You are on page 1of 259

Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.

pl - NrKlub: 109

 1
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

 2
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jacek Salij OP

Pytania
nieobojętne

Lublin 2009
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

 3
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Tytuł: Jacek Salij OP

Autor: Pytania nieobojętne

ISBN: 978-83-62147-53-3

Data wydania: 1.10.2009

Projekt okładki: Paweł Królak

Wybór i przygotowanie tekstu: Anna i Paweł Pomiankowie

Skład: Rafał Pomianek

Książka została wydana pierwotnie przez wydawnictwo „W drodze”.

Niniejszy utwór, ani żadna jego część, nie może być kopiowany, reprodukowany ani zwielo-
krotniany jakąkolwiek techniką w tym drukarską, magnetyczną czy cyfrową, ani wykonywany
publicznie, wystawiany, wyświetlany, odtwarzany, nadawany bez pisemnej zgody wydawcy. Za-
brania się również obrotu oryginałem utworu lub egzemplarzami, na których utwór utrwalono
– wprowadzania do obrotu, użyczenia, najmu oryginału albo egzemplarzy zgodnie z regulami-
nem Klubu Libenter.pl.

© Copyright for Polish edition by Jacek Salij OP

Klub Libenter.pl
PROFECT Paweł Królak
ul. Związkowa 20/33, 20-148 Lublin
www.libenter.pl
email: klub@libenter.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.


Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

 4
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Spis treści
Słowo wstępne..............................................................................................................����5
Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny?........................................................................����7
Czy urodzenie determinuje przynależność religijną?.............................................� 11
Czy wiara dopuszcza wątpliwości?............................................................................� 15
Czy wiara zwiększa trud życia?..................................................................................� 20
Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić.....................................� 22
Koniec sporu o ewolucję............................................................................................� 27
Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu Bogu..........................................� 31
Gniew Boży..................................................................................................................� 35
Spór o istnienie szatana..............................................................................................� 40
Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym?........................................� 47
Imię Boże......................................................................................................................� 54
Czy raj istniał naprawdę?............................................................................................� 60
Biblijni giganci.............................................................................................................� 65
Czy Bóg kazał wymordować narody Kanaanu?......................................................� 69
„Oko za oko, ząb za ząb”.............................................................................................� 72
Córka Jeftego................................................................................................................� 78
Dwunastoletni w świątyni..........................................................................................� 82
Pan Jezus i Żydzi..........................................................................................................� 87
Czy Pan Jezus umarł na krzyżu?................................................................................� 92
Niepokalane Poczęcie.................................................................................................� 96
Zmartwychwstanie ciał...............................................................................................� 99
Kościół jako instytucja................................................................................................103
Dwie przynależności do Kościoła.............................................................................107
Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami...........................................................112
Jeszcze raz o reinkarnacji...........................................................................................117
Astrologia.....................................................................................................................124
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

 5
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wywoływanie duchów................................................................................................129
Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione..............................................................134
Wyznać Bogu swoje grzechy......................................................................................139
Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne........................................................142
Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów?..............................147
Koszmar skrupułów....................................................................................................150
Sens czystości przedmałżeńskiej...............................................................................155
Czy Kościół ma prawo tego żądać?...........................................................................159
Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów?.......................................163
Poczucie wstydu..........................................................................................................169
Moralna ocena przyjemności.....................................................................................173
Czy dobro mierzy się stopniem trudności?.............................................................177
Czy wolno łajdakowi nie podać ręki?.......................................................................180
Tolerancja a miłość......................................................................................................183
Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość.....................................................................186
Udręka z powodu własnych dzieci............................................................................190
Jak kochać egoistów?...................................................................................................195
Środki poronne............................................................................................................200
Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu............................................................204
Moralne implikacje przeludnienia............................................................................209
Uśmierzanie bólu a eutanazja....................................................................................214
Po śmierci samobójczej kogoś bliskiego...................................................................218
Przysięga.......................................................................................................................221
Problem pacyfizmu.....................................................................................................226
Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin..................................231
Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego?..................................................237
Indeks ksiąg zakazanych.............................................................................................242
Na temat inkwizycji.....................................................................................................248
Masoneria.....................................................................................................................254
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Słowo wstępne 6
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Słowo wstępne

Nie jest tak, żeby katolik umiał odpowiedzieć sobie na wszystkie pytania religijne,
które mu się nasuwają, i na wszystkie zarzuty przeciwko wierze, które do niego
dochodzą. Nie da się jednak być wierzącym na serio, jeśli komuś nie zależy na cią-
głym pogłębianiu swej wiedzy religijnej i jeśli ktoś w ogóle nie szuka odpowiedzi
na przynajmniej najbardziej gorące pytania i zarzuty, które przed nim stają.

Już przeszło trzydzieści lat – dokładnie od roku 1973 – odpowiadam w miesięczni-


ku W drodze na nadchodzące od czytelników pytania, dotyczące wiary, Kościoła,
Pisma Świętego, sensu życia, poszczególnych zagadnień etycznych itp. Opubliko-
wane tam listy wydałem następnie w czterech książkach (oprócz książki niniejszej
są to: Szukającym drogi, Nadzieja poddawana próbom oraz Poszukiwania w wie-
rze). Ponieważ odnośna rubryka w miesięczniku W drodze wciąż żyje i podejmuję
tam coraz to nowe pytania, z którymi różni ludzie się do mnie zwracają, zapewne
za jakiś czas ukaże się jeszcze piąty tomik w tej serii.

Sądzę, że nie da się obiektywnie ustalić stopnia ważności poszczególnych pytań.


Pytanie, które komuś wyda się nieważne lub czysto akademickie, dla kogoś inne-
go może mieć znaczenie kluczowe w odkrywaniu logiki wiary, a nierozwiązanie
może stać się przeszkodą nie do pokonania w drodze do Boga. Odpowiadając od
wielu lat na pytania, dotyczące wiary i moralności, nauczyłem się podejmować z
całą powagą również te pytania, które na pierwszy rzut oka mogą wydać się błahe
lub tylko luźno związane z wiarą.

Być może ta lub inna moja odpowiedź wyda się zupełnie niezadowalająca, a na
pewno żaden z tych listów nie zawiera odpowiedzi wyczerpującej. Z drugiej jed-
nak strony ufam, że w książce tej (jak i w trzech pozostałych) można znaleźć nie
tylko próbę odpowiedzi na niektóre pytania, jakie każdy z nas rzeczywiście sobie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Słowo wstępne 7
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

stawia. Mam nadzieję, że przedstawia ona pewien styl myślenia religijnego, któ-
ry pogłębia umiejętność radzenia sobie z rozmaitymi problemami religijnymi i
moralnymi, jakie mogą się w naszym horyzoncie pojawić. Było bowiem moim
zamiarem podejmować poszczególne pytania w sposób twórczy i samodzielny, a
zarazem w jak największej łączności z naszymi ojcami w wierze. Jest to styl myśle-
nia religijnego i moralnego typowo katolicki. Do Czytelnika należy osąd, w jakim
stopniu zamysł ten udało mi się zrealizować.

Przede wszystkim jednak nie zapomnijmy o tym, że pogłębianie swojej wiedzy re-
ligijnej jest wprawdzie czymś bardzo ważnym, ale to tylko środek do celu. Celem
wiary jest Jezus Chrystus. Być chrześcijaninem znaczy szukać bliskości z Chrystu-
sem, który żyje, otwierać się na Jego światło i moc. Być zaś chrześcijaninem-kato-
likiem znaczy szukać Chrystusa w Kościele, który, jak zakochana małżonka, wpro-
wadza nas w głębię nauki swojego Oblubieńca i Mistrza, umożliwia nam dotarcie
do Jego potężnej miłości, a nawet bezpośrednie uczestnictwo w Jego Najświętszej
ofierze i karmienie się Jego Ciałem. Żyjący Chrystus jako towarzysz i Pan mojego
codziennego życia jest ostateczną odpowiedzią na różne pytania religijne, jakie
przed nami stają.

Dlatego nie bójmy się pytań, dotyczących naszej wiary. Różne religijne trudności,
a nawet wątpliwości, zawierają bowiem w sobie obietnicę większego zbliżenia do
Chrystusa.

Jacek Salij OP
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny? 8


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny?


Pan Bóg jakby ukrywa się przed nami. Do tego stopnia, że niektórzy ludzie wątpią nawet w
Jego istnienie. A przecież łatwiej byłoby w Niego wierzyć, gdyby jakoś dał nam się widzieć.
Dlaczego tyle ciemności w pytaniach dla człowieka najważniejszych: o sens życia, o nasz los
ostateczny, o prawdziwość Ewangelii itp.?

Z drugiej jednak strony, ile wdzięku ma w sobie niewidzialność różnych zjawisk


w naszym życiu! Na przykład: jadę samochodem. To jednak różnica jechać samo-
chodem, którego motor wszystkimi możliwymi sposobami przypomina o swoim
istnieniu – huczy, parska, trzęsie, roznosi po całym wozie zapach benzyny, męczy
się przy zwiększaniu szybkości; a jechać samochodem szybko i gładko, tak że nie-
mal nie zauważa się pracy motoru, a nawet samego jego istnienia.

Zapewne świadczy to o moim braku spostrzegawczości: Zdarzyło mi się kiedyś, że


dopiero za którymś z kolei pobytem w pewnej sali zacząłem się zastanawiać nad
tym, gdzie umieszczono źródła światła. Przedtem nie zauważyłem nawet, że w sali
nie widać ani jednej żarówki i lampy, i że właśnie ta dyskrecja źródeł światła doda-
je wiele ciepła oświetleniu tego pomieszczenia.

Inny przykład: Pokreślony maszynopis jest dowodem, ile autor musi się napraco-
wać nad słowem, zanim je przekaże czytelnikowi. Ale do czytelnika dochodzi już
tekst przepisany na czysto, praca autora właściwie przestaje być widoczna. Jeśli jest
to dobry pisarz, ludzie będą podziwiać jego umiejętność posługiwania się słowem,
rzadko kto zauważy jednak, ile pracy włożył on w swój tekst. Każdy, kto nieco in-
teresuje się sztuką, wie o tym, jak istotnym elementem znawstwa w tej dziedzinie
jest umiejętność rozpoznawania zastosowanych technik, nowatorskich pomysłów,
włożonej pracy – rzeczy, które w dużym stopniu uchodzą uwagi przeciętnego wi-
dza.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny? 9


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Niewidzialność niektórych wartości jest szczególnie cenna w stosunkach między-


osobowych. Miłość małżeńska przeważnie tylko na początku obwieszcza wszem
wobec swoje istnienie, co naraża ją zresztą na odrobinę śmieszności w oczach po-
stronnych widzów. W miarę jak się pogłębia i dojrzewa coraz mniej rzuca się w
oczy, a zarazem coraz więcej przenika sobą wszystko. To samo można powiedzieć
o wdzięczności czy miłosierdziu: uciążliwa to wdzięczność, która wyraża się nad-
skakiwaniem swojemu dobroczyńcy; niedobre to miłosierdzie, które nadaje o so-
bie głośne komunikaty.

Dobry promotor tak kieruje pracą magisterską, że student ma poczucie całkowitej


samodzielności swojej pracy. Po tym poznać dobrego wychowawcę, że podopiecz-
ni w ogóle nie czują się wychowywani, a przecież to właśnie on wtajemnicza ich w
umiejętność życia. Zbyt dużo jednak już tych przykładów, przejdźmy wreszcie do
Pańskiego pytania.

Sądzę, że znaleźliśmy już dwie wstępne odpowiedzi na pytanie, dlaczego Pan Bóg
jest niewidzialny, dlaczego ukrywa się jakby przed nami. On jest Stwórcą ludzi i
rzeczy, On obdarzył nas i otaczający nas świat wielkim wewnętrznym bogactwem.
Toteż Pan Bóg nie chce być obecny w świecie w taki sposób, żeby Jego nieskończo-
na wspaniałość zasłaniała bogactwo Jego stworzeń. Jego wszechobecność jest dys-
kretna, bo – po pierwsze – On jest wierny sobie: stworzył nas osobami, a więc chce
być promotorem naszej osobowej samodzielności i nigdy nie będzie jej ograniczał.
Po drugie, Pan Bóg stworzył również byty nieosobowe, naiwne są więc nasze pre-
tensje, że Jego obecność nie zagłusza krzykliwie tego wszystkiego, co przecież On
sam powołał do istnienia.

Zarazem jednak niewidzialność Boga wcale nie oznacza, jakobyśmy nie mogli
rozpoznać Jego obecności. Człowiek otrzymał od swojego Stwórcy wystarczają-
co dużo wrażliwości duchowej, żeby „z wielkości i piękna stworzeń poznać ich
Stwórcę” (Mdr 13,5). Jeśli zaś komuś trudno rozpoznać Bożą obecność w sobie i
w świecie, nie będzie rzeczą nierozsądną postawić sobie dwa pytania. Po pierwsze:
Może wynika to z mojego gapiostwa? Mogę nie poznać się na dziele sztuki, jedząc
dobry obiad, mogę nie zauważyć kulinarnego mistrzostwa gospodyni – dlaczego
więc z góry wykluczać możliwość analogicznego gapiostwa w stosunku do całego
świata jako do dzieła Stwórcy?
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny? 10


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Po wtóre: A może jestem duchowo niedojrzały i zbyt leniwy, może właśnie to jest
przyczyną, że nie dostrzegam tej chwały, którą cały świat śpiewa swemu Stwórcy?
Samo postawienie sobie tego pytania obraża moją miłość własną – zwłaszcza jeśli
jestem na przykład profesorem uniwersytetu albo uważam się za człowieka nie-
skazitelnie uczciwego – ale przecież nie wolno mi z góry zakładać, jakoby liczni
moi bliźni, którzy twierdzą, że świat całym sobą i nieustannie świadczy o swojej
stworzoności, byli ofiarami łatwowierności lub mitomaństwa. Powinienem wziąć
pod uwagę – przynajmniej jako jedną z hipotez – że może to raczej ja jestem nie
dość duchowo wrażliwy: może tak bardzo skoncentrowałem się na sprawach sto-
sunkowo powierzchownych, że nie dostrzegam już tego, co najgłębsze?

To, co powiedzieliśmy dotychczas, jest zaledwie wstępem do odpowiedzi na py-


tanie, dlaczego Bóg jest niewidzialny. Wskazaliśmy dopiero kierunek poszuki-
wań, jak spostrzec Boga, jak zauważyć samo Jego istnienie. A przecież Bóg ma swe
osobowe wnętrze, jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Otóż spostrzegawczość
jest prawie zupełnie nieprzydatna, jeśli chcę poznać wnętrze drugiej osoby. Nawet
wnętrze bliźniego – a więc podobnego mi człowieka – jest przede mną ukryte,
a cóż dopiero wnętrze Przedwiecznego i Nieskończonego Boga! Jedynym sposo-
bem, aby druga osoba otworzyła się przed nami, jest zyskanie jej zaufania, szacun-
ku, miłości.

Otóż Pan Bóg z całą pewnością chce się przed nami otworzyć. On pierwszy nas
ukochał; dał i nieustannie daje wystarczające dowody, że Mu na nas zależy. Ale
oczekuje od nas miłości, nie wystarczy Mu, że się łaskawie zgodzimy na to, żeby
nas kochał. Dlatego chce, abyśmy się o Jego miłość ubiegali, żeby również nam na
Nim zależało. I to jest chyba główna przyczyna, dlaczego się częściowo przed nami
ukrywa: bo chce być przez nas szukany. Przecież podobnie jest w miłości między
ludźmi. Choćby nie wiem jak mi na kimś zależało, nie wolno mi być wobec niego
natrętnym, powinienem zachować pewien dystans, bo inaczej uniemożliwię moje-
mu ukochanemu prawdziwą miłość, zabraknie mu bowiem przestrzeni, aby wyjść
aktywnie naprzeciw mojej miłości.

Panu Bogu zbyt na nas zależy, aby być wobec nas natrętnym. On szuka nas nie-
ustannie, ale zawsze w taki sposób, żeby nas pobudzić do szukania Go. Po prostu
jeśli Bóg wzywa do miłości, jest to wezwanie do miłości prawdziwej: ma to być
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego Pan Bóg jest niewidzialny? 11


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

również z naszej strony miłość aktywna. Przypomnijmy sobie, że właśnie w ten


sposób postępował Pan Jezus. Zstąpił On na ziemię, aby szukać nas, swoich zagu-
bionych owiec. A jednak czasem jakby ukrywał się przed ludźmi; Ten, który przy-
szedł szukać, sam chciał być szukanym: „A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie
ma tam Jezusa, a także Jego uczniów wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam
szukali Jezusa” (J 6,24).

Te ciemności, w których kochający Bóg pozostawia tych, co Go szukają, wnikliwie


opisuje św. Jan od Krzyża, zwłaszcza w swoim dziełku pt. Noc ciemna. Trudno mi
się oprzeć pokusie zacytowania większego fragmentu z wiersza pod tym samym
tytułem, napisanego przez tego wielkiego mistyka:

Pośród tej nocy błogiej


nikt mnie nie widział, kiedym szła swobodnie,
nie wskazało mi drogi
żadne światło przewodnie:
tylko w mym sercu płonęły pochodnie.

Ich blask drogę wskazywał


pewniej, aniżeli południa żar biały,
tam, gdzie mnie oczekiwał
ten który mój był cały,
w stronie, gdzie ludzkie stopy nie postały.

O, przewodniczko miła!
o, nocy droższa nad jutrznię różaną!
nocy, któraś złączyła
Miłego z Miłowaną,
w Ukochanego zmieniając Kochaną!
tłum. Stanisław Barańczak

Analogiczne ciemności ogarniają od czasu do czasu również miłość małżeńską, je-


śli jest dojrzała i rozwija się prawidłowo. Jeśli nie rozpoznam ich natury, ciemności
takie mogą wprawić w panikę i zamiast oczyszczać i pogłębiać miłość – spowo-
dować wiele zamieszania i szkody. Nieznajomość pewnych elementarnych praw,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy urodzenie determinuje przynależność religijną? 12


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

które rządzą miłością, może wiele zaszkodzić nie tylko życiu religijnemu, ale w
ogóle wszelkiej ludzkiej miłości.

Dotychczas mówiliśmy o ciemnościach błogosławionych. Istnieją również ciem-


ności przeklęte, płynące ze zła, jakie czynimy i jakie w nas jest. Niszczą one miłość,
a w każdym razie utrudniają jej rozwój. „Światłem ciała jest oko twoje. Jeśli twoje
oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie pełne światła. Lecz jeśli jest chore, także
twoje ciało będzie ciemne. Patrz więc, czy przypadkiem światło, które jest w tobie,
nie jest ciemnością” (Łk 11,34n).

Żeby zobaczyć Boga, trzeba mieć czyste spojrzenie oczu. Bóg jest zbyt święty, żeby
można Go było zobaczyć chorymi oczami, żeby mogli Go zobaczyć ci, którym na-
wet na myśl nie przyjdzie, że Boga należałoby jednak szukać całym sobą, bo jest
On przecież Stwórcą człowieka i wszystkiego, co istnieje. „Grzechy wasze wykopa-
ły przepaść między wami a waszym Bogiem” (Iz 59,2). „Pan jest blisko wszystkich,
którzy Go wzywają, wszystkich wzywających Go szczerze” (Ps 145,18).

Czy urodzenie determinuje przynależność


religijną?
Skąd ja mogę mieć pewność, że chrześcijaństwo jest prawdziwe? Przecież to przypadek spra-
wił, że urodziłem się katolikiem. Gdybym się urodził buddystą, byłbym przekonany, że bud-
dyzm jest prawdziwy.

Spróbujmy zastosować Pańskie „co by było, gdyby” do przypadku najbardziej


skrajnego. Ufam, że Pan się nie obrazi; nie zdecydowałbym się użyć tego argumen-
tu, gdyby nie osłaniał Pana wobec czytelników parawan anonimowości, zresztą
moje „gdybanie” będzie przecież jakimś poszukiwaniem odpowiedzi na postawio-
ny przez Pana problem. Otóż wyobraźmy sobie, że urodził się Pan w roku 1920 w
Hamburgu czy Norymberdze. Nie wiadomo, jak by się wówczas potoczył Pański
żywot. Ale nie jest wykluczone, że w swoim czasie wstąpiłby Pan do Hitlerjugend,
raz może zdarzyłoby się Panu wydać w ręce gestapo ukrywających się Żydów, a
jako inwalida wojenny być może ryczałby Pan z zachwytu, oglądając w kinie sceny
ze straszliwej egzekucji uczestników zamachu na Hitlera. To wszystko mogłoby
się zdarzyć, ale zarazem przyzna Pan, że zdarzyć by się nie musiało. Bo sytuacja, w
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy urodzenie determinuje przynależność religijną? 13


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

jakiej człowiek rodzi się i żyje, chociaż głęboko nas określa, nie odbiera nam wol-
ności wyboru; jest raczej przestrzenią, w której dzieje się wolność człowieka.

Sytuacja powyższa też była sytuacją religijną, tyle że głęboko zwyrodniałą. Miliony
młodych Niemców znalazło się wówczas bez swojej winy w samym środku cyklo-
nu bałwochwalczego, który pustoszył ich ojczyznę. Ostateczne uwarunkowania, w
jakich żyje człowiek, są zawsze religijne albo bałwochwalcze.

Pan powiada: „gdybym urodził się buddystą...” Ani mnie, ani zapewne Panu nawet
na myśl nie przyjdzie utożsamiać buddyzm z bałwochwalstwem. Owszem, w kon-
kretnych postawach wyznawców tej religii sporo jest bałwochwalstwa, tak jak jest
go sporo w nas, konkretnych chrześcijanach. Natomiast nie ma powodu, żebyśmy
jako chrześcijanie mieli negować znaczenie tej religii w jej dziele budowania wnę-
trza ludzkiego, zwracania ludzi ku temu, co duchowe, ku prawdzie, ku wzajemnej
życzliwości. Gdyby Pan urodził się buddystą, czerpałby Pan ze skarbów tej religii
więcej lub mniej, czysto formalnie lub w sposób rzeczywiście budujący ducha. Za-
tem to jednak nie jest tak, że urodzenie się w jakiejś religii automatycznie czyni
człowieka jej wyznawcą. Podobnie jak urodzenie się z rodziców Polaków nie czyni
automatycznie człowieka polskim patriotą.

„Ależ księże, ksiądz chyba jesteś libertyn – mógłby mi ktoś teraz zarzucić – wy-
rażając się tak pozytywnie o buddyzmie, stawiasz go jakby w jednym rzędzie z
chrześcijaństwem”. Otóż właśnie że nie (ale o tym za chwilę), przyjmuję tylko sta-
nowisko ostatniego Soboru, który w Deklaracji o stosunku Kościoła do religii nie-
chrześcijańskich każe uznać wszystkie prawdziwe wartości w innych religiach, bo
wielkość chrześcijaństwa jest wystarczająco autentyczna, aby jej nie budować w
sposób pozorny, przez poniżanie innych.

Nie przypadkiem porównałem urodzenie się w jakiejś religii z przyjściem na świat


w określonej wspólnocie narodowej. Na wielość religii można spojrzeć analogicz-
nie jak na wielość narodów: jedno i drugie składa się na duchowe bogactwo ludz-
kości. Ojczyzna, język i religia stanowią najistotniejsze wymiary wspólnoty kul-
turowej, do której wchodzi się przez urodzenie i wychowanie, a następnie przez
aktywne uczestnictwo. Nie jesteśmy w stanie do końca uświadomić sobie, jak
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy urodzenie determinuje przynależność religijną? 14


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

głęboko wspólnota ta ogarnia nas i kształtuje nasze postawy oraz nasz sposób pa-
trzenia na świat. W dobrym i w złym: bo w każdej tradycji kulturowej są również
wątki nieautentyczne, niszczące ducha, które należy przezwyciężać. Krótko mó-
wiąc, przez przyjście na świat w określonej wspólnocie kulturowej nikt nie otrzy-
muje gwarancji, że jego uczestnictwo w tej wspólnocie będzie autentyczne: tutaj
potrzebna jest praca ducha. Chrześcijanin nie jest pod tym względem w sytuacji
lepszej niż buddysta.

Błagam, niech mnie Pan nic zrozumie w ten sposób, jakobym głosił dyrdyma-
ły pod tytułem „Każda wiara jest dobra, byleby człowiek żył według tego, w co
wierzy”. „Dobroć” wiary jest ściśle uzależniona od tego, w jakim stopniu pomaga
ona ludziom poznawać samych siebie, odkrywać swoje ostateczne przeznaczenie i
zwracać się całym swoim życiem ku Temu, od którego pochodzi wszystko. Wyzna-
wana wiara jest w jakimś – rzeczywistym lub pozornym, całościowym lub cząstko-
wym – odniesieniu do ostatecznych wymiarów rzeczywistości, i od tego zależy jej
wartość, a nie od tego, czy zaspokaja jakieś potrzeby psychiczne, cementuje jakieś
więzi społeczne albo czy cechuje się wewnętrzną zwartością.

Jeśli – idąc za wspomnianą deklaracją Soboru – tak pozytywnie oceniam wielkie


religie ludzkości, to w przekonaniu, że to, co przez pokolenia było przedmiotem
wiary milionów ludzi i wielorako wcielało się w kulturę, nie może być czystą po-
myłką ani nawet przede wszystkim pomyłką. Na pewno są w różnych religiach
liczne wątki nieautentyczne, jako że grzeszni jesteśmy; ale nie można powiedzieć,
że w ogóle są to religie nieprawdziwe czy nieautentyczne. „Kościół katolicki – czy-
tamy w soborowej deklaracji (nr 2) – nie odrzuca nic z tego, co w religiach owych
jest prawdziwe i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów
działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach
różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak mają
w sobie promień owej Prawdy, która oświeci wszystkich ludzi”.

Dlaczego chrześcijaństwo jest religią najszczególniejszą wśród wszystkich innych?


Jeśli Polak, Niemiec albo Rosjanin będzie mówił o swoim narodzie, że jest najlep-
szy ze wszystkich narodów świata, nie będziemy mieć wątpliwości, że plecie duby
smalone i może nawet zabraknie nam ochoty podjąć z nim dyskusję. Łatwo nam
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy urodzenie determinuje przynależność religijną? 15


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

uznać, że to coś wspaniałego być Polakiem, Niemcem czy Rosjaninem, bo kultura


każdego z tych narodów daje człowiekowi znakomite – a przecież jakoś odmien-
ne – możliwości rozwoju. Nie widać jednak powodów, żeby którąkolwiek z tych
kultur uznawać za wyższą lub lepszą czy prawdziwszą od innych. Dlaczego więc
zupełnie inną miarę stosujemy do religii i przyznajemy chrześcijaństwu znaczenie
tak wyjątkowe, że pragniemy naszą wiarę głosić wszystkim narodom i wyznawcom
wszystkich innych religii? Przecież na myśl nam nie przyjdzie skłaniać Niemców
czy Rosjan, żeby zostali Polakami! Dlaczego więc jako chrześcijanie wychodzimy
z taką propozycją do buddystów i muzułmanów?

Bo wiara chrześcijańska to coś nieskończenie więcej niż głęboko wrośnięty w kul-


turę system religijnych dążeń ludzkich. Wiara chrześcijańska to Jezus Chrystus,
Przedwieczny Syn Boży, który przez swoje człowieczeństwo i śmierć na krzyżu stał
się Zbawicielem wszystkich ludzi. Jest On Zbawicielem nie tylko tych narodów,
którym udało się utworzyć chrześcijańską kulturę, On naprawdę odkupił wszyst-
kie narody i wszystkich ludzi. Dlatego nowina o tej niesłychanej miłości, jaką Oj-
ciec Wszechmogący okazał nam przez swojego Syna, powinna być głoszona do
końca świata i wszystkim narodom. Chrześcijanin, który tego nie rozumie, niech
się zastanowi, czy naprawdę wierzy w Chrystusa.

Jeśli komuś tak się poszczęściło, że już w niemowlęctwie otaczała go atmosfera tej
Nowiny, niech Bogu dziękuje za tak wielką łaskę i tym bardziej niech czuje się zo-
bowiązany przekazywać Nowinę dalej. Tak już jest, że w dzieciństwie jedni otrzy-
mują więcej niż inni. John Stuart Mill już w dzieciństwie został nauczony przez
ojca paru obcych języków, łącznie z łaciną i greką, a kto inny zaczął się uczyć języ-
ków dopiero w gimnazjum i miał w dodatku kiepską nauczycielkę.

Postawmy jeszcze kropkę nad „i”. Zastanówmy się nad sytuacją buddysty, który
z mlekiem matki wyssał żarliwe przywiązanie do wiary ojców. Sądzę, że jeśli do
takiego człowieka dotrze wieść o Jezusie Chrystusie i on się na nią otworzy, to nie
odrzuci on wówczas lekkomyślnie tych bogactw duchowych, w jakie został wsz-
czepiony od dzieciństwa, ale będzie je sprawdzał w świetle Ewangelii. Okaże się
wówczas zapewne, że nie tylko będzie mógł je zachować, ale jakby na nowo je uzy-
ska: bo w świetle Chrystusa niejedno z tradycji ojców tak mu się oczyści i pogłębi,
że nabierze nowej jeszcze wartości.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara dopuszcza wątpliwości? 16


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy wiara dopuszcza wątpliwości?


Do katolicyzmu zniechęca mnie to, że opiera się on na dogmatach. Wydaje mi się, że gdzie są
dogmaty, tam zakazane jest szukanie i wątpliwości. A jeżeli nie wolno szukać prawdy poza
prawdą uznaną za dogmat ani wątpić w prawdę uznaną za dogmat – to podejrzewam, że
chodzi tu o co innego niż o prawdę. Dogmaty, które wierzący ma obowiązek przyjąć, zamy-
kają wiarę na rozwój, na dostosowywanie się do coraz to nowych okoliczności, a chyba nawet
na prawdę.

Podniesiony przez Pana problem domaga się, jak rzadko który, uporządkowania
pojęć. Musimy sobie wyraźnie uświadomić różnicę między niepewnością a wątpli-
wością, między wątpliwością a zwątpieniem, między dogmatem a dogmatyzmem.
Zagubienie się w tym chaosie pojęć może doprowadzić do postawy pewnego ro-
dzaju samobójstwa: pod pozorem troski o prawdę możemy zabić w sobie samą
zdolność otwarcia się na prawdę.

Otóż wątpliwość wydaje się czymś innym niż prosta niepewność. Niepewność jest
nieodłączną cechą bardzo wielu naszych obserwacji, wiadomości, wnioskowań
itp. Często zresztą wcale nie psuje nam ona dobrego samopoczucia: jeśli nie od-
czuwamy potrzeby przezwyciężenia takich lub innych niepewności. Bo cóż z tego,
że zabierając się z nudów do liczenia wron siedzących na drzewie, nie mogę się ich
doliczyć? Czy to takie dla mnie ważne, ile ich tam jest – dziesięć czy jedenaście?

O ile zwykła niepewność jest postawą raczej statyczną, pasywną, to wątpliwość


wynika właśnie z czynnego stosunku do czynionych obserwacji posiadanej wie-
dzy, odziedziczonej tradycji. Żeby mogły we mnie powstać wątpliwości, problem
musi być dla mnie przynajmniej w jakimś aspekcie ważny. Aby wątpić w to, czy
ktoś mówi prawdę, musi mnie przynajmniej troszeczkę obchodzić to, o czym on
mówi. Im więcej zaś jakaś sprawa mnie obchodzi, tym dokładniej chciałbym zba-
dać, jak się ona przedstawia w rzeczywistości. Toteż słusznie powiada przysłowie
łacińskie, że dubitando ad veritatem pervenimus – „wątpliwość jest drogą do praw-
dy”. Umiejętność trafnego formułowania wątpliwości na temat naszych doświad-
czeń i przeświadczeń, dochodzących do nas opinii, opisów i hipotez, pomaga nam
oddzielać prawdę od nieprawdy, a także prowadzi do stawiania pytań, dzięki któ-
rym prawdę możemy poznać głębiej i szerzej.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara dopuszcza wątpliwości? 17


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Istnieją, oczywiście, również wątpliwości nieuzasadnione, które tylko zaciemniają


dostępną nam prawdę. Czasem ktoś ma dar rozwiewania takich wątpliwości: wy-
dawało nam się już, że w ogóle nie potrafimy się rozeznać, co tu jest prawdą, a ten
człowiek z wielką wnikliwością przedstawi cały problem, rozróżni rzeczy ważne
od mniej ważnych, rzetelnie odpowie na postawione pytania – i problem nam się
rozjaśni, wątpliwości rozproszą. Zdarza się również odwrotnie: ktoś ma dziwną
skłonność do zaplątywania się w wątpliwości najzupełniej jałowe, które tylko para-
liżują jego działanie, a nawet myślenie. Ktoś na przykład dwadzieścia razy zagląda
przed wyjściem na dworzec do walizki, czy nie zapomniał czegoś tam włożyć; ni-
czego oczywiście nie zapomniał, ale przy okazji zapomni kupić bilet.

Wątpliwościami można również kogoś obrazić. Rozumiem, oczywiście, bardzo


dobrze, że drugi człowiek ma prawo badać wiarygodność moich słów i zachowań,
ale przecież istnieją tu granice, których przekraczać nie wolno. Dlaczego wątpisz
o mojej szczerości – musimy czasem powiedzieć komuś bliskiemu – dlaczego nie
wierzysz temu, co mówię, jeżeli nie dałem ci żadnych powodów do takich wątpli-
wości?

O ile wątpliwość dotyczy sfery poznania, a w swojej postaci pozytywnej prowadzi


do prawdy – o tyle zwątpienie jest czymś głębszym, jest ono kryzysem w samym
środku ludzkiej osoby. „Zwątpiłem w sens życia”, „zwątpiłem, czy komuś jeszcze
jestem potrzebny”, „nie wierzę już, żebym mógł kiedyś zmienić się na lepsze” –
zwierzają się księdzu lub psychologowi ludzie udręczeni rozpaczą, samotnością,
swoim grzechem. „Wątpię, czy uda mi się skończyć te studia” – załamuje się stu-
dent, któremu nie powiódł się drugi już z kolei egzamin. Można zwątpić w czyjąś
przyjaźń, miłość, w swoje siły, w sens życia, w wyznawane ideały, można nawet
zwątpić w siebie lub w bliską sobie osobę.

Wiara, której nie mogę przyjąć ze względu na intelektualną wątpliwość, jest tyl-
ko niedoskonałą formą wiedzy. Ktoś mi mówi, że widział stado białych kruków,
a ja mu po prostu nie wierzę, ja mam co do tego wątpliwości. Natomiast zwąt-
pienie sprzeciwia się wierze nieporównanie głębiej ogarniającej człowieka. Powie-
dzieć komuś: „ja w ciebie zwątpiłem”, „ja w ciebie już nie wierzę” – to tak jakby go
duchowo zabić. Zwłaszcza jeśli moja wiara w niego podtrzymywała go na duchu
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara dopuszcza wątpliwości? 18


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wbrew ciągłym niepowodzeniom. Zwątpić zaś w siebie znaczy tyle co popełnić


duchowe samobójstwo (mówię oczywiście o zwątpieniu w siebie jako człowieka
a nie o zwątpieniu w siebie jako szachistę czy narciarza). Z kolei zwątpić w jakieś
fałszywe ideały to jakby zrzucić z siebie więzy, krępujące mnie w poszukiwaniu
prawdy i sensu życia.

Postawmy teraz pytanie: Czy wiara nadprzyrodzona, wiara w Chrystusa i w życie


wieczne dopuszcza wątpliwości albo zwątpienia? Gdyby nasza wiara była tylko
światopoglądem, obrażalibyśmy naszą godność istot rozumnych, gdybyśmy za-
mknęli ją na wątpliwości. Dzięki wątpliwościom możemy przecież oczyszczać to,
co w naszych poglądach słuszne, z tego, co niesłuszne; wątpliwości, jeśli oczywiście
nie pozwalamy im na naruszanie rygorów racjonalności, pomagają nam ponadto
pogłębić się w znajomości prawdy. Toteż niewierzący, który dopiero szuka praw-
dy ostatecznej, powinien starannie badać treść podawanego mu przesłania wiary
i nie uciekać od wątpliwości, jakie mu się wówczas nasuwają. Prawda ostateczna z
pewnością przekracza pojemność ludzkiego rozumu, ale nie może przecież być z
nim w sprzeczności.

Czy natomiast człowiekowi wierzącemu zakazane są wątpliwości w wierze? Zakaz


to bardzo nietrafne słowo. Wiara to jest przecież realna łączność z Bogiem żywym.
Łączność wprawdzie jakby przez zasłonę, ale jej realność potwierdzają na co dzień
liczne znaki; łączność przekraczająca doświadczenie, ale również w nim znajdu-
jąca wyraz. Wątpliwości, czy będziemy stanowić dobraną parę, są na miejscu w
okresie narzeczeńskim, kiedyśmy się jeszcze nie do końca zaangażowali w siebie
wzajemnie. Jeśli już jesteśmy małżeństwem, wątpliwości są nie tyle zakazane, co
niemożliwe: zbyt głębokośmy się zaangażowali. Teraz tylko coś dużo głębszego
może podważyć naszą jedność, coś proporcjonalnego do naszego zaangażowania,
mianowicie zwątpienie. Zwątpienie w sens naszego związku, czyli postawa egzy-
stencjalna, którą niszczymy coś, o czym byliśmy niegdyś przeświadczeni, że będzie
trwało na wieki.

Zwątpienie nie jest czymś złym z natury, jest ono przecież jedynym sposobem wyj-
ścia z fałszywych zaangażowań egzystencjalnych. Staje się ono jednak straszliwą
niszczącą siłą, jeśli podważa w nas zaangażowanie wielkie i słuszne. Nie każdy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara dopuszcza wątpliwości? 19


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

musi być nauczycielem, ale jeśli już nim jest, straszna to rzecz zwątpić w sens
świadectwa, jakie nauczyciel winien młodym ludziom. Można się zastanawiać, czy
chcemy następnego dziecka, ale straszna to rzecz, jeśli matka lub ojciec zwątpią w
sens rodzicielstwa wobec dziecka już poczętego.

Otóż trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Jeśli człowiek wierzący wątpi o prawdach
wiary, nie są to już wątpliwości, ale zwątpienia, czyli stan ducha, w którym zaan-
gażowanie w Boga żywego uległo stopniowej korozji. Rzecz jasna, nie nazywam
zwątpieniem zwykłych trudności w wierze czy nawet nawałnicy ciemności, w
której jednak człowiek stara się nie utracić łączności z Bogiem żywym. Otóż jeśli
Chrystus naprawdę (a nie tylko w moich poglądach) jest Zbawicielem, jeśli wiara
katolicka naprawdę przekazuje ludziom prawdę zbawienia – zwątpienie w wierze
jest czymś bez porównania poważniejszym niż intelektualne wątpliwości co do
słuszności wyznawanego światopoglądu.

Ktoś mógłby zarzucić powyższym wywodom: „Jeśli wątpliwości co do wiary przy-


bierają z konieczności postać zwątpienia, a zwątpienie jest czymś aż tak groźnym,
to jedynym chyba wyjściem z tych układów jest – skoro się już jest człowiekiem
wierzącym – przyjmować dogmaty na ślepo i w ogóle się nad nimi nie zastana-
wiać. Czy jest to jednak postawa godna myślącego człowieka? A ponadto, jeśli
wiara, w którą się ktoś zaangażował, jest fałszywa – to przy takiej postawie byłby
on na nią skazany na zawsze”.

Otóż nasz stosunek do dogmatów wiary powinien być przeciwieństwem postawy


dogmatycznej. Przez dogmatyzm rozumiem zamknięcie się w jakiejś teorii, w ja-
kimś poglądzie, w jakiejś formule. W dogmatyku w ogóle nie pojawia się potrzeba
badania rzeczywistości, konfrontowania swojej teorii z rzeczywistością, wcielania
wyznawanej prawdy w rzeczywistość; jemu wystarcza jego doktryna.

Dogmaty wiary – jeśli tylko wierzymy naprawdę – należy wyznawać zupełnie


inaczej. Jeśli bowiem naprawdę wierzymy, że zawierają one prawdę Bożą (a więc
prawdę odsłaniającą ostateczne przeznaczenie człowieka i wzywającą go do życia
wiecznego), to należy je nieustannie zgłębiać, zadawać im pytania wynikające z
aktualnej (osobistej lub społecznej) sytuacji, wprowadzać je w czyn.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara dopuszcza wątpliwości? 20


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Weźmy dla przykładu dogmat: „Wierzę w ciała zmartwychwstanie”. Tutaj nie wy-
starczy zwykłe przyświadczenie rozumu: ponieważ sam Chrystus głosił obietnicę
zmartwychwstania, więc wierzę, że zmartwychwstaniemy. To jest zaledwie mini-
mum. Ja tym prawdziwiej wyznaję ten dogmat, im bardziej już teraz otwieram
swoje ciało i różne jego dynamizmy na przeduchowienie. Tak samo dopóki nie na-
uczę się zauważać wielkich dzieł mocy Bożej, które dzieją się każdego dnia, praw-
da wiary, że Bóg ma moc wskrzesić z prochu nasze zniszczone ciała, będzie dla
mnie raczej abstrakcyjnie wyznawaną formułą niż dogmatem. Sentencję dogma-
tyczną wtedy dopiero przeżywam prawdziwie jako dogmat, jeśli stała się ona dla
mnie prawdą egzystencjalną, którą czynię i która mnie tworzy.

Ludzie wyznają również dogmaty fałszywe. Na przykład hitlerowcy wyznawali do-


gmat, że „dobrem jest wszystko, co służy poszerzeniu przestrzeni życiowej dla na-
rodu niemieckiego”. I oni według tego dogmatu rzeczywiście postępowali, był on
dla nich czymś nieporównanie więcej niż przeświadczeniem światopoglądowym.
Dogmaty jednak również podlegają weryfikacji, choć innej niż twierdzenia czysto
teoretyczne (weryfikacji logicznej i światopoglądowej podlega jedynie teoretycz-
na warstwa dogmatu). Jeśli dogmat jest fałszywy, wyznawanie go i wprowadza-
nie w czyn niszczy jego wyznawcę i sieje zniszczenie wokół; człowiek przemienia
się wówczas – żeby użyć biblijnego wyrażenia – w „obrzydliwość spustoszenia”. I
przeciwnie, prawdę dogmatu poznać po tym, że – jeśli tylko nie ograniczam się do
czysto teoretycznej jego akceptacji – on mnie uczłowiecza, pogłębia jednocześnie
i poszerza.

Pan Jezus wyrzucał swoim wyznawcom „małą wiarę” (por. Mt 6,30; 8,26; 14,31;
16,8). Tylko drugorzędnie wypominał nam wówczas niedostatek przyświadcze-
nia umysłowego swojej nauce. Słaba wiara to przede wszystkim wiara podatna na
zwątpienie. To wiara w duszy, która lęka się otworzyć zbyt szeroko na Bożą prawdę
i moc. Powinniśmy wówczas wołać do Chrystusa wraz z ewangelicznym błagalni-
kiem: „Wierzę, Panie, ale zaradź niedowiarstwu memu!” (Mk 9,24) Wierzę, Panie,
ale tylko Ty sam możesz rozkurczyć moją duszę, która boi się zaufać Ci całkowi-
cie!
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara zwiększa trud życia? 21


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy wiara zwiększa trud życia?


Siostra, osoba wierząca, nie chce swojego dziecka uczyć modlitwy i zakazuje mówić mu o
Bogu. Powiada, że na to będzie jeszcze czas, a na razie nie trzeba psuć dziecku radości dzie-
ciństwa. Jak jej wytłumaczyć, że nie ma racji?

Ciekaw jestem, czy siostra Pani uczy swoje dziecko dzielić się z innymi otrzymaną
zabawką, cukierkami itp. Gdyby była konsekwentna, powinna by tego zaniechać:
przecież to mąci dziecku spontaniczną radość z otrzymanego daru! Będzie jeszcze
czas – prowadźmy dalej to absurdalne rozumowanie – nauczyć je liczenia się z ist-
nieniem innych, kiedy dorośnie i będzie więcej rozumiało.

Czy naprawdę jednak ludzki trud niczego już więcej w sobie nie zawiera poza
przekleństwem? Przecież właśnie u dziecka najwyraźniej można zobaczyć, że trud
bywa również pracą poszerzania i pogłębiania samego siebie, wydobywaniem z
siebie tego, co jeszcze ukryte, a szczególnie cenne. Proszę przypatrzyć się dziecku,
które uczy się siadać: jakżeż ono wtedy ciężko pracuje, całe jest zasapane, używa
wszystkich swoich sił, żeby osiągnąć ten trudny cel, wyznaczony mu przez naturę.
Dlaczego wtedy patrzymy z radością na jego trud i jeszcze je zachęcamy do dal-
szych wysiłków? Bo sam widok radości malca, że wreszcie udało mu się usiąść,
jest wystarczającym dowodem, iż oszczędzanie dziecku tego wysiłku byłoby czymś
nieludzkim i zdarza się zapewne tylko w domach dziecka.

Przypatrzmy się jeszcze sytuacjom, kiedy zachęcenie dziecka do przełamania się


sprawia mu wyraźną przykrość. Matka każe na przykład dziecku poczęstować
otrzymanymi cukierkami wszystkich obecnych w mieszkaniu. Wtedy twarzyczka
jego czasem z rozpaczy aż się wydłuży: przecież w ten sposób utraci niemal poło-
wę swojego skarbu, który tylko jemu był ofiarowany! Postawmy retoryczne pyta-
nie: Czy jest to tylko tresura, wdrażająca dziecko w przyjęte przez dorosłych za-
sady współżycia? Oczywiście, nie! Czy nie zdarzało nam się wielokrotnie oglądać
dzieci w zupełnie odmiennej sytuacji – całe promieniujące radością, że mogą się
dzielić z kimś sobie drogim i w ten sposób okazać swój entuzjazm z powodu jego
obecności? Trud przełamywania egoizmu, nakazywany przez rodziców, odsłonił w
dziecku głęboko leżącą w jego naturze zdolność do miłości.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wiara zwiększa trud życia? 22


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Ja tu mówię o pożytkach trudu w życiu dziecięcym, a przecież wchodzenie dziecka


w wymiar wiary może się dokonywać równie spontanicznie i radośnie, jak stop-
niowe wprowadzanie go w tajniki jedzenia. Ileż poczciwej, a przecież już prawdzi-
wie religijnej radości w jego oczach, kiedy pokazując na święty obraz, woła: „Bo-
zia! Bozia!” Trud wiary pozna dopiero później, kiedy na przykład trzeba będzie
czasami przełamać swoje lenistwo i nawet jeśli się nie chce – klęknąć do modlitwy.
Pierwsze jednak, u samego progu refleksyjnej świadomości, spotkania z Panem
Bogiem są zapewne dla niego (jeśli wolno nam się domyślać z jego zachowania)
wspaniałą, fascynującą przygodą.

Być może jest to jakaś bardziej powszechna prawidłowość, która dotyczy nie tylko
wieku dziecięcego: że spotkanie z wielkimi wartościami budzi najpierw fascyna-
cję, a dopiero później poznaje się związany z nimi trud. Przecież również dorosły
konwertyta pierwszy swój okres spotkania z Bogiem przeżywa nawet w euforii, a
prawie zawsze jako czas wielkiego duchowego szczęścia. Powszedni trud wiary, a
nawet ciężkie noce przychodzą dopiero później.

Podobnie jest chyba ze wszystkimi: Bywają młodzi ludzie, którzy długo marzą o
tym, żeby zostać lekarzami, nauczycielami czy księżmi. Kiedy już to wreszcie osią-
gnęli, początkowo chodzą jak zauroczeni: tak im odpowiada ta praca, każdy dzień
przynosi im nowe potwierdzenia, że bardzo dobrze wybrali. Ciężki trud tych za-
wodów poznaje się dopiero z czasem. Ciężki – a przecież dający tyle satysfakcji!

Czy nie tak samo jest z narodzinami dziecka? Młody ojciec chodzi jak zwariowa-
ny z radości, że urodziła mu się córeczka; cały świat mu się zaróżowił. Później –
zwłaszcza kiedy się urodzą następne dzieci – jego okulary stracą różowy odcień,
a nawet się zaciemnią. Czyżby wynikało stąd, że nie warto mieć dzieci, bo to tyle
kosztuje?

Sądzę, że jeśli ktoś za wszelką cenę chce oszczędzić dziecku trudu, każdego trudu,
świadczyć to może o tym, że on sam nie dostrzega jeszcze dostatecznie różnicy
między trudem przeklętym, niepotrzebnym, a sensownym, otwierającym nowe
horyzonty, rozszerzającym samego nawet człowieka. Trzeba dziecku oszczędzać
tego pierwszego trudu, ale chronić je przed tym drugim znaczyłoby ciężko je
krzywdzić.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić 23


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W jednym siostra Pani ma, być może, rację. Psychologowie przestrzegają przed
tym, żeby pierwszy kontakt dziecka z wiarą nie był mu narzucany. Rodzice po-
winni mu podpowiadać – stosownie do jego pojętności – że świat nie kończy się
na tym, co widzialne; wolno im też sugerować pierwsze formy kontaktu z Bogiem.
Ale trzeba uważnie obserwować, czy dziecko te formy akceptuje, czy ponadziem-
ski wymiar ludzkiego życia budzi jego fascynację, czy raczkowanie w modlitwie
to dla niego równie radosna przygoda, jak nauka chodzenia. Jeżeli rodzice nie
pomogą mu uformować w sobie postawy wiary jako czegoś własnego, może się to
fatalnie odbić w jego późniejszym życiu religijnym.

I na koniec bodaj czy nie najważniejsza uwaga, związana z tematem przekazy-


wania wiary dzieciom. Mianowicie każdy, przed kim staje to zadanie, powinien
postawić sobie wówczas pytanie o swoją własną wiarę: Czym wiara jest dla mnie?
Czy przenika ona i wieńczy cały sens mojego życia? Czy jest ona największą moją
radością? Od odpowiedzi na te pytania istotnie zależy to, czy uda nam się własne
dzieci wprowadzić we wspaniałą rzeczywistość wiary.

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej


zakorzenić
Niepokoi mnie usłyszane gdzieś podejrzenie, że duchowa droga mistyków polega na celowym
wpędzaniu się w schizofrenię. Najpierw mistycy uwalniają się od wszelkich pragnień i pożą-
dań, które związywały ich z rzeczywistością. Kiedy wreszcie nastąpi całkowity zanik ziem-
skich pragnień, czyli zupełne oderwanie się od rzeczywistości, przychodzi jakaś straszna noc
ducha: człowiek wchodzi w rozdzierającą go próżnię, aż wreszcie zaczyna się ona wypełniać
zupełnie inną rzeczywistością, nieziemską, która była celem tej drogi. Do złudzenia przypo-
mina to schizofrenię, która na tym polega, że to, co rzeczywiste, w ogóle dla schizofrenika nie
istnieje, istnieje zaś to, czego w rzeczywistości nie ma.

Przecież w tym zestawieniu ze schizofrenią przeoczona została sama istota misty-


ki! To tak jakby twierdzić, że nie ma większej różnicy między żywym człowiekiem
a manekinem, bo jeden i drugi ma głowę, i oczy, i nos, i ręce, i nogi.

Proszę Pani, napędem prawdziwej mistyki jest miłość. Toteż jeśli z czymkolwiek
zestawiać drogę całkowitej miłości Boga, to z jakąś inną prawdziwą miłością. I rze-
czywiście, jest sporo podobieństwa na przykład między dobrą miłością małżeńską
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić 24


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

a coraz bardziej całkowitym otwieraniem się na Boga. Jedno i drugie zaczyna się
zwykle od zakochania, od serdecznego zachwytu drugą osobą, pragnieniem od-
dania się jej i przebywania z nią na zawsze. Ta pierwsza miłość, uczuciowo za-
zwyczaj bardzo intensywna, jest jednak niedojrzała. Pragnie oddać się całkowicie,
ale praktycznie jest do tego niezdolna. Przeszkadzają jej w tym liczne egoistyczne
przywiązania. Przy pierwszej większej przeszkodzie okazuje się, że jest to miłość
słaba jeszcze, która musi się nadzwyczajnie zmobilizować, żeby nie zaniknąć. Jed-
nakże ów wysiłek wierności w sytuacji próby ma wielki sens: umacnia miłość i
uzdalnia do wytrwania w próbie jeszcze większej.

Również miłość Boga umacnia się przez pokonywanie przeszkód zewnętrznych


oraz egoistycznych przywiązań. Ale jeszcze jedna próba potrzebna jest zarówno
miłości małżeńskiej, jak miłości do Boga. Próba nocy ducha. Oto człowiek całe-
go siebie postawił na ukochaną osobę i wszystkiego gotów jest się dla niej wyrzec
– lecz cóż się dzieje: znikła gdzieś dawna słodycz miłowania; przebywanie z uko-
chanym, niegdyś tak pożądane, nie daje mi żadnej radości; zaczynam wątpić, czy
we mnie w ogóle jest jeszcze jakaś miłość – może to, co tak głęboko przeżywałem,
było jedynie przejściowym przejawem subiektywnego samopoczucia?

Noc ducha utrwala miłość ostatecznie. Bez tego doświadczenia człowiekowi może
wydawać się, że kocha umiłowanego, a on kocha jedynie z nim przebywać, kocha
korzyści i przyjemności, jakich wspólnota z ukochanym mu dostarcza. W nocy
ducha dokonuje się maksymalne wyostrzenie wyboru: mogę wybrać ukochanego
i tylko jego, bez łączących się z tym radości i zaspokojeń, mogę go też, oczywiście,
odrzucić. Może nawet we własnym małżeństwie zaznała Pani podobnego stanu
ducha. Jeśli tak, to wie Pani z własnego doświadczenia, że nie ma on nic wspólnego
z ucieczką od rzeczywistości i że w każdym razie nie chodzi tu o tworzenie jakie-
goś świata iluzorycznego.

Wręcz przeciwnie, miłość, która przetrwa nawet noc ducha, wychodzi z niej oczysz-
czona i zaczyna jak światło słoneczne przenikać całą codzienność. Znika gdzieś
nużąca szarość dnia powszedniego, rutynowe i zdawałoby się, jałowe obowiązki
zaczynają nabierać wyrazu i wdzięku, człowieka przepełnia radość życia. Krótko
mówiąc, prawdziwa miłość nie oddziela od świata, ale zwraca go przemienionym.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić 25


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Po nocy ducha następuje jakby powrót do pierwszego stanu zakochania – ale tym
razem jest to miłość, która nie tylko pragnie oddać się całkowicie ukochanemu,
ona jest do tego naprawdę zdolna. I właśnie ona jest źródłem światła, przenikają-
cego cały świat i każdy kolejny dzień.

Nawiasem mówiąc, wiele małżeństw, nie rozumiejąc tych mechanizmów, ustaje w


miłości lub nawet ulega rozbiciu to właśnie w momencie wielkiej szansy. Próby, o
których tu mówimy, szczytujące niekiedy nocą ducha, są przecież szansą dla mi-
łości.

Zauważmy: Jest takie oderwanie się od rzeczywistości, które do niej przybliża, i


jest takie zanurzenie się w rzeczywistości, które z niej wykorzenia. Jeśli chcę po-
znać ukształtowanie danego terenu, dobrze jest wspiąć się na wieżę, gdyż z tego
oddalenia można ogarnąć teren jednym spojrzeniem. Jeśli piszę książkę, słusznie
zrobię, że się na miesiąc od tej pracy oderwę, to mi da świeżość spojrzenia i moja
książka wiele na tym zyska. Z kolei jeśli całą swoją energię wkładam w budowę
domu dla mojej rodziny, może się zdarzyć, że kiedy już dom postawię, nie będzie
miał kto w nim mieszkać, bo rodzina się do tego czasu już rozpadła.

Można pragnąć oderwania się od czegoś, aby się od tego raz na zawsze uwolnić, ale
możliwe jest również takie oderwanie się od pragnień i przywiązań, które oczysz-
cza i pomaga pragnąć i być przywiązanym w sposób bardziej człowieczy. Przy-
pomina mi się tutaj wiersz Antoniego Słonimskiego pt. Potop. Trudno sobie wy-
obrazić poetę bardziej oświeceniowego, nastawionego bardziej antymistycznie. A
jednak... Oto jak się modlił:

O Panie! Spuść na mnie potop,


Czterdziestodniowe deszcze,
Niech Twoja gniewna woda zatopi
Wszystko, co żyje jeszcze.
Wytop zwierzęta i ludzi,
Co kłębiąc się wypełniają
Ciało me, serce i myśli
Natrętną zgrają.
Zabij to, co mnie nudzi,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić 26


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Niech piorun jeden przekreśli


świat z milionami obrazów,
Co mi przytłacza barki.
Niechaj się stanę od razu
Pusty i żyzny jak ziemia,
Czekająca jednego wyrazu,
Białego jak gołębica
Wypuszczona z arki
Noego.

Zapewne czujemy zgodnie, że źródłem tego wiersza nie jest potrzeba ucieczki od
rzeczywistości, ale wielkie pragnienie oczyszczenia wszystkiego, czym jestem i co
mnie otacza.

Toteż pisma mistyków – w każdym razie mistyków katolickich – przepełnione są


szacunkiem dla ludzkiej codzienności. Oderwanie się nie może przecież oznaczać
ucieczki. Stąd św. Teresa z Awili powiada, że wątpliwa to kontemplacja, jeśli wsku-
tek zachwycenia się Bogiem zakonnicy zdarzyło się przypalić obiad. Zaś zdaniem
Mistrza Eckharta człowiek święty „w każdej chwili gotów jest zejść z siódmego
nieba, żeby podać szklankę wody choremu bratu”. Można powiedzieć jeszcze wię-
cej: Zgodnie z obietnicą Ewangelii (Mt 19,29), człowiek zjednoczony z Bogiem od-
zyskuje całą rzeczywistość stworzoną, od której w Jego poszukiwaniu się oderwał,
stokroć wspanialszą.

Zauważmy jeszcze, że w dążeniu mistycznym da się stwierdzić nie tylko pragnienie


oderwania od różnych spraw tego świata, ale również od samego siebie. Każdy z
nas jest osobą, takimi zostaliśmy stworzeni. Czy pragnienie oderwania od samego
siebie nie jest więc wypaczeniem myśli Bożej wobec człowieka? Przecież słyszymy
często z ambony, że powinniśmy realizować samych siebie i dążyć do pełni swego
człowieczeństwa! Przecież krytykujemy czasem mistykę hinduską czy buddyjską
za jej nieliczenie się z faktem, że człowiek jest niepowtarzalną osobą!

Otóż Ten, którego chcemy kochać ponad wszystko i dla którego pragniemy ode-
rwać się nawet od samych siebie, jest Bogiem Wszechobecnym. Ale tak cudownie
wszechobecnym, że w każdym miejscu jest Go nieskończenie więcej niż rzeczy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Oderwać się od rzeczywistości, aby się w niej zakorzenić 27


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

i osób, które to miejsce wypełniają. On, Nieskończony, w każdym miejscu jest


cały bez reszty. Zarazem jest oczywiście większy od każdego miejsca i nawet cały
wszechświat nie jest w stanie Go ogarnąć. Również we mnie jest On nieskończe-
nie bardziej niż ja sam w sobie. Toteż odrywanie się w miłości od samego siebie
może być podwójne. Na zewnątrz – jeśli nie waham się samego siebie tracić, aby
udzielać się Temu, którego kocham, między innymi przez udzielanie się bliźnim.
Ale od samego siebie mogę odrywać się również niejako ku wnętrzu: jeśli pragnę
przebić skorupę mojego „ja”, aby wejść głębiej jeszcze i objąć w miłości Tego, który
jest mi bliższy niż ja sam sobie. Jedno i drugie oderwanie się od samego siebie jeśli
tylko miłość, która je sprawia, jest prawdziwa – cudownie mnie rozszerza i wcale
nie niszczy mojej osobowej tożsamości. Wręcz przeciwnie.

I jeszcze jedna konsekwencja wynika stąd, że droga prawdziwie mistyczna jest


drogą miłości. Mianowicie wszelkie podobieństwa do doświadczeń mistycznych
są pozorne, jeśli nie przenika ich wolność. Stany podobne do mistycznych moż-
na osiągnąć również za pomocą na przykład środków chemicznych. Jednak i w
najwspanialszych błogostanach, wywołanych chemicznie, nie spotka się człowiek
z Tym, do którego można się przybliżyć wyłącznie miłością. Podobnie jak żadne
środki chemiczne nie mogą sprawić ani zintensyfikować miłości małżeńskiej. Bóg
jest przecież absolutnie transcendentny wobec jakiejkolwiek przedmiotowości, jest
całkowicie i bez reszty Osobowy, toteż przybliżyć się mogą do Niego wyłącznie ci,
których wzywa do tego swoją łaską. Wzywa zaś w ten sposób, że ich uzdolnia do
miłowania Go. Jest metafizyczną niemożliwością znaleźć taki wytrych, za pomocą
którego można by dojść do Niego bez łaski i miłości.

Zapyta mnie ktoś może, dlaczego wobec tego środkami chemicznymi można osią-
gnąć podobny błogostan, do jakiego dochodzą mistycy. Na to odpowiem, że nie
na błogostanie zasadza się doświadczenie mistyczne, ale na tym, że człowiek na-
prawdę spotyka się z Bogiem – niezależnie od tego, co odczuwa i czy w ogóle coś
wówczas odczuwa. W nocy ducha spotkanie z Bogiem może – nie musi – być głęb-
sze niż w momentach najżarliwiej odczuwanej radości. Błogostan osiągany przez
mistyków (nie zawsze zresztą i nie przez wszystkich) jest prawdopodobnie zjawi-
skiem ubocznym, uwarunkowanym fizjologicznie, a towarzyszącym poszukiwa-
niu Boga możliwie całym sobą i z całym samozaparciem. Nie po to szukamy Boga,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koniec sporu o ewolucję 28


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

żeby przeżywać błogostany, szukamy Go dla Niego samego. Natomiast tam, gdzie
się używa środków chemicznych, błogostan jest celem samym w sobie. A trzeba
jeszcze to wiedzieć, że będąc wynikiem sztucznej ingerencji w organizm, nie czyni
on człowieka lepszym, łatwo zaś może się skończyć trwałą chorobą psychiczną.
Przy takim oderwaniu od powszedniej rzeczywistości z pewnością nie zostanie
ona zwrócona człowiekowi stokroć wspanialszą.

Zresztą co my możemy za pomocą zwykłych słów powiedzieć na temat mistyki?


Dotyczy przecież ona tego wymiaru rzeczywistości, w którym słowo traci swoją
moc nazywania. Głęboko i pięknie pisał o tym Jan Parandowski w Alchemii sło-
wa: U mistyków „słowo ma wypowiedzieć rzeczy niewyrażalne i wchodzi ono w
twardą służbę tych stanów ducha, dla których nie było stworzone i które właści-
wie mogą się bez niego obejść. Słowo u mistyków jest niekiedy jakby świadec-
twem ułomności natury ludzkiej, niezdolnej wyrzec się współuczestników i słu-
chaczy. Czara wezbrana ekstazą, zachwyceniem, wizją, przelewa się wyrazami, w
których żar duszy już zastygł. I jedyną szansą tych skrzepłych płomieni jest spo-
tkanie takiego ośrodka duchowego, który zdoła je na nowo rozniecić, czyli drugiej
duszy mistycznej. Lecz te spotkania są prawie tak rzadkie, jak spotkanie się dwóch
gwiazd na pustkowiu wszechświata. Pozostają tylko komentatorzy grzebiący się w
popiołach”.

Doświadczenie mistyczne wydaje się transcendentne nie tylko wobec słowa. Jest
ono transcendentne wobec wszystkiego, co nie jest spotkaniem z Bogiem. Nawet
wobec własnego przeżycia tego spotkania, nawet wobec świadomości samego sie-
bie. Bóg zniżający się do człowieka nie przestaje być Bogiem prawdziwym. Prze-
kraczającym wszelkie ludzkie kategorie.

Koniec sporu o ewolucję


Wiara uczy, że świat został stworzony przez Boga. Jak to pogodzić z różnymi teoriami ewolu-
cji, np. teorią powstania układu słonecznego albo z teorią pochodzenia gatunków biologicz-
nych i samego człowieka? Wprawdzie nie widzę sprzeczności między jednym a drugim, ale
to więcej na intuicję niż na rozum. Gdyby przyszło co do czego, nie umiałbym powiedzieć,
jak się ma nauka o stworzeniu świata do prawdy o ewolucyjnym pochodzeniu różnych istot
i rzeczy na tym świecie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koniec sporu o ewolucję 29


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Problem, który Pan postawił, łączy się z innym, chyba jeszcze ciekawszym: do
jakiego stopnia powszechne niemal wyobrażenia na temat jakiejś prawdy wiary
mogą niekiedy odbiec od istotnej jej treści? Zaraz wytłumaczę, o co mi chodzi.

Jeszcze nie tak dawno temu wielu zarówno chrześcijan, jak niechrześcijan sądzi-
ło, że dogmat o stworzeniu i doktryna o ewolucji wzajemnie się wykluczają. Nie-
którzy, zwłaszcza gimnazjaliści i studenci, zafascynowani teorią ewolucji, tracili
nawet wiarę. W sporze tym padały liczne oskarżenia pod adresem Kościoła, o ob-
skurantyzm i zacofanie, zaś publicyści religijni, wypowiadając się na ten temat, da-
wali niekiedy powód do takich oskarżeń. Ile poplątania było w tym sporze, niech
świadczy fakt, że popularyzacją teorii ewolucji zajmowali się bardziej działacze
antyreligijni niż kompetentni znawcy. Cała sytuacja trwała dość długo, bo kilka
ostatnich dziesięcioleci XIX wieku oraz kilka pierwszych dziesiątków lat wieku
XX.

Dziś trudno nam uwierzyć, że taka kontrowersja w ogóle mogła mieć miejsce. Bo
o czym mówi dogmat stworzenia? Wierzymy, że cały świat jest stworzony przez
Boga. Jest stworzony – to znaczy: wszystko, co istnieje, nieustannie od Boga otrzy-
muje swoje istnienie. Chodzi nie tylko o to, że bardzo wiele tysiącleci temu, w ja-
kimś prapoczątku, świat został przez Niego stworzony. Czasowy początek świata,
sam moment, w którym został powołany do istnienia, to w gruncie rzeczy sprawa
dla wiary drugorzędna. Istotą tego, że świat został stworzony, jest jego nieustanna
zależność od Boga w istnieniu.

I gdzież tu sprzeczność z teoriami ewolucyjnymi albo z innymi naukowymi hipo-


tezami na temat struktury kosmosu lub jego poszczególnych części? Świat otrzy-
muje od Boga istnienie taki, jaki jest – a opisać jaki, to zadanie nie wiary, lecz na-
uki. Jeżeli jest on w stanie rozwoju, to dla mnie, który wierzę w dogmat stworzenia,
znaczy to, że otrzymuje on od Stwórcy istnienie jako zdolny do rozwoju. Kształto-
wanie się galaktyk czy powstawanie drogą ewolucji gatunków roślin i zwierząt sta-
nowi realizowanie tych możliwości, które materia otrzymuje od swojego Stwórcy.
Przeciwstawiać prawdę o stworzeniu teoriom ewolucji to tak samo, jakby przeciw-
stawiać sobie prawdę, że jestem stworzeniem Bożym, prawdzie, że pochodzę od
moich rodziców.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koniec sporu o ewolucję 30


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Dlaczego więc w ogóle doszło do wspomnianej wyżej kontrowersji? Dlaczego trwa-


ła ona tak długo? Otóż teoria ewolucji rzeczywiście sprzeciwiała się – wprawdzie
nie dogmatowi stworzenia, ale powszechnym wówczas wyobrażeniom na jego te-
mat. Mianowicie zdanie „świat jest stworzony” niemal powszechnie rozumiano w
sensie następującym: „w pewnym momencie, niewyobrażalnie dawno temu, Pan
Bóg stworzył świat, to znaczy sprawił, że świat zaczął istnieć”. Krótko mówiąc,
naukę o stworzeniu świata kojarzono sobie przede wszystkim z momentem jego
zaistnienia, zapomniano zaś niemal całkowicie o samej istocie tej prawdy: o tym,
że wszystkie stworzenia są nieustannie zwrócone ku Stwórcy, aby otrzymywać
od Niego swoje istnienie. Mitologiczne wyobrażenia ludowe zbiegły się z rozpo-
wszechnionym wówczas wśród ludzi wykształconych myśleniem deistycznym – i
w rezultacie zarówno chrześcijanie, jak niewierzący przeoczyli istotną treść nauki
o stworzeniu. Jeśli ktoś mówił na przykład, że Pan Bóg jest Stwórcą wszystkich
zwierząt, to prawie wszyscy słyszeli wówczas w tym zdaniu twierdzenie, że Pan
Bóg stworzył niegdyś pierwsze egzemplarze każdego gatunku; nie pamiętano zaś
o sensie podstawowym tej prawdy: że wszystko, co żyje i w ogóle wszystko, co ist-
nieje, aktualnie, w każdym momencie, jest stworzeniem Bożym.

Żeby niczego nie ukrywać: do jakiego stopnia badacze katoliccy, którzy teoretycz-
nie znali oczywiście naukę wiary o nieustannej zależności wszystkiego, co istnieje,
od Stwórcy, nie rozumieli jej wówczas praktycznie, świadczy sposób ich argumen-
towania przeciwko teorii ewolucji. „Przyczyna nie może sprawiać takiego skut-
ku, który przekracza jej możliwości – argumentowali – a więc żaden gatunek nie
może wyłonić z siebie gatunku doskonalszego od siebie”. Przesłanka jest oczywi-
ście prawdziwa, nieprawdziwy jest jednak wniosek, opiera się bowiem na nieuza-
sadnionym założeniu, jakoby w bytach nie było wewnętrznej zdolności do rozwo-
ju, zdolności niekoniecznie dającej się zaobserwować bezpośrednio.

Żeby jakoś otworzyć się na teorię ewolucji, uczeni katoliccy wypracowali w pew-
nym momencie doktrynę o szczególnych interwencjach Boga w momentach naj-
bardziej istotnych przemian w postępie ewolucji. Zwłaszcza dwa momenty – twier-
dzili – wymagają bezwzględnie szczególnej interwencji Stwórcy: powstanie życia
oraz pojawienie się pierwszego człowieka, jedynego stworzenia widzialnego, które
nosi w sobie pierwiastek duchowy. Doktryna ta stanowiła poważny krok naprzód
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koniec sporu o ewolucję 31


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

w kierunku przezwyciężenia deistycznych stereotypów na temat stworzenia, ale


ciągle jeszcze była w nie uwikłana. Samo pojęcie „zewnętrznej ingerencji” Boga
może przecież podsuwać fałszywe skojarzenie, jak gdyby Pan Bóg był na zewnątrz
świata. Oczywiście, On jest transcendentny wobec świata, żadne miejsce nie może
Go ogarnąć, ale zarazem przecież On jest cały na każdym miejscu, „w Nim żyjemy,
poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28).

Czy nie prościej więc – zamiast mówić o „zewnętrznych ingerencjach” – wskazać


na transcendentną wszechobecność Boga w każdym miejscu, wewnątrz każdego
bytu i wewnątrz wszelkich rozwojowych procesów? Nie musielibyśmy wówczas –
w każdym razie z religijnego punktu widzenia – szczególnie eksponować momen-
tu ożywienia materii. Jeśli zaś idzie o człowieka, to nie tylko pierwszy człowiek, ale
każdy w ogóle człowiek jest osobą i wobec tego nad każdym z nas – od pierwszego
momentu naszego istnienia – Bóg pochyla się imiennie, z miłością, i każdego z
nas chce uczynić godnym życia wiecznego. Czy można więcej jeszcze podkreślić
szczególność relacji między Stwórcą a człowiekiem? Czy można bardziej wyeks-
ponować wyróżnienie człowieka w stosunku do wszystkich stworzeń żyjących na
ziemi?

Trudności pogodzenia wiary w stworzenie świata z teorią ewolucji wynikały przede


wszystkim – jak powiedzieliśmy – z fałszywej świadomości, jakoby prawda o stwo-
rzeniu dotyczyła jedynie momentu początkowego, w którym świat zaczął istnieć.
A przecież na całe wieki przed pojawieniem się teorii ewolucyjnych nauczano w
Kościele, że Stwórca nieustannie podtrzymuje wszystko w istnieniu. Św. Tomasz
z Akwinu mówił nawet tak: świat miał wprawdzie swój czasowy początek, ale w
gruncie rzeczy stworzony świat równie dobrze mógłby istnieć odwiecznie; istotą
bowiem jego stworzoności nie jest przecież to, że w pewnym momencie zaczął
istnieć, ale nieustanna jego relacja do Stwórcy, a ta przecież mogłaby trwać nawet
odwiecznie (Suma teologiczna I q.46).

Ojcowie Kościoła zaś tworzyli koncepcje, przypominające późniejszą teorię ewo-


lucji. Taki św. Augustyn, między innymi w dziele De Genesi ad litteram, mówił, iż
Stwórca złożył w rzeczach rationes seminales, jakieś wewnętrzne siły, które pchają
je ku rozwojowi. Okazuje się jednak, że nawet jeśli nauka wiary jest wyraźna, co
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu Bogu 32


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

więcej, nawet jeśli teoretycznie naucza się jej w seminariach duchownych i na lek-
cjach religii w powszechnej świadomości mogą nad nią zapanować jakieś spłycone
stereotypy.

Toteż warto sobie postawić następujące pytanie: może również my sami podtrzy-
mujemy jakieś niezbyt szczęśliwe wyobrażenia w sprawach wiary, jakieś jedno-
stronne ujęcia, które zamykają nam częściowo dostęp do głębokiej, czystej prawdy
Bożej? Sądzę na przykład, że warto pod tym kątem sprawdzić nasze pojęcia na te-
mat kary Bożej: może więcej w nich myślenia magicznego niż zaufania Panu Bogu,
że nawet jeśli dopuszcza do nas zło, to przecież czuwając nad naszym dobrem,
trzeba tylko starać się myśl Bożą wobec nas rozpoznać.

Albo inny przykład naszej współczesnej płycizny w wierze: Chyba zbyt powszech-
nie utożsamiamy modlitwę z prośbą, a nawet nasze prośby są mało przeniknięte
wiarą, dotyczą przeważnie tylko rzeczy przemijających. Rażącą jednostronnością
grzeszą również nasze wyobrażenia na temat życia wiecznego – nie bardzo umie-
my w nich wyjść poza płasko rozumianą nagrodę i szczęściodajną konsumpcję.
Kto wie, może właśnie ten żenująco mało religijny poziom naszych wyobrażeń o
niebie przyczynia się do tego, że niektórym ludziom trudno w życie wieczne uwie-
rzyć.

Krótko mówiąc: wiara niech będzie w nas czymś żywym, odnajdujmy w niej ciągle
na nowo jej moc zbliżania do Boga, wyzwalajmy się z naszego duchowego leni-
stwa!

Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu


Bogu
Co można powiedzieć człowiekowi, który powiada, że nie wierzy w Boga, bo za dużo jest
cierpień na świecie, aby mógł w Niego wierzyć? Ktoś mi bliski powiada, że nawet jeśli Bóg
jest, to jest okrutny i on nie chce mieć z Nim nic wspólnego.

Utopił się chłopak siedemnastoletni podczas pierwszej wiosennej kąpieli i ktoś,


wracając z pogrzebu, dobitnie i z zaciętością w głosie powiada: „Nie ma Boga!”
Umarła matka dwojga małych dzieci i wielu ludziom ciśnie się na usta pytanie:
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu Bogu 33


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

„Gdzie jest Bóg, jeśli do tego dopuścił?” Ktoś został niewinnie napadnięty, ban-
dyci pobili go tak, że nigdy już nie wróci w pełni do zdrowia: „Jak Pan Bóg mógł
pozwolić na tak wielką krzywdę!”

Są to pytania i zarzuty raczej emocjonalne niż racjonalne. Bo racjonalnie było-


by – skoro już je stawiamy – postawić je konsekwentnie. Pretensje konsekwentne
należałoby sformułować na przykład następująco: Dlaczego, Panie Boże, stworzy-
łeś wodę, która choć wspaniale orzeźwia człowieka, to przecież może nas rów-
nież zatopić? Dlaczego nie zawiesisz cudownie prawa podlegania śmierci wobec
wszystkich matek, dopóki nie odchowają swoich dzieci? Dlaczego w Twoim świe-
cie krzywdziciela nie spotyka natychmiastowa kara? – dlaczego nie zesztywnieje
ręka podnosząca się niesprawiedliwie do bicia? dlaczego trąd nie spada automa-
tycznie na tych, którzy chcą tuczyć się krzywdą bliźniego? dlaczego rozpustnikowi
nie odejmiesz, Panie Boże, siły, aby nie mógł już powstać z nie swojego łoża? dla-
czego nie porazisz drętwotą języka oszczercy?

Świat przemieniłby się w widowisko niepowagi, gdyby obowiązywały w nim takie


zasady. Człowiek odarty byłby wówczas z fundamentalnego dostojeństwa: Bo czy
zachowalibyśmy jeszcze w sobie zdolność do czynienia dobra, gdyby zło było na-
tychmiast, dotkliwie i w sposób widzialny nieopłacalne? Czy immunitet od śmier-
ci nie urągałby ludzkiej godności i sensowi rzeczywistości, gdyby go ktoś otrzymał
z powodów zewnętrznych, a nie jako owoc nierozerwalnej już i całkowitej jedno-
ści z Tym, który jest Życiem i Źródłem wszelkiego życia?

„Śmierci Bóg nie uczynił – powiada słowo Boże – i nie cieszy się ze zguby żyją-
cych. (...) Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 1,13 i 2,14). Nie nale-
ży sobie wyobrażać, jakoby Pan Bóg zesłał na człowieka podleganie cierpieniom i
śmierci za to, że człowiek popadł w grzech. Raczej w tym sensie są one karą za nasz
grzech, że zniszczenie i śmierć, jakie sprowadziliśmy do naszych dusz, promieniu-
je również na nasze ciała. To niesprawiedliwe obarczać Pana Boga winą za to, że
podlegamy cierpieniu i śmierci.

Powiem więcej: Już w pierwszym momencie, kiedy zaczynamy oskarżać Pana Boga
o cokolwiek, to nie Pana Boga oskarżamy, ale nasze wypaczone o Nim pojęcia. Pan
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu Bogu 34


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Bóg jest przecież Dobrem absolutnym i już sam pomysł, że Jego dobroć mogłaby
być w najmniejszym stopniu skażona, jest wewnętrznie sprzeczny. I jeszcze więcej
powiem: Pretensje do Pana Boga pogłębiają nasze zanurzenie w złu, bo utrudniają
myśl o tym, że właśnie w Bogu trzeba szukać pomocy do uporania się z tym złem,
którego doświadczamy.

Zastanówmy się nad tym, co osiągnął człowiek, który przygnieciony potęgą zła,
coraz to w inny sposób przypominającą straszliwie o swoim istnieniu, odrzuca z
tego powodu Pana Boga. Niezależnie od tego, czy człowiek wierzy w Boga czy nie,
czy oskarża Go czy też przeciwnie, szuka w Nim pomocy – dramat cierpienia i nie-
sprawiedliwość istnieją i trzeba się jakoś do nich ustosunkować. Chcemy czy nie
chcemy, musimy zająć jedną z trzech postaw. Albo człowiek pogodzi się z tym, że
w świecie jest strasznie dużo zła i nie ma na to rady; tyle tylko człowiek sobie ulży,
że zaklnie czasem na swój przeklęty los. Albo będzie człowiek udawał, że tego zła
nie widzi, i będzie wmawiał sobie, że nie takie ono znów straszne. Jedynie słuszną
postawą jest oczywiście postawa trzecia: zbieranie w sobie energii ducha, żeby nie
poddawać się złu, wysuszać jego źródła, nie dać się załamać nieszczęściom które
mnie samego spotykają, starać się pomagać bliźniemu w dźwiganiu jego losu.

Człowiek, który wybrał postawę trzecią, szybko się przekonuje, że wcale nie jeste-
śmy tacy bezradni wobec potęgi zła, jakby się początkowo mogło wydawać. Jest w
nas tajemnicza zdolność unieszkodliwiania głównego żądła, jakie potęga zła prze-
ciw nam kieruje. Od strony zewnętrznej biorąc, wszystko może być nadal straszne:
nadal podlegamy chorobom i nieszczęściom, nadal jesteśmy bezsilni wobec prze-
mocy i złej woli, nadal doświadczamy trwogi i przygnębienia. Jeśli jednak dostąpi-
liśmy udziału w tej cudownej mocy duchowej, która przeprowadza człowieka bez-
piecznie przez największe nawet utrapienia, i jeśli podajemy dłoń udręczonemu
człowiekowi – żadne zło nie osiągnie swojego najgroźniejszego celu: Żadne zło nie
jest wówczas w stanie uczynić mojego życia bezsensownym. A to jest bardzo wiele,
to jest naprawdę bardzo wiele. To dowodzi, że po stronie człowieka doświadczają-
cego cierpień i niesprawiedliwości stanął sam Bóg.

Nawet jeśli ktoś zaczynał od pretensji wobec Pana Boga, ale stara się realizować tę
trzecią postawę, zobaczy wówczas z całą oczywistością, że Panu Bogu powinien
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ogrom cierpienia jako argument przeciw Panu Bogu 35


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

nieustannie dziękować. Dziękować przede wszystkim za tę Jego błogosławioną


wszechobecność, dzięki której zło nie może w nas zniszczyć – bez naszej zgody
– tego, co najważniejsze. Tę ostateczną bezsilność zła odsłonił raz na zawsze Syn
Boży, Jezus Chrystus. Na krzyżu pokazał nam, że w zmaganiu ze złem rzeczą naj-
ważniejszą jest wyrwać mu jego główne żądło, skierowane przeciw naszej wspólno-
cie z Bogiem i bliźnimi, inaczej mówiąc, przeciw sensowi naszego życia. Wówczas
złu zostaje tylko zewnętrzna skorupa, potrafi już co najwyżej tylko ciało zabić.

A i ta skorupa zaczyna wówczas pękać. Przecież naprawdę jest w naszej mocy nie
powiększać niepotrzebnie naszych własnych udręk i przyczyniać się realnie do
złagodzenia cierpień bliźniego.

Cóż z tego, że o tym wiemy? Nieszczęśni, sami sprowadzamy na swoje głowy, przez
własną głupotę i egoizm, wiele utrapień – jakby zaniepokojeni tym, że ogrom cier-
pienia mógłby się zmniejszać i zabrakłoby pretekstu do oskarżania Pana Boga i
usprawiedliwiania swoich grzechów. Nie trzeba się temu dziwić. Jeśli potrafimy
doszczętnie zatruć życie własnej żonie czy własnemu mężowi, jeśli niekiedy z na-
szego powodu tyle cierpią nasze rodzone dzieci, to czy to takie dziwne, że mało
nas przejmuje cudze cierpienie? Że często nawet nie pomyślimy o tym, iż swoją
współczującą obecnością mógłbym ulżyć bliźniemu, którego spotkało zło, a może
nawet pomógłbym mu się obronić przed bezsensem, w jakim zło stara się zanu-
rzyć człowieka?

Jeden z bardziej znanych współczesnych teologów protestanckich, Emil Brunner,


wskazuje na bardziej metafizyczny jeszcze wymiar pytania, które Pani postawiła:
„Pomyśl, serce twoje odróżnia sens od bezsensu. Ono wie, że nie bezsens, lecz
sens jest słuszny. Twoje serce wie już o Bogu. Chciałbyś, żeby Bóg istniał, w prze-
ciwnym razie zło nie byłoby złem, a dobro dobrem, wszystko byłoby bez różnicy.
Pomyśl! Ty przecież już wiesz, że Bóg istnieje, albowiem jesteś tego świadomy, że
dobro nie może być jednocześnie złem. Może wątpisz w istnienie Boga, ponieważ
na świecie jest tyle nieprawości, a nie domyślasz się, że tym samym w Boga wie-
rzysz, gdyż sam fakt, że to spostrzegasz i że cię to obchodzi, to przecież nic innego
jak potwierdzenie istnienia Boga. Serce twoje protestuje przeciwko nieprawości
właśnie dlatego, że zna Boga. Gdy pytasz o Boga, wówczas Bóg już stoi za tobą i
sprawia, że możesz się pytać”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Gniew Boży 36
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Od siebie dodałbym jeszcze to, że niepokój religijny z powodu bezmiaru cierpień


i zła może być płodny albo bezpłodny, autentyczny albo nieautentyczny. Auten-
tyczny i płodny jest wówczas, kiedy prowadzi do tej postawy, którą tutaj nazwali-
śmy umownie postawą trzecią, a która w gruncie rzeczy polega na coraz większym
upodobnianiu się do Chrystusa w Jego stosunku do zła i cierpienia. Jeśli natomiast
nasze problemy, związane z istnieniem zła, kończą się na tym, że je sobie – choćby
i z całą dramatycznością – stawiamy, jest to postawa niewątpliwie nieautentyczna
i bezpłodna. Niezależnie od tego, czy więcej w niej ucieczki od rzeczywistości czy
obłudy.

Ale uwaga: Brak autentyzmu i jałowość, obłudę i różne ucieczki od rzeczywistości


człowiek powinien tropić przede wszystkim w sobie samym. Jeśli takie postawy
zarzucamy drugiemu, można się srodze pomylić, choćby nawet wszystkie znaki
wskazywały na słuszność naszego sądu.

Jak Pani widzi, ciągle jeszcze nie odpowiedziałem na Pani pytanie, jak wpłynąć na
drugiego człowieka, żeby przestał obwiniać Pana Boga o istnienie zła. Proszę Pani,
gdyby łatwo było znaleźć odpowiedź na to pytanie, to Pani poradziłaby sobie sama
i do mnie by się nie zwracała. Ze swej strony mam tylko dwie rady. Po pierwsze,
nie wolno Pani zaniedbać modlitwy o łaskę wiary dla bliskiego sobie człowieka. Po
wtóre, musi Pani nieustannie trudzić się nad sporządzaniem cudownego koktajlu,
złożonego z milczenia, życzliwości i mądrego słowa. Szczęść Boże na ten trud!

Gniew Boży
Czy obraz Boga zagniewanego da się pogodzić z Jego wszechdoskonałością? Czy Pan Bóg w
ogóle może podlegać jakimś namiętnościom? To tylko my, ludzie, tak Go opisujemy! Co wo-
bec tego znaczą wypowiedzi Pisma Świętego na temat gniewu Bożego?

Gniew kojarzy nam się zwykle z jakąś ciemną a niepohamowaną namiętnością.


Nawet człowiekowi nie przystoi taki stan, tym bardziej, oczywiście, nie wolno go
przypisywać Bogu. Przecież już stereotypowe przymiotniki i czasowniki, jakie
dla określenia gniewu podsuwa nam język, zdolne są przerazić i budzą sponta-
niczną odrazę: gniew może być „wściekły”, „niepowstrzymany”, „głuchy”, „ślepy”,
„gwałtowny”, z gniewu można „szaleć”, „nie posiadać się”, „miotać się”, „pienić
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Gniew Boży 37
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

się”, „trząść się”, „kipieć”, gniewem ktoś „wybucha”, „zapala się”, „płonie”, w gniewie
można „się zaciąć”, gniew „na kimś wyładować”, na kogoś „wylewać”.

A przecież jest taki gniew, który wydaje nam się uzasadniony, a jego brak poczy-
tywalibyśmy sobie za winę. Jeśli dowiadujemy się na przykład, że cały transport
puszek mięsnych wywieziono na śmietnik, ogarnia nas gniew. I w gruncie rzeczy
chodzi nam nie tyle o ukaranie winnych (problem kary schodzi w naszej świado-
mości jakby na plan drugi); przede wszystkim żądamy zabezpieczenia społeczeń-
stwa przed podobnym marnotrawstwem na przyszłość.

Szczególny gniew budzi w nas wszelkie żerowanie na cudzej słabości. Okradanie


pacjentów zakładu psychiatrycznego z ich – i tak przecież skąpych – racji żyw-
nościowych uważamy za czyn wyjątkowo niegodziwy. Gdyby zaś ktoś, wiedząc o
tym, z wygody lub tchórzostwa powstrzymał się od przeciwdziałania, sam stałby
się współwinowajcą. Brak gniewu przeciwko takiemu złu jest więc niewątpliwie
postawą moralnie naganną, choć gniew taki ma w sobie najwyżej jakieś elementy
namiętności, bo z istoty swojej jest czymś zupełnie innym.

Gniew rodzi się w nas również wtedy, kiedy spotykamy się ze szkodnictwem du-
chowym. Chodzi oczywiście nie tylko o demoralizowanie nieletnich, które oburza
tym więcej, jeśli winowajcami są ludzie powołani do wychowywania. Nie po to
posyłamy dzieci do szkoły, żeby uczono je tam posługiwania się prezerwatywą.
Gniewa nas szkodnictwo duchowe, wyrażające się podstawianiem nogi ludziom
myślącym oryginalnie i szczególnie niezależnym; trudno nam ścierpieć takie lub
inne propagowanie myśli zatrutej, zwłaszcza jeśli czujemy się uprawnieni sądzić,
że wynika ono ze złej woli.

Jeśli gniew jest słuszny, zwraca się – przynajmniej w dalszym planie – ku istotnemu
dobru winowajcy. Niekiedy dobro winowajcy jest wręcz pierwszym celem naszego
gniewu. Jeśli – na przykład – gniewam się na dziecko, że chce zjeżdżać na sankach
z pagórka wprost na ulicę. Argumenty w takiej sytuacji mogą okazać się całkowicie
nieskuteczne, gniew jest być może jedyną skuteczną wówczas metodą perswazji.
Bywa, że tylko gniewem można zapędzić do łóżka kogoś, kto przyszedł do pra-
cy, mimo że oczy aż mu się świecą z gorączki. Pan Jezus wielokrotnie próbował
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Gniew Boży 38
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

gniewem właśnie przebić się przez twardy pancerz, którym lubimy odgradzać się
od Boga i ludzi. Przypomnijmy sobie scenę wypędzenia przekupniów ze świątyni
albo Jego inwektywy na faryzeuszów. Niekiedy jest to jedyny sposób, żeby dotrzeć
jakoś do wnętrza drugiego człowieka, na którym mi zależy.

