Siergiej Łukjanienko

Labirynt odbić
Przełożyła Ewa Skórska

WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2009

Tytuł oryginału: Лабиринт отражений Copyright © 1997 by Siergiej Łukjanienko Copyright for the Polish translation © 2009 by Wydawnictwo MAG 978-83-7480-131-7 Wydanie II Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax (0-22) 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl http://www.mag.com.pl

Część pierwsza NUREK

00
Mam ochotę zamknąć oczy. To normalne. Barwny kalejdoskop, błyski, skrzący się gwiaździsty wir... Wygląda pięknie, ale wiem, co kryje się za tym pięknem. Głębia. Nazywają ją Deep, ale myślę, że słowo „głębia” lepiej oddaje istotę rzeczy. Zastępuje karteczkę z ostrzeżeniem: „Głębia!” Żyją tu rekiny i ośmiornice. Jest cicho, tylko napiera i ciśnie nieskończona przestrzeń, której tak naprawdę nie ma. Głębia jest na swój sposób w porządku. Przyjmuje każdego. Nie trzeba zbyt wiele siły, żeby się w niej zanurzyć... ale znacznie więcej, jeśli chce się sięgnąć dna i wrócić. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że bez nas Głębia jest martwa. Trzeba w nią i wierzyć, i nie wierzyć. Bo przyjdzie dzień, gdy nie zdołasz się z niej wynurzyć.

01
Pierwszy ruch jest najtrudniejszy. Na środku niedużego pokoju stoi stół, kable od komputera ciągną się do UPS-u i dalej, do gniazdka. Cienki przewód do linii telefonicznej. Pod ścianą, na której wisi piękny dywan, stoi tapczan, przed otwartymi drzwiami na balkon – malutka lodówka. Najważniejszy sprzęt. Pięć minut temu sprawdziłem jej zawartość, w ciągu najbliższej doby nie grozi mi głód. Kręcę głową. W oczach ciemnieje, ale zaraz przechodzi. Normalka. – Wszystko w porządku, Lonia? Głośniki ustawione na maksimum. Krzywię się: – Tak. Zrób ciszej. – Ciszej – zgadza się Windows Home. – Ciszej, ciszej... – Starczy, Vika – powstrzymuję ją. Dobry program. Posłuszny, pojętny i serdeczny. Może zbyt zadufany, jak cała produkcja Microsoftu, ale można wytrzymać. – Powodzenia – mówi program. – Kiedy na ciebie czekać? Patrzę na ekran, gdzie w aureoli pomarańczowych iskier pływa kobieca twarz. Młoda, sympatyczna, ale nic specjalnego. Piękno mnie już zmęczyło. – Nie wiem. – Chciałabym mieć pięć minut na samokontrolę. – Dobra. Ale nie więcej. Za dziesięć minut będę potrzebował wszystkich zasobów. Twarz na ekranie marszczy się – to program wydziela kluczowe słowa. – Tylko dziesięć minut – mówi pokornie Windows Home. – Ponownie zwracam ci uwagę, że poziom stawianych zadań nie zawsze odpowiada pojemności mojej pamięci operacyjnej. Wymagane byłoby rozszerzenie do... – Milcz – przerywam. To brzmi jak rozkaz i program nie może nie posłuchać. Krok w lewo, krok w prawo... Cha, cha. To nie próba ucieczki, raczej dobrowolne uwięzienie. Podchodzę do lodówki, otwieram, wyjmuję puszkę sprite’a, otwieram. Napój chłodzi gardło. To już niemal rytuał – Głębia zawsze wysusza śluzówkę. Z puszką w ręku wychodzę na balkon, na ciepły letni wieczór. W Deeptown prawie zawsze jest wieczór. Ulice zalane światłem reklam, cichy szum przejeżdżających samochodów. Nieprzerwany strumień ludzi. Dwadzieścia pięć milionów stałych mieszkańców, największe megalopolis świata. Z wysokości jedenastego piętra twarzy

rzucam puszkę w dół i wracam do pokoju. wszyscy spieszą dokądś w swoich sprawach. przez niedomknięte drzwi próbuje wlecieć maleńki żuczek. Żuczek jest najwyraźniej przelotny. – Prosty kod otwiera dostęp do . Zamykam drzwi.. wychodzę do przedpokoju. – Złożyć skargę na właściciela domu? – pyta Windows Home. Wolę takich taksówkarzy. siedem. Jest ogłuszony i pokorny. wkładam buty. Winda zjeżdża bardzo szybko. oglądam się. obserwując idącego po chodniku mężczyznę. Sam kiedyś zajmowałem się podobnymi głupstwami. – Lonia. ale teraz się spieszę. ale nie mam teraz głowy do takich gierek. żuczek w ostatnim wysiłku zderza się z nimi. Klatka jest pusta. Osiem. Mężczyzna łowi moje kpiące spojrzenie i przyspiesza kroku. Można by to ciągnąć w nieskończoność. Bardzo zabawne. Z politowaniem obserwuję uprzykrzonego owada – z mieszkania płynie równy potok powietrza. twoja skarga na kompanię Polana została zignorowana! – Nie szkodzi. – Jak pan będzie płacił? – Tak. – To nieetyczne. seryjna produkcja.. wyrzuca go z powrotem. wyszkolonych i niegadatliwych. – Lonia. uśmiechnięty. – Złóż – zgodziłem się. Gdy majstruję przy zamku. Zazwyczaj schodzę po schodach. Dopijam sprite’a. Aha. na kompanię Polana złożono skargę. Ciągle zapominam wyjaśnić programowi. – Kompania Deep Przewodnik serdecznie wita! Imienia nie podaje – program zatrzymał taksówkę anonimowo. Bardzo rzadko żuczkom udawało się przynieść interesującą informację.. – Al Kabar. Teraz głos płynie ze srebrzystych szpilek w klapach mojej koszuli. tłuką w mieszkaniach. – Zignoruj – burczę. lamerzy się zabawiają. Patrzę na jego pobladłą twarz.. potrząsam za kołnierz i rozkazuję: – Dzielnica Al Kabar. Podnoszę rękę i za chwilę przy chodniku hamuje żółta limuzyna.się nie zobaczy. Próbował się bronić. krótki rozbłysk i owad spada na podłogę. To naprawdę coś: hybryda młodego Arnolda Schwarzeneggera i starego Clinta Eastwooda. osiem. siedem. starannie uczesany. Wychodzę na chodnik. Trują je na ulicach. – mamrocze komputer. w wykrochmalonej koszuli – odwraca się do mnie. jasna i bardzo czysta. trzy. zaglądając po drodze do cudzych mieszkań. Winda czeka na mnie na piętrze. – Nie ma takiego adresu – mówi kierowca. Wsiadam do taksówki. ale nie zdążył. Nie reaguję. ale one są niezniszczalne. Najemca mieszkania numer jeden. kierowca – młody. może zobaczę amatora owadów? Ale nikogo podejrzanego nie ma. że to ja jestem właścicielem domu. – Wyjmuję z kieszeni rewolwer i mocno uderzam chłopaka w skroń. I tak nikt tam nie mieszka. otwieram drzwi.

Idę w las. Niech to wygląda na rozrywkę pijanych szpanerów. Czekam. Gęsty. luksusowe biura kompanii. Tylko dla mnie. odchodzę na krok od limuzyny. wsuwam rękę do dziupli.. którzy nie chcą się afiszować. Otwieram drzwi. Strzał jest niezbyt głośny. Mają tam słabych programistów. Droga. kod „Iwan”. przepasuję wzorzystym pasem. Kierowca pokornie czeka. firm sprzedających meble. kilka drobiazgów w kieszeniach. Patrzę w okno. Po kilku sekundach Deep Przewodnik ma o jedną taksówkę mniej. migają osiedla nabite wieżowcami. gdy mijamy zarośla mango i przejeżdżamy wzdłuż środkowoeuropejskiej gęstwiny.. No. – Do dzielnicy Al Kabar jeszcze daleko – mówi kierowca. Na drodze widać światła. – Świecące drzewo – oznajmia program. Przebieram się w płócienną białą koszulę i spodnie. Miasto kończy się niespodziewanie – jakby ścianę pałaców i wieżowców ktoś uciął gigantycznym nożem. – Kierowca się uśmiecha. nieprzebyty. oddzielający od codziennej krzątaniny tych. wyjmuję ciężki pakunek. ale pojazd błyskawicznie staje w płomieniach. ale wtedy w plikach kompanii zostałby ślad mojego przejazdu.. nareszcie. I zostałby po mnie ślad. – Optymizowałaś się? Dobra. teraz będę potrzebował pomocy. – Zamówienie przyjęte. ażurowe wieże Ameryki On-line. ze wszystkimi drobnymi śmieciami Deeptown. nie zauważą mojej malej ingerencji. – Zatrzymaj się. – To nieetyczne – mamrocze ze szpilki Windows Home. bezprawnie wykorzystując jeden z komputerów zarządu transportu kolei zakaukaskiej. Szukaj skrytki. nieruchomości. Kierowca siedzi bez ruchu.służbowych adresów Deep Przewodnika. ogromne. znowu jest wesoły i usłużny. Pełno tu również biurowców. Dobrze. patrząc przed siebie. skręcamy w tunele. a świadkowie mi niepotrzebni. długie szare korpusy IBM. Mógłbym nie bić kierowcy. – Zahamuj przy następnej ścieżce – mówię. a za nią las. Każda jako tako prosperująca firma dąży do otworzenia w Deeptown swojego przedstawicielstwa. odrzut słaby. Oglądam się. Celuję w samochód i strzelam. kompanii transportowych. Deep Przewodnik prosperuje właśnie dzięki tej obfitości. skromniejsze biura innych komputerowych prawodawców. – Gdzie jest strumień? – pytam.. Aha. Mógłbym kazać kierowcy wybrać krótszą trasę. Ja też. klinik. ale wtedy musiałby połączyć się z dyspozytornią. Mkniemy po autostradach. agencji turystycznych. . wspaniałe pałace Microsoftu. hamujemy na skrzyżowaniach. Oto ogromny dąb migoczący czarodziejskim błękitnym światłem. Krótki miecz w pochwie. żarcie. Podchodzę. Samochód rusza. Podróżowanie po mieście piechotą to dość czasochłonna i monotonna rozrywka. Skrytkę zrobiłem kilka dni temu. Samochód staje...

Twarz dobroduszna i do obrzydliwości pospolita. napawając się lasem. – Spróbujemy – decyduje wilk. Niedaleko nas przez przepaść przerzucony jest. Fenomenalny! Naprawdę jest szary. Instynktownie uchylam się przed gałęziami. Minarety.. Oglądam się – z gęstych krzaków wychodzi ogromny. potem zaczynam wodzić palcem. Niech to diabli. wilk cicho chichocze. Jeden jego koniec kończy się na murze opasującym miasto. retoryczna odpowiedź na retoryczne pytanie. – Misja? – Kradzież. . siada. skoro go to bawi. Nieźle to wygląda. – Na mnie czekasz.. że most. Stare. Przed nami szeroka na sto metrów przepaść. – A może by cię zjeść. za nią wschodnie miasto. ścierając własne oblicze. Zamiast mojej twarzy z drżącego zwierciadła patrzy na mnie osiłek o kasztanowych włosach. pociera łapą mordę. Wilk uśmiecha się. – Al Kabar? – Zgadłeś. – Wsiadaj. jeden ułamany aż po korzeń. Po kilku minutach wyskakujemy z lasu. a raczej czarny. powiedzmy.– Na prawo. Niech się cieszy. – Patrzę na niego z zachwytem. a on rysią biegnie przez las. chcesz mego miecza zakosztować? – improwizuję.. sięgający mi do piersi wilk. – A jak mi się odpłacisz. doświadczone wilczysko. Gdzieniegdzie sierść jest zmierzwiona. Zleceniodawcy nie lubią się afiszować. chłopaczku? – Trzy tysiące zielonych – oznajmiam. do prawej przedniej łapy przyczepił się rzep. Kilka razy uderzam w nie ręką. wszystko w pomarańczowo-żółto-zielonej tonacji. Pod nogami żółty piasek. – Może i na ciebie. no. – Dziękuję – mówię do programu i prostuję się. Przez chwilę stoję. – Czemu się chełpisz po próżnicy. chłopaczku? – pyta wilk i szczerzy kły. kopuły. Cienki jak struna. – Jesteś gotów? – Tak. żółte jak zęby palacza. z wilczą siwizną. – Kto zamówił? Wzruszam ramionami. Pochylam się nad wodą i wpatruję w odbicie. chłopaczku? – pyta ktoś zza moich pleców. drugi trzyma w rękach dziesięciometrowy kamienny posąg z ohydną mordą. Wsiadam na grzbiet wilka. – Lepiej wstąp do mnie na służbę. strasznie dawno nie wychodziłem z tego miejskiego smrodu. mocny gorący wiatr zmusza do zmrużenia oczu. Wilk z zadowoleniem kiwa łbem..

„Głębio. muszę się czegoś napić. sprawdziłem kabel biegnący od wirtualnego kombinezonu na deepie komputera. Kombinezon lekko hamował ruchy.. Nie wytrzymałem. Al Kabar ma niekiepskich projektantów. tylko w domu przy klawiaturze. no.. rozluźniłem się. Wreszcie się napiję.. królewiczu? – Licho wie – mówię.. Ładny rysunek. na razie umowny jak tani film animowany. I nie trzeba. nie jestem twój...– No. jakbym szedł po piasku. posąg. W realu mój pokój wygląda tak samo jak w rzeczywistości wirtualnej. Nie jestem na pustyni. Tylko za oknem jest nie letni wieczór Deeptown. wyskoczę na sekundę. Przymykam oczy. – Zeskakuję z jego grzbietu. wstałem. przepaść.. Z pięknymi kolorowymi ekranami. Wyciągam rękę i wprowadzam komendę: Deep . Włożyłem hełm – jakbym wsadził głowę do piekarnika. wspaniałymi głośnikami. Czym jest Głębia bez człowieka? Mrugnąłem. zaczekaj.. trzymając rękę na sierści. położyłem na stole obok klawiatury.” Szarpnąłem się. – A co w tych jabłuszkach? – Nie wiem. Lewą nogę ciągnęło trochę silniej. potem skalibrujemy. – O moście mówili. Zdjąłem hełm. – Nie za tanio. – No to jazda – mówi wilk. siadłem przy komputerze. nic z tego.. Dobra. na dole nie leży żadna pusta puszka.. Nie szkodzi. Mżawka. Znowu program szwankuje. Nic więcej komputer nie może wyciągnąć. wyjrzałem z balkonu.. lecz dżdżysta jesień Petersburga. – Nie. Głębio. będzie robótka – zauważył wilk.. – Co masz kraść? – Dojrzałe jabłuszka. Teraz to żar pustyni. miasto w oddali. Na monitorze pojawiła się znajoma kobieca twarz. rozglądając się. Otwieram lodówkę. Wirtualny hełm jest ciężki.. próbując wejść w wirtualny świat samodzielnie.. z klimatyzacją dyszącą w twarz powietrzem o odpowiedniej temperaturze. stoję obok. Lonia? – rozległo się z głośników. Oczywiście... – Posłuchaj. klakson samochodu w oddali. Oczywiście. – Przerywasz zanurzenie. Przed oczami jak na maleńkich ekranach – pustynia. – Aha. – wilk znowu chichocze. to po to ta maskarada. to najbardziej wyszukany model z seryjnie wypuszczanych przez Sony. wbudowanym mikrofonem. zaraz to nadrobię. Wytarłem mokre od potu włosy leżącą na krześle koszulą.. Znowu patrzę na wirtualny świat. biorę sprite’a. Te dranie z Al Kabaru stworzyły sobie maksymalnie nieprzyjemne warunki. Głębio. ale toporny.. oglądając posąg.. Puść mnie. Ładnie narysowane..

za chwilę się zerwie. Nurek.. – Śmielej. ale deep program działa na wszystkich. Zaczynam się wspinać po nodze potwora. zaczyna nagle wibrować i powoli się zaciska. Mózg próbuje stawiać opór. próbuję wczepić się w dłoń – nie daję rady. który nie traci do końca łączności z rzeczywistością.A teraz enter. Próbuję nici nogą – lekko się kołysze. Dla niego to śmieszne.. Rogata głowa z wyszczerzoną paszczą. A ja muszę wchodzić na granitowy fallus potwora. Nad pustynią rozbłyskuje wielobarwność programu. – Robimy tak – decyduję – przez most idę sam. – Zwilżyłeś gardło. To rozruchowe fragmenty programów. W końcu jestem na dłoni. W lewej łapie zaciśnięta cienka nić. Dłoń. To już nie zasługa hełmu. Ale miecz przy pasie i rzeczy w torbie już nie są zwykłym rysunkiem. Most z końskiego włosa.. a gorący wiatr wbija mi w oczy ziarenka piasku. . Jak struna. – Kim jesteś? – Jego ryk rozsadza mi uszy. Jak głupio musi teraz wyglądać moje ciało w pustym mieszkaniu – podskakujące. Coś tu nie gra. Wilk uśmiecha się do mnie.. który ożył.. Opieram się o nabijane kolcami kamienne kolano. nie dekoncentruj się.. na której stoję. co powinienem czuć na prawdziwej pustyni.. To pewnie Ifrit. Zwykli komputerowcy nie zdołają przejść po tym moście. Ryczy po rosyjsku! – Gościem! – krzyczę. miękką podkładkę hełmu. Oglądam siebie – wszystko w porządku? Moje ciało w wirtualnym świecie jest tylko niezbyt wymyślnym rysunkiem przekazywanym przez komputer na ten czy inny punkt Deeptown i jego peryferii. bohaterze! – krzyczy wilk. Taki jak ja. Nie jestem zbyt oblatany w arabskiej mitologii. Most drży. próbując uwolnić nogi z uścisku granitowych palców. nabrzmiałe kamiennymi muskularni łapy. Ostatni metr jest najtrudniejszy. Idę. Tylko czasem – jeden na trzysta tysięcy – trafia się człowiek. szarpiące powietrze. Jeszcze przez sekundę widzę ekraniki.. Daleko w dole widać skały i błękitną wstążkę rzeki.. – Twoja wola – zgadza się wilk. potem świadomość zaczyna się rozpływać. To mój mózg czuje to. Pewnie legalni goście Al Kabaru mają jakąś inną drogę. które zaraz staną się niezbędne. Słyszę.. Posąg jest coraz bliżej. jak wilk chichocze. staje się coraz bardziej rzeczywisty. chłopaczku? – Tak. Który umie samodzielnie wypływać z Głębi. Nade mną pochyla się wyszczerzona morda potwora. Potem wynoszę trofea i zmywamy się.

Teraz powinno nastąpić wyjście w real. to doskonały strażnik. – Nie masz prawa usłyszeć jego imienia. to w ten sposób odgadł mój język. Palec wskazujący zawisa nade mną. Tylko samobójca odłącza bezpieczniki deep programu. – A kto ma? Coś nowego. nad którym nie masz władzy. z kim ma do czynienia. że częściowo przeciekłem za krawędzie dłoni. złodzieju. – Tym. jako konsekwencja „śmiertelnego” zagrożenia. drugie na kamienny paznokieć. – Zaproszono mnie. – Kto? Gram va banque. – Allah – mówię na chybił trafił. potem krzyczy: – Ty. Widocznie poczucie humoru programu jest bardziej amerykańskie niż arabskie. jedno oko patrzy na rozpalone niebo.. – Mam prawo do wszystkiego – oznajmia potwór. Tym razem potwór pacnął mnie wolną ręką tak. który przyszedłeś tu w ciele wilka. Ciało powoli zbiera się do kupy. zapamiętaj jego los! Aha. Tylko zabrakło mu „rozumu”. Moje okaleczone ciało leży na dłoni potwora. Potwór znowu zastyga. Leżę.– Goście nie przychodzą z rzeczami zakazanymi! – chichocze monstrum. . jakby potwór chciał mnie rozgnieść. Normalny użytkownik deep technologii ocknąłby się teraz w rzeczywistości. Mówi pouczająco: – Nie tobie wymieniać imię Najwyższego. to nie bezbronny program kierowcy Deep Przewodnika.. W przeciwnym razie mózg może wyobrazić sobie najprawdziwszy szok bólu. Tak. Odczekuję chwilę i wstaję. a jego palce zaciskają się mocniej. Czy program ochronny Al Kabaru bierze pod uwagę istnienie nurków? Ostrożnie wchodzę na most. słyszał naszą rozmowę. Widocznie program reaguje właśnie na dotknięcie mostu. Ale na razie tylko wskazuje miecz. przed wygłaszającym morały komputerem. Usatysfakcjonowany Ifrit głośno chichocze. – Kim jesteś? Znowu to samo. Wilk tarza się ze śmiechu po piasku. ze wszystkimi jego konsekwencjami. z pseudointelektem o stopień przewyższającym Windows Home. Jak mu się udało określić mój język? – Goście nie przychodzą bez zaproszenia! – dodaje. żeby pojąć. Czaszka zgnieciona. Widzę to jedynym ocalałym okiem. Albo nurek.

A może fallus? Też nieźle wygląda. skaczę na nić. on wykrzywia się do mnie. Leżę na wznak. Ledwie zdążam się uchylić przed ruchliwymi palcami. Ciekawe. Ciemna sylwetka na dłoni zaczyna się poruszać. nad którym nie masz władzy. Wykrzywiam się do sobowtóra. nie na darmo potwór trzyma most w dłoni.. – W czyjej jesteś władzy? – Swojej własnej... trzeba będzie dołożyć pamięci. rogi. staje się trójwymiarowa i kolorowa. – Wariant siłowy? – dotykam rękojeści miecza.. Iwanie carewiczu. Trzeba działać. Kamienne powieki opuszczone. – Hej. – Kim jesteś? – ryczy potwór. – Pozostałe linie Al Kabar otwierają się wyłącznie na rozkaz z wewnątrz. Tak naprawdę to zwyczajny cerber przy wejściu. Wirus lokalnego działania jest miniaturowy. – To jedyny zewnętrzny kanał – oznajmia natychmiast mój komputer.rozmyślając. patrząc na sobowtóra szamoczącego się w garści monstrum. Zostaje ze mnie miazga. – Nie rozumiem.. chwytając cień. – Ożyw cień – rozkazuję. Gdzieś w środku nitki przebiega kanał łączności z dzielnicą Al Kabar. – Prowadź. – Kanał ulegnie zniszczeniu. z paszczy zwisają stalaktyty śliny. uderzę. Zamach prawej ręki strąca mnie na piasek. Pozory dla graczy o słabych nerwach. ile rodzajów śmierci dla złodziei ma w zanadrzu potwór? Zęby. Tam biegną sygnały z rozkazem – przepuścić czy zlikwidować nieproszonego gościa. – A ty kim jesteś? – dobiega zza pleców. Rzeczywiście. prostuje się.. – Tym. Oglądam potwora. Wyciągnę miecz. pełznę po mocno zaciśniętej pięści. można to obejść? – pytam.. – Szukaj hasła. Zniszczę strażnika i nitka nad przepaścią pęknie. co wiadomo o Al Kabarze. Będę miał przynajmniej chwilę czasu.. spieszy mi się! – woła wilk. Na razie potwór się nie rusza. – Kim jesteś? – pyta znowu potwór. cieniu – rozkazuję... nie trzeba go nawet ściągać z domu. Niezły kawałek fatalnej roboty. ale następnym razem mogą się za mnie wziąć prawdziwi programiści Al Kabaru od rzeczywistości wirtualnej i konserwatorzy. Na razie program odrzucał mnie samodzielnie. wibruje. Sobowtór wkracza na most. – Sobowtór nadal odwraca uwagę strażnika. – Po co tu przyszedłeś? . – Cholera. Sekunda przerwy – maszyna ładuje do pamięci cienia wszystko. Głos traci intonację. No jasne. Znowu wstaję. – Vika... – Cicho bądź.

zabawne. a nie tylko skradzione dane o wewnętrznej przestrzeni wirtualnej dzielnicy. Ktoś inny na moim miejscu mógłby zobaczyć korony drzew albo strumienie lawy. jeden w turbanie.. Trzeba było poznać wszystkie pliki. Dobra. Strażnik i tak już zaraportował. Głębio. na nim już czeka jakichś dwóch. Stanąłem na cegłach i wyszeptałem: – Vika. – Więc przejdź i zrób to. To nic.. Przed mną obrazek – przepaść. chwytając chciwie powietrze. Most jest nicią nad przepaścią. Jakby wessało mnie w cień. trudno. okazuje się. połączenie – rozkazuję. – Iwanie carewiczu. nie jestem twój. Nić dochodzi do murów twierdzy. Już tam pewnie na mnie czekają. szybko pokonuję dystans. Pyrrusowe zwycięstwo.” Zamykam i otwieram oczy.. ta procedura jest praktycznie nie do złamania. Po prostu idź i wszystko będzie dobrze. drugi łysy. Żebym tylko dożył do jutra. Szczerze mówiąc. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. . Ogniste iskry przed oczami. już przepuszczone przez most. Mur jest szeroki.. ale nieosiągalne. – Vika. pewnie na mnie. Nadużywam dzisiaj wyłączania podświadomości. Patrzę uważnie na nić i starannie przestawiam po niej nogi. – Vika. skąd są odpowiedzi cienia? – Z otwartego pliku Al Kabaru. most. że gość próbuje przejść na drugą stronę. czyś ty czasem nie Iwan głuptas? – pyta wilk.. a narysowane ciało nie może mieć środka ciężkości. To tylko obrazek.– Objąć władzę nad sobą. A oto i witający – już w normalnych wymiarach.. Nie ma tu grawitacji. Wilk podchodzi bliżej i szepcze: – Co się stało? Wyjaśniam. „Procedura wirtualnego podania o przydzielenie pracy”. gdy moja podświadomość nie uczestniczy w grze. Ręka rozwiera się.... że dno przepaści jest ledwo zaznaczone.. Jutro gwarantowany ból głowy. Leżę. włączaj Deep.. budynki w oddali. nawet dla profesjonalnego linoskoczka. Sobowtór stoi nieruchomo na krawędzi dłoni. Po trzydziestu sekundach jestem na drugim końcu mostu.. Idę przez ten włos. Teraz.. Czyli górską rzekę wymyśliłem sobie sam. „Głębio.. potwór kamienieje. Wieże Al Kabaru w dali są kuszące. Teraz to ciało podstawowe. krzepkie grubasy z mieczami przy pasach. Starannie narysowani. Śmiesznie to wygląda. łomotanie serca i ogólne rozbicie.

żeby rozmawiać z każdym gościem. chyba jeszcze w wydobyciu ropy. ochroniarz mnie popycha. Zaglądam w jedno z okien niskiego kamiennego budynku. Ciekawe. Łysy się nie odwraca. Jak się wchodzi między wrony. Wyposażenie. Ma dobroduszną fizjonomię Araba z dziecięcego przedstawienia o Sindbadzie Żeglarzu. – W takim razie raj jest pusty – wzdycham. patrzę tylko na łysinę dobrodusznego. Na samym ciemieniu wielka brodawka. – Idziemy. wygląda bardziej złowieszczo: błyska białkami oczu i nie puszcza rękojeści miecza. Sensowne. łączności telefonicznej. trzeba krakać tak jak one. inni poprzestają na standartowych pokoikach. Podporządkowuję się. Zdaje się. po co im w ogóle wirtualna rzeczywistość? Al Kabar najwidoczniej należy do tych ostatnich. żebym mógł cokolwiek rozpoznać. W przestrzeni wirtualnej zajmuje najwyżej kilometr kwadratowy. Dyrektor.. – Do dyrektora korporacji. Jeden trzyma probówkę. Będę posłuszny i uprzejmy. kontrolowana jest ze Szwajcarii. Kilku ludzi przy stołach. Doświadczenia chemiczne w wirtualnej przestrzeni? Coś nowego.. aż dziw. ale i tak dużo mi to mówi.. Zatrzymujemy się przed malutką. jeśli pracuje się nad trującymi substancjami albo kulturami bakterii. zbyt obce. – Inni przechodzą wolniej? – pytam. – Za to w piekle starczy miejsca dla wszystkich. sapiący nieżyczliwy z tyłu. Mimo arabskich rekwizytów. w równie karykaturalnym typie arabskim.. Nie podoba mi się taki obrót sprawy.... Al Kabar to międzypaństwowa korporacja specjalizująca się w produkcji lekarstw. Pomieszczenie jest znacznie większe niż wyglądało z zewnątrz. Microsoft dostarcza swoim pracownikom roboty na całe pałace. To zresztą o niczym nie świadczy. Szykuje się ciepłe przyjęcie. lecz one mną. – Dokąd mnie prowadzicie? – pytam ochroniarza. czy to ironia podświadomości? Ale nie będę przecież wychodzić z Głębi. Drugi. że nie ja kieruję wydarzeniami. Nie wymienia imienia. wchodzę. Ogromny pawilon.. Al Kabar nie jest duży. Arabowie zostają za progiem. Zanotować. czy naprawdę jest narysowana. obok którego przechodzimy. żeby sprawdzić takie głupstwo. Schodzimy. Tylko mi w maszynie brakowało bojowego wirusa. – Nikt nigdy nie pokonał tego mostu – oznajmia uprzejmie ochroniarz.– Szybko doszedłeś. – Zachowanie równowagi na końskim włosie przekracza możliwości człowieka. porośniętą dzikim winem drewnianą altanką. gościu – mówi łysy. Friedrich Urman. Dobroduszny ochroniarz przede mną. Sympatyczna obietnica. to zbyt ważna persona. W dół z murów prowadzą szerokie strome schody. . Starannie go ignoruję.

pośrodku basen z sennymi. Cóż. wymacują mój kanał łączności. przez które biegnie sygnał. I wszystko wystarczająco odporne na włamanie. Kręcę głową i w tym momencie fotel naprzeciwko przestaje być pusty.. połyskującymi rybami. szczupły. – A ja po raz pierwszy widzę prawdziwego multimilionera. Należało się tego spodziewać. Obok stolik z dwoma fotelami. Głos ma nienaturalny. Tylko co im to da... – Jak mam pana nazywać? – Iwan carewicz. bohater rosyjskich bajek! Jest pan Rosjaninem? . – Wyśledzony pierwszy router – oznajmia Windows Home. Widzi pan. poważny. Starszawy. poczekamy.. że jest pan w błędzie. Wszystkie programy. „wykopać” mnie stąd. Wyjaśnili mu. przez ile komputerów przeszedł pan po drodze tutaj? – Niestety. – Gdy pół roku temu stworzyliśmy most. nasze spotkanie przyniosło już pierwsze efekty. Niewiele zostanie do zbadania. Nikogo nie ma.. Po rosyjsku. Człowiek znajdujący się w rzeczywistości wirtualnej nie mógłby go pokonać. zaczynam nawet czuć zapach. miało to tylko jeden cel. Szybko. ilość informacji. – Urman uśmiecha się półgębkiem.. Windows Home szepcze: – Wyśledzono drugi router. panie nurku.. pracujcie. Mnóstwo kwiatów. potem uśmiech. nurku – powiedział. A na koniec płatny internetowy portal w Austrii. Sekunda przerwy. próbują określić.. To jedyny powód takiego honoru. skąd przyszedłem. Urman wzrusza ramionami. nie pamiętam. Obraz rozmazuje się. natychmiast się uaktywnią.. Sześć dzierżawionych routerów. – Dzień dobry. Ślady zostały. Siadam w fotelu... A ja chyba jestem dla nich dość interesujący. które mam przy sobie. Jeden zero. ale prowadzą donikąd. – Obawiam się. Odnaleźć was. Mogą w każdej chwili przerwać łączność. Urman posępnieje – jemu chyba też coś mówią – i pyta: – Przepraszam. Jest w szortach i kolorowej koszuli. którą mogą przyjmować i przekazywać w ciągu sekundy programy. Pan Friedrich Urman zlekceważył arabski koloryt. przez który wszedłem w wirtualną przestrzeń. Pracujcie.. przepuszczony przez program-tłumacza. – O. panie dyrektorze.. – Po raz pierwszy widzę prawdziwego nurka.. dla niego.

po co? Nie mamy zamiaru urządzać tu burd.. Załóżmy. Najwyżej o te dziwne rzeczy. panie nurku.. – Jaka szkoda. prawda? Patrzę na upragniony owoc.. powietrze obok niego zaczyna mętnieć.. Pod warunkiem. panie nurku. dokładnie. Po chwili pojawia się malutkie drzewko obsypane owocami.. – Szczerze mówiąc. – Czyżby? – Jestem wstrząśnięty. ten wspaniały kształt przechowywania informacji to jego dzieło. niedojrzały i robaczywy.. Oddać panu miecz? Urman macha rękami... – Nie. A więc. godziwą pensję. Friedrich Urman klaszcze w ręce. przeszedłem przez most. sto pięćdziesiąt tysięcy.. I nawet udało im się wynająć nurka. Grzebień. który próbował ukraść plik. gęstnieje. ale bardzo. chusteczka.. – Jabłek – precyzuję.. lekarstwo na raka? Urman kręci głową. – Tak. nawet sto tysięcy nie byłoby zbyt wysoką nagrodą. że czasu na rozmowę mamy coraz mniej – wzdycham. Powoli. – Największe zainteresowanie budzi to małe zielone jabłuszko na najniższej gałęzi.. małe lusterko.. – Wyśledzony następny router. Jak rozumiem. – Mój Boże. za normalną.. – Proszę. że zacznie z nami współpracować. bardzo . mam podstawy sądzić. że pewne osoby chciałyby dostać kilka naszych prac... w istocie! Ale nie mamy do pana pretensji.. po prostu szukałem pracy..– A jakie to ma znaczenie? – Słusznie. Urman patrzy na mnie zaskoczony i uściśla: – Dziesięć tysięcy dolarów? – Tak.. – Co to jest. – Szczerze mówiąc. że proponuję człowiekowi.. demonstracyjnie wyciągam wszystko z kieszeni. przeniknął pan do naszego kwartału bezprawnie. podporządkowałem się tym dziwnym ochroniarzom. ma pan absolutną rację. Wówczas byłoby bezcenne. nurku. – Tak. prawda? Porozmawiajmy. Przeczytałem wasze ogłoszenie. To tylko środek na przeziębienie. Pracuje u nas dobry rosyjski programista. Jest maleńki. żeby zakosztować cudzych owoców. panie nurku. – Tak. no dobrze. Jeden jeden. – Urman klaszcze w dłonie. które przyniósł pan ze sobą... ile mogliby zapłacić za ten plik nasi konkurenci? – Dziesięć tysięcy – zawyżam nieco sumę. – Jak pan sądzi. czasu zawsze brakuje.

Za to teraz mogę sięgnąć po swoje zabawki – chwytam chusteczkę. A raczej z ich sług. Z trudem robię krok. Rozpoczęcie produkcji planujemy dopiero wtedy.. I cenię pańską pozycję. Pożyteczna rzecz te przedmioty higieny osobistej. obraz przed oczami płynie. Proszę tylko o jedno: żeby później przyszedł pan do nas porozmawiać o stałej współpracy.. starając się nie myśleć o zaproponowanej sumie. Wsadzam jabłko za pazuchę. – Nie. muszę zabrać ze sobą. – Ja też wstaję.. To będzie gwarancja danej przed chwilą obietnicy. z pewnym wysiłkiem zrywa jabłko. Nie będę ukrywał. że przyjdę. zrzuć detalizację! – szepczę.. jabłko za pazuchą przygina mnie do podłogi. że będę musiał pana zmartwić – mówię. Kanału połączenia nie odcinają – wyhamowują. Aha.. Opuści pan nasz teren dopiero po ustaleniu pańskiego prawdziwego adresu. żeby tylko podporządkował się bez zbędnych pytań. grubieje faktura koszuli Urmana. teraz to pan musi mi wybaczyć. – Idę va banque – mówi poważnie Urman. Do których chcieliby mnie właśnie dołączyć.. .. – Proszę wziąć. panie nurku. głos Windows Home cichnie i traci intonację: – Alarm. Żeby tylko program zrozumiał. Kopiowanie nie ma teraz sensu. Może pan je oddać panu Schellerbachowi i przekazać ode mnie serdeczne pozdrowienia... Nieźli zawodnicy z tych multimilionerów. A teraz proszę o wybaczenie. Czasem mówi się na ten program „droga”. że właśnie teraz są nam bardzo. kwiaty tracą kielichy i część mniejszych listków. wyciągając rękę do stołu. Pawilon się zmienia. Podchodzi do drzewka. Ciężkie – ze dwa megabajty. – Spodziewałem się podobnej reakcji. jakby zarzucono na nie gęstą tkaninę.skuteczny. nigdy bym nie podejrzewał poważnych biznesmenów o tak szeroki gest. Ze ścian znika ażurowy ornament. wyśledzony piąty router. Machnięcie chusteczką – spowolnione. Urman zaczyna poruszać się zrywami. alarm. Ażurowe ściany pawilonu ciemnieją.. Alarm! Alarm! Alarm! – Dobrze. – Dobrze – Urman wstaje.. – Obiecuję. Co pan sądzi o mojej propozycji? – Obawiam się. – Ale kodeks nurków stanowczo zakazuje podobnych umów.. to znaczy przypinam plik do swojej wirtualnej postaci i patrzę na Urmana.... – Ryzykuję stratę bardzo obiecującego opracowania. – Vika. Porusza przy tym wargami – najwidoczniej wymawia hasło. jakby pod wodą – i błyszcząca tafla światła przecina zasypiający świat pawilonu.. ale to bardzo potrzebne usługi nurka. Jabłko leży w moich rękach. gdy zostaną wyprzedane zapasy mniej skutecznych środków. – Wyśledzony czwarty router. Wszystko jest bardzo niespodziewane. – wyszukuje obce kanały połączenia i zaczyna wykorzystywać w swoich celach.

Z naprzeciwka wyskakują ci sami ochroniarze. podrzuca. Ze ściany wysuwają się ostre czubki kopii. Powietrze pod cięciem ostrza wybucha i niczym ogień ze smoczej paszczy uderza w ochroniarzy. a pod nią drapieżnie zwężający się otwór – kanał połączenia. Most z włosa zaraz się zerwie. Błyszcząca wstęga wije się po ulicy. Wstrętnie i smętnie. niszcząc wszystko na swojej drodze. a z jednego budynku wypełza ogromny. Oto jak naprawdę wyglądają najbardziej zawzięte wirtualne walki.. modemów. po kilku sekundach jestem już nad murem. Najwyraźniej wykorzystałem kanał połączenia samego Friedricha. Kanał połączenia jest doskonały. – To nieetyczne – szepcze żałośnie Windows Home. Na monitorach pojawia się pełznący pasek – procent ściągniętej informacji. cyferki. żmijowaty. nie jestem twój. odsłaniając wyjście na ulicę. Głowa huczy od bólu. wyciąga do góry łapy. Walka programów. Ochroniarz znowu ożył. Wstęga pod nogami sprężynuje. Głębio. Nie mam ochoty się temu przypatrywać. starego znajomego.Nowy. spadam na podłogę. Nie uda im się nawet wyprowadzić operatorów z rzeczywistości wirtualnej. grzebień i rzucam się do ucieczki. – Deep! – komenderuję. Program-strażnik Al Kabaru.. Teraz komputery ochroniarzy są szalenie zajęte niezwykle ważną pracą – wyliczeniem liczby n z dokładnością do miliona cyfr po przecinku. Chwytam lusterko. Oho! Coś się dzieje w Al Kabarze! Ulice zapełnione ludźmi. Obaj z mieczami.. Chichoczę. nieprzyjemny kształt. To prezent od Maniaka. po wstędze już biegną inni ochroniarze. Część ściany niknie. bajty informacji.. ale przez cały czas się oglądam. wygina się i opiera się ziemię. pogania. szarpie się. Do licha z nią! Przelatuję pomiędzy kopiami. Czyj wirus okaże się zręczniejszy i szybszy? Mój. literki. Biegnę po wstędze. „Głębio. niezwykle rzadki i działający niemal bez zarzutu program. Wstęga przelatuje nad potworem-strażnikiem.. Skaczę do przodu w rozpaczliwej próbie przeskoczenia pomiędzy ostrzami. Naprzód. Błyskawicznie płoną i przemieniają się w czarne zwęglone szkielety..” Klimatyzator hełmu owiewa mi twarz lodowatym powietrzem. zamiast lecieć do innych komputerów. polezą sobie w Głębi. Szybciej. Nie chcę. Pokonuje parów. ja też wyciągam swoją broń. Pięknie. speca od wirusów komputerowych. Maniak lubi ciekawe efekty. Paseczki. ale strażnik do .

pora uciekać! – wyje. znikając bez śladu. które pojawiły się nagle. W tym wypadku – zbyt energiczna pogoń. Iwanie. właśnie to . – Och. Pora na lusterko. Niestety. który uciekł ci sprzed nosa. żeby spokojnie ściągnąć zawartość jabłuszka i rozpłynąć się w powietrzu. czy naprawdę tak się denerwuje. Za nami pędzą rozmazane cienie – ochroniarze tracą postać. Mój partner w wilczej skórze to umie. i nawet nie lokalny miecz-wirus. W tej strefie rzeczywistości wirtualnej wszystkie kanały połączenia są zablokowane na mur. Nie mogę zrozumieć.mnie nie sięgnie. Ze wstęgi zeskakują ochroniarze. nad przepaścią szybuje skrzydlaty cień. – Blisko – przyznaję się. Iwan. Iwanie. Wyciągam grzebień. Wskakuję na wilka. Na ostatnich metrach wstęga pod nogami nagle zaczyna wibrować. łamię w ręku. wbijają w ziemię i rosną. zmieniając się w gigantyczne drzewa. – Daleko pogoń. który nie chce działać. moje siły są na wyczerpaniu! – wyje wilk. rzucam za siebie. Za późno. Wirus odsiał przede wszystkim amatorów. oglądam się po raz ostatni. sztuczka jest stara. tylko ich deep programy. Mkniemy przez pustynię. Ruchy ochroniarzy stają się powolne. gdzie upadło lusterko. potem skręcamy do lasu. Pozostali bezradnie zatrzymują się na brzegu. powstaje błyskawicznie rozszerzające się jezioro. Tam. – Od Marii Mistrzyni – odpowiadam po chwili wahania. Właściwie zrobili to nie sami ochroniarze. Nie mam czasu. Sax to komputer. – Sax! – szepczę ulubione przekleństwo hakerów. próbuje odrzucić mnie do tylu. przestrzeń nasyciła się obiektami. którzy rzucili się w pogoń bez żadnej koncepcji. Część ochroniarzy wpada i tonie. nie uratuję cię! – ryczy wilk. czy po prostu z zapałem odgrywa baśniowy wątek. – Siadaj. Programiści Al Kabar chcą odzyskać kontrolę. Nie może zejść ze swojego miejsca – twardo umocowany na swoim kanale połączenia. mój opanowany Windows Home piszczy: – To nieetyczne! Oczywiście. Trzeba uciekać. zyskując w zamian prędkość. i komputery wrogów grzęzną w obfitości pustej informacji. To logiczna bomba o wielkiej mocy. jestem już na ziemi. Ogłuszający trzask – zęby rozlatują się. że nieetyczne. – Skąd wziąłeś fanty? – pyta wilk. Podbiega do mnie szary wilk. który się zawiesił. kwaśne piwo albo trolejbus. Gdy rzucam je za siebie. Większość ochroniarzy zdążyła zawęzić pole widzenia albo zaniżyć detalizację obrazu i przeskoczyła niebezpieczne miejsce. trzeba zacierać ślady. program. Pewnie! To już nie głupi kawał z szybko rosnącymi baobabami. Iwanie carewiczu? – pyta wilk. Nikt tędy nie przejdzie przynajmniej przez kilka godzin – potem woda wyschnie. a metodyka walki doskonale wypracowana. senne. – Och. Szczerze mówiąc.

gwałtownie skręca w bok i jeszcze bardziej przyspiesza. bojowy pogram wyższego rzędu. że spadam na ziemię. Na szczęście nie muszę biec na czworakach – zmieniam się tylko zewnętrznie. gdy wirtualna rzeczywistość dopiero powstała i wszyscy zabawiali się metamorfozami. Tchórzliwy partner go nie interesuje. Ledwie zdążam szepnąć: „Vika. co on wymyślił. bohaterze? Za nami leci smok. – Wezmę to pod uwagę – dziękuje wilk.przezwisko podsunęło mi pomysł dzisiejszej maskarady. – Więcej nie mogłeś wziąć? Musi być jak w bajce. zęby i płomienie. rzeka albo przynajmniej pełny dzban. Nad jeziorem smok lekko wyhamowuje. wypuszczając trzy strumienie płomieni. Hamuję gwałtownie. Smok ma trzy głowy – najwidoczniej trzech operatorów plus zwykły arsenał – szpony. W skórze wilka już kiedyś byłem. dawno temu. Ogląda się na mnie i skacze przez pień. Ale obu nam siadają nerwy. Nie ma racji – zbyt wielu bojowych wirusów donieść nie można.. – Vika. strumień! – komenderuję. Strumień. zrzucam go i uciekam. Wiem już. uderzając obcasami. Młody mężczyzna w skromnym szarym garniturze i lakierkach. potem dokonuje nieskomplikowanego wyboru i spada obok bajkowego bohatera. Ledwie zdążył upaść. podaję go nowemu Iwanowi carewiczowi. skacze jeszcze raz i przemienia się w moją kopię. – Jazda! – wrzeszczy mój partner i szeptem dodaje: – Wieczorem. Wilk mnie nie wyda – jemu też mogą się przydać podobne programy. tam gdzie zawsze. O to właśnie chodziło. Zatrzymuje się przed szerokim omszałym pniem tak nagle. Odskakuję na bok i szepczę: – Vika. już wstaje. Pikuje na nas. Ale wilkołaki są konserwatywne. żeby troskliwy Windows Home nie sprzeciwił się przemianie. Akurat na naszym kursie wybucha pożar. siedź cicho!”. Rzucam się do przodu w samą porę – nad drzewami pojawia się smok. Poddanie się wpływowi cudzego programu mimikry to mało przyjemna sprawa. trzy przedmioty i koniec? – marudzi wilk. – Trzecią wykorzystałem jako pierwszą – przyznaję się. obsypywany przekleństwami. worku z trawą – komenderuje. Mój przyjaciel nurek. ten chwyta broń i wskakuje mi na ramiona. jak zawsze elegancki. W powietrzu wilk zmienia się w człowieka. Wilk podejmuje jakąś decyzję. Smok przez sekundę krąży nad nami. zgrywaj nowe pliki! . Odpinam miecz.. – No już. wolę użyć wody. Gdy zmieniam postać. Setka różnorodnych wirusów i mocna ochrona. ogląda się szybko i pyta: – Jaką masz trzecią niespodziankę. Ale eks-wilk chwyta mnie za ramiona i z krzykiem: „Nie ma czasu!” przerzuca przez pień.

oczywiście. Stoję i czekam.. Błękit zastąpił panel terminala. Miło. Vika – mówię. Kluczę pomiędzy drzewami. A ja biegnę. gdyby. Po wszystkim. Przesiewajcie pliki w poszukiwaniu Iwana carewicza. Zwycięstwo. Wszystkie trzy głowy nachylają się na nimi. ale wobec doskonałej ochrony tego programu wirus jest bezsilny. Smok leciutko uderza łapą zastygłe ciało.. – Terminal. Koniec. Głos w słuchawkach jest ostry i zbyt głośny. – Dziękuję. Tu zachowana jest cała wirtualna zdobycz i niewielka kolekcja . Kiedy wokół zakipiał śnieżny obłok. i zdejmuję swój dostęp. chłopaki z Al Kabara.. co się stało. który wytrzymał. spoglądam na monitor. A przed trzema wyszczerzonymi mordami smoka tkwi jego kopia. miał je przy sobie. – Nie ma sprawy.Za moimi plecami trwa walka. Ten sam obrazek. Ściągam hełm. Przed oczami migoczą różnokolorowe iskry. Zresztą niezbyt długa. gdy program zachowuje się bardziej ludzko niż powinien. – Wyjście z rzeczywistości wirtualnej pomyślnie zakończone! – oznajmia radośnie Windows Home. Głębi. Szukajcie. Zamrożony. Na monitorach hełmu – gęsty błękit z białą postacią szybującego albo raczej spadającego człowieka. – Tak. Dobiega mnie ryk smoka – nie znalazł jabłka i zrozumiał. Potem anuluję czasowy adres w Austrii. wilkołak znieruchomiał. – Transfer pliku zakończony. rzeczywistości wirtualnej.. przemienia się w wyblakły płaski obrazek. Wilkołak zdąża dosięgnąć smoka mieczem. Ręcznie podłączam się do szóstego komputera routera. Świat traci wyrazistość. na dysk D. Nurek wydostał się z pułapki. które rozsypuje się na lodowe okruchy. żeby Windows Home mógł łatwiej skopiować plik.. Mój przyjaciel wyszedł z gry. Znany wszystkim znaczek Deepu. Główne nici zostały zerwane. – Wyjście – komenderuję. Informacje przesączają się na mój komputer. Jabłko za pazuchą staje się coraz lżejsze. – Wyjście z rzeczywistości wirtualnej – oznajmia komputer. szukając ukradzionego jabłka. jest już w domu i ściąga wirtualny hełm. – Poważnie? – chce wiedzieć Windows Home.. Kto będzie szybszy? Smok znowu wzbija się w niebo. potem zatrzymuję się. Bez sterowania głosowego wyłączam Windows Home. wchodzę na trójwymiarową tablicę Nortona. mrugam. wraz ze wszystkimi zdobytymi programami. Tej drobnej uprzejmości nauczyłem ją z tydzień temu. Łatwo mnie znajdzie – ruchy w rzeczywistości wirtualnej pozostawiają ślady. Lonia – odpowiada Windows Home.

Maniak zadzwonił po trzech minutach. to ja. Malutki programik włączający się podczas próby odczytania informacji. Co u ciebie? – Nowy wirus do twojej kolekcji. nie niszcząc przy tym znajdujących się w nim informacji. Głos hakera lekko złagodniał. że nie zdołam otworzyć wirusa. co nieuchronne. półtora megabajta. Włączyłem modem i wysłałem Al Kabarowską niespodziankę w chciwe ręce twórcy wirusów. Aha. Jego wirusy są doskonałe. – Witaj. Maniak zajmuje się ich produkcją. wydzieliłem program-strażnika. chichotał. który – a to już nie było przyjemne – zdążył się wczepić w mój komputer. zanim podniósł słuchawkę. Likwidacja programów-strażników bez zniszczenia samego tekstu okazała się niemożliwa. potem przez dwadzieścia zachwycał się strukturą. z przerwana łyknięcie aspiryny i wizytę w toalecie. ich zadanie polega na zniszczeniu pliku. poszedłem do kuchni wstawić wodę na herbatę. Z pozoru zwykły dokument edytora tekstu Advanced Word. które jemu samemu jeszcze nie przyszły do głowy. Programy-strażnicy? Włączam program skanujący. Wirus powinien zająć Maniakowi jakieś pół godziny. Musiałem je ogłuszyć. Do niego przypięto dwa malutkie pliki. Wyciągnąłem chleb. Okazał się kompletnie mi nieznanym polimorficznym wirusem. Wewnątrz samego pliku tekstowego skaner również znalazł niespodziankę. kiełbasę. powodzie i inne drobne codzienne nieprzyjemności. Na dysku D przechowuję właśnie takie niebezpieczne rzeczy. przekonałem się. która godząc się z tym. Programy identyfikatory po prostu nie widzą mojego komputera. Musiałem czekać jakieś dwie minuty. Od czasów Konwencji Moskiewskiej. Lonia. – Złożyłeś wizytę w Al Kabarze? – zapytał słodko. Rozciąłem plik na dwadzieścia kawałków. i marszczył brwi. opracowany specjalnie dla takich niespodzianek. rejestrując nieudane decyzje. – Tak? – Maniak. To programy-identyfikatory. Jasne. Oto jabłuszko. gdy znajdzie się w cudzym komputerze. zalegalizowała produkcję pewnych wirusów. . Niczego innego się nie spodziewałem. I zacząłem kroić jabłuszko z sadów Al Kabara. Miałem szczęście – mógł przecież włóczyć się po rzeczywistości wirtualnej. Zrobiłem kopię pliku na dyskietce i na CD-ROM-ie. Po dwóch godzinach intensywnej pracy. unieszkodliwić. mogą zawiesić każdy komputer. Spakowałem wirus wraz z kawałkiem tekstu i zadzwoniłem do Maniaka. Znamy się na takich sztuczkach i dawno się przed nimi zabezpieczyliśmy. Z dziesięć minut będzie go rozwalał. – Puszczaj! – zawołał Maniak i błyskawicznie rzucił słuchawkę. obojętny na telefony. dostrzegając te chwyty. Był już późny wieczór – czas gdy hakerzy dopiero przystępują do pracy. pożary.wirusów.

zrobiłem sobie wielką kanapkę. czemu mi nigdy nie powiedziałeś o tym wirusie? – A skąd mogłem wiedzieć. Pracował rzeczywiście powoli. że się zajmiesz włamem komputerowym? – odparł rezolutnie Maniak. – Zwinąłeś im program? – Nie do końca.. – Dziękuję. – Do licha.– Tak.. żebym wdepnął. Masowe programy prawie pocztówki nie zauważają – zbyt wyjątkowa sztuka. który sprawdza komputer. – Przybiłem wirus na komputerze.. Lonia... włączaj modem. to pocztówka. Ale generalnie. Będzie pracował długo. za to z adresem zwrotnym... był bardzo poważny. że odnaleziono pocztówkę. – Namnożyło się tych hakerów – burknąłem. to było wbudowane w plik. Maniak.. a potem. Specjalny antywirus. dla uśpienia czujności.. – W takim razie po prostu miałeś fart – oznajmił Maniak... Listy idą razem. po prostu włączasz bat-plik. Bez tekstu. – Tak szybko sobie poradziłeś? – Nie musiałem. Zapadł mrok. to nie jest produkt komercyjny. – I co mam teraz zrobić? – Postawić mi piwo – uśmiechnął się Maniak. o mało się nie wpakowałeś w poważne kłopoty. tam jest lekarstwo. jak się będziesz pchał w takie miejsca. tylko tak. Jeśli wirus widzi.. już z cudzego komputera. Poczułem chłód. Nie zrozumiałem i Maniak wyjaśnił: – Pocztówka z adresem zwrotnym. To mój wirus. – Zaraz dostaniesz ode mnie list. malutki. czyli po prostu Szura. – Nie sam wirus. osobiste zabezpieczenie przed własnym wirusem. Rzeczywiście. – Następnym razem. mało brakowało. tylko odbicie. przykleja do każdego twojego listu jeszcze jeden. Powietrze było wilgotne i . – Kłamstwo nie miało sensu.. – Mhm.. co minutę oznajmiając mi. uprzedź mnie. – Łączyłeś się z kimś przez modem? Po otrzymaniu tego pliku? – Nie. że w komputerze jest urządzenie komunikacyjne. niewidoczny. Specjalnie. Dobra.. Spoglądając na monitor. wyszedłem na balkon. nalałem herbaty do kubka. przyjacielu! Co mogłem powiedzieć? – Przepraszam. widokówka zostaje wysłana do służby bezpieczeństwa Al Kabaru. które stworzył.. Polimorficzny wirus rozpełzł się po całym komputerze. – To nie jest zwykły wirus. Po kilku minutach zainstalowałem otrzymany antywirus.. pocztówkę. kropił drobny deszczyk. Nie ma w nim podpowiedzi..

. przeciętny projektant z firmy produkującej gry komputerowe. Jednym z setki obecnie żyjących. A ja. a to usypia czujność. Niestraszne nam niebezpieczeństwa wirtualnego świata. wchodziłem w Głębię i stałem się nurkiem. oni przyjmują wirtualny świat jako rzeczywistość. Nurków gubi zazwyczaj zbytnia pewność siebie.chłodne. która zbankrutowała trzy lata temu i dała mi w charakterze odprawy stary komputer. Fart. że nie jesteśmy zawodowcami. Chyba po prostu fart. Najbardziej przykre jest to. Hakerzy nigdy nie stają się nurkami.

oglądany na ekranie. ohydne potwory i dzielny bohater z karabinem w ręku. Wprawdzie istniały już sieci komputerowe. Sam Dmitrij chciał tylko stworzyć na ekranie komputera przyjemne tło do medytacji. zwane Deeptown. I wszedł w grę. Dziesięciosekundowy film. gdy były moskiewski haker. kombinezony wirtualne. Ale nikt. widz nie poczuje nic. w których bohater mógł przemieszczać się w trójwymiarowej cyberprzestrzeni. Stworzono setki gier. Wierzę. Dmitrij Dibienko. od której zaczęła się epoka trójwymiarowych gier. wrzucił do Sieci i przez dwa tygodnie niczego nie podejrzewał. Podobno miał hopla na punkcie Castanedy. ale to wszystko było niepoważne. Ale to on zrodził Głębię. budowano wiele lat. nawet bredząc w gorączce. pasjonował się medytacją. hełmy. Sieci komputerów pozwalały na kontaktowanie się ludziom na całym świecie. Prawdziwa wirtualność wymagała potężnych komputerów. wzruszył ramionami i zaczął grać w swoją ulubioną grę – Doom. Co dopiero mówić o świecie rzeczywistym! Można było biegać po narysowanych labiryntach i zamkach. sam z siebie nie jest szkodliwy. Stworzył. walczyć z potworami albo z przyjaciółmi siedzącymi przy takich samych komputerach. ale o wirtualności nie było nawet mowy. Też wierzę.10 Jeszcze pięć lat temu rzeczywistość wirtualna była wymysłem fantastów. nie stanie się uczestnikiem filmu. dziś doskonale prosperujący obywatel amerykański. a podobno w niektórych krajach próbowano to zrobić. Miasto. wynalazł Głębię. Narysowane korytarze i budynki. Ale to była tylko wymiana zdań na monitorach. tytanicznej pracy tysięcy programistów. że był flejtuchem i przeciętnym pracownikiem.. A potem pewien ukraiński chłopak popatrzył na kolorowe migotanie deep programu. .. nie wspominając już o prawdziwych filmach. Gdyby puścić go w telewizji. Jego dawni przyjaciele przyznają. w najlepszym razie z narysowaną gębą rozmówcy. Prosta gra. Nie wytrzymywał porównania nawet z kreskówkami. Świat. był zbyt prymitywny. niezwykłej jakości linii połączeń. Malutki programik oddziałujący na podświadomość człowieka. nie pomyliłby iluzji z rzeczywistością. że był cyniczny i leniwy. Wszystko się zmieniło. lubił trawkę. stworzony przez komputer.

Miesiąc minął do pierwszej śmierci w wirtualności – gdy starszy mężczyzna. Świat pogrążył się w Głębi. chcieli osobiście pobyć w cyberprzestrzeni. przypomniał sobie o programie medytacyjnym Dibienki i zaczął podejrzewać. zmuszając narysowaną postać do poruszania się. Korporacje. a odrzut granatnika prawie zwala z nóg. Po tygodniu cały świat dostał gorączki. Jedyne. Pracownicy. O piątej rano skończył grę. że coś tu nie gra. zobaczyli. oczywiście. które sprzedawały komputery i programy. Opowiedział. przy którym siedział. że sam biegnie po korytarzach. Rozumiał. choć okazało się to znacznie trudniejsze niż kiedykolwiek. ponosiły miliardowe straty. którego myśliwiec spalono w kosmicznej walce nad planetą rozumnych fioletowych gadów. a przebywanie w wirtualności ponad dziesięć godzin dziennie może doprowadzić do rozstroju nerwowego i syndromu pseudoschizofrenii. a on czuł. klawiatura pod zdrętwiałymi palcami była rozwalona. . Bólem. robi uniki przed ognistymi pociskami i wyszczerzonymi mordami. poruszając palcem w różne strony. to przejść ją do końca. ale zbyt luźna i ma niewygodne wiązania na plecach. co mu się przytrafiło i. Chłopiec wyłączył komputer i zasnął na krześle. ale nie wiedział. oczy łzawiły. nikt mu nie uwierzył. Zapadł się klawisz. Dopiero pod wieczór. Po trzech godzinach zaczął szwankować spust karabinu. strachem. słabością. pod którą ukryto skrytkę z nabojami. Chłopak siedział przed szumiącym uspokajająco komputerem. odwracania. Jego palce naciskały na klawisze. że całe ciało ma pokryte siniakami. które dowiodły. lecz tym. Zrozumiał. którzy przyszli rano do pracy. od programistów po sekretarki i zecerki. jest bardzo ciężka. Z inicjatywy Dibienki program otrzymał nazwę Deep i zaczął swoją wędrówkę po świecie. znikła. dlaczego stała się rzeczywistością i jak ją zakończyć. Ale to już nie mogło nikogo powstrzymać ani przestraszyć. teraz musiał go naciskać powoli i płynnie. gdy zrozumiał. strzelania. że zalana krwią podłoga staje się śliska. Lekka rana nie była już tylko procentem zmniejszonych sił życiowych na ekranie. Potwory zostały pokonane. że około siedmiu procent ludzi jest całkowicie odpornych na Głębię. I przeszedł. zrobiona z cienkich metalowych płytek. czym powinna być prawdziwa rana. jest lekka. że kamienna płyta. Chłopak nie widział już komputera. Iluzja się rozproszyła. co zdołał wymyślić. co się stało. że gilzy są gorące. IBM i komputerowa sieć Internetu stworzyli Deeptown. który w grze odgrywał rolę spustu. Na kamiennej ścianie przed nim pojawiło się menu gry i chłopiec z krzykiem walnął lufą karabinu w słowo „Wyjście”.Pusta – był już późny wieczór – sala wydziału patentowego. w którym pracował. Potem były jeszcze badania. Eliksir przywracający zdrowie miał gorzki. wszyscy. że kamizelka kuloodporna. Okazało się. że to gra. nieprzyjemny smak. z wyjątkiem tych. Microsoft. zmarł na zawał przy klawiaturze komputera.

Świat zanurkował. Tylko ogólne zarysy i drobne. podzielona na prostokąty – ceglany mur. Błękit na górze – niebo. Brązowa ściana. Nie trzeba szczegółowo rysować budynków i pałaców..Główną zdobyczą wirtualności Głębi była prostota. I nie miał zamiaru wracać na powierzchnię. rozpoznawalne szczegóły. Głębi. . Głębia była znacznie ciekawsza – niechby nawet niedostępna dla wszystkich.. Intelektualna elita złożyła przysięgę na wierność nowemu imperium. Niebieskie spodnie – dżinsy. twarzy ludzi i detali samochodów.

Potem komputer zaczął migać indykatorem twardego dysku. Ekran lekko ściemniał.11 Zanim wyczyściłem komputer z wirusa-pocztówki i spakowałem zdobyty plik – teraz w przestrzeni wirtualnej będzie wyglądał jak zwykła dyskietka – minęła północ. Zamyślona kobieca twarz na monitorze spochmurniała. zachwycając się dziełem własnych rąk? Chciałbym to wiedzieć. jak prowincjonalnego programistę z rosyjskiego zadupia. potem różnokolorowe rozbłyski. Ale nie chciałbym znaleźć się na twoim miejscu. Komputer mam niepoważny. miesiącami ciułającego pieniądze na wizytę w Deeptown. dyletancką wiedzą o psychologii. Włożyłem hełm. osiemset. – Jestem gotowa do pracy. Głowa już nie bolała. Błękit. – Zrobione. – Połączenie na dwadzieścia. Podłącz się do Deeptown.. reset – zakomenderowałem. . elementarnymi wiadomościami z dziedziny neurofizjologii? Co ci pomogło? A teraz. Stary koń bruzdy nie zepsuje. biały wybuch na środku ekranu. spać nie chciało się zupełnie. Pstrykanie modemu wybierającego numer. Głębia trzyma cię równie mocno. – Dobry wieczór. usiadłem wygodniej. Który z obywateli Deeptown śpi w nocy? – Vika. przez zwykły kanał. Lonia – rzekła Vika.. Jak mogłeś stworzyć deep program. kanał stabilny – powiedziała Vika. – Włącz Deep. obraz się rozmazał. – Dziękuję. Bo ze wszystkimi swoimi milionami i prototypem ósemki – w charakterze domowego komputera jesteś zaledwie szeregowym obywatelem wirtualności. ale jakoś nie mam serca zmienić go na lepszy. osiem. co próbujesz zrobić? Zrozumieć własne olśnienie czy wymyślić coś jeszcze bardziej zdumiewającego? Czy po prostu oddajesz się rozpuście i palisz trawkę? Albo włóczysz się przez okrągłą dobę po zaułkach Deeptown. pentium. – Naprawdę? – Oczywiście. gdy jesteś bogaty i sławny. Dima? Z twoją rozchwianą psychiką.

Pójdę się przejść. częściowo drewniany. za którym stoi mężczyzna. Vika. Na półce pośród dziesiątek książek i sterty płyt CD leży odtwarzacz. oczywiście. włączam. Ale teraz po prostu czekam na wspólnika. Roli Over Bethoveen. Czasem gospodarz restauracji sam obsługuje wirtualnych klientów. Lonia? Rozglądam się. Kierowca jest dla odmiany starszawym. zamykam drzwi. w drewnianej. Reklama. Lonia! Kiwam głową. taksówka hamuje. Pepsi-cola jest bezpłatna – też chwyt reklamowy. – Kompania Deep Przewodnik wita cię. – Do restauracji Trzy Prosiaczki! Kierowca kiwa głową. Patrzę. dżin – porządny beefeater. zna ten adres. Kobiety piękne jak marzenie. częściowo ze słomianych mat. – Wszystko w porządku.. Pokój wygląda tak samo. wsiadam. Ale i tak ją kupują. mniej więcej w równych proporcjach. ciężkim. Tonik – prawdziwy schwaps. I dlatego jestem od ciebie szczęśliwszy. ale za oknem widać błyski reklam. słychać cichy szum samochodów. Kompanie produkujące alkohol pozwalają za symboliczną opłatę wykorzystywać w rzeczywistości wirtualnej wzorce swojej produkcji. rosyjskiej. Wsuwam do niego ELO. Wirtualne dania dają wrażenie sytości. Tym razem żuczków nie ma. Tego właśnie chciałem. – Witaj. Jednak dzisiaj jest inaczej. chowam do kieszeni. ile w realu. Biorę szklankę. – Tak. podnoszę rękę. rozglądam się. Jedziemy szybko.. Nie mam ochoty na jedzenie. Podchodzę do baru. Przyglądam się klientom. w chwilach wyjątkowego napięcia finansowego stołuję się w Trzech Prosiaczkach. Pomieszczenie podzielono na trzy części – dania wschodniej kuchni podają w tej zbudowanej z mat. Wchodzę do znajomej restauracji.Nie jesteś nurkiem. Stojąc na chodniku. jak barman miesza napój. Dima. Oczy barmana ożywiają się. . Za to coca-cola kosztuje dokładnie tyle. Z radosną muzyką w tle wychodzę z pokoju. kilka zakrętów i już przed nami pojawia się dziwny budynek: częściowo kamienny. Biorę ze stołu dyskietkę ze zdobytym plikiem. siadam przy wolnym stoliku. Mężczyźni i kobiety. nakładam słuchawki. raczej inteligentnym mężczyzną. Andriej. europejskiej można skosztować w kamiennej. ale to czysto mechaniczna uprzejmość. – Witaj! Czego się napijesz? – Dżin z tonikiem i lodem.

że tej dziewczyny nigdy nie widziałem. – Nosiłam inne twarze – dziewczyna jakby odgaduje moje myśli. – Za to ja owszem – mówi dziewczyna. Wzruszam ramionami. Tutaj zawsze jest dobre jedzenie. Czasem warto pamiętać nowe twarze. albo zrobiła to. A na wynajęcie projektanta mnie nie stać. Jasne włosy. czysta. W odróżnieniu od jej zachowania. Na piersi medalion na złotym łańcuszku – pewnie jakiś program. Albo sama rysowała sobie twarz. nawet po wyjściu z Głębi upojenie przez jakiś czas się utrzymuje. Chilijskie. rozluźniony opieram się o bar. imperator. – Można? – przysiada się do mnie dziewczyna. – Często tu pana widzę – oznajmia dziewczyna. Kiwam głową. W mózgu rozlega się alarmowy dzwonek. Dziwna rozmowa. No nie. Podoba mi się to. chwała Bogu. Wszystkie są piękne. przesadzam. – Zmiana wizerunku to droga przyjemność – zaczynam samobiczowanie.Najróżniejsze. Sympatyczna i. albo znalazła w jakimś filmie sympatyczną buźkę. W . Nie trzeba czekać na kelnerów. – Oczywiście – odwracam się do niej. Dziewczyna ma dobry gust. – Nie bywam tu aż tak często. które mam w komputerze. Klienci baru w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Końska dawka alkoholu nie spowoduje kaca. zwykły biały kostium. Dla kobiet moja podświadomość miłościwie robi wyjątek. – Przepraszam. Może w tym czasie organizm zaczyna produkować naturalne narkotyki – endorfiny? Nie wiem. – Robienie z siebie Schwarzeneggera czy Stallone’a jest głupotą. Żaden prawdziwy bar czy restauracja nie może równać się z wirtualnym. Dobrze mi tu. – A pan zawsze nosi tę samą. Ale upić się można.. wzorując się na mało znanym obrazie.. Jeśli ma się doświadczenie w tej dziedzinie. czy jest pan Rosjaninem? – pyta dziewczyna. Kłamstwo. Dziewczyna nazywa wirtualność Głębią. – Głębia sama w sobie jest droga. Ale i tak wiem. od blondynek skandynawskiego typu do Murzynek z antracytową skórą. podświadomość radośnie nurkuje w alkoholowe opary. W każdym razie. Faceci – przeważnie potwory. Po prostu moja podświadomość czujnie rejestruje wszelkie przerysowanie w wirtualnych maskach mężczyzn – dysproporcję nazbyt umięśnionych postaci i zbyt rozpoznawalne rysy twarzy znanych aktorów przyklejone do ciał kulturystów. Mogę wyjść z rzeczywistości wirtualnej i sprawdzić te dwadzieścia kontrolnych fotografii. nierozpoznawalna. trochę blada matowa cera. – Zdumiewające – mówię. która nie zdążyła się `opatrzyć. Upijam łyk dżinu. Barman już podaje dziewczynie kieliszek białego wina.

I już się znamy. imię. – Tam siedzi grupka Amerykańców – ciągnie Nadia bez śladu szacunku. Bo chyba to panią interesuje? Dziewczyna zagląda mi badawczo w oczy. bez żadnych niespodzianek. nie nastąpi. Nadiu? – Tak. ten szybko napełnia go znowu. Zresztą Nadia na to nie liczy.. Nadieżda Meszczerska. nazwisko. – Przepraszam. ale i głosowy telefon. już jesteśmy na „ty”.. Setki komputerów pożerają energię. ale. Głębia jest demokratyczna.... Chowam ją do kieszeni. Nie można Nadii odmówić spostrzegawczości. Dziewczyna odrzuca włosy do tyłu ładnym i naturalnym gestem. Jednym haustem dopija wino.. Pewnie tak. – Informacje nie mogą być bezsensowne. Obrzuca spojrzeniem salę.. to rzeczywiście tylko adres. – Może masz rację. – sekunda wahania i Nadia wyciąga z torebki wizytówkę: – Proszę. – dziewczyna zagryza wargi. Reporter. Podaje barmanowi kieliszek. jak się pan nazywa? Już rozumiem. – Tamten cudak to najwyraźniej Japończyk. niestety.wirtualności jest wielu Rosjan – nigdzie na świecie kontrola połączeń internetowych nie jest tak symboliczna jak u nas. – Nadia rzuca mi szybkie spojrzenie. zabójczo przystojny Meksykanin z telenoweli. grzeją się procesory. on rzeczywiście jest Rosjaninem. jakie oczy sobie narysował. Wizytówka jest czysta. – Dziękuję. – Ja jestem teraz w Moskwie... Uścisk dłoni. Na wizytówce jest nie tylko adres internetowy.... „Chłopak”. przez linie telefoniczne przechodzą megabajty bezsensownych informacji. Czasopismo „Pieniądze”. I to ma być nowa era światowej technologii? – A czego się spodziewałaś? Wymiany plików i rozmowy o częstotliwości procesorów? . Jesteś dziennikarzem. Rewanż... ty gdzieś w Samarze. – Nie Dmitrij Dibienko. widzisz. przy kieliszku wyobrażonego alkoholu. zauważa jej spojrzenie i dumnie wysuwa podbródek... kiwa głową. czy on odwiedza wirtualność? – Nie wiem. – Jak sądzisz. – Słowo honoru. Robimy z siebie głupków w nieistniejącej restauracji. przedstawiam się: – Leonid.. potem podaje mi rękę: – Nadia. wyraźnie się denerwuje. – Pewnie jestem strasznie nietaktowna. – Dziwna rzecz ta Głębia – rzuca. – Powiedzmy tak: nieaktualnych informacji.. – Wierzę – dziewczyna kiwa głową barmanowi. – Nie kłamię – mówię łagodnie. tamten chłopak w Penzie. Windows Home milczy. Tutaj zbyt uprzejmy ton oznacza zniewagę. Każdy naród ma swoje kompleksy...

– Jesteś turinką – domyślam się. Chciałabym go zapytać. Nadia krzywi się. Wyciągam rękę. – To co robisz w tej idiotycznej knajpie? – pytam.. – Wirtualność nie powinna być namiastką rzeczywistości – mówi z przekonaniem Nadia. Na . – Miliony ludzi nigdy nie widziały telewizora. co powiedziałeś. Ale czy tak naprawdę nie podoba ci się to miejsce? Nadia wzrusza ramionami.. Nanotechnologia wykorzystywana do imitacji alkoholu. – Leonid. staniemy się impulsami w sieci elektronicznej. Głoszą chyba zjednoczenie komputera z człowiekiem. – Real nie zawsze jest taki dostępny..Przecież jesteśmy ludźmi. Nigdy nie pragnęłaś chłodnego jesiennego poranka postać sobie na skraju lasu nad stromym brzegiem rzeki. – A czy to wszystko często występuje razem w rzeczywistości?! Tu wystarczy otworzyć drzwi – wskazuję głową na drzwiczki w japońskiej części restauracji – i wszystko znajdziesz w jednym miejscu. – Naturalnie. Ale parę miliardów ludzi nigdy nie było w Głębi. a wokół nikogo. plusk ciepłych fal.. naprawdę ci się to nie podoba? – Od tych rzeczy jest rzeczywistość – patrzy mi w oczy. – Oczywiście. to gorsze niż mikroskop do wbijania gwoździ.. skąd bierzesz pieniądze na częste wizyty tutaj. czy tak to sobie wyobrażał? Czy to. Może kiedyś zajrzę. – Podobnie jak Głębia. – Odwiedź kiedyś nasz kościół.. – Właściciel restauracji jest romantykiem – mówi Nadia. z pękatego kieliszka.. Ale miejsce tych przyjemności jest w realu. Nie wiem. jest słuszne z jego punktu widzenia? – Rozumiem.. wszystko. księżyc na niebie i piasek pod nogami. Lonia. – Jesteśmy ludźmi nowej epoki.. Turińczycy to kontynuatorzy pewnego pisarza fantasty z Petersburga. napić się grzanego winą. cierpkość wina.. – Ciepło dłoni. – Tak! – odpowiada z lekkim wyzwaniem Nadia.. a może oczekują od rzeczywistości wirtualnej jakichś niesamowitych łask. chłód wieczornej bryzy i aromat kwiatów. to nie moja sprawa. Wirtualność może zmienić świat. co się dzieje.. a my nadal dopasowujemy ją do starych dogmatów. jest słuszne. Wzruszam ramionami. znasz doktrynę turińczyków tylko ze słyszenia – oświadcza Nadia. – Szukam Dibienki. Zmienimy nędzarzy i bezdomnych w skarbonki informacji. W Głębi jest wiele interesujących miejsc. dotykam jej twarzy. – Leonid.

A on. – Lonia? Oglądam się. Ja tu weszłam z pracy. Cholera. Napięta twarz. krzywiąc się lekko. Daj Boże. – W poszukiwaniu Dibienki? – kręcę głową. Ten robi groźną minę.wszystkie nie wystarczyłoby życia. Cholera. Romek. – Mam jeszcze pół godziny. – Lonia. idiotka! A tak nam się fajnie gadało. wszystkie zajęte. Mój przyjaciel wilkołak stoi obok. Ale wystarczyło jej zimnej krwi. gdy siedzisz w domu. My. Fajna dziewczyna. jak patrzyliby na mnie koledzy? Otwarta i mądra.... – Lonia. ale miesza. Jednym haustem wypijam dżin i pstrykam palcami na barmana. Wyciągam chusteczkę wirusobójczą. Wilkołak głośno wciąga powietrze. Trudno nawet patrzeć. żeby rozłożyć ręce i powoli się oddalić. – Wolę nadal pozostać tajemniczy. w zamkniętym pokoju. lakierki. – Próbowała cię naznaczyć! – Wiem. dziewczyno. tajemniczy nieznajomy. – Co to za dziewczyna? – Nic szczególnego. nurkowie. – W takim razie powodzenia – rzucam. Co zrobić. Może zamówić tequilę z sokiem pomidorowym? Ciekawe.. Nie martw się. jaką zrobiłby minę. jeden do jednego! Barman krzywi się. – Pójdę już – Nadia wstaje i rzuca na ladę monetę.. Wieczorna plaża i wino.. Siadaj. żeby w realu Nadia była tak samo inteligentna i szczera. wyciera usta i . ale podaje szklankę z pieprzowym absolutem. Zbyt wiele osób pragnie poznać nasze prawdziwe nazwiska. kiwa na barmana. – Dżin z tonikiem.. Wyobrażasz sobie. Romek siada. ścieram szminkę z twarzy i grożę Nadii palcem. marker! – szepczą szpilki w moich klapach. muszę odwiedzić kilka miejsc.. Biały garnitur. zapragnęłabym dalszego ciągu. jesteśmy trochę paranoikami. to tylko dziennikarka. ciepły piasek hawajskich plaż i czerwone chilijskie? Nadia uśmiecha się. A wirtualny seks jest zabawny tylko wtedy. – Witaj. nieco staromodny krawat. – Nadia pochyla się i całuje mnie w policzek. Sześć komputerów w pokoju. – A może by tak. jak Roman pije. to by już nie była praca. Chyba się stropiła. – Dziękuję. marszczy brwi. Zepsuła całe wrażenie.

Jesteśmy zbyt cennym towarem. W małym przedsionku mówię cicho: – Indywidualna przestrzeń dla nas dwóch. Rzeka nie jest górska. kulę się. a w nim. Zarabia nie mniej niż ja. grzane wino. – Odchylam połę marynarki. nad rzeką. – Idziemy. wanilią. pierwotny. Jedynie kupca. Albo rzeczywiście jest alkoholikiem zdolnym w ciągu kilku dni przewalić setkę zielonych. z cynamonem. – Tak. Zimny wiatr przenika do szpiku kości. Cholernie chciałbym wiedzieć. Z tyłu zostaje kamienny domek – tak wyglądają Trzy Prosiaczki z tej strony. toniku i absolut pepper. Wieje silny wiatr. Wychodzimy nad rzekę – strome zbocze pokryte czepliwymi. rwąca. – A zleceniodawca? Patrzę na zegarek.oddaje szklankę. Ukrywamy się przed sobą tak samo jak przed wrogami. klepię się po kieszeni koszuli. których pragnie skosztować każdy rekin. Głębinowe ryby. niskim zaroślami. nigdy nie podlatują bliżej. – Roman bierze szklankę. bez względu na to. ilu klientów chciałoby się przejść w przestrzeni wirtualnej Trzech Prosiaczków. z gałką muszkatołową. W dali widać stado jakichś dużych ptaków – nie wiem jakich. Za drugimi drzwiami jest las.. Wirtualność jest okrutna wobec nieostrożnych. my ich nie zobaczymy. ale może mieć na przykład dużą rodzinę. – Lubisz pieprzówkę? – pytam mimochodem wilkołaka. Mój towarzysz jest niewrażliwy na chłód. który uprzednio podał kod. północny. Roman. Obok. . Wilkołak rozluźnia się lekko. – Zrozumiałem – dobiega spod sufitu. – Wszystko w porządku. Idziemy ścieżką. Nad urwiskiem stoliczek. – Towar jest na miejscu. Nieprzebyty. Dostęp dla człowieka. kim jesteś. Może ma prostszy hełm – bez klimatyzatora? Kto wie. – Za dziesięć minut. powoli pijąc drinka. gdzie leży dyskietka.. który poda kod „szaryszary-czarny”. Sucho i bez komentarzy. na nim butelka dżinu. Ale to niemożliwe. Chmury na niebie. o ile wiem. migoczące magicznym światłem potwory. mrużę oczy. ale z progami. Teraz. – Doniosłeś jabłko? – pyta Roman. Może w realu jest alkoholikiem? Nie wiem. I niklowany termos. Biorę swoją i wychodzimy przez drzwi w kamiennej ścianie. Pyszne.

– W życiu nie widziałem piękniejszego miejsca. szaro-niebieskie chmury kłębiące się nad głową. – Podobno w Moskwie doją kury. Siadamy obok siebie. – Śnieżne mamy w tym roku lato. – Rules! – mówi. Argumenty Nadii nie wydają mi się już tak szalone. – Podobno jest znacznie mniej szkodliwa niż alkohol i nikotyna. – Nie. Jak ja nienawidzę tajemnic. Boimy się wszystkiego. – Ciekawe. nie patrząc. Dla Romana ten pejzaż najwyraźniej coś oznacza. Lonia? – Roman podaje mi papierośnicę. piękna . On zna to miejsce.. – mówi dziwnym tonem wilkołak..pieprzem.. – Palisz trawkę.. Nalewam sobie grzańca do ciężkiego ceramicznego pucharu. Śnieżne lato. Teraz obaj popijamy grzane wino z korzeniami. – Bywałeś tu? – W pewnym stopniu. Każdy ma swoje skojarzenia i analogie. Roman kiwa głową. Tak jest zawsze. – Co za różnica. Nalej mi wina. Roman pali gandzię.. pełny kieliszek w ręku. Ja piję wino. – Przyjemna pogoda – rzucam na chybił trafił. Rules to coś dobrego. Trzy wiklinowe krzesła. – To grzaniec. Jeden łyk i jego szklanka jest pusta. Wdycham aromat. Roman waha się. Ciekawe. Jutro na pewno spadnie śnieg. Dla mnie to tylko ładne miejsce. patrzymy na rzekę. W wirtualności nie bywa jutra. Roman? – Harpie – odpowiada. Zimne piwo. Nie dowiem się. Boimy się siebie nawzajem... Ale i tak się nie upija. skąd się wzięła ta rzeka. Chyba naprawdę jest alkoholikiem i narkomanem. Po jakichś dwóch minutach pstryknięciem posyła niedopalonego papierosa w dół i mówi: – Dziecinada. – mówi wilkołak i spogląda na mnie z ironią. ale pali. komputer siódmego pokolenia. Trafia do jego duszy. kolendra. wiatr. Pięknie. Biała piana na kamieniach. Nie ma nic lepszego od złej pogody. które nas otaczają. dlaczego. Niech tam. do licha. – Co to za ptaki. Psiakrew. Kiwam głową..

– Urodzaj dojrzał? – Ciężkie mamy jabłka tego roku – wyjmuję dyskietkę.. Cwaniak porozumiewa się przez program-tłumacza. – Szczerze mówiąc. Wilkołak kiwa głową. jaki jest indywidualny czas nurka. określić. Znałem go tylko pod ksywą Cwaniak. Gdy Schellerbach skopiował plik.. – Nie przeczę. panie Schellerbach. To moja operacja. – Według pańskich słów tyle to było warte. Schellerbach bierze dyskietkę i zamiera. – Więc? – pytam. Gość wzdryga się. zwyczajny garnitur. choć nerwową fizjonomią. Bardzo skuteczne. Płaca powinna być proporcjonalna do stopnia trudności. Piję wino i przyglądam mu się.. Strzelec! – mówi do mnie. – Roman zmienia się na twarzy. Roman marszczy brwi. – zleceniodawca siada na trzecim krześle. – Co było w tamtym jabłku? – Nowe lekarstwo na przeziębienie. załatwiony wirus.. oczywiście. – Przecież się umówiliśmy. Sześć tysięcy dolarów.dziewczyna. Siedzimy nad urwiskiem i jest nam dobrze. – Twoja operacja. Dowiedzieć się. że słowo nurka to rzecz święta. z władczą. przynajmniej na początek. Głos ma zbyt spokojny. ale kto lubi leżeć w łóżku z temperaturą i katarem? – Ja nie. Przeziębienie to drobiazg.. panie Schellerbach. to już bardzo dużo. kładę na stole. do jakiej strefy czasowej należy. Kupiec jest schludny i niepozorny. – Schellerbach-Tiertyj zmienia się na twarzy. patrząc na zegarek.. – Ale następnym razem żaden nurek nie kiwnie dla pana palcem.. Rozkładam ręce. jego spojrzenie nabrało śmiałości. – I to jest warte sześć tysięcy? – To jest warte sto tysięcy. – Dzień dobry – odpowiadam.. Kupiec pojawia się dziesięć minut później. Wilkołak milczy. gdy już zaczynam się niepokoić. Oddaję panu plik – pstryknięciem przerzucam dyskietkę przez stół. grzaniec. ty decydujesz.. – Dobry wieczór. banalna twarz.. – Pomylił się pan. spodziewałbym się większej wdzięczności za podobną pracę. – Pan uważa inaczej? – Rozumie pan. .. patrzy na mnie pytająco. Teraz to starszawy mężczyzna. – A sądziłem. on mnie pod przezwiskiem Strzelec. Młody mężczyzna z dyplomatką w ręku.. – Jak ja lubię wasze poczucie humoru. – Poczekajmy na zleceniodawcę. – A.

To są pieniądze. Nawet gdyby międzynarodowy trybunał oznajmił. niestety. To dużo.. Podaję mu kartkę z numerem konta w Szwajcarii. Fantazja. To bardzo dużo. – Powiedzcie. – Dla każdego? Milczy – bardzo. – Rozumiem – zgadza się Schellerbach. potem zdecydowanie podnosi kieliszek. – Czego pan się tak boi. Prawdziwa wolność to zawsze tajemnica.. – Lonia. – Ujemny procent. Żywe. że jestem zbrodniarzem winnym genocydu. – ogląda czek. nurku? – w spojrzeniu Schellerbacha jest ciekawość. – Całkiem możliwe. – Pięćdziesiąt każdemu. Za absolutne bezpieczeństwo. patrzymy w ślad za nim. – Cóż.. jesteś szczęśliwy? – pyta wilkołak. bardzo długo. pełnokrwiste. Bank nie zdradzi mnie nigdy. Napełniam kieliszki. Peter.. – A na stały kontrakt? – Nie. Ja znam jego prawdziwe imię. – Nie mam innego wyjścia. – Za powodzenie! .. z przyjemnością oglądam cyfrę. Za to właśnie płaci się ujemny procent. że wszystko wokół to gra. powodzenia. rozkłada ręce. – Trzeba tylko pamiętać. Po kilku sekundach na moim koncie pojawia się sto tysięcy. bardzo pan ostrożny.. – Wielka kasa. jak to jest być nurkiem? – Normalnie – odpowiada Roman.. – Pańskie konto. które przyszły znikąd i donikąd odeszły. Oddala się ścieżką. – Zgadza się pan na dalszą współpracę? Wyjmuję książeczkę czekową. panowie.. on mojego nie. panie nurku! – Pięknie. – Nie wychodzi mi to. Poddaje się. powiedz. nieopodatkowane.. Schellerbach kręci głową. – Pan również jest nurkiem? Czy tylko chodzącym zestawem wirusów? – Nurkiem – mówi Roman. Lata spokojnego życia w wirtualności. nurku. Peter... Z mojej strony to gest dobrej woli.. Potem wypisuję czek na pięćdziesiąt tysięcy wilkołakowi. Zerka na Romana.. – Naturalnie.. Czego ja się boję? – Nazwisk. – Schellerbach odchodzi kawałek i zatrzymuje się.– Pięćdziesiąt – mówi.

Roman kiwa głową z wyraźną ulgą. Nie mogę mieć przyjaciela. – Nie znikniesz z Głębi? – Nie. – Wzajemnie. Jesteś nietypowy – mówi. – Powodzenia. Gwałtownie. szybko. Wilkołak wstaje. – Muszę iść. Samotność – druga strona wolności. szybko! . – Rachunek. przyszli do mnie. Przez chwilę wydaje mi się.– Za powodzenie – zgadzam się. Roman. Roman – rzucam w pustkę. Pije wino. – Wiesz. kieliszek spada na podłogę i toczy się.. – Rachunek – rzucam ze złością w przestrzeń. gdy nurkowie otwierają się przed sobą. Rozpływa się w powietrzu. brzęcząc i podskakując. ciekawie się z tobą pracuje. że zbliżamy się do tej niewiarygodnej krawędzi..

