Albert Camus Dżuma

Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 19 0 r. w Oranie. Według powszechnego mniemania były one tu na swoim miejscu, wykraczały bowiem nieco poza zwyczajność. W istocie, na pierwszy rzut oka Oran jest zwykłym miastem i niczym więcej jak prefekturą francuską na wybrzeżu algierskim. Miasto, trzeba przyznać, jest brzydkie. Wygląda spokojnie i dopiero po pewnym czasie można zauwa-Syć, co je odróżnia od tylu innych miast handlowych pod wszystkimi szerokościami. Jakże wyobrazić sobie na przykład miasto bez gołębi, bez drzew i ogrodów, gdzie nie uderzają skrzydła i nie szeleszczą liście, miejsce nijakie, jeśli już wyznać całą prawdę? Zmiany pór roku czyta się tylko w niebie. Wiosnę oznajmia jedynie jakość powietrza lub koszyki kwiatów, które drobni sprzedawcy przywożą z okolicy: wiosnę sprzedaje się na targach. W lecie słońce zapala zbyt suche domy i pokrywa mury szarym popiołem; wówczas można żyć tylko w cieniu zamkniętych okiennic. Jesienią natomiast potop błota. Pięknie bywa tylko zimą. Na j dogodnie j można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak umiera. W naszym _małym mieście, może za przyczyną klimatu wszystko to robi się razem, z miną jednako szaleńczą i nieobecną. ^To znaczy, że ludzie tu się nudzą i starają się nabrać przyzwyczajeń. Nasi współobywatele dużo pracują, ale zawsze po to, by się wzbogacić. Interesują się przede wszystkim handlem i zajmują się głównie, jak to sami nazywają, robieniem interesów. Oczywiście mają również upodobania do prostych radości, lubią kobiety, kino i kąpiele morskie. Bardzo jednak rozsądnie zachowują sobie te przyjemności na sobotę wieczór i na niedzielę, usiłując w inne dni tygodnia zarobić dużo pieniędzy. Wieczorem,, po wyjściu z biur, spotykają się o umówionej godzinie w kawiarniach, przechadzają po tym samym bulwarze albo siadają na swych balkonach. Pragnienia młodszych są gwałtowne i krótkie, a grzechy starszych nie wykraczają poza związki amatorów kręgli, bankiety stowarzyszeń i zebrania, gdzie gra się grubo w karty. Można zapewne powiedzieć, że nie są to osobliwości naszego miasta i że, razem wziąwszy, wszyscy nasi współcześni są tacy. Bez wątpienia, nic dziś bardziej naturalnego niż ludzie pracujący od rana do wieczora, którzy potem przy kartach, w kawiarni i na gadaniu tracą czas, jaki pozostał im do życia. Ale są miasta i kraje, gdzie ludzie od czasu do czasu podejrzewają istnienie czegoś innego. Na ogół nie zmienia to ich życia. Ale zaznali podejrzeń, a to zawsze jest wygrana. |iNatomiast Oran Jest wyraźnie miastem bez podejrzeń, to znaczy miastem całkowicie nowoczesnym, a zatem nie jest rzeczą konieczną określać dokładnie, w jaki sposób kochają się u nas. Mężczyźni i kobiety albo łączą się pośpiesznie w tym, co nazywa się aktem miłosnym, albo powoli przyzwyczajają się do siebie. Między tymi krańcami często aie ma środka. To także nie jest oryginalne. W Oranie, jak gdzie indziej, z braku czasu i zastanowienia trzeba kochać nie wiedząc o tym.1L Bardziej oryginalna w naszym mieście jest trudność, z jaką przychodzi tu umierać. Trudność nie jest zresztą właściwym słowem i raczej należałoby mówić o niewygodzie. Nigdy nie jest przyjemnie chorować, ale są miasta i kraje, które podtrzymują nas w chorobie, miasta i kraje, gdzie można w pewien sposób popuścić sobie cugli. Choremu trzeba łagodności, pragnie znaleźć

Jakieś oparcie, to naturalne. łW Oranie jednak klimat, waga załatwianych interesów, błaha dekoracja, szybki zmierzch i jakość rozrywek - wszystko wymaga dobrego zdrowia. Chory czuje się tu bardzo samotny. Pomyślcie-więc o kimś» kto ma umrzeć w pułapce, oddzielony od innych setkami ścian trzeszczących odJsar^_gdy_w tej samef chwili cała ludność rozmawia przez telefoniub w kawiarniach o" wekslach, frachtach morskich i" dyskontach. Zrozumiecie, jak nlewygoana'jeśt śmierć, nawet nowoczesna, jeśli zjawi się niespodzianie w skwarnym mieście. | Tycłfkilka uwag daje może wystarczające pojęcie o Oranie. Zresztą nie należy w niczym przesadzać, Trzeba tylko podkreślić banalny wygląd miasta i życia. Czas jednak mija tu łatwo, skoro tylko nabierze się przyzwyczajeń. Z chwilą gdy nasze miasto zacznie sprzyjać przyzwyczajeniom, można powiedzieć, że już wszystko jest dobrze. Pod tym względem życie na pewno nie jest zbyt pasjonujące. Ale przynajmniej nie ma u nas nieporządku. JTotęż^nasza ludnosc^^^^^ ra, sympatyczna i aktywna, zawsze buoziła w podróżnych rozsądny szacunek. To miasto, pozbawione ma-Iowniczości, roślinności i duszy, w końcu staje się odpoczynkiem i człowiek zapada tu wreszcie w sen. Należy jednak dodać, że zaszczepiono je w niezrównanym pejzażu, pośrodku nagiego płaskowzgórza otoczonego świetlistymi dolinami nad zatoką o doskonałym rysunku. Można tylko żałować, że miasto zbudowano tyłem do tej zatoki, niepodobna więc dostrzec morza, którego zawsze trzeba szukać. Wiedząc już te wszystko, przyznacie bez trudu, że nasi współobywatele nie mogli spodziewać się wypadków, które zaszły na wiosnę owego roku; jak zrozumiemy później, były"" one niejako pierwszymi oznakami w serii poważnych wydarzeń, których kronikę zamierzamy tu spisać. Te fakty wydadzą się jednym naturalne, innym, na odwrót, nieprawdopodobne. Ale kronikarz nie może się liczyć z tymi sprzecznościami. Jego zadaniem jest stwierdzić: "To się zdarzyło", kiedy wie, że rzecz zdarzyła się naprawdę, że wypełniła życie wszystkich i że są tysiące świadków, którzy zważą w swym sercu prawdę tego, co on mówi. '-ł Zresztą narrator, którego czytelnik pozna we właściwej chwili, nie miałby najmniejszego prawa zabierać się do przedsięwzięcia tego rodzaju, gdyby przypadek nie pozwolił mu zgromadzić pewnej liczby zeznań i gdyby siłą rzeczy nie był wmieszany w to wszystko, co opowiedzieć zamierza. To właśnie upoważnia go do dokonania pracy historyka. Rzecz jasna, ^ae historyk, nawet amator, ma zawsze dokumenty. (Narrator tej opowieści ma więc swoje: przede wszystkim własne świadectwo, następnie świadectwa innych, skoro dzięki swej roli musiał zebrać zwierzenia wszystkich osób tej kroniki, na koniec teksty, które wpadły mu w ręce. Zamierza czerpać z nich, gdy uzna to za stosowne, i użyć ich, jak mu się spodoba. Zamierza również... Ale może już czas porzucić komentarze i przezorne omówienia i przejść do samego opowiadania. Opis pierwszych dni wymaga pewnej drobiazgowości. Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gaBmetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura. Na razie odsunął zwierzę nie zwracając na nie uwagi i zszedł ze schodów. Ale gdy znalazł się na ulicy, przyszło mu na myśl, że ten szczur nie powinien 'był tam się znaleźć, i zawrócił, by zawiadomić dozorcę. Widząc reakcję starego Michela, zrozumiał, jak bardzo jego odkrycie było niezwykłe. Obecność tego martwego szczura wydała mu się tylko dziwna, gdy dla dozorcy oznaczała skandal. Postawa dozorcy była zresztą stanowcza: nie ma szczurów w, domu. Na próżno doktor zapewniał, że widział szczura na podeście pierwszego piętra, nic nie mogło zachwiać przekonania Michela. Nie ma szczurów w domu, ktoś musiał więc przynieść zwierzę z zewnątrz. Krótko mówiąc, to jakiś kawał.

Tego samego wieczora, gdy Bernard, Rieux stojąc na korytarzu szukał kluczy, zanim wszedł na schody, ujrzał, jak z ciemnej jego głębi wynurza się wielki 10 /szczur, o wilgotnej sierści, poruszający się niepewnym 'krokiem. Szczur zatrzymał się, jak gdyby szukał równowagi, skierował ku doktorowi, zatrzymał znowu, zakręcił w miejscu z nikłym piskiem i upadł wreszcie, wyrzucając krew na wpół otwartymi wargami. Doktor przypatrywał mu się przez chwilę i poszedł do siebie. Nie myślał o szczurze. Ta wyrzucona krew skierowała go na powrót ku jego trosce. Żona doktora, chora od roku, miała wyjechać nazajutrz do uzdrowiska w górach. Zastał ją leżącą w ich pokoju, jak ją o to prosił. W ten sposób przygotowywała stę do trudów podróży. Uśmróchnęła się. - Czuję się bardzo dobrze - powiedziała. Doktor patrzył na twarz zwróconą ku niemu w świetle lampy przy wezgłowiu. Dla Rieux ta twarz ^ trzydziestoletnia, mimo śladów choroby, była wciąż twarzą młodości, może dzięki owemu uśmiechowi, który górował nad resztą. - Spij, jeśli możesz - powiedział. - Pielęgniarka przyjdzie o jedenastej i zawiozę was na pociąg południowy. Ucałował lekko wilgotne czoło. Uśmiech odprowadził go do drzwi. Nazajutrz, J^kw^ętnifi^o ^godzinie ^osmgj^ ^dozorca zatrzymał-dektora w przejściu, narzekając 'ha "kiepskich dowcipnisiów, którzy położyli trzy martwe, szczury pośrodku korytarza. Pochwycono je widocznie w prymitywnie sklecone pułapki, były bowiem całe zakrwawione. Dozorca pozostał pewien czas na progu drzwi wejściowych trzymając szczury za łapy i spodziewając się, że winowajcy zdradzą się jakimś nowym kawałem. Ale nic takiego się nie stało. - O - powiedział Michel - już ja ich przychwycę! Rieux, zaintrygowany, postanowił rozpocząć obchód od dzielnic znajdujących się na krańcach miasta, gdzie mieszkali jego najbiedniejsi pacjenci. Śmieci wywożono stąd znacznie później i auto, jadąc wzdłuż 11 prostych i zakurzonych uliczek, ocierało się o kubły na odpadki pozostawione na skraju chodnika. Przejeżdżając tak jedną z ulic naliczył tuzin szczurów leżących na resztkach jarzyn i brudnych szmatach. Pierwszego chorego zastał w łóżku, w pokoju wychodzącym na ulicę, który służył zarazem za sypialnię i jadalnię. Był to stary Hiszpan o twarzy twardej i porytej. Miał przed sobą, na kołdrze, dwa garnki napełnione grochem. W chwili gdy doktor wchodził, chory, na wpół wyprostowany w łóżku, opadł do tyłu usiłując chwycić chropawy, astmatyczny oddech. Jego żona przyniosła miskę. - Cóż, doktorze - powiedział podczas zastrzyku - wychodzą, widział pan? - Tak - powiedziała kobieta - sąsiad znalazł trzy. -/ - Stary zacierał ręce. ' - Wychodzą, widać je we wszystkich kubłach na '^ śmiecie, to głód! "~ Rieux stwierdził potem bez trudu, że cała dzielnica mówi o szczurach. Skończywszy wizyty wrócił do domu. - Na górze jest telegram do pana - powiedział Michel. Doktor zapytał go, czy widział nowe szczury.

Idź. o którym powiedziano mu.uważaj na siebie.Oczekuję małżonki. . sędziego śledczego. .Ach. 13 Po południu tego samego dnia. zobaczył. W chwilę potem na dworcu umieszczał ją w wagonie sypialnym. Z całej tej sceny zapamiętał tylko przechodzącego mężczyznę. Rieux potrącił pana Othona. . . twarzy zdecydowane]. nieco skrzywiony. twarz miała uróżowaną.Dobrze .rzekł . Potem powiedział bardzo szybko.. Odetchnęła głęboko: .stoję na czatach. że jej twarz jest zalana łzami. pan rozumie. Lokomotywa gwizdnęła. Telegram oznajmiał przyjazd matki doktora nazajutrz.Tak .Zapewne-rzekł tamten. ale lakonicznie: .Co to za historia ze szczurami? 12 .powiedział . wszystko będzie dobrze. o szerokich ramionach.powiedziała z błyszczącymi oczami . Zawołał żonę po imieniu i kiedy się odwróciła. Ale zanim przystąpi do tematu.Szczury. . .Nie .rzekł dozorca . Ale on dodał: . Blisko wyjścia. że powinien był czuwać nad nią i bardzo ją zaniedbał. prawda? . i karawaniarza zarazem.zaczniemy na nowo. . zjawił się młody człowiek. Nazywał się''^aymond Ramberl/. pielęgniarka już tam była. że jest dziennikarzem i że był już rano.powiedział . przyjęcia. Przystąpił od razu do sprawy. którego wygląd przywodził na pamięć sylwetkę światowca. kiedy wrócisz. . która pojechała złożyć wyrazy szacunku mojej rodzinie. Zaczniemy na nowo. na peronie dworca. w sportowym ubraniu. że ją przeprasza.powiedział łagodnie. czy może pan powiedzieć naJ" gorsze? . Niski. czy wybiera się w podróż. Długi i czarny pan Othon. Miała zająć się domem syna pod nieobecność chorej. Oglądała przedział. oczach jasnych i inteligentnych. chciałby wiedzieć.Nie wiem. Syczenie lokomotywy dochodziło aż do nich.Chodzi mi o to. nie . .to głupstwo.Tak trzeba . z drugiej strony szyby. Kiedy doktor wszedł do mieszkania. że taka ocena byłaby nieuzasadniona. To dziwne. I teraz na peronie. muszę to przyznać. by przestał.Niezupełnie. ale minie. widział tylko jej uśmiech. że nie jest z tym dobrze. Ale przypuszczam. Przeprowadzał ankietę dla wielkiego dziennika paryskiego o warunkach życia Arabów i chciał się poinformować o ich stanie sanitar-•)nym.Za kosztowne to dla nas. . Potrząsnęła głową. Uśmiech wrócił pod łzami.Wszystko pójdzie lepiej. Ale ona nie mogła go słyszeć.bardzo dobrze. robił wrażenie człowieka. Rieux ujrzał swoją żonę stojącą w kostiumie. -. I te świnie nie mają śmiałości. któremu życie służy. który niósł pod pachą skrzynkę pełną martwych szczurów. W chwilę potem odwróciła się do niego plecami i patrzyła przez okno.powiedział sędzia.. . jak to mawiało się dawniej. Uśmiechnął się do niej. odparł głosem uprzejmym..Proszę cię . jakby dając mu znak. Rieux powiedział mu. Na peronie ludzie tłoczyli się i potrącali. gdy Rieux rozpoczynał. czy dziennikarz może napisać całą prawdę.Tak . Przycisnął ją do siebie. który trzymał swego synka za rękę. Doktor zapytał go.powiedział Rieux. Rieux pchnęło w stronę pociągu. ale zawrócił ku wyjściu.

doktorze. z wyrazem zmęczenia na czerwonej zazwyczaj twarzy.ale to w końcu drażni. przepraszam.powiedział dziennikarz z uśmiechem. Doktor uścisnął mu rękę i powiedział. z nią wszystko wydawało się łatwe.O .Tylko takie wypowiedzi uznaję. to przede wszystkim sprawa dozorcy. Nigdy nie widzieliśmy nic podobnego. Bernard . o twarzy masywnej i porytej.mówiła. bez żadnych ograniczeń. doktorze. spotkał na schodach mężczyznę młodego jeszcze. Jego zdaniem 15 nie jest to cierpienie fizyczne.W pewnym sensie. jakie znajdują się teraz w mieście. . Doktor odprowadził go do drzwi. ot i wszystko. przyglądając się ostatnim . Ramibert był trochę zniecierpliwiony. Ale uważam. zamkniętej szerokimi brwiami. j^ean Tarrou pilnie pałał papierosa. . że panu przeszkodziłem. by odrzucić je do tyłu.Tak . Tarrou przeciągnął ręką po włosach. Rieux zapytał go. o oczach czarnych i łagodnych. od piwnicy po strych. jak się miewa. że można by napisać ciekawy reportaż o ilości martwych szczurów. nieruchomego teraz. Spojrzał na doktora spokojnie i przenikliwie szarymi oczami. że źle. znalazł z dziesięć szczurów.Zdaje się. że patrzy pan na to w ten sposób. Doktor napotkał właśnie dozorcę przed domem. [Matka doktora przyjęła wiadomość bez zdziwienia.Teraz znajduje się je po dwa lub trzy. gdy znikną. Nie będę więc panu pomagał wiadomościami. . 'który oznajmił mu o nowym odkryciu. kiedy doktor znów szedł do pacjentów.Dziękuję panu. spojrzał znów na szczura. ^ Była to mała kobieta o włosach przyprószonych srebrem. który czuje jednak sympatię dla bliźnich i ze swej strony jest zdecydowany nie przystać na niesprawiedliwość i ustępstwa. . czy Rambert może napasać wszystko. że pojawienie się szczurów to rzecz ciekawa. . 'kt&rzy mieszkali na ostatnim piętrze w jego kamienicy. -«-ats-a" Rieux odparł nie podnosząc głosu. .to mnie interesuje! O siedemnastej. . .rzekł stary Michel do Rieux.rozumiem.Rieux powiedział spokojnie. to prawda. pocierał sobie szyję.Tak . . ISkwietnia^ doktor. o ciężkiej sylwetce. które posiadam. na schodach. .rzekł wreszcie wstając.zawołał Rambert . . który zdychał u jego stóp na stopniu schodów. że cię widzę.Tak.Jestem szczęśliwa. który przywiózł swoją matkę z dworca.Tak czy inaczej. 14 .To język Sanit-Justa . wiem . Widywał go niekiedy u hiszpańskich tancerzy. tak. W są-Jsiednich domach kubły na śmiecie były ich pełne.rzekł Rieux . potem uśmiechnął się do Rieux. Rambert z szyją wciśniętą w ramiona patrzył na doktora. . na pewno ciekawe. że nic mu o tym nie wiadomo.Szczury są tu bezsilne. przywitał go i dodał. że to ciekawe. . tylko w pewnym sensie. Machinalnym ruchem. Dozorca nie może oczywiście powiedzieć. ale zadając pytanie chciał tylko wiedzieć. Tylko że czuje się nieswój.powiedział . że pana rozumiem . że w istocie taka ocena byłaby nieuzasadniona. Ale następnego dnia rano. zastał Michela z miną jeszcze bardziej zgnębioną.Takie rzeczy się zdarzają. Rieux przyznał jej rację.konwulsjom szczura. Ale to samo jest w innych domach. Te szczury mu dogodziły i wszystko pójdzie lepiej. stał wsparty o ścianę obok wejścia. . ale że jest to język człowieka zmęczonego światem. Wydawał się przygnębiony i zatroskany.

Zdarzało się również. z plamką krwi na spiczastym ryjku. którędy tylko przechodził doktor Rieux. wy rzucała-. jedne wzdęte i gnijące. aby się zastanowić. gdzie pracuje jej mąż. opalono J)231 szczurów. by zakołysać się w świetle. Rankiem na przedmieściach znajdowano je leżące w rynsztokach. wszelkie informacje na •każdy temat) ogłosiła w swoim komunikacie radiowym (bezpłatne informacje). na podestach schodów i podwórzach. oczyszczała swe soki. Począwszy bowiem od osiemnastego fabryki i składy wyrzucały setki trupów szczurzych. Potem dwa wozy służbowe miały odwozić zwierzęta do zakładu oczyszczania miasta.rzekł Mercier . na bulwarach. niby zdrowy człowiąk.Tak . która nadawała jasny sens codziennemu widowisku. czy zarząd miejski zamierza działać i jakie pilne środki ma na uwadze. j. gdzie gromadzili się nasi współoby16 watele. że nawet ziemia. których agonia trwała zbyt długo. znaleziono jakie pięćdziesiąt. Wynurzały się długimi chwiejnymi szeregami. z wyprostowanymi jeszcze wąsami. czy to sprawa poważna. że to warte zachodu. Ale od peryferii. że niejeden nocny przechodzień nagle wyczuwał pod stopą elastyczne ciało świeżego jeszcze trupa. zapytywała. /spróbuję się o nie postarać. Czy dyrektor słyszał o szczurach. Nawet w mieście. Nocą na korytarzach i uliczkach słychać było wyraźnie ich nikły pisk agonii.Metgiier. by uchronić obywateli od tego odrażającego najazdu.powiedział Rieux. ^ogor-. Zarząd miejski nic nie zamierzył i nic nie miał na uwadze. aż do centrum miasta. Od tego dnia sprawą zajęła się prasa wieczorna. Zadaje sobie jednak pytanie. szczury leżały stosami w kubłach na śmiecie albo długimi szeregami w rynsztokach. . że zebrał się na posiedzenie. mf promenadzie Front-de-Mer. wszędzie. trafiało się ich po kilka. inne sztywne. Nasi zdumieni współobywatele natykali się a^a nie w najbardziej uczęszczanych miejscach miastaJ Trafiały się na placu d'Armes. w kilka dni doznało wstrząsu. ^W każdym razie mniej więcej w tym właśnie czasie nasi współobywatele zaczęli się niepokoić. że agencja Infdok (informacje. wzmogła zamęt. (Ta cyfra.( małego miasta. Posługaczka doktora powiedziała mu. iTWyobraźcie sobie tylkjt^ zdumienia n^zego 2-Dżuma 17 f . W pewnych wypadkach musiano dobijać zwierzęta. Jednakże w następnych dniach sytuacja się. lecz w ciągu dnia pojawiały się nowe. .na powierzchnię czyraki i ropę. zebrano kilkaset szczurów. które wychodzą w wielkich ilościach.Zatelefonował jednak do znajomego dyrektora miejskiej służby odszczurzania. tak spokojnego dotąd. Dotychczas . i to coraz liczniejsze. że w wielkiej fabryce. Rieux nie wie. że służba odszczurzania powinna się tym zająć. Przychodziły też umierać samotnie do sal administracji^ na dziedzińce szkolne. a nawet w jego TTrżędzie. Jeśli sądzisz. zakręcić w miejscu i skonać w pobliżu ludzi. Miasto oczyszczano o świcie z martwych zwierząt. dokumentacja. by umierać gromadnie. słyszał o tym. sż^Ia~Liczba znalezionyćli~gryżoni wciąż rfi^s. i każdego ranka plon stawał się bardziej obfityJ(Czwartego dnia szczury zaczęły wychodzić. iż tylko w jednym dniu. jakie miasto miało przed oczami. znajdującym się niedaleko od bulwarów. wszędzie. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. na której znajdowały się nasze domy. ^r zebrano. niekiedy na tarasy kawiarń..Zawsze to warte zachodu . by je spalić. ale zaczął od tego. dotychczas aiźera^ce JąSspd wewnątrz. Rzekłbyś. by umierać na wolnym powietrzu? .jeśli otrzyma odpowiednie rozporządzenie. ale myśli. w którym kcążąca powoli krew nagle się wzburzg^^ Sprawy posunęły się tak daleko. ^dyrektor.

Miasto odetchnęło. zadzwonił telefon. gdy Rieux odczytywał telegram z sanatorium. co myśli o tej historii ze szczurami. Rieux zapytał ojca Paneloux. złowrogo. co mieli domy nad brzegiem morza.Niech się pan położy i zmierzy temperaturę. wychodzą. na przedmieściu. jak to panu wytłumaczyć. Ale on jęknął dziwnie. Ale chodzi o kogoś innego. którego rozległości nie można było określić ani pochodzenia wykryć. ." Tymczasem 28 kwietnia Infdok ogłosiła. 3Sfie czuł-się zbyt dobrze i wyszedł z domu zaczerpnąć powietrza. mówili już o tym. Staremu Michel błyszczały oczy. powiesiłem się. Po obiedzie. .Właśnie wychodziłem i usłyszałem hałas. Niech pan przyjdzie szybko. Był to mężczyzna~pięedzie-sięcioletni. oskarżano władze. Rieux przeczytał wypisane czerwoną kredą: "Wejdźcie.to zapewne ^PJ^ZM? I jego oczy uśmiechnęły się za okrągłymi okularami. pomyślałem. -Och . którego doktor rozpoznałIlBył to-oj ciec Paneloux) uczony i wojujący jezuita. nawet przez tych. . ry wciąż jakby szukał słów. Po kilku minutach wchodził do niskiego domu przy ulicy Faid-herbe. w południe.rzekł ojciec . Poczekał na nich. Długo cierpiał na zwężenie aorty. Gdy dozorca odszedł. Gdy zobaczyłem napis. o wąskich ramionach i chudych członkach.Musiałem się przemóc. o żółtym. Jednakże tego samego dnia. Rieux pomyślał o dozorcy i postanowił zobaczyć go później.rzekł podchodząc do Rieux . a ponieważ był biedny. Pośrodku chłodnawych. którego widywał niekiedy i który był bardzo poważany w naszym mieście. z rękami odsuniętymi od ciała.To obrzęki . że to żart. Wzywał go jeden z dawnych pacjentów.powiedział Grand. doktor przeciągnął palcem po nasadzie szyi. by się tam schronić. zatrzymując swoje auto przed domem. który szedł mu naprzeciw. oddech miał świszczący. Ale sznur zwisał w próżni. że zebrano •L080^ szczurów i lęk w mieście dosięgną! szczytu. Na drugim i ostatnim piętrze. miało w sobie coś groźnego. stół był odsunięty w kąt. pod pachami i'w pachwinach zmusiły go do powrotu i szukania pomocy u ojca Paneloux. .ale myślałem. Wycierał nos.Odczepiłem go w porę . doktor Rieux.Jest lepiej ." Weszli. Ale nazajutrz agencja doniosła.powiedział. którą Michel ku niemu pochylił.^esiędza.yamię. Mówił zadyszanym głosem. że zjawisko ustało gwałtownie i że służba odszczurza-nia zebrała nieznaczną tylko ilość martwych szczurów. który z pochyloną głową. przyjdę po południu. na drzwiach z lewej strony. . Ale mocne bóle szyi. Teraz zauważono. Żą-4ano ^radykalnych środków. Wysunąwszy rękę zza drzwiczek auta. Stary człowiek trzymał za. ujrzał na końcu ulicy dozorcę.mówił . cuchnących schodów napotkał urzędnika.pan firnie pamięta.Tak . można nawet powiedzieć. Sznur zwisał z góry nad przewróconym krzesłem. choć mówił najprostszym językiem. Tylko stary astmatyczny Hiszpan zacierał nadal ręce i powtarzał ze starczą radością: "Wychodzą. że nie przetrzyma. Podrapał się w głowę. a ci. który zawiadamiał go o przyjeździe żony.narzekano jedynie na zjawisko nieco odrażające. na rozkraczonych nogach posuwał się z trudem ruchami marionetki. któy 19 v . coś się zdarzyło u mojego sąsiada. . Josepha Granda. coś na kształt sęka uformowało się na niej. 18 . urzędnik merostwa. Rieux leczył go darmo. że to zjawisko. . co są obojętni w sprawach religii. długim i zagiętym wąsie.

a drugą wokół szyi. doktorze .Och! . Spieszył się zobaczyć dozorcę przed napisaniem listu do żony.rzekł mężczyzna stłumionym głosem. i pragnie jedynie.Nie. . czy zawiadomił komisariat. Ale trzeba sobie wzajem pomagać. czy szczury całkiem zniknęły z jego dzielnicy. Ale niech pan nie robi głupstw. Rieux ściskał mu już rękę. korpulentny mężczyzna leżał na mosiężnym łóżku. ale nie zwraca wiele uwagi na to. że za kilka dni wszystko będzie w porządku. a ja muszę złożyć meldunek. że rzecz najpilniejsza.Nie znam jej. bez tchu.Mam inne zmartwienia . Rieux podszedł do łóżka. Rieux zapytał Granda. .jęknął tamtem.Dziękuję. Potrząsnął głową. -. proszę mi wierzyć. Jeśli na przykład przyszłaby panu ochota zacząć na nowo. Doktor przystanął.jfNiewielki.. .Zostawmy to. urzędnik powiedział ze strapioną miną: .. . że ma się dobrze i że nie warto się trudzić. panie <Cottard . przyjdę za dwa lub trzy dni. że go znam. że to bolesny zabieg. ale poprosi komisarza. że była to chwila szaleństwa. Sprzedawcy wieczornych gazet krzyczeli. Dozorca skarżył się teraz na bóle wewnątrz. zbliżył się do niego. Opadł do tyłu i zapłakał krótkimi szlochami. . o nie! Myślałem. Na podeście schodów powiedział do Granda. Zdawało mu się.To głupstwo. dwie czarniawe plamy wystąpiły na boku. by zostawiono go w spokoju.powiedział Rieux. że w przerwach między oddechem słyszy nikłe piski szczurów. Grand.przerwał Rieux . gruczoły szyi i kończyny nabrzmiały. Pchnęli drzwi i znaleźli sięna progu jasnego. Miał trzydzieści dziewięć i pięć. Na korytarzach Rieux machinalnie patrzył w kąty i zapytał Granda.Niech się pan uspokoi . Ale nic nie poruszało się w kątach.Widzi pan.Myślę. Ale sam mogę czuwać..powiedział.. o nim też nie mogę powiedzieć. Ale Rieux zastał swego chorego na wpół wychylonego z łóżka.powiedział . . Oddychał mocno i patrzył na nich nabiegłymi krwią oczami.Trzeba nad nim czuwać tej nocy. Urzędnik nic o tym nie wiedział. co gadają w dzielnicy. że najazd szczurów ustał. z jedną ręką na brzuchu.więc ja to zrobię. położył się z powrotem. by przeprowadził dochodzenie za dwa dni. że musi złożyć meldunek. Mówiono mu co prawda o tej historii. wydzierał z siebie z trudem ró-żowawą żółć do blaszanki na śmiecie.rzekł.Zgoda . że doktor jest 'l20 / \J: --Uly odpowiedzialny. Ale w tej chwili chory poruszył się i wyprostował na łóżku zapewniając. Po długich wysiłkach. kręgi wytrzymały. . . Doktor zrobił zastrzyk z oleju kamforowego i powiedział. Można powiedzieć. Rieux pisał receptę. Mężczyzna najwidoczniej nie spadł z bardzo wysoka ani zbyt gwałtownie. . Wszedłem.niech pan spróbuje zrozumieć. rzecz prosta.No. Oczywiście trochę był przyduszony. że nie zacznie. Ale Cottard powiedział płacząc.Oczywiście . Należałoby go prześwietlić. . ale ubogo umeblowanego pokoju. który od paru chwil szarpał wąsa. . Czy ma rodzinę? .

Gruczoły na szyi bolały przy dotknięciu i zdawało się. Ale na razie ma nic pewnego. doktorze? .mówił. Żona dozorcy była w ro2 paczy.Poczekajmy jeszcze. Nazajutrz. Żona płakała. Przeżuwał słowa ustami koloru sadzy i zwracał ku doktorowi wytrzeszczone oczy.Nienormalne? .Nie . . jakby chciał przywrzeć do niego na zawsze albo jak gdyby coś wychodzącego z dna ziemi wołało go bez wytchnienia. że dozorca chce trzymać głowę możliwie najdalej od ciała. .Umarł .Hm . jednego z wybitniejszych lękał w mieście. Patrzyła na Rieux. Jego żona patrzyła z trwogą na milczącego Rieux. Jego żona siedziała u stóp łóżka.powiedział jego żona. zbiegł lekko d dozorcy.Doktorze . prawda. .rzekł Rieux .Jest lepiej. powiekach barwy ołowiu. Dozorcę paliło właśnie pragnienie. Nawę Rieux. trzymając delikatnie nogi chorego. Osłabiony pacjent uśmie chał się w łóżku. .Niech pani czuwa . świnie!" Gruczoły powiększyły się jeszcze. ten dzień był dniem powrotu wiosny. . ciepły już wiatr wiał p niebieskim i wilgotnym niebie. Rzeczywiście temperatura spadła rano d trzydziestu ośmiu stopni.Nie ma więc nadziei.to świństwo mnie pali.Niech pani posłucha . o woskowych ustach. .mówił . uspokojony listem od żony.powiedział Rieux.To pali . Rieux ZE tamponował ropień fiksacyjny.. chory majaczył nieustannie. nymi? . doktorze? . Przynosił zapac kwiatów.To może być cokolwiek bądź.powiedział Richarct . W całym naszym mieści< uwolnionym od skrytego lęku. . Poranny hałas na ulicach wydawał się żywsz i weselszy niż zazwyczaj.co to jest? 21 . Do wieczora dieta i środek ocz^ czający krew. Zielonkawy.Ani gorączki z miejscowymi objawami zap.rzekł doktor .trzeba go izolować i zastosować specjalne leczenie.i zawoł mnie w razie potrzeby. W dwie godziny potem w karetce doktor i żona pochylali się nad chorym. Podczas przypalani terpentyną dozorca wył: "Ach. były tward i drzewiaste w dotyku. wróciły wymioty. Niech pije dużo. . dozorca dusił się pod niewidocznym ciężarem. 30 kwietnia.rzekł Richard . z rękami na kołdrze.nie zauważyh nic nadzwyczajnego. pan wie W każdym razie dozorca majaczył wieczorem i prz czterdziestu stopniach przeklinał szczury. wciśnięty w swoje legowisko. . oddechu urywanym i krótkim. rozkrzyżowany przez gruczoły. Z jego ust usłanych grzy-bowatymi wyroślami wychodziły strzępy słów: "Szczury!" . dwa wypadki z gruczołami w stan zapalnym. które ból głowy napełnił łzami.powiedziała .normalność. Wróciwszy do domu Rieux zatelefonował do sw< kolegi Richarda. w jakim żyło prze tydzień. który szedł z najdalszych podmiejskich okc lic. Zatelefonuję do szpitala i przewieziemy go karetką. Ale w południe gorączka podniosła się nagle d czterdziestu stopni. .Ach tak.

wyjąwszy jedną rozmowę. . Od tej chwili zaczął się strach. Nasi współobywatele . Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć. zawsze uśmiechnięty. a wraz z nim przyszło zastanowienie. z tego punktu widzenia byli w błę-dzie i ich poglądy domagały się rewizji.Znałeś chyba Campsa? . Słowem.Właśnie. znano tylko jedno jego przyzwyczajenie. by patrzeć na rzeczy i ludzi przez pomniejszające szkło. oczywiście. a mianowicie stałe wizyty u tancerzy i muzyków hiszpańskich. zakłada posłuszeństwo wobec błahości. dotyczącą niejakiego Campsa. Był zwrotniczym. nieco późniejszą. w powszechnym zamęcie starał się być historykiem tego. zanim narrator przejdzie do szczegółów tych nowych wydarzeń. kiedy zdumienie pierwszych dni zamieniało się stopniowo w panikę. Tarrou był obecny przy rozmowie dwóch konduktorów tramwajowych: . Od początku wiosny zjawiał się często na plażach. . Ale i inni spośród naszych współobywateli.nie myśleli nigdy. skąd przybył ani dlaczego jest tutaj. przychylne rozważania o braku drzew. Ale choć miasto przyzwyczaiło się powoli do niego. sprowadził się do Ora-nu na kilka tygodni wcześniej i zamieszkał w wielkim l hotelu w centrum miasta. Dobroduszny. W istocie. . by żyć ze swych dochodów. stosunkowo bardzie] trudny.Camps? Wielki. dość licznych w naszym mieście. zdawałoby się. Na pewno można uważać taką postawę za opłakaną i dopatrywać się w niej oschłości serca. . Tar-rou wtrąca jeszcze dialogi zasłyszane w tramwajach i na ulicach. że nasze małe miasto może być miejscem szczególnie wybranym. Ale chodzi o kronikę bardzo szczególną. która.Można powiedzieć. Widocznie był dość zamoż-' ny. pływając dużo i z widoczną przyjemnością. o do24 mach bez wdzięku i absurdalnym planie miasta. Spotykano go we wszystkich miejscach publicznych. nie uzupełniając ich'komentarzami. nikt nie potrafił powiedzieć. Od początku widać w nich osobliwą satysfakcję ze znalezienia się w mieście tak brzydkim ze swej natury.Ach! Kiedy? . mieli pójść drogą. Jest tu dokładny opis dwóch brązowych lwów zdobiących me-rostwo. przyzwyczajenia wzięłyby niewątpliwie górę. Gdyby wszystko skończyło się na tym. . że śmierć dozorcy zamykała ów okres pełen mylących oznak i rozpóćzyfl[a|^"tnny.Po tej historii że szczurami. z czarnym wąs&m? .Tak. Jean Tarrou^ którego czytelnik spotkał już na początku tego opowiadania. Słowem. .spytał jeden. co nie ma historii. by szczury. na którą Michel wstąpił pierwszy. Niemniej jednak te notatki mogą dostarczyć mnóstwa szczegółów drugorzędnych. nie zawsze dozorcy i biedacy. Pierwsze notatki Jeana Tarrou rozpoczynają się z chwilą jego przyjazdu do Oranu. uważa się za rzecz pożyteczną przytoczyć opinię innego świadka o opisanym okresie. nie będąc ich niewolnikiem. które mają wszakże swoją wagę i których dziwactwo nawet nie pozwala osądzić zbyt szybko tej ciekawej postaci. umierały tu w słońcu i dozorcy ginęli od dziwacznych chorób. że Tarrou skupił cały swój wysiłek na tym.odtąd zdawali sobie z tego sprawę . 23 Jednakże. wyglądał na przyjaciela wszystkich normalnych rozrywek.Więc Camps umarł."W każdym razie jego notatki stanowią również rodzaj kroniki tego trudnego okresu.

W mieście zatrzymano tramwaj. i dodaje pismem mniej wyraźnym niż zazwyczaj. ich łód-kowatego kształtu. jaka rozgrywała się często na balkonie naprzeciw jego okna. Dąć wiecznie w piston to niszczy człowieka. jak się zdaje. Po chwili wrócił do mieszkania. Środki: spędzać dni w przedpokoju u dentysty na niewygodnym krześle. Tarrou ostatecznie oczarował kupiecki charakter miasta. że koty zjadają martwe szczury. Tramwaj ruszył dalej. itd. Nie był zresztą mocny." Ale zaraz po tych odskokach języka i myśli rozpoczyna się szczegółowy opis tramwajów naszego miasta. Następnie Tarrou życzliwie usposobiła scena. że znalezienie martwego szczura doprowadziło kasjera hotelu do pomyłki w rachunku. 25 zbliżały się na środek jezdni.. którego się nie rozumie. wybierać najdłuższe i najmniej wygodne marszruty kolejowe i jechać oczywiście na stojąco. . w godzinach. Nie ma kotów. na balkonie z drugiej strony ulicy zjawiał się mały staruszek. Ale co dzień po obiedzie. nie ruszając się jeszcze. którego wygląd. Szczura wyrzucono. Wyprostowany i srogi w swym ubraniu o wojskowym kroju. z włosami białymi i zaczesanymi starannie. "Pytanie. że moje nie znosiły tego. stać w kolejce do okienka.Wyglądał jednak jak wszyscy. znęcone tym deszczem białych motyli. Pokój wychodził na małą poprzeczną ulicę. Ta osobliwość (określenie użyte w notatkach) zjednywała sobie aprobatę Tarrou i jedna z jego pochwalnych uwag kończyła się nawet okrzykiem: "Nareszcie!" Są to jedyne miejsca. Mały staruszek pluł wówczas na koty z siłą i precyzją. . Po tych kilku informacjach Tarrou zadawał sobie pytanie.Och . że muszą biegać po piwnicach i że mały staruszek jest zbity z tropu. słuchać wykładu w języku. miał słabe płuca i grał w "Orfeonie". 26 Jest uczesany mniej starannie i nie tak żwawy. ponieważ natrafiono na martwego szczura. gdzie w tym okresie notatki przybysza nabierają charakteru osobistego. by nie tracić czasu? Odpowiedź: doświadczać go w całej jego rozciągłości. podniecone przez martwe szczury. Ale splunął raz w próżnię. dlaczego Camps grał w "Orfeonie" wbrew swym najoczywistszym interesom i jakie głębokie przyczyny doprowadziły go do ryzykowania życia dla procesji niedzielnych. w sposób powściągliwy i zarazem łagodny. Gdy plwocina osiągała swój cel. a nawet rozrywki dyktowały konieczności handlu. Oto w każdym razie notatki Tarrou o historii ze szczurami: ' "Mały staruszek z przeciwka jest dziś zbity z tropu.nie trzeba dąć w piston. Kilka kobiet wysiadło. Trudno jest tylko ocenić ich znaczenie i powagę.Proszę! I co mu było? . co robić. i nie wykupić swego biletu Ud.Nie wiem.Nie.skończył drugi . przesiadywać na balkonie w niedzielne popołudnie. gdzie sprzedają bilety do teatru. kici". Czuje się w nim niepokój. kiedy się jest chorym. Moim zdaniem nie chodzi tu o to. niezmiennego brudu . wołał na koty: "Kici. co nic nie tłumaczy. Wreszcie. Staruszek darł papier na małe kawałki nad ulicą i zwierzęta. ożywienie.i rozważania kończą się słowami: "To godne uwagi". nieokreślonego koloru. Pamiętam. gdy całe miasto drzemało w upale. Znikły rzeczywiście. wyciągając z wahaniem łapy ku ostatnim skrawkom papieru. Miał wrzód pod pachą. Tarrou opisuje. Koty podnosiły oczy blade ze snu. . . śmiał się. Nie zmienia to faktu.. Nie wytrzymał. gorączka. które w wielkich ilościach znajduje się na ulicach. gdzie koty spały w cieniu murów. który znalazł się tam nie wiadomo skąd.

To on mówił mi o pierwszych wypadkach tej zdumiewającej gorączki. Ojciec jest wysokim. O to właśnie chodziło. Jest zdenerwowany. siada i dwa pudle mogą się wreszcie usadowić na swych krzesłach. . Nie wie. przepuszcza swoją żanę. . .Ach. Notując. gdyby zdarzyło się trzęsienie ziemi. że to możliwe.. czy mnie to niepokoi. Powiedziałem mu ^to. recytuje uprzejme złośliwości pod adresem swej połowicy i wygłasza zdania o charakterze ostatecznym do swych potomków. po czym wchodzi sam. Kronika miejscowa. jak niebezpieczne mogą się stać gnijące trupy tych gryzoni?^ Dyrektor hotelu nie może mówić o niczym innym. powiedziałem: «A1p tp dflmn -jest wszędzie. Zachorowała na nią jedna z hotelowych pokojówek.. która mnie interesuje . Nie mówi «ty» do żony i dzieci.odparłem . Nicole jest w najwyższym stopniu anty--rczna! 27 Dziewczynka jest bliska płaczu. . że jest mi to obojętne. którą ludzie zaczynają się niepokoić. nieszczęścia nie sposób przewidzieć. zapytał. cienki nos i wąskie usta nadają mu wygląd dobrze wychowanej sowy. «Crdy szczury opuszczają statek. Żeby go pocieszyć. Jednakże jego przekonanie jest niezachwiane.odparł. okrągłe i ostre oczy. a tuż za nim chłopczyk i dziewczynka. Dwa pudle utkwiły nosy w kluskach i sowa podziękowała nic nie mówiącym skinieniem głowy. jakiego nieszczęścia należy jego zdaniem oczekiwać. odsuwa się na bok. Powiedziałem mu.Właśnie . Małe. Zrozumiał mnie doskonale. o tej nieznane j-gorączce. . . Szczury w windzie dystyngowanego hotelu .Nocny stróż w hotelu. że ze zniknięciem szczurów mały staruszek odnalazł wreszcie swoje koty i cierpliwie ćwiczył się w strzałach. Wmieszała się do tego gazeta. Zapytałem.") Począwszy od tej chwili notatki Tarrou zaczynają napomykać. że spodziewa się nieszczęścia z powodu tych szczurów. Proszę na przyszłość nie wymawiać tego słowa.powiedziała czarna mysz. ale że nigdy nie sprawdzono tego. Filipie.Teraz u nas Jest tak wszędzie.Wasz ojciec ma rację ..» Odpowiedziałem mu.Nicole. w sztywnym kołnierzyku. Do hotelowej restauracji przychodzi bardzo interesująca rodzina.Nie mówi się o szczurach przy sto^e. Środek czaszki ma łysy. a z prawej i lewej strony dwie kępki siwych włosów. .Ale to na pewno nie jest zaraźliwe . Zjawia się zawsze pierwszy w drzwiach restauracji.. podając pewne szczegóły. Chciał coś o tym powiedzieć przy stole. chudym mężczyzną ubranym na czarno. z których większość jest śmiertelna. którą zaniepokoił się już ogół. który jest człowiekiem zasługującym na wiarę. Ale nie byłby zdumiony. jeśli idzie o statki.to znaleźć spokój wewnętrzny. Dziś chłopiec był poruszony historią ze szczurami. Przy stole czeka. jeśli idzie o miasta. że to prawda.Jedyna rzecz.to wydaje mu się niepojęte. Tarrou dodaje. jest teraz cała poświęcona kampanii przeciw zarządowi miejskiemu: «Czy nasi ojcowie miasta pomyśleli o tym. Przyznałem. . zazwyczaj bardzo różnorodna. Mimo tego pięknego przykładu w mieście mówi się dużo o tej historii ze szczurami. pan jest fatalistą jak ja. aż żona zajmie miejsce.» . ubrani jak tresowane psy. zresztą nie jestem fatalistą. drobną jak czarna mysz. iż można przytoczyć ze dwa28 naście wypadków gorączki.upewnił z pośpiechem. powiedział mi. Nie twierdziłem nigdy nic podobnego.

jeden w czterdzieści osiem godzin.Nic nie poradzę . na której można było jeszcze odczytać na wpół starte słowa: "Kwitnące aleje. . i uznał. .rzekł Richard. Nazajutrz po śmierci dozorcy wielkie mgły pokryły niebo. Poprosił wówczas Richarda. A zresztą. Richard uznał jednak. ~) O ile narrator potrafi ocenić. Zatelefonował jeszcze do kilku lekarzy. Urzędnik me-rostwa mieszkał w dwóch pokoikach -umeblowanych bardzo skąpo. pogoda się popsuła.to zdrowo dla oskrzeli. Mocne ramiona.rzekł Rieux. ale objawy są niepokojące. Duży i regularny nos. Zstępuje z chodnika nie zmieniając kroku.powiedział Richard.Nic nie rozumiem . Ale to wrażenie wydało mu się nierozsądne. . Jest roztargniony przy kierownicy swego auta i często zostawia strzałki kierunkowe uniesione.Niech mnie pan uprzedzi. co mógł zrobić. dział. Czarne włosy obcięte bardzo krótko. Wśród długich. pomiędzy ulicami o zakurzonych szybach wystawowych. zbudowanym na kształt ślimaka na płaskowzgórzu i ledwo otwartym na morze. zostawiając drzwi otwarte. .. z czego pan wnosi. Przeprowadzony w ten sposób wywiad dał dwadzieścia podobnych wypadków w ciągu kilku dni. Przypisywał je zdenerwowaniu i troskom. Gdy przyszedł. otynkowanych ścian. kiedy udawał się na ulicę Faidherbe. Wszystko. wargi pełne i niemal zawsze zaciśnięte. Wygląda trochę na sycylijskiego chłopa ze swoją opaloną skórą. Twarz niemal kwadratowa. gdzie miał być obecny przy dochodzeniu w sprawie samobójczego zamachu Cottarda.Dwóch zmarłych. Była tam półka z białego drzewa z dwoma czy trzema słownikami i czarna tablica.Jako materiał dowodowy może tu wreszcie posłużyć portret doktora Rieux skreślony przez Tarrou. Przypiekało rzeczywiście. Krótkie i gwałtowne deszcze spadły na miasto. by zapytać go o te gorączki pachwinowe. Usta łukowate. . Grand czekał na podeście. ale najczęściej na przeciwległy chodnik lekko wskakuje. ale w tym cieple dojrzewała gorączka. Zawsze z gołą głową. Niemal wszystkie były śmiertelne. jeśli będą inne wypadki .Nie wnoszę z niczego. komisarza jeszcze nie było. Doktor Rieux coś wie. W mieście. postanowili pójść wpierw do jego mieszkania. zatelefonował do Richarda. które go osaczały. sekretarza syndykatu lekarzy w Oranie." Zdaniem Granda Cottard . Tego ostatniego zostawiłem rano ze wszelkimi oznakami rekonwalescencji. że istnieje niebezpieczeństwo zarażenia? 29 .Przypieka .Trzeba by zarządzeń prefektury. Całe miasto miało gorączkę. panowało ponure odrętwienie. przynajmniej takie wrażenie prześladowało Rieux owego ranka. nawet już po zakręcie. Skwar lata wydawał się lżejszy od wilgotnego ciepła tej wiosny. o izolację nowych chorych. Gdy trupa dozorcy odizolowano. drugi w trzy dni. w tramwajach o brudnożół-tym kolorze człowiek czuł się więźniem nieba. . Nawet morze straciło swój głęboki błękit i pod mglistym niebem nabierało połysku srebra czy żelaza raniącego oko. ale szczęki wystające. w których jest mu jednak dobrze.mówił . że "nie jest upoważniony". Oczy ciemne i lojalne. to porozmawiać z prefektem. kiedy prowadzono rozmowy. Wygląda na człowieka zorientowanego w sytuacji") Dane Tarrou były dokładne. ciepło niosące burzę nastąpiło po tych nagłych ulewach. że uporządkowanie myśli jest rzeczą nie cierpiącą zwłoki. jest on dość wierny: ^"Wygląda na trzydzieści pięć lat. Tylko stary pacjent doktora Rieux tryumfował nad swą astmą i cieszył się tą pogodą. Średniego wzro-|j^ stu. Chodzi szybko. Ale przez ten czas. czarnym włosem i ubraniami zawsze w ciemnych kolorach.

po co mi kreda różnych kolorów. Wypisywał łacińskie słowa na tablicy. .powiedział do doktora . że zwróci mi pudełko. Cottard. że ma on trochę pieniędzy. Ale Rieux uważał. chciał wpierw przesłuchać Granda.Praca osobista. która się nie zmienia.Zapukał do mnie wczoraj . Cottard odparł jednak.Tak . ale w końcu. Wydawało się. W tej chwili Cottard wyszedł na podest i pomógł pozbierać mi wszystko.. jaki był temat drugiej rozmowy. Komisarz zapytał.. które wypadło mi z ręki na podeście. że chciał jakby zacząć rozmowę. pełen zapisanych arkuszy. W pewnej chwiE'TiżyT lrówet*okYeślenIa^. Tłumaczył się mówiąc. że Grand mówiąc o Cottardzie nazywał go stale "desperatem". i skończyć z tym na dobre. Jego wiadomości zatarły się od czasów licealnych.rzekł Grand .Ja także za nią nie przepadam. że posłuży się nią dla swych celów. Nie mogłem oczywiście odgadnąć.Tak . gdy przemierzał pokój wzdłuż i wszerz. Była tam czerwona i niebieska kreda. Zgodzono się w końcu na "kłopoty natury osobistej".i poprosił o zapałki. . Tymczasem komisarz chciał zobaczyć chorego. wziął go za ręce: . że należy wpierw przygotować Cottarda do tej wizyty. że to nie zda się na nic i że nie lubi policji. Rieux okazał zniecierpliwienie. Dałem mu pudełko. Ale chory zawołał go znowu i gdy Rieux znalazł się przy łóżku. Rieux zapytał. Grand wyjaśnił mu wówczas. by odpowiedzieć szybko i jak należy na ich pytania. co? . co nazywał [". Grand odwrócił się w stronę Rieux i dodał z zakłopotaną miną: . że chce przypomnieć sobie trochę łacinę.. że między sąsiadami. Komisarz zapytał urzędnika. siedział wyprostowany na łóżku i spoglądał ku drzwiom z wyrazem lęku. w każdym razie okazał zainteresowanie i poprosił ranie o czerwoną kredę. Potem zapewnił.To policja. Gdy wszedł do pokoju. . czy Cottard dobrze zrozumiał. czy Cottard nie wydał mu się dziwny. Zapytał. że może je zatrzymać. Chodzi o to.Wydało mi się dziwne. Rozmawiali o przyczynach samobójstwa i Grand okazał pewną drobiazgowość w wyborze terminu. Cottard zamilkł i doktor zwrócił się ku drzwiom. Ale ja właśnie pracowałem. czy nic w zachowaniu 31 Cottarda nie pozwalałem przewidzieć tego. Byłem nieco zaskoczony. . że to pożyteczne dla lepszego poznania sensu francuskich słów. . .. Powiedziałem. Kilka formalności i będzie pan miał spokój.. a czerwoną tę część. Ale obudził się rano z bólem głowy i nie reagował na nic.Rozmawiałem z nim tylko dwa razy. otwierając i zamykając wielki skoroszyt leżący na stole. Ich stosunki ograniczały się długo do kilku ukłonów na schodach. Niebieską kredą tę część słowa.Nie wiem. ale przypuszcza.gegodecyz^ --. Tymczasem opowiadał doktorowi. która zmienia się według deklinacji i koniugacji. Doktor zauważył.zapewniano mnie. ubrany tylko w szarawą piżamę.ale niech się pan tym nie przejmuje.fa-talna decyzja".rzekł Rieux . Przed kilku dniami niosłem do domu pudełko z kredą. że nie zna dobrze Cottarda.30 dobrze spędził noc. ale wszedł komisarz w towarzystwie sekretarza. Cottard jest dziwnym człowiekiem. że Grand jest zmęczony i zdenerwowany.

by go zostawiono w spokoju. a poza tym on jest tu po to. Tamten jak gdyby doznał ulgi i Rieux poprosił komisarza. choć błękitne. Rieux zastanawiał się. który łagodniał w miarę zbliżania się popołudnia. że rzeczy tego rodzaju nie wchodzą nigdy w rachubę. I nie trzeba mi analiz. Cóż.. Tę chwilę wybrał {Caste]^ znacznie starszy kolega doktora Rieux.rzekł komisarz zirytowanym tonem .. jak mawiał pewien kolega: "To niemożliwe. Gruczoły miał znacznie większe niż dozorca. w miarę jak upływał dzień. A już wzywano go gdzie indziej do takich samych wypadków. Opinia publiczna jest święta: żadnej paniki. Ale komuś przyszło ^ myśl zrobić rachunek. stało się jasne. którzy zajmowali 'ślę tą szczególną chorobą. Część życia spędziłem w Chinach i przed dwudziestu laty widziałem kilka wypadków w Paryżu. Przez okno gabinetu patrzył na kamienne ramię skały zamykające się daleko nad zatoką. tak gadatliwa podczas historii ze szczurami. wszyscy wiedzą. co to jest. Wszystko kleiło się coraz bardziej do rąk.. miało posępny blask. co to jest? . Wieczorem na przedmieściu sąsiad starego pacjenta przyciskał ręce do pachwin i wymiotował wśród majaczeń. Cottard ożywiając się odrzekł. A poza tym. czy ma zamiar ponowić pió-bę samobójstwa. . kolego..Nie można tknąć chorego człowieka. Dopóki każdy lekarz znał tylko dwa albo trzy wypadki. gruczoł przestawał ropieć. pan wie równie dobrze jak ja. Chorzy krwawili roz-krzyżowani. doktorze? Rieux patrzył na niego przez chwilę. że "kłopoty natury osobistej to bardzo dobrze". który się powiesił. jak jego lęk rośnie z każdą wizytą.mamy co innego na głowie. by opiekować się swoim pacjentem.. .To pogoda i tyle . to jasne. wszyscy wiedzieli prócz zmarłych. i Rieux odparł. Zapytał doktora. by udać się do niego. nie^mowila teraz am'słowa. Komisarz nalegał na Cottarda.spytał. czy to sprawa poważna. .Może pan być pewien . Rachunek był niepokojący.Pan wie oczywiście. a ludzie w domu.że na razie pan zakłóca spokój in* nych. Wróciwszy do domu Rieux zatelefonował do składu produktów farmaceutycznych departamentu. po czym zapewnił go. Szczury umierają bowiem ma ulicy.Zwracam panu uwagę . Plamy zjawiały się na brzuchu i na nogach. .Dżunaa 33 tylko ulicą. i dla tych. Niebo. przede wszystkim żadnej paniki. prawda. Ale na znak Rieux poprzestał na tym.Ja wiem. że znikła z Zachodu. że nie wie. to na pewno była pogoda. Najczęściej chory umierał w straszliwym smrodzie^) Prasa. . |W ciągu -kilku zaledwie dni wypadki śmiertelne rozmnożyły się. 32 Przeczytano Cottardowi zeznania Granda i zapytano go. ((Należało otwierać wrzody. że nie i że pragnie jedynie. i Rieux czuł. 7° ^^-dzi o prawdziwą epidemię. ." Tak. W jego notatkach zawodowych pod tą datą znajduje się tylko uwaga: "odpowiedź odmowna". Tak. Nie patrząc na komisarza odparł tylko. czy może podać motywy swego czynu.orzekł komisarz. nikt nie drgnął.Czekam na wynik analiz. potem nabrzmiewał znowu. Tylko że wówczas nikt nie ważył się nazywać ich po imieniu.westchnął komisarz wychodząc . Dzienniki zaś zajmują się 3 . Dwa cięcia nożykiem chirurgicznym na krzyż i gruczoły wyrzucały papkę zmieszaną z krwią. . odkąd mówi się o tej gorączce. Prefektura i zarząd miejski zaczęły Jednak zadawać sobie pytania. by powiedział. Jeden z nich zaczął ropieć i wkrótce otworzył się jak zgniły owoc.

chyba że widziano go martwym. co wiedział o tej chorobie. Głupota upiera się zawsze. . gdy doktor Rieux przyznał w obecności swego przyjaciela. który minie.obie. która przekreśl-. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych^ Doktor Rieux był zaskoczony podobnie jak nasi współobywatele i tak należy rozumieć jego wahania. I niech pan nie zapomina: jeszcze w Paryżu. że to dżuma. Cyfry skakały w pamięci i powiadał sobie. ale to nie przeszkadza jej trwać. ledwo wie. Dziesięć tysięcy zmarłych to pięć razy tyle co publiczność wielkiego kina. niech wolno będzie narratorowi usprawiedliwić niepewność i zdumienie doktora. jak rodzi się w nim ów lekki wstręt do przyszłości. Miejmy nadzieję. Castel wstał i skierował się ku drzwiom. które znała historia.rzekł stary doktor. przed dwudziestu blisko laty. zauważono bv to. Ale to doprawdy niewiarygodne. I nawet po tym. . zaprowadzić ich na plac miejski i zabić na kupie . że zarazy są niemożliwe. tylko tyle.Tak. Nasi współcbv(vatele nie ponosili większej winy niż inni. wiec powi'ada'się ".Dobrze. dało blisko sto milionów zmarłych. Przynajmniej można by umieścić znane twarze w tym anonimowym stosie.fWadal robili interesy.Dżuma zniknęła od lat z krajów o umiarkowanej temperaturze. Oto co należałoby zrobić: zebrać ludzi przy wyjściu z pięciu kin. że tym razem nie będzie to poważniejsze niż wówczas. planowali podróże i nre7! poglądy. gdyby człowiek nie myślał stale o sobie. że trzydzieści wielkich dżum. ludzie uowiadaj ą: "To nie potrwa długo.żeby co nieco zrozumieć. z pewnymi odchyleniami była reakcją większości naszych współobywateli. że garstka rozproszonych chorych umarła bez uprzedzenia na dżumę. które pozostawia Bernarda Rieux za oknem jego gabinetu. wojna jest na pewno zbyt głupia. inaczej mówiąc.ystko jest jerzcze dla nich możliwe. niebezpieczeństwo było dla niego wciąż nierzeczywiste. ponieważ nie byli dość ostrożni. który nazywa się niepokojem. ma pojęcie o cierpieniu i nieco więcej wyobraźni. i raycleli. Ale zdaje się. Jak mogli myśleć o dżunre. A ponieważ martwy człowiek nie liczy się. byli-Jlumanistami: nie wierzyli w zrr^.Pan wie.Tak . co nam odpowiedzą .y.Cóż to znaczy zniknąć? . . doktor ledwie czuł. . . co zakłada.". zapominali o skromności. Ale. ^Zarazy są w istocie oprawą zwyczajną. 34 Słowo "dżuma" zostało wypowiedziane po raz pierwszy. sto milionów trupów rozsianych na przestrzeni historii to tylko dym w wyobraźni. myśleli o sobie. kiedy się na n'as walą. Ale 'co to znaczy sto milionów zmarłych? Człowiek. co to jest jeden zmarły. Próbował zebrać w myśli wszystko. . która według Prokopa zabrała dziesięć tysięcy ofiar jednego dnia." I oczywiście.powiedział . jak długo będ. Doktor przypominał sobie dżumę w Konstantynopolu. Tak też należy rozumieć jego rozdwojenie pomiędzy niepokojem i ufnością. że zaraza jest nierzeczywista. i o<" złego snu do 7 łęg o snu to ludzie mijają. to zły sen. istniały zarpzy. skoro jego reakcja.Ia przyszłość. Ale nie zawsze ów sen mija. to zbyt głupie. kiedy człowiek jest lekarzem. Zaraza nie jest na mTarę--człowieka. przenoszenie sl^ z zr-rójsca na ml-siscs i dyskusje? Uważali się za wolnych.odparł Rieux wzruszając ramionami. że wr"?.. Na świecie było tyle dżum co wojen. które się nie zmieniło. W tym punkcie opowiadania. Nasi współobywatele byli pod tym względem tacy sami jak wszyscy. Kiedy wybucha wojna. Po s* 35 prostu. ale z trudem się w nie wierzy.to niemal niewiarygodne. Patrząc przez okno na miasto. a humaniści przede wszysU im. i nikt rde będzie wolny. który był na wojnie.

okazywali się dość niecierpliwi. by złożyć tych. wszystko pójdzie dobrze. wózki z trupami w przerażonym Londynie i noce. z oczywistymi ^możliwościami błędu. straszliwe pragnienie. by zrobić teti niedostrzegalny ruch.. Po tym wszystkim pewne zdanie wracało doktorowi Rieux na pamięć. brudne usta. a nie należało tego robić. karnawał lekarzy w maskach podczas Czarnej Dżumy. Można było sobie wyobrazić stosy zabarwione czerwienią nad wodą spokojną i ciemną. Popuszczał cugli fantazji. tak łagodny i tak obojętny. ale długi ciąg niezwykłych obrazów. Ale doktor się niecierpliwił. maja-. Nocą znosili tam zmarłych. ów spokój. chorych wyciąganych hakami. bitwę pochodni w nocy trzeszczącej od iskier i szerokie zatrute opary unoszące się ku czujnemu niebu. o których mówi Lukrecjusz i które Ateńczycy dotknięci chorobą zbudowali na brzegu morza. Z jednej strony szyby świeże niebo wiosenne. liczba była dokładna. nieznaczny ruch chorego poprzedza śmierc. co powinno być rozpoznane. cc się wie. czterdzieści tysięcy szczurów ułożonych jeden na drugim to byłoby. ponieważ dżumy nie można sobie wyobrazić albo wyobraża się ją sobie fałszywie.Puls staje się nitkowaty. je--śli można być szczęśliwym i posępnym zarazem. krótko mówiąc. przed siedemdziesięciu laty. Należało więc jasno rozpoznać to.. to wszystko nie miało jeszcze dość siły.dżuma" zostało wypowiedziane. dymienice. wewnętrzne rozćwiartowanie 36 i po tym wszystkim. co niepokojące i co nigdy nie zna na świecie spoczynku. który miał zatrzymać wściekły wiatr dżumy. Doktor wciąż spoglądał w okno. W Kantonie. Tylko morze u końca zamglonej szachownicy domów potwierdzało to wszystko. że w tej samej chwili zaraza ciskała i obalała swe ofiary na ziemię. Ale to szaleństwo nie ostawało się wobec rozsądku. których kochali.j Tak. a to jest najbardziej prawdopodobne.czenia. bóle głowy. czerwone oczy. wilgotne i gnijące łóżka przyklejone do ubitej ziemi w konstantynopolskim szpitalu. niemal bez wysiłku przekreślał stare wizerunki zarazy. wygnać wreszcie bezużyteczne cienie i przedsięwziąć odpowiednie środki. Ateny zadżumione i opuszczone przez ptaki. zan^m zaraza zainteresowała się ludźmi.. galerników marsylskich układających stosami w dołach ociekające ciała. kto zna dziesięć tysięcy twarzy? Zresztą wiadomo. budowę wielkiego muru w Prowansji. plamy na ciele. Słowo nie zawierało tylko tego. Ale cóż.. Poza tym dżuma się zatrzyma. Można było się obawiać. Jafę i jej ohydnych żebraków.. Nie. które nie zgadzały się z tym żółtym i szarym miastem. brzęczącym raczej niż hałaśliwym.. Ale w 1871 n1'e sposób było zliczyć szczury Rachowano w przybliżeniu. które rozbrzmiewało jeszcze w pokoju: dżuma. które w jego podręczniku kończyło właśnie wyliczenie objawów: (. mogła się przecież zatrzymać. miastem szczęśliwym. i ludzie w trzech czwartych. Kilka wypadków to jeszcze nie epidemia i wystarczy przedsięwziąć środki ostrożności. odrętwienie i wyczerpanie. tego niepodobna zrobić. Jeśli się zatrzyma.rzecz prosta. po tym wszystkim było się zawieszonym na nitce. co nauka chciała w nim zamknąć. ale brakło miejsca i żywi bili się pochodniami. hurtem. czterdzieści tysięcy szczurów zginęło od dżumy. w miarę ożywionym o tej godzinie. że słowo .. miasta chińskie pełne konających w milczeniu. to prawda. Z drugiej strony szyby dzwonek niewidzialnego tramwaju zabrzmiał nagle i odepchnął w jednej chwili okrucieństwo i ból. woleli bowiem walczyć krwawo niż porzucić swe trupy. i dnie wypełnione wszędzie i zawsze nie kończącym się krzykiem ludzi. To prawda. że ludzie tacy jak Prokop nie umieli Uczyć. z drugiej słowo. by zabić spokój tego dnia. który przyspieszał wszystko. zdanie. W . spółkowanie żywych na cmentarzach Mediolanu. Trzeba trzymać się tego. a poza tym. I doktor Rieux patrząc na zatokę myślał o tych stosach. Jednakże jeśli szczur ma trzydzieści centymetrów długości.