Św. Tomasz z Akwinu twierdził wręcz, że gniew jest cnotą. Gniew zaś rozumiał
jako czynną reakcję przeciwko złu. Rzecz jasna, nasza reakcja na zło może być
naznaczona tak istotnymi błędami, że przestaje być czynem moralnie pozytyw-
nym. Według św. Tomasza, aż cztery niewłaściwości mogą pozbawić nasz gniew
moralnej dobroci. Po pierwsze, człowiek może się gniewać wręcz z niesłusznego
powodu: nie obiektywne zło mnie gniewa, ale gniewa mnie to, że coś się dzieje nie
po mojej myśli. Może się nawet zdarzyć, że ktoś wpada w gniew z powodu jakie-
goś dobra, które mu się nie podoba. Człowiek staje się wówczas naśladowcą diabła,
o którym pisze Apokalipsa, że „zapałał wielkim gniewem, świadom, że mało ma
czasu” (12,12).

Druga wada, niszcząca moralną dobroć gniewu, to brak właściwej miary. Nie
strzela się do much z armaty. Nie wolno też sięgać po gniew, jeśli rzecz da się zała-
twić łagodnie i po dobroci. Po trzecie, często gniewamy się w niewłaściwy sposób:
nie tyle używamy gniewu, co dajemy mu się opanować. Liczne dynamizmy niższe,
jakie w sobie nosimy, są darem Bożym: mogą istotnie pomagać nam w dążeniu do
miłości, szukaniu prawdy, czynieniu dobra. Pod warunkiem, że nad nimi panu-
jemy. W przeciwnym razie stają się siłą niszczącą. Nawet gniew przeciwko auten-
tycznemu złu może zniszczyć człowieka, jeśli jest to tylko ciemna namiętność.

I wreszcie czwarte niebezpieczeństwo, grożące cnocie gniewu: nienawiść. Teore-


tycznie sprawa przedstawia się prosto: pierwszym celem, przeciwko któremu po-
winien kierować się nasz gniew, jest zło, nigdy – żywy człowiek, choćby najgłębiej
zdemoralizowany. Bywa, że człowieka czyniącego zło trzeba ukarać, ale nigdy nie
wolno mu wymierzać kary w taki sposób, że utrudnia mu się lub nawet uniemoż-
liwia przemianę ku lepszemu. W praktyce ciągle grozi nam niebezpieczeństwo, że
reakcja przeciwko złu wyrodzi się w nienawiść do złoczyńcy i trzeba nieustannego
czuwania, aby do tego nie dopuścić.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Gniew Boży 39
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jak Pan widzi, idea gniewu Bożego nie jest czystym antropomorfizmem. Wprost
grzechem byłoby pomyśleć, że Pan Bóg mógłby obojętnie patrzeć na zło. Zarazem,
rzecz jasna, gniew Boży wolny jest nawet od cienia tych niedoskonałości, którym
podlega gniew ludzki.

Również moje zło – to przecież oczywiste! – budzi Boży gniew. To właśnie do mnie
odnoszą się słowa z Listu do Rzymian: „Oto przez swoją zatwardziałość i nieskru-
szone serce skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwe-
go sądu Boga, który odda każdemu według jego czynów” (2,5n). Oraz z Listu do
Hebrajczyków: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żyjącego” (10,31). Także całe
ludzkie społeczności mogą zasłużyć sobie na Boży gniew. Grzech Sodomy polegał
nie tylko na demoralizacji jej poszczególnych mieszkańców; miary niegodziwości
dopełniło to, że powszechna opinia w tym mieście nawet oczywistego zła nie uwa-
żała za zło. Był to jakby grzech do kwadratu i wzbudził szczególny gniew Boży.

Pana Boga gniewa wszelkie bałwochwalstwo, to znaczy stawianie jakichś niższych


wartości ponad Niego, który jest samym Dobrem i Prawdą. „Nie będziecie odda-
wali czci bogom obcym, spośród bogów okolicznych narodów, bo twój Bóg, Pan,
który jest u ciebie, jest Bogiem zazdrosnym, by się nie rozpalił na ciebie gniew
twego Boga, Pana, i nie zmiótł cię z powierzchni ziemi” (Pwt 6,14n). Największy
gniew Boży budzi takie bałwochwalstwo, które prowadzi człowieka do bezpośred-
niego zadawania śmierci niewinnym. Przecież nie można się spodziewać, że Pan
Bóg będzie obojętnie znosił zabijanie dzieci w ofierze Molochowi, jakkolwiek sąd
Jego nie jest rychliwy: „Przeprowadzali synów swoich i córki przez ogień... Oddali
się czynieniu tego, co złe w oczach Pana, drażniąc Go. Dlatego Pan zapłonął gwał-
townym gniewem przeciw ludowi i odrzucił go od swego oblicza” (2 Krl 17,17n).

Człowiek biblijny zanosił liczne prośby do Boga, aby ujawnił wreszcie swój gniew
przeciwko niegodziwościom, w wyniku których cierpią niewinni. „Wylej na nich
swoje oburzenie, niech ogarnie ich żar Twojego gniewu” (Ps 69,25). „Ogień gniewu
niech strawi tego, kto czyni zło, a ci, co krzywdzą Twój lud, niech znajdą zagładę.
Zetrzyj głowy panujących wrogów, którzy mówią: Prócz nas nie ma nikogo!” (Syr
36,8n) Biada człowiekowi, który by się odważył zanosić takie prośby przeciwko
podobnym sobie grzesznikom. Ale wolno nam modlić się w ten sposób przeciwko
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Gniew Boży 40
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

zbrodniczym systemom i instytucjom. Zresztą, czyż my, Polacy, nie wołaliśmy do


Boga, kiedy chciano nasz naród wepchnąć w przepaść: „O Boże, skrusz ten miecz,
co siecze nasz kraj!”

Zarazem pełno w Piśmie Świętym zapewnień, że gniew Boży – który nie jest prze-
cież niczym innym, tylko dramatycznym słowem miłości – nie trwa bez końca.
Bóg chciałby jak najbardziej skrócić czas swojego gniewu i z niecierpliwością cze-
ka na nawrócenie swoich niedobrych dzieci. „Gniew Twój nie trwał aż do końca”
(Mdr 16,5). „Bo nie będę wiecznie prowadził sporu ani nie będę na zawsze roz-
gniewany... Zawrzałem gniewem z powodu jego występnej chciwości, ukrywszy
się w Moim gniewie cios mu zadałem... Ale Ja go uleczę i pocieszę” (Iz 57,16–18).

Krótko mówiąc, prawda o stosunku Pana Boga do ludzkiego zła rozpięta jest mię-
dzy tymi dwoma biegunami: zło budzi Boży gniew, ale większe od gniewu jest Jego
miłosierdzie. Żebyśmy jednak nie utożsamiali Jego miłosierdzia z tanią pobłażli-
wością, słowo Boże ostrzega niedwuznacznie, że człowiek może sobie, niestety, za-
służyć na gniew wieczny. Straszny będzie gniew tego Baranka – który jest przecież
samą Łagodnością i który za nas na krzyżu umarł – kiedy „strząśnie swe runo z
krzywd obcych i winy”.

Ale refleksję Marii Konopnickiej pt. Gniew Barankowy, zainspirowaną tekstem z


Apokalipsy (6,6n), zacytujemy w większości:

Gniew Barankowy straszniejszy jest w sobie


Niż gniew lwa, z rykiem gdy puszczę oblata,
A kości wtedy poruszą się w grobie,
Gdy ten, co gładzi od wieków grzech świata,
Strząśnie swe runo z krzywd obcych i winy...
– Zaprawdę, sąd się zacznie tej godziny!
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 41


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Spór o istnienie szatana

Nie mam wątpliwości co do istnienia szatana, gdyż wyraźnie mówił o nim i dzia-
łał przeciwko niemu Syn Boży, Jezus Chrystus, w którego wierzę. Podkreślam, że
nie tylko mówił o nim, ale również działał przeciwko niemu. Czysto teoretyczne
uznanie, że szatan jest kimś realnym, wydaje się bowiem niemal tak samo jałowe,
jak zaprzeczanie jego istnieniu.

Wsłuchajmy się w naukę Chrystusa o szatanie. „Idź precz, szatanie!” (Mt 4,10) –
tak odpędził kusiciela, kiedy ten próbował namówić Go do tego, żeby swoją dzia-
łalność mesjańską zamknął w obrębie celów tego świata.

Swoich uczniów Pan Jezus ostrzega przed diabłem i modli się za nich, aby przynaj-
mniej ostatecznie diabeł w nich nie zwyciężył: „Szymonie, Szymonie, oto szatan
domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała
twoja wiara” (Łk 22,31n).

Z kolei do ludzi zatwardziałych w dobrym mniemaniu o sobie Chrystus przema-


wia gwałtownie, wskazując im bez osłonek zarówno źródło, jak przyszłe owoce ich
zatwardziałości: „Waszym ojcem jest diabeł i chcecie spełniać pożądania waszego
ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie
ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J
8,44). Jezus, Syn Boży, nie mówił na tej ziemi innych słów niż słowa miłości. Po-
wyższa wypowiedź jest również słowem miłości. Dlaczego zaś jest taka ostra? Od-
powiedzmy na to pytaniem: Czyż inaczej nasze samozadowolenie mogłoby nas
przerazić?

Przede wszystkim jednak Jezus przedstawia się jako zwycięzca diabła: „Teraz od-
bywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzuco-
ny” (J 12,31; por. 14,30; 16,11). „Widziałem szatana, spadającego z nieba jak bły-
skawica” (Łk 10,18). Otóż nie tylko niebo zostało uwolnione od szatana: Syn Boży
stał się człowiekiem, aby od szatana i od jego aniołów oczyścić również ziemię.
Taka jest główna myśl wydarzeń w Gadarze: Chrystus wpędza demonów w stado
wieprzy, a więc w zwierzęta uznawane w Starym Testamencie za nieczyste, które
rzuciły się w otchłań morską, bo nie starczy naszej ziemi jednocześnie dla demo-
nów i dla Chrystusa.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 42


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

I wszystkie epizody uwolnienia opętanych mają ten właśnie sens: Chrystus ob-
jawia się wówczas jako zwycięzca nad diabłem i złymi duchami. „Czego chcesz
od nas, Jezusie Nazarejczyku? – wołał człowiek opętany przez ducha nieczystego
Przyszedłeś nas zgubić” (Mk 1,24). Próby dopatrywania się w demonach, od któ-
rych uwalniał Chrystus, jedynie personifikacji chorób, wydają się jawnie niezgod-
ne zarówno z duchem, jak z literą Ewangelii. Warto tu zresztą przypomnieć, że
podobnie jak dzisiaj patrzymy na choroby głównie z perspektywy biologii i medy-
cyny, tak człowiek biblijny widział w nich przede wszystkim znak naszego odda-
lenia od Boga.

Jednak powtarzam: Uznawanie realności diabła ma niewiele sensu, dopóki na-


prawdę (a nie tylko w naszych poglądach) nie otworzymy drzwi Chrystusowi i
jeśli zabraknie w nas lęku, iż wystarczy trochę oddalić się od Chrystusa, aby znów
stać się pastwą złych duchów od nas mocniejszych. Ewangelia mówi o tym wy-
raźnie: „Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie.
Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na
której polegał, i łupy jego rozda (...) Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka
się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi:
«Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem». Przychodzi i zastaje go wymiecionym i
przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów, złośliwszych niż on
sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy
niż poprzedni” (Łk 11,21–22.24–26).

Otóż warto wiedzieć o tym, że już w czasach apostolskich prowadzono dyskusje na


temat realności dobrych i złych duchów, podobnie jak spierano się o to, czy moż-
liwe jest zmartwychwstanie: „Saduceusze mówią, że nie ma zmartwychwstania ani
anioła, ani ducha, a faryzeusze uznają jedno i drugie” (Dz 23,8). Apostołowie jed-
nak nie wdawali się w te dyskusje, ale z mocą Bożą głosili przyszłe zmartwych-
wstanie, ostrzegali przed diabłem i martwili się, kiedy udawało mu się wyrwać
z owczarni Bożej jakąś mało ostrożną owieczkę. „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! –
woła Apostoł Piotr. – Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo
pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!” (1 P 5,8n) „Dlaczego szatan za-
władnął twym sercem?” – z oburzeniem pyta tenże Piotr Ananiasza (Dz 5,3).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 43


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jednak nie tylko wewnątrz społeczności żydowskiej dyskutowano na temat real-


ności złych duchów. Chrześcijańska doktryna o diable wcale nie znalazła sobie
takiego sojusznika w ówczesnych wyobrażeniach pogańskich, jak to z nadmierną
chyba pewnością siebie twierdzą współcześni jego demitologizatorzy. Najwybit-
niejszy starożytny krytyk chrześcijaństwa, Celsus, ostro atakował chrześcijan, mię-
dzy innymi za to, że „wymyślają sobie jakiegoś przeciwnika Boga, diabła, którego
po hebrajsku zwą szatanem. Przecież to grzech śmiertelny i wielka bezbożność
opowiadać, że najwyższy Bóg, który pragnie pomagać ludziom, ma przeciwnika,
działającego wbrew Jego woli, i nie może nic na to poradzić. Syn Boży zatem oka-
zuje się słabszym od diabła i doznając cierpień poucza nas, byśmy i my nie przy-
wiązywali wagi do krzywd, jakich doznajemy ze strony diabła” (Orygenes, Przeciw
Celsusowi, VI 42).

A zatem już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa kładziono dość znaczny nacisk


na naukę o diable i złych duchach. Nie da się wobec tego powiedzieć, że odrzu-
cenie realności złych duchów przekraczało wyobraźnię ówczesnych chrześcijan.
Musieli więc oni przywiązywać do tej prawdy jakieś istotne znaczenie, skoro – jak
słusznie powiada dokument Kongregacji Doktryny Wiary z 26 czerwca 1975 –
„w ciągu wieków (...) zarówno heretycy, jak wierni, opierając się na Piśmie Świę-
tym, zgodnie uznawali istnienie i zgubny wpływ szatana. Dlatego też dzisiaj, kie-
dy ta prawda podawana jest w wątpliwość, należy powoływać się na ową stałą i
powszechną wiarę Kościoła, tak jak i na jej główne źródło, nauczanie Chrystusa”
(tłum. Wiesław Szymona OP).

Wprawdzie dopiero w naszych czasach pojawiły się wewnątrz chrześcijaństwa


wątpliwości co do realności szatana, ale strukturalnie rzecz biorąc, wyraża się w
nich tendencja niemal tak stara jak samo chrześcijaństwo: tendencja do oswojenia
się z tajemnicą zła poprzez przykrojenie jej na naszą ludzką miarę. Powszechnie
na przykład wiadomo, że w kulturze polskiej szatan jest jakiś taki mało poważny,
w gruncie rzeczy niegroźny, często głupi, czasem niemal sympatyczny. Prawdzi-
wy szatan jest niestety zupełnie inny. To prawda, w obliczu Chrystusa staje się on
rzeczywiście mało groźny i bezsilny, ale to dopiero w obliczu Żywego Chrystusa.
Mickiewicz miał rację, kiedy radził: „Chowaj się przed nim w światło – tam cię nie
dostrzeże”. Jednakże w ciemności, to znaczy kiedy człowiek znajduje się w niewoli
grzechu, jest on niezwykle groźny.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 44


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Sposobem przykrojenia tajemnicy zła na naszą ludzką miarę jest również pod-
niecanie się demonologią: uprawianie zabobonów i rozmaitych polowań na cza-
rownice, fascynacje ciemnościami ludzkiego wnętrza oraz instytucji społecznych.
Zamiast szukać ratunku u Mocarza potężniejszego od mocarzy piekielnych, czło-
wiek próbuje obronić się przed złem za pomocą magicznego zabiegu. Albo wierzy
naiwnie, iż diabeł jest tak głupi i słaby, że wystarczy odszukać i unieszkodliwić jego
ludzkich popleczników, aby się przed nim zabezpieczyć.

Spójrzmy teraz na główne argumenty przeciwko realności szatana, bo one dema-


skują się same. Wystarczy im się dobrze przypatrzyć, żeby znikły niby to rzekomo
potężne Fatum z wiersza Norwida. Powiada się na przykład, że do ludzkich czelu-
ści, w których niegdyś mieszkał szatan, dotarła już współczesna psychologia i oka-
zało się, że aby je wyjaśnić nie są już potrzebne żadne istoty pozaempiryczne.

Osobiście zdumiewa mnie sam typ zarzutu. Wydawałoby się, że takie pomieszanie
wymiaru zjawiskowego i ponadzjawiskowego dzisiaj jest już niemożliwe. Okazuje
się jednak, że dawny, jeszcze dziewiętnastowieczny konflikt między wiarą w stwo-
rzenie świata a teorią ewolucji nie nauczył niczego nawet niektórych teologów.
Czyżby prawdy, że każdy z nas został stworzony przez Boga, rzeczywiście nie dało
się pogodzić z faktem, że każdy z nas pochodzi od swoich rodziców? I analogicz-
nie: Czyżby ciemności, odnajdywane w człowieku przez psychologię, rzeczywiście
wykluczały głębsze jeszcze przyczyny naszego zła?

Wspomniany już dokument Kongregacji Doktryny Wiary zbija omawiany argu-


ment po prostu odwołując się do zdrowego rozsądku: „Dawniej człowiek w każ-
dym zaułku swych myśli lękał się naiwnie spotkania z szatanem. To fakt. Czy nie
byłoby jednak taką samą naiwnością oczekiwać, że nasze metody powiedzą wkrót-
ce ostatnie słowo na temat głębin świadomości, w których oddziaływają na sie-
bie ciało i duch, natura i łaska, rozum i Objawienie? Przecież te problemy zawsze
uchodziły za trudne i skomplikowane. Współczesne nasze metody mają podobnie
jak dawne swoje granice, których nie wolno im przekraczać. Skromność zawsze
cechująca prawdziwą inteligencję winna i tutaj dojść do głosu i zachować nas w
prawdzie, kierując naszą uwagę na głos Objawienia, czyli po prostu wiary”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 45


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Weźmy inny argument przeciwko istnieniu szatana: Człowiekowi potrzebny jest


szatan po to, żeby miał na kogo zrzucać odpowiedzialność za swoje zło; wiara w
szatana demobilizuje człowieka w walce ze złem, utrudnia też rozpoznanie źródeł
zła, jakie nosimy sami w sobie. Nie spieszmy się z twierdzeniem – powiadają wy-
znawcy tego argumentu – że Oświęcim był dziełem diabelskim, Oświęcim stwo-
rzyli ludzie.

Nie da się zaprzeczyć, że w argumencie tym podniesiony jest ważny problem prak-
tyczny. Nie można mu przecież jednak nadawać rangi teologicznej, bo jej po pro-
stu nie ma. To prawda, że lubimy obarczać szatana winą za nasze grzechy. Próbo-
wali tego już pierwsi rodzice: „Rzekł Bóg do niewiasty: «Dlaczego to uczyniłaś?»
Niewiasta odpowiedziała: «Wąż mnie zwiódł i zjadłam»” (Rdz 3,13).

A propos Węża, który skusił pierwszych rodziców: Twierdzę stanowczo, że cho-


dzi tu o szatana, i pochlebiam sobie, że tego samego zdania jest Pan Jezus. „On
od początku był zabójcą” – powiada Chrystus o szatanie, a przecież właśnie za
sprawą owego Węża z trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju śmierć przyszła na lu-
dzi. Również autor Apokalipsy wyraźnie utożsamia szatana z tamtym Wężem: „I
został strącony wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwo-
dzący całą zamieszkałą ziemię” (12,9; por. 20,2). Można by tu jeszcze przypomnieć
Księgę Mądrości: „Śmierci Bóg nie uczynił ani nie cieszy się ze zguby żyjących (...)
Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego
należą” (1,13 i 2,24).

Wróćmy jednak do zarzutu, że uznawanie realności złego ducha zaciemnia naszą


odpowiedzialność za zło. Norbert Lohfink wskazał na niezwykle interesujące po-
wiązanie biblijnego opisu stworzenia człowieka z mitem babilońskim, wedle któ-
rego pierwszy człowiek został stworzony z ziemi skrwawionej grzeszną, przelaną
w buncie przeciw najwyższemu Mardukowi, krwią bogów. Myślą przewodnią mitu
babilońskiego było więc przesłanie, że człowiek nie jest odpowiedzialny za swoją
grzeszność, bo ona go przenika już od pierwszego momentu stworzenia. Opis bi-
blijny gruntownie się przeciwstawia ujęciu babilońskiemu: Bóg stworzył człowieka
z samego tylko mułu ziemi i ożywił go swoim boskim, czystym tchnieniem; grzech
pojawił się w ludzkich dziejach dopiero z winy człowieka – taka jest podstawowa
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 46


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

idea opowiadania o upadku pierworodnym. W opisie biblijnym nie redukuje się


jednak tajemnicy zła do poziomu czysto moralistycznego. Postać Węża wskazu-
je na to, że człowiek był poddany naciskowi zła, które wcześniej dokonało się w
świecie ponadludzkim. Nie był to jednak nacisk determinujący, człowiek mógł i
powinien był mu się oprzeć.

To mało powiedzieć, że naukę tę cechuje umiar. Biblia, broniąc wolności człowieka


i wzywając go do odpowiedzialności, przeciwstawia się zarazem pokusie zamknię-
cia tajemnicy zła wewnątrz samego tylko świata ludzkiego. Bardzo to groźna po-
kusa. Kto jej ulegnie, wkrótce on sam albo jego duchowe dzieci zaczną tworzyć
programy ostatecznego wyzwolenia ludzkości od zła. Wiara chrześcijańska, ow-
szem, głosi ostateczne wyzwolenie od zła, ale dokonać tego może tylko Chrystus,
Syn Boży, zresztą stanie się to dopiero w wymiarze transcendentnym wobec histo-
rii. Jeśli zaś odrzucimy istnienie szatana i złych duchów, a tajemnicę zła będziemy
rozumieć jedynie jako wewnętrzne nieszczęście rodziny ludzkiej, to wkrótce i w
Boskość Chrystusa zwątpimy (bo po co aż tyle potęgi przeciwko złu w gruncie rze-
czy tylko lokalnemu?), i zapomnimy o przeciwstawieniu się grzechowi, zaś walkę
ze złem skupimy na uzdrawianiu niesprawiedliwych struktur. Bo taką logiką rzą-
dzi się świat ducha, że jeśli błędnie rozpoznamy, prędzej czy później skończy się to
na fałszywych postawach egzystencjalnych.

Osobiście bardzo bałbym się odrzucać intuicję, podpowiadającą mi, że Oświęcim


to szczególnie tragiczny przypadek zwycięstwa diabła nad człowiekiem. Intuicja ta
budzi bowiem we mnie potrzebę walki z grzechem (przede wszystkim z tym grze-
chem, który jest we mnie) i tęsknotę za pełniejszą jednością z Chrystusem Zbawcą.
Postawa ta doprawdy w niczym nie zagraża wyciąganiu praktycznych wniosków z
prawdy, że Oświęcim stworzyli przecież ludzie. Jeżeli zaś ograniczę się tylko do tej
drugiej prawdy, mogę i o własnym grzechu zapomnieć i na jakieś inne manowce w
drodze ku świetlanej przyszłości się zabłąkać.

Myślę, że w powyższych spostrzeżeniach zawiera się już odpowiedź na pytanie,


które demitologizatorom diabła wydaje się czysto retoryczne: Czy uznanie real-
ności szatana przybliża do rozwiązania tajemnicy zła? Ależ oddala! Na szczęście
oddala! Aż do dnia Sądu Ostatecznego! Broń nas, Boże, od tych, którzy chcieliby
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Spór o istnienie szatana 47


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tę tajemnicę rozwiązać wcześniej! I daj nam, Boże, za łaską Chrystusa już teraz po-
konywać zło w nas samych i w naszych środowiskach!

Sam fakt pojawienia się tego rodzaju pytań zdradza, jak mi się wydaje, określoną
mentalność. Wyobraźmy sobie, że medycyna nie potrafi w pełni odpowiedzieć na
pytanie o znaczenie dla organizmu ludzkiego jakiegoś określonego narządu lub
czynności. Przecież nikt nie wyciągnie stąd wniosku, że jest to narząd niepotrzeb-
ny albo nawet – że w ogóle nie ma go w organizmie. Jeśli analogicznie spojrzeć
na pytanie o istnienie szatana – rozstrzygające przecież jest nie to, czy teza o jego
realności pomaga nam do zrozumienia tajemnicy zła, ale to, że zarówno Pismo
Święte, jak wiara Kościoła przyjmuje go za postać realnie istniejącą, inteligentną,
a zarazem dogłębnie przewrotną, pragnącą eksportować swoją przewrotność w
świat ludzki. To, że w danym momencie biblijny przekaz o diable wydaje się komuś
duchowo jałowy lub nawet szkodliwy, nie może być dla chrześcijanina powodem
do odrzucenia go. Chrześcijanin pyta wówczas raczej o to, jaki błąd popełnia w
odbiorze tego przekazu, i stara się ten błąd naprawić.

Zamknijmy te refleksje nad pytaniem, czy nie próbujemy obarczyć diabła odpo-
wiedzialnością za swoje grzechy, wypowiedzią dwukrotnie już cytowanego doku-
mentu Kongregacji Doktryny Wiary z roku 1975: Kościół „pragnie jedynie po-
zostać wierny wymogom Ewangelii. Jasne, że nie pozwalał on nigdy uchylać się
od odpowiedzialności przez przypisywanie win demonom. Gdy tylko pojawiła się
pokusa takiego wykrętu, reagował on ostro, powtarzając słowa św. Jana Złotouste-
go: «Przyczyną wszystkich upadków i nieszczęść, na które się ludzie uskarżają,
nie jest diabeł, lecz ludzkie niedbalstwo». Doktryna chrześcijańska stawia więc w
pełnym świetle zarówno wszechmoc i dobroć Stwórcy, jak też wolność i wielkość
człowieka. Potępiała ona zawsze pochopne dopatrywanie się na każdym kroku in-
gerencji szatana, odrzucała zabobon, magię, uleganie fatalizmowi i uchylanie się
od walki. Co więcej, gdy tylko zaczyna ktoś mówić o możliwej interwencji szatana,
Kościół staje się równie krytyczny i ostrożny, jak w wypadku cudownych zjawisk.
Roztropność i rezerwa są tu niezbędne, łatwo bowiem paść ofiarą wyobraźni lub
przekręcanych i fałszywie interpretowanych opowiadań”.

Czy w świetle tego, cośmy dotychczas powiedzieli, można się zgodzić z twierdze-
niem niektórych teologów, że tak czy owak nauka o szatanie jest dla wiary czymś
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 48


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

drugorzędnym? I tak, i nie. Tak, bo tym jedynym, co dla wiary chrześcijańskiej jest
naprawdę ważne, jest Jezus Chrystus, który żyje. Dworzaninowi królowej Etiopii
diakon Filip potrafił podczas jednej jazdy wozem przekazać całość tego, co w wie-
rze chrześcijańskiej jest ważne. Po prostu „opowiedział mu Dobrą Nowinę o Jezu-
sie” (Dz 8,35) i jazda ta, jak wiemy, skończyła się ochrzczeniem dworzanina. Ale z
drugiej strony, sam Pan Jezus mówił, że nawet w Starym Testamencie „każda jota
i każda kreska” ma swoją wartość nieprzemijalną (por. Mt 5,18).

Krótko mówiąc, prawda o szatanie rzeczywiście wydaje się czymś mało ważnym, a
nawet łatwo może przyprawić o szkodę, dopóki nie otworzymy jej na światło Chry-
stusa. Z kolei najmniejszy nawet szczegół wiary chrześcijańskiej – a cóż dopiero
tak bardzo obecna w Nowym Testamencie prawda o szatanie! – staje się czymś
ważnym i niezmiernie wzbogacającym, jeżeli przeniknie go Żyjący Chrystus. To
mało bowiem powiedzieć, że Chrystus stanowi centrum wiary chrześcijańskiej.
On jest Pełnią, która przenika sobą wszystko (por. Kol 2,9n; J 1,16; Ef 4,10). I wła-
śnie dlatego ani jednej joty i ani jednej kreski nie wolno nam z naszej wiary uronić,
ale każde zdanie Pisma Świętego, każde przykazanie Boże i każdą prawdę wiary,
choćby najmniejszą, powinniśmy otwierać na obecność Chrystusa.

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem


Świętym?
Przypadkowo przeglądając Biblię, zwróciłem uwagę na Księgę Mądrości, która bardzo mnie
zainteresowała. Nie było czasu, żeby ją przeczytać do końca, a pożyczyć nie chciałem, bo ja-
koś wstyd było się przyznać, że nie mam własnej Biblii. To zdopingowało mnie i postarałem
się o własną Biblię. Szukam Księgi Mądrości – nie ma. Idę do księdza i pytam, co to znaczy,
a ten mi na to, że mam Biblię w wydaniu protestanckim, a protestanci Księgi Mądrości nie
uznają. Było to tak nieoczekiwane, jakby mnie kto zdzielił obuchem. Nie będę tu opisywał,
jakie różne pytania zaczęły nawiedzać moją biedną głowę. W końcu sprowadziło mi się to
wszystko do jednego pytania: A skąd w ogóle wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świę-
tym? Może to pytanie naiwne, ale czasem mi się wydaje, że jeśli nie znajdę na nie odpowie-
dzi, to moja wiara utraci grunt pod nogami.

Zacznę od przedstawienia w karkołomnym skrócie najważniejszych faktów, od-


noszących się do postawionego przez Pana problemu. Najpierw zwróćmy uwagę
na pewną informację zawartą w Dziejach Apostolskich, która z naszym tematem
zdaje się nie mieć nic wspólnego. Informacja ta brzmi następująco: „Saduceusze
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 49


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

bowiem mówią, że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha, a faryzeusze


uznają jedno i drugie” (23,8). Otóż różnice te wzięły się stąd, że saduceusze uzna-
wali tylko Pięcioksiąg Mojżeszowy, w którym nie ma jeszcze wyraźnej nauki o
zmartwychwstaniu ani o aniołach, faryzeusze zaś włączali do Pisma Świętego rów-
nież księgi proroków, Psalmy oraz wiele innych utworów, należących dziś do Sta-
rego Testamentu.

Tu warto przypomnieć pedagogię, jaką wobec saduceuszów zastosował kiedyś Pan


Jezus. Przyszli raz do Niego, ażeby wyszydzić głoszone przez Niego zmartwych-
wstanie. Pan Jezus nie chciał wchodzić z nimi w uczone dyskusje: pokazał im po
prostu, że nie potrafią w wierze przeczytać nawet Pięcioksięgu Mojżesza, w które-
go Boże natchnienie przecież wierzyli. „Co zaś dotyczy umarłych, że zmartwych-
wstaną – odpiera ich szyderstwa Pan Jezus – czyż nie czytaliście w księdze Mojże-
sza, (...) jak Bóg powiedział do niego: «Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg
Jakuba». Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych” (Mk 12,26n).

Ostatecznie listę swoich ksiąg świętych ustalili Żydzi na zjeździe w Jamnii ok.
100 roku ery chrześcijańskiej. Autorytet wielkiego rabbiego Akiby zadecydował
wówczas o tym, że starozakonni uznali Boże natchnienie Pieśni nad Pieśniami.
Natomiast niepodległościowa atmosfera, jaka przenikała ówczesne środowiska
żydowskie (przypomnijmy sobie rolę rabbiego Akiby w późniejszym nieco od
omawianych wydarzeń powstaniu Bar Kochby!), sprawiła, że w Jamnii odrzucono
z żydowskiego zbioru ksiąg świętych te pisma, które były napisane w języku grec-
kim, m.in. Księgę Mądrości.

Mamy więc już – z grubsza rzecz biorąc – trzy różne listy ksiąg Starego Testa-
mentu: kanon saducejski (o ile mi wiadomo, dziś trzymają się go karaimi), ka-
non rabbiego Akiby (uznawany do dziś przez Żydów) oraz kanon przyjęty od wie-
ków w Kościele katolickim, zawierający również najpóźniejsze księgi żydowskie
ery przedchrześcijańskiej, między innymi Księgę Mądrości, Księgę Syracha, dwie
Księgi Machabejskie.

Że Chrystus i Apostołowie również te ostatnie księgi uważali za część Pisma Świę-


tego, wskazują na to świadectwa, zawarte w Nowym Testamencie. Na przykład z
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 50


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Księgi Mądrości Apostołowie zaczerpnęli jedyną w swoim rodzaju terminologię,


za której pomocą przedstawiają przedwieczność Syna Bożego i Jego równość z
Ojcem (np. Hbr 1,3; Kol 1,15; por. Mdr 7,25n). Również bezpośrednio z Księgi
Mądrości (15,7) został wzięty obraz Boga–Garncarza w Pawłowym wywodzie na
temat przeznaczenia (Rz 9,21). A kiedy w Księdze Syracha czytamy upomnienie:
„Nie oddawaj się nierządnicom, abyś nie stracił swego dziedzictwa” (9,6) – czyż
nie przypomina nam się natychmiast przypowieść Pana Jezusa o synu marnotraw-
nym (por. zwłaszcza Łk 15,30)? Co jeszcze bardziej godne uwagi: Stary Testament
jest cytowany w Ewangeliach i w pismach apostolskich nie w bezpośrednim prze-
kładzie z hebrajskiego, ale według Septuaginty, słynnego przekładu greckiego, któ-
ry często odbiega nieco od hebrajskiego oryginału, próbuje bowiem uwyraźnić i
pogłębić sens religijny poszczególnych wydarzeń i wypowiedzi.

O ile Stary Testament był już w całości ukształtowany, kiedy Chrystus Pan przy-
stąpił do założenia Kościoła, o tyle zupełnie inaczej było z Nowym Testamentem.
Jego poszczególne księgi były pisane już w Kościele i przyjmowane przez niego
jako nieomylne, natchnione przez Ducha Świętego słowo Boże. Spostrzeżenie to
bardzo nam się przyda, kiedy będziemy szukali odpowiedzi na Pańskie pytanie.

Otóż na Nowy Testament złożyły się Pisma Apostołów oraz takie teksty, które zo-
stały napisane z ich polecenia i przez nich przekazane Kościołowi. Rozstrzyga-
jącym zaś świadectwem, że nie były one dla Kościoła słowem ludzkim (choćby
bardzo prawdziwym i pełnym pobożności), ale słowem Bożym, przemieniającym
serca, było to, że czytano je podczas odprawiania Eucharystii.

Jednak tu właśnie zaczynają się problemy. Żeby czytać poszczególne księgi pod-
czas liturgii, trzeba je było mieć. Toteż poszczególne gminy chrześcijańskie kom-
pletowały sobie poszczególne pisma apostolskie. Zdarzało się, że wśród świętych
zwojów zabrakło którejś księgi i nie od razu zdano sobie z tego sprawę. Kiedy z
kolei dopiero po dłuższym czasie zauważono, że w jakichś gminach czyta się księ-
gę gdzie indziej nie znaną, pojawiało się pytanie, czy to naprawdę jest księga na-
tchniona, skoro myśmy jej tak długo w ogóle nie znali. Zdarzało się również, że
jakiś biskup czy kapłan – w najlepszej woli – włączył do ksiąg czytanych podczas
Eucharystii jakiegoś podrzutka, na przykład bardzo pobożne skądinąd i prawo-
wierne pismo poapostolskie pt. Pasterz.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 51


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Na dobrą sprawę, lista ksiąg Nowego Testamentu była wyraźnie skrystalizowana


już w II wieku, ale co najmniej jeszcze przez dwa wieki pojawiały się pytania, czy ta
lub owa księga należy do pism natchnionych, jako że w jakimś mieście lub regionie
wciąż jeszcze miano problemy, czy ją czytać podczas świętej Eucharystii. Najczę-
ściej pytania te dotyczyły Listu do Hebrajczyków, listów apostolskich Jakuba i Judy
oraz Apokalipsy. Trudności budziła scena spotkania Chrystusa z cudzołożnicą,
zapisana w ósmym rozdziale Ewangelii św. Jana, jako że nie było jej w niektórych
kodeksach tej Ewangelii. Nie bez wpływu ustalonego w Jamnii kanonu rabbiego
Akiby pojawiły się również – zwłaszcza w Kościołach wschodnich – problemy, czy
powinno się czytać podczas liturgii te księgi Starego Testamentu, które nie należą
do Biblii żydowskiej.

Na marginesie – ale naprawdę tylko na marginesie, jako że herezjom tym nie uda-
ło się wprowadzić swoich idei i postulatów do Kościoła – warto zasygnalizować
istnienie radykalnych herezji, które odrzucały w całości bądź cały Stary Testament,
bądź niemal cały Nowy Testament. Cały Stary Testament odrzucali marcjonici,
później manichejczycy. Z kolei ebionici, którzy wysoko cenili Stary Testament,
zwalczali gwałtowanie Listy św. Pawła, ale z Nowego Testamentu przyjmowali
praktycznie tylko Ewangelię Mateusza.

Tak czy inaczej, Pismo Święte było w Kościele jednoznacznie ustalone od dobrych
ponad tysiąca lat, kiedy postanowili poddać je kontroli Luter, Kalwin oraz inni re-
formatorzy. Samą ideę rewizji Pisma Świętego już przed nimi sformułował Erazm
z Rotterdamu, niezwykle zasłużony w dziedzinie krytycznego ustalenia tekstów
świętych, właściwie ojciec tej dyscypliny biblijnej. Erazm przypomniał między in-
nymi dawne pytanie co do kanoniczności Listu Jakuba oraz Apokalipsy.

Erazm i Luter były to dwa biegunowo różne temperamenty, które starły się zresztą
ze sobą bezpośrednio w słynnej polemice na temat wolnej i niewolnej woli. Otóż
Erazm przypomniał tylko dawne pytania. Luter zaś nie miał już wątpliwości, że ani
Apokalipsa, ani List Jakuba, ani List do Hebrajczyków nie są księgami natchniony-
mi. Apokalipsę przywrócił do łask, kiedy w jej działających na wyobraźnię obra-
zach zaczął dostrzegać zapowiedzi współczesnych sobie wydarzeń(1). Ale o Liście
św. Jakuba – w którym znienawidził zwłaszcza wywód, że „wiara bez uczynków
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 52


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

martwa jest” (2,24–26) – do końca życia wyrażał się – delikatnie mówiąc – z nie-
chęcią. „Ani jedna w nim sylaba nie dotyczy Chrystusa”, „jest to list papistów”, „źle
wnioskuje Jakub”, „nie jest tak, jak roi sobie Jakub” – to autentyczne wypowiedzi
Lutra, wszystkie pochodzą z końca jego życia(2). Tylko jeszcze Księgi Machabej-
skie traktował Luter z równą nieżyczliwością, a to z powodu znajdującego się w
nich tekstu, który mówi o modlitwie za umarłych.

Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że Kościoły protestanckie na szczęście za-
chowały w końcu cały Nowy Testament, łącznie z Listem św. Jakuba. Nie wiem
również, kiedy ostatecznie protestanci (w każdym razie główne ich denominacje)
zdecydowali się ograniczyć Stary Testament do kanonu z Jamnii. Kiedyś zupełnie
przypadkowo natrafiłem na wypowiedź Kalwina (Institutiones, lib. l cap. l,l8), z
której zdaje się wynikać, że Księga Mądrości była dla niego autentyczną częścią
Pisma Świętego. Podobnych wypowiedzi znalazłoby się u reformatorów, a nawet u
ich następców, więcej. Na przykład w książce, napisanej około roku 1600, lutera-
nin Filip Camerarius powołuje się z wiarą na tekst z Księgi Syracha(3), dziś przez
protestantów nie uznawanej.

Odtworzenie procesu powracania protestantów do wszystkich ksiąg Nowego Te-


stamentu oraz ich odchodzenia od napisanych po grecku tekstów starotestamen-
talnych będzie miało ogromne znaczenie ekumeniczne. Prawdopodobnie gdzieś
tu bowiem dałoby się znaleźć przesłanki dla naszego spotkania przy dokładnie
tym samym dla wszystkich Piśmie Świętym.

I teraz dopiero podejmijmy Pańskie pytanie: Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest
Pismem Świętym? Żeby nie zgubić się w obliczu tego pytania, przypomnijmy rzecz
absolutnie podstawową: Początkiem, istotą i pełnią naszej wiary jest Jezus Chry-
stus, Syn Boży i nasz Odkupiciel, który żyje i który prowadzi nas do życia wiecz-
nego. Nie dlatego wierzymy w Chrystusa, że mówi nam o Nim Pismo Święte, ale
dlatego Biblia jest dla nas Pismem Świętym, że wynika to z naszej wiary w Chry-
stusa, Syna Bożego.

Zastosujmy tę zasadę najpierw do Starego Testamentu. Nie dlatego stanowi on dla


nas słowo Boże, że jest religijną księgą Żydów, ale dlatego, że tę religijną księgę
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 53


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Żydów Chrystus nauczył nas traktować jako Pismo Święte. Wielokrotnie wskazy-
wał On na to, że Mojżesz i prorocy pisali w Bożym natchnieniu i przygotowywali
Jego przyjście. „I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał
im – tzn. uczniom z Emaus – co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk
24,27). A jeszcze za swego ziemskiego życia, kiedyś przyszedł do synagogi w Na-
zarecie, przeczytał fragment Księgi Izajasza i „począł do nich mówić: «Dziś speł-
niły się te słowa Pisma, któreście słyszeli»” (Łk 4,21). Kiedy indziej, w rozmowie
z faryzeuszami, przytacza wyjątek Psalmu 110, żeby ich naprowadzić na prawdę
o boskości Mesjasza (Mt 22,41–46). Kiedyś znów zarzucał swoim przeciwnikom,
że zajmują się Pismem Świętym w sposób bezpłodny, bo to nie przybliża ich do
Niego, który jeden może obdarzyć człowieka życiem wiecznym: „Badacie Pisma,
ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: a właśnie one dają o Mnie
świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie” (J 5,39n). Ta-
kich sytuacji znajdziemy w Ewangeliach znacznie więcej.

Co do Nowego Testamentu, to wręcz taka była chronologia, że najpierw uwierzo-


no w Chrystusa i tę Dobrą Nowinę o zbawieniu głoszono innym, a dopiero potem
zostały napisane Ewangelie i listy apostolskie. Jak doszło do tego, że teksty te zo-
stały uznane za Pismo Święte? Są na to dwie odpowiedzi: odpowiedź niewiary i
odpowiedź wiary. Z perspektywy niewiary wydaje się rzeczą logiczną przyjąć, że
to Kościół – zwłaszcza w osobach Apostołów oraz ich następców – zdecydował o
tym, że te, a nie inne księgi stanowią Pismo Święte.

Dla wiary stanowisko takie jest nie do przyjęcia i ma właściwie wszystkie cechy
bluźnierstwa. Bo jeśli Pismo Święte jest naprawdę słowem Bożym, to jest nim od
samego początku, a nie dopiero wskutek tego, że ktoś je uznał za słowo Boże. Za-
razem wiara nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Bóg chciał, aby Ewangelie
oraz inne święte pisma Apostołów powstały w Kościele i żeby przez Kościół zosta-
ły rozpoznane jako słowo Boże. Inaczej mówiąc, księgom natchnionym nie była
potrzebna ratyfikacja Kościoła, ale było rzeczą po prostu niemożliwą, żeby nie zo-
stały one rozpoznane przez Kościół jako księgi natchnione.

To jest oczywistą konsekwencją naszej wiary w Chrystusa Zbawiciela: Jeśli wie-


rzymy, że Syn Boży stał się człowiekiem i naszym Zbawcą, to już doprawdy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? 54


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

małodusznością byłoby posądzić Pana Boga o to, że nie zatroszczył się o nieomyl-
ny i napełniony Jego mocą przekaz tej radosnej nowiny albo że dopuścił do tego,
że któraś z natchnionych przez Niego ksiąg nie została przez Kościół rozpozna-
na, albo że jakiś czysto ludzki podrzutek – choćby nawet zawierał samą prawdę –
wszedł na trwałe do zbioru ksiąg świętych. Wierząc w Chrystusa, wierzymy prze-
cież, że został nam dany Duch Święty, który „nas wszystkiego uczy i przypomina
nam wszystko, co On nam powiedział” (J 14,26).

Sama zresztą historia to potwierdza, że rozpoznanie pism natchnionych dokonało


się w Kościele. Nie obyło się bez zmagań i trudów – co sygnalizowałem wyżej – ale
tak już jest z wszelkim darem Bożym, że trzeba go szukać i aktywnie się na niego
otwierać. I mamy wszystkie powody, żeby zaufać Panu Bogu, że to, w czym Ko-
ściół jako Kościół rozpoznał słowo Boże, jest całym słowem Bożym i tylko słowem
Bożym. Bez żadnych braków i bez żadnych podrzutków. Inaczej fałszem byłaby
obietnica Chrystusa, że będzie z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata
(Mt 28,20).

To, że rozpoznanie Pisma Świętego dokonało się w Kościele, a nie w jakiejś prze-
strzeni abstrakcyjnej, podkreślają wyraźnie również niektórzy teologowie prote-
stanccy. W rozprawie Appela, do której już się odwoływałem, przytoczono wiele
ich wypowiedzi na ten temat. „Kto przyjmuje pojęcie kanonu jako już ustalone –
pisał William Wrede – poddaje się w ten sposób autorytetowi biskupów i teologów
tamtego stulecia. Kto tego autorytetu nie uznaje w innych sprawach, (...) słusznie
uczyni, jeśli zakwestionuje go również tutaj.”(4) To bardzo groźna wypowiedź, ale
logiczna. Na szczęście wiara naszych braci protestantów okazuje się większa od
wyłożonej tu logiki. W duchu tej samej logiki, ale w sposób, który nie wyklucza
wniosków nawet dokładnie przeciwnych, wypowiedział się trzydzieści lat temu G.
Ebeling: „Jeśli zarówno zawartość kanonu, jak sens kanoniczności znajduje się po
prostu poza dyskusją, to protestantyzm staje na gruncie katolickim: gdyż zasadza
się wówczas na nieomylności rozstrzygnięcia wczesnokatolickiego Magisterium”.

Natomiast wypowiedź Paula de Lagarde idzie tak daleko, że albo nie zrozumiałem
jej sensu, albo ten protestancki teolog był kryptokatolikiem: „Nowy Testament
jako taki jest dziełem Kościoła katolickiego. Poddajemy się temu Kościołowi, jeśli
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 55
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

przyjmujemy jego dzieło. Będzie czymś jedynie słusznym, jeśli uznamy jego auto-
rytet również w innych sprawach”.

Jedno w tej wypowiedzi domaga się uściślenia: oczywiście nie Nowy Testament,
ale jego rozpoznanie było dziełem Kościoła katolickiego. Rozpoznał zaś Kościół w
poszczególnych księgach Starego i Nowego Testamentu słowo Boże dzięki Ducho-
wi Świętemu, który jest nam dany.

P.S. Mamy już po polsku niezwykle ważny dla naszego tematu, pochodzący z
pierwszej połowy III wieku, Orygenesa List do Juliusza Afrykańczyka na temat hi-
storii Zuzanny, tłum. S. Kalinkowski, w: Orygenes, Korespondencja, Kraków 1997,
ss. 62–84.

1 Y. Congar, L’Apocalypse pour Luther, „Reuve des Sciences Philosophiques et Théologiques” 68/1984, s. 94–100.

2 Dwie pierwsze wypowiedzi pochodzą z roku 1542, z Mów przy stole, dwie ostatnie z przedmowy do Pierwszej
Księgi Mojżesza, która znajduje się w wydaniu Biblii z roku 1546 (cyt. za: N. Appel, Kanon und Kirche. Die Kanon-
krise im heutigen Protestantismus, Paderborn 1964, s. 243).

3 F. Camerarius, Prawdziwa i wierna relacja o uwięzieniu w Rzymie, Warszawa 1984, s. 252.

4 Ten i dwa następne cytaty powtarzam za: N. Appel, dz. cyt., s. 117–118.

Imię Boże
Czy nie mógłby Ksiądz wyjaśnić, o co chodzi świadkom Jehowy, że przywiązują taką wagę
do tego, aby Boga nazywać Jehową?

Proponuję zostawić na razie na boku doktrynę świadków Jehowy, pomówmy w


ogóle o imieniu Bożym. Zastanówmy się na początku, czym się różni nazwa od
imienia.

W rozważaniach nad ludzką mową często podkreśla się, że coś, czego nie nazy-
wamy, dla nas prawie nie istnieje. Jeśli na przykład w jakimś języku tym samym
słowem określa się kolor niebieski i fioletowy, ludzie mówiący tym językiem zwy-
kle nie rozróżniają tych kolorów. Las człowieka dzisiejszego jest jakby inny niż las
naszych dziadków: my w lesie widzimy drzewa, nasi dziadkowie widzieli raczej
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 56
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

graby, buki, modrzewie, sosny itd., umieli nazwać poszczególne trawy i rozróżnia-
li każdego ptaka, którego w lesie zobaczyli lub usłyszeli. Podobnie daleko nam do
Eskimosów, którzy na określenie śniegu mają ponad trzydzieści wyrazów; nasze
doświadczenie śniegu jest znacznie uboższe.

Nadając nazwę, w jakiś sposób oswajamy rzecz nazywaną, włączamy ją do naszego


świata. Za pomocą nazw rozróżniamy rzeczy, ale je także łączymy w większe lub
mniejsze grupy. Nazwa wydobywa z rzeczy to, co w niej widzimy przede wszyst-
kim; wskazuje na jej relacje do innych rzeczy itp. Słowem, dzięki językowi rzeczy-
wistość układa nam się w jako tako sensowną całość i to sensowną w sposób jed-
nocześnie obiektywny i subiektywny: jako moja rzeczywistość.

Jeśli się nad powyższym zastanowić, człowieka ogarnia niepokój, czy w ogóle wol-
no nam nazywać Boga. Bóg jest przecież Kimś Żywym, nie jest rzeczą. W Nim ży-
jemy, poruszamy i jesteśmy, On jest u podstaw całego naszego świata, niezależnie
od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie – zatem czy wolno nam określać
Go naszymi nazwami, tak jakby trzeba Go było dopiero do naszego świata wpro-
wadzić? Kiedy w mojej obecności ktoś mówi o mnie jako o osobie trzeciej, odczu-
wam to jako nadużycie i złe wychowanie. Bóg tymczasem jest wszechobecny, na-
sze mówienie o Nim nigdy nie dzieje się poza Jego obecnością. W każdej sytuacji
jest On kimś pierwszym, bo jest On nawet bliższy mnie niż ja sam sobie; nigdy nie
jest osobą trzecią, nieobecną przy rozmowie.

Oto powody, dla których przynajmniej niektóre sposoby mówienia o Bogu od-
czuwamy jako nadużycie. Nie wolno nam o Nim mówić tak, jakby był rzeczą albo
jakby nie był obecny; nie wolno nam wyobrażać sobie, że nazywając Go, można
nad Nim zapanować albo Go do czegoś przymusić. O Bogu trzeba mówić w taki
sposób, żeby to nas do Niego przybliżało. On sam pokazał nam, jak można i na-
leży o Nim rozmawiać: w Piśmie Świętym, które jest Jego słowem. Otóż z Pisma
Świętego wynika, że Pan Bóg nie pogniewa się na nas, jeśli nasze mówienie o Nim
jest niedoskonałe, a nawet obarczone jakimiś prymitywnymi wyobrażeniami: naj-
ważniejsze, żeby wypływało ono ze szczerego serca i przesycone było pragnieniem
zbliżenia do Niego. Przypomnijmy sobie, jak prymitywne niekiedy były wyobra-
żenia o Bogu pierwszych Izraelitów – a przecież oni rzeczywiście Boga szukali i
Go znajdowali.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 57
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W tym miejscu zastanówmy się nad tym, co to jest imię. Otóż imię wskazuje pra-
wie zawsze na osobę. Jeśli dajemy imię rzeczom lub zwierzętom, to aby wydobyć
niejako tę rzecz lub zwierzę spośród wszystkich do niego podobnych i podkreślić
jego dla nas jedyność i niepowtarzalność. Zwracanie się po imieniu wyraża przede
wszystkim bliską relację międzyosobową. Dlatego jesteśmy po imieniu tylko z
ludźmi, którzy są nam w jakiś sposób bliscy. Kiedy ktoś bez mojej zgody zwraca
się do mnie po imieniu, jest mi przykro, niezależnie od tego, czy kryje się za tym
upokarzająca mnie protekcjonalność czy nieuprawnione spoufalanie się.

Z kolei są liczne rodziny, w których ojca ani matki nigdy nie nazywa się po imieniu
i nie przeszkadza to najserdeczniejszej zażyłości między rodzicami i dziećmi. W
rzeczywistości jednak imionami – a nie tylko nazwami – są wówczas słowa „tato,
mamo”, a oznaczają one jedyną dla dziecka osobę na świecie, z którą je łączy naj-
serdeczniejsza bliskość. Zarazem dzięki zakazowi nazywania rodziców ich imie-
niem własnym zapewniony jest pożyteczny dystans.

Odnotujmy jeszcze symboliczne akty pozbawienia człowieka jego imienia, żeby


okazać mu w ten sposób pogardę, a nawet odsądzić samowolnie od ludzkiej god-
ności. I tak w obozach koncentracyjnych ludzi po prostu ponumerowano. Z po-
dobnej potrzeby, choć w formie bez porównania mniej groźnej, bierze się nasza
skłonność do zastępowania imienia inwektywą („ty ośle!” itp.).

Przenieśmy te refleksje na teren wiary. Każdego z nas Pan Bóg wezwał do istnienia
po imieniu. Nie bądźmy śmieszni i nie wyobrażajmy sobie tego w sensie material-
nym. Wezwał nas po imieniu, to znaczy umiłował nas, zanimśmy jeszcze zaistnieli;
to, co powiedziano o Jeremiaszu, odnosi się zapewne do każdego z nas: „Zanim
cię utworzyłem w łonie matki, znałem cię” (Jr 1,5). Kilkakrotnie też powtarza się w
Piśmie Świętym obietnica, że Bóg da nam nowe imię. Co to znaczy? Jest to obiet-
nica, że zaznamy większej jeszcze miłości od Boga niż obecnie, miłości nieprze-
mijalnej. Nawet bezpłodnym, jeśli wejdą na drogę Bożą, „dam miejsce w moim
domu i w moich murach, oraz imię lepsze od synów i córek, dam im imię wieczy-
ste i niezniszczalne” (Iz 56,5). Każdy z nas, jeśli tylko będziemy wierni Bogu, zazna
miłości niepowtarzalnej i przekraczającej wyobraźnię, każdy z nas otrzyma „imię
nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto [je] otrzymuje” (Ap 2,17).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 58
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Otóż miłość Boga do człowieka nie jest jednostronna, Bóg chce być również ko-
chany przez tych, których kocha. Toteż objawił nam swoje imię, chce być z nami
po imieniu, tak jak to się dzieje w każdej miłości. Osobiście wydaje mi się, że
świadkom Jehowy chodzi nie tyle o imię Boże, co o wyraz Jahwe. A przecież imię
to nie tylko wyraz, w ostatecznym wymiarze imię utożsamia się z osobą: w takim
stopniu, w jakim jest mi ona bliska. Jeśli ktoś swoją żonę nazywa „Basią”, Basia nie
jest dla niego wyrazem, którym on oznacza swoją żonę, Basia to jest po prostu jego
żona. Ja mojej matki nigdy w życiu nie nazwałem jej imieniem własnym, nazywam
ją „mamą”, i to jest najprawdziwsze imię. „Mama” nie jest wyrazem, jakim okre-
ślam kobietę, która mnie urodziła; ja w to słowo wkładam swoje przywiązanie do
matki, kilkadziesiąt lat naszej wzajemnej bliskości.

Tylko przy takim rozumieniu mają sens liczne wypowiedzi biblijne na temat imie-
nia Bożego: o ile nie chodzi tu o wyraz, o ile imię Boże utożsamia się z samym Bo-
giem. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest Jego imię” – śpiewała
Matka Najświętsza w Magnificat. „Niech wielbią imię Twoje wielkie i straszne, bo
ono jest święte” – czytamy w Psalmie 99. „Ojcze, uwielbij imię Twoje” – modlił się
Pan Jezus (J 12,28).

Starotestamentalne imię „Jahwe” spełniło wielką rolę w dziejach objawienia. Ozna-


cza ono „Jestem Który Jestem”. Bibliści, analizując specyficzną strukturę języka
hebrajskiego, dopatrują się w owym „jestem” dodatkowej głębi: „Jestem jako ko-
chający”, „jestem jako źródło wszelkiego istnienia” itp. W czasach powszechnego
wielobóstwa imię to zawierało wyznanie monoteizmu: w różnych bogów ludzie
wierzą, ale jeden tylko Bóg jest prawdziwy. Ten, który kazał się nazywać JA JE-
STEM.

Później, kiedy monoteizm utrwalił się, Żydzi zaczęli coraz bardziej lękać się uży-
wania tego imienia. W końcu doszło do tego, że jednemu tylko arcykapłanowi i to
jeden jedyny raz w roku – kiedy w Dzień Pojednania stawał w Świętym Świętych
sam na sam z Bogiem – wolno było wezwać tego imienia. Dlaczego do tego do-
szło? Wynikało to zapewne z podobnej czci, która wielu ludzi powstrzymuje przed
zwracaniem się po imieniu do własnych rodziców. Może też było w tym trochę
chęci łatwego „zaliczenia” sobie przykazania „Nie będziesz brał imienia Pana Boga
twego nadaremnie”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 59
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W każdym razie faktem jest, że w czasach Pana Jezusa Żydzi zupełnie już nie uży-
wali tego imienia. Nawet czytając Stary Testament, w którym tyle razy pojawia
się to imię, lękano się je wymawiać i zastępowano je słowem „Adonai”, to znaczy
„Pan”. Również w Ewangeliach ani razu nie cytuje się tego imienia. Więcej jeszcze,
we wszystkich bez wyjątku cytatach starotestamentalnych w miejsce słowa „Jah-
we” Nowy Testament umieszcza konsekwentnie słowo „Pan”. I tak było zawsze od
początku zarówno w Kościele katolickim, jak we wszystkich chrześcijańskich wy-
znaniach. Dopiero świadkowie Jehowy zrobili z tego problem.

Dlaczego? O co im chodzi, że odważyli się wystąpić z pretensją do całego chrze-


ścijaństwa o zaniechanie używania tego imienia, skoro w pierwszym rzędzie pre-
tensję tę powinni skierować przeciwko Ewangeliom? Przecież w gruncie rzeczy nie
walczą oni o imię, tylko o wyraz. Zwracam się przecież do Boga po imieniu, ile-
kroć w miłości wołam do Niego „Boże mój!”, czy jakkolwiek inaczej, byleby praw-
dziwie. O co chodzi świadkom Jehowy w tej kłótni o wyraz?

Otóż centralnym dogmatem ich doktryny jest nauka o królestwie Bożym, którą
oni jednak rozumieją jako obietnicę raju na ziemi. Przy takim rozumieniu króle-
stwa Bożego, wewnętrzną koniecznością tej doktryny jest odrzucenie ewangelicz-
nego orędzia o odkupieniu przez krzyż Chrystusa, o Bóstwie Chrystusa i o naszym
przebóstwieniu, a także o Bożym Ojcostwie wobec nas. I rzeczywiście wszystkie te
prawdy świadkowie Jehowy odrzucają. Otóż wszystkie te negacje skupiają się jak
w soczewce w kłótni o wyraz „Jahwe”.

Tymczasem nie przypadkiem słowo to nie pojawia się w Ewangeliach ani razu – z
wyjątkiem kilku dość jednoznacznych aluzji, o których za chwilę. Mianowicie Je-
zus Chrystus objawił nam nowe imię Boga, doskonalej odsłaniające prawdę Bo-
żej miłości do ludzi. Kiedy przypatrzyć się zapisanym w Ewangeliach modlitwom
Chrystusa, od razu rzuca się w oczy, że Boga nazywał najczęściej Ojcem. OJCIEC
– to jest właśnie nowe imię Boga: „Ojcze, nadeszła godzina! Uwielbij Syna swego,
aby Syn Cię uwielbił” (J 17,1); „Ojcze Święty, zachowaj ich w imię Twoje” (J 17,11);
„aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni sta-
nowili jedno w Nas” (J 17,21); „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że za-
kryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt
11,25); „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego” (Łk 23,46). Również nas uczył,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Imię Boże 60
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

abyśmy właśnie w tym imieniu zbliżali się do Boga: „Ojcze nasz, któryś jest w nie-
bie, święć się imię Twoje” (Mt 6,9).

Jest jeszcze jedno imię Boże, objawione w Ewangelii. Jest to imię Jednorodzonego
Syna Bożego, równego Przedwiecznemu Ojcu, który dla naszego zbawienia uniżył
się i stał się człowiekiem. JEZUS (hebr. Jehoszua) znaczy „Jahwe zbawia”. W Ewan-
gelii św. Jana znajduje się kilka przejrzystych aluzji Pana Jezusa, w których daje
On do zrozumienia, że On sam jest Jahwe, TYM KTÓRY JEST: „Gdy wywyższycie
Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM” (J 8,28); „abyście uwierzyli,
że JA JESTEM” (J 13,39). Raz, przy okazji takiej wypowiedzi, słuchacze porwali
kamienie, aby Go zabić (por. J 8, 58n) – bluźnierstwem bowiem wydawało im się
to, że czyni się równym Bogu. Warto dodać, że świadkowie Jehowy gorąco sprzeci-
wiają się takiemu rozumieniu tych wypowiedzi – potwierdza ono bowiem prawdę
o Bóstwie Chrystusa, którą oni odrzucają.

Wielokrotnie czytamy w Nowym Testamencie o najwyższym znaczeniu imienia


Jezus: „W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą” (Mt 12,21); „I nie ma w
żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego
imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12); „I każdy, kto dla mego
imienia opuści dom albo braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć
otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (Mt 19,29); „A przywoławszy apostołów, ka-
zali ich ubiczować i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. Oni
zaś odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imie-
nia” (Dz 5,40n). Chrystus, Bóg Człowiek nosi „imię ponad wszelkie imię, aby na
imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych,
i aby wyznał wszelki język, że Jezus Chrystus Jest PANEM ku chwale Boga Ojca”
(Flp 2,9–11).

Rzecz jasna, nie chodzi o wyraz „Jezus”, ale o imię Jezusa o Jezusa Żywego, Zba-
wiciela, który jest naszą Nadzieją i którego chcemy się trzymać zawsze, nawet w
obliczu prześladowań.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy raj istniał naprawdę? 61


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy raj istniał naprawdę?


Co tydzień prowadzę mojego Wojtka (sześciolatek, klasa zerowa) na lekcję religii i ostatnio
katechetka niemało zamąciła mi w głowie. Miała lekcję o raju, w którym Pan Bóg umieścił
pierwszych ludzi. Dzieci słuchały z zapartym tchem. Uświadomiłam sobie, że dokładnie
w ten sam sposób dzieci słuchają każdej bajki. Zastanawiałam się później, czy historia ta
rzeczywiście brzmi jak bajka. Doszłam do wniosku, że tak powiedzieć – to chyba za dużo.
Historia o raju brzmi raczej jak coś pośredniego między bajką a rzeczywistością, taka pół
bajka, pół rzeczywistość.

Wśród swoich osobistych wspomnień ma Pani zapewne również i takie, które jak-
by były nie z tej ziemi, a jednak dotyczą rzeczywistych wydarzeń. Jak to pisał Tet-
majer:

Pamiętam ciche, jasne, złote dnie,


co mi się dzisiaj cudnym zdają snem,
bo był otwarty raj także i mnie
w dzieciństwie mem.

Niekiedy komuś, kto jest od dawna chory albo męczy go długotrwały konflikt ro-
dzinny, lata, kiedy był zdrowy, a rodzina żyła w zgodzie, wydają się tak odległe,
jakby ich w ogóle nie było. Oczywiście, dla podniesionego przez Panią problemu
nic szczególnego jeszcze z tego nie wynika.

W każdym razie bardzo bym przestrzegał przed korygowaniem biblijnego obrazu


początków człowieka według swojego poczucia realizmu. Jak wiadomo, ludzkie
poczucie realizmu bywa bardzo subiektywne. Przeciwnicy Pasteura (a byli wśród
nich wybitni uczeni) zareagowali na jego twierdzenia o istnieniu bakterii mniej
więcej w taki sposób, w jaki my słuchalibyśmy czyichś zwierzeń o nawiązaniu oso-
bistych kontaktów z krasnoludkami. Jeszcze do niedawna różne zjawiska, którymi
dzisiaj zajmuje się parapsychologia, powszechna opinia uważała za owoc urojeń
lub oszustwa. Albo czy niektóre wydarzenia historyczne nie szydzą sobie jakby z
naszego poczucia rzeczywistości? Kiedy patrzeć na dzieło św. Joanny d’Arc albo na
wydarzenia gdańskie z 1980 roku, powiadamy zdumieni: przecież to było zupełnie
niemożliwe! Po prostu rzeczywistość jest znacznie bogatsza niż nasze o niej wy-
obrażenia.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy raj istniał naprawdę? 62


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Mówię o tym, bo cieszy się dzisiaj popularnością pewna interpretacja pierwotnej


sytuacji człowieka, znakomicie dostosowana do współczesnego poczucia realizmu,
ale zupełnie niezgodna z przekazem wiary. Pochodzi ona od Hegla, ostatnio zaś
popularyzował ją Erich Fromm. Raj – według tej interpretacji – to sytuacja, kiedy
nasi praprzodkowie nie osiągnęli jeszcze ludzkiej świadomości. Byli oni nieśmier-
telni w tym znaczeniu, że nie uświadamiali sobie swojej śmiertelności; nie znali
pracy ani trudu, chodzili nago i nie wstydzili się – tak jak wszystkie zwierzęta.
Sytuacja radykalnie zmieniła się z chwilą przekroczenia progu człowieczeństwa.
Stało się to z chwilą zerwania owocu z drzewa wiadomości dobra i zła, to znaczy
z chwilą uzyskania ludzkiej świadomości oraz początków wrażliwości moralnej.
Obiektywnie był to olbrzymi krok naprzód w procesie ewolucji, ale subiektywnie
– powiada Fromm – awans ten przeżywamy często jako grzech pierworodny. W
wyniku tego grzechu zaczęliśmy podlegać śmierci, to znaczy jesteśmy jedynym
gatunkiem w królestwie zwierząt, zdającym sobie sprawę ze swojej przemijalności.
Uświadomiliśmy sobie, że podlegamy cierpieniu; zaczęliśmy pracować, co wpraw-
dzie uniezależnia nas nieco od przyrody, ale sprowadza zarazem nowe utrapienia
i zależności. W konsekwencji uczłowieczenia pojawiły się normy moralne i praw-
ne, zaczęliśmy rozróżniać między dobrem a złem, pojawiło się poczucie wstydu i
ucisk społeczny. Co więcej, nie ma powrotu do stanu pierwotnego: niemożność
tę – zdaniem Fromma – symbolizuje cherubin z ognistym mieczem w ręku, po-
stawiony u wrót raju. Człowiek może utracić psychiczną równowagę, może ulec
demoralizacji, ale nigdy nie wróci do pierwotnej zwierzęcej niewinności.

Ta bardzo atrakcyjna interpretacja jest nie do przyjęcia dla chrześcijanina. Zauważ-


my, że dokonano jej kosztem zupełnego przeinaczenia tajemnicy zła. Zło przed-
stawia się tutaj nie jako winę moralną, której powinniśmy byli uniknąć, ale jako
nieunikniony koszt procesu ewolucji. Fatalistyczna interpretacja pochodzenia zła,
wyraźnie niezgodna z naszym codziennym jego doświadczeniem (które nawet te-
raz, kiedy jesteśmy uwikłani skutkami grzechu pierworodnego, w dużym stopniu
zależy od naszych indywidualnych i społecznych wyborów), domaga się uzupeł-
nienia w postaci bardziej lub mniej mechanistycznych programów jego usunięcia
z ludzkich dziejów. Właśnie z błędu w rozpoznaniu genezy zła wyrastają pomysły
o nieodwracalnym pochodzie ludzkości – taka jest bowiem rzekomo wewnętrzna
logika procesu ewolucji i wynikające z niej „żelazne prawa historii” – ku „świetla-
nej przyszłości”, osiągalnej jakoby już w najbliższej perspektywie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy raj istniał naprawdę? 63


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jakże inny sens zawiera się w biblijnym opisie pierwotnej sytuacji człowieka! Czło-
wiek wyszedł z ręki Stwórcy jako istota dobra i bezgrzeszna. Zło nie musiało się
pojawić w naszych dziejach; więcej: nie powinno się było pojawić. Człowiek, nie-
stety, dobrowolnie stał się uczestnikiem tajemnicy zła, z której się teraz o własnych
tylko siłach nie możemy wyplątać. Owszem, zło jest związane z jakimś ciemnym
determinizmem, ale należy odwrócić kolejność: nie dlatego jesteśmy grzeszni, ja-
kobyśmy byli do tego zdeterminowani, ale odwrotnie, dobrowolnie wybrane zło
zmniejsza naszą wolność i coraz bardziej determinuje nas do następnego zła. Dla-
tego złudna jest nadzieja na jakąś świetlaną ewolucję moralną: nie wyzwoli się
człowiek całkowicie od zła bez mocy z góry, koniecznie potrzebujemy Odkupicie-
la!

Zgadzam się z Panią, że zbyt często nauka o raju przekazywana jest jedynie w jej
warstwie fabularnej i wówczas sprawia wrażenie – jak to Pani nazywa – jakiejś „pół
bajki, pół rzeczywistości”. Trzeba zatem wskazywać na religijny sens tej nauki oraz
na jej zakorzenienie w naszej obecnej egzystencji – a sądzę, że można to przekazać
nawet małym dzieciom, które zazwyczaj wykazują przecież więcej wrażliwości na
prawdziwą mądrość i wiarę niż niejeden dorosły.

Weźmy na przykład opis pierwotnej nieśmiertelności. Ujęty czysto fabularnie, wyda


się oczywiście mało prawdopodobny. Ale jeśli sobie uświadomimy, że człowiek,
zupełnie wolny od zła, był wówczas niewyobrażalnie ściślej niż obecnie związany z
Bogiem, Źródłem Życia – to czy nadal będzie nam się wy dawało takie nieprawdo-
podobne, że ten związek promieniował z niewyobrażalną mocą na całą egzysten-
cjalną sytuację człowieka? Albo weźmy pierwotny dar wewnętrznej harmonii w
człowieku. Według utrwalonej w Kościele nauki, obecny rozgardiasz, który w nas
panuje, jest skutkiem grzechu pierworodnego oraz naszych grzechów osobistych.
Człowiek został stworzony jako istota wewnętrznie uporządkowana: wola utrzy-
mywała wszystkie dynamizmy niższe w doskonałym ładzie, a sama bez oporów
dawała się kierować rozumowi. Biorąc na zdrowy rozum, czy w ogóle mogło być
inaczej, jeśli człowiek był wówczas bez reszty otwarty na Boga, który jest przecież
Źródłem Ładu i Pokoju? Jeśli nam się to wydaje jakby mało realne, to jedynie dla-
tego, że całe nasze doświadczenie człowieka jest, niestety, doświadczeniem czło-
wieka grzesznego i trudno nam sobie wyobrazić, żeby kiedykolwiek mogło być
inaczej. A jednak naprawdę nie stworzył Pan Bóg człowieka grzesznikiem!
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy raj istniał naprawdę? 64


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Przypatrzmy się innemu jeszcze darowi, który składał się na pierwotną sytuację
człowieka: wolności od cierpień. Nie polegała ona oczywiście na tym, jakoby czło-
wiek nie znał wówczas bólu (miał przecież system nerwowy!) albo jakoby nie mu-
siał pracować (Biblia powiada obrazowo, że człowiek miał wówczas „rów kopać
w ziemi i w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby” – Rdz 2,6). Ten dar
polegał raczej na tym, że wszystko, cokolwiek człowiek czynił i odczuwał, wol-
ne było od jakiejkolwiek domieszki bezsensu. Nie to jest dzisiaj nieszczęściem, że
człowiek pracuje (przeciwnie, możliwość prawdziwie ludzkiej pracy jest wielkim
darem Bożym!), nieszczęściem jest to, że nasza praca zbyt często jest naznaczona
jakimś piętnem niewolnictwa: nie każda praca człowieka rozwija, nie zawsze służy
miłości i wolności, nierzadko człowiek pracuje dla takich lub innych niedobrych
celów, a zdarza się nawet, że wysilamy się i trudzimy, aby zniszczyć dobro. I nie to
jest nieszczęściem człowieka, że odczuwamy ból i trud. Któż z nas nie zna słodyczy,
którą odczuwa człowiek zmęczony jakimś niewątpliwie sensownym wysiłkiem?
Również przekleństwo bólu nie na tym – jak się zdaje – polega, że go odczuwamy,
ale że doznanie to jakby związuje człowieka, utrudnia otwieranie się na świat i na
ludzi, jest jakąś mroczną siłą, działającą ku naszemu zniszczeniu. Sama w sobie,
wrażliwość na ból, jak powiadają fizjologowie, jest niezwykle ważnym instrumen-
tem kontaktu z rzeczywistością, w której żyjemy. Otóż jeśli pierwotnie człowiek
był całkowicie otwarty na Boga, który jest Źródłem Wszelkiego Sensu – to czy to
takie dziwne, że jego praca oraz wrażliwość na ból wolne były od najmniejszego
bezsensu?

Żeby uzmysłowić sobie prawdę biblijnego opisu raju, warto jeszcze wkorzeniać
ją w nasze życie codzienne: przecież każdy z nas nosi w sobie tęsknotę za coraz
pełniejszym coraz bardziej intensywnym życiem, ładem, sensem! Ojciec Święty
w jednej ze swoich środowych nauk powiedział, że obecny nasz „stan – właśnie
«historyczny» – w każdym bez wyjątku człowieku tkwi niejako korzeniami w swo-
jej własnej teologicznej «prehistorii», którą jest stan pierwotnej niewinności”. Tak
jak człowiek sparaliżowany albo niewidomy (choćby nawet od urodzenia) nosi w
swoim organizmie „pamięć” pełnego zdrowia. I jeśli bodaj odrobinę uda się usu-
nąć paraliż lub ślepotę, organizm spontanicznie odczuwa to jako „powrót” do po-
żądanego stanu.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy raj istniał naprawdę? 65


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W ten sposób doszliśmy do najistotniejszego fragmentu mojej odpowiedzi: Ła-


twiej mi będzie wierzyć w pierwotną bezgrzeszność człowieka, jeśli już teraz będę
doświadczał – i to na co dzień – jakby częściowego powrotu do raju. Jeśli moje
działania coraz bardziej będą skierowane ku życiu, a przeciwko śmierci; jeśli swoją
duszę, rozum, wolę i ciało będę otwierał na ten ład, który jest darem Bożym; jeśli
w moich działaniach i przeżyciach będzie coraz więcej sensu i coraz mniej bezsen-
su.

W pismach starochrześcijańskich ten motyw – że już teraz, w Chrystusie, może-


my wracać do raju – pojawiał się dość często. Bramą powrotu jest Chrystus (por.
J 10,7), otwiera się ona przez chrzest. „Jeszcze nie jesteś w raju, katechumenie –
mówił św. Grzegorz z Nyssy do kandydatów na chrześcijan – jeszcze dzielisz wy-
gnanie Adama, swego pierwszego ojca. Teraz brama się otwiera. Pójdź tam, skąd
wyszedłeś!” Przy podobnej okazji św. Cyryl z Jerozolimy przekonywał: „Zostajesz
teraz zasadzony w duchowym raju, otrzymujesz imię nowe, jakiego nie miałeś
przedtem. Dotąd byłeś zwykłym katechumenem, teraz będziesz się zwał wiernym.
Zostaniesz zasadzony między duchowe drzewa oliwne, z dzikiej oliwki wszczepio-
ny w szlachetną, z grzechów w sprawiedliwość, z brudu w czystość. Staniesz się
cząstką świętego krzewu winnego, a jeśli trwać będziesz w winnym krzewie, wyro-
śniesz w winorośl urodzajną. Jeśli natomiast trwał w nim nie będziesz, zostaniesz
spalony w ogniu. Przynośmy więc owoce! Nie dopuśćmy, by się z nami stało to,
co z nieurodzajną figą, Oby nie przyszedł Jezus i nie wyrzekł znów przekleństwa
z powodu nieurodzaju! Oby każdy mógł powiedzieć: «Jestem oliwką, co kwitnie
w domu Bożym, zaufam na wieki miłosierdziu Boga» (52,10). Nie oliwką ziem-
ską, lecz duchową, przynoszącą światło. Do Boga należy sadzenie i podlewanie, do
ciebie zaś rodzenie owoców. Bożą rzeczą jest udzielać łaski, twoim obowiązkiem
jest ją brać i zachować. Nie gardź przeto łaską, że jest darmo dana, lecz ją bierz i
pobożnie zachowaj!”
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Biblijni giganci 66
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Biblijni giganci
Bezpośrednio przed dziejami potopu Biblia opisuje historię małżeństw „synów Bożych” z
„córkami ludzkimi”, z których narodzili się giganci. Podobno Ojcowie Kościoła w tamtych
„synach Bożych” dopatrywali się aniołów. Obecnie wysuwa się hipotezę, że historia ta jest
pogłosem jakichś przyjazdów gości z kosmosu. Czy ta hipoteza jest do pogodzenia z wiarą?

Kilka godzin rozmawiałem kiedyś z osobą, która przeczytała uważnie całe Pismo
Święte tylko pod tym jednym kątem widzenia: szukała w nim świadectw, że na-
szą ziemię odwiedzali, i to niejednokrotnie, jacyś kosmici. Objawienia – w ogniu
i chmurach – na górze Synaj, ogniste wozy proroków Eliasza i Ezechiela, skrzydła
aniołów z widzenia proroka Izajasza, ba, samo nawet wniebowstąpienie Pana Jezu-
sa – to oczywiste dowody, zdaniem tej osoby, że byliśmy wielokrotnie odwiedzani
przez gości spoza Układu Słonecznego.

Jednego byłem pewien w czasie tej dyskusji: że wyperswadowanie mojemu roz-


mówcy tych interpretacji nie może być moim głównym celem. Broniłem przede
wszystkim zasady szacunku dla tekstu: i to nawet nie w imię wiary, ale w imię po
prostu zdrowego rozsądku. Kiedy się czyta którykolwiek ze wspomnianych wyżej
tekstów biblijnych, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ich głównym celem jest
jakiś przekaz religijny. Ktoś może nie dawać mu wiary, ale nie może zaprzeczyć, że
ten przekaz tam się znajduje. Nie twierdzę, że nie wolno doszukiwać się w tekstach
biblijnych jakichś świadectw obecności kosmitów; choć hipoteza taka wydaje mi
się osobiście wysoce nieprawdopodobna, nie mam zamiaru z nią walczyć. Stanow-
czo jednak nie wolno tak się zauroczyć niepewną hipotezą, że zapomina się o tym,
co jest niewątpliwym faktem: o ściśle religijnym przesłaniu, znajdującym się we
wspomnianych tekstach.

Przejdźmy teraz do tekstu, o który Pan pyta. Hipotezę kosmitów zostawmy na


uboczu – może Pan sobie myśleć na ten temat, co się Panu podoba, byle w grani-
cach zdrowego rozsądku. Spróbujmy natomiast wydobyć główne przesłanie tego
tekstu.

Otóż tekst o małżeństwach synów Bożych z córkami ludzkimi poprzedza historię


potopu i jego celem jest dostarczenie konkretnego dowodu, że „wielka była nie-
godziwość ludzi na ziemi, a ich usposobienie było wciąż złe” (Rdz 6,5). Na czym
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Biblijni giganci 67
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

polegała niegodziwość tych małżeństw? Tekst mówi o tym bardzo oszczędnie, ale
jednak wyraźnie: „Synowie Boży, widząc, że córki ludzkie są piękne, pojmowali je
sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały” (Rdz 6,2). A więc małżeń-
stwa te kształtowały się według praw cielesnej pożądliwości i szerzyła się poliga-
mia. Poligamia – czyli grzech typowy dla Kainitów, bo przecież właśnie w pokole-
niu Kaina pojawiło się po raz pierwszy wielożeństwo wśród ludzi (por. Rdz 4,19).

Wyjaśnienia św. Jana Złotoustego oraz św. Augustyna, że owi „synowie Boży” to
potomkowie Seta, zdają się więc wynikać z wnikliwego wczytania się w tekst: Oto
zepsucie moralne nie zatrzymało się na Kainitach, ale ogarnęło również tę gałąź
ludzkości, której praojcem był Set, „dany przez Boga w zamian za Abla” (Rdz 4,25).
Również reakcja Boża na te grzechy świadczy o tym, że „synowie Boży”, którzy się
ich dopuścili, byli ludźmi, a nie aniołami: Pan Bóg „żałował, że stworzył ludzi na
ziemi, i zasmucił się” (Rdz 6,6). Nie jedyny to zresztą raz ludzie są nazwani w Biblii
synami Bożymi: „Wy jesteście synami Boga waszego, Pana” (Pwt 14,1; por. Oz 2,1;
Wj 4,22).

Zauważmy jeszcze, że omawiany tu tekst nie jest czystym opisem ludzkiego ze-
psucia przed potopem; zawiera on bardzo konkretny morał. Podobnie jak opis
stworzenia w sześciu dniach, po których Pan Bóg odpoczął, zawierał w sobie ukry-
te wezwanie do święcenia szabatu, tak przekaz o małżeństwach synów Bożych z
córkami ludzkimi przestrzega dyskretnie przed małżeństwami synów Izraela z
córkami kananejskimi. Wystarczy przypomnieć sobie bezpośrednie zakazy tych
małżeństw, aby nie mieć co do tego wątpliwości: „Nie będziesz z nimi zawierał
małżeństw: ich synowi nie oddasz za małżonkę swojej córki ani nie weźmiesz od
nich córki dla swojego syna, gdyż odwiodłaby twojego syna ode Mnie, by służył
bogom obcym. Wówczas rozpaliłby się gniew Pana na was i szybko by was znisz-
czył” (Pwt 7,3n); „Lud izraelski, kapłani i lewici nie trzy mali się z dala od naro-
dów tych krain, jak i od ich okropności, mianowicie z dala od Kananejczyków,
Chetytów, Peryzzytów, Jebuzytów, Ammonitów, Moabitów, Egipcjan i Amorytów,
lecz spośród córek ich wzięli dla siebie i dla synów swoich żony, tak że ród święty
zmieszał się z narodami tych krain, a książęta i zwierzchnicy przodowali w tym
wiarołomstwie” (Ez 9,ln).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Biblijni giganci 68
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Najwięcej uwagi chciałbym jednak poświęcić owym gigantom, o których omawia-


ny przez nas tekst wspomina. Okazuje się, że nawet na półlegendarne wątki folklo-
rystyczne są w Piśmie Świętym nośnikiem bardzo głębokich treści religijnych. Jak
wiadomo, temat olbrzymów powtarza się w licznych legendach różnych ludów – i
zapewne doczekał się specjalistycznych opracowań. Wątek pochodzący z folkloru
nie jest jednak w Piśmie Świętym jakimś tematem tylko etnograficznym: Biblia
wykorzystuje go dla przedstawienia sił bezbożnych, zezwierzęconych, które w na-
szym Bożym świecie nie mają – mimo całej swej potęgi – najmniejszej szansy na
zwycięstwo ostateczne.

Oto jak Stary Testament wyjaśnia, dlaczego giganci wyginęli podczas potopu: „Ol-
brzymi, sławni od początku, wielcy, biegli w walce – ale nie ich wybrał Bóg ani im
nie dał drogi do mądrości. Zginęli dlatego, że nie mieli mądrości, zginęli z powo-
du swej nierozwagi” (Ba 3,26–28). Zaś syn Syracha wymienia ich obok Sodomi-
tów oraz innych buntowników, ukaranych za gwałcenie praw, według których nasz
Boży świat został stworzony: „Nie przepuścił [Pan] dawnym olbrzymom, którzy
się zbuntowali ufni w swą siłę” (Syr 16,7). Zadufanie z powodu własnej siły oraz
odmowę powierzenia się Bożej Opatrzności zarzuca olbrzymom również autor
Księgi Mądrości, choć wynika to bardziej z kontekstu niż ze zdania, które teraz za-
cytuję: „Bo i w początkach, gdy ginęli wyniośli olbrzymi, nadzieja świata schroniła
się w arce i pokierowana Twą ręką, zostawiła światu zawiązki potomności” (14,6).

Olbrzymi pojawiają się jeszcze w opisach walk ludu Bożego z narodami kananej-
skimi. Potężnym tym narodom nie pomogła jednak przewaga fizyczna, gdyż po-
grążyły się one w bezbożności, a więc zamknęły się na siłę ducha, na moc Bożą.
Potęga ich była jednak tak oczywista, że lud Boży natychmiast by jej uległ, gdyby
tylko zwątpił w pomoc Bożą. Zresztą w obliczu tak potężnych wrogów pokusy
zwątpienia rzeczywiście nawiedzały Izraela. Oto jak cienko śpiewali prawie wszy-
scy wywiadowcy, wysłani przez Mojżesza do ziemi Kanaan: „Kraj, któryśmy prze-
szli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś
ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. Widzieliśmy tam nawet
olbrzymów – Anakici pochodzą od olbrzymów – a w porównaniu z nimi wydali-
śmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach” (Lb 13,32n). Ludziom
Bożym nie wolno jednak zwątpić nawet w obliczu przygniatającej przewagi fizycz-
nej, toteż proroków zwątpienia spotkała słuszna kara.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Biblijni giganci 69
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Proszę sobie przypomnieć konkretnych olbrzymów biblijnych, którzy jednak po-


nieśli klęskę, bo liczyli tylko na swoje siły. Og, król Baszanu, był tak olbrzymi, że
jego łoże było „dziesięć łokci długie, cztery łokcie szerokie, mierząc według łokcia
zwyczajnego” (Pwt 3,11). A jednak nie on odniósł zwycięstwo, bo nie z nim był
Bóg. Pojedynek Dawida z Goliatem (por. 1 Sm 17) jest pamiętany tak powszech-
nie, że znalazł się nawet w przysłowiach. Symbolizuje on walkę sił sprawiedliwości
z uzbrojonymi po zęby mocami zła. W opisie tego pojedynku specjalnie podkre-
ślono, że nie dlatego Dawid wystąpił bez zbroi, jakoby jej nie miał, ale dlatego,
że sprawiedliwość nie potrzebuje zbroi do swojego zwycięstwa. Potęga tego świa-
ta – tylko cielesna, zamknięta na moc duchową – nie przekroczy przecież granic
śmierci, co więcej, sama śmierci podlega. Niech Pan przeczyta sobie, u proroka
Ezechiela w rozdziale 32., o przebywaniu potężnych wojowników w szeolu: „Tam
są wszyscy władcy Północy i wszyscy Sydończycy, którzy zstąpili do grobu, okryci
hańbą pomimo strachu, jaki szerzyła ich potęga” (32,30).

Wątek olbrzymów – jak praktycznie wszystkie motywy starotestamentalne – swoje


uwieńczenie znalazł w Ewangelii. Mianowicie Og czy Goliat zaledwie symbolizo-
wali olbrzyma najstraszliwszego, któremu na imię diabeł. Ewangelia odsłania całą
prawdę o nim, bo obwieszcza przecież nowinę o przyjściu Kogoś Mocniejszego:
„Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz
gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze wszystką jego broń, na
której polegał, i łupy jego rozda” (Łk 11,21n). Ten Boży Mocarz pokonał władcę
tego świata: „Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zo-
stanie precz wyrzucony” (J 12,31). Już Stary Testament znał Bożych olbrzymów –
Samsona czy Dawida – przez których dokonywało się dzieło sprawiedliwości. Ale
oni jedynie zapowiadali tego Mocarza, który jest wprawdzie człowiekiem i w po-
korze przeszedł przez tę ziemię, ale jest zarazem przedwiecznym Synem Bożym.

Toteż Nowy Testament cały przepełniony jest radością zwycięstwa: „Ufajcie! Jam
zwyciężył świat!” (J 16,33) „Wiem, komu uwierzyłem!” (2 Tm 1,12) „Któż nas może
odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy
nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Dla Ciebie zabijają nas
przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym
odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. A jestem pewien, że
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Bóg kazał wymordować narody Kanaanu? 70


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani
przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stwo-
rzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie,
Panu naszym” (Rz 8,35–39).

Niewielki tekst Księgi Rodzaju o gigantach nie jest więc tak zagadkowy, jak na
pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Tak jak wszystko w Starym Testamencie,
zaprowadził on nas prosto do Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, a naszego Zbawcy.

Czy Bóg kazał wymordować narody Kanaanu?


Nie mam nic przeciwko temu, że prawo wojenne starożytnego Izraela było równie okrut-
ne jak u narodów ościennych. Ale w Księdze Jozuego bezpardonowe zabijanie pokonanych
wrogów jest przedstawione jako nakazane przez Boga. Przeciw temu się buntuję. Bóg jest
przecież Stwórcą wszystkich ludzi i zależy Mu na dobru wszystkich ludzi, nie tylko jednego
narodu. Co najwyżej starożytnym Izraelitom mogło się wydawać, że Bóg ich kocha przeciw-
ko innym narodom.