Siadam z boku. – zaczyna chłopak.. Część klientów się zmieniła. Wychodzę z Trzech Prosiaczków. . Długie rzędy budynków. na ławeczkach siedzą ludzie. Trzeba się przejść. Siedząca obok mnie dziewczyna gwiżdże i rzuca w chłopaka butelką po piwie. Wracam do restauracji. Na małą drewnianą estradę wchodzi chłopak w dżinsach i śnieżnobiałej koszuli. chwila wahania – wezwać taksówkę? – w końcu idę pieszo. pogadać o oprogramowaniu. Obrzucają go leniwymi spojrzeniami.. W rogu cicho gra paroosobowa orkiestra. Część można zrozumieć od razu. gwarno i wesoło. nawet kupić za pół ceny skradziony program. – Wychodzi Stirlitz z domu. piją piwo i gadają. gdzie można załatwić konsultację w kwestiach technicznych. Całkiem przeciętny. chyba nieprawdziwa. Skręcam na skwer z tabliczką DOWCIPY. Miejsce. Ale mnie to nie interesuje. pomiędzy nimi skwery i place zapełnione ludźmi albo puste. Dalej będą bardziej solidne kluby. zbliżam się do rosyjskich kwartałów dyskusyjnych. DOWCIPY ROZMOWY O NICZYM PRZYGODY SEKSUALNE DZIWNE MIEJSCE OWIES ROŚNIE! KSIĄŻKI SZTUKI WALK Tutaj przychodzi się pogadać na konkretne tematy. To jedno z najciekawszych miejsc w wirtualności. gdzie można po prostu porozmawiać. To echa epoki przedwirtualnej. każdy w innym stylu. że nie chce mi się spać. Unikam głównych arterii. Skwer przypomina park kultury z lat sześćdziesiątych. Oglądam wyszukane tabliczki. Zbyt fartowny dzień. niektóre mają specjalnie tajemnicze nazwy. przynajmniej moim zdaniem. towarzystwo Amerykanów nadal chichocze z własnych dowcipów. O czym się chce. Dużo ludzi.100 Najbardziej przykre jest to.

nieprzyjemnie wyglądającym urządzeniem w ręku... Dziewięćdziesiąt procent dowcipów. w jakiś sposób przypominający mieszkańca krajów nadbałtyckich.. Ja też patrzę na budkę – kryjówkę moderatora. – mówi w zadumie moja sąsiadka. potem znowu celuje w handlowca. – Litkomp. Chłopak zerka na małą budkę w rogu sceny. aby nabrać pewności. jak przyjęto mówić.Rozumiem ją doskonale. Lufa podskakuje i w stronę handlowca leci lśniący purpurowy przedmiot w kształcie krzyża. Zarzuca miotacz plusów na plecy i odchodzi do swojej budki przypominającej wygódkę na daczy. Ktoś go jednak oklaskuje. – A może to był początek dowcipu? – woła ktoś z miejsca. Ten porzuca daremne próby starcia połyskującego plusa z koszuli. Wystarczy pobyć tu pół godziny.. Obecni cichną.... na drugim końcu skweru. którzy jeszcze nie wiedzą.. Aha. . W każdym klubie jest człowiek pilnujący zgodności prowadzonych rozmów z dozwolonym tematem. Trzy takie plusy i klub Dowcipy będzie dla niego zamknięty na zawsze. czy zareaguje później. że Kain zabił Abla za opowiadanie kawałów z brodą. jeśli tylko moja podświadomość nie dorysowała mu akcentu. – Firma Litkomp ma zaszczyt zaproponować po najniższych cenach. Dziewczyna w milczeniu podaje mi butelkę piwa. – Upijam łyk. Tak. ale z zimną złością mówi moderator i podrzuca broń. – Off topic! – Leniwie... Rzeczywiście pochodzi z Łotwy. Ten klub uwielbiają debiutanci w wirtualności.. pora zmienić twardziel. „plus”. to starocie. zeskakuje z estrady i odchodzi w noc. ale ten jest dzisiaj w dobrodusznym nastroju. Mężczyzna próbuje zrobić unik. Zimny heineken od razu poprawia mi nastrój. Szelmowski wyraz jego twarzy sprawia. albo. – Trzeba będzie poznać cenę.. rozgląda się jak zaszczute zwierzę i zbiega z trybuny. które się tu opowiada. Tłum chichocze z aprobatą.. Moderatorzy nigdy nie chybiają. rozkoszując się widowiskiem. – Proszę państwa! – krzyczy. Rozglądam się w poszukiwaniu baru.. Większa indywidualność. Jest na miejscu. Przedstawiciel Litkompu też go zauważa i zaczyna szybko mówić: – Twarde dyski Qantum Lighting. Pytanie tylko. – Załatw go! – podjudzają moderatora. Drzwiczki budki otwierają się i wychodzi chłop jak dąb z ogromnym. Daleko. że staję się czujny. – Dziękuję. Na koszuli handlowca rozkwita ognity krzyż. Na trybunę wchodzi kolejny chłopak. Jasne. Chłopak przy akompaniamencie gwizdów i krzyków mimo wszystko kończy dowcip. czy moderator jest na miejscu. że nihil novi sub sole. Western Digital. ale bez skutku. Moderator grozi mu palcem.

Może warto pojeździć trochę po mieście. A ponieważ my nie możemy zmienić świata.. Na scenę wychodzi jeszcze jeden amator humoru. Może turińczycy mają rację? Przemieniliśmy wirtualny świat w karykaturę prawdziwego życia. dobra? Tak będzie lepiej. Lonia. nigdy przedtem takiego nie widziałem. Samochód Deep Przewodnika hamuje obok mnie.. tylko jakoś się tak dziwnie czuję. Ładne kwiatki. demonstrującego jakieś dziwne ruchy.. z tatuażami na plecach.. Niedostępne zwykłemu obywatelowi Deeptown. – Proszę się zatrzymać. – Wezwij mi taksówkę. wstąpić do centrum rozrywki. Co za potworna nuda.. od niechcenia kręcąc kierownicą. karykatura pozbawiona jest sensu. Brodaty. Wtedy dociera do mnie. dobiega mnie: „Tandeta! Straszna tandeta!” Nudno. W teatrze letnim Filmy imponujący mężczyzna z ożywieniem gestykuluje. Jakiś punk czy co? – Samochód zaraz przybędzie – oznajmia Windows Home. wsiadam. lecz krok w bok. Idę wzdłuż klubów. stojąc przy ekranie.. Oczywiście. A karykatury nigdy nie są lepsze od oryginału. otwieram drzwi. pokazaniu głupoty i absurdu pierwowzoru. – Pewnego dnia Kubuś Puchatek i Prosiaczek.Jednak handlowiec dopiął swego.. Właściwie nie jestem w złym humorze. – Twój program cię nie słyszy – oznajmia kierowca. – Vika. Ich zadanie polega na wyśmianiu.. – Vika. mam wyjście.. Ma szramę na policzku i zepsute zęby. – Dziękuję za piwo – mówię dziewczynie. – Kierowca szczerzy się. To nie program. – Stąd jest tylko jedna droga – mówi kierowca z uśmieszkiem. Kierowca jest jakiś dziwny. Dlaczego w rzeczywistości wirtualnej dowcipy o Stirlitzu i Kubusiu są aż tak popularne? Jakaś psychologiczna aberracja. Nigdy nie słyszałem o porwaniach w świecie wirtualnym. – Słucham. Przez zakratowane szyby Sztuk walk widać kruchego chłopaka o azjatyckim wyglądzie. To nie skok do przodu. wstaję i opuszczam skwer. chociaż nie podałem adresu. że kierowca nie wygłosił tradycyjnego powitania. . Bez odpowiedzi. wyjście z rzeczywistości wirtualnej! – komenderuję.. – Kim pan jest? Brodacz tylko się uśmiecha. Zaglądam. Że już jedziemy.. w podartej koszulce. – Nie wolno.. – Dobrze. to żywy człowiek. odwracając się. panowie. – Siedź cicho.

Wyjść z Głębi samodzielnie i ręcznie przerwać połączenie. jak szarpię klamkę u drzwi. A w kieszeni ciąży granat. Teraz ja milczę. programie transportowym.. Nieźle. Wszystko zamknięte na głucho. I przerwania połączenia. gdy jestem w „samochodzie”. Efektu. – Dostał pan przesyłkę? – pyta kierowca. ale nie spuszcza z oka – ciekawość myśliwego. nie widząc celu. obserwując. Trzy kule przechodzą przez niego. naciskam enter. Bez szczególnej nadziei walę kierowcę rękojeścią – to też słaby wirus. W końcu każda zdobyta informacja jest cenna. Słaba broń. To całkiem rozpoznawalna sportowa wersja lancii. Zablokowano głosowy kanał połączenia. Może obrona porywacza nie wytrzyma. ale liczę na różnorodność pocisków. – Sam się prosisz – mówię. Jedziemy dalej. poddaję się. że jestem nurkiem. Deep Enter. Działa. Głębio. . który. Kolejne dwa pociski w ogóle nie opuszczają lufy – unieszkodliwiono je w bębenku. ale zrobione. Kładę palce na klawiaturze. może wyśledzić Unię telefoniczną? I dlaczego wszedłem dzisiaj z głównego adresu? Pierwszy lepszy dyletant pozna moje dane! – Czego pan chce? Kierowca ignoruje mnie. wystrzelenie wszystkich naboi jest równoznaczne z rozkazem uzupełnienia zapasów. oczywiście. Jedna rozpłaszcza się i spada na podłogę – wirus został zabity. to całkiem prawdopodobne. i wyjmuję rewolwer. brak. nie pozwolił zobaczyć swojego komputera. Dobry antywirus. Tylko czy nie tego właśnie po mnie oczekują? Dowodu. Sześć kul – sześć różnych wirusów. w jaki sposób? – Przyjacielu. Jeszcze raz próbuję połączyć się z Viką – bezskutecznie. „Głębio. – Nie rzucaj się – radzi kierowca. W zadumie obracam rewolwer w ręku – znowu naładowany. nie jestem twój. skutecznie ogłuszający prościutkie programy typu Deep Przewodnik. – Ciekawe. A niech mnie. który postrzelił złotego ptaka.. Kierowca ogląda się na mnie zakłopotany.” Na ekranach hełmu pojawia się wnętrze samochodu. Znowu jestem w samochodzie. wybieram kilka komend. starając się nie panikować.

nie zobaczę tego. Albo to filia dużej hurtowni. bardzo szerokie. Wzruszam ramionami. Łączności z Viką nadal nie ma. W takich budynkach mieszczą się albo banalne magazyny artykułów przemysłowych powszechnego użytku. Jest ich tam do licha i trochę. W kącie magazynu stoi człowiek bez twarzy. – Może poczekamy trochę ze strzelaniną? – rozmyśla głośno kierowca. Siemion – mówi Człowiek Bez Twarzy. – Zostaw nas. albo. – Możliwe. To głupie. Teraz funkcję samochodu wypełniają ściany tego pomieszczenia. A pan to prawdopodobnie Bili Gates – odpowiadam. wpuszczając nas do środka. A zamiast twarzy coś w rodzaju obłoczka skondensowanej mgły. Tylko po co? Chcesz być nierozpoznawalny. weź typową twarz z zestawu Windows Home albo innego. Samochód rzeczywiście zahamował obok nieznajomego budynku. srebrna zapinka w kształcie róży na piersi. albo luksusowe apartamenty.W moim tonie pobrzmiewa zarozumiałość drobnego hakera. Kierowca kiwa głową. a fakt. Znowu próbują mnie wyłapać! Trzeci raz! – Bóg lubi trójcę. wychodząc z lancii. Rejestruję mimochodem. Bardzo dużo dobrego towaru. Czarny płaszcz do ziemi. systemu operacyjnego. co bardziej prawdopodobne. ale odwracam się. Milczę. Chociaż efektowna. Na sekundę przed uderzeniem drzwi otwierają się na oścież. – Idziemy? – proponuje kierowca. kręcone włosy – jakieś takie popielate. żeby dało się bezszelestnie poruszać. Stelaże pod ścianami. złodziejska melina. wcale nie ujawnia we mnie nurka. . No jasne. Drzwi są już odblokowane. Cały dzień jest taki. Szary sześcian bez okien. Brodacz naciska na gaz i samochód skacze do przodu.. Podobne sztuczki zabronione są na ulicach miasta. – A więc – mówię. Jego kroki powoli cichną. odwraca się i znika w labiryncie regałów. i pokazowo pancerne ostrzegają: wejść bez pytania będzie trudno.. że mają tu wspaniałe echo. A już brak twarzy w połączeniu z tym dziwnym strojem to zwykła głupota. Jeśli nawet się uśmiecha. ale wyglądają całkiem naturalnie. – Czego pan sobie życzy? Kierowca nie patrzy na mnie. pudełka z kolorowymi naklejkami znanych firm. Może po to. – Jesteś nurkiem – stwierdza Człowiek Bez Twarzy. jak w garażu. ale w domu można ich używać. Brodacz mówi uspokajająco: – Jesteśmy na miejscu. Wersja brzmi prawdopodobnie. że komputer załadował rewolwer porcją nowych wirusów. jedyne drzwi. Rzeczywiście magazyn.

. – Załóżmy także.. Dzięki za radę. na ile doskonałe mogą być programy-tłumacze? Drewniana intonacja zdarza się w masowych i tanich programach.. A to już staje się interesujące. coś takiego ma miejsce w Deeptown co sekundę. Władca Microsoftu nie miałby co robić. ale wiem. płacę podatki! Postawię na nogi całą policję Deeptown! . ile im zaproponowano za pracę. – Człowiek Bez Twarzy jest cierpliwy i pedantyczny.. Wtedy właśnie mnie wyśledzą. Jakie to proste. Al Kabar nie mógł mnie wyśledzić. jest doskonale rozpoznawalne.. Ale transfer dokładnie pięćdziesięciu tysięcy. Tylko co ja mam z tym wspólnego? Rozmówca nie ma twarzy. gdy na moim komputerze zadziała timer bezpieczeństwa – krzyczę – pańska wspaniała idea rozsypie się w proch. nie mówi po rosyjsku. ale na szczęście pan Friedrich Urman podpowiedział nurkowi. Śledzili mnie od Trzech Prosiaczków.. Na przykład. – Naturalnie. po drugie. i wtedy dopiero pan pożałuje! Jestem uczciwym człowiekiem. – Cóż to dla was. że muszę pana rozczarować. w którym doszło do podziału. Nadąża pan? No. że nurek pozbędzie się gorącego towaru natychmiast. jeden z nich bez wątpienia nurek. Chociaż. że przerzuci pieniądze na bardzo pewne konto. że właściwą ceną byłoby sto tysięcy. panie nurku.. nurek po to jest nurkiem.. od osoby prywatnej do osoby prywatnej. Na przykład. numery rachunków pozostaną zagadką.– Możliwe. Aha. – Pomyślał pan. tylko uganiać się za nurkami po Sieci. Idiota. on zarabia pieniądze w bardziej tradycyjny sposób. skradło w kwartale Al Kabaru plik z technologią produkcji nowego lekarstwa. że jestem nurkiem i ściągnął mnie tu na przesłuchanie? Obawiam się.. – Dziś rano dwóch hakerów. proszę.. Akurat. ale miejsce. w momencie przerwania połączenia. – Nie wygłupiajmy się – mówię. Po pierwsze. a ja postanowiłem się przejść.. Na przykład. ale on tego nie wie. bariery programowe? Chwila skupienia i już w domu. że obaj hakerzy dzielą otrzymaną sumę na pół. Roman odszedł natychmiast... I po jaką cholerę podzieliłem się z nim po połowie? – Bardzo interesująca historia. kto wie. żeby odłączyć się ręcznie. w bankach pracują profesjonaliści. przyjacielu. że zażąda od klienta sto tysięcy. – Przegrywać należy z godnością. żeby nie można go było złapać w wirtualności – kontynuuje Człowiek Bez Twarzy. że się uśmiecha.. – Za dwadzieścia cztery godziny. – Nie wiem. Dalej idą psychologiczne spekulacje. To niemożliwe. Transfer pieniędzy z jednego banku do drugiego. Jeszcze nie przegrałem.

– Możliwe. Przelatuje na wylot.. – Punkt to stara nazwa niżowego użytkownika sieci komputerowej? – Tak... skoro ma tęczowy żeton. dranie. Nie jestem Chrystusem i nie pretenduję do absolutnej sprawiedliwości. – Chyba coś słyszałem. że do tego nie dojdzie. kiwając się do przodu i do tyłu. ale już dawno ktoś powinien był dać Urmanowi prztyczka w nos. jeśli się przekonamy. – Co? Wyciągam rewolwer i pakuję w drzwi wszystkie sześć kul. i po sekundzie wirusy zostają unieszkodliwione. są i będą. – Sądzę. proszę. – I z całą pewnością ekskomunikują.. – A co mi innego pozostaje? – warczę. obejmuję rękami głowę. że jest pan uczciwym hakerem – w ostatnich słowach dźwięczy nutka sarkazmu – nikt nie będzie miał do pana żadnych pretensji. Siadam na podłodze. Człowiek Bez Twarzy rozchyla płaszcz gestem doświadczonego ekshibicjonisty. szepczę: – Dranie. – Proszę. że psy to bydlaki. Co najmniej komisarz. Trudno żyć bez wirtualności. Sześć rykoszetów. ale nie starożytnych bajek. – Złapią pana! – grożę. Złodziejstwo nie jest rzeczą godną pochwały. Na regałach zaczynają wybuchać i płonąć pudełka z softem.. – Niech pan przestanie histeryzować – mówi Człowiek Bez Twarzy i w jego głosie na moment pojawia się nuta zwątpienia. – Niech mnie pan na początek wysłucha. jeśli choć raz w niej byłeś. – Wiedziałem.. – Twoje zabawy w Głębi są nam obojętne. była taka.. spada pod ścianą. słyszał pan o Zabłąkanym Punkcie? Albo o Bossie Niewidce? Wszystkiego bym się spodziewał. nie wróżący nic dobrego. Masz babo placek. Człowiek Bez Twarzy ignoruje mój spektakl. choć mało prawdopodobne – mówi Człowiek Bez Twarzy. nurku. ale żeby aż tak. Ekskomunika to najstraszniejsza groźba dla każdego mieszkańca Deeptown. Sam jest z policji. – Rzucam w niego rewolwerem. Sieci Fidonet. Panie nurku. łajdaki. legalny biznes! Czego pan chce? – Już lepiej. Na lewej stronie płaszcza – okrągły tęczowy dysk. To o chłopaku. Mam inne zadania. Cicho jęczę. Pod sufitem z sykiem ożywają rozpylacze systemu przeciwpożarowego. – mówię przygnębiony.. – Uspokoić pana? Lodowaty ton. którego zabiło w momencie przebywania w rzeczywistości wirtualnej? A jego świadomość w jakiś sposób nadal żyła w Sieci? .. – Przestępstwa były. Wijąca się połyskliwa spirala w niebieskiej otoczce. – A ja mam mały.. – Cóż.

obok dwa krzesła. Byli ludzie i neandertalczycy. Odruchowo kiwam głową.. i . która zrodziła się na styku czasów. A wie pan. – Dużo było tych legend – przyznaję.. że żółtodzioby znajdowały sobie bardzo dobrego bossa. – Nie sądzę.. ja. co jest najśmieszniejsze? I jemu. za stelaże z pudełkami oprogramowania dla macintoshów. – Boss to trochę wyższy stopień w hierarchii Fidonetu. na nim porozrzucane papiery. podłączenie do każdego klubu. ale nadal żywe. – Sens jest ten sam.. nie istnieje. – Chodźmy.. pod którym łączył się z bossem..... Teraz mało kto korzysta z tych komputerów.– Tak. zresztą. że numer telefoniczny. w spalonym ubraniu. – Za to dziś zrodziła się nowa legenda. – To bajka. – Panie nurku. że punkt sześćset sześćdziesiąt sześć zabłądził. Pięć lat minęło. – Jaka? – O Człowieku Bez Twarzy. gdy Internet i Fidonet stawały się jedną wirtualnością. Pogrzebane pod świeższymi informacjami. nie pragnę poznać pańskiego nazwiska. Właśnie do niego zwracali się ci.. – Nic nie zostało zapomniane. A o Bossie Niewidce? – Poproszę krzesło. a ile zostało zapomniane. wysoką szybkość przekazu danych. a samego bossa nikt nigdy nie widział. Teraz już mało kto ją pamięta. – Boss Niewidka jest bajką z tych samych czasów – mówi Człowiek Bez Twarzy. który proponował im najlepsze warunki: dostęp do Sieci w każdym momencie. Potem Boss Niewidka wysyłał wszystkim swoim punktom list: „Dlaczego mnie prześladujecie?” I znikał. Siadamy.. by była tak intrygująca jak blady młodzieniec w dymiącym ubraniu. Za stelażami stoi mały stolik.. – I wszystko byłoby w porządku – Człowiek Bez Twarzy chyba nie zauważył mojej gafy – gdyby któryś z punktów nie dowiedział się. Idziemy na prawo.. w odróżnieniu od Urmana. – Wstaję z zimnego betonu. Według legendy zdarzało się. Chłopak o bladej twarzy.. i mnie jest pan potrzebny w tym samym celu. wirtualności jeszcze wtedy nie było. Mój rozmówca kręci głową. zacząć przynależeć do świata wirtualnego. – Wyłapać Zabłąkany Punkt? Człowiek Bez Twarzy śmieje się cicho. Milczę.. wtedy to się nazywało czat. – Pamiętam również historię o szalonym moderatorze i czacie „Umrzyj tutaj!” – Ja też zaczynałem od Sieci Fidonet – informuje Człowiek Bez Twarzy. Ślepe odnogi nie mogą przetrwać. a potem były IBM i apple.. który prosi napotkanych ludzi o przekazanie na trzydziesty moskiewski węzeł. którzy chcieli zostać punktami.

ale nie odważam się dotknąć. – Dlaczego miałbym to robić? Człowiek Bez Twarzy wyjmuje z kieszeni płaszcza malutki znaczek. Pierwszy mieszka. Prawo do robienia wszystkiego. że potem wynająłby killerów. otworzyłby mi drzwi i osobiście zaprowadził do mostu. tylko tło jest białe. Dobrze robi. by podawać jakieś bliższe szczegóły. zrobiono dla dobra Francji” – to było nic.Śmiejemy się cicho. co tylko można robić w Głębi. Nie wziąłbym pliku z jego rąk. według naszego kodeksu. – W Labiryncie pojawił się problem. Nie jest chyba w nastroju. Ale mój rozmówca i tak chyba nie miał co do tego wątpliwości. – Człowiek Bez Twarzy pochyla się nad stołem. . że poznanie nazwiska nurka to marzenie wszystkich! Nie wyłączając samych nurków! – To marzenie należy do najbardziej nikczemnych przestępstw. – Oto namiar. – Dlatego. pisze krótki adres. że Labirynt obsługuje jeden ratownik. – A więc. i tych dwóch nie może sobie z nim poradzić.. lecz tęczowa. Aż dwóch? Byłem przekonany.. Ładnie! – Jeden z nich jest Ukraińcem. że rzucę się w Labirynt. sieciowe lub w realu. – Interesujące! Myślałem. bierze kartkę.. – Nie trzeba – mówię z pewnym wysiłkiem. że nie daje mi wizytówki. a w środku nie spirala. Znaczek leży na stole pomiędzy nami. drugi Kanadyjczykiem. W jakiś sposób przypomina policyjny żeton. że jestem nurkiem. Patrzę na niego.. Niech pan poprosi.. zaproponować administracji swoje usługi i spróbować rozwiązać problem. Ale w Głębi byłby wobec mnie uprzedzająco grzeczny.... wirująca kulka. Po raz pierwszy przyznaję się. Możliwe. Przede mną leży legendarny Medal Bezkarności. Człowieka Bez Twarzy. proszę się ze mną skontaktować. grywał pan w Labirynt Śmierci? – Możliwe... I chyba nie ma wątpliwości. Jeśli zdecyduje się pan odwiedzić Labirynt. Gdyby Friedrich Urman zobaczył ten znaczek. że z nimi współpracuje dwóch nurków? – Załóżmy.. – Wie pan.. panie nurku. żeby się ze mną rozliczyć.. – Mogę dać panu ich adresy. co zrobiono z tym człowiekiem. A nuż zniknie? Gdy Lady Winter usłyszała od kardynała Richelieu: „Wszystko. utkana z cienkich nitek. długopis.

Powodzenia. Może pan iść. w którym istnieje model magazynu. – Szukamy nurków w całej Głębi i wielu znajdziemy. Ekran zalewa błękitne tło ze spadającą białą figurką. – Nie wiem. Pozwalani sobie na uśmieszek – on miałby nie wiedzieć. – Brak sygnału tonowego w linii – mówi Vika. Wszystko jest takie proste. co działo się w rzeczywistości wirtualnej. Dobranoc. – Teraz możesz bezpiecznie wyłączyć komputer – szepcze sennie Vika. jeśli wykona zadanie. Barbarzyństwo. – Odejdę swoją drogą. – Proszę sprawdzić kabel. niepewnie sięgnąłem do modemu i wyszarpnąłem kabel telefoniczny z gniazda. że na pierwszym miejscu postawił rozrywkę. nurku.. „Głębio. Trzeba dokonać czegoś niezwykle ważnego dla całej przestrzeni wirtualnej. Nie standardowe wyjście. I to mnie właśnie niepokoi. – Połączenie przerwane! – oznajmia Vika. że kiedyś dostał taki Dmitrij Dibienko – za stworzenie Głębi. Na pożegnanie patrzę na mgłę w miejscu jego twarzy. Rozrywka. – Będzie na pana czekał na tym stole – mówi Człowiek Bez Twarzy. Potrzebuję spokojnej nocy. – Do tej pory wszystko. Wiem.” Zdjąłem hełm. Interesujące.. cała poczta może . Pstryknąłem wyłącznikiem i cichy szum komputera zamilkł. Człowiek Bez Twarzy wskazuje głową drzwi. by każde twoje działanie uznawano za właściwe. lecz natychmiastowe przerwanie połączenia. miało swój odpowiednik w świecie rzeczywistym. że będą też inni pretendenci – oznajmia Człowiek Bez Twarzy. biznes. Za to całkowity brak wymiany informacji pomiędzy moim adresem a komputerem. nauka. – Teraz coś się zmieniło. – Poważnie? – Tak. – Wiem. – Otrzyma go pan. Kiwam głową w milczeniu.. nie jestem twój.. – Wyłącz się.. – Co jest w tym Labiryncie? – pytam. które można wyśledzić. rzecz jasna. mała.. Proszę bardzo.Jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy medalu. Głębio. tajemniczy nieznajomy. łączność.. – Zdecydował się pan odsłonić? – Oczywiście. I powiemy im to samo. Potem wyłączyłem modem. odrywając wzrok od medalu.. – Proszę jednak wziąć pod uwagę. najwierniejsza z moich przyjaciółek. że nie. co panu.

poczekać do jutra. Zresztą już wpół do czwartej, niebo jaśnieje. Bardzo chce mi się spać. Głowa huczy od nadmiaru informacji. Ściągnąłem wirtualny kombinezon... cholera, jak śmierdzi potem, powinienem go wyczyścić... i rzuciłem się na tapczan. Dobrze, że nie zacząłem wczoraj tankować. Jaki ja się zrobiłem... przezorny. Już chyba ze trzy lata temu...

101
Gdy otworzyłem oczy, była za piętnaście pierwsza. Cicho mamrotał telewizor, który włączył się o dziesiątej. Odłączony komputer z niezadowoleniem milczał na stole. – Jak dobrze – wyszeptałem w sufit. Należałoby zmienić mieszkanie. Kupić normalne, dwupokojowe, w centrum, w porządnym domu z cegły, z widokiem na Newę. Nie w tej zgniłej, wietrznej proletariackiej dzielnicy. Vikę też przeniesiemy do nowych apartamentów. Kupię siódemkę, z licencyjnym softem, setką megabajtów pamięci operacyjnej. Holograficzny twardziel na tysiąc terabajtów, radiomodem, ultraczuły mikrofon Siemensa... kolorową drukarkę, nie wiem po co, ale niech będzie, normalny skner zamiast tej ręcznej nędzy. Wydzieloną linię telefoniczną... cholera, nawet pięćdziesiąt kawałków nie starczy! Zresztą po co mi dwa pokoje? I tak mam pustą kuchnię – lodówkę i mikrofalówkę dawno przeniosłem do pokoju, a po wodę bliżej do łazienki. Postanowione, Vika dostanie nowe mieszkanie. Nie będzie wstyd przyjaciół zaprosić. Wstałem, dotarłem do lodówki, wyjąłem puszkę piwa. Do dwunastej nie piję, ale już przecież prawie pierwsza. Ale się szczęśliwie obudziłem! Leciutki schultheiss na czczo wydaje się prawie mocny. Żegnajcie, Amsterdam nawigator, i Bawaria 86, wierni przyjaciele biednych hakerów. Tylko guinness, heineken, killkeny... a zamiast belgijskiej kiełbasy normalna moskiewska serwolatka i wieprzowina. Co by tu jeszcze... no, na przykład ekspres do kawy. Dosyć rozpuszczalnej! Gdy podczas golenia – po raz pierwszy od dwóch dni – nieźle się zaciąłem, fantazja nuworysza podpowiedziała mi jeszcze maszynkę elektryczną. Nic mi więcej do głowy nie przychodziło, przelatywały tylko jakieś głupoty o drugiej linii telefonicznej i drugim modemie – żeby, gdy ja włóczę się po Głębi, Vika mogła ściągać pocztę i wykonywać wszystkie nieskomplikowane polecenia. Ale nie, to jednak zbędny luksus. Nawet Maniak nie ma drugiej linii. A właśnie, jestem mu winien piwo. Bardzo prawdopodobne, że wczoraj uratował mnie od śmierci. Nie ma co tego odkładać. Istnieje podejrzenie, że za tydzień będę go mógł poczęstować

najwyżej nawigatorem... w sumie też mocne piwo, o specyficznym smaku... Włączyłem komputer, podłączyłem się do Internetu i po dziesięciu minutach bez żadnej wirtualności przerzuciłem pięć tysięcy dolarów na swoje konto w Petersburgu. Pogrzebałem w szafie, wybrałem w miarę świeżą koszulę i stare, ale czyste dżinsy, wsunąłem do kieszeni dowód i kartę kredytową. Co jeszcze? Prawda, piwo... Na balkonie stał paskudnie obdrapany pięciolitrowy kanister. Odkręciłem korek, powąchałem. Zaleciało kwaśnym żygulowskim piwem. Wypłukałem naczynie na przemian zimną i gorącą wodą, włożyłem do siatki wiszącej na gwoździu w przedpokoju (pozostałość po poprzednich właścicielach mieszkania – ciągle nie mogę wyrzucić tego chłamu) i wyszedłem z domu. O ile ładniejsza i czyściejsza jest moja klatka schodowa w przestrzeni wirtualnej! I nie ma tego wiecznego zapachu zalanej piwnicy i bezdomnych kotów. Wydostałem się z zaułków, stanąłem na chodniku i uniosłem rękę. Po chwili jakiś stary zyguli zniżył się do tego, żeby się zatrzymać. – Do Kredobanku – rzuciłem. O dziwo, kierowca znał trasę. Po dwudziestu minutach i pozbyciu się resztek gotówki, pod szklanym spojrzeniem ochrony wszedłem do sali banku. Po kolejnych dwudziestu, wypełnionych wszelkimi możliwymi kontrolami, telefonami do głównego oddziału i wielokrotnymi prośbami o podanie numeru rachunku, udobruchani pracownicy banku wydali mi tysiąc dolarów. Oczywiście, w rublach. Po kolejnym kwadransie byłem już w irlandzkiej piwiarni Molly na ulicy Rubinsteina 36. Za dnia nie jest tu specjalnie tłoczno i to mnie uratowało. Rozluźnione mięśniaki z ochrony na widok kanistra w siatce wpadli w otępienie. Triumfalnie ominąłem okienko szatni, wkroczyłem w przytulny półmrok sutereny, podszedłem do długiego baru i uśmiechnąłem się do barmana. Barman w Molly jest, na szczęście, Anglikiem. Nie da się ukryć, oni nas pod wieloma względami przewyższają. Uśmiechnął się do mnie pytająco. – Dzień dobry, Christian – powiedziałem. – Mogę prosić pięć litrów piwa? Oswojenie się z nową dla niego sytuacją – nalewaniem piwa litrami – zajęło mu pięć sekund. Uśmiechnął się po raz drugi. – Jakiego piwa? – Żygulowskiego. Ochroniarze za moimi plecami – z jakiegoś powodu postanowili przyjść tu za mną – zaczęli głośno oddychać. – Żartuję – wyjaśniłem. – Guinnessa, oczywiście. I podałem Christianowi kanister. Opanowanie to chyba jedna z obowiązkowych cech najlepszych barmanów Europy, do

których Christian niewątpliwie należy. Niedbale wziął kanister, podrzucił w ręce, jakby ocenił pojemność, i zaczął nalewać. Mięśniaki sterczały za moimi plecami, resztki mózgów im się grzały. Szalenie mnie to bawiło. – Proszę poczekać, aż się piana ustoi – powiedział Christian z silnym akcentem, stawiając kanister na barze. Coś takiego! Rzadko bywam w Molly, takiej znajomości przedmiotu się po nim nie spodziewałem. – W takim razie jeszcze kufelek na miejscu – powiedziałem, rozglądając się. Mięśniaki udały, że studiują baterię butelek za plecami Christiana. Jasne. Dopóki nie upewnią się co do mojej wypłacalności, nie pozwolą się spokojnie napić piwa. Powoli wyciągnąłem z prawej kieszeni dżinsów garść drobnych i zacząłem je oglądać. Oddech ochroniarzy wyraźnie przyspieszył. Do licha, czyja naprawdę tak nędznie wyglądam? Z lewej kieszeni wyjrzała na światło dzienne gruba paczka banknotów stutysięcznych. Położyłem trzy papierki na barze, wziąłem kufel i odwróciłem się. Czy ktoś tu stał? Chyba mi się zdawało... Usiadłem przy stoliku obok baru i powoli, z uczuciem rozkoszowałem się najlepszym piwem z wymyślonych na tym grzesznym świecie. Potem odebrałem od radosnego (Europa! ich tak łatwo nie podejdziesz!) barmana kanister i po chwili wahania wziąłem resztę. Piwo i tak tanie nie jest. A przecież w Głębi puszkowa bawaria i beczkowy guinness są niemal w jednej cenie... Tym razem udało mi się złapać okazję szybciej – a może to czas przyspieszył bieg? Wskoczyłem do rozsypującej się wołgi i palnąłem radośnie: – Wal do Maniaka! Zobaczyłem wpatrzone we mnie wielkie okrągłe oczy. – Wyłaź – tak samo krótko zasugerował kierowca. Zatrzymując kolejnego amatora zarobku, upomniałem się w myśli, że nie jestem w wirtualności, gdzie cierpliwa Vika zmieni nieskomplikowaną komendę w zrozumiały adres, lecz w realu.

110
Maniak mieszka na Wasylewskiej. Sapiąc wdrapałem się na czwarte piętro – gdy budowano ten dom, windy były ciekawostką techniczną – i zadzwoniłem. Raz, drugi, trzeci... przerwa. Raz, dwa. Nawet, jeśli Maniak jest w Głębi, to podłączony do wszystkich mieszkaniowych kabli komputer podporządkuje się kodowi dzwonka i wyciągnie go z wirtualności. W mieszkaniu rozległy się kroki. Szybko zasłoniłem wizjer palcem. – Kto? – zapytał posępnie Maniak. – Zamawiał pan reket? Przerwa. Maniak najwidoczniej właśnie wyszedł z Głębi i nie był w nastroju na dowcipy. – Kto? – Kurczę, ja! – Zabrałem palec. – Zgrzyt zamków, drzwi się otworzyły. Wszedłem. Maniak był w kombinezonie wirtualnym na gołym ciele, w ręce trzymał broń. Broń była potężna; szczupły, wąski w ramionach haker wydawał się przy niej dzieckiem bawiącym się w wojnę. – Oho – powiedziałem tylko. – Tak... grzebałem u jednego typa na kompie... ledwie się wyrwałem. – Maniak nie był rozmowny. Zamknął drzwi, zerknął na kanister, zapytał ze współczuciem: – Co, brak kasy? – Nie całkiem. – Mam jeszcze kilka butelek baltiki... – A to jest guinness – oznajmiłem. Maniak popatrzył w zadumie na kanister i rzucił: – Zboczeniec... Poszedłem za nim do kuchni i zapytałem z obawą: – A gdzie... twoja? – U swoich. – Pokłóciliście się? – Dlaczego od razu pokłóciliście? – oburzył się Maniak. – Jak żony w domu nie ma, to musieliśmy się pokłócić? Mamę postanowiła odwiedzić... a zresztą, poprztykaliśmy się

potem przyniósł ze swojego pokoju dwa ogromne gliniane kufle.. Baw się. Skinąłem głową.. – A bo to pierwszy raz? – Powiedziała. – No i. że ostatni – oznajmił posępnie Maniak.. Osuszył kufel i chrząknął: – Tak. a mnie boli! Potem zaczęło się pozaprogramowe wyjście z Głębi.. Jutro się pogodzicie. zdrada zajrzeć do wirtualnego domu publicznego? Przecież to nie jest prawdziwe! Usiedliśmy przy stole. jakoś tak. Odcina cię od prześladowców na amen! Pokręciłem głową. Ale on jest hakerem. – Pogodzimy – przyznał Maniak. ale do tych przybytków nigdy nie zaglądałem.. i to po raz drugi. – Za miłość... samo z siebie. ci z Dumy. – Kup Gali damski kombinezon – zaproponowałem.. Ciężka sprawa – żyć w Głębi i być żonatym człowiekiem. biznesmeni. kto nie jest nurkiem. Dla kogoś.. siedzimy. W dodatku jest żonaty. – Ale do burdeli nie zaglądam. – Z powodu? – A tak. Wstyd się przyznać.. u licha. W rzeczywistości Maniak jest ode mnie dwa lata młodszy. – A to numer. – Będzie dobrze – powiedziałem.odrobinę... – Wciągnij w Głębię i po problemie! .. diabeł mnie podkusił! Musiałem się pozbyć ogona... – Rok do tych burdeli nie zaglądałem! Nawet kombinezon mam bez stymulatora seksu! – A ja mam ze stymulatorem – przyznałem się. guinnessa! – przyznał się w przypływie szczerości.. pijemy piwo. Miłość. i w najbardziej interesującym momencie bach! Ktoś mnie spoliczkował! Dziewczyna mnie całuje. – Niesłusznie. Wyjście pozaprogramowe to nieprzyjemna rzecz.... pókiś młody.. – Nie będę tam przecież siedział sam jak idiota! Zawołałem jedną dziewczynę. Dolał sobie piwa. a ja pokiwałem ze współczuciem głową. Maniak pogrzebał w lodówce i wyjął paczkę parówek.. Szurka! – Uhu – mruknął posępnie Maniak. nie wiesz.. – Tam przecież wysiadują senatorowie. różni finansiści. – Po cholerę? – A co. Wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy i napiliśmy się piwa. – Rzeczywiście guinness – przyznał Maniak. no i postanowiłem zajrzeć do Polanki Poziomek... jakie systemy bezpieczeństwa są w wirtualnych burdelach? – zdumiał się szczerze Maniak..... – Trzeba będzie chociaż dzisiaj się rozerwać. Cholera. – No i postanowiłem z pół godziny przeczekać – ciągnie Maniak. dwóch lamerów się przyczepiło... a ja zwykłym żółtodziobem. Gala wyciągnęła hełm z portu. rysując palcem na gęstej pianie literę M. poszedłem pod czerwone światło. – Dobra. Ale jaka to. Nie wiedziałem. Uroczyście nalałem piwa. wyluzuj.

chociaż nie potrafiłem wyobrazić sobie kobiet mających świra na punkcie wirtualnego seksu. które raz spróbowały wirtualnego seksu? Mają inną psychikę. – A ty co.. Lonia. jeśli nie liczyć Uniksa! Przedwczoraj nową wersję zainstalowałem. ani Fidonetu. – Ty mnie za lamera nie bierz. – Za węzeł pięć zero trzydzieści. Mężczyzn owszem. że cały soft będziesz na nowo instalował. gadanie o wszystkim. Zainstalowałem nową wersję. Jeden nurek i jeden pomocnik – ostatnia próba uniku. a co innego profesjonalistki z wirtualnych domów publicznych. Kanister był już do połowy opróżniony.. Bo takie cacuszko dostaniesz pocztą. – Była sieć przyjaciół. dwieście siedem – powiedział Maniak. dlatego ja się z tym nie spieszyłem. Tylko wirtualność.. – Widziałeś kobiety. Wypiliśmy i napełniliśmy kufle po raz trzeci.. słyszę to samo. Patrzyłem na Maniaka w milczeniu. rady co do wielkości pamięci i jakości twardziela. Wielu dostało fioła. – Cóż za fart. trzy dni się z nią pieprzyłem. – Może i racja – powiedział smętnie Maniak. – Zdrowie – zaproponowałem..– Jeszcze czego – burknął Maniak z niechęcią. – Po Sieci poszła plotka. Maniak zaśmiał się cicho. – Każdemu według gustu – zgodził się Maniak i nieoczekiwanie zapytał: – Słuchaj. – Co tam było.. A dla niej winda to najwygodniejszy program. Jak za zmarłego. a jak ty ze swojej windy wszedłeś do Al Kabaru? Odwróciłem wzrok. – Wszystko się zmienia. Za bogatych durniów i mądrych hakerów. – Jasne – powiedział. Stuknęliśmy się. wyzwiska pod adresem Microsoftu. na duszy zrobiło się weselej. tfu! Nie musisz myśleć.. jak do ciebie przychodzę. Wypiliśmy w milczeniu. A teraz nie ma ani Internetu. cudo! – Za każdym razem. – Za stare Fido. – Dlaczego dwóch. nurkowie nie biorą zwykłych ludzi na pomocników. a u mnie drugi rok Windows Home. Co innego eksperymenty z dziewczynami spragnionymi przygód.. Potem żaden normalny facet ich nie zadowoli! Skinąłem głową. Szurka – powiedziałem cicho.. zawiść wobec Internetu. Lonia. – Chałtura – upierał się Maniak. że dwóch nurków zrobiło Al Kabar w jajo – powiedział przymilnie Maniak. . dalej się w Windows Home bawisz? – Tak. prowadzisz kursor po ekranie i patrzysz na obrazki! – A ty ciągle się grzebiesz z OS? – Dlaczego grzebiesz? – oburzył się Maniak.. nie stukając się.. Lońka? – Lekarstwo na katar.... – Najlepszy system operacyjny. – Przyjemny głosik.

przegryzłem kabel. Siedzieliśmy z chłopakami w Tęczy.. Byłem w Głębi. że chce się znaleźć w realu? Czy jak? – Słyszałem.. – Przypadkiem. wziąłem z talerza od Maksa.. Ty..... – Brzmi prosto. Drudzy się uczą. Głębio”. – Zgadza się – przyznałem. jedliśmy wędzoną rybę. z których można sobie zakpić. może trochę bystrzejszym.. za twarda. że jeden nurek. tylko jedno pytanie.. – I wtedy pojawiła się Głębia.– Poważnie? Nieźle. – No? – Gdy nurek chce wyjść z wirtualności. nie samą mysz. – Jakie? – „Głębio. Hakerzy myślą. W końcu ma się to doświadczenie! Ale i tak. – To wszystko? – powtórzył przygnębiony Maniak.. No. – Co?! – Mysz. Maniak pogrzebał w kieszeniach. że wczoraj moja anonimowość doznała uszczerbku. – odwróciłem wzrok – . czasem takie rzeczy się dzieją. Pierwsi umieją wszystko.. piliśmy piwo. obracając w ręce kiełbaskę. – To wszystko? – Czasem jeszcze dodaje: „Wypuść mnie. Zamilkł.. jak byłeś żółtodziobem tak nim zostałeś.. – Maniak zaśmiał się gorzko. wyjął paczkę lucky strike’ów i zapalił. Głębio.. Zawsze to samo.. Komputerową..... lamerzy.mamrocze przy tym głupie zdanie. – Przecież Maks nie pije piwa! – Fiestę pił.. że dzięki jednemu pytaniu wszystkie tajemnice nurków staną się jasne jak słońce. nie jestem twój”. Z lekką urazą powiedział: – Przedtem było prościej.... wydawało się. .. – Tak. że spełni wszystkie nasze marzenia. – Wiesz co. Trzy razy próbowali mnie schwytać. Byli hakerzy..... Trzeci to głupki.. – Dziękuję.. – Kilka dni temu zjadłem mysz – oświadczył wreszcie. Co wtedy robi? Po prostu myśli. uczciwe żółtodzioby. – Po co? – zapytałem tępo. – A tak naprawdę guzik z pętelką! Jestem dobrym hakerem – oznajmił wyzywająco – a w wirtualności jestem jednym z milionów! No. Zjedliśmy każdy po kiełbasce i pomyślałem z udręką. a jak mi się ryba skończyła.

dopóki nie zadziałały nam timery. nurek.. Zbyt gwałtownie.. Maniak pokiwał głową: – Rozumiem. jakie ty masz ograniczenie? – Zdjąłem zakaz – przyznałem się. to wychodzić z wirtualności. – Nalewaj.. a nie gra! Krótko mówiąc. co umiem robić. – I co? – Siedziałem trzydzieści sześć godzin – powiedział ze złością Maniak. – Szurka..– Z wędzoną rybą?! – Żeby się nie wyróżniać. jedyne. – Maniak westchnął.. albo to – mówi Maniak. – Natychmiast wytrzeźwiałem. – No i widocznie za daleko sięgnąłem. siedzieliśmy w jednej piwnicy.. a myszka ma przegryziony kabel! I jakby go trochę brakuje.. – A Gala co? – Była u teściowej.. Może z czasem to minie. – Jakoś niedawno postanowiłem się rozerwać.. Co oni tam nakombinowali. – Nieprzerwany pobyt w Głębi masz ustawiony na trzydzieści sześć godzin? – Teraz na dwadzieścia cztery.. zajrzeć od razu na siedemnasty poziom. Każdy program to dla mnie kupa bezmyślnych symboli i plik startowy. zamieniłbyś się ze mną? Co jest ciekawsze: tworzyć Głębię czy władać nią? Milczę. chociaż podejrzewałem! – Mnie? – Pewnie.. Napełniliśmy kufle. potem po prostu się zabarykadowaliśmy. Z dziesięć razy nas zastrzelili.. Ale powiedz.. – To znaczy? – Nie mogłem przejść na następny poziom. koszmar. – Żołądek cię nie boli? – Na razie nie. Coś się zmieniło w naszych stosunkach. Wyszedłem. – Do licha! Nigdy w was do końca nie wierzyłem... – Jasne. patrzę. A bez tego nie pojawia mi się menu. – mówi z westchnieniem Maniak... idiotów. – O. śpiewaliśmy piosenki. ostrzeliwaliśmy się od potworów. Po co żółtodziobowi bojowe wirusy i odtrutki? Zrobiło mi się troszkę smutno... – Szurka zaśmiał się z przymusem. Lońka. – Całe towarzystwo się nas zebrało. .. i wyrwałem się w real. – Labirynt Śmierci znasz? – Tak. ugrzęzłem.

111 U Maniaka siedziałem do późnej nocy. podziału nie do pokonania. Przynajmniej teraz będzie wiedział. czemu tak się dzieje. – Tak. a na deser Szurka wygrzebał puszkę urodzinowego kronenburga. ani francuskie piwo nie zawiodło. a raczej przekrzykując się nawzajem. Czułem się nadęty jak balon. po co mi ten cały różnorodny wirusowy soft wyciągany od niego prawdą i podstępem. Tak po prostu wyszło. albo nurkować w Głębię. Dwóch znałem. gdyby Głębia tak nie wciągała. drudzy po tejże butelce o tajemnicy zapominają. ktoś pisze wiersze. gdzie zawsze pali się światło. O ileż byłoby prościej. ani piterskie. – Tutaj? – pyta kierowca. Drapieżniki nie polują w pobliżu .. O ile słuszniej i lżej. Po guinnessie przyszła kolej na baltikę numer sześć. Ale tu jestem bezpieczny. na pierwszym piętrze. które z przyjemnością zagryzą samotnika w ciemnej bramie. Na klatce. Szurka należy do drugiej kategorii. o czymś rozmawiając. Zapłaciłem. Nie byłoby podziału na farciarzy i nieudaczników. Nie byłoby zazdrości i wiecznego polowania. Grali w karty. że w końcu się przed kimś odkryłem. a nad kimś innym nie ma władzy wirtualność. godząc się na poranne rozbicie. Zaproponowanie zbadania jej – koszmarem. Ktoś skacze osiem metrów w dal. Nie byłoby tego szaleństwa – wielkich programistów. Moi przyjaciele hakerzy dzielą się na dwie grupy: jedni dochowują tajemnicy do pierwszej butelki piwa. którzy nie mogą przekroczyć granicy pomiędzy iluzją a jawą. skoro jesteśmy mniejszością – czyni z człowieka nurka. A dlaczego jest nas tak mało? Nie stanowimy nawet procentu. Ale nie korzystanie z tej zdolności byłoby głupotą.. wysiadłem z samochodu. dla których bariera nie istnieje. siedziało na podłodze pięciu małolatów. Małe stadko drobnych drapieżników. Ani irlandzkie. Dobrze robi na kaca. liczy się nas na sztuki. Teraz trzeba albo kłaść się spać. wszedłem do klatki schodowej. myślałem w taksówce w drodze do domu. W głębi duszy byłem rad. jaki błąd świadomości – właśnie błąd. Ale czy to moja wina? Sam nie wiem. i takich ignorantów jak ja. dziękuję.

własnej nory. – Dzień dobry – burknął chłopak mieszkający nade mną. W identycznym jednopokojowym mieszkaniu, z rodzicami i starszą siostrą, często wracającą nad ranem. Słyszalność doskonała, znam wszystkie ich problemy i skandale. – Witaj – odpowiedziałem. – Lonia, nie ma pan papierosów? Jestem od niego starszy o piętnaście lat, ale chłopaki uważają mnie niemal za rówieśnika. Może dlatego, że nie mam żony, a w moich śmieciach przeważają puste butelki po piwie. – Chwilę. Nie palę, ale w domu zawsze trzymam dwie paczki papierosów dla wpadających hakerów. Palenie to ich cecha zawodowa. Chłopak cierpliwie stał pod drzwiami, gdy odstawiałem kanister, włączałem światło i grzebałem w szafce. – Trzymaj. Skinął z wdzięcznością głową, gdy otwierał paczkę, machnąłem ręką, „bierz całą” – i zamknąłem drzwi na klucz. Drapieżniki trzeba czasem dokarmiać. Odrobinę. Żeby nie zbezczelnieli, żeby w zamroczonych alkoholem komórkach mignęła myśl, że jestem porządny gość. Rozebrałem się szybko, rzuciłem ubranie na łóżko, poszedłem do łazienki. Chwilę postałem pod zimnym prysznicem. Nie ma mowy o śnie. Głębia czeka. Cały dzień starałem się nie myśleć o Człowieku Bez Twarzy i o Medalu Bezkarności leżącym w magazynie. Ale teraz, w ciemności, gdy wirtualność była tuż obok, nie potrafiłem się skupić na niczym innym. Człowiek i Medal. Bat i marchewka. Co takiego mogło się stać w Labiryncie, że nie może sobie z tym poradzić dwóch nurków? Zawodowcy, pracujący, niechby anonimowo, ale na stałej umowie? Znający Labirynt do ostatniego zakrętu... Coś nie mającego odpowiednika? Bardzo dziwne. Wytarłem się, rzuciłem ręcznik na miednicę z brudną bielizną, wróciłem do pokoju, pstryknąłem włącznikiem komputera i zacząłem wkładać kombinezon. – Dobry wieczór, Lonia – odezwała się Vika. – Cześć, stara. Kobieca twarz na monitorze uśmiecha się. Błąd. Pora dać nową reakcję na słowo „stara” – lekka uraza, wydęcie warg, odwrócone spojrzenie. – Poczta jest?

– Siedem listów. – Czytaj. Nic interesującego. Zaproszenie do odwiedzenia dwóch nowo otwartych klubów, cenniki jakiejś małej firmy handlowej, list od Maniaka, wysłany rano... – Usuń wszystko – powiedziałem, siadając przed komputerem. Wetknąłem wtyczkę kombinezonu, włożyłem hełm. – Vika, podłącz się do Deeptown... przez kanał rezerwowy... osobowość numer siedem. Tego wejścia nie używałem ze trzy miesiące. Podobnie jak osobowości – stalowy garnitur, czarna koszula, chustka na szyi, wysokie skórzane buty, sprężyste szczupłe ciało, smagła wąska twarz, włosy do ramion, niski silny głos. – Rezerwowy kanał, siódma osobowość – potwierdza Vika. Tęcza przed oczami, fajerwerk, chciwy płomień ognistej fali. Głębia. Siedzę w malutkim pokoju. Łóżko, stół z komputerem, nie moim, jakimś kompletnie abstrakcyjnym, drzwi. Hotel Początek Drogi. Tutaj za grosze pokoje wynajmują ci, którzy niezbyt często odwiedzają Głębię. – Wszystko w porządku, Lonia? – Tak. Otwieram drzwi, wychodzę. Długi korytarz, drzwi po obu stronach. Przed jednymi stoi Sylvester Stallone, z zachwytem oglądając własne dłonie. – Witaj, Sly – rzucam, przechodząc obok. Prawie na pewno chłopak jest Rosjaninem, a już bez dwóch zdań – nowicjuszem. – Podobny? – pyta z nadzieją chłopak. – Tak... – zatrzymuję się. Piwo nastraja mnie przyjacielsko. – Pierwszy raz w Głębi? – Gdzie?... Tak, pierwszy. – Używanie wyglądu zewnętrznego znanych ludzi jest w złym tonie. Po tym poznaje się nowicjusza. Postaraj się stworzyć własną osobowość... weź choćby Biokonstruktora i trochę się pobaw. – Biokonstruktora? – pyta zakłopotany chłopak. – Tak. Prosty program z rosyjskim interfejsem. Leży na wszystkich serwerach w rozdziale dla nowicjuszy. – Dziękuję. – Stallone idzie za mną. Zauważam, że zaczął się garbić, jakby wstydził się swojego wyglądu. Dobry znak. Razem wchodzimy do windy, zjeżdżamy na parter. W przestronnym holu dyżuruje czterech portierów i dwóch ochroniarzy. – Podejdź do któregoś – radzę – i poproś o konsultację. Gdzie pójść na początek, jak się zachowywać...

– Jakoś głupio... – Głupio robić z siebie głupka. Ci goście właśnie po to tu siedzą. Na ulicy pytaj o radę ludzi z naszywką na rękawie w kształcie otwartej dłoni, to pomocnicy, wolontariusze. Albo policjantów. Ustawiłeś timer? – Oczywiście! Na dwie godziny! – Świetnie. Poświęć kwadrans na rozmowę z portierem, to zaoszczędzisz znacznie więcej. Szczęśliwego żeglowania. – Szczęśliwego żeglowania! – powtarza z zachwytem nowicjusz. Jak przyjemnie być starym bywalcem. Mrugam do portiera i wskazuję głową Stallone’a; może mu być wstyd samemu podejść. Wychodzę z hotelu, podnoszę rękę, natychmiast zatrzymuje się taksówka. To nie rzeczywistość... – Kompania Deep Przewodnik wita pana z radością, Strzelcu! – mówi kierowca. – Do Labiryntu Śmierci. Korpus administracyjny.

1000
Są gry. I są Gry. Różnią się długotrwałością istnienia. Przemysł komputerowy wypuszcza około tysiąca gier tygodniowo. Zarówno obliczonych na Głębię, jak i tych prostych, dla zwykłych użytkowników. Zazwyczaj gra zachowuje aktywność pół roku. Rozchodzi się legalnymi i nielegalnymi kanałami, omawia się ją. Gracze wychwytują wszystkie pułapki, i te wpakowane przez twórców, i te przypadkowe. Potem gra umiera, przechowywana najwyżej przez setkę fanatyków. Zdarzają się wyjątki, gdy gra żyje latami. Pojawiają się nowe, bardziej doskonałe gry, ale stara nadal ma tłum wielbicieli. I są trzy wyjątki, które przetrwały od czasów ery przedwirtualnej. Doom, C&C i Mortal Combat. Oczywiście, zmieniały się dziesiątki razy. Ale to była raczej kosmetyka niż zasadnicze poprawki. C&C to gra strategiczna, jej przestrzeń wirtualną stanowi cała planeta. Na tym poligonie niedoszli Napoleonowie i Żukowowie prowadzą niekończące się wojny o hegemonię nad światem, dowodząc w nieistniejących sztabach wymyślonymi armiami. Zgrzytają gąsienice czołgów, w niebo wzbijają się rakiety. Opracowuje się nowe, potworne rodzaje broni, stolice giną od wybuchów atomowych. Tutaj nie potrzeba zręczności ani bystrego oka, ważna jest strategia. Podobno grę pilnie obserwują wojskowi... i czasem fartowni gracze otrzymują propozycję rozpoczęcia prawdziwej służby w wojsku. Jednych to odstrasza, a innych przeciwnie, przyciąga. Trochę się kiedyś bawiłem tymi „żołnierzykami dla dorosłych”. Moim zdaniem to nieszkodliwa i spokojna gra. Siedzisz z filiżanką kawy, w pięknym mundurze, w sztabie wypełnionym wyszkolonymi adiutantami, i mówisz: „A może by tak zrzucić na Los Angeles bombę termojądrową?” W zeszłym roku gra się nieco zmieniła, teraz trzeba ją zaczynać od porucznika, dowodząc małym oddziałem w walkach taktycznych i podporządkowując się cudzym rozkazom; trzeba się wspinać po szczeblach kariery aż do stanowiska głównodowodzącego kraju. Pojawiły się możliwości wojskowych przewrotów, zdrad, wojny partyzanckiej „przeciwko wszystkim”... może przez to gra stała się ciekawsza. Ale ja lubiłem poprzednie zasady.

Mortal Combat jest jeszcze bardziej nieskomplikowana. To rzeź w wirtualnej przestrzeni. Można użyć jednej z setek gotowych osobowości albo wymyślić swoją. I wziąć udział w wielodniowym turnieju o prawo do walki z głównym łajdakiem marzącym o podboju całej Ziemi. Niesamowicie pożyteczna gra. Nigdzie indziej nie wytracisz tak skutecznie zbędnej energii, nie pozbędziesz się niezdrowych emocji, jak na posępnych arenach Mortal Combat – waląc przeciwnika piętą w czoło czy rzucając na niego magiczne zaklęcie. Dobra gra. Wchodziłem tam dwa razy na miesiąc, ale są tacy, którzy nie schodzą z aren. Podobno, jeśli się nie nadużywa magii, która w realu jest, niestety, niedostępna, to można się nauczyć nieźle walczyć. Osobiście w to wątpię. Cios, który poczułeś w kombinezonie wirtualnym to jedno; autentyczna gazrurka, którą przygrzeją ci na ulicy, to całkiem co innego. No i jest jeszcze Doom. To właśnie od wejścia w tę grę zaczęła się cała wirtualna era. Jej główne pole nazywa się mało oryginalnie – Labirynt Śmierci. To rzeczywiście labirynt; pięćdziesiąt poziomów, część położona w budynkach i podziemiach, część na ulicach posępnego miasta – umownego megalopolis podbitego przez cywilizację obcych. Głębia w Głębi, przestrzeń w przestrzeni. Z własnymi prawami i zasadami. Poziom pierwszy to dworzec, dokąd gracz przybywa drezyną, uzbrojony w jeden jedyny pistolet. Dworzec wypełniony jest potworami, byłymi mieszkańcami Miasta Zmierzchu i innymi graczami. Nie wiadomo, która z kategorii jest bardziej niebezpieczna – potwory są lepiej uzbrojone, a gracze sprytniejsi niż maszyny. Na dworcu można znaleźć broń, apteczki, jedzenie. Wychodząc z dworca, trafiasz na drugi poziom – autostradę. Pełno tam porzuconych samochodów, potworów i, rzecz jasna, graczy. Aby zwyciężyć, trzeba dojść do pięćdziesiątego poziomu – starożytnego soboru w centrum miasta – i zniszczyć przywódcę kosmitów. To trudne. Kiedyś doszedłem. Ale od tamtej pory Labirynt zmienił się z dziesięć razy – pojawiły się nowe budynki, uzbrojenie, potwory. I, oczywiście, nowi gracze-wirtualni narkomani nie wyobrażający sobie życia bez strzelaniny na ulicach Miasta Zmierzchu. Ciekawa gra. Przede wszystkim dlatego, że wymaga ciągłego kontaktu z innymi ludźmi. Nie walki na zabój, jak w Mortal Combat, nie wymiany dyplomatycznych not i gróźb, jak w C&C, lecz kontaktu. Zawierania przymierzy, umów, zwykłego życiowego sprytu... I cóż takiego niezwykłego mogło się pojawić w przestrzeni Labiryntu?

Twarz sekretarki trochę się zmienia. wchodzę do niewielkiej sali. stoi i nawet nie drgnie. Sekretarka kiwa głową. W takich domkach mieszkają pewnie średnio zamożne amerykańskie rodziny. Przez okna wpada światło słoneczne. i jest znacznie bardziej efektowne. w ręce sztucer. Wszystko tu jest bardzo miłe i patriarchalne. że dobrze zrobiony program trudno odróżnić od człowieka. prędzej mała . Mijam ochroniarza. – Dzień dobry – mówię. standardowe umundurowanie graczy. bardziej przypomina dom mieszkalny niż biuro.1001 Korpus administracyjny Labiryntu Śmierci jest dwupiętrowym budynkiem na peryferiach Deeptown. Pod ścianami stoliki z czasopismami. – Jedną chwileczkę. Dziewczyna jest uosobieniem uprzejmości. Pośrodku stół wyglądający nieco solidniej. przyglądam się ochroniarzowi przy drzwiach. Człowiek czy nie? Głupio pytać. że współpracujący z wami nurkowie nie zdołali go rozwiązać. Cóż. Mam zamiar zaproponować w tej sprawie swoje usługi.. – Poproszę jednak o krótkie przedstawienie celu wizyty. Wejście do Labiryntu znajduje się opodal. – Dzień dobry – odpowiada. – Chciałbym zawiadomić pana Gilermo Agirre. Ubrany w kamuflujące. Sekretarka. – Chciałbym porozmawiać z kierownictwem – oznajmiam bez ceregieli. przy nim uśmiechnięta dziewczyna. – Jeśli mogę prosić. – Mam poufne informacje dla kierownictwa Labiryntu. Chyba przełączyli mnie na rosyjską pracownicę firmy. o ścianach wyłożonych różowymi muszelkami. Żadnych komputerów ani potworów. Cierpliwie czekam. Wstaje bez pośpiechu i wychodzi przez jedne z wewnętrznych drzwi. Nie kombinat najbardziej posępnej i najdroższej rozrywki w historii ludzkości. Gęba nieprzenikniona.. i to chyba żywa. Stoję w sadzie. że wiem o pewnym małym problemie. miękkie fotele. przyjemny. jakieś konkrety. i o tym. Głos delikatny. Ale przebić się przez tę zasłonę jest równie trudno co przez potwora przy moście Al Kabaru. który pojawił się w ostatnich dniach. tym bardziej. Wygląda pokojowo i przytulnie.

. Dziewczyny nie ma dłuższy czas. którzy pracują na stałej umowie. – A cóż to takiego? Uśmiecham się w odpowiedzi. niech pan usiądzie. Strzelcu. – To szczegóły – zapewniam. – Willy podsuwa mi fotel. – Strzelec – mówię. Pomieszczenie ma kształt nieregularnego trójkąta. Starszawy. Patrzy na zalane krwawą zorzą miasto. pomocy.. W jej głosie słyszę ton ciekawości. Ściskam jego rękę. Nie Deeptown. – Dzień dobry – pierwszy wyciąga rękę. – Mówił pan takie interesujące rzeczy. – Panie. – Sądziłem. Ładnie tu.. To Ukrainiec? Taak.. – Jestem nurkiem. – Bądźmy wobec siebie szczerzy – proponuję. wstając. jakby Gilermo mówił po rosyjsku sam. słowa wtręty. Mam na myśli nurków. choć na pewno jacyś tu są. Silny akcent. że w Labiryncie są jakieś problemy. całkiem przezroczysta. w szortach i koszulce. Willy patrzy na mnie i milczy.. szczupły. przeglądam rozrzucone na stoliku czasopisma. Willy Gilermo marszczy czoło i kiwa głową. O problemach. Willy to Willy. nurkach. udostępnia widok zalanego czerwonym światłem zachodzącego słońca miasta. – Willy śmieje się i macha rękami. Biurko kierownika służby bezpieczeństwa Labiryntu. Dziewczyna kiwa głową. siadam na jednym z foteli. oni kontaktują się z innymi pracownicami. Stoją na nim trzy monitory komputerowe i klawiatura. – Więc jest pan nurkiem? . – Zapewne pańscy pracownicy. jedna ze ścian. że Anatol jest Rosjaninem. szybciej to wyjaśnią. Cicho. pana Gilermo. sam podchodzi do okna. – Proszę do mnie mówić Strzelec. opalony. Po prostu nie widzimy się nawzajem. – Pan Gilermo pana przyjmie. Sam pan Gilermo już wstaje. spokojnie. Człowiek Bez Twarzy jest lepiej poinformowany niż kierownik służby bezpieczeństwa Labiryntu. Od razu inny stosunek do człowieka. – Proszę. – Bach! Bach! Taka pomoc? Interesujący program tłumaczący. raczej Miasto Zmierzchu. ma kształt podkowy. ukraiński i kanadyjski. Chyba nie podejrzewała. – Tak? – interesuje się uprzejmie Willy.. Potem kiwa głową. – Więc to pan jest Strzelcem? Proszę mi mówić Willy. Mam dość stania. Żadnych innych petentów..... Wchodzę we wskazane drzwi i zastygam. nic więcej..hurtownia papieru toaletowego..

– A! – Willy kiwa głową. – Cenimy sobie pracę nurków – mówi Willy. – Tutaj codziennie coś się dzieje. pytania. sięgnąłem do myszki. ale chyba jest usatysfakcjonowany. trochę czasu. – Wszyscy szukają nurków. ale twardo. Nie wiem. Wypełniłem szarostalowym kolorem i włożyłem sobie na głowę. Zdjąłem hełm.. Niezwykłe! – Willy podnosi palec wskazujący.. – Pasowałoby do niego kepi. beret zjeżdża na bok. Willy uśmiecha się. – Dziwnego? – skinienie w stronę okna. nie jestem twój.. potem „nakrycia głowy”. Willy zamyślił się. – Panie Gilermo – mówię z szacunkiem. Nurkowie Labiryntu nie spełnili pokładanych w nich nadziei.. czy właśnie to miał na myśli pan Agirre. Strzelcu – mówi. Milczę.” Głowa jednak boli. Głębio. Takie małe szare kepi! Rozumiem.Kiwam głową. Powinienem był się tego spodziewać.. Kręcę głową. Deep Enter. Tej samej sztuczki użył Człowiek Bez Twarzy. – Vika.. Beret siedzi na mojej głowie. – Pańscy nurkowie.. – Ale nasi stali pracownicy dobrze sobie radzą. Strzelec. co wiem. a pan przyszedł do nas sam... wszyscy mają prośby. Zaproponujemy panu interesującą pracę. Jasne. Osobowość numer siedem. Potrzebny jest czas. Nieskomplikowany test. czekam na reakcję. Zdumione uniesienie brwi. – Czy na przykład wczoraj poradzili sobie ze swoją pracą? To jedyne. – Bardzo interesujące. – Ma pan interesujący garnitur. „Głębio.. Willy odwraca się. Jestem odcięty od swojego systemu operacyjnego. interesy.. Włączyłem Biokonstruktora. Wojna! Strzały! Radość! Czyżby Człowiek Bez Twarzy się mylił? Zaczynam czuć się jak idiota. – Czy ostatnio w Labiryncie zdarzyło się coś dziwnego? – milknę.. Wyszukałem coś pośredniego pomiędzy beretem a kepi. szybko wybrałem w menu ikonę „ubranie”.. – A! Ten nieudacznik! . Piwo.. – zaczynam. – Chcę pomóc Labiryntowi w jednej konkretnej sprawie.

– Całkowita dyskrecja – dodaje.. – jeszcze jedno dotknięcie klawiszy.Na wszelki wypadek kiwam głową. co pan wie? Nie ma co kłamać. Gilermo milczy.. tak. To początek. – To problem? – Agirre poważnieje. Znowu pauza. sądząc. – Strzelcu. Disneyland. ale to nie teatralna pauza – niczego niezwykłego na ekranie nie ma. Strzelcu? Tak? . że teraz dojdzie do podpisania dokumentów o współpracy. – Bardzo. – O ile wiem. – Nieudacznik. wtajemniczanie mnie w nieprzyjemne strony życia kompanii jest ryzykowne. To – kładzie palce na klawiaturę i obraz zmienia się – demon.. Strzelcu. Patrzę na ekran i poziom mi się bardzo nie podoba. – Więc to właśnie jest problem. Agirre po prostu się zastanawia. Ale Willy wskazuje na środkowy monitor. Pauza.. jak je pokonać. – Oto on. bardzo niedobry poziom – mówi Willy. z którym nie warto blefować. Jestem anonimowy. Powiadomiono mnie.. – Tak.. Poproszono mnie o udzielenie panu pomocy. Strzelcu – wskazuje swoje biurko. Rosyjska kolejka. Choćby dlatego. – To trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. Precyzuje: – Trudny. – Ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami karnymi. – Niewiele. że w Labiryncie pojawił się problem. wyglądał zupełnie inaczej. Ale Gilermo najwyraźniej ma nosa do kłopotów i do tego. Zły! Tak jakby wyobraźnia twórców Labiryntu mogła zrodzić dobre demony. – Proszę. – Tak. że w czasach. gdy go przechodziłem. – Podpisze pan jednorazową umowę? – mówi szybko i rzeczowo. Mam przed sobą człowieka. Podchodzę. Gilermo coś rozważa. Że pańscy nurkowie nie mogą go rozwiązać.

Te największe trzymają anonimowych pracowników na stałej umowie. Po prostu nie wystarczy sił.. Maniak. czasem korzystając z jakiegoś hakerskiego programu. po rosyjski Wirt Nawigator i Deep Komandor. Tyle człowiek może wytrzymać bez jedzenia i wody. legendarne zanurzenie w wirtualność. Albo wyłamać i dodać kilka zer do czterdziestu ośmiu godzin. doba. ale z prawdziwym komputerem. Dlatego pod koniec każdego poziomu gracze mają dostęp do menu gry. gdzie się wchodzi. albo może go już . Każde duże centrum gier ma kontakt z którymś z nas. jak u Nieudacznika. Patrzyłem na Nieudacznika. gdzie stoją narysowane analogi prawdziwych komputerów. Kilka godzin. Wyłamują timer. Z Głębi wychodzi się tam. świadomość litościwie na to zezwala. Ale czasem zdarzają się optymiści. Labiryntu Śmierci nie można przejść jednym zrywem. ale granice wytrzymałości jednak istnieją. którzy chcą przejść Labirynt od razu. lekko woniejące. W wirtualności nie chce się spać. Dlatego istnieją timery. hełm z maską. Powtórzyć pierwsze.1010 Żaden normalny obywatel Deeptown nie może wyjść z głębi sam. I nurkują do samego dna. Odcinają sobie gwarantowaną drogę powrotną. Na powierzchnię wyciągają ich nurkowie. Po prostu nie zobaczy swojego komputera. Wejść. timer można wyłamać i odłączyć. nie zdoła wprowadzić komendy wyjścia ani połączyć się z systemem operacyjnym głosowo. niż rodzinie zmarłego z wyczerpania gracza.. który ustawił timer na trzydzieści sześć godzin to wyjątek. a ich koniec bywa opłakany. z broni miał tylko pistolet. Tylko w wirtualnych mieszkaniach. W wymyślonym domu.. Oczywiście. Maksymalny czas pobytu w Głębi – czterdzieści osiem godzin. Był ubrany w zwykły kombinezon maskujący. który może być pałacem albo norą. Albo tak wszedł na trzydziesty trzeci poziom. Przebudzenie się człowieka. Ale tacy kamikadze trafiają się rzadko. żeby kiedyś wrócić. Rozsądni użytkownicy zawsze ustawiają mniejszy czas.. Wbudowano je we wszystkie programy – od Windows Home Microsoftu. Na przykład taki. czasem sami. gdzie mogą zapisać swoje dane i wejść w zwykłą Głębię. Taniej wychodzi płacenie nam. który łaził po Głębi dwie doby to widowisko.

rozumiejącymi go w pół słowa nurkami. ale zabijano go. kto tam tylko był. Pięć razy próbował go przejść. Wszystkich wystrzelał.. Potem siadł. bacznie go obserwował i natychmiast zaczął szukać nurków. Wyławiamy graczy od momentu wejścia do systemu. Co zaniepokoiło Człowieka Bez Twarzy? Dlaczego uważa. Poproszę o raport. Nie dlatego.. przywykł do kontaktów ze specjalnie przygotowanymi. nie odrywając spojrzenia od ekranu. dobrze? – Dobrze – mówię. Próbował przejść poziom pięć razy.. Zabili ich. – Załatwiać się w kombinezon. Szybko. jakie to nieapetyczne! – Gilermo wzdycha. nie ma odpowiednika? Dlaczego proponuje za to nieskomplikowane zadanie Medal Bezkarności jako nagrodę? – Willy. czy działo się jeszcze coś dziwnego? Nieśmiała nadzieja.. Inni gracze. Klienta zabili. – I co? Informacje muszę wyciągać jak kleszczami. On po prostu nie wie. Gilermo kiwa głową. – On umie to robić. – Co? – zainteresował się Gilermo. – Jego timer mógł być ustawiony na dwie doby. – Gilermo śmieje się pobłażliwie. żeby prowadził Nieudacznika. Anatol się wkurzył.. .. Ach. – Długo tak siedzi? – Około doby. – Nie. – Dzisiaj nurkowie mieli spróbować razem. Posłaliśmy Anatola. – Niech pan wyjaśni wszystko po kolei. – Gilermo kiwa głową. A więc Człowiek Bez Twarzy zainteresował się Nieudacznikiem niemal od razu.kiedyś zabijali. – I co zrobiliście? – Posłaliśmy Anatola – Gilermo rozkłada ręce. że chodziło o zupełnie inne zadanie. Willy. Młody chłopak w kombinezonie i z pistoletem. co mnie właściwie interesuje. – Dawno tam jest? – Trzydzieści dziewięć godzin.. że to. – Brednie – mówię. ale znowu nie mieli szczęścia. że Gilermo coś przede mną ukrywa. fuj! Dlaczego Człowiek Bez Twarzy podniósł alarm? Przecież nic strasznego jeszcze się nie stało. co się dzieje. Anatol poszedł drugi raz. potem zrezygnował. – Tak. Usiadł przy wejściu. – Gracz wszedł na ten poziom dwadzieścia dziewięć godzin temu. – Demon? – Nie. gdy ten znalazł się w Labiryncie.. doprowadzić do końca poziomu. Po śmierci w Labiryncie gracz automatycznie pojawia się na początku poziomu z minimalną ilością broni. demona sam załatwiał. Kolejny zarozumiały miłośnik gier. – To dziwne.

Ale taka zabawa kosztowałaby tyle.. oczywiście. Wszystko wchodzi przez dwadzieścia osiem głównych serwerów. Dmitrij Dibienko? – Kim on jest? – pytam na głos. Ale zaczynam czuć lekki niepokój. niczego to nie zmieni. – To bardzo trudna sprawa.– Nic? – Nic! – Gilermo rozkłada ręce.. że namawianie Gilerma nie ma sensu.. – Nie kontrolujecie swoich użytkowników? – To centrum rozrywki. który zadzwonił na jeden z siedmiuset numerów telefonicznych kompanii. papież.. ale to bardzo nie lubią. Patrzę na ekran i czekam. – Gilermo gestem wskazuje miasto za oknem. jakby przykryć tonącego szklanym kloszem. który wdepnął w kłopoty? Prezydent USA.. W celu synchronizacji wymiany danych wykorzystujemy cztery satelity. W Labiryncie wszystko jest pod kontrolą. Ale solidni ludzie bardzo.. – Tak.. dwa razy. – Rozumiem – mówię. jak? Nawet jeśli wyśledzi się linię... – mówi Agirre z ciekawością. To tak. można. i przerwie połączenie.. – Sytuacja nie jest na razie krytyczna. – Tam jest dwa tysiące trzydziestu sześciu. nie udało się. – Może go pan odłączyć ręcznie? – Jak? Rzeczywiście. gdy się z nich śmieją. ale także niezorganizowany użytkownik. – Informacja może zostać skradziona. przepraszam. – Tak. po której gracz wszedł do Labiryntu. – Niech pan jednak wyśledzi jego kanał – mówię.. Gilermo wzrusza ramionami. Jak pan sądzi. I trzy razy w dzień. żeby nie niepokoił innych kąpiących się. potem dzieli się na poziomy. Zwykły człowiek będzie się z tego śmiał. nie.. a to oznacza dwa tysiące trzydzieści pięć. – Nie hamujemy inicjatywy naszych pracowników – odpowiada z godnością Gilermo.. – Dla pana nic... a nie KGB – odpowiada z dumą. teraz dwa tysiące trzydziestu pięciu graczy. już siedem linii telefonicznych. tak. przetwarza przez nasze wynajmowane komputery na wszystkich kontynentach. – Troszczymy się o naszych klientów. Człowiek zawiśnie w pustce albo świat wokół niego zastygnie jak fotografia. Ma rację. rano próbowali go wyprowadzić. Kim jest ten gracz. – I pan o tym nie wiedział? – Nie mogę się powstrzymać od złośliwej uwagi. to już zależy od decyzji jego świadomości. – Może pan wezwać swoich .. Wejść do Labiryntu może abonent Internetu. – Nie wiadomo. Wyśledzić Nieudacznika. czy solidny dyrektor korporacji albo arabski szejk ucieszyłby się z artykułu o swoich przygodach w narysowanym świecie? – I co takiego.

– Dawno pan grał? Ma pan rejestry? – Nie. Mają zapisy na wszystkich poziomach. nie książka.. Przecież to nie film. Labirynt zmienia się nieustannie i niezależnie.. Ładny początek. to teraz po prostu śpią. wszystkie kody dające graczowi nietykalność. Jeden na Ukrainie. początku. – Dlaczego? – Labirynt ma dużą pulę nagród za ustanowienie nowego rekordu poziomu oraz szybkie przejście całej gry. mogłyby zostać odkryte. to w ogóle nie można go uratować. – Kompletne mapy? – Nie. drugi w Kanadzie. pełny arsenał czy wyposażenie. obserwuje mnie.. – Ile trwa przejście na trzydziesty trzeci poziom? – Od dwudziestu pięciu godzin do nieskończoności. Pieniądze otrzyma ten. Czegoś takiego się nie spodziewałem. wszystkie służbowe kanały – znalezione i wykorzystane. no i co? Jak dużą? – Główna wygrana to pół miliona dolarów. a raczej nie płacić nigdy. – W takim razie będzie pan musiał zacząć od. – Czy mogę przynajmniej dostać mapy poziomów? – pytam. Może nawet klną przez sen. we wszystkich niebezpiecznych miejscach. kto zdoła przejść wszystkie poziomy i pokonać Księcia Kosmitów w ciągu czterdziestu siedmiu godzin i pięćdziesięciu dziewięciu minut. Na co właściwie liczył Człowiek Bez Twarzy? Jeśli w ciągu doby nurkowie Labiryntu nie zdołali wyciągnąć Nieudacznika. Ohohoho. To cały świat. Gilermo milczy... – Pamiętam. – To jakieś brednie! Wszystkie gry mają służbowe kanały komunikacyjne pomiędzy poziomami! Jesteście wyjątkiem? – Tak.nurków? – Nie ma ich teraz w Sieci. Kilka minut i są w odpowiednim miejscu. Kompletnych map nie ma. – Gdy jest szansa na pół miliona.. – Więc jak pracują wasi nurkowie? – Przedtem przeszli cały Labirynt. świat cudów! A cud nie może być . Musielibyśmy wypłacać nagrody bardzo często. Dlaczego nie jestem graczem? – To duża suma – przypomina Gilermo. Też zrozumiałe. – Można wejść od razu na trzydziesty trzeci poziom? Gilermo odwraca wzrok. – Gilermo zaczyna mówić jak prezenter reklamy.. Strzelcu. Jeśli rzeczywiście próbowali wyciągnąć Nieudacznika przez całą dobę. – Dobrze – postanawiam..

niezmienny. .

Część druga LABIRYNT .

przebieramy się.. Idący obok mnie chłopak dotyka mojego ramienia: – Jak się nazywasz? – Strzelec. ale łatwiej będzie się wciągnąć. Przyłączam się do tłumu. idą ludzie. część stworzyli projektanci Labiryntu dla większego efektu. – Bardzo mi miło. słowo honoru! Przyglądam mu się.00 Portal. przez który Labirynt łączy się z pozostałą Głębią. ale pewne siebie. Na drezynie leżą dwa kombinezony. Krwawa mgła otuliła nas. idziemy obok siebie. Co ty na to? – Dobra. wzbijający się w niebo łuk z czarnego marmuru.. . Odwracam się. – Są proste. Niekończący się strumień ludzi. jakby w hipnotycznym transie. Z nieba dobiega głos: – Tryb? – Wejście dwuosobowe – mówi Alex. ale chłopak nie daje za wygraną. Wygląd wyraźnie sztuczny. Otwór w łuku wypełniają kłęby purpurowej mgły. zachowanie bezczelne. Wszyscy nasi towarzysze gdzieś znikli. nieludzkimi westchnieniami. Sprawdzamy magazynki. – Pójdziemy razem? Będzie dużo łatwiej. – Idziesz na pierwszy poziom? – Tak. Przybijamy piątkę. – Hej. Stoimy przy drezynie umieszczonej na zardzewiałych szynach. rozstaniemy się. – Pierwszych pięć poziomów przeszlibyśmy w parze – ciągnie chłopak. Ale i tak robi to wrażenie. Mgła zaczyna się rozwiewać. To gigantyczny. – A ja Alex. Przez tę mgłę powoli. nic już nie widać. hełmy z maskami i dwa pistolety. A potem. wokół słychać nieprzyjemny huk na przemian z ciężkimi. – Alex i Strzelec! Powtarzam to samo. Biegną po nim fioletowe iskry. jeśli chcesz. Pewnie nie wszyscy są prawdziwi. jest piękny.

– Na pewno będzie zasadzka. – Strzelec. przed nami spalony. i wycelowany we mnie pistolet wypada z ręki mojego niedawnego sprzymierzeńca.. a może przeciwnie. przygotuj się – odzywa się Alex z tyłu. toczą się pod nasyp. Wyskakuję z drezyny.. Przy oknach siedzą ludzie. Tak będzie pewniej. Dobrze to urządzone. za dwa dni siódmy listopada. – Rozumiem – mówię. który Kosmici spalili podczas próby opuszczenia miasta. zaczynamy naciskać wajchę.. budynek dworca. za jakieś sześć godzin. próbując zrozumieć. Więcej pytań nie ma. jedziemy przez rzednącą mgłę. Przerzucam zwłoki przez burtę drezyny. gdy ty jeszcze nie dotykałeś klawiatury – mówię bez złości. spadam pod nasyp. każdy potrzebuje dodatkowego magazynka. – Nie traćmy czujności. Może ktoś w ten sposób rozlicza się z komunistami.. któryś z bolszewików w ten sposób uczcił rocznicę rewolucji. niczym Reichstag po szturmie Berlina. nowiutkiego i czystego. Program daje mu pięć sekund na uświadomienie sobie swojej klęski. Skąd jesteś. W przeciwnym razie całą przestrzeń Labiryntu zasypałyby kości. Dworzec jest coraz bliżej. Ale z was lamerzy.– Przy dworcu będzie pułapka. czym jest prawdziwa ewakuacja i prawdziwi uciekinierzy. Ja pójdę piechotą.. Wyjeżdżamy z mgły. Staruszka się rozpędza. Miałem pistolet i osiem nabojów. . Przyglądam mu się. patrzy na mnie bezmyślnie. – A Kinga rzeczy wiście lubię – oznajmiam. Zgodnie z planem Aleksa. Ciało rozpadnie się szybko. odwracając się. Strzelec? – Z domu. Patrzę na siedzących grzecznie pasażerów. na stertę innych ciał. Stajemy na drezynie. Drezyna przejeżdża obok martwego pociągu.. Nie macie pojęcia. – Teraz uważaj. Chyba nie było tamtej wieżyczki na prawym skrzydle. Nachylam się. Strzelam dwa razy. Alex chwyta powietrze ustami. lubisz Kinga? – Czemu? – Twoja ksywka. Mur beton – mamrocze Alex. Podobieństwo potęguje zatknięta na kopule czerwona flaga. Rozumiesz. drodzy twórcy Labiryntu. – Grałem w Deathmatch. Czy po prostu dobrze strzelasz? – Zobaczysz. Po cichutku. to ja powinienem tam leżeć. ich ciała pokrywa szary nalot. Droga biegnie przez osypujące się nasypy. Raczej to drugie. To pociąg uciekinierów. Do dworca niech dojeżdżają pewni siebie nowicjusze. podnosząc jego pistolet. a teraz mam dwa pistolety i czternaście nabojów. jakie zmiany zaszły tu podczas mojej nieobecności.

na stoliku. przygarbiony chowam za drzewami. w lokomotywie zawiniętą w folię kanapkę. kilka ręcznych granatów. szybko sprawdzam zapamiętane skrytki – w luku kanalizacyjnym. Według legendy gry. Wkładam nowe magazynki. Giną. zapaskudzonych sal. Szereg pustych. Pudłuje. Porośnięci jakimś zielonym mchem. ani potworów na razie nie ma. Dalej. Z karabinem w ręce wybiegam z dworca. tutaj odbyło się ostatnie starcie policji miejskiej z obcymi. Aha! Rzucają się na mnie dwa mutanty – drobne człekopodobne demony. Na ekranie menu gry. W kanalizacji pusto. Zbliżam się do jednego z bocznych wejść do budynku. ale ponieważ nie zaczynają polowania.. w węźlastych łapach mają strzelby. który opowiada straszne historie o napadzie Kosmitów i przed śmiercią oddaje swój karabin. podchodzę do ciał. Sprawdzam jeszcze kilka skrytek. że gdzieś w piwnicach można się natknąć na umierającego sierżanta. ale lepiej celują. Dwa razy migają w oddali sylwetki ludzi. Na drugi etap. Idę w stronę wyjścia na plac przed dworcem. Ani ludzi. istna twierdza w Brześciu. Ich karabiny są rozwalone kulami. Na twarzy jednego tkwią surowe profesorskie okulary. Z samym pistoletem daleko nie zajdę. obok którego leży okrwawiony kobiecy trup. Zapisuję. Szkoda. Musi być.01 Pierwszy etap z zasady jest prosty. Pewnie człowiek. Przez sekundę stoję przed wyłamanymi drzwiami.. . Potwory są tępe. Wiem. Dochodzę do dworca od strony lewego skrzydła. uwierzyli w swoje siły. który natychmiast nakładam na lewą rękę. Ale nie chce mi się szukać tego wzruszającego programu. ściany wysmarowane rozpaczliwymi odezwami i przekleństwami. I słusznie. Tam. Staję się czujny. zanim otworzyli ogień. potem szybko daję w nie nura. w budce transformatora i w przewróconej kabinie leżącej w poprzek torów lokomotywy. w budce znajduję dwa magazynki. na propozycję wyjścia z gry odpowiadam odmową. znajduję kastet. Idę przez dworzec. cicho pracuje komputer. ja też zostawiam ich w spokoju. Ktoś do mnie strzela z górnych pięter. Nie mam na to czasu. skradam się. Żeby przyszli jeszcze raz. żeby debiutanci wciągnęli się w grę. i wreszcie – dwulufowy sztucer. kałuże krwi.

. ale nigdy nie sprawdziłem. dogonił mnie. że potem wypuszczą. W milczeniu kiwa głową. Wszedł po raz drugi i dogonił. – Ja cię załatwię! Słyszysz? Nie dam ci spokoju! Załatwię cię! Niedwuznaczny gest zmusza go do otwarcia ognia. pewnej siebie pozie. Trzy samochody zagradzają drogę.. Trzeba być idiotą. Po pięciu minutach z dworca wyskakuje człowiek. W dziurze w kopule stoi znajoma postać. potwory zrodzone przez Labirynt. – Wsiadaj! – kiwam lufą w stronę forda. Płomienne łapy chwytają Aleksa za gardło. zresztą wybrana przez niego twarz nic mi nie powie o narodowości. który czekał posłusznie na koniec rozmowy. Nie interesuje mnie rezultat walki. Dwa razy próbują nas dogonić i staranować ogromne ciężarówki. Autostrada. – Powoli zwalniaj. Cholera. widać włączył się program-tłumacz. Szybkimi susami zbliża się do samochodów. Prowadzi samochód powoli. celując w opony i przednią szybę. W ręce ma granatnik. Ale nabojów ma niewiele. za nimi chowają się uzbrojeni ludzie. Kryję się za potężnym. Ale chyba nie jest Rosjaninem. siada za kierownicą. Jeden stoi odsłonięty. w niedbałej. lekko pogiętym fordem. Po moim trzecim wystrzale zatrzymaj się. To na razie drobiazgi.Plac przed dworcem jest zastawiony zakurzonymi. To pewnie on strzelał mi w plecy. No proszę. żeby próbować pokonać taką bandę. – Co robić? – pyta mój jeniec. I wtedy za jego plecami pojawia się purpurowy cień. Opuszczam szybę i załatwiam je z karabinu. próbuje strzelać przez ramię. wyraźnie spodziewa się strzału w kark.. a odległość spora. Mężczyzna najpierw wzdryga się przy każdym wystrzale. No. Odwracam się. .. rusza. Nie ich należy się bać. że gdzieś na dworcu jest ciężkie uzbrojenie. ten klęka. oglądając się. Człowiek zastyga. Zawsze tu czekam. – Hej! – Głos jest ledwie słyszalny. nie spuszczając wzroku z jeńca. Alex. Podchodzi powoli. próbuje celować do mnie z pistoletu. Nie był przygotowany na zasadzkę pod koniec etapu. Mój jeniec. ale sprawnymi samochodami. Najlepiej się poddać i poświęcić część uzbrojenia w nadziei. no. Ich właściciele wsiedli do tamtego pociągu. Odrzuca karabin. Wstaję. Twarzy spod maski nie widać. ogniści dusiciele trafiają się już na pierwszym poziomie. – Wsiadaj do samochodu i prowadź! Zrozumiał. wymierzam w niego karabin. Słyszałem. Bandyta z granatnikiem patrzy na nas drwiąco. otwiera drzwi. Czeka. Na skrzyżowaniu czekają na nas prawdziwi wrogowie. potem się przyzwyczaja. Gracz chyba mnie nie rozumie. czekam.

Trafienie w bak z benzyną w wirtualności wcale nie jest łatwiejsze niż w realu. Stajemy tuż przed płonącymi samochodami. apteczka by go uratowała. Jeden z bandytów nadal żyje. I klnie – tak wyszukanie i soczyście. bydlaku! Kolejne wielopiętrowe przekleństwo.. Jasne ślady strzałów przelatywały przez ekran. strzelając lewym klawiszem myszki. Do diabła. W oczach nawet przez ciemne szkła maski widać przerażenie i zachwyt. sztucer. nie jestem twój. Twarz gracza zalewa krew. Mój jeniec i tak do mnie nie strzeli. a prawym ładując karabin.. W końcu w moim ciele mogła być dziewczyna albo dziecko. Teraz ja stawiam kropkę nad i. Głębio. którzy się wysunęli. Zbieranie trofeów zajmuje nam pięć minut. przecież mówiłem mu. Bandyta z granatnikiem nic nie zrozumiał. Popatrzyłem badawczo na obraz. Krzyżyk przesunął się. Nie lubię. samochody. Wyciągam rękę. kamizelka . karabin z optycznym celownikiem. Deep Enter. przesuwam po mopadzie... Doomerzy zawsze dzielili się na tych z klawiaturą i tych z myszą. kark mojego kierowcy. Nieuczciwy ze mnie człowiek. granatnik. że nie mam wątpliwości co do jego narodowości. Podchodzę.. Wieczny spór. jedna ręka jest na wpół oderwana. – Jak się panu udało? – Wysiadaj. – Strzelcem – odpowiadam. Wypuść mnie. Odwraca się. który przywykł do używania myszki. ale ja niedwuznacznie wskazuję ciała zastrzelonych przeze mnie i zabitych w wybuchu samochodu ludzi. w słuchawkach huk. pozostał nierozstrzygnięty – nadeszła era wirtualności. gdy ktoś tak bluźni. Zauważa mnie. Bandyta. szarpie się... – Jedziemy. Ma jeszcze pięć procent życia. Otworzyłem ogień. którzy są lepsi. dotykam myszki. granaty. Wyraźnie czeka na kolejny strzał. żeby się zatrzymał! – Hamuj! – krzyczę do kierowcy. Pistolety. Zbieraj broń. I stary doomer..„Głębio. Głębio”. zacząłem strzelać do samochodów. drugą próbuje sięgnąć do apteczki. Ale za to strzelanie do obrazków jest dziecinnie proste. krzyczy: – Kim jesteś? Kim jesteś. Zademonstrowana przeze mnie szybkość i celność strzału jest praktycznie nieosiągalna dla zwykłego gracza. Krzyżyk celownika na środku ekranu. apteczki. Teraz jestem wyposażony od A do Z. Tylko nurek może zrobić coś takiego. przystawiając lufę karabinu do czoła bandyty. Po położeniu tych trzech.