.mówił Grand idąc za doktorem po schodach . Tak więc polecono mu zrobić rachunek zgonów. żeby coś powiedzieć .i praca posuwa się naprzód? . czy pracuje dla merostwa. .rzekł Cottard . Nie można go wyciągnąć z mieszkania po kolacji. U wejścia do laboratorium Cottard powiedział doktorowi. Cottard wciąż milczał.To nie takie proste. Rieux zapytał Granda. że Grand." Rieux zauważył już. Doktor otworzył okno i hałas miasta wtargnął tu nagleń Z sąsiedniego warsztatu dochodził krótki i powtarzający się świst mechanicznej piły. ^e przyszedł Joseph Grand.należy nazywać rzeczy po imieniu. że chodzi o coś osobistego. muszę iść do laboratorium. . Choć Grand był urzędnikiem merostwa i miał tam najrozmaitsze zajęcia.Cyfry idą w górę. . że Grand wchodzi ze swym sąsiadem Cottardem. Nasz ulotny zmierzch cofał się już przed nocą i pierwsze gwiazdy ukazały się na jasnym jeszcze horyzoncie. . który obmacywał w kieszeni arkusz statystyczny. Grand odparł.to prawda. Ale jakie jest to imię? . ale . panowie.Nie mogę panu powiedzieć.. Ulice zaczynały zapełniać się ludźmi. Doktor zobaczył.rzekł . od czasu do czasu zatrudniano go w biurze statystycznym jako kontraktowego pracownika.Siłą rzeczy. miał manię przytaczania powiedzeń ze swych stron rodzinnych. Dotychczas dreptaliśmy w miejscu. Rieux otrząsnął się. Reszta wisi na włosku.Jedenastu zmarłych w czterdzieści osiem godzin. Najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód. zgodził się zanieść doktorowi Rieux kopię wyników. by przyszedł w godzinach przyjęć. po czym dorzucał banalne zwroty pochodzące znikąd. Grand wyjaśnił. Ale urzędnik już ich zostawił i eeedł drobnym.Tak. 39 . Rieux. że Cottard pragnął podziękować doktorowi i przeprosić go za kłopoty. W kilka sekund potem lampy zapalając się nad ulicami zaciemniły całe niebo i hałas rozmów jak gdyby podniósł się o ton. Choć w pewnym sensie nie widać wielkich postępów. pracuję bowiem od lat. Ale chodźmy.przeciwnym razie stanie się wiadome. co to jest dżuma i czy nie ma sposobu przygotować się wpierw.rzekł doktor zatrzymując się. doktorze .rzekł Grand na rogu placu d'Armes . Grand wyjąkał coś. Urzędnik wymachiwał arkuszem papieru. nie można zatrzymywać się nad tym.ale muszę wsiąść do tramwaju. Oto pewność: w codziennej pracy.. wsadzając okrągły kapelusz na wielkie uszy.O . zależy od nieznacznych ruchów. że chciałby się z nim zobaczyć.może trzeba zdecydować się i nazwać tę chorobę po imieniu. zresztą to panu niepotrzebne. tak . Moje wieczory są święte. by pokonać ją później.Ale o co chodzi? . . jak "czarodziejska pogoda" czy "feeryczne oświetlenie". Ale Rieux patrzył na arkusz statystyczny. pracuje dla siebie. Rieux zrozumiał niejasno. jak się miewa. że nie. jakich stał się przyczyną. urodzony w Mon-telimar.Ach . żeby poprosić go o radę. Rieux przywitał się z Cottardem i zapytał go. zaproponował Cottardowi. kiedy oznajmiono mu.uśmiechnął się urzędnik. .Przepraszam pana . Skierowali się w stronę placu d'Armes.Cóż . Doktor Rieux rozmyślał o tym właśnie. .powiedział Rieux. Jak powiadają w moich stronach: "Nie trzeba nigdy odkładać do jutra.oznajmił. Uprzej38 my z natury. .Widzi pan . szybkim krokiem bulwarem de la Mamę w górę. pod fikusami.

że żąda rzeczy należnej. Pożegnawszy się z Cottardem doktor spostrzegł się. Nawet dla nieuprzedzonego umysłu zdawał się być człowiekiem urodzonym do wypełniania skromnych. ale jednej z wielkich dżum historycznych. na jakiego wyglądał. to przynajmniej skorzystać z przyrzeczenia. Na pewno nie ambicja kierowała postępowaniem Jo-sepha Granda. jakie mu dano. który go przyjął. zapach piwnicy i dymu oraz skromną minę. który w takich razach zostaje oszczędzony. bardzo mu się uśmiechała. który unosił przede 40 wszystkim górną wargę. jak . która na pewno nie będzie poważna. że 4żuma oszczędza ludzi o słabej konstytucji i zabija przede wszystkim ludzi mocnych. że potem nie ominie go posada sekretarza. z wierności dla ideah. trzeba przyznać. które mogłoby nasunąć myśl. zmarł dawno. Jeśli mu wierzyć. Wreszcie. jakie wypełniał. że będzie w jego dzielnicy pojutrze i zajdzie do niego późnym popołudniem. Uskarżał się na to doktorowi Rieux. Z drugiej strony. i przybrałoby na skutek tego odcień zuchwalstwa. Wyobrażał go sobie podczas dżumy. życie podrożało niezmiernie i pensja Granda. Wciąż myśląc o tym doktor doszedł do wniosku. ale za to stracił zęby górnej szczęki. że urzędnik ma minę nieco tajemniczą. jak powiadał. a więc i możność oddania się bez wyrzutów ulubionym zajęciom. pływał w ubraniach. nie chciał używać słów takich. w złudzeniu. że będą się nosić dłużej. mimo pewnych podwyżek. i słowa "obietnica". i jeśli można tak powiedzieć. robiono mu. jakie nastręczał zarząd naszym miastem. Zapewniano go. Jeśli przyjął ofertę. co pozwoliłoby mu żyć swobodnie. zdawało się jednak. że nikomu nie przyszło to na myśl. nadzieję na szybkie uzyskanie "tytułu". jak brzmiała poczyniona mu obietnica. Perspektywa życia zabezpieczonego uczciwym sposobem. by przez pewien czas dawał dowody swych kompetencji w delikatnych sprawach. gdy pilnie sprawdza opłaty za natryski miejskie czy zbiera dla młodego sekretarza dane do raportu dotyczącego nowego podatku za wywóz śmieci. jakich wymagały okoliczności. Zachował jeszcze większość zębów w dolnych dziąsłach. zresztą urzędnik nie przypominał sobie dokładnie. jak mógł to zauważyć Rieux. po uzyskaniu magisterium. które obmyślał. że myśli o Grandzie. niezbyt godzący się ze skromnymi funkcjami. którego nie był pewien. Ta osobliwość określała najlepiej naszego współobywatela. które kupował zawsze zbyt wielkie. Chodziło tylko o to. to dla godziwych powodów. pogrążał jego usta w cieniu. że nie można go było wyobrazić sobie gdzie indziej niż przy biurku. Ona to stawała wciąż na przeszkodzie napisaniu zażalenia. Tak też polecił napisać na arkuszach zatrudnienia w rubryce . Jeśli dodać do tego portretu krok seminarzysty. "To ten rodzaj człowieka. lub poczynieniu kroków. szef 41 biura. W tym właśnie jest oryginalność Granda lub przynajmniej jedna z jej oznak. ale koniecznych funkcji urzędnika miejskiego bez etatu za sześćdziesiąt dwa franki trzydzieści su dziennie. nie tej jednak.. Joseph Grand nie znajdował odpowiednich słów.kwalifikacje".L Przez długie lata trwał ten prowizoryczny stan rzeczy. a jeśli nie był ich pewien. Długi i chudy. szczególnie trudno mu było użyć słowa "prawo". co najważniejsze. Dzięki temu uśmiech. była wciąż śmiesznie mała. Mógł w istocie dochodzić swych praw. Na pierwszy rzut oka Joseph Grand był rzeczywiście tylko skromnym urzędnikiem merostwa. Kiedy przed dwudziestu laty.rozmyślił się i powiedział. jak upewniał z melancholijnym uśmiechem. sztukę przemykania się pod ścianami i prześlizgiwania przez drzwi." Pamiętał z lektury. nie mogąc kontynuować studiów z braku pieniędzy zgodził się na tę posadę. Ale po pierwsze.

nadal pełnił swe ciche funkcje aż do późnego dość wieku. Tak więc nasz współobywatel. co mówił doktorowi Rieux. wciąż wnosząc z tego. . że kocha swoich siostrzeńców 42 i siostrę. jaki prowadził Joseph Grand.Telegraf cwałem JUŻ . skoro wystarczyło przystosować potrzeby do dochodów. zabrał ze sobą Castela. Ale gdy chciał wyrazić te uczucia. 43 . zrozumiał nagle. wielkiego przemysłowca naszego miasta. że to grupie. Bernard Rieux.? naprawdę rozgościć śle v mieście. . W ten sposób przyznawał rację jednemu z ulubionych powiedzeń mera. .by wiedzieć.'(Wiedział. . Prefekt był uprzejmy. że ludność się niepokoi . "uprzejmie prosić". . jakie środki należy przedsięwziąć.powiedział. Jego nieliczne zwierzenia świadczyły o "dobroci i przywiązaniu. Nawet w laboratorium. że wspomnienie rodziców. Należał do ludzi. . i Kilku lekarzy krzyknęło. t Można by powiedzieć. które dźwigało na sobie cały ciężar rozumowania). tak przecież proste.. Chodzi tylko o to.Mam nadzieję. patrząc na odchodzącego urzędnika. że kolidują z jego godnością osobistą.mówił. Prefekt podskoczył i zwrócił się machinalnie ku .Zaczynajmy.powiedział brutalnie stary Castel . "wdzięczność". Nadal szukał odpowiednich słów. czy nie. którzy zawsze mają odwagę dobrych uczuć.Zróbmy to szybko. zmarłych. co Grand chciał powiedzieć: na pewno pisał książkę albo coś w tym rodzaju. Prefekt powiedział mi: . panowie . isr myśl pocieszała Rieux. jadąc do prefektury. gdzie trafiają się pl^orcai urzędnicy oddani czcigodnym maniom. stwierdził w praktyce. Trzeba sprowadzić serum z Paryża.że departament nie ma serum? . by wiedzieć. że w końcu nie widziano nigdy. dokąd udał się wreszcie. budziło w nim smutek." W końcu ta trudność stała się jego największą troską. kiedy był jeszcze bardzo młody. W każdym razie na wpół ascetyczny tryb życia. . Nie mógł sobie wyobrazić miejsca dla tych manii podr^a^ dwmy i wywodził stąd. nie umiejąc znaleźć właściwego słowa. Inni jakby zawahali się. że to fałszywy alarm. uwolnił go w końcu od wszelkich trosk tego rodzaju. że to niepotrzebne. gdy go spotkał. doktorze . Powtarzał to Rieux za każdym razem. do czego człowiek nie śmie się przyznać w naszych czasach. że w każdym razie byt miał zapewniony." Jest zresztą przekonany.^'mr nie ma przyszłości wśród naszych współobywateli. najbłahsze słowo przysparzało mu tysiące kłopotów. ale po cichu. ale zdenerwowany. Zresztą.powiedział Castel . który rozbrzmiewa łagodnie około piątej po południu.odparł Rieux. Nie wstydził się mówić.Ach. jeśli pan chce. które uznano za niestosowne.Chodzi o to . że w końcu (kładł nacisk na to słowo. Telefonowałem do składu. Lekarze znają sytuację. który utrzymywał z przekonaniem. że to nie potrwa długo? .Chciałbym nauczyć się wypowiadać. że zwołano w prefekturze komisję sanitarną. czy jest to dżuma. uważał bowiem. by ktoś umarł z głodu. równie rzadkich w naszym mieście jak gdzie indziej. Nie wahał się powiedzieć. Przyznawał. Tego wieczora doktor. . że nade wszystko lubi pewien dzwon w swej dzielnicy. ŻP praktyon^ ^. których miał i których co dwa lata odwiedzał we Francji. Nazajutrz dzięki naleganiom.Poza tym gadanie wyolbrzymia wszystko. Rieux dopiął tego.przyznał Richard. Dyrektor jakby spadł z nieba.Wiem.Czy mam zreferować sytuację? Richard uważał. żeby dżuma mógł...To prawda.. że życie Granda było w pewnym sensie wzorowe.Czy pan wie .łaskawość". ale nie mógł uwierzyć. jedynych krewnych.

jak i w życiu.czy ten sposób rozumowania jest dobry.Nie w tym rzecz . a zatem dla ich spokoju zgadza się uznać. by zatrzymać tę chorobę. grozi śmiercią połowie miasta przed upływem dwóch miesięcy. przypominając. że to dżuma. Stary Castel.rzekł Rieux po chwili milczenia . czy nie dopuszczą. czy febrą.zauważył Rieux.rzekł prefekt .. nie zostanie zatrzymana. czy pan ją nazwie dżumą. -. Richard wtrącił z pewną nerwowością: . nadać gruczołom krokowym objętość pomarańczy i konsystencję papki. to wszystko. że pod tym względem pewność nie jest absolutna. Wie.ć. by nie dopuścić do zabicia połowy miasta. podniósł jasne oczy na Rieux. Nie chodzi o to. . aby to uczynić. że jest to bakcyl dżumy.rzekł Castel .Nie jest ważne . "Wskazuje na to jego opis objawów. że w gruncie rzeczy ten wzgląd właśnie każe-się cofać jego kolegom. że nasz kolega wierzy w dżumę. zresztą zaraźliwość nie została stwierdzona. rozpowszechniająca się w tym tempie.potrafi w trzy dni powiększyć czterokrotnie śledzionę. że pewne specyficzne odmiany mikroba nie zgadzają się z opisem klasycznym.ale panowie muszą orzec oficjalnie. 45 . czy przewidziane w takich wypadkach środki są surowe.Rzecz jasna. Potem spojrzał życzliwie na audytorium i zwrócił uwagę. .Ale inni zmarli . hipotezy w nauce. że prefekt załatwia te sprawy.by wiedzieć. Następnie Richard zreasumował.Chodzi o gorączkę o charaklerze. Ogniska infekcji rozszerzają się i rosną. by przedsięwziąć środki ostrożności. Chodzi o to. są zawsze niebezpieczne. że to upoważnia do wahań i że należy poczekać przynajmniej na wynik serii analiz. ważne jest. że nie należy niczego malować w zbyt czarnych kolorach. ale czy są konieczne.nalegał Rieux . sytuację. że po to. Jeśli choroba. Chodzi tylko o to. . skoro krewni chorych nie są dotychczas zakażeni.. jeśli nie zatrzyma się sama.Oczywiście. jakby chciał sprawdzić. Reszta należy do administracji i nasze ustawy przewidują właśnie. 44 Richard podkreślił. badania laboratoryjne wskazywałyby. że jego zdaniem nie należy ulegać panice: chodzi o gorączkę z komplikacjami pachwinowymi. Prefekt poruszył się niespokojnie i oświadczył. że zmusza do zastanowienia. zaraźliwość nigdy nie jest absolutna.drzwiom. której towarzyszą Jednak dymienice i wymioty. nie upoważnia to bynajmniej do wahań. ^--'"" --""""""" . by malować cokolwiek w zbyt czarnych kolorach. że nie opisał objawów. zapytano go o zdanie. że w każdym razie nie jest to dobry sposób rozumowania. co . Zastosowałem 'nacięcia dymienicT^mogfem ~więc rozpocząć analizy..Niewątpliwie . -'Kiedy mikrob . że chodzi o epidemię dżumy. należy zastosować surową profilaktykę przewidzianą w takich wypadkach. iż to nie jest dżuma. . co można powiedzieć. iż wie bardzo dobrze. Ponieważ Rieux milczał. A zatem nie odgrywa wielkiej roli. Dla ścisłości należy jednak doda.tyloidalnym. a zatem sprawa wymaga zastanowienia. by rzecz tak potworna rozeszła się po korytarzach. Richard oświadczył. trzeba orzec oficjalnie. że chodzi o dżumę. Richard był zdania. który żuł spokojnie swój pożółkły wąs. jak mniemał.rzekł Rieux . . ale orzeczenie oficjalne zmuszałoby oczywiście do zastosowania bezlitosnych środków.Jeśli tego nie uczynimy .epidemia i tak może zabić połowę miasta. by nie dopuścić do zabicia połowy miasta. opisał to. | Rieux odparł. rozoeezętej przed kilku dniami. w przeciwnym bowiem razie uzyskalibyśmy rosnącą matematycznie nieskończoną i piorunujące wyludnienie. .

Afisz wymieniał dalej zespół środków. że obywatele z największą ofiarnością wesprą jego wysiłek. ponieważ prasa poprzestała na kilku aluzjach. . o której nie można na razie powiedzieć. byleby nie niepokoić opinii publicznej. że w gminie Oranu zanotowano kilka wypadków złośliwej gorączki. wyjąc straszliwie. jak gdyby choroba była dżumą. że jest zaraźliwa. który na niego czekał. 46 Nazajutrz po konferencji gorączka podskoczyła znowu. . Joseph Grand. Jak gdyby połowie miasta nie groziła śmierć.Formuła jest mi obojętna . .' krew. gorączki z majaczeniem zabijające w czterdzieści osiem godzin. co pan myśli: czy jest pan pewien. by pozostawała pod kontrolą służby zdrowia. Wstęp głosił. Afisz zalecał mieszkańcom największą. bo wówczas połowa miasta zginie. Poza tym rodziny powinny w trybie obowiązkowym zgłaszać wypadki zachorowań zgodnie z orzeczeniem lekarza^ i nie sprzeciwiać się izolacji chorych w specjalnych salach szpitala. . zarządzenie ograniczało się do zalecenia rodzinie. Niemniej.zachęcał osobników zapchlonych do stawienia się w przychodniach miejskich. to tak jest w istocie. potrafią zapobiec od razu wszelkiej groźbie epidemii. gdzie czuć było fryturą i uryną.Musimy więc wziąć na siebie odpowiedzialność i postępować tak. plamy.rzekł Rieux.Źle pan stawia problem. i nie ulega wątpliwości. Jeśli te środki zostaną zrozumiane i stosowane należycie. . by mogły budzić rzeczywisty niepokój. drogi kolego? .. Lekarze naradzili się i Richard powiedział: .rzekł prefekt . Sformułowanie zostało gorąco przyjęte. Rieux wyszedł wśród ogólnego rozdrażnienia. widząc go znów podniósł rękę do góry. ale w łagodnej formie.Powiedzmy tylko. A widział dymienice. prefekt wprowadza pewne srodkf'prewencyjne. powodując się ostrożnością zrozumiałą dla wszystkich. by chorzy w najkrótszym czasie mogli powrócić do zdrowia. jeśli idzie o zaopatrzenie w wodę. że nie powinniśmy postępować tak. kobieta z krwawiącymi pachwinami. że epidemia zatrzyma się bez zastosowa--' nią ostrych środków profilaktycznych? Richard zawahał się i spojrzał na Rieitix. wśród których znajdowało się naukowe odszczurzanie za pomocą wstrzykiwania gazów toksycznych do kanałów i ścisła kontrola.Jeśli trzeba koniecznie.\ widział. czystość i . że to dżuma? . Prefekt nie wątpi zatem. W kilka chwil potem na przedmieściu. Pojawiła się nawet w dziennikach. Co do reszty.Niech mi pan powie szczerze. które prefektura poleciła rozkleić szybko w najskromniejszych zakątkach miasta. Czy ^ pan Richard może wziąć na siebie odpowiedzialność . to kwestia czasu.należy zastosować środki profilaktyczne wskazane w okresie dżumy. V/ kilku punktach uzupełniających była mowa o obowiązkowej dezynfekcji pokoju chorego i środków transportowych.Taki jest również pański pogląd. Sale te zostały zresztą tak wyposażone. .Pańskim zdaniem . nawet . Te wypadki nie są dość określone. żebym miał jakieś zdanie. 47 Doktor Rieux odwrócił się gwałtownie od afisza i skierował w stronę swego gabinetu. że ludność potrafi zachować zimną. Z afiszy trudno "było" wywnioskować. że władze patrzą sytuacji w twarz^ZarządzeniąJC^Jbyły drakońskie i zdawało się. To nie kwestia słownika. że poświęcono niejedno. \ i zapewnić.gdyby -to nie była dżuma. .zapytał Richard. odwróciła się w jego stronę. W każdym razie trzeciego dnia Rieux mógł przeczytać niewielkie białe afisze.

że nie jestem złym człowiekiem. Chodziło o młodego urzędnika handlowego. głośnym w Algierze.powtarzał. że zobaczy się z nim inoże wieczorem. . że się mylę. ale mi 48 odparł. . u sprzedawców. Wśród ożywionej rozmowy sprzedawczyni opowiedziała o niedawnym aresztowaniu. Niekiedy szedł wieczorem do kina znajdującego się naprzeciw domu. zaprasza. . .mówił .zauważył Grand .. że Cottard był nieuprzejmy.t(c) prawdziwa żmija.Stał się uprzejmy. Doktor powiedział do Granda. . że się zmienił. Przedstawiciel był zawsze samotny i nieufny»J Według Granda wszystko to się zmieniło. Na ulicy. . Dom. Kilka razy wreszcie Cottard zaprowadził Granda do wytwornych restauracji i kawiarni w mieście. Zresztą usposobienia był nierównego. wszędzie usiłował zdobyć sobie sympatię.W jaki sposób? .Co zaświadczyć? Cottard zawahał się. gdyż wybiera się do Cottarda. i nie zawsze umiem odmówić. Powiedziałem to Cottardowi. Od zamachu samobójczego Cottarda nikt nie odwiedzał. Grand zauważył szczególne względy personelu dla przedstawiciela win i zrozumiał ich przyczynę widząc. który przypominartro-chę dzika. W przeddzień dwunastu chorych umarło w mieście. może zaświadczyć.Nie wiem. Cottard powiedział do Granda: . Grand był nawet świadkiem ciekawej sceny w sklepie tytoniowym.uczciwi ludzie mogliby odetchnąć. . jak wysokie dawał napiwki. który zabił Araba na plaży. wszystkich mieć po swojej stronie.wiem. . Rozmawia ze mną często.Ma pan słuszność .Gdyby tę całą hołotę wpakowano do więzienia . Oficjalnie występował jako przedstawiciel firmy win i likierów. że ma ona swoje dobre strony. zdaje mi się. jak to powiedzieć. Nie mógł powiedzieć. . że Cottard chce sobie zjednać ludzi. cyfry rosną. Zaczął teraz tam bywać. żebyśmy wyszli razem. Cottard był bardzo czuły na uprzejmości. Od czasu do czasu odwiedzało go kilku ludzi.No.powiedziała sprzedawczyni . określenie nie byłoby właściwel(Był to człowiek zamknięty i cichy.Człowiek jest w tych lokalach dobrze obsłużony .a ponadto w przyzwoitym towarzystwie. kiedy szef lokalu odprowadził go i pomógł włożyć okrycie. że Cottard lubił oglądać filmy gangsterskie.To mu dobrze zrobi. jakimi darzono go w zamian. . . Zresztą Cottard mnie interesuje i właściwie uratowałem mu życie. gdy kupiec korzenny zachował się mniej uprzejmie. Cottard wrócił do domu nieprzytomnie-wściekły.Z jakimi innymi? . .Ze wszystkimi.Ten łajdak trzyma z innymi . które trzeba umieć dostrzec.Tak . Pewnego razu.Te zacny chłop. zapew-' ne jego klientów.Nie był przedtem uprzejmy? Grand zawahał się.rzekł Rieux . Urzędnik zauważył nawet. Pewnego dnia. Nigdy tak łagodnie nie przemawiał do kupców korzennych ani z takim zainteresowaniem nie słuchał sprzedawczyni w sklepie tytoniowym. skromna restauracja i dość tajemnicze wypady to było całe życie Cottarda.Ta sprzedawczyni . uważam bowiem. . ale widzi pan.rzekł Grand.

Ale wieczór był już późny i zapewne trudno było czytać w zapadającej ciemności..Bakcyl jest dziwny.historia ze szczurami zawróciła mu w głowie jak wielu innym.Nie sądzę.powiedział. Grand musiał odpowiedzieć na pytania Cottar-da zaintrygowanego pracą. to wiadome.Niech pan wyśle dwieście franków. to będzie dla niej miła niespodzianka.Owszem. Cottard powiedział: . Doktor wzruszył ramionami. Ale w chwili gdy Grand wychodził. które co miesiąc wysyła mieszkającej daleko siostrze. że przypuszczam. (W końcu stwierdził. Albo też boi się gorączki.rzekł Ca-stel.No cóż . by nadał przekazem pocztowym sto franków. . ot i wszystko. Chwilę przedtem Cottard rozmyślał raczej siedząc w półmroku. że wcale nie pamiętam o niej. doktorze.. że z niejaką ostentacją czyta go w miejscach publicznych. że przyrzekł odwiedzić przedstawiciela wm. Rieux uważał to za głupie.zapytał Grand. Wóz akcji odszczurzania przejechał pod oknem z wielkim hałasem. że się boi.Chciałbym być na pana miejscu.To człowiek. Wreszcie Cottard miał z Grandem ciekawą rozmowę. ale to bardziej skomplikowane.rzekł Cottard .rzekł Rieux do Granda tego ranka. czy się na co przyda? . nie można bowiem było mówić. Tamten spojrzał na niego z powagą. zjadają małych". Kiedy wszedł. Serum nie nadchodziło. ((przez cały dzień doktor czuł rosnący zawrót głowy. Grand odparł: . .Ale musiała przerwać. Wszyscy jednak jesteśmy zdani na przypuszczenia. Ale naprawdę bardzo ją kocham. gdy myślał o dżumie. niż pan myśli! . . na stole leżała otwarta powieść kryminalna. którego doznawał zawsze. Cottard mruknął siadając. miał co innego na głowie. Dwa razy wszedł do ^przepełnionych kawiarni.A więc . nie podzielam pańskiego zdania . czuł potrzebę ludzkiego ciepła. jak Cottard. jak się miewa. . Grand okazał zdumienie i Cottard wybąkał. . Na więcej mu się pozwala. Grand i sprzedawczyni pozostali na miejscu oniemiali.pisze pan książkę. Po południu Rieux miał konferencję z Castelem. .Ach! .Dlatego. że artysta jcna^więce^JaiaaLJiiż-J&to. że miewa się dobrze. ale dzięki temu przypomniał sobie. że zawód artysty zapewne wiele ułatwia. . który ma sobie coś do zarzucenia . . Ale w gruncie rzeczy niczym się od siebie nie różnią. .Te bestie zawsze wyglądają oryginalnie. a miałby się jeszcze lepiej.zawołał Cottard.O.Oczywiście. Ale my przecież nic nie wiemy.Zresztą. . który wyskoczył ze sklepu bez słowa przeprosin. Myśli. i jeśli pan chce znać mój pogląd.zapytał Rieux.Dlaczego? . widząc nieoczekiwane wzburzenie Cottarda. której urzędnik oddawał się co wieczór. Cottard miał bardzo liberaine poglądy. Rieux zamilkł na chwilę.»rand zwrócił zresztą uwagę Rieux na inne zmiany w charakterze Cottarda. .in-ny. Również w kilka dni po wstaniu z łóżka poprosił Granda. po czym zapytał z roztargnieniem o pogląd urzędnika. Rieux zapytał go. Jak wyraził się komisarz. On także. gdy rozlepiono afisze . świadczy o tym wy starcza j ąco^Dd pewnego czasu jednak kupuje tylko prawomysmy dziennik orański i nie sposób obronić się przed wrażeniem.Tak pan przypuszcza. <y. 50 . gdyby . Jego ulubione zdanie: "Wielcy-zawszę. .. Wieczorem doktor zastał Cottarda przy stole w jadalni.

rzekł do Cot-tarda. którą Rieux znał dobrze i lubił dawniej. I nagle. gdybym zachorował? . Cottard za nim.Niech mi pan powie. Rieux trzymał rękę na przełączniku biegów. Na prośbę Cottarda doktor zatrzymał auto przed grupą dzieci. Pokrzykując bawiły się w klasy.Ludzie zawsze mówią. Doktor odwrócił spojrzenie. wpisywano jego nazwisko do kartotek.mógł być pewien.W pewnym sensie rzeczywiście nie wolno.rzekł Rieux. powiedział. . syreny niewidzialnych statków. proszę o tym pamiętać. . W centrum ulice były już mniej ludne i światła trafiały się rzadziej. . którego niespodziewanie aresztują z rana. zgiełk idący od morza i przepływającego tłumu. doktorze. którą zagarnęła hałaśliwa młodość. lekki wiatr niósł. Rieux milczał. a on nic o tym nie wiedział. o przylizanych czarnych włosach z równiutkim przedziałkiem. Cień gęstniał w pokoju. ale wszystko zależy od stanu chorego.Widzi pan . . ' . Musi pan wychodzić. czy zechce go zawieźć swym autem do miasta. iż nikt się nim nie zajmuje. Nie trzeba długo pozostawać w zamknięciu. . by aresztowano kogoś znajdującego się w klinice lub w szpitalu. Cottard stojąc na chodniku uścisnął mu rękę. . Mówię o ludziach. wesoły i pachnący szum wolności wypełniał powoli ulicę. Rieux odparł. zapach mięsa pieczonego na ruszcie. że wolno tak postępować z człowiekiem? .Ma pan rację. jak co wieczór w naszym mieście. że nic innego nie robi. jeśli umrze dziesięciu ludzi to szczyt wszystkiego. zupełnie nagle. Noc. co wiedział. 52 Potem zapytał doktora. nie spuszczało z niego oczu. Cottard wydawał się zdenerwowany. że nie zawsze można być samemu. i jeśli zajdzie potrzeba. . Ale to wszystko nie ma znaczenia. Ze wszystkich dzielnic dokoła. do szpitala. mały człowieczek spojrzał na niego mrugającymi oczami. nie chodzi o to. Ale na przykład ta powieść.Czy pan zna pana Rigaud.Ludzie mówią o epidemii.Czy możemy zapalić światło? . dziecko uśmiechnęło się pokazując wszystkie zęby. Czy to prawda. to naturalne . Jest tam biedak. Rieux zauważył.Czemuż by nie? Cottard zapytał wówczas.Och. Nawet poza dzielnicą nie brak mu stosunków. Ulica przedmieścia ożywiała się i przytłumiony okrzyk ulgi powitał chwilę. przytłaczała go dzisiaj na skutek tego. utkwiło w Rieux jasne i onieśmielające oczy. architekta? To mój przyjaciel. Motor już warczał. cała dzielnica może poświadczyć za niego. Mówiono o nim <* 51 F w biurach. które. Uważa pan to za sprawiedliwe? Uważa pan. Zajmowano się nim. czy weźmie mnie pan do siebie.rzekł Cottard . doktorze? . Kilka razy obejrzał się za siebie. Ale jedno z nich o brudnej twarzy.To zależy . Nie tego nam trzeba. spokojne i poważne. A zresztą.rzekł Rieux. Rieux wyszedł na balkon. że takie rzeczy się trafiają. Przedstawiciel win mówił głosem ochrypłym i z trudem.ja mam zaufanie do pana. Ale spojrzał znów na dziecko.To mnie nie dotyczy. szepty. Gdy zrobiło się jasno. którzy zajmują się przysparzaniem kłopotów innym. kiedy zapaliły się lampy. czy zdarzyło się kiedy. . . ta pora. Dzieci bawiły się jeszcze przed bramami.

. Jeśli choroba nie zatrzyma się sama. Stał chwilę patrząc na ciemną ulicę i gwiazdy. Oddychał-jakby lepiej i liczył groch. czuł strach. Tylko w kilku wypadkach nacięcie dymienie przyniosło poprawę. by służył im do doświadczeń" .Niech pan w to nie wierzy . 'które ukazywały się i znikały na czarnym niebie.Czego więc nam trzeba? . to wszystko.Skąd to panu przyszło do głowy? .Nie. którego 53 odwiedzał na końcu. nie zwalczą jej środki. że trzeba środków radykalnych. Rieux z trudem podniósł się z siedzenia.Są tacy. . że coś kryją. to cholera? . a nie frazesów.powiedział doktor. . następny dzień minął mu na nie kończących się jazdach we wszystkie strony świata.W każdym razie . Nigdy Rieux nie uważał swego zawodu za tak ciężki. Nazajutrz agencja Infdok oznajmiła. na rozmowach z rodzinami chorych i na sporach z chorymi. do której nie był jeszcze przyzwyczaj onx_J kiedy około dziesiątej wieczór auto zatrzymało się przed domem starego astmatyka. Dotychczas chorzy ułatwiali mu zadanie. że środki zalecone przez prefekturę zostały przyjęte spokojnie i że zgłosiło się trzydziestu chorych.Trzęsienia ziemi! Prawdziwego! Nie było trzęsienia ziemi i jeśli idzie o Rieux. albo zbuduje się przeciw epidemii prawdziwą barierę. i inni. NieJagdzie służył im do doświadczeń. szpary w oknach zostały zatkane i pawilony otoczono kordonem sanitarnym. Jeśli chodzi o sale. że na tym samym przedmieściu czekać będzie na niego jutro rano z dziesięciu chorych. krzyknął głosem pełnym łez i wściekłości: .Oczywiście jest więcej niż trzydziestu chorych w mieście? . . poddawali mu się. Stary astmatyk siedział wyprostowany na łóżku. 54 .A więc.tOLOCzywiste. z których wyniesiono w pośpiechu innych chorych. co się boją.powiedziała mu żona jednego z chorych. które wymyśliła administracja} Jednakże wieczorem oficjalne komunikaty nadal brzmiały optymistycznie. umrzr-.I cóż? ^ . że to nie w jego mocy.Osiemdziesiąt. . . Cottard uczepił się nagle drzwiczek i zanim uciekł. że chronią się w głębi swej choroby z rodzajem nieufnego zdumienia: Byjtato walka.Nie. Telefonowałem do Richarda.Z gazety. zgiętych nad swymi dymieni-cami. a wiedział.Odpowiedział mi.ci ważniacy idą na całego! .lPo raz pierwszy doktor czuł. Zbadał chorego i siedział teraz pośrodku -ubogiej jadalni. Przywitał doktora z uradowaną miną. Moim zdaniem cyfry pójdą w górę. "Nie chcę. .Ile łóżek mają pawilony? . . Ale dla większości choroba oznaczała szpital.zapytał doktor uśmiechając się do dziecka. bardziej liczni. i radio mówi to samo. Wiedział.|Przed-sięwzięte środki były niewątpliwie niewystarczające.Pogrzeby śnie są dozorowane? . specjalnie "wyposażone"^ znał je także: dwa pawilony.. którym nie starczyło czasu.rzekł stary człowiek bardzo podniecony .. albo nie warto w ogóle zaczynać. czym jest szpital dla biednych. Castel zatelefonował do Rieux. doktorze. który przesypywał z jednego garnka do drugiego. to nie cholera. Tak.

Budzą więcej niż niepokój. Rieux dał opis kliniczny i cyfry. Na pozór nic się nie zmieniło. Zresztą zdawało się. jakie pozostawiły. Na depeszę Rieux odpowiedziano. Prefektura za pośrednictwem Richarda zwróciła się do Rieux o raport przeznaczony dla stolicy kolonii.Rzeczywiście w ciągu trzech dni pawilony były pełne. Tymczasem pogoda się ustaliła. Tramwaje wciąż były pełne z rana. pogrzeby zostaną zorganizowane przez zarząd miejski w warunkach. Cottard kręcił się po mieście. błękitne niebo lejące żółte światło. . . rodzina podlega kwarantannie.Nadejdzie w ciągu tygodnia. Prefekt przyrzekł od jutra zaostrzyć.Mamy cyfry . które się ustali. Mogło wystarczyć dla wypadków objętych leczeniem. Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki.wnioskował. trzydziestu dwóch. którzy dotychczas maskowali swój niepokój żartami.Zarządzenia! Wystarczyłaby wyobraźnia.rzekł prefekt . . zalecone środki. Piękne. puste i brudne w ciągu dnia. dwudziestu ośmiu. jeśli epidemia się rozszerzy. Rieux czekał na szczepionki i otwierał dymienice. która ją bardzo przypomina . Słońce wypijało kałuże z ostatnich ulew. dwudziestu czterech. są oczywiste. . Jednakże w ciągu czterech dni gorączka cztery razy podskoczyła zdumiewająco: szesnastu zmarłych. żeby otrzymać zarządzenia.Szczury zginęły od dżumy albo od choroby.Środki są niewystarczające. wciąż wodził za sobą swoją menażerię. Mieszkania chorych mają być zamknięte i wydezynfekowane. sędzia śledczy. jeśli nie zatrzy-• ma się jej na czas. Richard utrzymywał. a pan Othon. W dzień później przywieziono serum samolotem. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. jak powiadał. Dziesiątki tysięcy pcheł. Castel wrócił do swych starych książek i długo przesiadywał w bibliotece. W dniu kiedy liczba zmarłych doszła znowu do trzydziestu. Rieux odłożył słuchawkę w obecności Castela. Rieux milczał. którą podał mu prefekt ze słowami: "Przestraszyli się. że epidemia się cofa. rozprzestrzenia infekcję w proporcji geometrycznej. i w ciągu kilku dni 58 zanotowano tylko dwanaście zgonów. Stary astmatyk przesypywał groch i czasem widywano dziennikarza Ramberta z miną spokojną i zaciekawioną. wyglądali bardziej przybici i jakoś przycichli." Depesza oznajmiała: .A serum? . Tego samego dnia zmarło czterdzieści osób. 55 . że opróżni się szkołę i przygotuje szpital pomocniczy. . Nasi współobywatele. . Będzie niewystarczające. że zapas jest wyczerpany i że rozpoczęto nową produkcję. Wieczorem ten sam tłum wypełniał ulice i kolejki wydłużały się pod kinami. Czwartego dnia ogłoszono otwarcie pomocniczego szpitala w przedszkolu. a mały staruszek pluł na koty. warkot samolotów w rosnącym upale. wszystko w tej porze roku usposabiało pogodnie. Bernard Rieux czytał oficjalną depeszę. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi. Grand co wieczór wracał do swej tajemniczej pracy w domu. Potem nagle skoczyła w górę jak strzała.budzą w istocie niepokój. Rieux postanowił zatelefonować do prefekta.Zwrócę się o zarządzenia do Urzędu Generalnego Gubernatora. Obowiązkowe zgłaszanie choroby i izolacja pozostały w mocy.

Serdeczności. polecając sobie wzajem to i owo. Telefoniczne rozmowy międzymiastowe.c-dzili się przekazać listy na zewnątrz. Tak więc. małżeństwa. jak "układać się". a potem ogran.~\ kacji. Można powiedzieć." II Można powiedzieć. nowe zarządzenia zabraniały wymia. że przerwano je całkowicie na kilka dni. którzy zgo. z drugiej. jak śmierć. że rozstają się na jakiś czas. że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie.. kiedy ci sami strażnicy zdawali już sobie sprawę z powagi sytuacji. wraz ze strachem. co do niego należało. "wyjątek". ujrzeli nagle. głównym cierpieniem tego długiego okresu wygnamia. 58 -którzy przez telefon lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. byśmy zdali sobie sprawę. długie wspólne życie czy bolesne namiętności streściły się rychło \v wymianie gotowych formuł jak: "Mam się dobrze. że od tej chwili począwszy dżuma stała się sprawą nas wszystkich. które zawsze oka59 . Matki i dzieci.-chodziło bowiem o to. f Ale kiedy bramy zostały zamknięte. Myślę o tobie. Telegramy stały s-ę wtedy naszym jedynym ratunkiem. znaleźli się w jednym worku i że trzeba się jakoś urządzić. gdy zarządzenie weszło w życie. że nie mogą się połączyć ani skomunikować. sercem i ciałem musiały ograniczyć się do szukania znaków tej dawnej wspólnoty w drukowanych literach depeszy złożonej z dziesięciu słów. ledwie czując ten wyjazd wśród codziennych zajęć. Aż dotąd. narodziny i ślub. nie mają już sensu..grzeczność". że pierwszym skutkiem brutalnego najazdu choroby było zmuszenie naszych współobywateli do takiego postępowania. pogrążeni w głupiej ufności ludzkiej. że zobaczą się za kilka dni lub najdalej za kilka tygodni. mimo zaskoczenia i 'niepokoju.c-Jono surowo do tego. że są oddaleni od siebie bez ratunku. którzy przed kilku dniami sądzili. każdy z naszych współobywateli nadal robił. -kochankowie. na prefekturę natarł tłum petentów. co nazywano pilnymi wypac l^nii. A ponieważ sformułowania. Odmówiona nam nawet drobnej przyjemności pisania listów. jednym z najbardziej godnych uwagi następstw zamknięcia bram była nagła rozłąka istot do tego nie przygbtowanych. wyczerpują się szybko. i narrator także. Ale było to w pierwszych dniach epidemii. nasi współobywatele zrozumieli." Niektórzy spośród nas upierali się przy listach l chcąc porozumieć się ze światem zewnętrznym. Istoty złączone zrozumieniem. nie sposób było wziąć pod uwagę pojedynczych wypadków. wywołały takie przeciążenie kabin publicznych i linii. nieustannie wymyślali kombinacje. Z jednej strony. jak mógł i na swoim zwy-_kłym miejscu. Doprawdy.) Rzeczywiście. To niewątpliwie powinno było trwać.jeie miasto. doznanie równie indywidualne jak świadomość rozłąki z ukochaną istotą stało się nagle. udziałem całej ludności i. wówczas gdy strażnicy uważali za rzecz naturalną pójść za odruchem wspólcz-Jcia. od pierwszych tygodni. Zamknięcie bram nastąpiło bowiem w kilka godzin przed ogłoszeniem zarządzenia prefektury i. pewni. . trzeba było wielu dni. których można użyć w depeszy. której rozmiarów nie mogli przewidzieć. nie chcieli Srać na siebie odpowiedzialności. ^r by liszy nie przenosiły infekcji^ Z początku kilku •^ uprzywilejowanych mogło porozumieć się u bram •"^ miasta z wartownikami na posterunkach. że wszyscy. Po pewnym jednak czasie. naturalnie.y ny wszelkiej korespondencji. dozwolone z początku. jakie przyniosły te szczególne wydarzenia. W pierwszych godzinach dnia.^Ogłos^J^stan^zumY^Zainklu. miasto nie było już połączone z reszTą kraju zwykłymi środkami komuni. jak gdyby nie mieli uczuć indywidualnych. na przykład. którzy całowali się na peronie naszego dworca.

czy są zadowoleni ze swego związku. nawiedzającej ich we wspomnieniu. kochance. Zresztą po kilku dniach. Ale dzięki dżumie mieli więcej wolnego czasu. Ta rozłąka. Chodziło jpr-1yrr:o_Q starego dpkjoraJGastęl_i_jegQ_ŻQne^ którzy pobrali się przed wielu laty. jak można by się spodziewać. W swoich spacerach bez celu musieli bowiem chodzić wciąż tymi samymi ulicami.. od tej jałowej rozmowy. traciły swój sens. nie otrzymując odpowiedzi. Po kilku dniach namysłu prefektura odpowiedziała twierdząco. kiedy uczucia lu"dzkie okazały się silniejsze od strachu przed śmiercią pełną tortur. nie wiedzieliśmy o tym nic. którzy żyli obok matki ledwo na nią patrząc. Toteż uczucie.zywały się bezskuteczne. czy nie pozwolono by na powrót tych. że nie potrafią żyć z dala od siebie. przyszło "nam na myśl zapytać. Nie była to. dzień po dniu. -. Nie było to nawet Jedno z tych małżeństw dających światu wzór przykładnego szczęścia. gdy wymyślone przez nas sposoby odnosiły skutek. z nieobecnymi. dobrze przecież znamy (jak była o tym mowa. W innych okolicznościach zresztą nasi współobywatele znaleźliby wyjście w życiu bardziej skierowanym na zewnątrz i bardziej aktywnym. Mężczyźni. którzy wyjechali przed epidemią. która wypełniała teraz nasze dni. Mężowie i kochankowie. które przemierzali dawniej. para kochanków. niezdolnych do reakcji na wspomnienie tej obecności jeszcze tak bliskiej. cały swój niepokój i żal zawierali w zmarszczce jej twarzy. Lecz nawet wówczas. odkrywali. To był wyjątekj W większości wypadków rozłąka mogła się skończyć tylko z epidemią.. a tak już dalekiej. żonie. dżuma była drobnostką. i wobec tej prawdy. pozostawiała nas zbitych z tropu. zwodniczej grze wspomnień. Wtedy jeszcze kilka rodzin. to było oczywiste. tak że po pewnym czasie słowa. Pani Castel na kilka dni przed epidemią wyjechała do sąsiedniego miasta. bez możliwej do przewidzenia przyszłości. a w tak małym mieście były to najczęściej te ulice. Synowie. zlekceważyło sobie sytuację i dając pierwszeństwo pragnieniu zobaczenia krewnych przed wszelką ostrożnością. odnajdywali stałość. na jakie niebezpieczeństwo narażają swych bliskich. namiętności orańczyków są proste). by skorzystali z okazji. że są zazdrośni. rzadkich zresztą. i narrator ma prawo powiedzieć. i postanowili znosić tę rozłąkę. ograniczeni do kręcenia się w kółko po swym ponurym mieście. I w końcu konwencjonalny telegram wydawał nam się lepszy od tego bezpłodnego i upartego monologu. przybierało nowy wyraz. kiedy stało się jasne. . które stanowiło nasze życie i które. przepisywać te same wiadomości i wołania. Podczas największego nasilenia choroby zdarzył się tylko jeden wypadek. których miłość rzucała ku sobie górując nad cierpieniem. że repatrianci w żadnym wypadku r j e będą mogli opuścić mia?ta-i jeśli wolno im przyjechać. którzy uważali się za lekkoduchów w miłości. jak sądziliśmy. zaproponowało im. Ale brutalna i przedłużająca się rozłąka pomogła im upewnić się. które z początku wychodźcy całe krwawiące z naszego serca. którzy mieli największe zaufanie do swych towarzyszek. Ale bardzo szybko więźniowie dżumy zrozumieli. jednoznaczna. która nagle wyszła na jaw. nie wolno im będzie wyjechać. wydani byli. że wedle wszelkiego prawdopodolbień/"\ ^ • ^60 stwa ci małżonkowie aż dotąd nie mieli pewności. Zaznaczono jednsk wyraźnie. Przez całe więc tygodnie musieliśmy zaczynać na nowo wciąż ten sam list. próbując przy pomocy tych martwych zdań dać znać o naszym trudnym życiu.za przyczyną naszego cierpienia i tego cierpienia. które przypisywaliśmy nieobecnym: synowi. Przepisywaliśmy je wtedy machinalnie. że (nikomu nie uda się wyjść z naszego miasta. Rzeczywiście cierpieliśmy podwójnie . brutalna.

zwyczaju. źle wynagradzane. to oszukiwanie cierpienia. jak mniemali. gdy zazwyczaj podróżny. że pociągi nie przychodzą. miała jedynie smak żalu. czego sam doświadczył. I w Lońcu jedynym sposobem ucieczki od '. że gdy najwięksi pesymiści ustalili termin na pół roku na przykład i wyczerpali zawczasu gorycz tych przyszłych dni. którym śpi awiedliwość lub menawiśc ludzka każe żyć za kratami. jeśli w tych chwilach chcieliśmy zapomnieć. opinia wypowiedziana przez dziennik. osiadając na mieliźnie wpół drogi od tych przepaści i szczytów. to dokładnie określone wzruszenie. trzepotali się raczej.błąkające się cienie. Było to bowiem naprawdę poczucie wygnania. by zostać w domu w godzinach. Nawet ta przeszłość. były. że nie uczynili czegoś. nie mogło ich zadowolić. nawet względnie szczęśliwych. jaką dżuma przyniosła naszym współobywatelom. a mianowicie obliczania czasu rozłąki. które wtedy tylko mogły nabrać siły. czym byli wówczas. co jej ufają. nie zwracać się ku przyszłości i spuścić oczy. Narrator sądzi. że może napisać tutaj w imieniu wszystkich 61 to. że w końcu nie ma powodu. W szczególności wszyscy nasi współobywatele pozbyli się bardzo rychło. którego nie chcieli za żadną cenę. przypominaliśmy tych. rzecz prosta.iTak więc pierwszą rzeczą. wydani dniom bez kierunku i jałowym wspomnieniom . że nasza rozłąka będzie trwała i że trzeba poradzić sobie z czasem. by cofnąć lub zmusić do pośpiechu czas . Ale ta ostrożność. Chroniąc się przed tym upadkiem. niż żyli.żyli pamięcią nier przydatną do niczego. wówczas przyjaciel spotkany przypadkiem. Dlaczego? Dlatego. wrogowie pr es^łjści. jeśli urządzaliśmy się tak.podobnie jak do wszystkich sytuacji. gdy mogli zapomnieć o dżumie wśród obrazów przyszłych spotkań. że pociągi są unieruchomione. na których czekali . jak tylko to było możliwe. co opłakiwali pamiętając. Przychodziła zawsze chwila. Chcieliby dorzucić do niej to wszystko. mógł się znaleźć w naszej dzielnicy. i to. w sumie dość częstych. o które] rozmyślali bez przerwy. by żyć przyszłością. który przyjeżdżał pośpiesznym pociągiem. by nie dopuścić do walki. razem z tym lub tą. wyrzekali się tego tak szybko. czując rany. kluczenie. jaki mogli sobie przyswoić. kiedy zdawaliśmy sobie jasno sprawę. przelotne podejrzenie lub nagły błysk świadomości nasuwały im myśl. Wówczas wracaliśmy do naszej sytuacji więźniów skazanych na przeszłość i jeśli nawet niektórzy z nas doznawali pokusy. W owej chwili upadek ich odwagi. pozbawieni przyszłości. było wygnanie. I tak. dla którego choroba nie miałaby trwać dłużej niż pół roku. że ta zabawa nie mogła trwać. swego życia więźniów włączali nieobecnych. gdy napięli ostatnie siły. Zniecierpliwieni teraźniejszością. ta próżnia. rzecz prosta. Doznawali więc głębokiego bólu wszystkich więźniów i wszystkich wygnańców . że. jednocześnie wyrzekali się tych chwil. nawet publicznie.ycn wakacji nie do . gdy z wielkim trudem wznieśli swoją odwagę do poziomu tej próby. jeśli można się tak wyrazić. gdy zapuszczały korzenie w ziemię swych cierpień. którą stale nosiliśmy w sobie. Jeśli niekiedy popuszczaliśmy cugli wyobraźni i znajdowaliśmy przyjemność w oczekiwaniu na dzwonek powrotu czy znajomy krok na schodach.. skoro doświadczył tego< w tym samym czasie co wielu naszych współobywateli. nierozumna chęć. nigdy nie potrafią się już wydobyć z tego dołu. woli i cierpli62 wości był tak gwałtowny. Toteż postanowili nie myśleć nigdy o terminie wyzwolenia. rozciągniętego na tak długi szereg dni. by nie słabnąc trwać na wysokości tego cierpienia.płonące strzałki pamięci. jakimi wyobraźnia karze w końcu tych. gdy było to jeszcze w ich mocy. f Rozumieliśmy wówczas. może nawet rok lub jeszcze więcej.

Tak więc każdy musiał zgodzić się żyć z dnia na dzień. które przyszło do nas z zewnątrz i dotknęło całe miasto. że nie wieazą. co ów nieobecny robi ze swym czasem. że 64 nie ma miłości. Mówiąc wreszcie bardziej wyraźnie o kochankach. Kilka tygodni wcześniej wymknęliby się tej słabości i nierozumnemu poddaństwu. które dzieliły ich zadżumio-ne schronienie od utraconej ojczyzny. a nieustannie natykali się na mury. I choć narrator znał tylko ten rodzaj wygnania. oskarżali się o lekkomyślność. Zamykali oczy na świat zewnętrzny. dręczyły ich jeszcze inne obawy. kilka •wzgórz. wśród których należy wymienić wyrzuty sumienia. że dla kogoś. Ich właśnie wi-dywaao błąkających się o każdej porze dnia po zakurzonym mieście. nie byli bowiem sami wobec świata. z którą nie mogli się połączyć. które tylko oni znali. na które mogliśmy się oburzać. ulubione drzewo czy twarze kobiet składały się na klimat dla nich niezastąpiony. rosa wieczorna czy osobliwy promień pozostawiony czasem przez słońce na pustej ulicy. którzy są najciekawsi i o których narrator ma może prawo się wypowiadać. Karmili więc swoje cierpienia błahymi i zbijającymi z tropu znakami. Jeśli to było jednak wygnanie. że jako przybysze zaskoczeni przez dżumę i zatrzymani w mieście byli zarazem oddaleni od istoty. kto kocha. cierpienia 63 rozłąki powiększały się jeszcze przez to. która żyła z nimi. Był to jeden ze sposobów. Widząc ich. Od tej chwili natomiast byli w sposób oczywisty wydani" kaprysom nieba. użycie czasu przez istotę kochaną nie jest źródłem wszelkich radości. mimo to milczącego uparcie. jak lot jaskółek. jeśli bowiem czas wzniecał w nich. nie powinien zapominać o ludziach takich jak dziennikarz Rambert lub inni. I to nieszczęście. niepokój mu właściwy. uparcie pieszcząc swoje nazbyt rzeczywiste chimery i ścigając ze wszystkich sił obrazy ziemi. by odwracać uwagę i wywołać zamęt. przywołujących w milczeniu wieczory i poranki. I rzadko zdarzało się. a więc zgadzania się na ból. sam w obliczu nieba. i od swego krajTTJw wygnaniu 6gólnym byli najbardziej wygnani. że nasza jest średnia. Z radosną miną witali zwykłe złociste światło. Sytuacja pozwalała im w istocie rozpatrywać swoje uczucie z rodzajem gorączhov ej obiektywności. Niektórzy nasi współobywatele na przykład podlegali innej niewoli. z całą konsekwencją przynosiło nam nie tylko niesprawiedliwe cierpienie. dla których. że po raz pierwszy odczuwają bezpośrednio pogodę. gdy dni deszczowe kładły grubą zasłonę na ich twarze i myśli. na odwrót. Ale wspomnienie jest bardziej wymagające. który zawsze może wybawić od wszystkiego. istota. w większości wypadków było wygnanie'n we własnym domu. Ta zupełna samotność. Od tego momentu począwszy. która mogłaby z czasem zahartować charaktery. zdawało się.zniesienia było znów poruszyć wyobraźnią pociągi i wypełnić godziny dźwiękiem dzwonka. jaką okazali nie starając się o to dowiedzieć lub z jaką udawali. oddającej ich we władze słońca i deszczu. to znaczy cierpieli i żywili nadzieję bezJpowodu. czuli również przywiązanie do przestrzeni. spłyciła je wszakże z początku. jak we wszystkich. . Pierwszą do te^o sposobnością była trudność dokładnego wyobrażenia sobie czynóy/ i gestów nieobecnego. w pewien sposób stała między nimi a światem. 1\ i zgadzaliśmy się mimo to z mniejszym lub większym spokojem. by w tych okazjach ich własne słabcńci nie ukazywały im się jasno. świadomie lub nie. jakimi rozporządzała choroba. było im łatwo cofnąć się wstecz w miłości i zbadać jej wszystkie braki. gdzie jakieś światło. Boleli wów-css3. W zwykłych czasach wiedzieliśmy wszyscy. której nie przerasta (miłość większa. Zmuszało nas również do zadawania sobie cierpień.

Wówczas bowiem. była dość nieocze-kiwana. Jednakże. 'które można przeciwstawić dżumie. wypalał się wolno w ogniu oczekiwania i namiętności. dżuma'rozmieszczała przy bramach straże i zawracała z drogi statki zmierzające ku Oranowi. zanim ten ktoś miał czas zwrócić na nią uwagę. i oni także mówili w sposób konwencjonalny. Ich pierwszą reakcją na przykład było zrzucenie winy na administrację.am _ze swoją troską. to tylko o tyle. Port wyglądał także osobliwie. choć ten niepokój był tak bolesny. odpowiedź zawsze była niewłsściwa i Ł'zeoa było wyrzec się' rozmów. Zwykłe oży66 wianie. Począwszy od tego dnia odnosiło się wrażenie. że samochody kręcą się w kółko. ich nieszczęście miało dobre strony. zdarzało się to niemal zawsze. jeśli patrzyło się nań z wysokości bulwarów. a nie są to uczucia. że handel również zmarł na dżumę. Jeśli któryś spośród nas próbował przypadkiem zwierzyć się lub powiedzieć coś o swym uczuciu. na którą czekali. . Od zamknięcia bram ani jeden pojazd nie wjechał do miasta. Wnosili więc do samego serca epidemii zbawienną nieuwagę. Ale wielkie rozbrojone żuź-awie. jak rozłąka czy strach. Teraz prefekt przekazywał je agencji co dzień. jaki chciał przekazać. T^lko za tę cenę więźniowie dżumy mogli zdobyć współczucie oo-zorcy czy zainteresowanie słuchaczy.Dżuma 65 lancholię. Podczas gdy nasi współobywatele próbowali dać sobie rade z tym nagłym wygnaniem. zgasło gwałtownie. co im się zdarzyło. Jeśli na przykład kogoś z nich zabierała choroba. Drugi natomiast wyobrażał sobie konwencjonalne uczucie. że jego rozmówca i on me mówią o tym samym. gdy ludność zaczynała tracić głowę. można powiedzieć. On bowiem wypowiadał się z głębi długich dni rozmyślań i cierpień i obraz. bez przejścia wpadał w najgłębszą ciszę ziemi. Widać tam było jeszcze kilka statków odbywających kwarantannę. codziennej kroniki. drobnych wiadomości. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Rozpacz ratowała ich od paniki. że w pierwszym okresie dżumy ci wygnańcy byli uprzywilejowani. Czy nie można by pomyśleć o pewnej elastyczności przewidzianych środków?"). Wydobyty z owej długiej wewnętrznej rozmowy z cieniem. Były uczucia wspólne. co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Mimo tych niezwykłych widoków nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem tego. zgadzali się ns język rynku. Dotychczas ani dzienniki. Tu znów najprawdziwsze cierpienie przywykło się wyrażać w banalnych formułkach. Odpowiedź prefekta na krytyki. W powszechnym nieszczęściu chronił ich egoizm miłości i jeśli myśleli o dżumie. tuzinkowe cierpienie. przewrócone na bok wagoniki.się pomocy sąsiada i każdy pozostawał _s. najczęściej go raniła. o ile mogła im grozić wieczną rozłąką. prosząc o sporządzenie komunikatów tygodniowych.__krańcach samotności wreszcie nikt nie mógł spodziewać . Nie miał czasu na nic. językiem zwykłego sprawozdania. choć to puste mimo wszystko serce tak trudne było do udźwignięcia. jaką otrzymywał. dla których milczenie stało się nie do zniesienia. ani agencja Infdok nie otrzymały oficjalnych statystyk choroby. wszelka odpowiedź. Zdawał sobie wówczas sprawę. skoro nie mogli znaleźć prawdziwego języka serca. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację. sa"motne stosy beczek i worków na nadbrzeżach świadczyły o tym. którą byliśmy skłonni brać za zimną krew.* Albo też ci. seryjną me5 . i to jest najważniejsze.tych. ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. ich myśl całkowicie obracała się ku istocie. dzięki któremu port ten był jednym z pierwszych wybrzeża.^Ńa_ . Życzliwa czy wroga. które odbiły się echem w prasie (.

Przede wszystkim prefekt wydał zarządzenia dotyczące ruchu pojazdów i zaopatrywania w żywność/żywność ograniczono. nie wszyscy może zmarli na dżumę. pod pięknym niebem. zabija bakcyla". które. niż biadali. i gdzie mieszkańcy wylegli na ulice by wziąć udział w zabawach. ^ mniej wzrost był wymowny. zamykano z dnia na dzień. Jest to ten rodzaj danych. że w trzecim tygodniu dżuma zabrała trzystu dwu ludzi. W rezultacie nadal wysuwaliśmy na plan pierwszy nasze uczucia osobiste. nie przemawiał jeszcze do wyobraźni. Mimo to ich dochody nie zmniejszały się. Nie wiedziano. by umożliwić po chód ludności. umocniło się jeszcze. Ale urwała si łączność z filmami krążącymi w departamencie. więcej żartowali. ludzie pili dużo. że niełatwo było uznać je za normalne i trwałe. Pozory były uratowane. rzecz oczywista. Oran przybrał więc wygląd szczególny. Nadal więc krążyli po ulicach i siadywali na tarasach kawiarń. Liczba pieszych powiększyła się znacznie i nawet w godzinach pracy wielu ludzi. Tylko niezbędne produkty przybywały drogą lądową i powietrzną do Oranu. Nie byli zresztą tchórzliwi. i rozpo wszech.C. "Piąty tydzie'1 dał bowiem trzystu dwudziestu jeden zmarłych. Po pierwsze. Prawdę powiedziawszy.^ nione wśród ludności przekonanie. Miasto miało dwieście tysięcy mieszkańców. że kina korzystały z tego powszech nego urlopu i robiły wielkie interesy. i przyjmowali z dobrą miną niedogodności. •*Ale wszystkie te zmiany były w pewnym sensie ( tak niezwykłe i zaszły tak szybko. dzięki znacznym zapasom zgromadzonym w mieście. opinia publiczna uświadomiła sobie prawdę. gdzie handel win i alkoholu zajmuje pierwsze miejsce. sklepy z towarami luksusowymi. "późnię j zaś wyświetlały wciąż ten sam film. o których będzie mowa dalej.<-mienia jąć optymistyczne poglądy. nikt w mieście nie wiedział.. Pewna kawiarnia umieściła wywieszkę: "Alkohol zdrowiu sprzyja. Jednakże pod koniec miesiąca. Co "^ noc. Po drugie. Zalecano nawet oszczędzanie prądu elektrycznego. zmuszonych do bezczynności na skutek zamknięcia sklepów czy niektórych biur. mogły również obsłużyć swych klientów. . czy ta proporcja zgono\v jest normalna. F upływie dwóch tygodni kina musiały wymieniać sw< 68 je programy.przed chorobami zakaźnymi. Tak więc ruch kołowy zmniejszał się stopniowo. a szósty trzysta czterdziestu pięciu. mniej więcej podczas tygodnia modlitw. Dopiero z czasem. . gdzie zatrzymano ruch i zamknięto sklepy. który nigdy nie zaprząta uwagi. poważniejsze zmiany wpłynęły na wygląd naszego miasta. stwierdzając wzrost liczby zgonów. kupujący wystawali zaś w kolejkach przed wejściem. mieli urlopy. że chodzi o zjawisko niewątpliwie przykre. aż ustał niemal zupełnie. Orar zdawał się złudnie świętującym miastem. że alkohol chroni '. benzynę wydawano w określonej ilości. Frzynaj8ł ' -Ą-Y.Jednak i tu ludność nie zareagowała natychmiast. mimo ich oczywistego znaczenia. około drugiej nad ranem. Ale nie był dość znaczny. na wystawach innych sklepów pojawiły się wywiesz-ki "nie ma". Kawiarnie wreszcie. nie będą trwały wiecznie. ale w końcu przejściowe. Komunikat. Na razie nie byli jeszcze bezrobotnymi.' . Tak więc około trzeciej po południu na przykład./ 67 l -ć/ U ^. Ale brakło możliwości porównywania. by wśród ogólnego niepokoju nasi współobywatele nie sądzili nadal. zapełniało ulice i kawiarnie. dość pokaźna gromada ^ pijaków wyrzuconych z lokali zapełniała ulice wy. ilu ludzi w tygodniu umiera zazwyczaj. Rzecz jasna.