Wyjdźmy od Pańskiego spostrzeżenia, że prawo wojenne starożytnego Izraela


prawdopodobnie nie różniło się w swoim okrucieństwie od obyczajów narodów
ościennych. Zachowała się kamienna inskrypcja Meszy, króla Moabu, z IX wieku
przed Chr., gdzie chwali się on, że zmasakrował izraelskie miasto Ataroth: „Zabi-
łem wszystkich, siedem tysięcy mężów, chłopców, kobiet, dziewcząt i służebnic,
ponieważ poświęciłem ich bogu Asztar–Kemosz”.

Wyciągnijmy zatem pierwszy wniosek wiary z tego faktu, że ówcześni Izraelici


byli równie okrutni jak ludy okoliczne: Pan Bóg nie czekał z miłością do nich,
aż przewyższą poziomem moralnym swoich sąsiadów. Ukochał ich takich, jakimi
byli: moralnie nieokrzesanych, mało rozumiejących to, co duchowe. Ukochał ich
i dopiero pod wpływem Jego miłości zaczęli się zmieniać na lepsze. Zresztą uko-
chał ich nie dla nich samych, ale dla wszystkich narodów: z nich, właśnie z nich,
miał się narodzić Zbawiciel wszystkich narodów. Dlaczego właśnie z nich, a nie
z jakiegoś innego narodu? Oczywiście, że mógłby się narodzić z każdego innego
narodu, mógłby – gdyby chciał narodzić się również z Kananejczyków. Jednakże
spodobało się Bogu, aby właśnie w tym narodzie przyszedł do wszystkich ludzi
Zbawiciel świata.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Bóg kazał wymordować narody Kanaanu? 71


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Tę prawdę o Bożej miłości – że Bóg nie czeka z miłością, aż człowiek stanie się jej
wart – starajmy się zauważać na co dzień. Przecież tak samo postępował Pan Je-
zus: okazywał swoją miłość nawet prostytutkom i celnikom, i ta miłość ich prze-
mieniała. Ba, nawet na apostołów wybrał ludzi mało rozumiejących to, co Boże:
cierpliwie ich kształtował na głosicieli Dobrej Nowiny, aż wreszcie zesłał na nich
Ducha Świętego. W ten sam sposób okazuje nam swoją miłość dzisiaj. Okrucień-
stwo ludzkie nie jest zapewne dziś mniejsze niż dawniej, zmieniły się tylko jego
formy. Jak ludzie przed wiekami, tak i my często nie jesteśmy świadomi naganno-
ści swoich okrucieństw. Dopiero jeśli otworzymy się na miłość Bożą, będzie nas
ona przemieniać i przywracać naszym sercom kształt prawdziwie ludzki.

Tutaj ktoś może mi zarzucić: Ale przecież mordowanie ludów Kanaanu zostało
w Starym Testamencie przedstawione jako wypełnianie woli Bożej! Otóż przy-
pomnijmy sobie ogólne zasady czytania słowa Bożego. Pierwszym naszym obo-
wiązkiem jest próbować dotrzeć do tego sensu, który chciał w tekście umieścić
jego ludzki autor. Księga Jozuego powstała, jak wiadomo, najwcześniej na począt-
ku monarchii (XI wiek przed Chr.), a może nawet w czasach króla Jozjasza (VII
wiek przed Chr.). Zatem pierwsi jej czytelnicy nie mogli odczytać w niej zachęty
do mordowania innych narodów. Owszem, z wewnętrzną aprobatą czytali o krwa-
wym podboju Kanaanu, ale była to już dla nich historia. Proszę sobie uważnie
przeczytać cały ten fragment od szóstego do dwunastego rozdziału Księgi Jozuego,
a nie będzie Pan miał wątpliwości, że głównym jego przesłaniem jest prawda, iż
sam Bóg był Wodzem, wprowadzającym swój lud do ziemi obiecanej. To, że praw-
da ta została wyrażona w kategoriach ówczesnej – dopiero kiełkującej ku duchowi
Ewangelii – mentalności, powinno nas pobudzać raczej do dziękczynienia niż do
buntu przeciw słowu Bożemu: bo oto mamy jeszcze jedno świadectwo, że Pan Bóg
schodzi w proch naszej skażonej grzechem ziemi, aby nas podnosić ku sobie.

Powyższe spojrzenie dotyczy historycznej warstwy tekstu biblijnego: już w niej


znajdują się interpretacje religijne, na które zwróciliśmy uwagę. Jednak chrześci-
janin czyta przecież Stary Testament już w duchu Ewangelii. Wydarzenia z czasów
wchodzenia ludu Bożego do ziemi Kanaan są jedynie niedoskonałym obrazem
rzeczy przyszłych: wejścia do ziemi łaski Chrystusowej, a ostatecznie – do ziemi
obiecanej życia wiecznego. Bóg jest naszym Wodzem przede wszystkim w tym
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Bóg kazał wymordować narody Kanaanu? 72


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

zwycięskim pochodzie. Toteż w klątwie na ludy Kanaanu Ojcowie Kościoła dopa-


trywali się klątwy na nasze grzechy: ta klątwa jest nieodwołalnie słuszna. Mowy
nie ma o wejściu do ziemi obiecanej, jeśli tej klątwy nie będziemy się starali wy-
pełnić do końca. I choćby nasze grzechy i jakiekolwiek ciemne siły były siedmio-
krotnie potężniejsze od naszego dobra, przecież za sprawą takiego Wodza niewąt-
pliwie zwyciężymy.

Ludy Kanaanu są w Starym Testamencie uosobieniem najcięższego odstępstwa ku


bałwochwalstwu. Stąd prorocy często nawiązywali do ich losu, aby grozić Izraeli-
tom, że podzielą go, jeśli będą niewierni Bogu. Wyludnienie, według proroków,
jest konieczną karą za społeczne odstępstwo od Boga: „Runą miasta wyludnione
i domy będą bez ludzi, a pola zostaną pustkowiem. Pan wyrzuci ludzi daleko, tak
że zwiększy się pustka wewnątrz kraju. A jeśli jeszcze dziesiąta część [ludności]
zostanie, to i ona powtórnie ulegnie zniszczeniu – jak terebint lub dąb, z których
pień tylko zostaje po zwaleniu. Pniem jego jest święte nasienie” (Iz 6,11–13; por.
64,9–11). Zauważmy to ostatnie zdanie, bo mówi ono o ocalonej reszcie ludu, któ-
rą – w ostatecznym wymiarze – jest sam Chrystus, Syn Boży.

„Spoglądam, a oto nie ma człowieka – biada prorok Jeremiasz – ptactwo niebie-


skie wszystko odleciało. Spoglądam, a oto kraj żyzny – pustkowiem i wszystkie
jego miasta zburzone przez Pana, przez Jego gniew srogi. Bo tak mówi Pan: «Pust-
kowiem się stanie kraj cały, choć nie dokonam pełnej zagłady»” (Jr 4,25–27; por.
Lm 1,4). Sam Pan Jezus używał tej groźby, że za niewierność Bogu czeka nas wy-
ludnienie: „Oto wasz dom zostanie wam pusty” (Mt 23,38). Niekoniecznie (choć
również) chodzi tu o wyludnienie biologiczne, bardziej o to wyludnienie, o któ-
rym wspomina Księga Syracha: „Lepiej umrzeć bezdzietnym niż mieć dzieci bez-
bożne. Przez jednego mądrego miasta się zaludnią, a pokolenie żyjących bez Pra-
wa zmarnieje” (16,3n).

Podsumujmy powyższe refleksje: Jeden Bóg wie, jaki jest los ostateczny tamtych
Kananejczyków, którzy zginęli w czasach Jozuego. W Piśmie Świętym stali się oni
symbolem odstępstwa i kary za nie. My natomiast bardzo zważajmy, aby przekleń-
stwo, które spadło na nich w sferze symbolicznej, nie spotkało nas w wymiarze
ostatecznym.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 73


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Ostatecznie problem ludów kananejskich rozwiązany został w Ewangelii. Jeden


Kananejczyk znalazł się nawet w gronie dwunastu apostołów, mianowicie Szymon
(por. Mt 10,4 i Mk 3,18 – szkoda, że w Biblii Tysiąclecia nazywa się go Szymo-
nem Gorliwym, podczas gdy tak jest on nazwany jedynie w Ewangelii św. Łukasza
6,5).

Zatrzymajmy się dłużej nad spotkaniem Chrystusa Pana z Kananejką (por. Mt


15,21–28). Najpierw Pan Jezus dobitnie przypomina starotestamentalne przeciw-
stawienie ludu Bożego i Kananejczyków: „Jestem powołany tylko do owiec, które
zginęły z domu Izraela”. Przypomina nawet, że jest to lud przeklęty: „Niedobrze
jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom”. Kananejka przeszła jednak zwycięsko
przez tę próbę, której poddał ją Pan Jezus, jej wiara nie załamała się. Toteż usłysza-
ła słowo największej pochwały, jaką na ziemi można otrzymać od Chrystusa: „O
niewiasto, wielka jest twoja wiara!”

Nie możemy więc już mieć żadnej wątpliwości, że Chrystus przyszedł zbawić
wszystkie narody. Nawet zdawałoby się przeklętych przez Boga Kananejczyków.

„Oko za oko, ząb za ząb”


Chodzi mi o słowa Pana Jezusa, który powiedział: „nie przyszedłem znieść Prawa, ale je
udoskonalić”; oraz: „Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu drugi”. Jak to odnieść
do słów ze Starego Testamentu: „Oko za oko, ząb za ząb”? Bo mnie się wydaje, że właśnie w
tym przypadku Chrystus zniósł Stare Prawo.

Pytanie, które mi Pani postawiła, spróbuję trochę doprecyzować. Przecież sam Pan
Jezus przeciwstawia sobie te dwa rozwiązania: „Słyszeliście, że powiedziano: Oko
za oko, ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Jeśli cię kto
uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!” (Mt 5,38n). Co wobec tego – pyta
Pani – znaczą Jego słowa, wypowiedziane w tym samym Kazaniu na Górze: „Nie
sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo proroków. Nie przyszedłem znieść, ale
wypełnić”? (Mt 5,17)

Za pytaniem tym kryje się problem niezmiernie wielkiej wagi. Słyszy się miano-
wicie zarzuty, jakoby Bóg Starego Testamentu był Bogiem okrutnym, zupełnie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 74


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

niepodobnym do miłosiernego Boga, który jest głoszony w Ewangelii. I najczę-


ściej podawane są wówczas dwa argumenty: wymordowanie narodów kananej-
skich oraz właśnie zasadę „oko za oko”.

Otóż chciałbym pokazać, że nawet rozum nie oświecony jeszcze wiarą odrzuca
te zarzuty jako pochopne i nie przemyślane. Wiara zaś powie nam więcej: Prze-
ciwstawiając sztucznie Stary Testament Nowemu, zamykamy się na jedną z naj-
ważniejszych tajemnic Bożego postępowania z ludźmi – na tajemnicę cierpliwości
Boże wobec ludzi. Mianowicie Bóg cierpliwie i krok po kroku przygotowywał swój
lud na przyjęcie Zbawiciela świata. I również dzisiaj Bóg jest cierpliwym Wycho-
wawcą zarówno mnie i ciebie, jak poszczególnych rodzin, wspólnot, narodów, jak
wreszcie całej ludzkości.

Przypatrzmy się zatem zasadzie odwetu. Po raz pierwszy spotykamy ją w tekście


przymierza Boga z patriarchą Noem. Zasada odwetu paradoksalnie służy tam
podkreśleniu nadzwyczajnego statusu człowieka wśród innych stworzeń Bożych.
Mianowicie Bóg, upoważniając człowieka do spożywania mięsa zwierząt, bierze
jednocześnie w najszczególniejszą obronę życie ludzkie: „Upomnę się u człowie-
ka o życie człowieka i u każdego o życie brata. [Jeśli] kto przeleje krew ludzką,
przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz
Boga” (Rdz 9,5n). Zagrożenie karą śmierci za zabicie drugiego człowieka wyraża
tu więc prawdę, że ludzkiego życia nie da się wycenić w wartościach materialnych.
Wprawdzie człowiek, podobnie jak zwierzęta, jest stworzeniem Bożym, ale tym się
różni od zwierząt, że został stworzony na obraz samego Boga. Toteż nie ma na tej
ziemi wartości, która mogłaby zrównoważyć wartość życia ludzkiego.

Myślenie prymitywne? Może. Przypomnijmy sobie jednak kampanię na rzecz


wprowadzenia kary śmierci za zabójstwo, którą prowadził Andrzej Frycz Mo-
drzewski, jeden z najbardziej światłych myślicieli złotego wieku kultury polskiej.
A domagał się tej kary nie dlatego, że był taki krwawy; przeciwnie: przerażała go
łatwość, z jaką można było wówczas u nas bezkarnie zabić człowieka. Dzisiaj – w
walce o świętość życia ludzkiego – Frycz Modrzewski poszedłby zapewne o krok
dalej; ponieważ zabójstwa (z wyjątkiem niestety zabijania nienarodzonych) prze-
stały być plagą społeczną, Modrzewski zapewne domagałby się zniesienia kary
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 75


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

śmierci nawet za zabójstwo. Przez zniesienie bowiem kary śmierci, jeśli tylko nie
grozi to bezkarnością zbrodni, świętość życia ludzkiego jest jeszcze bardziej pod-
kreślona. Były jednak czasy, kiedy świętości życia ludzkiego broniła zasada od-
wetu. W Polsce wprowadzenia tej zasady trzeba było się domagać jeszcze w XVI
wieku, w półtora tysiąca lat od uwieńczenia Starego Testamentu Ewangelią.

Otwórzmy drugą z kolei księgę Starego Testamentu, Księgę Wyjścia. Czytamy tam
o karze za pobicie kobiety: „Jeśli poniesie ona jakąś szkodę, wówczas winowajca
odda życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzenie za
oparzenie, ranę za ranę, siniec za siniec” (Wj 21,23–25). Brzmi to okrutnie? Oczy-
wiście! Ale spójrzmy bardziej wnikliwie. Zauważmy najpierw, że kobieta jest tu
potraktowana na równi z mężczyzną. Jeśli zważyć na ówczesne społeczne upośle-
dzenie kobiety, tekst ten stanowi ważną wypowiedź w historii przebijania się słowa
Bożego do ludzkiej świadomości z prawdą o pełnym człowieczeństwie kobiety i jej
równości z mężczyzną.

Św. Augustyn zwrócił uwagę na inną jeszcze wymowę zasady „oko za oko, ząb za
ząb”. Wprawdzie daleko jej do ewangelicznej zasady przebaczenia krzywdzicielo-
wi, jednak nie da się zaprzeczyć temu, że wprowadza ona jakiś porządek w wy-
mierzanie kary. To prawda, był to porządek jeszcze prymitywny, ale ograniczał już
nieco krwawe zapędy, podpowiadane przez ducha zemsty. „Czyż nie obserwuje się
– mówi św. Augustyn (Contra Faustum Manichaeum, lib. 19 cap. 25) – że ludzie
ledwie zaczepieni gotowi są zabić, łakną krwi i aż trudno im wyszukać takie zło dla
wroga, które mogłoby ich nasycić? Któż uderzony pięścią nie idzie do sądu, aby ten
ukarał sprawcę? Albo też sam chce mu oddać i jeśli nie chwyta za jaką włócznię,
to pastwi się nad winowajcą za pomocą pięści i kopniaków. Aby postawić tamę tej
nieumiarkowanej i niesprawiedliwej zemście, sprawiedliwe prawo ustanowiło karę
odwetu: aby jakiego kto dopuści się przestępstwa, taką ponosił karę. Zatem zasa-
da oko za oko, ząb za ząb nie była zarzewiem gniewu, ale wyznaczała granice; nie
rozbudzała tego, co było w stanie uśpienia, ale nakładała kaganiec na rozszalały
żywioł”.

W tekście z Księgi Wyjścia mówi się również o karach za skrzywdzenie niewol-


nika. Jeszcze nie rozumiano wówczas tego, że jest on w pełni człowiekiem i jego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 76


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

życie jest tak samo święte i nienaruszalne jak życie człowieka wolnego. Toteż kary
te są niestety mniejsze niż za skrzywdzenie człowieka wolnego, jednakże w jakimś
stopniu samowolę ograniczają. Czytamy tam między innymi: „Jeśliby ktoś uderzył
niewolnika lub niewolnicę w oko i spowodował jego utratę, winien za oko obda-
rzyć ich wolnością. Również gdyby wybił ząb niewolnikowi swemu lub niewolni-
cy, winien za ząb uczynić ich wolnymi” (21,26n). Mnie się wydaje, że to już było
nauczanie ewangeliczne, tyle że jeszcze na poziomie koślawego stawiania pierw-
szych liter z alfabetu miłości. Przecież nawet zwykłego czytania i pisania nie da się
nauczyć dziecka w ciągu jednego dnia!

Przyznajmy jeszcze jedno: że norma „oko za oko i ząb za ząb” uczyła jakoś zasa-
dy „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło”. Na pewnym etapie rozwoju moralnego
zapewne nie dałoby się inaczej pouczyć o tej zasadzie. Nawet dzisiaj, mimo żeśmy
tacy niby cywilizowani i w krwawe bójki wdają się jedynie ludzie z marginesu, sto-
sowanie się do zasady „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło” przychodzi nam z
trudem. Jak łatwo nam plotkować na temat bliźniego i jacy jesteśmy oburzeni, kie-
dy dowiadujemy się, że sami zostaliśmy oplotkowani! Niejednemu szacownemu
człowiekowi zdarzyło się kiedyś ukraść coś w sklepie lub nie sprostować pomyłki
kasjerki – ale ten sam człowiek jakżeż będzie pomstował na drugiego, który oszu-
ka go podobnie! Naprawdę wielka to sztuka starać się wychodzić poza swój punkt
widzenia, usiłować spojrzeć na swoje postępowanie z cudzej perspektywy.

Trudnej tej sztuki uczył Bóg w Starym Testamencie w sposób bardzo surowy. Za-
pewne łagodniejszego języka wówczas by jeszcze ludzie nie zrozumieli. „Jeśli sę-
dziowie – czytamy w Księdze Powtórzonego Prawa – zbadawszy sprawę dokładnie,
dowiodą fałszu świadkowi, który fałszywie oskarżył brata swego, uczyńcie mu, jak
on zamierzał uczynić swemu bratu. Usuniesz zło spośród ciebie, a reszta słysząc to,
ulęknie się i nie uczyni więcej nic takiego pośród siebie. Twe oko nie będzie miało
litości. Życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, noga za nogę” (19,18–21).

Nie wszyscy może wiedzą, że właśnie ze Starego Testamentu pochodzi przysło-


wie „Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”. Pojawia się tam ono aż kilka-
krotnie (Prz 26,27; Koh 10,8; Syr 27,26). Właśnie na zasadzie wyrażonej w tym
przysłowiu zostali skazani na śmierć niegodziwi starcy, którzy usiłowali wysłać
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 77


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

na ukamienowanie niewinną Zuzannę: „I oddano im według zła, które wyrządzili


bliźniemu, aby spełnić Prawo Mojżeszowe; zabili ich przeto, a krew niewinna oca-
lała w owym dniu” (Dn 13,61n).

Ufam, że się rozumiemy. Nie twierdzę przecież, że moralność Starego Testamentu


była moralnością doskonałą. Z całą pewnością była to jeszcze moralność niedo-
skonała, jeszcze przedewangeliczna. Ale nie była ona przeciwna Ewangelii. Wręcz
odwrotnie: moralność Starego Testamentu prowadziła do Ewangelii, przygotowy-
wała do niej i wychowywała. Tak jak nauka rozpoznawania i pisania literek alfabe-
tu przygotowuje do czytania i rozumienia Pana Tadeusza.

Zobaczmy teraz, jak sympatycznie prawo talionu pojawia się w Ewangelii: „Nie
sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim samym sądem, jakim wy sądzicie, was
sądzić będą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7,1n). Ewangelia,
jakkolwiek głosi moralność doskonałą, jest przeznaczona dla ludzi wciąż jeszcze
niedoskonałych: ostateczną doskonałość osiągniemy dopiero w życiu wiecznym.
Otóż jako słuchacze Ewangelii możemy się znajdować na bardzo różnych pozio-
mach rozwoju duchowego. Dlatego też wspomniane przed chwilą słowa Pana Je-
zusa zapewne inaczej przemówią do człowieka duchowo nieokrzesanego, inaczej
zaś do człowieka trochę już przenikniętego światłem Ewangelii. Człowiek ducho-
wo nieokrzesany – jeśli przejmie się tymi słowami – powstrzyma się od złego sądu
i będzie próbował stosować wobec bliźniego miarę dobra ze względu na swój wła-
sny interes: aby odmierzone mu zostało taką miarą, jaką on mierzył innym. Nato-
miast ten drugi człowiek, bardziej może świadom swojej grzeszności i wobec tego
bardziej złakniony Bożego miłosierdzia, łatwiej zrozumie potrzebę naszej między-
ludzkiej solidarności w wyzwalaniu się ze zła, łatwiej też mu błagać o miłosierdzie
Boże dla bliźniego, który czyni zło. W każdym razie i jednego, i drugiego nauka
Pana Jezusa zbliży do doskonałości, jeśli tylko obaj – każdy na swoją miarę – się
nią przejmą. A przecież nauka ta jednoznacznie nawiązuje do starotestamentalne-
go prawa talionu.

Wyraźnie trzeba jednak powiedzieć, że odwet fizyczny jako metoda przybliża-


nia się do sprawiedliwości utracił definitywnie swoją prawomocność w wymiarze
Ewangelii. Świadczą o tym nie tylko słowa Pana Jezusa, przypomniane na samym
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

„Oko za oko, ząb za ząb” 78


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

początku tego listu. Przypomnijmy sobie parę wypowiedzi apostolskich na ten


temat: „Nikomu złem za zło nie oddawajcie... Nie wymierzajcie sprawiedliwości
sami sobie, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy
pomsta, Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan” (Rz 12,17–19). Podobnie w Pierwszym
Liście do Tesaloniczan: „Uważajcie, aby nikt nie odpłacał złem za zło. Zawsze usi-
łujcie czynić dobrze, sobie nawzajem i wobec wszystkich” (5,15). Żeby rad tych i
wezwań nie rozumieć ogólnikowo, warto sobie przypomnieć, jak bardzo Apostoł
Paweł miał za złe chrześcijanom z Koryntu, że w poszukiwaniu sprawiedliwości
odwołują się do sądów, i to sądów pogańskich: „Brat oskarża brata, i to przed nie-
wierzącymi. Już samo to nie przystoi, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe
sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie ra-
czej szkody?” (1 Kor 6,6n)

No cóż, Pan Jezus powiedział kiedyś: „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć
twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa
tysiące” (Mt 5,40n). Trudna to nauka, niepojęta, ale jakoś nas przecież zobowią-
zuje.

O tym, co najwspanialsze, powiem dopiero na końcu. W Nowym Testamencie za-


sada talionu została jeden raz zastosowana w całej rozciągłości. Odwetu dokonał
Boski Mściciel Jezus Chrystus, Zbawiciel ludzi. Otóż zgodnie z prawem talionu na
karę śmierci została skazana śmierć. Mianowicie śmierć, ten straszny wróg czło-
wieka, dopuściła się niesprawiedliwie zamachu na Człowieka doskonale sprawie-
dliwego, który jest Synem Bożym. W ten sposób zasłużyła sobie na to, żeby sama
została uśmiercona. O tym uśmierceniu śmierci Apostoł Paweł woła radośnie:
„Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?”
(1 Kor 15,55) Ostatecznie zostanie ona uśmiercona w dniu powszechnego zmar-
twychwstania, kiedy Chrystus Syn Boży objawi się w całej swej chwale jako zwy-
cięzca szatana i śmierci i jako nasze Życie i Prawda. „Jako ostatni wróg, zostanie
pokonana śmierć” (1 Kor 15,26; por. Ap 21,4).

W tym momencie chciałoby się krzyczeć z radości: Jak to dobrze, że Chrystus nie
zniósł Starego Testamentu, ale że go wypełnił! I przypominają mi się głębokie sło-
wa Cypriana Norwida:
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Córka Jeftego 79
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

O Jezu, Jezu... Ty, któryś z Proroków


Ani z Zakonu i słowa nie zmienił,
Tylkoś je, na kształt chmur, na kształt obłoków,
Promieńmi słońca–wolności zrumienił!

Córka Jeftego
Postanowiłem sobie czytać regularnie Pismo Święte. Nie chcę poprzestać na tym, żeby je po
prostu czytać, ale szukam w nim słowa Bożego. Sęk w tym, że trafiam czasem na fragmenty,
w których nie umiem dostrzec żadnego pokarmu dla mojej duszy. Ale to mi jeszcze nie prze-
szkadza. W końcu nie dla mnie jednego Pismo Święte napisane, a zresztą jestem na razie
jeszcze kiepski w rozpoznawaniu słowa Bożego.

Prawdziwym problemem stał się dla mnie dopiero jedenasty rozdział Księgi Sędziów, a kon-
kretnie ślubowanie Jeftego. Jakby nie interpretować tego epizodu, nie da się przeskoczyć fak-
tu, że Jefte zabił własną córkę w ofierze Bogu i Pismo Święte go za to nie potępia. Dlaczego w
Piśmie Świętym znajdują się takie historie? W czym mogą nas one wzbogacić duchowo? Oto
główne pytania, na które nie umiem udzielić sobie odpowiedzi.

Przede wszystkim ciśnie mi się pod pióro uwaga następująca: nigdy dość przy-
pominania, że Pismo Święte nie jest zbiorem umoralniających opowieści. Przede
wszystkim jest ono historią Bożego działania wśród ludzi. Wśród ludzi rzeczy-
wistych, a więc wśród takich, z których jedni całym sercem szukają Boga, inni
dopiero zaczynają przeczuwać, że szukać Go można i trzeba, jedni wydają się cali
prześwietleni łaską Bożą, w innych łaska znajduje sobie zaledwie jakiś prześwit.
Do tego trzeba dodać ograniczenia, wynikające z usytuowania w tym oto czasie
i w tej oto przestrzeni, a nade wszystko – okaleczenia, jakie człowiek nosi w so-
bie wskutek swojej grzeszności. Do takich właśnie ludzi, do ludzi rzeczywistych,
„wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg przez proroków, zaś w
dniach ostatecznych przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1,1). Zatem w Piśmie
Świętym powinniśmy szukać nieomylnego świadectwa o owym przychodzeniu
Boga do ludzi, do ludzi rzeczywistych, podobnie jak my ułomnych i pogrążonych
w takiej lub innej ciemności.

Historia Jeftego to jedna z kart tych dziejów przedzierania się światła Bożego przez
ludzkie ciemności. Jak się wydaje, kluczowy moment dla zrozumienia tej biblijnej
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Córka Jeftego 80
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

postaci stanowi zauważenie, że Jefte jest już sługą Boga Prawdziwego, a jeszcze nie
monoteistą. Sądzi naiwnie, że istnieje wielu bogów, z tym, że on sam poczuł się
wezwany do służby Bogu Izraela. Oto co mówi do króla Ammonitów: „Czyż nie
posiadasz tego wszystkiego, co Kemosz, bóg twój, pozwolił ci posiąść? Tak samo
i my posiadamy wszystko, co Pan, Bóg nasz, pozwolił nam posiąść” (Sdz 11,24).
Trudno o bardziej przekonujący dowód, że Jefte jest przykładem człowieka po-
czątkującego w wierze, który – podobnie jak dziecko zaczynające chodzić – potrafi
postawić nieporadnie zaledwie pierwsze w niej kroki i raz po raz upada.

A przecież jest coś bardzo wielkiego w jego wierze. Nie wynikała ona z faktu uro-
dzenia się Izraelitą. Był on synem nierządnicy, wypędzonym z ojczystej ziemi przez
przyrodnich braci, legalnych synów swego ojca. Podjęcie służby na rzecz ludu Bo-
żego i w imię Boga Izraela było jego świadomym wyborem. Dopiero na tle tych
istotnych elementów biblijnego przekazu o Jeftem możemy próbować zrozumie-
nia tajemniczej historii jego ślubowania.

Wnikliwą próbę odtworzenia sensu, zawartego w tej historii, podjął Lion Feuch-
twanger w powieści Jefte i jego córka. Wybitny pisarz, chociaż uważał się za czło-
wieka niewierzącego i odrzucał nadprzyrodzony wymiar Biblii, zrekonstruował z
całą pieczołowitością religijny korzeń, z którego wyrasta nieszczęsne ślubowanie
Jeftego. Mianowicie, dla Feuchtwangera był to szczególnie dramatyczny akt w pro-
cesie wyzwalania się z henoteizmu – czyli z takiej wiary w jednego Boga, która
nie wyklucza istnienia innych bogów – w kierunku pełnego monoteizmu. Bardzo
trafnie, moim zdaniem, wprowadza pisarz wątek przezwyciężania przez Jeftego
pokusy, żeby swą córkę wydać za króla Ammonitów, co automatycznie pociągnę-
łoby za sobą jej odejście od kultu Boga Izraela. W innej postaci pokusa ta natar-
czywie wraca do Jeftego, kiedy ta właśnie rodzona córka okazała się ofiarą nie-
opatrznego ślubowania: odchodząca od zmysłów jego żona podejmuje wówczas
rozpaczliwie wysiłki, żeby przymusić najpierw swego męża, następnie zaś samą
córkę do opuszczenia ziemi izraelskiej i oddania się w opiekę jakiemuś innemu
bogu. Jednak nie chciał Jefte ratować życia ukochanej córki za cenę odstępstwa
od swego Boga. Również sama zainteresowana wolała oddać życie, niż odejść od
Boga swojego ojca.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Córka Jeftego 81
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Można powiedzieć: to tylko fantazja pisarska. Owszem, to prawda, ale domysły te


genialnie harmonizują z tymi okruchami historii Jeftego, które przekazuje Biblia.
Przecież to właśnie w opisie biblijnym z takim naciskiem podkreślono, że córka Je-
ftego oddała się na żertwę ofiarną z całą dobrowolnością. Toteż Ojcowie Kościoła
dopatrują się w tym szczególe podobieństwa do ofiary, jaką złożył za nas Jednoro-
dzony Syn Boży.

Tradycja zarówno żydowska, jak chrześcijańska jednogłośnie piętnuje Jeftego za


tak niemądre ślubowanie, a zarazem wychwala jego córkę za oddanie się Bogu
i wielkoduszność. W Starożytnościach biblijnych Pseudo–Filona – ten żydowski
utwór pochodzi być może z II wieku przed Chr., ale nie jest wykluczone, że po-
wstał dopiero w I albo nawet w II wieku ery chrześcijańskiej – znajdujemy nastę-
pującą interpretację omawianej tu historii: „I zapłonął Pan gniewem i rzekł: Oto
modlił się Jefte, że złoży mi w ofierze wszystko, co wyjdzie mu naprzeciw. A jeśli
pies wybiegnie pierwszy naprzeciw Jeftemu, czy psa złoży mi w ofierze? Oto te-
raz modlitwa Jeftego skieruje się przeciwko jego pierworodnemu dziecku, które
jest owocem jego łona, będzie to prośba przeciwko jego jedynej córce. Ja zaś wy-
zwolę mój lud nie ze względu na niego, ale dzięki modlitwie, jaką zanosił Izrael”
(39,10).

Natomiast córka Jeftego przedstawiona jest w Starożytnościach jako prawdziwa


bohaterka wiary. Oto jak wyjaśnia ona swoją chęć pójścia w góry, zanim się odda
na ofiarę: „Nie smucę się z tego powodu, że umieram ani nie jest mi przykro, iż
oddaję duszę moją, ale że ojciec mój niewłaściwie się modlił. Gdybym zaś nie od-
dala się dobrowolnie na ofiarę, lękam się, że śmierć moja nie zostałaby przyjęta i na
próżno oddałabym duszę moją. To opowiem górom, a potem wrócę” (40,3). Toteż
zasłużyła sobie, zdaniem Pseudo–Filona, na następujący wyrok Boży: „Widzę, że
ona jest mądrzejsza niż jej ojciec i dziewica ta rozumie więcej niż wszyscy tutejsi
mędrcy. Dzięki swej prośbie otrzyma swą duszę, a śmierć jej będzie zawsze droga
przed moim obliczem” (40,4).

Szczególnie godną uwagi analizę teologiczną ślubowania Jeftego przeprowadził św.


Augustyn (Quaestiones in Heptateuchum, lib.7, q.49; PL 34,810–822). Augustyn
zakłada jako aksjomat, że Bóg nigdy nie miał upodobania w ofiarach z ludzi, zaś
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Córka Jeftego 82
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jefte uczynił coś, czego Prawo Boże wyraźnie zakazuje. To prawda, że zażądał kie-
dyś Bóg takiej ofiary od Abrahama, ale też nie dopuścił do jej spełnienia. Zdaniem
św. Augustyna, nieodpartym dowodem na to, że ślubowanie Jeftego nie pochodzi-
ło od Boga, jest Boże milczenie. Gdyby to Bóg natchnął go do tego ślubowania, z
pewnością przeszkodziłby mu – podobnie jak przeszkodził Abrahamowi – w jego
zrealizowaniu.

Zarazem broni św. Augustyn całokształtu dzieła Jeftego. Wielkim mężom Bożym
zdarzały się przecież niekiedy takie grzechy, które – choć same w sobie ciężkie –
były popełniane w dobrej woli. W ten sposób wielki Gedeon kusił Boga, nie zdając
sobie sprawy z tego, że to Go obraża (por. Sdz 6, 36–40). Otóż grzech męża Bożego,
zwłaszcza popełniony w takim nastawieniu, nie szkodzi całości jego dzieła, jakie
dokonuje on w Duchu Świętym. I odwrotnie: poszczególny czyn dobry, dokonany
pod natchnieniem samego nawet Ducha Świętego, nie sprawia jeszcze, że bezboż-
nik przestaje być odrzucony przez Boga. Tu św. Augustyn przywołuje postać od-
rzuconego króla Saula, przez którego Bóg wyświadczył przecież swojemu ludowi
sporo dobra, oraz postać niegodziwego Kajfasza, który – pod natchnieniem Ducha
Świętego – prorokował o zbawczym sensie śmierci Pana Jezusa.

Zatem nieszczęsne ślubowanie Jeftego nie przekreśla tego, że był on wielkim mę-
żem Bożym, którym Bóg posłużył się do obrony swojego ludu. Św. Augustyn stara
się nawet dopatrzyć w niemądrym ślubowaniu Jeftego jakiegoś dobra: Jefte sądzi
przecież – co prawda, niesłusznie – że ma obowiązek dopełnienia ślubu i dopełnia
go wbrew sobie, w przekonaniu, że poddaje się w ten sposób woli Bożej. To praw-
da, że ciężko się pomylił, ale stało się to nie wskutek jego złej woli, ale dlatego, że
nie zna on jeszcze dostatecznie swojego Boga i nie zdaje sobie sprawy z tego, że
takie śluby Bogu się nie podobają. Tyle św. Augustyn.

Pyta Pan, w czym ta historia może nas wzbogacić duchowo. Osobiście cenię ją so-
bie zwłaszcza z trzech powodów.

Po pierwsze, historia Jeftego uprzytamnia mi wielką prawdę o miłości Bożej: że


ogarnia nas ona nawet wówczas, kiedy jesteśmy jeszcze pogrążeni w ciemnościach.
Kochający nas Bóg będzie cierpliwy wobec naszych ciemności, jeśli tylko staramy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwunastoletni w świątyni 83
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

się otwierać na Jego światło i jeśli zależy nam na tym, żeby ogarnęło nas ono jak
najwięcej.

Po wtóre, niezwykle ważna jest w tej historii postać córki Jeftego. Wzbogaca ona
istotnie zapowiedź ofiary Syna Bożego, która jest zawarta już w opisie ofiary Iza-
aka. Mianowicie, córka Jeftego przyjmuje swój los dobrowolnie i w miłości do
Boga i Jego ludu. Ponadto, jest ona dla nas obrazem postawy, którą należy zająć w
obliczu dotykającego nas i nie dającego się uniknąć zła, nawet jeżeli spada ono na
nas z powodu czyjejś głupoty lub złej woli.

Wreszcie po trzecie, historia Jeftego stanowi ostrzeżenie, że nie wolno składać bez-
bożnych ślubowań, złożonych zaś nie wolno wykonywać. W tym aspekcie jest ona
paralelna do słynnej przysięgi króla Heroda.

Dwunastoletni w świątyni
Ksiądz nie wie, co to znaczy być matką i być może nie potrafi w pełni zrozumieć, o co mi
chodzi. Jestem matką i wiem, co bym przeżywała, gdyby moje dziecko się zgubiło. Na całe
trzy dni. Chyba bym postradała zmysły. I właśnie tu leży moja trudność: Jak Pan Jezus mógł
wystawić swoją matkę i swego opiekuna na takie przeżycia? Przecież mógł ich uprzedzić o
tym, że chce zostać w Jerozolimie!

To, że bardzo trudne i pełne niepokoju były dla nich te trzy dni poszukiwań, jest
poza dyskusją. Wynika to jasno ze słów Matki Najświętszej: „Synu, czemuś to nam
uczynił? Oto ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie”. Dyskutowałbym
jednak z Panią, czy słuszne jest porównywanie bólu Maryi i Józefa z rozpaczą zwy-
kłych rodziców, kiedy im się zagubi dziecko.

Nie nam rozstrzygać, czy już wtedy Maryja i Józef byli w pełni świadomi tego, że
to Dziecko jest Synem Bożym. Ale z całą pewnością wiedzieli co najmniej o tym,
że nie jest to zwykłe dziecko, że jest ono najszczególniejszym darem Bożym dla
ludzi. Zakładam, że zastanawiamy się nad Pani problemem w wierze, gdyż inne
podejmowanie tego tematu w ogóle nie miałoby sensu. Otóż nie zapomnijmy o
cudownych okolicznościach poczęcia i narodzin tego Dziecka. Ewangelista wy-
raźnie zaznacza, że „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w
swoim sercu” (Łk 2,19). Ten Dwunastolatek nie tylko nie był zwykłym dzieckiem,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwunastoletni w świątyni 84
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ale Maryja i Józef dobrze zdawali sobie z tego sprawę. Toteż ich ból, spowodowany
Jego zagubieniem, musiał być specyficzny, inny niż ból zwykłych rodziców.

Z właściwą sobie wnikliwością zauważył to już wielki Orygenes, teolog żyjący w


pierwszej połowie III wieku. Ból Maryi i Józefa porównuje on do bólu, jaki prze-
żywa chrześcijanin, kiedy natrafia w Piśmie Świętym na zdania jak gdyby sugeru-
jące, że Pan Bóg jest okrutny, albo w inny sposób trudne do pogodzenia z wiarą.
Chrześcijanin cierpi wówczas, bo nie umie odnaleźć Bożej mądrości, która w tych
zdaniach się znajduje. Jednak przecież nie lęka się o to, że Pismo Święte się myli,
ani o to, że może wiara Kościoła odbiega od Pisma Świętego. Co więcej, ból ten jest
błogosławiony, bo pobudza do poszukiwań – i w końcu odnajdujemy w tych trud-
nych miejscach Biblii taką głębię, jakiejśmy się nawet nie spodziewali. Podobnie
– powiada Orygenes – było z bólem Maryi i Józefa: „Dlaczego Go szukali? Czyżby
bali się o to, że zaginął albo zabłądził? To niemożliwe: czyż mogli się obawiać tego,
że zginie Dziecko, o którym wiedzieli, że jest Panem?”

Warto zdać sobie sprawę z tego, że w naszym przeżywaniu wiary raz po raz musi-
my cierpieć ból podobny do tego, którego doświadczyli wówczas Matka Chrystusa
i Jego dziewiczy ojciec. Przyjdzie czasem na człowieka lub na jakąś ludzką wspól-
notę doświadczenie zupełnie ponad nasze siły. Rozglądamy się z niepokojem za
Chrystusem, bo sami przecież nie sprostamy tej sytuacji – a On jakby gdzieś za-
ginął, jakby nas zostawił samym sobie. Nie ma wówczas rzeczy ważniejszej niż to,
żeby nie uwierzyć tym odczuciom. Trzeba wówczas – choćby wbrew wszystkiemu
– wierzyć Chrystusowi, że nie kłamał, kiedy nam obiecywał, iż będzie z nami po
wszystkie dni aż do skończenia świata.

Jak jednak wówczas wytłumaczyć to, że Chrystus jakby gdzieś zaginął, jakby prze-
stał się nami interesować? Otóż jest dokładnie odwrotnie. I naprawdę w to uwierz-
my. To nie Chrystus zaginął, ale myśmy się zagubili. Chrystus jest w świątyni, to
znaczy w samym środku mojej duszy, w miejscu przeznaczonym na mieszkanie
dla Boga. I czeka na mnie, i wzywa mnie do siebie. Ja nerwowo szukam Go wokół
siebie, zaczynam już posądzać Go o nielojalność, a On – zapewne z tym niepoko-
jem, do jakiego tylko miłość jest zdolna – woła do mnie: „Człowiecze, czyż nawet
utrapienia nie zdołają cię zmusić do tego, żebyś wreszcie wrócił do samego siebie,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwunastoletni w świątyni 85
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

żebyś wreszcie odzyskał sam siebie? Wróć do siebie, a tam mnie znajdziesz, tam na
ciebie z niecierpliwością czekam!”

Łatwo to mówić, ale dopóki nie osiągniemy celu naszej wiary, życia wiecznego,
niejeden raz boleśnie odczujemy, że Chrystus jakby się nam zgubił. Nie mówię o
wyraźnej niezgodzie z Bożymi przykazaniami, bo to jasne, że człowiek jest wów-
czas daleko od Chrystusa. Mówię o sytuacji, kiedy człowiek stara się być wierny
Chrystusowi, nawet nie brak mu żarliwości, a mimo to odczuwa czasem, jakby
Chrystus gdzieś się zagubił. Błogosławione to bóle, a tym bardziej błogosławione,
im mniej naznaczone są grzechem, im bardziej są podobne do bólu Maryi i Józefa.
Bo dzięki tym bólom dokonuje się jakieś nowe, głębsze zbliżenie do Chrystusa.

Drugie spojrzenie na postawiony przez Panią problem wydaje się nie mniej ważne:
Opisane w Ewangeliach spotkania Syna Bożego z konkretnymi ludźmi nie są tylko
opowieścią o wydarzeniach, które już minęły. Odzwierciedlają one różne rodzaje
spotkań, które Chrystus chce nam dzisiaj zaproponować. Więź, łącząca tych Dwo-
je, nie była Ich prywatną sprawą rodzinną, ma ona znaczenie – tak jak wszystko
u Chrystusa – dla naszego zbawienia. Maryja nie była zwykłą matką, która rodzi
dziecko, wychowuje je i drży, kiedy zagraża mu niebezpieczeństwo. Macierzyń-
stwo Maryi było posługą dla zbawienia nas wszystkich. Jak to pięknie nazwał pa-
pież Pius XII: jest Ona, Maryja, „przedziwną towarzyszką Chrystusa w dziele od-
kupienia”.

Przypatrzmy się różnym sytuacjom Jej posługi macierzyńskiej. W momencie


Zwiastowania Ona nie tylko wyraziła zgodę na zostanie matką Syna Bożego. Ma-
ryja dała wówczas – i to wszystkim pokoleniom, aż do końca świata – przykład
całkowitego zdania się na wolę Bożą. A matką Syna Bożego została wówczas dla
nas wszystkich. Napełniona Synem Bożym idzie z posługą do Elżbiety – i odtąd po
tym rozpoznajemy, iż mieszka w nas Chrystus, że staramy się, podobnie jak Ona,
być wrażliwymi na cudze potrzeby. I tak można rozważać uniwersalny sens ma-
cierzyństwa Maryi aż do samej Kalwarii, a nawet aż po Zesłanie Ducha Świętego
i pierwsze lata Kościoła. Pod Krzyżem Ona przecież nie tylko cierpiała, podobnie
jak cierpiałaby każda matka wobec tak strasznej krzywdy, wyrządzonej jej dziec-
ku. Pod Krzyżem Ona uosobiała tych wszystkich, którzy nie porzucają Chrystusa
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwunastoletni w świątyni 86
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

nawet wówczas, kiedy On zdaje się ostatecznie przegrywać. Uosobiała Ona rów-
nież tych wszystkich, którzy wiernie towarzyszą Chrystusowi cierpiącemu w naj-
bardziej bezbronnych i bezradnych.

Jaki jest uniwersalny sens macierzyńskiego bólu Maryi, kiedy przez trzy dni razem
z Józefem szuka zagubionego Jezusa? Można to wyczytać bezpośrednio z Ewan-
gelii. Jeżeli Jezus nie wahał się narazić na tak wielki ból najbliższych sobie ludzi,
znaczy to, że prawda, którą na tle tego bólu wówczas objawił, była warta tej ceny.
A jest to prawda następująca: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym,
co należy do mego Ojca?” Inaczej mówiąc: Bóg jest absolutnie pierwszy i wszelkie
nasze układy z innymi, nawet te najważniejsze i całkowicie nas angażujące, powin-
niśmy umieszczać w życiodajnym słońcu woli Bożej. Wszystko, co ciemne między
nami, co nie jest oświetlone tym słońcem, należy bezwzględnie wyrzucić, choćby
sprawiało ból mnie i tobie. Epizod z dwunastoletnim Jezusem praktycznie obrazu-
je prawdę, której nauczał nas On dwadzieścia lat później, w czasie swojej publicz-
nej działalności: „Kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca i matki,
żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”
(Łk 14,26).

Co to znaczy „mieć w nienawiści samego siebie”, pokazał nam Pan Jezus w Ogrój-
cu. Cała Jego ludzka wola wzdragała się na myśl przed męką i dopiero mocą krwa-
wej modlitwy umieścił On swoją ludzką wolę w świetle woli Przedwiecznego Ojca.
Zatem „ciemne” to niekoniecznie od razu „złe” albo „skażone grzechem”. W ludz-
kiej woli Syna Bożego nie było najmniejszego zła ani skażenia grzechem. A jednak
dopiero w straszliwym wysiłku modlitwy Chrystus otworzył do końca swoją ludz-
ką wolę na wolę swojego Ojca.

Otóż podobnie jak w Ogrójcu pokazał nam Jezus, co to znaczy „mieć w nienawiści
samego siebie”, tak wówczas, kiedy miał dwanaście lat, pokazał nam praktycznie,
co to znaczy „mieć w nienawiści ojca i matkę”. W rodzicielskim stosunku niepo-
kalanej Matki i dziewiczego ojca do Jezusa nie było na pewno żadnego zła ani ska-
żenia grzechem. A jednak nawet tak idealnym rodzicom potrzebna była bolesna,
trwająca aż trzy dni, wytężona praca ducha, żeby to rodzicielstwo otworzyło się
jeszcze głębiej na wolę Bożą.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwunastoletni w świątyni 87
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Ewangeliczne wydarzenie, o którym tu mówimy, najczęściej chyba jest przywoły-


wane w zakonnych nowicjatach i w seminariach duchownych. Decyzja dziecka,
żeby się poświęcić całkowicie służbie Bożej, sprawia niektórym rodzicom wielki
ból. Niekiedy wydaje im się, że tracą w ten sposób swoje dziecko, toteż chcieliby je
odebrać Panu Bogu, próbują nawet wpłynąć na zmianę tej decyzji. Ból ten w zasa-
dzie jest czymś naturalnym: wprawdzie zdradza jakąś ciemność, ale nie musi ona
płynąć z grzechu.

Otóż odwołanie się do bólu najświętszych Małżonków, kiedy zagubili Dwunasto-


letniego, często pomaga rodzicom uporać się ze swoim bólem i w końcu z radością
towarzyszyć łasce powołania swojego dziecka. Kandydatom zaś do kapłaństwa lub
do zakonu – jeśli zobaczą ból swoich rodziców w świetle Ewangelii o Dwunasto-
letnim – łatwiej zrozumieć, że są sytuacje, gdy lepiej przyczynić mimowolnie bólu
swoim najbliższym niż odstąpić od woli Bożej. Jak Pani widzi, naprawdę wielką i
potrzebną posługę wykonali dla nas wszystkich Maryja i Józef, kiedy z takim nie-
pokojem szukali zagubionego Jezusa.

Na koniec, choćby tylko dla samego porządku, zwróćmy uwagę na aspektowość


powyższych rozważań. Główny sens ewangelicznego wydarzenia wydaje się prze-
cież leżeć gdzie indziej. Wydarzenie to podkreśla przede wszystkim prawdziwość
Bożego synostwa Chrystusa. Jezus jest Synem Bożym nie dlatego, że w pewnym
momencie został przez Boga uznany za syna, ale jest Synem Bożym przedwiecz-
nie. Jest prawdziwie Synem Bożym również jako człowiek, od pierwszego momen-
tu swojego ludzkiego istnienia. Z wydarzenia, które tu rozważamy, wynika jed-
noznacznie, że już jako dziecko był On prawdziwie Synem Bożym, suwerennym
nawet wobec swojej Matki i swego dziewiczego ojca.

I to jest drugi istotny moment, zawarty w wydarzeniu z dwunastoletnim Jezusem.


Ewangelia wyraźnie, choć dyskretnie, stawia problem następujący: Jak to możliwe,
że Syn Boży był poddany zwykłym istotom stworzonym, choćby nawet tak nie-
wyobrażalnie świętym, jak Maryja i Józef? I od razu w samym opisie wydarzenia
znajdujemy odpowiedź na to pytanie: Poddanie Jezusa rodzicom w niczym nie
naruszało Jego suwerenności Syna Bożego. Był On bowiem poddany rodzicom
nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że sam chciał być poddany. Te treści wydają się
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Pan Jezus i Żydzi 88


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

głównym sensem ewangelicznego opowiadania o zgubieniu Pana Jezusa w świą-


tyni.

Później Chrystus Pan z podobną jednoznacznością podkreślał swoją suwerenność


wobec czekającej Go męki i śmierci. Utrapienia i śmierć są nieuniknioną cząstką
naszej ludzkiej doli, ale ta nieuchronność zupełnie nie odnosiła się do Chrystusa.
On cierpiał i umarł nie dlatego, że musiał umrzeć, ale dlatego, że chciał przyjąć na
siebie całe nasze poniżenie i poświęcić się za nas bez reszty: „Życie swoje oddaję
za owce... Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i
mam moc je znów odzyskać” (J 10,15.18).

Ogromnie jestem wdzięczny Pani za postawienie mi tego pytania. Dotąd jakoś nie
uświadamiałem sobie, że aż tak wielka głębia kryje się w ewangelicznym opowia-
daniu o Dwunastoletnim. Mimo że tak często powraca się do tego epizodu – i to
na modlitwie. Odnalezieniu Pana Jezusa w świątyni poświęcona jest bowiem jed-
na z tajemnic różańcowych.

Pan Jezus i Żydzi


Jak teologia wyjaśnia ekskluzywizm żydowski pierwszych chrześcijan? Świadczą o nim na-
wet Ewangelie. Z niektórych tekstów ewangelicznych wynika, jak gdyby Chrystus przyszedł
zbawić samych tylko Żydów. „Nadasz Mu imię Jezus – mówi anioł do Józefa – albowiem On
zbawi lud swój od grzechów jego” (Mt 1,21). A w „Magnificat”: „Ujął się za sługą swym, Izra-
elem, pomny na miłosierdzie swoje, które obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i potomstwu
jego na wieki” (Łk 1,54n). Apostołom Chrystus wprost zakazuje iść do pogan: „Nie idźcie do
pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które po-
ginęły z domu Izraela” (Mt 10,5–6). A najtrudniejsza do wyjaśnienia jest scena Chrystusa z
poganką, która prosi Go o uzdrowienie córki: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły
z domu Izraela... Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucać psom” (Mt 15,24–26).

Spotkałem się kiedyś z następującym wyjaśnieniem sceny z kobietą kananejską.


Kobieta ta odtwarza wzór zachowania, na Wschodzie typowy dla żebraków. Że-
bracy tamtejsi umieli o pomoc prosić wytrwale i bardzo natrętnie. Jeśli jednak w
końcu nie doczekali się wsparcia, potrafili odpowiednio długo i soczyście przekli-
nać niedoszłego dobroczyńcę, który przed chwilą był przedmiotem ich niebosięż-
nych pochwał i błogosławieństw. Otóż Pan Jezus – swoją pozornie zdecydowaną
odmową – doprowadził ową kobietę do momentu, w którym ona, gdyby chciała
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Pan Jezus i Żydzi 89


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

być wierna przyjętemu przez siebie wzorowi zachowania, powinna zacząć przekli-
nać. Tymczasem ona zachowuje się teraz zupełnie inaczej, nie jak żebrak, ale jak
człowiek wierzący. W ten sposób zasłużyła sobie na pochwałę: „O niewiasto, wiel-
ka jest wiara twoja!”

Jednak Pan postawił problem ogólniejszy. To, co nazywa Pan ekskluzywizmem


żydowskim pierwszych chrześcijan, jest prostą konsekwencją tego, że chrześci-
jaństwo jest czymś nieskończenie przekraczającym wzniosłą i prawdziwą ideę
religijną. Chrześcijaństwo jest to Jezus Chrystus – Syn Boży współwieczny Ojcu
Niebieskiemu – który dla nas stał się człowiekiem. Dla nas stał się konkretnym
człowiekiem, a więc urodził się w ściśle określonym miejscu i czasie, z konkretnej
matki, w konkretnym narodzie.

Otóż było wolą Ojca Przedwiecznego, żeby Jego Jednorodzony – przyjmując ludz-
ką naturę – urodził się w narodzie żydowskim jako potomek Abrahama. Urodził
się dla wszystkich ludzi i wszystkich narodów, ale w tym konkretnym narodzie.
Nie dlatego, że ten naród był lepszy albo większy, albo mądrzejszy od innych na-
rodów, ale po prostu dlatego, że takie było postanowienie Boże, aby właśnie z tego
narodu wyszedł Zbawca wszystkich ludzi. I ten naród był przedmiotem wielowie-
kowej miłości Bożej, przygotowującej go do Jego przyjęcia. Już Abraham został
wybrany właśnie dlatego, żeby Bóg „przez jego Potomka dobrze czynił wszystkim
ludom na ziemi” (Rdz 26,4; por. 22,18). Później, w czasach niewoli, kiedy wśród
Żydów bardzo wzrosła tęsknota za Mesjaszem, Pan Bóg przypominał, że przyjdzie
On jako Wyzwoliciel wszystkich narodów:

To zbyt mało, że jesteś Mi Sługą


dla podźwignięcia pokoleń Jakuba
i sprowadzenia ocalałych z Izraela!
Ustanowię cię światłością dla pogan,
aby moje zbawienie dotarło
aż do krańców ziemi (Iz 49,6).

Wreszcie przyszedł On. Wyczekiwany przez wszystkie narody, choć tylko naj-
sprawiedliwsi tęsknili za Nim świadomie. Nie od razu zaczął On głosić zbawienie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Pan Jezus i Żydzi 90


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wszystkim narodom, bo przecież nawet Żydów nie od razu zaczął nauczać. W peł-
ni podporządkował się prawom ludzkiej natury. A ta żąda, żeby człowiek najpierw
przez długie lata wkorzeniał się w społeczność, w której przyszedł na świat; toteż
długie trzydzieści lat swojego życia spędził Syn Boży w ukryciu nazaretańskim.
Również wówczas, kiedy podjął nauczanie, nie chciał naruszać praw ludzkiej na-
tury: było ono skierowane do wszystkich narodów i wszystkich pokoleń, ale w
tamtej konkretnej sytuacji Syn Boży zwracał się bezpośrednio do swoich rodaków.
Oni przecież byli najlepiej przygotowani do przyjęcia słowa zbawienia – sam Bóg
pracował nad nimi przez stulecia, wysyłając do nich proroków, opiekując się nimi
w chwilach pomyślności i w dniach próby. Z tego również narodu mieli być po-
wołani pierwsi głosiciele Ewangelii. Gdyby miało być inaczej, niepotrzebne byłyby
długie dzieje Starego Testamentu.

Owszem, w czasie swojego doczesnego życia Pan Jezus raz po raz sygnalizował, że
przyszedł zbawić wszystkie narody. „Jestem posłany tylko do owiec, które zginęły
z domu Izraela” (Mt 15,24). Nie dajmy się zwieść tym słowom, przecież powiedział
je nie po to, aby odtrącić kobietę kananejską, lecz żeby przymusić ją niejako do
większej wiary. Zresztą czyż nie mówił: „Mam także inne owce, które nie są z tej
owczarni. I te muszę przyprowadzić, aby słuchały głosu mego” (J 10,16)? Czyż nie
zachęcał Samarytanki, aby ubiegała się u Niego o wodę żywą, czyż nie pozostał w
jej mieście, aby głosić zbawienie jej rodakom? Czyż odtrącił rzymskiego setnika?
Najwięcej zapowiedzi, że wszystkie narody będą czerpały z Jego misji, znajduje się
w Jego przypowieściach. Jednak przecież już starzec Symeon widział z całą jasno-
ścią, że to Dziecię urodziło się dla wszystkich: „Oczy moje oglądały Twoje zbawie-
nie, które przygotowałeś dla wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i
chwałę Ludu Twego, Izraela” (Łk 2,30–32).

To prawda, kiedy Pan Jezus po raz pierwszy wysłał apostołów, aby głosili Ewangelię,
zakazał im wstępować do pogan i Samarytan. Pamiętajmy jednak, że to było przed
Jego Męką i Zmartwychwstaniem i przed Zesłaniem Ducha Świętego. Apostoło-
wie byli dopiero jakby praktykantami. Cóż dziwnego, że chciał On, aby głoszenie
Nowiny zaczynali od tych, którzy najlepiej byli do jej przyjęcia przygotowani? Po
zmartwychwstaniu jednak nakazał im wyraźnie: „Idźcie i nauczajcie wszystkie na-
rody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Pan Jezus i Żydzi 91


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jednak nawet już po odejściu Pana i Zesłaniu Ducha Świętego łatwiej było aposto-
łom głosić Ewangelię Żydom niż poganom. Dlatego początkowo przede wszyst-
kim głosili ją Żydom. Może zresztą nie tylko dlatego, że to było łatwiejsze: za-
pewne wydawało im się logiczne, że wieść o Mesjaszu pierwsi powinni usłyszeć
synowie Abrahama, długo przygotowywani do tego przez proroków. W Nowym
Testamencie znajdziemy niejedną wzmiankę, świadczącą o tym, że początkowo
zachowywano taki właśnie porządek w głoszeniu Ewangelii: najpierw głoszono ją
Żydom, następnie zaś poganom. „Ja nie wstydzę się Ewangelii – powiada Apostoł
Paweł – jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, naj-
pierw dla Żyda, potem dla Greka” (Rz 1,16). W Antiochii Pizydyjskiej „Paweł i
Barnaba powiedzieli odważnie: Należało głosić słowo Boże najpierw wam. Skoro
jednak odrzucacie je i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego, zwraca-
my się do pogan” (Dz 13,46). Podobnie było w Koryncie (por. Dz 18,6) i w Rzymie
(por. Dz 28,25–28).

Rzecz jasna, pierwsi misjonarze Ewangelii zachowywali taką kolejność nie dlatego,
żeby uważali Żydów za lepszych i godniejszych od pogan. W Chrystusie przecież
„nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie
ma już mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chry-
stusie Jezusie” (Ga 3,28). Jeżeli jednak spodobało się Bogu przygotować przyjście
swojego Syna poprzez od pokoleń trwające przymierze z Izraelem, wypadało, aby
Dobra Nowina przyszła najpierw do dzieci tego narodu.

Część Żydów odrzuciła jednak Chrystusa. Apostoł Paweł dopatrywał się w tym
tajemniczego zrządzenia Bożej Opatrzności: niewierność części Żydów przyspie-
szyła przecież wejście pogan do Kościoła. Dlatego nam – pochodzącym z pogan
– nie wolno się wynosić ponad tych synów Abrahama, którzy do dziś nie uwierzyli
w Chrystusa. Powinniśmy raczej z nadzieją oczekiwać tych wielkich bogactw du-
chowych, jakie sprawi Bóg przez ostateczne wejście ludu Starego Przymierza do
Kościoła. Oto zaledwie najważniejsze fragmenty długiego wywodu na ten temat z
Listu do Rzymian: „Przez ich występek zbawienie przypadło w udziale poganom,
aby ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeśli zaś ich upadek przyniósł bogactwo
światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie
ich zebranie się w całości!... Jeżeli zaś niektóre [gałęzie] zostały odcięte, a na ich
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Pan Jezus i Żydzi 92


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

miejsce zostałeś wszczepiony ty, który byłeś dziczką oliwną, i razem [z innymi ga-
łęziami] z tym samym korzeniem złączony, na równi z nimi czerpałeś soki oliw-
ne, to nie wynoś się ponad te gałęzie. A jeżeli się wynosisz, [pamiętaj, że] nie ty
dźwigasz korzeń, ale korzeń ciebie. Powiesz może: Gałęzie odcięto, abym ja mógł
być wszczepiony. Słusznie. Odcięto je na skutek ich niewiary, ty zaś trzymasz się
dzięki wierze. Przeto się nie pysznij, ale trwał w bojaźni!... A i oni, jeżeli nie będą
trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponow-
nie. Albowiem jeżeli ty zostałeś odcięty od naturalnej dla ciebie dziczki oliwnej
i przeciw naturze wszczepiony zostałeś w oliwkę szlachetną, o ileż łatwiej mogą
być wszczepieni w swoją własną oliwkę ci, którzy do niej przynależą z natury”
(11,11n.17–20.23n).

Te słowa nadziei na ostateczne nawrócenie swoich rodaków wyrosły u św. Pawła z


wielkiego bólu. Bardzo przeżywał on to, że Ewangelia nie ogarnęła ich wszystkich.
Raz nawet wyrwało mu się z serca, że chętnie sam poszedłby na potępienie, byleby
tylko pozyskać ich dla Chrystusa: „W sercu swoim odczuwam wielki smutek i nie-
przerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystu-
sa za braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami” (Rz 9,2n).

Pan Bóg chciał, a może tylko do tego dopuścił, że przez całe wieki chrześcijanie i
Żydzi żyli obok siebie jako zupełnie obce sobie społeczności. Nam, chrześcijanom,
przez całe wieki jakby obca była ta wielka nadzieja św. Pawła, a przecież jest to na-
dzieja wypowiedziana pod natchnieniem Ducha Świętego, powinna więc stać się
naszą własną nadzieją. Nierzadko pracowaliśmy raczej w odwrotnym kierunku:
nad utrwaleniem wśród Żydów niechęci do chrześcijaństwa. Próbowaliśmy odbu-
dować zburzony przez Chrystusa „rozdzielający nas mur – wrogość” (Ef 2,14).

Jeżeli Pana ten problem, to znaczy stosunek chrześcijan do Żydów dzisiaj, inte-
resuje bliżej, proszę zaglądnąć do soborowej Deklaracji o stosunku Kościoła do
religii niechrześcijańskich.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Pan Jezus umarł na krzyżu? 93


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy Pan Jezus umarł na krzyżu?


Jak może Księdzu wiadomo, świadkowie Jehowy zwalczają znak krzyża. Twierdzą, że jest
to znak pogański, używany już na wiele wieków przed Chrystusem, zaś przyjęcie go przez
chrześcijan było wielkim grzechem odstępstwa od prawdziwej wiary. Chrystus, jak głoszą,
wcale nie został ukrzyżowany, ale powieszono Go na palu męki. Nie przejmowałbym się
za bardzo tymi twierdzeniami, gdyby nie następujący argument przeciwko krzyżowi, któ-
ry znalazłem w podarowanej przez nich książeczce: „Otaczanie czcią i adorowanie narzę-
dzia, którego użyto do zamordowania kogoś, kogo się miłuje, przeczy zdrowemu rozsądkowi.
Komu przyszłoby na myśl całować albo nosić na szyi rewolwer, którym zamordowano uko-
chaną osobę?”

Proszę Pana, dżentelmeni nie kłócą się na temat faktów. Otóż zarówno archeolo-
gia, jak liczne starożytne zapisy na temat strasznej kary ukrzyżowania nie pozo-
stawiają wątpliwości, że polegała ona na tym, iż ręce skazańca przybijano do bel-
ki poziomej, zaś nogi do belki pionowej(1). Zresztą czyż niewierny Tomasz nie
mówi: „Dopóki na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego
w miejsce gwoździ i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” (J 20,25)? A
więc Pan Jezus został przybity gwoźdźmi.

W katakumbach stosunkowo rzadko spotykamy znak krzyża, częstszy jest tam na


przykład znak ryby(2) Jeśli jednak zestawić razem katakumbowe znaki krzyża,
okazuje się, że nie jest ich tak mało: ich reprodukcje znaleźć można między innymi
we francuskim Słowniku archeologii chrześcijańskiej(3) Przypomniano tam nawet
bluźnierczy rysunek, pochodzący jeszcze z okresu prześladowań, a sporządzony
zapewne przez poganina, przedstawiający ukrzyżowanego osła.

Najważniejszych świadectw o krzyżu Pana Jezusa dostarczają wczesnochrześcijań-


skie teksty. Pochodzący jeszcze z I wieku (najpóźniej zaś z trzydziestych lat wieku
II) tzw. List Barnaby, przedstawiając starotestamentalne zapowiedzi ukrzyżowa-
nia Syna Bożego, wymienia między innymi modlitwę Mojżesza podczas walki z
Amalekitami (por. Wj 17,8–13): „Otóż Duch daje natchnienie sercu Mojżesza, aby
uczynił wyobrażenie krzyża oraz Tego, który na nim miał cierpieć. (...) Kiedy wy-
ciągnął ręce, Izrael miał przewagę; ilekroć zaś ręce opuszczał, Żydzi ponosili klę-
skę. Dlaczego? Żeby poznali, że nie mogą być zbawieni, jeśli nie będą pokładać w
Nim nadziei”(4)
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Pan Jezus umarł na krzyżu? 94


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Musiał to być popularny motyw starochrześcijańskiej katechezy, bo pojawia się


również w Dialogu św. Justyna, który poniósł śmierć męczeńską w roku 167: „Gdy
lud walczył z Amalekitami, a syn Nawego o przydomku Jezus dowodził bitwą,
sam Mojżesz modlił się do Boga, mając ręce z obu stron rozciągnięte, Or i Aaron
podtrzymywali je przez cały dzień, aby mu ze zmęczenia nie opadły. Jeśli bowiem
Mojżesz choć trochę zmieniał tę figurę, naśladującą krzyż, naród ponosił klęskę.
O ile zaś trwał w tej postawie, o tyle odnoszono zwycięstwo nad Amalekiem. Ten,
co zwyciężał, przez krzyż zwyciężał. Zaprawdę nie dlatego wzrastała moc ludu, że
Mojżesz tak się modlił, ale dlatego, że na czele bitwy było imię Jezusa, a ponadto
dlatego, że Mojżesz wyobrażał znak krzyża”(5)

Św. Justyn lubił dopatrywać się znaku krzyża w najmniej oczekiwanych szczegó-
łach Starego Testamentu. Oto na przykład Mojżesz, błogosławiąc przed śmiercią
synów Izraela, przyrównał pokolenie Efraima i Manassesa do rogów bawołu (por.
Pwt 33,17). Św. Justyn nawet w rogach bawołu dopatruje się zapowiedzi krzyża,
na którym miał umrzeć Zbawiciel wszystkich ludzi: „Rogi bawołu nie oznaczają
nic innego, tylko kształt, czyli figurę krzyża. W krzyżu bowiem stoi pionowo jedna
belka, której wierzchołek ma kształt rogu. Do niej przymocowana jest belka po-
przeczna, tak że wydaje się, jak gdyby do tego jednego rogu dołączony był z każdej
strony inny róg”(6) Zatem dla autora tego tekstu jest rzeczą oczywistą, iż narzę-
dzie męki Pańskiej stanowiły dwie skrzyżowane ze sobą belki. Przypominam, że
tekst został napisany przed rokiem 167.

Zapowiedź krzyża zauważa św. Justyn nawet w sposobie przyrządzania baranka


paschalnego, bo pieczono go na dwóch skrzyżowanych ze sobą rożnach: „Rozkaz,
by baranka pieczono w całości, jest symbolem męki krzyżowej, którą miał wycier-
pieć Chrystus. Baranka bowiem rozciąga się przy pieczeniu na kształt krzyża. Je-
den prosty rożen przechodzi przez niego od dolnych członków aż do głowy, drugi
przez grzbiet i do niego przywiązuje się nogi baranka”(7)

Inny męczennik za wiarę, żyjący w drugiej połowie II wieku, św. Ireneusz, biskup
Lyonu, przypatrując się w duchu wiary dwóm rozpiętym na krzyżu ramionom
Zbawiciela, będzie mówił, że On w ten sposób połączył Żydów i pogan w jeden
lud Boży (Adversus haereses V, 17,4). Czyż nie o tym mówi sam Pan Jezus: „Ja,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Pan Jezus umarł na krzyżu? 95


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

gdy z ziemi zostanę podniesiony, wszystkich przyciągnę do siebie” (J 12,32)? Czy


gest przyciągania do siebie nie polega na wyciągnięciu ramion? Tymi rozciągnię-
tymi na krzyżu ramionami obejmuje Chrystus całą ludzkość. Przejmująco mówił
o tym w jednej z nauk dla przygotowujących się do chrztu św. Cyryl z Jerozolimy:
„Wyciągnął ręce na krzyżu, aby objąć nimi całą ziemię. (...) Wyciągnął swe ludzkie
ręce Ten, który swymi duchowymi rękami umocnił niebiosa. Przebite one zostały
gwoźdźmi. Przez przybicie do krzyża i śmierć ludzkiej natury, obciążonej ludzki-
mi grzechami, równocześnie i grzech umarł, a my w sprawiedliwości powstaliśmy
z martwych”(8)

Świadkowie Jehowy mówili Panu, że krzyż jest to znak pogański, używany już na
wiele wieków przed Chrystusem. Proszę Pana, różni euhemeryści próbowali ne-
gować i dziewicze poczęcie Syna Bożego, i Jego zmartwychwstanie, i tajemnicę
Trójcy Świętej, na tej tylko podstawie, że analogiczne pojęcia znajdują się w takim
czy innym micie pogańskim. Czy chrześcijanin powinien czuć się z tego powodu
zakłopotany? Wystarczy otworzyć się na te tajemnice wiary, zobaczyć nieco z ich
niezgłębionego bogactwa i zaznać ich przemieniającej mocy, aby nie mieć wąt-
pliwości, że podobieństwa są bardzo przypadkowe. Przypatrując się różnym po-
stawom bałwochwalczym, na przykład kultowi koniunktury albo jakiegoś innego
bożka – też zauważymy sporo podobieństw z kultem Boga prawdziwego. Rzecz w
tym, że ostateczny sens obu tych postaw jest dokładnie przeciwstawny. Nie muszę
chyba tego tłumaczyć.

Czy znak krzyża znany był już przed Chrystusem? Wspomniany już św. Justyn
męczennik, zwracając uwagę na różne pogańskie analogie do prawd chrześcijań-
skich (a przypisywał te podobieństwa chytrości złego ducha), zauważa: „Nigdy
jednakowoż i u żadnego z owych rzekomych synów Zeusa demony nie naśladowa-
ły ukrzyżowania.”(9) Ale natychmiast rozwija mało podejmowany dzisiaj wątek, że
przecież znak krzyża znany jest od początku świata, bo wpisany jest wielorako w
całą otaczającą nas rzeczywistość. Znaku krzyża dopatruje się św. Justyn zarówno
w locie ptaka, jak w maszcie okrętu i w ówczesnym kształcie pługa. Przede wszyst-
kim zaś sam człowiek naznaczony jest tym znakiem, i to co najmniej dwukrotnie:
kiedy w postawie wyprostowanej rozkłada ręce, a ponadto krzyż widnieje na twa-
rzy człowieka, gdyż linia nosa przecina się z linią oczu. Tyle św. Justyn, żyjący w
połowie II wieku, który oddał swoje życie za wiarę w roku 167.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Pan Jezus umarł na krzyżu? 96


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Otóż weźmy na zdrowy rozsądek: Dwie przecinające się linie stanowią układ
tak elementarny, że byłoby rzeczą zgoła niemożliwą, aby nie pojawiły się gdzieś
w symbolice religijnej. Nie uświadamiam sobie, aby gdziekolwiek – poza chrze-
ścijaństwem oczywiście – był to znak szczególnie popularny. Natomiast rację ma
św. Justyn, że nigdy w żadnej religii nie przywiązywało się duchowego i w ogóle
jakiegokolwiek znaczenia do czyjegoś ukrzyżowania. Wynika stąd, że tylko dla
chrześcijan krzyż jest znakiem zbawienia przez mękę Syna Bożego oraz znakiem
nadziei, że również nasze cierpienia prowadzą do chwały zmartwychwstania, jeśli
otworzymy je na moc płynącą z męki Chrystusa.

Przejdźmy do pytania dla Pana najważniejszego: Dlaczego oddajemy cześć krzyżo-


wi? Świadkowie Jehowy powiadają, że to perwersja otaczać czcią narzędzie zbrod-
ni. Ale przecież my nie czcimy krzyża jako narzędzia zbrodni, czcimy go jako na-
rzędzie naszego zbawienia. Gdyby zastrzelono bliską mi osobę, rewolwer byłby
tylko i wyłącznie narzędziem zbrodni. Natomiast Pan Jezus umarł nie tylko dlate-
go, że ludzie podjęli zbrodniczą decyzję zamordowania Go. Umarł, bo sam chciał
oddać za nas swoje życie, bo po to przecież przyszedł na tę ziemię: „Ja życie moje
oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja je od siebie oddaję!
Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Takie przykazanie otrzymałem
od Ojca mego” (J 10,17n). „Dręczono Go, gdyż sam dał się gnębić, nawet nie otwo-
rzył ust swoich” – prorokuje Izajasz (53,7).

Nie tylko umarł dlatego, że sam chciał, ale również w sposób, w jaki chciał. Otóż
chciał dokonać naszego zbawienia na drzewie krzyża. W ten sposób odzyskaliśmy
– i to ponadobficie – utracone w raju drzewo życia. Natomiast sam kształt tego na-
rzędzia naszego zbawienia przypomina nieustannie, że dokonało się na nim dzieło
powszechnego pojednania: belka pionowa wskazuje, że na krzyżu Zbawiciel przy-
wrócił naszą łączność z niebem, zaś rozciągnięte na krzyżu ramiona – że im wię-
cej zwrócimy się ku Ukrzyżowanemu, tym więcej wzajemnie dla siebie będziemy
braćmi i siostrami. Z kolei ciężar krzyża, tak boleśnie odczuty przez naszego Pana
w drodze na Kalwarię, obrazuje straszliwy ciężar naszych grzechów.

I jeszcze pytanie ostatnie: Czy godzi się czcić krzyż, który jest tylko przedmiotem?
Ale przecież, jeśli oddajemy cześć krzyżowi, to wyłącznie dlatego, że chcemy w ten
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Niepokalane Poczęcie 97
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

sposób uczcić ukrzyżowanego na nim Zbawiciela! Podobnie jak kiedy całuję świę-
tą Ewangelię, to przecież nie papier całuję, ale oddaję cześć słowu zbawienia, a w
ostatecznym wymiarze – samemu Zbawicielowi.

1 Obszerną dokumentację znajdzie Pan m.in. w publikacjach: J. M. Vosté, De supplicio crucis, w: Capita selecta
Evangelii secundum Joannem, Rzym 1928–1929, s. 235–245; U. Holzmeister, Crux Domini atque crucifixio quomodo
ex archeologia Romana illustrentur, Rzym 1934; J. J. Collins, The Archeology of the Crucifixion, „Catholic Biblical
Quarterly” 1(1939), s. 154–159.

2 Po grecku ichtys. Pierwsze litery słów greckiej formuły „Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel” tworzą po grecku
ten właśnie wyraz.

3 Dictionnaire de L’Archéologie Chrétienne et de la Liturgie, t. 3, Paris 1948, k. 3049–3059.

4 List Barnaby 12,2n, w: Pisma Ojców Apostolskich, tłum. A. Lisiecki, Poznań 1924, s. 78

5 Dialog z Żydem Tryfonem 90,4, w: św. Justyn, Apologia, tłum. A. Lisiecki, Poznań 1926, s. 265.

6 Dialog z Żydem Tryfonem 91,2, w: dz. cyt., s. 266.

7 Dialog z Żydem Tryfonem 40,3, w: dz. cyt., s. 165n.

8 Św. Cyryl Jerozolimski, Katechezy, Warszawa 1973, s. 190.

9 Apologia I, 51, 1, w: dz. cyt., s. 64.

Niepokalane Poczęcie
Czy Niepokalane Poczęcie nie oddala Matki Najświętszej od nas, zwykłych grzesznych ludzi?
Jeśli Ona od pierwszego momentu swojego poczęcia była bezgrzeszna i przez całe życie nie
było w Niej żadnego grzesznego pożądania, wynika stąd, że nie zaznała Ona w sobie walki
dobra ze złem, a przecież głównie na tym polega trud ludzkiej egzystencji!

Gdyby Pańska obawa była słuszna, trzeba by ją odnieść również do Jezusa Chry-
stusa, którego poczęcie w ludzkiej naturze niewątpliwie było bezgrzeszne i który
przez całe swoje ziemskie życie nigdy nie zbrudził się nawet najmniejszym grzesz-
nym pożądaniem. A przecież Syn Boży nie tylko doświadczył na sobie ataków zła,
kiedy znajdował się na pustyni i był kuszony przez szatana, ale był atakowany jak
nikt inny, zwłaszcza na Górze Kalwarii. Toteż w Liście do Hebrajczyków (4,15) –
jakby specjalnie dla Pana – napisano: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana,
który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszyst-
kim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Niepokalane Poczęcie 98
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wskutek naszych grzechów książę ciemności ma niestety wiele do powiedzenia na


naszej ziemi. Zatem nic dziwnego, że kiedy pojawił się na niej „Baranek niepoka-
lany i bez skazy – jak nazywa Syna Bożego Apostoł Piotr (1 P 1,19) – szatan zrobił
wszystko, żeby uzyskać od Niego bodaj cząstkę dla siebie. Syn Boży zniósł zwycię-
sko cały impet ataku, ale że nie było Mu łatwo, świadczy o tym zarówno krwawy
pot w Ogrójcu, jak dramatyczna skarga Ukrzyżowanego.

Otóż najbliższym, niewątpliwie najbliższym Synowi Bożemu człowiekiem była


Jego Matka. Pan Bóg powołał do istnienia miliardy ludzi, ale Ona jedna jest Matką
Jego Syna! W tym jedynym związku, jakim Syn Boży związany był ze swoją Matką,
nie mogło być nawet cienia niedoskonałości ani egocentryzmu. Syn Boży przy-
szedł na tę ziemię, aby nam wszystkim zapewnić udział w swojej świętości i czysto-
ści, ale nie ulega wątpliwości, że najpełniej i ponadobficie ogarnął swoją świętością
własną Matkę; jest Ona „łaski pełna” (Łk 1,28). Przygotował Ją sobie na Matkę od
pierwszego momentu Jej poczęcia, tak jak słońce udziela światła jutrzence na dłu-
go przed swoim wschodem.

Jednak ta szczególna, macierzyńska bliskość Syna Bożego wystawiła też Maryję na


szczególne ataki zła. Ona była przecież tuż obok swojego Syna, przeciw któremu
zwróciła się cała wściekłość szatana, zagrożonego w swoim stanie posiadania. Po-
bożność katolicka od wieku rozpamiętuje siedem uderzeń, które spadły na Matkę
Najświętszą za to tylko, że była matką tego Człowieka. Naprawdę nie trzeba się
martwić o to, że nie zaznała Ona ataków zła, bo w rzeczywistości doświadczyła ich
aż nadto.

Owszem, nie było w Niej rozdwojenia, nie było w Niej – a tym bardziej w Jej Synu
– wroga wewnętrznego, który jest w nas i który sprawia, że nieraz zło w nas zwycię-
ża. Czy to jednak Chrystusa albo Ją od nas oddala? Czy dobry lekarz staje się mniej
bliski choremu przez to, że sam jest zdrowy? To prawda, syty często nie rozumie
głodnego, bogaty nędzarza, a zdrowy chorego. Ale ów brak zrozumienia bierze
się z przyrodzonego grzesznikom egocentryzmu. Tam, gdzie jest miłość i nie ma
zamknięcia się w sobie, zło doznawane przez drugiego boli tak, jakby samemu się
go doświadczało. Grzech zaś, który niszczy kogoś mi bliskiego, boli mnie jeszcze
bardziej niż jego samego, jako że każdy grzesznik jest w większym lub mniejszym
stopniu duchowo nieprzytomny.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Niepokalane Poczęcie 99
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

To byłoby koszmarne, gdyby zakorzenienie w rzeczywistości mierzyło się stopniem


utytłania w grzechu. Na szczęście jest dokładnie odwrotnie: właśnie grzech wyko-
rzenia z rzeczywistości. Jeśli jakiś kiepski pisarz przedstawia swoich bohaterów
jako istoty idealne i bezgrzeszne, czytelnicy odbierają takie postacie jako abstrak-
cyjne, bez ciała i krwi. I słusznie. Bo wszyscy ludzie, których znamy z doświadcze-
nia, w rzeczywistości są grzesznikami i przedstawiać ich jako bezgrzesznych to to
samo, co skazać na żywot czysto papierowy. Rzecz jednak w tym, że Chrystus – a
dzięki Niemu również Jego Matka – był naprawdę bez grzechu. Być człowiekiem
papierowym to znaczy w ogóle nie być człowiekiem, ale być człowiekiem napraw-
dę bez grzechu to to samo, co być Człowiekiem Doskonałym. O tym, że dobro
tworzy człowieka, a zło niszczy, częściowo wiemy nawet z doświadczenia.

Nie jestem mniej człowiekiem dlatego, że nie doświadczyłem nigdy pijackiego gło-
du denaturatu i że sumienie nie musiało mi wypominać jakiejś wielkiej zbrodni.
Natomiast tym bardziej jestem człowiekiem, im prawdziwsza we mnie tęsknota za
trwaniem w dobru wbrew wszelkim przeciwnościom oraz im prawdziwiej umiem
przyjść z pomocą ludziom zgnębionym grzechem. Chrystus, Zbawiciel wszyst-
kich ludzi, nie tylko nie załamał się w ciężkich utrapieniach, jakie Go spotkały, ale
wytrwał do końca w gorącym współczuciu dla wszystkich grzeszników, własnych
morderców nie wyłączając. Najbliższą Towarzyszką w tej Jego ciężkiej pracy bycia
Doskonałym Człowiekiem na ziemi zalanej grzechem była od samego początku
Jego Matka. W swojej miłości uczynił Ją wolną od wszelkiego grzechu, aby ujaw-
niło się w Niej pierwotne piękno człowieczeństwa, stworzonego na obraz Boży, a
zarazem aby w Niej dokonał się początek odkupienia całego naszego ludzkiego
rodu.

O tym pierwszym aspekcie Jej Niepokalanego Poczęcia pięknie pisali Gertruda


von Le Fort oraz Teilhard de Chardin. Von Le Fort w eseju pt. Niewiasta wieczna:
„Dogmat o Niepokalanej jest objawieniem tego, jakim był człowiek przed swoim
upadkiem, ukazuje on nieskalane oblicze stworzenia, ukazuje Boskie podobień-
stwo w człowieku. Teraz staje się już zrozumiałe owo zawrotne, dotyczące wszyst-
kich ludzi znaczenie dogmatu maryjnego. Skoro bowiem jest Niepokalana czystym
podobieństwem Bożym całej ludzkości, to jest Dziewica ze sceny zwiastowania
również tej ludzkości Przedstawicielką”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Zmartwychwstanie ciał 100


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Dla Teilharda de Chardin prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi potwierdzała


paradoksalność Wcielenia. Normalnie rzecz biorąc, stworzenie powinno się zbli-
żać do Boga. W Jezusie Chrystusie stało się poniekąd odwrotnie: to Bóg zbliżył się
do stworzenia. W tym celu przygotował sobie Niepokalaną Matkę, aby Go nieja-
ko przyciągnęła na naszą ziemię: „Bóg, gdy nadszedł czas, w którym postanowił
urzeczywistnić na naszych oczach swoje Wcielenie, musiał najpierw wzbudzić na
świecie cnotę, która byłaby zdolna przyciągnąć Go do nas. Potrzeba Mu było Mat-
ki, która by Go zrodziła w ludzkim świecie. Cóż wtedy uczynił? Stworzył Dziewicę
Maryję, czyli sprawił, że na Ziemi pojawiła się czystość tak wielka, iż w tej przej-
rzystości mógł się zogniskować i pojawić jako Dziecię” (Środowisko Boże, cz. 3).

Warto dodać, że Niepokalane Poczęcie Maryi jest tylko najszczególniejszym przy-


padkiem powszechnego postępowania Boga z ludźmi. Każdego z nas Pan Bóg
pierwszy umiłował. Umiłował nas, kiedyśmy jeszcze byli w łonach naszych matek,
a nawet jeszcze przed naszym poczęciem (por. Ps 71,6; 22,10; Syr 50,22). Cóż za-
tem dziwnego, że kiedy Syn Boży postanowił stać się dla nas Człowiekiem Dosko-
nałym, umiłował najszczególniej, jeszcze przed Jej poczęciem, swoją przyszłą Mat-
kę? Że uczynił Ją od pierwszego momentu istnienia Człowiekiem Doskonałym?
Przecież nawet nie wypadałoby Bogu urodzić się z kobiety, która choćby przez
moment była dotknięta grzechem!

Zmartwychwstanie ciał

Ktoś mnie kiedyś zapytał: Czy to wielki grzech, kiedy trudno człowiekowi uwie-
rzyć w zmartwychwstanie ciał? Do refleksji nad tym pytaniem potrzebne nam bę-
dzie bodaj prowizoryczne określenie, kto to jest chrześcijanin; od tego więc zacznę.
Otóż chrześcijanin to każdy, kto wierzy, że Jezus Chrystus jest przedwiecznym
Synem Bożym, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, a przez swo-
ją śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie otworzył wszystkim ludziom możliwość
wyzwolenia z grzechów oraz pełnego pojednania z Bogiem. Wierzyć zaś w Jezusa
Chrystusa to znaczy szukać Go i znajdować jako Kogoś Żywego, jako Syna Bożego
i Zbawiciela.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Zmartwychwstanie ciał 101


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Nie jest jeszcze chrześcijaninem człowiek, dla którego Chrystus jest jedynie sym-
bolem pięknej postawy religijnej i moralnej. Nawet jeśli w jego życiu wewnętrz-
nym obrazy i nauki ewangeliczne stanowią ważny punkt odniesienia. Chrześci-
janinem jest się dopiero wtedy, kiedy jest się w realnej łączności z żywym Synem
Bożym albo kiedy się przynajmniej jej pragnie. Mam na myśli, naturalnie, tę łącz-
ność, która zaczyna się przez chrzest, a wyraża w modlitwie, w słuchaniu nauki
Chrystusa jako słowa Bożego, w korzystaniu z sakramentu Jego miłosierdzia, w
spożywaniu Jego Ciała.

Otóż pytania o Chrystusa, o Jego czyny i naukę, można stawiać zarówno z pozycji
chrześcijanina, jak ze stanowiska pozachrześcijańskiego. Na przykład nad nauką
Pana Jezusa o nierozerwalności małżeństwa zupełnie inaczej będzie się zastanawiał
ktoś, kto widzi w niej naprawdę słowo Boże, niż ktoś, dla kogo Chrystus jest tylko
jednym z wielkich mędrców i proroków ludzkości. Przekazy o cudach zupełnie
inaczej odbiera religioznawca, który zawiesza sąd na temat ich prawdziwości, a in-
teresuje go jedynie wewnętrzna treść, zawierająca się w przekazie; zupełnie inaczej
zaś chrześcijanin, dla którego cuda Chrystusa są objawieniem Jego mocy zbawczej
i obietnicą tej mocy, z którą Syn Boży chce przychodzić do każdego z nas.

Również pytanie o zmartwychwstanie ciał można postawić zarówno z pozycji


chrześcijanina, jak niechrześcijanina. Jeśli naprawdę wierzę, że Chrystus jest Sy-
nem Bożym, to interesuje mnie przede wszystkim to, czy Chrystus rzeczywiście
głosił przyszłe chwalebne zmartwychwstanie. Bo jeśli tak, to Syn Boży z całą pew-
nością lepiej ode mnie wie, czy jest ono możliwe.

Otóż nie ma wątpliwości co do tego, że Chrystus nauczał o zmartwychwstaniu:


„Nadchodzi godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, posłyszą
głos Jego, a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia, a
ci, którzy złe czyny pełnili, na zmartwychwstanie sądu” (J 5,28n). Kiedyś znów
„przyszli do Niego saduceusze, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania” (Mt
22,23), z wymyśloną przez siebie sytuacją, mającą na celu ośmieszenie tej prawdy,
„Jezus im odpowiedział: «Jesteście w błędzie, bo nie znacie Pisma ani mocy Bo-
żej»” (Mt 22,29). Zauważmy dwa argumenty, które znajdują się w tej odpowiedzi.
Po pierwsze, „nie znacie Pisma”, w którym Bóg zapowiada zmartwychwstanie; po
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Zmartwychwstanie ciał 102


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wtóre, „ani mocy Bożej”, której nic nie jest w stanie ograniczyć. Jeśli zatem Bóg po-
wiedział, że zmartwychwstaniemy, a Bóg jest wszechmocny, więc na pewno zmar-
twychwstaniemy.

Podejmijmy teraz pytanie, czy to wielki grzech, kiedy człowiekowi trudno uwie-
rzyć w zmartwychwstanie ciał. Myślę, że pojawienie się takich trudności może sta-
nowić dwojaką szansę dla naszej wiary. Po pierwsze, trudności z uwierzeniem w
taką czy inną część nauki Pana Jezusa przeszkadzają naszej wierze w Niego jako w
Syna Bożego osiąść na gołosłowności. Każdą bowiem z takich trudności przenika
następujące pytanie: Czy ty naprawdę wierzysz w Chrystusa, Syna Bożego? Nieza-
leżnie od tego, czy człowiek, doświadczający trudności, uświadamia sobie ten ich
wymiar czy nie.

W Ewangelii św. Jana opisana jest sytuacja, kiedy trudności z uwierzeniem w praw-
dę równie niepojętą jak zmartwychwstanie, mianowicie w prawdę o Eucharystii,
w jednych ujawniły niewiarę, w innych umocniły i pogłębiły wiarę. A było to tak.
Szedł za Chrystusem wielki tłum. Wydawało się, że wszyscy bez wyjątku uwierzyli
w Niego i chcą być Jego uczniami i naśladowcami. Wówczas Jezus zaczął nauczać:
„Jeśli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi
Jego, nie będziecie mieć życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew,
ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest praw-
dziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” (J 6,53––55). Słowa
te obruszyły wielu słuchaczy: „Odtąd wielu uczniów Jego odpadło i już z Nim nie
chodziło” (J 6,66).

Odejście uczniów nie mogło oczywiście Pana Jezusa przymusić do złagodzenia


swojej nauki, bo jest ona prawdą na życie wieczne. Toteż dla potwierdzenia, że
prawdę o Eucharystii należy rozumieć z całą dosłownością, zwraca się do Dwuna-
stu, którym zapewne również nie było łatwo uwierzyć w prawdę tak przekracza-
jącą nasze zwykłe doświadczenie: „«Czyż i wy chcecie odejść?» Odpowiedział Mu
Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A
myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga»” (J 6,67–69).

Była to więc jedna z tych sytuacji, które będą się zdarzały aż do końca świata,
a które zapowiadał starzec Symeon: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Zmartwychwstanie ciał 103


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

powstanie wielu” (Łk 2,34). W jednych, którzy nawet sami sobie wydawali się wie-
rzącymi, trudne słowo Chrystusa odsłoniło niewiarę, innych zaś zmobilizowało do
tym większego zawierzenia. Zatem jeśli trudności z uwierzeniem w zmartwych-
wstanie nazywam szansą, to w tym oczywiście sensie, że mogą nam one pomóc
w przezwyciężeniu różnych niedomówień w naszej wierze. Są one wezwaniem do
powiedzenia bezwarunkowego „tak” Chrystusowi: Wierzę, Panie, że Ty naprawdę
jesteś Synem Bożym i Zbawcą.

Druga szansa dla naszej wiary, która kryje się w trudnościach z uwierzeniem w
zmartwychwstanie, wydaje się szczególnie godna uwagi. Mianowicie jeśli komuś
trudno uwierzyć w przyszłe zmartwychwstanie, niech spróbuje uwrażliwiać się na
moc Bożą, która przemienia człowieka – również naszą cielesność – już dzisiaj.
Przecież już teraz człowiek może zaznać transcendencji wobec wszelkiego zła, któ-
re usiłuje nas sobie podporządkować. Już teraz nasze dzieci mogą mieć czystych
rodziców, a ciałami naszymi nie muszą rządzić nerwy ani namiętności, ale rozum
i pokój Boży. Już teraz człowiek może być coraz mniej podatny na manipulację i
uprzedmiotowienie i coraz bardziej odzyskiwać swoją osobową podmiotowość.
Już teraz rany naszych grzechów Chrystus Zbawca chce cudownie przemieniać
w znaki, wzywające do ofiarnej miłości. Już teraz nasze ciała mogą częściowo się
cieszyć swoją pierwotną, przez Stwórcę zamierzoną, celowością: same będąc świą-
tyniami Ducha Świętego, mają przecież wyrażać i objawiać przepełnioną Bogiem
duszę.

Kto tego wszystkiego doświadcza – bodaj trochę, choćby tylko przeczuciem i pra-
gnieniem – zobaczy ważność nauki o zmartwychwstaniu ostatecznym w wewnętrz-
nej logice wiary chrześcijańskiej. Zrozumie też nieco głębiej, dlaczego Chrystus do
zmartwychwstania szedł przez krzyż. Nie sposób przecież uzyskać owej antycy-
pacji zmartwychwstania, o której mówiliśmy przed chwilą, bez wejścia razem z
Chrystusem na drogę krzyżową. Przecież zanurzeni jesteśmy w śmierci. Wejście w
wymiar zmartwychwstania wymaga przekraczania granic śmierci, wyznaczonych
przez siły zła i bezwładu. Przekraczanie tych granic – rzecz jasna – boli, jest krzy-
żem.

Toteż kiedy przychodzą na nas myśli, że zmartwychwstanie ciał jest jakieś takie
nieprawdopodobne, pytajmy nie tylko o to, czy ja naprawdę wierzę w Chrystusa,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Kościół jako instytucja 104


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Syna Bożego. Zatrwóżmy się ponadto, że może o wiele za mało, niż dzięki łasce
Bożej byłoby to już dziś możliwe, jestem przemieniony mocą Zmartwychwstałego
Zbawiciela. Może lękam się trudu bardziej skutecznych ataków na granice śmierci,
którymi jestem oddzielony od Boga? I wzmóżmy naszą duchową pracę. A jedno-
cześnie tym bardziej liczmy na miłosierdzie Tego, który za nas umarł na krzyżu i
jako Pierworodny spośród umarłych chce nas wprowadzić w rzeczywistość trans-
cendentną wobec zła i śmierci.

Kościół jako instytucja


Jerzy jest nieochrzczony. Bardzo żywo interesuje się wiarą chrześcijańską. Zachwyca się
Ewangelią, lubi chodzić na Mszę świętą. Kiedyś wyznał mi, że chciałby przyłączyć się do
setnika pod Krzyżem i głośno wołać o Jezusie: „Naprawdę Ten jest Synem Bożym!” A jednak
Jerzego coś powstrzymuje przed chrztem. Argumentuje tak: „Tyle instytucji chciałoby zagar-
nąć człowieka dla siebie, Kościół czasem wydaje mi się jedną z nich. Chrzest pociągnąłby
za sobą obowiązek wyznawania określonych poglądów, podporządkowania się dodatkowym
zakazom. A ja chcę być wolny”.

Jako instytucja, Kościół przejawia się w sposób niezwykle zróżnicowany. Posiada


określoną strukturę i bogatą tradycję, przejawem jego instytucjonalności jest po-
dział na parafie i diecezje, cała różnorodność zakonów i duszpasterstwa specjali-
stycznego, kościoły i rozmaite gmachy kościelne, instytucje charytatywne, uczelnie
i wydawnictwa. Ale na instytucjonalność Kościoła składa się również liturgia i teo-
logia, prawo kanoniczne i zwyczaje lokalne, sztuka kościelna i tradycje językowe.

Zapomnijmy na chwilę, że przedmiotem naszej refleksji jest instytucjonalny wy-


miar Kościoła i zastanówmy się nad dobrymi i złymi stronami instytucji w ogó-
le. Ze względu na olbrzymią różnorodność instytucjonalności Kościoła potrzebna
nam będzie możliwie najbardziej ogólna definicja instytucji. Otóż instytucją nazy-
wam każdą trwałą formę, którą nadano jakiejś działalności.

Pański znajomy zwraca uwagę na ograniczające skutki zinstytucjonalizowania.


Ten aspekt trzeba w instytucjonalności z całą odwagą zobaczyć, aby usuwać z niej
ograniczenia niepotrzebne, utrudniające życie i poniżające człowieka. Bo są oczy-
wiście również ograniczenia bezbolesne, a nawet dodające naszemu życiu uroku:
na przykład to, że trębacz na Wieży Mariackiej nie może grać na melodię Wlazł
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Kościół jako instytucja 105


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

kotek na płotek, ale zobowiązany jest odegrać melodię ściśle określoną. Istnieją też
ograniczenia uciążliwe, ale w zasadzie sensowne: na przykład jeśli się jest nauczy-
cielem, urlop można wziąć jedynie w miesiącach wakacyjnych; jeśli się jest dyrek-
torem wielkiego zakładu, trzeba być gotowym na wezwanie również po godzinach
pracy, a nawet w nocy.

Zwróćmy jednak uwagę na taki oto rodzaj ograniczeń, jakie się wiążą z instytucjo-
nalnością: W życiu naszym jest tak paradoksalnie, że niemal w tym samym mo-
mencie, w którym nadaliśmy jakiemuś dziełu trwałą formę, ono zaczyna być prze-
starzałe. Wybudowałem sobie wspaniały domek jednorodzinny, a dwa miesiące
po zakończeniu budowy mogę się dowiedzieć o jakimś nie znanym mi dotychczas,
tanim, rewelacyjnym i łatwo dostępnym systemie ogrzewania. Napisałem książkę,
a nazajutrz po oddaniu do drukarni wpada mi w ręce jakieś bardzo ważne, świeżo
wydane dzieło, którego już nie zdążę w mojej książce uwzględnić. Teoretycy prawa
powiadają, że najbardziej nawet mądre i postępowe prawo ma w sobie zazwyczaj
również elementy wstecznictwa: porządkuje bowiem sytuację, która była w mo-
mencie jego opracowywania, życia zaś nie da się zatrzymać, jest ono w ciągłym ru-
chu i wczorajsze jutro staje się nieuchronnie czasem przeszłym. Oczywiście, nikt
nie wyciąga stąd wniosku, że lepiej się nie budować, nie pisać książek, nie ustana-
wiać prawa.

Albo inne ograniczenie, zawarte w instytucjonalności: Kiedy nadajemy czemuś


stałą formę, zawsze coś ważnego się w niej nie zmieści, znajdzie się poza nią. Żeby
wykładać na wyższej uczelni, potrzebny jest doktorat, ale oto w jakiejś rzadkiej
specjalności pojawia się zupełnie nadzwyczajny znawca, który – tak się jakoś zło-
żyło – nie ma matury: jest rzeczą praktycznie niemożliwą, aby mógł uczyć studen-
tów. Przykłady można by mnożyć. Pomijam zresztą te ograniczenia, które może
narzucić w formie zinstytucjonalizowanej czyjaś głupota albo zła wola.

Lecz nawet bez czyjejkolwiek złej woli instytucja, zamiast służyć ludziom, może
uczynić ich swoimi niewolnikami. Od czasów Marksa tak wiele się mówi o aliena-
cji, iż nawet licealiści wiedzą na ogół o tym, że nasze wytwory mogą nie tylko się
od nas uniezależnić, mogą nas sobie podporządkować i działać przeciwko nam.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Kościół jako instytucja 106


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

A zarazem nie jesteśmy w stanie obejść się bez instytucji, ciągle je tworzymy i re-
formujemy. To, że pociąg do Warszawy – jedyny w ciągu dnia, jaki idzie z mojej
miejscowości – odjeżdża o określonej porze, niewątpliwie mnie ogranicza, bo nie
mogę wyjechać w dowolnym czasie; ale czułbym się jeszcze bardziej ograniczony,
gdyby pociąg nie miał żadnego planu jazdy i jeździł zależnie od widzimisię maszy-
nisty. System ubezpieczeń i różne domy opieki to niewątpliwie instytucje, ale ła-
two sobie wyobrazić, ile dodatkowego zła spadłoby na ludzi, gdyby pewnego dnia
instytucje te się załamały.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tych właśnie instytucjach, bo ich podstawowym


celem jest zaradzenie ludzkiej biedzie. Załóżmy, że prowadzone są z największą
ofiarnością i życzliwością dla ludzi. Otóż nawet instytucje tak niewątpliwie poży-
teczne, choćby nawet prowadzone były idealnie, niosą z sobą zjawiska negatywne.
Im lepiej postawiona jest w jakimś kraju opieka społeczna, ubezpieczenie i szpital-
nictwo, tym bardziej niepokojąco zanika w społeczeństwie, a nawet w najbliższej
rodzinie więź z ludźmi chorymi i starymi: jak gdyby dobrze pomyślana opieka in-
stytucjonalna mogła człowiekowi choremu i staremu zastąpić potrzebę poczucia,
że jest się komuś bliskim.

Co stąd wynika? Przecież chyba nie to, że należałoby świadomie obniżać standardy
opieki społecznej, aby w ten sposób pobudzić powstawanie więzi pozainstytucjo-
nalnych. Otóż wynika stąd to tylko, że znaczenia instytucji – choćby najbardziej
pożytecznej i bez zarzutu funkcjonującej – nie trzeba absolutyzować. Cielesność
jest istotnym wymiarem naszego człowieczeństwa, ale człowiek to nie tylko ciało.
Jesteśmy cieleśni i dlatego nie da się wyobrazić życia ludzkiego bez rozmaitych
instytucji. Ale zarazem jesteśmy duchowi, jest w nas pierwiastek transcendentny
wobec ciała – i dlatego powinniśmy wszystkie formy instytucjonalności ożywiać
duchem, a jeśli trzeba, to również je przekraczać. Po tym zaś poznać, że instytucja
przeniknięta jest duchem, jeśli dobro człowieka jest w niej ważniejsze niż dobro
jej samej.

Można krytykować taką czy inną instytucję można badać mechanizmy, prowadzą-
ce do zwyrodnienia struktur instytucjonalnych, ale być przeciwnikiem instytucji
w ogóle to znaczy być wykorzenionym z rzeczywistości i myśleć urazowo. Dam
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Kościół jako instytucja 107


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Panu przykład. Praktycznie nie ma pokarmu, który by w jakichś okolicznościach


nie szkodził zdrowiu. Czy znaczy to, że mamy zrezygnować z jedzenia w ogóle?
Owszem, medycyna opisuje jednostki chorobowe, charakteryzujące się general-
nym wstrętem do jedzenia. Jednak mądra powściągliwość wobec jedzenia opiera
się na zrozumieniu jego niezbędności do życia i polega na umiarkowaniu bądź na
powstrzymaniu się od pokarmów bardziej szkodliwych.

Przejdźmy wreszcie do problemu instytucji w Kościele. Kościół nie może, rzecz


jasna, nie mieć struktury instytucjonalnej. Składa się przecież z ludzi, a nie z anio-
łów. Nasuwa mi się tutaj następujące porównanie. O wielkim filozofie neoplatoń-
skim, Plotynie, napisał zakochany w nim uczeń, że był człowiekiem tak bardzo
uduchowionym, iż wstydził się tego, że miał ciało. Jest to postawa dla chrześcijani-
na zupełnie niezrozumiała. Ciało składa się istotnie na bogactwo naszej egzysten-
cji. Owszem, dopiero przeniknięte duchem, ujawnia się w całej swojej prawdzie i
wspaniałości, ale właśnie dlatego ciała nie trzeba się wstydzić. Ciała o tyle tylko
słusznie się wstydzimy, o ile za mało jest ono podporządkowane duchowi.

Tak samo Kościół nie ma powodu wstydzić się swoich instytucji; przeciwnie, jest z
nich dumny. Chlubi się muzyką gregoriańską i całym bogactwem zakonów, chlubi
się zarówno swoim przywiązaniem do tradycji, jak otwarciem na czasy współcze-
sne, jest przywiązany do prawa kanonicznego i do prymatu papieża itd., itd.

Oczywiście, Sądu Ostatecznego jeszcze nie było, jeszcze nie chodzimy w ciałach
uwielbionych. Toteż również instytucje kościelne podatne są na bezwład i aliena-
cję, raz po raz odkrywamy w nich jakąś martwotę i wołamy o reformę. Ale też raz
po raz dane jest nam oglądać, jak różne instytucje w Kościele, rażące niejednego
swoją bezdusznością i wykazujące jak gdyby znamiona rozkładu, zaczynają oży-
wać pod tchnieniem Ducha. Młodzi już może nawet o tym nie wiedzą, że jeszcze
w latach sześćdziesiątych naszego wieku pielgrzymka wydawała się imprezą god-
ną starych babek i skazanym na nieuchronną zagładę przeżytkiem Średniowiecza.
Osobiście wierzę, że doczekam czasów, kiedy kancelaria parafialna przestanie się
kojarzyć z kościelną biurokracją, a stanie się miejscem spotkań prawdziwie dusz-
pasterskich; już dziś coraz więcej księży zaczyna to rozumieć.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwie przynależności do Kościoła 108


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wróćmy do Pańskiego znajomego, któremu przyjęcie chrztu kojarzy się z obowiąz-


kiem wyznawania określonych poglądów, podporządkowania się dodatkowym na-
kazom, słowem, z ograniczeniem wolności. Ufam, że jeśli kiełkuje już w nim wiara
w Jezusa Syna Bożego, to z czasem sam sobie poradzi z tymi trudnościami. Bo są
to – tak mi się wydaje – typowe trudności, które znikają z chwilą, kiedy człowiek
głębiej zrozumie, że sprawa człowieka z Chrystusem to sprawa miłości.

Znów odwołam się do porównania. Mówi się czasem półżartem, że małżeństwo


jest dobrowolnym wejściem w niewolę. Kiedy człowiek był kawalerem, mógł się
ożenić z każdą dziewczyną; z chwilą, gdy się ożenił, jest związany wyłącznie z tą
jedną. Owszem, są to jakieś więzy, ale – założywszy, że jestem człowiekiem po-
ważnym i moje małżeństwo nie jest parodią – są to paradoksalnie więzy wolno-
ści. Może istnieć dwadzieścia różnych połączeń z Krakowa do Warszawy, ale moja
wola wyjazdu do Warszawy realizuje się dopiero poprzez wejście do tego oto kon-
kretnego pociągu.

To tylko z zewnątrz może się wydawać, że w Kościele jest obowiązek wyznawania


określonych poglądów. Jeśli wierzę w Chrystusa, to w Ewangelii słyszę Jego słowo.
Jeśli wierzę, że Kościół jest jedyną Oblubienicą Chrystusa, złączoną z Nim w Du-
chu Świętym, to wsłuchuję się żarliwie w naukę Kościoła, bo stoi za nią najbardziej
autentyczne, gwarantowane przez samego Ducha Świętego, rozumienie Chrystu-
sa. Również coniedzielne uczestnictwo we Mszy świętej przestaje w jakimś sensie
być dla mnie obowiązkiem, jest radosną możliwością realnego spotkania z Tym,
który za mnie umarł na krzyżu.

Dwie przynależności do Kościoła


Nie wiem, czy wy, księża, zdajecie sobie sprawę z ogromnej popularności w niektórych krę-
gach dzisiaj myśli hinduskiej, buddyjskiej i w ogóle dalekowschodniej. Ale ja nie o tym. Otóż
w trakcie rozmowy z jednym zapalonym konwertytą na buddyzm, usłyszałem taki zarzut:
„Ty bronisz stanowiska katolickiego, ponieważ boisz się utracić poczucie przynależności do
Kościoła. Jest ci wygodnie z tym, że dogmaty masz już z góry ustalone i nie musisz już nicze-
go szukać. Ale lenistwem nikt jeszcze w dziedzinie ducha niczego dobrego nie osiągnął. Po-
winieneś raz wreszcie wyjść z tego wygodnego pancerza i zacząć szukać Boga, nie oglądając
się na autorytet Kościoła”. Myślę, że streściłem go wiernie. Czy do was, księży, takie zarzuty
w ogóle docierają?
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwie przynależności do Kościoła 109


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Przypatruję się zarzutowi Pańskiego znajomego i widzę, że to nie tylko zarzut.


Jest to niecierpliwe wezwanie, żeby w poszukiwaniach duchowych nie liczyć się z
autorytetem Kościoła, żeby być gotowym nawet do porzucenia Kościoła. Nakłada
się ono jednak na inne wezwanie: do poszukiwań duchowych, do przezwyciężenia
gnuśności. Zatem niektórym ludziom Kościół i przynależność do Kościoła jawi się
jako przeszkoda dla rozwoju duchowego!

Stwierdzenie tego faktu pobudza mnie do postawienia dwóch pytań. Po pierwsze,


dlaczego ja tak bardzo przejmuję się takimi opiniami? Dlaczego czuję tyle bólu, ile-
kroć słyszę, że ktoś porzuca Kościół, w przekonaniu, że poza Kościołem znajdzie
lepsze warunki dla duchowego rozwoju? I pytanie drugie: A może do pojawienia
się takich postaw przyczynia się jakaś rzeczywista gnuśność duchowa, panująca
niekiedy w naszych katolickich wspólnotach?

Na pierwsze pytanie potrafię odpowiedzieć dokładnie. Niepokój i wręcz ból, jaki


przeżywam z powodu czyjegoś odejścia z Kościoła, bierze się stąd, że ja naprawdę
wierzę w Chrystusa. Że nie umiem i nie chcę zamknąć Chrystusa w przestrzeni
moich przekonań, ale wierzę głęboko, że On żyje i jest Zbawicielem wszystkich
ludzi, i że jest to niezależne od naszej wiary lub niewiary w Niego. Wierzę całym
sercem, że Chrystus naprawdę jest Synem Bożym, a nie tylko w to, że ja Go za
Syna Bożego uznaję. Tak samo wierzę, że Chrystus naprawdę założył Kościół – a
więc chodzi tu o coś nieporównanie więcej niż tylko o to, że Kościół uważa się za
wspólnotę przez Niego założoną.

Wierzę zatem, że szczególnie w Kościele można się spotkać z Chrystusem żywym,


który obdarza nas swoją Prawdą i Mocą. Gdyby Kościół w sposób istotny zbłądził
w nauczaniu wiary albo gdyby mój niedorozwój duchowy jako księdza pozbawił
sakramenty, których udzielam, mocy Bożej, znaczyłoby to, że bramy piekielne od-
niosły zwycięstwo nad Kościołem. Otóż ja wierzę głęboko, że to nie stanie się ni-
gdy, bo sam Chrystus, Syn Boży, obiecał Kościołowi, że bramy piekielne go nie
zwyciężą. Z tego powodu staram się otworzyć swoje serce na całe nauczanie wiary,
którą głosi mi Kościół.

Ten wzgląd – uwierzenie Chrystusowi, że bramy piekielne nie zwyciężą Kościoła –


każe mi wobec dogmatów Kościoła zająć podobną postawę, jaką ma uczony wobec
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwie przynależności do Kościoła 110


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

faktów. Kiedy uczony natrafi na fakty, które nie zgadzają się z jego oczekiwaniami,
nie przemilczy ich przecież ani nie naciągnie do swoich założeń. Przeciwnie, ucie-
szy się tym: pojawienie się faktów niezgodnych z jego dotychczasową teorią daje
mu możliwość pogłębienia teorii, takiego jej przekształcenia, aby prawdziwiej od-
dawała badaną przez niego rzeczywistość. Tylko kiepski uczony jest tak przywiąza-
ny do swoich poglądów, że gotów jest raczej nie dostrzegać niewygodnych faktów
lub je bagatelizować, niż zrezygnować z przeświadczeń, do których się przywiązał.
Osobiste poglądy liczą się dla niego więcej niż fakty. Tacy uczeni przyczyniają się
do skostnienia nauki. Na szczęście jednak prędzej czy później – jeśli nie oni sami,
to ich uczniowie – muszą ustąpić wobec naporu rzeczywistości.

W jednym tylko przypadku wierność dogmatom wiary nie ma sensu: jeśli wynika
ona z innych powodów niż uwierzenie Chrystusowi, że bramy piekielne nie prze-
mogą Kościoła. Przyjmować nauczanie Kościoła i nie opierać tego na wierze w
Chrystusa to tak, jakby budowę domu zaczynać od dachu. To prawda, że dach jest
niezbędny, że bez dachu dom jest praktycznie nie do użytku, niemniej budowanie
domu wypadałoby zacząć od fundamentów.

Jeśli zaś wierzę Chrystusowi, że Jego słowa o założeniu Kościoła potężniejszego


niż bramy piekielne nie były rzucone na wiatr, to nie tylko staram się nauczanie
Kościoła przyjmować w całej rozciągłości. Postawa ta okazuje się szansą dla mojej
wiary, wynika z niej bowiem wewnętrzny przymus do nieustannych duchowych
poszukiwań. Przyjmując taką postawę, raz po raz spostrzegam, że jakąś prawdę
wiary wyznaję w sposób jałowy, że nic praktycznie z wyznawania tej prawdy dla
mnie nie wynika. Staram się wówczas jakoś zmobilizować i dotrzeć do wody ży-
wej, jaka z tej prawdy płynie. Bo przecież niemożliwe jest, żeby Kościół nauczał w
imieniu Chrystusa jakiejś prawdy, która niczego ludziom nie daje.

Czasem znów zauważam, że ja w swoich poglądach mijam się z nauczaniem Ko-


ścioła. Jeśli swoje poglądy stawiam ponad nauczanie Kościoła, warto wówczas za-
pytać samego siebie, czy ja jeszcze wierzę słowom Chrystusa, że bramy piekielne
nie zwyciężą Kościoła. Ale z kolei byłbym człowiekiem duchowo tępym, gdybym
próbował wówczas zadać gwałt swojemu rozumowi albo swojemu zmysłowi rze-
czywistości i na siłę postawił dogmat wiary ponad swoje przekonania. Raczej
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwie przynależności do Kościoła 111


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

powinienem się wówczas zachować trochę jak uczony, który odkrywa fakt nie-
zgodny ze swoim dotychczasowym obrazem badanej rzeczywistości. Sytuacja taka
stwarza niepowtarzalną szansę głębszego wniknięcia w tę rzeczywistość. Podobnie
będzie z moją wiarą: dzięki włączeniu danego dogmatu lub danego wymogu mo-
ralnego w całokształt mojej wiary mogę istotnie przybliżyć się do Chrystusa.

Krótko mówiąc, można wyodrębnić dwa modelowe sposoby przynależności do


Kościoła: albo swoją przynależność do Kościoła przeżywam jako szansę różno-
rakiego spotkania z żywym Chrystusem, albo o tym zapominam. W tym dru-
gim przypadku Kościół jest dla mnie głównie jakąś organizacją religijną, do któ-
rej przynależność daje mi jakąś satysfakcję, w której zaspokajam lepiej lub gorzej
moje religijne potrzeby i której wymogi – zarówno doktrynalne, jak moralne –
przyjmuję tylko w takim stopniu, w jakim uważam to za stosowne.

Zapewne ludzie, którzy porzucają Kościół, widzą go w tej drugiej perspektywie.


Nie mogę wykluczyć tego, że ponoszą oni jakąś część winy za to, że ich obraz Ko-
ścioła tak daleko odbiega od tego, czym Kościół jest naprawdę. Ale interesuje mnie
raczej własna wina oraz wina moich współbraci w wierze: może my sami – swoją
niewiernością Chrystusowi, swoim duchowym lenistwem – przyczyniamy się do
tego, że taki obraz Kościoła ukształtował się w niektórych ludziach?

Powiedziałem już i jeszcze raz to powtarzam, że ogromnie boli mnie, ilekroć sły-
szę, że ktoś odszedł od Kościoła w kierunku na przykład buddyzmu. Pewien bud-
dysta powiedział mi na to, że on, wręcz przeciwnie: bardzo się cieszy, kiedy słyszy,
że jakiś buddysta przyjął wiarę chrześcijańską, bo – w każdym razie – w człowieku
tym dokonał się jakiś ruch duchowy. Ufam, że powiedział mi to szczerze, że nie
chodziło mu na przykład o to, żeby przelicytować mnie swoją tolerancją. Otóż
wypowiedź owego buddysty nie zmieniła mojej postawy: nadal bardzo mnie boli,
kiedy patrzę, że ktoś odchodzi od Kościoła i szuka swojej drogi duchowej gdzie
indziej.

Wiara chrześcijańska nie sprowadza się bowiem jedynie do pewnych przekonań


religijnych oraz zwyczajów modlitewnych i obrzędów, którym odpowiadałby ze-
spół przekonań, technik medytacyjnych i obrzędów buddyjskich, hinduskich czy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dwie przynależności do Kościoła 112


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

muzułmańskich. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest Jezus Chrystus, Syn


Boży i Zbawca wszystkich ludzi, który żyje i ma moc doprowadzić nas do życia
wiecznego. Jeśli to nieprawda, to chrześcijaństwo jest religią najnędzniejszą ze
wszystkich religii, bo szerzy kłamstwo i fałszywe nadzieje. Jeśli jednak Jezus Chry-
stus naprawdę jest Zbawicielem wszystkich ludzi, to w żadnej religii nie znajdzie
się wartości tak wielkiej, która zrównoważyłaby utratę Chrystusa. Toteż dosłownie
serce mi się kraje, ilekroć muszę patrzeć na to, że ktoś porzuca Kościół, w przeko-
naniu, że w swojej drodze do Boga poradzi sobie bez Chrystusa.

Nie wykluczam tego, że my, katolicy moglibyśmy czerpać z duchowych treści i do-
świadczeń wyznawców innych religii znacznie więcej, niż to czynimy. Jeśli jednak
wierzymy w Chrystusa, Syna Bożego, który za nas umarł i zmartwychwstał, łącz-
ność z Nim oraz Jego Kościołem musi być dla nas czymś absolutnie najważniej-
szym i jej musi być podporządkowane wszelkie nasze otwieranie się na wartości
cudze.

Warto może jeszcze zwrócić uwagę na to, że buddyści, działający wśród chrześci-
jan, próbują niekiedy włączyć Chrystusa w zespół swoich wierzeń, podobnie jak
starożytni poganie skłonni byli niekiedy włączyć Go do swojego panteonu. Powia-
dają na przykład, że Chrystus jest Bodhisattwą, jednym z kolejnych wcieleń Bó-
stwa. W obliczu takich opinii jestem Mu tym bardziej wdzięczny za Jego obietnicę,
że będzie ze swoim Kościołem po wszystkie dni, aż do skończenia świata. I uświa-
damiam sobie wówczas, jak jednoznacznie głosił On swoją jedyność w sprawach
ludzkiego zbawienia: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”
(J 14,6). „Nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym mo-
glibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).

Pokusa porzucenia Chrystusa jest niemal tak dawna, jak wiara w Niego. W róż-
nych czasach przychodzi ona do chrześcijan inaczej. Raz w formie szyderstwa z
Niego i z Jego nauki, kiedy indziej pokusa odstępstwa roi się od pochlebnych słów
o Chrystusie: raz pojawia się w formie wrogości wobec wszelkiej idei religijnej,
innym razem ma kształt zaproszenia do religijnej odnowy. Otóż niezależnie od
tego, w jakiej formie ta pokusa przychodzi do chrześcijanina, warto sobie wów-
czas przypomnieć słynną scenę z Ewangelii: „Kiedy wielu uczniów Jego odeszło i
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami 113


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

już z Nim nie chodziło, rzekł Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?» Od-
powiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia
wiecznego!»” (J 6,66–68)

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami


Najpierw cieszyłam się razem ze wszystkimi, że po ostatnim Soborze zaczęliśmy innych
chrześcijan nazywać naszymi braćmi i że z naszego słownika zniknęło słowo „heretyk”. Ale
czytając Pismo Święte, znajduję coraz więcej powodów do niepokoju. Przecież w Nowym
Testamencie znajduje się mnóstwo ostrzeżeń przed heretykami. Podam parę przykładów:
„Znaleźli się fałszywi prorocy wśród ludu i również wśród was będą fałszywi nauczyciele,
którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje” (2 P 2,1 ); „Strzeżcie się fałszywych proroków,
którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami” (Mt 7,15);
„Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy
chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową” (Ga 1,7). Mogłabym przytoczyć dużo więcej ta-
kich wypowiedzi. W Drugim Liście Apostoła Jana znajduje się nawet taka bardzo „przedso-
borowa” rada, jak postępować z heretykiem: „nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie
go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów” (2 J 10n).

A oto mój problem: Wiem, że Sobór nie ma władzy nad Pismem Świętym, a w tym
przypadku wygląda na to, jakby Sobór postanowił odsunąć cały zespół świętych
tekstów na bok.

Wręcz przeciwnie, proszę Pani! Wielką zasługą Soboru było potrząśnięcie naszymi
stereotypowymi, bezmyślnymi i często odbiegającymi od prawdy wyobrażeniami
na temat herezji i heretyków. Dzięki temu łatwiej nam teraz dotrzeć do żywego
słowa Bożego, jakie w cytowanych przez Panią tekstach się zawiera. Mamy bo-
wiem w sobie ciemną zdolność do usuwania ze słowa Bożego tego wszystkiego, co
mogłoby nas zaniepokoić i przymusić do zastanowienia się nad sobą i do głębsze-
go nawrócenia. W sposób niemal kliniczny ta ciemna zdolność ujawniła się wła-
śnie w historii pojęć „heretyk” i „herezja”. Odniesiono je po prostu do luteranów,
metodystów czy jakichś innych grup wyznaniowych – i cały, jak to Pani nazywa,
zespół świętych tekstów jakby przestawał już nas wówczas dotyczyć.

I od razu mała dygresja. Są w Piśmie Świętym takie teksty, z których nie da się usu-
nąć czynnika budzącego niepokój. Do nich należy na przykład fragment o grze-
chach przeciw Duchowi Świętemu. Wówczas ciemne nasze zdolności do pozba-
wienia słowa Bożego jego mocy ujawniają się inaczej. Niepokoimy się wówczas
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami 114


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

bardzo takim tekstem, ale w sposób bezpłodny: tak że to nas wcale nie przybliża
do Boga. Wielka to łaska Boża umieć słowo Boże przyjąć naprawdę jako słowo
Boże, przemieniające nasze serca i umysły.

Przejdźmy jednak do tematu. Zacznijmy od tego, co w tej sprawie uchwalił ostat-


ni Sobór. Wypowiedź podstawowa znajduje się w Dekrecie o ekumenizmie (nr 4):
„Należy podjąć wszelkie wysiłki, aby usunąć słowa, znaki i czyny, które nie od-
zwierciedlają sprawiedliwie i według prawdy sytuacji braci odłączonych, toteż
utrudniają wzajemne z nimi stosunki”. Następnie Sobór wzywa do popierania dia-
logu teologicznego wśród ekspertów różnych wyznań: „Dzięki takiemu bowiem
dialogowi wszyscy zdobywają prawdziwsze poznanie nauki i życia obu wspólnot
oraz urabiają sobie bardziej sprawiedliwy sąd”. Zachęca ponadto Sobór do współ-
pracy międzywyznaniowej w tych „dziełach dla dobra wspólnego, których doma-
ga się każde sumienie chrześcijańskie”, a nawet „gdzie to możliwe, do wspólnoty
modlitw w jednym duchu”.

Trudno nie zauważyć, że wypowiedź tę ożywia czysty duch Ewangelii: chodzi o


zweryfikowanie naszego stosunku do innych chrześcijan w duchu prawdy i spra-
wiedliwości, a także o nawiązanie z nimi, w miarę możliwości, relacji prawdziwej i
nadprzyrodzonej miłości. Przy czym Sobór zatroszczył się o to, żeby nie skończyło
się na pustej deklaracji i proponuje konkretne sposoby otwierania się na innych
chrześcijan, aby zobaczyć ich w prawdzie: jako żywych ludzi, wierzących w Chry-
stusa i pragnących swoją wiarę wcielać w życie. Żeby zaś nie głosić półprawdy,
za pomocą której próbuje się manipulować ludzkimi nastrojami i postawami, So-
bór wyraźnie odcina się od wyznaniowego indyferentyzmu i wyznaje odwieczną
prawdę swojej wiary, iż „Kościół katolicki został wyposażony przez Boga w całą
objawioną prawdę i we wszystkie środki łaski”.

Zwróćmy uwagę na autentycznie ewangeliczny kontekst, w jakim prawda ta zosta-


ła przypomniana. Tekst znajduje się w tym samym paragrafie czwartym Dekretu o
ekumenizmie. „Chociaż bowiem Kościół katolicki został wyposażony przez Boga
w całą objawioną prawdę i we wszystkie środki łaski, nie wynika stąd jednak, że
jego członkowie żyją z całą odpowiadającą temu gorliwością. Wskutek tego obli-
cze Kościoła mniejszym blaskiem promieniuje wobec braci od nas odłączonych
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami 115


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

i wobec całego świata, i opóźnia się w ten sposób wzrost Królestwa Bożego. Nie
zapominajmy i o tym, że wszystko, co łaska Ducha Świętego sprawia w braciach
odłączonych, może się przyczynić również do naszego zbudowania. Cokolwiek
bowiem jest prawdziwie chrześcijańskiego, nigdy nie sprzeciwia się dobrom au-
tentycznej wiary. Co więcej, zawsze może się przyczynić do dalszego uchwycenia
tajemnicy Chrystusa i Kościoła”.

Zatem ma Pani rację, że głównie pod wpływem Soboru przestaliśmy innych chrze-
ścijan (zwłaszcza protestantów, bo prawosławni zawsze byli nam bez porównania
bliżsi) nazywać heretykami. Bo kto to jest heretyk? Jest to człowiek, który uwie-
rzył słowu Bożemu, czasem nawet bardzo głośno się tym chlubi, ale używa słowa
Bożego do przeprowadzenia swoich ludzkich koncepcji; zamiast być posłusznym
słowu Bożemu, próbuje je przymusić do posłuszeństwa sobie. Otóż opis ten, w
sposób oczywisty, nie dotyczy licznych protestantów, którzy z żywą wiarą i wręcz
z dziecięcym posłuszeństwem otwierają się na słowo Boże i starają się wcielać je
w życie.

Żeby nie mówić ogólnikowo, weźmy jedną z najboleśniejszych różnic, jaka dzieli
nas od wielu protestantów: rozumienie Eucharystii, sakramentu Ciała i Krwi Pań-
skiej. Pan Jezus mówił wyraźnie: „Kto pożywa moje Ciało i pije moją Krew ma
życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym
pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” (J 6,54n). Toteż Kościół ka-
tolicki jednoznacznie naucza, że wszystkie próby takiego wyinterpretowania ta-
jemnicy Eucharystii, żeby przestała ona „razić” swoim realizmem, stanowią he-
rezję; jest to bowiem przyłączenie się do niewiary tych uczniów, którzy wówczas
od Chrystusa odeszli (por. J 6, 60–69). Nie wynika stąd jednak, że wszyscy chrze-
ścijanie, którzy nie wyznają tajemnicy Eucharystii w całej jej prawdzie, są auto-
matycznie heretykami. Co innego bowiem jest nie znać jakiejś prawdy wiary, a co
innego ją zwalczać. A nawet jeśli ktoś zwalcza prawdę Bożą, zapewne nie jest obo-
jętne, dlaczego to czyni i w jaki sposób. Inaczej mówiąc, łatwiej stwierdzić, co jest
herezją, niż kto jest heretykiem. Jeden tylko Pan Bóg potrafi odróżnić ostatecznie
swoich przyjaciół od wrogów.

Praktycznie wynika stąd mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, dziękujemy Panu Jezusowi


za łaskę Kościoła, bo to właśnie dzięki Kościołowi mamy dostęp do nieomylnej
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami 116


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wiary i łatwiej nam odróżnić prawdę Bożą od jej imitacji. Warto w tym miejscu
przypomnieć parę dobrze zresztą znanych obietnic i wezwań Pana Jezusa: „Idźcie
i nauczajcie wszystkie narody (...) Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przy-
kazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”
(Mt 28,19n); „Na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie prze-
mogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi,
będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”
(Mt 16,18n); „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk
10,16).

Po wtóre, nie bądźmy z góry pewni tego, że w naszych własnych poglądach i po-
stawach nie ma herezji. Kościół nie może zbłądzić w wierze, ale mnie mogło się
zdarzyć, że zastąpiłem prawdę Bożą jakimś ludzkim wymysłem. Wówczas właśnie
do mnie odnoszą się liczne upomnienia Boże przeciwko heretykom, zwłaszcza je-
śli dla utwierdzenia się we własnym błędzie staram się jeszcze innych odwieść od
prawdy Bożej. Iluż to, również wśród współczesnych katolików, można by znaleźć
Hymenajosów i Filetosów, „którzy odpadli od prawdy, mówiąc, że zmartwych-
wstanie już nastąpiło, i wywracają wiarę niektórych” (2 Tm 2,18). Jakże często na
temat etyki małżeńskiej bywamy mądrzejsi od Ewangelii. Ileż wśród nas łaskawo-
ści dla Pana Jezusa, któremu przyznajemy wspaniałomyślnie, że był geniuszem
religijnym większym nawet niż Budda i Mahomet, ale jakoś trudno nam uwierzyć,
że jest On prawdziwie Synem Bożym i Dawcą życia wiecznego. Gdybyśmy na-
prawdę w Niego wierzyli, to nie moglibyśmy mieć wątpliwości co do tego, że nowi-
nę o Nim warto nieść do wszystkich ludzi i do wszystkich narodów – a wątpliwości
takie to niestety nie rzadkość wśród współczesnych katolików. Albo ileż wśród nas
hałaśliwej pewności siebie, że tak zwane twarde wymogi życia są mocniejsze niż
ideały ewangeliczne. Zapewne heretycy znajdują się również wśród protestantów,
ale i wśród katolików ich niemało. Granica między słuchającymi słowa Bożego i
heretykami wydaje się przebiegać w poprzek podziałów wyznaniowych.

Jak jednak powiedzieliśmy, jeden Pan Bóg potrafi odróżnić ostatecznie swoich
przyjaciół od wrogów. My ze swej strony starajmy się słuchać słowa Bożego z ra-
dością i wiarą, dzielmy się swoją postawą z innymi, dla wszystkich jednak, któ-
rzy nie dzielą naszych poglądów i ideałów, zachowujmy życzliwość. Nie chodzi o
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Ewangeliczne ostrzeżenia przed heretykami 117


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

cielęcą bezkonfliktowość. Nie tylko wierność prawdzie, ale również właśnie życz-
liwość dla bliźniego zażąda od nas niekiedy wyraźnego przeciwstawienia się jego
poglądom lub postępowaniu. Przypomnieć tu można zaproponowaną przez Pana
Jezusa procedurę upomnienia braterskiego (por. Mt 18,15–17).

Jednakże Apostoł Jan – i słusznie to Pani przypomina – daje również i taką radę:
Takiego, kto wypacza naukę Bożą, „nie przyjmujcie do domu i nie pozdrawiajcie
go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów”.
Czy na tym właśnie – ktoś zapyta złośliwie – ma polegać chrześcijańska życzli-
wość?

Otóż jedna z podstawowych wytycznych na temat czytania Pisma Świętego w du-


chu wiary powiada, że słowo Boże nie może się sprzeciwiać samo sobie. Zatem
wręcz nie wolno nam powyższego pouczenia Apostoła Jana odczytać niezgodnie
z duchem przykazania miłości. Myli się więc ten, kto w słowach tych chciałby
usłyszeć zachętę do potępienia takiego fałszywego proroka albo do okazania mu
pogardy.

Że św. Janowi chodzi nie o potępienie fałszywego proroka, ale o obronę wiary u
wierzących, wynika wyraźnie z ostatniego członu jego wypowiedzi: abyś się nie
stał „współuczestnikiem jego złych czynów”. W innym miejscu Nowego Testamen-
tu prawda ta pojawia się już nie w formie przestrogi, ale stwierdzenia: niektórzy
upadli, gdyż nie umieli się w porę odsunąć od błądzących w wierze i obyczajach
(por. 2 P 2,18). Dzisiaj jakbyśmy trochę zapomnieli o tym, że wielki skarb wiary
został złożony w glinianych naczyniach, które łatwo mogą się rozbić – tym łatwiej,
im bardziej będziemy zbyt pewni siebie. Odnawiając tę wiedzę o naszej słabości,
starajmy się jednak przesycić ją duchem miłości, bo inaczej skończy się to zwy-
kłym sekciarstwem.

Współuczestnictwo w złych czynach to jeszcze coś więcej. Odczułem to kiedyś


boleśnie na własnej skórze, kiedy ktoś w następujący sposób uczynił ze mnie
przedmiot swojej manipulacji. Zostałem zaproszony przez parę, o której wiedzia-
łem, że nie mają i nie mogą mieć ślubu kościelnego, na rozmowę religijną. Kiedy
przyszedłem, okazało się, że oni poprosili również swoich rodziców, ludzi bardzo
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 118


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

religijnych. Szybko zrozumiałem, że posłużono się moją osobą, aby wmówić tym
pobożnym staruszkom, że wobec Boga prawie wszystko jest w porządku, bo nawet
ksiądz niemalże aprobuje ich związek.

W tym przypadku próbowano mnie uczynić współuczestnikiem swojego odejścia


od Ewangelii. Ale czyż się nie zdarza, że my dobrowolnie i ochoczo podejmujemy
się takiego współuczestnictwa i wprost albo pośrednio aprobujemy czyjeś fałszywe
poglądy lub złe postępowanie? I często wcale nie czynimy tego z przekonania. Po
prostu tak potężna bywa w nas potrzeba, żeby się podobać innym. Albo nie chce-
my narazić się komuś, na kim nam zależy. Albo tak bardzo się boimy, żeby nas nie
wzięto za ludzi zacofanych lub ciasnych.

Proszę mnie zrozumieć. Zupełnie obce mi są ideały teokracji. Nie marzę o tym,
żeby podporządkować niewierzących moralnym normom wiary. Kiedy podejmu-
ję refleksję nad herezją, to zwracam się wyłącznie do ludzi wierzących w Chrystu-
sa, Syna Bożego i Zbawiciela. Jeśli wierzymy w Niego, to już naprawdę nie wypada
przyczyniać się do tego, żeby w świecie zwyciężały postawy i poglądy przeciwne
Jego nauce. I właśnie ten sens dostrzegam w przestrodze Apostoła Jana, żeby przez
nierozważną serdeczność nie stać się współuczestnikiem czyichś złych czynów.

Ale „nade wszystko miejcie miłość, bo ona jest więzią doskonałości” (Kol 3,14).

Jeszcze raz o reinkarnacji


Na prelekcjach w klubie Towarzystwa Parapsychicznego spotkałam się nieraz z twierdze-
niem, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wiara w reinkarnację była powszechna. Do-
piero od IV czy też V wieku została w sposób sztuczny formalnie zakazana. W wyniku tego
zakazu zostały pousuwane jakoby z Biblii wszystkie fragmenty, mówiące o tych sprawach w
sposób jasny i jednoznaczny. Podobno zostały one zebrane w tzw. piątej Ewangelii, którą co
niektórzy czytali i są głęboko przekonani, że tak jest w istocie. Poza tym mówią, że są Biblie
nie okrojone z tych fragmentów, jak np. Biblia koptyjska, która wyraźnie mówi o reinkarna-
cji.

Następnym ważnym argumentem są następujące teksty z naszej Ewangelii. Po pierwsze roz-


mowa z Nikodemem, którego słowa o powtórnym narodzeniu (J 3,3) mają mówić o reinkar-
nacji, a nie o narodzinach z ducha. Co prawda, ten fragment jest dla mnie najmniej prze-
konujący, bo gdyby sprawa była tak jasna i oczywista dla współcześnie żyjących ludzi, nie
wywołałaby zdziwienia Nikodema i jego pytania, jak się to stać może. Nie umiem natomiast
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 119


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

sobie wyjaśnić fragmentu Ewangelii Łukasza 9,19 i Mateusza 16,14, gdzie na pytanie Pana
Jezusa, za kogo uważają Go tłumy, uczniowie odpowiadają: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni
za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”. Podobnie sąd Heroda
o Jezusie, że jest on Janem Chrzcicielem (Mk 6,14– –16; Łk 9, 7–9). Dalej, zastanawiają-
cy fragment: „Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł. (...) Wtedy uczniowie zrozumieli,
że mówił do nich o Janie Chrzcicielu” (Mt 17,9–13). Wreszcie, uzdrowienie niewidomego
od urodzenia (J 9,2– 3). Zastanawiające jest pytanie uczniów: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się
urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” Kiedy on mógł grzechem zasłużyć na swoje ka-
lectwo – chyba tylko w poprzednim wcieleniu. I chociaż odpowiedź Pana Jezusa była nega-
tywna, to jednak nie zaprzeczył On takiej możliwości, tylko powiedział, że w tym wypadku
nie miało to miejsca.

Dalszym argumentem na rzecz reinkarnacji jest Sąd Ostateczny. Odbędzie się on mimo sądu
jednostkowego zaraz po śmierci. Zwolennicy reinkarnacji twierdzą, że potrzebny jest on, dla-
tego gdyż będzie sądem podsumowującym – sądem nad sumą wcieleń. Przyznam się, że i
mnie w głębi serca trudno uznać wieczność kar piekielnych: choćby nie wiem jak wielkie były
zbrodnie, to są one przecież skończone i dokonane w krótkim życiu – dlaczego więc mają być
karane przez całą wieczność?

Natomiast według teorii reinkarnacji piekło polega na całkowitym rozpadzie świadomości


lub też osobowości ludzkiej, co jest bardzo bolesne, jako że całe czucie zawarte jest w świa-
domości. W wyniku tego człowiek zamienia się w minerał i marzy o tym, by być skruszonym
przez wiatr czy wodę i dostać się do gleby, by w ten sposób mieć możność wbudować się w
roślinę, a następnie w zwierzę, co daje szansę dostania się na wyższy szczebel rozwoju. Trwa
to oczywiście ogromnie długo, jest bardzo bolesne i nie daje wcale pewności dostania się na
nowo na poziom ludzkiej istoty. Stąd nazwa „nieskończone męki piekielne”, gdyż wydają się,
a niekiedy rzeczywiście są nieskończone.

O reinkarnacji oraz o potępieniu wiecznym pisałem w książce Szukającym drogi.


Nie będę powtarzał zawartych tam wywodów, wypowiedź niniejszą proszę potrak-
tować jako uzupełnienie tamtych tekstów.

Zacznę bardzo stanowczo: twierdzenia o powszechnej jakoby we wczesnym chrze-


ścijaństwie wierze w reinkarnację są całkowicie wyssaną z palca insynuacją. Pisma
chrześcijańskie pierwszych trzech wieków są w większości spolszczone, każdy więc
może to sam sprawdzić. W tomie pt. Pisma Ojców Apostolskich znajdzie Pani Di-
dache, tekst zwany Listem Barnaby, spuściznę św. Klemensa Rzymskiego, św. Igna-
cego z Antiochii, św. Polikarpa, Hermasa. Wydano tom pism pt. Apologeci greccy
II wieku, w oddzielnych tomach ukazały się pisma św. Justyna Męczennika, Minu-
cjusza Feliksa, Laktancjusza. Udostępniono nam po kilka tomów pism Orygenesa,
Tertuliana, św. Cypriana. Ukazał się wreszcie pierwszy tom pism św. Ireneusza.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 120


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wyliczam te pisma, bo warto zdać sobie sprawę z tego, że nie znajdują się one za
siedmioma górami i siedmioma morzami, ale są dostępne w naszych bibliotekach,
przynajmniej tych najważniejszych. Tymczasem nawet wykształceni katolicy czują
się często bezbronni wobec różnych gołosłownych twierdzeń na temat pierwszych
wieków chrześcijaństwa. Bo nie tylko głosiciele reinkarnacji mianują bezpodstaw-
nie pierwszych chrześcijan swoimi sojusznikami. Świadkowie Jehowy na przykład
twierdzą, jakoby pierwsi chrześcijanie wierzyli dokładniusieńko tak samo jak oni,
a z kolei zdaniem adwentystów pierwsi chrześcijanie świętowali jakoby nie w nie-
dzielę, ale w szabat. Najwyższy już czas, żebyśmy spostrzegli gołosłowność takich
twierdzeń i zaczęli żądać od ich głosicieli pokazania nam konkretnych tekstów w
pismach starochrześcijańskich. Co zaś do rzekomej wiary pierwszych chrześcijan
w reinkarnację, twierdzę z całą odpowiedzialnością, że prelegenci, o których Pani
wspomina, uprawiają zwyczajne intelektualne awanturnictwo.

Rzadko mówię w tonie aż tak ostrym, ale niestety w tym samym tonie muszę
jeszcze odpowiedzieć na zarzut zniekształcenia Ewangelii w wieku IV lub V. Jeśli
twierdzą tak ludzie uważający się za chrześcijan, niechże się zastanowią, co mówią.
Mówią przecież ni mniej, ni więcej tylko to, że Duch Święty, który dał Kościołowi
słowo Boże, nie potrafił nawet zachować materialnej zawartości tego daru. Tekst
święty, jakiego używa Kościół i wszystkie pozostałe wyznania chrześcijańskie, jest
bowiem – zdaniem tych ludzi – sfałszowany. Proszę Pani, tutaj już ocieramy się
o grzech przeciw Duchowi Świętemu. Niechże ci ludzie zastanowią się, czy chcą
być posłuszni słowu Bożemu, bo może jest właśnie odwrotnie: może słowo Boże
chcieliby przymusić do tego, aby było posłuszne ich ludzkim mniemaniom? Bo
straszna to rzecz próbować używać Boga i Jego słowa do udowadniania swojego
ludzkiego widzimisię.

Przejdźmy do konkretnych tekstów ewangelicznych, jakie Pani wymienia. Do Ni-


kodema Pan Jezus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeśli się ktoś
nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego” (J 3,3). Chodzi tu oczy-
wiście o to narodzenie, które nie jest „ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża,
ale z Boga” (J 1,13). Z naszych rodziców urodziliśmy się ludźmi, natomiast z Boga
rodzimy się jako dzieci Boże, jako uczestnicy Bożej natury. Narodziny te dokonują
się przez chrzest.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 121


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W listach apostolskich czytamy o tym często: „Błogosławiony niech będzie Bóg


i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On wedle wielkiej swojej litości przez
wzbudzenie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do nadziei żywej:
do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest w
niebie zachowane dla nas” (1 P 1,3n); „Ze swej woli zrodził nas przez słowo praw-
dy, abyśmy byli jakby pierwocinami Jego stworzeń” (Jk 1,18); „Każdy, kto narodził
się z Boga, nie dopuszcza się grzechu, ponieważ trwa w nim zarodek Boskiego ży-
cia; taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga” (1 J 3,9; por. 5,18).

Sama więc Pani widzi, co osiągają ludzie, którzy w słowie Pana Jezusa do Nikode-
ma chcą się doszukiwać potwierdzenia swoich poglądów na temat reinkarnacji:
zamykają się na zawartą w tym słowie naukę Bożą o narodzeniu z Boga.

Przejdźmy do Heroda, który o Panu Jezusie sądził że to „Jan Chrzciciel powstał z


martwych i dlatego siły cudotwórcze działają w Nim” (Mk 6,14; por. 6,16). Prze-
cież z tekstu wyraźnie wynika, że Herod myślał tu o zmartwychwstaniu. Myśl o
reinkarnacji zaś muszą tu wykluczyć nawet wyznawcy tej teorii. Jan Chrzciciel był
przecież starszy od Pana Jezusa zaledwie o sześć miesięcy (por. Łk 1,36). Zało-
żywszy reinkarnację, wiek trzydziestu kilku lat mógłby w następnym wcieleniu
osiągnąć najszybciej w trzydzieści kilka lat po śmierci we wcieleniu poprzednim.
Herod natomiast dopatrywał się w Chrystusie Jana Chrzciciela już w kilka miesię-
cy po śmierci tego ostatniego. Nie mogę zatem pojąć, jak na podstawie tego tekstu
można argumentować za reinkarnacją.

Faktem jest natomiast, iż Żydzi oczekiwali proroka Eliasza, który miał nadejście
Mesjasza poprzedzić głoszeniem nawrócenia. Oczekiwali zaś, dlatego że z opisu
w drugim rozdziale Drugiej Księgi Królewskiej wnioskowali, iż Eliasz nie umarł,
lecz żywcem został wzięty do nieba i w stosownym momencie wróci na ziemię, aby
przygotować ludzi na przyjście Pańskie. Materialny powód wątku Eliaszowego w
Ewangeliach nie ma więc nic wspólnego z koncepcją reinkarnacji.

Otóż Ewangelia przedstawia Jana Chrzciciela jako tego, który poprzedził Pana „z
duchem i mocą Eliasza, żeby serce ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych
do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały” (Łk 1,17).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 122


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Ta sama idea została wyrażona w cytowanym przez Panią fragmencie Mt 17,9–13.


Że zaś nie chodzi tu o reinkarnację, wynika to z Ewangelii jednoznacznie: „Spytali
go: «Czy ty jesteś Eliaszem?» Odpowiedział: «Nie jestem»” (J 1,21).

Rozumie więc teraz Pani, dlaczego propagatorom doktryny o reinkarnacji po-


trzebne są hochsztaplerskie niestety twierdzenia o sfałszowaniu Ewangelii oraz o
powszechnej jakoby wierze w reinkarnację wśród Żydów współczesnych Chrystu-
sowi i w Kościele pierwotnym: w Ewangeliach bowiem nie ma nawet śladów tej
doktryny!

Pani podała jeszcze dwa argumenty: Po co Sąd Ostateczny, skoro każdy z nas bę-
dzie sądzony zaraz po śmierci? Prelegenci, o których Pani pisze, powiadają, że Sąd
Ostateczny będzie sądem nad sumą wcieleń. Otóż ja wolę przyjąć to, czego na
ten temat uczył Pan Jezus. On zaś uczył, że Sąd Ostateczny będzie podsumowa-
niem ludzkich dziejów, będzie sądem nad całą ludzkością: „I zbiorą się przed Nim
wszystkie narody” (Mt 25, 32).

I ostatni z wymienionych przez Panią argumentów biblijnych: „Rabbi, kto zgrze-


szył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” (J 9,2) Pytanie to opiera
się na niesłusznym (co wynika z odpowiedzi Pana Jezusa) założeniu, jakoby każde
utrapienie stanowiło karę za grzech. Otóż zarówno w myśli żydowskiej, jak chrze-
ścijańskiej pojawiły się spekulacje, czy człowiek może zostać ukarany za grzech,
który dopiero popełni albo który popełniłby, gdyby miał po temu sposobność.
Chorobliwe to niestety spekulacje, jednakże miały miejsce. Przypomina mi się tu-
taj św. Augustyn, który musiał wielokrotnie zwalczać takie pomysły. W dziełku O
przeznaczeniu świętych (XII,24) pisze między innymi: „Nie mogę wyjść ze zdu-
mienia, że ludzie, których zdolności nie można lekceważyć, wysnuli następującą
hipotezę: Sąd spotyka kogoś nie według jego zasług zebranych już w czasie pobytu
w ciele, lecz według zasług, które by zebrał na wypadek swego dłuższego cielesne-
go życia”. Podobnymi spekulacjami podpierano tezę, jakoby każde kalectwo było
karą za grzech – ale Pan Jezus samą tę tezę podał w wątpliwość.

Zresztą zastanówmy się: Czymś głęboko nieludzkim byłoby twierdzić, iż ułom-


ność wrodzona jest karą za grzechy popełnione w poprzednim wcieleniu. Może
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 123


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

to „rozwiązuje” komuś jakieś znaki zapytania w jego światopoglądzie, ale krzyw-


dzi żywych ludzi, którzy urodzili się w taki lub inny sposób upośledzeni. Wiara
chrześcijańska zupełnie inaczej odpowiada na pytanie, dlaczego talenty i ciężary
życiowe rozłożone zostały na ludzi tak nierównomiernie. Wierzymy mianowicie,
że każdego z nas Bóg ukochał w sposób niepowtarzalny i On lepiej od nas wie, ja-
kie wyposażenie życiowe jest dla nas najlepsze.

Toteż wierzymy, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk
12,48). Wierzymy też, że „wierny jest Bóg i nie dopuści próby ponad siłę, ale zsyła-
jąc próbę, sprawi też, abyście ją znieść mogli” (1 Kor 10,13). Jeśli to wiemy, łatwiej
pogodzić się z tym, że nie znamy i na tej ziemi nie będziemy znać pełnej odpowie-
dzi na wiele pytań, jakie budzi w nas różnorodna nierówność ludzkich losów.

Rozważmy taki jeszcze argument: Gdyby doktryna o reinkarnacji była prawdziwa,


wszelka miłość między ludźmi stanowiłaby zjawisko przelotne, z natury przemi-
jalne. Nawet tak głębokie związki jak matki z dzieckiem, męża z żoną, przyjaciela
z przyjacielem rozpadałyby się w nicość u progu następnego wcielenia. Doprawdy
nie da się pogodzić tej doktryny z prawdą o tym, że człowiek jest osobą, a jego mi-
łość nie jest czymś przypadkowym ani bezwartościowym.

Polscy zwolennicy reinkarnacji lubią przywoływać na poparcie swojego stanowi-


ska nazwisko Słowackiego. Uczyniła to również Pani w tej części swojego listu,
której tu nie umieściłem. Otóż w sprawie poglądów Juliusza Słowackiego na ten
temat powołam dwóch świadków, niewątpliwie kompetentnych. Pierwszy to Cze-
sław Miłosz, który w Ziemi Ulro pisał: „Wędrówka ludzkiej duszy jako wielka me-
tafora, jako mit platoński, pociągała wyobraźnię ludzi cywilizacji hellenistycznej,
ale właśnie chrześcijaństwo położyło tamę próbom przekształcenia poetyckiego
mitu w doktrynę, do czego skłonne były niektóre kulty. Obrzydzenie do świata,
rozpacz, nuda, zniechęcenie musiały być wtedy nie mniejsze niż w drugiej po-
łowie dwudziestego wieku i o ich natężeniu świadczy obraz cielesnej substancji
jako więzienia, w którym przebywa dusza (tak zarówno u gnostyków, jak u ich
przeciwnika Plotyna). Chrześcijanie pewni, że człowiek ma jedno życie, w istocie
bronili godności świata takiego, jaki jest dany naszym zmysłom, a św. Paweł, który
głosił zmartwychwstanie ciał, tym samym na stulecia postawił barierę pomiędzy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jeszcze raz o reinkarnacji 124


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

chrześcijaństwem a religiami tak czy inaczej wywodzącymi się z Indii. Na ogół


można powiedzieć, że są tutaj dwa bieguny: im bliżej do nadziei, że człowiek może
być zbawiony cały, tj. że jego własne ciało może być przywrócone i przemienione,
tym dalej od wizji duchów–astrali wędrujących od jednej cielesnej formy do dru-
giej. Kiedy się czyta utwory reinkarnacjonistów, takie jak Samuel Zborowski Sło-
wackiego, nasuwa się podejrzenie, że tworzyć duchy–astrale jest za łatwo i że ich
eteryczność stanowi karę za wzgardzenie materią – czy będzie ona więzieniem, czy
też, jak u Słowackiego, gliną urabianą przez Ducha”.

Na drugiego zaś świadka powołuję Ryszarda Przybylskiego i jego wypowiedź za-


mieszczoną w tomie zbiorowym pt. Słowacki mistyczny: „Słowacki nie rozpuszcza
zmartwychwstałego Chrystusa w bezmiarze Ducha, ale czyni ten wyjątek tylko dla
Jezusa. Objawienie natomiast traktuje zmartwychwstanie Jezusa jako poręczenie
zmartwychwstania każdego ciała, każdej osoby. Słowacki ciało ogromnej liczby
osób skazuje na rozproszenie w materii, ich ducha zaś na dołączenie i zniknięcie w
duchu globowym. Najprawdopodobniej on jeden ocaliłby swoją osobę, ponieważ
był właśnie duchem globowym, aniołem, czyli duchem stworzonym w pierwszym
akcie. Dla wszystkich innych ludzi zmartwychwstanie oznacza przejście ducha
do wyższych, ale innych cielesnych form. Między pierwszym ślimaczkiem a czło-
wiekiem nie ma pod tym względem żadnej różnicy. «Uczucie indywidualnej nie-
śmiertelności» zawarował Słowacki dla duchów, które wyszły z Logosu w pierw-
szym akcie stworzenia, ale nie dla osób ludzkich.

Pukanie starych prawd do Kościoła Chrystusowego, wszczepienie metempsychozy


na krzyżu Golgoty skończyło się więc odstępstwem od chrześcijańskiej antropolo-
gii, strasznym odrzuceniem idei człowieka jako osoby. Słowacki broniąc spirytu-
alizmu przekreślił personalizm. Wybujały romantyczny indywidualista zawarował
dla siebie istnienie osobowe, rozproszywszy ciało pozostałych «zjadaczy chleba» w
materii, a ich dusze – w swoim Duchu. Jeśli to wszystko opowiadał kolegom emi-
grantom, to musieli oni dojść do wniosku, że zwariował z pychy. Z drugiej strony
ironia, której miał w nadmiarze, podsuwała mu zapewne przed oczy wizję nie-
skończonych miliardów «ciał duchowych», tłoczących się na Polach Elizejskich.
Gdyby był materialistą, wszystko by miał rozwiązane. Dla spirytualisty jedynym
wyjściem stało się pojęcie hierarchii. Kosmosowi duchowemu sens mogła nadać
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Astrologia 125
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tylko hierarchia. Toteż właśnie potrzeba hierarchii sprawiła, że zaczął szczepić me-
tempsychozę na krzyżu Chrystusa”.

Tyle o tym, jak się mają koncepcje Słowackiego do wiary chrześcijańskiej. Na-
tomiast na temat przytoczonej przez Panią koncepcji piekła powiem może tylko
tyle, że jest ona – podobnie jak cała teoria reinkarnacji – całkowicie obca wierze
chrześcijańskiej.

Astrologia
Czy zajmowanie się astrologią jest grzechem? Czy próbując przejrzeć przyszłość na podsta-
wie obserwacji biegu planet, nie wchodzimy w zakres spraw, które Bóg wyznaczył tylko dla
siebie? Czy człowiek powinien zrezygnować z szansy, jaką daje mu ta wiedza? Przecież nie
można uważać astrologii li tylko za zabobon. Oczywiście, nie chodzi o „astrologię” gazetową
– ta z nauką nie ma nic wspólnego. Jestem przekonany, że astrologia wiele może pomóc, na
przykład w psychologii.

Opowiem Panu o zaangażowaniach św. Augustyna w astrologię. Przed swoim na-


wróceniem był on nie tylko jej zwolennikiem i wyznawcą, ale umiał nawet kom-
petentnie sporządzać horoskopy. W Wyznaniach znajdziemy jego spowiedź, jak
niełatwo było mu z astrologią zerwać. Przyczynili się do tego trzej ludzie.

Pierwszym był sędziwy lekarz, imieniem Windycjanus. „Gdy mu powiedziałem –


opowiada św. Augustyn – że się zagłębiam w księgach badaczy horoskopów, wtedy
łagodnie i prawdziwie po ojcowsku zaczął mi perswadować, abym je precz wyrzu-
cił, a czasu i sił, jakie można poświęcić rzeczom pożytecznym, nie marnował na
takie brednie. Opowiedział mi, że sam w młodości studiował astrologię; zamierzał
nawet uczynić ją swym zawodem i z niej czerpać środki utrzymania. Jeśli potem
porzucił astrologię, a wybrał medycynę, to tylko z tej przyczyny, że przekonał się
o wierutnej fałszywości owych ksiąg, a jako poważny człowiek nie chciał żyć z
oszukiwania ludzi. A ty – powiadał – masz z czego żyć. Zajmujesz się retoryką, a
tę bzdurę traktujesz tylko jako rozrywkę; nie musisz z niej czerpać środków utrzy-
mania. Tym bardziej więc powinieneś mi wierzyć, gdy ci mówię, dlaczego porzu-
ciłem astrologię. Przecież starałem się jak najdokładniej przestudiować, bo tylko
z niej zamierzałem żyć... Kiedy mu zadałem pytanie, dlaczego wiele przepowiedni
astrologicznych się sprawdza, dał mi jedynie słuszną odpowiedź, że jest to rzeczą
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Astrologia 126
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

przypadku, z którym wszędzie w naturze trzeba się liczyć. Nieraz, mówił, zdarza
się, że ktoś na chybił trafił otwiera księgę jakiegoś poety i nagle wzrok jego pada na
wiersz cudownie współbrzmiący z jego osobistą sytuacją, chociaż autor zupełnie o
czymś innym pisał i miał zupełnie inne problemy” (Wyznania, IV 3).

„Wtedy jednak – kontynuuje swoją opowieść Biskup Hippony – ani ów uczony, ani
mój kochany Nebrydiusz, przezacny chłopiec z bardzo dobrą głową, wyśmiewając
się z takiego rodzaju wróżenia, nie zdołali mnie skłonić do porzucenia błędów.
Większy na mnie wywierała wpływ powaga autorów tych dzieł i ciągle nie znaj-
dowałem dostatecznie mocnego i niewątpliwego dowodu na to, że trafne przepo-
wiednie astrologów trzeba przypisać przypadkowi, a nie umiejętności czytania z
gwiazd”.

Tego, czego nie mógł dokonać ani swoją ojcowską życzliwością Windycjanus,
ani Nebrydiusz swoim przyjaznym sceptycyzmem, dokonał mimowolnie trzeci z
przyjaciół św. Augustyna. „Przyjaciel ten mój, imieniem Firminus, mający grun-
towne wykształcenie retoryczne, któregoś dnia przyszedł poradzić się mnie jako
serdecznego przyjaciela w rzeczach dotyczących jego kariery. Pytał, jakie odczy-
tuję dla niego nadzieje w jego horoskopie. Powiedziałem, co dostrzegam w horo-
skopie, chociaż już raczej w to nie wierzyłem. Opowiedział mi wtedy Firminus,
że jego ojciec łapczywie pochłaniał księgi astrologiczne, a miał przyjaciela, który
podzielał to zainteresowanie. Obaj się jednakowo pasjonowali tymi andronami i
wzajemnie jeszcze w sobie podsycali ową namiętność. Nawet gdy zwierzęta w ich
domach miały małe, zapisywali dokładnie chwilę porodu i sprawdzali ówczesne
układy gwiazd, aby mieć materiał do badań w dziedzinie owej rzekomej wiedzy.
Następnie odsłonił przede mną Firminus historię swoich własnych narodzin, jak
ją usłyszał był od swego ojca. Gdy matka Firminusa była w ciąży, jednocześnie
oczekiwała dziecka pewna niewolnica w domu przyjaciela jego ojca. I tak się zda-
rzyło, że u obu poród nastąpił w tym samym momencie. Znaczyło to, że horo-
skopy, jakie owi ludzie musieli ułożyć dla obu noworodków, były we wszystkich
szczegółach takie same, chociaż jeden noworodek był synem pana domu, a drugi
niewolnikiem. A oto Firminus, urodzony we własnym i zamożnym domu, kroczył
gładszymi drogami żywota, pomnażał swe bogactwo i coraz wyższe osiągał god-
ności. Niewolnik zaś służył swoim panom; Firminus, który go znał, twierdził, że
jego los w niczym się nie poprawił” (Wyznania, VII 6).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Astrologia 127
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Oto jaki wniosek wyciągnął z tej, opowieści przyjaciela św. Augustyn: „Uznawszy
takie rozumowanie za odpowiedni punkt wyjścia, rozważałem dalej to zagadnie-
nie, aby zawsze mieć gotową odpowiedź, gdyby któryś z dziwaków utrzymujących
się z tego rzemiosła próbował twierdzić, że Firminus kłamał albo że jego ojciec
wprowadził go w błąd. Byłem gotów do walki z astrologami, a nawet do posłuże-
nia się wobec nich bronią śmieszności. Zająłem się przypadkiem bliźniaków, któ-
rzy się zazwyczaj rodzą w krótkim odstępie czasu. Jakiekolwiek realne znaczenie
mogą astrologowie przypisać temu odstępowi czasu, jest on na pewno zbyt mały,
by go mogła wziąć pod uwagę ludzka obserwacja; nie da się go zaznaczyć w tych
wykresach, jakie badają oni w celu ułożenia właściwego horoskopu. Nie mogłyby
więc przepowiednie astrologa być prawdziwe, skoro musiałby opierać się na tych
samych wykresach zarówno w horoskopie Ezawa, jak w horoskopie Jakuba i dla
nich obu wygłosiłby takie same przepowiednie; bo przecież jest faktem, że losy
tych ludzi były odmienne”.

Dzisiaj inne jeszcze argumenty przemawiają za bałamutnością twierdzeń astro-


logicznych: od astrologii dystansują się zdecydowanie astronomowie, i to na tej
płaszczyźnie, na której właśnie oni, astronomowie, są najwyższym autorytetem.
Zarzucają mianowicie mapom nieba, sporządzanym przez najbardziej nawet re-
nomowanych astrologów, grube odstępstwa od rzeczywistego układu ciał nie-
bieskich. Inaczej mówiąc, zarzucają astrologom, również tym najwybitniejszym,
astronomiany dyletantyzm. Kompetentną krytykę horoskopów, sporządzonych
w pewnej głośnej książce astrologicznej, znajdzie Pan na przykład w miesięczni-
ku Człowiek i światopogląd z września 1984 (Robert M. Sadowski, „Wokół ethosu
astrologii”, s. 123–124).

Autor tego artykułu, astronom, tak oto uzasadnia uprawnienia astronomów do


recenzowania horoskopów astrologicznych: Astrologowie „powiadają wprawdzie
buńczucznie, że nie ma większego znaczenia, co astronom sądzi o astrologii, je-
żeli nie studiował jej poważnie na własną rękę. Zapominają jednak, iż może to
dotyczyć wyłącznie interpretacji, natomiast część najważniejsza, czyli obliczenie i
wyrysowanie sytuacji na niebie, bez czego reszta jest tylko bezwartościowym pli-
kiem papieru, to przecież klasyczne zadanie astronomii sferycznej, uzupełnione
elementami mechaniki nieba” (s. 129). I Sadowski podaje całą listę horoskopów,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Astrologia 128
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

sporządzonych przez najbardziej kompetentnych astrologów dla sławnych postaci


historycznych, wykazując błędy w wyliczeniach, najczęściej grube. Wnioski nasu-
wają się, jak sądzę, same.

Wróćmy jednak do św. Augustyna. Dlaczego nie umiał on pogodzić astrologii ze


swoją wiarą chrześcijańską? Przeglądając pod tym kątem jego pisma, znalazłem
trzy powody, dla których odwrócił się on od astrologii. Po pierwsze, wydaje się, że
astrologia jest konsekwencją mitologicznego i panteistycznego pojmowania ko-
smosu. „Niepodobna podtrzymywać poglądu Platona – pisał w Państwie Bożym
(XIII 16,2) – że owe świetlne kule czy tarcze, w dzień i w nocy błyszczące nad zie-
mią cielesnym światłem, są żywe i mają swe własne dusze, dusze rozumne i szczę-
śliwe; nie można zgodzić się także z tym, co stale twierdzi o świecie jako całości,
jakoby był on jedną olbrzymią żyjącą istotą, zawierającą w sobie wszystkie inne
żywe byty”.

Po wtóre – i to był zapewne dla św. Augustyna powód najważniejszy – astrologia


jakby opierała się na założeniu, że do wszystkiego jesteśmy zdeterminowani, a na-
sza wolność sprowadza się do psychologicznej fikcji. Zło astrologii polega według
św. Augustyna na tym, że usiłuje ona uwolnić człowieka od odpowiedzialności za
jego grzechy, a winą za nie obarczać Boga, Stwórcę gwiazd: „Starajmy się pamiętać
o słowach Pańskich: Oto wyzdrowiałeś – już więcej nie grzesz, aby ci się co gorsze-
go nie zdarzyło (J 5,14). Ta zasada jest podstawą naszego zbawienia. Astrologowie
zaś starają się ją obalić. Mianowicie mówią: Niebo cię obarczyło przymusem grze-
szenia. Mówią tak po to, aby człowiek – ciało i krew, pyszna zgnilizna – mógł się
czuć niewinny. Aby można było zrzucić winę na Stwórcę i Rządcę nieba i gwiazd”
(Wyznania, IV 3). Toteż wydaje się, że chrześcijańskie orędzie o ludzkiej godno-
ści jest nie do pogodzenia z przeświadczeniami, na których opiera się astrologia.
„Człowiek nie jest stworzony dla gwiazd, lecz gwiazdy dla człowieka” – podsumo-
wuje chrześcijańską polemikę z astrologią św. Grzegorz Wielki (Homilia, 10,4).

Po trzecie, niepokoiły św. Augustyna próby obrony astrologii wobec chrześcijan


poprzez nieuprawnione i wręcz świętokradcze sięganie do Pisma Świętego. Na
przykład uczepili się w czasach św. Augustyna astrologowie tych wypowiedzi Chry-
stusa, w których mówi On o godzinie, na jaką czeka i która nadchodzi: „Jeszcze nie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Astrologia 129
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

nadeszła godzina moja” (J 2,4; por. 7,6; 8,20; Mt 26,45). „Dziwne – odpowiada na
to święty Biskup – że astrologowie, wierząc słowom Chrystusa, starają się chrześci-
jan przekonać, iż Chrystus żył pod godziną losem Mu wyznaczoną. Zatem niech
uwierzą Chrystusowi, który powiedział tak oto: Mam moc życie oddać i mam moc
znów je odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je daję (J 10,18)” (Wy-
kład Ewangelii Jana, 8,10).

Natomiast w odpowiedzi na próby odwoływania się astrologów do gwiazdy betle-


jemskiej św. Augustyn zwraca uwagę na prawdę dla chrześcijańskiej wiary pod-
stawową, że Jezus jest Synem Bożym: „Nie wierzymy w zależność jakiegokolwiek
człowieka od gwiazd. Tym bardziej nie wierzymy, aby układ gwiazd wyznaczał do-
czesne narodziny Tego, który jest odwiecznym Stwórcą i Panem wszystkich rzeczy.
Gwiazda, którą widzieli magowie, nie rządziła Chrystusem narodzonym w ciele,
ale dawała świadectwo. Nie dlatego Chrystus się narodził, że ona zaświeciła, ale
dlatego ona zaświeciła, że Chrystus się narodził. Jeżeli można tak powiedzieć, nie
gwiazda była fatum dla Chrystusa, ale Chrystus był fatum dla gwiazdy” (Przeciw
Faustowi, II 5).

Pyta Pan, czy zajmowanie się astrologią jest grzechem. I od razu zastanawia się
Pan, że jeśli tak, to czy przypadkiem grzech nie polega wówczas na tym, że czło-
wiek próbuje poznać przyszłość, a tę wiedzę być może Bóg zarezerwował tylko
dla siebie. Proszę Pana, to tylko bogu mitologicznemu Prometeusz mógł wykraść
ogień. Bóg Prawdziwy, jeśli cokolwiek zarezerwował dla siebie, to bądźmy pewni,
iż żadnymi sztuczkami nie da się tego podglądnąć ani wykraść.

Wróćmy po raz ostatni do św. Augustyna. Nie wyklucza on możliwości wpływu


ciał niebieskich na procesy fizyczne, dokonujące się na ziemi: „Nie zawsze jest
niedorzecznością twierdzić, że jakieś wpływy gwiazd powodują różnice w cechach
ciała. Podobnie jak stwierdzamy, że pod wpływem zbliżania się i oddalania słońca
zmieniają się pory roku, zaś pod wpływem przybywania i ubywania księżyca rosną
i maleją pewne rodzaje stworzeń” (Państwo Boże, V 6). Rzecz jasna, nie ma żad-
nych powodów do tego, żeby zaniechać ambicji badania tego rodzaju związków
przyczynowo–skutkowych. Również – jeśli dotyczy to zjawisk dokonujących się w
naszym ciele ludzkim. Osobiście nie sądzę, żeby powołana była do tego astrologia
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wywoływanie duchów 130


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ze swoimi horoskopami i magiczno–gnostyczną mentalnością. Zadanie to należy


raczej do odpowiedniego działu przyrodoznawstwa, ale nie wykluczam tego, że
jestem w tym zakresie zbyt surowy dla astrologii.

Natomiast zdecydowanie błądzi astrologia, jeśli głosi zdeterminowanie losów czło-


wieka, a nawet jego postępków moralnych. I błąd ten może spowodować dużo zła.
Sam pamiętam małżeństwo, które się rozpadło z powodu astrologicznych prze-
sądów. Mianowicie ona wmówiła sobie, że rak z koziorożcem wykluczają się jako
partnerzy związku małżeńskiego i doprowadziła do rozpadu swojego małżeństwa.
Przesąd okazał się mocniejszy niż ufność w Bogu, gnostycka teza o zdeterminowa-
niu człowieka zagłuszyła empiryczne fakty wolności i naszej zdolności do zmiany
na lepsze. Niestety, rację miał św. Tomasz z Akwinu, który – dopuszczając wpływ
ciał niebieskich na procesy dokonujące się w ludzkim organizmie – przypomniał
zdanie Ptolemeusza, że „mądry człowiek panuje nad gwiazdami, tzn. nad skłon-
nością, jaka wynika z układu gwiazd. Natomiast głupcy dają się przez nią całko-
wicie prowadzić, jak gdyby nie używali rozumu. Niewiele się pod tym względem
różnią od zwierząt, jak to czytamy w Psalmie (48,13); Człowiek, kiedy przebywa w
dostatku, nie używa rozumu; można go porównać do zwierząt, bo stał się do nich
podobny” (O przepowiadaniu przyszłości, 4).

Powiada Pan jeszcze, że astrologia może wiele pomóc w psychologii. Tak sądził
światowej sławy psycholog, Karol Gustaw Jung. Wysoko cenię tego myśliciela, ale
akurat to, co czytałem u niego o astrologii, wydało mi się stekiem bzdur. Bardzo
jednak możliwe, że go nie zrozumiałem. Pytałem znajomych psychologów, ale tak
się złożyło, iż żaden z nich nie czuł się w tym zakresie kompetentny.

Wywoływanie duchów
Czy wywoływanie duchów jest grzechem? Byłem na takim seansie. Wywołany duch powie-
dział mi, że w poprzednim wcieleniu byłem przedwcześnie zmarłym dzieckiem w Mandżu-
rii. Przepowiedział mi ponadto moją przyszłość, która niestety nie przedstawia się różowo, a
właściwie to będzie ona straszna. Oprócz pytania, czy wywoływanie duchów jest grzechem,
mam jeszcze drugie pytanie: Czy to, co mi zostało zapowiedziane, musi się spełnić?

Są rejony, proszę Pana, w które nie wolno człowiekowi wchodzić z pustej ciekawo-
ści. Kto się z tym nie liczy, ściąga na siebie, a często na innych, jakąś szkodę. Nie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wywoływanie duchów 131


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wolno na przykład z samej tylko ciekawości wchodzić w cudze cierpienia. Dotyczy


to nie tylko różnych postaci sadyzmu, kiedy na przykład ktoś, gnany ciekawością,
jak zachowa się ofiara, celowo zadaje cierpienia. Fryderyk Barbarossa kazał raz
wychowywać kilka sierot w absolutnej izolacji od ludzkiego słowa; wszystkie dzie-
ci poumierały. Nikomu, choćby nawet był cesarzem, nie wolno podejmować ta-
kich eksperymentów na drugim człowieku. Ale naganna jest również ta pospolita
ciekawość, która gromadzi tłumy wokół każdego nieszczęśliwego wypadku i lubi
wsadzać nos w sam środek niemal każdej ludzkiej tragedii. Cudzemu cierpieniu
należy się dyskrecja nawet wtedy, kiedy pragniemy przyjść z pomocą, a cóż dopie-
ro, jeśli zamiar taki jest nam obcy.

Tak samo nie wolno w sposób pusty wchodzić w sferę swojej i cudzej płciowości.
Bo stanowi ona istotny wymiar osoby; i więcej, jest miejscem tajemniczej poten-
cjalności zapoczątkowania nowej istoty ludzkiej. Zbyt wielka jest godność ludzkiej
płci, żeby wolno było czynić ją przedmiotem jakichś działań z samej tylko cieka-
wości albo dla zabawy lub na podstawie zmysłowego odczucia, że „jest nam ze
sobą dobrze”.

Tym bardziej to wszystko, co się dzieje poza granicami śmierci – ponieważ doty-
czy ostatecznych przeznaczeń człowieka – nie może być przedmiotem ciekawskich
poszukiwań. Jeśli naprawdę zależy nam na nawiązaniu wspólnoty z bliskimi, któ-
rzy odeszli już z tego świata, to szukajmy kontaktu w prawdzie: a więc kontaktu
w Bogu, w którego sprawiedliwych dłoniach nasi bliscy przebywają, kontaktu ca-
łoosobowego, polegającego na zwiększaniu naszych dobrych czynów i modlitw,
abyśmy się stali sobie jak najbliżsi w Chrystusie, który umarł za nas wszystkich.
Resztę – cały ból rozłąki i całą niemożność bezpośrednio odczuwalnego spotkania
– powierzmy z ufnością Bogu, który lepiej od nas wie, czego nam potrzeba.

Taka jest moja pierwsza wewnętrzna intuicja na temat praktyk spirytystycznych.


Ale warto wiedzieć, że wszelkie wywoływania duchów są bardzo ostro potępio-
ne w Piśmie Świętym: „Nie będziecie się zwracać do wywołujących duchy ani do
wróżbitów. Nie będziecie zasięgać ich rady, aby nie splugawić się przez nich. Ja je-
stem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,31) Aż dwa razy Pismo Święte zestawia ten grzech
ze straszliwą zbrodnią palenia własnych dzieci w ofierze Molochowi: „Nie znajdzie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wywoływanie duchów 132


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę,
uprawiał wróżby, przepowiednie i magię; nikt, kto by uprawiał czary, pytał du-
chów, wywoływał umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni”
(Pwt 18,10–12; por. Kpł 20,1–7). Toteż przestępstwo to było w Starym Testamencie
karane śmiercią: „Jeżeli jakiś mężczyzna albo kobieta będą wywoływać duchy albo
wróżyć, będą ukarani śmiercią. Kamieniami zabijecie ich. Sami ściągną śmierć na
siebie” (Kpł 20,27).

Przestępstwa, które w Starym Testamencie były zakazane pod karą śmierci, chrze-
ścijanie zwykli uważać za grzechy śmiertelne, tzn. powodujące śmierć duchową.
Przypomnijmy sobie jedyny w Biblii opis wywoływania ducha (1 Sm 28): odrzu-
cony już przez Boga król Saul, szukający kontaktu ze zmarłym Samuelem, pogrąża
się w ten sposób jeszcze bardziej w swojej niewierności Bogu.

Zwolennicy praktyk spirytystycznych powiadają często: „Przecież na tych sean-


sach nic złego się nie dzieje. Często zaczynają się one modlitwą, aby dobry Bóg ra-
czył natchnąć przychodzące duchy dobrymi radami, a uczestnikom żeby pomógł
dostosować się do tych rad”. Ale zastanówmy się, czy ta modlitwa nie jest wzywa-
niem imienia Bożego już nie tylko nadaremnie, ale w celu bezbożnym.

Wywoływanie duchów opiera się na co najmniej dwóch bezbożnych założeniach,


toteż nic dziwnego, że zostało tak ostro napiętnowane w Piśmie Świętym. Po
pierwsze, opiera się na jawnej lub ukrytej pogardzie dla słowa Bożego: jak gdyby
jego światło było zbyt ciemne albo niepewne i trzeba nam było zasięgać wska-
zówek bardziej miarodajnych. Spotkał się Pan z entuzjastami spirytyzmu, to się
Pan orientuje: słowa usłyszane na seansie spirytystycznym stają się dla niejednego
ważniejsze niż cała święta Ewangelia.

Weźmy choćby to, co Panu tam powiedziano: w poprzednim wcieleniu był Pan
rzekomo przedwcześnie zmarłym dzieckiem mandżurskim. Jeśli Pan w to uwie-
rzył, znaczy to, że nie liczy się już dla Pana nauka słowa Bożego o niepowtarzal-
ności ludzkiego życia: „Nie zapominaj, że nie ma on powrotu” (Syr 38,21); „po-
stanowiono ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9,21). I tak dobrze, że „duch”
nie pobudzał Pana do pychy. Bo cesarzowi Julianowi Apostacie duchy powiedziały,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wywoływanie duchów 133


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

że jest nowym wcieleniem Aleksandra Wielkiego. Tak się tym przejął, że odrzucił
korzystną propozycję pokoju z Persami, co się skończyło dla niego fatalnie (Sokra-
tes Scholastyk, Historia Kościoła 3,21). Zaś Plotynowi objawił się duch, który się
specjalnie nim opiekował, i okazało się, że nie jest to jakiś podrzędny demon, ale
wysokiej rangi bóg. „Nie udało się go jednak ani o nic zapytać, ani dłużej oglądać,
gdyż przyjaciel, który był świadkiem, udusił bądź z zazdrości, bądź z przestrachu
ptaszki, które trzymał i których miał pilnować”. Cytat ten nie pochodzi bynajmniej
od jakiegoś prześmiewcy, słowa te napisał uwielbiający Plotyna i skądinąd niegłu-
pi Porfiriusz (O życiu Plotyna, 9).

Drugie założenie jest chyba jeszcze bardziej bezbożne. Mianowicie, żeby wierzyć
w seanse spirytystyczne, trzeba utracić wiarę w możliwość wolności. Bo zauważ-
my: sama idea tych seansów na tym polega, jakoby również świat istot duchowych
podlegał prawom swoistej mechaniki, które wystarczy poznać i wykorzystać, aby
nawet duchy musiały nam być posłuszne: ukazywać się na nasze zawołanie, od-
powiadać na nasze pytania itp. Proszę zauważyć, że również mentalność „ducha”,
który do Pana przemawiał, była zamknięta na samą ideę wolności: przepowiadał
Panu przyszłość, jak gdyby była ona z góry zdeterminowana.

Jak wiadomo, Pan Jezus, nie widział możliwości nawrócenia grzesznika pod wpły-
wem kontaktu z zaświatem. W przypowieści o bogaczu i Łazarzu bogacz prosi
Abrahama: „«Proszę cię, ojcze, poślij go [Łazarza] do domu mego ojca. Bo mam
pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki». Lecz
Abraham odparł: «Mają Mojżesza i proroków; niechże ich słuchają». «Nie, ojcze
Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się
nawrócą». Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby
kto z martwych powstał, nie uwierzą” (Łk 16,27n).

Niestety, taka jest prawda: Kto nie liczy się ze słowem Bożym, nie nawróci się na-
wet pod wpływem zmartwychwstania samego Syna Bożego (por. Mt 28,12–14).
Krótko mówiąc, jeśli ktoś chce zasięgać porady u duchów, niech najpierw zapyta
się w swoim sumieniu, czy stosuje się do wszystkich rad, zawartych w słowie Bo-
żym.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wywoływanie duchów 134


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

I ostatni problem: co sądzić o przepowiedzianej Panu przyszłości? Czy musi się


spełnić? Uwagi poniższe odnosić się będą nie tylko do przyszłości, przepowie-
dzianej przez „duchy”, ale również przez różne wróżki, sny, horoskopy itp. Otóż
przepowiednie naprawdę pochodzące od Boga, jeśli dotyczą losów ludzkich, nigdy
nie są nieodwołalne. Przypomnijmy sobie proroctwo Jonasza, zapowiadające zbu-
rzenie Niniwy. Albo co na ten temat mówi Bóg u proroka Jeremiasza: „Raz grożę
narodowi lub państwu wyrwaniem, zburzeniem i zniszczeniem. Jeśli jednak ten
naród odwróci się od złości, z powodu której groziłem, żal mi będzie nieszczęścia,
które zamierzałem nań zesłać. Drugi raz obiecuję narodowi lub państwu zbudo-
wać je i zasadzić. Jeżeli jednak uczyni to, co jest złe w moich oczach, nie słuchając
głosu mego, żal mi będzie dobra, które miałem wyświadczyć” (Jr 18,7–10). Nie-
uchronnie spełniają się tylko zapowiedzi dotyczące dzieł Bożej miłości wobec lu-
dzi: bo miłość Boża jest pierwsza niż nasze wolne wybory i od nich niezależna.

Dlaczego więc ludzie, zamiast wsłuchiwać się w słowo Boże i swoim nawróce-
niem przyczyniać się do lepszej przyszłości swojej i świata, nadstawiają ucha na
deterministyczne przepowiednie? Podłożem tej postawy jest ciemna wiara, jakoby
człowiek (a nawet całe narody) był jedynie biernym przedmiotem gry rozmaitych
sił większych od niego. Nie wierzy się tu ani w opiekę Bożej Opatrzności, ani w
możliwość czynnego wpływu na kształt naszej przyszłości.

Ale dlaczego przepowiednie często się sprawdzają? Jeśli zapowiem Panu, że spotka
Pana wielka przykrość ze strony, z której będzie się Pan najmniej spodziewał – to
prawie niemożliwe, żeby przepowiednia ta się nie sprawdziła. Jest bowiem zbyt
ogólnikowa, a ponadto dotyczy czegoś, co głęboko obchodzi każdego człowieka.
Otóż rzadko spotkać można przepowiednię, która nie miałaby tych dwóch cech.

Warto tu jeszcze przypomnieć znane pojęcie „samospełniającego się proroctwa”.


Jeśli na przykład rodzice uwierzą fatalnie, że któreś z ich dzieci jest dzieckiem nie-
udanym, z którego prawdopodobnie nic dobrego nie wyrośnie – ta ich postawa
będzie tak bardzo rzutowała na nieszczęsne dziecko, iż negatywne oczekiwania
rodziców będą się rzeczywiście sprawdzały. Słyszałem kiedyś, że Cyganka wywró-
żyła komuś, iż umrze 22 października, ale nie chciała podać roku śmierci. Ilekroć
zbliżał się ten termin, nieszczęśnik – który bardzo się tą przepowiednią przejął
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione 135


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

– przeżywał gehennę oczekiwania; najtrudniejszy był sam fatalny dzień, ale kiedy
minął, przychodziła wielka ulga. I za rok znowu to samo. Za czwartym razem nie
mógł już wytrzymać olbrzymiego napięcia i w sam dzień 22 października wysko-
czył przez okno. Wróżba spełniła się. Nawet jeśli to historyjka wymyślona – odsła-
nia mechanizmy samospełniającego się proroctwa.

Czy to, co wyprorokował Panu duch na seansie spirytystycznym, musi się spełnić?
Odpowiadam: to w dużej mierze zależy od Pana.

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione


Pamiętam przerażenie, jakiego doznałem (dawno już temu, jeszcze kiedy chodziłem na na-
ukę religii), kiedy ksiądz powiedział, że na Sądzie Ostatecznym ujawnione zostaną wszystkie
nasze czyny, dobre i złe. Zastanawiam się nad tym, czy Pismo Święte upoważnia do takiego
twierdzenia. Bo jeśli tak, to mam problem: jest chyba coś nieludzkiego w takim ujawnieniu
tego wszystkiego, co zwykliśmy ukrywać wstydliwie nawet przed najbliższymi. Nawet wro-
gom mógłby Pan Bóg oszczędzić takiego poniżenia, a cóż dopiero tym, którzy ostatecznie
znaleźli się wśród Jego przyjaciół!

Dobrze jest nasze sprawy przyszłe, pozaziemskie, starać się zobaczyć jako uwień-
czenie tych procesów duchowych, jakie dokonują się w nas obecnie. Bo przecież
zarówno niebo, jak piekło zaczynają się już teraz: w tym sensie, że już teraz zaczy-
na się nasza bliskość z Bogiem i nasze otwarcie na sens ostateczny; i niestety już te-
raz zaczyna się w człowieku duchowe spustoszenie. Tam, po przekroczeniu granic
śmierci, ostateczne ukierunkowanie człowieka odsłoni się w całej pełni, w stopniu
dla nas obecnie niewyobrażalnym.

Otóż zauważmy, że już teraz dokonuje się jakieś ujawnianie dobra i zła, jakie jest w
człowieku. Przypatrzmy się uważnie temu zjawisku, bo rzuca ono jakiś nowy pro-
mień na tajemnicę człowieka.

Dlaczego dobro i zło często unika ludzkich oczu i szuka ukrycia? Sądzę, że róż-
ne przyczyny są tu powodem podobnego zachowania. Dobro nie lubi wystawiać
się na widok publiczny, żeby nie stracić swojej prawdziwości: wszak wtedy jest
ono prawdziwym dobrem, kiedy czyni się je ze względu na nie samo, a nie z ja-
kichś innych względów, na przykład po to, żeby je ludzie widzieli. Człowiekowi,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione 136


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

czyniącemu dobro, wystarczy, że widzi je Ojciec wszechobecny. Proszę zauważyć,


że zupełnie czym innym jest czynić dobro po to, żeby je ludzie widzieli, niż po to,
żeby je widział Ojciec niebieski. Bo jeśli sam Ojciec niebieski widzi jakiś mój czyn
jako dobry, to jest on niewątpliwie dobry. Wyobraźmy sobie, że ziarno pszeniczne
chciałoby się pochwalić przed ludźmi, jak pięknie kiełkuje: musiałoby wyjść z zie-
mi na światło słoneczne i uschłoby; czy nie powinno raczej pozostać w ziemi, gdzie
Ojciec niebieski nie tylko widzi jego szczęśliwy rozwój, ale i wzrostu użycza?

Zło ukrywa się z zupełnie innych powodów. Człowiek musiałby zniszczyć w sobie
wszczepiony przez Stwórcę szacunek dla dobra, aby czynić zło jawnie i bez skrę-
powania: jest to możliwe dopiero przy głębokim stopniu zwyrodnienia. Zwykle
zło szuka dla siebie kryjówki. Na przykład, żeby „radować się, pożerając w ukryciu
biedaka” (Ha 3,14) – bo niewielu miałoby odwagę czynić to otwarcie i na oczach
przyjaciół. Jest to oczywiście krótkowzroczne, bo przecież nikt nie ukryje się przed
Bogiem: „Nie ma ciemności ani mroku, gdzie by się schował nieprawy” (Hi 34,22).
Cóż z tego, że cudzołożnikowi uda się ukryć swój grzech przed ludźmi? Mędrzec
powiada: „tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego, a zapomina, że oczy Pana,
nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze, patrzą na wszystkie drogi człowieka i
widzą zakątki najbardziej zakryte” (Syr 23,19).

Jednak zarówno dobro, jak zło tylko od czasu do czasu pozostają w ukryciu. Z
kiełkującego w głębi ziemi ziarna dość szybko wyjdzie na światło dzienne młoda
pszenica, która za jakiś czas wyda owoc trzydziesto–, sześćdziesięcio– lub stokrot-
ny. Podobnie rak, zżerający mi bez mojej wiedzy żołądek lub wątrobę, prędzej czy
później (raczej niestety prędzej niż później) się ujawni. Postawmy sobie proste py-
tanie: Co jest powodem, że czynione przeze mnie dobro i zło jakby ze mnie ema-
nuje, ma tendencję do ujawniania się?

To jest chyba tak: Dobro i zło, które czynię, stają się jakby cząstką mnie samego.
Czyniąc dobro, zbliżam się do swojej duchowej dojrzałości; czynione przeze mnie
zło dokonuje w mojej duszy jakiegoś zniszczenia. Zatem ani dobro, ani zło nie są
tak jak świergot ptaka, świergot, który przestaje istnieć w momencie, gdy ptak za-
mknął swój dzióbek. Nasze czyny pozostawiają w nas coś, co już na zawsze tam
pozostanie. To „coś” przenika nasze przyzwyczajenia, mowę, nasze oczy i twarz;
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione 137


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

grafolodzy twierdzą, że nawet charakter pisma. To nie przypadek, że rozpustnik


nie ma twarzy przeduchowionej, a z oczu człowieka, który często okazywał innym
życzliwość, bije jakieś ciepło.

Rzecz jasna, nikomu nie wolno sądzić człowieka na podstawie jego wyglądu. Oj-
ciec Beyzym, prawdziwy bohater miłosierdzia, który poświęcił się bez reszty trę-
dowatym, był bardziej podobny do rzezimieszka niż do świętego: ale każdy jego
dzień promieniował świętością. Nie warto też wpadać w samouwielbienie, jeśli
patrząc w lustro, wydaje mi się, że spostrzegam tam twarz raczej szlachetną. Życie
dostarcza mnóstwa dowodów, że szacowny wygląd miewają również – za przepro-
szeniem – śmierdzący egoiści, zaś siwe włosy nie muszą być gwarancją szlachetne-
go postępowania.

A jednak coś w tym jest: Dobro i zło nie jest szczelnie zamknięte w duszach, jakoś
z nas promieniują. To nie przypadkiem jedni ludzie cieszą się opinią przystęp-
nych i uczynnych, a do drugich trudno zwrócić się z prośbą o przysługę nawet w
wielkiej biedzie. Również nie da się bez końca zwodzić ludzi swoją powierzchow-
ną życzliwością, która znika w momencie, kiedy zaczyna cokolwiek kosztować. I
prędzej czy później odkryją ludzie gołębie serce, schowane pod pozorami surowo-
ści i nieprzystępności. I przeważnie tak się dzieje, że ucho przy dzbanie krętacza
w pewnym momencie się urywa, zaś oliwa sprawiedliwości wypływa na wierzch.
Krótko mówiąc, już na tej ziemi prawda o człowieku jakoś się odsłania.

Wyposażeni w intuicyjne rozeznanie, na czym polega to odsłanianie się prawdy


o człowieku, spójrzmy na teksty biblijne, zapowiadające całkowite rozświetlenie
człowieka na Sądzie Ostatecznym. „Przeto – poucza św. Paweł – nie wydawajcie
sądów aż do czasu, gdy przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte,
i ujawni zamiary serc” (1 Kor 4,5). „Bo nie ma nic tajemnego – czytamy w Ewange-
lii – co by ujawnione być nie miało, i nic nie jest tak ukryte, co by nie miało wyjść
na jaw” (Mk 4,22). W Apokalipsie wyrażono to obrazem czytania księgi, jaką czło-
wiek zapisał w ciągu swego życia: „I ujrzałem zmarłych, wielkich i małych, a księgi
zostały otwarte. Potem otwarto inną księgę, w której zawarte jest życie każdego. I
osądzono zmarłych według ich czynów stosownie do tego, co w księgach owych
było napisane” (20,12). Bardziej jeszcze przemawiający jest obraz światła i ognia w
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione 138


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Pierwszym Liście do Koryntian: „Jawne stanie się dzieło każdego: odsłoni je dzień
Pański. Okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest” (3,13).

Nie trzeba sobie wyobrażać Pana Boga na sposób człowieka, który zewnętrzną
decyzją ujawnia publiczne tajemnice ludzkiej osoby. Zapowiedź ujawnienia naj-
głębszych tajników serca należy rozumieć raczej następująco: Taka już jest natura
ludzka, że w miarę naszego utrwalania się w dobru lub w złu odsłania się prawda
o naszym wnętrzu, w momencie utrwalenia się ostatecznego (przekracza to oczy-
wiście naszą wyobraźnię) zewnętrze człowieka utożsami się niejako z wnętrzem,
każdy ujawni się w całej swojej prawdzie.

„Jak to – zawoła ktoś z przerażeniem – wszystko będzie na wierzchu? Cali będziemy


jakby ze szkła? Żadnej tajemnicy dla siebie? Toż to nieludzkie!” Ale przypomnijmy
sobie, że zostaliśmy stworzeni do miłości. W miłości nie krępujemy się przecież
otworzyć przed drugim naszych tajemnic, również tych, które świadczą o naszej
słabości i których się zwykle wstydzimy. Miłość bowiem akceptuje w ukochanym
wszystko, co jest godne istnienia, ale pomaga również przezwyciężyć to, co niedo-
bre, uzdrowić to, co chore, naprawić to, co wypaczone. Otóż zbawienie polega na
tym, że człowiek będzie bez reszty przeniknięty miłością Bożą: sam będzie cały i
bez reszty wart miłości i będzie kochał wszystkich i wszystko, co jest warte miło-
ści. Znikną więc powody, dla których cenimy sobie wysoko możność zachowania
w ukryciu różnych prywatnych naszych spraw. Nawet zła, którego dawniej dopu-
ściliśmy się, nie będziemy się wówczas wstydzić, bo przecież zostało ono przezwy-
ciężone. Zło odpokutowane, wybaczone i zastąpione jeszcze większym dobrem,
nie jest już przedmiotem wstydu, bo pamięć o nim cała jest przepojona radością i
wysławianiem miłosierdzia Boga, który nie dopuścił do naszej zguby.

Że zaś sytuacja potępionych będzie radykalnie nieludzka, to jest niestety prawda.


Nieludzkie jest już samo czynienie zła, jeszcze bardziej nieludzkie – trwanie w nim,
a najbardziej nieludzka jest sytuacja człowieka nieodwracalnie odczłowieczonego.
Wszystko, co utraciło swoją naturalną celowość, budzi w nas nieswoje uczucia:
wykolejony pociąg, dom, w którym nikt nie mieszka, zboże, które z czyjejś winy
zbutwiało. A cóż dopiero, jeśli utraci ją człowiek, którego cały sens zawiera się w
miłości! Całym swoim bytem świadczy o tym, że do miłości został stworzony, a
zarazem całym sobą jest na miłość zamknięty.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wszystkie nasze czyny zostaną ujawnione 139


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Tylko dlaczego winą za nieludzki charakter tej sytuacji obarczać Pana Boga? Cze-
go my właściwie chcemy? Czy chcemy, żeby stworzonych do wolności czynił wol-
nymi wbrew ich woli? Albo żeby stworzonych do miłości uczynił niestworzonymi
do miłości, jeśli oni zdolność do kochania w sobie zniszczą? Sami zobaczmy, że
nasze pretensje do Pana Boga są nie tylko nielogiczne, ale i nieludzkie: chcieliby-
śmy, żeby Pan Bóg traktował nas raczej jako przedmioty niż jako osoby. Przecież
osobą nie da się być na próbę, toteż On stworzył nas osobami naprawdę, nie dla
zabawy!

Otóż istota stworzona do miłości nosi w sobie między innymi naturalne ukierun-
kowanie do całkowitego odsłonięcia się na zewnątrz. Już obecnie – mówiliśmy o
tym wyżej – jest ono transcendentne wobec naszych decyzji odsłonięcia się. Słusz-
nie też budzi w nas zgrozę los potępionych, choćby koszmar wstydu z powodu
ujawnienia się ich zła w całej swojej nagiej brzydocie. Ale jedynie logicznym wnio-
skiem, jaki stąd można wyciągnąć, jest wzmocnienie swoich postanowień życia
prawdziwie człowieczego. I wzmacnianie podobnych postanowień u innych.

Jeszcze jeden tekst biblijny chciałbym przypomnieć. W świetle powyższych wyja-


śnień łatwiej nam będzie – sądzę – nie zwracać głównej uwagi na zawarte w nim
antropomorficzne ujęcie działań Bożych:

Nie bądź obłudnikiem wobec ludzi


i zwróć uwagę na swoje wargi.
Nie wywyższaj siebie, abyś nie upadł
i nie sprowadził hańby na swoją duszę.
Pan odkryje wszystkie twe tajniki
i pośród zgromadzenia cię poniży,
dlatego że nie przystąpiłeś do bojaźni Pańskiej,
a serce twe jest pełne zdrady (Syr 1,29n).

Trudno nie słyszeć w tych słowach żarliwej przestrogi: porzuć zło! wyrywaj z sie-
bie grzech aż do ostatnich jego korzeni!

Gdyby głębiej pomyśleć nad zasygnalizowaną wyżej metafizyką odsłaniania się


osoby, zapewne nasunęłyby się nam jeszcze niebanalne spostrzeżenia na temat
metafizycznego wręcz sensu wyznania grzechów.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wyznać Bogu swoje grzechy 140


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wyznać Bogu swoje grzechy


Jak Ksiądz ustosunkuje się do faktu, że zwykłemu robotnikowi łatwiej się spowiadać niż dy-
rektorowi fabryki, łatwiej przychodzi spowiedź straganiarce niż profesorowi uniwersytetu?
To są jednak fakty. Instytucja spowiedzi ma więc swoje uwarunkowania socjologiczne. Czy
w sytuacji powszechnego wzrostu wykształcenia i osobowej samodzielności Kościół nie powi-
nien zrewidować swojego stosunku do stanowiska protestantów, że wystarczy wyznać swoje
grzechy Bogu?

Hasła, jakimi się posługujemy, często znaczą dla nas coś zupełnie innego, niż to
wynika z ich brzmienia. Powiada Pan: „wystarczy wyznać swoje grzechy Bogu”.
Wielu ludzi – a być może nawet Pan do nich należy – widzi w tych słowach wy-
łącznie następującą treść: „nie mam ochoty chodzić do spowiedzi”. Dlatego w od-
powiedzi na Pański list chciałbym się skupić nie tyle nad argumentami za chodze-
niem do spowiedzi; zastanówmy się raczej nad tym, co to znaczy – wyznać Bogu
swoje grzechy.

„Wyznać” – to coś dużo więcej niż „powiedzieć”. Wyznawać można miłość, wiarę,
grzechy. Co to znaczy? Informacje, że chłopiec ją kocha, wielokrotnie dochodzi-
ły do dziewczyny, wynikało to z licznych jego zachowań; ale to jeszcze nie było
wyznanie miłości. Wyznanie miłości – to coś dużo więcej niż informacja, że ja
cię kocham. Jest to uzewnętrznienie pewnej postawy, jaka we mnie jest i w której
chciałbym wzrastać: postawy całkowitego oddania się drugiej osobie. Informacja
nie angażuje całej osoby, a często dotyczy jedynie stanu rzeczowego; wyznanie jest
całoosobowym zwróceniem się ku drugiej osobie. Dlatego wyznanie zawsze za-
wiera w sobie całoosobowe zobowiązanie na całą przyszłość, czyli na zawsze.

Czym jest wyznanie winy, zobaczmy najpierw na najbardziej klasycznym przy-


kładzie ze stosunków międzyludzkich. Mąż zdradził żonę i coś, co miało być mię-
dzy nimi trwałe i wiekuiste, doznało groźnego wstrząsu. Poinformowanie żony o
tym, co się stało, nie tylko niczego nie naprawi, ale ją głęboko obrazi. Przypuśćmy
jednak, że ona już o wszystkim wie. Czy wtedy wyznanie winy jest niepotrzebne?
Tym bardziej jest potrzebne! Bo tak naprawdę to wyznanie winy jest wyznaniem
miłości przez człowieka, który przeciwko tej miłości zawinił. Wyznanie winy za-
wiera w sobie prośbę o wybaczenie i wielkoduszność, wiarę, że naszą miłość da się
odbudować i umocnić, żal, że stało się to, co się stało, ponowne – ale bardziej teraz
pokorne i dojrzalsze – zobowiązanie wierności na zawsze.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wyznać Bogu swoje grzechy 141


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wyznanie winy zawsze jest wyznaniem miłości, której się sprzeniewierzyłem,


ubieganiem się o jej odzyskanie. Inaczej będzie tylko parodią albo udawaniem i w
ogóle nie zasługuje na swoją nazwę. To tylko ze względu na słabość ludzką Kościół
ciągle przypomina, że warunkiem prawdziwego wyznania grzechów jest żal oraz
postanowienie poprawy – bo przecież jedno i drugie mieści się w samym pojęciu
wyznania grzechów.

Przypomnijmy sobie, jak wyznanie grzechów przedstawiane jest w Piśmie Świę-


tym. „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien
nazywać się twoim synem” (Łk 15,21) – powiada syn marnotrawny. Nie informo-
wał on ojca o swoim grzechu; ojciec wiedział o nim aż nazbyt dobrze, grzech syna
sprowadził na niego ciężkie i ciągle odnawiające się zgryzoty. Syn marnotrawny
wyznał swój grzech – to znaczy, jak gdyby cały przemienił się w dramatyczną a za-
razem pokorną prośbę, aby wolno mu było wrócić bodaj w najmniejszym stopniu
do dawnych stosunków z ojcem. I nie mamy wątpliwości, że po otrzymaniu prze-
baczenia zawsze już był dobrym synem. Bo wyznanie winy nie było z jego stro-
ny podstępem, aby uzyskać ojcowskie przebaczenie, on prawdziwie wyznał swój
grzech.

Zapytajmy jeszcze, co było źródłem jego przemiany: ojcowskie przebaczenie czy


wyznanie grzechów? Jedno i drugie, ale w taki sposób, że dopiero przebaczenie,
dopiero przywrócenie do synowskiej godności sprawiło, że wyznanie grzechów
zaczęło przynosić owoce duchowej przemiany. Samym tylko wyznaniem grze-
chów nie dałoby się odzyskać utraconej godności, ostatecznym źródłem odnowie-
nia miłości między ojcem a synem było więc ojcowskie przebaczenie. Wyznanie
winy otwarło marnotrawnego syna na przyjęcie przebaczenia oraz chroniło przed
podobnymi upadkami w przyszłości: bo wyznał on swój grzech całym sobą, takie
zaś całoosobowe wyznania nie tylko głęboko otwierają człowieka na dar miłości,
ale czynią to w zasadzie na trwałe.

Mówi Pan, że dyrektorowi fabryki trudniej się dziś spowiadać niż robotnikowi. Nie
przeczę, że sakrament pokuty – tak jak wszystko, co dotyczy człowieka – jest uwi-
kłany w różne uwarunkowania kulturowe, socjologiczne, psychologiczne itp. Ale
główna przeszkoda, powstrzymująca ludzi przed spowiedzią, jest inna i dopiero
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Wyznać Bogu swoje grzechy 142


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ona pozwala dochodzić do głosu rozmaitym niekorzystnym uwarunkowaniom.


Mianowicie w wielu z nas zaniknęła potrzeba wyznawania swoich grzechów Bogu
i to przede wszystkim przeszkadza nam przyjść do konfesjonału. Nie pragniemy
zaś wyznawać naszych grzechów Bogu (a często nie wiemy nawet, na czym to po-
lega), bo wielu z nas nie wie już, co to jest serdeczna modlitwa, co to znaczy szukać
żywego i kochającego stosunku do Boga. Jeśli dyrektor fabryki, a choćby nawet i
prezydent Francji, jest człowiekiem modlącym się i szukającym Boga, to jego sta-
tus społeczny z pewnością nie przeszkodzi mu jako katolikowi uklęknąć u kratek
konfesjonału, aby wyznać Bogu swoje grzechy i za pośrednictwem kapłana otrzy-
mać przebaczenie.

Krótko mówiąc, boję się, że postawa: „wystarczy, że wyznam swoje grzechy Bogu”
– nosi w sobie cechy bezwiednego zakłamania. W gruncie rzeczy jest to postawa
unikająca jakiegokolwiek wyznawania swoich win Bogu. Wydaje mi się, że bardzo
często wynika ona z niedobrego samozadowolenia człowieka, który w ogóle nie
wie o tym, że jest grzesznikiem. Jeśli mam rację, to znaczy jeśli rzeczywiście tak
się zdarza, to warto sobie uświadomić, że postawa taka jest bardzo groźna dla du-
szy. „Jeśli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści nam
grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli powiemy, że nie zgrzeszyliśmy,
czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1,9n).

Jak Pan widzi, nie próbuję Pana przekonać, że „nie wystarczy wyznać swoich grze-
chów Bogu, trzeba je również wyznać Kościołowi, w osobie jego przedstawiciela,
kapłana”. Sądzę, że daleko skuteczniejszym zaproszeniem do sakramentu pokuty
jest dobre wyjaśnienie, co to znaczy wyznać swoje grzechy Bogu. Bo jeśli zrozu-
miem, że grzech wyznaje się całym sobą, że tylko takie wyznanie jest prawdziwe, to
spontanicznie będę chciał moje wyznanie grzechów jakoś uzewnętrznić i wprowa-
dzić w wymiar społeczny. Jawnogrzesznica nie czekała na moment, kiedy będzie
mogła porozmawiać z Panem Jezusem bez świadków. Obecność innych – nawet
nie rozumiejących jej, nawet jej nieżyczliwych – nie tylko jej nie przeszkadzała, ale
była ważnym elementem podkreślającym całkowitość jej nawrócenia. „Wyznawaj-
cie zatem sobie nawzajem grzechy” poucza Apostoł Jakub (5,16).

Zastanawiam się, czy nie byłoby nadużyciem, gdybyśmy strawestowali znane po-
wiedzenie św. Jana: „Kto nie miłuje swojego brata, którego widzi, nie może miłować
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne 143


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Boga, którego nie widzi” (1 J 4,20). Czy można analogicznie powiedzieć: „Kto nie
chce wyznać grzechów bratu, którego widzi, nie wyznaje ich też Bogu, którego nie
widzi”? Sądzę, że w jakiejś mierze jest to zdanie prawdziwe. Bo wyznanie grze-
chów drugiemu człowiekowi uwiarygodnia psychologicznie moją spowiedź Bogu.
Jest znakiem, jak bardzo zależy mi na nawróceniu. I jest to znak psychologicznie
skuteczny. Pisał o tym między innymi Adam Mickiewicz:

Grzech choćby najsilniejszy, skoro wydrzesz z łona,


Natychmiast przed oczyma spowiednika skona.
Jak drzewo, gdy mu ziemię, obedrzesz z korzeni,
Choć silne, wkrótce uschnie od słońca promieni.
(Z Baadera; Dzieła, Warszawa 1955, t. 1, s. 404)

A przecież wyznanie grzechów przed kapłanem zapewnia coś dużo więcej niż
psychologiczną wiarygodność mojej spowiedzi wobec Boga. Tu przecież chodzi
o sakrament. Kapłan jest w konfesjonale nie tylko drugim człowiekiem, dającym
ludzkie gwarancje, że nie nadużyje mojego zaufania. Kapłan jest wobec penitenta
sługą zbawienia. Spowiedź jest więc nie tylko wyznaniem Bogu swoich grzechów,
ja rzeczywiście otrzymuję Boże przebaczenie: moja sprawa z Bogiem przekracza
w ten sposób subiektywne uczucia i domysły, w sakramencie pokuty przebaczenie
Chrystusa ogarnia mnie obiektywnie.

Jednak powtarzam jeszcze raz: Największą przeszkodą, utrudniającą nam podej-


ście do konfesjonału, jest to, że nie umiemy wyznawać naszych grzechów Bogu.
Jest to również główna przyczyna tego, że nasze spowiedzi są tak oderwane od na-
szego życia i tak mało mobilizują nas do dobrej służby Bożej.

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne


Co odpowiedzieć na złośliwe przytyki, że „wy, katolicy, macie rozgrzeszenie, a my, niewie-
rzący, sami musimy się uporać ze swoim grzechem”. Mam znajomego, który uwielbia w ten
sposób sprawiać mi przykrość. Swoją złośliwość umieszcza zresztą bardziej w tonie niż w sło-
wach. Tonem głosu daje do zrozumienia, że instytucja spowiedzi jest niemoralna, bo zwalnia
nas od odpowiedzialności za złe postępki, od której nikt nie może nas zwolnić.

Myślę, że wystarczy, jeśli Pani mu powie, że takim mówieniem sprawia Pani przy-
krość oraz że może Pani kiedyś z nim na ten temat porozmawiać, jeśli będzie miał
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne 144


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

na to ochotę i minie mu agresywny nastrój. W każdym razie nie powinna Pani


obmyślać żadnych wzajemnych złośliwości. Sprawy wiary są zbyt poważne, żeby
rozmawiać o nich przy stole pingpongowym.

A co do spowiedzi i rozgrzeszenia, warto sobie uświadomić, że wszyscy – wierzący


i niewierzący – jakoś się spowiadają ze swoich grzechów i szukają rozgrzeszenia.
I często jest to spowiedź niestety niegodziwa. Ktoś na przykład mało, że spełnia
swój zawód nieuczciwie, ale jeszcze się tym chlubi: „Czy się stoi, czy się leży, dobra
pensja się należy” – spowiada się taki cwaniak przed kolegami, z góry udzielając
sobie niegodziwego rozgrzeszenia. Na tej samej zasadzie podochoceni panowie
będą publicznie wyliczać swoje erotyczne sukcesy, w środowisku przestępczym
należy do dobrego tonu przechwalać się złodziejskimi wyczynami, a szanująca się
kobieta bez żenady opowiada przygodnej znajomej, że „przerwała ciążę”.

„Za cudze nie piję” – powiada pijak i czuje się rozgrzeszony z tych wszystkich łez,
które wylewają z jego powodu żona, dzieci, rodzice. „Ona sama tego chciała” – tłu-
maczy beztrosko chłopak, który skrzywdził dziewczynę, i dziwi się, że takie wyja-
śnienie może kogoś nie przekonywać. „Coś mi się od życia należy!”, „chyba mam
prawo do szczęścia” – rozgrzesza się bezbożnie mąż, któremu przyszła ochota po-
rzucić żonę i dzieci; tak samo rozgrzesza się dziewczyna, która go poderwała, do-
dając do tego argument, że „tamto małżeństwo było od początku nieudane”. „Mu-
siałam” – powiada kobieta, która zabiła własny płód; „Wiem, że to bardzo wielkie
zło – mówi z płaczem – ale naprawdę nie było innego wyjścia”. Jak gdyby na tym
Bożym świecie człowiek kiedykolwiek musiał czynić zło!

I tak bez końca można przytaczać różne fałszywe usprawiedliwienia, którymi za


podszeptem diabła próbujemy się rozgrzeszać. „Brać państwowe to nie kradzież”
– tłumaczą sobie niektórzy, jak gdyby zamach na dobro wspólne nie był przestęp-
stwem moralnym. „On, gdyby tylko mógł, zrobiłby ci to samo” – zagłusza żona
mężowskie wyrzuty sumienia z powodu gangsterskiego postępku wobec kolegi w
pracy. „Wszyscy tak robią”, „teraz mamy dwudziesty pierwszy wiek”, „ksiądz tak
gada, bo musi” – oto garść rozgrzeszeń uniwersalnych, którymi można uspokoić
sumienie w bardzo rozmaitych sytuacjach.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne 145


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Nie ma człowieka, który mógłby z czystym sumieniem powiedzieć o sobie: „nigdy


nie szukałem rozgrzeszeń u diabła!” Niekiedy rozgrzeszeń tych szukamy nie tyle w
takim lub innym fałszywym argumencie, co raczej w przymknięciu oczu na jakąś
sferę naszego życia i postępowania. To nawet wygodniej nie zastanawiać się nad
oceną moralną naszych wątpliwych postaw niż wymyślać samousprawiedliwienia.
Czasem znów – żeby się rozgrzeszyć z tego, że zapaliliśmy diabłu ogarek – ofiaru-
jemy również Panu Bogu jakąś świeczkę: „Patrz, Panie Boże, nie jestem przecież
taki zły; coś dobrego w życiu też robię!”

Gorzej: człowiek próbuje niekiedy samego Pana Boga powołać na świadka fałszy-
wego rozgrzeszenia. Gott mit uns to tylko jeden z licznych wariantów takiej posta-
wy. „Pan Bóg na pewno nie jest przeciwko naszej miłości, to tylko Kościół zakazuje
nam żyć razem” – czy nie słyszy się takich głosów? Albo: „Bóg jest miłosierny” –
mówi złoczyńca, nie zdradzający najmniejszej ochoty do zmiany życia, jak gdyby
miłosierdzie Boże polegało na pobłażaniu grzechom. Albo: „Pismo Święte nigdzie
nie mówi, że to jest grzechem” – powiada ktoś, najczęściej zresztą niesłusznie.

Toteż nie dziwmy się, że nawet sakrament pokuty – dany nam, abyśmy mogli uzy-
skać prawdziwe rozgrzeszenie – bywa nadużywany. Pani znajomy ma jednak jakąś
część racji. Istnieje bowiem pokusa traktowania świętej spowiedzi jako okazji do
zwolnienia się od odpowiedzialności za złe czyny albo sprowadzenia sakramentu
wyłącznie do roli środka higieny psychicznej. I wszyscy po trosze takiej pokusie
ulegamy.

Ale przecież sakrament z istoty swojej jest czymś zupełnie innym. Nawet na temat
stanu faktycznego jestem optymistą: chociaż przyjmujemy go nie zawsze dość głę-
boko, to jednak na ogół w duchu wiary, zgodnie z jego naturą.

Czym jest sakrament pokuty? Na czym polega otrzymane w nim rozgrzeszenie?


Niech do odpowiedzi doprowadzi nas refleksja nad następującą jego cechą: sakra-
ment pokuty zobowiązuje człowieka do spojrzenia na siebie w świetle obiektywne-
go prawa moralnego. My nosimy w sobie odruchową niechęć do takich spojrzeń i
częściowo daje ona o sobie znać również podczas naszych spowiedzi. Mianowicie
ciężar smutnej prawdy o mojej grzeszności jest tak duży, że bezwiednie prawdę
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne 146


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tę w sobie zagłuszam i zaledwie jej cząstkę dopuszczam do świadomości. Czło-


wiek nie udźwignąłby samotnie całej prawdy o sobie, toteż instynkt życia próbuje
nas przed nią chronić. Niekiedy napór tej przygniatającej prawdy potrafi stłumić
przeciwdziałania instynktu życia, ale wówczas człowiek – widząc całą swoją pod-
łość – popada w rozpacz. Przeważnie jednak mały realizm bierze górę nad naszą
samowiedzą, człowiek tworzy sobie przystosowany do swojej małej miary ideał
człowieka uczciwego i pochlebia sobie, że w zasadzie od tego ideału nie odbiega.
Tutaj leży główne chyba źródło owej pomysłowości, z jaką szukamy fałszywych
rozgrzeszeń.

Otóż sakrament pokuty umożliwia nam pełniejsze spojrzenie na siebie, bez obawy
popadnięcia w rozpacz i bez potrzeby szukania fałszywych rozgrzeszeń. Mianowi-
cie patrzę wówczas na siebie w obecności Chrystusa, który potępia mój grzech, ale
mnie samego kocha: jeśli potępia mój grzech, to właśnie z miłości do mnie. W ten
sposób opory ze strony instynktu życia, aby stłumić we mnie pęd do samowiedzy,
tracą rację bytu: Chrystus jest przecież Zbawicielem, który po to prowadzi mnie
do pełniejszego poznania samego siebie, aby pomóc mi wyzwolić się z różnych
ciemności, które utrudniają mi być w pełni człowiekiem.

Jest to wielka szansa. Dzięki sakramentowi pokuty mam możliwość głębszego po-
znania i potępienia mojego grzechu, a zarazem nie będzie to mnie przygniatało,
gdyż po to przecież człowiek poznaje swój grzech i pokazuje go Chrystusowi, żeby
zostać przez Niego uzdrowionym. Szkoda, że zbyt często marnujemy tę szansę.
Często przystępujemy do spowiedzi jako „ludzie uczciwi”, w których po dawne-
mu działają liczne zahamowania, utrudniające poznanie samego siebie. Spowiedź
przypomina wówczas raczej rytualne oczyszczenie niż otwarcie się przed Chry-
stusem, aby On ogarnął mnie swoją uzdrawiającą światłością; taka spowiedź jakby
mijała się z tym, co najważniejsze, jakby nie była dość zakorzeniona w moim ży-
ciu. W skrajnych przypadkach ktoś może przychodzić do spowiedzi, aby uzyskać
od Chrystusa akceptację dla tych swoich grzechów, których nie chce sobie uświa-
domić albo których postanowił nie uważać za grzech.

Powtarzam, sakrament pokuty jest dla nas wielką szansą. I szkoda jej marnować. To
tak, jakby chory na raka, mając dostęp do lekarza osiągającego znakomite wyniki
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Rozgrzeszenie Boże i rozgrzeszenie bezbożne 147


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

w walce z tą chorobą, bał się do niego wybrać, aby nie usłyszeć autorytatywnie, że
jest chory na raka; albo jakby przyszedł do tego lekarza, ale ukrywał przed nim
objawy choroby. W innej sytuacji ukrywanie zła przed samym sobą mogłoby mieć
sens, chroniłoby na przykład przed załamaniem, ale ten Lekarz potrafi przecież
wydobyć z najgroźniejszej nawet choroby!

Lepiej zobaczyć się grzesznikiem w oczach Chrystusa niż uczciwym w swoich wła-
snych. Nie tylko dlatego, że lepiej widzieć się w prawdzie niż w półprawdzie. Rów-
nież dlatego, że Chrystus wypomina nam grzechy z miłości do nas: po to uświa-
damia mi mój grzech, aby mnie oczyścić i obdarzyć coraz to pełniejszym życiem.
Jak widzimy, sakrament pokuty traci zupełnie swój sens poza wiarą w Chrystusa
Zbawiciela. Ale też wiara w Chrystusa Zbawiciela wręcz woła o odblokowanie za-
hamowań, krępujących samowiedzę o naszej grzeszności.

Że zaś sakrament pokuty może zostać wykorzystany do łatwego zwalniania się od


odpowiedzialności? Niestety, nie jest on jedynym dobrem, jakie może być naduży-
te lub nie dość wykorzystane. Prąd elektryczny może zabić człowieka, fizyka za-
owocowała ubocznie bombą atomową, a rozwój dzieł miłosierdzia może postron-
nych ludzi zamknąć na potrzeby bliźnich: „to nas nie obchodzi, od tego są inni!”

Ale przecież w sakramencie pokuty chodzi o coś dokładnie odwrotnego: o zwięk-


szenie odpowiedzialności nie tylko za nasze postępowanie, ale w ogóle za siebie.
Do istoty bowiem postawy pokutnej należy chęć naprawy tego, co w złu przeze
mnie spowodowanym jeszcze da się naprawić, żal za grzechy (nie emocjonalny
tylko, ale całoosobowy, a więc wyrażający się między innymi w otwarciu na uzdra-
wiającą moc Chrystusa, w czynnym wyjściu naprzeciw łasce sakramentalnej), po-
stanowienie poprawy, czyli oparte na łasce Bożej dążenie do naprostowania mojej
postawy życiowej.

Rozgrzeszenie Boże nie zwalnia nas od odpowiedzialności, ale właśnie ją aktywi-


zuje. Natomiast zmniejsza w nas potrzebę szukania różnych rozgrzeszeń pozor-
nych, a te wręcz z natury swojej zagłuszają w nas poczucie odpowiedzialności.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów? 148


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o


liczbę grzechów?
Często do spowiedzi zrażają sami księża. Wiele mnie kosztowało, żeby nakłonić koleżankę
do spowiedzi. W końcu poszła, ale odeszła od konfesjonału cała roztrzęsiona. Mówi, że już
więcej do spowiedzi nie pójdzie. Najbardziej ją upokorzyło, że ksiądz wypytywał ją, ile razy
jakiś grzech popełniła. „Musiałabym prowadzić notesik!” – oburza się. I nie mogę odmówić
jej racji. Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów?

Już na studiach teologicznych uczy się kleryków, że istnieje ścisła hierarchia trosk
spowiednika. Pierwszą jego troską powinno być okazanie życzliwości i miłości
każdemu, kto przychodzi do konfesjonału. Nawet wówczas – są to przypadki wy-
jątkowe – kiedy spowiednik czuje się w obowiązku odmówić rozgrzeszenia, bo
nie widzi u spowiadającego się żalu za grzechy ani żadnej woli poprawy. Również
w takiej sytuacji spowiednik powinien cierpliwie i z miłością wyjaśnić zaintere-
sowanemu powody, dla których nie otrzymuje rozgrzeszenia; ponadto powinien
starać się go przekonać, że lepiej jest odejść od konfesjonału bez rozgrzeszenia, niż
otrzymać je po świętokradzku i nieważnie. Krótko mówiąc, nie ma wyjątków od
tej zasady, że obowiązkiem spowiednika jest przyjąć każdego życzliwie i z całym
szacunkiem.

Drugim obowiązkiem kapłana jest pomoc penitentowi, aby jego spowiedź była
naprawdę wyznaniem grzechów. W spowiedzi nie chodzi przecież o to, żeby opo-
wiedzieć swoje grzechy albo zdać sprawozdanie ze zła, jakie się uczyniło. Przycho-
dzimy wówczas do Chrystusa, żeby uzyskać od Niego przebaczenie tych grzechów,
jakie Mu wyznajemy. Zdarza się czasem, że ktoś mówi na spowiedzi o jakichś swo-
ich grzechach tylko dlatego, że w Kościele są one za takie uważane, on sam jednak
żadnego zła w nich nie widzi. Zatem człowiek ten dokonuje jedynie sprawozdania
z tych grzechów, ale ich nie wyznaje. Dobry spowiednik stara się wówczas pomóc
temu penitentowi w zobaczeniu zła zawartego w takich czynach oraz w postano-
wieniu poprawy.

Dopiero na trzecim miejscu spowiednik winien się troszczyć o integralność spo-


wiedzi, to znaczy o to żeby wyznane zostały wszystkie grzechy ciężkie, jakie pe-
nitent sobie przypomina. Czasem ktoś spowiada się tak ogólnikowo, że kapłan
ma obowiązek poprosić o wyznanie bardziej dokładne. Bo jeśli na przykład ktoś
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów? 149


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

spowiada się, że zgrzeszył przeciwko piątemu przykazaniu, to naprawdę trudno


się domyślić, czy chodzi tu aż o grzech zabójstwa, czy może tylko o zaszkodzenie
sobie przez zjedzenie zbyt obfitego obiadu. Liczba grzechów też może być bardzo
ważna, bo świadczy o stopniu duchowego zagrożenia: zabójstwo dziecka poczęte-
go jest bardzo ciężkim grzechem, a cóż dopiero, jeśli jakieś małżeństwo uczyniło
to już pięć razy. Niekiedy ważniejsza od liczby grzechów jest sytuacja trwania w
nich: istnieje kolosalna różnica między pojedynczą zdradą małżeńską a stworze-
niem małżeńskiego trójkąta, między pojedynczą kradzieżą a utrzymywaniem się
ze złodziejstwa. Rzecz jasna, nie znaczy to, żeby wolno było bagatelizować poje-
dynczą zdradę małżeńską: w starożytnym Kościele grzech ten uważano za tak cięż-
ki, że w ogóle lękano się go rozwiązywać.

Zdarza się również, że kapłan ma wątpliwości, czy ktoś nie spowiada się z czegoś,
co nie jest grzechem. Ktoś na przykład wyznaje, że opuścił w niedzielę Mszę świę-
tą, a kiedy go zapytać, z jakiego powodu, okazuje się, że miał wówczas czterdzieści
stopni gorączki. Ktoś inny spowiada się, że miał nieczyste myśli – mogły to być
zarówno pokusy, z których wyszedł zwycięsko, jak uprawianie myślnej rozpusty.
Nieumiejętność rozróżnienia grzechu od niegrzechu zwykle prowadzi do fatali-
zmu: przeświadczenia, jakoby w niektórych sytuacjach człowiek musiał czynić zło.
Toteż trudno mieć za złe spowiednikowi, jeśli stara się z takiego błędu go wypro-
wadzić. Ważne tylko, żeby odnosił się do penitenta z całą życzliwością i szacun-
kiem.

Koleżankę Pani najbardziej uraziło dopytywanie się o liczbę grzechów. Zastana-


wiam się, co mogło być korzeniem tego niewątpliwie bardzo przykrego dla niej
przeżycia. Zacznijmy od możliwych błędów spowiednika. Mógł on na przykład
pytać o liczbę grzechów, nie zauważywszy, że spowiadająca się wcale nie była prze-
konana o ich moralnej naganności. W takim wypadku najpierw powinien był pró-
bować pokazać jej zło tego grzechu, a dopiero później troszczyć się o materialną
integralność spowiedzi. Błąd jego mógł również na tym polegać, że ponieważ cho-
dziło o grzech stosunkowo częsty („musiałabym prowadzić notesik!”), powinien
był zapytać nie tyle o liczbę, co o czas trwania w tym grzechu, ewentualnie o czę-
stotliwość jego popełniania. W spowiedzi nie chodzi przecież o dokładną buchal-
terię, ale o szczere przedstawienie swojej duchowej sytuacji. Na przykre przeżycie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy spowiednikowi wolno dopytywać się o liczbę grzechów? 150


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tej spowiedzi przez Pani koleżankę mogło wpłynąć również to, że spowiednik oka-
zał jej zbyt mało życzliwości i cierpliwości.

Nie wykluczałbym również źródeł tego nieporozumienia po drugiej stronie. Może


się przecież zdarzyć, że ktoś czysto formalnie spowiada się z czynów niewątpliwie
niezgodnych z Bożym przykazaniem, gdyż nie uważa ich za grzech. Spowiednik
ma wtedy niewielką szansę dojścia do porozumienia z takim penitentem. Penitent
zwykle nie jest wówczas w stanie zrozumieć, że kapłan nie ma władzy nad Bożymi
przykazaniami, niekiedy zaczyna odnosić się do niego arogancko, przypisując nie-
słusznie swoje własne zachowanie kapłanowi.

W liście Pani czuję ukryte następujące pytanie: niby dlaczego mamy spowiadać się
księdzu, który jest tylko człowiekiem, ze wszystkich swoich grzechów? W odpo-
wiedzi na to pytanie od wieków odwołujemy się w Kościele do dwóch obrazów:
sądu i leczenia. Że w sakramencie pokuty jest coś z sądu, wynika to z samych słów
Chrystusa: „którym odpuścicie grzechy, będą im odpuszczone, którym zatrzyma-
cie, będą im zatrzymane” (J 20,23). Zatem Zbawiciel uzależnił odpuszczenie grze-
chów od rozeznania tych, których do tego powołał. A jak mogliby rozeznać, gdyby
ten, kto się ubiega o odpuszczenie grzechów, nie chciał odsłonić przed nimi swego
wnętrza?

Dziwny to zresztą sąd, bo jego podstawowym celem jest leczenie duszy. Odsłaniam
przed spowiednikiem swoje sumienie, podobnie jak pacjent obnaża się przed le-
karzem. Pokazuję mu chore miejsca mojej duszy, również te, które udaje mi się
ukryć przed innymi. Wierzę bowiem w uzdrawiającą moc Chrystusa, wierzę, że
w sakramencie pokuty działa ona najszczególniej. Zadaniem spowiednika, przed
którym otwieram najbardziej tajemne rany duszy, jest umocnić mnie w mojej de-
cyzji odwrócenia się od grzechów i podjęcia pracy nad tym, co lepsze, pomóc mi
w jak najszerszym otwarciu się na moc Chrystusa.

Sakrament pokuty jest to sąd nie tyle nade mną, co nad starym człowiekiem, czło-
wiekiem grzechu, który ciągle jeszcze we mnie mieszka. Sędzią jest nie tylko Chry-
stus, nie tylko Jego pełnomocnik, ale również ja sam: lepsza cząstka mnie same-
go, która jest już warta życia wiecznego, to znaczy człowiek nowy, Chrystusowy,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koszmar skrupułów 151


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

w którego powoli się przemieniam. Istotę samooskarżenia w sakramencie pokuty


stanowi walka człowieka nowego ze starym: człowiek nowy, jaki mocą Bożą we
mnie rośnie, odsłania Chrystusowi całą brzydotę człowieka starego, jakim ciągle
jeszcze jestem, z pokorną prośbą, aby On, Zbawiciel, raczył – dla mojego dobra –
działać przeciwko mnie samemu, aby raczył niszczyć we mnie starego człowieka.

Dla wielu katolików wyznanie grzechów jest najpoważniejszą barierą, jaka ich
powstrzymuje przed uczestnictwem w sakramentach. Jeśli jednak wgłębić się w
religijny sens samooskarżenia w sakramencie pokuty, może się zdarzyć, że we-
wnętrzne opory przed spowiedzią zmienią się w żywą potrzebę wyznania swoich
grzechów: wszystkich, jakie się popełniło. Stara to prawda na temat człowieka, że
jeśli zobaczę jakiś wielki sens, znikają dotychczasowe przeszkody i coś zaczyna
mnie jakby pchać do urzeczywistnienia tego sensu.

Koszmar skrupułów
Już od wczesnej młodości trapią mnie skrupuły. Próbowałam je likwidować różnymi sposo-
bami – ale jakże to było trudne. Generalne spowiedzi nie pomagały, a raczej jeszcze bardziej
pogłębiały mój stan. Przekonałam się, że po prostu nie potrafię się dobrze wyspowiadać ze
wszystkich grzechów. Były okresy lepsze, były nawet takie, że zaczęłam częściej przystępować
do spowiedzi i Komunii świętej, ale nawroty bywały. Wybrałam taką drogę, że po prostu
tylko raz w roku około Wielkanocy, a nawet rzadziej spowiadałam się i zaraz szłam do Ko-
munii świętej, aby przypadkiem nie przypomniało mi się, że czegoś nie powiedziałam. Kiedy
prześladowały mnie nowe niepewności – odkładałam je do następnej spowiedzi. I taki stan
trwał dość długo.

Przed każdą spowiedzią i długo przedtem przeżywałam koszmarne noce, bo widziałam


grzechy wręcz na każdym kroku, a wyspowiadanie się ze wszystkiego było niełatwe. Po spo-
wiedzi przychodziło uspokojenie. Gdzieś od czterech lat – nawrót skrupułów. Tak jak nawrót
każdej choroby – był o wiele cięższy. Zaczęłam szukać pomocy w konfesjonale, ale ksiądz nie
chciał słuchać o dawnych grzechach, do których stale powracałam i które jawiły się w co-
raz większym zasięgu. Rozmyślałam w dzień i w nocy, bo akurat ten nawrót trafił na dobre
podłoże, gdyż byłam sama. Po każdych rekolekcjach przybywało grzechów – i spowiedzi były
coraz dłuższe. Zazdrościłam wręcz ludziom, że oni tak prędko odchodzą od konfesjonału, a
ja mam tyle do powiedzenia.

Nieraz trafiłam na dobrego kapłana, który po wysłuchaniu wszystkiego powiedział, że nie


zadaje mi pokuty, bo taka spowiedź jest największą pokutą. Byli tacy kapłani, którzy oburza-
li się, że zabieram czas, a tu tyle ludzi czeka w ogonku. Tak więc wytworzył się powoli jakiś
uraz psychiczny do konfesjonału.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koszmar skrupułów 152


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Znajomy ksiądz polecił mi specjalnie wybranego przez siebie kapłana, dobrego spowiednika,
który cierpliwie wysłuchał wszystkiego i kiedy odeszłam od konfesjonału, zdawało mi się,
że na nowo odrodziłam się, ale trwało to właściwie jeden dzień. Nowe przyszły problemy,
analizowałam swoje wypowiedzi, czy dobrze powiedziałam, czy mnie dobrze zrozumiał itd.,
itd., aż skończyło się na tym, że znowu tylko duchowo przyjmowałam Chrystusa do serca.
Czasem wydaje mi się, że jest w tym wszystkim jakieś szukanie dziury w całym.

Niecały rok temu straciłam Męża, wspaniałego Człowieka. Tak bardzo chciałam na Mszach
świętych za Jego duszę przystępować co dzień do Komunii św. Opory były duże, niekiedy py-
tałam syna, czy mogę iść, kiedy to i owo mi się przydarzyło. Zawsze mnie zachęcał (on jest
b. religijny), ale do dziś mam wątpliwości, że np. ta Komunia święta mogła być niedobra. W
tym okresie częstych Komunii świętych dużo więcej nachodziło mnie myśli, nieraz nie kon-
trolowanych, jakieś rozmaite kuszenia, z którymi nie mogłam dać sobie rady, a które pogłę-
biały mój stan psychiczny. W cichości tłumaczyłam sobie, usprawiedliwiałam się, ale nieraz
było to ponad moje siły i dałam za wygraną.

Ostatnio u Komunii świętej byłam z synem w Częstochowie, gdzie bardzo przeżyłam spo-
tkanie z Chrystusem. I znowu zasklepiłam się, bo znowu na każdym kroku dominują moje
chore skrupulatne myśli. Wracam do bardzo odległych czasów, łamię sobie głowę, czy to po-
wiedziałam, czy tamto załatwiłam, czy oddałam, czy zadośćuczyniłam, i tak w kółko. Jed-
nego dnia trapi mnie taki grzech, następnego inny i tak bez przerwy.

Bardzo skrótowo przedstawiłam stan mojej duszy, a piszę to dlatego, aby szukać pomocy. Czy
nie ma dla takich ludzi jakiejś „generalnej recepty” na spowiadanie się? Czy koniecznie trze-
ba takie drobiazgowe detale, którymi męczę i siebie, i kapłana, opowiadać? Czy naprawdę
nie trzeba wracać myślami do dawnych grzechów? Czy każda spowiedź jest dobra, skoro się
tego chciało, a która nie zadowalała mimo wszystko? A jeśli zadośćuczynienia były niespeł-
nione? Jak dalej postępować?

Dużo się modlę, prosząc, abym zrozumiała, że wszystko, co było w mojej mocy, uczyniłam,
aby żyć z Chrystusem. Wiem o tym, że największy grzesznik może się nawrócić. Cóż bym ja
uczyniła, abym miała tę pewność, że jest wszystko w porządku! U mnie każdy grzech urasta
do problemu ciężkiego, a dobrze byłoby wiedzieć, jakie są te ciężkie grzechy. Do wszystkich
przewinień podchodzę tak wnikliwie, że zawsze wydumam największe zło. Obecnie jestem
u kresu wytrzymałości i pocieszam się, że może tą drogą uzyskam równowagę. Zbliża się
rocznica śmierci śp. Męża; chciałabym dobrze do tej daty przygotować się duchowo. Poza
tym okres wielkanocnej spowiedzi napawa mnie bojaźnią, coraz większy odczuwam uraz
psychiczny. Wiem, że nie jestem w stanie odbyć spowiedzi generalnej, wiem, że to nie na moje
siły, bo i pamięć zawodzi, a zresztą wiem, że nie tędy droga. A zatem jaka?

Chodzi mi o to, abym bez obaw mogła przystępować do Komunii świętej. Obecne moje życie
to dreptanie w miejscu bez korzyści dla mojego zbawienia. Gdybym wiedziała, że te cierpie-
nia duchowe są zesłane od Boga, to bym na pewno przyjęła to w pokorze, ale przecież ile ja
tracę, nie mogąc uczestniczyć w Eucharystii św. A życie zbliża się ku końcowi. Jakaż byłabym
szczęśliwa, gdybym zrozumiała, że mogę być spokojna – nie wyobrażam sobie większej ra-
dości tu, na ziemi. Przecież nie tylko fizyczny ból trzeba leczyć, o ileż trudniej wyleczyć ból
psychiczny, który bardziej duszę orze i podkopuje zdrowie. Poddam się każdemu leczeniu, bo
naprawdę ogromnie cierpię.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koszmar skrupułów 153


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Spróbujmy nazwać po imieniu złe skutki tej choroby, która Panią dręczy. Widzę
ich co najmniej cztery. Po pierwsze, w udrękach skrupułów zapomina się o tym,
co najważniejsze: że odpuszczenie grzechów zawdzięczamy Miłosiernemu Bogu.
Człowiekowi zaczyna się wydawać, iż rzeczą najważniejszą jest jak najdokładniej-
sze wyznanie swoich grzechów, jak najdokładniejsze odprawienie pokuty itp. A
przecież kiedy klękam przy konfesjonale, przychodzę wówczas do Chrystusa Zba-
wiciela, aby On w swoim miłosierdziu raczył mi wybaczyć moje grzechy. Wyzna-
nie win świadczy o tym, że przychodzę w dobrej woli, i jest jedynie warunkiem
rozgrzeszenia. Źródłem rozgrzeszenia jest sam Bóg, Jego miłosierdzie.

Toteż swoją uwagę powinniśmy koncentrować nie na tym, aby wyznać grzechy jak
najdokładniej, ale na tym, żeby je wyznać Miłosiernemu Bogu. W Kościele od wie-
ków naucza się, że wystarczy wyznać grzechy ciężkie oraz ich liczbę, zaś spośród
okoliczności jedynie te najistotniejsze, które zmieniają rodzaj grzechu. Naucza się
również głośno i wyraźnie, że tylko umyślne zatajenie czyni spowiedź nieważną.
Jeśli spowiadam się szczerze, Chrystus mi odpuszcza wszystkie grzechy, nawet jeśli
jakiegoś grzechu zapomniałem wyznać lub nie umiałem go wyznać prawidłowo.
Powtarzam jeszcze raz: w naszej postawie, kiedy przystępujemy do sakramentu
pokuty, rzeczą najważniejszą jest ufnie otworzyć się przed Chrystusem, który od-
puszcza grzech i uzdalnia do poprawy. Otóż duchowa choroba, która Panią trapi,
nie tylko odbiera radość pojednania z Bogiem, ale utrudnia – prawie uniemożli-
wia – przeżycie sakramentu pokuty jako spotkania z Kochającym Zbawcą.

Po drugie, złym skutkiem (a po trosze przyczyną) skrupułów jest wypaczenie na-


dziei. Zamiast swoją nadzieję na życie wieczne budować na Bogu i Jego przeba-
czeniu, człowiek usiłuje znaleźć ją w pewności, że się dobrze wyspowiadał. Jest
to – przepraszam, że sprawiam Pani przykrość, ale lekarz musi czasem zadać ból
– egocentryzm, który niestety bardzo skutecznie potrafi paraliżować prawdziwą
miłość. Analogiczny mechanizm może niszczyć niekiedy na przykład miłość mał-
żeńską. Człowiek zamiast po prostu kochać współmałżonka, usiłuje uzyskać stu-
procentową pewność, że jest kochany, zadręcza współmałżonka, aby nieustannie
zapewniał o swojej miłości, dawał stuprocentowe dowody nieistnienia zdrady itp.
W ten sposób można podkopać nawet najprawdziwszą miłość oraz skutecznie za-
truć życie sobie i współmałżonkowi. Miłość bowiem nie lubi arytmetyki, nie szuka
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koszmar skrupułów 154


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

stuprocentowości, nie przywiązuje nadmiernej wagi do gwarancji: cieszy się tym,


że kocha, chce kochać coraz prawdziwej i o resztę jakby się nie troszczy.

Bardzo słusznie postanowiła więc Pani nie szukać rozwiązania swoich proble-
mów w spowiedzi z całego życia. Spowiedź taka ma sens w przypadku powrotu
do Boga po latach błąkania się albo w przypadku niewątpliwego świętokradztwa
w poprzednich spowiedziach, albo wreszcie w szczególnie istotnych momentach
życia (na przykład przed przyjęciem sakramentu kapłaństwa lub małżeństwa). Na-
tomiast zdecydowanie należy unikać takiej spowiedzi, gdyby krył się za tym jakiś
brak zaufania w miłosierdzie Boże.

Po trzecie, zło skrupułów polega jeszcze i na tym, że dość skutecznie odwracają


one zasadniczą kierunkowość sakramentu pokuty. Przecież po to przystępujemy
do spowiedzi, żeby Pan Jezus wybaczył nam to, co w przeszłości było złe i swoją
obecnością uświęcał naszą teraźniejszość i przyszłość. Sakrament pokuty pomaga
nam się odciąć od naszej złej przeszłości, rozliczyć się z nią, zwrócić główną uwa-
gę na to, co dobrego zrobić z naszym dzisiaj i jutro. Tymczasem w chorobie skru-
pulanctwa dzieje się coś dokładnie odwrotnego: człowiek właśnie główną uwagę
skupia na swojej złej przeszłości, zaś myśl, aby dzień dzisiejszy i jutrzejszy przeżyć
po Bożemu, schodzi na plan dalszy.

Wreszcie po czwarte, choroba skrupułów niszczy w człowieku poczucie granicy


między grzechem a zjawiskami, którym nie sposób przypisać znamion moralnej
nieprawości. Zatarcie tej granicy demobilizuje moralnie, rodzi fatalistyczne posta-
wy wobec zła. Bo jeśli ktoś będzie się dopatrywał grzechu na przykład w dzieją-
cych się poza jego wolą doznaniach sennych albo czuł niepokój sumienia z powo-
du złych i dokuczliwych, ale nie chcianych myśli (lub nawet natręctw), wówczas
podświadomie kształtuje się w nim przeświadczenie, jakoby walka z grzechem
była przedsięwzięciem kompletnie beznadziejnym.

Czy jest jakieś lekarstwo na tę chorobę? W ogóle nie ma chorób duchowych, na


które by nie było lekarstwa! Proszę w to gorąco uwierzyć! Bardzo Panią o to pro-
szę!

Niech Pani spróbuje zastosować następujące pięć wskazówek. Będą one banalne,
ale tak już bywa w sferze ducha, że rady najbardziej banalne są najskuteczniejsze.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Koszmar skrupułów 155


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Po pierwsze w znacznej mierze Pani to już na szczęście osiągnęła – proszę wytrwa-


le starać się o dystans wobec swoich skrupułów. Niech się Pani czasem zastanowi
nad tym, co by Pani – wierząca w miłość i miłosierdzie Boże – powiedziała komuś,
kto by się Pani zwierzył z analogicznych problemów. Proszę starać się zrozumieć,
że źródło tych udręk jest w Pani, że obiektywnie skrupuły swoje należałoby po
prostu bagatelizować.

Po wtóre, trzeba sobie zdecydowanie zakazać grzebania się w przeszłości. Niepo-


koje, czy spowiedź była dobra, najlepiej przerywać taką na przykład modlitwą:
„Panie Jezu, wybacz mi, że jestem taka nieznośna, że zachowuję się tak, jakbym
nie ufała Tobie; przecież Ty wiesz, że poza Tobą nie mam nikogo, w kim mogła-
bym położyć całą swoją nadzieję!” Przy skrupulanckim usposobieniu nie grozi
Pani zatajenie jakiegoś poważnego grzechu. Dlatego podczas spowiedzi proszę w
ogóle nie wracać do spowiedzi poprzednich – nawet jeśli rzeczywiście czegoś Pani
zapomniała wyznać lub wyznała nie tak, jak trzeba. Wszelkie wątpliwości co do
prawidłowości poprzednich spowiedzi proszę zdecydowanie przecinać. Najlepiej
przez powierzenie się Bożemu miłosierdziu: „Sam widzisz, Panie Jezu, jaka jestem,
jak mi trudno zaufać Twojemu miłosierdziu. Ale właśnie tylko Twemu miłosier-
dziu chcę ufać!”

Po trzecie, niech się Pani stara spowiadać krótko. Dwa rodzaje wyznań trzeba ze
swoich spowiedzi usuwać: proszę się nie spowiadać z rzeczy, co do których nie ma
Pani pewności, że są grzechem; proszę też powstrzymywać się od opisywania róż-
nych okoliczności grzechu (tylko wyjątkowo powinno się wyznać jakąś okolicz-
ność: jeśli istotnie zmienia ona charakter grzechu). Trudno będzie się Pani zasto-
sować do tej rady, ale musi się Pani przezwyciężyć. Nawet na rachunek sumienia
radziłbym nałożyć sobie jakiś rygor, na przykład nie poświęcać mu więcej czasu
niż dwadzieścia minut. Wszelkie zaś wewnętrzne opory przeciw temu rygorowi
proszę przezwyciężać ucieczką do Bożego miłosierdzia.

Po czwarte, celem niech będzie dla Pani dobra służba Bogu, a nie jakiś pokój serca
odczuwany fizycznie. Wewnętrznego pokoju zapewne Pani przybędzie, ale pro-
szę się nie spodziewać jakiegoś radykalnego uzdrowienia swojej psychiki; najważ-
niejsze, żeby duch został w człowieku uleczony. Musi się Pani z tym pogodzić, że
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Sens czystości przedmałżeńskiej 156


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

skrupulanckie usposobienie będzie raz po raz boleśnie dawało znać o sobie. Tylko
w takim stopniu potrafi je Pani przekształcić w swój krzyż, w jakim będzie się Pani
starała je przezwyciężać. Inaczej usposobienie takie staje się ciężarem niszczącym
człowieka – i ducha, i ciało. Jeśli jednak człowiek weźmie swój krzyż, ogarnie go
pokój Boży głębszy niż nasze odczucia. Niekiedy będzie Pani niemal namacalnie
czuła w sobie ten pokój, ale zapewne częściej będzie on poza sferą odczuć. Niesie-
nie krzyża i wewnętrzny pokój są czymś nieodłącznym. Musi Pani wziąć na siebie
swój krzyż, to znaczy w trudzie i samozaparciu przezwyciężać swoje skrupuły i
otwierać się na miłość Bożą – i tylko pod tym warunkiem zazna Pani pokoju, choć
często nie będzie go Pani odczuwać. Ale proszę mi wierzyć: jedno i drugie, i krzyż,
i pokój, będzie pracowało dla Pani dobra.

Piąta rada też idzie na przekór Pani usposobieniu. Mianowicie po spowiedzi proszę
przynajmniej przez miesiąc przystępować do komunii (bez następnych spowiedzi
w międzyczasie) – niekoniecznie codziennie, wystarczy co niedzielę, choć można
i częściej. Skrupuły pewno będą Panią ogarniały: że tyle w człowieku niedobrych
myśli było, tyle lenistwa itp. Niech Pani odrzuca te skrupuły i do komunii jednak
odważnie przystępuje. I proszę się nie lękać świętokradztwa. Tylko na wypadek
jakiegoś poważnego i niewątpliwego grzechu należy się powstrzymać od komunii
– ale od takiego grzechu Bóg Panią ustrzeże.

A że Pani czuje się niegodna komunii? Oczywiście, że jest Pani niegodna. Ale któż
jest godny? Wszakże szatanowi właśnie o to chodzi, żeby nas odciągnąć od spoży-
wania Ciała Pańskiego i zniszczyć w nas pokój i radość Bożą. Nie pozwólmy szata-
nowi wprowadzać zamieszania w naszą służbę Bożą!

Sens czystości przedmałżeńskiej

Ludzka płciowość nie jest jedyną dziedziną, do której stosujemy metaforę czysto-
ści i brudu. Na początku jednak zastanówmy się nad pierwotnym, dosłownym
znaczeniem wyrazu „czystość”. Mówimy na przykład, że jedzenie należy przecho-
wywać w czystości. A więc po serze nie powinny łazić muchy, zaś masła nie należy
zostawiać przez całą noc na stole, trzeba raczej włożyć je do lodówki. Domagam
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Sens czystości przedmałżeńskiej 157


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

się czystości w kuchni nie dlatego, żebym uważał jedzenie za coś brudnego. Ja po
prostu zdaję sobie sprawę z tego, że jedzenie, jak tyle innych rzeczy na tym świecie,
narażone jest na brud i zepsucie.

Toteż słowo „czystość” najczęściej pojawia się w związku z tymi wartościami, które
szczególnie narażone są na brud i rozkład. Cenimy wysoko czystość intencji, za-
stanawiamy się nad czystością języka – gdyż zdajemy sobie sprawę z tego, do jakie-
go stopnia brudna intencja może odebrać wartość dobremu czynowi, do jakiego
stopnia nasz język podatny jest na niechlujstwo i zepsucie.

Postulat czystości w doświadczaniu siebie jako mężczyzny czy kobiety nie wyraża
więc lęku przed płciowością, tym bardziej nie zawiera ukrytego założenia, jakoby
cała ta sfera była czymś z natury brudnym. Wręcz przeciwnie, postulat ten wypły-
wa z przeświadczenia, że męskość lub kobiecość jest zbyt istotnym wymiarem na-
szego człowieczeństwa, żeby wolno ją było przeżywać byle jak i nie troszczyć się o
to, aby mężczyzną lub kobietą być w sposób piękny.

Co to znaczy konkretnie? Jakąś intuicję, może nie zawsze wyraźną, ma na ten temat
każdy z nas. Spróbujmy rozbudzić tę intuicję poprzez krótką refleksję, na czym po-
lega czystość w innych dziedzinach – i dopiero później zastanowimy się nad tym,
co to konkretnie znaczy przeżywać swoją męskość lub kobiecość w sposób czysty.

Na czym polega czystość języka? Kiedy nasza mowa jest niechlujna? Otóż język
może być skażony słowami pustymi, które w gruncie rzeczy nic nie znaczą, albo
mętnymi, które znaczą nie bardzo wiadomo co, albo wulgarnymi, które odbierają
mowie właściwą jej prostotę i dostojność. Nieuleczalnie niechlujny jest zwłaszcza
język kłamstwa. Kłamstwo musi się przecież bodaj częściowo ukryć, kłamać języ-
kiem niezakłamanym to tak, jakby brudne ręce wycierać o śnieżnobiałą koszulę.
Ulubioną metodą kłamstwa jest rozkładanie pierwotnego znaczenia słów. Język
staje się wówczas podobny – przepraszam za nieapetyczne porównanie – do zjeł-
czałego masła: niby masło, nawet ładnie opakowane, a jednak nie da się go jeść.

Podobnie jest z czystością intencji. Jak otwartość na prawdę stanowi miarę czysto-
ści języka, tak miarą czystości intencji jest skierowanie ku dobru. Nasze dobre in-
tencje mogą ulec skażeniu przez brak szacunku dla bliźnich, zawinioną ignorancję,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Sens czystości przedmałżeńskiej 158


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

lenistwo, próżność, chciwość itp. Gorzej: człowiek może mieć nawet intencje złe,
dogłębnie brudne. Jeśli jego zamiarem jest całkiem i po prostu czynienie jakiegoś
zła.

Co jest miarą czystości w doświadczaniu siebie jako istoty płciowej, jako mężczy-
zny lub kobiety? Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, przypomnijmy
banalną prawdę, że płciowość nie jest czymś przyklejonym do człowieka, ale sta-
nowi jakby sposób bycia człowiekiem; przenika nas całych do tego stopnia, że każ-
da komórka naszego ciała nosi w swoich chromosomach informację o przynależ-
ności całego organizmu do określonej płci. Zewnętrznie, nasza płciowość wyraża
się w różnej budowie ciała, w nastawieniu organizmu na spełnianie specyficznych
dla danej płci funkcji, w odmiennościach psychiki itp. Sensu naszej płciowości nie
da się jednak do tego sprowadzić; intuicyjnie czujemy, że jest on większy, choć nie
umiemy go do końca nazwać ani nawet zaobserwować. W językach słowiańskich
intuicja ta weszła w samą strukturę języka, bo nawet w koniugacji czasowników
starannie rozróżnia się rodzaj męski i żeński.

To transcendowanie naszej płciowości ponad to, co bezpośrednio ujawnia się jako


związane z płcią, nakazuje przyjąć następującą miarę czystości w tej dziedzinie:
czystym jest takie bycie kobietą lub mężczyzną, które pracuje na rzecz całościo-
wego dobra mojego człowieczeństwa: jeżeli zaś dobra cząstkowe, osiągane dzięki
przeżywaniu siebie jako istoty płciowej, sprzeciwiają się mojemu dobru całościo-
wemu, znaczy to, że swoją płciowość przeżywam w sposób nieczysty.

Przedstawmy jeszcze tę samą myśl przez nieco inne przybliżenie, na bazie obra-
zu wziętego z medycyny. Jeżeli jakaś część komórek przestanie zważać na dobro
całego organizmu i zabiega tylko o dobro własne, mamy do czynienia z rakiem:
komórki rozwijają się bujnie, do tego stopnia, że nie mieszczą się już w wyzna-
czonym im przez naturę miejscu i pęcznieją w postaci guza. Jest to jednak roz-
wój zwyrodniały, który sprawia spustoszenie całego organizmu. Bujny zaś rozwój
owych komórek jest nawet dla nich samych dobrem pozornym: komórki bowiem
ulegają sprymitywnieniu, a ich rozwój prowadzi nie ku życiu, ale ku śmierci. Po-
dobnie nasza płciowość: przeżywanie jej jako dziedziny rzekomo autonomicznej,
bez odniesienia do naszego dobra całościowego, świadczy o jej zwyrodnieniu. Nie
wolno mi w taki sposób być mężczyzną lub kobietą, że staję się przez to mniej
człowiekiem.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Sens czystości przedmałżeńskiej 159


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Otóż nie widać sposobu czystego, prawdziwie ludzkiego bycia kobietą lub mężczy-
zną bez nieustannego dążenia, żeby odkrywać w sobie i w każdym innym człowie-
ku niepowtarzalną i bezcenną osobę. Chodzi nie tylko o to – choć to tak ważne,
że nigdy dość o tym przypominać – że nie wolno mi drugiego degradować do roli
przedmiotu użycia, nie wolno mi też samemu dać się traktować jako przedmiot
użycia. Nawet gdybym miał używać drugiego lub być przez niego używanym w
sposób kulturalny, nie bez swoistej elegancji. Bo sposób, w jaki dokonujemy na-
szych czynów, jest dopiero wtórnym kryterium ich moralności: czyn przestępczy
w białych rękawiczkach może być bez porównania bardziej niemoralny niż zwykła
kradzież węgla z piwnicy sąsiada.

Być osobą to przede wszystkim być zdolnym do wzajemnego oddania samego sie-
bie w bezinteresownym darze. „Człowiek – powiada ostatni Sobór (KDK 24) – jest
jedynym na świecie stworzeniem, którego Bóg chce dla niego samego, toteż nie
może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z samego
siebie”.

Zobaczmy teraz, jak karykaturalnie pojmujemy „oddanie się drugiemu”, jeśli jego
istotę widzimy w zgodzie na kontakt seksualny. Prawdziwe oddanie się drugiemu
człowiekowi wymaga pracy, aby to, co zamierzam złożyć w darze – to znaczy ja
sam – było jak najwięcej warte daru. Jeśli kocham tę drugą osobę i pragnę oddać
jej samego siebie, powinno mi zależeć na tym, aby to był dar naprawdę z serca: tak
wielki, na jaki mnie tylko stać. Powinienem dążyć do tego, aby oddać się kochanej
osobie jako pan samego siebie, a nie niewolnik swoich namiętności, jako pracują-
cy nad sobą, a nie jako moralny i duchowy ugór.

Zjednoczenie ciał dopiero bazuje na uprzednim i całkowitym oddaniu się osobo-


wym oraz je wyraża. W okresie narzeczeńskim chłopak i dziewczyna nie są jeszcze
sobie dostatecznie oddani, dopiero dążą do tego, aby oddać się sobie możliwie jak
najwięcej. Dlatego nie czas jeszcze, aby manifestować całkowicie, również ciałem,
swoje całkowite oddanie. Bo to jeszcze nie jest prawdą, i życie – obiektywny eg-
zaminator prawdziwości naszych postaw – prędzej czy później zdemaskuje ten
fałsz niby całkowitego oddania się w miłości oblubieńczej. Niejedna już para zako-
chanych, tak absolutnie pewna swojej miłości na śmierć i życie, że uważała się za
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół ma prawo tego żądać? 160


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

małżeństwo na długo przed ślubem, przekonała się później, że miłości zbudowa-


nej na zbyt kruchym fundamencie ciągle czegoś brakuje; niekiedy nawet zabraknie
jej zdolności do dalszego istnienia. Otóż jedynym trwałym fundamentem miłości
jest prawdziwie osobowe oddanie się wzajemne. Symulowanie takiego oddania
może miłości tylko zaszkodzić, zwłaszcza na dłuższą metę.

Zresztą czyż mogłoby być inaczej? Przecież jest wolą Bożą, że z cielesnego zjedno-
czenia się kobiety z mężczyzną rodzą się nowi ludzie. A człowiek to jest istota bez-
cenna, powołana do życia wiecznego, ważniejsza niż cały materialny wszechświat.
Okoliczności, w jakich przychodzi na świat człowiek, powinny jakoś harmonizo-
wać z tak wielką godnością. Godzi się, żeby dzieci ludzkie przychodziły na świat
w przestrzeni osobowego, coraz pełniejszego i czystszego wzajemnego oddania
się swoich rodziców. Takiego oddania się, które zmierza ku wiecznotrwałości: bo
zostało potwierdzone obustronnym ślubowaniem dozgonnej wierności oraz Bożą
obietnicą mocy z góry.

Toteż nie sprowadzajmy trywialnie katolickich zasad etyki narzeczeńskiej do za-


kazu fizycznego współżycia. Czy ktokolwiek zakazuje ogrodnikowi rozwijać nie-
cierpliwie płatki ledwo zawiązującego się pąka róży? Sama natura pąka róży jest
taka, że brak cierpliwości w oczekiwaniu na kwiat może doprowadzić do zmarno-
wania najwspanialej zapowiadającej się róży. Podobnie jest z miłością osób, które
już postanowiły złączyć się w małżeństwo. Jeśli zabraknie im cierpliwości i zaczną
udawać małżeństwo, choć jeszcze nim nie są, niech liczą się z tym, że pośpiech taki
może zaszkodzić nawet najwspanialej zapowiadającej się miłości.

Czy Kościół ma prawo tego żądać?


Moja dziewczyna jest niewierząca. Dowiedzieliśmy się, że możliwy jest ślub kościelny, ale pod
warunkiem, że ona wyrazi zgodę na katolickie wychowanie dzieci. Basia gotowa jest to zro-
bić, ale z kolei ja zastanawiam się, czy mam prawo tego od niej oczekiwać, czy nie będzie to
pogwałceniem jej sumienia. I czy w ogóle Kościół ma prawo żądać tego typu oświadczeń?

Sprawa małżeństw mieszanych pojawia się już w Starym Testamencie i krótkie


przypomnienie, jak była rozwiązywana, może okazać się dobrym tłem dla podnie-
sionego przez Pana problemu. Otóż Prawo Mojżeszowe jednoznacznie zakazywało
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół ma prawo tego żądać? 161


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

małżeństw z wyznawcami religii bałwochwalczych: „Nie będziesz z nimi zawierał


małżeństw. Ich synowi nie oddasz za małżonkę swojej córki ani nie weźmiesz od
nich córki dla swojego syna, gdyż odwiodłaby twojego syna ode Mnie, by służył
bogom obcym. Wówczas rozpaliłby się gniew Pana na was i prędko by was znisz-
czył” (Pwt 7,3n). Zakaz ten był zatem konkretnym zastosowaniem przykazania,
że należy Go kochać na pierwszym miejscu i z całego serca: toteż wyznawca Boga
Prawdziwego powinien unikać wszystkiego, co mogłoby od Niego odwieść.

Nie wszyscy oczywiście przestrzegali tego zakazu. W historii Izraela były nawet
momenty, kiedy wskutek wielkiej liczby małżeństw mieszanych zagrożona była po-
ważnie religijna i narodowościowa tożsamość ludu Bożego. Tak było na przykład
po powrocie z niewoli babilońskiej: „W owym czasie widziałem Żydów, którzy po-
ślubili kobiety aszdodyckie, ammonickie, moabickie. A co do synów ich – połowa
mówiła po aszdodycku czy językiem takiego lub innego narodu, a nie umieli mó-
wić po żydowsku” (Ne 13,23). Ówczesny przywódca narodu, Ne-
hemiasz, zwalczając to zjawisko, powołuje się wyłącznie na względy religijne: „Nie
wydawajcie córek swoich za ich synów! Nie bierzcie córek ich dla synów swoich
ani dla was za żony! Czyż nie przez to zgrzeszył Salomon, król izraelski? A przecież
między wielu narodami nie było króla jak on. Był on miły Bogu swemu i ustanowił
go Bóg królem nad całym Izraelem: nawet jego skusiły do grzechu cudzoziemskie
kobiety. Czy mimo tej przestrogi trzeba słyszeć o was, że popełniacie zupełnie to
samo wielkie zło, sprzeniewierzając się Bogu naszemu przez poślubienie kobiet
cudzoziemskich?” (Ne 13,25–27)

Ale zarazem od czasu do czasu słyszy się w Biblii o małżeństwach mieszanych,


które cieszą się pełną aprobatą natchnionego autora. Z córką kapłana Madianitów,
a więc kapłana bałwochwalczego, ożenił się sam Mojżesz (por. Wj 2,21). Sefora
jednak, choć nie od razu, przyłączyła się do kultu Bożego i do ludu swojego męża
(por. Wj 4,24–26). Najbardziej znana jest historia Moabitki Rut, prababki króla
Dawida, która całym sercem przyjęła wiarę w Jedynego Boga i obyczaje ludu Bo-
żego.

Jaki jest stosunek Nowego Testamentu do małżeństw mieszanych? Niewątpliwie


odnosi się do nich, podobnie jak do wszystkich innych ludzkich postanowień,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół ma prawo tego żądać? 162


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

żądanie Chrystusa, aby odrzucić wszystko, choćby to było coś najdroższego, jeśli
to miałoby niszczyć naszą miłość do Niego: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie
ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie sa-
mego, nie może być Moim uczniem” (Łk 14,23). Święty papież Grzegorz Wielki
(590–604), w homilii 37, bardzo pięknie wyjaśnił, że miłość, która oddziela od
Boga, ma w sobie coś niedobrego i nieprawdziwego, i trzeba ją albo z tego oczy-
ścić, albo – jeśli to przekracza nasze możliwości – w ogóle z takiej miłości zrezy-
gnować.

Omawiając ten drugi przypadek, Ojcowie Kościoła lubili odwoływać się do słów:
„Jeśli twoja prawa ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie”
(Mt 5,30). Mówili: Choćby ktoś był ci tak bliski jak prawa ręka, ale odwodzi cię od
Chrystusa, raczej rozłącz się z nim, bo lepiej ci bez ręki być przy Chrystusie, niż
razem z ręką być wrzuconym w ogień wieczny.

Toteż warunkiem, aby Kościół mógł dopuścić swego syna lub córkę do sakramen-
tu małżeństwa z osobą niewierzącą, jest moralna pewność co do dwóch spraw: że
dla strony katolickiej małżeństwo to nie będzie stanowiło zagrożenia utraty wiary
oraz że będzie się ona starała przekazać wiarę wszystkim swoim dzieciom. Jeśli u
partnera katolickiego brak nastawienia na wytrwanie w wierze albo na katolickie
wychowanie wszystkich dzieci, Kościół poczytuje to za znak, że małżeństwo sta-
wia on wyżej niż Chrystusa. Toteż Kościół nie godzi się na połączenie takiej pary
sakramentem. Trudno się temu dziwić: Czy można mieć mu za złe, że nie chce
błogosławić sytuacji, o której z góry wiadomo, że będzie działała na niekorzyść
wiary?

Pyta Pan, czy to nie narusza wolności sumienia strony niewierzącej. Zapewne,
problem jest trudny, ale spróbujmy spokojnie rozważyć inne jego elementy. Jedno
jest pewne: ani strona wierząca, ani niewierząca nie powinna tutaj czynić niczego,
co byłoby niezgodne z jej sumieniem. Jeśli strona wierząca uważa, że Boga trzeba
kochać ponad wszystko i wobec tego sam papież nie mógłby jej zwolnić od obo-
wiązku wychowania własnych dzieci w wierze; a z kolei strona niewierząca jest tak
negatywnie ustosunkowana do wiary, że nie wyobraża sobie, aby jej własne dzieci
miały być w niej wychowywane, nie widać możliwości, aby małżeństwo między
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół ma prawo tego żądać? 163


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tymi osobami mogło być zawarte bez gwałtu zadanego przez któregoś z partnerów
własnemu sumieniu. Wobec tego ludzie ci powinni porzucić myśl o złączeniu się
w małżeństwo, bo nikt nie powinien podejmować decyzji niezgodnych z własnym
sumieniem.

Zatem żeby małżeństwo osoby wierzącej z niewierzącą mogło być zawarte zgodnie
z sumieniem obojga, musi zaistnieć jedna z alternatywnych sytuacji: albo wiara
dla strony wierzącej nie jest aż tak ważna, żeby stawiać jako warunek małżeństwa
wychowanie w niej wszystkich dzieci, albo zgoda na taki warunek nie kłóci się z
sumieniem strony niewierzącej.

W pierwszym wypadku Kościół – z powodów wyłuszczonych wyżej – nie może


zgodzić się na sakramentalne uświęcenie tego związku. Toteż bardzo gorąco prosi
swoich synów i córki, aby w takie związki nie wchodzili, i ubolewa nad tym, jeśli
taki związek – w wymiarze cywilnym – dojdzie do skutku. Czy Kościół mógłby,
nie gwałcąc swojej natury, zachować się inaczej? Przecież przestałby być sobą, gdy-
by w jakiejkolwiek sytuacji zgodził się na zawieszenie dogmatu ewangelicznego, że
Jezus Chrystus i nasza z Nim łączność jest czymś ważniejszym niż cokolwiek na
tej ziemi.

Rozpatrzmy zatem drugą z sytuacji, w której zawarcie małżeństwa mieszanego nie


kłóci się z sumieniem żadnego z partnerów: kiedy strona niewierząca zobowiązuje
się w pełni uszanować wiarę współmałżonka oraz zgadza się na religijne wychowa-
nie dzieci. Doświadczenie wykazuje, że zdarza się tak stosunkowo często. Jeśli bo-
wiem kogoś kocham, powstaje we mnie co najmniej szacunek dla wartości, które
ukochana osoba ceni sobie szczególnie. Jest czymś psychologicznie chyba niemoż-
liwym kochać kogoś, a zarazem gardzić jego świętościami lub je lekceważyć.

W kochającym się małżeństwie również strona wierząca stara się uszanować świa-
topogląd swojego współmałżonka, rozumieć przyczyny jego niewiary itp. Nierzad-
ko dostrzega ona w szlachetnym postępowaniu swojej „drugiej połowy” wierność
Bogu i domyśla się ukrytego działania Bożej łaski. Niekiedy oboje małżonkowie
są zgodni co do tego, że niewiara jednego z nich jest jakimś brakiem i dość czę-
sto zdarza się wówczas, że w końcu łaska Boża ten brak przezwycięża i do tego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 164


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wszystkiego, co ich łączyło dotychczas, pewnego dnia dochodzi również wspól-


nota wiary. Jest to najgłębszy ze sposobów, na jakich sprawdzają się słowa Aposto-
ła Pawła: „Uświęca się bowiem mąż niewierzący dzięki swej żonie, podobnie jak
świętość osiągnie niewierząca małżonka brata” (1 Kor 7,14).

Musimy sobie jednak wyraźnie powiedzieć, że małżeństwo wierzącego z osobą


niewierzącą jest dla Kościoła sytuacją nadzwyczajną. Sakramentalny wymiar mał-
żeństwa – o którym tak głęboko mówi słynny fragment Listu do Efezjan (5,21–33)
– dotyczy w gruncie rzeczy związku dwojga wierzących. Św. Paweł kiedyś wprost
przypomniał, że chrześcijanin „może poślubić kogo chce, byleby w Panu” (1 Kor
7,39). Gdyby tej zasady trzymać się z bezduszną literalnością, trzeba by w ogóle
potępić małżeństwa chrześcijan z niewierzącymi. Kościół jednak zgadza się na ta-
kie małżeństwa swoich dzieci, wie bowiem, że wierność Chrystusowi powinna być
maksymalnie przeniknięta życzliwością dla ludzi i zrozumieniem dla ich niepo-
wtarzalnych sytuacji. Zgadza się więc Kościół na takie małżeństwa, ale nie bez lęku
o wiarę swojego dziecka oraz jego potomstwa. Przypomnijmy, że zawarcie takiego
związku wymaga dyspensy biskupiej.

Dlaczego nie wolno mi przystępować do


sakramentów?
Żyję z mężem już sześć lat. Bez ślubu kościelnego, bo on już miał ślub z inną. Poznałam go
już po rozwodzie, a więc tamtego małżeństwa nie rozbiłam, dzieci też żadnych nie skrzyw-
dziłam, bo ich nie mieli. Bardzo przeżywam to, że nie mogę przystępować do sakramentów.
Sześć lat to dużo czasu i różne rzeczy sobie już przez ten czas myślałam. Zastanawiałam się
na przykład, dlaczego Kościół uważa mnie za tak wielką zbrodniarkę, skoro rozgrzeszenie
otrzymują złodzieje, rozpustnicy, nawet mordercy, a ja jestem od sakramentów odsunięta
jak ta trędowata. Buntowałam się, kiedy słyszałam, że ktoś porzucił żonę i dzieci, ale ponie-
waż ślub był tylko cywilny, więc z całą paradą przystępuje do ołtarza i zawiera ślub kościelny
z następną kobietą. I Kościół bez oporów dopuszcza takich ludzi do sakramentów. Albo cza-
sem myślę sobie tak: gdybym miała ślub kościelny i parę razy na rok zdradzała męża, sakra-
menty stałyby przede mną otworem. Czyli byłabym w oczach Kościoła lepsza niż teraz, choć
żyję uczciwie, mężowi jestem wierna, tyle tylko, że nie mamy ślubu. Płakać mi się chce, kiedy
widzę, jak ludzie przystępują do spowiedzi, do Komunii świętej, a ja jestem jak ten ostatni
wyrzutek. Zastanawiam się, co takiego daje ślub kościelny, że bez niego małżeństwo jest dla
Kościoła nieprawdziwe.

Rozumiem, że zwraca się Pani do mnie z prośbą o pomoc: chciałaby Pani na swój
dramat spojrzeć w świetle wiary; zapewne też jest w Pani cicha nadzieja, że przecież
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 165


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

musi się znaleźć wyjście z tej sytuacji bez wyjścia. Proszę wybaczyć, że zacznę od
historii, która zdaje się nie mieć nic wspólnego z Pani listem. Kiedyś mój braciszek
połamał sobie straszliwie obie ręce. Natychmiast otoczony został kręgiem płaczu,
zawodzenia i zgiełku. Lekarz pojawił się bardzo szybko i pierwsza rzecz jaką zrobił,
to wyrzucił gapiów, od domowników zaś zażądał całkowitej ciszy. Przypomniało
mi się teraz tamto wydarzenie, bo mam ochotę naszą rozmowę zacząć podobnie:
żeby cokolwiek pozytywnego osiągnąć w rozmowie tak trudnej, trzeba odciąć się
najpierw od zgiełku tych argumentów spojrzeń i odczuć, które niczego nie wnoszą
do tematu, chyba to tylko, że ogromnie utrudniają jego spokojne rozpoznanie.

Po pierwsze więc: Miłosierdzie Boże jest nieskończone i nie ma grzechu, którego


Bóg nie chciałby albo nie mógłby odpuścić człowiekowi. Toteż w ogóle nie istnie-
je kryterium mniejszego lub większego grzechu przy udzielaniu lub odmawianiu
rozgrzeszenia. Każdy grzech jest sam w sobie wystarczająco niepokojącym wy-
darzeniem, żeby nie porównywać go z innymi grzechami, lecz po prostu szukać
Bożego przebaczenia. Odmowa rozgrzeszenia wynika z zupełnie innych powo-
dów niż z klasyfikowania grzechów według ich ciężaru. Najogólniej rzecz biorąc,
rozgrzeszenia odmawia się wówczas, kiedy istnieje uzasadniona obawa, że ktoś o
miłosierdzie Boże zabiega nieprawdziwie: nie żałuje za grzech albo nie zamierza
unikać okazji do grzechów następnych, albo wręcz swoje życie ułożył w niezgo-
dzie z Bogiem. Na razie poprzestańmy na tych stwierdzeniach ogólnych. Dla Pani
wynika z nich co najmniej tyle, żeby nie dopuszczać do siebie tych żalów nieuza-
sadnionych, jakoby dla Kościoła była Pani już niemal zbrodniarką. Na temat Pani
sytuacji małżeńskiej Kościół sądzi tylko tyle, że jest ona niezgodna z nauką i wolą
Pana Jezusa.

Po wtóre: Swojego bólu, że nie może Pani – na razie – przystępować do sakramen-


tów, nie trzeba wyrażać w sposób absurdalny. Absurdalne zaś wydają się pretensje,
że kogoś innego, kto może jest większym grzesznikiem, Kościół oto do sakramen-
tów dopuścił. Rozumiem oczywiście, że nie jest Pani złośnicą, która by chciała,
żeby wspomniany przez Panią mężczyzna nie miał już możliwości pojednania z
Bogiem. Rozumiem doskonale, że przemawia przez Panią własny ból, a nie chęć
odsunięcia od sakramentów jeszcze następnej grupy ludzi. Mimo wszystko jednak
sądzę, że tego typu żale mają w sobie – z punktu widzenia wiary – coś niezdrowego:
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 166


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

kryje się za nimi niechęć do uznania swojego grzechu i jakieś poczucie, że jest się
sprawiedliwszym od innych, którzy do sakramentów są dopuszczani.

A co do sytuacji tamtego mężczyzny: Sam przyjmuję od czasu do czasu sakramen-


talną przysięgę osoby, która cywilnie była już związana z kim innym. I muszę się
Pani przyznać, że prawie zawsze czynię to z mieszanymi uczuciami. Wprawdzie
przepisy kościelne nakazują wówczas starannie zbadać, czy nowy związek, który
ma być przypieczętowany sakramentem, nie pociąga za sobą krzywdy poprzed-
niego partnera, a zwłaszcza dzieci; poczucie zaś przyzwoitości wymaga, żeby litur-
gia ślubna była wówczas raczej skromna. Wiem oczywiście, że słuszną jest rzeczą
udzielić wówczas ślubu. A jednak jakoś na sercu ciężko. Wróćmy jednak do tema-
tu.

Po trzecie: Niech też Pani nie tworzy sobie alternatyw swoich hipotetycznych nie-
zgodności z prawem Bożym, które nie wyłączałyby Pani od sakramentów. To rów-
nież nie ma sensu. Kiedyś siostra księdza, który porzucił swoje kapłaństwo i się
ożenił, tak mi powiada: „lepiej, że to zrobił, niż gdyby miał prowadzić życie za-
kłamane”. Wiara nie rozumie takich alternatyw. Wiara nam mówi, że każdy z nas
może i powinien żyć zgodnie z wolą Bożą, i nikt nie znajduje się pod przymusem
wyboru między jednym grzechem a drugim. Jeśli zaś zszedłem z drogi Bożych
przykazań, wiara głosi mi nadzieję Bożego miłosierdzia i powrotu na tę drogę, na-
wet jeśli sam nie bardzo potrafię ją odnaleźć. Krótko mówiąc, nie ma sensu zasta-
nawianie się nad tym, co by było, gdyby Pani parę razy na rok zdradzała swojego
ślubnego męża. To oczywiście byłoby okropne, Lepiej zastanawiać się nad tym, co
zrobić, żeby w swojej obecnej sytuacji w końcu pojednać się z Bogiem.

Po czwarte: Warto również przypatrywać się krytycznie swojemu bólowi z powodu


odsunięcia od sakramentów. Czy wynika on z tęsknoty za Bożym przebaczeniem i
z głodu za Ciałem Pańskim, czy też może cierpi Pani głównie nad tym, że sytuację,
w której nie widzi Pani nic złego, Kościół uważa za niezgodną z wymogami Ewan-
gelii. Niech Pani pyta samą siebie: czy ból mój wynika z żalu, że zaplątałam się w
sytuację, która się Bogu nie podoba, czy może cierpię tylko dlatego, że czuję się
pokrzywdzona – przez Pana Boga, przez Kościół, przez los, to już mało ważne.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 167


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wszystko, co dotychczas napisałem, to jakby oczyszczenie przedpola dla religijne-


go oświetlenia Pani sytuacji. Bardzo chciałbym, żeby cały ten mój list przesycony
był jak największą życzliwością dla Pani. Jednocześnie jednak chcę mówić wyłącz-
nie w perspektywie wiary, bo poza tą perspektywą chyba w ogóle na ten temat roz-
mawiać nie warto. Poza wiarą w Chrystusa łatwo osądzić Pani sytuację małżeńską
jako zupełnie normalną, a stanowisko Kościoła jako mało uzasadnione. Poza wia-
rą nie jest też żadną dolegliwością odsunięcie od sakramentów. Zatem jeśli ktoś z
pozycji niewiary krytykuje stanowisko Kościoła w sprawach małżeńskich, to wy-
daje mi się, że jest to wsadzanie nosa do cudzego prosa i miałbym ochotę zapropo-
nować takiemu panu rozmowę raczej na jakiś inny temat.

Spróbujmy zatem spojrzeć na Pani sytuację w duchu wiary. Pyta Pani, co takiego
daje ślub kościelny. Proszę Pani, małżeństwo jest to jeden z najważniejszych wy-
miarów życia ludzkiego, a przez sakrament cały ten wymiar zostaje otwarty na
obecność i łaskę Chrystusa, naszego Pana i Zbawiciela. Żywa wiara po prostu nie
wyobraża sobie, żeby coś tak istotnego jak własne małżeństwo i rodzinę budować
poza Chrystusem. To, że Pani – proszę się nie pogniewać, że mówię prosto z mostu
– sześć lat temu umiała to sobie wyobrazić, świadczy o jakiejś słabości w wierze i
oby Pani to, kiedyś przynajmniej, uznała i starała się za to Pana Jezusa przeprosić.

Powyższy punkt widzenia spotyka się często z następującym zarzutem: często mał-
żeństwa ze ślubem kościelnym żyją gorzej niż małżeństwa tylko cywilne! Oczywi-
ście, to prawda, ale jest to zarzut nie przeciwko wartości sakramentu, ale przeciw-
ko ludzkiemu grzechowi, który potrafi zmarnować nawet łaskę sakramentalną.

Czasem też ludzie, którzy zaczynali bez ślubu kościelnego i po paru latach decy-
dują się na ten sakrament, nie mogą zrozumieć, co było złego w ich związku. Tu
warto przypomnieć, że Kościół uznaje godność i pełnoprawność małżeństw ludzi
nie ochrzczonych, jeśli zostały zawarte zgodnie z obyczajem obowiązującym w
ich społeczności. Natomiast związkowi osób ochrzczonych i wierzących, który nie
jest związkiem sakramentalnym, wiara zarzuca to przede wszystkim, że oto chrze-
ścijanie zakładają rodzinę, a nie chcą, żeby w ich rodzinie zamieszkał Chrystus.
Choćby ten związek, biorąc po ludzku, był najpiękniejszy, to jednak wciąż jeszcze
jest zamknięty w wymiarach tego świata, Chrystus nie uczynił go jeszcze wartym
życia wiecznego.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 168


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Oczywiście, Pani sytuacja jest inna. Pani zapewne bardzo by chciała przystąpić
do ślubu kościelnego, ale jest to niemożliwe, gdyż Pani partner jest już związa-
ny węzłem sakramentalnym. Stanowisko Kościoła w tym względzie spotyka się z
licznymi krytykami. Czy można jednak czynić Kościołowi zarzut z tego, że wierzy
prawdziwie w Chrystusa Syna Bożego i że Pismo Święte czyta jako słowo Boże, a
więc jako normę postępowania dla wierzących w Chrystusa?

Przecież Pan Jezus uczył wyraźnie: „Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypad-
kiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, do-
puszcza się cudzołóstwa” (Mt 5,35). Zauważmy, że związek, który nie jest prawdzi-
wym małżeństwem, Pan Jezus nazywa tu bardzo ostro „nierządem”. Kiedyś równie
ostro powiedział Samarytance: „Ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem” (J
4,18). Z tą samą jasnością nauczał Apostoł Paweł: „Uchodzić będzie za cudzołoż-
ną, ta, która za życia swego męża przebywa z innym mężczyzną. Jeśli jednak umrze
jej mąż, wolna jest od tego prawa, tak iż nie jest cudzołożną przebywając z innym
mężczyzną” (Rz 7,3; por. 1 Kor 7,39). To samo oczywiście dotyczy męża. A gdzie
indziej powiada Apostoł Paweł: „Żona niech nie odchodzi od swego męża. Gdyby
zaś odeszła, niech pozostanie samotną albo niech się pojedna ze swym mężem.
Mąż również niech nie oddala żony” (1 Kor 7,l0n).

Wiem, że Panią bolą te słowa, ale lepiej, żeby słowo Boże człowieka zraniło, niż
szukać mądrości życiowej wbrew Panu Jezusowi. Lepiej uznać, że moja sytuacja
życiowa jest niezgodna z wolą Bożą, niż wytłumaczyć sobie, że ja jestem w porząd-
ku, tylko zacofany Kościół nie idzie z duchem czasu. Owce Dobrego Pasterza wie-
dzą, czego On naucza, „ponieważ głos Jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą,
lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych” (J 10,4n).

Niech Pani sobie przypomni poruszającą scenę, zapisaną pod koniec szóstego roz-
działu Ewangelii według św. Jana. Oto Pan Jezus wygłosił jedną ze swoich twar-
dych nauk i nawet „wielu uczniów od Niego odeszło i odtąd już z Nim nie cho-
dziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział
Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A
myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6,66–69).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? 169


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Przed Panią stanęła pokusa – jakżeż zrozumiała! – żeby odrzucić naukę Pana Jezu-
sa o małżeństwie. On oczywiście swojej nauki nie zmieni, pyta tylko Panią: „Tylu
już odeszło ode Mnie z powodu tej nauki, może i ty chcesz odejść?” Niech Mu
Pani odpowie, choćby przez łzy: „Panie, do kogóż ja pójdę? Ty masz słowa życia
wiecznego! A ja poznałam i uwierzyłam, że Ty jesteś Synem Bożym i moim Zba-
wicielem!”

Jak to praktycznie może się wyrazić? Najpierw niech Pani uzna, że w tym konflik-
cie między Panią a Panem Jezusem On ma rację, a nie Pani. I niech się Pani tym
bardziej stara być gorliwą w wierze i w czynieniu dobra, zwłaszcza że nie wol-
no jeszcze Pani przystępować do sakramentów. A może wręcz dane będzie Pani
ustrzec kogoś przed wejściem w tę sytuację, która przyczynia Pani tyle zgryzoty.

Czy są jakieś szanse po temu, żeby już teraz pojednać się z Bogiem i móc przy-
stępować do sakramentów? Najprościej by było, gdyby również Pani partner zo-
baczył Waszą sytuację w świetle wiary. Wówczas bowiem – przy obopólnym zro-
zumieniu, o co tu chodzi – podjęlibyście decyzję bądź rozstania, bądź, jeśli macie
już dzieci, wspólnego życia jak brat z siostrą. Jeśli tylko zrozumiecie religijny sens
takiej decyzji, Wasze pojednanie z Bogiem będzie ponadobfitą nagrodą za wszyst-
kie trudności, jakie przy tej okazji trzeba będzie pokonać.

Sprawa się komplikuje, kiedy tylko jedna ze stron skłonna jest do decyzji w duchu
wiary. Ogólnie nie da się tu chyba nic poradzić, trzeba by dopiero szczegółowo
wnikać w każdą taką sytuację odrębnie. Wierzę jednak głęboko że nawet wów-
czas istnieje możliwość szybkiego pojednania z Panem Bogiem, i to oczywiście
w taki sposób, żeby się to nie łączyło z krzywdą partnera, a tym bardziej dzieci.
Żeby wszakże w tak trudnej sytuacji znaleźć rozwiązanie, trzeba go pragnąć bar-
dzo mocno.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Poczucie wstydu 170


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Poczucie wstydu
Dyskutowaliśmy w naszej młodzieżowej grupie na temat, co wspólnego ma wstyd z moralno-
ścią. Jedni twierdzili, że są to związki czysto przypadkowe: ktoś na przykład wstydzi się tego,
że pochodzi ze wsi albo że ma pryszcza na nosie, lub – za przeproszeniem – zaburczało mu
w brzuchu; a jeśli wstydzimy się zła, to też z tym nie jest tak prosto, bo czasem człowiek mało
się przejmuje wielkim świństwem, a rumieniec wstydu obleje go z powodu małego grzeszku.
Strona przeciwna zarzucała nam, że skupiamy się na przykładach z marginesu, bo w istocie
rzeczy poczucie wstydu chroni człowieka przed nagannym postępowaniem. Zaplątaliśmy się
w tej dyskusji i w końcu postanowiliśmy zwrócić się do Ojca z prośbą o zabranie głosu na ten
temat.

Zapewne podczas Waszej dyskusji zadawaliście sobie również pytania, na czym


polega wstyd fałszywy, a na czym pruderia, co to jest bezwstyd i dlaczego wstydzi-
my się niekiedy również za innych. Być może uświadomiliście sobie także, iż wsty-
dzimy się wobec innych, ale również wobec samych siebie i wobec Boga. Problem
jest rzeczywiście bogaty i złożony.

Cały ten bogaty rozgardiasz da się stosunkowo łatwo uporządkować, jeśli uświa-
domimy sobie fundamentalną celowość poczucia wstydu. Otóż wstydzimy się
wszystkiego, co obiektywnie lub w oczach drugiego, albo też tylko w moim wła-
snym mniemaniu – pomniejsza moją wartość i godność; wszystkiego, co czyni
mnie niegodnym szacunku lub śmiesznym. Właśnie dlatego wstydzimy się rów-
nież rzeczy moralnie neutralnych, na przykład gospodyni wstydzi się z powodu
przesolonej zupy, a chłopakowi wstyd, że jego dziewczynie brakuje dwóch przed-
nich zębów. Z tego samego powodu staram się ukryć braki mojej urody, niektóre
czynności fizjologiczne, brak towarzyskiej ogłady itp., wydobywam zaś na jaw te
swoje cechy i umiejętności, które – jak sądzę – przedstawią mnie w korzystnym
świetle albo przynajmniej pozwolą mi zginąć w tłumie i nie wyróżniać się nega-
tywnie.

Jednak rzeczy moralnie neutralnych prawie nie wstydzimy się wobec swoich naj-
bliższych. Wobec mojej matki, żony czy dziecka nie wstydzę się, że jestem rano nie
ogolony ani moich nóg cienkich jak patyki, ani łaty na mojej koszuli. Te okolicz-
ności nie poniżają mnie bowiem w oczach moich najbliższych; moja godność nie
ucierpi na tym, że dzieci zobaczą mnie w połatanej koszuli.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Poczucie wstydu 171


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Wstyd szczególnie powinien nas bronić przed postawami i postępkami nagannymi


moralnie. Bo złe czyny i postawy szczególnie uderzają w naszą godność. Dlaczego
jednak małe zło bardziej nas czasem zawstydza niż zło niewspółmiernie większe?
Ktoś wstydzi się (słusznie zresztą) wylegiwać leniwie w łóżku, a nie wstydzi się
brutalnie walczyć o swoje, nie zważając na cudzą krzywdę. Ktoś inny zapadłby
się pod ziemię ze wstydu, kiedy go przyłapią na kradzieży pęczka rzodkiewek, a
nie wstydzi się porzucić żony z małymi dziećmi. Jeszcze inny wstydzi się (chwała
Bogu!) siedzieć w tramwaju, kiedy obok stoi staruszka, a nie wstyd mu rodzonej
matki wypędzić do domu starców. Jak wytłumaczyć ten brak proporcji między po-
czuciem wstydu a obiektywnym powodem do wstydu?

Na tym właśnie polega bezwstyd: że ktoś nie wstydzi się tego, czego wstydzić się
powinien. Bezwstyd zwykle bierze się stąd, że człowiek zatracił prawdziwe po-
czucie godności: nie umie już wstydzić się swoich grzechów ani wobec siebie, ani
wobec Pana Boga. Co najwyżej, wstydzi się jeszcze wobec innych ludzi – ale tyl-
ko tego, czego nie da się przed nimi ukryć, i tylko tego, co ludzie uważają za zło.
Dlaczego mam się wstydzić gangsterstwa w drodze do kariery, jeśli po osiągnięciu
sukcesu nie tylko nie grozi mi pogarda, ale przeciwnie, stanę się przedmiotem po-
dziwu, nadskakiwań i zazdrości? Co to za wstyd porzucić żonę i dzieci, jeśli to nie
podoba się tylko ludziom, na których opinii mi nie zależy?

Widzimy więc, że zdolność do wstydu, tak jak każdy inny dar Stwórcy, wymaga
pracy duchowej, aby nie uległa wynaturzeniu i przyniosła właściwe sobie owo-
ce. Ponieważ istota mojej godności leży we mnie a nie w oczach moich bliźnich,
pierwszą i podstawową formą bezwstydu powinien być wstyd wobec samego sie-
bie i wobec Pana Boga. Zaś głównym powodem wstydu powinno być to wszystko,
co może obrazić lub już obraża moją godność. Wstyd wobec bliźnich jest dopiero
następną, pomocniczą zaporą przed złem, jakie mógłbym popełnić.

A my często wstydzimy się wyłącznie przed ludźmi, i to jedynie przed tymi, któ-
rych znamy i na których nam zależy. Podam przykład. Jestem urzędnikiem i bar-
dzo niegrzecznie załatwiam swoich klientów albo niemiłosiernie rozpycham się
łokciami, żeby tylko dostać się do autobusu – i nagle spostrzegam, że patrzy na
mnie mój znajomy, który może nie wyobrażał mnie sobie w tak niechlubnej roli.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Poczucie wstydu 172


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Robi mi się głupio i zaczynam wychodzić ze skóry, żeby jakoś zatrzeć złe wrażenie,
jakie zrobiłem. O czym świadczy ta sytuacja? Czyżby tylko ludzka opinia była kry-
terium moralności mojego postępowania?

Mój bezwstyd może się posunąć tak daleko, że nie krępuję się czynić zła nawet w
obecności najbliższej sobie osoby, zwłaszcza jeśli ona jest równie bezwstydna jak
ja. Św. Augustyn słusznie chyba mówił, że bezwstydne traktowanie żony jest więk-
szym jeszcze grzechem niż takie samo zachowanie się wobec prostytutki. To na-
prawdę dużo większa demoralizacja, niż niekiedy się nam wydaje – z własnej żony
czynić przedmiot użycia. Albo wspólnie z najbliższymi sobie ludźmi zastawiać si-
dła na bliźniego. Albo obmyślać kłamstwo wspólnie z przyjacielem. Jeśli nawet
obecność najbliższych nie onieśmiela mnie w czynieniu zła, jest to znak, że ostatni
już wał przeciwpowodziowy został w moim sumieniu uszkodzony.

Jeśli człowiek sam nie wstydzi się swojego zła, ale wstydzi się go wobec ludzi, po-
pada zwykle w pruderię i przedmiotem jego głównej troski stają się pozory. Sam
wstyd wobec ludzi – to zazwyczaj motyw zbyt słaby, żeby zmieniać istotnie swoją
moralną postawę. Wobec tego człowiek pozostaje wewnątrz bezwstydnikiem, a na
zewnątrz – czasem nawet we własnym mniemaniu – stara się uchodzić za kogoś
przyzwoitego. Na przykład nieuczciwy rzemieślnik udaje życzliwość wobec klien-
tów, a w rzeczywistości niemiłosiernie ich obdziera. Chłopak szepce dziewczynie
piękne słówka o miłości, a bardziej chodzi mu o to, żeby zaspokoić swoją „potrze-
bę seksualną”. Zadawaną zaś komuś krzywdę często tłumaczymy, że „to dla jego
dobra”. Kiedy indziej gorszymy się cudzą niemoralnością, a jednocześnie sami nie
jesteśmy lepsi, tyle tylko, że lepiej potrafimy się ukryć ze swoimi grzechami. De-
nerwuje nas cudze brakoróbstwo, zwłaszcza jeśli padamy jego ofiarą, ale to nie
przeszkadza nam swoich własnych obowiązków wypełniać byle jak. Otóż każdy
bezwstyd wymaga takiego otrzeźwienia, przejrzenia, nawrócenia, o jakim wspo-
mina Apostoł Paweł: „Jaki pożytek mieliście z tych czynów, których się teraz wsty-
dzicie? Przecież końcem ich jest śmierć” (Rz 6,21).

Wspomnijmy jeszcze o jednym, bardzo szczególnym rodzaju wstydu: niekiedy jak-


by wstydzimy się dobra, które czynimy. Wstyd ten co najwyżej drugorzędnie pły-
nie z obawy, że może być ono źle zrozumiane i ludzie posądzą mnie o faryzejskie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Poczucie wstydu 173


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

obnoszenie się ze swoimi cnotami. Wstydliwe ukrywanie się z dobrem wynika


raczej z przekonania, że moje dobro zbyt dobrze by o mnie świadczyło, bo w rze-
czywistości jest we mnie zbyt wiele ciemnych stron, których ludzie we mnie nie
widzą. Ponadto mamy słuszną chyba intuicję, że dobro, zbyt jawnie wystawione na
widok, jakby więdnie. Sam Pan Jezus nakazywał nam przecież, „abyśmy sprawie-
dliwości naszej nie czynili przed ludźmi po to, żeby nas ludzie widzieli” (Mt 6,1).

Istnieje również wstyd fałszywy. Św. Paweł wdzięczny był Onezyforowi, że „się
kajdanów jego nie wstydził” (por. 2 Tm 1,16). Przed wstydem zaliczenia do prze-
stępców z powodu wierności dobru przestrzegał Apostoł Piotr: „Nikt z was niech
nie cierpi jako morderca albo złodziej, albo złoczyńca, albo jako nieuczciwy za-
rządca. Jeśli jednak cierpi jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, ale niech Boga
wychwala w tym imieniu” (1 P 4,15n). Tak samo rodzice nie powinni się wstydzić
swojego upośledzonego dziecka, bo tylko wtedy ich poświęcenie, pełne szacunku
dla człowieczej godności dziecka, stanie się ważną lekcją człowieczeństwa dla wie-
lu postronnych świadków ich nieszczęścia. Również w wielodzietności doprawdy
nie ma nic wstydliwego. Na szczęście mijają zresztą już złe czasy, kiedy opinia spo-
łeczna piętnowała wielodzietność niemal jak przestępstwo, a rodzice, obarczeni
gromadką dzieci, musieli znosić ironiczne uśmieszki i niewybredne epitety.

Na koniec postawmy pytanie szczególnie ważne: Czy my jeszcze umiemy z powo-


du naszego zła wstydzić się wobec Boga? Czy w momentach, kiedy uświadamia-
my sobie bezsens naszych bezbożnych nadziei, jesteśmy zdolni „zawstydzić się
jak złodziej, którego złapano na gorącym uczynku” (Jr 2,26)? Czy ktoś modli się
dzisiaj w imieniu całej ludzkości w duchu modlitwy Ezdraszowej: „Boże mój, bar-
dzo się wstydzę podnieść oblicze swoje do Ciebie, albowiem przestępstwa nasze
wzrosły powyżej głowy, a wina nasza sięga aż do nieba”? (Ezd 9,6) Niestety, często
nawet nasze modlitwy są bezwstydne: „Bo ten niebacznie i bez wstydu prosi, który
rzeczy przeciwne swej prośbie czyni... Gdy kto prosił do siebie przyjaciela, a jego
by u siebie nieprzyjaciela przechowywał, azali by wstyd miał i uprzejmość w proś-
bie swojej?” – pytał ksiądz Skarga w pierwszym Kazaniu Sejmowym.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralna ocena przyjemności 174


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Moralna ocena przyjemności


Czy to jest złe, że ludzie szukają przyjemności? Bo jeśli jest w tym coś złego, niech Kościół
mówi o tym wyraźnie, a jeśli nic złego w tym nie ma, to skąd się wzięła ta potępiająca aura
wokół samej idei szukania przyjemności?

Różne bywają ludzkie przyjemności. Jednemu jest przyjemnie, kiedy dobrze o nim
mówią, drugi znajduje przyjemność w tym, że ludzie się go boją. Jeden z lubością
przegląda pęczniejącą książeczkę PKO, inny znów ma przyjemność w wydawaniu.
Ktoś cały urlop najchętniej spędziłby na leżaku, a jego kolega bierze taternicki
ekwipunek i drapie się tam, gdzie go nie swędzi. Jeden wysoko sobie ceni przyjem-
ności łoża albo stołu, drugiego upajają raczej codzienne zwycięstwa nad niższymi
pragnieniami.

Spróbujmy określić przyjemność następująco: jest to przeżycie, towarzyszące po-


siadaniu jakiegoś dobra. Toteż jakie dobro – taka przyjemność. Jeśli dobro jest
względne, względna będzie również przyjemność z jego posiadania: jeden lubi
czytać poezje, a drugi kryminały, jednemu smakują bażanty, a drugiemu kapusta.
Dobro cielesne rodzi cielesną przyjemność, duchowe – duchową. Jeśli dobro jest
okaleczone, również przyjemności będzie czegoś brak: inaczej cieszy się ze zdane-
go egzaminu student, któremu udało się nawiązać z profesorem partnerską roz-
mowę, inaczej taki, któremu postawiono pozytywny stopień z litości. Dobro może
być również zatrute, wówczas i o przyjemności nie da się powiedzieć, że jest zdro-
wa: działania płynące z zemsty, rozpusty, nienawiści mogą przynieść człowiekowi
jedynie brudną przyjemność.

Użyliśmy przed chwilą takich sformułowań, jak „zatrute dobro”, „niezdrowa, brud-
na przyjemność”. Ktoś mógłby zarzucić, że określeniom tym brak rzeczowości, że
wyrażają one jedynie subiektywne, emocjonalne nastawienie tego, kto takich ter-
minów używa. Żeby nie narażać się na ten zarzut, spróbujmy konkretnie określić,
kiedy dobro jest „zatrute”, kiedy przyjemność jest „niezdrowa” i „brudna”.

Zacznijmy od banalnego stwierdzenia, że wszystko, co jest w człowieku, jest otwar-


te na coś od siebie wyższego, co ma moc sobą przesycać i przemieniać. Zmysły
ludzkie są otwarte na ducha, duch jest otwarty na Boga i płynącą od Niego moc.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralna ocena przyjemności 175


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jeśli powiemy, że człowiek ma zmysły, tak samo jak zwierzęta, jest to tylko część
prawdy. Bo chociaż pod względem materialnym zwierzęta mogą cieszyć się na-
wet doskonalszymi zmysłami niż człowiek, to przecież tylko zmysły człowieka są
otwarte na wymiar duchowy. Jastrząb ma oczy dużo bystrzejsze niż człowiek, ale
jeden tylko człowiek może swoimi oczyma zobaczyć kogoś potrzebującego po-
mocy, rozpoznać błogosławioną moc dobra i ciemną potęgę zła, dostrzegać Bożą
obecność.

Wszystko w człowieku dąży do przekraczania siebie: potrzeby biologiczne nie są


wyłącznie biologicznymi, stany psychiczne wychodzą poza sferę psychiki, więzi
socjologiczne mają tendencję do wyrażania się w relacjach międzyosobowych, a
tych nie da się przecież sprowadzić do samej tylko socjologii. Nawet rozum, ta
szczególnie szlachetna cząstka naszego człowieczeństwa, jest zwrócony ku cze-
muś, co go przewyższa i właśnie dlatego nie cofa się przed zgłębianiem tajemnic,
których do końca nigdy nie zgłębi.

Zarazem jest w człowieku tendencja odwrotna: do zamykania w sobie owych


wyjść ku transcendencji. Jeśli więc nasze potrzeby biologiczne potraktujemy jako
wyłącznie biologiczne, to zamiast pobudzać nas do pracy na rzecz wzajemnej soli-
darności, będą one powodem coraz to nowej walki o byt; zamiast przyczyniać się
do budowania miłości, będą nośnikami wzajemnej pogardy. Jeśli nie zauważymy
transcendowania naszej psychiki ponad samą siebie, łatwo różne determinanty,
które wyznaczają przestrzeń naszej wolności, uznać za mechanizmy determinu-
jące i w ogóle utracić wiarę w możliwość bycia wolnym. Jeśli socjologię człowieka
zechcemy interpretować w kategoriach wyłącznie socjologicznych, zapominamy
w ten sposób o tym, że człowiek jest osobą, a takie przeoczenie musi rodzić krzyw-
dę i nieszczęścia. Z kolei rozum, jeśli pozamyka swoje wyjścia w sferę, która go
przekracza, może stać się niezdolny do samego nawet postawienia pytań egzysten-
cjalnie najważniejszych.

Otóż co się dzieje, jeśli, zdobywając pożądane wartości, próbujemy je zamknąć


w sobie, usuwamy ich otwarcie ku temu, co wyższe? Wartości te ulegają stopnio-
wemu wynaturzeniu, zaczynają się niejako rozkładać, zaś produkty ich własnego
rozpadu zatruwają je coraz więcej. W tym właśnie sensie dobro bywa „zatrute”, a
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralna ocena przyjemności 176


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

przyjemność „brudna”, przy czym stopień zatrucia zależy od rodzaju zamknięcia.


Przyjemność płynąca z rozpusty jest wyjątkowo brudna, bo sferę wartości sek-
sualnych odcięto tu niemal zupełnie od jej odniesień osobowych. Brudem może
być skażone jednak nawet współżycie małżeńskie, jeśli nie dość jest otwarte na tę
miłość, która jest większa niż śmierć, albo jeśli pozytywnie wyklucza samą nawet
możliwość poczęcia nowego życia. Brudna może być zarówno chęć zysku, jak i
radość z jego osiągnięcia – bo choć musimy pracować dla zarobku, interes nie
powinien być naszym celem ostatecznym. Nawet pożądanie prawdy i przyjem-
ność jej zdobywania może ulec zatruciu – jeśli szukamy prawdy przeciwko komuś
albo jakąś prawdę cząstkową usiłujemy absolutyzować i przeciwstawiać prawdzie
o większym stopniu powszechności.

Brudne przyjemności zwykle się przejadają i zostawiają po sobie niesmak. „To


wszystko nie cieszy” – słyszy się od ludzi, którym udało się zdobyć rzeczy, o jakich
większość nie może nawet marzyć. Bo żadne luksusy ani sława czy władza, ani
wymyślne rozrywki nie wypełnią braku miłości ani nie zagłuszą na dłuższą metę
poczucia bezsensu. Proste jedzenie daleko bardziej smakuje człowiekowi uczciwe-
mu, aniżeli wyszukane potrawy komuś, kto zapomniał, po co żyje. Nasza zdolność
do odczuwania przyjemności pochodzi od Tego, który obdarza nas rozmaitymi
dobrami, ale będzie nas ona pchać do samozniszczenia, jeśli zagubimy obiektywną
hierarchię dóbr.

Jeśli jednak tak się rzeczy mają – to znaczy jeśli przyjemność brudna zwykle koń-
czy się niesmakiem, a prawdziwego smaku życia nie da się zakosztować w mo-
ralnym nieporządku – to dlaczego tak nas ciągnie do różnego rodzaju brudnych
przyjemności? Na to można odpowiedzieć paru innymi pytaniami: Dlaczego fa-
scynuje nas raczej potęga pieniądza lub przemocy, aniżeli ta potęga, która zwycię-
ża nawet śmierć, a której na imię miłość? Dlaczego wolność kojarzy nam się raczej
z prawem do czynienia zła aniżeli z wyzwalaniem w sobie nie rozbudzonych jesz-
cze zdolności do dobrego? Dlaczego nasza człowiecza godność tak często mniej
dla nas znaczy aniżeli ludzka opinia, kariera, wygoda? Po prostu tak już z nami
jest, że od mądrości nam się nie przelewa, i to jest chyba główną przyczyną, że tak
łatwo ulegamy kłamstwom szatana.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralna ocena przyjemności 177


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Postawmy jeszcze jedno pytanie: Czy wolno nam szukać takich przyjemności, któ-
re płyną z prawdziwego dobra? Na pewno wolno nam się nimi cieszyć i dziękować
za nie Stwórcy. Czy jednak wolno ich szukać? W każdym razie uważajmy, żeby nie
postawić sprawy na głowie. Nie dlatego przyjaciel jest mi bliski, że przebywanie
z nim sprawia mi przyjemność, ale dlatego jest mi z nim przyjemnie, że jest mi
on tak bliski. Nie po to też studiuję, aby otrzymać dyplom: dyplom będzie jedy-
nie urzędowym potwierdzeniem, że czasu na studiach nie marnowałem. Podobnie
rzecz się ma z dobrem i wynikającą z niego przyjemnością. Powinniśmy szukać
przede wszystkim dobra, przyjemność pojawi się niejako automatycznie.

Bywa jednak, że człowiek czyni dobro, gdyż pociąga go jego smak. Nie ma w tej
postawie nic złego, choć jest to jeszcze podejście niedojrzałe. Zapewne przyjdą
jeszcze w życiu tego człowieka chwile błogosławionej ciemności, kiedy dobro nie
będzie go pociągało. Jeśli pozostanie wówczas wierny dobru, dozna oczyszczenia,
a jego dobra postawa zostanie utrwalona. Bo dobro jest dobrem niezależnie od
tego, czy dane jest nam zaznawać jego smaku. Podobnie jak zło jest złem niezależ-
nie od tego, czy towarzyszy mu jakaś brudna przyjemność.

Niekiedy nawet nasze przebywanie z Bogiem jest w Piśmie Świętym przedstawia-


ne w kategoriach przyjemności: „Skosztujcie i zobaczcie, jak słodki jest Pan” (Ps
34,9; por. 1 P 2,3). Powiedzieliśmy wyżej, że jakie dobro – taka przyjemność. Prze-
bywanie z Bogiem jest najwyższym i ostatecznym dobrem człowieka, dlatego nie
ma większej i prawdziwszej radości niż ta, która płynie z uczestnictwa w miłości
Bożej. Częściowo już na tej ziemi jest nam ona dostępna, lecz „jak wielkie rzeczy
przygotował Bóg tym, którzy Go miłują – tego ani oko nie widziało, ani ucho nie
słyszało, ani serce nie zdoła pojąć” (1 Kor 2,9). Ale prawdę mówiąc – choć brzmi
to paradoksalnie – nie dla szczęścia wiecznego zostaliśmy stworzeni. Bóg stworzył
nas dla siebie, chce na wieki związać się z nami miłością. Szczęście wieczne będzie
tylko owocem naszego uczestnictwa w Tym, który jest Dobrem ostatecznym i na-
szym Ojcem.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy dobro mierzy się stopniem trudności? 178


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Czy dobro mierzy się stopniem trudności?


Czy ten, kto ma trudniejsze życie, ma większe szanse osiągnięcia świętości, niż ten, komu
wszystko idzie łatwo? Jeśli to prawda, nie jest to prawda radosna. Ale coś w tym chyba jest,
bo ciężka szkoła życiowa zwykle uszlachetnia ludzi.

Co to w ogóle jest trudność? Przyjmijmy roboczo następujące określenie: Trud-


ność jest sygnałem, że zbliżamy się do granic naszych możliwości, wskazuje na
ograniczoność naszej ludzkiej kondycji.

Zwróćmy jeszcze uwagę na to, że trudność jest czymś względnym. Dziecko całe się
zasapie przy stawianiu niezgrabnych literek, dla pisarza rzeczą trudną będzie do-
piero napisanie dobrej powieści. Człowiekowi choremu trudno wejść na pierwsze
piętro, dla wybitnego alpinisty zdobycie Mont Everestu leży jeszcze w granicach
możliwości. Natomiast to co przekracza możliwości, nie jest rzeczą trudną, ale nie-
możliwą: w ten sposób na przykład zdobycie Mont Everestu dla większości ludzi
przekracza granice możliwości. Jak wynika chociażby z powyższych przykładów,
trudność nie zawiera w sobie koniecznie relacji do dobra. Co więcej, czynienie zła
też bywa często trudne, bo też może ocierać się o granice ludzkich możliwości.
Zapewne niełatwo być na przykład gangsterem: nie jeden raz trzeba się dobrze
napocić, nie dospać, najeść się strachu, ryzykować.

Podsumujmy te parę refleksji: Trudność jest jakby pasem granicznym naszego


ludzkiego usytuowania. Trudność sygnalizuje kres naszych możliwości fizycznych,
umysłowych, moralnych, także naszych możliwości czynienia zła. Na ten sygnał
człowiek może zareagować podwójnie: może się pogodzić z takim usytuowaniem,
ale może też próbować go przekroczyć. Tak czy inaczej, okazuje się, że nasze usy-
tuowanie w rzeczywistości podlega zmianom. Jeśli zdecyduję się pokonać trud-
ności, przesuwam granice swoich możliwości; mogę nawet nabrać wprawy i to, co
niedawno sprawiało mi trudności, dziś przychodzi mi z łatwością. Jeśli cofnę się
przed trudnością, granica moich możliwości rzadko pozostaje na starym miejscu,
zwykle się kurczy. Nie tylko w biologii nie używany organ ulega atrofii.

Teraz dopiero, na bazie tych ustaleń, przystąpmy do refleksji moralnej. Naczelna


zasada moralna głosi, że dobro należy czynić, zła należy unikać. Jak widzieliśmy,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy dobro mierzy się stopniem trudności? 179


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ludzkie możliwości czynienia zarówno dobra, jak i zła mają swoje granice i właśnie
trudności wykreślają granice naszego usytuowania w rzeczywistości. Z naczelnej
zasady moralnej wynika więc, że powinniśmy rozszerzać swoje możliwości czy-
nienia dobra, zmniejszać zaś samą możliwość czynienia zła. Innymi słowy, trud-
ności, które przeszkadzają nam czynić dobro, powinniśmy pokonywać, natomiast
należy zachować i powiększać trudności, przeszkadzające nam czynić zło. Z zanie-
chaniem zła nie wolno nam zresztą czekać do momentu, kiedy ono zaczyna być
trudne. Ze złem należy walczyć w ogóle, również wówczas, kiedy nasza zatruta
grzechem natura wyciąga ku niemu swoje obie ręce. W ten sposób granice naszych
złych możliwości będą się kurczyć i zło, którego pierwotnie nasza stara natura po-
żądała, będzie stopniowo usuwało się poza granice naszych możliwości.

Czy dobro, którego człowiek dokonuje, przełamując duże trudności, ma większą


wartość moralną, niż dobro, które nam przychodzi z łatwością? Otóż powiedz-
my sobie jasno: Wartość moralną ludzkiego czynu mierzy się wielkością dobra,
a nie wielkością pokonanych trudności. Zdarza się przecież, że nasze trudności
w czynieniu dobra są zawinione. Jeśli pijak musi dokonać olbrzymiego wysiłku
moralnego, żeby nie wstąpić do karczmy i się nie upić, należy pomagać mu, aby
nie ulegał pokusie, i cieszyć się wraz z nim z jego zwycięstwa – ale nazwę czy-
nu heroicznego zachowajmy dla innych ludzkich dokonań. Jest moim moralnym
obowiązkiem pokonywać trudności, wynikające z nałogu, w jaki popadłem; w ten
sposób odzyskuję te możliwości moralne, które utraciłem przez nałóg. Zarazem
jednak, gdybym na siebie tych trudności nie sprowadził, swoją energię moralną
mógłbym użyć do osiągania wznioślejszych celów niż wyjście z nałogu.

Może się zdarzyć jeszcze gorzej: Trudność w czynieniu dobra jest nie tyle skutkiem
grzechów popełnianych dawniej, ale wynika z grzeszności mojego obecnego na-
stawienia. Na przykład sędzia z Ewangelii nie miał ochoty zająć się sprawiedliwie
sprawą ubogiej wdowy; kiedy ta jednak mu się naprzykrzała, ustąpił i – choć z
ociąganiem – wziął ją w obronę. Przecież nieporównanie większą wartość moralną
miałaby inna jego postawa: gdyby swój obowiązek obrony pokrzywdzonej spełnił
spontanicznie i bez pokonywania swojego lenistwa.

Ewangeliczny sędzia wskazuje negatywnie na pewną prawdę, o której jeszcze nie


mówiliśmy: że trudności w czynieniu dobra pokonuje się nie tylko wysiłkiem
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy dobro mierzy się stopniem trudności? 180


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

moralnym, przezwyciężaniem siebie, ale również – to jest szczególnie wspaniałe


– miłością. Sędziemu trudno było wypełnić swój obowiązek, bo zabrakło w nim
nawet tego minimum miłości bliźniego, bez którego nie sposób być sprawiedli-
wym człowiekiem. Zdarza się również odwrotnie: że miłość, mieszkająca w czło-
wieku, osiąga jakieś jakby niedostępne przeciętnym ludziom maksimum i sprawia,
że najtrudniejsze rzeczy stają się jakby łatwe. Co więcej, uzdalnia człowieka do
podejmowania rzeczy niemożliwych – i okazuje się wówczas, że przecież było to
możliwe.

Powtórzmy jeszcze raz: Wielkość dobra, a nie trud włożony w pokonywanie prze-
szkód, jest miarą wartości moralnej naszych czynów. Żeby zobrazować tę zasadę,
uciekano się niekiedy do środków paradoksalnych. Przeczytałem kiedyś w jakiejś
pobożnej książce, że ugotowanie jednego obiadu przez Matkę Bożą miało w obli-
czu Boga większą wartość niż męczeństwo św. Wawrzyńca. Jak wiadomo, trudno
sobie wyobrazić bardziej okropną śmierć niż tę, którą zadano św. Wawrzyńcowi:
palono go na wolnym ogniu, on zaś nie tylko wytrwał w wierze, ale stać go było
jeszcze na żarty. Przyznaję słuszność przytoczonemu z pobożnej książki zdaniu:
bo niewyobrażalnie wielka była miłość męczennika Wawrzyńca i ona uzdolniła go
do straszliwego trudu męczeństwa, ale bez porównania większa była miłość, któ-
ra przenikała Matkę Zbawiciela. A wielka miłość nie tylko uzdalnia człowieka do
rzeczy przekraczających jego siły, ale jest ważniejsza niż wszelkie wielkie dzieła.

I tak doszliśmy do punktu, w którym refleksja moralna kończy się wezwaniem do


zaufania niepojętej Mądrości Bożej. Bo dlaczego jedni ludzie otrzymują w darze
od Boga większą miłość niż inni? Na to istnieje tylko jedna prawdziwa odpowiedź:
Mnie również Bóg chce obdarzać miłością i biada mi, gdybym zamknął się na ten
dar albo go zmarnował. Bo choćbym miał otrzymać od Boga najmniej ze wszyst-
kich ludzi, jest to dar niewyobrażalnie wspaniały i otrzymuję go jakby więcej, niż
mi go potrzeba.

Sądzę, że w powyższej perspektywie traci swoje ostrze zadane przez Panią pyta-
nie, dlaczego jedni ludzie zdają się mieć trudniejsze życie niż inni. Zapewne też
zgodzi się Pani ze mną, że „ciężka szkoła życiowa” bywa wprawdzie losem niektó-
rych ludzi, ale nie jest bynajmniej warunkiem dobrego przejścia przez życie. Co
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wolno łajdakowi nie podać ręki? 181


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

więcej, często sami sobie i sobie wzajemnie powiększamy trud życia i wówczas
właśnie moc Boża uzdalnia nas do tego, żeby w owej „ciężkiej szkole życiowej”, w
której tyle ciężaru z ludzkiej winy, człowiek się nie załamał, ale czegoś się w niej
nauczył.

Czy wolno łajdakowi nie podać ręki?


Istnieją różne tradycyjne sposoby moralnego potępienia za złe postępowanie. Na przykład
podlecowi szanujący się człowiek nie podaje ręki, nie mówiąc już o tym, że unika wszelkiego
z nim towarzystwa. Taka kara ma sens: jednych powstrzyma przed niegodziwym postęp-
kiem, innych może doprowadzi do opamiętania. Ale przecież polega ona na okazywaniu
komuś swojej pogardy. Czy da się to pogodzić z miłością bliźniego?

W momentach, kiedy trudno nam rozsądzić, czy dane postępowanie jest słuszne,
najlepiej spojrzeć na swoje wątpliwości w świetle Ewangelii. Otóż odpowiedzi na
Pańskie pytania Ewangelia każe szukać w przestrzeni wyznaczonej nakazem miło-
ści wszystkich, złoczyńców nie wyłączając. Pan Jezus uczył jednak miłości praw-
dziwej, a ta ma niewiele wspólnego z kultem bezkonfliktowości, z dążeniem za
wszelką cenę do spokojnych stosunków z innymi, nawet za cenę zgody na krzywdę
słabych i bezbronnych.

Przypomnijmy sobie, jak Pan Jezus odnosił się do złoczyńców. Przede wszystkim
nikomu nie okazywał pogardy. Pogarda polega na wykluczeniu (subiektywnym
oczywiście) kogoś z rodziny ludzkiej, dlatego jest nie do pogodzenia z miłością.
Miłość bowiem to uznanie, że ktoś jest wart tego, żeby go chcieć dla niego samego
– uznanie czynne, wyrażające się przekraczaniem własnego egoizmu, czyli życzli-
wością. Dlatego przedmiotem miłości może być tylko osoba, ktoś transcendentny
wobec wszelkich uwarunkowań, korzyści, ról społecznych, całej doczesności.

Otóż miłość wobec złoczyńców Pan Jezus okazywał różnie, zawsze jednak w taki
sposób, żeby im pomóc do odnalezienia samych siebie, do odzyskania utraco-
nej przez grzech ludzkiej godności. Złoczyńcom skruszonym okazywał szacunek
i dodawał otuchy: „I Ja ciebie nie potępiam; idź i więcej nie grzesz!” Judasza w
ostatniej jeszcze chwili chciał doprowadzić do opamiętania. Za własnych morder-
ców, nie zdających sobie sprawy i potworności dokonywanej zbrodni, Pan Jezus
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wolno łajdakowi nie podać ręki? 182


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

się modlił: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią!” Ludziom o sumieniach
uśpionych i zatwardziałych chciał pomóc przez ostre słowo nagany: „Plemię jasz-
czurcze!”, „Groby pobielane!” Raz nawet sięgnął po bicz, a bankierom powywracał
stoły. Najmocniejszy chyba środek zastosował wobec Heroda: milczał, a milczenie
Jego było tak wymowne, że dopiero urządzenie wrzaskliwego seansu pogardy po-
zwoliło Herodowi zagłuszyć budzące się sumienie.

Prawdziwa miłość nie cofa się przed zadaniem przykrości, ale po ten środek się-
ga z ociąganiem i stosuje go z ostrożnością, zawsze gotowa zrezygnować z niego,
gdyby miał spowodować więcej szkody niż pożytku. Miłość zadaje bowiem ból w
dokładnie odwrotnym celu, niż to czyni pogarda: nie chce wyłączyć złoczyńcy ze
wspólnoty osób zasługujących na szacunek, ale chce go właśnie do tej wspólnoty
przywrócić.

Więcej jeszcze, miłość chciałaby działać z pozycji jakiegoś jakby utożsamienia się
ze złoczyńcą. Św. Tomasz, w tekście poświęconym braterskiemu upomnieniu, wni-
kliwie zauważa, że „skoro człowiek powinien kochać bliźniego jak siebie samego,
to tak powinien poprawiać cudze grzechy i na nie się gniewać, jakby to były jego
własne. Jeżeli natomiast upomina z pychą, nie uznając swoich grzechów wówczas
sprowadza na siebie potępienie: Dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a bel-
ki we własnym oku nie widzisz?”

Ponadto w każdym złu, czynionym przez człowieka, nawet w zbrodni, jest jakaś
wina innych, również całego społeczeństwa. Rzecz jasna, nie wolno nam z tego po-
wodu pochopnie usprawiedliwiać złoczyńcy, bo to przecież właśnie on dopuścił się
danego złego czynu. Jednak nie próbujmy też przez potępienie złoczyńcy samemu
rozgrzeszać się od winy za zło dokonujące się w naszych społecznościach. Czymś
daleko lepszym niż usprawiedliwienie lub potępienie złoczyńcy będzie praca nad
tym, aby mógł on powrócić do prawdziwego człowieczeństwa.

Pyta Pan, czy wolno podlecowi nie podać ręki. To bardzo ciężka kara. Toteż trzeba
się dziesięć razy namyślić, zanim się ją zastosuje. Trzeba mieć całkowitą pewność,
że postępowanie bliźniego, które chcę w ten sposób ukarać, jest rzeczywiście łaj-
dackie – i że nie chodzi mi o osobiste odegranie się ani o ciemną chętkę poniżenia
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy wolno łajdakowi nie podać ręki? 183


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

bliźniego. Nawet jeśli ktoś zdecydował się już zastosować tę karę, to jeszcze niech
wzbudzi w sobie wątpliwości, czy wyczerpał już wszystkie dostępne środki i czy
nie pojawiły się jakieś okoliczności, które kazałyby się powstrzymać z urzeczywist-
nieniem tej decyzji.

Ewangelia dopuszcza jednak ukaranie bliźniego wyłączeniem z grona szanowa-


nych przeze mnie ludzi: „Gdy twój brat zawini przeciwko tobie, idź i upomnij go
w cztery oczy. Jeśli cię posłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie posłucha, weź
z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków
opierała się cała sprawa. Jeśli i tych nie posłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet
Kościoła nie posłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik” (Mt 18,15–17). Jeśli
jednak w ogóle jakieś okazanie pogardy wchodzi tu w rachubę, to może dotyczyć
ono jedynie złych czynów, nigdy samego człowieka. Tak drastyczne odcięcie się od
drugiego człowieka wówczas tylko jest uprawnione, jeśli chcemy go w ten sposób
odzyskać. Wyraźnie podkreśla to Apostoł Paweł, i to w momencie, kiedy problem
ten pojawił się przed nim bardzo praktycznie, mianowicie kiedy musiał eksko-
munikować jakiegoś kazirodcę: „W imię Pana naszego Jezusa, zszedłszy się przeto
razem wy z duchem moim i z mocą Pana naszego Jezusa, wydajcie takiego na za-
tracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pański” (1 Kor 5,4n).

Bardzo tego pilnujmy, aby nasze reakcje na zło płynęły z dobrych źródeł, a nie z
jakichś ciemnych namiętności. Ale czymś nie mniej ważnym jest rachowanie się
z sobą w sumieniu, czy ja przypadkiem nie grzeszę brakiem reakcji na zło. Nie na
każde zło muszę reagować. Obowiązek reagowania rośnie w miarę tego, im bli-
żej mnie dane zło się dzieje oraz im bardziej dotyka ono słabych i bezbronnych.
„Święty spokój”, w imię którego często pozwalamy panoszyć się złu i krzywdzić
niewinnych, wcale nie jest święty. Święty byłby wówczas, gdyby krzywda dotyczyła
nas samych, zaś innym wyjściem było większe jeszcze zło.

A może obciąża nas grzech cięższy jeszcze niż szukanie „spokoju za wszelką cenę”?
Może, spodziewając się marnych korzyści, pochwalamy zło i schlebiamy złoczyń-
com? Przecież takie grzechy zdarzają się ludziom, a my też jesteśmy ludźmi i nie
ma powodu z góry zakładać, że do takiego zła jesteśmy niezdolni. A to naprawdę
wielkie zło: Grzesznik się pyszni swoimi niegodziwościami, a ty go jeszcze – w taki
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Tolerancja a miłość 184


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

lub inny sposób – utwierdzasz! A może sam słuchasz pochlebców, usprawiedliwia-


jących lub nawet wychwalających twoje złe czyny. Powiada stary Kohelet: „Lepiej
jest słuchać karcenia mędrca niż pieśni głupców” (Koh 7,5).

Tolerancja a miłość
Sąsiedzi nasi mają cztery światy z córką, która się narkotyzuje. Denerwują ją wszelkie próby
przyjścia z pomocą. „Dlaczego nie pozwalacie mi być szczęśliwą w taki sposób, w jaki sama
chcę? – argumentuje. – Jeśli szybko umrę, to moja sprawa. Dlaczego koniecznie muszę szu-
kać szczęścia w taki sposób, żeby to było zgodne z waszymi wyobrażeniami? Pozwólcie mi iść
własną drogą przez życie!”

Proszę Pana, dziewczynie do głowy nie przyszłyby takie argumenty, gdyby nie było
społecznej gleby do ich powstania. Przecież w naszym społeczeństwie przez tole-
rancję bardzo często rozumie się obojętność na drugiego człowieka i na to, co on
robi. Rodzicom, którzy zamartwiają się swoją córką, dlatego że wchodzi w cudze
małżeństwo, ludzie mówią: „O co chodzi? Dlaczego jesteście tacy nietolerancyjni?
Jest dorosła, on jest dorosły, przecież w gruncie rzeczy to nie wasza sprawa”. Na
pytanie, czy wolno zabijać nie narodzonych, wielu ma prostą i ugruntowaną od-
powiedź: „To prywatna sprawa kobiety”. Obyczaj społeczny nakazuje robić dobrą
minę, kiedy najbliższy nawet mi człowiek odchodzi od wiary, marnuje swoje talen-
ty, nie wywiązuje się ze swoich fundamentalnych człowieczych obowiązków.

Otóż tolerancja jest czymś zupełnie innym niż obojętność. Jeśli nie reaguję na ja-
kieś zło, dlatego że mnie ono nie dotyczy, a zło zagrażające drugiemu mało mnie
wzrusza, bo nade wszystko cenię sobie spokój, nie jestem przez to człowiekiem to-
lerancyjnym. Tolerancja jest to niechęć do stosowania przymusu, a ponadto praw-
dziwa tolerancja przeniknięta jest miłością.

Kiedyś przyszli do mnie młodzi, zamierzający się pobrać. Ojciec – już nawet nie
pamiętam: jego czy jej – był bardzo przeciwny ślubowi kościelnemu. „Niestety, jest
taki nietolerancyjny” – skarżyli się. Ja im na to: „Być może go krzywdzicie. Jemu
zapewne chodzi o dobro swojego dziecka. Jako człowiek niewierzący rozumie je
po swojemu i stosownie do tego stara się wpłynąć na swoje dziecko”. Nietoleran-
cja ma miejsce dopiero wówczas, kiedy – choćby nawet z myślą o dobru drugiego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Tolerancja a miłość 185


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

człowieka – stosuje się wobec niego środki sprzeczne z miłością. Nie wykluczam,
rzecz jasna, tego, że było inaczej: zachowanie owego ojca mogło wynikać z moty-
wów mało chwalebnych, na przykład mógł on sądzić, że ślub, który syn czy córka
weźmie w kościele, zaszkodzi jakimś jego prywatnym układom.

W każdym razie nie ma nic nienormalnego ani nagannego w tym, że rodziców


interesują wybory życiowe, podejmowane przez ich dzieci. Zdarza się, że również
wybór słuszny wywołuje w rodzicach niechęć i niepokój. Nie znaczy to, że dzieci
powinny nawet wówczas ustąpić. Wystarczy, że obie strony będą się starały zaist-
niałe między nimi napięcie przesycić miłością. Miłość pomaga bowiem rozpoznać
to, co w mojej postawie jest niesłusznego, i otworzyć się na słuszność, jaka jest po
drugiej stronie. Jednak miłość każe również trwać w tym, co słuszne, nawet jeśli
budzi to opór kochanej osoby, i nie aprobować niedobrych decyzji, choćby podej-
mowało je rodzone i ukochane dziecko. Krótko mówiąc, miłość rozładowuje złe
źródła napięcia, ale zarazem podtrzymuje jego źródła dobre.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: Syn przerywa studia, które mu całkiem


nieźle szły, i postanawia zostać szoferem. Trudno się dziwić, że decyzja ta zanie-
pokoiła rodziców. Próbują więc w różnorodny sposób pokazać synowi możliwie
wszystkie słabe strony jego decyzji: niech ją zmieni, póki jeszcze na to nie za póź-
no. Otóż nawet jeśli jest tak, że w tym konkretnym przypadku decyzja chłopca jest
najsłuszniejsza, opór, jaki stawiają rodzice, jest błogosławiony. Decyzja zostaje bo-
wiem w ten sposób poddana weryfikacji, która – co bardzo ważne – dokonuje się
wobec instancji bardzo kochającej, a jednocześnie bardzo krytycznej. Jeśli decyzja
syna była rzeczywiście słuszna, to w końcu rodzice się do niej przekonają, a dzięki
ich oporom chłopak mógł ją podjąć w sposób bardziej dojrzały.

Może być jeszcze tak: Ktoś mi bliski wchodzi w jakieś zło, ja ze wszystkich sił
pragnę temu przeszkodzić, niestety bezskutecznie; stosuję jednak fatalną meto-
dę, działam w sprawie słusznej, ale w sposób niesłuszny. Jeśli na przykład rodzice
usiłują wyperswadować swojemu dziecku małżeństwo z osobą rozwiedzioną, ale
przede wszystkim chodzi im o to, że „co na to ludzie powiedzą” – niech się nie dzi-
wią, kiedy im dziecko odpowie, że ma w nosie ludzkie gadanie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Tolerancja a miłość 186


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Zresztą najtrafniejsze nawet i bardzo głęboko sformułowane argumenty same z


siebie nie mają mocy zmienić drugiego człowieka. Nie zdarzyło się jeszcze na tej
ziemi, żeby jakiś pijak porzucił wódkę dzięki usłyszanym argumentom. Natomiast
niejeden zerwał z nałogiem, kiedy zobaczył w oczach dziecka wielki wstyd za
swojego ojca, kiedy kolega pomógł mu wejść w inne środowisko albo kiedy żona
zdwoiła swoje wysiłki, żeby przyciągnąć go do domu.

Przejdźmy teraz do Pańskiego listu. Wiem, że nie spodziewa się Pan ode mnie
recepty na cud. Żeby odpowiedzieć na argumenty owej nieszczęsnej dziewczyny
– przynajmniej dla samego siebie – warto sobie uświadomić, że nie wszystko w
naszym życiu podlega naszym decyzjom, nawet jeśli człowiek odważy się decydo-
wać o tym, do czego nie jest uprawniony. I tak nie do nas należy rozstrzyganie: żyć
czy nie żyć, choć odebranie sobie życia leży w granicach naszych fizycznych moż-
liwości. Kiedy ludziom poczyna się dziecko, nie ma alternatywy: przyjąć je czy nie
przyjąć, kochać czy nie kochać, choć ludzie potrafią niestety dziecka nie przyjąć,
a przyjętego nie kochać. Nie do nas należy decyzja: żyć sensownie czy bezsensow-
nie. To, że możemy ułożyć sobie życie bezsensownie, jest konsekwencją naszego
powołania do wolności, ale to, że wolno nam żyć tylko sensownie, świadczy o tym,
że nie do człowieka należy ustalenie ostatecznej wartości i praw swojego życia.

Tak samo nie pozostawiono naszej decyzji, czy między rodzicami a dziećmi ma
być miłość czy nie. Niezależnie od tego, czy to się nam podoba czy nie, miłość mię-
dzy rodzicami a dziećmi jest czymś naturalnym i moralną powinnością, natomiast
jej brak – choćby tylko z jednej strony – jest czymś nienaturalnym i nagannym.
Powiedziałem, że nie ma nic nienormalnego ani nagannego w tym, że rodziców
interesują wybory życiowe ich dzieci. Przeciwnie, moralnie naganną byłaby obo-
jętność.

Bezgraniczna tolerancja możliwa jest tylko podczas zabawy: każdy niech się bawi,
jak mu się podoba. Ponieważ jednak życie nie jest zabawą, a drogi każdego czło-
wieka różnorako przecinają się z drogami innych, zasada tolerancji nie może nisz-
czyć dwóch niezbędnych ludziom przestrzeni: przestrzeni prawa oraz przestrzeni
miłości. Prawo nie toleruje jawnej krzywdy, jaką jeden człowiek zadaje drugiemu.
Miłość stara się bronić nawet przed tą krzywdą, którą człowiek zadaje samemu
sobie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość 187


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Ale uwaga: Nie znaczy to, że miłość uprawnia do wtrącania się w sprawy dru-
giego. Przecież nawet małemu dziecku staramy się pomagać w taki sposób, żeby
uszanować jego osobową autonomię. Rzadko się zdarza, że ktoś odtrąca miłość w
ogóle. Adresat naszej miłości odrzuca ją przeważnie dlatego, że ma zastrzeżenia
do jej formy, nie wierzy w jej autentyczność, czuje się zagrożony itp. Stąd miłość
musi być ogromnie czujna na osobę tego, któremu chce pomóc. Starannie obmyśla
środki, czeka na odpowiedni moment, robi wszystko, żeby, przychodząc z pomo-
cą, nie urazić i nie poniżyć.

Ja teoretyzuję, a Panu chodzi o konkretną dziewczynę, która ginie. Proszę Pana,


w trzech postawach niech się Pan stara utwierdzać jej rodziców. Po pierwsze, nie
wolno im popaść w panikę: panika ma to do siebie, że sytuację prawie beznadziejną
przemienia w sytuację zupełnie beznadziejną. Po wtóre, niech starają się wierzyć
nawet wbrew nadziei w ocalenie swojej córki; wbrew wszystkim niepowodzeniom
niech nie ustają w szukaniu dla niej ratunku. Po trzecie, niech nie zapominają o
tym, że istnieje Bóg i niech u Niego szukają pomocy. Ale trzeba szukać naprawdę.
I błagać Go, żeby On sam nauczył mnie, jak się otwiera na Jego moc. „Albowiem
u Boga nie ma nic niemożliwego”. Liczne fakty wybawienia z sytuacji beznadziej-
nych, również z narkomanii, o tym świadczą.

Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość

Spójrzmy na to zdanie z Ewangelii Łukasza: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma


w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci itd. – nie może być moim uczniem”
(Łk 14,26). Najpierw dla porządku przypomnijmy, że w Ewangelii św. Mateusza ta
wypowiedź Pana Jezusa ma sformułowanie nieco inne: „Kto ojca lub matkę miłu-
je więcej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto syna lub córkę miłuje więcej niż
Mnie, nie jest Mnie godzien” (10,37). Zacznijmy może od refleksji ogólnej nad
sensem tej nauki.

Otóż stary poganin, który ciągle jeszcze w każdym z nas siedzi, gotów zareago-
wać na te słowa następującą wątpliwością: Dlaczego Pan Jezus, domagając się na-
szej miłości, jest taki zaborczy? Rzecz jasna, nowy człowiek – w jakiego, ufajmy,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość 188


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

że się przemieniamy – rozumie to doskonale, iż kochać kogokolwiek więcej niż


Boga znaczy kochać nieprawdziwie. Bo w ogóle świat, w którym Bóg nie jest Kimś
Pierwszym, jest światem nieprawdziwym wypaczonym przez nasz grzech.

Zobaczmy to na przykładzie Matki Machabejskiej. Gdyby, przerażona groźbą


śmierci męczeńskiej swoich synów, próbowała ich namawiać do ratowania życia
za cenę odstępstwa od Boga, miłowałaby synów więcej niż Boga. Jednak miłość,
która za wszelką cenę chce oszczędzić kochanemu jakiegoś przemijalnego zła, na-
wet za cenę jego ruiny duchowej, jest miłością krótkowzroczną i względną, osta-
tecznie zaś – nieprawdziwą. Na szczęście Matka Machabejska kocha prawdziwie
swych synów. Podtrzymuje ich na duchu i dodaje im odwagi do przyjęcia śmierci
męczeńskiej: „Synu, nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny swoich braci i
przyjmij śmierć abym w czasie zmiłowania odnalazła cię razem z braćmi” (2 Mch
7,29).

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że ona wybrała Boga przeciwko własne-
mu dziecku. Ona swoją niezłomnością okazuje miłość zarówno Bogu, jak skaza-
nemu na śmierć synowi. To tylko z naszej subiektywnej perspektywy może się wy-
dać, jakoby życie stawiało nas niekiedy wobec wyboru: albo Bóg, albo ukochany
człowiek. W rzeczywistości albo wybieramy i Boga, i człowieka, albo odrzucamy
i Boga, i człowieka. Matka, która dla ratowania zagrożonego dziecka namawia je
do czynów niegodnych, depcze w ten sposób nie tylko miłość Boga, ale również
miłość do dziecka.

Zdarzają się sytuacje jeszcze bardziej dramatyczne niż ta, w której znalazła się
Matka Machabejska. Machabejka miała to szczęście, że i ona sama, i wszystkie jej
dzieci były zwrócone ku Bogu. Co jednak począć, kiedy wybór Boga jest odbiera-
ny przez najbliższą mi osobę jako wyrządzana jej krzywda? Tak było z Perpetuą,
młodą chrześcijanką kartagińską z początku III wieku, która z łatwością mogła
uwolnić się od śmierci i odzyskać wolność. Wystarczyło skłamać, że nie wierzy
w Chrystusa, i rzucić parę ziarenek kadzidła w ofierze bogom pogańskim. Ojciec
jej zupełnie nie mógł pojąć, jak można nie skorzystać z tak prostego rozwiązania,
zwłaszcza że Perpetua jest matką niemowlęcia, które w razie jej śmierci zostanie
sierotą.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość 189


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Posłuchajmy, jak ona sama przedstawia swoją sytuację. Jest to jeden z nielicznych
przypadków, kiedy męczennik sam opisał swoje więzienne udręki: „Wkrótce po-
tem rozeszła się wieść, że będą nas przesłuchiwać. Przybył też z miasta mój ojciec,
trawiony niepokojem, i starał się ponownie skłonić mnie do zmiany postanowie-
nia, mówiąc: «Ulitujże się nade mną starym, córko, ulituj się nad twym ojcem, je-
śli jestem godzien, byś mię ojcem nazywała. Wychowałem cię tymi oto rękami na
dojrzałą niewiastę, miłowałem cię więcej niźli twoich braci, nie wydaj mię ludziom
na hańbę. Miej wzgląd na rodzeństwo, na matkę, na ciotkę, na dziecko twoje, które
nie będzie mogło żyć bez ciebie. Poniechaj swego zamiaru, nie gub nas wszystkich.
Zrozum, że jeśli zostaniesz stracona, nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać».
Tak mówił mój ojciec, całując mię po rękach, rzucając mi się do nóg, nazywając
mię z płaczem już nie córką, lecz panią.”(1) Perpetua nie posłuchała ojca i wytrwa-
ła w wierze aż do końca. Zaś pozostawiony przez nią tekst nie budzi wątpliwości co
do tego, że była to osoba ze wszech miar zrównoważona i bez cienia fanatyzmu.

Teraz zastanówmy się nad wezwaniem Pana Jezusa, żeby mieć w nienawiści swo-
ich najbliższych „i jeszcze życie swoje”. Zwykle mówi się, że jest to typowa reto-
ryka semicka, skłonna do przesady. Nie spieszmy się z takim wyjaśnieniem, bo to
może nas zamknąć na część prawdy, zawartej w tym nakazie. Nienawiść jest czymś
więcej niż brakiem miłości, jest jej przeciwieństwem. Jeżeli sam Pan Jezus każe
nam nienawidzić, to z całą pewnością nie chodzi Mu o to, abyśmy przeciwstawiali
się prawdziwej miłości do kogokolwiek, tym bardziej do najbliższych. W końcu
On uczy nas nawet miłości do nieprzyjaciół. W nakazie nienawiści najbliższych,
a nawet samego siebie, dostrzegam wezwanie do pozytywnego odrzucenia wszel-
kiej fałszywej miłości, którą żywimy. Nakaz ten to zatem coś więcej niż retoryczna
przesada i jest on nie tylko wezwaniem do miłowania Boga na pierwszym miejscu.
W pewnym sensie chodzi tu o coś więcej nawet niż o umieszczanie wszelkiej na-
szej miłości wewnątrz miłości Boga.

Na czym polega ta fałszywa i przeklęta miłość, którą należy odrzucić? Przybiera


ona różne postaci. Zawsze jednak stawia ona jakieś dobro cząstkowe ponad oso-
bę, którą kocham. Raz ważniejsza od osoby będzie dla mnie jej wygoda, przyjem-
ność, sukces, kiedy indziej – to, żeby uchronić ją za wszelką cenę od kłopotów
lub cierpień. Miłością fałszywą jest na przykład postawa aprobująca bezkrytycznie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Miłość przeklęta i fałszywa życzliwość 190


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wszystko, co czyni ten, którego kocham. Fałsz mojej miłości zwiększa się jeszcze,
kiedy spełniam jakieś jego złe oczekiwania. Albo sam ofiaruję się z jakąś złą po-
mocą.

Niekiedy rodzice udzielają swoim małym dzieciom takich pouczeń, że włosy stają
na głowie. Czasem kobieta ofiarnie i bez żadnej wewnętrznej ochoty dopuszcza
się cudzołóstwa, „bo on taki biedny i żal mi się go zrobiło”. Wiele nie narodzonych
dzieci zginęło wskutek przeklętej życzliwości najbliższych i znajomych, którzy so-
lidarnie starali się uwolnić kobietę „od tego kłopotu”.

Trudno zobaczyć swoje zło, łatwiej dostrzec je w innych, zwłaszcza w tych, któ-
rych życie postawiło w sytuacjach bardziej wyostrzonych. Wyobraźmy więc sobie,
ile matek i żon hitlerowców słuchało z bezkrytycznym uwielbieniem opowiadań
synów i mężów o swoich dokonaniach – i jak potwornie przyczyniało się to do
zbrodni następnych. Spróbujmy też zrozumieć, że nieuzasadnione rozgrzeszanie
swoich najbliższych z ich ciężkich przewinień obraża ich godność osobistą. Oni
przecież nie są zwierzętami, ale ludźmi, a więc zdolni są do odpowiedzialności
za swoje czyny. Zdolni są zarówno do skruchy, jak do poprawy, jeśli te czyny były
złe.

Św. Tomasz z Akwinu opisuje sytuację ostateczną człowieka – zbawienie i potępie-


nie – jako pełne i bezgraniczne ujawnienie się tego wszystkiego, czym człowiek był
na tej ziemi. Toteż stawia pytanie, czy w potępionych pozostanie miłość do najbliż-
szych: przecież dla nich często gotowi oni byli nawet krzywdzić innych. I odpo-
wiada św. Tomasz: Oczywiście, że przetrwa ta miłość, ale ujawni się ona wówczas
w całym swoim zakłamaniu i brzydocie. Okaże się wówczas, że to nie jest żadna
miłość, tylko pomieszanie głupoty z egoizmem.

Cóż zatem dziwnego, że takiej miłości każe Pan Jezus pozytywnie się przeciwsta-
wiać? Trzeba przecież zrobić miejsce dla miłości prawdziwej.

1 M. Michalski, Antologia literatury patrystycznej, Warszawa 1975, t. 1, s. 139.


Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Udręka z powodu własnych dzieci 191


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Udręka z powodu własnych dzieci


Przeżywam piekło z powodu poczucia winy. Wychowywałam dzieci z wielką miłością, spo-
dziewając się, że wyniosą z domu pewne określone wartości, a także wyraźne rozróżnienie
dobra i zła. Tymczasem dzieci moje wyrosły na trudnych ludzi i w wielu wypadkach nie
postępują właściwie. Odnoszę to do ewangelicznego stwierdzenia, że złe drzewo nie może ro-
dzić dobrego owocu i upatruję w sobie źródła zła. Jest to dla mnie szczególnie bolesne, ponie-
waż wydawało mi się, że starałam się w życiu postępować dobrze, a jednak jak teraz patrzę
na swoje wychowawcze klęski, widzę ich źródło we własnych błędach i głupocie. Teraz mam
przeświadczenie, że wszystko, co robię, robię źle. Nie wydaje mi się, bym umiała znaleźć dość
siły, żeby prostować ścieżki już pokręcone. Modlę się o to, by Chrystus wyszedł nam naprze-
ciw, ale nie wiem, czy mam do tego prawo, skoro jestem złym drzewem.

Niech się Pani spróbuje wczuć w świadomość winy, jaką nosił w sobie Apostoł Pa-
weł. Przecież on prześladował ludzi za wyznawanie Chrystusa! Szczepanowi ani
innym zabitym życia już nie zwróci; nie zdoła sprawić, aby wykonali oni to do-
bro, które czyniliby na tej ziemi, gdyby nie zostali zamordowani. Ktoś mógłby na
to powiedzieć, że wartość śmierci męczeńskiej przewyższa wszelkie dobra, jakie
męczennik mógłby jeszcze wypełnić. Ale żadna to dla Pawła pociecha: z tej per-
spektywy wolno patrzeć męczennikowi, nie prześladowcy. Zresztą kto wie: może
pod wpływem Szawłowych prześladowań jacyś chrześcijanie odpadli od wiary
bezpowrotnie? Może jego nawrócenie przyjęli oni jako nowy wybryk jego prze-
wrotności, który ich ostatecznie odsunął od Chrystusa i Kościoła? Przecież jeśli
tak było – Paweł nie mógł nie poczuwać się do odpowiedzialności za tych ludzi!

A jednak nie przeżywał on piekła z powodu poczucia winy. Owszem, swojej winy
był bardzo świadom: „Jestem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien
zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży” (1 Kor 15,9). Jednak od
razu dodaje: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego
nie okazała się daremna”. Paweł nie trapi się więc swoją przeszłością: stara się dzień
dzisiejszy napełnić gorliwością, jakiej Chrystus oczekuje od swojego ucznia. Prze-
szłość – łącznie z tym, czego po ludzku naprawić się nie da – powierza Bożemu
miłosierdziu. Zauważmy zarazem, że nie próbuje Apostoł pomniejszać zła swoich
dawnych grzechów; nie usprawiedliwia się tym, że był wówczas przekonany, iż
prześladując chrześcijan, Bogu wyświadcza przysługę. Zło było złem, nawet jeśli
on wówczas tego nie rozumiał. Ale też św. Paweł nie ma wątpliwości co do tego, że
po przyjęciu takiej perspektywy wolno mu liczyć na Boże miłosierdzie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Udręka z powodu własnych dzieci 192


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jeśli Pawła trapi jego grzeszność, to nie ze względu na dzień wczorajszy, ale dlatego,
że dzisiaj utrudnia mu ona wierność Bożemu Prawu. „Albowiem mój wewnętrz-
ny człowiek ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich
spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija
mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczę-
sny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z tego ciała, które popycha ku śmierci?” (Rz
7,22–24)

To ogromnie ważne: Nie wolno bezpłodnie gryźć się wspomnieniem swoich grze-
chów, nawet jeśli ich skutki – wobec których dziś jesteśmy bezradni i bezsilni –
ciągle dają o sobie znać i niepokoją nasze sumienie. To, co było dawniej, należy
ufnie oddać Bożemu miłosierdziu. (Oczywiście, nie zwalnia to nas od nieustannej
gotowości do naprawy tego, co się jeszcze da naprawić). Obecnie czymś naprawdę
ważnym jest to, żeby nie zmarnować naszego dnia dzisiejszego i wykonywać do-
bro, którego dzisiaj Bóg od nas oczekuje. Bo niestety często się to zdarza, że ludzie
tak bardzo się przejmują swoimi grzechami dawnymi, że nie myślą już o czynieniu
dobra dzisiaj.

Nie jest zresztą wykluczone, że ocenia Pani siebie jako matkę zbyt surowo. Żad-
na to jednak pociecha dla Pani, że być może kto inny więcej zawinił wobec Pani
dzieci. Matkę boli przecież przede wszystkim to, że jej dzieci chodzą niedobrymi
drogami. Choćby okazało się, że ona sama nie ponosi za to najmniejszej winy, jej
cierpienie nadal będzie wielkie. Przecież to jej dzieci postępują niegodziwie!

Tak czy inaczej, nie tylko swoją przeszłość niech Pani powierza miłosiernemu
Bogu. Jeszcze więcej niech się Pani modli za swoje dzieci. Modlitwy matki, któ-
ra błaga o nawrócenie swoich dzieci, Bóg wysłuchuje zawsze – jeśli tylko jest to
modlitwa wytrwała i szczera. „Niemożliwe, żeby syn tylu łez miał zginąć” – po-
wiedział matce św. Augustyna pewien biskup, a było to w momencie, kiedy Augu-
styn znajdował się w stanie zupełnej nieprzytomności ducha, tak że nie było nawet
warto rozmawiać z nim wówczas na temat wiary. Niech Pani sięgnie do zakończe-
nia trzeciej księgi Wyznań, gdzie sytuacja ta została opisana.

Powiem jeszcze na marginesie, że modlitwa o czyjeś nawrócenie powinna zawierać


również taką mniej więcej prośbę: „Boże, uczyń mnie wiarogodnym świadkiem
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Udręka z powodu własnych dzieci 193


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Twojej prawdy i Twoich przykazań. Sama z siebie nie umiem przekonać mych
dzieci o słuszności Twoich dróg, może nawet jestem dla nich przeszkodą w rozpo-
znaniu Ciebie. Ale Ty, Panie, jesteś wszechmocny i miłosierny. Ty możesz przecież
sprawić, żebym się stała bliższą Tobie i w ten sposób przyczyniła się do przybliże-
nia moich dzieci do Ciebie”.

Natomiast obawy, że może jest Pani złym drzewem, które wydało złe owoce, są po
prostu fałszywe i należy je czym prędzej porzucić. Pan Jezus użył tego obrazu w
ostrzeżeniu przed fałszywymi prorokami (Mt 7,15–20). Zatem dobrymi lub złymi
owocami człowieka są nie tyle jego dzieci (co by wówczas było z ich ludzką godno-
ścią i osobistą odpowiedzialnością za swoje życie?), co jego czyny. Co to znaczy, że
fałszywego proroka poznać po jego owocach? Choćby wzywał on do duchowego
odrodzenia, a słowo „miłość” nie schodziło z jego ust, jest on prorokiem fałszy-
wym, jeśli owocem jego działalności są rozłamy kłótnie, niesprawiedliwe pomó-
wienia.

Toteż ewangeliczną metaforę o dobrym i złym drzewie zawsze w Kościele łączono


ze słynnym fragmentem Listu do Galatów (5,19–23): „Wiadomo, jakie uczynki ro-
dzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, bałwochwalstwo, czary, nienawiść,
kłótnie, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozła-
my, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich powiadam wam: ci,
którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem
zaś ducha jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość dobroć, wierność,
łagodność, opanowanie”.

Co prawda, metaforę o złym drzewie, rodzącym złe owoce, można odnieść w ja-
kimś sensie do rodziców i dzieci. Bo chociaż duchowe i moralne postawy ostatecz-
nie kształtują się we wnętrzu każdego z nas, to jednak inni ludzie – zwłaszcza naj-
bliżsi i zwłaszcza w dzieciństwie i młodości – mogą istotnie przyczynić się do tego,
że rozwój człowieka pójdzie w takim, a nie innym kierunku. I właśnie ta myśl, że
nie potrafiła Pani dobrze wpłynąć na duchowy rozwój swoich dzieci, jest źródłem
Pani udręk.

Proszę się jednak zastanowić: Przecież zastosowanie metafory drzewa i jego owo-
ców do rodziców i dzieci ma sens tylko w jednym przypadku – jeśli przyczynia się
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Udręka z powodu własnych dzieci 194


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

to do pozytywnej przemiany w człowieku. Fałszywie rozumiemy słowo Boże, jeśli


z jego słuchania rodzą się w nas bezpłodne zgryzoty sumienia. To tylko w naturze
jabłoń jest przez całe swoje istnienie jabłonią, a pokrzyk nigdy nie wyda wino-
gron, tylko wilcze jagody. Człowiek jest osobą i tym się różni od drzew w sadzie
czy w lesie, że nawet jeśli jest złym drzewem, wydającym złe owoce, to – za łaską
Bożą – może się przemienić w drzewo dobre. Jeśli zaś dziecko jest w jakimś sensie
owocem swoich rodziców, to tym się różni od jabłek czy wilczych jagód, że osta-
teczna decyzja co do jego postawy duchowej dokonuje się w nim samym. Można
pochodzić ze złych rodziców i być bardzo dobrym człowiekiem, może się też nie-
stety zdarzyć odwrotnie. Bogobojny król Jozjasz był wnukiem bardzo niegodziwe-
go Manassesa i synem Amona, który niegodziwością dorównywał swojemu ojcu,
zaś buntownik Absalom był synem pobożnego Dawida.

Pan Jezus tylko jeden raz użył argumentu, który można by wyrazić polskim przy-
słowiem, że jabłko niedaleko pada od jabłoni, a uczynił to po to, żeby wstrząsnąć
sumieniem i nawrócić. Powiedział: „Wy jesteście potomkami tych, co mordowali
proroków” (Mt 23,31). Chciał jakby w ten sposób powiedzieć: „Potępiacie swoich
przodków, którzy zabijali proroków, a w gruncie rzeczy jesteście tacy sami. Lu-
dzie, opamiętajcie się i nie naśladujcie zła swoich przodków!” Toteż przestańmy
używać tego przysłowia o jabłku i jabłoni, bo jest to okrutne i nieludzkie, a przede
wszystkim nieprawdziwe. Chyba że potrafimy w nie włożyć wezwanie prawdziwej
miłości: do rodziców, aby – choćby tylko przez wzgląd na swoje dzieci – zmieniali
się na lepsze; i do dzieci, aby nie naśladowały zła swoich rodziców. Każdy jednak
za siebie zda Bogu rachunek.

Słowo Boże wypowiada się na ten temat jednoznacznie: „Nie będzie już więcej mó-
wić: «Ojcowie jedli cierpkie jagody, a synom zdrętwiały zęby»; ale: «Każdy umrze
za swoje własne grzechy, każdemu, kto będzie spożywał cierpkie jagody, zdrętwie-
ją zęby»” (Jr 31,29n). Zaś prorok Ezechiel: „Umrze tylko ta osoba, która grzeszy.
Syn nie ponosi odpowiedzialności za winę ojca ani ojciec – za winę swego syna.
Sprawiedliwość sprawiedliwego jemu zostanie przypisana, występek zaś występ-
nego na niego spadnie” (Ez 18,20).

Rzecz jasna, z nauki tej nie wolno wyciągać wniosku, jakoby wolno nam było
nie przejmować się złem, które czynią nasi najbliżsi. „Nie chwal się synami
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Udręka z powodu własnych dzieci 195


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

bezbożnymi” – przestrzega słowo Boże (Syr 16,1), bo zdarza się niestety i tak, że
rodzice, zamiast płakać, są dumni z niegodziwych sukcesów swoich dzieci. W tej
samej księdze znajdziemy liczne upomnienia, skierowane do dorosłych dzieci, aby
swoim postępowaniem nie sprowadzały hańby na rodziców: „Hańba dla ojca, jeśli
ma syna źle wychowanego, a jeśli córkę – wstyd mu ona przyniesie” (Syr 22,3; por.
15,20; 17 25; 19,13; 29,3).

Jest w Piśmie Świętym takie wyrażenie, że matce przewracają się wnętrzności, kie-
dy widzi swoje dziecko w niebezpieczeństwie (1 Krl 3,26). Więcej, w samym Bogu
jakby przewracają się wnętrzności, kiedy widzi nasze grzechy i czuje się przymu-
szonym do tego, żeby karaniem doprowadzić nas do opamiętania; a jest tak dla-
tego, że On nas kocha i chce okazać nam swoje miłosierdzie: „Czy Efraim nie jest
dla Mnie drogim synem i wybranym dzieckiem? Toteż z jego powodu wnętrzności
się we Mnie przewracają i muszę mu okazać miłosierdzie – wyrocznia Pana” (Jr
31,20).

Zatem niech się Pani nie dziwi, że zło czynione przez własne dzieci sprawia Pani i
będzie sprawiało ból. Tylko zła i bezduszna matka może się wewnętrznie pogodzić
z tym, że jej dzieci chodzą złymi drogami. Ten ból będzie przymuszał Panią do
modlitwy i duchowych ofiar na rzecz swoich dzieci. Ale niech ten ból nie niszczy
w Pani pokoju, który jest owocem naszej wiary i zjednoczenia z Chrystusem.

I tu jeszcze raz powołam się na przykład Apostoła Pawła. Ten dawny prześladow-
ca, który nawet po swoim nawróceniu miewał kłopoty ze swoją grzesznością, tak
bardzo otworzył się na pokój płynący od Chrystusa, że pod koniec swoich dni nie
wahał się złożyć takiego oto świadectwa: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg
ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedli-
wości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale
i wszystkim, którzy umiłowali Jego przyjście” (2 Tm 4,7n).

Takiego właśnie pokoju, jakim napełniony był Paweł, dawny prześladowca chrze-
ścijan, życzę Pani serdecznie.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jak kochać egoistów? 196


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jak kochać egoistów?


Chciałabym być dobra, podobać się Bogu, żyć przykazaniem miłości. Tymczasem bliźni mnie
denerwują: jedni się przepychają poza kolejką, inni spekulują (bliskie otoczenie), jeszcze inni
żądają uprzywilejowania. Drogi Ojcze, proszę o kierunek: jak praktycznie mam dochodzić
do doskonałości, skoro takie rzeczy wywołują u mnie bunt i sprzeciw? Jak praktykować cno-
tę pokory, skoro nie znoszę przytakiwania, uległości i ubezwłasnowolnienia? Czy się komuś
podoba, czy nie, powiem głośno o klikach i o pijaństwie. Nie chcę nikim poniewierać, ale też
sama buntuję się na tych, co depczą człowieka na różny sposób.

I tu właśnie konflikt sumienia: w niczym nie jestem podobna do cierpiącego Chrystusa. Nie
chcę być tak sponiewierana jak On – pozbawiony czci, zbity, fałszywie oskarżony, odarty ze
wszystkiego. A przecież człowiek jest w takim stopniu święty, w jakim jest podobny do Nie-
go.

Chciałam dążyć do doskonałości, więc zaczęłam się przyglądać tym wybranym przez Pana
Boga, kapłanom. Doszłam do wniosku, że rządzą się oni tymi samymi prawami zepsutej
natury, co zwykli śmiertelnicy (oczywiście, nie mam na myśli wszystkich, ale większość) – ce-
chuje ich, podobnie jak nas, zmaterializowanie, niecierpliwość, nerwowość, brak otwarcia się
dla drugich, zbiurokratyzowanie. Panicznie nie znoszą rozmów na powyższy temat.

Po tych obserwacjach doszłam do wniosku, że Ewangelia jest praktycznie nie do zrealizowa-


nia. Jeśli sam Bóg nie powoła człowieka wystarczającą łaską do świętości, to nic nie pomoże.
Bóg daje łaskę tylko pokornym. Ale co to właściwie jest pokora?

Wymieniła Pani różne chamskie postaci egoizmu, ale egoizm ma również inne
swoje odmiany, chyba nie mniej groźne. Mój angielski współbrat, Gerald Vann
pisał kiedyś tak: „Ktoś może być na przykład poczciwy albo wręcz dobry, lecz jego
dobroć przestaje funkcjonować dokładnie w tym momencie, gdy cokolwiek zagro-
zi jego ślicznie zaplanowanemu trybowi życia. Ktoś może być przyjacielski a nawet
mieć wielki talent pozyskiwania przyjaciół; lecz prędzej czy później okazuje się,
że nie kocha swoich przyjaciół, lecz z nich korzysta. Ktoś może być sympatyczny,
usposobiony patriotycznie i religijnie, ale zawsze z tym zastrzeżeniem: wszystko
na właściwym miejscu, a miejsce to jest starannie obwarowane przez granice wła-
snego egoistycznego planu życia”.

Ten „ktoś” to oczywiście ja sam, a raczej ta cząstka mnie samego, do której nie
dotarła jeszcze łaska. Jestem człowiekiem dobrze wychowanym i czuję wstręt do
brutalnego rozpychania się łokciami. Ale dobre wychowanie nie usuwa grzechu:
potrafi on znakomicie dostosować się do moich dobrych manier, wyciągnie nawet
korzyść z tej sytuacji, bo łatwiej mu się ukryć przede mną i trzymać mnie w samo-
zakłamaniu.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jak kochać egoistów? 197


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Nie chcę, rzecz jasna, gmatwać postawionego przez Panią problemu, chcę go upo-
rządkować. Gmatwałbym zaś go, gdybym próbował twierdzić, że nie ma co się
przejmować swoim egoizmem, bo tak czy inaczej jakiś dostęp do nas on sobie
znajdzie. Albo gdybym bagatelizował krzykliwe i bezczelne postaci egoizmu, jako
że równie groźne mogą być jego odmiany ukryte. Otóż ja nic takiego nie twier-
dzę.

Twierdzę natomiast, że niedobrze jest spostrzegać i potępiać jakiekolwiek zło z


poczuciem własnej wyższości. W obliczu cudzego zła dobrze jest nie zapominać o
naszej nieszczęsnej ogólnoludzkiej wspólnocie w grzechu pierworodnym. Wpraw-
dzie wolno i trzeba potępiać zło – i to z tym większą mocą, im ono groźniejsze.
Ale zarazem warto zdać sobie sprawę z tego, że samemu można być śmiertelnie
chorym i o tym nie wiedzieć. Z czego zresztą nie wyciągajmy żadnych wniosków
oprócz dwóch następujących: Po pierwsze, że trzeba badać siebie, aby usuwać po-
znane zło; po wtóre, należy z całą ufnością powierzać się Bożemu miłosierdziu.
Bardzo trafne wydaje mi się Pani wyczucie, że bez pokory nie sposób ukształtować
prawidłowej postawy wobec dziejącego się wokół nas zła.

Idźmy dalej: Skoro przyznajemy się do złej wspólnoty z tymi, których złe postępo-
wanie nas oburza, dobrze jest sobie uświadomić, że ważniejsza i bardziej pierwot-
na jest nasza powszechna wspólnota w ludzkiej godności. Żaden egoizm, choćby
najbardziej przeraźliwy, żaden nawet cynizm czy okrucieństwo nie mogą – przy-
najmniej w perspektywie obecnego życia – zniszczyć w człowieku doszczętnie jego
człowieczej godności. Początkiem naszego ludzkiego istnienia jest bowiem miłość
Boża, człowiek jest – jak poucza ostatni Sobór – jedynym na tej ziemi stworze-
niem, którego Bóg chciał dla niego samego. Nawet bezpośredni mordercy Pana
Jezusa (bo w jakimś bardzo prawdziwym sensie również my jesteśmy winni Jego
śmierci), nie byli ludźmi kompletnie złymi, byli ludźmi do uratowania: gdyby tak
nie było, Syn Boży by się za nich nie modlił.

Zatem nie ma ludzi, z którymi nie bylibyśmy związani fundamentalną wspólnotą


w ludzkiej godności. Wspólnota ta rozciąga się również na tych, którzy swoimi
czynami chcą się poniekąd z niej wyłączyć.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jak kochać egoistów? 198


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Co z powyższego wynika? Z całą pewnością nie to, jakoby trzeba się było pogo-
dzić z cwaniactwem i szerzącymi się prawami dżungli albo jakoby nie wolno nam
było bronić się przed krzywdą. Wynika natomiast z powyższego opisu, że cudze
zło powinno w nas budzić smutek. Nie tyle potępienie, przede wszystkim smutek.
Wprawdzie wolno, a niekiedy trzeba potępiać zło (byleby nie potępiać przy oka-
zji całego człowieka, ale jedynie tę jego cząstkę, z której zło się rodzi) czymś jed-
nak ważniejszym jest smucić się z powodu tego, że drugi człowiek, na obraz Boży
stworzony, mój bliźni, czyni zło.

Jeśli jest to smutek prawdziwy, płynący ze źródeł duchowych, cechować go będzie


pragnienie, aby przyczynić się jakoś do nawrócenia bliźniego. Potępić drugiego
człowieka, odciąć się od niego jest rzeczą łatwą. Czymś trudniejszym jest prze-
myśliwać nad tym, czy mógłbym człowiekowi czyniącemu zło dopomóc do opa-
miętania: trzeba wówczas zastanawiać się nad formą swoich interwencji, czekać
na odpowiedni moment, zaryzykować swój spokój, być gotowym do takich lub
innych poświęceń, liczyć się z niepowodzeniem.

Miłość bliźniego nie ma nic wspólnego z mazgajstwem w obliczu zła. Przeciwnie,


tylko ona może skutecznie położyć kres złu. Przemoc zastosowana wobec zła (w
niektórych wypadkach chyba konieczna) jest skuteczna tylko na krótką metę, nie
usuwa bowiem jego wewnętrznych źródeł. Wystarczy, że złoczyńca znów poczuje
bezkarność, aby wrócił do swoich ciemnych postępów. A nawet kiedy złoczyńca
umrze, nie wysusza to przecież społecznych źródeł zła.

W obliczu zła potężna jest dopiero miłość. Ale tylko miłość prawdziwa, szukająca
rzetelnie drogi do ludzkiego serca. Raz będzie to droga współczucia i życzliwości
dla złoczyńcy – tą drogą wprowadził Pan Jezus łaskę do serca cudzołożnicy. Kiedy
indziej będzie to droga gniewu wobec czyjejś przewrotności i zatwardziałości –
w ten sposób próbował Pan Jezus dotrzeć do faryzeuszów. Z kolei wobec swoich
morderców zastosował Zbawiciel drogę wybaczenia i modlitwy. Często wstępował
na drogę pouczenia i perswazji. Kiedyś znów wziął nawet bicz do ręki. Różne dro-
gi prowadzą do ludzkiego serca, a prawdziwa miłość umie nieomylnie podpowie-
dzieć, którą z nich należy podjąć w danym przypadku.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jak kochać egoistów? 199


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jednak nie zapominajmy też o tym, że najpotężniejsza nawet miłość w tym jest
słaba, iż nie da się jej nikomu wepchnąć na siłę. Żeby osiągnąć swój skutek, musi
być wewnętrznie, w sposób wolny przyjęta.

Czy Pan Jezus nie bronił się przed krzywdą? Byłoby uproszczeniem tak powie-
dzieć. Przecież temu, który Go spoliczkował, odpowiedział z całą godnością: „Jeśli
źle powiedziałem, daj świadectwo o złu, a jeśli dobrze, to czemu Mnie bijesz?” (J
18,23) To prawda, wykluczył Zbawiciel jakąkolwiek przemoc w swojej obronie, ale
przecież właśnie wówczas miał odkupić świat, zwyciężyć ostatecznie siły zła. Dał
im zatem pełną wolność, aby je pokonać w całej ich potędze. Czy sądzisz – tłuma-
czy porywczemu Piotrowi – że nie mógłbym prosić Ojca mego, żeby wystawił mi
zaraz więcej niż dwanaście hufców anielskich? Jakby się jednak wypełniły Pisma,
że się tak stać musi?” (Mt 26 53n)

Zatem aby dopełnić dzieła odkupienia, rezygnuje Pan Jezus z wszelkiej przemocy
we własnej obronie. I na pewno będzie to w Jego duchu, jeśli ograniczać będziemy
do minimum uciekanie się do użycia siły. Przesadą wydaje się jednak twierdzić,
że jakiekolwiek stosowanie przemocy jest nie do pogodzenia z Ewangelią. Można
jeszcze wyobrazić sobie, że ktoś napadnięty przez bandytów nie woła o ratunek (a
więc o zastosowanie wobec nich przemocy), nie wyobrażam sobie jednak, żeby
można było nie interweniować przeciwko furiatowi, napadającemu bezbronne
dzieci.

W każdym razie bierne zgadzanie się na zadawaną sobie krzywdę może być grze-
chem przeciwko miłości bliźniego. Tu przypomina mi się namiętny artykuł Tade-
usza Żychiewicza pt. „Chwała frajerom – śmierć frajerom”, w którym autor próbuje
rozróżnić prawdziwe naśladowanie pokory Pana Jezusa od naśladowania pozor-
nego, które jest tylko przedrzeźnianiem. Artykuł opublikowany był już dawno, w
bożonarodzeniowym Tygodniku Powszechnym z 1965 roku. Oto próbka tamtych
rozważań:

„Chwała frajerom, którzy nie mieszczą się w ramach walki egoizmów i sojuszu ego-
izmów. Ale śmierć frajerom, którzy programowo stają się karmą czyjegoś cwaniac-
twa – sądząc, że świadczy to o ich «formacie». Formacie «miłosiernego ofiarnika»,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Jak kochać egoistów? 200


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

który – mówiąc zwyczajnie – daje się ustawicznie nabijać w butelkę, nie bacząc na
konsekwencje: że siebie haracze, a innym pomaga w złym, co – jako żywo – moż-
na nazwać miłosierdziem chyba tylko w aurze przedziwnego samookłamania. (...)
Chwała frajerom, którzy nie wszystko robią za pieniądze i dla pieniędzy i wiele po-
trafią zrobić bez pieniędzy. Ale śmierć frajerom, którzy pokornie odstępują należ-
ną sobie sprawiedliwie zapłatę tym, którym się ona nie należy: gdyż tym sposobem
tuczą cudze złodziejstwo”.

Na zakończenie dwa słowa o księżach. Przygadała nam Pani mocno, w jakiejś mie-
rze słusznie. Wydaje mi się jednak, że tę krytykę inaczej powinni odczytać księża,
inaczej ktoś z zewnątrz. My, księża, powinniśmy takie krytyki przyjmować w du-
chu rachunku sumienia, bo faktem jest, że niekiedy ludzie tak nas właśnie widzą
i zapewne dajemy do tego powody. W każdym razie lepiej jest teraz poznać swoje
wady, niż gdybyśmy mieli je zobaczyć dopiero na sądzie Bożym.

Ale rzecz ma również inne aspekty. Mianowicie dokonując oceny moralnej jakie-
goś środowiska, łatwo pozwalamy sobie na „równanie w dół”, to znaczy w naszych
spostrzeżeniach i ocenach na pierwszy plan wysuwają się osoby najmniej warto-
ściowe i czyny najmniej chwalebne. Tymczasem rzeczywistość lubi być lepsza od
naszych ocen i objawi nam to, jeśli tylko spróbujemy uważniej i z większym kryty-
cyzmem wobec swoich odczuć jej się przypatrzeć.

Nie chcę wybielać naszych księżych wad, bo są one zapewne liczne. Ale przy-
puszczam na przykład, że gdyby zbadać socjologiczne motywy wybierania stanu
duchownego, to chyba żaden z zawodów nie mógłby się poszczycić tak wysokim
stopniem ducha bezinteresowności i poświęcenia. Wprawdzie pierwotna gorli-
wość niekiedy mija. Wydaje mi się jednak, że w skali całej zbiorowości coś z tego
ducha początków zostaje. Coś bardzo sympatycznego.

Mówię to nie po to, żeby usprawiedliwić wady, ale żeby zwrócić uwagę na drugą
stronę prawdy o księżach. Chodzi nie tylko o to, że są księża dobrzy i źli. Sądzę, że
również ci księża, którym słusznie zarzucić można wyliczone przez Panią wady,
mają swoje zalety. Często liczne. Pani oczywiście i beze mnie o tym wie, ale prze-
cież warto wyraźnie to sobie powiedzieć.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Środki poronne 201


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Środki poronne
Mam dwoje dzieci i absolutnie nie mogę mieć więcej. Od pewnego czasu mam założoną sprę-
żynkę domaciczną. Trochę (choć też z tym nie przesadzajmy) uwolniło mnie to od strachu
przed ciążą. Wyrzutów sumienia w zasadzie nie mam, ale jednak przeszkadza mi świado-
mość, że stosowanie środków antykoncepcyjnych Kościół uważa za grzech. Nawet nie mam o
to pretensji do Kościoła, ale mam jakąś wewnętrzną potrzebę, żeby znaleźć księdza, który by
mnie zrozumiał i nie potępił. Przeczytałam parę artykułów w rubryce „Szukającym drogi”
i pomyślałam sobie, że tym księdzem będzie prowadzący tę rubrykę. Proszę Ojca, ja wiem,
że może nie wszystko wypada Ojcu napisać publicznie, ale proszę mi napisać przynajmniej
prywatnie, że sprawa używania środków antykoncepcyjnych jest skomplikowana i nie da się
wszystkich ludzkich bied i układów zmieścić w zasadzie ogólnej.

Odpisuję jednak publicznie, bo chodzi przecież o problem bardzo ważny, doty-


czący nie tylko Pani. Wyznam Pani, że zanim przystąpiłem do pisania tego listu,
pomodliłem się szczególnie o światło Boże i dla siebie, i dla Pani oraz dla innych
Czytelników tego tekstu. W sprawie tak ważnej liczyć się musi przede wszystkim
prawda moralna, nawet jeśli nie zawsze pokrywa się ona z naszymi oczekiwaniami
i emocjami.

A dlatego sprawa jest tak bardzo ważna, że stosowany przez Panią sposób nie jest
przecież środkiem antykoncepcyjnym, tylko poronnym. Jeśli to twierdzenie za-
skoczyło Panią, błagam, niech Pani uzna, że to jest fakt, a nie pogląd mój czy nawet
Kościoła. Po prostu działanie spirali na tym polega, że nie dopuszcza ona do za-
gnieżdżenia się poczętej już istoty ludzkiej i powoduje poronienie. Zatem chodzi
tu już o grzech przeciw piątemu przykazaniu dekalogu, przeciw przykazaniu „Nie
zabijaj”.

Pani zapewne nie była tego dotychczas świadoma. Rozumiem też, że wyobraźnia
może się buntować przeciw powyższemu twierdzeniu. Wyobraźnia podpowiada,
że aby było poronienie, to ktoś musi ten poroniony płód widzieć. Tymczasem ko-
bieta, która pozwoliła sobie założyć spiralę, na ogół żadnego poronionego embrio-
nu nie widzi. Niestety, w tym wypadku fakty świadczą przeciwko wyobraźni. Po-
ronienie dokonuje się rzeczywiście, choć embrion jest jeszcze tak mały, że matka
może ani jego istnienia, ani śmierci w ogóle nie zauważyć.

Do kryterium ilościowego – czy płód był większy czy mniejszy, starszy czy młodszy
– wielu ludzi przywiązuje dużą wagę. Ileż to razy zdarza mi się słyszeć wyznanie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Środki poronne 202


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

matki: „usunęłam ciążę”, i pospieszne uzupełnienie: „ale było to dopiero na po-


czątku drugiego miesiąca”. Jak gdyby to stanowiło okoliczność łagodzącą! Kryte-
rium ilościowe jest ważne w odniesieniu do rzeczy, ale nie w odniesieniu do życia
ludzkiego. Jest różnica, czy ukradnę małe cielę czy dużą krowę albo czy zniszczę
dopiero co kiełkującą sadzonkę czy potężne drzewo. Ale nie ma obiektywnej róż-
nicy, czy odbieram życie istocie ludzkiej, która dopiero co zaczęła istnieć, czy czło-
wiekowi dojrzałemu, czy więdnącemu starcowi, w którym życie ledwo się jeszcze
tli. Nie ma istotnej różnicy, czy dziecko, któremu odbiera się życie, jest prawie
niedostrzegalnym embrionem, czy waży sto dwadzieścia gramów, czy cztery kilo.
Współczesna nauka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że punktem wyjścio-
wym, od którego zaczyna się istnienie i rozwój odrębnej jednostki przynależnej do
gatunku Homo sapiens, jest moment poczęcia. Każdy z nas zaczął istnieć właśnie
w momencie poczęcia, a nie dopiero później.

Zwróćmy teraz uwagę na to, że zdarzają się fakty, które subiektywnie trudno od
razu przyjąć do świadomości; trzeba dopiero czasu, żeby się do nich przyzwycza-
ić. Dotyczy to faktów zarówno chcianych i wytęsknionych, jak niechcianych. Na
przykład pierwsze nasze dziecko ukończyło studia i zostało magistrem: rodzice aż
pękają z dumy i radości, a zarazem jakby im trudno było uwierzyć, że to już. Po-
dobnie pierwszą reakcją na śmierć, zwłaszcza nagłą, kogoś bliskiego, jest odmowa
uznania tego faktu: „Przecież to nieprawda! Przecież to niemożliwe!” – wołamy
zrozpaczeni, stojąc u trumny. I człowiek jakby naprawdę oczekiwał wówczas, że
czas cofnie się o te zaledwie dwa dni, a sytuacja, w której mój bliski poniósł śmierć,
rozwiąże się inaczej, dla niego szczęśliwiej.

Sytuacja psychiczna kobiety, w której życie dopiero się poczęło, jest dość podobna.
Nawet jeśli dziecko jest bardzo chciane i wyczekiwane, trudno od razu przyzwycza-
ić się do jego istnienia: przecież jeszcze tak niedawno go nie było! Daleko ostrzej
zjawisko to dokonuje się w psychice rodziców, którzy poczęcia dziecka nie zamie-
rzali: „Przecież nie chcemy mieć dziecka, przecież nie możemy mieć dziecka, a
więc go nie ma!” Wiele tragicznych decyzji przeciw życiu ludzkiemu zostało w tym
stanie ducha podjętych i niestety wykonanych. Tymczasem w sprawie tak funda-
mentalnej, jak sprawa życia ludzkiego, nie wolno – absolutnie nie wolno – podej-
mować decyzji, opierając się na subiektywnym stanie ducha jawnie niezgodnym
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Środki poronne 203


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

z obiektywnym stanem rzeczy. Zaś obiektywny stan rzeczy jest następujący: Już
najmniejszy embrion, jaki kobieta nosi w sobie, jest niewątpliwie odrębną istotą
ludzką. Istoty ludzkiej zaś zwłaszcza niewinnej, nie wolno zabijać nigdy. Jeden tyl-
ko Bóg ma władzę nad jej życiem.

Decyzja założenia spirali, która będzie bez wiedzy matki niszczyła każde kolej-
ne poczęte w niej życie, jest psychicznie bez porównania łatwiejsza niż świado-
me pójście na stół operacyjny w celu zabicia płodu, ale obiektywnie jest znacznie
groźniejsza, gdyż jej ofiarą pada nie tylko jedno dopiero co poczęte życie ludzkie.
Dlatego na miłość Boską, błagam Panią, niech Pani natychmiast tę spiralę usunie,
bo ona jest narzędziem śmierci.

Ponieważ jest Pani katoliczką, przypomnę jeszcze Pani argumenty wiary, że czło-
wiek rozpoczyna swoje istnienie w momencie poczęcia. Codziennie modlimy się:
„Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z Ducha Świętego”. Właśnie w
momencie poczęcia Jednorodzony Syn Boży stał się człowiekiem, toteż Święto
Zwiastowania obchodzimy 25 marca i dokładnie dziewięć miesięcy później ob-
chodzimy Boże Narodzenie. Podobnie 8 grudnia mamy uroczystość Niepokalane-
go Poczęcia Matki Bożej, a 8 września świętujemy Jej Narodzenie.

Pisze Pani, że absolutnie nie możecie mieć następnego dziecka. Może twardo bę-
dzie brzmiała moja mowa, ale proszę jej od razu nie odrzucać. Przecież na pewno
nosi Pani w sobie to przeświadczenie, bez którego nie można być chrześcijaninem:
że prawo moralne, nawet wtedy, kiedy to trudne, jest możliwe do zachowania. A
również to przeświadczenie, że rozwiązywanie swoich problemów wbrew Panu
Bogu w ostatecznym rachunku nic dobrego człowiekowi nie przyniesie.

Otóż sądzę, że zmagają się dzisiaj ze sobą dwie koncepcje moralności małżeń-
skiej, pogańska i chrześcijańska. Koncepcja pogańska w dwóch miejscach umiesz-
cza swoje „absolutnie”: współżycie seksualne jest dla nas czymś, z czego absolut-
nie nie zrezygnujemy, nawet częściowo, oraz jeśli nie chcemy mieć dziecka, to go
absolutnie mieć nie będziemy. Koncepcja ta obficie owocuje śmiercią – i to jest
logiczne. Przecież w spotkaniu seksualnym z natury rzeczy może począć się dziec-
ko, a zdarzyć się to może również wtedy, kiedy małżonkowie tego nie chcą lub
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Środki poronne 204


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

nawet podejmują działania przeciwko poczęciu. Ponieważ małżonkowie absolut-


nie dziecko wykluczają, a ono jednak zaistniało więc – nazwijmy to eufemistycz-
nie – podejmuje się działania przeciwko jego urodzeniu. Istnieje logiczny związek
między dopuszczeniem technik antykoncepcyjnych i zgodą na sztuczne poronie-
nia: jeśli zawiodły działania przeciwko poczęciu, podejmuje się działania przeciw-
ko urodzeniu dziecka. To naprawdę nie przypadek, że zwolennicy środków anty-
koncepcyjnych niemal powszechnie nie odróżniają ich od środków poronnych.

Wyznawcy Chrystusa w innym miejscu umieszczają swoje „absolutnie”. Absolut-


nie nie wolno zabijać. Oczywiście małżonkowie często znajdują się w sytuacji, kie-
dy naprawdę nie mogą mieć już więcej dzieci, przynajmniej na razie. Wówczas
współżycie ograniczają do okresów niepłodnych. Jest to dla nich możliwe, gdyż
nie ulegali przesądowi, jakoby złączenia seksualne były w małżeństwie czymś tak
absolutnie ważnym, że jakiekolwiek ograniczenie ich przekracza wyobraźnię mał-
żonków. O ile stosujący środki antykoncepcyjne łatwo zapominają o tym, że ze
zjednoczenia mężczyzny z kobietą może począć się człowiek, o tyle trudno o tym
zapomnieć małżonkom, regulującym swoje współżycie według rytmu płodności.
Dlatego nawet jeśli dojdzie do poczęcia nie zamierzonego, nie popadną w bezgra-
niczne zdumienie z tego powodu, lecz będą się starali przyjąć dziecko z całą miło-
ścią. Również wówczas, kiedy jest to dla nich obiektywnie bardzo trudne.

Niewątpliwie również do moralności małżeńskiej odnoszą się znane słowa z Księ-


gi Powtórzonego Prawa: „Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię,
kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie
życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Boga, swego Pana, słuchając
Jego głosu, lgnąc do Niego. Bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na
ziemi” (30 19n). I słowa Pana Jezusa: „Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka
jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy
przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia,
a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Mt 7,13n).

Jeśli jednak ktoś, w imię wierności Bogu, podejmuje drogę trudną, rychło do-
świadcza, iż ostatecznie rzecz biorąc jest to wprawdzie jarzmo, ale słodkie, brzemię
wprawdzie, ale lekkie (Mt 11,30).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu 205


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu


Kiedy ostatecznie Kościół sprecyzował swoje stanowisko wobec sztucznych poronień? Podob-
no jeszcze św. Augustyn uważał, że poronienie dokonane w pierwszych miesiącach ciąży nie
jest zabójstwem. W „Piekle kobiet” Boy Żeleński cytuje następującą jego wypowiedź: „Nie
jest dzieciobójczynią ta, która sprowadza poronienie, zanim dusza wstąpi w ciało (Non est
homicida, qui abortum procurat, antequam anima corpori sit infusa)”. Czy rzeczywiście
Boy ma rację, kiedy pisze, że „poglądy Kościoła w tej mierze były niegdyś o wiele bardziej
tolerancyjne niż dziś”?

Przepraszam za opóźnienie mojej wypowiedzi, ale wymagała ona żmudnego wer-


towania w indeksie do dzieł św. Augustyna, musiałem też dotrzeć do opracowań,
w których ten tekst – gdyby istniał – z pewnością by się pojawił. Za to z całą odpo-
wiedzialnością mogę powiedzieć, że zdania takiego św. Augustyn nigdy nie napi-
sał. Nie jest ono jednak całkowicie wyssane z palca. Stanowi bowiem przeinaczone
streszczenie wypowiedzi wielkiego biskupa Hippony, o której za chwilę. Oczywi-
ście, nie posądzam Boya o fałszerstwo; informację tę zapewne przekazał w dobrej
wierze za jakimś wątpliwym źródłem.

Zacznijmy jednak od początku. Jak wiadomo, już przysięga Hipokratesa (IV wiek
przed Chr.) zobowiązuje lekarzy, aby nigdy nie byli sługami śmierci i aby szanowa-
li życie ludzkie już od samych jego początków. Jeżeli jednak zakazuje ona lekarzom
dokonywania poronień, wynika stąd, że niestety już wówczas niektórzy proceder
ten uprawiali. Tak było w Grecji i zapewne w niejednym kraju starożytnym.

Zupełnie inaczej było u Żydów. W całym zespole ksiąg biblijnych nie znajdziemy
żadnej aluzji, żadnego śladu, z którego można by wnioskować o istnieniu w naro-
dzie wybranym postaw wrogości wobec poczętego życia. Przeciwnie, znajdziemy
tam mnóstwo świadectw żywiołowej radości z powodu pojawiającego się dziecka,
mnóstwo opisów tęsknoty za dzieckiem. Jakiekolwiek działanie mające nie dopu-
ścić do urodzenia się poczętego już dziecka po prostu przekraczało wyobraźnię
ludzi biblijnych, nie znane im były nawet pokusy na ten temat. Owszem, zdarzało
się, że brzemienna żona, pragnąc osłonić swojego męża w bójce z sąsiadem, sama
została pobita i poroniła (Wj 21,22); w czasie wojen wrogowie bywali aż tak roz-
pasani, że rozpruwali brzuchy brzemiennym matkom (Oz 14,1); szczególnie zaś
potwornym grzechem tego narodu było składanie dzieci w ofierze Molochowi(1).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu 206


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Jednakże powtarzam – sama idea niedopuszczenia do urodzin poczętego dziecka


była zupełnie obca Izraelitom, i to przez cały długi okres historii biblijnej.

Pójście z Ewangelią do Greków oraz do innych narodów – a zaczęło się to przecież


już w czasach apostolskich – bardzo szybko zmusiło Kościół do zajęcia wyraźnego
stanowiska wobec sztucznych poronień, procederu zwykle w tamtych narodach
potępianego, ale jednak znanego i praktykowanego. Otóż już dwa najwcześniejsze
pisma starochrześcijańskie, Nauka Dwunastu Apostołów oraz List Barnaby (oba
pochodzą prawdopodobnie z końca I wieku po Chr.), wymieniają dzieciobójstwo
jako znak kroczenia drogą śmierci. Pierwsze z tych pism powiada jeszcze ogólni-
kowo, że śmierć sprowadzają na siebie „dzieciobójcy, niszczyciele obrazu Bożego”
(5,2). Bardzo głębokie to spostrzeżenie, że zabicie istoty ludzkiej jest zniszczeniem
obrazu Bożego; a więc – dokończmy tę myśl – przed samym Bogiem zda sprawę
każdy, kto niszczy Jego obraz. Natomiast List Barnaby przestrzega już wyraźnie:
„Nie zabijaj płodu, nie odbieraj też życia dziecku nowo narodzonemu” (19,5) –
smutny to dowód, że nie wszyscy ówcześni chrześcijanie, którzy przez przyjęcie
chrztu porzucili pogaństwo, porzucili tym samym swoje pogańskie obyczaje. W
każdym razie pokusa takiego grzechu groziła już wówczas niektórym chrześcija-
nom i trzeba było przed nim przestrzegać.

Odtąd – a więc od kiedy tylko Kościół zetknął się praktycznie z tym problemem –
nauczyciele wiary głosili jednoznacznie: wszelkie działanie przeciwko zaczynają-
cemu się życiu ludzkiemu jest czynem niegodziwym! „Raczej w ogóle nie powinien
się żenić – pisał około roku 200 Klemens Aleksandryjski – kto nie chce posiadać
potomstwa, niżby z nieumiarkowanego pożądania rozkoszy miał się stać dziecio-
bójcą. Dlatego w prawodawstwie rzymskim, w wypadku skazania na śmierć kobie-
ty brzemiennej, przewidziane jest wstrzymanie kary aż do chwili porodu. Prawo
wręcz zabrania zabijać na ofiarę zwierzęta w okresie ich brzemienności, zawczasu
zapragnąwszy położyć tamę lekkomyślności tych, którzy godzą w ludzkie potom-
stwo” (Stromata, lib.2, c.93).

Zaś następca Klemensa na stanowisku rektora szkoły aleksandryjskiej, Orygenes,


pisał: Bóg nakazał małżonkom wychowywać wszystkie bez wyjątku dzieci, jakimi
obdarzyła ich Opatrzność, i żadnemu z nich nie pozwolił odbierać życia” (Przeciw
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu 207


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Celsusowi, lib.8 c.55). Apokryf z II wieku, Apokalipsa Piotra, zawiera dosadny opis
kar piekielnych, jakim poddane będą kobiety, które targnęły się na poczęte w nich
życie: „a krew sięgała po gardła ich. A naprzeciwko nich siedziało wiele dzieci
zrodzonych przed czasem i płakało. I padały od nich błyskawice ognia i biły w
oczy tych kobiet. To były te, co poza małżeństwem począwszy, spędziły płód swój”
(rozdz. 8). Oczywiście, tekstów starochrześcijańskich na ten temat jest znacznie
więcej(2).

Stosunek starożytnego Kościoła do sztucznych poronień najbardziej oficjalnie od-


zwierciedlał się w orzeczeniach prawnych. Otóż ówczesne prawo kościelne było
w tym zakresie nieprawdopodobnie wręcz surowe. W okresie prześladowań, obo-
wiązywało ni mniej, ni więcej, tylko następujące prawo: „Jeżeli jaka kobieta pod
nieobecność męża zajdzie w ciążę z cudzołóstwa, a po dokonaniu tego przestęp-
stwa zabije płód, postanawiamy aż do końca życia nie dawać jej Komunii, dlatego
że [zamiast dziecka] urodziła zbrodnię” (kanon 63 synodu w Elwirze, rok 305). Po
ustaniu prześladowań prawo to złagodzono. Oto co orzeka synod w Ancyrze (dzi-
siejsza Ankara) w roku 314: „Kobietom, które cudzołożąc poczęły w łonie i płód
spędziły, oraz trudniącym się preparowaniem jadów uśmiercających dzieci, dawne
postanowienie zabraniało przyjmowania Komunii aż do końca życia; więc zgod-
nie z tym się postępuje. W poszukiwaniu zaś środków bardziej łagodnych, posta-
nowiliśmy, aby takowe odbywały dziesięcioletnią pokutę, na zasadzie ustalonych
stopni” (kanon 21).

Spróbujmy zinterpretować te dwa teksty. W obu mówi się o zabiciu płodu po-
czętego z cudzołóstwa. Albo więc w ówczesnych małżeństwach chrześcijańskich
praktycznie nie zdarzały się przypadki nieprzyjęcia poczętego dziecka, albo też
prawo bierze pod szczególną ochronę życie dzieci najbardziej zagrożonych. Jeśli
wziąć pod uwagę występowanie tego szczegółu również w niektórych tekstach nie-
prawniczych (por. Apokalipsa Piotra), bardziej prawdopodobna wydaje się pierw-
sza ewentualność.

Odmowa Komunii aż do końca życia nam, ludziom współczesnym, wydaje się karą
nieludzką. Nie zapominajmy jednak, że prawo spełnia funkcję nie tylko wycho-
wawczą i represyjną, ale również profilaktyczną. Nie jest wykluczone, że prawo aż
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu 208


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tak surowe zapobiegało praktycznie wszystkim przestępstwom tego rodzaju. Do-


piero kiedy Kościół stał się bardziej masowy, nawet surowe prawo nie powstrzy-
mywało niektórych chrześcijan przed dzieciobójstwem i trzeba było prawo tak
zmodyfikować, aby nie uniemożliwiało ono powrotu do Boga. Analogicznie, jak
sądzę, należy interpretować wcześniejsze (począwszy od końca II w.) napięcia w
Kościele wokół pytania, czy jakiekolwiek wielkie grzechy, popełnione po nawróce-
niu, mogą być odpuszczone.

Złagodzone na synodzie w Ancyrze prawo nie od razu zostało powszechnie przy-


jęte. Jeszcze w sześćdziesiąt lat po tym synodzie, w roku 374, św. Bazyli nawołuje,
aby porzucić starą zasadę postępowania wobec winnych zniszczenia płodu i do-
stosować się do nowych zasad: „Kobieta, która rozmyślnie niszczy płód, podlega
takiej karze, jak za zabójstwo. Nie do nas należy wnikliwe dochodzenie, czy płód
był już ukształtowany, czy jeszcze bezkształtny. W tym przypadku bowiem spra-
wiedliwości domaga się nie tylko mająca urodzić się istota, ale na wymiar sprawie-
dliwości zasłużył również ten kto knuł przeciw niej zło, jako że, jak to często bywa,
kobiety umierają przy podobnych zabiegach. Do tego dochodzi zniszczenie płodu,
a to już drugie zabójstwo, przynajmniej w intencji tych, którzy poważają się na taki
czyn. Nie należy jednak pokuty tych kobiet przeciągać aż do ich śmierci, ale winny
one otrzymać wymierzoną im pokutę na lat dziesięć, zaś poprawę ich winno się
określać nie czasem, ale sposobem, w jaki przejawiają skruchę” (List 188,2).

Zwróćmy uwagę na znajdujące się w tym tekście rozróżnienie płodu „już ukształ-
towanego” i „jeszcze bezkształtnego”. Pochodzi ono od Arystotelesa (O rodzeniu
się zwierząt 2,3,736b), który sądzi, że embrion jest zbyt niedoskonały, aby od sa-
mego początku być istotą ludzką; że dusza prawdziwie ludzka ożywia embrion do-
piero odpowiednio ukształtowany. Arystoteles nie znał, oczywiście, współczesnej
embriologii ani genetyki, taki sąd był w owych czasach usprawiedliwiony i dość
powszechnie przyjęty. Dla nas ważne jest to, że nawet niepewność, czy od samego
początku zarodek jest prawdziwie ludzką istotą, w niczym nie wpłynęła na stano-
wisko ówczesnego Kościoła, że niszczenie go jest bardzo ciężkim grzechem prze-
ciwko życiu ludzkiemu.

I tak doszliśmy do wspomnianej na początku wypowiedzi św. Augustyna. Miano-


wicie w napisanym w roku 420 dziełku pt. Pytania dotyczące Siedmioksięgu (lib.2,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Dawni chrześcijanie wobec zabijania płodu 209


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

c.80) święty biskup objaśnia tekst z Księgi Wyjścia (21,22). Dotyczy on poronienia,
które nastąpiło u kobiety, próbującej rozdzielić bijących się mężczyzn. W przekła-
dzie Biblii, jakiej używał św. Augustyn, tłumacz odczytał w tym tekście – niezgod-
nie zresztą z oryginałem – znane nam już arystotelesowskie rozróżnienie płodu
ukształtowanego i bezkształtnego: „jeśli poroniła płód jeszcze nie ukształtowany,
ten, co ją uderzył, poniesie karę, jaką naznaczy mąż kobiety; jeśli zaś był ukształ-
towany, odda duszę za duszę”. Otóż św. Augustyn zastanawia się, skąd taka różnica
w karze. I dochodzi do wniosku, że w pierwszym wypadku nie należało karać jak
za zabójstwo, „bo nie da się sprawdzić, czy płód miał już duszę” (quia nec exa-
minatum dici potest, si adhuc animam non habebat). Zaiste, trzeba było bardzo
dużo wyobraźni, żeby w tekście tym dopatrzyć się pozwolenia na zabijanie płodu
w pierwszych miesiącach ciąży!

Zupełnie marginalny tekst św. Augustyna przyczynił się jednak do sformułowa-


nia rozwiązań, z których jako chrześcijanie możemy być naprawdę dumni. Powie-
dzieliśmy już, że zawsze było poza wszelką dyskusją, iż zabicie płodu jest niedo-
puszczalnym zamachem na życie ludzkie. Jednakże dopiero współczesna nauka
rozstrzygnęła ostatecznie, że od samego początku zarodek ludzki jest odrębną jed-
nostką, należącą niewątpliwie do gatunku Homo sapiens. Dzisiaj nie mamy już wąt-
pliwości, że nawet zabicie dopiero co poczętego zarodka jest zabiciem istoty ludz-
kiej. Jak na pytania o istotę tego czynu odpowiadano dawniej? Otóż odpowiedź
była podwójna: Jeśli istnieją wątpliwości co do charakteru przestępstwa, inaczej
należy je rozstrzygać na płaszczyźnie prawa, inaczej w sumieniu. Na płaszczyźnie
prawa – wątpliwości należy rozstrzygać zawsze na korzyść oskarżonego, w sumie-
niu jednak należy trzymać się drogi bardziej pewnej. Co to znaczy praktycznie?
„Jeśli płód nie był jeszcze ukształtowany – powiada św. Rajmund z Pennafort (†
1275) – winowajca nie zaciąga konsekwencji prawnych za zabójstwo, ale powinien
pokutować jako za zabójstwo”.(3)

W tym samym duchu rozstrzyga się dzisiaj wątpliwości, dotyczące tych bolesnych
zjawisk. Jeśli na przykład kobieta podejmowała zabiegi przeciw poczętemu w niej
życiu, ale nie miała całkowitej pewności, że jest w ciąży – przed Bogiem odpowia-
da za grzech przeciwko życiu, nie zaciąga jednak ekskomuniki, w jaką popadają
wszyscy, którzy niewątpliwie zabili ludzki płód lub się do tego przyczynili. W myśl
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralne implikacje przeludnienia 210


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

rozstrzygnięć, które tak szczęśliwie, choć przecież bezwiednie, zapoczątkował św.


Augustyn, sformułowano również pouczenie w Deklaracji o dokonywaniu poro-
nień, wydanej w roku 1974 przez Stolicę Apostolską: „Nawet gdyby istniała wąt-
pliwość, czy owoc poczęcia już jest osobą, byłoby obiektywnie ciężkim grzechem
samo podejmowanie ryzyka popełnienia zabójstwa”.

1 Por. J. Salij OP, „Grzech dzieciobójstwa w świetle Pisma Świętego”, W drodze, 5/1977, s. 30–38.

2 Bogaty przegląd tej problematyki, por. B. Schäpf, Das Tötungsrecht bei den frühchristlichen Schriftstellern; Regens-
burg 1958, s. 112–142.

3 Wnikliwe opracowanie na ten temat, por. B. Honings, „L’aborto nei Decretisti e nei Decretalisti”, Apollinaris,
50/1977, s. 246–273.

Moralne implikacje przeludnienia


Moje środowisko zna mnie jako gorliwego katolika. Często bywam pytany w sprawach reli-
gijnych, a najczęściej oczywiście ludzi interesują kontrowersyjne punkty w nauce Kościoła.
Temat–samograj to środki antykoncepcyjne. Na ogół obrona nauki Kościoła przychodzi mi
tu bez trudu. Mogę kogoś nie przekonać, ale umiem podać argumenty. Lecz jak to się mówi:
Kto jest bardzo pewny siebie, ten zostanie kiedyś upokorzony. Spotkało to i mnie. Ktoś za-
czął udowadniać, że odrzucenie przez Kościół środków antykoncepcyjnych jest stanowiskiem
szkodliwym w skali ogólnoludzkiej. Świat stoi dzisiaj przed wielkim problemem przeludnie-
nia, a Kościół przyczynia się jeszcze do pogłębienia tego i tak już niełatwego problemu. Z
dyskusji tej wyszedłem chyba pokonany. Powiem krótko, czego od Ojca oczekuję. Proszę mi
pomóc w znalezieniu argumentów na zarzut następujący: Całe szczęście, że tylko nieliczni
przejmują się potępieniem przez Kościół środków antykoncepcyjnych; gdyby wszyscy się tym
przejęli, byłoby nas wkrótce czterdzieści miliardów.

Ufam jednak, iż nie ma Pan takiego nastawienia, że w dyskusji musi Pan zawsze
zwyciężyć. W dyskusji niekoniecznie zwycięża ten, kto ma rację, często ten, kto
jest bardziej inteligentny lub zebrał więcej argumentów na korzyść swojego stano-
wiska. Prawda czasem w dyskusji przegrywa, a przecież nie przestaje być prawdą.
Niekiedy zaś bardziej przybliża do prawdy wspólne jej poszukiwanie niż ścieranie
się przeciwstawnych stanowisk. Zwłaszcza kiedy podejmujemy pytania ostatecz-
ne, czymś najważniejszym wydaje się samemu zobaczyć i umieć innym okazać te
wymiary rzeczywistości, w które wprowadza wiara, i ten świat wartości, na który
otwiera nas życie według zasad etyki. Zapewne to miał na myśli Apostoł Paweł,
kiedy o swoim nauczaniu mówił tak oto: „A mowa moja i moje głoszenie nauki nie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralne implikacje przeludnienia 211


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem


ducha i mocy” (1 Kor 2,4).

Zaczynam z takim namaszczeniem, bo nie chciałbym nastawić się w tym liście na


podawanie argumentów. Chciałbym przyjrzeć się nieco temu trudnemu proble-
mowi i nie pomijać także takich spojrzeń, z jakich nie wynika może żaden argu-
ment, a jakie jednak zwiększają rozeznanie w przedmiocie.

Spotkałem się kiedyś – nie pamiętam już: może u Machiavellego, może u któregoś
z filozofów Oświecenia – ze zdumiewającą refleksją na temat wojny. Autor ten wie-
rzył jeszcze w dobre skutki puszczania krwi, rozpowszechnionej niegdyś metody
leczniczej. „Wojny – powiada – są dla ludzkości czymś tak samo błogosławionym,
jak dla poszczególnego człowieka puszczenie krwi; gdyby nie wojny, ziemia już
dawno nie mogłaby nas pomieścić”. Zostawmy na razie tę wypowiedź bez komen-
tarza.

O bardziej wyrafinowanej formie tego argumentu opowiadała mi pewna lekarka,


która swoje studia medyczne ukończyła w jednym z krajów zachodnich. Odby-
wając praktykę w szpitalu ginekologicznym, stanowczo odmówiła jakiegokolwiek
uczestnictwa w dokonywaniu poronień. Lekarze, którzy się tego podejmowali, na
ogół okazywali jej respekt, a nawet czuli się wobec niej zażenowani z powodu swo-
jego postępowania. Ale jeden z nich wpadł w wściekłość: „Wy, katolicy – krzy-
czał na nią – jesteście okropni egoiści. Nie chcecie pobrudzić sobie rączek ludzką
krwią. A gdyby wszystkie dzieci poczęte miały się narodzić, już dawno byśmy się
wzajemnie podusili z przeludnienia. Wy czekacie, żeby tę brudną robotę kto inny
za was wykonywał”. Zatem nawet przelewanie ludzkiej krwi można sobie zracjo-
nalizować jako wzniosłą służbę dla dobra ludzkości.

Powyższą historię – a żadnego szczegółu w niej nie zmyśliłem – dedykuję tym


wszystkim, którzy swoje złe postępowanie, w sytuacjach może mniej drastycz-
nych, usprawiedliwiają znaną wymówką: „Zasady są piękne, ale życie ma swoje
wymagania”. Bardzo niebezpiecznie uwierzyć w to, że są sytuacje, kiedy musi się
czynić zło. Stajemy wówczas po jednej stronie z ludźmi, którzy wierzą, iż życie wy-
maga niekiedy nawet tego, żeby zabijać niewinnych. A w każdym razie jesteśmy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralne implikacje przeludnienia 212


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wówczas wyznawcami zasady, że cel uświęca środki, nawet jeśli gołosłownie się od
niej odcinamy.

Dla problemu, który Pan postawił, dwie rzeczy wynikają na razie z powyższego. Po
pierwsze, kiedy stajemy przed jakimś bardzo trudnym zagadnieniem moralnym,
dobrze jest zapytać się na samym początku: Czy my naprawdę wierzymy w Boga,
czy tylko udajemy, że wierzymy. Bo jeśli naprawdę wierzymy w Boga, to tym sa-
mym wierzymy, że nie ma sytuacji tak przeklętych, z których jedyne wyjście pro-
wadzi poprzez czynienie zła i deptanie wartości moralnych. Wiary tej nie wolno
nam, rzecz jasna, wyznawać z założonymi rękami. Jeśli naprawdę tak wierzymy,
tym bardziej powinniśmy uruchomić swoją wyobraźnię i energię, żeby znaleźć
jakieś rzeczywiste wyjście z tej trudnej sytuacji. (Wyjście niemoralne zawsze jest
bowiem wyjściem pozornym i rodzi więcej problemów, niż ich rozwiązuje, tak że
sytuacja staje się w rezultacie jeszcze bardziej złożona i nie do rozwikłania).

Po drugie, działania antykoncepcyjne są moralne lub niemoralne, niezależnie od


swoich implikacji demograficznych. Jeśli są niemoralne, to kryzys demograficz-
ny, jaki przeżywa ludzkość, nie jest w stanie uczynić ich moralnymi. Podobnie
jak zachowując, rzecz jasna, proporcje właściwe obu zagadnieniom – kryzys ten
nie usprawiedliwia zabijania poczętych dzieci. Rozumiem, że ktoś nie zgodzi się
z tym rozumowaniem. Ale wówczas niech będzie konsekwentny. Niech uzna, że
tym samym staje na stanowisku, iż wartości moralne to rzecz czysto umowna oraz
że Boga w ogóle nie ma.

Wydaje mi się, że jestem jak najdalszy od bagatelizowania tego, co się nazywa


groźbą przeludnienia. To problem nadzwyczaj poważny. Ale nie wpływa on w naj-
mniejszy sposób na moralność lub niemoralność tych działań ludzkich, które same
w sobie są moralne lub niemoralne. Dlaczego zaś etyka katolicka uważa zabiegi an-
tykoncepcyjne za niemoralne, wyjaśniałem to już dwukrotnie – w miesięczniku W
drodze w numerze 4 z 1980 roku oraz 6 z 1983 (1).

Czytam parę ostatnich zdań, które przed chwilą napisałem, i czuję, jak fatalnie
mogą być one odebrane. „Oto klasyczny przykład doktrynerstwa! – zawoła nieje-
den, nawet zupełnie nieuprzedzony czytelnik. – Miliony ludzi umierają z głodu, a
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralne implikacje przeludnienia 213


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

on się martwi tym, że środki przeciwpoczęciowe są niemoralne. Nie martwi go zaś


to, że w wyniku jego moralnego angelizmu narodzi się niepotrzebnie wiele istot
ludzkich, których życie będzie jednym koszmarem nędzy”.

Proszę jednak zobaczyć, w jaki węzeł się natychmiast zaplątujemy. Bo na taką


mowę ja z kolei odpowiem: „Wybacz mi, ale bronisz stanowiska, że moralne zasa-
dy to nieosiągalny ideał, życie zaś idzie swoją drogą. Ty nazywasz moje stanowisko
doktrynerstwem, a ja ci zarzucam, że dałeś się uwieść zasadzie, jakoby cel uświęcał
środki”.

Żeby wybrnąć z tego impasu, proponuję bardziej uważnie przypatrzyć się tak zwa-
nemu życiu. Zanim wejdziemy do środka, czyli do krajów naprawdę biednych i
przeludnionych, pozostańmy w otoczce, czyli w krajach bogatych, których miesz-
kańcy najgorliwiej bronią środków antykoncepcyjnych jako panaceum na prze-
ludnienie. Kiedy bogaci, a w każdym razie syci Europejczycy gwałtownie atakują
katolicką etykę małżeńską w imię interesów krajów Trzeciego Świata, mam pod-
stawy do podejrzeń, że racjonalizują sobie oni w ten sposób swoją własną postawę,
której słuszności najwidoczniej nie są pewni.

Jak wiadomo, problem przeludnienia obfituje w paradoksy. Jednym z ważnych


elementów rozsądnie pomyślanej – w skali świata – walki z przeludnieniem jest
zwiększenie przyrostu naturalnego w krajach rozwiniętych. Dlaczego? Bo prze-
ludnienie to zjawisko w znacznym stopniu względne. Bogata Belgia ze swoją wy-
soką gęstością zaludnienia nie jest krajem przeludnionym, przeludnione zaś są
kraje o znacznie mniejszej gęstości zaludnienia. Bardzo wiele tu zależy od stopnia
rozwoju gospodarczego. Otóż przezwyciężenie gospodarczego zacofania możliwe
jest nie dzięki brakowi ludzi, ale dzięki ludziom, zwłaszcza ludziom wysoko wy-
kwalifikowanym. Toteż dla rozwoju gospodarczego w skali świata ważne jest, żeby
procent ludzi wysoko wykwalifikowanych wzrastał. Tymczasem, wskutek niskiego
przyrostu naturalnego w krajach rozwiniętych, wzrasta obecnie w skali świata pro-
cent analfabetyzmu. „Zatroskani” o przyszłość świata Amerykanie i Europejczycy
wydatnie obniżyli swoją rozrodczość i przyczyniają się w ten sposób do zachwia-
nia proporcji demograficznych, korzystnych dla gospodarczego rozwoju w skali
całego globu.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Moralne implikacje przeludnienia 214


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

A swoją drogą, to bardzo dobrze uświadomić sobie, że przeludnienie jest w dużej


mierze zjawiskiem względnym. Na szczęście świat nasz nie jest aż tak przeklęty,
żeby jakieś pojawiające się na nim dziecko musiało być traktowane jako wróg czy
wręcz agresor, jako następne zbędne dwoje rąk do pracy i jako jedna gęba więcej
do wyżywienia. Może potrafimy jeszcze jakoś uratować wiarę, że „człowiek” to
brzmi dumnie, i cieszyć się z tego, że rodzą nam się dzieci. Boję się, że mentalność,
która problem przeludnienia chciałaby rozwiązać za pomocą środków antykon-
cepcyjnych albo nawet przez zabijanie dzieci już poczętych, wiarę tę utraciła.

Ale przecież całe narody umierają z głodu i coś z tym trzeba zrobić! Zapewne gdy-
bym żył w którymś z tych krajów, miałbym ten problem bardziej przemyślany, a
przede wszystkim miałbym więcej moralnego doświadczenia na ten temat. Z mojej
obecnej perspektywy problem ten widzę niestety tylko ogólnie, a to następująco:
Przyłączam się mianowicie do wiary obecnego papieża w wyższość etyki nad tech-
niką. Z wiary tej wynikają co najmniej dwie konsekwencje. Po pierwsze, zgubne to
rozwiązania, które zbawienia ludzkości szukają w technice, nie licząc się z moral-
nością. Ale po drugie: jest jednocześnie i brakiem realizmu, i wygodnictwem gło-
sić słuszne zasady moralne, a nie szukać technicznych, opartych jednak na praw-
dzie moralnej, rozwiązań naszych bolączek, impasów czy wręcz nieszczęść.

Europejczyków, dla których problem przeludnienia nie jest pretekstem dla uspra-
wiedliwienia własnych dezorientacji moralnych, ale którzy tym problemem przej-
mują się autentycznie, nie trzeba pouczać o różnych konkretnych sposobach walki
z przeludnieniem, bo wiedzą na ten temat sporo. Niestety, wydaje się, że u nas w
Polsce takich ludzi jest niewielu. A z całą pewnością problem to tak wielki i ważny,
że zasługuje na to, abyśmy przejęli się nim więcej. I żebyśmy zaczęli trochę więcej
przyczyniać się do jego rozwiązania.

W serii „Dokumenty KAI” został opublikowany wydany w roku 1994 dokument


Papieskiej Rady ds. Rodziny pt. „Etyczny i pastoralny wymiar przemian demogra-
ficznych”. Ponadto gorąco polecam artykuł G. F. Dumont, „Przeludnienie – histo-
ria problemu”, Biuletyn KAI z 19 marca 1994, ss. 11–15.

1 Por. „Moralna ocena technik antykoncepcyjnych”, w: Szukającym drogi, Poznań 1982, s. 131–136; „Środki poron-
ne”, wyżej, s. 258–262.]
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Uśmierzanie bólu a eutanazja 215


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Uśmierzanie bólu a eutanazja


Kościół, o ile mi wiadomo, nie ogłasza sprzeciwu wobec praktyk uśmierzania bólu za pomo-
cą środków farmakologicznych. Zarazem zajmuje twarde stanowisko przeciwko skracaniu
życia, nawet jeśli ktoś jest już konający i ostatnie jego godziny są samą tylko męczarnią.
Mam z tym dwa problemy. Najpierw, jaki jeszcze sens ma egzystencja człowieka umierają-
cego, którego nafaszerowano środkami przeciwbólowymi i który i tak nie wie, co się z nim
dzieje? Pytanie drugie: Środki przeciwbólowe zwykle rujnują organizm i powodują skrócenie
życia, a gdyby je zastosować w większej dawce, sprowadzają śmierć. Dlaczego zatem jest
rzeczą moralną stosowanie tych środków w mniejszej dawce i skracanie życia po trochu, a
rzeczą niemoralną jest zastosowanie tych samych środków w większej dawce i skrócenie ży-
cia od razu?

Drugie Pana pytanie wymaga uporządkowania teoretycznego, a ponieważ z tym


zawsze jest łatwiej, więc zacznę od niego. Otóż wszelkie bezpośrednie działanie
przeciwko życiu ludzkiemu – niezależnie od tego, czy ktoś dokonuje zabójstwa
od razu, czy stopniowo – jest czynem straszliwie niemoralnym, który powodu-
je duchowe spustoszenie w sprawcy tej zbrodni. Istnieli podobno wyrafinowani
truciciele, którzy potrafili zabijać w sposób nie budzący podejrzeń przez dłuższe
stosowanie niewielkich, ale odpowiednio dobranych dawek trucizny. Czyżby ich
zbrodnia ulegała rozmyciu dlatego, że zabójstwo było dokonywane stopniowo?
Raczej przeciwnie, zbrodnia popełniona z takim wyrafinowaniem i zimną krwią
zasługuje na tym większe moralne potępienie.

Zatem stosowanie środków przeciwbólowych jest moralnie dopuszczalne nie dla-


tego, że skracają one życie tylko po trochu. Jest raczej tak: nie zgłaszany zasad-
niczych moralnych zastrzeżeń wobec praktyk uśmierzania bólu, mimo że przy-
czyniają się one niekiedy do skrócenia życia. W nauce moralności nazywa się to
zasadą podwójnego skutku.

Spróbuję wyjaśnić tę zasadę na przykładzie mało poważnym. Oto przed chwilą


umyłem sobie głowę. Na dnie wanny pozostał niestety – jak zwykle zresztą – pęk
włosów. Prawdopodobnie częste mycie głowy przyspiesza moje łysienie. Jednak ja
nie dlatego myję sobie głowę, żeby być łysym; myję sobie głowę, żeby mieć ją czystą.
W życiu często tak bywa, że różne nasze działania mają swoje skutki uboczne, nie
zawsze pożądane. Trzeba się z nimi liczyć, niekiedy wzgląd na skutki uboczne po-
wstrzyma mnie od działania (na przykład nie będę mył sobie głowy, jeśli w pokoju
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Uśmierzanie bólu a eutanazja 216


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

mam temperaturę minus jeden, raczej poczekam do jutra, kiedy ogrzewanie zo-
stanie naprawione). Nie da się jednak na tym świecie osiągnąć takiego komfortu,
żeby żadne moje działania nie przynosiły niepożądanych skutków ubocznych.

Otóż niepożądanym skutkiem ubocznym środków przeciwbólowych jest szkodli-


wy ich wpływ na organizm, ale przecież nie po to podaje się je cierpiącemu, żeby
szkodzić jego zdrowiu czy nawet życiu. Lekarz, który ma do wyboru dwa środki
o jednakowej zdolności uśmierzenia bólu, zawsze przecież wybierze środek mniej
szkodliwy. Toteż stosowanie tych środków nie budzi zasadniczych sprzeciwów
moralnych. Owszem, rodzi różne moralne problemy – na jeden z nich zwraca Pan
uwagę w swoim liście, i o tym za chwilę – jednak w zasadzie perspektywa przynie-
sienia fizycznej ulgi człowiekowi cierpiącemu budzi moralną aprobatę.

Jednak jawnym nadużyciem jest twierdzić, że zabójstwo z litości stanowi najbar-


dziej radykalną metodę uśmierzania bólu. Obrońcy eutanazji posuwają się nie-
kiedy do tak absurdalnych i niegodnych argumentów. Wyobraźmy sobie, że mam
w spodniach dziurę. Wobec tego postanawiam ją załatać. Mogę jednak dojść do
wniosku, że spodni tych nie opłaca się już łatać i wyrzucam je do pieca. Czyż gest
ten nazwę usuwaniem dziury w spodniach? Przecież ja nie usuwam dziury, ale
niszczę dziurawe spodnie! Są to dwa działania nie tylko różne, ale dokładnie so-
bie przeciwstawne. Podobnie radykalna różnica dzieli uśmierzanie bólu i zabijanie
człowieka, który bólu doznaje.

Tu widać jak na dłoni całą niemoralność eutanazji. Człowiek czymś się jednak
od dziurawych spodni różni! Sprzeciwiamy się eutanazji, bo w zasadzie wszyscy
– wierzący i niewierzący – nosimy w sobie głębokie poczucie, że sens życia ludz-
kiego jest większy, niż jesteśmy w stanie to pojąć. Człowiek wierzący doda do tego
oczywiście argumenty ściśle religijne.

Dobrze jest jednak zdać sobie sprawę z tego, że tu chodzi o coś więcej niż czysto
negatywny zakaz zadawania śmierci człowiekowi, który niedługo i tak umrze. Dni
i godziny, w których człowiek – mój bliźni, a w końcu ja sam – schodzi z tego świa-
ta, są czasem szczególnie świętym lub szczególnie przeklętym. Wtedy szczególnie
ujawnia się ludzka godność i solidarność albo ludzka beznadzieja i egoizm. Myślę,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Uśmierzanie bólu a eutanazja 217


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

że wart zastanowienia jest zarzut, iż eutanazja jest pomysłem ludzi zdrowych, dla
których cudze umieranie jest sytuacją wysoce kłopotliwą, toteż chcieliby od niej
jak najszybciej i jak najdalej uciec. A przecież zwłaszcza człowiekowi umierają-
cemu należy się prawdziwie ludzka, a nie tylko czysto fizyczna obecność innych
ludzi, szczególnie zaś najbliższych. Niestety, taka jest prawda: próby obrony euta-
nazji świadczą o głębokim kryzysie człowieczeństwa, o wypaczeniu najbardziej
elementarnych relacji międzyludzkich.

A jeśli sam cierpiący błaga o uśmiercający zastrzyk? Nie zapomnę, co na to pytanie


odpowiedziała moja znajoma, pracująca jako pielęgniarka. „Owszem, zdarza się
czasem, że chory prosi mnie o to, żeby położyć kres jego życiu. Nigdy się wówczas
nie oburzam ani nie odmawiam, ani nie próbuję tłumaczyć, że tak nie wolno. Py-
tam tylko: A co się znowu stało? I zawsze okazuje się, że człowiek ten albo poczuł
się upokorzony swoją bezradnością (na przykład narobił pod siebie), albo przeży-
wa swoje opuszczenie przez najbliższych, albo nie chciałby już dłużej być dla nich
ciężarem. Jednym słowem, nie spotkałam jeszcze sytuacji, w której prośby o skró-
cenie życia nie dałoby się zagasić zwykłym zwiększeniem miłości”. Odpowiedź ta
wydaje mi się bardzo mądra.

Tyle na temat eutanazji. Pan postawił jeszcze jedno pytanie: Jaki jeszcze sens ma
egzystencja człowieka umierającego, którego nafaszerowano środkami przeciwbó-
lowymi i który i tak nie wie, co się z nim dzieje? Zastanawiając się nad tym pyta-
niem, przypomniałem sobie długi i piękny tekst – bardzo sędziwego już wówczas
– papieża Piusa XII na temat moralnych aspektów anestezji. Przedstawię może
główne tezy tego tekstu, opublikowanego 24 lutego 1957 roku, bo znajduje się w
nim między innymi odpowiedź na Pańskie pytanie.

Otóż papież zaczyna „groźnie”. Przypomina mianowicie, że praca nad umartwie-


niem ciała i nad wewnętrznym oczyszczeniem jest obowiązkiem chrześcijanina,
„bo nie da się na dłuższą metę uniknąć grzechów i wiernie wypełniać swoich obo-
wiązków, jeśli ktoś nie chce podjąć tego wysiłku oczyszczenia i umartwienia”. I
zwraca uwagę Pius XII na to, że ważne miejsce w tym dziele naszego oczyszcze-
nia przypada różnym cierpieniom i utrapieniom, które nas spotykają. Nie wyni-
ka stąd bynajmniej, żeby przeciwstawianie się cierpieniom było czymś moralnie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Uśmierzanie bólu a eutanazja 218


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

podejrzanym, a to dlatego, że „obowiązek zaparcia się siebie i wewnętrznego


oczyszczania, jaki spoczywa na chrześcijanach, można wypełniać w różny sposób”
– zwłaszcza przez wierne wypełnianie swoich obowiązków i znoszenie w duchu
Bożym tych nieszczęść, cierpień i kłopotów, których nie da się uniknąć.

Natomiast nauka papieża na temat farmakologicznego uśmierzania bólu da się


sprowadzić do czterech punktów:

1. Nie wolno używać środków przeciwbólowych wbrew wyraźnej woli człowieka


cierpiącego. Po prostu człowiek ma prawo przyjąć swoje cierpienie w całej jego
rozciągłości

2. Ale człowiek ma też pełne prawo starać się o usunięcie lub przynajmniej o
zmniejszenie swojego cierpienia. Papież zwraca uwagę na to, że cierpienie, choć
może oczyszczać, może też niszczyć człowieka. Właśnie dzięki uśmierzeniu bólu
nieraz łatwiej się modlić i przeżywać swoją chorobę w zjednoczeniu z Bogiem.
Toteż, zdaniem papieża, nie tylko wolno stosować środki przeciwbólowe, ale nie
powinno się podpowiadać człowiekowi ciężko cierpiącemu, żeby ze środków tych
zrezygnował.

3. Zarazem jednak nie należy pozbawiać człowieka umierającego możliwości świa-


domego rozstania się z tym światem: możliwości wydania ostatnich dyspozycji,
pojednania z Bogiem, pożegnania się z bliskimi. Anestezję, która bez skrupułów
pozbawia umierającego świadomości, nazywa Pius XII praktyką godną pożałowa-
nia.

4. Nie należy sądzić, że postawą bardziej heroiczną jest odmowa przyjęcia środ-
ków przeciwbólowych, choć oczywiście, nie należy zapomnieć także o tym, że
Chrystus Pan w obliczu śmierci nie przyjął narkotyzującego napoju. „Ideał chrze-
ścijańskiego heroizmu nie wymaga – przynajmniej ogólnie rzecz biorąc – odmo-
wy przyjęcia środków uśmierzających, nawet w obliczu śmierci. Wszystko zależy
od konkretnych okoliczności. Rozwiązanie najdoskonalsze i najbardziej heroiczne
może polegać zarówno na przyjęciu tych środków, jak na ich odmowie”.

Krótko mówiąc, nie ma rutynowej odpowiedzi na pytanie, co robić, żeby moje


Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Po śmierci samobójczej kogoś bliskiego 219


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

schodzenie z tego świata dokonało się jak najbardziej w duchu Bożym. Nie ma też
rutynowej odpowiedzi na pytanie, co robić, żeby umierający cierpiał jak najmniej,
a zarazem żeby pomóc mu schodzić z tego świata z godnością. Tylko miłość – le-
karza, pielęgniarki, najbliższych – potrafi odnaleźć sposób na jednoczesne osią-
gnięcie obu tych celów.

Po śmierci samobójczej kogoś bliskiego


Wiedziałam, że na ludzi czasem spada nieszczęście. Spotykałam ludzi dotkniętych takim
nieszczęściem, że strach było pomyśleć, co by było, gdyby na mnie kiedyś takie nieszczęście
przyszło. Ale nigdy nie przypuszczałam, że nieszczęście tak może człowieka załamać. Syn
mojej znajomej popełnił samobójstwo. Stało się to osiem miesięcy temu, a czas niczego nie
leczy. Powiedziałabym nawet, że w miarę upływu czasu nieszczęsna matka przemieniła się
w jedną ranę. Stała się chodzącym smutkiem i rozpaczą. Jest przepełniona poczuciem winy:
że gdyby go lepiej wychowała, gdyby więcej kochała, gdyby nie rozwiodła się z mężem, gdyby
umiała zauważyć dramaty, jakie syn przeżywał, nic doszłoby tragedii. Jest ona osobą wie-
rzącą, daje na mszę za syna, ale to niczego nie zmienia. Patrzeć nie można, jak się zagryza.
Moich argumentów słucha, ale jej nie przekonują. Powiada, że nic już jej nie pocieszy. Jak do
niej przemówić? Już ludzie jej unikają, bo straszy wszystkich swoim przygnębieniem. Może
skończyć się na tym, że zagryzie się kobieta na śmierć.

Tak, gdyby ktoś, odbierając sobie życie, pomyślał o tym, ile bólu po sobie pozosta-
wi, zapewne by się zastanowił i zamiaru swego nie wykonał. To prawda, czasem
ktoś popełni samobójstwo, będąc tylko w niewielkim stopniu panem swojej woli.
Kto inny w gruncie rzeczy wcale nie chciał targnąć się na swoje życie, chciał tyl-
ko nadać bardzo ostre wołanie o pomoc, przesadził jednak w natężeniu sygnału,
tak że skończyło się śmiercią, która ma wszystkie zewnętrzne cechy samobójstwa.
Zawsze jednak, kiedy człowiek odbiera sobie życie, to dlatego, że dał się jakoś za-
mknąć w sobie: w swoim poczuciu bezsensu, w swojej samotności nie do uniesie-
nia, w jakimś obrzydzeniu dla samego siebie, w swoim całkowitym rozczarowaniu
do ludzi, w niewierze w siebie itp. Zapewne nie doszłoby do tragedii, gdyby czło-
wiek ten próbował przekroczyć altruistycznie swoje zamknięcie we własnych pro-
blemach. Sądzę, że odnosi się to nawet do tych, którzy podejmują decyzje samo-
bójcze nie w pełni świadomie – bo przecież wszyscy, również psychicznie chorzy,
są prawdziwymi ludźmi, a więc zdolni są do miłości.

Powyższe uwagi napisałem nie dlatego, że poczułem się uprawniony do wydawa-


nia sądu nad ludźmi, którzy popełnili samobójstwo. Sąd ten należy wyłącznie do
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Po śmierci samobójczej kogoś bliskiego 220


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Pana Boga. Pragnę jedynie wydać sąd nad mechanizmami, które do samobójstwa
prowadzą. Niejednego już człowieka, który znalazł się w samobójczej depresji, od
skoku w otchłań uchroniła właśnie myśl o bólu, jaki by to zadało najbliższym,
świadomość, że się będzie jeszcze komuś potrzebnym, czy religijny lęk, aby nie
podeptać w ten sposób ostatecznie miłości Boga. Wydaje się, że wystarczy nawet
niewielka miłość, byleby to była miłość prawdziwa, aby skutecznie unieszkodliwić
żądło pokusy samobójczej. Miłość zabroni również takiej samobójczej próby, któ-
rej celem jest co innego niż odebranie sobie życia, bo przecież takie próby niekiedy
naprawdę kończą się śmiercią.

Jak jednak pomóc nieszczęsnej matce, którą samobójcza śmierć syna wciągnęła w
takie wiry samozniszczenia, nad którymi nie jest już w stanie zapanować? Przypo-
mina mi się metoda wyciągania matek z rozpaczy po śmierci dziecka, podawana
przez mądrość ludową. Mianowicie wśród różnych opowiastek przy darciu pierza
czy podczas przędzenia opowiadano sobie też o matce, której umarło dziecko. Po-
grążona w rozpaczy, poszła kiedyś nocą do kościoła i była świadkiem wielkiej pro-
cesji dusz czyśćcowych. Dziecko jej wlokło się na samym końcu tej procesji, gdyż
musiało dźwigać dwa ciężkie wiadra jej łez.

Dopatruję się w tej opowiastce czegoś więcej niż sprytnej psychologicznie techniki
pocieszania po stracie kogoś najdroższego. Opowiastka ta wyraża obrazowo część
prawdy o świętych obcowaniu. Jeśli bowiem śmierć nie rozrywa istotnych więzów
między ludźmi, to dla losu zmarłego nie jest obojętne, w jaki sposób zachowuje-
my się po jego odejściu. Jeśli w naszej żałobie zabraknie szukania woli Bożej, jeśli
śmierć bliskiej nam osoby powoduje w nas nie kończące się rozbicie duchowe, to
stajemy się niezdolni do udzielenia zmarłemu tej pomocy duchowej, której on po-
trzebuje szczególnie. Nie wolno nam dopuścić do tego, żeby żałoba nas zagryzła
– nie tylko dlatego, że jakoś trzeba żyć dalej, ale również ze względu na zmarłego,
któremu możemy pomóc naszą piękną postawą duchową, natomiast swoim zała-
maniem na pewno nie pomożemy.

A jeśli to była śmierć samobójcza? Czy nawet takiemu zmarłemu można pomóc?
Weźmy to na zdrowy rozum i zastanówmy się nad tym w duchu wiary. Śmierć
tego człowieka dokonała się poprzez akt samozniszczenia. Otóż zgodnie z ciemną
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Po śmierci samobójczej kogoś bliskiego 221


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

logiką takiego aktu, jedno zniszczenie pociąga za sobą zniszczenia następne. To-
też pierwszą formą duchowej pomocy człowiekowi, który popełnił samobójstwo,
jest nie dopuścić do tego, aby za jego śmiercią poszły zniszczenia następne. Dzię-
ki temu zmarły będzie mógł bronić się przed sądem Bożym: „To prawda, Panie
Boże, że dopuściłem się czegoś bardzo złego. Ale to mam na swoją obronę, że
moja śmierć nie spowodowała już zła następnego”. Oby udało się Pani wytłuma-
czyć swojej znajomej, że trwając w duchowym rozbiciu, ściąga na głowę syna winę
następną. Musi się zatem jakoś pozbierać, żeby syna przed taką winą obronić.

Można się starać o coś więcej: żeby tę śmierć niepotrzebną i bezsensowną napeł-
nić sensem od zewnątrz. Wówczas zmarły będzie miał jeszcze lepszą obronę, bę-
dzie mógł powiedzieć Sędziemu: „Panie Boże Miłosierny, nie potępiaj mnie za mój
czyn godny potępienia. Weź to pod uwagę, że wskutek mojej śmierci moi bliscy
bardziej zwrócili się do Ciebie, zaczęli wydawać więcej duchowych owoców”. Jest
to jednym z największych dowodów wszechmocy miłosiernego Boga, że nawet z
grzechu potrafi wyprowadzić dobro, jeśli tylko ludzie zwracają się ku Jego łasce.

Znajomą Pani gnębią wyrzuty sumienia, sama uważa się za przyczynę tej śmierci
nieszczęsnej. Moim zdaniem nie powinna Pani udowadniać jej na siłę, że jej wina
nie jest aż tak duża. Trzeba raczej dążyć do tego, aby zrozumiała, że nie człowieko-
wi mierzyć ostatecznie wielkość swojej winy, że jeden tylko Bóg widzi obiektyw-
nie, jak wielki jest nasz grzech. Toteż zamiast gryźć się bezpłodnie swoją winą, za-
miast biadać nad tym, że nie da się cofnąć czasu ani unieważnić zła i jego owoców,
które już z niego wyrosły – trzeba raczej z całą żarliwością i ufnością zwrócić się
ku Bożemu Miłosierdziu; „Panie Boże Miłosierny, to moje grzechy spowodowały
tak wielki grzech mojego syna. Nie odrzucaj mojego syna za moje grzechy! Okaż
mu swoje miłosierdzie, a mnie nawróć ku Sobie, abym Cię kochała za nas dwoje”.
Jest to z pewnością postawa dużo bardziej sensowna niż jałowe zagryzanie się roz-
pamiętywaniem swoich win.

I jeszcze jedno. Pisze Pani, że znajoma zabiega o msze za swojego syna. Warto
sobie uświadomić, czym jest Msza święta za zmarłych. Otóż Msza święta jest to
sakramentalne uobecnienie tej Ofiary Chrystusa, która za nas wszystkich zosta-
ła złożona na Kalwarii. Jeśli pragniemy, aby za kogoś bliskiego, kto zszedł z tego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Przysięga 222
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

świata, odprawiła się Msza święta, znaczy to, że zależy nam na tym, aby sam Chry-
stus błagał u Przedwiecznego Ojca za tym, za kogo się modlimy. Niech Pani to
wytłumaczy swojej znajomej. Niech podczas Mszy świętej za swojego syna stara
się modlić jakoś tak: „Panie Jezu Chryste, weź w swoje Boskie ręce los ostateczny
mojego syna. Ubłagaj Ojca Swojego Miłosiernego, aby raczył odpuścić mu grzechy
i dopuścił go do wiekuistego oglądania Swojego Oblicza. Twoja modlitwa, Jezu
Chryste Zbawicielu ludzi, jest przecież wszechmocna. Ty przecież przyszedłeś na
ten świat nie po to, żeby nas potępić, ale żeby znaleźć i zbawić każdą zagubioną
owieczkę. Ty jeden możesz uratować mi syna od śmierci wiecznej. Panie Jezu, nie
mam nikogo, kto by mógł mi dopomóc. Jezu, ufam, że mnie wysłuchasz i okażesz
mu miłosierdzie!”

Większej pociechy wiara udzielić nie może. Ale na cóż nam większa pociecha, sko-
ro ta, o której tu mówimy, opiera się na nieskończonym Bożym miłosierdziu, a jej
moc płynie z Krwi Syna Bożego?

Przysięga
Niepokoi mnie problem przysięgi. Ewangelia potępia nie tylko przysięgę fałszywą, ale wszelką
przysięgę: „W ogóle nie przysięgajcie. Ani na niebo, bo jest tronem Bożym. Ani na ziemię, bo
jest podnóżkiem stóp Jego. Ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na twoją
głowę nie przysięgaj, bo nie możesz jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech ra-
czej mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie. Co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,34–37).

Dzisiaj na każdym kroku żądają od człowieka jakichś zobowiązań, jakichś podpi-


sów, jakichś przysiąg. Przecież to niezgodne z duchem Ewangelii! Ale jeśli odmó-
wisz, nie przyjmą cię do pracy, możesz mieć jakieś kłopoty. Pytałem znajomego
księdza. Odpowiedział, że zobowiązanie złożone pod przymusem jest nieważne.
Nie bardzo mnie to przekonuje, jeśli pamiętam o tym, że Ewangelia w ogóle zaka-
zuje przysięgania.

Przypatrzmy się najpierw przytoczonemu przez Pana fragmentowi Ewangelii. Spo-


strzegam w nim co najmniej trzy pouczenia. Po pierwsze, nie próbujmy przykazań
Bożych traktować na wzór praw ludzkich. Jeśli kto chce obejść prawo ludzkie, za-
wsze sobie jakąś furtkę znajdzie. Zakazywał Stary Testament przysięgi fałszywej,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Przysięga 223
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

zakazywał w ogóle wzywania imienia Bożego nadaremno, więc wymyślono sobie


furtki: przysięgano na niebo i ziemię, na Jerozolimę, na własną głowę. Ale prze-
cież – tłumaczy nam Pan Jezus – wszystkie te przysięgi odwołują się ostatecznie
do Boga. „Niebiosa są moim tronem, a ziemia podnóżkiem nóg moich” – przypo-
mina Zbawiciel słowa Księgi Izajasza (66,1). A z kolei Psalm 48 nazywa Jerozolimę
„miastem wielkiego Króla”. Zresztą czyż wszystkie wielkie wartości, na które czło-
wiek ma ochotę przysiąc, nie są darem Bożym? Każda zatem przysięga ostatecznie
odwołuje się do Boga i nie ma co szukać wykrętnie jakichś półprzysiąg. Owszem,
istnieją jeszcze przysięgi odwołujące się do sił Bogu przeciwnych, ale niegodzi-
wość takich przysiąg jest tak oczywista, że Zbawiciel nawet o nich nie wspomina.

Po wtóre, chodzi Panu Jezusowi o przywrócenie zwykłemu słowu należnej mu


wartości. Mowa nasza ma być rzetelna i prostolinijna: „tak, tak; nie, nie”. „Dla
chrześcijanina każda mowa powinna być tak jakby zaprzysiężona” – powiada św.
Hieronim. Przysięganie jest szkodliwe co najmniej w takim stopniu, w jakim przy-
czynia się do zepsucia ludzkiej mowy. Spostrzeżenie to odnosi się zresztą również
do innych manipulacji, mających na celu wzmocnić wartość naszej mowy. Bo za-
miast powiedzieć po prostu: „prawda”, lubimy dodać: „szczera prawda”; często i
tego nam nie wystarczy i powiadamy: „najszczersza prawda”, „prawda z ręką na
sercu”, „prawda najprawdziwsza”. W ten sposób tworzy się atmosfera, w której sło-
wa coraz bardziej odrywają się od rzeczywistości, a człowiekowi coraz trudniej
wierzyć ludzkiemu słowu. Przecież dzisiaj nie sposób kupić po prostu masła, bo
każde masło jest dziś albo „śmietankowe”, albo „wyborowe”, albo „luksusowe”. Naj-
gorsze buble są „ekstra”, „prima”, „super” i brak już słowa, którym można by okre-
ślić zwyczajnie porządny przedmiot.

Czy Pan Jezus w ogóle zakazuje przysięgi? Tak można by sądzić, gdyby przyto-
czony przez Pana fragment Ewangelii był jedynym nowotestamentalnym tekstem
na ten temat. Tymczasem tak nie jest. Ponieważ zaś uznajemy w Piśmie Świętym
słowo Boże, wierzymy, że nauka Boża zawarta jest w całości tekstów, wypowiada-
jących się na ten temat. Otóż wiara nie zadowoli się próbą zharmonizowania tych
tekstów: jeśli natrafia na trudności z uzgodnieniem poszczególnych wypowiedzi
biblijnych, przyjmuje je z wdzięcznością wobec Boga, głównego Autora Pisma
Świętego. Bo dzięki takim trudnościom łatwiej nam się otworzyć na ducha, który
przenika literę słowa Bożego.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Przysięga 224
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Otóż w Nowym Testamencie znajduje się kilka konkretnych aktów przysięgi. Jest
to dowód rozstrzygający, że wiara chrześcijańska nie wyklucza przysięgi absolut-
nie, chce natomiast ograniczyć jej używanie do koniecznego minimum. Co naj-
ciekawsze, jedna z tych przysiąg zawiera oczywistą aluzję do słowa Pana Jezusa o
przysięgach: „Bóg mi świadkiem – przysięga św. Paweł – że w tym, co do was mó-
wię, nie ma równocześnie tak i nie” (2 Kor 1,18).

Dwie inne przysięgi Apostoła Pawła przytacza św. Augustyn w tekście, który sam
w sobie wart jest przypomnienia w związku z naszym tematem: „Apostoł często
przysięgał. «Co wam piszę, mówię przed Bogiem, że nie kłamię» (Ga 1,20), albo:
«Świadkiem mi Bóg, któremu służę moim duchem» (Rz 1,9). Nie godzi się przy-
puścić, że Paweł, zwłaszcza w natchnionych listach, złamał przykazanie Pańskie.
Zatem słowa: «Zupełnie nie przysięgajcie» przypominają nam, abyśmy, na ile to
tylko możliwe, unikali przysięgi i pod pozorem dobra nie przysięgali zbyt łatwo”.

Jakżeż zresztą przysięga mogłaby być złem sama w sobie, skoro nawet Bóg jej uży-
wa?! „Przysięgam na siebie – powiedział do Abrahama – ponieważ to uczyniłeś,
że nie oszczędziłeś swojego syna jedynego, będę cię błogosławił” (Rdz 22,16). Po-
wołanie się na tę przysięgę znajdziemy później w Ewangelii (Łk 1,73). Zaś List
do Hebrajczyków, wykazując wyższość kapłaństwa Chrystusa nad kapłaństwem
Aarona, rozwija argument, że tylko to pierwsze jest kapłaństwem zaprzysiężonym
przez Boga: Stało się to nie bez złożenia przysięgi, tamci bowiem [kapłani Starego
Testamentu] bez przysięgi stawali się kapłanami. Ten zaś [Chrystus] przez przysię-
gę Tego, który powiedział: Poprzysiągł Pan a nie będzie żałował: Tyś jest kapłanem
na wieki” (Hbr 7,20; por. Ps 110,4).

Przysięgą nazywamy zazwyczaj wezwanie Boga na świadka naszych stwierdzeń lub


zobowiązań. I tutaj pojawia się trudność następująca: Przecież Bóg jest wszech-
obecny, zatem jest świadkiem – chcemy czy nie chcemy, zdajemy sobie z tego
sprawę czy nie – wszystkich naszych poczynań i zobowiązań. O co więc chodzi
w przysiędze? Na trudność tę odpowiedziałbym tak: Przez przysięgę wchodzimy
jakby w status egzystencjalny aniołów, wykonujemy dany akt z najpełniejszą świa-
domością, że dzieje się to w obliczu samego Boga. Oczywiste więc, że przysięga
domaga się szczególnego duchowego zaangażowania. Chodzi nie tylko o to, żeby
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Przysięga 225
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

przysięga nam nie spowszedniała. Jeśli nie zamierzam przekroczyć swojej ludzkiej
ułomności i jakby – przynajmniej na ten moment – dorównać aniołom, nie wolno
mi przysięgać nawet raz w życiu. Dotyczy to przysięgi uczciwej, nie krzywoprzy-
sięstwa. Bo krzywoprzysięstwo jest to czyn właściwie diabelski: jest to zło wyko-
nane z tak pełną świadomością obecności Boga, że człowiek odważa się aktywnie
przywołać Go na świadka tego postępku.

Czas wreszcie wymienić trzecie pouczenie, które dostrzegam w cytowanym przez


Pana fragmencie Kazania na Górze: Unikajcie nawet przysięgi uczciwej, bo cele,
jakie spodziewacie się uzyskać poprzez przysięgę, zazwyczaj można osiągnąć i bez
niej; wystarczy uświadomić sobie, że znajduję się w obecności Bożej. Opowiadał
mi znajomy, że był świadkiem następującego, nieco komicznego wydarzenia w są-
dzie. Ktoś coś tam zeznawał, na co mu ktoś drugi: „Gdyby tu był krzyż, mówiłbyś
zupełnie inaczej”. Aż trudno uwierzyć, ale ten człowiek rzeczywiście zaczął w jed-
nej chwili zeznawać zupełnie inaczej.

Wróćmy do tekstów biblijnych, które mówią o przysięgach, składanych przez sa-


mego Boga. Wskazują one na jeszcze jeden moment, zawierający się w przysiędze:
często przysięga jest stwierdzeniem lub obietnicą szczególnie uroczystą. My, lu-
dzie, potrzebujemy święta i odświętności. Bo to, co podniosłe, odświętne, uroczy-
ste, ujawnia nam, że to, co powszednie i doczesne, nie kończy się na samym sobie,
ale otwiera się na coś więcej, prowadzi do jakiejś transcendencji. Zatem Bóg, skła-
dający uroczyste obietnice, jest Bogiem pochylającym się nad nami w taki sposób,
jak tego potrzebujemy, dostosowującym się do naszych ludzkich potrzeb, wypro-
wadzającym nas w sposób zgodny z naszą naturą ponad naszą doczesność.

Ten moment otwierającej na transcendencję podniosłości można zauważyć zwłasz-


cza w przysięgach, zawierających obietnicę i zobowiązanie. Weźmy na przykład
przysięgę małżeńską. Przecież nie tylko dlatego wzywamy Boga na świadka tego
zobowiązania, aby nie załamać się w chwilach, kiedy trudno będzie zobowiązania
dotrzymać. Nawet nie tylko dlatego, że liczymy i nieustannie liczyć będziemy na
Jego obecność w naszym małżeństwie. Przysięga małżeńska głosi jakby ponad-
ludzki charakter tego związku między mężem i żoną. Związek ten jest cudowny i
tajemniczy już w swoim wymiarze ludzkim. Cudowne i tajemnicze jest bowiem to,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Przysięga 226
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

że wspólnota dwojga ludzi staje się w miarę przychodzenia na świat dzieci wielo-
osobową wspólnotą rodzinną. Otóż w przysiędze małżeńskiej przywołuje się uro-
czyście Boga na twórcę i świadka zakładanej wspólnoty; liczy się na to, że będzie
nam dopomagał, aby nasza wspólnota nie tylko rosła i przelewała się na nasze
dzieci, lecz aby przetrwała na życie wieczne.

Toteż człowiek religijny odczuwa obrazę Boga w uroczystym wzywaniu Go dla po-
twierdzenia zaangażowań, już i bez przysięgi budzących moralne wątpliwości. Tu
przypomina się postać Franza Jëgerstëttera, młodego austriackiego rolnika, który
odmówił złożenia przysięgi w wojsku hitlerowskim. „Nie mogę pogodzić mego
sumienia z walką za Führera – wyjaśniał swoje stanowisko – nie mogę złożyć przy-
sięgi wiążącej mnie wobec rządu prowadzącego niesłuszną wojnę”. Sąd nie zważał
na to, że Jëgerstëtter był ojcem trojga małych dzieci, skazał go na śmierć i wyrok
wykonano. Dziś jego imię wspominamy z czcią należną męczennikom.

Mnie również nie przekonuje wyjaśnienie księdza, o którym Pan wspomina, że


zobowiązania złożone pod przymusem są nieważne. Jest to zasada prawna, nie
moralna. Każdy sprawiedliwy sąd, jeśli zostanie przekonany o tym, że dane zobo-
wiązanie złożone zostało ze strachu i pod przymusem, orzeknie jego nieważność.
Jednakże sąd ludzki nie zajmuje się sprawami duszy. Otóż są takie zobowiązania,
które zawsze ranią duszę, nawet jeśli złożę je pod przymusem, a więc z punktu
widzenia prawa nieważnie. Przypomnijmy sobie dzieje męczenników. Ludzie ci
nawet pod groźbą tortur i śmierci nie chcieli składać zobowiązania, że odejdą od
Chrystusa. I nie próbowali się wykręcać, że zobowiązania pod przymusem i tak są
nieważne. Bo wiedzieli, że do rzeczy niegodziwych nie wolno nam się zobowiązy-
wać nawet pod przymusem.

Jak jednak się zachować wobec tego zalewu deklaracji i zobowiązań, jakich na każ-
dym kroku się od nas żąda? Na przykład ilekroć oddaję do pralni spodnie, pod-
pisuję deklarację, że zgadzam się na to, iż w praniu mogą ulec zniszczeniu guziki
oraz zamek błyskawiczny. I za każdym razem spodnie wracają do mnie w niena-
ruszonym stanie. Po prostu pralnia zabezpiecza się za pomocą mojego podpisu
przed wzięciem odpowiedzialności za ewentualne szkody. Sądzę, że podobna ma-
łoduszność i chęć przerzucenia ewentualnej odpowiedzialności na innych leży u
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Problem pacyfizmu 227


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

źródeł wielu deklaracji i zobowiązań, jakich żąda się od ludzi w różnych innych
sytuacjach. Jednak egzekwuje się od ludzi również inne zobowiązania: zbliżające
się swoją formą do przysięgi (tyle że nie wspomina się w nich imienia Bożego), w
których człowiek przyrzeka jakąś określoną postawę generalną, nazwaną zazwy-
czaj w sposób mało precyzyjny.

Jak się zachować w sytuacji, kiedy ktoś żąda od nas takiego zobowiązania? Jedno
jest pewne: Jeśli kiedykolwiek zdarzy mi się, że podsuwany mi tekst budzi wyraźny
sprzeciw mojego sumienia, zobowiązania takiego nie wolno mi podejmować. Na-
wet gdyby miał to być akt pozorny, z którego nikt mnie rozliczać nie będzie. Nawet
gdyby odmowa miała mnie narazić na kłopoty.

Co do innych deklaracji i zobowiązań, składać je w zasadzie wolno. Starajmy się


jednak rozróżniać te, które godzą się ze zdrowym rozsądkiem, od tych, które mu
się sprzeciwiają – i w miarę naszych możliwości oczyszczajmy życie społeczne od
tych ostatnich. A zwłaszcza nie wciągajmy dzieci w nasze absurdy, nie żądajmy od
nich odprawiania żadnych pustych rytuałów. To ostatnie zdanie napisałem pod
wpływem rozmowy z rodzicami dziesięcioletniego dziecka, które w swojej klasie
musiało składać przyrzeczenie, że będzie żyło „zgodnie z ideałami Mikołaja Ko-
pernika”, patrona swojej szkoły.

Problem pacyfizmu
Czy w świetle Ewangelii wojna obronna i powstania narodowowyzwoleńcze są grzechem?
Uczucia patriotyczne są w nas bardzo rozwinięte. Łzy z naszych oczu wyciskają nie teksty
religijne, a właśnie patriotyczne. Głęboko przeżywamy rocznice powstań. Ostatnio jednak
dryfujemy w stronę pacyfizmu. Co jest dla nas najważniejszym argumentem? Po pierwsze,
Boży nakaz: „Nie zabijaj”; oraz „Miłujcie nieprzyjaciół waszych”. Po drugie, wezwanie do
naśladowania Chrystusa. Czy Chrystus przyszedł walczyć o wolność polityczną Żydów? Nie.
Jednoznacznie powiedział: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Chwytając za broń, na-
śladuję Barabasza, a nie Chrystusa.

Otóż spróbujmy przełożyć przedstawiony przez Was problem na sytuację minia-


turową. Wyobraźmy sobie, że do przedszkola wtargnął jakiś szaleniec, który za-
bija dzieci. Tylko użycie przemocy może je uratować. Czy ktoś o zdrowych zmy-
słach powie wówczas, że byłoby to naruszeniem prawa moralnego? Przeciwnie,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Problem pacyfizmu 228


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

haniebnie zachowałby się człowiek, który pod pozorem wstrętu do przemocy bez-
czynnie przypatrywałby się dokonującej się tragedii. Albo gdyby, zamiast natych-
miast działać w obronie dzieci, próbował perswadować szaleńcowi, aby ten zanie-
chał swoich straszliwych działań.

Zatem postawmy sobie pytanie: Czy w takim przypadku przykazanie „Nie zabijaj”
ulega zawieszeniu? Otóż nie. Nawet w takim przypadku należy dążyć raczej do
unieszkodliwienia złoczyńcy niż do jego zabicia(1). Pierwszym celem działania
byłoby wówczas – to chyba oczywiste – ratowanie zagrożonych dzieci. Gdyby zaś
tak się zdarzyło, że w wyniku naszej interwencji ów szaleniec utraciłby życie, prze-
żylibyśmy to jako nasz osobisty dramat, a zarazem jako bolesny dowód, że w naszej
ludzkiej rzeczywistości wciąż jeszcze istnieją otchłanie mroków, nie prześwietlo-
nych Bożą obecnością. Sąd oczywiście by nas uniewinnił, nawet spowiednik tłu-
maczyłby nam, że przecież postąpiliśmy właściwie, bo nie wolno było bezczynnie
patrzeć na zabijanie niewinnych – my jednak czulibyśmy się okropnie i błagaliby-
śmy Boga o wybaczenie, a ów szaleniec mógł nawet nie wiedzieć, co czyni.

Takie mniej więcej rozumowanie stało za teorią tak zwanej wojny sprawiedliwej.
O słabych stronach tej teorii za chwilę. Najpierw może przedstawmy samą teorię,
bo odegrała ona bardzo pozytywną rolę w moralnym rozwoju Europy. Hiszpań-
ski dominikanin, św. Rajmund z Pennafort († 1275), określił, w swojej Sumie dla
spowiedników, pięć warunków, które muszą być spełnione, aby można było uznać
wojnę za sprawiedliwą: 1. Nigdy celem wojny nie może być zabijanie nieprzyjaciół,
walczyć wolno jedynie w obronie zagrożonego życia, wolności lub własności, 2. W
wojnie należy odrzucić wszelkiego ducha zemsty, nienawiści i chciwości, 3. Dążyć
należy do jak najszybszego przywrócenia pokoju, 4. Decyzję o wojnie podejmo-
wać może jedynie monarcha, 5. Nie wolno angażować do walki kobiet, dzieci ani
duchownych.

Postulatom tym, zwłaszcza niektórym, łatwo zarzucić obłudę. Faktem jest jednak,
że utemperowały one znacznie obyczaje wojenne w Europie. I tak kodeks rycer-
ski zakazywał zabijać nieprzyjaciela, jeśli można go wziąć do niewoli; za czyn ha-
niebny uznano dobijanie rannych i znęcanie się nad jeńcami. Praktycznie zanikły
pustoszące wczesnośredniowieczną Europę wojny prywatne, zaś obyczaj zemsty
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Problem pacyfizmu 229


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

rodowej zachował się jedynie na Korsyce i może jeszcze na jakiejś jednej wyspie.
Szczególnie zaś spektakularnym świadectwem, że wojna sprawiedliwa nie musi
prowadzić do nienawiści, były uroczystości ku czci bohaterów rosyjskich, urzą-
dzone w powstańczej Warszawie 25 stycznia 1831, które przerodziły się w progra-
mowe później manifestowanie polskiej życzliwości dla Rosjan. Bezprecedensowy
chyba to fakt, żeby strona walcząca ostentacyjnie okazywała życzliwość narodowi,
z którego państwem była w stanie wojny.

Największym złem, jakie wynikało z teorii tak zwanej wojny sprawiedliwej, było
uśpienie sumienia. Ludzie uznali jako coś bezdyskusyjnego i nie budzącego niepo-
koju, że wojna sprawiedliwa jest dopuszczalna. Lecz to nie takie proste. Zagubiono
charakterystyczne dla Ewangelii napięcie, zawarte w chrześcijańskiej odpowiedzi
na pytanie, czy zdarzają się sytuacje, gdy wolno uciec się do zastosowania przemo-
cy.

Właśnie, jak na to pytanie odpowiada Ewangelia? Otóż z jednej strony, Ewange-


lia nie potępia służby wojskowej. Żołnierze otrzymali jedynie następujący nakaz:
„Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestajcie na swym
żołdzie” (Łk 3,14). Co więcej, pierwszy w dziejach poganin, który został ochrzczo-
ny, był żołnierzem i wcale nie zażądano od niego zmiany zawodu (Dz 10–11). Z
drugiej jednak strony, w sprawie używania przemocy Pan Jezus sformułował pro-
gram zaiste maksymalistyczny: „Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto ude-
rzy w prawy policzek, nadstaw mu jeszcze drugi” (Mt 5,39).

Ludzie lubią logikę, każde niedomknięcie w obrazie świata nas drażni. Ponieważ
zaś ewangeliczna nauka o stosowaniu przemocy może wydawać się teoretycznie
niespójna, natychmiast ją ulogiczniamy. Dawniej ulogiczniono ją w teorii tak zwa-
nej wojny sprawiedliwej do tego stopnia, że sam obyczaj wojowania przestał nie-
pokoić chrześcijan. Dzisiaj próbuje się ją ulogicznić w teorii radykalnego pacyfi-
zmu. Jakoś trudno nam zrozumieć, że Ewangelia zwrócona jest do ludzi żyjących
w realnym świecie, w którym grzech ciągle jeszcze ma tyle do powiedzenia, ale
zarazem celem orędzia ewangelicznego jest przemiana tego świata w Królestwo
Boże. Nie wolno nam małodusznie pogodzić się ze złem, które wydaje się nie do
wykorzenienia, ale nie wolno nam również zapominać o tym, że zło jest jednak
faktem.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Problem pacyfizmu 230


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Co konkretnie znaczą dwa ostatnie zdania? Spróbuję to pokazać na dwóch przy-


kładach. Przypomnijmy sobie plagę średniowiecznych traktów handlowych, roz-
bójników. Odmawianie państwu uprawnień do zastosowania przeciwko nim
przemocy świadczyłoby zarówno o braku zdrowego rozsądku, jak o pysznym rosz-
czeniu do bycia bardziej ewangelicznym niż słowo Boże, które wyraźnie powiada,
że władza „nie na próżno nosi miecz” (Rz 13,4). Jednak z drugiej strony legendy
średniowieczne i żywoty świętych pełne są powiastek o nawróceniach, dokonywa-
nych wśród rozbójników przez mężów Bożych.

Jako drugi przykład podam najpiękniejszy pacyfistyczny tekst starochrześcijański,


akta męczeństwa św. Maksymiliana. Młody, dwudziestoletni Maksymilian, we-
zwany przed komisję poborową, odmawia przyjęcia munduru i złożenia przysięgi,
gdyż „mnie w wojsku służyć nie wolno, bo jestem chrześcijaninem”. Na to Dion
prokonsul: „W prześwietnym orszaku panów naszych Dioklecjana i Maksymilia-
na, Konstancjusza i Maksyma znajdują się żołnierze chrześcijańscy i pełnią służbę
wojskową”. Zaś Maksymilian: „Oni sami wiedzą, co im wypada. Ja wszelako jestem
chrześcijaninem i nie mogę czynić złego”.(2) Maksymilianowi więc nawet na myśl
nie przyjdzie potępiać wojsko albo tych współwyznawców, którzy w nim służą. On
chce jedynie złożyć osobiste świadectwo, że nie czuje się uprawniony do używania
przemocy. Wolał utracić życie niż postąpić wbrew sumieniu.

Istnieją bowiem dwa rodzaje pacyfizmu, pacyfizm tchórzów i pacyfizm ludzi du-
chowych. Pierwszy wynika ze zwierzęcego strachu w obliczu zagrożenia. Tacy pa-
cyfiści chcą za wszelką cenę uniknąć cierpienia, własnego oczywiście: gotowi są
innych wystawić niesprawiedliwie na większe jeszcze cierpienia, byleby nie cier-
pieć samemu. Nie liczy się dla nich sprawiedliwość, nie dbają o swoją ludzką i na-
rodową godność, ich dogmatem jest często zwierzęcy egoizm. Powodowani tym
egoizmem, nie lękają się stosować przemocy wobec słabszego, oszczerstw i łama-
nia sumień. Dzieckiem tego pacyfizmu był między innymi traktat monachijski w
roku 1938. Niemoralność tego pacyfizmu zdemaskował już w roku 1934 Henryk
Elzenberg w znakomitym artykule pt. „Ahimsa i pacyfizm” (Próby kontaktu, Kra-
ków 1966).

Na szczęście jednak jest jeszcze inny pacyfizm: dla którego odmowa stosowania
przemocy nieodłączna jest od sprawiedliwości i gotowości poświęcenia się dla
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Problem pacyfizmu 231


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

innych. Najwyższym wzorem tej postawy jest Pan nasz, Jezus Chrystus: „Schowaj
swój miecz do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Czy
myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mojego, a zaraz postawiłby mi więcej niż
dwanaście zastępów aniołów?” (Mt 26,52n)

Różnicę między obu tymi pacyfizmami znakomicie można zobaczyć na następu-


jącym przykładzie, opisanym nie pamiętam już przez kogo, być może przez Gan-
dhiego, choć nie jestem tego pewien: Wyobraźmy sobie, że silniejszy bije słabszego.
Na sytuację tę można zareagować w trojaki sposób. Ktoś oddali się szybko od tego
miejsca i jeszcze usprawiedliwi się obłudnie, że on jest przeciwny używaniu prze-
mocy. Ktoś inny pobiegnie szybko bronić słabszego i przywołać silniejszego do
porządku. Jednak jest jeszcze możliwość trzecia, najtrudniejsza: wbiec bezbronnie
pomiędzy nich, tak że silniejszy nie może już bić słabszego, ale jeśli się nie opamię-
ta, to zacznie bić mnie.

Otóż postawa pierwsza, to znaczy pacyfizm obłudny, jest całkowicie niemoralna.


Trzeba jednak być bardzo mocnym duchowo, żeby zdobyć się na postawę trzecią.
Niekiedy możliwość takiego zachowania się w ogóle przekracza wyobraźnię całe-
go społeczeństwa. W każdym razie, jeśli nie stać mnie na zachowanie się w sposób
trzeci, powinienem zachować się przynajmniej w sposób drugi. Ideałem jest jed-
nak postawa trzecia. I w tym napięciu między postawą drugą i trzecią, w napięciu
zwróconym ku postawie trzeciej, dokonuje się prawdziwy postęp moralności.

Ufam, że w powyższych rozważaniach znajdziecie Państwo przesłanki do tego, aby


jednak nie odrzucać pochopnie dotychczasowej czci dla tych wszystkich, którzy
walczyli o wolność ojczyzny. Nasze powstania narodowe świadczyły jednak o tym,
że jako naród nie zajęliśmy pierwszej z omawianych postaw, postawy zdrady wo-
bec zagrożonych i deptanych wartości duchowych. Nie były one samym tylko zry-
wem zbrojnym; cały naród zdobywał się wówczas na ogromny wysiłek duchowy.
Wystarczy uprzytomnić sobie ogrom szlachetności i poświęcenia, których dowo-
dy złożyli zarówno podczas kolejnych powstań, jak po ich upadku zesłańcy sybe-
ryjscy i skazani na śmierć, osierocone żony i dzieci, a w gruncie rzeczy ogromna
większość polskiego społeczeństwa.
1 Nie podejmuję tutaj bardzo trudnego pytania o moralną dopuszczalność kary śmierci. Próbowałem je podjąć w
artykule: „Religijne refleksje na temat kary śmierci”, Więź, 12/1974, s. 38–46.

2 Andrzej Bober SJ, Światła ekumeny. Antologia patrystyczna, Kraków 1965, s. 83–85.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 232


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy


chrześcijanin
Stworzyliśmy sobie krąg międzyrodzinny, to znaczy kilka młodych małżeństw razem ze swo-
imi dziećmi, i staramy się spotykać przynajmniej raz na miesiąc. Niedawno ktoś przyniósł
na nasze spotkanie książkę Frosa i Sowy pt. „Twoje imię”, w której przedstawione są pokrótce
postaci poszczególnych świętych. Zainteresowaliśmy się oczywiście przede wszystkim patro-
nami naszych dzieci. Okazało się, że większość z nich to męczennicy, którzy wycierpieli rze-
czy jeden okropniejsze od drugiego. Jedna z matek wpadła prawie w panikę, bo cała trójka
jej dzieci ma za patronów męczenników, a dawać dziecku jakiegoś patrona to tyle samo –
tłumaczyła się ze swego przestrachu – co życzyć mu, aby jego życie było podobne. W końcu
rozmowa zeszła na temat męczeństwa. Jesteśmy na ogół gorliwymi katolikami, więc zaczę-
liśmy się zastanawiać, w jakim sensie męczeństwo jest świadectwem prawdziwości wiary
chrześcijańskiej. Natknęliśmy się na trudności nie do rozwikłania; przecież inne religie oraz
inne światopoglądy też mają swoich męczenników. Nasuwa się zatem niepokojący wniosek:
Jeżeli analogiczne świadectwo można złożyć na rzecz postaw, twierdzeń i poglądów sobie
przeciwstawnych, to ten rodzaj świadectwa wydaje się zupełnie bezwartościowy.

Proszę mi okazać cierpliwość, bo chciałbym najpierw jakby przygotować grunt,


na którym spróbuję zbudować swoją odpowiedź na zadane mi pytanie. Zacznijmy
od banalnego stwierdzenia, że człowiek – chce czy nie chce – nieustannie składa
jakieś świadectwo o sobie: świadectwo swojej życzliwości dla bliźnich lub swojego
egoizmu, swoich poglądów lub ich braku, poświęcenia lub lenistwa, wiedzy lub
ignorancji. Często jest to jednak świadectwo zniekształcone. Staramy się bowiem
ukryć przed ludźmi to, co w nas złe, próbujemy też udawać lepszych, niż jesteśmy
naprawdę. Ignorant potrafi niekiedy olśnić innych swoją rzekomą erudycją, cham
– nie każdy, rzecz jasna – potrafi udawać dżentelmena, a sobek człowieka bezin-
teresownego. Świat jest jednak Boży i nie da się na tym Bożym świecie kłamać
idealnie. Zwykle od samego początku człowiek promieniuje jednak autentyczną
prawdą o sobie, zaś kłamstwo – nawet jeśli na jakiś czas znalazło uznanie prędzej
czy później się kruszy i ujawnia swoją pozorność i bezczelność.

Na razie mówimy tylko o świadectwie, które człowiek składa sam o sobie i to nie o
swoich dokonaniach wewnętrznych, ale o swoim wnętrzu. Otóż trzeba być skąpym
w dawaniu takiego świadectwa. Jedynym chyba wyjątkiem, kiedy bezpośrednie
świadczenie o swoim wnętrzu ma sens pozytywny, jest szczera spowiedź (zwłasz-
cza sakramentalna), w której szukam prawdy o sobie, aby stawać się lepszym.
We wszystkich innych przypadkach, ilekroć głównym moim celem jest złożenie
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 233


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

świadectwa o moim wnętrzu, praktycznie nie ma wątpliwości, że jest to świadec-


two zakłamane. „Strzeżcie się, żebyście sprawiedliwości waszej nie czynili przed
ludźmi po to, aby was widzieli” (Mt 6,1). Dobro, które jest we mnie, autentycznie
promieniuje dopiero wówczas, kiedy dzieje się to bez mojej wiedzy i nie jest przeze
mnie zamierzone. „Nie może ukryć się miasto położone na górze” (Mt 5,14). Jeśli
jest we mnie światło, to będzie ono świeciło przed ludźmi siłą swojej natury, ludzie
je zobaczą i to pomoże im zbliżyć się do Boga.

Tylko czy to światło we mnie jest? Otóż szczególnie groźną formą zakłamanego
świadectwa, jakie człowiek składa o swoim wnętrzu, jest świadectwo składane
własnemu sumieniu. Człowiek usiłuje mianowicie wmówić swojemu sumieniu, że
jego postępowanie jest sprawiedliwe. Tymczasem powinno być odwrotnie: powi-
nienem wsłuchiwać się w głos mojego sumienia, żeby nie zagłuszyć świadectwa,
które ono o mnie wydaje. Chrześcijaninowi, jeśli tylko prawdziwie uwierzył sło-
wu Bożemu, oszczędzone są liczne ciemności, jakich mogą zaznawać inni ludzie.
Pouczenia słowa Bożego, nawet jeśli czasem wydadzą się trudne lub bardzo trud-
ne, to w każdym razie pomagają jednoznacznie odróżnić dobro od zła. Sumienie
oświetlone słowem Bożym wydaje świadectwo szczególnie autentyczne.

Jednak co to wszystko ma wspólnego z Pani zapytaniem? Proszę Pani, zgubi nam


się sama istota męczeństwa, jeśli nie zrozumiemy, że jego początkiem jest świa-
dectwo, które nasze sumienie daje Chrystusowi oraz nam samym. Świadectwo,
które sumienie męczennika daje Chrystusowi, brzmi następująco: „Jezu Chryste,
Ty prawdziwie jesteś Synem Bożym i Zbawicielem ludzi, i prawdziwa jest Twoja
obietnica, że jeśli tylko będę się Ciebie trzymał, nikt nie jest w stanie zadać mi
krzywdy ostatecznej ani zagasić światła, jakie Ty sam we mnie zaświeciłeś”. Zaś
samemu męczennikowi sumienie daje świadectwo, że nawet w tej udręce jest on –
choć sam z siebie słaby i grzeszny – dzięki łasce Bożej wierny Chrystusowi.

Świadectwo to oczywiście promieniuje na zewnątrz, ale nie po to męczennik skła-


da swoje świadectwo, żeby nim promieniować; to się dzieje jakby ubocznie. Nie
wszyscy zresztą potrafią zobaczyć świadectwo męczennika. Banalna to prawda,
że aby coś widzieć, trzeba mieć oczy. Kto zaślepił oczy swej duszy nienawiścią,
strachem albo wygodnictwem, nawet nie zauważy tej wielkiej mocy ducha, która
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 234


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

objawiła się w jego obecności. I wartość męczeństwa wcale nie ulega przez to po-
mniejszeniu. W męczeństwie po prostu obiektywnie dobro zwyciężyło nad złem,
miłość nad nienawiścią, łaska Boża nad ludzkim grzechem. Nie będzie dziury w
niebie, jeśli złoczyńca tego nie zauważy, natomiast będzie wielka radość w niebie,
jeśli obiektywne zwycięstwo dobra i łaski Bożej w męczenniku przyczyni się do
nawrócenia złoczyńcy.

Istotą męczeństwa jest bardziej duch, który ożywia ofiarę z własnego życia, niż
samo oddanie życia. Wielką rzeczą jest oddać życie z miłości. „Nie ma większej
miłości niż ta, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół” (J 15,13). Jednak ludzie potrafią
oddawać swoje życie dla wartości bardzo wątpliwych i z powodów nawet błahych,
i – choć przykro to powiedzieć – nie ma w tym nic wielkiego. Jeden z hitlerowskich
profesorów medycyny, skazany w Norymberdze za uśmiercanie osób upośledzo-
nych i do końca przeświadczony o tym, że niczego złego się nie dopuścił, zawołał
pod szubienicą: „Niech żyją Niemcy” W moim odczuciu złożył on życie na ołtarzu
fanatyzmu, a tak wzniosły okrzyk był w jego ustach zwykłym błazeństwem.

Weźmy przypadek dla Europejczyka egzotyczny. Oto samuraj, żeby się zemścić na
swoim wrogu, popełnia pod jego drzwiami harakiri. Przecież normalny człowiek
jest do tego niezdolny, to wymaga ponadludzkiej siły ducha! – zawołamy w pierw-
szym odruchu. Ale kiedy się nad tym zastanowić, zapewne dojdziemy do wniosku,
że wystarczy do tego ćwiczyć się intensywnie w próżności i w nienawiści oraz roz-
budzić w sobie pewien określony zespół skłonności patologicznych. Albo co sądzić
o Kozaku, który skazany przez swojego atamana za rozbój na straszliwą śmierć na
palu, uważał za najwyższy obowiązek honoru umierać dziarsko i z fasonem? Wy-
daje mi się, że jest to ciekawy problem psychologiczny i chyba nic więcej.

Zarazem jednak z radością przyznajemy, że istnieją – tak nam się wydaje, choć
ostatecznie jeden Bóg o tym wie – prawdziwi męczennicy również poza chrześci-
jaństwem. Są to ci wszyscy, którzy własnym życiem zaświadczyli o tym, że świat
jest Boży i że człowiek nie podlega przymusowi czynienia zła. Są to świadkowie
prawdy, która przecież nie przestaje być prawdą wskutek tego, że ktoś ją odrzuca i
za nią prześladuje. Są to również świadkowie sprawiedliwości, która nakazuje ująć
się za słabym i prześladowanym, nawet gdyby samemu przyszło z tego powodu
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 235


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

ucierpieć. Kiepscy byliby z nas chrześcijanie, gdybyśmy nie umieli lub, co gorsza,
nie chcieli cieszyć się wszelkim autentycznym dobrem, które dzieje się poza grani-
cami widzialnego Kościoła. Przecież Bóg jest Stwórcą wszystkich ludzi i nie tylko
chrześcijan uzdolnił do dobrego. Również Chrystus, leczący i umacniający nasze
zdolności do dobrego, „jest Zbawcą wszystkich ludzi – choć, o tym też nie zapo-
minajmy – zwłaszcza wierzących” (1 Tm 4,10).

Wróćmy do poprzedniego wątku. Wyobraźmy sobie, że kogoś zdenerwowało to, że


tak łatwo podsumowałem dziarskie umieranie Kozaka, i powiada mi tak: A może
śmierć męczenników za wiarę to także – przynajmniej w niektórych przypadkach
– ciekawy problem psychologiczny i nic więcej?

Na tak postawiony problem nasuwają mi się dwie odpowiedzi. Jedna spontanicz-


na i bardziej powierzchowna, druga po namyśle i, jak sądzę, rzeczywiście istotna.
Otóż spontanicznie ciśnie mi się pod pióro odpowiedź następująca: „Człowieku,
czy Ty nie masz własnych zmartwień, że musisz się jeszcze martwić za Pana Boga?
Pan Bóg na pewno dobrze wie, co w męczeństwie Jego wyznawców płynęło z Jego
Ducha i czy nie było tam czysto psychicznego, a więc bezwartościowego ducho-
wo, nadmuchiwania się. Jeśli zaś trudno Ci oprzeć się ochocie osądzania męczen-
ników, radzę Ci zastanowić się nad tym, czy nie przyłączasz się w ten sposób do
tamtych historycznych widzów, którzy przyszli do amfiteatru, żeby rozerwać się
oglądaniem ich śmierci”.

Ale odpowiedź istotna idzie głębiej. Jako chrześcijaninowi nie bardzo wolno mi
patrzeć na dokonania męczenników w oderwaniu od moich własnych doświad-
czeń religijnych. Wiara mi mówi, że jestem wątpliwym, a w każdym razie bardzo
powierzchownym chrześcijaninem, dopóki moje sumienie nie trwa w następują-
cym świadectwie, składanym Chrystusowi: „Wierzę głęboko, Panie Jezu, że Twoje
przykazania są zawsze prawdziwe i słuszne. Wierzę głęboko, że korzenie zła są już
przez Ciebie ostatecznie podcięte i nieprawdą jest, jakoby ktokolwiek kiedykol-
wiek musiał czynić zło. Wierzę głęboko, że żadne zło, dopóki z Tobą będę związa-
ny, nie odbierze sensu mojemu życiu, bo po prostu Ty do tego nie dopuścisz. Co
więcej, wierzę głęboko, że zło – którego oczywiście nie chcę i którego jako słaby
człowiek się lękam – które na mnie spadło lub którego jeszcze doznam, za łaską
Twoją obróci się na moją korzyść”.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 236


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Pouczenia słowa Bożego na ten temat są aż niepokojąco proste: „Któż wam zaszko-
dzi, jeśli gorliwi będziecie w czynieniu dobrze? A choćbyście nawet coś wycierpieli
dla sprawiedliwości, błogosławieni jesteście” (1 P 3,13n). Co to praktycznie zna-
czy? Znaczy to na przykład, że jeśli zostałem niesprawiedliwie porzucony przez
współmałżonka to nie powiem sobie, iż życie ma swoje prawa i nie będę zakładał
nowej rodziny, tylko swoje dalsze życie zawierzę Chrystusowi i w Jego Duchu będę
je próbował sobie ułożyć. Znaczy to, że nie będę za pomocą łapówki czy innej
brudnej metody naruszał zasad społecznej sprawiedliwości. Że pozwolę urodzić
się dziecku, nawet jeśli mam praktyczną pewność, iż będzie ono upośledzone. Że
wyrzucę z mojego moralnego myślenia pogański, wprost sprzeciwiający się Ewan-
gelii argument: „ideały są piękne, ale trzeba być realistą”. I tak dalej, i tak dalej.

W tym sensie my wszyscy – ochrzczeni – powinniśmy być świadkami Chrystusa.


(Tak Pismo Święte nazywa męczenników; polskie słowo „męczennik” nadmiernie
podkreśla zewnętrzną cenę, jaką niekiedy trzeba płacić za taką postawę). Uwierz-
my, że jest to postawa możliwa dla mnie i dla Ciebie. Co więcej, że nie jest ona tak
trudna, jakby w pierwszym odruchu mogło się wydawać. Przecież Chrystus na-
prawdę żyje i naprawdę chce nas wspomagać; nie jest On jakąś tylko ideą, której
prawdziwość sobie wmówiliśmy. Owszem, w jakimś sensie jest to postawa trudna,
ale to trochę tak, jak trudne jest pływanie dla człowieka, który nie umie jeszcze
pływać. Nie lękajmy się tych głębi, na które zaprasza nas Chrystus. A przekonamy
się, że są one przeznaczone nie dla nadzwyczajnych bohaterów, ale dla zwykłych,
słabych ludzi. Właśnie takich jak my.

Kiedyś wielkie wrażenie zrobiło na mnie wyznanie matki czworga dzieci, która
mi powiedziała: „Ja wcale nie pragnę, żeby moim dzieciom dobrze się powodziło;
chciałabym tylko bardzo, żeby wszystkie były uczciwe i blisko Boga”. A mówiła to,
patrząc z czułością na swoje najmniejsze. Z pewnością nie chciała ona, żeby jej
dzieciom źle się powodziło. Ona tylko starała się odróżnić to, co ważne, od tego,
co najważniejsze.

Jeśli naszym dzieciom na patronów dajemy męczenników, to oczywiście nie dla-


tego, żebyśmy pragnęli dla nich śmierci męczeńskiej. Jednak powinniśmy pragnąć
dla nich (dla wszystkich zresztą naszych dzieci, i dla samego siebie – rzecz jasna
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Męczeństwo, do którego wezwany jest każdy chrześcijanin 237


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

również) tego, co w postawie męczenników było istotne: bezwarunkowej wierno-


ści Chrystusowi i odmowy jakichkolwiek flirtów ze złem.

Bo jeśli jest odwrotnie, jeśli uczymy nasze dzieci postawy, iż „ideały są piękne, ale
życie ma swoje prawa”, wówczas nie pomoże nam nawet to, że czcimy męczen-
ników. W takim przypadku właśnie przeciwko nam powiedział Pan Jezus swoje
przekleństwo: „Budujecie groby prorokom i ozdabiacie grobowce sprawiedliwych
i mówicie: «Gdybyśmy żyli za czasów naszych przodków, nie bylibyśmy ich wspól-
nikami w zabójstwie proroków!» Przez to sami przyznajecie, że jesteście potomka-
mi tych, którzy mordowali proroków. Dopełnijcie i wy miary waszych przodków!
Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle?” (Mt 23,29–33)

Jednak raz jeszcze z naciskiem podkreślam, że męczennik to nie jest taki człowiek,
który daje się zabić. To raczej taki człowiek, który uwierzył do końca, że dzięki
Chrystusowi dobro jest mocniejsze od zła, i trwa w tej postawie nawet wówczas,
kiedy za nią zabijają. I – błogosławiony paradoks – zawsze dobrze na tym wy-
chodzi: dla wiary jest to oczywiste, ale jakoś dostrzegalne jest to nawet w sferze
empirycznej. To jednak nie jest bez powodu, iż żaden męczennik nie chciałby się
zamienić miejscem ze swym prześladowcą. O czymś to świadczy. A świadczy to po
prostu o tym, że dzięki Chrystusowi dobro naprawdę stało się mocniejsze od zła.

Prawda ta dotyczy również tych – nie waham się użyć tego słowa – męczenników,
którzy składają Chrystusowi świadectwo nie wśród prześladowań, ale w różnych,
nieraz całkiem banalnych sytuacjach, w których wierność ewangelicznym przy-
kazaniom wydaje się ponad ludzkie siły. To może najbardziej do nich odnoszą się
wspaniałe słowa z Listu do Rzymian: „Z tymi, którzy Go miłują, Bóg współdziała
we wszystkim dla ich dobra” (8,28).

Żarliwa ta wypowiedź doczekała się oczywiście licznych żarliwych komentarzy.


Posłuchajmy, jak skomentował te słowa św. Tomasz z Akwinu: „Wszystkie zda-
rzenia, zarówno te, które dotyczą ich samych, jak związane z innymi rzeczami, w
całości przyczyniają się do ich dobra. W ten sposób uzyskują prawdziwość sło-
wa Księgi Przysłów: «Głupiec będzie służył mądremu» (11,29). Albowiem nawet
zło czynione przez grzeszników przyczynia się do dobra sprawiedliwych. Powiada
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego? 238


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Pismo Święte, że Bóg szczególnie troszczy się o sprawiedliwych: Oczy Pana zwró-
cone na sprawiedliwych (Ps 34,16). W ten mianowicie sposób o nich się troszczy,
że nie dopuści na nich żadnego zła, które by się nie obróciło na ich dobro” (Wykład
Listu do Rzymian, 697).

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma


Świętego?
Czy to prawda, że Kościół przez długie wieki zakazywał czytania Pisma Świętego?

Najpierw przedstawię Panu suche fakty, potem spróbuję się do nich ustosunko-
wać. Otóż w ciągu pierwszych szesnastu wieków historii Kościoła nie notujemy
ani jednego wypadku ograniczania wiernym dostępu do Pisma Świętego. Jedynym
dokumentem, o którym w związku z Pańskim pytaniem można by wspomnieć,
jest list papieża Innocentego III z 12 lipca 1199 do mieszczan w Metz, zakazujący
potajemnych spotkań biblijnych, które odbywały się w atmosferze zdecydowanie
antykatolickiej. „Chociaż bowiem – pisze Innocenty III – pragnienie rozumienia
Pisma Świętego oraz nawoływanie do jego studiowania nie zasługuje na naganę,
ale raczej na pochwałę, w tym jednak wypadku słusznym jest skarcić tych ludzi,
którzy zwołują takie tajne spotkania, uzurpują sobie urząd kaznodziejski, wyśmie-
wają nieuctwo księży oraz gardzą wspólnotą z tymi, co do nich nie przystali. Bóg
przecież tak bardzo nienawidzi czynów ciemności, że rozkazał: Co wam mówię w
ciemności, opowiadajcie w świetle”.

Pierwszym dokumentem kościelnym, w którym rzeczywiście ograniczono dostęp


do Pisma Świętego, była konstytucja Piusa IV Dominici gregis rustodiae z 24 marca
1564. Zakazano w niej korzystać z niekatolickich wydań Pisma Świętego, zaś na
korzystanie z katolickich przekładów na języki nowożytne wierni winni uzyskać
zgodę proboszcza lub spowiednika. „Doświadczenie bowiem wykazało – tłuma-
czy Pius IV – że jeśli Biblia jest dostępna w języku ludowym wszystkim bez róż-
nicy, powstaje stąd wskutek ludzkiej lekkomyślności więcej szkody niż pożytku”.
Dopiero Benedykt XIV, w konstytucji Sollicita ac provida z 9 lipca 1753, zniósł
jakiekolwiek ograniczenia w korzystaniu z katolickich wydań Pisma Świętego.
Dodajmy – co jest bardzo ważne ze względu na powszechną niegdyś znajomość
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego? 239


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

łaciny w warstwach oświeconych – że nigdy nie ograniczano korzystania z Biblii w


językach oryginalnych ani w przekładzie łacińskim.

A swoją drogą jest rzeczą ciekawą, na ile wspomniane wyżej ograniczenie – według
litery prawa obowiązujące prawie dwa stulecia – w praktyce było respektowane.
Trzymam w ręku Nowy Testament w przekładzie ks. Wujka, wydany w roku 1593
(rzecz stosunkowo łatwo dostępna, gdyż w roku 1966 książkę tę reprintowano w
dość wysokim nakładzie) i nie widzę we wstępie żadnego pouczenia o konieczno-
ści uzyskania zgody władzy duchownej na korzystanie z tej książki. Trzeba jednak
powiedzieć jasno, że nawet gdyby badania historyczne wykazały, że ograniczenie
w korzystaniu z katolickich nawet wydań Pisma Świętego było prawem czysto pa-
pierowym, ogólny duch panujący wówczas w Kościele katolickim nie sprzyjał roz-
wojowi bezpośredniego kontaktu z Biblią.

Nie śpieszmy się jednak z sądem potępiającym ani z biciem się w piersi w imieniu
naszych ojców w wierze. Nie podejmujmy zbyt łatwo starych antykatolickich za-
rzutów, jakoby Kościół nie puszczał swoich owieczek na soczyste pastwiska słowa
Bożego. Starajmy się raczej obiektywnie wniknąć w powody takiego – rzeczywi-
ście zdumiewającego nas dzisiaj – stanowiska Kościoła.

Sporo na ten temat można dowiedzieć się ze wspomnianego wstępu, jakim ks. Ja-
kub Wujek poprzedził swój przekład Nowego Testamentu. Ubolewa on, że wyda-
na przez kalwinistów Biblia brzeska „jest błędów i kacerstwa pełna, a zwłaszcza w
annotacyjach abo w wykładziech na kraju położonych”; z kolei arianie „zganiwszy
Bibliją brzeską i omyłki jej niemałe pokazawszy, wydali drugą w Nieświeżu jeszcze
gorszą”.

Żeby nie być gołosłownym, ks. Wujek podaje przykłady świętokradzkich ingeren-
cji w sam nawet święty tekst. Wyróżniał się w tym zwłaszcza przekład Szymona
Budnego: „Heretycy ku potwierdzeniu swych błędów najwięcej te miejsca psują
i fałszują, które baczą, że im są przeciwne. Bo prze cóż inszego Budny uczynił to,
czego się żaden inszy przed nim ważyć nie śmiał, że z tekstu Pisma św. niemało
słów, które go kłuły w oczy, wyrzucił? Przez co, mówię, z ewanjelijej Łukasza św.
(3,23) z onego wiersza: Będąc jako mniemano syn Józefów te dwie słowie: jako
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego? 240


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

mniemano ważył się wyskrobać i wymazać? Jedno, iż to było nazbyt jasne świa-
dectwo przeciw onemu bluźnierstwu jego, którym bluźni mówiąc, że Pan Chry-
stus był nie mniemanym, ale własnym synem Józefowym i z własnego nasienia
Józefowego? Prze co inszego nie może temu wierzyć, żeby ewanjelista napisał one
słowa: Czyniąc się równym Bogu (J 5,18), jedno iż wierzyć nie chce, że Pan Chry-
stus jest Bogu Ojcu równy, chocia o tym nie tylko Jan św. ale i Paweł św. (Flp 2,6)
jawnie świadczy? Prze co inszego z onego tekstu: Który jest nade wszystkim Bóg
błogosławiony na wieki (Rz 9,5) wymazuje to słowo: Bóg, jedno iż nie wierzy, żeby
Pan Chrystus był tymże Bogiem nawyższym co i Ociec?”

Przyznajmy, że nie chodzi tu o sprawy dla wiary błahe. W szczegółowych uwa-


gach, jakimi ks. Wujek zaopatruje tekst swego przekładu, znajdziemy mnóstwo
pretensji pod adresem niekatolickich wydań Biblii o nadużywanie słowa Bożego
dla poparcia swoich doktryn. Nie wszystkie te pretensje są oczywiście słuszne, ale
bardzo często ks. Wujek ma niestety rację. Zwraca uwagę to, że sporo tych zastrze-
żeń dotyczy nie tylko adnotacji, ale samego świętego tekstu. Weźmy przykład sto-
sunkowo mało ważny, ale znamienny dla tamtej epoki. Wiersz z Dziejów Apostol-
skich 1,14 ks. Wujek tłumaczy następująco: Apostołowie „trwali jednomyślnie na
modlitwie z niewiastami i z Marią matką Jezusową i z bracią Jego” – i najsłuszniej
w świecie krytykuje w adnotacji przekład zarówno Biblii brzeskiej, jak Budnego, że
dla polemiki antycelibatowej ujednoznaczniono „niewiasty” na „żony”.

I ostatni już cytat ze wstępu ks. Wujka: „Opuszczam one ich prophanas vocum no-
vitates, sprośne słów nowości kiedy miasto krztu – nurzanie abo ponurzanie; mia-
sto krzciciela – ponurzyciela; miasto chrześcijanina – chrystyjanina; miasto kapłana
– ofiarnika abo ofiarownika; miasto pokuty – upamiętanie abo pokajanie; miasto
kościoła – zbór; miasto bożnice – zgromadzenie abo szkołę; miasto doktorów ży-
dowskich – księża abo zakonniki; miasto kielicha – czaszę abo kubek i inne tym
podobne terminy starym chrześcijanom niesłychane wnoszą, aby z Kościołem ka-
tolickim zgoła nic spólnego nie mieli”.

Krótko mówiąc, mentalność ówczesnych pasterzy Kościoła, którzy zdecydowali


się ograniczać pozaliturgiczny kontakt bezpośredni z Pismem Świętym, przypomi-
na postawę współczesnych specjalistów od spraw żywności, którzy wydają zakazy
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego? 241


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

uprawiania warzyw przy ruchliwych szosach oraz w pobliżu zakładów chemicz-


nych. Zdają sobie oni doskonale sprawę z tego, jaką wartość dla zdrowia ma jedze-
nie marchewki, chodzi im jednak o to, żeby ludzie nie jedli marchewki skażonej.
Wprawdzie my dzisiaj niemal spontanicznie odczuwamy, że nie wolno na wymiar
duchowy przenosić z całą dosłownością praw obowiązujących w sferze materii, ale
nie zapominajmy o tym, że nasza mądrość wyrasta między innymi również z tego,
co w doświadczeniach poprzednich pokoleń zostało ocenione jako pomyłka lub
rozwiązanie może nawet i słuszne, ale nie najsłuszniejsze.

O tym zaś, że w pewnych okolicznościach nawet czytanie Pisma Świętego może


człowiekowi nie wyjść na zdrowie, wiemy nie skądinąd, tylko z samego Pisma
Świętego. W Drugim Liście św. Piotra (3,16) znajduje się następująca uwaga na
temat listów Pawłowych: „Pewne sprawy są w nich trudne do zrozumienia, któ-
rym ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni zadają tortury tak samo, jak i innym
Pismom, na własną swoją zgubę”.

W pismach Ojców Kościoła znajdziemy mnóstwo przestróg, wypowiedzianych w


tym samym duchu. „Dlaczego w samym nawet świetle szukamy ciemności i śmier-
ci? – woła św. Ambroży – Pismo Święte podsuwa myśl o zbawieniu, pachnie ono
wonią życia, abyś czytając ocenił jego zalety, abyś nie narażał się na nieszczęśliwy
upadek. Człowieku! Czytaj je z prostotą! Nie kop sobie sam grobu jako zły tłu-
macz!” (Nexaenceron I 30).

I na tym może bym skończył swoją odpowiedź na Pański list, gdyby nie to, że
właśnie znalazła się na moim biurku wspaniała książeczka pt. Księga starców. Jest
to żarliwe, a zarazem bezpretensjonalne świadectwo poszukiwań Boga przez pu-
stelników i zakonników z pustyń egipskich w wieku IV i V. Jak wiadomo, Egipt
był kolebką chrześcijańskiego życia zakonnego. Otóż rozważanie Pisma Świętego
stanowiło jedno z najważniejszych zajęć tamtych ludzi. Ale zarazem cechowała
ich religijna obawa przed spoufaleniem się z Pismem Świętym. „Tym się szczegól-
nie odznaczał spośród innych – czytamy o jednym z ojców pustyni – że kiedy go
pytano o problemy dotyczące Pisma Świętego albo wzniosłych spraw duchowych,
nie odpowiadał od razu, ale mówił, że nie wie. A jeśli mimo to pytano dalej, nie
odpowiadał wcale” (s. 304).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Czy Kościół zakazywał czytania Pisma Świętego? 242


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Były to czasy wielkich sporów religijnych wewnątrz chrześcijaństwa. Tysiące ludzi


z najwyższym zapałem wertowało świętą Księgę, ale często nie po to, żeby za jej
pośrednictwem zbliżyć się do Boga, lecz żeby postawić na swoim i obronić swoje
ludzkie koncepcje. Wielu ludzi, zamiast znajdować w Piśmie Świętym słowo Boże,
sporządzało z niego ciemny obłok oddzielający od Boga. Milczenie abby Pambo –
bo tak się nazywał bohater powyższego opowiadania – było więc szczególnie wy-
mownym ostrzeżeniem przed takimi nadużyciami.

Niekiedy ci wielcy mężowie modlitwy, którzy sami tysiące godzin spędzali na me-
dytacji Pisma Świętego, decydowali się ostrzegać w sposób jak na naszą wewnętrz-
ną wytrzymałość jeszcze bardziej ryzykowny. Kiedyś abbę Ammuna z Nitrii za-
pytano: „Jeżeli zajdzie konieczność rozmawiać z bliźnim, to czy mam mówić o
Piśmie Świętym, czy o naukach starców. Odrzekł mu starzec: Jeżeli nie możesz
milczeć, to raczej mów o słowach starców, a nie o Piśmie; niemałe w tym bowiem
niebezpieczeństwo” (s. 29). Żeby nie zniekształcić sensu tej odpowiedzi, koniecz-
nie trzeba pamiętać o tym, że powiedział to człowiek, który połowę życia spędzał
nad Pismem Świętym. Odpowiadając w ten sposób, przestrzegał przed nadużywa-
niem słów Księgi w próżnych dyskusjach lub w walkach między chrześcijanami.

Jeszcze dwie anegdoty przepiszę z tej pięknej książeczki, żeby dedykować je tym
wszystkim, którzy uczestniczą w tak licznych dzisiaj grupach biblijnych. A rzecz
jasna nie chodzi mi o to, żeby zniechęcać kogokolwiek do tej pobożnej praktyki,
ale o to, żeby wskazać możliwość jej pogłębienia. „Przyszli kiedyś do abby Zenona
bracia i pytali go: Co znaczą słowa księgi Hioba, że samo niebo nie jest dość czyste
przed Bogiem? Starzec im rzekł w odpowiedzi: Zapomnieli bracia o swoich grze-
chach, a badają sprawy niebios... Te słowa tak się tłumaczą: ponieważ tylko Bóg
jest czysty, więc dlatego powiedziano, że niebiosa nie są czyste” (s. 136).

Oraz druga historia, bardzo analogiczna: „Zeszli się kiedyś mnisi w Sketis i roz-
prawiali o Melchizedechu. Kopris zaś trzy razy uderzył się w usta mówiąc: Biada
ci, Kopri! Biada ci, Kopri! Biada ci, Kopri! bo pomijasz wypełnianie Bożych przy-
kazań, a zastanawiasz się nad tym, o co cię nie będą pytać” (s. 201).

Chodzi przede wszystkim o to, żeby nasze zainteresowanie Pismem Świętym nie
zatrzymało się na nim samym. Zasługuje ono na naszą najwyższą uwagę i miłość,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 243


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

bo jest słowem Bożym i ma moc rzeczywiście zbliżać nas do Boga. Różnicę między
tymi dwiema postawami znakomicie wyraził abba Sisoes: „Abba Ammun z Raithu
zwrócił się do abby Sisoesa, mówiąc: Kiedy czytam Pismo, mam ochotę przyswa-
jać sobie piękne zwroty, żeby móc nimi odpowiadać na pytania. Starzec odpowie-
dział: Nie potrzeba. Raczej przez czystość myśli zdobywaj sobie spokój i właściwe
słowa” (s. 329).

Indeks ksiąg zakazanych


Kościół angażuje się dzisiaj w obronie praw człowieka. Ale były, czasy, kiedy Kościół gwałcił
prawa człowieka, przeszkadzał powstawaniu i rozprzestrzenianiu wolnej myśli. W końcu nie
da się ukryć, że przez całe wieki obowiązywał w Kościele indeks ksiąg zakazanych i każdy,
kto by się ośmielił czytać lub nawet posiadać jakąś książkę, znajdującą się na indeksie, pod-
legał ekskomunice.

Zmusił mnie Pan do podjęcia problemu, którym się nigdy nie zajmowałem.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było odszukanie oficjalnych dokumentów Stolicy
Apostolskiej na temat indeksu. Najważniejsze to bulla Piusa IV Dominici gregis
custodiae z 24 marca 1564, ustanawiająca – w ramach realizacji uchwał Soboru
Trydenckiego – indeks ksiąg zakazanych; dokument Benedykta XIV Sollicita ac
provida z 23 lipca 1753, wydany w celu ukrócenia nadużyć cenzury kościelnej; i
wreszcie dokument Leona XIII Officiorum ac munerum ze stycznia 1897, łagodzą-
cy nieco prawa dotyczące indeksu.

I muszę się przyznać do jednego. Wiele mam do czynienia z dawnymi tekstami re-
ligijnymi, odkrywanie tożsamości wiary katolickiej poprzez wieki jest nieustanną
fascynacją mego życia; często w autorach dawnych tekstów rozpoznaję ludzi mi
bliskich, którzy już wiele wieków temu głosili prawdę, do której ja obecnie docho-
dzę z takim nieraz trudem. Otóż nie takie uczucia towarzyszyły mojej lekturze wy-
mienionych dokumentów papieskich. Teksty te odbierałem przede wszystkim jako
obce, pochodzące z zupełnie innej epoki, które równie trudno zrozumieć, jak się z
nimi zgodzić. Może jeszcze tylko niektóre teksty, pisane przez katolików w latach
trzydziestych, napełniają mnie podobnym poczuciem obcości.

W tekstach tych zakazuje się katolikom czytania i przechowywania trzech rodza-


jów książek. Po pierwsze, książek, które podważają prawdy wiary katolickiej, czyli
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 244


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

– jak to się wówczas mówiło – książek heretyckich. Po wtóre, książek pornogra-


ficznych. I po trzecie – o tym najmniej się pamięta – wszelkiego rodzaju książek
wróżbiarskich i magicznych. We wspomnianej bulli Piusa IV ten trzeci rodzaj ksią-
żek opisany jest z drobiazgową wręcz szczegółowością: „Należy całkowicie odrzu-
cić wszelkie książki i pisma zajmujące się geomancją, hydromancją, aeromancją,
piromancją, onejromancją, chiromancją, nekromancją, a również te, w których
znajdują się przepowiednie, czary, wróżby, wyrocznie, zaklęcia magiczne. Biskupi
zaś niech starannie czuwają nad tym, aby nie były czytane ani posiadane książki,
traktaty, tablice astrologiczne, których autorzy ośmielają się twierdzić, że na pew-
no stanie się coś, co podlega przygodnym kolejom przyszłości lub co wynika z
przypadku albo z działań zależnych od ludzkiej woli”.

Sam sobie stawiam pytanie: Dlaczego mentalność, która stworzyła indeks, jest mi
tak obca? Jeśli książka szerzy zło, to czy nie wolno przed nią ostrzegać? Czyż nasze
poczucie wolności jest obrażone tym, że nie da się w naszym kraju legalnie opu-
blikować tekstów, zachwalających narkotyki? A co do tekstów religijnych: czyż już
Ojcowie Kościoła nie przestrzegali wiernych przed książkami, burzącymi wiarę?
Dlaczego inwektywy Ojców Kościoła na książki heretyków nie budzą we mnie na
ogół wielkich sprzeciwów, a wstydzę się tego, że przez cztery wieki istniała w Ko-
ściele taka instytucja jak indeks ksiąg zakazanych?

Jedno wydaje się nie podlegać dyskusji: Na temat sensu i bezsensu tej instytu-
cji trzeba pomyśleć, trzeba przezwyciężać w sobie ten odruch warunkowy, jaki
bezwiednie pojawia się w przeciętnym mieszkańcu współczesnej Europy na samo
słowo „indeks ksiąg zakazanych”. Słowo to bowiem niemal automatycznie budzi
następujące skojarzenia: prześladowania wolnego słowa, zakaz myślenia, poglądy
pod jeden sznureczek itp. A to chyba nie jest takie proste.

Sądzę, że instytucja indeksu powstała jako nieuprawniona konkretyzacja dwóch


następujących prawd, które – moim zdaniem – są ponadczasowe i obowiązują
również dzisiaj. Po pierwsze, nie jest rzeczą obojętną dla naszego duchowego ży-
cia to, czym się człowiek interesuje i na jakie pouczenia się otwiera. Po wtóre,
obowiązkiem pasterzy jest przestrzegać i chronić wiernych przed tekstami, które
mogą przynieść duchową szkodę.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 245


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Tę drugą prawdę przypomniała Kongregacja Nauki Wiary w dokumencie z 19


marca 1975, który to dokument – muszę się przyznać – przyjąłem z wewnętrzną
aprobatą, a nawet satysfakcją. „Aby zachować i strzec integralności prawd wiary
i obyczajów – że zacytuję istotny jego fragment – pasterze Kościoła mają obowią-
zek i prawo czuwania nad tym, żeby wydawane teksty nie przyczyniały szkody
wierze ani obyczajom wiernych Chrystusa. Toteż niech domagają się, aby książki
dotyczące wiary i obyczajów były poddawane ich uprzedniej aprobacie. Niech też
przestrzegają przed książkami i pismami, które uderzają w prawdziwą wiarę lub w
dobre obyczaje”.

Dlaczego takie postawienie sprawy uważam za słuszne? Bo Kościół ma prawo do


tego, żeby w jego imieniu nie głoszono nauk mu obcych. Niebezpieczeństwo takie
istnieje zwłaszcza wówczas, kiedy głosicielem nauki obcej Kościołowi jest ksiądz,
a więc osoba, co do której wierni mają prawo przypuszczać, że głoszona przez
niego nauka co najmniej nie jest przeciwna nauce Kościoła. Podobnie dzieje się
wówczas, kiedy poglądy niezgodne z nauką Kościoła głoszone są w pismach i wy-
dawnictwach katolickich. Odmawiać pasterzom Kościoła prawa do czuwania nad
tym, co jest głoszone w imieniu Kościoła, to znaczy kwestionować prawo Kościoła
do własnej tożsamości. Z tego samego powodu nie można Kościołowi odmawiać
prawa do zajmowania swego stanowiska wobec poglądów głoszonych poza Ko-
ściołem, a dotyczących wiary i obyczajów.

Może jeszcze bardziej doniosła jest pierwsza z wymienionych wyżej prawd: że nie
jest obojętne, z jakich źródeł czerpiemy pokarm dla naszej duszy. „Kto się dotyka
smoły, ten się pobrudzi – przestrzega Księga Syracha (13,1n) – a kto z pysznym
przestaje, do niego się upodobni. (...) Cóż za towarzystwo może mieć garnek gli-
niany z metalowym kotłem? Gdy ten uderzy, skruszy tamtego”. Myli się człowiek –
choćby skądinąd był mocną osobowością – jeśli sądzi, że jest odporny na wszelkie
złe wpływy. Dobrze jest zastanowić się czasem, czym żywię moją duszę, a zwłasz-
cza czy nie jest to dla niej szkodliwe.

Tylko nie daj Boże postulatów tych zrozumieć ciasno i czysto materialnie. Właśnie
to doprowadziło do stworzenia indeksu ksiąg zakazanych. Jednak to co innego
powiedzieć człowiekowi: Lepiej unikaj na razie tego rodzaju książek, bo nie jesteś
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 246


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

jeszcze dostatecznie utwierdzony i mogą się one okazać metalowym kotłem, który
rozbije gliniane naczynie twojej wiary lub twojej postawy moralnej; a co innego
powiedzieć: Nie wolno ci takich książek czytać pod karą ekskomuniki. Ta dru-
ga postawa jakby z góry zakłada, że kręgosłup duchowy pojawia się w ludziach
rzadko i trzeba raczej dostarczyć każdemu ślimaczej muszli, żeby miał w czym
przechowywać otrzymaną od Boga prawdę. Cechuje tę postawę brak zaufania do
człowieka (a może w jakimś historycznym momencie usprawiedliwiony? Karol
Libelt, broniąc wolności słowa, przyznawał, że początkowo trzeba „postępować z
narodem jak z dzieckiem, któremu niejedno trzeba wyjąć z ręki, by sobie szkody
nie zrobiło”. Czy jednak Libelt miał tu rację?).

Co jednak najbardziej niepokojące w tej postawie, to ostre i jakby uprzedzające


Sąd Ostateczny oddzielanie prawdy i fałszu, swoich i wrogów. Tymczasem nasza
wiara w to, że święty Kościół katolicki naucza integralnej i nieskażonej prawdy
na życie wieczne, nie może zamykać nam oczu na ten fakt oczywisty, że choć wy-
znajemy integralną i nieskażoną naukę Chrystusa, to przecież podatni jesteśmy
na jednostronność, płyciznę, a nawet wypaczenie. Co więcej, wiara nasza staje się
wysoce podejrzana, jeśli nie staramy się oczyszczać, pogłębiać i rozwijać. A dalej:
herezja jest wprawdzie zawsze herezją, ale człowiek ją wyznający jest naszym bliź-
nim, który często wyznaje swoje poglądy w dobrej woli. Ponadto: herezja zarówno
w wierze, jak w moralności odsłania zwykle jakąś rzeczywistą słabość w aktual-
nym nauczaniu Kościoła, toteż również dla dobra Kościoła pożytecznie jest przy-
patrywać się uważnie nowo powstającym odstępstwom od wiary i od przykazań
Bożych. Mentalność, która potrzebuje indeksu ksiąg zakazanych, jakby nie zdawa-
ła sobie sprawy z tego wszystkiego.

Może gdyby do badania instytucji indeksu wziął się jakiś nieuprzedzony historyk,
znalazłby w niej jakiś sens pozytywny. Ja ze swoim zdrowym rozsądkiem, zanu-
rzonym w XXI wieku, nie umiem jej usprawiedliwić. Co do jednego wszakże nie
mam wątpliwości: że powstała ona z autentycznej troski pasterskiej, a jej promo-
torzy starali się nie zapominać o tym, iż pierwszą regułą, jaką rządzi się Kościół,
jest Ewangelia. We wspomnianej bulli Benedykta XIV znajduje się na przykład
następujące pouczenie, w jakim duchu należy oceniać książki podejrzane, aby ich
zbyt łatwo nie umieszczać na indeksie: „Święty Tomasz z Akwinu, który napisał
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 247


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

tyle bezcennych dzieł, zwalcza wprawdzie różne opinie filozofów i teologów, je-
śli do ich odrzucenia przynaglała go prawda. Wszystko jednak, co zasługiwało u
nich na pochwałę, ten wielki Doktor cudownie wydobywa. Żadnego przeciwnika
nie lekceważy, nie szydzi z niego ani go nie przeinacza, ale wszystkich traktuje
z szacunkiem i łagodnością. Jeśli w ich wypowiedziach było coś bardzo ostrego,
dwuznacznego lub niejasnego, wyjaśniał to życzliwie i z wyrozumiałością, łagodził
i porządkował. Jeśli zaś sprawa religii i wiary wymagała tego, aby ich stanowisko
odrzucić i skrytykować, czynił to z takim umiarem, że na jednakową pochwalę
zasługuje sposób, w jaki się od nich różnił, jak sposób, w jaki wyznawał prawdę
katolicką” (Sollicita ac provida, nr 24).

Zarzuci Pan może, że często jednak umieszczano różne książki na indeksie w spo-
sób pochopny. Ależ tak! Bo niestety – powtarzam to raz jeszcze – sama instytucja
indeksu wydaje się nieporozumieniem. Z dziełem Kopernika nie było na szczę-
ście aż tak źle, jak się niekiedy zarzuca(1). Faktem jest jednak, że w ciągu czterech
stuleci istnienia indeksu nieraz zdarzało się, że umieszczano na nim dzieła wiel-
kiej literatury i wybitne osiągnięcia humanistyki. Gdyby ktoś chciał z tego szydzić,
w dawnych indeksach ksiąg zakazanych znajdzie materiału aż nadto. Ale moim
zdaniem fakty te odzwierciedlają raczej dramat ówczesnego Kościoła, częstokroć
odrzucanego i zwalczanego przez wielkich tego świata, między innymi przez wiel-
kich twórców kultury – i broniącego się w taki sposób, że to go jeszcze bardziej wy-
pychało poza główny nurt kultury europejskiej. Indeks ksiąg zakazanych wydaje
się tematem, który dopiero czeka na swojego wielkiego historyka.

Jeden szczegół z historii indeksu dał mi wiele do myślenia. Mianowicie indeks


początkowo obowiązywał nawet biskupów i kardynałów. Musieli oni, na równi ze
wszystkimi, ubiegać się o zezwolenie Stolicy Apostolskiej na czytanie dzieł, które
się na nim znajdowały. Jak to wytłumaczyć? Przecież wydawałoby się, że paste-
rzy powinna Stolica Apostolska jeszcze przynaglać do tego, żeby poznawali u sa-
mych źródeł idee wrogie wierze katolickiej. Ale tu właśnie skupia się jakby w so-
czewce istotna inność mentalności, która stworzyła indeks, w stosunku do naszej
mentalności. To była mentalność, która z całą świadomością – zarówno po stronie
katolickiej, jak protestanckiej – budowała Europę według zasady cuius regio, eius
religio. Wiara była traktowana przede wszystkim jako dobro społeczne, którego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Indeks ksiąg zakazanych 248


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

protestanci bronili między innymi przez karę śmierci za uczestnictwo we Mszy,


katolicy zaś przez inkwizycję i indeks. Pojęcie i potrzeba wolności słowa, wyzna-
nia itp. dopiero się wówczas rodziły; Erich Fromm powiedziałby może, iż były to
bóle narodzin do wolności i należy je oceniać inaczej niż działania, mające na celu
odebranie wolności tym, którzy już się do niej „urodzili”.

Inaczej mówiąc, sens instytucji indeksu zmieniał się w trakcie jej istnienia. Do-
piero w miarę upływu lat instytucja ta coraz bardziej obrażała wzrastającą świa-
domość praw ludzkich. Coraz bardziej dostrzegano główne nieporozumienie, z
którego wyrosła sama idea indeksu, a było nim pomieszanie porządku prawnego
z porządkiem moralnym. Bo prawo w zasadzie nie powinno wchodzić w te rejony,
w których dokonuje się kształtowanie postaw moralnych. W czasach, kiedy usta-
nawiano indeks, niezupełnie jeszcze zdawano sobie z tego sprawę.

Dzisiaj popełniamy błąd odwrotny. Wydaje się nam, że to, co czytamy i co oglą-
damy, jest moralnie równie obojętne, jak to, co jest obojętne w porządku praw-
nym. Osobiście mam wątpliwości, czy wolno mi czytać teksty i oglądać filmy, które
wprowadzają chaos do mojej duszy, skłaniają do złego, oddalają od Boga. Wiem,
że łatwo wyszydzić te moje wątpliwości. Wiem również, że należy tu zachować
jak najwięcej zdrowego rozsądku. Trudno jednak odmówić racji greckiemu po-
ecie Menandrowi, cytowanemu – rzadki to przypadek! – w Piśmie Świętym, który
zauważył rzecz zupełnie banalną, że mianowicie „wskutek złych rozmów psują się
dobre obyczaje” (1 Kor 15,33). Po prostu tak już jest i tego nie zmienimy, że umysł
nasz i serce nasiąkają tym, czym je żywimy.

1 Por. T. Pawluk, „Na marginesie klauzuli kościelnego urzędu cenzorskiego dotyczącej dzieła Mikołaja Koperni-
ka”, Studia Warmińskie 9/1972, s. 231–259; tenże, „Niektóre aspekty negatywnego ustosunkowania się kościelnego
urzędu cenzorskiego do dzieła Mikołaja Kopernika”, Prawo Kanoniczne 16/1973, nr 3–4, s. 7–26.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 249


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Na temat inkwizycji
A jednak nawet w Kościele są tematy tabu. Na przykład prasa kościelna praktycznie nigdy
nie podejmuje problemu inkwizycji. Moim zdaniem, fakt istnienia inkwizycji stanowi wielki
problem religijny – nie tylko historyczny. Dla wielu ludzi jest to wciąż żywe źródło nieufności
wobec Kościoła, a nawet wobec samego chrześcijaństwa.

Ja sam poruszałem ten temat dwukrotnie, mianowicie w zeszytach naszego mie-


sięcznika z czerwca i września 1978 (1). Wspominam o tym nie po to, żeby kwe-
stionować Pańskie twierdzenie, ale żeby nie powtarzać tutaj tego, co napisałem w
tamtych niewielkich tekstach.

Próbuję uświadomić sobie religijne zgorszenia, które budzi inkwizycja, i widzę


ich co najmniej trzy. Po pierwsze, jednych oburza, innych zaś głęboko zawstydza
fakt, że w imieniu Kościoła – i to za pomocą całej gamy środków przemocy, kary
śmierci i tortur nie wyłączając – usiłowano sprawować kontrolę nad ludzkimi su-
mieniami. Po wtóre, niejednemu człowiekowi inkwizycja wydaje się nieznośnym
dowodem na to, że wiara, gorliwość religijna i przywiązanie do dogmatów może
stać się źródłem fanatyzmu i okrucieństwa wobec bliźnich.

Po trzecie, inkwizycja kojarzy się niekiedy z szczególnie przewrotnym zakłama-


niem: można usłyszeć taki zarzut przeciwko tej instytucji, że nie dość na tym, iż
siała ona strach i śmierć, ale żeby było bardziej przewrotnie, to inkwizytorzy czy-
nili to rzekomo w imię miłości do swoich ofiar, w głębokim podobno przekona-
niu, że czynią to dla ich zbawienia wiecznego. Nie opuszczam nawet tego trzeciego
zarzutu, mimo że w podstawowych źródłach, zawierających ideologię inkwizy-
cji, nie znajduje on potwierdzenia. Postawa taka mogła się przecież pojawić, a co
najważniejsze – miłość prześladowcy do prześladowanego mieści się niestety w
możliwościach naszej ludzkiej przewrotności, i dobrze jest od czasu do czasu zdać
sobie z tego sprawę.

Ponieważ niektóre rzeczy, jakie chcę tu powiedzieć, ktoś mógłby odebrać jako
próbę usprawiedliwiania inkwizycji lub jej wybielania, chciałbym na samym po-
czątku złożyć stanowcze oświadczenie, że w moim przekonaniu inkwizycji nic nie
jest w stanie usprawiedliwić. Odpędzanie wilków, zagrażających Bożej owczarni,
jest na pewno czymś chwalebnym, ale czyni się to modlitwą, przykładem życia,
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 250


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

głoszeniem słowa Bożego i przekonywaniem – a nie poprzez zadawanie gwał-


tu. Gwałt zadawany w obronie prawdy nie tylko krzywdzi konkretnych ludzi, ale
kompromituje prawdę, ci zaś, którzy się do niego uciekają, choć ich intencją było
odpędzenie wilków, sami się w wilków przemieniają.

Krótko mówiąc, choć można podać tysiąc wyjaśnień, usprawiedliwiających po-


wstanie i działanie inkwizycji, i ponadto tysiąc sprostowań, łagodzących ogólny jej
obraz – wszystkie razem nie przeważą one tego grzechu koszmarnego, że inkwi-
zycja w imię prawdy – i to w imię prawdy Bożej – zadawała cierpienie i śmierć. To
tak jak kobieta, która dokonała sztucznego poronienia, choć potrafi podać mnó-
stwo okoliczności, które ją do tego popchnęły, wie przecież, że nic nie jest w stanie
usprawiedliwić jej czynu, bo po prostu niewinnej istoty ludzkiej zabijać nie wolno.
Powtarzam: inkwizycji usprawiedliwić się nie da.

Ufam zatem, że uwierzy mi Pan, że podczas pisania niniejszego listu nie przy-
świecał mi cel apologetyczny. Pragnę jedynie rzucić – opierając się na faktach i
wyjaśnieniach, dostarczonych przez historyków – parę refleksji moralnych na te-
mat inkwizycji. Chcę zwrócić na przykład uwagę na to, jak niesłuszną rzeczą jest
demonizowanie różnych niechlubnych zaszłości. Po prostu, jeśli podczernimy do
maksimum zło czynione przez innych, wówczas przestaje ono nas osobiście po-
budzać do niepokoju i możemy wygodnie ograniczyć się do udawania sędziów,
którym potępienie zła innych nie mąci zadowolenia z siebie.

Zatem moralnie szkodliwa jest postawa zarówno wybielania inkwizycji, jak jej de-
monizowania. Skłonność do wybielania, obecna zwłaszcza u dawnych publicy-
stów katolickich, przyczynia się do dezorientacji moralnej: zło trzeba po prostu
nazwać złem, bo w przeciwnym razie stajemy na gruncie moralności Kalego. Na-
tomiast demonizowanie inkwizycji – zabieg bardzo wygodny w propagandzie an-
tykościelnej – skutecznie paraliżuje ostrzeżenia moralne, jakie dla nas dzisiaj pły-
ną z tego faktu niezaprzeczalnego, że inkwizycja stanowi cząstkę historii Kościoła
katolickiego i chrześcijaństwa na Zachodzie i w ogóle Europy. Gdyby inkwizycję
stworzyli bandyci, fanatycy i ludzie bez sumienia, sprawa byłaby prosta. Ale stwo-
rzyli ją i realizowali ludzie, którzy naprawdę chcieli dobra i obdarzeni byli wcale
niemałą wrażliwością moralną. Ten fakt budzi daleko więcej niepokoju moralnego
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 251


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

niż stereotypowy, zadomowiony w propagandzie antykatolickiej, obraz fanatyków,


okrutników i faryzeuszy w duchownych sukienkach.

Jak w ogóle doszło do tego, że w chrześcijańskiej Europie pojawiła się inkwizy-


cja? Pierwsza inkwizycja powstała w roku 1184, w wyniku porozumienia papie-
ża Lucjusza III z cesarzem Fryderykiem Barbarossą. Trzeba jednak z naciskiem
podkreślić, że nie inkwizycja zapoczątkowała prześladowania za herezję i palenie
heretyków na stosie. Pogromy heretyków żywiołowo wybuchały w różnych mia-
stach północnej Francji i Niemiec, począwszy od XI wieku, a palenie ich na stosie
pojawiło się bez jakiegokolwiek udziału prawa świeckiego czy kościelnego. Źró-
dła historyczne przekazują imiona biskupów, którzy usiłowali się tym pogromom
przeciwstawić. Bulla Lucjusza III Ad abolendam, nakazująca tworzyć trybunały
inkwizycyjne w poszczególnych diecezjach, w ogóle nie przewidywała kary śmier-
ci za herezję. Mogłoby się zatem wydawać, że utworzenie inkwizycji było wówczas
postępem, gdyż nakładało hamulec na krwiożercze instynkty wybuchające raz po
raz w ówczesnym społeczeństwie. Tak też twierdzili różni apologeci inkwizycji.

Jakżeż niesłusznie! Samo utworzenie inkwizycji usankcjonowało niestety zasadę


prześladowania za przekonania religijne. Oto wierze katolickiej przybył fatalny
obrońca w postaci prawa, za którym stał cały system represji, choć początkowo
powstrzymujący się od stosowania kary śmierci. Zamiast przeciwstawić się zde-
cydowanie wybuchom nienawiści do „innych”, władza kościelna usiłuje jedynie
łagodzić przejawy tej nienawiści i wtłoczyć je w jakieś uregulowane koryto.

Wpłynęła na to specyficzna sytuacja wiary w ówczesnym społeczeństwie. Miejsce


wiary w społeczeństwie wówczas jest zbliżone do ideału, kiedy wiara przenika ży-
cie społeczne, ale zarazem życie społeczne cieszy się autonomią w odniesieniu do
wiary, wiara zaś zachowuje transcendencję wobec życia społecznego. Otóż w spo-
łeczeństwie średniowiecznym wiara nie tyle przenikała życie społeczne, co raczej
się z nim stapiała w jakiś mało dla nas dziś zrozumiały amalgamat. Herezja wów-
czas stanowiła zapewne realne zagrożenie dla społeczeństwa, a w każdym razie
tak ją widziano, skoro podnosiły się przeciwko niej oddolne tumulty, władcy zaś
ścigali ją wydawanymi przez siebie prawami. Znamienne, że jednym z najbardziej
gorliwych prawodawców antyheretyckich był cesarz Fryderyk II, człowiek podej-
rzewany o ateizm i znajdujący się po wielekroć w konfliktach ze Stolicą Apostol-
ską.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 252


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

W każdym razie argumenty, jakimi uzasadniano potrzebę inkwizycji, dotyczyły


obrony owego amalgamatu, o którym wspomniałem, obrażały zaś wiarę jako rze-
czywistość transcendentną wobec życia społecznego. Skoro fałszowanie pieniędzy
które są wartością doczesną – argumentowali na przykład ówcześni teologowie –
zasługuje na karę śmierci, to o ileż bardziej na karę zasługuje fałszowanie wiary,
która jest wartością na życie wieczne. Argumenty tego rodzaju świadczą same za
siebie: przecież znaczenie wiary sprowadza się tu niemal do roli społecznego ce-
mentu, a naganność herezji – z tego punktu widzenia – polega na rozbijaniu tego
cementu, inaczej mówiąc, na naruszaniu porządku społecznego.

Gruntowną reformę inkwizycji przeprowadził w roku 1231 papież Grzegorz IX.


Nadał jej strukturę centralistyczną i oparł o zakony żebracze (nie tylko dominika-
nów, choć z tego zakonu powołano inkwizytorów szczególnie wielu, jako że był on
najbardziej zasobny w teologów). Procedura inkwizycyjna przewiduje teraz sto-
sowanie nawet kary śmierci. Historycy podkreślają, że stało się to między innymi
pod wpływem dawnych konstytucji cesarskich, które – kontynuując prawodaw-
stwo rzymskie z czasów pogańskich – „przyrównuje herezje do zbrodni obrazy
majestatu i uznaje błędnowierców za winnych śmierci”!(2) Wskutek niechętnej
postawy starożytnego Kościoła prawa te „pozostawały w okresie swego powsta-
nia na papierze, ale o tym nie wiedziano w wiekach średnich”. Już wcześniej karę
śmierci za herezję orzekały prawa państwowe Aragonii, Francji oraz cesarstwa.

Historycy są na ogół zgodni co do tego, że w porównaniu z sądami świeckimi sądy


inkwizycji jednym różniły się na lepsze i jednym na gorsze. Różnica na lepsze po-
legała na umiarze w stosowaniu tortur (niestety, należały one wówczas do rutyno-
wego postępowania procesowego) oraz w tendencji do obniżania liczby skazanych.
„Określenie «tortury inkwizycyjne» – pisze nie podejrzany o tendencyjność prof.
Lech Szczucki – używane jest dziś potocznie jako synonim najbardziej okrutnych
i wyrafinowanych męczarni. W rzeczywistości jednak arsenał tortur stosowanych
przez inkwizycję rzymską (to samo zresztą można powiedzieć o inkwizycji hisz-
pańskiej) był znacznie skromniejszy od stosowanych przez ówczesne trybunały
świeckie”(3) Natomiast sądy inkwizycji tym różniły się na gorsze od sądów świec-
kich, że przez wiele lat potrafiły interesować się podejrzanymi oraz nękać ich prze-
słuchaniami i dochodzeniami.
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 253


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Obrońcy inkwizycji przywiązują ogromną wagę do tego, że jej sądy były w sumie
łagodniejsze niż ówczesne trybunały świeckie. Publicyści zaś, którzy wykorzy-
stują inkwizycję w propagandzie antykatolickiej, fakty te zazwyczaj przemilczają
lub przeinaczają. Jedni i drudzy gubią doniosłe ostrzeżenie, jakie płynie do nas z
relatywnej łagodności sądów inkwizycyjnych. Oto okazuje się, że w naszej prze-
wrotności potrafimy być „humanitarni” i „miłosierni” w zadawaniu krzywdy. Co
więcej, potrafimy stąd czerpać usprawiedliwienie dla samego zadawania krzywdy
i poczucie spokojnego sumienia. I jeszcze więcej: zadając krzywdę, mogę być tego
nieświadomy, wystarczy jedno jedyne fałszywe założenie w samym fundamencie
mojej życiowej postawy. Krzywdy zadawane przez inkwizycję wyrastały z takiego
jednego założenia, które wielu ludziom wydawało się logiczne i sprawiedliwe: że
przed fałszerzami prawdy społeczeństwo powinno się bronić tak samo jak przed
fałszerzami pieniędzy.

Osobna uwaga należy się inkwizycji hiszpańskiej. Wiąże się ona z sytuacją nie
ochrzczonych w społeczeństwie średniowiecznym, gdzie państwo było integralną
częścią Kościoła, a Kościół integralną częścią państwa. Nie ochrzczeni, a więc lu-
dzie nie należący do Kościoła, byli obywatelami drugiej kategorii, nie byli jednak
pariasami, swoją zaś religię mogli wyznawać w zasadzie bez przeszkód. Otóż w
państwach hiszpańskich, które świeżo zrzuciły z siebie niewolę arabską, podjęto
aktywną politykę na rzecz chrystianizacji dwóch grup mniejszościowych, miano-
wicie muzułmanów i Żydów. Czyniono to, jak zawsze kiedy państwo zabiera się do
apostolstwa, za pomocą metody kija i marchewki. Spowodowało to falę nawróceń
pozornych. Jak pisze Cecil Roth w swojej nie spolszczonej jeszcze Historii ludu
żydowskiego, jest to jedyny ewenement w całych dziejach tego narodu, że tysiące
Żydów zaczęło udawać chrześcijan, zachowując w sercu wierność religii swoich
ojców. Stało się to zapewne nie bez wpływu społeczności muzułmańskiej, w której
rozwiązanie takie oficjalnie było uznawane za moralnie dopuszczalne.

I tu właśnie wkroczyła inkwizycja, powołana przez Izabelę i Ferdynanda dla ściga-


nia pozornych chrześcijan. Każdy ślad obyczajowości żydowskiej lub muzułmań-
skiej – zrozumiały przecież nawet u tych, którzy chrzest przyjęli jak najbardziej
autentycznie – uznawany był za dowód oskarżający. Ponieważ doszło do absurdal-
nej sytuacji, że w tym samym czasie, kiedy maranów prześladowano za obyczaje
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Na temat inkwizycji 254


Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

żydowskie, ich nie ochrzczeni pobratymcy mogli kultywować je całkiem oficjalnie


– w ślad za inkwizycyjnym polowaniem na pozornie ochrzczonych przyszło wy-
pędzenie z Hiszpanii Żydów nie ochrzczonych.

Wszystkie te wydarzenia pozostawiły w świadomości ludu żydowskiego głęboką,


po dziś dzień nie do końca zagojoną ranę poczucia wielkiej krzywdy, doznanej
wówczas od chrześcijan. O ile bowiem straszliwa zagłada Żydów w okresie II woj-
ny światowej jest dziełem Europy zdechrystianizowanej, o tyle nie da się zaprze-
czyć, że polityka państw hiszpańskich, prowokująca do nawróceń pozornych, in-
kwizycja wobec maranów i wypędzenie Żydów z Hiszpanii podjęte były w imię
wiary chrześcijańskiej.

Dawni publicyści katoliccy, piszący na temat inkwizycji, lubili wydobywać fakt,


że prawa antykatolickie w krajach protestanckich były przecież znacznie surowsze
niż prawa przeciw protestantom w krajach katolickich, natomiast liczba ofiar in-
kwizycji, na przestrzeni wszystkich wieków jej istnienia, nie wyłączając inkwizycji
hiszpańskiej, jest znacznie niższa od liczby ludzi, którzy byli prześladowani i zabi-
jani za to, że byli katolikami. I pytali owi publicyści, dlaczego wobec tego o inkwi-
zycji mówi się znacznie częściej i znacznie gorzej niż o tamtych prześladowaniach.
W pytaniu tym kryła się niekiedy sugestia antykatolickiej alergii, jaka opanowała
środowiska kształtujące mentalność europejską ostatnich dwóch – trzech stuleci.

Nie sposób całkowicie zbagatelizować tego wyjaśnienia, ale sprawa wydaje się bar-
dziej złożona. Zło inkwizycji należy mierzyć nie tylko liczbą ofiar. Niestety, była to
instytucja, usiłująca kontrolować ludzkie sumienia. Powolność jej procedury oraz
duża swoboda sędziów w stosowaniu nadzwyczajnych złagodzeń – mające, w za-
myśle twórców tej instytucji, sprzyjać nawróceniom – w rzeczywistości sprzyjały
łamaniu sumień.

Okolicznością szczególnie obciążającą jest fakt, że te zinstytucjonalizowane gwał-


ty, dokonywane na sumieniach, miały miejsce w Kościele, który głosi przecież orę-
dzie wyzwolenia człowieka z różnorakich niewoli i w którym zresztą zawsze (rów-
nież w czasach inkwizycji) istniały obszerne przestrzenie wolności.

Tutaj przypomina mi się rozsądne wyjaśnienie powszechnego w ówczesnej Euro-


pie poruszenia, które wywołało odwołanie edyktu nantejskiego. Autor wydanej u
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Masoneria 255
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

nas niedawno monografii Ludwika XIV zwraca uwagę na fakt, że edykt ten wpro-
wadzał zasadę nietolerancji, którą od dawna stosowały u siebie kraje protestanc-
kie. Ale różnica właśnie na tym polegała, że tam było tak od dawna, we Francji
zaś sytuacja zmieniała się na gorsze – i budziło to słuszne oburzenie. Wracając do
inkwizycji, wydaje mi się, że w tym jednym wrogowie Kościoła mają więcej racji
niż wielu jego przyjaciół i synów: inkwizycję należy osądzać szczególnie surowo
właśnie z tego powodu, że była to instytucja kościelna.

Żałuję, że nie starczyło tu miejsca na podjęcie niektórych pytań, które sam w tym
liście sformułowałem. Sądzę jednak, że pytania te zostaną mi przez Czytelników
jeszcze postawione i wówczas spróbuję się jakoś z nimi pomocować.

1 W ramach cyklu „Legendy dominikańskie”.

2 Joseph Lecler, Historia tolerancji w wieku Reformacji, Warszawa 1964, t. 1, s. 114. Sporo podstawowych wiadomo-
ści na temat początków inkwizycji można znaleźć w czwartym rozdziale księgi pierwszej tego znakomitego dzieła
(t. 1, s. 96–129).

3 Lech Szczucki, Wprowadzenie do książki: Philippus Camerarius, Prawdziwa i wierna relacja o uwięzieniu w Rzy-
mie, Warszawa 1984, s. 85. Bardzo interesujące, choć fragmentaryczne dane liczbowe na temat wyroków inkwizycji
podaje prof. Szczucki na stronach 110nn i podsumowuje je stwierdzeniem: „Priorytet w stosowaniu bezwzględnej
i okrutnej represji karnej przyznać należy ówczesnemu sądownictwu świeckiemu” (s. 112).

Masoneria
Mówi się różne rzeczy o masonach, że są to zaprzysięgli wrogowie Kościoła i dążą do władzy
nad światem, że mają swoje wtyczki w hierarchii Kościoła, nawet wśród kardynałów. Dla-
czego w pismach katolickich panuje wokół tego tematu konsekwentne milczenie, mimo że
ciągle się o tym gdzieś słyszy?

Oficjalne dokumenty kościelne jednoznacznie zakazują katolikom należeć do ma-


sonerii, a zarazem powstrzymują się w zasadzie od przedstawiania i bezpośrednie-
go polemizowania z jej doktryną. Papież Klemens XII, który w roku 1738 wydał
pierwszy w historii Kościoła dokument, określający katolickie stanowisko wobec
masonerii, zwraca główną uwagę na to, że jest to organizacja z samego swego zało-
żenia otaczająca się tajemnicą: „Gdyby [stowarzyszenia te nie postępowały niego-
dziwie, nie miałyby przecież tak wielkiej nienawiści do światła” (List apostolski In
eminenti apostolatus specula).
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Masoneria 256
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

Papież Leon XIII wydał w roku 1884 encyklikę Humanum genus, poświęconą w
całości problemowi katolickiego stosunku do masonerii. Zwraca tam uwagę na
jeszcze jeden moment w samej strukturze tej organizacji, który budzi moralny
sprzeciw. Chodzi o zasadę bezwzględnego posłuszeństwa nieznanemu rozkazo-
dawcy, nawet jeśli rozum i sumienie się temu sprzeciwia. „Udawać innego i chcieć
pozostać w ukryciu pisze papież – związywać z sobą ludzi jakby to były przedmio-
ty, stanowczo i bez dostatecznego objaśnienia, o co chodzi, używać zdanych na
cudzą wolę do wszelkiego przestępstwa (...) jest potwornością, której natura się
sprzeciwia”.

Zarazem Leon XIII daleki jest od demonizowania masonerii. Nie wolno przecież
zapominać o tym, że członkowie tej organizacji są po prostu ludźmi, a z tej oczy-
wistej zdawałoby się prawdy wynikają konsekwencje, których tylko zaślepienie i
nienawiść może nie zauważyć lub nie przyjąć do wiadomości. Toteż Leon XIII pi-
sze między innymi: „To, co powiedzieliśmy i jeszcze powiemy o sekcie masońskiej,
należy rozumieć w ogólności, jako o związku pokrewnych sobie społeczności, na-
tomiast nie odnosi się to do poszczególnych jej członków. W ich liczbie mogą się
przecież znajdować, i to licznie, tacy, którzy – choć nie są bez winy, że związali się
z tego rodzaju społecznościami – sami nie uczestniczą w niegodziwych czynach
ani nie zdają sobie sprawy z tego, co ostatecznie społeczności te usiłują osiągnąć.
Również niektóre spośród tych społeczności mogą zupełnie nie aprobować jakichś
skrajnych wniosków, które – jako w sposób konieczny wynikające z zasad ogólnych
– wypadałoby przyjąć, gdyby nie odstraszała od tego ich wewnętrzna brzydota”.

Czym innym jednak są ostrzeżenia przed jakimkolwiek wiązaniem się z maso-


nerią, a czym innym fobie antymasońskie, które zwłaszcza w latach międzywo-
jennych opanowały katolików, a które niestety nie przynoszą chluby Kościołowi.
Najpierw może jednak parę słów na temat doktryny tej organizacji, bo nie tylko
unikająca jawności struktura masonerii budzi sprzeciw chrześcijanina.

Samym rdzeniem tej ideologii wydaje się budowa gmachu szczęśliwej ludzkości,
opartej na fundamencie rozumu. Stąd sama nazwa – „wolni mularze”, stąd kielnia
oraz inne budowlane symbole masonerii, a również trójstopniowy, na wzór ce-
chu murarskiego, podział na uczniów, czeladników i mistrzów. Idea budowania
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Masoneria 257
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

wspaniałej przyszłości przejawia więc typowe cechy mentalności oświecenio-


wej, wraz z jej naiwną wiarą, jakoby podstawowym źródłem wielorakiej nędzy i
niesprawiedliwości była ignorancja; i wraz z jej pychą, uzurpującą sobie prawo
uszczęśliwiania wszystkich według pomysłów „nas, którzy wiemy lepiej”. Oświece-
niowy jest również zasadniczy stosunek masonerii do religii, sprowadzający się do
ideału ponadwyznaniowości, a więc bezwyznaniowości, a co za tym idzie, polega-
jący na zamykaniu religii prawie wyłącznie w jej wymiarze moralnym. Z potrzeb
mentalności oświeceniowej wyrosła wreszcie parareligijna liturgia, która stała się
zarazem instrumentem wtajemniczenia w ukryte przed okiem profanów struktury
tej organizacji.

Trudno powiedzieć, na ile te dawne ideały i potrzeby, z których zrodziła się maso-
neria, zachowały żywotność do dnia dzisiejszego, i w jakim kierunku ewoluowały.
To jest pewne, że podobnie jak inne prometejskie doktryny, zapewniające szyb-
kie uszczęśliwienie ludzkości i dające poczucie uczestniczenia w głównym nur-
cie ludzkich dziejów, mogły przyciągnąć niejednego idealistę i wyzwolić niejedną
bezinteresowność. Podkreślam to z taką samą stanowczością, z jaką zwróciłem
uwagę na z gruntu błędną doktrynę i ustrój tej organizacji. Choć oczywiście zasa-
da niejawności mogła również ułatwiać różne ciemne zaangażowania: wystarczy
przypomnieć aferę z niewątpliwie przestępczą lożą P 2 i jej wielkim mistrzem Licio
Gelli.

Żeby usprawiedliwić nieco katolicką alergię antymasońską, warto zwrócić uwagę


na to, że sama idea budowania kosmicznego gmachu przyszłości zawiera w sobie
– z zamierzenia lub bezwiednie – program wystawienia anty-Kościoła. Natomiast
obowiązek posłuszeństwa wobec rozkazodawcy, którego się nie zna ani z twarzy,
ani z nazwiska, chrześcijaninowi kojarzy się nieodparcie z szatanem: przecież jest
to największym osiągnięciem szatana, jeśli ktoś go słucha w taki sposób, że nie
wie o tym, iż słucha właśnie jego. Proszę sobie przeczytać niezwykle interesujące
studium Walentyny Wietłowskiej, opublikowane w Literaturze na świecie z marca
1983.

Co innego jednak zdecydowanie krytyczny stosunek do masonerii, a co innego


fobie, urągające nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale również wierze i moralności
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Masoneria 258
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

chrześcijańskiej. Fobie tym groźniejsze dla Kościoła, że występujące z uzurpowa-


nej pozycji jego najwierniejszych rzekomo synów. Proszę Pana, ja osobiście wiele
wytrzymam. Potrafię znieść spokojnie nawet ogólne pomówienie, że masoneria
swoimi mackami sięgnęła aż do biskupów i kardynałów. Ale tracę cierpliwość w
momencie, kiedy ktoś podaje konkretne nazwiska hierarchów, którzy rzekomo są
masonami. Takie oszczerstwo to już ciężki grzech zarówno przeciw miłości bliź-
niego, jak przeciw pokojowi Kościoła. To również ciężka obraza Stolicy Apostol-
skiej, która mianuje biskupów, a w razie konieczności może ich usuwać: bo jakżeż
papież i jego kuria wywiązują się ze swych obowiązków, skoro wróble na dachu
ćwierkają o tym, że ten a ten biskup jest masonem i wrogiem Kościoła, a oni to
ignorują i nie przeszkodzą jego wrogiej robocie?

Wkrótce po wyborze kardynała Wojtyły na papieża przyszedł do naszego klaszto-


ru – mogą to poświadczyć moi zakonni współbracia – taki oto list: „Ojcowie, stała
się rzecz straszna: mason został wybrany papieżem! Trzeba zrobić wszystko, żeby
ten wybór unieważnić!” Po prostu biedna kobieta, autorka tego listu, uwierzyła
kiedyś, że masoni są wszędzie, nawet na najważniejszych stanowiskach w Kościele.
Człowiek zaś, noszący w sobie taką fobię, ma potrzebę mianowania na „masonów”
jakichś konkretnych osób: łatwiej wówczas dawać upust swojej bezinteresownej i
bezcelowej nienawiści i zarażać nią innych. Żeby dać upust owej potrzebie, czło-
wiek z fobią nie przejmuje się takimi drobiazgami, jak kompletna bezzasadność
swoich pomówień.

Przypomina mi się rachunek, jaki za tę fobię wystawił Kościołowi André Gide w


Lochach Watykanu. Centralnym motywem tej szyderczej powieści jest pomysł ja-
kiegoś dużej klasy szalbierza, że masoneria uwięziła Ojca Świętego i posadziła na
tronie papieskim jego sobowtóra, a swojego zausznika. Pisarz przeprowadza do-
wód – przekonujący czy nie, sąd o tym należy do czytelników – że ludzie ogarnięci
fobią są w stanie nawet w takie brednie uwierzyć.

Zastanawiam się, dlaczego odporność na tego rodzaju fobie wykazują zarówno lu-
dzie dużej kultury, jak głębokiego życia wewnętrznego. Myślę, że jest tak: Ludzie o
wysokiej kulturze sporo wiedzą na temat rzeczywistych mechanizmów zła, które
są daleko bardziej złożone, niż sugeruje to taka czy inna przeniknięta nienawiścią
Wlascicielem tego egzemplarza ebooka jest Piotr Bulanda - piterson3@poczta.onet.pl - NrKlub: 109

Masoneria 259
Pytania nieobojętne – o. Jacek Salij OP

fobia; ludzie o głębokim życiu wewnętrznym widzą z całą przenikliwością pod-


stawowy nerw zła, a jest nim grzech, odwrócenie się od Boga. Toteż niepodatni
są na antychrześcijański, manichejski mit, jakoby ludzie dzielili się na gruntownie
dobrych oraz gruntownie i nieodwracalnie złych. Owszem, człowiek może być
fundamentalnie zwrócony ku Bogu lub fundamentalnie od Niego odwrócony, ale
nie jest tak, żeby w tym pierwszym nie było żadnego grzechu, a w tym drugim –
żadnego dobra.

I to jest właśnie radykalnie antychrześcijańskie we wszelkich fobiach, skierowa-


nych przeciwko jakimś grupom ludzkim: odwrócenie uwagi od grzechu, który jest
w nas wszystkich oraz w każdym z nas, oraz obarczenie „tych innych” całą niemal
odpowiedzialnością za zło. Krótko mówiąc, mamy tu do czynienia ze zlaicyzo-
waną, ale zarazem paranoiczną interpretacją korzeni zła. Jeszcze to warto zauwa-
żyć, że dopóki ktoś jest nawiedzony przez fobie, o których tu mówimy, nie po-
trafi nawet pomyśleć o tym, że swoją tak gruntowną nienawiść kieruje przecież
ku bliźnim, stworzonym przez Boga i odkupionym przez Chrystusa. Bo gdyby o
tym przynajmniej pomyślał, to nie wykluczałby z góry możliwości ich nawróce-
nia. Przecież Chrystus umarł za wszystkich, za masonów również. Nawet łotr się
nawrócił, dlaczego więc nie myśleć o przybliżaniu Chrystusa również masonom?
Może to jednak nie są diabły, ale ludzie. Nawet ci, którzy są członkami jakiejś loży
analogicznej do P 2.