Oczywiście. wsiadając do samochodu. Macham mu ręką i idę w stronę studzienki kanalizacyjnej. Niewielu z niej korzysta – zbyt nieprzyjemna. Dopiero teraz mój towarzysz się uspokaja. Przejdę przez kanał patrząc na ekran i ruszając myszką.. których widziałem! Pewnie spodziewa się. a ja nie mam zamiaru oglądać własnych kiszek na suficie samochodu. przepełniony wrażeniami. Ale tu każdy z nas jest trochę Rambo. Najpewniejsza droga przez trzeci etap biegnie wśród nieczystości.. się nieźle wyekwipował – tylko drugiego granatnika już nie było. Ale nie podobało mi się. że o mało nie wjechał w płonące samochody. – Po co ci byłem potrzebny? Jesteś najlepszy z tych.. Mój jeniec też. i zapisujemy rezultat na komputerze pracującym na ruinach domku jednorodzinnego. . nawet mimo prysznica pod koniec poziomu. – Hej! – krzyczy za mną mój towarzysz.kuloodporna. I całkiem nieźle uzbrojony jak na koniec drugiego etapu. Twórcy Labiryntu mieli specyficzne poczucie humoru. najpierw wychodzę z wozu. W realu nie udźwignęlibyśmy takiej sterty żelastwa. Mkniemy autostradą. Zrozumiał bez dalszych wyjaśnień. żebyśmy dalej poszli razem. Ale mnie to zwisa. Mówię mu prawdę: – Nie umiem prowadzić. że powiem „we dwóch łatwiej” i zaproponuję. oszołomiony. – Jedziemy – rzucam jeńcowi. A iść na piechotę to trwa za długo. Razem wysiadamy z forda. Stoi przy komputerze.. Drugi poziom kończy się na obrzeżach miasta. nie wytrzymuję i rozstrzeliwuję jeszcze jedną ciężarówkę z granatnika.

Pogłoski biegną przez Labirynt. Wszystko uczciwie. chociaż efektownie. Wynurzam się na moment z Głębi. Dwoje rozhisteryzowanych graczy. odświętna. To już rytuał. Plotkom Głębia niestraszna. Za moimi plecami trupy i ruiny.10 Przechodzę czternaście etapów w ciągu siedmiu godzin. I wrócić. Z ludźmi jest na odwrót. Zatrzymuję się nieco dłużej na szóstym poziomie. Skaczę i znajduję się w szatni. 14”. Potem grzęznę na dwunastym. Dzisiaj zrodziła się legenda. Tylko komputery nie lubią. jak należy. Pokój o ścianach z różowego marmuru. widziałem już podobne rzeczy. chłopakowi zdetonowało jednostki energetyczne karabinu plazmowego. Zapisuję się – „Strzelec. a ja lubię dobre tradycje. i to pracuje na moją korzyść. opierając się o śliskie ciało ugotowanego potwora. że dłużej nie wytrzymam. . jasne światło słońca w oknie. Koniecznie wrócić. musiałem użyć karabinu plazmowego. i zabicie ponad stu potworów jest nieco czasochłonne. W podłodze. Komputer z menu gry stoi na stoliku sędziowskim obok ogromnego basenu. Chłopak z karabinem plazmowym przy pasie. gdzie w przejrzystej wodzie leniwie kołyszą się trupy przypominających krokodyle potworów-amfibii. ale arena to arena. i zaglądam do leju. jest zupełnie nowy i niezwykły. Nurkuję w śmierdzący bulion i kilka minut czekam na pogoń. Na szczęcie inni gracze już do mnie praktycznie nie startują. i stukam w klawisz wyjścia. Ale to inna uroczystość. Odpocząć. jest luk – wyjście z gry. Plotki to wróg nurka. chłopak i dziewczyna. Nic tam nie ma. – Jestem Strzelcem – mówię. dziewczyna ze sztucerem na ramieniu. Wychodzę z basenu. żeby je wyłączać. Chyba byli pewni. że od razu opuszczę ośrodek sportowy. gonią mnie od trzech poziomów. przecinając poziomy z łatwością niedostępną nawet nurkom. Jest siódma. Puszczam w nich rakietę spod wody i oboje nikną w ognistym kłębie. Trudno je zabić. Pod koniec czternastego poziomu wiem już. wesoła. i wpadli na salę nieostrożnie. obok stolika sędziowskiego. Czternasty etap – miejski ośrodek sportowy. Ale teraz niosą strach. nic nigdy nie mogło ich powstrzymać. Wyjście z Labiryntu jest tak samo pompatyczne jak wejście.

ogromna rzeźbiona mahoniowa szafa. Ma mnie też patrzą. o co mu chodzi i kiwam głową. – Strzelec poszedł na piętnasty! Odpowiedzią jest ryk.. żeby oblać zwycięstwo lub klęskę. przedostatnia próba graczy zorganizowania się i zaatakowania bezczelnego Strzelca. – Hej! – woła za mną Tolik. nie pamiętam. a on.... robię kolejny krok. – Z miotacza granatów. – Na mojej twarzy pojawia się uraza i złość. – A mnie na piętnastym – mówię. dość mam już bólu głowy. bydlę! I jeszcze mówi: „Jestem Strzelcem!” Chyba przeholowałem. Niespiesznie wychodzą ze swoich szatni inni gracze. Zdejmuję kamizelkę kuloodporną. którego zapamiętali w ostatnich sekundach gry. Ale postać Strzelca otacza mistyczna aureola i moje słowa o granatniku potraktowano jak typowe usprawiedliwienie niedojdy.. wszystkich położył na dziewiątym poziomie. ale najwidoczniej nie przypominam tego bezlitosnego Strzelca. pojedynczo i grupami. – Setkę ludzi położył. Kierują się do najbliższej restauracyjki BFG-900 albo baru Kakodemon.. Katia. Zazwyczaj sala kolumnowa jest mało uczęszczana. Rozmowa cichnie. przebieram się. – Słyszeliście? – krzyczy Tolik. I . – odpowiadam. jakby mogli zapamiętać moją twarz pod maską-hełmem.miękka kanapa. Sporo się tam działo.. Nadal mnie podejrzewa. – Tak. Jean. – Mam na imię Tolik. To moja zasługa – chyba wszyscy zginęli z mojej ręki. Nie chcę przerywać programu. To granica Miasta i zwykłej wirtualności. Podchodzę do najbliższej grupy.. Trzeba wychodzić. skąd widać ulice Deeptown.... Dzisiaj zebrało się tu ze sto osób. – Jeśli zdołamy rozpoznać. to na pewno – kiwa Tolik. po trafieniu z granatnika trudno cokolwiek usłyszeć. Każdego wychodzącego z szatni bacznie oglądają. kask. – Jesteś setny – mówi kwadratowy podbródek. ale nie ma dowodów.. Szczerze mówiąc. – Sami mu dołożycie. Kiwam mu głową. – Nie czekasz na niego? – Forsa. Szatnie wychodzą na przestronną salę kolumnową. kombinezon maskujący i wpycham razem ze stertą broni do swojej osobistej szafki. sukinkot! – oznajmia Tolik z zachwytem i nienawiścią. – Lonia. Beznadziejnie macham ręką i idę w kierunku wyjścia... gdy ponownie wejdę do Labiryntu. – Idę sobie. – Skąd on się wziął? Poznajcie się.. Damir.. – O. w końcu dojście do hotelu i wyjście normalną drogą to kwestia kilku minut. muskularny mężczyzna z kwadratowym podbródkiem ostro pyta: – Strzelec? Na szczęście domyślam się. stoliki z owocami i jedzeniem. Biorę prysznic. niewyraźna jak bariera dźwięku na oceanie. Tylko ja będę mógł skorzystać ze zdobytego dobra.

jestem tylko podwładnym.. Robi pauzę. ale rada słuszna. Gilermo wzdycha. jeszcze kilka sekund i będę na ulicach Deeptown. Rzucam się do ucieczki. A na mnie patrzy dziewięćdziesiąt dziewięć par oczu... dziewięćdziesiąt osiem. – Dziękuję.” I odchodzi w głąb sali. Gotuję się ze złości. że nie może pan pretendować do nagrody. Dziewięćdziesiąt dziewięć par nóg odrywa się od podłogi. To nie Alex. kazali przekazać. Vendetta.. że pana zatrzymuję. Ich spojrzenia nie wróżą nic dobrego. Z naszego biura jest dużo wyjść.... Chwała Bogu. nie ma sensu udawać idioty. to ostatnie mówi cicho i nikt go nie słyszy. – Kierownictwo postanowiło przekazać panu. Alex stoi w miejscu. Nie. ale ustanowił pan osiem rekordów poziomów. To Gilermo.widzę Aleksa. To mnie urządza. – Strzelcu! – krzyczy ktoś z tyłu i setka ludzi jednocześnie wypuszcza powietrze z płuc. gdy się mnie wpycha w bagno. może prócz Aleksa. Ale towarzyszom niedoli mówili zupełnie co innego i teraz wszyscy gotowi są pomścić niewinnie zabitych towarzyszy. Zrobił pan Labiryntowi doskonałą reklamę. dwieście dolarów. Moja pierwsza ofiara stoi z boku. lecz na setkę moich niedawnych ofiar. wyciąga zza pazuchy błyszczący długi pistolet i krzyczy: – Uciekaj. Gilermo chyba rozumie. jakby chciał powiedzieć: „Co ja mogę. że jeszcze niedawno byli przeciwnikami. razem ze mną. rozkłada ręce. – Nie miałem zamiaru – odpowiadam. – Nie lubię. Jeden na jednego. to przekazuję... w stronę jakichś służbowych korytarzy. ponieważ teraz współpracuje pan z nami. a potem wyciąga pomocną dłoń. wdzięczność za intensywną pracę. wie. – Przepraszam. potem krzyczy za mną: . że zabiłem ją w uczciwej walce. – Strzelcu! – Podchodzi bliżej. że wtrącił się nie w porę. ledwie radzimy sobie z potokiem nowych graczy. Odwracam się. w milczeniu przysłuchując się dialogowi.. zapominając. Ale takie dostał polecenie. – Jestem Strzelcem – mówię. – Chcemy jednak dać panu niewielką premię. Omijam go. popatruje na ludzi i mówi przepraszająco: – Może pan zajść po pieniądze teraz.. Głos jest zbyt stanowczy. palancie! Przezwisko mało przyjemne. Każda z ofiar. I chyba nie ma zamiaru się wtrącać.. Nie patrzę na Gilermo. – Wstąpię przy okazji. tak? Możliwe. Za plecami kilka wystrzałów – to Alex rozpaczliwie próbuje powstrzymać prześladowców.

. trzeci. drugi. Jeśli skrzywdzeni gracze zrozumieją.. I omal nie mijam budynku z napisem ROŻNE ZABAWY W czterech zasadniczych językach Deeptown.. A tak bardzo chce mi się spać. Wybór nie jest trudny. obniżam detalizację. żebym rozpłynął się w powietrzu.. Na szczęście napisy są bardzo duże i w porę pojmuję ich sens. . Skaczę w obrotowe szklane drzwi.– Ja cię sam zała. polowanie przemieni się w szczucie. że w dodatku jestem nurkiem. Biegnę. Jednocześnie przypominam sobie opowieść Maniaka o systemach bezpieczeństwa wirtualnych burdeli. Jeszcze tylko brakowało. żeby przyspieszyć bieg.. A może włączyła się służba bezpieczeństwa Labiryntu. Nie tylko on ma broń wirusową. Zaułek.. Krzyk się urywa.

że ledwie się powstrzymuję. – Nie. Za nimi jest cicho i pusto. Kiwnięcie głową. Kto wie. Z pierwszego piętra po drewnianych schodach schodzi ciemnowłosa kobieta w długiej sukni. I chwała Bogu. będę musiał wyjść? – chcę wiedzieć.. Żeby zrozumieć..) – Dobrze. – Wydaje mi się.. W końcu pojmuję sens zwrotu „dojrzałe piękno”. Rzeczywiście.. – A. – uśmiech – czy po prostu ukrywa się pan przed natarczywymi przyjaciółmi? Mimo woli zerkam na szklane drzwi. Zawsze jesteśmy radzi gościom.. Kobieta podchodzi bliżej. Nie ma w niej nic z młodości panoszącej się na ulicach Deeptown. bardzo dojrzałe.11 Pomieszczenie urządzone jest w stylu retro. Ma około trzydziestki i twarz tak detalizowaną.. Wchodzący nie widzą się nawzajem.. mamroczę: – Dzień dobry.. (Znowu kiwnięcie. – U nas zawsze jest wieczór. – Dobrze wiedzieć. – Dobry wieczór. Może pan po prostu posiedzieć. szerokie stoły z pękatymi karafkami. może to rzeczywiście program-strażnik. Masywne wyściełane meble.. Pauza się przedłuża. – Proszę do mnie mówić Madame – kontynuuje kobieta. Nigdy. Brodaty milczący mężczyzna w rogu wygląda jak element wystroju. Przyszedł pan do nas w interesie. że to już noc – mówię. – Jestem Strzelcem. – Proszę się nie obawiać. jak udało się osiągnąć tak niezwykłe ludzkie oblicze. „. misy pełne owoców.. Nie są jej potrzebne. żeby nie wynurzyć się z Głębi i nie popatrzeć na nią normalnie. – Ja. napić się kawy . Kobieta uśmiecha się w milczeniu. – A jeżeli się ukrywam.. – Imię nie jest potrzebne. Nie ma również mowy o niewinności czy czystości..

proszę. wyciąga z szafy kilka grubych albumów w okładkach z kolorowego aksamitu.. Zresztą zawsze mogę udać. siadam. ale obnażone ciało wygląda obiecująco. . piję. na podłodze. zdjęcia – dociera do mnie. Kiwam głową. – Kawy – decyduję.albo wina. Piję kawę i zaczynam przeglądać albumy. Zaglądam do tygielka. Na pierwszej stronie zdjęcie kobiety przykutej do stołu. jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.. Sypię cukier. W każdym razie jestem uratowany. Głowa odchylona. leży skórzany pejcz. Ciekawe. Nalewam drugą filiżankę.. jeśli spodoba się panu jakieś zdjęcie i zechce pan obejrzeć szczegóły. Madame starannie nalewa ją do filiżanek. Utarłem nosa setce rozwścieczonych doomerów. właśnie. Pod nogami kobiety. Za jej plecami mur. Może wyciągną go wcześniej. Murzynki? Nie. jakbym naprawdę trzasnął dawkę kofeiny. Co w nim jest. – Zdjęcia dziewczynek. Patrzę na nią zdumiony. proszę potrzeć obraz palcem. Ale ja nadal mam w głowie kłąb waty i tylko słabo przytakuję. Połyskują łańcuchy o dużych ogniwach. Madame przechodzi przez salę. proszę mnie zawołać. – Dobrze. A zresztą mamy swoje zasady: gość musi przynajmniej obejrzeć album. Jeśli jednak – uśmiech – coś pana zainteresuje. kładzie na stole przede mną. przysuwam sobie album w czarnym aksamicie. Taak. – Nie ma nic bardziej pożytecznego od przypadków. – Ach. Mocna i aromatyczna. znowu pełny! Czarodziejski dzbanuszek z tysiąca i jednej nocy. twarzy nie widać. – Oczywiście. czy są stąd rezerwowe wyjścia. Już ze schodów Madame dodaje: – A. Kawa wypita. że mój timer zadziałał i rozpłynąć się w powietrzu. zdobyłem wątpliwą sławę i na czternaście poziomów przybliżyłem się do Nieudacznika... – Pokazać panu wszystkie albumy? – pyta Madame. ale starałem się jak mogłem. Strzelcu. parzy wargi. Milczący ochroniarz wychodzi. – Wrócę do siebie.. Sen odchodzi. Podchodzę do sofy. z przyjemnością. Madame z uśmiechem siada naprzeciwko. Ochroniarz przynosi kawę w malutkim tygielku. – Nie rujnują was tacy przypadkowi goście? – pytam. Słowo „wszystkie” ma tu chyba podwójny sens.

Kładę aktora na damie w łańcuchach. Zdjęcie jest lekko zniekształcone i nikt nie uzna go za dowód. Wyobraźnia niczego nie podpowiada. jedna klęczy. biały. Otwieram biały. rzeczywiście dla każdego coś dobrego! Zaciekawiony pocieram zdjęcie palcem. nie ma. ostrymi różkami.. zaczyna tańczyć. Na przykład ta błękitna. Nie wytrzymuję i pytam: – Zdarzają się na to klienci? Wskazuję palcem brązowy aksamit. nie wiedzieć czemu mając w . Obracam w rękach. To znaczy koza.. od trzech lat uznawany za symbol seksu. i wiedzą. oczywiście. coś czuję. z krótkimi. Ubrany w skórzaną kurtkę. wytoczył burdelowi sprawę. jak mózg domyśla sobie obrazy. Różowy album. Starucha w obwisłej sukni. albo program imitujący seksualne stereotypy młodej zboczonej kozy. Podpisu pod zdjęciem. Uśmiecha się kokieteryjnie. Być może jest to słuszne. zgadłem! Z pierwszej fotografii uśmiecha się radośnie hollywoodzki aktor. Ale ci. druga opiera się na jej ramionach.. Kozy do rzeczywistości wirtualnej wpakować się nie da. na próżno próbując cokolwiek wymyślić. trudno będzie cokolwiek dowieść. Nie po czternastu poziomach Labiryntu. Więc albo człowiek-operator. którzy byli w Głębi. Niech sobie czeka na sadomasochistów. Ochroniarz kiwa głową. Mój Boże. Nie. Poleźcie sobie z boku. stary.. We wszystkim i dla wszystkich. Nawet gdyby nieszczęsny przystojniaczek.. Rzeczywiście „różne zabawy”! Patrzę na różnobarwne okładki. nigdy nie będący homoseksualistą. Niech ją ta babcia doi. Już się nie śmieję. Ha. Zostają trzy albumy. którzy znają wirtualność nie tylko ze słyszenia. A. Najważniejsze brzmi – wolność. Brązowy. Ochroniarz w kącie patrzy na mnie zezem. Nie dzisiaj. odsuwam na róg stołu. zielony i żółty. ale milczy... po prostu pary.. Spróbujmy zgadnąć. Fioletowy. babo? Kładę brązowy album na różowym i zaczynam chichotać. że we dwie nudzić się nie będziecie. patrząc na mnie uważnie. Dwie dziewczyny o wyzywającym spojrzeniu. Ale ci się. Prócz tych. nie. znają również jej prawo. buty i koronkową koszulę. Czyżby lesbijki? Dziwne. Starucha na fotografii ożywa. nie. drobiąc nogami. poszczęściło. może staruszkowie? Kózka. nie mam sił. zaglądam z obawą na pierwszą stronę. Zwariowałaś. Młoda. otwieram. Niech się nieszczęśnicy zabawią. i rozchyla swój chałat. Biała.Zamykam album.

Otwieram album. Żółty album. Koreanka w sukience z maty. Mały. zaniosłabyś dziewczyno wiaderko z kozim mlekiem do izby. nikt nie wyjdzie stąd niezadowolony. łabędzice? Zresztą jeśli nie ma. Tak. Po prostu kobiety. można tańszymi sposobami niż siedząc w Głębi. Jedna kartka. Gwiazdy kina i modelki kończą się dość szybko. Nie zgadłem. Kartkuję coraz szybciej. Zaczynam oglądać białą księgę. Polinezyjka z kółkiem w nosie. Nawet zieloną ośmiornicę czy sukę pitbulla. Zamieram. Rzucam kolejny album na stertę z nietypowymi partnerami. Murzynka w przepasce biodrowej. która codziennie się do mnie uśmiecha. od czasu do czasu zmuszając dziewczyny do robienia striptizu. słynna top modelka w sukni wieczorowej od Cardina. oczywiście. trzecia. Na pierwszej stronie.. Małoletni milioner... . ale sympatyczne. Otoczenie szokuje – biegnąca aż do horyzontu plaża skąpana w promieniach wschodzącego słońca. ochroniarz w milczeniu zabiera je i wynosi. aktor i ulubieniec podstarzałych gospodyń domowych. Co zostało z erotycznych fantazji? Dzieci. Też zgadłem. zorganizują na prośbę klienta. Aha. W końcu pogapić się na nagie ślicznotki. Trzeba było dokładniej obejrzeć ten ze zwierzętami. Po obejrzeniu najbardziej „wszelkich” z proponowanych zabaw nalewam sobie wina. patrząc na dziewczynę. w ruchu i bez. Dobra. druga. chyba to aktorka. Twarz dziewczyny niejasno znajoma. Oszałamiający wybór. Vika. sukienkę zdążymy obejrzeć innym razem. zaglądam na koniec albumu. czy są tam młode krokodylice albo dojrzałe. jak Madame.głowie elfy. Ciekawe.. przytrzymaj babci kozę. anioły i inne efemeryczne istoty. Wirtualność nie zna rasizmu. Zamiast się tu opalać. Biorę zielony. Nieznajome. Nie wytrzymuję. oczywiście. Eskimoska w futrze. Biała kartka i napis: „Narysuj swoje szczęście”. dalej już same nieznajome twarze. Przeglądam album coraz szybciej.

Wiele z nich może się panu wydać znajome. Zresztą nie wiem. czarne lustro basenu. innym kózki. Przyjmuje pieniądze. z tyłu ciemny pas lasu. Strzelcu? Kiwam głową. Czterdzieści za noc. – Czterdzieści dolarów? – Tak. Czy ta osoba kogoś panu przypomina? – Tak. – Nalać panu jeszcze wina. – lekki uśmieszek.. bywam okrutna. Gdy wydaje mi się. Wyjmuję kartę kredytową. Mamy umiarkowane ceny. Na zdjęciu zmierzch. że sympatyczny młody człowiek zaczyna wariować. czy mógłbym się z nią spotkać? – Oczywiście. Przystępne dla każdego hakera. patrząc na Vikę.100 Madame pojawia się bezszelestnie jak zjawa i siada obok mnie. Tu są tysiące twarzy. – Jednym podobają się gwiazdy kina. – Przerywam swoją jednostronną szczerość. – Mamy najróżniejszych klientów – mówi w zadumie Madame. Po chwili mówi: – Strzelcu.. – Kogoś realnego? – Nie całkiem. twarze są blisko siebie. – Strzelcu. była sobie pewna młodziutka głupiutka .. – Jest pani okrutna – mówię. Chyba długo tak siedziałem. długo patrzy na zdjęcie. żółta okrągła plama latarni w wysokiej trawie. – Ma realny prototyp? Właścicielka burdelu przywiera do mojego ramienia. – Lekki uśmiech. Madame patrzy na mnie zdumiona. – Dziesięć dolarów za godzinę. proszę posłuchać pewnej historii. – Kim jest ta dziewczyna? – pytam. – Tak. w jej oczach ironia i kpina. – Madame. nie mam prawa odpowiadać na takie pytania.. ona siedzi na balustradzie drewnianej werandy. – Ale to przypadek. – Nasze spojrzenia się łączą.

.. Dziewczyna nie żałowała niczego. – Wszystkiego dobrego. mądra właścicielko burdelu. gdyby okazał się tępym i brudnym chamem. – Pan to rozumie. jego zdjęcia pojawiały się na okładkach czasopism. Madame. Śpiewak naprawdę był porządnym człowiekiem i pięknym mężczyzną. Znam wiele takich historii. Oczywiście. – Śpiewak przyjechał na występy do jej godzinnego miasta – ciągnie Madame.. Korytarz. zdarzyła się nie mnie. A przy okazji. Znalazła swoje marzenie.. a śpiewak całował ją w policzek. czy już pani zapłaciłem? Kobieta wzdycha. Ale przestała wierzyć w miłość. Jak miłość do odbicia.. Oczywiście. Oczywiście. To był dobry śpiewak. historia. – Wiem. dlaczego? – Iluzja zlała się w jedno z rzeczywistością – odpowiadam. to było jak lustro. sprawiedliwego i czystego. – Madame. bez wątpienia dobrze znająca życie władczyni miłości i seksu. A tak. Strzelcu. Znacznie lepiej. Był czuły i delikatny. – Dziewczyna była na wszystkich koncertach. dotyka ramienia. Byłoby lepiej. Osiągnęła to. Drugiego dnia przyszła do jego pokoju w hotelu i wyszła nad ranem. bawiła w dyskotekach. proszę mi przypomnieć. Wiem o tym. Madame prowadzi mnie do drzwi z literką B. . – Nie tylko Madame umie być okrutna. przeprowadzano z nim wywiady. Wie pan. Nigdy więcej nie chodziła na koncerty. A marzenie można kochać tylko na odległość. dowcipny i wesoły. Wchodzimy po schodach. śpiewał o miłości. Naprawdę znalazła swój ideał. Często pokazywano go w telewizji. Dziewczyna znalazłaby inny ideał albo nadal kochała wizerunek śpiewaka.. drzwi. – Chodźmy. flirtowała z chłopakami.. uczyła się w instytucie. Strzelcu!. jak kończą się takie historie. co chciała. którą ci opowiedziałam. Wyskakiwała na scenę z bukietem kwiatów. I kochała pewnego śpiewaka.dziewczyna..

że Madame postanowiła litościwie zostawić mnie samego. z rozklekotanym łóżkiem i wilgotnymi od częstego prania prześcieradłami? Jedną z zalet wirtualności jest to. W Głębię. Może dlatego. Domek. nieśmiało. Czego ja się właściwie spodziewałem? Pokoju w tanim hotelu. po prostu wygodnej. Ludzie są znacznie głupsi od muszek – zawsze znajdą ogień. ciemne włosy ściągnięte wstążką. – Ja też – przyznaje ona. Jej głos też jest znajomy. dalej się nie odwracając. sen prawie odszedł. Jakby się przyzwyczajając. naftowa. Aż drgnąłem. – Zawsze tu tak cicho? – pytam. – Nie. Dlatego właśnie są ludźmi. z płomieniem osłoniętym siatką. . uderzają o światło. ale interes przede wszystkim. współczucie współczuciem. w którym można spalić sobie skrzydła. Cicho grają cykady. Idę w stronę światła latarenki na trawie. A może mówi szczere. pod nogami gęsta trawa. Powietrze jest chłodne i świeże. Siadam przy latarni. że chce mi się przypodobać. Pusto. Decyduję się i odwracam. Na nogach szare klapki. po prostu na moich ramionach spoczęły czyjeś dłonie. Niepewnie.101 Za drzwiami jest sad. Jest stara. Ruchy powolne i leniwe. Przez chwilę mam wrażenie. Jedwabna bluzka. I noc. nie wyzywająco krótkiej. Kroków nie słyszę. W krótkiej spódniczce. – Wszystko zależy od gości. Latarenka świeci samotnie i tęsknie. Można by z nią zejść do podziemi. że przestrzeń swojego domu można powiększać bez granic. letniej. na próżno próbując się do niego dostać. No nie. ale nadciągnęło ołowiane zmęczenie. Wokół lampy latają muszki. – Lubię ciszę – mówię. a może skromna willa. Wygląda tak samo jak na zdjęciu.

Zbieram resztki sił i wstaję. – Szybko przyzwyczajam się do imion. Dziewczyna siada z boku. prawie.. To by było wspaniale.. „Głębio. jeśli można – dodaję – jeśli można. – Jeśli chcesz. kładę się. nie czujesz się samotna w tej głuszy? – Dlaczego głuszy? – Gwiazdy tu są takie jasne. Brak mi tylko przezroczystych. Czuję. Ciężki miałeś dzień? – Będą cięższe. delikatnych skrzydeł – żeby unieść się i rozbić o niewidoczne szkło. a prawdziwym gościem. ale można także wygonić w noc. .. coraz głębiej. – Vika.. odrzuciłem poduszkę.. ale nie chcę teraz wychodzić.... którego można przyjąć. – Vika. Głębio nie jestem twój. Kiwa głową potakująco. którego trzeba będzie obsłużyć... włącz Deep – szepczę do Windows Home. Zgadza się. Kiwam głową. Głębio. Lepiej tego uniknąć. jak powoli się zapadam. – Słucham. W wirtualnym hełmie głowa i tak jest zadarta do góry. Wyciąga ręce do latarni. będę do ciebie mówił Vika. – W domu jest łóżko. – Co mówiłeś? – Vika stoi obok mnie.. wypuść mnie. Tu jest dobrze.” Najpierw do toalety. W końcu pyta: – Dlaczego? Kogoś ci przypominam? – Owszem – przyznaję się. – I tak się zapomnę i nazwę cię Viką. jeśli teraz zasnę? – Nie wiem. Kolorowa zamieć i znowu jestem w Głębi. sam rozumiesz. Leonidzie? – Czy zrobię z siebie strasznego idiotę. – Dzisiaj przez cały dzień mówiono do mnie Strzelec – odzywam się. – Nie. – Vika. badawczo. Nie chce mi się wstawać i odchodzić z żywej ciszy w martwą. przyniosę ci kołdrę – ciągnie Vika. chyba mimo woli ją uraziłem. – Lepiej – mówi ona... Do rana zdrętwieje mi szyja. – Nic. padłem na pościel..Dziewczyna patrzy na mnie poważnie. Biorę kołdrę. Patrzę na gwiazdy. Potem dowlokłem się do tapczanu. – I.. Siedzimy w milczeniu.. są takie bliskie i tak mamiąco jasne. chwała Bogu.. rozpościeram na trawie. Tamta Vika. – Ale ty zwracaj się do mnie Leonid. żywa. – Dziękuję. Dziewczyna bardzo długo milczy. siadając obok mnie.. Jakbym nie był klientem. – Ja też. grzeje jak nad ogniem. kable od kombinezonu i hełmu są wystarczająco długie.

– Tak. ja po prostu odwykłam od takich rozmów. Tym bardziej że ma rację.. Nie chcę się z nią spierać. – Dobrze. Milczy. – specjalnie nazywam Pentium Pro tą nieprzyjemną nazwą. . Tylko kompletnie nie wiem. Po co lecieć na Marsa czy Księżyc. – Możemy pójść i jej poszukać – mówię poważnie. Nudzi cię to? – Nie. Vika szepcze: – Mój Boże. Leonid. Lonia. Zamykam oczy i zasypiam. ja się odsuwam. – W ciągu ostatnich pięciu lat nie powstało nic nowego. spór o rozwój technologii... że kręci głową. – Też to zrozumiałeś? – Oczywiście. Znikła ciekawość. – Lepiej jutro wieczorem. Gwiazda ostygnie i będzie można wziąć ją do ręki. Nie spieram się. – Rano jest zbyt jasno – zauważam. w odbicie rzeczywistości. – Znalazłaś kiedy spadającą gwiazdę? Vika milczy.. ja. gwiazda spadła nad nami. jak się nazywają. – Wiem. jesteśmy w burdelu. – Im też niepotrzebne nasze imiona.. – Śpij.Przyklęka. i z przerażeniem myślę. – Vika dotyka mojej ręki. – Nie – mówi w końcu. – Dziwny jesteś – mówi dziewczyna. – Patrz. ale czuję. Lubię patrzeć na gwiazdy. potem leciutko dotyka mojego policzka ustami. – Za to rozwijają się elektroniczne technologie. Jutro wieczorem.. Świat odchodzi w Głębię. – Wirtualność odebrała nam niebo – szepczę... skoro tu dostępne są wszystkie planety. – Nie utrzymałbyś się na nogach. Momentalnie. – Czyżby? Ósemka to tylko ulepszony 686. – Lubisz niebo? – pyta Vika. Poszukamy jej rano. Język ci się plącze. robię dla niej miejsce na kołdrze. Drepczemy w miejscu. Vika długo milczy. że zaraz będę musiał wstać.

110 Mam sen. . Śpiewak umiera. Jestem nurkiem. Tylko jakieś fragmenty. Przywykłem żyć bez serca. Nie tak łatwo mnie zabić. ale dźwięk grzęźnie w Głębi. nic nie rozumiejąc. Ciężar znikł. przechodzi na wylot i przebija śpiewaka. rozrywa serce. który powinien był zdążyć. Z przeciwległego końca sceny. a nie klęczeć pod niewidocznym gumowym ciężarem. podrywam się. Śpiewak odwraca się. zamieram. padam na kolana. za ciężkimi kotarami. Bariera ciszy pęka. struny zwijają się z jękiem. Próbuję podejść do niego. I tak go nie słyszę. idę w stronę Aleksa. Zwykle nie pamiętam snów. Jest w kamuflażu. Śpiewa. która ożyła. Odrzuca mnie do tyłu. Moje serce już nie bije. nieuświadomione do końca. zasłaniam go sobą. Alex przeładowuje. nieruchomy. Kula przebija gryf gitary. Na scenie człowiek z gitarą. skaczę. Stoję na scenie. Wstaję. – Mówiłem. Alex strzela. Chyba zaczyna śpiewać głośniej. Nie zdążyłem. że odreagowanie jest konieczne. Uratować. w ręku ma winchester. To koniec. że to ten Nieudacznik z Labiryntu. którego muszę uratować. Śpiewak. Jestem spętany Głębią. Jego ciało się pręży. co zostało niedopowiedziane. Strzela. Ale ten sen jest wyraźny i wbija się w świadomość. patrzy na mnie. patrzy na mnie i unosi broń. przewracam śpiewaka. Uśmiecha się. patrzy na zabitą gitarę. Sny przychodzą po to. ten. dopowiedzieć to. że cię załatwię – odzywa się Alex. Między nami – niczym przezroczysta ściana – Głębia. Bezradny. Jedyny wróg Głębi. ale co z tego. Może dlatego. przebić się przez ścianę i usłyszeć słowa. a ja biegnę. Nagle dociera do mnie. strażnik pomiędzy światami. żeby ochronić nas przed nadmiarem wrażeń. Nie mam sił. Śpiewak odwraca głowę. że śpię w wirtualności. ale nie słyszę słów. kula wchodzi w moją pierś. Często je miewam – w ciągu dnia świadomość tak się wyczerpuje. – Nie! – krzyczę. jakby skuty niewidzialnymi łańcuchami. Nie mam siły się ruszyć. Ten. zza kotary wyłania się jeszcze jeden człowiek. Ale Głębia jest ciężka i sprężysta jak gumowa płyta.

– O scenie? – pytam i serce mi zamiera. jogurt. Idę do domku. Jest tu tylko jeden pokój – elegancka sypialnia.. toaleta i kuchnia. wypaliła się. – Dziękuję. Wyjmuję z lodówki śmietanę. Lampa na trawie zgasła. Trzecia godzina. – Vika. żeby zapchać żołądek. klaszcze.. Śpi.. to się nie zdarza często. ale czy nie wszystko jedno. Na malej kuchence robię kawę. „Poszedłem do łazienki. Vika śpi. co będę jadł w rzeczywistości? Chodzi o to. – Za co? – Tak odpoczęłam. Budzi się. przykrywam ją brzegiem kołdry. Budzę się. którego zdradzam z człowiekiem.. Wstaję. – To mój obowiązek – odpowiada z udawanym niezadowoleniem Vika.. ale śpi dalej. Wróciłem do pokoju. jemy kanapki.Sala za moimi plecami ryczy. – Dziękuję. – Miałam zły sen – oznajmia Vika. Leonid. tupie. bywają również zwykłe sny. wyjąłem z lodówki puszkę lemoniady. Czuję lekki wstyd. przygotowuję kanapki. wirując. kawałek kiełbasy. też drzemie.. Deep Enter. Głębio. – Przyniosłem śniadanie – mówię. jakby znowu weszła w nie kula.. ... ściągając hełm i trzymając go pod pachą. doprowadziłem się do porządku. nawet zęby umyłem. Popiół. Świta. Głaszczę włosy Viki – tej prawie prawdziwej – i szepczę: – Pora wstawać. ona wzdryga się. Idiotyczny zestaw. „Głębio. skulona z zimna. – Znalazłam tamtą gwiazdę – szepcze i rozchyla dłoń. Pijemy kawę. wstyd przed programem.. ser i pasztet.. gwiżdże. że sen w wirtualności to zły omen. Gdzieś daleko w lesie słychać ptasi śpiew. łapczywie chwytam ustami powietrze.. Wyciąga rękę – na dłoni tłusty szary popiół. Jak w tym dowcipie o Freudzie: „Wiesz. opada na podłogę. – Załatwiłem cię – mówi Alex. Ta Vika. patrzy na mnie zdumiona i zaraz się uśmiecha. córeńko. Powietrze jest upojnie świeże. Zza jego pleców wychodzi Vika. przytulona do mojego ramienia. wracam do Viki. Wtedy umieram.” Mówi się. układam wszystko na tacce. nie jestem twój. a także łazienka. opuszczając winchester. – dotykam jej ramienia.” Zdrowo sobie pospałem. która jest na monitorze komputera.

. – Dotykam jej ręki. – W takim razie dlaczego? – To nie powinno być takie łatwe. Po chwili wahania pyta: – Powiedz. Wzruszam ramionami. Żeby dotknąć tej. Rozumiesz? Rozumiem. – Paskudną. To – podnosi ręce do twarzy – to maska. – Dobrze. zboczeńcem. Żeby wejść w jej sen. wszystko. – Chcę cię znowu zobaczyć. Niech tam. ale milczy. żeby odpowiedzieć. dojadamy kanapki. żeby zawołano Vikę. huk i ból. wszystko przemienia się w impulsy elektroniczne. Dobrze? – A Madame nie będzie się gniewać? – Nie. Milczę. – Poszukamy jej jutro – mówię. wariujesz. – Lonia. makijaż. Albo facetem. – I nie powinno być towarem. napięte mięśnie i trzepot rzęs.. – Pociągasz. a ona już zgasła. Nie zakochuj się w iluzji. Vika patrzy na mnie ironicznie.– Nie. czy ja cię nie pociągam? – Seksualnie? Vika kiwa głową. która była obok. Bez zamówienia. Lonia. – Przecież tak naprawdę mogę być staruszką – mówi bezlitośnie Vika. – Możliwe. Spanie w wirtualności – zły znak. Nie spieram się. Że znalazłam spadającą gwiazdę. kim jestem.. – Przecież nie wiesz.. Vika popatruje na mnie. i biegnie przez Głębię. Masz rację. poproś.. to raczej wątpię. śpiącymi w Głębi? Bezgłośny szept i senne grymasy. Mogę być kimkolwiek. Zły omen.. Serce znowu trzepocze. – Nie wygłupiaj się. Dopijamy resztę kawy. Zupełnie. . Vika podejmuje decyzję: – Jak wrócisz do Zabaw. Tak samo śpiąca. Jakie biegną nici pomiędzy nami. Chociaż co do mężczyzny. – Jesteś siostrzeńcem milionera? – pyta. – Umowa stoi. – ja też nie od razu znajduję siły. Masz rację. – Po prostu chcę cię znowu zobaczyć. Po prostu zobaczyć. spać w Głębi. łomot w skroniach.

Dzisiaj nie potrzebuję Deep Przewodnika. Niech tam. przypomina mi to scenę jakiegoś starego filmu dla dzieci. ciężko oparta o balustradę. Chyba chce coś powiedzieć. Ludzie na mnie patrzą. – Możliwe – przyznaję. Wymieniając się nic nieznaczącymi zdaniami. ku przetykanemu błyskawicami łukowi. – Zaraz zadziała mój timer. Pamiętam drogę swojej wczorajszej ucieczki. rozglądając się i oczekując zasadzki. Kiwam głową.W środku triumfuję. mrugam do niego i. seks nie mąci mi myśli. W środku jestem skupiony i rzeczowy. Timer rzecz święta. wychodzimy z sadu. młody człowieku. Ochroniarz w holu jest teraz inny. się do kapryśnej rówieśniczki. idę do drzwi wyjściowych. Tylko. Schodzę po schodach. który zaleca. nie doczekawszy się reakcji. – Strzelcu! Odwracam się. albo schudły sakiewki. ale widocznie jej czas naprawdę dobiegł końca. – Jestem Strzelcem! – krzyczę. Drzwi są wprost na trawie. a wyjście z Labiryntu i wejście do portalu są oddalone o pięć minut drogi. i pierwsza wychodzi na korytarz burdelu. Znowu jestem dwudziestoletnim młodzieńcem. Vika otwiera je pierwsza. Ale nic się nie dzieje. Madame stoi na półpiętrze. – Ale tak się złożyło. – Do widzenia – szepczę. Klienci nie widzą się wzajemnie. Albo zgasł zapał prześladowców. a ja się śmieję i wyrzucam ręce w górę. w odróżnieniu od młodzieńca. – Jestem Strzelcem! Strzelcem! Strzelcem! . – Chyba niepotrzebnie pan do nas przyszedł. – Dziękuję. Cicho i smutno. Madame wzdycha i odwraca się. wchodząc w purpurową mgłę portalu. Ja za nią. Idę po wieczornych ulicach Deeptown. Rozpływa się w powietrzu. – Za co? – Za spadającą gwiazdę. – Czas na mnie – mówi Vika.

Potem zabieram ich wyposażenie i idę dalej. Może też jest nurkiem? Jeszcze jeden pretendent do Medalu Bezkarności? Nerwy mi szwankują.111 Dziś stałem się śmiercią. Ostatniemu – jeśli się nie mylę. Dochodzę właśnie do końca mostu – procedura wymagająca raczej zmysłu równowagi i mocnych nerwów niż umiejętności strzelania. gdzie mogłem wytrzymać znacznie dłużej od nich. chwytam . – Słyszysz? Jesteś trupem! Idzie za mną od pierwszego poziomu – i niemal udaje mu się mnie dogonić. stary! – krzyczy. bo wychodziłem z wirtualności. którzy od dawna mają się za bohaterów. Na moście wykwita ognisty lej. Za pierwszym razem straciłem całe uzbrojenie i odrzuciło mnie na początek dziewiętnastego. mogę mu się teraz porządnie przyjrzeć. wychodzę z Głębi. wyławiając ich na bagnach otaczających miejski zbiornik wodny. ale nie strzela. – Strzelec! – krzyczy i macha ręką. fala uderzeniowa rzuca mnie na betonową balustradę. Uzbrojenie minimalne – sztucer. Możliwość wykorzystywania przedmiotów podręcznych. Przydaje się doświadczenie z włosianego mostu Al Kabaru. Idę przez poziomy Labiryntu. Bywa. nurkując i wciągając ich pod wodę. Strzał pada. Po kolei. gdy zeskakuję z ostatniej. jak serwerom Labiryntu udaje się skoordynować działanie takiego tłumu. Tolikowi – podcinam gardło ostrym jak brzytwa liściem kosmicznej turzycy. Gracze mnie unikają. Dwa razy zabito mnie. Na dwudziestym czwartym poziomie – na moście oddzielającym przemysłowe dzielnice miasta od strefy mieszkalnej – dogania mnie Alex. Podnoszę do oczu lornetkę znalezioną w głównej skrytce na dwudziestym poziomie. wiszącej nad przepaścią belki. granatnik i kilka apteczek. – Załatwię cię. odstrzeliwując potwory i unikając innych graczy. Ja też nie. Alex stoi na początku poziomu. Nowy element w programie Labiryntu. Obrażam się i zabijam wszystkich. a śmierć stała się mną. Tych zabijam. Prócz tych. Dwudziestu graczy – nie wyobrażam sobie. którzy wczoraj poczuli się urażeni i tych. Kul ma dużo.

siedzi w kucki. którzy przeszli rzeź poprzedniego. oszczędzałem tę najpotężniejszą z dostępnych obecnie broni. Z poziomu wychodzę z pustymi rękami. zabiłem Strzelca..Aleksa w siatkę celownika i puszczam w niego trzy rakiety. Na trzydziestym drugim zostaję zabity od razu. Potwory – mimo całego wysiłku programistów – pod względem inteligencji pozostają daleko w tyle za ludźmi. Długie rzędy supermarketów i malutkich sklepików. skaczącym i zakopującym się nawet w asfalcie plugastwie kończąc. Z wściekłości robi mi się ciemno przed oczami. który właśnie wszedł na poziom. tylko radośnie bełkocze: – Zabiłem Strzelca. Odrzucam zużytą broń. próbuję do niego podbiec i uderzyć kastetem. bardzo nieprzyjemny poziom. rozrywając na kawałki jakiegoś biedaka. pociski granatnika. – Ochłoń. zużywam kilka apteczek. Rozstrzeliwuję drania. Przy wejściu stoi koleś z winchesterem i strzela do mnie z bardzo bliska. Idę przez ruiny. że jest jej niewiele – i odchodzę. ale już nie tak zmasowanych. Bardzo. Kończą się naboje w winchesterze. Na szczęście ten poziom – ulica sklepów – jest dość łatwy. od tępych i słabych mutantów poczynając. Jest ich tu ze dwie setki. Alex jest ogłuszony. Jeśli nie jest nurkiem. Potwory nadal się zbiegają. zarzucając granatnik na ramię. Potwory się uspokajają. Chwila oddechu dla tych. Bez kamizelki kuloodpornej i z jednym pistoletem. w westybulu wieżowca. Nawet się nie broni. Niebieskie pętle wystrzałów niszczą wszystko razem z potworami i innymi graczami. Na trzydziestym pierwszym poziomie w obroty biorą mnie potwory. Zabieram mu broń – szkoda. trzęsie głową. Wypalają całą ulicę. wytrząsając przy każdym uderzeniu jeden procent życia.. Zaczynam poziom od nowa. Złość przechodzi. Poziom płonie. Uchylił się i wybuchy grzmią za jego plecami. utknie przy moście na długo. Zaczynam walić jego głową o asfalt. Okno w westybulu pęka i wysuwa się półprzeźroczysta morda. Opuszczam poziom. Zdejmuję z ramienia karabin plazmowy i otwieram ogień. Nie mam nabojów. Upuszcza winchester i pada na wznak. lamerze! – krzyczę. w sztucerze. Ale przytłaczają masą. próbuje wstać. . Siedem minut stoję na początku poziomu. a na latającym. i rozstrzeliwuję zbiegające się radośnie potwory. zostawiając tego półżywego idiotę na rozszarpanie potworom. Kilka ataków. Jednostek energii mam dużo. Naprowadzam granatnik. podchodząc do niego zygzakiem. I opuszczam broń. Dwa razy mnie ranią. ale trzy kule z rzędu wyciągają ze mnie resztkę życia.

A może umarł. to już coś. – Pogadajmy.. podrygiwał. Ciekawe. Najstraszniejsze. Podchodzę do Nieudacznika. Dopiero by było śmiesznie. Z jednej strony osłania go budka z mechanizmami sterującymi kolejką. ale wyglądał standardowo. powtarzając konwulsje swojego pechowego pana. Paskudna sprawa. nie sposób podejść do niego niepostrzeżenie. wyciągam rękę. dobrze? Jestem przyjacielem! Go steady! Ale on już chyba nic nie chce – ani przyjaźni. żeby przechodził. Słyszę hałas za plecami. Do Nieudacznika. Siadam obok niego w kucki. że Nieudacznika mógł już ktoś uratować. Dochodzę do wyjścia. Ale nie dwie doby. Dobre miejsce. Jakiś koleś z karabinem plazmowym patrzy na mnie z obłędem w oczach. niech go jasny szlag. – Dawno tu jesteś? – pytam ostrożnie. . ostrożnie odbieram pistolet. Rodak. Zdobywam sztucer. Widziałem kiedyś jednego trupa. – Witaj! – krzyczę. że on „żył”. Ale Nieudacznik wzdryga się i podnosi głowę. podniesionymi rękami. Grożę mu palcem i macham. kamizelkę i trochę amunicji. Gdy ostatni raz przechodziłem Labirynt. odwracam się. zapamiętując teren. ani strzelaniny.dopóki się w nich człowiek nie zagłębi. Nieudacznik nie reaguje. Trzydziesty trzeci poziom do przyjemnych nie należał. Skulony Nieudacznik siedzi obok stopionego ogrodzenia rosyjskiej kolejki.. nadal szedł ulicą. taki maszerujący ulicą nieboszczyk. Nieudacznik zniża się do odpowiedzi. Wyłączyli go ręcznie. – Rozumiesz mnie? – niemal krzyczę. Nieudacznik nie protestuje. Długo się rozglądam. Ale i nie podnosi pistoletu z kolan. Poznał Strzelca i nie pragnie współzawodniczyć w celności strzału. którą osobiście wolę nazywać amerykańską. wpadał na przechodniów. Śmierć w wirtualności to nieprzyjemna rzecz. granatnik. Podchodzę do Nieudacznika – otwarcie. – Nie strzelaj! Don’t shoot! Nie odpowiada. niż słyszę: „Tak”. tego miejsca po prostu nie było. – Przyszedłem ci pomóc – mówię. No. Nie szukam zwady. czy stracił wyczucie czasu? Kiwnięcie. Jego wargi drgnęły i raczej domyślam się. Gdy wchodzę na teren Disneylandu (przy głównym wejściu leży zakrwawiona dziecięca lalka i stosik małych kości) mimo woli myślę. Coś jednak rozumie. Może śpi. z drugiej mur otaczający cały Disneyland.. Też bym tu siedział. szczególnego niebezpieczeństwa nie ma. z pustymi. Ale Nieudacznik jest na swoim miejscu.. gdy po dwóch godzinach udało się wyśledzić jego kanał. Nie trzeba go namawiać.

A ty? – pytam. Szarpię go za ramię. poza tym twarz ma normalną. – Włączyłeś timer? – powtarzam. Na trzydziestym trzecim poziomie to symboliczna . zbyt zajęty kanapką. Proszę bardzo. Odwracam się – Gilermo na pewno mnie obserwuje – i krzyczę: – Widzi pan? Sam nie wyjdzie! Wyśledźcie kanał! Ale nie wierzę w powodzenie tego przedsięwzięcia. Może to rzeczywiście dziecko? – Nazywam się Strzelec. kawałeczek za wujka-nurka. – Teraz wstaniesz i wyjdziemy stąd – mówię łagodnie. Od gum respiratora na policzku pozostał czerwony placek. Całkiem prawdopodobne. Kawałeczek za mamę. I to jeszcze jak odpowie. Jasnowłosy młody chłopak. Medalu Bezkarności nie można kupić. Ale nagroda też jest niemała – nie zamieniłbym jej na te pół miliona dolców Labiryntu. – Wiem. jak do dziecka. wyciągam rękę. Ściągam hełm-maskę. – No! – zachęcam go. Podnosi kanapkę do ust. zaczyna powoli żuć. – No to dobrze... Jem swoją kanapkę i patrzę na Nieudacznika. Ale on milczy. tylko oczy zmęczone. ale mówię dalej: – Odpoczniemy. które podczas nieobecności rodziców dorwało się do upragnionej zabawki. to na pewno odpowie. Nie będzie łatwo. Jeśli Nieudacznik ma choć niewielkie doświadczenie życia w Deeptown. Nieudacznik nie odpowiada. odpocznijmy. to nie jest niemożliwe. Podaję Nieudacznikowi potężną kanapkę i puszkę lemoniady. Najgorszy wariant. Kiwa głową. – Możesz iść? Niepewne kiwnięcie. Przeprowadzę cię. ściągam mu maskę. Czeka mnie ciężka praca. – Timer masz włączony? Nieudacznik kręci głową. oddaję mu pistolet. W wirtualności wszyscy są równi. zmuszać do naciśnięcia klawiszy wyjścia.– Masz włączony timer? Zero reakcji. – Ile masz lat? Ostatnie pytanie jest poważną zniewagą. zjemy coś i ruszymy dalej. Gdybym przyszedł dobę wcześniej. na tym poziomie powietrze jest wystarczająco czyste. Czyli przyjdzie mi ciągnąć Nieudacznika do końca poziomu i tam namawiać. że Nieudacznik jest dzieckiem. Jeden taki przypadek natychmiast zniszczyłby jego wartość. Teraz już będzie dobrze. – Lepiej? – pytam Nieudacznika. Nieudacznik odpoczywa już ponad trzydzieści sześć godzin. standardową. Zdarzały się już takie rzeczy. No tak. kawałeczek za tatę. zgaszone. ale da złudzenie rześkości w Głębi. – Wiesz co. i wyciągam torbę z jedzeniem. Siedzi z kanapką w ręce. Zresztą. – Jedz – namawiam go. że gadam bzdury. Wirtualne jedzenie nie pomoże jego ciału. Posłusznie wstaje. Wstawaj.

Cały jestem w ślinie. pewnie. Czort z tobą. – Nie ma za co – mówi cicho. Sam jestem uzbrojony w granatnik.broń. Jeśli tylko zna się ten jeden jedyny superczuły punkt jego ciała. wywalając cały magazynek w potwora. Na szczęście. Wycieram się pękami pożółkłej. Z takiej broni demona nie zabije. która teraz obraca mną w powietrzu i zgniata. z dolnej części wyrasta chwytna siedmiopalczasta łapa.. Spokojnie. kroczę jak na paradzie. Jestem idiotą. Przykładam rękę do apteczki. Zapominam. ale wyraźnie Nieudacznik. nawet kastetem. Zewnętrznie. Zapominam o demonie chwytaczu. Wychodzę ze śmierdzącego otworu. Nie wiem. że Gilermo mi go pokazywał. Zresztą to imię niezbyt do niego teraz pasuje. Melancholijnie bierze broń. podrzuca do góry. Brak odpowiedzi. Będziesz dalej Nieudacznikiem. zdumiewam się dziwną pozą mojego klienta – tułów pochylony. Podchodzę do Nieudacznika. A jednak łapa nagle przestaje łamać mi żebra. które kręcą się na kole . słabnie – i spadam z trzymetrowej wysokości prosto w rozdziawioną żarłocznie paszczę. starając się nie patrzeć na dziesięciocentymetrowe zęby. Idę wzdłuż ogrodzenia kolejki. Teoretycznie. ramiona cofnięte. tym bardziej w jego rękach. potwór nie może już żuć i łykać. czy kopiuje jakiś prawdziwy park. Zrzucam z ramienia karabin. czy to urzeczywistnienie marzenia twórców gier. Twórcy Labiryntu nieraz oświadczali. Wisząc w powietrzu. Osobiście o takich wyczynach nie słyszałem. ale spróbujemy jeszcze zdobyć. Wstrzykuje mi lekarstwa i rozpada się. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć. pistolet w wyciągniętej do przodu lewej ręce.. Mocno mnie zmiętosiło. teoretycznie jest to możliwe. wyschniętej trawy. Są w nim tylko cztery pociski. Na zębach widać strzępy ubrania. przemieniając w mięsną kulkę na jeden kęs. Ale Nieudacznik poczuje się pewniej. podaję Nieudacznikowi. Pistolet Nieudacznika gdacze: tak-tak-tak. Położyć demona z pistoletu! Cóż. który siedzi za rogiem. który znowu jest rozluźniony. – Dziękuję – mówię. osłabły i ledwie żywy. może baobabu. Disneyland pomyślany jest wspaniale. która syczy na kamizelce kuloodpornej. ba. Nie mojego. – Jak się nazywasz? – pytam. Demon radośnie chwyta mnie długą ręką. Przypomina porośnięty mackami pień. że każdego potwora można zabić z pistoletu. – Teraz pójdziemy – mówię. Pośrodku pnia zębata morda. Ale potwory.

– To nie gracz – wyjaśniam ze zmęczeniem. Dwoje dorosłych i trzy maluchy w kolorowych koszulkach urządzają piknik. Nieudacznik strzela skąpo i celnie. uciekając przed trzema mutantami. szkoda czasu. W pewnym momencie chłopczyk przejeżdża tuż obok ogrodzenia i obrzuca nas oszalałym ze strachu spojrzeniem.widokowym i przerzucają ognistymi kulami niczym śnieżkami. ślizgających się po purpurowej gładzi.. które ze zgrzytliwym śmiechem gonią go po całym polu. To nie są bojowe potwory. – Dobrze się trzymasz. Kieruje. Przy ruchu rozlega się nieprzyjemny chrzęst – mechanizmy nie są przystosowane do pracy w takiej cieczy. by spotęgować wrażenie koszmaru. Nawet nie próbują uciekać. Ale Nieudacznik chyba już stracił kontakt z rzeczywistością. jakby z wdzięcznością. I to nie w wirtualności. część jest pusta. Mały ciemnoskóry chłopczyk. Część mechanicznych łódeczek. ale Nieudacznik jest . Dopiero przy ogromnym betonowym polu. – Idziemy – rzucam. ciskają w nas ogniste kule. – Idziemy – mówię. czy docenił widowisko? Nic podobnego. Ohyda. Mijamy wodne rozrywki. Spoglądam kątem oka na Nieudacznika. Na malutkiej gazowej kuchence pieką kawałek nogi w skórzanym bucie. stworzono je. Nieudacznik podnosi karabin. Gdybym tak mógł znaleźć tego. najwyraźniej zrodziły się w czyjejś chorej wyobraźni. Próbują się bronić. Odłamki lecą na dwadzieścia metrów. niezgrabne ciała spadają i pękają. że patrzę przez kilka minut i dopiero potem strzelam w koło rakietą. skórzane skrzydła się łamią. i dać mu w mordę. odprowadzasz w bezpieczne miejsce i znajdujesz tam jakąś broń. zatrzymujemy się na dłużej. Zaczyna strzelać – trzy strzały. Widok jest tak zajmujący. W jednym z samochodzików siedzi dziecko. We dwóch odbijamy atak całego stada małych latających potworów. Wybuch i koło powoli się przewraca. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do swojego milczącego towarzysza. Dlaczego ci nurkowie Labiryntu tak długo się z nim bawili? Chłopakowi całkiem nieźle idzie. albo pancerz. A oto rodzinka mutantów. Kiwa głową.. Bonus. W basenach zamiast wody krew. kto to wszystko wymyślił. po którym powoli ślizgają się różnokolorowe samochodziki. Ratujesz dziecko. ciekaw. Idziemy. – Już niedługo koniec – mówię do Nieudacznika. – To część programu. wypełniają szkielety. Tracę jeszcze jedną rakietę. trzy mutanty.

ale mimo wszystko porządny z niego gość. słychać tylko płacz chłopczyka. Za nimi ciemność. Okna budynku od wewnątrz porasta niebieski mech. prosto w gościnną paszczę niewiadomego potwora. Zostaję trochę z tyłu. Zapada cisza. chwytając Nieudacznika za ramię i odciągając od budynku. który wysiadł z samochodziku i teraz siedzi w kucki. chociaż nie ma wiatru. troskliwie niosąc chłopca na rękach. chityna i resztki metalu.. Są wyrwane z zawiasów i skrzypią. Muszę się włączyć. Pokonujemy rozerwane wystrzałami cekaemu ogrodzenie. Mimo woli zaczynam czuć do niego sympatię. Już mam pokonać próg. ale dzieciak drapie go po twarzy. – To się nazywa łatwy bonus – mówię. żeby dostać się do chłopca. Idziemy do budynku. Chwała Bogu. Nieudacznik podchodzi do mnie. który wyłączył timer i zabłądził w Głębi. Kolejne dwie rakiety zmarnowane. – Tam? – pytam na wszelki wypadek.. Po wybuchu niepokojące dźwięki tylko przybierają na sile.szybszy i bardziej dokładny. . Chłopiec kiwa głową. Widok zewnętrznych drzwi budzi moją czujność. Chyba gotów jest skoczyć za chłopcem. trzymam granatnik w pogotowiu. odwracając się do mnie. jeśli ja. – Grozili. grzebię nogą w resztkach pająka. który próbuje go utrzymać. żeby zwabił przechodzących w pułapkę – mówię. wyrywa się z rąk Nieudacznika. – Dlaczego? – szepcze Nieudacznik. Pakuję w drzwi swój ostatni granat. – Gdzie są twoi rodzice? – pytam chłopca w nadziei. – Przepraszam – szepcze chłopiec. że to prosty program i nie trzeba będzie tracić czasu na namawianie go i inne ceregiele. – Powiedzieli. że zabiją jego mamę. Teraz trzeba zaprowadzić chłopca do jego kryjówki i odebrać uczciwie zapracowaną amunicję. Głośne mlaśnięcie. zastanawiając się. Chłopiec płacze. Wewnątrz budynku coś się groźnie porusza i ciężko przewala po podłodze. wyślizguje się i wpada w drzwi. Nic z tego. On wyraźnie bierze całą sytuację na poważnie. Na odgłosy strzelaniny wypełza skądś ogromny pająk i zaczyna częstować nas seriami z wrośniętego w paszczę karabinu maszynowego. że wypuszczą mamę.. Chłopiec w milczeniu wskazuje palcem budynek obok. Nieudacznik jest chwilowo niezdolny do walki. czy nie dałoby się wykorzystać jego karabinu.. W ostatniej chwili odskakuję i strumień ognia przechodzi obok. – Zmusili chłopca. No to posłuchał. – Chodźmy – decyduję. – Mamusiu! – słychać jego cieniutki krzyk. potem cisza. – Dlaczego on tak postąpił? Wyjaśnianie mu logiki twórców poziomów nie ma sensu... Śluz. Jest kretynem.

Wprawdzie nie jestem głodny. Nieudacznikowi udało się odbić atak dwóch pająków. Robimy postój w cieniu rozwalonej pizzerii. uwierz mi! Wierzy i opuszcza broń. – Zdejmij go – mówię. Dick jest dobry. . – Dick? – Tak. ale i nie przeszkadzając? Dziwne to wszystko. ale mimo wszystko mógłby zaproponować. – Oni już nie żyją! – krzyczę. Tym razem nie muszę namawiać Nieudacznika do jedzenia. co się tu dzieje. Ja mam pusty granatnik.. Życie staje się weselsze. – Bał się o mamę. Ten robi to samo. Purpurowe obłoki na niebie rzedną. wpatrując się w nieznajomego. – Nieudacznik poprawia sobie karabin w ręce. Wolę mu nie mówić. Jaki przyjemny spacer. potem wchodzi za róg budynku i znika nam z oczu.. lamer jeden. – Dlaczego? Słuszne pytanie. – Mógł nas zaatakować. że się podzieli. Patrzę na niego. – Nie. Próbował mi pomóc. Na szczęście nie domaga się pomszczenia nieszczęsnego dzieciaka. nieszczęście ty moje – mówię. przyglądając się obcemu. – Idziemy.Nieudacznik milczy. Potem pyta: – A dlaczego wbiegł do domu? Przynajmniej mój podopieczny trochę się rozgadał. W skupieniu żuje ostatnią kanapkę. Dziś rano. nie proponując pomocy. Jeśli wierzy w to. Alex czy nie? Gdzie moja lornetka? – Nie dam – mówi twardo Nieudacznik i chowa karabin za plecami. że sto metrów dalej stoi obserwujący nas człowiek. Nawet mi się nie chce kłócić. Co za facet. Najwyraźniej ma zamiar leźć diabłu w paszczę. – Zginęli. Doskonałe uzbrojenie. – Daj broń! – Żądam. – Trzeba im pomóc. Chyba jednak nie Alex. że przydałoby się nam jego wyposażenie. ja znajduję pociski do miotacza i karabin plazmowy z jedną jednostką energii. Idziemy dalej. – Dlaczego chciałeś zabić tamtego człowieka? – pyta Nieudacznik. to nie będzie strzelać do ludzi. Więc obserwuje nas jeden z nurków Labiryntu? Nie wtrącając się. odsłaniając bezlitosne południowe słońce. – Anatol też jest dobry? – pytam ostrożnie. a Nieudacznik karabin i z dziesięć nabojów. Gdy zauważam kątem oka. humor psuje mi się zupełnie. Jesteśmy niemal przy wyjściu z Disneylandu. Moje szare komórki aż trzeszczą z wysiłku. jakby przetrawiając moje słowa. Stoję. Pół godziny później nasza sytuacja wygląda już nieco lepiej. Nieudacznik odwraca się do mnie zdumiony.

Bez względu na to. – Jesteś w wirtualności już półtorej doby. To długo. red. – Labirynt przekaże twoim prowadzącym. oni wyślą człowieka i wyciągną cię z Głębi ręcznie. bardzo długo.. – Podaj swój adres sieciowy – proszę.. to ja do ciebie przyjadę... wody. – Nie. – Posłuchaj mnie. Zaczyna mi się kręcić w głowie na myśl o tej matrioszce* [*Matrioszka – ludowa zabawka rosyjska.Nieudacznik energicznie kręci głową. – No to wstawaj! Wyjście z Disneylandu mieści się wewnątrz lustrzanego labiryntu. kupić bilet na samolot i wyruszyć do domu Nieudacznika. łatwiej będzie ci pomóc w inny sposób. Pięknie.. tzw. Takie rzeczy się zdarzają. więc ostrożnie biorę Nieudacznika za rękę i mówię: – Rozumiesz.).. że mój głos budzi zaufanie jak głos hipnotyzera. Myśli. jeśli tak się wstydzisz tego. Ale jeśli coś się stanie. mam gdzieś ten cały Labirynt. Naprawdę jestem gotów wyskoczyć z Głębi.. co się stało. Twoje ciało jest zmęczone. że wokół jest rzeczywistość wirtualna? – Tak. Potem przepraszająco dodaje: – Raczej dobry. Po prostu chcę rozwiązać twój problem. jeśli się boisz. – Jesteśmy już blisko. To niemożliwe.. Połowa roboty! – Chłopcze.. Ze złości walę rękaw ścianę i odbijam sobie kostki. baba w babie (przyp. – Pomogę ci – obiecuję znowu. gdzie jesteś... potrzebuje odpoczynku. – Zrobimy tak – proponuję. ] z przestrzeni wirtualnych. jedzenia. Labirynt w Labiryncie. przysięgam. – Przez chwilę wydaje mi się. Mam nadzieję. – Muszę wyjść – zgadza się Nieudacznik. Wierzysz mi? – Wierzę. – Jeszcze nie wiem – ogłasza wyrok. – To powiedz adres. Choćby na Sachalin. Jestem osobą prywatną. Chcę podtrzymać rozmowę. – A ja? – chcę wiedzieć. – Nie. że wygrałem.. Nieudacznik pochłania resztkę kanapki i patrzy na mnie pytająco. gdy przechodzimy obok zamienionego w kamienny posąg . jak ci na imię? – Nie mogę powiedzieć – przyznaje się z wyraźnym żalem Nieudacznik. ale nie wyjaśnia przyczyny swojej antypatii do drugiego nurka. Nieudacznik przestaje jeść. – Jesteś pewien? – Nie mogę. Nie ma w tym niczego wstydliwego. choćby do Magadanu.

Też lustrzanej. Ciskam granatnik w górę. – Pójdę przodem.wąsatego staruszka z plikiem jakichś reklamowych ulotek w granitowych palcach. Ranią mnie znowu. Strzelam na chybił trafił w jeden z balkonów. Ogromne wypukłe oczy. dobrze? I postaraj się pierwszy zauważyć wroga. Zastanawiam się. Szczegółowa iluzja zostanie zastąpiona iluzją schematyczną. Cholera. Wśród gęsto rozstawionych kolumn kompletnie tracę orientację. które rozpadają się z drwiącym brzękiem. wszystko jest zupełnie inaczej. próbując wrócić w lustrzane przejście. Pod ścianami stoją komputery. Zły wybór. w moje ciało wbijają się ostre igły. uważaj – ostrzegam. Wtedy potwory zaczynają strzelać. Tutaj nie ma żadnej różnicy. . Ostatni granat też nie znajduje celu. chwytam karabin plazmowy i dokonuję niezbyt prostego wyboru pomiędzy dwoma ostatnimi celami. Świat się rozmnaża. Nieudacznik robi ruch. Ognisty wybuch. – Nieudacznik. W prawdziwych lustrzanych labiryntach. rozmywa. Błądzimy po labiryncie luster przez dwadzieścia minut i w końcu wchodzimy do wielkiej sali. odruchowo nazywając go wymyślonym przez Gilermo przezwiskiem. Huk wystrzałów. przerzucam ciężką rurę granatnika na lewe ramię. Wchodzimy do labiryntu luster. Wokół mnie jest dziesięć par nurków i Nieudaczników. krzyczę. pokryte łuską ciało. ale strzelam dalej. – Dobrze – odpowiada Nieudacznik. Niebieska ognista pętla trafia w mętniejące lustro. na balkonikach. Pod sufitem. Masz bystry wzrok. Poza tym zupełnie człekokształtne. Pryzmat o trzynastu krawędziach. dygoczę z bólu. Wyjście. długie ręce mocno ściskające karabin. trafiam w szkło. Jeden z nich jest prawdziwy. Nieudacznik nie protestuje. to wszystko. Nieudacznik biegnie do mnie. krąży. w jeden z trzech ocalałych balkonów. Ranią mnie w prawą rękę. Kule dziurawią lustrzaną podłogę. czy nie wyjść z Głębi. strzelając w przeklęte lustra. Takich jeszcze nie widziałem. Trzymaj się blisko mnie. – Do tyłu! – krzyczę. które tak lubią pokazywać w tanich fantastycznych bajeczkach filmowych. Nie ma czasu na wyjście z wirtualności. Mimo starań reżyserów nie sposób pomylić rzeczywistości z iluzją. Plazmowy karabin jest już pusty. lustrzana sala zasnuwa się dymem. Zresztą i tak mi to nic nie da. Początkowo to po prostu korytarz wyłożony lustrami. parami stoją potwory. Staruszek ze smutkiem obserwuje wychodzących z poziomu graczy. Stoimy ramię w ramię. Potem zaczyna się rozgałęziać. pozostałe to odbicia.

a on naciska na spust. Pocisk przechodzi ponad moim ramieniem. – szepczę. Po prostu był w innym ciele. że odlatuje pod ścianę. patrzy mu w oczy i rzuca: – Jak zawsze. Nawet nie patrzę. A Nieudacznik zasłania mnie sobą. ale chłopiec nadal żyje. Przypominam sobie o zasadach uprzejmości z kodeksu nurków. Zresztą i tak nie mam amunicji.. Lekko szturcha ciało nogą. suchą. Twarz ma spokojną. darowanych przez grę. Wchodzi w niego cała seria. – Trudno zabić gwardię eskorty Księcia Kosmitów – mówi. co się stało. – Anatol? Kiwa głową. Osuwa się.. ogłuszając mnie. zręcznie.. Nachylam się nad Nieudacznikiem. że Nieudacznik rzeczywiście nie żyje. a ja stoję oszołomiony.. Tak mocno. Wstaję. Wtedy uderzam go w twarz. jakby się upewniając. Próbuje znaleźć jeszcze jakiś cel. Potwór przeładowuje karabin.. Gigant w pancerzu nie przypomina człowieka. – szepcze.. Za mną stoi rosły mężczyzna w pancerzu obwieszony bronią jak choinka ozdobami. Jego twarz jest krwawą maską. – Odbicie. pierś rozerwana kulami. albo pocięły go odłamki lustra. Ognista kula płonie na balkonie. tak samo jak ja. Jego karabin jest wycelowany we mnie. której nie zdołałem zdobyć podczas maratonu przez poziomy. pięć pożegnalnych sekund. wypluwając pętle pocisków na wszystkie strony. – Ty też. – Jesteś nurkiem. który nas obserwował.Jeden z potworów nie żyje. Głos ma cichy. kto strzelał. Broń. Anatol podchodzi do ciała Nieudacznika. spalając potwora. filtr zsunięty na podbródek. – Leonid – przedstawiam się. albo dostał pociskiem. Ścieram dłonią krew z jego twarzy. ale pod opanowaniem daje się wyczuć kipiące emocje. Nurek Labiryntu kiwa głową i zarzuca ciężki BFG-9000 na ramię. Pewnie widzieliśmy się na jakimś zebraniu. Drugi nadal strzela. z wyczuciem. BFG-9000. . nie dociera do mnie to.

. nie próbując się zabić nawzajem. – syczy Anatol. ten. kiedy się zmienia! Rozumiesz? Zaczynam rozumieć. którego Nieudacznik nazwał dobrym człowiekiem. ale zawsze dobrze. jakby kazano mu zjeść garść kijanek. Dick wsuwa pomiędzy nasze splecione ciała lufę swojego BFG-9000 i niegłośno mówi: – Jeszcze trzy ciosy i strzelam. tępaku? My tu znamy każdy kąt! Czujemy. Anatol milknie. – Ale to nie takie proste. – Tak – pociągam rozbitym nosem. drugi nurek Labiryntu. opuszczając broń.. Anatol krzywi się. Ale my już stoimy na baczność. Teraz on wije się z bólu. – Myślałeś. – Dobrze szedł. An – rzuca Dick i siada na okopconym. szczupły. po prostu wyrzucając z siebie wściekłość i nienawiść. wasza mać. – Co godzinę go prowadzimy! – wrzeszczy Anatol. Anatol zerka na niego.. – Ty wiesz lepiej – odgryzam się. Nie zawsze uczciwie. – Ten łajdak. . – Już to zrozumiałem – przyznaję. Dick jest niewysoki. Robię to samo.. – Dobrze grałeś – mówi Dick. Ale jest posłuszny. ociera krew z twarzy. – Wyluzuj – radzi mu Dick. strzaskanym lustrze podłogi. odrywając spojrzenie od ciała Nieudacznika. zwinny. – Sam prowadziłem go siedem razy! Dick aż osiem! Rozumiesz. Walczymy z pięć minut. – Ten skretyniały lamer. Mówi po rosyjsku niemal czysto i bez akcentu. – Nurki. Ale w tej parze on jest tym głównym. że się tu wygłupiamy? – pyta.1000 Rozdziela nas Dick. Dick ze stoickim spokojem czeka na trzeci cios. że próbujemy go wyciągnąć? – pyta obojętnie Dick. patrzyłem.. a przy okazji zadaje krótki cios pod żebra. – Gilermo ci powiedział. Łapię oddech i kopię go w krocze. – W porządku – odzywa się Dick. odrywa się ode mnie. – Co się dzieje? – Wyjaśnij mu..

– Dalej – poprawia go automatycznie Anatol. Obserwuję reakcję. Chyba wczorajszy szum i moja pospieszna podróż przez poziomy Labiryntu wzbudziły w nich jakieś konkretne obawy. wyjaśnię ci. – Dzięki – rzucam. gdy go chwalą. – Słyszałem rozmaite opowieści. Więc to tutaj Crazy zarabia na utrzymanie. – Im dłużej. ale w porę się powstrzymuje. Dick kiwa głową. – Więc po jaką. Jeśli nawet połowa z nich to bajki. jeśli znasz jego adres. ale reakcja nie następuje. tym gorzej. – Od kogo to zlecenie? – Też nie wiem. – Nieudacznika nie można uratować – odzywa się Dick. – Tak. – przełyka przekleństwo i z rezygnacją macha ręką. W takim ciele pojawia się na zlotach. odwracając się. – Stary. kim? Ty co. bratem? No. że się za naszą robotę wziąłeś? – Widzę właśnie. – Dobra. – Dick jest fatalistą – uśmiecha się Anatol. – Jesteś doomerem.. Obaj nurkowie od razu łagodnieją. jak pracujecie! – Anatol zadał dobre pytanie – zauważa Dick. Nie mogłem odmówić. Starszawy. to i tak. – Dziękuję... Gapię się na niego tępo. – Swatem. wesoły grubasek. Zleceniodawca nie miał twarzy.. nie ma zamiaru odbierać wam chleba – mówię. – Kim on jest dla ciebie? – pyta nabzdyczony Anatol – Kto? – Nieudacznik! – ryczy. prawda? – pyta Anatol. – Stary. – Dick zerka na mnie. – Jeszcze ze starej szkoły. – Chłopaki. Siadaj. . kasy nie masz. – Im dalej.. – Kim on jest dla ciebie? – Nikim. – Mnie znasz jako Crazy Tossera. żeby go uratować.. – Nie można. – No. – Nie znam.– Pięknie – ożywia się on. szedłeś normalnie – mówi Anatol. tym gorzej – mówi Dick.. – Co? – Czuję się speszony. Dostałem zlecenie. jak się nazywasz? – Leonid. Możesz mi uwierzyć? To po prostu klient. Najwyraźniej chce kopnąć ciało dla zilustrowania swoich słów. Crazy Tosser to jeden z najstarszych i najbardziej szanowanych nurków..... – Dostałem konkretne zamówienie. uratować Nieudacznika. Lonia. Fragment o Człowieku Bez Twarzy odebrali jako metaforę.. Nawet żółtodziobowi jest przyjemnie. to lepiej wyciągnąć go ręcznie.

.. – To. gdyby miał więcej szczęścia. jeszcze krok i ja cię zabiję. potem jeszcze dwa razy. zapamiętując najważniejsze fakty. – Chłopaki. – Chyba że on sam tego chce. sufit. który się zawalił. przecież sam powiedział. właśnie na tym wpadłem. myślałem.. Nieudacznik nigdy nie strzela do graczy. – Co takiego? – pytam. I nic! – Stop! – krzyknął Dick. nie wyciągniemy go. – To co słyszysz. Piętnaście śmierci i każda inna. Patrzę na Anatola. że wokół jest wirtualność! – Aha – zgadza się Anatol. przypadków. – Jeśli jest samobójcą. Do ludzi nie strzela nigdy. Nieudacznik nie podaje swojego imienia i adresu. – Crazy. – Trzynastokrotna śmierć – wyjaśnia niechętnie.. Nieudacznik jest wyborowym strzelcem. – On całkiem odjechał – mówię. – Sprawa jest poważna. Słucham. tylko przystanąłem od razu i zacząłem go zabijać. – Że sobie zasłużył na taki los. Gdy ciągnąłem go drugi raz. – Wierzący? – sugeruję. To gra! Rozumiesz? .. – Dzisiaj rano wypróbowałem ten sposób – ciągnie Anatol. że mi się pomyliło. Potwory kładzie – mruczy Anatol – aż miło popatrzeć.. – I za każdym razem zabijali go gracze? – Zabijał go los – wtrąca się Dick. że mi pomoże. w odstępach mniejszych niż pięć minut. Tonął w płynnym asfalcie i spadał z wysokości. ignorując szczegóły. czy nie można wyłączyć gracza przymusowo? Nie znając jego adresu? Nurkowie Labiryntu wymieniają spojrzenia. – To się nie zdarza – zauważam. co zrobimy.. program wyrzuca go bez podania przyczyny. Tylko za dużo tych. – Zabijali go gracze. – Jeśli gracz ginie trzynaście razy pod rząd. Ale z tą miłością bliźniego to ma hopla. – Anatol go sprawdził. Bez względu na to. Trzynaście razy pod rząd. że to jego karma – mówi Anatol. – Nie stracił orientacji. – Nie ściemniajcie – proszę. – Dick uważa. Byłem pewien.. – Leonid. Taka bariera dla kompletnych niedołęgów. przeszedłby Labirynt w ciągu dwudziestu czterech godzin. rykoszet. zdobywając wszystkie nagrody. co się dzieje. – Nie rozumiem. to brednie! – protestuję. bierze za rzeczywistość. Nie strzela do graczy. Dick tylko się uśmiecha. – Wszystko wygląda na przypadek.Siadamy wokół ciała Nieudacznika i Anatol zaczyna opowieść. – Pacyfista? Anatol wzrusza ramionami. – Był sposób – mówi Dick. oczekując wyjaśnień. potwory. Nie! Zaraz. to bardzo sprytnym – nie zgadza się Dick. – Nie prowadziłem Nieudacznika przez poziom.

Myślałem. – I nie mów mi o uczciwym pojedynku! Jesteś doomerem starej szkoły. – Jak on się zachowywał? – pytam. A on najpierw próbował uciekać. nurkiem! Wszyscy bohaterowie Labiryntu nie mają nawet połowy twoich możliwości w pojedynku! Możesz wyskoczyć z Głębi. – Nie myśl sobie. – Za sześć godzin – przypomina Dick. Wstaję. No cóż. czy nawet Deeptown. nie można mierzyć miarką świata rzeczywistego. Ale na nas się nie odgrywaj! My wykonujemy swoją pracę. zapisuję się. zmarszczył brwi. Zrobiłeś to? Oczywiście. dlaczego Nieudacznik ma taką opinię o Anatolu.. Dick. – Na siedemnastym poziomie. – To był tylko program. i nie poczuć bólu! Strzelać jak na strzelnicy! Przejść po linie. – Teraz nasza kolej – dodaje Dick. żeby zdobyć reputację? – krzyczy Anatol. a potem po prostu siedział i czekał! Teraz rozumiem. – Programy też umieją oszukiwać.. Jeśli w tym czasie chłopaka nie wyciągniemy. Oni są gospodarzami.. co dzieje się w Labiryncie. żeby przejść dalej. dlaczego nie mogłeś zabić gwardzistów z eskorty od razu? Kręcę głową przecząco. Obojętnie jak strzelasz. Rysunek i plik dźwiękowy. ja gościem. to gra – powtarza Dick. nie dało się go odwiązać.. dzięki za informację. że dla mnie to kaszka z mlekiem! Wszystko wyjaśniłem.. – Anatol gaśnie równie szybko. – Ładnie.Odsuwam się od Anatola. To Głębia w Głębi. – Wszystko mu na początku wyjaśniłem! – Anatol też ma napięte nerwy. – Wiesz. – Generalnie. że może przynajmniej zacznie się bronić. – Leonid. Dick ma rację. jak się zapala. znowu wejdziesz do gry. – Al Kabar to twoja robota? Kiwam głową. – A ilu ludzi rozstrzelałeś pierwszego dnia. musiałeś rozstrzelać chłopca przywiązanego do drzwi tunelu. Leonid! – rzuca za mną Anatol. jak linoskoczek! Zamilkł. jest tak. w głowę. Przeszkadzał w przejściu do żywego człowieka. Próbuj. a potem strzelałem z winchestera. dotykam klawiatury. – Nie wcześniej! . – Przyjdź za sześć godzin. Nie kłócę się.. dobrym strzałem będzie dopiero ostatni. Nie będziemy ci przeszkadzać. – Hej. Idę do komputera przy ścianie. Leonid. tego.

usypiający czujność współzawodników. – Dobrze – zgadzam się. Wymijam ich. Ugrzązłeś? – Nie. Aleksa albo nie ma wśród moich towarzyszy. W przeciwnym razie zostanie ogłoszone wielkie polowanie. Rozglądam się. – Tylko jeden warunek. albo kryje się w innym ciele. Delegacja drepcze w miejscu. to nieważne. Wielu wybiera taki mało wojowniczy wygląd zewnętrzny.. Okularnik i dziewczyna wymieniają spojrzenia.. Wczoraj wszyscy byli bliscy wrzenia. Reszta graczy podchodzi do nas i zwartą grupą wychodzimy z sali kolumnowej. A ja mam sześć wolnych godzin. Kiwam głową. co się dzieje? Cały dzień widziano cię na trzydziestym trzecim poziomie. – Pokój – mówię. – Strzelec! Odwracam się. nic nie rozumiejąc. potem chłopak w okularach podnosi ręce. – Na trzydziestym drugim kłębi się pół setki narodu. Chyba nie dojdzie do strzelaniny. – Strzelcu. – Pokój. – Po prostu grasz? – Nie. Zresztą. I to nie tylko w Mieście. – Słuchajcie. Dwóch nieznajomych i długowłosa dziewczyna idą w moją stronę. Ściskamy sobie ręce. – Umowa stoi. jeśli ktoś złamie umowę i mnie zaatakuje. – W takim razie. Na początku poziomu siedzi chłopak z pistoletem. jeśli nie będziesz odstrzeliwał graczy. Strzelcu. – Jestem Strzelcem – przyznaję. Jego też nie ruszajcie. Strzelcu? – proponuje. to cię nie ruszą.1001 Tym razem w sali kolumnowej jest mniej ludzi. Umowy zazwyczaj zatwierdza się przy piwie. Ale tych kilkanaście osób czeka wyraźnie na mnie. – Kim jesteś? – pyta przygarbiony okularnik. – Idziemy do BFG? – Proponuje dziewczyna. – Ludzie boją się iść na trzydziesty trzeci – wyjaśnia. . ale do dzisiaj głowy ostygły. o co ci chodzi? – włącza się do rozmowy dziewczyna.

Mój gest powtarza kilka osób.. są . – Strzelec. Można. w odróżnieniu od tych w grze. Rozpychając potwory – odźwiernych – pakujemy się do restauracyjki. O tej najbardziej prymitywnej z trójwymiarowych gier wielu tylko słyszało. że parszywy modem. Słucham. nie wtrącając się. Siedzi gdzieś w tundrze na stacji łączności kosmicznej. Ogromna sala do połowy zalana połyskliwą zieloną cieczą. połowę stanowi kamienny taras zastawiony stolikami. jak ten hipotetyczny żołnierzyk. Gra w Labiryncie pozostawia ślad w psychice. że tylko do muzeum. Sam zaczynałem od 386. – Pięknie. On załadował deep program na 386-DX40.– To będzie jego i twój problem – potwierdza okularnik. Mówił. Bez hełmu i kombinezonu. Sprzęt tam mają taki. że jest sierżantem służby tymczasowej. wszedł przez jakieś wejście w Deeptown i snuł się po mieście. Nikt nie zwraca na nie uwagi. chociaż znam odpowiedź. – To. przez kilka sekund snują się pomiędzy stolikami i znikają. Ale do Internetu można wejść przez jakąś wojskową linię lokalną. Ale takich informacji nie rozgłasza się na prawo i lewo. Zwróciłam uwagę na jego chód. – Ale pojechał – kręci głową okularnik. Też bez hełmu i kombinezonu. albo raczej jego poprzednika – Dooma. jesteś doomerem? – pyta dziewczyna. To ostatni poziom gry Doom-2. – Pewnie jeszcze na 386 grałeś? – Na 286. – Na 386 w wirtualność się nie wejdzie. Zaczyna się długi spór: czy można wejść w wirtualność na IBM 386 i czy pomoże w tym matematyczny koprocesor. Wnętrze znajome do bólu. jakiś taki nierówny. to nie widzę przeszkód! – sprzeciwia się ktoś. że nie. co słyszałeś. Na ścianie nad zieloną mazią widnieje morda potwornego demona. Nad tarasem sześciany pękają. – Dlaczego? Jeśli z koprocesorem. z której co jakiś czas wylatują wirujące sześciany. który wybrał najbardziej niezwykłą ze wszystkich samowolek w historii. Aprobujący pomruk tłumu. który wszedł na 386 w Deeptown. – Co? – Okularnik jest w szoku. – Jasne. Jesteśmy już przy BFG 9000. od razu widać. ręcznie. – Tak. – Niedawno poznałam chłopaka. wykluwają się z nich potwory. W Wolfstein.. Przed ciężkimi żelaznymi wrotami stoją dwa potwory w liberiach. odruchowo próbuję zrzucić z ramienia nieistniejący już karabin. – W Doom? – pyta ironicznie okularnik. Posępny budynek. – A właśnie – mówi dziewczyna. utrzymany w stylu Labiryntu.

smagły.. wchodzi na zieloną część sali.. że stali gracze Labiryntu zdecydowali się zawrzeć pokój. Doomer rozpozna doomera z daleka. cieszę się. nawet bez żadnej wirtualności. – decyduje Damir. Pozostali wymieniają pełne zrozumienia spojrzenia. też potwór – latająca purpurowa kula z wytrzeszczonymi oczami. Mam wrażenie. Milczę. – Niezbyt tu interesująco. – Nie byłeś czasem na moskiewskim turnieju doomerów w dziewięćdziesiątym siódmym? – docieka.bezcielesne i niegroźne. Sala zaczyna się ożywiać. jasnowłosy. Podchodzi kelner. – Pomiędzy Strzelcem a nami wszystkimi! Piwo jest gęste i ciemne. ale coś podobnego. Gdyby rzucił się na mnie prawdziwy tłum. Starych graczy moja reakcja nie dziwi. że nie zdejmuję maski. pijemy piwo. godząc się z tym. – Markowego. – Strzelec. jakim cudem właścicielowi restauracji udało się nadać nieistniejącemu piwu taki smak. Zapewne jest wysoki i mocno zbudowany. udawało się nielicznym. Damir kiwa głową. Jakichś dwóch idiotów śmieje się ze mnie. Ciekawe. I bardzo mocne. zsuwając kilka stolików. Zsuwamy kufle. uchylam się mimo woli. Czym różni się zwykły człowiek od doomera? Zanim doomer wejdzie za róg. nie guinness. Gdyby tak wsadzić go na ten poziom. – Nie. – Czemu cię wcześniej nie było w Labiryncie? – indaguje Damir. że metoda maskowania się „na odwrót” wykorzystywana jest w dwóch trzecich przypadków. dla wszystkich! Ja funduję. macha ręką. – Piwa! – żąda okularnik. ale młodziaki zaczynają się marszczyć. jak w grze. że jego labiryntowy wygląd zewnętrzny jest przeciwieństwem wyglądu prawdziwego. Siadamy nieopodal zielonej cieczy. Chłopak . nie uratowałyby mnie nawet zdolności nurka. bez wprowadzania kodu nieśmiertelności. Zjawia się chłopak z gitarą. Siedzimy. – Skądś znam twój system. popatrzyłby sobie na bohaterskie czyny innego pokolenia. – Kiedyś to były proste poziomy – rzuca jakiś chłopaczek z naszej grupy. Czytałem kilka psychologicznych opracowań dowodzących. lecz spotniałe kufle piwa. Szczerze mówiąc. Ale z paszczy wylatują nie ogniste czaszki. najpierw tam zajrzy. że odbiera się je jako mocne? – Damir – przedstawia się okularnik. Uczciwe przejście ostatniego poziomu. Damir przyjmuje moją wypowiedź spokojnie. Potwor otwiera paszczę. Ciecz kipi pod jego nogami. – Za pokój! – wygłasza okularnik. Uśmiecha się zmieszany.

snuje się mgła! A ja uśmiecham. nie pamiętam. jak wieść niesie. Niech sobie mnie potem śledzi.. Zazwyczaj występuje w Trzech Prosiaczkach. i Może to łódź. Ja też jestem pełen chmielowej mgły. nad głową syczą iluzoryczne sześciany. a może ryba Albo po prostu coś z oczami. . ale jak pięknie Mokre ulice. Impreza na całego. Przyglądam się towarzystwu. Z jakiegoś powodu jestem pewien. uśmiecham się smętnie.idzie na środek zielonej strefy i siada na krześle stojącym na malutkim kawałku betonu. dlaczego. Ledwo się powstrzymuję. wypluwają potwory. Pomiędzy wodorostami się ślizga. i miasto upija mgła. Mam jeszcze pięć godzin. Przebywanie w Głębi to płatna rozrywka. Jeśli pomieści ją moja głowa. ma niewielki udział. piwo leje się strumieniami.. Przeciskam się pomiędzy stolikami. że nie zauważam. Dawnośmy się nie widzieli. – Pora na mnie. Wszyscy są zadowoleni. żebym został. Zaczyna powoli stroić gitarę. Chłopak odsuwa włosy z czoła i zaczyna śpiewać. otwierają się. chociaż w postaci Strzelca na pewno mnie nie pozna. uśmiecham się do graczy. jak w oceanie. w dodatku bard. Udaję. lamer. gdzie. dziwne. Nie znam już dźwięków. żeby się nie uchylać. w porywie uczuć obejmuję chłopaka i przerzucam marker na niego. Na razie nurkowie Labiryntu bawią się z Nieudacznikiem. W ferworze zabawy jakiś chłopak ściska mi długo rękę i chyłkiem nakleja na ramieniu prościutki marker. na wszelki wypadek zmuszając Vikę do zapamiętania imion i twarzy. Włączając sprytnego chłopaczka. Nikt nie pyta. I mnie. Wstaję. Wilgoć i zimno. nikt mnie nie namawia. Słowa odeszły. że go tu przywiało. Chłopak jest legendarną postacią w Głębi – haker starej szkoły. Ja też macham mu ręką. Do Labiryntu ma stosunek obojętny. Długowłosa dziewczyna wybija ręką takt na stole. Idę przez mgłę. po co mi słowa Wilgotną mgłą siebie napełniam. że nic im z tego nie wyjdzie.