W ten sposób zapadła decyzja o małżeństwie. skutek zmęczenia opuszczał się. na temat epidemii. Zauważył fotografię pani Rieux na biurku i spojrzał na doktora. Zapracowany mężczyzna. pochyliła się ku niemu ze słowami: "Jakie to piękne!" Uścisnął przegub jej ręki.Niech mi pan powie. Potem Jeanne odeszła. to zaczyna wyglądać poważnie.Ach. że kiedy przechodziła przez ulicę. . 70 Jeanne też musiała pracować. patrząc oczarowana na wystawę. przerwał stu-<"") dia i wziął posadę. że pewnego ranka w centrum miasta jakiś mężczyzna z objawami dżumy wybiegł wśród majaczeń na ulicę. Jeanne prawdopodobnie cierpiała. pod łóżkiem znaleziono puszki z konserwami. Cottard opowiadał. doktorze. co Grand chciał powiedziećtpTa. Oczywiście nie odeszła sama. prawdziwych i fałszywych. Doktor się zgodził. ale teraz jestem zmęczona. Ani Jeanne. żeby sprzedać je za wysoką cenę. "Kochałam cię.. Opowiadano na przykład.powiedział Grand. Pojazdy wydawały mu się wówczas olbrzymie. ani on nie opuszczali V nigdy swojej dzielnicy. rozumiem .W pewnym sensie jest to szansa .Pięknie . Właśnie żeby się ożenić. Rieux powinszował mu wyglądu. który uniósł 'ku niemu twarz pełną zadowolenia.^ Dalsza historia była według Granda bardzo prosta. . Przychodził do dziewczyny •s i rodzice Jeanne pokpiwali sobie trochę z tego ci-^ chego i niezręcznego konkurenta. Po południu tego samego dnia Joseph Grand także zwierzył się doktorowi Rieux.w takim świecie nie ma miejsca dla namiętności. że pewien wielki kupiec korzenny w jego dzielnicy zgromadził na składzie produkty żywnościowe.zauważył Cottard miłym tonem. zamyślony. Nie jestem szczęśliwa . od kiedy Rieux go znał. I po raz pierwszy." Cottard miał w zanadrzu pełno historyjek. kocha jeszcze trochę. pracuje. ta przeklęta dżuma. że cierpi się długo nie wiedząc o tym. ze zapomina kochać. że jego żona leczy się poza miastem. należy tylko mieć nadzieję. milczenie wieczorem przy stole .powiedział Grand. Jak ze wszystkimi: człowiek żem się. Pracuje tyle. żeby zatrzymała się teraz. że ma dżumę. skoro szef jego biura nie dotrzymał obietnic. Szli przez chwilę razem.rzekł mały człowieczek. .W dwa dni po zamknięciu bram doktor Rieux wy» chodząc ze szpitala spotkał Cottarda. Ojciec był kolejarzem. kiedy przyszli go zabrać do szpitala. Jeanne jej pomagała.Nie ma powodu. że jest ko. rzucił 99 się ma pierwszą spotkaną kobietę i objął ją krzycząc. "Umarł. Tamten zaś stwierdził z niejaką wesołością: . Lata mijały.. milkł coraz bardziej i nie podtrzymywał swej żony w mniemaniu. . przyglądał się ru-) chowi ulicznemu. Grand zawsze czuł lęk. co mówił teraz. Tu trzeba by nieco wyobraźni. . Wszystko przewróci się do góry nogami. z ogromnymi ^» rękami złożonymi płasko na udach. chana.wszyscy zwariujemy. zaczął mówić płynnie. który nie pasował do jego opowieści . bieda. Doktor odparł. hm. że to bez wątpienia szansa. wszystko w porządku . niemal zawsze je znajdował. to pewne. że żona jego wyzdrowieje. ^Ożenił się bardzo młodo z młodziutką dziewczyną z sąsiedztwa. Pewnego razu przed sklepem przybranym na Boże Narodzenie Jeanne. Została jednak: bywa tak. Rieux odparł. przyszłość zamykająca się wolno.Tak. Choć szukał wciąż jeszcze słów. jak gdyby od dawna myślał o tym. by zrozumieć. Matka zajmowała się gospodarstwem. Po pracy zawsze można go było ujrzeć siedzą-\! cego w kącie przy oknie. Była tak drobna. Dżuma nie płaci..

"^ Tylko że wciąż myślał o niej." To właśnie mniej więcej napisała." Ale rano. żółta-Jyyim i fioletowymi ścianami mauretańskich domów. że nie jego rzeczą jest tu zostać. . Myślał z początku. doktorze . ma pan teraz piękny temat do reportażu. że ma się dobrze. jakoby wykonywali swój zawód.dodał . Wieczorem Rieux zatelegrafował do żony. Mógł zacząć na nowo. Telegraf ował do niej zaraz po zamknięciu miasta. Potem osuszył wąsy. gdzie doktor miał wydać kilka poleceń. że miasto ]est zamknięte.mówił tamten . Z panem mogę mówić. wydawało się szczególnie opustoszałe. że w końcu nie wie.mówił. w którym napisał: "Wszystko w porządku. ale się wahał. Gdy szli wzdłuż spadzistych ulic. by udali się razem do przychodni w centrum miasta. Ale cóż. Nazywam się Raymond Rambert. rozumieliśmy się bez słów. który czekał na mego. tak . gdyby pozwolono mu wyjechać.Byłem u pana przed tą całą historią . Ponieważ miał rekomendacje (jego zawód daje ułatwienia). ale to •wychodzi na jedno. jak zauważył Rieux.Ale to trudne . .Przypuszczam . ale miasto.wyjeżdżając.Pan wybaczy . i próbował tylko porozumieć się z nią. które by ją zatrzymały. . tak hałaśliwe dawniej o tej porze. Do zobaczenia. że to wypadki przejściowe. pomiędzy niebieskimi. że nie mogą mu pomóc. ale nie trzeba być szczęśliwym. Koledzy z Oranu powiedzieli Rambertowi. . W trzy tygodnie po zamknięciu bram Rieux wychodząc ze szpitala spotkał młodego człowieka. poczta go odprawiła. Rieux patrzył na niego. me miał już wiary.ale nie znam nikogo w tym mieście. jak długo może to potrwać. Zeszli uliczkami dzielnicy murzyńskiej. Rambert był zdenerwowany. że znalazł się w mieście przypadkiem i że byłoby słuszne.rzekł ten ostatni .ale jak by to powiedzieć?. W pewnej chwili powinienem był znaleźć słowa. Kilka sygnałów trąbki w złotawym jeszcze niebie świadczyło tylko o tym.rzekł Rieux. nie jest to żona.. któremu powiedział. że powinna nadal dbać o siebie i że myśli o nie]. . że 72 nic go z Oranem nie łączy. że wojskowi zachowują pozory. przyszło mu nagle na myśl. a korespondent mojego dziennika na nieszczęście jest głupcem. |Rambert mówił z wielkim wzburzeniem. żeby się usprawiedliwić. mógł dostać się do dyrektora gabinetu prefektury. Zostawił żonę w Paryżu. Rieux zdawało się.Ach.. Ale nie zawsze się kocha. Mam do pana zaufanie.Od dawna o tym myślę. Po dwóch godzinach czekania w ogonku musiał się wreszcie zgodzić na telegram.powiedział stary urzędnik . Jak długo kochaliśmy się. gdy wstawał. ale nie potrafiłem. I to mnie wzrusza. Chciał napisać list do Jeanne. 71 .prosić o informacje o warunkach życia Arabów. . Teraz z kolei cierpiał Joseph Grand. Powiedział. że nie o to chocba i że przyszedł prosić doktora Rieux o pomoc. Grand wytarł nos czymś podobnym do serwetki w kratę. Postanowił wyjechać. że go zna.że pan mnie poznaje.Proszę. by zacząć na nowo.Niech mi pan wybaczy. Prawdę mówiąc. Rieux zaproponował mu. jakiś sekretarz z prefektury roześmiał mu się w nos. Wieczór się zbliżał. Najwidoczniej Grand był o tysiąc mil od dżumy. . nawet jeśli po opuszczeniu miasta musiałby .

. .. którzy się dobrze rozumieją. . Po dwudziestu czterech godzinach nasi współobywatele znów odzyskają nadzieję. . . Kilku przechodniów śpieszyło do odległych mieszkań.ciągnął Rambert. a mimo to nie można im pozwolić wyjechać.rzekł Rambert. będzie pan stąd. Z kapeluszem zsuniętym inieco do tyłu. Poza tym zresztą. że może znaleźć w Oranie materiał do ciekawego reportażu i że wszystko zważywszy. Spojrzał na Ramberta. Ruszyli znowu i doszli do placu -d'Armes. że w tym mieście tysiące ludzi jest w tym samym położeniu. Rambert wzruszył ramionami. że to wskutek komunikatu agencji Infdok. które by stwierdzało. Rieux skinął głową twierdząco. Rieux milczał. nie mogę zaświadczyć. czy nie.Poza tym.Teraz. a nawet gdybym wiedział. Ale może przy-/ szedłem na świat.Oczywiście. żeby żyć z kobietą. jeśli nawet dam panu to zaświadczenie. nie przyda się panu sną nic. że epidemia nie potrwa długo. że w każdym razie wydaje mu się to rozsądne. i postawił go łagodnie na ziemi.Niech pan będzie pewien.Ależ ja nie jestem stąd! . który zaplątał mu się między nogami. nie może jednak robić wyjątków.Jeśli jednak sami nie są chorzy na dżumę? . Myślę. I nie sposób brać jej inaczej. Dochodzili do centrum miasta. Głupia historia.To niewystarczający powód. że mogłoby mi się przydać. Gałęzie fikusów. . że zobaczy.Dlatego.rzekł Rambert.odbyć kwarantannę. który przypadał na ten dzień. czy nie mógłby mi pan wydać zaświadczenia. Ale tego dnia cyfry były jeszcze zbyt świeże w pamięci.Rzecz w tym . doktorze. nie zostanie pan zarażony. Na bulwarach w centrum miasta nie było tłumu jak zazwyczaj.Chciałem tylko pana zapytać. Rieux pomyślał. . Nikt się nie uśmiechał. co oznacza taka rozłąka dla dwojga ludzi. Nie mogę panu dać tego zaświadczenia. . chwycił małego chłopczyka.Poza tym zresztą? . niestety.To idiotyczne. ponieważ nie wiem.. by pisać reportaże.Ale ja nie jestem tutejszy . .Dlaczego? . dziennikarz miał minę upartą i nadąsaną.że ona'7 i ja spotkaliśmy się niedawno i rozumiemy się do-( brze. że rozumie to bardzo dobrze. kiedy wszedł pan do mego gabinetu. że pojmuję . nieruchome. miejmy jednak miano wszystko nadzieję. Nie przy-T szedłem na świat. . rozumie pan.rzekł wreszcie Rieux . każde wydarzenie ma swoje/dobre strony. Dyrektor odparł. Może nie zdaje sobie pan sprawy. . .rzekł nagle Rambert .Ale ja pana nudzę . szare od kurzu. i chwilą. Na zakończenie próbował pocieszyć Ramberta zwracając mu uwagę. Bo sytuacja jest przecież poważna i nie można nic postanowic.ale nie rozumuje pan dobrze. czy ma pan tę chorobę. Tamten ożywił się: . przysięgam panu.S . czy pomiędzy chwilą. ale dotyczy nas wszystkich.. źle ogolony. Zatrzymali się pod pomnikiem i Rieux strząsnął z butów białawy pył. wiem o tym dobrze.Tu chodzi o dobrą wolę. z kołnierzem koszuli rozpiętym pod krawatem. Czy to nie j esy naturalne? Rieux powiedział. zwisały wokół zakurzonego i brudnego posągu Republiki. kiedy wejdzie pan do prefektury. jak wszyscy. że nie mam 73 tej przeklętej choroby.

rzekł po chwili milczenia . Ale pan niesłusznie się gniewa. okryty szorstką koszulą szpitalną Ą przechodził do rąk Rieux. co pan narzucił. Zawahał się. wbrew sobie i temu wszystkiemu. co pan mi powiedział. Dziennikarz X»/ miał rację śpiesząc niecierpliwie ku szczęściu. Na pewno istnieją możliwości porozumienia. który mu powierzono. W zagłębieniu podłogi powstało jeziorko wody krezylowej. Rieux poprosił Ramberta. Mówi pan językiem rozsądku.Nie . Jak wchodził do hotelu. Chorego zanoszono na tę wysepkę.rzekł Rambert z goryczą . dochodząc przeciętnie do pięciuset ofiar -\ w tygodniu! Tak. ale rzecz jego już nie dotyczy.Rzeczywiście.zacznie pan mówić o służbie dla ogółu. pośrodku którego znajdowała się wysepka z cegieł. . to dla pana abstrakcja. żeby informował go 75 e swych krokach i nie miał do niego urazy. a to siłą rzeczy nie jest to samo. Gdyb(y udało się panu wybrnąć z tej historii.powiedział Rambert z nagłym wybuchem. niesłusznie się gniewam. .tak. którzy się kochają. w nieszczęściu jest cząstka abstrak\ cji i irrealności.Cóż . Nie było łatwe na przykład kierować tym szpitalem pomocniczym (było ich teraz trzy). to pana dotyczy . nie chciał ich brać pod uwagę. Były to sale . że w pewnym sensie to prawda.jest to i jest co innego. . Nasunął kapelusz na czoło i ruszył szybkim krokiem. gdzie dżuma czyniła straszliwe spu-' stoszenia. rozbierano szybko i jego odzież spadała do wody. Pomyślałem więc. je^t dżuma. Ale na dobro publiczne składa się szczęście każdego z nas. widzę . Rieux przyznał. byłbym głęboko szczęśliwy. . potem przenoszono go do \ jednej z sal. trzeba się zająć abstrakcją. Doktor podniósł oczy na Republikę i powiedział. Ale czy miał rację. ż( chyba zdaje sobie sprawę. że pański udział w powziętych decyzjach jest znaczny.Ach. Dziennikarz poprawił krawat. Nie pomyślał pan o nikim. i jego zadaniem jest robić.Wierzę w to . że nie było to najłatwiejsze.Rieux nie odpowiedział od razu.Nie. .powiedział doktor. co należy. w którym mieszkał Jean Tarrou. Kazał przerobić pomieszczenie łączące się z salą porad na izbę przyjęć. byli ze sobą. mówi natomiast językiem oczywistości. ale są zarządzenia i prawa. że i to rozumie. Nie trzeba sądzić.rzekł Rambert . ." Czy naprawdę abstrakcją były te dni spę-^f dzone w szpitalu. Rambert wydał się nagle zakłopotany. [PO chwili doktor potrząsnął głową. Tamten skinął niecierpliwie głową. Umyty. że mam sobie radzić inaczej? A jednak opuszczę to miasto . Nie wziął pan pod uwagę tych. że nie wie. Potem rzekł. Ale to panu jest obojętne. kiedy go oskarżał? "Pan żyje w ab-'"^ strakcji.ciągnął z rodzajem wyzwania. Pragnie ze wszystkich si] 74 żeby Rambert odnalazł swoją żonę i żeby ci wszyscy.pan nie może rozumieć. . I tak zabrałem panu dość czasu. . że przynajmniej w jednym wypadku mógłby pan uwolnić od tego. . wysuszony. Po prostu moje funkcje zabraniają mi pewnych rzeczy. I Rieux wiedział jedynie.Więc to oznacza.Zwróciłem się do pana.Ale nie mogę się z panem zgodzić. ponieważ powiedziano mi. co zostali rozłączeni. Doktor powiedział. Rieux widział. Ale kiedy abstrakcja zaczyna nas \ zabijać. który jak gdyby ocknął się z zamyślenia . czy mówi językiem rozsądku. wierzę.

W mieszkaniach. doktorze!" . Ale to nie posuwało sprawy naprzód. sprawdzał jeszcze statystyki i wracał na konsultacje po południu. której koniec już znali. zauważyła. że drżą mu ręce. rozgrywały się szaleńcze sceny. obietnice i łzy nie miały końca. że nie jest to gorączka. Ale z początku wszystkie wieczory były podobne do tego wieczora. matka pokojówki pracującej w hotelu Tarrou. gdy chorzy zostań już zaszcze-\ pieni.powiedział . oznaczała szybkie zabranie chorego z do-mu. wciąż takich samych. gdy ludzie z całego miasta wylewali się falą na ulice. niepotrzebne słowa. będę mniej nerwowy. kiedy Rieux wszedłszy do małego mieszkania pani Loret. Rieux mógł odejść. że nie musi dłużej . co wieczór ręce wczepiały się w ręce Rieux.Mam nadzieję. która powiedziała mu z ledwo dostrzegalnym uśmiechem: .Tak . powtarzających się w nieskończeność.mówiła pani Loret. gdzie znikł Rambert. Poprzedniej nocy matka. Rieux mógł spodziewać się jedynie długiego ciągu podobnych scen. a potem wojska chorego brano szturmem. abstrakcja.eie_rzeczy nie był jeszcze zmęczony. "t 76 . Wówczas zaczynały się walki. WLgrun.rekreacyjne szkoły. że może go ujrzeć tylko uleczonym lub martwymi "Litości. Rieux mógł biec od jednego chorego do drugiego.ale jeśli wytrwam. dżuma jako abstrakcja była monotonna. po tych wszystkich zmierzchach. Wówczas zaczynała się abstrakcja i prawdziwa "trudność. Tak. Co wieczór matki z abstrakcyjnym wyrazem twarzy wyły tak patrząc na brzuchy całe w znakach śmiertelnych. łzy. interwencje policji. by kręcić się po nich w kółko. Ale chorego zabierano. Matka patrzyła między nogi swej córki i krzyczała nie mogąc się opanować. przekonywania. o której wszyscy mówią. Zrazu sąsiedzi otwierali okna i patrzyli. On zaś podnosząc prześcieradło i koszulę przyglądał się w milczeniu czerwonym plamom na brzuchu 77 i udach. a wszystkie nie-»'•( mai były zajęte. ozdobionego wachlarzami i sztucznymi kwiatami. ł/C^<. co wieczór dzwonki ambulansów rozpętywały walki równie daremne jak wszelkie cierpienie. a dymienice otwarte. Potem zamykali je szybko. którymi Rieux 'kierował sam. Wieczorem wreszcie szedł do pacjentów i zjawiał się w domu późno w nocy. wręczając doktorowi depeszę od żony. przegrzanych od gorączki i lęku. Cóż to znaczyło? Oczy-wiście^ że czuł litość. która zaczynała go wypełniać i patrząc wciąż na bramę hotelu. Z początku ograniczał się do telefonu i spieszył do innych chorych nie czekając na ambulans. gdy każdemu lekarzowi towarzyszył w obchodach inspektor-wolon-tariusz. Czuł to tego wieczora u stóp pomnika Republiki. która . że chodzi o gorączkę epidemiczną. Po przyjęciach porannych. obrzmiałym gruczołom. a mianowicie sam Rieux. Trzeba było telefonować. Krzyki. Wkrótce rozlegał się dzwonek ambulansu. świadom jedynie trudnej obojętności. woleli bowiem pozostać twarzą w twarz z dżumą niż zgodzić się na tę rozłąkę. Ale krewni zamykali wówczas drzwi. Diagnoza. został przyjęty przez matkę. ponieważ rodzina chorego wiedziała.Ą razem mieściła teraz pięćset łóżek. Ale nie mógł znieść na przykład wizyt u pacjentów. I po tym długim ciągu wieczorów. słowem. U końca tych męczących tygodni. Podczas pierwszych tygodni Rieux musiał pozostawać aż do przybycia ambulansu. Potem.^ C" Był mQgny^j_QdpQmy. Być może jedno się tylko zmieniało. Rieux zrozumiał. nakazy.

. Ale zdobył sobie uznanie rozlegle j sze jeszcze. letynu Towarzystwa Geograficznego Oranu. Ojca Panel oux znano jako częstego współpracownika biu-"-^. kiedy litość jest bezużyteczna. Porywczy i namiętny z na. ^Ale y ' jakże mógłby to odczuć Rambert? Dla Ramberta ab-' strakcją było to wszystko. Rocha •za-dżurmonego b ciętego. W ten sposób mógł 78 'śledzić w nowej płaszczyźnie posępną walkę między! szczęściem jednostki i abstrakcjami dżumy. Przy tej okazji zwrócono się do ojca P&neioux.O-tyry. w której dżuma ukazała się im jako prawdziwy kształt ich życia i w której . To właśnie miało przydarzyć się Rambertowi i doktor mógł się o tym dowiedzieć szczegółowo z ostatnich zwierzeń dziennikarza. przyjął bez wahań powierzone sobie zadanie. Rieux wiedział. gdzie je. Te manifestacje pobożności publicznej miały się skończyć w niedzielę uroczystą mszą do św.'% nad ranem. że mieszkańcy Oranu byli zazwy. I w uczuciu serca zamykającego się po. Wielu jednak miało wciąż nadzieję. które ^ zatrzymywał na niej. Nie czuli się więc jeszcze zobowiązani do niczego. Stąd jego reputacja. trzeba trochę być do nie] podobnym.--.^ stoni tego okresu. że abstrakcja bywa silniejsza od szczęścia i że trzeba wówczas. Nie dla. Lecz w tym. że dziennikarz ma w pewnym sensie rację. jak od obskurantyzmu minionych wieków.ix.-(. y strakcją. czemu zawdzięczał szczególną pozycję w swym zakonief. które ich dotknęły. Ale wiedział również. która wy-( maczała bieg życia w naszym mieście przez ten długi| -okres. spotykając go o drugiej . W niedzielę rano na przy. ale nie zrozpaczeni. który powinien pewnego dnia odejść. Augustynem i Kościołem afrykańskim.*"^ ^ ście i stało się ono na swój sposób ważną datą w hi.^ tego bynajmniej. Od dwóch tygodni Paneloux porzucił pracę nad św. z drugiej zaś znajdowali się v/ szczególnym stanie ducha: choć w gruncie rzeczy nie przyjęli zaskakujących wydarzeń. z nią się liczyć. w czym jedni widzieli abstrakcję. I dla-^) tego się cieszył. Pod koniec tego miesiąca władze kościelne naszego miasta postanowiły walczyć z dżumą własnymi środkami i zorganizowały tydzień wspólnych modlitw.^ czaj szczególnie pobożni. Wiedział. wygłosiwszy serię odczytów o nowoczesnym indywidualizmie.F " go rekonstrukcje epigraficzne cieszyły się wysokim uznaniem. czuli oczywiście doskonale. i tylko wówczas.esią-ca dżumy przyćmiło wyraźne wzmożenie się epidemii i płomienne kazanie ojca Panele '. Przy tej okazji nie skąpił przykrych prawd swemu audytorium. martwiła się pustym spojrzeniem. równie dalekiego od nowoczesnej wolnomyślności. Ale z jednej strony.' « Na długo przed tym kazaniem mówiono o nim w mię. Nie dlatego rówiież. by zabrał głos.bronić się przed litością. \1 prawdę mówiąc. że coś się zmieniło. co stawało na przeszkodzie jego szczęściu..-> r i. który był przy starym Michelu w początkach jego choroby. jakiego mógł doznać. Kiedy matka. kład kąpiele morskie są poważną konkurencją dla ^ f mszy.iDżuma była dla nich tylko nieprzyjemnym gościem. Byli przerażeni. Aby walczyć z ab. skoro się zjawił. że epidemia się zatrzyma i że oni wraz z rodzinami zostaną oszczędzeni. bolała właśnie nad Jedynym ^ ukojeniem. Wystąpił tu jako żarliwy obrońca ambitnego chłysLianizmu.y woli doktor odnajdywał jedyną ulgę tych druzgocą-"^cych dni. że ułatwi to jego zadanie. kąpiele więc niemożliwe. Tydzień modlitw miał liczne audytorium. inni widzieli prawdę. że spłynęło na nich nagłe nawrócenie. Człowiek męczy się litością. jezuity. nie nadeszła jeszcze bowiem chwila. miasto było zamknięte i dostęp do portu zabroniony. W istocie koniec pi-^i vv ^Pf.

padał ulewny deszcz.^-brzmiało tak. Kiedy oparł się na poręczy ambony. Zaraz po tym zdaniu Paneloux rzeczywiście zacytował tekst z Exodusu dotyczący dżumy w Egipcie i powiedział:("Po raz pierwszy ta plaga zjawiła się w historii. Jeśli idzie o religię. Dopiero dalszy ciąg pozwolił zrozumieć naszym współobywatelom. że chwila zastanowienia nadeszła. widać było tylko szeroki. Sprawiedliwi mogą być bez obawy. Był średniego wzrostu. Wówczas Paneloux wyprol . pogłębione jeszcze uderzeniami ulewy o witraże. czekali. którzy stali na zewnątrz. zasłużyliście na nie" . Zapach kadzidła i wilgotnych ubrań unosił się w katedrze. całe audytorium <^ znalazło się na kolanach. Przez pierwsze dni wielu mieszkańców zostawało w ogrodzie z drzew palmowych i granatowców. że w podobnym wypadku Chińczycy g^ają na bębenku przed geniuszem dżumy. idąc za przykładem innych. ujął temat całego kazania. Dodawał tylko. Zbyt dłngo" ten świat paktował ze złem. doścignęło was nieszczęście. W niedzielę spory tłum wtargnął do nawy. jak o wiele innych spraw. by rozstrz. zapisawszy w swoich notatnikach. nie łączyło się jakby z tym patetycznym wstępem. Rozważcie to i padnijcie na kolana. tak jak zadaje się cios. to. ale słusznie drżą źli. wypowiedziane wśród absolutnej ciszy. stopniowo. Z wolna 80 jednak." Nawet Tarrou. czarny kształt 2 dwiema czerwonymi plamami policzków pod stalowymi oku. jaką mogli wieść przedtem. i kiedy natarł na audytorium gwałtownym i dobitnie powiedzianym zdaniem: "Bracia moi. Poprzedniego dnia niebo zaciągnęło się chmurami. aż słoma zostanie oddzielona od ziarna. i że nasza niewiedza w tym względzie czyni jałowymi wszelkie możliwe poglądy. Większość tych. Logicznie biorąc. Ci.zapomnieli o egzystencji. przy ^J odgłosie poskrzypujących krzeseł." Deszcz padał teraz ze zdwojoną siłą i to ostatnie zdanie.| Głos miał mocny. mogłaby sobie powiedzieć na przykład. jak jeden z wiernych powiedział do doktora Rieux: "W każdym razie to nie może źle zrobić. równie oddalając od obojętności jak od pasji. czy w rzeczywistości bębenek o\?^ywal się bardziej skuteczny od środków prolilaktycznych.. ale krępy. który rozbrzulie.^ larami. że kilku słuchaczy po sekundzie waha. żeby porazić nieprzyjaciół Boga. by padł na kolana. rozciągającym się przed kruc^tą. Krótko mówiąc. Będzie więcej słomy jak ziarna. zauważył. odetchnął głęboko i ciągnął z coraz większym naciskiem :v"Jeśli dziś dotknęła was dżuma. gnać kwestię. W ogromnej stodole świata nieubłagany bicz wybije zboże ludzkie.prąd przebiegł po zebranych aż do kruchty. więcej powołanych niż wybranych i tego nieszczęścia nie chciał Bóg. zbyt długo liczył Q^/ . co nastąpiło potem. kiedy ojciec Paneloux wszedł na kazalnicę.^ wał daleko. W każdym razie przez cały tydzień katedra naszego miasta była niemal wypełniona wiernymi. którzy brali udział w tygodniu modlitw. to znaczy. za. dżuma usposobiła ich szczególnie. słuchając przypływu inwokacji i modlitw. Faraon sprzeciwił się odwiecznym za-n"iarom i dżuma zmusiła go. że po to. bracia moi. co można by dość dobrze określić jako "stan obiektywny". ci sami słuchacze wchodzili do środka i dołączali nieśmiałe głosy do responsoriów zebranych. że absolutnie niepodobna wiedzieć. który wybiegał na ulicę. że dzięki zręcznemu chwytowi oratorskiemu ojciec za jednym zamachem. namiętny. należałoby posiadać wiadomości o egzystencji geniusza dżumy.Dżuma 81 •^^ stował się. ściskając drzewo wielkimi rękami. Od początku historii pl&ga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. sięgając aż do kruchty i ostatnich stopni schodów.<^ nią ześliznęło się z krzeseł na klęczniki. Inni sądzili. r\J że trzeba pójść za tym przykładem i. otworzyli parasole.

w prawej ręce.ha miłosierdzie boskie. miłosierdzie ^) boskie uczyni resztę. Pozba wieni światła bożego. by grzebać umarłych. Spójrzcie na tego anioła dżumy. Teraz już wiecie. Te (N3 nieczęste wizyty nie wystarczały jego pożerającej t czułości. ^T "jak wszyscy oni.. który dawał rozkazy złemu aniołowi niosącemu oszczep myśliwski i kazał uderzać mu w domy. że wystarczy wam odwiedzać Boga w nie. patrzycie nowymi oczami na ludzi ^ i rzeczy od dnia. pięknego jak Lucyfer i olśniewającego jak samo zło.żniwo prawdy". co najważniejsze. Wystarczyła skrucha i wszy-^ stko było dozwolone." Tu Paneloux wyciągnął krótkie ręce w kierunku kruchty. podjął wzruszonym głosem: "Wielu z was. a także wszyscy p. jedyny sposób kochania. a dżuma ta srożyła się przede wszystkim w Rzymie i Pawii. słusznie zadaje sobie pytanie. Tak! To nie mogło trwać. wiem o tym." W tym miejscu ojciec szerzej jeszcze nakreślił patetyczny wizerunek plagi. I oczom ludzkim ukazał się dobry anioł. Gęsta woń wosku. niewzruszona jak porządek świata. dokąd zmierzam. Dozna jej w odpowiedniej chwili. więc przejdźmy do tego. która uderza jak popadnie i wznosi się zakrwawiona. miotając krew 4 cierpienie ludzkie "dla siewu. zostaniecie odrzuceni wraz ze słomą. jak wiedzieli o tym ' ^ Kain i jego synowie. trzyma czerwony oszczep. kiedy to miasto zamknęło was i plagę w swoich murach. i wiedzcie o tym. że zaledwie wystarczało żywych. A zatem C) najłatwiej było popuszczać sobie cugli. że w czasach króla Humberta Italię spustoszyła dżuma tak gwałtowna. włosy opadły mu na czoło. lewą wskazuje na jeden z waszych domów. zmęczony czekaniem. nadeszła chwila zastanowienia. Oto dlaczego.' -^ po czym przemówił bardziej głucho. -urwał. Żadna potęga ziemska. Może w tej chwili jego palec wyciąga się ku waszym drzwiom. który powracając do swego wykładu z subtelnością ocenioną wysoko. Ale Bóg nie jest letni. Chcę was przywieść do prawdy i nauczyć was radować się mimo wszystko. zapłacicie mu dość za wa. którą ku wam wyciąga. prawdę mówiąc.rzekleci. na wysokości głowy. jak gdyby wskazywał na coś poza ruchomą zasłoną deszczu. a ile razy uderzał w dom.7-szą zbrodniczą beztroskę. Jeszcze chwila.^ "Bracia moi . . ciało przebiegało t>-\ drżenie. ci z Sodomy i Gomory. zawiedzie ny w swej wiekuistej nadziei. to jego sposób kochania i. i<C3 Sadziliście. < Skończywszy ten długi okres. Bóg Or który tak długo pochylał nad ludźmi tego miasta ^ twarz pełną litości. co powiedziałem. co to grzech. Chciał was widywać dłużej.powiedział z siłą . Przywołał obraz ogromnej maczugi kołującej nad miastem. zmęczony czekaniem na wasze przybycie." Wilgotny wiatr wpadł w tej chwili gwałtownie pod sklepienie i płomyki świec zgięły się trzaskając.y3'" dzielę. odkąd istnieje historia ludzka") Wiecie teraz. ^ że kilka razy klęknąwszy. nawet próżna wiedza ludzka nie może sprawić. wznosi się nad waszymi dachami. zasiądzie w waszym pokoju i będzie czekać na wasz powrót. Bici krwawym biczem na klepisku cierpienia. Po • krótkiej pauzie ojciec ciągnął dale] cichszym głosem: "Czytamy w Złotej legendzie. A do skruchy każdy c^uł się ^ mocny. ojciec Paneloux r". na długo znaleźliśmy sit w ciemnościach dżumy!" Ktoś w kościele parsknął jak niecierpliwy koń. ci sprzed potopu. ale oskarżyciel-C^ skim tonem: {Tak. tylu martwych go opuszczało. Jest tam. kaszel i kichanie uniosły się ku ojcu Pas* 83 f neloux. Myśleliście. jak przychodzi ona do wszystkich miast grzechu. a dżuma wejdzie do was.te same śmiertelne łowy odbywają się dziś na naszych |f ulicach. byście się wymknęli tej ręce. odwrócił oczy. cierpliwa i czujna. abyście byli panami waszych dni. faraon i Hiob. oszczep podzwania o drzewo. kazał pladze przyjść do was. które przez jego ręce udzielało się ambonie. który przygotowuje .

która was zabija. które byłoby nie na miejscu przy temacie tak tragicznym. Trudno powiedzieć. by można było podejrzewać. I wówczas kiedy jedni nadal wiedli skromne życie i przystosowywali się do zamknięcia. Ale nie wszyscy mieli pogląd tak zdecydowany.mowa budzącego się miasta. że wskazawszy na boskie pochodzenie dżumy i karzący charakter tej plagi. Z ulicy dobiegał hałas głosów. bracia moi. pod pokrywą nieba. które chłoszcze. prowadzi nas ku istocie ciszy i zasadzie całego życia. wbrew wszelkiej nadziei. uszlachetnia was i wskazuje drogę. może 85 na skutek zbiegu okoliczności.Minął już czas. Cóż. która naruszałaby tylko pewne ich przyzwyczajenia. poprzestaje na tym i na zakończenie nie będzie się odwoływał do krasomówstwa. czy to kazanie podziałało na naszych współobywateli. że w związku z wielką dżumą w Marsylii kronikarz Mathieu Marais skarżył się. szelest pojazdów . słowo miłości. którzy nie byli dotknięci zarazą. To światło rozjaśnia mroczne drogi wiodące ku wyzwoleniu. Dziś znowu. gdzie zaczynało już szumieć lato. ustalony raz na zawsze. niejasną dotychczas. poprzez ten pochód śmierci. lęku i krzyku. Dziś prawda jest rozkazem. oświadczył doktorowi Rieux. Niemniej ten przykład zawiera w sobie naukę. Tu. Ten szał zbawienia z pewnością nie zasługuje na pochwałę. że za nieznaną zbrodnię zostali skazani na niepojęte uwięzienie. Pan Othon. by przywołać śmierć. Na zewnątrz deszcz ustał. Mathieu Marais był ślepy! Natomiast ojciec Paneloux nigdy nie czuł bardziej pomocy boskiej i chrześcijańskiej ufności. jakie chciałem wam ofiarować. które do wszystkiego wnosi dobro i zło. zawijali się w prześcieradła zadżumionych. ogromne pocieszenie. dżumę i zbawienie. tak samo jak zgodziliby się na każdą przejściową przykrość. że mimo okropności tych dni i krzyków umierających nasi współobywatele skierują do nieba jedynie chrześcijańskie słowo. Nie trzeba być bardziej szybkim niźli Bóg. Kazanie uświadomiło tylko niektórym myśl. który bliski jest pychy. kiedy rady i braterska ręka mogły was pchnąć ku dobru. żyjąc bez pomocy i nadziei. Bóg uczyni resztę. Drogę zbawienia wskazuje wam czerwony oszczep i <m was na nią popycha. Naszym widzącym jaśniej umysłom ukazuje tylko doskonałe światło wieczności. Nawet ta plaga. i energia. Przede wszystkim od tej niedzieli począwszy. przejawia się wreszcie miłosierdzie boże. Tymczasem ojciec Paneloux znów za84 brał głos i powiedział. jak by z tego więzienia uciec. gniew i litość. myśleli tylko o tym. że wszystko powinno być jasne dla wszystkich. które koi. Z początku ludzie zgodzili się na odcięcie od zewnątrz. że to zamknięcie zagraża ich całemu życiu. Przypomniał jedynie. inni. Dawno temu chrześcijanie z Abisynii widzieli w dżumie skuteczny i boski środek osiągnięcia nieśmiertelności. którą z nadejściem wieczora odnajdywali wraz z ochłodą. danych każdemu. Objawia wolę bożą. która niechybnie przemienia zło w dobro. bracia moi. Oto. pojawił się w naszym mieście strach dość powszechny i dość głębofei. co pragnie przyspieszyć niewzruszony porządek. iż znalazł się w piekle. i wszystko. że nasi współobywatele naprawdę osiągają świadomość . Ale świadomi nagle czegoś w rodzaju uwięzienia. na odwrót. ale i słowo. że Paneloux skończył. Słuchacze dyskretnie zbierali swoje rzeczy w ogłuszającym rozgardiaszu. Wydaje mu się tylko. ze uważa wykład ojca Paneloux za "całkowicie niezbity". SQdzia śledczy. abyście wynieśli stąd nie tylko słowo. Ci. Niebo pełne wody i słońca rzucało na plac odmłodzone światło." Czuło się. czuli niewyraźnie. Dowodzi pożałowania godnego pośpiechu. które kryje się w każdym cierpieniu. rzucała ich niekiedy ku rozpaczliwym postępkom. prowadzi do herezji. Miał nadzieję.

czy w sercach. Z -tego punktu widzenia atmosfera w naszym mieście nieco się zmieniła.to lepiej. Ale nie wiadomo. a ponieważ znajdowała się ona nieco wyżej. . żeby go pociągnąć. Wysoka lampa. na szczęście . W ciemności Rieux odgadywał. . ludzie rozmawiali cicho. ciepło alkoholu udzieliło się Jego głosowi. Zmęczony. że sprawy nie układają się tak po prostu i że na przykład wydawcy nie noszą w biurach kapeluszy. że noc pełna jest jęków. kapelusze z głów!" To nagłe oświadczenie zdumiało Rieux. W kilka dni po kazaniu doktor Rieux. Grand tymczasem ciągnął dalej i Rieux nie chwytał wszystkiego. nie w tym. Zrozumiał jedynie. Zbliżali się do dzielnicy Granda.Na szczęście. bez widocznego powodu. że trunek jest mocny. że dzieło.powiedział Grand.rzekł Rieux . że Grand porusza rękami. co zacny urzędnik mówił. oświadczając. kiedy rękopis znajdzie się u wydawcy. umieszczona nad przechodniami. Ale w gruncie rzeczy nic nie wiadomo i Rieux wolał milczeć. ale autor z bolesnym trudem doprowadza je do doskonałości.To wariat . do której weszli. Choć niezbyt zorientowany w obyczajach literackich. czy ta zmiana zaszła w atmosferze. Zaraz potem chciał wyjść. zabłysły nagle. jakby zdejmował kapelusz. Ale nie w tym rzecz.mam swoją pracę. przypomniał mu o niewidocznej zarazie. . że ma suche gardło. płynnie: . wydawca przeczytawszy go wstał i powiedział do swych współpracowników: "Panowie. Głuchy gwizd gdzieś w czarnym niebie. .Na szczęście . Przy kontuarze Grand ku zdumieniu doktora zamówił jakiś alkohol i wypił go jednym haustem. nie.Tak .Napijmy się czegoś.Nie wiem.Widzi pan. I postanowiwszy nie słuchać gwizdu. uniósł bowiem rękę do głowy i wyciągnął ją poziomo. które zapalano coraz później. Wydało mu się. . że jego towarzysz zrobił gest. czy jest zadowolony ze swej pracy. Poszli dalej.. że jestem na dobrej drodze. . doktorze. W małej kawiarni.mówił tamten . W górze dziwny gwizd powrócił z większą siłą.to musi być doskonałe. oświetlone} jedną tylko lampą nad kontuarem. liczy już wiele stron. W tej samej chwili światła naszego miasta. Bezwiednie nasłuchiwał tajemniczego zgiełku dżumy. Rieux wydało się na ulicy. który śmiał się bezgłośnie z zamkniętymi oczami. orzeźwił ich lekki wiatr. że układa zdania. w gęstym i czerwonawym powietrzu. 'Rieux. żeby w ów dzień.. pot ściekał wielkimi kroplami. .Tak . 86 .powiedział Grand.rzekł Grand . Rieux zadał sobie pytanie. . nad światłami. który omawiał to wydarzenie z Grandem idąc w stronę przedmieścia.Ma pan jeszcze tego na długo? Grand jakby się ożywił. chcę. .w naszym mieście będą tylko wariaci . Zdawało się.Cóż. który zarazem oczyszczał miasto z wszelkich hałasów. . poczuł. co Grand miał na myśli. który kiwał się nie postępując naprzód. Rieux pomyślał jednakże. o którym mowa. doktorze. która miesiła niestrudzenie ciepłe powietrze.rzekł Rieux. oświetliła znienacka mężczyznę. sądzę. który wziął urzędnika za ramię.swej sytuacji. poczuł.. zapytał Granda. rozciągniętej niemą wesołością. które wypowiedział nagle. potrącił w mroku człowieka. że Grand drży nerwowo. Po jego białej twarzy.

Niech mi pan wybaczy .powiedział Grand.powiedział . jakie dawało mu niekiedy. . . Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć. powiedział. Ściśle biorąc. Grand jakby nieco się rozpogodził i gdy stanęli przed domem. potem usiadł.Tak .powiedział Rieux . Arkusz drżał w jego ręce.Co pan o tym myśli? Rieux odparł.wybąkał. czy "i" jest. czy nie jest potrzebne.Niech pan nie patrzy .Wieczory. Kiedy potrafię dokładnie oddać obraz.dwa .. . . co mówił. doktorze. Mimo bowiem zadowolenia. co się dziś ze mną dzieje! Rieux uderzył go lekko po ramieniu. dużo.rozumiem. który zapytywał go spojrzeniem. to jest to . Rieux podziękował. kapelusze z głów!" Ale jeśli idzie o to.To tylko szkic. żeby wszedł na moment. czuł ten zamknięty świat. Rieux wstał. które pokrywało mikroskopijne pismo usiane poprawkami. Trudniej już między "i" i "potem". a nade wszystko złudzenie tak wielkie. W jadalni Grand poprosił doktora. . .trzy. . .Tak . słyszał straszliwe wycie. Grand zmieszany szedł obok doktora. Przynajmniej taki był sens tego. kiedy usłyszeli kroki ludzi biegnących pod oknami.trzy.rzekł Grand doktorowi. Uderzył dłonią na płask w papiery.dwa . który mam w wyobraźni. Nie zgodziłby się oddać zdania w takim kształcie drukarzowi. kiedy moje zdanie nabierze rytmu tej przejażdżki kłusem. Rieux zauważył. całe tygodnie nad jednym słowem. Grand spojrzał na niego i uśmiechnął się z pewną wdzięcznością. On także przyglądał się tym wszystkim arkuszom i zdawało się.Nie wiem. .Tu Grand urwał i chwycił doktora za guzik od płaszcza. . wówczas reszta stanie się łatwiejsza. zdawał sobie sprawę. że ten początek budzi w nim ochotę poznania dalszego ciągu. że można będzie powiedzieć: "Panowie. wciąż przyglądając się kartce papieru. ^ . miał jeszcze czas. Ruszył dalej. Ale Grand powiedział żywo." Cisza wróciła i razem z nią niewyraźny hałas cierpiącego miasta. po chwili wahania zaproponował doktorowi. raz . . Trudność rośnie przy "potem" i "następnie". by usiadł przy stole pełnym papierów. Poczekał chwilę. że czoło urzędnika było wilgotne.To moje pierwsze zdanie.rozumiem. .Niech pan zrozumie dobrze. Słowa wychodziły utykając z jego źle uzębionych ust.powiedział Rieux . Rieux zgodził się. Dużo mam z nim kłopotu. mimo wszystko zbliżającego je trochę do komunału. uniósł go w świetle żarówki nie przykrytej abażurem. że pragnie mu pomóc i że ta sprawa bardzo go interesuje. jakie miasto tłumiło w nocy.Ale czy chce się pan czegoś napić? Mam trochę wina.i ^przeczyta mi to.. raz . tak że papier stał się przezroczysty. Przyglądał się arkuszom papieru.Niech pan siada .. Głos Granda zabrzmiał głucho: "W piękny poranek majowy wytworna amazonka. że nie jest to właściwy punkt widzenia. dość łatwo jest wybrać między "ale" i "i". które zdawało się odpowiadać na gwizd zarazy w mieście. 87 . czasem nawet nad zwykłym spójnikiem. Po chwili podniósł oczy. Rieux słuchał jednocześnie czegoś 88 na kształt niewyraźnego brzęczenia. Grand położył kartkę i patrzył na nią.Tak. że nie przylega jeszcze całkiem do rzeczywistości i że w pewnej mierze zachowało łatwiznę tonu. siedząc na wspaniałej kasztance. jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego. ze jeden z nich przyciąga nieodparcie jego rękę. W owej • chwili niezwykle ostro czuł to miasto rozciągające się u jego stóp.

gdy proszono ich o decyzję. nie mówiąc JUŻ o solidnych dyplomach i oczywistej ^ dobrej woli. Rambert odpowiadał. że powstanie to. że to wszystko nie potrwa długo. co z tego zrobię . metodyczni.powiedział Grand. szafowali dobrymi radami. że chodzi tylko o chwilową niedogodność. wylewni wznosili ręce do góry. wreszcie tradycjonaliści. że to nie zmienia w niczym istoty jego argumentacji. posuwali się do gwałtu i próbowali zmylić czujność przy rogatkach. ten rodzaj rozumowania charakteryzował formalistów. Ale znów rozległ się hałas szybkich kroków. U wszystkich najbardziej nawet uderza--C ła ta dobra wola. Ale w danym wypadku te kompetencje nie shiżyły im do niczego. że upór w końcu zwycięża wszelkie przeszkody. znudzeni odwracali oczy. Istota jego argumentacji sprowadzała^ się zawsze~cfo oświadczenia. Byli również ważni. jak Rambert. jeśli idzie o trudności administracyjne stojące na przeszkodzie wszelkiemu okazywaniu względów w obawie. p^ \ Jednakże wobec każdego z nich i za każdym razem. którzy ofiarowywali mu bony na mieszkanie lub adresy niedrogich pensjonatów. którzy mieli określone i uporządkowane poglądy na wszystko. wolnych od podatków. We90 dług klasyfikacji. Jak powiedział. którzy posiadali niewątpliwe wiadomości w zakresu spraw spornych czy ubezpieczeń. którą Rambert przedstawił doktorowi Rieux. którzy kazali mu wypełniać formularze i wkładali je do kartotek. a dawać sobie radę należało. co z wielką odrazą nazywano precedensem. którzy zapewniali petenta. czym jest merostwo lub prefektura. czy zaciągii nięcia się do armii kolonialnej. by uciec z miasta. Odwrócony do okna dodał: . Niektórzy nasi współobywatele. ale z większym uporem i zręcznością. zęby pozostawił im notatkę streszczającą sprawę. Odwiedził więc wielu urzędników i ludzi. że opierając się na nie] powezmą decyzję. na co oświad.. ze to jednak coś zmienia.Kiedy to wszystko się skończy. że jest obcy w naszym mieście. nabrał właściwego pojęcia o tym. ich wiador-Y mości były mniej więcej żadne. Najwidoczniej zmierzali w stronę bram miasta. co dotyczy banku. próbowali również wymknąć się tej atmosferze rosnącej paniki. w pewnym sensie. jak powiadał Rambert . wyczerpany chodzeniem po urzędach. którzy prosili /Ramberta. Rambert bronił swej sprawy. zawsze był zdania. do jego zawodu. gdzie twarze można było równie łatwo przewidzieć jak segregatory i półki z aktami. i pocieszali Ramberta. płodów ziemi czy wreszcie handlu winem. a zatem jego wypadek powinien być odrębnie rozpatrywany"") Na ogół rozmówcy dziennikarza zgadzali się chętnie na to. i informowali go. Rambert nie zaniechał przede wszystkim oficjalnych starań. i wchodząc do biur. Rieux schodził już i kiedy był na ulicy. najliczniejsi ze wszystkich. tracąc głowę 89 pośród upału dżumy.i czano mu. gdy to było możliwe. wskazywali Rambertowi inne biuro lub inny sposób załatwiania sprawy. że sprawa dotyczy również pewnej liczby ludzi i na skutek tego wypadek Ramberta nie jest tak wyjątkowy. Dziennikarz. czekając na wyściełane] ławce przed wielkimi plakatami zachęcającymi do subskrypcji bonów skarbowych. jeśli nie z większym powodzeniem. Obok nich można było jeszcze znaleźć gadułów. Miało to tę dobrą stronę. powierzchowni. eksportu. Najczęściej byli to ludzie. których kompetencji nie kwestionowano zazwyczaj. Wskazywali jednak zazwyczaj. dwóch ludzi przeszło obok niego.Zobaczy pan. Inni. Ale jeśli idzie o dżumę. jak on to sobie wyobraża.

że te informacje zbiera się "na wypadek". często bez wiedzy najwyższych władz i tylko dlatego. że na wypadek. że nie był całkowicie oddzielony od tej. Rzecz jednak godna uwagi. które wysłało mu ankietę. Kilka chaotycznych informacji. były one bowiem cieniste i chłodne. by wypełnił ją dokładnie. Następny okres był dla Ramberta zarazem najłatwiejszy i najtrudniejszy. prośbą. ale że prawda ta była nieco zbyt ogólna. że ten stan odpowiadał prawdzie. mógł dobrnąć do wieczora. czytał gazetę z nadzieją. Był to okres . by przyśpieszyć moment wyzwolenia. Stary piec stygł od miesięcy obw zwiniętego starego szlaucha. pod warunkiem.zapytał Rambert. Wydało mu się. Ale nie było to pocieszeniem. Praktycznie biorąc. co nazywano curricu91 lum vitae. Odwiedził już wszystkie urzędy. która na niego czekała. kiedy w kawiarniach. Była to godzina. że w pełni katastrofy urzędy pracowały nadal i działały tak samo jak w in nym czasie. opóźniano możliwie najdłużej 92 zapalenie świateł. Ale poczekalnie. że jest to godzina. odwracał się z niesmakiem od wyrazu smutku na ich twarzach i przeczytawszy po raz setny szyldy sklepów z przeciwka. powiedziano mu. Rambert spędzał też-długie chwile__na^xiwor(c)iA» Wstęp na perony był zabroniony. czy należy koszty szpitala wliczyć do budżetu miasta. na skutek rozporządzenia z góry. potwierdziło to wrażenie. zaś w sytuacji. że pozostał przy życiu. jak mógł stwierdzić Rambert. rozwój dżumy wymykał się jego uwadze.Na wypadek czego? . z drugiej zaś wiedzieć. jaką odnajduje się na dnie opuszczenia. . wstawał i szedł żółtymi ulicami miasta. różowość zachodu odbijała się w szybach i marmur stolików połyskiwał słabo w nadciągającej ciem* ności. Rambert dotykał tu owej strasznej wolności. Dowodziło to oczywiście. --(c)trzymał z prefektury ankietę in~Elanc(T~z. Obrazy. Pośrodku pustej sali Rambert wyglądał jak zagubiony cień i Rieux pomyślał.e. czy wejść. że maskowało prawdziwą sytuację. i w dni upalne siadywali tu czasem żebracy. zostawiano otwarte. Wyjaśniono mu. uprzedzić rodzinę. Zmierzch ogarniał salę jak szara woda. Przenosząc się samotnie z kawiarni do kawiarni. Nie mówiąc już o tym. poczynił wszelkie kroki. Rieux musiał przyznać. a stamtąd do restauracji. Rieux odwrócił się. dawnymi i obecnymi środkami utrzymania oraz tym. * W pewnej chwili Rambert poczuł _nadzj_ej. Siadał rano na tarasie przy szklance letniego piwa. aby. do kresu jego próby. kie-> dy Rambert nie broni się przed rozpaczą.doktorowi z odcieniem goryczy. Potem siadał w kącfe^Sala była mroczna. każdy miniony dzień zbliżał każdego. społeczeństwo zajmowało się nimi. których już nie podawano. że zostały do tego stworzone. zebranych w jakimś biurze. wywieszki zabraniające pluć i przepisy policji kolejowej. Ale gdy Rambert zabrał się do tego poważnie i znalazł biuro. z jednej strony. reklamy znanych aperitifów. Ankieta interesowała się jego tożsamością. że chodzi tu o ankietę mająca na celu spis osób. sytuacją rodzinną. od tej strony wyjścia były na razie zamknięte. gdyby zachorował i umarł na dżumę. które można odesłać do ich stałych miejsc zamieszkania. czy spodziewać się zwrotu od krewnych. Na ścianie kilka plakatów zachęcało do szczęśliwego życia w Bandol czy Cannes. które najtrudniej było mu . Rambert czytałJStare rozkłady jazdy. kiedy wszyscy więźniowie tego miasta odczuwali rozpacz. Pewnego wieczora właśnie Rieux zauważył dziennikarza przed drzwiami kawiarni: Rambert wahał się. i trzeba było coś zrobić. do których wchodziło się od zewnątrz. Wreszcie zdecydował się i usiadł w głębi sali. że znajdzie w niej jakieś znaki bliskiego końca choroby. patrzył na przechodniów ulicznych. Błąkał się więc od kawiarni do kawiarni. w której znajdowało się całe miasto. Ale była to godzina.odrętwienia. że w ten sposób dni upływały szybciej.

Kiedy patrol znikał. ożywienie zmalało i w tej dzielnicy. kiedy się to zdarzało. wszystkie drzwi i okiennice były zamknięte.'Na przedmieściach. które miały tarasy. nad którą władzę sprawowała zaraza. puste ulice wokół Panteonu i kilka innych miejsc w tym mieście. o tej godzinie śpi się i to uspokaja. Pogoda ustaliła się. Był koniec czerwca. lato wybuchnę-ło nagle na niebie i nad domami. palący wiatr. pomiędzy ulicami ciągnącymi się płasko i domami. ale w mieście. że Rambert lubi wyobrażać sobie ^wówczas kobietę. Czasem rozlegały się wystrzały patroli specjalnych. przynajmniej tak mówił doktorowi Rieux. gdzie przesadzano we wszystkim na skutek upału i strachu. którzy pilnie nasłuchiwali. Te suche detonacje przyczyniły się do stworzenia w mieście atmosfery alarmu. mówiono o zabitych. Była to bowiem godzina. przygnębienie ogarnęło miasto. że nasze władze obawiały się najgorszego i poważnie zastanawiały się nad środkami.^ | Tłok przy bramach zmusił żandarmów do użycia arom. zrozumiał to tak./Ale po tylu alarmach serca stały się nieczułe . na ulicach widywano często ciekawskich. _^ Dla przerażonych serc naszych współobywateli wszystko zresztą w tym upale i ciszy nabierało większego znaczenia. nawet jeśli noc była nocą zdrady. Jednakże z kilku domów dobiegały \ jęki. Dzienniki drukowały dekrety. O czwartej nad ranem człowiek na ogół nic nie robi. ciężka i nieufna cisza spadała na zagrożone miasto. o którym nie wiedział. z głębi własnego doświadczenia. nie wiadomo. zgodnie z niedawnym zarządzeniem miały one zabijać psy i koty. Patrole krążyły po mieście. Pejzaż ze starych kamieni i wody. czy przed słońcem. i wszyscy przechodzili lub żyli obok skarg. Tak. które mogły przenosić pchły. czy chronili się w ten sposób przed dżumą. W każdym razie jest prawdą. Byli na pewno ranni. I tego dnia. gołębie z Palais--Royal i Gare du Nord. gdzie ludzie mieszkali zawsze na progach swych domów. Słońce prześladowało naszych współobywateli we wszystkich zakątkach ulic i jeśli zatrzymywali się choć na chwilę. Każdy rozumiał z trwogą. ja94 kie należałoby zastosować. śpi. Nazajutrz po spóźnionych deszczach. Fale żaru i światła nieprzerwanie zalewały miasto.wówczas udźwignąć. pojawiali się często strażnicy na koniach i przejeżdżali pomiędzy rzędami zamkniętych okien. posunęła się do buntu. która dochodziła do siedmiuset tygodniowo. którą ono kocha. doktor bez trudu. że lubi się budzić o czwartej nad ranem i myśleć o swoim mieście. poprzedzam uderzeniami kopyt o bruk. kiedy mógł ją pochwycić. że tak je kocha. że prócz ulic z arkadami i mieszkań nie ma w mieście żadnego miejsca wolnego od oślepiającego blasku. które upamiętniły niedzielę kazania. gdy nadszedł czas nieobecności. jak gdyby byl^. były obrazami Paryża. że dziennikarz utożsamiał te obrazy z obrazami swej miłości. pogrążyć tę istotę we śnie bez snów. które ponawiały zakaz opuszczania miasta i groziły karami więzienia przestępcom. Niedługo po kazaniu rozpoczęły się upały. Dawniej. albo. Po raz pierwszy wszyscy stali się wrażliwi na barwy nieba i zapachy ziemi. Na pustych i przegrzanych ulicach. Najpierw zerwał się wielki. one naturalnym językiem człowieka. Zdawało się. wiał przez cały dzień i wysuszył mury. prześladowały Ramberta i nie pozwalały mu zabrać się do czegokolwiek określonego. który może skończyć się dopiero w dniu połączenia. gdyby ludność. że niezadowolenie wciąż rosło. Ponieważ te pierwsze upały zbiegły się z gwałtownym wzrostem liczby ofiar. że upały wspomagają epidemię. dosięgało ich natychmiast. i każdy . które znaczą zmiany pór roku. Rieux myślał jedynie. którą zostawił. kiedy Rambert powiedział mu. skoro wielkim pragnieniem niespokojnego 93 serca jest posiadać wciąż istotę. co wywołało głuche wzburzenie.

wrócił do pokoju. kilka ołowia-f nych splunięć zabiło większość kotów i sterroryzo-f wało inne. które nie informowało już o setkach zgonów w tygodniu. ponieważ sto trzydzieści jest mniejszą liczbą od dziewięciuset dziesięciu. Na targi nie przywożono już kwiatów w pąkach. że lato się zadomawia. zbadał !' wyloty ulic i zrezygnowany czekał.. by zabezpieczyć się przed ewentualnym zarażeniem. Jego ręka uderzała lekko o kraty balkonu. po czym zamknęła okiennice nad gęstym cieniem pokoju. Rzecz oczywista. o którym nie mówi się więcej. jak pisał Tarrou." . stary odpowiadał: "Ach. Ale ta łajdacka choro"-ba! Nawet^ci. gdybyż to było trzęsienie ziemi! Mocny wstrząs. ale przypominał. nie był już na miarę tych czerwonych zmierzchów. %nikł nagle. które oddalają horyzont w naszych stronach. Tarrou przyznawał mu. Do-lt wiadujemy się więc. roztrwoniła w tysiącach kwiatów rozkwitłych wszędzie wokół i że teraz uśnie. który przechadzał się tam i z powrotem. że wiosna się wyczerpała. że śledził i ogólny rozwój dżumy. Słońce dżumy gasiło wszystkie barwy i zmuszało do ucieczki każdą radość. Liczy się zmarłych. która w pustej dzielnicy z zamkniętymi okiennicami otworzyła nagle okno i krzyknęła dwu' krotnic głośno. Krzyk jerzyków w wieczornym niebie wątlał nad miastem. Tego samego dnia •j o zwykłej godzinie mały staruszek wyszedł na bal-i koń. Nieustanne słońce. że przewidział to. że spotka w hallu ponurą postać nocnego strśża. te ulice blednące od kurzu i nudy miały ten sam groźny sens co stu zmarłych. uparcie zamknięte okna kryły zrozumiałe zmartwienie. Co robić w takich warunkach? Tarrou znów daje najwierniejszy obraz naszego życia podówczas. Straciły miedziany blask szczęśliwych pór roku. Ale gdzie indziej notował. zapisując mianowicie. których nie tknęła. Wyobrażają sobie. miażdżona powoli podwójnym ciężarem dżumy i upału. Przeciwnie. Poczekał jeszcze. wyszedł znowu. pochylił się. iż pewien zwrot w epidemii podkreśliło radio. "W czasie dżumy zabrania się pluć na koty" . po pewnym czasie. które opuściły ulicę. za czym. Pewnego ranka rozle-^ gły się wystrzały i. roz-^ drobił nieco papieru. co się stało. że mały staruszek od kotów |' przeżywał również tragedię. stu siedmiu i stu dwudziestu zmarłych dziennie. były otwarte. Kiedy Tarrou wracał wieczorem do hotelu.. godziny o smaku snu i wakacji nie zapraszały już jak dawniej na święta wodv i ciała. Stróż nieustannie przypominał każdemu wchodzącemu. Po tygodniu Tar-rou na próżno czekał na codzienny widok. 95 Była to_jedna z wielkich rewolucji choroby. Nadal też obserwował swoje ulubione postaci. że przewidział nieszczęście. ponieważ wielu ludzi ssało je. Wszyscy nasi współobywatele przyjmowali zazwyczaj lato 1 z radością. noszą ja w sercu. Ta sama ] scena powtórzyła się w następnych dniach. Nie ulegało wątpliwości. ale na twarzy małego staruszka można było wyczytać coraz bardziej widoczny niepokój i smutek. "Dzienniki i władze chcą i przechytrzyć dżumę. żywych. zamykając za sobą drzwi balkonowe ze złością. którzy co dzień przydawali ciężaru miastu. okazał pewne zdumienie. ale o dziewięćdziesięciu dwóch." Ukazywał również stronę patetyczną czy wizualną epidemii pisząc o owej kobiecie.widział zarazem. Tego lata natomiast dostęp do bliskiego morza był zabroniony i ciało nie miało już praw do swych radości.taki wniosek zawierały notatki. zawsze był pewien. że stróż mówił o trzęsieniu ziemi. i sprawa załatwiona. Dla wszy&tkich naszych współobywateli to letnie niebo. że pastylki mentolowe zniknęły z aptek. że odbiorą jej punkty. Miasto otwierało się wówczas ku morzu i wyrzucało młodzież na plażę. dżwięczały pusto w zamkniętym i milczącym mieście. i po rannej sprzedaży ich płatki pokrywały zakurzone chodniki.

powiedział dyrektor do Tarrou. Często pytał Tarrou. pozo' stawali w hotelu. W notatniku znalazło się także sprawozdanie z kazania ojca Paneloux. z zawodu kramarz. i przy tej okazji wspomniał o jasno-brązowych oczach pani Rieux-matki. Był u niego z doktorem po ich spotkaniu. W chwili nieszczęścia człowiek oswaja się z prawdą. oparty o poduszkę. więcej teraz lekarzy niż chorych. w drugim powracają znowu. ale z następującym komentarzem: "Rozumiem ten sympatyczny zapał. Ale pan Othon nie zmienił się z powodu takiej drobnostki i tym razem dżuma była wystrychnięta na dudka. od dawna już zamknąłby swój hotel.chłody stanowią przeszkodę dla chorób tego rodzaju. . Czekajmy. Stary przyjął Tarrou szyderczym' śmiechem i zacieraniem 98 rąk. co? Proboszcz ma rację. Jak wynikało ze zdobytych wiadomości. to dofcrze zasłużone. Położył się i odtąd nie wstał więcej. z których przedtem wszystkie pokoje były zajęte. skoro nowi podróżni nie przyjeżdżali już do naszego miasta." Był zresztą pewien.O. . proszę pana. Ubrany na czarno jak jego siostra. a na skutek tego i cała jego rodzina. Z początku podróżni. że spojrzenie. a potem siadały dzieci. Gdy zaczyna się plaga i kiedy się już skończyła.Ach. ten zdechnie kompletnie ubrany. W każdym razie to zanosi się jeszcze na wiele miesięcy.Świat si^ przewrócił. Ale dyrektor był stanowczy i miał w tej sprawie zdecydowane poglądy.Dyrektor był równie przygnębiony. Nazajutrz Tarrou przyszedł bez uprzedzenia. że z tego punktu widzenia wszyscy są podejrzani.tak. A oni . a na7 . którego leczył Rieux. Tarrou był jednym z nielicznych gości i dyrektor przy każdej okazji zwracał mu uwagę. Szybko idzie. że podróżni długo nie będą przyjeżdżać do miasta^ Dżuma była ruinąturystyki. Mówił o niej tylko tyle. że dosyć już zrobił. jego żona pielęgnowała. jak długo może potrwać epidemia. nie mogąc opuścić zamkniętego miasta. mając pięćdziesiąt lat doszedł do wniosku. powiedział do Tarrou: . Jeśli wierzyć jego notatkom. Po krótkiej nieobecności w restauracji znów zjawił się pan Othon. to znaczy z ciszą. wyglądał niby mały cień swego ojca.Z kwarantanną czy bez. człowiek-sowa. . proszę pana. który nie lubił pana Othona. Tarrou zwracał mu uwagę. że dała dobre rezultaty. Stróż nocny. choć pozycja stojąca nie . Ale epidemia się przedłużała i wielu z nich wolało zamieszkać u przyjaciół." Dyrekter wpadał w zdenerwowanie: "Ale tu nigdy nie jest naprawdę zimno. Wchodził w taki sam sposób do sali restauracyjnej. Nie trzeba go będzie stroić. Tylko chłopiec się zmienił. z tych samych powodów. ani ja nie jesteśmy podejrzani. .Nie lubię takich rzeczy . że gdyby nie to. ale nieco bardziej skupiony. teraz były one puste. Pójdzie od razu. że chciał wyświadczyć uprzejmość ostatnim klientom.powiedział na widok Tar-rou. dodając przy tym uwagę dość dziwaczną. do których wygłaszał niezmiennie dystyngowane i nieprzyjazne zdania. siadał.Nie. W pierwszym wypadku trwają jeszcze dawne przyzwyczajenia. jeszcze jeden . . "Podobno . Tak więc. w którym czyta się tyle dobroci. Był w łóżku. za czym poświęcił dość długie ustępy staremu astmatykowi. przed sobą miał dwa garnki z grochem.mówił Tarrou . uprawia się zawsze nieco retoryki. że miał długą rozmowę z doktorem Rieux. ani pan. będzie zawsze mocniejsze od dżumy. stary astmatyk.Dżuma 97 stępnie pochowała swoją matkę i teraz przechodziła kwarantannę. ale jedynie w towarzystwie dwóch tresowanych psów. jest to osobnik podejrzany." Tarrou notował wreszcie.

świadczy o tym. ziarnko po ziarnku.przy pomocy dwóch garnków. Napełniał drugi. wydaje się.^* Jednocześnie jednak Tarrou opisywał dość dokładnie dzień w zadżumionym mieście dając w ten sposób właściwe wyobrażenie o zajęciach i życiu naszych obywateli podczas tego lata: . że umrze bardzo stary. podobnie jak inne. . kiedy musiał pojechać do Algieru w sprawach rodzinnych: wysiadł na najbliższej stacji nie czując się na siłach zapuszczać się dalej. Sprzeczność zresztą nie 7* 99 przerażała go wcale.. jakie /---» prowadził. które dźwigał wesoło. na których wybucha słowo «Dżuma». które wielokrotnie wyv rażał swemu rozmówcy. O tej godzinie."^ brać w każdej chwili. Ale po kilku następnych uwagach Tarrou zrozumiał.. Ale napis na niektórych: «Zamknięte z powodu dżumy».mówił .» «Stu dwudziestu czterech zmarłych .oto bilans dziewięćdziesiątego czwartego dnia choroby. Opuścił miasto tylko jeden raz. "Po piętnastu garnkach . ani kawiarnia. zwłaszcza zaś godziny posiłków . ani kobiety. odpowiada: Nie. Nie znosił widoku zegarków i w całym domu nie było ani jednego. wyciągając końcem palców arku-C\ sze.ci zaś za bardzo się~smieją. który stawia sobie za zadanie: 100 «Informować naszych współobywateli o postępie lub cofaniu się choroby dbając o największą obiektywność. w przeciwnym bowiem razie księża byliby niepotrzebni." "Za CZym T-n^pr^yn^ flpia* ^Wczesnym rankiem lekkie powiewy przebiegają przez puste jeszcze miasto. "Zegarek jest rzeczą drogą i głupią" .^ ce." Według tego zresztą.pogarszała choroby. że żywił głębokie pragnienie. Wkrót-. jaki w astmatyku wywołały częste kwesty w jego parafii. ani przyjaciele. za młodu już znać było powołanie kramarza. ani muzyka. że w drugiej dni czło. druga zstępująca. na skutek czego pewne periodyki musiały zmniejszyć ilość stronic. że Bóg na pewno nie istnieje. kiedy się budził. Nic go naprawdę nie interesowało.zapytywał siebie Tarrou. astmatyk wytłumaczył mu z grubsza. powiedział bowiem w chwilę potem do Tarrou. z których jeden był pełen grochu.$mj. y najlepiej więc nic nie robić. uważnym i regularnym ruchem. Sprzedawcy gazet śpią jeszcze i nie wykrzy-' "\ kują nowin. Zęby dopełnić portretu starca. że ta filozofia była ściśle związana z kiepskim humorem. I odpowiadał: "Tak.mówił Tarrou .ejciJ3ie^ tylko pijacy . Obliczał czas.należy mi się przekąska. Wrócił do domu pierwszym pociągiem. dostarczać im świadectw najbardziej autorytatywnych o perspektywach epidemii. (^Tarrou dziwił się trochę zamkniętemu życiu.jedyne.. że nie zostaną otwarte wkrótce. trzeba dodać. lwedług religii pierwsza połowa życia człowieka jest -^. "Czy jest to święty?" . powstał nowy dziennik: ^Kurier Epidemii». jeśli świętość jest zespołem przyzwyczajeń. wstępująca. co mówiła jego żona. ani spacery.» Mimo wciąż zaostrzających się trudności z papierem. ani praca. miał nadzieję.mawiał. To całkiem proste. wsparci o mur na rogu ulicy podają latarniom swój towar gestem somnambulików. pomiędzy zgonami w nocy i agoniami poranka. nic tu zrobić nie jest w mocy. że dżuma ustała na chwilę w swym wysiłku i nabiera oddechu. Przy pomocy niewielkiej renty dożył siedemdziesięciu pięciu lat. W ten sposób odnajdywał punkty orientacyjne w dniu mierzonym garnkiem.'<^ wieka nie należą już do niego. jakie go obchodziły . «Czy dżu-J ma potrwa do jesieni? Profesor B. że ^T. obudzeni pierwszymi tramwajami. Wszystkie sklepy są zamknięte. rozbiegają się ^ po całym mieście. że można mu je ode.

Niedawno w niektórych restauracjach wywieszono napisy: «Tu myje się nakrycia wrzątkiem.użyczać swych kolumn wszystkim ludziom znanym lub nieznaaym.» Ale powoli zrezygnowano z wszelkiej reklamy. kłócą się albo pożądają. kiedy s) ci. który staje się chroniczny^ Po przejeździe pierwszych tramwajów miasto budzi ^ się powoli. kurz. wstał i chwiejąc się na nogach skierował ku wyjściu. co nic nie robią. Potem otwierają się sklepy. podtrzymywać ducha ludności. Ujrzymy mediolańskie saturnalia na skraju grobów. spadającym na tłumne i rozgadane miasto. Tymczasem słońce idzie do góry i żar z wolna po. C. Klient zresztą chętnie wydaje pieniądze. swobodniejsze staną się 101 również obyczaje. wszyscy. przekazywać zarządzenia władz. kandydaci do posiłku czekają na swoją kolej. W cieniu wielkich markiz. na odwrót. żeby znaleźć się wreszcie daleko i s-od innych^ Często wybuchają sceny wynikające jedy.y». ponieważ jakiś klient poczuł się niedobrze.. co znają źle i co wydaje im się bar102 . zbladł. zagłuszają się rozmowami." ć^) nie ze złego humoru. które kończą się płonącym wieczorem. że większość postawiła sobie za zadanie zażegnać O dżumę pokazem swego zbytku. Biesiadnicy tracą długie chwile na cierpliwe wycieranie nakryć. Wydaje v^ się. Rzec? ciekawa jednak. ponieważ upraszczają znacznie problem zaopatrzenia w żywność. ożywiają ulice. Niebo od nadmiernego żaru zaczyna tracić światło. Zdaje się również.\J^ rierki trzeszczą z przeciążenia. Ale nie uwalniają od lęku przed zarażeniem. ustawiających się u drzwi sklepów na godzinę z górą przed ich otwarciem. i można tu odczuć ową namiętność życia. którzy chcą walczyć z plagą. i pod czerwonym niebem lipca miasto. Na próżno co wieczór na bulwarach natchniony starzec w kapeluszu i fantazyjnym krawacie idzie przez tłum. skupić dobrą wolę do skutecznej walki ze złem. przyjdźcie do Niego».^. «Przynieś swój '•') cukier» itd. i najdroższe przystawki to początek wyścigu rozpasania. Podczas pierwszych dni upału.^zdłuż~"wieIkIcK~^zarych "domów żar płynie nieustannie.» W rzeczywistości ten dziennik ograniczył się bardzo szybko do publikowania ogłoszeń nowych preparatów. na skraju ulicy trzaskającej od słońca. około jedenastej. odpływa ku dyszącej nocy. wieczorami było niekiedy pusto.O wieka ołowiem niebo lipcowe. Jeśli epidemia się rozszerzy. żeby uniknąć wzajemnego zarażenia. Szlachetne wina albo takie. Jest to godzina. wychodzą na bulwary. stopnie i ba. Bardzo szybko przy drzwiach formują się małe grupy ludzi. ciężkie od miłosnych par i krzyku. a potem w tramwaja&h. ^Okpło drugiejngiasto^Jfiusto^zele powoli i jest to chwila. które w nas godzi. kiedy cisza.^ rami widać napisy: «Nie ma kawy».^ Tramwaje są teraz jedynym środkiem komunikacji i posuwają się z trudem. Restauracje są przepełnione. ^••y' wszyscy jadący w miarę możliwości odwracają się do ^>--•-siebie plecami. niezawodnie zapobiegających' dżumie. śpieszących. Około szóstej zaczyna się sprzedaż tych wszystkich gazet w ogonkach. które przepełnione przyjeżdżają z przedmieść. W południe restauracje zapełniają się w mgnieniu oka. Wszyscy wychodzą wtedy na ulicę. powtarzając bez wytchnienia: «Bóg jest wielki. Co dzień. pierwsze lokale otwierają się. Są to długie uwięzione godziny. która rośnie w łonie wielkich nieszczęść. słońce id^uniasp^^Kają srg na"^JJ. że w pewnej restauracji wybuchła panika. odbywa się na głównych ulicach defilada młodych mężczyzn i kobiet. słowem. nad kontua. Ale teraz pierwsza świeżość przynosi odprężenie. jeśli nie nadzieję. które za szlachetne uchodzą. którzy nie mogli znaleźć miejsca. śpieszą ku czemuś. nie wiadomo dlaczego. Na przystankach tramwaj wyrzuca ładunek mężczyzn ^? i kobiet. skoro klienci i tak muszą przyjść.

która stała na biurku.Nic mi to nie przeszkadza. ożywiało się wówczas. doktor patrzył na matkę siedzącą spokojnie na krześle w kącie jadalni. . Oświetlenie nocne zmniejszono o dwie trzecie.Tak . Jej piękne brązowe spojrzenie cofnęło go ku latom czułości. .QO^^^orms^^ "to dżuma płucna^ Tego samego dnia odbyło się zebra-^ ~rne.ia zapntnwann w mie-JCie~4wa^JaQ(r)aa^^. czekając na niego. że spojrzenie matki spoczęło na jego czole. . Tego wieczora. Zauważył. Przyznaję im słuszność. co pracowite życie pozostawiło w niej niemego. że ona tak mówi. czy to na niego czekała. Rieux nie był nawet pewien. że nowe serum przy183 słane z Paryża wydawało się mniej skuteczne niż poprzednie i że statystyki poszły w górę.Czy boisz się. kiedy wierzyli. Byli rozdzieleni jedyną palącą się w pokoju lampą. I ja także jestem jak oni.Cóż. Ale cóż! Śmierć jest niczym dla ludzi takich jak ja.rzekł Rieux. .dziej naglące niż Bóg. Najczęściej zapobiegawcze szczepienia z serum można było zrobić tylko rodzinom dotkniętym już chorobą. Tu i ówdzie palące się słabo latarnie rzucały trochę blasku w ciemność miasta. o którym mówi w swoich notatkach. W półmroku klatki schodowej Tarrou wyglądał jak wielki. Potem zapadała w ciszę. Czy masz wiadomości? . Ale kiedy zobaczyli. w gorącym i zakurzonym zmierzchu zamienia się w dzikie podniecenie. kiedy skończyła się już krzątanina domowa. Wszelka obawa. która w ciągu dnia maluje się na twarzach. .Prawdopodobnie. czekała. Jak zwykle nic nie wiedziano. gdy się zjawiał.Czy oświetlenie będzie ograniczone przez cały czas trwania dżumy? ." To Tarrou poprosił Rieux o spotkanie. że niepokój i przepracowanie ostatnich dn poryły mu twarz. skoro wiem. że jest to choroba jak wszystkie inne. by uniknąć zarażenia z ust do ust w przy-0\ padkach dżumy płucnej. . Złożywszy ręce na kolanach. i torturowały chorych."'w czasie Którego umęczeni lekarze zmusili zde-^. taki sam jak zazwyczaj. Na początku. Wiedział. jeśli wierzyć ostatniemu telegramowi. myślę o tym. Tutaj spędzała czas.zapytała pani Rieux. . szaro ubrany niedźwiedź.Dni są długie i nigdy mnie tu nie ma. by usiadł przy biurku. zorientowanego prefekta do zastosowania nowych środków. żeby upowszechnić zastosowanie serum. religia była na swoim miejscu. matko? . A kiedy cię nie ma. . .Byle tylko nie zimą.NiedDbry dzień był dzisiaj? . wszystko dobrze. jak gdyby nadszedł czas ich twardnienia.spytała pani Rieux. Pnpr7:fidmpgn dp. . Popatrzył na matkę.Tak. Wtedy byłoby smutno. Tego wieczora patrzyła przez okno na pustą teraz ulicę. która rozpłomienia cały lud. Dymienice nie otwierały się przy nakłuciu.W moim wieku nie zma się wielkich obaw. w niezdarną wolność. co robisz. Doktor uśmiechnął się do matki ł poszedł otworzyć. że przyjdziesz. Rieux poprosił gościa. że na ciebie czekam. Sam stanął za swoim fotelem. Jednakże coś zmieniało się w twarzy jego matki. Wszystko. Jak zazwyczaj! To znaczy. żeby mnie uspokoić. Rozległ się dzwonek przy drzwiach. przypomnieli sobie o rozkoszy. Ale wiem. że to rzecz poważna. Trzeba by ogromnej produkcji.

105 .Nie wątpi pan oczywiście. .rzekł Rieux. ale z niewielkim skutkiem. Czy pan się dobrze zastanowił? Tarrou patrzył na niego szarymi i spokojnymi oczami.Pan jest dobrze poinformowany. że prefektura zamierza stworzyć coś'w rodzaju służby cywilnej. . Pozwala urosn rym.powiedział Rieux. drogą oficjalną i nie bardzo wierząc w rezultaty. .Dlaczego-nie pomyśli się o ochotnikach? . Nigdy nie są na y/ycokości zarazy. bym mógł się tym zająć. że sam wezmę w tym udział. Tym ludziom brak wyobraźni. R!eux ledwie dostrzegalnie podniósł głos rou zrobił ruch ręką. niż się wydają. .Prawdopodobnie .Tak . Ale p chrześcijanie czasem tak mówią.Zrobiono to już.rzekł Rieux. jeśli idzie o to. Zresztą.Wiem .A więc mam plan organizacji ochotniczych oddziałów sanitarnych. W każdym razie muszę pana uprzedzić. co nazwałbym czarną robotą.Mam wstręt do wyroków śmierci. zginą.Ale ta praca może skończyć się śmiercią. że to prawda. . jakie wymyślają. myśląc t lepsi. zaś środki. Mam wszędzie trochę przyjaciół i od nich zaczniemy. . . żeby to byli wolni ludzie.Y/olałbym. Kiedy się jednak widzi biedę i cierpi przynosi. że otwiera oczy. żeby gc Uśmiechnął się.To prawda . dok Pytanie było postawione w sposób i Rieux odpowiedział na nie tak samo: .Co pan myśli o kazaniu Paneloux. .Organizacja służby sanitarnej jest kiepska. myślenia." Czy f stanowił? . by ludzie zdrowi wzięli udział w ratowaniu miasta. . jakby po to..Tak. oni nie mają wyboru.powiedział Rieux wzruszając mi. .. Jeśli pozwolimy im działać..Ja również. i zostawmy administrację na boku.Ale pan mi nie odpowiedział.powiedział.Zbyt długo przebywałem w szpital acł patyzować z ideą kolektywnej kary. że swoje dobre strony. 104 . . Postaram się uzyskać zgodę prefektury.Muszę jednak powiedzieć. . . . . ślepcem kiem. Ale. Rieux się zamyślił. czy za miesiąc nie przyda się pan już na nic. pan wie o tym dobrze. . Rieux znowu przyznał.Trzeba pomocy zwłaszcza w naszym zawodzie. . Ale właściwie dlaczego? . są zaledwie na miarę kataru.Za dwa tygodnie. Doktor skinął niecierpliwie głową . . że .Jednak uważa pan.A więc? .powiedział Tarrou bez wstępów . Brak panu ludzi i czasu. Ale niezadowolenie jest wielkie i prefekt waha się. jak Paneloux. że zgadzam się z radością .Jak wszystkie choroby na lym świec co odnosi się do wszelkiego zła na tym ś\ nosi się również do dżumy. trzeba być szaleńcem. żeby się na nią zgodzić.Dowiedziałem się. że pomyśleli również o więźniach. Zresztą są i tak przeciążeni. Rieux spojrzał na Tarrou. Rzecz prosta. a my wrą? z nimi. wypadki wezmą górę nad panem.że mogę mówić z panem wprost! Rieux zgodził się w milczeniu. Niech mnie pan upoważni.

nie wierzy w niego ponieważ nikt nie poddaje się całko-x. to nie powód. . tyle. że moja niechęć ^ rządek świata.Nie sądzę. nawet Paneloux. to . odpowiedzieć pytaniem? shnął się z kolei.złowiekowi. Potem stałem się bardzie Po prostu nie jestem wciąż przyzwyczaj( doku śmierci.Nie wiem. ale cóż to znaczy? Jestem w i próbuję widzieć jasno.Czy pan wierzy w Boga. Już od dawna to uważać za oryginalne.Tarrou usiadł wygodniej w fotelu i zwr w stronę światła.rzekł . że trzeba Ale mam tylko tyle pychy. przysięgam panu.Proszę. I zrozumiałem wti będę mógł się do tego przyzwyczaić. Rieux jakby się zasępił. l .ekł . Nie wiem nic więcej.Ale w końcu? .podjął doktor i zawah cze. który młodzi ludzie. 187 . piej jest dla Boga.Nie.jest którą człowiek taki jak pan potraf i Izrozu: jednak śmierć ustanawia porządek świat. że nastr gólne trudności dla syna robotnika jak j. ile Jest li mi pan wierzy. . zobaczyłem. że tu przynajmniej jest na skoro walczy przeciw światu takiewiedził Tarrou . myśli. Czuł suchość w us . jak się umiera. powiedział Tarrou. doktorze? tytanie-znów było postawione w sposób Tym razem jednak Rieux się zawahał.W końcu. .odparł doktor powracając do Inął cicho i doktor spojrzał na niego. Ale wyobrażam czym ta dżuma jest dla pana. Będzie pr czyć z nieszczęścia. który wydawał mu się 3ki. . zanim zechce wykazać j nałość. |c z cienia doktor odparł. . . myśli jak ja. jeśli nie wierzy pan w Bo-<i pańskiej odpowiedzi sam potrafię ••»-ua. .pan sobie powiada.rozi pańskie zwycięstwa zawsze będą tymcfea.potwierdził Tarrou . zawód jak każdy inny. by zwierzyć się trochę temu . co mnie tąpi po tym wszystkim.Nie.Zawsze. w Boga wierzy.. . ajemniczość .Czy nie to dzieli pana od Paneloux? . . Potem oni zastanowią 3ię najpilniejszą sprawą jest ich leczyć. Byłe: młody i zdawało mi s-ię.Dlaczego oka-aświęcenia. wiem o tym! Ale to nie p zaniechać walki. oto wszystko.. Na razie są ich leczyć. którzy nie zgadzają się na śmierć? pan kiedy kobietę krzyczącą: "Nigdy!" śmierci? Ja słyszałem.emu? .Tak .rzekł. Ale Rieux zamilkł i usiadł. jeden z tych. Czuł jedynie Iczył jednocześnie z nagłym i nieroz-eniem. że dał JużJ^ gdyby wierzył we wszechmogącego •f leczyć ludzi zostawiając Bogu tę tro-vaż nikt na świecie. Nie wiem.skoro pan nie chce od^chnął się nie ruszając się z fotela. Paneloux jest człowiekiem dość napatrzył się śmierci i dlatego mówi jakiejś prawdy. mogę.powiedział łagodnie 1 . patrząc na Tarrou z uwagą . . bo chciałem być lekarzem. Czy pan wie dzie. Może także dlatego. 106 ego twarz była teraz w cieniu. . Ale najskromniejszy ksiąc który zajmuje się swoimi parafianami i t dech umierającego. Ciemna gęstość hory-i odgadnąć w dali morze. że nie wierzy się w nie ze wszystkich sił ze śmiercią. że nie w wybrałem ten zawód.ił się ku oknu. gdzie on milczy. nie wznosz temu niebu. był to wybór w pev abstrakcyjny.więc jest pan leka-?ceJ .

m bardzo rada. tylko tyle . . Tarrou chwycił się ramienia sądzi pan. sdź w ciemności zabrzmiała tak samo sponaleźli się na ulicy. i doktor się zgodził. Miasto było nieme. który mył trupy i który ani na chwilę nie zaprzestał swej pracy. doktorze. Odblask na niebie oświetlił ich twarze. czy chce wejść. •rostu dozorcy i nasi współobywatele w ogó-ili już o nic. Stojąc przed samochodem Rieux zapytał Tarrou. Zatrzymali się. że poznał pan wszystko w ży?ytał. do siebie •awdy nie wiem. doktorze. przystanął i noga Tarrou ześliznęła się z ty->nia schodów.Nie wiem. gdyż głos Tarrou zabrzmiał za .To ta trzecia szansa. / przyjaciel .To znaczy? .Te obliczenia nie mają sensu. . eście doktor na próżno próbował zapalić chody były pogrążone w mroku.Tak .powiedział . Ale co pan wie o tym? • powiedział tamten spokojnie . . . że tak. Przy ytarza spotkali panią Rieux.Zrozumienie. . Doktor za-siebie. Stanął obok niego. Rieux nim. zanim jeszcze wmieszał się pan w tę całą historię. Tarrou zapropcmo-jdzie z nim razem.rzekł Rieux głosem nagle bardziej głuchym. . niech pan sobie powie.No więc . kiedy Tarrou patr je nogi powiedział: ! . że ma pan jedną szansę na trzy. dowiemy się dopiero wszystkiego. której doktor Ił Tarrou.Ale żeby z tym skończyć. wyszła.Nie k klęską. nawet jeśli wyda i dziwne: ma pan zupełną rację. Rieux roześmiał się nagle przyjaźnie. by wyjść cało.powiedział Rieux.niewiele eszcze nauczyć. i tamten oparł.Kto pana tego wszystkiego nauczył 108 dź padła natychmiast: tworzył drzwi gabinetu i w przedpokoju do Tarrou. Daleko rozległ się 109 dzwonek ambulansu. Od pewnego ystko psuło się w mieszkaniach i na mieście.rzekł. że pana poznaję . . wzruszył ramionami w ciemności. Tarrou patrzył przez chwilę na doki wstał i ciężko ruszył ku drzwiom. zrozumieli.ze jedno słowo.ci. Wjeżdżali teraz na przedmieście. wie pan o tym tak samo jak ja. Tarrou odwrócił się jeszcze za nią.Niech pan przyjdzie jutro do szpitala na zapobiegawcze szczepienie . czy to wskutek nowych środków . . Ale doktor nie miał czasu za-się dłużej. Przed stu laty epidemia zabiła wszystkich mieszkańców w pewnym perskim mieście prócz człowieka. 3 jedynie szelestami.co pana skłania do zajmowania się tym wszystkim? .powieli Rieux. Ale nic nie było wiadomo. Wsiedli do samochodu i Rieux zapuścił motor. że jest dość / )że godzina jedenasta.Co prawda. Latarnie połyskiwały na pustych ulicach. . że wybiera się do jednego ze irych na przedmieściu.. Może moja postawa.powiedział.

. że są rzadkie. by wyolbrzymiać ich rolę. gdy niegodzi-wość i obojętność 'bywają znacznie częściej motorami działań ludzkich. Można by mu pogratulować może. ale wniosek był zawsze jeden: . niż miały w istocie.y mają wokół siebie dżumę V< i czy należy walczyć przeciw niej: tak lub nie. Dlatego nasze formacje sanitarne. najbardziej rozpaczliwym występkiem jest niewiedza. "'• Wielu . Jest to pogląd. ale powiedzmy również. i że nie chcieli wykazać czegoś odwrotnego. Dusza mordercy jest ślepa i nie ma prawdziwej dobroci ani miłości bez największej jasności widzenia. kiedy fen. jest karany śmiercią. ku chwale człowieka. która mniema. nie mieli tak wielkiej zasługi. Pozwala się bowiem 110 wówczas przypuszczać. że nic tu nie pomoże i że trzeba paść na kolana. że dwa i dv/a to" cztery. że dwa i dwa to cztery. Ale nie wiedzą w mniejszym lub w większym stopniu. jaka nagroda lub kara czeka go za takie rozumowanie. wielu naszych współobywateli uległoby dziś pokusie. Narrator widzi zresztą doskonale zarzut.nowych moralistów w naszym mieście twier-^ dziło wówczas. Ale zawsze nadchodzi godzina w historii. Powiedzmy więc. jakimi dżuma obdarzyła wszystkich naszych współobywateli. a mianowicie. że przypisując zbyt wielkie znaczenie pięknym czynom. to znaczy jako sprawa wszystkich. że ci ludzie narażali swoje życie. c. że wybrał ten piękny zawód. Ale nie gratuluje się nauczycielowi.by wiedzieć. Nauczyciel wie o tym dobrze. . że dwa i dwa to cztery. którzy mają tyleż odwagi co nauczyciel i którzy. za którą miało pójść wiele innych. ukazywała się w swej prawdziwej postaci. Rzecz w tym. trzeba zrobić. które powstały dzięki Tarrou. którzy narażali swoje życie. co nazywa się cnotą lub występkiem. Jednakże nie jest intencją narratora przydawać tym formacjom sanitarnym więcej znaczenia. Ale będzie nadal historykiem rozdartych i wymagających serc. że piękne czyny mają tak wysoką cenę dlatego. jeśli nie jest oświecona. Zło na świecie płynie niemal zawsze z niewiedzy. żeby wiedzeć. i czuje się wówczas upoważniona do zabijania. że była to jedyna rzecz do zrobienia: nie wejść do nich to dopiero byłoby niewiarygodne. składa się pośrednio hołd złu. iż godny pochwały był "wybór. nauczycielowi i tym wszystkim. jaki można mu postawić.Tarrou odwróci? się w stronę domu i Rieux nie widział już jego twarzy aż do chwili. jakiego dokonali Tarrou i inni wykazując. Ale narrator jest raczej skłonny wierzyć. które ceni w granicach rozsądku. jeśli zaś mowa o tym. Rieux i ich przyjaciele mogli po-* wiedzieć to lub owo. wiedzieli bowiem. Ludzie są raczej dobrzy niż źli. są liczniejsi. Co prawda. dobra zaś wola może wyrządzić tyleż szkód co niegodziwości. że ta dobra wola 111 jest. powinno się oceniać z obiektywną satysfakcją. gdy znaleźli się u starego astmatyka. Ci. że jeśli choroba jest faktem. którego nie podziela narrator. Dlatego narrator nie będzie opiewał woli i bohaterstwa. niż się przypuszcza. s -^ musieli rozstrzygnąć. którzy weszli do formacji sanitarnych. co ośmiela się powiedzieć. Te formacje pomagały naszym obywatelom poznać lepiej dżumę i przekonywały ich częściowo. To jest w porządku. Tarrou. jeśli uczy. I rzecz nie w tym. takie jest przynajmniej przekonanie narratora. że wie wszystko. Ponieważ dżuma stała się w ten sposób obowiązkiem pewnych ludzi. czy dwa i dwa to cztery: tak lub me. Ci nasi współobywa"e10. by z nią walczyć. co trzeba. Nazajutrz Tarrou wziął się do pracy i zebrał pierwszą grupę. i w gruncie rzeczy nie o to chodzi. wspólna im.

który nie miał w sobie nic z bohatera. Z tego punktu widzenia narrator uważa.pytał często Tarrou. z materiału. v Dlatego jest naturalne. by nie pozwo--<-'» lic umrzeć i zaznać ostatecznej rozłąki możliwie wielkiej liczbie ludzi. że znalazł. " na kolana. że czerń dyskretnie mówi o elegancji. zwierzał się swoim dwom towarzyszom." Pewnego wieczora Grand powiedział. Poprosił tylko. był teraz czymś w rodzaju sekretarza formacji sanitarnych. Wszystko to wymagało rejestracji i statystyk. W końcu i oni znajdowali w niej odprężenie. Pewnego wieczora oznajmił triumfalnie. Inna część drużyn towarzyszyła lekarzom w wizytach domowych. której Grand nie przerywał wśród dżumy. a nawet. z coraz bardziej widoczną przyjemnością. Mamy dżumę. jaki miał pod ręką. Cała rzecz polegała na tym. trzeba się bronć. skoro mikrob różnił się nieco od bakcyla dżumy znanego z klasycznych opisów. że ostatecznie rozstał się z przymiotnikiem "wytworna" i że odtąd będzie nazywał amazonkę "smukłą". "To bardziej konkretne" . kłusuje. "Jak miewa się amazonka?" .powiedział Rieux. Był zbyt stary do innych. Część drużyn zorganizowanych przez Tarrou zajęta była 112 pracami zapobiegawczymi w przeludnionych dzielnicach. ale nieco pogardliwy." Uważał. Następnie pochłonął go przymiotnik "wspaniała". i wolę "ranek majowy".Dlaczego? .To niemożliwe . przewoziła chorych i zmarłych." . że stary doktor Castel całą swą ufność i energię włożył w przygotowanie surowicy na miejscu. Zdumiał się. że szybko uda mu się wyprodukować pierwszą surowicę. który napastował miasto. że Grand bardziej niż Rieux i Tarrou ucieleśniał milczącą cnotę ożywiającą formacje sanitarne. Potem Tarrou przyłączył się do tych rozmów i Grand.że tak widać ją 8-Dżuma H3 lepiej. Castel spodziewał się. w braku specjalnego personelu. "Czarna kasztanka. . . i szukał słowa określającego lepiej pyszną klacz. że Grand. Rieux i on mieli nadzieję. Innym razem przeczytał swoim dwom słuchaczom zdanie w takiej postaci: "W piękny ranek majowy smukła amazonka. kiedy kartki rejestracyjne były już wypełnione. I Grand uśmiechając się z wysiłkiem odpowiadał niezmiennie: "Kłusuje. będzie miała bardziej bezpośrednie działanie niż surowica przywożona z zewnątrz.rudniejsze. lecz pJ prawda logiczna. Mógł ofiarować s wó j czas od osiemnastej do dwudziestej. którą sobie wyobrażał. kiedy Rieux dziękował mu gorąco: "To nie jest naj. Tamci śledzili z zainteresowaniem cierpliwą pracę.\ || trzeba walczyć w taki czy inny sposób i nie padać . Ach. "Tłusta" nie pasowało. z właściwą sobie dobrą wolą. że nie jest dość wymowny. przymiotnik był konkretny. Nie jest to prawda godna podziwu. ponieważ "poranek majowy" wydłuża Tlieco kłus.powiedział Grand . troszczyła się o transport zadżu-mionych. to jasne. obliczano ilość nie zdezynfekowanych strychów i piwnic. żeby zlecono mu niewielkie zadania. "Lśniąca" kusiło go przez chwilę. które prowadził Grand. Czasami wieczorem. ale nie godziło się z rytmem. gdyby wszystko było tak proste!" I wracał do SY^O zdania. że surowica z hodowli mikroba. Rieux rozmawiał z Grandem. Sądził.Prawda . Powiedział "tak" bez wahania.dodał. Dlatego jest rzeczą równie naturalną. Próbowano tu wprowadzić konieczną higienę. a jedynym środkiem była walka " z dżumą. jechała kwitnącymi alejami Lasku Buloń-skiego. siedząc na wspaniałej kasztance.

Zamiast "kwitnące" dał "pełne kwiatów". by opowiedzieli mu. Tak. jechała pełnymi kwiatów alejami Lasku Bulońskiego. Doprawdy że w pewne wieczory wydawał się bardziej zmęczony niż Rieux. "Nareszcie widać te aleje.Jaki kolor? . jak poradzić sobie z zakończeniem mego zdania. Kapelusze z głów. że ma kłopot ze słowem "kwitnące". sporządzał na nich wykresy i starał się. W przeciwnym razie reszta nie przyda się na nic. siedząc na okazałej kasztance. 114 Potem zapytał doktora. ale niemniej robił nadal rachunki i statystyki potrzebne formacjom sanitarnym. Ponieważ znał tylko Oran i Montelimar. Usiadł z przygnębioną miną." Ale "Lasek" sterczący w środku był dla niego niby cierń w ciele. Ale wówczas równowaga zdania była zachwiana. żeby wyrzucić "Buloński". panowie!" Przeczytał triumfalnie zdanie: "W "piękny ranek majowy smukła amazonka.Tak." Ale gdy przeczytał zdanie głośno. jak wyglądają kwitnące aleje Lasku. Prawdę mówiąc.powiedział . "Podobno . Rozkładał papiery równie starannie jak przy swoim stole w me-rostwie. Ale pan widzi. . by szybciej wysechł atrament. ciężkim od środków dezynfekcyjnych i choroby.na szczęście jest pan blisko.W każdym razie nie czarny. Jeśli chce pan być pożyteczny w tej strasznej sytuacji.Tak . mając zmniejszony personel.Dziękuję . Zacierał ręce. musi. Rozważył też możliwość napisania: "Aleje Lasku pełne kwiatów. Jego praca ucierpiała na tym i szef 'biura zwrócił urzędnikowi surowo uwagę przypominając. Dziwił się ich niepewności: "Tylko artyści umieją patrzeć. które uznano za godne pożałowania. Dowiedziano się później. To mnie nie obchodzi. Usiłował wówczas uczciwie to 115 nie myśleć o swojej amazonce i robić to tylko. te aleje nigdy nie wydawały się kwitnące Rieux i Tarrou. Myślał o tym.tak. I uśmiech wracał mu powoli.powiedział szef biura .Kasztanka to nie rasa konia. Często też szedł do Rieux. żeby wykazy były możliwie dokładne.zaciągnął się pan dobrowolnie do formacji sanitarnych. Zastanawiał się. Po pewnym czasie wyznał. jakie to trudne. Obchodzi mnie natomiast pańska praca. że i tak każdy zrozumie. sądząc. i w powietrzu. której właśnie nie wypełnia.zgodził się doktor.zapytał Tarrou. musiało stawić czoło przytłaczającym zadaniom. czuje się je.powiedział . Musiał się trochę zastanowić. że w tym właśnie czasie zachowywał się w biurze z roztargnieniem. zakończenie zabrzmiało mu zbyt ciężko i Grand się zająknął. zwłaszcza teraz. prosił czasem przyjaciół.Ale jestem roztargniony i nie wiem. co należało. Co wieczór cierpliwie doprowadzał kartki do porządku.Co myśli pan o "okazałej"? . kiedy merostwo. . . pan dobrze pracować. był zmęczony tym poszukiwaniem słów. że płaci mu się za pracę. '*' .powiedział Grand do Rieux.. i prosił o stół w jakimś gabinecie czy izbie chorych. do jednego ze szpitali. . . poruszał kartkami. G-rand był bardzo wzruszony. ale czuli się zachwiani przekonaniem urzędnika. ale kolor.Ma rację ." Ale kiedyś doktor zastał go bardzo podnieconego. czy może pójść. Grand spojrzał na niego. które pochłaniało go bez reszty. . ma rację ." .

spytał. a więc z uczuciami.Nie można liczyć na 'biura. obracał gałkę radia. rachunek dwa plus dwa swoją sumę cztery. Oni są zbyt daleko. Dzienni. ^ ^Rambert walczył. że nie była to troskliwość udawana. Nie po to są. które jest jego miejscem tuż po. jak to powiedział doktorowi Rieux. jakim ludzie starają się mówić o swoich związkach z ludzkością. Ten język nie mówił nic o codziennych wysiłkach Granda na przykład. litujące się czy pełne podzryu komentarze radia lub prasy spadały na samotne miasto. Ale pierwsi. I za każdym razem ton epicki czy pochwalny niecierpliwił doktora.i nikarz ruszył z martwego punktuj Tego dnia rozmawiał z doktorem o daremnycrT^rokach w urzędach. jaką okazywał teraz wszystkim.kochać albo umierać razem. nie potrafił bowiem wyrazić. zmierzających do odnalezienia swego szczęścia i odebrania dżumie tej części siebie samych. wiedzieli C \ »' przede wszystkim o ciężkich karach grożących za ta' i kie przedsięwzięcia. by rzucić je na miasto i zapanować nad nim ostatecznie. . gdy doktor kładł się do łóżka. której bronili przed wszelką napaścią. by dżuma -? ^. Raz nawet wzięto go za prowokatora. to znaczy sprawozdania napisanego z życzliwymi uczuciami. które świat przekazywał zadżumio-nemu miastu. którego 116 nie może widzieć: "Oran! Oran!" Na próżno wołanie przebiegało morza. jak Ramberta na przykład. Wiedział na pewno. Takie było przynajmniej zdanie doktora Rieux. Kelner wie wszy. co wieczór. Był to ich spo-sób niezgadzania się na grożącą niewolę i choć na po. Z zakątków świata nieznane braterskie głosy. jeśli to prawda. kiedy czytał w gazetach lub słyszał przez radio wołania i słowa otuchy. które nie są ani ostentacyjnie niedobre. do których się zwrócił.%. jeśli chce dzielić naprawdę cierpienie. w jakiej znajduje się każdy człowiek.-' | s^.o. żeby . narrator proponuje właśnie tego nieefektownego i skromnego bohatera. odległe o tysiące kilometrów. ^ wzięła nad nim górę. których nazywają bohaterami." Ale zanim przejdziemy do szczytowego punktu dżumy. Nada to również tej kronice właściwy charakter. na próżno Rieux czekał w pogotowiu. co znaczył Grand wśród dżumy. "Oran! Tak. że miał swój sens i nawet w swej pysze ^ i sprzecznościach świadczył o godności każdego z nas. by brać za przykład i wzór tych. Oran!" "Ale nie . . próbowały niezręcznie wyrazić swoją solidarność i wyrażały ją w istocie. Ale mogła się wyrazić jedynie w konwencjonalnym języku. by jakiś bohater znalazł się w tym opowiadaniu. Razem z pomocą przesyłaną powietrzem i lądem./J zór nie zdawał się tak skuteczny ]ak inny.myślał doktor . wymowne słowa pogłębiały jeszcze zasadniczą różnicę czyniącą z Granda i mówcy obcych sobie ludzi. co jej się należy.Tak. nie chcąc dopuścić. a bohaterstwo miejsce drugorzędne. ale nigdy przed wielkodusznym żądaniem szczęścia. . który miał tylko dobre serce i pozornie śmieszny ideał. by zasnąć snem zbyt króLkim. trzeba jeszcze opisać długotrwałe. Upewniwszy się.Wciąż nic? . rozpaczliwe i monotonne wysiłki nielicznych jednostek. postanowił spróbować (^ innych. że ludziom zależy na tym. nie ma innego sposobu. ani egzaltowane na pokaz. i jeśli trzeba koniecznie. kiedy zaraza gromadziła wszystkie swe siły. okazując jednak zarazem straszliwą niemoc.Nic. Czasem o północy. dzień. W kilka dni potem Cottard spotkał Ramberta na ulicy i powitał go z naturalnością. że legalnym ^) sposobem nie wyjdzie z miasta.^ * karz zaciął od kelnerów z kawiarń. w wie1 Me j ciszy pustego miasta. narrator Q uważa. Dopiero spotkawszy u Rieux Cottarda. W ten sposób prawda otrzyma to.

co przyniosło mu małą fortunkę. Mały człowieczek. Nie wiadomo. Trzeba by obserwacji i namysłu. Na wszystkich blaszanych stołach. W tej chwili zdawało się. że od dawna bywa we wszystkich kawiarniach Oranu. jedno jest pewne: czuję się tu znacznie lepiej. aż do chwili kiedy rozległ się hałas i z ciemnego kąta wyszedł podskakując wspaniały kogut. że upał wzmógł się jeszcze. Zdradzała się 118 bowiem tylko znakami negatywnymi. Wchodząc Rambert i Cottard otarli czoła. Dodał po chwili milczenia: . schły kurze kupki.zapytał Rambert. wyszedł z głębi. wisiały na ścianach. Cottard zdjął marynarkę i uderzył w blachę stołu. którego wydatki od pewnego czasu przewyższały dochody. Stare obrazy przedstawiające sceny wojskowe. . To trudne. czy od kurzu i spiekoty. Była czwarta po południu. Rzecz w tym. Ale szukam czego innego. W żółtej klatce. Zajęli miejsca na składanych krzesłach ogrodowych przy stołach z zielonej blachy.Pan mnie nie pyta. * Skręcili na bulwar des Palmiers. żeby dotrzeć do dżumy. i 11-7 .Niech pan nie będzie nieufny . stojącej na koślawym kontuarze. Cottard i Rambert skręcili w ulicę z arkadami i szli długo bez słowa.rzekł Cottard . ale niech pan pójdzie ze mną.że to nie moja rzecz..I pan nie skorzystał? . Muchy brzęczały w powietrzu.rozumieć.Przypuszczam .rzekł Cottard . Pod ciężkim niebem miasto piekło się powoli. ponieważ nie mam ochoty wyjechać.W pewnym sensie to rzeczywiście nie pańska rzecz. pokryte brudem i pajęczyną. które leżą zazwyczaj zziajane na progu sieni szukając nieosiągalnej ochłody. także na stole Ramberta. Rolety we wszystkich witrynach były opuszczone.Jak.O . papuga z opuszczonymi piórami tkwiła na swojej żerdce. . przywitał .Czy jest pan tsgo pewien? .porozumieć się z tą organizacją? . .to nie Jest łatwe. zagubiony w długim niebieskim fartuchu. że ma przyjaciół i wie o istnieniu pewnej organizacji..nie skorzystałem. Tak czy Inaczej. Znał drogę i wytłumaczył zdumionemu Ramberto-wi. jakie są te powody? . przecięli plac d'Armes i zeszli ku dzielnicy de la Marinę. Ta cisza. Spoufalony z nią Cottard zwrócił na przykład uwagę Ramberta na nieobecność psów. Była to jedna z tych godzin.Ach . ta śmierć barw i ruchów mogła być równie dobrze ciszą i śmiercią lata jak zarazy. skoro mi proponowano. Jezdnie puste. . Odprzedawał więc papierosy i kiepski alkohol. czy powietrze było ciężkie od gróźb. Z lewej strony pomalowana na zielono kawiarnia chroniła się pod ukośną markizą z grubego żółtego płótna. .To prawda.już wiem. która zajmuje się sprawami tego rodzaju. że Cottard. Sala była całkowicie pusta. Ale w innym.powiedział Cottard z dobroduszną miną . których pochodzenia nie umiał sobie wytłumaczyć. . kiedy dżuma stawała się niewidoczna.rzekł Rambert .Tak. Tamten przeciął ten wywód. którego ceny wciąż szły w górę. odkąd dżuma jest z nami. Mam swoje powody. zajął się kontrabandą produktów podlegających ograniczeniom.

białe zęby. że zjawi się dziś wieczór? . nie chodzi jednak o interesy. Jeden z nich.Pojutrze.orzekł Garcia. kilka pierścionków na palcach. Cottard zamówił białe wino i zapytał o niejakiego Garcię. ale Raou-la . . Wieczorem stora była podniesiona.rzekł Garcia.Phi . ich zapach dobiegał aż do nich.wyjściem''. . Kelner sapnął: 119 . o jedenastej.rzekł Rambert.Dziennikarz. . w słomkowym kapeluszu zsuniętym do tyłu. ten pan również zajmuje się interesami? . Wypili trzy kolejki w milczeniu. Wychodząc Rambert zapytał. . wstał na widok Cottarda.. .rzekł Cottard. Zadawał pytania i mówił "on" o Rambercie.Cześć! .Wypijemy przy kontuarze.odparł Cottard. Szli dalej w milczeniu. w białej koszuli otwartej na piersi koloru palonej glinki.Właśnie. zbliżył się odsuwając koguta tęgim kopnięciem i wśród wrzasku skrzydlatego ptaka zapytał. małe i czarne oczy. ale nie o to chodzi. o jakie interesy chodzi.W takim razie proszę przyjść wieczorem.Cottarda z daleka. . .W każdym razie to nie moja sprawa. Według słów karzełka nie widziano go już od kilku dni w kawiarni. Przy szynczku zatrzymał się i zwrócił do Ramberta po raz pierwszy.Raoul się ukrywa? Garcia nie odpowiedział.A! I po chwili: . nie dostrzegając Jak gdyby jego obecności.Ach . .nie siedzę w jego skórze. wyglądał na jakie trzydzieści lat. Poślę po niego chłopca. czego panowie sobie życzą.Czy myśli pan.Tak .Jaki jest jego zawód? . zaledwie go ujrzał. . . Chcę tylko przedstawić mu przyjaciela. Zeszli w stronę portu i Garcia zapytał. Byli teraz na bulwarach nadbrzeżnych.Tak. Rambert milczał. Cottard powiedział.Muszę go znaleźć.Może by wyjść? .Ma żonę we Francji. Twarz miał regularną i ogorzałą. Garcia szedł prosto przed siebie paląc papierosa. . że chce mu przedstawić Ramberta. do których dostępu broniły wielkie kraty. czego chcą od niego. Przewożą towar przez bramy miasta. . co nazywał . a wokół blaszanych stołów siedzieli mężczyźni bez marynarek.W tym zawodzie dużo się gada. gdzie sprzedawano smażone sardynki.To przyjaciel . . To nie będzie łatwe.zapytał Cottard z ożywieniem . Sprzedają po wysokich cenach.O.Tak . papuga gadała w klatce.O kontrabandę. ale o to. Skierowali się jednak ku małemu szynczko120 wi. . Kelner wycierał wilgotne ręce o fartuch.odparł tamten . przy Urzędzie Celnym w górze miasta. .Po co? .powiedział.Mają wspólników? . rzecz prosta. . Pan zna jego godziny? . . .zapytał.

Zdawało się, że chce odejść, ale odwrócił się ku dwóm mężczyznom: - To będzie kosztowało - powiedział. Było to stwierdzenie. - Oczywiście - zgodził się Rambert. Po chwili dziennikarz dziękował Cottardowi. - Cóż znowu - rzekł tamten jowialnie. - Miło mi oddać panu przysługę. Zresztą pan jest dziennikarzem, odwzajemni pan mi się kiedyś. Oznaczonego dnia Rambert i Cottard wspinali się wielkimi ulicami bez cienia, prowadzącymi w górę naszego miasta. Część budynków celnych zamieniono na izby chorych i przed wielką bramą wystawali ludzie, spodziewając się, że uzyskają zgodę na wizytę, na co nie można było zezwolić, lub oczekując nowin, które z godziny na godzinę stawały się przedawnione. W każdym razie ludzie się tu zbierali, przychodzili i odchodzili, i można było przypuszczać, że Garcia wziął to pod uwagę ustalając spotkanie z Ram-bertem. - Ten upór, żeby wyjechać - powiedział Cottard - ciekawe. W gruncie rzeczy to, co się dzieje, jest bardzo interesujące. - Nie dla mnie - odparł Rambert. - Oczywiście, coś się ryzykuje. Ale w końcu ryzykowało się tyle samo przed dżumą przechodząc przez ruchliwe skrzyżowanie ulic. W tej samej chwili samochód Rieux zatrzymał się 121 przy nich. Prowadził Tarrou, zdawało się, że Rieux na wpół śpi. Ocknął się, by dokonać prezentacji. - My się znamy - rzekł Tarrou - mieszkamy w tym samym hotelu. Zaproponował Rambertowi, że zawiezie go do miasta. - Nie, jesteśmy tu umówieni. Rieux spojrzał na Ramberta. - Tak-powiedział Rambert. - O - zdumiał się Cottard - doktor wie, o co chodzi? - Idzie sędzia śledczy - uprzedził Tarrou patrząc na Cottarda. Cottard zmienił się na twarzy. Pan Othon schodził rzeczywiście ulicą i zbliżał się do nich żwawym, lecz spokojnym krokiem. Zdjął kapelusz mijając małą grupę. - Dzień dobry, panie sędzio! - powiedział Tarrou. Sędzia odpowiedział "dzień dobry" siedzącym w aucie i patrząc na Cottarda i Ramberta. którzy zostali z tyłu, pozdrowił ich poważnym skinieniem głowy. Tarrou przedstawił n'iu rentiera i dziennikarza. Sędzia spoglądał przez sekundę w niebo, westchnął i powiedział, że to bardzo smutny okres. - Słyszałem - zwrócił się do Tarrou - że zajmuje się pan stosowaniem środków profilaktycznych. Pochwalam to w najwyższym stopniu. Czy myśli pan, doktorze, że choroba się rozszerzy? Rieux powiedział, iż należy mieć nadzieję, że ile, i sędzia powtórzył, iż należy zawsze mieć nadzieję, zamiary Opatrzności są nieprzeniknione. Tarrou zapytał sędziego, czy wypadki przysporzyły mu pracy. - Przeciwnie, spraw z zakresu przestępstw- pospolitych, jak je nazywamy, jest coraz mniej. Zajmuję się teraz jedynie poważnymi wykroczeniami, naruszającymi nowe zarządzenia. -JNigdy tak bardzo nie szanowano starych praw^ 122 - To dlatego - rzekł Tarrou - ze przez porównanie wydają się siłą rzeczy dobre.

Sędzia dał spokój zamyślonej minie i spojrzenie jego nie było już zawieszone w niebie. Chłodno popatrzył na Tarrou. - Cóż to znaczy? - powiedział. - Nie prawo się liczy, liczy się wyrok. Nie możemy nic na to poradzić. - To wróg numer jeden - rzekł Cottard, gdy sędzia się oddalił. Auto ruszyło z miejsca. W chwilę potem Rambert i Cottard ujrzeli Garcię. Zbliżał się ku mm nie dając znaku i rzekł zamiast powitania: "Trzeba czekać." Tłum wokół nich, w którym przeważały kobiety, czekał w zupełnej ciszy. Niemal wszystkie przyniosły koszyki w złudnej nadziei, że będą mogły przekazać je chorym krewnym, i żywiąc jeszcze bardziej szaleńczą myśl, że ci chorzy skosztują jedzenia. Bramy strzegli uzbrojeni żołnierze; od czasu do czasu dziwaczny krzyk rozlegał się na dziedzińcu dzielącym koszary od bramy. Zebrani zwracali wówczas niespokojne twarze w stronę izby chorych. Trzej mężczyźni przyglądali się temu widowisku, kiedy powiedziane za ich plecami wyraźne i poważne "dzień dobry" kazało im się odwrócić. Mimo upału Raoul był ubrany nienagannie. Wielki i silny, miał na sobie ciemny garnitur w prążki i filcowy kapelusz z podwiniętym rondem. Twarz dość blada, oczy brązowe, zaciśnięte usta; mówił szybko i zwięźle. - Zejdźmy w stronę miasta - powiedział. - Gar-cia, możesz nas zostawić. Garcia zapalił papierosa i został na miejscu. Szli szybkę dostosowując swój krok do kroku Raoula, który znajdował się pomiędzy nimi. - Garcia powiedział mi, o co chodzi. To da się zrobić. W każdym razie to będzie pana kosztowało dziesięć tysięcy franków. Rambert odparł, że się zgadza. 123 - Niech pan jutro zje ze mną obiad w restauracji hiszpańskiej, dzielnica de la Marinę. Rambert przystał i Raoul uścisnął mu rękę uśmiechając się po raz pierwszy. Po jego odejściu Cottard przeprosił dziennikarza, że nie ma jutro czasu, zresztą nie będzie mu już potrzebny. Kiedy nazajutrz dziennikarz wszedł do hiszpańskiej restauracji, wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. W tej mrocznej piwnicy, znajdującej się w dole żółtej uliczki wysuszonej przez słońce, bywali tylko mężczyźni, przeważnie w typie hiszpańskim. Ale kiedy Raoul, siedzący przy stole w głębi sali, skinął w stronę Ramberta i dziennikarz skierował się ku niemu, zaciekawienie znikło z twarzy, które powróciły do swych talerzy. Przy stole Raoula siedział wielki, chudy i źle ogolony facet o nieproporcjonalnie szerokich ramionach, końskiej twarzy i rzadkich włosach. Jego długie, szczupłe ręce, pokryte czarnym włosem, wystawały z koszuli o podwiniętych rękawach. Potrząsnął trzykrotnie głową, kiedy przedstawiano mu Ramberta. Jego nazwisko nie zostało wymienione i Raoul mówił o nim tylko "nasz przyjaciel". - Nasz przyjaciel przypuszcza, że będzie mógł panu pomóc. Skomunikuje pana... Raoul przerwał, zbliżała się bowiem kelnerka po zamówienie Ramberta. - Skomunikuje pana z dwoma naszymi przyjaciółmi, którzy zapoznają pana z oddanymi nam strażnikami. Nie wszystko jeszcze będzie wówczas skończone. Strażnicy muszą sami wybrać sprzyjający moment. Najprościej byłoby, żeby pan spędził kilka nocy u jednego z nich, który mieszka blisko bram. Ale przedtem jeszcze nasz przyjaciel musi pana skontaktować, z kim trzeba. Kiedy wszystko będzie załatwione, z nim ureguluje pan rachunek. Przyjaciel potrząsnął znów swoją końską głową, nie przestając przeżuwać sałatki z pomidorów i czerwonego pieprzu, którą chciwie połykał. Potem przemó-

124 wił z lekkim akcentem hiszpańskim. Zaproponował Rambertowi, żeby spotkali się pojutrze, o ósmej rano, w przedsionku katedry. - Znowu dwa dni - zauważył Rambert. - Bo to nie jest łatwe - rzekł Raoul. - Trzeba znaleźć ludzi. Koń przytaknął raz jeszcze i Rambert zgodził się bez zapału. Dalsza część obiadu upłynęła na poszukiwaniu tematu. Ale wszystko stało się bardzo łatwe od chwili, kiedy Rambert odkrył, że koń jest graczem w piłkę nożną. Dziennikarz uprawiał również ten sport. Mówiono więc o mistrzostwach Francji, o wartości zawodowych drużyn angielskich, o systemie W. Pod koniec obiadu koń całkiem się rozruszał i mówił "ty" do Ramberta, chcąc go przekonać, że najlepsze miejsce w drużynie ma środkowy napastnik. "Rozumiesz - mówił - środkowy decyduje o piłce. A na -tym właśnie polega gra." Rambert był. tego samego zdania, chociaż zawsze grał jako skrzydłowy. Dyskusję przerwało dopiero radio, które po ściszonych, po.wtarzających się w kółko sentymentalnych melodiach ogłosiło komunikat, że poprzedniego dnia dżuma zabrała sto trzydzieści siedem ofiar. Nikt z obecnych nie zareagował. Mężczyzna z końską głową wzruszył ramionami i wstał. Raoul i Rambert poszli za jego przykładem. Wychodząc środkowy napastnik uścisnął energicznie rękę Ramberta. - Nazywam się Gonzales - powiedział. Te dwa dni ciągnęły się dla Ramberta w nieskończoność. Wybrał się do Rieux i opowiedział mu szczegółowo o swych poczynaniach. Potem odprowadził doktora na wizytę. Pożegnał go przy bramie domu, gdzie czekał na niego pacjent o podejrzanych objawach. W korytarzu hałas kroków i głosów: uprzedzano rodzinę o przybyciu doktora. - Mam nadzieję, że Tarrou się nie spóźni - mruknął Rieux. 125 Miał zmęczoną twarz. - Epidemia rozwija się zbyt szybko? - zapytał Rambert. Rieux powiedział, że nie w tym rzecz, krzywa statystyczna idzie nawet w górę mniej szybko. Po prostu środki zwalczania dżumy są niewystarczające. - Brak nam materiału. We wszystkich armiach świata brak materiału wyrównują na ogól ludzie. Ale nam brak również i ludzi. - Przyjechali lekarze i personel sanitarny z zewnątrz. - Tak - powiedział Rieux. - Dziesięciu lekarzy i sto osób personelu pomocniczego. Na pozór to dużo. Ale zaledwie wystarczy przy obecnym stanie choroby. Będzie za mało, jeśli epidemia się rozszerzy. Rieux nasłuchiwał odgłosów z zewnątrz, po czym uśmiechnął się do Ramberta. - Tak - rzekł - powinien się pan pośpieszyć, żeby dopiąć swego. Cień przemknął po twarzy Ramberta. - Pan wie - powiedział głuchym głosem - że nie . dlatego wyjeżdżam. Rieux odparł, że wie o tym, ale Rambert ciągnął dale^l -^ Sądzę, że nie jestem tchórzem, przynajmniej na || ogół. Miałem okazję to sprawdzić. Ale pewnych myli śli nie mogę znieść. Doktor spojrzał mu w twarz. - Pan ją odzyska - rzekł.

To byłoby zrozumiałe. Mając trzydzieści lat człowiek zaczyna się starzec j| i trzeba korzystać ze^wszystkiego.Wszyscy są tacy . Rambert przeszedł się po pustej kruchcie. Uśmiechnął się i mrugnął okiem do Rieux.muszę już iść. W umówiony czwartek.Zaproponowałem Paneloux. Nie wszystko układa się gładko w naszej branży. przy pomniku poległych. o tej samej godzinie. W górze organy wygrywały nie kończące się wariacje. oparli się o parapet i zdawało się. . żeś poszedł . pod czym.Zastanowił się i powiedział. ) Rieux szepnął. Z wewnątrz dobiegał niewyraźny śpiew psalmów wraz z odwiecznym zapachem piw-• nicy i kadzidła.powiedział Tarrou. . Wyjaśnił. kiedy zjawił się Tarrou.Cieszę się. że jest lepszy od swego kazania. Nazajutrz Rambert.Na pewno coś im przeszkodziło. Rambert zaczął się niecierpliwić. skąd można ujrzeć morze. że to będzie trwać.powiedział Gonzales ze śmiechem. . bardzo ożywiony.Ale mecz trwa tylko półtorej godziny. które weszły przed nim.& . Nie wiem. .Być może. Ale czekał dwadzieścia minut na próżno. Wszystkie zgromadziły się w kącie. 126 . jest to rodzaj promenady ciągnącej się na dość niewielkiej przestrzeni.Przepraszam .rzekł Rambert .Trzeba im tylko dać okazję. Roch. Rambert westchnął i zsunął kapelusz do tyłu. ledwo grubsze od mgły. Zaproponował następne spotkanie nazajutrz. spojrzeli na niego obojętnie. niedaleko stąd. żeTchyba rozumie. . . a ona przez ten czas się zestarzeje.Oczywiście . Słońce za domami na wschodzie nagrzewało jedynie hełm złoconej Joanny d'Arc. . . . Pomnik poległych Oranu znajduje się w jednym miejscu. zagubione w szarości niby zakrzepłe kawałki cienia. choć były już wyschnięte.powiedział do dziennikarza. Niewyraźny zapach wilgoci unosił się jeszcze z trawników. Dwanaście małych czarnych kształtów wyszło z kościoła i podreptało w stronę miasta. że może w tym miejscu nie wolno palić. 127 Kiedy Rambert wyszedł.zapytał doktor. wykonany naprędce w jednej z pracowni naszego miasta. Nagle śpiewy ucichły. . że są całkowicie pochłonięci oglądaniem pustych i wyludnionych .powiedział znów Rambert. gdzie stał św. Inne czarne kształty wchodziły wielkimi schodami i kierowały się ku kruchcie.powiedział doktor. Zegar wybił ósmą. nie mogę jednak znieść myśli. Klęcząc kształty wydawały się jeszcze bardziej skurczone.I cóż? . za dziesięć ósma. . Po niebie przesuwały się białe i okrągłe obłoczki. w rodzaju zaimprowizowanego ołtarza. który przyszedł pierwszy. czy pan potrafi to zrozumieć. Rambert pięć minut przed ósmą znalazł się w przedsionku katedry Powietrze było jeszcze dość świeże. wzdłuż skał górujących nad portem. Gonzales schodził już schodami i kierował się w stronę miasta. zanim wyceluje się w bramkę. które rosnący upał połknie za chwilę jednym haustem. która zdobiła plac. Ra^nbert wszedł pod ciemne sklepienie. która je spowijała. . odczytywał uważnie listę poległych na polu chwały. . żeby przyłączył się do nas. Zapalił papierosa. O ósmej piętnaście organy z katedry zaczęły grać cicho. Po chwili mógł dos+~zec w nawie małe czarne 'kształty.Pomyśl o wszystkich kombinacjach i podaniach. że dobrze. W kilka minut potem zbliżyli się dwaj mężczyźni. .Cieszę się .To nic . .Myślałem.Dostarczanie okazji to moja specjalność. potem uświadomił sobie. że czekał na przyjaciół w umówionym miejscu.

Ten z nich. Z twarzy bardzo byli do siebie podobni i. Oba] byli ^jednakowego wzrostu. Jednakże o jedenastej wieczór Rieux i Tarrou weszli do małego i ciasnego baru. . Nie są pewni. obaj w granatowych spodniach i marynarskich trykotach z krótkimi rękawami. Trzeba się pospieszyć.rzekł Gonzales. 9 . Doktor nie miał jeszcze pewności. Stamtąd można się będzie udać do domu strażników.bulwarów nadbrzeżnych. pojutrze. potem usiadł na ławce. że rozpoczynają służbę za dwa dni. Rambert zgodził się i podał im kilka ze swych ostatnich papierosów. z dwiema kobietami uwieszonymi u jego ramion. Zauważył. Gonzales zaproponował kolację w hiszpańskiej restauracji. oficer marynarki. że w barze podają alkohol. dużo mi mówił o panu. Koszta zostaną pokryte przy wyjeździe. z namiotami dla chorych. ale zdawało się.Nie jestem nigdy pewien. i poczekał. że będą na straży przez tydzień i że trzeba wybrać dzień najbardziej dogodny. czy sprawa kosztów jest uregulowana i czy można dostać zaliczkę. dokoła . Ram-bert znajdował się u końca kontuaru i dawał im znaki ze swego wysokiego taboretu.nie ma potrzeby. który szedł ku niemu przepraszając.powiedział Tarrou . Marcel czy Louis powiedział.Czy chce pan pójść ze mną? . .mówił . aż po niego przyjdą. że na pewno nie mają więcej jak po dwadzieścia lat. 128 . Dziennikarz oddalił się nieco.Nie . Nazajutrz Rambert. .powiedział Rambert po chwili wahania.Proszę pana .Pierwszej nocy . żeby przeniósł się do ich mieszkania. Przyszedłszy z ciszy zadżumionego miasta.rzekł Gonzales . że straże na zewnątrz miasta zostaną podwojone. czy mu nie przeszkadzam . . skąd mógł ich obserwować do woli. które zajmowały resztę ciasnego lokalu. idąc do swego pokoju. A teraz do rzeczy. W tej samej chwili ujrzał Gonzalesa.Dżuma 129 .Już się znacie.przeciwnie. nawet późno. żeby ich wtajemniczać. Zdarza się jednak czasem. .Oto nasi przyjaciele . których przedstawił mu jako Marcela i Louisa. to • przyjaciel.Nie sądzę. opowiadał grubemu czerwonemu mężczyźnie o epidemii tyfusu w Kairze. Zrozumieli to ożywienie widząc.rzekł do Ramberta .powiedział i zbliżył się wraz z dziennikarzem do dwóch młodych ludzi. Marcel czy Louis proponuje więc Ram-bertowi.Nie . Jest ich czterech przy bramie zachodniej.założono obozy dla krajowców.jeśli będziecie mieli wolną chwilę po kolacji.To zależy od niego i od dżumy . który jeszcze nic ' nie mówił.Alkohol nie przeraża pana? . . Było trudno rozmawiać w tym zgiełku. że Ramberta interesuje przede wszystkim alkohol. Dziennikarz zastanawiał się. zapytał Gonzalesa. Umówiono się na nowe spotkanie. przyjdźcie obaj do hotelowego baru.dotrzymam ci towarzystwa.powiedział Tarrou. Nie ma mowy o tym. Tarrou odsunął spokojnie jakiegoś hałaśliwego sąsiada i znaleźli się po obu stronach dziennikarza. spotkał Tarrou na hotelowych schodach. Rambert doszedł do wmosKU.odparł Tar-rou.Dobra . który oni znaj'ą. . . że tamci koledzy spędzają część nocy w ty mej sali baru.Mam spotkać się z Rieux .powiedział . "Obozy . czy dziennikarz jest pijany. dwaj przybysze zatrzymali się trochę ogłuszeni. tamci dwaj to zawodowi wojskowi. Rieux wciągnął zapach gorzkich ziół ze swego kieliszka. Przy jednym z dwóch stołów. że to bracia. a zresztą to powiększyłoby koszta. Ze trzydzieści osób tłoczyło się tutaj rozmawiając bardzo głośno. ponieważ od pewnego czasu mówi się o tym. niedaleko od bram.

zdał sobie sprawę. W owej chwili w nocy. bo myśli. idący od morza.krzyknął Tarrou.rzekł Rambert. jak to miał powiedzieć doktorowi Rieux. . Na ulicy noc zapadała bardzo szybko. O dwudziestej pierwszej Rambert spostrzegł. O dwudziestej trzydzieści skończył jeść. że sala jest pusta.powiedział Tarrou wyciągając bez pośpiechu rękę po swój kieliszek .odparł dziennikarz i wypił. Zapalono światło. Zaczęto podawać i niskie sklepienie wypełnił brzęk nakryć i przytłumione rozmowy.Szkoda! . zajętym przez eleganckich młodych ludzi. który właśnie wypił i patrzył na Ramberta uważnie.Już niedługo . gdzie za pierwszym razem spotkał Gonzalesa. jakie trzeba będzie podjąć na nowo. Wewnątrz restauracja była niemal pusta. że drży mu ręka. znalazł ją znów w środku . Pomyślał. .Och . 2 sercem zrozpaczonym na myśl o wszystkich krokach.powiedział doktor. Było to okrutne. którą przecinały pędzące ambulanse. Nowi goście usiedli przy jego stole. by poświęcić się całkowicie poszukiwaniu szczeliny w murach oddzielających go od niej.Może za tydzień. Zapłacił i wyszedł.Tarrou tak mówi. że poczeka.Dlaczego? Tarrou spojrzał na Rieux. Ram-bert usiadł przy kontuarze i patrzył na wejście do restauracji. upartego namysłu." Rozmowa przy drugim stole. . usiadł z powrotem na swoim taborecie. którzy ustawili krzesła przed wejściem i delektowali się zielonym i złotym wieczorem. że pan mógłby nam się przydać.w naszych formacjach sanitarnych. Rieux zauważył.Te formacje nie wydają się pasnu potrzebne? . Ale również w tej chwili. . Naprzeciw restauracji była otwarta kawiarnia.Jak mógłbym się wam przydać? . zastanawiając się na próżno. które strzelały do rodzin. Ale ja 138 rozumiem aż nadto dobrze pańskie pragnienie wyjazdu. którego adresu nie miał. i że kelnerka s* 131 spogląda na niego ze zdziwieniem. nie doczekawszy się Gosn-zalesa i dwóch młodych ludzi. Ludzie wracali powoli do sali i siadali przy stołach. . Sala opróżniała się powoli. O dwudziestej Rambert czekał wciąż jeszcze. Nazajutrz Rambert wszedł po raz drugi do hiszpańskiej restauracji. unosił lekko zasłony na oknach. Rambert usiadł przy stole w głębi. Na twarzy Ramberta pojawił się zwykły mu ^wyraz. .powiedział Tarrou. . . . jeśli usiłowały przemycić domowe lekarstwa. Była dziewiętnasta trzydzieści. cóż .Czy jest pan zadowolony? . Powiedział do kelnerki. płynącym z wysoko umieszczonego głośnika. Palił papierosy. że na pewno jest zupełnie pijany. że przez cały ten czas w pewien sposób zapomniał o swojej żonie. O dwudziestej pierwszej trzydzieści skierował się w stronę hotelu.Bardzo potrzebne . kiedy 'wszystkie drogi na nowo były zamknięte. jak znaleźć Gonzalesa. Tarrou postawił nową kolejkę. Przechodził pomiędzy niewielką grupą mężczyzn. Palili tytoń o cierpkim zapachu.powiedział Rieux podnosząc głos.kordon straży. ale słuszne. Zamówił kolację.No. Ciepławy powiew. Rambert zeszedł ze swego taboretu i spojrzał mu po raz pierwszy w twarz. . była niezrozumiała i gubiła się w rytmie Saint James Injir-mary. żar dopiero zaczął słabnąć.

Niemożliwe. Gdyby nie dżuma.Jeden na dziesięciu. Cottard zadrżał i chwycił się krzesła. pełnym zaciekawienia wyrazem. .zapytał Cottarda.rzekł Cottard .To nie dla mnie.Słusznie . . Tarrou uderzył się w czoło. że zbyt wielu ludzi jest wciąż nieaktywnych.Niech pan przyjdzie jutro wieczorem . Ma przyjść o dziesiątej.Zresztą dobrze mi z dżumą i nie wiem. Nazajutrz bardzo wcześnie udał się jednak do Rieux. Albo tak przynajmniej mogliśmy z doktorem wywnioskować. Poza tym nie lubimy policji. . jak znaleźć Cottarda. Kiedy następnego dnia Cottard zjawił się u doktora. Pańska sprawa nas nie dotyczy.'krzyknął ren-tier. Potem z przechwałką w głosie: . Tarrou powiedział. ani ja nie zadenuncjujemy pana. Pan wie równie dobrze jak ja.Zapewniono go. . . . jużeście je zastosowali. by uciec od tej okrutnej oparzelizny. nie wiem po co. który kręcił się na krześle.Tak. który spoglądał na rentiera życzliwie. Tarrou dodał: . powiedział.Tarrou chciał. \ Tarrou odparł ze zdziwieniem: . Tarrou patrzył wciąż na rentiera.Kto panu o tym powiedział? . Cottard patrzył na Tarrou nie rozumiejąc.Ech. że to była jednak dżuma. zapomniałem. dlaczego miałbym się wtrącać. Miał szczęście . . że zaczął biec w stronę hotelu. Zna pan dzisiejsze cyfry? Tarrou.Nie wygląda na to. No ^niech pan siada. i Cottard śmiał się. jakby olśniony nieoczekiwaną prawdą. Ani doktor. .Niech się pan nie denerwuje. jak na niego zbyt silną. ale czego to dowodzi? Że należy zastosować jeszcze bardziej wyjątkowe środki. Tamten wstał z obrażoną miną i wziął swój okrągły kapelusz. ale każdy musi to zrobić na własny rachunek. i to z tak nagłym wybuchem bólu. Niech pan przyjdzie o wpół do jedenastej.Na ogół nie . . Rieux przestał pisać i patrzył na niego z poważnym. dżuma nie przebacza. jakby miał upaść. / 133 A ponieważ Cottard ogarnięty nagle wściekłością.mówił Tarrou.ale to nie była dżuma.Dlaczego nie przyłączy się pan do nas? .powiedział. .rzekł Rieux.ale to nie przyda się na nic. bełkotał niezrozumiałe słowa. Tarrou i Rieux rozmawiali o niespodziewanym wyzdrowieniu pacjenta w szpitalu Rieux. żebym zaprosił Cottarda. . skoro wyzdrowiał. żeby się skończyła.Ależ pan. .swego pragnienia. .powiedział Tarrou cierpliwym tonem .Pozostaje mi tylko zacząć wszystko od początku .kiedy wszystko wypróbujemy. Formacje ochotnicze są otwarte dla wszystkich. . sytuacja jest poważna.Będziemy to wiedzieć .Tak . . 132 . Rieux wypełniał kartki przy biurku. by go zapytać. rzeczywiście. aresztowano by pana. którą unosił przecież ze sobą i która zżerała mu skronie.Ale przy odrobinie uporu mogą się zdarzyć niespodzianki. Dżuma jest zbyt silna. że epidemia to sprawa każdego i każdy powinien spełnić swój obowiązek. Rentier spojrzał na krzesło i usiadł po chwili wahania. że zna cyfry. .powiedział Rieux.rzekł Cottard . .Ach. Po minucie westchnął. .

że mam być do ich dyspozycji aż do końca śledztwa.powiedział Tarrou . że nic nie osiągniecie. . Oczywiście nie wcześniej jak pojutrze. Rambert wrócił do domu i wyraz jego 135 twarzy uderzył Tarrou.rzekł Rambert . że rozumie jego niepokój. Rambert zaprosił go wraz z Tarrou do swego pokoju .Tak. Wezwali mnie i powiedzieli.z końcem tygodnia. o dowolnej godzinie w nocy. pozbawią mieszkania. Ponieważ zaś Rieux chciał znać szczegóły. Rieux przemówił po raz pierwszy i powiedział Cot-tardowi.Widzę . kiedy spotkał dzie: po południu. .Trzeba zacząć na nowo . . że Cottard nie zna adresu Gonzalesa. I kiedy Rambert zjawił się w drzwiach. .Wyciągnęli tę starą historię .rzekł Tarrou z uśmiechem. W dwa dni potem Rambert jadł obiad z graczem w piłkę nożną. śle wiedział.i dlatego wymyślił pan. Było to również zdanie Ramberta. . Nie mogę znieść myśli. . .Więzienie. Rambert dowiedział się. Ale niech pan przynajmniej nie propaguje dżumy . że zamykano całe dzielnice. dzielnice położone w dole były zamknięte. I powtórzył swoje zaproszenie: .To poważna sprawa? . przyszła sama. Wysłuchał w rnJczsniu historii Ramberta. to nie jego wina. Jeśliby nie mógł wieczorem. że chwilowo mu pomaga. Nazajutrz chłopców nie 'było w domu. że potem mnie aresztują. . Ale był jeden taki. Raoul potwierdził przypuszczenie Garcii. w jaki sposób można się znaleźć.że nie wstąpi pan do naszych formacji.przyznał. co mógł zrobić.Na pewno. że nie mam się czego obawiać. ale można pójść znowu do kawiarenki.powiedział Tarrou . ale to oczywiście głupie. Trzeba skontaktować się znów z Gonzalesem.To pomyłka. .zapytał Tarrou. podniósł na Tarrou niepewne spojrzenie. Możliwe. . Nie był poinformowany. . Ale po chwili ciągnął nadal gwałtownie: . Rentier. . . oddzielą od tych wszystkich.To idiotyczne . który obracał w rękach kapelusz.że trzeba wszystko zacząć od nowa. co pan przez to rozumie. Garcia zjawił się następnego dnia.Źle idzie? ..Więzienie czy roboty przymusowe? Cottard wydawał się bardzo przybity. Wyznaczono im spotkanie na placu du Lycee następnego dnia w południe. przyzwyczajeń. rentier dodał z wielką energią w głosie: .Zależy.Nie trzeba mi mieć tego za złe. co gadał.mówił Gonzales. na razie wiem. . ale może wszystko się ułoży. że zabiorą mnie. że o niej zapomniano. by sprawdzić zameldowania.Trzeba było ustalić.rzekł Rambert. Wszystko..Och..Zresztą myślę.Widzę . jeśli będę miał szczęście. żeby się powiesić? .Ach . . Wieczorem czekali na próżno.Jutro rano pójdziemy do chłopców i spróbujemy wszystko załatwić. W każdym razie nie jest to morderstwo. Zrozumiałem. których znam.Sądziłem. 134 . że Gonzales i dwaj młodzi ludzie nie mogli przekroczyć rogatek. to znów skontaktować Ramberta z Raoulem. Rano Cottard i Rambert udali się do kawiarenki i wyznaczyli Garcii spotkanie na wieczór albo nazajutrz. Cottard zaprotestował: nie chciał dżumy.zapytał Tarrou. Umówili się na jutro. Wszyscy robią pomyłki.

że teraz nie. Rambert.powiedział Rieux. byłem na woj-inii. lansu zabrzmiał wyraźnie. Zauważył nagle. nie potrafi ani cierpieć.rzekł. ani być długo i. usłyszeli odgło odległych wystrzałów. właśnie. Było dziesięć ch. co się kocha. wzruszając ramionami. Ale potrafi pan umrzeć dla idei. że powstaną inne. czy potrafi pan umrzeć dla miuem. -i się.powiedział . kiedy odwraca się od miłości. .rzekł Tarrou. lie. że to Saint James In Gdy płyta była w połowie. Zresztą sądzę.pc Tarrou. a zrozumiałem.powiedz bert. że nie jesteśmy już zdolni do miłości. wzrósł. W tym rzecz. co się ł na nich i potem: ę.dużo myśla-^j organizacji. pan nie zrozumiał. to nam swoje powody. Poddajmy się.Dżumy.Ta płyta nie jest zabawna . nie interesuje mnie. Lwe. . czekajmy rozwiązania ogólnego nie bawiąc się w bohaterów. ale mam tylko tę jedną. I po chwili: . podskoczył na łóżku.Pies albo ucieczka . Czekajmy. Wciąż na nie-: powiedział łagodnie: wiek to nie idea. doktorze. wiem. Nie wierzę w bohaterstwo. .ym? . Żyć dla tego. że poszczę zapłacić swoją osobą. Spodziewano się. tylko to mnie intełuchał dziennikarza uważnie. . Rieux przyglądał się jego krótkiej lwetce na brzegu łóżka. Teraz wiem.po-rrou. Wieczorem.Nie.Czego? .Nie trzeba z tego robić zasady . Nie jest więc zdolny do niczego. że to polega na zaczy mowa. W chwilę potem płyta się skończyła i sygn. rej stronie? . przepły oknami hotelowego pokoju.zapytał Tarrou. cały pochłonięty swymi . . Wstał.Powiadam panu. Jeśli nie jestem z wami. . Ale potem zastanowi-ię.Przyjdźcie wieczorem. dziennikarz leżał. jak tam z formacjami. .O! . Ja zaś mam dosyć ludzi umie-Ua idei.Tak pan to lubi? . est idea i idea mizerna od chwili. że było zabójcze. twarz miał rozpaloną scią. kiedy dwaj mężczyźni weszli ( ju Ramberta.Pan jeszcze nie zrozumiał . aż się staniemy zdolni do miłości. . in. onie zwyciężonych. doktorze . na niego patrzy. Dziennikarz odpowie zaczął wszystko od początku. że to polega n •naniu od nowa. Ja poprzestaję na tym. 136 eux. dwagą. że jest zdolny do wszystkiego . Tarrou. 1 . że człowiek jest zdoL? kich czynów. ścichł i zgasł . napeh gotowane kieliszki.Nie. a jeśli to naprawdę niemożliwe. ołym okiem. ale wydaje mi się. Ale jeśli nie jest zdolny d q czucia.odparł . usiadł na łóżku. Rambert otworzył mały patefon.A poza tym słyszę ją dziś po raz . Rieux biorąc swój zapyta: jest na dobrej drodze. doszedł do tego punktu i że wkrótce czeka go ostatnie spotka: pił i powiedział: .zapytał Tarrou.Co to za płyta? ..2 Rambert odpowiedział. . .Oni oczywiście nie przyjdą.

powiedział z mocą . . którycł "^ doznawali wszyscy. pan ma zupełną rację. który podówczas zapadał szybciej.Nie . Rambert patrzył na nich w zamyśleniu. dżuma przysłonił. . to znaczy dżuma i uczucia. W środku owego roku zerwał się wiatr i wiał przez •wiele dni w zadżumionym mieście. ''--"""'"'" . gwałtowne czyny naszych współobywateli.Rieux wstał z wyrazem nagłego zmęczenia. ^ wszystko.nic wiem. Nie było już losów indywidualnych. jakby się rozmyślił.mamy robotę. żebym pracował z wami. że wy dwaj nie macie nic do stracenia w tym wszystkim. Najsilniejszym z nich była świa-^ domość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i bun-0^ tem. że mogą jeszcze wybierać. z chustką lub ręką na ustach. przez całe tygodnie. jak Ramber wyobrażali sobie jednak. odwrócił się i powiedział do dziennikarza: . odpadający pod tchnieniem wiatru. Mieszkańcy Ora-nu szczególnie obawiają się wiatru. pochyleni do przodu. Tarrou ruszył za nim. Po długich miesiącach.Chodźmy . ale gdy miał wyjść.pan nie jest w błędzie. gdzie leży miasto.Czy zgodzi się pan. Chodzi o uczciwość. W istocie jednał ^ wówczas. Można było ich ujrzeć. które uderzały po nogach coraz to rzadszych przechodniów. .Tak.Nie wiem. w połowie sierpnia.Czy pan wie. Muszę jednak panu powiedzieć: w tym wszystkim nie chodzi o bohaterstwo. Wtedy łatwiej być po dobrej stronie. więźniowie walczył jak mogli.powiedział Rambert z wściekłością . ale jedyny sposób wałki z dżumą to uczciwość. Dlatego narrator uważa. z których każdy mógł być ostatnim. aL •^ wspólna historia. . Ta myśl może się wydać śmieszna. jak śpieszą ulicami. ponieważ me napotykając żadnej naturalnej przeszkody na płasko-wzgórzu. Wyszedł. co pan chce zrobić i co wydaje mi się słuszne i dobre. aż znajdę sposób opuszczenia miasta? Na drugim końcu przewodu trwała przez chwilę cisza i potem: . że działają jako wolni lu dzie. pogrzeby zmarłych i cierpienia rozłączonych kochanków. że u szczytu upałów i dżumy należy opisać dla przykładu zachowanie się ogółu. że żona Rieux znajduje się w sanatorium. Rieux wychylił swój kieliszek. mury pokrył szary tynk. Może rzeczywiście jestem w błędzie wybierając miłość. ale Tarrou już nie było.Cóż to jest uczciwość? . Wiatr wzbijał fale kurzu i papierów.Pan ma rację. by możliwie najbardziej przedłużyć te dni.powiedział . wpada na ulice z całą gwałtownością. III Tak więc. tak że przez kilka dni o zmierzchu. / Rieux odwrócił się w jego stronę.Ach .powiedział Rambert poważniejąc nagle. ]aki jest mój zawód. ulice . Widać. Wieczorem ludzie już śnie zbierali się. i za nic •w świecie nie chciałbym pana odwieść od tego. czym uczciwość jest w ogóle. jakie niosła w sobie.Przypuszczam. małymi grupami szli szybko do domów lub kawiarń. . . . że niektórzy z nich. 138 Nazajutrz o wczesnej godzinie Rambert telefonował do doktora. kilkaset kilometrów stąd? Rambert okazał gestem zdumienie. Ale w moim przypadku polega na wykonywaniu zawodu. Dziękuję panu. kiedy ani jedna kropla wody nie odświeżyła miasta.

i tylko wiatr wydawał nieustanne skargi. Mimo bowiem izolacji niektórych aresztantów więzienie jest społecznością. a strażników więziennych w pewien sposób można było uważać za zmobilizo. że kara aresztu równa się karze śmierci. u zachodnich bram miasta. których częstość narażała całe dzielnice na nieustanne niebezpieczeństwo. ^ Na próżno władze usiłowały wprowadzić hierarchię ~ w tym ujednostajnieniu. to zdanie streszczało wówczas jedyną dostępną nadzieję. jęczało wówczas jak nieszczęśliwa wyspa. Ci ostatni natomiast w trudnych chwilach znajdowali pocieszenie w myśli. pierwszy w więzieniu panowała absolutna równość. wiał bowiem gwałtowny wiatr. doprowadzeni do szaleństwa żałobą i nieszczęściem. prawem kontrastu. Tak czy inaczej. dźwięczące krzykami wiatru. Kiedy wyjaśnianie. a w każdym razie. że dezynfekcja domów przeprowadzona przez władze wyklucza wszelkie ryzyko zarażenia. szczególnie doświadczone przez dżumę dzielnice. I jest rzeczą jasną. w kołach wojskowych nie przyję.* to tego życzliwie i słusznie zauważono. Aż dotąd dżuma zabrała najwięcej ofiar z dzielnic zewnętrznych. dzielnice w centrum wiedziały. medal za epidemię o . mogli je opuszczać tylko ci ludzie. że w naszym miejskim więzieniu strażniag. Jeśli jednak idzie o pierwszych dekorowanych. że zrobiono to. których praca była niezbędna. byli skazani. wszyscy. Ta pewność miała naturalnie swoje podstawy. który ^ był punktem widzenia dżumy. powziąwszy myśl. Od wzburzonego i wciąż niewidzialnego morza szedł zapach wodorostów i soli. jaką zanotowano w miejskim więzieniu. od dyrektora )^ do ostatniego więźnia. że to wiatr roznosi zarodki infekcji. W samym centrum miasta władze wpadły na myśl. jak żołnierze. z bliska i coraz częściej. ' kto bardziej jest więźniem niż ja". Wiele było trudu ze zwalczaniem tych pożarów. że inni są jeszcze mniej wolni niż oni sami. czego dowodzi fakt. bardziej zaludnionych i nędzniej szych aniżeli dzielnice w centrum miasta. "Zawsze znajdzie się ktoś. Mieszkańcy tych dzielnic uważali. Z przyczyn oczywistych zdawało się. żeby odizolować pewne. że najprościej będzie przyznawać zmarłym strażnikom medal za epidemię.(Z wyższego punktu widzenia. trzeba było ogłosić surowe kary dla niewinnych podpalaczy. Dowiedziano się. Te puste miasto ubielone kurzem. ze względu na nadmierną śmiertelność. nie można było cofnąć odznaczeń i koła wojskowe nadal podtrzymywały swój punkt widzenia. "Wiatr miesza karty" . Ponieważ ogłoszono stan oblężenia. Władze uznały te racje i doszły do wniosku. że nadeszła ich kolej. że pożałowania godny zamęt może się zrodzić w umysłach ludności. że zabiją w nich dżumę. wspólna wszystkim | mieszkańcom. nasycone zapachem 140 morza. Mniej więcej w tym czasie wzrosła również liczba pożarów. Mieszkańcy powiadali. że ludzie. i może . śląc ponure i beznamiętne wezwanie dżumy. zwłaszcza w dzielnicach willowych. rozlegały się pod oknami sygnały ambulansów. by im umyślnie dokuczyć. podpalali swe domy w złudzeniu. odznaczono ich pośmiertnie medalami wojskowymi. ale pewność. Ale nagle podeszła bliżej i rozgościła się w dzielnicach handlowych. tak samo jak aresztanci.po. którzy zwykle żyją pospołu.mówił dyrektor hotelu.' wanych. myśleli o mieszkańcach innych dzielnic jak o wolnych ludziach. nie przydawało się już na nic. że nie myśl o więzieniu powstrzymywała wówczas tych 141 nieszczęśników. którzy wrócili z kwarantanny.były puste.raz * ^y . by nadawać odznaczenia strażnikom więziennym zmarłym ' podczas wykonywania swych obowiązków. zło już się stało. Ale jeśli aresztanci nie protestowali w najmniejszym stopniu. zakonnicy czy więźniowie. Z drugiej strony. gdy w nocy. płacili '•^ daninę chorobie. że dżuma rzuca się ze szczególną zaciekłością na tych.

by_ prócz stanu dżumy ogłosiły_stan_ oblężenia i wprowadziły odpo\Łifidnie P^aJKiLJ?0781'1'26^'1'10 dwóch złodziei. ale tym razem były to niewielkie uzbrojone grupy. czy podziałało to na innych. Bramy miasta atakowano znów wielokrotnie w nocy. Co więcej. nie skażone nigdzie czar§] na plamą drzewa. że te akty były zamierzone. niewrażliwe i prostackie. czym isz <^ był kiedyś człowiek. by po mieście przeszedł wiew rewolucji i wywołał pewne rozruchy.k1 Y. które niosły na ramionach. trudno przypuszczać. wały swymi nieprawdziwymi twarzami z kamienia z' "^ czy żelaza wywołać zniekształconą wizję tego. usiło. Te poślednie bóstwa panowały z ^i poci gęstym niebem na martwych skrzyżowaniach ta /-^ ulic. za każdym razem. Te wypadki zmusiły władze. Prawdę mówiąc. była to kropla wody w morzu. ^ stawało się kamienne. Można przypuszczać. Jedyna rzecz. jaki uzyskano nadając odznaczenia wojskowe. podobne sceny powtarzały się dość często i władze nie udawały nawet. Trafiali się więc szaleńcy. że wszystkie te okoliczności oraz wiatr rozpłomieniły również pewne umysły. ale jest rzeczą wątpliwą. dość wiernie wyobraci . pogrążone w całkowitej ciemności. Prawdę mówiąc. Było. Na widok jego obojętności za przykładem pierwszych szli liczni widzowie. która wywarła wrażenie na wszystkich mieszkańcach. Podobnie. że interweniują. Powstał więc zamęt. Domy podpalone lub zamknięte ze względów sanitarnych zostały obrabowane. która na pozór zmusiła oblężonych do solidarności. Najczęściej nagła okazja doprowadzała czcigodnych dotychczas ludzi do nagannych czynów. Od godziny 143 E4 jedenastej miasto. to wprowadzenie zaciemnienia. Straże wzmocniono i te próby ustały dość nagle. którzy wpadali do płonącego domu jeszcze w obecności ogłupiałego z bólu właściciela. Wielkie ciche miasto byla ło wówczas tylko zbiorowiskiem masywnych i nieruay chomych sześcianów. ponieważ w czasie epidemii otrzymać odznaczenia tego rodzaju jest rzeczą banalną. w świetle pożaru. Wszyscy byli niezadowoleni. kiedy to było możliwe. które natychmiast naśladowano. W ten sposób choroba. Zakonnicy 142 z dwóch klasztorów miasta opuścili je i zamieszkali na razie przy pobożnych rodzinach. nie zaniepokojone nigdy krokiem n< przechodnia czy głosem psa. władze karne nie mogły postąpić jak władze zakonne ani jak władze wojskowe. byli ranni i kilka ucieczek. p Pod księżycowym niebem wystawiało rzędami swe białawe mury i proste ulice. pomiędzy którymi milczące wiq zerunki zapomnianych dobroczyńców czy wielkich ^ ludzi przeszłości. łamała zarazem tradycyjne zrzeszenia i odsyłała ludzi z powrotem do samotności. ze wszystkich stron mknęły uciekające cienie. ponieważ wśród tylu zmarłych te dwie egzekucje minęły nie zauważone. Nastąpiła wymiana strzałów. zniekształcone przez zamierający ogień oraz przedmioty i meble. na wieki wciśnięte w brąz. ich jednak dosyć. że nie mógł wywrzeć efektu moralnego. i po ciemnej ulicy. zabierano niewielkie grupy z koszar i umieszczano jako garnizony w szkołach czy w gmachach publicznych.tyle był gorszy.

nie były tego rodzaju. Ksiądz przyjmował ciało. lecz si ma jedno tylko usprawiedliwienie. jeszcze wówczas kursujących. Szkoła miała wyjście z tyłu. woli społeczeństwo żywych i na przykład kąn piele morskie. kiedy tym.f o tarza. Ale zniesiono kąpiele morskie. żeby podnieść "w na duchu naszych współobywateli. ponieważ odbywali kwarantannę. przeS1 ciwnie.s rainie. Ti Ale noc była również we wszystkich sercach. W jaki sposób. Natychmiast przystępowano do rzeczy najważniejszej. jeśli mie-. lub przynajmniej jego ład ostateczny. że k' przez cały ten czas były pogrzeby i że w pewien spoa sób. że t będzie musiało zrzec się swych praw na rzecz spo. nie zgodzić się na a 144 3 pogrzeb w dniu. Jeśli rodzina nie mieszkała . stemplowali oficjalną przepustkę. która w końcu zawsze odnosi zwycięs. jak wszystkich współobywateli. albo przerobionym wielkim ambulansem.z nim uprzednio.w^ uagu.. których kochacie. jaki zarzut można by mu postawić. Trumny mieściły się w rupieciarni wychodzącej na korytarz. kamień i noc zmusiły wreszcie Są wszelki głos do milczenia.zmarL. usuwali się z drogi i auta zatrzymywały się przy kwaterze.szkali razem z chorym. Uproszczono wszystkie formalności i zniesio-Ino w ogóle uroczyste pogrzeby. a mianowicie. zatkać ^ oczy i odmówić na nią zgody. ale oczywistość ma s straszną siłę. k( i prawda oraz legendy. Krewni wsiadali do taksówek. zniesiono bowiem nabożeństwa żałobne w . gdzie liczne doły czekały na zapełnienie. a spo. tego ^zaś^J^-..Ł łeczeństwa umarłych. który albo był prawdziwym' samochodem przewozowym. na przykład. głowa ro-^dziny składała podpis na papierach.o łeczeństwo żywych lękało się przez cały dzień. Następnie ładowano ciało na samochód. Należy bowiem cL' mówić o pogrzebach i narrator za to przeprasza. gdzie dżuma._dnj. co nasi współobywatele nazywali ostatnim mieszkaniem. grzebanabezzwłocznie^ 'Zawiadamiano oczywiście krewńycfi. W każdym razie nie czyt.a. trzeba pogrzebu? Z początku ceremonie pogrzebowe cechował pośpiech. ale na^z^ścTe] nie mogli oni ruszyć się z miejsca. r^tuałemyJak^e^ten^tA^zmartJ^ spędzał noc sam. da-. Natu. Taka była oczywistość. że miejscem. za głównym budynkiem. W tym właśnie korytarzu rodzina znajdo-. to znaczy. do którego wkroczyliśmy. 'la od gwy^j^J^z3. zmuszono go do s. i samochody z największą szybkością jechały zewnętrznymi ulicami na cmentarz. ni tego z upodobania do ceremonii tego rodzaju.< two. gdy ciało było już umyte i złożone do trumny. zjawiała się o oznaczonej godzinie. żeby jej nie widzieć. nhnj^y ^rrp^rali 7.^^n^terffzQl«ft»^łQ^^^^ prgfy nwh zgodnie 'z. jest pomocniczy szpital doktora Rieux. ^'to znaczy o godzinie wyruszenia na cmentarz. bez której nie można było mieć tego. Czu-w je dobrze. ład cmen. zajmowania się pogrzebami. Przy bramie żandarmi zatrzymywali kondukt.^-C zając nieruchome królestwo. jakie powtarzano sobie na te"w mat pogrzebów.wała zamkniętą już trumnę. można się zmusić. Przypuśćmy. gdzie dopełnia się tych i formalności.

i dopiero znacznie później ten ostatni wstyd znikł siłą rzeczy i grzebano. Postęp jest bezsporny. Organizacja była więc bardzo dobra i prefekt okazał zadowolenie. brakło płótna na całuny i miejsca na cmentarzu. Wśród modlitw wyjmowano trumnę. jest bardziej rozpowszechnione. i natychmiast pokrywano je niegaszonym wapnem. ale tylko do pewnego . jak to już widzieliśmy. Przy końcu cmentarza. drugi dla kobiet. ale też nieoficjalnie. wleczono. tylko my prowadzimy karty kontrolne. Rzeczą najprostszą. jak umiera się wokół nich i jak oni umrą pewnego dnia. wydało się połączenie obrzędów w koniecznych wypadkach. odwożono z powrotem do szpitala i zabieg powtarzano tyle razy.odparł Rieux . Trzeba się było zastanowić. Kiedy ambulans zakończył już swoje podróże. że lepsze to 146 • w końcu od wózków ze zmarłymi ciągniętych przez > Murzynów. Na brzegu dołu znajdował się pagórek tego samego wapna. W głębi każdego z nich dymiła i kipiała gruba warstwa niegaszonego wapna. czynić starania i wypełniać formularze. Tak więc te trudności materialne. mężczyzn i kobiety. Ludzie. jednych na drugich. potem ziemią. ile było trzeba. trumna ześlizgiwała się. I wszystko szłoby doskonale. Pod tym względem administracja szanowała konwenanse. gdyż pragnienie. jedne obok drugich. wychodził orszak z noszami. Na cmentarzu opróżniano skrzynie. W kwadrans później była ju •w domu. W ten sposób wszystko odbywało się rzeczywiści z maksimum szybkości i minimum ryzyka. szpital dysponował wówczas pięciu trumnami. niż si^ przypuszcza. Mimo tych sukcesów administracji nieprzyjemny i teraz charakter formalności skłonił prefekturę do l usunięcia krewnych z ceremonii. uderzała o dno. Jeśli bowiem chodzi o ostatni obrządek. Rzecz j as na. w konsekwencji okazały się dobrodziejstwem. Ale są to względy z którymi w czasie dżumy niepodobna się liczyć wszystko poświęcono skuteczności. zwiększenie ilości przeja^rów między szpitalem a cmentarzem.Dżuma 145 co wcześniej do dezynfekcji i podczas gdy glina z ło pat spadała coraz bardziej głucho. Ambulans odjeżdżał nie10 . Jeśli idzie o teren Rieux. jak to opisują kroniki dawnych dżum.to ten sa'm pogrzeb. Trumny skraplano płynem antyseptycznym. Trumien bowiem było wciąż mniej. rzecz się nieco zmieniła. jak popadło. które powinny były stać się nieszczęściem. którym się zajmujemy. nie troszcząc się o przyzwoitość. nie mieli czasu myśleć o tym. którzy chcąc jeść musieli wystawać w kolejkach. Jeden dół był dla mężczyzn.kościołach. doły były oddzielone i prefekturze bardzo na tym zależało. wciąż ze względu na skuteczność. by zostać pochowanyn przyzwoicie. później. problem wyżywienia stał się drażliwy i zainteresowanie mieszkańców skierowało się ku pilniejszym troskom.( . wykopano dwa olbrzymie doły. . Tolerowano jedynie l ich obecność u bram cmentarza. W okresie. pęcherzyki rozpryskiwały się w powietrzu. na szczęście. Trumny zapełniano i ładowano do ambulansu. gdyby epidemia nie rozszerzyła się. zsuwano w głąb obnażone i poskręcane ciała.Tak . ksiądz machał kropidłem i już pierwsze grudki ziemi odskakiwały od wieka. że przynajmniej z początku rodzina czuła si< w swych sentymentach urażona. ciała koloru żelaza składano na noszach i trupy czekały w specjalnie przygotowanej szopie. na nagiej przestrzeni porośniętej mastykowcami. Zresztą. Powiedział nawet Rieux. rodzina szybki •wsiadała do taksówki. związywano ją sznurem. Na szczęście ów ostateczny zamęt towarzyszył tylko ostatnim chwilom zarazy. jeśli z początku poczucie moralne ludności cierpiało z powodl tych praktyk.

radząc użyć tramwajów. Ale trzeba wyprzedzić nieco bieg wypadków. W tym celu przystosowano wnętrza wozów motorowych i . który znajdował się we wschodniej stronie miasta. Nazajutrz proszono krewnych o złożenie podpisu w rejestrze. jeśli 10* 147 się nad tym dobrze zastanowić: nigdy. którzy zjawiali się bezzwłocznie. Od tej chwili bowiem nędza okazała się silniejsza od strachu. W większości wypadków bezrobotni nie uzupełniali kadr. Zarządzenie prefektury wywłaszczyło posiadaczy koncesji na wieczność. że nagromadzenie ofiar przewyższało znacznie możliwości. Jednakże nieco później wypadło szukać czego innego i posunąć się jeszcze dalej. trzeba było szybko wymyślić co innego. chyba że w przerwie oni również zwolnili miejsce. Ale gdy dżuma rzeczywiście zapanowała nad całym miastem. ich matowe dzwonki rozbrzmiewały na opustoszałych ulicach. co świadczyło o różnicy między ludźmi a na przykład psami: kontrola zawsze była możliwa. Nie wystarczało rąk ani jeśli idzie o kadry. Ciała wrzucano pośpiesznie do dołów. co doktor nazywał czarną robotą. mógł uniknąć tej ostateczności. przez cały czas trwania epidemii nie zabrakło ludzi do wykonywania tych posług. czy użyć do tych prac więźniów skazanych czasowo lub dożywotnio. to przynajmniej w wystarczającym porządku. których sprowadziły tam zajęcia). że nazajutrz go zabraknie. Aż do końca sierpnia nasi współobywatele docierali więc jako tako do swego ostatniego mieszkania. Okres krytyczny nastąpił nieco przedtem. gdy łopaty wapna spadały na twarze i ziemia pokrywała je anonimowo w owych jamach. żeby administracja zachowała poczucie spełnionego obowiązku. które drążono coraz głębiej. zmarło na dżumę. ani o to. Choć stosowano środki ostrożności. zawiadamiała pierwszych z listy. że jak długo są bezrobotni. Wkrótce zmarłych na dżumę trzeba było odwozić do krematorium. Ale teraz musiano użyć starego pieca do spopielania zwłok. by oszczędzić miejsca dla przyszłych gości. Uważał. którzy wbrew wszelkim prze148 pisom znajdowali się po zaciemnieniu w odległych od centrum dzielnicach (lub ci. rzecz najbardziej zdumiewająca. i niepokoje doktora Rieux były uzasadnione. mknące z największą szybkością. które dawniej obsługiwały skalną drogę nadmorską i stały teraz bezużytecznie. do jakich musiano się uciec. za bramami. który długo wahał się.poziomu. Służba sanitarna dysponowała listą petentów i gdy zwalniało się miejsce. wpierw zawodowych. nie sposób było uniknąć zarażenia. I za-późnieni przechodnie. Ale. konsekwencje jej rozmiarów były nawet dogodne. Na próżno zburzono część muru i otwarto dla martwych wolne miejsce na otaczających terenach. ponieważ epidemia zdezorganizowała życie ekonomiczne i spowodowała znaczne bezrobocie. jakimi dysponował nasz mały cmentarz. Do wszystkich tych operacji trzeba było personelu i wciąż groziło niebezpieczeństwo. Wielu sanitariuszy i grabarzy. Można było załadowywać coraz więcej ciał do ambulansów. co tym samym zwalniało od pewnych względów. Tak więc prefekt. jeśli nie przyzwoicie. Jeszcze nie doleciały do dna. należy czekać. Posterunek straży przesunięto dalej. ale o pracowników niewykwalifikowanych było teraz łatwiej. zanim dżuma osiągnęła swój szczyt. potem przygodnych. Najpierw postanowiono grzebać nocą. napotykali niekiedy długie białe ambulanse. by opisać ostatnie sposoby. a pewien urzędnik merostwa ułatwił znacznie zadanie władz. ekshumowane szczątki poszły do krematoryjnego pieca. Od sierpnia dżuma trzymała się na takim poziomie. tym bardziej że za pracę płacono w stosunku do ryzyka.

najpowszechniejszym i najgłębszym. Czy nasi współobywatele. Mieszkańcy dowiedzieli się w końcu. które prześladowały doktora Rieux na początku epidemii. "narrator. Wiedział również. podobny do tych. lecz raczej jako nie kończące się dreptanie. który w ten sposób stał się stacją krańcową. niemniej jest prawdą. pełnymi egzaltacji obrazami. co byłoby naprawdę efektowne. które znajdujemy w starych opowiadaniach. jak wrzucanie trupów do morza. " Ta właśnie rzeczywistość czy lęk utrzymywały w c naszych współobywatelach poczucie wygnania i róż. Pod koniec lata. że to cierpienie traciło wówczas swój patos. by ludzie^ wbrew prefekturze umierali gromadnie i gnili na uli. że nic nie jest mniej efektowne niż plaga. jak krzepiący przykład jakiegoś bohatera czy olśniewający czyn. ze obmyślano rozpaczliwe sposoby. wielkie nieszczęścia.•1 łąki. że jeżeli statystyki będą szły w górę.r< nie. którzy je przeżyli. dobrze funkcjonującą 150 administracją. straszne dni dżumy nie ukazują się jako wielkie i okrutne płomienie. dżuma nie miała nic wspólnego z wielkimi. Biorąc to pod uwagę. I właśnie obiektywność każe mu teraz powiedzieć. Rzecz w tym. i wyobrażał sobie z łatwością straszliwą pianę na niebieskiej wodzie. dźwigając ładunek kwiatów i trupów. a nawet chłonność pieca mogłyby temu nie podołać. jak tramwaje poskrzypują w letniej nocy. Nie chciał niemal nic zmieniać efektami artystycznymi prócz tego. co noc skalną drogą wspinały się dziwne orszaki tramwajów bez pasażerów. Ale mieszkańcy owych dzielnic zagrozili. a przynajmniej ci. przekonani. Na szczęście nie rozszerzyła się już potem. dyspozycje prefektury. co wynika z elementarnych potrzeb relacji mającej zachować jakąś ciągłość. Nie. I mimo patroli broniących wejścia na drogę ludzie dość często przedostawali się na skały sterczące nad falami i gdy przejeżdżały tramwaje. najdoskonalsza nawet ^ organizacja nie potrafi przeszkodzić temu. są monotonne. usuwając siedzenia. powiedzmy to nawiasem. już dzięki swemu trwaniu. że zapanował nowy porządek i że płomienie dżumy pożerają co wieczór złożoną sobie daninę. Były to ostateczne konsekwencje epidemii. Przede Wszystkim była przezorną i nienaganną. Według opinii lekarzy. te wyziewy. miażdżące wszystko po drodze.'P cach i że miasto zobaczy. dążył do obiektywności. żadna. i mieszkańcy się uspokoili.c wiść łącząc z głupią nadzieją. że pomysłowość naszych urzędów. musiano więc skierować dym w inną stronę stosując system skomplikowany cl przewodów. Jeśli idzie o te sprawy. narrator żałuje ogrom. podobnie jak podczas deszczów jesiennych. którzy najbardziej cierpieli wskutek tej rozłąki. We wspomnieniu ludzi. rzucali kwiaty do środka. Tylko w dn gdy wiał wielki wiatr. nieokreślony capach idący od wschodu przypominał im. kołysząc się nad morzem. a zwłaszcza żeby nie sprzeniewierzyć się samemu sobie. W każdym razie przez pierwsze dni ciężki i mdlący opar unosił się z rana nad wschodnimi dzielnicami miasta. przyzwyczaili się do sytuacji? Nie byłoby zupełnie słusznie tak twierdzić. była rozłąka. nie mogły zaszkodzić nikomu. Dla dokładności . jak na placach publicznych s umierający będą się czepiać żywych. choć nieprzyjemne. Rieux wiedział.przyczep. Słychać było wówczas. co to jest. żeby niczemu się nie sprzeniewierzyć. jeśli trzeba koniecznie dać jej nowy opis w tym stadium dżumy. słuszną niena. że je natychmiast 149 opuszczą. wolno bowiem przypuszczać. iż tym razem dżuma spadnit na nich z wysokości nieba. że jeśli wielkim cierpieniem tego okresu. że nie może przytoczyć tu nic. linia zawracała przy piecu..

i jeśli przyjęli tę nową postawę. żeby się one skończyły. Trzeba było.^%awet przy jaźnie. ale. tracąc najlżejszą barwę. Po wielkim dzikim porywie pierwszych tygodni nastąpiło przygnębienie. Nie zapomnieli tej twarzy. z którego wynikało.. że te cienie mogą się stać jeszcze bardziej bezcielesne. jak to się powiada. W tym względzie przyjęli porządek dżumy. Na początku dżumy pamiętali bardzo dobrze istotę. ich cierpienie miało w sobie światło. trzeba to powiedzieć. co ów i drugi może robić o tej godzinie.mówili nasi współobywatele. Dawnie rozłączeni kochankowie nie byli naprawdę nieszczę śliwi. dzień. Teraz widywano ich na rogu ulicy. teraz zgadzali się na ich pomieszanie. ponieważ stracili poczucie wszelkiej cielesności. żeby się to sko] czyło" . Ci. której w każdej chwili mogli dotknąć ręką. błyski. Zresztą doktor Rieux uważał. i czuli żal. wyobrażali sobie z trudem. Wszystko to mówiona jednak bez ognia czy goryczy. nawroty. którą stracili. Pozbawieni pamięci i nadziei. o.stanu. DżtffiaA^fld^hrała wszystkim ^łe^J'nik>sci. Albo też jak&ś melancholia. żeby poczuli niespodzianie.jest prawdą. jak mogła żyć obok nich istota. jak na początku. alf opierając się na kilku argumentach. poniew. jaką przydawało im wspomnienie. I kiedy w pierwszych tygodniach skłonni byli się skarżyć. która była ich udziałem. "Czas. tym 151 bardziej skuteczny. kiedy układali jakiś projekt. Naturalnie. jej śmiech. ukąszenie bezprzedmiotowej zazdrości. lecz nie czuli j u ich ostrza. wszystko stało się dla nich teraźniejszością. do rozpatrywania rozłąki tak samo jak statystyk epidemii. że zarówno moralnie. . Po raz pierwszy rozłączeni nie czuli wstrętu do rozmów o nieobecnym. twarz stawała się bezcielesna. roztargnionych i z tali bardzo znudzonym spojrzeniem.. w owych chwilach mieli dość pamięci. otrząsali się z odrętwienia w pewne dni tygodnia. naturalnie w niedzielę i w sobotę po południu. w kawiar ni lub u przyjaciół spokojnych. nic tu nie jest absolutne. Jeśli aż dotąd zaciekle oddzielali swoje cierpienie od wspólnego nieszczęścia. przysto sowali się. ponieważ w czasach nieobecnego te dni były poświęcone pewnym rytuałom. i w miejscach teraz tak odległych. skrupulatnie i bez hałasu. które teraz zgasło. Miłość bowiem żąda odróbmy przyszłości. Jeśli bowiem. jak i fizycznie cierpieli. kiedy go przywołują. Nasi współobywatele weszli w ten rytm. ale niewystarczającą wyobraźnię. Trzeba było do tego owych chwil nieuwagi. Inni doświadczali również nagłego odrodzenia. Wszyscy byli skromni. który wydawał im się teraz szczęśliwy. że dżuma ustała. dzięki jakiejś łasce. nie dostrzegali jej w sobie. Ale jeśli pamiętali wyraźnie kochaną twarz. iki Oczywiście. że nie wszyscy w tym samym czasie. nie sposób bowien było postąpić inaczej. co wychodzi na jedno. zachowali jeszcze postawę nieszczęścia i cierpienia. Doprawdy. na przykład że to właśnie było nieszczęściem i że przyzwyczaJeni( się do rozpaczy jest gorsze niż sama rozpacz. U końca tego długiego czasu rozłąki nie wyobrażali już sobie owej intymności. podczas dżumy jest rzeczą normalną życzyć sobie kont ca cierpień zbiorowych i ponieważ rzeczywiście życzy| li sobie.^i. odmłodzonej i bardziej bolesnej wrażliwości. należy dodać. że dzięki nim całe miasto przypominało poczekalnię.należałoby powiedzieć. ani tego. nagłe oprzytomnienia wiodły ich ku. wykonywali je w tempie dżumy. którzy mieli ja kies zajęcie. W drugim stadium dżumy stracili również pamięć. im bardziej był przeciętny. że w sprawach swej miłości mają do czynienia tylko z cieniami. Słowem. które były dli nas jeszcze oczywiste i które były ubogie. Ale wszyscy di znawali uczuć monotonnych. które błędem byłoby brać za rezygnację było ono jednak rodzajem prowizorycznej zgody. spostrzegli się później. ulokowali się w teraźniejszości. a myśmy mieli tylko chwile. do używania języka wszystkich. Ni u nas nie miał już wielkich uczuć. że wszyscy rozłączeni doszli do tego ń.

o której mówił. wtedy bowiem rzecz dotyczyła innego głodu. Tylko w ten sposób chrześcijanin nie oszczędzi sobie niczego 186 rych naszych współobywateli przywodziła na myśl owe długie kolejki przed sklepami z żywnością we wszystkich stronach miasta. którzy mogą jedynie sprawdzać próżnię. Zdaniem Paneloux jest to herezja. Ale religia czasu dżumy nie może być religią codzienną i jeśli Bóg mógłby ^zgo-~ dzić się. potem znowu tępieli. ich myśli były myślami ogólnymi i nawet miłość przybrała dla nich twarz najbardziej abstrakcyjną. nie chodzi o banalną rezygnację ani nawet o trudną pokorę. Dlatego (i Paneloux zapewnił swoich słuchaczy. wyda •się czymś zaskakującym. kiedy nie można było mówić o grzechu powszednim. Jest bowiem czyściec. że niekiedy nadzieję odnajdowali tylko we śnie i przyłapywali się na myśli: "Dymienice. co nie zawsze potwierdzało się zresztą. Przed wiekiem pewien autor świecki mniemał. że odkrył tajemnicę Kościoła twierdząc. że ten nakaz. że jest tylko raj i piekło. i w ten sposób doświadczali życia osobistego. że ma niełatwą rzecz do powiedzenia) trzeba chcieć cierpienia. by dusza odpoczywała i cieszyła się w czasach szczęścia.ogarniająca ich u schyłku dnia. która mogła się zradzić tylko w duszy niedowiarka. nieograniczona i bez złudzeń zarazem. jest ciężka dla więźnia lub wygnańca. Ta godzina wieczorna. Jest również jego "cnotą. co jest ponad zwykłą miarę w cnocie (o czym powie za chwilę).t^ierpienie dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca. teraz. Rozumiał przez to. co interesowało innych. interesowali się tym. Było wszystko lub nic. jaki się jej zazwyczaj nadaje. który mógł wszystko pochłonąć. okresy. chce. jeśli idzie o rozłąkę. Chodzi o upokorzenie. Ale zdarzały się bez wątpienia okresy. Ale tego właśnie trzeba zaznać. Wszelki grzech był śmiertelny. i niech się to. zamykali się w dżumie. Trzeba było tylko. którzy wymykali się swemu losowi tylko w tych rzadkich chwilach. odnajdując w nagłym błysku swoje nagle odmłodzo153 z mocą. Tak bardzo byli wydani dżumie. wielu ludziom.znać. Wyrwani ze snu dotykali jej z niejakim roztargnieniem. ale o upokorzenie. że wróci im pamięć. już' skończy!" Ale spali już naprawdę i cały ten czas był tylko długim snem. nie istniejąc dla innych. Bóg udziela dziś łaski istotom przez siebie stworzonym zsyłając im nieszczęście. Ojciec Paneloux powiedział wówczas. z irytacją na ustach. Trzymała ich przez chwilę w zawieszeniu. Paneloux urwał i Rieux usłyszał w tej chwili wyraźniej jęki wiatru pod drzwiami. co najbardziej osobiste. kiedy nie można się było tego czyśćca spodziewać. by mogły udźwignąć największą cnotę: Wszystko lub Nic. wszelka obojętność zbrodnicza. Paneloux wie. że rzecz polegała na wyrzeczeniu się tego.' żeby się okazała ponad swoją miarę. Była to ta sama rezygnacja i ta sama pobłażliwość. nie powinna być zrozumiana w sensie ograniczonym. które liczyły się tylko dla nich. i można być jedynie zbawionym lub potępionym wedle tego. że nie ma czyśćca. przyzwyczajonym do bardziej pobłażliwej i klasycznej moralności. jak gdyby wiatr przybierał na sile. z którym upokorzony byłby w zgodzie. dla wierzących godzina rachunku sumienia. ponieważ Bóg go chce. że cnota całkowitej zgody. skoro nieszczęście jest bezmierne. że nie ma półśrodków. Jest więc jasne. na odwrót. podnieść to uczucie na szczebel tysiąc razy wyższy. to żądanie jest przywilejem chrześcijanina. kiedy ich rana z pozoru zamknięta otwierała się nagle w nocy. dawała . a nawet pragnąć. jakiego trzeba. że to. Miasto'zaludniali ludzie śpiący z otwartymi oczyma. co się wybrało. Jeśli w pierwszych okresach dżumy odczuwali boleśnie drobnostki. .

należy znów przywołać owe niezmienne wieczory. zafunduje sobie prawdziwe wakacje przynajmniej na tydzień i zajmie się wówczas na serio. Rzecz bowiem osobliwa. i to w sposób najbardziej banalny. Milczące chmary ptaków. złocone i pełne kurzu. wyrażało ^^"^^^^^^^^Pti^JiSES-^ sercach zastępujący wówczas miłość. że gdy dżuma się skończy. trzymała je na uboczu. który zorganizował dla tych. Z po-^ czątkiem października wielkie deszcze wymiotły uli-<^. ale omijały miasto. ale naprawdę przyjmowali wiadomość z owym rodzajem roztargnionej obojętności. Ci ludzie na przykład. zmęczenie. jak gdyby maczuga Pa-<s^ neloux. których miał pod obserwacją.wznosił się ogromny huk głuchych kroków i głosów. jeśli chcemy mieć właściwe wyobrażenie o stanie ducha. od niedawna znajdującą się w jego hotelu. gdy czyta gazety. gdy mężczyźni i kobiety wychodzili na ulicę. Ogarniały go też nagłe rozrzewnienia i wówczas chętnie opowiadał doktorowi Rieux o Jeanne. na przykład. którzy aż dotąd okazywali tak żywe zainteresowanie dla wszystkich nowin dotyczących dżumy. Znał najdrobniejsze szczegóły systemu natychmiastowej ewakuacji. nadal wykonujący obliczenia. zawsze był słabego zdrowia. V drozdów ciągnących z południa. że ku nasłonecznionym jeszcze tarasom zamiast zgiełku pojazdów i motorów . Ponieważ rzecz polegała na dreptaniu. Rieux pochwycił się pewnego dnia na tym. Rambert. by nie osłabnąć w codziennych obowiązkach. CjR. pochłonięci pracą w dzień i w noc. nie spodziewają się już rozstrzygającej operacji ani zawieszenia broni.i ce. panowie". że to ich interesuje. bolesne szuranie tysiąca podeszew zrytmizo-wanych gwizdem zarazy w ciężkim niebie. któremu powierzono na razie jedną ze stacji kwarantanny. "kapelusze z głów. nie wiedział w istocie. ludzie z formacji sanitarnych nie trawili już tego zmęczenia.g ja] bardzobyl^zn3^gęnT. Statystyki działania serum podczas kwarantanny wryły mu się w pamięć. upał i deszcz następowały po sobie na niebie. którzy wyczerpani pracą. gdzie ona może być teraz i czy myśli o nim.W każdym razie. Doktor Rieux zdał sobie z tego sprawę obserwując u swych przyjaciół i siebie samego postępy szczególna obojętności. Nie potrafił jednak podać tygodniowej cyfry ofiar dżumy. co nie zdarzało się nigdy . które wypełniało powoli całe miasto i które. na pewno nie potrafiłby podać ogólnych rezultatów choroby. Mgła. jaką przypisujemy uczestnikom wielkich wojen. dziwaczny kawał drzewa obracający się ^) z gwizdem nad domami. udawali. W przeciwieństwie do Tar-rou.ieux i jego przyjaciele zrozumieli w^w^713 . w jakim znajdowali się ludzie rozłączeni w naszym mieście. czy choroba rozwija się. nie czytali dzienników i nie słuchali radia. Doprawdy. mimo wszystko. znał doskonale liczbę ludzi.zwykłej mowy miast . podtrzymywany kilkoma urojeniami. nie kończące się stłumione dreptanie. Grand. jakich wymagała dżuma. Ramberta i Rieux wyraźnie odpornych na. I przez cały ten czas nie zdarzyło się nic waż-n^szego od tego ogromnego dreptania. Inni natomiast. że jemu właśnie mówi o swojej żonie. czy cofa. setki tysięcy ludzi dreptały podczas nie kończących się tygodni. które spadały na miasto bez drzew. tym. zajęci tylko tym. Teraz łączył funkcję urzędnika w merostwie z sekretarzowaniem u Rieux i swymi pracami nocnymi. nie zwracali już na nie żadnej uwagi. IV Przez wrzesień i październik dżuma trzymała miasto zgięte w swym uścisku. spodziewał się rychłej ucieczki. Kiedy 156 oznajmiano im jakiś wynik. Znajdował się więc w stanie ciągłego wyczerpania. I. przelatywały bardzo ^ ' wysoko. zadając sobie pytanie. u których można było zauważyć nagłe objawy choroby. wieczór po wieczorze. co miał w robocie.

zarejestrować. to w dniu. Żony chwytały go za przegub ręki krzycząc: "Doktorze. jego notatki wskazują jednał na to. jak ściska mu się gardło. W odpowiedzi otrzymał wiadomość o pogorszeniu i zapewnienie. Służyło mu do tego. a zmęczenie odebrało mu te. że zostanie zrobione wszystko. Rieux zgodził się dodając jedynie. i kiedy postanowili dokonać pierwszej próby na synku pan< Othona. że Castel śpi głębokim snem w swym fotelu. Na to miał dość serca. uczynić sentymentalnym. Służyło mu do tego. twarz nagle bezsilną. Wiedział. pękała niekiedy i wydawała go wzruszeniom. nie miał wielkich złudzeń. w ciągu dnia nie udzielał pomocy. Wieczorem u Rieux. to znaczy wedle sprawiedliwości.dotychczas. Rieux poczuł. Gdyby Rieux czuł się lepiej. Oczywiście tego nie można nazwać zawodem człowieka. Stwierdzić. Ta wrażliwość. żeby nie dopuścić do dalszego rozwoju choroby. stały się mniej różnorodne. z pasemkiem śliny spływającej z na wpół otwartych ust. Natychmiasi skierowywał rozmowę na drobne szczegóły życia orańskiego. którego końce nie dostrzegał. Zachował te nowiny dla siebie i nie potrafił sobie wytłumaczyć czym innym jak zmęczeniem. Ależ tak. ledwo słuchał Granda czy doktora oznajmiającego wyniki.rzekł Grand . Jedyną obroną byłe schronić się w tej stwardmałości. niech go pan uratuje!" Ale nie po to był tutąj[tJ^ehy~x^owac»-J2xŁJgoto. ale informacji. który się w nim uformował. starą. zacisnąć węzeł. gdy teraz musi się czuć całkiem samotni Potem zamilkł i odpowiadał już tylko wymijając na pytania Granda. było jeszcze zmęczenie. jakie są. Jeśli mowa o Castelu. najczęściej stłumiona. stwardniała i wyschnięta. miał serce. kiedy oznajmił on doktorowi Rieux. nać którymi nie miał już władzy. zobaczyć. postanowił zadepeszować do naczelnego lekarza sanatorium. ten wszędzie obecny zapach śmierci mógłby go. jego rola nie polegała już na leczeniu Jego rola polegała na stawianiu diagnozy. tak zawsze młodą dzięki wyrazowi łagodności i ironii. że na okres. że rozłąka staje 157 się zbyt długa i że pomógłby może żonie zwalczy chorobę. opisać. Do czego służyła nienawiści którą czytał na twarzach? "Pan nie ma serca" . w którym się leczyła. Ale człowiek.te rzeczy leczy się teraz doskonale. zużytą. Co do reszty. że zwierzył się Grandowi. żeby zarządzić izolację. potem zapytał Rieux o jego żonę i doktor odpowiedział. komu z tego sterroryzowanego i zdziesiątkowanego tłumu pozostawiono wolny czas na zawód człowieka? I tak.Pan wie . doktor przytaczał właśnie staremu przyjacielowi ostatnie statyw styki. potem skazać 158 takie było jego zadanie. że serum jest gotowe. że to dobry sposób żeby nie ustawać. Jak to serce mogło dać życie? Nie. odkąd hotel zamieniono na dom kwarantanny. że jeśli jego zainteresowania nie straciły ni głębi. Urzędnik wpierw mówił o Jeanne. Tarroi był bardziej odporny. Niepewny. by mógł wytrzymać dwadzieścia godzin na dobę. które zachował jeszcze. którego przywieziono do szpitala (jego wypadek wydawał się Rieux beznadziejny). ohydnej i śmiechu wartej . Te słabości pozwoliły Rieux ocenić własne zmęczenie. Widzi rzeczy takimi. jak umierają ludzie stworzeni do życia. I widząc tę twarz. nie jest sentymentalny. Inni znajdowali się w tym samym stanie. które interesowały go najbardziej. podczas których widział. Wiedział bowiem. nagle zauważył. by mógł rozpoczynać każdego dnia na nowo. do którego się przeniósł. Nie panował nad swoją wrażliwością. czy należy ufać pocieszającym telegramom od żony. . i Przez cały ten okrei pozornie zajmował się tylko Cottardem. który śpi tylko cztery godziny. Lecz w końcu.powiedziano mu pewnego dnia. na szczęście.

że lekceważyli coraz częściej reguły higieny.^-W ----l biegach. w ja160 r. czują to również. a przypadek nie jest niczyją własnością. Teraz natomiast zjawiał się w towarzystwie żołnierzy.sprawiedliwości. to prawda. trzeba było walić kolbą. z jednej strony dlatego. Tarrou spróbował dać obraz -reakcji i myśli Cottarda w tej formie. albo we własnej interpretacn." zarażeniu'' śpieszy-^ li ^i^^^dg^Jchołycb dotkniętych dżumą"'"płucną. Niekiedy zwierzał Tarrou swój pogląd w uwagach tego . Tarrou. ^ udać do zakażonych domów. Nawet jeśli w niektóre wieczory padał ze zmęczenia. Ogólna opinia Tarrou o rentierze zamyka się w sądzie: "To człowiek. Tu kryło się prawdziwe niebezpieczeństwo. których refleksy czytał na twarzach przy159 jaciół. który czuł w sobie. jakie roztrząsał doktor Rieux podczas tych nie kończących się tygodni wraz z myślami odnoszącymi się do jego sytuacji . Było to pochlebne. które us?ann'''^apommaIT~o~I!czn^ c-^^^--------»»llfi»^----•'t•W<»•*^W^. skazani. wciąż zachowywał się życzliwie i uważnie. j i niezabezpieclywsz^się^przecia/. zachowując wszakże sto-suhki z innymi. nazajutrz odnajdywał %nów energię. Ale najniebezpieczniejszym skutkiem wyczerpania. jeśli szło o nich samych. powoli ogarniającym tych wszystkich.powiedział Cottard do Ramberta . Nadal trzymał się na uboczu. narastający. Zawsze cię zrozumie.bo to jest człowiek. Był to Cottard. zawlec v/ śmierć całą ludzkość. jak praca Tarrou na to pozwalała. Takie były w każdym razie myśli. ~ źe""frżeba ślę. nie potrafili zdobyć się p'5 na powrót do jakiegoś miejsca. nie była owa obojętność na wypadki zewnętrzne i przeżycia innych. z drugiej zaś dlatego. ^^." Najwidoczniej''zresztą rósł jego dobry humor. który nie zdawał się wyczerpany ani zniechęcony i który pozostał żywym wizerunkiem zadowolenia.-^" -" -*•-----"~ -"'--T^ -* »^^y ^. ściskano go za ramię odprowadzając korytarzem. ale zaniedbanie. Tak więc ci ludzie doszli do tego. że był równie wyzuty jak ci nieszczęśni i zasługiwał na ten sam dreszcz litości. Przed dżumą przyjmowali go jak zbawcę Załatwiał wszystko przy pomocy trzech pigułek i zastrzyku. dezynfekcyjnych. Ale wybrał Tarrou i widywał się ' i z nim tak często. który rośnie. •Ten obraz pod tytułem "Stosunki Cottarda z dżumą" zajmuje kilka stronic notatnika i narrator uważa. kiej ów o nich mówił. Nie był niezadowolony z obrotu wypadków. ^ uprzedzeni bowiem w ostatniej chwili. "Z nim można rozmawiać . które nie były najbardziej konieczne i które zawsze wydawały im się ponad siły."__^W(tm). I tamci. Stawiali na przypadek. Ach.człowieka rozłączonego z drugą istotą. żeby rodzina zdecydowała się otworzyć. Jednakże był w mieście człowiek. Był to nieustający cud: 11 | . ale niebezpieczne. Były to również myśli. którzy: nadal prowadzili walkę z zarazą. . mogą obejść się bez ludzi. ponieważ właśnie walka z dżumą czyniła ich wówczas najbardziej podatnymi na chorobę. Chcieliby zawlec go ze sobą. Nabrali bowiem wówczas skłonności do unikania wszelkich gestów. kiedy ich opuścił. na jakie sobie pozwalali. mimo uciążliwej pracy. że Tarrou dobrze znał jego sprawę. gdzie mogli zaapliko-1 wać sobie niezbędne wkraplania. że ludzie nie. że przyjmował rentiera 'i z niezmienną serdecznością." T\ Dlatego notatki Tarrou z owego okresu skupiają się z wolna na postaci Cottarda. że należy tu przytoczyć ich streszczenie.

rozumień doskonale. Jedyny sposób . Jednego tylko nie chce: oddzielenia od innych. bez-Fp ładnej ciżby stojącej co dzień w kolejkach do kina. Jest to bowiem najwyraźniej współwino-y wajca. przedądów.przynajmniej wszyscy są w tym samym sosie.].powiedział . zadowde-^ nią.Naturalalie---•--4iQdaw_ął_Ta^^ou^^ Cottard jest tak samo zagrożony jak inni. ale rzecz w'tym/'ze razem z innymi. podejrzliwości tych zaalarmowanych dusz. ucieczki przed wszelkim kontaktem. A^e. żeb^ ^ >\ zjednać sobie wszystkich. wprawia Cottarda w dobry humor. płeć ku płci? Cot-' tard znał to wszystko przed nimi. z jaką infor-^ i muje się niekiedy zabłąkanego przechodnia. to jasne. gruźlicę. potem zaszkodzić. która wyraża się w słowach: > "Mówcie. spojrzał na mnie złośliwie i rzekł: «W takim razi 1 nikt nie jest nigdy z nikim. żeby człowiek chory na raka zmarł w wypadku samochodowym. nie ma winowajców. co mogłoby mu .Może pal być tego pewien.s^ współwinowajcą wszystkiego. aktów. że żyje myślą. Jest .» Ta myśl.rżuma Igl by nie być oddzielonym od innych. to -zesłać im dżumę. pragnienia ciepła ludzkiego. Zresztą jestem pewien. nie złapie pan nigdy dżumy czy tyfusu. żeby patrzeć na objawi lęku lub zamętu u naszych współobywateli z tą pobłażliwą i rozumiejącą satysfakcją." | "Na próżno powiedziałem mu. I przypuszczam. dżuma mu dogadza. z jakim ^ ludzie biegną do luksusowych restauracji.1 winowajcę. odmawiał aebie ^ \i tego. bo z jego twarzą. ^mniej o dżumie i zarazem nie przestawać o niej mó-\^ ^. które były jego reakcjami.. nie ma policji. i to współwinowajca. łokcie ku łokciom.» Doprawdy. ludzi ku sobie." Tak więc Cottard według interpretacji Tarrou •miał podstawy. ' V nieuzasadnionych obaw. <^ (^łowem. znałem to przed wami. pośpiechu. to czyste sumie nie. która' jak rozszalały przypływ zalewa wszystkie miejsca pu-i bliczne. Co więcej. kartotek. nie . że jest pan chory na chorobę ciężką lub nieuleczalną. który samotnym być nie chciał. «Czy zauważył pan . są tylko skazani. Prócz ko-\ . iż człowiek wydany na pastwę wielkiej choroby czy głębokiego lęku jest tym samym wolny od wszystkich innych chorób czy lęków. Jakże nie rozpoznał by reakcji. ży kiedy miał ochotę pójść na dziewczynki. które mimo wszystko popycha [ ..wić. czyni współ-. Z człowieka samot-«l nego. biet. by mógł "zachorować na dżumę. raka czy zaawansowaną. co chcecie. *"" ' wypełniającej sale widowisk i dansingów. co ma na myśli i o ile życie obecne powinni mu się wydawać wygodniejsze. kiedy się w nich znajdą i mogą rozgościć.ma zbi-ochr dawnych lub nowych. powiadam panu. to niemożliwe. którzy oczekują najbardziej arbitralnej z łask. żeby mówić możliwie aaj-. .. nie jest lepiej.że nie można łączyć chorób? Przypuśćmy. który się delektuje. . tajemniczych przesłuchiwań i bliskiego aresztowania. .nigdy nie zdarza się. ich manii.rodzaju: "Oczywiście.I potem: . in»yn •^ razem okazując mu zły humor. megłupią zresztą. Prawdę mówiąc. żeby nie być w złym stylu. żeby ludzie byli razem." i/. Podczas dżumy nie ma sekretnych ankiet. n . prawdziwa • czy fałszywa. ich oszalałego niepokoju i bladości przy xaj- . że jedyny sposób. co widzi. uprzejmości. Woli być oblężony wraz ze wszystkimi niż sam zostać więźniem. Nieci i11 pan rozejrzy się wokół siebie. Wygląda mi na to. że nie myślLpoważ-Jlie o tym. starań. a do nich należą również policjanci.

niewiele jest złośliwości. Ceny wszystkiego niepohamowanie szły w górę. kroczyli uparcie przez miasto. że . że Jego wolność i życie są co dzień u progu unicestwienia. Czy mógłbym powiedzieć: po moim aresztowaniu zrobię to lub tamto? Aresztowanie to początek. żeb..mniejszym bólu głowy. wśród powszechnej gorączki cieszył się królewskimi napiwkami. teraz. które było przecież bezrobociem. co mówią: po dżumie zrobię to.» l Rzeczywiście wie. że nie wolno mieć zaufani. czując głęboką potrzebę ciepła. to znaczy ku wyuzdanej rozkoszy. wraz z nami wszystkimi. nie mogąc swego pragnienia zaspokoić. które id ku sobie zbliża. Cottard rozczulał się: "Ach. Kiedy ktoś. Opowiadał później w swoich notatkach. ale nigdy nie trwoniono tyle pieniędzy. na którą jakaś lampa z rzadka rzucała blask. Wiem. pogrążając się w biało-czarnej masie. Rozumie doskonale ludzi.dodawał Tarrou. podejrzliwości niestałej. wytłumaczyłby im ! na przykład chętnie. co je łączy. Podczas gdy dżuma. co mówię. które pobrzękiwały wokoło. którzy żyjs ^ W myśli. nie widząc otaczającego ich tłumu. z nieodmiennym roztargnieniem. które towarzyszy wielkim namiętnoś-cioaa. ona szykuje się może. ponieważ nie zgadzają ^ na swój los.. i towarzysząc trzodzie ludzkiej w wędrówce ku przyjemnościom pełnym żaru. CZUJ e. Mnożyły się zabawy próżniactwa. w najlepsze marnowano bogactwa. że Tarrou wychodził wieczorem z Cettardem.i. j do sąsiada. to zrobić. dogadza mu strachJ Ponieważ jednak czuł to wszystko przed nimi. świadczyło bardziej o nieszczęściu niż o triumfie.że on zaczyna kochać tych ludzi uwięzionych pomiędzy niebem l a murami miasta. przyciśnięci Jedno do drugiego. O ile to jest możliwe. Gdyby mógł. o czym marzył. że dżuma może im nagle położyć rękę na ra i ^ i mieniu i że w chwili kiedy człowiek cieszy się. Słowem. Ponieważ sam żył w strachu. Nie zdają sobie nawet sprawy ze swych korzyści. że to nie takie straszne: «Słyszy pan. Wiedzą zbyt dobrze. ich wrażliwości rozdraż-\^' nionej. chroniącym ją przed chłodem dżumy. jak o zmierzchu czy w nocy zanurzali się w ciem-nyn tłumie. który bez twojej wiedzy może ci przy nieść dżumę i skorzystać z twojej nieuwagi. zuchy!" Mówił głośno. ku temu. Cały lud zdążał ku temu. nie pozwalają sobie jednak na nie ponieważ nieufność z kolei oddala jednych od dru gich. sądzęj że nie może z nimi doświadczać w pełni okrucieństwa tej niepewności. a nie soniec.. ku zbytkowi i szerokiemu życiu.. "Wydaje mi się . uważa za normalne. Zatruwają sobie życie zamiast zachować spokój. i intrygami. co mówi . odkąd wiedzą. i gdy większości ludzi brakło rzeczy koniecznych. Tarrou i Cottard szli niekiedy długą chwilę za jedną z tych par. ramię przy ramieniu. po dżumie zrobię tamto. czego przed kilku miesiącami szukał Cottard w miejscach publicznych.. Ocenia we właściwy sposób sprzeczności mieszkań ców Oranu. by ci< \ zarazić. jak Cottard. które zawiązywały się na ich oczach. iż l'^ jest jeszcze zdrów i cały. Jego: "Znałem to przed ni-1 mi". spędzał czas na upa ~ trywaniu potencjalnych donosicieli we wszystkich ^ których towarzystwa mimo to szukał. Chce pan znać moje n* 183 zdanie? Są nieszczęśliwi. która z zapomnienie czyni obrazę i która zamartwia się utratą guzika oc 162 Częste zdarzało się. Jednakże Tarrou uważał. że w postawie Cottarda . którzy nie zmarliśmy jeszcze na dżumę. może zrozumieć r^ to uczucie.mówił Tarrou . że choroba za-'"\\ czyna się od bólów głowy. które dawniej usiłowały ukryć to.

s t1'1 inni go zaznają z kolei. Dokładniej mówiąc, strach (wydaje mu się mniej ciężki do udźwignięcia, niż wówczas gdy odczuwał go zupełnie sam. Tu właśnie nie ma racji i trudniej go zrozumieć niż innych. Ale | w końcu z tego względu zasługuje bardziej niż inni | żeby go zrozumieć." ' Te stronice kończą opowiadanie ilustrujące ows i szczególną świadomość, którą Cottard zdobywał ra ' żem z zadżumionymi. Opowiadanie odtwarza w przy bliżeniu trudną atmosferę tego okresu i dlatego nar rator przywiązuje do niego wagę. Wybrali się do Opery Miejskiej, gdzie gran( Orfeusza i Eurydykę. Cottard zaprosił Tarrou. Był; to trupa, która na wiosnę przyjechała na występy do naszego miasta. Zatrzymana przez chorobę, mu ni m dała dawać jedno przedstawienie w tygodniu, zgod-lie z umową zawartą z naszą Operą. Od miesięcy więc w naszym teatrze miejskim rozbrzmiewały co piątek melodyjne skargi Orfeusza i bezsilne "wołania Eurydyki. Spektakl podobał się jednak publiczności i stale przynosił duże dochody. Cottard i Tarrou, siedząc na najdroższych miejscach, górowali nad parterem wypełnionym po brzegi przez naszych najelegantszych współobywateli. Wchodzący na salę najwyraźniej chcieli zaprezentować się jak najlepiej. W olśniewającym świetle proscenium, podczas gdy muzycy stroili dyskretnie instrumenty, sylwetki odcinały się wyraźnie, przechodziły z jednego rzędu do drugiego, kłaniały się z wdziękiem. Przy lekkim gwarze rozmów w dobrym tonie ludziom wracała pewność, której brak im było kilka godzin przedtem na czarnych ulicach miasta. Frak wypędzał dżumę. Przez cały pierwszy akt Orfeusz skarżył się z łatwością, kilka kobiet w tunikach komentowało z wdziękiem jego nieszczęście i opiewało miłość w a-riach. Sala reagowała z dyskretnym ciepłem. Zaledwie zauważono, że do arii z drugiego aktu Orfeusz dodał kilka tremolów, których tam nie było, i z nadmiernym- nieco patosem prosił władcę piekieł, by dał się wzruszyć jego łzom. Jego gesty, chwilami gwałtowne, najbardziej świadomym rzeczy wydały się efektem stylizacyjnym, który wzbogacał tylko interpretację śpiewaka. Dopiero w wielkim duecie Orfeusza i Eurydyaki w trzecim akcie (moment, kiedy Eurydyka wymyka się swemu kochankowi) niejakie zdumienie ogarnęło salę. I jak gdyby śpiewak czekał tylko na to poruszenie się publiczności albo, co pewniejsze jeszcze, jak gdyby hałas idący z parteru upewnił go w tym, co czuł, wybrał tę chwilę, i w swym antycznym stroju, z rękami odsuniętymi od ciała i nogami rozkraczonymi w sposób groteskowy, podszedł do rampy i rwiął pośrodku sielankowej dekoracji, zawsze anachronicznej, która w tej postaci ukazała się jednak oczom 165 widzów po raz pierwszy, i to w straszny sposób. W samej chwili bowiem orkiestra zamilkła, ludzie z p teru wstali i zaczęli powoli opuszczać salę naprz w ciszy, tak jak po skończonym nabożeństwie wych dzi się z kościoła lub po wizycie z pokoju zmarłe; kobiety przytrzymując spódnice, z głową opuszczor mężczyźni prowadząc swe towarzyszki za łokieć, żel nie uderzyły się o straponteny. Ale po chwili łudź zaczęli się spieszyć, szepty przeszły w wołania i tłu szybk-o popłynął ku wyjściom, by w końcu przep » 'chać się z krzykiem. Cottard i Tarrou, którzy tyli -^ podnieśli się z miejsc, pozostali sami, twarzą w twa ^ z jednym z obrazów ich ówczesnego życia: dżuma B ir1' scenie pod postacią wyjącego histriona, na sali za •s; gdzie cały przepych stał się bezużyteczny, zapomni;

^i ne wachlarze i koronki porzucone na czerwieni fc Przez pierwsze dni września Rambert pracował be przerwy u boku Rieux. Prosił tylko o zwolnienie n dzieA, 'kiedy miał się spotkać z Gonzalesem i dwom mł»dymi ludźmi przed liceum męskim. Tego dnia, w południe, Gonzales i dziennikar ujreeM dwóch chłopców zbliżających się do nich z śmieciłem. Powiedzieli, że nie poszczęściło się po przednim razem, ale należało się tego spodziewać W każdym razie w tym tygodniu nie mają służba Trzeba poczekać do przyszłego tygodnia. Zaczną n nów(r). Gonzales zaproponował spotkanie w następn poniedziałek. Ale tym razem Rambert zamieszk u Marcela i Louisa. - Umówmy się zatem. Jeśli nie stawię się, pój dziesz prosto do nich. Wytłumaczę ci, gdzie miesz kaja. Ale Marcel czy Louis oświadczył, że najproście będcae zaprowadzić tam kolegę od razu. Jeśli nie jea wymagający, wystarczy jedzenia dla wszystkich czte rech. W ten sposób będzie mógł się zorientować. Gon 188 des powiedział, że to dobry pomysł, i zeszli w stronę ortu. Marcel i Louis mieszkali u końca dzielnicy de la [arine, niedaleko bram, 'które wychodziły na drogę calną. Był to mały hiszpański dom o grubych mu-ich, okiennicach z malowanego drzewa i nagich cie-istych pokojach. Na obiad był ryż, który podała mat-a młodzieńców, stara uśmiechnięta Hiszpanka o twa-sy pełnej zmarszczek. Gonzales zdziwił się, ryżu brało już bowiem w mieście. "Zawsze można to załatwić, iedy pracuje się przy bramach" - rzekł Marcel. Rambert jadł i pił i Gonzales powiedział, że to rawdziwy kolega, podczas gdy dziennikarz myślał ylko o czekającym go tygodniu. W istocie trzeba było czekać dwa tygodnie, po-ieważ straże zmieniano teraz co piętnaście dni, żeby graniczyć liczbę ekip. ^ Przez te dwa tygodnie Ram-ert pracował nie oszczędzając się, nieprzerwafiie, oczami niejako zamkniętymi, od świtu do aocy. [ładł się późno i spał ciężkim snem. Nagłe przejście d próżnowania do tej wyczerpującej pracy edebra-o mu siłę, nie śnił już po nocach. Mało mówił o swej iliskiej ucieczce. Jedna rzecz jest godna zanotowaaia: >rzy końcu tygodnia zwierzył się doktorowi, że po-•rzedniej nocy upił się po raz pierwszy. Wyszedłszy baru doznał nagle wrażenia, że puchną mu pach-roiy, a ramiona z trudem obracają się w stawach. Zmyślał, że to dżuma. I jedyne, co mógł uczynić zgadza się z Rieux, że nie była to rozsądna reakcja), o biec w górę miasta i tam, na małym placu, skąd vciąż nie widać morza, ale skąd widać trochę więcej lieba, wezwać swą żonę wielkim krzykiem, ponad aurami miasta. Gdy wrócił do domu i nie odkrył na wym ciele żadnej z oznak infekcji, nie był zbytnio hunny z tego nagłego ataku. Rieux powiedział, że ro-umie bardzo dobrze, iż możma postąpić w ten spo-ób. "W każdym razie - rzekł - może się zdarzyć, se ma się na to ochotę." - Pan Othon mówił mi dziś rano o panu - dodał 167 i nieoczekiwanie, kiedy Rambert już odchodził. - Z ^ pytał, czy pana znam. "Niech mu pan poradzi, rzel 1 żeby nie bywał w kołach kontrabandy. Zwraca uw. gę." - Co to ma znaczyć? ' - To znaczy, że musi się pan pośpieszyć. - Dziękuję - rzekł Rambert ściskając rękę dół tora.

Przy drzwiach odwrócił się nagłe. Rieux zauważa że "a-Smiecha się po raz pierwszy od początku dżum -» Dlaczego nie przeszkadza mi pan wyjechać? ]V pan. przecież sposoby. Rieux skinął głową zwykłym sobie ruchem i powi dziat, że to sprawa Ramberta, że Rambert wybr szczęście i że on, Rieux, nie ma argumentów, kto: mógłby mu przeciwstawić. Nie czuje się zdolny < osądzenia, co jest dobre, a co złe w tej sprawie. -' Jeśli tak, dlaczego mówi mi pan, żebym się śpi szył?, l Z kolei Rieux się uśmiechnął. - Dlat*ego że ja może również mam ochotę ucz^ nić coś dla szczęścia. Nazajutrz nie mówili już o niczym, ale pracows razem. W następnym tygodniu Rambert zamieszk wreszcie w małym domku hiszpańskim. We wspć nym pokoju zrobiono mu posianie. Ponieważ młod ludzie nie wracali na posiłki i ponieważ proszol go, żeby wychodził możliwie najmniej, był najczęści sam albo rozmawiał ze starą Hiszpanką. Była suci i żywa, odziana czarno, o twarzy brązowej i poma szczanej pod białymi, bardzo schludnymi włosan Kiedy patrzyła na Ramberta, uśmiechała się tyli oczami w milczeniu. Czasem pytała go, czy nie boi się, że zarazi żoi dżumą. Rambert odpowiadał, że jest pewne ryzyk ale w końcu niewielkie, zostając zaś w mieście ryz: kuje, że będą rozdzieleni na zawsze. - Czy ona jest miła? - mówiła stara z uśmi chem, 168 - Bardzo miła. ' za - Ładna? 2eid - Chyba tak. 2wa - Ach - powiedziała - to dlatego. Rambert zastanawiał się. Na pewno dlatego, ale niemożliwe, żeby tylko dlatego. - Pan nie wierzy w Pana Boga? - pytała stara, ~" która chodziła co dzień na mszę. Rambert przyznał, że nie, i stara powiedziała znów, zy^ że to dlatego. rny' - Musi pan do niej wrócić, ma pan rację. W prze-Ma ciwnym raz^copanuzostaje? Przez^resztęczasuRambert kręcił się w kółko rle" wśród nagich i otynkowanych murów głaszcząc wa-raA chlarze przybite do ścian lub licząc wełniane kulki 3re kończące frędzle serwety na stole. Wieczorem wracali -0 młodzi ludzie. Nie mówili dużo, powtarzali tylko, że moment jeszcze nie nadszedł. Po kolacji Marcel grał l&" na gitarze i pili likier anyżowy. Rambert jak gdyby zastanawiał się. j W środę Marcel wrócił mówiąc: "Jutro wieczór, y~ | o północy. Bądź gotów." Z dwóch ludzi pełniących , j wraz z nimi służbę jeden zachorował na dżumę, a dru-B g1) który mieszkał zazwyczaj z tamtym, był pod a^ f obserwacją. Tak więc przez dwa albo trzy dni Marcel ' • ł Louis będą sami. W nocy załatwią ostatnie szcze-n B §°^y- Więc jutro. Rambert podziękował. "Pan jest 0 B, zadowolony?" - zapytała stara. Powiedział, że tak, J | ale myślał o czym innym. a • Nazajutrz niebo było ciężkie, upał wilgotny i du-~ f szący. Wiadomości dotyczące dżumy były kiepskie. • f Stara Hiszpanka zachowywała jednak pogodę. "Na * f świecie jest grzech - mówiła - nie ma więc sposobu!" Podobnie jak Marcel i Louis, Rambert był nagi do pasa. Mimo to jednak pot spływał mu po ramionach i piersi. W półmroku, przy zamkniętych okiennicach, torsy ich były brązowe i lśniące. Rambert kręcił się w kółko nie mówiąc słowa. Nagle, o czwartej po południu, ubrał się i powiedział, że wychodzi. 189 - Uwaga - rzekł Marcel - o północy. Wszysti jest gotowe.

. . Ruszyli małym korytarzem o ścianach pomalowanych na jasnozielony kolor.Rambert udał się do doktora. że się cieszy i że Rambert po-^^"lwinien uważać na siebie. miejscu. Tarrou spojrzał na dziennikarza i pokazał mu kartki.mówił sierżant. Zmęczenie przytępiło mu spojrzenie i rysy. Była to ogromna sala o szczelnie zamkniętych oknach mimo pory roku. gdzie światło było jak w akwarium. Na czoło wystąpiły mu zmarszczki. . Tarrou spojrzał i uśmiechnął się nagle do niego. chciałbym zobaczyć się z Rieux. Rambert patrzył na Tarrou. jak mogę. Tarrou.Jest u chorych. gdyby to dało się załatwić bez niego. że nie. . Matka Rieux powi< działa Rambertowi. który skierował go do biura Tarrou.Wyjeżdża pan wkrótce? 170 Dzisiaj. . . otoczonych prętami otworów. po czym wyszedł. ale ciągle w koł( "Nie ma na co czekać" . żeby ją włożył. wyjął ze sterylizatora dwie maski z higroskopijnej gazy. powiedział tylko: "Sześciu". Tamci byli tego samegi zdania. to buchalteria. chustką wycierał pot.Wiem. której ściany były całkowicie wypełnione szafami. W górze warczały wentylatory. siedząc przy biurku z czarnego drzewa. Ze wszystkich stron wznosiły się głuche albo przenikliwe jęki. Drzwi biu ra wychodziły na podwórze. Chodźmy. Oszczędzam go. gdzie czuć było apteką i wilgotnym suknem. . z podwiniętymi rękawami koszuli. "Przechodzić" . który tłumiło płótno. I urwał.Nie w tym rzecz . W małym. który spływał mu do zgięcia w łokciu. róło. Tuż przed podwójnymi oszklonymi drzwiami. składające się na monotonną skargę. Położył na biurku Tarrou paczkę kart kontrolnych i głosem. Tarrou wprowadził Ramberta do małej salki.-^ nioim wieku siłą rzeczy jest się szczerym. .mówił sierżant o gałko watych oczach. co? To są zmarli. Rambert poczuł się nieswojo w okropnym upale tej sali i z trudem rozpoznał Rieux pochylonego nad jednym z jęczących . podał jedną Rambertowi i poprosił. białym i brudnym pokoju.powiedział.Tak.Chciałbym widzieć doktora . ako-j .Jest przemęczony. postermi ku straży.Jedyne. Wciąż ten sam tłum kręcił się przy. któremi pot występował na kurtkę.Dlaczego? .powiedział Rambert z trudem.Niech mi pan wybaczy. ale budzi uiność w innych. . Spotkał ojca Panel oux który stamtąd wracał. które rozłożył na 'kształt wachlarza. j Kłamstwo jest zbyt męczące.Piękne kartki. co nam pozostałe. Zapukano do drzwi i wszedł pielęgniarz w białej masce. ich zgięte śmigła mieszały ciężkie i przegrzane powietrze nad dwoma rzędami szarych łóżek. Jest bardziej ludzki niż ja. Dziennikarz zapytał. Tarrou schudł. Zmarli w nocy. ale mimo zabójczego upału pozostawali n. Rambert pokazał swoją przepustkę sierżan towi. gorzej . Tarrou otworzył jedną z szaf. i Tarrou odparł. za którymi poruszały się dziwaczne cienie. o północy.Jeszcze tutaj? . Tarrou wstał opierając się o stół. czy to pomaga. Złożył paczkę kart kontrolnych. Biało ubrani mężczyźni poruszali się powoli w bezlitosnym świetle idącym od wysokich.Czy pan to mówi szczerze? run-j Tarrou wzruszył ramionami. l Tarrou powiedział. Ale byłoby lepiej. 1 . .powiedział •dziennikarz. Tamci przechodzili. Mocne ramiona tworzyły kulistą bryłę. że znajdzie go w szpitalu w gór. Pchnęli oszklone drzwi. miasta.

to dobrze. który leżał rozkrzyżowany. Nikt nie odpowiedział i Rambert zdawał się zniecierpliwiony.O .nie wyjeżdżam i chcę zostać z wami. czy nie chcę. że jestem stąd. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. dopóki nie zbliżyli się do domu doktora.Zawsze myślałem. . Podniósł się z trudem. . Dużo już zrobił.Wyjdziemy razem. czy chcę tego.Jutro pójdziemy pieszo. kiedy zobaczyłem to. Ale Rieux wyprostował się i rzekł pewnym głosem. że jeśli Rambert chce dzielić nieszczęście ludzi. { . który pod szedł do niego. że człowiek jest sam tylko szczęśliwy. że się nad tym zastanawiał. ^^'"'"'t . że to głupie i że nie ma wstydu w wyborze szczęścia. i stał przez chwilę nieruchomo. Na widok dziennikarza zmrużył oczy nad maską. który dotychczas milczał.Co pan tu robi? .Chciałbym z panem porozmawiać . trzymali go dwaj pielęgniarze stojący po obu stronach łóżka. jeśli pan tego chce. co zobaczyłem. Przeszkodziłoby mu to ko172 chać kobietę. . ale byłoby mu •wstyd. . Tarrou nie poruszył się.powiedział Rieux . maska gazowa wzdymała się i wilgotniała w okolicy ust.kształtów.Castel zakończył pierwsze przygotowania.ale może być wstyd. Trzeba wybierać. że nadal wierzy w to.powiedział . Rieux skinął twierdząco głową. . 'którą podsunął mu pomoc171 nik. patrząc na pa < ajenta. bandażowano go właśnie. Ale teraz. jeśli pan zechce. nie będzie miał nigdy czasu na szczęście. . Prowadził Tarrou. zauważył nie odwracając głowy. .zapytał. Rieux się odwrócił. niczym dialog posągów. . Milczenie trwało długo.Tak . Doktor się wyprostował.Doktorze .zapytał głuchym głosem. Tylko Rieux odwrócił się w jego stronę. ani Rieux nie odpowiadali. Niech pan poczeka na mnie w gabinecie Tarrou. Proponuje zrobić próbę.zapytał Rieux Tarrou.Paneloux zgadza się zastąpić Ramberta w domu kwarantanny.Niech mi pan wybaczy . .Jest tu Rambert. Rieux jak gdyby nie mógł wynurzyć się ze swego zmęczenia. Doktor nacinał pachwiny chorego.powiedział Rambert . . |Rambert powiedział. Niech pan zostanie z nami.powiedział Tarrou ruszając z miejsca. Tarrou powiedział.Powinien pan być gdzie indziej. i Rambert dodał: "W zasadzie. i^. którą zostawił.powiedział Rambert. . wiem. Na skutek tego rozmowa stawała się trochę nierzeczywista. ^.Wiecie o tym zresztą dobrze! W przeciwnym razie co robilibyście w tym szpitalu? Czy dokonaliście więc wyboru i wyrzekli się szczęścia? Ani Tarrou. . że jestem obcy w tym mieście i że nie mam tu z wami nic wspólnego." Za każdym razem.Co nowego? .ale nie wiem.powiedział Rambert. Prowadził dalej. W chwilę potem Rambert i Rieux usiedli z tyłu w samochodzie doktora. że to dziś o północy.A ona? . . Tarrou. gdy któryś z nich mówił. gdyby wyjechał.Nie ma już benzyny .Nie chodzi o to .bez Ramberta. Rambert powtórzył ostatnie pytanie z jeszcze większą siłą. . Pozostanie do przegrupowania trzecia ekipa badania terenu .powiedział Rambert . . opuścił narzędzia na tacę. w co wierzył.

to właśnie zrobię. Dziecko znajdowało się w okresie depresji i pozwoliło się "zbadać bez skargi. . . Kobieta patrzyła na nie^o wciąż w milczeniu. I opadł na siedzenie.Nic w świecie nie jest warte. Rieux przytoczył te racje sędziemu.Jakie wnioski? . czy nie trzeba im czegoś. tylko tyle . Matkę. 174 . teraz. potem cichszym głosem powiedział: .ale niech pan uratuje moje dziecko. Wychodząc Rieux nie potrafił powstrzymać się od pytanis. Lecz tym razem sędzia odwrócił oczy. powinniśmy się zastosować do przepisów.Tak . . . .zanim przyszedłem do was. sam nie wiedząc. Kiedy doktor podniósł głowę..powiedział i przełknął ślinę .wyrzekł z wahaniem . Pani Othon stała w osłupieniu. W przeddzień wizyty Castela u Rieux zachorował synek pana Othona i cała rodzina miała rozpocząć kwarantannę. Sędzia. . W szczególności wymagali oni izolacji członków tej samej rodziny. Pani Othon i jej mała córeczka mogłyby zamieszkać w ho. Podnosząc głowę napotkał spojrzenie Ramberta. która ciągle przyciskała chusteczkę do ust.To będzie zrobione szybko . Dziewczynkę oddalono. 173 O północy Tarrou i Rieux robili dla Ramberta plan dzielnicy. napotkał spojrzenie sędziego. która niedawno skończyła poprzednią. gdy tylko rozpoznał oznaki choroby na ciele dziecka. jak bardzo ta rozłąka rozbija ich życie. Pani wie. ciągle jednak nie mówiła.jeślibym mógł zatelefonować.Zarejestrujemy go i wyciągniemy wnioski.powiedział z wysiłkiem .powiedział Rieux . Potem podjął patrząc przed siebie: . który uznał je za słuszne.Tak .To to.odparł Rieux patrząc znowu na dziecko. szanując wydane zarządzenia. Powinna pani przygotować trochę rzeczy.Nie .sprawą Rieux i Ramberta. którą miał zbadać. to serum było ostatnią nadzieją Rieux. za. po raz drugi czekała izolacja.A więc. . żeby człowiek odwrócił się od tego. Pan Othon powiedział. Oczy matki powiększyły się.nie można jednocześnie leczyć i wiedzieć. przestrzegano jej w sposqb najściślejszy.To fakt. dlaczego. doktorze. A jednak ja także się odwracam.powiedziała kiwając głową .zapytał Rambert. co kocha.Czy pan uprzedził? Dziennikarz odwrócił oczy.powiedział zimnym głosem sędzia.rzekł ze zmęczeniem. a za nim bladą twarz matki. Serum Castela wypróbowano pod koniec października. albo też nagle zatrzymałaby się bez powodu. że go zaprowadzi.Ach . Rieux starał się nie patrzeć na matkę. Jednakże pan Othon i jego żona patrzyli na siebie w taki sposób. która przycisnąwszy chusteczkę do ust śledziła rozszerzonymi oczami ruchy doktora. . Doktor był przekonany. ale doktor odwróć J się do kobiety. że nowa porażka uzależniłaby miasto od kaprysów choroby: albo epidemia trwałaby nadal przez długie jeszcze miesiące. . Jeśli jeden z nich zaraził się nie wiedząc o tym. .na podłogę. . To pilniejsze. Praktycznie biorąc. ojciec i matka stali u stóp łóżka. zamilkł. . Patrzyła.Bardzo mi przykro. kazał wezwać doktora Rieux.Posłałem kartkę . Sędzia milczał także. Kwarantanna z początku była tylko formalnością. że doktor odczuł.Auto skręcało. prawda? ./-s. Leczmy więc jak najszybciej. Kiedy Rieux wszedł. kiedy Tarrou raucił okiem na zegarek. nie należało zwiększać szans choroby. co to jest.

całe nieruchome. Othon powiedział. Dziecko wyszło ze stanu odrętwienia i konwulsyj-nie rzucało się pod kocem. Bolesne. Oczywiście ból. Rieux przeprosił sędziego. tak jak teraz. Doktor. na którą dziecko na razie nie reagowało. i oparł się plecami o ścianę. . ale dla sędziego śledczego nie było -*--" już [miejsca. ręce i nogi przesunęło ku środkowi łóżka i. Nie spuszczał oka z małego chorego. Nazajutrz o świcie wszyscy zebrali się przy małym chłopcu. Będzie mógł zostać tylko chwilę. przyszedł Rambert. agonii niewinnego.' tura. że wypadek jest beznadziejny. Oparł się plecami o poręcz w nogach sąsiedniego łóżka i wyciągnął paczkę papierosów. nagiego pod kocem wojskowym. Widzieli już umierające dzieci. U stóp łóżka. Była siódma i urzędnik przepraszał. Rieux wskazał na dziecko. Rieux stwierdził. znajdującej się na swoim miejscu w głębi sali. chyba że w obozie odosobnienia. na którym ję-zało dziecko. Choroba zżerała małe ciało nie stawiające żadnego oporu. że reguła jest jedna dla wszystkich i należy się jej podporządkować. rtóry wyprężył się nagle i z zębami znowu ściśnięty-ni zgiął się nieco w pasie. to znaczy zjawiskiem gorszącym. tak długo. który stanął z drugiej strony łóżka. Ale spojrzawszy na dziecko schował paczkę z powrotem do kieszeni. Rieux spotkał spojrzenie Tarrou. patrzył na Rieux przez okulary. siedział Castel czytając jakąś starą rozprawę ze wszelkimi oznakami spokoju. Dziecko natomiast zostało przewiezione do szpitala pomocnTczegb7~cTó~ dawnej klasy szkolnej. obok stojącego Rieux. Ciężkie ciało Tarrou u wezgłowia łóżka było nieco pochylone. choć ledwie uformowane małe dymienice 175 imieruchomiały stawy wątłych członków.Nie . po kolacji. Castel. Z małego ciała. który ^ na stadionie miejskim organizowała właśnie prefek. Tego samego wieczora. by wypró.powiedział Rieux . zawsze wydawał się im tym. od miesięcy bowiem terror nie czynił wyboru. by na czarnej tablicy. z zębami ściśniętymi w ostatecznym Wysiłku. Były pokonane z góry. Ale dotychczas gorszyli się przynajmniej w sposób abstrakcyjny. przychodzili kolejno inni. ponieważ nigdy nie oglądali twarzą w twarz.Czy ma pan wiadomości od ojca? 178 .O rząd dróg i ulic. które z zamkniętymi oczami w zniekształconej twarzy. może wiedzą już coś pewnego. równolegle do Tarrou. Dlatego Rieux wpadł na myśl. Twarz Paneloux miała bolesny wyraz.0 odprężyło się trochę. obracało z prawa na lewo głową leżącą na wałku materacowym bez poszewki. zmęczenie tych wszystkich dni wyryło zmarszczki na Jego nabiegłym krwią czole.jest w obozie odosob-ienia. lecz pan <. śledząc krok po kroku postępy lub zahamowania choroby. unosił się zapach wełny i kwaśnego potu. Dziec-5. aby wydać sąd o tej decydującej próbie. czym był w istocie. gdzie ustawiono dziesięć łóżek.telu przeznaczonym na kwarantannę. wciąż ślepe i nieme. siedząc ciągle. odsuwając z wolna ręce nogi. Nie mówiąc słowa. który odwrócił oczy. . korzystając z namiotów pożyczonych przez za. którym opieko. zdawało się oddychać szybciej. W miarę jak przybywało światła w dawnej sali szkolnej. Najpierw Paneloux. którym karano tych niewinnych. można było rozróżnić ślady dawno napisanych równań. Castel i Tarrou od czwartej nad ranem znajdowali się przy nim.n bować na nim serum Castela. Doktor ściskał mocno poręcz łóżka. Kiedy wreszcie stało się dość jasno. Po upływie dwudziestu godzin.-3 wał się Rambert. ale nigdy jeszcze nie śledzili ich cierpień minuta po minucie. Z kolei przyszedł Joseph Grand. że jest zadyszany. zastosowali szczepionkę.

dziecko mu się wymykało i jego wysiłek spadał w próżnię. zjednoczonych na chwilę. by przełamać swą bezwładną niemoc.V/ tej chwili dziecko. Tylko dziecko walczyło ze wszystkich sił.Jeśli ma umrzeć. Wtedy po raz pierwszy otwo-o oczy i spojrzało na Rieux. bez potrzeby zresztą i raczej po to. których ciało rozpłynęło się w czter12 . odrzucając przykrycie. jak gdyby jego kruchy szkielet uginał się pod wściekłym wiatrem dżumy i trzeszczał od wzmagających się podmuchów gorączki. prawda. We wklęsłej twarzy. iak gdyby wy- . że nie. zwilżoną łzami i potem. jak Grand wychodzi. łóżkach poruszały się i jęczały kształty. ale dziecko stawia opór rlap dłużej. Ledwo było słychać. na wilgotnym i zatrutym brzegu. Za oknem zaczął trzeszczeć upalny ranek. dziecko skurczyło się.. i czuł. Łączył się wtedy ze straconym dzieckiem i próbował je podtrzymać ze wszystkich swych nie tkniętych jeszcze sił. Castel przed62^ chwilą zamknął książkę i patrzył na chorego. że gorączka ustępuje i zostawia je dyszące. Tak zgięte pozostało przez długie sekundy. Kiedy płomienna fala dosięg-nęła je znowu po raz trzeci i uniosła nieco. Potem uniosły się.. jakby chciał mówić. 178 ko miało wciąż zamknięte oczy. Zdawało się. Ale uderzenia ich dwu serc. że wróci. zakrzepłej teraz i jak zarej glinki. mówiąc. przybrało na spustoszonymi . lekko orały brzegi łóżka. gubiły wspólny rytm. wyczerpane. Wszyscy czekali.ł siłkiem zapanował nad sobą i skierował spojrzenie na dziecko. s Światło rozszerzyło" się w sali. gdzie odpoczynek przypominał już śmierć. który n ^ krzyczał na drugim krańcu sali. Rieux odwrócił się porywczo w jego stronę i otwo. zamykając oczy. zdawało się. który je palił. wyrażające raczej zdziwienie niż ból. kurcząc kościste nogi i ręce. lecz jakby roiło się trochę. Paneloux. . rzucał w regularnych odstępach czasu krótkie wołania. że nawet chorzy nie odczuwają takiego przerażenia jak na początku.Nie było polepszenia porannego. jakby ukąszone w żołądek. że wydawało się. rzekł wtedy głucho: m1. Zaczął2^ zdanie. podciągnęło uda do brzucha i tak )stało nieruchome. nieharmonijnym ak mało ludzkim. i pod koniec ataku. ale by móc je skończyć.' . Puścił więc szczupłą piąstkę i wrócił na swoje miejsce. będzie cierpiało dłużej. gdyż głos jego zadźwięczał zbyt ostro. i łóżku pozę groteskowego krucyfiksu. ^ jakby opadł na ścianę. Rieux od czasu do czasu brał je za plus. Tarrou schylił się i swoją ciężką ręką otarł mały v twarzyczkę. i wstrząsnęło obłędnie głową. Gdy atak minął. który z . Przyjmowali teraz chorobę z rodzajem zgody. cofnęło w głąb łóżka w trwodze przed płomieniem. ^ły rozgrzebywać koc w okolicy kolan i nagle cko zgięło nogi. . musiał odchrząknąć. który znajdował się rzeciw. Ręce. Jedyny chory. zgięło się znowu z piskliwym jękiem. które stały się podobne do rów. ale z umówioną jak gdyby dyskrecją. ^>0 .Dżuma 177 dzieści osiem godzin. ry oddech zróżnicował nieco i który nagle wypeł-salę protestem monotonnym. Na pięciu innych . ale z widocznym wy. dziecko rozprężyło się nieco. Rieux? rz^ Rieux odpowiedział. Wzdłuż ścian pobielonych wapnem światło przechodziło od odcieni różowych do żółtych. otworzyły się usta i prawie natych-ist wydobył się z nich jeden przeciągły okrzyk. rzył usta. wstrząsane dreszczami i konwulsyjnym drżeniem. jak ten niepokój miesza się ze zgiełkiem jego własnej krwi. Wielkie łzy trysnęły spod rozpalonych powiek i zaczęły spływać po ołowianej twarzy. P21 . niż to się dzieje normalnie.

pijany ze zmęczenia i odrazy.powiedział ze zmienioną twarzą.'' Ale dziecko krzyczało nadal i chorzy wokół niego zruszyli się.szepnął Paneloux. Ale zmęczenie to szaleństwo.Dlaczego mówił pan do mnie z takii wem? . Potem zebrał sutannę i wyszedł środki . Kiedy je otworzył.powiedział. . Zdarzaj e kie godziny w tym mieście. Paneloux zbliżył się i wykonał gest błogo. przyśpieszył rytm swej skargi.Może . stwa. Ale możeJ)0-:hać to.Muszę wyjść . dziecin 179 ko odpoczywało w głębi rozrzuconych koców sze nagle.Czy trzeba wszystko rozpocząć na nowol pytał Tarrou Castela. słabł ciągle l urwał się wreszcie. która dławiła mu serce. Z ustami otwartymi. ciągle tym samym por ruchem.•dł z ust wszystkich łudzi jednocześnie. Rieux ści-^ł zęby.To wi było dla mnie także nie do zniesienia. . i poą. ze to koniec.Rozumiem . Rieux : ławce nie stawiał już oporu. Osunął się na kolana i nikt się ie zdziwił słysząc. uratuj to dziecko. że krzyk dziecka osłabł. podczas gdy inni jęczeli soraz głośniej. ksi o tym dobrze! Potem odwrócił się znowu. . żeby go zatrzymać. . ten przynajmniej był niewinny. .rzekł. i rzucił gwałtownie: .powiedział Rieux. . Ca-stel przeszedł na drugą stronę łóżka i powiedział. baczy. Rambert zbliżył się łóżka i stanął obok Castela. Ten z drugiego końca sali.powiedział głos za nim. który ściekał mu JUŻ c Miał ochotę krzyczeć jeszcze. KIO wszystko opierało się długo. że kiedy mijał Pc ten wyciągnął rękę. . . zagłuszając modlitwę Paneloux. na tle bezimiennej i nieustają-ej skargi: "Boże mój. Doktor zorientował się wtedy. Rieux odwrócił się do Paneloux. . czego nie umielńyJsojąć. kiedy nie czuję n buntu. Rieux odwrócił się. . splamione chorobą. Tarrou się odwrócił. Błękitne ni ranne pokryło się szybko mlecznym bielmei wietrze stawało się bardziej duszne. lecz wyraźnym. Nagle jednak inni chorzy umilkli.T 189 &ż przekracza naszą miarę. Stary doktor skinął głową. zamknął oczy. Fala łkań zalała salę. która się skończyła. którego wo-ania nie ustawały. Patrzył na'''Paneloux lamiętnością. Walka bowiem się skończyła.Nie mogę tego znieść dłużej. ale niemymi. lecz były głuche jak dalekie echo tej walki. doktorze . by rozerwać ^ mocną pętlę.Ach. do jakich był zdolny. woli pomiędzy gałęzie fikusów. aż "ównież stała się krzykiem. ujrzał Tarrou obok siebie. Paneloux patrzył i te usta dziecięce. z resztkami łez na twarzy. stopniowo kał zmęczenie. jak mówi głosem trochę zduszo-ym. oddech wracał mu powoli. zakurzonymi karat i wytarł pot. i Rieux. który zamknął otwartą iążkę leżącą na jego kolanach. . Patrzył na gał niebo. wyszedł z są] Paneloux i znalazł się w głębi podwórza sz: Usiadł na ławce między małymi. ^ rostiował się nagle. oparty o poręcz łóżka. Upał sp. Ale Rieux wychodził już z sali krokiem tak i i z takim wyrazem twarzy. Wokół niego skargi podnosiły się znowu. pełne krzyku szystkich wieków.Chodźmy.Niech mi ksi.To prawda .

niż chodzili na roszę. Twarz miał wzruszoną. żeby 3y z nimi walczyć. awahal się. zaczęto się obawiać.iźnierstwami i modlitwami. że idzie o coś bardziej poważnego.rzekł unikając jego spoji nią . W trudnych okolicznościach. . ą torturowane. Prawdę mówiąc. Ale w miarę jak mijały dni. słowo "nowość" straciło swój sens. Z głębi tóre wróciło doń znowu. powiedział . Na wiosnę oczekiwano z chwili na chwilę końca choroby i nikt nie myślał o tym. zastąpiła zwykłe praktyki niezbyt rozsądnymi przesądami. nie opuszczał szpitali i tych miejsc.siadł obok Rieux. I pew-4 nego razu. To się już nie powtórzy. gdy Rieux. pan również pracuje i człowieka. Z pozoru Jt zachował spokój. gdzie według swego mniemania powinien był się znaleźć.powiedział. t^-myśl o własnej śmierci nie była mu obca. odpowiedział inie: e mam. to znaczy znalazł się tam. żeby pan przyszedł. jesteśmy razem. co łączy . ktorze . Lecz nie chcę spierać się 'racujemy razem. niż mówi Paneloux. jednocześnie koniec epidemii stał się przedmiotem wszystkich nadziei.zrozu-jest łaska. Pot zaczął mu także ściekać z czoła. "Czy kapłan może radzić się lekarza".tak.nawet sam Bóg nie może nas teraz rozłączyć. który się namy-wnież i postąpił krok w jego stronę. Ojciec Paneloux wygłosiL^JSwęie drugie kazanie w dzień.powiedział Rieux. .powiedział. widzenia". Ale jak gdyby zmienił się od dnia. Ludzie chętnie] nosili medaliki ochronne czy amulety św. Nie brakło mu widoków śmierci.. 181 / . temat pana zainteresuje. ^i kiedy tak długo patrzył na umierające dziecko.. Większość zresztą.Ksiądz widzi . Odkąd Paneloux wstąpił do formacji sanitarnych. śmierci i zła. doktorze. czy nie. w imię czegoś. . Jako przykład niechaj posłuży niepohamowane 182 zainteresowanie naszych współobywateli dla przepowiedni. że ma wygłosić kazanie na mszy dla mężczyzn i przy tej okazji wyłoży przynajmniej niektóre swoje punkty widzenia. że choroba nigdy się nie skończy. ował się uśmiechnąć. Rocha.Chciałbym. Paneloux oznajmił mu. Stanął w pierwszym szeregu ratowników. wyciągnął rękę i rzekł ze smutkiem: ik nie przekonałem pana. że epideiria nie będzie trwała. skoro wszyscy wyobrażali sobie. Interesuje mnie jego zdrowszy stkirn zdrowie. ksiądz wie o tym dobrze.j ojcze . doktor odniósł wrażenie. gdy powiedział do Rieux z uśmiechem. Ponieważ doktor wyraził chęć zapoznania się z tą pracą. szeregi audytorium były bardziej przerzedzone niż za pierwszym razem. Tylko to jest . Paneloux przeniknął cień przerażenia. lie człowieka to zbyt wielkie słowo dla ? tak daleko.Inaczej rozu-. w jakich żyło miasto. l* że przygotowuje teraz krótką rozprawę na temat: . mał rękę Paneloux. Ten rodzaj widowiska nie przyciągał już swoją nowością naszych współobywateli. gdy wiał wielki wiatr. . kiedy |Miał odejść. wiem. i jego oczy błyszczały. Podawano więc sobie z rąk do rąk rozmaite przepowiednie magów czy świętych . tli ksiądz daruje. I choć chroniło go serum. by pytać o czas trwania epidemii. tego chce. Nz 'J twarzy jego było widać wzrastające napięcie. gdzie można było zetknąć się z dżumą. I nigdy nie będę kochał tego świata. cna za znaczenie? . . : opadł po raz wtóry na ławkę.rzekł ze smutkiem . jeśli nie porzuciła całkowicie obowiązków religijnych albo jeśli nie łączyła ich z głęboko amoralnym życiem osobistym. .e.

jak zasiada przy naszym stole czy przy wezgłowiu tych. że według OJ ca Paneloux nie ma nic do wytłumaczenia. którego doświadczało miasto. Doktor zajął miejsce w zimnym i cichym wnętrzu. a jego złożoność pozwalała na wszelkie interpretacje. zaczęli szukać w bibliotekach miejskich wszelkich historycznych dokumentów tego rodzaju i rozpowszechniali je w mieście. z większym namysłem niż za pierwszym razem. że są rzeczy. W każdej rzeczy jednak jest jakaś prawda. Ale. Kiedy już wyczerpali historię. Jednakże głos jego stawał się z wolna pewniejszy. że nie mówił już "wy" ale "my". i inne. i przy pomocy nie mniej dziwacznych obliczeń usiłowano wyciągnąć' wnioski odpowiadające aktualnym wypadkom. Wszystkie zresztą proroctwa miały 183 tę cechę wspólną. którzy przynajmniej w tym względzie okazali równe kompetencje jak ich wzory z minionych wieków. Rzecz ciekawsza jeszcze. a czytano je z nie mniejszym zapałem niż sentymentalne opowiadania zamieszczane v/ czasach zdrowia. kiedy znamy ją lepiej. . które posługując się językiem apokaliptycznym. wśród audytorium złożonego wyłącznie z mężczyzn. pozostaje prawdą . Kiedy Rieux wszedł do kościoła w wieczór kazania. że nie należy wyjaśniać sobie zjawiska dżumy. może potrafimy lepiej przyjąć to. jak kroczy obok nas i czeka na nasze przyjście w miejscach pracy. odkrywając podobieństwa (które przepowiednie nazywały niezmiennymi). jak ksiądz wchodzi na ambonę. Innym razem przeprowadzano porównania'z wielkimi dżumami w historii. Na j okrutnie j-szą J»róba wciąż jest jeszcze dobrodziejstwem dla chrześcijanina. ale nauczyć się teg(\ czego można się nauczyć. Ale publiczność niewątpliwie ceniła sobie najbardziej te proroctwa. że w końcu podnosiły na duchu. że od długich miesięcy dżuma jest pomiędzy nami i teraz. zwrócili się po przepowiednie do dziennikarzy. których kochamy. IUeux zrozumiał niejasno. Tylko z dżumą było inaczej. To. Skrzydło obitych suknem drzwi wejściowych uderzało lekko. którą trzeba zachować w pamięci. oo ojciec Paneloux mówił już z tego samego miejsca. że ciekawość publiczności jest nienasycona. Stwierdziwszy. Wydawcy zdali sobie bardzo szybko sprawę z korzyści. żeby je przytrzymać. które można wyjaśnić w stosunku do Boga. Tak więc radzono się co dzień Nostradamusa i św. zwiastowały cykle wydarzeń. poznawać jego istotę i próbować je znaleźć. Zainteresowanie do" która wzrosło. Ten incydent rozproszył uwagę doktora. Ktoś wstał. wiatr wdzierał się falami przez dwuskrzydłowe drzwi i krążył swobodnie między zebranymi. kiedy Paneloux powiedział z mocą. może pomyślał i powiedział to bez miłosierdzia. Otylii.przynajmniej takie jest jego przekonanie. Właśnie chrześcijanin powinien szukać tego. że z wahaniem dobiera słowa. ujrzał. ponieważ widzieliśmy tyle razy. Te przesądy zastępowały więc naszym współobywatelom religię i dlatego Paneloux wygłaszał kazanie w kościele zapełnionym tylko w trzech czwartych. co jest dla niego dobrodziejstwem. gdzie w grę wchodził rok. Rozpoczął od przypomnienia. Paneloux mówił tonem łagodniejszym.Kościoła katolickiego. i zebrani zauważyli kilkakrotnie. i drukowali krążące teksty w wielu egzemplarzach. co mówi nam bez przerwy i czego w pierwszym zaskoczeniu nie usłyszeliśmy dobrze. jakie może im przynieść ta egzaltacja. jak to zdarza się wszystkim (i dlatego bije się w piersi). W tej chwili ludzie wokół Rieux rozsiedli się i umieścili możliwie najwygodniej na swych ławkach. liczba zmarłych i cyfra miesięcy spędzonych pod rządami dżumy. Niektóre z tych przewidywań opierały się na dziwacznych obliczeniach. a zawsze z pożytkiem. Niektóre z tych przepowiedni drukowano nawet w odcinkach w gazetach. Ksiądz powiedział mniej więcej tyle. każde z nich mogło być tym właśnie. który ledwo słysząc 184 co Paneloux mówi dalej.

że ma niełatwą rzecz do powiedzenia) trzeba chcieć cierpienia. lęku. by dusza odpoczywała i cieszyła się w czasach szczęścia. że nie ma półśrodków że jest tylko raj i piekło. kiedy ksiądz mówił już 185 z mocą. Ojciec Paneloux powiedział wówczas. Na przykład. kl&dy nie można było mówić o grzechu powszednim. zęby nie musiał wszystkiemu zaprzeczyli podobnie jak te zacne kobiety. wiemy tej męce. Tylko w ten sposób chrześcijanin nie oszczędzi sobie niczego 186 i mając wszystkie wyjścia zamknięte dojdzie do samego geOna wybomrWybierze wiarę we wszystko. jaki się jej zazwyczaj nadaje. przyzwyczajonym do bardziej pobłażliwej i klasycznej moralności wyda . że me na czyśćca.y nie może być religią codzienną i jeśli Bóg mógiby zgodzić się.-e moz^a się było tego czyśćca spodziewać. Ale zdarzały się bez wątpienia okresy. Oczywiście jest dobro i zło. Wszelki grzech był śmiertelny. ale o upokorzenie. że cnota całkowitej zgody. nie powinna być zrozumiana w sensie ograniczonym. kiedy n. Wygodnie byłoby mu powiedzieć. chce. którzy go dziś słuchają: l"Bracia moi.których wyjaśnić nie można.' żeby się oka/ała ponad swoją miarę. że rozkosze czekające dziecko mogą wynagrodzić jego cierpienia. religia nie ma zasług^ Natomiast tu przypiera nas do muru. Bóg udziela dziś łaski istotom przez siebie stworzonym zsyłając im nieszczęście. Było wszystko lub nic. co jest ponad zwykłą miarę w cnocie (3 czym powie za chwilę).3 y mogły udźwignąć największą cnotę: Wszystko i "'o Nic. z którym upokorzony byłby w zgodzie. że piorun uderza w niedowiarka. skoro nieszczęście jest bezmierne. A któż spośród was ośimeliłby się wszystkiemu zaprzeczyć?" Rieux zaledwie miał czas pomyśleć. która mogła się zrodź ć tylko w duszy niedowiarka. ponieważ Bóg go chce. Jest bowiem czyściec. ojciec Paneloux pozostanie u stóp muru. ale doprawdy nic o tym nie wie. i można być jedynie zbawionym lub potępionym wedle tego. Paneloux wie. że wieczna radość może wynagrodzić chwilę ludzkiego cierpienia? Na pewno nie byłby to chrześcijanin. wszelka obojętność zbi. się czymś zaskakującym. Don Juan w piekle i śmierć dziecka. Chodzi o upokorzenie. |Cierpienie dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca. Jest również jego cnotą. co się wybrało Zdaniem Paneloux jest to herezja. której symbolem jest krzyż. Ojciec Paneloux odmawia sobie nawet łatwych korzyści płynących z przedostania się przez ten mur. twarzą w twarz z cierpieniem dziecka. Nie. ze odkr-ył tajemnicę Kościoła twierdząc. Jeśli jest _ bowiem sprawiedliwe. Dlatego (i Paneloux zapewnił swoich słuchaczy. okresy. i na ogół można sobie wytłumaczyć łatwo. Przed wiekiem pewien autor świecki m^iem&ł. chwila nadeszła. o której mówił. Tak więc jesteśmy pod murami dżumy i w ich śmiertelnym cieniu musimy odnaleźć dla siebie dobrodziejstwo. że to. pT'doprawdy. Paneloux urwał i Rieux usłyszał w tej chwili wyraźniej jęki wiatru pod drzwiami. i racji. jak gdyby wiatr przybierał na sile.3<jnicza. Któż mógłby bowiem twierdzić. a nawet pragnąć. Rozumiał przez to. to żądanie jest przywilejem chrześcijanina. jakiego trzeba . nie chodzi o banalną rezygnację ani nawet o trudną pokorę. Ale religia czasu dzuT. Ale trudność rozpoczyna się wewńąTrZ zła. Trzeba we wszystko uwierzyć albo wszystkiemu zaprzeczyć. I powie bez lęku tym. wielu ludziom. że ojciec Paneloux jest bliski herezji. co je dzieli. Ale tego właśnie trzeba zaznać. którego Pan zaznał cierpień na ciele i duszy. nie można zrozumieć cierpień "dziecka. że ten nakaz. jakie to cierpienie przynosi. Wszystko inne w życiu ułatwia Pan Bóg i 2anim dojdziemy do tego punktu. jakie trzeba dlań znaleźć. nie ma na ziemi nic ważniejszego od cierpienia dziecka. bywało zło z pozoru~konieczne i zło sr "pozoru bezużyteczne. które .

na skutek zmiany uczuć. którzy chcą walczyć z chorobą. że poprzez "formujące się dymienice ciałp w naturalny sposób """wydala infekcję. me cofnie się przed tym słowem. a nawet rzucali ciała przez mury. częstej. że pod koniec epidemii biskup zrobiwszy wszystko. którzy podczas epidemii w ubiegłym wieku komunikowali biorąc hostię szczypczykami. Nie należy też postępować jak owi ". I ksiądz uderzając pięścią w poręcz kazalnicy zawołał: "Bracia moi^trze. który pozostał sam. • . gdzie mogła się kryć infekcja. a tymczasem zmarli spadali mu na głowę prosto z nieba. żebyśmy mogli dokonać wyboru. -^»^tas^^^>«t"»»?«^-. Tu rezległ się hałas. ale l^ez tego chleba dusza zginęłaby od głodu -duchowego. Jeśli zaś idzie o resztę.zadżumieni Persowie. jeśli wolno mu będzie uzupełnić je przymiotnikiem: "czynny". nawet niepojętej. Tak oto ów biskup uwierzył w ostatecznej słabości. gdy jest to śmierć dzieci. którzy powinniśmy . przede wszystkim zaś mimo przykładu owych trzech braci. ITrzeba tylko iść naprzód w ciemnościach. którzy go uwielbiali. trwać i zdać się na Boga. że nie ma już sposobu. rozumny porządek. gdy ojciec Pane-loux robił pauzy. Powiedział. myśl jego wybiegała ku temu. jaką postawę należy przyjąć. by zesłało dżumę na tych niewiernych. Dla pierwszych bowiem nie liczyło się cierpienie dziecka. nawet wówczas. trochę na oślep i próbować czynić dobrze. zamknął się wraz z zapasami żywności w swym domu. Są jednak inne przykłady.| ^a b^UsY"^ który zostaje!" ^" -•»--<"-». Jeśli wierzyć kronikarzowi wielkiej | dżumy w'"Marsylii. " . Tu ojciec Paneloux przywołał wybitną postać biskupa Belzunce. mówią w tej chwili w kościołach: """Boże mój. stawiając się jak gdyby na miejscu swych słuchaczy i zapytując. nie należy naśladować chrześcijan z Abisynii. które Paneloux chce 187 przypomnieć. i Cierpienie dzieci jest naszym gorzkim chlebem. Z tych czterech trzech uciekło. . powtarza to raz jeszcze. ludzki stracą przed boTem zagarnął wszystko.-. trzeba sięgać w głąb tego. który kazał zamurować. mimo siedemdziesięciu siedmiu trupów. . że mieszkańcy miasta.dowiedziawszy się. dla drugich zaś. Zadżu-miem Persowie i mnisi grzeszyli Jedsnaikowo. Ale. powzięli do niego złość.. o których mówił. Nie można ^"powiedzieć: "To rozumiem: ale tamto jest nie do przyjęcia". jak zwykle. którzy powiadają. zaraz padnie przerażające słowo: fatalizm. gdy nadmierne stają się cierpienia. którzy rzucali swoje odzienie na sanitarne pikiety chrześcijańskie. by uniknąć dotknięcia wilgotnych i gorących ust. i nie szukać pomocy dla siebie. Podobnie jest z nami. wielkim głosem wzywając niebo. co należało zrobić. chrześcijanin potrafi poddać się woli bożej. że potrafi się odgrodzić od świata śmierci. co niepojęte i zesłane nam po to. ześlij mu dymienice". który społeczeństwo wprowadza do anarchii zarazy. Wszyscy byli głusi na głos Boga. Tak mówią1 kronikarze i nie ich rzeczą jest powiedzieć więcej. . na odwrót. na osiemdziesięciu jeden zakonni ""mkow klasztoru Mercy czterech tylko przeżyło] dżumę. otoczyli dom biskupa trupami. W obu wypadkach problem zręcznie usunięto sprzed oczu. Cóż.' r\[ie chodzi o to. Na pewno. Nie należy słuchać tych moralistów. zęby odrzucać wszelką ostrożność. i przekonany. zesłaną przez Boga. z drugiej strony > nie należy naśladować również mnichów z Kairu. Ksiądz spodziewał się tego. podczas dżumy w Marsylii. niespodzianie ]ednak kaznodzieja z siłą podjął wątek. że trzeba paść na kolana i poniechać wszystkiego.' Ale kiedy ojciec Paneloux to czytał. by narazić biskupa na pewniejszą śmierć. żeby przenieść tam zarazę.

że bywa często u ojca. . Podob-' nie jak Tarrou musiał porzucić swój hotel." Kiedy Rieux wychodził. Na tym szczycie wszystko się przemiesza i wyrówna." i . Ale tyKo ta miloSc^móźe *-'• .powiedział Tarrou. ksiądz okazał lekkie zniecierpliwienie. do którego trzeba się zbliżyć. a w wieku Paneloux kapłan nie ma prawa do niepokoju. . że to kazanie dowodziło bardziej niepokoju niż siły. | . Temu straszliwemu wizerunkowi musimy dorównać. nie można -JCJ bowiem rozumieć. .. . * ^Którą chciałem podzielić się z wami. i zamieszkał u pewnej starej i pobożnej pani. . Był to moment. Nie.rzekł wreszcie Paneloux oznajmiając.. wiatr otoczył ich wyjąc i nie dając mówić młodszemu. Stary ksiądz i młody diakon. gdzie przecież i dzieci złożyły swą cząstkę. że sam będzie' miał wyłupione oczy. Młody diakon.^-<-"-~.miłość do Boga jest trudnaJmi|oscj^. gwałtowny wiatr wtargnął przez uchylone drzwi i uderzył prosto w twarz wiernych. że jego rozprawa będzie jeszcze śmielsza i bez wątpienia nie uzyska imprimatur. zapewne na skutek zmęczenia. chrześcijanin musi stracić wiarę albo zgodzić się na to. Kiedy Rieux opowiadał Tarrou o kazaniu Panelou: Tarrou wtrącił. ł . Kiedy bowiem gorąco wychwalała przepowiednie św.. Uważał. . dzięki nim właśnie stracił szacunek swojej gospodyni. zanim jeszcze wyszli. idący przed doktorem. kapłani przemawiają na ich grobach. Oto wiara. Podczas przeprowadzki ojciec czuł coraz większe zmęczenie i lęk. --7'"""!"?' "-. rozstrzygająca w oczach Boga. ojciec P»neloux opuścił mieszkanie. woń wilgotnych chodników. Byli już na placu przed kościołem. pochyliwszy głowę. który podczas wojn. osoby.sobie wytłumaczyć. To właśnie chciał powiedzieć. . ponieważ musimy •wybrać ^"nienawidzić Boga czy go kochać. Mimo to starszy nie przestawał komentować kazania. ale niepokoiło go zuchwalstwo jego myśli. jest w tyi sprzeczność.Kie-| dy niewinność ma wyłupione oczy. gdzie ulokował go jego zakon. prawda tryśnie z pozornej niesprawiedliwości. śmierć konieczną. że kończy . . Trzebaprzyjąć zgorszenie. powiedział. . tylko ona czym ich ^» • . • . która pozwalała domyślać się wyglądu miasta. Czy ta obserwacja Tarrou rzuca nieco światła na późniejsze nieszczęsne wydarzenia. nie tkniętej jeszcze dżumą.Jeśli kapłan zasięga rady lekarza. . Wreszcie diakon powiedział: 189 . że zna księdza. orientuje się w jego ewolucji. Zakłada całkowite wxrzęcz"enle"slę*sameg^siebie i po-"gardą dla własnej. a idea. jaką głoszą. Paneloux nie chce stracić wiary i nie zatrzyma się przed niczym. Jakkolwiek czynił potem wysiłki. kiedy to zachowanie Paneloux wydało się jego otoczeniu niepojęte? Zobaczymy|1 W kilka dni po kazaniu Paneloux zajął się przeprowadzką. • .-. Wiatr przynosił do kościoła zapach deszczu.Paneloux ma rację . okrutna w oczach ludzi.zapytał stary ksiądz. że podczas dżumy nie ma wysp. Otylii.J^ . by osłonić się przed wiatrem."• <(tm)«^'^»~» zmazać cierpienie i śmierć dzieci. z trudem utrzymywali kapelusze na głowach. . A któż odważyłby się wybrać nienawiść do Boga? 188 "Bracia moi . ^toczna jej tylko chcieć. stracił wiarę na widok młodzieńca z wyłupionynu| oczami. wystrzela z tego popiołu. Tak oto w wielu kościołach południa Francji zadżumieni śpią od wieków pod kamiennymi płytami chóru. Oto trudna nauka. nie ma środka.Jakaż jest jej myśl? . by . by zamieszkać u Rieux. Wyrażał uznanie dla wymowy Paneloux. kiedy rozwój choroby ^ powodował ciągłe przeprowadzki w mieście.

że }ej propozycja nie zrodziła się z niepokoju tego rodzaju. Najbardziej uderzył ją ciągły niepokój. Rano wstała wcześnie. Odrzucał prześcieradła i nakrywał się 'nimi znowu. Wciąż pamiętając o swych obowiązkach. gdy zaniosła mu świeżych ziółek. które nakładała jej sytuacja. którą uznała za godną pożałowania. czy wezwać lekarza i sprzeciwić się choremu. gospodyni. zapragnęła położyć się na chwilę i zbudziła się dopiero nazajutrz o świcie. które nie odwracając się rzucała mu sucho. który ona uznała za bardzo niejasny. Zrozumiała tylko. za które czuje się częściowo odpowiedzialna. I co wieczór. Ponieważ jednak Paneloux nie odpowiadał. wahała się długo. zanim wszedł do swego pokoju. Stara pani odparła z godnością. że nie miała na oku własnego bezpieczeństwa. jak to miała w zwyczaju. że gorączka zmąciła myśli jej lokatora. ale w odpowiedzi usłyszała tylko kilka niezro zumiałych słów. że ojciec nie wychodzi ze swego pokoju. że nie może usunąi z głębi gardła duszących go czopów waty. jest ono bowiem w rękach Boga. że nie ma mowy o dżumie. Ojciec odmówił raz jeszcze. Gospodyni postanowiła więc. Twarz. że zachowała kształt okrągły. zatelefonuje na numer. Według jej własnych słów. że nie zauważył żadnego z jej objawów i ze jest to przejściowe zmęczenie. Mógł to być zwykły atak gorączki. żeby przyszła. Ojciec leżał bez ruchu. Ale wówczas ojciec podniósł się i na wpół się dusząc odpowiedział wyraźnie. nie mógł tego osiągnąć. Po tyci atakach opadał w tył z oznakami wielkiego wyczerpania. Ponowiła swą propozycję. musiał patrzeć na plecy gospodyni siedzącej w salonie. Pe południu spróbowała jednak przemówić do księ dza. zdumiona. Pewnego wieczora. Ojciec patrzył na mały świecznik z . wiedziona pragnieniem. że nie chce lekarza. Ale stara pani wahała się jeszcze. wiadomo jedynie 2 opowiadań gospodyni. pełnego szydełkowych koronek. która dojrzewała w nim od wielu dni. ale tłumacząc się w sposób. wreszcie postanowiła zapukać do jego drzwi. co do niej należy. gdy kładł się spać z pękającą od bólu głową.zdobyć przynajmniej życzliwą neutralność starej pani. mój chłopcze". by wypełnić wszystko. choć tak szczególnie wyglądał. i ograniczyła się do przyniesienia mu ziółek. Zastała księdza leżącego po bezsennej nocy. Zdawało się wówczas. że zaczeka do jutra rana i jeśli stan ojca nie ulegnie poprawie. Zrobił złe wrażenie. jak w skroniach i pulsie rąk wyzwalają się nieokiełznane fale gorączki. ale myślała jedynie o zdrowiu ojca. że ojciec nie chciał lekarza. jakby coś z siebie wy191 dzierał. Odczuwał duszności i był jeszcze bardziej zaczerwieniony na twarzy niż zwykle. i 190 To. odwiedzała chorego regularnie co dwie godziny. Wreszcie znów przybierał pozycję półsiedząc^ i przez krótką chwilę patrzył przed siebie z uporem jeszcze gwałtowniejszym od poprzedniego niepokoju. Pobiegła do jego pokoju. w jakim 03 ciec spędził dzień. Wyciągnęła stąd wniosek. poczuł. Ale wieczorem. że wezwie swego lekarza. głuchym i wilgotnym kaszlem. stała się teraz sina. ponieważ jest to sprzeczne z jego zasadami. Po pewnym czasie. miała zamiar zaglądać do swego lokatora w nocy i czuwać przy nim. znowu zaproponowała mu. zaproponowała mu uprzejmie. co nastąpiło później. Nieco później ojciec zadzwonił prosząc. nadmiernie czerwona dnia poprzedniego. żeby zakaszlać zdławionym. który agencja Infdok powtarzała co dzień ze dwanaście razy przez radio. że każe wezwać lekarza. unosząc zarazem wspomnienie owego "Dobranoc. ale jej propozycja została odrzucona z gwałtownością. co widoczne było tym wyraźniej. Wciąż zdecydowana wypełniać najskrupulatniej obowiązki. Przeprosił ją za odruch złego humoru i oświadczył. i to właśaie wydało jej się niepojęte. przesuwał nieustannie ręce po wilgotnym czole i często siadał na łóżku. Nie pozostało jej nic innego jak wyjść.

czy nie: . miała zabezpieczać od zarażenia. Rieux wyszedł. Zapytała księdza. odwrócił się. Kaszel stawał się bardziej głuchy i torturował chorego przez cały dzień.tym roku .Dżuma 193 Wszystkich Swig. do których zdawało się wracać ciepło. miejsca chłodom. nie widząc żadnego z głównych objawów dżumy dy-mienicznej czy płucnej prócz obrzęku gardła i duszności. jego spojrzenie nic nie wyrażało. W każdym razie puls był tak słaby.Ksiądz nie ma żadnego z głównym objawów choroby . Ale wszystkie te znaki pory roku nie mogły sprawić. i wrócił. . Wieczorem wreszcie ojciec wykrztusił z siebie duszącą go watę. Ale zakonnicy nie mają przyjaciół. lekarze ubierali się' dla ochrony w naoliwione tkaniny. wyglądał tak. po ict przejściu spadało na nie zimne i złocone światło listopadowego nieba. . W poprzednich latach tramwaje pełne były mdłego zapachu chryzantem i procesje kobiet udawały się do miejsc. Gorączka poszła w górę. To była i nie była dżuma.kolorowych paciorków. z uprzejmością. który wisiał nad łóżkiem.powiedział do Paneloux. Pojawiły się pierwsze niep rżenia' kalne płaszcze. kt»ra. na wpół wychylonego z łóżka. Skorzystały z tego sklepy. Kiedy stara pani weszła. by ubrać kwiatami groby. żeby wszystko odbyło się według przepisów. żeby nań patrzeć. Rieux przyjechał w południe. który znajdował się u wezgłowia łóżka. Rieux zbadał go i był zdumiony. jak się czuje. Dzienniku przypominały bowiem. czy mówi ze smutkiem. w którym próbowano wynagrodzić zmarłemu osamotnienie i niepamięć długich miesięcy. jakby bity przez całą noc stracił wszelką zdolność reakcji. Zauważono jednak zdumiewającą ilość! gumowanych i błyszczącyh materiałów. Zdawało się zresztą. Był to dzień. rzucając cień na domy.Ale są powody do podejrzeń i muszę księdza izolować. że ma się źle. gdzie spoczywali ich bliscy.powiedział łagodnie. Ojciec przyjął doktora ^ tym samym 192 obojętnym wyrazem. Ale . by zapomniano o opustoszałych cmentarzach. Paneloux jakby się ożywił i zwrócił w stronę doiktora oczy. Wysłuchawszy pani -domu odparł tylko.tyA~w. Wśród zgiełku gorączki Paneloux nadal patrzył obojętnie i kiedy nazajutrz znaleziono go martwego. Jednakże wypadek księdza wciąż był niejasny. Potem powiedział z wysiłkiem. odwrócił się w jej stronę. tak że trudno było stwierdzić. że Paneloux miał rację i że jest już za późno.wyglądało ini czej niż zazwyczaj. Według jej słów. wystarczy przewieźć go do szpitala. żeby zatelefonować." 13 . Jak w poprzednich latach. Poprosił o krucyfiks. ale milczał. Rieux prześladowały wątpliwości. Patrzył na Paneloux. Odparł głosem. Jak przedmiot poddał się wszystkim zabiegom. jak spodziewano się. Wielkie chmury biegły od końca do końca horyzontu. Była czerwona. że nie trzeba mu lekarza. Napisano na karcie kontrolnej: "Wypadek wątpliwy. że mało było nadziei. że od pewnego czasu sprawia jej przyjemność sprowadzanie diagnostyki na manowce. Stara pani pobiegła przerażona do telefonu. \że przed dwustu laty. by wyrzucie zapas niemodnej odzieży. i kiedy miał go w rękach.Zostanę przy księdzu . Tylko pogoda była jak zawsz zmieniła się bowiem nagle i spóźnione upały ustąpi. że ta niepewność była bez znaczenia.Dziękuję. w którym dostrzegła ton dziwnie obojętny. wiał ni ustannie zimny wiatr. W szpitalu Paneloux nie otworzył ust. Ksiądz uśmiechnął się dziwnie. a stan ogólny tak alarmujący. Wszystko złożyli w Bogu. ale nie wypuszczał już krucyfiksu. . pod-| czas wielkich dżum na Południu. Ale w przypadku Paneloux miało się okazać.

tego roku nikt nie chciał myśleć o zmarłych. Właśnie dlatego, że myślano o nich zbyt wiele. Rzecz nie polegała już na tym, by powrócić do nich z odrobiną żalu i wielką melancholią. Nie byli ta JUŻ ci opuszczeni, do których przychodziło się wytłumaczyć raz na rok. Byli intruzami, < których--chce się zapomnieć. Toteż święto zmarłych w tym roku w pewien sposób zręcznie ukryto. Według Cottarda, którego język, zdaniem Tarrou, stawał się coraz bardziej ironiczny, co dzień było święto zmarłych. Rzeczywiście, radosne ognie dżumy płonęły caraz żwawiej w piecu krematoryjnym. Co prawda, liczba zmarłych nie zwiększała się z dnia na dzień. Ale dżuma jak gdyby rozsiadła się wygodnie, wnosząc do swych codziennych morderstw precyzję i regularność dobrego urzędnika. W zasadzie, według opinii kom194 petentiaych osobistości, był to dobry znak. Wykres postępu dżumy, wpierw idący nieustannie w górę, zatrzymał się długo na jednej wysokości i wydawał się bardzo pocieszający na przykład doktorowi Ri-chard. "To dobry, doskonały wykres" - mówił. Uważał, że choroba osiągnęła swój wyrównany poziom, jak to określał Teraz mogła tylko się cofać. Zasługę za ten stan rzeczy przypisywał nowemu serum Caste-la, które w kilku wypadkach przyniosło rzeczywiście nieoczekiwane sukcesy. Stary Castel nie przeczył, ale uważał, że nie można nic przewidzieć, ponieważ historie epidemii znają nieprzewidziame odskoki. Prefektura, od dawna już pragnąc uspokojenia opinii publicznej, na co nie pozwalała dżuma, miała w projekcie zebranie lekarzy, którzy wypowiedzieliby się w tej sprawie, kiedy doktora Richard również zabrała dżuma, właśnie wówczas, gdy wyrównany poziom choroby został osiągnięty. Wobec tego przykładu, niewątpliwie wywierającego wrażenie, ale który w końcu nie dowodził niczego, prefektura wróciła do pesymizmu z tym większą niekonsekwencją, że wpierw pozwoliła sobie na optymizm. Castel natomiast ograniczał się do tego, że przygotowywał swoje serum najstaranniej, jak potrafił. W każdym razie nie było już gmachu użyteczności publicznej, którego nie zamieniono by na szpital czy lazaret, a jeśli uszanowano jeszcze prefekturę, to dlatego, że trzeba było miejsca na zebrania. Na ogół jednak 'biorąc i w związku ze względnym ustaleniem się dżumy w tym okresie, organizacja przewidziana przez Rieux nie uległa zmianom. Lekarze i ich pomocnicy, którzy pracowali w tak wyczerpujący sposób, nie musieli wyobrażać sobie, że trzeba będzie jeszcze większych wysiłków. Mieli tylko nadal wykonywać swą nadludzką pracę, regularnie, jeśli tak można powiedzieć. Dżuma płucna, której wypadki już zanotowano, szerzyła się teraz w całym mieście, jak gdyby wiatr rozniecał i podsycał pożary w płucach. Chorzy umierali znacznie szybciej, wśród krwawych i3* 195 wymiotów. Przy tej nowej formie epidemii żar wość mogła się zwiększyć. Prawdę mówiąc, zda specjalistów wciąż były sprzeczne w tym względzi Dla większego jednak bezpieczeństwa personel sań tamy oddychał przez maski z dezynfekowanej gaz W każdym razie, na pierwszy rzut oka, choroba p winna była się rozszerzyć. Ponieważ jednak zmniej' szyła się ilość zachorowań na dżumę dymieniczną równowaga nie została zachwiana. Można jednak było mieć inne powody do niepokoju w związku z trudnościami aprowizacyjnymi, rosną cymi w miarę czasu. Wtrącili się do tego spekulancii i sprzedawali po bajecznych cenach produkty pierw-| szej potrzeby, których brakło na rynku. Tak więc j biedne rodziny znajdowały się w bardzo trudnej sy-| tuacji, podczas gdy bogatym nie brakło niemal niczego. I dżuma, stosując w swych rządach skuteczną] bezstronność, zamiast umocnić równość naszych obywateli, dzięki normalnej grze egoizmów zaostrzała w sercach ludzkich poczucie niesprawiedliwości.

Pozostawała, oczywiście, nieskazitelna równość śmierci, ale tej nikt nie chciał. Biedni więc, którzy cierpieli głód, z jeszcze większą - nostalgią myśleli o miastach i wsiach sąsiednich, gdzie życie było swobodne, a chleb niedrogi. Ponieważ nie można było dostarczyć im dość żywności, uważali, niezbyt zresztą rozsądnie, że powinno im się pozwolić na wyjazd. Pewne hasło zyskało sobie popularność, wypisywano je na murach i wykrzykiwano niekiedy, gdy przejeżdżał prefekt: "Chleba albo powietrza". Ta ironiczna formuła stała się sygnałem do manifestacji, które stłumiono szybko, lecz których poważny charakter był oczywisty dla każdego. Dzienniki, rzecz prosta, były posłuszne zaleceniu optymizmu za wszelką cenę. Według nich sytuację charakteryzował "wzruszająco przykładny spokój i zimna krew", jakie okazywała ludność. Ale w zamkniętym mieście, gdzie nic nie mogło pozostać tajemnicą, nikt nie miał złudzeń co do "przykładnej 196 postawy" społeczności. I żeby mieć właściwe -wyobrażenie o spokoju i zimnej krwi, o których była mowa, wystarczyło -odwiedzić miejsca kwarantanny lub jeden z obozów odosobnienia, zorganizowanych przez administrację. Narrator, wezwany gdzie indziej, nie był tam. Dlatego trzeba tu przytoczyć opinię Tarrou. W swych notatkach Tarrou mówi o tym, jak wraz z Rambertem odwiedził obóz mieszczący się na stadionie miejskim. Stadion znajduje się niemal u bram miasta i z jednej strony graniczy z ulicą, gdzie przejeżdżają tramwaje, z drugiej z rozległymi terenami ciągnącymi się aż do skraju p?askowzgórza, na którym zbudowane jest miasto. Otaczają go wysokie mury z cementu, wystarczyło więc postawić straże przy czterech bramach wejściowych, by utrudnić ucieczkę. Jednocześnie mury broniły nieszczęśników odbywających kwarantannę przed ciekawością ludzi z zewnątrz. W zamian za to izolowani słyszeli przez cały dzień przejeżdżające tramwaje nie widząc ich i ze wzmożonego hałasu odgadywali godziny powrotu i wyjścia z biur. Wiedzieli więc, że życie, z którego byli wyłączeni, szło swoim trybem w odległości kilkunastu metrów od nich i że cementowe mary oddzielają dwa światy bardziej sobie obce, niż gdyby znajdowały się na różnych planetach. Było niedzielne popołudnie, kiedy Tarrou i Ram-bert wybrali się na stadion. Towarzyszył im Gonza--j[es, gracz w piłkę nożną, którego Rambert odnalazł i który zgodził się* objąć nadzór^stadibn^i luzując urzędników. Ramberfmiał go -przedstawić administratorowi obozu. Gdy się spotkali, Gonzales powiedział, że jest to właśnie godzina, kiedy przed dżumą ubierał się na mecz. Teraz, gdy stadiony zostały zarekwirowane, nie było to już możliwe i Gonzales czuł się i wyglądał jak człowiek, który nie ma nic do roboty. Był to jeden z powodów, dla których zgodził się na ten nadzór, pod warunkiem, że pracowaćf będzie tylko przy końcu każdego tygodnia. Niebo było na wpół pokryte chmurami i Gonzales, zadarłszy nos, 197 zauważył z żalem, że ta pogoda, ani deszczowa, ani upalna, Jest najbardziej odpowiednia dla dobrego meczu. Przywoływał, jak umiał, wspomnienia: zapach oliwy do masażu w szatniach, trybuny huczące od oklasków, koszulki w żywych kolorach na płowym boisku, w przerwach cytryny lub lemoniada, która kłuje wyschnięte gardło tysiącem odświeżających igiełek. Tarrou notuje zresztą, że przez całą drogę wyboistymi ulicami przedmieścia gracz nie przestawał kopać kamyków. Próbował wycelować prosto w otwór ścieku, a kiedy mu się to udało, mówił: "jedenzero". Gdy skończył papierosa, wypluwał niedopałek przed siebie i usiłował w locie podbić go nogą. Niedaleko od stadionu bawiące się dzieci rzuciły piłkę w ich stronę i Gonzales zadał sobie trud, by zwrócić im ją z precyzją.

Wreszcie weszli na stadion. Na trybunach pełno było ludzi. Ale teren stadionu pokrywały setki czerwonych namiotów, wewnątrz których widać było z daleka pościel i tłumoki. Trybuny zachowano, żeby internowani mogli się na nich schronić podczas deszczu i upału. Do namiotów wracali po zachodzie słońca. Pod trybunami znajdowały się jak dawniej prysznice i szatnie graczy, które zamieniono na biura i izby chorych. Większość internowanych była na trybunach. Inni wałęsali się po liniach bocznych boiska. Kilku siedziało w kucki przy wejściu do namiotów i wodziło wokół niepewnym spojrzeniem. Wśród tych, co siedzieli na trybunach, wielu było przygnębionych; zdawali się czekać. - Co robią przez cały dzień? - zapytał Tarrou Ramberta. - Nic. W istocie, niemal wszyscy mieli opuszczone ręce i bezczynne dłonie. To ogromne zgromadzenie ludzi było osobliwie milczące. - W pierwszych dniach panował tu straszny hałas - powiedział Rambert. - Ale w miarę jak dni mijały, milkli coraz bardziej. 198 / Jeśli wierzyć notatkom, Tarrou ich rozumiał; widział, jak z początku, stłoczeni w namiotach, słuchali brzęczenia much lub drapali się wykrzykując swą złość i lęk, jeśli znaleźli chętne ucho. Ale gdy obóz był już przeludniony, coraz mniej było chętnych uszu. Pozostawało więc tylko zamilknąć i nie dowierzać nikomu. Rzeczywiście, jakaś nieufność spadała z szarego, a jednak świetlistego nieba na czerwony (c)bóz. Tak, wszyscy mieli nieufne miny. Skoro ich oddzielono jednych od drugich, nie było to pozbawione racji; wyglądali więc tną ludzi, którzy szukają swoich 'racji i którzy się boją. Każdy z tych, na których Tarrou patrzył, miał puste spojrzenie, wszyscy zdawali się cierpieć na skutek oderwania od tego, co stanowiło ich życie. A ponieważ nie mogli wciąż myśleć o śmierci, nie myśleli o niczym. "Najgorsze jednak - pisał Tarrou - jest to, że są zapomniani i że o tym wiedzą. Ci, którzy ich znają, zapomnieli o nich, ponieważ myślą o czym innym, i to jest zrozumiałe. Jeśli zaś idzie o tych, którzy ich kochają, ci zapomnieli o nich także, ponieważ tracą siły starając się o ich powrót i układając projekty dotyczące ich wyjścia. Myśląc o tym wyjściu, nie myślą już o tych, którzy mają wyjść. To także jest normalne. Widać z tego •wreszcie, że nikt nie potrafi naprawdę myśleć o kim innym, nawet w najgorszym z nieszczęść. Myśleć bowiem rzeczywiście o kimś, to myśleć o nim minuta po minucie, nie zajmując się niczym, ani gospodarstwem, ani przelatującą muchą, ani posiłkami, ani swędzeniem skóry. Ale zawsze są muchy i swędzenie. Dlatego trudno jest żyć. A ci tutaj wiedzą o tym dobrze." Przyszedł administrator obozu i powiedział, że jakiś pan Othon chce ich widzieć. Zaprowadził Gon-zalesa do swego biura, potem zaś udał się z Tarrou i Rambertem na róg trybun; pan Othon, który siedział tam na osobności, wstał, żeby ich powitać. Wciąż był ubrany w ten sam sposób i nosił ten sam sztywny kołnierzyk. Tarrou zauważył tylko, że kępki włosów na skroniach były znacznie bardziej nastroseo189 ne, a jedno sznurowadło rozwiązane. Sędzia miał wygląd zmęczony i ani razu nie spojrzał w twarz swym rozmówcom. Powiedział, że rad jest ich widzieć, i poprosił, żeby podziękowali doktorowi Rieux za to, co uczynił. Tamci milczeli. - Mam nadzieję - rzekł sędzia po pewnym czasie - że Filip nie cierpiał bardzo.

Naukowa metoda . Rano bezsilne słońce rzucało na miasto iskrzące się i lodowate światło. który szedł z wieczorną wizytą do starego astmatyka. oczyścił z chmur niebo nad lśniącymi ulicami. wantach. Tymczasem z końcem listopada poranki stały się bardzo zimne. którzy przyszli ze spokojnych ulic. nie cierpiał. 'przejechały między namiotami wioząc wielkie kotły.naukowa. o których narrator. który studiował tablicę kolejnych dyżurów. Mnożyły się zajścia i konflikty z administracją. skąd świeciło słońce. Oznajmił im. padały prostopadle na trybuny złocąc ich twarze.Przynajmniej odnalazłem szatnie . Ludzie powoli opuszczali trybuny i szli do namiotów powłócząc nogami. Niebo połyskiwało łagodnie nad domami starej dzielnicy.rzekł Tarrou . ze skrupulatności i braku bezpośrednich informacji. naprawdę. wrzask megafonów o zmierzchu. dwie warząch-wie zanurzały się w dwóch kotłach.mówił .powiedział Tarrou do administratora. rów.odparł tamten z satysfakcją. że internowani powinni wrócić do swych namiotów. i zrozumiał. Pewnego wieczora około dziesiątej. 201 ręce) dojdzie do hecy. które w lepszych czasach służyły do oznajmiania wyniku meczów czy prezentacji drużyn. że wciąż ci sami mają. czego dusza zapragnie.tu nic się nie zmieniło. Dwaj mężczyźni. że istnienie tych obozów. odór ludzi idący stamtąd. i że prawdopodobnie (tu zatarł. ściskając im dłonie . . . Wózek jechał dalej. . gdy doktor był przy nim. Była to chwila. Lekki wiatr wiał bezgłośnie na ciemnych skrzyżo-. Przez cały czas. 200 . Tarrou towarzyszył Rieux. po długim i wyczerpującym dniu. Ludzie wyciągali ręce. W spokoju wieczora ze wszystkich stron dobiegał brzęk łyżek i talerzy.mruknął Tarrou wychodząc z bramy. dwa wózki elektryczne.Biedny sędzia . tajemnica murów i obawa przed tymi potępionymi miejscami zaciążyły bardzo na poczuciu moralnym naszych współobywateli i pogłębiły jeszcze zamęt i niepokój. by można było im rozdać posiłek wieczorny. Potop deszczów zmył jezdnie. po czym lądowały w dwóch menażkach.Tarrou usłyszał wtedy po raz pierwszy. Poszli pożegnać się z Gonzalesem. Łagodne i chłodne światło zalewało obóz.Nie . Natomiast pod wieczór powietrze znów się ocieplało. nie może dużo powiedzieć. że tak długo dzban wodę nosi. . Kiedy odeszli. Przy następnym namiocie powtarzało się to samo. nie przestawał komentować wypadków. którą wybrał Tarrou. . Był już zmierzch. niebo stało się czyste.nie. pomiędzy dwiema chmurami.Tak . Nietoperze przeleciały nad namiotami i znikły nagle. Ale jak pomóc sędziemu? W mieście było też wiele innych obozów. aż się ucho nie urwie. Może jednak powiedzieć. Gracz śmiał się ściskając im ręce. że coś się zmieniło. powiadomiły nosowym głosem. Tramwaj zgrzytnął na zwrotnicy z drugiej strony mu-. Kiedy wszyscy już się w nich znaleźli. Nieco później administrator odprowadzał Tarrou i Ramberta. Słońce zniżało się na horyzoncie i jego promienie. że ludzie protestują. Zaraz potem megafony. . Jakie widuje się na dworcach.Trzeba by coś zrobić dla niego. jak wymawia imię swego syna. żeby zwierzyć się doktorowi Rieux. wpadli od razu w gadaninę starego. sędzia nadal patrzył w stronę. kiedy jakieś donośne trzaski rozległy się na trybunach.

że jestem jak wszyscy. jestem teraz tego pewien.Dobrze. Trzy razy światełko pojawiło się na niebie. Nic ^ednak~iegó nie zdradzało. Wreszcie cisza spadła na obu mężczyzn całym ciężarem nieba i gwiazd.A zatem. spojrzenie zanurzało się w horyzoncie. Mój ojciec był zastępcą prokuratora J^neralne-go. Z drugiej strony. rozpoczynałem. że usiłował mnie rozumieć. widać było tylko płaskie dathy. jak należało się po nim spodziewać.Dobrze tu . jak przychodziły.Usłyszeli kroki nad sobą. Krótko mówiąc. Spokój był zupełny. nigdy nie przestałem jej kochać. co jest 'pozycją. . Muszę panu powiedzieć. Z jednej strony. kochał i sądzę nawet. . to mnie pociesza. Tam jest dobre powietrze. nie urażając nikogo.. . Ja nie chciałem nigdy. że tarasy często stykają się ze sobą z jednej strony i kobiety w tej dzielnicy mogą się odwiedzać nie wychodząc z domu.dobrze tu. Dowiedzieli się\zarazem. żyłem przekonany o własnej niewinności. znajdowały się na nim trzy krzesła. Moja matka była prosta i zawsze w cieniu. jak okiem sięgnąć. Szło mi dobrze.Czy pan nigdy nie próbował dowiedzieć się... . że z góry jest piękny widok. i ludzie. Nie należę do niespokojnych duchów. wiodło mi się z kobietami. Nad tym. Mówił długo i oto mniej więcej jego słowa: -</J?w/^ "Żeby uprościć sprawę. mijały tak samo.rzekł Rieux siadając. to znaczy nie miałem żadnych przekonań. Ojciec zajmował się mną. a jeśli miałem jakieś niepokoje. Masywny kształt ciała Tarrou odcinał się na tle nieba. powiedzmy. . 202 . że nie byłem biedny jak pan. że to sąsiedzi są na tarasie. że cierpiałem na dżumę długb~'przedtem. pojawiało się regularnie światełko. . jak trzeba.Czy czuje pan przyjaźń dla mnie? . nie był zbyt .Tak . Taras był pusty. W domu trzasnęły drzwi. Ciepły wiatr przynosił zapach korzeni i kamienia. Teraz.Tak . co było skałami. Zachowywał się w tym wszystkim. Pewnego dnia zacząłem się zastanawiać. Miał swoje przygody.. zanim poznałem to "miasto i tę epidemię. żeby ta godzina była godziną przyjaźni? Rieux uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.Jak gdyby "djauny nigdy nie było. siedzącego wciąż w głębi krzesła. kim jestem? .odparł doktor. W końcu odjechało. Tarrou wstał i usiadł na parapecie. ale wolę o tym nie mówić. porozumiewałem się łatwo. którzy tego nie wiedzą albo czują się dobrze w tej sytuacji. naprzeciw Rieux. Czy chce pan.wejdźcie na górę. którzy wiedzą i nie' chcą jej. po chwili pomieszane okrzyki dochodzące z daleka znów przerwały ciszę. .zapytał Tarrou bardzo naturalnym tonem. by płynęły ku innym portom. gdzie połączone niebo i morze pulsowały niewyraźnie. Dość powiedzieć. Ale ^'ludzie.Tak . Kilka ulic dalej jakieś auto ślizgało się długo po wilgotnej jezdni. (Kiedy byłem młody. Usiadł obok doktora i patrzył na niego uważnie. .powiedział stary . Brzęk naczyń dochodził do nicłi z głębi ulicy. Stara kobieta zauważyła zaciekawioną minę Tarrou i wyjaśniła. Tarrou stał do niego plecami i patrzył na morze.powiedział po chwili . ale bynajmniej mnie to nie oburza. które u końca opierały się o ciemną i kamienną bryłę: rozpoznali pierwsze wzgórza.Ale aż dotąd brakło nam czasu. Czyste gwiazdy świeciły na wymiecionym i wygładzonym przez wiatr niebie i dalekie światełko latarni morskiej raz po raz dorzucało do ich blasku przelotny popiół. z natury bowiem był poczciwy. którego źródła nie dostrzegali: to latarnia morska od wiosny sygnalizowała statkom. nad kilku ulicami i niewidocznym portem.

u prawej. co działo się w są204 dzie. kombinacje połączeń między Lyonem i Warszawą. nie licząc wyjazdu na wakacje do Bretanii. że jeśli nie żył jak święty.(r)ry-ginalny i dziś. Ogryzał sobie paznokcie u jednej ręki. którą sam wybrał. Nie myślałem o niczym więcej. niósł mnie ku niemu z rodzajem upartego zaślepienia. ponieważ sprawiało to przyjemność memu ojcu. Węzeł jego krawata nie przylegał dokładnie do kołnierzyka. że po kilku minutach nie mogłem oderwać od niego oczu. Bawiło mnie to ogromnie i często zadawałem mu pytania. Nie dlatego żeby podróżował. jak fala. ani serdeczny. Ocknąłem się naprawdę dopiero wtedy. że liczył na tę ceremonię. I zrozumiałem. uważałem. którego dobrą wolę oceniał. ani poczciwy. żebym zapomniał wówczas o moim ojcu. wydawał się tak zdecydowany. Zgodziłem się. z zachwytem sprawdzając jego odpowiedzi w wielkim rozkładzie jazdy i stwierdzając. że nie r&iał bezpośredniego wpływu na moją decyzję. że życie idzie dalej.myślał na pewno. by skierować mnie na drogę. mniejsza czego. co zrobił i co jemu zrobią. Ale potrafił podać dokładnie godziny wyjazdu i przyjazdu pociągu ParyżBerlin. że był winien rzeczywiście. Miał jednak pewną osobliwą cechę: wielki rozkład jazdy Chaixa był książką. Ale ten mały mężczyzna o rudym i skąpym zaroście. Krótko mówiąc. Myślę. Sądzę również.. Co najwyżej dostarczył mi okazji. że się nie pomylił. że byłem ciekaw zobaczyć go i usłyszeć w innej roli niż ta. że był to żywy człowiek. kiedy nie żyje. wydawało mi się zawsze tak samo naturalne i nieuniknione jak defilada na 14 lipca czy rozdanie nagród. Czy umiałby pan powiedzieć. gdzie miał niewielką posiadłość. zdaję sobie sprawę. dotychczas bowiem patrzyłem na niego używając wygodnej szufladki «0skarżony». z którą się nie rozstawał. że w . Wyglądał jak sowa spłoszona zbyt żywym światłem.iłu o" vy5'zną^sprawę~^~śą-dzie przysięgłych -4. mogącą podziałać na młodą wyobraźnię. dodam. Te małe ćwiczenia bardzo nas złączyły. czułem. dla tego rodzaju ludzi żywi się rozsądne uczucia. Miałem o tym wyobrażenie bardzo abstrakcyjne. dokładną ilość kilometrów pomiędzy dowolnie wybranymi stolicami. nie był przecież złym czło203 wiekiem. Ale ponoszą mnie wspomnienia i obawiam się. nie muszę podkreślać. Był zmieniony w czerwonej todze.. Trzymał się środka. że chcą zabić tego żywego człowieka. ojciec zaproponowaTmi. że ukaże się w najlepszym świetle. Żeby z tym skończyć. które nie robiło mi żadnej różnicy. że ta doskonałość w zakresie kolejnictwa jest tyle samo warta co każda inna. Mój ojciec się nie gubił.winowajcy. gdy mój ojciec rozpoczął mowę oskarżycielską. jak jedzie się z Briancon do Chamonix? Nawet naczelnik stacji by się w tym zgubił. Mimo to z owego dnia pozostał mi tylko jeden obraz . niczym węże. ^iedy miałemJ^owróm siedemnaście lat. że zbyt wielkie znaczenie przydaję temu zacnemu człowiekowi. a uczucia te sprawiają. AV ja zdałem sobie z tego sprawę nagle. To. ot i wszystko. zrozumiał pan. i jakiś straszny instynkt. którą grał wśród nas. stanowiłem bowiem dla niego audytorium. Co do mnie zaś. Nie słyszałem niemal nic. tak szczerze przerażony tym. w jego ustach roiło się od ogromnych zdań. żebym poszedł' go-^pQ^uchać^«-0łłQdz. ale coś ściskało mi żołądek odbierając wszelkie zainteresowanie prócz zainteresowania dla oskarżonego. które wychodziły z nich bez przerwy. Nie mogę powiedzieć. a także dlatego. żeby się do wszystkiego przyznać. Niemal co wieczór poświęcał czas na wzbogacenie swych wiadomości w tej dziedzinie i raczej był z nich dumny. lat około trzydziestu.

zostałem. Powiedzmy od razu. swego małżeństwa była biedna i bieda nauczyła j<^ rezygnacji. Zgodził się w końcu. że się wahałem. Chciałem uregulować rachunek z rudą sową. gdyby i ona z kolei nie umarła. ale wówczas widziałem ją lepiej i rozumiałem. z natury bowiem był łagodny. których kochałem i których nie przestałem kochać. nie czułem do niego niechęci. Żeby zarobić na życie. w gruncie rzeczy. Wierzyłem w to. Po pewnym czasie zacząłem przychodzić regularnie do matki i spotykałem go wówczas. Teraz pójdzie już szybciej. Pewnego wieczora ojciec poprosił o budzik. może nie potrafię uznawać prawd tego rodzaju. jak to się powiada. że my także skazujemy l w pewnych okolicznościach. Ja zaś śledziłem potem sprawę aż do jej zakończenia i czułem się z tym nieszczęsnym związany mocniej i bardziej blisko niż kiedykolwiek z moim ojcem. ponieważ miał wstać wcześniej. że trzeba tych kilka trupów. a zresztą. Nie odważyłem się o tym mówić matce. Ale myślałem o sowie i dlatego mogło to trwać aż do dnia. że przyszedłem do niego. 206 Długo zatrzymałem się na tym początku. Ale mówiono mi. To pomogło mi jej wybaczyć. tylko tyle. ponieważ matka aż do. co uprzejmie nazywa się ostatnimi chwila mi i co należy nazwać najnikczemmeJSzym z morderstw-. Sądziłem. Tyle tylko. tuczyłem. Nie spałem przez całą noc. iż zabiję się. w tych wypadkach nastawiał budzik na wcześniejszą godzinę. nauczyłem się tysiąca zawodów. miałem tylko trochę smutku w sercu. Co prawda powiedział tylko: «Ta głowa powinna spaść. że nie ma już nic między nimi i że jej życie jest wyrzeczeniem. Począwszy od tej chwili patrzyłem na rozkład jazdy Chaixa z okropnym obrzydzeniem. Później dowiedziałem się. Było to w pewien sposób prawdziwe. że nic nie wyjaśniając powiedziałem mu spokojnie. • że nie mam jej nic do wybaczenia. / Wiedziałem oczywiście. skoro otrzymał tę głowę. niemal rok. opiera się na karze śmierci i że walcząc przeciw niemu. Czeka pan zapewne. dał mi tysiące zaleceń i powstrzymał szczere łzy napływające mu do •oczu. Co do mnie. Ojciec 205 ^natomiast. w którego walkach nie uczest-. ponieważ był w istocie początkiem wszystkiego. musiał być obecna przydym. zabrałem matkę do siebie i byłaby ze mną wciąż jeszcze. Toteż zajmowałem się polityką. żebym panu powiedział. żeby ścięto mu głowę. I wyszło na jedno. którego doznało dziecko. że~ społeczeństwo. a ja bynajmniej nie odwodziłem go od tej myśli). kiedy zobaczyłem egzek-ucję (było to na Węgrzech) i ten sam zawrót głowy. kiedy wrócił. inni mówili mi to samo i w końcu było to w znacznej mierze prawdą. zaćmił wzrok dorosłego mężczyzny. Nie najgorzej mi się powiodło. Byłem z nimi długo i nie ma w Europie kraju. w którym żyję. wygłosił mowę o głupocie pragnienia. Tak. wiele miesięcy. mnie już nie było. " Jpie. egzekucjami. aby powstał świat. Począwszy od tej chwili ze wstrętem interesowałem się sądami. Nazajutrz. stwierdziłem z zawrotem głowy. Złączyłem się więc z innymi. Mniejsza o to. zgodnie ze zwyczajem. jak mawiałem wówczas. Kiedy umarł. . żąda nawet. wyrokami śmierci. Ale miałem chore serce. zwalczam morderstwo. Nie. Jze^mol-^cięc^wiele razy _był obecny przy morderstwach. jeśli mnie zmusi do powrotu. kiedy wstawał wcześ-. by żyć własnym życiem (tak sobie tłumaczył mój gest. że on jej sam nie ściął. Mając osiemnaście lat poznałem biedę wyrósłszy w dobrobycie. Rzecz jednak pewna. Ale interesowały mnie wyroki śmierci. że te stosunki mu wystarczyły. gdzie nie zabija się nikogo. Nie chciałem być zadżumionym. właśnie wtedy. że ojciec kazał mnie szukać. Sądzę. że opuściłem dom natychmiast.» Ale w końcu różnica jest niewielka.imieniu społeczeństwa żąda śmierci tego człowieka.

wol. usprawiedliwiającą tę ohydną rzeźnię. jak rozstrzeliwują człowieka? Nie. w braku spokoju. że gdyby skazaniec postąpił dwa kroki naprzód. że jeśli ustąpię jeden raz. Dowiedziałem się.nDlatego postanowiłem . ani na jedną. nadal" czuję" wstyd. kiedy robiono wszystko. czego nie mogłem przełknąć. aż zamordują go. Tak. W rezultacie zna pan to z rycin i książek. mają w tych razach równie doskonałe racje i jeśli zgodzę się na siłę wyższą i konieczności. choć wierzyłem z całej duszy. które ją nieuchronnie sprowadzały. na ogół trzeba zaproszenia. a nawet niekiedy trochę dobra. Odtąd nie zmieniłem się. Byłem z nimi. że nawet tę śmierć powodowałem uważając za słuszne czyny i zasady. Jlie^ mogą dziśjprzestac zabijać lub nieJ3ozwa-•"Iać"na zabójstwa. Sen ludzi to rzecz bardziej święta niż życie dla zadżumionych. Przepaska. Zwracali mi uwagę. jak wiadomo. o któ237 rych się nie mówi. co wchodzi w grę.byłęm^ mordercą. słup i z daleka kilku żołnierzy. zawadziłby piersią o karabiny? Czy wie pan. polega na tym< żeby nie nalegać. że przynajmniej ja nie przestałem być zadżumionym przez te wszystkie długie lata. wiem już. że pośrednio kładłem swój podpis pod śmiercią tysięcy ludzi. że należy zastanowić się nad tym. Innym to nie przeszkadzało albo przynajmniej nie mówili nigdy o tym dobrowolnie. / Zrozumiałem wówczas. Szukam go dziś jeszcze. publiczność jest wybrana zawczasu. dziś należy ona do tych. Pewne jest jedynie.txd^j^i_ja»z^"kolęi. że wielcy zadżumieni. że umrze. przynajmniej jeśli idzie o mnie._choć_ZJda . że walczę właśnie z dżumą. śmieTteln^J^. nie zgodzę się nigdy ani na jedną rację. Z czasem_J3postrzegłem. I powiadałem sobie. Ja miałem pętlę na gardle. co wkładają czerwone togi. ^ Od dawna _j[uż czuje wstyd. na jakie powoływali się mali zadżumieni. i często przytaczali ważkie racje. nie ma powodu. kiedy plugawe zadżumione usta ogłaszały człowiekowi w kajdanach. Kiedy mówiłem o swoich skrupułach. iż powodujemy śmierć. ponieważ są to szczegóły. że potem zobaczę jaśniej. słyszy pan. ta plugawa historia. A więc nie! Czy pan wie. Zły smak pozostał mi w ustach i nie przestałem nalegać. i straciłem spokój. choć działając-w-dobre}._co_sąlepsi od innych. bym mógł strawić to. lęka. To tylko może ulżyć ludziom i jeśli ich nie uratuje. a mimo to byłem sam. Wszystkich ogarnął szał mordowania i nie mogą postępować inaczej. odpowiadali mi. Zdaje się. W każdym razie moją sprawą nie było rozumowanie.L. i to tylko może nam dać nadzieję spokoju lub. a on będzie patrzył otwartymi oczami. nie będę mógł odrzucić racji wielkich. usiłując zrozumieć wszystkich i nie być śmiertelnym wrogiem nikogo. którzy zabijają najwięcej. że z tak małej odległości rozstrzełiwujący koncentrują ogień na okolicy serca i wielkimi nabojami robią dziurę. że pluton egzekucyjny staje w odległości półtora metra od skazańca? Czy wie pan. zgodziłem się na to uparte zaślepienie w oczekiwaniu. nadzieję dobrej śmierci. Do tego trzeba by złego smaku. że wszyscy Ty Jemy w dżumie. Nie należy mącić snu zacnym ludziom. ze_Jiawet_ci. ci. oczywiście. w którą można by włożyć pięść? Nie.Czy nie widział pan nigdy. że nie możemy na tym świecie uczynić gestu"me~ ryzykując. że historia przyznała mi słuszność. Moja sprawa to była ruda sowa. Moja sprawa to była dziura w piersi. wynika to bowiem z logiki ich życia. Ale mówiłem sobie wtedy. żeby się potem zatrzymać. Ale ja nie spałem dobrze od tego czasu. Odpowiadałem jednak. że znakomitym sposobem przyznania słuszności czerwonym togom jest pozostawienie im wyłącznego prawa do skazywania. by umarł naprawdę po wielu nocach agonia 208 podczas których czekał. żeby nie być zadżumionym. że należy zrobić wszystko. Tak. a dobry smak. pan tego nie wie. że na razie. to^znaczy myśleć o tym. to przynajmniej przyniesie im mniej zła.

iq3n{SBTi T ^^SM noJJBJ." Kończąc Tarrou kiwał nogą i lekko uderzać 210 cqaTU! z m^ofepi a^aiMS m^uz^i^Maiii A ar BU pszJCods T 'arn^. Dlatego .odrzucić wszystko. 'XJBIJO a -aq aż T ^zoyospB aiii ais ApSni (4 aż ^feudazs •xnaT-a ^azJ . że jest prawdziwe. Odtąd wiem. Rieux. aż '^sAuod ranrui ma-^saC v C ap3 'oSau-res o§a^ Xuns5[nzs '3 -aTAO^zo o^q A^az 'O^A}. dla dobrych czy złych powodów. kim jestem.ci nieliczni. przynajmniej się z nią nie zg. Postanowiłem tedy mówić i i jasno. trzeba jeszcze. czystość. nie wiem. która nie powinna nigdy ustawać. znaj . który nie zaraża. Wiem również. nieskazitelność. bijać. nikt na świecie nie jgst^ od nie] woiny. które omal nie zawróciły mi w głowie i zawróciły w głowach innym w wystarcza j ącyn: niu.rez noJJ^J. co z bliska czy z daleka. żefĘażdynosi w sobie dżumę.śmierci. by umniejszyć spustoszenia. Widzi pan. Może to się panu nieco naiwne. . Jeśli to mówią się sam zarazą. Usiłuję być niewinnym mordercą. to skutek woli. i^azsyC^sn 'a^Ano TBVŁ ^qopn J^BTAI ^po -OMJBZO o^\K'\ ye^soz <Aoq^ep qopisBtd nf^J^ -Bp T ao^OJ^A oisBg^zJd O^BTM§ 'TUłeTM ma -o§ A X. od którego nic ich nie uwolni . ale wiado nie spotyka się ich wielu i że to jest trudne. że pozornie nie sądzić tych innych. Dlatego też ta epidemia niczego mnie nie uczy prócz tego. żeby ni nigdy roztargnieniu! Tak.yl postanowiłem stawać po stronie ofiar w każde zji. że nie mów nym językiem. Ale jeszcze bardzTej męczył nie chcieć nim być. Reszta. Pośród ofiar przynajmniej szukać drogi do trzeciej kategc pnączy do spokoju. żeby była trzecia goria. powoduje śmierć lub usprawiedliwia zabójstwo. A trzeba woli i napięcia.ia^qóq op eTUBqopodn vmva aiu aż 'azp -BTAS aż ziu im^iiozap^MZ aż AuJ^pips Caizp. Brak mi pewnej cechy. -nzo 'ircd TzpiM. to bardzo" m być zadżumkmym. -ASA. wiem wszystko o życiu. Powiadam tylko.od 'izpnt pi^z. •Oczywiście. Uczciwy człowiek. nikt bowiem. ap .JOł^op ^edpo . o ile to m< nie zgodzić się na udział w zarazie. że zrozuir całe nieszczęście ludzi płynie stąd. by zgodzili się na morderstwo. Słyszałem tyle rc wań. Stąd zmęczenie wszystkie nieważ wszyscy są trochę zadżumieni. czy to jest n ale wiem. jest to wielka ambicja. że są ziemi zarazy i ofiary i że trzeba. A_zatem mó^ są zarazy i ofiary^J mcJwięcej. jak pan widzi). T stworzą historię.aAn: -Azoazi ^apfezaod uiaiM:oq ^saC T5[e'». skazałem się-na ostateczne wygnanie. że nic nie jestem wart dla tego i że począwszy od chwili. Wiem sną pewno (tak.Dżuma 209 niemal nikogo. którzy chcą z tym skończyć. •mimił Tuo. n łem się skromności. i to woli.iq CaTreAop^t 3{S^ZJ^. "zdrowie. to człowiek możliwie najmnii targniony. aby wejść na dobrą drogę. 14 .zmęczenia. że trzeba z nią walczyć po stronie pana. jeśli chce pan tak to nazwać. Nie jest to "więc prz< Ale teraz zgadzam się być tym. UEa'(. to znaczy prawdziwi lekarze. atum Tzpoqoqo 'TO' i3Ałs. nie.oiArouosis ais •q»eui^Jq XzJd apJ^^s nM •3Bq^Ą znC 3T^[ '^M.>fepi si3paq ^qon{3 qoT t9aTqop T 'T^ZJS . kiedy nie zgodziłem . Mikrob jest czymś naturalnym.AtrzeBa"~czuwać^ nad sobą nieusj^nn^^t^^^^Sa333^2QzS^^^ia nie tchnąć dżumy w twarjŁdrupega człpwieJŁa i żeby go nie zakazić. byn być rozsądnym zabójcą.

s oXq Btrzoui Xzo : ^-ez ai.OfelA\OUI 05[' •a{B5[s o q. chłodna z początku.chodźmy. Rieux.reuz •aiui§ •B§og A XzJaTM QIU tced ^ •aCnsa. że tego ^-ieczora morze jest ciepłe.co powinniśmy zrobić dla przyjaźni? . wydało im się gęste jak aksamit. Ten spokojny oddech morza kładł oleiste refleksy na powierzchni wody i ścierał je na przemian.powiedział . Ale jeśli przestanie kochać. Rieux odwrócił się i popłynął w tym samym rytmie obok przyjaciela. cóż z tego. W chwilę potem auto zatrzymało się u krat portu.[qez AosuBinquu° i5[uoMz •ai^Bdrn^s •ro^oc ^q 'aSoJp oBJcqo BqazJ^ fe3{BC 'a^os »ze. kiedy wypłynął. usłyszał coraz wyrazniej-szy odgłos uderzanej wody. Rieux odwrócił się na plecy i leżał nieruchomo. Usiedli na skałach zwróconych ku pełnemu morzu. Tarrou zbliżał się. zapach jodu i wodorostów oznajmił im aaorze.»nq O^BTAS ai'sppiA •BSog zaq miĄaTA\.ioui TUJB^BI BioamgnJui TAp i^zoi{od xi B(IOOJA uie^0(i 'ttZJ^sAyi Aqitt soo i{azsĄsn . Oczywiście. Po kilku ruchach wiedział. ciepłem mórz jesiennych. uiXq^ -0'^SOJd Z nOJ. Tarrou szedł naprzód z większą siłą niż on i Rieux musiał przyspieszyć tempa^ Przez . który badał je dość długo.Co pan zechce . Wzeszedł księżyc. To zbyt głupie w końcu żyć tylko dżumą.Z naszymi przepustkami możemy iść na molo. . . Potem ze szczególną jasnością. Pływał miarowo.powiedział Rieux .Od -. 'B^SBI TBU ais A^idn^s 'fe^TA^a pazJd auezsalmod 'o^app ĄEnuz.-op plisp! 'aTuol^s AA. wydała mu się ciepła.qaJ3ruo2[ oupaC 031^ sizp u. Morze gwizdało lekko u stóp wielkich bloków mola i kiedy się wspinali. wkrótce usłyszał jego oddech. -ap :BZJogzM o§ałsruaiu»s"i[ nznqod A\. Wiatr podniósł się znowu i Rieux poczuł./ Ara '{TB^d^z i ^łSM Jo^^op ^zsp T{iMqo o "^ ujrzał smutną i poważną twarz. Za nimi piętrzyło się miasto i dochodziło ciepłe i chore tchnienie popychające ich ku morzu. nie zapominające o niczym.>A>fe?Bz.lBJ.Wykąpać się w morzu. które za212 bierają ziemi żar nagromadzony przez długie miesiące. pełnego gwiazd i księżyca. Woda. zwiane i gładkie jak zwierzę. Nawet dla przyszłego świętego jest to godziwa przyjemność. nawet o morderstwie. o:tau'q. 02[^ *uiĄ9iMS ais 013'^s S[BC 'oaizpaTM. w ciszy i samotności nocy. odgadł na spokojnej i poważnej twarzy przyjaciela to samo szczęście. Wśród zapachów wina i ryb przeszli przez podtorze pokryte beczkami i skierowali się na molo. by przywrzeć do nóg.iqo. człowiek powinien bić się w obronie ofiar. .odparł Rieux. Przed nimi noc była bezkresna. twarzą do odwróconego nieba. Pokazali swoje papiery strażnikowi.ia'}. Zwrócony do Tarrou. Potem usłyszeli je. Rieux uśmiechnął się. ^BTZpBTAS. że ma wilgotną skórę. że Tar-rou skoczył. był pełen dziwnego szczęścia. Rozebrali się. Mleczne niebo rzucało wszędzie blade cienie. Uderzenia stóp pozostawiały z tyłu kipiącą pianę. Zanim jeszcze tam przyszli. Tarrou się otrząsnął.iapn -[e J qoappo Xq3 -AM Tei9'\ o{^q OBqoĄs -nos qo^dez ^OTU^ po ^afept MaiM.Tak . am^azooTipaC T aps BU ^JqA -Cai3(s. Woda wzdymała się i opadała powoli. który czuł pod palcami wysmaganą powierzchnię skał. Rieux dał nurka pierwszy.Czy wie pan . że się bije? . Ciężki plusk oznajmił mu. woda uciekała wzdłuż rąk.

. a dżuma nie zapominała o nikim zbyt długo. i w kilka dni potem pan Othon się zjawił. głupio to mówić.! poddawać się wyczerpaniu czy szaleństwom.Pan mnie źle zrozumiał. Choć zmęczenie doktora było nie mniej-1 sze.Nie o to chodzi.słodkie^.^JoaIa§tiJ^żumy. chorzy jakby w pewien sposób pomagali lekarzowi. Kiedy ujrzeli "z daleka' straż dżumy. Ale stały się bardziej mgliste. rozświetlała piec. Ale wychudzony pan Othon podniósł wilgotną dłoń i powiedział. daleko od świata^. że pomyłki nigdy się nie zdarzają.Zajmę się tym. Zauważył jednak. Przez grudzień płonęła w piersiach naszych współobywateli. że w administracji obozu pracują ochotnicy. że chłodne dni powstrzymają ten pochód. . Tarrou nadal wnosił wszędzie swój pożyteczny spokój. .kilka minut płynęli JiędnajgOJ z tą samą moca^ samotni. kiedy dostali się w lodowaty prąd. Doktor pomyślał tylko. co dla nich korzyst-j ne. w liście była mowa o tym. która niedawno zakończyła kwarantannę. j Pod koniec grudnia Rieux otrzymał list od pana| Othona.Chciałbym wziąć urlop.Rozumie pan. Prosili nieustaa-mie o picie i wszyscy pra-| gnęli ciepła.Co pan będzie robił. Istotnie doktor zajął się tą sprawą i życie w zadżu-mionym mieście aż do Bożego Narodzenia szło dalej swym trybem. nie miała jutra. że administracja nie może zna. że to dobrze i że trzeba teraz zacząć na nowo. przynaglani tą niespodzianką morza Ubrali się i poszli nie powiedziawszy słowa. chcę wrócić do obozu. żeby się tym zajął. że coś się zmieniło.powiedział Rieux . miałbym zajęcie. i sami żądali tego. Władze liczyły. rzecz prosta .skoro pan sobie życzy. nie przestawała wreszcie iść naprzód swym cierpliwym i urywanym krokiem. sędziego śledczego. Milcząc popłynęli szybciej. przelotna chwila spokoju i przyjaźni. . Powiedziano mi. Rieux patrzył na niego. A poza tym. która została mu dana.wolr na"re^CTe. Zamiast. nabrana właściwego wyobrażenia o tym. Jeśli idzie o doktora. dżuma jednak szła przez pierwsze surowe dni zimy i trwała nadal. Niemożliwe. trzeba było zacząć na nowo. Trzeba było jeszcze czekać. złożyła protest w prefekturze. iż Tarrou mówi sobie tak jak i on. . Rfeux" wiedział. . Rieux się zdumiał: . czułbym się bliżej mego chłopca. Żona sędziego. prócz owej chwili. zęby w tych 214 twardych i płaskich oczach nagłs zamieszkała słodycz.odparł sędzia. Tak. że czas j kwarantanny minął.Rzeczywiście. powinien pan odpocząć.* leźć daty jego przybycia i że na pewno zatrzymują go w obozie internowanych przez pomyłkę. Rieux polecił Rambertowi. co mogło im być najbardziej j pomocne. W istocie zaszła pomyłka i Rieux oburzał się trochę. Rieux" zatrzymał się pierw-" """szy i wracali powoli. ważąc słowa. zaludniała obozy cieniami o pustych rękach. Ale serca mieli jednakie i wspomnienie tej nocy^ było im . Ale w miarę czekania przestaje się już czekać i całe nasze miasto żyło bez przyszłości. panie sędzio? Sprawy na pana czekają. . że wszyscy mogą się mylić. że w tym sta-i dium epidemii. czuł się jednak mniej sam w takich razach. Otworzono jeszcze jeden szpital i Rieux bywał sam na 213 sam tylko z chorymi. straciły metaliczną czystość.Nie .Ależ pan stamtąd wraca! . jak na początku. gdzie ją źle przyjęto i gdzie jej powiedziano. Rambert zwierzył się . że choroba zapomniała o nich. który znajdował się je-1 szcze w obozie. Sędzia obracał okrągłymi oczami i próbował przygładzić kępkę włosów. kiedy dżuma coraz częściej przybierała formę dżumy płucnej.

by mu powiedzieć. którzy opłacali je złotem w tylnych pokoikach brudnych sklepów. okres świąt nie miał mu wyjść na dobre. wysiadłszy z auta. niezdolny powiedzieć słowa. doktorze! Ach. List został wysłany. rozumiał je bowiem i czuł je również w głębi gardła. kiedy zmęczony więzieniami. jak Rieux ku niemu idzie. Jxłwagą błaga o twarz jakiejśJstotyJ. pozostało j'dz tylko miejsce na samotne i wstydliwe przyjemności uprzywilejowanych. wzbogacał się na drobnych spekulacjach. o serce _olśaiQneJCzułosMi^3. ale odpowiedzi wciąż nie było. Doktor i Tarrou pojechali szukać go autem. z samego serca tego szaleństwa. Był to język. Rieux^ skinął głową na znak zrozumienia. Ta rozpacz była jego rozpaczą i ogromny gniew szarpał mu w tej chwili serce. Napisał po raz pierwszy od długich miesięcy.Chciałbym mieć czas na napisanie do niej listu. którym nie umiał się już posługiwać. ale z największą trudnością. Żeby wiedziała. Tamten 216 mówił dalej pozwalając się wlec i bełkocząc urywki zdań.Ach. Po twarzy starego urzędnika łzy płynęły bez przerwy. JBieux wiedział. ^pracą^J. Ale nikt nie ośmielał się oznajmić im przybycia dawnego Boga niosącego dary. że dzięki dwóm młodym strażnikom udało mu się potajemnie nawiązać korespondencję z żoną. tę właśnie. doktorze! .y-porrpEaio dawnych Gwiazdek. żeby skorzystał ze znanego mu sposobu. Co do Granda. że. co im grozi. błąkającego się po ulicach. lecz nowego jak młoda nadzieja. . Grand --powiedział.. nic nięJprz. W zimne popołudnie Rieux. W tym święcie. Ale Grand zobaczył go w s^fcie. bogatych i biednych.Tak. | Zaalarmowano wszystkich. Od czasu do czasu otrzymywał od niej listy. Z głębi odległych lat. ale nie zastał go w domu. które ongi łączyło wszystkich. W sercach wszystkich było tylko miejsce na bardzo starą i bardzo posępną nadzieję. świeży głos Jeanne powracał ku Grandowi. to pewne. ze zmienioną twarzą. że widział Granda z daleka. jak upieraniem się przy życiu. która "nie pozwala ludziom poddać się śmierci i nie jest niczym innym.jęknął. i żeby mogła być szczęśliwa bez wyrzutów sumienia. Beze Narodzeme^ _w . Zaniepokojony Rieux udał się do niego wczesnym rankiem. oparł plecarai o witrynę i patrzył. i doktor się zgodził. Poprzedniego dnia Grand nie przyszedł na umówioną godzinę. że jest zadowolona. nieświadome jeszcze. Przez ponure i mroźne miasto przebiegały z rzadka dzieci.amaiLbez miłości_jgsJL martwym światem i^ że zawsze^ ^przychodzi godzina. za którą pełno było zabawek niekształtnie rzeźbionych w drzewie.doktorowi. Kościoły wypełniały raczej skargi niż dziękczynienia. i doktor myślał tak samo 3-ak on. Zaproponował Rieux. trąm^ waje zapełnione posępnymi postaciami. Rieux pociągnął Granda niemal gwałtem.. starego jak trud.-€Q-^ myślał w Jęl_ chwili płaczący^stary^człowiek. . I on pamiętał o zaręczynach biedaka przed sklepem przybranym na Boże Narodzenie i Jeanne pochyloną ku Grandowi. .. gniew ogarniający człowieka na widok bólu. tym rQT<ii--by1o^ącze]_swiętgin_ ' ^Ł^^iSi^^ssIiL^u^^ czekolada albo puste pudełka na wystawach.. Potem zniknął mu z oczu. . Około jedenastej Rambert l przyszedł do szpitala i powiedział doktorowi. który jest udziałem wszystkich ludzi. patrzył z daleka na Granda przyklejonego niemal do szyby wystawowej. Cotlardowi wiodło s: b dobrze.. Nie przestając płakać odwrócił się. I te łzy wstrząsnęły doktorem.

. tamten leżał odwrócony plecami i jego twarz dotykała niemal ściany. z twarzą ubrudzoną łzami. żeby przynieśli mu rękopis.Niech pan to spali! Doktor zawahał się. z obłąkanymi oczami. Tarrou patrzył przez okno. . Był to niewielki rękopis składający się z pięćdziesięciu stronic. nieskończoną ilość razy przepisane. czasem niepomiernie długie. Tarrou podał mu kartki. a wraz z nim coś niby czułość. panowie!" Ale zaraz potem popadł w zupełną prostrację. że Grand nie przetrzyma nocy. Urzędnik nie miał rodziny. dziś jest Boże Narodzenie. "W piękny poranek majowy smukła amazonka..Ach! .. Grand leżał w zagłębieniu poduszki. Zawsze jednak musiałem czynić ogromne wysiłki. troskliwie wykaligrafowana widniała ostatnia wersja zdania. I z głębi jego rozpalonych płuc dobywał się dziwaczny szmer towarzyszący wszystkim jego słowom.powiedział Grand I Rieux przeczytał. Ale Grand wyrwał mu się. oko zgaszone. Rieux ujął jego rękę leżącą na kołdrze.Niech pan przeczyta . amazonka i aleje Lasku w coraz to innym układzie. odsunął ręce od ciała i zaczął się kiwać w tył i do przodu. Obrócił się wkoło i upadł na zimny chodnik. które Grand przycisnął do siebie 217 nie patrząc na nie. Tarrou zaproponował. Teraz Grand dusił się w łóżku: płuca były zajęte. Doktor przerzucił je i zrozumiał. nagle krzyknął . jechała wśród kwiatów alejami Lasku. żeby przeczytał. wzbogacone lub zubożone. Przechodnie stanęli i patrzyli z daleka nie mając odwagi podejść bliżej. Po co go przewozić? Sam z Tarrou będzie go pielęgnować. piękny. przebiegł kilka kroków. że Rieux wrzucił kartki do wygasłego już niemal ognia. doktorze! Wyglądam spokojnie.W^em. jakby nie uczestniczył w tej scenie. ale Grand powtórzył rozkaz z tak straszliwym akcentem i z takim cierpieniem w głosie. potem wręczył je doktorowi. że zostanie z nim. które nie przestawały płynąć. Rieux wziął go za rękę.. że wszystkie te kartki zawierają to samo zdanie. Ale u końca ostatniej stronicy staranna ręka napisała świeżym je-i szcze atramentem. Nie będę miał czasu." Nad tym. to nie jest właściwe słowo. że bardziej jest przytomny i głosem dziwnie pustym poprosił ich. przerobione. Mrugnął okiem z wysiłkiem. żeby być choćby normalnym.. potem stanął. Szczególny uśmiech ukazał się na twarzy chorego. Doktor się zgodził. "Moja droga Jeanne. Piękny. który zostawił w szufladzie. Rieux nie podniósł na niego oczu.mówił Grand.. Rieux musiał wziąć starego człowieka na ręce.rzekł Grand podniecony." . Ale zdawało się. W kilka godzin później Rieux i Tarrou zastali chorego na wpół siedzącego na łóżku i Rieux z przerażeniem ujrzał na jego twarzy postępy spalającej go choroby. Jego pierś unosiła się z trudem.Niech pan da spokój. Patrzył niezmiennie na wątły ogień. to silniejsze od niego. skórę miał zzieleniałą. . Ale teraz tego już za wiele.zapytał stary gorączkowo. Rieux zalecił mu milczeć i powiedział.. prosząc gestem. . siedząc na wspaniałej kasztance. Rieux zastanawiał się.Trzeba iść do domu. wiem. że wróci. Ach. oraz warianty. kapelusze z głów. . Rieux wstrzyknął serum i powiedział przyjacielowi.. Wciąż obok siebie maj. Kiedy doktor wrócił do chorego. Zatrzymał się drżąc na całym ciele. "Jeśli wyjdę z tego. doktorze. Pokój rozjaśnił się nagle i ogrzało go na chwilę ciepło. "Niedobrze" . Płonęła..To trwa zbyt długo.Czy dobrze? . który Tarrou rozpaEł na kominku znalazłszy kawałki starej skrzynki. . Człowiek ma ochotę ulec. . Rękopis zawierał również wyjaśnienia.

Rieux nie rozumiał nic z tego zmartwychwstania. Nowe ofiary dżumy niewiele ważyły przy tym ogromnym fakcie: statystyki spadły. Ale w południe nic się nie zmieniło. nasi współobywatele nie śpieszyli się z radością. polepszenie poranne.wychodzą znowu. że ery zdrowia. o sposobie. że słabnie szybciej. Pamiętam wszystko. choć osłabiona. zobaczy pan. Przez pierwsze dni stycznia zimno trzymało się z . choć przybierając obojętne miny. . Na strychac znowu słychać było dźwięki zapomniane od miesięc Rieux czekał na ogłoszenie statystyk ogólnych. szczury! Od kwietnia nie znaleziono ani jednego szczura. v Chociaż to nagłe cofnięcie się choroby było niespodziane. Pozostały tylko eznaki wyczerpania ogólnego.Poczekajmy . Widział dwa żywe szczury. że mimo wszystko wyzwolenie nie nastąpi nazajutrz. że nie odnajdą od razu wygód minionego życia i że łatwiej jest zburzyć niż zbudować. iż nasi współobywatele mówili odtąd chętnie. które przyszły do mie219 szkania przez drzwi od ulicy. Wszyscy myśleli zgodnie. . zaledwie przybyła do szpitala.Trzeba widzieć. Jednakże w południe gorączka się nie podniosła. Wszystko inne schodziło na drugi plan. . Sąsiedzi donieśli mi że u nich także pojawiły się szczury. Jednakże ten nowy fakt był na ustach wszystkich i w głębi serc drżała nie wyznana wielka nadzieja. Wieczorem podskoczyła tylko o kilka dziesiątych. oczekiwano jednak skrycie. Dziewczyna.No.218 Przez całą noc prześladowała go myśl. Stary zacierał ręce. kt( re przypadały na początek każdego tygodnia.Czy to zacznie się na nowo? . Gorączka znikła.powiedział urzędnik . Dziewczyna majaczyła i miała wszelkie objawy dżumy płucnej. uznał jej stan za beznadziejny i kazał ją odizolować. Jednakże w tym samym mnie] więcej okresie przy-wieziwio do Rieux chorą. Jednym ze znaków. było to. Ale zacznę na nowo. . oddychała bez trudu.rzekł Rieux do Tarrou.mówił . doktorze . a na (drugi dzień rano znikła. że Grand jest uratowany. Uważali tylko. W ciągu tygodnia doktor miał jeszcze cztery podobne wypadki. Ale spod tych nieszkodliwych uwag przebijała zarazem nadzieja tak bezsensowna. że aprowizacja może polepszyć się nieco i że w ten sposób pozbędą się najpilniejszej z trosk. ale wyglądało na to. które (doświadczenie nauczyło go uważać za zły znak. Rieux powiedział do Tarrou. której nie spodziewano się otwarcie. jak w wypadku Granda. Doktorowi zdawało się. że rozpoznaje znów. Wieczorem moż»a było uważać. . Sts tystyki oznajmiały cofanie się choroby.Ach. jak biegną! Prawdziwa przyjemność. Ale nazajutrz rano gorączka spadła.powiedział Tarrou do Rieux.Proszę . Ale nazajutrz zastał Granda siedzącego na łóżku.nie miałem racji. że nasi współobywatela zdawali sobie niekiedy z tego sprawę i zapewniali wówczas z pośpiechem. że Grand umrze.Kto? . rozmawiał z Tarrou. budząc w nich coraz większe pragnienie wyzwolenia. Rzeczywiście dżuma nie ustała nazajutrz. niż na zdrowy rozsądek można się było spodziewać. w jaki zreorganizują swoje życie po dżumie. . że wbrew wszystkim regułom jest uratowana. Minione miesiące. nauczyły ich ostrożności i przyzwyczaiły coraz mniej liczyć na szybki koniec epidemii. Z końcem tygodnia stary astmatyk przyjął doktora ze wszelkimi oznakami wielkiego wzburzenia.

Bardzo to zaskoczyło władze. że choroba odchodzi tak samo. a w środę pozwala ujść niemal wszystkim. Kina i kawiarnie robiły te same interesy. Zdawało się tylko. Ale ta nieznaczna różnica wyrażała w istocie ogromne postępy naszych współobywateli na drodze nadziei. zabijała ich "w pełni nadziei. Należało jedynie stwierdzić. na przykład Grand czy dziewczyna ze szpitala Rieux. nie znane dotychczas. oznajmienie w połowie stycznia tych fak^. które gromadziła przez miesiące. Jego nieruchomy i mroźny blask zatapiał nasze miasto od rana do wieczora w nieustannym świetle. tyle tylko że przeważały teraz płaszcze i szale. Jednakże przez cały styczeń nasi współobywatele reagowali w sposób sprzeczny. która okrywała miasto. Jej rola w pewien sposób się skończyła. utwierdzały w końcu w umysłach przekonanie. że choroba wyczerpuje się sama z siebie. dziś na pozór szczęśliwa. a nawet . wystawiając coraz 221 umiej liczne szeregi trupów. W krótkim okresie czasu straciła niemal wszystkie siły. można było powiedzieć. i słuchając co poniedziałek wiadomości przez radio. że nie miał on szczęścia. że dotychczas nikt nie uśmiechał się na ulicy. że odjechał pociąg. bezskuteczna wczoraj. jak przez dwa lub trzy dni nasila się w pewnych dzielnicach. jak się jej wymyka pewny łup. Była to okazja. że dżuma ulega rozkładowi ze zdenerwowania i zmęczenia. Niemniej zaraza cofała się na całej linii i komunikaty prefektury. że nic nie zmieniło się 222 w mieście. Tak właśnie wyglądał wypadek sędziego Othona. czy chodzi o zwycięstwo. Każdy ze środków stosowanych przez lekarzy. gdy statystyki były najbardziej pomyślne. Była to na razie ulga negatywna. można było zauważyć. Zdawało się. że dziura się powiększa i że wreszcie wolno będzie odetchnąć. czy o życiu sędziego. Widząc. gdy z innych znika zupełnie. że z kolei dżuma jest osaczona i jej niespodziana słabość staje się siłą stępionej broni. których wyzdrowienia się spodziewano. Ale patrząc bardziej z bliska. zagarniał wieczorem ten sam tłum. osiągnąwszy wszystkie swoje cele. że wraz z panowaniem nad sobą traci matematyczną i wszechwładną skuteczność. której nie wyrażano otwarcie. stawał się nagle niezawodny. Tak więc zanotowano nowe próby ucieczki właśnie w chwili. tów nie wywołało żadnego zdumienia. W nieprzezroczystej zasłonie. która była jej siłą. że odniesiono zwycięstwo i że choroba oddaje swe pozycje. czy myślał o śmierci. a może też cofa aię. Można powiedzieć zresztą. Niemniej trzeba powiedzieć. Byli to pechowcy dżumy. Tylko od czasu do czasu choroba nabierała hartu i w ślepym jakby skoku porywała kilku chorych. Serum Castela przyniosło nieoczekiwane sukcesy. każdy mógł stwierdzić. jaką z nią dotąd walczono. przybił statek albo że znów wolno będzie jeździć samochodami. powstała dziura. gdy najlżejsza nadzieja stała się dla ludności osiągalna-. Naprawdę trudno było rzec. jak przyszła. Ale jeśli dawniej przyjęto by z pewnym niedowierzaniem wiadomość. Ulice. którego musiano zabrać z obozu kwarantanny. jak mnoży ofiary w poniedziałek. skończyło się rzeczywiste panowanie dżumy. przy czym nie sposób było dociec. by stwierdzić.niespotykanym uporem i jakby krystalizowało się nad miastem. Strategia walki nie zmieniła się. że począwszy od chwili. wciąż ciche w ciągu dnia. że twarze rozprężyły się i czasem pojawiał się na nich uśmiech. jak traci oddech i śpieszy się. które zrazu wzbudziły nieśmiałą i utajoną nadzieję. A jednak nigdy niebo nie było tak błękitne. że w tym oczyszczonym powietrzu dżuma w ciągu trzech tygodni wyczerpała się stopniowo. i Tarrou powiedział. które przedtem nie dawały żadnego rezultatu. Przechodzili na przemian od podniecenia do depresji. Było to nie-* wątpliwie mało. Zdawało się.

Te rodziny doznawały na pewno nadziei. Komunikat dodawał. że mogą umrzeć tak bliscy celu. Na myśl o tym. a rekrutowali się oni spośród ludzi oddzielonych od istot. W tym samym zresztą czasie zauważono pierwsze oznaki spontanicznego optymizmu. czy też dlatego. wzniecił gorączkę i niecierpliwość 223 odbierając im wszelkie panowanie nad sobą. że nie zobaczą ukochanej istoty i że te długie cierpienia nie zostaną im wynagrodzone. Tak więc ceny znacznie się obniżyły. wrócili do normalnego życia w garnizonie. ' czy to dlatego. na którą niezawodnie zgodzą się mieszkańcy miasta. Te drobne fakty były wielkimi znakami.Byli spóźnieni w stosunku do wypadków. aż dżuma naprawdę zostawi ich w spokoju. nadal żyli wedle swoich norm. To samo dotyczyło wojskowych. W owym tygodniu statystyki spadły tak nisko. Jednym dżuma wszczepiła głęboki sceptycyzm. a rozproszyli się na skutek choroby. . Jednakże to uzupełnienie wszyscy uważali zgodnie za klauzulę stylistyczną i 25 stycznia wieczorem miasto wypełniło radosne ożywienie. ten milczący wieczór w pół drogi od agonii do radości wydawał im się jeszcze bardziej okrutny wśród powszechnego szczęścia. zaś środki profilaktyczne będą obowiązywały przez mie-siąc. żeby wyprzedzić dżumę.2o^^ty^ cznia. trwali z ponurym uporem w oczekiwaniu. Przy224 łącza jąć się do radości powszechnej. czego strach i rozpacz nie mogły naruszyć. że śnie byli już zagrożeni w swym własnym poczuciu bezpieczeństwa. Było to więc zjawisko wyłącznie moralne. iż epidemia uległa zahamowaniu. Optymizm ogarniał też tych. wiatr nadziei. Nadzieja nie miała już do nich dostępu. Z ekonomicznego punktu widzenia ta zniżka była niezrozumiała. aprowizacja się ani trochę nie poprawiła. Ale najbardziej dalekie od radości ogólnej były bez wątpienia te rodziny. by zburzyć to. prefekt wydał rozkaz. których znów zgromadzono w wolnych koszarach. które miały teraz w szpitalu chorego. że ucichł lęk przed utratą innych krewnych. mimo więzienia i wygnania. zanim będą miały do tego prawo. Natomiast w innych. Ludność żyła w ukrytym wzburzeniu aż do. że w imię ostrożności. dość było pierwszej nadziei. I to oczekiwanie. i czekały w domach kwarantanny lub własnych. ogarniał ich rodzaj paniki. które kochali. Nawet gdy czas dżumy już minął. by przywrócić oświetlenie z czasów zdrowia. Jednakże wiele z tych istot noszących żałobę doznawało też głębokiej ulgi. "status quo zostanie zachowany i konieczne będzie wprowadzenie dalszych zarządzeń". przy bramach nadal obowiązywały rygory kwarantanny. jak gdyby cofanie się dżumy wszędzie odbiło się echem. którzy dawniej żyli w grupach. Rzecz jasna.strażników. Trudności były te same. że niebezpieczeństwo powraca. że w wielu domach okiennice były zamknięte i niektóre rodziny spędzały w ciszy ten wieczór pełen krzyków radości. bramy pozostaną zamknięte jeszcze przez dwa tygodnie. z której zabraniały sobie czerpać. ale była ona dla nich rezerwą. skoro większość ucieczek się udała. niezdolni iść jej krokiem aż do ostatka. od którego nie mogli się uwolnić. co prawda. tak jak zostawiła innych. przy najmniejszym znaku. zmagającego się z dżumą. I kiedy przez całe miesiące. Ale ludzie uciekający wówczas byli posłuszni naturalnym uczuciom. Spieszyli się jak szaleńcy. Pod zimnym i czystym niebem nasi współobywatele wylegli hałaśliwymi i śmiejącymi się grupami na iluminowane ulice. Dwa klasztory miasta zorganizowały się na nowo i można było rozpocząć wspólne życie. . W tym okresie. że po naradzie z komisją lekarską prefektura ogłosiła. wiejący po tym długim okresie zamknięcia i przygnębienia.

jedne z nich odnoszą się do zdrowego już Granda. W ciągu następnych dni nie otworzyły się również. skąd cicho przyszła. zawahał. Po ciemnej jezdni biegł lekko jakiś kształt. do czego uprawniało wspólne mieszkanie. grzały się w kałużach słońca.Ale'te wyjątki nie umniejszyły w niczym radości innych.pisał w notatnikach . W chwili gdy wrzawa stała się jeszcze głośniejsza i bardziej radosna. niestety. nawet wtedy. tak samo jak w przypadku starego astmatyka. Tarrou przystanął. 15 . notatki po raz pierwszy przestają być obiektywne i pojawiają się w nich rozważania osobiste. co pozostali przy życiu. mroczne i nieruchome miejsca. Tarrou wyciągnął stąd osobliwy wniosek. Tarrou się uśmiechnął. ale sądził. te notatki stały się dość dziwaczne. jeśli wierzyć notatkom Tarrou. Pismo trudno było odczytać. to dlatego." W notatkach. Tego wieczora Tarrou i Rieux. jak ziemia ucieka im spod stóp. porzuciło zamknięte. W takim razie należy się zadowolić skromnym i miłosiernym satanizmem. nie mógł się nią nadal interesować. rozproszone często uwagi. Co więcej. krótka relacja o małym staruszku od kotów. że miał słuszność. Rambert i inni. czy nie był to święty. Niewątpliwie dżuma jeszcze się nie skończyła i miała tego dowieść. Mały staruszek także będzie zadowolony. jej spostrzeżenia na temat dżumy. polizał łapę. lojalnie stawiwszy się na spotkanie. że wyraża wszystko prostymi zdaniami. i autor zbyt często przechodził od jednego tematu do drugiego. Ale w tej chwili całe miasto drgnęło. wszystko to jest zanotowane skrupulatnie. póslawa^slare] ledbleTy. jakiego widziano od wiosny.Dżuma 225 trwającego wciąż za okiennicami. na której śmiech mieszał się ze łzami. idąc wśród tłumu. Kilka jej rozmów z Tarrou. Mimo to we wszystkich wyobraźniach pociągi o tygodnie wcześniej odjeżdżały nie kończącymi się drogami i statki pruły świetliste morza. dżuma w niczym nie umniejszyła jego szacunku dla tej postaci. może z powodu zmęczenia. jeśli jest zirytowany.można dojść tylko do przybliżonych form świętości. choć nie dlatego. gdy szli pustymi uliczkami wzdłuż okien z zamkniętymi okiennicami. Prawdę mówiąc. przemieszane z obserwacjami dotyczącymi Cottarda. Tarrou próbował bowiem odszukać staruszka. gdzie zapuściło swe kamienne korzenie i szło z ładunkiem tych." jej uśmiech. że zbrakło mu życzliwości. żeby tak było. Jeśli wierzyć Tarrou. inne zaś do matki doktora Rieux. przeciągnął nią szybko po prawym uchu. Koty były na miejscu. Zmęczenie nie pozwalało im oddzielić tego cierpienia. należało zadać sobie pytanie. znajdują się również liczne. Ale w chwili gdy dżuma oddalała się. "Być może . Nadchodzące wyzwolenie miało twarz. . że pani Rieux jest jak gdyby przy -gaszona. odkąd statystyki zaczęły spadać. cicho ruszył w drogę i znikł w nocy. Długo po opuszczeniu bulwarów Tarrou i Rieux słyszeli za sobą tę radość.. a dżuma wyrządziła 226 mu krzywdę. czuli także. to jej odejście przynajmniej jednego człowieka wprawiało w popłoch: był to Cottard. Zatrzymał się na moment pośrodku jezdni. Ale o ustalonej godzinie okiennice były uparcie zamknięte. że w przypadku staruszka kryje się "wskazanie". od radości napełniającej ulice nieco dalej. Tarrou nie myślał. Był to kot. Tak więc wśród długich ustępów dotyczących Cottarda. Tarrou podkreślał przede wszystkim. że staruszek jest zirytowany lub umarł. jeśli zaś umarł. Nazajutrz wyobraźnie uspokoją się i wątpliwości zrodzą się znowu. W kilka dni po owym wieczorze 25 stycznia stanął na rogu małej uliczki. iż uważa. który zabrał się do pracy. by wrócić do nieznanej kryjówki. która interesowała go po epidemii tak samo jak przed nią. jak gdyby nic się nie zdarzyło. pierwszy.

W połowie stycznia Rieux odpowiedział mu w sposób dość optymistyczny. Jeśli Tarrou spotykał go wówczas. pod różnymi pretekstami. i Ta niepewność. Cottard był wielokrotnie u Rieux. "Tak .zwracał uwagę na jej szczególną sympatię dla pewnego okna wychodzącego na cichą ulicę. w obecności Tarrou wdał się w rozmowy z kupcami ze swej dzielnicy. na lekkość. jakie wiódł przed epidemią. złożywszy spokojnie ręce. na jej dobroć. Tarrou uważał. że oświadczenie ." Ale trzeba wrócić do Cottarda. nie potrafił wydobyć z niego nic prócz kilku oderwanych słów. że porzuca wszelkie towarzystwo. kupował. której dowodów nigdy właściwie nie dała Tarrou. wszyscy mnie porzucą!" Przed 25 stycznia rzucała się w oczy zmienność jego usposobienia. Wpierw długo zabiegał o zjednanie sobie dzielnicy i o stosunki z ludźmi. ani w ulubionych kawiarniach. ostatnie słowa są pierwszymi o charakterze osobistym: "Moja matka też była taka. W dniu. gestykulował bezładnie. zamiast cieszyć Cottarda. Gasła tylko coraz bardziej i kiedy odwróciłem się. Następne linie trudno odcyfrować i. czy myśli. aż zmierzch ogarnie pokój zamieniając ją w czarny cień w szarym świetle. że wiedziała wszystko. Był wzburzony. wywoływały w nim reakcje przechodzące.w końcu otworzą bramy. że może urwać się nagle. z jaką przechodzi z pokoju do pokoju. przy którym przesiaduje wieczorem. ale której blask dostrzegał we wszystkim. od złego humoru do przygnębienia. wyraźnie ulżyła Cottardowi. ani w teatrze. Ale w rzeczywistości wciąż pytał Rieux o prognozę rozwoju choroby. I zobaczy pan. zmęczył go bardzo dzień. budząca niepokój we wszystkich. żeby mu towarzyszył na przedmieście. jakby raz jeszcze dowodząc tego załamania. choć nigdy się nie zastanawiała. Zapytał swego towarzysza.mówił do Tarrou . Potem stawał się nagle towarzyski. Minęło osiem lat. i to w niei kochałem. Tu zresztą pismo Tarrou dziwnie się załamuje. które miały wziąć górę nad podnieceniem wywołanym przez komunikat prefektury. że niezupełnie był swego pewien. nawet światła dżumy. posiłki przynoszono mu z sąsiedniej restauracji. "Czy sądzi pan. W dwa dni potem Tarrou spotkał rentiera błąkającego się po ulicach. rozprawiał o dżumie zasięgając u każdego opinii i wieczorem z upodobaniem zanurzał się w fali ludzkiej. Żył w swym mieszkaniu zupełnie sam. jakby przygaszona. co mu było trzeba. choroba może wrócić z dnia na dzień? .nic nie wiadomo. Ale tamten nalegał.zauważył Cottard . że choć statystyki pozwalają na pomyślne wnioski. Tarrou wahał się. Podobnie jak kiedy indziej ulegał też zniechęceniu. Kiedyś doktor musiał mu powiedzieć.Inaczej mówiąc . już jej nie było. A jed228 nak. że mogła pozostać na wysokości każdego światła. Cottarda podnosił na duchu ten niepokój. Za każdym razem te odpowiedzi. Nie miał z tym kłopotów. co prawda. Odkąd statystyki spadły. że nie żyje. Cottard znikł kompletnie. ale jest też możliwe. bez uprzedzenia?" Był usposobiony sceptycznie albo przynajmniej tak mówił.Tak. a tyle w niej było ciszy i cienia. propagując opinię Rieux. na to wreszcie. Ponawiane pytania wskazywały jednak na to. . Nie widywano go ani w restauracjach. i patrzy uważnie. Tylko wieczorem wychodził ukradkiem. które ciemnieje z wolna i zaciera nieruchomą sylwetkę. Po gorączce pierwszych zwycięstw do wielo umysłów wróciły wątpliwości. lekko wyprostowana. Cottard poprosił go. nie zdawało się. nagle zaczynał żyć dziko. że proces wyzdrowienia stanie się szybszy. żeby wracał do regularnego i tajemniczego życia. kiedy ogłoszono komunikat prefektury. mówił szybko i głośno. potem otwarcie występował przeciwko nim. i zawsze chciałem z nią być razem. co robiła czy mówiła. że oświadczenie prefektury rzeczywiście kładzie kres dżumie. lepiej nie obwoływać jeszcze zwycięstwa. Przynajmniej wyglądało na to. zależnie od dnia. a nie i5* 227 mogę powiedzieć. i wybiegał ze sklepu na puste ulice.

zaczynające żyć na nowo.I dobrze zrobili .rzekł Cottard. że wszystkie te urzędy. Tarrou zwrócił mu uwagę. od zera. które wyglądały na odświętnie wystrojonych fun230 kcjonariuszy. A te zdarzają się zawsze. Ale Cottard nie uśmiechał się. W pewien sposób rozpocznie pan nowe życie.Ach. to byłoby dobre. Rentier oświadczył wprost. że raczej należy liczyć się z rychłym otworzeniem bram i powrotem do normalnego życia. zapytały Cottarda. i statecznie ruszyli w kierunku. czy wszystkie urzędy będą działać tak samo jak w przeszłości. to rzeczywiście możliwe -^Opowiedział Cottard .ponieważ z biegu wydarzeń wynika. chyba że zajdą nieprzewidziane wypadki. Chce się dowiedzieć. zanim tamci i Tarrou mieli czas zrobić jakikolwiek gest. czy organizacja się nie zmieni. wciąż ponury i wzburzony . w innym jednak sensie nawet przy dobrej woli nie można wszystkiego zapomnieć i dżuma pozostawi ślady. czego mogą chcieć te ptaszki. że mogłoby to być próżne gadanie. że dżuma zmieniła miasto i nie zmieniła go.rzekł Tarrou z uśmiechem. W odpowiedzi napisał wreszcie (i tu kończą się notatki Tarrou). i zadawał sobie właśnie pytanie. Tarrou zapytał dwóch mężczyzn. doktor Rieux wracał do domu w południe. i że on boi się tylko tej godziny. a na kilka przed otwarciem bram. . Wróciwszy do domu Tarrou zanotował tę scenę i zaraz potem (pismo dowodziło tego dostatecznie) wspomniał o swym zmęczeniu.Zresztą może sprawy ułożą się i dla pana pomyślnie. to znaczy. że nic mu o tym nie wiadomo. jest ono nawet ostatnią z jego trosk. że teraz nasi współobywatele będą pragnąć najgoręcej. . jakby nic nie zaszło. czego chcą.rzekł Tarrou.chyba że zajdą nieprzewidziane wypadki. . Dodał. ale to nie powód. Gdy zdumienie minęło. Tarrou zaledwie miał czas usłyszeć. że prefektura w pewien sposób przewidziała zresztą nieprzewidziane wypadki. jakby nic się nie zmieniło. Byli przed bramą i ściskali sobie ręce. ^ . że nie obchodzi go serce. zastanawiając się. ustalając dwutygodniowy termin przed otworzeniem bram. Tarrou sądził.Tak . W dwa dni potem. Tarrou uznał to za możliwe. Chciał wiedzieć. jak jego towarzysz pyta. żeby wszystko wyglądało tak. Rentier ożywił się i silił się nawet na optymizm. żeby nie być gotowym. .Ma pan rację . ów zaś z głuchym okrzykiem obrócił się na pięcie i skoczył w noc. Ale z ciemnego korytarza wynurzyli się dwaj mężczyźni. Chociaż pracował równie wyczerpująco . .powiedział Cottard . że chodzi o informacje. których praca została zakłócona podczas epidemii.No tak . Ptaszki. czy nazywa się Cot-tard. a zatem w pewnym sensie nic się nie zmieni.Nowe i'ilmy w kinach . czy jest gotów. Wyobrażał sobie miasto przekreślające przeszłość. myślał jednak. że pojawi się wiele nowych problemów. czy należy myśleć.zacząć od zera. że epidemia się skończy. dzięki czemu powstanie konieczność reorganizacji dawnych urzędów. czy zastanie telegram. przynajmniej w sercach. że ma jeszcze wiele roboty. na który czekał. Można sądzić również.administracji samo przez się nie może naturalnie zatrzymać zarazy. Należy przypuszczać. będą miały kłopoty z rozpoczęciem normalnego funkcjonowania. Zbliżyli się do domu Cottarda. że dżuma nie zmieniła nic w mieście i wszystko będzie jak przedtem.wszyscy powinni rozpocząć wszystko na nowo. . Tarrou musiał przyznać. że zawsze jest taka godzina za dnia i w nocy. kiedy człowiek jest tchórzem. Odpowiedzieli z rezerwą i uprzejmie. ale rozsądek pozwala przypuszczać.mówił Cottard coraz bardziej podniecony . w którym pobiegł Cottard. na przykład.

Nie. 232 . . Twarz miał zmęczoną.. Doktor powiedział. nie teraz! I zaraz potem: . Ale Tarrou paliło pragnienie. Gdy był przy drzwiach. . . W korytarzu Rieux powiedział do matki.Zatrzymajmy go w domu. Wiesz przecież. . Kiedy wrócił do pokoju. Tarrou uśmiechnął się z wysiłkiem. ale może ze zmęczenia zapomniał o ostatnim zastrzyku serum i zachowaniu ostrożności. Nie można wiecznie napinać woli i wiecznie okazywać hart. rozpocznie na nowo.powiedział syn.A izolacja.jak przy największym nasileniu dżumy. że byłam znowu szczepiona.Nie mam prawa . . bolała go głowa. Rieux się odwrócił.rzekł Rieux. i nie odwracał się. kiedy go zbadał. . że Tarrou był również szczepiony. z jakiego bym skorzystał. który sam robił innym chorym. że to może być początek dżumy. Tarrou leżał wyciągnięty. Nowy dozorca oparty o szybę uśmiechał się do niego. Tak. i przy odrobinie szczęścia. że doktor trzyma w ręce ogromne ampułki serum. Powiedział do Rieux. Pani Rieux była niespokojna. Rieux szedł już do swego gabinetu. usłyszał głos Tarrou.Niech pan śpi. W odpowiedzi Tarrou wyciągnął rękę i poddał się nie kończącemu się zastrzykowi.powiedział. . aż zacznie mówić. co miał do powiedzenia. Miał gorączkę. Będzie tu panu lepiej. by oznajmić. kiedy abstrakcja się skończy.Bernard . . że objawy są nieokreślone. Rieux będzie mógł zacząć na nowo. ale może to być również dżuma. Tarrou zamilkł.Nie jest pewne. matka szła mu na spotkanie.Ach.zawołała . Wchodząc na schody Rieux ujrzał swoją twarz wyblakłą od zmęczenia i niedostatków. że pan Tarrou nie czuje się dobrze. jeśli pan może. . szczęściem jest rozwiązać w nagłym wybuchu snop sił zebranych do walki. ale szare oczy były spokojne. Tarrou zobaczył. Chory patrzył na niego. Myślę. nie wiadomo jeszcze . Miał teraz nadzieję i cieszył się z tego.Nie.to niemożliwe. Bernard.Moja matka i ja będziemy pana pielęgnować. Rieux? .Zobaczymy wieczorem . . Wreszcie podszedł do łóżka. oczekiwał ostatecznego wyzwolenia i to odjęło mu zmęczenie. czy pan ma dżumę.odparła . ale nie mógł wyjść i położył się znowu.powiedział Rieux i spojrzał Tarrou w twarz.Ale bramy zostaną otwarte. Wstał ra231 no.Może to nic poważnego . Rieux uśmiechnął się do Tarrou. Przechodził obok loży dozorcy. . Jeśli oczekiwany telegram będzie także pomyślny. ciężka głowa żłobiła wałek. Był zdania. Ale w tej chwili otworzył drzwi. doktor porządkując ampułki czekał. gdyby ciebie nie było tutaj. Wrócę wkrótce.powiedział. żeby wyrazić w słowach to.Och . .zostaniemy oboje.. to to . . żeby wstrzykiwano se~ rum nie zarządzając zarazem izolacji. że wszyscy zaczną na nowo. Wrócił do niego. Rieux zastanawiał się. mocna pierś rysowała się pod grubym kocem. Tarrou jak gdyby walczył ze sobą.Po raz pierwszy widzę. który go wzywał. to tylko ostrożność. że byłoby to pierwsze prawo.

na odwrót. Nie mam ochoty umrzeć i będę walczył. miał oba rodzaje objawów. 234 _ W pewnej chwili rozległy się szybkie kroki na ulicy. które należało wstrzykiwać. wychylony nieco z łóżka. . wszystkie odgłosy podziemnej kuźni dobywały się z piersi.Jak tam? . co jest bardziej skryte niż dusza. Zdawały się uciekać przed dalekim pomrukiem. Na grubo ciosanej twarzy Tarrou pojawiło się coś na kształt uśmiechu. walcząc tylko całym swym ciężarem i całą ciszą. by zniknąć z innych. żeby się pojawił. rzecz szczególna.wymówił wreszcie . gdzie już się ulokowała. Tarrou uśmiechał się w wielkim wysiłku. żeby być świętym. którym powinien był .Dziękuję. który zbliżał się powoli i wreszcie napełnił ulicę strumieniami wody. że ten ciężki bój z aniołem dżumy trwać będzie do świtu. Rieux pochylił się i uścisnął jego ramię. . Tarrou wzruszył lekko szerokimi ramionami. gdy doktor napotykał to spojrzenie. O zmierzchu niebo wypogodziło się trochę i chłód stał się bardziej przenikliwy. Jego jedynym zadaniem. a w tej kn^i to.odparł . potrzebuję tego. jaką staczał. .Nie .rzekł. . leki wzmacniające. Nie zdejmując kapelusza wszedł do pokoju przyjaciela..zapytał doktor.sprzyjać.Cóż . mówiły o walce. który przez chwilę obserwował deszcz. deszcz zaczął padać znowu. ale jego usta. Ale też nie odezwał się ani razu. szeroko rozwarte. Raz jeszcze usiłowała zaskoczyć. Rieux zaś miał tylko patrzeć. by usiąść przy chorym. Rieux śledził fazy walki jedynie w oczach przyjaciela.Rieux . które chciał wymówić. było dostarczanie okazji temu przypadkowi. Za każdym razem. Niech pan walczy.Przyrzekam. Prostując się Rieux powiedział. czego żadna nauka nie potrafiła wyjaśnić. . Zdawało się. . wyznając na swój sposób. zjawiała się w miejscach. Ani razu w ciągu nocy nie przeciwstawił niepokoju atakom choroby. Tarrou zmagał się nieruchomy.należy mi wszystko mówić. może raczej ta krew. Tarrou. Miesiące powtarzających się klęsk nauczyły go oceniać skuteczność tego. Raz jeszcze starała się sprowadzić na manowce skierowaną przeciw niej strategię. że Tarrou nie poruszył się. zbielałe od gorączki. Matka doktora robiła na drutach. Ale jeśli partia jest przegrana. Wielkie zasłony falowały u okien.powieki zaciśnięte na gałce ocznej albo. ale po południu zaczął gwałtownie padać deszcz i grad. w gruncie rzeczy. chcę przyzwoicie skończyć. że serum nie mogło jeszcze podzia-łać/jĄłe fala gorączki podeszła Tarrou do gardła zatapiając tych kilka słów. Pod płonącą skórą 233 uformowały się gruczoły.Trzeba żyć. Po kolacji Rieux i matka wrócili. Mocne ramiona i szeroka pierś Tarrou nie były najlepszą bronią. W cieniu pokoju Rieux. że wyłączyć mu się niepodobna. co miał robić . V/ ciągu dnia ostre zimno zelżało nieco. Noc rozpoczęła się dla niego walką i Rieux wiedział. jak jego przyjaciel walczy. patrzył znów na Tarrou ..ropnie. Doktor pochylił się nad nim. który pojawia się tylko sprowokowany. Rieux miał bowiem przed sobą twarz dżumy. kolejno otwartych lub zamkniętych . gdzie jej nie oczekiwano.przegrywam partię. która trysnęła niedawno pod igłą Rieux. która go zbijała z tropu. Rieux wrócił do domu wieczorem. spojrzenie utkwione w jakimś przedmiocie lub spoczywające na doktorze i jego matce. wkrótce przemieszany z gradem uderzającym o chodniki. A trzeba było.

spojrzenie miał przyćmione. że choroba wygnana przez zimno. Matka doktora robiła na drutach. Doktor zdrzemnął się. Ich kroki cichły i oddalały się.oświetlonego nocną lampką. że ta noc. który towarzyszył mu przez cały czas epidemii. . 236 . czego się trzymać.Niech pan pije . Pani Rieux wstała. ale w południe. Tarrou patrzył na mego bez wyrazu. Koła pojazdu konnego toczyły się gdzieś w oddali. złożyła swoją robotę i podeszła do łóżka. Tarrou oddychał mocniej. Rieux zrobił już wszystko. Kiedy doktor zbliżył się do łóżka. a cisza teraz zupełna. gdy ujrzał Rieux pochylonego nad sobą.rzekł zadyszanym głosem. Tarrou wypił i głowa mu opadła. światła i tłum uciekła z ciemnych głębi mia-^ sta i schroniła się w tym ciepłym pokoju. że nastąpiła przerwa i że chory spał także. że deszcz na chwilę przestał padać. jej oczy zalśniły.Musisz się położyć. Rieux usiadł na łóżku. którego nie była pewna. Pani Rieux westchnęła i chory otworzył oczy. Oczekiwał wzrosła gorączki. zdawało się. Ale oczy zamknęły się zaraz. Czuł obok siebie nogi chorego. Po deszczu w pokoju rosła cisza. że zbiera siły.powiedział. skulony od bezsenności wyobrażał sobie. żeby zastąpić mnie o ósmej. Trzeba było czekać. . Rozjaśniło się dopiero. Kiedy otworzył oczy. będziemy wiedzieli. od czasu do czasu podnosząc głowę. . . Tarrou zgodził się. Z jego rysów można było odczytać wyraz zmęczenia. która dawała znać o sobie gdzieś w głębi ciała. potem końcem drutu zbadała starannie oczko. Za oknem było jeszcze czarno. aż i tu się zatrzyma. potem usiadł znowu. Czy to coś znaczy? Rieux zamilkł i rzekł po chwili: . . W pokoju czuło się już chłód poranny. żeby dać się napić choremu. Zanim się położysz.Dziękuję . . szli szybko chodnikiem.Gorączka wróci. . Była to noc wolna ^od dżumy. Tarrou zamknął oczy. Zadygotał i patrząc na Tarrou zrozumiał. to nic nie znaczy. Dał znać matce. ale pierwszy wóz o świcie wytrącił go ze snu. Rieux? . żeby położyła się spać. Tarrou od niejakiego czasu miał oczy zamknięte. Rieux wstał. Zna pan tak samo jak ja polepszenie poranne. Zaraza nie miesiła już powietrza nad miastem.To trwa długo .Tak.Czy oddycha pan lepiej? . Doktor po raz pierwszy stwierdził. Pogwizdywała tylko w ciężkim powietrzu pokoju. aż i tu uzna się za pokonaną. w której nie rozbrzmiewały już dzwonki ambulansów. prawda? . Odmówiła ruchem głowy. prawda. zrób sobie płukanie.zapytał Rieux.Nie. To ją słyszał Rieux od wielu godzin. jak gdyby znajdował się wciąż po stronie snu. pełna tylko niemego zgiełku niewidocznej walki. Niedługo przed świtem Rieux pochylił się ku matce: .Spał pan.Niech mi pan zawsze daje dokładne odpowiedzi. Doktor.powiedział.Tak. Ulica była milcząca. przesiadł się na fotel. który opuściła jego matka. długie i twarde jak u trupa. by przypuścić ostatni szturm do bezwładnego ciała Tarrou.mówił doktor. pełna spóźnionych przechodniów. Przechodnie. Ujrzał łagodną twarz pochyloną nad sobą i pod ruchomymi falami gorączki pojawił się znów wytrwały uśmiech. przypominała dawne noce. Gdy Rieux został sam. co miał do zrobienia. Pot skędzierzawił mu włosy na twardym czole. . I zdawało się. że słyszy u skraju milczenia łagodny i regularny gwizd. korzystając z tego. by spojrzeć uważnie na chorego.Trochę. .

przytwierdzone do wgłębień stawów . że Tarrou wciąż na nią patrzy. Ale wkrótce oczy jego otwierały się coraz bardziej. ale nie znikły . nastąpił po ataku do bram. odwróciwszy oczy. zdawała się uśmiechać znowu. że Rieux czuł. W przerwach między gorączką i kaszlem Tarrou od czasu do czasu patrzył jeszcze na swych przyjaciół. ale w tej chwili wiedział przynajmniej. ale wstał niemal natychmiast i wrócił do pokoju. . by zgasić lampkę przy łóżku. z rękami splecionymi na udach. który pochował przyjaciela. Usłyszała wówczas głuchy. Noc nie była nocą walki. jak Tarrou odwrócił się nagle od ściany i wydał głęboki jęk. a światło. Tarrou spróbował się znowu uśmiechnąć. że nie będzie 237 można ich otworzyć. Ale w stwardniałej twarzy oczy błyszczały jeszcze całym blaskiem odwagi. pani Rieux mogła zobaczyć. który zaczął pluć tylko krwią. podobnie jak nie ma zawieszenia broni 238 dla matki odciętej od syna czy dla człowieka. cisza klęski. w głębi tej nawałnicy. stawało się wciąż bledsze. Przyglądał się pani Rieux z takim natężeniem. wypalony nadludzkim bólem. teraz jego przyjaciela była tak gęsta. Była to wszędzie ta sama pauza. I nagle gorączka przypłynęła wyraźnie z powrotem. Miał pozostać na brzegu. czy Tarrou odnalazł wreszcie spokój. nie mając do czego się uciec w tym nieszczęściu. że odtąd dla niego samego nie ma spokoju. Burza wstrząsająca konwulsyjnie tym ciałem rozświetlała je coraz rzadszymi błyskawicami i Tarrou. Rodzaj kaszlu trzewnego wstrząsał ciałem Tarrou. raz jeszcze bez broni. W tym pokoju odciętym od świata. nad tym martwym ciałem Rieux czuł zdumiewający spokój. Gruczoły przestały nabrzmiewać. ów uśmiech nie mógł jednak przejść przez zaciśnięte szczęki i usta zacementowane białawą pianą. I w końcu łzy niemocy nie pozwoliły Rieux ujrzeć. tę klęskę. na jego oczach zanurzał się w wodach dżumy. Tarrou miał głowę zwróconą w stronę pani Rieux. Rieux dodał mu otuchy twarzą pełną napięcia. Postanowił też odłożyć przyjęcia pacjentów. które przychodziło po bitwach. tak doskonale zgadzała się z ciszą ulic i miasta uwolnionego od dżumy.twarde jak śruby. Doktor nie wiedział. O siódmej pani Rieux weszła do pokoju. Tarrou zamknął oczy i jego wycieńczona twarz. W południe gorączka osiągnęła szczyt. z daleka idący głos.i Rieux uznał. Doktor udał się do swego gabinetu. już nie reagował. Pochyliła się nad nim.Rieux ujął go za ramię. który mówił. odbijał powoli od brzegu. Kiedy usiadła. na płaskich dachach górujących nad dżumą. jak gdyby gdzieś w mm pękła najważniejsza struna. poprawiła mu wałek pod głową i prostując się położyła na chwilę rękę na jego wilgotnych i skręconych włosach. że położyła palec na ustach i wstała. Ten kształt ludzki. choć usta w niej były zagipsowane. Rieux miał już przed sobą tylko nieruchomą maskę. które rozjaśniało wówczas jego spustoszoną twarz. żeby zatelefonować do szpitala i zapewnić sobie zastępstwo. Już wtedy myślał o te] ciszy unoszącej się z łóżek. gdzie pozwolił umierać ludziom. gdy rysy chorego wynurzyły się z ciemności. wykrzywiony przez wszystkie nienawistne wiatry nieba. iż tym razem chodzi o klęskę ostateczną. wyciągnął się na chwilę na kanapie. z której znikł uśmiech. przebity teraz ciosami oszczepu. że jej dziękuje i że teraz wszystko jest dobrze. to samo uspokojenie. Ale poprzez zasłony światło przesączało się szybko i w chwilę potem. jak gdyby zerwała gdzieś wewnętrzną zaporę. który był mu tak bliski. lecz ciszy. Ale ta cisza otaczająca. a on był wobec tej katastrofy bezsilny. Kiedy spojrzenie Tarrou wróciło ku doktorowi. aż do jego czoła. który wiele nocy przedtem. która kończy wojny i nawet z pokoju czyni nieuleczalne cierpienie. z pustymi rękami i ściśniętym sercem. ale Tarrou. ta sama uroczysta przerwa. Patrzył na niewielki cień siedzący obok niego na krzede.

Obok łóżka siedziała pani Rieux w swej zwykłej pozie.Bernard? .choć przez całe życie nie mogli posunąć się dalej w wyznaniu swej czułości. uśmiechał się do niej. mamo. Tarrou żył w rozdarciu i sprzeczności i nigdy nie zaznał nadziei. i zaraz potem: . Na początku nocy obcasy przechodniów dźwięczały wyraźnie w zimnej ciemności. W na pół ciemnym pokoju czuło się chłód. jak nidsi być trudno żyć tylko tym. krok konia. odpocznie tam. Był w gabinecie. biegnąc niemal.Tak. kursowało już wiele aut. Czy dlatego pragnął świętości i szukał pokoju w służbie ludziom? Doprawdy.zapytała pani Rieux. . który wiedział przecież. Kiedy przychwy-tywał jedno z tych spojrzeń. Wrócili do milczącego czuwania. Ssały szybko jezdnię.lub on . jakie zachowa. Choć nie było jeszcze pozwolenia. z prawej strony oświetlona lampką. wołania. I ona umrze z kolei . co człowiek może wygrać w grze dżumy i życia. Kiedy . że poznał dżumę i pamiętał o niej. wielki blady oddech polarnej nocy. Znajome dźwięki nocy następowały po sobie na ulicy. Nie ma pokoju bez nadziei i Tarrou.Trzeba. że poznał przyjaźń i pamiętał o niej. Tak. Tak na pewno żył Tarrou i był świadom tego. Przychodziła mu do głowy myśl o żonie. lub ciężkiego ciała leżącego teraz bez ruchu. . W ten sam sposób żył obok Tar-rou i Tarrou umarł tego wieczora. Wiedział. telefonowałem. dwa tramwaje zgrzytające na zakręcie. Ale jeśli to jest właśnie wygranie partii. Pani Rieux spoglądała od czasu do czasu na syna. co wygrał? Wygrał tyl239 feo tyle. że poznał czułość i pewnego dnia będzie mógł sobie o niej przypomnieć. były obrazami człowieka biorącego w garście kierownicę auta.Zająłeś się wszystkim? . Rieux uśmiechnął się do mej. Może to właśnie Tarrou nazywał wygraniem partii! Znowu przejechało auto i pani Rieux poruszyła się na swym krześle.Nie. Jedyne obrazy Tarrou. Dlaezegoż by nie? Będzie to także pretekst dla pamięci. Po~ wiedziała mu. Pośrodku pokoju. Głosy. że nie jest zmęczona. przyniosła. że kochać kogoś to nic wielkiego. nieokreślone hałasy i znów oddech nocy. to wiedza i pamięć.Tak. oto wiedza. . daleko od światła. i że kochała go w tej chwili. który odmawiał ludziom prawa skazywania kogokolwiek. że miłość nie jest nigdy dość mocna. co się wie i pamięta. a przynajmniej. by znaleźć swój własny wyraz. Matka. ile jest jałowości w życiu bez złudzeń.Nie jesteś zmęczony? . . co myślała jego matka. i bez nadziei. zanim mieli czas naprawdę przeżyć swą przyjaźń. Rieux. Dlatego też doktor Rieux przyjął rano ze spokojem wiadomość o śmierci żony.Oczywiście. żebyś wyjechał odpocząć tam. Wszystko. Ciepło życia i wizerunek śmierci. cisza. że nikt nie może powstrzymać się od skazywania i że nawet ofiary są czasem katami. żeby je poprowadzić. Ale wiedział również. by dać napiwek posłańcowi. Tarrou przegrał partię. w góry. Rieux nie wiedział i nie było to ważne. ale odtrącał tę myśl za każdym razem. znikały i pojawiały się znowu.Za oknem była ta sama noc z zamarzłymi gwiazdami na czystym i lodowatym niebie. który ciążył na szybach. Rieux czekał w swym fotelu. jaK mówił. Ale on. mu telegram i wyszła. . Tak więc jego matka i on będą się kochali zawsze w milczeniu.

. który pod-. nie znali losów wszystkich innych i samego miasta. którą nie można się delektować. że w ostatniej chwili decyzja prefektury zostanie cofnięta. ale że to mimo wszystko jest trudne. Mówiąc. Pragnąłby na powrót stać się tym człowiekiem. Zorganizowano wielkie zabawy w dzień i w nocy. Zmienił się. drżąc. a statki z dalekich mórz kierowały się w stronę naszego portu. Pociągi przyjeżdżające tego dnia do miasta nie były mniej pełne od tych.Bernard . by rzucić się na spotkanie ukochanej istoty. kie dy podjeżdżali już do miasta. .telegram.powiedział doktor. która była jej podporą. z istotą z ciała. Zakochani bowiem oddani byli swej jedynej myśli. że się tego spodziewał. w piękny poranek lutowy. że dżuma skończyła się zbyt brutalnie. Podczas dwóch tygodni zwłoki każdy zarezerwował sobie miejsce na ów dzień. dzienniki. że wszystko zostanie mu zwrócone od razu i że radość jest wypaloną raną. kazała im domagać się niejasmo czegoś w rodzaju kompensaty. kiedy pociąg zaczął ha mować przed stacją. 240 . nie byli zresztą zupełnie wolni od lęku. kiedy porówna tę miłość czy czułość. 16 . Doktor popatrzył na nią z roztargnionym wyrazem twarzy. Ci zaś. dżuma odwróciła jego uwagę. radio i komunikaty prefektury. zbliżający się do miasta. że to już niemożliwe. żeby przyjechać. W pewnym sensie miał poczucie. Można sobie łatwo wyobrazić.wróciła. zawiesić Niejasna i ostra zarazem świadomość. które w ich wyobrażeniu przybierało groźną twarz. O świcie.Przed ośmiu dniami. Od miesięcy i od dwóch dni był wciąż ten sam ból. który przyśpieszali zawzięcie. że te wszystka miesiące są stracone dla ich miłości. Ale wiedział. co oczekiwali ich w pokoju lub i na peronie. Potem powiedział matce. co zostało powitane entuzjastycznie przez ludność. że w jego cierpieniu nie było niespodzianki. przez miesiące dżumy sprowadzoną do abstrakcji. jak Rambert. które mieszkało w tylu naszych współobywatelach. co trzeba. zabrakło mu przytomności umysłu. których przez cały ten czas nie spalała namiętność. który wstawał nad portem. bramy miasta otworzyły się wreszcie. ten dzień jest dniem wielkiego połączenia. czas czekania. pragnęliby zatrzymać. Spojrzała na niego. Pewni podróżni. na swój sposób podkreślając. którego żona uprzedzona od tygodni zrobiła wszystko. dzięki której czas radości płynąłby dwa razy wolniej niż .powiedziała pani Rieux.Dżuma 241 czas miesięcy wygnania chcieliby pchnąć. czuli tę samą niecierpliwość i niepokój. czym może się stać poczucie rozłąki. Pani Rieux odwróciła głowę ku oknu. ale to trwało w nim jak głuchy lęk. syn trzymał w ręce . Doktor milczał. . żeby nie płakała. choć on sam nie należał do ludzi mogących je podzielać całkowicie. które je opuszczały.Telegram? . Rambert czekał bowiem z drżeniem na chwilę. które nastąpiły po tym otwarciu bram. ze wszystkich sił usiłował temu zaprzeczyć.Tak . żeby pły nął szybciej. który na początku epidemii ogarnięty porywem chciał biec z miasta. którzy cierpieli rozłąkę. . ale on patrzył uparcie przez okno na wspaniały poranek. że dla wszystkich. jeśli znali bowiem na ogół losy ludzi obchodzących ich blisko. Jednocześnie pociągi zaczęły dymić na . Rambert zrozumiał. wypadki były szybsze niż czekanie.zapytała. Szczęście nadchodziło prędkim krokiem. Jedno tylko zmieniło się dla nich: ów czas. Ale to odnosiło się tylko do tych. Narratorowi pozostaje więc jeszcze rola kronikarza godzin radości.dworcu. który trwał nadal. teraz. wiedział po prostu.

gdzie cierpieli. W kościołach odprawiano modły dzięk czynne. Dzień stanął. skończyła się nie mająca końca rozłąka. przyciskając do siebie tę głowę. czy twarz kryjąca się w zagłębieniu jego ramienia jest tą. wyglądało to całkiem inaczej i poczucie rozłąki osiągnęło tu swój zenit. by święcić tę przytłaczającą chwilę. Ale któż myślał o tych samotnościach? W południe słońce. Ale ta banalna pełnia radości nie mówi jeszcze wszystkiego i ci. Wszyscy krzyczeli lub śmiali się. którzy pod koniec popołudnia zapełniali ulice. Naprawdę zaś większość z nich odbywała po cichu pielgrzymki do miejsc. jakby był on dniem zmartwychwstania. czy to podejrzenie było prawdą. z pozoru triumfując nad dżumą. Dla nich . czy twarzą obcą. ślepi na resztę świata. doznawali tego samego co on i należy mówić o wszystkich. wymieniając spojrzenia i uśmiechy. poufalili się i bratali. niepomne. była to wciąż dżuma. którzy mieli teraz za towarzysza tylko swój świeży ból. nie wiedząc. Jeśli idzie o tych właśnie. czuli jeszcze łączność ze sobą. że dżuma może przyjść i odejść. gdzie był też Rambert.Wszyscy zresztą. Wiele par i wiele rodzin wyglądało rzeczywiście na lubiących spokój spacerowiczów. Miejsca zabaw były jednak pełne po brzegi. jakie długie milczenie zrodziło już w ich sercach. bardziej lub mniej świadomie. pod spokojem kryli często delikatniejsze szczęście. mężów. Tę równość. Tańczono na wszystkich placach. Z dnia na dzień ruch znacznie się zwiększał i liczniejsze teraz samol6* 243 chody jechały z trudem ulicami. a wraz z nim przezorność. Armaty w fortach. kiedy skończył się czas cierpień. oraz innych. którzy zdawali się wierzyć. którego żywy kształt uciekł już z pamięci. Na razie ludzie. Kiedy pociąg stanął. Zapasy życia. nie dbając o jutro. które walczyły w powietrzu od rana. by . Przy kontuarach cisnął się tłum ludzi jednako podnieconych. Przytuleni do siebie wrócili do domów. zużywali dziś w ten dzień. by znaleźć w domu potwierdzenie obaw. Rambert nie miał czasu spojrzeć na istotę biegnącą ku niemu. że wystawiają się na widok publiczny. różni pochodzeniem. któr^ często zaczynała się na tym samym dworcu . Horę robili przez te miesiące. której znajome włosy tylko widział. której nie stworzyła obecność śmierci. kochanków. czy zbyt długo tłumionego cierpienia. zapominając o całej męce i o tych. Na razie chciał postępować jak wszysc^7 wokół niego.w jednej sekundzie. pewien przynajmniej. I trzymając ją co sił. Ich rozedrgane dźwięki wypełniały błękitne i zło ciste niebo.ipatek. którzy przyjechawszy tym samym pociągiem nikogo nie zastali na dworcu i przygotowywali się. Chodziło o to. na szczycie wzgórz. Na tym peronie dworca. które zagarnął tłum Dzwony miasta przez całe popołudnie biły nieustan nie. w chwili gdy ramiona z oszalałą 242 chciwością zamykały w uścisku to ciało. Nazajutrz rozpocznie się zwyczajne życie. dał upust łzom. którzy stracili całą radość wraz z istotą zagubioną w bezimiennym dole lub zmieszaną z górą popiołu. którzy w tej chwili oddawali się wspomnieniu zmarłej istoty. w lokalach. wprowadzała na kilka przynajmniej godzin radość wyzwolenia. Ale zaledwie ujrzeli dym pociągu. żyjąc życiem utajonym. że nie pozwolą mu sprawdzić. Całe miasto wyległo na ulice. a wśród nich liczne pary splecione uściskiem. o której tak długo marzył. Dowie się później. podawano ostatnie alkohole. gdy już przypadła do jego piersi. zalało miasto nieustającymi potokami nieruchomego światła. waliły bez przerwy w pogodne niebo. czy są to łzy szczęścia. a czas zapomnienia jeszcze się nie zaczął. gdzie rozpoczynali na nowo życie osobiste. zwyciężając zimne powiewy. świadomość wygnania zgasła pod ulewą niejasnej i ogłuszającej radości. a serce ludzkie pozostanie nie zmienione.

przeżyli bowiem trudne ferie. W braku ia-mej nazwy nazywali to niekiedy pokojem. które od miesięcy widział na twarzach wszystkich przechodniów. mówił do swej towarzyszki: "W tym miejscu. Po raz pierwszy Rieux potrafił nadać imię temu rodzinnemu podobieństwu. Od chwili kiedy dżuma zamknęła bramy miasta. spragniona ciepła drugiego ciała. stłoczona co dzień w piecu. Wbrew wszelkiej oczywistości przeczyli spokojnie. wśród dzwonów. Były to nieszkodliwe przyjemności. ciasno 244 ^ przytulone do siebie.pokazać przybyłym widoczne czy ukryte znaki dżumy. ten zapach śmierci wprawiający w odrętwienie tych wszystkich. Jego zawód się nie zmienił. jakobyśmy znali kiedykolwiek niedorzeczny świat. to wyrachowane szaleństwo. cierpieli pozbawieni przyjaźni ludzi. Tak. pragnąłem ciebie i nie było cię tutaj. rzadsi. pragnęli znaleźć coś.listem. czego nie potrafili określić. co wydawało im się wszakże jedynym upragnionym dobrem. armat. którego krzyk coraz lepiej rozumiał i który. dżuma skończyła się wraz z terrorem. Mężczyźni "^ i kobiety czepiali się siebie. W każdym 245 zakątku miasta mężczyźni i kobiety pragnęli mni< lub bardziej tego połączenia. jakimi rozpo' rządzą przyjaźń . który ich otaczał. i mówiono o niebezpieczeństwie. nie dla wszystkich t< samej natury. statkiem. nie przywołując strachu. że o wszystkim się zapomina. przynajmniej w części. ciałem i duszą. przeczyli wreszcie. wszyscy cierpieli razem. skąpe w słowa. Doszedłszy do kresu dżumy w nędzy i niedostatku. w łańcuchu niemocy i strachu. muzyki i ogłuszających krzyków. i te splatające się ręce mówiły. tłum rósł wokół niego. Inni. tę precyzyjną dzikość. ale dla wszystkich jednakowo niemoź liwego. nie ma yrlopu dla chorych. Wokół niego wesołe twarze obracały się ku niebu. Niekiedy zadowalano się rolą przewodnika. często o tym nie wie dząc. Te bowiem pary." Ci turyści uczuć mogli się wzajem rozpoznać: tworzyli wysepki szeptów i zwierzeń wśród zgiełku. W pięknym i delikatnym 'świetle spływającym na miasto unosiły się dawne zapachy pieczonego mięsa i anyżowego alkoholu. czekała na swoją kolej. z całym triumfem i niesprawiedliwością szczęścia potwierdzały we wrzawie powszechnej koniec dżumy i terroru. to uwięzienie przynoszące ze sobą straszną wolność wobec wszystkiego. które sprawia. że byliśmy ogłuszonym ludem. ulatniała się tłustym dymem. Wystarczyło teraz rozejrzeć się wokół siebie. podczas gdy reszta. Rieux wciąż szedł. zachwycone. co wiele widział. których śmierć nie zabijała. W każdym razie rzucało się to w oczy doktorowi Rieux. wszyscy ci ludzie włożyli w końcu strój z roli granej już od dawna. Kiedy indziej jednak te marszruty przyprawiały o drżenie i kochanek. pociągiem. hałas wzbierał i -zdawało się. strój emigrantów. Niektórzy. W miarę jak się posuwał. gdzie zabicie człowieka było równie powszednie jak zabicie muchy. był jego krzykiem. Tak. ślady Jej historii. który u schyłku popołudnia szedł sam na przedmieście. których twarz wpierw. z rozpłomienionymi twarzami. którego część. żyli tylko w rozłące. co nie było teraźniejszością. niespokojni. Bardziej niż orkiestry na skrzyżowaniach ulic zwiastowali prawdziwe wyzwolenie. a strój teraz mówiły o nieobecności i dalekiej ojczyźnie. że była ona wygnaniem i rozłąką w głębokim sensie słowa. JAk Tarrou może. w owym czasie. tego. odcięci od tego ciepła ludzkiego. nie mogą< do nich dotrzeć zwykłymi środkami. współczesnego dżumy. Większość ze wszystkich sił wzywała nieebec nych. Z wolna Rieux stapiał się w jedno z tym wielkim ryczącym ciałem. czułości cz] przyzwyczajenia. zaznali . w krzyku pożądania. że przedmieście coraz bardziej się oddala. wydany łagodnemu lękowi wspomnień.

by przynajmniej od czasu do czasu radość wynagradzała tych. do szczęścia chcieli wrócić. w ciężarze miłości. że należy odnaleźć prawdziwą ojczyznę. chciałby przynaj247 mniej usprawiedliwić swoją interwencję i wytłum czyć. Chciał to jednak uczynić z pożądanym umia rem. to znaczy w miłości cierpieniu i wygnaniu. nie użyczać swym towarzyszom z dżumy my śli. to dlatego.wygnania bez ratunku i nie zaspokojonego nigdy pragnienia. jak przystoi świadkowi o dobrej woli Ale jednocześnie. że nie jest ważne. że jeśli istnieje coś. osiągnęli to. że żądali jedynej rzeczy zależnej od nich samych. Dla nich wszystkich prawdziwa ojczyzna znajdowała się poza murami tego zdławionego miasta. c widział. Popychany ze wszystkich stron. Ci. że jest sprawiedliwe. czasem bywali wynagradzani. ale przez lata zmierzającymi ślepo do trudnej zgody. które nie byłaby jego sytuacją. pragnęli tylko wrócić do domu swej miłości. ważna jest jedynie odpowiedź na nadzieję ludzi. patrzących na siebie z uniesieniem. bez kogoś. Ale inni. którzy poprzestając na małym. Ta kronika dobiega końca. i korzystać jedynie z tekstów jakich dostarczył mu przypadek czy nieszczęście. tego Rieux nie wiedział. czego można pragnąć zawsze i osiągnąć niekiedy. co chcieli. którzy nie zostali dwukrotnie rozdzieleni. Do szczęśliwszych należeli jeszcze ci. myślał. teraz właśnie trzeba mieć rację". których nie mieli. Natomiast ci wszyscy. że zależało mu na tonie obiektywnego świadk Przez cały czas dżumy mógł dzięki swemu zawodom widywać większość naszych współobywateli i pozna ich uczucia. nagabywany. czego sobie nawet nie wyobrażali. którzy ponad człowiekiem zwrócili się do czegoś. Jaki sens miało wygnanie i pragnienie. dzwonkami ambulansów. w morzu. Jeśli zaś inni. Tak więc nie było takiegc lęku. którego doktor pożegnał rano słowami: "Odwagi. pustych 23 niemal ulicach przedmieścia zdawał sobie z tego lepiej sprawę. w tym jedynie co na pewno było im wspólne. Pomiędzy tymi stosami trupów. co zwykło się nazywać losem. Była w pachnących krzakach na wzgórzach. staną] śmiało po stronie ofiar i chciał złączyć się z ludźmi mieszkańcami tego samego miasta. zgodnie z prawem uczciwego serca. Starał się na ogół nie opisywać nic nad to. a którego on by nie podzielał. Podobnie jak Rieux. na kogo czekali. 246 ej Znał już tę odpowiedź i na pierwszych. odwracając się od reszty ze wstrętem. ostrzeżeo-liami tego. Byli wśród nich na pewno tacy. ci nie znaleźli odpowiedzi. jak Ram-bert. Powołany do złożenia świadectwa w związku z( zbrodnią pewnego rodzaju. . czy go nie mają. mówiąc tym przerażonym istotom. kiedy nie mógł mu się już przydać na nic. docierał powoli do mniej ludnych ulic i myślał. ani takiej sytuacji. by się połączyć. którym wystarcza człowiek i jego biedna i straszna miłość. co nadal szli przez miasto samotni. Tarrou osiągnął trudny pokój. znaleźli od razu nieobecnego. żeby doktor Bernard Rieux wyznał. Czas więc. I Rieux skręcając w ulicę Granda i Cottarda. Przez pewien czas przynajmniej będą szczęśliwi. Miał więc dobry punkt obserwacyjn i dlatego może zdać sprawę z tego. w godzinie. pomiędzy upartym / dreptaniem strachu i straszliwym buntem ich serc nie ustawał głos wzywający na alarm. ale znalazł go dopiero w śir-ierci. Zanim jednak opisze ostatnie wypadki. Wiedzieli teraz. co widział i sły szał. którego doznaliby jego współobywatele. Do niej. czy te rzeczy mają sens. o którym mówił. których Rieux widział w świetle zachodu na progu domów złączonych mocnym uściskiem. jak to się stało z ludźmi przed epidemią dalekimi jeszcze od zbudowania swej miłości. zachował niejaką rezerwę. choć myśleli. to jest to czułość ludzka. liczyli lekkomyślnie na czas: byli rozłączeni na zawsze. Chcąc być wiernym świadkiem. że jest dla nich stracony. w wolnych krajach. że jest jej autorem. łączącej w końcu wrogich kochanków.

Żeby odwrócić jego uwagę.Niemożliwe. Zranił policjanta. Resztę rozumiem. Rieux i Grand mogli ujrzeć bardzo daleko. Rozejrzawszy się dobrze. po drugiej stronie ulicy. .Jakiś wariat strzela do tłumu. ma t( jakieś znaczenie. co zabija dzieci i do-.powiedział nagle Grane:ui bardzo wzburzony. i samo pusta. ter rozsądny wysiłek niewiele go kosztował. ale to muszę mu wybaczyć. W tej chwili Rieux ujrzał zbliżającego się ku niemu Granda. Z oddali. Na ulicy panowała cisza zupełna. co osobiście mia do powiedzenia. zobaczyli w bramach kamienic naprzeciw policjantów z rewolwerami w rękach. dokumentach i pogłoskach. Kiedy pragnął dodać swoje zwierzenia do tysiąca głosów zadźumionych. ^ . ' to znaczy serce samotne. Słychać było tylko urywki muzyki z centrum miasta. Od fasady odcinała się otaczająca ją przestrzeń.'zgodził się w swym sercu na to. wielka i pusta aż do chodnika naprzeciw. żeby rozumieć lub wytłumaczyć swycł1 współobywateli i nadać kształt możliwie wyraźny temu. Czekamy na wóz T" z potrzebnym sprzętem." Będzie więc słuszne. i że m świecie. jak niema. który miał nieświadome ^ serce. o 'kim Tarrou powiedział pewnego dniz 248 lado Rieux: "Jedną tylko prawdziwą zbrodnię popełnił: . że jest tak . W pewnej chwili z kamienicy naprzeciw huknęły dwa wystrzały rewolwerowe i ze zgruchotanej okiennicy poleciały drzazgi. po zgiełku dnia. kordon policjantów równoległy do tego. zatrzymywała go myśl. że strzały padają z jego domu. .Dlaczego strzelał? r . za nim kilku mieszkańców dzielnicy przemykało się szybko. Kiedy doktor Rieux opuściwszy wielkie. że każde jeg< cierpienie jest zarazem cierpieniem innych. panie doktorze . Nie pozwolono mu przejść i poinformowano. Ale niech pan tu zostanie. Wszystkie okiennice domu były zamknięte. który nie pozwolił im iść dalej. Z daleka widać było fasadę. . Prawdę mówiąc. może pan być potrzebny. złotą w ostatnim blasku nie grzejącego już słońca. Jeśli się czymś posłużył to tylko po to. o swoim czekaniu. Stanowczo musiał mówić w imienii wszystkich. Pokazał swój dowód.w . o swoich doświadczeniach. bo strzela do tych. i świętujące ulice skręcał w ulicę Granda i Cottarda. hałaśliwe . jeśli ta kronika skończy się na tym człowieku.powiedział polii cjant. Grand też nic nie wiedział. dł . Ale o tym. wszystko to wydało się Rieux trochę nierzeczywiste.zapytał Rieux policjanta.Dlaczego strzelają? . gdzie ból tak często bywa samotny. Przy dalekich odgłosach święta dzielnica wy-dawała się cicha i Rieux wyobrażał sobie. rosłych. co najczęściej czuli niejasno.Ale przecież Cottard znikł. zatrzymał go kordon policjantów. Ale jest przynajmniej jeden nasz współobywatel w którego imieniu doktor Rieux . Na drugim piętrze jedna okiennica była wszakże na wpół odczepiona. Tego się nie spo-' dziewał.nie mógł mówić Chodzi o tego. którzy Ir próbują wejść przez bramę. należało milczeć.musiał mówić przede wszystkim o czynach. Pośrodku jezdni '"' widać było wyraźnie kapelusz i skrawek brudnego materiału.To okno Cottarda . 249 .

ranny. drabinę i dwie podłużne paczki. W chwilę potem raczej można było odgadnąć niż zobaczyć ruch w bramach tych domów. Kiedy strzelanie ustało. opa-tła zupełnie i pozostawiła otwartą.rzekł. żeby łapać pchły. czarną przestrzeń. statecznie. Niedaleko bramy zawahał się. Weszli w ulicę. krzyczącego bez przerwy. Policjanci wyskoczyli zza pleców tych. Przy drugim strzale . Przy domu Grand pożegnał doktora.zawołał policjant. naprzeciw kamienicy Cottarda. która okrążała grupę domów. Gdy s strzelił pierwszy raz. Cottard upadł. i wszyscy uciekli. Policjant kopnął z rozmachem kupę leżącą na ziemi. którego właściciele ukrywali zapewne dotychczas. . Wezwały go gwizdki policjantów. Hamulce zgizy-tnęły lekko na ulicy za doktorem. Grand i doktor szli w zmierzchu. Ale w chwili gdy wchodził na schody. Podczas strzel a250 ia okiennica. idąc w stronę doktora i jego starego przyjaciela. mókł teraz w ciemnej kałuży. żeby ob-wąchaó kapelusz.krzyki. minuty upływały wolno.powiedział policjant. zawinięte w naoliwione płótno. Pociski trafiały niewątpliwie w kwadrat okna. A poza tym zaczął na nowo swoje zdanie. Wróciła cisza. usiadł na zadzie i położył się. Niemal natychmiast pośpieszyli za nimi trzej inni i karabin maszynowy przestał strzelać. Potem rozległ się hałas i zobaczono. biegł wzdłuż murów. policjanci wykręcili mu ręce do tyłu. Boczne ulice były znów pełne brzęczenia radosnego tłumu. drugi karabin maszynowy zaterkotał z innego rogu. niż wloką małego mężczyznę bez marynarki.Zwariował.Są już .To Cottard . nie rozumieli. Ludzie bawili się na ulicy. aż w końcu upadł na bok i długo jeszcze wstrząsały nim drgawki. Wariat. wreszcie nogami na ziemi. "Wyrzuciłem wszystkie przymiotniki" . W odpowiedzi pięć czy sześć wystrzałów z bram naprzeciw do reszty pogruchotało okiennicę. pierwszy.. W tej samej sekundzie trzej policjanci rzucili się biegiem przez jezdnię i wpadli do bramy. jak gdyby wypadek strząsnął odrętwienie z dzielnicy. Jakiś policjant podszedł do niego i z całej siły uderzył go dwa razy pięścią. powiedział Rieux. Pies podniósł głowę. był to brudny wyżeł. niosąc sznury. v której Rieux i Grand ze swych miejsc nie mogli lic zobaczyć. który się kończył. Pies już się nie ruszał. Ma zamiar pracować. Rieux odwrócił oczy.wybełkotał Grand. co tu gadać! Wróciła cisza. Z szelmowskim uśmiechem uchylił w ceremonial251 . Jakby cudem otworzyły się wszystkie zamknięte okiennice i w oknach pojawili się ciekawscy. do której mierzono wciąż jeszcze. . że napisał do Jeanne i że jest teraz zadowolony. . Nagle z okien domów zajętych przez policjantów zaczął strzelać karabin maszynowy.Nie wiadomo. jak z domu wynoszą raczej. o dom dalej. potem zdecydował się przejść powoli przez jezdnię. z pewną starannością. ruszał gwałtownie łapami. Krzyczał. Słońce przesunęło się nieco i cień zaczął się zbliżać do okna Cottarda. Czekano jeszcze. co tworzyli kordon. Potem bezładny pochód ruszył z miejsca. . W chwilę potem mały mężczyzna znalazł się na środku jezdni. Czekano.Proszę przechodzić! . jakiego Rieux widział od dawna. Nagle z drugiej strony ulicy wypadł pies. W tej samej chwili padł strzał rewolweru z drugiego piętra i pies jak naleśnik przewrócił się na drugą stronę. Dwa dalekie wystrzały dobiegły z kamienicy. kiedy grupa ich mijała. tłum ludzi wychodził z domów i cisnął się za kordonem. skoro jeden z nich strącił odłamek cegły.

ot i wszystko^. Ale dziś morze szumiało głośniej u stóp skał. Powietrze było nieruchome i lekkie. Inni mówią: "To dżu-ma. doktorze? Wystrzały dobiegały aż do nich. Doktor stanął pośrodku pokoju.Tak . doktorze. kiedy Tarrou i on przyszli tu. a nie buntu. wolne od brudnych powiewów. . . żeby nie należeć do tych. że tu z nimi się łączy. ludzie są zawsze tacy sami. Nie mówił po to. wszyscy.z śladował go przez cały czas. I będą mowy. .mówił .Mają rację.Och. Z ciemnego portu wzlatywały rakiety towarzyszące oficjalnym zabawom. Rieux skierował się ku schodom. Ta noc nie była tak różna od nocy. Stary miał rację.".Niech pan powie. Kiedy Rieux przyszedł do starego pacjenta.Niech pan nie zapomina o okadzaniu. gdy szedł w stronę domu starego astmatyka. co? Proszę bardzo. których kochał i stracił.dżuma? To życie. l 252 . czego chciał.. ale były to pokojowe odgłosy: dzieci rzucały petardy. Wielkie i zimne niebo migotało nad domami.zawołał stary z niejakim zdumień1 em.doda? Rieux. może pan być spokojny. Ale ta noc była nocą wyzwolenia. że się bawią . Zgiełk miasta wciąż uderzał o tarasy wraz z odgłosem fali. Ale Rieux myślał o Cottardzit i głuchy dźwięk pięści miażdżących jego twarz prze. Takie jest życie. Zresztą on mi się podobał.Czytałem o tym w gazecie. . które przynosił ciepły wiatr jesienny. żeby zostawić przynajmniej wspomnienie niesprawiedliwości i gwałtu.Czy nie ma pan nic przeciwko temu. doktor Rieux postanowił napisać opowiadanie.Umarł .trzeba wszystkiego na tym świecie. ona.. Chce pan zobaczyć ich z góry. w takim samym humorze jak zawsze.zapytał doktor składając stetoskop. Może bardziej ciężko jest myśleć? o człowieku winnym niż martwym. Ale w tym była ich siła i ich niewinność. Co to jednam znaczy . żebym wyszedł na taras? .przyznał stary po chwili .Tak sobie. Ale tak to jest. Cottard. . . w miarę jak coraz więcej różnokolorowych bukietów pojawiało się na niebie. zęby świadczyć na korzyść zadżumionych. Rieux wszedł na schody. i pójdą na jednego.najlepsi odchodzą. martwi lub winni.Dlaczego pan to mówi? . byli zapomniani. czy to prawda. . Miasto'powitało je długim i głuchym okrzykiem.Słyszę ich tutaj: "Nasi zmarli. W wolne] teraz nocy pragnienie nie natrafiało już na przeszkody i jego głos dochodził do Rieux.Ach! . Ale co się stało z pańskim kolegą. Ale to był człowiek. przesypywał swój groch. by zapomnieć o dżumie. W pokoju słychać było daleki hałas wolności. niedaleko "wzgórz gwiazdy nabierały twardości krzemienia.rzekł doktor opukując chrapiącą pierś. a poproszą o ordery.Byłem tego pewien. Daleka czerwień wśród czerni zdradzała bulwary i iluminowane place. który wiedział. mieliśmy dżumę. które echo niosło aż do stóp tarasu. stary. Wśród mocniejszych i dłuższych teraz okrzyków." peszcze trochę. . Tarrou.Na dżumę . Z daleka odpowiedziały mu ryki radości. noc zagarnęła już całe niebo. że zbudują pomnik zmarłym na dżumę? . Oni zawsze są tacy sami. . Słup kamienna albo tablica. unimo całego bólu Rieux czuł. żeby nic nie powiedzieć. . . które tu_ się kończy. Stary śmiał się zduszonym śmiechem: .nym ukłonie kapelusza. co milczą.Ależ nie. Ja umiem żyć. . Starczy mi jeszcze sił na długo i zobaczę ich wszystkich w trumnie.

przeż^ziesiątki lat pozostać uśpiony w mebli liżnie.jakich dozn. czego nie wie< radosny tłum i co można przeczytać w ksią. i że ] być może dzień. Wiedział bowiem to. kiedy na nieszczęście ludzi nauki dżuma obudzi s^^ScSsrS^y^ pośle je. że ta kronika nie może niką f statecznego zwycięstwa. i powiedzieć po orostu to.ali. czego można się nauczyć. w kufrach. t Słuchając okrzyków radości dochodzącycł sta. że ta radość jest zaws. raiy w szczęśliwym . Rieux pamiętał. 253 Wiedział jednak. mimo rozdarcia osobistej scy ludzie. v/ chustkach i w papierach. co należało wypełnić i co r wie powinni wypełniać nadal. starają się jednak l rzagii. Może być ty dectw^m tego. że czeka cierpliwie w pokojach. gdy trwa zaraza"|że w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw mż na pogardę. w p. wbrew terrorc niestradzonej broni. którzy nie mogąc być świętymi i zgodzić się na zarazy. żona. [bakcyl dżumy nigdy nie umiera in^pzn]ka.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful