant. zmieni pan pilota. zauroczonych przezeń. Chciał tylko jed- nej rzeczy: żeby wszyscy byli szczęśliwi. Także i on stał się „Iwanyczem”. Aleksander liczył sobie lat czterdzieści trzy. osobowość raczej bezbarwna.. który nie zasłu- guje na swoje sianko! Proszę tak powiedzieć. to znaczy w stałym transmitowaniu instrukcji i pienię- dzy w jedną stronę. póki poczciwiec nie wyrzuci z siebie tego. Pitman postanowił więc rozmawiać z nim tak długo. wręcz bliskich obsesji. ciepły. przyszedł Iwan IV. podniósł alarm. We- zwany do dyrekcji na okresową rozmowę z pułkownikiem Pit- manem (co nazywał pójściem do spowiedzi). który jakoś nie może uło- żyć się do snu. miały przyczynić się do rozluźnienia nastroju. wydaje mi się. Odpo- wiedzi. Pitman nie zapalał świa- tła.. Wreszcie. że trzeba go trochę bar- dziej surowo potraktować. Iwan Iwanycz wymamrotał: — Jest jeszcze coś.. równie swobodne. Uwielbiał Oprycznika. Przypominał psiaka. Na miejsce Iwana III.. co mu leżało na sercu. niech się pan nie krępuje. co jednak nie przeszkadzało mu w wykonywaniu zawodu.pilotów czułych na jego wdzięk. w półmroku. siadał znowu. że nie o wszystkim opowiedział. pokwitowań i sprawozdań w drugą. ale człowiek dobry. Wstawał z krzesła. towarzyszu puł- kowniku. 96 . w chwili gdy Iwan IV. chociaż z ochotą odpowiadał na wszystkie pytania. Na razie zadawał mu niewinne.. na wzór Abdulrachmanowa. Być może nie ma to żadnego znacze- nia. Niech mi pan powie: jesteś imbecylem. Pitman uśmiechał się radośnie pod swymi okularkami. Za oknami zapadał zmierzch. kazał wyryć w drewnie. Gdy tylko poczuje pan. A jednak.. Jeżeli jestem starym idiotą. który zakończył swój pobyt we Francji. miał rangę pod- pułkownika. osłem. kontemplo- wał portret Dzierżyńskiego.

sumienie czekisty...
Pitman czekał cierpliwie.
— Towarzysz pułkownik ogląda się za małymi chłopcami.
— Chce pan powiedzieć?... — Pitman nabrał powietrza z
obrzydzeniem.
Iwan Iwanycz zaczerwienił się po czubki uszu i zatrzepotał
ramionami:
— Nie, nie o to chodzi. Pan ma dzieci, przepraszam za niedy-
skrecję?
— Sześcioro.
Eliczka spełniła swój obowiązek.
— Ja sam mam trójkę, trójkę udanych pętaków, i, rzecz ja-
sna, może pan być spokojny, bolszewików. Trójka ślicznych bol-
szewiczków, jasnowłosych, największa radość mojego życia, po
godzinach służby, ma się rozumieć. Cóż, gdybym był w jego wie-
ku i nie miał żadnej blond główki do pieszczenia... Niech pan
pomyśli o sobie, towarzyszu pułkowniku... Gdy tylko w pobliżu
przechodzi jakiś mały chłopczyk albo dziewczynka, także, lecz
przede wszystkim chłopczyk, on śledzi go wzrokiem i wydaje się,
że szepcze coś pod nosem. I także, od pewnego czasu, posługuje
się wciąż zdrobnieniami, on., który do niedawna szydził z nich.
„Pan, Iwanie Iwanyczu, z pańskim spotkankami i poleceńka-
mi...”. Wykonałem nawet małe badanie statystyczne. Wypada
mniej więcej pięć do sześciu zdrobnień na godzinę. To trwa już
od roku.
Pitman poczuł falę wzruszenia. Było to szczere wzruszenie: ta
sama szczerość była źródłem jego siły. Problem zdrobnień i ma-
łych główek do pieszczot przedstawił wkrótce generałowi, który,
w wieku lat siedemdziesięciu pięciu, gotował się do przejścia na
emeryturę. Żeby móc spokojnie porozmawiać z Abdulrachma-
nowem, trzeba było naprzód odprawić ordynansów, zajętych w
jego gabinecie o pustych ścianach rolowaniem bucharskich dy-
wanów.
Mohamed Mohamedowicz zastanowił się. Jego własne życie

97

prywatne pozostawało dla jego współpracowników całkowitą za-
gadką. Jedni obdarzali go haremem, inni twierdzili, że gustuje w
obu płciach, jeszcze inni byli zdania, że lata służby pozbawiły go
potrzeb w tym względzie. Jego wielkie oblicze nie było mimo
wieku prawie wcale porysowane zmarszczkami, ale wyglądało
nieomal jak bazaltowa skała, na której nie malowały się żadne
uczucia. Po upływie minuty zawyrokował:
— Trzeba kobiety. Żadnej tam jaskółeczki. To musi być ofi-
cer. Niech ona o tym wie. Na razie nie ma mowy o małżeństwie,
ale niech mają syna. Załatwi pan dla nich miesiąc miodowy,
gdziekolwiek, a potem korespondencję za pośrednictwem pilota.
Żadnych spotkań. Pierwsze po pięciu czy sześciu latach. On za-
czeka.
— Ale... później, Mohamedzie Mohamedowiczu? Czy po-
zwolimy mu wrócić?
— Nigdy. Ale to, co Sun Tsu określa jako „boski węzeł”, za-
wiąże się jeszcze ciaśniej wokół niego.
Pitman wciąż nie mógł zrozumieć, skąd brała się niechęć
wielkiego człowieka do Aleksandra.
— Niech ona będzie dobrze zbudowana — ciągnął wielki
człowiek, który zachował zdumiewającą pamięć. — Nie taka pla-
toniczna jak poprzednia.
Gdy Pitman zbierał się do wyjścia, generał dodał jeszcze:
— Dziewica. Lub uchodząca za dziewicę.
— Ale, towarzyszu generale...
— Jest pan czekistą. Musi pan sobie poradzić.
Powracający do gabinetu ordynans otworzył szeroko oczy ze
zdumienia.

Ałła Kuzniecowa miała dwadzieścia cztery lata, stopień kapi-
tana i piękne szare oczy. Pochodziła z wielkorosyjskiej rodziny
chłopskiej. Była dorodna, cechował ją ciężkawy nieco wdzięk jej
rasy. Była marzycielką. Kochała muzykę. Lubiła wspinać się na

98

drzewa. Osobista ambicja i dziedziczna pruderia sprawiły, że nie
poświęcała dotąd zbyt wiele uwagi mężczyznom.
Aleksander wybrał ją tak, jak książęta wybierali niegdyś swe
żony. Studiował jej fotografie, badał informacje, jakie mu do-
starczano na temat stanu jej zdrowia, jej studiów i jej charakte-
ru. Nigdy nie marzył o prowadzeniu zwykłego mieszczańskiego
żywota; spodobało mu się, że oto w taki sposób rzuca chusteczkę
pod nogi swej wybranki. Jednocześnie doceniał troskę przełożo-
nych o ułożenie jego życia.
Abdulrachmanow zażądał, by przedstawiono mu wybrankę
Aleksandra.
— Królewski kąsek — oświadczył, zbadawszy twardość jej
muskułów. — Łobuz ma niezły gust.
Pitman nie wyrzekł ani słowa. Każda pociągająca kobieta
wywoływała w nim odruch czułości i od nowa budziła jego na-
miętność dla grubej już Eliczki.
Powzięto tysiąc środków ostrożności, by spotkanie tych dwoj-
ga odbyło się potajemnie. Psar oświadczył wszystkim, nawet
swej wiernej sekretarce, że wybiera się na przejażdżkę statkiem
po fiordach Norwegii, kupił bilet lotniczy do Senegalu i pojechał
do Jugosławii, wynajmując BMW pod fałszywym nazwiskiem.
Jego firma dobrze to przygotowała. Romantycznie mały lecz
wygodny domek, po którego murach pięła się winorośl, domek o
dwóch łazienkach, wzniesiony na wzgórzu nad Adriatykiem,
otoczony kwitnącym ogrodem i oddzielony od szosy siatką pod
napięciem, czekał na pułkownika i przyszłą pułkownikową. Dy-
wany (Abdulrachmanow: dywany to bardzo ważne, usposabiają
do wylewności) wyścielały wielki salon o kamiennej posadzce.
Ściany o fantazyjnych załomach poprzecinane były czymś w ro-
dzaju otworów strzelniczych. W kącie naprzeciw kominka stał
fortepian, dalej kanapa wyłożona wyszywanymi poduszkami i
tuż obok gramofon, wyposażony w przynajmniej pięćdziesiąt
płyt, milczał tak jak milczą, w szczególny sposób, wszystkie

99

aparaty muzyczne (Pitman: to ważne, muzyka, apeluje do ser-
ca). W lodówce, prócz wielu innych rzeczy, znajdowały się cztery
gatunki kawioru i dwanaście rodzajów wódki (Abdulrachma-
now: trzeba, żeby mogli codziennie jeść ostrygi — Pitman: przy-
gotuję dla nich chałwę). Barek mieścił koniaki gruzińskie (ze
względów patriotycznych) i francuskie (dla ich smaku!). (Ab-
dulrachmanow: oby tylko nie zapomnieć o napojach! — Pitman:
trzeba pamiętać o butelce śliwowicy.)
Nie zapomniano też o dekoracjach. W sypialni Abdulrachma-
now kazał zawiesić Skradziony pocałunek Fragonarda, wypoży-
czony z Ermitażu, co było możliwe dzięki randze wielkiego czło-
wieka. Narzekali na to tylko niektórzy turyści (do dziś przy-
pominają sobie puste miejsce na ścianie). Pitman natomiast
polecił ozdobić ściany salonu rycinami rosyjskich romantyków.
Nad kominkiem umieszczono portret Feliksa Edmundowicza.
Miał on przypominać kochankom o ich misji. Lubiący tortury
asceta zdawał się wpatrywać w promienną przyszłość, oświetlo-
ną blaskiem płonących szczap. Pod obrazem wyczytać można
było sławetną dewizę: „Umysł chłodny, gorące serce, ręce zaw-
sze czyste”.
Obaj kompani cieszyli się po ojcowsku moszcząc gniazdko dla
swych agentów:
— Mam nadzieję — powiedział Pitman z przekonaniem — że
będą szczęśliwi.
— Nie mają innego wyjścia — skomentował Abdulrachma-
now, uśmiechając się złośliwie.
Zaraz po przyjeździe Aleksander nawiązał kontakt ze starą
wieśniaczką, która miała pełnić funkcję kucharki. Służyła nie-
gdyś u rosyjskich emigrantów, dzięki temu poznała dość dobrze
język i lubiła się nim posługiwać. Aleksandra wzruszyło spotka-
nie z tą rusofilską Słowianką z południa. W jej głowie car, opie-
kun prawosławia, mieszał się w przedziwny sposób z małymi,
mściwymi komisarzami jej plemienia, lecz mit „wielkiego brata”
z Północy nie stracił nic na realności. Szybko przywykł do sposobu,

100

w jaki zwracała się do niego: „Wasza Wysokość, towarzyszu puł-
kowniku”.
Aleksander nie znał do tej pory Jugosławii. To, co tu zobaczy-
ł, zaskoczyło go. Zawsze przekonany był, że Słowianie i ludy
śródziemnomorskie należą do dwóch całkiem różnych światów,
tymczasem odkrywał coś całkiem przeciwnego. Ten kraj rozcią-
gał się między Europą Środkową i Starożytnością, między
Wschodem i Zachodem. Była to jakby niewielka Rosja otwarta
na Morze Śródziemne, to znaczy synteza, w której przeglądało
się także i jego własne przeznaczenie.
Napełnił samochód naręczami kwiatów i pojechał na dwo-
rzec.
Ałła miała na sobie niebieski kostium i białą bluzkę o wielkim
kołnierzu. Szła wzdłuż peronu krokiem prawie męskim, z wyso-
ko uniesionymi barkami, świadoma swojej urody i zdecydowana
nie przywiązywać do niej żadnego znaczenia. Jej szare oczy wy-
rażały ten stan czujności, który powinien charakteryzować zaw-
sze oficera w chwili, gdy znajdzie się w obecności przełożonego.
Lecz kryły się w nich także bardziej marzycielskie, melancholij-
ne, kpiarskie ogniki. Z najwyższym trudem oboje tłumili w sobie
wielką ciekawość, którą tak bardzo chcieli zaspokoić. Przedsta-
wiła się z werwą:
— Kuzniecowa.
— Jest pani taka sama jak na fotografiach.
Spojrzała na niego:
— A pan wcale nie.
W jej szarych oczach błysnęła kokieteria.
— Nie?
— W rzeczywistości jest pan młodszy.
Chciał wziąć jej walizkę:
— Niech pan zostawi. Mogę ją sama wziąć.
— Wiem, że pani może, ale nie zgadzam się na to.
Puściła rączkę walizki. Ich dłonie zetknęły się.

101

Szli obok siebie w milczeniu, póki on nie zapytał:
— Czy nie jest pani zmęczona? Chce pani pójść od razu do
domu? Spać do jutra?
Spojrzała na niego. Jej powieki wydawały się odrobinę zmię-
te:
— Chcę robić to wszystko, na co pan ma ochotę.
Zatrzymał się:
— Ałła, ustalmy jedną rzecz. Jeśli będę chciał, żeby pani ro-
biła to co ja chcę, powiem pani o tym. Gdy jednak pytam, co by
pani chętnie zrobiła, pani powinna mi odpowiedzieć całkiem
szczerze.
— Zrozumiano.
Odebrał to „zrozumiano” jak szok. Było w tym coś pospolite-
go.
— No więc co sprawiłoby pani przyjemność?
— Nie jestem zmęczona. Chciałabym... zobaczyć miasteczko,
co? Pójść na spacer? Z panem, oczywiście.
Irytacja Aleksandra szybko się rozpłynęła. Ałła miała w sobie
coś z posłusznego, miłego pieska: „W tę uliczkę? Dobrze. Do
tego ogrodu? Doskonale”. Ale zarazem cechowała ją też godność
urzędnika. Jedno i drugie było wzruszające. Świadoma była, że
należy do elity tych, którzy wiedzą, jak trzeba się zachować w to-
warzystwie, umrzeć za ojczyznę, wytłumaczyć historię świata w
kategoriach walki klas. Czuła, że zasługuje na szacunek, wy-
magała, by okazywano jej respekt. Głupcy posługujący się chęt-
nie tym słowem uznaliby zapewne, że jest zanadto „elitarna”.
„Niewiele brakuje — myślał Aleksander z rozbawieniem — że-
bym to ja oburzył ją jakimś zanadto poufałym odezwaniem się
albo, przy stole, unosząc serwetkę jedną tylko dłonią”.
Po upływie godziny nieśmiałość Ałły, płynąca z różnicy stopni
oficerskich, rozwiała się. Dziewczyna stała się bardziej zwy-
czajna, rzuciła nawet w stronę Aleksandra kilka śmiałych spoj-
rzeń. Wcale nie próbowała go uwodzić, nie umizgała się do nie-
go, tylko oddychała tak, jak oddychają kobiety, które wiedzą, że
budzą pożądanie mężczyzn. I w dodatku gdy unosiła lekko

102

prawą brew, lewy kącik jej ust opadał troszkę w dół, co czyniło ją
szczególnie pociągającą.
Zjedli obiad na tarasie restauracji, pod gałązkami grabu.
Przed nimi rozciągało się fioletowe morze Ulissesa. Ałła śmiała
się, zadowolona:
— Jakie to romantyczne!
Aleksander przyglądał się jej uważnie, nie jako kobiecie — ten
egzamin zdała bez najmniejszego trudu, a zresztą Psar uważał,
że wszystkie kobiety są jednakowe — lecz jako przyszłej małżon-
ce i, jeszcze bardziej, matce jego mających się narodzić dzieci.
To, że energicznie służył światowemu komunizmowi nie głuszy-
ło wcale właściwej Aleksandrowi dumy należenia do linii przy-
wódców. Przeciwnie, był nawet zdania, iż właśnie społeczeństwo
komunistyczne przywiązuje większą wagę do rozpoznawania i
promowania przywódczych talentów. Liczył więc na to, że mali
Psarowie osiągną w przyszłości wysokie stanowiska w kraju,
zajmując należne im miejsce. Myśl ta nie miała w sobie nic sno-
bistycznego. To, że jego żona wyszła z rodziny chłopskiej, nie
przeszkadzało mu wcale, wymagał jednak, by była dobrze uro-
dzona w innym, głębszym sensie, by zdolna była zachowywać
pewną jakość życia, w stosunku do której szlacheckie nazwisko
pozostaje tylko symbolem, nigdy gwarancją.
Obserwował — dyskretnie, jak mu się wydawało — jej nad-
garstki, mocne i delikatne zarazem, zwracał uwagę na braki so-
wieckiej gramatyki, na smakowitą wymowę, pozbawioną drob-
nomieszczańskiej śpiewności, nie umknął mu brak biżuterii,
sposób, w jaki Ałła opuszczała głowę, patrząc jednocześnie spod
oka, co mogłoby być manierą, lecz nią nie było, czystość krótko
obciętych paznokci, troska o to, by nie mówić z pełnymi ustami,
pewność, że ma się zawsze rację w sprawach zasadniczych, i coś
w rodzaju pogodnej pokory, gdy w grę wchodziły problemy dru-
gorzędne; stopy duże, lecz nie ciężkie; umiarkowanie w jedzeniu
i zarazem rozkoszowanie się potrawami; wreszcie wspaniała

103

szyja. Zacytował żartobliwy wiersz Aleksandra Tołstoja:
Łabędzia szyja, szyja pawia,
Łodygi wdzięczny ruch.
Szyja radosna, wyniosła i godna,
Białego marmuru okruch.
Także i Ałła przyglądała mu się, zdecydowana spełnić swój
obowiązek, nie tracąc jednakże estymy, jaką miała dla samej sie-
bie. Dziwiły ją żarty, do których nie była przyzwyczajona. Jakiś
czas później powiedziała Aleksandrowi:
— Pan kpi sobie ze mnie przez cały czas.
Jemu tymczasem wydawało się, że odnosi się do niej z sza-
cunkiem i uwagą, może aż nazbyt podkreślonymi.
Po obiedzie wybrali się posłuchać piosenek. Aleksandra ude-
rzał kontrast między słowiańskim językiem i arabskimi melodia-
mi. Gdy wracali, reflektory samochodu oświetlały kaskady kwia-
tów; Ałła, w ekstazie, wyliczała ich nazwy, chociaż nie mogła
nawet dobrze rozróżnić kolorów. Aleksander, obojętny jak zaw-
sze na świat zewnętrzny, niezdolny odróżnić fiołków od mieczy-
ków, myślał o alchemicznym sekrecie, który zwiąże w jedno dwa
rody, jego własny i tej kobiety.
Ałłę zachwyciła „dacza”, o ileż obszerniejsza niż dwupokojo-
we mieszkanie, które zajmowała z matką w budynku KGB na
Stretence.
— Czy zna pan Stretenkę, Aleksandrze Dmitryczu?
Wyjaśnił, że nigdy nie był w ZSRR.
Nie chciała wierzyć własnym uszom.
— Ależ pan mówi po rosyjsku nienagannie! Czasem używa
pan nieco staroświeckich zwrotów, ale mimo to mówi pan
świetnie.
— Nie powiedziano pani, że jestem emigrantem? — po raz
pierwszy zrobił aluzję do okoliczności poprzedzających ich spo-
tkanie.
— Wydawało mi się, że wyjechał pan z kraju w dzieciństwie.

104

Odsunął się odruchowo; w stosunku do tych, których określa-
no jako „drugą emigrację” odczuwał zawsze podwójną niechęć.
Jako bolszewik widział w nich zdrajców, jako dawny emigrant,
którym pozostał, uważał ich za podrzędniejszy gatunek.
— Wyjechałem z kraju jeszcze nim się urodziłem — wyjaśnił.
Ałła przysiadła na uzbeckim dywanie i, mimo późnej godziny,
zaczęli mówić o sobie, on z oporami, ona całkiem płynnie, gład-
ko. Siedziała wyprostowana, ze skrzyżowanymi nogami, nie było
w niej ani nienaturalnej sztywności, ani ociężałości. Opowiadała
o swoich studiach i ambicjach, które, bardzo szczęśliwie, szły w
parze z jej wielkim pragnieniem okazania się osobą przydatną.
— U nas kobiety mogą się zajmować wszystkim. Być może
zostanę kiedyś generałem. Pan — dodała nie chcąc go urazić —
będzie marszałkiem. Czy chce pan herbaty? Albo kawy, jako
Francuz? Zaraz zrobię.
Objęła władzę w kuchni bez najmniejszego wahania i całkiem
kompetentnie. Przekonana była, że będzie chciał zmieszać kawę
z whisky, Aleksander zaprzeczył jednak ironicznie. Wreszcie
mogli mówić otwarcie o związku, jaki miał ich łączyć. Ałła zno-
wu usiadła na podłodze i piła herbatę —, ja piję już herbatę tak
jak się powinno pić, ale wyznam coś panu: nie udało mi się nig-
dy oduczyć mojej mamy zwyczaju trzymania cukru w zębach” —
on wyciągnięty na kanapie, odkrywający po raz pierwszy ciężkie
opary gruzińskiego koniaku. Pomyślał o zaletach francuskiej
cywilizacji.
Zbliżały ich do siebie patriotyzm oraz przekonanie, że system
komunistyczny zawładnie światem. Pewność tego zwycięstwa
budziła w niej wyłącznie radosne emocje: to tak, jakby się ocze-
kiwało szczęśliwego zakończenia bajki. Dla Aleksandra było to o
wiele bardziej złożone, tym niemniej życzył zwycięstwa partii, na
którą postawił. Pogodziło ich następujące sformułowanie:
— Służymy. Nasza działalność jest służbą.

105

pełen kurtuazji. nie będzie przez ten czas widywał Ałły. to znaczy całkowity zakaz spotkań ze względu na zacho- wanie sekretu. Nawet jednak gdyby brać pod uwagę najgorszą możli- wość. którego przed- stawiono jej jako bohatera. Ałła będzie wycho- wywała ich dziecko czekając. i wykąpali się nago. gdy łamie się chleb. aż skończy się misja Aleksandra i aż będzie mógł wrócić i zająć miejsce w rodzinie. w skupie- niu. W tej dziedzi- nie nic się nie zmieniło od czasów księcia Igora. na jakie się im po- zwoli. Na dodatek był przystojny. Nie przewidywał też trudności z jej strony. Tego wieczoru spali oddzielnie. tak jak przy stole. No cóż. Później Aleksander objął ją. będzie miała wkrótce sposobność przekonać się o swej pomyłce. ale nie miał w sobie nic z kulturysty czy mocarnego cięża- rowca. Nie to. gdy ten zacznie potrzebować ojcowskiego autorytetu i gdy można będzie wspólnie z nim bawić się ołowia- nymi żołnierzykami. — W pierwszych latach — powiedział Aleksander — nie bę- dziemy się często widywali. znajdował pewną przyjemność w wyobrażeniu. Gdyby Ałła oceniła jego gest w sposób mało dla niego korzystny. Gdy trzeba będzie. Myśl o niemowlę- tach w koszulkach napełniała go lękiem i niechęcią. 106 . O wschodzie słońca zbiegli na małą plażę. ukrytą u stóp wzgó- rza. że małżeństwa pomiędzy pracownika- mi KGB były jak najbardziej popierane i nie widziała nic niesto- sownego w tym. miły. Ałła wiedziała dobrze. inteligentny i tylko trochę mniej męski niżby sobie tego mogła życzyć. Dla niego nie było to aż tak przerażające. skorzysta z prowizorycznych namiastek. że pozna swego syna dopiero wtedy. Przeciwnie. to nie była nią bardziej zgorszona niż miliony kobiet w ciągu mi- nionych wieków. Najkrótszy choćby okres na- rzeczeństwa wydawał się delikatnemu Aleksandrowi niezbędny. Pitman nie sprecyzował liczby spotkań. że miała poślubić mężczyznę. Jeśli zaś idzie o samą zasadę małżeństwa z rozsądku. że potrafi znieść rozłąkę. żeby wydawał jej się zniewie- ściały. Aleksander czuł.

My ślę. stąd ten uroczysty nastrój. że była Rosjanką zmieniało w sposób zasadniczy sam akt miłosny. Przyjaciółki. To. stawało się sakramentem. jeszcze po- większało jego zapał. Ałłę wzruszały czułość i szacunek ze strony tego mężczyzny.. Otwartość Aleksandra była dla niej czymś rozbrajającym. że prawdziwy mężczyzna nie powinien się o to troszczyć. i zresztą po cóż mu to wiedzieć? 107 . nie powiedziały jej nigdy... tak to ujmowała (oczy szeroko otwarte): — Obejmował mnie tak. jakbym była świętym obrazkiem. — Po raz pierwszy — powiedział jej ze szczerością. jaką odczu- wał dla innych kochanek: robię z ciebie użytek — zamieniała się w uwielbienie: jesteś moim pokarmem. Przyłapywał się na tym. — Dlatego. że wszystko toczyłoby się inaczej. Pewnej nocy powiedział do niej cicho: — Czuję się tak. Gdy. a nie z tym przeżytkiem epoki (jak mówią Rosjanie: bywszyj). przenoszący się nawet do łóżka. od których dowiadywała się o dokonaniach ich ko- chanków. Przeświadczenie. To stąd brały się jego względy. Coś. To niedyskretne. Niekiedy małżeństwa z rozsądku mają najwięcej poetyckiego wdzięku. I wchodząc do sypialni pukał do drzwi. że szeptał tej nie- znajomej kobiecie słowa miłości. Jednocześnie jednak mówiła sobie. że jesteś Rosjanką. czy jestem szczęśliwa.. że mężczyzna może być isto- tą tak ufną i tak bezbronną.. Pogarda. starszego od niej o dwadzieścia lat.. opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciółkom. póź- niej już. Dlatego. I chciał wiedzieć. jakbym już wrócił. że mamy się pobrać? — Nie. które słuchały jej przygód z sarkazmem i współczuciem zarazem. Oczekiwała czego innego. I nigdy żadnego zgrzytu czy fałszu. że popełniam cudzołóstwo. że oto spełnia się przeznaczenie i świat wraca do normy. gdyby miała do czynienia z prawdziwym bolszewikiem. co na ogół łączyło się tylko z przyjemnością lub z uczuciem ulgi. do której nie nawykł — nie mam poczucia.

Śmiała się. Śmiała się. jak sądzę. żeby stary na nas patrzył. gdy wychodziły na jaw jego luki w znajomo- ści marksizmu-leninizmu. z radością. Dziękuję ci za to. myślał. Klejnot. Na razie jednak była w nim zakochana. tym razem z wdzięczności: — Ja przecież tylko wykonałam mój obowiązek. przez łzy. zanim znalazła się w jego ramionach. że. jeszcze ten drobiazg”. Wybuchnęła śmiechem. gdy uniósł ją w ramionach i przerzucił przez okno. Już w Paryżu ten pułkownik Komitetu Bezpiecze- ństwa Państwa kupił sygnet i zaniósł go do grawera. Rozpłakała się jeszcze raz. że jej pragnie. Odprowadził ją na dworzec i umieścił w przedziale. że ona nie umie przyrządzić pierogów tak jak trzeba i gdy utrzymywał. nago. co zrobiłaś. mówił sobie Aleksander. Ale to on. Śmiała się. to za mało. na ogół umiarkowany w wesołości. Nie masz mi za co dziękować — mówiła naiwnie. tak że znalazła się wśród masy goździków. miałaś w tym przyjemność. Śmiała się z przyjemnością. gdy czytała w jego oczach. że rewolucja zabiła rosyjską kuchnię. Śmiała się. „Ach. że się udusi od śmiechu. jestem twoja. gdy tylko wspomniał o przyszłości: ile dzieci? jak je nazwać? gdzie będzie- my spędzali nasze wspólne urlopy? Śmiała się za każdym razem. pomaszerowała w stronę portretu Feliksa Edmundowicza i odwróciła obraz twa- rzą do ściany: — Nie chcę. jaki kiedykolwiek wi- działa. gdy pokazał jej z dziesięć buteleczek perfum. ale i wzruszony. spośród których miała wybrać prezent dla siebie. nieomal rozba- wiony: — Nie dziękuję ci za to. gdy twierdził. obsypując ją kwiatami i czekoladkami. zabierając się do powrotu. Gdy trzeba się było rozstać. Zamówił u 108 . rozpłakała się: — Sasza. gdy przyłapała go na polerowaniu pilniczkiem paznokci. gdy ona. W szka- tułce znajdował się najpiękniejszy klejnot. Odpowiedział jej poważnie. Przytulała się do nie- go w uniesieniu.

mój emaliowany Jakubie Mojsieje- wiczu.. w dziewięć miesięcy po jugosłowiańskim epizodzie. Czuł się odpowiedzialny także i za to. Jeżow (powieszony na drzewie w szpitalu psychiatrycznym). — To bardzo niedobrze. zażywał kąpieli słonecznych na plaży w Soczi. Szelepin (zdjęty ze stanowiska). Pośle go dla Ałły. w kolorze naturalnym. Abdulrachmanow poprawił swoje spłowiałe czerwone kąpie- lówki i spojrzał w dal..niego wyrycie na owalnej tarczy sygnetu herbu rodu Psarów. Czuł piasek w butach. prawie nagie. 109 . na widok którego zadrżeliby zachodni heraldycy: psie paszcze. Tam właśnie odnalazł go Pitman. gdy tylko urodzi się ich syn. rozciągniętych na anatomicznym stole. zanim przeniósł się do swej „pu- stelni”. herbu. Był wynalazcą nieprześci- gnionej broni współczesności. Beria (zlikwidowany). Stalina. Semiczastny (zdjęty ze stanowiska). w której chciał dożyć końca swych dni. Patrzył na kołyszące się palmy. służył pod roz- kazami Lenina. zwrócone w lewo. Ge- nerał zacytował Lermontowa: — Samotny biały żagiel. Jagoda (rozstrzelany). Na horyzoncie widać było żaglówkę. Jeżeli ktoś napisze jego biografię. — Urodziła się córka. bardzo mi przykro. w mundurze. An- dropow (w jaki sposób on skończy?). Generał Abdulrachmanow.. na widok której myślało się o zwło- kach. Malenkowa. Zaskoczyła go ciemna barwa skó- ry — tylko czaszka zachowywała swą oliwkową bladość — wgłę- bienia kręgów i chuda szyja. Mruczał coś pod nosem. Ten człowiek. urodzony na początku stulecia. — Mohamedzie Mohamedowiczu. Jego przełożonymi byli Dzierżyński (przeniesiony na inne stano- wisko). Po raz pierwszy podwładny ujrzał ciało swego przełożonego w całej okazałości.. bardzo niedobrze. Pitman stał przy nim. i skrzyżowane złote rózgi. Chruszczowa i Breżniewa.

Liczył się wyłącznie departament. uniosła się i wydała z siebie tchnienie: — Niech to będzie syn. Święci nawzajem okazywali sobie zaufanie w sprawach służbowych idące tak daleko. nie moż- na już było mówić ani o hierarchii. Pitman nie miałby może dość odwagi. Gdyby to był rozkaz. by uciec się do roz- wiązania całkiem oczywistego. Tyle że tam. formalnie rzecz biorąc. nie ogarniał tego do- brze — człowiek ten rządził światem. — Cóż — powiedział — mogą przecież próbować tyle razy. z powołania jednak był czarownikiem. W ta- jemniczy sposób — tak że nawet Pitman. Pitman. Od razu jednak zdał sobie sprawę. który nie został jeszcze przyjęty do wąskiego grona „Teoretyków”. Abdulrachmanow nie wahał się wcale. Słowa te bardziej przypominały zaklęcie niż rozkaz. nie mu- siałby brać go pod uwagę: zasadniczo Abdulrachmanow opuścił już organizację. gdzie obaj oni operowali. ani o kadrach rezerwowych. na- rażało jego misję. czy był w stanie spłodzić chłopca. Był posiada- czem wysokiego stopnia wojskowego i służył w organizacji poli- cyjnej. Całe jego życie ubiegło na robieniu sztuczek. że narodziny jednej córki nie zaspokoją jego potrzeby zakorzenienia się w czasie i w przestrzeni.okaże się. że był kimś w rodzaju europejskiego Sun Tsu. Jego ogromna klatka piersiowa. Tymczasem teraz Pitman miał przed sobą zaledwie wielkie brązowe cielsko piekące się w promieniach słońca. że jego sugestia nie będzie przyjęta. że Abdulrachmanowowi nie przyszłoby do 110 . Zamknął oczy. Było to coś w rodzaju obcowania świętych. ani o aktywie. Jednakże było oczywiste. Poza tym nie było wiadome. ile będzie trzeba. który pożegnać można tylko pożegnawszy się z życiem (i nawet to nie było cał- kiem pewne). Każde spotkanie z Ałłą stanowiło ryzyko dla Aleksandra. pocięta zebrą żeber.

jak jej się zdawało. tatusiu. pojawił się nowy Dymitr Aleksandrowicz.głowy zapytać. Synek porucznika Jermakowa z drugiej dyrekcji fotografowa- ny był bardzo często. Z gołą głową. pomyślał. Rzecz jasna listy te przechodziły przez ręce pułkownika Pitma- na. ostatnia wola podporucznika marynarki została już spełniona: cząstka jego ciała „powróciła”. który wyrażał zgodę na ich wysłanie. Kapitan Kuzniecowa otrzymała dokładne instrukcje co do treści listów. Należycie wprowadzony w błąd Aleksander wybrał się na grób do Sainte-Geneviève. czy przypadkiem nie zawiadomiono już ojca o narodzinach córki. . którego jakoś tam kochała i za którym. jakie wysyłała swemu kochankowi. przysiadł obok grobu: — Teraz. W pewnym sensie. w palącym słońcu. Ałła bez skrupułów wykonywała instrukcje. niepotrzebnie i w dziwnie nieokreślony sposób tęskni- ła. Małą Kasię wychowywała babcia. Ałła tymczasem zaczęła żywić pretensje do tego mężczyzny w śred- nim wieku.

Pod stopami ścielił się jedwa- bisty dywan. szczotki. szklaną płytę. brzy- twa wyczyszczona po goleniu — wszystkie te przedmioty ułożone były starannie i nic nie chciały zdradzić na temat ich właściciela. w których nie tkwiły kłębki włosów. ustawione w salonie. lecz decyzje podejmuje lokator. Jeden tylko przedmiot wyłamywał się z ogólnej banalności 112 . ani w przylegającym do niej salonie nie znać było żadnego z tych śladów osobowości. kiedy na wieży Notre Dame przyjęty został do służby. pokry- wała układająca się w fałdy firana. Sypialnia była ogromna. Nie był jeszcze całkowicie rozbudzony. powtarzały to samo. Psar otworzył oczy w mieszka- niu na jedenastym piętrze eleganckiego domu w Suresnes. że dekorator co prawda proponuje. Ani w sypialni. 3 JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA Dokładnie w trzydzieści lat od chwili. jedną ze ścian. lecz coś podpowiedziało mu od razu: — Od dzisiaj zacznę wracać. które przekonują gościa. To samo w łazience: starannie osu- szone mydła. Można było domyślać się tylko. Także książki. z którego talentu można było być dumnym. że jest to ktoś dbający o porzą- dek i zamożny. Harmonia delikatnych odcieni niebieskiego i stłu- mionych beżów świadczyła o dekoratorze. Był to kompletny i nigdy nie przeglądany zbiór wydań Plejady.

Pewna nieza- leżność.dobrego tonu. i na nim też spoczął wzrok budzącego się Alek- sandra. — F6: właśnie tak jak myślałem. wobec których nie będzie wykonywał miłego posłannictwa oszusta. nie znalazłeś jeszcze? — Aleksander zwrócił się po rosyjsku do towarzysza swych nocy. do którego przywiązał się od lat — czy tam w ogóle są kraw- cy? — i będzie musiał wziąć inny samochód. Były to szachy elektroniczne. — Co. komputer przestał mrugać czerwo- nym okiem — oznaczało to. Na- tychmiast ją zaprogramował: 113 . Nie wiedział nawet. jak zniesie tamtej- szy klimat. luksusu nie tyle nawet material- nego — bo tego mu nie zabraknie — ile wyrażającego się w na- wykach. choćby w jego drobiazgach. w regularnych odstępach. Decyzję swą podjął dawno temu. Nie miał zamiaru jej zmieniać. A przecież nie jest rzeczą łatwą dla czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny zmienić na- gle bieg życia. o ogromnych figurach z rzadkiego gatunku drewna. Gdy wychodził z łazienki. Aleksander znał ripostę już od poprzedniego wieczoru. Straci kraw- ca. Sieć znajomości. będzie musiała ustą- pić miejsca uzależnieniu. zdmuchnięta zostanie jak pajęczyna zmieciona przez szczotkę. Przy goleniu myślał znowu o dziwacznej scenie. Wszystkie te jednak zastrzeżenia nie mogły w naj- mniejszym nawet stopniu podważyć decyzji. Podniósł się z łóżka. podjęta była właściwie od zawsze. która roze- grała się wtedy na szczycie Notre Dame. Nie dorównywał mu obecny czerwiec. na jaką mu do tej pory pozwalano. tkana przez niego cierpliwie latami całymi. w odurzeniu i migota- niu tamtego upalnego czerwca. Czerwony wskaźnik migotał co jakiś czas. powziętej przed trzydziestu laty. z uwagi na kłopoty z częściami zamiennymi. w wieloletnich czynnościach i zwyczajach. z ludźmi innej kategorii. Będzie musiał nawiązać nowe sto- sunki i znajomości. Tam nie odnajdzie za- pewne takiej wygody życiowej. iż znalazł wreszcie rozwiązanie.

który był ojcem chrzestnym tego dzieła opublikowanego przez wydawnictwo Lux. Słysząc nalega- nia Psara westchnął. Prawie w to wierzył. — Ja godzę zwaśnionych — odpowiadał błyskotliwie. Aleksan- der. to już ostatni moment! Przecież wczasowicze w Sa int-Tropez nie będą się trudzili lekturą podobnie pracowicie udokumentowanej książki! Zobaczy pan zresztą. zadał sobie trud zadzwonienia do re- daktora naczelnego pisma: — Wybory już za nami. Lu- bił swoją bordową omegę. co chce pan powiedzieć — odparł. co mówił. Wierzył w to. Miało to znaczyć: zadał mi pan cios poniżej pasa. «Niezależny» nie ogłosił był jeszcze artykułu o Słowniku dyktatur. ta jednak należała do jego „orkiestry” i lubił ją prze- rzucać. W trakcie jazdy odnalazł prawą ręką literacką stronę dziennika. że Słownik jest napisany całkowicie w pańskim duchu. mówiąc o mojej linii redakcyjnej. odpo- wiadała jego pozycji. którą kupił okazyjnie dwadzieścia pięć lat temu. Inne gazety znajdował rano na swo- im biurku. Sprzedawczyni gazet. — Wiem. Teraz omega. nie była już nawet wyskokiem. uchodzący za pismo prawicowe.. Zatrzymał się na moment na przejściu dla pieszych i obniżył szybę okna. 114 .. — Jak pan to wszystko godzi? — pytano go nieraz. wręczyła mu «Niezależny Dziennik». Z ko- nieczności musiał poruszać się zygzakiem. Jean-Xavier de Monthignies lubił pozować na człowieka le- wicy. wkrótce zaczynają się wakacje. Kupił ją niedawno i miała to być symboliczna aluzja do alfy. Jean-Xavier. — My obaj dźwi- gamy jarzmo ciężkiej przeszłości. Zjechał do betonowych wnętrzności budynku. znająca go od dawna. gdy samochód uwięziony był w korkach. a więc. — Masz teraz cały dzień na zastanowienie się. mrucząc pod dotykiem jego ubra- nych w rękawiczki dłoni. do garażu. Prowadził dziennik. Tak samo jak i ja jest pan potomkiem klasy panów.

115 . Cień uśmiechu przemknął przez nieco końską twarz Aleksan- dra Psara. stosowanie presji fizycznej w trakcie prze- słuchań. Następnie autor wylicza trzydzieści trzy państwa. którym przysługuje określenie «dyktatury». ponad którą falowały bujne brązowe włosy Febusa. różnego ro- dzaju dyskryminacje. karanie za wypowiadanie przekonań. I oczywiście Minquin wpadł w tę pułapkę. poważny dziennikarz. cel: przetrwanie”. przechodząc kolejno wymienione po- wyżej kryteria polityczne. i omawia je. gdyby za- pomniano. Miało to być rekom- pensatą za opóźnienie w publikacji recenzji. Dał jednak słowo i w takich wypadkach — jako redaktor na- czelny — dotrzymywał słowa. „Książka obfituje w nowatorskie sformułowania — pisał Hugues Minquin. liczba miesz- kańców: 240 milionów. nieukrywany cel: narzucenie własnej doktryny całemu światu”. że jest potomkiem wyzyskiwaczy. że. co mu się należy”. Jean-Xavier de Monthignies nie czułby się dobrze. W rezultacie obok siebie znajdowały się hasła: „baza materialna i techniczna komunizmu. palących się do przyjęcia odeń magicznej pałeczki. znajdował zawsze bez trudu iluzjonistów niższego szczebla. młody. Uważał za godne podziwu. iluzjoniści niższego szczebla uważali się za ludzi rzetelnych! Autor Słownika dyktatur przekonany był. że po- święcając tyle samo czujnej uwagi ZSRR i Paragwajowi daje do- wód obiektywności. W gruncie rzeczy wystarczyło pozwolić działać takim jak on Minquinom. Trzeba powiedzieć. oraz: „liczba mieszkańców: 3 miliony. bo liczyłem). Słownik dyktatur omówiony zo- stał w artykule zajmującym pół kolumny. Wszystkie opisywane państwa przedstawione zostały na tej samej ilości stron (wiem. nie sposób jednak nie wyrazić uznania dla obiektywizmu autora. Co najdziwniejsze. Nie musimy podzielać jego przeko- nań. że Związkowi Radzieckiemu dostało się. monopartyjność. Oto ich przykłady: poddanie sądownictwa pod nadzór władzy wykonawczej. — Na wstępie autor definiuje kryteria re- żimów dyktatorskich. będąc poniekąd zawodowym ilu- zjonistą.

jako że gra. które przeszły już przez odpowiednie „pudła rezonansowe”. Prawdopodobnie autorem pracy był jeden z więźniów Szpitala Specjalnego w Leningradzie. potem uderzał w nie dłonią. przebiegłego Pitmana”. Trzeba powiedzieć. to jest sytuacja tego człowieka. Miął kolumny gazety. stanowiące cząstki rękopisu docierały na Zachód. okoliczności. Jakub Mojsiejewicz nie omieszkałby w tym miejscu zacyto- wać Sun Tsu: „Należy wyciągać korzyści z sytuacji jak wtedy. który go zainteresował. Nie ryzykowali dekonspiracji. a także koloryt literacki dzieła. by żądać „powro- tu”. że wszystkie składniki tej sprawy. pozwalała im tkwić w ukryciu. za- kładu psychiatrycznego. gdy toczymy kulę po stromym stoku. „Żelazna Maska” — bo tak nazy- wano nieznanego autora — stała się może nie gwoździem sezo- nu. nawiązujący jakby do typu wschodniej bajki. jaką w to wkładamy. siła. jest minimalna. Cały czas prze- prowadzał selekcję: najbardziej zajmowało go śledzenie pracy jego współtowarzyszy. odczuwając przyjemność nieco tylko zabarwioną poczuciem wyższości — zobaczę wkrótce Pit- mana. to jest na tony. w jakich tajemnicze kartki. których nie znał i zapewne nie po- zna nigdy. który nie miał ani imienia ani oblicza. wszystko to ekscytowało prasę. sentymentalnego. Ponieważ zaś byli Francuzami. uwięzionego pośród 116 . Anonimowość pisarza. Pewna jednak wiadomość przyciągnęła jego uwagę. nic sensacyjnego. „Cóż — pomyślał Aleksander. ludzi. W jego sercu. i nic więcej. Dzisiaj nie udało mu się odszukać śladów interwencji „pierwszego stopnia”. do którego kierowano dysydentów. żeby móc odczytać jakiś tytuł. nie mieli żadnych powodów. ale w każdym razie budziła sensację. coś drgnęło. Nowa stronica dzieła pod tytułem Rosyjska prawda dotarła do wy- dawnictwa Mewa w Rzymie. Przeglądał wciąż «Niezależny Dziennik» leżący na fotelu obok. jaką wspólnie prowadzili. uśpionym od tylu lat. a zyski nieobliczalne”. natrafiał tylko na drugi i trzeci stopień ak- tywności.

które następowały po sobie. gdy ta nosiła jeszcze nazwę „Czte- rech Prawd” i zajmowała dwie izdebki na poddaszu kamienicy przy bulwarze Beaumarchais. Małgorzata miała lat czterdzieści. Połowę swego życia spę- dziła tu. ozdobione szarymi panneaux w stylu Trianon (z których nie wszystkie były autentyczne). «Niezależny Dziennik» nie podawał w całości tekstu ostatniej przesyłki. post-romantycznego melodramatu. lubił jed- nak klatkę schodową tego budynku z końca XVII wieku.chorych umysłowo i niewątpliwie poddawanego zabiegom nie- wiele odbiegającym od tortur. jako że inteligencja paryska rzucała się na zastawione przez niego przynęty jak piranie na 117 . Gabinet Aleksandra mieścił się przy ulicy de Verneuil. Zadawał sobie pytanie: „Czy to robota naszej dyrekcji? I jeśli tak. Misja jego nie była narażona na szwank. Po- mieszczenie to. Aleksander wzdrygał się na wspomnienie całej armii nieudolnych sekretarek. w Agencji. jedna po drugiej. co było w najlepszym guście. niosła go na wysokość pierwszego piętra. cała groza i litość tego losu. wewnętrznymi okien- nicami wykrzywionymi przez wiek i skrzypiącym pod stopami parkietem. Wiadomo było tylko. Zaintere- sowanie Aleksandra „Żelazną Maską” miało charakter raczej zawodowy niż sentymentalny. Alek- sander nie przepadał wprawdzie za Paryżem lewego brzegu. w większym pokoju. że chodziło w niej o ukarany dzwon (sic). wy- starczały do zbudowania z nich nie tylko klasycznej tragedii. w Agencji. ale i współczesnego. W tamtych czasach Aleksander myślał już. rozkładając przed nim niewidzialne prawie stopnie. która. jednoczyło w sobie przepych z aurą pewnego za- niedbania. finansową w każdym razie. to o co chodzi w tej operacji?” Niestety. Umo- wa dawała mu też prawo do parkowania samochodu w podwór- cu starej rezydencji. Małgorzata była już na miejscu. którą obecnie zajmowały różne firmy. że poniósł klęskę. zanadto już przesyconym intelektualistami i handlem.

To ostatnie było o wiele poważniejsze. wiszącej nie w ką- cie pokoju. że sprawne zarządzanie nie jest jednakowo po- trzebne w firmie i na pokładzie kontrtorpedowca? Sprawiło to. a także do przeprowadzki w bardziej literackie rejony i zmiany nazwy z „Czterech Prawd” na „Agencję Literacką Aleksandra Psara”. mieszczącego się w pokoju węższym i dłuższym niż biuro Małgorzaty. lecz płasko na ścianie: miało ją to 118 . że Aleksander zabrał się do prowadzenia finan- sów z konieczną energią. znać było jeszcze ślady dłuta. — Poczta jeszcze nie nadeszła. Na krawędziach gzymsów. W momencie gdy pojawiła się Małgorzata. Dzwonił pan de Monthignies. Małgorzato? — Dzień dobry panu. Jak zwykle rzucił okiem w kierunku ikony. która dawała mu tyle zadowolenia. — Wszystko w porządku. podczas gdy Aleksander dla spraw handlowych żywił pogardę typowo żołnierską. Wstawała zawsze z krzesła. gdy wchodził do biura i uśmie- chała się do niego z rewerencją. ozdobionych kwietnymi motywami. na przemian prostokątne i owalne. Pitman zaapelował do jego ambicji w sposób zupełnie genialny: — Myśli pan. żeby firma przynosiła zysk. Chciał wiedzieć. którym nieco niecier- pliwie posługiwał się robotnik trzysta lat temu. doszło właśnie do poprawy materialnej sytuacji przedsiębiorstwa. Aleksander rzucił swą wypchaną aktówkę na empirowy stół.kawałek mięsa. — Niech pani będzie tak dobra i połączy mnie z nim. Przeszedł do własnego gabinetu. a nawet znalazł przyjemność przepro- wadzając jakąś korzystną transakcję. pojawiały się w otoczeniu ciepłej różowości naturalne- go drewna. Pitmanowi zależało bardzo na tym. a na to jeszcze złożył rękawiczki. a której nie dawał jednak za- panować nad własną wyobraźnią. czy jest pan zadowolony z artykułu. tak że oryginalne panneaux. Kazał wyłożyć ściany boazerią. Wkrótce opuści tę dekorację. jak być powinno.

zaprasza pan „Divo”.30 — Panna Józefina Petit. przecinek. 119 . 15. (Psychoanaliza terroru. Włączył dyktafon: — Do pana Walerego — uwaga na ortografię. Nie sądzę. jeden z nich wielki. Otworzył teczkę z papierami do podpisa- nia i złożył podpis pod dwoma listami. ciemnoczerwony. jako że seria ta na stawiona jest na problemy aktualne. — Pomóż nam tylko troszeczkę — zwrócił się do niego Alek- sander. Data dzi- siejsza. drugi mały. Był to Zbawiciel. którą mi pan przysłał wiedziony dobrą intuicją żywo mnie zainteresowała.) 11. zreda- gowana w języku rosyjskim. do której pan nawiązuje. które tam znalazł. mahoniowa szafa bi- blioteczna. Zgromadzone tu sprzęty nasuwały na myśl pokój do pracy. Małgorzato. Kanapa pokryta była też czerwoną skórą. nie żywo. Nie chciał ujawniać szczegółów. Rozsiadł się w swym fotelu z angielskiej skóry. Praca „Dekabryści”.30 — Pan Aleksy Lewicki.00 — obiad w „Petersburgu”. by nadawała się do serii Białej Księgi. Spojrzał na zegarek. dysydent. Obiecał pan zajrzeć do biura po filmie. (Ma jakiś pomysł. aba- żury i podwójne firany ciemnozielone.. para czerkieskich kindżałów na ścianie. przecinek. proszę porównać z oryginałem — Miagkoserdecznego. spoczywającą od paru dni w ko- szu z naklejką „Odpowiedzieć”. Szanowny panie. który jego ojciec miałby w mieszkaniu przy ulicy Gwardii Kon- nej. Odstęp. gdyby nie. nie.. kaukaski dywan.zdegradować. Wydaje mi się natomiast. Wiedział.) 13. Zajrzał do kalendarzyka: 10. Do- strzegł ręcznie pisaną epistołę.10 — pokaz filmu Topaz w kinotece. ukryty pod pozłacaną blachą ze srebra. że jego gabinet nie był utrzymany w jednolitym stylu i cieszył się z tego. Zainteresowała mnie. zakrywający usterki starego parkie- tu. Była to jego poranna modlitwa.

że w wypadku niektórych spośród nich ambicje osobiste odgrywały ogromną rolę.. Od- stęp. że postanowił pan ukazać bohaterów powsta- nia dekabrystów — no trudno. a jednak byłoby może rzeczą właściwą ukazać to przedsięwzięcie w bardziej przychylny spo- sób. Warunki ży- ciowe dekabrystów. Żałuję tylko. że. dekabrystów z dużej litery — w niezbyt korzystnym świetle.. Telefon zabrzęczał poważnie: — Pan de Monthignies na linii. Proszę przy- jąć najlepsze. przez powieszenie. i tak dalej. iż nie mieli zamiaru uwolnić własnych poddanych — nie należy to w gruncie rzeczy do te- matu. — Dziękuję. Wreszcie zdaje mi się. To prawda. by wolno im było towarzyszyć mężom na wygnaniu.. Wzbudziło ono przecież tak wiele reakcji pozytywnych. Odstęp. Na- leżałoby może zwrócić większą uwagę na nadużycia. Kropka. czyż nie. przeci- nek. i na wygnaniu zachowywali się w sposób tchórzliwy. Odsyłam więc panu rękopis z na- dzieją. że mam czasem coś do powiedzenia jeśli idzie o dobór książek do tych dwóch serii. jak pan pisze. że prowa- dzę. prawdą też jest. że. bez przerwy zerkał na zegarek — zadzwoni pani do madame Boïsse. które zażądały. że niebawem znów ujrzę go na mym biurku. jakie ich dotknęły — pięć kar głównych. że mam wpływ. Wie pan. że książka mogłaby ewentualnie ukazać się w serii Geneza Rewolucji. Należałoby też przemilczeć fakt. które chcie- li oni naprawić i nie kłaść tak wielkiego nacisku na ich brak kompetencji. nie odbiera to przecież szlachetności ich planom. taka jest przynajmniej moja pierwsza reakcja. że prześladowania. nie. Trzeba by też podkreślić poświęcenie kobiet. ilość służących. że.. Odstęp.przecinek. i tak dalej. i w więzieniu. Gruby Monthignies był jak zawsze zalękniony: 120 . u tego samego wydawcy. nie. Jak skończę — Aleksander zerknął na zegarek. nie mają nic do rzeczy. wykrzyknik — domagają się bardziej dramatycznego rozwinię- cia. ich wygody.

dziękuję panu z głębi serca. Jeśli o mnie chodzi. — Niech pan słucha. pan zawsze myśli wyłącznie o tyranii so- wieckiej. pozosta- li. Wszystko po- toczy się lepiej jak tylko znajdziemy się za miesiąc w R. — Sam zresztą też zajrzałem do tej książki. — Jak tam. Nie będzie sobie nawet zdawał sprawy. zostało wykalkulowane przez Aleksandra. Najbardziej mi się podobał fragment o karnych szpitalach psychiatrycznych.. ale my. reakcjonistą. Są jednak i inne na świecie i Minquin jest całkowicie obiektywny. Usłyszał głos Małgorzaty. hę. Grubiaństwo. Pana nie niepokoi głód na świe- cie. hę. Aleksandrze. Tu miał rację. Garota w Hiszpanii. Hugo Minquin świetnie sobie poradził z tym tematem. że został zwerbowany. Być może to nie pańska wina. Dwóch ludzi na trzech. które były taką mordęgą. 121 . — Sprawi mi pan przyjemność — powiedział Aleksander — przyprowadzając na obiad Minquina. hę. tego serca. wszystko w porządku? Zrobiłem ile się dało. osaczenie ludzi w Związuniu. To okropne. mówiącej swobodnym tonem: — U madame Boïsse dzwoni telefon. — Nie przesadzajmy. — Rzecz jasna. Rozmowę zakończyła wzajemna obietnica wspólnego obiadu przed wakacjami. z którym się nie obnoszę. to mnie to przeszkadza w cieszeniu się ży- ciem. Hugo Minquin był doskonałym kandydatem na „pudło rezo- nansowe”. jakim było dzwonienie do kochanki za pośred- nictwem sekretarki. Co najwyżej jest to dla pana czymś w rodzaju hamulca. — Jean-Xavier.. przymiera głodem. — Może panu będzie lepiej. Jean-Xavier. pan jest kozakiem. Żyjemy w strasznych czasach. Chciałbym. żeby wszyscy byli zadowoleni. — Podzielam pańskie cierpienie. że nie ma pan serca.

ale w rzeczy- wistości procedura — i proces — zostały puszczone w ruch. że ma tego wie- czoru nieco konspiracyjną — a więc niewinną — randkę. Będę dziś wieczór w dosko- nałej formie. starał się być wirtuozem w tej dziedzinie. Boli mnie głowa. Czy mogę zajrzeć dzi- siaj wieczorem? — Życzenie mojego pana jest dla mnie rozkazem. Pitman popełnił lekki błąd. straciłam czucie w ustach. Nie ma lepszego lekarstwa na pa- ni dolegliwości. „Za- biorę kindżały”. Małgorzata przyniosła dzisiejsze gazety. Jessica. Jeśli nie. odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Aleksander odłożył słuchawkę. pomyślał. Po rosyjsku mówi się na to opochmielit'sia. Jeśli jego telefon był na podsłuchu. brutalu? Ale to z pańskiej winy. — Pani frustracja wkrótce się skończy. — Właśnie: usiłuję utopić moją frustrację w alkoholu. palec musnął me- chanizm przekładni. Oto postawił pierwszy krok w drodze powrotnej na wschód. ale. — Jessica? — To pan? Głos osoby. — Cóż za język! Jak można należeć do rasy. która wynalazła rosyjski język i knut! — Słuchaj.. — Napijemy się wódeczki. — Przecież nie zawsze pije pani przeze mnie. — Zawsze. Pan się śmieje. — Niech pan będzie spokojny. tym lepiej. — Wszystko w porządku? — Doskonale. Nic pozornie nieodwołalnego. która dużo paliła. skoro nauczono go troski o stwarzanie pozorów. to „ty”. — To już dziesięć dni.. Załatwione. Była trochę tęga w 122 . które pojawiło się jakby w wyniku roztargnienia. przynajmniej Małgorzata będzie wiedziała. nie jesteś chyba poważnie chora? To nagłe zaniepokojenie. Nie wątpił w dyskrecję Małgorzaty.

iż ma się do czynienia z kimś.. — Jak wygląda? — Hmm.biodrach. ciemne błękity. nieco przed czasem.. kto już opublikował książkę. Aleksander przysunął do siebie grubą teczkę z niebieskiego kartonu. wystarczyłaby i na to). ale może też być odczuwany przez elitę rządzącą. miała zbyt obfity biust.. a może nawet. Nieczytelny ma- szynopis charakteryzuje autora. skrojone przez krawca (pensja. jakie wprowadziła do tekstu. jego sprawcami są wówczas ci. lecz nie powinno się zacierać gra- nicy między nimi. bluzki klasyczne w kroju. jaką wypłacał jej Aleksander. Maszynopis nadto starannie przygotowany świadczy o tym. Jeden związany jest z drugim. niech Bogu będą dzięki. których określa się mianem terrorystów. Józefina Petit nie popełniła żadnego z tych dwóch błę- dów.. Terror odczuwany mo- że paraliżować masy. Jedność myśli i wykładu podobały się Aleksandrowi i zarazem 123 . który się odczuwa i terror. Nade wszystko zaś. nie nosiła nigdy spodni. lecz może też brać się z dołu. ciemnoczerwone sweterki w dobrym guście. spódnice z szarej flaneli. zawsze dobrze zestawione. Dwadzieścia siedem lat. Pewna siebie. Terror narzucony może być dziełem despo- tycznego rządu. Dobrze się ubie- rała: suknie w kolorze jesiennych liści. Pierwsza stronica zaczynała się w taki oto sposób: Istnieje terror. Mamy do czynienia z dwiema odmianami terroru. który się narzuca. jak się to dzieje w systemie totalitarnym. zaznaczone były tak grubym pisakiem. że nie dało się odcyfrować pod nimi po- przedniej wersji tekstu. lecz poruszała się zgrabnie i każdy inny mężczyzna zwróciłby na to uwagę. kupowane pod dobrym adresem. — Przyszła panna Petit. na której wielkimi literami wypisany był tytuł: Psycho- analiza terroru. na przykład w dekadenckim systemie liberalnym. uważającego się za zapoznanego geniusza. że jego autor chciałby sugerować. Skreślenia. kto wie.

Cza- rodziejskie sztuczki. Tekst wywarł wraże- nie na Aleksandrze-miłośniku literatury. co chcemy zniszczyć: myśl. z młodzieńczą werwą. Autorka posługiwała się ogólnie znanymi po- jęciami i jednocześnie wykraczała poza nie. wspólny dla całej zbiorowości. musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy. tak- że i tutaj metoda równych części święciła triumf. Przez to jednak. Aby to osiągnąć. choćby autorka nie była tego świadoma. człowieka czynu: „Uczono mnie. Na zakończenie posłużył się. Sam pisał na ten temat. znajdowały wyraz raczej w języku niejasnym i zagmatwanym. ponieważ nie zdążył zamienić się w wykonawcę. zginie z braku powietrza. Podobnie jak w Słowniku dyktatur. nie ma się gdzie ukryć. wprawił w zakłopota- nie Aleksandra-specjalistę od techniki wywierania wpływu. mogła wywrzeć na publiczności czyta- jącej pożądany skutek. że najlepiej atakować wolność niszcząc myśl. a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. jakie zadały jej mass media. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka. choć pisa- na językiem klarownym. Aleksander był zdania. gdy jeszcze uważał się za teoretyka. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywoła- nia procesów gnilnych w języku. jej oburzenie rozrzedziło się nie- co. stanowiące istotę jego zajęcia. które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z or- tografią. którzy rządzili 124 . ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język. sformułowa- niem. Język tymczasem. że szukała swych przykładów w różnych kontekstach politycznych i geograficznych. Pomimo bowiem strat. Panna Petit żywiła poglądy liberalne i terror pod każdą postacią był dla niej czymś odrażającym. myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. że Psychoanaliza terroru. zwycięstwo będzie bliskie”. dzięki czemu zniszczymy to.żenowały go. jeśli chce się zniszczyć myśl. W rezultacie garstka greckich pułkowników.

Usta miały w sobie coś twardego. Miała brązowe włosy. Kraj spódnicy ocierał się o wyzierające z niebieskich bucików kostki. mimo wszystkie ich fanfaronady. za którymi kryła się bezkompromi- sowa inteligencja. Panna Petit była dość dziwnie ubrana — w każdym razie Aleksander uznał ten strój za osobliwy — miała na sobie mianowicie koronkową bluzkę i długą spódnicę ze sztyw- nego dżinsowego płótna. co by się podobało Aleksandrowi. by się porozumieć! — wy krzyknął. Miało się wrażenie. że jej skóra nie jest dość cienka. prawda? Pani Petit była bardzo niska. Mógł sprawić. których książki są publikowane. krótko przycięte i sztywne. Poza tym „terror” w tytule korzystnie wpływał na powodzenie książki u czytelników. nabierała tak wielkiego znaczenia. który miał w swych rękach decyzję. Od pewnego czasu Aleksander nie lekceważył tego rodzaju korzyści. 125 . Nie spodziewał się jednak silniejszego oporu. niewiele większa od krasnolud- ka. W jednym tylko punkcie będzie musiał zażą- dać poprawki. Instrukcje jego dyrekcji były niekiedy bardzo do- kładne. Patrzyła poważnie na człowieka. Jakież to wulgarne! — Dzień dobry pani. że i on kiedyś myślał o tym. liczącą miliony członków i władającą Rosją od sześciu dziesiątków lat. ale i subtelnego. Promieniował sympatią i nadzieją: — Zostaliśmy stworzeni do tego. że mogła konkurować z międzynarodową partią. Pod nimi kryła się mała kwadratowa twarzyczka z kwadratowym noskiem. wyciągnął rękę do swego gościa. Lecz pod gęstymi rzęsami o nastroszonych wło- skach patrzyły na świat oczy. marzyli w gruncie rzeczy o jednym tylko: chcieli być wydawani. gdy przy- pomniał sobie. by stać się człowie- kiem znanym.zaledwie przez sześć lat. że stałaby się członkinią tej zupełnie od- rębnej rasy autorów: pisarzy. Cóż za dziwaczny ekshibi- cjonizm! Aleksandrem wstrząsnął dreszcz niesmaku. Aleksander wstał z fotela. autorzy. Pani Petit.

Ta seria należała do największych jego sukcesów. — Ach! Biała Księga! Oczywiście. poufałych. i — chociaż i tak podjął już decyzję — nie chciał nic zmieniać w repertuarze swych metod. jak to wy- szczególniał towarzyszący awansowi komentarz departamentu. arogantów i błagalników. co nic nie jedli od trzech dni. pytania. Przez chwilę zastanawiał się: „Ciekawe. co od pierwszego razu budzą zaufanie. Biała Księga o eksploatacji dóbr naturalnych Ameryki Łacińskiej. — Tak. debiutantów różnej płci i charakteru. nie chodziło o tę poronioną rewolucję. Bia- ła Księga o edukacji narodowej we Francji (ten katechizm re- wolucjonistów z maja 68 przyniósł Aleksandrowi sukces w po- staci wcielenia w szeregi KGB i jego pierwszego stopnia oficer- skiego. Biała Księga o kobiecie. co niczego by mu nie odmówili. lecz. był pew- ny swych mięśni i głowy. zasługa polegała na „praktycznym sparaliżowaniu na przeciąg przynajmniej jednego pokolenia francuskich uniwersytetów i 126 . co chcą rezygnować z honorarium i tych. Czuł się młodo. wydekoltowanych. gdyż wiedzą dobrze. Rzucił spoj- rzenie na mahoniową bibliotekę: na półkach ustawione były tomy Białej Księgi w kolejności ich pojawiania się na polu bi- twy: Biała Księga o rasizmie. że jest pan agentem. Uwielbiał te szczegóły. — Czy mogę pani zadać pytanie. czy też firma zostanie zlikwidowana?” Usiadł. Chciałam zwrócić się do redaktora Białej Księgi. — Czy to pani pierwsza książka? Iluż ich miał już w swoim gabinecie. co się stanie z Agencją? Czy ktoś mnie zastąpi. tych. ale i tych. co stawiają na pewność siebie lub na nieśmiałość. noszących kra- waty. tych. czego mogą oczekiwać od Alek- sandra i na co on może w zamian liczyć. wariatów. rzecz jasna. debiutantów zaprzyjaźnionych ze sławnymi profesorami i takich. czemu zwróciła się pani do agenta literackiego zamiast skierować się wprost do wydawnic- twa? — Nie wiedziałem. po czym podniósł się znowu.

mógłby ją opublikować bez tej zasadniczej poprawki.liceów”). jak to niemądrze określano. Ta dziewczyna. zwarta i ciężka książeczka w formacie in 16°. by pa- dały. Łączyła w sobie. jedna po drugiej. — Cóż z tego. Gromadził przeszkody i godził się. ani w złym znaczeniu tego słowa. rozumie się. dozę pychy i dozę pokory. Biała Księga o odrodzeniu się nazizmu. że ma się do czy- nienia z publikacją urzędową. Doskonale 127 . Kto wydał książkę w tej serii. ani w dobrym. skoro to dobra książka? Rozmawiali długo. ułatwiają- cą wejście do którejś z poważnych gazet. Wziął do ręki jeden z tomików: była to mała.. która graficznie utrzymana była — specjalnie! — w nieco staroświeckim stylu. robić z debiutu Białą Księgę. Biała Księga o obozach koncentracyjnych na świecie.. Na białej okładce czcionki o rzymskim charakterze. przede wszystkim. Można było pomyśleć. — Pani rozumie. powiedział sobie. Miała na to zbyt niezależny sąd. Biała Księga o Kościele katolickim. Biała Księga o policjach paralelnych. Biała Księga o CIA. Lecz wtedy ona zwróciłaby się do innego wydawcy. Biała Księga o systemie peni- tencjarnym we Francji. Biała Księga o wyścigu zbrojeń. Biała Księga o woj- sku francuskim. Iluż autorów zabijało się o to. atrakcyjna przecież. w dobrej proporcji. by móc odczytać własne nazwisko na okładce jednego z tomów tej serii. czy też. że jego powierzchowność. nie robi na niej wraże- nia. kartą wizytową. do klubu politycznego. Biała Księga o energii nuklearnej. nie bę- dzie nigdy dobrym „pudłem rezonansowym”. Iluż autorom już udało się wydać książkę w takich okładkach! Aleksander rzucił opasły tomik na stół i odsunął go na bok ruchem ręki. który zarobiłby na książce i. Dziewczyna patrzyła na Aleksandra i wydawało się. Biała Księga o neokolonializmie. Miałby ochotę odesłać ją do diabła. podające imię i nazwisko au- tora i tytuł publikacji. dys- ponował. w szeregi administracji państwowej.

. jaki jest pani zawód? — Jestem nauczycielką matematyki. Koszule białe ze sztywnym kołnierzykiem. — Ach! W takim razie nie będzie się pani zapewne upierała przy tym słowie: „psychoanaliza”. że wzbudził w niej dość nadziei i że zarazem nadzieja ta wciąż była na tyle ulotna. — Niech mi pan odpowie zdecydowanie: tak czy nie? Nie lubił. arystokratycznego. Gęste. 128 . Uprawiał gimnastykę i czuło się. książka tylko na tym skorzysta. Może trochę zbyt teoretyczna dla czytel- ników Białej Księgi. by przejść do jedynego punktu. Przedstawię książkę pani naszemu komitetowi redakcyjnemu. Były to ubrania dwurzędowe. którzy przyzwyczajeni są raczej do książek „faktograficznych”. Nosił garnitury z flaneli.) I jeszcze coś. nieco kręcone włosy podkreślały to. co w układzie kost- nym jego długiej twarzy było energicznego.) Po- święca pani całe studium temu. budzącego naprawdę jego wątpliwości. na mankietach ciężkie złote spinki. to ktoś z dobrej ro- dziny!”. Ubierał się z elegancją klasyczną. ciemnopopielatej. „Psychoanaliza” może wprowadzić w błąd. doskonale skrojone. (Uważał. — Nie przeczę. że pani książka jest dobrze napisana i dosko- nale udokumentowana. — Dobrze. I jego ciało. co określa pani jako terror leni- nowski. spokojną. wpadającej w ciemny brąz. on jest doskonały”. To byłaby Biała Księga o terrorze. zawsze w doskonałej formie. że jego kolana są lekkie i swobodne. niekiedy z kamizelką. Czy mogę wiedzieć. wydawał się wyższy nawet niż był w rzeczywistości.. prawie brutalnego — ale nie prostackiego. (Nic takiego nie istniało. Jeśli zastąpić ten termin przez „terror stalinowski”. gdy przypierano go do muru. iż nadszedł dobry moment.zbudowany. przeciwnie. lecz i wyrazistą. Zresztą nasze tytuły zawsze. Na jego widok powiedziałoby się spontanicznie: „O. a mięśnie pełne skrywanej siły. lub też ciemno- brązowej wpadającej w jasny róż. Albo: „O tak. Zastanowiła się: — Ma pan rację.

tylko z zasadami. — Nie rozumiem. by tak rzec. A Władimir Bukowski zauważył: „Stalin i wszystkie jego okrucieństwa wyni- kają w sposób całkiem bezpośredni i. organiczny z idei Lenina. — Ponieważ był u władzy trzydzieści lat. wylewajcie na jego głowę najgorsze nawet pomyje. — Wiem. to niewątpliwie metoda kozła ofiarnego”. z samej idei socjalizmu. dla zachodniego czytelnika Lenin nie jest ty- ranem. wiem. A jednak muszę przyznać. Wszystko to jest w książce. To nie przypadek. ale ma pani do czynienia nie z ludźmi przecież. poparte cy- tatami — wskazała maszynopis. potem powiódł wzrokiem w stronę kindżałów — posądzać o wy- rozumiałość dla tych ludzi. co moi poprzednicy wynaleźli najlepszego. a Lenin tylko sie- dem. Należy więc posłużyć się naj- bardziej odpowiednim przymiotnikiem. To on traktował swych wrogów politycznych jak „szkodliwe insekty”. proszę pani. której jestem pogrobowcem — tu spojrzał na ikonę. W związku z tym Pitman ma- wiał. potomka zniszczonej cywilizacji. 129 . To on napisał do ludowego komisarza sprawiedliwości: „Według mnie należy w jeszcze większym za- kresie praktykować egzekucje przez rozstrzelanie”. lecz wyzwolicielem. — Dlaczego? — w jej czarnych oczach pojawiło się coś twar- dego. — Proszę pani. dlaczego miałabym określić terror organi- zowany przez Lenina jako stalinowski. — To Lenin powiedział: „Terror jest jedną z metod rządze- nia”. że dyrekcja wystosowała do wszyst- kich fellow travellers następującą instrukcję: „Na Stalinie nam nie zależy. To on radził Gorkiemu. że Stalin ma na swym koncie więcej ofiar niż Lenin. Nie mógł przecież wyjawić jej. uśmiechając się złośliwie i dobrodusznie zarazem: „To. Aleksander nie mógł podać jej prawdziwej przyczyny. Trudno mnie. by nie „płakał nad losem zgni- łych intelektualistów”. Ręce precz od Lenina! Musimy mieć jedno bóstwo absolutnie nieskalane”. że partia wybrała właśnie Stalina”. Co innego z Leninem.

a nazwa ta pochodzi od prefekta. — Tak. Jego następca nazywał się Papon. rozwijając cały wachlarz banalnych powiedzo- nek i deklarując swe najlepsze chęci. Zazwyczaj Aleksander umiał bez trudu poradzić sobie z czy- imś sprzeciwem. Nawet jej plecy wyrażały skupie- nie i namysł. tak jakby zamierzał ją od dać autorce. — Woli pani w ten sposób? Jak pani sobie życzy. próbowali ukryć walkę. Z tą dziewczyną jednak szło mu nie tak łatwo. Dam pani znać. że w języku francuskim pojemnik na śmiecie nazywa się poubelle. Skrzy- żowała ręce na piersiach i przyglądała się bukinistom i antykwa- riuszom przechodzącym ulicę. Ale wydawcy powiedzą pani. że nie zależy mi na tym? — Oni pani powiedzą. pana Poubelle. że im nie jest wszystko jedno. nie musi mnie pani przekonywać. Panna Józefina Petit podniosła się z krzesła i podeszła do okna. To Małgorzata powinna się tym zająć. Odpowiedział sucho: — Ma pani przed sobą człowieka nawróconego. Chce pani powiedzieć tylko tyle: terror bolszewicki. — A jeśli im odpowiem. który zainaugurowany został przez przywódcę bolszewików. Czemu odczuwał potrzebę 130 . ale nie „terror Stalina”. że okre- ślenie „terror leninowski” źle usposobi prasę. jak tylko komitet redakcyjny poweźmie decyzję. w podobnej sytuacji. Położył dłoń na niebieskiej teczce. Odwróciła się: — Dobrze. jaką toczyli z sobą. niech pan zmieni na „terror stalinowski”. ale pani nie zajmuje się porównywaniem tych dwóch terrorów. ale pojemniki na śmiecie w dalszym ciągu nosiły nazwę poubelle. Poproszę o pani adres. Panna Petit wcale się z tym nie kryła. który przyjęło się nazywać stalinowskim. Inni autorzy. Wskutek tego zo- stanie sprzedanych pięćset egzemplarzy mniej. — Chcę powiedzieć: terror. Pan wie. nikt nie mówił na nie papon.

że Zachód stworzył sobie mit rosyjsko-sowiecki. Zawsze ta sama konspiracja.zapisania adresu panny Petit w swoim osobistym kalendarzyku? Może w przewidywaniu rychłego wyjazdu chciał przyspieszyć wykonanie powziętych już decyzji? Gorączkowa atmosfera ostatniego aktu? Postanowił bardziej się pilnować. że są tak bardzo „na luzie”. . Nie można widać bez- karnie odrzucić rusztowania tradycji i savoir-vivre'u.. więc ja mam pewien pomysł dotyczący tej konspiracji. bo pan zna wszystkie dojścia. Ale ja wyli- czyłem. kto wygładzi. jeśli to będzie łatwiejsze dla pana. na którym to języku mówię bez trudu. ale francuszczyzna. musi pan zrozumieć. to się panu opłaci. Wyszła nie uśmiechnąwszy się nawet. Następnym interesantem był Aleksy Lewicki. młody człowiek o pełnych wargach. wolę mówić z panem po francusku. ani w 1905. niedo- skonała i bezceremonialna. noszący pozłacane okulary. Ciekawe. zirytowała Aleksandra: — Możemy przejść na rosyjski. — Ja wiem. co pan robi. pan zapłaci. — O nie. Pan rozumie. że ja nie jestem wy- dawcą. — Proszę pana. co mam na myśli. nie. że tak jest sprawiedliwie. „bardzo czcigodny”. wcale nie rozumiem. — Niech pan ze mną nie gra w idiotę. Pański rosyjski z epoki kamienia łupanego. Dobrze. że w Rosji nic się zmienia. to starzyzna. 131 . Ludzie Zachodu wy- obrażają sobie. ci nowocześni młodzi ludzie twierdzą. Ani w 1917. Piszę po francu- sku. Pan się zgadza. jak męczą się i jacy są niezgrabni. Jego obserwa- cje były trafne. te wszystkie „łaskawy panie”. który powinniśmy wydoić? Wie pan. zgoda. tymczasem widać. ani w 1861. którą się posługiwał. — Niestety. Jeżeli pan chce wynająć tam kogoś. Zaczął od wygło- szenia małej pogadanki na temat stanu wiedzy — lub ignorancji raczej — Zachodu o realiach rosyjsko-sowieckich. dziękuję bardzo. Pan jest na procencie.

— Michał był zadłużony. Białych nocy. który. To on napisał dzieła wysławiające Rosję carską. przepraszam bardzo.. Nietocz- ki. — Powiedzmy. był przy tej scenie? — Wybrano agenta. nie posłużył się analfabetą. — I to ma być znawca literatury! U nas najsłabszy uczeń po- wie panu. — Ale zaraz. jąkając się. Mikołaj. żeby dało się usprawiedliwić przemianę jego poglądów politycznych. tak że mogę go spokojnie opowie- dzieć. Beaumarchais. rzecz jasna. brat Michał. Biesy. Może pan sprawdzić w Towarzystwie Literackim. I co pan zamierza zrobić z tym wspaniałym 132 . to jest od utworów skomponowanych przez prawdziwego inżyniera porucznika Dostojewskiego. Oczy- wiście pan orientuje się.. To on przebył cztery lata w wię- zieniu. — Więc cóż to za pomysł? — Ja go opatentowałem. — I ten agent okazał się genialnym pisarzem? — Tego się nie zabrania agentom. Greene. Aleksander zerknął na zegarek. Ale najsłabszy uczeń jest w błędzie. że car darował mu życie. co się stało 22 grudnia 1849 roku o siódmej rano? — Nie mam zielonego pojęcia. W rezultacie skazany miał przeżyć jeszcze czterdzieści dwa lata. Jemu to oznajmił. Inży- niera porucznika uduszono w więzieniu i jego miejsce zajął agent Ochrany. De Foe. te późne dzieła różnią się bardzo od Biednych ludzi. generał Rostow- cew. jeśli się nie mylę. Dziennik pisarza i tak dalej. Sobowtóra. zmuszono go do milczenia. że w tym historycznym momencie inżynier porucznik Fiodor Michajłowicz Dostojewski przywiązany został do słupa i miano już wykonać egzekucję. który podobny był do Fiodora Michaj- łowicza. lecz wyrok został zamieniony na karę ciężkich robót. Proszę zauważyć. — Ale rodzina.. co zrobić ze świadectwem Hercena. Marlowe..

133 . — Niech pan nie myśli zbyt długo. zmieniwszy obu- wie. Lewicki kłamał. skierowany przeciwko wielkiemu kontrrewo- lucyjnemu autorytetowi? Powieść historyczną w stylu Hrabiego Monte Christo. Nawet jeśli nic z tego nie wyj- dzie. Powiedzmy jednak.. W drzwiach gabinetu ukazała się głowa Małgorzaty. które skonfiskowałem w Bibliotece Lenina i w różnych klasztorach. nie jest pan jedynym agentem literackim w Paryżu — powiedział na to Lewicki. które. Najmniej- szy nawet cios zadany reputacji Dostojewskiego mógł być uży- teczny. Tak. żeby mu uwierzono. że przemy- śli jego propozycję.. obiecując mu. Odprowadził do drzwi Lewickiego. po czym.tematem? Pamflet. pulchne dłonie wykonały wy- mowny gest: — Do wyboru. Był gotów do wyjścia. Obiad z Divo nie uśmiechał mu się wcale. a poza tym mam fotograficzną pamięć. pracę naukową? Pozłacane okulary błysnęły. który uwierzyłby w istnienie tych archiwów i napisałby rzecz lepszą niż Lewicki. Aleksander podyktował jeszcze dwa listy. że poro- biłem wcześniej notatki. że zostałyby „oddane” Lewickiemu. Wyjął z szafy bibliotecznej parę czarnych półbutów i rogową łyżkę do butów. które do tej pory miał na nogach. ale może lepiej byłoby pod- szepnąć ją jakiemuś Francuzowi. nie mając nawet nadziei czy nie chcąc wręcz. że obaj od- kryli jednocześnie to samo. Gdyby ten protestował. — Dysponuję wszystkimi elementami. koniecznie trzeba o tym po- rozmawiać z Iwanem Iwanyczem. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Ar- chiwa można było sfabrykować. schował do szafy brązowe zamszowe buty. — I dysponuje pan elementami. a „presja opinii międzynarodo- wej” sprawiłaby. Rzecz jasna. ale nie mógł się z tego wykręcić. To znaczy idea była niezła. Znów spojrzał na zegarek. na grani- cy skradziono mi archiwa. opinia publiczna musiałaby uwierzyć. już sama hipoteza rozbawi Pitmana.

że jej szef kłamał mówiąc. ujęła swoją niebieską. kartonową teczkę szybkim i precyzyjnym gestem złodziejki i przycisnęła ją obiema rękami do piersi. co? Czy może na sta- rość popsuł ci się gust? 134 .. — Bliny z kawiorem. którą by Divo robił tak jak wszyscy. które nigdy nie były realizowane. Jeśli już teraz włożył swoje czarne pantofelki. Nie było rzeczy. prawdę mówiąc. ale. jak to się mówi na Północy. wybieraj.. jako autor. chociaż. Później Mał- gorzata spojrzała na czarne buty Aleksandra. powinien był za każdym razem patrzeć w kąt sali. — Proszę pana. Uskuteczniaj. autorzy to wariaci. Co ją ugryzło. był już na miejscu. dotarła szybko do stołu. to znaczyło. proszę pana. Na przykład płacił co drugi raz za obiad zjedzony z Aleksandrem. kiedy chodzili do tego samego liceum. tę małą? Co zrobić. ale Divo. Szybko opuściła pokój. jeśli jednak ty chcesz czarny. może być? Ja wolę czerwony. Aleksander wymienił z Małgorzatą spojrzenie pełne konster- nacji. Zawsze też rozmawiali o projek- tach wydawniczych. wymierzyła swój ostry podbródek w Aleksandra: — Zmieniłam zdanie. gdy przychodziło do płacenia rachunku. Ci dwaj Rosjano- Francuzi nie lubili się nawzajem serdecznie od czasów. panna Petit chce się jeszcze z panem krótko zobaczyć. Czysta wódka. Wreszcie spokojniejsza. że zaraz po filmie uda się do kochanki. najmniej paryski z paryżan. Wiedziała już. każ- dy kto z nimi pracuje jest do tego przyzwyczajony. że. Nieomal pod ramieniem Małgorzaty panna Petit wśliznęła się do gabinetu. Powiedziałam jej. tak jak na to pozwalała jej długa spódnica.. Aleksander przybył punktualnie do restauracji „Petersburg”. Stawiając długie kroki. Wolałby umrzeć niż wyjść wieczorem w brązo- wych trzewikach.. iż zaglądnie jeszcze do biura późnym popołudniem. — Już wychodziłem.

że książka będzie dobrze przyjęta przez część Kościoła. Za kogo pani nas bierze? — Dlaczego chamskiego? Jestem pewien. Opróżnili kieliszki tak jak to czynią artyści. Napijmy się. — Trzeba więc powiedzieć. — Tak. pół-sukce- sy i nie wiadomo skąd biorące się pieniądze. że inkwizycja miała swoje dobre strony. Divo. którzy sądzą. że raj można stworzyć tu na ziemi. Zawsze te same zbyt spiczaste klapy marynarki. przeciwnie. Ja sam nie mam tego rodzaju ambicji. Divo gwizdnął: — Demistyfikują Boga? Nie uważasz. co? A Bóg? Co on ci takiego zrobił? Niekiedy Aleksandrowi wydawało się. tylko pomagając sobie szyb- kim ruchem dłoni. niech nam pani poda całą karafkę. nie. Czasem zaś. — Masz przecież swych wydawców. druga o policji. z odrzuconą w tył głową i prawie nie unosząc łokcia. ale zbliża się wielkimi krokami Wielki Strach roku 135 . — Biała Księga poświęcona Bogu będzie prawdopodobnie najciekawsza ze wszystkich dotąd opublikowanych. Demistyfikować Boga to dla mnie szczyt snobizmu i chamstwa jednocześnie. Jeanne Bouillon i Patrice Duguest przeprowadzają bardzo istotną demi- styfikację. — Jak się miewają twoi autorzy? O czym będzie następna Biała Księga? — Przygotowuję dwie. uważał. Jedna o Bogu. że jest w tym coś chamskiego? Nie. że Divo jest drażniąco obiektywny. — Cóż za zestawienie! Policja ma przygotować czystkę. te same krzy- we uśmieszki. ale przyszedł mi do głowy pomysł powieści. który mógłby cię za- interesować. że Divo przejrzał go na wylot i wyśmiewa go całkiem otwarcie. Dlatego właśnie niepokoję twoją szanowną osobę. Zawsze te same niepokojące powieści. Jest coraz więcej księży.

Załóżmy teraz inny kraj. Auto-cenzura zastąpi wkrótce auto-kadzidło. do niedawna konfederackich. i zmieniam ich z powieści na powieść. żebym ci przedstawił mój scena- riusz? — Bądź tak dobry. Czy chcesz. rozumiesz. jak w czasach szkolnych. Na przestrzeni pięć- dziesięciu lat KNK finansuje. Pewna grupa filozo- fów. Galaci jednak. — To ma być. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót. Galacja. a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun. przepraszam. chociaż lekkomyślni. tokaj. faworyzuje i obsypuje komplemen- tami partię konfederatów Galacji. popychają i tak dalej. — Jakie czynniki? — Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. KNK. zgoda.. przechodzi z lewa na prawo. że ty mógłbyś mnie skierować do jakiegoś zucha. że ich popularność spada z roku na rok. Powodem nie jest moja niewierność. i to się liczy. Andrzeja. zajmujący ważną pozycję strategiczną. Ale twój ojciec pływał jeszcze pod banderą św. Załóżmy. Wszystko to. co nazywam rokfortem w stanie rozkładu. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego. Mam wydawców. rozumiesz. bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. — Rokfort? O co ci chodzi? — Nie.. ty jesteś więcej wart niż rokfort. że jesteś „postacią paryską” i tak dalej. Wiem przecież. że ist- nieje sobie pewien kraj.dwutysięcznego. Wypijmy za banderę. śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. szlachetna zgnilizna. To. powiedzmy. nie możesz być zepsuty do szpiku kości. My- ślę. fikcja polityczna. Nie cho- dzi jednak o to. Także i inne czynniki spra- wiają. Po- wiedzmy wino. nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. ale udaje mu się znaleźć posłuch. która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych 136 . tylko ich ostrożność. Rozmawiali.

w psychologii myślenie w katego- riach nieokreślonych. Powiedzmy. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę. że nazywa się Puszkin. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje wła- dzę. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. pod pretekstem. ten nowy prezydent. gdy synkretyści dysponują większością absolutną. A głupcy zawsze są w większości. przy 11. którzy do niedawna drżeli ze stra- chu przed konfederatami. W ten sposób. Gdy tylko obejmuje swój urząd. Z drugiej stro- ny gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej. 137 . nie według żadnej hierarchii — w sytu- acji. To awanturnik średniego szczebla. Efekt jest podwój- ny. Zbliżają się wybory. Mało o nim wiadomo poza tym. że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji. że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wy- brany. co szokuje głupców. że uciszy to konfederatów. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%. kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. jeśli będą funkcjonowały me- chanizmy demokratyczne. Myślę. że doceniasz elegancję tego posunięcia. co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. KNK ogłasza. a konfe- deraci dostali minimalną ilość głosów.w wielu punktach kuli ziemskiej. że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. Jesteśmy już przy 12%. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności. teraz śmieją się z nich. że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. nazwijmy ją synkretyczną. Z jednej strony burżuje. do 13%. przy 10 i pół. w jakiej przychodzą mi na myśl. Nie rozumieją jednak. iż popiera jego kandydaturę. Jak wiesz. ich partia zostaje zreha- bilitowana. polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. konfuzyjnych. By mieć całkowitą pewność. — Co wtedy? — Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posu- nięcie. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś.

tak że straciło obie te właściwości. chociaż dotyczyło jedynie terminologii. Oczywiście. co już sprzyja destabilizacji kraju. Nie myśl jednak. Nikt tego nie widzi. nie. że podczas kryzysu transport ma decydujące znacze- nie. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. nie. Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bar- dzo znamienne. 138 . jeśli dobrze liczę. lekceważąc wolę 90% Galatów. tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu. sprawy wojskowe czy wew- nętrzne. Puszkin dewaluuje ją. Od dawna istniał w Ga- lacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu. pieniądz Galatów. wbrew interesom Galatów i konwencjom. Dalej. Niech żyje demokracja. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony pa- triotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia. że stanowiska w rządzie. to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. to jest przeciwko społeczeństwu. zawartym z sąsiada- mi. które im się dostały całkiem niewin- ne. Widzisz. Numer sześć: galetka. że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji. synkretysta Puszkin znosi ją. portfele ministerialne. były kluczowe. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami. które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne. typo- wo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci. Akcja numer pięć. zostało ośmieszone. gdyż Puszkin sam reprezentuje wła- dzę. a wiadomo. gwałcąc otwarcie wolę ludu. Galacja posiadała wydajny system administracyjny. ale także nadaje im inny tytuł. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich. Nie. który skła- dał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych preto- rami. które ofiarował konfederatom. osiągnęła godną po- zazdroszczenia stabilność. Oto ugrupowanie polityczne. Łatwo zgadnąć. a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie.

Alek. z której nie ma wyjścia. po- znaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie sek- su. źle się sprze- dają. Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl. jako że otwarte wojny stały się niemożliwe. żeby roz- broić naród. No i jak. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego.. ale po to. Ach. o któ- rego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspo- mniałem. z którym się utoż- samia. by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. Divo wybuchnął śmiechem: — Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin! Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina. całego tego manewru. w krótkich spodenkach. i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kie- reńszczyzny. jak to nazywali filozofowie. mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną. którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie. To ostatnie posunięcie. Divo.. chociaż ty nie jesteś Alioszą. — Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest „kretem”? — Zdaje się. Divo wciąż uśmiechał się trochę 139 . że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i radu- je ją fakt. to posunięcie najbar- dziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. w których nie pojawia się bohater. a ja troszkę zo- stałem Iwanem. jak ci się podoba mój projekt powieści? Aleksander odpowiedział mu cichym głosem: — Powieści. Numer siódmy i na razie ostatni. razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii pla- stycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii. Odwiedza z nim groby przodków. o którego się lęka. że we Francji używa się tradycyjnie określenia „łódź podwodna”. Ich spojrzenia spotkały się.

W szkole Divo był chłopcem błyskotliwym i łatwowiernym zarazem. — Ładny tytuł. będzie pan miał swoją wojnę! — odpowiedział wtedy Pitman. Wie- działbym. cenionym przez myśli- wych. Wszystko jest możliwe. Być może ten półnieudacz- nik naprawdę wyobrażał sobie. Dlaczego Divo chciał się z nim spotkać? Aleksander pożegnał się z nim nie wyjaśniwszy tej kwestii. w jaki sposób zwrócił się do Pitmana przed trzydziestu laty: — Ależ ja chcę prowadzić wojnę! — Niech się pan nie niepokoi. Chociaż nie wiadomo. twoja fikcja polityczna? — Myślałem o tytule Akt wojenny.krzywo. Jeśli idzie o wydawców. Naprzód ten gaduła... że „dahu” jest afrykańskim zwierzęciem. Tam miałbyś szansę. ironiczny kompan jego życia. nie o to idzie. Być mo- że miałbyś wreszcie swój bestseller. „Szkoda — pomyślał — że minął już czas «mokrej roboty». to raczej wątpię. bez emocji: — Nie wiem. że agencja Psara może mu opu- blikować jego usypiającą bajkę. Można mu było wmówić. 140 . Za to teraz miał przed sobą godzinę szczęścia. Odpowiedział wysokim głosem. ale irytujesz mnie w najwyższym stopniu”. Nie jesteś nie- bezpieczny. Dzień nie układał się tak dobrze. komu zgłosić odpowiedni meldunek. a jego twarz zniknęła za okrąg- łymi szkłami okularów. Słowo „wojna” przypomniało Aleksandrowi. Jak to się nazywa. Aleksander czuł.. czy «Inny Dziennik» drukuje powieści w od- cinkach. jaką przeżywają ludzie stale tłumiący swoje prawdziwe uczucia. dzika złość. nie zaś w swojej własnej.. a potem Divo. jakby Aleksander sobie tego życzył. A jednocześnie kto wie. czy nie wolałby w tym momencie znaleźć się w skórze Divo. Przecież to pierwszy dzień jego „powrotu”. jak rośnie w nim złość.

w ramce. na wszelki wypadek jednak podjął dodatkowe środki ostrożności. wy- chodząc zapasowym wyjściem. lecz Hitchcocka. — Czy nie miałby pan jakiegoś pomysłu w tej mierze?” Wtedy Aleksan- der zapraszał Jeanne Bouillon na obiad do „Antykwariuszy” i wygłaszał następujące słowa: „Jeanne. To by pani odpowiadało. 141 . że nikt za nim nie idzie. głośników emi- tujących przed francuską publicznością posłania. jaki on kładzie na prymat duchowości — mówił oficer-pilot. jakie mu zaszczepili. Znalazł się w bocznej uliczce. znajdował się krótszy tekst: „Dzwon uka- rany: fragment supertajnego dzieła anonimowego więźnia”. Jego obecna wyprawa była jego prywatną spra- wą. na Polach Elizejskich. Tym razem jednak pani Bouillon działała na własną rękę. był już prawie pewien. Wyświetla- no tu dzisiaj Topaz. usa- dzić nieco Pana Boga”. nie Pagnola. zszedł do metra. i wskoczył do pociągu w ostat- nim momencie. Kupił bilet do Wer- salu. który nie należał do jego orkiestry. która należała do jego wypróbowanych „pudeł rezonansowych”. przygotowane przez niego czy też. Wolał go od «Le Monde». przez jego przełożonych. myślę o pani w związku z nową Białą Księgą. gdy nikt następny nie wszedł na salę. wysko- czył z wagonu. a na ekranie poruszali się bo- haterowie filmu. Aleksander wstał z miejsca i opuścił kino. Widział ten film już dwa razy. stosując prze- ciwko swym pracodawcom — sądził. «Głos» poświęcał pół strony artykuło- wi Jeanne Bouillon pod tytułem Zdemaskować Żelazną Maską. Gdy znalazł się na dworcu Saint-Lazare. Było to jego ulubione kino. mówiąc ściślej. dlatego odczuwał nieco złośliwą przyjemność. że mogli czuwać nad jego ruchami — pewne elementy metod. „Dyrekcja niepokoi się popularnością papieża i naciskiem. gdy pociąg ruszył i to samo powtórzył przy na- stępnym pociągu. Po pięciu minutach. pięć minut spędził w ogródku kawiarni. Wewnątrz. chociaż jechał do Pontoise. Na peronie kupił «Głos». Zaczął lekturę od artykułu Jeanne Buillon. Usiadł blisko wyjścia. nieprawdaż.

Odnosi się wrażenie. Czemu jednak wietrzyć tu schowki i podstępy na miarę Siuk- sów albo Old Shatterhanda? Dzieło może nie istnieć wcale na papierze. może być zapisane w całości w fenomenalnej pamięci więźnia. 1975 odbiorcą tajemniczych. Stąd właśnie bierze się legenda osoby. opowiedzieli o izolatce noszącej numer 000. którą prasa na- zywa „Żelazną Maską”. chociaż to on właśnie jest od r. Dwaj emigranci świeżej daty. Dzięki Sołżenicynowi wiemy. pu- blikującego często materiały samizdatu. jak niezwykle może się roz- winąć pamięć prześladowanych. noszą- cej tytuł Rosyjska prawda. jako że przedstawia pozytywne propozycje roz- wiązania sowieckiego dylematu. przesyłek. sprawa kontroli jej wytworów. ZSRR) przesyła na Zachód — jaką drogą? — doniosłe obserwacje polityczne. Tym bardziej godne uwagi staje się zadanie odsłonięcia jej tajemnic. nie ograniczając się do szkalo- wania teraźniejszości czy gloryfikacji dawnych czasów. z której próbują je wywabić ci bardzo specjalni psychia- trzy. Powstaje jednak inne pytanie: kim jest owa malownicza „Że- lazna Maska”? Enzo Grucci. gdzie się znajduje to dzieło i jak to się stało. Arsenału. że jego uwagi są wyrwane z większej pracy. Leningrad. 142 . których jakość każe przeczuwać w ich autorze kogoś na miarę Sołżenicy- na czy Zinowiewa. utrzymuje. Jeanne Bouillon nie była zwyczajną propagandystką i jej użyteczność była wprost propor- cjonalna do swobody. Aleksander uważał to za właściwe. Rodzi się pytanie. że psychiatrzy i policjanci reżimu — niewielka między nimi różnica — nie położyli jeszcze na nim swej łapy. że nie wie nic więcej niż opinia publiczna. rzecz jasna. niedawno zwolnieni z ponurego Szpitala Specjalnego. Co innego. dyrektor domu wydawniczego Mewa. Być może góruje on nawet nad tymi sławny- mi dysydentami. jaką się jej zostawiało. notatki. osoby na pewno godnej podziwu. Od lat już anonimowy więzień celi numer 000 Szpitala Spe- cjalnego (ul. siedmiu jak dotąd.

Mówi się o tym. ogrom- nego wzrostu lekarz. urodzony w Kostromie w r. iż tylko szaleniec mógł był się targnąć na życie dobroczyńcy ludzkości. Więzień uniknął sądu i. Otóż do izolatki tej zagląda jeden tylko psychiatra. gdzie miał być poddany badaniom psychiatrycznym. Trzynastego lipca 1971 niejaki Michał Kurnosow. jaka też straszliwa kara spadnie na nieszczęśliwca. Kurnosowa ujęto i cały świat — pamiętamy — zadawał sobie ze zgrozą pyta- nie. Także i oni przezwali go „Żelazną Maską”. W zamachu lekko ranny został szofer pojazdu. jakoby izolatka numer 000 była zbytkownie urządzona. w konsekwencji. Jakiś czas później pojawiła się wiadomość. przebrany za milicjanta. w którym. Ma z niej wychodzić kabel anteny telewizyjnej. Zestawmy teraz te uwagi z innymi faktami. Tymczasem — i to może jest najważniejsze — przedstawione 143 . Psychuszkę obiegają jednak dziwne plotki. Co jednak stało się dalej z Kurnosowem? Dziennikarze zachodni wielokrotnie sta- wiali to pytanie. którego inni chorzy nigdy nie widzieli na oczy. i także i oni nie są znani w szpitalu. który zaniósł później do celi niewidzialnego loka- tora. Lokatorem izolatki jest więzień. plutonu egze- kucyjnego. że Kurnosowa przeniesio- no do Instytutu Serbskiego w Moskwie. Tymczasem Breżniew jechał innym samocho- dem. otworzył ogień do samochodu. jak był przekonany. 1926. którego poza tym nie widzi się na terenie zakładu. a potrawy przynoszone „Żelaznej Masce” wydają zapa- chy w niczym nie przypominające odoru potraw tutejszej kuch- ni. co świadczy o poczytności Aleksandra Dumasa po obu stronach żelaznej kurtyny. znajdował się Le- onid Breżniew.. Kurnosowa osadzono wówczas w izolatce Czwartej Sekcji in- stytutu. Moskiewski sfinks dobrze strzegł tajemnicy.. Zza drzwi izolatki dobywają się nieraz dźwięki muzyki kla- sycznej. Tylko dwaj pielęgniarze mają wstęp do izolatki. Reputacja tego zakładu jest od dawna ustalona: to naukowa filia strasznej Łubianki. gdyż psychiatrzy uznali. Jeden z pielęgniarzy czyścił dywan.

o którym dowiedzieliśmy się od Sołżeni- cyna) wyjaśniałaby w sposób racjonalny. z definicji uniwersalistycznym”. Jak wiadomo. że założyli oni ultratajne biuro polityczne. która zawiera projekt utworzenia systemu idealnego w jednym tylko kraju. Jeśli tak. Oni też nie są wyznawcami tej doktryny. przez analogię do więzienia- instytutu naukowego.prasie fragmenty ekspertyzy psychiatrycznej zawierały nastę- pujące stwierdzenia: „Michał Kurnosow cierpi na psychozę pa- ranoidalną z urojeniami doktrynalnymi. Jedno z nich polega na przekonaniu. bo przecież trudno założyć. że pogłoski obiegające dobrze poinformowane kręgi są prawdziwe? Dlaczegóżby więzień izo- latki 000 nie miał się nazywać Michał Kurnosow? Nie da się uniknąć pytania. to w tym laborato- rium politycznym oryginalny myśliciel Michał Kurnosow miałby zapewnione miejsce. którego zadaniem było- by wypracowanie nowej doktryny. jak 144 . w którym nikt nie wierzy w mark- sizm-leninizm. iż ZSRR jest je- dynym krajem na świecie. ale zależy im na tym. że ktoś zorganizowałby próbę ucieczki — jej rezultat byłby łatwy do przewidzenia. by nie stracić swych przywilejów. dlaczego władze sowieckie ota- czają swymi względami „Żelazną Maskę” zamiast zesłać więźnia do Syczewki. Sytuacja ta jest przykra dla członków nomenkla- tury. sprzeciwia się to słusznym koncepcjom marksistowsko-leninowskim. Hipoteza pewnego rodzaju szaraszki (więzienia- laboratorium dla filozofów. Można więc przyjąć. dlaczego zdecydowana zazwyczaj sowiecka sprawiedliwość nie obeszła się ostro z Mi- chałem Kurnosowem. gdzie zgniłby razem z innymi nieuleczalnymi. pechowym tyranobójcą. iż jest on wynalazcą doktryny politycznej. przyczyny szczególnego postępowania władz mogą być następujące: Coraz liczniejsi świadkowie zapewniają nas. następującej po całkowicie już zdemontowanym komunizmie. A więc? Dlaczego nie przyznać. Oto jeżeli pod „Żela- zną Maską” kryje się Michał Kurnosow. „Wątpię — pomy- ślał Aleksander— żeby wyjaśnienie mogło być tak prościutkie.

Naprzód trzeba było udowodnić. powtarzała pochodzące z „kół dobrze po- informowanych” pogłoski. czyż to ma jakieś znaczenie? Wkrótce przecież „wróci”. że to rzeczywiście dzwon z Uglicza wybija godziny w Tobolsku. bić na alarm: „Morderstwo! Morderstwo!” Borys rozgniewał się. Dołączała się do tego też irytacja natury profesjonalnej. z której wolał nie zdawać sobie zbyt dokładnie sprawy: jakim prawem ta dziennikarka. jakby sam z siebie. 1849 ugliczanie doszli do wniosku. Gdy tego dokonano. Jeśli niedobrze. podnieś sukienkę. i zesłano go na Syberię. W r. które nigdy do niego nie dotarły? A zresztą.. mały. Zabójców nasłał na niego najprawdopodobniej Bo- rys Godunow. 145 . przekład z języka włoskiego: «ROSYJSKA PRAWDA» O MASS MEDIACH albo DZWON UKARANY W dawnych czasach dzwony kościelne były chrzczone i na- maszczane olejami świętymi. że dzwon dość już wycierpiał. odda- wano im cześć. tak jakby ukarano skazańca..” Drażniło go ubóstwo języka Jeanne Bouillon. Wielki dzwon ugliczowski zaczął wtedy. tym gorzej dla nich: tym gorzej dla ciebie. Złamano mu jedno ucho. Zażądali jego powrotu. 1593 w Ugliczu poderżnięto gardło małemu carewiczowi Dymitrowi. Zofii. Naprzód umieszczono go w cerkwi Wszechmiłosiernego. Przeczytał też tekst zawarty w ramkach. Jeśli dobrze się sprawowały. dostaniesz klapsa. W r. prowadzone przez niego „pudło rezonansowe”. Wybił ich bardzo wiele. cecha.się to wydaje Jeanne Bouillon. ucinając mu ucho. do Tobol- ska. przy rynku miasteczka. mniej więcej dwa miliony dwieście czterdzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesiąt. Na jego rozkaz zdjęto dzwon i wy- chłostano rózgami. z której ona była tak dumna. Zwłaszcza jeżeli sprawą zajął się Pitman. Następnie wybijał godziny na wieży Św.

„Bez sensu! — rozzłościł się Aleksander. przywieź mi ich dzwon alarmowy”. Miało to dwie zalety: musiało wprowadzić w błąd ewentualnych szperaczy. po czym wziął taksówkę i kazał się wieźć na strzelnicę. gołąbek. dzwon pękł. Stało się to 20 maja 1892 roku. Dołmaszka. — Ach! Pan Aleksander! Dawno nie widziany. którzy posuwali się 146 . Oto historia pomyłki sądowej. i gdyby wszystkie dzwo- neczki mówiły: „Morderstwo! Morderstwo!”? Oto co «Rosyjska prawda» myśli o mass-mediach. Dlaczego? Wielki Książę moskiewski. zdobył Psków i posłał tam swego intendenta. obojętne. W Pontoise Aleksander raz jeszcze sprawdził. Aleksander Psar zapisał się do towarzystwa Strzeleckiego jako Aleksander Rsar. jest zwyczajnym szarlatanem”. Podczas transportu. A gdyby tak dzwon z Uglicza pękł w drodze do Tobolska i gdyby przetopiono go na dzwoneczki. Parabolę tę można przecież interpretować na tysiące sposobów. 21 maja wszystko było gotowe. czy nikt go nie śledzi. Mieszkań- cy wsi pozbierali okruchy dzwonu i przetopili je na dzwoneczki do trojki. Posługując się dowodem osobistym lekko podrobionym. w wiosce Wałdaj. W obecności wielkich mas ludowych dzwon. znów rozdzwonił się na swej rodzinnej wieży. po trzech stuleciach bez jednego roku od chwili deportacji. symbolem niezależności mieszczan. jakby się powiedziało. Załóżmy jednak. Bazyli III. że było ina- czej. «Żelazna Maska». Dołmatowa: „Posłuchaj.amnestiowany dzwon mógł już wrócić do domu. Czym byłaby dusza rosyjska bez trojki? A czym byłaby trojka bez dzwoneczków? Mówi się o nich: wałdajskie dzwoneczki. a potem zgubionym. Dzwon alarmowy był wów- czas. czy pod nią kryje się Kurnosow czy kto inny. — Rosyjska prawda w ogóle nic nie myśli.

Nie posługiwał się ani rzad- kimi. choć Aleksander niechętnie się do tego przyznawał. śrutowy po- cisk wsunięty precyzyjnie do komory. mógłby być równie dobrze doskona- łym oficerem. że gdyby nie był prosperują- cym człowiekiem interesu. mięśnie rozluźnione: były to zarazem wymogi praktyczne i rodzaj rytuału. sku- pieni i dbający też o skupienie sąsiada. Wszystko wskazywało na to. w której strzelało się z wiatrówek. Odgłosy strzałów. Nie był nawet strzelcem wyborowym. Dwaj strzelcy uprawiali tu swoje ćwiczenia. Strzelnicę. jedną z najnowocześniejszych w Europie. ani zdobnymi odmianami broni. Ale strzelanie dawało mu dużo przyjemności i było to widoczne. żywił szacunek dla broni. Prawdopodobnie zresztą był w błędzie: w Aleksandrze odzywał się po prostu niezaspokojony temperament żołnierza. sztywny palec wskazujący na kabłąku spustu. pasji. Aleksander koncentrował się. nie przeprowadzał obli- czeń balistycznych. W sali. Brakowało mu zimnej pasji dla techniki strzelania. spokojnie i stanow- czo. Przygotowanie się do strzału ma w sobie coś z techniki zen i z treningu aktorskiego w szkole Stanisławskiego. a także zmusza- ło członków towarzystwa do posługiwania się tylko imieniem. Przestrzegał skrupulatnie przepisów bezpieczeństwa. panowała cisza jak w akwarium. Uwa- żał on Aleksandra za wielki talent strzelecki i w związku z tym wyświadczał mu stale uprzejmości. Dłoń zaciśnięta na kolbie. skoro nazwisko nie dawało się wymówić. nie uważał się za specjalistę od uzbrojenia i nie rozmontowywał mechanizmu spustu. prowa- dził wesolutki i okrąglutki pułkownik w stanie spoczynku. małe plaff. nie znał na pamięć wagi ładunków i szybko- ści lotu pocisku. nie brał udziału w zawodach strzeleckich. którą odznaczają się strzelcy zarazem najpo- ważniejsi i najbardziej zwariowani.w swych badaniach w porządku alfabetycznym. I nagle jest się gotowym. ułatwiającego osiągnięcie pożądanego stanu łaski. 147 . nie bardziej zakłócały spokój tego miejsca niż poruszenia płetw w głębinie wód.

którzy poprzez posługiwanie się bronią osiągali za- spokojenie podobne temu. poszcząc przed nadejś- ciem świąt Bożego Narodzenia. podnosił ramię. opuszczał je. ustawiał szczerbinkę na muszce. jakby ściskał gąbkę.) Broń palna nie jest ani psem. wypuszczał powietrze. Gdy Aleksander brał go do ręki. Może jednak któregoś dnia ta asceza dobiegnie końca? Aleksander pochodził z rodziny wo- jowników. (Dokładniej zaś: chodź- my. Badał swoje wyniki surowo: „Skąd ten odstęp? Czy ruszyłem palcem?” Następnie odsyłał tarczę na jej miejsce. z zawieszonym na moment oddechem. jakiego inni dostępowali za pośred- nictwem narzędzia. Od- dychał głęboko. Strzelanie z wiatrówki ma się do prawdziwego strzelania tak jak toccata do symfonii. ani koniem. odczuwał emocję. Nie chciał też widzieć obiektu świętości. i wreszcie zwierał mocniej dłoń. pióra. Przyrównywanie broni palnej do symbolu seksualnego wydawało mu się śmiechu warte. zatopiony w purytańskim skupieniu. w przedmiocie służącym przecież do ćwiczeń tylko. Na dnie szafki błękitna poświata: Smith & Wesson. które przystoi wiatrówce. 148 . Dopiero gdy był zadowolony ze swych wyników wracał do swojej szafki i brał z niej ochronne nauszniki. Strzelanie z wiatrówki było dla niego czymś w rodzaju oczyszczającego ćwiczenia przed strzelaniem z broni palnej — podobnie oczyszczają się prawosławni.przenosi się spojrzenie na tarczę. Aleksander strzelał bez pośpiechu. której nie potrafił do końca wytłumaczyć. — Chodź — powiedział po rosyjsku. krzyża lub banknotów. Po każdym strzale naciskał guziczek specjalnego urządzenia. jeszcze raz go nabierał. tarcza i ja. do gry. wydychał powietrze do połowy i tak. lecz w pewnym sensie należy do tej samej rodziny. Lekkie plaff wystrzału zaskakiwało go za każdym razem. które po napiętych linkach sprowadzało do niego tarczę jakby w kolej- ce linowej. Na świecie istniejemy tylko my dwoje.

Opuścił rękę. o ostrych ołowianych pociskach. Aleksander wiedział. jaka należała do wojskowego ekwipunku jego ojca był nagan. odciągać kciukiem kurek. Odbezpieczył rewolwer. obciągniętych nylonem. Jaka to przyjemność. że zależnie od użytego naboju energia i szybkość lotu pocisku mogła się znacznie zmieniać. dość duża jednak: dłu- gość lufy wynosiła cztery cale. nawet po- dwajać. prostota jego budowy miała w sobie coś oczywistego. Rewolwer to co innego. pomimo jego oczywistych zalet. po naładowaniu. w którym nie było miejsca dla takich jak on. Ulokował się najdalej jak tylko mógł od niego. czuć opór kurka. gdzie strzelało się z broni palnej. Dlaczego zdecydował się na rewolwer. w pewnym sensie zbędny. Była to raczej broń polowa niż sportowa. System zabezpiecza- nia pistoletu uważał za sztuczny. przedłużającego linię ramienia. — Sylwetki. a nie na pistolet auto- matyczny? Mechanika interesowała go nie bardziej niż sprawy zarządzania i administracji. Jego Smith & Wesson mógł być ładowany nabojami 357 ma- gnum albo 38 „special”. potem czuć. świata. Przeszedł do pomieszczenia. do- rzucony. Stanął przed tarczą. Być może dla jego podświadomości pistolet automatyczny był obrazem innego już świata. panie pułkowniku. 149 . pistolet automatyczny. ważyła więcej niż kilogram. Były one względ- nie tanie. Poza tym jedyną bronią. wydawał mu się zbyt uzależniony od sprężyny powrotnej i sprężyny magazynka. jak ustępuje i jak usztywnia się język spustu. panie Aleksandrze? — Naprzód tarcza. Mimo że nie był w tej dziedzinie pedan- tem. Strzelając do tarcz używał 38 „specjalnych”. w której trzymał rewolwer. Strzelając do tarczy posługiwał się najprostszym sposobem. a całość. Zastał tam tylko jednego strzelca. Stojąc w ten sposób przyzwyczajał swe ciało do tego nowego organu.

Aleksander miał wielkie dłonie. Uroczyście uniósł ramię. jaką udało mu się osiągnąć. Zgodnie z zaleceniami techniki amerykańskiej starał się. co do których można było żywić przekonanie. Biodra i barki odwrócone w bok. panie pułkowniku. iż towarzystwo strzeleckie nie jest dla nich tylko kursem dziurawienia bliźnich. Był zadowolony z wyników na tarczy. ciągnąc ku sobie spust. rozciągającą się wyłącznie w planie pionowym. płaskie jak na fresku egipskim. Broń przemówiła. jak skrzydło wiatraka. Strzelił. jak do błogosławieństwa. Nie rozpieczętował paczuszki. by palec wskazujący był swobodny i jednocześnie uważał. że może już wyrzucić łuski. leżącej na dnie jego szafki — były tam naboje o wydrążonych pociskach — lecz używał se- mi-wadcutter. to jest dla tych. osiągając szybkość 500 metrów na sekundę. Wyregulowana do perfekcji muszka objęła sobą szczerbinkę. Zwrócił się do puł- kownika. panie pułkowniku. prostopadłym do powierzchni tarczy. Stopy pod kątem prostym. 150 . Był w dobrym nastroju. W tym samym planie poruszała się jego ręka. Jakiś wewnętrzny licznik — psychosomatycz- ny? — powiadamiał go o ilości oddanych strzałów. Po sześciu strzałach wiedział. też niczego sobie. płasko ucięte pociski opuszczą lufę. Strzelając do sylwetek posługiwał się amunicją 357 ma- gnum. by w niczym nie zburzyć cudownej równowagi. z góry na dół. Strzelnica sylwetkowa była w zasadzie przeznaczona dla poli- cjantów i oficerów rezerwy. Aleksander miał tam wstęp. — Gotów? — Gotów. Jego ciało zamieniło się jakby w figurę geometryczną. który nie odstępował go przez cały czas: — Teraz. Jednocze- śnie przymknął lewe oko. Przesunął bębenek rewolweru i włożył ciężkie ziarna śmierci do odpowiednich gniazd. Strzelał dalej. Za mo- ment ogromne. Strzelił. Trójkąt szczerbinki zdawał się szczelnie wypełniać ciemne koło muszki. Prawie nie czuł ciężaru broni w palcach.

Ostatni byłby mnie dostał. Ogień. Ogień.. nim sylwetka obróciła się na zawiasach. Sylwetki nie wyskakują aż tak szybko. gdzie wszystko zależy od refleksu. — Myślałeś.. Licznik psychosomatyczny pomylił się. że już mnie masz. wy- męczony przez dodatkową pracę systemu podwójnego. Usłyszał suchy trzask iglicy. że tym razem trafił tylko w ramię i poprawił się. Odgadł. Zatrzymał się dopiero na progu wyczerpania. „Ciekaw jestem. jak tam wyglądają strzelni- ce. listy wsuwały się do kopert. Jego eminencja kciuk zesztywniał z wysiłku. Z lewej. Tym razem była to prawdziwa orgia strzelecka. śmiejąc się wszystkimi zmarszczkami okrągłej twarzy. Strzelanie do sylwetek. wyższa. Oby dosięgły swych adresatów. żeby nie dało się sto- sować zwykłej metody repetowania rewolweru. a nie chciał mnie pan słuchać. panie Aleksandrze. te drzwi nie domykały się i właśnie dlatego chodził na prawie wszystkie filmy. — Ach. Powinien rozluźnić palec. Z nienawiścią spojrzał na kpiącą sylwetkę. Jedna z prawej.. nie mógł już płynnie działać... Naładował rewol- wer: małe fasolki wracały do swych strączków.. Pułkownik. Ogień. Z pewnością równie nowoczesne. strzelając w pępek. przyśpieszał tempo poruszania się sylwetek. Niech pan zdejmie nauszniki i napije się czegoś. przedziurawił pan z pięćdziesiątkę Żółtków. spełniona miłość do miłości platonicznej. Czuł w sobie straszną wściekłość. po prawej. Tuż przed nim ukazała się następna. co? Zdychaj. ma się do strze- lania do tarczy tak jak prawdziwa. Palec wskazujący. ale system po- dwójny wydawał mu się właściwszy w tym wypadku. Był spokojny: tych dwóch załatwił. — Wiem. Wrócił do kina zapasowym wyjściem. Ogień. że pistolet automatyczny. Oto po lewej stronie ukazała się wąska sylwetka. grane w 151 . Znów zaczął strzelać.” — No. Inna. Zawsze panu powtarzam.

Te wielkie klatki schodowe. I oto teraz on żegnał się z tym miastem. — Pani Boïsse zrobiła się na piękność? 152 . próbował dzwonić do jednych czy drugich drzwi. karoce. Z balkonu można było zobaczyć Lasek Buloński. lecz to go nie niepokoiło: film wyświetlany był non stop. te masywne balkony z kratami z kutego żelaza (Alek- sander uwielbiał kute żelazo). wylewająca się znad murów pię- ciometrowej wysokości. Tuż obok znaj- dowała się sowiecka ambasada. Była to era sojuszu: republikanie francuscy nie żywili żadnych uprzedzeń wobec bojarów. Dzisiejsza wycieczka zajęła czas dwóch lub trzech seansów. przesuwające się za bra- mami. Przepych alei ogrodowych. bez powodzenia. Bez pośpiechu prze- mierzał wielkie mieszczańskie trakty swej ulubionej ósmej dziel- nicy. z pustym żołądkiem. elegancko. Dla kogo wybudowano te wspaniałe domy. nosił fioletowe rękawiczki. szlachciców. a on wyrobił sobie już markę bywalca pozostającego w ki- nie znacznie dłużej. Jego dziadek przechadzał się tędy jakieś osiemdziesiąt lat temu. Ci umieli jeszcze żyć.tym kinie. Później zjawił się tu jego ojciec. niewiele skrom- niejsze od pałaców? Nie dla arystokratów. Jessica mieszkała blisko La Muette. jeśli tylko obraz mu się podobał. rozgniatając piasek pode- szwami butów fabrykowanych przez najlepszego włoskiego pro- ducenta obuwia w Paryżu. Zostawił swoją omegę na parkingu i udał się do Jessiki piechotą. Aleksander zdawał się odkrywać tu fantomy przeszłości. lecz dla agentów gieł- dowych i bankierów. rycerzy. czy była to mieszkanka dzielnicy. w bardzo brzydkim i bar- dzo komfortowym budynku. robiąc miej- sce każdej przechodzącej kobiecie. obojętnie. wzniesionym tuż przed wojną. Czerwcowe wieczory trwają bez końca. Opuścił kino po scenie dziejącej się w hotelu. ze żwirem zgrzytającym pod nogami. Ogrody. czy też zwykła portugalska bona. Zielona masa bluszczu. Szedł z uniesioną głową. albo też ukrywali je przez sympatię dla rubli. może pod tymi samymi drzewami.

nakrycie dla dwóch osób i wreszcie złota szyjka butelki. — Gdy jednak obowiązek staje się przyjemnością. Nawet nie udawał. Proszę jednak nie udawać. Niech pan się wreszcie przyzna: czy ja się panu nie podo- bam. która zamienia się w obowiązek. ściągający tę zwiewną mate- rię. wynurzająca się z wiadra z lodem. coś w niej prowokowało go do tego. był ledwie związany. że nie powinno się nigdy mieszać obowiązku i przyjemności.. Jessica była szczupłą brunetką. — bawiła się paskiem szlafroka. Pasek. gotowa jestem w każdej chwili dotrzy- mać umowy. Dzisiaj był to czarny. W drugim czekał przykryty szklaną taflą stół. Zwracając się do tej kobiety Aleksander stawał się zawsze tro- chę grubiański. że narzeka pani na brak wielbicieli. — Jeśli idzie o mnie. Miał ochotę odpowie- dzieć jej niegrzecznie. jeżeli któregoś dnia przestanie pani pełnić funkcję pośrednika. jest w tym coś wspaniałego. przystojną. Miała ze czterdzieści lat. Zresztą. ale zmilczał. a na nim no- woczesne srebra. W jednym kącie prążkowane na czarno i biało kanapy ustawione były na brzegach skóry z ze- bry. lecz wciąż była bardzo atrakcyjna. Zaprowadziła gościa do salonu. — Moja droga Jessico — odpowiedział jej rozleniwionym głosem — doświadczenie uczy nas. czy też jest pan impotentem? Mówiła z lekkim akcentem amerykańskim. owszem. — Może jednak? Iwan będzie tu najwcześniej za dwadzieścia minut. — Nie? Nie zmie- nił pan zdania? Aleksander usiadł na jednej z kanap. Jessica zapaliła papierosa. czyż nie? — Ale przyjemność. zobaczymy. że chce podać jej 153 . same koronki i falbanki. zawsze ubraną na czarno. ogromne talerze.. staje się torturą. nasyco- ną zapachem tytoniu. prawie przezroczysty szlafroczek. retro do drugiej potę- gi. typowe dla nowego stylu go- towania.

gdy wyobrażał sobie bliski powrót. Miał ładne dłonie i pozwalał sobie na nieco staroświecki \ luksus starannego wygładzania pilniczkiem paznokci. przydzielając mu tę palaczkę. moja żona! Och. Cóż. Być może jednak Pitman zrobił to rozmyślnie: związek między nimi mógłby zaszkodzić sprawie. Jessica Boïsse miała swoje znajo- mości w międzynarodowym high society. albo zabierała go swą małą. Jej wspomnienie przeszy- ło mu serce. bo uważają. 154 .ogień. Co spra- wiało. Cza- sem jednak. mój syn!”. żebym się panu nie podobała. Od czasu do czasu pokazywała się z Aleksan- drem u „Maxima”. Zachód jest naprawdę zgniły. Oglądał swoje paznokcie. w tych środowiskach nie szkodziłoby mi to w ża- den sposób — odrzekł Aleksander nie prostując. Po raz pierwszy tego dnia w jego pamięci pojawiła się Ałła. którzy podają się za inwertytów. „Pitman ma mnie w ręce. świadomie pominął te dwie drogie mu osoby. Zazwyczaj zabraniał sobie myślenia o niej i o małym Dymi- trze. Jessica śledziła jego spojrzenie i zadrwiła: — Ani impotent. jakby zrywała się jakaś tama: „Och. białą lancią do któregoś z wydawców: wystarczało to do zaspokojenia ciekawo- ści paryżan co do prywatnego życia Aleksandra Psara. żona najpierw pewnego włos- kiego księcia. ani też to. Nawet dzisiaj rano. — Istotnie. żeby ta zależność była jeszcze większa”. chociaż naprawdę do niego nie należała. to nie propaganda. tylko po prostu jest pan ciotą. Pitman popełnił błąd. nie trzeba. gdy myślał o czymś zupełnie innym. potem amerykańskiego impresaria i później in- nych jeszcze dżentelmenów. Ktoś powinien wreszcie spostrzec. że taka opinia będzie dla nich korzystna. — Znam litera- tów całkowicie normalnych. że nienawidził kobiet palą- cych. co? Z pewnością mówi się tak o panu w środowiskach literackich. Jessica. Kanadyjka urodzona w Cannes. Wyrzucał sobie później ten brak czujności: „Trzeba się kryć”. że Jessica posłuszna była Pitmanowi? Pieniądze? Szan- taż? Aleksander nie wiedział tego i wolał się nie dowiadywać. działo się tak.

To nieładnie wy- śmiewać się z biednego żołądkowca. — Ręka boga nie jest uchwytem pompy. Iwanie Iwanyczu. Aleksandrze Dmitryczu. I wciąż jesteś piękny jak bóg. — Co słychać. czego zresztą bardzo żałował. że pana widzę. czesane w poprzek czaszki. miały za zadanie za- słonięcie łysiny. Rude.W jego dyrekcji do dobrych obyczajów należało nie wiedzieć zbyt wiele. Jessica poszła otworzyć. Był to stały żart Aleksandra: Iwan Iwanycz nie znosił wódki. — Dajcie spokój. „Funkcjonowanie zamków w drzwiach to nie nasza dziedzina”. Iwanie Iwanyczu. Skończ już z tym udowadnianiem mi. gdybyś tylko zechciał. 155 . Stosownie do swego dezabilu poruszała się imitując styl „na panterę” lat dwudziestych. — No i co? Żadnych APK dzisiaj? Aleksander lubił popisywać się żargonem KGB: na pijatykę mówiło się Aktywność Polityczno-Kulturalna. wzru- szenia. Ktoś zadzwonił do drzwi. W niebieskich oczach często pojawiał się wyraz czułości. Jego twarz pokryta była śladami po ospie. majorem. choćby to nawet był przeciwnik. — Cieszę się. Iwan Iwanycz wpatrywał się w swego agenta: — Dobrze wyglądasz. Aleksandrze Dmitryczu? Iwan IV był krępym mężczyzną około pięćdziesiątki. że mógłbyś mi wyrwać ra- mię. instruować. Aleksander miał stopień pułkownika z nadania. Miał na sobie koszulę w biało-niebieskie paski. szpiegować. Po co podpatrywać kogoś. brązowy garnitur i wielkie półbuty. skoro o wiele prościej jest uzależnić go. rzadkie włosy. „Zaskroniec — mawiał Pitman — nie zajmuje się podpatrywaniem żaby”. Uścisnęli sobie mocno dłonie. towarzyszu pułkowniku. Napij się raczej ze mną wódki. Iwan Iwa- nycz był zawodowym oficerem.

zawołajcie.. że rachuneczek będzie słony. który radośnie zabierał się do odłamywania szczypców homara i łamania zę- bami kości gęsi. co?! Ty mnie zadusisz.. Iwan złożył nakrochmaloną serwetkę w trójkąt. Iwan Iwanycz zmrużył oko: — Chętnie by tu z nami została.. Mówiła kiepskim rosyjskim. Ale myślę. — Nie. Znam się na moim zawodzie. skądże. Miałbyś ochotę. że będziecie rów- nie szczęśliwi beze mnie. Jeśli o mnie idzie. nie krępuj się. którego rożek wsunął między dwa guziki pomiętej ka- mizelki.. tak. ale to mogłoby poczekać. — Jeżeli serce ci to dyktuje. Co innego było bardzo pil- ne: chciałem ci powiedzieć. Co prawda mam dla ciebie kilka drob- nych spraw. Czuło się w nim pogodnego człowieka. i zadowolenie — że wkrótce popsuje mu apetyt. — To twoja sprawa. na przykład powieść historyczną szkalującą Dosto- jewskiego. wracam.. Aleksandrze Dmitryczu.. Wyszła z pokoju. W każdym razie we Francji. 156 . Wydając radosny okrzyk oczekiwania wyciągnął rękę po butelkę. co? Jeżeli nasza damulka po- myślała o kropelce szampana. zasłońcie okna: mam sąsiadów. jest szampanskoje. Usiedli przy stole. — Iwanie Iwanyczu. dziwka. serce. zostawię was z waszymi sprawami. — Panowie. — Iwan Iwanycz podszedł do szklane- go stołu: — Kawiorek! Homarek! Gąska! Coś mi się wydaje. Jeśli będzie- cie mnie potrzebowali. poprosiłem o pilne spotkanie nie tylko ze względu na homara. — Co skończyłeś? — Skończyłem moją pracę dla dyrekcji. — Ach. Aleksander pomyślał — była w tym i litość dla Iwana. Gdybyście chcieli tańczyć na golasa. że skończyłem. Jessica wtrąciła się: — Szampanskoje? Tak. — Ty. serce.

— Zgodziłem się.. ale musisz pamiętać. tak jak my wszyscy. prawda? — Iwanie Iwanyczu. zgodziłem.. W pokoju majaczył błękitny półcień. przyznaj się. dokładnie rzecz biorąc na galeryjce chimer. Aleksander patrzył na niego uważnie: — Iwanie Iwanyczu.. — Nie masz racji. było wciąż jasno. Jakub Mojsiejewicz dał mi swoje słowo. Iwan Iwanycz wyrwał serwetkę i rzucił ją na stół: — To skandal! To potworne! Nie uwierzę w to nigdy. Gdy więc przyjąłem propozycję. nadszedł czas powrotu. Ty nie masz się co zgadzać.. Elektroniczne szachy 157 . masz słuchać.. Zgodzono się na moje warunki. — Co? kiedy? Jaką propozycję? — Trzydzieści lat temu. Prze- każ wiadomość dalej. niczym więcej. i moja żona także. nim skończę pięćdziesiąt lat.. gdy zgo- dziłem się przyjąć uczynioną mi propozycję. żartujesz sobie ze mnie.. Ja się już przyzwyczaiłem do Paryża. na wieży Notre Dame. Iwanie Iwanyczu. gołąbku. w czasie jazdy! Pomyśl o organizacji. chociaż była już dziesiąta w nocy. Gdy Aleksander wrócił do domu. W jasnych oczach Iwana Iwanycza pojawiła się miękka czu- łość: — Sasza. Transmituj. że twoje zadanie sprowadza się do jednego: jesteś pasem transmi- syjnym. Saszeńka. zgodziłem się wykonywać moją misję trzydzieści lat. Działo się to w okolicy św. Nie możesz mi tego zrobić. Gdzie? Jeśli ko- niecznie chcesz wiedzieć. między dwiema wieżami. o ojczyźnie! Aleksandrze Dmitryczu. ale to właśnie on mnie zwerbował. ja cię lubię. Bę- dziemy dalej pracowali jak do tej pory.. powiedziałem ci. Wykonaj więc. Jana i wie- czory paryskie niewiele różniły się od białych nocy Petersburga. Trzydzieści lat upłynęło. co do ciebie należy. Powtarzam. Pewnie nie wiesz o tym. postawiłem pewien warunek: mianowicie że wrócę. I przede wszyst- kim nie można przerwać misji tak sobie.

Jednym z jego zadań. gene- rał major od dawna przestałby się zajmować bagatelami rodzaju jednego z agent d'influence. I wreszcie wielka nawa kościoła. przyznał sam sobie prawo rozplątania do 158 . zarażony bakcylem Sun Tsu. Aleksander siadł przy szachownicy i szukał riposty. nie pozostawało nic innego jak tylko przekazanie żądania po- wrotu Oprycznika. płynąca niebem. za każdym razem musiał uczyć się na pamięć jego zdjęć i potem niszczyć fotografię. opadająca dłoń. Młoda kobieta o oczach pełnych patosu i czujnych. Chłopczyk o ja- snych włosach. Inne funkcje. przysłuży się ludzkości. który zmienił nazwę na dyrekcja «A». działającego gdzieś w świecie. że dzięki nieprzeniknionym arkanom byłego departamentu «D». Stary człowiek umierający w szpitalu: „Ja nie wrócę już. ale ty wrócisz zamiast mnie”. które ZSRR wmówi światu w czasie następnych dwudziestu lat. Iwanowi Iwanyczowi. poznawał krok po kroku. Przed jego oczami przepływały obrazy. Mając lat pięćdziesiąt siedem Pitman był najmłodszym człon- kiem Areopagu Teoretyków. i dwie małe sylwetki na mostku kapitańskim: młody mężczyzna i jego kusiciel. I dłoń. która nie dosięgła już policzka syna. było wymyślanie najróżniej- szych bzików i aberracji. bo światełko zgasło. to złagodzić nieco wymowę tego apelu przez osłodzenie go przeprosinami i uspra- wiedliwieniami. jednym z tych. życie jego nie pójdzie na marne. Już teraz jednak wysysał boską ambrozję najwyższej prawdy i przekonany był. Jedyne co mógł zrobić. Zaj- mowałby się dwiema rzeczami: administracją podległych mu sektorów i polityką w stosunku do „góry”.musiały znaleźć rozwiązanie. Alek. w trakcie następujących po sobie wta- jemniczeń. Gdyby w dyrekcji «A» przestrzegano ściśle regulaminu. Depesza znalazła się na biurku generała majora Jakuba Pitmana. Nie miał jednak wolnej głowy. których młode po- kolenie nazywało czapkami-niewidkami. jeszcze bardziej tajne. Ale Pitman. najmniej jeszcze odpowiedzialnym. choćby był nie wiadomo jak wściekły.

Pitman zastał starego człowieka na werandzie.końca „boskiego węzła”.. który sam zasupłał w młodości. wypuszczało strzały swych promieni w las. w której KGB zbudował dacze dla swych pracowników. Potem się- gnął dłonią w stronę wiertuszki. Około czterystu hektarów ogrodzono i odcięto od świata. Obszar ten był strzeżony przez uzbrojonych wartowni- ków i psy. z jej koronkowymi szczytami i pokrzywionymi stopniami ganku. w starożytnej wiosce. Podjechał samochód służbowy. Można było łowić ryby w jeziorze. którym posługiwać się mogli tylko władcy świata: — Czy mogę przyjechać? — Czekam na pana.. Nie aprobował populistycznego gestu niektórych przełożonych. Gdy czytał raport Iwana Iwa- nycza. co Abdulrachmanow otrzymy- wał bez proszenia: żeby otwierano przed nim drzwi samochodu. Jezioro było całkiem gładkie i bezbarwne. rekru- tując owych siedmiu Francuzów. mając do towarzystwa je- dynie niemego ordynansa. Abdulrachmanow żył tu samotnie. któ- rzy zajmowali miejsce obok kierowcy. polować lub zbie- rać grzyby w lesie. przybrał już wygląd starej rosyjskiej chaty. przeżył ponownie scenę na galeryjce chimer. by domagać się tego. Na gałęziach wykwitały małe eksplozje światła. Dacza Abdulrachmanowa zbudowana była tuż nad jeziorem. Na stole leżała prymitywnie zadrukowana kartka papieru. jakby angażując się w ostatni bój. Pomiędzy drzewami zachodziło słońce i. Panowała tu cisza natury pozostawionej w stanie dziewiczym. obywał się bez haremu i bez rodziny. — Do Wołkowa. ale też brakowało mu śmiałości. Weranda zawieszona była nad taflą wody. aparatu telefonicznego. Pitman usiadł z tyłu. za- wierająca zadania szachowe. 159 . Drewniany dom. Abdulrachmanow osiadł o jakieś sto kilometrów od Moskwy. wzniesiony tuż po wojnie. na której stały ogromne kolorowe figury w dawnym stylu. przed szachow- nicą.

głowę miał opuszczoną. Pierwszym z nich była powieść Emanuela Bluna. samowar! Innokienti. wnosił już w wyciągniętych ramionach brzuchaty. lecz nie wypadły. że nie chcia- łeś go kiedyś zatrudnić? Dla żartu Abdulrachmanow posłużył się tytułem. Pitman chętnie przyznał się do swej ówczesnej pomyłki i za- częli obaj przypominać sobie największe osiągnięcia Opryczni- ka. nie patrzył ani na swego pana. a tymcza- sem Psarowi udało się — musiał w tym celu potrząsnąć paroma szkieletami w paru szafach — uzyskać dla niej jedną z wielkich nagród literackich. — Ludojad. który przy- sługiwałby Pitmanowi w starej Rosji. by ocalić 160 . zawsze byłem przekona- ny. Gryzł ogórka. a w ZSRR przyznano jej nawet laur opatrzony imieniem jednego z najkrwawszych katów ludzkości. — Kenti. „Bardzo stary ludojad — pomyślał Pitman. Wiek nie przygarbił Abdulrachmanowa. słoiczki z konfiturami i miodem. który przybywał zawsze w porę. Zrównoważył to mówiąc mu „ty”. Jego wielkie zęby pożółkły. tyle że jego barki za- okrągliły się i teraz już nie tylko jego czaszka. kołacze. Nie chciał jej z początku żaden wydawca. Wierny przyjaciel. buchający parą srebrny samowar. Wracał jeszcze kilkakrotnie przynosząc małe chleby o różnych kształtach. ale i cała sylwetka upodobniła się do gigantycznej głowy cukru. ekscelencjo. — Oprycznik? Przypominasz sobie. — Mohamedzie Mohamedowiczu. który ma więcej niż osiemdziesiąt lat”. ogórki małosolone. minę starego zrzędy. bubliki. ani na gościa. Mimo to Blun w dal- szym ciągu uchodził za liberała: wiernym przyjacielem bohatera powieści był pewien milczący lecz sprawny członek partii komu- nistycznej. że pańskie zamiary wobec Oprycznika są bardzo konkretne. kiełbasę. bez wątpienia uprzedzony przez wartowników. Książkę Bluna przetłumaczono na wiele języ- ków.

jeśli sądzić po wpływach finansowych. Tak. kurs językowy realizowany w cią- gu czterech lat. — No i jeszcze Rosyjski dla każdego. w każdej czytance i każdym ćwiczeniu grama- tycznym. i Psar domyślił się tego: kampanię w sprawie wojny algierskiej powierzono innemu agentowi i trzeba było unikać interferencji. — Także i jego Biała Księga o kobiecie nie była zła. Moha- medzie Mohamedowiczu. że otchłanie pełne są „ma- łych krwawiących embrionów” francuskich. Niech pan pamięta. gdzie hasło „wyzysk” znajdowało się w artykule poświęconym kapitałowi. 161 . na ile można obliczać liczbę oby- wateli francuskich odesłanych nadawcy dzięki staraniom Oprycznika.narratora od niebezpieczeństw. był mistrzowskim osiągnięciem. Później Psar wpadł na pomysł Białej Księgi. a rewolucja pod hasłem „proletariat”.” Był wtedy jeszcze jeden powód. Zysk polityczny był ogromny. — Ale jego Biała Księga o edukacji narodowej!.. który nie może przeczyć oczywistym dowodom. tak. Mohamedzie Mohame- dowiczu. na jakie narażały go jego wiel- koduszność i roztargnienie. Zastanawiam się. jest pan uczciwym człowiekiem. ekscelencjo. Trzeba było go niekiedy hamować. W szczególności trzeba było interweniować w przypadku Księgi poświęconej wojnie algierskiej. Francuzi do tej pory odczuwają jej skutki. — O. skierowanych tam przez naszego przyjaciela? Abdulrachmanow posmarował masłem kromkę chleba i uło- żył na niej plasterki kiełbasy w fantazyjnie zakrzywioną linię. przygotowany w ZSRR i nafaszerowany propa- gandą wszędzie.. — I Słownik synonimów. „Nie chodzi o to — usłyszał wtedy Psar — żeby znalazł się pan na lewicy. Rosyjski dla każdego. Nie sądzisz. jednak naturalne skłon- ności kierują pana ku prawicy.

” Czy słuszne było podejrzenie. bombardierzy porzucą kule armatnie. gdy Francu- zów. rodzajem ab- solutu. dementi są szybko zapominane. że niektórzy przenosili swe kapitały do zagranicznych banków. Ależ się zaśmiewano na placu Dzierżyńskiego.. gdyż ogarnął ich Wielki Strach? W każdym razie sukces psycho- logiczny był ogromny. które przypadły na młodość jednego i wiek dojrzały drugiego. ogarnęła panika w wyniku lektury Apokalipsy maga z Barenton: „Zaciężni rycerze upuszczą halabardy. ale... lecz w stronę pewnego cynizmu polityczne go.. — Tu popełniono pewien błąd: o wiele zręczniej jest zjedny- wać dla nas Péguy przez odpowiednie manipulacje kontekstem. Czy to prawda? Pitman złożył na obrusie pierożek. tych kartezjańskich Francuzów. Otóż teraz dochodzą mnie słuchy.. i będzie się to działo w roku 7488 od stworzenia świata. kiedy Czerwony Wojownik z uniesioną dłonią ukaże się w promieniach wschodzącego słońca. Obaj mężczyźni lubili przypominać sobie wydarzenia. — No i Słownik cytatów: dwadzieścia osiem cytatów z Jau- rèsa i tylko trzy z Péguy. może nie ku prawicy. Tak się wyrażają przekonania reakcyjne. a kłamstwa pozostają. a nie ucieleśnienia idei. kto nie jest marksistą. pesymizmu. jak mówi nasze Vademecum. 162 . zauważam we Francji pewne przesunięcie. — Nie można mieć tego za złe Psarowi. nie ośmiesza się tym samym w towarzystwie. galery popłyną bez wioślarzy i sakiewki pełne złota rozsypią się w rynsztokach w dniu. Trzeba je było co prawda później zdementować. ale za moich czasów doszliśmy do tego. że marksizm stał się doktryną numer jeden. i gotowość widzenia w faktach faktów.. brakowało mu jesz- cze wtedy doświadczenia. że we Francji ktoś. Nagle jednak generał-pułkownik nachmurzył się i zmienił ton rozmowy: — Nno więc. — Były też te apokryficzne przepowiednie Guillaume'a Po- stela. który już niósł do ust. Nie robię ekscelencji wyrzutów.

Powierzchnia jeziora zabarwiła się na czer- wono. nie udało mu się wyleczyć Pitmana z nawyku zanurzania się w nastrój samo- krytyki. przyjaciel- skich przysług i prezentów dla tej idiotki Eliczki. by za chwilę zgasnąć. — Ja — burknął — jestem już poza tym wszystkim. jak rozbijają się na palach. A nasi dysydenci zasługują na to. Po jeziorze rozchodziły się kręgi. czego obawiał się naj- bardziej. żeby ująć sprawy żelazną ręką. której inicjatorami są w znacznej mie- rze nasi dysydenci. którym był w istocie. że nie dyrygujemy już inteli- gencją francuską tak sprawnie. W oddali z wody wyskoczyła ryba i. Ten przełożony był w dodatku jego dobroczyńcą. czy jest w tym moja wina. czy czegoś nie zaniedbałem. jak się to działo. towarzy- szu generale? Słońce zaszło już. W każdym razie w Paryżu szykuje się fronda przeciwko nam. gdy pan był sze- fem. — Czy mielibyście dla nas szczegółowe polecenia. Rozgniewać przełożonego było czymś. paraliżujący biurokracje totalitarne. informacje dotyczące stanu opinii publicznej świadczą o tym. że słyszy. w dyrekcji? — Gdybym jednak był na waszym miejscu. jaki się mu sprawiało? — Mohamedzie Mohamedowiczu. by przeprowa- dzić przeciwko nim ekspedycję karną w wielkim stylu. Francuska opinia publiczna ma jeszcze tro- chę znaczenia w świecie. Proponowałbym. nie lekcewa- żyłbym paryskiej frondy. za- pewniam pana. 163 . płasko uderzyła o powierzchnię. wykonawszy skok. Pitmanowi zdawało się. nic nie ukryje się przed pańskim spojrzeniem. coraz rozleglejsze i coraz słabiej zaznaczo- ne. Jakże można było znieść zawód. Być może osłabła nasza czujność. Nie wiem. na których wzniesiona została weranda. robię co tylko jest w mojej mocy. lecz rzeczywiście. Abdulrachmanow westchnął jak stary człowiek. Czy jed- nak było to możliwe. Mimo trzydziestu lat zażyłych stosunków. Obie te operacje mogą być wykonane jednocześnie.

Abdulrachmanow nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Być
może i on próbował usłyszeć ten dźwięk, a może inny, równie
nieuchwytny, który miał się narodzić dopiero w przyszłości.
Wreszcie:
— Co zamierzasz zrobić z Oprycznikiem?
— Właśnie chciałem się pana poradzić, Mohamedzie Mo-
hamedowiczu. Oprycznik jest po trosze pańskim dzieckiem.
Abdulrachmanow uniósł głowę:
— Słuchaj — powiedział — zrobisz jak zechcesz, jeśli jednak
o mnie idzie, to lubiłem zawsze jasne podziały i koszule, w któ-
rych ilość guzików zgadzała się z ilością dziurek na guziki.
Nie wiesz, co zrobić z Oprycznikiem, nie wiesz, jak przykręcić
śrubę Francuzom i dysydentom? Trzeba tylko włożyć odpowied-
nią śrubę do odpowiedniej nakrętki. Car Iwan prawie starł z po-
wierzchni ziemi Psków, żeby dać nauczkę jego mieszkańcom.
Przydałaby się nam operacja Psków... Od kiedy poznałem
młodego Psara, przekonany byłem, że mógłby odegrać rolę
w pewnym małym, dobrze przygotowanym montażu. Czy eksce-
lencja chciałby dowiedzieć się szczegółów?

4

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA
(Montaż Psków, faza numer jeden)

Na uniwersytecie leningradzkim miały się wkrótce zacząć wa-
kacje, ale Gemma nie wracała do Włoch, zajęta posłannictwem,
które sama sobie wyznaczyła: walką przeciwko prześladowa-
niom.
Wypowiedziała wojnę komunizmowi; gdyby żyła w czasach
faszystowskich, próbowałaby zabić Mussoliniego, w dziewiętna-
stym wieku rzucałaby bomby na cesarzy i ich ministrów, zaś w
epoce Rewolucji Francuskiej zasztyletowałaby Marata. By móc
zrealizować swe plany nauczyła się rosyjskiego i, jako amatorka
konspiracji, wybrała sobie jako przykrywkę swej działalności
studia filologiczne w ZSRR.
Gemma, urodzona w Toskanii, miała ładną twarz, lecz ubie-
rała się strasznie. Jej potężnych rozmiarów pierś okrywały nie-
zgrabne, nieforemne swetry, spodnie, które nosiła, groziły w
każdej chwili pęknięciem. Mimo to nie mogła narzekać na brak
zainteresowania: cały rój studentów, głoszących — by się jej
przypodobać — mniej czy bardziej dysydenckie poglądy, kręcił
się wokół niej. Nikomu zresztą nie pozwalała się zbliżyć. Intere-
sowała ją wyłącznie walka.
Na razie, w oczekiwaniu działalności bardziej krwawej, stwo-
rzyła system konspiracyjnego wywozu tekstów samizdatu, i
chwilowo się tym zadowalała.
System istniał już od ponad dwóch lat i jego początki wiążą
się z pewnym wieczorem, kiedy to, po wyjściu od przyjaciół,

165

Gemma nie mogła znaleźć taksówki, która by ją odwiozła do
domu, na ulicę Marata (ateistka, lecz pełna przesądów, poten-
cjalna tyranobójczyni widziała pomyślny znak w tym, że znalazła
dla siebie mieszkanie, w mieście, gdzie było o to tak trudno, przy
ulicy noszącej podobne imię!). Było zimno, do butów przyklejał
się śnieg. Znajomi wyjaśnili Gemmie, że prawie każdy z prywat-
nych kierowców zawiezie ją do domu za parę rubli. Zatrzymała
pierwszy pojazd, jaki nadjechał.
Była to ogromna ciężarówką na której niebieskimi literami na
białym tle wypisana była nazwa: Sowtransawto, obok widniały
dwie przecinające się litery С oraz numer telefonu, który Gem-
ma zapamiętała, jako że przygotowując się do sekretnych dzia-
łań wojennych wyćwiczyła się w zapamiętywaniu długich serii
cyfr: 2213653. Wielka masa żelaza, pędząca z łoskotem przez
noc, zazgrzytała i zatrzymała się. Gemma wspięła się do prze-
grzanej kabiny kierowcy.
— Dokąd?
— W pobliże Dworca Moskiewskiego.
— Pięć rubli.
Nie targując się wyjęła z kieszeni pięć rubli.
— Mówisz dobrze po rosyjsku, ale jesteś cudzoziemką...
— Włoszką.
— Niemożliwe! Naprawdę? Ja właśnie wracam z Włoch!
Szofer ciężarówki był wysokim chłopcem o kwadratowej twa-
rzy i małych zezujących oczkach, zawsze patrzących w jeden
punkt, jakby jakiś niewidzialny papieros stale przyciągał jego
wzrok. Wyjechał z ZSRR z ładunkiem chromu, wrócił z Europy
przywożąc alkohol:
— Prawdziwy gołąb pocztowy.
Gemma strąciła ze swego kolana dłoń kierowcy i ostro zaata-
kowała ZSRR, oskarżając go o niedotrzymywanie umowy helsiń-
skiej. Chłopak mruczał coś pod nosem, hm i tak, w sposób, który
go do niczego nie zobowiązywał. Już na ulicy Marata wymamro-
tał bez przekonania:

166

— Może byśmy się spotkali?
Gemma, w przewidywaniu najróżniejszych usług, jakie mógł-
by jej oddać, zgodziła się. Następną niedzielę spędzili razem.
Pojechali do Pietrodworca. Wiaczesław był zły, gdyż fontanna, w
której, jak słyszał, mechaniczny pies poluje na sztuczne kaczki,
była zamarznięta. Gemma znów rozpoczęła swą agitację i tym
razem osiągnęła pewne umiarkowanie pomyślne rezultaty:
— Ja jestem człowiekiem kulturalnym i dzięki temu nie cier-
pię, ale to prawda, że chłopak, który zarabia 75 rubli na miesiąc,
podczas gdy para porządnych butów kosztuje 150...
Tydzień później wybrali się do Pawłowska. Wiaczesław chciał
zobaczyć Lwie Schody, szersze u dołu, co, w zamierzeniu bu-
downiczych, miało podwyższać je optycznie.
— My, Rosjanie — skomentował — nie musieliśmy wcale
czekać na komunistów, żeby coś osiągnąć.
Gemma doszła do wniosku, że Wiaczesław nawrócił się już
dostatecznie i że można mu już zaproponować zabranie w kolej-
ną podróż jednego czy dwóch manuskryptów. Zgodził się nie żą-
dając niczego w zamian:
— Zrobię to, powiedzmy, z miłości dla wolności.
Gemma poleciała pierwszym samolotem do Rzymu. Znała
tam Enzo Grucciego, małego, ciężko pracującego wydawcę, któ-
ry publikował książki na koszt autorów. Wyjaśniła mu, na czym
polega jej projekt, i zostawiła mu coś, co nazywała swoim „bre-
wiarzem”: listę miejsc spotkań i całą serię haseł i kodów, okre-
ślających dni i godziny. Dumna ze swego profesjonalnego podej-
ścia, wróciła natychmiast do Leningradu. Z maszynopisami nie
będzie miała kłopotu: samizdat był dla rosyjskich studentów
czymś w rodzaju LSD.
Po tygodniu zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powiadomiła go, że
miała pierwszą randkę z pewnym młodym człowiekiem, Ro-
sjaninem, że czytała właśnie książkę, wydaną w roku 1825,

167

ortografia tej książki sprawia jej pewne trudności, a ponadto ma
zdawać egzamin, we wtorek lub może we środę.
Signor Grucci, wciąż jeszcze sceptyczny, zajrzał do brewiarza
i zadał sobie trud przetransportowania swego obfitego cielska
pod łuk Tytusa. Znalazł się tam w najbliższy czwartek, o godzi-
nie 18.25. Tego dnia nic nie osiągnął, powtórzył więc to samo
nazajutrz i natychmiast zwrócił uwagę na wysokiego zucha o
bardzo długich nogach i krótkim torsie. Chłopak kręcił się w
umówionym miejscu, trzymając pod prawym ramieniem pakiet
starych «Oggi». Zdawał sobie sprawę ze śmieszności tego, co
miało nastąpić, lecz wietrząc jednocześnie przyszły zysk, Grucci
podszedł do nieznajomego i zacytował, bardzo wyraźnie, we-
zwanie do mordu, zaczerpnięte z libretta Normy:
— Strage! strage! sterminio, vendetta!
Mężczyzna, zaciskając powieki, bez słowa wręczył mu paczkę
«Oggi». Wewnątrz Grucci znalazł kopertę, a w niej dosyć spro-
śne opowiadanie, które, przetłumaczone tak, by stało się nieco
bardziej sprośne, pozwoliło wydawnictwu Mewa wypłynąć na
szersze wody i przeżyć najbliższych sześć miesięcy. Sprawa to-
czyła się dalej. Nawet nie licząc sukcesów sprzedaży w księgar-
niach — dochodziło do nich! — Grucci mógł w każdym wypadku
polegać na permanentnej klienteli, na którą składali się rosyjscy
emigranci, biblioteki uniwersyteckie (głównie amerykańskie),
służby wywiadowcze i instytucje propagandowe. Jedni ciekawi
byli oryginałów, drudzy opierali się już na tłumaczeniach; jedni i
drudzy sprawili, że Mewa stała się głównym na Zachodzie im-
porterem samizdatu. Wszystko to było zasługą Gemmy, która,
nie żądając najmniejszego wynagrodzenia, przyniosła wydawcy
szczęście, zapewniła mu pomyślność. Autorzy, rzecz jasna, naj-
częściej w ogóle nie upominali się o swe honoraria, jeśli nato-
miast, wyjątkowo, trzeba było zapłacić któremuś z nich, Grucci
czynił to z ociąganiem i stosując wszelkie możliwe wybiegi —
odwlekał moment wypłaty, a pieniądz przynosił mu procent.

168

Dziwna współpraca pomiędzy kochającą wolność dziewicą i
zarabiającym na ideologicznej dywersji wydawcą rozkwitła w
najlepsze.
Każdego dnia, idąc na uniwersytet, Gemma sprawdzała
punkty, które wyznaczała „członkom swojej siatki”. Rozsiane
były w różnych miejscach: dwa znajdowały się na Newskim Pro-
spekcie, jeden na Polach Marsowych, jeden na Placu Pałaco-
wym, dalsze w ogrodach Gorkiego i na Placu Dekabrystów. Tego
poranka — był właśnie czerwiec, i słońce, jak zakochany po raz
pierwszy młodzieniec, nie ułożyło się wcale tej nocy do snu —
znalazła na jednej z ławek w ogrodzie Gorkiego narysowany
kredą romb. Wieczorem więc zaszła do pewnej knajpki na New-
skim Prospekcie, do baru, którego szyld ogłaszał lakonicznie
jedną tylko rzecz: piwo.
Dunduk był już na miejscu, wielki i rudy; spod prochowca,
który idiotycznie włożył na siebie, wyzierała biała koszula (chciał
ją ukryć zapewne). Nie przyniósł ze sobą numeru «Prawdy».
Gemma natomiast, zgodnie z umową, miała przy sobie «Praw-
dę». Powinni byli wymienić między sobą egzemplarze tej gazety.
Być może Dunduk nie przyniósł jej nowego odcinka Rosyjskiej
prawdy, ale w takim razie dlaczego domagał się spotkania?
Usiadła przy stoliku. Butelka była już prawie pusta.
— Co, nie czytasz już gazety? Nie obchodzi cię, co się dzieje
na świecie? Przemawiała surowo. Trzeba nimi wstrząsnąć, tymi
Rosjanami. Słowianie to w językach zachodnich prawie to samo
co niewolnicy.
Dunduk śmiał się bezgłośnie, ukazując szeroko otwarte usta,
do których wlał następny kieliszek wódki. Gemma wstała z krze-
sła:
— Z pijakami nie mam zaszczytu.
Dunduk śmiał się wciąż, nie wydając żadnego dźwięku jak w
niemym filmie.
— Gdybyś wiedziała, co przyniosłem — wyszeptał, posługując

169

się teatralną manierą świszczącego wymawiania spółgłosek
— nie odeszłabyś.
— Co takiego przyniosłeś?
Otworzył prochowiec, rozpiął wiatrówkę, kamizelkę, koszulę,
wyciągnął paczkę brązowego papieru.
— Tym razem mamy ich w ręku.
„Ich” oznaczało partię, rząd, mocarzy tego świata.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to za brudny papier?
Nie przestawał się śmiać.
— Ależ filut z niego! Wiesz, gdzie to chował? W pudle apa-
ratu telewizyjnego. Znalazł tam miejsce. W aparacie telewizyj-
nym, który mu dali, żeby go uspokoić. Tym razem skończył.
Kropka. Powiedział mi: „Dunduk, wiem, że ty kochasz mateńkę
Rosję. Weź to”. Na całym świecie istnieje tylko ten jeden egzem-
plarz, Gemma. Mam w rękach Rosyjską prawdę, ja, Dunduk.
Przycisnął do piersi brązową paczkę. Drugą ręką posłużył się,
by wychylić następny kieliszek.
Gemma chciała wyrwać mu ten papier, przypomniała sobie
jednak reguły postępowania, które sama opracowała.
— Jeżeli ktoś zobaczy, że mi to dajesz...
Dunduk podniósł się, zachwiał się i zgiął się w ukłonie:
— Piękna panienko, oto prezent dla ciebie: dwa zgniłe śle-
dzie i zdechła mysz. Przyjmij, proszę, wybranko mego serca,
przyjmij to, co ci ofiarowuje szlachetna dusza.
Wręczył jej paczkę, nie przestając się zataczać. Ktoś w są-
siedztwie roześmiał się, jakiś chłopak zarżał:
— Jeżeli masz dość tego chwiejnego kawalera, chętnie go
zastąpię!
Gemma przyglądała się pakunkowi, który znalazł się w jej rę-
kach. Rosyjska prawda będzie w dziejach świata znaczyła tyle
samo co Kapitał lub Mein Kampf, była tego pewna. Poczuła
wdzięczność: to przecież ona, dzięki temu staremu pijaczynie,
antykomuniście Dundukowi, przekazała na Zachód pierwsze

170

kartki dzieła. Trzeba było, żeby także i ona doprowadziła to dzie-
ło do końca.
Wyszła z knajpy bardziej jeszcze oszołomiona niż Dunduk.
Jeśli wszystko się uda, jej życie nie pójdzie na marne.
Trzeba było zacząć od skopiowania egzemplarza Prawdy.
Tak samo Bóg, ten Bóg, w którego wierzą katolicy, skopiował i
powielił Adama. Kopiarki były pod kontrolą, ale Gemma prze-
chowywała u siebie aparaturę fotograficzną. Wiedziała, jak się
nią posłużyć, odbyła kiedyś odpowiedni kurs. Materiały fotogra-
ficzne kupowała w małych ilościach, w różnych sklepach, czę-
ściowo sprowadzała je z Włoch.
Gdy znalazła się u siebie, na ulicy Marata, wśród starych
zniszczonych mebli, jak z powieści Dostojewskiego, otworzyła
drogocenną paczkę. Dunduk nigdy jej nie zawiódł. Przyszedł do
niej któregoś dnia:
— Jesteś Włoszką, prawda? Słyszałem o tobie. Jak tylko bę-
dę mógł coś zrobić przeciwko nim... Zabili moich rodziców... Czy
interesowałby cię wielki myśliciel polityczny, z którego oni chcą
zrobić wariata? Jestem jego pielęgniarzem i on mi ufa.
Od tego czasu siedem przesyłek dotarło na Zachód, z pomocą
Wiaczesława.
Kartki papieru, które znalazła w paczuszce, przypominały te,
które dostawała już wcześniej: cieniutkie jak bibułka do papie-
rosów, pokryte niebieskim pismem, pochylonym i gęstym, o lite-
rach raczej wysokich, nieomal ozdobnych, miniaturowych dla
ekonomii zapisu. Wyczuwało się, że człowiek, który rozwijał te
bibułki, wolałby pisać na pergaminie, posługując się rozległymi
marginesami, światłem, odstępami pomiędzy linijkami. Tym-
czasem musiał mu wystarczyć zwitek papieru.
Gemma czytała po rosyjsku tak samo biegle jak po włosku.
Przebiegła wzrokiem wstęp:
Co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie? Nie bez
powodu ludy germańskie mają aż dwa słowa na „robić”: tun i

171

machert, to do i to make. Nie bez powodu Hiszpanie w dwojaki
sposób nazywają byt, a Helleni używali trzech rzeczowników na
oznaczenie miłości: agape, eros i philein. My tymczasem, bar-
barzyńscy Scyci, używamy słów swoboda i wolia, i obydwa one
znaczą libertas. Mamy też prawdę i istinę, czyli veritas. Nie
sądzę, by było to dziełem przypadku, jako że, o ile wiem, jeste-
śmy jedynym w świecie narodem, który posiada wyraz ozna-
czający nie fałsz czy kłamstwo, czy też błąd, lecz bardzo precy-
zyjnie przeciwieństwo prawdy: kriwda.
Tak, panowie czy też towarzysze, my, Rosjanie, pijani jeste-
śmy veritas. (Owszem, także i libertas, ale wolność to tylko za-
stosowanie, wcielenie prawdy: prawda was wyzwoli, mówi Chry-
stus u św. Jana, a Sołżenicyn uczy nas „żyć nie kłamiąc”, gdyż to
tylko jest wolnością.) Zanim jeszcze staniemy się narodem Bo-
gonoścą, jak o tym marzył Fiodor Michajłowicz, jesteśmy ludem
prawdonoścą, ciężarni prawdą, ciężcy od prawdy. Niesiemy
prawdę tak jak niesie się krzyż, na plecach, i jak nosi się dziecko
w łonie kobiety.
Ponieważ jednak diabeł jest wielce złośliwy, tak już dzieje się
w świecie, że kto nosi jakąś rzecz, niesie też przeciwieństwo tej
rzeczy, i dlatego właśnie jesteśmy też największymi w całym uni-
wersum dostarczycielami kriwdy. Takie są wypukło-wklęsłe
prawa Apokalipsy.
Nasza oficjalna gazeta nosi nazwę «Prawdy», gdyż przynosi
przeciwieństwo prawdy. Wystarczy odczytać ją przy pomocy
zwierciadła, aby wiedzieć, czego chce od nas Prawda-Matka na-
sza.
W Rusi Kijowskiej począwszy od połowy XI wieku znany był
kodeks mądrych i umiarkowanych praw, określany Rosyjską
prawdą. I każdy z nas słyszał tę ludową bajkę, w której car przy-
wołuje do siebie Jasia Głuptasia i wysyła go w świat szeroki:
„Przynieś mi prawdę”.
Kopciuszek wyraża prawdę chrześcijańską, Faust niemiecką,

172

dla innych niedobry. Jasiem Głuptasiem jestem ja i jesteś ty. on. ona miała teraz lepsze towarzystwo. szalony od swej mądrości. „nie ma na całym świecie istoty. nic się nie bój”. że tak samo będzie w śmierci: lekko się ściemni. jak on spędza te godziny. Gemma przygotowała w wanience wywoływacz. zaciemniając pokój. tak nam dopomóż Bóg! Oto co myśli Rosyjska prawda o rosyjskiej prawdzie. chrześcijaństwo: św. Jej noc dla jej światła. Chłopcy mogą sobie stukać do jej drzwi. zamknięty w wyłożonej materacami celi. nie w demokratycznej operetce. która byłaby ci wierniejsza niż ja”. ani świtania. Przewracała stroniczkę za stroniczką. dobry. Zasunęła żaluzje i zaciągnęła firanki.a Don Kichot hiszpańską. strzeżony przez Dunduka. przygotowując reflektor i trójnóg — on. że nadeszła śmierć. zupełnie niezależna od reszty świata. Gemma myślała. Otóż. który wie już. lecz zarazem poruszał się całkiem swobodnie w tej przestrzeni. „Och. Jan). — A on? — zadała sobie pytanie. ani na Sartre'a czy Heideggera. W pokoju jednak panowała stworzona przez nią noc. Zrobi z każdej kliszy trzy 173 . kochany mój czytelniku. i nie będziemy nawet wiedzieli. ani nocy. pocięta stożkami projektorów. mamrotała po włosku. nie bój się. aparat robił swój „klik” i Rosyjska prawda stawała się nieśmiertelna. że dzieło jego życia dostało się w ręce cudzoziemki. za- ledwie trochę się ściemniło. Ale prawda rosyjska to Jaś Głuptas udający się na poszukiwanie prawdy. Na zewnątrz nie było ani zmroku. Przyznawał się do swych korzeni duchowych (Rosja: folklor. co potwierdzało intuicję Gemmy — prawdziwa wolność może się narodzić tylko pod ciśnieniem to- talitarnego dramatu. Gdy już wszystkie strony zostały sfotografowane. Gemma była równie wrażliwa na język Bajek z tysiąca i jed- nej nocy co na styl niezależnej myśli: anonimowy więzień nie powoływał się ani na Marksa.

Gdy skończyła wywoływanie zdjęć. jak sądziła. żeby przemówiły przeciwko niej. gdy już nie mogła 174 . W małej szafce przechowywała mnóstwo puszek po konserwach. Wyjęła już wcześniej kilkanaście cegieł. uzyskała w ten sposób konserwę prawdy. Trzy z nich wypełniła egzemplarzem Rosyjskiej prawdy. po uprzednim przylepieniu okładki do pierwszej strony książki. jeżeli będzie u niej przeprowadzona rewizja. Nim przystąpiła do swej działalności. chciała. kopertę zaś pomiędzy numery «Ogonioka». Wpierw skleiła jego stronice. Następnie sięgnęła po oprawny tom Dziel zebranych Lenina. będę miała trojaczki — powiedziała sobie Gemma. Oryginał tymczasem — zawsze wysyłała na Zachód oryginały. włączyła do prądu kolbę lutowniczą. gdy na pięknych. Przylutowała wieczka puszek. Nie chodziło jej o ukrywanie książek. w której przechowywała już liczne ma- szynopisy. w którym umieściła drugi egzem- plarz. war- czącym płomieniu. które związała na krzyż sznurkiem. bie- gnących wokół całego pokoju. Podobnie ukazało się Mojże- szowi Dziesięcioro Przykazań. Uporawszy się z tym. opanowała ze dwadzieścia różnych i dziwacznych technik. niewidzialna dłoń. — Zajmuję się reprodukowaniem. Czuła nieomal macierzyńską radość. topiąc metal w niebieskim. tak żeby się pudełko nie otworzyło przez przypadek. świecących powierzchniach papieru fotograficznego pokazywał się pisany cyrylicą tekst. przeciwnie.odbitki. Przez cały ten czas nie myślała wcale o tym. wilgotnych. tworząc w ten sposób coś w rodzaju pudełka. zdjęła jedną z listew przyściennych. ukryta w ska- le. niechże policjanci zobaczą od razu. na jaką skalę mierzyć trzeba rozmiary jej akcji przeciwko reżimowi. że w każdej chwi- li mogła się pojawić policja: w Leningradzie konspirowała nie ona jedna i policja pojawiała się tylko wtedy. wypisała je na kamieniu. a potem wycięła je. by nikt nie mógł podważyć autentyczności jej towarów — wsu- nęła do koperty. w konspiracji. przydatnych. uzyskując skrytkę.

Miasto było całkiem puste. Otoczyli ją wielbiciele.się zdać na subtelniejsze metody. Rosyjska prawda miała być narażona na wielkie ryzyko i otwierając drzwi pokoju Gemma poczuła falę lęku. spali snem sprawiedliwego. którego oswojone wody kołysały się pomiędzy dwoma równoległymi nabrzeżami: oto gwałt zadany naturze przez administrację. Gemma doszła do kanału Gribojedowa. ale w każdym razie nie kręcili się po mieszkaniu. Jeden z nich ofiarował jej konwalie. Gdy znalazła się na moście Bankowym. chrapali albo nie chrapali. Wróciła do pokoju. Zniknęły na dnie. włożyła do niej puszki konserw i wyszła. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z przewidywaniem. być może. wzięła tom Lenina. Sąsiedzi. albo. jedną za drugą. puszki pozostaną w mule dna do chwili. wskazując tom Leni- na: — Przecież nie musisz tego czytać! Po co poisz się tą brudną wodą? 175 . rozejrzała się dookoła. Nie zjadła śniadania mimo nieprzespanej nocy. przyjęli ją uroczyście. Nikt jej nie ob- serwował. i wyszła na uniwersytet. Gemma wróciła do siebie. dzielący z Gemmą wspólne mieszkanie. Ukryła Lenina na wierzchu zbiornika z wodą w ubikacji. Korytarz mieszkania był pusty. że ten egzemplarz ocaleje. Czuła się jednocześnie wyczerpana i lekka. rzuciła paczkę «Ogonioków» w kąt. istniało prawdopodobień- stwo. wzięła siatkę na zakupy. w przeciągu paru minut. tylko paru pijaków spało w bramach domów. jak każdego po- ranka. Nawet jeśli jej pokój zostanie przeszukany. docze- kają Sądu Ostatecznego dzieł sztuki. ich obecność mógł zdradzić co najwyżej słaby odblask bla- chy. beztroska. Światło odebrane godzinom zegara wibrowało delikatnie na załomach kamienic i pałaców ulicy Rastrelliego. Teraz jednak. kiedy kanał zostanie oczyszczony. który czekał na nią na podłodze. Wrzuciła puszki do wody. zakrytej przez brązowawą wodę. jeszcze inny żartował. drugi przyniósł napi- sany dla niej wiersz.

— Ten tu na górze to była naprawdę waga ciężka. Miał na sobie jak zwykle krótką skórzaną wiatrówkę przywiezioną z Włoch. W każdym razie dziękuję. nie patrząc nawet na nią. żeby nie drażnić sąsiadów. że Gerasimow jej nie lubi: nie ukrywała swej wrogości wobec systemu. którego mi pożyczyłeś. Od jutra Rosyjska prawda zacznie się rozchodzić po- między czytającą publicznością. Po wykładach Gemma weszła do kabiny telefonicznej i wy- kręciła numer: — Wiaczesław? — To ja. Zamruczał coś pod nosem. W przerwie między dwoma wykładami poszła do biblioteki. Był szczęśliwym po- siadaczem maszyny do pisania. na szóstą wieczorem. osiągnie zawrotną liczbę. — No to trudno. Mikołaj Gerasimow siedział zawsze przy tym samym stoliku. Jutro jestem zajęta. — Może poszlibyśmy na spacer? — Jutro do Puszkina? — Nie. Można umrzeć z nu- dów. Koledzy Gemmy przekonani byli na ogół. Jeszcze jeden kod: spotkanie zostało ustalone na dzisiaj. Tej nocy Mikołaj nie położył się do łóżka. Jakie szczęście! Wiaczesław był w Leningradzie. Wiaczesław stawił się pierwszy na umówionym miejscu. która jeszcze bardziej skracała jego tułów i źle harmoni- zowała z jego barkami tragarza. Odpędziła ich wszystkich: — Nie chce mi się wygłupiać z wami. podczas gdy on był członkiem Komsomołu. Zadzwonimy jeszcze do siebie. Stał z rękami opartymi o biodra i odrzuconą w tył głową: przyglądał się pomnikowi. Pochyliła się nad jego stołem: — Oto Lenin. Postawi ją na złożonym po- dwójnie kocu. Za tydzień ilość jej egzemplarzy zwielokrotni się. i będzie stukał przez całą noc. Puszkin 176 . pod pomnikiem Piotra Wielkiego.

że łzy jej napływają do oczu. Wiesz do- brze. — Wykluczone. Nie tylko nasi celnicy przeczesują moje bagaże tak dokładnie. ale dzieła ze- brane twojego kumpla to już przesada. zobaczą to. jakby szukali pcheł. Gemma poczuła.. żeby nie spostrzegł jej łez. Znają się na wszystkich sztuczkach. — Chcesz coś doczytania na podróż? Wręczyła mu paczkę «Ogonioków». wolność. Odwróciła się. stara. gdyby taki aparat zaczął nagle galopować tuż za tobą. — Nadwozie? Zapieczętowują je. — Powiedz. co ci przychodzi do głowy? 177 .. zrobiłeś to już dwadzieścia razy. — Więc zrób to jeszcze tym razem. Jeżeli przetrząsną mi kabinę. — No a w samym samochodzie. w nadwoziu? To taka wielka buda. Gemma. nie patrząc w jej stronę: — Chyba żeby istotnie. Zrobił kwaśną minę: — Za grube. Cześć. — Wolność.miał rację.. — Wiaczesław. — A w kieszeni? Albo pod siedzeniem? W silniku? Wzruszył ramionami. Niekiedy rozkręcają nawet zapasowe koła.. — Zgadza się.. Pieczęcie zrywane są do- piero w Rzymie. — Cześć. I Niemcy. To w imię wolności. błagam cię. Dzięki temu przejeżdżam przez wszystkie gra- nice bez problemu. Przy- kro mi. Kiedy wyjeżdżasz? — Jutro. Wiaczesław odezwał się. Potem są jeszcze Polacy. co? W końcu znam się trochę na majsterkowaniu. że to w imię wolności. Boję się o moją skórę. dziewczynko.. możesz zwariować. powiedz. Wszystko składało się świetnie. Czy rewidował cię już kiedyś jakiś Niemiec? Mogę wziąć kartkę czy dwie.

Postanowił. hasło znowu wzięte z li- bretta Normy. Jeżeli przyjedziesz w sobotę. który panował do roku „1305”. że Wiaczesław nie ponawiał swoich zalotów z pierwszego wieczoru. Otworzył „brewiarz” pod nume- rem 23 : spotkanie na Piazza Navona. — Szczypce do pieczęci to znowu nie taka wielka sztuka. Trzeba powiedzieć. często wysługiwał się którymś ze swoich synów. „W środę lub czwar- tek” idzie do opery. że wymogła na nim zachowanie pełne szacunku. którą dostała od niego. Powtórzył te słowa wiele razy.05. musiałby płacić. Zadzwoniła do „wujka Enzo”. Powtórz. pasjonowała się księciem Michałem Twerskim. Także i Wiaczesław odbył rozmowę telefoniczną: — Parfion Mitrofanycz? — Tak. — Kiedy będziesz w Rzymie? — Nie wiem. ssąc jednocześnie pa- pierosa. Ani widu. Nie wiedział. Przykleję twoją paczkę między dwie sztaby. — Czy znasz Piazza Navona? To ten owalny plac. Jeśli idzie o historię. Petrarka wydawał jej się trud- ny. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. zawsze tak rozważna i powściągliwa wobec chłop- ców. Grucci notował wszystko skrupulatnie. założę znowu pieczęcie. Dotarła właśnie do strony „23” w książce. Nie potrafił zgubić swego pry- mitywnego. że tym razem osobiście wybierze się na umó- wione miejsce. bardziej z lenistwa niż przez ostrożność. ani słychu. a ja je zdejmę. rzuciła mu się na szyję. w każdym jednak razie reflektował na nią. furore e morti. — Hasło brzmi tym razem: Armi. Chyba w piątek. Gemma. godzina 13. Romantyczne? I cóż z tego? Gdyby system zaopa- trywania go w manuskrypty był mniej romantyczny. ta sama godzina. słucham. czy przesyłka będzie ważna. 178 . silnego akcentu. Fontanna w środku placu. Założą mi je. Gemma była dumna. Będziesz trzymał «Ogonioki» pod lewym ramie- niem.

— Tu Wiatia. Poza tym wszystko jak zawsze. Parfionie Mitrofanyczu? — Przyjedź na spotkanie dwadzieścia minut wcześniej. Dostałem paczkę. gdyby się dowiedział. — Hasło? Wyrecytował hasło. — Dostaniesz je wieczorem razem z twoją kopertą. Potem zgodnie z umową dostarczał je odbiorcom w Rzymie. Zaraz po pierwszym zetknięciu się z Gemmą. Signor Grucci byłby mocno zdziwiony. że niektórzy uczestnicy jego „romantycz- nej” siatki opłacani są przez KGB. Odtąd dorabiał sobie na boku. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć powtórzenia się historii z Sołżenicynem i dlatego warto było popierać masowy eksport tekstów drugo. jeśli nie zakłopotany. Wiaczesław zadenuncjował ją w organach jako szpie- ga. 179 . dobrze opłacony Wiaczesław. — Jakie jest miejsce spotkania? Podał je. Wiacze- sław? — Tak.i trzeciorzędnych. rzecz jasna. które mu powierzono. Ponieważ nie dało się zatamo- wać strumienia tekstów samizdatowych docierających na Za- chód. prospe- rujący Grucci i. — Udawałeś. podpowiedzianą jej przez dyrekcję «A» — i aprobowaną przez pierwszą dyrekcję główną — by strumień ten przekształcić w prawdziwy potop. Proszę nie zapomnieć o szczypcach. jako że z dnia na dzień malał prestiż dysydentów w tak zwanym wolnym świecie. druga dyrekcja główna podjęła decyzję. dyrekcja «A». Zaproponowano mu. triumfująca Gemma. że nie chcesz wziąć przesyłki? — Tak. Dzięki temu ukła- dowi wszyscy byli zadowoleni: publikowani na Zachodzie auto- rzy. żeby został seksotem (sekretnyj so- trudnik). — Zrozumiane. przynosząc do ocenzu- rowania maszynopisy. pomiędzy którymi zatracą się całkowicie dzieła oryginalne.

mogłaby wzbudzić podejrzenia Gemmy. — A konkretnie? Iwan Iwanycz wyprostował się w krześle i. Wracasz. — Opróżnij twoje bagaże. które przy okazji pokaże dziewczynie. Iwan Iwanycz umówił się z nim na spotkanie w barze w pobliżu Porte de Versailles. ucieszysz się. — Otóż to. jak Aleksander wyraził pragnienie powrotu. żebyś wyświadczył jeszcze jedną małą przysługę. dlatego dorzucił motyw szczypiec do zamykania pieczęci. że generał Pitman wpadł na pomysł. — Do rzeczy. — Ależ ty jesteś nerwowy! Trudno byłoby patrząc na ciebie zgadnąć. Złączył palce prawej dłoni i wycisnął na nich głośnego całusa. Uwieńczenie twojej kariery. Łańcuch. jako nie profesjonalistka. Oba- wiał się. funk- cjonował tak dobrze. Prawie nic. Gemma. nie wyrażałby swych obaw i niepokojów przed Gemmą. którą zamierzał ukarto- wać. Wszyscy się zgadzają na twój powrót. że jesteś drugim Sorge'em! A jednak pewnego dnia za- czniemy przyklejać na listy znaczki z twoją podobizną. aby przydać sobie uroczystego wyglądu. do rzeczy. W jego oczach pojawił się wyraz czułości: — To nawet nie przysługa. którym opiekował się „Parfion Mitrofanycz”.. Iwanie Iwanyczu. — Jaką? Iwan Iwanycz pochylił się. — „Żelazna Maska” — czy to ci coś mówi? 180 . paluszki lizać. trzymała się tej właśnie linii rozumowania i siatka pracowała należycie. Jeden z tych montaży. że zmiana adresata przesyłek. kolporterze. Gdyby bowiem Wiacze- sław chciał zdradzić. Sasza. otwierał i zamykał rude powieki.. nie starałby się o zdobycie szczypiec. Jest tylko prośba. — Aleksandrze Dmitryczu. Dymisja została przyjęta. Trzy dni po tym. by wy- korzystać go w operacji oznaczonej kryptonimem Psków.

co chciał załatwić Leonida Iljicza? Iwan Iwanycz wiercił się w swoim cajgowym ubraniu: — O tym nic mi nie wiadomo. Pułkownik Psar chciał go poznać. która zała- twia porachunki ze wszystkimi Sołżenicynami świata. którzy emi- grują. Teraz wyobraź sobie praw- dziwego dysydenta. — Załatwi się to. W kraju już nie daje się z nimi wytrzymywać. powin- niście połapać się w tym wszystkim. Wątpić w ich poczynania wy- dawało mu się czymś niedopuszczalnym. „Co myśli Rosyjska prawda”. My z wywiadu. żebyś rozumiał. jak go tu nazywają. powód ten na pewno był do- skonały. 181 . Trzeba będzie wydać jego książkę. — Na pewno nie chodzi o Dumasa. Z jednym tylko małym wyjątkiem — były nim wycieczki na strzelnicę — Aleksander zachowywał się wobec swych przełożo- nych w sposób absolutnie lojalny. — Nie żądam. — Czytałem Dumasa jak każdy. trywialnym. Aleksander natychmiast chwycił przynętę: — To ten. W do- datku poczyniono spostrzeżenie. — On współpracuje z tymi Włochami. To ten. jesteśmy za malutcy do tego. żądam. Tego ro- dzaju postawy były dobre tylko dla sprzedajnych sługusów zgni- łego kapitalizmu. głowacze z twojej dyrekcji. Aleksandrze Dmitryczu. z kontrwy- wiadu. pozostającego wewnątrz kraju. belko stropowa. że tak. tracą nieco ze swego prestiżu. z tymi potwarcami. — Ale on jest przecież przeciwko nam! — Czyja wiem. dla którego warto było ogłaszać myśli Rosyjskiej prawdy. że ci spośród nich. ale też książkę. Jeśli był jakiś powód. publikujące- go książkę co prawda antysowiecką. żebyś udzielił mi wyjaśnienia. — To znaczy. — Chodzi o dysydentów. Mówię przecież o „Ano- nimowym więźniu”. To wy. że to nasi tak się zabawiają? — Wydaje się.

— A wydanie rosyjskie? — Na razie nie ma o tym mowy. że masz u sie- bie całość. furore e mord. Obaj wybuchnęli śmiechem. Przez kogo? Tajemnica. godzina 12. Tak czy owak pojedziesz po nią do Rzymu. Iwan Iwanycz podał szczegóły spotkania: Piazza Navona. Aleksander nie przewidywał najmniejszych nawet kłopotów 182 . — Chcesz powiedzieć. A gdybym zwró- cił się do innego wydawcy? — Nie ma o tym mowy.45. — I szybko zniknij z tej okolicy. Z tekstu oni i tak nic nie zrozumieją. pią- tek. wiesz o tym lepiej niż ja. — Chyba najpierw muszę mieć maszynopis? — Nie. Przetłumaczysz je i powiesz. Do użytku zewnętrznego wyłącznie. natychmiast. Armi. — Pod nosem pana Grucci? — Nie po raz pierwszy wydawcy biją się o książki dysyden- tów. którą wy- tną włoskiemu wydawcy. mówisz. — Taki pośpiech? — Na to wygląda. W żadnym wypadku nie połykać. Wydawnictwo Lux. paczka «Ogonio-ków». ciesząc się ze sztuczki. Wydanie rosyjskie wraca potem do kraju. nogi żyrafy”. — Rozumiem. — Natychmiast załatwisz wydawnictwo Lux dla francuskiego tłumaczenia książki. — Grucci też tam będzie? — Dwadzieścia minut później. że to my jesteśmy autorami tej książ- ki? I żeby przygotować ten wystrzał inscenizuje się tajemniczą aferę „Żelaznej Maski”? Iwan Iwanycz wzruszył ramionami: — Książka jest napisana. „trzydziestoletni blondas. Przyniosę ci próbki.

Podpisz mi pokwitowanie. książka sprzeda się niezale- żnie od jej zawartości. kto da najwięcej. nie na procent. żeby kontrolować sprzedaż książki za granicą. — Książka ma wyjść przed targami we Frankfurcie. Otwórz. że przechytrzyłeś Grucciego. do kasy dyrekcji. Dy- rekcja jednak opłacała usługi Oprycznika: połowa jego żołdu zbierała się na koncie pewnego moskiewskiego banku. Naciskaj na zaliczkę. — Chcesz powiedzieć. Jedna opatrzona była tytułem: Co myśli „Rosyj- ska prawda” o mass-mediach. ale już znane są jego rozmiary? Na ospowatym obliczu Iwana Iwanycza ukazał się chytry i czuły zarazem uśmiech. cyrylicy. 183 . że tekst nie wyszedł jeszcze od nas. Prasa była zaalar- mowana sprawą „Żelaznej Maski”. nie ma sposobu.z Luxem czy jakimkolwiek innym wydawcą. — To — powiedział Iwan Iwanycz — żebyś mógł Luxowi dać dowód. trzeba liczyć trzysta pięćdziesiąt stron druku. — Poczekaj. Czy to jest dłu- gie? — Czterysta stron. — Co z prawami światowymi? — Sprzedasz temu. — Zawsze tak robię. rzecz jasna. — I jeszcze coś dla ciebie. druga zaś — Co myśli „Rosyjska prawda „ o antysemityzmie. połowę zaś wypłacano do ręki Aleksandrowi. Jeżeli tłumaczenie nie rozpłynie się w peryfrazach. trzeba ją jeszcze przetłumaczyć. nasi chłopcy nie zasypiają gruszek w popiele. Zyski Agencji wpływały. Aleksander podpisał kwit i wsunął kopertę do czarnej aktówki. Wyciągnął z kieszeni dwie pogniecione koperty: — Zacznijmy od tego. W drugiej kopercie znajdowały się dwie fotokopie stron ręko- pisu. — Ano tak. zapisanych maczkiem.

że to od początku nasza robota? — Nic nie chcę powiedzieć. No i siatka Grucciego nie zostanie zerwana. tylko o najpiękniejszą okazję. jaką napotkał w całej swej karierze. Był zachwycony. lekkim. Aleksander spodziewał się. była szczególnie smakowita: zaprząc całą kapitalistyczną machinę propagandową do powozu przygotowanego na placu Dzierżyń- skiego. gdy ozdabiają czerwonymi i niebieskimi strzałkami swoje osłonięte celuloidem mapy. — Krótko mówiąc. chociaż naturalne skłonności cią- gnęły go. na co go stać. Nie zapomnij wziąć od Luxa zwrotu kosztów podróży samolotem. napisał: „Operacja Żelazna Maska”. Do- dasz jeszcze. trzymającym się pionu. Tym razem przygotowywana operacja. Kto wie? Może nim „wróci” zostanie awansowany o stopień 184 . ostatnia już. gdyż chodziło o stale z nim współpracujące „pudła rezonanso- we” — odczuwał przyjemność taką samą. jakiej doznawać muszą oficerowie sztabowi. Będziesz mógł opo- wiedzieć niektóre szczegóły twojego spotkania w Rzymie. po- I prosi się go o wyświadczenie „ostatniej małej przysługi”. cóż to za wspaniały przykład wywierania wpływu w wiel- kim stylu! Trzeba by go dołączyć do opisu szczegółowych przy- padków. że nim będzie mógł „wrócić”. Taktyczne rozpracowywanie nowej operacji wprawiało go zawsze w dobry humor. że KGB ścigało cię wewnątrz Koloseum. Chowasz się za Pietą. moglibyście dać mi całość nawet bez mo- jej podróży do Rzymu? — Tak będzie bardziej romantycznie. by pochylać litery w prawą stronę. Znalazłszy się z powrotem w biurze Aleksander sięgnął po ar- kusz kredowego papieru i swym pismem. albo coś w tym rodzaju. Pokaże dyrekcji. Najlepiej pierwszą klasą. że — jak trafnie zauważył Iwan Iwanycz — nie cho- dziło tu właściwie o przysługę. zamieszczonego jako aneks do Vademecum. zdecydowa- nym. Wypisując nazwiska — zawsze te same. — Chcesz powiedzieć.

Nie będziemy od razu angażowali całej prasy. Otworzyła szeroko usta. Uśmiechnęła się szeroko: szef żartował sobie z niej. — Do. Wezwał sekretarkę: — Niech pani usiądzie. 185 . — Jestem zawsze gotowa. żeby pokazać mu. Pokazał jej obie fotokopie. jaki to będzie cyrk? Umiał zarażać współpracowników swoim entuzjazmem. proszę pana? — Nie.. że nie zamierza w żaden sposób nadużywać przy- znanych jej przywilejów. jak zwykle. jak najszybciej. usiadła na brzeżku. — Będę pani płacił za godziny nadliczbowe. tylko uderzymy w paru wybranych miejscach. który odbiorę w piątek. Małgorzato. — Małgorzato. przystępujemy do operacji na wielką skalę. Dobrze. Będzie pani tak dobra i załatwi mi rezerwację. czy pani so- bie wyobraża. — I to jest autentyczny rękopis „Anonimowego więźnia”? — To są kopie oryginału. I trzeba.. — Ale. proszę pana. co byłoby już szczy- tem szczęścia i pychy. zostanie włączony w szeregi organizacji. — To już nieaktualne. żebym się tam znalazł dobrze przed dwunastą. wydawało mi się. Czytała pani artykuły o „Żelaznej Masce”? No więc niedługo do- stanę rękopis Rosyjskiej prawdy. nic już nie stanie na drodze jego przejścia do areopagu czapek- niewidek. Teraz niech pani patrzy: „Operacja Żelazna Maska”. — Będziemy postępowali tak jak zawsze.. Małgorzato. by zademonstrować swój podziw. Małgorzato.wyżej w hierarchii rang? Jeżeli na dodatek. proszę pana. Proszę załatwić mi spotkanie z panem Fourveret. Tam i z powrotem w ciągu jednego dnia. do Rzymu. że włoskie wydawnic- two Mewa. żeby wywołać zazdrość. Moskwy.. Zbliżyła się do krzesła i.

Albo «L'Express»? — Później. Tygodnik popularny: «Mozaika». A poza tym oto co zrobimy: skontaktujemy się z głów- nymi dysydentami i zapytamy o ich zdanie na temat „Żelaznej Maski”. ale niech mu pani da do zrozumienia. pani Choustrewitz.-X. jak już wprawimy mechanizm w ruch. Jaka radość w przygotowaniach do walki! To prawda. mam następu- jące pomysły. Poważne pismo: «Krytyka». ale przecież trzy miesiące nie sprawiały żadnej różnicy. żeby przestała. Ballandar. — A w telewizji nikogo? Na początku skracała słowo telewizja i mówiła po prostu „te- le”. Pokazał jej przygotowaną wcześniej listę: Dziennik poranny: «Niezależny Dziennik». nawet jeśli spowoduje to zmiany w planach Luxa. Dziennik wieczorny: «Głos». Tygodnik polityczny: «Obiektyw». po skróceniu. ale poprosił ją. — Pójdzie pan do Luxa czy też zaprosi pan pana Fourveret na obiad? — Jak będzie chciał. Małgorzato. Ja sam ich sprawdzę. — Czy ma pani jakieś sugestie? — A może «Le Monde»? Zawsze mieliśmy tam dobre arty- kuły. To będzie wspaniałe na okładkę. de Monthi- gnies. Proszę pamiętać o tłuma- czach. poznać Dymitra. że Aleksander chciał jak najszybciej „wrócić” i znów zobaczyć Ałłę. Johannès-Graf. Jeanne Bouillon. J. musimy oddać maszynopis najpóźniej w sierpniu. którzy robili antologię liberalnych myślicieli rosyjskich XIX wieku. że chodzi o prawdziwą bombę. Teraz trzeba będzie zgromadzić ekipę tłumaczy. Jeśli idzie o prasę. * 186 . Aby książka mogła ukazać się przed targami we Frankfurcie. Proszę mi zebrać czterech lub pięciu. — Jak książka już się ukaże.

. że antysemityzm polega na mon- strualnym nieporozumieniu. Dlaczego? Po prostu dlatego. Rosjanie.48% społeczeństwa sowieckiego. Staty- styki pozwalają sceptyczniej spojrzeć na to oskarżenie. A jednak podpisywać umowę nie znając całego tekstu. My. fran- cuski pisarz Bernanos już o tym wspominał. Pan Fourveret. Zobaczmy więc. że we Włoszech nie tylko Żydzi zajmowali się lichwiarstwem: mieszkańcy Lombardii stanowili dla nich zbawienną konkurencję. a w 1959 roku już tylko 1. pomimo że ta plaga nie osiągnęła u nas nigdy rozmiarów germańskich. że nic nie przynosi mi więk- szej satysfakcji jak służenie mu poprzez niesienie pomocy prze- śladowanym: tak aby świat mógł usłyszeć ich głos. żeby stawali się lichwiarzami. 187 .. prze- śladowania Mussoliniego są niczym w porównaniu z terrorem hitlerowskim. Rosyjska prawda sądzi.1% ludności Cesarstwa Rosyjskiego. To samo przekonanie panowało w większości krajów europejskich. jak wygląda Mateczka Historia: 1.. odpowiedziałby: ponieważ są to lichwiarze. — To powinno panu wystarczyć. którzy koniecznie chcą zaciągać długi. Kościół wydaje dekret. jesteśmy uważani za antysemitów. Przenosząc nienawiść z procederu na rasę czy też religię.. Włochy są jednym z najmniej antysemickich krajów europejskich. królujący za stołem w stylu Ludwika XIII (au- tentycznym!) położył rękę na sercu i wzniósł oczy do nieba: — Bóg mi świadkiem. jako że Żydzi stanowili 4. zmuszają Żydów. Gdyby zapytano Rosjanina z XIX wieku. — Aleksander wyjął wła- sne tłumaczenie jednego z dwóch skopiowanych tekstów. 3. wzbraniający chrześcijanom upra- wiania lichwiarstwa. dlaczego nienawidził Żydów. Jakkolwiek by było. Chrześcijanie. Szczególnie carska Rosja często zachęcała do pogromów. Co myśli Rosyjska prawda o antysemityzmie. jako że Żydzi są niezależni od Kościoła. 2. On wie. Przeciwnie.

Ale należało napiętnować dłużników w tym samym stopniu co wierzycieli. Ponad szlachetnie pochyloną głową wielkie- go. co pana tak zachwyca w tej stronie: to zdańko na temat carskiej Rosji niesłusznie oskar- żonej. Odrobina współczucia nie wskrzesi martwej tyranii. należałoby wytępić. — Interesujące — powiedział Fourveret. Fourveret czytał. Po wyjściu od pana wybierałem się do wydawnic- twa Presses. że z takim słownictwem. ale w pewnym sensie im mniej się o nich mówi. Żydzi są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. liberalnego i uduchowionego wydawcy Aleksander przy- glądał się koronom rachitycznych jesionów. Ale to w końcu nic strasznego. To prawda.. to znaczy — „pla- ga”.chrześcijanie zaczynają nienawidzić Żydów za postępowanie. „monstrualny”. tym lepiej. „postępowanie. geniusze czy boha- terowie. — Ależ drogi Fourveret. Mogę przecież zaproponować Rosyjską prawdę Bernardowi i nie zepsuje to w najmniejszym nawet stopniu na- szych stosunków. jest pan niepoprawnym reakcjonistą.. który przypnie mu łatkę antysemity. Ich liście dotykały okien gabinetu. do którego sami ich skłonili. jeśli żywi pan najmniejszą nawet wątpliwość. że należało zakazać uprawiania lichwiarstwa: wy- kazuję to w innym miejscu. Natomiast zawsze się trochę de- nerwuję. i ja pierwszy jestem gotów przyznać. rosnących na po- dwórzu. zaraz znajduje się jakiś recenzencina. — Interesujące. Myślę jednak. że nietolerancyjna lewica jest tylko nieco łatwiejsza do zniesie- nia niż dogmatyczna prawica. Oto co Rosyjska prawda sądzi o antysemityzmie. 188 . lichwiarzy. Drogi panie Psar. do którego ich zmuszono” — nie mamy się czego obawiać. jakie- kolwiek byłoby ich drzewo genealogiczne. Bóg mi świadkiem. chociaż nieco folklorystyczne. gdy jakiś autor zaczyna mówić o Żydach: niech tylko Żydzi nie zostaną przedstawieni jako święci. Widzę. że moje serce krwawi dla Żydów.

Jeżeli pan puści ju- tro tytuł. choć pan to proponował.. nie potrafiłby docenić. — Każę przeglądnąć prasę z tamtego okresu. Jean-Xavier de Monthignies zaprosił Aleksandra na obiad do „Tour d'Argent”. — Ale niech pan sam powie. ale żarcie jest moją grzeszną pasją. czy to możliwe. że byłby to wspa- niały argument handlowy! Piękna surowa twarz Fourvereta rozświetliła się mistycznym światłem. Ale musi pan przyznać. hierar- chia tych wszystkich piśmideł? Przecież nakłady nie są ograni- czone! Niech pan powie. żeby nabawić się zgagi! No. Dwie trzecie ludzkości są niedożywione.. by sugerować. być może ist- nieją zdjęcia z zamachu. w sensie moralnym. Chciał mi pan powiedzieć o jakimś nowym projekcie. Wiadomość zachwyciła go: — „Żelazna Maska”! Wspaniale! Ależ z pana gość! Czy mogę to zaanonsować? Nikomu pan tego jeszcze nie zdradził? — W każdym razie nie prasie porannej. wydajemy tyle pieniędzy. Można by go przyrównać do grubego wróbla z przyciętymi skrzydłami. gdyż kuchnia jest równie dobra jak wieczorem. ale bardzo lubię zachodzić tu na obiady. Skandaliczne. czy Jeanne Bouillon ma realne podstawy. lecz jest taniej i to trochę koi moje sumie nie. On jest za młody. Niedobrze mi się robi. będzie pan pierwszy. miał rozpiętą na szacownym brzuszku marynarkę. chyba nie myśli pan o tym poważnie! À propos. że „Żelazna Maska” to 189 . Czyż to nie idiotyczne. Nadszedł spiesznym krokiem. prawda? A my. niedoszły zabójca Breżniewa? Dobrze. proszę mi powiedzieć. chcę powiedzieć. — Nie zabrałem z sobą Minquina. rozumiem. że „Żelazną Maską” jest Kurnosow. — Ależ mój drogi. pan i ja. Aleksandrze. ponieważ nie mogę zapomnieć o głodzie panującym na świecie. nie może mi pan tego powiedzieć. Nie uwierzy mi pan.

w których on odżył. wsadzimy go do numeru wakacyjnego. i dzwoneczków. nie? — To możliwe. co się wie o „Żelaznej Masce”. ze streszczeniem tego. To zbyt upoka- rzające! Czymże ja jestem? Zaledwie workiem piasku. Na lewo. To prawie jakby już to zrobił. gdyby Sołżenicyn sprzątnął Chruszczowa? Ballandar. Oczywiście. zadecydo- wawszy. przyrzekł mu sukces. trzymający nogi na biurku (pracował w piśmie o stylu amerykańskim). tro- chę sepleniący. na prawo lub prawie na prawo. ale w końcu fotografia jest sztuką obiektywną. co chciał kropnąć Breżniewa? Jeszcze trochę i byłby go załatwił. — Będziemy z panem. że to prawda? — Co? — Że w rzeczywistości on go zranił i że od tego momentu coś z nim nie tęgo? Aleksander zaproponował drugą medytację do- tyczącą mass mediów. w ramkach. W roku 1667 car Aleksy Michajłowicz Spokojny. kiedy wiatr przychodzi z lewa. Przecież nie staniemy się organem rządowym. Znasz już historię ukaranego dzwonu i dzwonu. A oto jeszcze jedna historia dzwonu. Zresztą już sama nazwa. A czy pan sądzi. no nie? Wyobraża pan sobie. — To by zwiększyło sprzedaż o co najmniej 50 tysięcy eg- zemplarzy. nie uważa pan? Niech nam pan podrzuci jakiś wyją- tek. stary młodzieniec w kaszmirowej kamizelce. kiedy wiatr wieje z prawej. «Obiektyw»! Przecież to już cały program. kiedy ją wybieraliśmy. myśleliśmy raczej o zdjęciach niż o obiektywności. «Obiektyw» miał opinię pisma nieco lewicującego. Aleksandrze Psar. Jean-Xavier. który pękł.ten facet. który sta- ra się przeważyć słabszą szalę wagi. że ofiaruje jakiś łakomy kąsek klasztorowi Sawino-Sto- rojewskiemu ze Zwenigrodu. zamówił u mistrza Aleksandra 190 . ale właśnie prostujemy kurs.

ani Sza- liapina. — Czy nie sądzi pan. które biją na alarm i wydzwaniają podzwonne. Nie zabrakło ani Rachmaninowa. Dzwony nie powinny uciekać przed wrogiem. tyle że sformułowany niezwykle zwięźle: „Car Aleksy. Jeżeli jednak przemawiają czystym głosem Złego. To wspaniałe.Grigoriewa dzwon o wadze blisko czterdziestu ton. Dzwon pękł. no- siło tę opatrznościową nazwę (Zwenigrod — Dzwonogród). Jeśli kłamią. czci się je i namaszcza świętymi olejami. Ten grubas miał niezwykły głos i w następnych stuleciach odwiedzali go niezliczeni muzycy. Ponad jasną łysiną Ballandara Aleksander obserwował bujne i zakurzone kasztany rosnące w alei. Odłamki znajdują się w mu- zeum miasta. — Wprost przeciwnie. jest jeszcze coś ciekawszego. Nie ma lepszego symbolu carskiej Rosji niż carski dzwon. Nawet gdy ich dźwięk wydaje się szlachetny. zasługują na obcięcie uszu. ważący czterdzieści ton. niemy i bez dzwonnicy. sumienną i odpowiedzialną. ukazując nam swą wielką ranę w boku. który długo pozostał nie odczytany. Nasze nowoczesne dzwony to nasze mass me- dia. Oto co Rosyjska prawda myśli na temat mass mediów. Ale to nie wszystko. żebym ci wytłumaczył moją przenośnię? Zasta- nów się chwilę. jednym 191 . W brązie dzwonu wyryto tajemny napis. leży wbrew naturze na ziemi i milczy pomiędzy nami. Uda- ło się to wreszcie i był to zaledwie podpis ofiarodawcy. w którym się dzwon znajdował. W 1941 roku Niemcy zagrażali Zwenigrodowi i zarządzono ewakuację dzwonu. że wyczuwa się tu wrogość wobec wol- ności prasy? — zapytał wielki krytyk po skończeniu lektury. nie zaszkodzi odcyfrować podpisu ofiarodawcy. Dzwon rozbity i przetopiony na dzwoneczki pochodzi ze strażnicy w Pskowie i pozostaje symbo- lem wolności. Czy chcesz. której nie da się stłamsić. który spadł z rusztowania i który. sługa boży”. że miasto. Dzwon ze Zwenigrodu symbolizuje wolną prasę. które dzwoniło i które już nie dzwoni.

W ka- żdym razie może pan na mnie liczyć. 192 . gdy jej przyjaciel Alek- sander miał dostać do ręki manuskrypt. że w młodości była prosty- tutką w Wiedniu. że to jego okno. o każdej porze dnia. która (być może) zmieni bieg historii ZSRR”. że udało się panu wejść po rynnie do tego domu wariatów? Jeanne Bouillon uznała „Żelazną Maskę” za swoje dzieło. sfotografowanym przy pomocy teleobiek- tywu? Można by pomyśleć. przyglądał się ogromnym owa- dom — termity? modliszki? — wspinającym się po świeczniku. — Zaraz dam panu adres. wtopiony w fotel. i przyjmowała tam w peniuarze... — Co panu o nim wiadomo? W jakim jest wieku? Czy to ładny chłopak? Czy mogę powiedzieć. Proszę tam wysłać fotografa. który musi być uka- rany. a jednak co za zbieg okoliczności. W przyszłym tygodniu za- powiem.słowem — «Obiektyw». Czy nie moglibyśmy dołączyć kilku zdjęć? — Zdjęć? Czego? — To bez znaczenia. będzie zębami i pazurami walczyć o „Że- lazną Maskę”. Pani Choustrewitz przyjmowała w swoim salonie. — Aleksander! Drogi! Cóż może zrobić dla pana taka stara baba jak ja? Ach! Ależ on całuje po rękach! Nie ma to jak Rosjanie! — Ależ oczywiście. który nazy- wała buduarem. trzeba odżegnać się od jakiejkolwiek zbieżności. Oczywiście. w lecie zarzucę wędkę. że jej przyszedł do głowy pomysł napisania tego artykułu właśnie w chwili. Da tytuł: „Książka. Dzwon z Uglicza. to prasa kłamliwa. Aleksander. Na przykład tego szpitala. z oknem nie- co różnym od innych. — Można by może dorzucić przypis z tą interpretacją. Wokół huczał codzienny zgiełk godzin szczytu na placu Alma. a wreszcie urządzę panu wielką pompę. Lubiła dawać do zrozumienia.

jakby to ująć. jakby to powiedzieć. Został pa- storem. że dzieło to jest autentycznie szczere? Że jego autor. że spalę moich informatorów? O tym się mówi. — Panie Psar. Ale czy w celi 000 przebywał rzeczywi- ście „Anonimowy więzień”? A może pielęgniarze i gigantyczny psychiatra wchodzili do tego pomieszczenia tylko po to. żeby znalazł się w nim. Od- powiadał: „Wiem. ale potem przyciągnął go ten dziwny światek. Z pewnością pochłaniali je pielęgnia- rze. Kurnosow. żeby dostarczać wciąż pokarmu kampanii dezinformacji? W króle- stwie iluzji wszystko może się zdarzyć. związane z istotą sprawy. co mówi? 193 . pierwsze pytanie. a polityka literaturą. Jeanne. Pierwsze. to było normalne. drugie. to środowisko jest skrajnie skorumpowane. uczciwy człowiek”. — Panie Psar. Aleksander pewien był dwóch rzeczy: plotki produkowane były przez tę czy inną orkiestrę Pitmana i nie odpowiadały praw- dzie. Czy może pan zaświadczyć. to wszystko. narysowaną wyłącz- nie pionowymi kreskami. chciałbym zadać panu dwa pytania. jakby to powiedzieć. Pan Johannès-Graf miał pociągłą twarz. Nosił sędziowskie okulary. dotyczące faktów. Dlatego dobrze. со to za plotki na temat Kurnosowa i „Żelaznej Maski”? Skąd je pani wzięła? Uczyniła gest. wyobraża- jąc sobie wspaniałe danie przygotowywane być może dla nieist- niejącego pensjonariusza. rze- czywiście wierzy w to. Johannès-Graf urzędował w małym pokoiku bez okna w sute- renie. obojętne jakie były jego doświadczenia i opinie. został z pewnością rozstrze- lany. gdzie lite- ratura jest polityką. jakby chciała ukryć uśmiech: — Nie sądzi pan chyba. Zarzucano mu to. niedoszły zabójca. Czy rękopis znajduje się w pańskich rękach? Czy pan go przeczytał? Drugie pytanie. Rozmarzył się. — À propos.

które nie zawsze zga- dzały się z pańskimi najbardziej intymnymi przekonaniami. przystro- jony brązowo-pomarańczową połyskliwą wiatrówką lalusia. Więzienia albo (Johannès-Graf był specjalistą od Jana Jakuba Rousseau) Wyznania. o godzinie 12. co jest zrozumiałe. ta sensacyjna atmosfera. Alek- sander osiągnął swój szczyt życiowy w wieku czterdziestu dzie- więciu lat. Ktoś. respektowi dla sprawiedliwości. na okładce pierwszej można było przeczytać wypisany cyrylicą tytuł «Ogoniok». kto przeczytał to dzieło od początku do ko- ńca — (dzieło nie opuściło jeszcze ZSRR) wie. Podejrzewam. Przed fontanną Berniniego snuł się wielki dryblas. że jest ono równie autentyczne jak Wspomnienia z martwego domu. że trzeba sprzedawać.. w kołach rządowych. Wiemy oczywiście. Każde pojedyncze życie osiąga swój moment szczytowy. Ufam panu w każdym razie. wśród tych czytelników. — Proszę pana. którzy się liczą. to nas trochę niepokoi.45 na Piazza Navona w Rzymie. którą próbuje się stworzyć. Wie pan. że w odróżnieniu od innych. Pod lewą pachą ściskał paczkę gazet. ale dał pan pierwszeństwo. my czytamy zanim za- czniemy krytykować. ale jednak nie byle co. nie spotkałem „Anonimowego więźnia”. Ale ton tego rodzaju tekstu nie może wpro- wadzić w błąd. jakby to powiedzieć. na uniwersytetach. Dzięki temu cieszymy się autorytetem w klubach politycznych. ale może pan na nas liczyć zaraz po wakacjach — (wielkie purytań- skie szczęki zwierały się i rozwierały w monotonnym rytmie) — zresztą nie znając tekstu cóż moglibyśmy powiedzieć? Przecież wie pan. czyli. — Widzi pan. pewnego piątku. . Aleksander zbliżył się do niego: — Nie wiem — powiedział po rosyjsku — jaki kretyn wymyśla 194 . wśród przedstawicieli administracji. że pismo nie ukazuje się w lecie. że opublikował pan rzeczy. jakby to powiedzieć.

ale Bóg wie czemu nie budziły w nim podobnego sentymentu i pozo- stawił je na siedzeniu. otworzył ją pa- znokciem. Nie miał dla niego żadnego prze- znaczenia. furore e morti. pochylonym. który trzymał w rękach — 399 kartek bez margine- su. Podał Aleksandrowi paczkę gazet związanych cienkim sznur- kiem na krzyż i chciał odejść. To kretynka. że spędzi ten dzień na plaży w Ostii! Co za pech! W taksówce Aleksander rozwiązał rosyjski sznureczek. Gazety i koperta również pochodziły stamtąd. drobnym pi- smem — był skarbem. A on liczył. Wiaczesław zmrużył oczy. ale skarbem nieco dwuznacznym. Nikogo. Aleksander nie należał do 195 . zwinął go i wsunął do kieszeni. Dla czytelników był to skamieniały krzyk idealisty. „Można by go wziąć za oficera — pomyślał Wiaczesław — ale jednak nie. znalazł kopertę. ale sznurek pochodził stamtąd. rozpoznał drobne pismo na prawie przezroczystych kartkach nie wyjmując ich z paczki. Rękopis. — Nie tak szybko. Dla wydawnictwa Lux była to mała kopalnia złota. Dziesięć minut później nadszedł signor Grucci. Trzeba będzie znowu przywlec się tutaj jutro. Czekał na kontakt pół godziny. ale na dzisiaj to jest: Armi. bo powiedział do mnie «pan»„. z rękami wbitymi w sko- śne kieszenie wiatrówki. — Może pan odejść. który omal nie zabił i nie zginął. pokrytych niebieskim ostrym. jakby chroniąc je przed dymem z papierosów: — To nie kretyn. nie mógł go po prostu wyrzucić. dla Aleksandra — rękojmia nowego życia. Dla dyrekcji natomiast sposobność nowego sukcesu. chwileczkę. to znaczy w sobotę. Aleksander odsunął gazety.te komiczne słowa hasła. Wiaczesław oddalił się pogwizdując.

marzycieli i rzadko zdarzało mu się wyobrażać sobie to nowe
życie, ale od czasu do czasu nawiedzały go intuicje, tak jak w tej
chwili, w rzymskiej taksówce. Pomyślał z tkliwą dumą o swoim
synu, którego będzie wychowywał właściwie, w duchu służenia,
o którym zapomniano już na Zachodzie.
Kartkował małe stroniczki o niestandardowym formacie. Ma-
chinalnie sprawdził ortografię: był to nowoczesny rosyjski, któ-
rego uproszczona pisownia — jedna litera na siedem została
zniesiona, wprowadzono końcówki słów sprzeczne z regułami
filologii — zawsze go drażniła. Już samo to, że pomyślał o
sprawdzeniu pisowni, zdradzało pewien niepokój — staroświec-
ki charakter pisma, styl nawiązujący do starych baśni, wszystko
to nie było typowe dla autora wywodzącego się z szeregów KGB.
Rzym uciekał za oknami taksówki. W tyle zostawały pokryte
zieloną patyną ochry. Aleksander nie widział tego, myślał o
triumfie, jakim będzie publikacja Rosyjskiej prawdy. Tłuma-
czenia na wszystkie języki, poważne zyski, zdyskredytowani dy-
sydenci...
Wszedł na pokład samolotu. Obiecał sobie, że nie zacznie czy-
tać przed startem.
Wydawało mu się, że podróż trwała zaledwie chwilę.
Podczas lądowania wiedział już, dlaczego Iwan Iwanycz
chciał, aby umowa z wydawnictwem oraz poparcie „orkiestry”
załatwione zostały, zanim Aleksander zapozna się z tekstem.
Rękopis nie nadawał się do pu-bli-ka-cji.

— Małgorzato, proszę mnie połączyć z panią Boïsse.
— Pani Boïsse przy telefonie... Oblewamy dziś wieczorem. I
tego samego wieczoru kolejne spotkanie z Iwanem Iwanyczem.
— Kto jest autorem tego steku kryminalnych bzdur? Nie, nie
pytam cię o to, wiem, że tego nie wiesz. Ale kto zadecydował, że
trzeba to publikować? Na pewno nie Pitman. On zrozumiałby, że
to niemożliwe. Z umową czy bez, Lux nigdy tego nie zaakceptu-
je.

196

Zresztą któżby to zaakceptował? Nie pozwolę wymienić na-
zwy mojej agencji na stronie tytułowej. Jeżeli istnieje jakikol-
wiek szalony powód, aby te brednie ukazały się, należy stworzyć
wydawnictwo wyłącznie dla tej książki lub innych w tym samym
stylu, założywszy, że macie ich więcej na składzie. Słuchaj, Iwa-
nie Iwanyczu, czapki-niewidki być może oszalały, ale paryscy
wydawcy jeszcze nie. Dziennikarze także nie. Jeśli w wyniku nie-
zrozumiałej dla mnie aberracji jakieś skrajnie prawicowe wy-
dawnictwo odważyłoby się nawet opublikować podobny tekst...
— To byłby skandal? Ależ Aleksandrze Dmitryczu, serdeńko,
skandal jest popłatny.
— Rozśmieszasz mnie swoim prymitywnym cynizmem. Nie
byłoby żadnego skandalu. Nic by nie było. Cisza. Najmniejszego
echa. Mówiłoby się o czymś innym, tak jak wtedy, kiedy komuś
odbije się przy stole. Nic nie rozumiesz, Iwanie Iwanyczu. Żyje-
my w społeczeństwie, w którym role są rozdzielone raz na zaw-
sze. Należy przyjąć swoją rolę albo pogodzić się, że jest się ni-
czym. To właśnie ludzie Zachodu nazywają wolnością. Na przy-
kład sowiecki dysydent musi być liberalny. Może być marksistą,
jeżeli ma na to ochotę, ewentualnie nacjonalistą, ale zawsze li-
beralnym. Dysydent nie liberalny jest nie do pomyślenia. Czy
wiesz, co bym zrobił z tym tekstem, gdybym go dostał pocztą?
Iwan Iwanycz zwilżył językiem palec i przygładził kilka ru-
dych włosów, które przecinały poziomo jego czaszkę:
— Jesteś na tyle inteligentny, Aleksandrze Dmitryczu, aby
zrozumieć, że być może właśnie dlatego nie wysłano ci go pocz-
tą.
— Iwanie Iwanyczu, wiem, co to jest dezinformacja. To mój
zawód. Ale istnieją pewne granice. Nie mogę wydać na moją od-
powiedzialność zdań w rodzaju... Gdyby chodziło tylko o zdania!
To można przeredagować. Ale cała książka przesycona jest tym
duchem.
— Jakim duchem?

197

Aleksander przeczytał na głos akapit, który przekreślił dwie-
ma czerwonymi liniami:
— „Za każdym razem, kiedy jakaś zorganizowana partia ko-
munistyczna, nie popierana potajemnie przez ZSRR, zderzała
się w zamkniętym polu jakiegoś narodu z partią liberalną, bur-
żuazyjną, arystokratyczną, konserwatywną lub reakcyjną, wy-
grywała pojedynek. Za każdym razem, kiedy zderzała się z partią
faszystowską, czyli reformatorską, i również zorganizowaną,
przegrywała”. I on przytacza historyczne przykłady! Rozumiesz,
że tego typu prowokacje w wolnym społeczeństwie są nie do
przyjęcia.
— Nawet przy założeniu, że istnieje „nowa prawica”?
— Przede wszystkim przy tym założeniu. Fourveret oderwał
się trochę od lewicy w ciągu ostatnich lat, ponieważ sprzedaje
się ona gorzej, co wszystkim wiadomo. Ale podjąć ryzyko przy-
łączenia się do kierunku całkiem przeciwstawnego... Publikacja
Rosyjskiej prawdy nie wchodzi w rachubę. Dlaczegóż nie wy-
ciągnięcie Protokołów Mędrców Syjonu, Mein Kampf albo Wa-
szego pięknego dzisiaj? O, przepraszam, nie powinienem wy-
mieniać Maurrasa w tym towarzystwie. Prawdziwy monarchista
nie może być faszystą. Czekaj, coś ci powiem. To moja dyrekcja
miała ten genialny pomysł, żeby połączyć faszyzm z tendencją
prawicową, podczas gdy w rzeczywistości jest on bardziej lewi-
cowy niż my. W każdym razie odmawiam współpracy przy tym
przedsięwzięciu skazanym na klęskę. Czy jesteś pewien, że nie
chodzi tu o sabotaż? Przeniknąć kampanię wpływów przeciwni-
ka i obrócić ją na swoją korzyść, to byłoby dopiero sztuką!
Oczy Iwana Iwanycza złagodniały:
— Martwisz mnie, Saszeńka. Bardzo mnie martwisz. Nigdy
jeszcze nie widziałem, żebyś otwarcie odmówił wykonania po-
lecenia.
— Głupstwo. Napiszę ci odpowiedni raport, który wyślesz
Pitmanowi przez radio. Zobaczysz, że chodzi tu o jakąś pomyłkę.
Odpowiedź na raport nadeszła zaraz następnego dnia:

198

Niniejszym potwierdzamy instrukcje przekazane ustnie. Pro-
szę traktować tę depeszę jako rozkaz na piśmie. Rękopis musi
być opublikowany przez wydawcę wskazanego wam wcześniej.
Nie może on w żadnym wypadku ukazać się u wydawcy prawico-
wego. Ostrzegamy was również przed jakimkolwiek złagodze-
niem tekstu, którego moglibyście próbować w trakcie tłumacze-
nia. Każde odchylenie w tym kierunku byłoby traktowane jako
uchybienie dyscyplinarne. Jeśli wydawca domaga się tekstu w
miarę postępów tłumaczenia, odmówcie. Tekst musi być do-
starczony w całości. Żaden nowy fragment nie będzie udostęp-
niony prasie. Kontynuujcie, wzmagajcie wszelkie wysiłki, aby
publikacja stała się międzynarodowym ewenementem politycz-
nym. Podpisano generał-pułkownik Pitman.

W kawiarni przy Porte d'Auteuil — Iwan Iwanycz lubił ka-
wiarnie usytuowane przy wylotowych arteriach; było to jedno z
tych przyzwyczajeń, przez które drugorzędni agenci pozwalają
się w końcu zgarnąć — Aleksander czytał wciąż od nowa kartkę
zapisaną maszynowym pismem, opatrzoną wskazówkami „bar-
dzo pilne” i „ściśle tajne”, a także znakami określającymi datę i
godzinę, jak w każdym telegramie.
Iwan Iwanycz uśmiechnął się z miną pełną politowania i wy-
ciągnął rękę. Depeszę trzeba mu było oczywiście zwrócić.
Na rogu stołu Aleksander nabazgrał swoją odpowiedź. Po-
twierdzał odbiór. Wykona. Ale odmawia wzięcia na siebie odpo-
wiedzialności: „Ani Lux, ani żadne inne porządne wydawnictwo
nie opublikuje Rosyjskiej prawdy. W mało prawdopodobnym
przypadku, gdyby jednak książka ukazała się, prasa odwróci się
od niej z obrzydzeniem i nie będzie mowy o żadnym ewenemen-
cie międzynarodowym ani nawet lokalnym. Obserwacje: autor
tekstu, kimkolwiek jest, musiał znacznie wykroczyć poza in-
strukcje, jakie otrzymał. Postulat: sugeruję aby tekst został po-
nownie przeczytany na najwyższym szczeblu”.

199

Tymczasem sławni dysydenci, z którymi nawiązała kontakt
Agencja Psar, zaczęli odpowiadać. Ci spośród nich, którzy pozo-
stali marksistami, wyrażali wątpliwość co do egzystencji prawdy
specyficznie rosyjskiej, ale cieszyli się ze stylu populistycznego
„Anonimowego więźnia” i chwalili go za powoływanie się na
pskowski dzwon, symbol dawnej niezależności gminy, czyli tym
samym komunistycznego powołania kraju. Oczywiście przy-
łączali się do potępienia lichwiarstwa, które jest równoznaczne z
potępieniem kapitalizmu. Jeden z nich napisał długi artykuł, w
którym wykazywał, że „Anonimowy więzień” czerpał swą in-
spirację z jego dzieł. Gratulował sobie, że jego dzieła dotarły na-
wet do celi 000 w szpitalu specjalnym. Inny przewidywał z góry
konkluzje, jakie z całą pewnością uwieńczą obserwacje tajemni-
czego autora: komunizm w swej istocie jest dobry, jedynie spo-
sób jego realizacji jest na ogół katastrofalny w skutkach. Należy
więc znów rozpocząć eksperymentowanie, a nie odrzucać dok-
trynę komunizmu.
Pewien antymarksistowski powieściopisarz pochwalił język
„Anonimowego więźnia”: Dobry jak chleb; chrupiąca skórka,
która kryje delikatne wnętrze”. Pewien krytyk skomentował:
„Nasz chór dysydentów już prawie zaczął nudzić, gdy oto pojawił
się wspaniały baryton, który przychodzi z nowym słowem, na-
wiązującym w pewnej mierze do Kryłowa”. Pewien moralista
otwarcie wyrażał swoje zadowolenie, że mieszkaniec celi „po-
trójne zero” jeszcze nieprędko z niej wyjdzie: „Z całą pewnością
należy odróżnić dezerterów, którzy dopiero po znalezieniu się na
Zachodzie zaczynają szczekać przeciwko reżimowi, od profetów,
którzy zaczęli przemawiać jak ludzie wolni jeszcze wówczas,
kiedy nimi nie byli. Ale oto po raz pierwszy nieposkromiony
śpiew wolności podnosi się z samego dna psychuszki”.
Ta ostatnia uwaga rzucała być może trochę inne światło na
zgodność, z jaką dysydenci, zwykle podzieleni, przyklasnęli z góry
publikacji Rosyjskiej prawdy. Niektórzy spośród nich woleli

200

uniknąć zbyt jawnej demonstracji wewnętrznych podziałów,
inni rozumieli, że sytuacja więźnia była ważniejsza niż wszystkie
małostkowe spory pomiędzy koteriami. Brodaty mędrzec, podzi-
wiany aż do nienawiści, wyszedł ze swej wieży z kości słoniowej
otoczonej drutem kolczastym, aby dać następujący komentarz
na temat kryptogramu, umieszczonego na dzwonie: „«Żelazna
Maska» pokazała palcem to, co w micie monarchicznym jest w
sposób nie dający się naśladować rosyjskie. Z lękiem i nadzieją
będziemy się przyglądali, jak nasza wewnętrzna, prosta i święta
prawda, która przez wieki całe wyrażała się w dewizie «Jesteśmy
Rosjanami, Bóg jest z nami», natchnęła tego krzyżowca naszych
czasów, jedynego spośród nas, który odważył się sięgnąć po
broń w obronie naszej wiary”.
Aleksander czytał to wszystko z pogardą: „Nie cierpię kurków
na dachu, obojętnie, w którą stronę się kręcą”. Ludzie tego typu
byli dla niego zdrajcami, niezależnie od motywacji: jakaś nieza-
spokojona ambicyjka, niewystarczająca pensja, niewystarczające
sumienie.
Doszło do spotkania tłumaczy. Aleksandrowi nie chodziło już
o tłumaczenie najlepsze z możliwych, dostarczone jak najszyb-
ciej, lecz o tłumaczenie, które pozostałoby tajne tak długo, jak to
będzie potrzebne. Zamiast pięciu tłumaczy wybrał zaledwie
dwóch. W ten sposób niebezpieczeństwo przecieków było mini-
malne, a praca ukończona zostanie później, dzięki czemu Fo-
urveret będzie miał mniej czasu, żeby wycofać się z umowy.
Pewna kostyczna stara dama rosyjska, mieszkająca w domu
starców, oraz młody profesor slawista, który miał pracować
podczas wakacji w Irlandii, zostali zaangażowani nie tyle dla ich
talentów, co raczej dlatego, że nie będą mogli się komunikować
ani między sobą, ani z paryskimi intelektualistami. Pozostali
trzej tłumacze obrazili się. Aleksander zrozumiał już, że „Opera-
cja Żelazna Maska” będzie jak pożar, który niszczy wszystko na
swej drodze. A to był tylko początek. Na szczęście zestawienie

201

przypowieści w Rosyjskiej prawdzie pozwalało na całkowicie
niekoherentne podzielenie tekstu między tłumaczy. Profesor
uznał wprawdzie w pierwszej lekturze, że strona polityczna była
dość trudna do przełknięcia, a stara dama, że pełno było termi-
nów tryw., gwar., i fam., jakich zazwyczaj nie spotykała, lecz
wystarczy dać im do zrozumienia, iż część przypadająca na każ-
dego z nich zostanie właściwie oświetlona dopiero przez tekst
tłumaczony przez drugiego, aby przyjęli to za pewnik. Zresztą,
do diabła, byli opłaceni i to nawet zupełnie nieźle. Zadanie, w
które wciąż nie wierzył, zaczęło pochłaniać bez reszty Aleksan-
dra, jak Iwana Denisowicza układanie cegieł.
Przeszedł lipiec. Poczta przynosiła strony tłumaczenia. Alek-
sander poprawiał, ujednolicał, oburzał się, przyzwyczajał się do
swego własnego oburzenia. Powierzono mu zadanie z góry ska-
zane na niepowodzenie. Uprzedził o tym, a teraz będzie próbo-
wał pomimo wszystko dążyć do sukcesu, chociaż będzie się czuł
równie usprawiedliwiony w wypadku porażki, którą przewidy-
wał, co w wypadku powodzenia w wyniku czynionych przez sie-
bie wysiłków.
Aby książka ukazała się we wrześniu, Fourveret, zmieniając
swój kalendarz wydawniczy, domagał się manuskryptu pod ko-
niec lipca. Aleksander zwlekał aż do 10 sierpnia. Miał spędzić
dwa tygodnie wakacji z Jessicą na jachcie jej przyjaciół. Musiał
zrezygnować z zaproszenia. Jessica nie skarżyła się: „Obejdę się
bez takiego kochanka”. I zabrała ze sobą attache z ambasady
jednego z krajów Południowej Ameryki. W tym roku korki na
drogach były zupełnie rekordowe. W Paryżu ulubione restaura-
cje Aleksandra były zamknięte, jadał więc w bistrach, konstatu-
jąc ze zdziwieniem ich taniość. Potrzebował teraz cztery razy
mniej czasu na podróż z domu do biura. Dwóch wydawców
chciało publikować Rosyjską prawdą w języku oryginału. Od-
mowa. Jeden z nich próbował się dyskretnie poinformować, kim
są tłumacze. Klęska. W kinach dawano wznowienia starych

202

filmów. Można było parkować samochód gdzie się chciało. Mał-
gorzata, która chciała wyjechać w sierpniu, zapytała, czy nie
byłoby lepiej, żeby została, jako że miała się ukazać ważna książ-
ka. Aleksander myślał, że książka nie ukaże się wcale. Tak czy
inaczej cały ten cyrk, jeśli w ogóle ruszy, nie zacznie się przed
początkiem września.
— Nie, nie, Małgorzato, proszę wyjechać i odpocząć. A dokąd
w końcu pani jedzie?
Wyjeżdżała do swojej matki, do Lisieux. Wyjechała. Jeśli bę-
dzie jej potrzebował, wystarczy jeden telefon. Dopiero po kilku
dniach zaczął odczuwać jej brak. Jej spojrzenia były tak oddane i
pełne uwagi... Zastanawiał się z roztargnieniem, jakiego koloru
były jej oczy i stwierdził, że nie wiedział tego. „Żyję już zbyt dłu-
go pochłonięty tylko jednym. To wszystko niedługo się zmieni”.
Pogoda była niepewna, nie było zbyt ciepło. „Obecny sierpień
jest o wiele chłodniejszy niż czerwiec sprzed trzydziestu lat”.
Przyszło mu nagle do głowy, żeby zobaczyć galerię chimer, ale
kiedy tuż przed nim dziesięć autobusów wyrzuciło ładunek Teu-
tonów na wprost schodków Quasimodo, zrezygnował z tego za-
miaru. Zastanawiał się, jaka jest pogoda w Moskwie, w Lenin-
gradzie. „Jeśli dyrekcja ma jakąś filię w Leningradzie, chciał-
bym, żeby mój apartament był na Fontance...”
W końcu tłumaczenie było gotowe. Mimo ponagleń Fourve-
reta — „Drukarnia czeka! Nie zamknęli jej w sierpniu tylko ze
względu na nas!” — Aleksander ociągał się jeszcze kilka dni. Po-
prawiał niektóre fragmenty, przepisywał najbardziej pokreślone
stronice. Jednak w końcu trzeba było zanieść do wydawnictwa
Lux gruby, biały klaser, zapięły białym paskiem, przeszytym
czerwoną nitką. Aleksander oddał swój ładunek wybuchowy,
wysłuchał wylewnych podziękowań i zaczął czekać na eksplozję.

Gabinet naczelnego dyrektora wydawnictwa Lux był duży,
biały, jego umeblowanie składało się wyłącznie ze stołu, foteli i
gablotki, zawierającej hiszpańskie krucyfiksy, przedmiot kultu

203

dla jednych, kolekcja nagród dla innych. Stół ustawiony był przy
oknie w ten sposób, że każdy gość znajdował się w pełnym świe-
tle, podczas kiedy surowa lecz sprawiedliwa twarz naczelnego
dyrektora pozostawała w półcieniu. Niektórzy myśleli, że był to
tylko przypadek, lecz wystarczyło złożyć wizytę panu Fourvere-
towi wieczorem, aby móc stwierdzić, że lampy były ustawione
tak, by osiągnąć dokładnie ten sam efekt.
Uścisk dłoni. Proszę siadać. Fourveret zasiadł za stołem, zło-
żył ręce, opuścił oczy. Na jego dużej, ascetycznej twarzy widniały
okulary w kwadratowej oprawce, które potrafił majestatycznie
zdejmować i wkładać w odpowiednich momentach.
Aleksander czekał. Nie był z natury lękliwy, ale konieczność
obrony projektu, którego nie pochwalał, stawiała go w niewy-
godnej pozycji.
Po dłuższej chwili medytacji Fourveret uniósł głowę, zdjął
wymownie okulary i powiedział z drapieżnym uśmiechem:
— A więc trzeba być na prawicy, ponieważ dobry łotr został
ukrzyżowany po prawej stronie cieśli z Nazaretu!
Odczekał kilka sekund i ciągnął dalej, o ton głośniej:
— A kiedy z głęboką odrazą odepchnął sztukę złota, którą
Mu podawano i stwierdził, że należy oddać cesarzowi jego
błyskotki, to, co chciał w rzeczywistości powiedzieć, to nic inne
go jak to, iż do państwa, a nie do banków należy bicie monet!
Carska Rosja liczyła siedem razy mniej policjantów niż Wielka
Brytania i pięć razy mniej niż Francja! Komunizm, ta dziwna
choroba, zapanował w Rosji jak grypa na Hawajach, ponieważ
carska Rosja w swojej niewinności nie wyprodukowała odpo-
wiednich przeciwciał!
Fourveret założył znów okulary i jego twarz nabrała wielkiej
powagi:
— Proszę mi w końcu powiedzieć, mój drogi, co jest grane?
Kto tu sobie urządza kpiny?
Aleksander przygotował sobie plan kontrataku. Położył na

204

I nie dlatego. Inni wydawcy być może mają tylko jedno zmartwienie: forsa. że przede wszystkim jestem sumieniem i że w miarę moich możliwości dążyłem zawsze do tego. że jestem wydawcą.. Ja także. którzy nimi nie są. pochodzących z listów od dysydentów.. mam współpracowni- ków. rzecz jasna. tylko sądzę. Ich opinie. Wykonał obleśny gest liczenia banknotów.. dla którego krwawi moje serce. Ale jakież to ma znaczenie. dopóki jej nie przeczy- tałem. — Oni nie czytali książki. Podniósł się z krzesła i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi na plecach. darzę pana szacunkiem. Bóg mi świadkiem. — To na skrzydełko okładki. jakby to było nie- przyzwoite słowo. mój drogi. zostały jeszcze dodatkowo przemyślnie spreparowane i zredagowane. i tak pozytywne. Ale to. lub też niechęć do złych książek i złego postę- powania. byłbym bogatym człowiekiem. Jestem chrześcijaninem.. Lux oznacza tutaj światło. Gdybym tylko chciał. które nas dzielą. skoro wszyst- kich nas jednoczy poparcie dla udanych dzieł literackich i do- brych uczynków. forsa. by wy- konać pełen wigoru i jednocześnie nobliwy gest. posiadamy pewną wspólną cechę — całkowitą integral- ność intelektualną. bo moja reputacja jest wystarczająco znana na rynku — wiadomo.) Jeśli o mnie chodzi. Są wśród nich być może — a nawet na pewno — komuniści. panie Psar. (Wy mówił to z dreszczem obrzydzenia. wiadomo też. rozplatając je od czasu do czasu. zawsze sądziłem.stole serię cytatów. Całość była olśniewająca. krwawiące serce ludzkości. że to moje sumienie. Fourveret spojrzał na papiery i odsunął je od siebie. to wielkie. Jeśli o pana chodzi. żeby moje wydawnictwo posłuszne było mojemu sumieniu. — Mój drogi. (Wymawiał 205 . i właśnie w tym cierpieniu jednych dla drugich i artysty dla społeczeństwa widzę prawdziwe znaczenie działalności wy- dawnictwa Lux. chociaż Bóg nie jest do tego potrzebny. że sumienia wszystkich ludzi dobrej woli nastrojone są na tę samą nutę. co dla mnie się liczy. że pomimo różnic.

że pozwala się mówić tylko tym. komuż by się pan sprzedał? Czyżby wszedł pan w kontakt z jakąś organizacją neo- faszystowską? Czy ktoś panu zapłacił. okazując w ten sposób. Odwrócił wzrok od Aleksandra. że jego cierpli- wość nie ma granic. którzy publikują wyłącznie poglądy zgodne z ich poglądami? Czyżby wolność słowa polegała na tym. proszę mi wybaczyć to słowo. czy nagle pan oślepł. 206 . można być człowiekiem godnym szacunku nawet na prawicy. albo są tro- chę na lewo od pana? Fourveret zasiadł ponownie przy stole.) Prowa- dzi pan dla mnie Genezą rewolucji i Białą Księgą. że nie pozwolę na to! Zresztą jaką bym miał mieć z tego korzyść. żeby pana opinie polityczne były nie w porządku. Zastana wiałem się. W każdym razie tak sobie to wyobrażam. że ja się z nim zgadzam? Czyżbyśmy byli fana- tykami. Fourveret? Po co ten patos? Nie zgadza się pan z programem „Anonimowego więźnia”? A kto panu powiedział. bo dzięki panu spędziłem bezsenną noc. lecz mam tu swoje powody. stał się pan przekupny? W tym ostatnim przypadku. miał pełne usta samogłoski „a”.„Psaaaaar”. gubiłem się w domysłach na temat pańskiej osoby — dodał cichym głosem. aby mnie skompromito- wać? Powinien pan wiedzieć. jak wryty. jakby wyciągał szablę z pochwy): co się stało? Aleksander patrzył na wydawcę nie ukrywając swego rozba- wienia: — Co się z panem dzieje. — Może pan być dumny. z którymi nie może się równać żadna seria innego wydawcy. stracił rozum. którzy myślą podobnie jak pan. bo w końcu póki nie jest się ekstremistą. — Jak pan sobie może wyobrazić. Przez chwi- lę pokazywał mu swoje plecy. gdybym wydał tę książkę? Rosyj- ska prawda nie sprzeda się nawet w dwu tysiącach egzemplarzy. Pytam więc pana (zatrzymał się nagle. czy też. i tak wyraźne pod- kreślanie egzotyki jego nazwiska stawało się obraźliwe. Nie przypusz- czam. i zdjął okulary. Zaczął przecierać chu- steczką szkła okularów.

zamierza pan ze rwać naszą umowę? — zapytał Aleksander powściągliwie. odsyłając 207 . zrobiłbym coś złego i zdaję sobie z tego sprawę. Ale przypuśćmy. moim starym przyjacielem. Fourveret. Ta uwaga rozweseliła wydawcę: — Przecież nie będę pana. Ale w końcu (obrócił się nagle i oparł się plecami o stół) czy byłby pan łaskaw wytłumaczyć mi. spuściłbym na to zasłonę milczenia. Fourveret. dla pańskiego wydawnictwa. jakim prawem pozwolił pan sobie zaproponować mi ten zbiór idiotyzmów i podłości? Aleksander miał wyjątkową zdolność stawiania czoła w trud- nych sytuacjach. że jednak to robię. To nie są żadne argumenty. O co panu chodzi? O spokojne sumienie wydawcy. „Gdybym to opublikował. który zawsze cieszył się opinią gwiazdora uczciwości intelektualnej i który zerwie umowę. co słyszę od kwadransa. ponieważ nie ma pan upoważnienia autora. — Jeśli pana dobrze rozumiem. Jaka byłaby pańska reakcja?” Zna pan Bal- landara. Co pan właściwie zarzuca Rosyjskiej prawdzie? — Takie chwyty poniżej pasa nie są pana godne. Wszystko. Odpowiedział mi: „Przez szacunek dla pana. że umowa wy- dawnicza. I to wszystko.. Przydało mu się to w jego obydwu zawodach.. jak panu wiadomo. uczyć. ponieważ dobrze wie. jakby się książka wcale nie ukazała”. to obelgi pod ad- resem człowieka zdychającego właśnie w więzieniu psychiatrycz- nym. oddzielony od niego stołem. pozornym i rzeczywistym. Psaaaaar. że w moim zakłopotaniu wybrałem się do José Ballandara. Psar — po- wiedział Fourveret. bzdury i brudy. — Podłości. Zachowałbym się tak. że „Anonimowy wię- zień” nie będzie miał żadnych możliwości obrony prawnej. Prosząc o dyskrecję dałem mu do przeczy- tania kilka wyjątków z tych brudów. Mogę się panu przyznać. które w myśl prawa nie należą do pana. Zwracam panu pańskie prawa. — Albo ten tekst nadaje się do publikacji i nie robię panu krzywdy... To sumienie. nawet wbrew oczywistości. który jest.

Tezę tę mają ilustrować pseudohistoryczne przykłady: Roosevelt był agentem Stalina. moje serce krwawi dla Rosji. Niczego nie wymyśliłem.. Powiedziałem panu. Usiadł i założył okulary tak jak angielski sędzia zakłada peru- kę. mimo bezładu kompozycji. dlatego też należy zniszczyć komunizm (sic!) oraz 3. Aleksander nie miał na to żadnych argumentów. — Psaaaaar. Fourveret. niech pan sobie wyobrazi. której zasadniczym atrybutem będzie bicie monety. Kapitalizm jest źródłem wszelkich nieszczęść. który z kolei działał jako agent Rockefelle- ra. ani prawdziwa. co mi odrzekł Ballandar. ufając panu w dalszym ciągu. I to wszystko. ale nie będziemy mieli tego popar- cia. I pan mnie pyta. Kiedy Fourveret wypowiadał słowa „moje serce krwawi”. namawiając mnie na druk. że jego szaleństwo jest interesujące i że przy poparciu prasy. albo się nie nadaje i wówczas pan jest wobec mnie nie w porządku. zastąpić go monarchią teokratyczną. ale Rosyjskiej prawdzie za- rzucam. jak zdejmuje się maskę. 2. dzieło niniejsze broni takiej oto tezy: 1. że nie jest ani rosyjska. ale uważam. Do tego dołącza się jeszcze absur- dalna demaskacja rzekomego spisku światowego lichwiarzy. że nie podzielam w najmniejszym nawet stopniu poglądów tego wariata. którego auto- rytet jest panu znany i który zawsze był dobrze usposobiony dla naszego wydawnictwa. drogi przyjacielu. kładł na swej lewej piersi dłoń o szeroko rozstawionych palcach i trzymał ją tam kilka sekund.. ukazał mi się pan w zupełnie nowym świetle i być może mylę się. co zarzucam Rosyjskiej prawdzie? Jak pan wie. Bóg mi 208 . — To oczywiste. wciąż siedząc. Później zdjął okulary.pana do innych wydawców. — Tak. zlustrował go spojrzeniem. Aleksander podniósł się i przyciągnął do siebie maszynopis. Zajrzał do swoich notatek: — Jeśli w ogóle można coś z tego zrozumieć.

. Uśmiechnął się szeroko. wziąwszy jeszcze pod uwagę zawoalowane groźby i paternali- styczne porady wydawcy. (Kiedy mówił „Bóg mi świadkiem” wznosił oczy do nieba i opuszczając je potem zatrzymywał przez sekundę spojrzenie na kolekcji krucyfiksów. do jakiego stopnia zaśle piła pana słowiańska wrażliwość i jeśli wyrzuci pan tę paczkę makulatury do najbliższego ścieku. Jeśli natomiast zrozumie pan. szeroki gest... Zamknął oczy i bardzo cicho wymówił: — Proszę się modlić.. — .. W niczym nie ułatwiało to jednak sytuacji. trzymając okulary.. właściwie zga- dzał się z nim. Zakopiemy topór wojenny i nigdy nie będziemy wra- cali do naszego małego kryzysu. witającego swego marnotrawnego syna. Pozwolę sobie dać panu pewną radę. Na progu zatrzymał się i chwycił go za rękę. co to są pieniądze? Wykonał ręką.wtedy Geneza rewolucji i Biała Księga będą się nadal ukazywały.świadkiem i widzi. Przypominał teraz rozpieranego przez radość ojca. że stracę sporo pie- niędzy wskutek wywrócenia się mojego planu wydawniczego. by wziął na siebie to ryzyko — będę musiał ze szczerym żalem wyrzec się dalszej współpracy z panem. ale. gdyby nawet w tej profesji udało się panu znaleźć kogoś aż tak nędznego. Zamknął dłoń Aleksandra w swoich rękach i zatrzymał ją kil- ka sekund. że wolę grzeszyć nadmiarem niż skąpstwem. Aleksander przewidział odmowę Fourvereta. Nałożywszy okulary odprowadził Aleksandra do drzwi. To prawda. 209 . Jego szlachetna twarz stała się jeszcze bardziej szlachetna: — Mam dwadzieścia lat więcej niż pan.) — Jeśli ta rzecz ukaże się u jakiegokolwiek wydawcy — a byłbym zdziwiony.

— Nie służą niczemu w świecie książek. — Nie chodzi o to. — Do czego zmierzasz. Więk- szość książek tonie. które zacytował Ballandar. kiedy dowiedział się o odmownej decyzji Fourvereta. jeżeli książka zostanie dobrze przyjęta. jak tylko on się wypowie. — I nigdy nie zdarza się. Czy możesz znaleźć jeden lub dwa głosy. zdając się na przypadek. Trzy czwarte dzien- nikarzy mówi wyłącznie o książkach. albo na kaprys fortuny. które mu odpowiedzą? — Oczywiście. Ale właśnie ci powtórzyłem. Iwan Iwanycz w rozmowie telefonicznej nie okazał wcale zdziwienia. tylko niektóre utrzymują się na powierzchni. co pociągają za sobą in- nych? — Najlepszy jest Ballandar i należy do mojej orkiestry. żeby spotkała się z sukcesem? — Jeśli kiedykolwiek rozwiążesz tę zagadkę. Zapytał tylko: — Przypuśćmy. — Niczego nie przesądza. na temat waszego towaru. — Badania rynku. Pierwszy skok jest niewiadomą. jakie jest jego zdanie. Można wpłynąć na powodzenie sprzedaży. Będziesz miliarderem. i te właśnie umiemy doprowadzić aż na pełne morze. 210 .. — Rzadko. że są pornograficzne kryminały. słuszne zresztą. ale na początku rzucamy ją na głęboką wodę.. Przynajmniej na po- czątku. zmień praco- dawcę. — Ale rzadko się zdarza. że książka jednak ukaże się. — Jednak poparcie prasy. żeby prasa robiła hałas wokół ja- kiejś książki i żeby nikt jej nie kupował.. Pomyśl. żeby tylko jeden pies szczekał na wsi. wielkie książki. co należałoby zrobić. świetnie idące.. a inne nie odpowiadały. Iwanie Iwanyczu? — Jacy są najlepsi szczekacze? Ci. których nikt nie kupuje i prawdziwe.

nawiązująca zarazem do Ludwika XVI. panie Psar — powiedziała pani Emi- lienne. że jeśli przydzieliliśmy do twojej orkiestry tych dwóch muzyków. a z kilkoma prałatami ob- lewano powodzenie Białej Księgi o Kościele. grubą teczkę. Ale powtarzam ci. umieją śpiewać. że. że zezujesz na Jessicę. Jechać tam natych- miast? Pokusa była silna. Naznaczył spotkanie na następny poranek. gdzie był dawniej mile widzianym go- ściem. Z Porte d'Orléans Aleksander pojechał prosto do biura wy- dawnictwa Lux. Biała fasada w stylu Napoleona III. Zresztą pocze- kać chwilę z otwarciem ognia też było przyjemne. Fourveret nas nie opublikuje... — Nie bądź naiwny.. żeby powiedzieć to samo co on. Gdyby twoja żona dowiedziała się. W ręce trzymał czarną. ale to dlatego. nikt już nie ma na su- mieniu wstydliwych sekretów. Fourveret znajdował się zapewne w swej posiadłości w Dourdan. drudzy żeby mu się prze- ciwstawić. to dlatego. ponieważ wszystko jest dozwolo- ne. czy też podać panu apéritif w ogrodzie? Zazwyczaj Aleksander wolał wnętrze domu.. ale korki na drogach. Uprzedzałem was. „Pojadę ju- tro”. Domyślasz się. została niedawno odnowiona. — Wszyscy sana mszy. — Poradzimy sobie. Tam właśnie świętowano sukces Białej Księgi o edukacji narodowej z profesorami z Sorbony. — Chce pan na nich poczekać w salonie. to Ballandar będzie milczał.Jedni. Jesteśmy w Paryżu. Iwanie Iwanyczu. Żwir podwórka. w kawiarni tuż obok Porte d'Orléans. Był czter- nasty sierpnia i drzwi były zamknięte. to być może pogłaskałaby cię wałkiem do ciasta. a nawet jeżeli tak. nieskazitelnie wygracowany. chrzęścił rozkosznie pod oponami. Następnego dnia około jedenastej trzydzieści Aleksander znalazł się w Chatelet. że nie należy do inteligencji idącej z duchem czasu. tego jednak dnia 211 . jak mówią Francuzi. Iwan Iwanycz nie podjął wyzwania. w ostatniej ćwiartce dwudziestego wieku.

— Co będziesz robić. z czymś nieokreślenie prowincjonalnym w sposobie by- cia. że grzeczność ich miała w sobie coś naturalnego. i co jakiś czas dotykał jej czubkiem buta. 212 . ale przywitał się z nimi poważnie. Jego spojrzenie zatrzymało się być może nieco dłużej na Mikołaju. wypadła z drzwi balkonu. Nagły hałas i cała chmara dzieci. pięcioletnim blondynie o krótko obciętych włosach. Kostki lodu dzwoniły w kryształowej szklaneczce. w twoim wieku chciałem zostać dowódcą łodzi podwodnej. — Jeszcze nie wiem. Aleksander zdziwił się. — Szalenie się cieszymy pańską wizytą. — Ja. pa- trząc każdemu z nich prosto w oczy. Mikołaju.. i to im się spodobało. za którymi kroczyło kilkoro dorosłych. Potrząsał ręką Aleksandra. Usiadł pod parasolem. Były tak dobrze uło- żone. Mikołaju. Zna pan moją córkę. ile trzeba było. jak będziesz duży? Mikołaj jeszcze seplenił. że musiałem pana ścigać aż tutaj. Światło zała- mywało się w lekkiej mgiełce. — Drogi Psaaaaar! Cóż za niespodzianka! Naturalnie zje pan z nami obiad? Fourveret pokazywał w uśmiechu wszystkie zęby. lecz jego zaproszenie było z rzędu tych. Dzieci nosiły imiona bezpretensjonalne. madame Faubert? A to moje wnuki. Aleksander położył swoją teczkę u stóp. Musiałem pana zobaczyć w pilnej spra- wie. chuda. — Ależ nic podobnego — powiedziała pani Fourveret.potrzebował powietrza. jego oczy jednak pozostały czujne. Park miał nie- wiele więcej niż hektar powierzchni i ścieżki były w nim popro- wadzone w stylu angielskim. Udawały onieśmielenie tylko tyle. tak aby osiągnąć jak największą ilość perspektyw i przedłużyć odległości. których nie powinno się przyjąć. — Chcę placować na giełdzie jak tatuś. Aleksander nie zapytał o ich postępy w szkole. Przykro mi. Ptaki śpiewały.. Wielkie drzewa unosiły ku niebu ciężkie od liści gałęzie. duża.

w dniu Matki Bo- skiej Zielnej. o litość. że się pan zastanowił i chce pan zrezygnować z publikacji tego. Madame Fourveret mówiła głośno. że nie ma już sukni do pierwszej komu- nii. Dzieci przekomarzały się milutko o miejsca przy stole. A wyobraź sobie. które lato zdążyło już przyżołcić. każda z kieliszkiem porto w ręce. Bogu niech będą dzięki. nikt mamy już nie zmieni. — No więc. jak zacząć. z mszą świętą. Szli pośród przystrzyżonych trawników. jak Marii Ka- rolinie byłoby ślicznie w tych wszystkich koronkach.. Czuł zażenowanie na myśl.. Nawet psy nie gry- zą ofiarowanej im obroży. rozprawiały z ożywieniem: — Możesz mówić co chcesz — mówiła z przekonaniem mat- ka— ale ja bardzo żałuję. który głęboko na- znaczył jego naturę. z rozpaczliwą emfazą tych. mówię ci: jeśli jest ten pan. kontemplując scenę rodzinną ponad trawnikiem. „Nie. a jednak nie bardzo wiedział. Emilienne nakrywała do stołu na tarasie. Fourveret ujął go za łokieć. z drobną kłótnią przy deserze na temat osy. że ten człowiek za chwilę będzie od niego całkowicie zależny. pierwsza bym tego żałowała. co miał zrobić. wodą zabarwioną winem dla starszych dzieci. którą złapie jeden z chłopców i będzie chciał przekroić nożem. Zresztą gdyby się ma- ma zmieniła. Pani Faubert i pani Fourveret. ta pilna sprawa? Proszę mi powiedzieć. obiadem pod gołym niebem. Jedna z dziewczynek z przejęciem pomagała Emilienne nakry- wać do stołu. Surowa twarz Fourvereta rozświetliła się od wewnątrz: 213 . klombem. Będzie to prawdziwe święto rodzinne. babcią. Odczuwał żywą przyjemność na myśl o tym. Brzęczały pszczoły. — Przejdźmy się trochę — zaproponował Aleksander. których już nikt nie słucha. ścieżką. jeszcze jedną ścieżką. Jej córka śmiała się czule: — Mamo. Fourveret zatrzymał się. Cóż to komu przeszkadzało. ale o konwenans. dziadkiem. Nie chodziło tu. to wszystko się przesuwa o jedno miejsce”.

choć na twarzy jego utrzymywał się wciąż uśmiech no- bliwy i szlachetny: — Dlaczego mi pan opowiada tę okropną historię? Te po- twory. co mi robił tamto”. czy też partnerzy. Instytucja ta nie apeluje do mi- łosierdzia ludzkiego i nie zabiega o wsparcie. — Znam tę historię — powiedział Fourveret. są z pewnością bezkarne. co mi to ro- bił. raz niebieskimi baletami. niech pan to nazywa jak pan chce. to piękne.. — Trochę później w Ville d'Avray założono pewną instytucję charytatywną. — Nie bardzo pana rozumiem. Mówił głosem pełnym przejęcia. Jej celem jest opieka nad młodymi sierotami i kształcenie ich. Na to właśnie czekał Aleksander: — Tak. jako że nikt ich nigdy nie widział. Prawdą jest. tyle że nie zawsze wystarczające. która czyni je tym cenniej- szymi w oczach ich protektorów. co nazywano raz różowymi baletami. Czy słyszał pan. że te wzruszające maleństwa nie są całkowicie bezczynne i mają jeszcze jedną cechę szczególną. uśmiechając się i nie patrząc na Aleksandra. biorąc udział w czymś.. Ci panowie byli nieostrożni. o instytucji dla młodych niewidomych sierot w Ville d'Avray? Fourveret odwrócił się od Aleksandra. niewątpliwie podłe. która rozgrywała się pod parasolami. — Jakieś trzydzieści lat temu — podjął Aleksander — pewna ilość dobrze sytuowanych osób. Mówili nie patrząc na siebie. narobiła sobie kłopotów. były przesłuchiwane. Fourveret. z których wiele miało chrześci- jańskie rodziny. z oczami wciąż utkwionymi w idylli. Rozpoznały swo- ich klientów i wszystko opowiedziały: „To ten pan. a to ten. Dziwna sprawa. Ich ofiary. załamały się niektóre kariery. Doszło do paru samobójstw. 214 . — Jakie to piękne — powiedział cicho — chrześcijańska ro- dzina. A jednak dora- stające sieroty opuszczają ją z okrągłym kapitalikiem.

rozgrywający się za trawnikiem i klombem dalii. — W przeciwnym wypadku niczego nie obiecuję. nie będąc widzianym. — No tak — powiedział lekko Aleksander — wiem dobrze. — I zrobi pan wszystko co trzeba. Po południu. wnuki i ich ba- let Wniebowzięcia. Na suchej twarzy Aleksandra pojawił się uśmiech: — W takim razie z przyjemnością przyjmuję pańskie zapro- szenie na rodzinny obiad. Wymówił z trudem: — Książka ukaże się w przewidzianym terminie. córkę. I nie tylko Bóg. Te coraz częst- sze wywczasy pracowników umysłowych drażniły go. a nawet do pewnego w niej pokoju. skoro nie cofał się przed ryzykiem zaalarmo- wania stałych bywalców willi! Fourveret patrzył znów na swoją żonę. co pozwala im porozumiewać się z dyrekcją nie ujawniając się. Otworzył z trzaskiem jeden z zamków swej teczki: — Interesują pana zdjęcia pornograficzne. jest świadkiem w każdej sytuacji. jak lubi pan powtarzać. „Tam 215 . Aleksander zatelefonował do «Obiektywu». dzięki czemu mogą wejść do willi. Fourveret miał zesztywniałe jakby z zimna wargi. Fourveret? Na jednych z nich widać nawet małą białą laseczkę w nogach łóżka. że ci panowie mają pseudonimy. Instytucja niewidomych sierot funkcjonowała od piętnastu lat. Bóg. aparaty fotograficzne ukryte w murze istnieją nie tylko na filmach. co będzie w mojej mocy. skandując każde słowo. — Zrobię wszystko. drogi panie Fourveret. żeby to był triumf— po- wiedział Aleksander. wciąż w roli karzącego archanioła. Ale Bóg. Rozumie pan. Departamentowi musiało bardzo zależeć na publikacji Ro- syjskiej prawdy. a także klucze. — Jus są osy ! — wykrzyknął Mikołaj wymachując nożem do chleba. Nikogo nie było.

Jednak pewna niechęć w gło- sie: Ballandar przeczytał Rosyjską prawdę i obawiał się. jest pan wspaniały!” Zgodził-(a)-bym się pójść z nim do łóżka. a poza tym mała kabina powodowała w nim przypływ klaustrofobii. Iluż młodych autorów dygotało przed tymi drzwiami! Iluż z nich. Zdawać się mogło. a gdy tylko natrafiał na opór. zresztą mylnie. w którym mógł sprawować swoje rządy. ożeniony z siostrze- nicą Y. ale w rzeczywistości ata- kował tylko bałwany śniegowe. nawet nie dał najmniejszego słowa polecającego dla Grasset. że znajdował się u szczytu kariery. Co za świnia. Niezła imitacja starej bramy. Zatelefonował do niego do domu. by grać szczerą lub szyderczą komedię uwielbienia. „Ależ oczywiście. „Tak pana podziwiam”.. proszę przyjść”.” Udało mu się osiągnąć reputację kogoś śmiałego. Ulica de Tournon. jak i przez zami- łowanie do urlopowych intryg.przynajmniej zmusza się ich do przepracowania dla partii nie- dziel w dobrowolnym czynie społecznym!” Czy Ballandar poje- chał do Ramatuelle. Obawiał się. żeby wywrzeć 216 . odnowiony w najbardziej agresywnie nieskazitelny sposób. o których mówi się. Dywany. W rzeczywistości wycinek. Zadzwonił do wysokich drzwi z rzeźbio- nego dębowego drewna. że jakiś X.. ograniczał się tylko do: „Tego nie można powiedzieć.. przychodziło tu. że rządzą li- teraturą. „Panie Ballandar. wymierzał ciosy w miękką mate- rię. czy też posiadający odpowiednie środki. czy przypadkiem Aleksander nie przeszedł do obozu tych niedoty- kalnych (trędowatych). publikowanych lub nie. Aleksander nie wszedł do windy. Ballandar należał do ludzi. bo to dobre dla ćwi- czenia oddechu. a jednak żył w ciągłym poczuciu zagrożenia. Kamienny mur. czy do Port-Grimaud? Fourveret widział go trzy dni temu w Paryżu i w jego stylu byłoby raczej pozostanie w Paryżu w sierpniu — zarówno przez snobizm. Siedemnastowieczny budynek.. Aby utrzymać swój autorytet Ballan- dar poddawał się bez przerwy autocenzurze. giął się w ukłonach. Tego się nie robi. nie był wielki. ale nawet nie zaproponował. prawicowych ekstremistów.

którzy nie mieli żadnego talentu. że nie ma żadnego szczególnego talentu. I tak było lepiej dla wszystkich. stojącego na świeczniku inteligencji. starannie dobierał swych protegowanych wśród neofitów. ostrożności. stając się znowu lub debiutując w roli inspekto- rów ubezpieczeń. pewien że przynosi wybitne dzieło i że lekkie popchnięcie pana José Ballandara uczyni go sławnym i kochanym. gwiazdek filmowych czy też nauczycieli. zaraz na niej zagra i Ballandar zatańczy. „Proszę to przeczytać. nie przyznając się do tego przed sobą. w okresie kiedy brał siebie za pisarza. że on także. popierającego młodszych od siebie (był młody od chwili kiedy przestał być dzieckiem. może go wysadzić z siodła. to znaczy dobre czterdzieści lat). — Ależ proszę wejść. Czyż niepokoi się ludzi wizytami piętnastego sierpnia? Chodziło 217 . podziękuje mi pan. Popierał ich pierwsze książki. co posiada to nazwisko. Jako debiutujący agent literacki poznał różne przedpokoje. i jedyne. co okazałoby się całkiem proste. cóż mógłby robić innego? Nieudany pisarz może się stać krytykiem.. Zastanówmy się: gdyby Ballandar utracił swoją pozycję. Uprzejmy. że autor spalił żywcem swoją pierwszą żonę?” Było rzeczą dość miłą pojawić się u jednego z kapłanów literatury. znikali gdzieś. Dlatego też. Aleksander pomyślał. potem zaś jego faworyci. ale krytyk? Zresztą Ballandar nie był ani zły. mógł był się tu pojawić. nie stanowiąc żadnej konkurencji dla niego. Kariera intelektualisty przypo- mina jazdę na nartach wodnych. ani dobry. Naciskając palcem wskazującym słońce miedzianego dzwon- ka. z odrobiną wyższości i. Czy wie pan. pan pierwszy się o tym dowiaduje. jako że wiedział. dbając o swą opinię młodego intelektu- alisty. rzecz jasna. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tej gamy upokorzeń. Czy nie chciałby pan rzucić okiem przynajmniej na pierw- szy rozdział? To będzie wielki sukces. mając w zana- drzu fujarkę. należy się trzymać uchwytu liny jak najdłużej. Przeżył za to inną. był ostrożny.presję na Z.

w koszuli z nieodzownym jedwabnym fularem. w białych spodniach. żeby wpłynął na zmianę decyzji Fourvereta. Literatura (nareszcie znalazł od- powiednie sformułowanie) jest aktem kreacji. żeby fikał przed nim koziołki na dy- wanie. nie chce pan śrubokręta? Naprawdę whisky? Ale przynajm- niej nie Glenfiddish? Wszyscy ją mają.. to rewolucja w pigułce.. Drogi Aleksandrze Psar. Ale chodziło o coś lepszego niż o koziołki.. ton anglosaski. nawet w rękawiczkach. Oczywiście wódka. Próbowali po prostu być lepsi. że chce pan whisky? To try- wialne. Ale Fourveret miał rację. mógł poprosić Ballandara. z sokiem pomarańczowym. To wszystko jedno. Mógł uzyskać satysfakcję natychmiast. klasycy przeciwko modernistom. Właśnie tak. co Amerykanie nazywają śrubokrętem.. Literatura. których wystudiowana forma zdawała się zwężać biodra. Aleksander wszedł. byłbym zapomniał. 218 . Zgadza się? — Hugo nie był przeciwko Racine'owi ani moderniści prze- ciwko klasykom.) Co mogę panu podać? Sok z papai? Może batidy? Nie powie mi pan chyba. poprzez który pewna klasa czy generacja afirmuje się przeciwko swym po- przednikom. (Żadnego kontaktu fizycz- nego. chodziło o przeprowadzenie pewnej demonstracji aż do absurdu. pan mnie wprawia w zakłopotanie. — A więc dialektyka? — Nie wszystko jest złe u Marksa. Ach.. — No. Hugo przeciwko Racine'owi. Aleksander zapytał zwyczajnie: — Czym jest dla pana literatura? Ballandar.z pewnością o to. Literatura jest w swej istocie rewolucyjna.. Nie. Rosyjskiej prawdy nie należało doty- kać nawet dwoma palcami. To. uniósł jasne brwi: — Literatura? Ależ proszę wejść. Może Old Mortality? Powiedział pan Literatura. i Ballandar by to zrobił. Racine przeciwko Corneille'owi. chciałem powiedzieć moderniści prze- ciwko klasykom.

palarniami. Wszędzie były książki. egzemplarze okazowe. Jeśli chodzi o pogrążenie Engelsa. nie mógłby pominąć José Ballandara. troszczy się pan o dobre samopoczucie mas pracujących! Jakie to do pana po- dobne! Siedzieli po obu stronach malachitowego stoliczka w pokoju o nieokreślonym przeznaczeniu. I wszystko w tej świątyni pozwalało odczuć. osiemnastowieczne srebra. Albo zrobić z niej strzałę. centralnie regulowane. których dobry smak nie po- zwalał mu sprzedawać i dla których kazał zrobić wspaniałe he- banowe półki. Ballandar żył dostatnio ze swego złotego pióra (i niewin- nych spekulacji giełdowych). inni dziennikarze wymieniali jego nazwisko z szacun- kiem lub oburzeniem. co wychodzi na to samo. — Dialektyka pochodzi od Engelsa. muzeum. Bez wątpienia znajdował się wewnątrz świątyni. kauka- skie dywany. do jakiego stopnia jego eksce- lencja zadowolony był z samego siebie: chińskie parawany i ob- razy mniej znanych impresjonistów. U Ballandara wszystkie pokoje były jednocześnie salonami. w jednym z niewielu schronień współczesnej literatury. japońskie kakemono i ukryte urządzenia klimatyzacyjne. Gdyby przewidziano w budżecie posadę dworskiego krytyka — jak dworskiego poety u Anglików — byłby nim Ballandar. — Także i u Engelsa nie wszystko jest złe. jakiekolwiek miałby o nim zdanie. — Ma pan — powiedział Aleksander — bardzo piękne miesz- kanie. W rzeczypospoli- tej literatury pozycja Ballandara była niemalże oficjalna. 219 . bibliotekami. biurko Jacoba. był przyjmowany wszędzie (lub prawie). który nigdy nie przyznał najmniej- szych nawet ulg zatrudnionym u niego robotnikom. — Pan potrafi z każdej szczapy wykrzesać ogień. Aleksander rozejrzał się dookoła. dys- kretne światło w gablotach. — Engels był kapitalistą. Gdyby jakiś historyk zajmował się kry- tyką francuską w drugiej połowie dwudziestego wieku.

To był chytry lis. musi pan spróbować mnie zrozumieć. Być może bajeczna. 220 .. Lubi- my się. a raczej połową oka. niedawno jeszcze przydarzyło mi się to. że nikt nie jest odpowiedzialny za swoich przodków. Pan przyszedł na świat z pewnymi upodobaniami. To go niepokoiło. — Fourveret powiedział panu. który polował w tym samym rejo- nie co on. Zgadza się? Mogę w pewnych przypadkach oburzać się na zbrodnie lewicy. która wychodzi zaraz po wakacjach... Chce narobić hałasu wokół tej książki. Ja uro- dziłem się rewolucjonistą. że Fourveret. Wiedzieli jednak tak- że. — Proszę pana. Mój ojciec był bankierem. i nie mam panu za złe pańskich. powiedział mi o tym.. Był zawodowym wyzyskiwaczem okazji. że rzuciłem okiem.? — Zmienił zdanie. Spojrzenie Ballandara padło na ścianę. co prawda w małym banku. Nie pożałuje na to grosza. że nie zauważyć książki „ważnej” było czymś równie fatal- nym. co nie zmie- nia faktu. na której urządził ma- łą wystawę sztuki współczesnej. Ballandar zaniepokoił się. Jeśli nie. Wiedzieli obydwaj. pan i ja. I lepiej.. jakie rozczarowanie! — A więc — powiedział. dla pewności. był także wol- terianinem. W Vésinet nazywano go czerwo- nym bankierem! Więc.. Coraz bardziej jestem przekonany. których panu nie zazdroszczę. co w sierpniu zostają w mieście? — Ja muszę. Obstawiał równocześnie różne okazje. Jest się takim. Znał Fourvereta. na maszynopis? — Tak. żeby zmienić temat rozmowy — pan także należy do tych. ale wywodzimy się z różnych tradycji. i nic na to nie mogę poradzić. — Myślałem. żeby nie była odrażająca. antyklerykałem. jaka będzie ich wartość za dwa- dzieścia lat. ale nie można było zgadnąć. że jesteśmy uwarunkowani. jakim się przyszło na świat. ale. że opublikować czy też oklaskiwać dzieło „niemożliwe” było samobójstwem. — Jakąś chatę trzeba mieć. Obrazy nie kosztowały go dro- go. Mam tę ważną książkę.

... to kwestia reakcji organizmu. Po pierwsze. — Pańskie serce krwawi? — Moje.. Gdyby każdy męczennik chrześcijaństwa opisał w książ- ce swoje kłopoty. stworzyłoby to równie wspaniały zbiór jak dzieła wszystkich laureatów nagrody Nobla.. muszą sprzedać. że należałoby raczej powstrzymać się z wydaniem tej książki? — Fourveret wie co robi. lecz być pisarzem to jeszcze coś innego.. Nie.. to specjalność Fourvereta.. mieć odwagę fizyczną to drugie.. — Jednym słowem... Zgadza się? — Radzi więc pan. źle napisane.. Nikt bardziej niż ja nie bronił dysydentów...daruje pan. wyjąć z niej kartkę. Oczywiście.. Ale w końcu być nie- szczęśliwym to jedno. Jednakowoż dziwi mnie. ale przybrał minę pełną skruchy. ale to mi się wydaje. kiedy jakiś autor zaczyna wykazywać. że rewolucja rosyjska mogła być udaremniona i że przy Leninie Hitler jest jak chłopczyk w krótkich majtkach. Aleksander mógłby otworzyć swoją czarną teczkę. Być mo- że jest to sprawa tłumaczenia. to jednak. trzeba przyznać. ja. Prowadząc od trzydziestu lat wy- dawnictwo Lux potrafił nadać mu odpowiedni ton i prężność. Właśnie tak. Te wszystkie przenośnie.? — Jest pan moim przyjacielem. Jeżeli to rzeczywiście on strzelał do Breżniewa.. Wydawcy mają swoje imperatywy. ale trzeba przyznać.. położyć ją na malachicie i odejść. myśli pan rzeczywiście.. pełen jestem sympatii dla tego nieszczę- śnika w azylu. — Pan ma czerwoną płachtę na oczach. proszę mi wybaczyć. Fourveret także.? Ach nie. widzi pan. W dodatku moralnie jest bez zarzutu. — Rosyjska prawda wydaje się panu w końcu jaka. Oklaskiwano je z zupełnie innych po- wodów. wywro- towa? — Wydaje mi się. Uczciwie 221 .. źle napisane. że zdarzają się pośród nich absolutne zera literackie.. że nie brak mu odwagi. te lejt- motywy.

„Nienawidzę Ballandara. — Tak — powiedział — ma pan bardzo piękne mieszkanie. Choć introspekcja nigdy go nie pociągała. do kogo należało przed panem? Przeleciał anioł. Był kolaborantem w czasie okupacji i partyzantem w chwili wyzwolenia. aby nie zostać uznanymi za sprzedawczy- ków. bardziej do- świadczeni. Na dodatek nikt nie chciał kupić Ballandara.. I rzeczywiście.. Czuł. Wśród gibelinów był gibelinem. jakikolwiek by on był. W innym kraju lub w innej epoce Ballandar byłby wy- znawcą panującego systemu. w rzeczywi- stości nie posiadał żadnej.. Zawsze stawa- łem do walki z wielkim zwierzęciem”. poczuł nagłą potrzebę wy- tłumaczenia przed sobą tego przypływu dławiącej nienawiści.. Nawet mając przyjaciół u władzy. I to była praw- da. „To nie człowiek — pomyślał Aleksander — to próżnia w ciągłości. czy też.przekonany jestem.. że poniósł pan już koszta. zaledwie trochę się z nim drażnił przez pręty klatki. Bo był bourgeois^ To byłoby podwójnie zrozumiałe. ale Ballandar nie był rewolucjonistą. Ale w rzeczywistości nigdy nie stanął do walki z wiel- kim zwierzęciem. — Nie mam pojęcia. że nie cierpi Ballanda- ra. „Nikt — napi- sał on kiedyś — nie może wątpić w moją odwagę.. który cieszył się opinią twórcy opinii. narodził się milicjant. jak mówią Rosjanie. Człowiek. Aleksander podszedł do okna i wpatrywał się w surreali- styczną perspektywę ulicy Tournon. Mieszkam tu już od tak dawna. Wie pan może. ale gdybym był na pańskim miejscu. chociaż paradoksalne. Nie każdy może być bour- geois. ale to dlatego. że chce nim być. Aleksander podniósł się. A ja 222 . Następnie ustawił się w opo- zycji. ale Ballandar nie był też prawdziwym bourgeois. Chyba że nos Fourvereta. zmuszeni są do buntu przeciwko rządowi. ponieważ jest niczym”. Dlaczego? Bo był rewolucjonistą? To mogło być zrozumiałe. Wiem. że we Francji intelektualiści nie mają wybo- ru. wśród gwelfów gwelfem. że publikacja esejów w tym stylu... nawet jeśli daje do zrozumienia. nikt w to nie wątpił.

gdyby potrzebne były dodat- kowe wyjaśnienia. zależało im tylko na dobrym samo- poczuciu i komforcie. „Je- stem w stanie zrozumieć egoizm szlachetnie urodzonych łupież- ców. nie znoszę próżni”. chciałbym. Powie mi pan. Była to fotokopia ręcznie pisanego listu. To prawda. położył na nim swą aktówkę. co było skonstruowane.. chociaż gotowi byli nawet i przeciwko te- mu konspirować. przemysłowców-wyzyskiwaczy. Paryż 20 223 . 2 stycznia 1942 Szanowny Panie. kreślą się z poważaniem — Józef Ballandar. Paryż. z trzaskiem otworzył jej zamki. nie odczuwał wrogości wobec tego.” Aleksander wrócił do malachitowego stołu. zawiadamiam Pana. kolonizatorów wyciskają- cych pot z niewolników. żadnego celu. pojmuję. żeby przyjrzał się pan tej oto próbce sztuki epistolarnej. ewentualnie. Jestem nawet w stanie podziwiać wybór triumfalnej klęski męczeństwa. w rzeczywistości ukrywa się w jednym z pomieszczeń swego ogromnego mieszkania przy ulicy de Tournon 218. który rozpuścił po- głoski. że Aronson Leon. jakoby wyjechał do Ameryki. ponieważ mój zmarły niedawno ojciec był dozorcą tej kamienicy. ponieważ tak nakazywała aktualna moda. rozumiem rewoltę uciskanych. przyjmuję terror i kontrterror. Ale Bal- landar i jemu podobni pozbawieni byli kręgosłupa. nie mieli żadnej wiary. ulica Jaurèsa 4. Pozostając do Pańskiej dyspozycji w razie. Pragnąc przyczynić się do oczyszczenia narodu francuskie- go. Ale co innego ostrożny oportunizm przeciętniaków. miało swój ciężar. że marzą tylko o jednej rzeczy: by znaleźć się na miejscu ich oprawców.. nawet jeśli chodziło o konstrukcje i ciężary wrogie mu. co pan o tym myśli. Wejście do tego pomieszczenia za- maskowane jest przez wielką szafą. Wiem o tym. — À propos stylu.jestem jak natura.

. na kanapce w stylu Dy- rektoriatu. czekając. Ponadto wykazał się pan do- brym smakiem. Aleksander przysiadł tuż obok niego. aż umrze pański ojciec. To było ele- ganckie. Ballandar wyjąkał: — To falsyfikat. Lecz ortografia już nienaganna. — Uważam — powiedział — że styl jest nieco trywialny.

jak każdy dobry Rosjanin wierzył. postanowił. „Rosja-trojka 225 . że klony są heroldami. dziwacznej rzeczywisto- ści. towarzyszu generale. „Tym lepiej — pomyślał — w przy- szłym miesiącu będę mógł zabrać Światosława do trojki”. klony płonęły czerwienią liści jak pochodnie. z dwójką czy trójką jego własnych. — W tym roku śnieg pewnie spadnie wcześnie. co. przyjemnie zaskoczony tym zaproszeniem do roz- mowy. Gdy dorósł. jak pod kojącymi krzywiznami i kopułami śniegu znikają ostre kąty różnorodnej. wychodzącym od zwierzchnika mającego opinię kogoś raczej wyniosłego. 5 STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ (Montaż Psków. wśród brzęczenia dzwo- neczków. w tym roku śnieg będzie wcze- śnie. Potapicz? Kierowca. Prze- jażdżki trojką po sypkim śniegu. zapowia- dającymi przybycie Bożego Narodzenia. z przy- jemnością patrzył. W gruncie rzeczy nic o tym nie wiedział. przytulonych do niego dzieci. która była ko- niecznym etapem przejściowym pomiędzy chaosem przeszłości i błogim przepychem jutra. że sprawi mu przyjemność. Pomiędzy złotawymi kałużami rosły brzozy. był dzieckiem mia- sta. — Tak. faza numer dwa) Powietrze szczypało chłodem. dawały Pitmanowi doznanie szczęścia. Jakub Mojsiejewicz lubił myśleć. czerwień klonów wiązał z pojęciem dyktatury proletariatu. że lud zna prawdę. Z radością witał zawsze zimę. Dla Pitmana jednak lud to był lud.

pomyślał Pitman. wyrażał się on w nieco fantazyjnym nie- porządku — dobrej próby — w jakości wszystkich sprzętów i braku pretensjonalności. czy jutro spadnie śnieg? Tak. W pokoju tym panował styl dawnego ustroju. niedokończona. Jego książki znajdowały się gdzie indziej. późno urodzony. Oszklone szafy biblioteczne zawierały z pięćset tomów. przyglądając się mijanym karmazy- nowym klonom. carskiej Rosji. którego treścią była pra- ca nad wywieraniem wpływu i praktyka dezinformacji. Wołkowo. ten „wzrost ku ziemi”. Salon daczy powiększył się. nie brał jeszcze udziału w tych wyprawach. witam. najmłodszy. Był jednak coraz chudszy. Zmniejszenie postury. Abdulrachmanow zli- kwidował dwa przepierzenia. wiele w językach. i to bynajmniej nie w sensie pompatycznego przeładowania mebla- mi. Jego radosne oczekiwanie zmącone było jednak nutą smutku: Mohamed Mohamedowicz nie przeżyje tej pięknej zimy. postękiwał: — Tatusiu. Niektóre sprzęty przykryte były pokrowcami. niejednolite stylistycz- nie. — Witam waszą ekscelencję. Jego policzki zapadły się. właściwy tylu starcom.— wykrzykiwał za Gogolem — nic. Umeblowanie. i dlatego. tu wystawione były trofea i łupy. by móc swobodniej oddychać. czekała na następny ruch. nie ośmielił się zaatakować Abdulrachmanowa. 226 . Na stole partia szachów. Co słychać? Ubrany w szlafrok uszyty z wzorzystej tkaniny i z głową okry- tą rodzajem ośmiokątnej piuski z materiału czarnego o złotych motywach. lecz z dobrego drewna i z dobrych warsztatów. pochodziło z ubiegłego stulecia. a jabłko Adama sterczało pośrodku obnażonej szyi jak w szyi kondora. będziemy mieli piękną zimę. przeciwnie. od czasu wiosennej od- wilży. który wciąż trzymał się prosto. których gospodarz domu nie znał wcale. nic nie zatrzyma twego bie- gu!” Światosław. Abdulrachmanow bardziej niż kiedykolwiek indziej podobny był do kamiennego menhira. w gabinecie. żniwo długiego życia. nie.

Pitman zdjął obwolutę. znaleziony pośród dziesięciu tysięcy innych w archiwach komendantury Paryża. Nie chciał może pokazać. Dotykał wciąż dłonią okolicy nerek. rzeczy. — Zrobili dwa warianty: oprawny i broszurowany. — Kenti. jeśli nie liczyć tego. przeniesionych do Paryża. Lecz umysł starego człowieka nie zdradzał śladów osła- bienia. Oprawiona w karton książka. Na początek Pitman przyznał się do kosztów operacji. że Abdulrachmanow lubił opo- wiadać. W tytule „r” w sło- wach Rosyjska i prawda były odwrócone. że ta ogromna maszyna przepracowała już swoje. Szykow- ne. Zakład dla niewidomych dzieci został wykorzystany. które były do- skonale znane i o których on też wiedział. I likiery. 227 . samowar. Przysyłano mu je ze wszystkich stron świata. Donos na Aronsona. więc być może spa- lony. że jego palce już prawie nie potrafią się zginać. przypominała piękny. chociaż nie był zakatarzony. choć jego plecy nie były dotknięte żadną chorobą. ciężka i zwarta. czerwony kamienny blok. — Otwórz sam. Najbardziej przepadał za francuskim Za Vieille Cure. który był już prawie nie do odnalezienia. Czuło się. został wreszcie użyty. Przyjem- ność snucia opowieści była pokusą. Pitman otworzył pakunek. W miejscu nazwiska autora widniał „Anonimowy więzień”. że są znane. z najdrobniejszymi szczegółami. czerwoną i żółtą babę. Często kaszlał. Zaczął sączyć likiery. Mohamedzie Mohamedowiczu. Żartował: „Dla małych staruszków małe rozkosze”. której nie umiał się oprzeć. — Opowiadaj. — Przynoszę panu podarek. co? Abdulrachmanow patrzył na książkę swymi zmęczonymi oczami. Biała obwoluta książki przedsta- wiała rosyjską lalkę.

Książka była już w księgarniach. „Książka ta jest nienawistna — pisał Johannès-Graf— a jednak. jakim musiał być poddany w psychuszce. rozwi- jane tuż pod jego nosem. ktoś kto urodził się w rodzinie żydowskiej i stał się potem protestantem. co stało się moim losem. Autor nie okazuje wrogości spół- dzielniom robotniczym. sprawowała się jako tako. Monthignies wypowiedział się szczerze. nie będzie z tych właśnie powodów brać udzia- łu w żadnej nagonce i będzie się buntował przeciwko każdej próbie zgaszenia płomienia myśli. Jeanne Bouillon potrzebowała więcej niż pół kolumny druku. mój fajansowy Jakubie Mojsiejewiczu. bez ciągotek totalitarnych”. Ci pa- nowie z wywiadu skłonni są traktować informacje jako sztukę dla sztuki. by moje nerwy gwałtownie zareagowały. lecz podkreślał rangę dzieła: „Wystarczy najlżejsze podejrzenie. obejmującym we władanie fabryki. głoszoną przez «Żelazną Maskę». ale ożywionym duchem humanistycznym. niczym więcej. by „zdemistyfikować odmianę teosyndykalizmu. Być może zresztą teorie wysnuwane 228 . Pismo «Zastrzeżenie» wy- stąpiło z długim tekstem. Dla nas te małe brudne tajemnice są środkiem do wykorzystania. wrogim lecz solidnym. nie uszkodziły jego mózgu. choćby nawet płomień ten wydawał zapach siarki”. Rosja jego marzeń nie rozdzie- la zarządzania od własności. odpowiednio na- strojona. Mów dalej. że ktoś szykuje po- nowne zniewolenie mas pracujących przez tak zwaną elitę. by uważać. czy obrzydliwe praktyki medyczne. reżim sowiecki po- winien by wreszcie ukrócić ekscesy patologicznych tortur. Mamy tu do czynienia z korporacjonizmem być może nieco folk- lorystycznym. — Ależ to nie są żadne poświęcenia. Gdyby tak było. Po prostu z amunicji trzeba robić użytek. że tego właśnie do- maga się «Anonimowy więzień». A jednak trzeba złej wiary. Orkiestra Oprycznika. Ballandar okrzyknął ją na- tychmiast arcydziełem. Trzeba zadać sobie pytanie. za dużo jest we mnie bole- snych wspomnień i wciąż nie odpokutowanych odpowiedzialno- ści.

pi- sano. Mohamedzie Mohamedo- wiczu! Gdy książka została opublikowana. z wyjątkiem orkiestry Oprycznika. przyjęła wobec „Anonimowego więźnia” zdecydowanie wrogą postawę. dysydenci. Co piszą inne gazety? Francuska prasa. Interesowało ją tylko pytanie. — Bardzo dobrze — powiedział Abdulrachmanow. Marksiści skorzystali z okazji. Nawet przy założeniu. czy autor książki to ten sam Kurnosow. zaczęli wydawać niezliczone ilości deklaracji. nie chcąc przekreślić swych wcześniejszych wypowiedzi i zarazem lękając się. że dzienniki nie były w stanie zamieszczać ich oświadczeń in extenso. — Krótko mówiąc. trzeba się strzec. by nie uznać go za mędrca i przewodnika duchowego. komunikatów i wyjaśnień. co siłą rzeczy prowadziło do nowych konfliktów i nowych wyznań wia- ry. Jak zareagowali zaprosze- ni przez Psara dysydenci? Niezręcznym ruchem przewrócił książkę. Ab- dulrachmanow był rozradowany. Pitman zabawnie opisywał cały ten bałagan. by rzucić się na bro- datego mędrca. nasz montaż dobrze się zapowiada. choć szalone.w celi numer 000. Pani Choustrewitz udało się nie tknąć problemów natury po- litycznej. 229 . że chodzi tu o bohatera i męczennika. Pitman roze- śmiał się: — Wsadziliśmy kij w mrowisko. każdy oskarżał wszystkich pozostałych o przynależność do „organów”. Zawodowi impertynenci mogli sobie ulżyć do woli. by nie przypisano im poglądów „Anonimowego więźnia”. Brodaty mędrzec przyklasnął częściowo tezom „Anonimowe- go więźnia”. — Wszystko to wydaje mi się znakomite. który strzelał do Breżniewa. Niektórzy spośród nich byli tak płodni. Na czwartej okładce sławne nazwiska firmowały entuzjastyczne cytaty. nie są zupełnie absurdalne w kraju z tradycją ziemstwa i miru”.

Gdyby to zależało od niego. zahamują ten ruch. — „Korporacja” została skompromitowana. dyktowały ton in- nym gazetom. to faza numer trzy. wywoływała u Pitmana skrupuły natury moralnej. Patrzył przed siebie: — Nnno tak. Pudła rezonansowe. Chodziło o co innego. Mohamedzie Mohamedowiczu. — Piszą o tym na ilu kolumnach? — Na bardzo wielu. to jest demontaż montażu. że możemy bez przeszkód rozpocząć drugą fazę. Wojewoda. zgodnie z pańskimi instruk- cjami. Mohamedzie Mohamedowiczu. jak zawsze? — Tak. wygląda na to. które się w niej wypaliły. że nadarzyła się sposobność wprowadzenia 230 . «Fraternité» utrzymuje. sprowadziłby Psara zaraz po zakoń- czeniu operacji. Mohamedzie Mohamedowi- czu. A my dopiero zaczęliśmy naszą operację. mój diamentowy Jakubie Moj- siejewiczu. czego starzec zdawał się nie zauważyć. że „Anonimowy więzień” wcale nie istnieje i że idzie tu o apokryf sfabrykowany przez Pinocheta. Pitman od dawna nosił się z pewnym pomysłem i teraz przekonany był. awansowałby go i dałby mu sposobność spło- dzenia następnych dzieci (mały Dymitr miał zginąć w wyimagi- nowanym wypadku). mój posrebrzany Jakubie Mojsiejewiczu. jak zawsze. czynił cuda. Tym ra- zem powstał wyraźny odgłos ssania. jeden z siedmiu agents d'influence pracujących we Francji. — Doskonale. Abdulrachmanow śmiał się jak człowiek nieco roztargniony. że nikt jeszcze nie wypowiedział „obsce- nicznego słowa”? — Niech pan będzie spokojny. ale niekiedy wkładał do ust cygarniczkę i wdychał odory wszystkich papierosów. — Jesteś pewien. które już przechylały się ku prawicy. odpowiedzialny bezpośrednio za prasę. Nie palił już. Niezależne umysły. — Co mnie niepokoi. czekamy z tym do drugiej fazy. przez niego sterowane. Istota sprawy sprowadzała się jednak do czego innego. Faza numer trzy.

Pozostanie tylko Psar. Kurnosow zostanie tam gdzie jest. Mó- wiąc oględnie. Pamięta pan Henry- ka V? «Nie znam was wcale. Trzeba bę- dzie usunąć oficera pilotującego z terytorium Francji. Już ze 231 .. Zostanie kompletnie zdyskredytowana. w jakiej się on znajduje. można je skreślić jednym ruchem pióra. a więc raczej nie przejdzie na stronę wro- ga.. choćby za publikację tej pseudo- Rosyjskiej prawdy. jak się zrzuca pantofel z nogi. nie bardzo po- zwala mu na zrobienie czegokolwiek przeciwko nam. zrzuci się go tak. faza trzecia pogrąży go całkowicie. mój Jakubie Mojsiejewiczu w kolorze brzóz karelskich. Zmieni się po prostu numery telefonów i to wszystko. Pitman nie mógł zrozumieć. mój drogi człowieku». Jego sowieckie obywa- telstwo nigdy nie było oficjalnie obwieszczone. Zellman uwolni nas od Gawierina i zniknie bez śladu. Jego stopień? Zdegraduje się go za ma- chinacje antysowieckie. — Faza numer jeden nadwątla jego pozycję. nie ma się czym niepokoić. — No właśnie. — Czy agencję pozostawiamy Psarowi? — Oczywiście. na kogo wyjdzie? Wyjdzie na reakcjonistę manipulowanego przez komu- nistów. To on. — Faza numer trzy — powiedział Abdulrachmanow — bę- dzie dziecinnie prosta. albo na komunistę. to jedyny środek ostrożności. Poza tym on wciąż wyobraża sobie. Trzecia faza to po prostu pozbycie się Psara. Nawet jeżeli to zrobi. że w naszych rękach znajdu- ją się jego żona i syn. których ten jeszcze nie posiada? Nie. Nic nie będzie mógł zrobić. czyż potrafi przekazać francuskiemu kontrwywiadowi informacje.go w życie. faza druga znie- sławia go. skąd bierze się wrogość Ab- dulrachmanowa do jego własnego „protegowanego”. dla których miałby z tego zre- zygnować. Nie podniesie się już z tego. sytuacja. Nie widział powodów. jaki się poweźmie. sterowanego przez reakcjonistów. Jeżeli zwróci się do Francuzów.

że jego serce. Mohame- dzie Mohamedowiczu. a także pierwsza. Dyrekcja «A». Plan ten był ukochanym dzieckiem Pitmana. — Mohamedzie Mohamedowiczu. jeżeli tylko zaryzykuje się utworzenie takiego tande- mu. Tandem Psar- Kurnosow. że Vademecum sprzeciwia się łańcu- chowemu łączeniu montaży.. Nagły przypływ nieśmiałości sprawił. Jego zwiotczałe policzki świetnie się do tego nadawały. serce generała. Ale sam mnie pan uczył. lecz nie wrogie spoj- rzenie aligatora. ale nie śmiał tego zrobić. Najwyższy przełożony Komitetu Bezpie- czeństwa Państwa podpisał projekt. Pitman był przekonany. Być może teraz postawiłby to pytanie. druga i piąta dyrekcja główna wyraziły swą zgodę. gdyby nie musiał jeszcze zabiegać o akceptację innego projektu.dwadzieścia razy chciał zapytać ojej powód. zaczęło bić szybciej. pod warunkiem. chodzi o plan Twardy znak. który pan był tak dobry w zasadzie przyjąć i który został zaakceptowany przez Areopag.. że wprowadziliśmy „Żelazną Maskę” do operacji. Jeżeli plan się powiedzie. że oto wła- śnie nadarza się sytuacja wręcz wymarzona. że wszystkie potrzebne elementy będą pod ręką. mógłby przeprowadzić operację. w zestawieniu z którą na- wet Montaż Psków wydałby się tylko grą salonową. — Cóż takiego chce pan zaproponować? W sposób czuły i uniżony jednocześnie Pitman wybełkotał: — Pan pamięta. Plan nabierze mocy operacyjnej. gdy tylko po- jawią się korzystne warunki. w której centralną rolę odgrywa do tej pory całkiem 232 . — Wiem oczywiście. że niekiedy nie trzeba się trzymać Vade- mecum. Pitman zajmie wyższą pozycję wewnątrz areopagu czapek-niewidek. który uważał go za swoje przyszłe arcydzieło. Sekretarz generalny partii i premier w jednej osobie rzucił nań senne. Zresztą przez to. czy mógłbym zapropono- wać coś jeszcze innego? Stary człowiek zrobił kwaśną minę.

wyrażające pełną wyższości dezaprobatę. mnisi habit. martwych. Był to prawdziwy chiński generał. ale później trzeba je wyrzucić.. Dlaczego? By zwrócić na niego uwagę. ponieważ człowiek ten nie mówił tak.. Przed wysłaniem go w misję kazał mu połknąć kulkę z wosku. Trzeba. liczenie pionków.. lub raczej w sobie. które kwitną tylko w promieniach słońca i po obfitym skropie- niu wodą. oto co zrobił Tsao. określa mianem martwych agentów. Wziął pew- nego skazanego na śmierć. Niech pan sobie owinie do- okoła wąsa: Psar jest tym. mój tek- turowy Jakubie Mojsiejewiczu. żeby pan czytał Sun Tsu (Pitman znał go już pra- wie na pamięć). Zawsze ta pańska krótko- wzroczność. Pitman zaś należał do tych delikatnych kwiatów. Wreszcie Abdulrachmanow przerwał mu niecierpli- wym ruchem ręki: — Zawsze ta pańska oszczędność. Czwartą kategorią. którzy mieli genialnego ministra. 233 . To nie jest materiał na operację Twardy znak. ułaskawił go i ubrał w mnisi habit. Natomiast w opera- cji tak kolosalnej jak Twardy znak. przekażesz ją ministrowi króla Tangutów”. Pitman przemawiał długo i niedobrze. przesłanie dla ministra.. Fałszywy mnich przybywa do Tangutów i natych- miast zostaje schwytany i poddany przesłuchaniom. związaną z kontrwywiadem i technika- mi dezinformacji. srebrny Jakubie Mojsiejewiczu. Dwa sklejone ze sobą mydełka do golenia mogą się przy- dać podczas kąpieli. „Kiedy ta kulka wyjdzie z ciebie. Prowadził wojnę z Tangutami. z wiszącym wąsem i warko- czykiem na plecach. onieśmielały go roz- miękczone oczy Abdulrachmanowa. Tak. co Sun Tsu nazywa agentem mar- twym. już naruszyliśmy reguły. jak mówią mnisi. ekscelencjo. Nnnno więc. Nie pamiętam już. Tak. czy opowiadałem ci historię (opowiadał ją cztery razy do roku i dobrze o tym wiedział) szefa sztabu Tsao. Sun Tsu wyróżnia pięć kategorii tajnych agen- tów. że ma przy sobie. Przyznaje się. Psar i Kurnosow nie będą nigdy dobrym tande- mem.czysty Oprycznik.

Natomiast biorąc pod uwagę naszą dekadencję. mój złociutki Jakubie Mojsiejewiczu. Abdulrachmanow wstał. Nic więcej nie mu- si pan robić. tutaj. Powtarzam więc panu. Jeśli zaś idzie o operację Twardy znak. czas Psara dobiega końca. nasz przyjaciel Tsao. po- trzebni są do niej agenci całkowicie czyści. co powinniśmy zrobić z Kurnosowem? Abdulrachmanow wciągnął powietrze przez swą pustą cygar- niczkę. może trochę zbyt szybko: trzeba położyć na nim krzyżyk. list. odpowie- działbym ci. która zaświstała jak gwizdek. lecz król Tangutów nie ma nic pilniejszego do zrobienia niż ściąć głowy jednocześnie swemu ministrowi i fałszywemu mnichowi. Woskowa kuleczka zostaje odnaleziona i otwarta. że dobiegła końca druga fa- za. Zresztą nigdy nie był niczym innym niż martwym agentem. dobrych czasach. Oto w jaki sposób. to byłoby okrutne. I zaklinam cię: nie oszczędzajcie na kulebiakach. 234 . trzeba będzie pomyśleć o kimś na miejsce Psara. jak zwykle. przedwcze- śnie martwym. Na razie jednak podpali pan krótki lont i weźmie nogi za pas. Pitman nie został przekonany. w którym wspomina się o tajnej umowie zawartej między nim i Tsao. lecz nie chciał sprzeciwiać się swemu mistrzowi. W rzeczywistości nie było żadnej takiej umowy. — A twój podarek postawimy o. uwa- żam. Na skórzanym pulpicie spoczywała książka w języku hiszpań- skim. że będziecie musieli odżywiać go luksusowo aż do końca jego dni. Jak tylko uzna pan. Jak pan sądzi. — Gdybyśmy byli w dawnych. tłumiąc jęk. Podniósł się i ujął szorstkie i ciężkie dłonie Abdulrachmanowa w swoje miękkie i pulchne ręce: — Z całą pewnością ma pan rację. Rzecz jasna. zajął królestwo Tangutów. W jej wnę- trzu znajduje się list adresowany do ministra Tangutów. zamyka pan dossier i nie myśli o tym więcej. Chińczyk z wiszącym wąsem i warkoczykiem na plecach.

nie mieszczą mi się już te książki. wysta- wiam zawsze na widok. a o to trudno. Zwrócę się do dyrekcji biblioteki. Gdy jednak nastał Piotr Pierwszy. Można sobie wyobrazić dzwon. co znaczy to słowo. Najczęściej Polielej. że dawniej wszystkie dzwony miały imiona.. który nazywałby się Mir- ra. i nawet Kozioł. W siedemnastym wieku. Dzięki temu uzyskał teraz akord w tonacji majorowej. Twoja książka jest piękna.. Co robić? Zamówił dodatkowy dzwon. — To książka z Meksyku. Ich dźwięki tworzyły małą tercję i to podobało się metropoli- cie Jonaszowi. Wyobraź sobie. mój spiżowy. Nowe. Abdulrachmanow zdjął ją i położył na jej miejsce Rosyjską prawdę. Widać. i ma swój ciężar. pary zakochanych. Gdyby oni wszyscy byli 235 . Ach! Chciałbym żyć w Rostowie. to znaczy od świętych olejów. cho- ciaż nie usunął żadnego z dwóch dzwonów! Przecież to lekcja dla nas. obu- dzonych dźwiękami radosnego koncertu! Wyobraź sobie.. Łabędź i Polie- lej. skazanych przez lata całe na wy- słuchiwanie smutnych tonów. pewnego dnia. pod rządami dobrego metropolity Jonasza i Piotra. jaki to musiało wywrzeć efekt na rodziny. chowam poprzedni.. Są mądre i proste zarazem. że to nie byle co. dostrojony do niższej kwinty Polie- leja. Nie przez przypadek pismo tego fircyka Hercena nazywało się «Dzwon». w roku 1688. Ale był też Łabędź i Baran. Me- lodia dzwonów kołysała jego melancholię. podobają mi się frag- menty Kurnosowa poświęcone dzwonom. jako że spotkała go niełaska cara Aleksego. Rosyjska prawda! Jeśli idzie o mnie. Ale niedługo będę musiał coś z tym zrobić. wychodzące z pieca jak świeże bułeczki. Nie wiem. i nagle. może pochodzi od elej. dzielny metropolita wrócił do łask. znajdowały się dwa dzwony. na rze- mieślników! Dowcipnisie wynajdują nowe żarty. ale już się jej napa- trzyłem. w Rostowie. bardzo dobra. mój Jakubie Mojsiejewiczu z brązu. który nieba- wem miał się stać carem Wszechrosji. a gdy przychodzi nowy tom. Wyobraź sobie mieszkańców Rostowa. kochankowie nowe pieszczoty.

To straszne. że do nich należy. Doprowadzi operację Psków do końca. W początkach swej kariery Jakub myślał: „To moja ojczyzna. moja partia”. ale i aktem sabotażu. Na szczeblu. Jeżeli umrze. ale i jego pragnienia służenia. Obecnie zmienił się wektor przynależno- ści. było nie tylko oznaką kapitulacji. być kiedyś takim tytanem. „W gruncie rzeczy — myślał — on po prostu nie chciał. żeby go ktoś oglądał w takim stanie. zrezygnować z operacji. że ogromny nos starca zwilżony został łzami. wskazując przy tym w kierunku drzwi. z latami przybierające na sile i coraz mocniej zabarwiające jego ambicję. Pitman wreszcie zrozumiał ten znak i wyszedł.. Szkoda. wcale nie musielibyśmy robić Re. był mu posłuszny. Atak kaszlu nie pozwolił mu dokończyć tej tyrady. to co innego. Jak to dobrze. i stać się później tak słabym. To zapewne wcale nie jest przyjemne”. nie dającej się niczym zastą- pić straty mistrza. unosząc niezbyt miłe poczucie. Abdulrachmanow (Pitman. Śmierć roz- wiązuje nawet śluby małżeńskie. Nie tylko jego kariera była przy tym narażona na szwank. gdy o nim myślał. nie biorąc pod uwagę własnych zastrzeżeń. co zdarza się często ludziom na najwyż- szych stanowiskach: są już tak blisko swego bóstwa. Czuł. że został wyproszony. Dopóki jego mistrz pozostawał przy życiu. W przyszłym wyzwoleniu kryła się więc słaba kompensacja straty. korzystnej i nawet zasad- niczej dla przyszłości Partii. że ja sam nie jestem postacią tej samej skali. że nieomal stapiają się z nim w jedno. Cóż. Pogrążony w marzeniach wrócił do Moskwy. i nie brakuje im uzasadnień: książę służący swemu królestwu służy też samemu sobie. to one były prawie jego własnością. * 236 . Kaszel był tak gwałtowny. Przydarzyło mu się to. na którym się znajdował. Na razie jednak nie trzeba było jeszcze o tym myśleć. a ramiona zaczęły poruszać się jak wiosła.tego samego pokroju co Piotr.. nazywał go najczęściej swoim dobroczyńcą) zasługiwał na wierność bez skazy.

Lekarze. oferując im usługi szpicla. a królowie zawsze dotrzymują słowa”. Komputer. gdy rozpoczęto operację Psków. Został jednak skazany tylko na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Arsenij Jegorycz Gawierin urodził się tuż po zakończeniu wojny domowej. zaczął się włóczyć po ko- mendantach obozu. który skończył życie w więzieniach nowego reżimu. Wcielony do Armii Czerwonej skorzystał z pierwszej sposobności i przeszedł na stronę Niem- ców. Gdy nadeszła klęska. i nie było mowy o nie- posłuszeństwie wobec komputera. nie wpłynęła jed- nak na redukcję kary. zapytany kilkakrotnie o zdanie. Gdy Arsenij miał dziesięć lat. Liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i cztery miał jeszcze odsie- dzieć. A jednak Pitman lękał się spotkania z tym skrajnie nieszczęśliwym człowiekiem. byle tylko choć trochę poprawić swoje położenie. w wieku lat dwudziestu dowodził kompanią. jąkający się z akcentem oksfordzkim. Wkrótce potem został rozbrojony i razem ze swymi ludźmi przekazany wujaszkowi Stalinowi. Okazana przezeń dobra wola przyczyniła się do pewnego zelżenia jego doli. Gawierina z syberyjskiego obozu przeniesiono do więzienia Lefortowo. W momencie. Leczony z histerii. przy- rzekł im azyl polityczny. którzy go badali — on sam nie wiedział. Wyróżnił się szybko. Gawierin razem ze swymi żołnierzami oddał się w ręce Anglików. Oczekiwał roz- strzelania i przyznawał. za co dostał jeszcze piętnaście lat kary. jego matka umarła z głodu. Także jego zdrowie ucierpiało w obozie. czemu to miało służyć — orzekli. 237 . jako syn-pogrobowiec oficera. podawał zawsze w odpowiedzi nazwisko Gawierina. A Pitman nienawidził nieszczęścia. jako że pewien pułkownik. a ponieważ nie opuściła go odwaga. Wąsaci kozacy wahali się. że najpewniej nie dożyje zakończenia zasłużonej kary. I naraz dzielny zuch załamał się. by zabijać bolszewików. podjął próbę ucieczki. lecz Gawierin powiedział im: „To przyrzeczenie królewskie. że w ten sposób sprawiedliwości stałoby się zadość.

Przywarł do swej pryczy: — Mnie tu dobrze. a także rodzinę jednego z komendantów obozu. że i tym razem przysłuży się jako donosiciel. lądowanie Marsjan. Jeśli pan zgodzi się pomóc nam 238 . Dziecko odrywane od matki nie okazuje większego przerażenia niż Gawierin. wiedział. mówię po francusku. ale jego wymowa była prawie idealna. w któ- rym pomiędzy piętrami rozpięte były siatki. Wyma- wiał po staroświecku twarde „r”. Sądził. że chcą mu wmówić nową próbę uciecz- ki. podczas gdy Pitman grasejo- wał. żeby między tym człowiekiem. tak bardzo ludzkim. Trzeba było zaciągnąć go siłą do furgonetki z zasłoniętymi oknami. pomyślał. rewolucję w Rosji. Od wielu lat oczekiwał cudu. „przyda ci się. Matka nauczyła go tego języka w dzieciństwie. Pozostają panu już tylko cztery lata kary. że i tak wyobraźnia KGB w dziedzinie grozy górowała nad jego wyobraźnią. lecz nie zażądano tego. Czekał na nową wojnę światową. Nie wyjdę stąd. W obozie anonimowi ofiaro- dawcy dostarczyli mu książek. z pewnością po to. Gdy wywo- łano go z celi. jak znów będzie tak jak przedtem”. Uczył francuskiego wielu wię- źniów. — Zdaje się. któremu odebrano jego człowieczeństwo. że spełniają się tylko złe przeczucia. Teraz jego nadzieje wyczerpały się całko- wicie. opuszczający ponure więzienie. okazał pan skruchę i już je pan prawie odpokutował. panie Gawierin — podjął wolno Pitman. żeby pan mnie odwiedził. to on miał pewne problemy z mówieniem po francusku — ponieważ być może moglibyśmy sobie nawza- jem wyświadczyć przysługę. i nim samym. obojętnie co. Popełnił pan poważne wykroczenia. że pan mówi po francusku — zwrócił się do nie- go w tym właśnie języku Pitman. — Prosiłem. chroniącą ich wstydliwość. — Oczywiście. Lustra i złocenia pałacu Roztopczynów nie dodały mu pewności siebie. Pomyślał. ustawić barierę. który by go uwolnił.

— Już zapłaciłem! Trzydzieści sześć lat życia! Litości! Pitman przeszedł nagle na rosyjski. miał pan wiele okazji. jaki panu jeszcze pozostał.w kłopotliwej sytuacji. Jeśli zgodzi się pan na moją propozycję. napuszonym francuskim pod kandelabrami pałacu Roztop- czynów. to będzie wymagało całej pańskiej inteligencji i oddania dla so- wieckiej ojczyzny. — Ależ proszę się uspokoić! Proszę się uspokoić. już pan nawet nie wróci do Lefortowa. Zamiast cudu. Uprzedzam pana. Jeśli ma pan na myśli ostatnią głodówkę. prostując się. Głos Pitmana stał się jeszcze słodszy: — Wiem. miał teraz sylwetkę Don Kichota.. — Proszę pana. Zazwyczaj zgarbiony. które można było u pana zaobserwować. żeby czytać. Jestem teraz marksistą-leninistą z przekonania. 239 . wiem. to myślę. to ja byłem przeciwny. Każdy to panu powie. że z jednej strony pana znajomość francuskie- go. Arsenij Jegorycz. proszę się uspokoić. z drugiej pewne zainteresowanie reakcyjnymi ideami poli- tycznymi. w który nie wierzył. Zdenerwowanie więźnia udzieliło mu się. — Jestem na służbie ojczyzny i na nic się nie skarżę. wejść w kontakt. Gawierin zwietrzył tu ra- czej podstęp. — Towarzyszu. to było czterdzieści lat temu.. Było to niezwykłe: dwaj Rosjanie rozmawiający książkowym. Ja się popra- wiłem. że w czasie tych wszystkich lat. oczywiście. Zapomnijmy o przeszłości.. A jednak musi się pan z tym zgodzić. Proszę pana tylko o to. — Już za to zapłaciłem! — wykrzyknął więzień.. które spędził pan w ar- mii hitlerowskiej. że moglibyśmy uregulować tę sprawę z Ministerstwem Sprawiedliwości. żeby pomógł mi pan skrócić czas cierpień. czyż ja panu cokolwiek zarzucałem? Po pro- stu tak się składa.

Chciałem powiedzieć. ale przysięgam panu. Sami książę- ta.. czyli prościej w obozie ciężkich robót. Trzeba umieć wybaczać głupotę. Jeśli nie będziemy mogli powiedzieć. — Proszę mi nie wymawiać tego. Tak. Zresztą jest tam dużo emigrantów. ma pan wolny wybór. czekając aż uświadomi on sobie grozę tej perspektywy. Je- śli o mnie chodzi. że mogę dotrzy- mać moich obietnic.. Wyobraziłem sobie dla pana Riwierę fran- cuską..... Proszę mnie odesłać do obo- zu. więc dano 240 . Pitman rozmyślnie nie wspominał o pieniądzach. „Krytykowałem system karny.. wie pan.. — Nie byłem tam nieszczęśliwy — zachlipał Gawierin. mały człowieczek z lekko zazna- czoną zajęczą wargą. jeśli woli pan ryzyko tego typu wygnania. hrabiowie. czego nie powiedziałem. Byłem głupi. wiem. Arsenij Jegorycz. słońce. za propa- gandę antysowiecką. — Ależ już dawno panu przebaczyliśmy. co brałem pod uwagę dla pana. Mała willa w Nicei. Poczuje się pan wśród swoich. to wie pan. tak mało sowieckie: wybaczać. Cóż mogły oznaczać pieniądze dla człowieka. Znam ich. co nazywa się teraz Gułagiem. to naród bardzo serdeczny.. — Oczywiście. To tylko ta piekielna sprawiedliwość. W obo- zie także nie byłem nieszczęśliwy. co pana czeka po odbyciu kary — osiedlenie w jakimś tam Kirgistanie. Żadnej opieki lekarskiej. prawda? A Francuzi. a pan przecież jest człowiekiem chorym! Jak pan będzie zarabiać na życie. Szczególnie w Nicei. Pan nie ma już żadnej rodziny w ZSRR. jest pan wolny. morze. Cztery lata szybko przelecą. To słowo tak rosyjskie... spędził piętnaście lat w tym.. to to. że pracował pan dla nas. podpisałem podanie o ułaskawienie. który prawdopodobnie nie wydał w życiu więcej niż sto rubli? Lew Aronowicz Zellman. To się panu wyda niemożliwe.? Patrzył na Gawierina oczyma pełnymi zrozumienia. i to nawet z tak zwanej pierwszej emigracji. Są pełni radości życia.

która czeka- ła na niego piętnaście lat. Paszporty jakoś nie nadchodziły. że kie- dy pojawiła się możliwość emigracji. Nie mam na myśli ziemskiego prezydium. Lew Aronowicz nie ustępował. Zła wola władz była ewidentna. zdecydował się z niej sko- rzystać. czy pewnego pięknego po- ranka znów nie wyślą mnie do Workuty? Uprzejmie dziękuję. jak mógłbym pracować w jakimś ki- bucu. Lecz jeśli tu zostanę. mówił sobie ten skromny i uparty człowieczek. W rzeczywistości był wdzięczny reżimowi za tak łagodną karę. skąd mam wiedzieć. przekonany. Zawsze brakowało jakiegoś papierka. zabiegał o wyjazd łagodnie lecz z uporem. To wystarczy”. Cóż to jest jedna piąta? Mniej niż pięć godzin dziennie. co można zrozumieć” — mówił z uśmiechem pełnym zadumy. Piętnaście lat. Cze- kał już trzy lata. bo zapłaciłem dług z góry! Naprawdę nie mogę narzekać”. byłoby więc niesprawiedliwe odliczać te pięć godzin wyłącznie z godzin dziennych. tylko to drugie. Poprosił o paszporty dla siebie i dla swojej żony. Jedna trzecia z tej jednej piątej musi być odliczona z godzin nocnych. to pouczające. Właśnie ta pokora i poczucie humoru uratowały go. lecz nie złamany. to tylko jedna piąta czasu. 241 . A pozostające mi do życia dwadzieścia lat nie są już obcią- żone hipoteką. Rozumował w następujący sposób: „W końcu życie ludzkie stało się dłuższe. Zanadto przyzwyczaiłem się do klimatu Workuty. Nie odczuwał wcale go- ryczy. Wyszedł z piekła zraniony. Z mojego czasu czuwania straciłem więc około trzech i pół godzin dzien- nie. że pewnego dnia pokona opór czynników oficjalnych. Co nie zmienia faktu. który został mi przeznaczony przez najwyższe Prezydium. Kocham ją i nie bardzo sobie wyobrażam. „Mysz jak chce to i kabel przegryzie”. Piętnaście lat. a może nawet weselsze. „Nie chodzi o to.mi możliwość zweryfikowania moich tez. że nie kocham Rosji. W dodatku w obo- zie spałem osiem godzin. jeśli istnieje. jeśli będę miał szczęście.

kinkiety. prawie infantylny. w filmach histo- rycznych. Pewnego jesiennego dnia Lew Aronowicz został wezwany do biura. Ten właśnie kabel nie był rozciągnięty przez przy- padek czy też przez nieuwagę i będzie tkwił aż do dnia. Dziwne: był przeko- nany. Nie miał pojęcia. Dyżurny zaprowadził go do gabinetu w rodzaju tych. Zellman przybrał postawę pośrednią między wojskowym „baczność” i przyklęknięciem. w małych okularkach. uśmiechał się spo- za ministerialnego stołu. mających najmniejszy choćby związek z jego sprawą. a jednak egzekucja wciąż się nie udaje!” I dodał jeszcze: „Jestem więc w urzędzie podległym KGB. że stał w kolejkach we wszystkich urzędach. towarzyszu generale. nadawał tej pickwickowskiej twarzy wyraz jeszcze bardziej niewinny. Uważaj. Dywan. około pięćdziesięciopięcioletni. jaki był stopień wojskowy tego dygnitarza. kiedy dyrekcja «A» wyda rozkaz usunięcia go! Wówczas zniknie jak zaczarowany. przerywając w pół słowa: — Nie chciałem przedłużać pańskiego oczekiwania. Lwie 242 . Zaczął coś bełkotać. Lwie Aronowiczu. Na- zywam się po prostu Jakub Mojsiejewicz i mam przyjemny obo- wiązek poinformowania pana. Jego nos. Dygnitarz przyszedł mu z pomocą. w którym jeszcze swojego nie odstał. żeby nie popełnić błędu!” Człowiek w wieku Zellmana. okrągły i dobroduszny. że otrzymał pan zgodę na wyjazd. Jeszcze dziwniejsze: tym razem nie było kolejki. które widywał tylko w kinie. Twarz dygnitarza rozświetliła się jeszcze bardziej: — Nie bądźmy tak bardzo oficjalni. Zellman chciał wyrazić swoją wdzięczność nie zdradzając za bardzo swej radości. Zellman zażartował w duchu: „Od tak dawna wiesza się go wszędzie. Mylił się. ocenił go po wyglądzie gabinetu. mały kartofelek. — Lew Aronowicz Zellman? — Obecny. Lew Aronowicz. Oczywiście nieodzowny por- tret zdobił ścianę. stiuki.

Nie przyznano jej paszportu. Francja byłaby dla pana wspaniałym schronieniem. a w naszym wieku nowy ję- zyk. (Zell- mana opanowała panika: „Kto mógł powtórzyć mój żarcik?”) Zresztą nie zna pan hebrajskiego. Jest pan. i do tego dobrym) — jestem pewien. Mógłby pan wrócić na złą drogę i narazić się znów na po- dobne przykrości. Lizawiety Grigoriewny? To nie będzie takie proste. Groźba nie była niczym osłonięta. także i on zostanie. z którym łączą pana złe wspom- nienia. Zellmanowi udało się przed chwilą ukryć radość. Proszę usiąść w tym fotelu. nie. W rzeczy samej. Ale mówi pan po francusku.Aronowiczu. 243 . że był generałem. Kraj. nieprawdaż. uroczym gniazdku pod dachami Paryża. to bardzo trudne. Jeżeli Lizawieta nie będzie mo- gła wyjechać. Klimat z pewnością by panu nie odpowiadał. — Tymczasem — ciągnął dalej dobry generał (założywszy.. że przy odrobinie dobrej woli z obu stron wszystko da się załatwić. który wpisał pan w rubryce „kraj osiedlenia”. — Daję panu moje słowo — dygnitarz uśmiechał się wciąż — za rok.. i dlatego od razu na początku powiedziałem panu najważniejsze. albo w ciągu trzech miesięcy będzie pan mieszkał ra- zem z Lizawieta Grigoriewną w małym. Nie. Musimy jednak jeszcze porozmawiać. właśnie we Francji chciał się osiedlić. — I chciałby pan. wyjechać w towarzystwie żony. żeby miał pan zamiar jechać właśnie tam. wolnym człowiekiem i byłoby absurdal- ne zatrzymywać pana w kraju. to Izrael. Teraz pró- bował zataić także i swą rozpacz. Mówiąc między nami nie sądzę. Zellman próbował teraz ukryć ogarniające go przerażenie. Lwie Aronowiczu. Zellman milczał przez roztropność. nie ma sensu powtarzać dawnych nieporozumień.

że na całym świecie tylko ja cię kocham. oskarżając Psara o oczy- wistą kradzież. W gruncie rzeczy przy- sługa. Nikogo nie narazi w ten sposób na prześladowania. Pół godziny później Lew Aronowicz ściskał dłoń Jakuba Moj- siejewicza. Małgorzata miała zwyczaj udzielania odpowiedzi na retorycz- ne pytania. odczuwając ogromną ulgę. Dziennikarze domagali się szczegółów. proszę pana. Specjaliści zadawali pytanie. jakby za skinieniem magicznej różdżki. o którą go poproszono. Z Rzymu zadzwonił wściekły Grucci. Zagraniczni wydawcy podawali cyfry nakładów. dzięki jakim kontaktom udało się Psarowi wywieść w pole ZSRR. Pomogła mu spakować małą walizkę i już na- zajutrz. Lizawieta Grigoriewna zaakceptowała układ. że na początek miał on wy- jechać sam: — A jeżeli oni mnie potem nie wypuszczą? Pogłaskał jej szpakowate włosy. która miała się stać jego drugim domem. Niektóre osoby we władzach niepokoiły się i sta- wiały sobie pytanie. Od tego czasu urywał się telefon w biurze agenta literackiego. które- mu udała się taka mistrzowska sztuczka: wydobycie ze Szpitala Specjalnego w Leningradzie pełnego rękopisu „Żelaznej Maski”. czy także i w przyszłości będzie można korzystać z usług tej siatki. moja staruszko? Wiesz do- brze. jaki jej mąż za- warł z KGB. była zupełnie błaha. którą prawdziwie kochał. Objął ją czule. wyrządzi przysługę i Rosji. znalazł się w Paryżu. — Proszę pana — oznajmił poważny głos Małgorzaty — dzwoni pan o nazwisku Kurnosow. 244 . i Francji. Rosyjska prawda ukazała się przed dwoma tygodniami. farbowane na rudo: — Któżby cię mógł potrzebować. która prze- rzuciła na Zachód cenny rękopis. Miał wyjawić prawdę dotyczącą pewnego szczególnego zagadnienia. niepokoiła się tylko tym. — Czy to żarty? — Nie wiem.

że wierzył w to motłoch.. — Ja jestem Kurnosow. Ten sam. — Czyli Roissy. że autor nieudanego zamachu i autor książki nie mogą być jedną osobą. Oczywiście całkowita dyskre- cja. obiegło rzecz jasna cały Paryż. — Przy telefonie. zrzuci maskę. Motłoch tymczasem przekonany był. — ktoś musiał mu podpowiedzieć — Policji Granicznej. — Czy mogę mówić z Aleksandrem Dmitryczem Psarem? Kurnosow mówił po francusku. zmiękczając końcowe „r”. która wcale nie jest żelazna. W którym miejscu na Roissy pan jest? — W biurze. który otrzymał na wypa- dek sytuacji wyjątkowej: — Poproszę Iwana. — Przyjeżdżam. Wychodząc powiedział do Małgorzaty: — Nie wiem. — Jaki Kurnosow? Jakie lotnisko? — Michał Leontycz. Nazwisko nie- doszłego zabójcy. że odkryli sekret: „Niech pan. Czy w Paryżu jest więcej lotnisk? — Skąd pan przybywa? — Z naszej matki Moskwy. Dawni emigranci definiowali swoje stanowisko. Ten właśnie. lecz nazwisko wypowiedział po rosyjsku. Kurnosowa. Dysydenci protestowali przeciwko posłużeniu się ich nazwiskami na okładce książki. — Proszę mnie połączyć. Wariaci szantażowali Psara. 245 . choćby dlatego. proszę się przyznać. Inteligencja orzekła.. że to pan jest w istocie autorem Rosyjskiej prawdy”. że Kurnosow był „Żelazną Maską” podobnie jak łan Fleming — Jamesem Bondem. Scep- tycy przekonani byli. Psar.dotyczących strony anegdotycznej operacji. — Ależ proszę pana! Z kawiarni zatelefonował na numer. Adwokaci śpieszyli ze swymi usługami. jestem na lotnisku. co to za historia. o którym pan myśli.

był o tym przekona- ny. Był to kryptonim Aleksandra. wielki suchotniczy kruk. wcale nie wygładzone. — Proszę mu powtórzyć. 246 . — A ja otóż właśnie jestem Kurnosow. Siąpił deszcz. — Pan Kurnosow — powiedział policjant — twierdzi. ale zechce pan po francusku. nieomal odsła- niającą kości. tylko zastygłe i utrwalone razem z kosmykami sterczącymi we wszystkich kierunkach. Dwóch mężczyzn w małym pokoju. z wąsami przypominającymi szczoteczkę do zębów. Patrzył z natężoną uwagą na ziemistą twarz. — Nie ma go — powiedział ostrożny głos. szosa by- ła wilgotna. „Wydaje mi się — pomyślał Psar — że jeszcze nigdy nie wi- działem człowieka tak chudego”. Przedstawił się: — Psar. Miałby ochotę natychmiast zapytać: „To pan jest autorem?”. i przybysz z Moskwy. nasycone brylantyną włosy. różniący się od jego pseudoni- mu. — Kto go prosi? — Kobei. którą pan opublikował. — Pan Psar? Proszę tutaj. które wisiało na nim jak na wieszaku. że mu zadam kilka pytań? — Tak. że jest autorem Rosyjskiej prawdy. Omega pomknęła w kierunku Roissy. — Iwan zostawił dla pana wiadomość: „Wszystko jest w po- rządku”. Policjant w garniturze z kamizelką. którego nie znał. że chcę się z nim spotkać dziś wie- czorem tam gdzie zawsze. opony pogwizdywały. nieogolony. oczami bez wyrazu. w zbyt niebieskim ubraniu. gryzł ziemię od dziesięciu lat. — Nigdy nie spotkałem pana Kurnosowa. Prawdziwy Kurnosow. Czy pozwoli pan. Czy pan to potwierdza? Według Iwana Iwanycza „wszystko było w porządku”.

Alek- sander miał dokładnie taką samą w sejfie ambasady. Pokazali mi je. gdy mnie — tu zrobił przerwę — gdy mnie wydalili z ZSRR. co to jest śmiech. połyskują- ce żelazem. a zęby w strasznym stanie. Na jednej ze stron widniała pieczątka. — „Anonimowym więźniem” z celi 000. Kurnosy to ktoś. Michał Leontycz Kurnosow. — Odebrano panu obywatelstwo? — Jeszcze nie.. do jakiego stopnia jego nazwisko nie ma nic wspólnego z jego postacią” — pomyślał Aleksander. — Ale pan jest także. Jego usta były wąskie jak u szczupaka. Poprosił.. żeby mu ją pokazano. Można było przeczytać po rosyjsku: „Paszport wydany jako dokument stwierdzający to- żsamość. Policjant wyciągnął małą brązowoczerwoną książeczkę. nie upoważnia do powrotu na terytorium ZSRR”.1926. „Żelazną Maską”. — Tak. Ważny na wyjazd z ZSRR. wszystko to razem. kto ma zadarty nos. ja.. 4. — Tak — powiedział Kurnosow — dali mi go wczoraj. spróchniałe. to ja. Widziałem gazety. czarne. Dla Aleksandra autor Rosyjskiej prawdy mógł być tylko ofi- cerem KGB. — Ten paszport został wystawiony wczoraj. Zdjęcie rzeczywiście przedstawiało tego człowieka o zapadłych policz- kach. kto zapomniał. wklęsłych skroniach i dziko patrzących oczach. — Wydalili pana? Dlaczego? 247 . urodzony w Kostromie (RFSRR).06. Ten pan ma mój paszport. — A książka? To pan ją napisał? Kurnosow uśmiechnął się nieśmiało. jak ktoś. „Dziwne. Tyle że już nie mogę wrócić.. — A więc pan nazywa się Kurnosow? — Tak. pełne dziur. Po- zwoli pan. obywatel sowiecki narodowości rosyjskiej.

Nie przewiduję żadnych trudności. Cóż. ale może to zabrać trochę czasu. To grzech jakobinów. Spędziłem dziesięć lat w azylu psychiatrycznym i nie jestem pewien. Chcieliśmy tylko upewnić się co do tożsamości pana Kurnosowa. To tak. Zdaje się. — Przyzwyczai się pan szybko. — Francja i Rosja to jedyne kraje na świecie uznające pisa- rzy za ludzi wybitnych — powiedział Psar. jakby się człowiek znalazł na wierzchołku drapacza chmur i nie chroniła go żadna bariera. czy ma pan walizki? — Tylko ten stary worek. w każdym razie zamożnym? Uścisnął dłoń suchotnika. jak pana odnaleźć. czy przyja- ciel? Jakby odpowiadając na to pytanie. odziedziczony przez bolszewików. że ludzie są tu wolni. czy nie zrobiono ze mnie wariata. Zaledwie opuścili biuro policji. — Dzwoniłem w tej sprawie. Czy był to jego wróg. kiedy jego sytu- acja prawna zostanie uregulowana? — Oczywiście. Poza tym nie mam pojęcia. wiadomo. Aleksander przypomniał sobie. Kurnosow zaczął mó- wić: — Przede wszystkim jestem człowiekiem. Na razie skłonni bylibyśmy przyznać mu wizę turystyczną. Pisarz jego klasy — skłonił się — może liczyć na serdeczne przyjęcie w naszym kraju. nic więcej. Michale Leontyczu. gdy Aleksander zadał pytanie. Czy możemy uznać. jak słyszę. że mogę pana poznać. — Powiedzieli mi. cieszę się. Czy zamierza pan poprosić o azyl polityczny? — Pan Kurnosow już wystąpił o azyl — wtrącił się policjant. że uchodził za człowieka pra- wicy i uśmiechnął się ironicznie: — Wciąż te wielkie słowa. że stał się pan człowiekiem bogatym. który stracił orien- tację w świecie. że zaopiekuje się pan Kurnosowem do chwili. jak się żyje na Zachodzie. — Proszę pana — zwrócił się do niego policjant — jest pan kimś znanym. Wie pan chyba. że nie jestem godzien oddychania sowiec- kim powietrzem. które paliło mu wargi: 248 .

że to od oficerów. — Ale przecież pan z pewnością ma służącego? — Nie. Przyznał. — Jaki ładownik? — Na trzydzieści naboi. autorem Rosyjskiej prawdy. że powinien po przybyciu do Francji zwrócić się do Psara. czy był wszystkim tym naraz. „Żelazną Maską”. ze zrozumie- niem mówił o „swojej” książce i o wyrażonych w niej poglądach. jak gdyby cho- dziło o wyznanie prawdziwe. którzy zjawili się w jego celi. dowie- dział się. Dozorczyni sprząta u mnie raz na tydzień. jak się tu żyje. Mówił jednak o tym wstrzemięźliwie. Oddaje 600 strzałów na minutę. Z rozczarowaniem dowie- dział się. agentem KGB. czy ten człowiek rzeczywiście był Kurnosowem tyranobójcą. proszę. by tak rzec. Miał zupełnie fantastyczne wyobrażenia na temat funkcjono- wania kapitalizmu i podziału władzy. Zasięg: 400 metrów. Słyszał pan o kałasznikowie? — Jasne. Aleksander gwizdnął z podziwem. Jaki kaliber? — 7. — Co to jest? — Kałasznikow. lecz niełatwe: — Strzelałem. — Jak się tu żyje? Normalnie. oto- czeni służbą. — Az Breżniewem to prawda? Strzelał pan do niego? Kurnosow odpowiedział po chwili wahania. że ludzie zamożni na Zachodzie nie są. Rozsądnie odpowiadał na pytania. Aleksander nie mógł w żaden sposób sprawdzić. 249 . czy jeszcze kimś innym. żeby mi pan wyjaśnił. o wiele bardziej interesowało go życie w wolnym kraju. W Aleksandrze rozbudziło się zainteresowanie dla spraw związanych z bronią palną: — Z czego pan strzelał? — AK-47.62. Nastąpiły teraz dziwne bardzo godziny. — Nie.

Na Kurnosowie nie wywarło to wcale wrażenia: — Cóż. jakim ge- nerał Durakin strofował swoich poddanych. Aleksander kupił mu w prezencie ładną czapkę z lisa: — Jeśli nie będzie pan miał futrzanej czapki. Jeszcze gorzej było w restauracji „Plaza-Ath- énée”. ile dusza zapra- gnie. wcale nie lipa! — Nie mam piętnastu lat. Wciąż jednak powracał do swego pytania: jak wygląda tu ży- cie? Czy wszyscy mieszkają we własnych domkach? Czy pracują dla prywatnych właścicieli fabryk? Ile godzin dziennie? Ile zara- bia właściciel? Ile robotnik? Ile kosztuje kawał słoniny? Ile weł- niane kalesony? 250 . jak się zachować przy stole i odzywał się do kelnerów tonem. nie byłoby go w wolnej sprzedaży. Zdziwił się widząc dzieci na ulicy: — Powinny być w szkole. taką lichotę można dostać też u nas. i że strajkują nawet pracownicy państwowi. — Ależ to oryginalny lis. Aleksander zaprowadził go do Hermesa. że przyjechał pan z Moskwy. Jeśli zaś idzie o wy- gląd sali restauracyjnej. Francuzi nie uwierzą. Przypomina trochę nasze metro. i to wcale nie przywódców! To by ich uspokoiło. Gdyby futro było oryginalne. I dlaczego nie noszą mundurków? Chciał zobaczyć wielki dom towarowy. oglądając się na wszystkie strony: — Nieźle. był obu- rzony: — Trzeba by tych ludzi zdziesiątkować! Rozstrzelać co dzie- siątego. Gdy tylko dowiedział się. nie? Tak naprawdę to nic tu nie można kupić? Aby przekonać go. Kurnosow komentował. Kurnosow nie miał pojęcia. ale i tu Kurnosow nie zmienił zdania. całkiem nieźle. Policzki suchotnika pokryły się rumieńcami: — Wszystko to mistyfikacja. że wcale tak nie jest. dokąd poszli na obiad. że we Francji często dochodzi do strajków. Aleksander zapro- wadził go do Galeries Lafayette.

Kurnosow wybuchnął śmiechem. — Jaki zysk przyniesie mi ta książka? — zapytał Kurnosow. To niech pan poprosi o przebaczenie. zdaje się. Wykonaliśmy kawał ładnej roboty. Opublikuje pan wtedy następną książkę pod tytułem Rosyjska krzywda. A kiedy poznał wysokość sumy: — Ile to jest w przeliczeniu na ruble? Co można z taką sumą zrobić? Gdzie została zdeponowana na moje nazwisko? Jaka jest obecnie stopa procentowa banku? Jaki dostanę zadatek? Dla- czego taki mały? Wieczorem Aleksander zawiózł go do Suresnes. radość nasza jest całkowita. lecz zaro- zumiałość nowoprzybyłego drażniła go. pochłaniając jednocześnie trójkątny kęs sera: — A u nas rozstrzeliwuje się przestępców gospodarczych! Za dużo zarobiłeś? Dwanaście kulek w łeb! Aleksander podzielał co prawda przekonania Kurnosowa o konieczności pozbycia się wszystkich przestępców. Konferencja 251 . i który uważał Rosyjską prawdą za nieco mniej szokującą od chwili kiedy za- częła dobrze się sprzedawać. jestem szczęśliwy mogąc pana powitać u nas. że wszystko jest w porządku w ZSRR. Nasz przyjaciel Psaaaaar dzielnie bronił pana interesów. który robił dobrą minę do złej gry. sądzę. i nasze serce krwawiło dla pana. Teraz. poklepał jej autora po ramieniu: — Drogi panie. Za każdym razem gdy otrzymywaliśmy szczególnie radosną wia- domość. Fourveret. bez którego nie byłoby tego suk- cesu. że będzie pan zadowo- lony. być może zgodzą się na pana powrót. Zdumiał się rozmiarami przestępczości: — I wszystkich tych nicponi nie posyła się na gilotynę? — Niedawno zniesiono karę śmierci. zamkniętym w więzieniu psychiatrycznym. — Sądzi pan. myśleliśmy o panu. kiedy pan wreszcie jest wolny. artykuł czy entuzjastyczną deklarację od jakiejś znanej osobistości.

— Człowiek. który strzelał do Breżniewa? — Dokładnie ten sam. — Piękna pani — powiedział do niej Aleksander — pewnego dnia dostanie pani raka skóry. — Czy dostawał pan alkohol w szpitalu? Jeśli nie. Kurnosow zdziwił się: — Jedna butelka? Aleksandrze Dmitryczu. żeby jakiś dziennikarz spotkał Kurnosowa wcześniej. Dla osłabionego organizmu whisky może być zdradliwa. to proszę uważać. Jessica była czarna jak czarna Indianka. to nie wracam. że apartament jest wygodny. Iwan Iwanycz już był na miejscu: — Więc odebrałeś paczkę? Jak ci się podoba ten sukinsyn? — Jeżeli wy wszyscy Sowieci jesteście do niego podobni. jakie 252 . tam pijemy czy- sty spirytus i świetnie nam to służy. a teraz podtrzymywała swoją opaleniznę chodząc na kwarcówki. Aleksander zostawił go przy tej grze z butelką Single Malt i piękną kryształową szklanką. że od jakiegoś czasu zacząłeś krytykować rozkazy. — A teraz: kto to jest? — Kurnosow. jak się o tym mówiło. żeby sobie pan nie zaszkodził. Usiedli obok siebie na kanapie w czarnobiałe pasy. kto był tak dobrze odżywiany.prasowa miała się odbyć nazajutrz i nie trzeba było. A poza tym wiesz sam. Zahipnotyzowały go elektro- niczne szachy. choć su- fit wydał mu się nieco zbyt niski. — I to naprawdę on napisał Rosyjską prawdę”} — Któżby inny? — Dlaczego nie zostałem uprzedzony o jego przybyciu? — Żeby twoje zdziwienie wypadło naturalnie. Nie wygląda pan na ko- goś. Przed wakacjami na jachcie zażywała specjalne pigułki przyśpieszające opalanie. „Żelazna Maska” uznał.

otrzymujesz. Stalagmit wywąchał w tym typie 253 . tyle że wyznaje reakcyjne poglądy i niemark- sistowską formację polityczną. Więc przypuszczam. Kurnosow nie wyglądał groźnie. Więc pojawił się towarzysz Stalagmit z twojej dyrekcji i powiedział: „Nie chcecie go? To mi go dajcie. że to nie jest jeden z na- szych? Iwan Iwanycz zaczął się śmiać: — On. Saszeńka! — Utrzymujesz więc. Posłać go do obozu? To wydawało się niewspółmierne do jego zbrodni. zachowy- wał się spokojnie. że cela była naszpikowana kamerami. Pewnego dnia przyda się do czegoś.. — I chciałbyś. zaczęły się przesłuchania. żebym uwierzył.. że towarzysz Pitman chciał cię postawić przed faktem dokonanym. na czarną godzinę”. że nie jest do końca zbzikowany. Przechowam go w jakimś kącie. poprosił tylko o pióro. Ale domyślasz się. Więc co zrobić? Rozstrzelać go na Placu Czerwonym? To by wywołało łzy u zachodniaków o miękkich serduszkach. Wkładał je do pudła telewizora. Przekazano go psychiatrom. że Rosyjska prawda nie została przez nas sfabrykowana? — Oczywiście. żebym ci opowiedział całą tę historię? Kiedy Kurnosow próbował zastrzelić Breżniewa i kiedy go zamknięto. będzie mógł ukryć dru- gą. Nie zrobię mu krzywdy. I zaczął pisać z zapałem. — Czy masz dla mnie nowe instrukcje? — Tak. Wyobrażał sobie. Wydał się trochę stuk- nięty. atrament i papier. Jak mówią Francuzi. że oddając co drugą kartkę. jeden z naszych? U nas nie ma takich chudzielców. Zrobisz wszystko. co zechce Kurnosow. zawierającą mało istotne uwagi. którzy uznali. — W jakim celu? — Żeby poczęstować dysydentów miotaczem płomieni. że nie! Chcesz. — I rzeczywiście wyrzuciliśmy tego Kurnosowa z ZSRR? — Tak by się wydawało.

Stąd też strzeżono Kurnosowa jak źrenicy oka. nawet wbrew woli. nie będzie już przez nas sterowany. Do tej chwili nie wiedział. że nie udało mu się nikogo oszukać. dla niego jesteś człowiekiem Zachodu jak wszyscy inni. u nas. jeśli chodzi o opozycję. kiedy uprze- dzono mnie. — Czy nie byłoby prościej wysłać jednego z naszych ofice- rów? Kurnosow. żeby robić postępy. Iwan Iwanycz westchnął: 254 . teraz Kurnosow wie. Ale mówienie o tym nie leży w jego interesie. to Iljicz i Wissarionowicz załatwili ją raz na zawsze.geniusza i miał zamiar go wyeksploatować do końca. naśladując pismo więźnia. — A co właśnie teraz robimy? — Już ci to powiedziałem. — Poczekaj. w rodzaju naszej. Przydzielono mu dwóch pielęgniarzy. Z niczego nie będzie ci się zwierzał. Absolutnie nie chce być podejrzany o współpracę z nami. potrzebuje opozycji. ukryty w telewizorze. Wie. jak tylko otrzyma azyl polityczny. że będzie zwolniony. Powiedziano mu to. że jego książka ukazała się. Niedoszły morderca z reakcyjnymi poglądami! To ktoś na wagę złota! Zdobywcza doktryna. — Od jak dawna wiesz to wszystko? — Jego chwalebny życiorys dostałem wczoraj. Myślał cały czas.. Zastanów się. Pa- miętaj o jednym. Mamy zamiar skręcić kark dysy- dentom wszelkiej maści. oczywiście naszych kole- gów. W nocy jeden z nich zabierał go na spacer po podwórku i podczas gdy razem podziwiali gwiazdy. że istniał tylko jeden egzemplarz. co właśnie teraz robimy. drugi fotografował za- wartość telewizora.. — Oczywiście. — W jakim celu? — Żeby przygotować to. pokazując mu gazety. Później specjalista kopiował nowe strony. a jeden z oficerów z twojej dyrekcji podając się za pielęgniarza wynosił wybrane kawałki. że to KGB wynosiło strony jego książki. żeby się nią żywić. A jak wiesz.

nie strzelałem do Breżniewa. Dziwne. że należy mu się zapłata za jego talent. Aleksandrze Dymitryczu. którego historię dałeś mi do przeczytania. Wiemy z góry. żeby wywołać zamieszanie w szeregach dysydentów? Ale już nic więcej nie mógł wyciągnąć od swojego pilota. czy opłaciło się posłużenie się człowiekiem „na wagę złota” i przeprowadzanie tak skomplikowanej akcji tylko po to. że jest jakaś luka w rozumowaniu Iwana Iwanycza. Wyobraź sobie. Jakie jest ryzyko? Chodzi tylko o to. ponieważ już jest przeciw- ko nam. Aleksander wyszedł z mieszkania po złożeniu oficjalnej reklamacji: należało uprzedzić go o przyjeździe Kurnosowa. — Nie przeszkadzaj mu. nie napisałem Rosyjskiej prawdy. co powie. — Uprzedzam cię. jak prototyp tego Popowa. a nawet skonsultować się z nim w tej sprawie. Znamy jego po- glądy lepiej niż on sam. prawdziwy. Przede wszystkim. ale napiszę wam wspomnienia oficera KGB”. Potem porzucimy go. Kurnosow nie może się zwrócić przeciwko nam. wzbudza zaufanie. że system zachowywał pozory legalności. Nie mogę mu w tym przeszkodzić. Aleksander nie był do końca przekonany. chociażby z po- wodów religijnych. Zdarzało się. Na ogół KGB stawiało sobie za punkt honoru położe- nie łapy na pieniądzach wypłacanych własnym agentom. Wydawało mu się. żeby powiedział prawdę. o czym nie powinienem być może mówić. Znane są już przypadki na szych oficerów przechodzących na drugą stronę. — Ależ osioł z ciebie! I to ty należysz do dyrekcji subtelnych spryciarzy? Wcale nie musimy nim sterować. być może dyrekcja zdecydo- wała. że nasz towarzysz składa deklarację: „Jestem major Iksiński. swoją prawdę. Jeśli nadal z uporem będzie się go traktować jak 255 . I jeszcze jedno. Ładnie byśmy wyglądali. A jakbyśmy po- tem mogli odzyskać naszego oficera? Podczas kiedy ten jest au- tentyczny. I właśnie dlatego jest taki pożyteczny. Ale jednak Kurnosow nie był agentem. że Kurnosow dostanie swoje honoraria.

jakie chwile musiał przeżyć w lochach Łubianki? A nawet jeśli go nie tortu- rowano. z wyciągniętymi nogami. w swym nowiutkim sowieckim ubraniu. czyż dziesięć lat izolacji nie jest dość przerażające? Nie umiemy już darzyć szacunkiem bohaterstwa. których już samo wspomnienie wywołuje dreszcz na plecach. u Hermesa. zbyt niebie- skim. i na końcu ten. Ten człowiek spędził dziesięć lat w jednym z tych więzień psychiatrycznych. Spo- ceni fotografowie przenosili swoje instrumenty. w krawacie. jak on wygląda. ale i powodowani szacunkiem. Następnego dnia około stu dziennikarzy paryskich i prowin- cjonalnych zgromadziło się wśród sztukaterii o startych złoce- niach wydawnictwa Lux. za którym miał zasiąść „Anonimowy więzień”. może nie bez ironii. pełen skoncentrowanej siły. Rozbrzmiały oklaski. i pomstowali na fotografów. ale potrafimy jesz- cze oddać cześć cierpieniu. zaczepiając szelkami o pasy aparatów. napięty. jakie zastrzyki z siarki musiał znosić? Czy był jeszcze w pełni władz umysłowych? A wcześniej. to on odmawia brania na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji. w pierwszych godzinach po zamachu (jeśli rzeczywiście to jest Kurnosow).podwładnego niskiego stopnia. Brakowało krzeseł. Telewizyjny operator przesuwał się z trudem. Rzucali przekleństwa pozbawione oryginalności. «Żelazna Maska»?” — Czy to naprawdę on strzelał do Breżniewa? Weszli. inni siadali na podłodze po turecku lub po ame- rykańsku. dźwigając na ramieniu kamerę jak pancerzownicę. Reflektory zapalały się i gasły. dla którego wszyscy się tu zjawili. po chwili 256 . surowy i uśmiechnięty jednocze- śnie. „Jak myślisz. Najpierw Fourveret. Las mikrofonów jeżył się wokół małego stolika. później Psar. Żeby le- piej widzieć. który Aleksander wybrał dla niego. W nagłym porywie wszyscy podnieśli się z miejsca. zmieniając kolory i perspektywy. Jakie tor- tury. którzy deptali im po stopach. Niektórzy dziennikarze stali oparci o ścianę. „Więzień bez na- zwiska”. w których miał uczestniczyć.

towarzysze. jed- nocześnie na wiele twarzy. To taka ra- dość. To taka radość. był to efekt napięcia wywołanego przez głos Psara). że był on znany. że hałas się wzmógł (nie znaczy to. Leontycz. aby rytm oddechu po- zwalał przeczuć moment. przedstawić państwu autora Rosyjskiej prawdy. że mamy za mało miejsca. który był autorem książki 257 . unosząc ramię nieomal jak generał de Gaulle: — Panie.. ani należących do tej uroczej panienki.. Drogi panie Psaaaaar. przyjaciele. Tu udał. Chciałem powiedzieć. tak.. (jąkał się umiejętnie). jeden po drugim. proszę mi przypomnieć pani nazwisko? Ach tak. Potrafił pozostać bez ruchu przez parę chwil. superlatywy. bez końca.. obracał głową wolno jak wieżyczką czołgu. czuję. Mam zaszczyt. KURNOSOW!!! Przy imieniu Michaił szmer poszedł po sali. entuzjastyczne pochwały. epitety. powtarzam: zaszczyt. Denise Esclaffier z «Pa- triotycznego Alzatczyka». siostry i bracia. stopniowo. Wyciągając ramię krzyknął: — Michaił.. „Anonimowego więźnia”. Obowiązek i przyjemność zdradzenia wam jego nazwiska pozostawiam temu wielkiemu odkrywcy geniuszy. że odrzuca. Panie i panowie: Aleksander Psaaaaar! Aleksander umiał mówić do publiczności. po czym nagle skierowywał wzrok na salę. Patronimik spra- wił. Przy nazwisku hałas zamienił się w ryk. kiedy wybuchnie pierwsze zdanie. że jesteśmy dzisiaj tym wszystkim.... na- bierał rozpędu. ani własnych.. Ten człowiek. widzieć zebrane w jednym miejscu tyle dobrej woli i błyskotliwej inteligencji przeciwko hipokryzji i prześladowaniu. Jest nas tu tak dużo. czy uda się panu tutaj dotrzeć? Proszę nie deptać rąk. jako je- dynie godną podobnego momentu.wzmogły się jeszcze bardziej.. który już za chwilę odzyska imię.. Wreszcie Fourveret po- prosił o ciszę. panowie. nie patrząc na tłum. potem wciągał powietrze w płuca.. i że wybiera w końcu prostotę. którego przy jaźń przynosi mi zaszczyt. Zaczął cichym szeptem: — Przedstawiam państwu.

francuszczyznę guwernantek. które zmuszało się do mówienia tym obcym językiem jak niegdyś do noszenia gorsetu. z tak wychudzonymi policzkami. To zaskoczyło wszystkich. So- wieci przyzwyczajeni są do publicznych zebrań. Kurnosow trwał w lawinie oklasków. W końcu prze- sunął się bokiem w stronę stołu i to wystarczyło. więzień. — Pragnąłbym — wypowiedział. „Mogliby mnie przynajmniej uprzedzić. ale chciał się takim wydać przez uprzejmość. Nie wiedział. cienkich kartek. z piersią tak zapadłą. Wszyscy byli przekonani. poziomu ży- cia. że będą mu zadawać pytania. wam. Od jakiegoś czasu dyrekcja nie oka- zywała mu względów i za każdym razem odczuwał to jak ukłucie banderillas. starannie wymawiając „r” — podzielić się z państwem kilkoma uwagami. pochylonym. wysoki lecz zgarbiony. Aleksander słuchał głosu Kurnosowa. Zaczął od piętnowania ZSRR. jak tego się po nim spodziewano. które ukończyły szkołę Des Oiseaux. że szpada toreadora była już przygo- towana do śmiertelnego uderzenia (chodziło przynajmniej o cios 258 . a tymczasem Kurnosow wyjął z wewnętrz- nej kieszeni plik notatek. że pozwolą mu zabrać notatki”. starannie śpiewającego niemodną francuszczyznę Dymitra Aleksandrowicza i jego ró- wieśników. ostrym pismem. lekko pochyloną głową. którzy wiecie najważniejsze — i skromnie się wycofał.tak bardzo dyskutowanej. Można było wyczuć. że nie był onieśmielony. To dopiero reportaż! To dopiero artykuł! Na ten wybuch Aleksander uśmiechnął się i wykonał bezrad- ny gest. ze zwisającymi luźno rękami. pełen uroku: — Cóż mógłbym powiedzieć. a nieodżałowany Amalrik prorokiem. sztywnego kołnierzyka i bindy do usztywniania wąsów. obozów. rzeczywiście trzymał w rękach pistolet maszynowy. pokrytych drobnym. zielonkawą cerą. Sołżenicyn był bogiem. francuszczyznę zmodyfikowaną przez społeczeń- stwo. Taki reżim był skazany na klęskę w najbliższej przyszłości. rzeczywiście otworzył ogień do najpotężniejszego w świecie człowieka. żeby uciszyć salę.

Kiedy Kurnosow zakończył krytykę reżimu sowieckiego. sto- jąc. która równie dobrze mogła znaczyć „cierpię męki”. ale nigdy nikt nie był jeszcze świadkiem tak planowej egzekucji. I ciągnął dalej. rywale. oni sami są skorumpowani. Aleksander. że pan sam sobie przeczy. zepsucie. jest za minutę dwu- nasta”. ci. ZSRR rozpadnie się. są słuszne. egoizm. że jakkolwiek idee głoszone przez dysydentów. jak ta. No więc? Kurnosow uniósł niecierpliwie dłoń: — Nie przerywa się mówcy. „Panie i panowie. co im pochlebiają i ci. Jeśli natomiast zrozu- mieli. To wszystko było już znane. pozornie nieświadomy rozczarowania słuchaczy. Fourveret opuścił swą piękną głowę na prawe ramię z miną. która teraz nastąpiła. i to w tym samym stopniu. — Jednak — czytał dalej Kurnosow — zmuszony jestem stwierdzić. nie okazując zakłopotania. Mają słabość do banałów. któ- rych zacytowałem. Raz jeszcze zacytował Sołżenicyna i Bukowskiego. jeśli nawet nie bardziej. zdenerwowany spoglądał co chwila na zegarek. niż ich akolici. co „a nie miałem racji?” Jeden z dziennikarzy wstał z miejsca: — Przepraszam. Żadne znane 259 . Zachód jest u kresu sił. Publiczność zaczęła odczuwać znużenie. co nimi gardzą. ale mam wrażenie. Dni Zachodu były policzone. to zupełnie co innego. czego nie zrozumieli za pierwszym razem. za- brał się za Zachód: zaślepienie. Nic mu się nie podobało. Ale trzy minuty później. Kurnosow czytał dalej. długopisy dziennikarzy znów zabrały się do pracy.administracyjny). Nie należy powtarzać paryżanom po raz drugi czegoś. mimo że nie nastąpiła żadna zmiana w tonie głosu Kur- nosowa. Wszyscy obecni w tej sali słyszeli rozmaite plotki na temat niektórych dysydentów. że panu przerywam. i w tym właśnie kryła się jakaś siła.

Ta zabawa trwa od tak dawna. żaden tancerz. Kurnosow czytał powoli. że systema- tyczne donosy i tak nie zdołały zapewnić mu profesorskiej kate- dry. Ten jest rozpustni- kiem. nie wspominając nawet poetów. sfałszował swoje nazwisko i pa- tronimik. Aktualnie ma na swoim koncie trzy samobójstwa przez powieszenie. Dostało się też dysyden- tom pozostającym wciąż w kraju oraz przedstawicielom starej emigracji. że zarzucał Stalinowi nadmierną łagodność. ta lesbijką. szczegóły. Aleksander zaczynał rozumieć: oczywiście. Inny z kolei zrobił karierę dzięki donosom. żadna śpiewaczka. podaje się za wierzącego prawosławnego. jak skrupulatny profesor. którzy tłoczą się wokół niego i są wskutek tego natychmiast identyfikowani przez organy. żaden wiolonczelista. lo- gików. imiona. Zatwar- działym marksistom także się dostało. wilkiem w owczarni! 260 . których jedynym wyczynem było to. że można sobie zadać pytanie. żaden rzeźbiarz. żeby wszyscy zdążyli zanotować. czy główny zainte- resowany nie podpisuje przypadkiem listy płac. Pan Z. tamta handluje ikonami. odpowiednie daty. Podawał nazwiska. inny alkoholikiem. stworzył fundusz pomocy dla ofiar reżimu. Droga innego usiana jest samobójstwami. że jest on agentem KGB. wzięte z osobna. I tak trwało to trzy kwadranse. wszyscy zaczną krzy- czeć. tamten szpiegiem. a wygnanie wybrał tylko dlatego. żaden szachista. Ale takie ich nagromadzenie wywołało zażenowanie. działaczy związkowych. jest przy- nętą dla dysydentów. patronimiki. ktoś inny podejrzanymi rękopisami. pisarzy. Żadne z tych oskarżeń. z którego bardzo przyjemnie żyją jego najbliżsi współpracownicy. Ten jest donosicielem. nie wywołałoby większego wrażenia na tej zblazowanej publiczno- ści. Ktoś inny jeszcze przesiedział ileś lat w obozie za to. ani tych. recytował Kurnosow. tymczasem ożenił się ze swoją chrześniaczką. tamten zboczeńcem. o którą zabiegał. Pan X. że stali się pierwowzorami postaci książkowych.. Rozgłos pewnego Y.nazwisko nie zostało oszczędzone.

że mają w tym absolutnie rację! Wykrztuszał wszystkie te okrzyki z całkowitym brakiem tro- ski o elokwencję. w którym pokładał zaufanie. A najbardziej interesujące jest to. czekając na dal- szy ciąg. Wolność zgromadzeń powinna być ogra- niczona. owszem. jed- nak większość zgromadzonych pozostała w sali. Oddany dyktator. sieć funkcjonariuszy. być może chcieli zatelefonować. (Długopisy pisały długo. ale muszą oni być oddani narodowi. przez co stawały się one jeszcze bardziej elo- kwentne.) Wolność myśli jest pojęciem relatywnym. którą tylko niektórzy dziennikarze zanotowali — może być traktowana jako mniej lub bardziej uda- ny owoc mniej lub bardziej przypadkowego stosunku płciowego — i w takim razie dlaczego miałaby mieć jakiekolwiek prawa? — 261 . system repre- zentatywny nie regionów geograficznych. Proszę zauwa- żyć. Sami marksi- ści i reakcjoniści. publiczność ma zawsze dobrą pamięć do brudów. podczas gdy Partia jest oddana ideologii. że nie ma wśród nich ani jednego demokraty. zgromadzić się dla dobra ogółu. Wolność prasy jest burżuazyjnym. przedawnionym poję- ciem. należy wyliczyć jego obowiązki. ale dla dobra jakiejś grupy partykularnej — nie. Kurnosow mówił dalej: — Ci ludzie są na ogół zgodni co do jednego: prawdziwa i zwyczajna demokracja nie jest możliwa w ZSRR. uwzględniającego w szerokim zakresie elity spo- łeczne. Jednostka — sprecyzował swą definicję. Kurnosow odradzał wybory powszechne. Zawarty był już w Rosyjskiej prawdzie. Kilku dziennikarzy wyszło. Zanim zacznie się mówić o prawach człowieka. Przedstawił system. aparat i aparatczycy są potrzebni. ale zawodów. że zrobiło im się niedobrze. by tele- wizja myślała za nich. — Nie należy się bać słowa aparat. tak. a może dlatego. jako że i tak większość obywateli pozwala. zalecał natomiast system doboru. Ale zło zostanie dokonane.

Po- tykał się o wyciągnięte nogi dziennikareczek w dżinsach i mru- czał pod nosem: „Dekadencja!”. Co robić? Aleksander zwrócił się ku zgromadzonym dziennikarzom: — Pan Kurnosow jest wyczerpany.lub też jako produkt społeczeństwa. wykształcenie. przepychając się w stronę wyjścia w bły- skach fleszów. mówiąc „my” i „oni”? Fourveret położył mu rękę na ramieniu: 262 . A jed- nak! Poświęcić „Żelazną Maskę” tylko po to. — Nie jestem wyczerpany. co sprawia. że wyszedłem bez powodu? Aleksander coraz lepiej pojmował sens całej operacji. Trzeba odpowiadać. Na jego twarzy malował się wyraz niesmaku. Aleksander złapał Kurnosowa za łokieć: — Skąd pan ma te wszystkie plotki? Dostarczano je panu do domu wariatów? Kurnosow popatrzył na niego zdumiony: — Czy wyobrażał pan sobie. Kurnosow przecząco kręcił głową. I dodał po rosyjsku. Ciężkie przeżycia. Prosi państwa o wybaczenie. bezpieczeństwo. — Niechże pan odpowiada. W małym salonie. Aleksander pochylił się ku niemu: — Tutaj się tak nie robi. gdzie kilka szklanek i kieliszków czekało na organizatorów. żeby rozsiać trochę plotek? — Dla kogo pan pracuje? — zapytał. że społeczeństwu winna jest jednostka pewne zobowiązania. które gwarantuje jej życie. Jednak nie będę odpowiadał — powiedział Kurnosow. Żaden efekt oratorski nie przygotował finału przemówienia. Emo- cje. Po prostu Kurnosow przewrócił ostatnią kartkę i powiedział: — Skończyłem. do diabła! Kurnosow podniósł się. — Dla nas czy dla nich? Ale kogo miał na myśli. składając swoje papiery: — Na żadne pytania nie odpowiadam.

który w oczach inteligencji uchodził za autora hu- manitarnego i umiarkowanego: Konferencja prasowa Kurnosowa wywołała zaskoczenie. Był. to przynajmniej metodycznie używane „pudło rezonansowe”. że zna się na rzeczy”. nie wywodzi się z naiwności właściwej krajom liberalnym.. że do jego orkiestry dołączyła się nowa kapela. Mamy to. wskazałbym raczej na pewien brak demokratycznej czujności. charakterystyczny był dla całej symfonii. Wszystko. co musiał znieść. całkowicie zdolnym w sytuacji bez wyjś- cia do heroicznego okrzyku: „Strzelajcie do mnie!”. Pseudonauczanie pseudonowych pseudofilozofów opanowało szpalty naszych gazet i witryny księgarń. w którym Aleksander przeczu- wał jeśli nie agent d'influence. Tym łatwiej przyj- dzie mi zauważyć. Można było sądzić. ale trzeba się zastanowić. wcale Aleksandrowi nie przeszkadzało. ale widać. do diabła. czy to zdziwienie. że aby zatopić łódkę. Kiedy Aleksander otworzył gazety następnego dnia. Jeśli o mnie chodzi. hipokryzji typowej dla społeczeństw burżuazyjnych. „Nie wiem. że dyrekcja jednak doskonale wiedziała co robi. Podniósł dłoń do piersi. że znalazł się w polu obstrzału. zoriento- wał się zaraz. — Proszę nie robić krzywdy mojemu przyjacielowi Kurnoso- wowi. Artykuł Etienne Depensiera. trzeba ją rozchwiać. co działo się do tej pory. Teraz padła komenda: ogień. Kiedy myślę o wszystkim. i z ulgą stwierdził. Reakcyjna grupka ośmiela się przybrać nazwę „nowej prawicy” i mimo to nie powstaje spontanicznie żaden trybunał 263 .. kto dyryguje tą drugą orkiestrą. żołnierzem. iż akcja prowadzona jest z wielką wirtuozerią. było tylko precyzyjnym ustawianiem tarczy. zatytułował swój tekst znany dziennikarz. że nasze przywiązanie do wartości demokra- tycznych podlega silnej erozji. które dzieliłem z inny- mi. To. Wiedział także. Nikt oczywiście nie może mnie oskarżyć o pobłażliwość dla reżimów stalinowskich i poststalinowskich. na co zasłużyliśmy.

jeśli się od nich oddali. zniża się do ciągnięcia zysków z reakcyjnych poglądów. to znaczy największej nadziei czasów nowożytnych. którego związki ze skrajną prawicą są dobrze znane. ale nawet wysłuchali do końca przemówienia. jakich doznali. choćby miało od tego ucierpieć nasze. a także pewne wydawnictwo.ludowy. zdobywszy opinię obrońcy liberali- zmu. Myślimy też o pewnym krytyku. Mamy tu na myśli szczególnie pewnego agenta literackiego. który tęskniąc do mi- nionych przywilejów wydaje się wiązać nie wiadomo jakie okrutne nadzieje z ciemnymi siłami przyczajonego faszyzmu. Panowie. godnym szacunku i o pewnym piśmie. Pan Kurnosow powiedział co następuje: my. gotowi skierować ją na demokra- tyczne tory. Zmusza nas to do poważnej refleksji. które musieliśmy recytować gdy byliśmy sztubakami. Quousque tandem Catilina. o 264 . Otóż oburzenie spowodowane tą deklaracją było bardzo umiarkowane. które. żeby sądzić i skazać opryszków. przychodzą szlochać w nasze kamizelki. nie straciło nic ze swojej aktualności. należało unikać) faszystami. dysydenci. nieco zmieszczaniałe. z gruntu republikańskie sumienie. wypłakując cierpienia. Woleliśmy połyskliwość zmienności niż czysty blask pewności. którego do tej pory. jeste- śmy wszyscy (i to tu właśnie Wojewoda pozwolił wreszcie użyć „nieprzyzwoitego słowa”. choć wciąż mają w herbie. nie można usmażyć omletu nie rozbijając jaj. którzy zamiast brać czynny udział w największej rewolucji. którzy wyrośli jak pa- sożyty na gnuśnym organizmie naszej inteligencji. Myślimy również o pewnym pretendującym do bezstronności głosie. I my przyj- mujemy z otwartymi ramionami ludzi. zdaniem Ab- dulrachmanowa. Niektó- rzy spośród moich kolegów dziennikarzy — dla ich integralności i talentu odczuwałem szacunek — nie tylko chwalili tę książkę. niegdyś niezależnym. Myślmy jasno i precyzyjnie. w którym dokonuje się jego dege- neracja i które nie troszczy się już tak bardzo o własną obiek- tywność.

a przede wszystkim przyj- rzyjmy się uważnie naszej inteligencji. Podobne środki zastosowane zostały gdzie indziej. mam na myśli karę wymierzoną na poczekaniu przez obywateli w ko- szulach z zakasanymi rękawami. lecz nie dla przeciwników tolerancji.czym uroczyście przypominam wszystkim tym biesiadnikom. warstwie. wrogowie ludu. Pan Kurnosow przyznaje. pozwolimy. lecz nie dla wrogów wolności. że jest zabójcą. Prawie wszystkie dzienniki paryskie publikowały artykuły wstępne. Jeśli tego nie uczynimy. Naczelny redaktor «Obiek- tywu» zwrócił się do José Ballandara. żeby się nam udzieliła? Zwracam się do opinii publicznej. której ofiarą padł de Monthignies. przyjacie- le. tak. ale jednak zabójcą. cierpią na demokratyczną niestrawność. że opuścił szpital psychiatryczny. o której decydują wymowni sędziowie w czerwonych togach. sami będziemy temu winni. a nikt jeszcze nie utrzymywał. by znów rozpanoszył się najbardziej bezwstydny faszyzm. Zarząd wydawnictwa Lux pośpiesznie zwołał zebranie i jed- nogłośnie zadecydował przedwczesne przejście na — wysoką zresztą — emeryturę pana Fourveret. Ale przeciwnicy. by zechciał sprzedawać swą prozę na innych łamach. czystkę w naszym społeczeństwie. którzy. do legendarnego Bal- landara. może niezręcznym. że w sowieckich szpitalach znaj- dują się wyłącznie ludzie zdrowi na umyśle. Przyznaje. chcemy wolności. Przeprowadźmy. których zadaniem było dogodzić wymaganiom Etienne Dépensier. Nie trzeba było długo czekać na następstwa tego artykułu i tuzina tekstów jemu podobnych. do której z dumą przynależymy. Jeżeli pan Kurno- sow zarażony jest wścieklizną. Domagamy się tolerancji. Redakcja «Niezależnego» zmuszona była przeprowadzić reduk- cję etatów. zasługują na to. 265 . Zniesiono karę śmierci dla synów ludu. Jeśli tak się stanie. by przy- wrócić ten wymiar kary. nie. Nie mam na myśli śmierci. czyż mamy pozwolić. którzy zresztą protestowali przeciwko temu. jak się zdaje.

Donosy weszły w modę. że operacja powiodła się. jako że Kurnosow nie chciał osiąść w Paryżu: — Chcę solidny dom. Miejsca opróż- nione przez skazanych Wojewoda obsadzał rzecz jasna własnymi „pudłami rezonansowymi”. Głowy oszczędzone przez gilotynę chowają się w ramionach”. Prawdopodobnie ma w zanadrzu następnych Ballandarów. otoczony siatką. Tak czy inaczej trzeba przyznać. — Chcę — rzekł — kupić sobie dom. które będą mnie broniły. Ale w końcu jakież to miało znaczenie? Wkrótce. Aleksander zaczynał rozumieć. Pojął też. którzy pochwalili Rosyjską prawdę. Większość dysydentów chce sobie kupić dom. Aleksander. a nie krat. Fourveretów i de Monthigniesów. co być winnym. 266 . któremu polecono dogadzać Kurnosowi. które by mnie zamykały. Sprawa Kurnosowa ujawniła cały ocean zazdrości i zawiści. Każdy bił się ze skruchą w pierś są- siada. „Przecież dyrekcja była zadowolona z moich pudeł rezonansowych. dlaczego nie został wtajemniczony w tajniki tej strategii: oba- wiano się. że mógłby zawahać się przed zniszczeniem własnego dorobku i własnej reputacji: „Nie doceniają mnie”. Oskarżano się tym chętniej. Potem ci. co jej nie zaatakowali. Aleksander z pewnym zakłopotaniem przyglądał się demon- tażowi własnej orkiestry. pionki zajmowały miejsce damy. pomyślał z goryczą. Obaj przeszukiwali prowincjonalne agencje nie- ruchomości. że operacja miała zatoczyć o wiele szersze kręgi niż mu się pierwotnie wydawało. towarzyszył mu w po- szukiwaniach. Być podejrzanym w epoce jakobińskiej to tyle samo. — Czy nie ma pan dość życia za kratami? — Chcę krat. „wróci”. za parę tygodni. że nikt od tego nie umierał. Kurnosow nie przejmował się wcale rozwojem wydarzeń. Na początku podejrzani byli ci tylko.

— Czy pańskie sumienie. Czy też: „Moje ostatnie dni chcę spędzić z dala od pu- blicznego życia”. ale gdy przestanę być im użyteczny mogą mnie zli- kwidować. „Jestem starym chorym wilkiem”. dochody po odliczeniu podatków. Wypuścili mnie. a także zastanawiał się. Dysponował pewną kulturą polityczną. Michale Leontyczu. jakie zaciągnie. 267 . „A przecież w Rosyjskiej prawdzie zawarty jest pewien program. Przyznano pa- nu azyl. na co ja się zdobyłem. to coś kojącego. Zresztą także i dysy- denci mogą mieć do mnie pretensje. Nic się nie dało wyciągnąć od niego na temat próby zamachu. które uczyniły z niego buntownika. Kurnosow odpowiadał: „Jestem człowie- kiem jednej książki”. dobrze? Pieniądze. które zarobi od zainwestowanych pie- niędzy. że wszyscy dysydenci wywodzą się z uprzywilejowanej klasy społeczeństwa komuni- stycznego? W większości są to nienasyceni prześladowcy. powodów. Nie chcę ułatwiać im zadania. to pokarm”. jego młodości. a ja jestem czło- wiekiem. — Pan ich nie zna. by dać satysfakcję złu? — Dobro. jak zapobiec skutkom inflacji. że oczernił pan dobro. lecz nie wy- kluczyli możliwości poprawy. Lekarze. Mówmy raczej o pieniądzach. by spłacić dom. procenty. to znaczy jest w niej jakaś nadzieja”. Nie wierzył im. Albo: „W moim życiu nie było nic intere- sującego”. nie wyrzuca panu. orzekli. że stan jego zdrowia nie jest dobry. którzy go badali po przyjeździe do Paryża. żebym wylał pomyje na dysydentów. to jest nie podniósł zbrojnego ramienia na panujący system! Odbywając wędrówki z Kurnosowem. — Czego się pan boi? Przecież zwolnili pana. dobro! Czy zauważył pan. I zaczynał od nowa obliczać sumy pożyczek. „Prawda to książka. która jesz- cze dodatkowo zabarwiała na czarno jego pesymizm. I ża- den z nich nie uczynił tego. Aleksander próbował dowiedzieć się czegoś o jego życiu: „Teraz powinien pan napisać swoją autobiografię”.

może też różowa twa- rzyczka dziecka ponad drewnianą bramą — wiek osiemnasty. omszały mur. Natomiast jesienne listo- wie. marmurowa. które spotykał. a może 268 . Bruzdy dzielące poletka. Przypomniało mu się zdanie Machado: dobry Bóg był młody. błę- kitnym niebem wznosiły się tyczki podtrzymujące fasolę. „Nie. żywopłot okalający małe pole. sadami i opadającymi winnicami. młyn. rano. związane były z konkret- nymi epokami. Na początku sądził. Kiedy indziej był to odrestaurowany zamek. Uderzyła go nieprze- mijająca tajemniczość Francji: na pogańskiej ziemi wzniesiono niezliczone kościoły. Zauważył też — on. gdy malował Hiszpanię. iż był to złoty wiek w dziejach Rosji. Zwiedzili we dwójkę Quercy. Z okresem romantyzmu czuł się najsilniej związa- ny. Périgrod i Limousin. Aleksander słabo znał Francję. za dużo ludzi. umyty przez deszcz. drogi i szosy opasywały lasy i doliny. starszy. Z okien mojego domu nie chcę oglądać domu sąsiadów. który częściej zaglądał do muzeów niż na wieś — że krajobrazy. strumyk. lekka mgiełka. nad nimi pokryte obłoczkami niebo. zielonkawa waza stojąca na poszczerbionej balustradzie — mówiły do niego językiem ro- mantycznym. nieruchome bia- łe krowy. że Aleksan- der czuł żywą obecność Średniowiecza.” „To nie będzie bezpieczne dla pana”. Sprawy te mało zajmowały Aleksandra. Stopniowo jednak stawał się wrażliwy na delikatne odcienie różnych pejzaży. Kiedy indziej. a jed- nak dusza krajobrazu i tak pozostawała nieuchwytna. gdy wyrzeźbił Francję. pod zimnym. o lśniących krawędziach i otworach strzelniczych. Niekiedy. przerzucone nad szczytem kamiennego muru i. u kresu zarośniętej trawą alei. może dlatego. że chory wilk będzie chciał się osiedlić na wybrzeżu. otoczony ogrodami. „Sprawię sobie strzelbę my- śliwską”. który z upodobaniem przyglądał się za to krajobrazom. natrafiał na pa- stwisko ocienione przez majestatyczne drzewa. pokryty winoroślą dach. a także pionowe tyczki sprawiały. oświetlone przez niewidoczne słońce —siedemnasty wiek. późnym popołudniem.

„Wyrywało się kogutowi pióra i przyozdabiało nimi głowę. utraciły za to duszę. jak mało znał prawdziwych domów: nieco ma- łych zamków. Budynek był jednak zbyt wielki i w dodatku znajdował się wewnątrz zdziczałego parku. ale tylko niektóre spośród nich są nam prawdziwie bliskie. zrywało ogórki z grządek i przywiązywało kuzynki do pala męczarni. Są w nas ślady wszystkich minionych epok. Powstała z tego dość dziwna kombinacja pasztetu sztras- burskiego z Clos-de-Vougeot i homarem. z którym nie wiedziałby co począć. „Zabezpie- czę mur odłamkami szkła”. wyposażone w loggie i lodówki. o której nieraz opowiadał mu ojciec. Tymczasem śpieszył się.” Kurnosow znalazł jedno tylko domostwo dostatecznie strze- żone przez metalowy płot. Niewątpliwie odtworzyłby posiadłość swego dziadka.decydowały o tym względy czysto osobiste. ogień na kominku. Był rozczarowany. konia. Pomyślał. w jakim znajdowały się od- wiedzane przez nich domostwa. Jeżeli nie wrócę zaraz. i stan. psy śpiące pod stołem. Zadowolił się więc solidnym domem otoczonym przez ogród i mur. że domy mają dusze. skusi i mnie kupno domu”. kurnik.. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Uświado- mił sobie zresztą. Zasięgnął informacji co do możliwo- ści opancerzenia bramy i okiennic. żeby zamówić najdroższe dania i wina. Zdumiewały go i piękno. wiejskich rezydencji i. że w pełni dwudziestego wieku nie wszyscy Fran- cuzi zamieszkują mrowiskowce. Ale „Anonimowemu więźniowi” sprawił wielką satysfakcję fakt. wyłożone dy- wanami.. całkowicie zmodernizowane. że nauczył się czegoś ważnego do- wiadując się. „Muszę wracać. Niektóre z nich zachowały tylko ściany i komin. iż mógł w ten sposób dogodzić swemu przewodnikowi. zwy- kłych mieszkań. Wyobraził sobie ganek. gdy do- wiedział się. bawiło się w Indian. Upierał się. inne. że dom nie może stać się natychmiast jego własno- ścią. 269 . Jak najszybciej złożył swój podpis pod umową. przede wszystkim. Tego same- go wieczoru zaprosił Aleksandra na kolację w najlepszej restau- racji w Limoges. gołębnik.

co można było zarzucić Kurnosowowi? Że jest antysowiecki? Czegóż innego można oczekiwać od dysydenta? Że nie darzy uczuciem miłości swych kolegów dysydentów? Czyż nie jest rzeczą powszechnie wia- domą. Nie było to zbyt trudne. Ale. — Żałuję — powiedział — że nie pomyślałem o tym. tym liczniejsze. że ilość kapliczek jest u nich niemal równa ilości osób? I to nawet było zrozumiałe i oczywiste: odkrywali wolność myśle- nia i robili z niej użytek. niech pan naciska. znających się między sobą. co wspominali czasy quattrocento i tacy. Gdybym o to poprosił. Jedyne poważne oskarżenie dotyczyło „nieprzyzwoitego słowa” — „faszysta”. nie wystawiana co prawda w witrynach księgarń. Otóż właśnie. co ono oznacza? Słownik mówi: „zwolennik systemu autorytarnego”. jeszcze inni na Marszałka. by przywieźć panu jakiś prezent. Dołączyło się do nich kilka osób stojących pomiędzy partiami. Tymczasem w Paryżu sprawy zaczęły przybierać inny obrót. Zresztą czy ktokolwiek odważyłby się utrzymywać. Tak naprawdę. Aleksander zaalarmował Iwana Iwanycza: — Proszę. co marzyli o „czterdziestu królach. Byli tacy. którzy w ciągu tysiąca lat stworzyli Francję”. przeciwnych jakobińskiemu faryzeizmowi większości. że Rosja dojrzała do demokracji? A w końcu czyż każdy reżim auto- rytarny musi być z gruntu zły? I tu każdy wsiadał na swego koni- ka: jedni powoływali się na Tygrysa. z pewnością pozwoliliby mi ją wywieźć. Aleksander umiał przekonywać: 270 . Rezultat: liczne prośby o wywiady. — Wywiadów nie udzielam. że Rosyjska prawda. jako że chodziło tu o nonkonformistów z tak zwanej skrajnej prawicy. inni na Generała. przede wszystkim. Część opinii publicznej okazująca przychylność Kurnosowowi przygotowywała się do kontrnatarcia. Kurnosow nikomu nie narzucał żadnego reżi- mu. Na przykład starą ikonę. w dalszym ciągu znakomicie się sprzedawa- ła.

że znajdzie tam samych szlagonów albo może clochardów czy też spadochroniarzy. Aleksander słyszał o niej tylko — można w niej było znaleźć wszystkich autorów z czarnej listy. tym bardziej będzie pan podejrzany. czy nawet człowie- ka. Dziennikarze chcieli przede wszystkim szczegółów zamachu. a Kurnosow wolał mó- wić o eurazjatyckim powołaniu rosyjskiego imperium. Ka- żdy wywiad zwiększa sprzedaż. by zgodził się na podpisywanie książki w jego księgarni. Ci ludzie nie są najważniejsi. Niektórzy myślą. To prawda. niech pan tego nie odrzuca. uwolnić się od długu? Będzie pan potrzebował pieniędzy na życie. Zresztą Kurnosow wywołał już był taki skandal. Im dłużej będzie się pan uchylać od spotkań z dziennikarzami. że jeśli będzie się pan upierał przy odrzucaniu każdej propozycji. ale są panu przychylni. popro- sił „Żelazną Maskę”. Spotkam się z nimi. Wywiady nie były specjalnie zajmujące. niewiele się różnił od tłumu zapełniającego księgarnię mniej ezoteryczną. — Zgoda. że stał się 271 . wyobrażając sobie. ale czyż to o czymś świad- czy? Były już pewne insynuacje w prasie. przecież wie pan o tym. potężny wesołek z tołstojowską brodą i delikatnym głosem. a jej właści- ciel. że jest pan manipulowany przez KGB i w jakimś sensie tak rzeczy- wiście jest. Wobec skrajnej prawicy Aleksander odczuwał ten sam niesmak co w obecności zwierzęcia. który tam brzęczał. bardzo chorego: „Zdechnijże już wreszcie”. Tymcza- sem jeden z księgarzy. że potrafi pan wyrecytować z pamięci niektóre fragmenty Prawdy. Lecz rój pszczeli. tuż obok Centre Pompidou. Czyż nie rozu- mie pan. przystał na to. Księgarnia znajdowała się przy uliczce dla pieszych. wszyscy zaczną się zastanawiać. czy nie jest pan kimś podstawionym. inaczej nie wystąpiłby pan z tym małym wykładem o dysydentach. przedstawiając się dorzucał zawsze: „Najbardziej prawicowy księgarz Paryża”. Nie bez pewnego zażenowania przekroczył próg księgarni. — Chce pan spłacić swój dom. śmiały i pewien swej publiczności. Naciskany przez Aleksandra.

Kurnosow już tam był. ale była to normal- na wojna wydawców i Aleksander. prowincjuszy. Aleksander rozpoznał pewnego byłego ministra. to co innego”. naczelnego redaktora okrzyczanego i krzykli- wego czasopisma. wojskowych w cywilu. kupców. Za cza- sów trzynastego.„osobistością”. a jego oczy stały się czułe i łagod- ne. i niektórzy śmiałkowie z paryskiej elity dołączyli się do stałych klientów. Codziennie przenosił się z hotelu do hotelu. o której godzinie się pojawi. przedstawicieli wolnych zawodów. jakby po to. nie powiedziano by mi o tym. wśród których spotykało się studentów. „Przysięgam ci. żeby interweniować. nie widział najmniejszego powodu. który czuł się już bardzo od- legły od tego. że gdyby się szykowała jakaś mokra robota. by móc spodziewać się kariery. archiwistów i anarchistów. bar- dzo by mnie to zdziwiło: piąty departament to cherlaki. żeby dotknąć książeczki czekowej. Usiadł przy 272 . Było więcej dam w futrach z nurków. Bez wątpienia czynił nie- uczciwe propozycje autorowi ze stajni Luxa. wygłodzonych kudłaczy. bardzo ciepły i okazały. zapytał Alek- sander Iwana Iwanycza. że nie chcemy mu zro- bić krzywdy”. Wśród mężczyzn. którzy otaczali Kurnosowa jakby aplikując mu rozgrzewkę przed występem. „Czy rzeczywiście ma się czego obawiać?”. co Divo określał jako światek paryski. Kurnosow odnowił swoją garderobę. odrzekł tamten. który wywołał już dość skandali. Nosił gruby garnitur z czarnej prążkowanej flaneli. Być może wachlarz spo- łeczny reprezentowany tutaj był nieco szerszy niż w księgarni na Saint-Germain-des-Prés. gdzie indziej nie spotykanych mia- zmatów. wyglądem nie od- biegających od zwyczajnych obywateli. ale w atmosferze nie wyczuwało się żadnych nadzwyczajnych. A jako że szczerość jest niebezpieczną równią pochyłą. do- rzucił: „Pamiętaj jednak. Ale szczerze mówiąc. Nie można było nigdy przewidzieć. a także drobnego wydawcę. Jego upierścienio- na dłoń bez ustanku sięgała do wewnętrznej kieszeni.

małym stoliku i składał na lewo i prawo podpisy. że jest pan faszystą? — drobna dziewczyna w przydymionych okula- rach. trzymała ołówek nad kartką notesu. — Panie Kurnosow. 273 . o ile tylko faszyzm może zwyciężyć komunizm. Przecież Aleksander uprzedził go. O tyle. panie Kurnosow? Może się pan uśmiechnie? Niechże pan nie robi takiej obrażonej miny! Co pan taki nadęty? Błyskały flesze. faszyzm został zmieciony z po- wierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej! — Faszyzm jest nieśmiertelny. Można im wszystko powiedzieć”. — Pozwoli pan. będą bardziej liberalni lub mniej purytańscy niż inni. Kurnosow rozglądnął się z niepokojem. o tłustych włosach. — Trzeba będzie pójść po książki do Luxa — powiedział właściciel księgarni. byłoby to bardzo niegrzeczne. — Ma pan więc nadzieję. Proszę pani. Przynajmniej raz sprzedaż książek z podpisem autora zwabiła wielu chętnych. co miałem już do powiedzenia — odrzekł ostrożnie Kurnosow. — Jestem faszystą o tyle. o ile Sołżenicyn i Bukowski są fa- szystami. — Następny pro- szę. trzymający w ręku złote pióro. nie chciałbym pomylić się w pisowni. Cezar był faszystą i Napoleon też. Podpisywał w dalszym ciągu. co zastanie w tej księgarni: „Dopóki ci ludzie nie postanowili pana rozszarpać. Wewnątrz fotoreporterzy potrącali wszystkich swoimi opasłymi torbami. zechce pani napisać swe nazwisko na tej kartce papieru. że nastąpi renesans faszyzmu? — zapytał młody dandys. Pewna dama z pieskiem pod pachą — wydawało jej się. — Powiedziałem w mojej książce wszystko. czy można powiedzieć o panu. że jest w Pen Clubie — powiedziała z oburzeniem: — Ależ panie Kurnosow. Przed księgarnią zebrał się tłumek. Księgarz i jego pracownicy wciąż i wciąż znosili egzemplarze Rosyjskiej prawdy.

I wtedy. trzymający w ręku kwadratowy blo- czek. kościstej czaszce Kurnosowa. ciemnymi i ponurymi. Miał lekko zajęczą wargę. — Jestem Kurnosow — odpowiedział Kurnosow.. — Ty jesteś Gawierin — powiedział ten drugi po francusku. Ty na dole ja na górze. Obiezianka. ukazał swoją brodę mię- dzy futrem z astrachanów i dżinsami. — Następny proszę. — Wiedziałem — powiedział Kurnosow po rosyjsku. Rzeczywiście między czterema oczami. zapytał bardzo grzecznie: 274 . Mały człowieczek w wytartym i zbyt długim płaszczu przeci- snął się do pierwszego rzędu. także po francusku. Być może chciał coś powiedzieć i nie miał odwagi. Nazywałeś mnie „małpka”. blondyn. Tkwił tam. Księgarz. z rękami wciśniętymi w kieszenie. z oczami utkwionymi w podłużnej. Jakiś student. nieśmiałej twarzy. Kurnosow uniósł głowę. wszystko rozegrało się w cztery oczy. ale słabo. — Nie jesteś żaden Kurnosow. ponieważ wdrapywałem się do góry. i spaliśmy na tej sa- mej pryczy w Workucie. Nosił okulary w kwadratowych oprawkach i z podwójnymi szkłami. może nie miał pieniędzy na kupno książki. Być może coś przeszkadzało mu mówić. Głosik Zellmana uciszył wszystkich. już w to nie wierząc. Zechce pan napisać swoje nazwisko. jeszcze po- chylony nad ostatnim stosem książek. Jego spojrzenie zatrzymało się na zmiętej. Jeden z dziennikarzy już wyciągał rękę w stronę telefonu. Z jednej strony gruźlicze węgle. — To oni cię wysłali? — zapytał Gawierin. Patrzył na Gawierina z głębokim współczuciem.. a z drugiej łagodne i przerażone ślepka. który zadaje ostatnie ciosy rogami po śmiertelnym pchnięciu szpadą. nic nie kupując. Zellman nie odpowiedział. mimo obecności tłumu. jak byk. Jesteś Arsenij Jegorycz Ga- wierin. A ja jestem Lew Aronowicz Zellman. wracając do ro- syjskiego.

. W słuchawce słodki głos recytował: — Nie ma żadnego abonenta pod numerem. grube. Natychmiast zaczął mówić: — Tu Kobei. żeby zatelefono- wać. a jednocześnie błagać o przebaczenie. Wykręcił numer zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje. który pan wy- kręcił. nowe pióro wysunęło mu się z palców: — Potwierdzam. jakby chcąc powstrzymać go przed kłamstwem.. Aleksander rzucił się do sąsiedniej kawiarni. Gawierin opuścił swoje trupie powieki. Mam zdjęcia — powiedział Zellman. wciąż patrząc łagodnie na Gawierina. — Proszę pana. czy potwierdza pan twierdzenia tego pana? — Ja mam dowody. Proszę sprawdzić w książce telefonicznej. . Chcę.

i do syta rozkoszo- wać się jego pełnią. nieco już zresztą wypłowiałą. czekało nań wiele przygód. już się zaczął. 276 . Zamyślił się nad nieprecyzyjnością określenia „szczytu”. który po latach na- brał odcienia fioletowego. choć jeszcze nie- dostrzegalny. że dokonanie już jest za nami. Wydawałoby się. opalizując w niektórych miejscach. Te same dłonie. on zbliżał się małymi kroczkami do starości. czarnym atramentem złego gatunku. w pewien sposób ta chwila poprzedzająca dokonanie jest najwspanialsza. i oto Ziemia trzydzieści razy zatoczyła krąg wokół Słońca. Środek nocy wypada nie o północy. było jeszcze przed nim wiele dossiers do otwarcia. A jednak jego aktualne życie było tak pełne in- tensywnych barw właśnie dlatego. to jedno słowo: „Oprycznik”. że przyjemniejszy jest moment następujący potem. co wówczas roz- począł. który zaznaczył się tyloma sukcesami. ta sama teczka. O. absolutnie nie. Zanim podał teczkę sekretarzowi. zamyślił się nad tym długim okre- sem. można jednak także uznać. 6 OBRÓT ŚRUBY Tego dnia Pitman zamknął po raz ostami bladoróżową tecz- kę. to jeszcze nie był koniec. kiedy można uznać. majorowi Biełoszwejskiemu. tylko później. że schyłek. na której trzydzieści lat temu napisał swoim prostym. kończąc to. „Jak ja się zmieniłem! Czy rzeczywiście tak się zmieniłem? W sumie zmieniłem się bardzo mało”. południe przeżywa się o drugiej godzinie. wtedy. że to wczoraj stał na galeryjce łączącej wieże Notre Dame. okrągłym pismem o rozstawionych lite- rach.

upierać się przy trzeciej fazie Pskowa. że taki odniósł sukces. że nie może użyć Oprycznika po raz ostatni. Być może gdzieś w środku miał za złe Aleksandrowi Psarowi. a jednak pozostawał na zewnątrz pewnego rodzaju etyki. Z innej jeszcze strony żałował. taką zdolność rzuca- nia uroku na ludzi — że im wykręcało oczy. jak to się zdarza wielu starym artystom. Jego diagnoza była: nie czerwony. Czerwony? Psar złożył wszelkie dowody wierności. Z drugiej strony Pitman żałował. Jaka szkoda pozbywać się Oprycznika. Wielu już o 277 . jak mówią Rosjanie — iż jego chłodny blask zaowocował obficiej niż ciepłe powiewy agentów pozornie bardziej obiecujących. Pozbawiony wpływu? Psar skompensował swój chłód. że Abdulrachmanow tracił wyczucie. chociaż można by było łagodnie wejść w pierwszą fazę Twardego znaku! To nie oznacza. zmuszał go do opłacenia mu za jego nieocenione usługi niewdzięcznością i porzuceniem go. naturalny czy nabyty. nie mający wpływu na innych. Zadenuncjowanie Gawierina przez Zellmana pozwa- lało Wojewodzie rozpocząć kampanię. wówczas gdy mógł jeszcze oddawać przysługi! Co za nędza. w akcji dezinformacji bardziej zgodnej z du- chem kontrwywiadu. Ale zamykał to dossier bez żalu. podczas gdy on przewidywał dla Oprycznika po- wodzenie o wiele bardziej umiarkowane. niestety należało pogodzić się z tym. której temat został mu dostarczony w zaklejonej kopercie w ubiegłym tygodniu: „Dysy- denci są systematycznie manipulowani przez KGB”. szczególnie kucharzom. z którą wiązał tyle nadziei i do której Aleksander cudownie się nadawał. Przeciwnie. iż upór Abdulrachmanowa nie pozwalał mu na wynagradzanie Psara według jego zasług. Tak. być może pewnej estetyki. że trzecia faza Pskowa nie miała przynieść satysfakcji. Prowadzenie Oprycznika przyniosło Pitmanowi najwięcej zy- sków w całej jego karierze. przez taką intensywność w realizacji swych zamiarów. ale on sam miałby ochotę to zrobić w sposób naj- bardziej klasyczny. sławnej akcji Twardy znak.

nieomal za nowego Boga dysydentów. że tylko pozostali są na usługach KGB. Trzecia faza funkcjonowała sama z siebie. Wtedy będą już naprawdę za- łatwieni i będzie się z nimi miało spokój przez parę lat. w pobliżu której przepłynął wielki statek. którego cały świat wziął za autora Rosyjskiej prawdy. wystawiony był na nazwisko Kurno- sowa). podobna do tych ptaków. była także pachołkami (jeszcze nie zdemaskowanymi) tego samego rządu.tym szeptało. by kołysały się w nieskończoność. Dawał o sobie też znać uśpiony szowinizm francuski: niektórzy światli dziennikarze przypomną emigrantom. w jakim stopniu podejrzenia te były uzasadnione) o mniej czy wię- cej świadome wysługiwanie się reżimowi sowieckiemu. aferę 278 . Także i jej zakoń- czenie będzie proste. a szczególnie sami dysydenci. nasuwała się sama. jakim dysponował. jeśli będą się zwracali o po- moc. Myśl. jak łódka. usłyszą: „Faszyzm nie przejdzie” albo też „Komuniści mor- dercy”. za drugiego Soł- żenicyna. jaką na skalę światową pod- nosili dysydenci w obronie tego lub innego chuligana czy roz- pustnika. Teraz rzecz została udowodniona: ten. To zamknie im usta. którym wystarczyło dać lekkiego prztyczka. zabawek dziecięcych. obojętnie jakim. Psar był podejrzany (chociaż nikt nie wiedział. Wydawnictwo Lux było zagrożone przez napływające z różnych stron wielkie fale. Odtąd. oczywiście. że wrzawa. przy czym każdy z nich żył w przekonaniu. faza trzecia ukaże tych faszystów w roli współpracowników komunistów. Sądy francuskie nie będą w stanie nic udowodnić Gawierinowi (jedyny dowód tożsa- mości. całkiem automatyczne. była za każdym razem w najwyższym stopniu irytują- ca. w rzeczywisto- ści był pachołkiem (zdemaskowanym) rządu sowieckiego. Nie da się bowiem zaprzeczyć. jeśli nie mieli oparcia w za- chodniej opinii publicznej. Dysydenci byli jednak bezradni. Druga faza Pskowa pokazała ich jako faszystów. a przynajmniej niektórzy spo- śród nich. że większość innych dysydentów. Już teraz dysydenci stracili wiele ze swej popularności.

które niszczyły ślady własnych aktywno- ści. nie tylko rozbity został klan dysydentów.. A jednak. rozproszyć komary dysydencji i zasiać strach (co nie jest wcale trudne) w szeregach zachodniej inteligencji? Pitman westchnął. żeby nawet nie miał czasu się pożegnać. Czy takie ujęcie było wystarczające? Czy opłacało się oszczędzić życie prawdziwego Michała Kurnosowa.. ale i od nowa rozkwitł we Francji terror intelektualny. podczas gdy praca prowa- dzona była w dalszym ciągu przez orkiestrę Wojewody. czy też woli się z nią spotkać dopiero później. a także pożyczkę rosyjską. która trwała dwadzieścia pięć lat. wielkiego myśliciela politycznego. złóżcie je w archiwum.Stawiskiego. którego kochał. Bilans był więc nadzwyczajny. Zapytacie go. Któryś z młodych krytyków napisze powieść z kluczem. o gromadzenie przykładów właściwie prowadzonej działalności. pokryjecie wszystkie koszty. jako że w ostatnich latach przesunął się nieco na prawo. Biełoszwejski. żeby rodzina dołączyła tam do niego. 279 . towarzyszu generale? — Tak. Dacie pilotowi dwa tygodnie nadzwy- czajnego urlopu w Soczi.) Ściągnijcie pi- lota tak. dyrekcja «A» dbała o aspekt doktrynalny. Jego żonie można zawsze po- wiedzieć. Gorgułowa. Abdulrachmanow. gdzie Ballandar zostanie przedstawiony jako agent komunistyczny. które uzbierały się na jego koncie banko- wym? Pitman zawahał się. Jego rodzina powróci parę dni później. czy chce. po to tylko. że powierzono mu nowe zadanie.. — A pułkownik dokooptowany Psar? Czy skreślić go z listy pracowników? Awansować? Czy ma prawo do emerytury? I co robić z pieniędzmi. „rozpruła się” niejako sama z siebie („Największa finezja polega na tym — mawiał Ab- dulrachmanow — by wasze montaże podlegały degradacji czysto biologicznej i nie zostawiały śladu”). — Czy zamykamy dossier. W dodatku ope- racja.. by usunąć bez śladu Alek- sandra Psara. (W odróżnie- niu od innych dyrekcji. był jak najgorzej usposobiony.

będzie mu się słusznie należał cały dochód. Nie musimy za wszelką cenę uruchamiać natych- miast Chorążego. Był to sympatyczny mło- dy człowiek. towarzyszu generale. już teraz jest zastępcą re- daktora naczelnego francuskiego odpowiednika naszego «Ogo- nioka». Nie budźmy go jeszcze. Stanowisko agent d'influ- ence. towarzyszu generale. nieco anemiczny. Dysponujemy we Francji w tej chwili sześcioma innymi orkiestrami. Koszt jej zało- żenia zamortyzował się sześciokrotnie. Później zobaczymy. Nie. Ma czas.. Co towarzysz generał poleca w jego przypadku? Czy już teraz zacznie dyrygować swoją orkiestrą? Czy posłuży się tymi samymi rekwizytami co Psar? I kto będzie jego pilotem? — Tu też poczekajmy jeszcze chwilę. Pitman nie porzucił myśli o Twardym znaku. Już przy drzwiach Biełoszwej- ski obrócił się zgrabnie na piętach: 280 ... a wtedy. niech się zbierają. Zostawmy ją Psarowi. ale nie ruszajcie jego funduszy. którego plany leżały w jego gabinecie. Od czasu kiedy go nosił. nie będą już wy- płacane? Mam na myśli zarówno wynagrodzenie we frankach jak i żołd w rublach? — Zatrzymajcie to wszystko. dumny bardzo ze swego angielskiego garnituru. — Ze wszystkimi tymi decyzjami poczekamy jeszcze trochę. — Dobrze. Zacznie funkcjonować w spo- sób możliwie niezauważalny. zaczął unikać półobrotów przepisanych przez regulamin. towarzyszu generale. niech to będzie nasz prezent na pożegnanie. kto wie czy nie bę- dziemy go jeszcze potrzebowali. przypadnie Cho- rążemu. — Rozkaz. — Ale jego honoraria. z lokiem jasnych włosów nad czo- łem.. co z nimi zrobić. Nie przeszkadzało to jednak Pitmanowi. i on nie był nigdy zbyt biegły w półobrotach. Jeżeli tylko potrafi wyciągnąć coś jeszcze z agencji po ostatnim skandalu. Jeśli zaś idzie o agencję. Biełoszwejski ruszył w stronę drzwi. Chorąży to agent uśpiony. zajmowane do tej pory przez Oprycznika. Zresztą.

Pitman pomoże mu w tym. który uważał. z której wyszła. W styczniu naj- starsza córka Pitmana. — Kapitan Kuzniecową wróci do dyrekcji. Swietoczka. na ile było to możliwe — szkaradnej inscenizacji wymyślonej przez Abdulrachmanowa. tego wielkiego człowieka. mój samochód. ale nie zaangażuje całego swego autorytetu w tej sprawie. iż sam żywił tak wielkie uczucia rodzinne. że żerowanie na więziach rodzinnych było czymś złym. Dlaczego mu ją odbierać? Jakim prawem narzucano mu syna. Co zrobić z Ałłą Kuzniecową? Już od trzech lat składa odwołania. Światosław będzie musiał poczekać do stycznia. że w sprawy związane z wywiadem człowiek angażuje się całkowicie. Biełoszwejski.. Zatrudniamy ją przy pracach biurowych. intelektualistami. kosmicznym i duchowym”. „razem ze swym ciałem fizycznym. — Dziękuję. a jednak Pitman nie mógł uwolnić się od myśli. — Skąd ona przyszła? — Z drugiej dyrekcji głównej. Abdulrachmanow powtarzał mu ze dwadzieścia ra- zy. towarzyszu generale. lecz było go za mało. żeście mi przypomnieli ten aspekt zagadnienia — Pitman bawił się ołówkiem automatycznym. Cała ta historia z kobietą i dzieckiem nigdy nie podobała się Pitmanowi. Spadł już śnieg. poniżej jej kompetencji.. Przedstawicie ją do awansu. iż stoi ponad dobrem i złem. który wcale nie był jego dzieckiem? Z uczuciem ulgi podjął Pit- man decyzję o zaniechaniu — na tyle. Psar miał córkę. pojadę do Wołkowa. Zrobiła staż w manipulacji. I przygotujecie też. wyjdzie za mąż za tego po- rucznika z ministerstwa spraw wewnętrznych. którzy mieli wszystko do zawdzięczenia tylko 281 . tym bar- dziej. Siódmy departament. pracując z turystami francu- skimi. — Jeszcze jedna rzecz. który marzył o przejściu do KGB. sekcja druga. — Ach tak. że w ten sposób niszczymy jej karierę. Dział kadr wyraźnie wo- lał chłopców. Utrzymuje. by myśleć o sannie.

a na koniec rozlegnie się ostatni. pięknie żyłkowanej. że stłumi w swych dzieciach wszelką tkliwość i że zaszczepi w nich pierwotny arywizm. Być może jego oj- ciec.. dla którego bolszewizm będzie zaledwie przykrywką: „Dają. nie miałby nic przeciwko tego rodzaju ety- ce. Wybór. przybranego ojca. a wkrótce zamknie się tamto niezwykłe życie. drobny krawiec. na skó- rzanej kanapie.własnym rękom. Czy będzie dość czułym mężem? Swie- toczka tak bardzo potrzebowała ciepła. jak księga we wspaniałej oprawie. księga o gru- bych kartach. ten porucznik. cichutko przed dziesięciu laty. tchnące chłodem i wilgocią. kolosa. od kandydatów popieranych przez ich teściów. Nie potrafił on jednak wzbudzić w synu wielkiego uczucia i dlatego Jakub Mojsiejewicz gdzie indziej ulokował swoje senty- menty. przez pi- stolety arabskie i mieszki na proch. Pitman westchnął. definitywny dźwięk. bogato zdobionych i pozłacanych. Wzdychał teraz często. Przed chwilą zamknął tamto dossier. Wyczuwał w Walerym niepokojącą słowiańską brutalność. Zresztą. nie zachwycił wcale Pitmana. księga zamknie się i wyda ostatnie westchnienie. Wielki człowiek spoczywał. Kończyła się jakaś epoka. ostatni stuk. Dacza spoczywała pod ośnieżonym wzgórzem jak na wido- kówce. jak w dawnych czasach. w domu ro- dzinnym miała ich zawsze dość. czułości. swój podziw i potrzebę naśladownictwa. bierz. Mały krawiec umarł skromniutko. nie mógł sobie odmówić przyjemności zrobienia stójki na poręczy fotela. giganta. a teraz zbli- żała się coraz bardziej śmierć tego drugiego.. szelest wszystkich jej stronic. otoczony przez swe książki i dywany. które migotały miedzią i 282 . Gdy tylko znajdował się w salonie. Cienka jak płat plastiku warstwa lodu pokrywała jezioro. biją. Walery myślał tylko o porę- czach i pierścieniach. Ale czy gimnastyka akrobatyczna jest niezbędnym skład- nikiem szczęścia małżeńskiego? Jakim ojcem będzie Walery? Można się było obawiać. zwiewaj”. jakiego dokonała jego córka.

okiennice były zamknię- te. i sęków i pęknięć. lecz tak mocno już naznaczony przez nadchodzącą katastrofę. zała- mujący się czasem i przechodzący w szept. Przez długi czas milczeli obaj.srebrem na ścianach. Z tego mauzoleum doby- wał się tubalny głos. Małżeńska sypialnia nie bardziej jest typowo rosyjskim pokojem niż jadal- nia typowym pomieszczeniem francuskim. To w takich pomieszczeniach żyli i umie- rali zamożni ludzie dawnego reżimu. wymowa była wciąż staranna. muzykalna. Pitman myślał o polanach wypa- lonych już od środka. które z tru- dem tylko dało się odróżnić w mroku. Mohamedzie Mohamedowiczu? Umierający nie wyrzekł ani słowa. jakby ciesząc się swą bliskością. Ale czy jest jakiś sens w tych rozróżnieniach. Kryjówka pogrążona była w mroku. a żarzących się jeszcze i zachowujących do końca wszystkie najdrobniejsze nawet szczegóły swego unerwie- nia. Lecz dykcja nie zmieniła się wcale. 283 . jeszcze potężny. lecz jakby pęknięty. carskiej Rosji. Zaczął się zastanawiać. a lampka — wiecznym światełkiem. wytworna: — Otóż jesteś. i potem nagle — wystar- czy dotknąć je pogrzebaczem — rozsypujących się bezszelestnie i przemieniających się w szary popiół. czując po raz ostatni pożywne ciepło łączącej ich przyjaźni. To srebro było ikoną. Pit- man nigdy przedtem nie widział tych przedmiotów u Ab- dulrachmanowa. Pomiędzy tymi dwoma mężczyznami nie mogło być mowy o kłamstwie. — Jak się pan czuje. zasłony zaciągnięte. ekscelencjo! Słysząc ten głos tak wyraźny. Na kanapie piętrzyły się koce. futra i poduszki. dotyczących ruchomości i nieruchomo- ści? Pitman ze swej strony nie chciałby nigdy spać bez swej cie- płej Eliczki. ale w kącie naprzeciw drzwi paliła się mała czerwona lampka. swych włókien. czyjego przybrany oj- ciec przypadkiem nie zwariował. odbijająca się w srebrnym zwierciadle.

tak że stawała się po- dobna do głowy cukru. trzymając ręce pomiędzy kolanami. które zostają po przejściu ślimaka. jak te.. Abdulrachmanow położył dłonie na prześcieradle i jego ręce od czasu do czasu gładziły tkaninę. 284 . jakby zawieszony między świadomością i nieświa- domością. — Nnno więc — zaczął wreszcie Abdulrachmanow. W trzewiach Abdulrachmanowa powstało jakieś drżenie. w otchłaniach. wolałby spędzić wieczór w gronie rodzinnym i wrócić tu nazajutrz. Być może była to oznaka zbliżającej się śmierci.. Dzi- waczny czepek wydłużał jeszcze czaszkę. — Zostanę — powiedział. — Słuchaj. z której wyrastał ogryzek nosa. nie doszlibyśmy do niczego. żeby on wrócił? Tak byłoby lepiej. w których nie można było go odnaleźć. gdyby nie on. zgasło na wargach. Na jego pustej.. Zadzwonił do domu.. Rozróżniał teraz wielką głowę wciśniętą pomiędzy okrągłości poduszek.. Ale to przecież pan właśnie. — Eliczka.. Pitman... — zaczął. Wciąż nie chce pan. Niemy zwrócił ku niemu głowę. od dawna chciałem pana poprosić. To nie odpowiadało Jakubowi. Wyciągniemy wszystkie nitki. Eliczka nie była zadowolona. A on ma przed sobą już tylko parę godzin. W końcu służył nam przykładnie. pokrytej zmarszczkami twarzy. Nie miałem śmiałości. Pitman dostrzegł dwa świecące wilgotne ślady. nie rezy- gnując ze swego senatorskiego „nnno” — jak się ma mój pod- opieczny? Oczy Pitmana przywykły już do ciemności. przeniosło się przez całe jego ogromne ciało. W kącie pokoju rozłożył już łóżko polowe: liczył na to. pod szczotką włosów. Innokientij na- krywał do stołu: położył tylko jedno nakrycie. — Mohamedzie Mohamedowiczu. właściwiej. Później przeszedł do jadalni. tak jakby poruszały się z własnej woli. że Pitman zanocuje w da- czy. Zapadł w sen. Na pół siedząc. siedział bez ru- chu ponad godzinę.

których Pitman nie zrozumiał: — Niewolnik tego. i wódka. to ty. że czuję jej zapach. którą wybrać wersję. wieńczącą ramię olbrzyma. Wymruczał dwa zdania. dłonie leżące na prześcieradle drgnęły: — Odsłoń okno. Urodziłem się w czerwcu. bo mój nos strajku- je od dawna. które też się zaróżowiło. Pitman podszedł do okna i rozchylił ciężkie. Za podwójną szybą ukazała się ziemia usiana kryształkami śniegu. — Umiera się prawie zawsze w innej porze roku. Wziął Pitmana za Innoktientija. jakby chcąc po raz ostatni nakarmić oczy takim obrazem. Innokien- tij z pewnością ugotował dla ciebie zupę kalafiorową. Zdawało się. a nad nią ciemnogranatowe niebo. — Idź— powiedział Abdulrachmanow — idź jeść. Ale pewnie się mylę. synku. że umrę jesienią. Syn tego. usiane kryształami gwiazd. Pitman zjadł ten chłopski posiłek powstrzymując 285 . że nie wie. W ciemności świeciły oczy starca. — Zauważyłeś? — powiedział Abdulrachmanow. — Likierku!— zażądał. gdy jednak Jakub zbliżył się do niego niosąc na tacy zieloną butelkę i mały kieliszek. Zawsze wiedziałem. wzorzyste zasło- ny. Wrócił do pokoju Abdulrachmanowa. Abdulrachmanow chłonął ten widok. Jego szczęki poruszały się. Rzeczywiście była na kolację zupa kalafiorowa. nie ma co być miłosierny. Połóż to tutaj. i nawet śledź wę- dzony. tę małą dłoń. nie ma co być miłosierny. uśmiechnął się: — A. Zdaje mi się. Pitman pochylił się nad nim i pocałował dłoń. Mała przesądna lampka wciąż paliła się przed srebrnym zwierciadłem. który przynosi przebaczenie. który przynosi przebaczenie.

— Nnno więc — powiedział naraz umierający silnym głosem. A przecież nie ma nic niezwykłego w śmierci człowieka. Twój generał dziękuje ci. które spoczywały na jego oczach jak ogromne muszelki. za dyrygentów orkiestry. To ty. nie podnosząc powiek. bojąc się zrozumieć zdanie Ab- dulrachmanowa. Któregoś dnia. synu. Jesteśmy zaledwie. — Teraz pozostaje tylko oczekiwanie.. Nic in- nego nie robi ten na górze. Czekać i za nic w świecie nie in- terweniować. pamiętasz. aż mróz weźmie. Zakaz to element dezinfor- macji. co mówi się w Księ- dze. Wąż. żeby ich nakłonić do zrobienia czegoś. aż zamarznie. Słyszysz? Twój generał składa ci podziękowanie. który nie pozwalał mu połykać jedzenia. wąż to przebrane słowo. — Kto? — spytał Pitman. synu? I tak właśnie powinno być. Kenti? Ty jesteś chłopem z chłopów. żeby zainteresowali się dobrem i złem. — Ten od największego ze wszystkich montaży. Nie możemy się uważać za źródło promieniowania. Czyż nie w ten właśnie sposób myślisz o stworzeniu. ale dobrze zaopiekowałeś się twoim gene- rałem.. mój plastikowy Jakubie Mojsieje- wiczu. Ty i ja jesteśmy tylko pałeczką przechodnią. powi- nieneś wziąć się do czytania Sun Tsu. Ludzkość powstała w ramach operacji dezinformacyjnej przeciwko Szatanowi. Wielki Monter. On opowiada o Prefekcie 286 . Powiedział so- bie: „Jestem zbyt wrażliwy. Poczekać. To jak u Sun Tsu. Wytarł usta i wrócił znowu do swego przyjaciela. A ludzie.szloch. Czeka. Od czasu do czasu w półcieniu pokoju coś się zmieniało w oświetleniu: to Innokientij pojawiał się w obramo- waniu drzwi. Pamiętasz. który liczy sobie osiemdziesiąt jeden lat”. Doszło do wojny. najlepszy sposób. Jak w skomplikowanych montażach. Anioły zbuntowały się. pudłami rezonansowymi. W przeciwnym razie wojna z tym hitlerow- cem Lucyferem byłaby przegrana. Ponieważ trzeba było zmusić ludzi. Abdulrach- manow drzemał.

Co miała oznaczać? Po jakimś czasie Abdulrachmanow znów się rozbudził: — Wiesz— powiedział zwykłym głosem. który sposób był właściwy. Mohamedzie Mohamedowiczu? Czyżby wierzył pan w Boga? Nie otrzymał odpowiedzi. — Co to znaczy „we właściwy sposób”. to co straciliście jest ni- czym w porównaniu z tym. Sun Tsu mówi wyraźnie. Pitman obawiał się. Wtedy prefekt zwrócił się do nich: „Panowie. W ka- żdym razie następnego dnia rano buntownicy zostali unice- stwieni. których imion nie pamiętam.Hsiang. nie wiem. Udało mi się chyba odrobinę nagiąć Historię we właściwy spo- sób. Łupów nie ma. by nakarmić konie i by każdy żołnierz dostał swój posiłek do łóżka. zarządził. Abdulrachmanow znów pogrążył się w mroku. Dlaczego do łóżka. tak jakby był zdro- wym człowiekiem — jestem dość zadowolony z mojego życia. co uczynił Hsiang? Posłał ich na polowanie i podpalił ich obóz. Podobnie postępuje Wielki Monter. który walczył z dwoma buntownikami. po- wiada Sun Tsu. Wtedy jego żołnierze nie chcieli wrócić do walki. wolał jednak wyjaśnić sprawę. Rozpłakali się. co wciąż jeszcze znajduje się w posia- daniu buntowników”. Jeżeli nie. często czy- niłem go wykonawcą moich zamierzeń. co do tej pory złupili. Jeżeli Abdulrachmanow odpowie: w sposób wy- znaczony przez Marksa i innych ojców Rewolucji. raz czy dwa razy podstawiłem nogę Szatanowi. Żołnierze sami zażądali bitwy. czyjego mistrz zdawał sobie jeszcze z tego sprawę. Żołnierze wracają. Hsiang. obawiając się że stracą to. Czy wiesz. Zadał im straty i obłowił się przy tym. Pitman wiedział. jego duch był jeszcze obecny. że się rozpłakali. że jego mistrz kompromituje się. Pitman przypatrywał się małej lampce. nie był jednak pewien. Mohamedzie Moha- medowiczu? Drżał cały. to wielkie ciało nie kryło już żadnej 287 . Zapytał go: — Co pan chce powiedzieć.

Jesteśmy Rosjanami. to Wielki Démonter. wszędzie dookoła znajdowały się wielbłądy. zrodzony nie wiadomo jak. Pitmanowi przynajmniej wydało się. Potem szukają sobie opiekunów w Niemczech. Było wiele wielbłądów i derwiszy. Być może lekarze umieliby to osiągnąć. Naprzód ubłagali Wikingów. Mohamedzie Mohamedowiczu. kto jest tym Szatanem. a on nie zechce umrzeć za mnie. Powieści Dostojewskiego nie były lekturą zalecaną w ich śro- dowisku. mój tombakowy Jakubie Mojsiejewiczu. że jeśli sprowadzi mu się leka- rza. ale Abdulrachmanow zapowiedział. z naszymi ciemnymi kędziorami. żeby zechcieli nimi rządzić. — Nie. Przyjrzałeś mi się kiedyś? Pozostali. Później zgnietliśmy ich. — Naszkicował mój portret. żeby mo- żna mnie było wyleczyć. Odczuwał ból. jaka była ich historia. to dlatego widział pan wielbłądy. ty. Gdy byłem mały. przywita go strzałami z pistoletu. jedynymi prawdziwymi Rosjanami. Zobacz. że zmienił temat rozmowy: — Czy czytałeś Dostojewskiego? — Trochę. więc o co chodzi?” — Mohamedzie Mohamedowiczu. Jesteśmy prawdziwymi Rosja- nami. nie bardziej jestem Uzbekiem niż ty Żydem. wiesz o tym równie dobrze jak ja. Abdulrachmanow nie odpowiedział na to. „Jestem za stary. wiesz o tym? Pitman zamknął oczy. — Pan jest Uzbekiem. Potem Polacy. Rosja nigdy nie 288 . żeby jego dobroczyńca umarł w pełni przytomności umysłu. który zrodzony zostałeś z Sema i ja. synu. to dezinformacja. potrzebni byli tylko do tego. Tak bardzo chciał. Cała reszta. żeby nam przytrzymać strzemię. I dywany piękniejsze niż ciało kobiety. o którym pan mówi? — Szatan.. mój zło- ciutki Jakubie Mojsiejewiczu. Posadzono mnie na grzbiecie wielbłąda. jak przy- stało bolszewikowi. Wielkorusy.duszy..

ale także dlatego. ilu bastardów? Napłodziłem ich. że stają się impotentami. Słysza- łeś o micie Trzeciego Rzymu? Nie jest fałszywy... Ale także i Żyd. żydowskich i lapońskich. a narobimy wam maleńkich Rosjan. a Pitman odnalazł w sobie moralną siłę — czy może raczej słabość — by pogodzić się z degradacją intelektualną wielkiego człowieka.. Uzbeków. dzielny Oprycznik. Inni to amatorzy. Zapomniano tylko o jednej rzeczy: że Uzbecy są bardziej rosyj- scy niż sami Rosjanie. jako że tylko pierwsi rzymscy cesarze byli Rzymianami.. I Rosja będzie się tak długo skrobać. Jej jedyny sprawny przywódca od cza- sów Rewolucji był Gruzinem.. nigdy nie potrafiła nawet utrzymać stolicy w jednym miejscu. któremu się powiodło.. Dopóki więc choć jedna jego cząstka pozostanie przy życiu. że Rosjanie zawsze prakty- kowali integrację. Ich żony buntują się. ale całego człowieka. Ale wtedy. mój diamentowy Jakubie Mojsiejewiczu. Imperium rosyjskie! Nic więcej nie trzeba dodawać. August i Cezar. I Polaczek. będę go kochał”. Tak właśnie mu- si być. dlaczego? Tak. mój synu. że imperium rozsypie się na kawałki. którą kazał opu- blikować Oprycznik? Tam. to było w porządku. Borys. 289 . Prawdziwi Rosjanie są na wymarciu. Dzięki temu Za- chód był spokojniejszy. ty masz rodzinę. Dajcie nam wasze kobiety. był moim ku- zynem. jesteś Rosjaninem przyszłości. hopla. w łonach kobiet wielkorosyjskich i małorosyj- skich. To jedyne nowoczesne imperium kolonialne.rządziła się sama. Piją tak dużo. białoruskich i czerkieskich. wyjdzie spod niego Tatar. „Kochałem nie tylko jego inteligencję. A cesarzami przyszłej Rosji. Anglicy nie mylą się: wystarczy poskrobać Rosjanina. Abdulrachmanow znowu zapadł w niebyt. nie było tu żadnych mórz do sforso- wania. póki jej mieszanka nie bę- dzie doskonała. Czy wiesz. A ja. rozległość. będziemy my. gdzie były same statystyki? Dowo- dzono. Pamiętasz tę książkę. ale pracowałem dla sprawy. Nasz największy car. I Bałt. Nie znam ich. Widzia- łeś wskaźniki demograficzne? Ty co innego. nie chcę ich znać. ty i ja.

ty wiesz. pochodzę. Mohamedzie Mohamedowiczu. — Zauważ. tak żeby widzieć jak najdokładniej twarz Abdulrachmanowa. Gdy byłem mały. to nasz Matwiej. — Ależ. — Dezinformacja. więc po pierwsze dzisiaj jest jego święto. że jest pan chrześcijaninem? — Mój synu — powiedział Abdulrachmanow — istnieje tylko jedna religia. ale zostałem ochrzczony. niekiedy zanikał i znowu się pojawiał. jego obraz był u nas w domu. knot. mój cukierkowy Jakubie Mojsiejewiczu. pan przecież pocho- dzi z rodziny muzułmańskiej. — Chce pan powiedzieć. że sprawi mu to przyjemność. W tamtym momencie nie warto było być chrześcijaninem. Muzułmanie nie znają ikon. Myślałem. 290 . Mateusza. o cerze tak ciemnej. podobny w tym do źle pracującego silnika. — Czyje święto? — Matwieja.. po czym. i była stara służąca. śmieszy mnie to pochodzenie. — Ale przecież mówił pan. rozglądnął się wokół ze zdumieniem. która miała szczypczyki i.. Gdy Abdulrachmanow otworzył oczy. ujrzawszy ikonę. — Pochodzę. rozchylił wargi w lek- kim uśmiechu. czując. Przysiadł przy łóżku.. pomyślał Pitman. Pitman nareszcie zdobył się na odwagę postawie- nia mu tego pytania w najłagodniejszej formie. de-zin-for-ma-cja. Dobrze. że. „Nie dożyje następnego dnia”.. Oddech był na zmianę szybki i po- wolny. to cię dręczyło.. Zastanawiałem się nad tym. najbardziej absurdalną i poniżającą nawet: — Po co to panu? — Aha. że na tle poduszek wy- dawała się całkiem czarna. Westchnął i całe jego ciało poruszyło się przy tym. I być może mój ojciec również. Nazywam się Matwiej Matwieje- wicz. że zniesie każdą odpowiedź.. Może pochodzę z rodziny muzułmańskiej. to nie jest Mateusz Ewangelista.

— No właśnie. nie próbując nawet uchwycić się wystających gałęzi. zatrzymały się na niej i zdawało się. że odgaduję. — Wypadałoby. Teraz dysponujemy planami na dwadzieścia. jakże kochałem Rosję. ale był pewien. czy cierpi. co się stało z Bukow- skim? Wpadliśmy na pomysł. żeby wymienić go na kogoś tam z Chile. — Myślę. ani Matwiej. że odnalazły dzięki temu spokój. że tak nie jest. mój synu. Mój organizm nie chce już nic przyjąć.. Jego oczy szukały czegoś niepewnie. Dopóki jeszcze byliśmy małym departamentem. nie powinni byli tworzyć naszej dyrekcji. Czy oni pozwalają ci zorientować się w tym? — Tak. że Bukowski to wariat. aby pokazać światu. było już za późno. — Już nie wiem — odpowiedział Abdulrachmanow. mój mały. — Czy chcecie likieru. Nie można zatrudnić za- wodowych kłamców. Rosjanin. Jego oczy odnalazły ikonę. Ale czasem zatrzymywał się w tym upadku. że źle nas poinformowano. Właśnie w trakcie jednego z tych momentów bliskich upojenia Abdulrachmanow wyjawił Jakubowi tajemnicę czapek- niewidek. wyko- nującym określone polecenia.. że wcale nie jesteśmy bardziej brzyd- cy i niebezpieczni niż Chile... Tak. jak balon. jeżeli chcieli w dalszym ciągu jechać na swojej ideologii. Wmówiliśmy mu. na czym polega na- sza praca. właśnie.. wydaje mi się. że już nie będę więcej pił na tej ziemi. Później Pitman zapytał go. towarzyszu generale? Pitman nie odważał się mówić ani Mohamed. tym razem nie zamykając oczu. Gdy przekonał się. 291 . O. żebyś zaczął rozumieć.Pieczerski. Pamiętasz. A na- jadłem się jej sporo. do którego wdmuchnięto porcję ciepłego powietrza. Zsuwał się po pochyłości. Oni zorientują się dopiero za kilka dobrych lat.. trzydzieści lat naprzód. Leonid Iljicz nie zgadzał się na to. nie przyznając im monopolu na prawdę. Niczego nie podejrzewał.. Wrzesz- czał.. Abdulrachmanow zamilkł znowu.

bo nigdy nie będą wiedzieli. co zdarza się czasem ludziom umierającym. On sam przeczuwał już wcześniej ten se- kret: ci. — Nie — powiedział Abdulrachmanow. 292 . które już wy- produkowaliśmy. kwadratowy. Pitman nie wiedział. Chodzi o jeden i ten sam cel.. nie są potrzebni. my w areopagu. czy też mówi prawdę. że nie wydawało się. jesteśmy fabryką prawdy. to my wytwarzamy wszystkie obrazy.. do użytku wewnętrznego. jakie jest ostatnie kłamstwo. My zaplanowaliśmy już dwudziesty pierwszy wiek... to jest do Dobra. Przykrył nim ciało swego nauczyciela jak sztandarem. ozdobiony deseniem w kształcie rombów.. Pitman wybrał dywan. a to oznacza panowanie nad światem. który wydał mu się najpiękniejszy. (zawiodła go wyna- lazczość językowa) w tym czasie my poprowadzimy ludzkość do szczęścia. — Dywan. — Zimno mi — powiedział nagle Abdulrachmanow. Wszystko się zazębia. Tkanina dywa- nu była tak sucha i twarda. i tylko głowę zostawił na zewnątrz.. Pod przykryciem tak sztywnym i tak hieratycznym przypominał raczej postać wyrzeź- bioną na wieku sarkofagu niż człowieka z krwi i kości..My. jeśli idzie o Rosjan. Jakubie Mojsiejewiczu.. by mogła za- trzymać ciepło. Ale w ogó- le. Rosjanie. wszystko się zgadza. Wziąwszy pod uwagę rozwój techniki. W tym czasie. Nigdy nie wyjdą z naszego labiryntu.. mój synu. W porządku. mój. co mają klucze do dezinformacji. ale nie poradzą sobie z obrazami. mój. Gdy- by nawet nas zabrakło. Mogą nas rozstrzelać. — Czy tak lepiej? Abdulrachmanow nic nie odpowiedział. Jego oczy stały się szkliste. muszą mieć też dostęp do informacji. — Kenti! Jeszcze jeden koc. będą trzymali strzemię. czyjego mistrz pada ofiarą niewiarygod- nej megalomanii. lazurowo-ciemnopurpurowy.. musieliby i tak podążać zgodnie z na- szymi drogowskazami. Do użytku ze- wnętrznego. być może jednak umierającemu nie chodziło o ciepło w znaczeniu czysto fizycznym.

Żadnych dodat- kowych informacji na temat tych nadludzko trudnych misji. jakby tym samym mógł jednocześnie wyrazić swoją miłość i po- bożność. ramion i piersi. Nagle wydało mu się. z któ- rej wielu wyszło tak słaniając się na nogach ze smutku. dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego. że ojczyzna i Partia były dla niego tylko środkami? Środkami do osiągnięcia jakiego celu? Dobra i szczęścia. bo nie wiedzieli. Członkowie korpusu dyplomatycznego wzięli w nim udział wyłącznie z chęci przypodobania się gospodarzom. Przyciskał przy tym z wielką siłą palce do czoła. Pitman padł na kolana przy łóżku i przycisnął policzek do starego bucharskiego dywa- nu. Czuł. robił szeroki znak krzyża. Tak. odznaczony orderem Czerwonego Sztandaru. że tyle jego nad- ludzkich misji uwieńczonych zostało sukcesem. też na klęczkach. Było wiele prze- mówień i generał-porucznik Pitman. Generał-pułkownik Abdulrachmanow Mohamed Mohame- dowicz. co należało o tym myśleć. Pitman nie bardzo wiedział. insygniami honoro- wego czekisty. orderem Wojny Patriotycznej. że mu- sieli być odwożeni przez swoich szoferów. w którym wielu rozpoznało ukochanego ucznia i w pewnym sensie duchowego dziedzica zmarłego. chociaż dzień pracy 293 . To właśnie ta lojalność sprawiła. Innokientij zawył z bólu. której nazwiska nigdy nie słyszeli. kim była ta osobistość. miał uroczysty państwowy pogrzeb. inną. że ta śmierć ma w sobie coś niesto- sownego. mówił przez pół godziny o absolutnej lojalności nie- boszczyka. Ale czyż na łożu śmierci nie dał do zrozumienia. Abdulrachmanow służył ojczyźnie i Partii lepiej niż ktokolwiek inny. Płakał. a Pitman nie wiedział. że jego dobroczyńca zasłużył na śmierć bardziej doniosłą. dwukrotny kawaler Orderu Lenina. przed nimi dwo- ma. a nie w takich okolicznościach. A jeśli chodzi o lojalność. a tuż obok niego Innokientij. Chwila niepewności nie trwała długo. wracając do przyzwyczajeń z dzieciństwa. Czyż Partia nie jest najwyższym sędzią dobra i szczęścia? Po zakończeniu pogrzebu odbyła się oczywiście stypa. jaki wykonać gest.

Z rękami założonymi na plecach Pitman najpierw przespace- rował się po swoich własnych dywanach. lecz właśnie rzeczy nieuchwytne składają się na codzienność 294 . w całym KGB. roztrząsanie jej. myślenie o niej. z jednym. jako że Eliczka nie pochwalała przesadnych wy- datków. Należało się liczyć z poważnymi przeszeregowaniami per- sonelu i. niezwykle rzadko uży- wany. nie dający się wymówić sam w sobie i służący wyłącznie do waloryzacji poprzedzającej go spółgłoski. które przy- trzymywały pokrywkę. Dyrekcji. Pitmanowi spodo- bało się. najpilniejszą sprawą dla jego wyznawców jest obalenie jego testamentu. Śmierć Abdulrachmanowa spowodo- wała wielką wyrwę w szeregach areopagu. Ogólnie rzecz biorąc mimo cierpienia był raczej radośnie podniecony. Kazał się odwieźć do Pałacu Roztop- czynów i zamknął się w swoim pokoju. Pitman zatrzymał się przed sejfem i otworzył go.jeszcze wcale nie miał się ku końcowi. na którym prócz firmowego nagłówka dyrekcji «A» moż- na było przeczytać słowa „Absolutnie tajne”. Poniósł stratę nie do naprawienia. któ- rej nikt nie mógł wymówić bez dodatkowych wyjaśnień. które były tylko imita- cjami starych. Wyciągnął stamtąd kartonowe pu- dełko. Kiedy wielki człowiek umiera. Postawił pudełko na stole. Wewnątrz znajdowała się seledynowa teczka. do diabła. Nie inaczej miało się stać i tym razem. usiadł i rozwiązał błękitne sznurki. Czyż nie tego właśnie życzyłby sobie Abdulrachmanow? Po piętnastu minutach nieskoordynowanego marszu. pił mało i ostrożnie. żeby nadać swojemu ukochanemu planowi nazwę. Z tru- dem tylko można było znaleźć coś jeszcze bardziej nieuchwytne- go. wy- pisanym ciemnozielonym atramentem znakiem zamiast tytułu. Był to twardy znak alfabetu rosyjskiego. Chodząc kołysał się i wykonywał piruety. Pitman miał zamiar również z tego skorzy- stać. Pitman nie należał do nich. nie mogło niczego zmienić. kiedy to raz miał łzę w oczach. to znów uśmiechał się.

którego dalsze losy trudne są obecnie do przewidzenia. którą uznać można za ostateczną. I wówczas stanęlibyśmy w obliczu konieczności wywołania otwartego kon- fliktu. Oceńmy trzeźwo sytuację. można już w tej chwili przewidzieć zwycięstwo marksizmu-leninizmu. albo też posłuży się. wycelował okularki w pierwszą stronę tekstu: Od chwili. Jeśli posłużymy się jako przykładem jednym z krajów zachodnich. Tego typu prąd jest nie tylko prawdopodobny. Nie powinien nas jednak usypiać przesadny optymizm. lecz wygodnym. konstruktywna. że żadna zmiana nie naruszy tej równowagi. oży- wiona wielką wiarą w samą siebie. ruch tego typu mógłby gwałtownie się rozszerzyć na cały Zachód. pokojowa.służb wywiadowczych. Istnieje w języku rosyjskim miękki znak. Nikomu nie przyszłoby do głowy. poniosło klęskę. nieprecyzyjnym. możemy zauważyć. biorąc pod uwagę 295 . lecz jest prawie niemożliwe. apatyczna. Litera ta. dzięki nowoczesnym środkom komunikacji. jak każdy autor czy- tający swą własną prozę. Jedna z nich. mogła również sugerować twardość i nieustępliwość reżimu sowieckiego. żeby nazwać jakąś operację „miękkim znakiem”. Założywszy. faszyzmu. że doszło tam do pewnego wrzenia intelektualnego. co określamy mianem. w świecie zmagają się z sobą dwie siły. socjalizmem nienarodowym. Pitman otworzył teczkę i oblizując wargi. konserwatywna. a raczej nierównowagi sił. energiczna. a co lepiej byłoby nazwać narodo- wym socjalizmem (Nationalsozialismus). będąca w użyciu w carskiej Rosji. mogłoby ono w końcu spowodować uformowa- nie się trzeciego prądu ideowego. agresywna. pozbawiona ideałów i natchnienia. jak Grecy koniem trojańskim. A poza tym Twardy znak świetnie paso- wał do stylu dyrekcji. to marksizm-leninizm. Pojawiając się w jakimś konkretnym kraju. Dru- ga. kiedy to. Za- triumfuje on jako taki. zamiast zadowalać się oczekiwaniem na zgnicie przeciw- nika i powiększanie się przyszłej zdobyczy. to kapitalizm. Francją.

co wobec pro- letariackiego komunizmu. aby jakieś wzburzenie tego typu nie zagroziło realizacji naszych projektów. czy będzie miał poważne szanse. Ta trzecia siła. czy ruch ten odwoła się do wartości wstecznych czy postępowych. czy rozprzestrzeni się również w krajach. Jakkolwiek bę- dzie. opóźnić nasz pochód ku promien- nej przyszłości. że Francuzi posiadają tę cechę szcze- gólną. wbrew pozorom. neutralizowana przez tę ten- dencję. W takiej perspektywie aktualna konserwatywna tendencja Anglii. do której mają więcej sympatii — pozostawiając ją w ten sposób w opozycji — ponieważ wszelka władza wzbudza ich wstręt. a przede wszyst- kim USA nie jest. może. że będzie ona szczególnie uczulona na ko- munizm. Australii. Niemiec Federalnych. która jak się wydaje. obdarzona większą witalnością niż kapitalizm. żeby nas postawić w trudnej sytuacji. możemy uznać jego pojawienie się za coś niezbicie pewne- go. Założywszy. religij- nych czy humanitarnych. Nie na- leży bowiem zapominać. przy- najmniej przez pewien czas. możemy uznać prawdopodobieństwo utwo- rzenia się Trzeciej Partii Światowej. że prosty i czysty kapitalizm nie nabierze nagle drugiego oddechu. można przewidzieć. Natomiast zawiązanie się takiego ugrupowania nie może być w żadnym wypadku groźne dla naszego kraju. która teoretycznie będzie równie wroga wobec burżuazyjnego kapitalizmu. któ- re korzystają już z systemu komunistycznego. Ponieważ jednak partia ta będzie mo- gła się rozwijać swobodnie tylko w krajach kapitalistycznych. zrodzi się w masie ludowej czy też bę- dzie elitarny. Gwałtowne unicestwienie takiej uformowanej grupy przyspo- rzyłoby nam problemów i nie byłoby całkowicie zgodne z du- chem. iż nie głosują na frakcję. bo tylko on będzie dla niej zagrożeniem. zwyciężyła teraz we Francji. a mogłoby nawet przekształcić wymierzoną w nas broń w skuteczne 296 .reguły dialektyki. w którym organy bezpieczeństwa państwa sowieckiego zwykły działać. Szwecji. Nie możemy przewidzieć.

Można więc wyciągnąć wniosek. które działały w przekonaniu. aby zgromadzić wokół kontrolowanej przez nas bazy wszystkie elementy potencjalnie zainteresowane taką działalnością. której utworzenie wydaje nam się nieuniknione. że w przypadku. są przyjmowani przez szefów państw. to posłużenie się tym wniknięciem naszych dysydentów w świat zachodni tak. To. pojawiają się w telewizji. że aktualna dyrekcja lepiej niż ktokolwiek inny nadaje się do prowadzenia tej akcji. Dalej. byłoby do- brym posunięciem strategicznym dostarczenie potrzebnych ka- talizatorów po to. że operacje tego typu. choć na mniejszą skalę. Jest całkowicie oczywiste. jakakolwiek byłaby ich jakość. byśmy my z kolei mogli go przeniknąć. jak również wchłonąć i wysterylizować wszystkie talenty. prowadzone były już z powodzeniem: siatka Trust pozwoliła nam nie tylko wydrenować poważną część białej emigracji. ponieważ a priori sympatyzują oni z ideami liberalnymi. to Trzecia Partia. co pla- nujemy w ramach montażu Twardy znak. całkowicie izolowana w latach dwudzie- stych i trzydziestych. odgrywa obecnie pewną rolę w świecie. Ale sytuacja międzynarodowa mocno się zmieniła. który będzie do nas należał i który przy- ciągnie do siebie opiłki żelaza nowych idei i ich wyznawców. Jej przedstawiciele. Jeśli tego zechcemy. Szczegól- nie rosyjska emigracja. mogłaby się skrystalizować wokół tych dysydentów. deklaracje ich są publikowane w prasie. że finansują ugrupowanie kontrrewolucyjne. 297 . kształtują opinię publiczną. prowadzona przez jednego z naszych agentów przeni- kających. w naszym interesie leży rzucenie na Zachód magnesu.narzędzie. partia Młodych Rosjan. lecz w dodatku subwencjonować pewną ilość naszych własnych ope- racji przez Stany Zjednoczone. gdyby formowanie się tego typu partii opóźniało się. pozwoliła skłócić z sobą różne pokolenia emigracji. Mówiąc inaczej. Przypomnijmy. które mo- gły być przyciągnięte przez faszyzm.

jeśli w ogóle istnieje. nawet dobrze wobec niego nastawionych. nie dopilnowano. chyba że. tylko poprzez system pośredników. 298 . i jego legenda. skonsultowana w sprawie decyzji dotyczącej A. Za to na terytorium ZSRR. w sensie i psychologicznym i materialnym (zobacz Vademecum agent d'influence: każde uderzenie musi przesunąć czerwoną i białą kulę przeciwnika na pozycję. najmniejsza luka będzie za- uważona i operacja stanie się niemożliwa. każda koncentracja prze- ciwnika w określonej przestrzeni poprawia warunki obstrzału. która pozwala na następny karambol). wykonawstwo powierzone jest bezpośrednio agent d'in- fluence. by w jego pobliżu znalazł się zatrud- niony przez nas manipulator. zaleciła po prostu ekspulsję. jak wiadomo. Rzeczy- wiście. Tym niemniej w przypadku branym pod uwagę takie uproszczone rozwiązanie nie wydaje się godne polecenia z następujących powodów: — „katalizator” nie omieszka wzbudzić podejrzeń organów przeciwnika. poprowadzonemu przez oficera-pilota. Soł- żenicyna. jak sobie przy- pominamy. których nie- winność i oddalenie od źródła uwierzytelniają dostarczone im fałszywe informacje. w nadziei. tego rodzaju operacje prowadzone są z powo- dzeniem dzięki współpracy z drugą Dyrekcją Główną (patrz refe- rencje w aneksie). Mówiąc inaczej. kiedy tacy osobnicy pozostają w naszych rękach. składającego się nie tyle z emigrantów co raczej ludzi Zachodu. i osobnik ten skazany został na swoje własne nieprzejednanie. zostanie ka- wałek po kawałku zdemontowana. utworzenia się wokół niego zbiorowiska zwolenni- ków skrajnej prawicy. sukces planu takiego jak Twardy znak pole- ga na odpowiedniej manipulacji „katalizatora” przez agent d'in- fluence. Jak wiadomo. ponieważ osobnik ten natychmiast wywołał niezadowolenie lu- dzi Zachodu. jak w operacji Młodzi Rosjanie wspomnianej wyżej. — dezinformacja i wywieranie wpływu mogą być stosowane. Dyrekcja. Operacja ta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.

b) że właśnie dyrekcja dysponuje w tej chwili dwoma indy- widuami. aby wybrany „katalizator” nie zdawał sobie sprawy z powierzonej mu roli i żeby stał za nim wypróbowany agent d'influence. precyzując. któ- remu nadano pseudonim Diak. Dotarłszy do tego miejsca Pitman zatrzymał się. lecz nie wydaje się. Wszystko szło dobrze do tej pory. którego plan ukształtował się natychmiast w czujnym umyśle Pitmana: 1. aby raporty napisane były starannie: — Nie jest pan policjantem. Nakreślić a) karierę Oprycznika i wykazać.. Świętej pa- mięci Abdulrachmanow wymagał zawsze. być może nawet cały rozdział. bez wąt- pienia prawowite. dlaczego byłby idealnym manipulatorem. Wydaje się nam więc istotne. wykazać. by zrezygnować z usług doświadczonego i pełnospraw- nego agenta. Dorzucić być może notę: „Oprycznik poprosił o za- kończenie swej misji. 299 . żeby wjego przypadku chodziło o zmęczenie lub ryzyko demaskacji. żadnym tam Dzierżymordą! Jest pan myślicie- lem politycznym i niech pan nie zapomina. b) kwalifikacje autora zamachu przeciwko Breżniewowi. 3. Nie jest to jednak nic pilnego”. której nie ma powodu nie dotrzymywać. Agent po prostu powołuje się na obietnicę sprzed trzydziestu lat. są bardzo trudni do znalezienia.. odpowiadający naszym oczekiwaniom. poznania matki ojczyzny. że styl jest formą myśli. że nie ma żadnego powodu. 2. które mogą utworzyć pożądaną konstelację. którego zadaniem jest regulacja ruchu ulicznego. lecz teraz trzeba było do- rzucić paragraf. Podkreślić a) że osobnik i jego manipulator. dlaczego byłby naj- lepszym możliwym katalizatorem. Powołuje się on również na swe pragnienie. Zrobić bilans a) wydatków poniesionych na utrzymanie Diaka i usług od- danych przez niego — nie ma między nimi właściwej proporcji. b) działalności Oprycznika. Proponuje się tylko opóźnienie jej spełnienia.

Przez trzydzieści lat Aleksander był prowadzony, podtrzymy-
wany, nadzorowany, chroniony. Nagle znalazł się sam, jak siero-
ta, w wielkim świecie. Nie umiał pływać i wyrzucono go za burtę.
Pierwsza myśl, którą podsunęła mu intuicja, była dobra:
„Opuścili mnie”. Ale natychmiast opanował się, to znaczy na-
uczył się pływać i kłamać sobie. Nie, oni nie opuścili go. Wyda-
rzyło się zapewne coś, co łatwo sobie wyobrazić: policja francu-
ska wpadła na ich trop i dla ogólnego bezpieczeństwa podczas
kilku godzin lub kilku dni musi unikać wszelkiego kontaktu z
nimi. Taka sytuacja, przypominał sobie teraz, była uwzględnio-
na w instrukcjach, których nauczył się na pamięć podczas kursu
w Brooklynie: jeśli kontakty drogą zwyczajną są zablokowane,
posłużyć się sygnałem alarmowym. Jeśli i to nie działa, pocze-
kać. To centrala ma nawiązać zerwane połączenie. Zaczął wyrzu-
cać sobie swoją chwilową panikę. Był oficerem, powinien się
trzymać w garści. Nie było w tym nic dziwnego, że podstawienie
Gawierina rzuciło na niego podejrzenie, na niego, Psara, który
był przecież gwarantem fałszywego Kurnosowa. Dyrekcja mu-
siała z pewnością oczekiwać wielkiej akcji kontrwywiadu: pod-
słuch, śledzenie, prowokacje, i w interesie Aleksandra poczynio-
no kroki, żeby to niczego nie dało.
Uspokojony, Aleksander zadał sobie oczywiste pytanie: czy
Zellman był wysłany przez dyrekcję? KGB musiało dobrze wie-
dzieć, że Gawierin nie był Kurnosowem. Czy należało wyobrażać
sobie, że popełniona została jakaś nieostrożność i że Zellman
zwolniony został przez pomyłkę? Czy też, przeciwnie, chodzi tu o
montaż i Gawierin został przedstawiony jako Kurnosow po to,
żeby mieć okazję do zdemaskowania go? Dwa argumenty prze-
mawiały na korzyść tej drugiej hipotezy: zwyczajowa sprawność
dyrekcji, a poza tym fakt, że telefon alarmowy został wyłączony
przed, a nie po publicznej demaskacji.

300

Jeszcze raz zirytowało wtedy Aleksandra, że nie został uprze-
dzony. Do niego należało teraz stawić czoła burzy i można było
mu dać instrukcje, zakładając, że burzę tę wywołano specjalnie.
Próbował się pocieszać. Być może traktowano go już jak członka
hierarchii, a nie jak agenta. To dlatego pozostawiono mu swobo-
dę podejmowania inicjatyw dla dobra służby.
Został wezwany przez DST, francuski kontrwywiad, złożył mu
też wizytę inspektor wywiadu. Nikt nie podejrzewał w panu Psa-
rze agenta, ale zadawano sobie pytanie, czy przypadkiem on sam
nie był manipulowany. Chciano mieć informacje na temat kana-
łu przerzutowego do Rzymu. Uprzejmie, kategorycznie odmówił
odpowiedzi. „Jestem agentem literackim, wykonuję swój zawód,
zostałem wprowadzony w błąd przez pokazane mi dokumenty
osobiste, nie jestem zaangażowany politycznie...”
Gawierin próbował zniknąć, potem jednak pojawił się w
agencji: „Chcę mówić”. Rosyjska prawda widniała teraz na li-
stach bestsellerów i coraz więcej chętnych domagało się wywia-
dów. Gawierin przyjmował wszystkie propozycje i za każdym
razem opowiadał inną historię. Raz był prawdziwym Kurnoso-
wem, którego zdrowie psychiczne nadwyrężone było przez pobyt
w szpitalu specjalnym. Kiedy indziej był wysłannikiem, którego
zadaniem było zaszkodzenie książce. Kiedy indziej jeszcze
przedstawiał się jako osoba dyrygująca siatką antykomunistycz-
ną, mającą swych ludzi nawet w Radzie Najwyższej. Czasem
okazywał się pułkownikiem, zbiegiem z CIA. Niepokoiły go dwie
rzeczy: „Czy zostanę wydalony z Francji? Czy odbierze mi się
moje pieniądze?” Załatwił sobie bowiem, poza honorariami i
pokaźną zaliczką, także pożyczkę na zakup domu.
Psar przypomniał sobie ostatnie przekazane mu instrukcje,
przez nikogo nie odwołane: „Zrobisz wszystko, co tylko Kurno-
sow zechce”.
— Co pan powiedział policji? Z pewnością pytano pana o
pańską tożsamość, po tym jak przyznał się pan, że nie jest Kur-
nosowem.

301

— Powiedziałem, że nic nie wiem. Zastrzyki siarki uszko-
dziły moją pamięć.
— A jak jest naprawdę?
Cierpiące oczy Gawierina zaświeciły szalonym spojrzeniem:
— Tak naprawdę to jestem osaczony.
Aleksander wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, jaką grę
prowadził ten człowiek i nie przejmował się tym wcale. Był na
tyle biegły w swej profesji, że nie interesował się tym, co wykra-
czało poza jego kompetencje.
— Wszystko będzie zależało od Zellmana.
Zellman powiedział prawdę przed całym światem, i nikt mu
nie uwierzył. „Historia powtórzona tak wiele razy, na pierwsze
zamówienie, i zawsze tak samo, najwidoczniej wyuczona na pa-
mięć w najdrobniejszym szczególe, może być tylko baśnią —
pisała Jeanne Bouillon w «Głosie». — Trzeba będzie zdemasko-
wać Zellmana”. „Ależ nie ma tu nic do zdemaskowania, obieca-
no mi paszport dla mnie i dla mojej żony, pod warunkiem, że
zadenuncjuję oszusta”. Dzielny człowiek był zakłopotany: „Nie
jestem wtyczką. Byłem przekonany, że w powiedzeniu prawdy
nie kryje się nic złego. Zresztą, pan nie może o tym wiedzieć, ale
ona czekała na mnie przez cały czas, kiedy byłem w obozie. Każ-
da inna wyszłaby dawno za mąż”. Ten żałosny ton powinien był
budzić litość, wzruszać, tymczasem nie podobał się słuchaczom.
Nie chciano wierzyć w niewinność aż tak kryształową. Opubli-
kowano dwa zdjęcia z czasów obozowych — jedno z nich przed-
stawiało grupę ze dwudziestu więźniów, drugie zrobione pod
pryczą, w baraku — na których Zellman znajdował się obok Ga-
wierina. Dawano do zrozumienia, że są to montaże, przygoto-
wane w laboratorium.
Sytuacja nie była do końca wyjaśniona. Gawierin napisał dla
«Obiektywu» artykuł pod tytułem Nie trafiłem w Breżniewa,
popełniając cztery rzeczowe błędy. Psar spędził trzy dni we
Frankfurcie, gdzie sprzedał Rosyjską prawdę dziewięciu wy-
dawcom zagranicznym, pobierając obfite zadatki. Gawierin

302

zażądał przypadającej na niego części nowych honorariów. W
końcu legitymował się paszportem, potwierdzającym jego toż-
samość. Aleksander grał jednak na zwłokę, spodziewając się
nowych poleceń.
W tym samym okresie Aleksander zbliżył się do Małgorzaty.
Nie mogła znać jego najgłębszych obaw, czytała jednak artykuły,
które przedstawiały go jako złowrogiego faszystę, jako ofiarę
manipulacji KGB, albo też jako przedpotopowego białogwardzi-
stę czy ograniczonego, pełnego dobrej woli liberała. Te ataki
sprawiły, że jej oddanie dla szefa podwoiło się.
To ona odpowiadała na listy adwokatów, którzy grozili panu
Gourvierinowi-Kanossoviwi procesem o zniesławienie i szukali
go za pośrednictwem Aleksandra. To ona stawiała czoła dzienni-
karzom najróżniejszego autoramentu, którzy zgłaszali się do jej
patrona po wywiady, nie kryjąc wrogości mającej wyprowadzić
go z równowagi. Rozumiała, że w oczach dysydentów Psar od-
powiedzialny był za Gawierina, ponieważ należał do francu-
skiego establishmentu literackiego. Podobnie obciążali go Fran-
cuzi, jako że pochodził z rosyjskiej rodziny. Przede wszystkim
jednak zdawała sobie sprawę, że mały światek, w którym królo-
wał Aleksander, uległ rozbiciu. Już nie wiadomo było, do kogo
zadzwonić w redakcji «Niezależnego» czy «Obiektywu». Nowy
dyrektor wydawnictwa Lux, Baronet, zrywał konsekwentnie
więzy łączące tę instytucję z agencją. Publikacja tomów z serii
Białej Księgi — nawet pracy demaskującej Boga — została
wstrzymana i przyczyna była zupełnie oczywista: Baronet roz-
glądał się za mniej kompromitującym redaktorem serii.
Wszystkie te ciężkie próby w niczym nie zmieniły postawy
Małgorzaty; była czujna, uprzejma, uśmiechała się tylko po to,
by odpowiedzieć na uśmiech, pozostawała w biurze po godzi-
nach pracy i nie liczyła sobie tego jako godzin nadliczbowych.
Aleksander zauważył wreszcie, że miała bardzo niebieskie oczy i
bardzo ciemne włosy, co dawało bardzo interesujący kontrast.
On jednak zwracał uwagę głównie na siwe włosy.

303

Gdy był dzieckiem, słyszał często: „Wrócimy do kraju na Boże
Narodzenie. Nie, nie przesadzajmy z optymizmem — wrócimy
na Wielkanoc, albo jeszcze później”. Dlatego też skłonny był
sądzić, że pieśń Malbrough przetłumaczona została z języka
rosyjskiego. Może nie na Wielkanoc, może na święto Trójcy. Te-
raz jednak nadchodziło Boże Narodzenie. Co działo się z Ałłą?
Co z Dymitrem? Bez pośrednictwa Iwana Iwanycza wszelki kon-
takt z nimi był niemożliwy.
— Pani Boïsse chce z panem mówić.
— Jessica?
— Jak się panu powodzi, złowrogi faszystowski liberale, wy-
strychnięty na dudka przez KGB? Może byśmy się zobaczyli dzi-
siaj wieczorem?
— Chętnie.
— Będzie wódka.
Pomyślał, że należałoby zmienić hasło. Nie wątpił, że jego
rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane. Jakże jednak był szczę-
śliwy, o, jaki szczęśliwy, że ojciec marnotrawny znowu miał go
przytulić do swego łona.
Jessica otworzyła mu drzwi:
— Wszystko wskazuje, że zdobył pan sobie szczególny
rozgłos. Moi przyjaciele radzą mi, żebym uwolniła się od pana.
Powiedziałam im jednak, że nigdy nie był pan moją własnością.
Na kanapie w pasy siedział mężczyzna około czterdziestki,
ogorzały, o trójkątnej twarzy, ubrany w czarny garnitur. Spod
białych mankietów koszuli wyłaniała się opalona skóra. Sklepio-
na kamizelka, widoczna pod rozpiętą marynarką, świadczyła o
jego szczupłości.
— Kto to? — zapytał Aleksander.
— Nowy.
— Aha! Iwan Piąty. A co się stało z poprzednim? Czy został
wypchany?

304

— Nazywam się Piotr — powiedział gość po rosyjsku. Rzecz
jasna, także i on unikał patrzenia prosto w oczy, wprawił się jed-
nak w utrzymywaniu gałek ocznych bez ruchu, tak jakby to były
perłowe guziki przyszyte do koszuli.
Aleksander uznał, że człowiek ten przypomina małego węża i
natychmiast go znienawidził. Czy było tak dlatego, że przyszedł
na miejsce doskonałego Iwana Iwanycza? Czy dlatego, że nie
podniósł się z kanapy, by powitać Aleksandra? Czy też dlatego,
że przemawiał typowo sowieckim, sentencjonalnym tonem, któ-
rego nie mogli znieść przedstawiciele pierwszej emigracji, i to
zupełnie niezależnie od ich przekonań politycznych?
— Dla mnie będzie pan Iwanem. Ale niech pan nie liczy, że
Groźnym. Spóźnił się pan o jeden numer.
Obaj mężczyźni odwrócili się od siebie, nie ukrywając wza-
jemnej antypatii. Jessica przypatrywała im się rozbawiona. Piotr
skrzyżował nogi i wskazał na fotel:
— Niechże pan siądzie — powiedział w sposób, w jaki zwraca
się dorosły do dziecka, którego wybryki toleruje i wobec którego
najwłaściwszą postawą jest cierpliwość.
KGB jest rodziną. Wspinając się po schodach Aleksander
wierzył, że odnajdzie kogoś bliskiego i że dzięki temu odzyska
spokój wewnętrzny; należała mu się taka rekompensata po kilku
tygodniach trudnej do zniesienia wrogości. Tymczasem natknął
się tu na wrogość jeszcze bardziej skoncentrowaną i całkowicie
niezasłużoną.
— Jaki jest pański stopień?
— Jestem pułkownikiem-porucznikiem, i to nie dokoopto-
wanym. Jestem pańskim nowym pilotem.
Przez sekundę Jessica przekonana była, że Aleksander chwy-
ci Piotra za krawat, obrzuci go obelgami, w które tak obfitował
język rosyjski, i wyrzuci przez okno. Aleksander uśmiechnął się
ironicznie. Podszedł do stolika znajdującego się w przeciw-
ległym kącie pokoju, nalał sobie szybkim ruchem kieliszek wód-
ki — karafka była oszroniona, tak jak tego wymagał — wychylił

305

kieliszek do dna i zjadł małosolnego ogórka, który zazgrzytał
pod jego zębami.
Piotr patrzył na niego z politowaniem, wzrokiem kogoś, kto
trzyma w ręku dobre karty. Poczekał, aż Psar odzyskał wigor, i
wreszcie, widząc, że ten znowu sięga po wódkę, powiedział:
— Mam dla pana złe wiadomości, Psar.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę. Aleksan-
der, by ją odebrać, musiał ponownie przejść na drugą stronę po-
koju. Jessica, której pozwolono zostać, przypatrywała się tej sce-
nie, opierając się plecami o ścianę i paląc papierosa. Byłby czas,
pomyślała, żeby ktoś nauczył Aleksandra moresu.
Aleksander tymczasem oddalił się o parę kroków, by przeczy-
tać list pod świecznikiem:
Mój drogi Aleksandrze Dmitryczu, nie wiem, jak mam panu
przekazać nieszczęsną wiadomość, i to w chwili, gdy już po-
wracał pan do bezpiecznego portu. Proszę, niech pan zachowa
się jak mężczyzna i zniesie tę próbę jak przystało mężczyźnie,
bolszewikowi, oficerowi. Wie pan z pewnością, jak niebez-
pieczne są nasze drogi. Pijany kierowca ciężarówki, i oto ginie
dwoje niewinnych istot. Pańska żona i pana syn nie cierpieli
wcale. Niech to pana pocieszy.
Jest pan jeszcze miody, nic nie jest na zawsze stracone dla
człowieka tak tryskającego zdrowiem, energicznego i pełnego
wiary jak pan. Gdy tylko wróci pan do naszej ukochanej ojczy-
zny, założy pan, jestem tego pewien, prawdziwą rosyjską ro-
dzinę, prawdziwą sowiecką rodzinę.
W obecnej sytuacji pański powrót nie jest już zapewne aż
tak pilny dla pana. Działanie dla ludzi pańskiego pokroju jest z
pewnością najlepszym środkiem zaradczym, dlatego przeko-
nany jestem, że spełnię pańskie życzenia, proponując panu
podjęcie dla nas operacji na wielką skalę, operacji, na której
bardzo zależy naszej ojczyźnie i Partii.
Najlepsze pozdrowienia

306

Szczerze oddany Jakub Pitman
— Oddajcie! — zażądał Piotr i wyciągnął rękę.
Aleksander przestał słyszeć i widzieć. „Dymitr! Syn!” A po-
tem: „Ałła! Ałłoczka!”. Nabrał powietrza, oddychał głęboko. Miał
płuca pełne powietrza. Coś w nim groziło wybuchem. Ale nie
doszło do tego. Ujrzał szare oczy Ałły i przypomniał sobie, z jaką
wesołością wskakiwała do ich wspólnego łóżka. Próbował poru-
szać szczęką, nie wiedział dlaczego. Źle się czuł. Nie zdawał so-
bie sprawy, jak długo to trwało. „Mój chłopiec”. Z najwyższym
trudem wykrztusił pytanie:
— A kierowca ciężarówki?
Pitman przewidział to pytanie. Piotr odpowiedział więc:
— Także zginął w wypadku. Ciężarówka spłonęła. Proszę
oddać mi list.
W sercu Aleksandra zrodziło się nagle podejrzenie. „A jeżeli
to bolszewicy ich zabili?” Ale przecież nie było żadnej racji, dla
której miano by zabić tę kobietę i to dziecko, osoby, które otrzy-
mał w darze.
Nie panując jeszcze nad sobą, Aleksander przeszedł kilka
kroków, podał siedzącemu wciąż na kanapie Piotrowi list, krążył
po salonie. Poruszał ramionami. Próbował odnaleźć zwykły rytm
oddechu. Jego przełyk kurczył się, chociaż nie miał nic w gardle.
Jessica patrzyła nań, ciekawa, przerażona, wcale nie smutna.
Nie wiedziała, co kryło się w liście, ale domyśliła się, o co chodzi.
„Także zginął”. To jej wystarczyło. Był więc na świecie ktoś, kogo
ten lodowaty Psar kochał?
Na twarzy Piotra pojawiło się znudzenie. Aleksander dotknął
czołem szyby, patrzył na ulicę, nic nie umiał zobaczyć, spojrzał
na zegarek — nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi.
— Wystarczy już, niech się pan uspokoi — powiedział Piotr.
Aleksander spojrzał na niego, w dalszym ciągu nic nie pojmując.
— Mam panu przekazać kilka instrukcji. Nasze sposoby

307

kontaktowania się pozostają bez zmian, z tym że nie będzie już
mowy o wódce. Wystarczy, jeżeli powie pan Jessice, że chce ją
zobaczyć albo jeśli ona panu zaproponuje to samo. Numer tele-
fonu alarmowego został zmieniony. To będzie...
Podał ten numer. Aleksander sięgnął w pierwszej chwili po
notes, lecz w czas przypomniał sobie, że tego rodzaju numer
trzeba umieć na pamięć.
— Proszę, niech pan powtórzy.
Piotr ponownie wyliczył te same cyfry, nie ukrywając znie-
cierpliwienia:
— Jeśli będzie mnie pan potrzebował, niech pan prosi Pio-
tra. Proszę unikać wszelkich zbędnych spotkań ze mną.
— Jestem w tym fachu od trzydziestu lat — powiedział głu-
cho Aleksander.
Był bliski płaczu z powodu brutalności tego mężczyzny, nie
dlatego, że stracił żonę i syna. Tamta rozpacz tkwiła gdzieś głę-
biej niż łzy.
— Obecnie pańska misja polega na domaganiu się, także za
pośrednictwem pana orkiestry...
— Moja orkiestra już nie istnieje. Zniszczyliście ją.
— ...na domaganiu się zwolnienia Michała Kurnosowa,
prawdziwego autora Rosyjskiej prawdy.
— Nie mam już mojej orkiestry.
— Niech pan pozbiera resztki. Inne orkiestry będą żądały te-
go samego. Chodzi tu o operację zgraną. Trzeba jednak, żeby to
pan wystąpił jako pierwszy. W ten sposób oczyści się pan przed
opinią publiczną we Francji. Gdy pan zacznie, inni pana poprą.
Przy następnym spotkaniu podam panu dalsze instrukcje.
Piotr podniósł się z miejsca. Był nieduży, zwinny, energiczny.
„Żmija!” — pomyślał Aleksander.
Tamten podał mu dłoń. Sparaliżowany przez ból Aleksander
przyjął uścisk.
— Niech pan coś zrobi i weźmie się w garść — powiedział

308

Ruszył miękkim krokiem w stronę drzwi. Jego ciemny garni- tur.. która nie znalazła dla siebie żadnego przedmiotu. dorzucając jedną z mniej- szych obelg — będę cię miał na oku. Powiedział sobie więc. to byłoby łatwiejsze do zniesienia”. nie posługując się żadnym języ- kiem. Poczuł nienawiść do ich rodziców. wilgoć przylepiała się do skóry. do- strzegł grupę dzieci. jakby alkohol mógł zaspokoić pragnienie. uszyty został z pewnością po tej stronie żelaznej kurtyny. Po- tem wyszedł nie spoglądając nawet w stronę Jessiki. W pierwszym momencie Aleksander chciał skorzystać z rady Piotra. Spotkała go straszna niesprawie- dliwość. 309 . Tego wieczoru jednak w jego myślach panował taki niepo- rządek. Wciąż powtarzał słówko „dlaczego?”. — Tam jest wszystko. Po- przestał na wypiciu dwu kieliszków wódki. używając francuskich słów i rosyjskiej gramatyki: „Jeżeli bym nie miał syna. jakie na nim wywarł ten człowiek: była to nienawiść od pierwszego wejrzenia. istnienie. przygotowany przez gospodynię. że odczuwał potrzebę ujęcia ich w słowa. atakowała kości. Miał czterdzieści dziewięć lat. arterie. rozcięty na obu bokach. gdybym go był znał. dla- czego zabrano mu to życie. Uczyniłby tak.. co trzeba. Spojrzał zimno na Jessicę: — Ty... Najgłębsze cierpienie kryło się w myśli o przerwanej linii czułości. — powiedział po rosyjsku. Zrobił to tak. gdyby nie wrażenie. ale to nie będzie już nigdy Dymitr. dlaczego żyłem?”. Mylił się oczywiście. Było chłodno. W otwartej jeszcze ciastkarni. które nigdy więcej nie powtórzy się. — Niech pan zastosuje odpo- wiednie środki polityczno-kulturalne — ruchem podbródka wskazał stolik. którego nawet nie poznał? „Ach. jako że był spragnio- ny. Zazwyczaj myślał w sposób całkiem abstrakcyjny. mógł jeszcze spłodzić synów. która jaśniała jak świetlista bryła w ciemnościach wieczoru. Włóczył się ulicami.Piotr z lekkim odcieniem litości.

Zmierzył Aleksandra wzrokiem: — José nie ma w domu. Mogłoby do tego doprowadzić tylko fizyczne cierpienie. Przeszedł przez cały prawie Paryż. Otworzył mu mło- dy. Czuł. chociaż w gruncie rzeczy obmowa i dezin- formacja były jego rzemiosłem. cho- ciaż miałby ochotę (i mógłby to zrobić) wyrzucić go przez okno. Te dwa cierpienia stanowiły jak gdyby basso continue dla bó- lu jeszcze ostrzejszego. Te udręki dokuczały mu jak pę- cherze u stóp czy jak wypryski na wargach. że pojawia się w nim coś złego i było to coś nowego. Na samej górze. przypo- minał sobie. I mały też nigdy się już nie uśmiechnie. 310 . wspólnie zapoczątkowanej kreacji nowego człowieka. niewysoki chłopak o czarnych włosach. wzajemnego zaufania. niezależnie od hierarchii przyczyn i motywów. drę- czyły go zmartwienia ostatnich dni. którego odprowadził grzecznie do wyjścia. jakie zgro- madzono pod jego adresem. że znajduje się przed ozdobnymi drzwiami mieszkania Ballandara. że te wyzwiska raniły go. Nieco mniej dotkliwie odczuwał śmierć Ałły. Wszystko to było nie do odzyskania. gdyż do tej pory uważał złośliwość za prze- jaw słabości. Myślał o dołku. Ile razy uśmiechała się do niego? Już nigdy tego nie zrobi. tam. gdy przestawała kon- trolować swe reakcje. i nagle zorientował się. choć tak bardzo rozdzierające były wspomnienia tej czy innej bardzo intymnej chwili. wreszcie poniżenie na myśl. odsłaniającym chorobliwie delikatną pierś. poczucie bezsilności w obliczu wszystkich wyzwisk. a jednak w niczym nie odbierały dotkliwości żałobie. bezczelność tego czy innego dziennikarzyny. w koszuli o szeroko otwartym kołnierzyku. gdzie wynurza się każdy ból. wkraczając do przedpokoju. od La Muette do Ogrodu Luksemburskiego. — To zależy dla kogo — odparł Aleksander. który się tworzył w jej pra- wym policzku — a może w lewym? — gdy się śmiała. jak ciemniały jej szare oczy.

— Dobrze. będzie to dla was wielka okazja. Pisuje pan teraz. falującą czupryną i brązowy- mi oczami. Aleksander uśmiechnął się: — Nie widzę zachwytu w pańskiej twarzy. trzymające ramę obrazu. Młody człowiek. który napisałem z przyjaźni dla pana. nieprawdaż. José. Uniesione ręce. zamierzam więc zrobić niezły prezent «Lemieszo- wi». jakiś Turek chce z tobą mówić. w niczym nie przypominał Turka. zrujnował moją karierę. otworzył szeroko usta. Lecz biła od niego w tej chwili brutalna siła. przejęty zgrozą. Być może wdrapie się pan z powrotem na 311 . Jeżeli tylko potraficie z tego wyciągnąć korzyści. mina mu zrzedła. Gdy zobaczył Aleksandra. poruszając ramionami niczym motyl skrzydłami: — José. trochę zamglonymi. gdyby młody człowiek próbował mu sta- nąć na drodze. dobierając słów i celowo unikając spojrzenia młodego człowieka: — Artykuł. Alek- sander mało co nie obrzucił i jego oszczerstwami. ze swą kasztanową. Ballandar odpowiedział mu wolno. Byłby zachwycony. Zrzuciłby go natychmiast ze schodów. swą cerą „krew z mlekiem”. w koszuli z podwiniętymi rękawami. Efeb jed- nak uciekł przed nim. To się nazywa «Buldożer»? — To rewolucyjne. że jeszcze raz chcę się do niej odwołać. Alek- sander przyglądał się temu z satysfakcją: — Niech się pan tak nie denerwuje. do tego stopnia. zdejmował właśnie ze ściany jeden z obrazów z serii nowoczesnej. bardzo mi zależy na pańskiej przy- jaźni. i to mogło usprawiedliwiać turecki epitet. godne szacunku pismo nazywa się «Le- miesz». nie sądzi pan? — Drogi panie Ballandar. Jeszcze upuści pan ten bohomaz. w małej szmacie dla po- zbawionych wielkiego wpływu lewicowych intelektualistów. Aleksander. zaczęły drżeć. To chyba wystarczy. najbar- dziej wartościowy. Ballandar.

swój piedestał. Dzisiaj był w nastroju „jeńców-rozstrzeliwać-na- poczekaniu”. Aleksander przypomniał sobie. obiecuję to pa- nu. w co wierzyć. który naprzód przedstawił się jako autor tej książki. (Powyższe zdanie nie jest zbyt udane. Jedyny sposób.) ZSRR przysłał do nas pirata. jedyną metodą uzy- skania prawdy. Teraz z kolei Ballandar uśmiechnął się: — Pan mi to obiecuje? Pan sobie chyba nie zdaje sprawy. później jeszcze odwołał swe wyznanie. co nie było całkiem udane. jak bardzo jest wzruszony. A zaczniemy od pańskiego młodego przyjaciela — wsunął dłoń do kieszeni marynarki.. Od jutra zaczniecie kampanię na rzecz uwolnie- nia prawdziwego Kurnosowa.. Dwa dni później «Lemiesz» zamieścił w ramkach następujący tekst: I z czego się śmiejemy? Publikacja książki. . że jest oszustem. że jeżeli ja jestem w rynsztoku.. Aleksander zaśmiał się obraźliwie. to pan tkwi po prostu w kloace. co do wartości której nie mogą się po- godzić wybitne umysły. by oczyścić tę sytuację. — Może pan wybierać. nie rosyjskiej tym razem. lecz autor chciał pokazać.. Albo rozpocznie pan tę kampanię i zbierze pan laury. — .albo też urządzimy rozbiór pewnego tekstu. żeby się pana pozbyć. drogi panie. później wyznał. i jaka jest gra. i obrócił się na piętach. — Pewnego dnia — powiedział Ballandar ze znużeniem— znajdę jakiś sposób. Prasa was poprze. lecz całkiem zwykłej i 312 .. Gra wojenna? Nie chce nam się w to wierzyć. stała się czymś więcej niż tylko wydarze- niem czysto literackim. publicznie. że poprzednio szantażowanie Fourvereta i Ballandara nie przyszło mu tak łatwo. której tytuł odważmy się wymienić — Ro- syjskiej prawdy — pracy. Dzisiaj było inaczej. Nie wiadomo już.

jak mogłoby się wydawać. a także. nie wierzmy jednak. Półoficjalne głosy dawały do zrozumienia. o co wszyscy winniśmy się trwożyć. jeśli nie jest to ta sama osoba. jak wolicie. trwożąc się o to. że straci swe miejsce w «Lemieszu». co podziwiają jego wyjątkowy talent (niechże jego nowa trybuna nie weźmie mi za złe tego sformułowania!) daje nam przykład. że rząd bada możliwości zażądania od przywódców pewnego kraju wyjaśnień. czy też towarzysze. Paryż gotów jest pasjonować się byle czym. z głębi swego wygnania. zmieniając o 180 stopni pozycję. jakie rzucam. Te wyjaśnienia mogące prowa- dzić do zwolnienia z więzienia. dołączą do nich z pewnością całkiem szcze- re skrzypki i kobzy. domagając się tego. Tego już za wiele! Niechże Kreml nie bawi się z fran- cuską opinią publiczną jak kot z myszą.nagiej. zaśpiewał swym wy- kształconym i liberalnym sopranem: „Nasz przyjaciel Ballandar. Nie minęły jednak dwadzieścia cztery godziny. będzie uwolnienie autentycznego autora tego kontrower- syjnego dzieła. prasa mogła szybko wykazać się sukcesami. Oczekiwał teraz. o co wszyscy powinniśmy zabiegać w sposób jak najja- śniejszy. autora za- machu na Breżniewa. Panowie. cóż to za wyłom! 313 . Jeśli siedem orkiestr na raz gra tę samą melodię. jaką ofiarowuję przy- wódcom Związku Radzieckiego. Chcemy. od jojo do giloty- ny. szansa. Michała Kurnosowa. gdy spełniło się proroctwo Aleksandra. Ballandar schował głowę w piasek. okażcie wreszcie dobrą wolę! Ośmieliwszy się napisać te linijki. które mogłyby w danym wypadku doprowadzić do uwolnienia pewnej osoby o nazwisku wymienianym przez wszystkich. Oto wyzwanie. że po ośmiu dniach cały Paryż wołał zgodnym chórem: „Uwolnijcie Kurnosowa!” Ponieważ jedna z orkiestr umieszczona była w administracji. To gorączkowe przekazywanie sobie pałecz- ki z rąk do rąk sprawiło. by te namiętności były aż tak sponta- niczne. Sam Etienne Dépensier we własnej oso- bie. by prawdziwy Kurnosow został uwolniony i byśmy mogli go zobaczyć”. które tak przejęło tych wszystkich.

Na ogół działo się tak. tak jakby społeczeństwo było już tak ogłupiałe. Była to jedna z najweselszych mód Paryża. młodzi śmiałkowie wykrzykiwali pod bramą wjazdową budynku. Ko- muniści zasiadali w rządzie. posiadaczy psa czy roweru. a nie kotka. Opinia publiczna (lub to. Ale przecież ktoś. Wreszcie. Na ulicy Grenelle nie działo się nic skandalicznego. Każda organizacja wydała własne instrukcje i w ten sposób rozpoczął się karnawał. gdyż nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek re- wanżu. kto żywi humanitarne przekonania nie cofnie się przed ryzykiem przeziębienia i kataru. a także wy- znawców zachodniej odmiany jogi. Prze- chodnie prowadzący psy zatrzymywali się ostentacyjnie przed numerem 79. że zażarci i za- chrypnięci zwolennicy domagania się cudzej wolności woleli atakować raczej greckich pułkowników czy chilijskich generałów niż komunistów. Tylko późnojesienna pogoda sprzyjała interesom ZSRR. to jest joggingu: nic im nie przeszkadzało w jednoczesnym zabieganiu o wolność i troszcze- niu się o zdrowie własne lub Medora. Zresztą można połączyć przyjemne z pożytecznym. lecz to raczej psy niż ich opiekunowie dawały wy- raz swym przekonaniom. a to przecież jeszcze zabawniejsze. Zwłaszcza dotyczyło to mieszkańców XVI czy VII dzielnicy. by krwawo załatwili swoje porachunki. by mieć zaledwie jedną opinię na pięćdziesiąt milionów osobników) rzuciła się z za- jadłością na ten kąsek. Byle co wystarczy. czyż Ballandar nie dał dobrego przykładu? Rzecz więc nie mogła być nadto niebezpieczna. że można było pociągnąć za ogon tygrysa. Z komunistami natomiast nigdy nie wiadomo. Tym razem jednak miało się wrażenie. co określa się jako opinię. a więc naturalnym odruchem sza- nujących się Francuzów była rezerwa wobec skrajnej lewicy. Dzielni Paryżanie biegli manifestować pod ambasadą sowiecką i przed siedzibą ambasa- dora. oświetleni przez uliczne lampy: „Oddajcie 314 . gdy pojawiali się w tych okolicach szczególnie wymagający profesorowie pra- wa czy literatury. W godzinach natomiast.

przed pałacem-bunkrem. a damy w brajtszwancach — z afganami. a pan? A ja. mówię dalej. styl kapitalistyczny. jaki dział się na drugim końcu Paryża w XVI dzielnicy. Ten cza- sownik. on mi na to. Licealiści pokonywali całe kilome- try. sprawdzając czas biegu na chronometrach. gdybym nie miał swojej budy 315 . Nie- które panie — tak przynajmniej opowiadano — wysyłały pod ambasadę swoje portugalskie służące z poleceniem. byłbym niespokojny. Związek. Członkowie Racing Club pojawiali się ubrani w kolorowe krótkie spodenki i krążyli wokół pałacu. Tak więc obchodzono dookoła budynek ambasa- dy. by odbyły trzy rundy (płacone były wedle najniższych stawek). nie jesteśmy przecież w Peru. bo pan jest? Tak. w kierunku wskazówek zegara” — zadekretowali rzecz- nicy wolności. Ja pod wraże- niem. Pensję ambasadora. Tutaj trwał nieustający niemal pochód. A jeśli mogę być niedyskretny. on mi na to. i dużo pan za to dostaje? Aż trudno uwierzyć. Panowie w kapeluszach opowiadali sobie przeżycia wojenne lub przygody innego rodzaju. Panienki w granatowych mundurkach przychodziły ze swo- imi pinczerami. Wie pan. Ach tak. Pieśniarze udzielali wywiadów: „Wczoraj właśnie krążyłem i był koło mnie taki facet. „Idziemy dookoła bu- dynku. ale to nic między nami nie zmienia. podawały własne oceny. on mi na to. Krążono. jaki kraj pan reprezentuje? No. który eksterytorialne przywileje przekształciły w działkę proletariackiego raju. z cygarem. oznaczał przez dziesięć dni „okrążać z lewej na prawo ambasadę ZSRR”. krążyć. Widać było zaciekłych rowerzystów i leniwych właści- cieli motorowerów. brzuchaty. obliczały dane statystyczne. Gazety publikowały zdjęcia. Było to jednak niezmiernie skromne w po- równaniu z cyrkiem. i on też krążył. mówię.nam Kurnosowa!”. Była to okazja do wyznaczania sobie spotkań: „Będzie pan krążył dziś wieczorem?”. jestem incognito. mówię: jestem pieśniarzem. No więc żeby zacząć rozmowę. posługując się czerwonym sztandarem jako punktem od- niesienia. bo już się trochę nudziłem. jestem amba- sadorem.

Dziękuję. „NIE dla sowieckich oszustów”. skrawki. „Pokażcie go albo zdema- skujcie się sami”. „Precz z psychusz- kami”. karton. zabierał się do kopiowania. a nawet — dawała tu o sobie znać nostalgia do Action Française — na stare kaleso- ny. możecie się do niego zwracać per Wasza Ekscelencjo”. surowe płótno. leczcie Breżniewa”. tak że pod znudzo- nym okiem gwardii republikańskiej krążenie trwało dalej.pod ręką. To dobre dla zdrowia. No to ja byłem zaszokowany. od lewa do prawa. powiewające później raźnie na trzonkach mioteł. bo może się pan narazić swoim szefom. chwileczkę. z mniejszym czy większym powodzeniem. przenosząc je na papier. ale nie w tym kierunku. jeśli spostrzeżecie gościa. jeżeli pan jest ambasadorem Związku. to dlaczego krąży pan razem z nami? Cóż. rosyjskich zdań. nie myślałem o tym. „Uwolnijcie Anonimowego więźnia”. Dobrze. nie mogła jednak zabronić wszystkim zwolenni- kom Kurnosowa wstępu do XVI dzielnicy. „Jesteście gorsi niż carzy”. Niech pan przynajmniej krąży z prawa na lewo. prześcieradła. Wiele spośród tych dowcipnych haseł przetłumaczonych zo- stało przez ochoczych slawistów na język rosyjski i dzięki temu niejeden zuch. już 316 . a nawet zagadkowe „Skróć- cie”. Zaraz. wystawiali na pokaz mniej czy bardziej pomysłowy slo- gan: „Wolność dla Kurnosowa”. „Uwolnijcie Kurnosowa. niech pan posłucha. dyktę. który nigdy przedtem nie widział na własne oczy cyrylicy. Większość derwiszów — bo tak ich przezwał satyryczny «In- dyk uwolniony z okowów» — zadowalała się samym krążeniem. Niech pan krąży. powiada. nie jestem snobem. możecie więc zobaczyć. Mówię mu da- lej. Gdy szli lub jechali. powiewające po- nad ich rowerami lub tkwiące za paskiem spodni. „Wymieńmy Marchais na Kurnosowa”. dam panu radę. Policja nakazywała demonstrantom oddalenie się od budyn- ku ambasady. wielu jednak sięgało ponadto po proporczyki. a poza tym nie lubię wyróżniać się spośród tłumu. który krąży w przeciwną stronę niż wszyscy pozostali.

Pojawili się wkrótce merowie z trójkolorowymi pasami. Gwiazdy Polarnej i Afrykańskiego Zbawienia. Wzburzenie dotarło nawet do parlamentu. w trójkołowcu De Diona i Boutona. by zatoczyć rundę wokół wyniosłej budowli. Odtąd zapanował zwyczaj. Odwróconego Smoka. Lewicowcy i księżniczka w służbie tej samej sprawy! Dochodziło do wypad- ków prawdziwie epickiego bratania się w tej okolicy: dwaj ana- chroniczni już nieco hippisi połączyli się entuzjastycznie z kawa- lerami maltańskimi. Atak przypuszczano przy pomocy lufek i trzcinowych laseczek. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy. śledzone przez dzienniki wyliczające potem najbar- dziej rzadkie okazy: order Alberta Niedźwiedzia. mój Boże. Św. idących ramię w ramię. jakaż to była radość. Przez dwa dni panie prezentowały najbardziej nie- wiarygodne kapelusze. Ach. na wrotkach. mając na sobie trójkolorową szarfę. posiadająca od dwóch lat wyścigowego rumaka czystej krwi. Pospieszyli za nimi obywatele odznaczeni różnymi orderami. w asyście całej kawalkady i powiewając transparentem z napisem „Wymienię mojego na waszego”. Jeden z deputowa- nych okrążył ambasadę. Zapoczątkowano prawdziwe współzawodnictwo orderowe. Juliana z Poirier. Jedyny w swoim rodzaju snobizm jednoczył 317 . zwłaszcza we Francji rządzonej przez socjalistów! Królowały rekwizyty: zwol- nienia Kurnosowa domagano się w hotchkissach i studebake- rach. Cierpiący na bezsenność mieszkańcy dzielnicy zjawiali się o drugiej nad ranem. pochodzące z Rio czy Nowego Orleanu. słodki dreszcz przeszył Paryż. Pewien znany karykaturzysta naryso- wał dwu elegantów w szlafrokach. z któ- rych jeden w nawiązaniu do łacińskiego słowa revolutio. mówi: „Wiesz. wylansował jeszcze jedną sub- modę. którego nazwała „Żelazną Maską”. by na to miejsce przychodzić z od- znaczeniami. przeciwstawić się ZSRR. na de- skorolce. Gdy pojawiła się na swym gniadoszu przed ambasadą. po raz pierwszy w życiu czuję się rewolucjonistą”.nie tak blisko budynku. na welocypedzie. a odnalezione na strychach. Największy sukces odniosła pewna belgijska księżniczka. wykopane z kufrów.

wygłaszając przemó- wienia. stał się kró- lem tego karnawału. do którego wpisywało się terminy spotkań. Udzielał wywiadów gazetom. Pojawił się w telewizji. Psar wypowiadał się w sposób enigmatyczny. także i Małgorzata pracowała tak jak on. udowadniał swoim przełożonym. Szalona działal- ność miała błogosławiony skutek — mniej cierpiał. wypełniony był na tygodnie naprzód. odkrywca Rosyjskiej prawdy. żebym wziął kogoś dodatkowego na ten gorący okres? 318 . Nie konsultując się więcej z Piotrem. Fakt. — Czy nie za dużo pracy spadło na panią. biorąc udział w debacie. Dyskutując. Nikt tego ani nie negował. najchętniej także sprzeczny. która. egzaminowany był przez radio rządowe i wypytywany przez rozgłośnie prywat- ne. Małgorzato? Nie chce pani. Rzecz jasna. gdy całował dłoń belgij- skiej księżniczki. i nie kryła się ze swym uczuciem radości na widok agencji. niedawno jeszcze znieważana. potrafił prowadzić grę w pojedynkę. teraz podwajała swój autorytet. Przybywało maszynopisów. że ktoś mógł wziąć pod uwagę możliwość ośmieszenia się pierwszej potęgi militarnej świata wydał mu się niezgłębionym idiotyzmem. apelując do specjalistów od sumienia i zawodowych znawców opinii publicznej. jeśli nie więcej nawet. Sfotografowano go w momencie. Czegoś podobnego nie wi- dziano od czasów jojo. Aleksander rzucił się do walki ze wściekłym zapałem. ani nie potwier- dzał. Telefon dzwonił bez wytchnienia. że choć pozbawili go wsparcia znacznej części jego głośnej niegdyś orkiestry. przyjmując oznaki skrytej sympatii i krzykliwe objawy poparcia. Obaj panowie odnosili się do sie- bie nawzajem bardzo przyjaźnie. Aleksander Psar.wszystkie warstwy społeczne Paryża. w której uczestniczył także Ballandar. „Co pan myśli o Gawierinie? Kto jest prawdziwą «Żelazną Maską»? Do czego zmierza w całej tej sprawie ZSRR? Czyż nie został przez to wszystko ośmieszo- ny?”. Kalendarzyk Psara.

w tej skomplikowanej sprawie. proszę pana. fałszywego autora nieprawdziwej Rosyjskiej prawdy. jed- nak list z Quai d'Orsay pełen był uprzejmości. iż w całej tej skomplikowanej sprawie wysunął się pan na pierwsze miejsce. jest wymyślone. Niebieskie oczy. zupełnie dobre wiadomości. mimo to chcemy wyjaśnić sprawę. Chyba że uzna pan. powie działbym nawet — i minister zapewne też — bliską duchowi na- szego powołania. a fioletowe mgły szły mu na spotkanie. Nie może- my wam podać żadnych wyjaśnień. Rozumiem oczywiście. ale pańskie talenty i. że stworzyliśmy w intelektualnym środowisku francuskim trudną sytuację. pełne by- ły blasku. a szef gabinetu. pańska odwaga (przepraszam za to wielkie słowo). wypuszczając niejako pod wasze nogi — tu pan de Mal- maison uśmiechnął się chytrze — fałszywego dysydenta. Za dwoma wysokimi oknami przedwczesny zmierzch kładł się nad Sekwaną. książki opublikowanej przez waszych wydawców na ich własną 319 . że nie daję sobie rady z robotą. Wszystko to. składając palce obydwu dłoni na kształt późnogotyckiej katedry — mam dla pana wiadomości. w której my możemy odgrywać co najwyżej rolę pośredników. że się zaniedbuję. Pozwoliliśmy po prostu wyjechać z naszego kraju nieja- kiemu panu Kurnosowowi. Rosjanie sygnalizują nam coś w tym rodzaju: „Twierdzicie. sprawiły. — Drogi panie — powiedział Edme de Malmaison. — Och nie. przywitał gościa jak najserdeczniej. nie. jak mi na to zwrócił uwagę minister. który potem. z nieznanych nam przyczyn. rolę. że w sensie legalnym nie może pan reprezentować interesów pana Kurnosowa. Aleksander nieufnie przyjmował oficjalne zaproszenia. schowane pod ciemnymi włosami. postanowił wystąpić jako autor nieznanego nam dzie- ła. mówią dalej. ośmielę się tak powiedzieć. fałszy- wego zabójcę. bliską zresztą naszej tradycji. który go przyjął w salonie w stylu Ludwika XVI o trochę tylko wyblakłych tapetach.

że ten Kurnosow.) Cóż. jako że otworzył ogień do pierw- szego sekretarza partii. waszym gościom. Gdybyśmy go tylko zamknęli w jakimś odosobnionym miejscu. w jak złym stanie jest jego zdrowie psychiczne. rozumiemy się przecież. który w pewnym momencie oświadczył. nie wiedzie- libyśmy. co z nim począć. tego. pracy.odpowiedzialność. nie potraficie nas uwolnić od klownów. Oczywiście nie mamy najmniejszego udziału w tym. że nie jeste- ście w stanie zapewnić bezpieczeństwa nam. że Marks tego nie wie — jakiemuś «Anonimowemu więźniowi». ale w pierwszym rzędzie upokarzająca was samych. Proszę bardzo. czemu nie. którzy grają swoje nu- mery pod naszymi oknami. że nazywa się Gawierin. Jeżeli ją napisał. Natomiast możemy was zapewnić. gdyż okazuje się. (Przemawiam cały czas w imieniu Sowietów. to ten sam człowiek. który napisał ową książkę. i nie ma w tym nic dziwnego w kraju wielko-rosyjskich nosów. zaczęlibyście po dwóch tygodniach 320 . którego wyślemy wam za opłatą pocztową. Tenże «Anonimowy więzień» zo- stał przez waszą prasę błędnie utożsamiony z pewnym biednym wariatem. że to ten sam szaleniec. który uznał za wskaza- ne strzelać do Breżniewa. W zamian za naszą usługę pro- simy was tylko o jedno: nie przysyłajcie nam z powrotem drugie- go Kurnosowa. pomożemy wam usunąć ten kolec z nogi. Także i ten osobnik nosi nazwisko Kur- nosow. Rzecz jasna. który z dziesięć lat temu dowiódł. której autorstwo przypisano Bóg wie czemu — pewnie dlatego. drogi panie. jak się trafnie mawia w naszym kraju. Ci histerycy domagają się naszego szaleńca? Dostaną go. tym więcej śmiechu. Powie się znowu. wysłał na Zachód i opublikował. Także i on musi być wariatem. nie możemy wam gwarantować. W końcu to właśnie rządy prawdziwie demokratyczne powinny być wrażliwe na opinie społeczeństw. to bez naszej zgody. jesteśmy ludźmi z gruntu dobrymi. Im więcej szalonych. że pomylono dwóch różnych ludzi. że ustępujemy pod presją światowej opinii publicznej. O co więc chodzi? Rozpętała się u was kampania trochę nieprzyjemna dla nas.

na którego czele zechciałby pan może stanąć. Byłoby dobrze. Komitet. Dzwoniła pani Boïsse: będzie w barze angielskim hotelu Plaza o pół do ósmej. który zachowuje się tak. jak sugerował mój minister. nawet gdybyście mieli umieścić ich obu w celi wyłożonej materacami”. Trzymajcie więc z łaski swojej obydwu. że nasi sowieccy koledzy rzeczywiście ustąpili pod wpływem naszej oburzonej opinii. elektroniczną for- tecę. Jeden Kurnosow ujdzie.. gdyby powołać do życia pewnego rodzaju.. Wzburzona? (Położył akcent nad „o”. Gdyby to 321 . przenosi się z hotelu do ho- telu o północy. Oto.) Wściekła! Nic zresztą nie wyklucza tezy. Zapewniono nas — nie w sposób czysto formalny. Było- by znacznie lepiej. premier nie wyraził zastrzeżeń.krzyczeć: «Nie. „Jutro o 14..30 w Luwrze. Tymczasem wolelibyśmy. przed egipskim sarkofagiem. Co zrobić jednak? Opinia publiczna jest wzbu- rzona. gdyby pan Kurnosow numer dwa nie po- wtarzał tych wyświechtanych chwytów. dwu — to męczące. lecz najwidoczniej wystarczający. Aleksander wrócił do biura. Jedna brew dyplomaty uniosła się na wysokość wieży Eiffla. że nasz rząd odnosi się do tej sprawy z entuzjazmem. Poszedł na spotkanie. to właśnie on był autentycznym Kurnosowem». tak przynajmniej uważa mój minister — że nic nie będzie mu groziło ze strony sowieckiej. rząd sowiecki urażony jest po- stawą Kurnosowa-Gawierina. Nie będę próbował przekonywać pana. co nam przekazują Rosjanie.. niechże więc nie bawi się w chowanego. buduje dla siebie nowoczesną. drogi pa- nie. jakby obawiał się zamachu na swoje życie. miałby charakter na pół prywatny i przez to podkreśliłoby się równie prywatny charakter negocjacji z Moskwą. komitet powitalny. by w całej tej sprawie nie angażowały się nasze najwyższe sfery. I jeszcze jedno.. Przekazała mu wiadomość od Piotra. Jak się wydaje. złożony z osobistości świata artystycznego i literackiego.. Krótko mówiąc.

i to o północy. — Jestem Piotr. że podziwiają wazy i grobowce. Nie miał nic przeciwko publiczności. pojutrze. — Piotr. — Gdy mówię „środki ostrożności”. — O której godzinie wyszedł pan od siebie? — Z biura? O dwunastej trzydzieści. w muzeum Opery”. Usłyszał głos: — Nie mylę się: Psar? — Nie myli się pan. Nowy Iwan był bardziej wyczulony na niuanse. Miewał już pi- lotów. suchy. — Poprzednio był pan Iwanem. Zaczęli wspólnie przechadzać się po muzeum. którzy lubili miejsca spotkań uczęszczane przez wielką publiczność. — Piotr każe przypomnieć panu — powiedziała Jessica — o niezbędnych środkach ostrożności. ubrany w ładny garnitur. co najchętniej wyznaczaliby spotkanie na pustyni. że Iwan. Iwanie. Aleksander przesiadł się dwukrotnie na stacjach metra prze- szedł przez dom towarowy mający dwa wyjścia i zjawił się w Luwrze wchodząc od strony kwadratowego podwórza. giętki. — Byłem pewien. Piotr wzruszył ramionami. udając. trzymając ręce założo- ne na plecach. Mały.było niemożliwe. Aleksander przypominał sobie zasady tego rodza- ju spotkań i udał się pod egipski sarkofag. żmijowaty Piotr. Zrobiłem sobie przerwę obiadową. czarno- niebieski. Aleksander z trudem opanował niechęć. biorę rzecz poważnie. — Jakie powziął pan środki ostrożności? — Wystarczające. byli i tacy. 322 . Ja wyszedłem od siebie o siódmej rano i przez cały czas przesia- dałem się z jednego środka lokomocji na drugi. kręcił się tam już niespiesznie. pół godziny wcześniej. ale w małych dawkach.

niech pan mnie nie zmusza do sięgnięcia po metody dyscyplinarne. Czy to jasne. jako że prowadzona przeze mnie operacja jest nad- zwyczaj ważna. niech pan zajrzy do mojej teczki. Zresztą wybór kraju bardziej potężnego. gdzie się obecnie znajduje ten człowiek. ktoś. Rolę katalizatora odegra tu dysydent. żeby mu pan przykręcił trochę śrubę”. naprzód we Francji a potem na całym świe- cie. przysłano mi skrupulata w pańskim stylu. bawiąc się porównywaniem nieru- chomego spojrzenia egipskiego skryby z oczami Piotra. mógłby zrazić niektóre osobistości. Niech pan się dowie. występującej z propo- zycją innego. pewnego rodzaju powszechnej partii politycznej o tendencji prawicowej. korporacyjnej. Zatrzymali się przed posążkiem siedzącego w kucki skryby o dziwnych. że istnieje pomiędzy nami pewien konflikt i zaproponowałem mu. na przykład Stanów Zjednoczonych. że trzeba pana zostawić. kto swym życiem dowiódł wrogości wobec komunizmu. by nie nosić przy sobie kompromitujących dokumentów — będzie stworzenie. i do- dał: „Wystarczy. — Tak właśnie trzeba postępować. autorytarnej. — Iwan. trzeciego rozwiązania i zwracającej się do tych. żeby wyznaczył innego agent d'influence. — Istotą tej operacji — Piotr nauczył się swego tekstu na pa mięć. że zapożyczył pan od Francuzów pewną lek- kość tonu i stanowczo wypraszam to sobie. Odpowiedział mi. Wybrano Francję ze względu na jej uniwersalistyczną tradycję. — Mam dla pana dalsze rozkazy — powiedział cierpliwie Piotr. Gdy byłem jeszcze młody i dziecinny. którzy odrzucają i kapitalizm. i komunizm. — Zauważyłem. Zameldowałem już towarzyszowi Pitmanowi. Psar? Aleksander wykręcił się żartem. — Psar. a 323 . jeśli nie ma się natural- nych zdolności. inkrustowanych oczach. — Najwidoczniej każda cywilizacja ma swoich biurokratów — odezwał się Aleksander.

„Wszystkie te piękne posągi. Znaleźli się na wprost wielkich schodów. że jego partia będzie sterowana przez KGB. to oczywiste. tak. i przywieść ją któregoś dnia przed oblicze mistrzów. — Kurnosow — ciągnął dalej swym dydaktycznym tonem Piotr — przejął ideę utworzenia takiej właśnie partii. Nie miał racji. w której złoczyńca podkłada pod busolę sztabę 324 . Rzecz jasna nie podejrzewa wcale.którego dzieło wyraża wrogość wobec kapitalizmu. i. Salamina. Drażniło go płaskie światło rozlewające się wokół tych ogromnych mas ożywionej skały. — „Nie mam już syna. gdy oskarżał swych szefów. W tej sytuacji. zostanie oddany pod nadzór agent d 'influence Aleksandra Dmitrycza Psara. Dyrekcja ofiarowywała mu najwspanialszą misję. bro- niący się przed inwazją rusztowań i drabin. przemaszerowali przez dział asyryjski. a państwo. za- mierza założyć faszystowską partię polityczną. by zaczął podejrze- wać. jaką tylko można sobie wyobrazić. Barbarzyńcy zwyciężyli. urodzonego w Kostromie 12 lipca 1926. któremu służyłem przez trzydzieści lat. Trwały tu prace remontowe i bogowie.. budzili w zwiedzają- cych dziwny niepokój.. Przez sekundę ujrzał znowu galerię chimer i dwie sylwetki na szczycie tego wielkiego kościoła-okrętu. do czego to służy?” — pytał się Aleksander. po przejściu długiego korytarza wyłożonego białymi płytkami. dotarli do Greków. i nie wolno dopuścić. Opuścili dział egipski. Ale kto po- konuje kogo? Maraton. cała ta cywi- lizacja. „Zwycięstwo: nie ma nic wspanialszego. Potem przypomniał sobie po- wieść Verne'a. Chodzi o Michała Leontycza Kurnosowa. Barbarzyńcy zawsze zwyciężą”. autora zamachu na Breżniewa i pracy pod tytułem Rosyjska prawda. Agent d'influence Aleksander Dmitrycz Psar zatrzymał się przed posągiem Nike z Samotraki. przełożonych. ponieważ nie można mu przydzielić zwyczajnego pilota. Być szarą eminencją (złym duchem?) partii działającej na skalę globu. A później? Grecja czy Rzym? Co to wszystko oznacza?” Jednocześnie czuł poruszenie swej ambicji czy próżności.

że Kurnosow będzie chciał głosić swą doktrynę. lepiej niż w książce. by być jeszcze lepiej znanymi. Jeśli poprzednim razem. żeby mógł ją przedstawić w sposób dokładniejszy i bardziej zrozumiały dla Zachodu. — Jestem zmęczony — powiedział — a nasz podręcznik po- wiada. był w stanie ją przeprowadzić. Z trudem tylko utrzymywał się na nogach. to dlatego.. Piotr wyliczył trzydzieści siedem nazwisk mężczyzn i kobiet różnych narodowości. który chciał dotknąć policzka i nie mógł go dosięgnąć. że marzę o po- wrocie. Jeśli uda się ich zwerbować. gdy Pitman podsunął mi tamtą pułapkę. „Ja już nie wrócę. Kurnosow będzie tak dalece zależny od Psara. w pewnym sensie. wyczerpanego agenta. że nie powinno się doprowadzać do ostateczności zmę- czonego. tak.żelaza i zmienia w ten sposób kurs statku nie dotykając steru. marzeniem. intelektualistów. że chciałem wrócić. że nie uczyni sam ani jednego kroku. Nagle jednak cała ta sprawa wydała się Aleksandrowi nie- skończenie skomplikowana i męcząca. zgodziłem się jeszcze. Aleksander nie miał obecnie więcej sił niż ten palec. Wie pan o tym. które było osią i sprężyną jego egzystencji.. tyle że. — Pierwszym zadaniem Psara — mówił wciąż Piotr głosem pozbawionym wyrazu — będzie zaskarbienie sobie absolutnego zaufania Kurnosowa. W pewnym sensie wszystko się dla niego skończyło. ją właśnie trzeba było skompromitować. Alek. Trzeba będzie także zasugerować mu wybór do komi- tetu kierującego partią następujących nazwisk. Ty wrócisz zamiast mnie”. dość już znanych i za- pewne marzących o tym. Żył jednym tylko pragnieniem. Tak. przestało go to interesować. będzie to udany połów. Wszystko wskazuje na to. Wolał cofnąć się niż wspinać się po 325 . przesuwając północ. jednak trzeba będzie pomóc mu. Wszyscy oni zaliczani byli do umiarkowanej prawicy.. z trudem wypo- wiadał poszczególne słowa.. i w dodatku z podniesioną głową. I palec. pochlebiał mu roz- miar tej operacji.

. Zajmie mi to dziesięć lat. idący przy nim. Przekazuję je. poprę pana. żebym miał rację. Albo ma pan nerwy w bardzo złym stanie. Gdy ma się czterdzieści dziewięć lat. że Pitman myli się co do pana. Aleksander. 326 . Musi pan natychmiast znienawidzić cały świat. czy żebym się mylił. albo też wyobraźnię zbyt bujną jak na naszą profesję. Zaciskam. Wyobraża sobie. Psar. — Nie chodzi o to. Mam zacisnąć śrubę. i bachora. nie naszpikujemy czekolady kurarą.schodach. Powiedziano mi. którego pan nigdy nie widział. — Bierze pan własne życzenia za rzeczywistość. Najwi- doczniej nie przeszło to panu całkowicie. to nie jest wykluczone. Prócz nich rzeźbie przypatrywało się jeszcze kilku turystów. Jeżeli chce pan poprosić o urlop. — Psar. nie po- winno się już płodzić dzieci. Piotr. patrzył na niego ironicznie: — Mnie się wciąż wydaje. mimo że złajany przez kogoś młodszego od sie- bie. trzy reakcyjne zakonnice w kornetach i dwaj rozbawieni liceali- ści. — Piękna samica — powiedział Piotr. że jest pan jedną z gwiazd jego sławnej dyrekcji. by spokoj- nie przyjąć wiadomość o śmierci kobiety. Przez dłuższą chwilę stali przed posągiem Wenus z Milo. niech pan zrozumie. że był pan po trosze literatem. Nie. nasze społeczeństwo nie potrzebuje wcale niezdyscyplinowanych fantastów. powstrzymał wybuch gniewu: — Być może ma pan rację.. W gruncie rzeczy nie stać pana nawet na to. którą znał pan przez dwa tygodnie. Ale jeżeli odmówi pan wyko- nania rozkazów. Ale. Mam dla pana instrukcje. sprawa jest oczywista: pan się wykoleja. W jaki sposób miałby pan przykręcić tę śrubę? Nie ma pan nawet pod pachą bułgarskiego parasola. — Załóżmy. Dzieci nie chcą mieć starych rodzi- ców. Tak. Iwańczyk. nie. że zgodzę się teraz i założę nową partię.

przyjdzie i mnie zgnić na cmentarzu w Sainte-Gene-viève? Piotr wzruszył ramionami. Aleksander dogonił go: — Ile czasu zajmie tym razem operacja? — Pięć lat. Aleksander zamknął oczy. Piotr ruszył w drogę: żmija wijąca się między posągami bo- gów. — Wolę Afrodytę niż Erosa — odpowiedział na to Aleksan- der. Trzy. Zdecydo- wanie wolę robaki rodzime i dziedziczne. Iwan. Nie chcę być pożarty przez faunę wykarmioną na francuskich drobnomieszczanach. — Piotr. Piotr. jeśli znajdziemy dla pana następcę. — Zajmę się tą operacją. wskazując na piękną. zajmę się tą operacją. że to dla mnie istotne. „Ja już nie wrócę. — Tak więc. jeżeli odmówię. — To zależy od pana. Alek. szczupłymi i ukrytymi pod ład- nym garniturem: — Czy to ważne. Ty wrócisz zamiast mnie”. które robaki się karmi? — Proszę sobie wyobrazić. . — Dobrze. klasyczną Wenus i asystującego jej Kupidyna z późniejszej epoki.

gdy lądował tam samolot specjalny. które- go ten kraj domagał się tak głośno. wszyscy oni rzecz jasna udawali. wci- śnięty w nowiutką kanadyjkę. dyrektor naczelny wydawnictwa Lux. że są bardziej paryscy niż paryżanie. Stąd jego członkowie obserwowali niewielkiego człowieczka sta- wiającego wielkie kroki. Komitet powitalny schronił się przed zimnem za szybą. lecz z wielkimi szansami na rychły 328 . to jest pewien pijany albański dramaturg. — Kto powie. na emeryturze. lecz Kurnosow. wystający nad okulary w żelaznej oprawce i na tors. Zawo- dowcy: Baronet. któremu prze- wodniczył Aleksander. 7 TWARDY ZNAK Lodowa. piramidalny nos. żydowsko-amerykańska hrabina. porowata skorupa pokrywała pustynię lotniska w Roissy. agent „martwy”. odzianych w zielone mundury ozdobione czerwonymi insygnia- mi. pewien chytry biskup bułgarski. wysłany został do Francji chyłkiem i w pośpiechu. Był on teraz szczęśliwym bezrobotnym: zdecydował się na naukę języka niemieckiego. patrzyli na jego krótki. został odprowadzony do Pa- ryża przez przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Fourveret. Z ust przybysza buchały kłęby pary. mieścili się w dwu kategoriach. lub też „samoniszczący się biologicznie”. Gawierin. Amato- rzy. dzięki temu jego zasiłek wynosił 110% pensji. jaki dialog wpisać mu w rysunek? — pytał Mon- thignies. Pozostali członkowie komitetu powitalnego.

Nie mam żadnych przesądów. żeby ktoś się tym zajął. Sprawiło to. Ze wszystkich stron padały pytania. — Z Psarów Iwana Groźnego? — Tak jest. jak przedtem kratki szpitala spe- cjalnego w Leningradzie. — Co oni chcą wiedzieć? 329 . — Mam trochę bagażu. wspomagany był potajemnie w jego staraniach wyucze- nia się języka francuskiego. że francuskie słowo oiseau wymawiał „o-isse-e-a-u”. ale żadnych wskazówek ustnych. Proszę. — Poznajmy się. lub też po prostu zdolne wymówić choćby dwa słowa po rosyjsku.powrót do zawodu. który miał w swoim czasie odegrać rolę fałszywego Kur- nosowa. w czym dyrekcja. szła mu na rękę. Natomiast Kurnosow autentyczny otrzymał wprawdzie wszystkie książki. A kim pan jest? — Psar. wciąż krytyk «Lemiesza» i doraź- ny współpracownik «Obiektywu». — A więc z pierwszej fali emigracji? — Mój ojciec był oficerem białej armii. — Michał Leontycz? — To ja. Dziennikarze napierali. Ballandar. by zdecydowanie wyrugować z komitetu osobistości zbyt wrzaskliwe lub podejrzane o przynależność do innej orkie- stry. jakie tylko zechciał. Błyskały flesze. a angielskie church „skiursk”. pani Choustrewitz. Trzymał się całkiem prosto. czy Sowieci całują w rękę równie wprawnie jak emi- granci. przewidująca jak zawsze. ściskając pod ramieniem paczkę rękopiśmiennych notatek. Kurnosow znieru- chomiał w środku tego kręgu. a także wymieniony już Monthignies. Aleksander Dmitrycz. Ga- wierin. majestatyczny pomimo niewiel- kiego wzrostu i za długiej kanadyjki. która cie- kawa była. Przez jakiś czas wymowa ta będzie chroniła go przed niedy- skretnymi natrętami tak samo. Aleksander posta- rał się o to. Chciał przejąć wyłączną opiekę nad Kurnosowem.

Przybyło na nią blisko tysiąc osób — derwisze chcieli uczcić swój sukces. Było się z czego cieszyć. broszurowe i oprawne. dodając do tego jeszcze jedno zdanie: — Homo sovieticus pozostanie zawsze homo sovieticus.. Aleksander zadziwił samego siebie. Kurnosow skłonił ciężko głowę. („Rozmawiam z Divo nieomal przyjaźnie. który natych- miast. będzie pan miał konferencję prasową dziś wieczorem. że lęka się opinii pu- blicznej. — Ma pan może moją książkę? Oni pokazywali mi tylko ga- zety.) 330 . żeby nie psuć efektu. jeśli nie złoży pan teraz żadnej deklaracji. — Zupełnie inny niż tamten? — I tak. że margines dość skąpy. Podkreślił tę formułę suchym ruchem podbródka. w Salwadorze. Co się dzieje? W jakiś sposób jest mi bliższy niż oni”. po czym zwrócił się w stronę dziennikarzy i wypowiedział bardzo wyraźnie: — Wiw lia Frann-ss. w Polsce. że lepiej będzie. i nie. W kuluarach Aleksander natknął się na Divo. Nikaragui. nie zawiedli nawet najwięksi.. — Całkiem nieźle — powiedział Kurnosow uprzejmie. ale Związek Radziecki dał dowód. — Michale Leontyczu. zadał mu pytanie: — Tym razem to oryginał? — Mam nadzieję. krzywo się uśmiechając. Myślę. Psar zademonstrował mu obydwa wydania. Czyż nie udało im się wyrwać nieszczęsnego „Anonimowego więźnia” ze szponów represyjnej psychiatrii? Wśród dziennikarzy panowało wielkie podniecenie. Gdzie jest samochód? Tym razem konferencja prasowa odbyła się w Pałacu Kongre- sowym. Komunizm międzynarodowy mógł co prawda odnosić sukcesy w Angoli. — Tyle tylko. Abisynii. prawie jak ze wspólni- kiem.

kto oca- lał z łagru. o którym mówisz. zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej opinii publicznej. Ten natomiast tylko posta- wił nogę na ziemi francuskiej. Definiujesz go całkiem do- brze. znaleźć jeszcze w sobie energię i wyjechać z kraju. jednocześnie nie przestając obserwo- wać z ironicznym wyrazem twarzy norek. popielic. to nie po to. Aby przetrzymać łagier. W końcu jeżeli tam posyła się ludzi do łagru. nierozgoryczony intelektualista. że to typ człowieka mający wielką siłę przebicia. Mówił dalej : — Homo sovieticus przekonany jest. kaszmirów i alpag. z żywym trupem. jak przeżyć. by myśleli tylko. posługując się byle jaką metodą. Ga- wierin wciąż domagał się pieniędzy. Wciąż ten krzywy. fizyki w Riazaniu. Ja powiedziałbym po prostu. któremu nikt nie mógłby zarzucić żadnej podłości. — To nie jest wielki świat. w naj- lepszym razie. że wszystko mu się na leży. Nie jest tak. Ale trafiam na ogół na szyderców. to homo sovieticus militons. bardzo wymagających. Ten ironista. Bez tego Sołżenicyn uczyłby wciąż. skośny uśmiech. ten poeta. Gdy mam się zobaczyć z kimś. ani półświatek. specjalizujący 331 . skąd się to bierze? Divo przysłuchiwał się. Założę się. zdegradowanym. żeby. Wiesz. zgaszonym. Jak myślisz. jedno mnie dziwi. żeby im pochlebiać i co tydzień płacić im bilet do kina. ani trzeci świat. które defilowały w pobliżu. już zapytał. W rezultacie gotów jest zdobyć dla siebie byle co. jak to jest u nas z pospolitymi przestępcami. po wyjściu na wolność. lecz nic nie będzie mu ofiarowane. Typ. gdzie stoi jego samo- chód. że nawet swego raka zwalczył siłą przebicia. że chodzi tu o rodzaj doboru naturalnego. trzeba być wyposażonym w pewne zalety i pewne wady. przygotowuję się na spotkanie z człowiekiem wygłod- niałym. To jest zapewne światek — mamrotał. Później zwrócił się do Aleksandra: — Myślę. kontynuować walkę.

że poszczególni uczestnicy sztafety nie wiedzą. że w pewnym sensie stał się bardziej rzeczywisty. w lecie ubiegłego roku. myślał Aleksander. zawierający wewnątrz manuskrypt Rosyjskiej prawdy. gdyby udało się nakłonić ten reakcyjny umysł (reakcyjny w najlepszym znaczeniu tego słowa: wciąż reagujący na bodźce) do udziału w wywrotowym przedsięwzię- ciu. mógłby zakłócić przebieg całej operacji. Aleksander zasiadł na scenie Pałacu Kongresów z pewnym ociąganiem. W chwili gdy zaczął przemawiać. Nigdy jeszcze nie promieniował tak wielką siłą wewnętrzną. jego dusza została zraniona. co czynią. bardziej przekonujący. dziewicą cierpienia. 332 . by tak rzec. teraz musiał zaprezentować prawdziwego. Jego życie toczyło się z dala od prawdzi- wych trosk. myślał Aleksander. Oczywiście. przypomina gigantyczną maszynę elektroniczną: funkcjonuje dzięki półprzewodnikom. Śmierć żony i syna tkwiła w nim jak pocisk. Ale w okresie pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami został zraniony. Obecne przejścia zbliżały go do innych ludzi i sprawiały. Jeszcze niedawno przedstawiał prasie fałszywego Kurnosowa.się w pewnego rodzaju chirurgicznej jasności wyrazu. przygo- towując się jednocześnie do zainicjowania wielkiego ruchu. sztafety. Byłoby doskonale. tylko śmierć ojca stanowiła wyjątek. Myślał o tym nie w kategoriach: „Jaki byłem wtedy szczęśliwy”. Teoria przekazywania pałeczki. Także i przekonanie. byłby. było dla niego nie- omal równie bolesne. przypomniał sobie nagle ten pogodny moment. trzeba by trzymać go z daleka od Kurnosowa i nie dopuszczać do udziału w podejmowaniu decyzji. Divo byłby nadzwyczajnym półprzewodnikiem. ludzki. który został zablokowany gdzieś w ciele i którego nie można usunąć bez narażenia na szwank życia rannego. Był do tej pory. gdy pod fontanną Berniniego wziął od mężczyzny w pomarańczowej bluzie pakiet «Oggi». że dyrekcja i Pitman we własnej osobie nie mają już do niego takiego zaufania jak niegdyś. świetnym kandydatem do uniwersalnej par- tii. jak tego wieczoru. jest dlatego taka trafna. Praca wywrotowa.

które będzie nosiło nazwę „Konfraternia prawdy ludów”. Jeśli zaś idzie o wstępną deklarację „Więźnia”. którego doniosłości nie sposób przecenić (w ciągu dwu miesięcy sprzedano 200000 egzempla- rzy!). 333 . Sowiecka perfidia jest czymś oczywistym. by wybaczono mu tę pomyłkę. w ostatnich dniach jego kasztanowe włosy nabrały nowego blasku.lecz: „Ależ byłem wtedy młody”. Prosił. Niestety. jak posłaniec nadziei. nadziei dla krajów demokratycznych i ludów ujarzmionych. znalazł się wśród nas. Mi- chał Leontycz nie włada językiem francuskim. I rzeczywiście. mimo to jednak nie sposób odmówić im charakteru charyzmatycznego. prawdziwy autor tego dzieła. Ostatni epizod stał się kolejnym przykładem tej perfidii. Związek Radziecki. Zaczął od przypomnienia całej sekwencji wydarzeń. wydalony z ZSRR. lecz gotów jest. I oto jak Jonasz uratowany z brzucha wieloryba. nie trzeba mnożyć dowodów na rzecz tej tezy. odpowiedzieć na wszystkie pytania. Następnego dnia «Niezależny Dziennik». We wstępie. za pośrednictwem Psara. to przedstawia się ona następująco: Michał Leon- tycz Kurnosow. Przez moment z radością doznał poczucia własnej dojrzałości. Jeśli tyl- ko będzie żył odpowiednio długo. oszukując wszystkich. Aleksandra Psara. przyprawiony o paniczny lęk zainte- resowaniem. opublikował „duże fragmenty” stenogramu konferencji prasowej. który przestał już być „anonimowy”. którego kierownic- two objął po swym zdymisjonowanym przyjacielu i protektorze Hugues Minquin. bardzo umiarkowanym. Na szczęście powszechne oburzenie francuskiej opinii zmusiło „wielkich kłamców” do uwolnienia nieboraka. jakie wolny świat okazał Rosyjskiej prawdzie. będzie nosił na głowie wspa- niałe srebrne runo. zamierza poświęcić swe życie pracy nad utworzeniem i prowadzeniem niezależnego ugrupo- wania. w pierwszym rzędzie. także i jego. po- śpiesznie uwolnił fałszywego Kurnosowa. Mi- nquin pisał: „Niektóre przekonania pana Kurnosowa mogą się wydawać trudne do przyjęcia przez naszą społeczność.

Tam tylko szaleńcy widzą jasno. którzy zadawali pytania nonkonformistycznemu przybyszowi”. Pytanie: — Jak się panu udało przemycić na Zachód najpierw fragmenty pańskiej pracy. Pytanie: — W jaki sposób przystąpił pan do dzieła? Odpowiedź: — Miałem szwagra milicjanta. Pytanie: — Panie Kurnosow. Pytanie: — Dlaczego zmienił pan zdanie? Odpowiedź: — Ponieważ stałem się inteligentniejszy. Pytanie: — W zasadzie był pan dość dobrze traktowany. Mój szwagier był w stanie uniesienia (śmiechy). że wystarczy zniszczyć zwornik sklepienia sowieckiej katedry. Byłem przekonany. Zabrałem jego mundur i pistolet maszynowy. Pozwoliło mi to udoskonalić moją kulturę polityczną i jaśniej zobaczyć rzeczy. Kosztowało mnie to dwa litry wódki. a potem całość? Odpowiedź: — Naiwność tego pytania jest równie wielka jak impertynencja w nim zawarta. że to właśnie pan próbował zastrzelić Breżniewa? Odpowiedź: — Potwierdzam to. Po za- machu uznano mnie za wariata i umieszczono w zakładzie psy- chiatrycznym. z pewnością orientuje się pan. by zawaliła się całość. jakim motywem kierował się pan przystępując do zamachu? Odpowiedź: — Można. Komunizm to rak. gdzie pozwolono mi czytać wszystkie książki. Czy zechce pan potwierdzić. któremu tego rodzaju zniszczenie w niczym nie przeszkadza. ja- kich tylko zażądałem. Oddajmy zresztą głos ludziom dobrej woli. Jeśli zna pan Borysa Godu- nowa. pijaka. że stanowi to część rosyjskiej tradycji. z jakim trudem przychodzi nam ustalić pańską tożsamość. Czym pan to sobie tłumaczy? 334 . Pytanie: — Już pan tak nie myśli? Odpowiedź: — Nie. Pytanie: — Czy można zapytać. wie pan.

Pytanie: — Co pan myśli o Zachodzie? Odpowiedź: — Zachód stanowi zaledwie część świata. komunizm silniejszy niż demokracja. To. przeszuki- wali moją celę. Marksizm uważa się za teorię naukową. To Rosjanie zwyciężyli Niemców. gdy spełnione zo- stają pewne warunki. a świat kręci się wkoło jak wiewiórka w swoim bębnie. Odpowiedź: — Nieścisłość. Pytanie: — Pańscy strażnicy wiedzieli. Marksiści są przekonani. Mogli odtąd studiować in vivo funkcjonowanie umysłu kontrrewolu- cyjnego. 335 . Czy nie zaostrzyli wtedy kontroli? Odpowiedź: — Oczywiście. o którym nie chcę publicznie mówić. To koło to de- mokracja silniejsza niż faszyzm. że się dostałem w ich ręce. przesłuchiwali moich pielęgniarzy. Wyczuwam w pana głosie sympatię prokomunistyczną i radzę panu przeczytać ponownie przemówienie Stalina z 9 maja 1945. że trzeba wyjść z tego koła. Ale i pewien epizod z mojego życia. że stał się pan wojującym antyko- munistą? Odpowiedź: — Komunizm. Pytanie: — Mogłoby się wydawać. Później ludzie z KGB zorientowali się. prowadzi to do określonych następstw. że niektóre partie pań- skiej książki przedostały się na Zachód. Pytanie: — Czy ta nieudolność nie wydaje się panu podejrza- na? Odpowiedź: — Nieudolność w ZSRR nigdy nie wydaje się czymś dziwnym i podejrzanym. Pytanie: — Co sprawiło. było dla nich niezłą gratką. bo tylko wariat mógł się targnąć nażycie państwowego dobroczyńcy numer jeden. Podobnie leka- rze hodują bakterie. Myślę. Nigdy nic nie znaleźli. że za każdym razem. Założyli kraty na moich oknach. rzecz jasna. innych chorych. że nie wie pan o tym. iż to komuniści pokonali faszystów. że posiadam pewne wykształcenie poli- tyczne i pomogli mi jeszcze w jego poszerzeniu. faszyzm silniejszy niż komu- nizm. Odpowiedź: — Na początku było rzeczą korzystną dla reżimu przedstawić mnie jako szaleńca.

Pytanie: — Co myśli pan o socjalizmie? Odpowiedź: — Mógłbym panu odpowiedzieć słowami Wła- dimira Bukowskiego: „Jeśli chcecie zamienić wasz kraj w gi- gantyczny cmentarz. żeby o nich marzyć. Widzi pan. Wasz Diderot powiedział: „Dysydenci 336 . Pytanie: — Kogo ma pan na myśli. w legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Frag- ment ten porównać można do kuszenia na pustyni w interpreta- cji Dostojewskiego. wypowiedział bardzo negatywne sądy na temat dysydentów. Pytanie:— Nie jestem pewien. powiedziała jej siostra. Ta Kordelia chce osiągnąć coś realnego. oszust. Ale wolę zacytować Puszkina. «utkałabym płótna dla całego świata». Zna pan naszego Puszkina? Na- pisał on bajkę. Oto co Rosyjska prawda i ja sądzimy na temat socjalizmu. która zaczyna się mniej więcej tak: „Trzy młode dziewczyny przędły przy oknie późnym wieczorem. A pan? Co pan o nich myśli? Odpowiedź: — Oni są różni od nas. marzą. Pytanie: — Panie Kurnosow. da- łabym carowi syna bohatera. które nie zasłu- gują nawet na to. na czym polega różnica. Coś na miarę jej możliwości. socja- listki. «wydałabym ucztę dla wszystkich chrześcijan świata». mówiąc „my”? Czyżby nie uważał się pan za dysydenta? Odpowiedź: — Nie. Obie one okazały się następnie najgorszymi łotrzycami: nie za- wahały się przed zdradą cara. który stał się ich szwagrem. powiedziała jedna z nich. naturalnego i poży- tecznego. przed morderstwem ich siostry carycy i siostrzeńca carewicza. Co chciała zrobić trzecia siostra? Odpowiedź: — Trzecia siostra mówi: gdybym była carycą. czy dobrze pana zrozumiałem. «Gdybym była carycą». który podszył się pod pana nazwisko. Ale są wśród nich przyzwoici ludzie. «Gdybym to ja była carycą». Pochodzą z sowieckiej eli- ty i dlatego też nie są reprezentatywni dla narodu rosyjskiego. Dwie pozostałe. I marzą o dobrach materialnych. wstąpcie w szeregi partii socjalistycznej”.

jest diaboliczna w swojej istocie. Jesteście w tym mocni. kiedy uzyskają prze- wagę”. dla których nie jestem faszystą. „Nacjonalista”. Być Rosjaninem. Nie jestem dysy- dentem. ściśle związanej z określonym i ograniczonym teryto- rium. Czy jest pan monarchistą? Odpowiedź: — To nie ja jestem monarchistą. który próbuje konsekwentnie i organicznie traktować swoją rosyjskość. Czy jest pan faszystą? Odpowiedź: — Faszyzm jest formą socjalizmu. Pytanie: — W pana książce robi pan aluzję do pewnego typu teokracji. których sens nie jest wcale negatywny..prześladowani staną się prześladowcami. Mamy tu do czynienia ze smutnym faktem dewaluacji lingwistycznej. „Murzyn”. Ja nie myślę inaczej. Pytanie: — Co pan przez to rozumie? Odpowiedź: — Rewolta Lucyfera nie jest rewoltą zła prze- ciwko dobru. że istnieją w Rosji ruchy monarchi- styczne. Czy mógłby pan to sprecyzować? 337 . zawsze była i prawdopodobnie jeszcze długo będzie monarchią. jeśli pan pozwoli. na przykład Ogurcowa. Myślę. faszyzm jest abstrakcją. Oto dwa powody. Pytanie: — Czy uważa się pan za rosyjskiego nacjonalistę? Odpowiedź: — Jestem świadom tego. że jedynym sposobem powstrzymania sowieckiego eks- pansjonizmu ideologicznego jest uznanie imperialistycznej na- tury Rosji. która pociąga za sobą gwałt na rzeczywistości. to Rosja jest. Nie jestem potencjalnym prześladowcą. prawicowa czy też lewicowa. żeby nadawać pejoratywne znaczenie słowom. Końcówka -ista w słowie „nacjonalista” z trudem oddaje tak konkretną rzeczywistość jak naród. Dysydent po rosyjsku oznacza „który-myśli-inaczej”.. „Żyd”. to konkretny fakt. być Francuzem — to nie ideologia. Każda ideologia. Pytanie: — Powróćmy na ziemię. lecz dobra przeciwko istnieniu. jestem Rosjaninem. że słowo „nacjonalista” ma na Zachodzie pejoratywny wydźwięk. Ja myślę jak wszyscy ludzie zdrowego rozsądku. Pytanie: — Mówi się.

Ale ten policjant nosi mundur — oto prawomocność. wybory po- wszechne. Podobnie Dostojewski. że chrześcijanie muszą organizować państwo ziemskie na wzór niebiańskiej Jerozolimy. Jego apostołowie wierzyli. To już nie jest felix culpa. co się stało z Chrystusem. żeby irracjonalność pra- womocności była irracjonalnością chrześcijańską. że wyzwoli królestwo Izraela. ukrzyżowali kró- la. Proszę pa- miętać. Potrzeby praktyczne wciąż dają o sobie znać. Tymczasem doprowadzi ona do tego przez męczeństwo. poprzez adaptację. że należy je odrzucić. Faryzeusze również w to wierzyli. Czy teokracja nie została nieco nadwerężona w waszym kraju? Odpowiedź: — Rosja ma powołanie Chrystusowe. losowanie nie wypływają z przesłanek racjonalnych i właśnie dlatego stają się źródłem prawomocności. którego faryzeusze nie umieli sobie wy- obrazić. mógł stworzyć swo- je prawdziwe królestwo. że syn geniusza może być kretynem. Wiadomo też. i to wszystko nie ma znaczenia. Jedną z nich jest prawomocność. że to dobrze. Natomiast prawomoc- ność może być ujmowana tylko globalnie — tak albo nie. ponieważ inteligencja nie ma tu nic do rzeczy. że został ukrzyżowany. tylko felix error. że Rosja ocali świat przez teokrację. ich ewolucja od- bywa się stopniowo. tak jak prawomocność monarchiczna na absurdzie. Będąc chrześcijaninem myślę. 338 . Prawomocność jest zawsze irra- cjonalna: prawo boskie. Pytanie: — Dostojewski także opowiadał się za teokracją. Sformułowanie „chrześcijański książę” zawiera w sobie sprzeczność. Dobrze wia- domo. zasada dziedziczności. Na ulicznym skrzyżowaniu niezbędny jest poli- cjant — oto wymóg życia praktycznego. że nie będzie w nim dla nich miejsca. Nie oznacza to. że więcej jest imbecyli niż ludzi inteligentnych. i bojąc się. który myślał. I dlatego właśnie. Prawomocność republikańska bazuje na braku koherencji. drugą wymogi życia praktycznego. Odpowiedź: — Rządy społeczeństw opierają się na dwóch za- sadach. Potrzeby życia praktycznego dyskutuje się punkt za punktem. co wcale nie oznacza.

czyli lichwa. instytucji państwa. Niestety. gdzie czekają już strzelcy. co tak jasno tłumaczą ludzie w rodzaju Knupfera i Chestertona! Pytanie: — Co oni tłumaczą? Odpowiedź: — Że to lichwiarze są faryzeuszami naszych cza- sów. lecz udzielały pożyczek na sumy. ale też pożyczają te nie- istniejące pieniądze. póki spełniały funkcję agencji wymiany i kredytu. emitując pieniądze. to sztuczka prestidigitatora. Ban- ki jednak nie poprzestają na tym. których wcale nie posiadały. Zachód nie uświado- mił sobie jeszcze tego. ten wiatr. Proszę nie mieć złudzeń: czek bankowy. Nawet banki funkcjonowały jeszcze jako tako. Że kapitalizm zachodni i sowiecki komunizm są jak nagon- ka. Pytanie: — Kto jest zwierzyną? Odpowiedź: — Wy. Przypomnę więc jej zasadnicze punkty. że przeczytał pan moją książkę dość nieuważnie. jest w 80% bez pokrycia. Nie wiem jednak. To one umożliwiły powstanie nowoczesnego społeczeństwa. Nie tylko uzurpują dla siebie przywilej państwa. Nie bez po- wodu średniowieczny Kościół potępiał oprocentowane pożyczki. Instytucja kredytu wiąże się z powstaniem banków. wkrótce przyznano im pra- wo wypuszczenia własnego pieniądza. czy możemy być dumni z tych osiągnięć. że do niedawna An- glia spłacała bankowi Rotszyldów pożyczki zaciągnięte w okresie wojen napoleońskich? 339 . To już nie jest sprawa z bankiem. która pcha zwierzynę na polanę. Pytanie: — Kto to są według pana faryzeusze? Odpowiedź: — Więc to jednak prawda. Czy wiadomo panu. Początkiem wszystkiego jest kredyt. a wcześniej przeprowadzenie rewolucji przemysłowej. banki nie biły monet i nie drukowały banknotów. uzależniając od siebie całe narody. Pytanie: — A myśliwi to kto? Odpowiedź: — Widzę. który otrzymuje pan jako pożyczkę.

jak się to nazywa? (Psar podpowiada: „Monopolu Loteryjnym”). Znajdują się one w rękach ludzi. że operują one sumami dziesięciu. jeżeli jednak bankrutują. Wróćmy jeszcze do banków. Ja jed- nak chcę państwu pokazać przede wszystkim to. który nadwyrężą własny kręgosłup.i dwudziestokrotnie przewyższającymi ich kapitał. by praca ludzka była przedmiotem gry.. Proszę wziąć pod uwagę wasze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. zagarniając dla siebie sporą część dochodu. że władają oni w sposób prawie absolutny Europą i Ameryką Północną. Wiecie państwo lepiej ode mnie. Jeśli osiągają zysk. Czy to jednak moralne. że dążyli do de- kolonizacji. że nagromadzili oni tak wielkie zyski. a czarnym górnikiem. których nazywam Lichwiarzami. Wiecie. nie potrafią się zatrzymać. aż tak dalece zrzec się wła- snej odpowiedzialności? I jaki związek zachodzi między agen- tem giełdowym.. z kilofem w ręce? Proszę jednak nie sądzić. Akcjona- riuszy nikt nie konsultuje w sprawie ryzykownych poczynań zarządu. jako że ktoś zakłada takie przedsiębiorstwo. gdy ich terytoria zarządzane były przez narody lepiej rozwinięte. czołgając się w tej samej kopalni. jest ona dopuszczalna. jako że młode i mało doświadczone narody. co stało się w Rosji. Wiecie państwo. słusznie zwane też anonimowymi. oferują im zyski większe niż to było możliwe. że jestem pryncypialnie przeciwny prywatnej własności kopalń. Zaczęli przybierać na wadze. jakby nakładał czy zdejmował pantofle. kupującym czy też sprzedającym jedną milio- nową cząstkę wartości kopalni miedzi równie obojętnie. 340 . Póki otrzymują oni dywidendy. kryje w sobie pewną hybris. Niewątpliwie dla państwa będzie to szokiem. wszystko do- brze. Fakt. Sprze- ciwiam się tylko temu. jeśli powiem. nie mają powodów do niepokoju. szokiem dla wa- szego cynizmu. ktoś musi nim zarządzać. wynika z jakiegoś fa- talizmu. że cały system bankowy jest nie- moralny. podobnie jak w waszym. posia- dające bogate i słabo wykorzystane zasoby surowcowe. stają się dla nich łatwiejszym łupem. kto płaci? Wierzyciele.

Lichwiarzy. W roku 1913 rezer- wa rosyjskiego złota opiewała na 1550 milionów rubli. posługując się jako pośrednikami amery- kańskimi bankierami Ruhnem. przed którymi kapi- tulowali Lichwiarze. Jednocześnie 341 . Produkcja przemysłowa rosła w Rosji w skali 3. władza nad światem go- spodarczym była zagrożona. Warburg. Loebem i Shiffem.11. nietrudno było przewidzieć. Jeżeli więc praktyka pokazywała. W tym samym czasie frank francuski miał tylko około 50% pokrycia w złocie. założyciela systemu amerykańskiej Rezerwy Federalnej i że ten brat także subwencjonował rosyj- skich rewolucjonistów. że Lichwiarzom nie brakowało powodów do niepokoju. Jednocześnie wzrost gospodarczy Rosji osiągał wówczas takie rozmiary. iż ustawodawstwo socjalne Rosji było „bliższe doskonałości” niż w jakimkolwiek kraju demokra- tycznym. To.75% i 1% w Wielkiej Bry- tanii. umiało rozwiązać problemy.75 w Wielkiej Brytanii. że jeden z francuskich ekono- mistów skomentował to w następujący sposób: „W połowie stu- lecia Rosja zdominuje Europę politycznie. teokratyczny. a w Rosji tylko 58. że w roku 1912 prezy- dent USA Taft stwierdził. lecz. Wia- domo powszechnie. Dodajmy do tego. ekonomicznie i finan- sowo”. podczas gdy we Francji 12. jak byście wy powiedzieli. przyznał Leninowi poważne subsydia finansowe. Carska Rosja nie poddawała się operacjom Lichwiarzy. pod- czas gdy w Stanach Zjednoczonych o 2. Widzicie więc państwo.7. podczas gdy w obiegu znajdowało tylko 1494 milionów rubli papiero- wych. była też od nich o wiele mniej zależna niż pozostałe kraje Europy. że państwo rządzone w sposób nie demokratyczny.35 i 26. Wskaźnik zadłużenia publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca w roku 1908 wynosił we Francji 288 punktów. W 1914 roku 83% tego zadłużenia zostało spła- conych dzięki dochodom państwowych kolei żelaznych. że niemiecki bankier. W roku 1912 wskaźnik opodatkowania wynosił w Rosji 3. co się dalej wydarzyło. O wiele mniej znany jest fakt. ich. że Warburg miał brata.5%.

Wy boicie się tak bardzo ZSRR. powtarzam. pokonał żołnierza niemieckiego. to złośliwy wilk. żeby was lepiej zjeść. Bułgaria. łączącego kapitalistycznych Lichwiarzy z ich sowieckimi dogami. Gdy Mołotow zaproponował w zamian za te dostawy pewną liberalizację systemu. w jaki sposób USA. W rezultacie Rumunia. Sądzicie państwo.Trocki przyznawał się chętnie. że ZSRR staje się państwem takim samym jak inne: zobaczmy. Zamiast czekać. członka brytyjskiej partii liberalnej. Pierwszą sowiecką fabrykę sa- mochodów zbudował Ford (chociaż w Rosji przedrewolucyjnej produkowano już własne modele samochodów). by inwazja Aliantów dokonała się w Grecji. Roosevelt odrzekł. krzycząc „babciu!” Ale to nie jest wasza babcia. Amerykanie włączyli się do walki w sam czas. który ostrzy sobie zęby. Albania i ta Polska. by uratować rozsypujący się reżim komunistyczny. będące całkowicie we władaniu Lichwiarzy. Doradcą Stali- na w okresie kolektywizacji był Campbell. Węgry. lecz Amerykanie byli zwolennikami desantu we Wło- szech. pijcie Coca-Colę!”. W rezultacie Rosja carska wyeliminowana została z walki i ZSRR został klientem Zachodu. traktowały swego głównego wroga podczas ostatniej wojny i po jej zakończeniu. Lecz to należy do mniej obrzydliwych aspektów wspólnictwa. że nie widzi takiej potrzeby. że szukacie opieki w ramionach Lichwiarzy. rzuć- cie szkołę. jak bardzo zmniejszyłaby się wtedy władza Lichwiarzy nad światem zachodnim. Czechosłowacja. Churchill domagał się. by wyżywić lud. Załóżmy. że otrzymał znaczną pożyczkę od finansisty. To rosyjski żoł- nierz. aż ZSRR upadnie i potem rzucić się na osła- bione Niemcy. lecz system marksistowski ocalony został przez amerykańskie dostawy ma- teriału wojennego. a państwo wydaje rezerwy swego złota. że wszystko to jest wymysłem? Proszę przyjrzeć się. Nie mówiąc już o tym. nad którą teraz Zachód wylewa krokodyle łzy. 342 . Rosjanie śpiewają: „Dzieci. moje dzieci. co dzieje się w chwili obecnej.

Ale nie ma nigdy tragedii bez elementów komicznych: na procesie norymberskim kaci sowieccy zasiadali obok sędziów wyznaczonych przez kraje Zachodu. by 343 . że muszą z podkurczonym ogonem wrócić do domu. w wyniku czego siły wol- nościowe tego kraju zgniecione zostały przez Armię Czerwoną. pragnących uciec przed komunizmem. A gdy Sowieci. Chruszczow. Przez kogo? Przez Anglików i Amerykanów. Amerykanie nie pomogli Chinom w ich desperackiej walce z komunizmem. żeby jakikolwiek kraj tolerował pistolet wymierzony we wła- sne podbrzusze? Lecz Castro zdobył władzę korzystając z po- mocy Amerykanów. że stoją po stronie emigrantów kubańskich i rozmyślnie doprowadzili do fiaska inwazji w Zatoce Świń. Jak to możli- we. który zabiegał o niepodległość dla swego kraju. którzy od czasu do czasu próbują zrzucić jarzmo nałożone na nich przez Lichwiarzy. po- między dwóch wspólników? Jedno udko dla ciebie. że lotnicza osłona operacji została odwołana na osobisty rozkaz prezydenta Kennedy'ego. i w taki sposób pistolet został nabity ślepym nabojem. w jakiej zgodzie. zostało przemocą załadowanych do wagonów i ciężarówek i oddanych Sowietom. mój Boże — na Krym. jedno dla mnie. wydali je w ręce komunistów. był prawdziwym Rosjaninem. Wystarczyło jednak. I obok nich Niemcy! Czyż nie jest symboliczny podział Niemiec. Wiecie też państwo o tym. jak harmonijnie. Moskwa i Waszyngton — dwa groźne głosy z dwu koń- ców świata — nie pozwoliły wam zaprowadzić porządku w świe- cie arabskim! Lecz najbardziej wstydliwy przypadek to Kuba. ze wszystkimi swymi wadami.wydane zostały Sowietom. ten sam Kennedy sprawia. by Rockefel- ler wybrał się na wakacje — wakacje. Oczywiście Amerykanie udawali później. tej kury znoszącej złote jajka. że tysiące Rosjan. Widzicie państwo. próbują naprawdę nabić kubański pistolet. CIA popchnęła Węgrów do rewolty. Tak. rozmyślnie: proszę sobie przypomnieć. I proszę też sobie przypomnieć.

ZSRR szuka pretekstu. że część publiczności dość nieufnie odnosi się do jego oświadczeń.. by jej przypadkiem nie wy- grać. Musimy jednak przyznać. A co dzieje się w Afganistanie? Jeden ze wspólników po- sługuje się gazem i napalmem. Widząc mianowicie. a Breżniew pokazuje pazury. że główną niespo- dziankę zatrzymał Kurnosow na sam koniec swej konferencji. gdy mowa o Polsce. żeby nie musieć dokonywać in- wazji Polski. lecz bardzo uważali. Posunę się jeszcze dalej. całkiem niedawno. Jakie są w tej chwili dwa wielkie mocarstwa nuklearne? Któ- re z nich ofiarowało bombę drugiemu? Tak. wykrzyknął z humorem: 344 . Nie przekonuje mnie sposób. róbcie tak dalej”. nie całkiem jawnie.. tym nie mniej fakt pozostaje faktem: gdyby tylko Amerykanie mieli bombę. których zechciano nawet później posadzić w krześle elektrycznym. iż Indochiny po wojnie nie powinny pozostać we francuskich rękach? I czym są Indochiny w chwili obecnej? Amerykanie prowadzili tam co prawda wojnę. Ten pies rozumie się z tym kotem jak dwaj złodziejaszkowie w dzień targowy. gdyż układ helsiński miał takie oto znaczenie: „Wszystko w porządku. W tym celu wynaleźli nawet specjalną metodę: eskalację. „Przedstawiciele różnych obozów politycznych — kontynu- ował Hugues Minquin — rozmaicie reagowali na te zdumie- wające deklaracje. w jaki Reagan szczerzy zęby. drugi nie pozwala swym spor- towcom wziąć udziału w olimpiadzie. wasza rola jest jasno określona.Chruszczow dostał wymówienie. a USA próbują odzyskać swój nadwyrężony prestiż. że Roosevelt oświadczył. podzielił między siebie świat w Helsinkach? I co stąd wynikło dla ludów ZSRR? Jeszcze okrut- niejsze represje. za pośrednictwem szpiegów. Czy wiecie państwo. kto grałby rolę wilkołaka na użytek Lichwiarzy? A kto.

Jestem przekonany. by mi je zdjęto. który lubił małe. dobre choć nie bardzo drogie. miałem ręce skute kajdankami. Póki samolot leciał nad terytorium ZSRR. — Od dziesięciu lat przygotowywałem się do tej podróży. to po to. — Wiedział pan. Psara i Kurnosowa na kolację do „Tyburcjusza”. Zażądałem. że wiedza 345 . by handlarze bronią. by prę- dzej czy później wydalić mnie z kraju. Wyjął jakiś przedmiot z kieszeni: — Dziś rano — powiedział — opuściłem ZSRR. że do niej dojdzie? — Wiedziałem. by utrzymać na- ród rosyjski w niewoli. że Stany Zjednoczone współdziałają z Sowietami. Zwrócił się w stronę pani Choustrewitz z pisma «Wybór» i podał jej przedmiot. za- brał Fourvereta. powiększyli swe zyski. Kurnosow zachowywał się przy stole znacznie bardziej ele- gancko niż Gawierin. Made in U. udało mi się zachować kajdanki jako pamiątkę. Wyraźnie i głośno odczytała wytłoczoną markę: — Smith and Wesson. ci kuzyni Lichwiarzy.. — Ale jeszcze dzisiaj rano był pan.” Po zakończeniu konferencji prasowej Baronet. gdy już nie znajdowaliśmy się nad terytorium ojczyzny. — Zmęczony? Przecież ja tylko gadałem.S. — Nie chcecie mi wierzyć? Ależ zaraz wam udowodnię. a wszystko po to. dyskretne restauracyjki. A ponieważ jestem troszeczkę kieszonkow- cem. że jeśli darowali mi życie. który trzymał w ręku: — Czy może pani z łaski swojej odczytać wytłoczony na tym napis? Pani Choustrewitz uniosła przedmiot wysoko: były to kajdan- ki.A. — Nie jest pan zmęczony? Nie wolałby pan odpocząć? — spytał Aleksander Kurnosowa. — Dużo czytałem — wyjaśnił z prostotą — i między innymi także podręczniki savoir-vivre..

cie- kaw był. twarde oczka zdawały się wwiercać w niewzru- szoną twarz Aleksandra. o dłoniach. kryła się ogromna pasja i że w innych okolicznościach mógłby ją podzielać. że w tym drob- nym ciele wciśniętym w czerwony sweter z golfem. Ta pewność siebie samouka. tak jak to napisałem w mojej książce. — Proszę im to przetłumaczyć. Kurnosow. gęstych jak słomianka raczej niż jak szczotka. których wszystkie palce były prawie równej długości. porośniętej jeżykiem włosów tak prostych i twardych. że zdawały się naelektryzowane.powinna dotyczyć wszystkiego i że dobry chrześcijanin powinien też umieć posługiwać się widelcem. mającym pokrzyżować 346 . Do pewnego stopnia przynajmniej. Jego małe. nie padli na kolana. A jednak czuł. pełen godności i pucułowaty. lecz na wszystkie stawiane im pytania odpowiadali śpiewając chórem Boże chroń cara. pozłacane okularki. w tej kwa- dratowej czaszce. nie można nie podziwiać ich męczeństwa. który Kurnosow zamierzał zainicjować. młody. o siwych włosach. Ufam panu. dlaczego ruch. Rewolucja zwana rosyjską jest nierosyjskim zamachem. Nawet katolicy wiedzą. — Lud rosyjski jest nosicielem prawdy. przypominał głównego księgowego. ze sterczącym nosem. — „Konfraternia prawdy ludów” — odparł — nawiązuje do pełnej honoru pamięci „Konfraterni prawdy rosyjskiej”. który nagle oszalał. od czasu objawienia w Fatimie. w statecznych okularach. noszący intrygujące. osobne przeznaczenie. to pełne logiki szaleństwo wy- woływały wściekłość Aleksandra. której członkowie zostali uwięzieni i skazani w epoce terroru postleni- nowskiego. Nie tylko nie poniżyli się. jak to uczynili przed tym samym trybunałem komuniści. o różowej cerze i jasnych włosach. nie przyznali się do wszystkich możliwych zbrodni. Baronet. komunistyczne szma- ty. Można nie podzielać ich przekonań. miał nosić nazwę „Konfraterni prawdy ludów”. że mamy własne.

Beria także. by protestować przeciw antysemity- zmowi. Rosyjski uczony musi zaczynać od pracy na wygna- niu. w tej piwnicy. — Ale czy nie wynika to z tego. Edelstein. co niektórzy określają jako wielkorosyjski kolonializm? — Nie. który nosił pseudonim Zagorski. Nie chodzi wcale o to. Miejscowość tę nazwano Zagorsk. podobnie jak nie ma rosyjskiej aka- demii nauk. a na- prawdę nazywał się Krachman. Horvat. jak to czynią Lichwiarze za każdym razem. Fekete. Nagy. Czter- naście republik Związku żyje lepiej niż piętnasta — rosyjska — każdy wam to potwierdzi.nasze zamiary. carycę. Czyż to nie symboliczne? Czy znacie panowie nazwiska zabójców. a jego prawdziwym imieniem jest monastyr Trójcy — Św. Trzeba zresztą oceniać drzewo po jego owocach. co sprawia. carewnę i cztery wierne im osoby. ale oto jak nazywało się siedmiu pozostałych: Jurowski. Grünfeld. że rosyjska rewolucja ma w gruncie rzeczy charakter anty- rosyjski. Vergazy. Każda z republik jest teoretycznie suwerenna. w Jekaterinoburgu. Nie ma więc powodu. Sta- lin Gruzinem. Rosja ma serce. Sergiusza. carewicza. wśród Uzbeków czy Kirgizów. gdy się po- wie. Fi- scher. zanim będzie mógł wykazać 347 . ale nie ma rosyjskiej partii. mistyczne serce. Tymczasem rosyjska republika — jedyna — nie posiada własnej partii komunistycznej. Istnieje wszechsowiecka partia komunistyczna. Lenin trochę Szwedem i mocno Tata- rem. — Jak to? — zdziwił się Aleksander. Trocki nazy- wał się naprawdę Bronstein. że republika rosyjska (140 milionów mieszkańców) ma tyle samo znaczenia co Estonia (milion mieszkańców). którzy zmasakrowali cara. na cześć mało zna- nego rewolucjonisty. 17 lipca 1918 roku o godzinie pierwszej piętnaście? Trzech spośród nich to Rosjanie. nasze przeznaczenie. że pojawia się tu wiele nazwisk żydowskich: Dzierżyński był Polakiem. podczas gdy wszystkie pozostałe republiki mają swoją partię i swoją akademię. — No tak.

jeśli jest szczery. I właśnie ta nienawiść sprawi. że jeśli idzie o zwięzłość nie dorównuje on tureckiemu. oddany sprawie. Lecz Molier powiedziałby zapewne. Za- leżało mu na tym. Doszło do tego jeszcze post-scriptum do kolacji. re- flektory aut otoczone były mglistą aurą. — Co się dzieje? Co on mówi? — zapytał Baronet. by służyła innym. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne. Kurnosow stanie się nieświadomym elementem sztafety propagującej to. Psar zawahał się. od których odpadną świecące plamy. — Pan Kurnosow — powiedział — jest wielkim patriotą. Kolacja stanowiła post-scriptum do konferencji prasowej. rosyjski — powiedział Fourveret. Spod opon samochodów pryskało zamarznięte błoto. Rosyjski mesjanizm będzie drożdżami „Konfraterni”. Są i gorsze rzeczy. w którym zaciekawienie mieszało się z obawą i rozbawie- niem. W tym człowieku tkwiła potęga.się w Moskwie czy Leningradzie. czego naj- bardziej nienawidził. w wyniku naturalnego fenomenu złotonośnego łuszcze- nia się skóry. jego potężne buty gniotły śnieg i błoto. Jeszcze kilkadziesiąt lat i państwo komunistycz- ne zniszczy całkiem dosłownie lud rosyjski. tylko zostaje podłączony do federacji. lecz nadmiar drożdży psuje ciasto. nie może służyć swojemu lu- dowi i swojemu krajowi. wyższym mocom. lecz siłę tę wykorzysta się tak. Dopiero wtedy re- wolucja zwana rosyjską osiągnie cel. że będzie 348 . wyższy od niego prawie o głowę. Tak samo rosyjski komunista. Aleksander. Kurnosow chciał się przejść i Aleksander odprowadził go do hotelu. a Lichwiarze-faryzeusze będą zacierali z radości dłonie. którego uwadze nie uszło rosnące podniecenie Kurnosowa. Kurnosow stawiał wiel- kie kroki. wznosząc oczy ku niebu. żebym to zrozumiał. kątem oka obrzucał go spojrze- niem. — Jakiż to piękny język. Propagowany przez państwo alkoholizm przekształca Rosjan w eunuchów.

a nade wszystko przekonanie. co 349 . ociężałość ofiar systemu. wskazując go jako zdrajcę (nie denuncjując go. ponieważ nie znali ich wiele. aby spełniły się twoje słowa i abyś zatriumfował. że jest pan jaki jest? — Przede wszystkim dzięki moim rodzicom. biały szal. gdy będziesz sądzony”. gdy nie mogli odmówić. tylko wskazując na niego. Byli to ludzie prawdomówni i w społeczeństwie takim jak nasze. czyż nie odnosiły się także do uczestników sztafety? Zimny paryski wiatr mroził. nie pozwalały im wierzyć w jakąkolwiek ideę abstrakcyjną. Dzięki nim uzyskałem inte- gralność intelektualną. Neron i Dioklecjan służyli w pośredni sposób chrześcijaństwu”. bez której operacja Zbawienia świata nie byłaby możliwa? A słowa „Przebaczcie im. tak jak wyznacza się kogoś do brudnej roboty). Przypomniały mu się słowa psalmu. Szli na manifestację. który umiał na pamięć w dzieciństwie: „To przeciwko Tobie grze- szyłem i przed Tobą popełniałem nieprawości. podpisywali petycje i protesty. bierność. gdy nie mogli tego uniknąć. którzy nie prze- kazali mi żadnych fałszywych idei. czy i tu nie chodziło o operację sztafety? I czy Judasz. lecz zdrowy rozsądek czy może wrodzona czystość. nie zostawiając żadnego śladu. zbudowanym na kłamstwie. czynić przedmiot wiary. czy i Judasz nie brał udziału w sztafecie.skutecznie wykonywał powierzone mu zadanie. „Technika wy- wierania wpływu — mówi Vademecum — czyni użytek z zasady Archimedesa. to zapewne właśnie ten osławiony grzech przeciwko Duchowi Świętemu. prostotę języka. W tej samej chwili obaj mężczyźni poprawili szaliki: Kurnosow swój sznurek z sza- rej wełny. — Michale Leontyczu. ratowali się przez skromność swej pracy. że to. jak to się stało. ale wszystkie te śmiecie spływały po nich. Zada- wał sobie pytanie. gdyż nie wiedzą co czynią”. i do tego byli niezdolni. któremu Jezus podał kawałek chleba. paraliżował usta. Jaka dyskrecja! Nie przeka- zali mi żadnych idei. Wierzyli w Boga i w Rosję. która jest za- zwyczaj przedmiotem rozumowania. Aleksander wytworny. Z idei.

— Nie trzeba poprzestawać na zapachu — powiedział na to Aleksander. Weszli do kawiarni... — Dziękuję monne-si-eour! — powiedział poważnie. włosy ostrzyżone. Po chwili dodał: — Wiem. Nie. rzecz jasna. nic. co zabił własną żonę? Jedna ze sławnych spraw sądowych dziewiętnastego wie ku. i doszło do tego spotkania. co istotne w prawdzie. że oni mnie fascynują? Czuje się tak wy- raźnie. ogromnemu jak góra. Trzeba wymawiać moussiou. niech mi pan opowie. że jako zbiorowość nie są nieszczęśliwi. To sło- wo uczy respektu nawet dla ostatniego nicponia. którego nazwiska nie znam. — Zapach wolności! — wykrzyknął Kurnosow. nie daje się wypowie- dzieć. i nawet troski są tylko po to. umieścił mnie pan w S-koj-seul. mają tylko tro- ski..abstrakcyjne (nie licząc. Zamówił porcję frytek i dwa piwa. z KGB. Dlatego w Piśmie świętym tyle paraboli. — Proszę. ale i z czułością pa- trzył Kurnosow na kelnera. że nie powinno się mówić monne-si-eour. gdzie spotyka się prawdziwych Francuzów. Wie pan. — Chce pan powiedzieć — do separatki? Dzięki człowiekowi. matematyki) jest zdradziec- kie i nieprawe. a później byłem na wojnie. jak trafił pan do szpitala psychiatrycznego. wolałbym się jeszcze trochę przejść.. który przyniósł piwo i frytki. dostałem się do niewoli. co pachniałoby 350 . — Jesteśmy już przed pańskim hotelem. Chce pan może na pić się czegoś w barze? Kurnosow przeczytał szyld hotelu: — Ach. żeby życie było poważniejsze. Albo usiąść w prawdziwym bistro. To był nabywca Lo- taryngii i Korsyki? Czy może ktoś inny? Ten. w której czuło się zapach frytury. oczywi- ście. Prawdę trzeba chwycić w sidła. tam. tylko zbiór przypowieści. Ale ja wolę mówić monne-si-eour. To. No. Wyglądał przyzwoicie. Bystro. To dlatego nie napisałem traktatu.

zadał mu pytanie: — W tej transakcji. W zamknięciu będzie pan żył wygodniej niż na wolności. że mogą zaprząc prawdę do własnego wozu. obojętnym tonem. który się sam nakrywa? Wystarczy rozłożyć na stole obrus. a będzie pan miał przed sobą prawdziwie pantagru- eliczny posiłek.. Temu człowiekowi- górze powiedziałem wtedy. że jest pan wariatem. prawda. Aleksander. która przynosi wyzwolenie. nagiego. jak się dawniej mówiło — jaka jest pańska decyzja?” Dobry człowiek. co było pańskim towarem? Kurnosow odpowiedział mu natychmiast: — Prawda. będę musiał przekazać pana tym sza- raczkom z ministerstwa sprawiedliwości i skończy pan w kopal- ni soli. Wyrażał się jak profesor uniwersytetu w Sankt- Petersburgu. Nnn-no tak — wymawiał to przeciągając. Zna pan rosyjskie bajki. Jeżeli nie wyrazi pan zgody. że KGB zdecydowała uczynić z pana kulturę bakterii kontrrewolucyjnej? — Nie tylko. a nie będzie pan miał żadnych problemów.. Jeśli pan od czasu do czasu będzie potrzebował kobiety. po gruntownej rewizji: jestem silniejszy od was. Dzięki temu spotkaniu w Niemczech posia- dałem kulturę polityczną nie-marksistowską. zajmiemy się tym. 351 . Powiedział do mnie: „Niech pan się zgodzi. Ale prawda to rumak. Na pewno wyrządził więcej zła niż źli ludzie. myślę. którego nie można okiełznać. Podobnie z prawdą: prawda-która-się-sama- usprawiedliwia. i bardzo niebezpieczny. który wystarczy wyjąć z worka? I stolik. jaką przeprowadził pan z KGB. Będzie pan karmiony. Mo- ja inteligencja nie była uszkodzona przez mikroba dialektyki. będzie pan sobie czytał i pisał. coś zupełnie wy- jątkowego w kraju zamieszkałym przez 250 milionów osób. — I to pańska inteligencja sprawiła. Tylko prawda jest jednocześnie istotą i funkcją. gdy mnie sprowadzono. A szkoda byłoby tak inteligentnego człowieka jak pan. Aleksandrze Dmitry- czu? Pamięta pan bajkę o kiju-samobiju. Ci ludzie wyobrażają sobie.gilotyną.

byłem zdobyczą o wartości nieocenio- nej. Ten udawał. cała dywizja. lecz był w gruncie rzeczy tylko ele- mentem układu. Bo trzeba jednak uznać. jakby nie zjadł przed chwilą wspaniałej kolacji. u której służyłem. ale to nas nic nie obchodziło. Aleksandrze Dmitryczu! Za jej mózg uważał się człowiek-góra. Ze mną było inaczej. Wojna dopiero się zaczynała i Niemcy traktowali nas dość przyzwoicie. że dostałem się do niewoli. prawda? Poddaliśmy się na samym początku. pracującego dla mnie! Oczywiście. które nie musiało uciekać się do pomocy jednej tylko. i dla- czego? Przez buty z cholewami. Ci z dziecięcą niewinnością transportowali je dalej.. zresztą prymitywnej metody. Kobieta. Powiedziałem już.Przyzwyczaiłem się do myślenia. Wybierał fragmenty. Dla KGB. Cóż za organizacja. Wydawało nam się. Trzeba umieć kłamać. że partia zjednoczyła się ze spo- łeczeństwem? Wojna. które najbardziej mu odpowiadały. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat. Przewieziono nas do Niemiec w bydlęcych wagonach i rozdzielono pomiędzy chłopskie zagro- dy. Kurnosow wytarł chusteczką pianę z piwa. żeby być uznanym za prawdomównego. 352 . i oddawał je jednemu ze swych podwładnych. a ZSRR sprzedał krótko przedtem setki tysięcy takich butów Niemcom. która osiadła mu na ustach.. była dla mnie raczej matką. że to partia po- prowadziła naród do zwycięstwa. Ponieważ nie mieliśmy butów. nie uważaliśmy ich za naszych. dziennika- rzom opowiedziałem inną historię. Zapisywałem moje myśli. Przekazywałem je dobrowolnie człowiekowi-górze. że jest moim pielęgniarzem i oddawał je ludziom z siat- ki przerzutowej. baba sama w domu. Niektórzy chwalili to sobie: chłop w wojsku. co w końcu sprawiło. Rozstrzelali naszych komisarzy politycznych. Aleksander zamówił dla niego jeszcze jedno piwo: — Nie chce mi pan opowiedzieć o tamtym spotkaniu? — Chętnie. Aleksandrze Dmitryczu. Pożerał tłuste frytki. nie znałem kobiet. Wie pan. że zostaliśmy sprzedani razem z butami.

mówi do mnie: „Ty jesteś stamtąd”. pracowali na nich jeńcy francuscy. nie wiem jak panu wyjaśnić. drugą zbierała wszystko to. książęta i wykolejeńcy. Umówiliśmy się więc na niedzielę. I oto chłopak niewiele starszy ode mnie. Je- żeli sadzi się rośliny.. Matka-ziemia. jakie robiła dla mnie. Nie wolno nam było rozmawiać. będzie zwiezione. ale zawsze nam opowiadano. że są to hrabiowie. Ale pilnowali nas inwalidzi. To było już później. nawet obca ziemia. gdy Niemcy mieli tylu jeńców. dobrze zbudowany. zgnije. trze- ba tylko pogodzić się z jej surowością. Nie tak jak Rosjanka. pod dębem o dwóch pniach. Dla mnie było to. Mimo to była dobra dla mnie. Pracowałem motyką i kosą. i dawało mi to radość. będą zduszone przez chwasty. co nie weszło w chleb. ukrywała nieraz w po- jemnikach na śmieci. jak zobaczyć ducha dawnej Rosji.. Nie trzeba tu żadnego marksizmu-leninizmu. rosną. proszę sobie wyobrazić! Ale ziemia jest wielkoduszna. w lesie. Słyszałem oczywiście o białych emigrantach. Smarowała mi chleb masłem. 353 . Pewnego dnia poszedłem na wieś. który obaj pamiętaliśmy. niezbyt dobrze pilnowali. o trzeciej. wynagradza tych co ją uprawiają. Podob- ne kromki chleba. które opróżniali inni jeńcy. nie robi nic na złość. że nie mieli ich jak wy- żywić. jeżeli się spóźnić. Zacząłem pracować na ziemi. Nasza zagroda — mówię o niej: nasza! — umieszczona była na skraju lasu. wilgotna. To było tak. z wielkimi dłońmi i ma- łymi uszami. to praw- da: jedną stroną noża nakładała masło. regenerowałem się mając kontakt z rzeczami prawdziwymi. żeby przetransportować dziesięć worków nawozów che- micznych — Niemcy są mocni w nawozach chemicznych — i po drodze spotkałem Francuzów. Jeden z nich patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi do mnie po rosyjsku: „Więc ty rzeczywi- ście jesteś stamtąd?” Nie wierzyłem własnym uszom. Jeśli zbiera się zboże. Po drugiej stronie lasu znajdowały się inne gospo- darstwa. Mój ojciec był introligato- rem. Ale wszystkie te zagrody należały do jednej wsi. Jeśli się nie plewi.

Może wybuchnąć pod nosem tych. recytowałem. egzaminował mnie. Przekazywał mi to. Za pierwszym razem moi koledzy poszli razem ze mną. w co wierzył. syna pani. Słuchałem. on stawiał stopnie. ja natomiast co niedzielę przychodziłem pod dąb o dwu pniach. Rosjanina z Francji. Uczyłem się. a ja niewykształcony. bo prawda to materiał wybuchowy. że caro- wie nie zatrzymają komisarzy? A my wtedy będziemy się pocić pod podwójnym jarzmem?” Krótko mówiąc. którym niełatwo manipulować. Czułem się osaczony. Mikołaj Wła- dimirowicz był z ruchu Młodych Rosjan. Dzięki mnie. zmarznięte nosy i tylko jeden ołówek na nas dwu. i sądzę. żeby zobaczyć tego rzadkiego ptaka. Pod dębem w każdym razie nie zadawałem sobie jeszcze tego rodzaju pytań. podpowiadał. którzy chcieli jej użyć jako balastu ich własnych kłamstw. Później do- szedłem do wniosku. A kto ci zaręczy. on wracał do kraju. ogarnęła mnie rozpacz. Szeptał. jak się wygrzebuje kąski ho- mara. ale nie dbaliśmy o to. kiedy nie znałem odpowiedzi. głupi. chce nam z powrotem cara na grzbiecie posadzić. słono byśmy zapłacili. Teraz widzę to wszystko w innej perspektywie. a on — zrozumiałem dopiero później — rósł dzięki mnie. dzięki ideom. harowałem ciężko. Kiedy zacząłem brać to pod uwagę. które mi przekazywał. Wszystko to wśród zapachu grzybów i mchu. Przez cały tydzień harowaliśmy jak niewolnicy. Mieliśmy zlodowa- ciałe stopy. że ta partia manipulowana była przez KGB. Mikołaj Władimirowicz kazał mi nauczyć się na pamięć całe- go programu. zaczynałem myśleć.. Ja rosłem dzięki niemu. zadawałem pytania. że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. tak jak się wysysa szpik z kości kuropatwy. jak ten emigrant opowiada o Rosji i syciłem się jego słowami. Gdyby nas na- kryto. woleli zostać ze swoimi chłopkami. który odtąd kojarzy mi się z prawdą. wy- sysałem z nich całą prawdę. jaka się w nich znajdowała. Ale wkrótce mieli dosyć: „To białogwardzista. przemawiał do mnie. 354 . damy.. zapachu.

Rozumie pan to? „Wracał”. i przywódcy. Dla tego. Jego wargi poruszały się. ale nie za wielu. Politgrammota. Później osiąga się taki punkt. w którym było i szyderstwo i zawiść. „Trzeba nam cara. której nigdy nie odwołałem. 355 . Zaczęto przygotowywać rozruch „Konfraterni”. Coś w rodzaju doktryny monarchiczno-socjal-fa- szystowskiej. Dyskutowaliśmy. Ci lu- dzie chcieli wiedzieć. Złożonej carowi. które się hartuje.. — Przysięgi? — Tak. Trzeba sze- fów. Metaliczne oczy Kurnosowa nie zwilgotniały. książęta tworzą trony. wykrzywił usta Aleksandra: — Dla kogo chciał pan zrobić miejsce? Dla obecnego następ- cy? Kurnosow jeszcze raz wytarł usta chusteczką: — Do pewnego momentu Historii. żeby rządził”. i złożyłem przysięgę. budżetem i rekrutacją. wypowiadając cicho świętą formułę. Złościł się na mnie. przesyconym zapa- chem frytek. był to rodzaj papki. Wstał z miejsca: — Przejdziemy się jeszcze trochę? Były więzień celi numer 000 miał niespożyte siły. Była w nich duma. Mnie się wydawało. żeby zrobić miejsce. że wystarczy car.. Uśmiech. tak jak żelazo. jak to nazywał. dlaczego strzelałem do Breżniewa. Wtedy dopuścił mnie do złożenia przysięgi. żeby panował. Jego idee nie były jasne. — Tak — powiedział Kurnosow — miałem wtedy dwadzie- ścia lat. Trzeba było zająć się trzema zasadniczymi punktami: programem. Aleksandrze Dmitryczu. Nie tylko do swego kraju: do swe- go dzieciństwa. Raczej stały się twardsze. Aleksandrze Dmitryczu. że to trony tworzą panujących. nawet do łona matki. przysięgi wierności. zwierzchników. Nie mógł jej powiedzieć głośno w tym bistro. tak. Wreszcie przyszła wiosna i zdałem ostatnie eg- zaminy.

. których adresatami są nasi bliźni.. Podstawą programu była powszechna deklaracja obowiązków człowieka. poprawiony przez Psara i przedłożony na nowo Kurnosowowi. zamaskowany. a nie jej powinności względem innych jednostek. grupą zawodową. gdyż Aleksander zwykł działać samodzielnie. Odpowiedzialność wiąże człowieka w jego konkretnych relacjach z innymi ludźmi — wytwórcę z konsu- mentem. albo też odnosi zwycięstwo. przygotowany przez Kurnosowa. są zawsze ważniejsze niż obowiązki abstrakcyjne. która za punkt wyjścia obierze pra- wa jednostki. Słowianofile odrzucili demokrację mieszczańską. — Powinniście wypracować antymarksizm. z rodziną. a czysto dydak- tyczna postawa Piotra drażniła go w najwyższym stopniu. Natomiast równość istnieje pod jednym tylko względem: stosunku do śmierci. został później dys- kretnie przekazany Piotrowi podczas spotkania w muzeum Clu- ny czy Carnavalet. żeby 356 . wytwarzającą wi- talny prąd działań społecznych (oto socjalizm). gdyż jej funda- mentem jest absolutny liberalizm. ludem. Tekst. przypominać będzie orkę pługiem zaprzęgniętym przed wołami. choćby nawet wyzysk ten był osłonięty. Lecz kon- kretne obowiązki. Tymczasem od- powiedzialność stanowi wystarczająco solidną bazę sprawiedli- wego społeczeństwa. Wolność może być ugruntowana tylko na odpowiedzialności. do których przynależy. I rzeczywiście każdy sys- tem równościowy prowadzi do śmierci. całą ludzkością. Bowiem albo ponosi klęskę w walce z przyrodą i ucina równość. jawnie fałszywy. — Wasz program jest za mało budujący — krytykował go pi- lot. Trzeba sprawić. Ta metoda pracy prowadziła do konfliktów. który musi doprowadzić do wyzysku słabego przez silniejszego. znajdując schronie- nie w sztucznych ramach terroru. lecz likwiduje niezbędną różnicę potencjału. zwierzchnika z podwładnym — i także z naturalnymi społecznościami. Kurnosow pisał: Każda filozofia społeczna. rzemieślnika z klientem. jako że marksizm jest teorią prawdziwą.

zawierająca go w sobie. — Aleksandrze Dmitryczu — słyszał wtedy od Kurnosowa. z której pan wyszedł dyrekcji — odpo- wiadał na to agent — ale najwidoczniej nic pan nie zrozumiał z t operacji. Inne problemy związane były z budżetem. na ukos. amery- kańskimi oczywiście. lecz wroga mu. który zwracał się do niego z pewną wyrozumiałością — jeszcze nie spotkałem człowieka tak bardzo zmiennego w przekona- niach jak pan. zamiast żeby zatriumfowała antyteza. by spróbować wymóc na nim zmiany w tych punktach. czyli właśnie marksizm. Rzecz jasna Aleksander musiał przedstawić te propozycje jako swoje własne. co było jednym z moich leningradzkich przywile- jów? Tajemnica była dobrze strzeżona. I nic wię- cej. chociaż zupełnie się z nimi nie zgadzał. którą ma pan dyrygować. Mamy przy tym nadzieję. z kajdankami na przegubach. które one bezskutecznie usiłują zapłodnić ginąc przy tym. będziemy mogli powrócić do przerwanej pracy nad tezą znów dla nas korzystną. Oto o co tu chodzi: uświado- miliśmy sobie wreszcie. w których Piotr nie dał za wygraną. w której za- częła się szykować synteza historyczna. Oto właśnie sztuczka. że gdy powiedzie się ta pseudo-synteza. Kurnosow z oszczędności opuścił po dwóch dniach hotel „Choiseul” i prze- niósł się do maleńkiego hoteliku w XV dzielnicy.nasi przeciwnicy nauczyli się myśleć wspak. — Nie mam pojęcia. Dlatego postanowiliśmy oszukać Historię. „Do łaźni będę chodził w każdą sobo- tę. jak pro- wadzi się kukiełkę w teatrze lalek. Wie pan. gdzie zamiesz- kał w pokoju bez łazienki. ale w każdą sobotę opuszczałem moją celę. tak samo jak oszukuje się niektóre owady podstawiając im sztuczne jaja. jaką zamierzamy podsunąć za- chodniej inteligencji. Aleksander wywalczył pewne ustępstwa u Piotra i znów zoba- czył się z Kurnosowem. którą będziemy prowadzili tak. udawałem się razem z eskortą do łaźni 357 . i. że marksizm to tylko jeden z momentów dialektycznego ruchu i że zarysowała się sytuacja.

„Dość się napchałem w więzieniu. na ogół zaś nie wystawiał nosa ze swego podejrzanego hoteliku. Moi strażnicy lali mi na plecy wrzącą wodę i chłostali mnie brzozowymi witkami. aby mogły wyklarować się elity. emigranci. Przyjmujemy każdego. był wstrząśnięty tą wiadomością: „Jak mogliście o tym nie pomyśleć. po rosyjsku. Niekiedy oddawa- łem im pięknym za nadobne. Wydawnictwo tymczasem za- mierzało wytoczyć proces Gawierinowi i odebrać mu przywłasz- czone honoraria. Jednocześnie jego stosunki z Kurnosowem pogarszały się. nawet w najskromniejszym wymiarze. przyznawał on sobie prawo ogo- łacania kont „Konfraterni”. przy- szedł czas. Jadł prawie wyłącznie wtedy. przez sześćdziesiąt lat?” Zadowolił się jednak łaźnią turecką. Gdy Kurnosow dowiedział się. Kurnosow chciał pójść na ilość: — Trzeba osiągnąć masę krytyczną. wędrowały prawie w całości do kasy „Konfraterni”. żeby trochę popościć”. zatrzymywał się przed makietą Bramy piekieł i domagał się podkładek usprawie- dliwiających zakup znaczków czy biletów metra. wy. dzięki czemu Psar mógł sprawo- wać kontrolę nad „Konfraternią”. Wiercił się po parkietach pałacu Biron (jego buty skrzypiały nieprzyjemnie). gdy był proszony na przyjęcia. jakie otrzymywał z wydawnictwa Lux. Gdy zaś Alek- sander rzucał mu w twarz: — Pan jest skończonym biurokratą! Piotr odpowiadał na to.przeznaczonej dla KGB. Dzięki temu miesięczne wy- płaty. Jeszcze inne kłopoty wiązały się z naborem członków stowa- rzyszenia. Nieźle bawiliśmy się przy tym”. Ponieważ wszystkie zyski musiały być zatwierdzane przez Piotra. kłaniając mu się głęboko. 358 . że w Paryżu nie ma rosyjskiej łaźni. uśmiechając się z zadowoleniem: — Jestem zawodowcem. Agencja Aleksandra poświęciła część swych zysków przekazując je wspólnemu przedsięwzięciu. Sumy te jednak nie mogły wystarczyć jako baza finansowa ruchu na skalę światową.

do Belgii. że „Konfraternia” zostanie opa- nowana przez drugą stronę. założyć kartotekę. był zdania. Michale Leontyczu. Nikt inny nie zechce wtedy pracować z nami. Czy pan wie. Żądał. Wyobraża pan sobie to krótkie spięcie? Trzymany krótko przez Piotra Aleksander odczuwał coraz większe zmęczenie. że jest ona manipulowana przez nas. iż należy sprawdzić ich pochodzenie. że- byśmy dopomogli w rehabilitacji lewicowym intelektualistom. Aleksander irytował się: — Jaka druga strona ma nas opanować? Przecież wiemy z góry. że mięśnie twarzy wciąż są napięte. by nie został on zdomino- wany przez żadne z już istniejących ugrupowań. Kurno- sow zapraszany był wciąż na prowincję i nawet za granicę. Dochodziły do tego także wysiłki i występy publiczne. że we Francji istnieją cztery ugrupowania monarchistyczne. Któregoś poranka wracali z Monte Carlo. Załóżmy. Aleksander przyglądał mu 359 . Niech teraz jakiś francuski gagatek wciśnie się do „Konfraterni” i odkryje. tym nowobogackim władzy? Tworzymy całkowicie nowy orga- nizm polityczny i musimy dbać o to. Odrzucił w tył głowę. Ale wyczuwało się. Przeciwnie Piotr: ten uważał. — Niemożliwe. przejęty był obsesją. prawda. żrące się między sobą? Nie chce pan chyba. że całe fran- cuskie getto faszystowskie postanowi zapisać się do nas. Kurnosow drzemał. albo przez bonapartystów? Ani przez światowców czy anarchistów? Nie chce pan chyba również. Wielkiej Brytanii. Aleksander był nieodmiennie jego tłu- maczem i mentorem. że dzięki temu nie poddaje się najbardziej haniebnemu uczuciu: litości nad samym sobą. że przyciągniemy antykomunistów. żebyśmy zostali opanowani przez trockistów. by kandydaci wypełniali sześciostronicowe formularze. — O to chodzi. tłumaczył sobie jednak. że przyjęcie kogoś do „Konfra- terni” będzie przywilejem. wyróżnieniem. jego usta były otwarte. Biegły w kontr- wywiadzie.

które tak zachwalają agenci nieruchomości. który przywiózł kolejną porcję rachunków. we- zwań i zawiadomień do ufortyfikowanego domu w pobliżu Li- moges. Trup. Oto synek introligatora. prawdopodobnie wciąż jeszcze nie znający kobiet. odziany w niebieski garnitur pochodzący z zagranicy. kupionym w Hermesie. którą Aleksan- der cisnął na kanapę. Powiedział na to: „To ułatwi prawdopodobnie procedurę odzyskania pieniędzy”. który spędził dziesięć lat w zakładzie psy- chiatrycznym. który na próżno zaatakował Breżniewa. Listonosz. Oto szaleniec. zawieszo- ny był na jedwabnym krawacie. dławiący Gawierina od chwili. 360 . okazał się uzasadniony? Aleksander natychmiast zażądał spotkania z pilotem. ile raczej umożliwiono mu rozwój jego szaleństwa”. «Niezależny Dziennik». Jego górną wargę pokrywał rzadki wąsik. kiedy przybył do Francji. że jego stosunek emocjonalny do Kurno- sowa jest bardzo złożony. „Oto Harmodius. — Nie. Czyżby więc lęk. Oto sześćdziesięciolatek. „Oto «Żelazna Maska»„. że skrzynka na listy od wielu dni nie została opróżniona. myślał. Zawiadomił żandarmerię. — Pokazałem ten artykuł Kurnosowowi. Ładne słowa w ustach chrześcijanina! Wszyscy jesteście tacy sami. to już naprawdę przekraczało wszelkie granice! — To nasza robota? Piotr studiował z zimną krwią pomiętą gazetę. gdzie nie tyle go leczono. Wiedział. Żmija z wąsikiem. Wisiał na jednej z tych odsłoniętych belek stropowych. Piotr siedział już w rożku kanapy w pasy w salonie Jessiki. Oto uczeń Mikołaja Władimiro- wicza. Otworzył gazetę. stwierdził. Ten nowy szczegół jeszcze wzmógł nienawiść Aleksandra.się uważnie. który nigdy nie kła- mał. ale nie analizował tego. Przeczytał wiadomość o śmierci Gawierina. Żandarmi znaleźli wy- gnańca w kuchni.

uważał za punkt honoru ująć swego byłego agenta za ramię i wykrzyknąć głośno: — Oto najlepszy agent Paryża. i gdy tylko spotykali się w którymś z modnych miejsc. że pan. — Jacy my? Aleksander opanował się: — Ma pan rację. — Dlaczego chciał się pan ze mną zobaczyć? Aleksander uświadomił sobie. że ich autor nie musiał już dzielić się z agencją częścią swego honorarium. zamiast skupić się na sprawie. zaczęły się sprzedawać tak dobrze. trzeba go było sprzątnąć. Jeżeli Gawierin stał się niewygodny. kiedy powieści Bluna. odwiedzanych przez dziennikarzy. pułkownik dokooptowany. Nie chciał się go jednak wypierać. Blun jednak nie przestał okazywać swej wdzięczności. — Właśnie w tej sprawie. który zrobił majątek na obronie biedaków? 361 . żąda pilnego spotkania. jak wielki błąd popełnił. Ich kontakty stały się rzadsze od chwili. Piotr uprzejmie przyjął do wiadomości słowa Aleksandra. Psar. od dawna już wyłączonego z gry? Niech pan się ma na baczności. — Chce pan powiedzieć. ryzykuje demaskacją i mnie naraża na to samo. Dorzucił nie bez pychy: — Mam sobie to za złe. To on wyciągnął mnie z błota. i wszystko z powodu śmierci agenta. Czego mógł chcieć od niego ten człowiek. Jego telefon — „Niech mnie pan zaprosi na obiad. bardzo przeciętne i chętnie czytane. Piotr westchnął lekko. Następnego dnia Aleksander umówiony był na obiad z Ema- nuelem Blunem. zajmujące się najczęściej tematem „wiernego przyjaciela”. Myślałem o nieszczęsnym losie tego człowie- ka. Jego wąsik dopiero kiełkował. Spotkamy się w «Pont-Royal»?” — zaskoczył całkowicie Aleksandra. Tu także wchodziła w grę pycha. W na- szej robocie niekompetencję od sabotażu dzieli tylko jeden krok.

żeby zostawić swe okrycia. z kamizelką. — Myślę. ozdobiony aksamitnym kołnierzem. przyglądając się jednocze- śnie gładkiej. że nasz stół jest już gotów — powiedział Blun. Gdzie podział się Emanuel Blun z brudnymi paznokciami i głową pełną ideologii. Aleksander skinął głową na znak zgody. — Wypijemy po jednym w barze? Stół mamy zarezerwowa- ny. przy- ćmione światła. Przy pierwszej chwili milczenia Blun rzucił: — Wracam z Rosji. Obaj zjawili się w tym samym momencie w restauracji i jed- nocześnie weszli do szatni. obrzmiałej i bladej twarzy tego drobnomieszcza- nina. że tamten wyciąga do niego przyjaźnie dłoń. Cenił luksus. Nie było w tym nic dziwnego. literat. Agent literacki ciągnął dalej rozmowę o literaturze. by Blun zaprowadził go do jednego z foteli. którego wyciągnął z anonimowości. Aleksander nie zorientował się. nie pozbawionego talentu. Tu spotyka się sama góra — powiedział Blun. Blun miał na sobie płaszcz z czarnego kaszmiru. Plotkowali przy kieliszku. — Lubię ten lokal. któremu przyznano tam nagrodę. Gdy zawiesił go już. wzdychając z ukontentowaniem. z zegarkiem zawieszonym na łańcuszku. gdyby go nie miał. Uważał. że spotykało się tam zbyt wielu pisarzy. że bardziej godne szacunku byłoby. dyskretną obsługę tego baru. 362 . trzy- mając go za łokieć. a w głębi duszy był przekonany. ukazał się oczom Psara w eleganckim garniturze. ale tak trywialnego. a ideologie rozpędzone zostały na cztery wiatry przez bank Credit Lyonnais. aby stał się jednym z uczest- ników sztafety? Teraz jego paznokcie były regularnie sprawdza- ne i korygowane przez manikiurzystkę. oznakę powodzenia. która osłaniała młodzieńczą jeszcze sylwetkę i brzuszek. że powracał z ZSRR. wybrawszy bardzo starannie je- den z wielu identycznych wieszaków. Pozwolił. że pisarze nie należeli do . ale tak naprawdę nie lubił go.jego świa- ta”.

który nakręcił Łowcą łosi. do której się wstępuje? Rodzaj Rotary Club.. Blun bawił się kawałkiem chleba: — Jak to się robi. który był powodem tego spotkania. gdzie wymaga się inicjacji? — Wszystko po trosze. Czy mógłby mnie pan zaprote- gować? — Blun. — Pana. Aleksander nie mógł nie pomyśleć o obsesji Piotra. Aleksander przytoczył kilka bardzo znanych nazwisk. Byli dla siebie uprzedzająco grzeczni przed na pół ukrytymi drzwiami. Mamy. czy też Kościół.. nie rozumiem pana. — W zeszłym roku to było proste. który zapra- sza. Ale to zaczyna już wyglądać archaicznie. że to by mnie interesowało. 363 . wystarczyło po prostu za- mówić Bouzy. Blun mrugał powiekami przy każdym nazwisku: — To świetnie. Jest pan oficjalnym laureatem ZSRR! — Liczę. kiedy zobaczą mnie w worku pokutniczym i z głową posy- paną popiołem. tego. A propos. które prowadziły w głąb hotelu. że to właśnie pomoże mi się tam dostać. Mam na- dzieję. co się dzieje z „Konfraternią”? — Wszystko w porządku. że będzie panu smakował Cahors. W końcu powinno to zrobić przyjemność wszystkim tym pana reakcjoni- stom. — Nie ukrywam przed panem. to świetnie. Dopiero po szczegółowo przemyślanym wyborze menu i kon- ferencji na temat win z maître d'hôtel. żeby dostać się do waszego klubu? Czy to partia. który wszędzie węszył inicjatywę francuskiego wywiadu. Właśnie intronizowaliśmy wiel- kiego amerykańskiego reżysera. Emanuela Bluna? Przecież większość członków to zdecydowani antykomuniści. W końcu u ortodoksów jest to wino mszalne. Pomimo to uznał jeszcze za stosowne zacząć od wstępu. В lun poruszył temat. po którym dopiero nastąpił gwał- towny przeskok.

No. Psar. Sądziłem. co to nie tylko to. ale wystarczy mi dać adres. Ten 364 . Chciałem wreszcie wiedzieć. wszelkie koszta były opłacone. Przyszedł do niej. o co chodzi. dlaczego przestaliście mnie drukować? Czy coś jest nie w porządku w mojej linii politycznej? Mam tylko jedno sumienie. Absolutnie nie. W końcu stać mnie jeszcze na zapłacenie sobie pobytu w ich „Ukrainie”.. że to jakaś gwiazda edytorska. Od jakiegoś czasu w Związku Sowieckim przestały pojawiać się nowe wydania jego książek. co się u diabła dzieje. jeśli mam na to ochotę. — Kelner— zwrócił się Aleksander do maître d'hôtel— pro- szę nam przynieść jeszcze jedną butelkę. Tym razem oszczędzali. Od samego początku Blun stwierdził. jednak chciał być o to proszony: ogniste wino okaże się w tym pomocne. — Na bakier z lewicą? Jak to? — To długa historia. kawior szuflami. „służbowymi schodami. — Ale dlaczego miałby się pan pojawiać w worku i z po- piołem? — Nie mam nic do stracenia.» «Musi się pan zobaczyć z Sieriożą» — powiedział Gena- dij. do jej pokoju. nie był zapraszany na przyjęcia. Następnego dnia no- wa wizyta u sowieckiego wydawcy: „«Genadij. i przy- jął zaproszenie.. Zapominano go w przedpokojach. ale jeśli chodzi o ponowne przemyślenie jakichś szczegó- łów. w barze. jedną z tych laleczek. Jestem na bakier z lewicą i potrzebuję publiczności. — Kilka lat temu rozwijali przede mną czerwony dywan. Co prawda Blun miał wielką ochotę opowiadać. Samo w sobie było ono niezbyt interesujące. Zastanawiał się dlaczego. żeby mnie nie nakryła etażna”. że jest źle przyjmowa- ny. Trzeciego wieczoru. Sie-rioża? Nie znałem Sierioży. poznał panienkę. co się dzieje. Mieszkała w tym samym hotelu. Spędził dwa samotne wieczory w hotelu. nawet w apartamencie z fortepianem. ale w dodatku jeszcze inteligentna. ale mogło mu pomóc w stwierdzeniu na miejscu.

bierze stamtąd klaser. otwiera tę teczkę. jak pan już zapewne odgadł. jak się na ogół sądzi. będących obecnie w rządzie. pan może nam dostar- czyć informacji na temat ogólnej atmosfery. ja bym z wielką przyjemnością. wspólny ideał. nawet nadskakujący. Były to zdjęcia. Czy byłby pan zadowolony. dziękuję bardzo. przyjmuje mnie w ponurym pokoju z portretem szalonego ascety na murze. kiedy motywem jest idealizm. 365 . wszystkie te bzdury. ale nie jest także źle. wyciąga stamtąd teczkę. No więc tutaj. jeśli staje się nim interes. «Bardzo mi przykro. laluni z hotelu i pańskiego sługi w pewnej akcji”. jeśli o mnie chodzi to nie. «szpiegostwo to nie mój dział». ale naprawdę nie widzę. ja mu na to. «próbowaliśmy panu ułatwić zadanie. otwierają — jak te ro- syjskie lalki — i rozkłada przede mną tuzin zdjęć. Sierioża. «Ależ tak. gdybyśmy dostar- czyli pani Blun taki oto komplet?» To mówiąc otwiera szufladę. Zawsze jest przyjemnie. że nie mamy innego typu uzasadnień do zaproponowania. A ponadto zna pan ludzi polityki. Po pierwsze jestem Francuzem. styl Greco. Wicemini- ster Polipier jest pana bliskim przyjacielem. powiedział mi w końcu. «Po pierwsze. Nie należy jednak sądzić. co mógłbym dla was zrobić». «Jeśli ma pan ochotę opublikować nowe wydanie Aretina. szanowny panie.. «Ja znam wyłącznie pisarzy».Sierioża. którzy nie zgodziliby się z nami rozma- wiać».. znajduje tam kopertę. i przedstawia mi wybór: albo będzie pan pracował dla nas i płacimy panu dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy rocznie. mógłby ich pan użyć jako ilustracji». tak. otwiera go. ale stawał się coraz mniej uprzejmy i na- dymał się jak żaba. Ten Sierioża z począt- ku był bardzo uprzejmy. a poza tym szpiego- stwo to prosta droga do tego. albo spławiamy pana. a poza tym może pan dotrzeć do ludzi.» «Przykro mi». pisarze nie są aż tak bardzo nieprzydatni. żeby znaleźć się w kanale Saint- Martin czy też w fosie Vincennes. która chce być wielka jak bawół. «Proszę mnie posłuchać». który miał minę równie radosną jak strajkujący przed- siębiorca pogrzebowy. niezależnie od sprzedaży. i to nawet dobrym Francuzem.

pchany przez zwy- kłą. W dodatku. żeby wam oszczędzić wydatku na znaczki pocztowe. ani słychu. do czego dążyłem przez dwadzieścia lat. Więc śmiałem się w duchu. Wszystko to opowiadam panu. Za jednym zamachem osiągniecie to. że jak na pilota. Nauka przez obraz. Może to za- inspiruje panią Blun. in the pocket. który na ogół nie interesował się wcale tego rodzaju opowieściami. za dwa tygodnie ukaże się w «Literaturce» artykuł oznajmiający. zasłużyłem się. widzi pan. od stóp do głów. sapać ile chciał. gdy Aleksander. że między Sowie- tami i mną skończyło się. żeby wyjaśnić. wydaje się. zawodową ciekawość. że Blun jest żmiją pozbawioną nie tylko talentu. I jaką ma słodką skórę. że ten Sierioża nie wiedział — i tutaj właśnie Rosjanie mnie zawiedli. moim pilotem zostanie ta sama lala z hotelu. Tyle że. zobaczy pan. kto dezerteruje. który dał je do walizy dyplomatycznej: ani widu. i tak dalej. I muszę panu po- wiedzieć. niedbale. iż żarty trwały już wystarczająco długo. i tuż przed moim wyjazdem wystąpiliśmy o rozwód. na mojej skórze zależy mi jeszcze bardziej niż na czyjejś. W przeciwnym razie. to ona nieźle prowadzi. Mogę się panu przyznać. że na lotnisku poddano mnie dwugodzinnej rewizji. a ja mu powiedziałem: „To fajny pomysł. sam jej przyniosę wasze dydaktyczne foto- grafie”. Sierioża mógł sobie marszczyć brwi. Sierioża za stygł jak sopel lodu. Trzeba dodać. póki jeszcze mogę uchodzić za kogoś. — Tyle tylko. że jednak popełniają błędy — że pani Blun i ja uznaliśmy. Sierioża dał mi do zrozumienia. Sięgam po zdjęcia. zwró- cił się jednak do swego rozmówcy. zdjęcia przekazałem znajomemu sekretarzowi ambasady. i odchodzę. lub może odgadując koleje prze- znaczenia: — Ma pan przy sobie te zdjęcia? 366 . ale i świadomości klasowej. Blun był już przy drugim koniaku. Jak niemowlę. W pańskim interesie będzie teraz wykorzystać mnie. że jeśli się zgodzę. miłość bez łez. Niech pan spojrzy. ale ja nie jestem taki głupi. że się wahałem.

póź- niej jednak wydobył z niej zręcznie plik zdjęć. Kelnerzy cofali się. bardzo dawna musiał sam uregulować rachunek.. Po raz pierwszy od bardzo. Blun. żeby pozwolić mu przejść. Blun opadł na krzesło.. Psar wyszedł z restauracji. a po- tem podniósł się i skierował się w stronę wyjścia. Aleksander zamknął oczy. które wciąż trzy- mał w zamkniętej dłoni: — Niech pan zamknie oczy. Blun gdaknął: — Właśnie dlatego zarezerwowałem stolik w rogu sali! Nie bez trudu odnalazł wewnętrzną kieszeń marynarki. Blun na pół wstał z krzesła: — Psar. wyłożył dwanaście fotografii na żół- ty obrus: — Może pan otworzyć. sapiąc bez przerwy. . Aleksander patrzył na zdjęcie przez piętnaście sekund.

proszę pana? — Jak najwcześniej. 368 . ta sama Mał- gorzata. czekająca na niego: — Pan Lewicki telefonował już. żadnych rezerwacji. Aleksander oparł czoło o szybę. która chroniła go przez ostatnich trzydzieści lat. Gdy się ma czterdzieści dzie- więć lat. No- wego Jorku. jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie od pana odpowiedzi. te same lamperie Trianon. tak wytarte.. 8 PERŁA To wciąż był ten sam wytworny budynek. Małgorzata zaczęła dzwonić. jak oddychać. — Na kiedy. Mówił z trudem i najwidoczniej nie usłyszał wcale jej słów: — Czy zająć się rezerwacją biletów? Wszystko się rozpadło: otoczka. tak zawsze pewien. całe jego życie. — Nie. te same medaliony i wole oka. że zdawały się miękkie i elastyczne. nie przypominał dawnego Aleksandra: zostawił swój płaszcz z wielbłądziej wełny i rękawiczki w szatni „Pont-Royal”. Lecz Aleksander Psar nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. On.. te same kamienne schody. że przedstawi komu innemu swoje tezy na temat Dostojewskiego. że umie panować nad sobą. Grozi. Chociaż tak. — Muszę wyjechać na kilka dni. Musiał od nowa nauczyć się. Samolot do. przypłaca się to lękiem. życie mężczyzny.

że miała do czynienia z dwoma zna- jącymi się wzajemnie. zajęła się innymi. Błądząc po ulicach Paryża. staż manipulacji intelektualistami francuskimi o orientacji literac- kiej. Pomyślał. ale kobiet-oficerów. który zawsze tak bardzo uważnie przeżywał bieżącą chwilę! Ałła była po prostu dodatkowym oficerem-pilotem. gdyż związany był 369 . że będzie mógł „wrócić”. patrząc na zegarek. że kręci się tam chłopak z szalikiem zarzuconym na szyję. W pierwszej chwili nie widział nic na ulicy. Dlatego trzeba było zatrudniać je co jakiś czas. W jego wyobraźni pojawił się znowu obraz Gawierina wi- szącego na belce stropowej. stając na czerwonych światłach. podobnymi do niego. potem zauważył. że powinien sam zająć się którąś z tych rezerwacji. żeby zbliżyć się do biura. włączając się w ruch okrężny na rondach. Nie dało się wykluczyć. którego prawie nie potrafił odczytać. którego mu przydzielono. i rozmawiać ponad kontuarem z jedną z tych ufryzowa- nych idiotek nie znających się na rozkładzie jazdy. aby uwierzył. zre- konstruował z dokładnością do paru pomyłek zaledwie wyda- rzenia ostatnich lat. Ałła robiła najprawdopodobniej. w biurze po- dróży. uwodziciel- skich i zdolnych zarazem do manipulowania ludźmi. — Dokąd. — Proszę mi też zarezerwować sypialny. nie było za- pewne wiele. Nie był jednak w stanie wyczekiwać teraz w kolejce. — Na kiedy? — Jak najwcześniej. KGB przyjęło to ryzyko kierując się przesadną troską o oszczędność. w drugiej dyrekcji głównej. ruszając na zielonych. Gdy tylko wypełniła swoją misję. aby uciec od lewego brzegu. proszę pana? — Rzym. który już wcześniej deptał mu po piętach. i zraniło wskutek tego Aleksandra tak bardzo. ryzyko wynosiło ileś tam procent. Panienek nie brakowało. I to on. przejeżdżając samochodem przez Sekwanę. potem znowu wracając tam.

Był całkowi- cie pewny. że nigdy go nie miał. Ten ukryty prąd miłości. obecny w nim przez ostatnich pięć lat. musiała przerwać ciążę. poczucie. cała jego miłość. że kobieta-oficer. wyciągnięta w przyszłość: „Mój syn zostanie. Mój syn osiągnie. że nie jest już sam na świecie. że się ich. Czyż nie jest rzeczą potworną kochać coś. że jego uczestnicy tworzą coś. Nie przyszło mu też na myśl. by Ałła go kochała. Stratę syna odczuł tym boleśniej w chwili. tak jak post-romantyczni drobnomieszczanie łudzą się. „Nigdy nie miałem dziecka. który go teraz opa- nował. co pewnie byłoby dla niego jakąś pociechą.. jakby tracił równowagę. nigdy ktoś taki się nie urodził. tak napięta. że ich relacja zbudowana została nie na kaprysie przy- ciągania się dwu naskórków czy dwu wrażliwości. dla Ałły... że musiał niekiedy aż przymykać oczy. że ich związek był.. Fundamen- tem ich związku była dla niego raczej świadomość. spełniająca swą misję. Zraniona miłość własna powoduje wielki ból. Nie pocieszało go natomiast to — co byłoby pewnie dobrą wiadomością dla bardziej banalnego kochanka — że Ałła wcale nie zginęła. Nawet przez moment nie chciał obecnie przyjąć możli- wości. To przynajmniej zostało mu oszczędzone. Był poza tym obrażony. był czymś całkowicie wyobrażonym.”. jego ręka. że nie zasłużył na oficera-pilota zajmującego się nim i tylko nim. O tym wiedział zawsze i nawet zadowo- lony był. wypełnieniem rozkazu. Nawet nie wiem. czego nie ma? Czyż nie uprawiał odrażającego onanizmu emocjonalnego? Wszystkie te we- wnętrzne poruszenia duszy. że pękła 370 .ze swą służbą i nienawidził wszelkiego oszustwa. co przerasta ich oboje. czy mogę mieć dzieci”. że ma córeczkę. Nie sądził nigdy. Nie była też dla niego rozczarowaniem myśl. urojonym. że jego syn być może był jednak na świecie. Podobnie też — jako że myśl o dawnej miłości łagodzi zwykle ból z powodu jej urwania się — wolał odczucie swej pierwszej żałoby od ohydnego stanu pustki. ach. Nie czuł się więc oszukany w miłości. gdy do- szedł do wniosku. kooocha.

jego przełożeni musieli się nieźle śmiać z niego w swojej dyrekcji. dającego znakomite rezultaty z agentami niższego szczebla. że w tej sytuacji Piotr traktował go jak zwyczaj- nego agenta. Nawet jego stopień służbo- wy. kto okazuje się człowiekiem bez honoru. Doznawał uczucia. która była przecież fabryką iluzji. co Synowi wysłanemu w misję każe wykrzyknąć: „Lama sabachtani?!”'. coś. Ale przez przełożonych? To już podłość nad pod- łościami. Dlaczego? Czy zawiódł w czymś? Czy zażądał mo- że zapłaty nieodpowiedniej w stosunku do usług. był tylko jeszcze jednym wabikiem w tej rozgrywce. Być manipulowanym przez wła- snych podwładnych — to jeszcze ujdzie. Podczas gdy z biegiem lat awansował na drabince urojonych stopni i rang. zgodnie z tradycją! „Wybacz. Nic więc dziwnego. lecz po prostu o za- stosowanie wobec niego podwójnego systemu kija i marchewki. którym zgodził się służyć za cenę nielojalności. który okazał się zbyt niezależny. Był pionkiem w grze. że jego mistrzowie nigdy nie mieli zamiaru pozwolić mu na „powrót”. Grano nim. od same- go początku nie był uczciwy. Nie chodziło wcale o „dokręcenie śruby” jakiemuś oficerowi. ojcze”. rozpoznając w tym nie wiadomo czyim dziecku po- tomka własnego rodu! Jak bardzo przepadał za tym. które było stokroć silniejszym po- większeniem wrażenia. że targ. nielojalności wobec ojca. na którą skazuje nas fakt uro- dzin i z której wyzwoleniem jest dopiero spłodzenie własnego dziecka—wszystko to było więc tylko halucynacją? A fotografie? Ileż razy pochylał się czule nad zdjęciami! Jak bardzo szukał — i znajdował! — oszukańczego podobieństwa rysów! Jak bardzo był dumny. jakiego się doznaje. To zła wojna.muszla ontologicznej samotności. ale wciąż jeszcze wojna. 371 . przez niego samego aprobowanej. gdy zaufanym przy- jaciołom przedstawia się kogoś. do którego przywiązywał wagę z chłopięcym zapałem. Kto prowadził tę grę? Ci. który ubił przed trzydziestu latu. żeby nazy- wać syna imieniem swego ojca. jakie oddał? Podejrzewał. typo- wym dla wielu żołnierzy.

propozycji odpowiedzi na listy. inaczej niż to było w jego zwyczaju. Normalnie zapytałaby go. — Małgorzato. „Więc jak to jest. — Tak. Oczywiście. będę musiał wyjechać na parę dni. przez otwarte drzwi. Lubił boazerie. Wyda dyspozycje na czas swej nieobecności. Później zauważył ikonę: — Ty także drwiłbyś ze mnie. ale nie powinna wiedzieć. czy wróci. Podszedł do biurka. czyżby mieli rację? Czyżbym był tylko sze- regowcem. niezdolnym do poddania się autodyscyplinie?” Powróciła mu potrzebna jasność umysłu. Leżała tam poczta dla niego. czy będzie go można osiągnąć te- lefonicznie. musiała się domyślać. Ale w każdym wypadku potrzebne mu było odzyskanie dystansu. że wyjeżdżał jeszcze gdzie indziej. jak na zepsutej płycie. Żadna decyzja jeszcze się w nim nie skrystalizowała. Zaczął czy- tać i stwierdził. Myśl o Gawierinie nie opuszczała go: „Nie chcę. żeby nie wzbu- dzić podejrzeń Małgorzaty. że nie może uciec. Nigdy jej nie wzywał w ten sposób. Zasługiwał na ten wyjazd. Pozostawi je tutaj. ale tego dnia nie spytała o nic. żeby mnie spotkało to samo”. że nic nie rozumie. Przeszedł do swojego gabinetu i. że potrzeba mu kilka dni odprężenia i że w tym czasie po- winien uniknąć nadzoru dyrekcji. — Małgorzato. że nie był pewny. Jego spojrzenie padło na orientalne sztylety. Zrobił kilka nota- tek. gdybyś umiał drwić. które ota- czały go różowym cieniem surowego drewna. Stała z bloczkiem i 372 . — Proszę pana — powiedziała Małgorzata bez ironii — wy- jeżdża pan do Rzymu dziś wieczorem lub do Nowego Jorku jutro w południe. Czy wróci obłaskawiony? Bę- dzie próbował zniknąć? Postawi jakieś warunki przed powrotem do służby? Tego nie wiedział. Wiedział tylko. pozostawił drzwi otwarte.. proszę pana. Ale już wiedział. To samo zdanie..

ale że zrozumiem także. Jej ciemnoniebieskie oczy. Wrócę prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. temu prostakowi. obramowane ciemnymi włosami. że niezwłocznie do niej zadzwonię. jak ma się z nim skontaktować. jeśli zechce spróbować gdzie indziej. jeśli poczeka jeszcze piętnaście dni. Trzeba mu to dać odczuć. Czuł. że znów jest komendantem swojego statku. Dla Małgorzaty było to żenujące. mimo nawału pracy. proszę pana — powiedziała Małgorzata sztywnymi wargami. Miała na sobie granatową sukienkę z wielkim białym kołnierzem i białymi mankietami.. że musiałem wyskoczyć do Nowego Jorku na negocjacje w sprawie kontraktu. — Proszę to wysłać pocztą.. Proszę mu powiedzieć. — W każdym razie proszę go przeprosić. Spojrzał na zegarek. Jeśli madame Boïsse będzie mnie szukała. — Powie pani. czy weźmie swój sa- mochód — numer rejestracyjny. że będę mu wdzięczny. To prawda. szczególnie na samochodzie o 373 . proszę powiedzieć. Oczywiście nie miał prawa wyjeżdżać nie zostawiając Piotro- wi wskazówki. Ma pani tutaj także brulion listu do Baroneta. tak! Pan Lewicki. lekko przechyliwszy głowę. źle- śmy go potraktowali przez tych wszystkich Kurnosowów. Nie powinniśmy się opuszczać. wyrażały skoncentrowaną uwagę. Pneumatykiem. Nigdy nam tego nie zabrano. — Mówiła mi pani. Po raz pierwszy pozwolił sobie na wypowiedzenie opinii o kimś równym mu w obecności podwładnego.ołówkiem w ręce. Mówiąc nie przestawał się zastanawiać. Mówiąc bazgrał jednocześnie karteczkę z przeprosinami po rosyjsku dla Kurnosowa. który prosi mnie o ponowne objęcie kierownictwa serii Białej Księgi. Ach. — Już to z pewnością zrobił.

Ta perspektywa przeraziła go. Ale od kogo? Zdał sobie sprawę. Na razie nie chciał wywoływać wrażenia. tak mało ciążąca. pragnienie. by przywołać do porządku Ballandara i Fourvereta! Uniknąć nadzoru KGB wyda- wało mu się przedsięwzięciem przekraczającym możliwości zwykłego śmiertelnika. A później jakaś tama w nim pękła. Oczywiście. — Nikogo mi nie trzeba. że ni- kogo nie zna wystarczająco dobrze. nie zwierzyłby się jej ze swojego dy- lematu. Być może obecność tak pełna zrozumienia. jeśli jestem niedyskretna. przyjacielska. Najlepiej byłoby pożyczyć od kogoś jakiś samochód. Wprost przeciwnie. wynajętego. Niewiele przypominał sobie ze swego stażu w Brooklynie. podjąć opty- malną decyzję. kto wie. jakie okazywała. ale ciepło jej uwagi. przynajmniej na przeciąg kilku dni. — Proszę o wybaczenie (nauczył ją posługi- wać się tym zwrotem zamiast zwykłego „przepraszam”). pomoże mu. że jest całkiem samotny. Podczas trzydziestu lat niedostrzegalnie spoczywała na nim ręka Pitmana. do ja- kiego stopnia KGB było dobrze poinformowane i przygotowane do działania. Za chwilę znajdzie się sam za kierownicą omegi czy też innego. — Nie słuchałem pani. pomogłaby mu przeżyć tych kilka dni. mógłby go zdradzić — czy też wynajmie jakiś pojazd. w dodatku moje własne pomniejszy się dzięki te- mu”. że mógłby mnie pan potrzebować. ale nie do poczucia. „Czy zabierając ją. nieznajomego samochodu. Proszę o wybaczenie. nie wystawiam jej na niebez- pieczeństwo? (wciąż myślał o Gawierinie. 374 . żeby we wszystkim mu się wiodło. że zaciera ślady. Był przyzwyczajony do sa- motnego życia. Z jaką łatwością znaleźli sposób. A jednak właśnie to spróbuje osiągnąć. Jednocześnie wielokrotnie miał okazję stwierdzić. Małgorzata powtórzyła: — Czy nie mogłabym pojechać z panem? — zaczerwieniła się pod warstwą pudru.dość rzadkiej marce. o jego wybałuszonych oczach i wywalonym języku). nie narażam jej na ryzyko. ochraniająca. ale wydaje mi się.

że nie wybierał się do Rzymu ani do Nowego Jorku. a moja sekretarka. Aleksander wciąż jeszcze się wahał. Musiałem niestety wyjść na parę godzin. Pomógł Małgorzacie nało- żyć popielaty płaszcz z lisim kołnierzem. po powrocie.. Zresztą pojutrze jest Gwiazdka.. odizolowanemu osobniko- wi”.ale nagle powróciło jedno zdanie: „Mokra robota przeciwko dwu osobom nie jest dwukrotnie. aż odezwie się sygnał i potem proszę mówić”. Proszę poczekać. proszę pana? — Sam to zrobię. Z przyjemnością zadzwonię do pana. że nie było go w samolocie. Na drogę proszę sobie kupić szczoteczkę do zę- bów. podjęła ostatnią pró- bę: — Nie ma nic takiego. zajmą się sprawdzaniem Rzymu. Dostałam ją od pana na uro- dziny. gdyby go wynajmował. A samochód. Je- śli jednak rzeczywiście będzie torturowana? Nawet bez użycia metod fizycznych można wymusić bardzo wiele. pani Thérien. — Co mam nagrać na magnetofon. proszę pana. umierając z onieśmielenia. czarną teczkę. Jeśli po odczekaniu „paru godzin” zaczną go szukać. Dałaby się raczej poćwiartować niż powiedziałaby to komuś. spraw- dzą naprzód. — Dobrze. Małgorzato? — Jolie Madame. 375 . Poczuł przyjemny za- pach: — Jaka to perfuma. Chwycił swą grubą. Małgorzata odgadła z pewnością. Gdy stwierdzą. Dziękuję za telefon. czy poleciał do Nowego Jorku. jest cho- ra. co nie mogłoby poczekać jeden czy dwa dni. Trzeba było postarać się o rozproszenie wszelkich wątpliwo- ści: „Tu Aleksander Psar.. — Miałem dobry pomysł. lecz dziesięciokrotnie bardziej nie- bezpieczna niż przeciwko jednemu. pani. I mamy magnetofon. rejestrujący telefony. byłoby dobrze wziąć na nazwisko mada- me Thérien.. Małgorzata. Bardzo proszę o nagranie wiadomości dla mnie na taśmę.

„Ja postą- pię całkiem przeciwnie”. Pro- szę z łaski swojej wynająć samochód na pani nazwisko. od tego co jest nerwem każdej wojny. Po raz pierwszy pozwalał sobie przy Małgorzacie na aluzje czysto osobiste. powiedział sobie. Podjął w gotówce cały swój wkład. w tej dzielnicy pełno jest biur podróży. ale ponownie zajęła miejsce pasażera. — Zostawię samochód w drugim szeregu. Gdyby policjant protestował. Oczywiś- cie oddam pani pieniądze. Weźmiemy samochód z garażu. może weźmiemy mojego renault? Jest niebieski — dorzuciła. że Małgorzata przestawiła samochód. Spotkamy się w tym samym miejscu za pół godziny. 376 . — Małgorzato. jakby miało to jakieś zna- czenie. „zlały się z oto- czeniem”. — Jeśli nie jest pan pewny omegi. Trzeba zacząć. by osoby. Na kiedy wziąć samochód? — Od razu. Przypomniał coś sobie: wykładowca z Brooklynu doradzał. żeby nam dostarczyli samochód? Trzeba było uniknąć zwracania na siebie uwagi. — Czy poprosić. W podwórku wsiadł do swojej omegi i otworzył prawe drzwi Małgorzacie. proszę pana. Wychodząc z banku zoba- czył. Aleksander raz jeszcze opuścił lewy brzeg. — Zawadzaliśmy — wyjaśniła. Wahała się. niech pani użyje swych wdzięków. — Nie. Czy ma pani kartę kredytową? — Tak. Ale jak to osiągnąć? W jednej z powieści Paula Bour- get pewien nauczyciel kupuje nowe ubranie w sklepie „Old En- gland” i dopiero potem ośmiela się pójść do krawca. na bulwarze Saint-Germain. Pojechał do swego banku. Uśmiechnął się lekko. Udało mu się zna- leźć miejsce do parkowania pod Operą. przepraszając za swoje roztargnienie. które nie chcą zwracać na siebie uwagi.

dziękuję pani. Chłopak z szalikiem na szyi nie pojawił się. parasol i ręka- wiczki. tak żeby nie musiała pani szukać miejsca do parko- wania. Jej popielaty płaszcz prawie nie dotykał bioder. Proszę wziąć jakiś wygodniejszy sa- mochód. Otworzyła niebieski parasol. żeby ktoś ją śledził ani żeby rzucił się w stronę kawiarni. Nie miał pojęcia. 377 . bardzo mi miło. Na ulicy pali- ły się girlandy lamp. dwustron- ny płaszcz nieprzemakalny. Proszę mnie zabrać spod dworca Saint-Lazare. Małgorzata ruszyła w stronę postoju taksówek. Uznała. do telefonu. że także i ona nie miała ogona. Na postoju nie było żadnych pojaz- dów. Małgorzata czekała na niego tuż obok omegi. Pomyślał jednak. że nie powinna całkiem zataić swego zdziwienia: — Ubrał się pan w stylu angielskim. — Proszę. Zaczy- nał padać śnieg. Weszła do samochodu i nie wyglądało to na to. Aleksander opuścił dom towarowy. Niech żyje Boże Naro- dzenie kupców! W sklepie „Old England” Aleksander kupił ciepły. Zanim więc zrobił zakupy. niech pani tam pójdzie i weźmie wóz. Nie nosił nigdy ani kapelusza. Aleksander szedł za nią w pewnej odległości. że nic jeszcze nie zrobił. Samochód Małgorzaty mógł być im znany. Nie odwróciła ani razu głowy. Można było całkiem spokojnie przyjąć. Zapadał zmierzch. Będę czekał od strony Cour du Havre. Ładnie się po- ruszała. — Sherlock Holmes. — Nie. ale udało jej się złapać przejeżdżającą ulicą taksówkę. wykonał kilka elementarnych manewrów w Galeries Lafayette. tweedowy kaszkiet. ani parasola. Bez płaszcza marzł. nie zauważył nikogo innego podejrzanego. by zmylić ewentualny ogon. No więc? — Musimy odebrać peugeota z Avenue de la Grande-Armée. Brakuje mi tylko fajki. dokąd jechać. nadający się na większą podróż. kilka płatków osiadło na jej czarnych włosach. czuł się głu- pio wyposażony w ten sposób.

przekręcając dwukrotnie klucz. ale wolę panu powiedzieć prawdę: chwy- ciła mnie nagle straszna kolka. Chłód szczypał go w nos. Mogło mu to dać do myślenia. czekając na Małgorzatę. popychając go w stronę Francuzów. A zatem: „Oni powiesili Gawierina. Ale po co? Operacja Konfraternia rozwijała się w najlepsze i KGB nic by nie zyskało odtrącając Psara. Jak jej to wytłumaczyć?” Mógł złożyć wszystko na karb KGB. Fałszywe nazwiska. że on naprawdę od- mówił współpracy?” A może w grę wchodził wariant rozgrywki jeszcze bardziej wyrafinowanej? Może nie była to wcale pomyłka dyrekcji. Z dworca Aleksander zadzwonił do Bluna: — Bardzo mi przykro. odłożył słuchawkę. Oczywiście. To 378 . przeciwnie. „Nazywam się Jean Dupont. Trzeba będzie podać fałszywe nazwiska. policzki i uszy. mówił do siebie: „Nie powinienem był opuszczać tak nagle Bluna. więc ja ukrywam się w pani towarzystwie”? Przypomniał sobie. że powróci tam. że był oszukiwany. Czuł. Spacerował chodnikiem. „Nie wypełnia się już kwestionariuszy w hotelu. Czy oni o tym wie- dzą? Wszystko razem nie trzymało się kupy. jak starannie Małgorzata zamknęła wszystkie trzy zamki w drzwiach biura. ma- łostkowa oszczędność. Dobra gospodyni. Blun nie odważył się zażądać zwrotu rachunku za obiad. rozbawiony. pewna. Aleksander. Śmierć Gawierina była dobrym argumentem. lecz. — Tak? Za- łożyłbym się. Ale recepcjo- niści to donosiciele. Przyklejony do białej. To zaskoczy Małgorzatę. śliskiej bariery. Mógłbym coś wy- myślić na poczekaniu. z oczami utkwionymi gdzieś w pustce. drogi przyjacielu. Skąd mam mieć pewność. zabezpiecza- jąca wszystko przed wyjazdem. Aleksander wsiadł do metra. nie zdradzi nigdy. jak dobiera się do pal- ców u nóg. końcowa faza montażu? W ten sposób dano by mu do zrozumienia. że nazywał się pan inaczej: Aleksander Psar.

Naprawdę jednak panowała tu tylko szarzyzna i melan- cholia. że nigdy nie prowadził ro- syjskiego samochodu. Dotykał dłonią przy- rządów i dźwigni. Czuło się inne rozłożenie mocy silnika.. Peugeot miał całkiem inne wła- ściwości niż omega. bawiąc się czynnością. że mam wystąpić w przedstawieniu teatralnym? Nie. Aleksander zapuścił silnik i ucieszył się jego mocą. motor zdawał się obiecywać zarówno przyśpieszenie jak i wytrwały wysiłek. Peru- ka? I Małgorzata miałaby mnie zobaczyć w peruce albo z przy- klejonym wąsem? A jeżeli jednak dam się złapać i oni zerwą ze mnie tego wąsa.. „Mój krążownik!” Pomyślał. 379 . I nawet nie mam brody. ogarniał wszystko spojrzeniem. nie wia- domo za czym. Pod- bródek schowała w lisim kołnierzu. W kioskach marzli sprzedawcy gazet. Jedynie sprzedawca kasztanów mógł być uznany za nostalgiczną aluzję do poczciwego dickensowskiego świata. Widziałem program w telewizji. lecz przeszkadzały mu i nie nosił ich. Czerwona szminka dokład- nie zakrywała jej duże. Małgorzata przyglądała mu się. Małgorzata nadjechała. tę perukę. pewne siebie usta. z «Żelazną Maską»„. Chyba żeby powiedzieć. coś agresywnego. prowadząc czarnego peugeota. „Gdy wrócę. jak bardzo jest pan do niego podobny. Puegeot włączył się do żelaznego potoku samochodów. Od- stąpiła mu od razu kierownicę. samochód łaciński w miejsce anglosaskiego. Wokół nich mrowił się grudniowy.niesłychane. tak by to określił jego ojciec. potrącając się wzajemnie.” Czy jednak rzeczywiście uda mu się wrócić? Zaczynał w to wątpić. Obejmował w posiadanie mostek kapitański. Okulary? Ale nie zdobyłem się na to. w ostatni piątek. jej twarz nie wyrażała nic. pełni zawziętości przechodnie biegali ulicami. która nie miała żadnego znaczenia. którą mógłbym zgolić! To brak przenikliwości. to byłoby podejrzane. okulary?” Kupił lekko przydymione okulary słoneczne. żeby wejść do optyka i kupić okulary ze zwykłymi szkłami. posępny Paryż. „Jeszcze za mało «zlałem się z otoczeniem». Alek- sander zmieniał biegi.

W jaki sposób został „zlikwidowany” Gawierin? 380 . w któ- rej posiadanie broni uznane było przez stulecia za coś oczywiste go. — To straszne. — Tak — powiedział Aleksander po kwadransie milczenia. ni czym samolot prowadzony przez automatycznego pilota. co stało się z Gawierinem. szansa ofiarowana odwadze. samotnym w jego fortecy. zużyty. wieczo- rem. co dla poczucia godności człowieka. poleganie na samym sobie. Czy Gawierin kupił strzelbę myśliwską? Czy powiesił się z rozpaczy? Myśliwska strzelba nie chroni przed rozpaczą. To będzie oczywiście tylko etap. spławić — ileż znaczeń kryje się w tych słowach! Spławić — upłynnić. Używany. ale niezbędny. dokąd jedzie. Nie dlatego. które do niczego już nie służy. ofiarować róże swojej żonie albo synowi używany słownik łaciński. Zlikwidować. który zawsze bardzo precyzyjnie kalkulował swoje postępowanie. Myślał o tym człowieku. Być może usunięty. nie tyle ze względu na bezpieczeństwo. Skąd jej to przyszło do głowy? Dopiero na prowadzącej na północny zachód drodze wyjaz- dowej Aleksander uświadomił sobie. Jemu. że może aż tak poddać się swojej podświadomości. żeby nakarmić jakiegoś kole- gę. ale — w pewnym sensie — niezbędny! A później roztrwonił te drobne oszczędności. żeby go kupić. A jednak tak. by miał być użyteczny. Małgorzata patrzyła wprost przed siebie: — To straszne — powiedziała — co przydarzyło się biedne mu Gawierinowi. skierować do ścieku. że w końcu sam siebie usunie. ponieważ wiedziano. Być może opuszczony. Biedny Dymitr Aleksandrowicz przez całe życie marzył o posiadaniu choćby karabinu. uto- pić w kloace. patrzenie loso- wi prosto w oczy. jak usuwa się niepo- trzebną fastrygę czy też rusztowanie. duma. Ileż razy próbował zaoszczędzić kilka franków. Broń to coś więcej niż broń: to decyzja. wydało się bardzo dziwne. w pewnych przypadkach. Aleksander pochodził z rodziny.

który odepchnął? Sam. i krawat Hermesa. Czy to był znak? Czy to był sygnał? Czy próbowano mu dać coś do zrozumienia. piękny. znaleźli się w przedziałce „oni”!) Jeśli tak. Jeśli idzie o peugeota. ago- nią. Czy przysłano mu ekipę z V departamentu. że wyjechałem z Małgorzatą. Chyba że zainstalowali mi- krofony w moim biurze? (Jakże szybko ludzie. sam. Myślała. „Gdybym zatrzymał omegę. Ale nie wiedzą. zacisnął mu przełyk i tchawicę. używając właśnie tego krawatu? Małgorzata wyciągnęła dłoń w rękawiczce i złożyła ją na okrytej rękawiczką dłoni Aleksandra: — To nie pana wina. spławić? W jakimś sensie to nie miało znaczenia. że wynajętym. które jak małe gnomy pewnego pięknego dnia dotarły aż do mózgu i postanowiły go usunąć. Został zaklasyfikowany jako niezdatny do służby.. że Aleksandra gnębią wyrzuty sumienia. a przede wszystkim. mogliby coś w niej zmajstrować. że to ja go prowadzę. czy też sam tak się określił. ozdobiony strzemionami i munsztukami. że samochodem. jedwabisty krawat. Ale na razie nic nam nie grozi. znalazłby coś innego. że to. Czy całko- wicie się myliła? — Czy sądzi pan. Jak długo cierpiał? W takich okolicznościach. pojutrze pomyślą o sprawdzeniu. śliski jak powierzchnia płynu. czy też sam miał w sobie coś w rodzaju ekipy likwidacyjnej.. i umarł. oni? Aleksander skoncentrował się na prowadzeniu samochodu. nie mogą wiedzieć. gdzie znajduje się Małgo- rzata. czy czas płynie tak jak zazwyczaj? Czy próbował znaleźć stopą tabo- ret. Albo nie sam. Jutro. ale jednak sam z fizycznym bólem. Czyż można odrzucić człowieka jak rzuca się niepotrzebne narzędzie? — To ja — powiedział Aleksander — ofiarowałem mu ten krawat. których jeszcze parę godzin wcześniej określał jako „my”. jeśli specjaliści z piątki mu dopomogli. Jeżeli 381 . komórki czy ciałka krwi. to wiedzą. Bóg wie co.

Mały.. że pan nazywa się R-sar. czyż nie. jak zawsze? — zapytał tylko. Fo- urveret został napiętnowany własnym wstydem i dalej musiał się uśmiechać. że zapyta po prostu: „A jakie jest pana oficjalne nazwisko? Na przykład to. W Pontoise powiedział: — Coś mam do załatwienia.” Próbował otrząsnąć się z tego koszmaru: „Czy zamieniam się w Gawierina?” Gawierin kołysał się na końcu krawata. Aleksander miał nagle przypływ inspiracji: — To byłem ja. — Może wiatrówka. które sobie tu skonstruował.. A Bal- landara doścignęła jego przeszłość sprzed czterdziestu lat. le- piej unikać odrzutu. ale pusz- czona w ruch maszyna jego mózgu nie zatrzymywała się. — Kopa lat! Niech mi waćpan coś wyjaśni. albo strzelnica kulowa. okrągły pułkownik był uradowany jego widokiem. Dokucza mi reumatyzm. Tylko. jak się uważało. jestem z pochodzenia Ro- sjaninem i w naszym alfabecie literę „p” wymawia się jak „r”. — Co też pan mówi! Pułkownik uznał. widzi pan. — Tym razem tylko wiatrówka. Małgorzato. albo ma pan sobowtóra? Tylko ja zawsze myślałem. które ma pan w prawie jaz- dy?” Jeszcze do tego nie doszedł. że byłoby niegrzecznie naciskać. 382 . Wszystko to przychodziło im bez najmniejszego wysiłku. a oni mówili P-sar. Czy może pani po czekać na mnie w tej kawiarni? Wziął ze sobą teczkę. To pana widzia- łem kiedyś w telewizji.jednak mają swoje anteny w biurach wynajmu. Rozpadało się bezpieczne alibi. Być może jego mania prześladowcza nie była tak absurdalna. Nie- długo dojdzie do tego. a mają z całą pewnością.

Małgorzata czekała na niego cierpliwie. Po raz pierwszy w życiu nie wstała na powitanie swego prze- łożonego. że zdjęła rękawiczkę tylko z jednej. która pozwala zminimalizo- wać rozrzut trafień. Sam nie wiedział. „ Naprzód jed- nak. ciężkich. gdyż zapomniał całkowicie. Spojrzał na zegarek: „Biedna Małgorzata. niósł w teczce swojego Smitha & Wessona i pudełko naboi 357 magnum. poczuł się radośnie podniecony. która to może być godzina. celowania i spustu. Nie udawało mu się osiągnąć tej syn- tezy oddechu. Nie miał pozwolenia na posiadanie broni. że ich wielkie. Potem się zobaczy”. „Przez kilka godzin. z kulami o ściętych czubkach. Ale kiedy wychodził. po to. poproszę filiżankę czekolady. „Popełniam wykroczenie”. aby zastąpić zwykłe naboje 38. Czemu by nie spróbować? Kelner. Jakież było prawdopodobieństwo. Pudłował bez przerwy. pijąc ciepłą czekola- dę. tylko uśmiechnęła się do niego. Czuł się teraz młodo. złośliwych naboi 357. prawej dłoni. Stwierdził także.. ostre pociski. że jak na solidnie zbudowaną kobietę miała zadziwiająco drobne ręce. czuł przypływ energii. na pół otwarte pyski posieją więcej spustoszenia niż normalne. dlaczego nie chciał strzelać kulami. Wtedy wydawało mi się dobre. tkwiące w bębenku rewol- weru. czeka na mnie. Zauważył. Z prawdziwą przyjemnością rozmyślał nad tym. że policja zatrzyma go i podda rewizji? Podwójny teraz ciężar teczki dodawał mu otuchy. Spojrzał na zegarek. powiedział sobie z ponurą satysfak- cją. Nie był już od nikogo zależny i gdy tylko minął pierwszy mo- ment niepokoju. mojego ojca nie było jeszcze w 383 . otworzył (wojskowi mówią na to: rozdziewiczył) święte pudełko. — Czekolada? Pani to lubi? Od czterdziestu lat nie piłem ka- kao. kilka dni. będę żył jak samotny wilk. wstrętny smak natychmiast odnowił w jego pamięci dawne przeżycia: — Gdy wracałem ze szkoły. Kwaśny. Nie chciała wprawiać go w zakłopotanie.. przez sześć wielkich. przejechawszy peugeotem w bardziej ustronne miejsce.

. wstając z krzesła. a potem ośmieliła się spytać. Jak różę. Wmawiam to sobie z pewnością. trafiał na pustkę.. — To znaczy nie pamięta jej pan? — Nie. Ale czemu mój ojciec. Nigdy za matkę. Mat- ka mieszka w Lisieux.? Małgorzata uśmiechnęła się smutno. Małgorzato? — Matka. nasta- wiałem kakao i. Wtedy dziwiło mnie to.. Zdrowaś Mario. co żyją i za tych. — Ojciec nauczył mnie kilku modlitw: Ojcze nasz. czekając aż się zagotuje. 384 . gdy ktoś stracił i ojca i matkę: „całkowity sierota”. Byłem przekonany. czego ona nie mogła zobaczyć. Przyszło mu na myśl rosyjskie określenie używane wtedy. To ciekawe. Zapalałem gaz. co umarli. w jakiej się znalazł. Czasem wyobrażam ją sobie. Modliłem się za niego. cichym głosem: — Co jest ciekawe? Jego przysłonięte rzęsami oczy wpatrywały się w coś. — Czy ojciec opowiadał panu o niej? — Nigdy. że moja mat- ka była świętą. Był zmieszany. dlatego spędzam tam wakacje. gdy miałem dwa lata.. — Chodźmy — powiedział. krewnych. — Nie miał pan matki? — Moja matka umarła.. w czasie wojny. Nie słuchał jej. Poczuł się w obowiązku zadać jej podobne pytanie: — A czy pani rodzice żyją. ale zostawiał na kuchence garnuszek. i jeszcze modlitwy za tych. I właśnie coś mi przychodzi na myśl. jak błękit nieba.domu.. Przypomniał sobie. na dnie którego była czarna plama po odpryśniętej emalii. Gdziekolwiek się obrócił. Tak samo clochard myśli o swoim psie.. że ma jeszcze rewolwer. Tak właśnie było z nim. za moich dziadków. Ojciec zginął w Indochinach. Raczej do niej mógłbym się modlić. pisałem jeden czy dwa poematy epickie.. a za świętych nie trzeba się modlić. Małgorzata odczekała dłuższą chwilę. Myślał o próżni.

co jej odpowiedzieć. Było zimno. niewiele brakowało. odczuwał za- razem upokorzenie i wściekłość. Małgorzata pośliznęła się. oddawa- nej w restauracjach: odbiera się od klientów płaszcze i podsuwa 385 . by musiał od- chodzić z niczym. by pomóc Małgorzacie. znalazło się rozwiązanie. do którego prze- mysłowcy sprowadzają swoje sekretarki. Fourveret zaprosił go tu kiedyś na obiad. że w gruncie rze- czy w każdej restauracji świata czeka na niego zarezerwowany stół. Gdyby tak miało być teraz. Dlatego też niezmiernie rzadko się zdarzało. a lekarze — asystentki. zasługiwała na coś wię- cej niż pensja.. gdy zo- stawił peugeota pomiędzy jaguarem i porsche. Drażniła go wulgarność tej pół-usługi. proszę pana. — Czy ma pan zarezerwowany stolik? — A trzeba rezerwować? — Dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia. ci klienci! Jak przyjemnie żyłoby się bez nich!” — Tędy. wzrok wbity w niebo: „Ach. Pracowała z tak nie- zwykłą wydajnością. proszę pana? Zależało mu na tym. tak jakby nikomu nie chciał odstąpić tego przywileju. by „dogodzić” Małgorzacie. Była już noc. nad Sekwaną. Znał niedaleko stąd. Błotnisty śnieg lo- dowaciał. w których zastosowano starą technikę pruskiego muru. pozwalając mu zabrać swój wła- sny prochowiec. zdjąć jej płaszcz. Ale nie. tak kompetentnie.. rzekł więc: — Zjemy kolację. — Dokąd? Nie wiedział. wo- bec Małgorzaty. by upadła. a potem obrócił się plecami do kelnera. lokal. — Szatnia. Aleksander wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę oświetlonego ganku. Aleksander nie mógł uwolnić się od myśli. Nagle nabrał wielkiej ochoty. — Na pewno znajdzie pani coś dla nas. Gdy do tego jednak dochodziło. na podwórku otoczonym nowoczesnymi budynkami. Westchnienie. proszę pana.

. Oparł ją o nogę krzesła. że pisze się dlatego. pełna zamków. Z pewnością ma pan za mało czasu. skórzana. Pluć w chusteczkę i podsuwać ją innym pod nos. w nadziei. niech sobie sami dają radę. czyste.im się krzesło. Symfonia bieli i czerni. 386 . Wezmę ją ze sobą. na której wytłoczone były fantastyczne. Do tego potrzebne są specjalne właściwo- ści — brak wstydu i respektu dla samego siebie — na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku. Pan pisał kiedyś wiersze? — Dziesiątki! Uważałem się za poetę. baśniowe herby.. — Powiedział pan przed chwilą. Nie. Spis potraw oprawiony był w skórę. dziękuję bardzo.. na którą składały się ubrania kelnerów i nakroch- malone serwetki. ale gdy już uiszczą rachunek. — Czy zostawi pan teczkę? — Tak. Aleksander wziął whisky z małą ilością lodu. Wyobraźnia Aleksandra nie mogła się uspokoić: ciekawe. Zwłaszcza od czasu ro- mantyzmu. Sądzę że je- stem dość dobrym agentem — potknął się na słowie „literackim” — ale pisarzem? Nie... czy też i tam dosięgliby go przyjaciele? Małgorzata zamówiła porto i dostała butelkę pięćdziesięcio- letnią. czy we francuskim więzieniu byłby bez- pieczny. Małgorzato. — Naprawdę... czy dobrze zro- zumiałam. — Teraz już pan nie pisze? Szkoda. jak to powiedzieć. Nie wiem. jej dodatkowy ładunek nie zwracał na siebie uwagi. że znajdą tam krew? Nie.. łobuzy. Czyżby wyobrażała sobie. że ma się dość czasu? — Brakuje mi talentu. a także ogień trzaskający w stylizowanym na średniowiecze kominku. kontrastowała przyjemnie z mrozem zimowej nocy. Na szczęście teczka sama w sobie by- ła obszerna i ciężka. Tak czy inaczej trzeba było mieć się na baczności. a nie czasu. to nie jest zajęcie zupełnie.

nie olśniła jej. Cios de la Pucelle do krabów i Grands-- Echezeaux do bażanta. I nie grała kogoś. Małgorzato? Kochała pewnego mężczyznę. Aleksander przyglądał się jej raczej niż słuchał. Tak. — Od czego pani zacznie. Małgorzato.. Dawno temu. pokrytych czerwonym lakierem paznokciach przylegały do kieliszka z bia- łym winem. że coś komuś ukradłam”. — Pozwoli pani. Przerwał jej w pół zdania: — I nigdy nie myślała pani o zamążpójściu. Odgadł. chociaż nie miała już apetytu. Ubierała się bardzo dobrze. Małgorzato? Wahała się. miała ład- ną postawę. Sam także jadł bardzo dużo. Matka uczyła pisania na maszynie. został zdradzony przez własnych ludzi. pracowała w dwóch miejscach. Stawał się agresywny. Zmusił Małgorzatę. Nim została zatrudniona przez agencję Psara. i przyjęła to z radością. że chce wziąć coś najtańszego. Wybrał królewskie menu: pasztet z gęsich wątróbek i do nie- go wino Dom Perignon. zgi- nął na wojnie.. Był żonaty. w której się znajdowali. Tak. I dodała uśmiechając się: 387 . mówiła prawie bez zarzutu. by go nie rujnować. „Nie chciałam żyć w poczuciu. I tak miała klasę. i na koniec uraczył ją jeszcze sorbetem z fruits de la passion. a ja nic o pani nie wiem. Musiała pra- cować. speszona brakiem cen w karcie: — Może zupę. Podobał mu się sposób. miał dzieci. Skończyła skromne lecz niezłe studia. To śmieszne. Była jedynym dzieckiem. Restauracja. że sam coś dla pani wybiorę. kto jest zachwy- cony. Ojciec był podoficerem. że wyszła ze środowiska drobnomieszczań- skiego. pracujemy razem od dwudziestu lat. walczył przeciwko Francji. nie miał syna. To nic. — Niech mi pani opowie o sobie. by wzięła jeszcze sery. Owszem. w jaki jej palce o starannie zaokrąglonych. a Francja ofiarowywała mu co miała najlepszego. Czy ma pani rodzeństwo? Opowiedziała mu o swoim życiu.

ruszył na południe. Aleksander. ile agencja pani zawdzięcza. że przyciąga mnie trupi odór Gawierina. albo dlate- go. a potem on zapłacił. że dzielące ich bariery zaczęły stopniowo tracić na znaczeniu i znikać. przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile. Niebo było czarne. ciemnej komórce. Małgorzato. Jej podbródek krył się w fu- trzanym kołnierzu. na pewno. „Dlaczego na południe?”. Co miało znaczyć to majestatyczne „my”. że mapa obejmuje właśnie ten obszar. Małgorzata patrzyła przed siebie. niejeden raz. Długo jechali w milczeniu. by nie zo- stawiać żadnych śladów w tej podróży. dokąd jedziemy — powiedział Alek- sander. I jeszcze później. — Nie wiem (wiedział to całkiem dobrze). — To wszystko jedno — odpowiedziała. Poszlibyśmy na dno bez pani. włączając się w pluralis: — O tak. zapytywał samego siebie Aleksan- der. 388 . „Dlatego. pędzącej przez mróz jak rakieta w kosmosie. a może dla- tego. gotówką. — Ależ nie. że przywykłem jeździć w tę stronę z Gawierinem. ciszej: — Jestem szczęśliwa mogąc pracować u pana. — Nawet pani nie pyta. tak jak zabójcę miejsce zbrodni?” Ciepło panujące w tej małej. — Och. 1 wy szedłby pan z tego beze mnie albo z kimś podobnym do mnie. całkiem nieświado- mie. Wypili jeszcze kawę. — Jestem szczęśliwa mimo tego. ale udało nam się z tego wykaraskać. Bez pani nigdy by nam się nie powiodło. Raz czy dwa było bardzo źle. ziemia biała. to ciepło dzielone przez Aleksan- dra i Małgorzatę. z którego Małgo- rzata najwidoczniej została wykluczona? Podjęła to określenie. Na zewnątrz także trwała symfonia bieli i czerni. pruski mur mieszał z sobą elementy. czy kiedykolwiek pani powiedziałem. powodowało.

Ponieważ jednak sądził. I sfermentowany zapach wińska wydobywający się z ust Dymitra Aleksandrowicza. owoc jego lędźwi. i wszyscy Kurnoso- wowie pochodzili rzeczywiście z tego królestwa za górami. za la- sami? Piotr nie nazywał się Piotr ani Iwan Iwan. Kto mógłby mu udowodnić. której poddał go serdeczny. Wszystko to w pamięci Aleksandra tworzyło epicką konstelację. które tłumaczyły się przez ascezę rycerskiej inicjacji. Później.. gdy jego syn podnosił się. pikant- ny smak sekretu. że jest bezdzietny. ale uplasować się jak najbliżej pierw- szego. gdyby taki istniał. Te ćwiczenia. chrobotanie klucza w drzwiach. po nic. właśnie w tych dniach nauczyła się pierwszych linijek rymowanki ku chwale Lenina: Gdy małemu Leninowi rosły mleczne zęby Do walonek swoich musiał kłaść otręby. który był dla niego niczym. były tylko upokorzeniami znoszonymi bez potrzeby. że pewna mała dziewczynka o ciemnych włosach. żeby go pocałować. który towarzyszył już jego okresowym spotka- niom z Jakubem Mojsiejewiczem. ponieważ tam właśnie by wzrastał. albo Rosja jego syna. Emaliowany rondelek. przeziębienia. ani niektórzy 389 . Przypomniał sobie nagle pró- bę. To słowo. dostrzeżony na tle okna po drugiej strony ulicy. gdzie mieszały się ze sobą dziurawe podeszwy. uderzyło go. „nic”. Aleksander myślał o wypitej niedawno filiżance czekolady i o wywołanych przez to wspomnieniach. profil sąsiadki. oczywiście nie z powodu Włodzimierza Iljicza. ale ironiczny Jakub Pitman: nigdy nie być pierwszym. Od trzydziestu lat żył po coś. byłby w dalszym ciągu wierzył w Rosję. cała Rosja wydawała mu się tylko krwawym mitem. że Piotr i wszyscy Iwanowie. lecz czego istnienie wydało mu się nagle wątpliwe. ale dla owej wcielonej Historii. Gdy- by wiedział. wieczorem. odkrycie majestatycznego rytmu rosyjskiego heksametru. Myślał o tym z wielkim niesmakiem do samego siebie. w co wierzył. W ostatnim okresie przed szpitalem klucz długo szukał wejścia do zamka.. Rosja? Rosja opuszczona przez jego ojca. tak.

święte obrazy. żeby stać się Chrystusem. z jakiejś innej planety. Na początku były dwie gamety. To dlatego chrześcijanie jedzą ciało Chrystusa. Oczywiście był też język. przypływ morza zatopił ją. Ale wierność dla wierności? W jednym błysku zrozumiał nagle paradoksalny hieroglif swoje- go losu. pochodzili skądinąd. razem z białymi brzozami. Ale cóż on o niej wiedział? A jeśli nawet istniała. KGB jest może tylko przykrywką czegoś innego? Aleksandrowi przydarzało się to. kilkoma pudełkami kawioru. złoconymi ko- pułami. idealną. krzyże. co dzieje się z nastolatkiem. A w końcu mo- że nawet ten wariat Kurnosow miał rację. czy kiedykolwiek spożył coś pochodzącego z ziemi jego przodków? Nigdy nie czuł się Francuzem. być może nie była nim wcale. frankońskim mięsem. zakładając. który zawsze wierzył w Boga. co go z nią łączyło? W jaki sposób byli ze sobą związani? Nagle inna myśl przejęła go zgrozą: czym jesteśmy? Tym. szarymi wilkami. Nie. siódma część stałego lądu kuli ziemskiej. Mówiono mu o pewnej Rosji. poza kilkoma litrami wódki. dziedzictwo. cywilizacja. a on wymyślił sobie inną Rosję. no i w końcu wierność. jeśli o niego chodzi. nieśmiertelną. i który odkrywa. ciele żywionym frankońskim zbożem. co jemy. komunię świętą. nie wszystkie. 390 . nieskończonymi stepami. że istniała jeszcze w jakikolwiek sposób. była na obczyźnie. Rosja. ale wszystkie molekuły tworzące jego ciało po- chodziły z tutejszego humusu. a ludzie.z Kurnosowów Kurnosow. i agenci KGB byli na usługach światowej konspiracji lichwiarzy. lśniącą gdzieś poza światem. Ale reszta? Ta początkowa komórka. że to niczego nie dowodzi i może być tylko gigantyczną inscenizacją. w wiel- kim ciele Aleksandra. A tymczasem. które złączyły się w jedno i które pochodziły skądinąd. dla których praco- wał. ponieważ widział kościoły. która miała jakoby istnieć gdzieś w świecie. pewne formy myślenia.

lecz sterylna ofiara żyją- cego człowieka dla pięknej zmarłej. absolutnym zdrajcą. zdradzili ducha całej tej cywilizacji i kasty. Także i fakt. przede wszystkim. marząc o Rosji. była tylko formalna. dająca tylko wewnętrzną satysfak- cję. dobrowolne wygnanie. a przed nim jego ojciec. Druga zdrada — urodzić się gdzie indziej — nie po- chodziła z wyboru. Nie usprawiedliwiała jej nawet pokusa. jeśli nawet była. Aleksander. Wierność więc zupełnie bezinteresowna. co znaczy żyć jak ryba w wodzie”. Zdradzał Francję. pogrzebanej cywilizacji. powtórzył zdradę jedząc Francję. więc mniej bezinteresowna. skąd pochodził. Zdradził Rosję. ani wytłumaczenia. pewnej nadziei: „powrócić” do tego raju. nie łagodził tej zdrady. Oddając się w służbę bolszewikom. Urodził się zdrajcą. której Aleksander już nie znał. wierność zmuszająca do tysiąca po- święceń. takim. która ją stworzyła (nie klasy. ale związana z tymi samymi wyrzeczeniami: osamotnienie. którą sobie wymarzył. chwalebna. od- czuwana wobec innego kraju. że Aleksander we własnym przekonaniu dotrzymywał wierności swej ojczyźnie. że chciałem dać Bogu lekcję wierności”. ale której wyrzeczenie się splamiłoby jego honor. bole- sne zahamowanie twórczych impulsów. tysiąca upokorzeń. „Nie wiem. bez kon- sekwencji. którą jadł. Ta zdrada. który nie ma ani motywu. Wierność. Był czystym. Wdowiec. nie popełnia zdrady małże- ńskiej. nie. Właśnie w taki sposób stał się w pewnym sensie negatywem sa- mego siebie. Aleksander w głębi duszy odrzucał zawsze to słowo tak charakterystyczne dla brodatego pedanta. ta cywilizacja już się przeżyły. I wszystko to po co? „Przypuszczam. który je rozsławił). Ale ta kasta. który się ponownie żeni. 391 . rodząc się we Fran- cji. A w końcu wierność wobec przyszłości. Poza tym wierność wyobrażonemu wspomnieniu: tej mar- twej.

o kogoś. kto pomagał mu tyle razy. przekształcając go na wieczorny — były jak noc przeciwstawiona nocy panującej na zewnątrz. które doskonale mogły pomóc żołnierzom Chrystusa? Stara hi- storia: nawet samemu Chrystusowi nikt nie udzielił pomocy. pan. Nagle przypomniał sobie o kobiecie. Miała zamknięte oczy. W pierwszej chwili rozdrażniło go to. Aleksander był senny. kiedy prosił o pomoc. opuszcza swoich wy- znawców. a niekiedy piorunująca. co dalej robić. by dojrzała w nim decyzja co do punktu docelo- wego podróży. A tymczasem. że wylansuje Bluna. Zegar samochodowy lśnił w ciemności i pokazy- wał. i pozwalały się ścinać przez karabiny ma- szynowe bluźnierstw. pomoc nadchodziła. jako że szosa była śliska i nietrudno było o wy- padek. siedzącej tuż obok niego. To samo. od momentu kiedy Aleksander włożył swoją dłoń w dłonie wrogów Boga. Kiedy musiał wywrzeć nacisk na Fourvereta i Ballandara. uśmiechając się: „Zobaczy pan. aseku- rowany. że. że stanowi część tego organizmu? Czy też może również diabłowi zdarza się opuszczać swoich? Aleksander jechał powoli i wmawiał w siebie. Jej powieki. skuteczna. że minęła już trzecia nad ranem. Za- czął się zastanawiać. poczuł się podtrzymywany. Armie białych ruszały do ataku modląc się. Dziesiątki razy. 392 . Aleksandrze Dmitryczu. obrze- żone niebieską kreską — w restauracji zmieniła swój makijaż. Cóż więc się teraz stało? Czy tylko udawano. Ale naprawdę po prostu nie wiedział. Małgorzata od- rzuciła głowę do tyłu. Pitman powiedział mu. kiedy zdecydował. że postępuje tak z ostrożności. Oddychała spokojnie i cicho. I bez niej dość miał zmartwień. zwyczajem książąt. co także miało opóźnić jazdę i pozwolić. dano mu do dyspozycji odpowiednie środki. Za- miast wybrać autostradę. z rozpo- startymi sztandarami. pojechał szosą. który zna łacinę — KGB patria no- stra”. Gdzie były legiony aniołów i archaniołów. że przecież chodzi o Małgorzatę. dokąd jechać. Bóg słynie z tego. Później wytłumaczył sobie.

o wysiłku nie bezinteresownym. Małgorzata otworzyła oczy. Ostatnie obrazy. Później położył także swój własny fotel trzymając teczkę na kolanach. sięgnął po swoją teczkę i otworzył ją. czyli KGB. mimo że ogrzewanie mruczało w dalszym ciągu. — Trzeba. lecz wydajnym — to ważniejsze — o nieustannym zmaganiu się z rze- czywistością. jak doszło do tego niestosownego gestu. Zastanawiał się. zasilając ogrzewanie. o wszystkich jej inteligentnych staraniach ofiaro- wanych agencji Psara. kosmiczne ryzyko. Pomyślał z wdzięcznością o dwudziestu latach jej wytężonej uwagi. o której marzył. pomyślał wzruszony Aleksander. — Byłoby niemądrze jechać dalej. trzyma niedużą dłoń Małgorzaty. Nie trzyma się za rękę własnej sekre- tarki. W zasadzie każdy 393 . Opuszczę pani fotel. ukrytą pod kozią skórą. Silnik pracował w dalszym ciągu. Obudził go chłód. powiedział mu już dawno temu Pitman. że jego dłoń. Popełnił jeszcze większe wykroczenie. ubrana w ręka- wiczkę ze skóry antylopy. W gruncie rzeczy Małgorzata była jednym więcej uczestnikiem sztafety. jakie przesunęły się w jego gło- wie. czy komputer wykonał ruch wieżą czy gońcem. tak żeby mógł zmienić układ fotela. Spać obok kogoś. Ten odruch czułości zaskoczył go. Zamknął oczy i zapadł w sen. Stwierdził ze zdziwieniem. przedsta- wiało niewyobrażalne. Aleksander zgasił reflek- tory. Ale nie miał tej wojny. ta przygoda. Nie przypomniał sobie. Usunęła się trochę. Ostrożnie zjechał na pobocze szosy. które włączył dziś rano. po czym znalazła się w wygodnej pozycji poziomej. choćby nawet tak niewinnie jak on obok Małgorzaty. żebyśmy się trochę przespali — powiedział cicho Aleksander. „Biedna mała”. „Będzie pan miał swoją wojnę”. związane były z elektronicznymi szachami. Położył dłoń na drewnianej kolbie rewolweru. Bawiła go ta gra.

Czarne. Szyba samochodu oblepiona była śniegiem. przykryte śniegiem. delikatne łona ziemi. płaszczyzny. Kim była dlań Małgorzata? Nikim. gdy tylko mógł. Aleksander odblokował drzwiczki. Ponieważ znał tylko Paryż. roztaczający się dokoła. Ale nie. zmieszanego. ten nagły skok w intymność nie krępował go. Śnieg się- gał mu do kostek. Dlatego też. wybrzuszenia i wklęsłości. nigdy nic podobnego nie widział. na kanapę. że podobne ryzyko podjął przy Małgorzacie. jakie tajemne wpływy wywierają na sie- bie nawzajem śpiący? Do jakich uniesień duchowych dochodzi w nocy? I przede wszystkim skąd mamy wiedzieć. spędzania nocy ze swymi przygodnymi kochankami. czy ten drugi nie przygląda nam się w sposób najbardziej niedyskretny. Wycieraczki drgały nerwowo. w którym ja sam siebie nigdy nie zobaczę?” Tylko u boku Ałły zrezygnował ze zwykłych ostrożności. zmęczonego. Postawił nogę na ziemi. To. by ktoś obcy widział mnie w stanie. a my nie możemy go widzieć? Spać obok kogoś to naprawdę wydać się na jego łaskę. umykał do salonu. tak aby jego „gość” nie mógł rozko- szować się widokiem jego uśpionej twarzy. Najczęściej starał się za wszelką cenę wrócić na noc do siebie. pilnujący własnego więzienia. zupełnie jak 394 . Gdy — czego na ogół unikał — przyjmował kobiety u siebie w mieszkaniu. triumfującego. jako że patrzy na nas. że dzieliła z nim także godziny snu. bezlistne drzewa. W zasadzie powinien teraz mieć jej za złe. Skąd jednak mamy wiedzieć. „Jak mógłbym dopu- ścić do tego. zatroskanego. Aleksander unikał. a drzwi od sypialni zamykał na klucz. Zamknął teczkę i postawił pionowo swój fotel. powinno by go upokorzyć lub zezłościć. Śnieżne fale.chowa się w swych snach i pozostaje w nich do chwili przebu- dzenia jak więzień w fortecy. Oczarował go krajobraz. Widywała go w różnych sytuacjach. potem otworzył je. lecz odmawiały pracy. nie całkiem zda- jąc sobie sprawę z przyczyn swego postępowania.

— Nie zauważyłem. Małgorzata przetarła oczy. których liście kołysały się pod ciężarem kiści śniegu. — Wyglądam jak potwór — powiedziała. „Gdzie jestem? Nie mam pojęcia. Jeżeli chce się pani odświeżyć. — Dzień dobry. — Gdzie jesteśmy? Roześmiał się: — Nie mam najmniejszego pojęcia. Nigdy nie czuł się wolny. Aleksander zrobił parę kroków. Przeciągnęła się. Zaryzykowała opuszczenie samochodu. Aleksander nabrał powietrza do płuc. Aleksander przyśpieszał coraz bardziej rytm swych ruchów. niech pani wytrze twarz śniegiem. Zjadł trochę śniegu. dwie na konary. Grudka śniegu oderwała się od gałązki i spadła mu na nos. prawa ręka. Przez ogromne pole ciągnęło się klinowe pismo. napił się go. Otworzył drzwi samochodu. narysowane przez dziecko: jedna kreska na pień. Było mu zimno. „Zdarza mi się to po raz pierwszy”. nawiązując nieświadomie do gestów swych przodków. Małgorzato. tak jak to zwykli byli niegdyś robić woźnice fia- krów: lewa ręka. Byłoby prawdziwym diabel- stwem. Zaczął ude- rzać się w plecy. Małgorzata wciąż znajdowała się w samochodzie. Czuł. Wytarł twarz śniegiem. Ojciec nauczył go tej nieskompli- kowanej gimnastyki. Roześmiał się. Właśnie to zrobiłem. przejrzała się w lusterku samochodu. Zdumiewająca cisza. Wzdłuż drogi krzaki. chwiejnym nieco 395 .ludziki. że krew znów zaczyna pulsować w rękach i nogach. schowana tam jak pod namiotem. gdyby oni to wiedzieli”. ślad ucieczki zająca. W oddali spostrzegł wielkie A wieży kościelnej. a pod nim mniejsze głoski domków mieszkalnych. Nie ma nic wspanialszego.

Śmiała się. Kończy nam się benzyna. — Dobrze. nie mogę pani powiedzieć prawdy. pszę pani? — Ma pani może czekoladę? — spytała Małgorzata. jej policzki świeciły się. nieprawdaż. zamieniała się te- raz w miłą wyprawę. trochę wstydliwie. Teraz. 396 . Ale pani nie chciałaby. Mam nadzieję. mogę panią odwieźć na dworzec kolejowy.. jeśli pani tylko chce. tymczasem praw- da jest. pszę pana. Aleksander usunął dłonią śnieg z przedniej szyby. zdziwiona sytuacją dosyć niebanalną. gdy już znowu usiedli obok siebie w samochodzie — wszystko to może się pani wydać całko- wicie absurdalne. Na pół mityczny i na pół realny świat KGB rozpływał się w mgle.krokiem. nacisnął guzik płynu odmrażającego.. tak żeby samo- chód też dostał śniadanie. — Małgorzato — zaczął mówić.. że znajdziemy stację benzynową. Śni nam się czasem. Gdy wróciła. obsługiwaną przez czarownicę. Zjedzmy śniadanie. W takim właśnie nastroju znajdował się obecnie Aleksander. Jego zły sen trwał trzydzieści lat. Zrobiła poranną toaletę przy pomocy śniegu. która sporządzała też kawę: — Kawy.. To dlatego właśnie zachowujemy się tak romantycz- nie. Specjalnie zdjął rękawiczkę. że jato bawi. żebym naraził się na to samo ryzyko co Gawierin. Znaleźli wioskę. z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącym no- sem: — Kiedy to wydaje mi się zabawne. a później budzimy się z tego koszmaru. Pani jest taka. Za dzień czy dwa rzeczy będą już jaśniejsze. proszę pana! Czy po raz pierwszy w życiu posłużyła się tym słowem? W każdym razie śmiała się z całego serca. Włączył znowu wy- cieraczki. Przygoda. że przydarzyło nam się wielkie nieszczęście. wyważona. i jeszcze bardziej zaskoczona tym. nie bez kokieterii. aby poczuć igiełki chłodu. a w niej małą stację benzynową.. tak tragiczna wczoraj wieczorem.. Na co ona.

jak ryba w powietrzu. wolał czekoladę. I gdyby to poczucie obcości wiązało się tylko z moimi kolegami. Zależało mi na dobrych stopniach.. zawsze taki grzeczny i pilny. Szczególnie dotyczyło to lekcji geografii. cały świat stał na głowie. Gdy wrócili do samochodu i podjęli jazdę na południe. ale w każdym razie odmó- wiłem przyznania. Gdy byłem mały — pani już tego nie zna. do niewiadomego wciąż miejsca przeznaczenia. a jednak czu- łem. stracisz honor”. Nie rozumiała. Powie- działem nauczycielce: „To nieprawda.. rosnąć tak jak ptak w wodzie. o wiele surowiej niż zwykłe nieuki. Ale pamiętam dobrze streszczenie dotyczące Rosji. Powiedział mi na to: „Jeśli wyrecytujesz to. co się stało. by przynajmniej częściowo było to prawdą. ale jednak zależało mi na tym. I ten wspaniały 397 . Uważałem się za męczennika. na której wydobywa się dużo węgla. Także i Aleksander. Gotów byłem uznać. nie. że moja rodzina składała się z barbarzyńców. tak jakby wracał do przerwanej w jakimś punkcie medytacji.. Ten chłopczyk. nagle zaczyna się buntować? Zostałem ukarany. że kryje się w tym pewna przesada. W jakimś sensie byłem męczennikiem. co pisze podręcznik”. Małgorzato — wszystkie lekcje w podręcz- nikach kończyły się podsumowaniem. którego trzeba było na- uczyć się na pamięć. bo nauczyłem się go na pamięć i odmówiłem wyrecytowa- nia go: „Rosja to kraj o ogromnej powierzchni. — Jakie to dziwne. mojemu ojcu. Prze- czytałem ten tekst. A później tortura Larousse'a! W domu dowiedziałem się. Nie wierzy mi pani? Jed- nak to prawda. ale jednocze- śnie byłem dumny z siebie. Ta kara zabolała mnie. zamieszkały przez barbarzyński lud”. „Anglia jest wyspą. Ile mogłem mieć lat wtedy? Siedem? To za mało. W tym mie- siącu nie byłem pierwszym w klasie. że nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania.. zaciskałem zęby. bogaty w zboże.” Nie pamiętam dalej. żeby móc stracić honor. Aleksander zaczął mówić o swoim dzieciństwie. że Rosja wydała więcej wielkich ludzi niż inne kraje. całkiem cicho. nie wiadomo czemu.

Aleksan- der nie miał pojęcia. poprawiał się coraz bardziej. który go pobił pod Auster- litz”. Tuż obok znajdował się ten otoczony parkanem pałac. został „pobity przez Massenę pod Zurychem”. skąd przy- szedłeś!” Małgorzata przysłuchiwała się bez słowa komentarza. jej pan. syn emigranta. Larousse porachował się z nim w sposób bardzo zwięzły: „Kutuzow (Michał). że ze dwa miesiące temu był w tych okolicach z Gawierinem i pewnym agentem nieruchomości. za co Yrieix został świętym. musiał doznać tak niegodziwego traktowania? Humor Aleksandra. generał rosyjski. A Suworow? Laro- usse nazywał go Suwarowem! Ze wszystkich jego osiągnięć zo- stało tylko jedno. — Na przykład Kutuzow. że na zmianę przeżywa litość i oburzenie. Jak mógł to znieść mały chłopiec. który w innych sprawach zaopatrywał mnie w tak świetne informacje — na przykład biografie Archiasza. którą jechał peugeot. którego mało co nie kupił Gawierin i na który nawet Aleksander miał chętkę. Nie był tego jeszcze 398 . które nic nie mówiły Aleksandrowi. by wreszcie przedstawić mu znaną nazwę: święty Yrieix. co miał do powie- dzenia o Rosji? Aleksander nie przestawał prowadzić samochodu. i jednocześnie strzępy zdań. które go tak raniły przed czterdziestu laty. Astera — czy wie pani. nie znając kierunku. Bonchampsa. Szosa. Dla nas był on półbogiem.Larousse. To wszystko. pamiętał jed- nak. na które- go koledzy wołali: „Ty brudny Rusku! Wracaj tam. pobity pod Moskwą”. czego dokonał Aleksander I? „Walczył przeciwko Napoleonowi. Damo- klesa. pojawiały się wiernie w jego pa- mięci. Pan Aleksander. Czuło się. któremu dano nieprawdopodobne imię „Petro- wicz”! A Aleksander I! Wie pani. którego słowa witała tak ciepła i pełna oddania sympatia. na oślep. A Musorgski. w końcu trzeba uznać. że załatwił Napoleona. Cóż. Tymczasem drogi i szosy kryją w sobie własne przeznaczenia. migała naprzód drogowskazami i nazwami miejscowości.

świadom. Na razie miał po prostu ochotę zobaczyć ponownie pałac. Pałac powinien być albo z prawej. albo z lewej strony. domy wiejskie zwrócone są ku swemu wnętrzu. mało wdzięcznych. a piesi zniknęli z ulic. lecz nie pozbawionych godności. ale coś w rodzaju wstępnego zarysu projektu zaczęło się w nim formować. wznosił się po prze- ciwnej stronie owalnego trawnika. której szukał. gdy podróżuje się nie wiadomo dokąd. ośnieżo- ne. dzwonniczki. Śnieg przykrywający drze- wa był nienaruszony. że agent nieruchomości z trudem tylko otworzył tę kłód- kę. brzydko przerobionego w XIX wieku. Poza tym śnieg przykrył wszystkie te miejsca. po których mógłby roz- poznać okolicę. Małgorzato. Wjechał w aleję. Wieś składała się z jednej ulicy. Wszystko przykryte było warstwą śniegu i cał- kowicie pustynne. wytworzone przez zimę. Nie miał dobrej orientacji w terenie. Aleksander przejechał jeszcze dwa kilometry. w każdym razie przez pręty kraty przerzucony był łańcuch spięły kłódką. Zgubiono klucz od bramy albo mo- że zamek źle funkcjonował. Ale udało mu się jednak znaleźć wieś. którą przecinało kilka zaledwie czarnych śla- dów po kołach samochodów. prowadziły 399 . — Nie ma pani nic przeciwko temu. gotyckie naszczytniki. zdobny w wie- życzki. żebyśmy trochę nadłożyli drogi? Jak gdyby można było nadłożyć drogi. Po prawej stro- nie otwierała się majestatyczna ale ja. i kabiny telefonicznej na małym placyku. kościoła romańskiego. Wszystko było zamarznięte. Zardzewiała krata bramy trzymała się na dwu murowanych postumentach. Parkan otaczający po- siadłość miał trzy metry wysokości i najeżony był żelaznymi prę- tami. a desenie i cieniowania. Odkąd pojawiła się telewizja. zwłaszcza na wsi. obrośniętego trawami i na- wet niewielkimi krzewami. — Czy tu mieszkają pańscy przyjaciele? Potrząsnął głową. Zapomniał o kłódce. Aleksander wysiadł z samochodu. Pałac. Aleksander przypomniał sobie. ale w każdym razie już niedaleko.

Zaczął od wypróbowania na kłódce wszystkich kluczy. To pani chciałem go pokazać. Aleksander podniósł lekko bramę i. Spróbował więc wybić ją z tej strony. Klucze od mieszkania najwidoczniej nie pasowały do kłódki. lecz bez skutku. Małgorzata podała mu własne klucze. uporczywy wiatr. tak że Małgorzata mogła wsunąć się na czworakach 400 . że zachowuje się niepoważnie. Małgorzata. Znalazła ostry i ciężki kamień. Wolał jednak zacho- wywać się niepoważnie niż ustępować przed przeszkodą.. że ta cho- lerna krata. odciągnął ją od murowanego po- stumentu.. — Może mógłby pan odwiedzić pałac kiedy indziej.ku skojarzeniu z białym rysunkiem na czarnym papierze. Za- czął go więc odgarniać obydwiema rękami. Przecież nie da się pokonać starej. — Ja znam już ten pałac. które były spięte w pęku. Zdusił przekleństwa. Od czasu do czasu ciężka kiść śniegu odrywała się od gałęzi drzewa i wolno. Teraz zależało mu na tym. Nie wiem czemu. Pró- bował rozbić łańcuch. który tyle razy przysłużył mu się w interesach. że lewy zawias bramy był złamany. ale przecież wcale nie jest powiedziane. Zamoczy pani sobie stopy. Wiedział. pomagała mu. Gdy udało im się wydrążyć wystarczające wgłębienie. zardzewiałej bramie! Dał o sobie znać wściekły upór. Rdza kłódki poplamiła mu rękawiczki. w czym pomagała mu Małgorzata. Jeszcze dziesięć minut temu Aleksander mógłby się całkiem dobrze obejść bez zwie- dzania pałacu. Zwarty śnieg nie pozwalał na to. Małgorzato. Wiał zimny. Zaczął szukać kamieni pod śniegiem. Nic to nie dało. która przykucnęła tuż przy nim. popychając ją. jak w zwolnionym i niemym filmie. — Niech pani nie stoi w śniegu. w ciszy spadała na zie- mię. Stwierdził. gdy jego właściciele będą w domu — podpowiedziała Małgorzata. Na koniec uderzył się w palec i mu- siał stłumić okrzyk bólu. odgadując jego zamiary. któ- re przychodziły mu na usta.

Chodziło tu. Ale pan! O mój Boże! Przejmowała ją zgroza na widok wzoru wytłoczonego na no- wym płaszczu jej szefa. lecz zarazem śmieszność tego obrazka była tak rozbrajająca. Aleksander obszedł pałac dookoła. ale i bowaryzm ma swe dobre strony. — Proszę. Wiatr usy- pał górę śniegu w lewym kącie bramy. Odwrócił się plecami do pałacu. gdy znalazł się na tarasie przylegającym do tylnej ściany pałacu. po kolana w śniegu. Czuł się jak zdobywca. w wieczne trwanie instytucji i godności. — Proszę na mnie poczekać. Spró- bował wedrzeć się do jednego z okien.do parku. że został pan podpieczony na roż- nie. musiała wierzyć we własne powołanie. nie był całkiem pozbawiony czaru. mógł pójść jej śladem. Wyposażony w fałszywe machikuły i równie fał- szywe otwory strzelnicze. Brama była najwidoczniej zamknięta na klucz. Mojemu płaszczowi dobrze zrobi czyszczenie chemiczne. Jest w nim urok pewnej no- stalgii. Prawa natomiast była zupełnie odsłonięta. że zbije szybę i nawet złamie drewniane listwy okna. 401 . że odważyła się dać jej wyraz: — Można by powiedzieć. Czuło się. obrzeżone balustradami o kwadratowych słupkach. Z kolei ona podtrzymała kratę. Po- myślał. żeby przyjrzeć się zamarzniętemu stawowi. Wiatr był tu gwałtownym ogrodnikiem. Chciał otrzepać jej płaszcz ze śniegu i rdzy. nie rozstający się ze swą cenną teczką. że warstwa społeczna. miał jednak w sobie coś majestatycz- nego. pewnej skruchy. Zrezygnował jednak z tego pomysłu. gdy zoba- czył wewnętrzne żaluzje. Małgorzata puściła bramę i roześmiała się wesoło. sforsować tylne wejście do budynku — bez rezultatu. Do rzeźbionej bramy pałacu prowadziły ciężkie schody. niech pan zostawi. która zdolna była znieść to kanciaste jajo. Nowa nadzieja zaświtała mu. Pałac był w rzeczywistości brzydkim gmaszyskiem z dziewięt- nastego wieku. o arcydzieło bowaryzmu. żeby i Aleksander. pokrytemu zamiecionym przez wiatr śniegiem. rzecz jasna.

Krzewy i drzewa wyrosły bujnie. W pewnym miejscu Aleksander znalazł drzwi prowadzące do sutereny. Wrócił na balkonik. mimo swych niezgrabności i stylizacji. poddane było pewnemu porządkowi. wyłożonym kaflami i skąpo oświetlonym przez trzy pół- koliste okienka. by obniżono cenę transakcji. Wyobraził sobie wykształconych nowobogackich — bo tacy z 402 . Wchodził powoli. krok po kroku. zbadał gruntownie całą oranżerię. by znaleźć się w rozległym. Do- tarł na parter. Znalazł przełącznik elek- tryczny. że chciano mu sprzedać te próżne butelki jako pełne i w rezultacie zażądał. Przyjemnie byłoby móc przyjmować tu gości. wyrwał rewolwer z teczki i po- wiódł nim dookoła. Znalazł się na małym balkoniku nad oranżerią. W drugim jej końcu znalazł jeszcze inne schody. że znalazł się w piwniczce z winami. Posuwając się przed siebie w kurzu i półmroku. Wiedział. którą chował pod prawym ramieniem. Zszedł na dół. Była to zapewne dawna oranżeria. jak pierwotna dżungla. który składał się z obszernych korytarzy. tak że jego tylna ściana miała o jedno piętro więcej niż fronton. Wszędzie widniały pajęczyny: na oknach. Wystarczyło je pchnąć. przekręcił go. mimo to trzymał prawą rękę w teczce. które. w kamiennych kątach sali. kamienne tym razem. wszedł na nie pomagając sobie dłonią opartą o poręcz. Oranżeria wydawała się całkiem jasna w porównaniu z nieoświetloną piwnicą. prostokątnym pomiesz- czeniu. a więc refleksji. jak mały chłopiec bawiący się w wojnę. Aleksander znalazł schody. położona na trzech żerdziach. wokół abażurów. w formie odwróconych talerzy. zagraża- jąca temu miejscu. lecz światło nie zapaliło się. Zielone błyski na półkach i belkach świadczyły o tym. Pałac zbudowany został na zboczu. przed- sionków i salonów. że nie ma się czego obawiać. Podniósł kilka butelek. Gawierin był przekonany. Przypomniał sobie to miej- sce. bio- rące początek pod kopułą sklepienia. W końcu zapomniał o ostrożności. którą sta- nowiła zwykła listwa. Były puste.

wędrowali przez piwnice i kotłow- nie. stojące na lwich łapach. Wreszcie znaleźli się na strychu. Niech ginie ten. kto nie wierzy w samego siebie. ale zatrzymała się przed bramą oranżerii. zaglądając do szaf. Aleksander przekręcił kurek. schował rewolwer do teczki i poszedł po Małgorzatę. kiedy szlachta zajmowała się tylko tym. ale także. przypadającą na czasy. Aleksander lubił burżuazyjną gigantomanię. po- jękują zawiasy drzwi. sztukaterie i lamperie wypełniają dom. Skrzypią parkiety. niepewnych siebie i zamożnych mieszczan. na parterze. Szlachcice. Ona też chciała obejrzeć pałac. Dziwiły ich metalowe wanny. Nim wdrapał się na pierwsze piętro. że przedsta- wiciel agencji nieruchomości przyjedzie tu w pełni zimy? A na- wet gdyby pojawił się jakiś ewentualny nabywca domu. i już tyl- ko burżuazja miała zrozumienie dla wielkości. Obie te warstwy teraz znajdowały się w rozkładzie. by mieć więcej gości. drwią jednocześnie z niego lub też wymieniają poufne infor- macje na temat mieszczańskich posagów. gdzie nikt nie będzie ich poszukiwał? Jakaż była szansa. gdzie zdzierali z siebie pajęczyny i kichali na każdym kroku. Dobrze im tak. by prowadzić przez ten labirynt. kilka słów przeprosin i niewielkie odszkodowanie załatwią sprawę. Dlaczego by ich nie spędzić tutaj. Wziął ją za rękę. a potem. co ładne.pewnością wznieśli pałac — jak zapraszają do siebie okoliczną szlachtę. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. w których znajdowali zniszczone fotografie i guziki od liberii. otwierali żaluzje wpuszczając promyki światła do ciemnych pokoi. Jaką wspaniałą przygodą będzie zainstalowanie się tutaj! Zupeł- nie jakby się naśladowało Robinsona na jego wyspie! 403 . przechodzili od sypialni do sypialni. rozszedł się tylko zapach rdzy. Nie popłynęła z niego woda. — Nigdy nie widziałam takiego domu — powiedziała Mał- gorzata. popijając maderę gospoda- rza. Potrzebował dwu czy trzech dni skupienia. Potem weszli na piętro.

Klasnęła w ręce. zapałek i. że mógłby pan go zatrzymać. Nie był przecież. samotne zabawy nie udają się. Ogień? W parku pełno było suchego drew- na. spędzimy tutaj weekend. że jeśli Małgorzata była mu w pracy tak oddana.. Za każdym razem. nie wychodził ze swej roli.. a co na to powie tatuś. Ustalała listę potrzebnych rze- czy. — Niczego nie zatrzymamy — odpowiedział. to nie jest zabawne. na łowy. Pochlebiał sobie nawet. Jedna rzecz tylko go niepokoiła. Czy Małgorzata mogła stać się takim kumplem do zabawy? Czy też zażąda wkrótce centralnego ogrzewania i pończoch na zmianę? I czy on nie wykraczał poza swą rolę szefa. przeżywał rozczarowanie: to niebezpieczne. a potem rzucili się do sklepu. uspo- koił siebie. A jednak. oczywiście z tysiącem zastrzeżeń. Czy umie pani gotować na ognisku? Zjedli szybki obiad w Limoges. Zakupy? O dwadzieścia kilometrów stąd znajdowało się Limoges. to właśnie dlatego. — Ach! Ale w takim razie potrzebujemy zapasów. Aleksander był uradowany. że nareszcie znalazł towarzysza zabaw. Tak jak śpiwory. Małgo- rzata szybko przejęła inicjatywę. jak gdyby przygotowywali się do oblężenia. iż potrafił zachować odpowiedni dystans wobec wszystkiego i nigdy nie opuszczał go ów naturalny wdzięk. — Małgorzato. do dia- bła. Woda? Był śnieg. trzeba mieć do nich wspólników. — Zostawimy 404 . — Naprawdę zgadza się pani? Był szczęśliwy w swoim nieszczęściu. proponując jej tę dziwną wilegiaturę? Nie. fantazja nie była mu zabroniona. z którym się można tylko urodzić. lecz z ko- legą. Oszczędzała jak mogła pieniądze Aleksandra i wahała się z kupnem ekspresu do kawy: — Wiem oczywiście. jak zwykle bez ostentacji. począwszy od pewnej skali przedsięwzięcia. to się nie uda. gdy w dzieciństwie realizował jakiś szalony projekt nie sam. mieszczuchem.

. wysi- lając się. ale także dlatego. które. Wrócili do zamku i znieśli paczki do małego saloniku wyło- żonego drewnianymi boazeriami. koniak („ale przecież pani lubi porto. z wrażeniem. wołowa konserwa. Małgorzato. pościel. Podczas kiedy ona roztasowywała rzeczy. ano właśnie. befsztyki („za dużo konserw to niezdrowo”). rąbiąc. musimy do- kupić” — Aleksander stwierdził. Zapadł wieczór. w wor- kach znalazły się siekiera. pocąc się w zimnie. od których po- życzamy dom. wydawało się. Wszystko to gromadziło się w peugeocie.wszystko na miejscu dla nieznanych właścicieli. napinając wszystkie mu- skuły. dwa grube swetry. pułapki na szczury (Małgorzata mogłaby bać się szczurów). szampan („włożymy go do śniegu”). piłując. mniejsze pomieszczenie będzie łatwiej ogrzać. żeby potem rozszczepić go na spiłowanym pniu. to dobry pomysł”). że może myśleć o kimś innym). szczotki do zębów. raniąc sobie ręce. Nagie pnie drzew odcinały się na tle nieba. sól. pociągającej Aleksandra. papierowe ręczniki. ale mie- szek tak. jęcząc. maszynka do golenia. Aleksander płacił gotówką. latarka. który Małgorzata wolała od wielkiej sali z kamienną posadzką. świeczniki (Alek- sander uparł się przy ich kupnie). upuszczając sobie polana na palce. Gdy tylko po przerwie obiadowej otworzono sklepy. piła.. Chmury 405 . Małgorzato. że ten plik wcale nie maleje. świece. znajdując prostacką i głęboką przyjemność w wywijaniu ciężkim kawałem drewna na końcu siekiery. że sprawiało mu przyjemność wyskuby- wanie banknotów z grubego pliku w wewnętrznej kieszeni ma- rynarki. marynowana gęś. wino. najlepszy agent literacki Paryża wy- prawił się do parku i zaczął ścinać drewno. żeby nie pozostawiać śladów po so- bie. whisky. patelnia. miednica plastikowa („nie. lniane irlandzkie ręczniki. bochen chleba. jaśnia- ło w miarę jak ziemia stawała się coraz ciemniejsza. na ziemi pojawiły się błękitne cienie. nie kupimy denaturatu. koce. narzekając. które utrzymywał cierpliwie w formie dzięki gimnastyce. kieliszki z kryształowego szkła.

by podsycany jego oddechem płomień wdrapał się na szczyt katedry z drewna. by nie przygotować wcześniej kunsz- townej budowli gałązek. które wydzielały woń trocin. — Ależ to za ciężkie. gdy jednak stopił się śnieg. drewno trzaskało. Następnie pozamykał wszystkie okienni- ce. 406 . któ- ry stawał się coraz bardziej matowy w miarę jak zmrok gęstniał i białe płachty śniegu znów zaczęły osuwać się na ziemię. powinien pan uważać. Nad wodą stały ciężkie ozdobne wazony. a na ścianach po- jawiły się żółte i czarne cienie jak na teatralnym parawanie. przedostający się do wnętrza pałacu przez szczeliny okien. a później matowiało i stawało się podobne do katakumb. zrzucając na parkiet sterty polan. ale — jako że w kominku dawno nie palono — potrze- bował dobrej godziny. w którym oczekiwała go Małgo- rzata.. Wojownik-drwal. Aleksander przesuwał się przez wielkie puste komnaty — był zaledwie cieniem. Ogień dyszał. — Ależ skąd. Z początku ciąg był sła- by. odbywając pięć tur. zwęglone drewno zamieniało się w peruwiańskie ruiny. Była na tyle taktowna. a jego to właśnie radowało.. Cieszył się hałasem. Trochę się gubił w amfiladzie po- koi. Odrzucił tors do tyłu. Aleksander uderzył jeszcze parokrotnie siekierą. bez której nie może się obyć prawdziwy ogień w kominku. a przedramiona służyły mu jak taca na coraz większe ciężary. że za dużo dźwiga. który musnął zmatowiałe lustro — czując chłód. Małgorzata protestowała. Zabrał się więc do tego. W sadzawce odbijały się ostatnie promienie dnia. który tarasował zapewne komin. staruszek jeszcze nie skapcaniał do końca — mizdrzył się. płomień buchnął dziarsko. budowli.ciężkie od śniegu opadały coraz niżej jak gigantyczne zeppeliny i rozdzierały się na koronach drzew. prowadzących do saloniku. konarów i polan. Przyniósł zapasy drewna. Po przyniesieniu ostatniego ładunku zamknął drzwi oranżerii — „chcemy mieć spokój” — a nawet je zabarykadował przy po- mocy koślawego stołu.

Małgorzata nałożyła jeden wielki biały sandał i usiadła na piętach. to jest nie- zrozumienia. oświetlone z jednej strony i ciemne z dru- giej. Wrócił do swego dzieciństwa. które jego ojciec znał na pa- mięć. mającymi wyrażać współczucie. to znaczy w piętnaście lat po fakcie: „Korzystam z każdej okazji. to zawdzięczamy to przede wszyst- kim Rosji”. I Mangin: „Aliantom nie wolno nigdy zapomnieć usługi oddanej im przez Rosję”. pojawiały się znowu w jego pamięci. — Kto jak kto. po to by wróg obrócił się przeciwko niej”. A Joffre. Wszystkie te urywki cytatów. Aleksander wrzucał korki z butelek do ognia i przyglądał się procesowi ich zmiany w żar. Wszystkie historie. I Naylor: „Bitwa nad Marną wygrana została przez koza- ków”. głównego tematu. — Pańska whisky. — A przecież Foch powiedział: „Jeżeli Francja nie została wymazana z mapy Europy. ale Joffre musiał wiedzieć co mówi. w roku 1929. Słuchała monologu Aleksandra. żeby znowu nabrało rumieńców. która się w nim nagromadziła. wylewając żółć. 407 .. krążyły wokół jednego. Nigdy nie zapomnę o straszliwych poświęceniach rosyj- skiej armii. a ponad szklankami uśmiechnęły się do siebie dwie twarze. Ich dłonie zetknęły się. które opowiadał. reagując tylko niearty- kułowanymi dźwiękami. by wyrazić podziw dla armii rosyjskich i dać upust mojej najgłębszej wdzięczności wobec nich. na jakie natknęli się we Francji obaj Psarowie. proszę pana.. prawda? A oni wszyscy mówili mojemu ojcu tylko o rosyjskiej pożyczce! Płomienie odbijały się w jego kieliszku napełnionym burgun- dem. I Paléologue: „Nie mieliśmy nigdy lepszego i bardziej nam oddanego przyjaciela niż Mikołaj II”. heroicznych i całkiem świadomie ściągniętych na siebie.Wystarczyło dmuchnąć. żeby znów zaczęło szeptać. Kolacja była tyleż fantazyjna co obfita. oj- ciec i syn. wygłaszał je więc hu- czącym głosem.

Nikt nie znał jego prawdziwego imienia. Byliśmy ludźmi z awansu. Aleksander pił wino. Zachwycały go iskry buchające z ogniska. której przyznał część terytorium kraju. bo psar to psarczyk. Przemie- rzał Rosję na koniu. Był jednym z opryczników najbardziej wiernych. 408 . To właśnie szep- tali sobie do ucha starzy bojarowie w ich pelisach. Wszyscy nazywali go Psar. nic tam nie poprawiając. Coraz to nowe obrazy odżywały w jego pamięci: — Psar! Nazywano mnie Car. jeśli się wszystko weźmie pod uwagę?. Małgorzata słuchała z policzkami zarumienionymi od ognia. Słyszała pani o Iwanie Groźnym? Stworzył on rodzaj gwardii. Miało to znaczyć: car mnie lubi. który na zmianę przygasał lub rozjarzał się. Ale było też przy- słowie związane z nami: „Wkradłem się w łaski cara. I właśnie jedno i drugie mamy w naszym herbie.. Komu by się bardziej udało w Rosji? Moja rodzina nie jest bardzo sta- ra. najzacieklejszych. z dłońmi za- plecionymi na brzuszyskach. W chaotycznych wspomnieniach pojawiała się często postać Dymitra Aleksandrowicza. mając przymocowane do siodła psią głowę i miotłę.. moja sytuacja nie jest najlepsza. w pewnym sensie. I miał takiego forysia. co umieścić w her- bie. Stare rody kpiły z nas: „Nie wiedzą. służącego. szyderczo! Ale w końcu carowie. naturalnie Car. Opowiedział jej nieszczęsną historię chłopa wyzwanego na pojedynek. — Wtedy nie byłoby pana na świecie — wymamrotała Mał- gorzata. — Jak on cierpiał! Za nic! Byłoby lepiej. tak. brak mi zgody psara”. zajmującego się psami. miotła była symbolem nienawiści do zdrady. Psia głowa oznaczała czujność. Aleksander rzucał od czasu do czasu polano do kominka. oddzieloną od pozosta- łych prowincji: oprycznina. gdyby zginął w wal- ce z czerwonymi. Jak bolszewicy. ale jeżeli Psar jest mi niechętny. dlatego dali tam insygnia swego korpusu”.

w której kieszeni Alek- sander go nosił. nawet gdy szlachetnie suche ciepło ognia w ko- minku już nie drażniło ich nagich skór. Nie wiedział jak to się stało. zaczęła się powoli ubierać. Za nic w świecie nie chciałby nadużyć współczucia. policzkujące swe dzieci? Był dotąd przekonany. Dorzuciła drewna do ognia. Rozpłynął się w śnie i towarzyszyło mu błogie przeświadczenie. przydymionych ogniskiem i palą- cych jak ogień. Wiedział. Obawiała się jednak. że nie docenił Francuzek. wyszła na korytarz. Gdy przekonała się. na zmianę szczypiąc się i wbi- jając sobie paznokcie prawej ręki w lewą dłoń. że otrzeźwiał. Ponad ich głowami wciąż jeszcze pojawiały się na suficie róż- owe odblaski. jak to się zda- rza tylko w najgłębszym śnie. żeby dało się później wrócić. Natychmiast zmoczyła nogi. Na szczęście nie 409 . kolce krzewów podrapały jej łydki. Mogła była wziąć kluczyk od samochodu. odpowiedziała: — Ależ ja pana kocham. że odgłosy silnika mogłyby go obudzić. wzięła latarkę i. — A pan. tak by nie trzeszczał par- kiet. Wiedziała. przedostała się do oranżerii. ale czułe? Te zawsze pokryte makijażem kobiety. odsunęła wzniesioną przez Alek- sandra barykadę i wyszła na dwór. Wybrała się więc do wsi piechotą. Idąc za żółtym krążkiem światła latarki. Małgorzata walczyła ze snem. Przeszła przez bramę i zało- żyła ją kamieniem. Przyciskał usta do jej warg. że po raz pierwszy miał w swych ramionach Fran- cuzkę i dziwiąc się jej czułości. zmysłowe. To wrażenie sprawiło. starając się iść lekko. wisząc prawie w jego ramionach. Za daleko się posunąłem. Ona jednak. pan nawet nie miał matki. nie spuszczając Aleksandra z oczu. okazanego mu przez tę kobietę. Cofnął się: — Proszę mi wybaczyć. że Aleksander jest już całkowicie rozluźniony. że czu- łość jest cechą Słowian. że wziął Małgorzatę w ramiona. roz- ważając fakt. Aleksander zasnął. że Francuzki są senty- mentalne.

On jest w stanie nerwowego wyczerpania. — Przykro mi. Gdzieś rozległ się dzwonek telefo- nu. wrzuciła do automatu pięcio- franówkę i wykręciła numer. że musiałam się uciec do metod nadzwyczaj- nych. Wioska spała. starszy niż pozostali. — W porządku. żeby go podre- perować. nazwę wioski. I tak jej miejskie buciki nie były stworzone do marszu w śniegu. W tej chwi- li śpi na niej”. należała do zrzeszenia studen- tów. że pozwolił się zabić. była aktywna w kole naukowym. Podała numer rejestracyjny samochodu. opisała położenie pałacu. wziął ją na stronę: „Chcesz robić naprawdę coś poważnego? Nie 410 . Na przejście dwu kilometrów potrzebowała czterdziestu minut. Małgorzata wróciła do zamku. wyjaśniła. jak można dostać się do środka. Wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. kokietowała wszystkich napotkanych komunistów. — Spokojnie — usłyszała męski głos — już nagrywam. Pewnego dnia nowy kolega. a dzwonię z kabiny. Przed dwudziestu dwoma laty była po drugim roku prawa. Opowiedziała wydarzenia ostatnich trzydziestu sześciu go- dzin. „Nie wypuszcza jej z rąk. Wiedziała już.nosiła szpilek. lecz nie odezwał się. Wspomniała o teczce. Czyż to jednak miało znaczenie? Czekała na ten moment dwadzieścia dwa lata. Chciała zapisać się do partii. że będzie miała silny katar. Ale postępuję zgodnie z instrukcjami. Nie mam dużo drobnych. jak w bajce dla dzieci. Rozmowa przerwała się. Za- częła mówić: — Tu Łajka. starając się iść po swoich wła- snych śladach. Odnalazła kabinę telefoniczną. proszę kontynuować — odrzekł na to głos mężczyzny. Nie mo- gła wybaczyć swemu ojcu. Gdzie? W jakimś gabinecie? W czyjejś sypialni? Nie miała pojęcia. Trzeba było tak zrobić.

Co tydzień spo- rządzała raport o działalności agencji. Był to po prostu nie pierwszej 411 . dołączała listę spotkań. policzek rozpłaszczony na powierzchni teczki. W każdym razie niczego nie ukry- wa. zasługuje na takie powitanie. tracił arogancję swej urody. Wkradła się z powrotem do pałacu. Zaufała temu niewysokiemu kędzierzawemu mężczyźnie o zielo- nych oczach. z góry. że nie pomyliliście się? Nie chcę tracić mojego czasu. miał rozchylone usta. że ona. czego się u was nauczyłam”. który dla niej pozwolił sobie podziurawić skórę na drugim końcu świata. Francja na- tomiast nic nie uczyniła dla starszego sierżanta Thériena. gwarantuję wam. Niekiedy kończyło się ofuknięciem: „Proszę się zajmować tym. a teraz nienawidziła go. który odwiedziła dwukrotnie i który ją tak gościnnie przyjął. że Psar istotnie był antykomunistą i chce zaszkodzić ZSRR. zapisała się na kurs dla sekretarek. nabyła tro- chę doświadczenia. omawiała rozmowy telefoniczne. Zerwała wszystkie kontakty ze skrajną lewicą. zwykła sekretarka. co do pani należy”. Widziany w ten sposób. chcę zrobić użytek z tego. tego poplecznika reakcji.tylko blabla? W organizacji będziesz miała tylko jedną alter- natywę. Jesteście pewni. będziesz albo katem. nie towarzy- szył mu też blask jego inteligencji. Przypatrywała mu się przez kilka sekund. Od czasu do czasu ogarniał ją niepokój: „Nie wygląda wcale na takiego prawicowca. bardzo szcze- gółowo. kopie listów. Zasługujesz na coś lepszego”. opu- ściła uniwersytet. Psar spał dalej w tej sa- mej pozycji. Wcale nie uważała. skórę twarzy zarumienioną od ognia. Miał w ustach niedopałek i patrzył na nią z dołu. krajowi. Zobaczy to pani pewnego dnia”. Kiedy indziej zapewniano ją: „Ten osobnik tylko się maskuje. Do- piero publikacja Rosyjskiej prawdy i założenie „Konfraterni” przekonały Małgorzatę. albo głuptaskiem. że zginął. karząc go za to. Po jakimś czasie przydzielono jej pilota i misję: pilnować Psara. Leżał na boku. ale najwidoczniej ZSRR potrafił docenić wysiłki swych zwolenników. Podziwiała niegdyś swego ojca.

Tak samo przed paroma godzinami dobrze się czuła w jego ra- mionach. Nacierając sobie alkoho- lem stopy zastanawiała się. który dał jej tę przyjemność. nie odpychał jej ani jej pociągał. lubiła oddawać mu usługi. . czy nienawidzi swego szefa. lecz robiła to przeciwko niemu. Ojciec Małgorzaty był zaledwie podoficerem — podró- żował drugą klasą. Trzęsła się z zimna. ale Małgorzata nie miała dla niego litości. Był wrogiem klasowym. pracowała dla niego z przyjemnością. co agencji. nie człowiek. To jej się spodoba- ło: zabrać wrogowi klasowemu ciepło. Nie tyle jemu. Tego ją nauczono: to był wróg klasowy. Podobała jej się praca. Mężczyzna. nie miał prawa wstępu do mesy oficerskiej — ale i on był kontrrewolucjonistą. służyła mu przykładnie. A przecież w rewolucyjnej ar- mii byłby co najmniej pułkownikiem. śpiący jak dziecko. Pra- cowała dla niego całymi latami. kontrrewolu- cjonistą. to wszystko. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą litować się nad wrogiem klasowym. Był białogwardzistą. Wsunęła się więc pod koce i przywarła do Aleksandra.młodości jegomość. zwinięty w kłębek. Mógłby w kimś wzbudzić litość. Nie. Ale liczyła się tylko czysta przyjemność.

usiadł. skrzyżował nogi. ale coś mi się wydaje. Bywa i tak. za- dzwonił o trzeciej nad ranem do drzwi Piotra. Podkreślał węzłowe momenty opowieści wypuszczając błękitne kłęby dymu. że nigdy nie zostawił Oprycznikowi żadnych do- kumentów. Siadaj. Piotr. Podczas trzydziestu lat służby Oprycznik mógł robić notatki — prawdopodobnie prze- chowywał je w sejfie banku w Pontoise — i gdyby przekazał je Francuzom. 9 „WRÓCIĆ” — Przepraszam że cię budzę. On sam był całkiem pewny. Wyłożył wszystko. Piotr nie był wcale zaskoczony. — Wejdź. Raczej przeciwnie. bardzo spokojny. Zapłaciłby za to on. byłoby gorąco. Ale szkoda byłaby tak czy 413 . Nawet gdyby to nie były dokumenty. Pietucha. To dlatego właśnie — i także na skutek instrukcji Pitmana — postanowił przykręcić mu śrubę. Jego gło- wa poleci.. Nikitin. Piotr na swą pidżamę w paski brązowe i srebrzyste narzucił czarny. zapalił papierosa: — „Moja” zadzwoniła do mnie. młody. że „twój” wypuścił się na dalszy spacer. jasnowłosy i spokojny. Wyczuwał od jakiegoś czasu chwiejność Oprycznika.. pilot Małgo- rzaty. czego się dowiedział. Opowiedz. Może jednak jego poprzednicy byli mniej ostrożni. rzecz jasna. Piotr niepokoił się szczegółem dotyczącym teczki. Nikitin. Nie dosłownie. Najwi- doczniej nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. w złociste wzory japoński szlafrok.

Nie jest to ktoś. — Towarzyszu pułkowniku.. trzeba zadzwonić do Możuchina. Nie poznaję cię. Gdy ceruje skarpetkę. Wolałbym nadal służyć pod wami.. — Zobaczymy. Piotr ubiera się pośpiesznie. „rezydenta”. Możuchin cieszy się pewną sła- wą. by potem — rzecz niesłychana w kronikach KGB — rozpocząć od nowa następną karierę. Przez dwa- dzieścia lat był „nielegalnikiem”. dzwoni do Moskwy. wypija półtora litra dziennie. kto by się cackał ze swoim personelem. czy mógłbym was zaraz zoba- czyć? — Dałeś się opanować przez tych spryciarzy. Podziękował Nikitinowi. — Tak jak widzę twojego faceta — powiedział Nikitin — na- wet jeżeli go odzyskasz. wskakuje do swego volvo. trzeba będzie mu znaleźć inną sekretar- kę. — Towarzyszu pułkowniku. którego nie da się pod- słuchiwać. Nikitin odszedł. bezpo- średniego zwierzchnika Piotra. a potem zjada tę bułkę. Jest kawalerem. W końcu został zdemaskowany. tym razem „le- galną”. uchodził za Francuza. nakłada ją na bułkę. daj mi zaraz znać. wchodzi do gmaszyska w pobliżu La Muette. Zadzwoń do Moskwy i daj mi się wyspać. prze- jeżdża przez Paryż. I natychmiast zaczęło się dobrze mu znane pieczenie w żołądku. oddano mnie do ich dyspozycji wbrew mojej woli. pożegnał go: — Gdyby było coś nowego. na tyle na ile to w ogóle możliwe w wywiadzie. to jest żył pod fałszywym na- zwiskiem.inaczej. zdążył na czas uciec. Piotr zażył tabletkę przeciwko nadkwasocie. Piotr wolałby polować oszczepem na dzika albo iść z nożem na niedź- wiedzia niż budzić Możuchina o trzeciej nad ranem. osiąga swój gabinet i ze swego telefonu. Trudno. Automat przełącza go z pałacu Roztopczynów na mieszkanie prywatne Pitmana: 414 . — Pluję na to. co trzeba będzie zrobić. wiecie o tym dobrze.

że mo- gła z tym mieć coś wspólnego Ałła Kuźniecowa. Pitman ma wrogów pośród czapek-niewidek. Sprowadzi go pan do Paryża i będzie mnie pan z go- dziny na godzinę informował o rozwoju sytuacji psychologicznej.. że nie zawiadomił Piotra o wyjeź- dzie. opłacana przez dwadzieścia lat i do tej pory przysyłająca świetne raporty. Jeden plus w ka- żdym razie: sekretarka. że operacja Twardy znak ma zbyt wielkie znaczenie. Przede wszystkim antysemici będą zachwyceni.. to jedyny zarzut. który biegnie z Paryża. jaki można przeciwko nie- mu wysunąć. Teczka. nagle się przydaje. Jeśli tak. — Jeszcze nawet słońce nie wzeszło!. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje zdrowie — gderze tłu- stawa Eliczka. W każdym razie sprawę tę należy potraktować bardzo deli- katnie. Pitman mógłby jaśniej rozumo- wać. Może Oprycznik miał umówione sekretne spotkanie z jakimś członkiem „Konfraterni” albo też zechciał spędzić oryginalne wakacje z własną se- kretarką. Jeżeli Twardy znak zostanie zdra- dzony Francuzom. po- mylił się nakazując przykręcić śrubę Oprycznikowi? Zawsze go- tów jest przyznać się do pomyłki. że można go jeszcze tam znaleźć. Przysłuchuje się pełnemu niepokoju głosowi. że nie zasnę już. Co robić? Być może alarm jest fałszywy. Wiesz. Natychmiast wybierze się pan do te- go pałacu i powie Oprycznikowi. Inny plus: jeśli Psar schował się w tym pałacu. to znaczy. nie przychodzi mu w ogóle do głowy. wiąże się z tym. Gdyby tylko Eliczka przestała mruczeć w swoich poduszkach. 415 . „To nie moja wina. Pitman nie słucha jej. lecz w tym wypadku przeko- nany jest. cały areopag będzie z niego drwił. przekazana z powrotem do dyspozycji jej dyrekcji. Czyżby pilot zachował się niezręcznie? A może on. tyle że do niczego nie przy- datne. jeśli jego montaż się rozleci. jakkolwiek wybitne byłyby jego zalety. Jakub Mojsiejewicz. tak jak rozbraja się bombę. Generał Pitman ma może zbyt wąskie pole widzenia. która z wiekiem zamienia się w zrzędę. Myśl. — Oto co trzeba zrobić. towarzyszu generale”. Ucieczka. że ma pan dla niego dobre wia- domości. by jej losy uzależniać od inicjatywy pojedynczego agent d'influence.

I najważniejsze: trzeba położyć rękę na Opryczniku. tak że w razie jakiegoś incydentu mogą się nimi zasłonić.Jeśli dojdzie pan do wniosku.. ale tym ra- zem postanawia okazać wielkoduszność). w którym się ukrył? Czy mam spalić sekretar- kę? — Dziękuję. Ale jedyny sposób. Proszę mu powiedzieć. wziąć broń? Piotr wypowiedział te słowa z pewnym zażenowaniem. jesteśmy starymi znajomymi — proszę mi zaraz dać znać. nie dopuścić. jeśli istotnie ma taki zamiar. co znaczy owo „za wszelką cenę”. towarzyszu generale. i w rezultacie. 416 . skąd wiem o miejscu.) Tylko. Znajdziemy później jakieś wytłumaczenie. Są jednocześnie mało konkretne i dramatyczne. jak wytłumaczę Oprycznikowi. Za wszelką cenę.. żeby przeszedł do Francuzów. że bardzo jesteśmy zadowoleni ze sposobu. Żad- nych szczegółów. i na kosztach. — Tak.. (jednak żal mu wymówić to słowo. lepiej oszczę- dzić sekretarkę. żeby zwraca- no się doń per Jakubie Mojsiejewiczu. w jaki się rozwija operacja i że ktoś. nie ufają jej.. — Towarzyszu generale? — Co takiego? — Czy mam. powi- nien być przynajmniej generałem. że pamiętał pan o tym. czy ma wziąć ze sobą coś. tyle że od pewnego czasu „Mojsiejewicz” nie jest najlepiej widzianym patronimikiem. że spotkanie ze mną może mieć dobroczynny wpływ — w końcu to ja zwerbowałem Oprycznika. nie. kto prowadzi działania na taką skalę. A gdy- by zapowiedź awansu miała się okazać pożyteczna. towarzyszu generale. by sprawdzić.... Spry- ciarze z dyrekcji «A» lekceważą na ogół broń. (Pitman za- wahał się: oszczędza i na promocjach. co pozwoliłoby zapłacić na- prawdę słoną cenę.. krótko mó- wiąc. chociaż podjął już decyzję) krótko mówiąc czeka go przyjemna niespodzianka. Przełożeni lubią posługiwać się wyrażeniami w rodzaju „za wszelką cenę”. Nie. to zapytać. Na razie niech pan gra na naszej reputacji wszechwiedzących. (Pitman wolałby.

„Gdybym go spotkał. Część pracowników dyrekcji przeniosła się do nowych bu- dynków wzniesionych na obrzeżach miasta. imitacje starych dywanów. zna- lazł się w niebezpieczeństwie. Tym razem mo- żna będzie popróbować trojki ze Światosławem. swymi wielkimi wojskowy- mi buciskami i prawie że żałuje swej przynależności do czapek- niewidek. tego Aleksandra Dmitrycza.. gdy był chłopcem i którego uwiodłem na wieży Notre- Dame.. znalazłoby się kobietę dla niego. niemodne meble.. ale Pitman zatrzy- mał swój stary gabinet. lecz Piotr nie odzywa się z Pary- ża.. Eliczka chrapała od nowa. Dzięki temu ewentualne telefony osiągną go w pracy. przygotowany do podjęcia koniecznych de- cyzji. matusz- ki-Moskwy. Gęsty śnieg sypie się na plac Dzierżyńskiego.. gdyż wskutek tego nie wolno mu wyskoczyć do Pary- ża. Pitman westchnął: — Tak. na miłość boską. Twardy znak. szybko przemówiłbym mu do rozumu”. Zaczął igrać z myślą sprowadzenia Aleksandra na krótko do Moskwy. inteli- gentnie. czasem trzeba okazać wielkoduszność. Takie są marzenia Pitmana. Podnosi się z łóżka. 417 . intymniejszy i bardziej nobliwy niż nowe biura — pokój z podwójnymi zasłonami zdobnymi w falbanki i pompony. największy montaż jego życia. by poprawić morale żołnierzy”. którego znałem. Niech pan działa łagodnie. wygniata dywany. „To by mu dopiero pochlebiło! Samolot specjalny! Mohamed Mohamedowicz byłby przeciwny. myślę. Przyjęłoby się go triumfalnie. Tak. Ale. Także ordynansi przejęli ten sam styl i zawsze mieli na podorędziu dymiący samowar. Eliczka będzie mogła się wyspać. ubiera się i każe się zawieźć do biura. niech pan się stara nie robić z niej użytku. Jakub Mojsiejewicz przechadza się po gabinecie. z jej tysiącem złoconych kopuł.. nałożyłoby mu się na grzbiet jego mundur. a on bę- dzie na posterunku. Ale Jakub Mojsiejewicz nie mógł zapaść w sen. z powodów raczej mistycznych niż profesjonalnych. że tak.

Małgorzacie udało się rozpalić ogień przy pomocy kartonowych opakowań. W razie potrzeby popro- siłby Fourvereta. Na razie. wykorzystałem sytuację. że jest to świetne zajęcie. Od ilu wieków biły te dzwony? „Przyzywa mnie głos Francji”. 418 . Dałby Małgorzacie najlepsze rekomendacje. — Jeżeli jesteśmy kasztelanami — powiedział — powinniśmy teraz pójść do kościoła. żeby znalazł dla niej odpowiednie miejsce.. lecz szczęśliwy. Małgorzata przeciągnęła się: — Jesteśmy jak prawdziwi kasztelanowie. tak szczę- śliwy. dla kogo ja pracuję!” Musiałby poszukać innej sekretarki. Przyniósł jeszcze śniegu dla Mał- gorzaty i wybrał się po drewno. wspaniałej. Gdy wrócił do pokoju. gdyż był to ich dym. „Jestem chamem. Zaparzyła też kawy. niechże z niego skorzystam”. W dali rozległo się bicie dzwonów. Na razie znowu wziął Małgorzatę w ramiona. jeśli zdecyduje się prowadzić dalej tę grę i zachować agencję. pomyślał Aleksander. Dzięki gorączce nie czuł mrozu. okropnej. Aleksander obudził się z gorączką. „Ja pana kocham”. Nie można dyktować służbowych listów własnej kochance. Dźwięk ten przypominał nieco głos pękniętego gongu. ponieważ czuć ją było dymem. co się wydarzyło. Gdyby ona wiedziała. Później wybrał się z plastikową miednicą po śnieg i zrobił coś w rodzaju porannej toalety. Od jak dawna go kochała? A on nic nie zauważył! Sytuacja będzie bardzo trud- na. Patrzył w białe okno i mówił sobie. nie bez prozaicznego wyrachowania: „Jeśli już popełniłem głupstwo. Przy goleniu zaciął się kilkakrotnie. Dopiero po jakimś czasie przypomniał sobie o Małgorzacie i o wszystkim. Jego dłonie drżały z gorączki. że znowu zajmie się przygotowywaniem drewna.. Długo nie podno- sił się z posłania. jak już dawno mu się to nie przydarzyło. wędrował długo w śnieżystym po- wietrzu i uderzał o szyby pałacu. że czuł się teraz swobod- niejszy. Wczorajsze zwierzenia sprawiły.

dziś jednak był w nim spokój. w jakiej brała udział od czasu śmierci ojca. Światło czerwonej lampy było jedynym akcen- tem kolorystycznym w szarości kamienia. szare. nie całkiem pusty. Ci prowadzili jagnię. ksiądz w białozielonym ornacie. wewnętrzna cisza. zimny i pusty. jeszcze inny z pudełkiem pełnym biżuterii. Za dziećmi postępował. ubrani w owcze skóry. cienkie. Kaszląc i ki- chając pozwoliła się zaprowadzić na pierwszą mszę. obok niej chłopczyk z bu- zią wysmarowaną pastą do butów i w złoconej koronie. lecz jednocześnie prawie suche. Pomysł pójścia do kościoła rozśmieszył Małgorzatę. Kościół był ogromny. monotonii brązowych ławek. były twarde. by słuchać głosu instynktu czy przeznaczenia. jakby ulotne włosy. Miał szarą twarz. karków i ciepłych kołnierzy. 419 . Ciszę podkreślały jeszcze bardziej odgłosy kaszlu. inny z kadzielnicą. szep- ty. trzy- mająca porcelanową kukiełkę w ręku. gdzie „dłonie” rymowały się z „błonie”. matowości włosów. wyglądały kiep- sko. że były to postacie szopki: dziew- czynka z głową przybraną skrawkiem czerwonego sukna. Weszła procesja. Wtedy chłopczyk kopnął zwierzę w brzuch. Choć nie. które zdawały się przeliczać wiernych. które opierało się i nie chciało iść naprzód. inny z przyprawioną brodą. pełną werwy pieśń. Nigdy nie pozwalał sobie na to. kiwając się. Musiał obsługiwać dziesięć parafii i odprawiał właśnie piątą mszę świętą tego Boże- go Narodzenia. zgrzyt krzesła na kamiennej posadzce. a „droga” z „do Boga”. Za krzyżem posuwały się dzieci. Ale właściwie czemu nie? W końcu było Boże Narodzenie i wszystko było już całkowicie fantastyczne. Nieszczęśnik wyglądał na wyczerpanego. siedziało w pierw- szych ławkach. kobiet i mężczyzn. Dzwon zamilkł. i małe ciekawskie oczy. Dopiero po chwili Aleksander zrozumiał. Wszyscy śpiewali harcerską. Jej buty. i na końcu chłopczyk i dziewczynka. Ze trzydzieści osób. trzyma- jący pałki w rękach. zostawione na noc przy kominku.

wewnątrz. Albo dla mnie. Ale tutaj. Gdy dzieci dotarły do groty zrobionej z papier-mâché. chciałbym was o jedno prosić. „To niemożliwe — powiedział sobie — żeby nie maczała w tym palców moja dyrekcja. Na przemian złączał i rozłączał dłonie: — Moi drodzy. jeśli wam tak wygodniej. Zróbcie to jednak dla Pana Boga. A przecież przypominam sobie z całą pewnością. Było w niej coś biednego. Kilka przygotowanych już aparatów fotograficznych zniknęło i Aleksander pomyślał z szacunkiem o tym księdzu. Wrócą do was. A mimo to coś się wydarzyło. Być może Duch Święty był mniej wymagający niż Aleksan- der. Tak więc proszę was. że to trudne. że ich Mistrz dał pierwszeństwo Marii. Quos vult perdere Directoratus dementat. Wykluczone. że kochacie wasze dzieci. Wiem.. ale. a trywialna mu- zyczka podkreślała tylko słabe strony pieśni. może postanowił wytrwać w upokorzeniach i blasfemii 420 . gdzie Pan króluje w ma- jestacie. nie mógł nic zrozumieć z tej parodii mszy protestanc- kiej. a nie Marcie”. żeby Kościół sam z sie- bie zrezygnował z piękna mszy świętej. Dzieci rozumieją powagę tego. a dziewczynka prowadząca orszak złożyła lalkę na łożu ze słomy. Zaczęła się msza. Aleksander.. choć nie potrafiłby powiedzieć co. z ponumerowanymi przyśpiewkami i lekturą Ewangelii w języku prostym. który nie go- dził się na kompromis i próbował ocalić w swoim kościele choć- by tylko jeden atom sacrum. Może wyda wam się to śmieszne. ja wiem. proszę was: nie róbcie teraz zdjęć.. co robią. gdy wyjdziecie z kościoła. którzy wydali pieniądze i kupili lampy błyskowe. i ja także je kocham. Nie trzeba im podsuwać pokus próżności. jeśli nawet nie prostackim. który miał w pamięci surową wspaniałość rytu gregoriańskiego i za- glądał czasem do cerkwi prawosławnej.. dającej ludziom na ziemi wyobrażenie o Królestwie Niebieskim. nawet ci. wiem. ksiądz wygłosił małe przemówienie utrzymane w tonie skargi.

zbyt wiele wzniosłej lecz nie uduchowionej muzyki opla- tającej Kościół. a potem wstrząsu. zagubienie.. ale jednak nie-rozszczepialna. chlebem. dłonie na pastorałach. 421 . dzieckiem podającym wodę czerwonymi chłopskimi ręka- mi. Aleksander doznał najpierw wzruszenia. i to niezależnie od marności otoczenia. przed którymi proboszcz co tydzień wygłaszał kazanie w złym guście? „Być może — myślał — takie oczyszczenie jest niezbędne. Wolałby biskupów w mitrach. To. i nie miał nic przeciwko temu. poniżona. To po to właśnie ludzie przyszli do kościoła. niedostatku i nawet głupoty? Czy właśnie tego miał się nauczyć w tym wiejskim ko- ściele. To się tak mało zmieniło przez dwa tysiące lat. gdy boskie maszyny druzgocą wiernych. błędna droga. że skromny. Po wygłoszeniu skromnego kazania ksiądz zaczął przed ołtarzem gromadzić swe małe gospodarstwo. tym bardziej niezwykły. tutaj jednak zdawało się. i przyłączyć się do niego można tylko w cierpieniu. która domaga się wła- śnie swego przeciwieństwa. Być może zbyt wielu jest kardynałów. Zarzucał zawsze Bogu. miało decydujące znaczenie. że Chrystus był z definicji tym. ta domowa inscenizacja z jej naczyniami. kompensaty. Kościół to może ża- glowiec.. dochodziło do metamorfozy podobnej do tej. W Aleksandrze zaczynał się wielki przełom. co prawda zdegradowana. wi- nem. że Bóg porzucił samego siebie i jednak od- najdował siebie. który musi płynąć zakosami. przybie- rającym postać męczeństwa. co materię przemienia w Boga? Mękę w Boga? Czy znaczyło to. w cudowny sposób. Po to był tu ksiądz. a może słowa i gesty kryły w sobie tajemnicę o nieod- partej mocy...brzydoty. że porzucił swych wyznawców. opuszczenia. co się tam działo. pośród wiejskich głuptasów. który cierpi.” A jednak nie podobało mu się to. pogodzenie się z lo- sem. Czyżby krył się w tym sens głębszy niż Aleksander umiał to kiedykolwiek zobaczyć? Czyżby wtedy. zbyt wielu dostojników w fio- letach. że przemianie tej patrono- wała rzeczywistość nadprzyrodzona. bez honoru.

że lubi pieprz i ona zajęta by- ła posypywaniem jego befsztyka pieprzem. śledzeni wzrokiem przez tubylców. — Proszę tu czekać. Nieduży mężczyzna w ciemnogra- natowym płaszczu. usłyszał zgrzytanie me- talu o metal. Aleksander z Małgorzatą. — Co to? — spytała Małgorzata. Nie śmiała go zapytać. nie ruszając się z miejsca. Zaczynała nim komenderować. przyjrzał się uważnie okolicy. dlaczego nie chciał. że gdzie indziej jest ich królestwo. że nie są z tego świata. czyli siąść na podłodze nad dwoma befsztykami pachnącymi dymem. ale jeszcze nie nazy- wała go Aleksandrem. „A ja? — pytał samego siebie — czy wciąż jeszcze zależy mi na «powrocie»?” Jeśli jednak przyszło się znikąd. ale nie zapomniał o swojej teczce. otrzepał dłonie z rdzy. i gdy tylko zdecydują się „wrócić”. dokąd miałoby się wrócić? Gdy msza się skończyła. przyjmie ich niebiańska ojczyzna. żeby wejść do parku. że jest uzbrojony. obchodząc pałac. otrzepując co jakiś czas w komiczny sposób śnieg z butów. On sam nie miał pojęcia. Po chwili. który miał wyczulony słuch. jak to nazywali. Może lękał się śmieszności. Małgorzata powie- działa. ciasno ściągniętym paskiem.przypominających wiernym. zaczął iść wzdłuż tych śla- dów. pozostawiony daleko. Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż śladów pozostawionych na śniegu. Właśnie zamierzali usiąść do stołu. że idzie do kuchni: — Proszę przynieść mi śniegu. Skoczył do okna. 422 . Wyprostował się. Aleksander właśnie powiedział. Wziął mi- skę. Mały mężczyzna prześliznął się przez bramę. by wiedziała. Na końcu alei prześwitywał samochód. a może nie chciał. żeby ona wiedziała. Nie mówiła już do niego „proszę pana”. dlaczego nie rozstaje się z nią nawet na moment. odsuwał bramę. gdy Aleksander. by w pałacu nie usłyszano motoru. wrócili do pałacu. jak bardzo łamie przepisy prawa.

lecz ręce mu nie drżały. Gdy przebiegał przez oranżerię. Wiedział. przyszło mu to prawdopodobnie do głowy wczoraj. położył ją u swych stóp. Zatrzymał się na balkoniku wieńczącym schody. Zbiegł błyskawicznie po kamiennych schodach. Aleksander otworzył cicho teczkę. Aleksander mógł obserwować jego poruszenia. W biegu uświadomił sobie. chroniony przez mrok i układ oranżerii. musiałby zobaczyć drewniane scho- dy. Mężczyzna znajdował się w połowie oranżerii. że opracował już plan obrony. zobaczył cień przesuwający się w jednym z pół- okrągłych okienek. — Gdzie jesteś? Jego trójkątna twarz oświetlona była skośnym promieniem światła dziennego. Aleksander chwycił teczkę i rzucił się na korytarz. prowadzące do piwnicy z winem. Wargi Aleksandra poruszyły się. Nabrał powietrza do płuc. Aleksander wyrzekł jedno słowo: — Piotr. chociaż nie mógł ich widzieć. Mężczyzna zamarł w bezruchu. gardło miał ściśnięte. Widać było nawet pojedyncze kiełki wąsów. Mężczyzna otworzył zewnętrzne drzwi. 423 . Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Brakowało mu niewiele już tylko metrów do schodów. W chwilę później odwrócił się wolno. dokąd iść. Gdyby obrócił się w prawo. ale nie spojrzał w tę stronę. Stąd panował nad całą przestrzenią oranżerii. odsunął barykadę. Znajdował się w odległości dziesięciu metrów od Aleksandra i o trzy metry niżej niż on. Serce biło mu mocno i szybko. w cieniu bramy. Skierował się do kamiennych schodów. wyjął z niej rewolwer i czekał. z którego dobywał się głos. przesączonym poprzez brudne i osnute paję- czynami okienka. Jego wzrok usiłował przeniknąć ciemność. gdy rąbał drzewo. Wdrapał się szybko na drewniane schody. Mężczyzna wszedł do środka. znaleźć miej- sce.

Aleksander pomyślał z odrazą: „Wąsata żmija”. nerwowym głosem. Posługując się podwójną akcją rewolweru. Miałby ochotę zwymyślać w ordynarny sposób. umieścił trzecią kulę po lewej stronie klatki piersiowej. Naprowadził muszkę na szczerbinkę. który wydawał obrzydliwy zapach. Echa wystrzałów przetaczały się przez oranżerię. który wyginał się przed nim. czy jest to zwyczajne zjawisko. Aleksander pomyślał. „A więc Piotr był tchó- rzem — osądził niesprawiedliwie. Huk wystrzału był ogłu- szający. 424 . dotąd sądził. przez szacunek dla śmierci. że na polach bitewnych czuje się zapach krwi. przyjmujący tylną pozycję. Aleksander nie wiedział. zabarwiona prawdziwą rozkoszą: „Zastrzeliłem bezbronnego człowieka”. wąsata żmija. Jednocześnie krążyła mu po głowie myśl. nie pozwoli się wziąć jak jakiś Gawierin. Rozległy się dwa dźwięki: obrót bęben- ka i kurek. przesunął go więc w przeciwną stro- nę kulą wysłaną w prawe ramię. Ale cóż tam! Udało im się przecież znaleźć Ga- wierina. Piotr trafiony został w okolicach lewej klapy marynarki. tak jakby nie mógł się zdecydować. Aleksander strzelał dobrze. Psar. wzniesiony przez eksplozje. w jaki spo- sób go odnalazł. ale jego nogi nie mogły go już utrzymać i zwalił się na ziemię. Piotr przechylił się teraz w lewo. Został odrzucony w tył i w lewo. tego pajaca. — To mnie wcale nie dziwi”. mimo gorączki. Aleksander zszedł po schodach i stanął nad trupem. Nie upadł od razu. Pochwalił samego siebie. On. czy przewrócić się w tył czy też do przodu. Ten efekt wydał się Aleksandrowi komiczny. — Gdzie jesteś? — spytała znowu. nie uczynił tego jed- nak. po rosyjsku. że powinien zapytać Piotra. wściekłości i paniki. Jelita nie wytrzymały. Opadł kurz. Czwarta kula rozłupała czaszkę Piotra. Odwiódł bezpiecznik.

Tak jakby sam nie był bolszewikiem. wszedł na górę po kamiennych schodach. Przeszedł przez oranżerię obchodząc z daleka trupa. Nienawidził tego człowieka od pierwszego wejrzenia. spostrzegł. że jedno z okien wielkiej sali było otwarte. Na śniegu widniały świeże ślady. nie chciał kołysać się na krawacie jak Gawierin. zro- biwszy obchód parteru. Jeden z dwu nabojów. Zadowolony z wyniku poszukiwań założył rewolwer za pasek spodni i ujął teczkę w rękę. że ktoś kto znajdzie ten nabój będzie mógł zidenty- fikować broń. przez które wyszła kula. skoro wiedział. płaszcza. ale jednak archetypy nie pozwa- lały na to: nie czuł się na siłach strzelać do kobiety. Z rany tryskała rytmicznie krew. Aleksander wdrapał się z powrotem na drewniane schody. tworzyła się gęsta skorupa. a poza tym walczył o siebie. lecz coraz wolniej. Dziwaczny obrazek: kupiec z bronią za pasem. zadana przez kulę o spiłowanym zakończeniu. że jej nie zabije? Żmija to co innego. postanowiła oszczędzić mu mąk wyboru. marynarki. Zresztą opróżniając 425 . Gdy jednak usuwał z bębenka zuży- te łuski i zastępował je nowymi nabojami. taktowna jak zawsze. — Bolszewik! — syknął. Rana. że widoczne było miejsce. Powinien był ją ścigać. Zmieszały się z sobą włókna ciała i strzępy ubrań. mógłby ją dogonić. Potrzebował trzech minut. jak z nią po- stąpić. Jego kolana drżały. ale nie stracił panowania nad sobą. była straszliwa. zadawał sobie tylko pytanie. po co jednak. było mu niedobrze. tak jakby obawiał się. Powinno by się ją zabić. zobaczył. Małgorzata. by go znaleźć. Był przekonany o zdradzie Małgorzaty. Płaski. które pozo- stały w bębenku. Nie znalazł jej w małym saloniku. gruby pocisk wyrwał wielki kawał ciała. gdzie wsiąkała w pył. koszuli. Ciało osunęło się w ten sposób. by wziąć teczkę. Tam. którym pokryta była podłoga. że jego dłonie znowu zaczęły drżeć. Wydało mu się to bardzo istotne. natomiast. potoczył się w ciemny kąt.

Na razie jednak posiłki nie pojawiały się. że widział to w ki- nie niż z czysto praktycznych względów. pozostaną zwłoki. a głównie dlatego. że pistolet o takiej charakterystyce nie może mieć żadnych nadzwyczajnych właściwości technicz- nych. Ale nie 426 . na której się nie znał. Nie wystarczyłoby zresztą zakopać zwłoki. broń. że być może Piotr nie przybył tu w pojedyn- kę. Systematycznie przetarł chustką do nosa wszystkie przed- mioty. czego szukał: klucze od samochodu. Jeśli nawet zaczajono się na niego. Wrócił do saloniku. których mógł dotknąć. fakt. iż w pałacu. a która jednak potra- fi strzelać z szybkością 700 pocisków na minutę.) W innej kieszeni znalazł to. typowe dla do- brego strzelca — nie zabrał ze sobą Skorpiona. jeśli poszukuje go KGB. nie zmieni w niczym jego sytuacji. (Gdyby był bardziej doświad- czony. pomyślał jednak. starając się wstrzymać oddech. VZ-62. ma wygląd zwyczajnego pistoletu. do którego nikt nie zaglądnie przed wiosną. raczej dlatego. był znużony. trzeba by usunąć krew rozlaną na posadzce. jeśli posłuży się bronią. Zresztą. Zadał sobie teraz pytanie. która. ani oskar- da. Może ktoś zaczaił się w parku? Trzeba sprawdzić. złożona. proszę. że będzie czuł odrazę. wracała gorączka. Znalazł tam przede wszystkim coś. że uwielbiał broń palną. Nie wpadł jednak na to i postanowił zostawić broń na miejscu. Rzeczywiście. Miał ochotę wziąć ten pistolet jako trofeum. niech strzelają! Odpowie strzałami. czy powinien pogrzebać zwłoki.. To wydało mu się skomplikowane. że spłaca jakiś bardzo stary dług. czego wcale nie szukał: czeski pistolet automatyczny. przeszukał kieszenie zabi- tego bolszewika. powiedziałby sobie. zapew- ne wypożyczony przez Małgorzatę. Opuścił pałac nie kryjąc się wcale. Cechowały go wszystkie ograniczenia. Spojrzał w stronę okna. W kominku dogasał ogień. Zniknął peugeot. w kieszeni jego płaszcza nie było kluczyka do samochodu. Nie miał ani szpadla.bębenek rewolweru miał wrażenie. Nagle pomyślał. Potem wrócił do oran- żerii i..

Volvo. co się zdarzyło. w śniegu. ani w samochodzie Piotra. roz- rywając rękawiczki. bramę. Już ja panią przestraszę. Drzwi prowadzące do oranżerii są otwarte. Zadaje so- bie pytanie. łamiąc paznokcie. trudno. — A teraz: dokąd? O drugiej w południe Małgorzata zadzwoniła do swego pilota. Biegnie w stronę bramy. Mogę sprawić. A później zostawią panią w betonowej piwnicy. grzęźnie w trawie. zniknęło. spokojny jak zawsze. Ci zabiorą się do pani w taki sposób. ani w alei. Osłabiona. Przestraszyła się. Przechodząc przez trawnik zaczepiła znowu płaszczem o kolcza- ste gałęzie krzewów. Małgorzata wróciła do pałacu. Nagle czuje wstyd: „Ja. Proszę się uspokoić i wrócić na miejsce. podnosi. Za chwilę wychodzi. — Boję się. że wszystko pani wygada.było nikogo w parku. Małgorzata wcho- dzi tam. To trudno. I to nie DST. — Idiotka.. — Nie wiem. zdzierając skórę dłoni. prze- wraca się. zobaczyć. — Co się stało? — spytał Nikitin. co znajduje się przed jej oczami: drzewa. że nie uda jej się tym razem podnieść bramy. 427 . Zrobiła to wreszcie. — Bardziej powinna się pani mnie bać. Małgorzata myślała. Słyszała strzały. sa- mochód. Policja równoległa. Zaczyna iść powoli. Wymiotuje. nie wiem!. przejście przez bramę. żeby uspokoić własne nerwy. starając się widzieć to tylko. — Czego? — wypuścił kilka obłoczków dymu.. Wsiadł więc do volvo i zapuścił silnik. Zaczęła ciągnąć poły płaszcza. Uciekła peugeotem. komunistka? Ja. cór- ka sierżanta francuskiej armii?” Bierze się w garść. cofając się. że zatrzymają panią Francuzi. które stało na samym początku alei. czy i jej ojciec tak wyglądał po śmierci. zostawiając strzępy materii na kolcach.

która osłodziłaby przykrą wiadomość). na 428 . — To był zręczny chło- pak. ale nie ma telefonu do dyspozycji. została pani sama w kawiarni. Z aparatu. Przed kabiną telefoniczną uświadamia sobie. że właśnie o taką chodzi. po co dała tyle drobniaków na tacę w kościele? Jedzie do sąsiedniej wsi. — Powinna była pani wiedzieć. wymieniają znaczące spojrzenia. Ich szef. mimo świąt Bożego Narodzenia. przepowiada mu się wielką karierę — kiedy przejeżdżaliście przez Pontoise. Dostaje tam drobne. oczywiście. Najbliższy tele- fon znajduje dziesięć kilometrów dalej. Z kabiny. Generał Pitman wciąż cho- dzi po swym gabinecie. Spróbujemy naprawić pani błędy. który — Nikitin wie o tym — nie jest podsłuchiwa- ny przez Francuzów. — Polecał mi pan używać tego numeru tylko w sytuacji alar- mowej. Dzwoni do Moskwy. Dzwoni. Czekała pani pół godziny. Jest zła. Proszę wracać do Paryża. tak? — Tak. — Proszę mi powiedzieć — Nikitin mówi spokojnym głosem. Pro- szę zadzwonić do mnie po powrocie. Pietucha odwalił kitę. Składa sprawozdanie. Ordynansi i sekretarze. Co za głupota. gdzie. — Szkoda — mówi na to Możuchin. Wszystko to przez tych spryciarzy z nowej dyrekcji. W Moskwie zapada już zmierzch. — Dlaczego nie zadzwoniła pani stamtąd? Zawsze przypisywać pomyłki podwładnym i na piedestale tych pomyłek stać się wielkim człowiekiem. znajduje otwartą stację benzynową. że brakuje jej drobnych. pilot Małgorzaty dzwoni do rezydenta. Wszystkie admini- stracje są do siebie podobne. po- sługując się jednym z jego tajnych numerów: — Towarzyszu pułkowniku (próbuje znaleźć formułę. mimo że dzielą ich różnice stopni.

czy od- damy go pod sąd po przesłuchaniu. odwrócił się. gdy tylko to będzie możliwe. Zdarza się czasem.ogół łagodny i pełen zrozumienia. może tysią- ce razy tę samą operację myślową. na Jakubie Mojsiejewiczu ciąży teraz obowiązek wprawienia w ruch odpowiedniej procedury... jest dzisiaj w nastroju „zdecy- dowanie ludożerczym”. Nie wiem jeszcze. nagle wpadają w amok.. W trakcie tych godzin jego umysł powtarzał setki. 429 .. nie bardzo sobie z tego nawet zdając sprawę. Przez cały czas odczuwał sensację unoszenia się w powietrzu. Gdy dotarła doń wiadomość z Paryża.. per- swadując sobie. który pchnie się dalej.” Nie odczuwał wcale litości dla Piotra. które kółeczko w maszynie zacięło się. czy też poprosimy was. spisujący się świetnie przez dziesiątki lat. przymykając jedno oko.. że agenci. jak to określił podporucznik Wołodia Wozniesienski. ale w każdym razie musimy się dowiedzieć. Dręczyła go gorączka. „On stał tam. wyziębiając wnę- trze samochodu. a nie prowadzenia samochodu. że- byście go załatwili. ja byłem tu. jechał skradzionym autem. Na przemian włączał ogrzewanie.. Z wyrazem niesmaku malującym się na twarzy zdejmuje słu- chawkę swego aparatu na korbkę i dzwoni do Dyrekcji Piątej: — Trzeba go sprowadzić żywego. Jakub Mojsiejewicz za- mknął oczy. i to całkiem pewnie. że.. „A przecież to był dobry pomysł: Twardy znak. Nowe humanitarne normy KGB nie stosują się do tak skrajnych przypadków. Aleksander spędził całą resztę tego dnia w samochodzie. Z ciekawości próbował wzbudzić w sobie odruch współczucia.” Teraz jednak nie ma czasu na rozważanie losów Twardego znaku. Tymczasem czynił to drugie właśnie. krzyk- nąłem. być może.. które dmuchało gorącym i su- chym strumieniem powietrza. szybowania. podpułkownik Piotr miał rodzinę. Na razie montaż umyka monterowi. Aleksander przeżywał wciąż od nowa moment zabójstwa. i otwierał szyby..

stale obracająca się. ja na górze. i trzy koliste okienka. której przetrąci- my grzbiet? Nie robił sobie też żadnych wyrzutów. bolszewiku? Chciał mi przykręcić śruby. Obraz wydarzeń sprzed kilku godzin pojawiał się w nim z wielką regularnością. Żmija uzbrojona jest w swój jad. tworzący skorupę na strumykach krwi. lecz odpychał je od siebie. przez fakt znalezienia przy zabitym broni. „Ile razy strzelałem? Cztery razy podniosła się iglica. Nie na próżno wziąłem cię ze sobą. trójkąt przeciwko trój- kątowi. Czy powinienem był zabrać Skorpiona? Ale cóż bym z nim zrobił?” I znowu wszystko zaczynało się od początku: trójkątna twarz. i znowu w lewo. On stał w cieniu.. Huk wystrzałów i ból bębenków w uszach. raz w tę stronę. Mówiłem sobie. mój druh. która w tej chwili musiała zacząć się już niepo- strzeżenie rozkładać. i sylwetka ludzka. nakręcany przez gwint lufy jak dziecinny bąk przez rzemień. raz w tamtą.Czy jednak niepokoimy się o los rodziny żmii. że do końca życia będę głuchy. Mogłem też nie. jeden. i po chwili znowu «Gdzie jesteś?». Kurz. Błysk. przemierzał przestrzeń. «Gdzie jesteś?» A ty. cztery razy opadła. i otwarta czaszka. wzbijający się w powietrze po wystrzale. to wystarczy jako uzasadnienie. „On na dole.. i jeszcze raz muszka. gdyby to było potrzebne. I znowu żmija na muszce. gdzie ty teraz jesteś. ma- ły komiczny wąsik. Ale nawet to nie było potrzebne. wypuszczający niczym Zeus odmie- rzone pioruny. którą czeka zaraz proces rozkładu. potem drugi. Zostałyby rozwiane. że powinienem był nałożyć nauszniki. Jaki wyraz twarzy? Prze- straszony? Nerwowy? Znużony?” Aleksander miałby ochotę ze- lżyć tę twarz. A może wcale tego sobie nie mówiłem? Może wymyśliłem to już teraz. 430 . wycinający część tej twarzy. Nie można lżyć śmiecia. Za- leżny był od mojej łaski. Przychodziły mu na myśl najostrzejsze rosyjskie obelgi. Przez chwilę bałem się. Dziel- ny rewolwer. proch eksplodował i pocisk. Kurz. Twarz Piotra. uderzyła spłonkę. «Gdzie jesteś?» (patrząc. mówił do mnie per ty). i padająca.

mógł bez trudu rozpłynąć się w nocy. a oficerów KGB — zabić. by. była już za nim. Musiał teraz podjąć ważne decyzje. Jeśli idzie o KGB. to błąd. zniknąć bez śladu. Ale KGB nie mogło wiedzieć. bez wypadku. nie tylko nie był urażony brakiem zaufania z tej strony. Cały ten Babilon autostra- dowy był już za nim. pochlebiało mu to. jaki go spotka. w której spotykał się wielokrotnie z Iwanem Iwanyczem. To tylko kwestia uwagi. która przy- klejona była do niego jak żaróweczka kontrolna. gdzie się podziać. 431 . Zostawił za sobą wszystkie te ciężarówki. nie pokaże się tam. Oczywiście. Nie wie- dział jednak. po przesłuchaniu. że uznano za stosowne przydzielić mu szpie- ga pracującego w pełnym wymiarze godzin. wycieczko- wiczów z okazji Bożego Narodzenia. Trzeba było zacząć. że wcześniej się tego nie domyślił. od pozbycia się volvo. który otoczył mu szyję jak wilgotna tkanina. że donosicieli KGB można wykryć. Nic łatwiejszego. reflektory. Odkąd pozbył się Małgorzaty. fakt. Co więcej. Okazuje się więc. Dziwił się tylko. później w nocy. Postawił kołnierz płaszcza. przekroczył nie- pisane prawa. Nie robił też sobie złudzeń co do losu. Długa jazda w mroku. władować mu kulę w kark. Nadawał się tylko do tego. pozwalający odna- leźć go w każdej chwili. Zatrzymał się na Porte d'Orléans. Samo- chód mógł być wyposażony w tajny nadajnik. trzeba jednak rozeznać dobrze własne możliwości. nacisnął tweedowy kaszkiet na uszy i na chybił trafił poszedł ulicą Alésia. Wrócił do Paryża. Porzucił samochód w pierwszej uliczce. Poznał kawiarnię. rzecz jasna. nie nadwerę- żać głosu. gdzie znalazł wolne miejsce do parkowania. zważywszy na fale gorączki szalejącej w mózgu. przeciwnie. co wydało mu się prawie niemożliwe. gdzie on się teraz znajdował. Zabijając Piotra. ale. jeśli dostanie się w łapy KGB. Zdrada Małgorzaty nie zabolała go zanadto. Nie zabił jej. że zo- stała zdemaskowana wyzwalał go od przesądnej trwogi związa- nej z jego sytuacją.

że musi gdzieś usiąść i odpocząć. gdyby ten pokazał im zdjęcie uciekiniera? Małgorzata mogła przy tym szczegółowo opisać jego ubrania. rozważyć sytuację. Wszedł do kawiarni i zamówił grog. że byłby naprawdę bezpieczny w hotelu. albo też znaleźć sobie jeszcze innego pro- tektora. a jeszcze lepiej położyć się w jakimś łóżku czy na podłodze.. dziękuję bardzo. Nawet mu się to podobało. byleby tam było ciepło. i obydwa te adresy zamieniły się w pułapki na myszy. że Francuzi nie zgodzą się. hotel nie wchodzi w grę. ani do biura. swe doświadczenie i wiedzę przeciwko tym. bez przełożonych. Na razie jednak potrzebował schronienia. Za- razem jednak wiedział. nie bardzo mógł je teraz zmienić. skrywając nieco twarz. Nie. Zbyt wiele samobójstw zdarzało się w hotelach. a czy szczury hotelowe nie są przy okazji złodziejaszkami? A iluż recepcjonistów odmó- wiłoby prośbie fałszywego detektywa. bardzo ciepło. spędziłby całą noc maszerując. Musiał albo zawrzeć rozejm z KGB — co tylko w rzadkich wypadkach nie jest możliwe — albo przejść do Francuzów. Dokąd mógł się udać? Ani do siebie. Jak mógłby zasnąć wiedząc. Nie chciał się pozbywać swego paszportu. lecz Aleksander nie wie- rzył. by nie zapisać się w pamięci kelne- ra. Aleksander mógł się oddać natych- miast w ręce policji. gdzie mógłby się skupić. ale nie był jeszcze do końca zdecydowany na zmianę obozu. będzie musiał zwrócić swą inte- ligencję. a ciągła zmiana położenia— własnemu bezpieczeństwu.. iż nie potrafi długo walczyć w pojedynkę. lecz. określić przyszłe postę- powanie. Już jednak po przejściu stu metrów poczuł. w którym zameldowałby się pod fałszywym na- zwiskiem? To byłoby najrozsądniejsze. miejsca. że zarządca hotelu ma klucz od jego pokoju? Istnieją wewnętrzne zasuwki. Myśl o Gawierinie nie opusz- czała go. Hotel. tak. i to mimo trawiącej go gorączki. by stał się odtąd kimś neutralnym. Gdyby nie był chory. że był sam. którzy 432 . Małgorzata z całą pewnością dała znać o zabójstwie. Wiedział też. Komisariat policji? Tak. wszystko jedno gdzie. Chodzenie sprzyja trzeźwej myśli.

markiz. w której znaj- dował się Smith & Wesson. narażając własne życie. Nie mógł liczyć na ni- kogo spośród tych ludzi. z których większość nigdy nikogo nie zabiła. ponad który nic cenniejszego nie znał. Dla innych mordercą”. że jest mordercą. miałby uczucie. znowu obracasz marynarkę na drugą stronę. „Dla jednych jestem zdrajcą. ale chciałby wie- dzieć. brał pod uwagę wszystkie znane mu nazwiska. Monthignies przechowałby go u siebie i na- wet broniłby go. teczkę. Kobiety? Stracił z nimi kontakt. Nie będzie się na pewno ukrywał u Fourvereta! Johannès-Graf ukryłby go może. dyskrecji. Pomyślał o Divo. tyle że po trzech godzi- nach cały Paryż wiedziałby o wszystkim.jeszcze przed trzema dniami byli jego przyjaciółmi. Na jego twarzy także nie było wypisane.. linię żywota podpułkownika „Piotra”. owszem (mój przyjaciel. na któ- rym ukazywały się znane mu oblicza.). dodatkowo. jakby dotykał psa. lub dla wygody — jacht. z wy- jątkiem jednej tylko Jessiki Boïsse. a przecież nie będzie szukał schronienia w paszczy lwa. Rewolwer ten przerwał karierę. kochanemu Mefi- stolesowi. Znajomości towarzyskie. o co chodzi. 433 . pod- trzymywane przez snobizm. których poznał przez kontakty zawodowe. Jeżeli natomiast wyjawi mu prawdę.. to nie widać tego po nich”. Przyjaciel? Przyjaciółka? Zamówił następny grog i przeglądnął w pamięci film. Czyż nie? Muskał czule stopą. Gdyby jednak przemilczał przed nim okoliczności ucieczki. przeciwko nadzwyczajnemu Jakubowi Mojsiejewiczowi. że sprzeniewierzył się pewnemu kodowi etycznemu. u Divo znalazłby dość odwagi. Poza tym ludzie. a także. Przyglądał się ludziom siedzącym dookoła i mówił sam do siebie: „Oto poczciwcy. a nawet sprytu. Nie miał osobistych przyjaciół. A nawet jeśli tak zrobili. weekend na wsi. Divo uśmiechnie się ironicznie i powie coś w tym rodzaju: — Jeśli dobrze rozumiem. Tak.

który posiadał mieszkania i wille prawie wszędzie.. ODE. Podobno istnieją mężczyźni. ale Małgorzata wiedziała. które nie zainteresowało go poprzed- nio. Eliminowało to także wszystkich autorów jego wydawnictwa. numery telefonów przesuwały się przed jego oczami. do kogo należały. nie wie. trzeba było znaleźć taki adres.. (Te kobiety przyjęłyby go może. Eliminowało. który lgnął do Psara. D. On nie odczuwał niczego podobnego. Dla daw- nych numerów INW. tak jak robił za każ- dym razem. dzielnego redaktora «Seconde». WAG. Niektóre z nazwisk nie wywoływały w jego pamięci żadnej twa- rzy. Tak. podejrzany reżyser. 434 . jeśli byłyby same dziś wie- czorem. A! Był jeszcze Sasza de Fragance. Mógł poprosić o taką przysługę swojego towarzysza walki. Otworzył swój kalendarzyk. — „«Piotr»! Gdyby pozwolił się nazywać Iwanem. To eliminowało Perquigny. ale nie składa się wizyt zapachowi perfum mając końską gorączkę. Nazwiska. JAS. adresy. BAB. playboy o przyprószonych siwizną skro- niach. C. licząc na sensację. B. który nigdy nie przyszedłby do głowy Małgo- rzacie.254. że darzyli się wzajemną sympatią i poda- łaby to nazwisko jako jedno z pierwszych.265. niezależne- go. ponieważ brał go za prawicowca. który z całą pewnością dysponował siecią tajnych garsonier i byłby z pewnością gotów bawić się w konspirację. u kogo spędzić noc w Paryżu. Aleksander przejrzał od nowa kalendarzyk. sympatycznego. małego wydawcę.) Zawahał się przed nazwiskiem Kurnosowa. prawdo- podobnie nie zabiłbym go”. A.. Dla nowych 525. Jedno czy dwa skojarzyły mu się wyłącznie z zapachem per- fum. u których zabójstwo wzmaga apetyt seksualny. I to wykluczało także Bernou.. kiedy układał listę do wysyłki swoich książek czy też gości zapraszanych na cocktaile. dusza paryskiego towarzystwa. Oto on. tak.329. i nie przypominał już sobie. Przed niektórymi numerami nie figurowało żadne nazwisko. w jakiej się znajdował. Uderzyła go paradoksalność sytuacji. i tym razem jego oko spoczęło na nazwisku. ale personel hoteliku był już z pewnością obstawiony. MAI.

wyczerpana. była pełna najlepszych chęci. Niki- tin przybrał ton autorytatywny: „Dziecinko. konferowali popijając herbatę. Dwóch ludzi wysłano w stronę Limoges z zadaniem pozbycia się zwłok i zatarcia śladów. opowiedziawszy szczegółowo po raz szósty zwy- czaje. że Psar był pachołkiem skrajnej prawicy. ale teraz to morderca! Obaj oficerowie zbywali te pytania i wracali do przesłucha- nia: — Poza panią Boïsse.. zachowywali się ostrożnie. tak się zazwy- czaj postępuje. wycierając co chwilę nos w papierowe chusteczki. Pułkownik Możuchin. Nikitin nakazał jednemu ze swych przybocznych przesłuchanie Małgorzaty. Uznał jednak. uporządkowanych przez nią z tak wielką troską i przyjemnością.. A jednak irytuje ją widok tych mężczyzn. jakie inne kobiety były w życiu Psara? 435 . Jego przyboczny grał światowca: „Naturalnie. Na zmianę przesłuchiwali ją i robili rewizję. dro- ga pani. z pełnym zrozumieniem. którzy zupełnie nie znają się na literaturze i grzebią w jej archiwach. ten człowiek? I dlaczego on mu to zrobił? Dobrze wiem. przeziębiona. Zatelefonować? To należało do dobrego tonu. oficer-pilot Małgorzaty Thérien. Nikitin ze swym przybocznym zabrali ją do biura agencji. Małgorzata. Tego popołudnia w ambasadzie odbyła się narada wojenna. rezydent wywiadu. stosunki. służy pani ludowi.” Małgorzata. tak czy nie?”. że lepiej będzie postawić na absolutny absurd. nie może się powstrzymać. żeby nie zapytać od czasu do czasu: — Ale w końcu kto to był. Gdy tylko Małgorzata zgłosiła się telefonicznie po swoim po- wrocie do Paryża. Wiazew zastawił pułapkę w mieszkaniu delikwenta. pułkownik Wiazew z Piątego Departamentu i major Nikitin. osoba o pani talentach. manie swego szefa. „Tymi ich łapskami!” W rzeczywistości jednak starali się nie narobić bałaganu.

ale nie daje to żad- nych nowych informacji. podpisują pokwitowania. gdy ich idealizm osłabnie. czyniła wszyst- ko. Tyle tylko. konspira- cyjny. Wydaje się. by odkryto miejsce pobytu Psara. Ona pozwala sobie na luksus pamiętania 436 .. nie zawierają żad- nej nowej rezerwacji na nazwisko Psara. że żadna agencja wynajmu samochodów nie miała z nim do czynienia. pod którymi mógł się schronić Psar. z 25 na 26 grudnia. że płaszcz z wielbłądziej wełny wciąż znajduje się w szatni. Komputery linii lotniczych. W miarę jak Małgorzata podawała adresy. gdzie po- dejmowano odpowiednie dyspozycje. które przydadzą się w chwili. płacząca ze zmęczenia. Wrogiem klasowym niech się zajmą ci dwaj Rosja- nie. Nikitin komunikował je sztabowi. Nie miał przyjaciół. Tu ktoś zakłada dzwonek. że jego obecność dowodzi. patetycznie: — Miał tylko mnie. Wszyscy ci okazyjni współpracownicy. ale i oni są opłacani. inni dla idei. Volvo zostaje odnalezione i przeszukane. są Francuzami. ale nie jawił się jej już jako przeciwnik. iż delikwent znalazł się w Paryżu. najzupełniej zresztą dyskretny. Nie miał żad- nych przyjaciół.. tam poja- wiają się hydraulicy. Telefon do restauracji „Pont-Royal” pozwala ustalić. jeszcze gdzie indziej postawiona zostaje czujka. Omega wciąż znaj- duje się w pobliżu Opery. Owszem. W pewien sposób. chociaż co chwilę pojono ją koniakiem. Wiazew rzucił do akcji wszystkich swoich ludzi. którzy spędzają w ten sposób bezsenną noc. Co prawda tej nocy. Małgorzata. tam gdzie Psar pozostawił ją przed trzema dniami. Jedni pracują dla pie- niędzy. niech go znajdą. wielu z nich nie można sprawdzić. Podobnie rezerwacje kolejowe. powtarzała bez końca histerycznym tonem: — On nie miał przyjaciół. znowu czuła się lojalna wobec Aleksandra — od chwili. kiedy brała udział w nagonce na niego. skonsultowane przez płatnych informatorów. A później dodała. rzecz jasna.

mruczy: — Dobrze im tak. w czerwcu. który zawsze wiedział. Mał- gorzatę odwieziono do domu i dano jej do towarzystwa pielę- gniarkę. Tym niemniej Możuchin z zapałem i metodycznie poszukuje zabójcy Piotra. czego chciał. Oczywiście. gładka. czapkom-niewidkom. Właśnie miała położyć się do łóżka. Za- sadzki. nie ujęły żadnej zdobyczy. pułkownik dokooptowany Komi- tetu Bezpieczeństwa Państwowego. Musiała wspiąć się na palce. wywiadu i kontrwywiadu. a jego twarz. członek areopagu zarządzającego dyrekcją «A». przypominała sobie też Aleksandra- kochanka. nawet gdyby zaczęła majaczyć w gorączce. Nie rozpoznała w pierwszej chwili swego gościa. Psują nam robotę tymi swoimi metodami zdobywania świata bez użycia dobrych znajomych. Aleksander Dmitrycz Psar. tak by mogła odzyskać dobre sa- mopoczucie i by nie popełniła żadnej niedyskrecji. zorganizowane w mieszkaniu i w biurze Aleksandra. w Paryżu. znik- nął. Pułkownik Możuchin. Żaden z posterunków obserwacyjnych nie zameldował sukcesu. który miał przed sobą przyszłość i po- pełnił jeden tylko błąd: zaciągnął się do tych spryciarzy. Policzki nosiły ślady żyletki. Żaden podsłuch telefoniczny nie przyniósł pożądanych efektów. gdy poderwał ją na równe nogi dzwonek do drzwi. chłopca. Podobnie szyja. na której można było polegać. Otworzyła jednak drzwi: 437 . Zostanie przy chorej tak długo. Oczy były oczami człowieka chorego. wtedy tak wypielęgnowana.wielkodusznego przełożonego. żeby spojrzeć przez judasza. zaczyna się w Moskwie niecierpliwić. była teraz nieomal twarzą szaleńca. Widziała go raz tyl- ko. Poszukiwania trwają przez cały następny dzień i noc. jak to będzie potrzebne. chwilowo w ukryciu. Generał Pitman. Nad ranem Nikitin postanowił zamknąć przesłuchanie.

Jakiś czas temu nie udało mi się pani ani zastraszyć. Przygryzł wargi i zmrużył jeszcze bardziej powieki. żeby przepuścić tego zarozu- mialca. Jest pani tym. — Przyszedłem.. 438 . co jest zupełnie proste. — Panna Petit. — Najtrudniej wypowiedzieć coś. zaraz się wyniosę. że zawracam pani głowę. Z uwagą przyglądała się pięknej końskiej twarzy. Uśmiechnął się i w uśmiechu tym krył się urok. Przerwał. Aleksander stanął na środku jedynego pokoju i przyglądał się meblom z białego drewna. wersalce. Jego powieki były boleśnie skurczone.. ani przekupić. kim pani jest. Nawet nie wiem.. Miał na sobie podarty an- gielski prochowiec. Jakże to było komiczne. żeby się zastano- wić.. ja mam gorączkę. I wypocząć. przeziębi- łem się. I to o tak późnej porze. czy jest pani sama w domu. który nie mógł ustać na nogach. w której odczytywała zaledwie trochę okiełzna- ną brutalność.. Nic groźnego. Rozpoznał wśród nich kilka tomów Białej Księgi. Ale potrzebuję kilku godzin spokoju. ten słownik dobrze wychowanego człowieka w ustach źle ogolonego mężczyzny. Pro- szę. — Tak. reprodukcjom Braque'a na ścianie. tak jakby wskutek gorączki coraz gorzej widział: — Bardzo mi przykro. — zaczął. potrafiłaby jednak w ra- zie czego obronić się przed nim. niech pani powie tylko jedno słowo.. Nie wiedziała. Józefina Petit cofnęła się o krok.. prawda? Pani interesuje się terroryzmem. a podbródek drżał. To bardzo rzadkie. Stąd mój szacu- nek dla pani. Dłonie trzymały wielką czarną teczkę. co go sprowadza. którą Józefina właśnie przygotowała do snu. Ja. moje zaufanie. — Pan Psar? — Panna.. o jaki nie podejrzewałoby się tej twardej twarzy. sta- rannie uporządkowanym książkom.

Żyła sama. jeans. ależ ta dziewczy- na była młoda! Miała na sobie białą koszulkę i niebieskie spodnie. Patrzył na jej małą kwadratową twarz. Aleksander Psar. jakby szukając innego. Oto on. Mój Boże. Skłoniła głowę. Wykonał gest dłonią. Była zdecydowanie prze- ciwna wszelkim nadużyciom i pogwałceniom wolności indywi- dualnych. lecz namysł. gdyby zaszła taka potrzeba. — Dlaczego — spytała poważnie. ostre rzę- sy. Rozłożyła ramiona. Gdyby więc ten człowiek miał do czynienia z akcjami tego rodzaju. z zainteresowaniem — nie może pan wrócić do siebie? Przyglądał jej się intensywnie. dlaczego nie może być we własnym mieszkaniu. Przed trzema tygodniami zerwała ze swym przyjacielem. — Ach. że. Ale nie była też kimś. To prawda. dlaczego? Dlatego. powtórzył: — Ukrywać. prosił o azyl u niziutkiej. interesowała się terroryzmem: bardziej teo- retycznymi aspektami tej choroby społeczeństw niż jej konkret- nymi przejawami. oczy czarne i bystre. dwu- dziestosiedmioletniej dziewczyny w spodniach. widzi pani. mniej harcer- skiego określenia. przed nikim nie musiała zdawać sprawy ze swego życia. ponie- waż ten próbował narzucić jej swe przekonania polityczne i swą pasję do gry w automatach pieniężnych. Później zaczęła się zastanawiać nad rodzajem terroryzmu. muszę się ukrywać. tak jakby zapomniał. że dzieje się z nim coś niezwykłego.. w jaki uwikłany był Aleksander Psar. dziwne rzeczy noszące barbarzyńskie nazwy — t-shirt. Pojęła. tak. Nie znalazłszy nic lepszego. w czym wyrażała się nie odmowa. Miała dla niego odrobinę współczucia. grubą skórę. I była bardzo ciekawa.. stanęłaby przed trudnym dylematem: czy mogła 439 . kto cofnąłby się przed czysto praktyczną aktywnością. Miała gęste.

— Tutaj jest łazienka. Ludwik uwielbiał różowe rzeczy. — Dam panu ręcznik kąpielowy — wspięła się do innej szafki. Gdy przechodziła obok kaloryfera. Gdy miała kilkanaście lat. i to bez żadnych zastrzeżeń w rodzaju „mam tylko jeden pokój”. trzeba było rozwiązać kilka równań z wieloma niewiadomymi. wie- działa. Czyżby miała nie skorzystać z tej okazji? Poza tym ten człowiek był chory. Teraz niespodziewanie los ofiarował jej okazję działania. Żeby umeblować jej małą garsonierę. zasłoniła judasza. to różowe. Ludwik zostawił u mnie swoją. schowaną w wysoko umieszczonej szafce. niech pan trzyma. niech pan idzie do łazienki — powiedziała Aleksandrowi. skromnego lecz realnego. póki się ich nie podej- mie. Zamknęła za Aleksandrem drzwi. Aleksander oderwał dłoń od uchwytu czarnej teczki i sięgnął po różową pidżamę. — Oczywiście — skonstatowała z kwaśną miną — różowa. Moje pidżamy będą dla pana za małe. Chory potrzebuje ciepła. który w płaszczu wciąż jeszcze stał na środku po- koju. Trzeba było zdecydować się natychmiast. — Zajmę się grogiem dla pana. Chciałam mu ją odesłać. Ale chwileczkę. Ale lepsze to niż nic. który starał się powstrzymać drże- nie całego ciała. czy należało wydać policji uciekiniera? Pochodziła jednak z dobrej rodziny. albo „nie będzie się pan u mnie dobrze czuł”. Józefina Petit nie była osobą czułostkową. 440 . przekręciła termostat. żałowała. ale.ukrywać u siebie kryminalnego przestępcę. założyła łańcuch. rzecz jasna. — Powinien pan wziąć gorący prysznic i napić się grogu — powiedziała patrząc na Psara. nie mogła odmówić pomocy komuś.. że nie stawia się gościom pytań. Józefina stanęła na ta- borecie i znalazła pidżamę.. że nie dane jej było żyć pod okupacją niemiecką czy też odgry- wać aktywnej roli w wojnie algierskiej. — Jak różowe. kto jej potrzebował. — No dobrze.

Pidżama sięgała mu do połowy ramion i połowy łydek. Lecz w pokoju wciąż było widno. iż skazuje ją na spanie na podłodze.. zatrzy- mując szczękanie zębów. i zostawiła je na razie w rogu pokoju. Było coś niestosownego w tym. Podała mu też dużą dawkę aspiryny i nakazała: — A teraz proszę spać. „Gdyby mnie zobaczyli moi uczniowie. Trzeba więc było zacząć od położenia go do łóżka. Przygotowywała grog. Józefina zwróciła uwagę. Józefina krzyknęła: — W apteczce. Trząsł się. że lubi pan miętę. że nie ma prawa wymieniać tego nazwiska. Miała trzy zmiany. trzymając nadal czarną teczkę. jako że łazienka była oświetlona. Mam nadzieję. Obok jest pasta. jeśli w nocy Psar bar- dzo by się pocił. Po namyśle zmieniła pościel w łóżku. Z łazienki dobiegał od- głos wody lejącej się z prysznica (jakby śpiewała zachrypnięta syrena). Zgasiła światło. leży nowa szczotka do zę- bów. Zgromadziła rzeczy. Gdy tylko zapadła cisza. Dała mu grog. pamiętaj. które będą jej potrzebne do snu. jej telefon byłby tylko znakiem. Chciała już to zrobić i dopiero potem przyrządzić grog. że ją przewróci. na drugiej półce. Czy zadzwonić do przyjaciółki? Po- wiedzieć: „Gdyby mi się coś stało. że Aleksander może się krę- pować tym. Osunął się na poduszkę. ale pomyślała. 441 . Nie bez trudu ściągnął z siebie płaszcz. Ale Józefina nie bała się. wysunie je dalej już po zgaszeniu lampy. że nauczycielka matematyki za- mieszana była w sprawę z terroryzmem. Posłała go do łóżka. trzymając filiżankę. a sama przygotuje sobie po- słanie z koców i poduszek.” Aleksander wyszedł z łazienki. że zabrał do łazienki teczkę. Sytuacja zaczęła ją bawić... Zaciskał wargi. że się boi.. Czuła. Bę- dzie więc mogła dać jutro czystą bieliznę.” Nie. Gdyby jednak nie wymieniła nazwiska. Rzuciła okiem na telefon. żeby nie bał się. że tego wieczoru Psar. a drzwi do niej prowadzące szklane. Zostawi swoje łóżko choremu.

tyle że oddychał. sięgające po coś: po czarną teczkę. gdzie pani będzie spała? — spytał Aleksander. Aleksander był jak martwy. ale miała za złe Józefinie. politycznie wyzwolona (to znaczy wyzwolona z marksizmu). Przez cały dzień zajmowała się prawem wielkich liczb. krzątała się. niemożliwe. Następnego dnia wciąż jeszcze spał z otwarty- mi ustami. czytała. Co pan jeszcze wyrabia? Z łóżka wysunęło się ramię. przechowującą zabójcę we własnym łóżku”! W drodze powrotnej autorka Psychoanalizy terroru zrobiła niewielkie lecz wybredne zakupy — mrożona kaczka i krab w puszce — i powtarzała sobie bez przerwy. że jego ana- tomia różni się nieco od jej własnej!. — A pani. Tego dnia irytacja przyjaciółki wydała jej się szczególnie infantylna. nie mógł w niczym zakłócić harmonogramu jej prac. Przyjaciółka była w porządku. Miała teraz ferie i korzystając z tego pracowała nad swoim doktoratem razem z przyjaciółką. 442 . Ale nie. które leżały na czole jak muszelki. że się nie wpisuje do związku zawodowego. Nareszcie dowiem się. Dłoń otworzyła teczkę. zebrała notatki. że miała u siebie gościa. jeśli dojdzie do strzelaniny. Zja- dła tylko dwa jogurty. — Być może udzie- liłam schronienia mordercy. Fakt. — Proszę się tym nie przejmować. Józefina zrobiła sobie kawę. ktoś żąda od niej cerowania skarpetek tylko dlatego.. pisała. I przy okazji myślała z pewnym smutkiem o Ludwiku. wy- szła na palcach. wróciła. wyjęła coś z niej i włożyła pod po- duszkę. „Ładna historia — pomyślała Józefina. „Chciałabym ją widzieć. Nazajutrz gość nie ruszył się z domu. Zawsze chciałam się o tym przekonać”. czy jestem odważna czy nie. wysuwając do przodu podbródek: „Na pewno już pognał gdzieś dalej”.. Pot zlepił kosmyki jego włosów. zostawiła in- strukcję dla Aleksandra („W lodówce są jajka i pomidor”). Józefina zrobiła zakupy.

że nie wychodził pan z domu? — Nie. — Co się dzieje — zapytał — z pani maszynopisem? Józefina westchnęła. — Smakuje? Nie jest pan już głodny? Był blady. Perquigny ufa mi w dalszym ciągu. Pozwoliłem sobie tylko zrobić użytek z pani telefonu. Na szczęście nie zamęczał jej podziękowaniami za to. Dowodem szczególnych względów dla niego była żubrówka. Łazienka błyszczała. Zawinął się w koc. ale już nie drżał. który zaj- mował jednocześnie tak wiele i tak niewiele miejsca. — A Perquigny? Niech pani spróbuje. Żubrówka sprawiła. którego stan najwidoczniej po- prawił się. Aleksander nie był kimś stworzonym do siedzenia na podłodze. — Byłam z nim wszędzie. — Czy mogę się na pana powołać? Rozśmieszyło go to pytanie: — Tak. Nikt go nie chce. która żywi mężczyznę. a na białym biureczku pojawił się bukiet herbacianych róż. Józefina patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami: najbardziej podstawowe było uczu- ciem kobiety. lekko zamglone oczy. o wiele chudszy niż w czerwcu. Ze świeżym zarostem na twarzy zaczynał upodabniać się do postaci z ikony: miał ciemnobrązowe. Powinna pani znaleźć z nim wspólny język. Zrobił jednak dobrą minę do złej gry. Z ulgą powitała Aleksandra. którą podała dość letnią i bez zakąsek. że udzieliła mu gościny. — Mam nadzieję. Zapisała sobie numer telefonu wydawcy. zakrywając w ten sposób ró- żową pidżamę. Kolacja była udana. A może nawet zdjął ją. „Zresztą stół jest taki nieduży. Z zdumieniem przyglądała się temu człowiekowi. Na jego policzkach pojawiła się siwo-blond szczecina. ponieważ leży to w jej natu- rze. Pościelił łóżko. ku- chenka też była odczyszczona. Ma głowę na karku i dobrze mu się powodzi. a jego myśli zazębiały się logicznie. Józefina lubiła siedzieć na podłodze. że zaczęli poruszać coraz bardziej ogólne 443 . ciemniejsze niż wło- sy. Wygodniej siedzi się na dywanie”.

mówiła so- bie: „To by kłuło”. na której był niedawno: — Czy pani wierzy? — Proszę mówić do mnie Józia. nieładną skórę. On pierwszy odsunął się. nie zmieniła pościeli.tematy. prawie przytuleni do sie- bie. a strzelała tylko na jarmarcznej strzelnicy. Po raz któryś z kolei zwrócił uwagę na jej szorstką. czy to zaniedbując się trochę. Aleksander opowiedział jej o mszy świętej. Żywiła go. wyjaśnił jej różnicę między zwyczajną i po- dwójną akcją. któ- rzy nie mieli nigdy do czynienia z rewolwerem czy karabinem. — Myśli pan. zadając następne pytanie doty- czące funkcjonowania maszynki zbudowanej z błękitnej stali i jasnego drzewa. że z tego rewolweru zabito już kogoś? — To możliwe — odrzekł chłodno Aleksander. Ona natomiast. którą należałoby a priori odrzu- cić. żeby to ona spała w łóżku. Wyjął więc rewolwer i wyjaśnił zasadę jego dzia- łania. Następnego poranka obudziła się ze świadomością ciążących na niej obowiązków. Usunął naboje. Z tego powodu właśnie zaczynam mieć trochę kło- potów. żeby poka- zał jej broń. Ona tymczasem. Siedzieli na podłodze. blisko siebie. więc do niej należał. Mimo że ekspert w sprawach terroryzmu. Tej nocy nakłonił ją. poprosiła. jak wszystkich tych. A pan? — Tak. prawie niezauwa- żalnie. Pamiętała o tym lepiej niż pierwszego wie- czoru. Józefina miała tak krótkie palce. patrząc na jego młodą brodę. nabrawszy śmiałości. że z trudem tylko potrafiła pociągnąć za język spustu. rewolwer znała tylko z okna wystawowego. Przyglądała się temu wielkiemu przedmiotowi. 444 . Broń najwidoczniej fascynowała ją. Wtedy i ona odsunęła się. Powiedzmy tak: istnienie Boga nie jest dla mnie hipotezą. czy z jakiegoś innego powodu. Józefina.

nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia. I nie będę jej niewierny. który lekko się kołysał. wrócisz zamiast mnie”. siedząc przy stoliku. oczywiście. których nie widział nigdy na oczy. Podjął już decyzję. Przepraszam cię”. bez pośpie- chu. obowiązek «powrotu». i jed- nocześnie zapinał złotą spinkę w mankiecie nieświeżej już ko- szuli. Gdy tylko Józefina wyszła. „Ja już nie wrócę. Co pan zamawia na kolację? — Co pani chce. Ale widzisz. płyną po- nad nieskończonymi równinami. — Steki mogą być? — Oczywiście. Przyglądał się wiszącemu mostowi. głuche i czyste. które wprawia się w ruch roz- kołysując ich serca i których dźwięki. — Zaniepokoił mnie pan tymi kwiatami — powiedziała. nim zdołała dosięgnąć policzka syna. — Dzisiaj nie otworzy pan nikomu drzwi. Nie zobaczy ponownie tych gęstych brzeźniaków. wmawiając 445 . który jednak można było wysuwać do pokoju. tak że jedna osoba siedziała w kuchni. Ty. a druga w po- koju. że to niemożliwe. Aleksander patrzył ze zgrozą. którym służył do tej pory. jak gospodyni macza posma- rowaną masłem kromkę chleba w kawie. tak jak niegdyś rycerze nakładali zbroję. Ale była jeszcze Rosja: „Nie przestanę jej kochać. Wobec fałszywych mistrzów. Ale ojcowska ręka opadła. Alek. — Dzisiaj — powiedziała Józefina — wrócę trochę wcześniej (wciąż pracowała nad prawem wielkich liczb). ojcze. Zjedli razem śniadanie. nie. wychodzącego na park Buttes-Chaumont. Od czasu do czasu podchodził do okna. dobrze? Podziękował jej. mówiąc z roztargnieniem: — Nie. „Przekazałeś mi. Nie „wróci”. Aleksander ubrał się. zazwyczaj mieszczącym się w kuchence. Nigdy nie usłyszy rosyjskich dzwonów . Związał się z nimi umo- wą i to oni złamali umowę.

na który można za- dzwonić do pana? Zirytował go ten dziecinny podstęp. Chcę przekazać infor- macje o sowieckiej siatce w Paryżu. nie wywarł na nim wielkiego wrażenia. proszę pana. Spojrzał na swoje dłonie: „Gdy umrę. książka telefoniczna wydała mu się bardzo ciężka: — Halo.w siebie. tam gdzie prochy Rosjan zniszczyły ziemię. ale nie mogę pana połączyć. tak? — Chcę mówić z kimś kompetentnym. wykar- mione przez Francję. tak? — Chciałbym rozmawiać z kimś kompetentnym. To wciąż ten sam język i ten sam czar- ny chleb”. nie będę nawet pochowany w Sainte-Geneviève. który w gruncie rzeczy był już faktem. Jeszcze inny głos: — Halo. połączono by go natychmiast dalej. Bardzo mi przykro. Domyślał się. lecz był osłabiony. chciałbym mówić z kimś kompetentnym. ale nie miał sił. że się zmieniła. marzył tylko o tym. W pierwszej chwili fakt. ale nie miał wyjścia. że gdyby był nieustępliwy. Ponieważ zaś. by go zabrano. Nie miał już gorączki. „Zawsze mogłem wybierać tylko między dwiema zdradami”. — Tak. Inny głos: — Halo. Musiał przeko- nać samego siebie do wyboru. nakarmi Francję”. Mam do przekazania informacje dotyczące sowieckiej siatki we Francji. — Proszę czekać. Moje ciało. że zabił. Mam do przekazania informacje o sowieckiej siatce we Francji. Gdyby mógł walczyć w pojedynkę — zawsze myślał w tych ka- tegoriach — zostałby sam. ani ostatnim emigrantem”. jak zwykle w trudnej sytuacji. ale na 446 . dorzucił tę banalną myśl: „Nie jestem ani pierwszym. Czy może mi pan podać numer. człowiek znajdu- je pocieszenie w myśli o całej ludzkości.

siedząc w wagonie drugiej klasy. żebyście wy się pofatygowali do mnie. Niech pan do nas zaglądnie. 447 . Śmierć jest zaraźliwa. Aleksander przypomniał sobie słowa. Pan jest w Paryżu. W podróży służbowej do Sète. Inspektor Vaudrette nie był zadowolony z życia. że coś w nim gnije. kto zajmuje sta- nowisko inspektora. Czy pan jest osobą kompetent- ną? — Moglibyśmy się spotkać. Wydawało mu się. — Mogę być śledzony.dłuższą metę zachodził w nim niedobry proces. co nie jest mało jak na kogoś. Sabina wrzucała do swej szkolnej torby pudełeczko pigułek antykoncepcyjnych. Wolałbym. które musiały wypełniać. Jestem agent d'influence. Podał nazwisko i adres. Podał numer tele- fonu Józefiny i odłożył słuchawkę. jak- by namaszczony: — Czy to pan dzwonił do ministerstwa? — Tak. by imponować swym koleżankom. W chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. Inspektor Vaudrette z poddyrekcji «A4» liczył sobie czter- dzieści osiem lat. Fabrycy miał więcej płyt niż byłby w stanie ku- pić lub otrzymać w prezencie. w rubryce „zawód ojca” pisały: funkcjonariusz. ja. nie? Dzieci inspektora Vaudrette ukrywały przed swymi rówieśni- kami. — Niech pan zaproponuje. dlaczego ten może być już komisarzem? Prze- cież byliście razem w szkole policyjnej. W najrozmaitszych formula- rzach. Inny głos. że ich ojciec jest policjantem. Mam do przekazania ważne informacje o sowiec- kiej siatce pracującej we Francji. po to najprawdo- podobniej. — Ustalmy hasło. które uderzyły go w Kwartecie aleksandryjskim Lawrence'a Durrella: — „Widzieć to egzorcyzmować”. Jego żona beształa go nieustannie: — A Paulus. W przeciwnym razie nie otworzę drzwi.

Spróbujcie coś z tego zrozumieć. Kto jednak odegrałby rolę wiernego przyjaciela? Książka Bluna nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. nie miały żadnego znaczenia. dość energii i konsekwencji w dzia- łaniu i myśleniu. Blun pisząc swą książkę myślał zapewne wyłącznie o tym. lecz elitarną i supernowoczesną. Na pewnym dyplomatycznym cocktailu. oparty o biurko w stylu Regencji: „Vaudrette. Odbyło się to całkiem gładko. która zrobiła na nim wielkie wrażenie. Wynikało- by z tego. za podszeptem wiernego przyjaciela. wywiad. że w systemie demokratycznym te dwa słowa. Gdyby w dworcowym kiosku kupił inną książkę. która przegrała wprawdzie wybory. który miał 448 . którą opowiedział. że właśnie pan nadaje się doskonale na szefa nowej formacji”. w wydaniu kieszonkowym. Vaudrette zajmował się właśnie nadzorowaniem komuni- stów. co by było. a jednak historia. lub nawet do Pałacu Elizejskiego. Vaudrette był marzycielem. „wola społeczeństwa”. W każdym razie wydawało się. kogoś. zamierzamy utwo- rzyć nową służbę wywiadowczą. by pokazać świa- tu. Doszliśmy do wniosku. bardzo niewielką. Oto weszli oni do rządu wbrew woli społeczeństwa i dzięki woli społeczeństwa. na co go było stać. zmieniła bieg życia Vaudrette'a. pozostałby uczciwym człowiekiem. gdzie ktoś bardzo wysoko postawiony. gdyby został wezwany na ulicę Matignon. w porównaniu z którym DST będzie się wydawał czymś anachronicznym. że nadszedł stosowny moment. by zdobyć rozgłos. kto służyłby mu radą i pomógłby mu znaleźć sposób na to. tak by się do niego zwrócił. lecz weszła w skład rządu. by znaleźć wier- nego przyjaciela w partii. Od tego momentu zaczął sobie mówić. Był to Wierny przyjaciel Emanuela Bluna. Tylko komunista miał dość silne przekonania. Rozmyślał. że i on chciałby mieć wiernego przyjaciela tego samego pokroju.przeczytał książkę. Madonnę sleepingu albo Życie Van Gogha. nie wymagało żadnych przygo- towań.

na całej ludzkości. to tak samo jak w tej książce. Wiesz. Claude. Widzisz.. który podawał mu kieliszki cy- tując Rostanda: „My.dyskretnie obserwować (może nie był dość dyskretny). mam wrażenie. gdyby mu odmówił. mów do mnie Woło- dia. bez rangi”. którą mi 449 . Było to trudne dla niego.. Związek Radziecki. Rosjanin odwiedził go w domu. w saunie. nieznani. że dobrze się rozumiemy. Odwdzięczył się ofiarowując mu ma- gnetowid („U nas. to są tylko byty pośrednie. mó- wię do ciebie jak idealista do idealisty i mam dla ciebie pewną propozycję. tak naprawdę zależy nam.. Żona Vaudrette'a nie widziała nic niestosownego w tej przyjaźni. dyplomatów. Nim się rozsta- li. Tyle tylko. a do tego przy- nosiła korzyści. zjadł pieczeń wie- przową z kiszoną kapustą. że wygra i stawiał pięćset franków. Któregoś wieczoru. po wyśmienitej kolacji. Zresztą przejdźmy na ty. mimo że Rosjanin grał doskonale. do której też wybrali się razem. przegrywał partię. Grali też w szachy i. wielkoduszny Rosjanin poprosił go o listę adresów i byłoby grubiaństwem z jego strony. mali. Ro- syjski książę wygłosił tam następujące przemówienie: — Wie pan.. która nie była podlewana alkoholem. że w obecnym momencie historycznym Związek Radziecki jako taki bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości. Claude. ale o ileż łatwiejsze dla Vaudrett- e'a. Kiedy in- dziej. tobie i mnie. Vaudrette wyszedł z domu. wesołego Rosjanina. (Niektóre zresztą znajdowały się w książce telefonicznej — więc nie było żadnej sprawy!) Jesz- cze kiedyś dyplomata dostał od swoich przełożonych zadanie spisania biografii kilku osobistości francuskiego życia politycz- nego. Zobacz więc. Młody Rosjanin wydawał jej się prawdziwym rosyjskim księciem. to kosztuje grosze”). Fran- cja. Pracujemy dla tej samej sprawy: dla szczęścia ludzkości. Umówili się na partię kręgli. poznał młodego. syn Leona”). Kławdi Lwowicz (co miało znaczyć „Claude. postanowił zajrzeć na moment do baru i napić się piwa. by podprowadzić kawałek swego gościa. gdy tylko zakładał się.

rozumiesz co mam na myśli. Teresa widziała tego typa w telewizji i także uznała za wcielenie rosyjskiego księcia — inspektor Vaudrette usiadł 450 . jak sobie zażyczysz. trzeba zacząć od czegoś bardzo znacznego. I nic dla urzędu skarbowego.. przystoso- wanie się do życia sowieckiego może nie być łatwe. „Claude. piękne miasto. że już natrafił na coś wielkiego. Mógłbyś otworzyć kręgielnię. mógłbym ci oddać przysługę. że to jeszcze nie to. żeby zawrzeć tego rodzaju umowę. co mi zaproponowano”) i mniej go bolały wybryki dzieci („Nie mogę być nawet pewny. potrząsał głową i dawał do zrozumienia. że. Ale dla ko- biety takiej jak Teresa.. Wielokrotnie pewien był. dla ostrożności. rozumiesz. Znalazł wiernego przyjaciela. choć chętnie słu- chał inspektora. ty jesteś młody duchem. Żył jak w marzeniu. W razie czego zawodowcy natychmiast uruchomią przerzut. jeszcze mały wysiłek. — Czy w razie czego — spytał Claude syn Leona — przerzu- cilibyście też moją żonę? Wołodia uśmiechnął się spoglądając w sufit: — Będzie tak. przestał no- sić czerwone krawaty. i podpiszesz listę płac!” Wołodia lubił posługiwać się zwrotami z codziennego ję- zyka francuskiego. czy rzeczywiście jestem ich ojcem”). prawda? Ty co innego. W dwie go- dziny później jesteś już w Moskwie. Oczywiście. mie- sięczne prace. Gdybyś kiedykolwiek miał coś ważnego. ten. gdy tylko pojawia się jakieś zagrożenie. gdzie dwaj przyjaciele stają ramię przy ramieniu. Claude! Od tej chwili inspektor Vaudrette patrzył nieco z góry na swoją małżonkę („Gdyby ona wiedziała. ale naprawdę bardzo ważnego. Odebrawszy telefon od Aleksandra Psara — nazwisko nie by- ło mu obce. Tyle tylko. Żadne tam okazyjne robótki — regularne. rzecz jasna. ale gdy relacjonował swe odkrycie Wołodii.pożyczyłeś. z jej wiekiem i charakterem. Moskwa to wielkie miasto.

Po dziesięciu minutach zredagował notatkę. nadzorujący wejście do bu- dynku. Trzymał w ręku życiową szansę. ozdobionego pryszczami nosa. narośli i śladów po ospie. Raminagrobis przeczytał notatkę. odrzucił w tył głowę i przesunął okulary na sam koniuszek swego pokaźnego. która położona była dokładnie 451 . że jego telefon. Przekażę dalej. kłaniając się do samej ziemi. wysunie koniec języka i powie: „Dziękuję. Vaudrette nie wątpił w to. Zastępca wicekomisarza Duverrier. zwany powszechnie Raminagrobisem. Strażnik. której jego przełożeni nie potrafili do tej pory dostrzec. — Uszanowanie panu kapitanowi — powiedział grzecznie in- spektor. jak wszystkie aparaty w tym budynku. Nigdy nie korzystał z tej. że Duverrier. subtelnością. brzydki i sympatyczny. Zamiast skierować się z powrotem do swego pokoju. Vaudrette. znajdują się na podsłuchu. Vaudrette wyszedł z gabinetu i przemieścił jednofrankową monetę z prawej kieszeni do lewej. wysunął język i powiedział: — Dziękuję. biały wąs. miał wielką gębę pełną brodawek. co sprawiało. Vaudrette przeszedł z pięćdziesiąt metrów i wszedł do ka- wiarni. właściwą mu subtelnością. lecz musiał rozegrać całą tę sprawę z niezwykłą.wygodnie w swoim fotelu i zaczął masować czoło: „Rozegram to — powiedział do siebie — jak partię szachów”. Założyłby się o jednego franka (kieszeń prawa zakładała się z lewą). Przekażę dalej”. zastępcy wicekomisarza. spojrzał na Vaudrette'a po- nad soczewkami okularów. patrzył na niego. że nazy- wano go „kapitanem kawalerii”. Od- sunął notatkę na brzeg stołu. w której zawarł otrzymane informacje. i wyszedł na korytarz zmierzając do gabi- netu swego szefa. Duverriera. — Dzień dooooooooobry — odrzekł z szacunkiem „kapitan”. Vau- drette wsiadł do windy. przełożonego «A4». pochylony do przodu. w postawie pełnej uszanowania. miał talię osy i piękny.

Vaudrette był chytrusem i podejrzewał swych przełożonych. że zawsze przegrywamy z innymi”. Miał poważną minę. Raminagrobis patrzył na dyrektora chłodno i z sympatią za- razem. zanim Vaudrette dostanie polecenie udania się na miejsce. Pra- wa kieszeń straciła dwa franki. że telefon znajdujący się w najbliższej ka- wiarni był na podsłuchu. Wołodia mógł sobie udawać. Claude. — Vaudrette? — Ten sam. Wołodia nie był do końca przekona- ny: — Nie wiem. Zastępca wicekomisarza poprosił o audiencję. bo ja. Inspektor nie wytrzymał i po- szedł dowiedzieć się. ale tym razem nie będzie mógł kręcić głową. który zamierza zdezerte- rować.naprzeciw numeru 13. której natych- miast mu udzielono: — Panie dyrektorze. który nagle zmienił się w patriotę — uciekają nam najlepsze okazje. Raminagrobis omawia teraz z pew- nością sytuację z dyrektorem. gdyż szanował starego. Wołodia? Tym razem mam coś wielkiego. oto co mi przyniósł Vaudrette. panie dyrektorze. Upłynie z dziesięć minut.. Ale trze- ba się pośpieszyć. Minęło dziesięć minut. Chłopcy zabiorą już Psara. Agent d'influence. co na to moi szefowie. co się dzieje.. I gdy się tam uda. potem dwadzieścia i trzydzieści.. który wyszedł spo- śród pracowników resortu i stanął na czele dzięki sile swych 452 . że nie jest pod wrażeniem. który znał na pamięć: — Halo. o co chodziło. Z sympatią. Inspektor wyjął z szuflady swój pistolet i dmuchnął w lufę. nikogo już nie znajdzie. Wyjaśnił.. Nic dziwnego.. „I właśnie w ten sposób — powiedział sobie Vaudrette. Raminagrobis był wciąż za- mknięty w gabinecie z dyrektorem.. Vaudrette wrócił do swego gabinetu. Zobaczę. Wykręcił numer.

a nawet w krajach sąsiednich. Miał poczucie humoru. lecz wciąż żartował. to znaczy wiele razy dziennie: „Dzięki tobie. przy- gniatając swym ciężarem krzesło petenta. Jego dwaj synowie radzili sobie nieźle. udało mu się kilka świetnych połowów w środowisku dywersyjnym. Wystarczało mu to powodzenie. a także i w pierwszym rzędzie na siebie samego pogodnie i ironicznie. Tak musi być. mały i suchy jak świerszcz. 453 . tak! Duverrier z powodzeniem rozegrał większość swych spraw. Jego żona miała dla niego dużo czułości i wdzięczność. pójdzie na rentę. Duverrier. nie nudziłam się przez całe życie nawet przez jedną sekundę”. które osiągnął do tej pory. Jeśli straci posadę. niknął w czelu- ściach fotela — z pełnym szacunkiem pobłażaniem i zrozumie- niem bez granic. za papieża kontringerencji. jedna była na politechnice. przy tym wszystkim patrzył na swój zawód. a druga rozpoczynała wielką karierę gwiazdy. uchodził wśród kolegów. zastęp- ca dyrektora musi wywołać szacunek”. bo wszystko wydaje mi się komiczne. Był szczery. mój grubasie.mięśni i swemu urokowi. Jego córki dostarczały mu satysfakcji. drugi interesował się marynarką handlową. na swych prze- łożonych i podwładnych. przeciwnie. zwłaszcza gdy u władzy jest lewica. gdy tylko o tym myślał. na życie. kto osiągnął odpowiednią rangę i ta ranga zupełnie mu wystarczała. nie popełniając niepotrzebnych świństw. Drapać się jeszcze wyżej? To nie wchodziło w rachubę. będzie moczył haczyk. co wzruszało go za każdym razem. Udany montaż miał dla niego smak zupy z bazylii: „Jakie to smaczne! Ależ można się przy tym ubawić!” I dodawał trzeźwo: „Nigdy nie zostanę zastępcą dyrek- tora. Jeden był w Wyższej Szkole Administracji. za kogoś. patrzył na szefa — który. Ach. jako że on sam uważał się za człowieka szczę- śliwego. a to w administra- cji jest balastem. Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą dorzucać do tych warto- ści jeszcze nazbyt błyskotliwie uwieńczoną karierę. grał w bilard i nie będzie się bardziej niepokoił ludzkimi szaleństwami niż zda- rzało mu się to do tej pory. Chłodno. Z renty będzie mógł żyć.

by nie zostać wyśmianym w tym czy innym roku przestępnym”. lecz nig- dy wystarczająco. Jeśli kąciki jego płazich ust drgały. co wyrażało się nie tyle w jego grubych i obrzeżonych minimalnym wąsem ustach. nic nie mógł i nie chciał na to poradzić: „Jestem zastępcą wicekomisarza. że upoważniał go do tego wiek. potem podszedł do potrójnego okna. pewne ryzyka. że nie został jeszcze komisarzem. to wystarczy. przedstawiającą Paryż i rozpiętą na dwu ścianach gabinetu. które na pół przymykał. uniknął ka- wiarni najbliższej i drugiej w kolejności. niech inni mają. Duverrier? Raminagrobis podniósł się. Być może dzięki temu właśnie osiągnął stanowisko dyrektora. Wybrał się do trze- ciej kawiarni. Umiał wywalczyć dla siebie pewną niezależność sposobu bycia. dyżur przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni w roku z obawy. panie dyrektorze. tym razem bardzo uważnie. panie dyrektorze. Dyrektor umiał odczytywać całą stronicę jednym rzutem oka. — Co pan sugeruje. przyniesiona mi przez Cavaillèsa. — Vaudrette nie obawiał się podsłuchu? — Vaudrette. posługiwał się tonem jedno- cześnie pełnym respektu i protekcjonalnym. który nie potrafi zoba- czyć przeszkody ukrytej w cieniu przeszkody. I dziwi się. panie dyrektorze. — I jeszcze jeden drobiazg. Dyrektor raz jeszcze przeczytał notatkę. Zacho- wywał się swobodnie w obecności przełożonych. To mały człowieczek. szefem sekcji. Raminagrobis siedział wciąż na zbyt małym dla niego krześle i leciutko się uśmiechał. ile w oczach. Notatka z pod słuchu. wątpliwe zaszczyty. To do niego podobne. i nie tylko dla- tego. Przeszedł wolno przed olbrzymią fotografią. prawie się przeciągnął. by rzucić nieco senne spojrzenie na realny Paryż: 454 . by zasłużyć na przydomek sprawiający mu przyjemność. żeby nie przegapić dwudziestej pią- tej. żeby zadzwonić do swoich kumpli. napięcie przez dwadzieścia sześć godzin dziennie i lęk. swoje medale. obawia się zawsze.

tę partię belotki rozegrać można na róż- ne sposoby. że na miejscu znajdziemy tylko purée z Psara albo w ogóle pustkę. Niektóre tylko. że jest agent d'in- fluence. jak oceniam sytuację: Vaudrette czeka na coś większego. specjalnie zdeklasowane. — Ja. przyj- mijmy. Mówiłem już panu. kim jest Psar. Te jego garniturki. Być może ma to ja- kiś związek z tą sprawą. Wie pan także. że tak jest. Dla mnie moment przełomowy nastąpił wtedy. Krótko mówiąc. Twierdzi. mieliśmy go na oku. — Panie dyrektorze. różowe koszule. Zgarniamy Vaudrette'a albo jeszcze mu pozwalamy pobie- gać. Zagarniamy Psara albo nie interesujemy się nim. kim jest Vaudrette. Wszystko to potwierdza — podsłuch. żebyśmy zagarnęli Psara. Duverrier? Pan jest starym lisem i byłbym zły na siebie. by móc tamtej stronie ofiarować to w posagu i przejść do nich. panie dyrektorze. Jeśli chce pan. ale dobrze. zawsze myślę w najprostszych kate- goriach. Wie pan. gdybym pana nie wyżyłował przed pańską emeryturą. nic prostszego. Co byłoby oddaniem punktu w belotce. bo ryzykujemy. nam wystarczy jeden telefon do najbliższego komisariatu i mamy Psara w siatce. rozmowy tele- foniczne na liniach specjalnych urywają się. żeby nie zaczął niczego podejrzewać. Ale w takim razie trzeba by zacząć działać. obserwacja.) Od jakiegoś czasu zwracał na siebie uwagę. U jego kumpli zauważyliśmy w ostatnich dniach spore poru- szenie. zbadaliśmy co trzeba i od tej pory nie ma wglądu do żadnych dokumentów supertajnych. puszczam w obieg. Widzę ten problem jak tabelę z czterema przegródkami i dwoma wejściami. Tamci muszą się przemieścić. Wyznaję. 455 . (Raminagrobis także miał na sobie różową koszulę. Komunikacja radiowa bardzo intensywna. — Co by pan postanowił będąc na moim miejscu. gdy przestał nosić czerwone krawaty. że nie domyślałem się tego.

Vaudrette zostaje na swo- bodzie. że ten dureń nie wyrządza większych szkód. Trochę płaskie rozwiązanie. agent d'influence zeznaje. oskarżając go o przekazywanie informacji obce- mu mocarstwu? Czy nie będzie to znaczyło. Psar nigdy więcej na swobodzie. że jesteśmy penetro- wani. że umknie nam nie- dźwiedź. Vaudrette na wolności. to trzeba wielkiego pecha. i jeszcze bardziej Anglików i Niem- ców. — Jeśli ma się cztery przegródki. Czekałem na czwarty wa- riant. Listy gratulacyjne. a złapiemy tylko zająca? Raminagrobis uśmiechnął się. pańskich przyja- ciół z SDK. którzy już nie będą mieli monopolu na podstawionych 456 . infiltrowani. ale mamy Psara w więcierzu. Wiem dobrze. trochę dziwacznej. pilnować go od rana do nocy. Vaudrette zamknięty. przetargi. — Znam pana dobrze. Dyrektor lubił eleganckie for- muły. To słuszne i normalne. — Psara oddajemy przyjaciołom. zrobionej z na rożników pozostałych. męczące i drogo kosztuje. osaczeni. żeby mógł zgarnąć Psara. I co to znaczy? Że wszyscy będą wrzeszczeć. Pierwsza przegródka: uderzamy. robi się wrzawa. dyrektorzy do tego właśnie byli potrzebni. Trzecia przegródka: próbujemy załatwić obie sprawy za jed- nym zamachem. Czwarta przegródka. W najlepszym razie osiągniemy to. specjalnie pojawiamy się na miejscu już po naszych przyjaciołach. Widzi ich pan już. Druga przegródka: zapominamy o wszystkim albo. ale to w każdym razie męczące. Duverrier. i Amerykanów. — Według pana więc należy pozostawić przeciwnikowi czas. wariant bardziej wyrafinowany. promo- cje.. a Vaudrette'a rzucamy na pożarcie. że Vaudrette zostanie skazany z jednego z artykułów numer 70. Psar też. jeśli chce pan znać moją opinię. Wielka sprawa.. by nie znaleźć jeszcze i piątej. Dwa wróble w garści. a następnie zwrócić się przeciwko Vaudrette'owi.

Naprawdę. który pozwala nam podjąć jakąkolwiek akcję przeciwko agents d 'i- nfluence. — Uniewinni go? — Tak. których domyślaliśmy się. My natomiast będziemy mogli z tego skorzystać i przesłać przez niego tę czy inną wiadomość. przewiduje karę więzienia od dziesięciu do dwudziestu lat dla każdego. to zależy wyłącznie od pana. kto „przekazywał przedstawicielom obcego mo- carstwa informacje mogące przynieść szkodę sytuacji wojskowej 457 . — Może mi pan to wyjaśnić? — Chętnie. Jeżeli Vaudrette wykorzysta okazję i przeskoczy na drugą stronę. Proszę sobie przypomnieć poprzednią sprawę. Wysunął lekko język: — Paragraf 3 artykułu 80 Kodeksu Karnego. nie wyjawiwszy nic praktycznie z tego. ja także tak to widziałem. kilka metod. Przez cały rok śledziliśmy tego chłopaka.agentów. Po czym posłany zostanie przed sąd przysięgłych. i co to dało? Był przesłuchiwany po harcersku przez sędziego śledczego. Ten będzie może mówił. zgodnie z naszymi potrzebami. tym lepiej dla jego finansów. panie dyrektorze. mimo że ten człowiek zatruwa narodowe sumienie od dwu- dziestu pięciu lat. I sąd przysięgłych uniewinni go. co wiedział. Duverrier. Pytanie tylko. gdyż prokurator nie potrafi dowieść szkodliwości je- go działań. co z nim zrobimy . jedyny. rzeczy. nie widzę tu nic korzystnego dla nas. fałszy- wą lub prawdziwą. równie po harcersku skazany przez trybunał bezpieczeństwa państwa. Ale czy nie moglibyśmy odesłać Vaudrette'a i jednak wykorzystać Psara? — Panie dyrektorze. ale co my będziemy z tego mieli? Kilka na- zwisk. wydaliśmy mnóstwo grosza. i po upływie dwu lat ułaska- wiony. jako że nie ma specjal- nego trybunału dla takich spraw. — Zgoda. Raminagrobis pieścił końcami palców swe sympatyczne bro- dawki porośnięte czarnymi włoskami.

której nam nie wolno podjąć. ale dopiero za godzinę. panie dyrektorze. intelektualne. zasmradzać naszą literaturę. Wszystko to jest legalne. — Z wysokości sterty moich profesjonalnych śmieci. * 458 . podkopywać rodzinę. jak długo prawodawstwo nie zostanie zmienione i przestępstwo czynnego ingerowania w życie społe- czeństw. będę tak długo utrzymywał. Ale widzi pan. duchowe. gdyż to oskarżenie zwracać się może przeciwko nam. rozmontować system edukacji narodo- wej.. «Indyk uwolniony z okowów» wystąpiłby znowu z tezą.lub dyplomatycznej Francji. że zamykamy ludzi za wypowiadanie przekonań politycz- nych i czułe francuskie sumienia zaprotestowałyby przeciwko naszym represywnym metodom. cięższych na pewno niż klasyczne szpiegostwo. Po- zwólmy przyjaciołom wykonać brudną robotę. Gdyby pan Psar został skazany.. że naprawdę poniosły one szkody. Można śmiało zatruć naszą młodzież. A później skorzystajmy z przywilejów. Otóż pan Psar nie uczynił im żadnej krzywdy. nie zostanie uznane za jedną z najcięższych zbrodni. której ofiarami w pierwszym rzędzie by- libyśmy my. panie dyrek- torze. pokłócił się ze swoimi. W dodatku trzeba jeszcze udowodnić. — Krótko mówiąc. wynajęty przez naszych przyjaciół. lub też jej żywotnym interesom gospodarczym”. Duverrier. Pod ochroną znajdują się tylko nasze interesy wojskowe. „influence”. Dlatego właśnie. Nie będę analizował. z wysokości pańskiej mądrości i pańskiego doświadczenia. Wyślijmy Vaudrette'a do tamtego mieszkania. dyplomatyczne i ekonomiczne. panie dyrektorze. zauważę co następuje: pewien agent d'influence. wielo- znaczności terminów „informacje” lub „żywotne”. że nie mamy interesu w oskarżeniu agent d'influence. ludzkie. jakie otrzyma w darze od wdzięcznego ZSRR. niszczyć Kościół. że interesy kulturalne. doszłoby do tego tylko w wyniku strasz- liwej pomyłki sądowej. nie są w ogóle uwzględnione przez nasze prawodawstwo.

— Aleksander Psar? — To ja. — Niech pan wsiada. Aleksander ujmuje uchwyt teczki. Jestem pułkownik Wiazew.. Nie może jej otworzyć. Wsiedli do windy. z czołem pory- tym zmarszczkami. Zobaczył człowieka o rumianej twarzy. Rumiany siada przy Aleksandrze. ubranego w skórzaną marynarkę. Szofer jest wielki i ponury. Ma na sobie ciemny garnitur i białą koszulę.. że sło- wo „panowie” brzmi tu dość niestosownie. Już wcześniej naskrobał wia- domość dla Józefiny: „Dziękuję. Rumiany pochyla się. z Piątego Departamentu. 459 . Mężczyzna siedzący z tyłu odzywa się: — Zostawcie to. Jest w atmosferze coś tak ciężkiego i napiętego. Pali papierosa. I nagle czuje. Samochód jedzie wzdłuż Buttes-Chaumont. Aleksander przykleił oko do judasza. Jego twarz przysłonięta jest obłokiem dymu pa- pierosowego. Zadzwonię do pani”. — Kto tam? — „Widzieć to egzorcyzmować” — lekki akcent prowincjo- nalny. Silnik jest zapuszczony. Aleksander mówi: — Panowie. Aleksander zabrał swoją teczkę. Rozległ się dzwonek do drzwi. że określenie „panowie” nie jest właściwe w tej sytuacji. Aleksander wchodzi do samochodu. — Proszę za mną. Rumiany mężczyzna wydziela trudny do nazwania odór: alkohol? Płyn po goleniu? Skórzana marynarka? Na dole czeka czarny citroen pallas. przednie drzwi otwarte. towarzyszu. Jeszcze inny mężczyzna siedzi w tyle samochodu. Aleksander otworzył drzwi.

który w momencie gdy metal styka się z betonem podłogi zamienia się w prawdziwy grzmot i długo przetacza się echem po całym garażu. Metalowa brama opuszcza się znowu. pogrąża się w ciemności. W kark Aleksandra zagłębia się igła. Na stopniu kabiny siedzi wysoki chłopak o długich nogach i krótkim torsie. niebieskimi literami rosyjskiego alfabetu wypi- sane jest jedno słowo. jej segmenty ze zgrzytem chowają się w żelaznych prowadni- cach. otwiera plomby. Drambuie. Chartreuse. Po- między kartonami postawiono skrzynię. ściany skrzyni 460 . na której wielkimi. skórzaną wiatrówkę. a także nalepki w rodzaju „Uwaga — szkło”. W środku ciężarówki znajduje się ładunek win i alkoholi. Sowtransawto. którego otacza chmura dymu papierosowego. uwieńczonej szklanym da- chem hali. któremu na przeguby i kostki u nóg założono kajdanki marki Smith & Wesson. Vieille Cure. Z oddychaniem nie będzie kłopotu. Metalowa brama unosi się automatycznie. jej tylne drzwiczki zaplombowa- ne. Mandarine Napoléon. „Góra”. Jego wsunięta do wnę- trza teczki dłoń rozluźnia się. opuszczają i w końcu zatrzy- muje się przed zamkniętymi wrotami garażu położonego w prze- mysłowej dzielnicy. towarzyszy temu taki sam zgrzyt. ma na sobie włoską. całe jego ciało staje się bezwładne. Cherry Rocher. Rumiany na spółkę z szoferem pallas wynoszą bezwładnego Psara. Umieszczają go w skrzyni i zamykają jej wieko. Mężczyzna. Samochód wjeżdża do rozległej. „Dół”. jako że nikt nie będzie zaglądał do środka nim ciężarówka nie przekroczy granicy su- werennej i sfederowanej Republiki Białoruskiej. Ta maskarada jest wła- ściwie zbytecznym środkiem ostrożności. na której nalepiono ety- kietki znanych firm: Rémy Martin. Wewnątrz znajduje się gigantyczna ciężarówka. Pallas wjeżdża na obwodnicę. Ciężarówka jest zamknięta.

Wiaczesław? — Zawsze gotowy. . Wysoki chłopak wchodzi do kabiny kierowcy. powoli. rusza z miejsca. tarasując ją cał- kowicie. gdyż jego nogi są tak bar- dzo długie. Meta- lowa brama unosi się jeszcze raz i ogromny samochód. Ciężarówka zaczyna drgać. że to cały garaż szykuje się do drogi. wytacza się na ulicę. Aleksander „wróci”. Mogłoby się wydawać. ile nakazuje regulamin wewnętrz- ny Piątego Departamentu. centymetr po centymetrze. Z hukiem zatrzaskują się drzwiczki ciężarówki. Jest 28 grudnia.zaopatrzono w tyle otworów. towarzyszu pułkowniku. Plomby zostają ponownie założone. wibrować. Towarzyszący mu kierowca dopytuje się nerwowo: — To co. lekko. Nim rok się skończy. bez trudu. Pułkownik spogląda nań z aprobatą. Wysoki chło- pak wyjmuje z wiatrówki szczypce do plombowania. — No to jedź i niech ci pan Bóg sprzyja. ruszamy? Palacz papierosów patrzy po raz ostatni na ciężarówkę: — Gotowi.

OSTATNIA DROBNA PRZYSŁUGA 165 5. STRACH NA CZARNĄ GODZINĘ 225 6. ZARZUCANIE SIECI 7 2. BOSKI WĘZEŁ 64 3. TWARDY ZNAK 328 8. PERŁA 368 9.SPIS TREŚCI 1. JEDEN DZIEŃ W ŻYCIU ALEKSANDRA DMITRYCZA 112 4. „WRÓCIĆ” 413 . OBRÓT ŚRUBY 276 7.