– Nic. nic – mówię... – Zapłacić rachunki. Strzelcu. – Muszę ci podać comiesięczne przypomnienie. jogurt... – Mogę teraz wybrać numer. Otwieram lodówkę. . Jasne. Lonia – odzywa się Windows Home. Poczułem się nieswojo. nie jestem twój. – Za to nie na długo. żeby nie przeszkadzał. łokciem zsuwając pusty kubeczek po jogurcie. wchodzę przez szklane drzwi burdelu.. tego nie ma co odkładać. – Lonia – odzywa się Windows Home. przyjąłem. Może do Viki. dotyka mojego policzka. Jakiś typek wszedł do Różnych Zabaw. – Dziękuję. wyciąga dłoń. Wyjmuję lemoniadę. – Tylko proszę nie zawracać dziewczynkom w głowach. ale zadzwonię wieczorem. – Prócz tego zauważam po raz kolejny. Nieliczni przechodnie nie zwracają na niego uwagi. Madame wychodzi mi na spotkanie. odwracając wzrok. – Nie zrozumiałam. że poziom stawianych mi zadań nie zawsze odpowiada objętości pamięci operacyjnej. – Zasuwaj – burknąłem. I wytrzeć kurze. tej wirtualnej. – Nie. Odłączą telefon w najmniej odpowiednim momencie. Tak. jak urządzam mordobicie w burdelu i uśmiechnąłem się. Kładę dłonie na klawiaturze. nieładnie to wyszło. Vika. – Dziękuję.„Głębio. Strzelec stoi przyklejony do ściany.. Trzeba coś zjeść. – Wszystko w porządku. – Tylko nie do Viki! – rzucam w ślad za nim. Głębio. trzeba by umyć podłogę.” Przede wszystkim zdejmuję hełm.. Odklejam się od ściany.. Kran z rdzawym nalotem doprowadzić do porządku. – Wcześnie pan dzisiaj przyszedł.. Madame uśmiecha się. – Posprzątać w mieszkaniu.. Na ekranie wszystko w porządku. – Zadzwonić do rodziców – mówi z wyrzutem Windows Home. Rozejrzałem się szybko. właśnie ktoś przyszedł? Wyobraziłem sobie. Deep Enter. kiełbasę. ale to będzie wymagało zwolnienia linii. Pewnie. I zacząłem szybciej jeść. – Milcz.

Na ścianach wiszą akwarele – nieznajome. leżą całkiem współczesne kosmetyki. dobrze? – Dobrze. Wzdłuż korytarza drzwi. – Dziękuję – mówię z całego serca. ogląda swoją twarz w malutkim lusterku. – Zaprowadź go do pomieszczeń służbowych. Czyściutki korytarz. prawie na wszystkich góry. To nie taśmowa produkcja wprawnej ręki. . a Madame mówiła. bez numerów czy liter. Wiem. Przyglądam się im uważniej i kiwam z aprobatą głową. Madame kiwa głową. Stuka. Nie odwracam się. przy których stoi. myszki. – Poczekaj chwilę spokojnie. zobaczyłbym kilkanaście zaciekawionych twarzy wyglądających na korytarz. zadawane szeptem pytania. – Tak? – słychać w odpowiedzi. Stoję i rozglądam się. – Niech wejdzie. nie odwracając się. na zbitym z desek stole. W samo serce burdelu. – Jak byś je nazwał? – pyta Vika. Staram się kroczyć z kamienną twarzą. zajączki. pieski. sosny. za oknami letni las. Madame opędza się zmęczonym gestem. Obok. Odwraca się do ochroniarza. Pokój wygląda jak górska chata. niespecjalnie przekonana. Ochroniarz wskazuje niskie drzwi. Przez otwarte na oścież okno wpadają porywy zimnego wiatru. Nieco zmieszany idę za nim. Poznaję głos. Szumi rzeka. Z jednego pokoju wysuwa się na wpół rozebrana blondynka. niczym landszafty niedzielnego malarza na cotygodniową sprzedaż. Vika siedzi przy oknie na zwykłym drewnianym krześle. Jej to dobrze. że gdybym się odwrócił. z okrzykiem zasłania piersi rękami i wpada z powrotem. mgły. ma lustro. za to z rysunkami. Wchodzę odprowadzany kpiącym spojrzeniem kotka. Na pierwszy rzut oka wydają się monotonne. rzeka i słońce. ale ochroniarz kroczy w milczeniu. Zza mijanych przeze mnie drzwi dobiegają szmery i szelesty. Przypomina mi to przedszkole. Kotki. lecz cykl. A jednak czasem chce się słoneczka. Ochroniarz lekko klepie mnie po ramieniu i oddala się.– Postaram się – mówię głosem posłusznego chłopca. Aha. Ochroniarz zatrzymuje się pod drzwiami. że u nich zawsze jest wieczór. na których wisi wizerunek zamyślonego czarnego kotka. Słyszę biegnące po korytarzu. Do Viki. wchodzi po schodach na pierwsze piętro. – Cześć – rzuca. – Gość – mówi ochroniarz.

na przykład. Nie cały. – Dodaj jeszcze: punktualna – Vika ściąga włosy wstążką. albo jedna góra z różnych punktów widzenia. utalentowana. jakby obraz mógł przekazać dźwięk. to cały Deeptown jest dziełem sztuki... Rano to była praca.. pierścień śniegu i szara granitowa martwota szczytu. która też stoi na niezłej wysokości. Obłoki krążą wokół szczytu. – Jeśli tak. – Nie. Vika po prostu rysowała z natury. wyrywa się z łańcucha górskiego niczym górski buntownik. – Zrodziła się dawno temu. Po chwili przyznaje mi rację. Ale myślałem. że nazwa niezrozumiała. Ma z dziesięć kilometrów wysokości. którą popełnia. rozrzedzone powietrze. Pospiesznie pytam: – Dlaczego lepsze? – Mają dźwięk.. – Co za facetów teraz mamy – Vika w końcu wstaje.. Chodź tutaj. Góry. najważniejsze. – W takim razie zaczynam mówić komplementy – mamroczę. Szum wiatru i plusk wody nie był złudzeniem. Pomiędzy naszą chatą. Poranny chłód i suche. – Głupstwo – opędza się Vika. Vika nie zauważa gafy.. – To komplement na pierwszej randce? – Na drugiej – próbuję odpowiedzieć żartem. – Labirynt odbić... Te zostają u mnie. Są lepsze. Śmiech strumyka. – Sprzedaję rzeczywiste oryginały. ale miejscami na pewno. klapki. – Tak. Z takimi lepiej się sprzedają. – To twoje obrazy? W ciągu ostatnich dwóch dni wykazuję się wyjątkową tępotą. Tylko jeszcze jej nie rozumiemy.. – Patrz! Więc to tak. – Rodzi się nowa sztuka – mówię. – Oczywiście. – Można i tak. Idę wzdłuż ściany. Więc o to chodzi. – Labirynt – mówię. Jestem z tego zadowolony. Ma na sobie białą sukienkę do kolan. też nie od razu uznano to za sztukę. – Nie. Niepodobne do mnie? – Podobne. srebrny wisiorek na łańcuszku. sałatowy odcień alpejskich łąk. Góra jest jakby złożona z warstw – ciemna zieleń lasów. na pierwszej..– Nie wiem – przyznaję się. Vika bezceremonialnie bierze mnie za rękę i ciągnie do okna. piękna. szmer wiatru. nie mogąc przykryć wierzchołka swoją czapką. Vika maluje usta zamyślona. ostrożnie dotykając ram. Pozbywanie się takich obrazów musi być dla ciebie trudne. No. że po prostu dobrałaś je z gustem. – Jesteś mądra. tylko czy w realu istnieją takie góry? Centralny szczyt na pewno nie. lepiej dodam: szczodra. gęste kłęby mgły wczepione w zbocze sosny. Gdy pierwszy jaskiniowy człowiek rysował na ścianach jelenie. – Zawsze miałem problemy z nazwami. a szczytem gigantem leży .

– Od dawna nie rysuję – wyznaję. że gdybym nawet wziął bardzo silną lornetkę. że moje pytanie było niewłaściwe. A ty pokażesz mi swoje obrazy? – pyta z uśmiechem Vika. .jezioro. To nie sztampowe zaokienne widoczki sprzedawane na każdym rogu. Woda jest ciemnoniebieska. – Więc po co tu pracujesz? Każda firma weźmie cię na projektanta przestrzeni. W milczeniu kiwam głową. Zna swoją wartość. gdyby nie było takie żywe. Jeden jest całkiem zapchany. Vika ściąga brwi. – Dziękuję. – Mam swoje powody – mówi Vika. Ścieżkę na pewno zawaliło. – I to wszystko żyje? Pada śnieg? Schodzą lawiny. Może lubi być wirtualną prostytutką. nie musiałbym niczego się domyślać. – Jakoś tak wyszło. – Chcesz mi powiedzieć. przeziębiłbyś się. powiedziałbym – narysowane. Odwracam się. wykąpać w jeziorze? – Woda jest lodowata. Nie kłamie i nie kpi. Wydaje mi się. Patrzę jej w oczy. Kiwam głową. – Nie boisz się. Na coś takiego warto poświęcić nawet więcej czasu. że to wszystko jest żywe? – pytam. – Chciałabym tam zejść – mówi Vika. – Droga jest bardzo skomplikowana – wzdycha. drugi utrzymuje cały zakład. patrząc na jezioro. – Można tam zejść? Wspiąć się na szczyt. Vika nawet nie próbuje uprzejmie protestować. Może to i lepiej. Obejdą się. Milczę. Patrzymy na góry. Obraz zrobiony doskonale. że nie umiesz wymyślać nazw. ale idealnie okrągłe. Łykam zimne powietrze. dałoby się tamtędy zejść. Nieduże. – Skoro powiedziałeś. Rozumiem. ale północnym zboczem pół roku temu zeszła lawina. nie zauważyłem swojej wpadki. lekko podnosząc głos. do najdrobniejszych szczegółów. – Żeby utrzymać taką przestrzeń. zdarzają się burze? Vika kiwa głową. – Gdyby przywiązać linę do okna. na granicy lodu. potrzebny jest osobny serwer! – Dwa. – Przecież nie każdego tu wpuszczasz? – Nie każdego. że to firmowy pejzaż dla wybrednych klientów? – pyta Vika. i tak czegoś takiego nigdy bym nie stworzył. Wolność dla wszystkich i we wszystkim. jeśli pozwolisz im wyjrzeć przez to okno. że pozwoliłaś mi to zobaczyć – wyjaśniam. – Jeszcze czego. Wzdrygam się. ciężka. to widocznie się tym zajmowałeś? No tak. Ja też palnąłem głupstwo i tak jak Vika. – Dwa lata – mówi niefrasobliwie Vika. – Długo rysowałaś? – pytam cicho. – Dziękuję – mówię.

weź abrau durso. Doliczyłem się siedmiu zakrętów. Czuję się. Jesteś tu pierwszy raz? Nie widziałem cię .. teraz akurat jest spokój. Wszyscy są żywi. – Chodźmy. że są takie plaże. Wiem.. Wychodzimy na korytarz i zauważam. Idę. weź dla mnie szampana. potem drogę przecinają ciężkie aksamitne zasłony. że przestrzeń jest tu przenicowana i że wyjdziemy w holu na parteru. Wychodzimy na brzegu morza. Piasek pod nogami jest czarny. – Chodź. Przede wszystkim dziewczyny. Ale nigdy nie przypuszczałem. Wrażenie potęgują drzwi. – Vika lubi wytrawnego szampana – mówi chłopak. – Witaj! – odzywa się chłopak przy barze i szybko wyciąga rękę. Nie chodzi klientów. – Idziemy. ale zgadzam się. że drzwi już nie poskrzypują w przystępie ciekawości. Vika nachyla się do mnie: – Tutaj jest samoobsługa. Korytarz kończy się kręconymi schodami. ale oszczędził część restauracji. – Rozumiem – mówię. po lewej. że Vika się zgodzi. w razie czego dziewczyny mnie zastąpią. że postoimy nad górską rzeką. żadnych programów ani atrap.. wchodzimy na górę. – Ujdzie – decyduje. że spodobają się jej Trzy Prosiaczki. Morze oddycha zmęczone. Byłem pewien. Przez głowę przemknęła mi myśl. chodźmy. – Siadamy przy wolnym stoliku. zmiótł domy i hotele. Podejdź do baru.. ale i tak go kocham. – To nasza strefa rekreacyjna – szepcze Vika.... trzymając się za ręce. jakby mnie opluto. Na brzegu stoją białe stoliki pod parasolami. Idziemy. To ja cię zapraszam do naszej restauracyjki. – Nie. tkwiące samotnie na czarnym piasku. – Tylko nie bierz francuskiego. To wszystko wygląda niesamowicie – jakby po nabrzeżu przeszedł potworny tajfun. – Daleko? Vika tylko się uśmiecha i bierze ze stołu malutką zamszową torebkę... jak dobrze wychowane dzieci na spacerze. nie ja stworzyłem ten pejzaż. Odruchowo ściskam jego dłoń. poprawia kołnierzyk koszuli. Zachód słońca maluje niebo na złoto i pomarańczowo. – Niczemu się nie dziw – mówi Vika i idzie pierwsza. pieszcząc brzeg. jedynie przy stoliku najbliżej wody siedzi dwóch muskularnych mężczyzn.– Wiesz. A obok długiego baru przycupnął szczupły chłopak w szortach.. przez które weszliśmy. Vika przygląda mi się bacznie. przy nich siedzą ludzie. jest gdzieś pod barem. Nic nie rozumiem. grzęznąc w piasku i czując na sobie wzrok trzech mężczyzn i dwudziestu kobiet. – Nie rozumiesz. Cała plaża skrzy się czernią. że to takie piękne. chciałem zaprosić cię do restauracji – mówię – jeśli się zgodzisz.

Może odstrasza naszych gejów. – Zuko? – Mhm. wchodzę za bar. coś omawiając. sprim i inną chemię. Ma niesamowicie ruchliwą twarz. – Podobasz mi się – mówi chłopak. – Dlaczego jest taki. Pamiętasz niebieski album? Pamiętam. – Za długo się wczoraj opalałem! – wykrzykuje tymczasem chłopak. ha! Przestraszony? Nie. – Z dziewczynami się założyłem. Żebyś się czasem nie spodobał tym dwóm. to znaczy pracuję. napięcie spada. – A gdzie się pasą kozy? Śmiejemy się razem. który spotkał Piętaszka. biorę dwa wysokie kieliszki. ja tu nie pracuję.. Diabeł ciągnie mnie za język. Dzisiaj jest pusty dzień. Czuję się nieswojo. stukamy się. – To nasz geniusz komputerowy. Tylko nie nazywaj go Zuko. przy wodzie! Zaczyna mi się kręcić w głowie. Przychodzą rano. Naciągam na twarz żałosny uśmiech. Klienci zdarzają się rzadko. Cichy szmer fal jest dobrodziejstwem. Zwracaj się do niego „Komputerowy Magu” albo po prostu „Magu”. siadając na krześle. co? Całą noc robiłem symulację opalenizny. dziwny? – pytam ostrożnie.. . Nalewa szampan do kieliszków. – W porządku – mówi Vika.wcześniej. ale ich zachowanie wychodzi nieprawdziwie. Ze sztucznym ożywieniem pytam: – Po co wam faceci? Dziewczyny nie zawsze dają sobie radę? – Oczywiście.. Zaraz cię obgadają! Nawija z energią Robinsona. Trzeba będzie gdzieś wcisnąć. a on się obraża. nie wierzyły. widać brak kilku zębów. ale nie tak. drapiąc się po opalonym brzuchu.. ale za to mamy wszystko. odrywając płat schodzącej skóry. a może naprawdę taki jest. że się opalę. – Kurczę. Potem jeden klepie drugiego leciutko po wargach i ten odwraca się urażony. – Nie wiem. On to lubi. – To program – przyznaje się Vika. – Próbowałyśmy załatwić ciała zwierząt. Lubi te wszystkie rozpuszczalne napoje. Vika czeka na mnie. wszystkie dziewczyny się tu zebrały. wyjmuję z wiaderka z lodem butelkę. – Kto to? – pytam. rozejdzie się jak świeże bułeczki! Pospiesznie kiwam głową i uciekam ze zdobyczą. haker i ochroniarz. – Nieźle wygląda. Na każde zboczenie. Dziewczyny go tak przezwały. Zerkam kątem oka na chłopców na brzegu. naprawdę mi się podobasz! Ha. a ja naprawdę jestem opalony! Podsuwa mi pod nos martwy naskórek. krztusząc się ze śmiechu. ale Vika nadal się uśmiecha. Też mi się przyglądają. zuko. Vika w końcu poważnieje. znawca hardware’u i softu.

Jakiś bananowy likier. W końcu w to uwierzysz. że tak mówisz. Vika zastanawia się.. ruszę w Labirynt i wszystko rozniosę w pył! Jestem spokojnym człowiekiem. – W życiu bym nie pomyślała.. – Na razie tak nie uważasz – mówi w końcu. ho! – Mag odchyla się na oparcie krzesła. – Zawsze to samo. – Mag – przerywa mu Vika. Ja też rezygnuję z likieru.. odstawiając pusty kieliszek. – Można? – Komputerowy Mag stoi przy naszym stoliku.. – Abrau durso nie może być niedobry. – Nazywam się Komputerowy Mag! – Strzelec – odpowiadam odruchowo. – Ho. Mag napełnia swój kieliszek. – A co tu jest takiego dziwnego? – mówię głosem człowieka spędzającego każdy wieczór w towarzystwie prostytutek i homoseksualistów. jak się będziesz zachowywał w takim towarzystwie. że zgniję w samotności! Napijesz się? Zamiast odpowiedzi Vika nalewa sobie szampana. dzięki! Już myślałem. – Ale to nic. Nikt mnie nie lubi.. Bierze butelkę i tanecznym krokiem zmierza w stronę stolika. – Bardzo cię lubię – mówi Vika. Kiwam głową.. – Dość cichy i spokojny. ty tam w Labiryncie za bardzo nie psoć! – pokrzykuje Mag. Vika. Pogadaj z Tiną albo z Lenką. Przy okazji. Kręcę głową. – Vika. Mag kiwa ze smutkiem głową.. – Ale Tina ma od wczoraj depresję. przedziwnie wygięty. Mag klapie na wolne krzesło. – Bo wezmę od Madame urlop. – Za znajomość! – mówi.– Tak. ale jak się wścieknę.. kiedyś. idę. przy którym bujna czarnowłosa piękność w skupieniu pije wódkę. – Spoko! – ożywia się Mag. Najważniejsze. – Strzelcu. Miałam wątpliwości. poznałaś ostrego doomera! Wszyscy przez niego płaczą! Bezlitosny zabójca! – Naprawdę? – pyta Vika. tutaj . Mówiłam o tobie. – Nie o mnie mówicie? Nie przeszkodzę? Mogę usiąść? – Siadaj – mówi Vika tonem skazańca. – My tu rozmawiamy poważnie. niezły – zgadzam się. przecież potrafisz jak nikt. nie daj Boże! Nawet dwóch mnie nie utrzyma! O. z przepraszającym grymasem na twarzy. – Mamy tu swój światek – mówi Vika. – W końcu ja też powinienem cię czymś zaskoczyć. idę już. – Tylko mnie nie zabijaj! To przecież ty od dwóch dni szalejesz w Labiryncie? Gratulacje. gestem sztukmistrza wyciąga zza pleców kieliszek i jeszcze jedną butelkę. Rozerwij ją.

ale w głosie i tak pobrzmiewa zmęczenie i złość. bo zgadłeś. – Zastąp Tinę! Dziewczyna przy sąsiednim stoliku kiwa głową. że jesteś jakimś szpiegiem albo hakerem. do której już przysiadł się Mag. między nimi pojawia się dziewczęca twarz.. – Imię też? Nazywasz się Vika? – W Głębi tak. – Vika. Wszyscy faceci to bydlaki. żeby siadła z powrotem.. Patrzy pytająco na Vikę. – Teraz już tak nie myślisz? Vika wzrusza ramionami. Robię kolejny krok. . Tina. – Więc to jest twoje podstawowe ciało w wirtualności? – Tak. ciska w drzwi butelką. – A czego on wymaga? – Czerwony album.. ale wyraźnie. ale Tina protestująco podnosi ręce.wszystkie dziewczyny pojawiają się w bazowych ciałach. coś szepcze. który poznał moją osobowość. ze mną wszystko w porządku. – Kto wie? Ale podobasz mi się. jednym haustem dopija szampana i nieoczekiwanie świszczącym szeptem mówi: – Bydlaki. Jeden z gejów wstaje. Zazwyczaj ja z nim pracuję. – Dziękuję. Mówi przez program tłumaczący. albo nurkiem. – Dziewczyny nie powinny z nim pracować. Chcę. Cyklistówka mnie wczoraj dopadł. – Najpierw pomyślałam. – Dobrze. Andrzej – zgadza się ona. trudno im potem dojść do siebie. zasłony w drzwiach się rozsuwają. Nie w tych.. – Natasza. szybkim krokiem idzie pomiędzy stolikami. wyjście. Vika siada.. Dlatego pozwoliłam ci przyjść. Albumy: zielony i żółty. Wszystko w porządku. Bujna piękność. Zanim zdążyłem odpowiedzieć. – Ze mną? – Tak – mówi twardo Vika. Gej i jedna z dziewczyn wychodzą. – Popracuję jako małolata. żeby wszystko samo się ułożyło. Pięknie i dziwnie. Obejmuje Tinę za ramiona. Serce wali mi jak szalone. – Nie pamiętam takiego. które wkładamy dla klientów. ale wczoraj byłam zajęta. zmusza. Uśmiecha się ze smutkiem. Vika wstaje.. – Kim jest Cyklistówka? – Stały klient. Przypominam sobie wczorajszy wieczór. – Alice! – mówi niegłośno.

– Nic szczególnego.. – To co zwykle? – pyta Andriej. – Chciałeś mnie gdzieś zaprosić? – Tak.. Chyba czuje się nieswojo.. Trochę się martwię o dziewczyny. Wybacz. – Vika wyjmuje z torebki papierosa. Łapię samochód. Lonia. Nie każdemu się ją pokazuje. Nawet w wirtualności. pstryka zapalniczką. widząc moje zdjęcie. gdy dziewczęta palą.. To naprawdę ja! Tylko wolelibyśmy posiedzieć nad rzeką. – Leonid – mówię.. Bardzo chcę wypytać ją o czerwony album i Cyklistówkę.– Wkładka do czarnego. – Co z tobą? Znowu podatki? Pliki ci ukradli? Powiedz. Nie masz z tym nic wspólnego. Nie wolno. Na razie nie wolno. Uciekałeś przed pogonią. spodziewając się zobaczyć Madame. – A! Nie poznałem! No.. jeden do jednego. – Ciekawie? – Nic szczególnego. Zachwytów? Też nie widzę powodów. Też wstaję. . W wirtualności nie ma godzin szczytu. – Kim jesteś? No tak. strefy czasowe zlikwidowały to pojęcie. krzyczę do barmana: – Cześć. – To do roboty! W holu rozglądam się. Andriej marszczy czoło. wyciągając rękę do butelek.. jak żyjemy – odzywa się Vika. Normalka. – Przepraszam. dostałeś kręćka. Andriej przechyla się przez bar.. W samotności. ty jesteś przypadkowym klientem.. ale milczę. Podobnie jak ja w strefie rekreacyjnej domu publicznego. Przepycham się do baru. więc woli się zabezpieczyć. Vika uspokaja się powoli. pomożemy. – A czego się spodziewałaś? Okrzyków: „Co za koszmar!” Nie jestem świętoszkiem. Widzisz. – Dżin z tonikiem. Przelotnie dotyka mojej ręki. Nie lubię. Lonia. – Pokazałam ci. cześć – mówi Andriej. – Normalka. ale wyrosłeś! Kawał chłopa! Vika cierpliwie czeka. Wybacz. podaję adres – Trzy Prosiaczki. no. Podjeżdżamy do Trzech Prosiaczków. To rzeczywiście on. Andriej! – Cześć. Teraz na przykład sala jest nabita.. W tym ciele nie widział mnie nigdy. ale ona się nie pojawia. Ale jakieś przypadkowe przypływy i odpływy się zdarzają. podając drinka jakiemuś klientowi. a nie program barmana. – Koleś! – mówię groźnym szeptem. – Do diabła. – Vika wstaje. wpadłeś do burdelu.

Albo hakerzy. jeden kanał wolny! Idźcie. Jeszcze będziemy mieli czas. – Ale odjazd – mówi ironicznie Vika. Pewnie była burza.. Jak dziecko kopie w ziemi. i spory wybór win.Andriej krzywi się lekko i zerka na terminal pod barem. gniecie w palcach. ja bardzo rzadko wychodzę ze swojej przestrzeni – mówi Vika. – Chyba sam Carl Sigsgord tu pracował. Dobrze mi. On ma niesamowite wyczucie umiaru. Vika nie zwraca uwagi na stół. – Chodźmy. jak góry Viki.. Przy przeciwległym brzegu strumień obmywa gałęzie zwalonego drzewa. Wychodzimy w jesień. Vika zatrzymuje się na chwilę i rozgląda. dlaczego. ale ona kręci głową. Wyciąga rękę. – Przyjęte – szepcze sufit. Żadnego dostępu. a tak wszystko się dobrze skończyło.... Pozazdrościć. Na wielkim półmisku firmowa pieczona wieprzowina a la Trzy Prosiaczki. O. – Nie we wszystkim. – Wszystkie kanały zawalone? – pytam z obawą. w rodzaju tej małej afery nurków z poszukiwaniem i przypieraniem do muru rekietierów. A ja daję się ponieść. ciągnę do drzwi w kamiennej ścianie restauracji. – waha się. – Biorę ją za rękę i prowadzę do rzeki. nawet hakerzy byli dość zadowoleni. Gdybym nie wpłynął na tę bandę niedouczonych hakerów.. wchodząc w nowe przestrzenie wirtualne. Jesteście gośćmi restauracji. że im tak ulgowo przeszło. którzy do nas . Dotyka kory drzew. Bo inaczej po co to wszystko? – Wiesz. Podnosi z ziemi liść. Staję obok niej. – Dla ciebie jakiś się znajdzie – postanawia Andriej. tylko szybko! Chwytam Vikę za rękę. – Tobie też wspaniale wychodzi – pocieszam ją. oceniam prawdziwy wygląd miejsca. – Dziękuję – mówi ona. przylegające do restauracji. Trzy Prosiaczki życzą wam przyjemnego wieczoru. którzy ukradli właścicielowi restauracji pliki finansowe. albo inspekcja podatkowa Deeptown. Liście unoszą się niechętnie i szybko opadają. Już się nalatały... wpatrując się w dal. – Nie wiem. Jest i mój ulubiony grzaniec. Stolik nakryty jak na bankiet. Andriej musiałby wyłożyć niezłą kasę. Ta przestrzeń też jest żywa. – Jesteś tu stałym klientem? – Tak. coś naciska. I jeszcze przy tym wychodzę z Głębi. Nie wdaję się w szczegóły. ale mówi dalej: – Pewnie boję się zobaczyć tych. – Nieźle – mówi. na pewno będziemy mieli czas. W przedsionku rzucam: – Przestrzeń indywidualna dla nas dwojga. Muszę jej jeszcze pokazać brzeg morza i kawałek starej Moskwy. – Żadnego dostępu. Czekam. Vika nie może tego zrobić. stoi nad urwiskiem. – Żaden problem. Ja też tak drepczę. jak miło! Zerwane połączenie. ale projektanci przestrzeni mają własne metody.

jacy mogą być. I nie zniknie. z jakiego powodu pracuje w Zabawach. podochoceni. miraż. niezaspokojone pragnienia. nie wiemy. że wokół ciebie są sami dżentelmeni w smokingach. społeczna czy kompleksowa. Żadna zmiana społeczeństwa: techniczna.. – Dlatego. ich podejście też mi się nie podoba. gdzie wyrzuca się cały brud nagromadzony w duszy. – Dlaczego ciągniemy za sobą w przyszłość wszystko. Wszyscy zdają sobie sprawę. A do nas przychodzą smarkacze. wszyscy się dystyngowanie wysławiają. – Dlaczego? – Bo to by znaczyło. Wyobraź sobie. są uprzejmi i kulturalni. śmieje się i płacze bez sensu. że tak naprawdę są w domu czy w pracy. Lonia. Gra. Nie potrafiąc żyć w jednym świecie. Głębia ma pięć lat. Do czego dążyć. Ale wyboru zawsze dokonywano indywidualnie. Chwyta wszystko. Postulowano wszystko. – Nie jest mój. Vika śmieje się cicho. Głupio byłoby sądzić.. – Nie. że gapią się w ekran albo mają na głowie hełm. że to istnieje. – Trzeba dać jej cel. ale czy zaczniemy nim budować. Po prostu trzeba dać jej czas.. Weseli. czasami. Mówią: „W życiu trzeba spróbować wszystkiego”. nie warto się denerwować. czy rozbijać sobie głowy. czy pojawi się jej rodzeństwo i czy będzie lepsze. zrodziliśmy drugi. mówi głupstwa.. że wszyscy ludzie są dwulicowi. Niepoważnie się też spodziewać. – Wobec tego tobie łatwiej. . – Vika. Dostaliśmy narzędzie. którzy chcą szybko zostać mężczyznami. – Ja też. I nie wiemy. dokąd iść. którym znudziło się nimi być. taka jak Głębia. I dlatego wolno robić wszystko. pogardę do samego siebie.. wspaniali ludzie. zaszczuci przez swoje dziewczyny chłopcy pragnący się wykazać. Śmietnik. od pogardy dla chłopów do równości i braterstwa. Przecież my jesteśmy jak chlew.. co tylko się dało. Wcale nie mam ochoty stać się strumieniem elektronicznych impulsów. – Mówisz jak turińczycy. nie wpływa na indywidualną moralność. że wirtualność uczyniła ludzi gorszymi niż byli. Strach. mężczyźni. damy w wieczorowych sukniach. – Narzędzie jest niewłaściwe. co z niej wyrośnie. W twoim Labiryncie pewnie jest tak samo. – Nie uwierzę. przelatują przez wszystkie albumy. to już zależy od nas. dobrzy. że uczyni ich lepszymi. od ascetyzmu do „wszystko jest dozwolone”. Lonia. – Nie warto zgadywać. zobaczyć ich takimi.. co w nas najgorsze? – pyta Vika. To jeszcze dziecko. co zostawiliśmy za sobą. Zanurkowaliśmy w ten świat. Nie wiemy. Załatwiam tam pewną sprawę.przychodzą. Leonid. zanim poradziliśmy sobie z tym.. Znowu się powstrzymuję przed pytaniem. – kładę jej rękę na ramieniu. agresję. co jej wpadnie w ręce.

co jest wokół nas. Przecież to była bezpośrednia podpowiedź... tworzą atrapy osobowości. – szepczę – nie daj Boże. co zobaczyłby człowiek znikąd. Razem ze wspomnieniami o Bossie Niewidce i Zabłąkanym Punkcie. Przeszywa mnie dreszcz. krwi i ruin. Który już dwie doby wisi w wirtualności. .– Cel pojawi się sam – mówię bez przekonania. – Vika. Nieudacznika nie ma dokąd wyciągnąć z Głębi – on żyje tylko w tamtym świecie. Potrzebujemy tylko tego.. tysiące. Który nie rozumie. miesza. że wpadam w koszmar. Nie istnieją przypadki zdarzające się piętnaście razy pod rząd. nie rozumiejąc. Przestrzenie w przestrzeniach. – Nie jestem hakerem. miasta i pałace. istnieje w realu. I zastanawiam się. który zabija potwory z pistoletu i nigdy nie strzela do graczy. Po prostu widzę. gdyby to usłyszeli – mówię drewnianym głosem. Zdarzyło się to. Co pomyśli sobie Głębia o ludziach. odkładają się w pamięci maszyn. z entuzjazmem zabijając się nawzajem? Psychopatów dających w burdelach ujście swoim żądzom? Wszystko. Wszystko! Wszystko i nic. Nieistniejące przestrzenie żyją według własnych praw. góry i morza. Który nie podaje swojego imienia i adresu sieciowego. Jak w fantazjach ludzi. gdyby nie sprzeciwiała się sama Sieć. których nie ma w realu? Odbicia pustki? Może ty. jeśli nauczy się myśleć? Milczę. a język nie plącze mu się z pragnienia. co się dzieje wokół nas. Strumienie informacji mkną pomiędzy kontynentami. jakby chciała za wszelką cenę doprowadzić mnie do obłędu: – Wyobraź sobie. – Ożyła. Ale chyba znam kandydata na odbicie pustki. fałszywe piękno i zapożyczona mądrość. albo ja. absolutnie przekonany. Przypominam sobie Nieudacznika. zmieniają się.. – Daj jej czas. Przypominam sobie słowa Człowieka Bez Twarzy.. przemieszanie czasów i narodów. Setki. krew. Informacja dubluje się. którzy nigdy w niej nie byli. Nurkowie Labiryntu wyciągnęliby Nieudacznika.. A Vika mówi dalej.. może nawet milion komputerów podłączonych na stałe do Sieci. którzy biegają po Labiryncie. zalet i wad. nasze głosy ściągają lawiny.. Teraz coś się zmieniło”. Niebo i słońce.. jak to może wyglądać. Wygłupiających się idiotów? Ludzi. – A może ona już to zrobiła? – odzywa się kpiąco Vika. Spada liść z drzewa nasze kroki pozostawiają ślady. co ma odpowiednik jedynie w folklorze.. że jest prawdziwy i żywy. czego nienawidzimy w prawdziwym życiu.. który pojawił się w Deeptown. że uciekające przed mutantami dziecko to tylko setka kilobajtów programu na serwerze trzydziestego trzeciego poziomu. nie uginają się pod nim nogi ze zmęczenia. do świata strzałów i zdrad. że tak naprawdę mnie nie ma. mąci. Nie jestem skłonny uznać. pozwól Głębi uświadomić sobie siebie. kiedy osobowość wypełni się prawdziwym rozumem? – Hakerzy umarliby ze śmiechu. O Vikę też jestem prawie spokojny. Śmierć. Może wśród nas są ludzie. wcale nie istniejemy? I nasze wyobrażenia o rzeczywistości to tylko fantazje ożywionej Sieci? Mam wrażenie. siadają na hostach i routerach.. co się z nim dzieje. ale kto wie. Jest przykuty do Labiryntu. Zginie i ożyje. Programy są posłuszne.

– To się nazywa utrata rzeczywistości. gdy przestrzenie łączą się w jedność.. wiatr szarpie nasze włosy. Nie zna granicy. które stały się systemem.. Nie mam psychozy Głębi. dywan liści pod nogami. nie jestem w Głębi. Potem następuje krótka chwila. ja znam człowieka. Całuję jej ciało.. że jestem nurkiem. O Człowieku Bez Twarzy i o Nieudaczniku. żebyś miała rację. wyszliśmy poza granice wszystkich przestrzeni.. – Nie odchodź. Głębia jest we mnie. żeby Vika tak myślała. nie gra. Miękki. całując się z nurkiem: zaraz wyjdzie z Głębi. Nie odróżnia jawy od rzeczywistości. nie odejdę stąd nigdy. Strzelcu – szepcze Vika. Zdejmuję z Viki sukienkę.. On jest tu wolny. Poza tym musiałbym się przyznać. Domyśla się od razu: – W Labiryncie? – Tak. to nasz świat. – Nagadałam głupot. analogie bywają fałszywe.. – Co z tobą? – Nie daj Boże.. – Vika się uśmiecha. – Vika. Nie chcę. ona pomaga mi się rozebrać. który zachowuje się jak w twojej fantazji. Jesteśmy zbyt głęboko.. o czym myślą dziewczyny.. O przypadkach. Stoimy nad urwiskiem. Domyślam się. ale nie słyszę słów. zagubimy się w tych lasach i odnajdziemy drogę do gór. Kręcę głową. ściska mocno. – mówię cicho. który nie może być żywy. Chciałbym opowiedzieć jej o wszystkim. błysk słońca w rozerwanych chmurach.– Co? – patrzy na mnie i cofa się o krok.. Vika coś szepcze. nic więcej. – Żyję i jestem prawdziwy.. które widać z jej okna.. Załamanie nerwowe. – Lonia. Ale znam człowieka. Jesteśmy razem poprzez odległości i niewiedzę. – Też takich spotykałam. pachnący. żeby to stanęło pomiędzy nami jak mur. opamiętaj się! Ty żyjesz.. Samotny ptasi krzyk. jesteś prawdziwy! Plotę bzdury.. Vika się uspokaja. Chwyta mnie za rękę. – Tylko spróbuj odejść. a rzeka ryczy pod nami. . bzdury! Zabawne – Vika zaczęła się o mnie bać. a ty. Ale podpisałem umowę. całujemy się. że masz. – A wydaje mi się. To co innego. moje usta dotykają żywego ciała. niemal boleśnie i krzyczy: – Na ile nastawiłeś timer? Gdzie mieszkasz? Lonia. wiesz. – Wszystko w porządku – mówię. lecz żyje w Głębi. Nie chcę. Ja na jej miejscu dopiero teraz bym się zaniepokoił. a moja twarz zamieni się w maskę malutkich kwadracików-pikseli. a ja jestem niewolnicą. O dziwo. – Widziałem już niejedno załamanie nerwowe. A ja mam spore doświadczenie w takich wyznaniach. obiecując dyskrecję.

Lonia? Nie mogę odpowiedzieć.. gdy chcesz być taki sam jak inni. Właśnie tak niszczy się wartościowe rzeczy – gdy człowiek się wstydzi lub leni. wyciągam do niej rękę. zimny wiatr z klimatyzatora. – Vika trzyma wysoko głowę.. To się zdarza.. Kręcę głową.– Nie odejdę – mówię. Patrzę w górę. Wyciągnąłem rękę. że słowa stają się puste i niepotrzebne. – Mój czas się kończy – szepcze Vika. Znowu przegrała... – Lonia. wszedłem pod prysznic. Potem podniosłem z podłogi kombinezon i wziąłem kawałek mydła. – Przyjdź dzisiaj. Niech będzie przeklęte to rozdwojenie. Głębio. staniemy się sobie równi. który nie zna granic pomiędzy światami. po którym czujesz się jak idiota. jeszcze chwila i spadnę w niebo. ale już jest za późno. Wyprostowałem się. – Muszę zaraz wyjść. Poszedłem do łazienki. gdzie turlałem się po podłodze. – Smakowało? Ząbki nie bolą? Głębia milczy. Obejmuję ją jeszcze mocniej. będę czekać. Nie majak odpowiedzieć. wyrwałem kabel kombinezonu z portu. zatrzymać Vikę w Głębi choć na minutę. Trzeba uprać kombinezon. Przytulamy się do siebie. Trzeba uciekać. choć na chwilę. by pójść do pralni. i nigdy nie będę musiał odpowiadać pocałunkiem na pytanie. Muszę odespać. unosi się nade mną na łokciach. gdzie była miłość i na tę drugą. Ciało mam jak z waty. Jej ciało blaknie i niknie. rozsypuje się w liliowy obłok iskier. Jeszcze chwila i zostaję sam pod niebem. nie jestem twój.. . obejmując pustkę. Zdjąłem hełm. mocne strugi wody smagały odchyloną twarz.... wiatr ślizga się po skórze. sprawdź połączenie kombinezonu wirtualnego! – Przerwa – rozkazuję. zatracę się w rzeczywistościach jak Nieudacznik. rozbite. Świat jakby pękł na dwie połowy. Na tę. Kiwam głową. by w nie upaść. ale nade mną krążą kłęby chmur. jakbym mógł zatrzymać bieg timera na tamtym końcu niewidocznej nici... – Kim jesteś. sukienka na ziemi topnieje jak garść śniegu. zatracić się w oparach chmur. wtulam twarz w zwiędłe liście. mokre liście chłodzą plecy. Wtedy Vika będzie ze mną zawsze. nasze wargi się łączą i sprawiają. rozebrałem się. wstałem. Głębio!” Ekraniki przed oczami. Rozumiem. Wszyscy nurkowie to przeżywają – moment. – Przyjdź. Znowu przyciągam do siebie Vikę.. zostać jeszcze jednym człowiekiem. Postałem tak pół minuty. – Przełknęłaś? – pytam Głębię. wypuść mnie. które prosi. – Błąd peryferii! – oznajmia przestraszony Windows Home. „Głębio.

. Naciągnąłem kolorowy trykot. – Kontynuować test – rozkazałem. – Czujniki ruchu. test zakończony. Wirtualność to domysły świadomości. przeszedłem się po pokoju.. imitatory ciśnienia. test zakończony. tysiące komputerów podłączonych do linii telefonicznych.. Włożyłem wtyczkę do portu i Windows Home radośnie poinformował: – Stwierdzono nową peryferyjną instalację. wkładając hełm. Planowałem go sprzedać.. Mój stary kombinezon wirtualny. czujników i imitatorów ciśnienia. Wiatr się nasilił. a ja zacząłem bezkrytycznie przyjmować jej fantazje. nie zaleca się.. ostrzeżenie! Dany model kombinezonu wirtualnego nie odpowiada dopuszczalnym parametrom bezpieczeństwa! Może wystąpić dyskomfort podczas kontaktów wirtualnych.. to jeszcze większe szaleństwo niż jej pranie. Z punktu widzenia standardów zachodnioeuropejskich i amerykańskich nie wolno ich używać. kombinezon może zareagować zbyt energicznie i zostawić na ciele kilka siniaków. wewnątrz której biegną setki kabli. zużycie energii. Pasuje. Ze wszystkimi chińskimi kombinezonami jest to samo. Trochę się zrobił przymały. trzeba liczyć na reputację firmy Philips. Niech Windows Home podłączy stary jak należy. niezbyt mnie to martwi. Może wzięli pod uwagę rosyjskie olewactwo. Pociekły strumyczki wody. Vika rzeczywiście plotła trzy po trzy.. Dobra. Chwała Bogu. odchodząc od urwiska.. Elektroniczny rozum na bazie pentiumów i 486 nie istnieje. Jeśli w wirtualności zmiażdży mnie betonowa płyta. zacząłem pogwizdywać pod nosem. – Test zakończony. Wyżymanie tkaniny. Mój kombinezon będzie sechł jakieś trzy dni.. Machając kablem.. Zaleca się przerwanie podłączenia sprzętu.. Szczerze mówiąc.Bardzo starannie wyprałem kombinezon i powiesiłem go na wieszaku nad wanną. – Tak.. chiński.. ale całkiem porządny. Deep Enter.. – Przyjąć – mówię. Sieć to tylko setki. Sterczenie tutaj z mokrymi włosami nie . – Mówisz poważnie? – Pyta Windows Home. ale ciągle nie miałem czasu. Kulę się.. ograniczenie krytycznych przeciążeń... – Sprzęt przyjęty – zgadza się żałośnie program.. leży w szafie. Przeprowadzić podłączenie? – Tak. ale ujdzie. żeby dać w Sieci ogłoszenie. Każdy komputerowiec powiedziałby to samo – gdyby tylko chciało mu się roztrząsać tak oczywistą głupotę. test zakończony.

– Na razie – mówię do rzeki. że było jej tu dobrze. wiatru. które wydają mi się tak doskonałe. Idę w stronę wyjścia. Biorę termos. Nurkowie zakończą swoje próby uratowania Nieudacznika. nalewam sobie grzanego wina. . akurat zużyję resztę czasu. Mam nadzieję. jesiennego lasu. Które – tego jestem pewien – zakończyły się klapą. Jeśli pójdę do Labiryntu na piechotę. Mało jest wirtualnych miejsc. Zwłaszcza.należy do przyjemności. Jeszcze tu przyjdę z Viką. że teraz jestem tu sam.

Nosił wilk. – Crazy poszedł do dyrekcji – mówi Anatol. to znaczy. Jest w Głębi dwie doby. Niech się wygada. – Strzelec.. Korzysta z toalety. Strzelec! – Anatol nie ma najmniejszego zamiaru zmieniać swojej horyzontalnej pozycji. Albo i jedno. Anatol. Ale ostatnio mam problemy z normalnością.zadania. – No wiesz. chodzi jak automat. tak jak my. troskliwie jak kryształowy wazon. Orientuje się. a on zdycha. który postanowił zakpić sobie z przemysłu rozrywkowego i swoich kolegów po fachu.. – Słuchaj. ty masz swoje powody. Milczę. Nurek dowcipniś. rozumie wszystko od trzeciego kopa. i drugie. – Anatol podnosi się. Anatol może mieć rację. siada w kucki. Ale Anatol podnosi głowę i macha do mnie ręką. Nie mam nic do powiedzenia. . – Nie wierzę w karmę – ciągnie Anatol – ale jeśli prowadzisz człowieka do wyjścia... – Hej.. – Anatol wskazuje głową Nieudacznika – . Albo jest tutaj na polecenie dyrekcji i sprawdza. wchodząc na trzydziesty trzeci poziom. albo jest nurkiem. – Właśnie! – Bardzo wygodna wersja. – Pomyślą. że Nieudacznik to nurek. razy kilka. żeby go ratować.. – Zachrypnięty głos. tak? Patrzę na Nieudacznika i kręcę głową.. co widzę. Ale najpierw pomyśl. – Podejdź no tutaj! Siadam obok niego. Z punktu widzenia normalnej logiki innych możliwości nie ma.. ten koleś robi z nas idiotów. albo niech nie wymagają rzeczy niemożliwych. nie będą przecież zatrzymywać całego Labiryntu z powodu takiego drobiazgu... próbuj. spoglądam pytająco. to leżący na trawniku Anatol. on je i pije. – Chcemy zrezygnować z tego. Nieudacznik jest w tym samym miejscu – w swoim kącie. – Albo się przyznają. – To znaczy? Anatol zniża głos do szeptu. myślę sobie. Widziałeś kiedy takich oryginałów? – Tak. że sam tego chce. że zorganizowali kontrolę naszych umiejętności.. jak pracujemy.1010 Pierwsze. co się dzieje..

gardząc ostrożnością i wzajemną nieufnością. – Nie. albo w parze z kimś. prowadziłem go przez cały poziom – mówi z rezygnacją Anatol. – Wiesz. ucierpi cała Sieć. Z jego uzbrojeniem i doświadczeniem to całkiem możliwe.. Co mogę powiedzieć? Nieudacznik nie chce wyjść z poziomu. – Ech. Jeśli nurkowie zaczną się rozliczać ze sobą w Deeptown.. Z nurkiem. – W sali lustrzanej wystrzelałem wszystkich gwardzistów. – Nie mogę na niego patrzeć. Ale obawiam się. wkładam na siebie. – Nie wiem – Anatol odwraca oczy. zbieram broń i amunicję. Zdejmuję pancerz. – Sam wyciągnij wnioski.. – Ten anonim mógł być nurkiem? Wzruszam ramionami. Przyjmuję wyzwanie. Przystawia do piersi swój karabin plazmowy. Anatol rozpina kombinezon na piersi. Jego kamuflaż jest cały we krwi. – No to czego on chce? Czego? Powiem ci! Chce. – Co? – Zabij mnie. raczej nie. A co. żebyśmy zerwali umowę! Żeby sam mógł wskoczyć na cieplutką posadkę! Sam. Mam z nim kanał połączenia. – Anatol. ty też narobiłeś szumu na cały Labirynt. który go jakoby ratuje! Patrzy mi w oczy. a co dopiero go ratować. ale on nadal żyje.. nic się nie dzieje bez powodu. Nurkowie Labiryntu mają ogromny zapas sił. mówi rzeczowym tonem: – Strzelaj. I bez tego mamy wystarczająco dużo wrogów w rzeczywistym świecie. Kiwam głową. .– Strzelec. naciska spust. ale i tobie zacznie to wszystko bokiem wychodzić. My już mamy tego kolesia po uszy.. Będziesz mógł zabrać całe uzbrojenie. – Zarzucasz mi podwójną grę? Nurkowie nie wystawiają nurków. Wybacz. dlatego spotykamy się trzy razy do roku.. A wtedy przyjdzie gość z boku. Dlatego został stworzony kodeks. – Anatol spluwa na trawę. sam jesteś jak ten Nieudacznik. A życie Sieci jest najważniejsze. – On upuścił karabin! Oberwał prosto w czoło! Milczę.. co było potem? – W głosie nurka wzbiera złość. chlusta krew. Strzelec. – Nie mam już siły. że jednorazowy i dobrze chroniony. Krótki wybuch. Kto zlecił ci ratowanie Nieudacznika? – Anonimowa osoba. ale staram się nie zwracać na to uwagi. – Kurwa! – charczy Anatol i strzela po raz drugi. wyciągnie Nieudacznika i dostanie kontrakt.. on kręci głową. miałeś zamiar wojować ze sztucerem? Waham się. Ale ciebie też ktoś wystawił. Jest nas zbyt mało.

Czuję ją. – Nieudacznik kręci głową. – Dlaczego? – To ty masz problem. trzymam na kolanach BFG 9000. bezkresna ciemność. Nieudacznik ochryple mówi: – Nie mam innego wyjścia. nie ma w nich już bezradności. Ale w odróżnieniu od nich. – Ty byś zrobił inaczej? – Na twoim miejscu tak. Cisza. gotów w każdej chwili zanurkować w Głębię. siadam obok. Strzelcu. – Nie. – Tylko co? – Cisza. Czasem zachowują się tak na scenie zakochani w sobie aktorzy. na którym w jednej chwili zgasły wszystkie gwiazdy. – Tak – odpowiadam. – To nie ja mam problem. o której on próbuje mi powiedzieć. Tak miękko i plastycznie. Nie możemy nie przejść. Nieudacznik ściąga respirator. Zauważam. nie zalewaj. Po sekundzie. Czyżby rzeczywiście był nurkiem? Siedzi sobie teraz spokojnie przy filiżance kawy. że teraz milczy... Ale nie spieszę się. je kanapkę. tę Wielką Ciszę. – Jesteś nurkiem? – walę prosto z mostu. Nie odwracam spojrzenia. Czarna głębia.. Jesteś w Głębi trzecią dobę.. W wir ciemności wysysającej poza granicę światów. Z takim uzbrojeniem przejdziemy.. – Czy to wymaga wdzięczności? – pyta z ironią. Patrzy mi w oczy.. jakbym patrzył w nocne niebo. – A właśnie. . Jego oczy ożywają. – Cisza – szepcze Nieudacznik. na co poszła. – Za co? – Zasłoniłeś mnie w sali lustrzanej. jakby każdy gest sprawiał mu rozkosz. Musi cię skręcać z głodu i z pragnienia. Podchodzę do niego. – Oczywiście. Ciebie trzeba wyciągnąć z Labiryntu.. i zacząć mącić mi w głowie. popatrując na ekran. Nieudacznik nie budzi rozdrażnienia. – Dlaczego? Wyjdźmy z Labiryntu. albo nie reaguje na ten niezwykły proces przekazania uzbrojenia. że dziwnie się porusza. Przerwa.Nieudacznik albo na nas nie patrzy. dziękuję ci. – Koleś. – Nie nudzi ci się tu? – pytam.. ciekawe.. Siedzimy obok siebie. gotów w każdej chwili spalić dowolnego przeciwnika.. Dobrze. Nieudacznik chyba jest zdumiony. Byłeś w Trzech Prosiaczkach? Albo w Starym Hakerze? Nieudacznik kręci głową. Nasz twarze są blisko siebie. na obmyślanie odpowiedzi czy na podłączenie deep programu?. – Nie pragnienie jest najstraszniejsze. – Tam jest znacznie ciekawiej – mówię.

żeby wstał. spróbowałby się kłócić. który wskazał dzieciak. nie mogąc jej przebić i przeszkadzając mi zrozumieć. Jeszcze chwila i spadnę w tę ciszę. Kimkolwiek jest Nieudacznik. Dość mam tych zagadek. trzeba powtórzyć krótki pojedynek z demonami i pająkiem-cekaemem. rozstrzeliwuję potwory. Chcesz powiedzieć. Dwóch narysowanych ludzików wymieniających się mętnymi zdaniami. rozbrajam. Na ten poziom wystarczy ich na pewno. Parzy ramię nawet przez pancerz. że to był przypadek? – Przypadki nie istnieją. Zrozumiem Nieudacznika. czy w Głębi można zwariować? Może ja będę pierwszy? – Dlaczego się zabiłeś? – Kiedy? – Anatol wyprowadził cię. wyrzucam. I dobrze. Nie chcę go rozumieć! – Tego się właśnie boję. Nieudacznik staje jak wmurowany.Słowa są bezradne. Ciekawe. Wyciągam z kabury jego pistolet. Rakiety . Te amerykańskie kompleksy rasowe. uderzają w zasłonę ciszy. zmuszając go. Na placyku z samochodzikami znowu dziecko ucieka przed trzema zwinnymi potworami. No.. jak będzie trzeba. kołyszący się bukłak z zębami... niczego nie wyjaśniające odpowiedzi. Rozmowa głuchych.. Idziemy do budynku. do środka wchodzę ja. dlaczego? – Anatol nie zdoła mnie wyprowadzić. Niemal cały hol wypełnia półprzeźroczysty. – Wstawaj! – krzyczę. Cisza. Tym razem Nieudacznik trzyma małego bardzo mocno i chłopaczkowi nie udaje się wyrwać. – Dlaczego? – krzyczę. – W takim razie. Po prostu go wyprowadzę. Nieudacznik nie odpowiada. wie o niej więcej niż ktokolwiek inny. a ty upuściłeś karabin i strzeliłeś sobie w łeb. zaniosę go na własnym grzebiecie. – mówi Nieudacznik i czar znika. – Idziemy! Naprzód! Nie spiera się.. Chwytam Nieudacznika za ramiona. a latynoskie. Nie będzie miał innego wyjścia. Zamiast niego. Po prostu siedzę obok niego. Tylko tym razem nie czarnoskóre. Granatnik rozgrzewa się od nieprzerwanego ognia.. Przechodzimy cały Disneyland. Drobiazg. nie żałując pocisków. Nie będzie miał innego wyjścia – poza wyjściem z poziomu.

tak jak mówisz – odzywa się Nieudacznik.. – Więc tak – instruuję. W następnym pokoju szamoce się w śluzowatej pajęczynie dwoje ludzi – mężczyzna i kobieta. aż cię zawołam. Strzelam na leżąco.. Jaki piękny (do obrzydzenia) widok – dziecko idzie pomiędzy rodzicami. Ziewam.. Ten posłusznie staje. Dobrze? – Tak. Broni Nieudacznikowi nie daję. Programy są tak prymitywne. nie wybuchając. że nawet nie zauważają. Idziemy do labiryntu luster. że teraz wydostaną się z Miasta. Palę stwora plazmą. BFG 9000 wypala trzy lustra jedną salwą. Nawet nie próbuje mnie atakować. przy wejściu do sali klepię Nieudacznika w ramię. jestem bardzo zmęczony. Potwory zalane są zieloną krwią.. – Dziękuję – szepczę i skaczę do sali. a wrócę znów. – mówię. tylko rzuca się. ale trudno.. – Słuchaj. rady na temat przejścia przez labirynt luster i uroczysty podarunek – plazmowy karabin. – Zatrzymujesz się przy wejściu do sali.. Zaczyna się ognista karuzela. Dalej standardowy scenariusz – opowieść o koszmarze ataku Kosmitów.. – Czekaj. Strzelam do niego z karabinu. mu wierzę. Pilnuje ich mały potwór. Jakoś mi się nie chce wierzyć w jego szczerość. razem z Nieudacznikiem uwalniamy rodziców chłopca. trzy lustra. Chcę cię wyciągnąć i wrócić do domu. że nigdzie nie pójdziesz. kimkolwiek jesteś. – Mam już dość tych bzdur. że nie wyskoczysz pod wystrzały... Mój pancerz jeszcze się . Czekaj na mnie. żeby zabić jeńców. wzruszająco trzymając ich za ręce. ty tylko stąd wyjdziesz. Jakby rzeczywiście uratował trzy ludzkie życia.. Gwardia Księcia Kosmitów strzela do mnie z trzynastu balkonów. BFG porządnie posiekał ich łuskowate ciała. ja też strzelam na chybił trafił. nie wytrzymuję.przechodzą przez niego na wylot.. że mam już taką broń. turlam się po podłodze jak w zapomnianym tańcu swojej młodości – break dance – i strzelam jeszcze dwa razy. odwracam się. Przechodzimy lustrzanymi korytarzami. Robię krok do wejścia. – Zrobię wszystko. rozumiem. Jasne? – Jasne. Trzy lustra. Obiecaj. Obiecaj. tracąc dwie jednostki energii. Kule tłuką w mój pancerz. Połączona na nowo rodzina oddala się.. a ja. Czekasz. Ostatnia lustrzana krawędź i oto już prawdziwy balkon z dwoma potworami. przyjmując prezent. o dziwo. Spoglądam na Nieudacznika – na jego twarzy całkowita powaga. – Te głupstwa to zasłanianie cię przed strzałem? – Tak! Sam sobie poradzę. Nieudacznik kiwa głową. Pomieszczenie wypełnia srebrny dym. Potem spokojnie podchodzimy do komputera i zjeżdżasz stąd do domu. trzy lustra. przewracając mnie na podłogę. Niepotrzebny mi numer z upadającymi i strzelającymi winchesterami. – Zrozumiałeś mnie? Nie będziesz robił głupstw? Nieudacznik patrzy mi w oczy.

. A ty mnie zabiłeś. Ostatni wystrzał. Alex. patrzę na lustrzaną nieskończoność korytarza. Nieudacznik! Słaby dźwięk z korytarza i niepewny krok. – A mnie – dlaczego? Alex wykrzywia się w uśmiechu.. – Dzięki za pancerz. Nie zauważyłem. trzask wtórnych ładunków. – I nadeszła cisza. ja lokuję się obok niego na podłodze. Zapada cisza. Leżę na podłodze. na swoje odbicie.trzyma. – Goniłem ciebie. Dostaję ataku śmiechu.. że ty nie miałeś zamiaru mnie zastrzelić? Z powodu magazynku? – Zastanawiałem się nad tym – przyznaje się spokojnie Alex. ognista kula. – Debil! Alex obraża się. że nie zdążę.. I dwa krótkie pstryknięcia – wystrzały ze sztucera. opuszczając broń. przechodzę nad martwym ciałem Nieudacznika. I to ma być powód? – Przecież się umówiliśmy. Lufa sztucera patrzy w podłogę. Bałem się. wsparty hełmem o nogę Nieudacznika. ale nadal pewny. ja chciałem zabić ciebie – mówi Alex. pognieciony. wstając z kolan. – szepczę. – Siadaj – mówię. – Potwór! – krzyczę. – Ale jeszcze się nie zdecydowałem. Alex czeka w milczeniu na strzał. że facet się odsuwa. Ma na sobie resztki kamizelki kuloodpornej. rozpalony. Lustrzana sala jest wypalona i zniszczona.. – Dlaczego go zabiłeś? – Ja. Nie pamiętasz? – Pamiętam.. opuszcza sztucer. gadzie. – Siadaj. a ciało Nieudacznika. w otoczeniu swoich bezcielesnych sobowtórów. umierają.. zdejmuję z pasa pistolet. przemieniają się w kłęby czarnego popiołu. który znowu nie miał szczęścia. Nawet nie czuję złości. Anatol. dzięki. ślepo patrzy w sufit.. Walę rękaw lustrzaną podłogę. Nie trzeba mi żadnych wyjaśnień. na twarzy krew. tylko komputer triumfalnie migoce ekranem pośród pogromu. Potwory wrzeszczą. – Nie mam więcej nabojów – mówi. Ani pocieszeń. Odrzucam BFG 9000. Przystawiam lufę do czoła Aleksa. za jakie grzechy? – Chcesz powiedzieć. Idę do drzwi. – Zabiłeś mnie na pierwszym poziomie. że będziemy szli razem! Boże. Siada. tak mocno. . że on nie ma broni.

. I solidny starszawy biznesmen. – Bardzo mi przykro – mówi Alex. tak tylko wpadłem... wyspa wiecznych dzieci. ale ja zawsze staram się przestrzegać zwykłych ludzkich imperatywów.. żeby Alex zachowywał się jak młodociany programista. co za cyrk. wszystkiemu winien jest pański pierwszy czyn.. w którego wsadziłeś swoje zasrane kulki! – Bardzo mi przykro. a ty bawisz się w wojnę.. na odbicie Nieudacznika. Strzelił pan do mnie bez wyraźnego powodu. – Teraz gdzieś tam umiera z głodu i pragnienia chłopak. nie. siedzi w Głębi od dwóch dni! Ma wyłączony timer! Może się przekręcić.– Przecież do ciebie nie strzeliłem! – krzyczy. Patrzę na niego. że życie jest znacznie bardziej skomplikowane niż dziesięć przykazań. rozumie pan. Na zastygłą. Znowu zwijam się ze śmiechu.. nieistniejącym – przemawia Alex. Labirynt to gra. na chwilę. z czterdziestego piętra! Próbuję uratować człowieka. i gołowąs.. I co z takim gadać. jeśli go nie wyciągnę! A ty tu ze swoimi kompleksami. Idiota..... Ja jestem nurkiem! Rozumiesz? Chłopak.. jesteś stuknięty! – wołam. podchodzi do mnie. – Nurek! – Mam gdzieś wieczną konspirację. że mój czyn był nie do końca słuszny. – Jednak musi pan rozumieć nie gorzej ode mnie. że zajmujesz się tu taką poważną pracą. idiota. – Jeśli mogę ci to jakoś zrekompensować – mówi przygnębiony Alex – zapłacić za czas.. – Alex wstaje.. – Ja na ten Labirynt. Zorro niedorobiony. Zdarza się. który dorwał się w pracy do komputera z modemem. wszyscy są tu równi. Możliwe. Podstarzały amator gier wojennych. – Nie wiedziałem... – powtarza tępo Alex.. przypominając sobie dziecięce zasady honoru i krzycząc: nie liczy się! Każdy może się bawić w szlachetnych bohaterów i dzielnych rycerzy. Patrzę w sufit.. ale znalazły w niej odbicie odwieczne ideały: rycerskości i walki dobra ze . który straciłeś. że jesteśmy w świecie nierealnym.. nic poważnego... skąd. W wirtualności nie ma wieku. Każdy ma prawo biegać po narysowanych labiryntach.. gnojku! Ile ty masz lat? Alex odpowiada nie od razu – ale jednak odpowiada: – Czterdzieści dwa. Królestwo Piotrusia Pana.. Zapewne jest pan ode mnie młodszy. ulegają złudzeniu. – Być może nie mam racji – jego głos nabiera mocy – ale. Boże. którego stuknąłeś... że ludzie tracą swoje normy moralne. – Nurek. – Mściciel się znalazł. zapominając o tym. że wszystko jest dozwolone. Już bym wolał. – Czasu nie można kupić – odpowiadam. taka twoja mać. – A ty do mnie tak! – Facet. – Po prostu zachował się pan nieetycznie.. – To niebezpieczna iluzja. martwą twarz..

Powinienem był poczekać. chodziło mi o coś zupełnie innego. Najśmieszniejsze. No proszę.. – Odpowiedz. Nie wyciągałem z Głębi pechowego gracza. – Już na samym początku zachował się pan nieuczciwie – kontynuuje Alex. Na ekranikach hełmu krew. – Wyrównałeś ze mną rachunki? – pytam. – mamrocze Alex. – Gdyby po prostu uznał pan niesłuszność swojego postępowania.. Tak działo się zawsze.. nie jestem twój. – I oto smutny rezultat.. by Głębia stała się dokładną kopią rzeczywistego świata. aż mnie zastrzelisz. – Ja.. – szepczę.złem. Głębio.. ledwie udaje mi się go nacisnąć. że najbardziej słynnym był pewien autor książek fantastyczno-naukowych. w proteście macha rękami. – Uznaję – mówię. Nie.. Rozkładam ręce. – Ileż pożywki dla naszych małych mózgów! Alex milczy.. byłoby to zupełnie wystarczające. Zadowolony? Alex cofa się o krok. – Uznaję. Jest niezadowolony z takiego obrotu sprawy. od stworzenia świata.. obiema rękami mocując na piersi rurę granatnika. „Głębio.” Spust działa opornie. Ilu ich już było – ludzi próbujących sprawić. jeszcze jeden walczący z iluzjami. To Sieć. Cała historia jest tego żywym przykładem! – A we wrzących kotłach dawnych walk i smut. wyrównałeś? Czy chcesz mnie osobiście zastrzelić? No to już! Rzucam mu pistolet.. A wewnątrz mnie cisza. nie zdążył się usprawiedliwić we własnych oczach. . i nie próbowałem przechytrzyć pozbawionego zasad kolegi. Sama wirtualność powstała przeciwko mnie...

Część trzecia CZŁOWIEK BEZ TWARZY .

Arytmometry nie są rozumne. Wrzucam pancerz i uzbrojenie do szafki. wychodzi poza ramy rzeczy możliwych – stoi za tym człowiek. Głębio. Ubieram się i wychodzę do sali kolumnowej. Wystarczy tej gry zgodnej z zasadami. ale ja nie mogę w to uwierzyć. Walka jest przegrana. kto mógłby stać za niekończącymi się śmierciami Nieudacznika? Dobry nurek albo po prostu doświadczony bywalec Głębi zdolny jest organizować swoją śmierć raz za razem. Konsternację i bezsilność zastępuje złość.00 Byłem obecny przy narodzinach przestrzeni wirtualnej. Siedzę w szatni Labiryntu.. jeśli przeciwnik nie wyszedł na ring. Vika może fantazjować o elektronicznym rozumie. Wobec tego muszę przestać wyważać narysowane drzwi. Znowu wejdę w Głębię. – Administracja. Jako jeden z pierwszych wypróbowałem na sobie deep program Dibienki. przez minutę stoję pod lodowatymi strugami. Ale kto. Pięknie. Wszystkie te upuszczone sztucery to bzdura. gdy Nieudacznik wyszedł spod mojej ochrony? Przypadek? A dwóch zawodowców prowadzących Nieudacznika do wyjścia też nie mogło uchronić go przed przypadkami? Nie wierzę w to. – Administracja prosi Strzelca o zgłoszenie się do naczelnika służby bezpieczeństwa. .. to jedynie przecięcie różnych programów. Jeśli to. Witaj. włażę pod prysznic. Jesteś tym. nureknieudacznik. Trzeba szukać prawdziwego wyjścia. co dzieje się w Głębi. złości. poniżony i zhańbiony. – rozlega się w powietrzu. który uważał się za mądrzejszego od innych. co się dzieje. czego potrzebuję. Wszystko. Ale dlaczego Nieudacznikowi pomaga sama Sieć? Dlaczego Alex zdołał nas dogonić właśnie w tym momencie. Wiedział znacznie więcej niż powiedział. I nie ma we mnie mistycznego strachu zwykłego człowieka wobec komputera.. Jak łatwo mnie rozdeptałaś. Nie na darmo Człowiek Bez Twarzy proponował taką nagrodę za uratowanie Nieudacznika. Głębio.. Celne strzały i błyskawiczny refleks nie pomogą.

– Strzelcu.. a oni mnie. zagubiony i przykuwa spojrzenie. który później zacznie żyć własnym elektronicznym życiem. – Zrywa pan umowę? – pytam wprost. – Proszę ze mną. W biurze administracji tym razem panuje ożywienie. Potem go zmienią... ja mogę widzieć ich. co zaraz usłyszę. – Ja decyzji nie podejmowałem – mówi Gilermo. są otwarte. Pan Agirre czeka na pana. ciemna sylwetka na tle krwawej zorzy. Rozmawiał pan z Anatolem. Jakby nie monitorował naszej rozmowy. – O.Gracze patrzą na mnie. – Dlaczego? – Czy to coś zmieni? – odpowiadam pytaniem... ogromne stoły z makietami poziomów Labiryntu: wzgórza i parowy. Wokół stołów leniwie chodzą ludzie. – To pan jest Strzelcem? Dziewczyna podchodzi do mnie bezszelestnie i niezauważalnie. gdy podchodzę do drzwi. – Ale umowę pan zrywa? Gilermo wzdycha. przez które wtedy przeszedł Gilermo. Gilermo zatrzymuje się.. za nimi są terminale. – Już podjął pan i decyzję rezygnacji z ratowania Nieudacznika. Idę korytarzami. Chłopak trąca stojącego obok towarzysza. Pociera nos. Jakiś chłopak nachylił się nad makietą. zasiedlony graczami i potworami. Zostałem wpuszczony do służbowej przestrzeni twórców Labiryntu. ten patrzy na zapaskudzony pejzaż i wzrusza ramionami. Przez kilka tygodni czy miesięcy poziom będzie pobudzał wyobraźnię bywalców Labiryntu. znajduje się automatycznie na wierzchołku piramidy. W tym trójkątnym pokoju wszystko zostało dokładnie przemyślane. Wchodzący.. budynki i ruiny. Gospodarz gabinetu na tle okna wydaje się malutki. mimo woli zaczyna odczuwać ważność własnej osoby. Ale czemu nie miałbym poświęcić kilku minut na zbędne formalności? Gilermo stoi przy oknie wychodzącym na Labirynt. Strzelcu? – Rozmawiałem. Niektóre sale zajmują. rzeki i pożary. – Tak. Strzelec! – Gilermo rusza ku mnie energicznym krokiem. . Więc tak konstruuje się poziomy. A raczej ich szkielet. wylewa do maleńkiej rzeczki kolbę zielonej cieczy. chłopcy i dziewczyny przy komputerach. Rzeka zaczyna kipieć. zaglądam przez szklane drzwi. Zresztą i tak nikt się mną nie interesuje. Pcham je. Idę. I tak wiem.. nie zgadza się pan z opinią naszych nurków? – Nie. – Taak. – Niech pan usiądzie. i czuć się niezręcznie.

na co przeznaczy pan tę sumę – mówi nieoczekiwanie Gilermo.– Doceniamy pańskie próby pomocy. nawet tego nie podejrzewając. Robi to złoconym parkerem. Na razie.. – No. – Domyślam się. Żeby zmienił pan sumę. odrobinę – uśmiecha się. nurku. na co? – Pieniądze wrócą na rachunek Labiryntu – uśmiecha się Gilermo. Rosjanie stanowią bardzo duży procent graczy. że nasze przysłowiowe niedbalstwo żyje do tej pory. Ale trzymanie w ręce nieistniejącego czeku sprawia przyjemność.. – Jeśli w Labiryncie wydarzy się coś nieoczekiwanego. Suma nie robi na mnie takiego wrażenia. – Rezygnuje pan? – Uratuję Nieudacznika. Nie jestem miłośnikiem koniaku. Dali chłopczykowi cukierka i wygonili z pokoju dorosłych grających w poważne gry. – Strzemiennego? – Agirre z uśmiechem wyciąga z biurka butelkę. i jestem pewien. zwrócę go. jak by się to stało przed operacją w Al Kabarze. Po raz pierwszy jego język staje się nieprawidłowy. – Pojawiła się opinia. chytrze i serdecznie jednocześnie. że znam smak tego alkoholu.. – Nie. ale sam gest jest miły. W wirtualności jest trochę droższy od coca-coli. Ale nic w tym dziwnego. – Firma wypłaci panu wynagrodzenie – mówi Gilermo. ściskam Gilermo dłoń. Gilermo spogląda na mnie badawczo.. że Gilermo rzeczywiście nie korzysta z programu-tłumacza. Tak? Kiwam głową. Miłe. – Możemy się nawet potargować. Spieranie się nie ma sensu. A czek. potem siada przy biurku. Stukamy się kieliszkami. Kontynuacja misji ratunkowej byłaby poparciem jego planów. Koniec. można wyjść. ale zawsze to przyjemnie czuć się znawcą szlachetnych trunków. i wiele firm. będzie pan mógł mnie . Spodziewał się mojego uporu i jest usatysfakcjonowany obietnicą. Najwidoczniej dlatego.. książeczka czekowa wydana jest przez Chase Manhattan. a nie za pracę w Głębi. – Dziękuję – mówi uroczyście Gilermo. Ale na to mam pieniądze. Gilermo kiwa głową.. Znacząco doceniamy. – Powodzenia. Prawdziwy francuski armagnac. płaci za rozrywkę swoich pracowników. ale budzi szacunek. Kiwam głową. Agirre nie ma chyba wątpliwości. To tylko formalność. że mamy do czynienia z akcją wrogo nastawionego nurka. Zdumiony unosi brwi. pijemy. Ale i ja nie mam żadnych kontrargumentów na słowa nurków Labiryntu. – Wysokość kwoty pozostawiam pańskiemu uznaniu – mówię. pieniądze już zostały przelane na moje tajne konto wymienione w umowie. wręczając mi czek. W głosie Gilermo nie ma pewności. on zna rosyjski. Zna bardzo dobrze. Wypisuje czek.

siedem. zwykła skrzynka pocztowa.. – Zamówienie przyjęte. nawet w myślach. żeby zmieniła mężne oblicze Strzelca na prostoduszną gębę Iwana carewicza. Teraz program Deep Przewodnika przerzuca mój kanał połączenia z serwera na serwer. Nie żebym się spodziewał. – Dzielnica Al Kabaru – mówię. nic więcej. – Nieoficjalnie? – Adres – mówi rzeczowo Gilermo. Dostarczyć do włosianego mostu. do strażnika Ifrita. ale po co zmieniać dobre przyzwyczajenia. Tym razem kierowcą jest rudowłosa kobieta o miłej powierzchowności. obrazki. szykując się do połączenia mnie z Al Kabarem. Samochód rusza z miejsca. To nie są moje dane. – Al Kabar.powiadomić? – pytam. z której po podaniu hasła będę mógł odebrać listy na nazwisko Strzelca. trzy. że mnie śledzą. Proszę Vikę. – Taki adres nie istnieje – zasmuca mnie.. – Dziękuję. Obrazki. Daję mu wizytówkę z adresem sieciowym. ulice migają wokół. Po chwili w lusterku widać bohatera w białym ubraniu. – Wezwać panu taksówkę? – pyta na pożegnanie Agirre. Samochód Deep Przewodnika łapię. osiem. siedem. Doskonale stworzona twarz. Głębia nie może mieć własnego rozumu! A jednak nie umiem się przekonać. Willy. . z malutkimi zmarszczkami w kącikach oczu. nie ma takiej potrzeby. osiem. odchodząc kilka ulic dalej. Obrazki.

obmacując mnie niemal fizycznie odczuwalnym spojrzeniem. lecz cały uzbrojony po zęby tłum. – Stwierdzono nieznany wirus! – szepcze Vika. Gdyby mnie tak konwojowali poprzednim razem. złodzieju? Dobry program – z pamięcią. Ochrona nie jest idealna. tylko jego oczy błyskają. Ale nie powstrzymuję Viki – spanikowała. można użyć tego słowa. dobry wirus i tak wciśnie się na mój kanał.01 Pustynia wita mnie gorącym oddechem. a nie .. oczywiście. Pomiędzy palcami strzelają iskry. – Uwaga.. Żadnego porównania z poprzednimi gierkami – wtedy pozwolili mi wejść w pułapkę. Iskry w jego dłoniach gasną.. zdrowo ochrzanieni przez dyrekcję. – Idź – ożywa potwór. próbując ochronić komputer przed działaniem wirusa. Potwór nieruchomieje. Program antywirusowy web zacznie odcinać część napływającej informacji. przekonani. Ifrit ogłuszającym rykiem: – Śmiałeś wrócić.. Co mam zrobić? Czekam. – Nurkiem! – krzyczę. ale i z samego staruszka Łozińskiego wyrwałyby okrzyk przerażenia. Teraz programiści korporacji. że nie zdołam uciec. „Głębio. A wśród nich na pewno są takie wirusy. – Stój! – krzyczę i podnoszę ręce. Głębio. ale na razie się nie zrywa.. Przypominam sobie bajki o wirusach niszczących hardware – materialną część komputera. – Przyszedłem do Friedricha Urmana! Nie jestem w twojej władzy! Gigantyczna pięść drży nad moją głową. co nie tylko ze mnie. Głos też jest zmieniony. Postać Ifrita rozpływa się. Nowość – w ciągu ostatnich dni programiści Al Kabaru „uruchomili” strażnika. – Kim jesteś? – ryczy potwór..” Tym razem wita mnie nie dwóch karykaturalnych ochroniarzy. Wchodzę na włosiany most. Ifrit odrywa od piasku nogi. – Czekaj! – rozkazuje Ifrit. włączam web! Przestrzeń otula leciutka zasłona. Vika wyłącza web. rozmazuje... jeśli. most z włosa napręża się i dźwięczy. guzik bym skradł. nie tylko z Maniaka. Nie mam nic do ukrycia. rzucą na mnie najbardziej perfidne wytwory własnej wyobraźni.

Kiedyś podczas drobnej i prawie nierentownej akcji podłapałem przemiłego wirusa. Idę na oślep. Żebym znowu czegoś nie daj Boże nie ściągnął. Sporo uratował. Milczenie przeciąga się. że zaprowadzą mnie do tamtej altanki. Maksymalnie zwężony kanał połączenia. Odwracam się. ale nasza procesja podąża dalej. Nie kłamię i Urman znalazł się w idiotycznej sytuacji. dwóch z tyłu. Zresztą. że kłamstwo zwyczajnie przestaje być potrzebne. czterech wprowadza mnie do wnętrza kazamatów. komu zdarzyło się oglądać śmierć twardziela. to wolę nie myśleć. więc ma pan widocznie jakieś propozycje. Dwóch z przodu. Myślałem. Nie poprawia mi to samopoczucia. – Tak się umawialiśmy. jak Urman kiwa ochroniarzom głową: „Bierzcie się za niego.. No. – Czyżby? – Oddał mi pan dobrowolnie plik w zamian za obietnicę powtórnego spotkania.megabajtowy plik. W przeciwnym razie odejdę. co mogą zrobić ci z Al Kabaru. Ochrona prowadzi mnie ulicami w lodowatym milczeniu. – Stój! – pada rozkaz z tyłu. Długa. Maniak całą dobę wydłubywał z martwego twardziela resztki informacji. próbując nie wytrzeszczać oślepłych oczu. Na wszelki wypadek dorzucam: – A właśnie. Jak miło mówić prawdę. Ci. Znowu milczenie. przez który docierają do mnie informacje. Obnażone miecze. Chcą mnie wsadzić do więzienia? Śmieszne. Oczywiście. Iwanie? Poznaję głos Urmana – a raczej intonację jego tłumacza. – Czego pan chce? – Ja? Niczego. Brak wizji. Urman nie spodziewał się. Do posępnego szarego budynku. Ten.. – Miał pan czelność zjawić się znowu. którzy tu są. że przyjdę po jego próbie namierzenia mnie. proszę nie namierzać mojego kanału połączenia. jak mi wpuszczą wirus. Przerwa. Część strażników zostaje przy bramie. który przemieszał boot-sector i tablicę partycji twardego dysku w równomierną papkę. po co? Na świecie jest tak wiele różnych prawd. Nurkowie są nietykalni.” . Drzwi za moimi plecami zatrzaskują się ciężko. To pan prosił mnie o spotkanie. Oczami wyobraźni widzę. Wszystko jasne. będę się miał z pyszna. Jeśli tamtym cwaniaczkom udało się zarazić mój komputer takim świństwem. Posłusznie zamieram. A ja plotłem mu o pirackiej grze na dysku. Kazamaty toną w ciemnościach. popychany z tyłu. na pewno widzą mnie jak na dłoni. ten mnie zrozumie. ale nie sposób więzić w wirtualnym świecie. Można przeszkodzić nam w wykradzeniu pliku. z którego załapałem wirusa.

jabłuszko? – pyta Urman. Urman w milczeniu kiwa głową. wysoko na ścianach kraty. impotencja. Posępne. Prawdopodobnie jego ubranie automatycznie dostraja się do wnętrz. Ciekawe. Odkryliśmy go niemal przypadkiem. nurku. – Nie.. nie onkologia i nawet nie efekt teratogenny. Jasne. – Poprzednim razem zapomniałem poinformować pana. że nie skomplikowało to zbytnio sytuacji finansowej korporacji? – Nie. Chyba nie jest zły. Jest w eleganckim garniturze. Do końca swoich dni będę leczył przeziębienie aspiryną. – To sala konferencyjna – wyjaśnia Urman. ostre światło. Ale pacjenci nie będą zadowoleni. Patrzymy sobie w oczy. – Tak. pod krawatem.. wyłysienie? Urman nie powie. Czy nasze wirtualne ciała mają dusze? – Niektórzy nurkowie mają stałe umowy – zauważa Urman. – Odbywają się tu zebrania rady dyrektorów i pewne spotkania. I.. co to za skutek uboczny? Zielony kolor skóry. – Cieszę się. Robi mi się nieprzyjemnie.. jak wtedy z altanki. Ja siadam obok.. Kiwam głową. Zresztą nie mam z czym uciekać – przyszedłem absolutnie bezbronny. Zbytnio nie.. – Dziękuję. . pan Schellerbach z Transfarm Group na niego nie natrafi. Friedrich. – Dobrze. to naprawdę nic śmiertelnego. – Proszę nas zostawić – wydaje polecenia Urman. Al Kabar się zabezpieczył. Słyszałem o takich sztuczkach. Najlepiej zabezpieczone miejsce w przestrzeni wirtualnej korporacji. Na środku stół i fotele. sprawdzanie lekarstwa pod względem szkodliwości nie należało do pańskich obowiązków – śmieje się Urman. – Czyli nie jest to zabronione. grube mury. zapomnijmy o wzajemnych urazach! – proponuje wielkodusznie Urman. Stąd już bym nie uciekł. – Niech się pan nie przejmuje. Mrużę oczy. siada na jednym z foteli. Ochrona wykonuje rozkaz. Stała praca. że to doskonałe lekarstwo ma jedną wadę – zauważa Urman. mam dla pana interesującą propozycję. dziękuję. – Skutek uboczny. oglądam wnętrze kazamatów spod półprzymkniętych powiek.– Proszę odnowić jego kanał w pełnym zakresie – rozkazuje Urman.. jak sądzę. – Sprzedał pan. malutkie okienka z lustrzanego szkła. – Jak już mówiłem. – I zdjąć obserwację. Jasne. – Poza tym.. Patrzę pytająco na Urmana. Podobno są one zwierciadłem duszy. – Mam nadzieję. I to budzi moją czujność...

pięć zero! – Może pan wyjaśnić. Taka spokojna i sympatyczna rozmowa. szybko zapanowuje nad emocjami. Czarownikami. Taka lojalność. Kiwam głową.. ale tik pod lewym okiem zostaje. dwa. z uwzględnieniem pory dnia. to nie jest program-tłumacz. – Praca niezbyt trudna. ale to akurat wiem. – Porównanie obciążenia na poszczególnych serwerach. – Ma pan wiele racji. – Wprowadziliśmy kontrolę liczby wchodzących i wychodzących sygnałów na serwerach – ciągnie Urman. że wyciągnięcie Nieudacznika z Labiryntu to taka błahostka? Bingo! W środek tarczy! Twarz Urmana drga. Serwery składają raporty co dwie minuty.– Nie jest. a płaca dobra. To nie śledztwo. Urman umie wytrzymać cios. Jeden zero! Nie. – Szkoda. Bardzo operatywnie. – Urman nie spiera się.. Pogarda dla otwartości znowu oddała mi niedźwiedzią przysługę. może trzy dowiecie się... – Jedną z dziedzin działalności korporacji jest demograficzna kontrola Deeptown.. Żeby nie wymyślił prochu dla wrogów. Coś pięknego. proszę wybaczyć. W podziale na dzielnice. a my znamy liczbę ludzi znajdujących się w wirtualności. rosyjski. – Po co? Jakim prawem? – To była wspólna decyzja podjęta jeszcze w zeszłym roku – wzrusza ramionami Urman. – Sądzi pan. Nie narusza się niczyich praw. rosyjski nurku. Żaden normalny car nie wypuściłby alchemika z komfortowej ciemnicy. Pański głos został poddany analizie. w każdej chwili. lecz statystyka.” – Tak bardzo pan się boi rozgłosu? – Oczywiście. Z dokładnością do jednego człowieka. kim jestem. pozwala na koordynację pracy i na obniżenie kosztów korzystania z przestrzeni wirtualnej. Jesteśmy alchemikami wirtualnego świata.. Ale istnieje różnica pomiędzy pracą dla centrum rozrywki czy wirtualnego biura detektywistycznego a pracą dla was. America Online była jednym z głównych zleceniodawców. – Wobec tego proponuję jednorazową współpracę – mówi wesoło Urman. – Bardzo prosto i pewnie. – Określenie liczby przebywających w wirtualności ludzi.. – Równolegle prowadzona jest kontrola opracowywanych przez komputery obiektów w . rosyjski. – O panu. albo wyłożą karty na stół. Albo mnie teraz zabiją. o czym pan mówi? – pyta niepewnie dyrektor. Za miesiąc. Kręcę głową – nie rozumiem. takie jak nasza. Ja też nie zaprzeczam. budynki i przestrzenie w przestrzeni. małe kompanie też się przyłączyły..

– Natrafiliśmy na Labirynt w inny sposób. Urman patrzy na mnie z taką dumą. .. Czasem to się przydaje. po zestawieniu aktywnie działających obiektów wszystkich dzielnic otrzymamy liczbę ludzi. Wszyscy burżuje to efekciarze. Raport składany jest również co dwie minuty. jakby to on osobiście rozwiązał problem. nawet jeśli mówimy o najpewniejszych providerach.każdym rejonie – opowiada dalej Urman – Dzięki temu wiemy. jakby zszyta z malutkich kawałeczków. a nie wydał polecenie swoim specjalistom. Komputery go widzą. Zbyt głośno i pompatycznie. przez które można wejść w Głębię. Przepuszczanie tajnych informacji przez cudze linie jest zbyt ryzykowne. – To najbardziej powszechny obraz. – Tak. I wszyscy. Pokazują się cyfry: 63/2. że mam przed sobą sprytnego i niezbyt mi życzliwego dyrektora korporacji. W wirtualności jest o jednego człowieka więcej niż powinno. Podchodzi do mapy.. Włączając mnie. Trwałoby to bardzo długo. – Rozumie pan? – Wasze serwery utrzymują w wirtualności tysiąc trzydziestu sześciu ludzi. którzy weszli w Głębię. ale tylko dwie weszły przez jej łącze! Urman kiwa głową. – Liczby wam się nie zgadzają. on funkcjonuje w cyberprzestrzeni. ile osób znajduje się w tej czy innej przestrzeni. – Tak. poza tym jest zabronione. nie podobało mi się. Jak łatwo zrozumieć. prócz mnie. linie telefoniczne. w jaki sposób odszukali człowieka.. wyśledzenie każdego oddzielnego sygnału jest niemożliwe. Byłem tam kilka razy. Machnięcie ręką i na ścianie. Już rozumiem. Ponad nimi drobne czerwone punkty – to wchodzące serwery. wskazuje palcem dzielnicę Al Kabaru. – Można obejrzeć dane w podziale na dzielnice – oznajmia Urman. ponad betonem i stalową kratą. Zapominam na chwilę. pomyślmy. Dlatego mamy własne kanały połączenia w dwunastu miastach. Ale w ten sposób nie da się namierzyć Nieudacznika! Podchodzę do mapy. rozwija się ogromny ekran. Nad ekranem pojawia się napis – 1036/1035. prawda? W przestrzeni restauracji bawią się sześćdziesiąt trzy osoby. Robi wrażenie. podłączyli się przez wasze kanały? – Tak jest. To mapa Deeptown i okolic.. w których mieszkają nasi pracownicy. Urman wstaje. odnajduję restaurację Trzy Prosiaczki. Każdy kawałek to serwer obsługujący dany odcinek przestrzeni. Dobra. – Proszę. Teraz jestem tylko ciekaw. który nie wchodził w Głębię. nieopodal. spostrzegam się w porę i wskazuję palcem inny zakład. ale nigdy nie wchodził do Sieci.

skąd się wziął. że się pojawi! – Zakładaliśmy taką ewentualność – precyzuje Urman. Stop! Dokąd przesyłać. czy to wątpiąc we własny zdrowy rozsądek. Przed nami bezpośrednie podłączenie do nerwów wzrokowych i słuchowych. Wchodzi w komputer tworzący trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. wyliczać efekt jego strzałów. Trudniej złamać psychologię ludzi niż prześwidrować kość czaszki i umieścić w mózgu mikroschemat.Oto strumień impulsów elektronicznych. To milioner. przemieszczać potrącone kamyczki. – Ale ta droga wymaga jeszcze bardzo poważnej pracy nad mentalnością społeczeństwa.. Gdyby nie było to potrzebne. Czy chciałbym wchodzić w Głębię bez komputera? Bez Viki za plecami? Bez strachu przed bronią wirusową? Bez zakłóceń na liniach telefonicznych i wiecznej pogoni za szybkością modemów? . – Gdy świat się przewraca. – Nie my jedni pracujemy nad alternatywnym wariantem kontaktu z komputerem – mówi Urman. – Wcześniej czy później powinien był się pojawić człowiek. To informacja. świat stanie na głowie. ruchy. na którym pojawił się nieproszony gość. – Wiedzieliście. które on widzi lewym i prawym okiem. – Bez komputera? – wypowiadam na głos te brednie. możliwe. ale nie wie. z kosmicznych sputników i zakatarzonych nosów.. Nie mam nic do powiedzenia. które – kupa śmiechu! – wcale nie wydają się bredniami człowiekowi nie mającemu styczności z komputerami czy Siecią. Nieudacznika. Czip o. I. oczywiście.. ale nie głupcem. skoro on nie wchodził do Głębi? Zachodzi błąd – komputer opracowuje działania Nieudacznika. czy też próbując pokazać gniazdko za uchem. że bezpośrednio w procesor. Będzie przekazywać jego głos pozostałym graczom. – Czekaliście na niego – mówię. Tyle że Urman może być każdym. a możliwe. tutaj. To tak. prościutki trójwymiarowy obraz człowieka. Ale tylko na bardzo specyficznych – na czymś w rodzaju korelacji pomiędzy zakresem opracowywanych przez procesor danych a liczbą wysłanych i przyjętych przez modem informacji. dźwięki. Czy może się to odbić na czujnikach serwera? Powinno. żeby w ciągu kilku godzin znaleźć serwer. Nieważne. gdyby było można po prostu wejść w wirtualność. najważniejszą rzeczą jest stanąć na głowie jako pierwszy. hełm i kombinezon są pozostałościami epoki przedwirtualnej. które czuje za pomocą wirtualnego kombinezonu. To po prostu głupota. wysyłać Nieudacznikowi obrazki. który może wejść w wirtualność samodzielnie.. – Tak bardzo chciałby go pan przewrócić? Friedrich jest poważny. – Klawiatura. który ciągnie dla Al Kabaru zyski ze wszystkiego – z wnętrza Ziemi. że przez modem. skąd się wzięły i gdzie wysyłać rezultaty. – robi palcem kółko przy skroni. I trzeba interesować się tym właśnie wskaźnikiem. Komputer umieszcza obraz na początku poziomu i szykuje się do sterowania przemieszczaniem się Nieudacznika. jakby wyobrazić sobie kogoś potrafiącego podłączyć się do linii telefonicznej. które słyszy.

Zaproponował mi. – Dużą? – Bardzo.. Urman jest poważny – nasza rozmowa staje się bardzo konkretna. i zniknąć. Dopiero potem dowiedziałem się. Urman wytrzymał cios.. Ale nie mogę tego zrobić po szczerych słowach Urmana. żebym zorientował się w sytuacji. jaka powstała w Labiryncie. – Przez analogię do was.. – Wkrótce po mojej pierwszej wizycie u pana zmusił mnie do spotkania. którego nazwiska nie znam. Pewnie. Dziurka w czaszce to lepsze niż dziura w życiowych zasadach.. – Tylko jeden szczegół. . – Nie mogę się powstrzymać i dorzucam: – Obawiam się. Niezły mają wywiad. – Obiecano panu nagrodę? – Obiecano. gdy mi się przerywa.Śmieszne pytanie. – Jak znalazł pana ten człowiek? I dlaczego właśnie pana? – Urządził obławę na nurków. panowie nurkowie. Kiwam głową. – Zapewne również nurek? – Tak. Głębio. człowiek. Możliwe. – Czekam na obiecane wyjaśnienia. Urman milczy. Jak wiele musiał ich przyjąć w swoim życiu. – My nazywamy go Pływak – zauważa Urman.. Nieudacznika próbowało wyciągnąć dwóch nurków pracujących dla Labiryntu – rzuca niedbale Urman. ale widocznie niewystarczająco szczerze. Ale na razie nie spiera się co do możliwości Al Kabaru. Szczegółów nie wyjaśnił. że chodzi o Nieudacznika. – Ma pan jakieś podejrzenia co do jego tożsamości? – Żadnych – mówię szczerze.. I wiedział też. Ale w masce spokoju widać pęknięcia. patrzy mi w oczy... Urman unosi brwi.... A ja się trochę podstawiłem. co wiemy. – Z tego. że chce mi pan zaproponować tę samą pracę. Nie lubię. że bym chciał. Tylko nie wierzę w takie historie. że nie może mi pan zaproponować więcej. że moje słowa kontrolowane są przez detektor kłamstwa i ktoś przekazuje Urmanowi rezultaty kontroli. Być może powinienem teraz wyszeptać pod nosem: Głębio.. to wszystko – mówię. – Właściwie. że masz pod bokiem szpiega. I był doskonale poinformowany o naszej rozmowie. Czego to nie zrobią dolary użyte w odpowiednim czasie i w odpowiedniej ilości. To byłem ja. – Oraz niejaki Strzelec – dodaje Urman... – Właśnie zmusił. On wiedział o mojej wizycie u pana. Nieprzyjemna sprawa dowiedzieć się. A bardzo chciałbym uwierzyć. Urman kiwa głową.

Niech się dwa pająki szamoczą w swojej pajęczynie. Uśmiecham się pobłażliwie. Ostatnie słowo wymawia z pewną pogardą. za pięć. Okrążą Nieudacznika. co się dzieje. Kilka kolejnych prób niczego nie zmieni. Potem Labirynt zostanie odizolowany i problemem zajmą się właściciele tego centrum rozrywki. Odłączą wszystkie potwory.. drobiazg. – Administracja Labiryntu nadal próbuje namierzyć jego kanał połączenia – rzuca Urman. albo zależy mu na całkowitym przekonaniu mnie. Chyba udało im się przyssać do komputerów Labiryntu na serio i teraz kontrolują wydarzenia.. Poziom zostanie odizolowany. a z nimi Anatol i Dick-wszyscy wpadną na opustoszały poziom.. według danych naszych ekspertów. że moje usługi nie będą im potrzebne. Czasem można odnieść wrażenie. możliwe. Poza tym jest zupełnie w porządku. nie zrobił tego ze względu na pańskie talenty nurka. – Może mi pan coś powiedzieć o Pływaku? Wzruszam ramionami. wcale nie znaczy. Wyobrażam sobie. pogrążą w śpiączce budynki.. – Ktokolwiek pana wynajął. że ich nie ma. Wtedy zacznie się prawdziwa panika. Przebiją bezpośrednie przejścia na trzydziesty trzeci poziom. Poznanie . – Już pracuję dla człowieka. to mógł się pan przekonać. Ale czy udzielił panu choćby najmniejszej pomocy? Kręcę głową. że ten tajemniczy mister X wiele panu obiecał.. – Możliwe. Ach. Człowiek jak człowiek. – Niewiele. nurku. że cały Labirynt oczyszczą z graczy. Można śmiało założyć. że ma psychozę głębi. otoczą go troską i czułością. że nie mogą powstać. – Ale. – Tylko ze względu na co? – Trochę mnie to peszy. Więc to prawda. To. Patrzę na Urmana – chyba nie żartuje. Siedzi na poziomie sam z siebie. co my. To zmusza mnie do pytania: – Próbowaliście mimo wszystko wyśledzić sygnał Pływaka? – Nie ma żadnych sygnałów. Albo Urman cierpi na chorobliwą szczerość. – Znacznie prościej byłoby kupić nurków Labiryntu. zaniosą na rękach do wyjścia.. który wszedł w wirtualność bezpośrednio.– Dziękuję. Albo wynająć grupę. Człowiek. najwyżej osiem godzin dojdą do tych samych wniosków. żeby przypadkiem Nieudacznika nie uderzyła spadająca cegła. W żadną stronę. którego nazwiska nie znam. – Jeśli rzeczywiście jest pan Strzelcem. – Serwery Labiryntu nie przekazują informacji Pływaka. Urman kiwa głową. że zwykłe metody nie zdają egzaminu. bardzo poważnie traktuje to.. Tłum psychologów-hakerówurzędników..

. – No to czym się pan przejmuje? Milczę. Do widzenia. – Mamy niemal gwarantowane pięć godzin. A jego obietnica może być równie dobrze blefem. Siłą zmusił mnie do spotkania. Urman kpiąco kiwa głową. W tej samej chwili drzwi otwierają się na oścież i pojawiają się strażnicy. nie wyjaśniając absolutnie niczego. Ale spotkanie i propozycja pracy jest całkiem możliwa.. Pływak to zadanie dla pana. Ale zamiast tego zaczynam czuć strach. Wydawałoby się.. – Ustne porozumienie? – Nie. Takie rzeczy nie są na sprzedaż. A ja mogę panu pomóc sobie z nim poradzić. – Dobrze – zgadza się Urman. Wątpię. – Ja podejmę własne działania – mówi Urman. – Sądzę – kontynuuje w zadumie Urman – że on miał rację. Niech pan pomyśli i podejmie decyzję. Z jakiego właściwie powodu jestem dla pana cenny? – Wkrótce pan zrozumie. I zdoła podjąć decyzję. – Na pewno się pan o nich dowie. – Mętnie to brzmi. – Muszę się zastanowić. jakiej narodowości jest Pływak? Jak pan sądzi? – Rosjanin – odpowiadam odruchowo. Najważniejsze zadanie pańskiego życia. jeśli do końca moich dni nie będę mógł się zajmować w wirtualności nielegalnymi sprawkami? – Podpisał pan umowę? – pyta Urman. Friedrich. Nie wiem dlaczego trzymam się propozycji Człowieka Bez Twarzy. drogi Iwanie carewiczu. Przy okazji. W końcu z tego właśnie żyjecie. by spuchnąć z dumy. nurku. Wysłał do Labiryntu..waszych prawdziwych nazwisk to rzeczywiście trudna sprawa. Po co mi Medal. . – Odprowadzą pana do mostu – oznajmia Urman. Pańskiego tajemniczego pracodawcę przyciągnęło coś ważniejszego niż umiejętność wychodzenia z wirtualnego świata. czy mógłby mi zaproponować Medal Bezkarności. Tym razem bez obnażonych mieczy. bardzo duża. złoży pan kolejną wizytę w Labiryncie? Kiwam głową. – Nie. Ale stawka jest wysoka i nagroda może być bardzo. możliwe. że mam wszelkie podstawy. – Możliwe.

Sto metrów niżej. Pewnie tak właśnie spadają grzeszni muzułmanie próbujący dostać się do swojego raju. – Hej. – Brak sygnału tonowego. chwiejesz się! – słyszę drwiący głos z tyłu. lepiej nie wchodzić między takie żarna. ile metrów uda mi się przejść bez wychodzenia z Głębi? Jeden krok. lecę.. Wspinam się na mur i odprowadzany spojrzeniami ochroniarzy. Normalka. Gdy dotknę kamieni.. Grać w zwykłe gry. Już się nie chwieję – spadam. wyszarpnąłem z gniazda kable telefonu.. Nogi się ześlizgują. która bezwzględnie kaleczy mi palce. skały wirują w dole. Najlepiej byłoby na kilka tygodni zapomnieć o całej wirtualności. Jeśli Al Kabar. migoczą pomarańczowym żarem jeziora lawy. Ale nie jestem ciekaw. chłoszcze. – Przerwanie połączenia – mówi Vika... – Reset. którzy stoją za Człowiekiem Bez Twarzy. że zostałem poddany śmiertelnym przeciążeniom – i wtedy zadziała program wyjścia. cóż. wezmą się za łby z powodu Nieudacznika. pić piwo z Maniakiem. Ściągnąłem hełm. Na monitorze – błękit i spadający człowieczek. przechyliłem się przez stół.” Na ekranach krew. nie jestem twój. do czułych Gurii i gór Rahatłukum. albo robią to zbyt umiejętnie. drugi – nić drży pod nogami. O prawdziwej Vice.10 Albo mnie nie śledzą. W duszy mrok. „Głębio. gdzie jeszcze jest ciepło. Ciekawe. pomiędzy skałami. wiją się błękitne wstążeczki rzek. rosnąc i jeżąc się igłami szczytów. Labirynt i ci. jakim bólem odmaluje tę śmierć moja wyobraźnia.. Na długo. Zimne powietrze uderza w twarz. zapraszając do krótkiej podróży. czuję zawroty głowy. wchodzę na most z włosa. I zapomnieć o Vice.. . pojechać gdzieś.. wciskając kabel na miejsce. by Vika podniosła alarm. nurku. Głębio. kąpać się w morzu. – Serio? – Tak. serwer Al Kabaru zaraportuje. Sprawdź połączenie! – Wszystko w porządku – mamroczę. upgreadeować komputer. Wplątałem się w cholernie poważną historię. czepiając się nici.

Saszę Morozowa. Ciekawi Głębi – wszystko dla niej. Niezwykle cenna i powszechnie szanowana świnka morska. wozić go w pobliże linii telefonicznych i chować w podziemnych bunkrach. jaka egzaltacja! Ludzie nowego cybernetycznego świata. robić mu encefalogramy i pomiary różnych możliwych i niemożliwych parametrów. jakie wrażenie pojawia się w wielkim palcu twojej lewej nogi przy wejściu w wirtualność. jej sztandarem była wolność.. Będziemy walczyć o swoje prawo do posiadania wszelkich praw.. i jak zmieni się krzesło po trzech dobach w świecie wirtualnym”. którzy powstaną przeciwko wolności. w każdym razie obywatelem rosyjskim. Jesteśmy wolni we wszystkim i na zawsze. bezkresnej przestrzeni! Upojeni wolnością. Powiedz. Nieudacznik spędzi resztę swoich dni w doskonale chronionej szwajcarskiej willi. wszystko w jej imię.. by chronić Nieudacznika? Mało to utalentowanych programistów wyciągnięto nam z kraju? Czternastoletniego chłopca z Woroneża.. Gdyby wrzucić informację o Nieudaczniku do otwartej Sieci albo powiadomić odpowiednie władze.. zdolny wchodzić w przestrzeń wirtualną bez żadnych modemów i innych telefonów? A jeśli nawet? Nie ma się co łudzić. podłączać i odłączać modemy. jak w dzieciństwie wierzyłem w komunizm? Dlaczego tak chce się wierzyć – na przekór wszystkiemu? . wolnej. Amen. A kim on właściwie jest. żeby zamurować go we własnym centrum badawczym.. radośni i dumni z siebie... zabrali rejsem specjalnym.. na wieki wieków. I. żebym z jego powodu miał nie spać po nocach? Homo komputerus? Człowiek komputerowy. gdzieś na Syberii czy Uralu.. Informacja nie ma prawa być utajniona – i Deeptown nie będzie miał granic. jeśli takowe rzeczywiście istnieją. Ale dlaczego ja mimo wszystko wierzę w te śmieszne hasła równie radośnie. Cóż za naiwność. zmurszałych religii i purytańskiej moralności. bawiący się nią jak dziecko. można od niego przejąć. że jego zdolności. Wygonimy z naszych szeregów tylko tych. które wstało z łóżka po długiej chorobie. Gdy pojawiła się Głębia. wymazać z pamięci Nieudacznika. Jesteśmy niezależni od sprzedajnych rządów. Będą żądać: „Wejdź w Głębię. Będą go badać specjaliści wszelkich maści. Co by to dało? Czy staruszka Rosja wyśle samoloty i brygady czołgów. Szare komórki nie są u nas nikomu potrzebne. Nieudacznika zaczną sadzać przed komputerami najrozmaitszych typów. na pustyni Teksasu albo w jakimś centrum naukowym CIA. Rozbawiła mnie własna naiwność. Zresztą w końcu jest Rosjaninem. Prędzej wywiad zbierze resztki dawnej śmiałości i przejmie Nieudacznika – po to. co teraz czujesz.Na zawsze pożegnać się z marzeniem o Medalu Bezkarności. oczywiście.

Serca i silniki znowu w drodze Wasiliewa. Wziąłem z pudełka swojego starego 586 słuchawkę. wirusy i anty wirusy. obieram ziemniaki. muzyczne pliki i gry. to ja.. To przestrzeń w przestrzeni. która inaczej żyć nie może. która narobiła tyle hałasu. – No. Wyjść z domu. i pan Bez Twarzy. nie płacąc biednej ojczyźnie podatków. tym bardziej w sytuacji świeżej harmonii z małżonką... głupstwo. – Piszesz program? – Nie. Służbowe programy. Łatwiej byłoby wnieść wirus do Pentagonu. kupić duuużo piwa. na równiutkie linijki katalogów i podkatalogów. wybrałem numer Maniaka. mogą sobie spokojnie walczyć z Willym-Gilermo o Nieudacznika. – Pogodzenia! – A. zmienię kanały wejścia w Głębię i adres sieciowy.. fragmenty świadomości Viki. jak? . Wyspać się! A pan Urman. czy można wejść do Labiryntu Śmierci z bronią? – Z wirusem? Co. – Halo! – Szura. kto i jak robił. – Maniak ściszył głos. – A. Wierzyć – jakie to proste.. które jeszcze nie zdążyły wyjść poza ściany drukarni. – A czy to czasem nie ty robiłeś im filtr? – Nie – mówi z żalem Maniak. wszystko zawalone po dach. powieść Oldie. świeżutki kryminał płodnego jak królik Lwa Kurskiego. miłość? Zapewne należę do rasy. którego nie zobaczę tym bardziej. już ci BFG nie wystarcza? – zgrywa się Maniak.. Jeśli tylko odsiedzę w realu kilkanaście dni. – Nie jesteś zajęty? – No. którego już nigdy nie zobaczę na oczy. – Nie ja. zwalić się na tapczan. Ale wiem. Trzy gigabajty.. niż przenieść przez filtr Labiryntu. nie ufając nikomu prócz garstki przyjaciół – jak mogę wierzyć w coś czystego i wiecznego? W wolność. – Gratuluję. dobro. Znowu miałem szczęście – nie siedział w wirtualności i nie spał. kradnąc cudzą własność intelektualną. gromiąc cudze komputery. Zresztą nikt mi nie przeszkadza dalej wierzyć w wolność. wydrukować na starej drukarce kilka książek. „Nigdy nie lubiłem idiotów ani kamikadze.. – Szura.. skradzione informacje i książki. – Chyba żartujesz. Gala szykuje kolację. Patrzyłem na trójwymiarową siatkę nortonowskiej tablicy.. Nie warto zabierać mu czasu. powiedz mi. trochę. – Czego? – Maniak stał się czujny.Omijając prawa.

– I nie ma sposobu. Możesz mi wierzyć. – Poczekaj. zostają odcięte.– W portalu wejścia kopiowany jest twój obraz. Strzelec.. – Kompletne bagno... A Maniak przeciwnie. na przykład 12345. – Coś za często ostatnio muszę myśleć. – Szurka! – Warlock 9000 cię urządza? – A co to takiego? – Lokalny wirus. – Daj pełny dostęp na hasło.. żeby to obejść? – pytam bezradnie.. Nie lubię telefonów bezprzewodowych. Biokonstruktor. – Co się stało? – Wyjątkowo nieprzyjemna historia. – Jakie rozszerzenie ma plik? – Rozszerzenie? Chyba.. przytrzymując słuchawkę brodą i obierając ziemniaki. W końcu zaczyna pogwizdywać. – Szura! No. – Tak od razu? – Tak – bezczelnieję zupełnie. – I przejdzie przez filtr? – Może.. – Bez przesady. Jeśli masz przy sobie jakiekolwiek programy. I dla jednego porządnego człowieka. Osobowość. to nie takie proste. Przez serwer Labiryntu przechodzi twoja dokładna kopia. Wystarczy mi promieniowanie własnego komputera. – A dla ciebie? – pyta wprost Maniak i mimo woli przypominam sobie trzech muszkieterów. już kończę. można przebić filtr? – Przebić to możesz głową mur – powiedział pouczająco Maniak.... – Jeden dwa trzy cztery pięć. Znudziło mi się – burknąłem. – Szura. Jakich programów używasz. żyć bez nich nie może.. Maniak milczy dłuższą chwilę. teraz pewnie siedzi.. W jakiej postaci będziesz korzystał z wirusa? – Osobowość numer siedem. – Wrzuć mi go. – Jasne. – Włączaj terminal – rozkazuje zrezygnowany Maniak. Jak zwykle. – Dla kogo nieprzyjemna? – Dla całej Głębi. – powtarzam bezmyślnie. czy ja cię za bardzo nie odciągam? Od ziemniaków? – budzi się we mnie poczucie winy. . Morfolog. – Pomyśl.. powiedz. tworząc swoją postać? – Różnych..

czekać na mnie. – powiedziałem. Wychodzę do kuchni szykować kolację. Wypijam herbatę z konfiturami tkwiącymi od wieków w szafce. Zresztą przecież lubienie samego siebie to głupota. Mogę więc być głupcem. – Sam wszystko ustawię. co i jak mam zrobić. . Burzę. Znaki przestankowe Maniak spokojnie olał. Po trzech minutach Vika zgadza się być posłuszna temu. Jeśli podobnej sztuki użyje się choćby raz. – Dziękuję! – Nie wykręcisz się. natychmiast powstaną setki plagiatów. Jednak jestem głupcem. Zatkało mnie. Na mój gust żadnej różnicy. na jaką zasłużyła. Maniak właśnie odłączył się od komputera. Warlock 9000 był najwidoczniej wirusem. Jasne? Rzucam się do komputera. I kamikadze. Czego należało oczekiwać. odłączając telefon.. zostawiając na środku ekranu płonący czerwony napis: „Wziąłem to i owo z twojego chłamu do poczytania i pogrania wirus jest wszyty instrukcja głosowa za minutę”. piwo i jeszcze raz piwo. Wisisz mi piwo. gdy zrozumiałem. Ale czy będę jeszcze miał możliwość mu to piwo postawić – nie wiadomo. Wchodząc w Nortona. Maniak jeszcze raz wzdycha i przed odłożeniem słuchawki grozi: – Dzwonię za pięć minut.. – Piwo. Planowałem urządzić w Głębi taką burzę. Minutę później zadzwonił Maniak i szybko wyjaśnił. odszukałem plik z wyglądem Strzelca (rozszerzenie programu było typowe -. co nawyrabiał z moim wyglądem numer siedem. posłuszna jak gimnazjalistka. gdy w pokoju brzęknął i zaczął pogwizdywać łączący się modem. Twoja starucha ma już pracować. kto zadzwoni z hasłem 12345.clt) i zacząłem porównywać z innymi niezmodyfikowanymi postaciami. jakiej od dawna nie pamiętała. dolewam sobie znowu i idę do pokoju. Nie zdążyłem nawet nalać wody do czajnika. który Szura przygotował dawno temu i do tej pory trzymał na ten wyjątkowy moment.– Cyframi – precyzuje Maniak.

Przypomniałem sobie swój sen – ze śpiewakiem na scenie i nieszczęsnym Aleksem. Niestety. – Człowiek Bez Twarzy – napisałem. Rosyjskiego brak.11 Terminal włączony – zaraportowała Vika.. znałem na pamięć. a pot oblewa mnie Ja budzę się. Jak gdyby dom nasz został zalany wodą I nikt nie przeżył. Serwer nie miał wideo. bratni naród niezbyt nas lubi. żadnych narysowanych mordek czy animowanych zdjęć na ekranie. Dobry piosenkarz.. Zwykły przekaźnik.. na pewno po drodze do tajemniczego nieznajomego mój sygnał przemknie przez kilka innych krajów. Śpiewa Butusow. Pierwsze dwa były otwarte. Adres. Po rosyjsku. z trzech kolejnych nie dowiedziałem się absolutnie niczego. co kompletnie nic nie znaczyło. potem wyjąłem z lodówki piwo i wsunąłem do CD stary album Nautilius Pampilius. co za koszmarny sen. że Nieudacznik to śpiewak? W życiu nie miałem . Jakiś polski serwer. Tylko dlaczego wyobraziłem sobie. który zostawił mi Człowiek Bez Twarzy. Potem na ekranie pojawił się napis: „Proszę czekać”. możliwość przełączenia się na jeden z kilkunastu innych języków. Po pół minucie operator przełączył się na rosyjski driver klawiatury i poprosił o nazwanie abonenta w moim ojczystym języku. poza mną i tobą. Kliknąłem kursorem ikonkę połączenia i po kilku sekundach byłem na serwerze Rosja Online. włącznie z rumuńskim i koreańskim. Póki sam nie próbuje pisać tekstów.. Ja budzę się. Odpowiedziałem na powitanie operatora i poprosiłem o połączenie z Man Without a Face. Pierwsze pięć cicho i skromnie. Menu po polsku i po angielsku. Zaczęli mnie przerzucać z serwera na serwer. Czekałem piętnaście minut...

czego potrzebujesz. który jeszcze nie istniał pięć lat temu. powiedziałbym mu to. albo gdzieś na liniach była przerwa. a sam śpiewam wyłącznie w całkowitej samotności. że wie pan nie gorzej ode mnie” Wiele bym dał. kim jest Człowiek Bez Twarzy. Wszystko. „Czego chcesz?” „Pomocy” „Nie mogę ci pomóc. Powiedziałem to na głos. gdy ta piosenka powstała. Słuchając naszego oddechu. To jakby o mojej Głębi. żeby się dowiedzieć. To ja próbuję oduczyć się oddychania.znajomych śpiewaków. co warto mówić jedynie osobiście. o wirtualnym świecie. moje palce wybiły na klawiaturze: „Kim on jest?” „Już ci powiedziano”. I kilometry słonej wody nad nami I wieloryby machają ogonami I nie wystarczy dla nas dwojga tlenu Leżę wpatrzony w ciemność Słuchając naszego oddechu. a najlepiej w ogóle nie mówić. „To prawda?” „Możliwe” „NIE PORADZĘ SOBIE!” „Szkoda” . nurku?” „Sądzę.. „Kto?” Rzuciłem się do ekranu i bez zastanowienia napisałem: „Ja” „Jak postępy. Pająki. Urman obserwuje Labirynt. „Tak” „Nie poradzę sobie” „To twój problem” „Nie tylko” Teraz długo nic – albo Człowiek Bez Twarzy zastanawiał się.. Lubię tę piosenkę. niewiary w piękno cyberprzestrzeni. a Człowiek Bez Twarzy kontroluje Al Kabar. Sieć ma swoje zasady kontaktu. które zarzuciły cienkie niteczki na cudze legowiska. jest w tobie samym” Gdyby on był obok – realny człowiek z krwi i kości.

zwracając ci twoje własne myśli. większa pamięć i maszyna zaczyna przypominać człowieka.. pomyślałby. one nas witają i życzą miłych snów. rzecz jasna. gdzie leży granica? Rozmawiamy ze swoimi komputerami.. Bardzo chciałabym odpowiedzieć. a czasem bez sensu. Może rozczarował się co do moich umiejętności. polski serwer nie połączy mnie już z Człowiekiem Bez Twarzy. Co mówiłem Nieudacznikowi. – Nic się nie stało. niemal inteligentne.. to jedynie imitacja zwycięstwa. – Przepraszam. niepotrzebujący żadnych kanałów połączeń. Czuję dreszcz. Takie proste! Setka zdań wygłaszanych czasem udatnie. Jak zawsze. Wiele osób – ja na przykład – większość życia spędzają w przestrzeni wirtualnej.. Jakby to było dobrze. jak wirus Maniaka. który czerpie z twoich własnych słów. że mój pentium jest rozumny.Niemal w tym samym momencie na dole ekranu pojawia się linijka: „Połączenie przerwane na życzenie abonenta”. Równie chytrym. Nie gniewam się. Program? . czy ja jestem mądry? – pytam. – Połączenie przerwane! – potwierdza Vika. Przecież Nieudacznik też może być programem. Czasem z komputerem można prowadzić bardzo zabawne dyskusje.. Może obraził się. Efekt ten sam. Vika. Rozum – imitacja rozumu. Strzelcu. gdybym miał rację.. – Głupia jesteś. – Nie miałem cienia wątpliwości. Ale to nie zwycięstwo ludzkiego rozumu... – Prawdziwą. i. – A ty cham. Program. która pojawiła się i po jego słowach. – Cholera! – zawyłem. Może przeszedł przez filtr jako człowiek.. Nie wiem. ale nie wiem. Kolorowe sztandary i fajerwerki nad pustynią. Windows Home ma około tysiąca słów-kluczy. Posłusznie idący za ratownikami. że opowiedziałem o nim Urmanowi. Zdolny podtrzymywać rozmowę i niszczyć potwory. Gdyby usłyszał mnie ktoś nieznający współczesnych systemów operacyjnych. Większa częstotliwość procesora. – Jaką odpowiedź chciałbyś usłyszeć? – robi unik Vika. Wtedy Al Kabar i Człowiek Bez Twarzy wyszliby na idiotów. – Vika. Vika. zapuszczając korzenie w serwer trzydziestego trzeciego poziomu. Przypomniałem sobie pustkę. gdy sformułowania nie mają formy rozkazu i są dla niej niezrozumiałe. Może to jednak program.. kiedy on mi odpowiadał? Wytężyłem pamięć. to wszystko. Takie proste rozwiązanie zagadki! Cisza. – Nie wiem.. – Powtórne połączenie? – Nie. Zaśmiałem się. Lonia.

Może być. Lonia. Jadę czyściutką. Teraz już tylko cztery. na innych kontynentach. Cóż począć. Pokój jest w porządku. Niemal czuję. nieunikniona zapłata za broń. – Wszystko w porządku. Sprite się skończył. tęczowa spirala zawirowała przed oczami.. Program? – Nic nie rozumiem. Deep Enter. Pierwszy moment jest najtrudniejszy. Pokój wygląda tak samo. Ciemność ekranów poprzecinały spadające gwiazdy. Wkrótce urządzą polowanie na Nieudacznika. Tym razem mój wygląd zmienia się nużąco długo. Vika – mówię – kompletnie nic. ale wiem.. Czekana mnie stary ford. – Mogę pomóc? – odpowiada bez sensu Vika. czy człowiek. – Dziękuję. zabierając mnie do wieżowców Deeptown. – Tak.. Lonia? Wstaję. przyglądam się sobie w lustrze. skrzypią szare komórki urzędników wszelkiej maści zaczynających uświadamiać sobie fenomen Nieudacznika. Dziękuję. Chciwie piję popularny napój. otwieram drzwi wyjściowe. Lonia? Kręcę głową. Kierowcą jest przylizany młodzieniec w białej koszuli. – Wezwij mi taksówkę – mówię i wychodzę z mieszkania. Podchodzę do lodówki.Nieudacznik troskliwie niosący narysowanego chłopca. Vika. – Nie! – A kto może? Po chwili milczenia odpowiadam: – Prawdziwa Vika. Strzelec. Urman wyliczył. – Osobowość numer siedem. jest tylko cola. To ja jestem inny. Aż mi głupio na widok jego . jasną windą. Nieważne. I ty nie możesz mi pomóc. Wkrótce zamkną trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. przenikając do Al Kabaru. Kopia tego. że to tylko miraż.. – Powodzenia. szukam czegoś do picia. – Wszystko w porządku. – Wykonuję. jak gdzieś daleko. wymyślony – kupa śmiechu! – jako środek przeciwko biegunce. czy to program.. którego zabiłem dwa dni temu.. że mam jeszcze pięć godzin. ścierając realność. Ja go wyciągnę. Głębia! – Włączyć deep program? Zamiast odpowiedzi zakładam hełm i kładę ręce na klawiaturze.

.życzliwego uśmiechu. – Dom publiczny Różne Zabawy! – szczeknąłem.

myśl o seksie podnieca ją tak samo jak o procesie wejścia-wyjścia. Starą powieść fantastyczną o wesołych młodych ludziach. widzę w nim trzech mężczyzn. Ale jest coś potwornego w całej tej sytuacji. – Posiedzisz u mnie? Tak nuuuudno! W słowach dziewczyny nie ma żadnej aluzji. W każdym razie. nieustannie zajętych. przypominając potwornych braci syjamskich. który posłusznie otwiera przede mną drzwi. – Vika jest zajęta! – mówi. Każdy z nich wygląda jak człowiek. najwidoczniej nałożone w celu zamaskowania się. co jej absolutnie nie krępuje.. z ciekawością oglądając zdjęcia. w oddali stożek Fudżi..100 Vika chyba musiała przekonać Madame. – Witam! – podnoszę rękę. Trzeci jest smagły. Tylko ogolony mięśniak uparcie przegląda czarny album. co mi to przypomina. Z kolejnych drzwi wysuwa się dziewczyna kompletnie naga. Nawzajem się nie widzą. Podchodzę do ochroniarza. dobrze zbudowany i ma gładko ogoloną czaszkę. gdy wchodzę do holu. Tych dwóch to błękitnoocy bruneci. Łączy ich spojrzenie. – Cześć. skoro widzę od razu wszystkich klientów i mogę wchodzić do pomieszczeń służbowych.. Korytarz jest pusty. Altana otoczona kwitnącą sakurą. a dwóch nawet częściowo przecina się w przestrzeni. uwalniając klientów od męczarni duszy.. oddalając się szybko. Jeden ze sztucznie niedbałą miną odkłada zielony album. którego przyłapano na wyciskaniu pryszczy. . Wiosenne słońce. Nagle rozumiem. – mamroczę. standardowe ciała z zestawu Windows Home. Nikt nie ma zamiaru mnie odprowadzać. na mój widok machają rękami. W altance dwie dziewczyny piją herbatę. wszyscy mają w oczach przerażenie i zakłopotanie. Zza jednych dobiegają wybuchy śmiechu. Strzelec! Napijesz się herbaty? – Nie. Wszyscy podnoszą gwałtownie głowy. w tych wesołych. część drzwi otwarta. by nadano mi szczególny status. Wszyscy trzej odwzajemniają gest. Zaglądam.. Wychodzę z holu. życzliwych młodych dziewczynach. zresztą pamiętam drogę. Najwidoczniej jestem teraz na prawach pracownika burdelu. drugi odrzuca od siebie fioletowy..

Obok. To jak krzywe zwierciadło.. A ja czuję w piersi zimno. kamienie na zboczach.. Nieudacznikowi pewnie by się spodobał. Madame? Vika podchodzi do okna. Choć na chwilę.. w którym nie istnieje słowo brud. – Przepraszam. nie uprzedzono cię? Kręci głową. Nawet nie po to. nie odwracając się: – Jak się dowiedziałeś? – Wyczułem. Dużo dziś klientów. – Lonia? Vika wchodzi bezszelestnie. pchając drzwi. Odejdź na zawsze. Aż spotykam się wzrokiem z czarnym kotkiem na zdjęciu.spędzających w pracy okrągłą dobę. – Mimo woli zaczynam się usprawiedliwiać. wszystko w porządku? Vika kiwa głową. odwracając się. cicho miauczy w odpowiedzi i znowu zamiera. żeby w niego wejść... wpadający przez otwarte okno wiatr porusza krótkimi firankami. Świat ciszy. Żeby jedna osoba mogła stworzyć cały świat! I to nie dla pieniędzy czy sławy. poczekam u niej! – uśmiecham się z determinacją. za oknem. – Odejdź.. Przełykam powietrze i mówię: – Naprawdę trzeba tak dużo pracować. Nie odwraca wzroku. – Z tobą. – Miau! – szepcę cichutko.. Świat. Górska chata jest pusta. sypki i ostry.. ptaki na niebie. czystości i spokoju. – Po jaką cholerę się do mnie przyczepiłeś? – krzyczy Vika. dobrze? – Nie. – Zapragnąłem z tobą posiedzieć. niezdolnych powiedzieć koledze nic przykrego. Pyta.. a one. Wystarczy sama wiedza. Leonid. Idę dalej. pasowały! – Dziękuję. o dziwo. Przywykła uważać to za pracę. – Jadłaś coś przynajmniej? – Tak. wiewiórki pod drzewami. Fałszywe odbicie. zawsze gotowych pomóc towarzyszowi.. bezkresny lazur nieba. że on jest. jakby śnieg. Opieram się łokciami o parapet i długo patrzę na góry. – Dziękuję! Dziewczyna robi żałosną minę i znika w swoim pokoju. że mu się spodoba. Kotek otwiera pyszczek. czarny mech pod sosnami.. Skrzący się śnieg szczytów. serdecznych. podchodząc do niej. Zło przywdziało szaty dobra. – Po co ci . nie na zamówienie – po prostu dla siebie. – Nie warto tak często nurkować w Głębię – mówię.. w mroźny dzień. Mam nadzieję. To nieprawdopodobne.

rzeczka na dole. nie mogę jej dotknąć. Łowię jej spojrzenie. Chodzi w różnych ciałach i nic o sobie nie mówi. nie bawiłaby się tak dobrze. Podłoga chaty jeszcze się trzęsie. – Pięć stopni! – krzyczy Vika. Nie mogę nic powiedzieć. wyciągają w dół macki lawin. czepia się parapetu. wyciągając się na podłodze. dyrygować dziewczętami i udawać.dziewczyna prostytutka? Zjeżdżaj! Mnie się to wszystko podoba. – Cyklistówka? – przypominam sobie.. wyglądam przez okno. Lonia. Obok okna z hukiem przelatuje ogromny głaz. Góry zaczynają drżeć i podłoga pod nogami wibruje. Tylko. szukając . Potem podchodzę i staję obok niej przy oknie. – Przyjmujecie wszystkich klientów? Nawet takich. ja łapię ją za ramię. – Vika uśmiecha się krzywo – zawsze ma na głowie czapkę. Śnieżne czapki spadają niczym biały dymek. Tylko szczególny. siadając na podłodze. – Siedem! – Osiem! – Chyba nigdy nie widziała prawdziwego trzęsienia ziemi. – Sadysta? – Pewnie tak. Jest bardziej podekscytowana niż przerażona. – Honor firmy? Każde zboczenie? – Możesz to i tak nazwać. – Nie gniewam się. że jestem jedną nich! Rozumiesz? Stoję i czekam. – Nachyl się. – Niezła jazda – szepcze Vika. Milczenie też jest niebezpieczne. Czekam. Vika krzyczy. – Nie wiem.. – My nie odsiewamy nikogo. dotykając ręką policzka. Wstaję. w okno wali kamienny szrapnel. Po zboczach jeszcze schodzą lawiny. Trzęsienie ziemi chyba się skończyło. że największych idiotów odsiewacie. ale nie mam innego wyjścia.. Sam nie wiem.. zmieniać ciała.. – Myślałem. aż się wykrzyczy. – On sam. jasne? Pieprzyć się sto razy dziennie.. powoli się rozlewa. – Nie gniewaj się na mnie. – O mamo. Lonia! Siadam obok niej – w samą porę. na co. ale już słabiej.. Stąd przezwisko. przez których chodzicie po ścianach? Vika milczy. – Klienci czasem potrafią dokopać. wolną ręką opieram się o ścianę. – szepcze Vika. Jej wargi bezgłośnie szepczą krótkie przekleństwo. Ziemia drży. – Kim on jest? Vika wzrusza ramionami.. przecięta jedną z nich. Jeśli Cyklistówkę można rozpoznać. drobnym konwulsyjnym drżeniem.

oni naprawdę istnieją! Zabawne. – Po co zrobiłaś trzęsienie ziemi? – Co ja mam do tego? Ten świat żyje sam. – Lonia.. porządnemu człowiekowi groziło nieszczęście.nowego koryta.. nie przywykłem do takiej troskliwości.. – Vika. Nie mam teraz głowy do takich dyskusji. gdy otrzymuje wolność. zgodziłabyś się mu pomóc? – Zgodziłabym się – odpowiada spokojnie. – Mówisz o tym.. – Muszę kogoś ukryć... – Uspokoiło się. żeby się z tobą spotkał? – Vika. Milknie. włosy rozsypują się jej na ramiona. – Ale nie masz racji. którzy zagubili się w wirtualności.. – Oczywiście. Wiedziałem. To moja specjalność – troszczenie się o ludzi. poproszę go. – mimo woli zniżam głos. Vika śmiesznie kręci głową.. o czym ty mówisz? Gdzie schować? – W wirtualności. Szczerze mówiąc.... – Żadnej. ogląda zmieniony pejzaż. – Chcesz. Znasz się trochę na tym? . – Żadnej? Vika rzuca mi krótkie spojrzenie. – mam znajomego nurka. – Lonia.. który jest w Labiryncie? – Tak.. – Jak człowiek. – Pomogę – mówi Vika. Świat staje się prawdziwy dopiero wtedy.. czuje się ją. – przygryza wargi. tak mi się przynajmniej wydaje. Nie mam możliwości sterowania nim... – Po co? – On nie może wyjść. że powie coś w tym guście. gdyby człowiekowi. – Kiedy ostatnio byłeś w realu? – Pół godziny temu. – Dziękuję. Gdyby on na zawsze mógł stracić wolność. – Vika bierze mnie za rękę.. Macie pewne systemy bezpieczeństwa? – Absolutnie pewne... To nie wymysł. – Nawet jeśli to nie tak całkiem porządny człowiek. Jakby moje słowa mogły na nowo obudzić żywioł. Gdy jest. – Na pewno? Czy to nie tobie potrzebna pomoc? Ja. wstaje. – Tak bardzo wierzysz w wolność? – W wolność nie trzeba wierzyć..

Gdy jestem przy drzwiach. Leonid. znacznie spokojniejszą i mądrzejszą niż Vika. I obiektywnie rzecz biorąc. – Żeby nie zapomnieć. otwarte bombonierki. kilka centymerów nad ziemią.. Vika ogląda się na mnie.. Są również kobiety w średnim wieku. – Możesz wypytać Maga. W ich otwartych oczach jest pustka.. wszędzie leżą porozrzucane książki. obejmuje je jak w paroksyzmie zwyrodniałej namiętności. białe słońce na niebie. martwe. że patrzę.. – Musiałeś to zobaczyć. jakby prosiła. – To wszystko – mówi Madame swoim niskim głębokim głosem. po co? – mówi do niej. Vika waha się i rzuca mi takie spojrzenie. Ze ścian wystają lśniące niklowane haki. Przede wszystkim młode dziewczyny. milczy.. zaglądając w martwe twarze. Przez chwilę nic się nie dzieje. – To moja garderoba – mówi Vika. żebym wyszedł. kilka dziewczynek i paru chłopców. I to Madame odsuwa się od wiszącego bezradnie ciała. Za nimi jest światło. piękniejszą.. Po co to? Vika? Madame patrzy na Vikę i kiwa ze smutkiem głową. I mnie też nie. Albo kostnica. Idę za nią. dziewczynko. potem znika w środku. woła: – Lonia.Kiwam głową. Plaża za oknem. – Wyjaśnimy Loni? Vika. Albo muzeum Sinobrodego. ale tyle razy je rozwalałem. żebyś widział. odsłaniając wąskie drzwi. że mogę uważać się za eksperta. Z magazynu ludzkich tusz wychodzimy przez inne drzwi – prowadzące do pokoju Madame. Na nich. Chcę. jakby się z nimi witała. Wiem. – Te haki. Vika przez sekundę je zasłania. Zimne. nie trzeba. Jestem jak zahipnotyzowany. Madame wisi na końcu pierwszej dziesiątki. kilka rudych i jedna zupełnie łysa. przesuwa po niej ręką. – zobaczyłem. – Powie mi? – Tobie nie. ubrania. Gwarny. coś szepcze. Deski rozsuwają się. Nie mógłbym wprawdzie napisać programu. Patrzę na Madame. To zupełnie inny świat. wbrew sobie. – Dlaczego to takie makabryczne? – pytam. Szopa. opróżnione do połowy flakoniki perfum. tania biżuteria i bransoletki z dętego złota. – Vika. ale Madame. . Milczę. chcąc się upewnić. Pokój zastawiony starymi meblami. blondynki i brunetki. dwie staruszki. Vika idzie wzdłuż kołyszących się ciał.. i przytula się do obfitego ciała właścicielki zakładu. Potem – moment przejścia mi umyka – Vika i Madame zamieniają się miejscami. Podchodzi do ściany.. wiszą ludzkie ciała. nakłuta karkiem na hak. Żeby ani na sekundę nie zapomnieć: oni nie żyją.

– Nie można być tak naiwnym. na podłodze perski dywan nadgryziony przez mole i poplamiony winem. Strzelcu. jak wyglądamy z boku. że będzie łatwo. potem podchodzi do baru. jakby szedł po asfalcie. Madame. że na pewno mnie skrzywdzą i że bardzo im się to spodoba. zastanawiając się. Kładzie opiekuńczo rękę na moim ramieniu. Bardzo równo. Nie zatrzymujemy się w pokoju Madame. ale tylko z dziewczętami – odmawiam.. czasem odnoszę wrażenie. Dziewczyny pod parasolami witają Madame radosnym piskiem. że jesteś jeszcze chłopcem – mówi Madame. potem w brzuchu burczy! Jakoś dziwnie się porusza. za dużo bąbelków. – Nikt nie obiecywał. W barku galeria napoczętych butelek. pospiesznie wstaje i macha ręką. Dziewczęta nie muszą słyszeć naszej rozmowy. Blady wysoki Strzelec mógłby być synem Madame. – No. – Ma do ciebie kilka pytań. – Lonia. – Naprawdę na wszystkie? – pyta Mag. – Wódka jest? . Pewnie wygląda to na wizytę przebranego arystokraty w tanim burdelu. Nie róbcie mu krzywdy! Ogólny sens radosnej odpowiedzi sprowadza się do tego. Mag.. że ona się zbliża. Ogromne łoże pod aksamitnym baldachimem. na ścianie gitara. Patrzę na jego nogi – na bosych stopach Maga zdeptane klapki. gdyby nie brak jakiegokolwiek podobieństwa. – Piję szampana. Gej. – Witaj. a z nich wyrastają malutkie. – Porozmawiaj ze Strzelcem – prosi łagodnie Madame. ja pani za język nie ciągnąłem! – oświadcza Mag. – Dziewczęta. niezaścielone. Viki nie ma – mówi głośno Madame. Odpowiedz na wszystkie. Pijesz szampana. młócące powietrze skrzydełka. – Zgaduj zgadula. co mnie cieszy. Idę obok Madame. obok niego pantofle. – Szampan! – oznajmia Mag. prawda? Ja nie piję. pluskający się w wodzie przy samym brzegu. jaka jestem naprawdę – mówi Madame. – Dlaczego? – Naiwnemu trudno żyć. – wzdycha Madame. – Gdybyż to było konieczne. jakby wyczuwając. – Absolutnie. – Pamiętam. Zbyt tu duszno. Na świecie i tak nie ma innej prawdy niż ta. Wchodzimy do strefy wypoczynkowej. Strzelec poczeka tu na swoją dziewczynę.karty do gry. Madame grozi dziewczętom palcem. wyłania się spod kontuaru. Nie mam zamiaru zgadywać. w którą chcemy wierzyć. – Schody są strome – uprzedza Madame. Spod baru wysuwa się rozczochrana głowa Komputerowego Maga i szybko nurkuje z powrotem. – Widzisz. Czekam na Maga przy stoliku stojącym w pewnym oddaleniu od innych. podchodząc do nas.

żeby coś wszamać i.. Im bardziej przybliżasz się do absolutnej pewności. – Jesteś hakerem czy lamerem? – Uczniem.. aż się zmęczysz! Mag chichocze i zaczyna przebierać nogami. – Absolutnie? Mag wzdycha i odrobinę poważnieje. unosząc się niemal do poziomu blatu. za przeproszeniem. Nazywam je bałwankami. że cały system zabezpieczeń trzyma się na tobie. ale słyszałem. wraca z wódką Ursus. fagocyty. opada na fotel i otwiera swój likier. tylko zakład! Nie można. kryształowym dzbanem pełnym wody i torebką zuko. że podświadomość sama dopowie sobie smak. używając ręki zamiast miksera. bo są tępe. dość miałem grzęźnięcia w piasku. włączają się bałwanki. Ursusa nigdy nie piłem. I teraz spoko. – Bałwanki? – Autonomiczne ruchome programy zabezpieczające. do toalety skoczyć! – Madame mówiła. gdyby się ich nie wpuszczało? – Mówię o czym innym. Spaceruj po powietrzu. że to dobra wódka.. – Masz. Absolutne zabezpieczenie nie istnieje. wprowadza się dodatkowe hasła. – Miodzik! Prawdziwe curacao! – Cały dzień tu spędzasz? – Ha! Wychodzę stąd tylko. – Klapki? Dzisiaj zrobiłem. – Delicje! – oznajmia. – Gdzie dostałeś takie buty? – pytam. Potem podkurcza nogi. Zależność odwrotnie proporcjonalna: wraz ze zwiększeniem zabezpieczenia spada twoja zdolność odbierania i przekazywania informacji. tym mniej wygodne jest twoje przebywanie w wirtualności. – Niewłaściwe słowo! Tu się wszystko na mnie trzyma! – Obcy mogą tu wejść? – A jak byśmy na życie zarabiali. Po minucie. W nadziei. Najważniejsze to znaleźć optymalną równowagę ochrony i wygody. W końcu jesteśmy w wirtualności i tu nie ma zarazków. Nasz system zabezpieczający został stworzony z zastosowaniem elementów sztucznego intelektu. musiałem przy kleić do podeszew kawałki podłogi. Czemu nie pijesz? . – Jasna sprawa. Mag chwyta dzban i sam miesza w nim napój. Jeśli powiadamia o próbach włamania. Można przeniknąć do służbowych pomieszczeń burdelu? – Zakładu! To nie burdel. pomieszaj sobie.. Wypijam jednym haustem i popijam prosto z dzbanka. nadal frunąc nad plażą. nalewam do kieliszka..– Wszystko jest! – Mag stawia na stole butelkę likieru w jadowicie fioletowym kolorze i odbiega z niepotrzebnym adrau durso. Cmoka i przypina się do butelki. A że w Deeptown można chodzić tylko po podłodze..

– Dziękuję. – Byłem po prostu ciekaw. Wzdycha. Albo nie. Teraz na pewno też.. zresztą trudno było oczekiwać innej odpowiedzi. aż do całkowitego zakapsułowania zakładu. – Wszystkie tu takie kochliwe! Bierze swój likier i tanecznym krokiem zmierza do wesołej blondynki.. jeśli przeniknięcie zaplanuje duża grupa profesjonalistów. – A może uderzę do Nataszki. Mag od razu staje się uroczysty i ważny. – Zakochała się we mnie i od pół roku za mną usycha. w praktyce do czegoś takiego nigdy nie doszło. pomogę. może Vika jest już wolna – mówię. Zarozumialstwo walczy w nim z obiektywizmem. Na każdą tarczę znajdzie się miecz. – Bo. – Tylko uważaj. Korzystam z okazji i zmywam się.. ale nie wypytuję Maga. Nie zgadłeś. ale nie przejmuj się. czemu Madame od razu nie powiedziała? Ciekaw jestem. ale wszystko powinno zadziałać właśnie tak.. stary. – Cii! Wszystko kapuję. – Nie zawracaj głowy! – macha ręką. Kiedyś mi się wydawało. ja za nią każdemu mordę obiję. Oczywiście. – Pójdę. chodźmy do ciebie! – zapala się Mag. Nudno tu! Kręcę głową. Gdybyż tak było! W życiu też się tacy trafiają. cicho. Magu. nic niewiedząca o swoim ciężkim losie dziewczyna chichocze.. – Chcesz powiedzieć. – Ale do tej blondyneczki nie podchodź! – dodaje Mag.. obejmując się z przyjaciółką. – Chcesz założyć własny system zabezpieczeń? Spróbuj. Biedna. że zabezpieczenie jest mimo wszystko idealne? Mag waha się. – Nie. jesteś z kontroli! – podrywa się Mag. żebyś Viki nie skrzywdził! – ostrzega. – rozmyśla Mag.. zanim ochrona rozkręci się na całego. patrzy z rozmarzeniem na morze. Tylko komu to potrzebne? Rozumiem. kto mógłby sprawdzać wirtualny dom publiczny? I po co? Interesujące. zdążą wejść.. ale mnie uprzedziłeś – przyznaje się. Przyjaciołom dziewczyn nie odbijam.. – Miałem do niej uderzyć.Nalewam sobie wódki. – Jeśli następuje zmasowany atak – ciągnie Mag – stopień ochrony rośnie w sposób nieograniczony... . to świetna dziewczyna. – Sam ci wszystko zrobię. jak to wygląda.. że komputerowcy z telenowel to wymyślone charaktery. – Vika jest we mnie zakochana po uszy.. – A..

idąc do drzwi prowadzących do pomieszczeń służbowych. Moje uwagi go nie interesują. jak u gotowanej ryby. jakbym rozmawiał z programem. Żadnej reakcji. – Czego tu chcesz? Chyba zadałem pytanie. – Stój! – krzyczę. – Jesteś Cyklistówka – powtarzam. i wtedy do mnie dotarło. ale tak mechaniczna. długie pukle włosów wysuwają się spod nasuniętej na oczy cyklistówki. Niewysoki. Tamtych klientów już nie ma. Robi mi się nieswojo od tej dziwnej charakterystyki. – Nie podobasz mi się! – mówię z niespodziewaną radością. Gość już odłożył album i niespiesznie idzie do wyjścia. przeglądając czarny album.101 Najwidoczniej robię za dużo kółek na kręconych schodach i schodzę aż do holu. – Trzy razy ha-ha-ha – mówi Cyklistówka. – Cyklistówka! – krzyczę. – A więc mutant. Koleś gapi się na mnie pustymi oczami. Pewnie smakują radość życia. a Cyklistówka wyjaśnia: – Utrata społecznej i etycznej orientacji. z twarzą wygłodzonego świstaka. – Nie przychodź tu więcej. na które gotów jest odpowiedzieć. a nie z człowiekiem. Zatrzymuje się i powoli odwraca. Wyminąłem go. Jasne oczy obmacują mnie od stóp do głowy. – Słyszysz? Bardzo mi się nie podobasz. Tylko jakiś mężczyzna stoi przy stoliku. – Pewne badania psychologii grupowej. – Prowadź je w innym miejscu. Oczy puste i zadowolone. Ale przynajmniej rodak. Rozpad osobowości. Nieuchronna i fatalna . Zatrzymuje się i obojętnie czeka. przygarbiony. odwracając wyblakłe spojrzenie i rusza do drzwi. Cyklistówka uśmiecha się nieładnie – pierwsza okazana emocja. – Pracownik? – Nie.

że moja prawa ręka ściska pas. – Osoba niezdolna do tworzenia zawsze szuka usprawiedliwienia w destruktywnym zachowaniu. Patrzę na Vikę.. Wiem. Głupio mi z powodu tego wybuchu.. że Cyklistówka prowadzi swoje eksperymenty w kilku innych miejscach. Chodź. a wściekłość powoli opada. Pokój po trzęsieniu ziemi wymaga gruntownego posprzątania. Ponieważ nie ma drugiego krzesła. jeśli cię to interesuje.. który uważa.. lewa jest zaciśnięta w pięść. że na to pytanie będzie musiała dać odpowiedź. Głos Viki dogania mnie przy wyjściu: – Leonid. Ach tak. Vika kontynuuje: – Psychologia w powszechnym mniemaniu jest bardzo prostą nauką. z których uśmiecha się czarny kotek. – Prawdziwy łowca lipnych łowców? . – Chyba zaczynam rozumieć waszą reakcję. – Ochłonąłeś? – pyta Vika. Ludzie niezdolni do samodzielnego wbicia gwoździa czy zrymowania kilku linijek nie mają żadnych wątpliwości co do swoich umiejętności rozumienia i sądzenia innych. dodaje: – Nic interesującego. Człowiekiem. siadam w kucki. Vika? Czuje.. – A jak brzmi temat twojej pracy? – Sublimacja anomalnych zachowań w warunkach przestrzeni wirtualnej. W skrajnych przypadkach staje się to sensem ich życia i źródłem pewności siebie. Zwłaszcza takiej jak nasz burdel. – Na przykład wirtualne prostytutki? – Nie tylko. nie spodziewałem się. poczekaj! Nie warto! Z trudem udaje mi się dojść do siebie. – Nikim szczególnym. Bardzo często przyjmuje ono formę obojętnej obserwacji niedoskonałości świata. – To był Cyklistówka? – pytam na wszelki wypadek. strząsając ze stołu mały kamyczek. – A kim ty jesteś? – Psychologiem w stopniu doktora. Siada.. Okazuje się.. – Badasz takich jak Cyklistówka? – pytam.metamorfoza. że można mnie tak łatwo wkurzyć i to nic nieznaczącymi słowami. Jakby przepraszająco dodaje: – Wybacz naukowy żargon. I otwierając drzwi.. – Tak. – Kim on jest. Podchodzimy do drzwi. – Dobrze. Dziwne. – Coś wspominał o psychologii. że ma prawo osądzać innych. Nie wiedzieć czemu moje słowa bawią Vikę.

– Vika. która z nich emanuje.. Wirtualność jest jak lód. Dostaliśmy pieniądze na badania zachowań seksualnych w przestrzeni wirtualnej. – Tak. – Proszę cię. Nie przyznaję się. Badanie było interesujące przez rok. No to wymyśliłam sobie taki wygląd: pewna siebie właścicielka burdelu. toksyczne miłości. – Dobrze. ale pierwsze zawsze będzie widoczne. i jemu podobni. może zadać ból jednemu człowiekowi lub kilku osobom. w końcu jedna trzecia informacji w Sieci dotyczy seksu. Nie możemy zdjąć naszej pierwszej maski. – W życiu bym nie pomyślała. że miałem odwrotne obawy. W realnym życiu pozostawiają za sobą złamane życia. Vika wypuszcza dym i pyta z lekką ironią: – Może w głębi duszy taka właśnie jestem? – Wszystko mi jedno. jak bardzo ja nie przywykłem się z nimi afiszować. Zachód miał na tym punkcie małego świra. – Ale tobie jest ciężko! – I co z tego? To nie jest ból prawdziwej kobiety. – Informacja za informację? W wirtualności nikt nie afiszuje się ze swoimi danymi. Lonia. – Dlatego. możesz przewidzieć zachowanie tysiąca. – Wirtualność jest złudna. Leonid. Bo Madame zdejmie twój dostęp.. A Vika nawet nie podejrzewa. – Nie. po co... zdążam się ucieszyć. Od dawna już nie. intrygi i zarozumiałość to pył. – A poza nim? – To już kwestia wolności jednostki. ile ty masz lat? – Wymiana? – pytam szybko. – W takim razie. – Trzydzieści cztery. – Twoją pierwszą maską była Madame? Vika bierze ze stołu torebkę.. – Udało ci się – przyznaję.– Nie. Wszystkie patologie są jednakowe. nie mieszaj się do spraw zakładu. – Leonid. wyciąga papierosa. Mam dwadzieścia dziewięć lat. że oni istnieją. zwierzęce reakcje. Wszyscy oni działają identycznie. Tutaj są nieszkodliwi. Wymyślamy setki ciał. która niejedno widziała i z niejednego pieca chleb jadła. Tutaj destrukcja. Vika rozkłada ręce. Uśmiecha się. Cała ich duma. .. Zanim odpowiem. przypala. – Dobrze – mówię. To ból kobiety narysowanej. I Cyklistówka. – Nie będę się wtrącał w wasze sprawy w zakładzie. wyśmiane przyjaźnie. jeśli znasz jednego psychopatę. Wmarzamy w nią raz na zawsze. Może nawet krew. Pył na wietrze. Dawałam ci dwadzieścia dwa.

który bardziej pasowałby do Madame. Tęcza nad Deeptown. – Śmieszny z was naród. Trochę się głupio czuję. Gdzieś tam. Możesz spokojnie przyprowadzić swojego przyjaciela. Rozwijam ją do końca. na górze. świąteczne miasto. ale i tak mi przyjemnie. Powiedziała przecież: „Czuj się jak u siebie. Gdy ciężarek dotyka zbocza. w burdelu na pewno są jakieś sznury. Barwy tęczy mają różną gęstość – zapadam się w fioletowych i niebieskich warstwach. Sen przychodzi natychmiast. żeby podyrygować dziewczętami. Oślepiające błyski przypominające deep program.. hakerzy – rzuca Vika. Cha. choćby w pokojach przeznaczonych dla sadomasochistów. Wyrzucam kołowrotek za okno. po co idę do nieba. Patrzę na zegarek. ale pocieszam się. kłamię. – To nie takie proste. – To dobry specjalista. Mierzwi mi włosy gestem. Trzeba jeszcze przyjść po niego w odpowiednim momencie.” Rzucam się na wąskie łóżko i zamykam oczy. Mam jeszcze czas. patrzę na nić – każdy metr zaznaczony jest czerwoną farbą. lekko wspieram na zielonych i twardo stąpam po żółtych. Siedem i pół metra. Po minucie Madame idzie do swojego pokoju. Pode mną kolorowe. niczym Mag Komputerowy w swoich skrzydlatych klapkach.. Muszę go rozbić – albo bronią Maniaka. Idę po nich. za dwie godziny. Prześcieradła nie pomogą. Vika. szarpie nitką. mimo wszystko wychodzę z wirtualności i rozkazuję Windows Home obudzić mnie za dwie godziny. A ja wyjmuję z kieszeni kurtki kołowrotek z cienką nitką. Ale zanim pozwolę sobie zasnąć. Na końcu nitki jest ciężarek. cha. No nic. widzę je przez różnobarwną mgiełkę. jakbym nadużył zaufania Viki. Jestem w Głębi prawie dobę. . Wskazuje głową łóżko i wychodzi przez drzwi prowadzące do garderoby. że ona na pewno pozwoliłaby na ten malutki eksperyment.. jest kryształowy klosz Głębi dzielący świat na dwie połowy. że zobaczę coś proroczego – jak poprzednim razem. – Śpij. Wiatr za oknem nie cichnie ani na moment. We śnie wiem. Vika – o dziwo – podchodzi do kwestii rzeczowo. – Pozwolisz mi się tu przespać? – Słucham? – Przespać się.. a lepiej pracować ze świeżą głową. albo gołymi rękami.Kłamię. – Zuko cię uspokoił? – Prawie. – Obudzić cię? – Tak. Ale Vika się nie spiera. Tęcza składa się ze stopni – biblijne schody prowadzące do nieba. Z jakiegoś powodu liczę. Sama cię obudzę. Ale śnią mi się kompletne bzdury. zostałem uznany za twardziela programistę. Czuj się jak u siebie.

Vika zaczyna sprzątać pokój. Miele ziarna w malutkim ręcznym młynku z wypolerowanej do błysku miedzi. albo w ogóle się nie kłaść. I jakąś abstrakcyjną. Wziąć prysznic.Kryształ rozsypie się i spadnie na miasto jak oślepiający gwiezdny deszcz.. – Zaparzę kawę – mówi Vika.Coś często zaczęło mnie nawiedzać samobójcze pragnienie.. stęchła woda w kranie. Mija kilka sekund.. – Ja i Madame jesteśmy przyjaciółmi – uśmiecham się. To tu wszystko jest prawdziwe.. – Dziękuję.. Leonid. Wyjmuje z czarnego.. – Mam jeszcze pięć minut. – Podziękujesz Madame. już został wyznaczony. by stać się takim jak wszyscy. kredensu płócienny woreczek z kawą.. gdzie jestem. żywa woda. albo piasek nagrzany słońcem. Zdążam wypić dwie filiżanki kawy i dwa kieliszki koniaku. Obym był przeklęty. wilgoć. Czyste powietrze. – Czas. Głowa ciąży.. Opieram się plecami o drewnianą ścianę. fusy kawy na dnie filiżanki. . Czas. weź swojego przyjaciela za rękę.. Niemal już nadszedł. jeśli to zrobię. Z kłującego kryształu odbijającego światło naszych oczu. Umiejętnie rozpala ogień. już czas. Najważniejsze to uderzyć w porę. siadam na pomiętej pościeli. zanim uświadamiam sobie.. – Koniaku? – pyta Vika. trę czoło. Poproszę Maga. I coś się stanie. niesterylną czystością. Otwieram oczy. Dobrze mi. – Gdy będziecie wchodzić.. słysząc szept Windows Home. kiedy zdołam przemienić barierę w miliony kryształowych gwiazd. Nalewa mi malutki kieliszek ahtamansa. obserwuję Vikę. A może zdążą ostygnąć i spadną w podstawione dłonie. gdy wychodzę. Po chwili wchodzi Vika. Czas mi się naprawdę kończy. potem w drogę. Albo woda w górskim strumieniu. – Wrócisz nie sam? – Taką mam nadzieję. Może wyszeptać swoją wyliczankę i wyjść w real? Zaparzyć prawdziwą kawę.. Trzeba było albo dłużej pospać. chyba ze starości. To od niej wszystko zależy. – Obudziłeś się? Kiwam głową. dodać koniaku. troskliwe spojrzenie Viki. Może gwiazdy nas spalą.. Wtedy on też będzie miał uprzywilejowany status. czego właściwie chcę. Na zewnątrz jest zapuszczone mieszkanie. Pachnie suchym sosnowym drewnem i kawą. Przecież gwiazdy są z kryształu. Mimo woli przypominam sobie o surogacie . Nie wiem..

„Ma pan rodzinę?” „Tak. pobyć w skórze nędzarza. odwracając się. Idę ulicą do portalu wejścia.. choć jednego dolara. lekko przezroczysta. ona parzy doskonałą kawę. Jego postać.. To również nowe zjawisko: proszenie o jałmużnę w przestrzeni wirtualnej. w ten sposób chce zademonstrować niską szybkość modemu i słabe oprogramowanie. – Bóg da. idąc za mną. Poskamieć. Coś mi się zdaje. Jak zawsze zbity tłum. które żyją w realu w różnych miastach i wynajmują w Deeptown wspólne mieszkania. – Od czego zależy pojawienie się napisu „Proszę zacząć pracę od naciśnięcia tego przycisku”.. że Maniak nie kłamał.rodziny pojawiającym się ostatnio coraz częściej. Ale . że Windows to niedorobiony program i pochwaliłem OS/2. nawet po trzęsieniu ziemi!”‘ Obrazek nawet nie budzi złości.. Sytuację trzeba rozwiązać. Właśnie z ich powodu zabroniono używania prywatnych samochodów i Deep Przewodnik stał się monopolistą na rynku usług transportowych. – Na jakim przerywaniu wisi twój modem? – wykrzykuję.. odkurzać i prać – jakby imitacja domowego życia czyniła ich związek bardziej rzeczywistym. Miesiąc temu tego nie było. Podobno nikt z nich nie potrzebuje pieniędzy. i na co mi przyszło.. więc wyliczyłem prawidłowo. a ten okazał się dyrektorem wielkiego banku. w Windows Home? Trzy najlepsze sposoby zawieszenia windy? Kto wymyślił grafikę teksturową? Najlepszy protokół dla modemów marki. – Panie hakerze. ale obdarty i wychudzony. Labirynt jeszcze funkcjonuje. Maniak przysięgał.. – Kiedyś powiedziałem. Byłem niezłym hakerem. Modna i podobno skuteczna psychoterapia. – Żebrak odwraca się i ucieka. – jęczy żebrak. U nas zawsze jest czysto i przytulnie. porusza się zrywami. Nędzarz jest schludny. Proszę kiedyś zajrzeć. W dowolny sposób. – Pracowałem w Microsofcie – mamrocze żebrak. mamy malutką górską chatę w burdelu. Podobno bardzo lubią krzątać się po domu.. że powiesił na jednym takim marker. Jest potworny. Podobno większość nędzarzy to Rosjanie. – błaga nędzarz. Ale przynajmniej ta rozrywka nie jest tak niebezpieczna jak uliczne pościgi. Spotkanie z żebrakiem poprawia mi humor i do portalu Labiryntu podchodzę już w zupełnie innym nastroju. Mijam pawilonik jakiejś kompanii lotniczej ze znudzonym operatorem. Moja dziewczyna jest prostytutką. Wszystkie te pary.. Taka zabawa nowych ruskich. Następnego dnia Bili Gates osobiście wylał mnie z pracy i umieścił na czarnej liście. Obok pawilonu ulokował się żebrak. wyszukana rozrywka. – Help me.. modne rok temu.

Zaczynamy! Jestem Strzelcem! .. Uspokajam się dopiero po wprowadzeniu kodu i wyjściu na trzydziesty trzeci poziom.nadal boję się spóźnić i w ostatniej sekundzie utknąć w zamkniętych drzwiach. Przeciskam się pomiędzy graczami – szybciej.. szybciej.

– Chcesz powiedzieć.. Muszę trochę rozruszać Nieudacznika i – mimo że brzmi to idiotycznie – upewnić się. ale posłusznie wstaje i siada z boku.. – I tak ci się nie uda. – Dobrze mnie ratowali. – Chodź spod tego szajsu – wskazuję oczami kołyszącą się kabinkę. – Mój zacny wujek.. Ale nie zdoła sam nic stworzyć.. na co czekam. Sam nie wiem. Po prostu nikt nie wyszedł poza barierę. spełzając z szyn i zawisając nad głową Nieudacznika. – Jaką barierę? – Świadomości. – deklamuję. kolejny niezawodny sposób popełnienia samobójstwa. – To ja! Nieudacznik podnosi głowę. Poskrzypuje. – Wiesz. chwiejąc się. .. – Jesteś programem czy człowiekiem? – pytam wprost. czerpiąc odpowiedzi z moich własnych słów. co zanegował. – Hej! – krzyczę. że przezwali cię Nieudacznik? – pytam. Pięknie. – Nie nudzisz się? Siadam obok niego.. które nic nie wyjaśniają. Na obiecaną przez Urmana akcję. a w jego oczach jest zmęczenie i beznadzieja. – Mów dalej! No? Patrzy na mnie z taką ironią. Mogę sobie sam wybrać. że nie jest programem. na zamknięcie poziomu? – Nieudacznik. biedaczysko. Program może imitować rozmowę. – Mamy mało czasu.110 Na poziomie jest wiatr. – szepcze Nieudacznik. – Zobaczymy. Nieudacznik sam ściąga respirator. Patrzy i na mnie.. – Ale nawet Hiob miał więcej farta niż ty! Twój pech to coś wyjątkowego! W końcu odpowiada: – To nie tylko mój.. Może to dobry znak. że zaczynam się czuć nieswojo.. że źle cię ratowali? Jestem ożywiony i gadatliwy. mogę cię tak nazywać? Lubisz poezję? Milczenie. podchodząc. Nieudacznik kręci głową. żelazna kabinka amerykańskiej kolejki. pech. Nieudacznik bardzo cierpliwie udziela mi wyjaśnień. jak po alkoholu..

– Dokładnie tak samo siadłem z boku – mówi Dick. Z bardzo daleka Windows Home alarmująco piszczy i szepcze: – Nie można przetłumaczyć! Nie ma w słowniku podstawowym. A ja jestem najbardziej tępym pacjentem. Świszłap! I brnie przez tołszczy pnie.. Moja własna głupota zaczyna mnie śmieszyć – te wbite w świadomość schematy! Ale nie śmieję się: coś we mnie pęka – może ta słynna bariera. – Więc według ciebie Nieudacznik jest Rosjaninem? Urman zadał mi to samo pytanie. Zagłuszając je. Anatol pięć metrów dalej. czy wszyscy rosyjscy nurkowie znają na pamięć tylko Puszkina? – Anatol? – Tak. może zdrowy rozsądek? – i pytam: – Co recytował Dick? Szekspira? – Carolla – słyszę z tyłu. – Koniec zabawy w ratowanie. Strzelcu.. z nieba rozlega się kobiecy głos: – Attention! Uwaga! Wszyscy. and the slithy tobes.. W celu dokonania samobójstwa możecie użyć własnej . podchwytując: A w myślach onych trwając – czuj duch! Zabrołak z płogniem w oku. A Nieudacznik kontynuuje: Ali mimsy were the borogoves And the mome raths outgrabe. – Kim jesteś?! – krzyczę. z BFG w pogotowiu. Nie można przetłumaczyć! Dick podnosi na mnie oczy. o Pampamu pień w rychliwych myślach wsparty – mówi Nieudacznik. Potem syrena milknie i słychać tylko wycie i pisk zaniepokojonych potworów.– Gdy niemoc go zwaliła z nóg. nad poziomem rozlega się wyGie syreny.. – Odejdź. trwał w dzień. Jakby na potwierdzenie jego słów. nurku – rozkazuje Dick. Trzydzieści sekund na opuszczenie strefy gry. Anatol chichocze.. którzy znajdują się na trzydziestym trzecim poziomie Labiryntu Śmierci! Natychmiast opuścić poziom! To oficjalne ostrzeżenie. Didgyre andgimble in the wabe. On uśmiecha się i wstaje. Szedł w noc. niczym w hipnozie. Pamiętał cudne zachwycenie. – Kim jesteś? – pytam Nieudacznika. że rozsadza uszy. I gzbyka nań w pomroku! Dom wariatów. Siada przed obojętnym Nieudacznikiem i mówi: I was brilling. Sprawa jest znacznie poważniejsza niż sądzisz. tak głośne.. Dick stoi obok. Czekam. – Siadłem.

wijący się wokół bicza. Koniec uderza Anatola w kamizelkę kuloodporną. Do gry włączył się Al Kabar. Bicz trafia go w szyję. Jeden zamach i bicz wyciąga się. Trzeba się spieszyć. Nurek znika w wichrze fioletowego płomienia. gdyby nie przerażenie i szok na twarzy Dicka. Ale wicher nie cichnie. Chwytam go za ramiona. Można by pomyśleć. To broń bojowa.. że tak właśnie wygląda kapsułowanie Labiryntu. Za nim jest ciemność. Niebieski strumień ognia. wżera się w ciało Anatola. – Po co? – zdąża zapytać Nieudacznik. To Nieudacznik. Teraz. klingo zła Zarłacka opak z brodom. postrzelisz Nieudacznika – mówię. Podrywa karabin. odkłada BFG i zrzuca z ramienia granatnik. – Przeniosłeś wirus! Nasze twarze oświetla niebieskie lśnienie. hurgot burzonych murów. – Uderzyłeś Anatola! Naruszyłeś kodeks nurków! – Dick nie próbuje wziąć do rąk broni.. gdy hakerzy Labiryntu i Al Kabaru walczą o trzydziesty trzeci . Warlock 9000 Maniak stworzył w formie bicza. To najzwyklejszy pas – dopóki znajduje się na moim ciele. – mówi głos w niebie. Uwaga! Wszyscy. celując do mnie z BFG. Ale Dick skłonny jest winić o wszystko mnie. Z purpurowych chmur spada w dół srebrny pierścień. Nieudacznik patrzy jak zaczarowany na rosnący wir. – Wszystko jest zbyt poważne – powtarzam jego własne słowa. pokrywa niebieskimi iskrami. – Pomóc ci? – pyta Anatol. Po co teraz słowa? – Piętnaście sekund. gilotynując z entuzjazmem bezrobotnego kata. jakby chciał się wyrwać z moich rąk. Anatol kiwa głową. W ręce pasek wydłuża się ze świstem.broni i wrócić do sali kolumnowej Labiryntu. a ja reaguję bez zastanowienia. nie widzi różnicy pomiędzy pancerzem a nagim ciałem.. Kiwam głową. Raz-dwa raz-dwa rąb. wizg zgniatanego metalu. co mnie cieszy. Zostaną wam udzielone wyjaśnienia i wypłacone rekompensaty. nie chcę go zabijać. Nowy dźwięk – łoskot pękającego szkła. – Ty! – krzyczy Dick. zapada się pod ziemię. Za naszymi plecami nowy wicher wybucha na ciele Crazy Tossera. – Czy wolisz sam? – Uważaj. ognisty lej powoli się rozszerza.. W tej samej chwili wyszarpuję spod kamuflażu skórzany pas Strzelca. popycham w stronę ognistego leja. Nakrywa trzydziesty trzeci poziom niczym gigantyczna szklanka...

ale Maniak nie obiecywał.. właśnie teraz jest idealny moment. – Równina. Ma wbudowany licznik pokonanych przestrzeni. to również tunel. Obłoki albo morze białego puchu.... szpital dwudziestego pierwszego.. niewyobrażalnie płaska.. okrągła sala. siwy staruszek w białej chlamidzie do pięt odprowadzający nas stropionym spojrzeniem. wpychając Nieudacznika w niebieski płomień. reklamowy szyld – „Tylko pracując dla.poziom. gwiazdy w rozerwanych chmurach. Twarze w lustrach – jak cienie. Zatrzymaj się. twarze przechodniów... trzymający się lin. mały szczeniaczek. ściany z ekranów. rozbijamy je. który przewierca Głębię. Nie .. przestrzeń – niczym blada akwarela.. To lustro się nie rozbija. fioletowa mgła to jego ciało. że on zadziała.. słony smak na wargach. a sam nurkuję za nim. Zielona polana. Ogień. wypalona. dziewczyna w okularach kartkująca czasopismo... Sklep zoologiczny. Ulica Deeptown.” Księgarnia. Niebieskie błyskawice pełzną po moich rękach. malutki jacht. Warlock to nie tylko zabójca. sobór pięćdziesiątego! Nawet widzę wyszczerzoną mordę Księcia Kosmitów i ognisty błysk jego granatnika. chłopak przy kasie. goły po pas mężczyzna z harpunem. żeby stąd zjeżdżać. cztery pełznące po niej samochody. Pusty. oczadziały zachwytem i rozpierany energią.. Nie miał okazji przetestowania wirusa.. po której biegnie. Zniszczony dworzec pierwszego poziomu.. Mrok. no tak. Ciekawe. Purpurowo-czarny wir.. Cichnące szczekanie. ale my już lecimy dalej. szelest stron niczym wystrzał. Supermarket – tuż przed moimi oczami miga słoik pomarańczowego dżemu. Pod naszymi nogami przydymione lustra – spadając.. Nieudacznika otacza obłok turkusowego płomienia. muzyka harf. Warlock! Spienione morze. Błękitne pociski pękają wokół nas. kryształowe drzewa aż po horyzont. niesiony na grzbiecie fali i spadający w dół – na dziobie. niski ryk. Biały królik w klatce. każdy włosek na skórze trzeszczy i kłuje. przypominający tron fotel. – Żeby wrócić! – krzyczę.. maska taksówki. jakby wrastając w ciało.. tęcza okładek. siarkowa woń i błysk stali w ciemności. Spirala niebieskiego płomienia to ściany tunelu. czy w Głębi można mieć halucynacje? Warlock powinien się w końcu uspokoić.. Spadamy.. wsysa nas w siebie i wyrzuca na zimną marmurową podłogę.

liczbą orderów współzawodniczący z graczem. ale nie wyglądają na takie.. Pomieszczenie przypomina filmowy bunkier bazy rakietowej. – Co to? – pyta Nieudacznik. Imperatorze! Zasłaniam Imperatorowi twarz dłonią. śliskie i cholernie niewygodne. – Ej. niestabilna łączność.. ubrany w niewiarygodnie wspaniały strój o półwojskowym kroju. – Jak stąd wyjść? – krzyczę.. siłą rozpędu trzymając się kilku najbliższych serwerów. Za moimi plecami z szumem otwierają się drzwi.. zbawco ludzkości! – klepię gracza po ramieniu. – Rozbijemy w pył pamięć o was! Ekran blednie. ostatnie stadium. Drzwi są. – Ludzie nieraz dowiedli kłamliwości swojej natury – ryczy mrówka z ekranu. Warlock nadal pracuje. którą jest pochłonięty. nasza planeta jest bezbronna. Oho! Ja to mam szczęście – jeszcze sobie przy okazji znalazłem pracę! Deep psychoza. czy niczego sobie nie złamałem.. – Musimy połączyć nasze wysiłki! – oznajmia mężczyzna. naciska jakiś przycisk. Na fotelu-tronie siedzi mocno zbudowany mężczyzna w średnim wieku. Chyba nas nie widzi – całą jego uwagę przykuwa istota na największym ekranie. Ale zagrożenia chyba nie ma. .. Surowe umeblowanie. strategicznej gry. pojawia się oficer. – Jaka gra? – O gwiezdnych wojnach. – Wspólnie nasze rasy. Zrywam się. które dałyby się otworzyć. Z poszarpanej dziury w suficie sączy się nadal fioletowa mgiełka i sypie lustrzany pył odłamków. ale podświadomie gotów jest zrobić wszystko. – Deneb! – rozkazuje. – Najważniejsze to ochronić ojczyznę ludzkości – mówi Imperator. Istota przypomina ogromną czerwoną mrówkę. mężczyzna przyciska do twarzy dłonie i zamiera. Stopnie tronu są kryształowe. Mężczyzna po prostu nie chce nas widzieć – nie pasujemy do stereotypu prościutkiej. W oczach ma skąpe męskie łzy. – Rozkaz zostanie wykonany. Pomagam Nieudacznikowi wstać.. Nieźle. – Pułkowniku! Proszę wyprowadzić eskadrę na orbitę Soła! – Imperatorze. Pierś obsypana orderami. Ekran się rozjaśnia. Podchodzę do mężczyzny. – Wyjście! Wyciąga rękę. żeby zlikwidować zakłócenia.ma czasu na sprawdzanie. wznoszę bicz do ciosu. Co najmniej doba Głębi. Mężczyzna prostuje się w fotelu. Może jesteśmy dla niego niewidoczni? Ale mężczyzna odpycha moją rękę i mamrocze: – Zakłócenia. – Gra – wyjaśniam. Pułkownik z miną męczennika kiwa głową. Świadomością nas nie przyjmuje. Wpadliśmy na serwer jakiejś gry. rozglądając się w poszukiwaniu wyjścia. Jego ruchy są słabe i niepewne..

. Widzę jedynie nieruchomą. Od Nieudacznika rzeczywiście nie biegną żadne sygnały – albo może biegną.. Teraz będziemy czekać w nadziei. Zostaję w ubraniu Strzelca. on się energicznie wyrywa. kanał. że na komputerze Imperatora jest tylko standardowy . Przerwa. teraz są tuż obok. złamałem kodeks nurków. W tunelu widać rozbłyski światła. rusza głową. Warlock zostawił ślady. W prawej kieszeni mam metalowe pudełko. Niedobrze.. No dobra. tylko weszliśmy nie wiadomo skąd. Potem kieszenie zaczynają mi ciążyć. sądząc z tego. tylko u podnóża tronu wije się lśniąca pomarańczowa nić. Kochany! Nie tutaj. Trzeba się spieszyć.– Co z nim? – Nieudacznik podchodzi bliżej. zamiera. Potem trzeba uruchomić deep program wyjścia albo wyzerować timer. – Standardowy zestaw wyposażenia. kierując się na mój własny kanał. potem nurkuje w pomarańczową nić. programowi nie zostało sił na modulację głosu. – Deep psychoza.. ciemną sylwetkę przyglądającą się mojej pracy. wskakiwać na sputniki. ale mimo wszystko jestem nurkiem. od czasu do czasu wypadają gasnące strzępy nici. No proszę. co odgrywa Imperatora na pewno ma włączony timer. Czyli nie podłączyliśmy się do serwera gracza. Biorę go w palce. Oglądam się na drzwi. Wyjmuję z lewej kieszeni ciemne okulary. Starannie zwijam bicz. Sadzam żuka na podstawie tronu. to kto? – Vika! – komenderuję. Strażnikiem Głębi. – Wyciągał! Teraz muszę przechwycić kanał połączenia łączący gracza z jego domowym komputerem i złamać zabezpieczenie. Wiele było przestrzeni na drodze z Labiryntu. Jeśli nie ja. Komputer najwyraźniej mocno przeciążony. Mój kanał może teraz krążyć po kontynentach. A facet. Widzę własną segmentową pępowinę leżącą na podłodze i wychodzącą w wygryziony przez Warlock tunel. – Lonia? – Głos Windows Home jest głuchy i obojętny. na miękkiej poduszce porusza łapkami połyskliwy szmaragdowy żuk. Bardzo długa. wcześniej czy później ktoś je znajdzie. to typowy żółtodziób. Oglądam pokój. Otwieram. – Co będziesz robił? Nieudacznik jest uosobieniem ciekawości. by mój prościutki skaner mógł je wykryć. używając broni wobec Anatola i Dicka. – Idziemy? – pyta Nieudacznik. ślizgać się po dnie oceanu. nie powinno być skomplikowane. Nakładam. co widzę. Zrzucam z siebie poszarpane – czyżby w czasie spadania przez lustra? – resztki kombinezonu kamuflażu. który znowu zmienia się w pas. Ciemność niemal nieprzenikniona. ale są zbyt dobrze zamaskowane.

Nić jego kanału zwęziła się maksymalnie. że na sali jest nas już czworo. pozbawiony emocji. Wesoło. – Możesz sobie być nawet Dżepettem! – odpowiada. takiego efektu się nie spodziewałem. Człowiek kręci głową. Boże mój. że jego kanał jest taki cienki.. w połowie drogi ratować idiotę z deep psychozą. albo mi nie wierzy. Ale gość albo uważa się za największego hakera na świecie. Drugi kanał jest szybszy i próbuje robić uniki. Tak samo spokojny. Gdybym się nawet starał. Zbyt potężny ten wirus.. widocznie też patrzy przez skaner. – Słuchaj. Na końcu szczękają malutkie zaciski. skurczona postać. a tu jeszcze wyskakuje haker z zestawem służbowych programów. Z dziury w suficie zwisa migotliwa biała nić. Gościowi nie podoba się moja reakcja. Łapię kanał przy samym końcu i ściskam z satysfakcją. oczywiście. Drewniany głos rozmówcy mnie denerwuje. ale i tak cud. – Kto? Najpierw myślę. a nie chcę używać Warlocka. może ciebie też będę kiedyś musiał wyciągać! Spadaj! Bo mi się żółtodziób przekręci! . łapię sznur i zawiązuję na węzeł. jeśli. ale chyba nie widzi. ale samymi rękawiczkami go nie powstrzymam. z jakiej dali on tu wypadł. Ale gdy się oglądam. jak wytrzymał upadek przez tunel? Warlock nieźle się spisał. uznać Imperatora za pełnowartościowego uczestnika wydarzeń. połyskliwy sznur.. może mi przeszkodzić. rejestrując jedynie kanały połączenia. Zresztą Nieudacznik właśnie przestał się interesować mną i krąży wokół hakera. ruchy gwałtowne. na jej końcu wisi długa. postać zaczyna drgać. koleś. – Ja pracuję! – Ja też. – Odczep się.. po coś się przyczepił? – dostosowuję się do sposobu. Zazwyczaj działa to bez zarzutu.zestaw antywirusowy. widzę. mówienia gościa. Dobrze chociaż. Widok jest tak komiczny. głowę przekrzywia mu na bok. w życiu bym czegoś takiego nie wymyślił – wyciągać nie wiadomo kogo z Labiryntu. i po chwili w moją stronę. Jej kontury są rozmyte. za to wydłużają się ręce. a raczej w stronę mojego kanału zaczyna biec giętki. że to głos Nieudacznika. Wkładam rękawiczki. Mam ochotę zrobić to samo z nieproszonym gościem. Wyciąga ręce. nos odpływa za policzek. Jestem nurkiem. co się dzieje. Jeśli nieznajomy jest zwykłym użytkownikiem Sieci. Ten go nie zauważa. że cokolwiek słyszę. Rękawiczki ogłuszają program. że przestaję się złościć. nie ma co! – Nie twoja sprawa! – odzywam się agresywnie. – Słuchaj.

pyta o potwierdzenie. Znajduję plik natychmiastowego wyjścia z Głębi i włączam.. – Wyłaź. że sprawa jest poważna. Chwytam mężczyznę za kołnierz. szarpię. Virt Nawigator. Spycham Imperatora z tronu – zsuwa się na podłogę. za to wyciąga coś w rodzaju latarki i oświetla Imperatora. – Idziemy – mówię do Nieudacznika. pcham w stronę tronu i rozkazuję: – Zdejmij hełm! Wyłącz komputer. Deep program nie słucha od razu.. Dziura w suficie powoli się zwęża.. skoro taki z niego twardziel. rozglądając się. Próbuje dojść do drzwi. za dziesięć minut jego kanał zostanie przerwany. I to pod nosem dwóch potężnych . na który patrzy się z Głębi. a nie na żółtodzioba eksperymentatora.. Najważniejsze. Jest w wirtualności od dwudziestu ośmiu godzin! Nie mam ochoty grzebać się z timerem. terminal! Przede mną rozwija się ekran. Zeskakuję z tronu. biorę pomarańczową nić gołymi rękami. jak będzie wyglądać wnętrze cudzego komputera. Wyłączenie w nim timera to kaszka z mleczkiem. zagląda w otwór tunelu. – Vika. ja nie chciałem. Powoli kręci głową. Ten ciągle krąży wokół hakera. obmyśla chytrą strategię władca rozumnych meduz i inni maniacy gier. Dlatego zawsze wybieram najłatwiejszą drogę. – Rachunek za uratowanie dostaniesz później – ucinam. że wyciągnąłem go z Labiryntu. Ale on milczy. ściągam rękawiczki.. machnięciem ręki zwijając terminal. chwyta się za głowę. Nigdy nie wiadomo. – mamrocze Imperator. Zaciekawiony haker zostaje w pustej sali. Niech sobie patrzy. szybko! Ręce mężczyzny sięgają do głowy. Przestaje sięgać do mojego kanału. Tak właśnie powstają legendy o nurkach cudotwórcach. – System klienta pod kontrolą – szepce Windows Home. Haker pod dziurą tunelu jest niemal bezcielesny. Jego postać mętnieje. Zdejmuję okulary. Ale niech sobie sam radzi z takimi drobiazgami. I to się nazywa natychmiastowe wyjście. Bóg z nim. ale obliczony na człowieka z instynktem samozachowawczym. Gdzieś obok śni na jawie przywódca czerwonych mrówek. Niezły system operacyjny. – Co się tak przyssałeś do tego hakera? – pytam Nieudacznika w windzie.. pomarańczowy sznur gaśnie. skąd wysypują się różne śmieci. niczego tajnego w moich metodach nie ma. Aha. – Ja. Drzwi prowadzą nas do niewielkiej sali – siedem innych wyjść i szyb windy. Imperator cicho jęczy.Do hakera w końcu dociera.. Zajmuję jego miejsce.... potem niepewnie młócą powietrze. I niedoszły władca galaktyki właśnie to zrobił. Jakiś półaktywny program skanujący. Mam dosyć zastanawiania się nad jego dziwactwami. – Chodź! Muszę ciągnąć go za rękę jak dziecko.

Widać wieżę America Online.. mieni się czerwona reklama: STARS&PLANETS: MASTER OF SIRIUS! Znana firma. Rozrywka całkiem. Kręcę głową. – Nie znasz go – opędza się. jaki jest twój język ojczysty? – pytam. Nad budynkiem. – Taksówka! – krzyczę. Wtedy od razu polecielibyśmy do Różnych Zabaw. To przekaz ogólnosieciowy. – Dobra – mówię. – Zdejmij maskę – radzę i sam ściągam z niego respirator. – zaczynam.. Ogląda przechodniów z ciekawością człowieka. – Połazimy trochę – postanawiam. więc wciągam rękawiczki i ogłuszam dziewczynę uderzeniem pięści. europejskiego i amerykańskiego sektora miasta. sam nie wiem. ale najwidoczniej dzisiaj nie jest mi sądzone wystąpić w roli przewodnika wycieczek. władca Syriusza! Idę za jego wzrokiem. Kierowca. Po chwili obok mnie zatrzymuje się samochód. – Żyjesz. może zaczął odróżniać ludzi od programów. wsiadam sam. – Nieudacznik. Nieudacznik podnosi głowę i mówi: – Gwiazdy i planety. – To idziemy. wyciągając rękę. Jesteśmy na granicy rosyjskiego. – Byłeś w ogrodach elfów? – Nie.przeciwników! Winda wywozi nas na ulice Deeptown. który po raz pierwszy znalazł się w wirtualności. Nie mam przy sobie rewolweru.. włączali go do tej pory może z pięć razy. zamieszania i krwi. zieleń parku – to ogrody Giltoniel. wpycham do środka Nieudacznika. Warto im zaproponować usługi nurka – łatwa praca. długie rzędy hoteli. Na wieczornym niebie. Całkiem znośnie. rozglądam się. Szczerze mówiąc. Bałem się natychmiastowej pogoni. Dziewczyna posłusznie rusza. pojawia się tęcza. z którego wyszliśmy. samochód zrywa się z miejsca. Domyślam się.. Nieudacznik nie protestuje. Słychać brzęk kryształu. odwraca się do nas z uśmiechem. co powiedzą teraz. Nie można się przed nim ukryć w przytulnym wnętrzu samochodu . stała płaca. – Ale w takim razie kim jesteś? Nieudacznik wzrusza ramionami. młodziutka kędzierzawa Murzynka. – Do domu publicznego Różne Zabawy – rozkazuję. – Po co straszyć ludzi. gasząc gwiazdy. Nie jesteś tworem rozumu komputerowego. pościgu. – Jeszcze gdzieś pójdziemy? – pyta Nieudacznik. O ile pamiętam. – Może BASIC? Śmiejemy się obaj. – Dziękuję. – Obywatele Deeptown! Głos płynie zewsząd.

. Wśród poszkodowanych są korporacja Al Kabar i Labirynt Śmierci. odrywając się od szyby. komisarz służby bezpieczeństwa miasta. że Warlock tylko przewiercił tunel i spokojnie umarł. – Proponujemy tym osobom. Gdy walczący ze sobą przeciwnicy zrozumieli. Jeden z tych. To polimorficzny wirus o nazwie Warlock 9000... i tak nikt nie zaryzykuje uniewinnienia mnie. połączyli siły. jak przystało na porządny wirus dopuszczony do użytku.. Na niebie płoną nasze portrety. Willy – mówię szybko. – Źle? – pyta Nieudacznik. Znam Rade’a... Co za bzdury! Maniak nigdy by nie wypuścił takiego wirusa! – Jedną z właściwości jego działania jest przejęcie zarządzania sprzętem komunikacyjnym. – Zaraz zobaczycie postacie używane przez podejrzanych w Labiryncie – kontynuuje Jordan. Matko Boska! Co on gada? – Dwóch ludzi. proszeni są o skontaktowanie się ze mną. Połączenie uzyskuję po dziesięciu sekundach. zwłaszcza widok. – Zwraca się do was Jordan Rade. I zwalili na mnie wszystko. zostało oskarżonych o użycie broni wirusowej zabronionej przez Konwencję Moskiewską. – A! Strzelec! Gdzie pan jest? . Nawet gdyby pokazać policji kod źródłowy wirusa. – mamroczę.... Wszystko jasne. – Do licha – szepcę. – To nie jest właściwe słowo. – Hello! – Witaj.. Wszyscy. wystukuję na klawiaturze adres Gilermo. zdejmuję z panelu słuchawkę telefoniczną.czy za ścianami domów. którzy gotowi są kontaktować się z nurkami i znosić drobne przestępstwa w imię życia samej Sieci. którzy znają tych ludzi. Robi wrażenie. że zwierzyna dała nogę.. ze zniszczeniem trzydziestego trzeciego poziomu włącznie. jak biczem odcinam Dickowi głowę.. Porządny gość. – Jak mam to rozumieć? Wahanie. z nieograniczoną możliwością rozprzestrzeniania się. Warlock mógł w jakiś sposób oddziałać na wirtualny świat Labiryntu. Spróbuj im teraz udowodnić. – Skurczybyki. Potem mnie i Nieudacznika zaczynają demonstrować w skali jeden do jednego i w ruchu. by dobrowolnie zjawiły się w zarządzie bezpieczeństwa Deeptown. Jakbym mógł nie zwrócić! – Mniej więcej pół godziny temu na terenie Labiryntu Śmierci popełniono przestępstwo zagrażające istnieniu Deeptown – mówi Rade. chociaż Amerykanin. proszę zwrócić uwagę – mamrocze Murzynka. Sięgam przez ramę Murzynki. – Przekazują ważną wiadomość. z których jeden jest nurkiem.

Dojeżdżamy do burdelu i pojawia się nowy problem: co zrobić z samochodem? Zniszczyć program do końca? Niełatwe zadanie. Żadne ryzyko. najlepsze. Leonid? – pyta Vika lodowatym głosem. ja taki porządek zaprowadzam w chwili kompletnego rozstroju nerwowego. – Możesz przejrzeć albumy. Sądząc po głosie. – Zaszło nieporozumienie – mówi pospiesznie Gilermo. jak inni. ogłuszony program transportowy nie doniesie o swoim miejscu pobytu. wrzucam tępego owada do środka i zamykam drzwi.. – Więc uratowałeś.. – Słyszałaś komisarza? – A kto go nie słyszał? – Vika wstaje. Ale mamy szczęście – hol jest pusty. ale panuje absolutna cisza. to nie stawiać oporu. Kręci głową. Deep Przewodnik nie troszczy się zbytnio o ochronę swoich taksówek. – I czemu mnie to nie dziwi? Po korytarzach prawie biegniemy. – Wielka szkoda. – Idziemy – ciągnę Nieudacznika za rękę. . jakby nie było żadnego trzęsienia ziemi. czeka na wyjaśnienia. wysiadaj.– W samochodzie. Jeśli w holu akurat siedzą klienci. kładąc słuchawkę na widełki. Takie prymitywne programiki jak mój żuk nie zdołają pokonać jego ochrony. – Nieudacznik. aż pracownice znowu zaczną wysuwać się ze swoich pokoi. Wyciągam z kieszeni pudełko ze szmaragdowym żukiem i okulary. Wychodzę z samochodu za nim. – Niech pan przyjedzie. a ja szybko się cofam. Rezultat jest natychmiastowy. godząc się na figle w rodzaju moich bezpłatnych. gdy tylko żuk zaczyna próbować wejścia na cudzy komputer. Ale próby przeniknięcia na swoje serwery przecina bezlitośnie. teraz jest w szarych dżinsach i szarym swetrze. Na stole pojawił się malutki magnetofon. – wzdycha Willy. – Najpierw zdejmijcie zarzut. Nie ma nawet ochroniarza. to nie leży w mojej kompetencji. Wypuścić? Wcześniej czy później Deep Przewodnik wznowi połączenie i wyśledzi trasę. Nieudacznik podąża za mną. że nie. wszystko załatwimy. Gdy kobieta jest w takim nastroju. Czekam.. W chacie jest czysto. wdepnęliśmy na całego. Będę musiał poprosić o pomoc samego Deep Przewodnika. – To dom publiczny – wyjaśniam Nieudacznikowi na wszelki wypadek. Nie wiem... – Strzelcu. Jeszcze zadzwonię – obiecuję. Taksówka rozpływa się w powietrzu. – Można ci pogratulować. nierejestrowanych przejażdżek. Vika przebrała się. co może zrobić mężczyzna.. kanał połączenia zostaje przecięty.

zawsze się staje.. gdy wszystko jest prawdziwe. – Jak się nazywasz? – Nieudacznik.. że cię stracę. przyjacielu. powinienem był ci powiedzieć – szepcę. W jej oczach widzę łzy. Zaczęłabyś mnie nienawidzić. bałam się. było zbyt ohydnie. Wybacz. że sam jesteś nurkiem? – Nie. – No i. skończona idiotka.. Wybrała niewłaściwą osobowość – to maniera Madame. nie wiem. Zupełnie inne powody budzą w nas gniew. – Ja też nie mogłam. Trzymam się za płonący policzek i stoję jak słup. – Moja praca.. tak samo jak mężczyznę.. że jesteś nurkiem? Vika milczy. Wiem to.. A tobie starczyłoby odwagi. ale trudno było nie usłyszeć plaśnięcia. – Nie można kochać człowieka.. z gliny – tylko zupełnie innego rodzaju. niczym więcej. w czym rzecz. Możemy zostać przyjaciółmi. – Dlaczego? Nie ufasz mi? Nigdy nie uwierzę. odpowiada wymaganiom Konwencji! – O nurku też kłamią? – krzyczy Vika. – Bałem się. że cię stracę.. ja. – Nie – mówi cicho. uśmiecha się i Vika odrobinę zmniejsza obroty. nie mogłem... – Nurek? A ja. żeby powiedzieć. co ją wyprowadziło z równowagi.. – Nurek? – wścieka się dalej Vika. Tylko co z tego. to przez nią. nie kuś losu i postój sobie spokojnie przy oknie! Nieudacznik posłusznie idzie do okna. – szepcę. I nie zdawałabyś sobie sprawy. Chyba zwariowałem... – zaczyna Vika i milknie. skoro obejmuję Vikę i pomiędzy nami nie ma żadnych murów. Żadna kobieta na świecie nie pokocha mężczyzny. przestraszyłam się i wypadłam z Głębi. których naprawdę nie ma. Mówię i wiem.. że Bóg stworzył kobietę z żebra Adama... – Więc go uratowałeś. .. próbowałem się otworzyć.. oni kłamią! – mówię szybko. który widzi jej twarz jak mozaikę kolorowych kwadracików. Niezauważalnie. To zawsze. dlaczego tak wyszło. Vika. Wykonał ją. Wreszcie rozumiem.. jeszcze ci proponowałam pomoc! Nie mogłeś mi powiedzieć.przyjaciela Uratował cię. Załatwiłeś Al Kabar i Labirynt? – Vika. koleś? Nieudacznik wzrusza ramionami. a Vika przystępuje do ataku. Nieudacznik posłusznie patrzy w okno. że to już koniec.. – Warlock to lokalny wirus.. To takie wstrętne... Między nami jest mur – teraz i na zawsze. – Aha.. – Tak. No więc. który widzi Głębię bez iluzji. – Kłamią? A może to ktoś inny tu kłamie? Mam nieduże doświadczenie w dostawaniu w twarz. – Od razu.

. i tak mi wszystko jedno. Dlatego biorę na siebie najbardziej ohydne typy.– My mówimy „wynurzyłem”. Nieudacznik patrzy na góry. którego nigdy nie zadam. Po raz pierwszy w życiu... Wynurzyłam. W tym świecie tylko nasza wiara staje się prawdą. ... nie wychodziłam z Głębi... To prawda. – Zawsze się wynurzam. Wierzę jej Jak wszyscy mężczyźni od stworzenia świata. gotów jest stać tak cały dzień. Mam na końcu języka pytanie. Zuch... nad rzeką. Ale Vika odpowiada sama: – Tam..

– Nikomu nie powiedzą. Białorusi. – Nie ten typ. – Mnie się wydał zdolny do wszystkiego. Kazachstanu. że wirtualne prostytutki współczują możnym tego świata? Wiesz. czy w tych krajach kwitnie miłość do polityków i ludzi wielkiego biznesu? – Takich zboczeń nie zauważyłem. – Moje dziewczęta? – Na przykład. Za twój sukces. którzy lubią przed stosunkiem chłostać kobietę pejczem. Ukrainy. cały nasz personel jest z Rosji. Vika bębni palcami po stole. Żadna z naszych dziewcząt nie doniesie na Strzelca. że on nie urządzał orgii i nie wzgardził naszym towarzystwem. nie doniesie na ciebie. Jak myślisz. nawet Nieudacznik się ożywia. jakby oni wszyscy byli zboczeńcami – Oczywiście. nie budzą współczucia. – Naprawdę? – Lonia. – Marny sukces. – Kto? – Vika jakby nie rozumie całej złożoności sytuacji.111 Vika przygotowuje kawę. – O tym właśnie mówię. – Ale zapamiętuje się właśnie takich gości. my tych wszystkich dyrektorów korporacji i prezesów firm widziałyśmy bez spodni. pełna butelka ahtamaru czeka na swoją kolej. Zresztą Vika od razu nalewa koniak do kieliszków. że nie wszyscy – uśmiecha się Vika.. – Ten mnie na pewno zapamiętał. Pijemy koniak. To silne przejawy nieprzystosowania. A może myślisz.. Tym bardziej. – Mówisz tak. – I co z tego? – Będę musiał wyjść. Ta postać jest spalona. Ludzie. . – Za twój sukces. a Strzelca tu widziano. – A Cyklistówka? – przypominam sobie. Siadamy przy stole. jakby pił herbatę. – Dlaczego? – Ogólnosieciowy list gończy. Jego twarz pozostaje obojętna. Nieudacznik też się przyłącza. Lonia. świeża śmietanka w malutkim dzbanuszku. w cukierniczce góra białego cukru.

uprawiać rozpustę. Świat. łamać prawo. Zabójstwo. – Dlaczego nie? Dostałem za swoje. zabiera dziewczynę do podziemi i z okrzykiem: „Jestem wampirem!” gryzie ją w szyję. jestem czyściejszy i mądrzejszy” – i przychodzi zapłata. Łatwo poradzić sobie z idiotą czy bydlęciem. Prawa. żeby przez godzinę czy dwie udowadniać jej. który wchodzi w wirtualność może zrobić to z większym powodzeniem. to jest wstrętne. To szczególna grupa. Prawo osądzania i prawo władzy. kto uważa się za nadczłowieka. ale na każde bestialstwo.– Lonia. mało ich było? Może to przekleństwo. – Nie mam racji. Ale gdy niepozorny gość siada przed dziewczyną i zaczyna z nią serdecznie rozmawiać. Haker. – A kieszonkowcy uczą ludzi czujności. przychodzi śmierć. władcy gromiący korupcję. mogę nie mówić dalej? – Gdybyś była tak miła. Czuję. – Przepraszam – dotyka mojej ręki. którzy nie obiecują cudów i nie stawiają się na piedestale. kto pierwszy wypuści na rynek nowy szampon czy lekarstwo na przeziębienie? Ale nie chcę się kłócić z Viką. Tylko ci. Poza tym jest różnica pomiędzy kradzieżą. On zawsze sięga po czerwony album.. – I tym dobił wszystkie dziewczęta? – Lonia... Nieudaczniku. w którym wszystko jest dozwolone. – Pomagam tylko rozpowszechniać informacje. gdy bronią moralności. Mądry. Tylko czy taka lekcja potrzebna jest matce sześciorga dzieci. zboczeńcy osądzający pornografię. tylko bez dysput na temat dobra i zła! W ten sposób dojdziemy do tego. Prawo do prawdy. której ukradli portmonetkę z całą pensją? Mam milion kontrargumentów. a kopiowaniem informacji – ja nie zostawiam za sobą pustych komputerów. – Dlaczego? – do rozmowy włącza się nieoczekiwanie Nieudacznik. Mogę wytłumaczyć. czysty i bez wad. Uwierz mi. że jedynymi sprawiedliwymi są zabójcy i złodzieje! – Sam jesteś złodziejem – zauważa Vika. – Stop! Vika. Co to dla ludzkości za różnica. znacznie trudniej z kimś. Widzisz. gdy solidny wujcio zamawia czerwony album. bicze i drobne radości sadystów. przynoszą światu dobro. że to przekleństwo. Mój Boże... to jest naprawdę koszmarne. że w pracy nurka nie kradzież cudzych pików jest najważniejsza. Wystarczy tylko powiedzieć: „Jestem ponad. – Przepraszam. przemieniają się w zwierzęta. a . spodziewaj się chaosu. że zaraz tu dojdzie do walki. gdy walczą o życie. Pospiesznie włączam się do rozmowy. gdy traci pieniądze na to. Można walczyć.. że jest szmatą i zwierzęciem niegodnym żyć na Ziemi. On przychodzi do nas rozmawiać. spadliśmy w świat czystej informacji. które wisi nad ludźmi? Gdy obiecują ci porządek. ale zrozumiałe.. w której zezwala się na wszystko.. Generałowie walczący o pokój. ćwiartowanie ciała. – Otóż Cyklistówka się tym nie zajmuje. – Dlatego. Nie tylko łańcuchy.

. ratowałeś nieistniejące dziecko. a ten z pomocą Wang Ho wrzucił pirackie wydanie na rynek. ale człowiek to nie zbiór wykutych na pamięć książek. Vika patrzy na Nieudacznika ze zdumieniem. I oto okazało się. Może to lepiej. Nieudacznik . że być sprawiedliwym czy łajdakiem jest znacznie wygodniej niż być człowiekiem. że nie mogę wyjść? – pyta Nieudacznik. prawdziwy człowiek? – Wyjaśniłbym ci – odpowiadam – gdybym był Bogiem. masz prawo wejść pod innym nazwiskiem. Kar w Głębi praktycznie nie ma. on nie kłamie. ale to wcale nie dowód na to. dobra? – Ale mnie to naprawdę interesuje. – Przecież nie – jestem człowiekiem. dlaczego? Przecież jeszcze niedawno gotów byłem uważać go za program. Spróbuj udowodnić dwunastu przysięgłym. ale i tu środki prewencji są mizerne.. Tego nie da się wyjaśnić. – Dla mnie jesteś człowiekiem.. – Wiesz.. prawdziwym człowiekiem. zerka na Vikę. wszyscy nosimy maski.. bardziej prawdziwie. Można mieć nieprzyjemności. – No. uśmiecha się zmieszany. Obłędu część druga.. przekazał ją Wani Piotrowowi.. że to właśnie mister John Smith ukradł nową grę z serwera Microprozu. ale Vika też na mnie patrzy.. bo chciałbym być twoim przyjacielem. gdy kradnie się informacje. nawet gdy ekskomunikują cię z Sieci.co najważniejsze – ludzka psychika. – Jeśli nie chce odpowiedzieć. Ale to akurat czysta głupota. – A jaki właściwie jest ten człowiek? – pyta Nieudacznik. jak wszedłeś w wirtualność. – Biorę ją za rękę i odciągam od stołu. ale w oczach zapala się ogień podniecenia. to jesteśmy w domu. Tylko ból w duszy jest prawdziwy. – Po prostu człowiek. Po prostu człowiekiem.. Teraz chyba Nieudacznik jest zakłopotany. w Głębi. niemal obojętnym tonem. po prostu milczy. Może w realu okażesz się antypatycznym typkiem. – Nieudacznik nadal mówi spokojnym. a ja czuję chłód w piersi. nie są jeszcze gotowe. Jestem strapiony. że się jest człowiekiem.. ale kto zmierzy ból. to musi być w nas – mówię niespodziewanie dla samego siebie. Nie strzelałeś do ludzi w Labiryncie. czekając na odpowiedź: – Nie wiem. przeciwnie. – Dlaczego? Właśnie. – Ty jesteś człowiekiem. Ale tu i teraz uważam cię za człowieka. – Może w takim razie lepiej. – Vika. wstając. – Tutaj. Cytujesz Carolla w oryginale. Vika przygląda się Nieudacznikowi z uśmiechem. Skończcie już. Jesteś trzecią dobę w Głębi i nadal się trzymasz. który prześliznął się po przewodach i ścisnął cię za serce? Nie zostało nam nic poza moralnością. On nigdy nie kłamie – mówię. Nie wiem. Świat przestępstw nie do udowodnienia i nieprawdziwych śmierci. – Nie wiadomo. Cierpliwie czeka.

smutny i spokojny. V| – On nie umie żartować – potwierdzam. Nie sądziłem. bez makijażu. – Ze Strzelcem. – Obaj oszaleliście! Nie jesteś człowiekiem? – Wyrywa się. – Nie. – Kim jesteś? Milczenie. – Mówiłeś. podchodzi do Nieudacznika. – Nie możesz wyjść z Głębi? – Nie. otwiera drzwiczki kredensu. Tylko dusza. nie pora na jego pojawienie się! Ale nie mogę uznać słów Nieudacznika za kłamstwo. że chce z nim rozmawiać Człowiek Bez Twarzy. – Widzisz? – prawie krzyczę. Leonid. – Odpowiedz! – Co dla ciebie znaczy pojęcie człowiek? Nieopierzony dwunożny! – Nie jestem człowiekiem. Vika przytula się do mnie.. że słyszę go i rozpoznaję natychmiast. – Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? – krzyczę. – Nawet dodałeś. a ja nie wiem. Brzęczyk.. – Tak. – Żartowałeś? – Vika patrzy pytająco na Nieudacznika. – Poproszę ze Strzelcem. że tak ją to przestraszy. To była prawda? Teraz ja milczę. bierze go za rękę. wyciąga rękę. Wika stropiła się. – Mówiłem wystarczająco dużo. – Jesteś człowiekiem? – Nie. Proszę powiedzieć. – Nie odpowiada! – Minutę temu nazwałeś mnie człowiekiem – mówi Nieudacznik. – Tak – mówię. jak rozerwać łańcuch niedomówień i zagadek. jeśli wierzy się w duszę. Głos w słuchawce jest pewny siebie i na tyle głośny. .. Istnienie komputerowego rozumu jest niemożliwe! Jeszcze nie czas. Nie kłamałem! – W takim razie czego się boisz? Mojego wyznania? Kiwam głową. nie odrywając wzroku od Nieudacznika.obserwuje nas. czuję. Vika zaczyna się śmiać. – Tak? – mówi. – Z kim? – zdziwienie Viki jest bardzo naturalne. Vika odchodzi od Nieudacznika. zabrzmiał jak wybawienie. Wśród puszek. że chcesz być moim przyjacielem. Zanosi się śmiechem. pudełek i torebek leży telefon komórkowy. który rozdarł ciszę. – Że w Głębi każdy może być samym sobą. Nieudacznik gra w swoją grę. jak drży jej ciało. że prawda jest tu i teraz – ciągnie on. Koszmar trwa..

żeby utrzymać równowagę. Na posępniejącą Vikę. ale tym razem wyprzedzam konkurentów jedynie o kilka minut. proponuję. ale huk kolejnego wybuchu zagłusza jego słowa. Tylko Nieudacznik nie upadł – stoi przyciśnięty do ściany.. którą naiwnie wychwalał Komputerowy Mag. mieliśmy umowę. – Strzelcu. – Można zeskoczyć.. Patrzę na jasnowłosego chłopca. – Nie obiecałem.. – Potrzebne mi sznury! Vika przenosi spojrzenie na okno. Zresztą. – Chcesz się poddać? – Nie. zabezpieczenie wcale nie jest takie złe. i Nieudacznik wszystko słyszą. podrzuca nas do sufitu.. wyginają się. Al Kabar zdołał wyśledzić waszą trasę. Vika. Strzelcu. Głos znika. rękaw swetra rozdarty. To poddaje się ochrona. Wyjdźcie. – To nieuniknione. Po drugie. To walą się ściany burdelu. – Siedem i pół metra. – Ktoś musi podjąć decyzję.. A ja dostanę Nieudacznika.Robię krok i wyjmuję jej słuchawkę z ręki. Z Labiryntu go wyprowadziłem. – Mów. – I co dalej? – Otrzyma pan obiecaną nagrodę. – Cóż. – Są tu jakieś sznury? Oszołomiona kręci głową. – Wyjdę z piekła. – No to się nie ruszaj! – rozkazuję i lekko potrząsam Viką.. ty już podjąłeś. że on nie chce iść z panem – odpowiadam. nurku. – Przepraszam. nie ma czasu na takie gierki. – Wydaje mi się. skoro do chaty jeszcze się nie wdarli. Spada na mnie obraz z wodospadem – szmer wody nad uchem przywraca mi przytomność umysłu. – Strzelcu. że oddam panu chłopaka. który nie uważa się za człowieka. – Po pierwsze. ale. rozkłada ręce. pełznę po unoszącej się w górę podłodze. Wstaję.. – zaczyna. Stoję przy głównym wejściu. – Vika! Pomagam jej się podnieść. To nie trzęsienie ziemi. żeby wyjść. chcę panu pogratulować. zabijemy się! .. – szepce. reszta to już pańska sprawa. – Dużo na siebie bierzesz. ściany z bierwion trzeszczą.. Zrozumiała. – Bydlaki.. Sekundę później podłoga zaczyna wibrować. – Gówno – mówię krótko. Twarz Viki jest we krwi.

– zaczyna. nie przestając trajkotać: – Na drugim piętrze. że jest deputowanym Dumy i że trzeba go ratować. i w tym momencie drzwi się otwierają. zatrzaskuje za sobą. Zrywam z ciała pas. mniej precyzyjne. nawet nie jego najemnicy. ten. – Parter już zburzyli! Hamulec zadziałał. – I tak nie wytrzymamy.. no to gdzie jest Madame? – Wytrzymamy? – pyta Vika. Ciekawe. ze strachu wyskoczył przez okno! Wpadł do basenu. . – Ojojoj! – Mag w teatralnym zdumieniu otwiera oczy. – Potrzebny jest sznur! – Żeby się powiesić? – chichocze Mag.. czy mógłby przez chwilę nie grać? – Wiedziałem. jej postać poszerza się w piersi i biodrach. – Nie dam rady tak od razu pomóc! Nurek by się przydał! – Co tu ma do rzeczy nurek? – Macham ręką w stronę okna. Tak wygląda z boku nurek. Warlock 9000! – wyje radośnie Mag na widok bicza w mojej ręce. wiedziałem! Jego ręce już są czymś zajęte – wyjmują z kieszeni mały pulpit i zaczynają wprowadzać jakieś komendy. młóci wodę rękami i krzyczy. to był numer.. wysmażymy taki protest. Ale w drzwiach nie stoi Człowiek Bez Twarzy. drzwi i moje nieoczekiwane wyhamowanie mija.Na szczęście Vika nie zwraca uwagi na dokładność miary – nie uniknąłbym kolejnej awantury. twarz rozpływa się jak wosk. co jest! – komenderuje Madame.. – Na trzecim piętrze. Rzuca mi klapki.. Wpływa do pokoju.. wisi w powietrzu Komputerowy Mag. siada na podłodze i zaczyna ściągać swoje klapki. Balansując na swoich skrzydlatych klapkach. Unosi nogi... Madame Vika! – Musimy uciekać. Mag. Patrzę na ten karnawałowy miraż i coś się ze mną dzieje – ruchy stają się wolniejsze. że nie umie pływać. który z szelestem przemienia się w bicz. który wynurzył się z Głębi i zmienia swoje ciało. – Madame – Mag przyciska ręce do serca. chwyta za rękaw i pyta podniecony: – Widziałeś tę iluminację? Teraz na ich modemy leci tyle niepotrzebnej informacji. no. – Vika. że każdy komputer się zatka! No. co lubi trójkąty. Kobiety są ulepione z innej gliny niż mężczyźni.. Korytarz za jego plecami wypełniają różnokolorowe rozbłyski. że im się odechce! Madame gdzie? Bez jej rozkazu nie włączę aktywnych systemów! Po ciele Viki przepływa drżenie. co nic o sobie nie mówi. ten bałwan. – Włączaj wszystko.. gdzie Madame? – Jestem za nią! – Burdelik atakują! – cieszy się dalej Mag. – Coś ty! Tam prawdziwi spece pracują! Ale to nic. Vika. – O. oprócz bardzo dobrego. ale oni i tak się ruszają! Podlatuje do mnie.

Nieudacznik bez słowa podchodzi razem ze. nie umiem. Oglądam się. tak jak i mnie. i z drugim! W milczeniu patrzy mi w oczy. nie pozwólmy tym bydlakom na radość ze schwytania nas! Chyba powiedziałem nie to. potem zaczyna wyjmować z kredensu różne torebki i paczki i ruchami koszykarki ciskać w okno. którego używa się na niektórych poziomach Labiryntu – to chodzenie po powietrzu. wszyscy troje polecicie! Madame.. – Jak po stopniach – szepce Mag. Vika – już nie Madame – stoi na parapecie i z dziwną miną patrzy w dół. przyzwyczajając się do tego niesamowitego uczucia. założył nogę na nogę i nagle bardzo spoważniał. mną do okna. To nie to samo co reaktywny silnik. – Nie chcę cię oddać tym łajdakom. kim jesteś. Zagadaj albo coś w tym rodzaju! – Spróbuję – nieoczekiwanie zakłopotał się Mag. co trzeba. Mag trzyma mnie pod łokieć. – Wystarczy tylko na pożegnalny pocałunek! – W takim razie odłożymy go na powitalny. w końcu nie jestem paplą! Biorę klapki do ręki. próbując wstać. jednocześnie zajęty błaznowaniem i poważną pracą. – Ale będzie skandal! Koleś. człowiekiem czy programem. Mag.. Wątpię. nadal stoi przyklejony do ściany. proszę cię zatrzymaj ich. Ja tak nie umiem. – Tylko nie wiem. wiesza na ramieniu torbę Viki. ale nic nie mówię. Zgadzam się wyjść i z jednym. Śmieszne – dla Maga Vika to maska Madame. – Bez względu na to. oglądając gabaryty Madame. masz lęk wysokości? – zadaję spóźnione pytanie.. jest mi wszystko jedno. dla mnie na odwrót. Mag wali palcami w . dobra? – krzyczy z tyłu Mag. żebyśmy mieli czas je pozbierać. – Nie przeciągajcie. – Dziękuję – mówię. a ja dorzucam: – Proszę cię... – Dobro na przekór złu? – pyta Nieudacznik.. ile zdołasz. czemu nie powiedziałaś. że Vika to twoja maska. – A jak inaczej? – odzywa się niespodziewanie Mag. – Słuchaj. Może jemu. Podchodzę do Nieudacznika. Klapnął na fotel. kręci się w głowie od tej paplaniny? Komputerowy Mag przypomina wielozadaniowy system operacyjny. – Nadal chcę być twoim przyjacielem – mówię.. – Co. Skrzydełka poruszają się niespokojnie.– Trzymaj! Nie ma ograniczeń mocy. Wierzysz mi? Nieudacznik milczy. – Gdy nie ma punktu odniesienia. – Vika. wróć do poprzedniego ciała – proszę. przecież ja bym nikomu ani słówka. – Jakbyś wchodził i schodził po schodach. ile mamy czasu? – Madame rozgląda się po chacie. Robi krok w moją stronę. Spróbuję cię uratować. a ty kim jesteś? Nieudacznik nie odpowiada. – Mag.. kim jesteś. wszystko traci sens. gdy balansuję w powietrzu. muskają moje palce.

– Nawet samolotem boję się latać – szepce Vika. niedoczekanie... wyjdź! Nie męcz się! Aha. że takie szyszki istnieją. że to nie ma sensu. Oto. Tylko. nad urwiskiem. Muszę wyjść. przed oczami przepływa liliowa szyszka. Ryk niemal zagłusza czyjś krzyk.. – Trzymaj się. . Po drewnianych drzwiach przebiegają języki płomieni. muszę wyjść z Głębi. Vika i Nieudacznik zawisają na moich ramionach tak synchronicznie. Przechodzę na parapet i stawiam nogę na powietrzu.. Wiatr uderza z boku. Jesteśmy z innej gliny! – Powodzenia. – Co to jest? – Zobaczycie – obiecuje Mag. gęsto porośniętemu drzewami. – Mag. potem podnosi głowę. Wpatruje się w przepaść pod nami z radosną dziecięcą ciekawością. – Chłopcy. czemu Vika tak wysławiała tego Sigsgorda. nie chcę widzieć twarzy Viki jako kwadracików różnokolorowych pikseli. Do przejścia jeszcze sto metrów. ku przeciwległemu zboczu. Z trudem odrywam spojrzenie od przepaści pod nogami. Teraz jestem pewien. Patrzę w lewo – twarz Nieudacznika jest absolutnie spokojna. Sosnowe gałązki biją mnie po twarzy.. – Ja mam to. Pewnie wychylił się przez okno. – Wynurzyłeś się? – Nie! Zamyka na chwilę oczy. Teraz jego paplanina jest mi na rękę. Powietrze mnie utrzymuje. rzeka szumi sto metrów pode mną. – szepce oburzona Vika. ale teraz widzę. Najpierw miałem zamiar wylądować na urwisku. – Wszyscy faceci są tacy sami! – Vikunia. przeklęte trzęsienie ziemi! Płynę do przodu i w dół. nad ryczącą górską rzeką. że komendy nie są potrzebne. Nad zboczem. chłopcy! – krzyczy z tyłu Mag. a za ścianą rozlega się ryk niczym z turbiny rozpędzającego się boeinga. Kręci mi się w głowie. a ty? Komputerowy Mag uśmiecha się i wyciąga z kieszeni przedmiot mocno przypominający kurze jajko.. A może nawet bardziej prawdziwa. – Lonia. kto powinien był włożyć skrzydlate klapki! Nie wiem.. patrzę na Vikę. Jej przestrzeń wcale nie jest gorsza.klawisze. mam u ciebie tysiąc pocałunków! – ciągnie Mag. Ścieżka cała zawalona głazami.. malutka.

ale nie mogą nas już utrzymać. drewniane ściany błyskawicznie zajmują się ogniem. – Dlaczego? – Lonia. – Boli. ale ona już mnie puszcza. Przestrzeń w przestrzeni. Jedyne przejście do normalnej Głębi dopala się na naszych oczach. chłopaki? – Nie.. – szepce Vika... Góry.. Zerkam na niedoszły przedmiot handlu i przyznaję się: – Medal Bezkarności. Jak przyjemnie stać na twardej ziemi. na której umościła się górska chata. Wyrwaliśmy się z burdelu i to jest najważniejsze.Obchodzę sosnę po spirali. Vika uśmiecha się. Zrzucam klapki i wstaję. Vika zeskakuje normalnie. klapki młócą powietrze. że istnieje w jednym jedynym egzemplarzu. że był tam Człowiek Bez Twarzy – mówię.. Vika patrzy na nas zakłopotana. zostaje po tamtej stronie urwiska. – Co on ci obiecał za Nieudacznika? – pyta Vika. – To więcej niż pieniądze – tłumaczę. Nieudacznik z jękiem siada w kucki. tajemny świat żyjący własnymi prawami. wszystko cool! – burczę. trudno nie zauważyć działania filebomby. – Oszukano cię. pomagając wstać Nieudacznikowi.. Rzeczywiście.. spływam coraz niżej. Nie jesteśmy już w przestrzeni atakowanej przez ludzi Człowieka Bez Twarzy. Huk wody zagłusza szelest igliwia pod nogami. Wokół nas są góry stworzone przez Vikę do własnego użytku. urwisko pięć metrów od nas. – Lońka. Medal dlatego jest wyjątkowy. Sam nie mogłem przejść mostu w Głębi. – Mam nadzieję. Przechyla mnie na lewą stronę. Bęc! Czy nie za dużo upadków jak na jeden dzień? Tym bardziej w chińskim kombinezonie.. ale ja i Nieudacznik jesteśmy w gorszej sytuacji. czym jest lęk wysokości. Nad nami szczelny zielony baldachim. – Umożliwienie wszelkich grzechów. Skała. Przecież wiem. w których nigdy nie było ludzi. który prawie nie tłumi siły upadku. – Lonia. Chata na urwisku to jedyne prowadzące do niego drzwi.. Z okna chaty bije gęsty pomarańczowo-czarny płomień. Prawo do każdego działania w wirtualności. Maga w oknie już nie ma. że się udało – ucinam. Lonia. „Zobaczycie” – powiedział Mag. Do ziemi zostało półtora metra. chciwie łapiąc powietrze i pocierając bolący bok.. – Najważniejsze. Niepotrzebnie. – Co? – Nie słyszałaś o nim? Otrzymał go Dibienko za stworzenie Głębi. .

. Śmieszne. Mrugam do Nieudacznika: – Naprawdę jesteś ważnym ptaszkiem.Każda stworzona kopia automatycznie uważana jest za podróbkę i ulega zniszczeniu.. Znałam jednego chłopaka. ale nawet nie jestem zdumiony. – Jestem ważniejszy. Nieudacznik kręci głową. Jeśli Dimka Dibienko gotów jest oddać za twoją skórę swój największy skarb. który próbował zrobić taką kopię..

Część czwarta GŁĘBIA .

. w cieniu drzew. ocalał tylko szklany słoik dżemu i paczka krakersów. Czysta kpina z praw fizyki. podnosi z ziemi igły i kamyczki. – Leonid. W końcu jesteś nurkiem. – Dlaczego ja? To ty zaproponowałeś ucieczkę przez okno – odpowiada rezolutnie. – Nie było innego wyjścia..00 Z rzeczy. że nie.. Razem z mięsem. – Durniów nie brakuje. Każdą mistyfikację wycina na czysto. Chodzi po zboczu. – Polują na niego dwie wielkie firmy i Dibienko. ja chyba zbyt przekonująco mówiłam o komputerowej świadomości. Reszta spadła w przepaść albo rozbiła się na kamieniach. czy istnieją testy wykrywania człowieczeństwa? Vika śmieje się cicho. Siadamy na miękkiej trawie. – Jest od trzech dni w Głębi. – Vika. które Vika wyrzuciła przez okno. – Było.. – To zwykły człowiek. dotyka sosen. Moim zdaniem nie było sensu robić zapasów jedzenia. Piękna rzecz ta brzytwa Okhama. – Stymulatory. Albo też jest nurkiem. Paniczna chciwość rozumu otoczonego dziką naturą. – Masz jakiś plan? – pytam Vikę. – Oczywiście. – W jakiejś fantastycznej książce czytałem o metodzie sprawdzenia. – zaczyna Vika. – Dobrze zamaskowany. Więzień. Pewnie inercja świadomości. który zwyczajnie cię zwodzi. Kiwam na Nieudacznika – A on? Vikę ta kwestia zdążyła zmęczyć już po godzinie. – Nie można wyśledzić jego kanału połączenia. który po raz pierwszy znalazł się na łonie przyrody. W milczeniu patrzymy na Nieudacznika. ale słoik mimo wszystko wzięliśmy. . Mieszczuch. jesteś psychologiem. który nawiał z lochów zamku If... Nad pogorzeliskiem chaty unosi się biały dymek. Nigdy nie były potrzebne.

... Morze. To już brzmi lepiej.. – Vika wstaje. to się wydostaniemy. na zapas. Powinni mieć jakieś opracowania. – Przestrzenie żyją według własnych reguł. – Ale wtedy to już będzie inny świat. Jeśli się ktoś do nich wedrze.. że jest stracona na zawsze. – Musimy stąd odejść – postanawia Vika. – Dobry haker przebije wejście.. – Vika śmieje się gorzko. Góry stawiają opór do końca. którzy wymyślają abstrakcyjne testy.. – W ostateczności użyjemy Warlocka. – Stąd też może być wyjście.. że schemat wymyślony przez pisarza przy filiżance kawy naprawdę zadziała? – Warto spróbować – upieram się. Jeśli tamci zdołają odbudować chatę. lepiej być jak najdalej od niej. program szukał innych pejzaży na wszystkich otwartych serwerach. – Następnym razem wymyślę morze. Wyjdę z Głębi i połażę po Internecie. – Są przecież instytuty zajmujące się problemem sztucznej inteligencji. prześladowcy odnajdą ślad wirusa. – uśmiecha się zakłopotana – . Są fanatycy..i zostawiał wejścia. – A jak wrócisz? Do tej przestrzeni nie ma już wejścia. Ale to ryzykowne. – Do zmroku jeszcze pięć godzin. . będzie żył w komputerze sam z siebie. ale nienawidzę takiego proroczego pesymizmu. – Narysujesz nowe. niebo i wyspy. Gdy powstawały te góry. Zamknięty system. Lonia. Ściągał stamtąd fragmenty. Rozumiem ją bardzo dobrze. Vika nie obraża się. utracą wolność. Malutkie. – Obawiam się.. – I nie zapomnij o zapasowym wyjściu. Jeśli znajdziemy jedno z nich.– I sądzisz.

czy ona marzy o wieprzowinie z piwem. dobrze? Nieudacznik kiwa głową. popraw mnie. Ostatni kwadrans zajęło nam zbieranie chrustu. Razem z Nieudacznikiem przyciągamy zwaloną wiatrem sosnę. on po drugiej. Nie nadajemy się na Karlssonów z dachu.. tak? Leonid stracił masę czasu i . gdy słońce znika w palisadzie gór i gaśnie pomarańczowe światło chmur. Jej cierpliwość się skończyła. Udało się przejść dziesięć kilometrów – to dużo... spróbuję skonkretyzować. – Znalazłeś się w Labiryncie i nie mogłeś sam wyjść. Możliwe. – Wystarczy. daj mu możliwość sprzeciwu. smakuje ci? – pyta Vika. Mam ochotę na kawał pieczeni z ostrym sosem i zielonym groszkiem. – I tym problemem jesteś ty.. Gdy wywierasz na człowieka presję. Ja nie mogę przełknąć nawet kęsa. Nie wiem. chłopaki – decyduje Vika. I to wszystko jest tuż obok! Wystarczy wyjść z Głębi. Na szczęście jest go dużo na tym pograniczu lasu i alpejskich łąk. Kalecząc sobie ręce. obdzieram z niej malutkie gałązki i układam w mały szałasik.01 Zatrzymujemy się dopiero wtedy. Nieudacznikowi wszystko jedno – przeżuwa z entuzjazmem elektrycznej maszynki do mięsa. do tego ze dwie butelki zimnego piwa. – Nieudacznik. A nocą po górach chodzą tylko samobójcy. zajrzeć do Starego Hakera albo Trzech Prosiaczków... Kolacja jest symboliczna – dżem malinowy i krakersy. Szybko i umiejętnie rozpala ognisko. czy o pstrągu z białym winem. Przeciwwaga. Jeśli się pomylę.. że nie do końca rozumiesz naszą sytuację. Ja i Vika siedzimy po jednej stronie ogniska. – Mamy problem – zaczyna Vika. wejść na nowo.. cóż. – Mhm. ale na pewno nie o ciastkach z dżemem. – Co zazwyczaj jadasz? – Różne świństwa. Nieudacznik cofa rękę znad krakersa i patrzy na nią pytająco.. Choćby pozorną.. – Posłuchaj mnie. Oboje z Viką patrzymy na siebie jednocześnie.

Można. odnowić program. Ja i Lonia jesteśmy nurkami i możemy stąd wyjść w dowolnym momencie. Ale . ale milczy. Dlaczego by nie zamącić w głowie innym. ja nie miałem zamiaru sprawiać wam kłopotów.. to najprawdopodobniej zdolnym samodzielnie wychodzić z Głębi i do niej wchodzić. ale swoją reputację Zabawy straciły na zawsze.. który zagubił się w Głębi.forsy. modemu. – Bardzo mi przykro – powtarza Nieudacznik. To drugie jest bardzo wątpliwe. Tak? Potem mój zakład został zniszczony podczas próby pojmania cię.. Jeśli jeszcze do ciebie nie dotarło. z moralno-etycznego punktu widzenia. nie wiadomo. dostałby ogromną nagrodę. Tak wygląda sytuacja. W rezultacie został ogłoszony przestępcą.. – Dopuszczam również inną możliwość – mówi Vika. ale chcę.... że to już nie są żarty. żeby cię wyciągnąć. który zdołał wejść w wirtualność bez użycia hełmu. Gdyby cię wydał. Ale ja się nie odzywam. Jeśli jesteś człowiekiem. – Lonia uratował cię i przyprowadził do mnie. – Bardzo mi przykro. Ale wrócić nie zdołamy i zostaniesz tu sam. Mogę sobie wyobrazić człowieka.. oczywiście. powiedz. żebyś wreszcie zrozumiał. – Poczekaj. Ale czy znajdziemy je w ciągu najbliższych lat. Możesz zaprzeczyć? Cisza. Jak nurkowie. – Półtora kilograma szarych komórek to znacznie większa zagadka niż gram krzemienia w mikroschemacie.. tak? I zrobił to.. Zrozum. wyobrażam sobie jego zachwyt i szok. Nieudacznik kuli się. Tak? W przeciwnym razie nie byłbyś taki świeżutki czwartego dnia w wirtualności. ale on tego nie zrobił. w końcu jesteś przyczyną wszystkich wymienionych wydarzeń. Potem żółtodzioby będą układać bajki o tym. – Ciągnięcie tego wszystkiego dalej to głupota.. – Teraz pomówmy o tobie. deep programu. Przewlekanie konfliktu nie doprowadzi do niczego dobrego. – mówi cicho Nieudacznik.. Z każdą minutą coraz bardziej utrudniasz rozwiązanie konfliktu. Nic z tego. Teraz sprawiasz. nie otoczyć się tajemnicą? Wszystko można prosto wyjaśnić. ja.. nie możemy cię ciągle niańczyć! – Ja. że my cierpimy... jakby oczekując wsparcia. – Ja. może nawet lepiej.. – Albo jesteś człowiekiem. a my odejdziemy. że jakieś wyjścia istnieją. Jeśli nie chcesz szczerze pogadać. nie ufasz nam albo nie masz ochoty psuć takiej ładnej legendy. pewnie na zawsze. Trzeba będzie zaczynać wszystko od początku. Teraz znowu uciekamy. po prostu zmęczony. to informuję cię teraz: z tej przestrzeni nie można wyjść w zwykły sposób. szukają go w całej Sieci. – I ostatni punkt: rozwiązanie sytuacji – mówi Vika.. – Nieudacznik patrzy na mnie. Możliwe. a Nieudacznik posłusznie kiwa głową... jestem zmęczony.... albo zostałeś stworzony przez komputerowy rozum. Tak? Niezupełnie – początkowo Labirynt opłacał moją pracę.

Ale w oczach Viki jest odblask ognia. ale nie wierzyłem. Wynurzamy się. Zjemy coś.. Rano wrócimy i postanowimy..jeśli uważasz. kolory blakną. Autosugestia to potęga. – Teraz idziemy spać. we dwóch łamiemy trzy . żeby mi pomógł. Odejdźcie. Jak ja za pierwszym razem. A pogrążyć rozmówcę w ciszy? – Ja też jestem zmęczona – szepce Vika. Wygląda normalnie. Zmuszam go. Trzeszczy drewno. – Jesteś podatna na hipnozę? – pytam.. – Udawać głupka umie każdy. czego w końcu chcesz. a ja chyłkiem ujmuję jej dłoń i ściskam. No. Dźwięki stają się martwe. Pewnie zbyt ostro. ani radości. Patrzę na Vikę.. kim jesteś i po co to wszystko zaplanowałeś. że sam Nieudacznik mi pozazdrości. Zjedz i się połóż. Po prostu spać. – Nie mogę wam nic wyjaśnić. już ona mu nawtyka. Vika milknie. Oddycha płytko. – Ja. Ja i Vika mamy się wynurzyć. to tym bardziej słów. Wsadziłeś dłoń w ogień – spodziewaj się pęcherzy na skórze. Skoro jesteśmy w stanie przezwyciężyć otumanienie deep programu. by doprowadzić rzecz do takiej jasności. – Zbyt cicho – powtarza. co dalej. A ty. Wielka cisza. w niebo lecą ciemne iskry. – Kładziemy się spać. – O czym ty mówisz? – pyta Vika. żeby usiadł nad strumieniem i włożył rękę do zimnej wody. Wstaję. Uprzedzano mnie. – Jeszcze trochę i zacznę mówić takimi zagadkami. Nie mogłem się oprzeć. Wieczne nic.. Dwa wyjścia to niemało. Miliardy wieków. Zmuszam Nieudacznika. że zasługujemy na zaufanie. musimy normalnie zjeść. ale jej stanowczość znikła. Retoryczne pytanie. Jestem zmęczony. Mnie nigdy nie wystarcza zdecydowania. wedle uznania. Tak właśnie robimy. zmęczony ciszą. ani bólu. Vika prycha pogardliwie.. Czarna noc i czerwony płomień. Idę do Viki. o której mówił Nieudacznik. Masz w domu coś do jedzenia? – Oczywiście. wśród nurków nie ma ludzi podatnych na hipnozę. Ale Nieudacznik jest teraz stropiony i zdeprymowany. Płomień dotyka jego palców. Wszędzie. – Robimy tak – mówię. Poczuła dotyk ciszy. nie przerywając połączenia. Jego ręka czule gładzi ogień. Nieudacznik milczy. – Nigdy się tego wcześniej nie rozumie. – To moja wina. Sekundy wloką się niczym stulecia. do sytuacji albo-albo.. wyjaśnij. trzyma rękę w wodzie. i wyciąga rękę do ognia. – No to super. – Nieudacznik patrzy na ogień. nie powinienem był tak postąpić... odciągam Nieudacznika od ognia. A nic nie ma granic. – Właśnie o to chodzi – mówię. Rano zdecydujesz. – Nie ma nic.. żadnego mącenia sobie nawzajem w głowach.

naręcza świerkowych gałęzi, układamy przy ognisku. Posłanie jest tak wygodne, że z trudem zwalczam pragnienie olania kolacji. „Głębio, Głębio, nie jestem twój...” Powieki mam jak z ołowiu, z trudem je rozklejam. Na ekranikach pląsa płomień, w nausznikach szelest gałęzi – Vika kręci się i układa wygodniej. – Lonia, przerywasz zanurzenie? – pyta Windows Home. – Nie. Zdejmuję hełm, patrzę na zegarek. Późny wieczór. Ale nie na tyle, żeby nie wypadało zajrzeć do sąsiadów. Piwo musi trochę poczekać. Wyszarpnąłem sznur z kombinezonu wirtualnego, uspokoiłem zdenerwowany komputer i zerknąłem na siebie w lustrze. Klown z gniazdkiem przy pasku. Przestraszymy staruszkę? Trykot leży w brudach. Wciągnąłem go na kombinezon wirtualny, sznur zwinąłem i włożyłem pod pasek, zasłoniłem z wierzchu kurtką. Wyglądam nawet normalnie, tylko jakby lekko wzdęty. Na klatce schodowej brzęczy gitara. Zerknąłem przez wizjer i otworzyłem zamki. Towarzystwo młodocianych ulokowało się na półpiętrze. Ktoś szarpie struny, śpiewa: Samotny ptaku, latasz wysoko... Moje pojawienie się wywołało, nie wiedzieć czemu, konsternację. Tylko sąsiad z góry szybko rzucił: – Lonia, nie ma pan papierosa? Pokręciłem głową, a chłopak zerknął na wypukłość trykotu. Akurat rozmiar paczki papierosów. Pewnie się nie domyśla, że niektórzy żyją z gniazdkiem przy pasie. Zadzwoniłem do sąsiedniego mieszkania, poczekałem na szurające kroki i czujne: „Kto tam?” Wizjerowi i własnym oczom staruszka nie dowierzała. – Ludmiło Borysowna, przepraszam bardzo – mówię do drzwi. – Mógłbym od pani zadzwonić? Chwila wahania i rozlega się szczęk archaicznych zamków. Ledwie się przecisnąłem przez wąską szczelinę i drzwi się zatrzasnęły. – Młodzież znowu siedzi? – zapytała Ludmiła Borysowna. Staruszka jest po siedemdziesiątce i nie ryzykuje dyskusji z małoletnimi chuliganami. – Siedzi. – Przynajmniej ty byś z nimi pogadał, Lonia! Bo tu już nigdy spokoju nie ma! Dźwięków z klatki prawie nie słychać, drzwi babcia ma mocne, ale nic nie mówię. – Na pewno powiem, Ludmiło Borysowna.

– A czemu twój telefon się zepsuł? Nie zapłaciłeś rachunków i wyłączyli? Kiwam pokornie głową, zachwycony taką domyślnością. – Lubisz sobie pogadać – burczy staruszka. Kiedyś mieliśmy telefon na równoległych numerach, ale coś takiego na dłuższą metę było, oczywiście, niemożliwe. Zapłaciłem za rozdzielenie numerów i jeszcze subsydiowałem babcię – poprzedni telefon kosztował ją nieco mniej. Chyba uznała mnie za idiotę. Ale od tamtej pory nasze wzajemne stosunki uległy znacznej poprawie. – Dzwoń, późno już... – Ludmiła Borysowna wskazała na telefon, nie mając jednak zamiaru zostawić mnie samego. Ciekawość nie grzech... Wybrałem numer Maniaka, usiłując nie zwracać uwagi na brudną tarczę telefonu i lepką słuchawkę. – Halo? – Szura, dobry wieczór. – Aha – powiedział zadowolonym tonem Maniak. – Jesteś, przestępco! – Szura, oni... – Dobra, wszystko wiem. Licencję na produkcję lokalnych wirusów mam, tu się nie przyczepią. – Zarejestrowałeś Warlocka? – Oczywiście. U samego Łozińskiego. Wszystkie kody źródłowe odpowiadają Konwencji Moskiewskiej, więc mogą się ugryźć w tyłek. Czuję, jak opada ze mnie napięcie. Gdyby wirus nie był zarejestrowany u któregoś z twórców programów antywirusowych, Maniak miałby duże nieprzyjemności. Mogą mi co prawda zarzucić nieostrożne użycie broni i wyrządzenie szkód... ale w tym celu musieliby mnie najpierw znaleźć. – Pytali cię, kto kupił wirusa? – Jasne. Dałem im twój adres. Ten zdechły. Dwa lata temu, gdy zacząłem balansować na granicy prawa, któryś z nurków poradził mi, żebym kupił kilka adresów i nigdy z nich nie korzystał. Na te właśnie nieistniejące osoby zrzucane były wszystkie wirusy, które brałem od Maniaka. – Powiedziałem, że wirus kosztował cię tysiąc baksów – ciągnie Szura. – Wiesz co, myślę, że powinienem... – Uspokój się. Mam już pięć zamówień na Warlocka po tej cenie. – Maniak zachichotał z zadowoleniem. – Rewelacja! Za taką reklamę gotów jestem postawić Rade’owi piwo. Całe Deeptown huczy. – Sprzedaż nie jest zabroniona? – Na razie nie. Grzebią w kodzie źródłowym. Lepiej powiedz, gdzie byłeś półtorej godziny temu.

– No... jak zwykle. Ludmiła Borysowna lekko zakaszlała. Ciekawość walczyła w niej ze starczą chciwością. Opłata za każdą minutę to największy wróg komputerowców i gaduł. – Jasne, w Głębi. Byłem u ciebie. Chciałem się z tobą napić piwa. Maniak nagle się speszył: – Wiesz co... wyjrzyj za drzwi. – Po co? – Zadzwoniłem do twoich drzwi, posiedziałem na ławce, napiłem się piwa. Znowu przyszedłem, zadzwoniłem. W końcu postawiłem pod twoimi drzwiami dwie butelki holsteina. Jasnego. Sprawdź, czy są? Wydałem dźwięk przypominający skrzypienie starego czytnika. – Szura, czyżby rano wprowadzili komunizm? Co z tobą? – No, co? Zobacz, może stoją... – mruknął Maniak. – Nie, nie stoją, dzwonię od sąsiadki. – Do diabła z nimi. W kontaktach z prawdziwymi komputerowcami mój intelekt czasem daje za wygraną. Może Szurka pomylił real z Głębią, gdzie cena piwa jest symboliczna? – Jakbym komuś opowiedział, nie uwierzyłby... – Ten, co wypił, uwierzy – zauważył posępnie Maniak. – Słuchaj, przyjdź jutro rano, o dziesiątej – proszę. – Musimy pogadać. – Tylko nie zapomnij się wynurzyć. Przyjdę. – Na razie, Szurka. Odłożyłem słuchawkę, popatrzyłem na Ludmiłę Borysowną lekko zakłopotany. – Długo? – Trudno, co tam – staruszka macha ręką. – Interesy, czyja tego nie rozumiem? Sprzedajesz coś? – Piwo – rzucam na chybił trafił. – Ja też się kiedyś lubiłam piwa napić. Ale czy to na emeryturze może sobie człowiek pozwolić? – Ludmiło Borysowna, pozwoli pani, że panią poczęstuję? – proponuję radośnie. – Akurat mam kilka służbowych butelek w domu! Najlepsze wyjście z sytuacji. W przeciwnym razie staruszka na pewno przyleci do mnie, żeby skorzystać z mojego telefonu... w ramach rekompensaty za poniesioną stratę. A osoby o słabych nerwach nie powinny zaglądać do mojego mieszkania. – Najwyżej buteleczkę... – ożywia się staruszka. Gdy wynosiłem jej na klatkę butelkę oranienbauma, młodzież odprowadziła mnie ze schodów chciwym spojrzeniem. No cóż, dwie butelki lekkiego piwa na czterech zdrowych chłopaków to stanowczo za mało.

10
W śnieżnym wnętrzu zamrażalnika znalazłem skostniałą kiełbasę. Z konserw została tylko puszka kilek kupiona albo w okresie totalnego braku kasy, albo z sentymentu. Spać mi się chciało strasznie, ale mimo wszystko podgrzałem nieszczęsną kiełbaskę, wziąłem otwieracz do konserw, postawiłem przed sobą dwie butelki czeskiego urqela. Kolacja przy świecach – świece płonęły na monitorze komputera, włączył się wygaszacz. Dobiegający z hełmu trzask ogniska był szalenie na miejscu. A, do diabła z całą tą Głębią i z Nieudacznikiem. Teraz, w realu, wszystko, co się działo tam, wydawało się teatrem absurdu. Jeśli jutro rano Nieudacznik nie pęknie, ja i Vika wychodzimy z przestrzeni gór. Na zawsze. Niech opowiada swoje bajki skałom i sosnom. One go docenią. Łyknąłem zimnego piwa i cichutko jęknąłem z zadowolenia. Zacząłem otwierać puszkę z rybami. Odciąłem wieczko, podważyłem widelcem... I o mało nie spadłem ze stołka. Z puszki patrzyła na mnie z wyrzutem setka rybich łebków. W wirtualności podobna sztuczka by mnie nie zdziwiła. Ale w realu... Podniosłem oblane pomidorowym sosem główki, próbując znaleźć choćby jedną całą rybkę. Nic z tego. Zrobione z niezwykłą starannością. Wyobraziłem sobie kombinat rybny... taką pływającą machinę... a może kilki pakuje się do puszek na brzegu? Taśmociąg z taką niskogatunkową produkcją. Otępiałe od rybiego zapachu i monotonnej pracy dziewczęta przy taśmociągu. Jedna z nich zdejmuje z taśmy pustą puszkę i zaczyna do niej wciskać rybie łebki. Taki żart. Zaśmiałem się, wzdrygnąłem i zamknąłem puszkę. Nie miałem wprawdzie kolacji, ale nie czułem żalu do nieznanej robotnicy. Przeciwnie. Wszystko pasowało idealnie. Przyssałem się do butelki i szybko wykończyłem pierwszego pilznera urquela. Zachciało ci się cudów, nurku? Sztucznej inteligencji, ludzi wchodzących bezpośrednio w wirtualność? Ocknij się! Oto dostępne w naszym świecie cuda. Ukradzione piwo, rybie łebki faszerowane oczami, duchota i brud starczego mieszkania, małoletnia łobuzeria na schodach, uciążliwe kapanie z kranu w kuchni.

To właśnie jest życie. Bez względu na to, jakie głupie i nudne. A tam, wewnątrz hełmu, istnieje stworzona przez komputery i podświadomość bajka. Nasz elektroniczny eskapizm. Otworzyłem drugą butelkę piwa, wziąłem puszkę, wyszedłem na balkon i wyrzuciłem jej zawartość na mizerne krzaczki. Koty dachówce czeka tej nocy uczta. – To nieetyczne – powiedziałem sam do siebie z wyrzutem. W mój mózg, nie gorzej niż w program Viki, wbito, że nie wyrzuca się śmieci za okno. Z resztką piwa poszedłem do toalety. Rozpiąłem kombinezon, spoglądając na butelkę. Nie miałem już ochoty na piwo. – I po co ten długi, nużący proces? – zadałem sobie retoryczne pytanie i wylałem piwo do sedesu. Dowlokłem się do pokoju, wyłączyłem światło. Ile można spać nad biurkiem z elektronicznym garnkiem na głowie? Było cicho, bardzo cicho. Nawet młodziaki na półpiętrze przestali się znęcać nad gitarą. Tylko równy szum komputera i migotanie świec na monitorze. Przekręciłem się, wtuliłem twarz w poduszkę. Sen nie nadchodził. Tam, w Głębi, leży nieruchome, martwe ciało Strzelca. Nie smutno mu tam beze mnie? Jest w tym coś ze zdrady. – Ostatni raz! – jęknąłem, wstając. Włożyłem hełm, wetknąłem wtyczkę kombinezonu w port. Położyłem ręce na klawiaturze. Deep Enter. We śnie przytulam się do Viki, ona coś mamrocze, odwracając się na drugi bok. Jej głos jest bardzo cichy, ale i tak się budzę. Więc też śpi w Głębi. Ognisko dogasło. Pewnie zaraz wstanie świt, ale ciemność jeszcze nie odeszła. Tylko czerwone błyski dopalającego się ognia. Nieudacznik leży z boku nieruchomy jak głaz. A gdyby cię tak kopnąć, chłopczyku? Czy jesteś tu z nami, czy wyszedłeś z Głębi i wysypiasz się w miękkim cieplutkim łóżeczku? Patrzę na niebo, na czarny skrzący się kryształ. Jak to powiem działem Vice? „Ukradli nam niebo...” Tak, ukradli. Im więcej ludzi odejdzie w Głębię, tym bardziej odległe staną się gwiazdy. Zresztą nie chodzi tylko o gwiazdy. Zawsze znajdą się tacy, dla których ten świat jest niedostępny. Zagubione małolaty, które nie mogą znaleźć pracy, dziewczęta z zakładów rybnych... Najpierw ułożone rzędami rybie łebki w puszce. Żart czy bezgłośny krzyk, protest? Najpierw rybie głowy. Dopiero potem zaczną z karków spadać ludzkie. Czy czeka nas powtórne przyjście luddytów? Bunt przeciwko maszynom, coraz bardziej niezrozumiałym i przerażającym? Czy ktoś znajdzie wyjście? Odwracani się, patrzę na Nieudacznika. Jeśli jesteś rozumem Sieci, jeśli jesteś

Czuję gorycz. Ale nie mnie ratować świat. przeszkadza ją znaleźć. To nie mój los. To nie powinno być tak. co jest dla niego dobre..człowiekiem. Tak mógłby się czuć prowincjonalny sportowiec. – Co to jest. Błękitne światło płonie na trawie. płomień na końcu – ostrze. Czysty płomień. gdzie gwiazda dotknęła gór. który pokonał wirtualność.. podaję Vice dłoń. To jest z jakiegoś powodu ważne. Oślepiająca strzała mknąca w dół. – Obiecałeś. puszysta ognista kulka – można ją schować w dłoniach. jeśli on jest ratunkiem. którego włączono do reprezentacji olimpijskiej i kazano walczyć z mistrzami. staroświecką moralnością. jakby wyrwane z innego świata. Przerwaniem bariery. nie parząc i nie rzucając cienia. Przez cały nieboskłon biegnie błękitny pas. Nieco dalej jest skupisko skał. płonie blady ogień. to właśnie ty możesz być tym wyjściem. Błękitna strzała jest coraz niżej. która nigdy nie daje odpowiedzi – przeciwnie. Szczelina rozcina niebo do końca i wbija się w ziemię. Wtedy w niebie rodzi się dźwięk. że jednak śpię. któremu przypadkiem trafiła się idiotyczna odporność na deep program. czasem z grubą warstwą masła i kawioru. do gwiazd idzie się pod górę. Znowu przekręcam się na plecy. We śnie wszystko jest proste. Nieudacznik nadal się nie rusza. połączeniem światów? Nie wiem. Gwiazda spadła w jar pomiędzy wzgórzami. – To spadająca gwiazda – bardzo poważnie mówi Vika i już wiem. Kiedy się obudziła? Albo kiedy ja zasnąłem? Co jest wokół – sen czy jawa? – Meteoryt – odpowiadam Vice. Tylko tam. Dzięki temu zarabiam na kawałek chleba. Jestem tylko zwykłym człowiekiem. Lonia? Vika siada i odsuwa włosy z twarzy. cieniutki śpiewny trel to jej tren. Błękitny pas gaśnie. wydostaniem się ze ślepej uliczki. Nie mam nic poza tą śmieszną. Dibienko – jeśli Człowiek Bez Twarzy to rzeczywiście on – świetnie to rozumie. ale nie można interweniować w sny. o którą martwi się Vika. a co złe. przechodzimy przez Nieudacznika i zaczynamy schodzić ze zbocza. Lepiej być sprawiedliwym lub łajdakiem niż człowiekiem. ale teraz patrzymy tylko na gwiazdę. . Wstaję. wpatruję w czarny pęknięty kryształ. A moralność to taka sprytna sztuczka. zupełnie tu niepasujące. że znajdziemy gwiazdę – mówi Vika. robi mi się nieprzyjemnie. niebo umie leczyć swoje rany. nie mnie decydować. Czy warto bawić się w szlachetność i ukrywać Nieudacznika.

Ale góry ożywają i bez nich. Chcę się do niej uśmiechnąć. – Biolog się znalazł. samotnością. dotykam gwiazdy i czuję delikatne ciepło. potem kanie. nie umiem kłócić się z Viką. – Co tu jest do próbowania? – strugam ważniaka. spróbuj. są wolne! – sprzeciwia się natychmiast Vika. śnieżna czapa górskiego giganta lśni na tle nieba. ale Vika mnie powstrzymuje. – Prosty program. Może też klapki Zuko wypuścisz na wolność? Lonia. – Nie trzeba. Biogeocenoza. Po prostu wypuszczę je przez okno i powiem: płódźcie się i rozmnażajcie. Najpierw narysuję wszystkie zięby i wróbelki. Więc wszystko na próżno? Nie. nie wszystko.. czym są gwiazdy – mówi Vika.. – Nie chcę zmieniać gór. przed chwilą się obudziłam i już go nie było. – Oto odpowiedź – mówię. – On nas ze sobą poznał – Vika powtarza moje myśli. – Dzięki choć za to. – Jeszcze nie. – Lonia. – Teraz już wiem... Sen to wielki kłamca. – Kiedy poszedł? Vika poprawia włosy takim samym gestem jak we śnie... Zmył się z Głębi. Przeszliśmy swoją drogę. Chcę podnieść gwiazdę. Świta. świt się rozpala. po co. szelestem liści i traw.. Obejmuję ją. Postudiuję Brema. – Lonia. tak? Zapomniałem. Wzruszam ramionami.. Nieudacznika przy ognisku nie ma.Wyciągam ręce. Nie ma tu ptaków.. ale jej już nie ma obok mnie. pewnie Vika zapomniała je zrobić. Stoimy tak długo. – Czym? – Ciszą. stworzę algorytm zachowania. – Do diabła! – syczę i zrywam się.. jakbym podstawił dłonie wiosennemu słońcu. wynurzymy się? Pójdziemy do jakiejś restauracji. Lonia. – Ptaki też są wolne. chyba w piątej klasie nas tego uczyli. Nieudacznik znikł! Otwieram oczy. Nieudacznik uciekł. Pozwól jej w nas uwierzyć. rozglądając się. I tak się zmęczyła. – Dobra... Przestraszona twarz Viki. ale to dopiero połowa. chowam twarz w jej włosach. – Jeśli uda się odbudować twoją chatę. Byłeś na Różowym Atolu? . obudź się! Co za głupota. Dzięki niemu poznałem Vikę. na lekcjach przyrodoznawstwa. Vika śmieje się cicho. – To kawałeczki pogodnego nieba. – Ale teraz my jesteśmy przy niej. napełniają się szmerem wiatru. – Oto odpowiedź. – Zrobię dla tych gór ptaki – szepcę. Został tylko głos. – Nie wiem. Różowe światło na wschodzie.

Ja zapraszam. odnajduję Nieudacznika. W milczeniu stoję nad szczeliną. którą z łatwością przeskoczyliśmy w świetle dogasającego dnia. A kim jest czarny alpinista? Do przełęczy jest kawałek drogi. – Po ciemku było źle widać – mówi Nieudacznik. Ale obowiązek przede wszystkim. że Nieudacznika naprawdę już tu nie ma. – Żebyście się nie wahali. Gdy podchodzimy do Viki. w którym we śnie znalazłem gwiazdę. że prawą nogę ma spuchniętą i siedzi. – Wybacz – mówi Nieudacznik. Porażająco genialna i nowa myśl. wkładam i zlatuję do niego na dół.. Tam naprawdę widać jakieś skały.. Tylko najpierw poszukajmy. do jaru. Milczę. ale miał pecha. – Dobrze. patrząc na niego z trzymetrowego załomu. zaglądamy w dół. Wyciągam zza pasa klapki. Schulz i Brandt je rysowali. Mijają dwie minuty. że go zauważyłem i podnosi głowę. zanim on się upewnia. – Nigdy nie byłem w górach. po naszych śladach. żeby ostatecznie uspokoić sumienie. Pod jej lodowatym spojrzeniem opuszczam Nieudacznika na rozłożone przy ognisku gałęzie i mówię: – Co może być gorszego od wyjścia w góry bez sprzętu? Wyjście w góry z kaleką na . I tak nic nie mogę wyjaśnić. Nocą po górach chodzą tylko samobójcy. Potem Vika przeszukuje dolinę z lewej strony strumienia. – mamrocze Vika. Nie mam już sił się złościć. starając się jej nie dotykać. Strzelcu. I jeszcze kilka prawdziwych historii. Zdążam opowiedzieć bajkę o Czarnym Alpiniście i o towarzystwie. Albo Czarny Alpinista. zapas moich górskich opowiastek jest na wyczerpaniu. – On już wyszedł z Głębi. Wzrok mimo woli biegnie w dół. Najpierw idziemy wzdłuż krawędzi najbliższego urwiska.. Muszę się upewnić. – Głupi jesteś. gdy biorę go na ręce i wydostaję ze szczeliny. ja z prawej. Już z góry widzę. Vika odrywa się ode mnie i pyta ostro: – Kogo? – Nieudacznika. ale już wiem. nie rozumiesz tego? – Rozumiem. Nawet wchodzę pod górę. Ale jednak poszukajmy. – Ładne miejsce. W wąziutkiej szczelinie. – Dlaczego? – pytam tylko.– Nie. – Dzień dobry.. dobrze? Może poszedł zrobić siusiu i spadł w przepaść? – I dobrze mu tak. Wyłącznie po to. że się zgadza. które zabrało w góry balowe suknie i smokingi. Spadł z niedużej wysokości.

– Chyba bez przemieszczenia. użycie Warlocka. Nierealność nie ma praw. Umieszczamy nogę Nieudacznika w zaimprowizowanych łubkach. A marynarka na gołe ciało to kompletny brak dobrego smaku.. – Do licha! Nurek niedorobiony! Potrzebny mi sznur! Nigdy się nie zastanawiałem. Pielęgniarką. ale ze stażem. I to. gdy chłopak jękiem reaguje na lekkie dotknięcie dłoni. nic nie musimy mówić. – Chodźmy do tych skał – proponuję. I nie chcę sprawdzać. – Vika.. Jedna rzecz porzucić w wirtualności kłamcę. Wystarczy nam jedno spojrzenie. – jeszcze żadnemu kretynowi nie udało się złamać nogi w wirtualności. posępnie kręcąc głową. Jednak przyjdzie poświęcić koszulę. A co masz w realu? Też złamanie? – Nie. – Daj pasek. – W dodatku jesteś lekarzem? – Nie. – Chodźmy. czy w wirtualności można rwać ubranie na części.rękach. – Jeszcze żadnemu idiocie – dopiero teraz Vika daje upust furii. Ona długo zajmuje się nogą Nieudacznika. Ciekaw jestem. górskie słońce jest zbyt ostre. niczego nie zmienia. Sen czy jawa – razem schodziliśmy do spadającej gwiazdy. Dziwne. – Chwała Bogu! Patrzymy na siebie – po wieczornej bojowości nie zostało ani śladu. co ona teraz zrobi. – Złamana goleń – stawia w końcu diagnozę. Takiej agresji się nie spodziewałem.. Dlatego porzucam myśl podarcia na pasy własnej koszuli i oddaję Vice czarną apaszkę. że góry nie są prawdziwe. widziałam je we śnie. – mamrocze Nieudacznik. . a całkiem co innego – rannego w górach.. Potrzebny mi sznur.

a potem coś je zabiło. Przejście staje się coraz węższe. biedak cicho jęczy. Wprawdzie już rąk nie czuję od niesienia Nieudacznika. – W ostateczności mamy Warlocka – mówię. albo nie chce przeszkadzać – i dobrze. chodźmy. Idę w ślad za nią. W pewnym momencie podnoszę głowę. ale uciec. Robi się zimno. to bardzo dobrze! – Lonia – mówi stłumionym głosem Vika. niż wydawało się nam z doliny. – To chyba rzeczywiście wyjście w inną przestrzeń – przyznaje Vika. Nieudacznik milczy. Zaczynam iść bokiem. Zbyt dziwne obrazki widziałem po drodze. ale nie takie gigantyczne bloki skalne. oceniając położenie skał. Może tu w ogóle nic nie ma – Vika z westchnieniem robi krok do przodu. Na ostatnich metrach mimo wszystko zaczepiam nogą Nieudacznika o kamienie. jej też niełatwo. Chyba to dzień. co byłoby całkiem słuszne. Do skalnej szczeliny wdziera się lodowaty wiatr. Najwyraźniej są wyżej. – Nie zmęczyłeś się? Kręcę głową. Vika odsuwa się. Idziemy zwężającym się kanionem. w tej kiszce nie uda mi się tego zrobić. To daje nadzieję. – Dobra.11 Skały rzeczywiście nie pasują do tej doliny.. w razie potrzeby. – Jest! Przed nami światło zasłonięte jej sylwetką. To dobrze.. A może powinienem był włożyć skrzydlate klapki? Za późno. Ale nie słyszę pewności w swoim głosie. Nie po prostu bezludne. Szczelina wyprowadziła nas w dziwne miejsce. tylko inne. Wyjść wyjdziemy. może uda mi się nie zawadzić złamaną nogą Nieudacznika o skałę.. ale niebo zasnute szczelnymi ciężkimi. Vika z przodu klnie po cichu. staję na jej miejscu. oglądając się na mnie. Lodowiec mógł – by tu przywlec głazy. że Madame ze swoimi gabarytami dawno by utknęła. trudno się przecisnąć. . – Jeśli w tym miejscu program wdarł się na czyjś serwer – rozważa Vika – to kanał będzie jednostronny. Ciemno.. Albo czuje się winny. Jakby kiedyś istniało tu życie. Też góry. ale teraz nie mam głowy do głupstw. Złośliwie myślę. ale dzikie. Nie mam już ochoty spadać w niebieskie tunele.

. ledwie dotkną gruntu. albo elfy nas zastrzelą.. Pewnie czary. – Elfy – mówię. Lonia? Rozglądam się. Nieudacznik szepce przepraszająco: – Nadal nie rozumiem. samotność. też dość ciepły. wije się wąska ścieżka. . – Elfów. nawet boję się myśleć. – Ludzi. w pewnym stopniu. – Wyciągam rękę. Trzeba pójść tędy i poszukać ludzi. Bawią się tu. W dół zbocza. Według Tolkiena czy innych pisarzy. pomiędzy czarnymi kłami skał. elfów. – Gdybym tylko miał je na kim robić. Rysuje je każdy. Rzeczywiście wyszliśmy w inną przestrzeń. Moja koszula służy teraz nodze Nieudacznika. Takie zaufanie jest bardzo przyjemne. – Co to jest? – pyta cicho Vika.. – Vika. wkładają ciała bohaterów książki i odgrywają różne sceny.. – Albo zamarzniemy. gnomów. całkowicie usatysfakcjonowany wyjaśnieniami. ona ma sweter. Śnieg sięga niemal do kolan. Co to za serwer? Jakie są prawa tego świata? Gdzie mieszczą się wyjścia.. Ścieżka jest udeptana. Smutek. – Wiesz.. – To jakiś serwer graczy. Dobrze jej żartować. – Co to.. przez które można by przeciągnąć Nieudacznika? O tym. Kogokolwiek. – Jak w Labiryncie? – odzywa się Nieudacznik. kim jest Tolkien? – Autor. To jest magia. przed nami jest ścieżka. co zrobimy później. gdybyż tylko miało jakieś podstawy. – Tylko nie cytuj mi z pamięci Władcy pierścieni. – Teatr – decyduje Nieudacznik. – Ale za to twój nagi tors robi niesamowite wrażenie – ironizuje Vika. kto tylko ma ochotę. Więc to jest przestrzeń wirtualna stworzona przez graczy. marynarkę lekkomyślnie porzuciłem. opuszczenie. jakby niedawno przemaszerowała tędy cała armia. – Najpierw zamarzniemy – stwierdzam. Zbierają się tu. Z nieba wali leniwy mokry śnieg. Płatki śniegu topnieją. Ja nie jestem taki pewny. Próbuję sobie przypomnieć mapy przestrzeni RPG.ołowianymi chmurami. – Daleko tak nie zajdziemy – prorokuje ponuro Vika. – Inaczej. Świat graczy rządzi się własnymi prawami. ale szybko rezygnuję z tego pomysłu. – Dokąd teraz? – Vika przerzuca na mnie dowodzenie. I chyba ją znam. – No. Nieudacznik milknie. A Nieudacznik nosi nadal kombinezon maskujący. jego wielbicieli. brniemy bardzo powoli..

Zresztą gracze RPG to pasjonaci. Sam urodził Frodo. he! – mówię złowieszczo. albo olbrzym szczękający z zimna zębami. z takimi łapami można nawet boso chodzić po śniegu. Jedna pałeczka spada w śnieg. panie! – szepce hobbit. Chyba wyglądam groźnie. dobry panie! – Na próżno! – Tak. Albo szalony koń z kastanietami na nogach. To dobrze. – Cii! Viki i Nieudacznika nie widać ze ścieżki. Bicz wyciąga się w jego stronę. nie pytając. Warlock z szelestem rozwija się w ognisty bicz.. Szeroko rozstawiam nogi. – Nie jestem dla ciebie panem! – ryczę. Oto i mój szczękający zębami olbrzym! Twarzą i budową ciała przypomina dziecko. Na piersi wędrowca wisi malutki bębenek. – doznaję olśnienia – jestem Conanem! Dzielnym Conanem z Cymerii! O Conanie hobbit widać słyszał. ściągam pas. Holfast urodził Hardinga. podsuwając hobbitowi Warlocka. Ciało Strzelca wymodelowałem na żylaste i mocne. Hobbit już nie bębni i nawet zaczyna szczękać zębami. Krzywię twarz w żądnym krwi uśmiechu i czekam. muszę go odsunąć. – Ciebie? – Mnie. Hobbit. Mógłbym się nawet podać za Kościeja Nieśmiertelnego. Cóż. – Tutaj! – szepcę. Na mój widok hobbit zastyga. sięgająca mi najwyżej do piersi postać. Goły do pasa facet z przyprószonymi śniegiem ramionami. nie przejmują się takimi drobiazgami. – Kim jesteś? – pytam. jak zamrożony. – Kto? – pytam już normalnym głosem. – A już na pewno nie dobrym! Ja. Zza skał wysuwa się malutka. w który uderza pałeczkami. I jeszcze ten lśniący bicz w ręce! Każdy troll by się przestraszył. – Harding. nawet nie próbuje sięgnąć po miniaturowy kindżał zatknięty niedbale za pas. Ale biedny hobbit wpadł w kompletną panikę. Tylko z hormonami coś nie w porządku – gołe do kolan nogi porośnięte są gęstymi włosami. . Stukot jest coraz bliżej. skacząc w wątłe świerczki. dobry panie – zgadza się pokornie Harding. Nie ma czasu na zastanawianie się.I wtedy słyszę słabe stukanie dobiegające zza najbliższej skały. od razu widać. – He. przykładam palce do ust... Frodo urodził Holfasta. że potężny ze mnie wojownik. jakim cudem bohater Howarda zdołał trafić do świata Tolkiena. zaczyna szybko kiwać głową. dobry panie.. Opuszczam Nieudacznika na śnieg. – H-harding.

resztę oddaję hobbitowi.. – A! Pamiętam! W oczach hobbita pojawia się przerażenie. i pewnie stanąłby do walki ze mną. nieśmiało pyta: – Mogę pójść z panem. – Jak myślisz. – Armię. – Słyszałem. nieważne.. Gdybym jeszcze znał nazwę serwera.. Nie mam najmniejszej ochoty wnikać w różnice poglądów elfów i gnomów. – mówię w zadumie. manierkę.. bez dwóch zdań. – Jaką znowu armię? – Elfów. Harding nie protestuje przeciwko grabieży. a to niedobry szyk. co znacznie poprawia mi nastrój. Wystarczająco dużo informacji... jest coraz silniejsze. I w hidrom się ustawiają. pobijecie gnomów? – zagajam. – Żarcie jest? Dzielny Harding oddaje mi swój worek. Zębami zrywam z batonika folię.. – Dokąd idziesz? – kontynuuję przesłuchanie.. Tego mi tylko brakowało. a strzały z cisu są niedobre. że w ciele hobbita siedzi dziecko. Coś tu mają nie tak z geografią. Idziemy bić orków i gnomów! – Po co? – Przecież oni są źli! Wrażenie. nie wątpiąc już w smutny los. Nie można go przecież tak zwyczajnie ograbić i zostawić. przyciska ręce do brzucha. zresztą. a to co? Z dna worka wyciągam snikersa. – Zarzucam sobie worek hobbita na ramię... Znowu robię groźną minę i szepcę: – A wiesz. – Doganiam armię. – A kto panuje w tym kraju? – Światły elf Legolas! Dobra. – Oni robią strzały z cisu. poważniejsze argumenty. A rozmowa? – Pobijemy! – kiwa głową hobbit. Przestaje płakać. – Możesz iść. jaki spotkał wojsko elfów.. kawałek suszonego mięsa. Conanie? Gnomów i beze mnie pobiją. Mało tego. – Zapobiegliwy ludek ci hobbici. Dzieciak. – Do miasta daleko? – Lorien jest osiem kilometrów stąd. że wy. nazywacie się Baggins – oznajmiam. odgryzam połowę. Zerka na ognisty bicz. starając się nie odrywać ode mnie spojrzenia. Dorosły znalazłby inne. Hobbit uderza w bek. – To jak? Hobbit kręci oszołomiony głową..tylko budowa ciała nie pozwoli. że hobbit to nie tylko cenne futro? To jeszcze czterdzieści kilogramów . spacerując wokół hobbita. hobbici. Znajduję w nim kilka placków. Ten kręci się jak fryga.

Wrócimy już uczciwie. – Może być? I tak nie mamy innego wyjścia. układamy Nieudacznika. – Na razie. Do Viki i Nieudacznika wracam w jak najlepszym humorze. – Masz tu jedzenie – wręczam Nieudacznikowi worek. wręczamy mu worek z trofeami. Nieudacznik – mówię. – Zrobimy ci posłanie i wyjdziemy z Głębi.dobrego. – Posiedzisz ze trzy godziny. Razem z Viką urządzamy pod starym świerkiem posłanie z gałęzi. Kiwa głową. Zgadzasz się? Nieudacznik kiwa głową. grzęznąc w śniegu.. łatwo przyswajalnego mięsa! Książki nie kłamią – hobbici rzeczywiście umieją szybko biegać. przez Lorien. nie zdołam go nieść przez osiem kilometrów. nie muszę opowiadać. W manierce jest lekki alkohol. Głębio. Rozmowę słyszeli. nie jestem twój. – rozmyślam na głos. I wyciągniemy cię stąd. – Spotkamy się za trzy godziny.” . Na prawdziwym mrozie nie radziłbym się tak rozgrzewać.. ale w wirtualności – dlaczego nie? – Wynurzamy się? – pytam Vikę... „Głębio. Półnagi.. Po chwili jej postać rozpływa się w powietrzu.. z normalnym wyposażeniem. W śnieżnym pyle migają puszyste pięty. na przykład przy wejściu na serwer Legolasa.

– Można było miliard. zerkając na mnie. ani nie ukradnę. – Kiedy ostatnio czyściłeś mysz? No więc tak: Strzelca już nie ma i nigdy na twoim kompie nie było. Na zegarku za piętnaście dziesiąta. zapewnij sobie alibi.. Gdy do niego podszedłem. . żeby klepnąć w ramię Maniaka smętnie naciskającego mój dzwonek. – przyznaje Maniak. on już siedział przy kompie... Lońka? – Sprzątnąłem im sprzed nosa jednego chłopaka.. Zezwolenie na użycie w wirtualności. Mój komputer został pozbawiony kilku kolejnych plików. przesuwając myszą po mopadzie. – Próbuję wybawić cię od lochów – odezwał się Maniak. Ty nie? – Ja też. – Będziesz jadł śniadanie? – pyta Szurka.. Czysty wirus. usuwając plik po pliku. Podczas gdy zdejmowałem buty. Ubrałem się pospiesznie i wyskoczyłem z domu. Bez efektu. ale później. – A dlaczego nie miliard? Co za różnica. Na twoje ryzyko. nie rozmnaża się i nie niszczy informacji. Uratowałem. – Zanurzenie zakończone – zameldowałem Windows Home i dokonałem najazdu na lodówkę. – Maniak wyprzedził mnie i przecisnął się do pokoju. W sklepie za rogiem na szczęście prawie nie ma ludzi. – Aha. Suma mnie rozbawiła. Jeśli możesz.. – Odbieram pocztę – oznajmił komputer. Akurat w dobrym momencie. usuwając kolejne programy.100 Wyszedłem w samą porę. na dziesiątą wróciłem. – Co jest? – spytałem oszołomiony. właśnie przesuwał kursorem po Nortonie.. Chyba zginęły też skrzydlate klapki. – Warlock został zrehabilitowany. rzecz jasna. Na siódmej pozycji postawisz kogo innego. przez całe życie tyle nie zarobię. coś ty im zrobił. – Za to Labirynt i Al Kabar oskarżyli cię o wyrządzenie szkody materialnej na wysokość dwóch i pół miliona dolarów..

– Teraz wyczyścimy twojego twardziela. – Zrobiłeś Warlockowi dobrą reklamę. Daję mu butelkę. Elfa albo gnoma.. Przypomniałem sobie ograbionego hobbita i niepewnie kiwnąłem głową. nie odwracając się. Ale on tylko pije. krzywiąc się. Maniak nie panikowałby niepotrzebnie. – Szura. – Szurka. – Najlepiej sprzedaj te dyski i kup inne. – Zdążysz. – Gorzej. – Tak? No to sprzedaj go ze wszystkimi wnętrznościami. – Jeszcze muszę narysować nową osobowość! – Jaką? – pyta Maniak. Robi mi się nieswojo..– To dobrze. a dzieciaki po tygodniu kompa zarżną.. nie. a sam dalej czyścił komputer.. To była chyba dziesięć tysięcy pierwsza porcja jajecznicy w moim życiu. – Od kiedy się z RPG-owcami przyjaźnisz? .. Dla pełnej gwarancji.. pentium! Dwa megabajty pamięci karty graficznej! Szesnaście megabajtów operacyjnej! – I jak ty z taką kartą graficzną możesz żyć? – odzywa się do moich wspomnieć Szurka. nurku – zaśmiał się Maniak. Zrobiłem jajecznicę. – Koniak... Albo zrzuć je z mostu do Newy. – Będziemy opijać sprzedaż trzech wirusów – mówi. lepiej elfa. stutysięczna sucha bułka. Maniak wsunął dyskietkę. ale ujdzie – mówi. – Cholera! Nawet TV nie łapie? Przez pięć minut słuchałem wykładu o najnowszych opracowaniach w dziedzinie hardware’u. – Teraz to musisz posiedzieć w realu! – Nie mogę. ja muszę z powrotem.. że Szurka zaraz chluśnie alkoholem we wnętrze komputera. trze o rękaw i wsuwa z powrotem. a potem wyciąga z myszy kulkę.. Może rzeczywiście uszczęśliwić młode pokolenie starym kompem? A taki byłem z niego dumny przy zakupie. Na amen. Dużo za taki złom nie dostaniesz. chucha na nią. Wzruszył ramionami. uruchomił z niej jakiś program. Kawalerskie jubileusze – stutysięczna puszka konserw. – Chcę zrobić up greade całego komputera. Gnoma od razu zaczną tłuc. na poziomie fizycznym nie zostanie żadnych śladów – zapewnił. przygotowując się moralnie na to.. Potem Maniak wysłał mnie do szykowania śniadania. – Ale teraz pojechałeś. – Potem do pracy.. – Twardziela sprzedaj tak czy inaczej. Albo podaruj jakiemuś dziecięcemu klubowi.... – Wódka jest? – pyta Szurka. mam tylko dwie i pół godziny! – krzyczę z kuchni. – Bajkową..

– Praca. – Stawiam patelnię obok klawiatury. – Muszę się przejść po ich serwerze. – A co tam jest u nich do zabrania? Wszyscy są nędzarzami! – Maniak pokręcił głową. – Brr! Teksty elfich hymnów? Tajemnice produkcji drewnianych mieczy? – Nie... zostawiłem tam coś. – Aha... – Maniak kiwa głową. Pewnie pomyślał, że Warlock przebił przejście prosto na serwer graczy. – Tylko ich nie krzywdź, dobra? To śmieszny ludek, wchodziłem do nich kilka razy. – Zabezpieczenie im robiłeś? – Ja? Im? Coś ty! Mają swoich speców! – macha ręką Szurka. – Tam takich programistów jak ja jest pełno. Nie podoba mi się ta informacja. – Jak wyglądał Warlock w działaniu? – pyta Szurka. – No... niebieski lej, iskry, lustra pod nogami. Odbicia innych serwerów. Maniak podnosi głowę. – Windy nie było? – pyta stropiony. – Coś ty, jaka winda! Dziura w podłodze... – Zawsze to samo... wymyślasz jedno, a wychodzi... – Szurka macha ręką. – Cholera. Masz tylko koniak? Nalaliśmy trochę, stuknęliśmy się, wypiliśmy. Po kompie ciągle szperały programy Szury. – Wczoraj wypróbowałem ten twój... wierszyk – mówi Maniak po drugim kieliszku. – No, ten: „Głębio, Głębio...” Nie pytam o rezultat. Gdyby Maniakowi udało się wyjść z Głębi, właśnie za to byśmy teraz pili. – Lonia, jak się dowiesz, o co w tym chodzi... – zaczął Szurka. – Od razu ci powiem. – Słuchaj, jaki wczoraj był popłoch w jednym burdelu! – zmienił temat Maniak. – Nie słyszałeś w wiadomościach w Sieci? Konsternacja. – Nie. – Jacyś chuligani próbowali złamać zabezpieczenie domu publicznego Różne Zabawy. Jest taki... – Szurka mruży słodko oczy. – Próbowali? – Prawie złamali, potem ochrona odcięła wszystkie kanały. Podobno jeszcze potem była walka, jeśli Zuko nie zalewa... – Kto? Muszę mieć bardzo głupi wyraz twarzy, bo Szura patrzy na mnie i cicho mówi: – Aha... więc to takie buty...

– Znasz Zuko... Komputerowego Maga? – Bo ty go nie znasz? – Tylko w Głębi – nie próbuję kłamać. Szurka kręci głową. – Tak myślisz? To Sieriega. Ten, który pracował w banku. Ale nowina! Sieriegę znam od dawna. Gdy przyszedłem do firmy produkującej gry, on już tam pracował. Ale tamten milczący flegmatyczny programista w żaden sposób nie pasował mi do hałaśliwego Komputerowego Maga. – To on? – Tak. – Ale się zamaskował! – Wyobraź go sobie mówiącego komukolwiek, że pracuje w domu publicznym! Wymarzony temat do żartów. Do tej pory wciska wszystkim, że robi programy dla banku. – Nie mów mu, że ja to ja – proszę szybko. – Nie powiem. On mi też nie opowiadał żadnych szczegółów. Tylko o Warlocka pytał. – Zuko poznał twój wirus! – wołam, wspominając radosny okrzyk Maga. – Pokazywałem mu miesiąc temu... – Szurka mruży oczy. – Tajemnica... szlag by to... – Może wygadać? Maniak pokręcił głową. – Nie o to chodzi, Lonia. Informacja jest czymś, co lubi przeciekać. Różne drobne wpadki, zbiegi okoliczności... i tak dalej. W końcu cię znajdą. – Niech mi spróbują udowodnić. – Lonia, tak im na odcisk nadepnąłeś, że nie będą sobie zawracać głowy dowodami. Ktoś wie, że Strzelec i Leonid to jedna i ta sama osoba. Ktoś się domyśla, że Leonid jest nurkiem. Ktoś podejrzewa, że Leonid jest Rosjaninem. Wirtualność żyje informacjami. Prawdą, plotkami, domysłami. A informacje można łatwo zebrać i poddać obróbce. Jeśli dołożą odrobinę starań, dowiedzą się wszystkiego! – Co proponujesz? – Zniknij – sugeruje Szurka, nalewając resztkę koniaku. – Będzie mi przykro, że nie możemy się razem napić piwa, ale ujrzenie cię w trumnie byłoby znacznie bardziej przykre. Do diabła, coś ty tam nawyprawiał? – Ratuję człowieka. – To można robić, póki sam nie jesteś w opałach. Kiwam głową. Maniak ma rację. W jego słowach jest żelazna logika normalnego hakera, a nie pewnego siebie nurka, który umie wypływać z Głębi. Gdzie się wynurzę, jeśli dorwą mnie w realu? Wszyscy żyjący w wirtualności mają kompleks słabości fizycznej. Wrażenie, że w komputerowym świecie jesteś bogiem, a w prawdziwym jednym z miliarda szeregowych

obywateli, jest zbyt przykre. Dlatego wszyscy tak lubimy sztuki walki i zabawy w wojnę, kupujemy gazowe i pneumatyczne pistolety, uparcie chodzimy do klubów sportowych i wieczorami bawimy się nunczako. Pragniesz poczuć się tak samo nietykalny w realu jak w świecie po drugiej stronie monitora. Ale ci to nie wychodzi. I czasem słyszysz w Głębi słowa: „A pamiętasz tamtego? Chuligani go zarżnęli w zaułku... lewą wódką się zatruł... skoczył z okna, nawet listu nie zostawił... wszedł mafii w drogę...” Pamiętamy. Wiemy. Tylko po drugiej stronie ekranu jesteśmy bogami. – Jeszcze doba – mówię cicho. – Potem zniknę gdzieś... na Syberii albo na Uralu. – I nie mów nikomu, dokąd jedziesz – kiwa głową Maniak. – Nawet mnie. Kieliszki były puste, więc Szura zaproponował: – Skoczę do sklepu, co? – Jeszcze muszę narysować postać. – Cholera. Włączaj Biokonstruktora. Minutę później wyrywaliśmy sobie mysz, tłukąc z pasją w klawiaturę. Pierwsze narysowane ciało trzeba było spisać na straty – było zbyt wyzywające. Dwumetrowy mięśniak z dwuręcznym mieczem na pasie. Zdaniem Szurki, do takiego herosa będą się kleić wszyscy poszukiwacze przygód. Musiałem przyznać mu niestety rację. Następna postać była tak bezbronna, że aż żałosna – obdarty staruszek żebrak. Może nikt go nie ruszy, ale też na pewno nie uda mu się nieść Nieudacznika osiem kilometrów. Tu ja postawiłem weto, nie wyjaśniając przyczyn. Do trzech razy sztuka. Chłopak na ekranie był dość silny, ale z tak dziewiczo niewinną twarzą, że aż mdliło. Ubraliśmy go w jasnozieloną chlamidę do kostek i zawiesiliśmy na ramieniu torbę. – Medyk! – skonstatował z zadowoleniem Maniak. – Po prostu lekarz. Bez potrzeby nikt go tam nie ruszy, ani elf, ani ork. Medycyna jest potrzebna wszystkim. Zaczął umieszczać w torbie jakieś buteleczki, kolby, suszone liście wynajdywane w katalogu akcesoriów. – W świecie RPG będę mógł leczyć? – Oczywiście. Zasada jest taka: przychodzisz do świata w tej czy innej postaci i masz określoną moc. Na przykład znasz sztuki walki albo jesteś mądry, albo masz dar leczenia. Im dłużej żyjesz w tym świecie, tym silniejsze stają się twoje zdolności. Ty jako medyk już od początku możesz leczyć niewielkie rany, złamania, zwichnięcia... – Ciekawa sprawa – mówię, patrząc na swoją nową postać. Zaczynała mi się już podobać. – Dziękuję. Ja bym się zrobił na wojownika. – I oberwał po głowie od jakiegoś bywalca.

– A ty w jakiej postaci zazwyczaj wchodziłeś? Maniak waha się. – Nie powiesz nikomu? – Nikomu. – Byłem wojowniczką elfów, Ariel. – Dlaczego? – Kleiłem się do Goromira. Odbiera mi mowę. Jasne, że to nie moja sprawa, ale... – Goromir to dziewczyna – wyjaśnia szybko Maniak. – Mają tam kompletny bajzel, dziewczyny biorą często męskie role, chłopaki żeńskie. Z pół roku ją rwałem... – I jak? – Nijak. Goromir się spiknął z Dijanel. Nie ryzykuję pytania o płeć Dijanel. Głos Szurki jest zbyt posępny. – Jeśli przypadkiem spotkasz Goromira, przekaż mu pozdrowienia od Ariel – dodaje Szurka. – Rozstaliśmy się jak przyjaciele. Szlag by to. – Muszę wejść na serwer, na którym istnieje miasto Lorien, gdzie panuje Legolas. Tam się pasie twój Goromir? – Nie twój, tylko twoja! – zaperza, się Szurka. – Nie wiem, dawno nie byłem u graczy. Zaraz znajdziemy. Włączył Vikę i zaczął szperać przez terminal po serwerach. Po pięciu minutach poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. – Proszę! „Jaśnie oświecony Legolas zaprasza mądre elfy, dzielnych ludzi i szybkich hobbitów do wielkiego miasta Lorien, albowiem nastały dni ostatniej bitwy z orkami i gnomami!” Przyjmą cię z otwartymi ramionami. – Dzięki, nie skorzystam. – To może napijemy się piwa? Masz jeszcze półtorej godziny. Piwo po koniaku? Ale z drugiej strony rzeczywiście mam mnóstwo czasu. Z Szury pomocą postać powstała szybko. – Dobra – decyduję się.

101
Zamknąłem za Szurką drzwi i bardzo starannie powiesiłem łańcuch. Zajrzałem do kuchni, upewniając się, że gaz jest wyłączony. Nie czułem się pijany. Cztery butelki piwa to drobiazg, koniaku w ogóle nie ma co liczyć. Idąc do komputera, potykałem się o jakieś kable, stare klapki, zrzucone z półki książki. To Szurka się zachwiał i chwycił za półkę, próbując utrzymać równowagę. – Vika, jest poczta? – mruknąłem. – Nie rozumiem. Leonid. – Poczta jest? – powtarzam starannie. – Tak. Może dwa litry ciemnego piwa wypite w tym tempie to jednak nie tak mało? Skoro Vika nie poznaje mojego głosu... Stłumiłem atak pokory i zacząłem przeglądać pocztę. Różne głupoty. Jeszcze trzeba zajrzeć na tablicę ogłoszeń. Rzecz jasna, żaden z pracodawców czy przyjaciół nie zna mojego prawdziwego adresu w Sieci. Jeśli ktoś chce się skontaktować nie z Leonidem, lecz z nurkiem, istnieje tylko jeden sposób – umieścić ogłoszenie na stacji łączności elektronicznej. To komputer z modemem i obszerną pamięcią, gdzie może zajrzeć każdy pragnący przeczytać wszystkie ogłoszenia. Kodowana metka pozwala na sortowanie niepotrzebnych depesz, szyfr nie daje lamerom możliwości podrabiania cudzych ogłoszeń, a mętne przekazy samych listów zrozumie jedynie adresat. Całkowita anonimowość i absolutna pewność. Spróbuj odnaleźć wśród miłosnych intryg, wiadomości dla small biznesu i zwykłej paplaniny tajne informacje. Rzadko znajduję na tablicy ogłoszeń listy do mnie. Ale dzisiaj były dwa. „Iwan! W wigilię wędrówki po lesie czekam na ciebie tam gdzie zajmowaliśmy się podziałem łupu. Szary”. To Romek. Podziałem zajmowaliśmy się w Trzech Prosiaczkach. A wigilia operacji w Al Kabarze nastąpiła kwadrans temu. Nieoczekiwanie wytrzeźwiałem. Po co Romek miałby mnie szukać, i to tak pilnie? List został napisany tej nocy. Ciekawe, czy pisał sam, czy pod dyktando... Człowieka Bez Twarzy na przykład.

.. Tam gdzie zwykle. w której połaszczyłem się na Medal Bezkarności i poszedłem cię uratować! – Vika. – Lonia. Znam trzy postacie Romka. Roman krzywi się i nagle nerwowym ruchem zdejmuje okulary. – A co. podałem Crazy i Anatolowi swoje imię nurka (i jednocześnie prawdziwe). – Lońka. Kiwam głową. Jak nakazuje kodeks. Jakiś Anatol i Crazy. Włączając wilka. Czegoś takiego się nie wybacza. Siedemdziesiąt siedem to mój numer.... Labirynt. – wymamrotałem – żeby cię.. Bracia nurkowie w gniewie. a Romek chyba mnie.. Często razem pracujemy. tak jak zwykle. – Nieudacznik. – Nie . Jak nakazuje kodeks. – Romek? – Lonia? Uścisk dłoni. że wdepnąłeś? – Orientuję.. Szczegółowych zarzutów jeszcze nie podawali. Medyk. Poznaję go tylko po tym. Bracia”.. – Zgadłeś.. orientujesz się. przy barze. ja już w realu. – Alkoholik – mamrocze Roman. „Siedemdziesiąt siedem. zerka na boki i w niczym nie przypomina akuratnego Romana.. A w co? – Złożyli na ciebie skargę. – Ciii – przypominam sobie słowa Szurki o przesączających się informacjach. Ale dziś przyszedł w nowej – chudziutki.. Lubię wilkołaka. – Postać numer siedem. Wdarłem się w ich przestrzeń pracy.. jeszcze jakieś kłopoty? – Milion. – Więc. zanurzenie – mówię. nawet cztery.. – Nie. rozczochrany okularnik. I kto to mówi! Sądząc po jego odporności na alkohol. Użyłem broni. że jednym haustem opróżnia szklankę pieprzówki.. co jest? – Pomyśl. Stoi.Drugiego listu się spodziewałem. – Warlock to twoja robota? – szepce.. – Napijesz się? – pyta okularnik.. co ty ze mną robisz? Niech będzie przeklęta chwila.. złożyli na mnie skargę. – O tym wiem.

Kręcę głową.. Zacierać ślady. ty straciłeś... łykać informacje. – Wszystko.. – Wdepnąłeś. kipiącego strumienia informacji. żart. – Nie wiem. gdybym mógł pomieszkać u ciebie ze dwa miesiące. – Będę musiał uciekać. Ale Labirynt i Al Kabar. Nie martwi się o mnie. Romek. Roman jest super. błyskawicznych przemieszczeń z chłodu restauracji na rozpalony piasek plaż. Kiwa głową..mówmy o tym. jak się będziesz ukrywał. Wszystko jasne – słoń boi się myszy tylko w bajkach. aż ucichnie szum. Jeśli my. tysięcy przyjaciół i znajomych żyjących we wszystkich zakątkach ziemi? Jak? Trzeba bywać w Deeptown. bez setek. Kiwam głową. Romek woła barmana – dzisiaj to najwyraźniej program – i napełnia moją szklankę. – Oddam ci swoją dolę. . pod tym względem się rozumiemy. – Jeśli na rozprawie będziesz potrzebował mojej pomocy – mówi – dostaniesz ją... ostro. Na długo – przyznaję się uczciwie. bez niekończącego się. Czuć bicie elektronicznego pulsu. A dla tych korporacji nawet nie jesteśmy myszami. bez narysowanych dżungli i wymyślonych gór. – mówi nieoczekiwanie Romek. Lońka. Jak można żyć bez sprasowanego Głębią czasu. – A jak będziesz żył? – pyta zdumiony Roman. Może nie chcę się całkiem odrywać od Głębi? Żeby móc choćby oczami Romka popatrzeć na wirtualny świat. egoiści do szpiku kości.. I może dostanę.. Jesteś w kłopotach po uszy! Nagle uświadamiam sobie.. Przyda ci się. W końcu to ty odwaliłeś całą robotę. Jest zachwycony! Zachwycony takimi emocjami – blask skandalu i sławy pada i na niego. jeśli potrzebujesz pieniędzy. Nie chcę korzystać z hoteli. żeby zrozumieć. dlaczego o to proszę. Tylko my. bez staroświeckich dowcipów i dopiero co napisanych książek. co tracisz. mieszkańcy wirtualnego świata... najwyżej muchami.. Roman mruga nerwowo. Sam nie wiem. że wilkołak wcale nie jest przestraszony rozmiarem moich kłopotów. moglibyśmy zobaczyć w innym nurku idola – to właśnie stałem się nim dla Romka. Roman to facet kontaktowy i w wąskim kręgu nurków-wilkołaków uznany za lidera. co zechcesz.. – mamrocze. – Co? Z Sieci? Powaga? Nie.. – No. I nie tylko ode mnie. Może i będę potrzebował. – Chciałbym cię za to poprosić o coś innego. – I tak będę musiał odejść. bez maskarady kostiumów i ciał.. ale takiej ofiary nie potrzebuję. – Lonia.

czym by się to skończyło. No nie! A może jest na tyle silnym nurkiem. Mimo wszystko odpowiadam: – Postraszyć elfy. że nędza budynku zrobiona jest wspaniale. Wszystko okay. mimo wszystko mógłbym spokojnie przyjąć gości. że propozycja nie przeszła. Ale po twarzy Romka już widzę.. – Rozumiem. – Naprawdę. mimo skromnych rozmiarów mieszkania. tam bajkowe postacie zarabiają na chleb. teściową i trójkę małych dzieci? – Rozumiem. Bawi się tam głównie rosyjskojęzyczne towarzystwo. że ja.. należy do kogoś z Rosji. ale kto wie. Serwer. A jednak Romek odwraca wzrok. jakby w Mekce zjawił się chrześcijanin i od razu pomknął do Czarnego Kamienia – w butach. Jednak się siebie boimy. Jakieś ciemne budynki. Gdy wychodzę z Trzech Prosiaczków. na którym stworzono Lorien. – Po prostu nie mogę cię przyjąć. – Kładę mu rękę na ramieniu. on bierze następną szklankę wódki. ze złoconym krzyżem na piersi. kapeluszu. A jeśli Romek na tych samych metrach ma żonę. Cała ulica wygląda podobnie. Są wyjątki w rodzaju Polan Elfów. zamknięte do lepszych . ulicę. Perumowa i innych pisarzy. Romek. to wszystko. Załóżmy. No tak. – Wybacz – wzruszam ramionami. – Odwraca wzrok. – Chcesz.. ale to bardziej atrakcja dla turystów. – To. – Idę. rodzinne problemy. A raczej na opłatę rachunków za światło i telefon. który naczytał się Howarda. magazyny. – Nie trzeba. którzy oddali hołd romantyce miecza i smoka! Wysiadam z taksówki obok przekrzywionej piętrowej rudery. Zresztą byłoby to najbardziej rozsądne posunięcie. – Na zlocie będziesz? – Oczywiście. To tak. Trzeba przyznać. czego mogę się dowiedzieć. podam ci mój adres. A może by tak wejść do Legolasa pod postacią turysty? No tak. nie łamiąc prawa. Realny! Miasto... – A teraz gdzie idziesz? Pokusa tajemniczego milczenia jest ogromna. Imitowanie biedy i upadku jest znacznie trudniejsze niż imitowanie luksusu i bogactwa. Łatwiej nam oddać ogromną kasę i tym uspokoić sumienie niż się ujawnić..– Nie sprawię kłopotu – dodaję. Tolkiena. Już lepiej być nowicjuszem. Cześć. że nie upija się wirtualnym alkoholem? Gracze RPG niezbyt się afiszują. – Nic nie rozumiesz – mamrocze Romek. dom. – Nie. Zobaczymy się jeszcze.

– Przyszliście razem? – Tak – odpowiada Vika. Nie ma sensu sterczeć dłużej przy wejściu.. jakby miał skonać po pierwszym sztachu. – Jesteś nim czy nią? – Szczegółów nie rysowałam... wchodzimy. Na końcu korytarza pojawia się blade światło. – Kim jesteście? – pada pytanie. vi! – mówi radośnie elf. na ścianach graffiti – motywy batalistyczne. ale za późno. potem wsuwa rękę za pazuchę. czekam. – Medyk Elenium z ziem Trankvilli! Vika daje mi kuksańca pod żebro. Viki nie ma. nie było czasu – oznajmia niedbale Vika-Makrela i rzuca papierosa. kryjący się za lśnieniem. – To ty? – pytam na wszelki wypadek.czasów biura. Vika rozumie moje wątpliwości. – A jak się nazywasz? – Makrela. obcisłe spodnie i zieloną kurtkę. Zaczynam podejrzewać. imię zostało już wymyślone i podane. Elf zerka na mnie. Palące elfy to widok dla ludzi o mocnych nerwach. Można by pomyśleć. Nie mam nastroju na poważne i wymyślne mącenie komuś w głowie. Do diabła! – Vi. Na plecach łuk i kołczan ze strzałami. wyjmuje papierosa i zapalniczkę. Będzie bezpieczniej. – Poznałeś mnie! – Dlaczego właśnie elf? – W końcu jesteśmy na ich terytorium. ilustrując szkodliwość nikotyny. – Nie ruszajcie się z miejsca! Jak brzmią wasze imiona? – Makrela. Przy wejściu drepcze jakiś elf – krucha. rodem z elfów znad jeziora Loch Ness – oznajmia Vika. – zaczynam i gryzę się w język. Zaciąga się. – Słyszeliśmy wezwanie Legolasa i przybywamy z pomocą! – krzyczę. jak wyjdzie. – Zobaczymy. . – I vi i mi! Lonia? Głos też zmieniła – pewnie działa program korekty dźwiękowej. Graczom RPG przepych nie imponuje. Wąski ciemny korytarz. – Hobbit to nie tylko cenne futro! – Mówi wesoło. że w wirtualność wszedł Robertino Loretti. złotowłosa istota niewiadomej płci i nieokreślonego wieku. nie brzmi po elfiemu? Jestem z holenderskich elfów. – Jak? – A co. Człowiek. Wygląda tak. myśli chwilę. A jeśli to nie ona? – Vi. wypuszcza strumień dymu. Ma na sobie zielone.. Przejmuje dowodzenie i to mnie cieszy. że Vika w realu też łyknęła coś wyskokowego. za którym majaczy ludzka postać. Zatrzymuję się przy drzwiach.

. a głos tak młody. Na końcu korytarza widnieją masywne żelazne drzwi. Do licha. – Nieźle popracowali – komentuje profesjonalnie Vika.– A co doprowadziło do przyjaźni pomiędzy elfem a medykiem – człowiekiem? – W boju z orkami raniono mnie zdradziecko cisową strzałą – wykrzykuje Vika. – A ty. kraju. – Daj spokój. Chyba Vika przegięła. chyba mieszkalne. mówisz? – szepcę w plecy Viki. dostajesz dziesięć punktów umiejętności.. – Dziękuję – szepcę. albo ma poczucie humoru. Wychodzimy na ulice Lorien. Dwie minuty stoję. i zasłaniam twarz rękami. – Dobrze. – A dlaczego ja nie dostałem dzielności? – oburzam się. mądry Eleniumie. który zginął z łap gnomów! Uuu.. dziesięć wytrzymałości. o nieznajomy. otrzymujesz dziesięć punktów zdolności.. nie oglądałbyś mnie teraz... do korytarza wchodzi starzec. Nie wiem.. którą – którego – odźwierny wyraźnie polubił. dziesięć mocy i dziesięć dzielności. ja. Bezgłośny śmiech bardzo przypomina szloch.. Dróżki wyłożone białymi kamieniami.. może na zawsze utraconym. jak zakończyć. że może mieć najwyżej dwadzieścia lat. – Gdyby nie cudotwórcza siła Eleniuma. – Rad jestem powitać mądrego medyka i dzielnego. wstawia się za mną: – Elenium przelewa łzy po swoim starszym bracie Relaniumie. naprawdę tu ładnie! Gigantyczne drzewa z białą jak śnieg korą. rozglądając się. Lśnienie rozwiewa się. Zachowanie kamiennej twarzy wymaga ogromnego wysiłku. uformowanych w szyk hidrom – przypominam sobie opowieść małego hobbita – napadła mnie podstępnie! Gdyby nie odwaga Makreli. – Starszy brat Relanium. Zbudować coś takiego na gołym entuzjazmie! Mógłbym powiedzieć. Ruchy ma tak gwałtowne. Ciemna zieleń i czerwone złoto liści. Na drzewach umocowano jakieś platformy.. – Wejdźcie do słynnego miasta Lonien i nabierzcie sił przed decydującą walką! Posłuszni jego gestowi wchodzimy w lśnienie. – A co ty powiesz. że sama stworzyła swoje góry z czystego entuzjazmu. Makrela.” – zaczyna się plątać – dzielnego elfa! Teraz jesteście bezpieczni. . Elenium? – Szajka ohydnych gnomów. Na szczęście młody starzec albo nie zna farmakologii. Nadal nie określa swojej płci. ja. nie gniewaj się. – Łzy nie przystoją ludziom! – oznajmia z wyższością starzec. otrzymujesz pięć punktów odwagi – postanawia wielkodusznie. pięć wytrzymałości i pięć mocy – oznajmia starzec. Ale nie chcę jej przypominać o tym. połączone drewnianymi schodkami.. Makrelo. – Ty. – Brawo. dzielną.

o wysoko urodzony? – pyta Vikę elf. lekki mrozek szczypie skórę. że elf się zwyczajnie nudzi. Uczą się języka elfów i gnomów. – A ja myślałam. bracie mój – opędza się Vika. że oni tu tylko machają mieczami – dziwi się Vika. masa pożytecznych doświadczeń. – Wskaż nam. – Zdolności wasze są niewielkie. – Takich subkultur jest cała masa. Tylko trzy godziny. Idziemy białymi dróżkami. Pod jednym ze śnieżnobiałych drzew rozpalono ognisko i umocowano koło szlifierskie Potężny. Przystajemy. To ich prawo. nóż do chleba? Nie zaliczę ci zdolności! Pospiesznie idziemy we wskazanym kierunku.– Trzeba znaleźć stąd wyjście – postanawia Vika. Jego podopieczny chyba już kończy zdobywanie pięciu punktów zdolności i elf znowu będzie siedział sam. Urok Lorien lekko się rozwiewa. – Po prostu trochę tu nudno. owłosiony chłop próbuje pod okiem elfa naostrzyć miecz. którędy wyjść za mury miasta. – Jedyne sześć godzin ćwiczeń na schodach. układają ballady i legendy. – Ty byś pewnie zamknęła wszystkie serwery RPG – podpowiadam zjadliwie. – Spieszymy się – odmawia Vika. nauczę was ostrzyć miecze. – Nie. Elf posępnieje. – Jesteście tu po raz pierwszy? Vika kiwa głową. Szkoda. – Czy nie jesteśmy aby krewnymi. – Nie ma co. – W takim razie wejdźcie na ten melorn – elf kiwa głową na jedno z drzew. – Słuchanie twej mowy to rozkosz. – W takim razie idźcie tam! – Elf posępnieje i wskazuje kierunek. a liczba waszych zdolności wzrośnie o pięć punktów! Co za radość. Jeszcze jedna guma do żucia dla mózgu. wędrowcy! – woła do nas elf. że narodu mało. – Nie.. widocznie magia elfów rozgania chmury. byśmy mogli dogonić armię. Średniowieczna muzyka na granicy słyszalności.. wysoko urodzony elfie – oznajmia Vika. – Ale my rwiemy się do boju. – Vika nie daje się sprowokować. a otrzymacie siedem punktów siły i wytrzymałości! Odnoszę wrażenie. po czym atakuje chłopa z mieczem: – Jak ostrzysz?! Jak ostrzysz! Co to jest. Najwidoczniej wszyscy poszli bić orków i gnomy. Śniegu nie ma. Obracać nieistniejącą szlifierkę w celu zdobycia nieistniejących umiejętności. Surowo tu u nich. . rozkoszując się otaczającą nas idyllą. Posiedźcie ze mną. Powietrze słodkie i świeże. – Nie tylko. ostrzą miecze i kindżały. Ci przynajmniej nie biorą narkotyków i nie organizują rewolucji. – Zatrzymajcie się na chwilę. studiują ekonomię średniowiecza.

malutkie wojny z sąsiadami. – Wiesz. – Ja też czasem tego chcę – odpowiada w końcu Vika. nurku. Najpierw w zęby. – Ale już tak było. – To tajemnica? Milczę przez chwilę. gdzie handlarze zarabiają punkty zdolności. Też coś zdobywają. – Dlaczego nie? Piękny i wielki cel. masz w życiu cel? Jakikolwiek? Nie ukraść tysiąc dolców. ale w zielonym stroju elfa. akompaniując sobie na gitarze: Do wrót zamku minstrel zastukał.. Po prostu chcę. – To beznadziejnie śmieszne i małe – mówię. Grupka słuchaczy nie przejawia entuzjazmu. bard rozgląda się i przechodzi na jakieś miejscowe przyśpiewki: Był taki czas. wszystko jest ucieczką od życia. gra w pokera.. wyciągniemy Nieudacznika. walcząc mieczami i puszczając strzały do celu. – Lonia... Vika w swojej masce elfa odwraca spojrzenie. Otworzyła służąca młodziutka. ja nie marzę o jednolitości. gdy elf Legolas . w ten sposób to i w komunizm można uwierzyć. Ludzie wyszukują sobie skromniutkie cele i poświęcają im życie. Ucieczka od życia. Tutaj jest już znacznie więcej postaci. I to. – To nawet nie ostrzenie nieistniejących mieczy. Nie ma wartości ogólnych. przychodząc do domu nie wyciągać z kieszeni kluczy. chciałbym. kuglarz – pewnie mag-żongluje ognistymi kulami. a właśnie – cel? – Mam – mówię uczciwie.. Człowiek. potem w krocze. Dzielny elf Makrela patrzy na mnie ze smutkiem... nie popić z przyjaciółmi w restauracji. żeby ktoś otworzył mi moje własne drzwi. – Mówi dzielny wojownik Makrela. Życie wre.. Oberwany artysta rysuje portrety wszystkich chętnych... A składanie mu życia w ofierze to już tradycja. i nie badanie psychopatów w wirtualności. Każdy znajduje rozrywkę według własnego uznania. gdy do nich zadzwonię. Zmierzamy do opasujących Lorien murów. Ale to eskapizm. wielka polityka. Pod okiem elfich mędrców kilkunastu ochotników zarabia na punkty siły.. – Oczywiście.. – Lonia. chodź.. Wzdłuż rzędu kramów. A już na pewno nie komunizm czy światowa rewolucja. – Wiesz. to nie zawsze jest dobre. że wracałam do domu i miał mi kto otworzyć drzwi. Elenium.– Lonia. Tak to jest. śpiewa.. Ale zbieranie znaczków.. spacerują kupujący..

Teraz to żłób i pomyje. Wsuwam rękę do kieszeni kurtki.. Na ostrzach tańczą krwawoczerwone odblaski światła. – Słyszałam o czymś takim. – Rzygać się chce – mówi osiłek za moimi plecami. co się tu dzieje. On i prawda to jedno.. Życie i śmierć są takie podobne. teraz to już przesadziłeś – odpowiada rozmówca. Poziom bruku.. Przysadzistego osiłka w białym ubraniu nie znam. W kącie kramu przy stoliku siedzi dwóch mężczyzn. A jednak pociąg do broni jest chyba genetycznie zakodowany w męskim organizmie. Ubierają się w szaty niemal nie do odróżnienia. rzucają mu drobne monety. to staje się oczywiste. No. W kramach panuje mrok. On naprawdę tak myśli.Walnął nazgula w oko raz! Nazgul do rzeki wpadł po szyję Dziwić należy się. – Taniocha. Do walki stawać i tak nie mamy zamiaru. co myślę. kopie i halabardy sprzedawane na rynku w wielkim wyborze nie są nam potrzebne. W jednym z kramów potargowaliśmy się ostro ze sprzedawcą i kupiliśmy dwie manierki z miejscowym winem i dwa krótkie kindzały. – Potrzebujemy czegoś? – Vika wskazuje kramy. którzy zimą wstawiają świece do swoich akwariów z kwiatami. Pod pełnym wyrzutu spojrzeniem Viki wędruję od kramu do kramu. ogromną ropuchę. gdy kąpiąc się w rzece. oglądając środki zniszczenia sobie podobnych. miecze. Przypominają mi kwiaciarzy. Nagle do mnie dociera: on nie tylko tak gada. jak dawno temu w dzieciństwie. Mówię prawdę – ogłasza bezapelacyjnie Cyklistówka. Minstrela oklaskują. – Wszyscy wchodzący otrzymują je automatycznie – wyjaśnia Vika. – Zawsze mówię to. Czuję taki wstręt. – No wiesz. Zawierały zdrowy element. Kompletne zwyrodnienie pod każdym względem. tylko pod szkłem gablot obok broni palą się świece. chichoczą. . Osiłek za moimi plecami poprawia nasuniętą na oczy cyklistówkę i gada dalej: – Kiedyś twoje gry były niezwykłe. wynurzyłem się i zobaczyłem na brzegu. – A pieniądze? – Poszukaj w kieszeniach. Wymijam ich. gdzie rzeczywiście jest pięć miedzianych monet. – Młodzież musi się jakoś bawić.. tuż przed oczami. Chyłkiem odchodzimy. że żyje! Prościutka piosenka zyskuję aprobatę tłumu. ale po chwili się zatrzymuję. – I za to właśnie cię nie lubią! – nie zgadza się z Cyklistówka rozmówca.. – Ha! Miłość sama w sobie jest kłamstwem.. Gdy rejestrujesz wszystko. Ale.

studiują język gnomów i handlują pustką. minstrela.. najwidoczniej jakiś znany gracz. Chyba nie zauważyła swojego byłego klienta. że zamarłem nad witryną i ożywia się. wilkołaka Romka. . Wychodzę z kramu – na świeże powietrze. kuglarze. kramarza. głupiutkiego małego hobbita. wystarczy nie kochać. – Bardzo. Rzucam spojrzenie na Cyklistówkę. – Daleko mi do stu punktów. Pójść odrobinę dalej – przestać kochać. Idziemy w stronę miejskiej bramy – obok minstrela kuplecisty. Nie kochać nikogo. że ma pan sto punktów zdolności! Cyklistówka za moimi plecami nie przestaje ględzić. – Życia. pod którym leży miecz. Na każdego można się złościć. Nawet nie trzeba się złościć. Patrzę na ten świat i śmieszą mnie chłopcy. wskazuje palcem szkło. gardzić. minstrele. Trzeba zrobić jeszcze jeden krok – całkiem malutki. Jego rozmówca. Ale to jeszcze nie to. Podchodzi. – I znalazłeś? Wzruszam ramionami. W tym. – Nie. pyta: – Więc co proponujesz? – Sytuacja jest absolutnie jasna – głosi Cyklistówka. Punkty siły. jest wiele prawdy. wzgardliwie strząsając z białych wyłogów brud ludzkich wad. którzy ostrzą narysowane miecze. – Życzy pan sobie potrzymać miecz? – proponuje uprzejmie kramarz.Kramarz po tamtej stronie lady widzi. Oni wszyscy są pełni wad. czy sam znajdziesz adekwatne rozwiązania. To też na pewno jakiś cel – uważać się za ucieleśnienie prawdy.. wirtualną prostytutkę Vikę. – Ale wolę i sprawdzić. Prawda jest ubraniem maskującym cynizm. Cierpieć za prawdę i demaskować kłamstwo. dziękuję – mówię do kramarza. Tajemniczego Nieudacznika. A wszystko z jednego jedynego powodu.. Człowieka Bez Twarzy. Kroczyć przez Głębię niczym dumny herold prawdy. i nagle zaczynam rozumieć. do czekającej Viki.. Nieumiejętności kochania ludzi. dno! Pomyśl o tym. – Raczej nie. – Gra zeszła do poziomu bydła. bardzo dobra broń! Ale może go pan kupić tylko pod warunkiem. obok kuglarza i fechtujących się wybrańców. – Czegoś tam szukał? – pyta Vika. To takie proste. Straciła swoją rozwojową rolę. co Cyklistówka mówi dziewczętom w burdelu albo elfom w Lorien.

Prawda i miłość nie idą w parze. – Kocham – szepcę ledwie słyszalnie.. niczym procesor. . Sterylnie białego. ciągle jestem tam. Nie mogę. obejmujących się przy bramie miasta. – Przyjaciół i wrogów.. w zimnej bieli drwiącej prawdy. Moją Vikę. – Powiedz „kocham” – powtarza Vika. prawdziwą. wystudzonego do zera absolutnego. Martwego i czystego. Lorien.. – Vika – szepcę – Vika. nużący proces? – Vika. Nikt nie śmieje się tu z człowieka i elfa. pod złotymi kędziorami i bladą arystokratyczną cerą... Po co idziemy ratować Nieudacznika? Po co ten długi.. Której nie trzeba nic wyjaśniać. Dokonuję wyboru. Kręcę głową. – A ja kocham ciebie – mówi Vika. Wspaniałe miasto. – powtarzam.A wtedy uchylają się ciężkie drzwi i można zajrzeć do innego świata. Patrzy mi w oczy i widzę ją pod obliczem elfa.. Zwykłą.. – Powiedz „kocham” – mówi ona. – Przyjaciół i wrogów. – Umiesz.

Oparty o pień drzewa opowiada coś hobbitowi. że poznaję miejsce. ale za każdym razem okazuje się. Śnieg jest udeptany. Lonia – mówi właśnie z uśmiechem. jeśli przed tobą przeszła tędy armia.. Na nasz widok zrywa się i wyszarpuje swój malutki kindżał. W realu przejście ośmiu kilometrów zajęłoby sporo czasu. elfy chodzą lekko. że to pomyłka. W końcu Vika zauważa ślady biegnące od drogi ku świerkom. który wlókł się za armią.110 Dobrze idzie się zimową drogą. popijając z manierki. Zapewne gracze umówili się. gdy drogą maszeruje wojsko. Drogę po prostu złożono z powtarzających się elementów. Oto i ślady – okrągły od kija i wąski od pochwy miecza. Sosna najeżona strzałami. w którym niedawno straszyłem hobbista. po prawej lekko zadeptany. – Przyszliśmy w pokojowych zamiarach! – Jestem medyk Elenium – popieram ją. przyspieszamy kroku – może już go tu nie ma? Ale Nieudacznik jest na miejscu. Kiepsko schowaliśmy Nieudacznika. każdy wojak. – Jesteśmy przyjaciółmi! – mówi Vika. Nie umawiając się. A tutaj był krótki postój.. i to nawet nie sam. – Nie widzieliście tu gdzieś Conana? Taki wysoki. Po lewej stronie drogi śnieg jest ubity. nie zboczysz z trasy. czy Nieudacznik nas pozna? – Witaj. Jeden pewnie był magiem z laską w ręce. nie zapadają się. drugi – wojownikiem z mieczem. zaczynamy iść po ścieżce. Ciekawe. gdy ma obok siebie bezbronnego człowieka. No proszę. No tak. że to efekt magii. mógł go zauważyć. żeby iść do swoich wrogów całe miesiące. – Jestem Harding! – oznajmia hobbit. Na szczęście gracze nie są milionerami. Droga ściele się pod nogami z cudowną szybkością. którzy odeszli na bok. Hobbit siedzi przy nim w kucki i śmieje się w głos. Ten maluch umie być dzielny. chowając kindżał. Dwie górki popiołu. Tutaj obie części armii wysłuchiwały instrukcji od swoich dowódców. I wszędzie drobne znaki hałaśliwej krzątaniny. żeby wypalić po fajeczce. Kilka razy odnoszę wrażenie. Przynajmniej wtedy. Doszliśmy do skał. Widzę oczami wyobraźni dwóch staruszków przewodników. z ognistym mieczem? .

W milczeniu odczekujemy pięć minut i.. Długo mnie nie było. Podchodzę do Nieudacznika. Nieudacznik niepewnie opiera się na niedawno chorej nodze. na pewno oberwę. Gdy otworzyłem torbę i poświęciłem część jej zawartości na nogę Nieudacznika. Otwieram jedną z buteleczek.. pogromca hobbitów! – Przestań – proszę – i tak mi wstyd. – Jemu.. – Alienowi – powtarza hobbit.– Ten Conan okradł małego – mówi bardzo poważnie Nieudacznik. Po chwili zastanowienia oblepiam jeszcze suchymi liśćmi i oznajmiam: – Za pięć minut złamanie się zrośnie. drugi. czy poradzicie sobie sami? – Oczywiście. hmm. – Więc nazywasz się Alien? – pytam. – A jeśli nie zadziała? – pyta z ciekawością Harding.. Tylko oczy mu się śmieją. nie umawiając się. Nie mam bladego pojęcia. jeszcze krzyczy: – Tylko uważajcie na Conana! Vika szepce mi na ucho: – Conan. Harding rysią wybiega na ścieżkę. – No nie. obficie smaruję nogę. Nieudacznik milczy. – Dziękuję – mówi z całego serca hobbit. że jemu są bardziej potrzebne! – Komu? – pytamy jednocześnie. Dzieciak. czując wyrzuty sumienia. . wytrząsam na śnieg zawartość swojej torby lekarskiej. – Boli? – pytam z ciekawością prawdziwego lekarza. Nieudacznik pojawił się tu z kontuzją kończyny. Wewnątrz śmierdząca zielona maź. dobrze? Wrócę do miasta. Robi jeden krok. – Mam tylko trzy punkty siły. nie doniósłbym go. rozwijam łubki. jak należy leczyć w tym wymyślonym świecie.. niczego nie podejrzewając. i wstaje. – Wtedy doniesiemy. odkładamy rozmowę z Nieudacznikiem na później. W tym świecie mam zdolność leczenia ran. twojego przyjaciela do miasta. – Wstawaj – komenderuje Vika. Złamał nogę. – Biegnij – mówię.. Bardzo ciekawe. Sytuacja jest bardzo prosta. nie jest taki zły! – hobbit nieoczekiwanie wstawia się za grabieżcą. Sto procent. Teraz najważniejsze są rezultaty leczenia. Podwijam nogawkę Nieudacznika. Po chwili wahania pyta: – A czy wy. komputer podtrzymujący Lorien i jego okolice powinien odtworzyć funkcje narysowanego ciała. – To ja już pójdę. – Potem zostawił Alienowi wszystkie moje zapasy! Zrozumiał.

– Ja też mam niewiele czasu. wie. – Chłopcy. co niemożliwe. Nieudacznik zadziera głowę. – To bardzo proste. – A potem? – Nieudacznik zerka na Vikę. Mogą nas uznać za zarozumiałych nowicjuszy. prawdą okazuje się to. Leonid. Teraz wyjdziemy na ulicę i ostatecznie zakończymy nasze sprawy – rzucam niedbale. patrzy na poprzecinane melornami niebo. Rozumie. – Przecież nie musisz płacić za rachunki telefoniczne? – Nie muszę. – Kiedyś przyjdę tu znowu. – Muszę się ukryć. żebyśmy potrenowali – kiwam na Nieudacznika. A Vika musi odbudować swój biznes. Powrót do Lorien trudno nazwać triumfalnym. jestem chyba najmniej poinformowaną osobą w tym towarzystwie – odzywa się Vika. w dodatku szanowanym – rozmyślam na głos. Ochroniarze przy bramie miejskiej rzucają nam pogardliwe spojrzenia – przechodziliśmy tędy kilka godzin temu i wygląda na to. – No to idziemy do miasta. – Nie zalewaj! Co dla ciebie znaczy rok czy drugi? Po stu latach ciszy? Nieudacznik przystaje. – Właśnie. Vika zerka na mnie. Odpowiedzieć muszę ja: – Potem mimo wszystko będziesz musiał wybrać. gdzie na kalkulator mówią komputer. że nie udało nam się dogonić armii. żeby coś przegryźć. też nie musisz? Milczy. ona milczy. Czeka mnie nudne i długotrwałe ukrywanie się w różnych zadupiach. – Zapracujesz tysiąc punktów i będziesz twardzielem. którzy w końcu spokornieli. – Wobec tego rozstajemy się. ale mimo wszystko wyjaśniam: – Namówił nas. ale milczy. Nawet Nieudacznik jest zakłopotany. Patrzymy sobie w oczy. Nie mamy czasu na zagadki. – Na razie i tak niewiele z nas pożytku. – To jest Lorien? – pyta Nieudacznik. Gdy odrzucasz to.Kręci głową. . – Ja i tak nie umiem niczego wyjaśnić – uprzedza Nieudacznik. zastukam i pokornie zapytam: gdzie szukać mądrego Aliena? Może wtedy zaryzykujesz i opowiesz mi prawdę. – Jak chcesz. że będę musiał odejść. – Nie kłamię i nie szantażuję go. Wyjaśnienie nie gorsze od każdego innego. Bardzo proste. Powstrzymują się wprawdzie od złośliwych uwag. Na zawsze. co nieprawdopodobne. gdy przechodzimy obok śnieżnobiałych drzew oplatanych schodami niczym bożonarodzeniowe choinki łańcuchami. – I wychodzić w real. zostań tutaj – proponuję. moja droga.

Powinniśmy. – Brawo. Na nas już nie patrzy. Idź i weź to. – Decyduj. to dzięki nim lewitują dwa... Znowu ruch – nieistniejąca twarz odwraca się w moją stronę. Człowiek Bez Twarzy stoi pięć metrów od nas. przedwirtualną grę. Nieudacznik nie rusza się.. Człowiek Bez Twarzy robi krok do przodu. – Sprawdź swój rachunek. dziewczyno. naprawdę jestem zmęczony rebusami. czy możesz czuć się pokrzywdzona.Czegoś brakuje w tym długim łańcuchu warunków pozwalających mu mówić. Jego zdaniem. trzy metry nad ziemią – scena przypomina mi jakąś staroświecką. – Możemy się dogadać. Pierwsza dochodzi do siebie Vika. Dima – mówię. Skrzyżował ręce na piersi. a Człowiek Bez Twarzy zamiera. Nieudaczniku – mówię. Wychodzimy z Lorien przez ten sam przedpokój. że to jednak ja będę musiał podjąć decyzję. jakie stawiasz warunki. zostaliśmy kupieni i usunięci z gry. Kij i marchewka. – To twoi chłopcy rozwalili mój zakład? – zaczyna agresywnie. – Co to. że ciebie nie można kupić. On też zna moje imię. Mgła nad kołnierzem czarnego płaszcza kołysze się. – Zbyt długo cię nie było w Rosji. nigdy nie staniemy się częścią ich bajki. Musimy omówić wiele rzeczy. Wyciąga do Nieudacznika rękę. nurku – mówi Człowiek Bez Twarzy. – Nie żartuję. Trzech ochroniarzy z automatami stoi za jego plecami. jest na Yuken Street 42. Nie denerwujmy biednych elfów. Czarny płaszcz ściele się na brudnej ulicy. Nie wiem. – Magazyn. że mają buty w rodzaju skrzydlatych klapek Zuko. – Chodźmy. Za plecami ochroniarzy huczą reaktywne silniki. Wiem. Może nawet adres. Nie jest sam. otwierając drzwi. Nie .. – Chodźcie. w którym rozmawialiśmy po raz pierwszy. ale wszystko da się zrobić – szepce hipnotyzująco Człowiek Bez Twarzy. Nieźle. – Powieś sobie swój medal nad sedesem. – Chcesz powiedzieć. Kolejnych dwóch wisi w powietrzu opodal – ale nie dlatego. Leonid? Jeden jeden. Bardzo słodka marchewka. próba samobójcza? Osobiście wolałbym dobrze zapłacić za dobrą robotę. Ale gdy wychodzę na zewnątrz. Tym razem odźwierny nie nęka nas pytaniami. kim jesteś. co ci obiecano. widzę. – Tak. natarczywie nas obserwując. A potem zastanów się.

które zaczyna unosić się w górę – silnik nadal pracuje. ale oni z innego powodu. że Dibienko nie będzie nam przeszkadzał. Człowiek Bez Twarzy zaczyna się śmiać.. ale tych trzech na ziemi rzuca się na nas.. Dwóch w powietrzu nadal wisi. co się dzieje. nie będą się wtrącać. – Po pierwsze. nie podejrzewałem istnienia takich subtelności. Wydawało mi się. Po drugie. Nawet jeśli zza muru przyglądają się nam dzielne elfy. podcinam ochroniarza. Stoimy w zwartej grupie. – Zabić tych dwoje – rozkazuje Człowiek Bez Twarzy. W końcu nie jest idiotą. W tym momencie z dachu elfiej rudery skacze długi szary cień.. bo drugi lotnik zaczyna strzelać w jego stronę. Wystarczy im własna odwaga i własna broń. Ale okazuje się. próbuję wyrwać mu automat w nieśmiałej nadziei. Wilk skacze w naszą stronę. Jeśli rozumie. ty jesteś po prostu głupi! Samemu Urmanowi! Żaden człowiek jego rangi nie zajmuje się osobiście interesami w wirtualności! Od tego są referenci. – Chcesz z nim pójść? – Ty decydujesz – odpowiada Nieudacznik. Wilk odskakuje – w samą porę. Odwracam się do Nieudacznika. że ten zestaw wirusów ukształtowano jako autonomiczny obiekt. Najwidoczniej dostali polecenie chronienia Nieudacznika za wszelką cenę. Kule rozrywają obojętne ciało. na pewno blefuje. Wilk uderza w jednego z latających ochroniarzy. – Nawet nurkowie mają swoje czułe punkty. ochrona nie strzela. że obserwują nas nie tylko elfy. Pstryknięcie. Ale wytrzymuję cios – innego wyjścia nie mam. Robi wrażenie.nauczyłem się tego w Rosji. Uchylam się przed pierwszym ciosem. – Nurku. że biznesmeni tak samo lubią pobawić się w Głębi jak zwykli ludzie. – Co za różnica. Dobrze przygotowani pomocnicy! Wytrzymuję cios. Wewnętrznie jestem absolutnie przekonany. – Czym? – A jeśli doniosę na ciebie Urmanowi? Samemu Friedrichowi Urmanowi? On też pragnie dołączyć do grona wtajemniczonych. ty też ryzykujesz. I może jeszcze osiłki Dibienki. który spada na ulicę jak papierowa lalka podwieszona na nitkach. Ile potrzeba na dwoje nieuzbrojonych ludzi? Kilka uderzeń kolbami. nie pracowałem dla ciebie. A ty nie możesz mi nic zrobić. sobowtóry i tak dalej. – Odchodzimy – mówię i biorę Nieudacznika za rękę. szczęk i ochroniarz nieruchomieje. Blefuje. Tylko on się teraz nie boi. który pada – w Deeptown podlega ogólnym zasadom. jestem nurkiem. . sekretarze.... Dibienko? Mogę poinformować o tobie Al Kabar. kilka wirusów wpuszczonych w nasze kompy i znikniemy z pola bitwy.

chyba nawet szybszy i bardziej precyzyjny niż ten z dachu. oczywiście. Ale natychmiast zrywa się i znowu rzuca na Dibienkę. zabezpieczenie programu bojowego nie wytrzymuje. Stojąc na tylnich łapach. Ale teraz. Najbliżej jest nieszczęsny lotnik i właśnie on obrywa. Piękny skok. połączonych w postać automatu. podnoszę go. Eksplozja – i cały pakiet wirusów. Z pazurów sypią się zielone iskry – w ruch poszła broń wirusowa. I skacze na Człowieka Bez Twarzy. Cios jest tak silny. detektor użytkownika. – Szczeniak – mówi Człowiek Bez Twarzy. błyskając zielonymi ludzkimi oczami. Jednym kłapnięciem szczęk wilkołak przegryza ochroniarzowi szyję i rzuca się na pozostałych dwóch. Czas jakby gęstnieje – widzę. bezsensowna reakcja. – Braterstwo nurków? – mówi kpiąco Człowiek Bez Twarzy. – Po raz kolejny proponuję ci. – Nigdy bym się nie spodziewał. żebyś się opamiętał – mówi Dibienko. Spust pod palcem ani drgnie. Cios nie był zwykłym uderzeniem – skóra wilka jarzy się białym płomieniem. kładę mu rękę na grzbiecie i szepcę: – Dziękuję. Jest zbyt spokojny. nawet gdy wirus załatwia jego komputer. – Idź wreszcie! – prycha na mnie wilk. odrywając się od nieruchomych ciał. który odruchowo zaczyna strzelać. Został już tylko Człowiek Bez Twarzy. którzy posłusznie zaczynają się wycofywać. Za szybka. przednie łapy drą jego pierś. W tym wypadku również niebezpieczna. Ja i Roman zostajemy – dwóch na jednego. Ale ten jeden jest zbyt opanowany. Ale wilk mija go obojętnie i wgryza się w gardło jednego z napastników. Pewnie wilkołak odłączył całą ochronę w imię szybkości i precyzji ruchów. Jedną ręką podnosi wilka za skórę na karku i odrzuca pod elfią ruderę. Podchodzę do Romka. jak trzeci ochroniarz walczy z Viką i ciskam swoim przeciwnikiem w niego. więc po prostu rzucam bronią w lecącego na nas ochroniarza. Kolejny wybuch i pechowy ochroniarz rozlatuje się na bezkształtne kawałeczki. Jednak drań wpuścił w Romka wirusa. nie odrywając spojrzenia od Dibienki. Kłapiące szczęki zaciskają się na szyi Dibienki. Kiwam na Vikę i Nieudacznika. że ściana się zawala i wilk do połowy grzęźnie w przedsionku. wilkołak jest znacznie wyższy od Człowieka. nadal .Człowiek Bez Twarzy płynnie schodzi mu z drogi. sierść jest zjeżona. Z kłów kapie krwawa ślina. by imitować czysto wilcze zachowanie – rwie wrogów zębami i po kociemu młóci łapami. – Uciekajcie! – ryczy wilk. Seria tnie po automacie. ale w programie jest. uaktywnia się jednocześnie. Jest zbyt zaabsorbowany walką. który patrzy niewzruszenie na pogrom swojej armii. Automat leży pod moimi nogami. – Uciekaj! – rozkazuje znowu wilk.

walczy.” Za późno. i nie ma zamiaru zgasnąć. w szaleństwo i zapomnienie. i nie mam sił się uchylić. Trzeba będzie podpowiedzieć Magowi. na ulicy. Trudno współzawodniczyć pod względem szybkości z facetem.. Vika łapie samochód Deep Przewodnika. skrzące się.. Zbyt późno dociera do mnie. rozwija się niczym bezkresne prześcieradło.” Nie mogę wynurzać się z taką prędkością.” .” A płótno prześcieradła płonie. w kolorowy labirynt.. jak przystało na uczciwy...... Deep program zalewa mnie. Już nie szare – barwne. Jego palce wyszarpują garść mgły i zgniatają niczym brudny miejski śnieżek. – Łap. Jeden cios i lezę na ulicy... – Byłem cierpliwy – mówi. Uszy przewierca mi żałosne. Głębio.. który wymyślił Głębię. Romek mnie wyśledził – jak mu się udało? – i rzucił się do walki. żeby dać mi szansę. Śnieżek leci prosto w moją twarz.”‘ Nurkuję coraz głębiej. Ale zaraz jej twarz wykrzywia przerażenie. spadam w tę barwną przepaść. a w następnej chwili Człowiek Bez Twarzy chwyta mnie za ramię. Głębio. „Głębio. Głębio. posłuszny deep program. co mi przypomina ten kalejdoskop. nurku! Miłych snów. Na moim kompie nie ma timera i nikt nie przyjdzie do moich drzwi z własnym kluczem. Głębio. macha mi ręką. Dziesięć metrów dalej. Głębio. Dibienko przesuwa dłonią po pustej twarzy. lustrzane. cichnące wycie. Nie mogę jej zmarnować. wpycha do środka Nieudacznika.. „Głębio. wzorzyste.. Gest czysto symboliczny – możliwość plucia w wirtualnym ciele nie została przewidziana. „Głębio... pochyla się nade mną. Uciekam. Ale to nie o to chodzi. jakby ścierał moją ślinę. który ma w domu prototyp komputera najnowszej generacji. z jaką wciąga mnie kolorowy wir! „Głębio. Człowiek. „Głębio. w niekończące się fałszywe odbicia. Pluję w tę mglistą maskę.

Robię krok – o dziwo. przy swoim starożytnym kompie. Wokół mnie niekończący się kalejdoskop. To niemożliwe. Zrywam ją. – Vika! – Mówię. W kombinezonie i hełmie. próbuje zawiązać wokół mojej głowy. aktywny deep program. jak ta. I cisza. każda kropla to malutki. niczym legendarne postacie. kłujący boleśnie kryształek. zwija się w pierścień. Zaczyna padać szmaragdowy deszcz. ale co ma zrobić. ale przebieram nogami pod stołem.. W domu. udaje mi się. biją fontanny białego pyłu. o której mówił Nieudacznik. przerywam zanurzenie! Wyjście! Zero efektu. tylko unoszę się nad krzesłem. Gdyby wymacać klawisze. po prawej mysz. Gdzieś przede mną klawiatura. urażona wstęga odlatuje. Świat stracił realność. rozpłynąłem się po całej Sieci? Spokój. których też nie ma. martwa cisza. teraz jest jak obraz szalonego abstrakcjonisty. gdy wody przybywa szybciej niż on wyrywa się w górę? Jeszcze nie wiem. Po prostu świadomość dawno temu przywykła imitować moje ruchy.. Rzecz nie w tym. fajerwerk. Przejmowanie i . Tylko kto jeszcze pamięta bohaterów minionych czasów? Spokój. Nurek umie się wynurzyć. Podobno to ulubione powiedzonko któregoś z naszych kosmonautów. Tęcza. Iluzje..111 Przede wszystkim spokój. ale moich rąk nie widać. nie idę. Spokój. Przede wszystkim – jestem w domu. Głębia. – Vika! Wyjście z wirtualności! Vika. Gdzie teraz jestem? Idę po ulicy Deeptown z wysuniętymi przed siebie rękami ślepo wpatrzony w nicość? A może spadłem w Głębię komputera Dibienki? Albo. Kontaktowanie się z Windows Home z Głębi było dla mnie naturalne. Nie wyciągam ręki.. Spod nóg. nie skaczę. mógłbym ręcznie wprowadzić komendę wyjścia. Obok mnie przepływa pomarańczowa wstęga. prawie taka. lecz słabo drgam. Jak prosto i jak niespodziewanie. że nie poczuję klawiszy pod palcami. Panika zabija szybciej niż kula.

. interesowanie się wolnymi resursami komputera. Biegnę. wirującej z przodu. Muszę odciąć się od deep programu.kopiowanie plików. Nie mogę wezwać pomocy. Tonę.. Ustalmy sobie. ale ona znowu nie daje się wziąć w ręce. spokojnie. Pomarańczowa szarfa zwinięta jakby we wstęgę Mobiusa. szarpię się w nadziei zerwania kabli. czy tak jak ja błąka się w kolorowej zadymce. Gdyby wszystko było takie proste. W otwartych oczach odbijają się fatalne tęcze. Nie widzieć go. lecz ściągnąć nurków do poziomu mas? Może nigdy się tego nie dowiem. moje nieruchome ciało siedzi przed komputerem. co się dzieje. Choćby do tej pomarańczowej taśmy. w nieskończenie odległym prawdziwym świecie. Wstęga dopuszcza mnie do siebie i odlatuje. Co się stało z Romkiem? Czy Vika zdążyła wsiąść do samochodu. Zawsze to jakiś punkt orientacyjny. Głębio. Nic się nie zmienia. projektował koło ratunkowe i wyszło mu wiadro z cementem? A może właśnie do tego dążył? Nie podciągać wszystkich bywalców wirtualności do umiejętności nurka. Nie czuję rzeczywistego świata.. czy to.. Tam. a Nieudacznik idzie z Dibienką pokorny i milczący? Żeby się dowiedzieć. wychodzenie z Głębi. „Głębio. wypuść mnie. co się dzieje. Czy wymyślił tę pułapkę przypadkiem? Próbował sam się nauczyć wynurzać. Wątpię.. odlatuje. jest tylko żartem podświadomości? . Nie zanurzać się już. Dibienko mnie schwytał.. postrzępił brzegi. nie jestem twój. Spokój! Próbuję ściągnąć hełm. Spróbuję iść.” Powtarzam to sto razy. albo ja przywykłem do tego. Zdążam zauważyć. żebym przesunął się choćby o metr. Zamykam oczy. że szmaragdowy deszcz pociął ją. Głębio. Albo szaleństwo kolorów się usystematyzowało. Świat wokół mnie nieco się uspokaja. Co się właściwie dzieje? Czy to szalony świat sformował się wokół mnie. muszę wrócić. Powoli. dwójkowy uczeń szkoły nurków smętnie skrobiący w zeszycie jedno i to samo zdanie. Bez sensu. Znowu ruszam do taśmy. po co byliby potrzebni nurkowie? Teraz w skórze zwykłego bywalca wirtualności gram na zwykłych prawach.. którego nie czuję. że szmaragdowy deszcz pada z góry.. jakby była niezależna od otaczającej ją przestrzeni! Zbyt wymyślne jak na deep program...

kryształki stają się coraz drobniejsze. ale nadal jest niewyraźny. Wstęga wisi przede mną. Może nadeszło szaleństwo. Więc jest jeszcze szansa. chroniąc oczy. płynące nad ziemią. odległy dźwięk. posiekane deszczem strzępy. to już nie szmaragdy. Nie ma czasu. Niebo pokryte ślizgającymi się i przeplatającymi nawzajem pomarańczowymi nićmi. Tak mógłby szemrać leśny strumyk albo szumieć odległy przybój. co się dzieje. Co teraz? Nie ma innych punktów orientacyjnych. Wstaję z przyprószonej śniegiem ziemi. Świat jakby przygasł. albo trzeszczeć płomyk świecy. Jak okiem sięgnąć. Otrząsam z kolan śnieg. To już właściwie pomarańczowe. cieszy mnie. idę dalej. Zimny wiatr chłoszcze moją twarz. Biały pył pod nogami jest ledwie widoczny. Każdy kierunek może być tym słusznym – jeśli w ogóle istnieją tu jakieś kierunki. Pochylam głowę. lecz brudne odłamki butelkowego szkła. wzlatują ku pomarańczowej kratce nieba. Podobno. I spadam w gwiazdę. sypkie. Wszystko jedno. Otwieram oczy. w komputerze Dimy Dibienki nie było karty dźwiękowej. Deszcz się nasila. . Nawet przez zamknięte powieki czuję. Albo to ona urosła. Szmaragdowy deszcz stracił wyrazistość. Ktoś z kimś walczy. zmieniają kolor i gęstość. mkną naprzeciw wiatrowi. że to tylko plotki. dotykam ciepłych promieni. płaska równina. Mgliste strumienie. albo ja stałem się mniejszy – nade mną unosi się migocząca ognista kula. choć możliwe. Nie ma horyzontu. Wszystkie miary zlały się w jedną. Ostatnie szarpnięcie i spada w dół. Idę. wzbijając gejzer białego pyłu. Zamykam oczy i słyszę słaby. Wiatr. patrzę na swoją dłoń. nie lepią się. Dźwięk nabiera mocy. Odłamek nieba. niechby to nawet było echo Wielkiego Wybuchu. Deep program nie operuje dźwiękami. To. potrzebuję tego dźwięku – braku ciszy! Kolejne dwa kroki. Syczą na mojej ręce i ulatują białą mgiełką. przez które sączy się błękitne światło. ale jej ruchy są coraz wolniejsze i mniej pewne. Może minęła godzina. A przede mną płonie błękitna gwiazda.Idę za taśmą. nie ma odległości. że coś się zmieniło. Wyciągam rękę. przemieniają się w igły. Koniec? Stoję nad resztkami swojego dziwnego przewodnika. może trzy kilometry. Dziwny śnieg – kryształki są za duże.

.. Nie chciałbym być waszym bogiem. Przełykam kulę w gardle. Rozumiesz? Nieudacznik jest bardzo poważny. nie trzeba! Równina otulona mgłą. A mnie było bardzo źle. – Mogłeś po prostu wyjść albo pobić wszystkie rekordy... Lonia – odzywa się zza moich pleców Nieudacznik. – Z niewielkimi efektami. że on tak chciał. Zanim zdążę się odwrócić. słyszę krzyk: – Nie. – Jak my.. że jesteś mesjaszem. tam. – Wiesz – mówię. – Lonia. Może dla niego to było głupstwo. nie palą mgliste strumienie. może dlatego.. – Dziękuję. że doszedłeś. – Rozumiem.. żebym się odwracał. Strzelcu.– Cieszę się.. – Nieudacznik. – Musiałem pomóc – odpowiada bardzo poważnie.. Nie parzą mnie szare grudki śniegu pod nogami. który stoi za moimi plecami i nie chce. – Ale dlaczego? – Jeszcze nie zrozumiałeś? – W jego głosie słychać zdumienie. – Nigdy nie mógłbym być taki jak ty. Przecież ty mnie ratowałeś. co jest wokół? Ten... – Przynajmniej spróbować. – Zdążyliście uciec? .. A jeśli sen. – Nie chciałeś zabijać? – Tak. – Domyślam się. to nie twój. – To nie jest potrzebne. – Nie. – Ale to przecież nie jest naprawdę! – Dla ciebie. Ale mogłeś przejść cały Labirynt w ciągu godziny. – Wszystko. sypki śnieg. Są bardzo okrutni. w ciągu dziesięciu minut. tylko przez moment pomyślałem. Leonid. W jego głosie jest smutek. bardzo długo milczy. Nie jest mi zimno. – Jak wy – odpowiada jak echo Nieudacznik. Lonia. zimny wiatr. – Nie mogłem.. dziękuję ci.. – To sen? – pytam po chwili milczenia. Żadnym z wymyślonych.. – Ale wyciągnąłeś. walcząc z pokusą odwrócenia się – przez moment.. a może wymagało ogromnego wysiłku? Nie wiem. – Nie.

– Uwierzy. Strzelcu. – Ty nie przywykłeś liczyć na siłę? – Zależy. na jaką siłę. Coś leciutko musnęło moje ramię. Wahadełko wieku elektroniki. Swojego ciała nadal nie widzę. – Powiedz Vice. Pomarańczowe taśmy wiją się na niebie. co robić.. Kolorowe rozbłyski pod opuszczonymi powiekami. Albo pożegnalnie. Powiedz jej. Nie ma granicy pomiędzy snem a snem we śnie. Czekajcie tam na mnie. Należy do niej jeden jedyny dom.– Tak. Zamykam oczy. nadal w nim żyję. dokładnie za godzinę. – Nieudacznik zająknął się. Przede wszystkim spokój. Lonia? – Nie. Pamiętam też tamten świat. – Nie można. że ze mną wszystko w porządku.. Mimo wszystko chyba to jest piękne. nie można traktować go po naszemu. czym jest deep program.. Niekończący się taniec pod gorącym błękitnym słońcem. Teraz jeździmy po mieście. Deep program działa. Ale ja muszę go znaleźć. Siła i napór. – To prawda? – Nie wiem. Taki smętny betonowy dwunastopiętrowy wieżowiec. To ja buduję te bariery. Jesteś dobrym pływakiem. To wszystko. Vika podaje kierowcy adres za adresem.. wytłumaczyć. Nie ma tu nic demonicznego. Ale teraz to nie zadziała. swoje polowanie na cud. Wstaję w rozbryzgach kolorów.. – Powiedz jej. albo krzepiąco. rozkładam ręce.. – Zdołam stąd wyjść? – Tak. Ona też prawie zrozumiała. – Nie uwierzy. którym hipnotyzerzy machali przed oczami pacjenta – oto.. W cudzym dalekim śnie. – Przywykłeś walczyć z Głębią. jak bardzo się myli. – Nieudacznik po chwili wahania dorzuca: – I płacze. Strzelcu. – Będzie ci bardzo trudno. Ten przypadkowy stwórca wirtualnego świata mnie nie słyszy. pod drugą klatką. Pomożesz mi stąd wyjść? Nieudacznik nie odpowiada. Może. – Co ty wyrabiasz... deep program nadal otula mój mózg.. kontynuuje swoją pogoń za Nieudacznikiem. Dibienko? – szepcę w szaloną ciszę. w kalejdoskopie iskier. że w rosyjskiej dzielnicy Deeptown jest kompania Polana. – Coś jeszcze. chyba nie wie. że wszystko będzie dobrze. Błyszczące wahadełko. A niebo z pomarańczowych nici spadło na śnieżną ziemię. I tylko żyje we mnie ledwie wyczuwalna pamięć dotyku. zawsze wynurzałeś się z wiru. Ja .

. lecz o rosnących cenach chleba. Tam. Pora dorosnąć. Chcieliśmy cudów i wypełniliśmy nimi Deeptown. – Głębio – szepcę niemal czule – Głębio. labirynty i świątynie. że jest prawdziwe. i zwykłym ludziom. Budowaliśmy ją. naiwnie sądząc. Polany elfów i marsjańskie pustynie.wmawiam sobie. – Głębio. Ale teraz pora się wynurzyć. wielodniowego łamania cudzego programu i wielomiesięcznego pisania własnego. Tam. że wolność jest ponad miłością. – Wypuść mnie. W świecie. Zbudowaliśmy sobie miasto nieznające granic. napisaliśmy na sztandarze „wolność”. Głębio. Zmęczyła nas wiara w dobro i miłość. gdzie nie rozumieją hazardu. układając cegiełki komputerów na cemencie linii telefonicznych. jestem twój. Wierzyliśmy. Czas się wynurzyć. Głębio. W świecie.. i świętym.. w którym żyje się ciężko i grzesznikom. że tonę. . Ale teraz czas się wynurzyć. Zbudowaliśmy wielkie miasto. Miasto. dopóki nie przyjdziemy my. Głębio – proszę.. gdzie zabija się naprawdę. Było nam ciężko w realnym świecie. gdzie nie mówi się o spadających cenach na megabajt pamięci. w którym nie ma dobra ani zła. odległe gwiazdy i morskie głębiny – na wszystko znalazło się miejsce.

Część piąta NIEUDACZNIK .

wszędzie umowność. wdycham powietrze. kiedy i jak to się stało. Człowiek pośród animków. zmienia wyrazistość. w ogrodzie przed domem małe świerki. niemal cały ze szkła. oglądam nieruchome twarze. Stoję przyciśnięty czołem do ściany.. A ja jestem prawdziwy. Z boku emblemat Deep Przewodnika. wynurzywszy się z obłędu? Z tyłu napływa dźwięk.. Odrywam się od ściany. Wzdłuż ulicy stoją stalowe rury z żółtymi plamami na górze – latarnie. To coś nowego. Dziwnie to wygląda. Rozerwany w bójce rękaw koszuli. Wszystkie barwy świata znikły w jednej chwili.00 Najpierw jest ciemność. Przed chwilą był wokół mnie deep program. podnoszę dłoń do twarzy. Zresztą dlaczego miałyby być . dzieci. brud za paznokciami i zdartą na kostkach palców skórę. Przeszywa mnie dreszcz.. Wzdłuż ulicy domy i pałace przypominające dziecięce rysunki – wyraźne kontury – wypełnione kolorem. Narysowany dość dokładnie. podrapane ręce. jestem tu jakby naprawdę! Tylko świat przestał być rzeczywisty. ale teraz jestem gdzieś na samych obrzeżach. podtrzymywany przez słabe komputery. Ogromny dwupiętrowy kolos.. Umowność. Ten domek jest z cegły. a teraz nie ma już nic. zanurzając tysiąc razy? Co ja z nim zrobiłem. Co zrobił ze mną deep program. płot drewniany. Kolory wracają. Narysowanej ściany narysowanego domu. staruszki. Nie zauważyłem. Jakbym wszedł w wirtualną przestrzeń bez deep programu. Odwracam się – ulicą jedzie autobus.. widać każdy włosek. Stoję. czegoś takiego nie było jeszcze nigdy. Świat stworzony na prościutkich programach. Ale patrzę nie na ekraniki hełmu. animowany.. Bardziej solidne dzielnice rysowano staranniej. Może tak właśnie giną nurkowie? Spadając na samo dno wirtualnej przestrzeni? Paląc komputer i już nic nie czując? Ale ciemność dzieli się na siatkę malutkich kwadracików. Do okien przyklejone są karykaturalne twarze – dorośli. stał się narysowany. nawet koła mu się kręcą. kwadraciki zlewają się w brązowe prostokąty-cegły. Patrzę na niebo – granat z rzadkimi gwiazdami.

. Zachwycałem się szybkością i dokładnością tłumaczenia! I to z dowolnego z pięciu języków Deeptown! Szybkość? Na pewno. czasopisma. tylko jedyny w grupie Murzyn ma na sobie dżinsy i t-shirt. – uśmiecham się z wysiłkiem.. to zaniosło mnie na przeciwległy koniec miasta.. obwieszone kosztownościami. Usatysfakcjonowany pracownik Deep Przewodnika odwraca się do swoich podopiecznych. Autobus zatrzymuje się. Z ziemi elfów wyszliśmy dwadzieścia minut temu! . Niezły spacerek! Patrzę przerażony na zegarek i panika opada. – Są tu również. Niedaleko mnie przystaje facet w jaskrawoczerwonym kombinezonie – pilot wycieczki. który sponsorował tę budowlę. obliczone na stałego użytkownika programy. Mężczyźni w garniturach i krawatach. gdzie waszej uwadze zaproponują dowolną literaturę – przerwa – dowolne książki. któremu pomagają wysiąść. wychodzą z niego niezgrabnie ludzie. – Hej – krzyczy do mnie przewodnik i macha ręką. rozlega się suchy. pogniecione papiery i czyjąś brudną chusteczkę. Słabe syczenie i głos przewodnika staje się ledwie słyszalny.. Jeśli przejdziemy po Czterdziestej Trzeciej ulicy sto metrów. Lekki szum wśród turystów – chyba uśmieszki. – Witaj. Kobiety w szykownych sukniach zrobionych znacznie lepiej niż twarze.. znajomy głos: – Co zainteresuje was najbardziej w tej dzielnicy Deeptown? Można obejrzeć znane – chwila przerwy – słynne centrum handlu książkami.inne – mimikę dodają tylko bardzo dobre. Ale dokładność zapewnia nasz własny mózg. Grupa staruszków i staruszek w szortach i z aparatami fotograficznymi. papierowe nośniki informacji wydawane od czasów. Chyba już wiem. A to są turyści. znajdują się znane. Usta mu się otwierają. Mrugam oczami jak dziecko.. pełnoletnich.. dojdziemy do dzielnicy rozrywek dla dorosłych.. Stadko karykaturalnie wielkookich dzieci. gdzie jestem. Zagłuszając go. jak u drugoplanowych łajdaków z dziecięcych seriali animowanych. A tak ceniłem program tłumaczący Windows Home. popularne restauracje Miecz Artura i Cztery Dziesięć. gazety. ale mimiki brak. które wypatroszyło ukochanego pluszowego misia i znalazło w środku pomięte szmatki. – What atrracts you most. – Mamy dwie godziny czasu wolnego – ogłasza przewodnik.. nieco więcej. Jeśli jestem na ulicy Czterdziestej Trzeciej. Ostatni jest chłopak na wózku inwalidzkim. wybierając z potoku zwrotów odpowiednie słowa.. Twarze – niewzruszenie regularne. Ta bezosobowa szara kopuła nieopodal – to słynne centrum książek noszące imię jakiegoś amerykańskiego prezydenta.

Głębio. – Jestem Kirk – przedstawia się mężczyzna. Twarz otwarta. Nawet lepiej. z kieszeni wystaje końcówka eleganckiego długopisu i kawałek notesu... kogo prosić. koleś? – pyta dobrodusznie przewodnik. – Chcesz cygaro. patrzę w ciemność. dobra. Mogę być prawdziwym człowiekiem w prawdziwym Deeptown. ciałem z ciała Deeptown. Tak powinni wyglądać ludzie wprowadzający w Głębię niedoświadczonych nowicjuszy. I za to wielkie dzięki. Zasłaniam twarz rękami. Nawet domyślam się. Widzieć miasto i ludzi. samotnicy przeważnie do miejsc rozrywek dla dorosłych. Nie jestem sędzią tego świata ani obojętnym obserwatorem. odgryza kawałek. Wszystko jak przedtem. prawda? – Prawda – przyznaję się. że przedtem ich nie było. a nie kolaż dziecięcych rysunków i prymitywnych kreskówek. – Niezbyt – odpowiadam na chybił trafił. może nawet zabić. . Uśmiecha się. Przewodnik wyjmuje potężne cygaro. którą sam posiada. Jestem częścią Głębi.Turyści rozchodzą się. – Jak chcesz – przewodnik nie wygląda na obrażonego odmową. narysowane lepiej niż jego twarz. podsuwa cygarnicę. Wszystko w porządku. – Dziękuję. Ale coś poszło nie tak. Dimka Dibienko. Dał część tej siły.. Podchodzi do mnie. A jednak proszę: – Bądź mną. Nie wiem. – Podobny? Pewnie ma na myśli jakąś postać z gry albo z folkloru. Chłopak na wózku w towarzystwie siwej staruszki i Murzyna jedzie do centrum książek.. Z całego serca. Może nawet rysunkiem spacerującym wśród prawdziwych mieszkańców Deeptown. Ręczę. nie palę. szczera. Gotów jestem okłamywać się nadal.. Nigdy nie interesowałem się amerykańską kulturą masową. – Jesteś tu stałym bywalcem. Głębio. przypala. Rodziny do restauracji. Jestem twój. – Podobieństwo powinno być wewnętrzne! Puszcza w niebo strużkę dymu. albo prawdziwym w animkowym świecie. Czy już tak zawsze będzie? Czy takiego zwycięstwa nad Głębią chciałem? Nie. Głębię czy samego siebie. Nieudacznik jednak mi pomógł. co. Dziękuję. zręcznie przerzuca cygaro z jednego kącika ust do drugiego. Chowa cygaro do kieszeni. Chciałeś wyrzucić mnie z gry.. Kołnierz czerwonego kombinezonu jest rozpięty. bez wątpienia odpowiednio drogie. – I słusznie! – popiera mnie Kirk.

– Brawo! Przyjadę do was. mam kilka spraw do załatwienia – mamrocze i szybko bez pożegnania idzie do autobusu. Wzruszam ramionami. i w pobliżu restauracje. ale teraz to zarozumialstwo doprowadza mnie do szału. Mruga do mnie chytrze. czy naprawdę nie znam tak wspaniałego miasta. Omal autobusu nie przewrócili. – Ładne miasteczko – dzieli się Kirk wrażeniami. Jak można nazwać Murzyna Murzynem! – Pójdę już. Wesoło! Jeździliśmy po mieście. pełnokrwistym Amerykaninem.. Sam to ten wysoki. Kirk żuje swoje cygaro. Z przyjemnością zwiedziłbym ojczyznę Tomka Sawyera. – Murzyn? Kirk o mało się nie udusił od tak rozpasanej rasistowskiej wypowiedzi. mówię: „To jest nurek!”.. żeby popatrzeć. – Wiem! Byłem u was! Czuję przyjemne zdumienie. czy żartuję. jak . w koszuli z krótkimi rękawami. Musieliśmy zanocować.– Jestem z Seattle – kontynuuje rozmowę. – Wy też macie Sankt Petersburg? – Mamy. wszyscy rzucili się na tamtą stronę. ale nie na długo. że teraz z przyjemnością stoję i prowadzę tę głupawą rozmowę.. – Ale Sam ciągle prosił. panowie potężnego kraju. i on ma blisko. Dziewczyna. No to wskazałem jakiegoś chłopaka.. nie wie. ale trochę później. a jedna dziewczyna przez cały czas prosiła. Tego w Rosji. – Miałem kiedyś przyjaciółkę.. chociaż ja się nie przedstawiam. – Jestem z innego Sankt Petersburga. postanowiliśmy zatrzymać się tutaj. – Rzadko tu przyjeżdżamy – Kirk cmoka cygarem. Gdybyście wiedzieli. sympatyczny z niego gość. Kirk uderza mnie radośnie w ramię. gdy pod wieczór dojeżdżaliśmy do Sankt Petersburga. to gdzie? W Kanadzie czy w Meksyku? – pytam. W wieku czterdziestu pięciu lat planuję zwiedzić Europę. – W Ameryce! – Południowej czy Łacińskiej? Chociaż jest typowym. akurat zepsuł się karburator.. – Rosja! – Kirk jest mile zaskoczony. Zaczyna chichotać i daje mi kuksańca w brzuch. żeby mu pokazać centrum książek. A Seattle. – A ja z Sankt Petersburga. Jestem tak wykończony deep programem. w dżinsach. – Biznes ojca. jak to mówią. z zasadami! I kiedyś. żeby pokazać jej nurka. Śmiejemy się obaj. – A ja wożę turystów – ciągnie Kirk. wtedy wstąpię i do was! – Przyjedź. i cała reszta.

.. Jak na zamówienie – ciemnoskóry. śmiejąc się cicho.. Wsiadam do samochodu. Podnoszę rękę. Zza rogu z gotowością wyjeżdża taksówka. że może pana powitać – mówi kierowca. Zresztą na mnie też już pora.śmieszne i głupie są wasze kompleksy. – Kompania Deep Przewodnik cieszy się.

nawet gdy kupię zamiast pentium porządny komputer. obok dzielnice mieszkalne i miejsca rozrywki. Udaje mi się to bez żadnego wysiłku. wypatrując w miarę spokojnego zaułka. dlatego Polana mieści się na czyimś serwerze do wynajęcia. w którym sam u siebie wynajmuję mieszkanie. Finansiści nie widzą większego sensu w takich inwestycjach. Volvo. że nawet nie da się tu przyjechać normalną drogą. Prawdziwa dziewczyna idzie po narysowanej ulicy. Stoją obok siebie i rozmawiają dwaj kolesie – animowany i prawdziwy. to mnie się podoba. wypaść z nieistniejącego samochodu. ale programiści. Mój komputer nie byłby w stanie utrzymać samodzielnie całego domu. a ja mogę w dowolnym momencie wyjść. Coś się zmieniło. Malutki skwerek z malutką fontanną i kilkoma ławkami przylegający do ściany wieżowca. nie zwracając uwagi na tabliczkę WYPROWADZANIE PSÓW ZABRONIONE! ruda dziewczyna spaceruje ze . Po drodze zabijam czas. Znam tę dzielnicę doskonale. Lekki nacisk na skórę – i dłoń czuje wiatr. Narysowany samochód wyprzedza nasz.. żyję w niej! Dwie ulice przed moim domem proszę kierowcę. Jestem tu przejazdem. nie mam zamiaru tego zmieniać. możliwe. którym jadę. Deep Przewodnik podłącza się do kompanii Polana przez szereg pośrednich hostów. Idę chodnikiem. staje się narysowane. I który dyrektor z nowych Rosjan dowie się.. Urządzony skromnie. należy do dwóch dużych rosyjskich banków. nieoficjalnie. Niewiarygodne! Świat wokół należy do cudzych serwerów. Już nie nurkuję w Głębię. że jego komputery nie tylko zestawiają kredyt z debetem. Po trawniku. urządzili tu sobie mieszkania na koszt państwa.01 Jedziemy dość długo. Ten będzie odpowiedni. Niedrogo i dość pewnie. Wysuwam rękę przez szybę. ale i podtrzymują część powierzchni Deeptown? Idealne miejsce dla sprawdzenia nabytych umiejętności. Centrum miasta. prawdziwy. Mało tego – zaczynam zmieniać odbiór przestrzeni fragmentami. Oczywiście. Jeśli to właśnie jest obłęd. chyba w Białorusi. pracujący w bankowości. Kręci się tu sporo ludzi. zmieniając świat z prawdziwego na narysowany i odwrotnie. ale z gustem. żeby się zatrzymał.

że to zakochani. więc domyślam się. z zapałem malują po ścianie. Nie czas żałować róż. co chwila przystaje i próbuje ściągnąć ją łapą. Dzieci uparcie czekają. rozluźniam się i zamieniam drzwi w .. Pod ścianami biegają dzieci – dziewczynka i dwóch chłopców. zabieraniem sobie kredy i sporem – trzeba czy nie trzeba narysować dziurkę od klucza? Czekam cierpliwie. biorą się do roboty. Wirtualne zwierzę – jeden z najbardziej intratnych interesów Deeptown. nie można jej odmówić logiki – zakaz jej nie dotyczy. możecie narysować drzwi? – pytam całą trójkę.swoim kotkiem.. oddycham głęboko. Chudy smagły Andriej pracowicie sapie. obok mnie cicho grucha jakaś parka. rysując coś w rodzaju węża. to jest lufą czołgu. Pulchny okularnik Sewa biega wzdłuż ściany. a może chciał narysować człowieka. „Sewka. Kawałki zaczerpnięte ze skarbnicy mądrości ludowej mnie nie uspokajają. Wtedy robię ulicę narysowaną. – Dziękuję bardzo! Drzwi naprawdę są nieźle narysowane. to za nią są komputery bardzo znanego banku. – Dzieciaki. W końcu dzieci cichną. Przyglądam się wysokiej ścianie. Z kolorową kredą w rękach. – Bardzo mi pomogliście – przyznaję. Kotek zostaje żywy. Wstaję i podchodzę do dzieci. Chciałbym wierzyć. że to czołg. Siadam na ławce. którzy kochają zwierzęta i cierpiana alergię. W tle szmer fontanny. Znajdują się pomiędzy trąbą słonia. a nie poszukiwacze bezpiecznych przygód.. Pytanie ich najwyraźniej zakłopotało. Uśmiecham się w odpowiedzi na surowe spojrzenie dziewczyny i po sekundzie wysiłku na chwilę robię ją narysowaną. Spróbować? I tak jestem oskarżony o spowodowanie milionowych strat. miecz wygląda niemal jak prawdziwy. których w realu rozdzielają tysiące kilometrów. Cóż. Słychać radosne okrzyki: „Janka. sprytny i ruchliwy. Drzwi rysowane są z zapałem. Parka się obejmuje. Ale całość wykończona jest lufą. Kotkowi smycz najwyraźniej obrzydła. Andriusza lepiej narysował potwora!”. Dziewczynka rysuje samuraja z mieczem. tworząc jakieś niewiarygodne monstrum. a samurajskim mieczem. który połknął słonia. oczywiście poza grami. daj czerwoną! No. Szczególnie lubią je Japończycy. ale po krótkiej naradzie zaczynają wspólnie pracować nad zamówieniem. Jest dziurka od klucza. Jeśli mam rację. Jest słonecznie rudy jak jego pani.. daaj!” Najwidoczniej ktoś wyszedł ze swoimi dziećmi na spacer w wirtualności. gdy płoną lasy. Może tak sobie wymyślił.. nawet zawiasy. może w ich mieszkaniach-panelach nie można trzymać prawdziwych? Poza tym narysowane zwierzaki kupują ci biedacy. klamka. W końcu praca skończona i młode talenty patrzą na mnie: poznam się na wartości arcydzieła czy nie? – Wspaniale! – mówię szczerze.. nie zwracając na mnie uwagi.

bankowi programiści.. Ale chyba trafiam gdzie indziej. Pośrodku sali okrągły basen. niezrozumiałe zdania. drugi. Na ekranach hełmu widzę cyfry. wzbija falę. Jednak się udało! Dzieci za plecami wrzeszczą – nie ze strachu czy zdumienia. Wzdłuż nich pełznie taśmociąg. . Wchodzę w ścianę. którzy znali się na rzeczy. Żadnego efektu. gdy kadź zaczyna się przechylać i wylewa na taśmociąg swoją zawartość. Już chcę iść dalej. zapominam nawet wymamrotać wierszyk o Głębi. Trafiam do łaźni. Staranne słupki cyfr. szklana kopuła przyprószona śniegiem. tabele. Za oknami widać góry i zbocze. Zdjąłem hełm. tylko iluzja. to. czy gdy smagają się rózgami w parówce. Otwierają się ciężkie drewniane drzwi i z parówki z wyciem wychodzi chudy chłopak. wzbijając fontanny suchego śnieżnego pyłu. Starożytni Rzymianie. oszczędni Finowie i Rosjanie pękliby z zazdrości. w których głośno pluska woda. Nie są potrzebne. ale długo to nie potrwa.. Brawo. To tylko iluzja.. przez środek biegnie rząd kadzi. zaczyna podskakiwać w miejscu. owinięty w prześcieradło. Przy akompaniamencie krzyków wchodzę w nieprzeniknioną ścianę. co w ogóle nie ma odpowiednika w wirtualności.. przez który przebija się chłodne zimowe słońce.. Wyciągam rękę i ciągnę za klamkę. Zresztą. Wszystko to przypomina zautomatyzowaną pralnię ze starej powieści fantastycznej. w którym stygnie kilku mężczyzn. żłopie piwo łysy grubas i pobłażliwie popatruje na wodę. że wszedłem! Kolumny otaczające basen na razie zasłaniają mnie przed obcymi spojrzeniami. z dziur w suficie sypie się coś w rodzaju proszku do prania. Ogromna marmurowa sala. Odwracam się do ściany – drzwi już nie ma. że wyrzuca mnie z wirtualności. czego się spodziewałem? Ze złością kopię prawdziwe drzwi w narysowanej ścianie. najbardziej odważnych amatorów łaźni. brawo! Nieźleście się urządzili! Ciekawe. W łaźni człowiek ubrany rzuca się w oczy. Szok jest tak ogromny. Przy barze.. to oblewają się potem w realu? Nieważne – najważniejsze. Łaźnia to superpomysł. Otwierają się do środka. Otwierają się. kilku innych. Skacze do basenu. po którym biega. Dużo brudnej wody i kilka kilogramów pieniędzy... Raz. Posępne puste pomieszczenie. Pokusa zrzucenia spodni i dołączenia do towarzystwa jest ogromna. ale mnie interesuje coś innego. raczej z radości.prawdziwe.

gdybym wziął z taśmociągu kilka milionów? Z jakiegoś powodu jestem pewien. Mogę sprawić. podnoszę studolarowy banknot. Nurkuję do niego. czyjaś krew. graficzne przedstawienie całego procesu przerzucania pieniędzy z jednego konta na drugie. Krztusząc się. Wytrzymaj trochę. Ale moja sprytna podświadomość przywykła do obrazków. spojrzałem na zegarek. Spoglądam na ten niekończący się strumień.. Jestem jej częścią. przebijam płaskość schematu. Co by się stało. Nigdy więcej żadnych wysiłków. i tym razem postarała się na całego! Bardzo rozbolała mnie głowa. Wiszę nad nią. Po taśmociągu pełzną dolary. że zgodnie z dokumentami banku on się tu w ogóle nie pojawił. Rzucam banknot na taśmociąg. Najważniejsze dopiero przed nami. Macham ręką idę do nich. żeby oddychało! Vika i Nieudacznik stoją przed klatką. . Jestem Głębią. popiłem. czuję asfalt pod nogami. marki i ruble. Przecież nie proszę swojego ciała. Vika biegnie w moją stronę. którego teraz doświadczyłem? Co za różnica. spada w dół. za którym stoi czyjś pot. Jeden krok i świat blaknie. Ogromna mapa rozwieszona w pustce. Potem Vika zauważa mnie i strapiona milknie. Wyjąłem z biurka napoczętą paczkę tabletek od bólu głowy.. mój nieszczęsny organizmie. Wszystko teraz mogę. patrząc na nitki ulic. podchodzę do ściany. Mogę nawet zapamiętać jego numer. przemieniając się w płaski schemat pod nogami. zajrzałem do lodówki. Widzę już mój dom. Zanim wróciłem do pralni. Efekt wielokrotnego deep programu? Czy skutek napięcia. wystukam na klawiaturze polecenie transferu pieniędzy? Może komputery banku same przeprowadzą całą operację posłuszne mojemu pragnieniu? Teraz nie jestem zwykłym złodziejem odpornym na iluzje Głębi. Albo prawie wszystko. Jedna puszka coli jeszcze była. a tym bardziej ich prania nie miałoby sensu. o czymś rozmawiają.Oczywiście. Za piętnaście druga. Trzeba coś zjeść. rozgryzłem tabletkę. W kadziach głośno huczą wirniki piorące pieniądze. żadnych wierszyków i próśb do Głębi. Nachylam się. Może podłączę się do odizolowanej bankowej sieci i sam o tym nie wiedząc. że znalazłyby się na moim koncie.

Szczęk zamka. naciskam przycisk. Vika się krzywi – rzeczywiście boi się wysokości. To Romek. rozumie. to Romek będzie musiał na nowo instalować cały soft. najważniejsze. Zewnętrzny efekt wirusa może być różny. – Deep program – znajduję dla siebie nieskomplikowane usprawiedliwienie.. że ma słabiutki komputer. – A Romek? Vika patrzy na mnie zdumiona. Vika cały czas trzyma moją dłoń.. Jeśli Człowiek Bez Twarzy użył broni. – Ale ty. – Chodźmy – kiwam na nią i Nieudacznika. Po prostu chwycił go za gardło i wilk zaczął płonąć.10 Zamykam drzwi od klatki. niekończące się zanurzenie.. W końcu decyduję się i po prostu rozkazuję drzwiom. Nawet takiej. Kiwam głową. – Wynurzenie było niemożliwe. a uruchomienie wszystkich systemów bezpieczeństwa nie jest łatwe. jak to wyglądało z boku? – Dibienko czymś w ciebie rzucił. Powinienem był przylecieć tu od razu. – Wciskamy się do kabinki windy. Nie pora współczuć cudzemu zmartwieniu. Zupełnie. Zawsze mi się wydawało. żeby się zamknęły. Vika mruży oczy. coś sobie przypominając. – Marszczy czoło.. I ty się w nią zapadłeś. Dopiero teraz. Milczę... – Spalił go. – Vika. zerkając na Nieudacznika. Wyglądało to na bardzo potężny wirus. Zresztą na to zawsze brak czasu. – Lonia.. . Nieudacznik podnosi nagle głowę – chyba poczuł. taki jak mój. – Znalazłem okrężną drogę – mówię. nareszcie się rozluźnia. Pewnie nawet optyki magnetycznej nie ma. – Jakby chusteczką. miga światełko sygnalizacji ochronnej. gdy jesteśmy odcięci od zewnętrznego świata. szarpnięcie i pełzniemy do góry. – Mieszkam na jedenastym piętrze. – Cykliczny deep program. długo grzebiąc przy zamku. – Kto tu jeszcze mieszka? – Nikt. Mój przyjaciel.. – Wilk. jak podziałał na komp Romka.. nurek-wilkołak.. – Co on z tobą zrobił? – pyta Vika.

Pewnie jest rozczarowana. Na chwilę. jakby zastanawiając się. a zobaczyła ubogie mieszkanko. Vika ostrożnie zagląda do pokoju. żeby wrócić w Głębię.. jesteśmy na schodach! Vika posłusznie idzie za mną. Vika siedzi na tapczanie.. – Lonia. – Oto i mój pałac. że też jestem projektantem przestrzennym. Nie krępuj się.. otwierając drzwi mieszkania. ale choćby cokolwiek. – Cii! Nie przeszkadzajmy im! . I dodaję już tylko do Nieudacznika: – Rewizyta? Kiwa głową. Zaryzykujemy? Trudno się spodziewać. – Zobaczyć pałac? – Niekoniecznie. w pewnym sensie. szafce. Jej spojrzenie przesuwa się po wyblakłych tapetach. Tylko teraz wolę ci nie wchodzić w oczy. Na lewo pokój i balkon – oznajmiam uprzejmie. Na klatce jest cicho i czysto. witam serdecznie – mówię.– A wcześniej mieszkali? – No. czy warto zdejmować buty. Zdejmuje z półki największy tygiel. – robię unik. ogląda książki na półce.. Bierze solniczkę. spodziewałam się.. Bardzo interesujący. – Jestem – oznajmiam i Vika zamyka oczy. Otwierają się drzwi. – Czuj się jak u siebie – mówię tylko i wracam do pokoju. Drepcze na progu. lodówce. i ona to rozumie. Rozumiem jej stropienie. co mnie wcale nie dziwi. zatrzymuje na biurku z komputerem.. Rzecz jasna nie warto. niechby i nieźle narysowane. – Nauczyć cię parzyć kawę? Zamiast odpowiedzi Nieudacznik idzie do kuchni. na chwilę wychodzimy! Jakby co. którą byłby w stanie sobie przyswoić. ale najwidoczniej niegodne utrwalenia w wirtualności. Najwyżej strzelania do ludzi.. – Nieudacznik. – Chodź – mówię. Była przekonana. wychodzimy. – Przepisy kulinarne są w setkach serwerów – oznajmia Nieudacznik. szybko wybiera pośród torebek z kawą tę najdroższą i w dodatku najlepszą. Vika wchodzi pierwsza. Nieudacznik rozgląda się z ciekawością. – Chodźmy – ciągnę Nieudacznika za rękę. – Interesujące – mówi Vika i czuję. – Aha – mówię tylko. – W rodzaju twojej chaty? W milczeniu kiwa głową. żebym mógł go czegoś nauczyć. tapczanie. patrzy na moje mieszkanie trzeźwym okiem. Przykładam palec do ust.. Ale to chyba nie jest umiejętność. – Interesujące – powtarza ona. że na chwilę wychodzi z Głębi. – Na prawo łazienka z toaletą i kuchnia. – Pięć minut temu dziewczyna z Rostowa dodała jeszcze jeden.

. Po chwili wahania dodaję: – Pudel wabi się Gerda. że w domu nikogo nie ma. Vika milczy. Starsza córka Lida. Też pewnie dziwactwo. sam też zdejmuję buty i mówię: – Tutaj tak trzeba. Wchodzimy do środka. Zaglądam do kuchni. Dymiąca fajka w popielniczce i gorący czajnik na kuchence. Przyjęła zasady gry.. Chyba Witebsk. – Znam tylko imiona. Duże trzypokojowe mieszkanie. Vika szybko przykleja się do szyby. – Gospodarzy w domu nie ma. odwraca do mnie i pyta: – Tak jest wszędzie? Kiwam głową. mówi surowo: – Nie właź mi teraz w oczy.. Lonia? . Tak mniej więcej wyobrażam sobie wytrych. Ale tak sobie wymyślili. zabawki leżą porozrzucane na podłodze. – Lońka. Istna Marie Celeste. I trzech chłopaków. A raczej dom. Wiktor Pawłowicz i Anna Pietrowna. Tak? Milczę. Podchodzę do drzwi naprzeciwko. stareńkie polskie meble. poddaje. Na placyku biegają dzieci. w którym nigdy nikt nie będzie mieszkał. Grzebię drutem w cudzym zamku. jeszcze z czasów radzieckich. jakaś kobieta spaceruje ze starym powolnym pudlem.. Wyszła z wirtualności. patelnia z kotletami. gdzie nie ma i nie może być ludzi. Niespecjalnie lubię. gdy psom nadaje się ludzkie imiona.. czy ty jesteś normalny? – pyta cicho Vika.i jeszcze kapiący kran i śmieci podmiecione przez samotnego mężczyznę pod kanapę. Podaję Vice klapki. w którym ludzie prawie mieszkają. Vika czeka. – Koszula wisi na oparciu krzesła. I podłogi są zimne. – Nie kłam – proszę.– Przecież mówiłeś. Kostia i Igor. – A nuż? – odpowiadam tajemniczo. nanieśliby błota. – A co to za miasto? – Witebsk. Tak miało być. który się. Na wieszaku płaszcze i kurtki. Po co. Na kuchence gorący rondel z barszczem. przez minutę ogląda kuchnię. ale mieszkania żyją – szepce Vika... – Kto tu mieszka? – pyta Vika. Bardzo dużo pudełek i słoiczków z przyprawami. jakichś powideł i marynat w słoikach. wyciągam z kieszeni zagięty kawałek drutu.. rzecz jasna. Vika odwraca się do mnie plecami. W oknach cichy zielony skwerek. Oleg. Pod ścianą buty. kończy szkolę. – A ty zbudowałeś dom. Ale ja niezbyt lubię ludzi. – Ja budowałam góry. zaintrygowana. O ścianę stoi oparty dziecięcy rowerek. czworo dzieci. Potem zanurza się z powrotem. – szepce Vika. Duża rodzina.

kłóci się z sąsiadami. rzadki typ grafomana. nieszkodliwy...– Nie mam prawa zasiedlać tego mieszkania naprawdę. Uduszę się w tej ciszy. CD. która próbuje powitać Nowy Rok. Vika milczy. w dobrej dzielnicy. naiwne. przecież nie mogę jej pomóc. że ona nie rozumie i nie potrafi zrozumieć do końca. Czasem się zapomni i puszcza magnetofon tak głośno.. teraz można je kupić za grosze. gdy nadają opery mydlane. Żyła tam żydowska rodzina. Vega.. że w ten sposób czerpie mniej energii. że mu nie wychodzi. czarne krążki. i drugie. to naprawdę bzdury. – Na trzecim piętrze mieszka staruszka. Pewnie wyznaczyli za wysoką cenę. stary.. sama w trzypokojowym mieszkaniu. który tworzyłem dwa lata... pochodzą z Ufy. że się nie rozwiodą. a tym bardziej mówić o tych ludziach.. Tym bardziej.. chłopak w rosyjskim mundurze wojskowym. tylko rzeczy. Rzadko do niej wstępuję. że nie urodził się w XVIII wieku.. Ale on jest w porządku. Ma wspaniałą kolekcję: kasety.. śmieszni. Przez cały czas mam wrażenie. wiesz. Zaczynam mówić bardzo szybko. Z Podolska. puste. albo miłość. boi się zamienić mieszkanie na mniejsze. że trzeba stukać w podłogę. Małżeństwo od roku. Dzieci o niej zapomniały. Coś ich razem trzyma. nie trzeba było pokazywać jej pustego mieszkania. Najwięcej krążków. Ale boi się wynająć pokój komuś obcemu. – Na pierwszym taka para. jak ona żyje. teraz różne AGD. szkoda. że tynk odpadnie. a ta widać nie może się go pozbyć. że się pomyliłem. ale niezły. Potem je drukuje wieczorami na drukarce i nikomu nie pokazuje. Chyba najgłośniejszy i najbardziej złośliwy w Kursku.. a to zbiją filiżankę. Ciągle się kłócą i godzą. Chyba jest inżynierem... One też mogą wiele opowiedzieć. Ale mnie się wydaje. mieszkanie sprzedali jakiejś firmie pośrednictwa.. w końcu mieszkanie w Moskwie. jednym tchem: – Piętro niżej mieszka chłopak. pracuje w tulskiej fabryce.. Wymyślać charaktery i twarze. Sam wie. ma zdjęcie na ścianie. Już wiem. albo zginęły na wojnie. przyciemnia obraz. Czytałem jego rękopisy. z Charkowa chyba. a on ma adapter. meloman. najstraszniejsza nędza to nędza. że jest skądś z Ukrainy. a może i jedno. całkowicie. – Na parterze staruszek inwalida. wiem.. To przykre zwłaszcza przed świętami. a może nie miała dzieci. myśli. w tym jej milczeniu. Urządza awantury w sklepach. radości i smutki. Niech tak będzie. A tam jest trzypokojowe mieszkanie. że jej ciężko.. czasem słychać aż na klatce. Telewizor włącza tylko wtedy.. Lubi pisać miłosne kryminały.. przedtem produkowali broń. Miłość to też tajemnica. tego obłędu. Nikomu nie są potrzebne.. Vika nie odpowiada. a to drzwiami tak trzasną. Na piątym piętrze też siedzi dziwny typ. ale takie sympatyczne. że kineskop się nie zużywa.. a sprawia mi ból patrzenie. o kulach. od razu przycisza. ona nie zrozumie tego dziwnego szaleństwa. wymyślił taki gatunek. albo jakaś tajemnica. może ma rację. Wszystkiego po trochu. zawsze szybko przeskakuję .

– Mój Boże. ale nie chce. a on przez to przeszedł. tylko boisz się swojej miłości. Choćby w ten sposób. – Tutaj mogę pomóc. by uwierzyła w to. tak. Lonia. nad brzegiem nie mam władzy. ale żywa kobieta? Jestem idiotą. zawsze to jakiś pożytek. Już jest nadzieja. – nic już nie rozumiem.. Vika kręci głową i nagle zamiera. – W jakimś sensie.. – Nie wierzysz. przecież on prawie wyznał. Przybysz.... gdzie tylko rzeczy pamiętają o ludziach? Bomba neutronowa doceniłaby moją pracę.. w to. mrok. Cóż. To by było nieładnie. – Nie widzisz żadnej nadziei? Tam. Tylko tutaj.. Pamiętasz jego słowa o ciszy? Vika wzdryga się. życie. Sam się nazwał Alien. Vika. nie chcę starcia. w prawdziwym świecie? – Teraz widzę. Obcy. nie mówisz wszystkiego! Wiesz. – Te moje narzekania na pracę z psychopatami. to rosyjskie towarzystwo. nauczymy się i my. – Wybacz mi – mówi Vika. A brzeg. bo nie mają sił zostać na brzegu. zdradził cię? Straciłeś ideały. na łajdaków.. co się z tobą stało? A nie mówiłem. na co jest miejsce jedynie w brukowcach? – Vika. Sam rozumiem. Potem zajrzałem tutaj. Vika może zająć się nowym tematem. że nie umieją pływać.. w którym nie ma niczego. w mieście elfów. Jeśli oni umieli stać się takimi. Toną. – Wyszedłem na klatkę i wołałem. że stał się taki. Z Kosmosu. choć odrobinę? Przecież ty naprawdę umiesz kochać. że wyciągnę z narysowanego świata tych....parter. drzwi . Życie? Jakie życie? W pustych mieszkaniach narysowanego domu. – To Obcy. którzy zabłądzili. że jesteś zdolny komuś pomóc. – Lonia.. – Kto to jest „oni”? Jak jej wyjaśnić? Jak sprawić. że jego statek jest niematerialny. Setki.. tam. Pustka i cisza. gdyby mnie tak walnęło jak ciebie.. w betonowych grobowcach. – Vika. Leciał tu w najbardziej przykry sposób. Od gwiazdy do gwiazdy. kim on jest? – Wiem.. – Wołałem was – mówi. przecież to nie jego wina.. Vika kręci głową. Ich komputery nie znają angielskiego. – Lońka – mówi ona. jak głupio brzmi to słowo. nie może uwierzyć. To życie. – My boimy się to sobie nawet wyobrazić.. Odwracam się – Nieudacznik stoi na korytarzu.. Zrozumiała. co niemożliwe. w które wierzyłeś? Poddałeś się? – pyta cicho.. – Ktoś cię porzucił.. Wydaje mi się. tysiące lat... Teraz pojawił się Nieudacznik.. Kliniczny przypadek. – Jest człowiekiem. Ale oni przecież nie toną dlatego.

Chodźcie. . Po chwili milczenia odzywa się Vika. kawa gotowa. – Nie jesteś człowiekiem? – Nie jestem.były otwarte.

– Czujesz smak? – pyta Vika. On może – zaglądam Nieudacznikowi w twarz. – Na pewno dla koneserów. Udowodnij. . Zrywam się. Wydaje mi się. że jest inaczej? Nieudacznik patrzy na ścianę. po przekroczeniu której Vika traci cierpliwość. ruszaj na plac Viniera. Czuję.. tam jest klub ufologów! Ucieszą się na twój widok! Uwierzą ci! – Nie proszę. – Tak. ale dałeś mi część swoich zdolności. – Nie mogę nic udowodnić. wmawiasz sobie! – Vika celowo ignoruje Nieudacznika. Dziwne.. – W jaki sposób? Smak w wirtualności to tylko pamięć o tym. – Powiedz jej. czego próbowaliśmy w prawdziwym świecie! Jeśli nie jesteś człowiekiem. ludzkie reakcje! To człowiek! Możesz udowodnić. żeby mi ktoś wierzył – odpowiada cicho Nieudacznik. jak rośnie jej agresja.. ma ludzką wiedzę. – Kłamiesz – mówi z przekonaniem. Nie mogłeś wyśledzić jego sygnału i sprawdzić? Co cię napadło! On jest człowiekiem. Ja. oboje spokój! Vika. ja mu wierzę! – Lonia. swojej siły. że nie. Najwidoczniej jest jakaś granica. Nie podoba mi się przepis dziewczyny z Rostowa. Zrób to samo dla Viki! Nieudacznik podnosi wzrok. – Stop! Wystarczy. proszę cię. – Zwyczajnie kłamiesz! Wiesz co. – Nie wiem jak. to. – Ja nie. – Tylko dla koneserów – mówi Nieudacznik.11 Pijemy kawę. – Nieudacznik patrzy na mnie. że w ogóle się odżywiam. czy taka ilość soli mogłaby udoskonalić smak kawy.. waha się – nie mogę nawet powiedzieć. ale nic nie mogę zrobić. odsuwając filiżankę. – Próbowałeś kiedyś czegoś podobnego z kawą? – Tylko gdy byłem u ciebie w gościach. – Nie jesteś specjalistą od technologii komputerowych. że w ogóle mogę zauważać odcienie smaku. – Mnie pomogłeś wydostać się z pułapki – szepcę. – Próbuję sobie wyobrazić.

Że nastał czas kontaktu.......– Leonid. I nie mogę uścisnąć ci dłoni. Wybacz. Spotkałeś mnie i znalazłeś ten cel.. Alien. Zdecydowałeś.. zostań gwiazdą. potrzebni? .. – Chcesz poznać Głębię. politykom. kim jesteś. – Przecież i tak będziesz musiał udowodnić. – Nic nikomu nie będę wyjaśniał. – Czym jest kontakt? – uśmiecha się. – Po prostu tu żyję.. – Błyszczący statek kosmiczny na polance przed Białym Domem? Długonoga blondynka podaje kwiaty fioletowemu krokodylowi w skafandrze? Pełne ładownie maszyn i przyrządów. Leonid. na ile było to możliwe. Przypomnij sobie Labirynt. że to jest możliwe.. Nie mam prawa dawać takich prezentów. zostań Głębią. nic ci nie dałem. uśmiecha się. Niczego poza kłopotami. Nie mam prawa wtrącać się do waszego życia. Prędzej uwierzycie właśnie w to. ludzkość prowadzi partyzancką wojnę przeciwko rozumnym meduzom. że wszystko jeszcze przed nami. Nieudacznik kręci głową. galaktyczna encyklopedia zapisana na tysiąc i jednym syntetycznym diamencie? Lekarstwo na raka i system sterowania pogodą? A może coś innego? Latające talerze palą miasta. niechby nie nam. proszę cię. Leonid. że jestem przybyszem. – Ale kontakt. – Tak. Nie możesz sobie nawet wyobrazić. – Nieudacznik zerka na mnie.. Leonid! Przypomnij sobie człowieka. To nie ma sensu. skoro tacy jesteśmy różni? Skoro nie jesteśmy sobie.... Milknę w pół zdania. potrzebny ci był cel. – kładę mu rękę na ramieniu. nie mąć mu głowie! – mówi ostro Vika. Kręcę głową. który dowodził międzygwiezdnymi armiami. Stałem się człowiekiem na tyle. – Ale tu jesteś człowiekiem – mówi Vika.. Pomogłem ci zdobyć tę wiarę. Nie jest potrzebne. – Po co. ale uczonym. Sam. – Nieudacznik. Nie mogłem! Nie mogłem zrobić tego sam! Nieudacznik nie odwraca spojrzenia. – Ale. – Tak. stań się niebem. – To ty sam potrafiłeś. To jest kontakt? Uwierzyłeś we mnie. – Koleś. nie mam czym na niej stanąć. Nigdy nie stanę na Ziemi. jak bardzo jesteśmy różni. nie runie w Głębię. Jeśli chcesz poznać niebo. Chcesz poznać gwiazdę. nie mam rąk. że świat nie złoży się jak domek z kart. Dalsza rozmowa nie ma sensu. Wyjaśnić. – Niczego ci nie dałem. Uwierzyłeś. I już. o który warto walczyć. – To twoja metoda poznania? – pyta ironicznie Vika. Brakowało ci tylko wiary. – Ale jeśli przybyłeś do nas – krzyczę – to coś znaczy! Chcesz nam coś powiedzieć! – Nie.

Twoja nieufność i wiara Leonida. Odchodzę od stołu. Zbyt długo byłem sam... choćby dobra.. – W takim razie znalazłeś idealne miejsce. co otrzymałem. Ci. Rozumiesz? Różnica nie polega na poziomie rozwoju. Wy żyjecie według innych reguł. którzy mnie zabijali. Taka jest zasada.. to tylko pamięć. Ale to nie moralność. – Twoja zasada. W takim razie to rzeczywiście koniec. smak kawy i zapach ogniska. Przybysz z gwiazd czy intelekt zrodzony przez Sieć – wszystko jedno. czyje są lepsze. może miałeś rację? Nie można mierzyć Nieudacznika ludzką miarą. Chciałem znaleźć odpowiedź. patrzę w okno. i ci. W taki razie opowiedz mi. Teraz. Że naprawdę jesteś obcy. albo przekonuje Vikę.. konstrukcji statków i zasad międzygwiezdnych podróży. Nie wyrządzać krzywdy. . na migoczącą iluminację Deeptown. że zachowają się w ludzkim wyglądzie? – Tak myślałem. a teraz. – A mnie się wydawało – mówię – że możesz nie tylko brać.. Wolność i nieingerencja. jak przegonić chmury czy leczyć grypę. nie tego. ukrywając się za słowem „załóżmy”. Odszukać cud. Że chcesz nas czegoś nauczyć. Niemający nic wspólnego z ludźmi. Różnica leży u podstaw. Jego dobroć jest niczym syte zadowolenie z siebie. Zmienię się ja. na który od dawna nie ma miejsca na Ziemi. Leonid. słowa i kolory. – Tak.. Ja próbowałem i co z tego wyszło? – Załóżmy – odzywa się za moimi plecami Vika – że nie kłamiesz. Emocje. na przykład. znaleźć ideał.. Nie mnie sądzić. Może Vika zaczyna wierzyć. kultury. Wkrótce stąd odejdę i wszystko się zmieni.. Czy uważasz. – Jeśli spróbuję wyjaśnić swoją etykę – mówi Nieudacznik – będę musiał przejść na język praw fizycznych i matematycznych równań. Człowieku Bez Twarzy. Jest zupełnie obcy. układając poematy i rysując obrazy. Nie mogę zabić istoty żyjącej. smaki i zapachy. – Potrzebowałem tej pamięci. Nie chciałem sprawić wam kłopotów i nie chciałem przeszkadzać. zrobię to.. – Oczywiście. – Mylisz się. To było obce.– Jestem zmęczony. którzy ratowali.. To. nie. Prędzej fizjologia. – mówię. Przybysz z gwiazd. Jeśli spróbuję przekazać naukę. Wszystkie barwy życia od czerni do bieli. – Nieudacznik albo przeprasza. A cud nie jest nami zainteresowany. zostanie ze mną na zawsze. Nie mam co dać ani wziąć. zmieni się moja pamięć. Zapewne Człowiek Bez Twarzy wiedział o tym. miasta i ludzie. dobro to tylko słowo. – Leonid. proponując mi pójście do Labiryntu. będzie przesłuchiwać Nieudacznika na okoliczność jego etyki. żeby pojawić się na Ziemi..

nie odwracając się. Wolność kierunków i form. Jestem niewidoczny dla innych. moje ciało znikło. że robię czasowe wyjście z Głębi. Po prostu surfuję w powietrzu. obficie utkanym oknami. powinienem był się spodziewać zasadzki. by można to uznać za przypadek.. Zbyt powoli. asfalt nadal jest stopiony i wgnieciony. cmoka językiem. reklamy.. robię krok i jestem nad miastem. Narysowana ściana. Schodzę niżej.. Zataczam koło nad pałacem Microsoftu. pusta ulica. zastanawiając się. jaka powinna być. Trupy ochroniarzy Dibienki już znikły: albo je zabrano.. – Witaj! Wiedziałem. pewnie myśli. ogromnym. to bez sensu. nie znajdę żadnych śladów. Willy – mówię. próbuję określić kierunek na serwer elfów. przechodnie. Dalej. Deep Przewodnik słynie z szybkości. Vika nie protestuje. że nie od razu poznaję tego mężczyznę. Cóż. wyjdzie Dibienko. w którym wilkołak walczył z Człowiekiem Bez Twarzy. która skończyła się kilka godzin temu? W wirtualności czas jest skompresowany.. tak? . – Jesteś Strzelcem? – pyta znowu Gilermo. albo rozpadły się same. Mknę nad głowami przechodniów szybciej niż samochody Deep Przewodnika.Też dobrze... Dyrektora służby bezpieczeństwa Labiryntu lubię nadal.. Czego ja właściwie szukam? Śladu bitwy. Ale mimo wszystko muszę to zrobić. Nie. – Gilermo zerka na stopiony asfalt. właśnie. W oddali mignęła i znikła taksówka. Zwykłe metody nie pomogą.. – Zostawię was na minutkę – mówię. że z samochodu. – Muszę się upewnić. narysowane okno.. Wzdłuż tamtej ulicy. przełączając się z serwera na serwer. czy warto wyciągać z domu programy startowe i wymacywać przestrzeń. Domek elfów.. Co mi to daje? Krążę wokół wklęśnięcia. – Gorąco tu było. a on rozkwita w uśmiechu. Nie. A w miejscu. Wchodzę na chodnik i zmieniam się w człowieka. który właśnie stanął. samochody. sunie w moim kierunku. Budynki.. wiedziałem. – Jesteś Strzelcem? Milczę. To przykre. Mnie już nie ma. Z zaułka niespiesznie wyjeżdża taksówka. O. potwornie rozlanym budynkiem.. Jedyny znak. powiedz! – Witaj. Przebijam je ręką. Jestem tak pewien. – Strzelec? – wykrzykuje radośnie Gilermo.. idąc w moją stronę. Spełnienie marzeń hakerów i fantazji hollywoodzkich reżyserów. Wirtualność taka.

Willy. Może zawiniły nieporozumienia z Al Kabarem? Co? Mruga do mnie jak spiskowiec. No.. – Willy. . co się tu wydarzyło. co jest grane! – Willy – mówię – to wszystko nie ma sensu.. drugi w samym rozkwicie swojego protestu. – Bardzo niezwykła i krwawa walka. eee. – Strzelcu. – Czy mister X? – Nie.. Jeden w sile wieku. I nie powinien pan teraz za to cierpieć! – Dziękuję. to pańskie dzieło – mówi Willy. Gilermo kiwa głową ze zrozumieniem. po ludzku. nie żałując eleganckiego garniturku. – Niepotrzebni? – wykrzykuje Gilermo. Protestujące machanie rękami. że to pan jest winien naszych kłopotów. To niesłuszna metoda! – I co teraz? Gilermo wzdycha i. a teraz tym bardziej. że to.. – Pan zapewne chciał sławy i swojej doli przy podziale technologii.. W końcu pan pierwszy zaczął podejrzewać niezwykłość Nieudacznika. Ja marzyłem o szczęściu dla wszystkich.. Nie jesteśmy mu potrzebni.. – Jest mi bardzo przykro. ale nadal wierzący w demokrację.. – Podejrzewałem. Szybko się domyślili. on nie ma zamiaru się z nami kontaktować! Kompletnie. – Strzelcu. naprawdę! Byłem przeciwny obwinianiu pana! Ale tam – urażone spojrzenie w górę – postanowili pana nastraszyć. Chyba go rzeczywiście zaskoczyłem.. Każdy z nas chce czegoś od Nieudacznika. – Ale nie możemy stać z boku! Przecież przeniknięcie nastąpiło na naszym terenie! Kwestia prawna jest bardzo złożona. Labirynt nie jest organizacją komercyjną. Nie wyszłoby już wcześniej. takie abstrakcyjne szczęście. które on mógł przynieść. wie pan. Lokuję się obok.– Tak. ryzyko. siada na asfalcie. jaki jest nasz wspólny problem? – Al Kabar? – pyta szybko Gilermo. ale nie wypytuje mnie. słyszeliśmy już tę śpiewkę. Tak. Strzelcu! Wcale nie jestem przekonany. chciałbym odnowić naszą współpracę. – Po co? Żeby spróbować mnie zatrzymać? Nie wyjdzie. którą on mógłby się podzielić. – Nie.. Siedzimy obok resztek stosu pogrzebowego Romka. – Willy rozkłada ręce. najprościej rozwiązać ją po dobroci. No tak. Taki cichy bunt przeciwko kierownictwu Labiryntu.. Przecież jesteśmy ludźmi! Nie spodziewałbym się po labiryntowcach takiego tempa.. czekałem na pana na własne.. Wie pan. Gilermo staje się czujny. jak dwóch hipisów różnych pokoleń. nie..

Zatrzymał się tutaj. – Tak... żeby odpocząć. I porozmawiać. – To całkiem poważna teoria. Na początek współpracy. co Vika. Strumienie informacji . Tak? – Jest u pana? – pyta szybko Willy. nie przyszedł tu z własnej inicjatywy! Albo nie tylko z własnej! Teraz kierownictwo Labiryntu w panice postanawia: pozwolić mu na szczerą rozmowę czy nie. szukaliśmy.. Jak to wszystko głupio brzmi! Teraz. i nie znaleźliśmy. jakby zwracając się do chorego.. – bardzo uprzejmie i grzecznie. To nasz największy błąd. Ale wirtualność to inna sprawa. – Dobrze! – Willy podnosi ręce... – Na dowód współpracy. – Energetyczna forma życia. – Willy. – Mogę odejść – zauważam. ale całkiem rzeczywiste. – Wydaje się. Kto z nas jest większym idiotą? – Willy. Oho. A teraz ma zamiar kontynuować swoją drogę przez gwiazdy. że znam pańską informację – Willy mruga do mnie chytrze. zwyciężył pan! Nie reaguję na komplement.. Strzelcu! Jak zawsze. Nieudacznik to obca forma życia. jego rozum kardynalnie różni się. a wreszcie pyta: – Drogę przez gwiazdy? – Tak. Gilermo mruga do mnie chytrze i ciągnie: – Zna pan teorię światów równoległych? – Z literatury SF. – mamrocze Willy.. wymieńmy się informacjami. Jednak troska Labiryntu o klientów odegrała pozytywną rolę.. nieosiągalne. gdy Nieudacznika nie ma obok mnie.. – Jakie gwiazdy? Chyba się nie rozumiemy. zresztą Willy nie spodziewa się reakcji. moim zdaniem chyba energetyczna.. Interesujące. Gilermo porusza wargami. Pociera nos i mówi triumfalnie: – Nie od razu doceniliśmy fenomen Nieudacznika. czuję ten sam sceptycyzm. gdy pańskie usługi i wysiłki naszych nurków nie przyniosły efektu. powtarza Gilermo.– Absolutnie. Milknę.. poddaję! Zwyciężył pan. Milczę. – Tak? – Za to ja mogę w każdej chwili spotkać się z Nieudacznikiem. Na razie nie możemy kontaktować się w normalny sposób. – Poddaję się. Strzelcu. Niewidoczne.. Szukaliśmy.. Równolegle z naszym światem mogą istnieć inne światy. zaczęliśmy szukać kanału wejścia Nieudacznika. Czekam na dalszy ciąg.

Pałka wycięta z pnia drzewa była nie tylko bronią. które były odbiciem znanej i przeważnie niepotrzebnej wiedzy. Nie znika bez śladu. prowadzić do entropii. Nawet istota z innego świata. To informacja w czystej postaci. – Przyznać się do obcości. kumulują się.. tylko o tych książkach. że jest przybyszem z innej planety? Kiwam głową. Inną sprawą są komputery. Każdy przedmiot stworzony rękami człowieka niósł w sobie pozytywny i negatywny ładunek. Płaciliśmy przede wszystkim za te książki. To było jak przekleństwo – im więcej informacji w książce. tam rodzi się cud. On przecież nie mówił wprost. może człowiek. które niosły w sobie nienormalną komplikację informacji. odbija się to na całym Wszechświecie. oddać plik z informacją to nie całkiem to samo. gromadzi się. Zadrżeć i zamrzeć. Spływa z różnych kierunków. Komputerowa sieć to najpotężniejszy w historii ludzkości twór zmniejszający entropię. A jednak cały Wszechświat się chwieje. Zawartość informacji i chaos przy jej powstawaniu nie były już równoznaczne. on tylko nie negował moich słów. Gilermo milknie i bierze głęboki oddech. by tworzyć porządek.. a może nie. tym silniej wstrząsała ona światem. wirtualność wpływa na fizyczne prawa świata. zakłóca równowagę porządku i chaosu.. Strumienie informacji biegną przez Sieć. – Typowe – decyduje Gilermo. uporządkowaną strukturą w chaotycznym świecie. Nieudacznik oświadczył. Jest poruszony. Chociaż może niezupełnie mam rację. tworzą centra. Wchłonąć w siebie całą wiedzę Sieci. Niezależnie od naszej woli czy naszego życzenia. – I w takich punktach. co oddać drogocenny kamień czy ukochaną książkę. kulturą.. najwyraźniej chce się wygadać. Nie mówię o podręcznikach. mnoży. Ale została skompensowana. ale wskazać niewłaściwy ...żyją własnymi prawami.. tam dzieje się coś niezwykłego.. – mamroczę. nie wnosząc przy tym w świat chaosu. Bardzo słabo. A jednak to zjawisko również zostało zrekompensowane: choćby tym. prawda?. niechby tylko górą wiórów. gdzie sama natura wszechświata ulega transformacji. Była zjawiskiem anormalnym. gdzie ludzkie czyny rodzą nowe rozumienie świata. oczywiście. – Informacje nie mogą zmieniać praw natury – mówię szybko. To one zaczęły wpływać na życie ludzi. gdzie zmienia się samo spojrzenie ludzi na życie. zetknąć się z naszą moralnością. które tworzyły nową etykę i rozumienie świata. Człowiek nie miał sił. burzyć. Ta informacja rozrywa przestrzeń Wszechświata. Co mogę mu odpowiedzieć? Powtórzyć sen o spadającej gwieździe? – Jak zrozumiałem. Bardziej złożonym zjawiskiem stała się książka. – To była jego własna wersja czy potwierdził pańską sugestię? – Potwierdził. zdolna jest przybyć do nas. – Naprawdę? Gdy w ograniczonym wycinku przestrzeni dochodzi do komplikacji struktury. Tam pęka granica pomiędzy światami. naszymi marzeniami. że większość książek niewarte było drzew ściętych do produkcji papieru.

– Rozważaliśmy różne teorie – mówi Gilermo. – To niesłuszne podejście. mam nadzieję. że nie trzeba się nas bać. I teraz chce odejść. oni również pracują. ale zbyt piękne. Może – Gilermo poważnieje – istota ze świata równoległego. by mogło być prawdą.. Myśleliśmy o przybyszu z gwiazd.. która stworzyła człowieka-komputer. oklapł.. Nie. tak samo jak my. Wyciągniemy rękę. patrzy na czekającą taksówkę. Żadnych.kierunek. Al Kabar mało zajmował się ludźmi. Jego dłoń wyciąga się do mnie. Willy – mówię. który zmęczył się samotnością. Zdecydujmy razem. kim był Nieudacznik? – Wolność. – A kto ma? – pyta cicho Gilermo. To piękne.. On może się nas bać. że jest Obcym.. – Siądziemy razem i porozmawiamy. a ja milczę. Gilermo powoli i niezgrabnie wstaje. Ich podejście jest mechanistyczne. że ma pan rację. – Braliśmy pod uwagę wersję Al Kabaru o powstaniu komputerowego rozumu. Jego decyzja. nie. Tylko Nieudacznik. Może – pobłażliwy uśmiech – przybysz. że Głębia to nie tylko krwawe jatki. po prostu zabłądził w naszym złym świecie. o mutacji. Jego cywilizacja prawdopodobnie jest pokojowa. nie. – Tajemnica zniknie na długo albo na zawsze. Nie komputerowy rozum. W swój równoległy świat czy do odległych gwiazd. Nikomu nie wyrządził krzywdy. Rosjanie. walk – Gilermo pogardliwie w skazuje stopiony asfalt. urazach.. wyjaśnimy. Strzelcu? – pyta. Willy. pretensjach. Ale ja nie mam prawa podejmować decyzji. Ale na razie najbardziej prawdopodobną teorią wydaje się wersja o światach równoległych.. Jeśli to mało. – Przepraszam.. Niech odejdzie. Pokazałem. Ale. Nie mogę jej uścisnąć. i nikt się nie dowie. Gilermo jakby się osunął. Po prostu różnica w podejściu. Willy. – Nie mogę przyjąć pańskiej propozycji. Tam na pewno jest . ale przecież jest pan Rosjaninem! – Jestem obywatelem Deeptown. Jest wolny. Zapomnimy o błędach. Możliwe. A on nie chce nic mówić. Powiedział.. mamy dobrych programistów. nasza niezbyt. – I pan pozwoli mu odejść. To jego prawo. a Urman jest zbyt daleki od współczesnych technologii... Ja pomogłem mu wyjść. Bez względu na to. zawsze stawialiście państwo i społeczeństwo ponad jednostką – mówi Gilermo.. Mamy niezłą grupę psychologów pracujących nad danymi. nasi specjaliści raczej się z tego wyśmiewają.. – Tylko on sam. Już dawno nikt mnie tak nie walnął w twarz. gościem. cóż.. nie człowiek zrośnięty z komputerem. Zapewne powiedział prawdę i chyba nie chce wyrządzić Nieudacznikowi krzywdy. W Głębi nie ma granic. Patrzy na mnie smętnie i ze zmęczeniem. – Wy. że nie jesteśmy tacy źli.. starał się mi pomóc.. Żadnego nacisku. kim jest Nieudacznik. On był i jest lepszy niż wielu prawdziwych ludzi.

Dwie godziny temu zginął tu nurek wilkołak. Romek. – Nieudacznik coś panu dał.kilku żołnierzy Al Kabaru. Strzelcu? – pyta Willy. w dawno wyłączony kanał połączenia... Romek wypada z Głębi. Anatol i Dick. Twardziel jego kompa szarpie się. widzę blady ogień. – Chyba tak. Czuję zapach spalonej sierści. co? – pyta z nieoczekiwaną nieśmiałością. to znaczy wirus Człowieka Bez Twarzy przenika w komputer Romka. potem pochylam się nad lejem w asfalcie. Mój nieszczęsny partner. Patrzę na niego. Nie widziałem. kasując informacje i niszcząc programy.. Znikam. ciało zwinięte w spazmie bólu.. jak się to stało. – Mógłbym zobaczyć albo dowiedzieć się. Płomień otula wilcze ciało. . zapadając się w narysowany asfalt. zrywa się połączenie. ze swojej rozpaczliwej i beznadziejnej walki. Może także moi przyjaciele. ale mogę sobie wyobrazić.

Dziwnie to wszystko wygląda. tyłem do mnie siedzi nieznajomy mężczyzna..100 Iskry przenikają ciało. na który wychodzi setka takich samych drzwi. patrzy na mnie stropiony. i oprzeć się czołem o zimne drewno drzwi. Mężczyzna właśnie dopija szklankę taniego hogarta.. – Witaj. że mogą być zamknięte. – Zabierz. Idę przez Sieć. Romek podsuwa mi pod nos pełną szklankę dżinu. skórę trze coś jak pumeks. Romek! – mamroczę. zwymiotuję. To zapłata za rzeczy niemożliwe. chwyta mnie pod ręce i ciągnie do fotela. to. Mężczyzna odwraca się. to ty? – pyta nieufnie nurek. Boli. mam przed sobą drzwi. – Wypij. Na ścianach portrety rozebranych kobiet. wali w klawiaturę komputera.. Leżę na korytarzu. i wpadam do pokoju. Chyba jęczę. nawet nie dopuszczając myśli. Ty też wchodzisz w wirtualności z jednorazowych adresów. Gdy dochodzę do siebie. nuci fałszywie jakiś motyw. które od dawna nie działają. ale muszę wytrzymać. – odsuwam jego rękę. ale stał się bardziej delikatny. długim i posępnym.. To słaby odgłos bólu.. Obok stoi opróżniona do połowy butelka dżinu i popielniczka pełna niedopałków. że nie jest wymyślony. i zapach jałowca ostatecznie przywraca mi przytomność umysłu. Robię to. Spiralne błyskawice chłoszczą twarz. wyciągając informacje z programów... Romek? Pcham drzwi.. – Lońka. chwytając się ściany. – Ja. pomoże! .. Czuję ból i po raz pierwszy w Głębi rozumiem. W oczy wbijają się rozpalone gwoździe. Krzyczę. który targa moim ciałem w prawdziwym świecie. jest ciężko. potem zrywa się. przykładając do głowy nieistniejące ręce.. nie powinien robić człowiek. Jeden z hoteli w wirtualności? Ból jeszcze nie zgasł. Już można podnieść się z podłogi – bardzo ostrożnie. czego nie może. pod ścianą stoliczek zastawiony napojami. Kontaktuję się z komputerem bezpośrednio... Teraz można odpocząć.

. dodać toniku? – domyśla się Romek. a Romek wstaje. nalewa sobie dżinu do szklanki i w końcu pyta: – No i co w tym takiego śmiesznego? – Romek. – Jak wszedłeś? – pyta Romek. kurczę! – Romek chichocze z przymusem. – Drzwi były zamknięte! Wyjaśnianie.. – Bałem się.. – Romek. Zawiesił komputer. – mówię niejasno. – Tak. Mieszkanie Romka naprawdę jest dziwne. – Niezłych wrogów się dorobiłeś. – A jak mnie znalazłeś? – A tak. ale nie umiem się powstrzymać. Na monitorze linijki prościutkiego programu. dolewa toniku i znowu mi podaje. Kiwam głową. Moje podejrzenia nasilają się.. trwałoby zbyt długo. – A.. – wiem. – Nie. że mężczyzna naprzeciwko posępnie zaciska szczęki..– Alkoholik – szepcę to. Wszystko w granicach Konwencji. Lonia! – Zazdrosny? – Aha! – przyznaje się szczerze Romek.. przygotowuję się do sprawdzianu. rozglądam się uważniej. – Kompletnie mi kompa zablokował! – Jak wyszedłeś? – Wirus był czysty. dwa świeże numery „Playboya” na łóżku i młodzieżowa gazetka o muzyce rockowej. Romek odwraca wzrok. – Śliczną masz przyjaciółkę – mruga do mnie Romek. Wszystkie te panienki na ścianach. – Zdążyliśmy.... jak po ciele rozlewa się rozkoszne otępienie... że zachowuję się nieładnie. – A to bydlę – mówi Romek... – Zdążyłeś uciec przed tamtym gadem? – pyta. czego nigdy przedtem nie odważyłem się powiedzieć głośno – tylko ty możesz pić czysty dżin. udało się. – Piętnaście. że nie zdążycie uciec.. piję i czuję. Tym razem nie odmawiam. Śmieję się. nie zwracając uwagi na to. Zaczynam chichotać... Wilkołak zerka na włączony komputer. Wylewa większą część szklanki na podłogę... głupstwo. zapala papierosa. Macham ręką i dopijam trunek. Ale Romek jest chyba zbyt ucieszony moim pojawieniem się. – Ile ty masz lat. piłeś kiedyś wódkę szklankami albo czysty dżin? . obfitość alkoholu. Romek? – pytam. Niezła jazda. ale po zresetowaniu zdechł... – Mnie tam bez różnicy.. dlaczego już nie przeszkadzają mi zamknięte drzwi. – Nie przeszkadzam ci? – pytam.. – Jakiego sprawdzianu? – Z informatyki.. żeby dalej wypytywać. cygara na stoliku.

Wilkołak kiwa głową. Słyszę. – Natknąłem się w Sieci na człowieka. Chciałem się poradzić... żeby się dowiedzieć.. Wilkołak kiwa głową.. że od razu nie zrozumiałem. – Dlaczego? Wśród wilkołaków jest wielu uczniów. Romek cierpliwie czeka. na pewno jest wielu nastolatków. Jak na dorosłego faceta zachowywałeś się zbyt męsko! – Tak się to rzuca w oczy? – pyta posępnie Romek. A może rozumem zrodzonym przez komputer. – Nie tylko. gdy mnie zastawał w wirtualności. że Deeptown narysowany jest nie tylko rozumem. Oni łatwiej pokonują barierę deep programu. że u ciebie wszystko w porządku. – Może jest przybyszem z Kosmosu. a gdzie kłamstwo – mówię. Tylko trochę dziwne. Szukają go przynajmniej dwie wielkie firmy. rzadko umieją żyć w nieludzkim ciele. – Skąd wiesz? – No. wchodzisz ze swojego komputera? – Z ojca. – Nie. – A jak ja się cieszę! Mam timer. Jestem tępy. co ze mną? Bardzo chciałbym potwierdzić. który nie całkiem jest człowiekiem. – Cieszę się. nalewam sobie dżinu na dwa palce. I musiałem jakoś wychodzić. rozmyśliłem się. nie za bardzo.. którzy z takim zaangażowaniem opowiadają świńskie dowcipy albo ciągle podkreślają swoją twardość. jak się drzwi otwierają. plastyczność psychiki.– Nie. Na zawsze. którzy skończyli osiemnastkę. oni wiedzą. A nam to wychodzi. chyba jesteśmy ze sobą bardziej szczerzy. ale to by było kłamstwo.. – Nawet nie wiem. że wśród moich przyjaciół nurków. A on chce odejść. gdzie jest prawda. Oni nie toną. a wtedy nurkowie przestaną się kryć. Ojciec myśli... a może gościem z równoległego świata.. O dziwo. Ale po tych słowach nie mam wyjścia. ale i sercem. – Romek. ale instalować wszystko od nowa to kupa roboty. Chcą wyciągnąć od niego coś pożytecznego. Może będzie ich coraz więcej.. Plastyczność. bez kompa. Szukałeś mnie. żeby się orientować. – Romek. Ci.. – Dibienko? – Ten sam. wchodzącym w Sieć bezpośrednio. Niepotrzebne mu nazwy Labiryntu i Al Kabaru. Zawsze obrywałem. – wstaję.. I nazwisko Dmitrija Dibienki.. Patrzę na Romka i myślę. – I nie próbuj. Ich świadomość jest ukształtowana na filmach i książkach o wirtualności. dodaję toniku. – A teraz się rozmyśliłeś? Ma rację. co się dzieje w mieszkaniu.. czy mutantem. . wydarzyła się dziwna rzecz. że tam jest tylko rozpusta i mordobicie.

nie musisz tego udowadniać. niech się Deep Przewodnik nie cieszy. uśmiechając się do słów Romka.– I zastanawiasz się. Cud zawsze jest sam z siebie. Pewnie to dobrze. zmienić świat. istnieją nie nasze radości. że u ciebie wszystko w porządku. Może zdołają go przekonać. inna kultura. – Przecież on zdołał w jakiś sposób. karmiąc chrustem zapalony błyskawicą czerwony kwiat. W przeciwnym razie nadal siedzielibyśmy w jaskiniach. Cud jest sam z siebie. Tego jestem pewien. – Nikt nie ma praw do cudu. że on żyje.. ludzie. – Może – przytakuje ochoczo Romek. – Nie. dlatego. a ja starym cynikiem. I tak jesteś dorosły. Nawet Boga uczyniliśmy człowiekiem. pokonać! Cud powinien być posłuszny i oswojony. mnie zmienić. Ściągamy cud do swojego poziomu. światła reklam. dlaczego masz rację. wyjaśnić. Co dzieli mnie od Nieudacznika – chłód kosmosu. niezaspokojone pragnienie. I dopiero wtedy nauczyliśmy się wierzyć. Fajny z ciebie chłopak. to wielkie.. Dlatego jest cudem.. czy mam prawo milczeć i go kryć. Ta niecierpliwość rozumu. Mogę oddać światu cud. Ale nie mam prawa – dlatego. Kiwam głową. Już w drzwiach zatrzymuję się na chwilę i dodaję: – Nie pij tak ostentacyjnie. Jakbyś szedł przez lustrzany labirynt. To złażona przeze . Dowiedzieć się czegokolwiek. – Zatrzymać go nie zdoła nikt. Nie znalazłbym twoich śladów bez tych nowych zdolności. Ale Romek jeszcze nie skończył. – Obraziłeś się? – pyta Romek. niewyobrażalna przepaść innej przestrzeni? Jaka różnica. Jeszcze nie umiem powiedzieć. Ziarnko jego wiedzy może stać się dla człowieczeństwa nowym stopniem rozwoju. Wiem to. – Poważnie? – Tak. – Dziękuję – mówię i wstaję. stukając w szkło – a jednak przeszedłeś go do końca. ale mimo wszystko ją masz... Pójdę do domu.. Ulica Deeptown. za nim jest nie nasze życie. nie spodziewałem się innej odpowiedzi. że ty jeszcze jesteś nastolatkiem. Ale mimo wszystko. czy jeden człowiek ma prawo do własnego cudu? – Nie. Powiedz. nie nasze nieszczęścia. co może. Cieszę się. Zrozumieć. skoro on żyje! Idę ulicą. Właśnie. samochody. Inna wiedza.. Powodzenia na sprawdzianie! – Nie dziękuję! – wrzeszczy za mną Romek. Udało ci się dojść do słusznego wniosku niesłuszną drogą.. Nie podnoszę ręki. to przecież inny świat. Idę korytarzem hotelu. czy warto go wydać? – pyta Romek. Nie wiem. przeciwnie. otwieram drzwi. Przechodzę obok obojętnego portiera. Istnieje sam dla siebie. Romek. – Chcesz mojej rady? – pyta Romek z jakimś nieoczekiwanym lękiem.

Różne Zabawy. Gwiazdy i Planety.. Muszę zdążyć coś powiedzieć. na której zbierają się lekarze z całego świata. gniazdem dobrodusznej i cierpiącej na lekkie otłuszczenie sekty Wyznawców Piwa. skromne synagogi. Dzielnica kościelna – złocone kopuły prawosławnych świątyń. całą agresję. i powspółczuli ekologom z Greenpeace’u ratującym jeże na europejskich autostradach. konferencję medyczną. galerię Prado. Nieudaczniku.. muzułmańskie minarety. technologię. dlaczego nie warto detalizować obrazu jesiennego lasu. z pogonią za plecami i niepewnością z przodu? A przecież to nie był przypadek. czarna piramida satanistów i – jak kpina – ognista reklama nad pubem. Postalibyśmy na placu zabaw. gdzie każdy widz to uczestnik sztuki. że oni są źli. gdzie rodzą się nowe światy.. Galeria obrazów Deeptown mogłaby zająć nam cały miesiąc – spróbuj przejść od razu Ermitaż. że jednak masz rację. Całą bezsilność i głupotę. gdzie ludzie spierają się o dobre i mądre książki. Zoo. jak amerykański anestezjolog i rosyjski chirurg planują operację czarnoskórego górnika z Zairu.. Ale przynajmniej dobę moglibyśmy na to poświęcić. zamiast siedzieć pod purpurowym niebem Labiryntu. dlaczego jest właśnie taki. Labirynt. Mógłbym ci wiele pokazać. na konferencję nas tak łatwo nie wpuszczą. i na spektakl. Kluby czytelników.. Sam wybrałeś tę drogę. ta Głębia. Nieudaczniku.. Zanim on odejdzie na zawsze. która w nas żyje. Świat sądzi się nie po jego najlepszych cechach. I nie gorzej ode mnie wiesz. a ja wyjaśniłbym kanadyjskiemu malarzowi. w którym żyją krowy Stellera i mamuty. wystawy projektantów przestrzennych. Jaka szkoda. a nie kominami obozów koncentracyjnych i mydłem z ludzkiego tłuszczu. gdzie dzieciaki jeżdżą na prawdziwych samochodach wyścigowych. Czy to ja jestem winien.mnie wzdłuż i wszerz dzielnica rosyjska. że nie tylko z tego utkany jest wirtualny świat. patrząc. Lorien elfów... wziąłeś w siebie Głębię i pokazałeś – nie sobie. To wcale nie jest zły świat. W dzielnicy studentów pomógłbyś pierwszorocznemu studentowi z Wołogdy zgłębić tajniki sopromatu. W świątyni oddalibyśmy cześć wszystkim bogom. Galerię Trietiakowską i Luwr. zapominając o tym. która służy wadom! W przeciwnym razie po co bylibyśmy w Głębi? . pójdę pieszo. konsultując chorego pochodzącego z zapomnianej przez Boga prowincji. Zaprowadziłbym cię do opery. ale otworzyłbym drzwi i stanęlibyśmy cicho z boku. wspaniałymi samolotami i potężnymi silnikami. Ty wydałeś swój wyrok i wyjaśniłeś. że twoja droga biegła przez areny gladiatorów i domy publiczne. Nie tylko mordobicie i rozpusta. coś zrobić. kościoły katolików. Czy mamy prawo czuć się urażeni? Czy mamy prawo bić się w pierś i krzyczeć: „Jesteśmy dobrzy”? Ale ty nie możesz. Muszę zrozumieć Nieudacznika do końca. mnie – jaka ona jest. Koronki świątyni turińczyków. W przeciwnym razie faszyzm byłby renesansem techniki. nie powinieneś zabierać ze sobą tylko tego! Ludzki brud i piękno pustych gór. gdzie każdy muzyk jest obywatelem świata.

Dibienko otwiera kluczem prowadzącą do sadu furtkę. to on opuścił świat w Głębię? Zdobył miliony i dostał udziały w Microsofcie i America Online? Pierwszy zrozumiał. było to w zamierzchłej przeszłości. – Dmitrij? – Tak. Może jednak przejdziemy na ty? – Jesteś bydlakiem – zgadzam się. lubię tu przychodzić. znajome formy. – Pan od kogo? – pytam. Mały piesek na zawsze pozostaje szczeniaczkiem. Można wrócić do domu i uścisnąć Nieudacznikowi rękę na pożegnanie. to cmentarz – mamrocze Dibienko. który do mnie podszedł. To nie złamany nieszczęściem człowiek. na alejki. Ale on zna moje imię – a więc jest wrogiem.. to narysowana płaczka. – Cholera – mówię tylko.Co bylibyśmy warci? Stoję pod drzwiami kościoła katolickiego.. Żadna decyzja nie będzie słuszna. – Leonid. – Leonid. w starych dżinsach i starym swetrze. I ten facet wymyślił deep program. – Ja. którego jednak nie ma. Wierzby. przyciskającą dłonie do twarzy. Więc jest taki niepozorny i zwyczajny. przy malutkim popiersiu. równe alejki. Czyżby to była podstawowa postać Dimy Dibienki? Widziałem jego zdjęcie. zdanie na najbliższym nagrobku. Uspokaja i nastraja filozoficznie. – Z Al Kabaru? Człowieczek nie odwraca spojrzenia. niczym przekleństwo. Nudny i zwyczajny. „On wierzył w cud” – krótkie. – Chodźmy. Można wejść i pomodlić się do starożytnego Boga. Głos nie pasuje do jego wyglądu zewnętrznego. . proszę cię o rozmowę. Wirtualność to życie. Wybacz. A życie nie może istnieć bez śmierci. kamienie.. pełnego przepychu i przytłaczająco wielkiego. widziałeś mnie w innej postaci. Cicho i spokojnie. nieznany mi człowieku. – Tak. elektroniczny ekwiwalent marmurowych aniołków.. Omijamy kościół. Wierzyłeś w cuda i skakałeś w różnobarwność wirtualnego świata. kompletnie nie znam.. lecz przy kuflu żygulowskiego piwa. ale dawne. a twoja prawdziwa mogiła porasta burzanem. – Leonid? Człowieka. że Nieudacznik jest przybyszem z zewnątrz? – Pięć minut.. jego miejsce jest nie w wirtualności. którzy już nigdy nie zanurzą się w Głębię.. Ale patrzę na nagrobki. nie włożą wirtualnego hełmu. Bez twarzy.. na dziewczynę siedzącą w dali na trawie. Jeśli nawet kiedyś umiał mówić proszącym tonem. O pięć minut rozmowy. Niski. Ale pamięć o tobie leży tu.. z banalną twarzą. na nim był jeszcze młody. Przyjaciele chowają tu tych.. topole. Pewnie nie ma w tym nic nienormalnego.

Lonia – mówi Dibienko. – Jaką nagrodę? Za co? – Za zdradę – Dibienko patrzy mi w oczy. wszystkich ludzi. poczułem.. Ale to on stworzył ten świat i muszę go wysłuchać. dopasowywać rytm obrazu. jak to się stało! – krzyczy Dibienko. przez mrok.. – Nie wiem. jakby od niewyspania. Może uczciwiej by było. że jednak odebrałeś swoją nagrodę. w drobny mak! Przykleiłem się do kompa.. którym wodziła cudza ręka! Z daleka. – Myślisz. Dibienko ma czerwone. nawet nie szczepionki i przepis na sprawiedliwe społeczeństwo. pracą już rzygałem. co robię? Wtedy? Nie! Upiłem się! Na umór. tracąc pół dolara. spać mi się nie chciało i grać mi się nie chciało.. a ziemia. którzy dzisiaj żyją! Mogłeś zostać jego przyjacielem. Nie mnie sądzić! – Słucham. – Niekoniecznie równania i wykresy. ja jej nie stworzyłem! To Głębia. Ale Dibienko mówi dalej. który nie rozumie. – Nie pytam. Wciągnął mnie w cud. więc zacząłem zestawiać paletę braw. czym stała się wirtualność? – Wolnością! – W takim razie. to znaczy. jak się wyrwałeś. bardzo chciałem dodać muzykę. oczy i pomiętą twarz. która przyjęła twoje prochy. co i jak stworzył. rodzi nowe życie. przerażenie stwórcy.. A to nieprawda! Dzięki mnie . gdyby twoi przyjaciele poświęcili dwie godziny swojego życia. ale nie tworzyłem! Jestem tylko przewodnikiem. Wiedziałem. – Inni tępakiem. dosięgła i zmusiła do zrobienia deep programu! Przeszył mnie dreszcz – i nawet nie dlatego. Dima. to słowo ci nie pasuje? A przecież to zdrada! Nas wszystkich. przez ciszę. – Co. czy ty rozumiesz. – człowiek z sińcami pod oczami chwyta mnie za rękę. – Jedni nazywają mnie geniuszem. że wszystko będzie dobrze! Jeśli on jest.. – To ona zapragnęła się narodzić. i dlatego wynająłem ciebie. któremu nie jestem potrzebny. a ja milczę. – Dima. rozprawia się z nurkami jak ze ślepymi kociakami. który znalazł perłę w kupie nawozu.. Głębia przyszła przeze mnie na świat! Zrozumiałem. co mi zarzucasz? Nie mamy prawa żądać od Nieudacznika niczego! Niczego! – Dlaczego nie mamy prawa? – Dibienko opiera się łokciami na pomniku wierzącego w cud i uśmiecha się krzywo. Ale mógłby nam dać choć nadzieję! Nam wszystkim! Jeśli on tu przyszedł. Ja też znam to uczucie.. a komp miałem bez karty dźwiękowej! Legendy nie kłamały. że możesz. że Dibienko wspomniał o ciszy. co mogłem zaproponować.Twoi przyjaciele przychodzą tu. to grosze. żeby napić się wódki na twoim grobie? Wolność.... To. piórem. – Rozumiem. że wiedziałem. to nie zachłyśniemy się wolnością! Chyba znowu nic nie rozumiem. właśnie ciebie! Pewnie niepotrzebnie..

. taras widokowy. głos nie pasuje... i brać jeńców..... Może to zostało przewidziane. kim jesteś! Leonid. ale Dibienko zasługuje na współczucie. – Przybysze ze światów równoległych. ale dlaczego? Dlaczego tak myślisz? – Dlatego. że wiem! – Dibienko zagląda mi w oczy. Po prostu tam.. pozycją w radzie dyrektorów Al Kabaru.. wszedł w dzieciństwo wirtualnego świata. kosmici. ale Dmitrij Dibienko wyciąga do mnie rękę. wy w Rosji do tej pory nie rozumiecie. z przyszłości Ziemi. żeby zajrzeć do naszego świata.. I ja stałem się piórem w czyjejś ręce. skąd przybył? Rok.. agentami w Labiryncie. No i niechby nawet.. mieszkanie numer czterdzieści dziewięć. – Oni nie potrafią zrozumieć – szepce. dać nam wiarę? – Dmitrij.Głębia przyszła na świat! A więc komuś to było potrzebne. Dibienko patrzy na mnie chciwie. której nie dożyjemy. bądźmy sobie dzicy i nieokrzesani! Ale czy może nam powiedzieć cokolwiek. Komputerowa sieć żyje i będzie żyć. co nie ma granic. Mam cię w garści! Prawdziwy adres też mogę poznać! Ale ja ci nie grożę! Ja proszę: bądźmy razem! Deja vu. komputerowy rozum. jak nienawiść.. – Nie mogłem stworzyć deep programu przypadkiem! To tak jakby strzelać z zawiązanymi oczami i trafić w cel tysiąc razy z rzędu! Nie jestem geniuszem. – Wiesz... a można się śmiać! – Dibienko uderza pięścią w nieistniejący nagrobek. nie zrozumiesz. Tylko głos. potem. ile jest wersji o Nieudaczniku? . tego nie ma. znam twój adres w Deeptown! Kompania Polana. Ściągnąłeś całą informację z dysków i wyrwałeś się! On cię tego nauczył. Nie znoszę litości – zabija równie łatwo. w uniesieniu. Brzmi. ale ja cię rozgryzłem! Wyśledziłem kanał! Wiem. – Można wierzyć. odgrywając tragiczną scenę. Czym ryzykowałem. – Nie wyobrażasz sobie – mówi Dibienko – ile sił w to włożyłem. wiek.. Szepce: – Czy on ci cokolwiek powiedział? Czy chociaż napomknął.. – Kiedy uciekłeś – szepce Dima – wpadłeś w sidła. a pamięć o tym chłopaku przeżyje nas wszystkich! Informacja nie jest ograniczona czasem.. – Ale jedyne. w przyszłości postanowili stworzyć wirtualność. jakby sławny aktor upokarzał się. nurku? On? Przykro na niego patrzeć. nie mogłeś się wyrwać z mojego kompa. Tylko już nie Gilermo.. jestem zwykłym człowiekiem.. nie ma nic prócz nas! Wczoraj i jutro jesteśmy tylko my! Już rozumiem. tysiąclecie? – Dima – mamroczę. Ale wyrwałeś się. to czas.. ale teraz.. – To wojna? – Tak! A na wojnie trzeba walczyć. Z tej pięknej dali. Nieudacznik zajrzał w przyszłość ludzkości.. – Skąd ci przyszło do głowy.. Może po prostu był im potrzebny przyczółek. – Przyczółek? – pytam.

– A jeśli on nie jest z przyszłości? Jeśli jest z innego świata? – Wtedy tym bardziej! Teraz jest w naszym świecie. gdzie jestem w wirtualności.– Tak. Dibienko patrzy na mnie. rzucam się do furtki.. nie mam takiej możliwości. kim on jest. zmęczone oczy. nie próbując mi przeszkodzić.. .. zadowolony uśmiech aktora. Odskakuję. Tylko tracimy czas. niechlujny. A teraz gra na zwłokę. Zdołał wyśledzić mnie u Romka. On zna moje imię i mój adres. czas. Wie. Czego on właściwie chce ode mnie? Patrzę na Dibienkę – drżące wargi. który odegrał swoją rolę i teraz wsłuchuje się w oklaski. zapuszczony wygląd. Tylko na twarzy pojawia mu się uśmiech. a tutaj panują nasze prawa! Powinniśmy zrozumieć. Czego on chce? Żebym zmienił zdanie? Oddał mu Nieudacznika? Tak czy inaczej..

. I ludzie. snajperzy z karabinami. Za ścianą ochrony. wiszący w powietrzu strzelcy z reaktywnymi silnikami. Przynajmniej starają się przestrzegać pozorów prawa. proszę powoli podejść! – powtarza Rade. macham z całej siły. ochroniarze Labiryntu. nie w samym budynku. Natychmiast we mnie mierzy setka luf.. To nie pożar.101 Taksówka przejeżdża obok – jakby moja uniesiona ręka nic już nie znaczyła w Deeptown. mnóstwo ludzi. prędzej niewiarygodna iluminacja. Widzę dom – zasiedlony przedmiotami wieżowiec – ale nie mogę przeniknąć do wnętrza. strażnicy Al Kabaru. komisarz Jordan Rade. pierścień wokół domu. Miasto wokół mnie zamyka się. Bez skutku. Wojna. Lecę nad nim. Dom płonie. I uderzam w ścianę. No proszę! Co za zaszczyt! I gdzież ma się zgłosić biedny nurek? Oficjalni i nieoficjalni władcy Głębi spotkali się pod jego domem! – Leonid. Wspólnie. – Leonid! Proszę podnieść ręce i podejść tutaj! – rozlega się głos nad ulicą. Operację przeprowadza policja.. Człowiek Bez Twarzy. Jego głos odbija się echem na końcu ulicy. Dom wygląda jak dziwaczny prostokątny brylant w promieniu reflektora. zamienia w schemat. Pająki dogadały się i zarzuciły pajęczynę. Ściany mienią się kolorami i każde ziarenko piasku lśni jak drogocenny kamień. Willy. ale obok.... Jak Dibienko zdołał mnie odciąć od sieci transportowej Deeptown? Może tam też ma udziały? Ale przecież teraz nie potrzebuję już Deep Przewodnika. poprzez odległość... Biegnę za samochodem. w tęczowych odblaskach iluminacji – grupka ludzi. Znajome uczucie.. Coś się zmieniło w samej przestrzeni. na chodniku. Mundury miejskiej służby bezpieczeństwa. poprzez cudze komputery – do swojego domu. automaty za przezroczystymi tarczami. Urman. Pojawiłem się w samym środku. Staję się realny.

znowu w swojej mętnej masce. Szukanie? Raczej konserwacja. i uciec. Leonid. Dibienko. – to Rade. Czy Nieudacznik zdoła odeprzeć atak. – Szukamy dowodów. Ale Rade’a nie tak łatwo zbić z pantałyku.Idę pod wycelowanymi we mnie lufami. jeszcze nie nauczyła się szybko pracować? Głębio. co spowodowało znaczne szkody materialne. czy nawet jego sił nie wystarczy? – Poddaję się – mówię. a także o zatajenie informacji niezwykle ważnej dla Deeptown – mówi wyraźnie Jordan. Zamrożenie. Proszę to przerwać. jest niewzruszony. Ogarnia mnie wściekłość. na ochroniarzy z bronią... – Zwróciliśmy się z prośbą do Interpolu o pański areszt fizyczny. – szepcę. zwracam się do Rade’a: – Co się dzieje? – Został pan oskarżony o bezprawne przeniknięcie w cudzą przestrzeń informacyjną i użycie broni. pozbawiając woli. – to Willy. pod nadzorem setek komputerów. Nie ma granic dla łowców cudu. – Zostaje pan zatrzymany do wyjaśnienia.. ale i z niezachwianym zdecydowaniem. Każdy mój krok jest oceniany i wyważany. Jordan kręci głową. – Strzelcu.... skąd przyniósł ją los.. pójdźmy na wzajemny kompromis. Dziesięć sekund.. Oglądam się na płonący budynek. zakratowane okienko i nie skażony intelektem konwojent. bałanda według przepisu niezmiennego od czasów stalinowskich. – Jordan. przy całej swojej gotowości wymiany rosyjskiego obywatela na dziesięć spisanych ze stanu przenośnych radiostacji. Może tam. Gilermo odwraca wzrok. – O co oskarżony jest mój dom? – pytam... Ze wszystkich zakątków Ziemi zanurkowali w Głębię.. za moimi plecami już stoją posępne typy w czarnych maskach? Prawdziwe więzienie. w realu. a w rzeczywistości jedynie jego sekretarz. – Uznaję wszystkie zarzuty. – Twoje siły też mają swoje granice. każdy bajt informacji płynie pod niewidoczną obserwacją. Mój Boże... przecież oni .. Nasycenie kanałów informacją.. bez względu na to. Patrzę w narysowane twarze. uśmiecha się zjadliwie. – Opamiętaj się. niszcząc siły. prawdziwe przesłuchanie – to nie hazard wirtualnych walk. żeby się stąd zabrać. Ignorując wszystkich. przepuszcza mnie.. – Człowiek Bez Twarzy. Z lekko współczującym wzrokiem. To zgniły materac. Głębio. – Niech pan nie próbuje ukryć się w rzeczywistości – ostrzega. Urman. Zalewa mnie fala strachu. żeby wydrzeć kawałek tajemnicy. Ochrona rozstępuje się. A może moja ojczysta policja. daję panu dziesięć sekund. – Wam wszystkim.

Nie znam swoich sił. jak ty się trzymasz – zaczyna Dibienko – ale. Ochrona zaczyna strzelać.. Nie grozi.. Jakby moje spojrzenie odbiło cały ten syf. albo ja jej nie zauważyłem. Urman i Gilermo patrzą po sobie. co mogło być wymyślone przez lata istnienia Głębi. Prości obywatele Deeptown. – Czego ty chcesz. Ale za nimi zbyt wiele do stracenia. którzy go podpalili. . zwijają i rozpływają w powietrzu. a na twarzach wokół strach.. czy to możliwe.. który sypie się w moją stronę. Ogień i ból. dyrektor Al. a obok stoją ci. – Wycofujemy oskarżenie. samym spojrzeniem – i ciała gniotą się jak szmaciane lalki pod obcasem. teraz. dlaczego tkwię w Głębi. zaszczutego. – Tylko w Głębi jesteś bogiem – mówi Człowiek Bez Twarzy.. które dałem wrogom. – Rade.. Więc to tylko groźby? Kłamstwo. z prastarym komputerem i pustymi rękami! Dlaczego? – Nie wiem. Ledwie zauważalnie kiwa na mnie. nawet na szarej mgle Człowieka Bez Twarzy – też strach. Ale oni wierzą. rozsypują się w popiół. Jordan – mówi Willy. Nie wiem nawet. mija i ulica jest pusta. – Pięć sekund – mówię. zastygają.się mnie boją! Boją! Jednego przeciwko wszystkim. żeby do nich dotarło. Kątem oka dostrzegam. i dodaję: – Za minutę tak się właśnie stanie! Nie wiem. Albo bez komendy. Dlaczego jeszcze tu jestem. Stoję w ogniu. nurku? – krzyczy Urman. – Nie warto angażować Interpolu. potwory w panicznej ucieczce! Dima! Twoje odciski palców należą do seryjnego zabójcy! Daję im kilka sekund. – Czyżby? – Podchodzę bliżej. przypomina. najlepiej sprawdzone. Kabaru kiwa głową. wszystko dla mnie.. zamiast zdejmować hełm przed szarym monitorem zabitego kompa? Sięgam do ochroniarzy – nie rękami. Tylko płonie mój dom. Wszystko... skąd się wzięły. Pięć sekund. komputery policji podatkowej zaraz uzyskają informację. mapy utracone. Urman! Wszystkie sekrety Al Kabaru są ogólnie dostępne! Willy! Labirynt jest martwy! Poziomy wykasowane. że ulicą podchodzą ludzie. że podgrandziłeś kilka milionów. Rade odpycha go i ryczy: – Warunki! Może trochę zgadłem z tymi podatkami? – Przerywacie polowanie. Wszędzie kłamstwo. Przed nimi jest cud.. najbardziej utajnione.

Jordan bierze Dibienkę za ramię. I nie mów. Słyszę fragmenty muzyki i niezrozumiały szmer rozmów.. walcząc o każdy metr przestrzeni. kto chce mówić. Dostałeś swoją nagrodę i zdradziłeś nas. mogą zaspokoić ciekawość. brzęk rozbijanego szkła i rytmiczny stukot młotka.. kłapanie bosych stóp i pisk drzwi. że mogę usunąć całe zamrożenie od razu. – Nie chcesz się dzielić. Nam obu wyższa idea wywichnęła mózg. Niech moja droga w górę będzie powolna. obudzę życie w pustych mieszkaniach.. Dibienko jednak nie odłączył programu skuwającego budynek diamentowym lodem. Dobrze.. Ładnie to wygląda. Ale nie jest gotów zrezygnować z cudu. że gotów jest włóczyć się po amerykańskich sądach przesiąkniętych komputerowymi technologiami. Dziękuję. stopniowa. Wchodzę. Ten świat będzie żył. A ty. jednym wysiłkiem. Nigdy więcej nie wejdę do tego domu. Przypominam sobie magazyn. Dopiero wtedy za moimi plecami iluminacja zaczyna gasnąć i znika. Odwracam się i idę do swojego domu. kiedy i co programowałem. Ale nie robię tego.gdy tamtych już nie ma. ty stworzyłeś Głębię.. Dziwny ze mnie typ. Sięgam poprzez odległość. Nawet nie pamiętam. W końcu jesteśmy ziomkami. której już nie ma i oto ciężki krążek leży w mojej dłoni. Niech patrzą. Patrzy tylko na mnie. Nie zmusi do mówienia tego. I nie zamknie ust temu. – Słyszał pan? Operacja skończona! Koniec! Proszę odłączyć swoje systemy! Więc budynek zamrażał Dmitrij? Policji nie starczyło sił? Człowiek Bez Twarzy opędza się od komisarza. Pajęczyna sieci otoczona niewinnością i czystością. Białe tło i tęczowa kula. niechby nawet w różne strony. On jeden ma moje groźby gdzieś. że nie mogłeś tego zrobić. gdy przechodzę obok. Przyglądam mu się chwilę. To tylko dwie i pół setki schodów. na którym został Medal Bezkarności. lekko potrząsa. – Zrehabilituję go. Jak każdy człowiek. Wiem. Rwę czyjś program. . – To twoje – mówię i rzucam medal Człowiekowi Bez Twarzy. upadał i uczył się wstawać. Zmiatając ze ścian fałszywy blask.. stół. Za każdymi drzwiami słychać szelest i szum. Nie zapomnij wziąć swojego Medalu. i nie dlatego. Mój narysowany świat ożywa.. I może stanie się lepszy.. Kółko dotyka czarnego płaszcza i przykleja się. pudełka z softem. nurku. że w nie nie wierzy. Nie będę go o nic prosił. Będziesz miał się czym usprawiedliwić. kto chce milczeć. Szarpię drzwi i wchodzę na klatkę połyskującą niczym jaskinia cudów Alladyna. – Nie zapracowałem na niego. Z mglistej maski dobiega szept: – Zdradzasz cały świat.. otaczając się nieistniejącymi sąsiadami. Nie dlatego.. Mogłeś.

Tutaj program Dibienki był bezsilny. – W takim razie odejdź – proszę go. patrząc na dom. On też patrzy w górę. Jednej z wielu twarzy. – Nikogo nie osądzam – zgadza się Nieudacznik. Nieudacznik i Vika stoją przy oknie. – On wcale nie jest zły – mówię Nieudacznikowi. jakby mógł nas zobaczyć. Popłacz za mnie. W każdym okruchu odbicie mojej twarzy.Płacz dziecka i wycie niesprawnego kranu. zmieniają się w kawałeczki lodu. Dopiero pod samym oknem tłum się rozstępuje. – Tylko niecierpliwy. Wciąż napływają nowe fale ludzi i zamierają. czy nas widzi. spływają kroplami wody. Nieco dalej zamarły samochody Deep Przewodnika. . Tam krąg pustki otacza Człowieka Bez Twarzy. Podchodzę. Nie ma czego zapamiętywać ani o co się martwić. Gęsty tłum. – To najlepsza pora. Dmucham na drzwi – diamenty gasną. Ulica nabita ludźmi. szczekanie psa i brzęk kieliszków. To były moje kule. Vika w milczeniu bierze mnie za rękę i razem patrzymy na Deeptown. Głębio. które zakładałem w Głębi. Zatrzymuję się na chwilę przed drzwiami złożonymi z diamentowych drobin. że w mieszkaniu nic się nie zmieniło. Wchodzę – i do razu widzę. patrzą na ulicę. ale teraz nauczyłem się chodzić bez nich. Ostatni zakręt schodów. Ja nie mam czego opłakiwać. Nawet nie chce mi się sprawdzać.

– bracia na zawsze? – pyta Vika. To cudowny prezent. Nałożona maska staje się twarzą. który wszystkim mąci w głowie. Wcale. Posłuszne i kłamliwe.. który odkupi wszystkie grzechy i pomyłki. Śmieszą mnie jego słowa. Ale lustra są zbyt posłuszne. – Jesteś urażony? – pyta w końcu. Nieudacznik wyciąga rękę. – A ja rozmawiam z tobą tylko dlatego. że ty wiesz. Łatwo zabłądzić. Ja też chciałbym zostać twoim przyjacielem. który wszedł do Głębi w postaci Nieudacznika.. jeden jedyny moment.. kładzie na moich i Viki splecionych dłoniach. Uśmiecha się smutno i dodaje: – Ale to byłaby bardzo dziwna przyjaźń. że pamiętam. Znosiłeś to. a to zupełnie co innego... Magicznych luster. uśmiechałeś się do tego. – Nie o tę Głębię. Podróż w świecie luster nie jest zwykłą przechadzką. że wirtualność zmieni świat.. Można narysować swój świat. zrozumieć. sprytnym hakerem. Leonidzie? Oczywiście. nurku. nurku. Przecież zniszczyłem twoje marzenie. – Jakie? – Marzyłeś. zdenerwowany.. co cię drażniło. Można w nich zobaczyć siebie. Więc Nieudacznik jej nie przekonał. – Bałem się. – Wiem.. Można spojrzeć na świat.110 Bardzo długo na mnie patrzy – ten. – Obcy i Rosjanin. Kiwa głową. – Pamiętasz lustrzany labirynt. da ludziom dobroć i siłę. Leonidzie.. Wady zmieniają się w wytworność. że się obrazisz. Zabiłem tę wiarę. Nieudaczniku – mówię. snobizm w elitaryzm. Czy on naprawdę tak sądzi? Czy ja naprawdę tak myślałem? – Nie chodzi o Głębię. a on ożyje. – Nie. – Głębia dała wam milion luster.. co teraz czuję. co cię oburzało. Jakby chciał dojrzeć moją prawdziwą twarz. Uczyni go czyściejszym.. – Wierzyłeś w moment. odbity w lustrze. .. na każdy jego zakątek. złość w szczerość. Dla niej on jest człowiekiem.

. ale mnie jest wszystko jedno. Bardzo starannie. zwijać w lej. Tunel zwęża się powoli. Zabiera wszystko. sztuczny intelekt. Odsuwa dłoń od naszych dłoni. A teraz odejdź. Do swojego świata. co będzie? – Zależy. ale z uporem. rozpływa się. Mieszkanie zmienia się w ogromną salę. Powiedz.. – Pamiętaj o nas – mówię w ślad za odpływającymi błyskami światła. Sufit odpływa w górę i wygina się w kopułę. ogromnymi susami zbliża się latający ochroniarz Człowieka Bez Twarzy z dyszącym ogniem silnikiem rakietowym za plecami. Przez moment mam wrażenie. W mieszkaniu zaczyna hulać wiatr. wreszcie papierowe. – Mimo wszystko nie wierzę. w jakie lustro się spojrzy. Ku błękitnemu słońcu... – powtarzam. że to.. że on jest Obcym – mówi Vika niepewnie. – W takim razie będę wybierał. ceglane. W ostatnim momencie wciskają się w otwór machające skrzydełkami. światło w oknie przechodzi przez wszystkie barwy spektrum i wypala na papierowej ścianie nasze sylwetki. nurku. I pokój staje się taki jak przedtem. – Pamiętaj. czy nie.. Zerwać z cudu maskę.. pod którym wiją się pomarańczowe wstęgi.. . kim jesteś – mówię. Nieudacznik robi krok do tyłu. Przybysz z gwiazd czy z innego wymiaru. Wirując jak śmigło. jakby ktoś je rozciągnął we wszystkie kierunki. na parapecie zakwita w doniczce pokojowy granat. przemyka gigantyczne drzewo. pełznie. – Pamiętaj o nas. Przez sekundę nic się nie dzieje. – Informacje – odpowiadam. drepcze hobbit z przestraszoną mordką. przenikając przez nas.. to mógł to wszystko. co widzę. jacy jesteśmy. trzymając się za ręce. w lśniący tunel odchodzący w niepoznawalność. odchodzi w tunel wymyślona rodzina. Potem przechodzimy ja i Vika. sterta CD na półce zaczyna sama z siebie odtwarzać wszystkie piosenki jednocześnie. – Wierzysz. przebierając łapami. Dom zaczyna drżeć. Potem ściana za jego plecami zaczyna się wyginać. – Lonia.. – Pamiętaj nas takich...– Nie pytam. przezroczyste cienie. Ale po prostu chciałbym umieć go nazwać. kto przeszedł do naszego świata. Podłoga staje się lustrem. – Ściąga informacje. Przelatuje Alex z karabinem na ramieniu. ale jeszcze można zdążyć. – Jeśli jest dobrym hakerem. Nieudaczniku. Ze skóry sypią się kaskady różnobarwnych iskier. co poznał! Biegną. potwór-pająk. to ten. Jego ciało drży. którą ratowaliśmy w Labiryncie. latające klapki Maga Komputerowego. skąd on przyszedł. Tunel zaczyna się zwężać. ale i tak wiesz więcej niż my. Ściany stają się przezroczyste. co to jest? – krzyczy Vika. Skoczyć w ślad za Nieudacznikiem i zobaczyć. potem seledynowe. jak obiektyw aparatu fotograficznego.

co już nigdy nie zniknie. – A na ciebie polują. Na ulicy harmider. gdy nie trzeba nic tłumaczyć. – Przecież on odszedł. Teraz już można wierzyć. Płyniemy objęci nad Deeptown i patrzymy sobie w oczy. Ożywa mój komputer i blakną ściany mieszkania.... na styku dzielnicy ukraińskiej i nadbałtyckiej. ostrożnie otwierając objęcia. gdy się je wykasowuje. Głębio! – wołam w milczeniu. Na zawsze. tłum zaczyna krzyczeć.. Może uda im się wytypować miasto. gdy w dalekim Mińsku wynajmowany serwer otrzymuje polecenie.. Jak wspaniale. że mieszka w tym samym mieście. ale Vika krzywi się: . ścierając informacje. Kiwam bez słowa. – Nie trzeba. – Nie wiesz.. Jak za rowerkiem na trzech kółkach. – Masz nadzieję. Jej usta znajdują moje. na ulicy trwa wymiana poglądów. Bardzo chciałbym usłyszeć. ale my zostaliśmy – mówi Vika. Obrót – znika parter z awanturującym się emerytem. Ale nie od razu. Obrót – odchodzi szóste piętro z cichym grafomanem. Magnetyczny pasek przesuwa się po dysku. Jeśli zabłądzisz w labiryncie luster. obrót – dziesiąte piętro z kolekcjonerem czarnych krążków. Wracam i znowu ją obejmuję. Programom nie jest smutno.Milknie. że narysowana na monitorze Vika uśmiecha się do mnie po raz ostatni. Tędy wychodzimy z Głębi. znajduję cichy zaułek pomiędzy budkami telefonicznymi a fontanną. – Będziesz tęsknił za swoim domem? – pyta Vika. To jest coś. – Ścierasz swoje ślady? – pyta Vika. Gdy mój dom rozpływa się w powietrzu. – Super. jak to robię. jak całujesz? – pyta zdumiona. Lepiej. że to nie jego robota. Biedny Jordan będzie jeszcze musiał udowodnić. Głębia zrodziła nową legendę. – Trochę. ale wątpię. gdy ją obejmuję. Człowiek Bez Twarzy nadal tkwi bez ruchu. ale ja nie mam innego wyjścia. co otworzyło się przed nami? Wszystko jedno. Martwią się ludzie. Obok supermarketu. żeby nie wiedzieli nawet tego. że cię nie znajdą? – Spróbują.. Teraz nie trzeba się już spierać. – On odszedł. Nigdy nie zrozumiem kobiecej logiki.. ale wiem. – Sam nie wiem. Nie patrzę na stół. stłucz je i wyjdź na światło. Kiwam głową. – A mnie możesz zaufać? – Sankt Petersburg – mówię. – Nurek Leonid też powinien odejść – zgadzam się. Podchodzę do okna. – szepce Vika. Czy widzieli choćby fragment tego. Dom znowu drży. patrzę w dół. Vika – proszę.

okay? Muszę się spakować. oczywiście. z których nigdy nie korzystałem i rozbijam je. Małe gierki w samodzielność. Vika staje się półprzeźroczysta i rozpływa się jak wir iskier.– Petersburg. – Masz rano czas? – Przecież boisz się latać.. by pierwszemu zaproponować spotkanie.. patrząc na wyjście Viki. dokąd się wybiera. Ale. sprawdzam. – W takim razie o dziesiątej przy informacji – postanawia Vika. – Wyobrażasz sobie. – Co zrobić. Ze stimerów. Macha mi przed oczami starannie złożonym biletem lotniczym. a ja mógłbym teraz sięgnąć do kasy lotniczej i dowiedzieć się.. A jak ja poznam ciebie? – Będę miał w zębach czerwoną różę – mówię posępnie. Widzę tylko. Lonia. Biegnie do supermarketu.. nawet te. Co innego pokochać kogoś w świecie wirtualnym. Strach jest mówić o sobie. – Jak cię poznam? Vika wzrusza ramionami: – Zobaczymy. – U nas jest już chłodno – uprzedzam. a całkiem inna sprawa – zobaczyć się w realu. kto i skąd brał bilet do Petersburga.. dobrze? Czekam. Teraz nigdy nie wchodziłem w Głębię.. bezlitośnie wyskrobując informacje zewsząd. Potem odwiedzam wszystkie zapasowe adresy. I znikam z wirtualności. pociągiem za długo. . Na ekranikach kompletna ciemność. a ja jeszcze raz sięgam do mińskiego serwera. z dysków optycznych. Vika wraca. czy nie został jakikolwiek ślad. – U nas też. Ładne ma wyjście z Głębi. – Pójdę. Doskonale ją rozumiem. była kolejka – śmieje się. Nie wiem. Mrugam do przechodnia. – Pilne zakupy? – Jeden.. Wszystko. czy wystarczyłoby mi śmiałości. poczekaj tu na mnie. który zatrzymał się. I na mnie pora. Jako ostatni czyszczę twardziel swojego internetowego prowajdera. z optyki magnetycznej. kawałek drogi. będziesz na lotnisku? – Jaki lot? – O dziesiątej rano czekaj przy informacji.. – Spróbujemy się nie pomylić? – Spróbujemy. nie zrobię tego.

miałeś rację. Na monitorze migocze złociste tło Windows Home.Zdejmuję hełm. Potem sprawdziłem logi – telefon odłączyli mi trzy godziny temu.. wpatrywałem się w migającą linijkę: No dial tonę! Trzeba płacić rachunki telefoniczne. Można wchodzić w Głębię bez żadnych urządzeń technicznych. . Ściągnąłem kombinezon i powlokłem się do tapczanu. typowe dla pracowników ATS. Wchodzić z Internetu będziemy ręcznie. Wirtualny sekretarzu Friedricha Urmana.. Pod sam koniec dnia pracy. Mimo to podniosłem słuchawkę i wsłuchałem się w ciszę. Viki już nie ma. Otworzyłem okienko terminalu i. nic nie rozumiejąc. Dość kochania narysowanych ludzi.

Podniosłem głowę. Pośród innych ciekawostek. Siódma. Polityka. który pracował całą noc. o którym marzył i na który czekał Dibienko. ślepota. Człowiek nie jest przystosowany do wirtualnego świata. Jakieś paraliże. wytarłem kurze. Wstałem i zaścieliłem łóżko. korporacje. Trudno dbać o swoją garderobę. Zawsze zapominam nakręcić.. gdy przywykłeś rysować całe ubranie. zawały. Całe ciało rozbite. Stał. nie nienawidzili.. od slipek po smoking. Może jeszcze rok. ciekawe. Głębia czeka!” Niech czeka. dwa i dla wszystkich bywalców Deeptown nadejdzie czas zapłaty. Dobra. w głowie ołów. Ubrałem się i jeszcze raz przeszedłem po mieszkaniu. Wirtualność i real. że się z nas śmieją. Umyłem podłogę. To. Dobrze. Wtedy imię Dibienki zmieszają z błotem.. nie zazdrościli. A może przeciwnie. Wymacałem leżący na podłodze pilot. żeby się tylko nie bali. nastąpi ten przełom. wprowadziłem na ekran zegar. i słuchałem gadaniny spikerów.. Gdzieś pomiędzy wiadomością o przyjeździe popularnego śpiewaka a sportem. Telewizja lubi robić reportaże z Deeptown. w pokoju było zimno. kursy walut. zlane w jedność. ekonomia. czy powiedzą w wiadomościach o wczorajszej panice w wirtualności? Może i powiedzą. W każdym razie będę miał szansę przeżyć tę katastrofę jako jeden z pierwszych. jak zawsze po serii długich i częstych zanurzeń. Bez żadnych kombinezonów. wygrzebałem z szafy wszystkie ubrania i grzebałem w nich przez pięć minut. a poważni uczeni oznajmią.. próbując wybrać coś porządnego. czego ja nauczyłem się wczoraj. z przestrachem spojrzałem na zegarek. zerkając na komputer. . ogrzewania na razie nie włączyli. stanie się dostępne dla wszystkich.... które postawiły na wirtualność. Dżinsy i sweter. zobaczymy.. że przewidzieli to dawno temu i bezustannie ostrzegali. Zwykłego człowieka bawią animkowe pejzaże i narysowani ludzie. Spokojnie zdążę. zrób krok i wejdź w Głębię.111 Obudził mnie telewizor. Pożyjemy. Dwa światy.. Po ekranie powoli płynął napis: „Lonia.. pewnie od wczoraj. zbankrutują.. Leżałem zawinięty w kołdrę.

Jeszcze by poklepał psa po karku. Ale nie tak ładnie jak w Głębi. ten wyczyn już nie dla mnie.. Drzwi windy akurat się rozsunęły i malutka dziewczynka z dużym terierem na smyczy wystraszona cofnęła się o krok. że Nieudacznik nie zapomniałby się przywitać. Zjadłem śniadanie w jakiejś budce z hamburgerami – podgrzane. że nawet nie próbowałem sprzątnąć w kuchni. ale tak trudno poznać tych żywych i prawdziwych. odzież niewymagająca żelazka.. Jakieś senne towarzystwo z ogromnymi torbami. Wyskakuję z klatki. Odzwyczaiłem się od powitań.Moje wysiłki zmierzające do doprowadzenia mieszkania do porządku nie dały rezultatu.. nie. dziewczyny ubrane bardzo jaskrawo. ale pod pobłażliwym spojrzeniem sprzedawcy zdecydowałem się tylko na lemoniadę... Zrobić choćby krok w ich stronę. Można wymyślać cudze losy. Ale nie chciałem się spieszyć. modnie ubrana. mogłem nawet dumnie zajechać pod lotnisko taksówką. Blada twarz.. Jeśli Vika miała kontakt z hakerami. Jestem pewien. . Miałem pieniądze. zaprezentujemy się w pełnej krasie. co byłoby gorsze. No proszę. – Dzień dobry – mówię. Plastykowy przycisk przypalony papierosem.. obok sąsiadów z betonowego pudełka. W windzie ciepło. był prawie pusty. to się nie przestraszy. Autobus. wzywam windę.. można martwić się o nieistniejących ludzi i kpić z nich. który jechał na lotnisko.. ale wyraźnie nieświeże. I pojawia się Vika. wystarczy. na kolejne żądanie mody. nawet dzieci się mnie boją. których nie znałem i nie miałem zamiaru poznać. w workowatej sukience. Bałem się tego oczekiwania. czerwone jak u narkomana oczy. uciekinier z wirtualnego świata. – Dzień dobry – mówi za mną dziewczynka.. a na twarzy pojawia się spóźniony uśmiech. który wyłonił się w świecie żywych.. jak stoję na lotnisku. Czysta podłoga i uprzątnięty chłam tylko podkreśliły zastarzały kawalerski bajzel. Przecisnąłem się obok radosnego psa i powlokłem na dół. Miałem ochotę na piwo. Zajęczałem cichutko.. ledwie mżące światełko pod palcem. Śmieszna postać. a pies klapnąłby z radości na podłogę.. Już w drzwiach przypominam sobie. Pospiesznie zamykam drzwi. Bóg wie. Winda powoli powiozła mnie na dół.. zawczasu przeżywając naszą wspólną hańbę i wzajemne rozczarowanie. Stałem z tyłu. Idzie przygarbiona okularnica... w ostatniej chwili poczuje to samo co ja – że nie można mieszać dwóch światów? Wyobraziłem sobie. piękna i zgrabna. albo inaczej. w płaszczyku sprzed dziesięciu lat. patrząc na odpływającą wstęgę drogi. Może Vika nie przyleci? Rozmyśli się. przez dziesięć pięter. Wyłączam komputer. Cóż.

To mój świat. Sięgnąć i znaleźć się tam. Przestudiowałem numery rejsów na tablicy – spóźnionych czy odwołanych nie było.. aż mnie milicja odklei. – A gdzie czerwona róża? To było najstraszniejsze – odwrócić się i spojrzeć na Vikę. Może nie latają w taką pogodę. gdy obok są żywi ludzie. Powlokłem się do informacji. kolejka lekko ubranych obywateli szła do rejestracji na jakiś południowy lot. Przydałby się teraz notebook z modemem. postałem pod siąpiącym deszczem. Wypełzłem z niego z optymizmem skazańca. zanurkować. zmieni się razem z nami. ale ani jedna kobieta nie wyglądała mi na Vikę. Chabrowska i z Moskwy. Czarny aksamit. bezdenna przepaść. Widziałem iskry samolotów. Tyle nieładnych. Vika mogła przylecieć z Taszkientu. Albo dwie. gdy wejście jest tuż obok. zanim wszedłem do budynku. Wyszedłem z Sieci.. Wokół rodziców biegały podekscytowane czekającym je lotem dzieci. Malutka kula Ziemi. Oparłem się o ścianę i czekałem.. Wchodził w Głębię. to do dyspozycji była cała Rosja i niemal cały świat..Może nie jechać.. Może Vika nie poleciała... z Rygi. Każda twarz jest jedyna w swoim rodzaju. widziałem odległe budynki Deeptown. Na elektronicznym zegarze zmieniły się cyfry – dokładnie dziesiąta. Głębia czekała. Szczodry i bezkresny. a może szkoda.. Stanie się lepszy. dla Viki zrobię wyjątek. popatrzyłem jego oczami. na lotnisku. Nie błąkać się po labiryntach. poprzecinana różnobarwnymi liniami. Trudniejsze niż wszelkie moje .. Za piętnaście dziesiąta autobus zatrzymał się przy lotnisku. Na chwilę stanąłem za jego plecami.. ponuro dźwigali swoje torby handlarze. wycelowany nowy pocisk. Włączyć deep program. Przyrosnę do tej ściany. A jeśli wyznaczyła czas spotkania z zapasem. będę czekał godzinę. Nie zakochiwać się w odbiciach. I może następny gość w Głębi nie będzie jedynym Nieudacznikiem nieumiejącym strzelać do ludzi. Na lotnisku było ciepło i głośno. Gdzieś obok. Tam stało kilka osób. Zamknąłem oczy. startujących i lądujących. To poczułem od razu. Tego w Głębi nie ma. ludzki. tylko trzeba w to wierzyć. przeczesać wszystkie pliki kompanii lotniczych. głośny i nieporządny. wiry opracowywanej komputerami informacji.. ktoś korzystał z komputera nie do końca zgodnie z jego przeznaczeniem. W ciągu pół godziny wylądowały cztery samoloty. Nie potrzebuję już komputerów. Pół godziny – moja stała taryfa ulgowa dla kobiecej nieobowiązkowości. zmęczonych i zmartwionych.. Głębia leżała przede mną.

I krótsze. z torbą na ramieniu.. że obiecasz mi ją narysować. są przestraszone.... Zanurzając się w Głębię. – Bałam się.. która żyła w moich snach. . Tą. I oczy się nie śmieją. patrząc sobie w oczy. którą rysowałem.Była dokładnie tą dziewczyną. . – Nie – szepczę... która uśmiechała się do mnie co rano z monitora. Wystraszona śmiertelnie dziewczyna w dżinsach i lekkiej kurtce. – Ta róża nadal rośnie. Tylko włosy ma nieco jaśniejsze. – mówię. Zanim pójdziemy do domu.wyczyny w wirtualności. oboje żyliśmy w swoich prawdziwych ciałach. – Wystarczy już narysowanych kwiatów.. Vika lekko się rozluźnia. Tą.. Najlepsza na świecie maska – własna twarz.. tak jak moje. Ale to moja Vika.. Biorę ją za rękę i stoimy tak przez sekundę....

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful